Gen. Mariusz Zaruski

Na jachcie „Witeź”. Podróż w r. 1925

Wspom­nie­liś­my niedawno o pierw­szym pełno­morskim rejsie pierw­szego klubo­wego jachtu Witeź, dowo­dzo­nego przez pierw­szego koman­dora YKP, gen. Mariusza Zaruskiego.

Na to hasło odezwał sie nasz Przyjaciel z Polski przesy­łając… opowia­danie Mariusza Zaruskiego Na jachcie „Witeź” – Podróż w r. 1925, wcho­dzące w skład zbioru „Na skrzyd­łach jachtów”, wyda­nego przez Książ­nicę Atlas w 1933.
Tekst był drukowany wcześniej pod tytułem: Żaglo­wym yachtem przez Bałtyk. Pierw­sza podróż yachtu pols­kiego do Szwecji, 20.VIII – 30.VIII 1925 i wydany w for­mie broszury przez Wydaw­nic­two Yacht-Klubu Polski, w Warsza­wie, w 1925. Wydawca rozpoczął ją krótkim wstępem:

Oddając do druku opis pierwszej podróży yachtu polskiego na wody zagraniczne, żywimy nadzieję, że stanie się on zachę­tą dla wszyst­kich, intere­su­­cych się rozwo­jem naszej żeg­lugi i spor­tów wod­nych, do wypró­bo­wa­nia sił swoich na morzu, pośred­nio zaś – do opa­no­wania przez nas morza.
Yacht, na którym ta podróż odbyła się, jest własnością Yacht-Klubu Polski. Załogę yachtu stanowili: koman
­dor Yacht-Klubu Polski, gen. Marjusz Zaruski jako kapi­tan statku; wiceko­man­dor tegoż Yacht-Klubu, inż. Antoni Aleksan­dro­wicz jako zastęp­ca kapi­tana; człon­ko­wie tegoż Yacht-Klubu, ppr. rez. mar. Michał Laudański i inż. Helio­dor Sztark jako żeg­larze. W wycieczce brał rów­nież udział p. B.
Zarząd Yacht-Klubu Polski
Warszawa, dn. 15 listopada 1925.

Tych, którzy chcieliby obejrzeć ory­gi­nał wraz z licz­nymi foto­gra­fiami, odsy­łamy do zbio­rów Cyfro­wej Biblio­teki Naro­do­wej.

Treść opowiadania w wersji z 1933 roku przytaczamy poniżej, a faksy­mile (w for­ma­cie pdf) zawiera też przed­mo­wę autora do całego tomu.
Warto przeczytać.
Już choćby dlatego, by przeko­nać sie, że wysił­ki garstki zapa­leńców podjęte przed wiekiem dały rezul­taty: terminy morskie, które autor objaś­nia w przypi­sach i w tekś­cie, dla nas są oczywiste, bo nasza wiedza jest rów­nież pokło­siem mądroś­ci pokoleń, a więc i zasługą tej garstki.

Przyjacielowi, który dostarczył nam tekst, dziękujemy serdecznie. Według naszej najlepszej wiedzy, „Na skrzyd­łach jachtów” od 1933 roku, a więc od 79 lat, nie miało wznowień. Ale w czasach oszala­łych (rów­nież) na punkcie docho­dzeń praw autors­kich nie będzie­my wymie­niać jego naz­wiska, choć zacho­wa­my je w najwdzięcz­niej­szej pamięci.

Kazimierz Robak

 

 

 Gen. Mariusz Zaruski. Na jachcie “Witeź”. Podróż w r. 1925 (PDF)

 

MARJUSZ ZARUSKI

Na jachcie „Witeź”

Podróż w r. 1925

Tłumy ludzi zebrały się na południowem molo[1] portu gdyńskiego, pragnąc zobaczyć odejście żaglo­wego jachtu „Witeź” na morze…

Tak właściwie należałoby zacząć opis tej niezaprzeczenie ciekawej, a zarazem pierwszej polskiej wycieczki jachtowej „za morze”, to znaczy tam, gdzie pieprz nie rośnie. Tego bowiem zwrotu używa się u nas na określenie krajów, leżą­cych poza Paryżem, lub jeszcze dalej – za Lido. Zamiłowanie jednak do ścisłości zmusza mnie na wstępie, prosto z tego molo zaznaczyć, że tłumów nie było, nie było nawet „licznych” przyja­ciół i znajo­mych, tylko mała ich gromad­ka i trochę miłych gapiów: opalo­nych, tęgich chłopaków z naszych wojennych okrętów. W gromadce tej widać było twarze znajomych oficerów ze stojącej w Gdyni eskadry.

– Za pozwoleniem jednak… – słyszę już głos ciekawego, a świado­mego rzeczy czytelnika – jacht „Witeź” – no tak… widziałem w Londynie taki jacht lorda Pincherlaina z trzema komi­nami, 2500 koni parowych. A ile kominów ma „Witeź”?

– Łaskawy panie – chciałbym mu odpowiedzieć – przepraszam pana bardzo i nawet trochę się wstydzę, gdy słyszę naz­wisko lorda Pincher­laina, ale „Witeź” nie ma ani jednego komina, nawet nie ma za sobą rurki, pykającej benzyną: ot, taki sobie okręt, ni to, ni owo, ufny w zmiłowanie boskie w postaci wietrzyków chadzających po morzu.

Pauza. Cisza. Oko… prawie perskie.

Dla rozproszenia wątpliwości podam na wstępie, że jacht „Witeź”, o którym mowa, nie posiada żadnego mechanicz­nego motoru, a całą swą nadzieję i siłę pokłada w żaglach, których powierzch­nia, jak na jego drobne rozmiary, istotnie jest wielka. Dość powie­dzieć, że długość pokładu wynosi 12 1/2 m., maszt nato­miast wznosi się na 17 m. Inne wy­miary: szerokość 2 7/10 m., zagłę­bienie 1 1/2 m., pojem­ność 5 7/10 tonny, ożaglenie syste­mu Marconiego 75 m2. Ogromne to ożaglenie zapewnia mu chyżość niemałą. Jacht „Witeź” należy do typu małych jachtów morskich o ce­chach bardziej wyści­go­wych niż turystycznych. Jest to typ statku żag­lo­wego, któremu w razie ciszy morskiej wystar­czy, ażeby załoga w żagle dmuchała, a wnet się porwie do lotu. Pomimo szczupłych swoich wymiarów „Witeź” nieza­prze­czenie jest chlubą portu gdyńskiego, do którego należy, nie ma też sobie równego i w porcie gdańskim.

Ten właśnie „Witeź” kołysał się lekko koło wysokiego falochronu,[2] na którym stały „tłumy” publicz­ności, i za chwilę miał być uwol­niony od lin, wiążących go z przystanią, ażeby pełnemi żaglami wyruszyć na morze. Wiatr gdzieś od Pilawy[3] wszystko gotowe, zapasy żywności, woda już przyjęte na pokład, a zatem…

– „Grot do góry, puścić cumy!…”

– Do widzenia, do widzenia! szczęśliwej drogi! pomyślnego wiatru!

Chustki, kapelusze, lornetki – „Witeź” drgnął, nachylił się i z miejsca ruszył „galopem”. Parę zwro­tów przez sztag, ażeby wydostać się na szer­szą wodę, i już dobrze znany szelest rozstę­pującej się przed piersią żaglo­wego statku fali zaczyna pieścić nasz słuch: to morze, wielkie, pełne morze szepce nam na ucho o tem, jak gdzieś tam daleko… coś tam się chwieje, coś tam się dzieje…

Zboku podbiega pękaty kuter, błyszcząc smarami i polero­waną miedzią. Dymem zasnuł całą Pucką zatokę – wiadomo, im rycerz mniejszy, tem więcej hałasu wyczynia – z kłębów dymu wynurzają się znajome twarze: to kapitan portu z żoną odprowa­dzają nas poza obręb właś­ciwego portu. Jeszcze raz pożegnania, żarciki na temat wielkości naszego korabia i braku na nim kominów – kuter zakręcił i zniknął w dymie. Poza nim wzbiły się na maszcie wojennego okrętu jakieś kolorowe płatki… Aha, to sygnały flagowe… „Podhalanin”[4] do nas coś mówi?

„Szczęśliwej drogi” czytamy alfabetem „Code’u”.[5] Nie mamy zbioru flag na „Witeziu”, więc serdeczne uczucia wdzięcz­ności za dobre życzenia wyra­żamy salutem: dumnie wznosząca się na naszym maszcie bandera Yacht-Klubu schyla się do połowy masztu i znów wylata na jego wierzchołek.

„Bywaj mi zdrowy, kraju kochany”;

Zostaliśmy sami. Wiatr przeciwny. Więc ogromnym „halsem”[6] aż pod mury Gdańska płyniemy wzdłuż brzegu, poczem zmie­niamy kurs wprost na latarnię morską na Helu.

Zmrok zapadł, kiedyśmy okrążyli półwysep i wydostawszy się na pełne morze, skierowali się wzdłuż brzegu ku nikną­cym już w mroku cyplom Rozewia. Spokojne, duże fale z powagą jedna drugiej odda­wały nasz jachcik, który wypeł­niw­szy swe żagle pomyśl­nym wiatrem, sunął szparko, roztrącając je wcale bezce­re­monjalnie, jakgdyby tutaj nie one, lecz właśnie on, „Witeź”, był włoda­rzem prawdziwym.

Podobała mi się ta jego zadzierzystość, jachtu tego bowiem przedtem nie znałem. Dobrze zaczyna – pomyś­lałem w duchu: mały, ale zuchowaty, nic sobie z pomruków morza nie robi.

Istotnie „Witeź” szedł doskonale: szybko, spokojnie i lekko ślizgał się po toni morskiej, zostawiając za rufą długą smugę skotłowanej wody.

Latarnia morska w Jastarni błysnęła jarzącem się okiem i zaczęła szybko niem wodzić po morzu, jakgdyby szukała tam czegoś. W jej blaskach fale na tle ciemnej nocy łyskały tajemniczą, prawie mistyczną poświatą. Czarna głąb morza stała się jeszcze czarniejsza i mrok zupełny otoczył nas nieprzejrzystą zasłoną.

Z nastaniem nocy ukazały się na morzu liczne światełka okrętów, płynących, tak jak i my, wzdłuż brzegów półwyspu. Od czasu do czasu przesunął się blisko, jak widmo bezgłośne, jakiś statek rybacki, który wbrew przepi­som żeglars­kim nie miał żadnych świateł rozpoz­naw­czych na masztach. Byliśmy na szlaku morskim, wiodą­cym od brzegów niemiec­kich i duńskich do Gdańska, Królewca i dalej. Na światła te trzeba było pilnie uważać, ażeby nie zetknąć się przypad­kiem z jakim okrętem…

O świcie minęliśmy ostatnią naszą latarnię morską na Rozewiu i wziąwszy kurs NW3/4W, wprost na szwedzkie porto­we miasto Karlshamn, zaczęliśmy się szybko oddalać od brzegów. Statki będące na szlaku morskim jęły stop­niowo roztapiać się we mgle, aż znikły z oczu zupełnie. Zostały tylko mewy; jak białe płatki kwiatów unosiły się w powiet­rzu, to zniżając się nad samą powierzch­nię wody, to szybując nad statkiem; czarnemi pacior­kami oczu zaglą­dały ciekawie w zakamarki jachtu, wreszcie, speł­niwszy snadź swe obowiązki konwo­jentów, zawró­ciły gromadnie i poleciały ku brzegom.

„Witeź” mknął dalej. Pod koniec drugiego dnia podróży byliśmy już na prawdziwej wodnej pustyni: nic, tylko woda i niebo.

Środek Bałtyku posiada obszary o nieznacznej stosunkowo głębokości 20,12, a nawet 8 m. Są to mielizny: Środkowa, Sztolpska i inne. Dlatego przez środek jego nie przechodzi żaden szlak morski. „Witeź” jednak, jako korab mały, mógł nie brać w rachubę tych przeszkód i rwał prosto do celu.

Ustaliłem tryb życia, podział na wachty[7] i kolejność służby załogi: wachty dzienne po cztery godziny, nocne po trzy. Towarzysze podróży szybko dosto­sowali się do warunków służby i braku przestrzeni na jachcie i w drugim już dniu stanowili dobrze zgraną załogę.

Sztark, biegły w sprawach gastro­no­micznych, objął funkcję gospodarza, skarbnika i zarazem dostoj­nika piastu­ją­cego niesły­chanie ważny na statku urząd koka,[8] czyli mistrza sztuki kuli­nar­nej, a urząd swój – w imię prawdy histo­rycz­nej muszę tutaj zaznaczyć – pełnił nietylko ze znajo­mością rzeczy, ale tak gorliwie, że jedyne ognisko na „Wite­ziu”: nieoce­niony „Primus”, dzień i noc syczał bez przerwy. Potem były przerwy, lecz o tem niżej. Niezależnie od tego peł­nił obowiązki żeg­larza przy czynnościach zbioro­wych załogi. My, pozostali czterej, stano­wi­liśmy dwie wachty, zmieniające się pokolei; ja, z natury rzeczy, objąłem ponadto funkcję oficera nawigacyjnego.[9]

Dzień minął bez zdarzeń. Nastała noc chmurna i dostatecznie wietrzna, ażeby statek nasz z tą samą szybkością mógł dalej pędzić przed siebie.

Na „psiej wachcie”,[10] która wypadła mi tej nocy w udziale, dopędziły mię obrazy, wrażenia i myśli pozostawione na dale­kiem już polskiem wybrzeżu. Dlaczego nikt nie wierzył, że wycieczka ta dojdzie do skutku? Przygotowania nasze zabrały kilka dni czasu – to prawda. Była to pierwsza w ogóle podróż pols­kiego jachtu na wody zagraniczne – nasze urzędy morskie nie były przygo­to­wane na podobne przedsię­wzięcie, jakkol­wiek uczyniły wszystko, ażeby nam przygo­to­wania ułatwić. Wdzięcz­ność mam również wielką dla naszej marynarki wojennej z jej dowództwem na czele za pomoc okazaną i zaopatrzenie nas w niektóre wydaw­nictwa morskie i mapy szczegó­łowe, których nam było brak. Potem znów dwa dni zatrzy­mał nas Kapitanat Portu Gdyni z powodu jakiegoś tam cyklonu, który aż z zatoki Botnic­kiej zameldował się w Gdyni, gdzie miał zamiar i istotnie złożył wizytę. I to nic. Ale dlaczego nie wierzono w powo­dzenie naszej wyprawy? Oficerowie marynarki kiwali niedo­wie­rza­jąco głowami i znacząco się uśmiechali, jakkol­wiek imprezą samą intere­so­wali się żywo i szczerze powodzenia życzyli. Że „Witeź” mały? Że drużyna pierwszy raz zebra­ła się w zespół załogi? Być może. Tem bardziej „Witeź” musi podróż tę odbyć.

Zapewne, w powątpiewaniach tych była pewna doza słuszności. Ja jednak na poparcie swych postano­wień miałem argu­menty, o których nie wszyscy, być może, wiedzieli.

Yacht-Klub Polski, towarzystwo, które się zorganizowało w r. b., wykonał pewną – znaczną nawet – pracę około ugrunto­wania podwalin polskiej turystyki morskiej i sportu morskiego wogóle: zbudował własną przystań, uzyskał siedzibę w Gdyni, sprowa­dził łodzie żaglowe i – co najważ­niejsze – zakupił dwa statki morskie żaglowe. Jeden z nich – to właśnie nasz „Witeź”, na którym płyniemy. Na zakoń­cze­nie prac tego­rocz­nych należało koniecz­nie odbyć wycieczkę dalszą, ażeby zachęcić wątpiących, pokazać na żywym przykła­dzie, że jacht nietylko do zdobycia puharu na regatach służy, lecz może iść w zamorskie, dalekie nawet kraje. Wszak pomimo odzyskania wybrzeża morskiego jesteśmy dotychczas lądo­wem społe­czeństwem, nie mamy zaufania do morza, boimy się jemu swe kapitały powierzyć, kategorje naszego myślenia są czysto lądowe. Jak najśpiesz­niej potrzeba nam się zabrać do pracy, zbliżyć społe­czeńs­two do morza, skąpać je poprostu w wodzie, wychować poko­lenie ludzi znających morze, rozmiło­wa­nych w niem do najwyższej tęsknoty. Niech jachty nasze staną się pionierami tej idei, niech rozwiną bandery polskie na wszystkich morzach Europy, zanim – jak mówi o naszych przodkach stary kronikarz, że „zawsze do morskich wypraw chciwe wyciągali ręce, najwięk­sze swe bogactwo upatrując w okrętach” – i my do morza chciwie wyciągniemy ręce.

Tak jest. „Witeź” musi iść naprzód, choćby wszystkie żagle jego miały pójść w strzępy!

Kołysany dość wysoką falą i ogarnięty ciemnością nocy, która na siedem rygli zamknęła widnokrąg, puściłem wodze marzeniom…

Na prawo błysnęło coś w mroku, jakgdyby błyskawica daleka. Oddałem ster wachto­wemu i wziąłem lornetę. Nic. Kołyszą się pagóry wodne, zasłaniają co chwila widnokrąg. Jest! znowu w tem samem miejscu błysnęło. Co to być może? Latarnia, morska na skale Utklippant? Za wcześnie. Jesteśmy na środku Bałtyku, cokol­wiek bliżej już Skan­dy­nawji. A zresztą… Kompas niewypróbowany i log[11] nowy zupełnie. I jeden i drugi mógł nakłamać. Może to Utklippan. Dalekie, bardzo dalekie światło, raczej poświata, błysnęło znowu.

Z kajuty wynurzyła się postać p. Aleksandrowicza, który wychodził ze swoim wachtowym, p. Laudańskim, zmienić mię z psiej wachty. Podzie­liłem się z nim swemi spostrze­żeniami. Chwilami widać już błyski nawet gołem okiem – właśnie takie, jak na Utklippan. Możliwe, że fałszywy kompas wypro­wadził nas zanadto na południe i że zrówna­liśmy się już z temi niebez­piecz­nemi rafami. Zmieniłem zatem kurs na N i podciąg­nąwszy szkoty żagli, skierowaliśmy się na północ, ażeby ściśle określić miejsce statku na morzu. Światła jednak po godzin­nem migotaniu znikły.

Były to, jak się okazało, niesłychanie dalekie odbicia na chmurach świateł latarni morskiej Oeland-Udde na wyspie Oeland, czego narazie, dzięki małemu wznie­sieniu pokładu „Witezia” nad poziomem wody (60-80 cm) i nieustan­nemu zasła­nianiu widno­kręgu przez fale, nie można było stwierdzić.

Legliśmy tedy na dawny kurs NW3/4W i tak szliśmy do świtu.

Dnia tego, przed wschodem słońca, oglądaliśmy niezmiernie rzadkie zjawisko świetlne. Widziałem wiele wschodów słońca na morzu, zjawiska takiego jednak nie zdarzyło mi się nigdy zaobserwować. Oto lada sekunda miała się ukazać tarcza słońca na widnokręgu. Niebo chmurne. Już obłoki nad morzem przybrały barwę rozżarzonych węgli, za chwilę rąbek słońca zabłyśnie…

I zamiast słońca wychynęła z wody w tem miejscu nagle – kula zielona: jaskrawo zielona, z ostro zaryso­wa­nemi krawę­dziami, o średnicy mniej­szej od średnicy słońca (1/2 wiel­kości) – jak bania szklana zabłysła i zgasła. Bezpośrednio potem ukazała się kra­wędź słońca. Zjawisko to trwało jedną sekundę.

Z nastaniem dnia ukazały się dalekie jeszcze wybrzeża Skandynawji: szereg wzgórz porosłych, jak okiem sięgnąć, niewysokim lasem.

Określiwszy punkt uzyskany,[12] zmieniłem kurs na W i po kilku godzinach przecho­dzi­liśmy już pomiędzy płaską wyspą z latarnią morską tejże nazwy Utlängan a wspomnianą Utklippan. Teraz można było dobrze obejrzeć tę, stojącą daleko bardzo od brzegu na samotnej skale, latarnię morską, ostrzega­jącą żeglarzy o istnieniu w tem miejscu całej plejady raf podwod­nych i nadwod­nych, o które w tej chwili z wściek­łym grzmotem rozbi­jają się fale. Biada okrętowi, któryby się pomiędzy nie dostał!

A zatem „Witeź” przepłynął już morze. Nic, że mały. Wartko płynął, bo oto niespełna w dwie doby jesteśmy tutaj… zdaleka widać wieże Karlskrony.

Jesteśmy dumni ze swego okrętu, który zostawiwszy Scyllę i Charybdę za sobą, teraz wesoło pruje szwedzkie już wody. Z głębi kajuty rozlega się szum „Primusa”; nasz „konsul kok” (p. S. był polskim konsulem w Kolonji i na Murmanie) puścił już w ruch aparat do pokrze­piania sił nadwątlo­nych nocnem czuwaniem załogi. Wiemy, że posypią się wnet jak z rogu obfitości różne kanapki, krajanki, konserwy, smażone smakołyki – co kto woli – a nadewszystko dosko­nała gorąca herbata; to też w miłym nastroju dzielimy się wraże­niami i oglądamy domy, wille i wieże, najpilniej zaś rozrzu­cone dość obficie wiechy[13] i baki,[14] wskazujące mielizny i skały podwodne, których tu legjon.

Przed nami w niebieskawej dali zamajaczyły trzy wiechy. Poleciłem wachtowemu sterować na te znaki, a sam zeszedłem do kajuty.

– Panie kapitanie – słyszę po chwili głos sternika – jedna wiecha dym puściła.

– Nic nie szkodzi – odpowiadam z wymuszoną powagą – tak trzymać.

– Jest – brzmi odpowiedź – tak trzymać.

Najdalsza z tych wiech wyglądała, jak wyrastający z wody komin fabryczny odległego jeszcze bardzo Karlshamnu, czego zresztą nie można było stwierdzić.

Płyniemy tedy dalej wprost na tę dymiącą wiechę, przerzucając się beztroskiemi żartami na temat niezwyk­łych sposobów znakowania mielizn, używanego przez Szwedów, mijamy kolejno miasta: Karlskronę, Sturk-ö, Rönneby i inne pomniejsze, a przed wieczorem, okrążywszy wyspę Tärn-ö, skręcamy na północ i wpływamy do fiordu, na końcu którego leży cel naszej podróży – Karlshamn.

Roztrącając piany przed sobą pełnemi żaglami, wpada „Witeź” do portu i zatoczywszy połkole, o godz. 17-tej staje na kotwicy w przystani jachtowej.

Z przystani przeciągnęliśmy się do nabrzeża.

Na pokładzie zawrzała gorączkowa praca: trzeba żagle zwinąć, liny ułożyć, pokład zmyć wodą, a dopiero wtedy można myśleć o sobie. To też w pół godziny „Witeź” tak wyglądał, jakgdyby nie był w żadnej podróży: wysoki, smukły, biały jak łabędź stanow­czo wyróż­niał się korzystnie pomiędzy różnemi statkami i jachtami, stojącemi w porcie.

Przybyliśmy do kraju prohibicji, gdzie sprzedaż trunków alkoholowych jest prawem wzbroniona.

A oto pierwszymi ludźmi, którzy wyrośli na brzegu nad pokładem „Witezia”, byli dwaj pijani marynarze. Bezmyślnie i dobro­dusz­nie przyglą­dali się zgóry naszemu okrętowi i sztormo­wali na lądzie. Z rękami założo­nemi w kieszenie walczyli srodze z prawem zachwia­nej swej równo­wagi, starając się bezsku­tecznie utrzy­mać na rumbie.[15] Z pół godziny trwało to upor­czywe badanie szczegó­łów naszego statku – bez słowa i bez gestu, poczem „wzięli kurs” na swój statek i cichutko, spokojnie, choć chwiejnie, się oddalili. Byli to, jak później objaśnił nas kapten-hamn, marynarze z obcego okrętu. Niech i tak będzie.

Szwecja… odsyłam tu ciekawego czytelnika do podręczników geografji, Baedekerów i t. p.

Powiem tylko: miły, spokojny, pracowity naród, kultura wysoka, kraj skał granitowych, szlifo­wa­nych w lodow­cowej epoce, a dziś poros­łych lasami, wśród których rozcią­gają się skrzętnie uprawione łąki. Kraj, w którym nikt nie krzy­czy, nikt się nie śpieszy, choć wszystko na czas jest zrobione, kraj ciszy, łagodnej prostoty i dobrobytu.

Jeszcze jedno: gdyby z policjantów robiono tu lekarstwa, napewno śmiertelność byłaby wielka. Policjant jest tu do pewnego stopnia muzeal­nym okazem, raczej histo­rycz­nym orna­mentem do sztafażu,[16] aniżeli człowiekiem. Biedacy, sami, zdaje się, to czują i mają miny znudzone śmiertelnie. Więzienia stoją pustkami.

O tem, żeśmy następnego dnia zwiedzali Karlshamn i okolice, a potem koleją udali się przez Rönneby do Karlskrony, wojennego portu Szwecji, że tam stoi pomnik Karola XI i są fabryki płótna żaglowego, nie będę pisał, bo tak się pisze o każdej europejskiej Mejszagole, do której nas dowiezie mniej lub więcej rozklekotany „express” (koniecznie express).

Z Karlshamnu wysłałem depesze powitalne: do posła polskiego w Sztokholmie i do konsula polskiego w Malmö, na które otrzymałem następujące odpowiedzi:

Sztokholm. 111199. 45. 24/. 1925. 13,10.
Generał Zaruski
Polski jacht „Witeź”, Karlshamn
Dziękując najserdeczniej za pozdrowienia generała polskiego Yacht-klubu i załogi „Witezia”, witam panów na szwedz
­kiej ziemi i żałuję, że nie mam sposobności ugosz­cze­nia dzielnej załogi pols­kiej w Sztokholmie. Życzę szczęśliwej drogi, donosząc, że przesła­łem szwedz­kiemu Yacht-klubowi kole­żeńskie pozdrowienia „Witezia”.
Poseł Wysocki

Malmö. 03450. 31. 23/8. 11,35 stats.
Generał Zaruski
Ombord Polska segelyachten „Witeź”
Karlshamn
Witając serdecznie pana kapitana oraz panów członków Yacht-klubu Polski na wodach szwedz
­kich, życzy przyjem­nego spędze­nia chwil na lądzie oraz szczęśliwej dalszej podróży
Konsulat Polski

Trzeciego dnia rano na „Witeziu” panował znowu ruch ożywiony: rozwijano żagle z pokrowców, wcią­gano malutką szalupkę-łupinę na pokład, szukano w głębi jachtu miejsca dla zapasowej baryłki z wodą, która nigdzie nie chciała się zmieścić, załatwiano formal­ności portowe, przedstawiające się mniej więcej tak:

– Dokąd udaje się lust-yagd „Witeź”?

– Na Bornholm, do Rönne.

Good bye,[17] pomyślnego wiatru!

Według pojęć tych ludzi świat dla każdego stoi otworem: jeśli nie wieziesz na swym statku tytoniu i spiry­tusu i nie masz nic płacić – jedź, gdzie chcesz.

Zaszeleściły znów liny, wiążące nas z przystanią, i „Witeź” ruszył z miejsca, jak zwykle „z kopyta”, żegnany życzli­wemi ukło­nami Szwedów. Za portem widać było morze ciemno-granatowe, poorane brózdami spienio­nych grzebieni. Znać było, że na pełnem morzu dmie silny wicher – znowu pomyślny – tym razem od rumbów północnych. W prze­wi­dy­waniu tego nasze żagle były zmniejszone do 2/3. Jakoż za wyspą Tärn-ö zupełnie „świeży” nord-ost wyskoczył z za przylądka i poniósł nas, zda się, w powietrzu. „Witeź” tak szybko gnał przez wzburzone fale zatoki, że w niespełna godzinę dopędzi­liśmy i zosta­wi­liś­my za sobą duży parosta­tek, który port opuścił przed nami.

Parowiec ciężko nurzał się w falach i czerpał burtami całe „Niagary” wody, która chwilami dosię­gała najwyż­szych pomostów.

Na niebie jednak zaczęły się dziać rzeczy niedobre. Zachmurzony zlekka widnokrąg pokrył się ciemnemi plamami, pod któremi zwisały silnie nachylone firanki dalekich deszczów. Morze sczerniało, a fale jęły się tłoczyć bezład­nie, straciw­szy zupełnie orjentację co do kierunku. Już kilka razy przeszły nad nami przelotne wichry z deszczem, nachy­lając maszt „Witezia” ku wodzie.

Nagle dostrzegłem z lewej strony za rufą widok, który mię porwał na nogi: niedaleko już od nas, pod chmurą deszczową czarna toń wody zasnuła się cała białą płachtą skotłowanej piany. Aha, przemknęło mi w myśli, „szkwał z pyłem”…[18]

– Żagle refować! – krzyknąłem i skoczyłem z podwachtowym do masztu. „Skoczyłem” – to wyra­żenie właściwe, piękne, ale niepraw­dziwe: poczoł­gałem się, a raczej popełzłem na kolanach i rękach ku masztowi, gdyż „Witeź” wykonywał już skoki niezwykłe, na jachcie zaś, wiadomo, burt niema. Za mną popełznął podwachtowy pan B. Pan Aleksan­dro­wicz pozostał u steru i miał przyjem­ność obserwować wspaniały widok, który po chwili roztoczył się przed jego oczami. Ja byłem zajęty ciężką pracą refowania zgnie­cionego przez wichurę żagla i me miałem czasu na oglądanie „pejzażu” – tylko przelotnie, jednym rzutem oka.

Szkwał przyleciał jak jastrząb. Mój rozkaz został wydany za późno: czas od ukazania się wichury na małym z powodu niskiego poziomu pokładu widnokręgu „Witezia” nie przewyż­szał zapewne jednej minuty.

„Witeź” położył się na boku: pomimo wysiłków sternika, ażeby najostrzej przykręcić do wiatru, nietylko okienka kajuty, ale i dach jej zanurzył się w wodzie. Moment był zlekka krytyczny. Trzymając się liny nogą, co siły kręci­łem korbą refową, podczas gdy pan B. wypuszczał odpowiednią linę (grota-fał); czułem tylko, jak mnie jedna za drugą grzmocą po plecach wpadające na pokład fale.

Szkwał przewalił się nad naszemi głowami i „Witeź” się wyprostował.

O tem, że się podniesie, nie wątpiłem, przyznam się tylko po cichu – bałem się, czy maszt nie trzaśnie w połowie, boć przecie 17 m na 12 1/2 m długości jachtu to wysokość nielada.

Maszt jednak wyszedł z próby zwycięsko i statek nasz pędził dalej jak centaur[19] ścigany przez fale. Gwałtowne wichry nadla­ty­wały jeden po drugim.

Ukazała się malutka, ale wysoka wysepka Han-ö i wkrótce płynęliśmy już wzdłuż jej brzegu, kierując się na pełne morze. Wieczór się zbliżał. Oddzielne plamy chmur na niebie połą­czyły się na widno­kręgu w jeden ciemny zwał, z którego szły wichry coraz potężniejsze. Nie ulegało wątpliwości, że zbliża się sztorm długotrwały. W tych warun­kach rozsądek naka­zywał wyzys­kanie warunków najkorzystniejszych.

W pewnem miejscu wybrzeża dostrzegliśmy stojące spokojnie bez żagli maszciki statków rybackich.

– Tu jest przystań. Podejdźmy-no bliżej, zobaczymy, co tam jest.

Zmieniliśmy kierunek i walcząc ze wzmagającą się wciąż wichurą, zaczęliśmy się zbliżać do wyspy.

Już widać molo granitowe, oddzielne kamienie przy brzegu, a oto wejście do portu…

– A wiecie, panowie, zupa ze świeżych ryb?… co?

– Dobra rzecz – ktoś wtrącił niezdecydowanie.

Miałem zamiar tylko obejrzeć port i wejście do niego – tak, na wszelki wypadek. A tu… ten spokój w zacisz­nej przystani, świeże ryby… tam zaś… brrr… och, jak zimno, chwiejnie i mokro!

Niewiadomo, jak się to stało, dość, że „Witeź” nagle znalazł się u wejścia do portu i żagle opadły na pokład.

Byliśmy sami jakgdyby zdziwieni i niedowierzająco spoglądaliśmy na siebie. Niebawem jednak pogodzono się z lo­sem, upatru­jąc w tem palec Opatrzności, tem bardziej, iż przypom­niano sobie, że przedtem kilka­krotnie wyra­ża­łem życzenie zawi­nięcia do wyspy Han-ö.

– Tak nam było sądzone – zawyrokowała załoga.

Zaraz. Wyspa Han-ö. Co za wyspa? do jakiego króla należy? A otóż i ludność, mieszkańcy… No, wyłaźcie, wyłaźcie, wszystko jedno, zostaliście już odkryci!

Istotnie na molo wysypała się „ludność”. Rybacy, wyrostki, przyczłapali w drewnianych sabotach i spodniach sięga­ją­cych pod pachy na miejsce, gdzieśmy się przyciąg­nęli, i oglądali dziwo: zamorski jacht – do tego polski.

– Macie chłopaki po pierniku. To na ochotę. A starsi po kieliszku konjaku – tak zawyro­kował nasz kok i zaczął częstować.

– Bra, bra (dobre) – rozlegały się głosy wśród ludności.

Przyjazne stosunki zostały nawiązane. Krótka rozmowa z „gubernatorem”, którym okazał się pilot[20] miejscowy, uświado­miła nas o stosun­kach panujących na wyspie. Wyspa należy do króla szwedzkiego: 250 mieszkań­ców, 2 konie, 5 krów, kur i kaczek niemało. Jest latar­nia morska, szkoła, stacja ratunkowa – drogi nato­miast ani ścieżki na całej wyspie niema – to niepotrzebne: kto chce znaleźć się w innem miejscu, niż to, na którem stoi, ten płynie. Takie jest prawo na wyspie.

Tymczasem do burty „Witezia” podpłynęła szalupa, z której zaczęły śmigać na pokład srebrzyste flądry.

Nielitościwy kok czyhał już na nie. Niebawem o zmroku siedzieliśmy w zacisz­nej kajucie, po smacznej kolacji, pyka­jąc fajki i popijając herbatę. Ze złośliwym uśmiechem zadowolenia słuchaliśmy wycia wichury, która w bezsil­nym gniewie szarpała liny naszego statku i tłukła blokami o maszt. Za falochro­nem, przy którym staliśmy uwią­zani linami, grzmiał przybój sztur­mu­jącej burzy i gryzł granitowe posady: daremnie, potężne jego akordy nie mogły spłoszyć snu z naszych powiek, gdy okryci kocami ułoży­liśmy się na królews­kich swych kojkach,[21] marząc o flądrach i rozmaitych niebieskich migdałach.

Nazajutrz – zwiedzanie wyspy, latarni morskiej, stacji ratun­kowej i innych dziwów, do których należały gęsto rosnące na samym brzegu morza jeżyny i maliny. Obeszliśmy wyspę dookoła, fotogra­fo­wali, zbierali maliny, rozkoszo­wali się przepięknym i potęż­nym w swej grozie widokiem strasz­liwego przyboju fal u skalistych brzegów, oglądaliśmy „memento mori”[22] w postaci strzaska­nych i pogiętych stalowych szcząt­ków jakiegoś niemiec­kiego okrętu, który tu zakoń­czył swój żywot żeglarski, wreszcie, po dokładnem rozpatrzeniu się wśród skał i raf przybrzeżnych, wybraliśmy jedną największą, płaską zupełnie, przez którą w nieprze­partym pędzie raz po raz przewa­lały się rozju­szone fale – zwaną Malquarn – i guberna­to­rem jej miano­wa­liśmy p. Sztarka, jako że piastując niegdyś urząd konsula, biegły był w dyplo­macji i sztuce rządzenia. Poleciliśmy mu gorliwie zająć się wprowa­dze­niem na tej wyspie ogrod­nictwa ze szczegól­nem uwzględ­nieniem uprawy pomidorów, których właśnie nam na statku zabrakło, co nowomia­no­wany guber­na­tor solen­nie przyrzekł uczynić.

Na tem zakończyliśmy swe odkrywcze czynności dnia tego i wróciliśmy na statek, gdzie mieliśmy przyjąć zapowie­dzia­ną wizytę guber­na­tora wyspy Han-ö. Jakoż o nazna­czonej godzinie stawił się on w towarzyst­wie latar­nika z synkiem, chłopa­kiem lat dwunastu. Mili ludzie, obaj byli marynarze, byli zachwyceni wspaniałością wnętrza naszego okrętu, choć parę razy stuknęli głowami o niezbyt wysoką powałę tego wnętrza, i ujęci polską gościnnością.

Przed wieczorem pożegnaliśmy się serdecznie, poczem goście opuścili pokład naszego statku. Latarnik śpieszył, ażeby przed zmrokiem zapalić na górze morskie swe oko.

– No, dobrze, żeście panowie zaszli do naszego portu – rzekł na odchodnem gubernator – inaczej Polska miałaby dzisiaj o jeden statek mniej, niż miała ich wczoraj.

Niezupełnie godziłem się na poglądy pilota i mniemam, że Polska tak łatwo nie wyrzekłaby się swego statku.

Rankiem dnia następnego już nas w porcie nie było: pod zmniejszonemi znowu żaglami płynęliśmy na SW, ślizgając się po wielkiej fali, toczącej się od północnego zachodu. O godz. 11 dostrzegliśmy na widno­kręgu przylądek Hameren na Bornholmie, a o godz. 18-tej stanęliśmy na kotwicy w Rönne, pięknem duńs­kiem miasteczku i zarazem miejscu kąpielowem Bornholmu.

Tu więcej brunetów, temperamenty żywsze i żywsze dla Polski sympatje. Nie zapomnę owacji, którą zgotowali nam oficerowie przecho­dzącego obok nas na pełnem morzu duńskiego parostatku. Nie wiem, czy uradowała ich polska narodowa bandera „Witezia”, czy widok jachciku, bujającego na ogromnej fali, dość że gdy zrównali się z nami, nagle na wszyst­kich pomos­tach wyleciały czapki dogóry i długo w powiet­rzu się chwiały. Odpowie­dzie­liśmy im tem samem.

Osobliwością Rönne – jak całej Danji – jest mnogość rowerów. Nikt tu nie chodzi, wszystko się toczy na kółkach: dorośli, dzieci, matki z trojgiem niemowląt, ślusarze, kominiarze, koszyki, pakunki – wszystko jedzie kręcąc pedały.

Po jednodniowym pobycie na Bornholmie ruszyliśmy do dalekich jeszcze brzegów ojczystych. Morze gniewne było od samego już rana. Wielkie, rozległe i głębokie wały z szumem toczyły się jeden za drugim, zawija­jąc się na wierz­choł­kach w festony fantastycz­nych grzebieni. „Witeź”, niezrów­nanie lekki i lotny, znako­micie przewijał się pomiędzy rozchwia­nemi wzgó­rzami, to spadając na same dna dolin, to stając dęba na spienionych ich czubach. Nieraz zdawało się: ot ten dziad siwy, wysoki i sierdzisty, zdaleka już wyróż­nia­jący się rozwich­rzoną swą brodą – ten już niechybnie zwali się nam na pokład. Już tu, już jest nad naszemi głowami, ryczy jakieś przekleństwa z rozwar­tej swej pasz­czy, aliści… fajt – „Witeź” siedzi na jego głowie, a dziad pokonany wali się plackiem w dolinę…

Popołudniu stan morza i zachmurzonego nieba pogorszył się jeszcze. Barometr spada, a w miarę tego wzmaga się falo­wanie morza. Szkwały doganiają nas nieustannie. O godz. 17-tej zmniejszyliśmy do połowy żagiel główny i fok-żagiel[23] nr. 2 zmieni­liśmy na sztormowy; o godz. 21-szej (9-tej wiecz.) w dzien­niku okrętowym „Witezia” falo­wanie morza okreś­lone zostało liczbą 6 według skali 9-stopniowej.

Zaczęła się noc niespokojna.

Ponieważ biegliśmy ze sztormem pomyślnym, było rzeczą nad wyraz trudną utrzymać statek na rumbie. – To też wiatr uderzał co chwila to z jednej strony żagla głównego, to z drugiej, grożąc nagłem przerzu­ceniem go na burtę przeciwną i katastrofą w omasz­towaniu, zwłaszcza że i tak przy nachylaniu się statku koniec ogromnego boma[24] raz po raz pruł nadbiegające fale, wyrzucając fontanny wody dogóry i dając podstawy do obaw o jego całość. Pomimo starań grot kilka razy z grzechotem bloków i trzaskiem przele­ciał na drugą stronę, wstrzą­sając jachtem potężnie. Za każdym razem miało się wrażenie, że liny masztowe uderzenia tego nie wytrzymają i pękną, a wtedy olbrzymi maszt zwali się nam na głowy. Ostatecznie zmu­szeni byliśmy koniec boma podnieść wysoko dogóry, a cały żagiel przyciągnąć do płasz­czyzny środkowej statku, przez co utworzył się balon, który spokojniej już niósł nas przez morze.

Wskutek wichury latarnie „Witezia” nieustannie gasły – nie pomogło nawet otulanie szczelin szmatkami: były chwile, gdy żadne światło, nie wyłączając latarni kompasu, na statku się nie paliło i ogar­niała nas ciemność zupełna. Wówczas musiało się sterować żeglarskiem wyczuciem kierunku i ruchami białego widma, żagla głównego.

Przed świtem fale dosięgły największych rozmiarów: to już nie były fale Bałtyku, ale oceanowe wprost fale, którym nieraz miałem sposob­ność przyglądać się zbliska. Ogromne, potężne szły z niepowstrzy­ma­nym rozpędem jak moc jakaś głucha i ślepa. Pomimo to – miło mi to stwierdzić – zapis w dzien­niku okrętowym o tej godzinie brzmiał:

„Witeź” na falach doskonale się trzyma”.

Błysnęło światło latarni morskiej. Niemiecki brzeg. Co za latarnia? Po długości jej błysków rozpoz­naję latarnię Scholpin. A zatem dobrze: pomimo bała­mutności odchy­leń magne­tycznych w okolicy Bornholmu kurs mamy dobry i wycho­dzimy tam, dokąd zmierzaliśmy.

Zmieniam kurs bardziej ku wschodowi i po kilku godzinach jesteśmy już na trawersie innej latarni morskiej – Stilo.

Z brzaskiem dnia zobaczyliśmy z prawej burty brzegi niemieckie, a przed sobą zasnute niebieskawą mgiełką dalekie wzgórza Rozewia, Byliśmy już w domu.

Dziennik okrętowy notuje tu dane:

„Szkwały. O godz. 5-tej trawers Rozewia. O godz. 9-tej trawers Jastarni, o 12-tej latarnia na Helu”.

Rozgniewane jednak na „Witezia” za porażkę swą morze nie chciało go wpuścić do Gdyni. Pięć godzin jeszcze zmu­szeni byliśmy lawi­rować w zatoce Gdańskiej przy prze­ciwnym wietrze i szkwałach, które go srodze tłukły po bokach, zanim zarzuci­liśmy kotwicę w tem samem miejscu redy gdyńskiej, z którego dziesięć dni temu wyru­szyliśmy na eksplo­ra­cyjną[25] wycieczkę. Tłumów i tym razem nie było: przybi­liśmy cicho i niepo­strze­żenie do połud­niowego falo­chronu, niemal do tych samych słupów, przy których staliśmy.

Na tłumy czas jeszcze nie przyszedł.

Wycieczka ta, na której tak bardzo mi zależało, spełniła swoje zadanie: wykazała wszystkim intere­su­ją­cym się rozwo­jem naszego żeg­lars­twa, że nawet na małych statkach – zanim na wielkie się zdobę­dziemy – przy dobrej woli można odbywać piękne podróże.

Potrzeba tylko chcieć.

A jeśli okręt jest mały, należy zdobyć się na większy zasób wytrwania i czujności, w myśl klasycz­nej odpo­wiedzi danej synowi przez ową matkę-Spartankę: „Powiadasz, że miecz masz za krótki? Postąp krok naprzód, a dosięg­niesz nim wroga”.


 

[1] Molo – część nabrzeża portu, do której przybijają statki.

[2] Falochron – mur odgraniczający port od pełnego morza.

[3] Pilawa – port niemiecki na wschodniem wybrzeżu Bałtyku.

[4] „Podhalanin” – torpedowiec naszej floty wojennej.

[5] „Code” – księga sygnałów flagowych.

[6] Hals – kurs statku żaglowego.

[7] Wachta – część składowa załogi, a zarazem dyżur służbowy.

[8] Kok – kucharz.

[9] Oficer nawigacyjny wyznacza drogę okrętu.

[10] Psia wachta – dyżur od godz. 24-tej do 3-ciej.

[11] Log – przyrząd do mierzenia szybkości biegu statku.

[12] Punkt uzyskany – w żegludze punkt, w którym w danej chwili statek się znajduje.

[13] Wiecha – znak w postaci wysokiego drąga, umocowany do kotwicy, wskazujący mieliznę.

[14] Baka – znak w postaci wieżyczki na brzegu.

[15] Rumb – kierunek według kompasu.

[16] Sztafaż – to wszystko, co otacza pewien przedmiot dla ozdoby.

[17] Good bye (czytaj: gud baj) – do widzenia.

[18] Szkwał – nagły, gwałtowny wicher.

[19] Centaur – postać mityczna o ludzkiej górnej części ciała (po pas) i końskim tułowiu.

[20] Pilot – starszy i doświadczony marynarz, który wypływa na spotkanie okrętu i wprowadza go do portu lub przeprowadza przez miejsca niebezpieczne.

[21] Koja, zdrobn. kojka – kanapa, łóżko.

[22] Memento mori – ostrzeżenie: pamiętaj o śmierci.

[23] Fok – trójkątny żagiel mniejszy na jachcie.

[24] Bom – drewno dolne żagla głównego.

[25] Eksploracyjny – badawczy.

 

Calendar

« May 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

WIOSNA

 

Dzisiaj rano niespodzianie
zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem
przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto,
posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało...
Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku  w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce Wiosna jest pierwszą z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, jest w kantacie Wiosna (1902) Rachmaninowa, w pieśni Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i w tegoż Strawińskiego Święcie wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym  kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) – i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak  we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy.
Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...] gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to „powieść reportażowa”. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomnia­łem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale „produkcyjniaki” pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za byłą panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

 

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego: i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach  1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, że podobno mają „wueskę” znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.

 

Piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne  występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę / Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje (Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej, / najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody / i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą / uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą, / i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną) wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...",  więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych  Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]
Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

(pani profesor bardzo dziękuję za pomoc w odnalezieniu oryginału wiersza)

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud: I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu ekwinokcjum – równonocy wiosennej

Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:

święcone,
wielkanocne śniadanie,
pisanki,
śmigus-dyngus,
wieszanie Judasza,
pogrzeb żuru i śledzia.

O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg. Cytat okazał się całkiem na czasie.
Akurat na fali dekomunizacji „zniknięto” w Zamościu tablicę pamiątkową z domu, w którym się urodziła.
To sygnał, że trzeba skupować PRL-owskie stuzłotowe banknoty z Waryńskim. Niedługo pewnie fala obejmie i jego, a wtedy zakup okaże się dobrą inwestycją.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

 

MAJ...

A w maju
Zwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia,
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, maju!

Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!...

Julian Tuwim – „Do krytyków” (1920)

 

Maj – piąty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od czasownika „maić” – ‘stroić, zdobić zielenią i kwiatami’.

W staropolszczyźnie piąty miesiąc roku nazywany był „trawień” (tej nazwy używa język białoruski i ukraiński: травень ‘maj’, oraz chorwacki – travanj, ale tam tak  nazywa się kwiecień) – wiadomo dlaczego.

 

Łaciński Maius zawiera w sobie imię matki boga Merkurego – nimfy Mai.

 

Dwie dodatkowe etymologie nazwy Maius podaje Owidiusz w ks. V poematu Fasti (8 r. n.e.), traktującego o kalendarzu rzymskim.

Pierwsza wywodzi nazwę miesiąca od majestatu (Maiestas) – na przykład bogini, ale i cesarza, bo niech ktoś tylko spróbuje zaprzeczyć i powie, że cezar Majestatem nie jest!
Drugi owidiuszowski źródłosłów kieruje do starszych (maiores) – w tym wypadku senatorów rzymskich.
Na Owidiusza powołują się różne źródła i autorytety, ale jego wywody słowotwórcze mają tyle wspólnego z językoznawstwem, co kamień węgielny z węglem kamiennym.
Owidiusz był poetą i dworakiem – trudno powiedzieć, czym za swego życia bardziej. Boccaccio pisał, by się podobać damom, Owidiusz – by się podobać cesarzowi. Pierwszemu się udało, drugiemu – nie: w dworactwie poeta nie miał szczęścia, bo inaczej nie dostałby wyroku wygnania (do dziś nikt nie wie, za co). Ale tworzył i wysysał z palca, co mógł, byle tylko przypodobać się zwierzchności.
Maiestas – to oczywiste, bo bogini – boginią, ale podkadzenie imperatorowi zaszkodzić nie mogło, zwłaszcza że bogini daleko, a cesarz – blisko.
Maiores – a czy źle było zaskarbić sobie niewinnym pochlebstewkiem życzliwość starców? Którzy – czy ich cesarz lubił czy nie – wciąż jeszcze coś mogli i o czymś tam decydowali.
Zresztą, na zasadzie świeczki i ogarka, Owidiusz nazwę następnego miesiąca, Iunius, w następnej księdze tego samego poematu wywodzi od słowa iuniores ‘młodzi’. Tak że Owidiuszem nie ma sobie co głowy zawracać.
Z równym powodzeniem moglibyśmy wywodzić nazwę „maj” od nazwiska Żemajska (i opiewać piękność obojga), gdyby tylko celem do sforsowania była dla nas twierdza piękności tejże damy. Albo – ogarnięci górnolotnym zapałem – moglibyśmy twierdzić, że z całą pewnością przodkowie nasi miesiąc „maj” nazwali od hasła „Trzymajmy się!”, co było nawiązaniem do szczytnych tradycji, woli przetrwania i misji dziejowej dającej nam pierwszeństwo nad innymi, a maj, jako symbol wiosny i odrodzenia… i tak dalej, i dalej.

 

Tak czy siak, nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Druga dekada maja jest na ogół bardzo chłodna, więc klimatycznie ten miesiąc też raczej zaprzecza swej symbolice i w tym kontekście fraza a w sercu ciągle maj brzmi co najmniej dwuznacznie, jak zresztą wszystko w poezji Jeremiego Wielkiego.
Ochłodzenie majowe jest zjawiskiem klimatycznym charakterystycznym dla całej Europy Środkowej: po okresie utrzymywania się wyżu barycznego nad Europą Środkową i Wschodnią następuje zmiana cyrkulacji atmosferycznej i przy słabnącym wyżu zaczyna – wraz z niżem barycznym – napływać zimne powietrze z obszarów polarnych.
Według tradycji ludowej środek maja powinien być zimny, deszczowy, a czasem mroźny – jest to znakiem, że aż do jesieni nie powinno być przymrozków.

 

Majowe rocznice

 

1 maja to Święto Pracy, w Polsce święto państwowe.
We Francji 1 maja to, oprócz uroczystości organizowanych przez L’Humanité, święto konwalii (la fête du muguet).

 

Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, dzieje się w maju.

 

2 maja to w Polsce Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej.

 

3 maja jest w Polsce świętem państwowym, które oficjalnie nazywa się Święto Narodowe Trzeciego Maja. Ustanowiono je dla upamiętnienia uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Obojga Narodów (3 maja 1791).

Konstytucję Trzeciomajową czci się u nas prawie jak konkordat, a już na pewno jak Kościuszkę i Pułas­kiego razem wziętych. Zakładam więc, że – jak i w poprzednich przypadkach – cześć ta oddawana jest na podstawie wiedzy a nie wiary, że wszyscy tekst konstytucji (i konkordatu), czytali, przemyśleli i dopiero po tym na kolana padli. Nie ma więc co dalej o tym mówić.

 

4 maja – spośród wielu konotacji wybrałem cztery: trzy amerykańskie i jedną (ale za to jaką!) – krajową.

 

4 maja 1626 – Pieter Minuit, waloński przedsiębiorca, kupiec i wysokiej rangi urzędnik Holenderskich Kolonii Północnoamerykańskich przybywa na statku See Meeuw [morska mewa] do Nowej Holandii, by zostać jej dyrektorem.

Historia przypisuje mu zakup wyspy Manhattan. Minuit miał dokonać transakcji z wodzem Delawarów o imieniu Sey-Seys wręczając mu w ramach zapłaty paciorki o łącznej wartości 60 guldenów; w połowie XIX wieku równało się to sumie 23 dolarów, a dziś miałoby wartość ok. 1200 USD. Za teren mający 59 km2 to rzeczywiście niewiele, nawet jeśli zamiast przysło­wio­wych paciorków były to żelazne garnki, wełniane koce, siekiery, motyki, szydła, drumle (tak, takie do brzdąkania) i tym podobne sprzęty.

Gdy jednak nawet najdelikatniej poskrobać, lakier legendy odpada.

Po pierwsze – „Wyspa o Wielu Wzgórzach” (bo to właśnie znaczy „Manhattan” w dialekcie munsee algonkińskiego jezyka delaware) należała do plemienia Wappinger, z Delawarami spokrewnionego, ale odrębnego. Dla Europejczyków nie stanowiło to żadnego problemu, bo przecież nawet dziś żywa jest klasyfikacja etniczna, której najwybitniejszym przedstawicielem jest nasz Bartłomiej Słowik, z właściwym sobie wdziękiem uznający na przykład, że „Francuzy to także Niemcy, tylko ścierwa gorsze”.

Po drugie – i tu dla dzisiejszych moralistów zaczynają się prawdziwe schody – Sey-Seys żadnej wyspy nie sprzedawał i sprzedać nie mógł, bo coś takiego po prostu nie mieściło mu się w głowie. W pojęciu Indian bowiem ziemia, woda i powietrze należały do wszystkich i sprzedać ich (ani kupić) po prostu nie było można. Za to w Europie także i to nie stanowiło problemu: tam do dziś sprzedaje się wszystko, nawet powietrze (jeśli ktoś nie wierzy, niech najpierw zastanowi się, czym jest „opłata klimatyczna”, zwana również „opłatą miejscową” – Ustawa z 12 stycznia 1991 o podat­kach i opłatach lokalnych; Dz.U. 2017; poz. 1785 – a dopiero potem rzuci kamieniem).

Tak więc spotkanie Minuita z Sey-Seysem na pewno przebiegało w miłej i przyjaznej atmosfe­rze, przy obopólnym zadowoleniu, ale obie strony mówiły zupełnie o czym innym. O czym Sey-Seys i Delawarowie przekonali się poniewczasie.

 

4 maja 1961Freedom Riders czyli „pasażerowie wolności” rozpoczynają swą pierwszą autobusową podróż z Waszyngtonu D.C. do Nowego Orleanu. Chcą sprawdzić, jak w praktyce przestrzegany jest wyrok Sądu Najwyższego USA, który 5 grudnia 1960 orzekł, że segregacja rasowa w publicznym transporcie międzystanowym jest sprzeczna z prawem.
Dowiedzieli się o tym szybko: 14 maja w Alabamie, niedaleko miasteczka Anniston (chyba nawet dziś nie chciałbym tam mieszkać), członkowie Ku Klux Klanu autobus podpalili, a pasażerów – którym szczęśliwie udało się z niego wydostać – ciężko pobili. Klansmeni powtarzyli to jeszcze kilka razy, aż wreszcie autobusy wiozące Freedom Riders dostały ochronę Gwardii Narodowej. Dla pasażerów było to o tyle lepsze, że docierali bez uszczerbku do celu podróży, by tam zostać natychmiast aresztowanymi. Ruch Praw Obywatelskich w USA miał przed sobą długą drogę.

Jeśli ktoś woli to zobaczyć niż o tym czytać, niech obejrzy film Kamerdyner (Lee Daniels’ The Butler, 2013), z genialną – jak zwykle – rolą Foresta Whitakera. Ale uwaga: nie jest to film dla wszystkich, bo żeby go dobrze zrozumieć trzeba po obejrzeniu długo posiedzieć nad detalami historii USA. Ignoranci i aroganci, którzy ją lekceważą, lepiej niech włączą transmisję z jakiegoś meczu ligowego.

 

4 maja 1970 – jedno z najtragiczniejszych wydarzeń w USA z okresu wojny wietnamskiej: Gwardia Narodowa stanu Ohio otwiera ogień do nieuzbrojonych demonstrujących studentów uniwersytetu stanowego w Kent. Giną 4 osoby, dziewięć zostaje rannych. Sekcja wykazała, że gwardziści strzelali do demonstrantów będących w odwrocie.

Studenci protestowali przeciwko rozszerzeniu wojny na terytorium Kambodży.

Hołd zabitym złożył Neil Young w piosence „Ohio”, nagranej z grupą Crosby, Stills, Nash & Young 21 maja 1970. Po drugiej stronie singla znalazło się „Find the Cost of Freedom” Stephena Stillsa – napisane wcześniej, ale znakomicie uzupełniające utwór główny.

 

4 maja 1981 – premiera filmu Miś reżyserowanego przez Stanisława Bareję, ze scenariuszem Stanisława Tyma i Stanisława Barei.
Kiedyś była to komedia. Dziś to najlepszy podręcznik przedmiotu „Życie w realnym socjalizmie za późnego Gierka”.
Miś mógł wejść na ekrany tylko dlatego, że od września 1980 do 13 grudnia 1981 rola cenzury została zredukowana do minimum.
Rozpoczynając kręcenie filmu twórcy nie mogli tego przewidzieć. Po prostu: przechodzili przypadkiem… wiedząc o tym, że… w przyszłości…, z pewnością…

 

 

5 maja 1862 – „kot z domu – myszy harcują”. Tak najkrócej można określić przyczynę bitwy o miasto Puebla w Meksyku, w której armia meksykań­ska dowodzona przez Ignacio Zaragozę zatrzymała fran­cuski korpus ekspedycyjny.

Nieobecnym kotem były Stany Zjednoczone: 2 grudnia 1823 roku James Monroe, piąty prezydent USA, przedstawił Kongresowi tekst, który później zostanie nazwany Doktryną Monroe. Głosiła ona, że Stany Zjednoczone deklarują neutralność we wszelkich sporach i konfliktach europejskich, ale jednocześnie jakąkolwiek interwencję obcych mocarstw w Ameryce uważać będą za akt wrogi i postąpią odpowiednio. O tym, co znaczy owo „w Ameryce”, wiele już napisano, ale faktem jest, że nikt z USA, zwłaszcza po sojuszu amerykańsko-brytyjskim z Ghent (z 24 grudnia 1814), zaczynać się nie ośmielał.

Co nie znaczy, że nie chciał. Gdy tylko amerykański kot zajął się swoimi sprawami, a Wojna Secesyjna (1861-1865) była sprawą bardzo absorbującą, z okazji – jak widać – skorzystali Francuzi. Przegrana bit­wa pod Pueblą nie powstrzymała ich przed ustanowieniem w Meksyku swojego marionet­kowego ce­sar­stwa, które trwało, dopóki kot nie uporządkował spraw domowych. Najsmutniej skończyło się to dla biednego cesarza Maksymiliana, który był porządnym człowiekiem, ale nie pierwszy to i nie ostatni łat­wo­wierny wystawiony do wiatru w decydującym momencie przez sojusznika.

Édouard Manet, zawsze bezkompromisowy, nie bez przyczyny na ostatecznej wersji swego obrazu Rozstrzelanie cesarza Maksymiliana (1868) ubrał pluton egzekucyjny w mundury prawie francuskie (w rze­czy­wistości cesarza rozstrzelali żołnierze Juareza), a sierżan­towi, który – pozornie niezaangażowany – stoi z tyłu, dał twarz Napoleona III, władcy II Cesarstwa Fran­cuskiego.

Dziś już mało kto o Maksymilianie, poza Meksykiem, pamięta, ale w Meksyku wspominany jest on – o dziwo – bardzo dobrze.

Za to rocznica bitwy, nie wiedzieć czemu, stała się narodowym świętem Meksykanów mieszkających w USA. Pije się wtedy tequilę, tańczy salsę przy muzyce mariachis, je burritos, menudo lub pozole i krzyczy Salud, dinero y amor! I wszystko jest fajnie.

  

7 maja 1915 – niemiecki okręt podwodny U-20 torpeduje i zatapia brytyjski pasażerski statek linii Cunard RMS Lusitania. Ginie 1198 osób, w tym 128 obywa­teli USA. Ocalały zaledwie 764 osoby.
Dla porównania: trzy lata wcześniej, 14 kwietnia 1912, katastrofa Titanica spowodowała śmierć 1635 osób, przeżyło ok. 730 rozbitków.

Popularna wersja historii Lusitanii dopowiada, że neutralne dotąd Stany Zjednoczone przystąpiły wtedy do wojny z Niemcami. Co oczywiście jest nieprawdą.

Niemcy zasadzali się na Lusitanię już od dawna. Ich wywiad donosił, że statek – oprócz pasażerów – przewozi również materiały wojenne: amunicję i broń, dostarczane Brytanii z Ameryki. Brytyjczycy temu zaprzeczali – bo taki proceder automatycznie zmieniał status statku pasażerskiego na okręt wojenny – ale Niemcy wiedzieli swoje. Byli tak pewni tych informacji, że w kwietniu 1915 ambasada Cesarstwa Niemiec w Waszyngtonie zamieś­ciła płatny inserat w kilku największych dziennikach amerykańskich. Ostrzegała tam obywateli USA przed podróżowaniem Lusitanią, informowała, że statek łamie konwencje genewskie i uprzedzała, że może on zostać storpedowany.

Takie to były czasy. Zamachowiec-terrorysta nie rzucał bomby, bo w powozie obok tyrana jechały Bogu ducha winne damy. Ambasada ostrzega, co marynarka wojenna jej kraju ma zamiar storpedować. 

Gdy torpedy rzeczywiście zatopiły cel, amerykańska opinia publiczna się zagotowała, a prezydent Wilson zażądał od Niemiec natychmiastowego zaprzestania ataków przez okręty podwodne. Niemcy położyli uszy po sobie, przysłali noty dyplomatyczne, przeprosili i obiecali poprawę, chyba że...

„Chyba” nastąpiło w sierpniu. Niemiecka łódź podwodna storpedowała SS Arabic z brytyjskiej White Star Line, na którego pokładzie było trzech obywateli USA. Tu nie trzeba już było żadnej amerykańskiej interwencji. Niemcy sami z siebie wyprodukowali „Przyrzeczenie Arabic” (The Arabic Pledge). Zobowiązali się w nim do ograniczenia zasięgu wojny podwodnej prowadzonej przez sforę admirała von Holtzendorffa i do powiadamiania cywilnych statków o mającym nastąpić za 30 minut torpedowaniu, by wszyscy ludzie mogli bezpiecznie opuścić jednostkę.

„Przyrzeczenie Arabic” ulotniło się 24 marca 1916, kiedy to jeden z U-Bootów storpedował bez uprze­dze­nia francuski prom pasażerski Sussex na kanale La Manche. Zginęło wówczas ok. 50 osób, a choć nie było wśród nich Amerykanów, prezydent Wilson wysłał do Niemiec kolejną notę informującą,  że w razie kontynuacji takich działań Stany Zjednoczone zerwą z Cesarstwem Niemieckim stosunki dyplomatyczne.

14 maja 1916 strona niemiecka wystosowała następne pismo. Tym razem zwane jak? Oczywiście: „Przyrzeczenie Sussex” (The Sussex Pledge). Była w nim – a jakże: obietnica, że statki pasażerskie nie będą atakowane; obietnica, że statki handlowe będą zatapiane tylko wtedy, gdy zostanie im udowodnione – w razie ko­niecz­ności podczas przeszukania – przewożenie kontrabandy wojennej; obietnica, że przed zatopie­niem statku wszyscy ludzie otrzymają należną pomoc.

W międzyczasie Niemcy wcielali w życie inny plan. Winston Churchill nazwie go później „wszczepieniem Europie bakcyla komunizmu”. Polegało to na wywiezieniu ze szwajcarskiego azylu Lenina i jego wspólników, dostarczenie ich  w zaplombowanym wagonie do Hamburga a stamtąd – statkiem – do Helsinek, bo Lenin chciał najpierw wybadać sytuację w Piotrogrodzie.
Niemcy byli pewni, że to, plus pękaty worek niemieckich marek w złocie, pozwoli terrorystycznej partii bolszewickiej rozłożyć kruchy rosyjski demokratyczny Rząd Tymczasowy i przejąć władzę. Tym samym wyłączyć Rosję z sojuszu Ententy i zawrzeć z Niemcami separatystyczny pokój, zostawiając im zdobyte tereny.

Wtedy oddziały niemieckie zostałyby z frontu wschodniego przerzucone na front zachodni i na zachodzie wreszcie zaszłyby jakieś zmiany. Z korzyś­cią dla Niemiec oczywiście.

Tak rzeczywiście się stało. Bolszewicy wygrali i 18 marca 1918 podpisali w Brześciu Litewskim traktat pokojowy z Niemcami. Żołnierze Deutsches Heer zaczęli się pakować.

 

Niemcy popełnili jednak kilka błędów, a wśród nich największym było to, że się zbyt pewnie poczuli.

Jeszcze w 1917 roku, przekonani, że Ameryka się nie ruszy, a oni będą  mogli już wkrótce przełamać front zachodni i wreszcie wejść do Paryża, uznali „Przyrzeczenie Sussex” za passé i zaczęli swoją Pierwszą Bitwę o Atlantyk w nieograniczonej wojnie podwodnej.
U-Booty atakowały wszystko, co pływało po powierzchni i nie nosiło bandery Państw Centralnych lub ich sojuszników.

Amerykanie, pogrążeni w izolacjonizmie, może rzeczywiście, nie ruszyliby się i wtedy. W odpowiedzi na akcje niemieckie Woodrow Wilson wezwał do zwiększenia sił zbrojnych i dał rozkaz kapitanom US Navy, by strzelali do niemieckich okrętów podwodnych. Jednak opinia publiczna odpowie­działa na to antywojennymi demonstracjami jak Ameryka długa i szeroka.

I nagle zdarzyło się coś nie tylko niespodziewanego ale i nieprawdopodobnego.

16 stycznia 1917 r. Arthur Zimmermann, minister spraw zagranicznych Cesarstwa Niemieckiego, wysyła telegram do swego ambasadora w Mek­syku. Proponuje, by ambasador skłonił rząd meksykański do sojuszu z Niemcami, w zamian za co – po zwycięstwie – obiecuje Meksykanom zwrot ziem utraconych na rzecz USA w 1848 roku. Konkretnie „zwrócone” miały być stany: Teksas, Nowy Meksyk, Arizona, Kalifornia, Nevada, Utah i Kolorado. [o wojnie wojnie amerykańsko-meksykańskiej 1846-48 czytaj niżej, pod datą 13 maja].

Telegram był co prawda zaszyfrowany, ale przekazany został przez... Amerykanów, gdyż niemieckie łącza transatlantyckie były zerwane i Amery­kanie świadczyli Niemcom tego typu uprzejmości. Poza tym wiadomo było, że depesza pójdzie kablem podwodnym mającym stację przekaźnikową na Wyspach Brytyjskich (w pobliżu Land’s End).

Angielscy wywiadowcy oczywiście telegram przejęli, odcyfrowali i 5 lutego 1917 – po sprawdzeniu wiarygod­ności – przekazali Amerykanom.

28 lutego 1917 prezydent Wilson zawiado­mił o tym prasę.

Amerykanom też odjęło mowę. Jednak 3 marca 1917 sam Zimmerman w rozmowie z amerykańskim dziennika­rzem potwierdził prawdziwość depeszy, co powtórzył 29 marca 1917 w swym przemówieniu w Reichstagu.

Od 23 marca do 6 kwietnia 1917 niemieckie U-Booty zatopiły cztery amerykańskie frachtowce.

6 kwietnia 1917 Kongres USA wypowiedział wojnę Cesarstwu Niemieckiemu i tylko jemu.

Wojnę Austro-Węgrom Kongres wypowiedział dopiero 7 grudnia 1917. Mimo nalegań prezydenta Wilsona akt ten nie objął dwóch innych Państw Centralnych: osmańskiej Turcji i Bułgarii.

Mimo propagandy rządowej i wysiłków Komitetu Informacji Publicznej (Committee on Public Information) – rządowej agencji mającej wpływać na opinie społeczeństwa, Amerykanie wciąż woleli izolacjonizm.

Niemniej jednak amerykańskie oddziały zaczęły być przerzucane do Europy. Do maja 1918 korpus amerykański stacjonujący we Francji liczył blisko milion żołnierzy. Pierwsze strzały z amerykańskiej broni padły 21 października 1917, ale była to tylko drobna wymiana ogniowa. Poważnym chrztem bojowym amerykańskich dywizji była bitwa pod Cantigny, stoczona 28 maja 1918 i przez Amerykanów wygrana.

 

Tak więc Niemcy wzmocnili swe siły na Zachodzie tylko po to, by znów znaleźć sie w impasie.

O zawieszenie broni poprosili jednak dopiero 18 listopada 1918 roku, ale to już inny miesiąc i inna historia.

 

 

 

13 maja, 1846 – Kongres Stanów Zjednoczonych akceptuje życzenie prezydenta Jamesa K. Polka i wypowiada wojnę Meksykowi.

Sprawa ciągnęła się od dawna, bo po Zakupie Luizjany w 1803 roku ekspansja Stanów Zjednoczonych na zachód trwała nieprzerwanie.

Są w genezie tej wojny amerykańscy osadnicy, którzy w latach 20. I 30. XIX wieku, na życzenie rządu Meksyku, pojechali kolonizować meksykański Teksas. W Teksasie po paru latach (2 marca 1836) ogłosili niepodległość, za co Meksyk – natychmiast – wysłał przeciwko nim swą armię.
Armia, dowodzona przez gen. Antonio Lopeza de Santa Anna dokonała dwóch rzezi: w Alamo (6 marca 1836) i w Goliad (27 marca1836).
Następnie (21 kwietnia 1836) w 18 minut została starta w proch przez rozwścieczonych osadników w bitwie po San Jacinto.
29 grudnia 1845 Teksańczycy z entuzjazmem przemienili Kraj Samotnej Gwiazdy w 28. stan Unii Amerykańskiej.

 

Wojna amerykańsko-meksykańska wybuchła po tym, jak Meksykanie nie zechcieli nawet pogadać z facetem, którego w 1845-tym wysłał do miasta Meksyk prezydent Polk z propozycją kupienia za spore pieniądze ówczesnych ziem meksykańskich czyli Kalifornii i Nowego Meksyku.

Facet nazywał się John Slidell, był prawnikiem, przedsiębiorcą i politykiem. Rząd za samą Kalifornię pozwolił mu zapłacić 25 milionów dolarów, a ogółem dał mu do dyspozycji około 30 milionów (na owe czasy to była kosmiczna suma – Alaskę Stany kupiły w 1867 za jedne siedem milionów dwieście tysięcy).

Meksykańska strona rządowa mnożyła trudności uniemożliwiające jakiekolwiek oficjalne negocjacje, Slidell spędzał w Meksyku miłe chwile, generalnie zachwycony, bo Polkowi właśnie o to chodziło: skoro nie przemówiło złoto, miały zagrać armaty. I tak się stało.

Nad samą wojną Meksykanie powinni spuścić kurtynę miłosierdzia i to z kilku powodów.

Jednym z nich było to, że ich wojskami dowodził generał Santa Anna, który jako bohater byłby ozdobą każdego operetkowego libretta, gdyby nie to, że był największą tragedią swego kraju. Tego, co wyczyniał zarówno podczas wojny z Amerykanami jak i podczas swoich jedenastu rozpoczętych kadencji prezydenckich, nie spisać na wołowej skórze.

Drugim powodem był cud, jaki najpierw przydarzył się Ksenofontowi i wojskom greckim podczas anabasis w V w p.n.e., a później, na początku wieku XVI, Cortezowi i braciom Pizarro, którzy – dowodząc kilkusetosobowymi oddziałami – podbili imperia Azteków i Inków.

Tym razem, w marcu 1847, 10-tysięczny korpus gen. Winfielda Scotta, mając przeciwko sobie całą armię meksykańską, co najmniej 6-krotnie liczniejszą, wyokrętował pod Veracruz, przeszedł przez góry, doliny i wąwozy 400-kilometrowym spacerkiem do miasta Meksyk, miasto zdobył i jeszcze musiał czekać, aż znajdzie się urząd czy osoba mająca dość plenipotencji, by podpisać jakikolwiek dokument kończący jego podboje.

Na wojnę, a zwłaszcza na katabasis gen. Scotta, spuszczają też lekki woal zapomnienia Amerykanie, chyba dlatego, że generałowi zdarzyła się po drodze rzecz, która dziś uznana by była za zbrodnię wojenną: 12-dniowe oblężenie miasta Veracruz, którego fortecę generał zaatakował od strony cywilnych przedmieść. Wg Meyera i Shermana, autorów The Course of Mexican History (Oxford UP, 1983, str. 349), straty po stronie amerykańskiej wynosiły 67 zabitych i rannych, zaś w mieście zginęło ok. 1000-1500 Meksykanów, przy czym straty wśród cywilów były niemal dwukrotnie większe niż wśród żołnierzy. Chyba dlatego Hollywood za kampanię Scotta dotąd się nie złapał: dużo łatwiej fałszować historie wojenne z odległej Europy.

Ponieważ wymiana ratyfikacji owego dokumentu pokojowego między USA i Meksykiem nastąpiła 30 maja (1848), więc teraz w historii tej wojny będzie krótka przerwa na inne rocznice.

 

 

23 maja, 1954 – Wiosenna Wystawa Dzieł Malarzy Leningradzkich (Весенняя выставка произведений ленинградских художников 1954 года) – największa wystawa po śmierci (5 marca 1953) Stalina: ponad 500 prac 196 malarzy, rzeźbiarzy i grafików z Leningradu. Wiatr odnowy powiał w sztuce radzieckiej, choć żeby wywiał socrealizm – tego się nie da powiedzieć. Pustosząca kulturę żdanowszczyzna trzymała się mocno i nieśmiałe nawiązania do impresjonizmu naruszyć jej nie mogły, a przynajmniej nie od razu. W Polsce socrealizm trwał do 1956 i choć rozwiał się jak sen złoty, to jednak plakat Zakrzewskiego „Partia” powstał w 1964. Ale w Sojuzie nawet zadrapanie na socrealistycznym lakierze było wydarzeniem na miarę epoki.
Osiem lat później (1 grudnia 1962) Nikita Chruszczow pluł i rugał na malarskiej wystawie „Nowa rzeczywistość”, a artystów wyzywał od „przeklę­tych pederas­tów”.

Zaś gdy 20 lat później (dokładnie: 15 września 1974) malarze awangardowi wystawili swoje prace na moskiewskim skrzyżowaniu (bo gdzie indziej się nie dało), władza radziecka rozjechała obrazy spychaczami, a porucznik milicji krzyczał podobno: „Trzeba by was zastrzelić, tylko szkoda naboi!”

 

 

16 maja 1966 – Komunistyczna Partia Chin publikuje „Dyrektywę 16.05” wzywającą do rozgromienia burżuazji i przeciwników tow. Mao. Zaczyna się najbardziej tragiczny rozdział w historii ChRL: „rewolucja kulturalna”. Oddziały hunwejbinów – fanatycznych bojówkarzy o wypra­nych mózgach – przez 10 lat będą pustoszyć Chiny kulturalnie, ekonomicznie i emocjonalnie. Liczby sto milionów ofiar nie uważam za przesadzoną.

 

 

24 maja 1686 – w Gdańsku przychodzi na świat Daniel Gabriel Fahrenheit, przyszły niemiecki fizyk i inżynier, wynalazca skali temperatur.

Celsjusz przyjął za dwa główne punkty swojej skali dwie najbardziej znane temperatury, związane z najważniejszą dla życia substancją.
O czym myślał  Fahrenheit, kiedy koncypował swoją skalę – lepiej nie pytać, zwłaszcza jeśli chemia nie jest naszym hobby. W każdym razie temperatura zamarzania wody to 32°F.
Wzory na przeliczenie z Celsjusza na Fahrenheita i odwrotnie są takie, że można skonać od samego widoku:

°C =  (°F − 32) × 5⁄9
°F = °C × 9⁄5 + 32

Gdy się mieszka w USA, trzeba się jakoś nauczyć przeliczania, choćby dla potrzeb medycznych: według mnie, gdy mam 36,6°, dobrze się czuję; wg pani nurse z najbliższej kliniki jestem w stanie prehibernacyjnym.

Jak przeliczać z Fahrenheita na Celsjusza i odwrotnie, stosując współczynnik ciuta, przeczytacie tu.

 

 

29 maja, 1453 – pada Konstantynopol. Ostatniemu bastionowi supermocarstwa znanego jako Cesarstwo Wschodniorzymskie lub Bizancjum – poza Wenecją – nie przyszedł z pomocą żaden władca chrześci­jań­skiej Europy. W 54. dniu oblężenia miasto zajmują wojska sułtana tureckiego Mehmeda II Zdobywcy z dynastii Osmanów. Tego dnia w bitwie ginie ostatni bizantyjski cesarz Konstantyn XI Dragazes Paleolog, a Cesarstwo staje się pojęciem z przeszłości.

Mehmed II zadał Cesarstwu Wschodniorzymskiemu cios ostatecznie kończący powolny upadek. Równia pochyła zaczęła się od IV krucjaty: krzyżowcy, wmieszani w wewnętrzne rozgrywki bizantyjskie i wezwani przez jedną ze stron, zamiast stabilizacji przynieśli zgubę. Szturm za­chod­niego rycerstwa przypusz­czo­ny 12 kwietnia 1204 roku zakończył sie rzezią mieszkańców i blisko tygodniowym bezlitos­nym plądrowaniem i pusto­szeniem miasta. Po tej klęsce Bizan­cjum już nigdy nie podniosło się do daw­nej potęgi. 

Mehmed nakazał odbudowę miasta, nadał mu nazwę Istambuł i uczynił stolicą imperium osmańskiego. Ponieważ historię piszą zwycięzcy, Mehmed uznał, że naturalną koleją rzeczy przejął po Konstantynie XI godność cesarza rzymskiego. Kayser-i Rum [cezar Rzymu] nosili w oficjalnej tytulaturze wszyscy władcy Turcji do końca istnienia ich imperium (formalnie do 1 listopada 1922).

Reakcją na to było wprowadzenie tytułu car [царь, rosyjski odpowiednik tytułu caesar] na dwo­rze władcy rosyjskiego Iwana III Srogiego, Wielkie­go Księcia Wszechrusi, który panował w la­tach 1462-1505. Władca sygnalizował w ten sposób aspiracje do dziedziczenia tronu bizan­tyj­skiego. Potwierdzić też to miało jego małżeństwo (1472) z Zoe Paleolog, pochodzącą z ostatniej dynastii panującej w Bizancjum.
Oficjalnie tytuł cara po raz pierwszy przyjął w Rosji wnuk Iwana III, Iwan IV Groźny, koronując się w 1547 roku jako Car Wszechrusi [Царь Всея Руси].

Rosyjscy carowie nie byli pierwszymi w Słowiańszczyźnie; jako pierwsi tytuł ten mieli: wład­ca Bułgarii (Symeon I, od 913 r.) i wład­ca Serbii (Stefan Duszan, od 1346).)

 

 

30 maja 1848 – traktat pokojowy kończący wojnę amerykańsko-meksykańską podpisany został w Guadalupe Hidalgo 2 lutego 1848. Senat USA ratyfikował go 10 marca 1848, a senat meksykański 19 maja 1848.
30 maja tegoż roku oba rządy wymieniły między sobą dokumenty ratyfikacyjne dokonując przy okazji kolejnych poprawek i uzupełnień. 

Podręczniki historii piszą na ogół, jak to Meksyk, po podpisaniu traktatu w Guadalupe Hidalgo, stracił swe północne terytoria, które dziś są Kalifor­nią, Nevadą, Arizoną i Utah, a jeszcze kawałkiem Nowego Meksyku, Kolorado i Wyoming, czyli 1,36 mln km kw. (powierzchnia Alaski to 1,7 mln km kw.).

Trudniej się dokopać informacji, że po wygranej wojnie USA za owe terytoria zapłaciły 15 milionów dolarów gotówką (dziś to jest podobno pół miliarda), anulując do tego ponad 3 miliony dolarów meksykańskiego długu.

Przy okazji ustalona została granica Teksasu z Meksykiem, tak więc co od Teksasu się zaczęło, na Teksasie się skończyło.

Gen. Santa Anna nie były jednak sobą, gdyby nie dopisał do tej historii dalszego ciągu. Pięć lat później (1853) zaproponował Amerykanom „wyrównanie granicy” i za kolejne 10 milionów USD sprzedał im 77 tysięcy km kw. Meksyku, w transakcji nazwanej Zakup Gadsdena (Gadsden Purchase). O tym, co się stało z tymi pieniędzmi, już nawet nie warto wspominać.

 

 

Znaki Zodiaku
w maju:

Byk (♉) – do 20 maja
Bliźnięta (♊) – od 21 maja (najweselszy i najpogodniejszy znak Zodiaku).

Horoskopy Bliźnięta mają pomyślne w dowolnym układzie, nawet  w czarnym PR.

Ludzie spod znaku Bliźniąt w ogóle nie osiągają dojrzałości zarówno intelektualnej, jak i uczuciowej.
Jedyne, co naprawdę potrafią, to raz w tygodniu wypełnić kupon gry liczbowej.
Niezdarnie to ukrywają, ale największą przyjemność sprawia im dłubanie w nosie.
Zapraszając takiego do domu należy pamiętać, że kradnie i koniecznie przed wyjściem zrewidować.

Zauważcie, że nawet zawodowi hejterzy dają Bliźniętom pozytywną recenzję (co jest złego w grach liczbowych, dłubaniu w nosie – dla zdrowia przecież, albo w zapobiegliwości?) – po prostu nie mają się do czego przyczepić!
Porównajcie z takim wczesnomajowym Bykiem, który ma:

wdzięk powiatowego Casanovy i skłonności dewiacyjne. Niczym niezmącone przekonanie, że jest pępkiem świata. Lubi mizdrzyć się zarówno przed lustrem jak i w pracy. Najbliższą rodzinę terroryzuje od urodzenia do późnej starości. Nigdy niczego nie czyta, choć o wszystkim ma z góry wyrobione zdanie. Charakteryzuje go brak umiarkowanie w jedzeniu i piciu. Oderwać od rozkoszy stołu mogą go jedynie rozkosze łoża – przy czym i tu Byk będzie dążył do wyuzdanych uciech, nazywając je dla niepoznaki „wyższą sztuką”. Lenistwo swoje i brak zainteresowania światem zewnętrznym Byki nazywają „dbaniem o domowe ognisko”, a brak wyższych uczuć „stąpaniem twardo po ziemi”. Wreszcie swą ociężałość umysłową i skrajny konserwatyzm nazywają „przywiązaniem do tradycji” i „opieraniem się na sprawdzonych wzorcach”. Jednym słowem – to leniwi hedoniści, pogrążeni w brudnej rozpuście (no dobrze: „brudnej” możemy skreślić, bo znajomy Doktor obrazi się już na amen).

Albo z późnoczerwcowym Rakiem:

Urodzeni pod znakiem Raka oszukują na każdym kroku, zdradzają, uwielbiają podłożyć świnię. Rakom nie można wierzyć nigdy i w niczym. Jeśli np. Rak mówi „Cenię sobie twoją przyjaźń”, to można być pewnym, że przed godziną napisał na ciebie donos do szefa. Raki stale komuś czegoś zazdroszczą, a po dwudziestym piątym roku życia łysieją, garbią się i tracą zęby. Słusznie zresztą.

No przecież szkoda słów, bo tu nie pomoże nawet oddział zamknięty.

A kolejne horoskopy są jeszcze gorsze (czytajcie, to się dowiecie), więc po prostu Bliźnięta – których i tak nawet czarny piar się nie ima – punktują z miesiąca na miesiąc.

 

Kwiaty maja:

Konwalia (Convallaria maialis L.) – bylina o kwiatach słodko pachnących, ale zdradziecka, bo silnie trująca; uznawana jest za kwiat szczęścia, pomyślności i młodości; ponieważ symbolizuje też czystość i skromność, więc często wplatana jest w bukiety ślubne panien młodych  (o symbolice toposu „trucizna pod słodyczą” etymologia ludowa jakoś milczy).

Niekontrolowana – konwalia staje się chwastem i to bardzo trudnym do usunięcia, ponieważ łatwo odrasta (ciekawe, czy ma to jakiś związek symboliczny z owymi bukietami ślubnymi i skromnością – może odrastają w sposób naturalny…).

Suszone, sproszkowane kwiaty konwalii dodawane są czasem do tabaki – w obliczu powszechnie znanych trujących właściwości substancji psychoaktywnych w tabace zawartych szczypta konwalii różnicy nie czyni.

Duże zastosowanie ma konwalia w medycynie i zielarstwie, ale i tu ostrzega się przed zejściem wskutek przedawkowania.

W tzw. alfabecie kwietnym konwalie oznaczają nieśmiałość, co jest zrozumiałe: któż by, niewinnym będąc, do trucia jadem zabierał się śmiało?

Duże znaczenie ma konwalia  w ikonografii maryjnej, ale to tematyka zbyt szeroka, by ją roztrząsać właśnie tu.

 

Głóg (Crataegus monogyna Jacq.), któremu botanicy dodają epitet „jednoszyjkowy” (co chyba nie jest obraźliwe); symbolizował on ostrożność i nadzieję, na szczęście bardzo dawno temu, bo w średniowieczu; dziś tylko kłuje i nadaje się na nalewkę.

 

Kamień maja:

Szmaragd – symbolizujący miłość i powodzenie.

 

W ogóle maj to miesiąc dziwny. Dokładnie taki jak konwalia: trochę aromatu, ale zaraz jakieś przedawkowania i groźba zejścia. Nic dziwnego, że mądrość ludowa odradza zawierania małżeństw w maju (znam majowe i szczęśliwe, ale być może to wyjątki potwierdzające regułę). I gdyby nie to, że jego ostatnia dekada przynosi najlepszy znak Zodiaku, czyli Bliźnięta, to ogólnie byłoby z majem kiepsko. 

Kwiecień, na przykład, zaczyna się od primaaprilisowych wygłupów – i od razu jest weselej.
A popatrzcie, od czego startuje maj: od święta pracy, do której każdy chodzi, bo musi, więc to jest tak, jakby więźniowie obchodzili dzień św. Penitencji i cieszyli się, że jeszcze trochę posiedzą. To mogły wymyślić tylko Byki!  
Na szczęście kogo jak kogo, ale ludzi pomysłowych u nas nie brakuje (a założę się, że większość z nich jest spod znaku Bliźniąt) – gdyby nie oni, to już by się w ogóle w maju nie dało wytrzymać. Bowiem ludzie pomysłowi (zwłaszcza ci spod znaku Bliźniąt) połączyli „święto pracy” z innymi okolicznymi świętami, włączając w to weekendy z przodu i z tyłu, i stworzyli jeden z najdłuższych weekendów nowoczesnego świata; weekend, który – jak go dobrze ułożyć – może potrwać  nawet 10 dni. I nawet znajomego lekarza nie trzeba!
A gdy wreszcie, w co nie wątpię, za dzień święty zostanie uznane Święto Kanonizacji, to weekend majowy, podczas którego będzie można kompletnie zapomnieć o pracy, dojść może do dni szesnastu, a kto wie, czy nie więcej.

I ponieważ prawie zaraz po tym weekendzie przychodzą Bliźnięta, to maj daje się jakoś przetrzymać – mimo konwalii, szmaragdów, głogów jednoszyjkowych i trzech ogrodników, których same imiona wywołują taki dreszcz, że nagłe chłody wcale nie są potrzebne.

Maj jednak rehabilituje się imieninami:

• Moniki;
• Stanisława – ale tylko częściowo, bo połowa Stachów uciekła od Szczepanowskiego do Kostki, tak że nigdy nie wiadomo, który kiedy obchodzi;
• Zofii 
• i Joanny – które już piękniejszego dnia na imieniny wybrać nie mogły!

 

Śluby i wesela w maju: w żadnym wypadku! Ale zastrzegam jeszcze raz: tylko według mądrości ludu.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
piąty miesiąc roku to:

białoruskiмай [maj], травень [trawień]
bośniackimaj
bułgarskiмай [maj]
chorwackimaj
czeskikvěten
kaszubskimôj (też: gòran, maj)
litewskigegužė
łatgalskiLopu (też: maja)
łużycki (dolny)rozhelony (też: rožownik, maj)
łużycki (górny)meja (też: róžownik)
łotewskimaijs
rosyjskiмай [maj]
macedońskiмај albo косар [kosar]
serbskimaj
słowackimáj
słoweńskimaj
ukraińskiтравень [trawień]
żmudzkigegožė

 

Przysłowia związane z majem:

Chłodny maj,
dobry urodzaj.

Ciepły kwiecień, mokry maj
– będzie zboże jako gaj.

Częste w maju grzmoty
rozpraszają chłopom zgryzoty.

Deszcz majowy,
chleb gotowy.

Deszcz na pierwszym maju,
chyba w urodzaju.

Dużo chrabąszczów w maju,
proso będzie gdyby w maju.

Gdy kukułka w maju,
spodziewaj się urodzaju

Gdy maj jest przy pogodzie,
nie bywają siana w szkodzie.

Gdy się maj z grzmotem
odezwie na wschodzie,

rok sprzyja sianu
i zbożu w urodzie.

Gdy się w maju pszczoły roją,
takie roje w wielkiej cenie stoją.

Grzmot w maju
sprzyja urodzaju.

Jak pszczółki na wiosnę
z ula
wcześnie wylatują,

to pewnie mróz na drzewa
w maju nam zwiastują.

Jak w maju zimno,
to w stodole ciémno.

Jeśli w maju grzmot,
rośnie wszystko w lot.

Kiedy lipa w maju kwitnie,
to w ulach miód zawiśnie.

Kiedy mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

Kiedy pierwszy maj płacze,
będą chude klacze.

Kto się w maju urodzi,
dobrze mu się powodzi.

Maj – wołom daj
i sam na piec uciekaj.

Na pierwszego maja szron
obiecuje dobry plon.

Na pierwszy maj
ostatek bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj:
w piecu sobie napal,
za niego się wal.

Nastał miesiąc maj,
kożdy o się dbaj.

Niedalekoć już do maja,
więc nie uchodź za mazgaja.

Nie zawsze na ziemi maj,
nie zawsze ludzkiemu szczęściu raj.

Pierwszego maja deszcz,
nieurodzaju wieszcz.

Pierwszy maja poranek
jest tęskliwym dla kochanek.

Przyjdzie maj,
przedsię bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj.

Tyle przymrozków w maju,
ile ich było przed św. Michałem.

W maju…
Np. Zobaczymy się w maju…
[tj. nie teraz, kiedyś może, nigdy]

W maju jak w gaju.

W maju szumne sosieneczki,
wonne puszczą ci chojneczki.

W maju wieje, trochę pada,
coraz bliżej listopada

Witaj nam maiczku
ze słowikiem w gaiczku.

Wody w maju stojące
szkodę przynoszą łące.

 

Przysłowia na
św. Stanisława
(8 V):

Do św. Stanisława
z pastuchami sprawa.

Jak się len zasieje
w św. Stanisława
to tak urośnie, jako ława.

Na św. Stanisława
rośnie koniom trawa.

Na św. Stanisława
żytko kieby ława.

Św. Stanisław len sieje,
Zofija konopie,

A Urban jęczmień i owies
każe kończyć, chłopie.

Św. Stanisław –
pierwszy siew prosa,
a ostatni owsa.

 

Przysłowia na
św. Pankracego,
Serwacego

i Bonifacego
(12, 13 i 14 V):

Jak się rozsierdzi Serwacy,
to wszystko zmrozi i przeinaczy.

Jasny dzień Pankracego
przyczynia wina dobrego.

Pankracy, Serwacy, Bonifacy
– źli na ogrody chłopacy.

Przed Serwacjuszem nie trzeba
pewnego się lata spodziewać.

 

Przysłowia na
św. Zofię
(15 V):

Dla świętej Zosi
kłos się podnosi

Na św. Zofiją
pola w kłos wybiją.

Niechaj mnie Zośka
o wiersze nie prosi

[oczywiście to nie przysłowie, tylko cytat ze Słowackiego]

Św. Zofija ciepło rozwija.

Św. Zofija kłosy wywija.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha