Gen. Mariusz Zaruski

Na jachcie „Witeź”. Podróż w r. 1925

Wspom­nie­liś­my niedawno o pierw­szym pełno­morskim rejsie pierw­szego klubo­wego jachtu Witeź, dowo­dzo­nego przez pierw­szego koman­dora YKP, gen. Mariusza Zaruskiego.

Na to hasło odezwał sie nasz Przyjaciel z Polski przesy­łając… opowia­danie Mariusza Zaruskiego Na jachcie „Witeź” – Podróż w r. 1925, wcho­dzące w skład zbioru „Na skrzyd­łach jachtów”, wyda­nego przez Książ­nicę Atlas w 1933.
Tekst był drukowany wcześniej pod tytułem: Żaglo­wym yachtem przez Bałtyk. Pierw­sza podróż yachtu pols­kiego do Szwecji, 20.VIII – 30.VIII 1925 i wydany w for­mie broszury przez Wydaw­nic­two Yacht-Klubu Polski, w Warsza­wie, w 1925. Wydawca rozpoczął ją krótkim wstępem:

Oddając do druku opis pierwszej podróży yachtu polskiego na wody zagraniczne, żywimy nadzieję, że stanie się on zachę­tą dla wszyst­kich, intere­su­­cych się rozwo­jem naszej żeg­lugi i spor­tów wod­nych, do wypró­bo­wa­nia sił swoich na morzu, pośred­nio zaś – do opa­no­wania przez nas morza.
Yacht, na którym ta podróż odbyła się, jest własnością Yacht-Klubu Polski. Załogę yachtu stanowili: koman
­dor Yacht-Klubu Polski, gen. Marjusz Zaruski jako kapi­tan statku; wiceko­man­dor tegoż Yacht-Klubu, inż. Antoni Aleksan­dro­wicz jako zastęp­ca kapi­tana; człon­ko­wie tegoż Yacht-Klubu, ppr. rez. mar. Michał Laudański i inż. Helio­dor Sztark jako żeg­larze. W wycieczce brał rów­nież udział p. B.
Zarząd Yacht-Klubu Polski
Warszawa, dn. 15 listopada 1925.

Tych, którzy chcieliby obejrzeć ory­gi­nał wraz z licz­nymi foto­gra­fiami, odsy­łamy do zbio­rów Cyfro­wej Biblio­teki Naro­do­wej.

Treść opowiadania w wersji z 1933 roku przytaczamy poniżej, a faksy­mile (w for­ma­cie pdf) zawiera też przed­mo­wę autora do całego tomu.
Warto przeczytać.
Już choćby dlatego, by przeko­nać sie, że wysił­ki garstki zapa­leńców podjęte przed wiekiem dały rezul­taty: terminy morskie, które autor objaś­nia w przypi­sach i w tekś­cie, dla nas są oczywiste, bo nasza wiedza jest rów­nież pokło­siem mądroś­ci pokoleń, a więc i zasługą tej garstki.

Przyjacielowi, który dostarczył nam tekst, dziękujemy serdecznie. Według naszej najlepszej wiedzy, „Na skrzyd­łach jachtów” od 1933 roku, a więc od 79 lat, nie miało wznowień. Ale w czasach oszala­łych (rów­nież) na punkcie docho­dzeń praw autors­kich nie będzie­my wymie­niać jego naz­wiska, choć zacho­wa­my je w najwdzięcz­niej­szej pamięci.

Kazimierz Robak

 

 

 Gen. Mariusz Zaruski. Na jachcie “Witeź”. Podróż w r. 1925 (PDF)

 

MARJUSZ ZARUSKI

Na jachcie „Witeź”

Podróż w r. 1925

Tłumy ludzi zebrały się na południowem molo[1] portu gdyńskiego, pragnąc zobaczyć odejście żaglo­wego jachtu „Witeź” na morze…

Tak właściwie należałoby zacząć opis tej niezaprzeczenie ciekawej, a zarazem pierwszej polskiej wycieczki jachtowej „za morze”, to znaczy tam, gdzie pieprz nie rośnie. Tego bowiem zwrotu używa się u nas na określenie krajów, leżą­cych poza Paryżem, lub jeszcze dalej – za Lido. Zamiłowanie jednak do ścisłości zmusza mnie na wstępie, prosto z tego molo zaznaczyć, że tłumów nie było, nie było nawet „licznych” przyja­ciół i znajo­mych, tylko mała ich gromad­ka i trochę miłych gapiów: opalo­nych, tęgich chłopaków z naszych wojennych okrętów. W gromadce tej widać było twarze znajomych oficerów ze stojącej w Gdyni eskadry.

– Za pozwoleniem jednak… – słyszę już głos ciekawego, a świado­mego rzeczy czytelnika – jacht „Witeź” – no tak… widziałem w Londynie taki jacht lorda Pincherlaina z trzema komi­nami, 2500 koni parowych. A ile kominów ma „Witeź”?

– Łaskawy panie – chciałbym mu odpowiedzieć – przepraszam pana bardzo i nawet trochę się wstydzę, gdy słyszę naz­wisko lorda Pincher­laina, ale „Witeź” nie ma ani jednego komina, nawet nie ma za sobą rurki, pykającej benzyną: ot, taki sobie okręt, ni to, ni owo, ufny w zmiłowanie boskie w postaci wietrzyków chadzających po morzu.

Pauza. Cisza. Oko… prawie perskie.

Dla rozproszenia wątpliwości podam na wstępie, że jacht „Witeź”, o którym mowa, nie posiada żadnego mechanicz­nego motoru, a całą swą nadzieję i siłę pokłada w żaglach, których powierzch­nia, jak na jego drobne rozmiary, istotnie jest wielka. Dość powie­dzieć, że długość pokładu wynosi 12 1/2 m., maszt nato­miast wznosi się na 17 m. Inne wy­miary: szerokość 2 7/10 m., zagłę­bienie 1 1/2 m., pojem­ność 5 7/10 tonny, ożaglenie syste­mu Marconiego 75 m2. Ogromne to ożaglenie zapewnia mu chyżość niemałą. Jacht „Witeź” należy do typu małych jachtów morskich o ce­chach bardziej wyści­go­wych niż turystycznych. Jest to typ statku żag­lo­wego, któremu w razie ciszy morskiej wystar­czy, ażeby załoga w żagle dmuchała, a wnet się porwie do lotu. Pomimo szczupłych swoich wymiarów „Witeź” nieza­prze­czenie jest chlubą portu gdyńskiego, do którego należy, nie ma też sobie równego i w porcie gdańskim.

Ten właśnie „Witeź” kołysał się lekko koło wysokiego falochronu,[2] na którym stały „tłumy” publicz­ności, i za chwilę miał być uwol­niony od lin, wiążących go z przystanią, ażeby pełnemi żaglami wyruszyć na morze. Wiatr gdzieś od Pilawy[3] wszystko gotowe, zapasy żywności, woda już przyjęte na pokład, a zatem…

– „Grot do góry, puścić cumy!…”

– Do widzenia, do widzenia! szczęśliwej drogi! pomyślnego wiatru!

Chustki, kapelusze, lornetki – „Witeź” drgnął, nachylił się i z miejsca ruszył „galopem”. Parę zwro­tów przez sztag, ażeby wydostać się na szer­szą wodę, i już dobrze znany szelest rozstę­pującej się przed piersią żaglo­wego statku fali zaczyna pieścić nasz słuch: to morze, wielkie, pełne morze szepce nam na ucho o tem, jak gdzieś tam daleko… coś tam się chwieje, coś tam się dzieje…

Zboku podbiega pękaty kuter, błyszcząc smarami i polero­waną miedzią. Dymem zasnuł całą Pucką zatokę – wiadomo, im rycerz mniejszy, tem więcej hałasu wyczynia – z kłębów dymu wynurzają się znajome twarze: to kapitan portu z żoną odprowa­dzają nas poza obręb właś­ciwego portu. Jeszcze raz pożegnania, żarciki na temat wielkości naszego korabia i braku na nim kominów – kuter zakręcił i zniknął w dymie. Poza nim wzbiły się na maszcie wojennego okrętu jakieś kolorowe płatki… Aha, to sygnały flagowe… „Podhalanin”[4] do nas coś mówi?

„Szczęśliwej drogi” czytamy alfabetem „Code’u”.[5] Nie mamy zbioru flag na „Witeziu”, więc serdeczne uczucia wdzięcz­ności za dobre życzenia wyra­żamy salutem: dumnie wznosząca się na naszym maszcie bandera Yacht-Klubu schyla się do połowy masztu i znów wylata na jego wierzchołek.

„Bywaj mi zdrowy, kraju kochany”;

Zostaliśmy sami. Wiatr przeciwny. Więc ogromnym „halsem”[6] aż pod mury Gdańska płyniemy wzdłuż brzegu, poczem zmie­niamy kurs wprost na latarnię morską na Helu.

Zmrok zapadł, kiedyśmy okrążyli półwysep i wydostawszy się na pełne morze, skierowali się wzdłuż brzegu ku nikną­cym już w mroku cyplom Rozewia. Spokojne, duże fale z powagą jedna drugiej odda­wały nasz jachcik, który wypeł­niw­szy swe żagle pomyśl­nym wiatrem, sunął szparko, roztrącając je wcale bezce­re­monjalnie, jakgdyby tutaj nie one, lecz właśnie on, „Witeź”, był włoda­rzem prawdziwym.

Podobała mi się ta jego zadzierzystość, jachtu tego bowiem przedtem nie znałem. Dobrze zaczyna – pomyś­lałem w duchu: mały, ale zuchowaty, nic sobie z pomruków morza nie robi.

Istotnie „Witeź” szedł doskonale: szybko, spokojnie i lekko ślizgał się po toni morskiej, zostawiając za rufą długą smugę skotłowanej wody.

Latarnia morska w Jastarni błysnęła jarzącem się okiem i zaczęła szybko niem wodzić po morzu, jakgdyby szukała tam czegoś. W jej blaskach fale na tle ciemnej nocy łyskały tajemniczą, prawie mistyczną poświatą. Czarna głąb morza stała się jeszcze czarniejsza i mrok zupełny otoczył nas nieprzejrzystą zasłoną.

Z nastaniem nocy ukazały się na morzu liczne światełka okrętów, płynących, tak jak i my, wzdłuż brzegów półwyspu. Od czasu do czasu przesunął się blisko, jak widmo bezgłośne, jakiś statek rybacki, który wbrew przepi­som żeglars­kim nie miał żadnych świateł rozpoz­naw­czych na masztach. Byliśmy na szlaku morskim, wiodą­cym od brzegów niemiec­kich i duńskich do Gdańska, Królewca i dalej. Na światła te trzeba było pilnie uważać, ażeby nie zetknąć się przypad­kiem z jakim okrętem…

O świcie minęliśmy ostatnią naszą latarnię morską na Rozewiu i wziąwszy kurs NW3/4W, wprost na szwedzkie porto­we miasto Karlshamn, zaczęliśmy się szybko oddalać od brzegów. Statki będące na szlaku morskim jęły stop­niowo roztapiać się we mgle, aż znikły z oczu zupełnie. Zostały tylko mewy; jak białe płatki kwiatów unosiły się w powiet­rzu, to zniżając się nad samą powierzch­nię wody, to szybując nad statkiem; czarnemi pacior­kami oczu zaglą­dały ciekawie w zakamarki jachtu, wreszcie, speł­niwszy snadź swe obowiązki konwo­jentów, zawró­ciły gromadnie i poleciały ku brzegom.

„Witeź” mknął dalej. Pod koniec drugiego dnia podróży byliśmy już na prawdziwej wodnej pustyni: nic, tylko woda i niebo.

Środek Bałtyku posiada obszary o nieznacznej stosunkowo głębokości 20,12, a nawet 8 m. Są to mielizny: Środkowa, Sztolpska i inne. Dlatego przez środek jego nie przechodzi żaden szlak morski. „Witeź” jednak, jako korab mały, mógł nie brać w rachubę tych przeszkód i rwał prosto do celu.

Ustaliłem tryb życia, podział na wachty[7] i kolejność służby załogi: wachty dzienne po cztery godziny, nocne po trzy. Towarzysze podróży szybko dosto­sowali się do warunków służby i braku przestrzeni na jachcie i w drugim już dniu stanowili dobrze zgraną załogę.

Sztark, biegły w sprawach gastro­no­micznych, objął funkcję gospodarza, skarbnika i zarazem dostoj­nika piastu­ją­cego niesły­chanie ważny na statku urząd koka,[8] czyli mistrza sztuki kuli­nar­nej, a urząd swój – w imię prawdy histo­rycz­nej muszę tutaj zaznaczyć – pełnił nietylko ze znajo­mością rzeczy, ale tak gorliwie, że jedyne ognisko na „Wite­ziu”: nieoce­niony „Primus”, dzień i noc syczał bez przerwy. Potem były przerwy, lecz o tem niżej. Niezależnie od tego peł­nił obowiązki żeg­larza przy czynnościach zbioro­wych załogi. My, pozostali czterej, stano­wi­liśmy dwie wachty, zmieniające się pokolei; ja, z natury rzeczy, objąłem ponadto funkcję oficera nawigacyjnego.[9]

Dzień minął bez zdarzeń. Nastała noc chmurna i dostatecznie wietrzna, ażeby statek nasz z tą samą szybkością mógł dalej pędzić przed siebie.

Na „psiej wachcie”,[10] która wypadła mi tej nocy w udziale, dopędziły mię obrazy, wrażenia i myśli pozostawione na dale­kiem już polskiem wybrzeżu. Dlaczego nikt nie wierzył, że wycieczka ta dojdzie do skutku? Przygotowania nasze zabrały kilka dni czasu – to prawda. Była to pierwsza w ogóle podróż pols­kiego jachtu na wody zagraniczne – nasze urzędy morskie nie były przygo­to­wane na podobne przedsię­wzięcie, jakkol­wiek uczyniły wszystko, ażeby nam przygo­to­wania ułatwić. Wdzięcz­ność mam również wielką dla naszej marynarki wojennej z jej dowództwem na czele za pomoc okazaną i zaopatrzenie nas w niektóre wydaw­nictwa morskie i mapy szczegó­łowe, których nam było brak. Potem znów dwa dni zatrzy­mał nas Kapitanat Portu Gdyni z powodu jakiegoś tam cyklonu, który aż z zatoki Botnic­kiej zameldował się w Gdyni, gdzie miał zamiar i istotnie złożył wizytę. I to nic. Ale dlaczego nie wierzono w powo­dzenie naszej wyprawy? Oficerowie marynarki kiwali niedo­wie­rza­jąco głowami i znacząco się uśmiechali, jakkol­wiek imprezą samą intere­so­wali się żywo i szczerze powodzenia życzyli. Że „Witeź” mały? Że drużyna pierwszy raz zebra­ła się w zespół załogi? Być może. Tem bardziej „Witeź” musi podróż tę odbyć.

Zapewne, w powątpiewaniach tych była pewna doza słuszności. Ja jednak na poparcie swych postano­wień miałem argu­menty, o których nie wszyscy, być może, wiedzieli.

Yacht-Klub Polski, towarzystwo, które się zorganizowało w r. b., wykonał pewną – znaczną nawet – pracę około ugrunto­wania podwalin polskiej turystyki morskiej i sportu morskiego wogóle: zbudował własną przystań, uzyskał siedzibę w Gdyni, sprowa­dził łodzie żaglowe i – co najważ­niejsze – zakupił dwa statki morskie żaglowe. Jeden z nich – to właśnie nasz „Witeź”, na którym płyniemy. Na zakoń­cze­nie prac tego­rocz­nych należało koniecz­nie odbyć wycieczkę dalszą, ażeby zachęcić wątpiących, pokazać na żywym przykła­dzie, że jacht nietylko do zdobycia puharu na regatach służy, lecz może iść w zamorskie, dalekie nawet kraje. Wszak pomimo odzyskania wybrzeża morskiego jesteśmy dotychczas lądo­wem społe­czeństwem, nie mamy zaufania do morza, boimy się jemu swe kapitały powierzyć, kategorje naszego myślenia są czysto lądowe. Jak najśpiesz­niej potrzeba nam się zabrać do pracy, zbliżyć społe­czeńs­two do morza, skąpać je poprostu w wodzie, wychować poko­lenie ludzi znających morze, rozmiło­wa­nych w niem do najwyższej tęsknoty. Niech jachty nasze staną się pionierami tej idei, niech rozwiną bandery polskie na wszystkich morzach Europy, zanim – jak mówi o naszych przodkach stary kronikarz, że „zawsze do morskich wypraw chciwe wyciągali ręce, najwięk­sze swe bogactwo upatrując w okrętach” – i my do morza chciwie wyciągniemy ręce.

Tak jest. „Witeź” musi iść naprzód, choćby wszystkie żagle jego miały pójść w strzępy!

Kołysany dość wysoką falą i ogarnięty ciemnością nocy, która na siedem rygli zamknęła widnokrąg, puściłem wodze marzeniom…

Na prawo błysnęło coś w mroku, jakgdyby błyskawica daleka. Oddałem ster wachto­wemu i wziąłem lornetę. Nic. Kołyszą się pagóry wodne, zasłaniają co chwila widnokrąg. Jest! znowu w tem samem miejscu błysnęło. Co to być może? Latarnia, morska na skale Utklippant? Za wcześnie. Jesteśmy na środku Bałtyku, cokol­wiek bliżej już Skan­dy­nawji. A zresztą… Kompas niewypróbowany i log[11] nowy zupełnie. I jeden i drugi mógł nakłamać. Może to Utklippan. Dalekie, bardzo dalekie światło, raczej poświata, błysnęło znowu.

Z kajuty wynurzyła się postać p. Aleksandrowicza, który wychodził ze swoim wachtowym, p. Laudańskim, zmienić mię z psiej wachty. Podzie­liłem się z nim swemi spostrze­żeniami. Chwilami widać już błyski nawet gołem okiem – właśnie takie, jak na Utklippan. Możliwe, że fałszywy kompas wypro­wadził nas zanadto na południe i że zrówna­liśmy się już z temi niebez­piecz­nemi rafami. Zmieniłem zatem kurs na N i podciąg­nąwszy szkoty żagli, skierowaliśmy się na północ, ażeby ściśle określić miejsce statku na morzu. Światła jednak po godzin­nem migotaniu znikły.

Były to, jak się okazało, niesłychanie dalekie odbicia na chmurach świateł latarni morskiej Oeland-Udde na wyspie Oeland, czego narazie, dzięki małemu wznie­sieniu pokładu „Witezia” nad poziomem wody (60-80 cm) i nieustan­nemu zasła­nianiu widno­kręgu przez fale, nie można było stwierdzić.

Legliśmy tedy na dawny kurs NW3/4W i tak szliśmy do świtu.

Dnia tego, przed wschodem słońca, oglądaliśmy niezmiernie rzadkie zjawisko świetlne. Widziałem wiele wschodów słońca na morzu, zjawiska takiego jednak nie zdarzyło mi się nigdy zaobserwować. Oto lada sekunda miała się ukazać tarcza słońca na widnokręgu. Niebo chmurne. Już obłoki nad morzem przybrały barwę rozżarzonych węgli, za chwilę rąbek słońca zabłyśnie…

I zamiast słońca wychynęła z wody w tem miejscu nagle – kula zielona: jaskrawo zielona, z ostro zaryso­wa­nemi krawę­dziami, o średnicy mniej­szej od średnicy słońca (1/2 wiel­kości) – jak bania szklana zabłysła i zgasła. Bezpośrednio potem ukazała się kra­wędź słońca. Zjawisko to trwało jedną sekundę.

Z nastaniem dnia ukazały się dalekie jeszcze wybrzeża Skandynawji: szereg wzgórz porosłych, jak okiem sięgnąć, niewysokim lasem.

Określiwszy punkt uzyskany,[12] zmieniłem kurs na W i po kilku godzinach przecho­dzi­liśmy już pomiędzy płaską wyspą z latarnią morską tejże nazwy Utlängan a wspomnianą Utklippan. Teraz można było dobrze obejrzeć tę, stojącą daleko bardzo od brzegu na samotnej skale, latarnię morską, ostrzega­jącą żeglarzy o istnieniu w tem miejscu całej plejady raf podwod­nych i nadwod­nych, o które w tej chwili z wściek­łym grzmotem rozbi­jają się fale. Biada okrętowi, któryby się pomiędzy nie dostał!

A zatem „Witeź” przepłynął już morze. Nic, że mały. Wartko płynął, bo oto niespełna w dwie doby jesteśmy tutaj… zdaleka widać wieże Karlskrony.

Jesteśmy dumni ze swego okrętu, który zostawiwszy Scyllę i Charybdę za sobą, teraz wesoło pruje szwedzkie już wody. Z głębi kajuty rozlega się szum „Primusa”; nasz „konsul kok” (p. S. był polskim konsulem w Kolonji i na Murmanie) puścił już w ruch aparat do pokrze­piania sił nadwątlo­nych nocnem czuwaniem załogi. Wiemy, że posypią się wnet jak z rogu obfitości różne kanapki, krajanki, konserwy, smażone smakołyki – co kto woli – a nadewszystko dosko­nała gorąca herbata; to też w miłym nastroju dzielimy się wraże­niami i oglądamy domy, wille i wieże, najpilniej zaś rozrzu­cone dość obficie wiechy[13] i baki,[14] wskazujące mielizny i skały podwodne, których tu legjon.

Przed nami w niebieskawej dali zamajaczyły trzy wiechy. Poleciłem wachtowemu sterować na te znaki, a sam zeszedłem do kajuty.

– Panie kapitanie – słyszę po chwili głos sternika – jedna wiecha dym puściła.

– Nic nie szkodzi – odpowiadam z wymuszoną powagą – tak trzymać.

– Jest – brzmi odpowiedź – tak trzymać.

Najdalsza z tych wiech wyglądała, jak wyrastający z wody komin fabryczny odległego jeszcze bardzo Karlshamnu, czego zresztą nie można było stwierdzić.

Płyniemy tedy dalej wprost na tę dymiącą wiechę, przerzucając się beztroskiemi żartami na temat niezwyk­łych sposobów znakowania mielizn, używanego przez Szwedów, mijamy kolejno miasta: Karlskronę, Sturk-ö, Rönneby i inne pomniejsze, a przed wieczorem, okrążywszy wyspę Tärn-ö, skręcamy na północ i wpływamy do fiordu, na końcu którego leży cel naszej podróży – Karlshamn.

Roztrącając piany przed sobą pełnemi żaglami, wpada „Witeź” do portu i zatoczywszy połkole, o godz. 17-tej staje na kotwicy w przystani jachtowej.

Z przystani przeciągnęliśmy się do nabrzeża.

Na pokładzie zawrzała gorączkowa praca: trzeba żagle zwinąć, liny ułożyć, pokład zmyć wodą, a dopiero wtedy można myśleć o sobie. To też w pół godziny „Witeź” tak wyglądał, jakgdyby nie był w żadnej podróży: wysoki, smukły, biały jak łabędź stanow­czo wyróż­niał się korzystnie pomiędzy różnemi statkami i jachtami, stojącemi w porcie.

Przybyliśmy do kraju prohibicji, gdzie sprzedaż trunków alkoholowych jest prawem wzbroniona.

A oto pierwszymi ludźmi, którzy wyrośli na brzegu nad pokładem „Witezia”, byli dwaj pijani marynarze. Bezmyślnie i dobro­dusz­nie przyglą­dali się zgóry naszemu okrętowi i sztormo­wali na lądzie. Z rękami założo­nemi w kieszenie walczyli srodze z prawem zachwia­nej swej równo­wagi, starając się bezsku­tecznie utrzy­mać na rumbie.[15] Z pół godziny trwało to upor­czywe badanie szczegó­łów naszego statku – bez słowa i bez gestu, poczem „wzięli kurs” na swój statek i cichutko, spokojnie, choć chwiejnie, się oddalili. Byli to, jak później objaśnił nas kapten-hamn, marynarze z obcego okrętu. Niech i tak będzie.

Szwecja… odsyłam tu ciekawego czytelnika do podręczników geografji, Baedekerów i t. p.

Powiem tylko: miły, spokojny, pracowity naród, kultura wysoka, kraj skał granitowych, szlifo­wa­nych w lodow­cowej epoce, a dziś poros­łych lasami, wśród których rozcią­gają się skrzętnie uprawione łąki. Kraj, w którym nikt nie krzy­czy, nikt się nie śpieszy, choć wszystko na czas jest zrobione, kraj ciszy, łagodnej prostoty i dobrobytu.

Jeszcze jedno: gdyby z policjantów robiono tu lekarstwa, napewno śmiertelność byłaby wielka. Policjant jest tu do pewnego stopnia muzeal­nym okazem, raczej histo­rycz­nym orna­mentem do sztafażu,[16] aniżeli człowiekiem. Biedacy, sami, zdaje się, to czują i mają miny znudzone śmiertelnie. Więzienia stoją pustkami.

O tem, żeśmy następnego dnia zwiedzali Karlshamn i okolice, a potem koleją udali się przez Rönneby do Karlskrony, wojennego portu Szwecji, że tam stoi pomnik Karola XI i są fabryki płótna żaglowego, nie będę pisał, bo tak się pisze o każdej europejskiej Mejszagole, do której nas dowiezie mniej lub więcej rozklekotany „express” (koniecznie express).

Z Karlshamnu wysłałem depesze powitalne: do posła polskiego w Sztokholmie i do konsula polskiego w Malmö, na które otrzymałem następujące odpowiedzi:

Sztokholm. 111199. 45. 24/. 1925. 13,10.
Generał Zaruski
Polski jacht „Witeź”, Karlshamn
Dziękując najserdeczniej za pozdrowienia generała polskiego Yacht-klubu i załogi „Witezia”, witam panów na szwedz
­kiej ziemi i żałuję, że nie mam sposobności ugosz­cze­nia dzielnej załogi pols­kiej w Sztokholmie. Życzę szczęśliwej drogi, donosząc, że przesła­łem szwedz­kiemu Yacht-klubowi kole­żeńskie pozdrowienia „Witezia”.
Poseł Wysocki

Malmö. 03450. 31. 23/8. 11,35 stats.
Generał Zaruski
Ombord Polska segelyachten „Witeź”
Karlshamn
Witając serdecznie pana kapitana oraz panów członków Yacht-klubu Polski na wodach szwedz
­kich, życzy przyjem­nego spędze­nia chwil na lądzie oraz szczęśliwej dalszej podróży
Konsulat Polski

Trzeciego dnia rano na „Witeziu” panował znowu ruch ożywiony: rozwijano żagle z pokrowców, wcią­gano malutką szalupkę-łupinę na pokład, szukano w głębi jachtu miejsca dla zapasowej baryłki z wodą, która nigdzie nie chciała się zmieścić, załatwiano formal­ności portowe, przedstawiające się mniej więcej tak:

– Dokąd udaje się lust-yagd „Witeź”?

– Na Bornholm, do Rönne.

Good bye,[17] pomyślnego wiatru!

Według pojęć tych ludzi świat dla każdego stoi otworem: jeśli nie wieziesz na swym statku tytoniu i spiry­tusu i nie masz nic płacić – jedź, gdzie chcesz.

Zaszeleściły znów liny, wiążące nas z przystanią, i „Witeź” ruszył z miejsca, jak zwykle „z kopyta”, żegnany życzli­wemi ukło­nami Szwedów. Za portem widać było morze ciemno-granatowe, poorane brózdami spienio­nych grzebieni. Znać było, że na pełnem morzu dmie silny wicher – znowu pomyślny – tym razem od rumbów północnych. W prze­wi­dy­waniu tego nasze żagle były zmniejszone do 2/3. Jakoż za wyspą Tärn-ö zupełnie „świeży” nord-ost wyskoczył z za przylądka i poniósł nas, zda się, w powietrzu. „Witeź” tak szybko gnał przez wzburzone fale zatoki, że w niespełna godzinę dopędzi­liśmy i zosta­wi­liś­my za sobą duży parosta­tek, który port opuścił przed nami.

Parowiec ciężko nurzał się w falach i czerpał burtami całe „Niagary” wody, która chwilami dosię­gała najwyż­szych pomostów.

Na niebie jednak zaczęły się dziać rzeczy niedobre. Zachmurzony zlekka widnokrąg pokrył się ciemnemi plamami, pod któremi zwisały silnie nachylone firanki dalekich deszczów. Morze sczerniało, a fale jęły się tłoczyć bezład­nie, straciw­szy zupełnie orjentację co do kierunku. Już kilka razy przeszły nad nami przelotne wichry z deszczem, nachy­lając maszt „Witezia” ku wodzie.

Nagle dostrzegłem z lewej strony za rufą widok, który mię porwał na nogi: niedaleko już od nas, pod chmurą deszczową czarna toń wody zasnuła się cała białą płachtą skotłowanej piany. Aha, przemknęło mi w myśli, „szkwał z pyłem”…[18]

– Żagle refować! – krzyknąłem i skoczyłem z podwachtowym do masztu. „Skoczyłem” – to wyra­żenie właściwe, piękne, ale niepraw­dziwe: poczoł­gałem się, a raczej popełzłem na kolanach i rękach ku masztowi, gdyż „Witeź” wykonywał już skoki niezwykłe, na jachcie zaś, wiadomo, burt niema. Za mną popełznął podwachtowy pan B. Pan Aleksan­dro­wicz pozostał u steru i miał przyjem­ność obserwować wspaniały widok, który po chwili roztoczył się przed jego oczami. Ja byłem zajęty ciężką pracą refowania zgnie­cionego przez wichurę żagla i me miałem czasu na oglądanie „pejzażu” – tylko przelotnie, jednym rzutem oka.

Szkwał przyleciał jak jastrząb. Mój rozkaz został wydany za późno: czas od ukazania się wichury na małym z powodu niskiego poziomu pokładu widnokręgu „Witezia” nie przewyż­szał zapewne jednej minuty.

„Witeź” położył się na boku: pomimo wysiłków sternika, ażeby najostrzej przykręcić do wiatru, nietylko okienka kajuty, ale i dach jej zanurzył się w wodzie. Moment był zlekka krytyczny. Trzymając się liny nogą, co siły kręci­łem korbą refową, podczas gdy pan B. wypuszczał odpowiednią linę (grota-fał); czułem tylko, jak mnie jedna za drugą grzmocą po plecach wpadające na pokład fale.

Szkwał przewalił się nad naszemi głowami i „Witeź” się wyprostował.

O tem, że się podniesie, nie wątpiłem, przyznam się tylko po cichu – bałem się, czy maszt nie trzaśnie w połowie, boć przecie 17 m na 12 1/2 m długości jachtu to wysokość nielada.

Maszt jednak wyszedł z próby zwycięsko i statek nasz pędził dalej jak centaur[19] ścigany przez fale. Gwałtowne wichry nadla­ty­wały jeden po drugim.

Ukazała się malutka, ale wysoka wysepka Han-ö i wkrótce płynęliśmy już wzdłuż jej brzegu, kierując się na pełne morze. Wieczór się zbliżał. Oddzielne plamy chmur na niebie połą­czyły się na widno­kręgu w jeden ciemny zwał, z którego szły wichry coraz potężniejsze. Nie ulegało wątpliwości, że zbliża się sztorm długotrwały. W tych warun­kach rozsądek naka­zywał wyzys­kanie warunków najkorzystniejszych.

W pewnem miejscu wybrzeża dostrzegliśmy stojące spokojnie bez żagli maszciki statków rybackich.

– Tu jest przystań. Podejdźmy-no bliżej, zobaczymy, co tam jest.

Zmieniliśmy kierunek i walcząc ze wzmagającą się wciąż wichurą, zaczęliśmy się zbliżać do wyspy.

Już widać molo granitowe, oddzielne kamienie przy brzegu, a oto wejście do portu…

– A wiecie, panowie, zupa ze świeżych ryb?… co?

– Dobra rzecz – ktoś wtrącił niezdecydowanie.

Miałem zamiar tylko obejrzeć port i wejście do niego – tak, na wszelki wypadek. A tu… ten spokój w zacisz­nej przystani, świeże ryby… tam zaś… brrr… och, jak zimno, chwiejnie i mokro!

Niewiadomo, jak się to stało, dość, że „Witeź” nagle znalazł się u wejścia do portu i żagle opadły na pokład.

Byliśmy sami jakgdyby zdziwieni i niedowierzająco spoglądaliśmy na siebie. Niebawem jednak pogodzono się z lo­sem, upatru­jąc w tem palec Opatrzności, tem bardziej, iż przypom­niano sobie, że przedtem kilka­krotnie wyra­ża­łem życzenie zawi­nięcia do wyspy Han-ö.

– Tak nam było sądzone – zawyrokowała załoga.

Zaraz. Wyspa Han-ö. Co za wyspa? do jakiego króla należy? A otóż i ludność, mieszkańcy… No, wyłaźcie, wyłaźcie, wszystko jedno, zostaliście już odkryci!

Istotnie na molo wysypała się „ludność”. Rybacy, wyrostki, przyczłapali w drewnianych sabotach i spodniach sięga­ją­cych pod pachy na miejsce, gdzieśmy się przyciąg­nęli, i oglądali dziwo: zamorski jacht – do tego polski.

– Macie chłopaki po pierniku. To na ochotę. A starsi po kieliszku konjaku – tak zawyro­kował nasz kok i zaczął częstować.

– Bra, bra (dobre) – rozlegały się głosy wśród ludności.

Przyjazne stosunki zostały nawiązane. Krótka rozmowa z „gubernatorem”, którym okazał się pilot[20] miejscowy, uświado­miła nas o stosun­kach panujących na wyspie. Wyspa należy do króla szwedzkiego: 250 mieszkań­ców, 2 konie, 5 krów, kur i kaczek niemało. Jest latar­nia morska, szkoła, stacja ratunkowa – drogi nato­miast ani ścieżki na całej wyspie niema – to niepotrzebne: kto chce znaleźć się w innem miejscu, niż to, na którem stoi, ten płynie. Takie jest prawo na wyspie.

Tymczasem do burty „Witezia” podpłynęła szalupa, z której zaczęły śmigać na pokład srebrzyste flądry.

Nielitościwy kok czyhał już na nie. Niebawem o zmroku siedzieliśmy w zacisz­nej kajucie, po smacznej kolacji, pyka­jąc fajki i popijając herbatę. Ze złośliwym uśmiechem zadowolenia słuchaliśmy wycia wichury, która w bezsil­nym gniewie szarpała liny naszego statku i tłukła blokami o maszt. Za falochro­nem, przy którym staliśmy uwią­zani linami, grzmiał przybój sztur­mu­jącej burzy i gryzł granitowe posady: daremnie, potężne jego akordy nie mogły spłoszyć snu z naszych powiek, gdy okryci kocami ułoży­liśmy się na królews­kich swych kojkach,[21] marząc o flądrach i rozmaitych niebieskich migdałach.

Nazajutrz – zwiedzanie wyspy, latarni morskiej, stacji ratun­kowej i innych dziwów, do których należały gęsto rosnące na samym brzegu morza jeżyny i maliny. Obeszliśmy wyspę dookoła, fotogra­fo­wali, zbierali maliny, rozkoszo­wali się przepięknym i potęż­nym w swej grozie widokiem strasz­liwego przyboju fal u skalistych brzegów, oglądaliśmy „memento mori”[22] w postaci strzaska­nych i pogiętych stalowych szcząt­ków jakiegoś niemiec­kiego okrętu, który tu zakoń­czył swój żywot żeglarski, wreszcie, po dokładnem rozpatrzeniu się wśród skał i raf przybrzeżnych, wybraliśmy jedną największą, płaską zupełnie, przez którą w nieprze­partym pędzie raz po raz przewa­lały się rozju­szone fale – zwaną Malquarn – i guberna­to­rem jej miano­wa­liśmy p. Sztarka, jako że piastując niegdyś urząd konsula, biegły był w dyplo­macji i sztuce rządzenia. Poleciliśmy mu gorliwie zająć się wprowa­dze­niem na tej wyspie ogrod­nictwa ze szczegól­nem uwzględ­nieniem uprawy pomidorów, których właśnie nam na statku zabrakło, co nowomia­no­wany guber­na­tor solen­nie przyrzekł uczynić.

Na tem zakończyliśmy swe odkrywcze czynności dnia tego i wróciliśmy na statek, gdzie mieliśmy przyjąć zapowie­dzia­ną wizytę guber­na­tora wyspy Han-ö. Jakoż o nazna­czonej godzinie stawił się on w towarzyst­wie latar­nika z synkiem, chłopa­kiem lat dwunastu. Mili ludzie, obaj byli marynarze, byli zachwyceni wspaniałością wnętrza naszego okrętu, choć parę razy stuknęli głowami o niezbyt wysoką powałę tego wnętrza, i ujęci polską gościnnością.

Przed wieczorem pożegnaliśmy się serdecznie, poczem goście opuścili pokład naszego statku. Latarnik śpieszył, ażeby przed zmrokiem zapalić na górze morskie swe oko.

– No, dobrze, żeście panowie zaszli do naszego portu – rzekł na odchodnem gubernator – inaczej Polska miałaby dzisiaj o jeden statek mniej, niż miała ich wczoraj.

Niezupełnie godziłem się na poglądy pilota i mniemam, że Polska tak łatwo nie wyrzekłaby się swego statku.

Rankiem dnia następnego już nas w porcie nie było: pod zmniejszonemi znowu żaglami płynęliśmy na SW, ślizgając się po wielkiej fali, toczącej się od północnego zachodu. O godz. 11 dostrzegliśmy na widno­kręgu przylądek Hameren na Bornholmie, a o godz. 18-tej stanęliśmy na kotwicy w Rönne, pięknem duńs­kiem miasteczku i zarazem miejscu kąpielowem Bornholmu.

Tu więcej brunetów, temperamenty żywsze i żywsze dla Polski sympatje. Nie zapomnę owacji, którą zgotowali nam oficerowie przecho­dzącego obok nas na pełnem morzu duńskiego parostatku. Nie wiem, czy uradowała ich polska narodowa bandera „Witezia”, czy widok jachciku, bujającego na ogromnej fali, dość że gdy zrównali się z nami, nagle na wszyst­kich pomos­tach wyleciały czapki dogóry i długo w powiet­rzu się chwiały. Odpowie­dzie­liśmy im tem samem.

Osobliwością Rönne – jak całej Danji – jest mnogość rowerów. Nikt tu nie chodzi, wszystko się toczy na kółkach: dorośli, dzieci, matki z trojgiem niemowląt, ślusarze, kominiarze, koszyki, pakunki – wszystko jedzie kręcąc pedały.

Po jednodniowym pobycie na Bornholmie ruszyliśmy do dalekich jeszcze brzegów ojczystych. Morze gniewne było od samego już rana. Wielkie, rozległe i głębokie wały z szumem toczyły się jeden za drugim, zawija­jąc się na wierz­choł­kach w festony fantastycz­nych grzebieni. „Witeź”, niezrów­nanie lekki i lotny, znako­micie przewijał się pomiędzy rozchwia­nemi wzgó­rzami, to spadając na same dna dolin, to stając dęba na spienionych ich czubach. Nieraz zdawało się: ot ten dziad siwy, wysoki i sierdzisty, zdaleka już wyróż­nia­jący się rozwich­rzoną swą brodą – ten już niechybnie zwali się nam na pokład. Już tu, już jest nad naszemi głowami, ryczy jakieś przekleństwa z rozwar­tej swej pasz­czy, aliści… fajt – „Witeź” siedzi na jego głowie, a dziad pokonany wali się plackiem w dolinę…

Popołudniu stan morza i zachmurzonego nieba pogorszył się jeszcze. Barometr spada, a w miarę tego wzmaga się falo­wanie morza. Szkwały doganiają nas nieustannie. O godz. 17-tej zmniejszyliśmy do połowy żagiel główny i fok-żagiel[23] nr. 2 zmieni­liśmy na sztormowy; o godz. 21-szej (9-tej wiecz.) w dzien­niku okrętowym „Witezia” falo­wanie morza okreś­lone zostało liczbą 6 według skali 9-stopniowej.

Zaczęła się noc niespokojna.

Ponieważ biegliśmy ze sztormem pomyślnym, było rzeczą nad wyraz trudną utrzymać statek na rumbie. – To też wiatr uderzał co chwila to z jednej strony żagla głównego, to z drugiej, grożąc nagłem przerzu­ceniem go na burtę przeciwną i katastrofą w omasz­towaniu, zwłaszcza że i tak przy nachylaniu się statku koniec ogromnego boma[24] raz po raz pruł nadbiegające fale, wyrzucając fontanny wody dogóry i dając podstawy do obaw o jego całość. Pomimo starań grot kilka razy z grzechotem bloków i trzaskiem przele­ciał na drugą stronę, wstrzą­sając jachtem potężnie. Za każdym razem miało się wrażenie, że liny masztowe uderzenia tego nie wytrzymają i pękną, a wtedy olbrzymi maszt zwali się nam na głowy. Ostatecznie zmu­szeni byliśmy koniec boma podnieść wysoko dogóry, a cały żagiel przyciągnąć do płasz­czyzny środkowej statku, przez co utworzył się balon, który spokojniej już niósł nas przez morze.

Wskutek wichury latarnie „Witezia” nieustannie gasły – nie pomogło nawet otulanie szczelin szmatkami: były chwile, gdy żadne światło, nie wyłączając latarni kompasu, na statku się nie paliło i ogar­niała nas ciemność zupełna. Wówczas musiało się sterować żeglarskiem wyczuciem kierunku i ruchami białego widma, żagla głównego.

Przed świtem fale dosięgły największych rozmiarów: to już nie były fale Bałtyku, ale oceanowe wprost fale, którym nieraz miałem sposob­ność przyglądać się zbliska. Ogromne, potężne szły z niepowstrzy­ma­nym rozpędem jak moc jakaś głucha i ślepa. Pomimo to – miło mi to stwierdzić – zapis w dzien­niku okrętowym o tej godzinie brzmiał:

„Witeź” na falach doskonale się trzyma”.

Błysnęło światło latarni morskiej. Niemiecki brzeg. Co za latarnia? Po długości jej błysków rozpoz­naję latarnię Scholpin. A zatem dobrze: pomimo bała­mutności odchy­leń magne­tycznych w okolicy Bornholmu kurs mamy dobry i wycho­dzimy tam, dokąd zmierzaliśmy.

Zmieniam kurs bardziej ku wschodowi i po kilku godzinach jesteśmy już na trawersie innej latarni morskiej – Stilo.

Z brzaskiem dnia zobaczyliśmy z prawej burty brzegi niemieckie, a przed sobą zasnute niebieskawą mgiełką dalekie wzgórza Rozewia, Byliśmy już w domu.

Dziennik okrętowy notuje tu dane:

„Szkwały. O godz. 5-tej trawers Rozewia. O godz. 9-tej trawers Jastarni, o 12-tej latarnia na Helu”.

Rozgniewane jednak na „Witezia” za porażkę swą morze nie chciało go wpuścić do Gdyni. Pięć godzin jeszcze zmu­szeni byliśmy lawi­rować w zatoce Gdańskiej przy prze­ciwnym wietrze i szkwałach, które go srodze tłukły po bokach, zanim zarzuci­liśmy kotwicę w tem samem miejscu redy gdyńskiej, z którego dziesięć dni temu wyru­szyliśmy na eksplo­ra­cyjną[25] wycieczkę. Tłumów i tym razem nie było: przybi­liśmy cicho i niepo­strze­żenie do połud­niowego falo­chronu, niemal do tych samych słupów, przy których staliśmy.

Na tłumy czas jeszcze nie przyszedł.

Wycieczka ta, na której tak bardzo mi zależało, spełniła swoje zadanie: wykazała wszystkim intere­su­ją­cym się rozwo­jem naszego żeg­lars­twa, że nawet na małych statkach – zanim na wielkie się zdobę­dziemy – przy dobrej woli można odbywać piękne podróże.

Potrzeba tylko chcieć.

A jeśli okręt jest mały, należy zdobyć się na większy zasób wytrwania i czujności, w myśl klasycz­nej odpo­wiedzi danej synowi przez ową matkę-Spartankę: „Powiadasz, że miecz masz za krótki? Postąp krok naprzód, a dosięg­niesz nim wroga”.


 

[1] Molo – część nabrzeża portu, do której przybijają statki.

[2] Falochron – mur odgraniczający port od pełnego morza.

[3] Pilawa – port niemiecki na wschodniem wybrzeżu Bałtyku.

[4] „Podhalanin” – torpedowiec naszej floty wojennej.

[5] „Code” – księga sygnałów flagowych.

[6] Hals – kurs statku żaglowego.

[7] Wachta – część składowa załogi, a zarazem dyżur służbowy.

[8] Kok – kucharz.

[9] Oficer nawigacyjny wyznacza drogę okrętu.

[10] Psia wachta – dyżur od godz. 24-tej do 3-ciej.

[11] Log – przyrząd do mierzenia szybkości biegu statku.

[12] Punkt uzyskany – w żegludze punkt, w którym w danej chwili statek się znajduje.

[13] Wiecha – znak w postaci wysokiego drąga, umocowany do kotwicy, wskazujący mieliznę.

[14] Baka – znak w postaci wieżyczki na brzegu.

[15] Rumb – kierunek według kompasu.

[16] Sztafaż – to wszystko, co otacza pewien przedmiot dla ozdoby.

[17] Good bye (czytaj: gud baj) – do widzenia.

[18] Szkwał – nagły, gwałtowny wicher.

[19] Centaur – postać mityczna o ludzkiej górnej części ciała (po pas) i końskim tułowiu.

[20] Pilot – starszy i doświadczony marynarz, który wypływa na spotkanie okrętu i wprowadza go do portu lub przeprowadza przez miejsca niebezpieczne.

[21] Koja, zdrobn. kojka – kanapa, łóżko.

[22] Memento mori – ostrzeżenie: pamiętaj o śmierci.

[23] Fok – trójkątny żagiel mniejszy na jachcie.

[24] Bom – drewno dolne żagla głównego.

[25] Eksploracyjny – badawczy.

 

Calendar

« October 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 
Jesień
– jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

•   Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

•   i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

•   Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

•   Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

•   Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

•   Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

•   Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

•   Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

•   Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

•   Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

•   Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

•   Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

•   Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

•   Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

•   Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

•   Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę polska.

•   Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

•   Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

•  Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
    Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
    A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

•   Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

•   Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

•   Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

•   Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

•   Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

•   Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

•   Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

•   Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

•   Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic na to nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.

Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią.
Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna  nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!
Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

Idzie jesień, a tu próżna kieszeń.

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień, brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień, ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę
z korca deszczu, garniec błota.

Pzdrwm_Robak

PS.
Za pocztówki dziękuję (w kolejności nadlatywania z czterech stron świata):

•   Kai (ze Shqipërii);
•   Kai, Mai i Witoldowi (z Finlandii, z rejsu Zaruskim);
•   Markowi (właśnie temu ze Świdnicy, a kartka była pantomimiczna z Wrocławia!);
•   Oli, Matyldzie, Mai, Strusiowi, Zuzi i Zuzi (skądże by, jak nie z Pogorii sześć pocztówek w jednej kopercie!);
•   Karolowi (z któregoś z rozlicznych festiwali);
•   Natalii (z Lidingo w Szwecji);
•   Łukaszowi (nie powiem, skąd);
•   Magdzie i Maszy (najpierw z Grecji, później ze Złotych Gór);
•   Oli (banan z Tennessee!);
•   Zuz-Ali (z Jastrzębia, ale i ze Zdroju);
•   Martynie (ciężko powiedzieć, skąd : );
•   Mirce i Stachowi (najpierw z Gruzji, a potem z Litwy);
•   Kasi (z jej rejsu na pokładzie jednostki czterokołowej Helena);
•   Krzysztofowi, znanemu jako "Kapitan" (z wędrówki po ostępach Montany i Yellowstone);
•   Ryśkowi (z rejsu, który prowadził dookoła Sycylii);
•   Kryspinowi (z Krakowa ale z Wieliczki);
•   Dorocie, Idze i Karolowi (z Kazimierza).

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

PAŹDZIERNIK...

Jasne, że październik. Wystarczy spojrzeć w okno i widać. No, chyba że ktoś mieszka w tropikach, na przykład w Singapurze.

Październik – dziesiąty miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.
Jest najdłuższym miesiącem w roku kalendarzowym: ponieważ na październik przypada zmiana czasu letniego na zimowy jest on dłuższy o jedną godzinę od pozostałych 31-dniowych miesięcy.

Teraz powinno być, jak etymologię słowa „październik” wyjaśnia Aleksander Brückner (pamiętamy: 1856-1939, filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny) i jeszcze np. zgrabny cytacik z Lindego. Ale nie będzie, bo to wyjaśni każdy, nawet ci, co o Brücknerze i Lindem nie słyszeli w życiu, a nawet tacy, dla których zaskoczeniem jest fakt istnienia słownika języka polskiego, bo przecież jeżeli słownik – to z jakiegoś na jakiś, a nie z naszego na nasze.
„Wrzesień” – bo wrzosy, „listopad” – bo liście spadają, „grudzień” – bo gruda (tu już tak prosto nie jest, bo na własne uszy słyszałem, jak ktoś powiedział, że mu coś „idzie jak po grudzień”).

A „październik”? Tu też jest „trudniej”, bo chodzi o paździerze, od których jest też „płyta paździerzowa” (a nie na odwrót!) – odpadki z lnu lub konopi.
Dziś mało kto zna bajkę Konopnickiej Jak to ze lnem było, a tego, jak się obrabia len – poza specjalistami – dziś nie wie nikt, choć kiedyś była to jedna z podstawowych prac w każdym większym gospodarstwie. W bajce, jak to w bajce: był król – dobrotliwy, sprawiedliwy, ale bardzo nieszczęśliwy, ciągle bowiem był zmartwiony z racji takiej, że jego naród na grzbiet nie miał co włożyć. Dał mu starzec, przy drodze spotkany, worek nasion mówiąc, że złoto z nich wyrośnie – ale że nie wyrosło, więc król zielsko najpierw kazał wyrwać, później w rzece topić, później pod lasem rzucić. A gdy znów mu się przed oczy napatoczyło, zawołał:

– Hej tam! Zabrać mi to przeklęte zielsko i otłuc kijami, żeby aż z niego paździerze poszły!
I z wielką pasją do domu wracał, a z nim goście jego.
A pachołki tymczasem, one pęki łodyg porwawszy, zaczęli je kijami okładać tak, że aż z nich paździerze leciały.
Naleciał tych paździerzy okrutny pokład, a łodygi aż pobielały, jak z nich ta pierwsza surowizna zeszła.

Tymczasem starzec – którego król zdążył już w lochu uwięzić – nauczył dzieweczkę jedną, jak z łodyg lnianych nić wysnuć i płótno utkać, i królowi sztukę materiału w darze złożył, mówiąc:

Kazałeś go topić?
Dobrześ uczynił, bo jego łodyżki w wodzie odmięknąć muszą.
Kazałeś go z wody precz cisnąć?
Dobrześ uczynił, bo go trzeba suszyć.
Po moknięciu owym kazałeś go kijami z paździerzy obić?
Dobrześ uczynił, bo tę złą paździerz obić trzeba z łodygi, żeby ją uprawić.
Kazałeś je zaś powtórnie kijami obijać?
I toś dobrze uczynił, bo do trzeciej skóry len obić trzeba i kijem go wyłamać, żeby do włókna się dostać.
[…] Królewna niech każe po wsiach len siać i tak go sprawić z rozwagą i miłością, jakeś go ty królu, z gniewem sprawiał, a z płótna niech da koszule dla wszystkich sierot i niemocnych szyć, co jest więcej niż złoto, bo jest poratowanie ubóstwa i niedostatku.

I tak to się wszystko – jak pisał x. Tischner – fajnie po góralsku skończyło, hej!

 

Hen, drzewiej... [„hen” to wg słownika 'wzmocnienie okolicznika miejsca', „drzewiej” to 'dawniej' (a nie tryb rozkazujący)] dziesiąty miesiąc roku nazywano u nas również: paździerzec lub paździerzeń (od tych samych paździerzy), pościernik (od ściernisk jesienią pola pokrywających), a także winnik, co zbieżne było ze starogermańską nazwą października Weinmond, więc smacznie – bo od wina.

Łacińska nazwa October – „ósmy miesiąc” (octo to po łacinie osiem), zaczęła być używana od roku 46 p.n.e., kiedy to Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).
Nazwa ta została zapożyczona przez większość języków europejskich.

 

Październikowe rocznice

 

1 października 1800: trzeci traktat z San Ildefonso – Hiszpania oddaje Francji „Zachodnią Luizjanę”.

Cudzysłów dałem dlatego, że owa nazwa nie ma nic wspólnego z dzisiejszym stanem Luizjana, gdyż w owym czasie oznaczała terytorium stanowiące prawie 25% powierz­chni dzisiejszych Stanów Zjednoczonych.
Obejmowało ono – w całości – dzisiejsze stany (porządek alfabetyczny): Arkansas; Dakota Południowa; Iowa; Kansas; Missouri; Nebraska; Oklahoma; oraz mniejsze lub większe części stanów (porządek prawie alfabetyczny): Dakota Północna; Luizjana (na zachód od Missisipi, z Nowym Orleanem); Minnesota (na zachód od Missisipi); Montana, Wyoming i Kolorado (na wschód od Gór Skalistych); Nowy Meksyk (część północno-wschodnia); Teksas (część północna) i niewielkie kawałki dzisiejszych prowincji kanadyjskich Alberta i Saskatchewan.

Hiszpania oddała więc taki kawał kontynentu Francji w zamian za:

● obietnicę utworzenia królestwa na podbitym przez Napoleona Półwyspie Apenińskim (państwa „Włochy” wówczas nie było; powstanie dopiero w 1861 r.) którym władać miał bratanek hiszpańskiego króla – książę Parmy, Ludwik Franciszek Filibert Burbon-Parmeński;

● obietnicę Francji, że nie przekaże „Zachodniej Luizjany” żadnemu innemu państwu.

● Do tego Hiszpanie zgodzili się dołożyć sześć 74-działowych okrętów wojennych, które miały być przekazane po objęciu przyrzeczonego tronu przez Ludwika Franciszka Filiberta.

Trzeci traktat z San Ildefonso (ściśle tajny w momencie podpisania) ogłoszono miesiąc po uzgodnieniu. Ostateczna umowa podpisana została 21 marca 1801 r. w Aranjuez.

Napoleonowi, wojującemu z Anglią, zależało na sojuszu z Hiszpanią, więc Ludwik Franciszek Filibert, 21 marca 1801 r., został królem tzw. Etrurii, ze stolicą we Florencji (że pod kontrolą Francji, to jasne, prawda?). Panował krótko: dwa lata później zmarł, zostawiając na tronie 4-letniego syna.
Epizod Królestwa Etrurii trwał też krótko, bowiem Napoleon w 1807 roku włączył je w skład Cesarstwa Francuskiego.
I tak została wypełniona francuska obietnica pierwsza.

Karol IV Hiszpański ogłosił dekret królewski o przekazaniu „Zachodniej Luizjany” Cesarstwu Francji 15 października 1802. Trzy miesiące później Napoleon złożył, a Thomas Jefferson przyjął ofertę kupna/sprzedaży tego terytorium.
I tak została wypełniona francuska obietnica druga.

Okręty (Intrépido, Conquistador, Pelayo, San Genaro, AtlanteSan Antonio) zostały przekazane Francji, zgodnie z umową, w marcu 1801 r.

 

Jak było dokładnie ze sprzedażą „Zachodniej Luizjany” Stanom Zjednoczonym, przeczytacie przy dacie 30 kwietnia, bo właśnie tego dnia, w 1803 roku, podpisany został akt transakcji zwanej Louisiana Purchase. A w skrócie rzecz miała się tak.

Rewolucja francuska z 1789 roku (zwana Wielką) oparła się na trzech wyrazach-hasłach: liberté, égalitéfraternité, komunikując całemu światu, że wszyscy ludzie są wolni, równi i (sobie) braćmi. Ludzie prostoduszni przyjęli to bez zastrzeżeń, zapominając, że zawsze są ludzie bardziej wolni i bardziej równi niż inni, a braterstwo też może być różne, np. stryjeczne, cioteczne czy jeszcze dalsze.
Dosłownie pół godziny po napisaniu tych słów, otworzyła mi się (słowo daję: przypadkiem) jedna z książek na stronie z następującym cytatem:

Rewolucje proklamują szlachetne słownictwo, które przenika do mowy potocznej: nawet przeciwnicy wierzą w głębi serc, że zawarte w intencjach re­wo­luc­ji dobro i rozum wyeli­minują w końcu przemoc i absurd, wierzą w sło­wa, albowiem moc słów jest nieod­gad­nio­na, zaś na zużycie ich nie starczy stuleci.

Précisément.
Tacy właśnie prostoduszni ludzie zamieszkiwali kolonię francuską Saint-Domingue (zachodnia część wyspy Hispaniola, dziś: wyspa Haiti; po polsku kolonia ta zwana była z hiszpańska: San Domingo). Pojęli oni rewolucyjne hasła dosłownie i zażądali tego, co im się wydawało ich.
Sęk w tym, że byli to czarni niewolnicy z plantacji, którym do głowy nie wpadło, że gdy biali panowie w Europie robią demokratyczno-wolnościowe rewolucje, to czarnym do tego wara, bo mają pracować jeszcze więcej, gdyż rewolucja zawsze potrzebuje pieniędzy. Jednak niewolnicy – jak to niewolnicy – zaczęli powstanie.

Ekspedycje wojskowe wysłane do Saint-Domingue przez Hiszpanię, Wielką Brytanię i Napoleona, by spacyfikować buntowników (Legiony Polskie z armii napoleońskiej też pacyfikowały, a jakże) były dziesiątkowane zarówno przez powstańców, jak i choroby tropikalne. Ukaz z 1802 roku, który nadszedł z Paryża i oznajmiał utrzymanie niewolnictwa na Martynice i Gwadelupie także niewiele pomógł.

Napoleon zdał sobie sprawę, że Saint-Domingue nie utrzyma (i rzeczywiście: powstańcy ogłosili niepodległość 1 stycznia 1804 jako Haiti), a bez tej bazy wszelkie posiadłości francuskie na kontynencie północnoamerykańskim nie przetrwają długo. Najbardziej zaś potrzebne mu były pieniądze.

Jefferson z kolei zdawał sobie sprawę, że wkrótce pojawi się co najmniej dwóch pretendentów do „Zachodniej Luizjany” – Hiszpania i Anglia i że najtańsza wojna będzie wielokrotnie droższa od ceny wynegocjowanej z Francją. Francja zaś proponowała sprzedaż terytorium mającego 2.144.510 km2 (828.000 mil kw.) za 15 milionów dolarów (11,75 mln gotówką, reszta – przez umorzenie długu), czyli 7 centów za hektar (po amerykańsku: 2,8ȼ za akr). Dziś by to było ok. 236 milionów dolarów czyli 1,11 dolara za hektar (44,5ȼ za akr) – darmo!

Trzeba tu jeszcze dodać, że w owym czasie duża część ziem wchodzących w skład „Zachodniej Luizjany” mogłaby się reklamować jako „nietknięta stopą białego człowieka”.

 

 

14 października 1582 był dniem ciekawym, bo datą dnia poprzedniego był 4 października – czyli 10 dni wypadło z kalendarza. Stało się to za sprawą bulli Inter gravissimas [„Wśród najpoważniejszych (obowiązków pasterskich)"] wydanej przez Grzegorza XIII.
Papież zarządził zmianę, by dostosować daty obowiązującego do owej pory systemu juliańskiego do kalendarza solarnego czyli astronomicznego, bo np. przesunięcie Wielkiejnocy zaczęło być zbyt wielkie.
Kalendarz wprowadzony przez Juliusza Cezara w 45 r p.n.e. był postępem wobec tego, jak liczono daty w Rzymie wcześniej, ale miał i wady: m.in. w wyznaczaniu lat przestępnych, przez co spóźniał się wobec Słońca o 1 dzień na 128 lat.
Kalendarz Grzegorza zreformował naliczanie lat przestępnych (miał 1 dzień spóźnienia solarnego na 3322 lata), ale musiał też zniwelować różnicę (dokładnie: jej część), jaka narosła w systemie juliańskim, stąd właśnie ów przeskok o 10 dni.

Różne kraje przyjęły tę zmianę różnie.
Katolicy – Hiszpania, państwa włoskie czy Polska – przyjęli kalendarz gregoriański niemal natychmiast.
Wielka Brytania przyjęła go niemal 200 lat później (1752), Bułgaria – w 1916, Grecja – w 1923.

W Rosji było jeszcze dziwniej: kalendarz zmienił się tam w roku 1700 ale... z bizantyjskiego na juliański. Bizantyjski – wiadomo: otrzymany od Cesarstwa Wschodniorzymskiego i dumnie podtrzymywany, gdy po 1453 roku drugim Konstantynopolem – stolicą prawosławia – stał się Kijów, a później Moskwa.
Bizantyjczycy poszli na całość: żadne tam założenie miasta, czy nawet narodzenie Chrystusa, tylko stworzenie świata. Wyliczyli sobie, że akt kosmicznej kreacji wydarzył się (wg naszych ułomnych obliczeń) w 5508 r p.n.e. i w AD 691 zaczęli datować lata po swojemu, uznając ten rok za 6199.
W roku 7208 Piotr I, modernizując Rosję, chciał uczynić (i uczynił) to samo z jej kalendarzem. „Ciut mu się jednak – jak mawia mój przyjaciel, Geografem zwany, więc i na kalendarzach się znający – omskło.” I car Piotr zamiast gregoriańskiego wybrał kalendarz juliański, oznajmiając w dodatku, że niniejszym jest rok 1700, czyli początek wieku osiemnastego.
Z tym też mu się „omskło” (podobnie jak sto lat później Słowackiemu; a niektórzy nie mogą tego zrozumieć do dziś), bo lata zakończone na dwa zera kończą stary wiek, a nie są początkiem nowego. Ale wydaje się, że na Rusi nie było głupiego na tyle, żeby wytknąć błąd carowi – więc tak zostało.
Wreszcie przyszli bolszewicy i w roku 1918 przeszli na system gregoriański.
Aż dziw: bolszewicy przejęli system burżuazyjno-religiancki. Chyba tylko dlatego, że przyspieszał kalendarz: jeden dzień – a dziesięć dni władzy proletariatu więcej!

Ale w Rzeczypospolitej też łatwo było jedynie teoretycznie. W aktach obrad sejmowych, które rozpoczęły się w Warszawie w październiku 1582 odnotowano: wedle poprawy nowego kalendarza w dzień świętej Jadwigi (15 października) roku tysięcznego pięćsetnego osiemdziesiąt drugiego [Sejm] zaczęty i zagajony został.

Ciekawa rzecz: Stefan Batory, który początkowo nakazywał wprowadzenie nowego datowania w urzędach państwowych i całym państwie bez względu na wyznanie (nie zachował się żaden oryginał tego rozkazania), w roku następnym rozkaz złagodził i do hierarchów Kościoła Prawosławnego, 18 maja 1585, napisał:

postanowiliśmy dla wyznawców religii Greckiej, którzy w Wielkiem Księstwie Litewskiem zamieszkują,
udzielić wolne i spokojne wyznanie, odbywanie i zachowywanie w temże Księstwie
wszelkich obrządków i rytuałów podług dawnego kalendarza i przepisu.

W roku kolejnym (21 stycznia 1584) król powtórzył: ludzie greckiego zakonu do tej poprawy kalendarza nowego, bez przyzwolenia starszego patryjarchy swojego, gwałtem przymuszani być nie mają. Ten uniwersał był reakcją na zachowanie katolickich fundamentalistów, którzy we Lwowie, w Wilnie i Łucku wszczęli rozruchy, gdyż nie podobało im się, że prawosławni obchodzili święta kościelne dziesięć dni później. Dziesięć dni, jak widać, nie dym!

Ruszyli się nie tylko katolicy. Rewoltę antygregoriańską wszczęli ewangelicy w Inflantach; w Rydze zrobiło się groźnie do tego stopnia, że w styczniu 1585 ryska rada miejska musiała zagwarantować opozycji, iż stary kalendarz będzie obowiązywał tak w sferze kościelnej jak i świeckiej. I tak było.
Gdy nakaz datowania gregoriańskiego powtórzył w 1589 kolejny król, Zygmunt III, Ryga odmówiła, a w 1613 złożyła formalny protest na sejmiku – i zgoda na używanie dat juliańskich została jej przyznana.

Podobnie rzecz się miała w Prusach Książęcych, gdzie rozkazowi królewskiemu otwarcie zaoponowano. Bez szemrania za to daty gregoriańskie przyjęte zostały w 1612, gdy zadekretował je pruski książę-regent Johann Sigismund, opiekun prawny formalnego władcy Albrechta Friedricha, słabującego wówczas na umyśle.

Który to już raz chce się za podlaskimi adwersarzami Bogusława Radziwiłła powtórzyć: Omnis novitas in re publica periculosa est — Wszelka nowość w Rzeczypospolitej jest niebezpieczna.

Choć może bardziej pasowałby tu cytat Radziwiłła sienkiewiczowskiego: „Ej, galimatias w tej waszej Rzeczypospolitej, galimatias.”

 

Dużo się tego zrobiło, choć rocznice tylko dwie. Wobec tego:

 

Znaki Zodiaku
przypadające na październik

Waga (♎, do 22 października).

Skorpion (♏, od 23 października).

Wstyd nawet pisać. Pijar tzw. czarny (więc prawdziwy, bo bez kadzenia i komercyjnej chęci przypodobania się każdemu) jest po prostu bezlitosny O Wadze było we wrześniu, a Skorpion?

Ma manię prześladowczą.
Nic nie jest w stanie zmienić jego przekonania, że licznym, stałym niepowodzeniom Skorpiona
winien jest zawsze ktoś inny, a nie on sam.
Ze strachu atakuje pierwszy i to od tyłu.
Z przyjemnością dręczy zwierzęta i marzy o posadzie dozorcy w ZOO.

Maju, przybądź!

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich

dziesiąty miesiąc roku to:

białoruskiкастрычнік [kastrycznik]
bośniackioktobar
bułgarskioктомври [oktombri]
chorwackilistopad
czeskiříjen [rzijen]
kaszubskirujan (też: pajicznik, paklepnik, pazdzérznik, oktober)
litewskispalis
łatgalskileita
łużycki (dolny)oktober (też: winowc, winski)
łużycki (górny)oktober (też: winowc)
łotewskioktobris
macedońskioктомври [oktombri] albo листопад [listopad]
rosyjskioктябрь [oktiabr’]
serbskioктобар [oktobar]
słowackioktóber
słoweńskioktober
ukraińskiжовтень [żovtień]
żmudzkispalis

 

Przysłowia związane
z październikiem:

Gdy październik ciepło trzyma,
zwykle mroźna bywa zima.

Gdy październik ze śniegiem przybieży,
na wiosnę długo śnieg na polach leży.

Grzmot październikowy – niestatek zimowy.

Jeżeli październik jest wietrzny i mroźny,
to nie będzie za to styczeń, luty groźny.

Miesiąc październy,
marca obraz wierny.

Październik chodzi po kraju,
żenie ptastwo z gaju.

Październik, bo paździerze
baba z lnu cierlicą bierze.

Październik, gdy grzmot na wschodzie naprawi,
burz nas wielkich i wiatrów nabawi.

Pościernik, bo po ścierni,
pług rznąc skibę, rolą czerni.

W krótkie dzionki października
wszystko z pola, sadu znika.

W październiku jak na śmietniku

W październiku, jeśli liście z drzewa nie spadają,
będzie tęga i ostra zima.

W październiku myśli z ptakami na południe odlatują.

 

Przysłowia na


św. Franciszka (4.X)

Na św. Franciszka
chłop już w polu nic nie zyska.

Na św. Franciszka
odlatuje pliszka.

 

św. Brygidę (8.X)

O św. Brygidzie
babie lato przyjdzie.

 

św. Emila (11.X)

Na Emila
babskie lato się przesila.

 

św. Edwarda (13.X)

Na Edwarda – jesień twarda.

 

św.Teresę i Jadwigę (15.X)

Dobra Tereska,
kto z nią nie mieszka.

Każda Teresa
ma swe interesa.

Na św. Teresę
odziej się w bekieszę.

Do św. Jadwigi
pozbieraj jabłka, orzechy i figi.

Jadwiga rzepę kopie.

Kto sieje na Jadwigę,
ten zbiera figę.

Od św. Jadwigi
włóż na górę czepigi.
[można odłożyć na strych pługi i radła, bo to koniec orki]

Po św. Jadwidze
słodycz w marchew idzie.

 

św. Gawła (16.X)

Kiedy w św. Gaweł słota,
będzie w lecie dużo błota.

Św. Gaweł stoi na to,
jakie będzie przyszłe lato.

 

św. Łukasza (18.X)

Już minął św. Łukasz,
czego w polu szukasz?

 

św. Urszulę (21.X)

Od Urszuli
śnieżnej oczekuj koszuli.

Urszula do pieca przytula.

 

św. Kryspina (25 X)

Na świętego Kryspina
szewc przy świecy poczyna.

W świętego Kryspiniana
każda szewczyna pijana.
[św. Kryspin uważany jest za patrona szewców]

 

św. Szymona (28.X)

Kiepski rok zapowiada,
gdy na Szymona pada.

Na Szymona i Judę
trza opatrzeć budę.

Od Szymona i Judy
przeszły w polu trudy.

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytat wewnątrz tekstu:
Tyrmand, Leopold. Życie towarzyskie i uczuciowe.
Paryż : Instytut Literacki, 1967; str. 167.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha