KTO JEST KIM:

KRZYSZTOF BARANOWSKI

5.

Ramka_05_Pogoria_ill_2

1979/80 – budowa barkentyny Pogoria[1] dla Bractwa Żelaznej Szekli.

Pogoria powstała na zamówienie Telewizji Polskiej (oficjalnie: Komitet Do Spraw Radia i Tele­wi­zji) dla Bractwa Żelaznej Szekli. Zamówienie na budowę podpisał ówczesny prezes TVP i jed­no­cześnie komandor BŻSz, Maciej Szczepański. Przez wiele lat na żaglach rejowych Pogorii widniały znaki przypominające krzyże: były to cztery skrzyżowane szekle – symbol Bractwa. Dziś znak ten widoczny jest jedynie na dziobie barkentyny.

Pogoria to pierwszy żaglowiec zaprojektowany przez inż. Zygmunta Chorenia[2] i jego zespół – jej budowa była próbą generalną przed realizacją zamówienia Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni: nowoczesnego żaglowca pełnorejowego[3].

Pogoria powstała dzięki Krzysztofowi Baranowskiemu. Był człowiekiem, który kochał żeglować. Szczepański, z którym szczerze mówiąc miałem niewiele wspólnych kontaktów, popierał tę ideę, ale to było dzieło Baranowskiego. Przekonał go, że jest mu potrzebny żaglowiec. I chwała im obu za to. […] Baranowski jechał do Finlandii zamawiać żaglowiec dla telewizji, spotkaliśmy się w kawiarni, mówię mu: Krzysztof, po co masz tam zamawiać, kiedy my tutaj własnymi siłami w Gdańsku zrobimy? Szybko udało się nam znaleźć wspólny język. Trzeba było jednak przekonać stocznię. Przekonaliśmy wspólnie, że trzeba zrobić próbę przed Darem Młodzieży, przetrzeć szlak, zbudować Pogorię. I to było łamanie ludzkich, a nie politycznych, barier. Było żeglarskie lobby, które cieszyło się, że będziemy mieli nasz, polski żaglowiec i dlatego się udało.[4]

Trzymasztowa Pogoria ma ożaglowanie barkentyny: z pięcioma rejami na maszcie pierwszym (fok­maszt), żaglem gaflowym na maszcie środkowym (grotmaszt) i – obecnie – żaglem bermudz­kim na maszcie trzecim (bezanmaszt); oryginalnie bezanmaszt miał ożaglowanie gaflowe.

Nazwa „Pogoria” pochodzi od nazwy jeziora koło Dąbrowy Górniczej, na którym uczył się żeglarstwa Maciej Szczepański.
Etymologia: upowszechniona w 2 poł. XIX w. forma oboczna rzeczownika „Bogoria” (o prasło­wiań­skim źródłosłowie), będąc­ego nazwą polskiego herbu szlacheckiego i nazwiskiem małopol­skiego rodu rycerskiego, którego początki sięgają XII w.[5]

 

Dyferencje

Sukces ma zazwyczaj wielu ojców. Tym razem odnotować trzeba kwestie podnoszone przez kpt. Adama Jassera, założyciela Bractwa Żelaznej Szekli, wspomnianego w poprzednim roz­dzia­le. W broszurze wydanej z okazji 40-lecia istnienia BŻSz znajduje się następujące zdanie:

Wiosną 1977 roku kolega Krzysztof Baranowski przyjął moje zaproszenie do udziału w kie­rowaniu Bractwem i pomocy w zbudowaniu żaglowca. Otworzyło to dla niego możliwość realizacji kilku moich pomysłów. Jego rola w urzeczywistnieniu budowy dla Bractwa żaglowca, którym jest sławna „Pogoria”, była ogromna i decydująca. Ja jednak zostałem wyeliminowany z kierowania Bractwem i pozbawiony swojej audycji „Mesa” w Redakcji Sportowej TVP.
Złożyłem więc rezygnację i przyjąłem pracę oficera na pasażerskim żaglowcu „Fantome” pływającym po Karaibach.
[6]

Enigmatyczne stwierdzenie „otworzyło to dla niego możliwość realizacji kilku moich pomysłów” mogłoby być odczytane jako potwierdzenie naturalnej kontynuacji działania organizacji pod kie­row­nictwem kolejnego lidera, gdyby nie przekazy oralne upowszechniane przez kpt. Jassera, pre­cy­zujące powyższy cytat jako oskarżenie Krzysztofa Baranowskiego o przywłaszczenie autors­twa zarówno pomysłu budowy Pogorii jak i… Szkoły Pod Żaglami (patrz rozdział następny).

Źródła oralne, w systemach narzu­ca­ją­cych cenzurę, mają wielką wartość jako doku­menty his­to­rycz­ne, gdyż są często bar­dziej wia­ry­god­ne niż kontro­lo­w­ane odgórnie źródła pisane. Ponieważ po roku 1989 o cenzurze (przy­naj­mniej w tym wypadku) nie może być już mowy, wypowiedzi tego typu zo­sta­łyby w niniej­szym opra­co­wa­niu pomi­nięte jako opo­wieści ustne, które teoria lite­ra­tury umieszcza w rodza­ju gawęd, trady­cyj­nie wygła­sza­nych pod­czas biesiad i spot­kań towarzyskich.
Sytuacja zmienia się, gdy gawęda za­czy­na trafiać jako materiał źródłowy do dysertacji nauko­wych, co odwra­ca sytu­ację dia­met­ral­nie, gdyż użycie w pracy badawczej i podanie w bibliografii nobi­li­tuje gawędę do rangi źródeł materialnych i zmie­nia sto­pień wia­ry­god­ności samej infor­macji: kolej­ni bada­cze mogą się bowiem powo­ły­wać na auto­ra dyser­tacji, pomi­ja­jąc fak­tyczne źródło.
Piszący te słowa dotarł do rozprawy[7], w której znajdują się następujące akapity:

Współpraca z telewizją zacieśniała się i Adam Jasser został w niej zatrudniony jako lider Bractwa Żelaznej Szekli. Było dla niego oczywiste, że jeżeli organizacja ma się rozwijać – potrzebne jest rozszerzenie skali działań i nowe projekty. Jasser próbował więc pozys­kać prezesa telewizji do współpracy finansowej dla rozwoju organizacji. Kapitan twier­dzi, że wtedy opracował koncepcję „Szkoły pod Żaglami”, którą przedłożył prezesowi Szczepańskiemu [Jasser, Adam. Czterdziestolecie Bractwa ŻelaznejSzekli. s. 17]. Był on sceptycznie nastawiony do pomysłu, ponieważ uważał, że niemożliwe jest połączenie intensywnego rejsu na żaglowcu z nauką szkolną. Jasser uznał, że potrzebuje „idola”, ambasadora, „twarzy” projektu:

„Krzysztof Baranowski był już wtedy rozpoznawany, znaliśmy się. Zaproponowałem mu współpracę, zgodził się od razu. Przedstawiłem Krzysztofa prezesowi Szczepańskiemu. Następnie Baranowski przyszedł z projektantem Zygmuntem Choreniem z gotowym projektem żaglowca.” [z wykładu Adama Jassera na pokładzie STS „Pogoria”, 2013-06-23.]

Adam Jasser w rozmowach i wywiadach przedstawia pogląd, iż to on był twórcą / współ­twórcą koncepcji „Szkoły pod Żaglami”, która została następnie zawłaszczona przez Krzysztofa Baranowskiego i stała się powodem niechęci obu kapitanów, którzy pozostają w sporze do dzisiaj. […]

Podczas cytowanego wystąpienia w „Tawernie Korsarz” w Warszawie [A. Jasser, prelekcja podczas spotkania z okazji wydania książki Czterdziestolecie …; Tawerna Korsarz, Warszawa, 2013-12-03], Adam Jasser również sobie przypisuje pomysł na szkolny charakter żaglowca STS „Pogoria”.

 

Krzysztof Baranowski, poproszony o komentarz, napisał:

Pretensje „autorskie” Jassera do Szkoły pod Żaglami powinny pojawić się trzydzieści lat temu albo jeszcze wcześniej, sądząc z podanych cytatów. Między nami nie było żadnej niechęci, o której wspomina praca. Gdyby Jasser miał pomysł jakiejkolwiek szkoły, to by powiedział – przecież Szczepański był Komandorem, ale Bractwem ja zarządzałem jako Wicekomandor i bynajmniej nie byłem figurantem: pracowałem u Szczepańskiego na peł­ny etat (komentatora) jako dziennikarz telewizyjny i miałem własny program popula­ry­zu­jący żeglarstwo „Żeglarska Siódemka”.

Adam nosił się z pomysłem żaglowca, ale zupełnie innego: szkunera na wzór „Winstona Churchilla” i „Malcolma Milllera”. Dyskutowaliśmy nad takielunkiem, ale Szczepański przychylił się do mojego pomysłu – żaglowca rejowego.

Zdania: „Przedstawiłem Krzysztofa prezesowi Szczepańskiemu. Następnie Baranowski przy­szedł z projektantem Zygmnutem Choreniem z gotowym projektem żaglowca.” brzmią efektownie, ale pierwsze mówi o tym, co działo się w roku 1977, a  drugie – dwa lata później, w 1979.

To były dwa lata pracy, dyskusji i przygotowań, w których Adama już nie było, bo „został wyeliminowany” – ale nie z mojego powodu, tylko z natury telewizji oraz swojego bez­tros­kiego – wówczas – charakteru. On sam zresztą wyemigrował do Stanów i słuch po nim zaginął na wiele lat.

O Szkołę pod Żaglami była ogólnopolska batalia sięgająca od PZŻ do parlamentu – wszę­dzie negatywne opinie! – ale wtedy Jassera już nie było i ani nie pisnął, że to jego pomysł. A prasa pomstowała na mnie (a nie na Jassera), że taki głupi pomysł!

Ale podobnie zachowała się Kanada przypisując sobie autorstwo Class Afloat, choć są świadkowie, że to ja wymyśliłem im nazwę i byłem ich pierwszym kapitanem.

Słusznie Adam twierdzi, że rozmawialiśmy o żaglowcu szkolnym typu szkuner i być może namawiał on Szczepańskiego, by taki zbudować, ale Szczepański najwyraźniej Adama nie słuchał, skoro przystał na moją propozycje, by był to żaglowiec rejowy – barkentyna.

Adam […] gdy kierował Bractwem zza pleców Szczepańskiego wiedział (tak jak my wszys­cy), że trzeba zbudować żaglowiec, ale w tej sprawie nie zrobił wiele więcej ponad mówienie o tym. Ja również wiem, że i dzisiaj trzeba zbudować nowy żaglowiec, ale – gdy zbuduję – pojawi się cały szereg autorów tego pomysłu.[8]

 

Wyjaśnienia te powtarzają wszystko, co zostało w niniejszym opracowaniu przytoczone wcześ­niej, zwłaszcza fragmenty książki Samotny żeglarz (1995) i wypowiedź Zygmunta Chorenia w wy­wiadzie opublikowanym w Naszym Morzu (2011). Stwierdzenia te nigdy nie spotkały się z pisemną krytyką bądź zaprzeczeniami.

 

1980

Lipiec-sierpień

Krzysztof Baranowski dowodzi Pogorią i młodzieżową załogą z Bractwa Żelaznej Szekli podczas regat Operacji Żagiel na Bałtyku, w cieśninach duńskich i na Morzu Północnym.

Wyścig rozgrywany jest w dwóch etapach: Kilonia – Karlskrona (wokół Gotlandii) i Friedrichshavn – Amsterdam.

Pogoria – startująca w grupie A (największe żaglowce) – kończy oba jako pierwsza w swojej klasie; po końcowych przeliczeniach dwukrotnie sklasyfikowana jest na trzecim miejscu, jednak uzyskuje nieoficjalny tytuł „najszybszej jednostki regat”.

 

Wrzesień – listopad

Maciej Szczepański przestaje być prezesem Radiokomitetu i zostaje aresztowany pod zarzutem korupcji i niegospodarności, czego symbolem ma być rzekomo Pogoria.
Spartańsko urządzonej barkentynie nieświadoma prawdy opinia publiczna, podsycana goniącymi za sensacją artykułami, przyszywa łatkę „luksusowego jachtu prezesa”.[9]

Atmosfera wokół żaglowca robi się gorąca, a jednym z najczęściej podsuwanych rozwiązań jest „sprzedać”.
Przeciwstawiają się temu robotnicy Stoczni Gdańskiej.

Nominalnym właścicielem Pogorii jest Komitet ds RiTV, a oficjalnym – Skarb Państwa. Użytkownikiem i koordynatorem rejsów żaglowca zostaje Polski Związek Żeglarski.
Formalnie, dopiero 29 stycznia 1988 [patrz niżej, pod tą datą] barkentyna została nieodpłatnie przekazana PZŻ-owi, który zarejestrował ją w Centralnym Ośrodku Żeglarstwa w Trzebieży.

Przeciągające się targi o „Pogorię” zatrzymały żaglowiec w kraju aż do zimy. Telewizja chciała sprzedać swój żaglowiec za granicę, wstydząc się wszystkiego, co wiązało się z oso­bą byłego prezesa, ale głosy protestu z różnych stron wstrzymały tę decyzję. Szcze­gól­nie ostro wystąpiła Stocznia Gdańska i tamtejsza „Solidarność”. Robotnicy odgrażali się, że przyspawają burtę do nabrzeża.

Chęć przejęcia „Pogorii” zgłosili harcerze, Polska Akademia Nauk i Polskie Linie Oce­ani­cz­ne. Telewizja, nie mogąc się na nic zdecydować, wyraziła wreszcie zgodę, by statek nie stał bezczynnie. Polski Związek Żeglarski zaproponował koordynację zadań, cokol­wiek by to miało znaczyć. I tak zacząłem biegać w poszukiwaniu kontraktu, za którym sta­łyby jakiekolwiek pieniądze.

Stanisław Rakusa-Suszczewski, kierownik jednego z zakładów PAN, postać barwna i kon­tro­wersyjna (jak każdy pionier w swojej dziedzinie), od lat był związany ze stacją antark­tyczną PAN na wyspie King George w archipelagu Południowych Szetlandów. W tych trud­nych czasach zabiegał o tani transport ludzi i sprzętu na wyspę odległą od Polski o dzie­więć tysięcy mil.

– Może popłyniecie na żaglach?[10]

 

7 grudnia

Krzysztof Baranowski wypływa Pogorią z Gdyni do Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego pracującej na Wyspie Króla Jerzego (King George Island) w archipelagu Szetlandy Południowe leżącym u brzegów Półwyspu Antarktycznego.

Pogoria, wyczarterowana przez Polską Akademię Nauk, wiezie na Stację polarników i sprzęt; w drodze powrotnej – zabiera do Polski grupę, która właśnie skończyła zimowanie.

_01_1981-02-04_06_Robak_K_Pogoria_mapa_3a_sm2© 

 

1980-12-07  1981-04-17 – rejs antarktyczny Pogorii

Kapitan: Krzysztof Baranowski;
zastępca kapitana: Andrzej Marczak;
załoga etatowa: Stanisław Bojaruniec (kuk), Wojciech Fok (bosman), Marek Kleban (II mechanik), Romuald Mineyko (I mechanik);
załoga niezawodowa: Henryk Bartoszuk, Dariusz Bogucki, Wojciech Burkot, Stanisław Choiński, Wojciech Chudzyński (od 1981-02-07), Tomasz Gasiński, Ryszard Gutkowski (od 1981-02-07), Ryszard Halba (od 1981-02-07), Jerzy Kaszubowski (od 1981-02-07), Janusz Kawęczyński, Zbigniew Kleban, Jan Kłossowski, Jerzy Komorowski (od 1981-02-07), Włodzimierz Ławacz (do 1981-02-04), Andrzej Makacewicz, Stefan Misiaszek (do 1981-02-04), Eugeniusz Moczydłowski (od 1981-02-07), Ryszard Mokrzycki, Wojciech Przybyszewski, Kazimierz Robak, Wojciech Sławiński, Zbigniew Studziński, Jan Styczyński (od 1981-02-07), Zdzisław Szczepaniak, Jerzy Szyłak-Szydłowski (od 1981-02-07).

_02_1980-81_Robak_K_Pogoria_mapa_4_sm2©_03_1981-02_Robak_K_Pogoria_mapa_2b_sm2©

1980
7 grudnia               – wyjście z Gdyni

12/13 grudnia        – Kanał Kiloński
23-24 grudnia        – reda Falmouth

1981
2 stycznia              – Las Palmas (Wyspy Kanaryjskie), tankowanie wody i paliwa

1 lutego                  – Cieśnina Le Maire’a między Ziemią Ognistą a Wyspą Stanów
4-7 lutego               – Wyspa Króla Jerzego: Zatoka Admiralicji i Stacja im. Arctowskiego
12-13 lutego           – postój w Stanley (Falklandy)
25-27 lutego           – Rio de Janeiro, tankowanie wody i paliwa
8-9 kwietnia           – reda Falmouth
10 kwietnia            – reda Lymington w cieśninie Solent
13 kwietnia            – 00:15: zderzenie z m/s Gen. Popławski na torze wodnym do Hamburga
13-14 kwietnia       – Cuxhaven, zabezpieczenie uszkodzeń przed dalszą żeglugą
14/15 kwietnia       – Kanał Kiloński
17 kwietnia            – Gdańsk; 132. dzień rejsu; 20 820 Mm.[11]

 

1981

1 lipca

Posiedzenie Izby Morskiej w sprawie kolizji Pogorii z dziesięciotysięcznikiem Polskich Linii Oceanicznych m/s Gen. Stanisław Popławski:

Kolizja nastąpiła na torze wodnym ujścia Łaby, prowadzącym obok Brunsbüttel i zachodnich śluz Kanału Kilońskiego do portu w Hamburgu, tam gdzie mielizna Mittelgrund rozdziela szlak wodny na jednokierunkowe pasy, 1000 m na NW od pławy nr 15.

_04_1981-04-13_01_Mittelrinne_1j©[12]

Na torach wodnych obowiązuje ruch prawostronny.

M/s Gen. Stanisław Popławski, płynący w kierunku zachodnim, ze względu na duże zanurzenie uzyskał jednorazową zgodę na płynięcie (swoją) lewą stroną toru wodnego, a więc „pod prąd”. Żegluga odbywała się w gęstej mgle, jednak służby nawigacyjne Gen. Popławskiego nie nadawały sygnałów mgłowych.

Kapitanowi Pogorii zarzucono: zastosowanie do nawigacji mapy o niewłaściwej skali; złe odczytanie ech radarowych; niewłaściwy manewr.

Kapitanowi Gen. Popławskiego zarzucono zaniechanie nadawania sygnałów mgłowych oraz ich nieznajomość.

Orzeczenie Izby Morskiej zostaje zakwestionowane przez obie strony.

Posiedzenie Odwoławczej Izby Morskiej wyznaczono na 8 lutego 1982.

 

5-28 września

Krzysztof Baranowski płynie – jako filmowiec – na Darze Pomorza na trasie Gdynia – Kotka – Gdynia, w ostatnim rejsie tego żaglowca[13].

Zaokrętowałem jako operator kamery, bo na żadną funkcję marynarską nie miałem prawa jako żeglarz amator bez zawodowych kompetencji. […] Kapitan Tadeusz Olechnowicz darzył mnie życzliwością, więc mogłem poruszać się po pokładzie swobodnie (w szczególności na rejach) i nie był to zresztą nasz pierwszy wspólny rejs.
Korzystałem z tej swobody do woli wynajdując niezwykłe ujęcia, które później, w filmie „Zmiana wachty”, mogłem wykorzystać.[14]

 

1982

8 lutego

Orzeczenie Odwoławczej Izby Morskiej w sprawie kolizji Pogorii m/s Gen. Popławski:

Bezpośrednia przyczyna wypadku leży tak po stronie s.y. «Pogoria» jak i m.s. «Generał Stanisław Popławski» z orzeczeniem, że s.y. «Pogoria» stworzył bezpośrednie zagrożenia, m.s. «Generał Stanisław Popławski» przyczynił się do tego wypadku.

Winą obciążony został w 80% s.y. «Pogoria», w szczególności j. kpt. ż.w. Krzysztof Baranowski, […] w 20% m.s. «Generał Stanisław Popławski», a w szczególności kpt. ż.w. Zbigniew Rabczuk.

Współwina znajdującego się na pokładzie Popławskiego pilota morskiego Ernsta Höhsa – ze względu na brak możliwości jego przesłuchania bezpośrednio na rozprawie — nie została orzeczona.

Stwierdzono ponadto, że zachowanie się m.s. «Generał Stanisław Popławski» po wypadku budzi o tyle zastrzeżenia, że zbyt późno nawiązał łączność z s.y. «Pogoria», podczas gdy zachowanie się tego ostatniego po wypadku nie budzi zastrzeżeń.

Wyrokiem Izby kpt. Krzysztof Baranowski został pozbawiony prawa wykonywania funkcji kapitana statku na statkach sportowych o długości powyżej 21 m na okres dwóch lat, kpt. Zbigniew Rabczuk za zaniedbanie nadawania sygnału mgłowego został ukarany „wytknięciem”. [15]

 

Krzysztof Baranowski:

Moje wnioski, po 26 latach od wypadku, są takie:

1. Przy właściwej mapie wypadek też by się zdarzył. Na mapie o większej skali uwidocz­nio­ne były tzw. linie radarowe, istotne dla prowadzenia statków z lądu, ale w owym cza­sie nie wiedziałem, że mają one dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Do dziś nie korzystam z prowadzenia z lądu, ale wiem, że mam taką możliwość.

2. Błąd radarowy był ewidentny, ale wynikał on stąd, że radar w pewnym namiarze nie pokazywał echa, czego się domyślałem wcześniej, a co potwierdzono w trakcie remontu. Izba orzekła, że niedomaganie radaru to wynik kolizji i wstrząsu jakiego doznały urzą­dze­nia, a ja już wo­la­łem być sądzony za błąd radarowy niż za niedopatrzenie, że ze złym radarem w ogóle pływam.

3. Koledzy, z którymi byłem na mostku w tę feralną noc, pokusili się o analizę tego wy­pad­ku. Mój zastępca, dr inż. Dariusz Bogucki, tak ujął wynik swoich rozważań: „Twój skręt w lewo uratował nam życie, choć straciliśmy dziób jachtu. Skręt w prawo spo­wo­do­wał­by również kolizję, ale burtami. Zdarcie cienkiej stali z lewej burty spo­wo­do­wa­łoby natych­mias­towe zatopienie jachtu, podobnie jak to się wydarzyło na Titanicu, który ocalałby taranując górę lodową dziobem.”[16]

 

_05_1981-04-13_02_Manewr_2e© [17]

 

 1982

8 czerwca – 1 lipca

Pogoria, dowodzona przez kpt. Andrzeja Marczaka, bierze udział w zlocie żeglarskim Tydzień Kilonii (Kieler Woche). Czarteruje ją przedsiębiorca niemiecki, dla którego wozi gości w jednodniowych wycieczkach po Zatoce Kilońskiej i do Ærøskøbing na duńskiej wyspie Ærø.
Kontrakt, podpisany rok wcześ­niej, groził takimi karami za niedotrzymanie umowy, że mimo stanu wojennego[18] Pogoria i jej załoga (Krzysztof Baranowski jest zastępcą kapitana) otrzymują od władz spor­to­wych PRL zgodę na wyjazd za granicę.

 


[1] STS Pogoria – stalowa barkentyna trzymasztowa. Konstruktor: Zygmunt Choreń. Budowa (jako B-79/01): Stocznia Gdańska. Wodowanie kadłuba: 1980-01-23; podniesienie bandery: 1980-06-01.
Dł.: 46,8 m (153.5 ft); szer.: 8,00 m (26.2 ft); zanurz.: 3,7 m (12.1 ft); wysokość masztów od linii wodnej: 33,5 m (110 ft); wyporność: 342 BRT; pow. ożagl.: 945 m kw (10 172 sq ft). Silnik: oryginalnie – Wola Warszawa diesel, 310 KM (230 kW); obecnie – Volvo Diesel 360 KM (268 kW); śruba: dwułopatowa, nastawna; prędkość na silniku: do 8 węzłów. Zbiorniki wody: 40 t, zbiorniki paliwa: 20 t.

[2] Inż. Zygmunt Choreń, ur. w 1941, ukończył Politechnikę Gdańską i Leningradzki Instytut Budowy Okrętów. Jest żeglarzem i ka­pi­tanem jachtowym, jako członek załogi s/y Otago brał udział w pierwszych wokółziemskich regatach Whitbread (1973-74).
Jest współczesnym rekordzistą jeśli chodzi o liczbę zaprojektowanych i zbudowanych żaglowców – po prototypowej Pogorii (1980), na bazie jej kadłuba powstały: ORP Iskra II (1982, dla Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej w Gdyni), Kaliakra (1984, dla bułgarskiej Wyższej Szkoły Morskiej w Warnie) i Oceania (1985, żaglowiec badawczy Polskiej Akademii Nauk ze zdalnie sterowanym ożaglowaniem płatowym).
W roku 1982 inż. Choreń i jego zespół zrealizowali zamówienie Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni: pełnorejowy trójmasztowiec Dar Młodzieży (108 m długości) zbudowany w Stoczni Gdańskiej. Bazując na kadłubie Daru, zespół inż. Chorenia zbudował w la­tach 1987-1991 serię pięciu pełnorejowców dla ZSRR; obecnie Mir (1987), Nadieżda (1991) i Pałłada (1989) pływają pod banderą Rosji, a Drużba (1987) i Chersones (1989) – Ukrainy.
Od 1992 pracuje we własnym biurze konstrukcyjnym „Choreń Design&Consulting” w Gdańsku.
Wiele zaprojektowanych lub przebudowanych przez Zygmunta Chorenia żaglowców powstało na zamówienie armatorów zagra­nicz­nych; wśród nich są: Alexander von Humboldt (przebudowa: 1988, bandera: Niemcy), Kaisei (zwodowany: 1990, Japonia), Estelle (1995, Finlandia), Royal Clipper (2000, Luksemburg) oraz Mephisto (2002, Luksemburg).
W 1990 roku na deskach kreślarskich biura projektowego Zygmunta Chorenia, na zamówienie założonej przez Krzysztofa Baranowskiego Fundacji Międzynarodowa Szkoła Pod Żaglami, powstał bryg Fryderyk Chopin, w tym samym roku zwodowany.

[3] był to Dar Młodzieży (108 m długości) zbudowany w 1982.

[4] Falba, Tomasz, Czesław Romanowski. „Byłem pieszczochem PRL-u: rozmowa z Zygmuntem Choreniem.” Nasze Morze, 2011, nr 4 (64), Gdańsk; s. 25.

[5] Robak, Kazimierz. „Pogorią” na koniec świata. Gdańsk, Wyd. Morskie, 1983, s. 161-163.

[6] Jasser, Adam. Czterdziestolecie Bractwa Żelaznej Szekli. Jastarnia, VII.1973 – VII.2013. Warszawa : Fundacja STS Fryderyk Chopin, 2013; s. 21.

[7] Dane bibliograficzne dysertacji znajdują się w dyspozycji autora niniejszego opracowania.

[8] Email do autora niniejszego opracowania z dn. 2014-05-17.

[9] Janusz Zbierajewski, kapitan który wielokrotnie prowadził Pogorię, z właściwym sobie humorem opisał to następująco:
Stajnia na „Pogorii” – W 1980 roku władza odczuwała silne zapotrzebowanie na dopieprzenie komuś z ówczesnego establishmentu. Idealnym kandydatem był ówczesny prezes Radiokomitetu, Maciej Szczepański. „Solidarność” na Woronicza machnęła gazetkę ścienną, na której wywieszono tekst, że ten wredny prezes, za pieniądze Radiokomitetu (czytaj – nasze) zbudował sobie luksusowy jacht z marmurami, basenem i stajnią dla konia. Następnego dnia te pierdoły przedrukowała „Trybuna Ludu”. Nawiasem mówiąc, był to chyba jedyny przypadek, kiedy „Trybuna” pisała to samo, co „Solidarność”, he, he, he.
No i naród uwierzył. W całości! Tyle, że jedni powoływali się na autorytet „Solidarności” a inni na autorytet „Trybuny”. A ja, naiwny, zmieniając załogi z Bractwa Żelaznej Szekli, usiłowałem co tydzień przekonać na Skwerze Kościuszki tłum paru tysięcy turystów, że tu nijakiej stajni nie było i nie ma. Naród wiedział swoje. Przecież „Solidarność” (albo „Trybuna”) wie lepiej niż jakiś tam kapitan „Pogorii”. A kiedy w Kołobrzegu, na uroczystości 20-lecia „Zawiszy” [1981; banderę na Z.C. II podniesiono 15 lipca 1961  przyp. KR], namówiłem fotografa wczasowego, żeby wprowadził na pokład „Pogorii” kucyka, a ja – przebrany za kapitana – udzieliłem wywiadu Telewizji Gdańskiej (karmiłem konika kostkami cukru klęcząc, bo kucyk był „sitting dog size”), tzw. szeroka publiczność z tym większym przekonaniem twierdziła, że na „Pogorii” jest koń, bo przecież telewizja go pokazywała. Zygmunt Choreń, który też bezskutecznie walczył ze stajnią, chciał mi podobno zrobić kęsim za ten głupi dowcip.
I mojżeszowskie 40 lat nic tu nie pomoże. Kolejne pokolenia będą sobie przekazywać sensacyjną wiadomość, że kiedyś na „Pogorii” była stajnia. I koń!
Książka pisana od stuleci przez Zbieraja <http://wojtekzientara.pl/zbieraj.html>

[10] Baranowski, Krzysztof. Samotny żeglarz. Warszawa : Wyd. IPS, 1995; s. 81-82.

[11] Robak, ibidem, s. 148-149.

[12] Z arch. K. Baranowskiego.

[13] Po powrocie do Gdyni Dar Pomorza przekształcony zostanie w statek-muzeum. W roku 1982 jego rolę – żaglowca szkolnego Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni – przejmie Dar Młodzieży.

[14] <http://krzysztofbaranowski.pl/rejsy.html>

[15] Orzeczenie Odwoławczej Izby Morskiej z dnia 8 lutego 1982, nr: OIM 17/81.

[16] Baranowski, Krzysztof. „Kolizja”. Jachting, nr 5 (26), maj, 2007; str. 35-37.

[17] Z arch. K. Baranowskiego.

[18] ogłoszony 13 grudnia 1981.


 

01_POGORIA_Schemat_ozaglowania_sm4Pogoria ma ożaglowanie barkentyny: reje na maszcie pierwszym (fokmaszt), żagiel gaflowy na maszcie środkowym (grotmaszt)
i – oryginalnie – na maszcie trzecim (bezanmaszt); obecnie bezanmaszt ma ożaglowanie bermudzkie

 

02_Kartka_SY_Pogoria_©1981: Pogoria pod żaglami
Fot. Janusz Uklejewski / pocztówka wydana w 1983 przez Spółdzielnię Pracy Dziennikarzy Omnipress-Sport

 

 

 

 

03_1979-07-25_Pogoria©04_1979-10-10_POGORIA_stepka©05_1979-12_POGORIA_kadlub©06_1980-01-23_POGORIA_po_wodowaniu©Zdjęcia z budowy Pogorii ze strony Fundacja Szkoła Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego.

 

07_1980-12-07_Pogoria_fot_Malgorzata_Swierz_sm©1980-12-07: Pogoria w Gdyni przed rejsem antarktycznym
Fot. Małgorzata Świerz

 

08_1980-12-24_fot_Wojciech_Przybyszewski_sm2©1980-12-24: wigilia w rejsie antarktycznym Pogorii
Kapitan rozpoczyna od odczytania kilku akapitów z angielskiej locji Atlantyku „Ocean Passages

z lewej: Romuald Mineyko
Fot. Wojciech Przybyszewski

 

09_1980-12-24_fot_Kazimierz_Robak_sm©1980-12-24: wigilia w rejsie antarktycznym Pogorii
Kapitan łamie się opłatkiem z załogą
(od lewej: Wojciech Przybyszewski, Zbigniew Studziński, Krzysztof Baranowski, Stanisław Choiński)

Fot. Kazimierz Robak

 

10_1981-02-03_fot_Kazimierz_Robak_Icebergi_2_sm2©1981-02-03: Pogoria w Cieśninie Bransfielda
Fot. Kazimierz Robak

 

11_1981-02-06_fot_Zbigniew_Studzinski_u22a_sm2©1981-02-06: Pogoria w Zatoce Admiralicji u wybrzeży Wyspy Króla Jerzego
Fot. Zbigniew Studziński

 

 

12_1981-03_78_1_sm2_fot_Ryszard_Halba©1981, marzec: rejs antarktyczny Pogorii — Krzysztof Baranowski
Fot. Ryszard Halba

 

 

13_1981-04-17_KB_fot_Jerzy_Krug©_sm1981-04-17: rejs antarktyczny Pogorii — Krzysztof Baranowski
Fot. Jerzy Krug

 

14_1981-09-28_Gdynia_DP_007_sm1_fot_Kazimierz_Robak©1981-09-28, Gdynia: Dar Pomorza wrócił właśnie ze swego ostatniego rejsu do Kotki.
Krzysztof Baranowski z kamerą widoczny między podwięziami wantowymi.
fot. Kazimierz Robak

 

1987_POGORIA_Poczta_Polska

Znaczek Poczty Polskiej (1987): Pogoria przedstawiona jest z błędem: pas na kadłubie powinien być niebieski;
pas ciemnoczerwony (ale nie ceglasty!) nosi na kadłubie jej jednostka bliźniacza, ORP Iskra.

 

 

16_STS_POGORIA_Schemat_ozaglowania_2014_ZR3_sm2

Kazimierz Robak
Tampa, FL; 12 sierpnia 2014
Żeglujmy Razem

KTO JEST KIM: Krzysztof Baranowski – strona główna

Calendar

« May 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Maj

A w maju
Zwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia,
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, maju!

Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!...

Julian Tuwim – „Do krytyków” (1920)

 

Maj – piąty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury
i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od czasownika „maić” – ‘stroić, zdobić zielenią
i kwiatami’.

W staropolszczyźnie piąty miesiąc roku nazywany był „trawień” (tej nazwy używa język białoruski i ukraiński: травень ‘maj’, oraz chorwacki – travanj, ale tam tak nazywa się kwiecień) – wiadomo dlaczego.

 

Łaciński Maius zawiera
w sobie imię matki boga Merkurego – nimfy Mai.

 

Dwie dodatkowe etymologie nazwy Maius podaje Owidiusz w ks. V poematu Fasti (8 r. n.e.), traktującego o kalendarzu rzymskim.

Pierwsza wywodzi nazwę miesiąca od majestatu (Maiestas) – na przykład bogini, ale i cesarza, bo niech ktoś tylko spróbuje zaprzeczyć i powie, że cezar Majestatem nie jest!
Drugi owidiuszowski źródłosłów kieruje do starszych (maiores) – w tym wypadku senatorów rzymskich.

Na Owidiusza powołują się różne źródła i autorytety, ale jego wywody słowotwórcze mają tyle wspólnego
z językoznawstwem, co kamień węgielny z węglem kamiennym.

Owidiusz był poetą
i dworakiem – trudno powiedzieć, czym za swego życia bardziej. Boccaccio pisał, by się podobać damom, Owidiusz – by się podobać cesarzowi. Pierwszemu się udało, drugiemu – nie:
w dworactwie poeta nie miał szczęścia, bo inaczej nie dostałby wyroku wygnania (do dziś nikt nie wie, za co). Ale tworzył i wysysał
z palca, co mógł, byle tylko przypodobać się zwierzchności.

Maiestas – to oczywiste, bo bogini – boginią, ale podkadzenie imperatorowi zaszkodzić nie mogło, zwłaszcza że bogini daleko,
a cesarz – blisko.

Maiores – a czy źle było zaskarbić sobie niewinnym pochlebstewkiem życzliwość starców? Którzy – czy ich cesarz lubił czy nie – wciąż jeszcze coś mogli i o czymś tam decydowali.
Zresztą, na zasadzie świeczki i ogarka, Owidiusz nazwę następnego miesiąca, Iunius, w następnej księdze tego samego poematu wywodzi od słowa iuniores ‘młodzi’. Tak że Owidiuszem nie ma sobie co głowy zawracać.
Z równym powodzeniem moglibyśmy wywodzić nazwę „maj” od nazwiska Żemajska (i opiewać piękność obojga), gdyby tylko celem do sforsowania była dla nas twierdza piękności tejże damy. Albo – ogarnięci górnolotnym zapałem – moglibyśmy twierdzić, że z całą pewnością przodkowie nasi miesiąc „maj” nazwali od hasła „Trzymajmy się!”, co było nawiązaniem do szczytnych tradycji, woli przetrwania i misji dziejowej dającej nam pierwszeństwo nad innymi, a maj, jako symbol wiosny i odrodze-
nia… i tak dalej, i dalej.

 

Tak czy siak, nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

W drugiej dekadzie maja panują najchłodniejsze dni wiosenne, więc klimatycznie ten miesiąc też raczej zaprzecza swej symbolice
i w tym kontekście fraza
w w sercu ciągle maj brzmi co najmniej dwuznacznie, jak zresztą wszystko w poezji Jeremiego Wielkiego.

Ochłodzenie majowe jest zjawiskiem klimatycznym charakterystycznym dla całej Europy Środkowej: po okresie utrzymywania się wyżu barycznego nad Europą Środkową i Wschodnią następuje zmiana cyrkulacji atmosferycznej i przy słabnącym wyżu zaczyna – wraz z niżem barycznym – napływać zimne powietrze
z obszarów polarnych.

Według tradycji ludowej środek maja powinien być zimny, deszczowy, a czasem mroźny – jest to znakiem, że aż do jesieni nie powinno być przymrozków.

 

1 maja to Święto Pracy,
w Polsce święto państwowe.

We Francji 1 maja to, oprócz uroczystości organizowanych przez L’Humanité, święto konwalii (la fête du muguet).

 

Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, dzieje się w maju.

 

2 maja to w Polsce Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej.

 

3 maja jest w Polsce świętem państwowym, które oficjalnie nazywa się Święto Narodowe Trzeciego Maja. Ustanowiono je dla upamiętnienia uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Obojga Narodów (3 maja 1791).

…od razu się przyznam. Datownik maja mam niedokończony. Sporo tego, ale jakoś tak się składa, że
z tych wydarzeń, które do tej pory wziąłem na warsztat, większość związana jest
z Rosją. No a przecież, jeśli po Konstytucji – którą się
u nas czci prawie jak konkordat, a już na pewno jak Kościuszkę i Pułaskiego razem wziętych – dam rocznice wydarzeń spod Romanowych, z bolszewii lub z Putinogorska, to będzie wstyd i obraza Boska. Po TAKIEJ Konstytucji? Lepiej zatem poprzestanę na tym, co powyżej (na razie, bo praca trwa)…

 

Znaki Zodiaku w maju:
Byk (♉) – do 20 maja
Bliźnięta (♊) – od 21 maja (najweselszy
i najpogodniejszy znak Zodiaku).

Horoskopy Bliźnięta mają pomyślne w dowolnym układzie, nawet w czarnym PR.

Ludzie spod znaku Bliźniąt
w ogóle nie osiągają dojrzałości zarówno intelektualnej, jak
i uczuciowej.
Jedyne, co naprawdę potrafią, to raz w tygodniu wypełnić kupon gry liczbowej.
Niezdarnie to ukrywają, ale największą przyjemność sprawia im dłubanie w nosie.
Zapraszając takiego do domu należy pamiętać, że kradnie
i koniecznie przed wyjściem zrewidować.

Zauważcie, że nawet zawodowi hejterzy dają Bliźniętom pozytywną recenzję (co jest złego w grach liczbowych, dłubaniu w nosie – dla zdrowia przecież, albo
w zapobiegliwości?) – po prostu nie mają się do czego przyczepić!

Porównajcie z takim wczesnomajowym Bykiem, który ma:

wdzięk powiatowego Casanovy i skłonności dewiacyjne.
Niczym niezmącone przekonanie, że jest pępkiem świata.
Lubi mizdrzyć się zarówno przed lustrem jak i w pracy.
Najbliższą rodzinę terroryzuje od urodzenia do późnej starości.
Nigdy niczego nie czyta, choć o wszystkim ma z góry wyrobione zdanie.
Charakteryzuje go brak umiarkowanie w jedzeniu
i piciu.
Oderwać od rozkoszy stołu mogą go jedynie rozkosze łoża – przy czym i tu Byk będzie dążył do wyuzdanych uciech, nazywając je dla niepoznaki „wyższą sztuką”.
Lenistwo swoje i brak zainteresowania światem zewnętrznym Byki nazywają „dbaniem o domowe ognisko”, a brak wyższych uczuć „stąpaniem twardo po ziemi”.
Wreszcie swą ociężałość umysłową i skrajny konserwatyzm nazywają „przywiązaniem do tradycji” i „opieraniem się na sprawdzonych wzorcach”. Jednym słowem – to leniwi hedoniści, pogrążeni
w brudnej rozpuście
(no dobrze: „brudnej” możemy skreślić, bo znajomy Doktor obrazi się już na amen).

Albo z późnoczerwcowym Rakiem:

Urodzeni pod znakiem Raka oszukują na każdym kroku, zdradzają, uwielbiają podłożyć świnię.
Rakom nie można wierzyć nigdy i w niczym.
Jeśli np. Rak mówi „Cenię sobie twoją przyjaźń”, to można być pewnym, że przed godziną napisał na ciebie donos do szefa.
Raki stale komuś czegoś zazdroszczą, a po dwudziestym piątym roku życia łysieją, garbią się
i tracą zęby.
Słusznie zresztą.

No przecież szkoda słów, bo tu nie pomoże nawet oddział zamknięty.

A kolejne horoskopy są jeszcze gorsze (czytajcie, to się dowiecie), więc po prostu Bliźnięta – których i tak nawet czarny piar się nie ima – punktują z miesiąca na miesiąc.

 

Kwiaty maja:

Konwalia (Convallaria maialis L.) – bylina o kwiatach słodko pachnących, ale zdradziecka, bo silnie trująca; uznawana jest za kwiat szczęścia, pomyślności i młodości; ponieważ symbolizuje też czystość
i skromność, więc często wplatana jest w bukiety ślubne panien młodych (o symbolice toposu „trucizna pod słodyczą” etymologia ludowa jakoś milczy).

Niekontrolowana – konwalia staje się chwastem i to bardzo trudnym do usunięcia, ponieważ łatwo odrasta (ciekawe, czy ma to jakiś związek symboliczny
z owymi bukietami ślubnymi
i skromnością – może odrastają w sposób naturalny…).

Suszone, sproszkowane kwiaty konwalii dodawane są czasem do tabaki – w obliczu powszechnie znanych trujących właściwości substancji psychoaktywnych w tabace zawartych szczypta konwalii różnicy nie czyni.

Duże zastosowanie ma konwalia w medycynie
i zielarstwie, ale i tu ostrzega się przed zejściem wskutek przedawkowania.

W tzw. alfabecie kwietnym konwalie oznaczają nieśmiałość, co jest zrozumiałe: któż by, niewinnym będąc, do trucia jadem zabierał się śmiało?

Duże znaczenia ma konwalia w ikonografii maryjnej, ale to tematyka zbyt szeroka, by ją roztrząsać właśnie tu.

 

Głóg (Crataegus monogyna Jacq.), któremu botanicy dodają epitet „jednoszyjkowy” (co chyba nie jest obraźliwe); symbolizował on ostrożność i nadzieję, na szczęście bardzo dawno temu, bo
w średniowieczu; dziś tylko kłuje i nadaje się na nalewkę.

 

Kamień maja:

Szmaragd – symbolizujący miłość
i powodzenie.

 

W ogóle maj to miesiąc nijaki, coś takiego właśnie jak konwalia:

Maj jest dziwny. Dokładnie taki jak konwalia: trochę aromatu, ale zaraz jakieś przedawkowania i groźba zejścia. Nic dziwnego, że mądrość ludowa odradza zawierania małżeństw w maju (znam majowe
i szczęśliwe, ale być może to wyjątki potwierdzające regułę). I gdyby nie to, że jego ostatnia dekada przynosi najlepszy znak Zodiaku, czyli Bliźnięta, to ogólnie byłoby z majem kiepsko.

Kwiecień, na przykład, zaczyna się od primaaprilisowych wygłupów – i od razu jest weselej.
A popatrzcie, od czego startuje maj: od święta pracy, do której każdy chodzi, bo musi, więc to jest tak, jakby więźniowie obchodzili dzień św. Penitencji i cieszyli się, że jeszcze trochę posiedzą. To mogły wymyślić tylko Byki!
Na szczęście kogo jak kogo, ale ludzi pomysłowych u nas nie brakuje (a założę się, że większość z nich jest spod znaku Bliźniąt) – gdyby nie oni, to już by się w ogóle
w maju nie dało wytrzymać. Bowiem ludzie pomysłowi (zwłaszcza ci spod znaku Bliźniąt) połączyli „święto pracy” z innymi okolicznymi świętami, włączając w to weekendy z przodu i z tyłu,
i stworzyli jeden
z najdłuższych weekendów nowoczesnego świata; weekend, który – jak go dobrze ułożyć – może potrwać nawet 10 dni.
I nawet znajomego lekarza nie trzeba!
A gdy wreszcie, w co nie wątpię, za dzień święty zostanie uznane Święto Kanonizacji, to weekend majowy, podczas którego będzie można kompletnie zapomnieć o pracy, dojść może do dni szesnastu, a kto wie, czy nie więcej.

I ponieważ prawie zaraz po tym weekendzie przychodzą Bliźnięta, to maj daje się jakoś przetrzymać – mimo konwalii, szmaragdów, głogów jednoszyjkowych
i trzech ogrodników, których same imiona wywołują taki dreszcz, że nagłe chłody wcale nie są potrzebne.

Maj jednak rehabilituje się imieninami:
• Moniki;
• Stanisława – ale tylko częściowo, bo połowa Stachów uciekła od Szczepanowskiego do Kostki, tak że nigdy nie wiadomo, który kiedy obchodzi;
• Zofii (Zocha, przecież wiesz, że to o Tobie: wszystkiego najlepszego!)
• i Joanny – które już piękniejszego dnia na imieniny wybrać nie mogły!

 

Śluby i wesela w maju:
w żadnym wypadku! Ale zastrzegam jeszcze raz: tylko według mądrości ludu.

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
piąty miesiąc roku to:

białoruskiмай [maj], травень [trawień]
bośniackimaj
bułgarskiмай [maj]
chorwackimaj
czeskikvěten
kaszubskimôj (też: gòran, maj)
litewskigegužė
łatgalskiLopu (też: maja)
łużycki (dolny)rozhelony (też: rožownik, maj)
łużycki (górny)meja (też: róžownik)
łotewskimaijs
rosyjskiмай [maj]
macedońskiмај albo косар [kosar]
serbskimaj
słowackimáj
słoweńskimaj
ukraińskiтравень [trawień]
żmudzkigegožė

 

Przysłowia związane
z majem:

Chłodny maj,
dobry urodzaj.

Ciepły kwiecień, mokry maj
– będzie zboże jako gaj.

Częste w maju grzmoty
rozpraszają chłopom zgryzoty.

Deszcz majowy,
chleb gotowy.

Deszcz na pierwszym maju,
chyba w urodzaju.

Dużo chrabąszczów w maju,
proso będzie gdyby w maju.

Gdy kukułka w maju,
spodziewaj się urodzaju

Gdy maj jest przy pogodzie,
nie bywają siana w szkodzie.

Gdy się maj z grzmotem
odezwie na wschodzie,
rok sprzyja sianu
i zbożu w urodzie.

Gdy się w maju pszczoły roją,
takie roje w wielkiej cenie stoją.

Grzmot w maju
sprzyja urodzaju.

Jak pszczółki na wiosnę z ula
wcześnie wylatują,
to pewnie mróz na drzewa
w maju nam zwiastują.

Jak w maju zimno,
to w stodole ciémno.

Jeśli w maju grzmot,
rośnie wszystko w lot.

Kiedy lipa w maju kwitnie,
to w ulach miód zawiśnie.

Kiedy mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

Kiedy pierwszy maj płacze,
będą chude klacze.

Kto się w maju urodzi,
dobrze mu się powodzi.

Maj – wołom daj
i sam na piec uciekaj.

Na pierwszego maja szron
obiecuje dobry plon.

Na pierwszy maj
ostatek bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj:
w piecu sobie napal,
za niego się wal.

Nastał miesiąc maj,
kożdy o się dbaj.

Niedalekoć już do maja,
więc nie uchodź za mazgaja.

Nie zawsze na ziemi maj,
nie zawsze
ludzkiemu szczęściu raj.

Pierwszego maja deszcz,
nieurodzaju wieszcz.

Pierwszy maja poranek
jest tęskliwym dla kochanek.

Przyjdzie maj,
przedsię bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj.

Tyle przymrozków w maju,
ile ich było przed św. Michałem.

W maju…
Np. Zobaczymy się
w maju…

[tj. nie teraz, kiedyś może, nigdy]

W maju jak w gaju.

W maju szumne sosieneczki,
wonne puszczą ci chojneczki.

W maju wieje, trochę pada,
coraz bliżej listopada

Witaj nam maiczku
ze słowikiem w gaiczku.

Wody w maju stojące
szkodę przynoszą łące.

 

Przysłowia na
św. Stanisława (8 V):

Do św. Stanisława
z pastuchami sprawa.

Jak się len zasieje
w św. Stanisława
to tak urośnie, jako ława.

Na św. Stanisława
rośnie koniom trawa.

Na św. Stanisława
żytko kieby ława.

Św. Stanisław len sieje,
Zofija konopie,
A Urban jęczmień i owies
każe kończyć, chłopie.

Św. Stanisław –
pierwszy siew prosa,
a ostatni owsa.

 

Przysłowia na
św. Pankracego, Serwacego
i Bonifacego
(12, 13 i 14 V)
:

Jak się rozsierdzi Serwacy,
to wszystko zmrozi
i przeinaczy.

Jasny dzień Pankracego
przyczynia wina dobrego.

Pankracy, Serwacy, Bonifacy
– źli na ogrody chłopacy.

Przed Serwacjuszem nie trzeba
pewnego się lata spodziewać.

 

Przysłowia na
św. Zofię (15 V):

Dla świętej Zosi
kłos się podnosi

Na św. Zofiją
pola w kłos wybiją.

Niechaj mnie Zośka
o wiersze nie prosi

[oczywiście to nie przysłowie, tylko cytat ze Słowackiego]

Św. Zofija ciepło rozwija.

Św. Zofija kłosy wywija.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha