KTO JEST KIM:

KRZYSZTOF BARANOWSKI

3.

Ramka_03_Polonez_ill_1

1969

wiosna

Krzysztof Baranowski wymienia listy z redakcją brytyjskiego tygodnika The ObserverRoyal Western Yacht Club of England, organizatorami Transatlantyckich Regat Samotnych Żeglarzy OSTAR[1].

Wynikiem korespondencji jest złożony w Polskim Związku Żeglarskim projekt udziału polskiego zawodnika (lub całej ekipy) w regatach OSTAR ’72 i prośba o wyrażenie zgody na samotny rejs treningowy jeszcze w sezonie 1969.
W obu sprawach PZŻ odpowiada pozytywnie.

sierpień

Samotny, dwutygodniowy rejs na s/y Zenit[2] po Bałtyku.

Wracając z rejsu, zadałem sobie pytanie – a gdyby tak dookoła świata?
[…] do eliminacji przystąpiło zaledwie piętnastu kapitanów. Były wieloetapowe, wymagały wiele wysiłku. Wygrałem je. Przechodziliśmy próby olimpijskie! Miałem dobre wyniki, byłem młody, wysportowany. O ile stan zdrowia i dobre wyniki sportowe nie mogły budzić wątpliwości, to gorzej z eliminacjami żeglarskimi.
Nie udało nam się zdobyć pięciu takich samych jachtów, żeby wszyscy mieli jednakowe szanse.
[3]

 

 1970

[…] mając już za sobą dwa sezony samotnej żeglugi po Bałtyku, zdecydowałem się na start jako samotny żeglarz w otwartych mistrzostwach Polski. […]
Właśnie podczas tych mistrzostw dołączyli do mnie konkurenci z tamtej grupy eliminacyjnej.[4]

Krzysztof Baranowski, samotnie na s/y Nadir[5], startuje we wszystkich biegach Mistrzostw Polski.
Końcowy rezultat – w połowie stawki jachtów załogowych i pierwsze miejsce wśród samotnych żeglarzy startujących tylko w jednym wyścigu.

Decyzja PZŻ typująca kandydatów do OSTAR wg następującej kolejności:
1. Krzysztof Baranowski, 2. Aleksander Bereśniewicz, 3. Zbigniew Puchalski.

Niezrażony porażką Zbigniew Puchalski przygotował do startu w OSTAR swój jacht Miranda, a Teresa Remiszewska otrzymała od Marynarki Wojennej Komodora. W ten sposób w regatach OSTAR ostatecznie startowała trójka Polaków i jeden Czech (Richard Konkolski) również przygotowujący się w Polsce.[6]

 

1970-1971 – budowa jachtu Polonez.[7]

Krzysztof Baranowski prowadzi nadzór armatorski nad budową.

Nazwę jachtu wybierały dzieci w plebiscycie audycji telewizyjnej „Ekran z bratkiem”.
Wygrała nazwa zaproponowana przez 14-letnią Jadwigę Geisler[8].

„Polonez” budowany był z myślą o Transatlantyckich Regatach Samotnych Żeglarzy, przynajmniej oficjalnie. Nie zwierzałem się jednak ze swojego marzenia, żeby popłynąć dalej. Nadzorując budowę miałem okazję wpłynąć na ostateczny kształt jachtu tak, by mógł sprostać najtrudniejszym warunkom. Trzy lata po położeniu stępki okazało się, że sprostał; po regatach OSTAR popłynąłem dalej – dookoła świata najtrudniejszą trasą. […] W rezultacie powstał kecz o pięknej linii pokładu (bo bez nadbudówek), zgrabny i szybki. O dwa maszty sam się napierałem w myśl zasady, że jak jeden się straci, to zawsze jeszcze jest jeszcze drugi. Kolegom konstruktorom nie mówiłem o tym, że buduję jacht na rejs dookoła świata, ale wtedy sam nie byłem pewien, czy popłynę.[9]

Prezesowi Szopie [ówczesny prezes PZŻ i minister żeglugi] powiedziałem, że po regatach chciałbym popłynąć dalej. Zapytał mnie tylko, czy zdążę na Dni Morza. Powiedziałem, że spróbuję. On na to: „płyń Baranowski, tylko wróć na Dni Morza”. Więc już po regatach w Ameryce, gdzie zająłem dwunaste miejsce, powiedziałem oficjalnie, że chcę płynąć dalej. I nikt mnie nie próbował zatrzymać.[10]


1971

Krzysztof Baranowski odbywa na Bałtyku obowiązkowy rejs kwalifikacyjny do OSTAR i startuje samotnie na s/y Polonez we wszystkich biegach Żeglarskich Mistrzostw Polski.

 

 1972

2 maja – Krzysztof Baranowski z Kazimierzem „Kubą” Jaworskim wypływają na Polonezie ze Szczecina do Plymouth.

Krzysztof Baranowski żegluje samotnie w regatach przez kanał La Manche, z Gosport (nad Zatoką Solent) do Cherbourga, w ramach Operacji Żagiel 1972.

Regaty te wygrałem, ale komisja regatowa zdyskwalifikowała „Poloneza”, bo załoga miała być w połowie poniżej 25 lat, a ja byłem sam i w dodatku po trzydziestce![11]

 

 17 czerwca, 1200 GMT – 18 lipca, 0455 GMT

Krzysztof Baranowski na Polonezie w Transatlantyckich Regatach Samotnych Żeglarzy OSTAR ’72 zajmuje 12 miejsce w klasyfikacji generalnej (overall), 8 miejsce w klasie (jednokadłubowce) i 17 miejsce po przelicznikach (corrected).

Płynął 30 dób, 16 godzin i 55 minut.

Regaty rozpoczęło 55, a ukończyło 43 żeglarzy.

Startując z Plymouth wybrałem trasę po ortodromie czyli odchyloną na północ, ryzykując spotkanie z górami lodowymi, ale warunki jak na te okolice były bardzo łagodne i wielokadłubowce płynące nieco bardziej na południe pędziły do mety, gdy ja stałem w ciszy (i we mgle) w okolicach złowieszczej skądinąd wyspy Sable.
Dwunaste miejsce (po przeliczeniu) nie było takie złe biorąc pod uwagę debiut i przygotowanie jachtu na najcięższe pogody (Ryczące Czterdziestki), a nie na słabe wiatry.
Na mecie w Newport, Rhode Island, myślałem już o dalszej trasie – dookoła świata.
[12]

 

 1972-1973 – samotny rejs dookoła świata na Polonezie trasą wokół południowych kontynentów i przylądka Horn.

1972
17 czerwca                                          – start do transatlantyckich regat OSTAR z Plymouth
6 sierpnia                                            – wyjście z Newport na Ocean Atlantycki
13-29 października                               – postój w Kapsztadzie
29 października                                   – wyjście z Kapsztadu na Ocean Indyjski
21 grudnia 1972 – 10 stycznia 1973     – postój w Hobart; reperacja samosteru, zdjęcie bezanmasztu
.                                                              zniszczonego przez fale Oceanu Indyjskiego  (został postawiony ponownie w  Plymouth)

1973
10 stycznia 1973                               – wyjście z Hobart na Pacyfik
23 lutego, 1220 GMT                        – trawers przylądka Horn
27 lutego – 3 marca                         – postój w Stanley na Falklandach
10 kwietnia, 2300 GMT                     – zamknięcie pętli wokółziemskiej; 7°20′S 24°55′W
25 maja                                            – zakończenie samotnego rejsu w Plymouth
22 czerwca                                      – wejście do Świnoujścia
24 czerwca (Dni Morza)                    – wejście do Szczecina, uroczyste powitanie.

 

_03_POLONEZ_Mapa col4_sm[13]

 

W 272 dni żeglarz przepłynął 35 424 Mm; średnia 130 Mm dziennie plasowała go w światowej czołówce pod względem prędkości żeglugi na jachtach jednokadłubowych.
Przez wiele lat Polonez miał również najlepszy czas przejścia Południowego Pacyfiku od Tasmanii do Przylądka Horn – 45 dni.[14]

Krzysztof Baranowski był drugim – po Leonidzie Telidze – Polakiem, który samotnie opłynął kulę ziemską.
Był pierwszym Polakiem i dziewiątym żeglarzem w historii światowego żeglarstwa[15], który dokonał tego samotnie, płynąc wokół trzech[16] przylądków (Agulhas, Leeuwin i Horn).

Za swój wyczyn otrzymał wiele odznaczeń państwowych i nagród sportowych (patrz: Nagrody i odznaczenia). Dostał również nominację na kapitana rezerwy Marynarki Wojennej.

1973 – 1974 – s/y Polonez odbył dwie podróże lądowe:
– do Warszawy, gdzie był wystawiony na Placu Defilad
– do Moskwy, gdzie był eksponatem na wystawach: „XXX lat socjalistycznej Polski” i „Polskie jachty” (organizowanej przez Przedsiębiorstwo Handlu Zagranicznego Navimor).

Po powrocie z Moskwy (na początku września 1974) Zarząd Główny AZS  przekazał jacht Jacht Klubowi AZS Szczecin, który stał się jego oficjalnym gospodarzem.

4 listopada 1974 Polonez przekazany został Jacht Klubowi szczecińskiej Wyższej Szkoły Morskiej.[17]

 

 

1973

Krzysztof Baranowski zostaje członkiem Kapituły Bractwa Żelaznej Szekli.

Bractwo Żelaznej Szekli – telewizyjny klub wychowania morskiego założony w lipcu 1973 z inicjatywy kpt. Adama Jassera; współdziała z telewizyjnym programem „Latający Holender” prowadzonym (od 1967) przez red. Bohdana Sienkiewicza.

Celem BŻSz jest umożliwienie wypłynięcia na morze każdemu, kto nie ukończył 18 roku życia, jest zdrowy i umie pływać, niezależnie od umiejętności żeglarskich, a pomyślnie zdał serię zadań konkursowych. Konkurs trwa cały rok, dwutygodniowe rejsy organizowane są w miesiącach wakacyjnych.
Akcja propagandowa, prowadzona przez audycje telewizyjne, narzuca comiesięczny obowiązek rozwiązywania określonych zadań, a system punktacji za prawidłowe odpowiedzi umożliwia wysłanie na morze najbardziej wytrwałych i pracowitych.

System, budzi w Polsce początkowo wiele kontrowersji, ale szybko okazuje się słuszny: niewykwalifikowane załogi młodzieżowe pod okiem doświadczonej kadry radzą sobie doskonale z żeglugą i żaglowcem w każdych warunkach.

Jachty – Generał Zaruski, Henryk RutkowskiZew Morza – z jungami BŻSz na pokładzie wypływają w dalekomorskie rejsy, osiągają sukcesy w regatach. Jungowie BŻSz gościli też na pokładzie Daru Pomorza.

Komandorem Kapituły BŻSz zostaje Maciej Szczepański – prezes Komitetu d/s Radia i Telewizji. Kanclerzem jest Adam Jasser. Członkami kapituły są m.in. Andrzej Benesz – wicemarszałek Sejmu PRL i przewodniczący PZŻ, Henryk Śliwowski – wojewoda gdański, Witold Bublewski – wieloletni dowódca Harcerskich Drużyn Żeglarskich, Michał Sumiński – pisarz, żeglarz i popularny prezenter telewizyjny, red. Bohdan Sienkiewicz – autor i realizator morskiego magazynu dla młodzieży „Latający Holender” emitowanego od 1967 przez TV Gdańsk.[17]

Znak BŻSz to cztery skrzyżowane szekle.

 

 

1975

15 kwietnia – 19 maja

Krzysztof Baranowski dowodzi załogowym rejsem morskim na Polonezie do Brukseli na Międzynarodową Wystawę, na zaproszenie Polskiej Izby Handlu Zagranicznego.

Trasa: Szczecin – Holtenau – Brunsbüttel – Helgoland – Flushing – Antwerpia – Bruksela – Zeebrugge – Kiel – Świnoujście.

Dystans: 1429 Mm.

 

1976

10 kwietnia – 6 lipca

Krzysztof Baranowski dowodzi Polonezem w transatlantyckich regatach Operacji Żagiel organizowanych na Dwustulecie (Bicentennial) Stanów Zjednoczonych. Zajmuje 5 miejsce w klasie B.

Załoga
Krzysztof Baranowski (kapitan), Antoni „Toni” Brancewicz, Wojciech Jacobson, Jarosław Malejewski, Wiesław Słoboda, Marek Stryjecki[18], Mona Thorogood (od Teneryfy).

Trasa i kalendarium rejsu:
10 kwietnia                    – wyjście ze Szczecina
10-11 kwietnia               – postój w Świnoujściu
13/14 kwietnia               – Kanał Kiloński
14-15 kwietnia               – postój w Cuxhaven
18-19 kwietnia               – Wielkanoc na morzu
20 kwietnia                    – kotwiczenie w Dover, przejście do Cowes
20-22 kwietnia               – postój w Cowes
22-25 kwietnia               – postój w Lymington
25/26 kwietnia               – wejście do Dartmouth
26 kwietnia                    – postój w Dartmouth
27-28 kwietnia               – postój w Salcombe Bay
29 kwietnia – 2 maja      – postój w Plymouth
2 maja                            – start do regat Operacji Żagiel
13 maja                          – wejście do Santa Cruz de Tenerife
18-19 maja                     – „Cruise in company” dookoła Teneryfy (Antoni Brancewicz na Great Britain II,
.                                          Wojciech Jacobson na brytyjskim Kukri) z krótkim postojem w Los Cristianos
23 maja                          – start do regat z Santa Cruz de Tenerife; do załogi dołączyła Mona Thorogood
14 czerwca                     – wejście do St. Georges (Bermudy)
15-20 czerwca                – postój w Hamilton (Bermudy)
20 czerwca                     – przejście do St. Georges, postój na boi; start do regat
26 czerwca, świt             – wejście do Newport (R.I., USA)
1 lipca                            – wyjście z Newport;
.                                          w załodze dodatkowo: Elwira Jasser i Katarzyna Jaszczuk płynące do Nowego Jorku
2 lipca                            – wejście do Northport-Huntington (N.Y.)
3 lipca                            – wejście do Nowego Jorku
4 lipca                            – parada żaglowców (na Polonezie płynie 10 osób)
6 lipca                            – A. Brancewicz, J. Malejewski, W. Słoboda i M. Stryjecki wracają do Polski
7 lipca                            – wyjście z Nowego Jorku przez Hudson River i East River do Matinecock  (N.Y.) w Long
.                                          Island Sound
8 lipca                            – wejście do New Haven (CT)
10 lipca                          – wizyta królowej brytyjskiej w New Haven; z Poloneza wyokrętowuje Wojciech Jacobson,
.                                         który wróci do Polski Darem Pomorza.[19]

Dystans: 6611 Mm.

00_1976_OP-Sail_mapa_wg_W_Jacobsona_4 1976: atlantycka trasa Poloneza
mapa wg Wojciecha Jacobsona

 

1976/77 – Rejs Polonezem przez jeziora, rzeki i kanały USA, i przez Atlantyk do Polski

Załoga: żona Ewa, 7-letnia córka Małgosia i 12-letni syn Jaś (do Nowego Jorku przypłynęli dziesięciotysięcznikiem Polskich Linii Oceanicznych m/s Gen. Stanisław Popławski[20]).

Trasa (przybliżona): Hudson River (Nowy Jork, NY; Nyack, NY; Cold Spring, NY; Albany, NY; Troy, NY); Erie Canal: Mohawk River – Oswego River – (Schenectady, NY; Utica, NY; Oneida Lake; Oswego, NY); Lake Ontario (Youngstown, NY); Welland Canal, ON; Lake Erie (Buffalo, NY; Erie, PA; Put-In-Bay, OH); St. Clair River (Detroit, MI; Lake St. Clair); Lake Huron (Bay City, MI; Alpena, MI; Cheybogan, MI; Mackinaw City, MI); Lake Michigan (Chicago, IL); Chicago River (Marina City, IL); South Branch Chicago River – Chicago Sanitary And Ship Canal – Des Plaines River – Illinois River; Mississippi River (Portage Des Sioux (Palisades Yacht Club), MO [1976-11-02] ; St. Louis, MO; Chester, IL; Hickman, KY; Memphis, TN; [wyjazd do Cookeville, TN, 1976-11-4/26]; Greenville, MS; Vicksburg, MS; Natchez, MS; Baton Rouge, LA; New Orleans, LA [1976-12-24]); Industrial Canal, Mississippi River – Gulf Outlet Canal (Yscloskey, Saint Bernard, LA); Gulf Of Mexico: St. Petersburg, FL; Miami, FL; Bahamas: Freeport (Grand Bahama), Nassau (New Providence), San Salvador Island; Açores: Horta (Faial); Wlk. Brytania: Plymouth; Polska: Szczecin.

1976-77_POLONEZ_Mississippi_14_sm2a

W Chicago, nad jeziorem Michigan, Krzysztof Baranowski spotyka braci Ireneusza i Zdzisława Gieblewiczów, którzy wykupili z chicagowskiego Museum of Science and Industry przeznaczony do kasacji legendarny polski jacht Dal, na którym w latach 1932-33 z Polski do Chicago dopłynęli Andrzej Bohomolec i Jerzy Świechowski.

Rejs kończy się w Szczecinie, gdyż armatorem Poloneza była szczecińska Wyższa Szkoła Morska.[21]

Podczas rejsu, by dzieci nie straciły roku szkolnego, rodzice pełnili funkcje nauczycieli wszystkich przedmiotów. Te doświadczenia Krzysztof Baranowski wykorzysta przy realizacji projektu Szkoła Pod Żaglami.

Plonem literackim rejsu jest książka Dom pod żaglami  (1980) oraz reportaże drukowane przez Trybunę Ludu, wydane w zbiorze Żaglem po Ameryce (1978).


[1] regaty były wówczas sponsorowane przez Observera, a ich nazwa angielska jest skrótem od Observer Single-handed Trans-Atlantic Race.

[2] s/y Zenit – drewniany bermudzki slup balastowy typu Vega. Konstruktorzy: Kazimierz Michalski i Ryszard Langer. Budowa (1964) – Szczecińska Stocznia Jachtowa. Dł.: 11,2 m (36.7 ft); szer.: 2,95 m (9.7 ft); zanurz.: 1,95 m (6.4 ft); pow. żagli: 54 m kw. (581 sq ft). W 1987 przeszedł remont kapitalny, zmienił właściciela i nazwę. Obecnie pływa jako s/y Gandalf.

[3] <http://krzysztofbaranowski.pl/rejsy/regaty-ostar-na-polonezie.html>

[4] Falba, Tomasz i Czesław Romanowski. „Kapitan i jego sekta.” Nasze Morze, 2011 nr 10 (70), s. 12-13.

[5] s/y Nadir – drewniany slup balastowy, zbudowany w Szwecji ok. 1906, początkowo przeznaczony do żeglugi zatokowej, pod koniec lat 1950. przebudowany i dostosowany do żeglugi pełnomorskiej. Dł.: 11,85 m (38.9 ft); szer.: 2,49 m (8.2 ft); zanurz.: 1,70 m (5.6 ft); pow. żagli: 47,5 m kw. (511 sq ft).

[6] <http://krzysztofbaranowski.pl/rejsy/regaty-ostar-na-polonezie.html>

[7] s/y Polonez – drewniany kecz bermudzki typu Arcturus. Konstruktorzy: Edward Hoffman, Czesław Gogołkiewicz i Kazimierz Jaworski. Budowa (1970/71): Morska Stocznia Jachtowa im. Leonida Teligi w Szczecinie.
Kadłub: drewniany, z obłogów mahoniowych giętych na wręgach, klejony; wręgi i stępka – drewniane, poszycie – mahoń trzywarstwowy. Pokład: na pokładnikach sosnowych, poszycie ze sklejki pokrytej makietą z peroby. Dwa maszty stalowe, liny strunowe – nierdzewne, fały prowadzone wewnątrz masztu. Podczas rejsu dookoła świata, w Hobart (Australia; 21 grudnia 1972 – 10 stycznia 1973), zdjęty został bezanmaszt, zniszczony przez fale Oceanu Indyjskiego. Silnik: Volvo Penta 14 KM (10,5 kW).
Dł. całk.: 13,80 m (45.3 ft); dł. linii wodnej: 10,65 m (35 ft); szer.: 3,80 m (12.5 ft); zanurz.: 2,20 m (7.2 ft); pow. ożagl.: pomiarowa – 73,5 m kw. (791 sq ft), rzeczywista – 88,0 m kw. (947 sq ft), maksymalna – 210,0 m (2260.5 sq ft). Komplet żagli – 21 sztuk; największy żagiel – 90 m kw. (969 sq ft).
Dane za: Baranowski, Krzysztof. „Polonezem” dookoła świata. Warszawa : KiW, 1973; s. 17 i 197-198.

[8] Baranowski, Krzysztof. Z pokładu „Poloneza”. Gdańsk, Wydawnictwo Morskie, 1974, s. 15.

[9] <http://krzysztofbaranowski.pl/jachty/polonez.html#more-667>

[10] Falba, ibidem, s. 13.

[11] <http://krzysztofbaranowski.pl/rejsy/regaty-ostar-na-polonezie.html>

[12] <http://krzysztofbaranowski.pl/rejsy/regaty-ostar-na-polonezie.html>

[13] Mapa za: Baranowski, Krzysztof. „Polonezem” dookoła świata. Warszawa : KiW, 1973; s. 113.

[14] <http://krzysztofbaranowski.pl/rejsy/polonezem-dookola-swiata-2.html#more-581>

[15] Pierwszych ośmiu to:
Vito Dumas (Argentyna) – 1942-06-27 – 1943-09-07, s/y LEHG II;
Francis Chichester (Wlk. Bryt.) – 1966-08-27 – 1967-05-28, s/y Gypsy Moth IV;
Alec Rose (Wlk. Br.) – 1967-07-16 – 1968-07-04, s/y Lively Lady;
Robin Knox-Johnston (Wlk. Br.) – 1968-06-14 – 1969-04-22, s/y Suhaili;
Bernard Moitessier (Francja) – 1968-08-22 – 1969-03-18, s/y Joshua;
Nigel Tetley (Wlk. Br.) – 1968-06-01 – 1969-04-22, s/y Victress;
Chay Blyth (Wlk. Br.) – 1970-10-18 – 1971-08-02, s/y British Steel;
Bill King (Wlk. Br.) – 1970-09 – 1973-05-23, s/y Galway Blazer II.

[16] Trasa ta zwana jest również „wokół pięciu przylądków”: Dobrej Nadziei (Afryka), Leeuwin (Zach. Australia), Przylądek Południowo-Wschodni (South East Cape, Tasmania), Przylądek Południowo-Zachodni (South West Cape, wyspa Stewart, N. Zelandia), Horn (Am. Płd.).

[17] Wadowski, Jerzy. „Bractwo Żelaznej Szekli.” Morze, nr 08 (537)/1975.

[18]  Więcej o Marku Stryjeckim i jego rejsach z Krzysztofem Baranowskim na stronie <http://www.jachtchorwacja.pl/o-nas_1>.

[19]  Dziękuję najserdeczniej Wojciechowi Jacobsonowi za kalendarium i mapę rejsu Poloneza w Operacji Żagiel na 200-lecie Deklaracji Niepodległości USA. I za zdjęcia, i za uwagi, i w ogóle za nieocenioną pomoc przy pisaniu tego całego opracowania!

[20]  Baranowski, Krzysztof. Dom pod żaglami. Warszawa : Iskry, 1980; s. 12.

[21] Polonez pływał w barwach szczecińskiej WSM jeszcze 10 lat.
1987 – sprzedany prywatnemu właścicielowi, Lechowi Grobelnemu, który rozpoczął jego przebudowę na jednostkę turystyczną, ale wkrótce został aresztowany pod zarzutem malwersacji finansowych. Jacht stał wyslipowany przez ponad 20 lat, na szczęście w hangarze, co nie chroniło jednak przed szabrownikami. W międzyczasie zakupiła go Stocznia Szczecińska, ale nie zainwestowała w dokończenie przebudowy.
1996 – Poloneza kupili kpt. Bruno Salcewicz i Marcin Marchaj; uchroniło to kadłub przed sprzedażą do Niemiec, ale koszt renowacji przekraczał możliwości finansowe nabywców.
2005 – Poloneza kupiła firma budowlana Włodarzewska S.A. i z pomocą Brunona Salcewicza odrestaurowała; sylwetka jachtu została znacznie zmieniona: dobudowano nadbudówkę i podwyższono burty.
2008-06-13 – na jednostce ponownie podniesiono banderę polską i Polonez znów pływa pod dawna nazwą. Por. <http://pl.wikipedia.org/wiki/SY_Polonez>

[22] Janka Bielak – nieoficjalny ambasador morskiej i żeglarskiej Polski w Wielkiej Brytanii, jedna z najbardziej wpływowych osób działających społecznie w ramach Sail Training Association i jego różnych organizacyjnych wcieleń (STI, ISTA). Jej cicha dyplomacja i umiejętność przełamywania lodów dawała znane na zewnątrz efekty. M.in. doprowadziła do udziału Rosjan w regatach do Stanów Zjednoczonych w 1976 roku. Potem rosyjskie i polskie żaglowce były już stałymi uczestnikami imprez Cutty Sark.
Knabe, Jerzy. „The Sea is our Bridge – Morze jest naszym mostem.” <http://www.pogoria.org/dzialy/sylwetki/S9.htm>

 


 sy_Gandalf_ex_Zenit_2010_1s/y Gandalf ex Zenit ok. 2010 r.

 

 

Krzysztof Baranowski, zeglarz, morze Baltyk, lipiec, 1964 r.,
1964: Krzysztof Baranowski na s/y Joseph Conrad
fot. arch. Krzysztof Baranowski

1970_MP_sy_Nadir_KB_Scan_0514_sm_fot_Wojciech_Jacobson©21970: Krzysztof Baranowski żegluje samotnie na s/y Nadir w regatach o Mistrzostwo Polski
fot. Wojciech Jacobson, z pokładu s/y Swantewit (JK AZS Szczecin)

 

szary_gplf_002_smOk. 1970
fot. arch. Krzysztof Baranowski

Polonez_19701970: Polonez w budowie
fot. arch. Krzysztofa Baranowskiego

sy_Polonez_Archiwum_PZZ_as/y Polonez / fot. arch. PZŻ

02_sy_Polonez_8048492_orig

1973_arch_K_Baranowski1973: s/y Polonez / fot. arch. Krzysztof Baranowski

1973-02-23_fot_K_Baranowski1973-02-23: s/y Polonez przy Cabo de Hornos / fot. Krzysztof Baranowski

 

05_1973-06-24_Szczecin_fot_Jan_Morek_Forum1973-06-24: zakończenie wokółziemskiego rejsu w Szczecinie podczas Dni Morza
fot. Jan Morek / Forum

 

06_4251481_orig

 

06b_voksnp31b1973, Warszawa, Plac Defilad

 

07_1975-04_1506811_401187573351560_771252062_n1975: Załogowy rejs morski na Polonezie do Brukseli na Wystawę Międzynarodową.
Fotografia z archiwum Marka Stryjeckiego, który podpisał ją następująco:
Krzysztof Baranowski podczas mojego pierwszego rejsu do Brukseli. Całe doświadczenie żeglarskie i wiedzę zawdzięczam Krzysztofowi, jest to mój „ojciec żeglarstwa”. Większość rejsów spędziłem pod jego dowództwem. Kiedy zaproponował mi w 1983 roku, żebym popłynął jako mechanik w pierwszej i drugiej Szkole pod Żaglami pozostawiłem pracę w Polskich Liniach Oceanicznych i bez wahania zamustrowałem na rok na „Pogorię.

 

08_1975-05_1507847_401187626684888_500274681_n1975, maj: Bruksela. Załoga Poloneza w towarzystwie sponsorów rejsu
fot. z arch. Marka Stryjeckiego


09_1976-04-10_923097_401187706684880_1383261530_n1976-04-10: Szczecin, Pożegnanie Poloneza na Wałach Chrobrego przed rejsem na Operację Żagiel ’76
fot. z arch. Marka Stryjeckiego

 

10_1976_041_sm_arch_Wojciech_Jacobson1976: załoga Poloneza w rejsie na Operację Żagiel:
od lewej: Krzysztof Baranowski, Wojciech Jacobson, Antoni Brancewicz, Jarosław Malejewski, Wiesław Słoboda; klęczy: Marek Stryjecki
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

11_1976-04-18_F1010021_sm_fot_Wojciech_Jacobson1976-04-18: śniadanie wielkanocne na Polonezie; od lewej: Krzysztof Baranowski, Jarosław Malejewski, Antoni Brancewicz, Marek Stryjecki, Wiesław Słoboda.
fot. Wojciech Jacobson
Komentarz Wojciecha Jacobsona: Wielkanoc 1976. Wydawało by się, że żeglarze zasiadają do świątecznej uczty w spokojnym porcie. Tymczasem rzecz się miała – nie do wiary – na środku Morza Północnego, w połowie drogi do Anglii. Na stole, w mesie STOJĄ, i nie przewracają się, szklane kieliszki! Na zewnątrz była kompletna flauta, sztil bez rozkołysu, jak nigdy na Morzu Pónocnym!

 

12_1976_F1010020_sm_arch_Wojciech_Jacobson1976: na pokładzie Poloneza (Wojciech Jacobson i Jarosław Malejewski)
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

12a_1976_043_sm_arch_Wojciech_Jacobson1976: Polonez na Atlantyku
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 13a_1976-06-11_sm_arch_Wojciech Jacobson1976, czerwiec: Atlantyk (od lewej: Wiesław Słoboda, Krzysztof Baranowski, Wojciech Jacobson)
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

 

13_1976-06_arch_Marek_Stryjecki1976, czerwiec: tuńczyk złowiony na Atlantyku (Marek Stryjecki i Krzysztof Baranowski)
fot. z arch. Marka Stryjeckiego

 

14_1976-07__arch_Marek_Stryjecki1976: Marek Stryjecki na pokładzie Poloneza
podczas rejsu powstał film Załoga wg scenariusza i w reżyserii Krzysztofa Baranowskiego;

autorem zdjęć był Marek Stryjecki
fot. z arch. Marka Stryjeckiego

 

15_1976-06_arch_Marek_Stryjecki1976: załoga Poloneza na Bermudach w uszytych własnoręcznie bermudach
od prawej: Krzysztof Baranowski, Wiesław Słoboda, Jarosław Malejewski, Mona Thorogood, Wojciech Jacobson, Marek Stryjecki, Antoni Brancewicz
fot. z arch. Marka Stryjeckiego

 

16_1976-06_F1010026_sm_arch_Wojciech_Jacobson1976, czerwiec: załoga Poloneza na mecie regat w Newport, R.I.
górny rząd od lewej: Antoni Brancewicz, Krzysztof Baranowski, Wojciech Jacobson.
dolny rząd od lewej: Jarosław Malejewski, Mona Thorogood, Wiesław Słoboda, Marek Stryjecki
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

1976-06_arch_Wojciech_Jacobson1976, czerwiec: załoga Poloneza na mecie regat w Newport, R.I.
Dama w drugim rzędzie, jedyna bez „firmowej” koszulki, to Janka Bielak[22]
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

 

17_1976-07_F1010027_sm_arch_Wojciech_Jacobson1976, czerwiec: Wiesław Słoboda wita Kazimierza „Kubę” Jaworskiego na Polonezie na mecie w Newport.
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

18_1976-07-06_044_sy_Polonez_NYC_arch_Wojciech_Jacobson1976, lipiec: s/y Polonez w Nowym Jorku
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

19_1976-77_POLONEZ_Mississippi_005_sm21976/77 – rejs Polonezem po wodach śródlądowych USA
fot. arch. Krzysztof Baranowski (Żaglem po Ameryce, s. 24)

Kazimierz Robak
Tampa, FL; 12 sierpnia 2014
Żeglujmy Razem

KTO JEST KIM: Krzysztof Baranowski – strona główna

Calendar

« November 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 
Jesień
– jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

•   Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

•   i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

•   Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

•   Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

•   Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

•   Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

•   Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

•   Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

•   Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

•   Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

•   Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

•   Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

•   Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

•   Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

•   Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

•   Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę polska.

•   Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

•   Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

•  Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
    Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
    A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

•   Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

•   Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

•   Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

•   Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

•   Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

•   Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

•   Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

•   Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

•   Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic na to nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.

Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią.
Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna  nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!
Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

Idzie jesień, a tu próżna kieszeń.

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień, brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień, ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę
z korca deszczu, garniec błota.

Pzdrwm_Robak

PS.
Za pocztówki dziękuję (w kolejności nadlatywania z czterech stron świata):

•   Kai (ze Shqipërii);
•   Kai, Mai i Witoldowi (z Finlandii, z rejsu Zaruskim);
•   Markowi (właśnie temu ze Świdnicy, a kartka była pantomimiczna z Wrocławia!);
•   Oli, Matyldzie, Mai, Strusiowi, Zuzi i Zuzi (skądże by, jak nie z Pogorii sześć pocztówek w jednej kopercie!);
•   Karolowi (z któregoś z rozlicznych festiwali);
•   Natalii (z Lidingo w Szwecji);
•   Łukaszowi (nie powiem, skąd);
•   Magdzie i Maszy (najpierw z Grecji, później ze Złotych Gór);
•   Oli (banan z Tennessee!);
•   Zuz-Ali (z Jastrzębia, ale i ze Zdroju);
•   Martynie (ciężko powiedzieć, skąd : );
•   Mirce i Stachowi (najpierw z Gruzji, a potem z Litwy);
•   Kasi (z jej rejsu na pokładzie jednostki czterokołowej Helena);
•   Krzysztofowi, znanemu jako "Kapitan" (z wędrówki po ostępach Montany i Yellowstone);
•   Ryśkowi (z rejsu, który prowadził dookoła Sycylii);
•   Kryspinowi (z Krakowa ale z Wieliczki);
•   Dorocie, Idze i Karolowi (z Kazimierza).

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

LISTOPAD...

Listopad to dla Polski niebezpieczna pora…

 

Cytat, jasne, kto pamięta – ten pamięta (prosimy o nienadsyłanie odpowiedzi), ale z tych, od których trudno się uwolnić.
Podobno nic tak nie cieszy, jak nieszczęście bliźniego, ale nie wiem, czy specjalnym pocieszeniem jest dla nas to, że innym listopad też dał się nieźle we znaki.

Wraca tu wspomnienie lektury (a dokładnie: słuchania – bo w samochodzie) wspomnień spisanych przez jednego z tuzów Polski przedwojennej.

Słuchanie mnie męczyło. Autor władał płynnie kilkoma językami, które nie przeszkadzały mu mówieniu i pisaniu, natomiast czytający aktor nie tylko nie znał żadnego z nich (więc można sobie wyobrazić, co wyprawiał na polu fonetycznym), ale zatrzymywał się przed co trudniejszymi (dla niego!) słowami jak np. Syłgudyszki, do tego z małopolska wymawiał „trz” jak „cz” (poczeba czeźwego czykrotnego począś­nię­cia), a jeszcze nie zawsze rozumiał, co czyta.
Treść jednak wynagradzała i zacierała wszelkie niedogodności.

Autorem jest kresowy ziemianin, z tytułem książęcym i genealogią, w której przewija się kilka domów królewskich, spokrewniony z… (łatwiej wymienić z kim nie), wysoki urzędnik w Rosji carskiej, równie wysoki w II Rzplitej, znający wszystkie jej najważniejsze postacie, znane z podręczników historii XX wieku.
Najkrócej scharakteryzować go można dwoma słowami (znów cytat): „Zabity arystokrata”. Nie bez powodu cytuję opinię Leonarda o hrabim Henryku, bo przy tej opowieści miałem cały czas wrażenie, że słucham przedłużonej kwestii tegoż Henryka właśnie, któremu nagle zabrakło Pankracego do dialogu.

Generalnie, postać to – dla mnie, tak po ludzku – niesympatyczna, o czym długo by mówić, ale jedno­cześ­nie obdarzona niezwykłym zmysłem obserwacji, doskonałym piórem i niebywałą inteligencją.
O ile, jak sądzę, nie do końca (jeśli w ogóle) rozumiał on procesy dziejące się wokół, jednak opisał je – i głównych ich aktorów – w sposób bezkonkurencyjny.
Jak najdalsza jest od niego polityczna poprawność. Charakteryzuje narody i ludzi w sposób taki, że dziś, gdy złodziejstwo nazywane jest „ekonomią alternatywną” (w zależności od tego, kto kradnie, rzecz jasna), a głupota – „mądrością à rebours” (w zależności od tego, czyja ona), sprocesowany by został – mimo majątku – do skarpetek za obrazę, krzywdzące stereotypy, anty- (tu by się sporo nazbierało), rasizm i różne takie.
Jak napisała zaprzyjaźniona Dama, która notabene mi tę lekturę poleciła: „arystokrata z krwi i kości, i z duszy. I ze wszystkimi swoimi wadami, jest jednak fascynujący, prawdziwy, intègre – ugryziesz i poczujesz mięso a nie galaretę. Czyta się jego relacje wspaniale. I wierzy się, że on tak naprawdę myślał. A czy słusznie myślał? To już inna para kaloszy. Czyli lubmy go za to, co zrobił: świetnie napisał swoje wspomnienia.”

Co to ma jednak wspólnego z listopadem?

Ano to, że jednym z najważniejszych wydarzeń dziejowych które ów pamiętnikarz opisuje jest bolszewicka rewolucja w Rosji, zwana październikową, ale której rocznicę obchodzono w listopadzie, bo w gnieździe carów zmienił się nie tylko despota, lecz i kalendarz (w końcu nie bez przyczyny podaję przy każdym miesiącu, że liczymy po gregoriańsku).

Opisy pierwszego etapu rewolucyjnego chaosu i terroru podnoszą włosy na głowie (tego w podręcznikach historii nie znajdziecie).
Autor spotyka (jakże by nie?) Lenina, Trockiego i Dzierżyńskiego i każdemu sporządza taki portret (podobnych nawet nie ma co szukać), że już tylko to mogłoby być powodem braterskiej interwencji dla podreperowania mentalności i moralności sąsiadów, którzy do dziś traktowani jako zagranica nie są. Dokładnie też opisuje przyczyny obu kataklizmów – I wojny światowej i rewolucji bolszewickiej – i jas­no wskazuje ich sprawcę: kajzerowskie Niemcy, opanowane przez militarystów w mundurach, owład­nięte żądzą podboju i rozszerzenia przestrzeni życiowej.

Te pamiętniki po prostu trzeba przeczytać. Korzystając, że wspomnienia te (trzy części wydano zbiorczo rok temu) nie zostały jeszcze wycofane z księgarni i bibliotek pod zarzutem obrazy, szargania, naruszania i podżegania. Ci od procesów widać jeszcze do nich nie dotarli… Nie chcąc ułatwiać im zadania, nazwis­ka nie powiem, nic to albowiem do rzeczy nie przyda. Kto chce – wyszuka.

 

Ale nie trzeba żadnych pamiętników (nawet spisanych przez tych, o których poeta pisał, że nie wszystko gra, gdy w ankiecie się „ziemianin były” ma), by wiedzieć, że listopad okazał się stokroć bardziej złonoś­ny dla Rosji niż dla Polski, choć i nas te wióry na dobre półwiecze zasypały. Słaba to więc pociecha.

Swoją drogą ciekawe, jak w tym roku obchodzono w Rosji ładną, okrągłą, setną  rocznicę wybuchu Wielikoj Oktiabrskoj, która – jak wszystko co bolszewickie – znaczy co innego niż napisane, bo jej rocznicę obchodzi się w listopadzie (o tym, dlaczego, przeczytacie w „Październiku”). Tym razem naczalstwo tego kraju nie beształo przywódców innych państw, może dlatego, że owi przywódcy dobrze pojęli wcześniejsze nauki i tym razem nikomu się nie wypsnęło, że dwa nieszczęścia nawiedziły Europę w XX wieku: bolszewizm i faszyzm.

Dość już jednak o tym, co – wciąż miejmy nadzieję – nie wróci.

My wróćmy do kalendarza.

 

 

Listopad – jedenasty miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

W sprawie etymologii rodzimej nie trzeba żadnego (z całym szacunkiem) Brücknera, by wywieść nazwę „listopad” od opadających liści (por. czes. listopad, ukr. листопад; chorw. listopad ‛październik’).

Etymologia łacińska nazwy używanej w większości krajów Unii jest znakomitą ilustracją dla sporej części unijnych procedur: nazwa miesiąca jedenastego November znaczy po łacinie „miesiąc dziewiąty”; (novem – dziewięć).
Nawet Grecy zdradzili dziedzictwo Homerowe i – mogąc wybierać między Pyanepsion (Πυανεψιών) i Maimakterion (Μαιμακτηριών) – używają zlatynizowanej nazwy Noembrios (Νοέμβριος). A później dziwią się, że pouczają ich Niemcy.
Można oczywiście mądrze tłumaczyć (co czynię już od września), że – od roku 46 p.n.e., gdy Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius) – stare nazwy liczebnikowe nie nadążyły za zmianami, ale nie zmienia to faktu, że „Jedenasty” nazywa się „Dziewiąty” i wszyscy się z tym zgadzają, nawet nie zauważając drobnej różnicy. Symbol czy przypadek? Przypadek czy hasło?
Ale i tak wolę już November od Brumaire’a, na którego podczas rewolucji Robespierre’a przypadała większość dni naszego listopada (jak pięknie słowo to brzmi…).

Opadły więc liście z drzew, laurów nie ma, a róże pomarły (znów cytat, prosimy o nienadsyłanie podpowiedzi).

 

Listopadowe rocznice

Noc z 31 października na 1 listopada to tzw. Halloween.
O co w tym chodzi – wiadomo i nie ma co opisywać, bo koń, jaki jest, każdy widzi. Pisanie, że jest to irlandzka z pochodzenia wigilia dnia Wszystkich Świętych jest bez sensu, bo i tak każdy wierzy, w co chce, najchętniej w to, co ksiądz z ambony powie. A bardzo tego święta nie lubią kościoły: katolicki, prawosławny i protestanckie – dziwnie w tym nielubieniu solidarne. Nic nowego. Kiedyś księża, popi i pastorzy tak samo nie lubili święta Dziadów.
A ileż uboższa byłaby nasza kultura i narodowa pamięć bez niego i tego, co z nim związane.

 

1 listopada w kościele rzymskokatolickim, anglikańskim i wielu kościołach protestanckich jest dniem Wszystkich Świętych (łac. festum omnium sanctorum) – odprawiane są wtedy msze za dusze wszystkich znanych i nieznanych świętych.
W Polsce i wielu innych krajach istnieje tradycja odwiedzana w tym dniu cmentarzy, palenia zniczy na grobach bliskich, ozdabiania ich kwiatami i modlenia się w intencji zmarłych. Zwyczaj ten ma charakter religijny, ale generalnie uznawany jest przez wszystkich jako dzień pamięci, czci i szacunku dla zmarłych.

W kościele prawosławnym, 1 listopada, wznoszone są modły w intencji zmarłych, gdy wierni idą odwiedzić groby swych bliskich. Jednak odpowiednik rzymskokatolickiego Dnia Wszystkich Świętych w kościele prawosławnym obchodzi się w pierwszą niedzielę po Pięćdziesiątnicy (Pentecoste, 50. dzień po zmartwychwstaniu Chrystusa, dzień zesłania Ducha Świętego na apostołów, w Polsce potocznie zwany Zielone Świątki) lub – według innych źródeł – w sobotę przed Pięćdziesiątnicą.

 

2 listopada to w kościele rzymskokatolickim Dzień Zaduszny (w Polsce zwany Zaduszkami) – dzień wspominania zmarłych.

 

3 listopada (1918) buntują się marynarze w Kilonii, co daje początek Rewolucji Listopadowej w Niemczech (część historyków uważa, że zaczęła się ona półtora tygodnia wcześniej, 29 października, buntem marynarzy z Wilhelmshaven).
Rewolucja doprowadza do abdykacji Wilhelma II i upadku Cesarstwa Niemieckiego (9 listopada 1918), zawieszenia broni kończącego I wojnę swiatową (11 listopada 1918) i powstania Republiki Weimarskiej, a trwa do 11 sierpnia 1919 – dnia podpisania konstytucji w Weimarze.
Zryw ten tak podekscytuje Trockiego i Lenina, że zechcą oni – „po trupie białej Polski” – rozszerzyć władzę Sowietów na Niemcy. Stalina ekscytowało to widać mniej i pewnie dlatego podziękować mu możemy za to, że Piłsudski przeprowadził swój manewr przez Wieprz bez przeszkód i ocalił Warszawę od hord prowadzonych (trzeba przyznać, że bardzo sprawnie) przez Tuchaczewskiego.

 

4 listopada przypada rocznica rzezi Pragi, dokonanej w 1794 przez wojska Suworowa. Rosjanie wymordowali ok. 20 tys. ludności cywilnej – tak Rosja utwierdzała swe stanowisko lidera Ligi Pansłowiańskiej.
Zachwycona postawą swego feldmarszałka i pogulanijem jego podkomendnych, niemiecka caryca prawosławnego imperium ustanowiła na cześć tego wydarzenia Крест за Прагу – Krzyż za Zdobycie Pragi z napisem „Za wysiłek i odwagę” (За труды и храбрость).

Jakimś cudem przemknęło to przez sita cenzury (nie lubili carów, ale w końcu to nie carowie wyrzynali praskie kobiety i dzieci tylko umundurowany lud) i przez cały okres PRL-u można było czytać u Mickiewicza, że najpierw Jasiński i Korsak

stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali
Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali

później, że Maciej Dobrzyński

sam jeden skoczył z wałów Pragi,
Bronić pana Pocieja, który, odbieżany
Na placu boju, dostał dwadzieście trzy rany

wreszcie zaś, że

wojna, atak, szturm, słychać wystrzały,
Jęk dzieci, płacze matek. – Tak mistrz doskonały
Wydał okropność szturmu, że wieśniaczki drżały,
Przypominając sobie ze łzami boleści
Rzeź Pragi, którą znały z pieśni i z powieści.

Jeśli ktoś zna rosyjski, niech koniecznie przeczyta relację Suworowa z bitwy praskiej przesłaną Piotrowi Aleksandrowiczowi Rumiancewowi, <http://wars175x.narod.ru/dc94_133.html>, w której opisane jest „znakomite zwycięstwo warszawskie” i nauczka, którą odebrała вероломная сия столица – „wiarołomna ta stolica”.

 

7 listopada (wg kalendarza gregoriańskiego; w juliańskim był to 25 października) 1917 rozpoczęła się w Rosji rewolucja bolszewicka, zwana później Październikową, Socjalistyczną lub Wielką (albo z wszystkimi epitetami naraz).
Wielką była, jeśli uwzględnić jej efekty, ale trwała zaledwie dwa dni, a wszelkie późniejsze opowieści o szturmach, walkach i bohaterstwie bolszewików („dokumentowane” fragmentami fabularnych filmów nakręconych kilka lat później) można między bajki włożyć.
Efekty? Co tu dużo mówić.
Norman Davies w Europie (str. 1328-9, wyd. ang. 1996) szacuje liczbę ofiar reżimu sowieckiego tylko w latach 1917-1953 na 54 miliony. Nie obejmuje to ofiar zabitych podczas II wojny światowej, które Davies ocenia na 8-9 mln. żołnierzy Armii Czerwonej (tamże), a Wiki na 8,7-13,8 mln.
Już tylko z zestawienia tych liczb z łączną liczbą poległych podczas II w. ś. w armiach amerykańskiej i brytyjskiej (Davies: 0,5 mln, Wiki: 0,8 mln), widać jasno, że rozkaz nr 227 z 28 lipca 1942 („Ani kroku wstecz!”, Ни шагу назад!) wydany przez Stalina był kolejnym aktem ludobójstwa, tym razem wobec własnych żołnierzy.

 

10 listopada urodziny obchodzi amerykański Korpus Piechoty Morskiej – U.S. Marine Corps – założony w roku 1775.

 

Urodziny obchodzą też państwa:

Polska (11 listopada 1918),
Angola (11 listopada 1975),
Łotwa (18 listopada 1918),
Liban (22 listopada 1943),
Surinam (25 listopada 1975),
Albania (28 listopada 1912).

11 listopada, w rocznicę zakończenia I wojny światowej, w USA obchodzony jest Dzień Weterana (Veterans Day) – święto honorujące wszystkich służących w Siłach Zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Jeśli 11 listopada wypada w weekend, dzień świąteczny przenoszony jest na piątek lub poniedziałek.

 

19 listopada (1493) wylądował w Portoryko Krzysztof Kolumb podczas swej drugiej transatlantyckiej podróży. Co dobrego przyniosło to plemionom zamieszkującym wyspę – odgadnijcie sami, jak pisał poeta, choć podobno zaczęło się od uratowania dwóch indiańskich kastratów.

 

W czwarty czwartek listopada Stany Zjednoczone świętują Dzień Dziękczynienia (w 2017 to 23.XI).
Historia sięga Pielgrzymów, czyli 102 osób płci obojga ze wspólnoty religijnej, która przybyła do Nowego Świata na statku Mayflower w 1620. Udało im się przeżyć rok prawdziwym cudem, bo jak inaczej nazwać to, że – gdy przybysze byli na skraju śmierci głodowej – z lasu wyszło dwóch Indian, którzy wszczęli konwersację po angielsku, wcześniej przedstawiwszy się jako Squanto i Samoset.
Gdy rok później, dzięki pomocy Indian, Pielgrzymom udało się zebrać pierwsze plony z pól – trudno się dziwić, że pierwsza wieczerza dziękczynna z indykami w roli głównej (konsumpcji oddawało się 53 białych i 90 Indian) trwała 3 dni.
Dwaj prostoduszni panowie S. nie zdawali sobie sprawy, że ich działalność charytatywna obróci się przeciwko nim, a owa uczta jest poniekąd stypą dla ich plemion – Wampanoagów i Wabanaków – i reszty Indian na kontynencie.
Formalnie Thanksgiving Day stał się świętem federalnym w 1863 za Lincolna, choć podobno pierwsze orędzie w tej sprawie podpisał Waszyngton.
Kanadyjczycy świętują Dziękczynienie (w Quebecu: Jour de l’Action de grâce) w drugi poniedziałek października.

Thanksgiving dinner jest dla Amerykanów tym, czym dla Polaków wieczerza wigilijna: robią wszystko, pokonują tysiące mil, by właśnie tego dnia zasiąść do rodzinnego stołu.
Zapytał mnie kiedyś amerykański znajomy, czy ja też obchodzę Thanksgiving. Odpowiedziałem, że to przede wszystkim jest święto moje i mnie podobnych pielgrzymów-imigrantów, którym udało się – lepiej lub gorzej – przetrwać kolejny rok, również dzięki pomocy takich jak on – dla nas będących współ­czes­ny­mi odpowiednikami Squanto i Samoseta. Pytający zdziwił się bardzo i zastygł był w zadumie na czas jakiś, po czym powiedział, że nigdy nie patrzył na to w ten sposób i że wiele w tym, co powie­dzia­łem, jest słuszności. Ile w tym, co powiedział, było poprawności politycznej – nie wiem.

Po dziękczynnym czwartku w USA następuje „czarny piątek” – Amerykanów ogarnia szał konsumpcji: sklepy organizują wyprzedaże, a kolejki (dobrze mówię: kolejki pod sklepami!) stoją czasem całą noc, co skądinąd jest okazją do zadzierzgania więzi towarzyskich. Nie są one jednak chyba zbyt trwałe, gdyż otwarcie sklepów nieodmiennie łączy się z szarżą tłumu i prawie co roku są ofiary śmiertelne (ale jest ich niewiele).

Zapamiętajcie rok
trzydziesty,
dzień dwudziesty dziewiąty
listopada:
dzień wzeszedł dla was, ta noc!

29/30 listopada 1830 rozpoczyna się polskie powstanie narodowe przeciw Rosji, zwane listopadowym.
Trwa do 21 października 1831.

Ujrzycie bohatery i karły,
i wojenniki, i gachy,
i dumne, pychą pojęte,
i podłe, jako gad liche,
i wyniosłe, i groźne, i ciche,
i zbrodnicze, i jako cud: święte.

Wyspiański powiedział. Nic dodać, nic ująć.
A jeśli ktoś chce zagłębiać się w szczegóły, niech zacznie od literatury i przeczyta Mariana Brandysa.

 

 

Znaki Zodiaku w listopadzie:
Skorpion (♏) – do 21 listopada
Strzelec (♐) – od 22 listopada.

Co czarny pijar mówi o Skorpionie, już było (w „Paździeniku) i nie było to przyjemne, oj nie! Ale Strzelce wszystkich dżenderów też niech się nie cieszą:

Osobnik spod tego znaku wykazuje dużo energii i pomysłowości – urodzony działacz społeczny. Oczywiście do czego się nie weźmie – to spieprzy. W dzieciństwie zabiera młodszym dzieciom cukierki. Ma skłonności do samogwałtu i podgląda w toalecie. Na starość pisuje wspomnienia, od początku do końca zmyślone.

Tu akurat CzPR przesadza, bo wszystkie wspomnienia, nie tylko Strzelców, są na ogół w większości zmyślone.
Ale prawdą jest, że swoim horoskopem cieszyć się mogą tylko Bliźnięta – najfajniejsza i najweselsza konstelacja w bloku.

 

Kwiat listopada (wielkiego wyboru nie ma) to:
chryzantema (Chrysanthemum indicum L.).
W Polsce (i sporej części Europy) kojarzy się ona tak jednoznacznie, że lepiej nie wspominać. Jedyna weselsza konotacja pochodzi z piosenki, ale też nie z oryginału a ludowej trawestacji: Chryzantemy złociste, przy nich pół litra czystej

Ciekawe, że w USA (poza Nowym Orleanem) chryzantema jest symbolem pogody ducha i optymizmu. Ale Nowy Orlean – wiadomo: parafie zamiast hrabstw, kilometry zamiast mil, dix zamiast ten i cmentarz Metairie. A na nim chryzantemy. Wszystko jasne.

 

Kamienie listopada:

topaz – symbol przyjaźni, ale również godności i bogactwa. Weźmy np. Biblię:

●   w Księdze Wyjścia (28:17) topaz był w pierwszym rzędzie drogich kamieni (razem z rubinem i szmaragdem) pektorału, który Mojżesz miał wykonac dla brata swego Aarona;
co to jest pektorał wszyscy wiedzą, ale dla porządku (za Słownikiem Doroszewskiego) przy­pom­nę, że był to napierśnik ozdobiony drogimi kamieniami noszony przez faraonów i ży­dow­skich arcykapłanów (od łacińskiego pectus = pierś);

●   w „Hymnie o mądrości” z Księgi Hioba (Hi 28:19), topaz jest wśród najdroższych klejnotów, za które mądrości kupić się nie da; nb. dokładny cytat brzmi „i topaz z Kusz nie dorówna”, co znaczy, że w najwyższej cenie były topazy z owej właśnie krainy (dziś jest to północny Sudan);

●   topaz jest jednym z atrybutów bogactwa i szczęśliwości króla Tyru, o czym posłyszał Ezechiel w swym widzeniu (Ez 28:13);

●   jest też topaz dziewiątą warstwą fundamentu miasta Jeruzalem czasów mesjańskich, przedstawianego przez Jana w Apokalipsie (Ap 21:20);

i cytryn – rzadka, makrokrystaliczna odmiana kwarcu.
Na temat cytrynu jeden z jubilerów pisze:

Wzmaga pewność siebie, silną wolę i kreatywność. Pomaga rozwiązywać problemy, zwiększa optymizm, entuzjazm i uczy, jak cieszyć się życiem. Rozprasza negatywną energią. Sprzyja osiągnięciu materialnego dobrobytu i powodzeniu w karierze zawodowej. Sprzyja leczeniu chorób serca, wątroby i nerek. Pomaga pozbyć się cellulitu. Przynosi ulgę przy wrzodach żołądka.

Czego to ludzie nie wymyślą, tylko żeby sprzedać… Ja bym jeszcze dodał „krawaty wiąże i przerywa ciąże”, bo jak już – to już. Swoją drogą, ciekawe na co (poza portfelem) działa kupiony w tym sklepie Swarovski?

W etymologie bawić się tym razem nie będziemy, bo zawędrujemy aż do sanskrytu, a to daleko, tak
w cza­sie jak i w przestrzeni.
Natomiast tu i teraz oba minerały występują w Polsce, w Sudetach oczywiście (Tatry są diamentem same w sobie) – w Górach Izerskich, Karkonoszach, Górach Sowich i Przedgórzu Sudeckim: Wzgórzach Strze­gom­skich i Strzelińskich

 

Imieniny w listopadzie obchodzą (między innymi, przecież nie mogę wymienić sześćdziesięciu imion!):

• Hubert (3 XI),
• Karolina (4 XI),
• Marcin (11 XI),
• Stanisław Choiński (13 XI),
• Elżbieta B. (19 XI),
• Katarzyna (25 XI),
• Andrzej (30 XI) – ale o andrzejkach nie będzie.

Najlepsze życzenia!

 

Urodziny
• Konrad, który urodził się w miesiącu listopadzie 1823 roku w Wilnie przy ulicy Ostrobramskiej, w klasztorze ks. ks. Bazylianów, przerobionym na więzienie stanu, w miejsce zmarłego właśnie Gustawa.
Więcej o urodzinach nie będzie. Za dużo się okazało chętnych i pominiętych, z czego tylko kłopot, ambaras i niesnaski.
Jubilatkom (czyżby damy obchodziły urodziny?) i jubilatom – wszystkiego najlepszego!

O ślubach też nie będzie – i tak każdy to robi na własne ryzyko.
W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
jedenasty miesiąc roku to:

białoruskiлістапад [listapad]
bośniackinovembar
bułgarskiноември [nojembri]
chorwackistudeni (chorwacki listopad to nasz październik)
czeskilistopad
kaszubskilëstopadnik (też: smùtan, lëstopad)
litewskilapkritis
łatgalskisolnys
łużycki (dolny)młośny (też: nowember)
łużycki (górny)nowember (też: nazymnik)
łotewskinovembris
macedońskiноември [nojembri] albo студен [studien]
rosyjskiноябрь [nojabr’]
serbskiновембар [novembar]
słowackinovember
słoweńskinovember (też: listopad)
ukraińskiлистопад [listopad]
żmudzkilapkrėtis

 

Przysłowia związane
z listopadem:

Czasem w listopad nie palisz
i rąbala precz oddalisz,
ale w grudniu –
musisz durniu.

Gdy w listopadzie
od południowego kraju grzmi,
znaczy niepłodność wszystkiego.

Jak na świętego Hieronima
jest deszcz, albo go nie ma,
to pod koniec listopada
pada, albo nie pada.

Jaka pogoda listopadowa,
taka i marcowa.

Jeszcze nie listopad,
a liść z drzewa opadł.

Listopada wiela wody,
na łąki wielkie wygody.

W listopadzie goło w sadzie.

W listopadzie grzmi,
rolnik dobrze śni.

W listopadzie
kapusty pełne kadzie.

W listopadzie
liście opadają,
a ludzie znicze
na grobach stawiają.

 

Przysłowia na
Wszystkich Świętych (1 XI)

We Wszystkich Świętych,
gdy się deszcz rozpada,
może słota potrzymać
do końca listopada.

Wszyscy Święci niezgodą,
wiatry ze śniegiem przywiodą.

Czasy niekiedy bywają,
że Wszyscy Święci w bieli przybywają.

Jeśli śnieg na Wszystkich Świętych zawiedzie,
to święty Marcin [11 listopada]
na białym koniu przyjedzie.

Na Wszystkich Świętych ziemia skrzepła,
to będzie zima ciepła,
a jak deszcz,
to trzeba będzie za piec wleźć.

Na Wszystkich Świętych mróz,
na Boże Narodzenie zima i susz.

 

Przysłowia na
św. Huberta (3 XI)

Kiedy swego czasu
goły las nastaje,
święty Hubert z lasu
cały obiad daje.

Jaki listopad trzeci,
taki marzec się kleci.

 

Przysłowia na
św. Marcina (11 XI)

Chmurny Marcin chętnie przyprowadza
łagodną zimę, mrozy straszne zgładza.

Gdy liście przed Marcinem nie opadają,
to mroźną zimę przepowiadają.

Gdy Marcin w śniegu przybieżał,
całą zimę będzie w nim leżał.

Gdy Marcinowa gęś po lodzie,
będzie Boże Narodzenie po wodzie.

Gdy mróz na świętego Marcina,
będzie tęga zima.

Jaki dzień na świętego Marcina,
taka będzie cała zima.

Jeśli na Marcina sucho,
to Gody (25 grudnia) z pluchą.

Jeśli na Marcina
wiatr z południa wieje,
lekkiej zimy daje nadzieje.

 

Przysłowia na
św. Stanisława (13 XI)

Na Stanisława Kostkę
ujrzysz śniegu drobnostkę,
a na Ofiarowanie [21 listopada]
przydadzą się sanie.

 

Przysłowia na
św. Marka (16 XI)

Deszcz w Marka,
ziemia w lecie jak skwarka.

 

Przysłowia na
św. Elżbiety (19 XI)

Zjawia to Elżbieta święta,
czy ta zima będzie cięta.

 

Przysłowia na
św. Katarzyny (25 XI)

Katarzyny dzień jaki,
cały grudzień taki.

Kiedy w świętą Katarzynę
lód nie stanie,
to gotuj sanie.

W Katarzynę z nieba nic nie spadnie,
będzie w przyszłym lutym
chyba jeszcze ładniej.

 

Przysłowia na
św. Zdzisława (28 XI)

Kiedy Zdzisiek rano szroni,
zima jest w zasięgu dłoni.

 

Przysłowia na
św. Andrzeja (30 XI)

Gdy święty Andrzej
ze śniegiem przybieży,
sto dni śnieg w polu leży.

Na św. Jędrzeja
trza kożucha dobrodzieja.

W wilją św. Andrzeja
jest dla dziewcząt nadzieja.

Zdybali się dwa Jędruchy:
jeden ślepy, drugi głuchy.

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

A jednak podam. Pamiętniki, o których piszę na początku tekstu, to:

Jałowiecki, Mieczysław. Na skraju Imperium i inne wspomnienia.
Warszawa : Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, [2000, 2003, 2005, 2012, 2013,  2014,  2015,  2017].
Liczba wznowień mówi sama za siebie. Niesamowita lektura!
Prawda: tylko dla dorosłych, ale nieposłuszna (a ciekawa) młodzież też może w nich znaleźć zadowolenie.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha