KTO JEST KIM:

KRZYSZTOF BARANOWSKI

6.

Ramka_06_SzPZ_ill_2

1982

lipiec-sierpień

Krzysztof Baranowski rozpoczyna przygotowania do pierwszej Szkoły Pod Żaglami: długiego rejsu z młodzieżową załogą, która na pokładzie, oprócz obowiązków żeglarskich, ma zajęcia szkolne.

Założenia:

●  dla młodzieży udział w rejsie jest bezpłatny.

●  o uczestnictwo kandydaci i kandydatki muszą walczyć długo i w wielu dziedzinach, wśród których jest wielomiesięczna praca opiekuńcza jako próba charakteru, sprawdzian sprawności fizycznej, konkurs świadectw, sprawdzian współdziałania w grupie na lądzie (obóz kondycyjny) i morzu (rejs próbny);

●  młodzież, oprócz normalnych zajęć związanych z żeglugą, codziennie na morzu ma 6 lekcji, z kla­sów­ka­mi i ocenami, jak w szkole lądowej – nauczycielami poszczególnych przedmiotów są oficerowie i kadra żaglowca;

●  nauka trwa nieustannie: młodzież po lekcjach pełni służbę na wachtach, ale prak­tycz­nie o każdej porze może prosić nauczycieli o wyjaśnienia, powtórzenia lub rozszerzenia oma­wia­nych na lekcjach tematów;

●  rejs ma być długi: młodym ludziom potrzeba co najmniej dwóch miesięcy na integrację i nabranie rutyny – zazwyczaj dopiero trzeci i dalsze miesiące przynoszą pełną satysfakcję z żeglugi i nauki, zaś działanie w zespole staje się przyjemnością, a nie obowiązkiem; pierwsza Szkoła Pod Żaglami trwała przez cały rok szkolny; następne (na ogół) jeden semestr.

 

8 października

W porozumienia z ministrem oświaty PRL, Bolesławem Faronem[1], Krzysztof Baranowski rozsyła do wszystkich liceów w Polsce list, skierowany do uczniów klas pierwszych. Pisze w nim m.in.:

Przygotowuję dla Was rejs żaglowcem POGORIA szlakiem starych kultur morskich, prowadzącym na Morze Śródziemne, Czerwone i Arabskie do Indii i Sri Lanki. Powrócimy do kraju przez Ocean Indyjski i Atlantycki. Poszukuję na ten rejs załogi, którą chciałbym skompletować z uczniów II klasy licealnej (wiek 16 lat). Rejs trwałby w czasie roku szkolnego 1983/84. […] uczestnicy rejsu przerabiać będą program szkolny w trakcie pływania.

Sama żegluga nie wymaga wstępnych wiadomości żeglarskich ani stosowanych w tej dziedzinie stopni, natomiast wymaga zdrowia, kondycji oraz szczególnych cech charakteru.

Ci którzy zainteresują się moją propozycją, muszą od zaraz zająć się opieką nad ludźmi starszymi, którzy właśnie teraz, w wyjątkowo ciężkich czasach, potrzebują Waszej pomocy. Będzie to próba charakteru.[2]

 

Dużo później ujmuje to w ten sposób:

Mój system to wieloszczeblowa selekcja: jeżeli ktoś spędził rok na pomaganiu innym, jeżeli pokonał bieg na czterysta i pływanie na pięćdziesiąt metrów, i znalazł się w finałowej trzydziestce, to on sobie to ceni. Jego nie tak łatwo przestraszyć, on ma rok treningu za sobą. […]

Sedno sprawy to znaleźć się w każdej sytuacji, wykonać dobrze swoją robotę. Bo nawet jeżeli nie zweryfikuje tego kadra oficerska, zweryfikują koledzy. Ktoś spóźni się trzy minuty w środku nocy do steru? Koledzy znajdą dla niego odpowiednią karę. Po to, żeby następnym razem był na czas. Jeżeli człowiek wdroży sobie takie postępowanie, to ono już mu zostanie. Uznane jako zasada. Jeśli umówiłem się na 15, jestem za trzy, a nie pięć po. I koniec. Podczas rejsów wychowuje się obywateli.[3]

 

Projekt jest na tyle nowatorski i niecodzienny, że bulwersuje opinię publiczną. Atakują go dziennikarze, przeciwne są władze żeglarskie (PZŻ), wrogo traktuje PRON[4], niechętna jest część szkół. Sprawą Szkoły Pod Żaglami zajmuje się Rada Ministrów PRL, a premier (Wojciech Jaruzelski) wyraża akceptację. Nie zatrzymuje to jednak ataków np. ze strony Urzędu Morskiego.

Bez względu na opór biurokracji i tzw. czynników prace nad przygotowaniem rejsu pierwszej Szkoły Pod Żaglami trwają nieprzerwanie.
W korespondencji angielskiej organizatorzy używają nazwy Class Afloat.

 

1983

31 stycznia

Na liście chętnych do wzięcia udziału w rejsie Szkoły Pod Żaglami są 864 osoby (404 dziewczęta, 460 chłopców).

25 maja

Akceptację wobec „eksperymentu wychowawczego pn. Szkoła Pod Żaglami” wyraża Prezes Rady Ministrów PRL, Wojciech Jaruzelski.[5]

3-5 czerwca

Eliminacje w Ośrodku Marynarki Wojennej w Gdyni Oksywie. Po weryfikacji danych przesłanych przez terenowe ośrodki opiekuńcze nadzorujące akcję, organizatorzy zakwalifikowali do nich 432 osoby.
Do następnego etapu przechodzi 50 chłopców; pierwsza dziewczyna zajęła 52. lokatę.

4-24 lipca

Obóz kondycyjno-przygotowawczy połączony ze szkoleniem żeglarskim dla najlepszej pięćdziesiątki z eliminacji na Oksywiu.
Nad jeziorem Miedwie, w Wierzchlądzie koło Starogardu Szczecińskiego, kandydaci poddawani są testom psychologicznym, sprawdzana jest ich wiedza i zdolności adaptacyjne. Jednocześnie zaliczają program przysposobienia obronnego – jedynego przedmiotu, którego prowadzenie w warunkach podróży morskiej jest niewykonalne.

16 lipca (niecałe dwa miesiące przed planowanym wyjściem w morze)

Urząd Morski przysyła do PZŻ pismo:

W związku z teleksem nr 645/8 z dn. 15.07.83 odpowiadamy, że Krzysztof Baranowski nie figuruje na liście kapitanów jachtowych zatwierdzonych przez Urząd Morski zgodnie z paragrafem 31 zarządzenia GKKFiS z dn. 8.01.1981. Mimo upłynięcia okresu karencji uznanego przez Izbę Morską, zespół kwalifikujący naszego urzędu, kierując się brakiem zaufania, nie akceptuje ob. Baranowskiego na kapitana jachtu „Pogoria” w sezonie 1983.
/-/ Dyrektor Urzędu ds Administracji Morskiej
.

Decyzja zostaje uchylona miesiąc później, po zdecydowanej kontrakcji władz żeglarskich.

25-31 lipca

Rejs przygotowawczy Pogorią na trasie Szczecin – Gdynia dla 33 osób, po którym wyłoniono finałową trzydziestkę.

11 sierpnia

Polski Komitet do spraw UNESCO obejmuje Szkołę Pod Żaglami swoim patronatem i zezwala, by Pogoria płynęła pod flagą ONZ.[6]

7 września

Pod dowództwem kpt. Krzysztofa Baranowskiego pierwsza Szkoła Pod Żaglami wypływa na Pogorii z Gdyni.

W roku 1983 nie bez kłopotów wypłynęliśmy w rejs, właśnie z całą klasą i nauczycielami wszystkich przedmiotów, kierując się na Morze Śródziemne, a potem przez Morze Czerwone na Ocean Indyjski. Organizatorami rejsu była zaprawiona w trudach żeglugi antarktycznej moja ówczesna załoga.

Załogę jachtu stanowili uczniowie, trzymali wachty przez całą dobę, stawiali i zwijali żagle, gdy było trzeba, ale niezależnie od wszystkiego chodzili na lekcje. Program nie miał żadnych tematów żeglarskich – realizowaliśmy program II klasy licealnej. Ten schemat został nazwany Szkołą Pod Żaglami i choć wiele organizacji podszywa się pod tą nazwę, zawsze chodziło o długi rejs kształtujący charakter młodego człowieka.[7]

 

1982-09-07 – 1984-06-10
Krzysztof Baranowski prowadzi pierwszą Szkołę Pod Żaglami na Pogorii, w rejsie pod hasłem „Śladami starych kultur”.

Kapitan: Krzysztof Baranowski (nauczyciel języka angielskiego).
Zastępcy kapitana: Zbigniew Szpecht (do 1983-11-15, Pireus), Andrzej Drapella (od 1983-12-02, Aleksandria; j. niemiecki).
Kadra: Andrzej Bolewski (IV oficer, matematyka i chemia), Stanisław Choiński (bosman, zajęcia techniczne), Jacek Czajewski (I oficer, fizyka, żeglarstwo), Janusz Kawęczyński (III oficer, geografia), Valerie Lintott (od 1983-09-27, Fowey; j. angielski, j. francuski, wych. muzyczne), Andrzej Makacewicz (do 1984-02-19, Male; instruktor nurkowania swobodnego, wych. fizyczne, żeglarstwo), Wojciech Przybyszewski (intendent, skarbnik; biologia), Kazimierz Robak (sekretariat; j. polski, j. rosyjski, historia), Karmena Stańkowska (II oficer, j. niemiecki).
Załoga etatowa: Arnold Copa (kucharz), Ewaryst Iwanowski (II mechanik), Marek Stryjecki (I mechanik, zajęcia techniczne).
Ekipa TV: Janusz Cieliszak (od 1984-01-10, Bombaj), Mirosław Lasota (do 1984-06-01, Penzance), Jan Muszyński (operator obrazu).
Absolwenci: Michał Drążkowski, Zbigniew Fabisiak, Marek Gatz (do 19.02.1984, Male), Juliusz Gojło, Marek Górniak, Krzysztof Grubecki, Grzegorz Krawczyk, Karol Krzystolik, Paweł Majtyka, Michał Malicki, Piotr Malicki, Szymon Masłowski, Szymon Meysztowicz, Maciej Mierzwiński, Marek Mizera, Maciej Młodowicz, Sergiusz Nawrocki, Maciej Olszewski, Tomasz Podoba, Przemysław Predygier, Ryszard Rożek, Dariusz Rudziński, Wojciech Szczygielski, Wojciech Szymański, Marek Tokarski, Dariusz Turkowicz, Mariusz Wilk, Filip Wójcik, Robert Zieliński.

Trasa:

SZKOLA.pdf - II - Daty, liczby, fakty

1983-84_SzPZ_MAPA_9_sm

Załoga pierwszej Szkoły Pod Żaglami m.in.

●  była na audiencji u Jana Pawła II w prywatnych apartamentach papieskich (1983-11-03),
●  zwiedzała siedzibę Polskiej Misji Archeologicznej w Aleksandrii (1983-12-03);
●  nurkowała na rafach koralowych Morza Czerwonego (Great Hanish, 1983-12-20) i Oceanu Indyj­skiego (Malediwy, luty 1984) oraz w rezerwacie podwodnym Mahé (Seszele, 1984-03-03),
●  zwiedzała najważniejsze zabytki w indyjskim stanie Maharasztra (1984-01-10/15) i na Sri Lance (1984-01-21/26),
●  wysłuchała wykładu Thora Heyerdahla (Malediwy, 1984-02-14),
●  miała lekcje biologii w Stacji Naukowo-Badawczej ONZ na wyspie Picard (Aldabra, Seszele) w re­zer­wacie żółwi i ptaków (1984-03-11);
●  odwiedziła Longwood House – miejsce ostatniego pobytu i śmierci Napoleona Bonapartego (Wyspa Św. Heleny, 1984-04-15).

 

1984

czerwiec

Polski Związek Żeglarski przekazuje Pogorię do komercyjnej eksploatacji spółce „Interster Yachting”, której PZŻ jest głównym akcjonariuszem. Formalnym właścicielem żaglowca jest wciąż Skarb Państwa.

„Interster” zawiera umowę czarterową z montrealskim West Island College, który organizuje na Pogorii swoją szkołę pod żaglami.
Dziewięciomiesięczny kontrakt opiewa na ok. 350 000 USD i z roku na rok jest przedłużany; Pogoria – z niewielkimi przerwami – pływać będzie dla Kanadyjczyków do 1992.

Wśród warunków kontraktu jest zatrudnienie minimalnej polskiej załogi (8 osób z kapitanem włącznie), niezbędnej do prowadzenia żeglugi i utrzymania sprawności mechanizmów i ożaglowania oraz przeprowadzenie Pogorii z Polski do Kanady.

Krzysztof Baranowski zostaje kapitanem Pogorii w rejsie do Montrealu i pierwszej części rejsu kanadyjskiego.
Udaje mu się się uzyskać zgodę na to, by załogą Pogorii w rejsie do Kanady były uczennice kandydujące do pierwszej Szkoły Pod Żaglami w roku 1983.

 

1985-07-14 – 1985-09-05
Krzysztof Baranowski prowadzi drugą Szkołę Pod Żaglami na Pogorii, w rejsie „Szlakiem wikingów”.

14 lipca

Krzysztof Baranowski wypływa Pogorią z Gdyni do Kanady w rejs Szkoły Pod Żaglami pod hasłem „Szlakiem wikingów”.

Załogę tworzy 25 najlepszych uczestniczek eliminacji na Oksywiu (patrz: 1983, 3-5 czerwca). Na pokładzie prowadzone są zajęcia szkolne z języków obcych, geografii, oceanologii i żeglarstwa.

Kapitan: Krzysztof Baranowski.
Zastępca kapitana: Jerzy Rakowicz.
Kadra: Henryk Bartoszuk (asystent II oficera), Andrzej Makacewicz (asystent I oficera), Tadeusz Olszewski (asystent III oficera), Robert Uklański (III oficer), Jerzy Zamorski (I oficer), Andrzej Zugaj (II oficer).
Załoga etatowa: Zbigniew Brodowski(elektryk), Stanisław Choiński (bosman), Arnold Copa (kuk), Ewaryst Iwanowski (II  mechanik), Marek Stryjecki (I mechanik).
Ekipa TV: Ewa Baranowska (reżyser dźwięku), Andrzej Wyglądała (operator obrazu).
Uczennice: Joanna Bogaczyńska, Ewa Brzezicka, Joanna Cekała, Joanna Drewnicka, Małgorzata Dytewska, Anna Kinastowska, Ewa Krzemińska, Elżbieta Kucharska, Zofia Lelakowska, Małgorzata Magiera, Katarzyna Monkiewicz, Iwona Osetek, Agnieszka Ozimek, Dorota Pawlak, Anna Piskorska, Edyta Prawda, Katarzyna Przysiecka, Renata Sikora, Monika Skoraczyńska, Monika Szymaszek, Małgorzata Urbańska, Magdalena Wasąg, Magdalena Wielgat, Barbara Zajkowska, Iwona Żurawska.

1985-07-14_09-05_Rejs_Papug_MAPA_7_sm

Trasa:

1985-07-14                                 Gdynia
1985-07-18 – 1985-07-20       Helsingør (Dania)
1985-07-22 – 1985-07-24       Oslo (Norwegia)
1985-07-27 – 1985-07-28       Leerwick (Szetlandy Płn., Wlk. Brytania)
1985-08-01 – 1985-08-04       Reykjavík (Islandia)
1985-08-04 – 1985-08-05       Hvalfjörður (Islandia) – na kotwicy
1985-08-05 – 1985-08-05       Maríuhöfn (Islandia) – na kotwicy
1985-08-05 – 1985-08-06       Reykjavík (Islandia)
1985-08-16 – 1985-08-17       St. John’s (Nowa Fundlandia, Kanada)
1985-08-19 – 1985-08-20       Saint-Pierre (wspólnota zamorska Francji)
1985-08-22 – 1985-08-23       Bear Bay (Québec, Kanada) – na kotwicy
1985-08-23 – 1985-08-23       Île d’Anticosti (Québec, Kanada)
1985-08-24 – 1985-08-25       Sept-Îles (Québec, Kanada)
1985-08-25 – 1985-08-25       Île du Corossol (Québec, Kanada) – na kotwicy
1985-08-26 – 1985-08-27       St. Pancras Cove (Québec, Kanada) – na kotwicy
1985-08-27 – 1985-08-28       Île du Bic (Québec, Kanada) – na kotwicy
1985-08-28 – 1985-08-29       Québec (Québec, Kanada)
1985-08-30 – 1985-08-31       Île Saint-Ignace (Québec, Kanada) – na kotwicy
1985-08-31 – 1985-09-05       Montréal (Québec, Kanada)

Łącznie: 4719 Mm, 33 dni (211 godz. żeglugi; 505 godz. postojów w portach).

 Uczennice wróciły do Warszawy 6 września 1985 samolotem.

 

 

1985-09-06 – 1985-11-12

Krzysztof Baranowski jest pierwszym kapitanem kanadyjskiej Class Afloat na Pogorii.

Prowadzi ją z Montrealu (1985-09-06) do Pireusu (1985-11-12) przez Trois-Rivières, Québec i Louisbourg (Kanada), Ponta Delgada (São Miguel, Azory, Portugalia), Tanger (Maroko), Gibraltar, Baie de Cavalaire (Francja), Monaco, Fiumicino i Neapol (Włochy), Patras i Korinthos (Grecja).
Długość tego odcinka liczy 5420 Mm.

1985-09-06_11-12_Canadian_Class_Afloat_MAPA_4_smPierwszy etap (Montreal – Pireus) kanadyjskiej Class Afloat na Pogorii, dowodzonej przez Krzysztofa Baranowskiego.
Dalej trasa (kapitanem  Pogorii był Jerzy Rakowicz) prowadziła przez Kanał Sueski wokół Afryki do Montrealu.

Szkoła kanadyjska jest kopią pierwszej polskiej Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego. Kanadyjczycy też nazwali ją Class Afloat i… zastrzegli prawa autorskie do nazwy; do dziś tylko oni mają prawo do jej użycia np. na stronach internetowych.

West Island College, który skierował na „Pogorię” 40 uczniów i uczennic, bez żenady skopiował niemal dosłownie polską Szkołę Pod Żaglami, powtarzając nazwę, program i założenia przedsięwzięcia, notabene wciąż bulwersującego polską opinię publiczną.

Podczas gdy rodzimi znawcy roztrząsali moralność i zasadność takiego właśnie wykorzystania „Pogorii” w sezonie praktycznie dla niej martwym, Kanadyjczycy zaczęli działać: projekt uznali za swój, nie wspominając w informatorach i materiałach reklamowych (po części dosłownie przepisanych i przerysowanych z oryginału polskiego) ani słowem o swych polskich poprzednikach, ani o rzeczywistym autorze pomysłu – Krzysztofie Baranowskim. Dopiero po interwencji polskiej załogi, już w czasie rejsu, do określenia „pierwszy” Kanadyjczycy zaczęli dodawać (i to tylko w obecności Polaków): „w krajach zachodnich”.[9]

Chichotem historii jest fakt, że nazwa „Class Afloat” powstała jesienią 1982 roku w mieszkaniu piszącego te słowa. Ponieważ egzystencja Szkoły Pod Żaglami w olbrzymiej mierze zależeć miała od życzliwości sponsorów i gospodarzy odwiedzanych portów, niezbędna była papeteria z firmowym nagłówkiem.
W wersji polskiej był on oczywisty, w wersji angielskiej, której projekt sam opracowałem, nagłówkiem było School Under Sails. Krzysztof zdyskredytował to natychmiast, życząc sobie nazwy Class Afloat – i ponieważ nalegał, tak już zostało.
Notabene tłumacze innych wersji językowych nie dali się przekonać i w ten sposób pierwsza Szkoła Pod Żaglami funkcjonowała również jako Die Schule unter den Segeln, École sous les voiles, Escuela bajo velas, La scuola sotto le vele, Madrasa tahta ash-sharaat.

Tak jak się jednak rzekło, nikt z nas – organizatorów nie myślał wówczas o zatrzeżeniu nazwy: w PRL-owskich warunkach – było to trudne do wykonania, a na wykupienie praw na Zachodzie nie mieliśmy pieniędzy.

 SZKOLA.pdf - II - Daty, liczby, fakty

 

1986

Krzysztof Baranowski stara się kontynuować Szkołę Pod Żaglami, jednak po powrocie pierwszej Szkoły do kraju w 1984 roku, jego usiłowania spotykają się z przyjęciem chłodnym, lub niechętnym.
Władze państwowe, jak się wydaje, mają dość szumu medialnego i nagonki prasowej.
Dla władz żeglarskich rejs Szkoły Pod Żaglami oznaczałby przerwanie lukratywnego kontraktu kanadyjskiego.

 

1986/87

Krzysztof Baranowski dowodzi niemieckim żaglowcem pasażerskim Atlantis[10].

Rejsy pasażerskie odbywały się na Morzu Egejskim wczesną jesienią. Na przełomie roku armator skierował Atlantis na remont w Hamburgu mimo ciężkich warunków zimowych. Szczególnie uciążliwe było wejście w Kanał La Manche przy wschodnim sztormie połączonym ze śnieżycą.

1986-87_Atlantis_MAPA_5
Trasa barkentyny Atlantis z Turcji do Hamburga zimą 1986/87

 


[1] Minister Oświaty i Wychowania, Bolesław Faron. Pismo adresowane „Obywatele Dyrektorzy Liceów Ogólnokształcących” z dn. 1982-10-08 (bez sygn). W: Przybyszewski, Wojciech, red. Z archiwum Szkoły Pod Żaglami. Tom 1. Warszawa : nakład własny autora, 1986.

[2] Przybyszewski, Wojciech, ibidem.

[3] Morelowska, Karolina. „Baranowski: Do szkoły chodziłem z prądem”. Polska The Times, 2008-07-21, Warszawa, s. 5.

[4] „Patriotyczny Ruchu Ocalenia Narodowego”, organizacja stworzona 20 lipca 1982 dla poparcia stanu wojennego; rozwiązana 8 listopada 1989.

[5] Sekretarz Komitetu Rady Ministrów do spraw Młodzieży, Andrzej Ornat. Pismo do Krzysztofa Baranowskiego z dn. 1984-05-25 (sygn. BSM-1135-M/83). W: Przybyszewski, Wojciech, ibidem.

[6] Sekretarz Generalny Polskiego Komitetu do spraw UNESCO, Janusz Zabłocki. Pismo do Krzysztofa Baranowskiego z dn. 1984-08-11 (sygn. 690/83). W: Przybyszewski, Wojciech, ibidem.

[7] <http://krzysztofbaranowski.pl/rejsy/pierwsza-szkola.html#more-892>

[8] Robak, Kazimierz. Szkoła. Cz. III – Daty, liczby, fakty. Wyd. 3 uzup. Tampa, FL : KR, 2005; s. 1.
Dokładne dane na temat pierwszej SzPŻ Krzysztofa Baranowskiego zawarte w tym opracowaniu można też znaleźć na stronach
<http://www.zeglujmyrazem.com/?page_id=8253> i <http://szkolapodzaglami.org.pl/>

[9] Robak, Kazimierz, ibidem, s. 38.

[10] Atlantis – kadłub zbudowany w stoczni J.H.N. Wichhorst (Hamburg) w 1905, nazwany Bürgermeister Bartels.
1905-1914 – służy jako latarniowiec Elbe 3 u ujścia Łaby;
1914-1974 – służy jako latarniowiec Elbe 2 (53°59′37″N, 8°24′51″E). Po staranowaniu przez duński frachtowiec Banana (1974-12-10) wycofany ze służby.
1975-1979 trzymany w stoczni Bauhof Wedel des Wasser- und Schifffahrtamtes w Hamburgu.
1983-85 – w stoczni w Szczecinie przedłużono kadłub o 14,5 m (47.5 ft) i przebudowano na trzymasztową barkentynę Atlantis.

Dł.: 57 m (187 ft); szer.: 7,45 m (24.5 ft); zanurz.: 5,10 m (17 ft); wys. grotmasztu: 31 m (102 ft); wyporność: 365 t, pow. ożagl.: 742 m kw. (7987 sq ft); prędkość na żaglach – do 9 węzłów; silnik gł.: 750 KM (560 kW); prędkość na silniku: do 7 węzłów; ster strumieniowy; dwa generatory: 60 + 40 kVA.
W 1986 armatorem był Friedrich Beutelrock z Hamburga.
2005 – ponownie przebudowana. Obecnie (2014) pływa pod banderą holenderską; armatorem jest The Tall Ship Company; portem macierzystym – Hoorn.


 

 _001_Kpt_Krzysztof_fot_Khemka_sm_2Krzysztof Baranowski podczas pierwszej Szkoły Pod Żaglami (styczeń, 1984)
fot. Khemka

_002_POGORIA_1984-03-30_fot_Kazimierz_Robak_sm_2Pogoria podczas pierwszej Szkoły Pod Żaglami (marzec 1984)
fot. Kazimierz Robak

_1983-06-03_eliminacje_01_fot_Jerzy_Krug_sm_21983-06-03: Krzysztof Baranowski podczas eliminacji do pierwszej Szkoły Pod Żaglami
fot. Jerzy Krug

 

_1983-10-18_wieniec_dla_Kudowy_fot_K_Robak_sm_21983-10-18: pierwsza Szkoła Pod Żaglami:
wieniec, który będzie opuszczony w miejscu zatonięcia m/s Kudowa Zdrój (1983-01-20, 15 Mm E od Ibizy, 20 ofiar)

fot. Kazimierz Robak

_1983-11-03_Watykan_06_fot_Arturo_Mari_sm_21983-11-03: Kapitan, kadra i uczniowie pierwszej Szkoły Pod Żaglami podczas audiencji i Jana Pawła II
fot: Arturo Mari / L’Osservatore Romano

_1984-02-14_Thor_Heyerdahl_arch_Valerie_I_Lintott_024_sm_21984-02-14, Male (Malediwy): Krzysztof Baranowski i Thor Heyerdahl podczas pierwszej Szkoły Pod Żaglami
fot. Valerie Lintott

_1984-06-10_Gdynia_02_fot_K_Robak_sm_21984-06-10, Gdynia: kpt. Krzysztof Baranowski składa meldunek Andrzejowi Ornatowi (przewodniczący Komitetu ds. Młodzieży przy URM) o pomyślnym zakończeniu rejsu i związanych z nim zadań
fot. Kazimierz Robak

_1985-06-26_07-03_Obóz_Lunów_3_sm_arch_Joanna_Bogaczynska-Staniewicz1985, czerwiec/lipiec, Łunów: Krzysztof Baranowski i uczestniczki resju drugiej Szkoły Pod Żaglami na obozie kwalifikacyjnym
fot. z arch. Joanny Bogaczyńskiej-Staniewicz

_1985-07-25_Pogoria_ II_SzPZ_fot_Tadeusz_Olszewski_arch_Anna_Kinastowska-Bronikowska1985-07-25: Krzysztof Baranowski na Pogorii podczas rejsu drugiej Szkoły Pod Żaglami
fot.: Tadeusz Olszewski (arch. Anny Kinastowskiej-Bronikowskiej)

Autosave-File vom d-lab2/3 der AgfaPhoto GmbH1985-09-05, Montreal: Kapitan i część kadry drugiej Szkoły Pod Żaglami
fot. z arch. Anny Kinastowskiej-Bronikowskiej

_2013-05-03_bandera_prezydencka_dla SzPZ_2Bandera Prezydenta RP przyznana Szkole Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego
w dniu Dniu Flagi Rzeczypospolitej Polskiej, 2 maja 2013
fot. Zbigniew Bosek

Kazimierz Robak
Tampa, FL; 12 sierpnia 2014
Żeglujmy Razem

KTO JEST KIM: Krzysztof Baranowski – strona główna

Calendar

« October 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 
Jesień
– jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

•   Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

•   i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

•   Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

•   Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

•   Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

•   Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

•   Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

•   Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

•   Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

•   Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

•   Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

•   Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

•   Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

•   Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

•   Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

•   Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę polska.

•   Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

•   Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

•  Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
    Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
    A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

•   Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

•   Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

•   Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

•   Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

•   Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

•   Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

•   Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

•   Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

•   Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic na to nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.

Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią.
Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna  nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!
Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

Idzie jesień, a tu próżna kieszeń.

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień, brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień, ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę
z korca deszczu, garniec błota.

Pzdrwm_Robak

PS.
Za pocztówki dziękuję (w kolejności nadlatywania z czterech stron świata):

•   Kai (ze Shqipërii);
•   Kai, Mai i Witoldowi (z Finlandii, z rejsu Zaruskim);
•   Markowi (właśnie temu ze Świdnicy, a kartka była pantomimiczna z Wrocławia!);
•   Oli, Matyldzie, Mai, Strusiowi, Zuzi i Zuzi (skądże by, jak nie z Pogorii sześć pocztówek w jednej kopercie!);
•   Karolowi (z któregoś z rozlicznych festiwali);
•   Natalii (z Lidingo w Szwecji);
•   Łukaszowi (nie powiem, skąd);
•   Magdzie i Maszy (najpierw z Grecji, później ze Złotych Gór);
•   Oli (banan z Tennessee!);
•   Zuz-Ali (z Jastrzębia, ale i ze Zdroju);
•   Martynie (ciężko powiedzieć, skąd : );
•   Mirce i Stachowi (najpierw z Gruzji, a potem z Litwy);
•   Kasi (z jej rejsu na pokładzie jednostki czterokołowej Helena);
•   Krzysztofowi, znanemu jako "Kapitan" (z wędrówki po ostępach Montany i Yellowstone);
•   Ryśkowi (z rejsu, który prowadził dookoła Sycylii);
•   Kryspinowi (z Krakowa ale z Wieliczki);
•   Dorocie, Idze i Karolowi (z Kazimierza).

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

PAŹDZIERNIK...

Jasne, że październik. Wystarczy spojrzeć w okno i widać. No, chyba że ktoś mieszka w tropikach, na przykład w Singapurze.

Październik – dziesiąty miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.
Jest najdłuższym miesiącem w roku kalendarzowym: ponieważ na październik przypada zmiana czasu letniego na zimowy jest on dłuższy o jedną godzinę od pozostałych 31-dniowych miesięcy.

Teraz powinno być, jak etymologię słowa „październik” wyjaśnia Aleksander Brückner (pamiętamy: 1856-1939, filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny) i jeszcze np. zgrabny cytacik z Lindego. Ale nie będzie, bo to wyjaśni każdy, nawet ci, co o Brücknerze i Lindem nie słyszeli w życiu, a nawet tacy, dla których zaskoczeniem jest fakt istnienia słownika języka polskiego, bo przecież jeżeli słownik – to z jakiegoś na jakiś, a nie z naszego na nasze.
„Wrzesień” – bo wrzosy, „listopad” – bo liście spadają, „grudzień” – bo gruda (tu już tak prosto nie jest, bo na własne uszy słyszałem, jak ktoś powiedział, że mu coś „idzie jak po grudzień”).

A „październik”? Tu też jest „trudniej”, bo chodzi o paździerze, od których jest też „płyta paździerzowa” (a nie na odwrót!) – odpadki z lnu lub konopi.
Dziś mało kto zna bajkę Konopnickiej Jak to ze lnem było, a tego, jak się obrabia len – poza specjalistami – dziś nie wie nikt, choć kiedyś była to jedna z podstawowych prac w każdym większym gospodarstwie. W bajce, jak to w bajce: był król – dobrotliwy, sprawiedliwy, ale bardzo nieszczęśliwy, ciągle bowiem był zmartwiony z racji takiej, że jego naród na grzbiet nie miał co włożyć. Dał mu starzec, przy drodze spotkany, worek nasion mówiąc, że złoto z nich wyrośnie – ale że nie wyrosło, więc król zielsko najpierw kazał wyrwać, później w rzece topić, później pod lasem rzucić. A gdy znów mu się przed oczy napatoczyło, zawołał:

– Hej tam! Zabrać mi to przeklęte zielsko i otłuc kijami, żeby aż z niego paździerze poszły!
I z wielką pasją do domu wracał, a z nim goście jego.
A pachołki tymczasem, one pęki łodyg porwawszy, zaczęli je kijami okładać tak, że aż z nich paździerze leciały.
Naleciał tych paździerzy okrutny pokład, a łodygi aż pobielały, jak z nich ta pierwsza surowizna zeszła.

Tymczasem starzec – którego król zdążył już w lochu uwięzić – nauczył dzieweczkę jedną, jak z łodyg lnianych nić wysnuć i płótno utkać, i królowi sztukę materiału w darze złożył, mówiąc:

Kazałeś go topić?
Dobrześ uczynił, bo jego łodyżki w wodzie odmięknąć muszą.
Kazałeś go z wody precz cisnąć?
Dobrześ uczynił, bo go trzeba suszyć.
Po moknięciu owym kazałeś go kijami z paździerzy obić?
Dobrześ uczynił, bo tę złą paździerz obić trzeba z łodygi, żeby ją uprawić.
Kazałeś je zaś powtórnie kijami obijać?
I toś dobrze uczynił, bo do trzeciej skóry len obić trzeba i kijem go wyłamać, żeby do włókna się dostać.
[…] Królewna niech każe po wsiach len siać i tak go sprawić z rozwagą i miłością, jakeś go ty królu, z gniewem sprawiał, a z płótna niech da koszule dla wszystkich sierot i niemocnych szyć, co jest więcej niż złoto, bo jest poratowanie ubóstwa i niedostatku.

I tak to się wszystko – jak pisał x. Tischner – fajnie po góralsku skończyło, hej!

 

Hen, drzewiej... [„hen” to wg słownika 'wzmocnienie okolicznika miejsca', „drzewiej” to 'dawniej' (a nie tryb rozkazujący)] dziesiąty miesiąc roku nazywano u nas również: paździerzec lub paździerzeń (od tych samych paździerzy), pościernik (od ściernisk jesienią pola pokrywających), a także winnik, co zbieżne było ze starogermańską nazwą października Weinmond, więc smacznie – bo od wina.

Łacińska nazwa October – „ósmy miesiąc” (octo to po łacinie osiem), zaczęła być używana od roku 46 p.n.e., kiedy to Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).
Nazwa ta została zapożyczona przez większość języków europejskich.

 

Październikowe rocznice

 

1 października 1800: trzeci traktat z San Ildefonso – Hiszpania oddaje Francji „Zachodnią Luizjanę”.

Cudzysłów dałem dlatego, że owa nazwa nie ma nic wspólnego z dzisiejszym stanem Luizjana, gdyż w owym czasie oznaczała terytorium stanowiące prawie 25% powierz­chni dzisiejszych Stanów Zjednoczonych.
Obejmowało ono – w całości – dzisiejsze stany (porządek alfabetyczny): Arkansas; Dakota Południowa; Iowa; Kansas; Missouri; Nebraska; Oklahoma; oraz mniejsze lub większe części stanów (porządek prawie alfabetyczny): Dakota Północna; Luizjana (na zachód od Missisipi, z Nowym Orleanem); Minnesota (na zachód od Missisipi); Montana, Wyoming i Kolorado (na wschód od Gór Skalistych); Nowy Meksyk (część północno-wschodnia); Teksas (część północna) i niewielkie kawałki dzisiejszych prowincji kanadyjskich Alberta i Saskatchewan.

Hiszpania oddała więc taki kawał kontynentu Francji w zamian za:

● obietnicę utworzenia królestwa na podbitym przez Napoleona Półwyspie Apenińskim (państwa „Włochy” wówczas nie było; powstanie dopiero w 1861 r.) którym władać miał bratanek hiszpańskiego króla – książę Parmy, Ludwik Franciszek Filibert Burbon-Parmeński;

● obietnicę Francji, że nie przekaże „Zachodniej Luizjany” żadnemu innemu państwu.

● Do tego Hiszpanie zgodzili się dołożyć sześć 74-działowych okrętów wojennych, które miały być przekazane po objęciu przyrzeczonego tronu przez Ludwika Franciszka Filiberta.

Trzeci traktat z San Ildefonso (ściśle tajny w momencie podpisania) ogłoszono miesiąc po uzgodnieniu. Ostateczna umowa podpisana została 21 marca 1801 r. w Aranjuez.

Napoleonowi, wojującemu z Anglią, zależało na sojuszu z Hiszpanią, więc Ludwik Franciszek Filibert, 21 marca 1801 r., został królem tzw. Etrurii, ze stolicą we Florencji (że pod kontrolą Francji, to jasne, prawda?). Panował krótko: dwa lata później zmarł, zostawiając na tronie 4-letniego syna.
Epizod Królestwa Etrurii trwał też krótko, bowiem Napoleon w 1807 roku włączył je w skład Cesarstwa Francuskiego.
I tak została wypełniona francuska obietnica pierwsza.

Karol IV Hiszpański ogłosił dekret królewski o przekazaniu „Zachodniej Luizjany” Cesarstwu Francji 15 października 1802. Trzy miesiące później Napoleon złożył, a Thomas Jefferson przyjął ofertę kupna/sprzedaży tego terytorium.
I tak została wypełniona francuska obietnica druga.

Okręty (Intrépido, Conquistador, Pelayo, San Genaro, AtlanteSan Antonio) zostały przekazane Francji, zgodnie z umową, w marcu 1801 r.

 

Jak było dokładnie ze sprzedażą „Zachodniej Luizjany” Stanom Zjednoczonym, przeczytacie przy dacie 30 kwietnia, bo właśnie tego dnia, w 1803 roku, podpisany został akt transakcji zwanej Louisiana Purchase. A w skrócie rzecz miała się tak.

Rewolucja francuska z 1789 roku (zwana Wielką) oparła się na trzech wyrazach-hasłach: liberté, égalitéfraternité, komunikując całemu światu, że wszyscy ludzie są wolni, równi i (sobie) braćmi. Ludzie prostoduszni przyjęli to bez zastrzeżeń, zapominając, że zawsze są ludzie bardziej wolni i bardziej równi niż inni, a braterstwo też może być różne, np. stryjeczne, cioteczne czy jeszcze dalsze.
Dosłownie pół godziny po napisaniu tych słów, otworzyła mi się (słowo daję: przypadkiem) jedna z książek na stronie z następującym cytatem:

Rewolucje proklamują szlachetne słownictwo, które przenika do mowy potocznej: nawet przeciwnicy wierzą w głębi serc, że zawarte w intencjach re­wo­luc­ji dobro i rozum wyeli­minują w końcu przemoc i absurd, wierzą w sło­wa, albowiem moc słów jest nieod­gad­nio­na, zaś na zużycie ich nie starczy stuleci.

Précisément.
Tacy właśnie prostoduszni ludzie zamieszkiwali kolonię francuską Saint-Domingue (zachodnia część wyspy Hispaniola, dziś: wyspa Haiti; po polsku kolonia ta zwana była z hiszpańska: San Domingo). Pojęli oni rewolucyjne hasła dosłownie i zażądali tego, co im się wydawało ich.
Sęk w tym, że byli to czarni niewolnicy z plantacji, którym do głowy nie wpadło, że gdy biali panowie w Europie robią demokratyczno-wolnościowe rewolucje, to czarnym do tego wara, bo mają pracować jeszcze więcej, gdyż rewolucja zawsze potrzebuje pieniędzy. Jednak niewolnicy – jak to niewolnicy – zaczęli powstanie.

Ekspedycje wojskowe wysłane do Saint-Domingue przez Hiszpanię, Wielką Brytanię i Napoleona, by spacyfikować buntowników (Legiony Polskie z armii napoleońskiej też pacyfikowały, a jakże) były dziesiątkowane zarówno przez powstańców, jak i choroby tropikalne. Ukaz z 1802 roku, który nadszedł z Paryża i oznajmiał utrzymanie niewolnictwa na Martynice i Gwadelupie także niewiele pomógł.

Napoleon zdał sobie sprawę, że Saint-Domingue nie utrzyma (i rzeczywiście: powstańcy ogłosili niepodległość 1 stycznia 1804 jako Haiti), a bez tej bazy wszelkie posiadłości francuskie na kontynencie północnoamerykańskim nie przetrwają długo. Najbardziej zaś potrzebne mu były pieniądze.

Jefferson z kolei zdawał sobie sprawę, że wkrótce pojawi się co najmniej dwóch pretendentów do „Zachodniej Luizjany” – Hiszpania i Anglia i że najtańsza wojna będzie wielokrotnie droższa od ceny wynegocjowanej z Francją. Francja zaś proponowała sprzedaż terytorium mającego 2.144.510 km2 (828.000 mil kw.) za 15 milionów dolarów (11,75 mln gotówką, reszta – przez umorzenie długu), czyli 7 centów za hektar (po amerykańsku: 2,8ȼ za akr). Dziś by to było ok. 236 milionów dolarów czyli 1,11 dolara za hektar (44,5ȼ za akr) – darmo!

Trzeba tu jeszcze dodać, że w owym czasie duża część ziem wchodzących w skład „Zachodniej Luizjany” mogłaby się reklamować jako „nietknięta stopą białego człowieka”.

 

 

14 października 1582 był dniem ciekawym, bo datą dnia poprzedniego był 4 października – czyli 10 dni wypadło z kalendarza. Stało się to za sprawą bulli Inter gravissimas [„Wśród najpoważniejszych (obowiązków pasterskich)"] wydanej przez Grzegorza XIII.
Papież zarządził zmianę, by dostosować daty obowiązującego do owej pory systemu juliańskiego do kalendarza solarnego czyli astronomicznego, bo np. przesunięcie Wielkiejnocy zaczęło być zbyt wielkie.
Kalendarz wprowadzony przez Juliusza Cezara w 45 r p.n.e. był postępem wobec tego, jak liczono daty w Rzymie wcześniej, ale miał i wady: m.in. w wyznaczaniu lat przestępnych, przez co spóźniał się wobec Słońca o 1 dzień na 128 lat.
Kalendarz Grzegorza zreformował naliczanie lat przestępnych (miał 1 dzień spóźnienia solarnego na 3322 lata), ale musiał też zniwelować różnicę (dokładnie: jej część), jaka narosła w systemie juliańskim, stąd właśnie ów przeskok o 10 dni.

Różne kraje przyjęły tę zmianę różnie.
Katolicy – Hiszpania, państwa włoskie czy Polska – przyjęli kalendarz gregoriański niemal natychmiast.
Wielka Brytania przyjęła go niemal 200 lat później (1752), Bułgaria – w 1916, Grecja – w 1923.

W Rosji było jeszcze dziwniej: kalendarz zmienił się tam w roku 1700 ale... z bizantyjskiego na juliański. Bizantyjski – wiadomo: otrzymany od Cesarstwa Wschodniorzymskiego i dumnie podtrzymywany, gdy po 1453 roku drugim Konstantynopolem – stolicą prawosławia – stał się Kijów, a później Moskwa.
Bizantyjczycy poszli na całość: żadne tam założenie miasta, czy nawet narodzenie Chrystusa, tylko stworzenie świata. Wyliczyli sobie, że akt kosmicznej kreacji wydarzył się (wg naszych ułomnych obliczeń) w 5508 r p.n.e. i w AD 691 zaczęli datować lata po swojemu, uznając ten rok za 6199.
W roku 7208 Piotr I, modernizując Rosję, chciał uczynić (i uczynił) to samo z jej kalendarzem. „Ciut mu się jednak – jak mawia mój przyjaciel, Geografem zwany, więc i na kalendarzach się znający – omskło.” I car Piotr zamiast gregoriańskiego wybrał kalendarz juliański, oznajmiając w dodatku, że niniejszym jest rok 1700, czyli początek wieku osiemnastego.
Z tym też mu się „omskło” (podobnie jak sto lat później Słowackiemu; a niektórzy nie mogą tego zrozumieć do dziś), bo lata zakończone na dwa zera kończą stary wiek, a nie są początkiem nowego. Ale wydaje się, że na Rusi nie było głupiego na tyle, żeby wytknąć błąd carowi – więc tak zostało.
Wreszcie przyszli bolszewicy i w roku 1918 przeszli na system gregoriański.
Aż dziw: bolszewicy przejęli system burżuazyjno-religiancki. Chyba tylko dlatego, że przyspieszał kalendarz: jeden dzień – a dziesięć dni władzy proletariatu więcej!

Ale w Rzeczypospolitej też łatwo było jedynie teoretycznie. W aktach obrad sejmowych, które rozpoczęły się w Warszawie w październiku 1582 odnotowano: wedle poprawy nowego kalendarza w dzień świętej Jadwigi (15 października) roku tysięcznego pięćsetnego osiemdziesiąt drugiego [Sejm] zaczęty i zagajony został.

Ciekawa rzecz: Stefan Batory, który początkowo nakazywał wprowadzenie nowego datowania w urzędach państwowych i całym państwie bez względu na wyznanie (nie zachował się żaden oryginał tego rozkazania), w roku następnym rozkaz złagodził i do hierarchów Kościoła Prawosławnego, 18 maja 1585, napisał:

postanowiliśmy dla wyznawców religii Greckiej, którzy w Wielkiem Księstwie Litewskiem zamieszkują,
udzielić wolne i spokojne wyznanie, odbywanie i zachowywanie w temże Księstwie
wszelkich obrządków i rytuałów podług dawnego kalendarza i przepisu.

W roku kolejnym (21 stycznia 1584) król powtórzył: ludzie greckiego zakonu do tej poprawy kalendarza nowego, bez przyzwolenia starszego patryjarchy swojego, gwałtem przymuszani być nie mają. Ten uniwersał był reakcją na zachowanie katolickich fundamentalistów, którzy we Lwowie, w Wilnie i Łucku wszczęli rozruchy, gdyż nie podobało im się, że prawosławni obchodzili święta kościelne dziesięć dni później. Dziesięć dni, jak widać, nie dym!

Ruszyli się nie tylko katolicy. Rewoltę antygregoriańską wszczęli ewangelicy w Inflantach; w Rydze zrobiło się groźnie do tego stopnia, że w styczniu 1585 ryska rada miejska musiała zagwarantować opozycji, iż stary kalendarz będzie obowiązywał tak w sferze kościelnej jak i świeckiej. I tak było.
Gdy nakaz datowania gregoriańskiego powtórzył w 1589 kolejny król, Zygmunt III, Ryga odmówiła, a w 1613 złożyła formalny protest na sejmiku – i zgoda na używanie dat juliańskich została jej przyznana.

Podobnie rzecz się miała w Prusach Książęcych, gdzie rozkazowi królewskiemu otwarcie zaoponowano. Bez szemrania za to daty gregoriańskie przyjęte zostały w 1612, gdy zadekretował je pruski książę-regent Johann Sigismund, opiekun prawny formalnego władcy Albrechta Friedricha, słabującego wówczas na umyśle.

Który to już raz chce się za podlaskimi adwersarzami Bogusława Radziwiłła powtórzyć: Omnis novitas in re publica periculosa est — Wszelka nowość w Rzeczypospolitej jest niebezpieczna.

Choć może bardziej pasowałby tu cytat Radziwiłła sienkiewiczowskiego: „Ej, galimatias w tej waszej Rzeczypospolitej, galimatias.”

 

Dużo się tego zrobiło, choć rocznice tylko dwie. Wobec tego:

 

Znaki Zodiaku
przypadające na październik

Waga (♎, do 22 października).

Skorpion (♏, od 23 października).

Wstyd nawet pisać. Pijar tzw. czarny (więc prawdziwy, bo bez kadzenia i komercyjnej chęci przypodobania się każdemu) jest po prostu bezlitosny O Wadze było we wrześniu, a Skorpion?

Ma manię prześladowczą.
Nic nie jest w stanie zmienić jego przekonania, że licznym, stałym niepowodzeniom Skorpiona
winien jest zawsze ktoś inny, a nie on sam.
Ze strachu atakuje pierwszy i to od tyłu.
Z przyjemnością dręczy zwierzęta i marzy o posadzie dozorcy w ZOO.

Maju, przybądź!

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich

dziesiąty miesiąc roku to:

białoruskiкастрычнік [kastrycznik]
bośniackioktobar
bułgarskioктомври [oktombri]
chorwackilistopad
czeskiříjen [rzijen]
kaszubskirujan (też: pajicznik, paklepnik, pazdzérznik, oktober)
litewskispalis
łatgalskileita
łużycki (dolny)oktober (też: winowc, winski)
łużycki (górny)oktober (też: winowc)
łotewskioktobris
macedońskioктомври [oktombri] albo листопад [listopad]
rosyjskioктябрь [oktiabr’]
serbskioктобар [oktobar]
słowackioktóber
słoweńskioktober
ukraińskiжовтень [żovtień]
żmudzkispalis

 

Przysłowia związane
z październikiem:

Gdy październik ciepło trzyma,
zwykle mroźna bywa zima.

Gdy październik ze śniegiem przybieży,
na wiosnę długo śnieg na polach leży.

Grzmot październikowy – niestatek zimowy.

Jeżeli październik jest wietrzny i mroźny,
to nie będzie za to styczeń, luty groźny.

Miesiąc październy,
marca obraz wierny.

Październik chodzi po kraju,
żenie ptastwo z gaju.

Październik, bo paździerze
baba z lnu cierlicą bierze.

Październik, gdy grzmot na wschodzie naprawi,
burz nas wielkich i wiatrów nabawi.

Pościernik, bo po ścierni,
pług rznąc skibę, rolą czerni.

W krótkie dzionki października
wszystko z pola, sadu znika.

W październiku jak na śmietniku

W październiku, jeśli liście z drzewa nie spadają,
będzie tęga i ostra zima.

W październiku myśli z ptakami na południe odlatują.

 

Przysłowia na


św. Franciszka (4.X)

Na św. Franciszka
chłop już w polu nic nie zyska.

Na św. Franciszka
odlatuje pliszka.

 

św. Brygidę (8.X)

O św. Brygidzie
babie lato przyjdzie.

 

św. Emila (11.X)

Na Emila
babskie lato się przesila.

 

św. Edwarda (13.X)

Na Edwarda – jesień twarda.

 

św.Teresę i Jadwigę (15.X)

Dobra Tereska,
kto z nią nie mieszka.

Każda Teresa
ma swe interesa.

Na św. Teresę
odziej się w bekieszę.

Do św. Jadwigi
pozbieraj jabłka, orzechy i figi.

Jadwiga rzepę kopie.

Kto sieje na Jadwigę,
ten zbiera figę.

Od św. Jadwigi
włóż na górę czepigi.
[można odłożyć na strych pługi i radła, bo to koniec orki]

Po św. Jadwidze
słodycz w marchew idzie.

 

św. Gawła (16.X)

Kiedy w św. Gaweł słota,
będzie w lecie dużo błota.

Św. Gaweł stoi na to,
jakie będzie przyszłe lato.

 

św. Łukasza (18.X)

Już minął św. Łukasz,
czego w polu szukasz?

 

św. Urszulę (21.X)

Od Urszuli
śnieżnej oczekuj koszuli.

Urszula do pieca przytula.

 

św. Kryspina (25 X)

Na świętego Kryspina
szewc przy świecy poczyna.

W świętego Kryspiniana
każda szewczyna pijana.
[św. Kryspin uważany jest za patrona szewców]

 

św. Szymona (28.X)

Kiepski rok zapowiada,
gdy na Szymona pada.

Na Szymona i Judę
trza opatrzeć budę.

Od Szymona i Judy
przeszły w polu trudy.

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytat wewnątrz tekstu:
Tyrmand, Leopold. Życie towarzyskie i uczuciowe.
Paryż : Instytut Literacki, 1967; str. 167.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha