Gen. Mariusz Zaruski

Na jachcie „Witeź”. Podróż w r. 1925

Wspom­nie­liś­my niedawno o pierw­szym pełno­morskim rejsie pierw­szego klubo­wego jachtu Witeź, dowo­dzo­nego przez pierw­szego koman­dora YKP, gen. Mariusza Zaruskiego.

Na to hasło odezwał sie nasz Przyjaciel z Polski przesy­łając… opowia­danie Mariusza Zaruskiego Na jachcie „Witeź” – Podróż w r. 1925, wcho­dzące w skład zbioru „Na skrzyd­łach jachtów”, wyda­nego przez Książ­nicę Atlas w 1933. Tekst był drukowany wcześniej pod tytułem: Żaglo­wym yachtem przez Bałtyk. Pierw­sza podróż yachtu pols­kiego do Szwecji, 20.VIII – 30.VIII 1925 i wydany w for­mie broszury przez Wydaw­nic­two Yacht-Klubu Polski, w Warsza­wie, w 1925. Wydawca rozpoczął ją krótkim wstępem:

Oddając do druku opis pierwszej podróży yachtu polskiego na wody zagraniczne, żywimy nadzieję, że stanie się on zachę­tą dla wszyst­kich, intere­su­­cych się rozwo­jem naszej żeg­lugi i spor­tów wod­nych, do wypró­bo­wa­nia sił swoich na morzu, pośred­nio zaś – do opa­no­wania przez nas morza. Yacht, na którym ta podróż odbyła się, jest własnością Yacht-Klubu Polski. Załogę yachtu stanowili: koman­dor Yacht-Klubu Polski, gen. Marjusz Zaruski jako kapi­tan statku; wiceko­man­dor tegoż Yacht-Klubu, inż. Antoni Aleksan­dro­wicz jako zastęp­ca kapi­tana; człon­ko­wie tegoż Yacht-Klubu, ppr. rez. mar. Michał Laudański i inż. Helio­dor Sztark jako żeg­larze. W wycieczce brał rów­nież udział p. B. Zarząd Yacht-Klubu Polski Warszawa, dn. 15 listopada 1925.

Tych, którzy chcieliby obejrzeć ory­gi­nał wraz z licz­nymi foto­gra­fiami, odsy­łamy do zbio­rów Cyfro­wej Biblio­teki Naro­do­wej.

Treść opowiadania w wersji z 1933 roku przytaczamy poniżej, a faksy­mile (w for­ma­cie pdf) zawiera też przed­mo­wę autora do całego tomu. Warto przeczytać. Już choćby dlatego, by przeko­nać sie, że wysił­ki garstki zapa­leńców podjęte przed wiekiem dały rezul­taty: terminy morskie, które autor objaś­nia w przypi­sach i w tekś­cie, dla nas są oczywiste, bo nasza wiedza jest rów­nież pokło­siem mądroś­ci pokoleń, a więc i zasługą tej garstki.

Przyjacielowi, który dostarczył nam tekst, dziękujemy serdecznie. Według naszej najlepszej wiedzy, „Na skrzyd­łach jachtów” od 1933 roku, a więc od 79 lat, nie miało wznowień. Ale w czasach oszala­łych (rów­nież) na punkcie docho­dzeń praw autors­kich nie będzie­my wymie­niać jego naz­wiska, choć zacho­wa­my je w najwdzięcz­niej­szej pamięci.

Kazimierz Robak

 

   Gen. Mariusz Zaruski. Na jachcie "Witeź". Podróż w r. 1925 (PDF)  

MARJUSZ ZARUSKI

Na jachcie „Witeź”

Podróż w r. 1925

Tłumy ludzi zebrały się na południowem molo[1] portu gdyńskiego, pragnąc zobaczyć odejście żaglo­wego jachtu „Witeź” na morze...

Tak właściwie należałoby zacząć opis tej niezaprzeczenie ciekawej, a zarazem pierwszej polskiej wycieczki jachtowej „za morze”, to znaczy tam, gdzie pieprz nie rośnie. Tego bowiem zwrotu używa się u nas na określenie krajów, leżą­cych poza Paryżem, lub jeszcze dalej – za Lido. Zamiłowanie jednak do ścisłości zmusza mnie na wstępie, prosto z tego molo zaznaczyć, że tłumów nie było, nie było nawet „licznych” przyja­ciół i znajo­mych, tylko mała ich gromad­ka i trochę miłych gapiów: opalo­nych, tęgich chłopaków z naszych wojennych okrętów. W gromadce tej widać było twarze znajomych oficerów ze stojącej w Gdyni eskadry.

– Za pozwoleniem jednak... – słyszę już głos ciekawego, a świado­mego rzeczy czytelnika – jacht „Witeź” – no tak... widziałem w Londynie taki jacht lorda Pincherlaina z trzema komi­nami, 2500 koni parowych. A ile kominów ma „Witeź”?

– Łaskawy panie – chciałbym mu odpowiedzieć – przepraszam pana bardzo i nawet trochę się wstydzę, gdy słyszę naz­wisko lorda Pincher­laina, ale „Witeź” nie ma ani jednego komina, nawet nie ma za sobą rurki, pykającej benzyną: ot, taki sobie okręt, ni to, ni owo, ufny w zmiłowanie boskie w postaci wietrzyków chadzających po morzu.

Pauza. Cisza. Oko... prawie perskie.

Dla rozproszenia wątpliwości podam na wstępie, że jacht „Witeź”, o którym mowa, nie posiada żadnego mechanicz­nego motoru, a całą swą nadzieję i siłę pokłada w żaglach, których powierzch­nia, jak na jego drobne rozmiary, istotnie jest wielka. Dość powie­dzieć, że długość pokładu wynosi 12 1/2 m., maszt nato­miast wznosi się na 17 m. Inne wy­miary: szerokość 2 7/10 m., zagłę­bienie 1 1/2 m., pojem­ność 5 7/10 tonny, ożaglenie syste­mu Marconiego 75 m2. Ogromne to ożaglenie zapewnia mu chyżość niemałą. Jacht „Witeź” należy do typu małych jachtów morskich o ce­chach bardziej wyści­go­wych niż turystycznych. Jest to typ statku żag­lo­wego, któremu w razie ciszy morskiej wystar­czy, ażeby załoga w żagle dmuchała, a wnet się porwie do lotu. Pomimo szczupłych swoich wymiarów „Witeź” nieza­prze­czenie jest chlubą portu gdyńskiego, do którego należy, nie ma też sobie równego i w porcie gdańskim.

Ten właśnie „Witeź” kołysał się lekko koło wysokiego falochronu,[2] na którym stały „tłumy” publicz­ności, i za chwilę miał być uwol­niony od lin, wiążących go z przystanią, ażeby pełnemi żaglami wyruszyć na morze. Wiatr gdzieś od Pilawy[3] wszystko gotowe, zapasy żywności, woda już przyjęte na pokład, a zatem...

– „Grot do góry, puścić cumy!...”

– Do widzenia, do widzenia! szczęśliwej drogi! pomyślnego wiatru!

Chustki, kapelusze, lornetki – „Witeź” drgnął, nachylił się i z miejsca ruszył „galopem”. Parę zwro­tów przez sztag, ażeby wydostać się na szer­szą wodę, i już dobrze znany szelest rozstę­pującej się przed piersią żaglo­wego statku fali zaczyna pieścić nasz słuch: to morze, wielkie, pełne morze szepce nam na ucho o tem, jak gdzieś tam daleko... coś tam się chwieje, coś tam się dzieje...

Zboku podbiega pękaty kuter, błyszcząc smarami i polero­waną miedzią. Dymem zasnuł całą Pucką zatokę – wiadomo, im rycerz mniejszy, tem więcej hałasu wyczynia – z kłębów dymu wynurzają się znajome twarze: to kapitan portu z żoną odprowa­dzają nas poza obręb właś­ciwego portu. Jeszcze raz pożegnania, żarciki na temat wielkości naszego korabia i braku na nim kominów – kuter zakręcił i zniknął w dymie. Poza nim wzbiły się na maszcie wojennego okrętu jakieś kolorowe płatki... Aha, to sygnały flagowe... „Podhalanin”[4] do nas coś mówi?

„Szczęśliwej drogi” czytamy alfabetem „Code’u”.[5] Nie mamy zbioru flag na „Witeziu”, więc serdeczne uczucia wdzięcz­ności za dobre życzenia wyra­żamy salutem: dumnie wznosząca się na naszym maszcie bandera Yacht-Klubu schyla się do połowy masztu i znów wylata na jego wierzchołek.

„Bywaj mi zdrowy, kraju kochany”;

Zostaliśmy sami. Wiatr przeciwny. Więc ogromnym „halsem”[6] aż pod mury Gdańska płyniemy wzdłuż brzegu, poczem zmie­niamy kurs wprost na latarnię morską na Helu.

Zmrok zapadł, kiedyśmy okrążyli półwysep i wydostawszy się na pełne morze, skierowali się wzdłuż brzegu ku nikną­cym już w mroku cyplom Rozewia. Spokojne, duże fale z powagą jedna drugiej odda­wały nasz jachcik, który wypeł­niw­szy swe żagle pomyśl­nym wiatrem, sunął szparko, roztrącając je wcale bezce­re­monjalnie, jakgdyby tutaj nie one, lecz właśnie on, „Witeź”, był włoda­rzem prawdziwym.

Podobała mi się ta jego zadzierzystość, jachtu tego bowiem przedtem nie znałem. Dobrze zaczyna – pomyś­lałem w duchu: mały, ale zuchowaty, nic sobie z pomruków morza nie robi.

Istotnie „Witeź” szedł doskonale: szybko, spokojnie i lekko ślizgał się po toni morskiej, zostawiając za rufą długą smugę skotłowanej wody.

Latarnia morska w Jastarni błysnęła jarzącem się okiem i zaczęła szybko niem wodzić po morzu, jakgdyby szukała tam czegoś. W jej blaskach fale na tle ciemnej nocy łyskały tajemniczą, prawie mistyczną poświatą. Czarna głąb morza stała się jeszcze czarniejsza i mrok zupełny otoczył nas nieprzejrzystą zasłoną.

Z nastaniem nocy ukazały się na morzu liczne światełka okrętów, płynących, tak jak i my, wzdłuż brzegów półwyspu. Od czasu do czasu przesunął się blisko, jak widmo bezgłośne, jakiś statek rybacki, który wbrew przepi­som żeglars­kim nie miał żadnych świateł rozpoz­naw­czych na masztach. Byliśmy na szlaku morskim, wiodą­cym od brzegów niemiec­kich i duńskich do Gdańska, Królewca i dalej. Na światła te trzeba było pilnie uważać, ażeby nie zetknąć się przypad­kiem z jakim okrętem...

O świcie minęliśmy ostatnią naszą latarnię morską na Rozewiu i wziąwszy kurs NW3/4W, wprost na szwedzkie porto­we miasto Karlshamn, zaczęliśmy się szybko oddalać od brzegów. Statki będące na szlaku morskim jęły stop­niowo roztapiać się we mgle, aż znikły z oczu zupełnie. Zostały tylko mewy; jak białe płatki kwiatów unosiły się w powiet­rzu, to zniżając się nad samą powierzch­nię wody, to szybując nad statkiem; czarnemi pacior­kami oczu zaglą­dały ciekawie w zakamarki jachtu, wreszcie, speł­niwszy snadź swe obowiązki konwo­jentów, zawró­ciły gromadnie i poleciały ku brzegom.

„Witeź” mknął dalej. Pod koniec drugiego dnia podróży byliśmy już na prawdziwej wodnej pustyni: nic, tylko woda i niebo.

Środek Bałtyku posiada obszary o nieznacznej stosunkowo głębokości 20,12, a nawet 8 m. Są to mielizny: Środkowa, Sztolpska i inne. Dlatego przez środek jego nie przechodzi żaden szlak morski. „Witeź” jednak, jako korab mały, mógł nie brać w rachubę tych przeszkód i rwał prosto do celu.

Ustaliłem tryb życia, podział na wachty[7] i kolejność służby załogi: wachty dzienne po cztery godziny, nocne po trzy. Towarzysze podróży szybko dosto­sowali się do warunków służby i braku przestrzeni na jachcie i w drugim już dniu stanowili dobrze zgraną załogę.

Sztark, biegły w sprawach gastro­no­micznych, objął funkcję gospodarza, skarbnika i zarazem dostoj­nika piastu­ją­cego niesły­chanie ważny na statku urząd koka,[8] czyli mistrza sztuki kuli­nar­nej, a urząd swój – w imię prawdy histo­rycz­nej muszę tutaj zaznaczyć – pełnił nietylko ze znajo­mością rzeczy, ale tak gorliwie, że jedyne ognisko na „Wite­ziu”: nieoce­niony „Primus”, dzień i noc syczał bez przerwy. Potem były przerwy, lecz o tem niżej. Niezależnie od tego peł­nił obowiązki żeg­larza przy czynnościach zbioro­wych załogi. My, pozostali czterej, stano­wi­liśmy dwie wachty, zmieniające się pokolei; ja, z natury rzeczy, objąłem ponadto funkcję oficera nawigacyjnego.[9]

Dzień minął bez zdarzeń. Nastała noc chmurna i dostatecznie wietrzna, ażeby statek nasz z tą samą szybkością mógł dalej pędzić przed siebie.

Na „psiej wachcie”,[10] która wypadła mi tej nocy w udziale, dopędziły mię obrazy, wrażenia i myśli pozostawione na dale­kiem już polskiem wybrzeżu. Dlaczego nikt nie wierzył, że wycieczka ta dojdzie do skutku? Przygotowania nasze zabrały kilka dni czasu – to prawda. Była to pierwsza w ogóle podróż pols­kiego jachtu na wody zagraniczne – nasze urzędy morskie nie były przygo­to­wane na podobne przedsię­wzięcie, jakkol­wiek uczyniły wszystko, ażeby nam przygo­to­wania ułatwić. Wdzięcz­ność mam również wielką dla naszej marynarki wojennej z jej dowództwem na czele za pomoc okazaną i zaopatrzenie nas w niektóre wydaw­nictwa morskie i mapy szczegó­łowe, których nam było brak. Potem znów dwa dni zatrzy­mał nas Kapitanat Portu Gdyni z powodu jakiegoś tam cyklonu, który aż z zatoki Botnic­kiej zameldował się w Gdyni, gdzie miał zamiar i istotnie złożył wizytę. I to nic. Ale dlaczego nie wierzono w powo­dzenie naszej wyprawy? Oficerowie marynarki kiwali niedo­wie­rza­jąco głowami i znacząco się uśmiechali, jakkol­wiek imprezą samą intere­so­wali się żywo i szczerze powodzenia życzyli. Że „Witeź” mały? Że drużyna pierwszy raz zebra­ła się w zespół załogi? Być może. Tem bardziej „Witeź” musi podróż tę odbyć.

Zapewne, w powątpiewaniach tych była pewna doza słuszności. Ja jednak na poparcie swych postano­wień miałem argu­menty, o których nie wszyscy, być może, wiedzieli.

Yacht-Klub Polski, towarzystwo, które się zorganizowało w r. b., wykonał pewną – znaczną nawet – pracę około ugrunto­wania podwalin polskiej turystyki morskiej i sportu morskiego wogóle: zbudował własną przystań, uzyskał siedzibę w Gdyni, sprowa­dził łodzie żaglowe i – co najważ­niejsze – zakupił dwa statki morskie żaglowe. Jeden z nich – to właśnie nasz „Witeź”, na którym płyniemy. Na zakoń­cze­nie prac tego­rocz­nych należało koniecz­nie odbyć wycieczkę dalszą, ażeby zachęcić wątpiących, pokazać na żywym przykła­dzie, że jacht nietylko do zdobycia puharu na regatach służy, lecz może iść w zamorskie, dalekie nawet kraje. Wszak pomimo odzyskania wybrzeża morskiego jesteśmy dotychczas lądo­wem społe­czeństwem, nie mamy zaufania do morza, boimy się jemu swe kapitały powierzyć, kategorje naszego myślenia są czysto lądowe. Jak najśpiesz­niej potrzeba nam się zabrać do pracy, zbliżyć społe­czeńs­two do morza, skąpać je poprostu w wodzie, wychować poko­lenie ludzi znających morze, rozmiło­wa­nych w niem do najwyższej tęsknoty. Niech jachty nasze staną się pionierami tej idei, niech rozwiną bandery polskie na wszystkich morzach Europy, zanim – jak mówi o naszych przodkach stary kronikarz, że „zawsze do morskich wypraw chciwe wyciągali ręce, najwięk­sze swe bogactwo upatrując w okrętach” – i my do morza chciwie wyciągniemy ręce.

Tak jest. „Witeź” musi iść naprzód, choćby wszystkie żagle jego miały pójść w strzępy!

Kołysany dość wysoką falą i ogarnięty ciemnością nocy, która na siedem rygli zamknęła widnokrąg, puściłem wodze marzeniom...

Na prawo błysnęło coś w mroku, jakgdyby błyskawica daleka. Oddałem ster wachto­wemu i wziąłem lornetę. Nic. Kołyszą się pagóry wodne, zasłaniają co chwila widnokrąg. Jest! znowu w tem samem miejscu błysnęło. Co to być może? Latarnia, morska na skale Utklippant? Za wcześnie. Jesteśmy na środku Bałtyku, cokol­wiek bliżej już Skan­dy­nawji. A zresztą... Kompas niewypróbowany i log[11] nowy zupełnie. I jeden i drugi mógł nakłamać. Może to Utklippan. Dalekie, bardzo dalekie światło, raczej poświata, błysnęło znowu.

Z kajuty wynurzyła się postać p. Aleksandrowicza, który wychodził ze swoim wachtowym, p. Laudańskim, zmienić mię z psiej wachty. Podzie­liłem się z nim swemi spostrze­żeniami. Chwilami widać już błyski nawet gołem okiem – właśnie takie, jak na Utklippan. Możliwe, że fałszywy kompas wypro­wadził nas zanadto na południe i że zrówna­liśmy się już z temi niebez­piecz­nemi rafami. Zmieniłem zatem kurs na N i podciąg­nąwszy szkoty żagli, skierowaliśmy się na północ, ażeby ściśle określić miejsce statku na morzu. Światła jednak po godzin­nem migotaniu znikły.

Były to, jak się okazało, niesłychanie dalekie odbicia na chmurach świateł latarni morskiej Oeland-Udde na wyspie Oeland, czego narazie, dzięki małemu wznie­sieniu pokładu „Witezia” nad poziomem wody (60-80 cm) i nieustan­nemu zasła­nianiu widno­kręgu przez fale, nie można było stwierdzić.

Legliśmy tedy na dawny kurs NW3/4W i tak szliśmy do świtu.

Dnia tego, przed wschodem słońca, oglądaliśmy niezmiernie rzadkie zjawisko świetlne. Widziałem wiele wschodów słońca na morzu, zjawiska takiego jednak nie zdarzyło mi się nigdy zaobserwować. Oto lada sekunda miała się ukazać tarcza słońca na widnokręgu. Niebo chmurne. Już obłoki nad morzem przybrały barwę rozżarzonych węgli, za chwilę rąbek słońca zabłyśnie...

I zamiast słońca wychynęła z wody w tem miejscu nagle – kula zielona: jaskrawo zielona, z ostro zaryso­wa­nemi krawę­dziami, o średnicy mniej­szej od średnicy słońca (1/2 wiel­kości) – jak bania szklana zabłysła i zgasła. Bezpośrednio potem ukazała się kra­wędź słońca. Zjawisko to trwało jedną sekundę.

Z nastaniem dnia ukazały się dalekie jeszcze wybrzeża Skandynawji: szereg wzgórz porosłych, jak okiem sięgnąć, niewysokim lasem.

Określiwszy punkt uzyskany,[12] zmieniłem kurs na W i po kilku godzinach przecho­dzi­liśmy już pomiędzy płaską wyspą z latarnią morską tejże nazwy Utlängan a wspomnianą Utklippan. Teraz można było dobrze obejrzeć tę, stojącą daleko bardzo od brzegu na samotnej skale, latarnię morską, ostrzega­jącą żeglarzy o istnieniu w tem miejscu całej plejady raf podwod­nych i nadwod­nych, o które w tej chwili z wściek­łym grzmotem rozbi­jają się fale. Biada okrętowi, któryby się pomiędzy nie dostał!

A zatem „Witeź” przepłynął już morze. Nic, że mały. Wartko płynął, bo oto niespełna w dwie doby jesteśmy tutaj... zdaleka widać wieże Karlskrony.

Jesteśmy dumni ze swego okrętu, który zostawiwszy Scyllę i Charybdę za sobą, teraz wesoło pruje szwedzkie już wody. Z głębi kajuty rozlega się szum „Primusa”; nasz „konsul kok” (p. S. był polskim konsulem w Kolonji i na Murmanie) puścił już w ruch aparat do pokrze­piania sił nadwątlo­nych nocnem czuwaniem załogi. Wiemy, że posypią się wnet jak z rogu obfitości różne kanapki, krajanki, konserwy, smażone smakołyki – co kto woli – a nadewszystko dosko­nała gorąca herbata; to też w miłym nastroju dzielimy się wraże­niami i oglądamy domy, wille i wieże, najpilniej zaś rozrzu­cone dość obficie wiechy[13] i baki,[14] wskazujące mielizny i skały podwodne, których tu legjon.

Przed nami w niebieskawej dali zamajaczyły trzy wiechy. Poleciłem wachtowemu sterować na te znaki, a sam zeszedłem do kajuty.

– Panie kapitanie – słyszę po chwili głos sternika – jedna wiecha dym puściła.

– Nic nie szkodzi – odpowiadam z wymuszoną powagą – tak trzymać.

– Jest – brzmi odpowiedź – tak trzymać.

Najdalsza z tych wiech wyglądała, jak wyrastający z wody komin fabryczny odległego jeszcze bardzo Karlshamnu, czego zresztą nie można było stwierdzić.

Płyniemy tedy dalej wprost na tę dymiącą wiechę, przerzucając się beztroskiemi żartami na temat niezwyk­łych sposobów znakowania mielizn, używanego przez Szwedów, mijamy kolejno miasta: Karlskronę, Sturk-ö, Rönneby i inne pomniejsze, a przed wieczorem, okrążywszy wyspę Tärn-ö, skręcamy na północ i wpływamy do fiordu, na końcu którego leży cel naszej podróży – Karlshamn.

Roztrącając piany przed sobą pełnemi żaglami, wpada „Witeź” do portu i zatoczywszy połkole, o godz. 17-tej staje na kotwicy w przystani jachtowej.

Z przystani przeciągnęliśmy się do nabrzeża.

Na pokładzie zawrzała gorączkowa praca: trzeba żagle zwinąć, liny ułożyć, pokład zmyć wodą, a dopiero wtedy można myśleć o sobie. To też w pół godziny „Witeź” tak wyglądał, jakgdyby nie był w żadnej podróży: wysoki, smukły, biały jak łabędź stanow­czo wyróż­niał się korzystnie pomiędzy różnemi statkami i jachtami, stojącemi w porcie.

Przybyliśmy do kraju prohibicji, gdzie sprzedaż trunków alkoholowych jest prawem wzbroniona.

A oto pierwszymi ludźmi, którzy wyrośli na brzegu nad pokładem „Witezia”, byli dwaj pijani marynarze. Bezmyślnie i dobro­dusz­nie przyglą­dali się zgóry naszemu okrętowi i sztormo­wali na lądzie. Z rękami założo­nemi w kieszenie walczyli srodze z prawem zachwia­nej swej równo­wagi, starając się bezsku­tecznie utrzy­mać na rumbie.[15] Z pół godziny trwało to upor­czywe badanie szczegó­łów naszego statku – bez słowa i bez gestu, poczem „wzięli kurs” na swój statek i cichutko, spokojnie, choć chwiejnie, się oddalili. Byli to, jak później objaśnił nas kapten-hamn, marynarze z obcego okrętu. Niech i tak będzie.

Szwecja... odsyłam tu ciekawego czytelnika do podręczników geografji, Baedekerów i t. p.

Powiem tylko: miły, spokojny, pracowity naród, kultura wysoka, kraj skał granitowych, szlifo­wa­nych w lodow­cowej epoce, a dziś poros­łych lasami, wśród których rozcią­gają się skrzętnie uprawione łąki. Kraj, w którym nikt nie krzy­czy, nikt się nie śpieszy, choć wszystko na czas jest zrobione, kraj ciszy, łagodnej prostoty i dobrobytu.

Jeszcze jedno: gdyby z policjantów robiono tu lekarstwa, napewno śmiertelność byłaby wielka. Policjant jest tu do pewnego stopnia muzeal­nym okazem, raczej histo­rycz­nym orna­mentem do sztafażu,[16] aniżeli człowiekiem. Biedacy, sami, zdaje się, to czują i mają miny znudzone śmiertelnie. Więzienia stoją pustkami.

O tem, żeśmy następnego dnia zwiedzali Karlshamn i okolice, a potem koleją udali się przez Rönneby do Karlskrony, wojennego portu Szwecji, że tam stoi pomnik Karola XI i są fabryki płótna żaglowego, nie będę pisał, bo tak się pisze o każdej europejskiej Mejszagole, do której nas dowiezie mniej lub więcej rozklekotany „express” (koniecznie express).

Z Karlshamnu wysłałem depesze powitalne: do posła polskiego w Sztokholmie i do konsula polskiego w Malmö, na które otrzymałem następujące odpowiedzi:

Sztokholm. 111199. 45. 24/. 1925. 13,10. Generał Zaruski Polski jacht „Witeź”, Karlshamn Dziękując najserdeczniej za pozdrowienia generała polskiego Yacht-klubu i załogi „Witezia”, witam panów na szwedz­kiej ziemi i żałuję, że nie mam sposobności ugosz­cze­nia dzielnej załogi pols­kiej w Sztokholmie. Życzę szczęśliwej drogi, donosząc, że przesła­łem szwedz­kiemu Yacht-klubowi kole­żeńskie pozdrowienia „Witezia”. Poseł Wysocki

Malmö. 03450. 31. 23/8. 11,35 stats. Generał Zaruski Ombord Polska segelyachten „Witeź” Karlshamn Witając serdecznie pana kapitana oraz panów członków Yacht-klubu Polski na wodach szwedz­kich, życzy przyjem­nego spędze­nia chwil na lądzie oraz szczęśliwej dalszej podróży Konsulat Polski

Trzeciego dnia rano na „Witeziu” panował znowu ruch ożywiony: rozwijano żagle z pokrowców, wcią­gano malutką szalupkę-łupinę na pokład, szukano w głębi jachtu miejsca dla zapasowej baryłki z wodą, która nigdzie nie chciała się zmieścić, załatwiano formal­ności portowe, przedstawiające się mniej więcej tak:

– Dokąd udaje się lust-yagd „Witeź”?

– Na Bornholm, do Rönne.

Good bye,[17] pomyślnego wiatru!

Według pojęć tych ludzi świat dla każdego stoi otworem: jeśli nie wieziesz na swym statku tytoniu i spiry­tusu i nie masz nic płacić – jedź, gdzie chcesz.

Zaszeleściły znów liny, wiążące nas z przystanią, i „Witeź” ruszył z miejsca, jak zwykle „z kopyta”, żegnany życzli­wemi ukło­nami Szwedów. Za portem widać było morze ciemno-granatowe, poorane brózdami spienio­nych grzebieni. Znać było, że na pełnem morzu dmie silny wicher – znowu pomyślny – tym razem od rumbów północnych. W prze­wi­dy­waniu tego nasze żagle były zmniejszone do 2/3. Jakoż za wyspą Tärn-ö zupełnie „świeży” nord-ost wyskoczył z za przylądka i poniósł nas, zda się, w powietrzu. „Witeź” tak szybko gnał przez wzburzone fale zatoki, że w niespełna godzinę dopędzi­liśmy i zosta­wi­liś­my za sobą duży parosta­tek, który port opuścił przed nami.

Parowiec ciężko nurzał się w falach i czerpał burtami całe „Niagary” wody, która chwilami dosię­gała najwyż­szych pomostów.

Na niebie jednak zaczęły się dziać rzeczy niedobre. Zachmurzony zlekka widnokrąg pokrył się ciemnemi plamami, pod któremi zwisały silnie nachylone firanki dalekich deszczów. Morze sczerniało, a fale jęły się tłoczyć bezład­nie, straciw­szy zupełnie orjentację co do kierunku. Już kilka razy przeszły nad nami przelotne wichry z deszczem, nachy­lając maszt „Witezia” ku wodzie.

Nagle dostrzegłem z lewej strony za rufą widok, który mię porwał na nogi: niedaleko już od nas, pod chmurą deszczową czarna toń wody zasnuła się cała białą płachtą skotłowanej piany. Aha, przemknęło mi w myśli, „szkwał z pyłem”...[18]

– Żagle refować! – krzyknąłem i skoczyłem z podwachtowym do masztu. „Skoczyłem” – to wyra­żenie właściwe, piękne, ale niepraw­dziwe: poczoł­gałem się, a raczej popełzłem na kolanach i rękach ku masztowi, gdyż „Witeź” wykonywał już skoki niezwykłe, na jachcie zaś, wiadomo, burt niema. Za mną popełznął podwachtowy pan B. Pan Aleksan­dro­wicz pozostał u steru i miał przyjem­ność obserwować wspaniały widok, który po chwili roztoczył się przed jego oczami. Ja byłem zajęty ciężką pracą refowania zgnie­cionego przez wichurę żagla i me miałem czasu na oglądanie „pejzażu” – tylko przelotnie, jednym rzutem oka.

Szkwał przyleciał jak jastrząb. Mój rozkaz został wydany za późno: czas od ukazania się wichury na małym z powodu niskiego poziomu pokładu widnokręgu „Witezia” nie przewyż­szał zapewne jednej minuty.

„Witeź” położył się na boku: pomimo wysiłków sternika, ażeby najostrzej przykręcić do wiatru, nietylko okienka kajuty, ale i dach jej zanurzył się w wodzie. Moment był zlekka krytyczny. Trzymając się liny nogą, co siły kręci­łem korbą refową, podczas gdy pan B. wypuszczał odpowiednią linę (grota-fał); czułem tylko, jak mnie jedna za drugą grzmocą po plecach wpadające na pokład fale.

Szkwał przewalił się nad naszemi głowami i „Witeź” się wyprostował.

O tem, że się podniesie, nie wątpiłem, przyznam się tylko po cichu – bałem się, czy maszt nie trzaśnie w połowie, boć przecie 17 m na 12 1/2 m długości jachtu to wysokość nielada.

Maszt jednak wyszedł z próby zwycięsko i statek nasz pędził dalej jak centaur[19] ścigany przez fale. Gwałtowne wichry nadla­ty­wały jeden po drugim.

Ukazała się malutka, ale wysoka wysepka Han-ö i wkrótce płynęliśmy już wzdłuż jej brzegu, kierując się na pełne morze. Wieczór się zbliżał. Oddzielne plamy chmur na niebie połą­czyły się na widno­kręgu w jeden ciemny zwał, z którego szły wichry coraz potężniejsze. Nie ulegało wątpliwości, że zbliża się sztorm długotrwały. W tych warun­kach rozsądek naka­zywał wyzys­kanie warunków najkorzystniejszych.

W pewnem miejscu wybrzeża dostrzegliśmy stojące spokojnie bez żagli maszciki statków rybackich.

– Tu jest przystań. Podejdźmy-no bliżej, zobaczymy, co tam jest.

Zmieniliśmy kierunek i walcząc ze wzmagającą się wciąż wichurą, zaczęliśmy się zbliżać do wyspy.

Już widać molo granitowe, oddzielne kamienie przy brzegu, a oto wejście do portu...

– A wiecie, panowie, zupa ze świeżych ryb?... co?

– Dobra rzecz – ktoś wtrącił niezdecydowanie.

Miałem zamiar tylko obejrzeć port i wejście do niego – tak, na wszelki wypadek. A tu... ten spokój w zacisz­nej przystani, świeże ryby... tam zaś... brrr... och, jak zimno, chwiejnie i mokro!

Niewiadomo, jak się to stało, dość, że „Witeź” nagle znalazł się u wejścia do portu i żagle opadły na pokład.

Byliśmy sami jakgdyby zdziwieni i niedowierzająco spoglądaliśmy na siebie. Niebawem jednak pogodzono się z lo­sem, upatru­jąc w tem palec Opatrzności, tem bardziej, iż przypom­niano sobie, że przedtem kilka­krotnie wyra­ża­łem życzenie zawi­nięcia do wyspy Han-ö.

– Tak nam było sądzone – zawyrokowała załoga.

Zaraz. Wyspa Han-ö. Co za wyspa? do jakiego króla należy? A otóż i ludność, mieszkańcy... No, wyłaźcie, wyłaźcie, wszystko jedno, zostaliście już odkryci!

Istotnie na molo wysypała się „ludność”. Rybacy, wyrostki, przyczłapali w drewnianych sabotach i spodniach sięga­ją­cych pod pachy na miejsce, gdzieśmy się przyciąg­nęli, i oglądali dziwo: zamorski jacht – do tego polski.

– Macie chłopaki po pierniku. To na ochotę. A starsi po kieliszku konjaku – tak zawyro­kował nasz kok i zaczął częstować.

– Bra, bra (dobre) – rozlegały się głosy wśród ludności.

Przyjazne stosunki zostały nawiązane. Krótka rozmowa z „gubernatorem”, którym okazał się pilot[20] miejscowy, uświado­miła nas o stosun­kach panujących na wyspie. Wyspa należy do króla szwedzkiego: 250 mieszkań­ców, 2 konie, 5 krów, kur i kaczek niemało. Jest latar­nia morska, szkoła, stacja ratunkowa – drogi nato­miast ani ścieżki na całej wyspie niema – to niepotrzebne: kto chce znaleźć się w innem miejscu, niż to, na którem stoi, ten płynie. Takie jest prawo na wyspie.

Tymczasem do burty „Witezia” podpłynęła szalupa, z której zaczęły śmigać na pokład srebrzyste flądry.

Nielitościwy kok czyhał już na nie. Niebawem o zmroku siedzieliśmy w zacisz­nej kajucie, po smacznej kolacji, pyka­jąc fajki i popijając herbatę. Ze złośliwym uśmiechem zadowolenia słuchaliśmy wycia wichury, która w bezsil­nym gniewie szarpała liny naszego statku i tłukła blokami o maszt. Za falochro­nem, przy którym staliśmy uwią­zani linami, grzmiał przybój sztur­mu­jącej burzy i gryzł granitowe posady: daremnie, potężne jego akordy nie mogły spłoszyć snu z naszych powiek, gdy okryci kocami ułoży­liśmy się na królews­kich swych kojkach,[21] marząc o flądrach i rozmaitych niebieskich migdałach.

Nazajutrz – zwiedzanie wyspy, latarni morskiej, stacji ratun­kowej i innych dziwów, do których należały gęsto rosnące na samym brzegu morza jeżyny i maliny. Obeszliśmy wyspę dookoła, fotogra­fo­wali, zbierali maliny, rozkoszo­wali się przepięknym i potęż­nym w swej grozie widokiem strasz­liwego przyboju fal u skalistych brzegów, oglądaliśmy „memento mori”[22] w postaci strzaska­nych i pogiętych stalowych szcząt­ków jakiegoś niemiec­kiego okrętu, który tu zakoń­czył swój żywot żeglarski, wreszcie, po dokładnem rozpatrzeniu się wśród skał i raf przybrzeżnych, wybraliśmy jedną największą, płaską zupełnie, przez którą w nieprze­partym pędzie raz po raz przewa­lały się rozju­szone fale – zwaną Malquarn – i guberna­to­rem jej miano­wa­liśmy p. Sztarka, jako że piastując niegdyś urząd konsula, biegły był w dyplo­macji i sztuce rządzenia. Poleciliśmy mu gorliwie zająć się wprowa­dze­niem na tej wyspie ogrod­nictwa ze szczegól­nem uwzględ­nieniem uprawy pomidorów, których właśnie nam na statku zabrakło, co nowomia­no­wany guber­na­tor solen­nie przyrzekł uczynić.

Na tem zakończyliśmy swe odkrywcze czynności dnia tego i wróciliśmy na statek, gdzie mieliśmy przyjąć zapowie­dzia­ną wizytę guber­na­tora wyspy Han-ö. Jakoż o nazna­czonej godzinie stawił się on w towarzyst­wie latar­nika z synkiem, chłopa­kiem lat dwunastu. Mili ludzie, obaj byli marynarze, byli zachwyceni wspaniałością wnętrza naszego okrętu, choć parę razy stuknęli głowami o niezbyt wysoką powałę tego wnętrza, i ujęci polską gościnnością.

Przed wieczorem pożegnaliśmy się serdecznie, poczem goście opuścili pokład naszego statku. Latarnik śpieszył, ażeby przed zmrokiem zapalić na górze morskie swe oko.

– No, dobrze, żeście panowie zaszli do naszego portu – rzekł na odchodnem gubernator – inaczej Polska miałaby dzisiaj o jeden statek mniej, niż miała ich wczoraj.

Niezupełnie godziłem się na poglądy pilota i mniemam, że Polska tak łatwo nie wyrzekłaby się swego statku.

Rankiem dnia następnego już nas w porcie nie było: pod zmniejszonemi znowu żaglami płynęliśmy na SW, ślizgając się po wielkiej fali, toczącej się od północnego zachodu. O godz. 11 dostrzegliśmy na widno­kręgu przylądek Hameren na Bornholmie, a o godz. 18-tej stanęliśmy na kotwicy w Rönne, pięknem duńs­kiem miasteczku i zarazem miejscu kąpielowem Bornholmu.

Tu więcej brunetów, temperamenty żywsze i żywsze dla Polski sympatje. Nie zapomnę owacji, którą zgotowali nam oficerowie przecho­dzącego obok nas na pełnem morzu duńskiego parostatku. Nie wiem, czy uradowała ich polska narodowa bandera „Witezia”, czy widok jachciku, bujającego na ogromnej fali, dość że gdy zrównali się z nami, nagle na wszyst­kich pomos­tach wyleciały czapki dogóry i długo w powiet­rzu się chwiały. Odpowie­dzie­liśmy im tem samem.

Osobliwością Rönne – jak całej Danji – jest mnogość rowerów. Nikt tu nie chodzi, wszystko się toczy na kółkach: dorośli, dzieci, matki z trojgiem niemowląt, ślusarze, kominiarze, koszyki, pakunki – wszystko jedzie kręcąc pedały.

Po jednodniowym pobycie na Bornholmie ruszyliśmy do dalekich jeszcze brzegów ojczystych. Morze gniewne było od samego już rana. Wielkie, rozległe i głębokie wały z szumem toczyły się jeden za drugim, zawija­jąc się na wierz­choł­kach w festony fantastycz­nych grzebieni. „Witeź”, niezrów­nanie lekki i lotny, znako­micie przewijał się pomiędzy rozchwia­nemi wzgó­rzami, to spadając na same dna dolin, to stając dęba na spienionych ich czubach. Nieraz zdawało się: ot ten dziad siwy, wysoki i sierdzisty, zdaleka już wyróż­nia­jący się rozwich­rzoną swą brodą – ten już niechybnie zwali się nam na pokład. Już tu, już jest nad naszemi głowami, ryczy jakieś przekleństwa z rozwar­tej swej pasz­czy, aliści... fajt – „Witeź” siedzi na jego głowie, a dziad pokonany wali się plackiem w dolinę...

Popołudniu stan morza i zachmurzonego nieba pogorszył się jeszcze. Barometr spada, a w miarę tego wzmaga się falo­wanie morza. Szkwały doganiają nas nieustannie. O godz. 17-tej zmniejszyliśmy do połowy żagiel główny i fok-żagiel[23] nr. 2 zmieni­liśmy na sztormowy; o godz. 21-szej (9-tej wiecz.) w dzien­niku okrętowym „Witezia” falo­wanie morza okreś­lone zostało liczbą 6 według skali 9-stopniowej.

Zaczęła się noc niespokojna.

Ponieważ biegliśmy ze sztormem pomyślnym, było rzeczą nad wyraz trudną utrzymać statek na rumbie. – To też wiatr uderzał co chwila to z jednej strony żagla głównego, to z drugiej, grożąc nagłem przerzu­ceniem go na burtę przeciwną i katastrofą w omasz­towaniu, zwłaszcza że i tak przy nachylaniu się statku koniec ogromnego boma[24] raz po raz pruł nadbiegające fale, wyrzucając fontanny wody dogóry i dając podstawy do obaw o jego całość. Pomimo starań grot kilka razy z grzechotem bloków i trzaskiem przele­ciał na drugą stronę, wstrzą­sając jachtem potężnie. Za każdym razem miało się wrażenie, że liny masztowe uderzenia tego nie wytrzymają i pękną, a wtedy olbrzymi maszt zwali się nam na głowy. Ostatecznie zmu­szeni byliśmy koniec boma podnieść wysoko dogóry, a cały żagiel przyciągnąć do płasz­czyzny środkowej statku, przez co utworzył się balon, który spokojniej już niósł nas przez morze.

Wskutek wichury latarnie „Witezia” nieustannie gasły – nie pomogło nawet otulanie szczelin szmatkami: były chwile, gdy żadne światło, nie wyłączając latarni kompasu, na statku się nie paliło i ogar­niała nas ciemność zupełna. Wówczas musiało się sterować żeglarskiem wyczuciem kierunku i ruchami białego widma, żagla głównego.

Przed świtem fale dosięgły największych rozmiarów: to już nie były fale Bałtyku, ale oceanowe wprost fale, którym nieraz miałem sposob­ność przyglądać się zbliska. Ogromne, potężne szły z niepowstrzy­ma­nym rozpędem jak moc jakaś głucha i ślepa. Pomimo to – miło mi to stwierdzić – zapis w dzien­niku okrętowym o tej godzinie brzmiał:

„Witeź” na falach doskonale się trzyma”.

Błysnęło światło latarni morskiej. Niemiecki brzeg. Co za latarnia? Po długości jej błysków rozpoz­naję latarnię Scholpin. A zatem dobrze: pomimo bała­mutności odchy­leń magne­tycznych w okolicy Bornholmu kurs mamy dobry i wycho­dzimy tam, dokąd zmierzaliśmy.

Zmieniam kurs bardziej ku wschodowi i po kilku godzinach jesteśmy już na trawersie innej latarni morskiej – Stilo.

Z brzaskiem dnia zobaczyliśmy z prawej burty brzegi niemieckie, a przed sobą zasnute niebieskawą mgiełką dalekie wzgórza Rozewia, Byliśmy już w domu.

Dziennik okrętowy notuje tu dane:

„Szkwały. O godz. 5-tej trawers Rozewia. O godz. 9-tej trawers Jastarni, o 12-tej latarnia na Helu”.

Rozgniewane jednak na „Witezia” za porażkę swą morze nie chciało go wpuścić do Gdyni. Pięć godzin jeszcze zmu­szeni byliśmy lawi­rować w zatoce Gdańskiej przy prze­ciwnym wietrze i szkwałach, które go srodze tłukły po bokach, zanim zarzuci­liśmy kotwicę w tem samem miejscu redy gdyńskiej, z którego dziesięć dni temu wyru­szyliśmy na eksplo­ra­cyjną[25] wycieczkę. Tłumów i tym razem nie było: przybi­liśmy cicho i niepo­strze­żenie do połud­niowego falo­chronu, niemal do tych samych słupów, przy których staliśmy.

Na tłumy czas jeszcze nie przyszedł.

Wycieczka ta, na której tak bardzo mi zależało, spełniła swoje zadanie: wykazała wszystkim intere­su­ją­cym się rozwo­jem naszego żeg­lars­twa, że nawet na małych statkach – zanim na wielkie się zdobę­dziemy – przy dobrej woli można odbywać piękne podróże.

Potrzeba tylko chcieć.

A jeśli okręt jest mały, należy zdobyć się na większy zasób wytrwania i czujności, w myśl klasycz­nej odpo­wiedzi danej synowi przez ową matkę-Spartankę: „Powiadasz, że miecz masz za krótki? Postąp krok naprzód, a dosięg­niesz nim wroga”.


 

[1] Molo – część nabrzeża portu, do której przybijają statki.

[2] Falochron – mur odgraniczający port od pełnego morza.

[3] Pilawa – port niemiecki na wschodniem wybrzeżu Bałtyku.

[4] „Podhalanin” – torpedowiec naszej floty wojennej.

[5] „Code” – księga sygnałów flagowych.

[6] Hals – kurs statku żaglowego.

[7] Wachta – część składowa załogi, a zarazem dyżur służbowy.

[8] Kok – kucharz.

[9] Oficer nawigacyjny wyznacza drogę okrętu.

[10] Psia wachta – dyżur od godz. 24-tej do 3-ciej.

[11] Log – przyrząd do mierzenia szybkości biegu statku.

[12] Punkt uzyskany – w żegludze punkt, w którym w danej chwili statek się znajduje.

[13] Wiecha – znak w postaci wysokiego drąga, umocowany do kotwicy, wskazujący mieliznę.

[14] Baka – znak w postaci wieżyczki na brzegu.

[15] Rumb – kierunek według kompasu.

[16] Sztafaż – to wszystko, co otacza pewien przedmiot dla ozdoby.

[17] Good bye (czytaj: gud baj) – do widzenia.

[18] Szkwał – nagły, gwałtowny wicher.

[19] Centaur – postać mityczna o ludzkiej górnej części ciała (po pas) i końskim tułowiu.

[20] Pilot – starszy i doświadczony marynarz, który wypływa na spotkanie okrętu i wprowadza go do portu lub przeprowadza przez miejsca niebezpieczne.

[21] Koja, zdrobn. kojka – kanapa, łóżko.

[22] Memento mori – ostrzeżenie: pamiętaj o śmierci.

[23] Fok – trójkątny żagiel mniejszy na jachcie.

[24] Bom – drewno dolne żagla głównego.

[25] Eksploracyjny – badawczy.

 
Calendar

« February 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          

Zima

– Śnieg pada zimą. Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm…
– Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. Ale nawet do najlepszej odpowiedzi zawsze da się coś dodać. Nie odejmować, a dodać.

* * *

Od kiedy pamiętam, słowo „zima” wywołuje u mnie zawsze jedno skojarzenie: widzę wtedy obraz Myśliwi na śniegu (1565) Pietera Breughla Starszego.
Nie wiem, dlaczego. Ani nie jest to mój ulubiony obraz, ani nie chadzam na polowania, zima też (do przeprowadzki na Florydę) nie była moją ulubioną porą roku – ale fakt jest faktem, niezależnie od tego, jak bardzo bym się sam sobie dziwił.
Zdziwienie jest tym większe, że pamięć podsuwa detal, a nie jest nim ani biała płaszczyzna śniegu na pierwszym planie, ani skulone trzy sylwetki (z których jedna ledwo widać) łowców wracających z jednym marnym lisem i zmęczonymi, kulącymi ogony pod siebie psami, ani ludzie przy ogniu, ani nawet łyżwiarze na sadzawce. Detalem tym jest lecąca sroka, czarnym krzyżem nakładająca się na górski krajobraz.
Że to sroka – choć na drzewach siedzą wrony i być może kawki – wnioskuję po ogonie. I po innym obrazie Breughla Starszego – Pejzaż z szubienicą, mającego też inny tytuł: Sroka na szubienicy (1568). Sroki są tam nawet trzy: ta tytułowa siedzi na belce rusztowania, druga – na kamieniu obok, a trzecia leci. Sroki lubią towarzystwo. Breughel lubił sroki. Ja też je lubię.

„Schematyzm” – powiedział kolega po przeczytaniu tego fragmentu. – „Stereotypy. Jest zima, to musi być Breughel. Czterysta pięćdziesiąt lat, to co chcesz? Odwiecznych praw natury nikt nie zmieni.”

* * *
Zima – jedna z czterech podstawowych pór roku
w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Na półkuli północnej charakteryzuje się najniższymi temperaturami powietrza w skali roku, umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego, zazwyczaj zestaloną (zamarzniętą) formą opadu i osadu atmosferycznego,
a większość świata roślin i zwierząt przechodzi okres uśpienia.

Za zimę klimatyczną przyjmuje się okres roku (następujący po jesieni), w którym średnie dobowe temperatury powietrza spadają poniżej 0°C (32°F).
Zasadniczo zimę poprzedza jesień, jednak pomiędzy tymi okresami znajduje się klimatyczny etap przejściowy - przedzimie.

Zima astronomiczna na półkuli północnej rozpoczyna się
w momencie przesilenia zimowego (w 2016 – 21 grudnia)
i trwa do momentu równonocy wiosennej (w 2017 – 20 marca). Daty przesilenia i równonocy są zmienne, czasem wypadają dzień wcześniej lub dzień później,
a w roku przestępnym mogą być dodatkowo cofnięte o jeden dzień.
Podczas zimy astronomicznej dzienna pora dnia jest krótsza od pory nocnej, jednak z każdą kolejną dobą dnia przybywa,
a nocy ubywa.

W dniu przesilenia zimowego, przypadającym na grudzień, Słońce góruje w zenicie nad półkulą południową na szerokości zwrotnika Koziorożca. Na półkuli północnej jest to najdłuższa noc
(i najkrótszy dzień) w roku.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia zimowego w centrum Warszawy – na 52°14' szerokości geograficznej północnej – wynosi 14°20'.

Przesilenie zimowe w większości kultur było okazją do świętowania „odradzania się Słońca”.
W starożytnym Rzymie obchodzono Saturnalia, w Persji – narodziny Mitry, boga Słońca. Plemiona germańskie obchodziły Jul, Słowianie – Święto Godowe.
Chrześcijaństwo, od IV w., obchodzi zimą – 25 grudnia – dzień urodzin Jezusa. Dlaczego akurat 25 grudnia – różnie powiadają o tym, ale zamieszanie z datami zaczęło się dopiero po zastąpieniu niedokładnego (wobec Słońca i Księżyca) kalendarza juliańskiego nowocześniejszym kalendarzem gregoriańskim.
Na Zachodzie, gdzie kalendarz gregoriański przyjął się niemal od razu, pozostano przy nominale daty, bez względu jak się to miało do wyliczeń dawniejszych, zatem Boże Narodzenie wypada tam 25 grudnia. Na Wschodzie w liturgii obowiązuje starodawny kalendarz juliański, ale życie świeckie toczy się wg obowiązującego kalendarza gregoriańskiego. Stąd juliański 25 grudnia przypada na gregoriański dzień 7 stycznia.
Dwa tygodnie wielkiej różnicy nie czynią, świętować można podwójnie – grunt, że obie daty zimowe są.

Od czasów rzymskich, dokładnie od 46 r. p.n.e. w zimie, 1 stycznia, obchodzony jest również początek nowego roku.

W dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej, wypadającym w marcu, Słońce góruje w zenicie nad równikiem
i przechodzi przez punkt Barana. Na półkuli północnej zima się wtedy kończy i rozpoczyna się wiosna. Teoretycznie.
Istnieje bowiem nordycka przepowiednia o tym, że pewnego razu przyjdzie Wielka Zima trwająca trzy lata – Fimbulvinter, która poprzedzi zmierzch bogów – Ragnarök. Że przy okazji zginą ludzie, jest oczywiste, a Normanowie podali to dodatkowo we własnej stylistyce: głód nastanie tak straszny, że ludzie zjedzą się nawzajem, lądy najpierw spustoszy ogień, a później zaleje morze – czyli nastąpi koniec świata.
Czyli, wypisz wymaluj, Wikingowie stworzyli obraz termonuklearnej zimy.
Jest też co prawda akcent optymistyczny, a jakże: po tym wszystkim nastanie era szczęśliwości i nowy świat, bo ponoć jedna para ludzka ocaleje. Pozostaje tylko pytanie: i po co to wszystko?

Jeśli ktoś się chce utrzymać w klimacie i to bez happy endu, niech przeczyta powieść Nevila Shute'a Ostatni brzeg (1957), albo obejrzy jedną z dwóch jej adaptacji filmowych. Moim zdaniem ta starsza (1959), z Gregorym Peckiem, Avą Gardner i Anthonym Perkinsem, jest lepsza.

* * *

Zima to słowo wywodzące się niemal wprost z naszej językowej przeszłości.
Etymologicznie jego najbliższy krewniakiem jest słowo himā (हिमा) ‘mróz, chłód, śnieg’ (Himalaje to ‘dom chłodu / mrozu / śniegu’), które zachowało się w sanskrycie, najstarszym zapisanym (z należących do wspólnoty praindoeuropejskiej) języku, w wersji wedyjskiej sięgającym połowy drugiego tysiąclecia p.n.e.
W hindi himā to również ‘lód’.

Zima w językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
:

białoruskiзіма [zima]
bośniackizima
bułgarskiзима [zima]
chorwackizima
czeskizima
kaszubskizëma
litewskižiema
łatgalskizima
łużycki (dolny)zyma (też: zymje)
łużycki (górny)zyma
łotewskiziema
macedońskiзіма [zima]
rosyjskiзима [zima]
serbskiзима [zima]
słowackizima
słoweńskizima
ukraińskiзима [zima]
żmudzkižėima

Zadziwiająca jednomyślność!

Przysłowia związane
z zimą:

Będzie zima, będzie mróz,
będzie ptaszek jajka niósł.

Deszcze Michałowe
prawią w zimie powietrze zdrowe.

Gdy tęga zima nastanie
w pierwiotku adwentu,
ośmnaście tygodni
nie spocznie ani momentu.

Idzie zima, a tu butów nie ma.

Idzie zima,
a tu chleba nie ma;
mój Ty Panie z nieba,
daj nam chleba.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Jaka zima, takie lato.

Kafla z pieca, szybki z okna,
a tu zima, butów ni ma.
[t.j. zbytków mu się zachciewa, a butów nie ma]

Kiedy się liść gęsto trzyma,
nie tak prędko będzie zima.

Kiej w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto zimie próżnuje, ten lecie musi być leniwy.

Na modrzewiu zima
niedługo trzyma.
[Góralskie: śnieg, gdy spadnie zanim modrzew zrzuci igły, zniknie prędko, bo na nich nigdy nic leży długo.]

Na świętego Grzegorza [12 marca]
idzie zima do morza.

Połowa zimy, połowa pastwy.

Późna zima długo trzyma.

Słaba zima, kiepskie lato.

Spyta cię zima zarazem:
byłżeś w lecie gospodarzem?

W pierwszym tygodniu
pogoda stała,
będzie długo zima biała.

W zimie koła, w lecie sanie robić.

W zimie odkryte ucho,
to w lecie sucho.

W zimie: komin nam ojcem,
fajerka matką,
kożuch dobrodziej,
a zapiecek chatką.

Zima następuje tęga,
póki głowy twej nie sięga;
postaraj się o barana,
a chwal niebieskiego Pana.

Zima nie jednemu zajrzy pod napiętki.
[niejednemu dokuczy, da się we znaki]

Zima nie pyta, gdzie się lato podziało.

Zima, jak w psiarni.

Zimą to człek siedzi doma,
albo pije gdzie u kuma.

Zimę uśmierza wiosna,
wiosnę lato niszczy.

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

(na samej górze był Ionesco)

Jeszcze o zimie
(bez powodu, wybrane na chybił trafił):

Maria Konopnicka
Zła zima

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa...
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!

 

Maria Konopnicka
Ślizgawka

Równo, równo, jak po stole,
Na łyżewkach w dal...
Choć wyskoczy guz na czole,
Nie będzie mi żal!

Guza nabić – strach nieduży,
Nie stanie się nic;
A gdy chłopiec zawsze tchórzy,
Powiedzą, że fryc!

Jak powiedzą, tak powiedzą,
Pójdzie nazwa w świat;
Niech za piecem tchórze siedzą,
A ja jestem chwat!

 

Maria Konopnicka
Zmarźlak

A widzicie wy zmarźlaka,
Jak się to on gniewa;
W ręce chucha, pod nos dmucha,
Piosenek nie śpiewa.

— A czy nie wiesz, miły bracie,
Jaka na to rada,
Gdy mróz ściśnie, wicher świśnie,
Śnieg na ziemię pada?

Oj, nie w ręce wtedy dmuchaj,
Lecz serce zagrzewaj,
Stań do pracy, jak junacy,
I piosenkę śpiewaj!

 

Maria Konopnicka
Rzeka

Za tą głębią, za tym brodem,
Tam stanęła rzeka lodem;
Ani szumi, ani płynie,
Tylko duma w swej głębinie:

Gdzie jej wiosna,
Gdzie jej zorza?
Gdzie jej droga
Het, do morza?

Oj, ty rzeko, oj, ty sina,
Lody tobie nie nowina;
Co rok zima więzi ciebie,
Co rok wichry mkną po niebie.

Aż znów przyjdzie
Wiosna hoża
I popłyniesz
Het do morza.

Nie na zawsze słonko gaśnie,
Nie na zawsze ziemia zaśnie,
Nie na zawsze więdnie kwiecie,
Nie na zawsze mróz na świecie.

Przyjdzie wiosna,
Przyjdzie hoża,
Pójdą rzeki
Het do morza!
 
 
Jeremi Przybora
Na całej połaci śnieg

Na całej połaci śnieg.
W przeróżnej postaci śnieg.
Dla sióstr i dla braci
zimowy plakacik
– śnieg, śnieg.
 
Na naszą równinę – śnieg.
Na każdą roślinę – śnieg.
Na tłoczek przed kinem,
na ładną dziewczynę – śnieg, śnieg.

Na pociąg do Jasła,
na wzmiankę że zgasła,
na napis „Brak masła”
na starte dwa hasła,
na flaszki od wódki,
na tego złe skutki,
na puste ogródki,
na dzionek za krótki.

Na w sinej mgle dale – śnieg,
na kocham cię stale – śnieg,
na żale, że wcale
i na tak dalej
tak dalej, tak dalej
na tak dalej – śnieg
śnieg
 
Tekst ten, do muzyki Jerzego Wasowskiego, śpiewali w „Kabarecie Starszych Panów” Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.
Inne wykonania: Kalina Jędrusik, Anna Maria Jopek i Jeremi Przybora

LUTY

W lutym do wiosny jeszcze daleko,
bowiem u jego granic jaśnieje
tak wielki obszar bieli jak mleko,
że może zaćmić nawet zawieję.

Zamieć porusza nagie zarośla,
od jej uderzeń domy się chwieją,
a ponad nimi szaleje wiosna
i dorównuje siwiźnie bielą.

Josif Brodski, „Instrukcja dla więźnia” („В феврале далеко до весны”),
15 lutego 1964; przekład: Katarzyna Krzyżewska

Ponieważ wciąż jeszcze zdarzają się w Polszcze ludzie znający język Lermontowa i Bułhakowa, a ja uważam, że gdy można coś przeczytać w oryginale – to trzeba, więc dla tych, co zrozumieją, oryginał:

<А. А. А.>

(«В феврале далеко до весны»),

В феврале далеко до весны,
ибо там, у него на пределе,
бродит поле такой белизны,
что темнеет в глазах у метели.

И дрожат от ударов дома,
и трепещут, как роща нагая,
над которой бушует зима,
белизной седину настигая.

15 февраля 1964

 

Luty – drugi miesiąc w roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego.
Jest to także miesiąc najkrótszy w obu kalendarzach: luty gregoriański i luty juliański mają po 28, a w latach przestępnych po 29 dni.
I jest to trzeci miesiąc meteorologicznej zimy.

Nazwa powtarza się w dwóch sąsiednich językach wschodniej słowiańszczyzny: w ukraińskim (лютий) i białoruskim (люты).
Po etymologię trzeba jednak sięgnąć do Brücknera, albo przynajmniej do jakiegoś słownika staropolskiego, lub z odniesieniami do staropolszczyzny.
Słownik języka polskiego z lat 1960., w redakcji Witolda Doroszewskiego, podaje, że nazwa miesiąca wywodzi się od staropolskiego „luty” – ‘zimny’, ‘mroźny’, ‘srogi’, ‘okrutny’, ‘dziki’, ale że przymiotnik ten jest już tylko w użyciu książkowym. Dziś chyba tylko nieliczni skojarzą nazwę drugiego miesiąca ze srogością mrozów i dzikością puszczańskiego zwierza.

Ciekawe skojarzenie podsuwa Słownik wileński z 1861. Po haśle „luty” jest „Lutyca”: imię słowiańskiej jędzy piekielnéj, ob. Dracica.

Szukajmy więc dalej:

Dracica – słowiańska jędza. Jak Dydki męzkie, tak Dracice żeńskie wojsko piekielne, trapiące grzeszników na ziemi i w piekle. Przybierają postaci straszliwe. Znaczą wyrzuty sumienia. Odpowiadają greckim Eumenidom i łacińskim Furjom. Inne imiona ich: Ostudy, Lutyce, Tassany.

Dracz zaś, według tego samego słownika, znaczy „zdzieracz, łupieżca”, a dracza – „zdzieranie, zdzierstwo”. Do czego dołączony jest cytat ilustrujący, skądinąd bardzo do współczesności pasujący: Niech się ten wilk urzędnik tą draczą wspomoże.

Gdy sięgnąć do nazw miesięcy w Encyklopedii staropolskiej (1900-1903) Zygmunta Glogera, dojść można do wieku XIV, gdy luty nazywał się „strąpacz” (prawdopodobnie od strzępienia czyli ścinania szronem).
W staropolszczyźnie używany był też starosłowiański „sieczeń”, który w innych językach słowiańskich jest nazwą stycznia (po ukraińsku to січень, po chorwacku – siječanj).
Samuel Linde w swoim Słowniku (1807-1814), podaje jeszcze „świeżnik” i „drugnik” (od ‘drugi’). Kopaliński dodaje „gromnicznik” (od święta NMP Gromnicznej) i „mięsopustnik”, od mięsopustu – ostatnich trzech dni dni karnawału zwanych „ostatki”, które w dawnej Polsce obchodzono hucznie, z pijatykami, tańcami, kuligami i balami przebierańców.

Większość języków europejskich przejęła nazwę łacińską: Februarius. Rzeczownik ten oznaczał ostatni miesiąc kalendarza starorzymskiego, który przeznaczony był na obrzędy oczyszczające (łac. februa, l.poj. februum) przed początkiem nowego roku.
Zwyczaj zaczynania nowego roku od pierwszego dnia miesiąca Ianuarius wprowadził w reformie kalendarzowej Gajusz Juliusz Cezar w 45 r. p.n.e.

 

Rocznice lutego:

2 lutego
w kościele katolickim obchodzone jest Ofiarowanie Pańskie, w Polsce nazywane tradycyjnie świętem Matki Bożej gromnicznej.

Począwszy od IX wieku wierni przynoszą 2 lutego do kościoła świece do pobłogosławienia zwane gromnicami, zwane tak od słowa „grom”, bowiem zapalano je w czasie burzy i stawiano w oknie, gdy modlono się o oddalenie piorunów.
Angielskie tłumaczenie polskiej nazwy to Feast of Our Lady of Thunder Candles, ale w angielskiej terminologii katolickiej święto zwane jest Presentation of the Lord lub Purification of the Blessed Virgin Mary; święcenie gromnic to Candlemas lub Candle Mass.
W krajach hiszpańskojęzycznych, 2 lutego obchodzone jest święto Presentación de Jesús en el Templo (zaprezentowanie Jezusa w Świątyni), Purificación de la Virgen (oczyszczenie Dziewicy) lub La Virgen de la Candelaria (Dziewica z Candelarii). To ostatnie związane jest z obchodami święta Matki Boskiej – patronki Wysp Kanaryjskich, której figura znajduje się w Candelarii na Teneryfie (i to jest wielka osobna historia, o której może kiedy indziej).
W Meksyku 2 lutego wydają przyjęcia ci, którzy w dniu Trzech Króli znaleźli figurkę dzieciątka Jezus w swojej porcji ciasta Rosca de Reyes (‘ciasto Trzech Króli’ mające formę pierścienia).

Kościół prawosławny świętuje w lutym Spotkanie Pańskie (2 lutego wg kalendarza juliańskiego, obowiązującego w liturgii prawosławnej; 15 lutego wg kalendarza gregoriańskiego).

Tak się składa, że do końca drugiej dekady wieku XXI, w lutym wypada ostatni czwartek przed wielkim postem, rozpoczynający ostatni tydzień karnawału – Tłusty Czwartek (4 II 2016; 23 II 2017, 8 II 2018, 28 II 2019 i 20 II 2020).

Odpowiednikiem Tłustego Czwartku w niektórych krajach jest Mardi Gras ‘tłusty wtorek’ lub Pancake Tuesday ‘naleśnikowy wtorek’, obchodzony przed środą popielcową.
Od lat media, a teraz nawet Wikipedia, uporczywe lansują przesąd, że kto nie zje pączka w Tłusty Czwartek… itd., czyli dokładnie jak w łańcuszkach szczęścia. Co znaczy, że gdzieś w podziemiu działa lobby cukierników, które uprawia dywersję za pomocą kryptoreklamy. I dobrze – obyśmy nigdy gorszych lobby nie mieli!

 

14 lutego jest Dniem Zakochanych (Walentynki).
Dzień to z pewnością piękny, ale jeśli przypomnieć sobie śpiewkę:

To-morrow is Saint Valentine’s day,
All in the morning bedtime,
And I a maid at your window,
To be your Valentine.

Then up he rose and donn’d his clo’es
And dupp’d the chamber door,
Let in the maid, that out a maid
Never departed more.

czyli:

Dzisiaj świętego jest Walentego,
Słońce już stoi na niebie;
Ja drżącą ręką w twoje okienko
Stukam i czekam na ciebie.

Wdział prędko szatki i drzwi chatki
Rozwarł przed swoją jedyną;
Dziewczyna słodka weszła do środka,
Ale nie wyszła dziewczyną.

(Shakespeare, H, IV, 5, przekład Stanisław Barańczak)

i uświadomić, jak skończyła śpiewająca ją Ofelia, to już jakby trochę tego piękna mniej.

 

W rocznicach lutowych dziwnym trafem, jak refren, powtarza się I wszystko byłoby pięknie… No bo tak:

 

1 lutego 1411
Polska podpisuje w Toruniu pokój, który kończy Wielką Wojnę Polski i Litwy

z Zakonem Krzyżackim, zaczętą w 1409. Krzyżacy – niby rozbici pod Grunwaldem, ale wciąż z Malborkiem – oddali Żmudź, oddali Ziemię Dobrzyńską, zapłacili sporą grzywnę.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że cztery dekady później zaczęła się kolejna wojna z Zakonem, tym razem trzynastoletnia. Po niej też był pokój, też w Toruniu, w 1466.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie kolejna wojna, pół wieku później. Po której był pokój i hołd pruski w 1525, i zamiana państwa zakonnego w księstwo świeckie, i obraz Matejki (1882).
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nowe świeckie księstwo, które nazwało się Pruskie, już 176 lat później (1701) stało się królestwem, a za kolejne siedemdziesięciolecie tak dziarsko zaczęło dzielić z sąsiadami polsko-litewski tort, że w 1795 nie było już po tym torcie ani śladu. No ale bitwę pod Grunwaldem żeśmy wygrali, przynajmniej wg naszej wersji historii, bo znam kraje, w których uczą dzieci, że pod Grunwaldem zwyciężył zupełnie kto inny.
Na szczęście lekcje historii u nas już są raczej nieobowiązkowe, więc nie mamy z tym większego problemu.

2 lutego 1848
Amerykanie podpisują w Guadalupe Hidalgo traktat z Meksykanami, który kończy wojnę (1846-48) między oboma krajami.

Wojna wybuchła po tym, jak Meksykanie nie zechcieli nawet pogadać z facetem, którego w 1845-tym wysłał do miasta Meksyk amerykański prezydent James K. Polk z propozycją kupienia za spore pieniądze ówczesnych ziem meksykańskich czyli Kalifornii i Nowego Meksyku.
Facet nazywał się John Slidell i za samą Kalifornię mógł dać 25 milionów dolarów, a ogółem miał do dyspozycji coś około 30 milionów (na owe czasy to była kosmiczna suma; Alaskę Stany kupiły w 1867 za jedne siedem milionów dwieście tysięcy).

Meksykańska strona rządowa mnożyła trudności uniemożliwiające jakiekolwiek oficjalne negocjacje, Slidell spędzał w Meksyku miłe chwile, generalnie zachwycony, bo Polkowi właśnie o to chodziło: skoro nie przemówiło złoto, miały zagrać armaty. Tak też się stało.

Nad samą wojną Meksykanie powinni spuścić kurtynę miłosierdzia i to z kilku powodów.
Jednym z nich było to, że ich wojskami dowodził generał Santa Anna, który jako bohater byłby ozdobą każdego operetkowego libretta, gdyby nie to, że był największą tragedią swego kraju (w kategorii wszechczasów). Tego, co wyczyniał zarówno podczas wojny z Amerykanami, jak i podczas swoich jedenastu rozpoczętych kadencji prezydenckich, nie spisać na wołowej skórze.

Drugim powodem był cud, jaki najpierw przydarzył się Ksenofontowi i wojskom greckim podczas Anabasis w V w. p.n.e., a później, na początku wieku XVI, Cortezowi i braciom Pizarro, którzy dowodząc kilkusetosobowymi oddziałami podbili imperia Azteków i Inków.
Tym razem, w marcu 1847, 10-tysięczny korpus gen. Winfielda Scotta, mając przeciwko sobie całą armię meksykańską, co najmniej 6-krotnie liczniejszą, wyokrętował pod Veracruz, przeszedł przez góry, doliny
i wąwozy 400-kilometrowym spacerkiem do miasta Meksyk, miasto zdobył i jeszcze musiał czekać, aż znajdzie się urząd czy osoba mająca dość plenipotencji, by podpisać jakikolwiek dokument kończący jego podboje.
Podręczniki historii piszą na ogół, jak to Meksyk, po podpisaniu traktatu w Guadalupe Hidalgo, stracił swe północne terytoria, które dziś są Kalifornią, Nevadą, Arizoną i Utah, a jeszcze kawałkiem Nowego Meksyku, Kolorado i Wyoming, czyli 1,36 mln km kw. (powierzchnia Alaski to 1,7 mln km kw.). Trudniej się dokopać informacji, że po wygranej wojnie USA za owe terytoria zapłaciły
15 milionów dolarów gotówką (dziś to jest podobno pół miliarda), anulując do tego ponad 3 miliony dolarów meksykańskiego długu. Pięć lat później (1853), nie kto inny jak gen. Santa Anna zaproponował Amerykanom „wyrównanie granicy” i za kolejne 10 milionów USD opchnął im 77 tysięcy km kw. Meksyku, w transakcji nazwanej Zakup Gadsdena (Gadsden Purchase). O tym, co się stało z tymi pieniędzmi, już nawet nie warto wspominać.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że na wojnę, a zwłaszcza na katabasis gen. Scotta, spuszczają też lekki woal zapomnienia Amerykanie, chyba dlatego, że generałowi zdarzyła się po drodze rzecz, dziś podpadająca pod kategorię zbrodni wojennych: 12-dniowe oblężenie miasta Veracruz, którego fortecę Scott zaatakował od strony cywilnych przedmieść.
Wg Meyera i Shermana, autorów The Course of Mexican History (Oxford UP, 1983, str. 349), straty po stronie amerykańskiej wynosiły 67 zabitych i rannych, zaś w mieście zginęło ok. 1000-1500 Meksykanów, przy czym straty wśród cywilów były niemal dwukrotnie większe niż wśród żołnierzy. Chyba dlatego Hollywood za kampanię Scotta dotąd się nie złapał: dużo łatwiej fałszować historie wojenne z odległej Europy.

Żeby dopełnić temat cudów wspomnę jeszcze historię legionistów czeskich podczas I wojny światowej i wojny domowej w Rosji: przejechali oni przez Rosję z Europy do Azji, przebili się przez armie bolszewickie, mienszewickie i inne, po drodze w Kazaniu zagarnęli rezerwy złota Banku Rosji i z częścią tego złota (jaką? „nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem”) zniknęli w sinej dali Pacyfiku ewakuując się drogą morską.

14 lutego 1076
papież Grzegorz VII rzuca ekskomunikę na Henryka IV – króla niemieckiego a niebawem Świętego Cesarza Rzymskiego. Rok później król się pokajał, a że papież mieszkał wówczas w zamku Kanossa, więc już wiemy dokąd musiał boso i w worku pokutnym pójść Henryk.

Papież tryumfował, a Henryk, w 1105, abdykował.
I wszystko byłoby (dla papiestwa) pięknie, gdyby nie to, że syn i następca Henryka IV, Henryk oczywiście V (tak, ten co oblegał Głogów), kolejnego papieża pojmał i parafę na korzystnych dla siebie traktatach (chodziło o to, kto wyznacza biskupów) wymusił.
Nie na wiele mu się to zdało, bo kolejny papież ekskomunikował i jego, co następny papież odwołał (obaj Henrykowie, jak z tego widać, mieli szczęście do co drugiego papieża).
Jaka była dalsza historia papiestwa i Niemiec można sobie poczytać, ale nic szczególnie wesołego z tego nie wynikło, chociaż Watykan takim najgorszym miejscem zamieszkania chyba nie jest.

Było o „wyrównywaniu granicy” po amerykańsku, to teraz może coś dla przeciwwagi:
15 lutego 1951
przedstawiciele Polski podpisują umowę o „wyrównaniu granicy” z ZSRR.
PRL dostała 480 km kw. (a przynajmniej tak podaje Dziennik Ustaw 1952, nr 11, poz. 63.) w Bieszczadach, a hegemon przejął 480 km kw. Lubelszczyzny.

Za czasów najlepszego z ustrojów krążył dowcip o wymianie towarowej w krajach bloku: my Sojuzowi – wagon węgla, a Sojuz nam – dwa wagony butów. Do podzelowania. Précisément.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że uśmiechnąć się tu mogą tylko mieszkańcy Ustrzyk Dolnych i kilku okolicznych wsi, którym na mocy tej umowy udało się znaleźć po zachodniej stronie granicy.
Ale mieszkańcom Bełza, Krystynopola i okolic chyba jednak do śmiechu nie było i nie jest. Dziś Белз (Bełz), Червоноград (Czerwonograd czyli Krystynopol), Угнів (Ugniw czyli Uhnów), Варяж (Wariaż czyli Waręż) i Хоробрів (Chorobriw czyli Chorobrów) są częścią rejonu sokalskiego w obwodzie lwowskim.
Dla porównania: powierzchnia m.st. Warszawa liczy (w 2015) 517 km kw.

18 lutego 1916
Roman Dmowski składa obszerny memoriał na ręce Aleksandra Pietrowicza Izwolskiego – ambasadora Rosji w Paryżu. Dmowski wciąż jeszcze uporczywie wiąże nadzieje niepodległości Polski z Rosją.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Rosja – nie tyle uporczywie, co konsekwentnie od stuleci – uważa, że Polska żadną zagranicą nie jest i nie będzie.
Memoriał Dmowskiego opisywał, jakiego szczęścia zaznają w przyszłości niepodległe narody słowiańskie, w tym Polacy, pod rosyjską egidą. Jak carski aparat potraktował te opowieści łatwo przewidzieć.
Myślenie kategoriami imperialnego hegemona było zresztą w Rosji tak zakorzenione, że kilka lat później, walczący z bolszewikami „biali” wzruszyli ramionami na proponowaną przez Piłsudskiego pomoc w rozbiciu „czerwonych”, bo warunkiem było uznanie po zwycięstwie polskiej niepodległości. Czym to się dla nich skończyło – wiadomo i nawet można by powiedzieć „dobrze im tak”, gdyby nie to, że w sumie nam wyszło na jeszcze gorsze.

19 lutego 1594
Zygmunt II Waza jest koronowany w katedrze w Uppsali na króla Szwecji.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Zygmunt był fanatycznym katolikiem i do tego upartym.
Przez swój upór zaprzepaścił szanse swego syna Władysława na tron szwedzki (warunkiem było przejście Władysława na luteranizm) i na tron carów Rosji (warunkiem było przejście Władysława na prawosławie). Upór Zygmunta i jego synów, utrzymujących w tytulaturze miano „dziedziczny król Szwedów”, dawało Szwecji dobry pretekst do atakowania Polski, a potop szwedzki (1655-1660)
– i wcześniejsze (1648-1654) powstanie Chmielnickiego – stały się pierwszymi gwoździami do trumny Rzeczypospolitej.

21 lutego 1848
Karol Marks i Fryderyk Engels opublikowali Manifest der kommunistischen Partei, po naszemu Manifest komunistyczny.

Zgrabnie napisana broszura miała wszystko, co politycznemu pamfletowi potrzeba: chwytliwe hasło na początku (Widmo krąży po Europie – widmo komunizmu), chwytliwe hasło na końcu (Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!), a za temat – niesprawiedliwość społeczną i prostą na nią receptę – rewolucję.
I wszystko byłoby pięknie, bo przecież w demokracji panuje pluralizm i wolność słowa, gdyby za poglądy obu panów nie złapały się grupy, których dziś nie da się określić inaczej niż terrorystyczne.
Marksizm, w swych kolejnych edycjach nazywany od imion kolejnych liderów totalitarnych partii, stał się oficjalną ideologią państw opanowanych przez najbardziej ludobójczy system polityczny jaki dotąd zdołano wymyślić. Żeby nie było nieporozumień – NSDAP też zaczynała od marksizmu, w swojej oczywiście wersji.

Polska i tak ma szczęście – marksizm-leninizm i marksizm-stalinizm zaledwie ją musnęły, a przecież i tak jeszcze po tym muśnięciu nie może się pozbierać.

23 lutego 1917
wybucha w Rosji Rewolucja Lutowa (nazwa dotyczy daty juliańskej, bo w gregoriańskim kalendarzu Zachodu był wówczas 8 marca).

Jej rezultatem jest abdykacja Mikołaja II (2/15 marca 1917) i utworzenie pierwszego demokratycznego rządu w dziejach Rosji, nazwanego Rząd Tymczasowy (trudno o gorszą nazwę), którym początkowo kierował książę Gieorgij Jewgienjewicz Lwow, a później Aleksander Fiodorowicz Kiereński.
I może wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że trwała I wojna światowa, a nowy rząd, mimo klęsk bitewnych, chciał uporczywie utrzymać Rosję w Entencie i na froncie.
Wtedy do gry włączyły się Niemcy, grające pierwsze skrzypce w bloku Państw Centralnych.
Niemcy, jak to Niemcy – myśleli kategoriami niemieckimi (a niby jakimi mogli myśleć?) i wydało im się, że skoro w Rosji nastała demokracja, to nastanie też ordnung, co zagrozić mogło niemieckim interesom na Wschodzie.
Niemcom nie wpadło do głowy, że – zamiast ordnungu – w Rosji zrobił się bałagan jeszcze większy, niż był za cara. Więc zdecydowały, że najlepszym lekarstwem na demokratyczną Rosję jest przywódca terrorystycznej partii bolszewickiej Włodzimierz Uljanow ps. Lenin.

Lenina i jego wspólników wyciągnięto z bezpiecznego azylu w Szwajcarii i z workiem niemieckiego złota przetransportowano w zaplombowanym wagonie do Hamburga i dalej statkiem do Helsinek, czyli praktycznie do Petersburga.
Ceną za pomoc miał być separatystyczny pokój z bolszewicką Rosją (był, a jakże, podpisany w Brześciu Litewskim „traktat brzeski” z 3 marca 1918), dający Niemcom możliwość przerzucenia armii ze Wschodu na Zachód, by na Zachodzie przestało wreszcie być „bez zmian”. Co się – rzecz jasna – nie udało (znowu przez Amerykanów), ale to już historia zupełnie innych miesięcy.
Mnie tutaj męczy jedno: walka wewnętrzna chęci z niechęcią. Chęć podpowiada, by sprawdzić, czy dobrze pamiętam, że za komuny starano się nam wpoić, iż to bolszewicy obalili carat, by uszczęśliwić uciemiężone ludy najlepszym z ustrojów. Niechęć za wszelką cenę stara się uświadomić mi, że dla udowodnienia tego kłamstwa propagandy musiałbym przedzierać się przez gazetowe wstępniaki i podręczniki historii, na widok których dostawałem niegdyś wysypki. Chyba nawrotu tej wysypki boję się bardziej.

 

W lutym urodziło się kilka ciekawych osób, m.in.:

James Joyce (1882-02-02);
księżniczka Bona Sforza (1494-02-02) czyli ta „królowa Bona, która umarła” (1557-11-19);
Tadeusz Kościuszko (1746-02-04), którego nazwisko ma tyle samo liter co nazwisko prezydenta USA wybranego na urząd równo 43 lata później, 1789-02-04;
Charles Lindbergh (1902-02-04), który jako pierwszy przeleciał non stop nad Atlantykiem, a historia jego 72-letniego życia to co najmniej kilkanaście sensacyjnych powieści lub scenariuszy;
Ronald Reagan (1911-02-06), 40. prezydent USA;
Charles Dickens (1812-02-07);
Thomas Edison (1847-02-11);
Abraham Lincoln (1809-02-12), 16. prezydent USA ;
Mikołaj Kopernik (1473-02-19);
Jerzy Waszyngton (1732-02-22), 1. prezydent USA;

Wśród tych, którzy zmarli (w tym wypadku to takie ładne określenie morderstw sądowych), są m.in.:

Maria Stuart, królowa Szkocji, ścięta 1857-02-08 w zamku Fotheringhay;
Giordano Bruno, spalony 1600-02-17 za herezję na rzymskim Campo de’ Fiori.
289 lat później w miejscu egzekucji wzniesiono Giordanowi pomnik.

 

Znaki Zodiaku lutego:
Wodnik (♒) – do 18 lutego
Ryby (♓) – od 19 lutego.
O Wodnikach już było. A o Rybach Czarny Pijar mówi z politowaniem:

Ryba powoduje ciągłe nieporozumienia w pracy i w domu, prochu nie wymyśli, sprawdza się najlepiej jako kontroler biletów komunikacji miejskiej i pod żadnym pozorem nie należy jej dopuszczać do urządzeń bardziej skomplikowanych niż tłuczek do kartofli, bo popsuje.

Zaiste, smutno się robi na samą myśl, że maj i jego Bliźnięta są jeszcze tak daleko.

 

Kwiaty lutego:

fiołek (Viola L.) – kwiat zakochanych, symbolizujący niewinność, szczerość, prawdę, namiętność, piękno i stałość w uczuciach.
Jest też symbolem straty – np. w Australii symbolizuje pamięć o żołnierzach poległych w I wojnie światowej.

pierwiosnek (Primula vulgaris L.) – kwiat szlachetny, występujący jako godło herbowe, ulubiony kwiat premiera brytyjskiego Benjamina Disraeli (1804-1881), upamiętniający rocznicę jego śmierci zwaną Primrose Day (Dzień Pierwiosnka). Gdy dłużej pomyśleć, można dojść do wniosku, że nazwa ta była po myśli zarówno zwolenników jak i przeciwników earla Beaconsfield.

U nas wiersz o pierwiosnku napisał Mickiewicz, zaczynając:

Z niebieskich najrańszą piosnek
Ledwie zadzwonił skowronek,
Najrańszy kwiatek pierwiosnek
Błysnął ze złotych obsłonek.

Ja
Za wcześnie, kwiatku, za wcześnie,
Jeszcze północ mrozem dmucha,
Z gór białe nie zeszły pleśnie,
Dąbrowa jeszcze nie sucha.

Chyba cenił ten utwór, gdyż otworzył nim swój pierwszy tomik poezji, Ballady i romanse (1822), czyniąc niejako wstępem do następnej „Romantyczności”.

Zachwyty filomaty jakże inne były od uczuć, które 80 lat później wzbudził ten wiersz w demonicznym Waldemarze:

– Niech mi pani pokaże karnecik.
Stefcia podała mu seledynowy, malowany gracik z maciupcim ołówkiem tegoż koloru. Waldemar przeczytał na okładce:

Lepsza w kwietniu jedna chwilka
Niż w jesieni całe grudnie.

Uśmiechnął się i usiadł obok Stefci na krześle w ten sposób, że odgrodził ją od sali. […]
– Bardzo dobry aforyzm. Mickiewicz dla siebie go widać ułożył, bo jednak czasami jest inaczej. Na przykład u nas wiosenne chwile były złe, nieufne, drażliwe, słowem brzydkie! Dzisiaj są lepsze, a mamy jesień! [...]
Spojrzał jej w oczy z demoniczną pewnością siebie.

 

Kamień lutego:
ametyst – symbolizuje pobożność, pokorę, duchową mądrość i szczerość.
Podobno chroni przed opilstwem – po grecku bowiem améthystos (ἀμέθυστος) znaczy „nie opiły”.
Wzięło się to ponoć stąd, że ceniąca trzeźwość nimfa Amethis znieść nie mogła zalotów Dionizosa, wiecznie będącego pod dobrą datą. Artemis, bogini łowów, na prośbę nimfy zmieniła ją w klejnot, a że Dionizos urazy nie chował, więc dał mu moc przeciwstawiania się potędze trunku. Starożytni zdobili ametystami czary i puchary, a nasi ujęli rzecz krótko i z właściwą sobie bezpretensjonalnością: łagodzi kaca.
Najwięcej ametystów wydobywa się w Zambii (rocznie podobno ok. tysiąca ton) i w Brazylii. W Polsce – jak zwykle: klejnotonośne są Sudety i tam też, w okolicach Szklarskiej na przykład, daje się znaleźć ametysty.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
drugi miesiąc roku to:

białoruskiлюты [liuty]
bośniackifebruar
bułgarskiфевруари [februari]
chorwackiveljača
czeskiúnor
kaszubskigromicznik
litewskivasaris
łatgalskisvacainis
łużycki (dolny)swěckowny (też: februar)
łużycki (górny)februar (też: mały rožk)
łotewskifebruāris
macedońskiфевруари [februari] albo cечко [seczko]
rosyjskiфевраль [fievral]
serbskiфебруар [februar]
słowackifebruár
słoweńskifebruar
ukraińskiлютий [liutij]
żmudzkivasaris

 

Przysłowia związane z lutym:

Czasem luty ostro kuty,
czasem w luty same pluty.

Czasem luty się zlituje,
że człek niby wiosnę czuje;
ale czasem tak się zżyma,
że człek prawie nie wytrzyma.

Gdy bez wiatrów luty chodzi,
w kwietniu wicher nie zawodzi.

Gdy ciepło w lutym,
zimno w marcu bywa,
długo trwa zima,
to jest niewątpliwa.

Gdy mróz w lutym ostro trzyma,
tedy jest niedługa zima.

Idzie luty, podkuj buty.

Jeśli ci jeszcze nie dokuczył luty,
to pal dobrze w kominie
i miej kożuch suty.

Kiedy luty puści, to marzec wypiecze.

Kiedy luty schodzi,
człek po wodzie brodzi.

Kiedy luty, obuj buty.

Luty,
gdy wiatrów i mrozów nie daje,
prowadzi rok słotny
i nieurodzaje.

Luty w lód okuty.

Luty, napije się wół pluty.

Na stycznie i lute
trzeba mieć konie kute.

Spyta cię luty: masz-li buty?

W lutym gdy zagrzmi
od wschodniego boku,
burze i wiatry walne
są w tym roku.

W lutym wody wiele
– w lecie głodne nawet cielę.

 

Przysłowia na
Matkę Boską Gromniczną (2 II):

Gdy jasne słońce
w dzień gromniczny będzie,
więcej niż przed tym śniegu
spadnie wszędzie.

Gdy na Gromnice roztaje,
rzadkie będą urodzaje.

Gdy słońce
świeci jasno na Gromnice,
większych jak były mrozów
czyni lice.

Gdy w Gromnice słońce
świeci na śmiecisko,
niechże zachowa gospodarz
słomę wszystko.

Gdy w Gromniczną z dachu ciecze,
zima jeszcze się przewlecze.

Gromnica – zimy połowica.

Gromnice jasne i czyste,
zima potrwa zaiste.

Ile razy przed gromniczną Matką Boską z dachów kapie,
tyle razy przed Wniebowzięciem [15 sierpnia] burze.

Jak na Matkę Boską gromniczną,
tak na św. Józef [19 marca].

Jasny dzień podczas Gromnice
lnu przyczynia na przęślice.

Jeśli Gromnice
mają zielne kwiatki,
kwietną niedzielę śnieżną
mają dziatki.

Na Gromnice – łataj bracie rękawice.

Na Gromnice mróz
– ogryzki do gnoju włóż;
na Gromnice kałużki
– wybieraj z gnoju ogryzki.

Na Gromniczną mróz
– szykuj chłopie wóz.
Na Gromniczną lanie
– szykuj chłopie sanie.

Od Gromnic do Gromnic,
aż nie będzie nic.
[gdy kto kogo łudzi próżną obietnicą, mówią: od…]

Skowronek,
o ile przed Gromnicą śpiewa,
o tyle po tym milczy.

W dzień Panny gromnicznej
bywaj zdrów, mój śliczny.
[t.j. już za późno na zaloty, konkury, gdyż post bliski.]

W Gromnicę milszym w owczarni wilk jak słońce.
[gospodarze utrzymują, że słońce w dniu gromnicznym jest pewną przepowiednią słoty, zimna i zarazy na owoc.]

 

Przysłowia na
św. Agatę (5 II):

Chleb świętej Agaty
od ognia strzeże chaty.
[lud w dniu tym zwykł święcić chleb i sól, a w razie pożaru, szczególniej od pioruna wynikłego, obnosi je dokoła domu, a następnie rzuca w płomienie, wierząc, iż ogień zostanie stłumiony.]

Gdzie święta Jagata,
bezpieczna tam chata.

Po świętej Agacie
widzimy muchy w chacie.

Po św. Agacie
wyschnie bielizna na płocie.

W dzień św. Agaty,
jeśli słonko przez okienko zajrzy do chaty,
to wiosenka na świat pogląda
zza zimowej kraty

 

Przysłowia na
św. Dorotę (6 II):

Na dzień świętej Doroty
ma być śniegu nad płoty.

Po św. Dorocie
wyschną chusty na płocie.

Rzadki dzień św. Doroty
bez mrozu, zawiei, słoty.

Święta Dorotka
wypuszcza skowronka za wrotka.

Wedle świętej Doroty
naprawiaj człecze płoty.

 

Przysłowia na
św. Walentego (14 II):

Gdy na święty Walek deszcze,
mrozy wrócą jeszcze.

Na św. Walentego
bywa zwykle mróz niczego,
ale jak Walek się rozdeszcze,
pewne mrozy wrócą jeszcze.

Święty Walek tych powali,
co patronem go nie zwali.

Św. Walenty gdy odmrozi pięty,
na wyżywienie sprzedawaj sprzęty.

 

Przysłowia na
św. Macieja (24 II):

Gdy Maciej święty
cokolwiek lodu nie stopi,
będą długo chuchali
w zimne ręce chłopi.

Jeśli mróz w święto Macieja,
czterdzieści dni tegoż nadzieja.

Na św. Macieja
prędkiej wiosny nadzieja.

Na św. Maciejca
zniesie gęś pierwsze jejca.

Na święty Maciej lody
wróżą długie chłody,
a gdy płyną już strugą,
to i zimy niedługo.

Skoro po Macieju
drzewa się ogrzeją,
pobiegnij do sadu,
oczyść go z owadu.

Św. Maciej posłał do braci,
czy zimę stracić;
a bracia mu powiedzieli:
niech zaczeka do niedzieli.

Święty Maciej zimę straci,
albo ją zbogaci.

 

Przysłowia na Tłusty Czwartek
(4 II 2016; 23 II 2017, 8 II 2018 i 28 II 2019, 20 II 2020):

Gdy w tłusty czwartek
człek w jedzeniu pofolguje,
łaskawy Pan Bóg
grzech obżarstwa daruje.

Im bliższy czwartek tłusty,
tym weselsze zapusty.

Kto w tłusty czwartek
nie zje pączków kopy,
temu myszy zniszczą pole
i będzie miał pustki w stodole.

Nie zjesz pączka
w tłusty czwartek,
twoje życie mało warte.

Powiedział Bartek,
że dziś tłusty czwartek,
a Bartkowa uwierzyła,
dobrych pączków nasmażyła.

Od tłustego czwartku
do Zmartwychwstania
– ścisły post się kłania.

Tłusty czwartek pączkami fetuje,
a od Popielca ścisły post szykuje

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha