KTO JEST KIM:

KRZYSZTOF BARANOWSKI

5.

Ramka_05_Pogoria_ill_2

1979/80 – budowa barkentyny Pogoria[1] dla Bractwa Żelaznej Szekli.

Pogoria powstała na zamówienie Telewizji Polskiej (oficjalnie: Komitet Do Spraw Radia i Tele­wi­zji) dla Bractwa Żelaznej Szekli. Zamówienie na budowę podpisał ówczesny prezes TVP i jed­no­cześnie komandor BŻSz, Maciej Szczepański. Przez wiele lat na żaglach rejowych Pogorii widniały znaki przypominające krzyże: były to cztery skrzyżowane szekle – symbol Bractwa. Dziś znak ten widoczny jest jedynie na dziobie barkentyny.

Pogoria to pierwszy żaglowiec zaprojektowany przez inż. Zygmunta Chorenia[2] i jego zespół – jej budowa była próbą generalną przed realizacją zamówienia Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni: nowoczesnego żaglowca pełnorejowego[3].

Pogoria powstała dzięki Krzysztofowi Baranowskiemu. Był człowiekiem, który kochał żeglować. Szczepański, z którym szczerze mówiąc miałem niewiele wspólnych kontaktów, popierał tę ideę, ale to było dzieło Baranowskiego. Przekonał go, że jest mu potrzebny żaglowiec. I chwała im obu za to. […] Baranowski jechał do Finlandii zamawiać żaglowiec dla telewizji, spotkaliśmy się w kawiarni, mówię mu: Krzysztof, po co masz tam zamawiać, kiedy my tutaj własnymi siłami w Gdańsku zrobimy? Szybko udało się nam znaleźć wspólny język. Trzeba było jednak przekonać stocznię. Przekonaliśmy wspólnie, że trzeba zrobić próbę przed Darem Młodzieży, przetrzeć szlak, zbudować Pogorię. I to było łamanie ludzkich, a nie politycznych, barier. Było żeglarskie lobby, które cieszyło się, że będziemy mieli nasz, polski żaglowiec i dlatego się udało.[4]

Trzymasztowa Pogoria ma ożaglowanie barkentyny: z pięcioma rejami na maszcie pierwszym (fok­maszt), żaglem gaflowym na maszcie środkowym (grotmaszt) i – obecnie – żaglem bermudz­kim na maszcie trzecim (bezanmaszt); oryginalnie bezanmaszt miał ożaglowanie gaflowe.

Nazwa „Pogoria” pochodzi od nazwy jeziora koło Dąbrowy Górniczej, na którym uczył się żeglarstwa Maciej Szczepański.
Etymologia: upowszechniona w 2 poł. XIX w. forma oboczna rzeczownika „Bogoria” (o prasło­wiań­skim źródłosłowie), będąc­ego nazwą polskiego herbu szlacheckiego i nazwiskiem małopol­skiego rodu rycerskiego, którego początki sięgają XII w.[5]

 

Dyferencje

Sukces ma zazwyczaj wielu ojców. Tym razem odnotować trzeba kwestie podnoszone przez kpt. Adama Jassera, założyciela Bractwa Żelaznej Szekli, wspomnianego w poprzednim roz­dzia­le. W broszurze wydanej z okazji 40-lecia istnienia BŻSz znajduje się następujące zdanie:

Wiosną 1977 roku kolega Krzysztof Baranowski przyjął moje zaproszenie do udziału w kie­rowaniu Bractwem i pomocy w zbudowaniu żaglowca. Otworzyło to dla niego możliwość realizacji kilku moich pomysłów. Jego rola w urzeczywistnieniu budowy dla Bractwa żaglowca, którym jest sławna „Pogoria”, była ogromna i decydująca. Ja jednak zostałem wyeliminowany z kierowania Bractwem i pozbawiony swojej audycji „Mesa” w Redakcji Sportowej TVP.
Złożyłem więc rezygnację i przyjąłem pracę oficera na pasażerskim żaglowcu „Fantome” pływającym po Karaibach.
[6]

Enigmatyczne stwierdzenie „otworzyło to dla niego możliwość realizacji kilku moich pomysłów” mogłoby być odczytane jako potwierdzenie naturalnej kontynuacji działania organizacji pod kie­row­nictwem kolejnego lidera, gdyby nie przekazy oralne upowszechniane przez kpt. Jassera, pre­cy­zujące powyższy cytat jako oskarżenie Krzysztofa Baranowskiego o przywłaszczenie autors­twa zarówno pomysłu budowy Pogorii jak i… Szkoły Pod Żaglami (patrz rozdział następny).

Źródła oralne, w systemach narzu­ca­ją­cych cenzurę, mają wielką wartość jako doku­menty his­to­rycz­ne, gdyż są często bar­dziej wia­ry­god­ne niż kontro­lo­w­ane odgórnie źródła pisane. Ponieważ po roku 1989 o cenzurze (przy­naj­mniej w tym wypadku) nie może być już mowy, wypowiedzi tego typu zo­sta­łyby w niniej­szym opra­co­wa­niu pomi­nięte jako opo­wieści ustne, które teoria lite­ra­tury umieszcza w rodza­ju gawęd, trady­cyj­nie wygła­sza­nych pod­czas biesiad i spot­kań towarzyskich.
Sytuacja zmienia się, gdy gawęda za­czy­na trafiać jako materiał źródłowy do dysertacji nauko­wych, co odwra­ca sytu­ację dia­met­ral­nie, gdyż użycie w pracy badawczej i podanie w bibliografii nobi­li­tuje gawędę do rangi źródeł materialnych i zmie­nia sto­pień wia­ry­god­ności samej infor­macji: kolej­ni bada­cze mogą się bowiem powo­ły­wać na auto­ra dyser­tacji, pomi­ja­jąc fak­tyczne źródło.
Piszący te słowa dotarł do rozprawy[7], w której znajdują się następujące akapity:

Współpraca z telewizją zacieśniała się i Adam Jasser został w niej zatrudniony jako lider Bractwa Żelaznej Szekli. Było dla niego oczywiste, że jeżeli organizacja ma się rozwijać – potrzebne jest rozszerzenie skali działań i nowe projekty. Jasser próbował więc pozys­kać prezesa telewizji do współpracy finansowej dla rozwoju organizacji. Kapitan twier­dzi, że wtedy opracował koncepcję „Szkoły pod Żaglami”, którą przedłożył prezesowi Szczepańskiemu [Jasser, Adam. Czterdziestolecie Bractwa ŻelaznejSzekli. s. 17]. Był on sceptycznie nastawiony do pomysłu, ponieważ uważał, że niemożliwe jest połączenie intensywnego rejsu na żaglowcu z nauką szkolną. Jasser uznał, że potrzebuje „idola”, ambasadora, „twarzy” projektu:

„Krzysztof Baranowski był już wtedy rozpoznawany, znaliśmy się. Zaproponowałem mu współpracę, zgodził się od razu. Przedstawiłem Krzysztofa prezesowi Szczepańskiemu. Następnie Baranowski przyszedł z projektantem Zygmuntem Choreniem z gotowym projektem żaglowca.” [z wykładu Adama Jassera na pokładzie STS „Pogoria”, 2013-06-23.]

Adam Jasser w rozmowach i wywiadach przedstawia pogląd, iż to on był twórcą / współ­twórcą koncepcji „Szkoły pod Żaglami”, która została następnie zawłaszczona przez Krzysztofa Baranowskiego i stała się powodem niechęci obu kapitanów, którzy pozostają w sporze do dzisiaj. […]

Podczas cytowanego wystąpienia w „Tawernie Korsarz” w Warszawie [A. Jasser, prelekcja podczas spotkania z okazji wydania książki Czterdziestolecie …; Tawerna Korsarz, Warszawa, 2013-12-03], Adam Jasser również sobie przypisuje pomysł na szkolny charakter żaglowca STS „Pogoria”.

 

Krzysztof Baranowski, poproszony o komentarz, napisał:

Pretensje „autorskie” Jassera do Szkoły pod Żaglami powinny pojawić się trzydzieści lat temu albo jeszcze wcześniej, sądząc z podanych cytatów. Między nami nie było żadnej niechęci, o której wspomina praca. Gdyby Jasser miał pomysł jakiejkolwiek szkoły, to by powiedział – przecież Szczepański był Komandorem, ale Bractwem ja zarządzałem jako Wicekomandor i bynajmniej nie byłem figurantem: pracowałem u Szczepańskiego na peł­ny etat (komentatora) jako dziennikarz telewizyjny i miałem własny program popula­ry­zu­jący żeglarstwo „Żeglarska Siódemka”.

Adam nosił się z pomysłem żaglowca, ale zupełnie innego: szkunera na wzór „Winstona Churchilla” i „Malcolma Milllera”. Dyskutowaliśmy nad takielunkiem, ale Szczepański przychylił się do mojego pomysłu – żaglowca rejowego.

Zdania: „Przedstawiłem Krzysztofa prezesowi Szczepańskiemu. Następnie Baranowski przy­szedł z projektantem Zygmnutem Choreniem z gotowym projektem żaglowca.” brzmią efektownie, ale pierwsze mówi o tym, co działo się w roku 1977, a  drugie – dwa lata później, w 1979.

To były dwa lata pracy, dyskusji i przygotowań, w których Adama już nie było, bo „został wyeliminowany” – ale nie z mojego powodu, tylko z natury telewizji oraz swojego bez­tros­kiego – wówczas – charakteru. On sam zresztą wyemigrował do Stanów i słuch po nim zaginął na wiele lat.

O Szkołę pod Żaglami była ogólnopolska batalia sięgająca od PZŻ do parlamentu – wszę­dzie negatywne opinie! – ale wtedy Jassera już nie było i ani nie pisnął, że to jego pomysł. A prasa pomstowała na mnie (a nie na Jassera), że taki głupi pomysł!

Ale podobnie zachowała się Kanada przypisując sobie autorstwo Class Afloat, choć są świadkowie, że to ja wymyśliłem im nazwę i byłem ich pierwszym kapitanem.

Słusznie Adam twierdzi, że rozmawialiśmy o żaglowcu szkolnym typu szkuner i być może namawiał on Szczepańskiego, by taki zbudować, ale Szczepański najwyraźniej Adama nie słuchał, skoro przystał na moją propozycje, by był to żaglowiec rejowy – barkentyna.

Adam […] gdy kierował Bractwem zza pleców Szczepańskiego wiedział (tak jak my wszys­cy), że trzeba zbudować żaglowiec, ale w tej sprawie nie zrobił wiele więcej ponad mówienie o tym. Ja również wiem, że i dzisiaj trzeba zbudować nowy żaglowiec, ale – gdy zbuduję – pojawi się cały szereg autorów tego pomysłu.[8]

 

Wyjaśnienia te powtarzają wszystko, co zostało w niniejszym opracowaniu przytoczone wcześ­niej, zwłaszcza fragmenty książki Samotny żeglarz (1995) i wypowiedź Zygmunta Chorenia w wy­wiadzie opublikowanym w Naszym Morzu (2011). Stwierdzenia te nigdy nie spotkały się z pisemną krytyką bądź zaprzeczeniami.

 

1980

Lipiec-sierpień

Krzysztof Baranowski dowodzi Pogorią i młodzieżową załogą z Bractwa Żelaznej Szekli podczas regat Operacji Żagiel na Bałtyku, w cieśninach duńskich i na Morzu Północnym.

Wyścig rozgrywany jest w dwóch etapach: Kilonia – Karlskrona (wokół Gotlandii) i Friedrichshavn – Amsterdam.

Pogoria – startująca w grupie A (największe żaglowce) – kończy oba jako pierwsza w swojej klasie; po końcowych przeliczeniach dwukrotnie sklasyfikowana jest na trzecim miejscu, jednak uzyskuje nieoficjalny tytuł „najszybszej jednostki regat”.

 

Wrzesień – listopad

Maciej Szczepański przestaje być prezesem Radiokomitetu i zostaje aresztowany pod zarzutem korupcji i niegospodarności, czego symbolem ma być rzekomo Pogoria.
Spartańsko urządzonej barkentynie nieświadoma prawdy opinia publiczna, podsycana goniącymi za sensacją artykułami, przyszywa łatkę „luksusowego jachtu prezesa”.[9]

Atmosfera wokół żaglowca robi się gorąca, a jednym z najczęściej podsuwanych rozwiązań jest „sprzedać”.
Przeciwstawiają się temu robotnicy Stoczni Gdańskiej.

Nominalnym właścicielem Pogorii jest Komitet ds RiTV, a oficjalnym – Skarb Państwa. Użytkownikiem i koordynatorem rejsów żaglowca zostaje Polski Związek Żeglarski.
Formalnie, dopiero 29 stycznia 1988 [patrz niżej, pod tą datą] barkentyna została nieodpłatnie przekazana PZŻ-owi, który zarejestrował ją w Centralnym Ośrodku Żeglarstwa w Trzebieży.

Przeciągające się targi o „Pogorię” zatrzymały żaglowiec w kraju aż do zimy. Telewizja chciała sprzedać swój żaglowiec za granicę, wstydząc się wszystkiego, co wiązało się z oso­bą byłego prezesa, ale głosy protestu z różnych stron wstrzymały tę decyzję. Szcze­gól­nie ostro wystąpiła Stocznia Gdańska i tamtejsza „Solidarność”. Robotnicy odgrażali się, że przyspawają burtę do nabrzeża.

Chęć przejęcia „Pogorii” zgłosili harcerze, Polska Akademia Nauk i Polskie Linie Oce­ani­cz­ne. Telewizja, nie mogąc się na nic zdecydować, wyraziła wreszcie zgodę, by statek nie stał bezczynnie. Polski Związek Żeglarski zaproponował koordynację zadań, cokol­wiek by to miało znaczyć. I tak zacząłem biegać w poszukiwaniu kontraktu, za którym sta­łyby jakiekolwiek pieniądze.

Stanisław Rakusa-Suszczewski, kierownik jednego z zakładów PAN, postać barwna i kon­tro­wersyjna (jak każdy pionier w swojej dziedzinie), od lat był związany ze stacją antark­tyczną PAN na wyspie King George w archipelagu Południowych Szetlandów. W tych trud­nych czasach zabiegał o tani transport ludzi i sprzętu na wyspę odległą od Polski o dzie­więć tysięcy mil.

– Może popłyniecie na żaglach?[10]

 

7 grudnia

Krzysztof Baranowski wypływa Pogorią z Gdyni do Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego pracującej na Wyspie Króla Jerzego (King George Island) w archipelagu Szetlandy Południowe leżącym u brzegów Półwyspu Antarktycznego.

Pogoria, wyczarterowana przez Polską Akademię Nauk, wiezie na Stację polarników i sprzęt; w drodze powrotnej – zabiera do Polski grupę, która właśnie skończyła zimowanie.

_01_1981-02-04_06_Robak_K_Pogoria_mapa_3a_sm2© 

 

1980-12-07  1981-04-17 – rejs antarktyczny Pogorii

Kapitan: Krzysztof Baranowski;
zastępca kapitana: Andrzej Marczak;
załoga etatowa: Stanisław Bojaruniec (kuk), Wojciech Fok (bosman), Marek Kleban (II mechanik), Romuald Mineyko (I mechanik);
załoga niezawodowa: Henryk Bartoszuk, Dariusz Bogucki, Wojciech Burkot, Stanisław Choiński, Wojciech Chudzyński (od 1981-02-07), Tomasz Gasiński, Ryszard Gutkowski (od 1981-02-07), Ryszard Halba (od 1981-02-07), Jerzy Kaszubowski (od 1981-02-07), Janusz Kawęczyński, Zbigniew Kleban, Jan Kłossowski, Jerzy Komorowski (od 1981-02-07), Włodzimierz Ławacz (do 1981-02-04), Andrzej Makacewicz, Stefan Misiaszek (do 1981-02-04), Eugeniusz Moczydłowski (od 1981-02-07), Ryszard Mokrzycki, Wojciech Przybyszewski, Kazimierz Robak, Wojciech Sławiński, Zbigniew Studziński, Jan Styczyński (od 1981-02-07), Zdzisław Szczepaniak, Jerzy Szyłak-Szydłowski (od 1981-02-07).

_02_1980-81_Robak_K_Pogoria_mapa_4_sm2©_03_1981-02_Robak_K_Pogoria_mapa_2b_sm2©

1980
7 grudnia               – wyjście z Gdyni

12/13 grudnia        – Kanał Kiloński
23-24 grudnia        – reda Falmouth

1981
2 stycznia              – Las Palmas (Wyspy Kanaryjskie), tankowanie wody i paliwa

1 lutego                  – Cieśnina Le Maire’a między Ziemią Ognistą a Wyspą Stanów
4-7 lutego               – Wyspa Króla Jerzego: Zatoka Admiralicji i Stacja im. Arctowskiego
12-13 lutego           – postój w Stanley (Falklandy)
25-27 lutego           – Rio de Janeiro, tankowanie wody i paliwa
8-9 kwietnia           – reda Falmouth
10 kwietnia            – reda Lymington w cieśninie Solent
13 kwietnia            – 00:15: zderzenie z m/s Gen. Popławski na torze wodnym do Hamburga
13-14 kwietnia       – Cuxhaven, zabezpieczenie uszkodzeń przed dalszą żeglugą
14/15 kwietnia       – Kanał Kiloński
17 kwietnia            – Gdańsk; 132. dzień rejsu; 20 820 Mm.[11]

 

1981

1 lipca

Posiedzenie Izby Morskiej w sprawie kolizji Pogorii z dziesięciotysięcznikiem Polskich Linii Oceanicznych m/s Gen. Stanisław Popławski:

Kolizja nastąpiła na torze wodnym ujścia Łaby, prowadzącym obok Brunsbüttel i zachodnich śluz Kanału Kilońskiego do portu w Hamburgu, tam gdzie mielizna Mittelgrund rozdziela szlak wodny na jednokierunkowe pasy, 1000 m na NW od pławy nr 15.

_04_1981-04-13_01_Mittelrinne_1j©[12]

Na torach wodnych obowiązuje ruch prawostronny.

M/s Gen. Stanisław Popławski, płynący w kierunku zachodnim, ze względu na duże zanurzenie uzyskał jednorazową zgodę na płynięcie (swoją) lewą stroną toru wodnego, a więc „pod prąd”. Żegluga odbywała się w gęstej mgle, jednak służby nawigacyjne Gen. Popławskiego nie nadawały sygnałów mgłowych.

Kapitanowi Pogorii zarzucono: zastosowanie do nawigacji mapy o niewłaściwej skali; złe odczytanie ech radarowych; niewłaściwy manewr.

Kapitanowi Gen. Popławskiego zarzucono zaniechanie nadawania sygnałów mgłowych oraz ich nieznajomość.

Orzeczenie Izby Morskiej zostaje zakwestionowane przez obie strony.

Posiedzenie Odwoławczej Izby Morskiej wyznaczono na 8 lutego 1982.

 

5-28 września

Krzysztof Baranowski płynie – jako filmowiec – na Darze Pomorza na trasie Gdynia – Kotka – Gdynia, w ostatnim rejsie tego żaglowca[13].

Zaokrętowałem jako operator kamery, bo na żadną funkcję marynarską nie miałem prawa jako żeglarz amator bez zawodowych kompetencji. […] Kapitan Tadeusz Olechnowicz darzył mnie życzliwością, więc mogłem poruszać się po pokładzie swobodnie (w szczególności na rejach) i nie był to zresztą nasz pierwszy wspólny rejs.
Korzystałem z tej swobody do woli wynajdując niezwykłe ujęcia, które później, w filmie „Zmiana wachty”, mogłem wykorzystać.[14]

 

1982

8 lutego

Orzeczenie Odwoławczej Izby Morskiej w sprawie kolizji Pogorii m/s Gen. Popławski:

Bezpośrednia przyczyna wypadku leży tak po stronie s.y. «Pogoria» jak i m.s. «Generał Stanisław Popławski» z orzeczeniem, że s.y. «Pogoria» stworzył bezpośrednie zagrożenia, m.s. «Generał Stanisław Popławski» przyczynił się do tego wypadku.

Winą obciążony został w 80% s.y. «Pogoria», w szczególności j. kpt. ż.w. Krzysztof Baranowski, […] w 20% m.s. «Generał Stanisław Popławski», a w szczególności kpt. ż.w. Zbigniew Rabczuk.

Współwina znajdującego się na pokładzie Popławskiego pilota morskiego Ernsta Höhsa – ze względu na brak możliwości jego przesłuchania bezpośrednio na rozprawie — nie została orzeczona.

Stwierdzono ponadto, że zachowanie się m.s. «Generał Stanisław Popławski» po wypadku budzi o tyle zastrzeżenia, że zbyt późno nawiązał łączność z s.y. «Pogoria», podczas gdy zachowanie się tego ostatniego po wypadku nie budzi zastrzeżeń.

Wyrokiem Izby kpt. Krzysztof Baranowski został pozbawiony prawa wykonywania funkcji kapitana statku na statkach sportowych o długości powyżej 21 m na okres dwóch lat, kpt. Zbigniew Rabczuk za zaniedbanie nadawania sygnału mgłowego został ukarany „wytknięciem”. [15]

 

Krzysztof Baranowski:

Moje wnioski, po 26 latach od wypadku, są takie:

1. Przy właściwej mapie wypadek też by się zdarzył. Na mapie o większej skali uwidocz­nio­ne były tzw. linie radarowe, istotne dla prowadzenia statków z lądu, ale w owym cza­sie nie wiedziałem, że mają one dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Do dziś nie korzystam z prowadzenia z lądu, ale wiem, że mam taką możliwość.

2. Błąd radarowy był ewidentny, ale wynikał on stąd, że radar w pewnym namiarze nie pokazywał echa, czego się domyślałem wcześniej, a co potwierdzono w trakcie remontu. Izba orzekła, że niedomaganie radaru to wynik kolizji i wstrząsu jakiego doznały urzą­dze­nia, a ja już wo­la­łem być sądzony za błąd radarowy niż za niedopatrzenie, że ze złym radarem w ogóle pływam.

3. Koledzy, z którymi byłem na mostku w tę feralną noc, pokusili się o analizę tego wy­pad­ku. Mój zastępca, dr inż. Dariusz Bogucki, tak ujął wynik swoich rozważań: „Twój skręt w lewo uratował nam życie, choć straciliśmy dziób jachtu. Skręt w prawo spo­wo­do­wał­by również kolizję, ale burtami. Zdarcie cienkiej stali z lewej burty spo­wo­do­wa­łoby natych­mias­towe zatopienie jachtu, podobnie jak to się wydarzyło na Titanicu, który ocalałby taranując górę lodową dziobem.”[16]

 

_05_1981-04-13_02_Manewr_2e© [17]

 

 1982

8 czerwca – 1 lipca

Pogoria, dowodzona przez kpt. Andrzeja Marczaka, bierze udział w zlocie żeglarskim Tydzień Kilonii (Kieler Woche). Czarteruje ją przedsiębiorca niemiecki, dla którego wozi gości w jednodniowych wycieczkach po Zatoce Kilońskiej i do Ærøskøbing na duńskiej wyspie Ærø.
Kontrakt, podpisany rok wcześ­niej, groził takimi karami za niedotrzymanie umowy, że mimo stanu wojennego[18] Pogoria i jej załoga (Krzysztof Baranowski jest zastępcą kapitana) otrzymują od władz spor­to­wych PRL zgodę na wyjazd za granicę.

 


[1] STS Pogoria – stalowa barkentyna trzymasztowa. Konstruktor: Zygmunt Choreń. Budowa (jako B-79/01): Stocznia Gdańska. Wodowanie kadłuba: 1980-01-23; podniesienie bandery: 1980-06-01.
Dł.: 46,8 m (153.5 ft); szer.: 8,00 m (26.2 ft); zanurz.: 3,7 m (12.1 ft); wysokość masztów od linii wodnej: 33,5 m (110 ft); wyporność: 342 BRT; pow. ożagl.: 945 m kw (10 172 sq ft). Silnik: oryginalnie – Wola Warszawa diesel, 310 KM (230 kW); obecnie – Volvo Diesel 360 KM (268 kW); śruba: dwułopatowa, nastawna; prędkość na silniku: do 8 węzłów. Zbiorniki wody: 40 t, zbiorniki paliwa: 20 t.

[2] Inż. Zygmunt Choreń, ur. w 1941, ukończył Politechnikę Gdańską i Leningradzki Instytut Budowy Okrętów. Jest żeglarzem i ka­pi­tanem jachtowym, jako członek załogi s/y Otago brał udział w pierwszych wokółziemskich regatach Whitbread (1973-74).
Jest współczesnym rekordzistą jeśli chodzi o liczbę zaprojektowanych i zbudowanych żaglowców – po prototypowej Pogorii (1980), na bazie jej kadłuba powstały: ORP Iskra II (1982, dla Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej w Gdyni), Kaliakra (1984, dla bułgarskiej Wyższej Szkoły Morskiej w Warnie) i Oceania (1985, żaglowiec badawczy Polskiej Akademii Nauk ze zdalnie sterowanym ożaglowaniem płatowym).
W roku 1982 inż. Choreń i jego zespół zrealizowali zamówienie Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni: pełnorejowy trójmasztowiec Dar Młodzieży (108 m długości) zbudowany w Stoczni Gdańskiej. Bazując na kadłubie Daru, zespół inż. Chorenia zbudował w la­tach 1987-1991 serię pięciu pełnorejowców dla ZSRR; obecnie Mir (1987), Nadieżda (1991) i Pałłada (1989) pływają pod banderą Rosji, a Drużba (1987) i Chersones (1989) – Ukrainy.
Od 1992 pracuje we własnym biurze konstrukcyjnym „Choreń Design&Consulting” w Gdańsku.
Wiele zaprojektowanych lub przebudowanych przez Zygmunta Chorenia żaglowców powstało na zamówienie armatorów zagra­nicz­nych; wśród nich są: Alexander von Humboldt (przebudowa: 1988, bandera: Niemcy), Kaisei (zwodowany: 1990, Japonia), Estelle (1995, Finlandia), Royal Clipper (2000, Luksemburg) oraz Mephisto (2002, Luksemburg).
W 1990 roku na deskach kreślarskich biura projektowego Zygmunta Chorenia, na zamówienie założonej przez Krzysztofa Baranowskiego Fundacji Międzynarodowa Szkoła Pod Żaglami, powstał bryg Fryderyk Chopin, w tym samym roku zwodowany.

[3] był to Dar Młodzieży (108 m długości) zbudowany w 1982.

[4] Falba, Tomasz, Czesław Romanowski. „Byłem pieszczochem PRL-u: rozmowa z Zygmuntem Choreniem.” Nasze Morze, 2011, nr 4 (64), Gdańsk; s. 25.

[5] Robak, Kazimierz. „Pogorią” na koniec świata. Gdańsk, Wyd. Morskie, 1983, s. 161-163.

[6] Jasser, Adam. Czterdziestolecie Bractwa Żelaznej Szekli. Jastarnia, VII.1973 – VII.2013. Warszawa : Fundacja STS Fryderyk Chopin, 2013; s. 21.

[7] Dane bibliograficzne dysertacji znajdują się w dyspozycji autora niniejszego opracowania.

[8] Email do autora niniejszego opracowania z dn. 2014-05-17.

[9] Janusz Zbierajewski, kapitan który wielokrotnie prowadził Pogorię, z właściwym sobie humorem opisał to następująco:
Stajnia na „Pogorii” – W 1980 roku władza odczuwała silne zapotrzebowanie na dopieprzenie komuś z ówczesnego establishmentu. Idealnym kandydatem był ówczesny prezes Radiokomitetu, Maciej Szczepański. „Solidarność” na Woronicza machnęła gazetkę ścienną, na której wywieszono tekst, że ten wredny prezes, za pieniądze Radiokomitetu (czytaj – nasze) zbudował sobie luksusowy jacht z marmurami, basenem i stajnią dla konia. Następnego dnia te pierdoły przedrukowała „Trybuna Ludu”. Nawiasem mówiąc, był to chyba jedyny przypadek, kiedy „Trybuna” pisała to samo, co „Solidarność”, he, he, he.
No i naród uwierzył. W całości! Tyle, że jedni powoływali się na autorytet „Solidarności” a inni na autorytet „Trybuny”. A ja, naiwny, zmieniając załogi z Bractwa Żelaznej Szekli, usiłowałem co tydzień przekonać na Skwerze Kościuszki tłum paru tysięcy turystów, że tu nijakiej stajni nie było i nie ma. Naród wiedział swoje. Przecież „Solidarność” (albo „Trybuna”) wie lepiej niż jakiś tam kapitan „Pogorii”. A kiedy w Kołobrzegu, na uroczystości 20-lecia „Zawiszy” [1981; banderę na Z.C. II podniesiono 15 lipca 1961  przyp. KR], namówiłem fotografa wczasowego, żeby wprowadził na pokład „Pogorii” kucyka, a ja – przebrany za kapitana – udzieliłem wywiadu Telewizji Gdańskiej (karmiłem konika kostkami cukru klęcząc, bo kucyk był „sitting dog size”), tzw. szeroka publiczność z tym większym przekonaniem twierdziła, że na „Pogorii” jest koń, bo przecież telewizja go pokazywała. Zygmunt Choreń, który też bezskutecznie walczył ze stajnią, chciał mi podobno zrobić kęsim za ten głupi dowcip.
I mojżeszowskie 40 lat nic tu nie pomoże. Kolejne pokolenia będą sobie przekazywać sensacyjną wiadomość, że kiedyś na „Pogorii” była stajnia. I koń!
Książka pisana od stuleci przez Zbieraja <http://wojtekzientara.pl/zbieraj.html>

[10] Baranowski, Krzysztof. Samotny żeglarz. Warszawa : Wyd. IPS, 1995; s. 81-82.

[11] Robak, ibidem, s. 148-149.

[12] Z arch. K. Baranowskiego.

[13] Po powrocie do Gdyni Dar Pomorza przekształcony zostanie w statek-muzeum. W roku 1982 jego rolę – żaglowca szkolnego Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni – przejmie Dar Młodzieży.

[14] <http://krzysztofbaranowski.pl/rejsy.html>

[15] Orzeczenie Odwoławczej Izby Morskiej z dnia 8 lutego 1982, nr: OIM 17/81.

[16] Baranowski, Krzysztof. „Kolizja”. Jachting, nr 5 (26), maj, 2007; str. 35-37.

[17] Z arch. K. Baranowskiego.

[18] ogłoszony 13 grudnia 1981.


 

01_POGORIA_Schemat_ozaglowania_sm4Pogoria ma ożaglowanie barkentyny: reje na maszcie pierwszym (fokmaszt), żagiel gaflowy na maszcie środkowym (grotmaszt)
i – oryginalnie – na maszcie trzecim (bezanmaszt); obecnie bezanmaszt ma ożaglowanie bermudzkie

 

02_Kartka_SY_Pogoria_©1981: Pogoria pod żaglami
Fot. Janusz Uklejewski / pocztówka wydana w 1983 przez Spółdzielnię Pracy Dziennikarzy Omnipress-Sport

 

 

 

 

03_1979-07-25_Pogoria©04_1979-10-10_POGORIA_stepka©05_1979-12_POGORIA_kadlub©06_1980-01-23_POGORIA_po_wodowaniu©Zdjęcia z budowy Pogorii ze strony Fundacja Szkoła Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego.

 

07_1980-12-07_Pogoria_fot_Malgorzata_Swierz_sm©1980-12-07: Pogoria w Gdyni przed rejsem antarktycznym
Fot. Małgorzata Świerz

 

08_1980-12-24_fot_Wojciech_Przybyszewski_sm2©1980-12-24: wigilia w rejsie antarktycznym Pogorii
Kapitan rozpoczyna od odczytania kilku akapitów z angielskiej locji Atlantyku „Ocean Passages

z lewej: Romuald Mineyko
Fot. Wojciech Przybyszewski

 

09_1980-12-24_fot_Kazimierz_Robak_sm©1980-12-24: wigilia w rejsie antarktycznym Pogorii
Kapitan łamie się opłatkiem z załogą
(od lewej: Wojciech Przybyszewski, Zbigniew Studziński, Krzysztof Baranowski, Stanisław Choiński)

Fot. Kazimierz Robak

 

10_1981-02-03_fot_Kazimierz_Robak_Icebergi_2_sm2©1981-02-03: Pogoria w Cieśninie Bransfielda
Fot. Kazimierz Robak

 

11_1981-02-06_fot_Zbigniew_Studzinski_u22a_sm2©1981-02-06: Pogoria w Zatoce Admiralicji u wybrzeży Wyspy Króla Jerzego
Fot. Zbigniew Studziński

 

 

12_1981-03_78_1_sm2_fot_Ryszard_Halba©1981, marzec: rejs antarktyczny Pogorii — Krzysztof Baranowski
Fot. Ryszard Halba

 

 

13_1981-04-17_KB_fot_Jerzy_Krug©_sm1981-04-17: rejs antarktyczny Pogorii — Krzysztof Baranowski
Fot. Jerzy Krug

 

14_1981-09-28_Gdynia_DP_007_sm1_fot_Kazimierz_Robak©1981-09-28, Gdynia: Dar Pomorza wrócił właśnie ze swego ostatniego rejsu do Kotki.
Krzysztof Baranowski z kamerą widoczny między podwięziami wantowymi.
fot. Kazimierz Robak

 

1987_POGORIA_Poczta_Polska

Znaczek Poczty Polskiej (1987): Pogoria przedstawiona jest z błędem: pas na kadłubie powinien być niebieski;
pas ciemnoczerwony (ale nie ceglasty!) nosi na kadłubie jej jednostka bliźniacza, ORP Iskra.

 

 

16_STS_POGORIA_Schemat_ozaglowania_2014_ZR3_sm2

Kazimierz Robak
Tampa, FL; 12 sierpnia 2014
Żeglujmy Razem

KTO JEST KIM: Krzysztof Baranowski – strona główna

Calendar

« January 2019 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

ZIMA

– Śnieg pada zimą. Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm…

– Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. Ale nawet do najlepszej odpowiedzi zawsze da się coś dodać. Nie odejmować, a dodać.

 

Od kiedy pamiętam, słowo „zima” wywołuje u mnie zawsze jedno skojarzenie: widzę wtedy obraz Myśliwi na śniegu (1565) Pietera Bruegela Starszego.

Nie wiem, dlaczego. Ani nie jest to mój ulubiony obraz, ani nie chadzam na polowania, zima też  nie była (do przeprowadzki na Florydę) moją ulubioną porą roku – ale fakt jest faktem, niezależnie od tego, jak bardzo bym się sam sobie dziwił.

Zdziwienie jest tym większe, że pamięć podsuwa detal, a nie jest nim ani biała płaszczyzna śniegu na pierwszym planie, ani skulone trzy sylwetki (z których jedną ledwo widać) łowców wracających z jednym marnym lisem i zmęczonymi, kulącymi ogony pod siebie psami, ani ludzie przy ogniu, ani łyżwiarze na sadzawce, ani nawet wpółoberwany szyld gospody. Detalem tym jest lecąca sroka, czarnym krzyżem nakładająca się na górski krajobraz.

Że to sroka  – choć na drzewach siedzą wrony i być może kawki – wnioskuję po ogonie. I po innym obrazie Bruegela Starszego – Pejzaż z szubienicą, mającego też tytuł Sroka na szubienicy (1568). Sroki są tam nawet trzy: ta tytułowa siedzi na belce rusztowania, druga – na kamieniu obok, a trzecia leci. Sroki lubią towarzystwo. Bruegel lubił sroki. Ja też je lubię.

„Schematyzm” – powiedział kolega po przeczytaniu tego fragmentu. – „Stereotypy. Jest zima, to musi być Bruegel. Czterysta pięćdziesiąt lat, więc co chcesz? Odwiecznych praw natury nikt nie zmieni.”

*  *   *

Zima – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego. Charakteryzuje się najniższymi temperaturami powietrza w skali roku, umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego, zazwyczaj zestaloną (zamarzniętą) formą opadu i osadu atmosferycznego, a większość świata roślin i zwierząt przechodzi okres uśpienia.

Mam wcześnie wstawać? - Ależ skąd!
Na samą myśl się zżyma
Gdy wzgórza w bieli śniegu śpią
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Za zimę klimatyczną przyjmuje się okres roku (następujący po jesieni), w którym średnie dobowe temperatury powietrza spadają poniżej 0°C (32°F).
Zimę poprzedza jesień (zasadniczo…), jednak pomiędzy tymi okresami znajduje się klimatyczny etap przejściowy – przedzimie.

Zima astronomiczna na półkuli północnej, która rozpoczyna się w momencie przesilenia zimowego Słońca (w 2018 – 21 grudnia) i trwa do momentu równonocy wiosennej (od 2012 do końca pierwszego ćwierćwiecza – 20 marca).
Daty przesilenia i równonocy są zmienne, czasem wypadają dzień wcześniej lub dzień później, a w roku przestępnym mogą być dodatkowo cofnięte o jeden dzień.

Podczas zimy astronomicznej dzienna pora dnia jest krótsza od pory nocnej, jednak z każdą kolejną dobą dnia przybywa, a nocy ubywa.

W dniu przesilenia zimowego, przypadającym na grudzień, Słońce góruje w zenicie nad półkulą południową na szerokości zwrotnika Koziorożca. Na półkuli północnej jest to najdłuższa noc (i najkrótszy dzień) w roku.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia zimowego w centrum Warszawy – na 52°14’ szerokości geograficznej północnej – wynosi 14°20’.

 

Przesilenie zimowe w większości kultur było okazją do świętowania „odradzania się Słońca”.

W starożytnym Rzymie obchodzono Saturnalia, w Persji – narodziny Mitry, boga Słońca.
Plemiona germańskie na przełomie grudnia i stycznia obchodziły Jul, Słowianie – Święto Godowe.

Chrześcijaństwo, od IV w., obchodzi zimą – 25 grudnia – dzień urodzin Jezusa. Dlaczego akurat 25 grudnia – różnie powiadają o tym, ale zamieszanie z datami zaczęło się dopiero po zastąpieniu niedokładnego (wobec Słońca i Księżyca) kalendarza juliańskiego nowocześniejszym kalendarzem gregoriańskim.

Na Zachodzie, gdzie kalendarz gregoriański przyjął się niemal od razu, pozostano przy nominale daty, nie patrząc jak się to miało do wyliczeń dawniejszych – zatem Boże Narodzenie wypada tam 25 grudnia.
Na Wschodzie w liturgii obowiązuje starodawny kalendarz juliański, choć życie świeckie toczy się według obowiązującego kalendarza gregoriańskiego.
Stąd juliański 25 grudnia przypada na gregoriański dzień 7 stycznia.

Dwa tygodnie wielkiej różnicy nie czynią, świętować można przecież podwójnie – zwłaszcza, że obie daty zimowe są – ale spróbujcie to powiedzieć ortodoksom, fanatycznym zwłaszcza. A ponieważ w odpowiedziach na pytanie „Jaka religia jest najlepsza?” panuje zadziwiająca jednomyślność – „Moja!” – więc sporów w tej materii było…
No cóż, Boże Narodzenie jest podobno świętem pojednania i pokoju, więc nie ma co wdawać się tu w szczegóły.

 

Równonoc. W wiosennym dniu ekwinokcjum, wypadającym w marcu, Słońce góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana. Na półkuli północnej zima się wtedy kończy i rozpoczyna się wiosna. Teoretycznie.

Istnieje bowiem nordycka przepowiednia o tym, że pewnego razu przyjdzie Wielka Zima trwająca trzy lata – Fimbulvinter, która poprzedzi zmierzch bogów – Ragnarök. Że przy okazji zginą ludzie, jest oczywiste, a Normanowie podali to dodatkowo we własnej stylistyce: głód nastanie tak straszny, że ludzie zjedzą się nawzajem, lądy najpierw spustoszy ogień, a później zaleje morze – czyli nastąpi koniec świata. Czyli, wypisz wymaluj, Wikingowie stworzyli obraz termonuklearnej zimy.

Jest też co prawda akcent optymistyczny, a jakże: po tym wszystkim nastanie era szczęśliwości i nowy świat, bo ponoć jedna para ludzka ocaleje. Pozostaje tylko pytanie: i po co to wszystko?

Jeśli ktoś się chce utrzymać w klimacie i to bez happy endu, niech przeczyta powieść Nevila Shute’a Ostatni brzeg (1957), albo obejrzy jedną z dwóch jej adaptacji filmowych. Moim zdaniem ta starsza (1959), z Gregorym Peckiem, Avą Gardner i Anthonym Perkinsem, jest lepsza.

 

* * *

 

Zima to słowo wywodzące się niemal wprost z naszej językowej przeszłości. Etymologicznie jego najbliższym krewniakiem jest słowo himā (हिमा) ‘mróz, chłód, śnieg’ (Himalaje, himālaya / हिमालय, to ‘dom chłodu / mrozu / śniegu’), które zachowało się w sanskrycie, najstarszym zapisanym (z należących do wspólnoty praindoeuropejskiej) języku, w wersji wedyjskiej sięgającym połowy drugiego tysiąclecia p.n.e. W hindi himā to również ‘lód’. Pewnie dlatego…

 

… w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
„zima” to:

białoruskiзіма [zima]
bośniackizima
bułgarskiзима [zima]
chorwackizima
czeskizima
kaszubskizëma
litewskižiema
łatgalskizima
łużycki (dolny)zyma (też: zymje)
łużycki (górny)zyma
łotewskiziema
macedońskiзіма [zima]
rosyjskiзима [zima]
serbskiзима [zima]
słowackizima
słoweńskizima
ukraińskiзима [zima]
żmudzkižėima

Zadziwiająca jednomyślność!

 

Była też postać związana z zimą, o której u nas ostatnio cicho się zrobiło, ale chyba tylko dlatego, że przez wiele lat było o niej za głośno:
Mróz – brat boga wiatrów Pogwizda, prawa ręka okrutnego Strzyboga, który jako smok każdego ranka z Jutrobohem i Juternicą walczy.

Był to Demon Śniegu, który w postaci starca jeździł saniami zaprzężonymi w białe konie i zwiastował czas Zimy. Przy okazji zamieniał w słup lodu napotkanych wędrowców i porywał małe dzieci wałęsające się samotnie, które pakował do wielkiego wora.
W święto Godów ofiarowano Groźnemu Starcowi Północy kaszę lub/i kisiel, a matki mogły wykupić porwane dzieci dając mu prezenty. Później prezenty zostawiano na wszelki wypadek.

Jeszcze później – ponieważ Mróz i Strzybog byli bóstwami wschodniej Słowiań­sz­czyz­ny – okazało się, że wszystko to było prawdą, ale:
– nie starzec a dziadek,
– nie porywał a doglądał,
– nie brał a dawał.

I tak narodził się Dziadek Mróz. W carskiej Rosji pisarz Ostrowski dodał mu za towarzyszkę zimowych wędrówek rozkoszną dziewczynkę Śnieżynkę (ros. Снегурочка, Snieguroczka), muzycznie opowiadali o nim Czajkowski i Rimskij-Korsakow, a Dieduszka Moroz rozdawał świąteczne prezenty dzieciom, których rodzice cieszyli się, że ich pociechami opiekuje się krzepki starzec, a nie jakiś tam wraży rachityczny staruszek Mikołaj czy Santa Claus wożony przez pijane renifery.

Kiedy przyszli bolszewicy Dziadek Mróz z początku nieco przystopował, ale później wypłynął na fali ateizacji: trudno było o lepszego kandydata na personifikację świąt i choinki, już nie bożonarodzeniowej a noworocznej.
Najlepiej wytłumaczył to w roku 1952 czeski bolszewik Antonín Zápotocký, premier komu­nis­tycz­nej Czechosłowacji, w świątecznym orędziu skierowanym do dzieci:

Jezusek wyrósł i się postarzał, wyrosła mu broda i stał się Dziadkiem Mrozem. Nie jest już nagi i obdarty, jest ładnie ubrany w baranicę i kożuch. Dziadek Mróz przyjeżdża do nas ze wschodu, a w drodze świecą mu różne gwiazdy, nie tylko betlejemska: cała seria czerwonych gwiazd na naszych kopalniach, hutach, fabrykach i budynkach.

Dziadek Mróz jeszcze kilka lat temu mieszkał niedaleko wsi Kamieniuki, w białoruskiej części Puszczy Białowieskiej. Nie od parady jest jednak i czarodziejem: wyczuł zawczasu wiatry z Zachodu i to, że w tym regionie może nie być zbyt bezpiecznie. Wyniósł się więc na wschód Rosji, do Wielkiego Ustiugu w obwodzie woło­godz­kim, nad rzeką Suchoną. Tam 7 stycznia (pamiętamy: juliańskie Boże Narodzenie!) 2007 r. odwiedził go Władimir Putin i tam corocznie poczta dostarcza ponad dwa miliony listów od czekających na prezenty dzieci.

 

 

 

Przysłowia związane z zimą:

Będzie zima, będzie mróz,
będzie ptaszek jajka niósł.

Deszcze Michałowe
prawią w zimie powietrze zdrowe.

Gdy tęga zima nastanie w pierwiotku adwentu,
ośmnaście tygodni nie spocznie ani momentu.

Idzie zima, a tu butów nie ma.

Idzie zima,
a tu chleba nie ma;
mój Ty Panie z nieba,
daj nam chleba.

Jaka zima, takie lato.

Kafla z pieca, szybki z okna,
a tu zima, butów ni ma.
[t.j. zbytków mu się zachciewa, a butów nie ma]

Kiedy się liść gęsto trzyma,
nie tak prędko będzie zima.

Kiej w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto zimie próżnuje,
ten lecie musi być leniwy.

Na modrzewiu zima niedługo trzyma.
[Góralskie: śnieg, gdy spadnie zanim modrzew zrzuci igły, zniknie prędko, bo na nich nigdy nic leży długo.]

Na świętego Grzegorza [12 marca]
idzie zima do morza.

Połowa zimy, połowa pastwy.

Późna zima długo trzyma.

Słaba zima, kiepskie lato.

Spyta cię zima zarazem:
byłżeś w lecie gospodarzem?

W pierwszym tygodniu pogoda stała,
będzie długo zima biała.

W zimie koła, w lecie sanie robić.

W zimie odkryte ucho,
to w lecie sucho.

W zimie: komin nam ojcem, fajerka matką,
kożuch dobrodziej, a zapiecek chatką.

Zima następuje tęga,
póki głowy twej nie sięga;
postaraj się o barana,
a chwal niebieskiego Pana.

Zima nie jednemu zajrzy pod napiętki.
[niejednemu dokuczy, da się we znaki]

Zima nie pyta, gdzie się lato podziało.

Zima, jak w psiarni.

Zimą to człek siedzi doma,
albo pije gdzie u kuma.

Zimę uśmierza wiosna,
wiosnę lato niszczy.

 

=  = = = = = =

 

Jeszcze o zimie
(bez powodu, wybrane na chybił trafił):

 

Robert Burns

Up In The Morning Early

Cauld blaws the wind frae east to west,
The drift is driving sairly;
Sae loud and shill's I hear the blast,
I'm sure it's winter fairly.

Chorus:
Up in the morning's no for me,
Up in the morning early;
When a' the hills are cover'd wi' snaw,
I'm sure it's winter fairly.

The birds sit chittering in the thorn,
A' day they fare but sparely;
And lang's the night frae e'en to morn-
I'm sure it's winter fairly.

Chorus:
Up in the morning's no for me,
Up in the morning early;
When a' the hills are cover'd wi' snaw,
I'm sure it's winter fairly.

1788

 

Wstawanie wczesnym rankiem

I chmura przestwór szarpie, rwie
Na niebie chmury wzywa
Z poświstem z rykiem dmie i dmie
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Mam wcześnie wstawać? - Ależ skąd!
Na samą myśl się zżyma
Gdy wzgórza w bieli śniegu śpią
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Ćwierkanie ptaków w głogach brzmi
Ich loty mróz powstrzyma
Noc wchłania w siebie krótkie dni
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Mam wcześnie wstawać? - Ależ skąd!
Na samą myśl się zżyma
Gdy wzgórza w bieli śniegu śpią
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Przekład wiersza Roberta Burnsa „Up In The Morning Early”: Zofia Kierszys (1971)
Wykonanie oryginalne: „Andrzej i Eliza”, 1971.

 

 

Maria Konopnicka
Zła zima

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa…
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!

 

Maria Konopnicka
Ślizgawka

Równo, równo, jak po stole,
Na łyżewkach w dal…
Choć wyskoczy guz na czole,
Nie będzie mi żal!

Guza nabić – strach nieduży,
Nie stanie się nic;
A gdy chłopiec zawsze tchórzy,
Powiedzą, że fryc!

Jak powiedzą, tak powiedzą,
Pójdzie nazwa w świat;
Niech za piecem tchórze siedzą,
A ja jestem chwat!

 

Maria Konopnicka
Zmarźlak

A widzicie wy zmarźlaka,
Jak się to on gniewa;
W ręce chucha, pod nos dmucha,
Piosenek nie śpiewa.

— A czy nie wiesz, miły bracie,
Jaka na to rada,
Gdy mróz ściśnie, wicher świśnie,
Śnieg na ziemię pada?

Oj, nie w ręce wtedy dmuchaj,
Lecz serce zagrzewaj,
Stań do pracy, jak junacy,
I piosenkę śpiewaj!

 

Maria Konopnicka
Rzeka

Za tą głębią, za tym brodem,
Tam stanęła rzeka lodem;
Ani szumi, ani płynie,
Tylko duma w swej głębinie:

Gdzie jej wiosna,
Gdzie jej zorza?
Gdzie jej droga
Het, do morza?

Oj, ty rzeko, oj, ty sina,
Lody tobie nie nowina;
Co rok zima więzi ciebie,
Co rok wichry mkną po niebie.

Aż znów przyjdzie
Wiosna hoża
I popłyniesz
Het do morza.

Nie na zawsze słonko gaśnie,
Nie na zawsze ziemia zaśnie,
Nie na zawsze więdnie kwiecie,
Nie na zawsze mróz na świecie.

Przyjdzie wiosna,
Przyjdzie hoża,
Pójdą rzeki
Het do morza!

= = = = = = = = = = = =

 

Jeremi Przybora
Na całej połaci śnieg

Na całej połaci śnieg.
W przeróżnej postaci śnieg.
Dla sióstr i dla braci
zimowy plakacik
– śnieg, śnieg.

 

Na naszą równinę – śnieg.
Na każdą roślinę – śnieg.
Na tłoczek przed kinem,
na ładną dziewczynę – śnieg, śnieg.

Na pociąg do Jasła,
na wzmiankę że zgasła,
na napis „Brak masła”
na starte dwa hasła,
na flaszki od wódki,
na tego złe skutki,
na puste ogródki,
na dzionek za krótki.

Na w mgle sinej dale – śnieg,
na kocham cię stale – śnieg,

na żale, że wcale
i na tak dalej
tak dalej, tak dalej
na tak dalej – śnieg
śnieg

 

Tekst ten, do muzyki Jerzego Wasowskiego, śpiewali w „Kabarecie Starszych Panów” (Wieczór IV: Zbyteczne żeberko-kaloryfeeria; styczeń 1960)
Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.

Inne wykonania: Kalina Jędrusik, Anna Maria Jopek, Jeremi Przybora.

Cytat #1 na wstępie to oczywiście Ionesco.
Cytat #2: Robert Burns „Up In The Morning Early” (1788) w przekładzie Zofii Kierszys („Wstawanie wczesnym rankiem”, 1971)

 

kr

STYCZEŃ...

Kalendarza nie wypada zaczynać inaczej, jak tylko od stycznia. Zwłaszcza, że trwa już zima.

Zima.
Stary rok się skończył.
Nowy się zaczyna.

Komu się skończył, temu się skończył, Chińczykom się rok w styczniu nie kończy. Sikhom też nie. Ani żydom. Ani Jezydom, ani Persom, ani Kurdom. A już na pewno nie kończył się Rzymianom republikańskim, o czym jeszcze będzie mowa i to kilka razy.

Nie jestem w tym myśleniu odosobniony. Kilka godzin przed nowo-tego-roczną północą wymieniłem e-maile z przyjacielem. Życzyłem (szczęścia, jak zwykle), a on mi na to:

Sylwester to nie moje święto Cały kulturalny świat święci Nowy Rok wtedy, kiedy faktycznie przypada – to jest w marcu, a dziś ni pies, ni wydra: nic się na niebie nie dzieje, przesilenia nie ma, to co to za nowy rok, phi!
Jezydzi świętują z kolei w kwietniu, kiedy już widać, że nowe z ziemi rośnie, a nie psie odchody na śniegu leżą.

Na co ja:

Toż to właśnie w tym cymes cały: żadnych znaków na niebie ni na ziemi, a my sobie świętujemy metafizycznie, metaforycznie, metabolicznie i na inne „meta-” sposoby.
Cała sztuka na tym polega, że bez przesilenia! Na tym właśnie polega cały dowcip! W czasie przesilenia, które bez mała widać, każdy potrafi świętować!
Ale zawsze mówiłem: „Cezar chciał być za chytry!” I przechytrzył. A wtedy marzec mu się odemścił!

Czyli: w naszej szerokości geograficznej najpewniejsze jest tylko stwierdzenie pierwsze: trwa wciąż zima. A o Cezarze – za chwilę.

 

Styczeń – pierwszy miesiąc w roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego ma 31 dni. W kalendarzu juliańskim też ma 31 dni.

Kalendarz juliański nie jest używany w Polsce od pięciuset lat z górą, po co więc o tym pisać? Ano na przykład po to, by dać podkład pod przyszłe wyjaśnienie jednego z nielicznych niezamierzonych przez zainteresowanych ściemnień historycznych, przez które np. rocznicę wybuchu „rewolucji paździer­ni­ko­wej” obchodzono (a w Rosji obchodzi się do dziś i to coraz huczniej) w listopadzie (o czym będzie w paź­dzier­niku, oczywiście).

Trzeba więc zacząć jakoś mądrzej. Może zatem od podstawowych zasad filologii językoznawczej i porów­nawczej języków neohiszpańskich…

[…] dla których macierzystym językiem jest hiszpański, z którego rozwinęły się wszystkie języki neohiszpańskie, a więc hiszpański, łacina, włoski, nasz francuski, portu­gal­ski, sardyjski czyli sardanapalski, hiszpań­ski i neohisz­pań­ski – a także, z pewnych względów, turecki, aczkolwiek ten jest bardziej zbliżony do greckiego, co jest całkowicie zrozumiałe, zważywszy że Turcja sąsiaduje z Grecją, zaś Grecja leży bez porównania bliżej Turcji, niż pani czy ja.

Tak. Słuszna obserwacja.

Większość powyższego akapitu jest cytatem z pewnego dramatu absurdalnego (autor i tytuł są wymienione, ale nie tu, tylko dalej i drobnym drukiem). Dramat, gdy mu się dobrze przyjrzeć, wcale aż takim absurdem nie jest, ale tu świadczy tylko o tym, że nie wszystko, co będzie dalej, jest zupełnie serio i choć raczej prawdziwe – ale tylko mniej więcej, co – w podobnych przypadkach – bywa zaopatrywane przypisem: „tekst niniejszy nie wyczerpuje wiedzy o …, ani też do tego nie pretenduje. Autor przedstawił w nim opinie własne. Nie jest to więc materiał dydaktyczny i nie może służyć do… ani jako…”

Na razie jednak zawołajmy razem z panem Jourdain „Niech żyje nauka!”, bo przez kilka następnych akapitów przemawiać będzie filologia, językoznawstwo, etymologia, fizyka (która przecież poucza o przyrodzie minerałów, kamieni i roślin) i w ogóle: nauka, przez wielkie „N”.

 

Aleksander Brückner (1856-1939) – filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny, wywodzi nazwę „styczeń” od słowa „tyka”: chłopi przygotowywali wtedy tyki używane wiosną i latem np. przy uprawie chmielu.

Etymolodzy wiążą też tę nazwę z czasownikiem „stykać”, gdyż styczeń występuje na styku kolejnych lat, o czym zaświadcza kaszubski stëcznik.

W staropolszczyźnie pierwszy miesiąc nazywano też „godnik” lub „ledzień”, od słowa „lód”, tak jak zachowany do dziś w języku czeskim leden.

 

Łacińska nazwa Ianuarius – przejęta przez większość języków europejskich – pochodzi od Janusa – boga wszelkiego początku, a także opiekuna drzwi (łac. ianua), bram, przejść, mostów, patrona umów i układów. Tradycyjnie przedstawiano go jako postać męską o dwóch obliczach.

Rzymianie szczycili się tym, że Janus jest ich bogiem oryginalnym, znaczy nie został adoptowany i adaptowany z mitologii greckiej. Można z tym polemizować – bo podobnego mieli Sumerowie, których Isimud też miał dwie twarze zwrócone w przeciwstawnych kierunkach, a i Etrus­kowie mieli swojego dwutwarzowego Culsansa patrzącego w tył i w przód – ale czy warto?

W domach rzymskich Janusowi poświęcano drzwi, przy których zazwyczaj umieszczano jego posąg lub podobiznę.

Odwołał się do niego Adam Mickiewicz opisując rozmowę Tadeusza z Telimeną, którą oboje prowadzili stojąc w drzwiach dzielących dwie części izby biesiadnej:

[…] wszyscy się porwali
I tocząc się przeze drzwi na kształt bystrej fali,
Unieśli młodą parę stojącą na progu,
Podobną Janusowi, dwulicemu bogu.

Mickiewicz – w porządku: wieszcz, do tego narodowy. Ale we współczesności mogą się zacząć schody: ciekawi mnie, co poczną zwolennicy jedynego prawdziwego porządku, których denerwuje coś tak naturalnego jak tęcza, gdy dotrą do nich wieści o innych konotacjach Janusa, np. w Janus Society, albo (apage!) w Society of Janus i połączą świeżo zdobytą wiedzę z nazwą pierwszego miesiąca? Dobrze że u nas nazywa się on „styczeń”, bo January nie utrzymałby się długo. A ci, którzy tak mają na imię, obawialiby się legitymować publicznie, gdyby już zmieniono wszystko na dobre.

 

Nie da się jednak ukryć, że nazwa Ianuarius funkcjonuje w większości języków europejskich. Ciekawe jednak, jak długo?, kto pierwszy i gdzie na to wpadnie, by zakazać?

 

W starożytności wszystko było proste. A przynajmniej nam wydaje się prostsze – niesłusznie, bo jak napisał jeden ze znawców przedmiotu: gdy się wgłębić w zasady kalendarzy i miesięcy greckich – włos się na głowie jeży, ile tam systemów funkcjonowało niepojętych.

Zwyczaj zaczynania nowego roku od dnia rozpoczynającego miesiąc Ianuarius, w którym Rzymianie czcili dzień Janusa, wprowadził w reformie kalendarzowej Gajusz Juliusz Cezar w 45 r. p.n.e.

Cezar nakazał – sprawa zakończona, więc przy Januarym nie ma się co rozpisywać – więcej będzie później, bo jeszcze skomplikuje się wszystko tak, że redukcja do absurdu, iż siedem to dziewięć, okaże się naturalna, niezauważalna i przyjęta przez większość bez szemrania.

 

Styczniowe rocznice:

 

1 stycznia przypada święto Nowy Rok. Jasne, proste, wiadome. Ale nie do końca.

1 stycznia to dawne kościelne święto Obrzezania Pańskiego. Jeszcze w 1861 Słownik Wileński definiował styczeń jako

miesiąc, którego piérwszym dniem jest dzień pamiątki obrzezania Chrystusowego czyli Nowy Rok; od niego rok liczyć się poczyna.

Kościół katolicki zamienił jednak „Obrzezanie” na „Uroczystość Bożej Rodzicielki Maryi” przeniesione w 1969 z 11 października na 1 stycznia. Czemu? Zrozumienie motywacji i objaśnień jest dla mnie za trudne, więc dam sobie spokój z dywagacjami na ten temat, dodając jedynie że prawosławni i anglikanie przy Obrzezaniu pozostali.

Cezar też nie miał z tym lekko. Promując Janusa i Ianuarius pozbawił w ten sposób pierwszeństwa miesiąc poświęcony Marsowi – Martius czyli Marzec, za co rok później bóg wojny ukarał go przykładnie, ale o tym przeczytacie w stosownym miesiącu.

Polskie Radio miało (ma?) dobry zwyczaj rozpoczynania Nowego Roku od mazura z Halki – tyleż narodowo, co rocznicowo:

 

1 stycznia 1848 –w wileńskim ratuszu Halka została wystawiona w pierwszej wersji – jeszcze dwuaktowej. Dziesięć lat później…

 

1 stycznia 1858 – premiera Halki w wersji 4-aktowej (ostatecznej) miała miejsce w Teatrze Wielkim w Warszawie. Libretto – Włodzimierz Wolski. 

Przyznam uczciwie, że nie jest to moja ulubiona Moniuszkowska opera. Za to na mojej ogólno-operowej liście pod numerem pierwszym jest Straszny dwór (1865, libretto Jan Chęciński). Już widzę, jak krzywią się P.K.O. (Prawdziwi Koneserzy Sztuki Operowej). Ale tak jak Filip Merynos nie wstydził się swojej ignorancji w dziedzinie luksusu, tak ja nie widzę powodów do wstydu za moje niewyrafinowane operowe gusta.

Z dwóch powodów.

Raz – Straszny dwór dobrze się kończy, a ja tak lubię.
I tak się syćko fajnie po góralsku skońcyło, a nie tak, jako pote Grecy popisali – zakończył jedną z góralsko-greckich historii x. Tischner.
Tu bym tylko zmienił Greków na Włochów i Francuzów, bo co im przeszkadzało, żeby Violetta żyła sobie spokojnie z Alfredem (no, chyba że rozwód, ale to już byłby sequel), lub by Manon zeszła się z Des Grieuxem i żeby razem prowadzili dalej hulaszczy tryb życia, a nawet zostali celebrytami (i dobrze im tak!)? Dlatego, moim skromnym, Chęciński z Moniuszką na półce „libretto” – rządzą.

Dwa – Straszny dwór jest rewią polskich przebojów drugiej połowy XIX wieku. Ba – nie znam żadnej innej opery, w której co aria – to przebój, który nie tylko się pamięta, ale jeszcze można zanucić, zagrać i zaśpiewać. Pod tym względem niezła jest Carmen – z uwerturą, „Habanerą” czyli miłością, jak cygańskie dziecię, marszem i arią Toreadora – ale gdzie jej do Strasznego! Nie mówiąc o tym, że w finale Carmen staje się nieboszczką, bo Don José wyznaje jej miłość za pomocą sztyletu, zamiast – jak prawdziwy macho – ukatrupić Escamilla-bykobójcę i zawłasz­czyć obiekt chuci na zasadzie przejęcia dóbr („cyraneczka – nie ptak, dziewczyna – nie ludzie”; przecież to takie swojskie!); bez sensu!

Za to w Kalinowie opera się kończy wesoło, mimo że dalsze życie potoczy się wiadomo jak, i – niczym w musicalu – do wtóru kolejnych hitów epoki: pieśni chóralnej „Vivat semper wolny stan” o ślubach młodzieńczych, arii Cześnikowej o dbającej stryjence, arii lasek uziemionych przy obowiązkowym dzierganiu, dumki Jadwigi o słodyczach posiadania narzeczonego, dialogów sylwestrowych przy laniu wosku i odstawianiu Damazego do kąta, arii Miecznika o dziewkach, opowieści Skołuby o dziku, psach i sobie samym, arii tegoż z tabaką, arii Stefana z kurantem, arii Hanny o córach, arii Miecznika o zacnym dziadu, wreszcie – mazura. A wszystko przeplatane recytatywami, powtórzeniami, lejtmotywami. Mało kto to już wszystko zna – ale kiedyś Moniuszko okupował top-listy bez miłosierdzia!

Ba, nawet nie tak dawno temu, bodajże w styczniu 1983, pod koniec stanu wojennego (odwołano go 22 lipca 1983), publiczność Teatru Narodowego przyklepywała z uciechy, gdy ze sceny (obsada była powalająca) śpiewano moniuszkowskie hity ze Śpiewnika domowego, również zakończone ognistym mazurem Hej, ha! Jest źle! Będzie jeszcze gorzej! Co prawda za długo tego dyrektorowi Hanuszkiewiczowi grać nie dali, ale takie to były czasy – władza nie lubiła, gdy się naród cieszył, bo cieszyć się mógł tylko z jednego: z myśli, że tę władzę niedługo szlag trafi. Dziś naród ten sam, a jaka władza – każdy widzi (swoje).

Ale skoro o Strasznym dworze się zgadało...

... widziałem wersję wystawioną w warszawskim Teatrze Wielkim, którą w 2015 roku wyreżyserował David Pountney, plastycznie oprawił Leslie Travers, a kostiumy do niej zaprojektowała Marie-Jean Lecca. Akcja przeniesiona została w Międzywojnie, więc bez kontuszy oczywiście (czamara Miecznika się nie liczy), za to najpierw w mundurach żołnierskich, a później...

W tym przypadku skończyło się na klimatach trochę buffa, trochę rokoka, trochę „przedwiośniowej” Nawłoci (gdzie przecież też był stary Maciejunio), ze szczyptą moderny i dekadencji XX-lecia. W dworku szlacheckim braci dominującym elementem była przekątna ze schodów, jakby żywcem wzięta z dady, kubizmu czy suprematyzmu nawet – co w praktyce budowlanej usiłował połączyć Bauhaus, zaś sam dworek był makietą w skali 1:10 symbolizując umowność wszystkiego.

Realizatorzy postmodernistycznie wymieszali to wszystko w jednym tyglu, a w sumie „pary narodowej” mocno upuścili.

Czy akurat tak powinno być i czy tak jest najwłaściwiej?
Nie wiem, ale coś z tym schizofrenicznym realizmem Moniuszkowsko-Chęcińskim trzeba było zrobić, bo przecież szlachetczyzna pięknie wygląda tylko w stereotypach. Hasło „jeden tylko jeden cud, z szlach­tą polską polski lud” mogło się urodzić jedynie w głowie kogoś, kto – niezależnie od geniuszu ar­tys­tycz­nego – nie miał zielonego pojęcia o dawno już zaszłych wokół przemianach społecznych i eko­no­micz­nych, czyli: kompletnie był oderwany od rzeczywistości.
Lub w głowie librecisty, piszącego coś, co miało chwycić za serce, podkręcić emocje i zaróżowić okula­ry – tu i teraz, czyli w wieku XIX pod zaborami. Dziś zaś, ukryć się nie da, starsi-śmy nieco.

Prawda – gdy zaprzyjaźniony filozof-etnograf robił w 2003 roku badania na Białorusi, pisał mi:

nie spotkałem ani jednego chłopa, a rozmawiałem ze starcami, który by nie wspominał dobrze „polskich panów” i nie szło o jakiś sentyment za dzieciństwem: opowiadali szczegółowo o zżyciu się, pomocy wzajemnej etc.

Ale dotyczyło to jednak innej rzeczywistości niż feudalny świat moniuszkowskiej opery, nie mówiąc o tym, że po półwieczu sowieckiego raju wszystkie inne wspomnienia jawią się jak marzenie i bajka złota.

Gdy więc dziś o tym wszystkim pomyśleć – a o Rzplitej szlacheckiej chyba wiemy (a przynajmniej wie­dzieć powinniśmy) dużo więcej i patrzymy na nią chyba inaczej niż za czasów Moniuszki i Sienkie­wicza – to poważne traktowanie Strasznego dworu jako manifestu polskości i tęsknoty za niepodległą Pierwszą Najjaś­niej­szą zakrawa na co najmniej lekką schizofrenię.

Rozwiązanie angielskich twórców spektaklu, którzy z definicji patrzą na wszystko z perspektywy – czasowej geograficznej i historycznej – można zatem przyjąć za pierwszy krok w stronę uzdrowienia, nie zapominając, że maraton zaczyna się od jednego metra.

Jeśli by jednak takie ujęcia czyimś klasycznym i tradycyjnym poglądom zupełnie nie odpowiadały, to przecież zostawała jeszcze muzyka świetna (ach, cóż za melodysta niezrównany z tego Moniuszki!), bo ta nie tylko uszła cało, ale i podana została w obfitości, gdyż było jej na ponad 2,5 go­dzi­ny (dwa razy po 20 minut na przerwy odliczyłem).

Stwierdzenia „podobało mi się”, „nie podobało mi się” uważam za nieadekwatne. Ja po prostu bardzo się cieszę, że to widziałem.

 

To jeszcze – na pierwszego stycznia – nie koniec, bo dzień ten w rocznice obfity jest.

 

1 stycznia 1788 – londyński dziennik The Daily Universal Register zaczął wychodzić jako The Times. Co znaczy, że akcja dowcipu z refrenem „matka robi na drutach, synek bawi się żołnierzykami, córka odrabia lekcje, ojciec czyta Timesa” mogła się wydarzyć dopiero po tej dacie.

 

„1 styczeń” – Fejsbuk gigantyczne kary powinien zapłacić za przestępstwa językowe, bo czymże innym jest łamanie ustawy o ochronie języka polskiego i utrwalanie tego w umysłach milionów. Fejsbukowym programistom nie chciało się bowiem dostosować do wymogów polszczyzny i u nich jest „1 [pierwszy] styczeń”, „8 [ósmy] październik”, „6 [szósty] grudzień” (o innych błędach nie wspominając).  A przecież polszczyzna po coś wyewoluowała przypadki zależne. „Pierwszy styczeń” może być na przykład w moim życiu („to pierwszy styczeń, który jest tak mroźny”), jeśli jednak mówimy o dacie, jest to „pierwszy stycznia”. Można sobie dodawać „w domyśle: dzień”, ale takie dodawanie jest tylko dla tych, którzy nie umieją czytać po cichu.

 

1 stycznia 1818 – narodził się Victor Frankenstein i jego potwór: tego dnia opublikowano powieść Mary Shelley Frankenstein, czyli nowy Prometeusz [Frankenstein; or, The Modern Prometheus].

There are more things in heaven and earth, Horatio, / Than are dreamt of in your philosophy („więcej jest rzeczy w niebie i ziemi, Horacjo, niż się śni w twojej filozofii”; przekład mój) – historia Frankensteina ma motto zupełnie inne, lecz fraza, którą Hamlet zbeształ przyjaciela, pasuje do niej i do całej romantyczności nawet lepiej niż do Dziadów wileńsko-kowieńskich.

Zanim Hollywood spłaszczył tę historię po swojemu, powieść Mary Shelley była drugim po Fauście wielkim krzykiem romantyków, że nauka to nie wszystko i że może wyprodukować potwora, którego nie będzie umiała opanować. Gdy pomyśleć o bombie atomowej i Fejsbuku, to romantyczni aż tak bardzo się nie pomylili.

Polscy badacze genezy powieści doszli do wniosku, że Ms. Shelley mogła się – nomen omen – dogrzebać do afery grabarzy z miasteczka Frankenstein, które dziś nosi nazwę Ząbkowice Śląskie.

Grabarze, oskarżeni w roku 1606, przyznali się do wszystkiego.

Czego?

Czy to nie wszystko jedno? Przecież przy ówczesnych metodach przesłuchania można było uzyskać wykrywalność stuprocentową.
W tym przypadku była to: profanacja zwłok, nekrofilia, nekrofagia, czary, rabunek i wywołanie czarnego moru – dżumy.

Oskarżonych spalono (żywcem oczywiście). Temu, co się przyznał do nekrofilii, przed śmiercią wyrwano rozpalonymi cęgami przyrodzenie, a wszystkim – kciuki, obcięto też kilka dłoni. Słowem: Iustitia wystąpiła w szerokim repertuarze.

Opisuje to augsburski dziennik Newe Zeyttung z 1606, później (1609) Bartholomeus Voigt w broszurce, której tytuł zaczyna się (a jakże!): Historia prawdziwa…, kronika miasta Annales Frankostenenses z 1655 (w Polsce zaczyna się wówczas potop szwedzki). Współcześnie pisze o tym badaczka Dolnego Śląska Joanna Lamparska w National Geographic – Polska i Jerzy Organiściak na stronie www.frankenstein.pl/.

Ząbkowice Śląskie, zgodnie z najnowszym trendem, promują się jako miasto rodzinne Frankensteina: w piwnicach Izby Pamiątek Regionalnych jest Laboratorium Frankensteina, w maju odbywa się Weekend z Frankensteinem i parada potworów. Co kto lubi.

Pomysł napisania powieści „o czymś straszliwym” podrzucił Mary Shelley w swej willi nad Jeziorem Genewskim George Gordon Byron, zaraz po uwiedzeniu i zaciążeniu jej przyrodniej siostry.

Największy romantyk angielski, poeta i uwodziciel, był też człowiekiem czynu. Chromając od urodzenia na prawą stopę, świetnie pływał; 3 maja 1810 przepłynął z Europy do Azji przez Hellespont, „jako ów Leander dla Hery” (choć w przeciwnym kierunku, bo Leander mieszkał po stronie azjatyckiej, a Hero na Chersonezie Trackim, półwyspie dziś zwanym po turecku Gallipoli). Na cześć wyczynu Byrona co roku w Turcji organizowany jest maraton pływacki z Eceabat do Çanakkale (po grecku: Dardanellia, stąd współczesna nazwa cieśniny).

 

A skoro o romantykach i Byronie:

 

1 stycznia 1822 – zrzucenie jarzma osmańskiego i niepodległość proklamowała (po półrocznych walkach) Grecja. Deklarować było łatwo, ale trzeba było jeszcze te walki zakończyć. W sprawę helleńskiej wolności zaangażował się właśnie Byron: w 1823 przyjechał do Grecji: przywiózł pożyczkę udzieloną przez rząd brytyjski, ale na oddziały powstańczego wojska łożył też z własnej szkatuły. Po kilku miesiącach zachorował. Byrona najpierw wycieńczyła sepsa po puszczaniu krwi, później dopadła malaria – poeta-powstaniec zmarł 19 kwietnia 1824.

Opłakiwała go Grecja, gdzie Byron jeszcze za życia uważany była za bohatera

narodowego. To Grecji dotyczył fragment wstępu jego powieści poetyckiej Giaur (The Giaour, 1813):

For Freedom’s battle once begun,
Bequeath’d by bleeding Sire to Son,
Though baffled oft is ever won.

W tłumaczeniu (1835) Adama Mickiewicza zabrzmiało to następująco:

Walka o wolność, gdy się raz zaczyna,
Z ojca krwią spada dziedzictwem na syna,
Sto razy wrogów zachwiana potęgą,
Skończy zwycięstwem
[...]

i w Polsce, po niedawnej klęsce powstania listopadowego, zostało odczytane wiadomo jak.

Śmierć Byrona odbiła się szerokim echem na świecie i, paradoksalnie, przysporzyła sprawie greckiej popularności i zwolenników. Nie ma się jednak co oszukiwać – w podobnych grach karty zawsze rozdaje ktoś inny. W tym przypadku to Brytania potrzebowała niepodległej i podporządkowanej sobie Grecji, dla umocnienia dominacji we wschodniej części Morza  Śródziemnego.

Pierwsza próba powołania Królestwa Grecji, 30 lutego 1830, spełzła na niczym (kandydat na króla odmówił). Ostatecznie, 27 maja 1832, królem greckim został bawarski książę Otton I Wittelsbach.

 

1 stycznia 1860 – pojawił się pierwszy znaczek pocztowy, patriotycznie nazwany „polskim”, ale tak naprawdę wypuszczony do obiegu przez pocztę Cesarstwa Rosyjskiego w Królestwie Polskim (pierwszy znaczek w ogóle, Penny Black, wydano w Wielkiej Brytanii w 1840). W środku był carski dwugłowy orzeł, a pod spodem polski napis oznajmiał: za łót kop. 10.
Łut w Rosji, od 2 poł. XVIII do początku XX wieku miał 1⁄32 funta czyli 12,7972 g.
Kolejne znaczki miały nominały: za 2 łóty kop. 20 i za 3 łóty kop. 30.
Czy 10 kopiejek to było dużo czy mało? Chyba dużo, bo w sklepie Wokulskiego, w 1878, kalosze kosztowały 2 ruble 50 kopiejek, a miesięczne czesne za mansardę wynosiło wówczas dwanaście rubli kopiejek pięćdziesiąt.

 

I jeszcze dwa wydarzenia (prawie) współczesne.

 

1 stycznia 1959 – ucieka z Kuby Fulgencio Batista, dyktator będący marionetką w rękach amerykańskiej mafii i karteli.
Kuba była kolonią hiszpańską. W 1898 roku „wyzwolili” ją Amerykanie, którzy panowanie hiszpańskie zastąpili własnym – rzecz jasna przez podstawione rządy marionetkowe. Batista, rządzący wyspą w latach 1933-1944 i 1952-1959, doprowadził – poprzez korupcję i terror – większą część ludności do ruiny i skrajnego ubóstwa.
Reżim Batisty „był jedną z najbardziej krwawych i represyjnych dyktatur w całej historii Ameryki Łacińskiej” – powiedział 6 października 1960 senator John F. Kennedy, którego trudno posądzać o sympatię wobec Fidela Castro.
Batista uciekając zabiera ze sobą ok. 300 milionów dolarów osobistego majątku. Jego wspólnicy (a było ich w samolocie 180-ciu) czynią podobnie – razem podobno mieli na pokładzie 700 milionów dolarów w gotówce i dziełach sztuki. Samolot poleciał do Santo Domingo zwanego wówczas Ciudad Trujillo.
Dyktator Dominikany, Rafael Trujillo przetrzymał Batistę do sierpnia i – jak to między nami dyktatorami bywa – nie wypuścił, póki nie dostał czterech milionów.
Batista zapłacił, odfrunął do Portugalii i przejadał szczęśliwie swoją fortunkę przez całe życie aż do śmierci, czyli jeszcze przez 14 lat.
Trujillo został zastrzelony w maju 1961. Samo życie.

Na Kubie rządy objął Fidel Castro.
„Nie zgadzam się z komunizmem. Jesteśmy demokracją. Jesteśmy tylko przeciw wszelkim dyktaturom. Właśnie dlatego sprzeciwiamy się komunizmowi” – mówił Castro 25 kwietnia 1959 podczas swojej pierwszej wizyty zagranicznej w Nowym Jorku.
W Waszyngtonie miał mniej do gadania. Prezydent Eisenhower zamiast rozmowy z Fidelem wolał obejrzeć mecz, bejsbolowy bodajże, a premiera Kuby przyjął wiceprezydent Nixon, który wówczas mógł tyle co nic. Do tego Fidel i Tricky Dicky podobno zapałali do siebie awersją od pierwszego wejrzenia.

Legendą oczywiście jest, że po powrocie, na hawańskim lotnisku czekał na Fidela z otwartymi ramionami ambasador sowiecki, ale – metaforycznie rzecz ujmując – tak właśnie było, bo rezultaty daleko od legendy nie odbiegły.
W maju 1959 rząd Kuby ogłosi reformę rolną, w lipcu stworzy Komitety Obrony Rewolucji (CDR – Comités de Defensa de la Revolución), w lutym 1960 podpisze pierwszą umowę handlową z ZSRR i dopiero po zerwaniu przez USA stosunków dyplomatycznych i kompromitującej akcji CIA w Zatoce Świń (17-19 kwietnia 1961), Castro ogłosi (1 maja 1961) Kubę państwem socjalistycznym, a siebie (2 grudnia 1961) – marksistą-leninistą. A tak mało brakowało…

Jednak, jak zauważył mój kolega, westchnienie to wzniosłem wyłącznie dlatego, że nie znam się na bejsbolu.

 

1 stycznia 1959 – Zarząd Główny Polskiego Związku Żeglarskiego tworzy Centralny Ośrodek Żeglarstwa im. Andrzeja Benesza w Trzebieży nad Zalewem Szczecińskim. Rola Ośrodka w rozwoju polskiego żeglarstwa – bezcenna.

 

Na sam koniec pierwszostyczniowych rocznic, wbrew chronologii lat, data ważna nie dla wydarzenia ani nawet dla osoby głównego bohatera, a dla zaskakujących meandrów, jakimi błądzi pamięć ludzka.

 

1 stycznia 898 (trzycyfrowy rok nie jest pomyłką!) – Karol III Prostak (syn Ludwika II Jąkały, praprawnuk Karola Wielkiego) zostaje królem Francji.
Paradoksem w notce jest to, że Karol III pod żadnym względem prostakiem nie był. Wręcz przeciwnie: był wykształcony i przede wszystkim prawy, uczciwy i szczery, czyli z tych, „co mają tak za tak – nie za nie”, jak mówił poeta. Osobę taką po łacinie określano simplex – prostolinijny. Co później języki francuski i angielski przerobiły na simple, a nasz – jak widać.
No cóż, czasy tak bardzo się nie zmieniają – czyż inaczej nazwano by dziś polityka, który by był (gdyby był) prawy, uczciwy i szczery?

 

2 stycznia 1919 – polscy żandarmi mordują czterech (z pięciu) eskortowanych pod strażą do granicy członków misji Rosyjskiego Czerwonego Krzyża, wcześniej oskarżonych o działalność wywrotową i sądownie wydalonych z Polski. Zbrodnia nigdy nie została wyjaśniona do końca, a jej sprawcy nie zostali ukarani. Fatalnie za to przysłużyła się sprawie polskiej i być może o to właśnie chodziło.
W związku z tą informacją przejrzałem trochę materiałów z lat ostatnich – nic nowego nie doszło. Zawa­dzi­łem też o Internet, jak zawsze pouczający: głos dają tam osobnicy, którzy tę hańbę uspra­wied­li­wia­ją, próbują rozgrzeszyć i – jak sądzę z tenoru wypowiedzi – mają się w dodatku za uczciwych ludzi. Ciekawe, bardzo ciekawe…

 

3 stycznia 1925 – Benito Mussolini rozwiązał włoski parlament i ogłosił się dyktatorem.
Włochy stają się trzecim w XX wieku państwem totalitarnym w Europie.
Wszyscy wiedzą, ale przypomnę:
●  pierwszym była opanowana w 1917 przez bolszewików Rosja, zamieniona w 1922 na ZSRR (monstrum upadło w grudniu 1991),
●  drugim – istniejąca 138 dni, oparta na modelu sowieckim Węgierska Republika Rad, którą 21 marca 1919 założył Béla Kun (upadła 6 sierpnia 1919; liczba ofiar czerwonego i białego terroru idzie w setki tysięcy).
●  Czwartym były Niemcy (patrz: 30 stycznia 1933).
Włosi i Niemcy w totalitaryzmie dotrwali na szczęście tylko do 1945.

 

5 stycznia 1769 – zaraz będziemy mogli popłynąć parostatkiem i jeździć koleją: James Watt opatentował maszynę parową.

 

6 stycznia w kościele katolickim obchodzona jest uroczystość Objawienia Pańskiego, w Polsce nazywana potocznie – od zupełnie innego wydarzenia – świętem Trzech Króli. Ciekawostką jest to, że trzech królów prawdopodobnie nie było. Mateusz, jedyny ewangelista, których o nich wspomina (Mt. 2, 1-12), używa nazwy „magoi” – czyli magowie, czyli zoroastryjscy kapłani –  i nie wymienia ich liczby. Może jest to refleksja proroctwa z Księgi Psalmów:

Królowie Tarszisz i wysp / przyniosą dary, / królowie Szeby i Saby / złożą daninę. / I oddadzą mu pokłon wszyscy królowie (Ps. 72, 10-11)?

Kolęda „Mędrcy świata, monarchowie” popełnia błąd, bo "mędrcy" to „sophoi”, ale w niej nie o dosłowność chodzi, a o liczbę sylab do rytmu wiersza.

Cerkiew prawosławna świętuje Objawienie Pańskie jako Epifanię 19 stycznia wg kalendarza gregoriańskiego, co odpowiada dacie 6 stycznia w kalendarzu juliańskim obowiązującym w liturgii katolickiej.

 

6 stycznia jest dniem zakończenia okresu Godów (rozpoczętym w dniu Bożego Narodzenia) i początkiem karnawału.

 

7 stycznia 1953 – prezydent Harry Truman oficjalnie ogłosił, że Stany Zjednoczone mają bombę termojądrową.

Pierwsza eksplozja amerykańskiej bomby H nastąpiła 1 listopada 1952 na atolu Enewetak, w Archipelagu Mariańskim – wybuch był 700 razy silniejszy od tego, który spopielił Hiroszimę.
Dziewięć miesięcy i dwanaście dni (czyli 285 dni) później, 12 sierpnia 1953, zachodnie sejsmografy wykryły eksplozję bomby wodorowej w ZSRR.

Wniosek z tego taki, że do lepszych wyników zawsze dochodzi się przez praktykę. Bo wyszpiegowanie amerykańskich danych potrzebnych do budowy pierwszej bomby atomowej zajęło sowieckiemu wywiadowi niepomiernie więcej czasu: od pierwszej eksplozji amerykańskiej (16 lipca 1945) do pierwszej eksplozji w ZSRR (29 sierpnia 1949) upłynęło dni 1506 (4 lata, 1 miesiąc i 14 dni).

„Car-bomba” – najpotężniejsza zdetonowana (31 października 1961) bomba H wszechczasów – to już zupełnie inna historia.

 

8 stycznia 1918 – prezydent Woodrow Wilson ogłasza swoje „Czternaście punktów” (łącznie 672 słowa), według których chciałby uporządkować świat po pierwszej wojnie światowej.

Pozostali alianci w mniej lub bardziej delikatny sposób wszystkie punkty Wilsona wyśmiali. Niestety: odejście od nich podczas konferencji pokojowej w Paryżu w 1919 było jedną z przyczyn decydujących o wybuchu drugiej części konfliktu – drugiej wojny światowej.

Wilson był jednym z tych – nielicznych wielkich – prezydentów Ameryki, którzy mieli wizję przyszłości. Jego była na tyle dalekosiężna, że niektóre z postulatów zaczęły wchodzić w życie dopiero niedawno. Jednocześnie Wilson – sztywny prezbiterianin z Południa – mimo, że jako jedyny z amerykańskich prezydentów miał stopień doktorski (nauki polityczne na Johns Hopkins University), był fatalnym akwizytorem. Podejrzewam, że gdyby zamiast prezydentury musiał chodzić po domach i sprzedawać, powiedzmy, odkurzacze, nie zarobiłby nawet na słoną wodę. Kongresu nie zdołał przekonać do Ligi Narodów i konieczności zaangażowania się w sprawy polityki światowej. Amerykanów nie zdołał przekonać, że there’s no business like war business, mimo że to właśnie Stany Zjednoczone okazały się realnym zwycięzcą I w.ś., dzięki czemu prosperita gospodarcza w szalonych latach dwudziestych doszła do zenitu (by 24 października 1929 zamienić go na nadir).

Świat podziękował Wilsonowi pokojową nagrodą Nobla, ale on sam niepowodzenia na forum krajowym przypłacił zawałem serca i przedwczes­nym zejściem.

Polacy chowają go we wdzięcznej pamięci – i słusznie: punkt trzynasty w całości mówił o konieczności odbudowy państwa polskiego z dostępem do morza. Tylko czemu akurat trzynasty?!

 

9 stycznia 1839 – możemy już chodzić do fotografa! Na połączonym posiedzeniu francuskich akademii, Nauk i Sztuk Pięknych, ogłoszono, że Louis Daguerre wynalazł dagerotyp. Sam Daguerre, choć obecny, nie mówił nic z powodu bólu gardła. Gdyby mógł, to by pewnie dodał, że pierwsze dagerotypy robił już cztery lata wcześniej.
I tak narodziła się fotografia.

 

16 stycznia 1605 – wydana zostaje pierwsza część jednej z najważniejszych powieści Cywilizacji Zachodu – El ingenioso hidalgo don Quijote de la Mancha Miguela de Cervantesa. Część druga ukazała się drukiem w 1615.

Pierwszy przekład polski autorstwa Franciszka Aleksandra Podoskiego – Historya, czyli dzieie i przygody przedziwnego Don Quiszotta z Manszy, z hiszpanskiego na francuzkie a teraz na polskie przełożone – wyszedł w MDCCLXXXVI.

Polski przekład najnowszy, Wojciecha Charchalisa, opublikował Rebis w 2014: Przemyślny szlachcic don Kichot z Manczy. Tłumaczenie, które świetnie się czyta, zrywa z szablonem i dostosowuje tekst Cervantesa do polskiej rzeczywistości językowej. Dulcynea jest Cudenią, Rosynant – Cha­bet­tonem, a olbrzym Caraculiambro de Malindrania – Duppenlitzem von Fettor z Wredeocji. Ale – uwaga! – w 2014 ukazała się jedynie część pierwsza, o czym wydawca na okładce poin­for­mo­wać nie raczył. Część druga wydana została w roku 2016.

 

16 stycznia 1919 – Nebraska jako 36 (z 48) stan zgadza się uznać 18. Poprawkę do Konstytucji USA. Tym samym osiągnięta zostaje wymagana większość ¾ głosów stanowych i poprawka wejdzie w życie rok później, zakazując produkcji, handlu i sprzedaży alkoholu (choć nie samego picia).
Zanim 5 grudnia 1933 Poprawkę 18. w całości zniesie Poprawka 21., naród rozpije się podczas prohibicji, że aż hej!

 

17 stycznia 395 (trzycyfrowy rok znów nie jest pomyłką!): właśnie podzieliło się ostatecznie Imperium Rzymskie (które dziesięć lat wcześniej uznało chrześcijaństwo za religię państwową) na część wschodnią zwaną później Bizancjum i część zachodnią zwaną Cesarstwem Zachodniorzymskim.
Jest to jedno z tych wydarzeń, które uruchamiają efekt motyla na skalę globalną. Rezultaty zaobserwować można dziś porównując obie części Cywilizacji Zachodu. Jak słusznie zauważył Władimir Putin, po raz kolejny pouczając swego amerykańskiego kolegę: „wy macie swoją demokrację, a my swoją.”
Myśli mądrych ludzi wiecznie żywe.

 

18 stycznia 1654 – Bohdan Chmielnicki podpisuje w Perejasławiu ugodę oddającą Ukrainę pod władzę Rosji. W imieniu cara Aleksego I dokument podpisał Wasyl Buturlin. Co naprawdę podpisał Chmielnicki – nie wiadomo, bo oryginał przezornie się zgubił. Rzeczpospolita próbowała interweniować zbrojnie, ale jej – i tak niemrawe – działania przerwał potop szwedzki (1655).
Modyfikację aktu perejasławskiego przyniósł rozejm między Rzplitą a Rosją, podpisany 13 lat później w Andruszowie (30 stycznia 1667): Rosja dostała Ukrainę Zadnieprzańską czyli województwo czernihowskie i połowę województwa kijowskiego z Kijowem, a dodatkowo województwo smoleńskie. Osłodą dla Rzeczypospolitej miały być Inflanty.
Przez 105 lat był spokój (względny), potem przyszły rozbiory. O obecnych różnicach między Ukrainą Wschodnią a Ukrainą Zachodnią nie tu mówić, kto wie – ten wie.
Nie ma to jednak jak zagubione dokumenty (i martwi bohaterowie). Władze sowieckie ukochały ugodę perejasławską do tego stopnia, że w jej 300-lecie Chruszczow przekazał Krym Sowieckiej Republice Ukrainy. A ZSRR, w odróżnieniu od tysiącletniej Rzeszy, miał trwać wiecznie. Obiecanki-cacanki, a dziś kto dał, to odbiera.

 

21 stycznia 1919 – uprawnienia żołnierzy Wojska Polskiego nadał weteranom powstania styczniowego rozkazem specjalnym Józef Piłsudski, Naczelnik Państwa. Dnia tego (56. rocznica) doczekało 3644 byłych powstańców. Rocznicę 70. (1933) obchodziło ich już tylko 258-miu. Jakoś tak się dzieje, że wszystkie (poza dwoma) powstania polskie zwyciężają pół wieku – lub później – po ich faktycznej klęsce.

 

22 stycznia 1863 – Tymczasowy Rząd Narodowy wydaje manifest o rozpoczęciu powstania narodowego przeciwko Imperium Rosyjskiemu.
Powstanie styczniowe było serią partyzanckich bitew i potyczek (stoczono ich ok. 1200). Czyli rozgrywane było dokładnie według recepty Sędziego z roku 1811 (nic żeśmy nie zmądrzeli):

Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie
Ja z synowcem na czele, i – jakoś to będzie!

Powstanie trwało do grudnia 1864 – ostatnim walczącym oddziałem dowodził Stanisław Brzóska, ksiądz w stopniu generała.

„Jakoś to będzie”?
Tym razem nie było nawet jakoś. Straty i represje przeszły wszelkie oczekiwania.

▪ Rosyjska armia interwencyjna mordowała chorych i rannych.

▪ Na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej palone były wsie i dwory, na które padło podejrzenie o sprzyjanie powstańcom.

▪ Na Litwie szalał Murawiow „Wieszatiel”, z którego rozkazów wymordowano ¼ stanu szlacheckiego (w 1898 władze carskie wystawiły mu w Wilnie pomnik).

▪ W Królestwie nie było lepiej: kilka tysięcy stracono, kilkadziesiąt tysięcy zesłano na Syberię.

▪ Kilkudziesięciu tysiącom udało się wyemigrować.

▪ Liczba skonfiskowanych majątków szła w tysiące.

▪ Te, które pozostały w polskich rękach, rujnowane były kontrybucjami.

▪ Zaborcy pozamykali polskie szkoły, wprowadzili intensywną rusyfikację i zakaz używania języka polskiego w instytucjach państwowych.

▪ Królestwo Polskie utraciło resztki (i tak śladowej) autonomii i zdegradowane zostało do Priwislinskogo Kraja.

Po stronie „zysk” podręczniki odnotowują:

▪ uwłaszczenie chłopów (zadziwiające, bo przecież dokonał tego ukaz cara, gdyż władzom powstania jakoś uwłaszczenia nie udało się przeprowadzić)

▪ i „trwały ślad w polskiej literaturze i sztuce”, czego dowodem jest Nad Niemnem Orzeszkowej, Lalka Prusa, kilka tytułów Żeromskiego, kilka wierszy Norwida i Konopnickiej, Noce i dnie Dąbrowskiej oraz obrazy Grottgera, Gierymskiego, Chełmońskiego, Kossaka (Juliusza), Malczewskiego i jeden obraz (nawet ze wspomaganiem nie mogę sobie przypomnieć więcej) Matejki

▪ i oczywiście mit narodowy, silny niezwykle, wzmagający świadomość, że za wolność bić się należy, nawet jeśli przeciwnik silniejszy, przechowany w pamięci zbiorowej czyli – jak by powiedział poeta – w sercach polskich. O tym, jak to się ma do najprostszego rachunku bilansującego zyski i straty, mit już nie mówi, bo mity rachunkami się nie zajmują.

 

Chyba najbliższy prawdy był Żeromski, który sprawę styczniową porównał do Nike z Samotraki: bez głowy, bez ramion – tylko skrzydła i na nich pęd na oślep.
Tyle, że Nike stoi w Luwrze, a powstańcy?

Zachodnia Europa, uznała powstanie za wewnętrzną sprawę Rosji, ale współczuła Polakom. Współczuł także Juliusz Verne, francuski autor bestsellerów podróżniczo-fantastycznych: w rękopisie jego powieści Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi kapitan Nemo był Polakiem, powstańcem styczniowym zesłanym na Syberię, który po ucieczce… itd.

Detal ten jednak nigdy nie ujrzał światła dziennego. Wydawca nie chciał zadrażniać stosunków francusko-rosyjskich, a Verne pękł i zgodził się na zmianę (kto by się naprawdę jakąś tam Polską przejmował; w 1939 też nikomu na Zachodzie nie chciało się umierać za Gdańsk).

Ale powieść jest super ciekawa – jeśli nie czytaliście, przeczytajcie. Kapitan Nemo jest w niej księciem Dakkar, synem radży Bundelkhand, jednym z dowódców powstania sipajów (1857-59), który nienawidzi Anglików. Za to wśród portretów „wielkich postaci historycznych, których życie było jednym pasmem poświęceń dla ludzkości”, wiszących w kabinie kapitańskiej Nautilusa, jest portret Kościuszki, padającego z okrzykiem „Finis Poloniae!”. I tyle w kwestii polskiej wystarczyło.

 

25 stycznia Noc Roberta Burnsa. W rocznicę urodzin swego narodowego poety Szkoci piją pod jego pomnikiem whisky, wznosząc toasty na cześć Dam, Panów i szkockiej potrawy haggis (jeden z wierszy Burnsa – oryginał i tłumaczenie – znajdziecie w „Zimie”).

Że też u nas nikt nie wpadł na ten pomysł! A Filareci śpiewali przecież „Pijmy zdrowie Mickiewicza, on nam słodkich chwil użycza!”

Bigos i flaszki schłodzonego „Pana Tadeusza 40%” 24-go… no dobrze: w wigilię urodzin – 23 grudnia pod pomnikami wieszcza na bruku Krakowskiego Przedmieścia i krakowskiego Rynku (uwaga: w Poznaniu Mickiewicz ma nawet dwa pomniki!)– oto uroczystość na miarę epoki! Kto zjadł i wypił, nawet czytać nie musi!

 

29 stycznia 1616 Eendracht (Eendragh), którym dowodził Willem Corneliszoon Schouten, przepłynął – jako pierwszy żaglowiec europejski – obok skalistej wysepki leżącej u południowego krańca Ameryki Południowej. Schouten, uznając wyspę za część kontynentu, nazwał ją Kaap Hoorn, na cześć swego rodzinnego miasta i niedawno utraconego statku o tej samej nazwie.

Wyprawa szukała innej drogi do Wysp Korzennych niż wokół Przylądka Dobrej Nadziei i przez Cieśninę Magellana, na które monopol miała Holenderska Kompania Wschodnioindyjska.

Odkryć nowy szlak żeglarzom się udało, ale nic poza tym: droga wokół Hornu też została zawłaszczona przez Kompanię.

Na pociechę kapitan Schouten i jego wspólnik Jacob Le Maire zostali pierwszymi kaphornowcami, bo Magellan (1520), Jofre de Loaísa (1526) i Drake (1578) płynęli przez cieśniny patagońskie.

Zdając sobie sprawę z wagi swego dokonania, Schouten wydał drukiem w Amsterdamie Dziennik, albo opisanie cudownej podróży… (1618); niemal natychmiast zostało to przetłumaczone na angielski, francuski, niemiecki i łacinę.

A później?

O wyprawie wokół globu
Też fałszywe są pogłoski,
Pierwszy żaden tam Magellan,
Tylko Baranowski.

Ferdynand Magellan (1520), García Jofre de Loaísa (1526) i Francis Drake (1578) płynęli przez cieśniny patagońskie.

Świat anglosaski, choć zasadniczo uznaje wersję o przejściu Drake’a na Pacyfik cieśninami patagońskimi, jednak lubi powtarzać, że Golden Hind Drake’a został z Pacyfiku „wydmuchany” (wrzesień 1578) daleko na południe i dopiero po ścichnięciu sztormu mógł wrócić na Pacyfik. Właśnie dlatego cieśnina między Ameryką Południową i an­tar­ktycznym półwyspem Palmera nosi dziś imię najbardziej zajadłego z „mors­kich psów”.

Trzecią wersję ma nautologia hiszpańska. Według niej pierwszym (styczeń 1526) europejskim kapitanem pod Hornem był Francisco de Hoces. Jego statek – San Lesmes – był jednym z siedmiu żaglowców wchodzących w skład ekspedycji, płynącej (1525-1526) śladami Magellana, którą dowodził wspomniany wyżej García Jofre de Loaísa. Przed wejściem w cieśniny patagońskie San Lesmes został wyniesiony sztormem na południe, prawdopodobnie do szerokości 57°S, gdyż w sprawozdaniu użyte zostało stwierdzenie, że „ląd się już skończył”. Niemniej jednak de Hoces, zamiast płynąć na zachód, zawrócił na północ, dołączył do reszty flotylli (mającej już tylko cztery jednostki) i na Pacyfik przeszedł Cieśniną Magellana. Na pamiąt­kę tego wydarzenia w nomenklaturze hiszpańskojęzycznej akwen, który Anglosasi nazywają „Cieśnina Drake’a”, nazywa się „mar de Hoces” – Morze Hocesa.

 

30 stycznia 1649 – w Londynie ścięty został Karol I Stuart, skazany przez Parlament (a raczej to, co z niego zostawił Oliver Cromwell) za to, że był „tyranem, zdrajcą i wrogiem ludu”. Anglia na 11 lat została republiką i dyktaturą (dyktatorom często się zdaje, że to jedno i to samo).

Karola II koronowano w 1660, ale początek jego panowania antydatowano na 1649. I pomyśleć, że to o Polsce Radziwiłł mniej więcej wtedy mówił „Ej, galimatias w tej waszej Rzeczypospolitej, galimatias…” Fakt, u nas był większy. Do tego chyba wciąż trwa.

 

Kolejne dwie daty nie mogą być (bo nie są) przypadkiem:

 

30 stycznia 1933 – Hitler (po wyborach wygranych przez jego partię NSDAP w roku poprzednim) zostaje kanclerzem Niemiec.

 

30 stycznia 1937 – Hitler ogłasza zerwanie przez Niemcy zobowiązań nałożonych Traktatem Wersalskim. Praktycznie zaczyna się druga wojna światowa, chociaż jeszcze nie strzelają.

15 marca 1939 podczas zajmowania Czech też (prawie) nikt nie strzelał.

A 1 września 1939 będą strzelać, ale tylko w Polsce.

 

30 stycznia 1969 – po raz ostatni występują razem The Beatles. Część koncertu na dachu Apple Records została zarejestrowana przez kamery i można to obejrzeć w filmie dokumentalnym Let It Be (reż. Michael Lindsay-Hogg).

W roku 1970 John, Paul, George i Ringo dostali Oscara za najlepszą muzykę filmową z piosenkami.

 

 

Znaki Zodiaku przypadające na styczeń to:

Koziorożec (♑) – (od 22 grudnia) do 19 stycznia

i Wodnik (♒) – od 20 stycznia.

Przyjęło się, żeby horoskopy układać optymistyczne, bo przecież każdemu miło przeczytać o sobie, jaki to jest piękny i zdolny, że za chwile będzie jeszcze piękniejszy a na pewno bogaty. Czytelnicza masa tego właśnie oczekuje, a ponieważ płaci – więc wymaga. Ale spróbujmy tylko zdjąć różowe okulary, a zobaczymy, co bez nich ujrzymy. I to już takie bardzo optymistyczne nie jest. Jasne – taki horoskop można nazwać „czarnym piarem” czy zwykłym hejterstwem, ale czasem warto obejrzeć i drugą stronę medalu.

Nie mam nic przeciwko Koziorożcom, wręcz przeciwnie, dlatego zaczynać od nich nie chcę – zresztą zaczynają rządzić w grudniu i tam ich miejsce.

O Wodniku i jego epoce pięknie śpiewała w filmie Hair Renn Woods, której głos wart jest wszystkich znaków Zodiaku. Ale gdy spojrzeć właśnie od tej drugiej strony, to nagle okazuje się, że Wodnik nie daje swym dzieciom dobrych notowań:

Wodniki mają szalony pociąg do gastronomii czwartej kategorii i na ogół nie oddają pożyczonych pieniędzy. Mężczyźni spod tego znaku, wcześniej czy później, okazują się ekshi­bi­cjo­nis­tami, a kobiety nimfo­man­kami. W zakła­dzie peni­ten­cjar­nym czują się nieźle.

Powiedzmy to szczerze: jasne, że zawsze mogłoby być gorzej, ale z Wodnikami dobrze nie jest.

Najjaśniejszym, najbardziej optymistycznym i najweselszym zodiakalnym znakiem są Bliźnięta, lecz one rodzą się tylko przez jeden miesiąc w roku. I choć lepsze to niż nic, jednak proporcja jest słaba. Całe szczęście, że maj już bliżej niż dalej.

 

Kamień styczniowy to…

granat, symbolizujący stałość, na przykład w przyjaźni. Poza tym ma dawać siłę ducha i zabezpieczać przed złem i Złym. Podobno nosili go podróżnicy i odkrywcy wierząc, iż świeci w nocy i nawet Noe rozświetlał ciemności granatem (ładnie to brzmi…), by znaleźć właściwy kurs dla arki – ale od razu widać, że historyjkę wymyślili jubilerzy a nie żeglarze, bo przecież Noe nie miał pojęcia dokąd płynąć i w trudnych nawigacyjnie chwilach używał ptaków, a nie klejnotów.

Nazwa kamienia pochodzi od łacińskiego granatum – oznaczającego roślinę zwaną granatowcem lub granatem i jej owoc: kryształy granatu tworzą ziarniste skupienia, podobne do wnętrza owocu. Kolory tych kryształów mogą być różne – od czarnego, przez głęboką czerwień, do opalizującej zieleni – potrafią się też zmieniać w zależności od oświetlenia. Do tej pory nie znaleziono granatu niebieskiego i gemmo­lo­dzy twierdzą, że taki nie występuje. Jest więc tu dobry motyw do życzeń i porównań, które czyniąc należy pamiętać, że poeta – to ten, kto pierwszy porównał kobietę do kwiatu. Drugi w tej konkurencji był już tylko grafomanem.

Jako kamień ozdobny granat używany jest od epoki brązu – czasów, gdy krystalizowały się cywilizacje Mezopotamii i Egiptu.

Osadzony w oprawie ze złota granat, razem z szafirem i berylem, był w drugim rzędzie klejnotów zdobiących napierśnik, który – na rozkaz Mojżesza, instruowanego przez Pana – wykonali dla Aarona Izraelici na pustyni.

W Polsce występuje w Sudetach, ale tam jest tyle minerałów, że chyba łatwiej napisać, co w Sudetach nie występuje.

 

Kwiat styczniowy to…

przebiśnieg (Galanthus nivalis L.) – symbol czystości i panieńskiej cnoty. Nazwę w klasyfikacji Linneusza zawdzięcza połączeniu greckich słów gala (γάλα) ‘mleko’ i anthos (άνθος) ‘kwiat’ z łacińskim nix, nivium ‘śnieg’ i nivalis ‘śnieżny’.

W X pieśni Odysei, gdy Odyseusz rusza do pałacu Kirke, by wyzwolić swych towarzyszy z rzuconego przez nią zaklęcia, spotyka Hermesa, który mówi:

Dam ci czar, z którym możesz iść do niej bezpiecznie,
Gdyż moc jego od ciebie oddali cios wszelki.
[…]
Choć w jadło wmiesza trutkę, choć wino zaprawi
Przemienić cię nie zdoła, to ziółko cię zbawi
Od zdradzieckich jej czarów. […]

Tak rzekł Hermes i ziółka pokazał mi one
Z ziemi wyrwane, dawną mocą obdarzone:
Korzonki miało czarne, kwiat białości mleka,
Moly zwie się u bogów. Dotąd nie ma człeka,
Który by je wykopał. Wszystko w mocy bożéj!

Tu się zaczyna problem: moly (μῶλυ) – co to za ziółko? W tłumaczeniu angielskim moly to… moly, podobnie jest w wersji hiszpańskiej i niemieckiej.

Linneusz opowiedział się po stronie rośliny używanej w lecznictwie czyli czarach, która rośnie w krajach śródziemnomorskich, nawet po afrykańskiej stronie i nazwał ją Allium moly, po polsku: czosnek złocisty południowy. Jedynym problemem jest to, że owo Allium ma kwiaty żółte, a nie białe. Zasadniczo…, bo białawe się zdarzają.

Ma swoich popleczników Peganum harmala, poganek rutowaty, za którym przemawia też polski Dziennik Ustaw (poz. 520 nr 63, 2009), zaliczając go („rośliny żywe lub susz, nasiona, wyciągi oraz ekstrakty” – nieźle!) do roślin odurzających. Ten ma jednak kwiaty białe z zielonymi paskami, co raczej porównania z mlekiem nie nasuwa.

Jest też stronnictwo daltonistów, które popiera Atriplex halimus – łobodę solniskową o kwiatach zielonych (jak mleko?)

Półsenni żeglarze-lotofagowie Tennysona słodko spoczywają na łożach z szarłatów i moly właśnie:

But, propped on beds of amaranth and moly,
How sweet – while warm airs lull us, blowing lowly –
With half-dropped eyelids still,
Beneath a heaven dark and holy
[VII, 133-135]

Szarłat (bez „k”!), po łacinie Amaranthus, ma kwiaty purpurowe lub czerwone, więc zestawienie kolorystyczne jest mocne: szkarłat i biel. Co wciąż nie wyjaśnia, czym jest moly.

Zostanę więc przy tym, że moly – z kwiatem o białości mleka i o własnościach czarodziejskich – to przebiśnieg.

 

W Polsce jest zwiastunem przedwiośnia.

W Rosji jedna ze skazek mówi, że – jako jedyny z kwiatów – przeciwstawił się Babie Zimie i Dziadowi Mrozowi, którzy nie chcieli wpuścić Wiosny.

Niemcy bają, że jest jedynym kwiatem, który podzielił się barwą ze śniegiem – i od tego czasu ci dwoje dobrze się ze sobą dogadują.

Anglicy opowiadają, że gdy w środku zimy karzący miecz archanioła wypędzał z raju Adama i Ewę, na śniegu zakwitł przebiśnieg, by przypomnieć, że nie na zawsze więdnie kwiecie, nie na zawsze mróz na świecie.

Jest więc kwiatem nadziei, zwiastunem tego, że będzie lepiej. Najpiękniejsze świadectwo tej interpretacji dało Stowarzyszenie Przyjaciół Chorych na Chłoniaki, nazywając się po prostu „Przebiśnieg”.

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
pierwszy miesiąc roku to:

białoruskiстудзень [studzeń]
bośniackijanuar
bułgarskiянуари [januari]
chorwackisiječanj
czeskileden
kaszubskistëcznik (też: sticzéń)
litewskisausis
łatgalskijaunagods
łużycki (dolny)wezymski (też: januar)
łużycki (górny)wulki rožk (też: januar)
łotewskijanvāris
macedońskiјануари (januari) albo коложег [kołożeg]
rosyjskiянварь [janvar’]
serbskijануар [januar]
słowackijanuár
słoweńskijanuar (też: prosinec)
ukraińskiсічень [siczeń]
żmudzkisausis

 

 

Przysłowia związane ze styczniem:

Bój się w styczniu wiosny,
bo marzec zazdrosny.

Gdy styczeń z mgłą chodzi,
mokrą i wczesną wiosnę zrodzi.

Gdy w styczniu deszcz leje,
złe robi nadzieje.

Jak styczeń zachlapany,
to lipiec zapłakany.

Jeżeli pszczoła w styczniu z ula wylatuje,
rzadko pomyślny rok nam obiecuje.

Kiedy styczeń najostrzejszy,
wtedy roczek najpłodniejszy.

Kiedy w styczniu rośnie trawa,
licha w lecie jest potrawa.

Miesiąc styczeń – czas do życzeń.

Miesiąc styczeń, czas do życzeń:
a więc życzym pomyślności,
Boga, chleba, dobrych gości.

Styczeń bywa łagodny,
gdy październik śnieżny i chłodny.

Styczeń pogodny
wróży rok płodny.

W styczniu grzmoty,
częste słoty.

 

 

Przysłowia na Nowy Rok:

Na Nowy Rok
przybywa dnia na barani skok.

Nowy Rok jaki,
cały rok taki.

Rok nowy pogodny,
zbiór będzie dorodny.

 

Przysłowia na święto Trzech Króli (6 stycznia):

W dzień Trzech Króli
każdy się do pieca tuli.

W święto Trzech Króli
człek się w kożuch tuli.

 

Przysłowia na św. Pawła (25 stycznia):

Gdy na św. Paweł kropi,
radujcie się chłopi.

Gdy na św. Paweł leje,
dobrych zbiorów miej nadzieję.

Kiedy w Pawła jest pogoda,
to we żniwa jest pogoda.

Kiedy w Pawła jest pogoda,
to rolnikom jest wygoda;
ale kiedy w Pawła leje,
tedy rolnik zubożeje.

Kiedy w Pawła z nieba leje,
tedy zboże podrożeje.

Na św. Pawła
borsuk z jamy wylezie.

Na św. Pawła jagnięta się rodzą.

Na św. Pawła
połowa zimy, połowa pastwy.

Na św. Pawła
robak się na drugą stronę przewróci.
[ładne…]

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.
Cytat na wstępie: Eugène 
Ionesco – Lekcja (La Leçon).[1950]. Tłum. Jan Błoński.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha