Gen. Mariusz Zaruski

Na jachcie „Witeź”. Podróż w r. 1925

Wspom­nie­liś­my niedawno o pierw­szym pełno­morskim rejsie pierw­szego klubo­wego jachtu Witeź, dowo­dzo­nego przez pierw­szego koman­dora YKP, gen. Mariusza Zaruskiego.

Na to hasło odezwał sie nasz Przyjaciel z Polski przesy­łając… opowia­danie Mariusza Zaruskiego Na jachcie „Witeź” – Podróż w r. 1925, wcho­dzące w skład zbioru „Na skrzyd­łach jachtów”, wyda­nego przez Książ­nicę Atlas w 1933.
Tekst był drukowany wcześniej pod tytułem: Żaglo­wym yachtem przez Bałtyk. Pierw­sza podróż yachtu pols­kiego do Szwecji, 20.VIII – 30.VIII 1925 i wydany w for­mie broszury przez Wydaw­nic­two Yacht-Klubu Polski, w Warsza­wie, w 1925. Wydawca rozpoczął ją krótkim wstępem:

Oddając do druku opis pierwszej podróży yachtu polskiego na wody zagraniczne, żywimy nadzieję, że stanie się on zachę­tą dla wszyst­kich, intere­su­­cych się rozwo­jem naszej żeg­lugi i spor­tów wod­nych, do wypró­bo­wa­nia sił swoich na morzu, pośred­nio zaś – do opa­no­wania przez nas morza.
Yacht, na którym ta podróż odbyła się, jest własnością Yacht-Klubu Polski. Załogę yachtu stanowili: koman
­dor Yacht-Klubu Polski, gen. Marjusz Zaruski jako kapi­tan statku; wiceko­man­dor tegoż Yacht-Klubu, inż. Antoni Aleksan­dro­wicz jako zastęp­ca kapi­tana; człon­ko­wie tegoż Yacht-Klubu, ppr. rez. mar. Michał Laudański i inż. Helio­dor Sztark jako żeg­larze. W wycieczce brał rów­nież udział p. B.
Zarząd Yacht-Klubu Polski
Warszawa, dn. 15 listopada 1925.

Tych, którzy chcieliby obejrzeć ory­gi­nał wraz z licz­nymi foto­gra­fiami, odsy­łamy do zbio­rów Cyfro­wej Biblio­teki Naro­do­wej.

Treść opowiadania w wersji z 1933 roku przytaczamy poniżej, a faksy­mile (w for­ma­cie pdf) zawiera też przed­mo­wę autora do całego tomu.
Warto przeczytać.
Już choćby dlatego, by przeko­nać sie, że wysił­ki garstki zapa­leńców podjęte przed wiekiem dały rezul­taty: terminy morskie, które autor objaś­nia w przypi­sach i w tekś­cie, dla nas są oczywiste, bo nasza wiedza jest rów­nież pokło­siem mądroś­ci pokoleń, a więc i zasługą tej garstki.

Przyjacielowi, który dostarczył nam tekst, dziękujemy serdecznie. Według naszej najlepszej wiedzy, „Na skrzyd­łach jachtów” od 1933 roku, a więc od 79 lat, nie miało wznowień. Ale w czasach oszala­łych (rów­nież) na punkcie docho­dzeń praw autors­kich nie będzie­my wymie­niać jego naz­wiska, choć zacho­wa­my je w najwdzięcz­niej­szej pamięci.

Kazimierz Robak

 

 

 Gen. Mariusz Zaruski. Na jachcie “Witeź”. Podróż w r. 1925 (PDF)

 

MARJUSZ ZARUSKI

Na jachcie „Witeź”

Podróż w r. 1925

Tłumy ludzi zebrały się na południowem molo[1] portu gdyńskiego, pragnąc zobaczyć odejście żaglo­wego jachtu „Witeź” na morze…

Tak właściwie należałoby zacząć opis tej niezaprzeczenie ciekawej, a zarazem pierwszej polskiej wycieczki jachtowej „za morze”, to znaczy tam, gdzie pieprz nie rośnie. Tego bowiem zwrotu używa się u nas na określenie krajów, leżą­cych poza Paryżem, lub jeszcze dalej – za Lido. Zamiłowanie jednak do ścisłości zmusza mnie na wstępie, prosto z tego molo zaznaczyć, że tłumów nie było, nie było nawet „licznych” przyja­ciół i znajo­mych, tylko mała ich gromad­ka i trochę miłych gapiów: opalo­nych, tęgich chłopaków z naszych wojennych okrętów. W gromadce tej widać było twarze znajomych oficerów ze stojącej w Gdyni eskadry.

– Za pozwoleniem jednak… – słyszę już głos ciekawego, a świado­mego rzeczy czytelnika – jacht „Witeź” – no tak… widziałem w Londynie taki jacht lorda Pincherlaina z trzema komi­nami, 2500 koni parowych. A ile kominów ma „Witeź”?

– Łaskawy panie – chciałbym mu odpowiedzieć – przepraszam pana bardzo i nawet trochę się wstydzę, gdy słyszę naz­wisko lorda Pincher­laina, ale „Witeź” nie ma ani jednego komina, nawet nie ma za sobą rurki, pykającej benzyną: ot, taki sobie okręt, ni to, ni owo, ufny w zmiłowanie boskie w postaci wietrzyków chadzających po morzu.

Pauza. Cisza. Oko… prawie perskie.

Dla rozproszenia wątpliwości podam na wstępie, że jacht „Witeź”, o którym mowa, nie posiada żadnego mechanicz­nego motoru, a całą swą nadzieję i siłę pokłada w żaglach, których powierzch­nia, jak na jego drobne rozmiary, istotnie jest wielka. Dość powie­dzieć, że długość pokładu wynosi 12 1/2 m., maszt nato­miast wznosi się na 17 m. Inne wy­miary: szerokość 2 7/10 m., zagłę­bienie 1 1/2 m., pojem­ność 5 7/10 tonny, ożaglenie syste­mu Marconiego 75 m2. Ogromne to ożaglenie zapewnia mu chyżość niemałą. Jacht „Witeź” należy do typu małych jachtów morskich o ce­chach bardziej wyści­go­wych niż turystycznych. Jest to typ statku żag­lo­wego, któremu w razie ciszy morskiej wystar­czy, ażeby załoga w żagle dmuchała, a wnet się porwie do lotu. Pomimo szczupłych swoich wymiarów „Witeź” nieza­prze­czenie jest chlubą portu gdyńskiego, do którego należy, nie ma też sobie równego i w porcie gdańskim.

Ten właśnie „Witeź” kołysał się lekko koło wysokiego falochronu,[2] na którym stały „tłumy” publicz­ności, i za chwilę miał być uwol­niony od lin, wiążących go z przystanią, ażeby pełnemi żaglami wyruszyć na morze. Wiatr gdzieś od Pilawy[3] wszystko gotowe, zapasy żywności, woda już przyjęte na pokład, a zatem…

– „Grot do góry, puścić cumy!…”

– Do widzenia, do widzenia! szczęśliwej drogi! pomyślnego wiatru!

Chustki, kapelusze, lornetki – „Witeź” drgnął, nachylił się i z miejsca ruszył „galopem”. Parę zwro­tów przez sztag, ażeby wydostać się na szer­szą wodę, i już dobrze znany szelest rozstę­pującej się przed piersią żaglo­wego statku fali zaczyna pieścić nasz słuch: to morze, wielkie, pełne morze szepce nam na ucho o tem, jak gdzieś tam daleko… coś tam się chwieje, coś tam się dzieje…

Zboku podbiega pękaty kuter, błyszcząc smarami i polero­waną miedzią. Dymem zasnuł całą Pucką zatokę – wiadomo, im rycerz mniejszy, tem więcej hałasu wyczynia – z kłębów dymu wynurzają się znajome twarze: to kapitan portu z żoną odprowa­dzają nas poza obręb właś­ciwego portu. Jeszcze raz pożegnania, żarciki na temat wielkości naszego korabia i braku na nim kominów – kuter zakręcił i zniknął w dymie. Poza nim wzbiły się na maszcie wojennego okrętu jakieś kolorowe płatki… Aha, to sygnały flagowe… „Podhalanin”[4] do nas coś mówi?

„Szczęśliwej drogi” czytamy alfabetem „Code’u”.[5] Nie mamy zbioru flag na „Witeziu”, więc serdeczne uczucia wdzięcz­ności za dobre życzenia wyra­żamy salutem: dumnie wznosząca się na naszym maszcie bandera Yacht-Klubu schyla się do połowy masztu i znów wylata na jego wierzchołek.

„Bywaj mi zdrowy, kraju kochany”;

Zostaliśmy sami. Wiatr przeciwny. Więc ogromnym „halsem”[6] aż pod mury Gdańska płyniemy wzdłuż brzegu, poczem zmie­niamy kurs wprost na latarnię morską na Helu.

Zmrok zapadł, kiedyśmy okrążyli półwysep i wydostawszy się na pełne morze, skierowali się wzdłuż brzegu ku nikną­cym już w mroku cyplom Rozewia. Spokojne, duże fale z powagą jedna drugiej odda­wały nasz jachcik, który wypeł­niw­szy swe żagle pomyśl­nym wiatrem, sunął szparko, roztrącając je wcale bezce­re­monjalnie, jakgdyby tutaj nie one, lecz właśnie on, „Witeź”, był włoda­rzem prawdziwym.

Podobała mi się ta jego zadzierzystość, jachtu tego bowiem przedtem nie znałem. Dobrze zaczyna – pomyś­lałem w duchu: mały, ale zuchowaty, nic sobie z pomruków morza nie robi.

Istotnie „Witeź” szedł doskonale: szybko, spokojnie i lekko ślizgał się po toni morskiej, zostawiając za rufą długą smugę skotłowanej wody.

Latarnia morska w Jastarni błysnęła jarzącem się okiem i zaczęła szybko niem wodzić po morzu, jakgdyby szukała tam czegoś. W jej blaskach fale na tle ciemnej nocy łyskały tajemniczą, prawie mistyczną poświatą. Czarna głąb morza stała się jeszcze czarniejsza i mrok zupełny otoczył nas nieprzejrzystą zasłoną.

Z nastaniem nocy ukazały się na morzu liczne światełka okrętów, płynących, tak jak i my, wzdłuż brzegów półwyspu. Od czasu do czasu przesunął się blisko, jak widmo bezgłośne, jakiś statek rybacki, który wbrew przepi­som żeglars­kim nie miał żadnych świateł rozpoz­naw­czych na masztach. Byliśmy na szlaku morskim, wiodą­cym od brzegów niemiec­kich i duńskich do Gdańska, Królewca i dalej. Na światła te trzeba było pilnie uważać, ażeby nie zetknąć się przypad­kiem z jakim okrętem…

O świcie minęliśmy ostatnią naszą latarnię morską na Rozewiu i wziąwszy kurs NW3/4W, wprost na szwedzkie porto­we miasto Karlshamn, zaczęliśmy się szybko oddalać od brzegów. Statki będące na szlaku morskim jęły stop­niowo roztapiać się we mgle, aż znikły z oczu zupełnie. Zostały tylko mewy; jak białe płatki kwiatów unosiły się w powiet­rzu, to zniżając się nad samą powierzch­nię wody, to szybując nad statkiem; czarnemi pacior­kami oczu zaglą­dały ciekawie w zakamarki jachtu, wreszcie, speł­niwszy snadź swe obowiązki konwo­jentów, zawró­ciły gromadnie i poleciały ku brzegom.

„Witeź” mknął dalej. Pod koniec drugiego dnia podróży byliśmy już na prawdziwej wodnej pustyni: nic, tylko woda i niebo.

Środek Bałtyku posiada obszary o nieznacznej stosunkowo głębokości 20,12, a nawet 8 m. Są to mielizny: Środkowa, Sztolpska i inne. Dlatego przez środek jego nie przechodzi żaden szlak morski. „Witeź” jednak, jako korab mały, mógł nie brać w rachubę tych przeszkód i rwał prosto do celu.

Ustaliłem tryb życia, podział na wachty[7] i kolejność służby załogi: wachty dzienne po cztery godziny, nocne po trzy. Towarzysze podróży szybko dosto­sowali się do warunków służby i braku przestrzeni na jachcie i w drugim już dniu stanowili dobrze zgraną załogę.

Sztark, biegły w sprawach gastro­no­micznych, objął funkcję gospodarza, skarbnika i zarazem dostoj­nika piastu­ją­cego niesły­chanie ważny na statku urząd koka,[8] czyli mistrza sztuki kuli­nar­nej, a urząd swój – w imię prawdy histo­rycz­nej muszę tutaj zaznaczyć – pełnił nietylko ze znajo­mością rzeczy, ale tak gorliwie, że jedyne ognisko na „Wite­ziu”: nieoce­niony „Primus”, dzień i noc syczał bez przerwy. Potem były przerwy, lecz o tem niżej. Niezależnie od tego peł­nił obowiązki żeg­larza przy czynnościach zbioro­wych załogi. My, pozostali czterej, stano­wi­liśmy dwie wachty, zmieniające się pokolei; ja, z natury rzeczy, objąłem ponadto funkcję oficera nawigacyjnego.[9]

Dzień minął bez zdarzeń. Nastała noc chmurna i dostatecznie wietrzna, ażeby statek nasz z tą samą szybkością mógł dalej pędzić przed siebie.

Na „psiej wachcie”,[10] która wypadła mi tej nocy w udziale, dopędziły mię obrazy, wrażenia i myśli pozostawione na dale­kiem już polskiem wybrzeżu. Dlaczego nikt nie wierzył, że wycieczka ta dojdzie do skutku? Przygotowania nasze zabrały kilka dni czasu – to prawda. Była to pierwsza w ogóle podróż pols­kiego jachtu na wody zagraniczne – nasze urzędy morskie nie były przygo­to­wane na podobne przedsię­wzięcie, jakkol­wiek uczyniły wszystko, ażeby nam przygo­to­wania ułatwić. Wdzięcz­ność mam również wielką dla naszej marynarki wojennej z jej dowództwem na czele za pomoc okazaną i zaopatrzenie nas w niektóre wydaw­nictwa morskie i mapy szczegó­łowe, których nam było brak. Potem znów dwa dni zatrzy­mał nas Kapitanat Portu Gdyni z powodu jakiegoś tam cyklonu, który aż z zatoki Botnic­kiej zameldował się w Gdyni, gdzie miał zamiar i istotnie złożył wizytę. I to nic. Ale dlaczego nie wierzono w powo­dzenie naszej wyprawy? Oficerowie marynarki kiwali niedo­wie­rza­jąco głowami i znacząco się uśmiechali, jakkol­wiek imprezą samą intere­so­wali się żywo i szczerze powodzenia życzyli. Że „Witeź” mały? Że drużyna pierwszy raz zebra­ła się w zespół załogi? Być może. Tem bardziej „Witeź” musi podróż tę odbyć.

Zapewne, w powątpiewaniach tych była pewna doza słuszności. Ja jednak na poparcie swych postano­wień miałem argu­menty, o których nie wszyscy, być może, wiedzieli.

Yacht-Klub Polski, towarzystwo, które się zorganizowało w r. b., wykonał pewną – znaczną nawet – pracę około ugrunto­wania podwalin polskiej turystyki morskiej i sportu morskiego wogóle: zbudował własną przystań, uzyskał siedzibę w Gdyni, sprowa­dził łodzie żaglowe i – co najważ­niejsze – zakupił dwa statki morskie żaglowe. Jeden z nich – to właśnie nasz „Witeź”, na którym płyniemy. Na zakoń­cze­nie prac tego­rocz­nych należało koniecz­nie odbyć wycieczkę dalszą, ażeby zachęcić wątpiących, pokazać na żywym przykła­dzie, że jacht nietylko do zdobycia puharu na regatach służy, lecz może iść w zamorskie, dalekie nawet kraje. Wszak pomimo odzyskania wybrzeża morskiego jesteśmy dotychczas lądo­wem społe­czeństwem, nie mamy zaufania do morza, boimy się jemu swe kapitały powierzyć, kategorje naszego myślenia są czysto lądowe. Jak najśpiesz­niej potrzeba nam się zabrać do pracy, zbliżyć społe­czeńs­two do morza, skąpać je poprostu w wodzie, wychować poko­lenie ludzi znających morze, rozmiło­wa­nych w niem do najwyższej tęsknoty. Niech jachty nasze staną się pionierami tej idei, niech rozwiną bandery polskie na wszystkich morzach Europy, zanim – jak mówi o naszych przodkach stary kronikarz, że „zawsze do morskich wypraw chciwe wyciągali ręce, najwięk­sze swe bogactwo upatrując w okrętach” – i my do morza chciwie wyciągniemy ręce.

Tak jest. „Witeź” musi iść naprzód, choćby wszystkie żagle jego miały pójść w strzępy!

Kołysany dość wysoką falą i ogarnięty ciemnością nocy, która na siedem rygli zamknęła widnokrąg, puściłem wodze marzeniom…

Na prawo błysnęło coś w mroku, jakgdyby błyskawica daleka. Oddałem ster wachto­wemu i wziąłem lornetę. Nic. Kołyszą się pagóry wodne, zasłaniają co chwila widnokrąg. Jest! znowu w tem samem miejscu błysnęło. Co to być może? Latarnia, morska na skale Utklippant? Za wcześnie. Jesteśmy na środku Bałtyku, cokol­wiek bliżej już Skan­dy­nawji. A zresztą… Kompas niewypróbowany i log[11] nowy zupełnie. I jeden i drugi mógł nakłamać. Może to Utklippan. Dalekie, bardzo dalekie światło, raczej poświata, błysnęło znowu.

Z kajuty wynurzyła się postać p. Aleksandrowicza, który wychodził ze swoim wachtowym, p. Laudańskim, zmienić mię z psiej wachty. Podzie­liłem się z nim swemi spostrze­żeniami. Chwilami widać już błyski nawet gołem okiem – właśnie takie, jak na Utklippan. Możliwe, że fałszywy kompas wypro­wadził nas zanadto na południe i że zrówna­liśmy się już z temi niebez­piecz­nemi rafami. Zmieniłem zatem kurs na N i podciąg­nąwszy szkoty żagli, skierowaliśmy się na północ, ażeby ściśle określić miejsce statku na morzu. Światła jednak po godzin­nem migotaniu znikły.

Były to, jak się okazało, niesłychanie dalekie odbicia na chmurach świateł latarni morskiej Oeland-Udde na wyspie Oeland, czego narazie, dzięki małemu wznie­sieniu pokładu „Witezia” nad poziomem wody (60-80 cm) i nieustan­nemu zasła­nianiu widno­kręgu przez fale, nie można było stwierdzić.

Legliśmy tedy na dawny kurs NW3/4W i tak szliśmy do świtu.

Dnia tego, przed wschodem słońca, oglądaliśmy niezmiernie rzadkie zjawisko świetlne. Widziałem wiele wschodów słońca na morzu, zjawiska takiego jednak nie zdarzyło mi się nigdy zaobserwować. Oto lada sekunda miała się ukazać tarcza słońca na widnokręgu. Niebo chmurne. Już obłoki nad morzem przybrały barwę rozżarzonych węgli, za chwilę rąbek słońca zabłyśnie…

I zamiast słońca wychynęła z wody w tem miejscu nagle – kula zielona: jaskrawo zielona, z ostro zaryso­wa­nemi krawę­dziami, o średnicy mniej­szej od średnicy słońca (1/2 wiel­kości) – jak bania szklana zabłysła i zgasła. Bezpośrednio potem ukazała się kra­wędź słońca. Zjawisko to trwało jedną sekundę.

Z nastaniem dnia ukazały się dalekie jeszcze wybrzeża Skandynawji: szereg wzgórz porosłych, jak okiem sięgnąć, niewysokim lasem.

Określiwszy punkt uzyskany,[12] zmieniłem kurs na W i po kilku godzinach przecho­dzi­liśmy już pomiędzy płaską wyspą z latarnią morską tejże nazwy Utlängan a wspomnianą Utklippan. Teraz można było dobrze obejrzeć tę, stojącą daleko bardzo od brzegu na samotnej skale, latarnię morską, ostrzega­jącą żeglarzy o istnieniu w tem miejscu całej plejady raf podwod­nych i nadwod­nych, o które w tej chwili z wściek­łym grzmotem rozbi­jają się fale. Biada okrętowi, któryby się pomiędzy nie dostał!

A zatem „Witeź” przepłynął już morze. Nic, że mały. Wartko płynął, bo oto niespełna w dwie doby jesteśmy tutaj… zdaleka widać wieże Karlskrony.

Jesteśmy dumni ze swego okrętu, który zostawiwszy Scyllę i Charybdę za sobą, teraz wesoło pruje szwedzkie już wody. Z głębi kajuty rozlega się szum „Primusa”; nasz „konsul kok” (p. S. był polskim konsulem w Kolonji i na Murmanie) puścił już w ruch aparat do pokrze­piania sił nadwątlo­nych nocnem czuwaniem załogi. Wiemy, że posypią się wnet jak z rogu obfitości różne kanapki, krajanki, konserwy, smażone smakołyki – co kto woli – a nadewszystko dosko­nała gorąca herbata; to też w miłym nastroju dzielimy się wraże­niami i oglądamy domy, wille i wieże, najpilniej zaś rozrzu­cone dość obficie wiechy[13] i baki,[14] wskazujące mielizny i skały podwodne, których tu legjon.

Przed nami w niebieskawej dali zamajaczyły trzy wiechy. Poleciłem wachtowemu sterować na te znaki, a sam zeszedłem do kajuty.

– Panie kapitanie – słyszę po chwili głos sternika – jedna wiecha dym puściła.

– Nic nie szkodzi – odpowiadam z wymuszoną powagą – tak trzymać.

– Jest – brzmi odpowiedź – tak trzymać.

Najdalsza z tych wiech wyglądała, jak wyrastający z wody komin fabryczny odległego jeszcze bardzo Karlshamnu, czego zresztą nie można było stwierdzić.

Płyniemy tedy dalej wprost na tę dymiącą wiechę, przerzucając się beztroskiemi żartami na temat niezwyk­łych sposobów znakowania mielizn, używanego przez Szwedów, mijamy kolejno miasta: Karlskronę, Sturk-ö, Rönneby i inne pomniejsze, a przed wieczorem, okrążywszy wyspę Tärn-ö, skręcamy na północ i wpływamy do fiordu, na końcu którego leży cel naszej podróży – Karlshamn.

Roztrącając piany przed sobą pełnemi żaglami, wpada „Witeź” do portu i zatoczywszy połkole, o godz. 17-tej staje na kotwicy w przystani jachtowej.

Z przystani przeciągnęliśmy się do nabrzeża.

Na pokładzie zawrzała gorączkowa praca: trzeba żagle zwinąć, liny ułożyć, pokład zmyć wodą, a dopiero wtedy można myśleć o sobie. To też w pół godziny „Witeź” tak wyglądał, jakgdyby nie był w żadnej podróży: wysoki, smukły, biały jak łabędź stanow­czo wyróż­niał się korzystnie pomiędzy różnemi statkami i jachtami, stojącemi w porcie.

Przybyliśmy do kraju prohibicji, gdzie sprzedaż trunków alkoholowych jest prawem wzbroniona.

A oto pierwszymi ludźmi, którzy wyrośli na brzegu nad pokładem „Witezia”, byli dwaj pijani marynarze. Bezmyślnie i dobro­dusz­nie przyglą­dali się zgóry naszemu okrętowi i sztormo­wali na lądzie. Z rękami założo­nemi w kieszenie walczyli srodze z prawem zachwia­nej swej równo­wagi, starając się bezsku­tecznie utrzy­mać na rumbie.[15] Z pół godziny trwało to upor­czywe badanie szczegó­łów naszego statku – bez słowa i bez gestu, poczem „wzięli kurs” na swój statek i cichutko, spokojnie, choć chwiejnie, się oddalili. Byli to, jak później objaśnił nas kapten-hamn, marynarze z obcego okrętu. Niech i tak będzie.

Szwecja… odsyłam tu ciekawego czytelnika do podręczników geografji, Baedekerów i t. p.

Powiem tylko: miły, spokojny, pracowity naród, kultura wysoka, kraj skał granitowych, szlifo­wa­nych w lodow­cowej epoce, a dziś poros­łych lasami, wśród których rozcią­gają się skrzętnie uprawione łąki. Kraj, w którym nikt nie krzy­czy, nikt się nie śpieszy, choć wszystko na czas jest zrobione, kraj ciszy, łagodnej prostoty i dobrobytu.

Jeszcze jedno: gdyby z policjantów robiono tu lekarstwa, napewno śmiertelność byłaby wielka. Policjant jest tu do pewnego stopnia muzeal­nym okazem, raczej histo­rycz­nym orna­mentem do sztafażu,[16] aniżeli człowiekiem. Biedacy, sami, zdaje się, to czują i mają miny znudzone śmiertelnie. Więzienia stoją pustkami.

O tem, żeśmy następnego dnia zwiedzali Karlshamn i okolice, a potem koleją udali się przez Rönneby do Karlskrony, wojennego portu Szwecji, że tam stoi pomnik Karola XI i są fabryki płótna żaglowego, nie będę pisał, bo tak się pisze o każdej europejskiej Mejszagole, do której nas dowiezie mniej lub więcej rozklekotany „express” (koniecznie express).

Z Karlshamnu wysłałem depesze powitalne: do posła polskiego w Sztokholmie i do konsula polskiego w Malmö, na które otrzymałem następujące odpowiedzi:

Sztokholm. 111199. 45. 24/. 1925. 13,10.
Generał Zaruski
Polski jacht „Witeź”, Karlshamn
Dziękując najserdeczniej za pozdrowienia generała polskiego Yacht-klubu i załogi „Witezia”, witam panów na szwedz
­kiej ziemi i żałuję, że nie mam sposobności ugosz­cze­nia dzielnej załogi pols­kiej w Sztokholmie. Życzę szczęśliwej drogi, donosząc, że przesła­łem szwedz­kiemu Yacht-klubowi kole­żeńskie pozdrowienia „Witezia”.
Poseł Wysocki

Malmö. 03450. 31. 23/8. 11,35 stats.
Generał Zaruski
Ombord Polska segelyachten „Witeź”
Karlshamn
Witając serdecznie pana kapitana oraz panów członków Yacht-klubu Polski na wodach szwedz
­kich, życzy przyjem­nego spędze­nia chwil na lądzie oraz szczęśliwej dalszej podróży
Konsulat Polski

Trzeciego dnia rano na „Witeziu” panował znowu ruch ożywiony: rozwijano żagle z pokrowców, wcią­gano malutką szalupkę-łupinę na pokład, szukano w głębi jachtu miejsca dla zapasowej baryłki z wodą, która nigdzie nie chciała się zmieścić, załatwiano formal­ności portowe, przedstawiające się mniej więcej tak:

– Dokąd udaje się lust-yagd „Witeź”?

– Na Bornholm, do Rönne.

Good bye,[17] pomyślnego wiatru!

Według pojęć tych ludzi świat dla każdego stoi otworem: jeśli nie wieziesz na swym statku tytoniu i spiry­tusu i nie masz nic płacić – jedź, gdzie chcesz.

Zaszeleściły znów liny, wiążące nas z przystanią, i „Witeź” ruszył z miejsca, jak zwykle „z kopyta”, żegnany życzli­wemi ukło­nami Szwedów. Za portem widać było morze ciemno-granatowe, poorane brózdami spienio­nych grzebieni. Znać było, że na pełnem morzu dmie silny wicher – znowu pomyślny – tym razem od rumbów północnych. W prze­wi­dy­waniu tego nasze żagle były zmniejszone do 2/3. Jakoż za wyspą Tärn-ö zupełnie „świeży” nord-ost wyskoczył z za przylądka i poniósł nas, zda się, w powietrzu. „Witeź” tak szybko gnał przez wzburzone fale zatoki, że w niespełna godzinę dopędzi­liśmy i zosta­wi­liś­my za sobą duży parosta­tek, który port opuścił przed nami.

Parowiec ciężko nurzał się w falach i czerpał burtami całe „Niagary” wody, która chwilami dosię­gała najwyż­szych pomostów.

Na niebie jednak zaczęły się dziać rzeczy niedobre. Zachmurzony zlekka widnokrąg pokrył się ciemnemi plamami, pod któremi zwisały silnie nachylone firanki dalekich deszczów. Morze sczerniało, a fale jęły się tłoczyć bezład­nie, straciw­szy zupełnie orjentację co do kierunku. Już kilka razy przeszły nad nami przelotne wichry z deszczem, nachy­lając maszt „Witezia” ku wodzie.

Nagle dostrzegłem z lewej strony za rufą widok, który mię porwał na nogi: niedaleko już od nas, pod chmurą deszczową czarna toń wody zasnuła się cała białą płachtą skotłowanej piany. Aha, przemknęło mi w myśli, „szkwał z pyłem”…[18]

– Żagle refować! – krzyknąłem i skoczyłem z podwachtowym do masztu. „Skoczyłem” – to wyra­żenie właściwe, piękne, ale niepraw­dziwe: poczoł­gałem się, a raczej popełzłem na kolanach i rękach ku masztowi, gdyż „Witeź” wykonywał już skoki niezwykłe, na jachcie zaś, wiadomo, burt niema. Za mną popełznął podwachtowy pan B. Pan Aleksan­dro­wicz pozostał u steru i miał przyjem­ność obserwować wspaniały widok, który po chwili roztoczył się przed jego oczami. Ja byłem zajęty ciężką pracą refowania zgnie­cionego przez wichurę żagla i me miałem czasu na oglądanie „pejzażu” – tylko przelotnie, jednym rzutem oka.

Szkwał przyleciał jak jastrząb. Mój rozkaz został wydany za późno: czas od ukazania się wichury na małym z powodu niskiego poziomu pokładu widnokręgu „Witezia” nie przewyż­szał zapewne jednej minuty.

„Witeź” położył się na boku: pomimo wysiłków sternika, ażeby najostrzej przykręcić do wiatru, nietylko okienka kajuty, ale i dach jej zanurzył się w wodzie. Moment był zlekka krytyczny. Trzymając się liny nogą, co siły kręci­łem korbą refową, podczas gdy pan B. wypuszczał odpowiednią linę (grota-fał); czułem tylko, jak mnie jedna za drugą grzmocą po plecach wpadające na pokład fale.

Szkwał przewalił się nad naszemi głowami i „Witeź” się wyprostował.

O tem, że się podniesie, nie wątpiłem, przyznam się tylko po cichu – bałem się, czy maszt nie trzaśnie w połowie, boć przecie 17 m na 12 1/2 m długości jachtu to wysokość nielada.

Maszt jednak wyszedł z próby zwycięsko i statek nasz pędził dalej jak centaur[19] ścigany przez fale. Gwałtowne wichry nadla­ty­wały jeden po drugim.

Ukazała się malutka, ale wysoka wysepka Han-ö i wkrótce płynęliśmy już wzdłuż jej brzegu, kierując się na pełne morze. Wieczór się zbliżał. Oddzielne plamy chmur na niebie połą­czyły się na widno­kręgu w jeden ciemny zwał, z którego szły wichry coraz potężniejsze. Nie ulegało wątpliwości, że zbliża się sztorm długotrwały. W tych warun­kach rozsądek naka­zywał wyzys­kanie warunków najkorzystniejszych.

W pewnem miejscu wybrzeża dostrzegliśmy stojące spokojnie bez żagli maszciki statków rybackich.

– Tu jest przystań. Podejdźmy-no bliżej, zobaczymy, co tam jest.

Zmieniliśmy kierunek i walcząc ze wzmagającą się wciąż wichurą, zaczęliśmy się zbliżać do wyspy.

Już widać molo granitowe, oddzielne kamienie przy brzegu, a oto wejście do portu…

– A wiecie, panowie, zupa ze świeżych ryb?… co?

– Dobra rzecz – ktoś wtrącił niezdecydowanie.

Miałem zamiar tylko obejrzeć port i wejście do niego – tak, na wszelki wypadek. A tu… ten spokój w zacisz­nej przystani, świeże ryby… tam zaś… brrr… och, jak zimno, chwiejnie i mokro!

Niewiadomo, jak się to stało, dość, że „Witeź” nagle znalazł się u wejścia do portu i żagle opadły na pokład.

Byliśmy sami jakgdyby zdziwieni i niedowierzająco spoglądaliśmy na siebie. Niebawem jednak pogodzono się z lo­sem, upatru­jąc w tem palec Opatrzności, tem bardziej, iż przypom­niano sobie, że przedtem kilka­krotnie wyra­ża­łem życzenie zawi­nięcia do wyspy Han-ö.

– Tak nam było sądzone – zawyrokowała załoga.

Zaraz. Wyspa Han-ö. Co za wyspa? do jakiego króla należy? A otóż i ludność, mieszkańcy… No, wyłaźcie, wyłaźcie, wszystko jedno, zostaliście już odkryci!

Istotnie na molo wysypała się „ludność”. Rybacy, wyrostki, przyczłapali w drewnianych sabotach i spodniach sięga­ją­cych pod pachy na miejsce, gdzieśmy się przyciąg­nęli, i oglądali dziwo: zamorski jacht – do tego polski.

– Macie chłopaki po pierniku. To na ochotę. A starsi po kieliszku konjaku – tak zawyro­kował nasz kok i zaczął częstować.

– Bra, bra (dobre) – rozlegały się głosy wśród ludności.

Przyjazne stosunki zostały nawiązane. Krótka rozmowa z „gubernatorem”, którym okazał się pilot[20] miejscowy, uświado­miła nas o stosun­kach panujących na wyspie. Wyspa należy do króla szwedzkiego: 250 mieszkań­ców, 2 konie, 5 krów, kur i kaczek niemało. Jest latar­nia morska, szkoła, stacja ratunkowa – drogi nato­miast ani ścieżki na całej wyspie niema – to niepotrzebne: kto chce znaleźć się w innem miejscu, niż to, na którem stoi, ten płynie. Takie jest prawo na wyspie.

Tymczasem do burty „Witezia” podpłynęła szalupa, z której zaczęły śmigać na pokład srebrzyste flądry.

Nielitościwy kok czyhał już na nie. Niebawem o zmroku siedzieliśmy w zacisz­nej kajucie, po smacznej kolacji, pyka­jąc fajki i popijając herbatę. Ze złośliwym uśmiechem zadowolenia słuchaliśmy wycia wichury, która w bezsil­nym gniewie szarpała liny naszego statku i tłukła blokami o maszt. Za falochro­nem, przy którym staliśmy uwią­zani linami, grzmiał przybój sztur­mu­jącej burzy i gryzł granitowe posady: daremnie, potężne jego akordy nie mogły spłoszyć snu z naszych powiek, gdy okryci kocami ułoży­liśmy się na królews­kich swych kojkach,[21] marząc o flądrach i rozmaitych niebieskich migdałach.

Nazajutrz – zwiedzanie wyspy, latarni morskiej, stacji ratun­kowej i innych dziwów, do których należały gęsto rosnące na samym brzegu morza jeżyny i maliny. Obeszliśmy wyspę dookoła, fotogra­fo­wali, zbierali maliny, rozkoszo­wali się przepięknym i potęż­nym w swej grozie widokiem strasz­liwego przyboju fal u skalistych brzegów, oglądaliśmy „memento mori”[22] w postaci strzaska­nych i pogiętych stalowych szcząt­ków jakiegoś niemiec­kiego okrętu, który tu zakoń­czył swój żywot żeglarski, wreszcie, po dokładnem rozpatrzeniu się wśród skał i raf przybrzeżnych, wybraliśmy jedną największą, płaską zupełnie, przez którą w nieprze­partym pędzie raz po raz przewa­lały się rozju­szone fale – zwaną Malquarn – i guberna­to­rem jej miano­wa­liśmy p. Sztarka, jako że piastując niegdyś urząd konsula, biegły był w dyplo­macji i sztuce rządzenia. Poleciliśmy mu gorliwie zająć się wprowa­dze­niem na tej wyspie ogrod­nictwa ze szczegól­nem uwzględ­nieniem uprawy pomidorów, których właśnie nam na statku zabrakło, co nowomia­no­wany guber­na­tor solen­nie przyrzekł uczynić.

Na tem zakończyliśmy swe odkrywcze czynności dnia tego i wróciliśmy na statek, gdzie mieliśmy przyjąć zapowie­dzia­ną wizytę guber­na­tora wyspy Han-ö. Jakoż o nazna­czonej godzinie stawił się on w towarzyst­wie latar­nika z synkiem, chłopa­kiem lat dwunastu. Mili ludzie, obaj byli marynarze, byli zachwyceni wspaniałością wnętrza naszego okrętu, choć parę razy stuknęli głowami o niezbyt wysoką powałę tego wnętrza, i ujęci polską gościnnością.

Przed wieczorem pożegnaliśmy się serdecznie, poczem goście opuścili pokład naszego statku. Latarnik śpieszył, ażeby przed zmrokiem zapalić na górze morskie swe oko.

– No, dobrze, żeście panowie zaszli do naszego portu – rzekł na odchodnem gubernator – inaczej Polska miałaby dzisiaj o jeden statek mniej, niż miała ich wczoraj.

Niezupełnie godziłem się na poglądy pilota i mniemam, że Polska tak łatwo nie wyrzekłaby się swego statku.

Rankiem dnia następnego już nas w porcie nie było: pod zmniejszonemi znowu żaglami płynęliśmy na SW, ślizgając się po wielkiej fali, toczącej się od północnego zachodu. O godz. 11 dostrzegliśmy na widno­kręgu przylądek Hameren na Bornholmie, a o godz. 18-tej stanęliśmy na kotwicy w Rönne, pięknem duńs­kiem miasteczku i zarazem miejscu kąpielowem Bornholmu.

Tu więcej brunetów, temperamenty żywsze i żywsze dla Polski sympatje. Nie zapomnę owacji, którą zgotowali nam oficerowie przecho­dzącego obok nas na pełnem morzu duńskiego parostatku. Nie wiem, czy uradowała ich polska narodowa bandera „Witezia”, czy widok jachciku, bujającego na ogromnej fali, dość że gdy zrównali się z nami, nagle na wszyst­kich pomos­tach wyleciały czapki dogóry i długo w powiet­rzu się chwiały. Odpowie­dzie­liśmy im tem samem.

Osobliwością Rönne – jak całej Danji – jest mnogość rowerów. Nikt tu nie chodzi, wszystko się toczy na kółkach: dorośli, dzieci, matki z trojgiem niemowląt, ślusarze, kominiarze, koszyki, pakunki – wszystko jedzie kręcąc pedały.

Po jednodniowym pobycie na Bornholmie ruszyliśmy do dalekich jeszcze brzegów ojczystych. Morze gniewne było od samego już rana. Wielkie, rozległe i głębokie wały z szumem toczyły się jeden za drugim, zawija­jąc się na wierz­choł­kach w festony fantastycz­nych grzebieni. „Witeź”, niezrów­nanie lekki i lotny, znako­micie przewijał się pomiędzy rozchwia­nemi wzgó­rzami, to spadając na same dna dolin, to stając dęba na spienionych ich czubach. Nieraz zdawało się: ot ten dziad siwy, wysoki i sierdzisty, zdaleka już wyróż­nia­jący się rozwich­rzoną swą brodą – ten już niechybnie zwali się nam na pokład. Już tu, już jest nad naszemi głowami, ryczy jakieś przekleństwa z rozwar­tej swej pasz­czy, aliści… fajt – „Witeź” siedzi na jego głowie, a dziad pokonany wali się plackiem w dolinę…

Popołudniu stan morza i zachmurzonego nieba pogorszył się jeszcze. Barometr spada, a w miarę tego wzmaga się falo­wanie morza. Szkwały doganiają nas nieustannie. O godz. 17-tej zmniejszyliśmy do połowy żagiel główny i fok-żagiel[23] nr. 2 zmieni­liśmy na sztormowy; o godz. 21-szej (9-tej wiecz.) w dzien­niku okrętowym „Witezia” falo­wanie morza okreś­lone zostało liczbą 6 według skali 9-stopniowej.

Zaczęła się noc niespokojna.

Ponieważ biegliśmy ze sztormem pomyślnym, było rzeczą nad wyraz trudną utrzymać statek na rumbie. – To też wiatr uderzał co chwila to z jednej strony żagla głównego, to z drugiej, grożąc nagłem przerzu­ceniem go na burtę przeciwną i katastrofą w omasz­towaniu, zwłaszcza że i tak przy nachylaniu się statku koniec ogromnego boma[24] raz po raz pruł nadbiegające fale, wyrzucając fontanny wody dogóry i dając podstawy do obaw o jego całość. Pomimo starań grot kilka razy z grzechotem bloków i trzaskiem przele­ciał na drugą stronę, wstrzą­sając jachtem potężnie. Za każdym razem miało się wrażenie, że liny masztowe uderzenia tego nie wytrzymają i pękną, a wtedy olbrzymi maszt zwali się nam na głowy. Ostatecznie zmu­szeni byliśmy koniec boma podnieść wysoko dogóry, a cały żagiel przyciągnąć do płasz­czyzny środkowej statku, przez co utworzył się balon, który spokojniej już niósł nas przez morze.

Wskutek wichury latarnie „Witezia” nieustannie gasły – nie pomogło nawet otulanie szczelin szmatkami: były chwile, gdy żadne światło, nie wyłączając latarni kompasu, na statku się nie paliło i ogar­niała nas ciemność zupełna. Wówczas musiało się sterować żeglarskiem wyczuciem kierunku i ruchami białego widma, żagla głównego.

Przed świtem fale dosięgły największych rozmiarów: to już nie były fale Bałtyku, ale oceanowe wprost fale, którym nieraz miałem sposob­ność przyglądać się zbliska. Ogromne, potężne szły z niepowstrzy­ma­nym rozpędem jak moc jakaś głucha i ślepa. Pomimo to – miło mi to stwierdzić – zapis w dzien­niku okrętowym o tej godzinie brzmiał:

„Witeź” na falach doskonale się trzyma”.

Błysnęło światło latarni morskiej. Niemiecki brzeg. Co za latarnia? Po długości jej błysków rozpoz­naję latarnię Scholpin. A zatem dobrze: pomimo bała­mutności odchy­leń magne­tycznych w okolicy Bornholmu kurs mamy dobry i wycho­dzimy tam, dokąd zmierzaliśmy.

Zmieniam kurs bardziej ku wschodowi i po kilku godzinach jesteśmy już na trawersie innej latarni morskiej – Stilo.

Z brzaskiem dnia zobaczyliśmy z prawej burty brzegi niemieckie, a przed sobą zasnute niebieskawą mgiełką dalekie wzgórza Rozewia, Byliśmy już w domu.

Dziennik okrętowy notuje tu dane:

„Szkwały. O godz. 5-tej trawers Rozewia. O godz. 9-tej trawers Jastarni, o 12-tej latarnia na Helu”.

Rozgniewane jednak na „Witezia” za porażkę swą morze nie chciało go wpuścić do Gdyni. Pięć godzin jeszcze zmu­szeni byliśmy lawi­rować w zatoce Gdańskiej przy prze­ciwnym wietrze i szkwałach, które go srodze tłukły po bokach, zanim zarzuci­liśmy kotwicę w tem samem miejscu redy gdyńskiej, z którego dziesięć dni temu wyru­szyliśmy na eksplo­ra­cyjną[25] wycieczkę. Tłumów i tym razem nie było: przybi­liśmy cicho i niepo­strze­żenie do połud­niowego falo­chronu, niemal do tych samych słupów, przy których staliśmy.

Na tłumy czas jeszcze nie przyszedł.

Wycieczka ta, na której tak bardzo mi zależało, spełniła swoje zadanie: wykazała wszystkim intere­su­ją­cym się rozwo­jem naszego żeg­lars­twa, że nawet na małych statkach – zanim na wielkie się zdobę­dziemy – przy dobrej woli można odbywać piękne podróże.

Potrzeba tylko chcieć.

A jeśli okręt jest mały, należy zdobyć się na większy zasób wytrwania i czujności, w myśl klasycz­nej odpo­wiedzi danej synowi przez ową matkę-Spartankę: „Powiadasz, że miecz masz za krótki? Postąp krok naprzód, a dosięg­niesz nim wroga”.


 

[1] Molo – część nabrzeża portu, do której przybijają statki.

[2] Falochron – mur odgraniczający port od pełnego morza.

[3] Pilawa – port niemiecki na wschodniem wybrzeżu Bałtyku.

[4] „Podhalanin” – torpedowiec naszej floty wojennej.

[5] „Code” – księga sygnałów flagowych.

[6] Hals – kurs statku żaglowego.

[7] Wachta – część składowa załogi, a zarazem dyżur służbowy.

[8] Kok – kucharz.

[9] Oficer nawigacyjny wyznacza drogę okrętu.

[10] Psia wachta – dyżur od godz. 24-tej do 3-ciej.

[11] Log – przyrząd do mierzenia szybkości biegu statku.

[12] Punkt uzyskany – w żegludze punkt, w którym w danej chwili statek się znajduje.

[13] Wiecha – znak w postaci wysokiego drąga, umocowany do kotwicy, wskazujący mieliznę.

[14] Baka – znak w postaci wieżyczki na brzegu.

[15] Rumb – kierunek według kompasu.

[16] Sztafaż – to wszystko, co otacza pewien przedmiot dla ozdoby.

[17] Good bye (czytaj: gud baj) – do widzenia.

[18] Szkwał – nagły, gwałtowny wicher.

[19] Centaur – postać mityczna o ludzkiej górnej części ciała (po pas) i końskim tułowiu.

[20] Pilot – starszy i doświadczony marynarz, który wypływa na spotkanie okrętu i wprowadza go do portu lub przeprowadza przez miejsca niebezpieczne.

[21] Koja, zdrobn. kojka – kanapa, łóżko.

[22] Memento mori – ostrzeżenie: pamiętaj o śmierci.

[23] Fok – trójkątny żagiel mniejszy na jachcie.

[24] Bom – drewno dolne żagla głównego.

[25] Eksploracyjny – badawczy.

 

Calendar

« June 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Czerwiec – szósty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od słowa „czerw” oznaczającego beznogą larwę błonkówek i muchówek; larwy te były (i są) wykorzystywane jako efektywny sposób oczyszczania ran.

W Słowniku etymologicznym Sławskiego nazwa miesiąca jest dopiero trzecim znaczeniem słowa „czerwiec”. Pierwsze to: czerwiec polski (Porphyrophora polonica) – „owad wytwarzający barwik czerwony”, drugie: „farba służąca do barwienia materiałów na czerwono, coccus, color coccinus”, a źródłosłowy idą we wczesne lata XV wieku. Czwarte zaś: Scleranthus anuus L. czyli czerwiec roczny – chwast rosnący na pastwiskach, ugorach i przydrożach.

Słownik wileński idzie dalej: w nim „miesiąc” jest dopiero n-tym znaczeniem słowa „czerwiec”. Wcześniej jest bowiem rodzaj i trzy gatunki pluskwiaka Coccus; tlenosiarczek antymonu, zwany też kermezytem, o pięknej wiśniowej barwie; rodzaj i dwa gatunki roślin z rodziny Scleranthus, w tym czerwiec trwały (Scleranthus perennis); amerykański kaktus Cactus chochenillifer; kolor szkarłatny lub karmazynowy i „drogi, przedni jedwab” oczywiście koloru czerwonego.

Dwie nazwy wytłuściłem nie bez powodu: w korzeniach czerwca-rośliny znajduje schronienie i pożywienie czerwiec-owad. Splatają się więc te czerwce ze sobą dość dokładnie.

Barwnik czerwony wyrabiany z czerwca-owada to koszenila (inaczej: kwas karminowy), która jest ciekawa sama w sobie. Rozpuszcza się w wodzie, co jest rzadkie wśród barwników organicznych. Jest bardzo trwała i odporna na działanie czasu, światła i ciepła, a więc nie blaknie, co było zaletą pierwszorzędną. Nie jest trująca (w nadmiarze), więc można nią barwić nie tylko tkaniny ale i potrawy oraz kosmetyki.
Tu jednak kłopot zaczynają mieć wegetarianie i weganie (którzy nie używają produktów pochodzących ze zwierząt) oraz np. ci wyznawcy judaizmu i islamu, dla których produkty z owadów nie są ani koszerne ani halal. Problem w tym, że współcześni ludzie na ogół nie wiedzą, iż koszenilę uzyskuje się z owadów (strona http://www.food-info.net podaje że dla uzyskania 1 kilograma koszenili trzeba zanurzyć we wrzątku – a później na różne sposoby wysuszyć, a potem zmielić – 150 tys. owadów). Ostatnio produkty zawierające koszelinę muszą być odpowiednio oznaczane.

Polski monopol na czerwca w znaczeniu „farba” (tytuł popularnej, stosunkowo niedawnej – 1992, publikacji Lewy czerwcowy, nabiera teraz zupełnie innej barwy…) złamał w XIV w. Meksyk.
Aztekowie znali i stosowali koszenilę od wieków, od nich nauczyli się tego konkwistadorzy. Żeby skrócić transport do Europy, owady meksykańskie (inne niż polskie: czerwce kaktusowe, Dactylopius coccus, rodzaj mszyc) zaczęto hodować na Wyspach Kanaryjskich. Ta sama www.food-info podaje, że tylko w roku 1868 wyeksportowano stamtąd 2800 ton (6 mln. funtów) koszenili uzyskanej z 420 miliardów owadów…

 

Pierwiastek „czerw” w nazwie szóstego miesiąca roku występuje też w innych językach naszej rodziny: białoruskim (чэрвень), czeskim (červen), kaszubskim (czerwińc), ukraińskim (червень).
Co by nie mówić, w większości języków słowiańskich (także w staropolszczyźnie) rzeczownik „czerw” znaczy „robak”, z czego wynika, że „czerwiec” znaczy tyle co „robaczywiec” lub „robacznik” (a kolor czerwony to kolor robaczywy). Tyz piyknie.

W staropolszczyźnie szósty miesiąc roku nazywany też był „ugornik” lub „zok” (konik polny lub – niestety – szarańcza), ale generalnie czerwie czyli robaki okazały się (słowotwórczo) silniejsze.

 

Łaciński Iunius zawiera w sobie imię żony Jupitera – Junony.

Owidiusz w ks. VI Fasti (8 r. n.e.), poematu o kalendarzu rzymskim, podaje dwie dodatkowe etymologie nazwy Iunius: od małżonki Jupitera – Junony i bogini młodości Iuventas (grecki pierwowzór: Hebe). Owidiusza – jako źródła – nie można jednak traktować poważnie, bo plótł co mu ślina na język przyniosła, a koniunktura dworska i polityczna podsuwała. W maju umizgał się do starców z senatu (maiores), więc w czerwcu pochlebiać zaczął młodym iuniores. Na czerwcu zresztą Fasti się skończyło, bo poeta dostał nagle dożywotni nakaz zesłania do Dacji – pruderyjni twierdzą, że za nieskromność Ars amatoria (celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu jeszcze w 1930), ale tak naprawdę nie wiemy za co.

Nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Pod koniec czerwca na półkuli północnej następuje letnie przesilenie Słońca: jest to najdłuższy dzień (i najkrótsza noc) w roku.
W 2014 solstycjum letnie wypada 21 czerwca. W tym dniu Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka i zaczyna się astronomiczne lato.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – na 52°13’ szerokości geograficznej północnej – wynosi 61°14’.

 

1 czerwca to Dzień Dziecka.

 

4 czerwca to w Polsce rocznica wolnych wyborów z 1989 roku.
W rzeczywistości były one pół-wolne, ale skutek był ten sam. Najkrócej zdefiniowała go Joanna Szczepkowska w ogólnokrajowym programie TV: „Ogłaszam koniec komunizmu w Polsce”.

 

12 czerwca 1967 – PRL zrywa stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Nie ona jedna. Po wojnie sześciodniowej (5-10 czerwca 1967), która – mimo że zaczepna – była obronną, bezczelnie przez Izrael wygranej, Czerwony Hegemon się zdenerwował. Nie tak miało być, zwłaszcza że Hegemon uzbrajał, szkolił i popierał Egipt. Poszedł więc przykład i rozkaz z Moskwy i cały blok zerwał z państwem żydowskim stosunki dyplomatyczne. Z jednym wyjątkiem: nie zerwała Rumunia. Niby, że taka niezależna i umiejąca się Sojuzowi postawić, defacto – potrzebna, bo zerwać stosunki można, ale pogadać czasem trzeba, więc jeśli już, to czemu nie przez Bukareszt, któremu opinia „niepokorny” bardzo pasowała, bo dawało się na nią kolejne kredyty z Zachodu wyciągać. A po RWPG poszedł później dowcip, przaśny, ale po linii: „– Wymień trzy państwa komunistyczne na ‘k’. – Kuba, Korea i..., i..., i ta Kurwa Rumunia.” Zerwanie stosunków i ujadanie propagandy jest prologiem do polskiego Marca ’68 (patrz: marzec).

 

23 czerwca to w Polsce tzw. wigilia św. Jana, którą kończy noc świętojańska, często używana obocznie z nazwą Sobótka.
Jest to schrystianizowana wersja słowiańskiego święta związanego z letnim przesileniem Słońca, obchodzonego w najkrótszą noc w roku, tzw. Noc Kupały, zwanego też (na południu Polski) sobótką lub palinocką. Było to święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości.
Słowo kupała pochodzi prawdopodobnie z indoeuropejskiego pierwiastka kump, oznaczającego grupę, gromadę, zbiorowość, z którego wywodzą się słowa takie jak kupa, skupić, kupić się (‘gromadzić’). Termin sobótka stworzony został prawdopodobnie przez Kościół i miał wydźwięk ujemny, bo znaczył tyle, co ‘mały sabat’.
W chrześcijaństwie obchody nocy kupalnej przeniesione zostały na specjalnie w tym celu ustanowioną przez Kościół 23 czerwca wigilię św. Jana.

W tym wypadku jednak zadziałał synkretyzm religijny: noc kupalna i wigilia św. Jana współegzystują w świadomości zbiorowej do dziś. Mają też liczne odzwierciedlenia w literaturze, z których – w piśmiennictwie polskim – najbardziej znanym jest Pieśń świętojańska o Sobótce Jana Kochanowskiego, rozpoczynająca się od słów:

Gdy słońce Raka zagrzewa
A słowik więcej nie śpiewa
Sobótkę (jako czas niesie),
Zapalono w Czarnym Lesie.

„Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” napisał Mickiewicz o roku 1812, ale oznaczenie jest niedokładne. Bowiem to, co ową „wiosnę” przyniosło, zaczęło się latem.

Wieczorem 23 czerwca 1812, około godziny 22, pierwsze korpusy – kawaleryjski marszałka Murata oraz korpusy marszałków Davout i Neya przekraczają Niemen.

Napoleon, którego idée fixe było rzucenie na kolana Wielkiej Brytanii, po serii porażek z Anglikami w bitwach morskich (i to jakich porażek! Abu Kir w 1798 i Trafalgar w 1805 to były mega klęski!) wymyślił blokadę handlową (więc teoretycznie i morską) Wysp Brytyjskich.

Rzecz jasna, wszyscy zainteresowani stawali na głowie, by to embargo ominąć, zwłaszcza, że blokada rujnowała sporo gospodarek państwowych. Poza tym zawsze w podobnych przypadkach opór bywa ogromny i praktycznie nie do pokonania: założę się, że Napoleon nie miał pojęcia, co to było „Ograbme”, bo jak większość Europejczyków z wyższością patrzył na Amerykę i do głowy mu nie wpadało, ze może się od niej wiele nauczyć.

Jednym z wyłamujących się z tego dyktatu była Rosja. Oczywiście car Aleksander oficjalnie się zgadzał, uśmiechał, toasty wznosił, pakty podpisywał – ale robił swoje. Darujmy sobie „skąd my to znamy?”, gdyż handel z Brytanią był dla rosyjskiej gospodarki alternatywą Hamleta.

Rację miał stary Maciek Dobrzyński sarkając, że „a on co? Pokój w Tylży zrobił!”, choć powody do gderania były inne.
Papier – papierem, a życie życiem. Napoleon wpadł więc na kolejny pomysł, by zmusić Rosję do respektowania postanowień z Tylży (1807) siłą. Znów nie odrobił lekcji z historii: nie doczytał, jak skończył Karol XII Szwedzki. A może po prostu myślał, że skoro ma Grande Armée, to da radę?

Najpierw jednak zebrał armię 600-tysięczną, nie tylko wielonarodową ale i multi-kulti, bo było w niej m.in. 300 tys. Francuzów, Włochów i Belgów, 180 tys. Niemców, 90 tys. Polaków (skąd wymyślił, że Niemcy będą się dzielnie bić dla Francuzów – trudno orzec, nie obiecywał im przecież nawet ułamka tego, co Polakom). Z tą armią przekroczył Niemen.

Zaczął z Księstwa Warszawskiego i po przejściu granicy wciąż poruszał się po terenach zamieszkałych przez Polaków, nic więc dziwnego, że propaganda Cesarza Francuzów przeszła samą siebie. Napoleon z bezprzykładnym cynizmem, godnym największych kosterów, nazwał swoją kampanię „drugą wojną polską”, a sejmowi Księstwa Warszawskiego nakazał zawiązać Konfederację Generalną Królestwa Polskiego i proklamować zmartwychwstanie Polski w dawnych granicach (Niemcy w szeregach armijnych, zwłaszcza ci z Prus, musieli się cieszyć niezwykle!).

Ale: nikt nie da ci więcej, niż obieca Napoleon!

I prawda. Zaczynając swą wojnę z Rosją o Brytanię, cesarz powiedział:

Jestem tu, aby raz na zawsze skończyć z tym barbarzyńskim kolosem Północy. Szpada została już dobyta. Trzeba ich zapędzić jak najdalej w ich lody, aby przez najbliższe 25 lat nie byli w stanie mieszać się w sprawy cywilizowanej Europy. Nawet za czasów Katarzyny Rosjanie prawie nie odgrywali żadnej roli w życiu politycznym Europy. Z cywilizacją zetknęli się dopiero przez rozbiór Polski. Nadszedł więc teraz czas, aby Polacy pokazali im, gdzie ich miejsce... Bezpowrotnie minęły czasy, kiedy Katarzyna dzieliła Polskę, chwiejny Ludwik XV drżał ze strachu w Wersalu, a caryca zachowywała się tak, że wychwalały ją wszystkie paryskie plotkary. Po spotkaniu w Erfurcie Aleksander zrobił się zbyt zarozumiały, a już zdobycie Finlandii zupełnie przewróciło mu w głowie. Jeżeli potrzebne mu są zwycięstwa, to niech się wyprawi na Persów, ale nie miesza się w sprawy Europy. Cywilizacja odrzuca tych dzikusów z Północy. Europa obejdzie się bez nich.

Jak to się skończyło – wiemy, a więcej przeczytacie o tym w grudniu.

Napoleon nie był jedyny. 129 lat później, z dokładnością jednodniową, bo 22 czerwca, powtórzył napoleoński manewr Hitler, nazywając to – też miał niezłych propagandzistów – „Operacja Barbarossa”. Skończył jak jego poprzednik, co niewiele nas pociesza, bo dla Polski skutki też były podobne.

Znaki Zodiaku w czerwcu:
Bliźnięta (♊) – do 20 czerwca (najweselszy i najpogodniejszy znak Zodiaku).
Rak (♋) – od 21 czerwca

Kwiaty czerwca :
róża (Rosa L.) – tu nie ma co wiele mówić, po prostu: królowa kwiatów.

Kamienie czerwca:
perła – co prawda to żaden kamień, tylko efekt mordęgi małża, ale w formie naturalnej błyskotka bardzo droga. Wymieniana jest – jako symbol wielkiej wartości – przez święte księgi hinduizmu, judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. W tradycji europejskiej perły uważano dawniej za łzy aniołów – przesąd, że jest to klejnot przynoszący łzy i troski pokutuje do dziś.

● aleksandryt – odmiana chryzoberylu, znana z tego, że zależnie od oświetlenia potrafi zmieniać kolor. Podobno znalazł go fiński geolog Nils Gustaf Nordenskiöld (1792-1866, ojciec znanego polarnika) po tym jak razem z całą Finlandią znalazł się pod panowaniem rosyjskich carów – nazwał więc kamień imieniem następcy tronu, przyszłego Aleksandra II Romanowa.
O carze tym mówi się jako o „demokratycznym reformatorze”, ale kiedy pomyślę, na co batiuszka Aleksandr Nikołajewicz zezwalał w Polsce po powstaniu styczniowym, to nawet sprzedaż Alaski Amerykanom nie jest w stanie sprawić, bym myślał o nim pozytywnie (jak zresztą o żadnym z Romanowów, ani o ich tzw. reformach).

● kamień księżycowy zwany też ortoklazem (którego jest odmianą) – starożytni wierzyli, że jest pochodzenia boskiego, bo wziął się z promieni księżyca.
Najcenniejsze ortoklazy można podobno znaleźć w Indiach i na Sri Lance, ale i my nie gorsi, bo występują też w okolicach Jeleniej Góry. Z czego wynika, że Ryszard Ochódzki wiedział, co czyni, gdy kamień z londyńskiego bruku podniesiony wręczył jako ten z Jeleniej Góry: chciał po prostu wcisnąć go Panu Janowi jako cenny okaz ortoklazu, zapominając, że nie o to chodziło.
Ciekawostką jest, że kamień księżycowy jest oficjalnym klejnotem stanu Floryda, co Florydianiom się wzięło po locie Apolla-11, który wystartował z Cape Canaveral i 20 lipca 1969 wylądował na Księżycu.

Napisałem, że z czerwcem bywa podobnie nieszczególnie jak z majem – „dlaczego” miało przyjść później, bo na początku miesiąca pisanie o tych wszystkich solstycjach, Kupałach, świętych księgach i Romanowych kapkę mnie (jak by powiedział Geograf) osłabiło.
Tak więc czerwiec, podobnie jak maj, jest miesiącem optymistycznym. Zero zdziwienia: oba przebiegają pod panowaniem najlepszego znaku Zodiaku, czyli Bliźniąt, więc – po prostu ten gwiazdozbiór rządzi i nie da się tego ukryć.

 

Śluby i wesela w czerwcu:
mogą być, ale wyłącznie na własne ryzyko.

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
szósty miesiąc roku to:

białoruskiчэрвень [czerwień]
bośniackijuni
bułgarskiюни [juni]
chorwackilipanj
czeskičerven
kaszubskiczerwińc
litewskibirželis
łatgalskivosorys
łużycki (dolny)smažki (też: smažnik, junij)
łużycki (górny)smažnik (też: junij)
łotewskijūnijs
macedońskiјуни [uni] albo житар [żytar]
prekmurskiivánšček (też: juniuš)
rosyjskiиюнь [ijuń]
serbskijун [jun]
słowackijún
słoweńskijunij (też: rožnik)
ukraińskiчервень [czerwień]
żmudzkibiržielis

 

Przysłowia związane
z czerwcem:

Czerwiec daje dni gorące,
kosa brzęczy już na łące.

Czerwiec gdy zagrzmi,
gdzie zorze zachodzą,
ryby się znacznie
i obficie zrodzą.

Czerwiec na maju
zwykle się wzoruje,
jego pluchy, pogody,
często naśladuje.

Czerwiec po deszczowym maju
często dżdżysty w naszym kraju.

Czerwiec – przerwiec, bo przerywa
gospodarkę aż do żniwa.

Czerwiec się czerwieni?
Będzie dość w kieszeni.

Czerwiec stały,
grudzień doskonały.

Czerwiec temu się zieleni,
kto do pracy się nie leni.

Gdy czerwiec chłodem i wodą szafuje,
to zwykle rok cały popsuje.

Grzmoty czerwca
rozweselają rolnikom serca.

Kiedy kwitnie w czerwcu bób,
to największy wtedy głód,
a kiedy mak,
to już nie tak.

Mokry czerwiec, chłodny maj
– wszystkim gburom prawy raj.

Od czerwca dużo zależy,
czy żniwa będą jak należy.

Pełnia czerwcowa – burza gotowa.

W czerwcu gorącego lata,
zdrowa więc bywa sałata,
wina jeśli być nie może,
piwo chłodne pij, niebożę.

W czerwcu grusze kwiat zrzucają,
czereśnie się zapalają.

W czerwcu pod czerwcem siedzi czerwiec.

W czerwcu się okaże,
co nam Bóg da w darze.

W czerwcu to się lęga,
ci się przedtym sprzęga.

 

Przysłowia na
św. Małgorzatę (10 VI):

Deszcz na św. Małgorzatę
jest orzechom na stratę.

Św. Małgorzata pierwsza żnarka.

W św. Małgorzatę skąd wiatr duje,
drogę po zboże toruje.

Ze św. Małgorzatą
zaczyna się lato.

 

Przysłowia na
św. Jana (24 VI):

Chrzest Jana
w deszczowej wodzie
trzyma zbiory na przeszkodzie.

Deszcz świętego Jana
obiecuje mokre żniwa.

Do świętego Jana
woła deszczu kania,
a po świętym Janie
chodzą po wodzie kanie.

Gdy bliżej święta Jana
gżegżółka zakuka,
nadzieja zbóż przedaży
pewnie nas oszuka.

Gdy Jan Chrzciciel skropi,
mokre będą kopy.

Gdy się deszcz w święto Jana
opuści obfity.
po nim w kilka dni,
wierz mi, bywa pozbyty.

Gdy się Jan Chrzciciel
w dżdżystej kąpie wodzie,
deszcze żniwom bywają
wtenczas na przeszkodzie.

Gdy się święty Jan rozczuli,
to go dopiero
Najświętsza Panna utuli.

Jak się Janek kąpie w wodzie,
żniwom deszcze na przeszkodzie.

Jak św. Jan się obwieści,
takich będzie dni trzydzieści.

Jana Chrzciciela
– już kwiecia wiela.

Jutro święty Janek,
puśćmy na wodę wianek.

Już Jan ochrzcił wszystkie wody,
odtąd wam nie będzie szkody.

Już świętego Jana,
ruszajmy do siana.

O św. Janie kwas w piwo,
robak w mięso,
diabeł w babę wstępuje.

Święty Jan
– jagód dzban.

Umilkł, jak kukułka na św. Jan.

 

Przysłowie na
sobótkę:

Gdzie sobótki zapalają,
tam grady nie przeszkadzają.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha