KTO JEST KIM:

KRZYSZTOF BARANOWSKI

3.

Ramka_03_Polonez_ill_1

1969

wiosna

Krzysztof Baranowski wymienia listy z redakcją brytyjskiego tygodnika The ObserverRoyal Western Yacht Club of England, organizatorami Transatlantyckich Regat Samotnych Żeglarzy OSTAR[1].

Wynikiem korespondencji jest złożony w Polskim Związku Żeglarskim projekt udziału polskiego zawodnika (lub całej ekipy) w regatach OSTAR ’72 i prośba o wyrażenie zgody na samotny rejs treningowy jeszcze w sezonie 1969.
W obu sprawach PZŻ odpowiada pozytywnie.

sierpień

Samotny, dwutygodniowy rejs na s/y Zenit[2] po Bałtyku.

Wracając z rejsu, zadałem sobie pytanie – a gdyby tak dookoła świata?
[…] do eliminacji przystąpiło zaledwie piętnastu kapitanów. Były wieloetapowe, wymagały wiele wysiłku. Wygrałem je. Przechodziliśmy próby olimpijskie! Miałem dobre wyniki, byłem młody, wysportowany. O ile stan zdrowia i dobre wyniki sportowe nie mogły budzić wątpliwości, to gorzej z eliminacjami żeglarskimi.
Nie udało nam się zdobyć pięciu takich samych jachtów, żeby wszyscy mieli jednakowe szanse.
[3]

 

 1970

[…] mając już za sobą dwa sezony samotnej żeglugi po Bałtyku, zdecydowałem się na start jako samotny żeglarz w otwartych mistrzostwach Polski. […]
Właśnie podczas tych mistrzostw dołączyli do mnie konkurenci z tamtej grupy eliminacyjnej.[4]

Krzysztof Baranowski, samotnie na s/y Nadir[5], startuje we wszystkich biegach Mistrzostw Polski.
Końcowy rezultat – w połowie stawki jachtów załogowych i pierwsze miejsce wśród samotnych żeglarzy startujących tylko w jednym wyścigu.

Decyzja PZŻ typująca kandydatów do OSTAR wg następującej kolejności:
1. Krzysztof Baranowski, 2. Aleksander Bereśniewicz, 3. Zbigniew Puchalski.

Niezrażony porażką Zbigniew Puchalski przygotował do startu w OSTAR swój jacht Miranda, a Teresa Remiszewska otrzymała od Marynarki Wojennej Komodora. W ten sposób w regatach OSTAR ostatecznie startowała trójka Polaków i jeden Czech (Richard Konkolski) również przygotowujący się w Polsce.[6]

 

1970-1971 – budowa jachtu Polonez.[7]

Krzysztof Baranowski prowadzi nadzór armatorski nad budową.

Nazwę jachtu wybierały dzieci w plebiscycie audycji telewizyjnej „Ekran z bratkiem”.
Wygrała nazwa zaproponowana przez 14-letnią Jadwigę Geisler[8].

„Polonez” budowany był z myślą o Transatlantyckich Regatach Samotnych Żeglarzy, przynajmniej oficjalnie. Nie zwierzałem się jednak ze swojego marzenia, żeby popłynąć dalej. Nadzorując budowę miałem okazję wpłynąć na ostateczny kształt jachtu tak, by mógł sprostać najtrudniejszym warunkom. Trzy lata po położeniu stępki okazało się, że sprostał; po regatach OSTAR popłynąłem dalej – dookoła świata najtrudniejszą trasą. […] W rezultacie powstał kecz o pięknej linii pokładu (bo bez nadbudówek), zgrabny i szybki. O dwa maszty sam się napierałem w myśl zasady, że jak jeden się straci, to zawsze jeszcze jest jeszcze drugi. Kolegom konstruktorom nie mówiłem o tym, że buduję jacht na rejs dookoła świata, ale wtedy sam nie byłem pewien, czy popłynę.[9]

Prezesowi Szopie [ówczesny prezes PZŻ i minister żeglugi] powiedziałem, że po regatach chciałbym popłynąć dalej. Zapytał mnie tylko, czy zdążę na Dni Morza. Powiedziałem, że spróbuję. On na to: „płyń Baranowski, tylko wróć na Dni Morza”. Więc już po regatach w Ameryce, gdzie zająłem dwunaste miejsce, powiedziałem oficjalnie, że chcę płynąć dalej. I nikt mnie nie próbował zatrzymać.[10]


1971

Krzysztof Baranowski odbywa na Bałtyku obowiązkowy rejs kwalifikacyjny do OSTAR i startuje samotnie na s/y Polonez we wszystkich biegach Żeglarskich Mistrzostw Polski.

 

 1972

2 maja – Krzysztof Baranowski z Kazimierzem „Kubą” Jaworskim wypływają na Polonezie ze Szczecina do Plymouth.

Krzysztof Baranowski żegluje samotnie w regatach przez kanał La Manche, z Gosport (nad Zatoką Solent) do Cherbourga, w ramach Operacji Żagiel 1972.

Regaty te wygrałem, ale komisja regatowa zdyskwalifikowała „Poloneza”, bo załoga miała być w połowie poniżej 25 lat, a ja byłem sam i w dodatku po trzydziestce![11]

 

 17 czerwca, 1200 GMT – 18 lipca, 0455 GMT

Krzysztof Baranowski na Polonezie w Transatlantyckich Regatach Samotnych Żeglarzy OSTAR ’72 zajmuje 12 miejsce w klasyfikacji generalnej (overall), 8 miejsce w klasie (jednokadłubowce) i 17 miejsce po przelicznikach (corrected).

Płynął 30 dób, 16 godzin i 55 minut.

Regaty rozpoczęło 55, a ukończyło 43 żeglarzy.

Startując z Plymouth wybrałem trasę po ortodromie czyli odchyloną na północ, ryzykując spotkanie z górami lodowymi, ale warunki jak na te okolice były bardzo łagodne i wielokadłubowce płynące nieco bardziej na południe pędziły do mety, gdy ja stałem w ciszy (i we mgle) w okolicach złowieszczej skądinąd wyspy Sable.
Dwunaste miejsce (po przeliczeniu) nie było takie złe biorąc pod uwagę debiut i przygotowanie jachtu na najcięższe pogody (Ryczące Czterdziestki), a nie na słabe wiatry.
Na mecie w Newport, Rhode Island, myślałem już o dalszej trasie – dookoła świata.
[12]

 

 1972-1973 – samotny rejs dookoła świata na Polonezie trasą wokół południowych kontynentów i przylądka Horn.

1972
17 czerwca                                          – start do transatlantyckich regat OSTAR z Plymouth
6 sierpnia                                            – wyjście z Newport na Ocean Atlantycki
13-29 października                               – postój w Kapsztadzie
29 października                                   – wyjście z Kapsztadu na Ocean Indyjski
21 grudnia 1972 – 10 stycznia 1973     – postój w Hobart; reperacja samosteru, zdjęcie bezanmasztu
.                                                              zniszczonego przez fale Oceanu Indyjskiego  (został postawiony ponownie w  Plymouth)

1973
10 stycznia 1973                               – wyjście z Hobart na Pacyfik
23 lutego, 1220 GMT                        – trawers przylądka Horn
27 lutego – 3 marca                         – postój w Stanley na Falklandach
10 kwietnia, 2300 GMT                     – zamknięcie pętli wokółziemskiej; 7°20′S 24°55′W
25 maja                                            – zakończenie samotnego rejsu w Plymouth
22 czerwca                                      – wejście do Świnoujścia
24 czerwca (Dni Morza)                    – wejście do Szczecina, uroczyste powitanie.

 

_03_POLONEZ_Mapa col4_sm[13]

 

Czas całego rejsu: 

od 2 maja 1972 do 24 czerwca 1973 (Szczecin – Szczecin):
1 rok, 1 miesiąc i 23 doby = 13 miesięcy i 23 doby = 59 tygodni i 6 dób = 419 dób

Czasy na odcinkach przepłyniętych samotnie (z uwzględnieniem postojów):

od 17 czerwca 1972 do 25 maja 1973 (Plymouth – Plymouth):
11 miesięcy i 9 dób = 49 tygodni = 343 doby

od 17 czerwca 1972, 1200 GMT do 18 lipca 1972, 0455 GMT (Plymouth – Newport):
1 miesiąc, 16 godzin 55 minut = 30 dób 16 godzin 55 minut = 736 godzin 55 minut

od 6 sierpnia 1972 do 25 maja 1973 (Newport – Plymouth):
9 miesięcy i 20 dni = 41 tygodni i 6 dób = 293 doby

W 272 dni żeglarz przepłynął 35 424 Mm; średnia 130 Mm dziennie plasowała go w światowej czołówce pod względem prędkości żeglugi na jachtach jednokadłubowych.
Przez wiele lat Polonez miał również najlepszy czas przejścia Południowego Pacyfiku od Tasmanii do Przylądka Horn – 45 dni.[14]

Krzysztof Baranowski był drugim – po Leonidzie Telidze – Polakiem, który samotnie opłynął kulę ziemską.
Był pierwszym Polakiem i dziewiątym żeglarzem w historii światowego żeglarstwa[15], który dokonał tego samotnie, płynąc wokół trzech[16] przylądków (Agulhas, Leeuwin i Horn).

Za swój wyczyn otrzymał wiele odznaczeń państwowych i nagród sportowych (patrz: Nagrody i odznaczenia). Dostał również nominację na kapitana rezerwy Marynarki Wojennej.

1973 – 1974 – s/y Polonez odbył dwie podróże lądowe:
– do Warszawy, gdzie był wystawiony na Placu Defilad
– do Moskwy, gdzie był eksponatem na wystawach: „XXX lat socjalistycznej Polski” i „Polskie jachty” (organizowanej przez Przedsiębiorstwo Handlu Zagranicznego Navimor).

Po powrocie z Moskwy (na początku września 1974) Zarząd Główny AZS  przekazał jacht Jacht Klubowi AZS Szczecin, który stał się jego oficjalnym gospodarzem.

4 listopada 1974 Polonez przekazany został Jacht Klubowi szczecińskiej Wyższej Szkoły Morskiej.[17]

 

 

1973

Krzysztof Baranowski zostaje członkiem Kapituły Bractwa Żelaznej Szekli.

Bractwo Żelaznej Szekli – telewizyjny klub wychowania morskiego założony w lipcu 1973 z inicjatywy kpt. Adama Jassera; współdziała z telewizyjnym programem „Latający Holender” prowadzonym (od 1967) przez red. Bohdana Sienkiewicza.

Celem BŻSz jest umożliwienie wypłynięcia na morze każdemu, kto nie ukończył 18 roku życia, jest zdrowy i umie pływać, niezależnie od umiejętności żeglarskich, a pomyślnie zdał serię zadań konkursowych. Konkurs trwa cały rok, dwutygodniowe rejsy organizowane są w miesiącach wakacyjnych.
Akcja propagandowa, prowadzona przez audycje telewizyjne, narzuca comiesięczny obowiązek rozwiązywania określonych zadań, a system punktacji za prawidłowe odpowiedzi umożliwia wysłanie na morze najbardziej wytrwałych i pracowitych.

System, budzi w Polsce początkowo wiele kontrowersji, ale szybko okazuje się słuszny: niewykwalifikowane załogi młodzieżowe pod okiem doświadczonej kadry radzą sobie doskonale z żeglugą i żaglowcem w każdych warunkach.

Jachty – Generał Zaruski, Henryk RutkowskiZew Morza – z jungami BŻSz na pokładzie wypływają w dalekomorskie rejsy, osiągają sukcesy w regatach. Jungowie BŻSz gościli też na pokładzie Daru Pomorza.

Komandorem Kapituły BŻSz zostaje Maciej Szczepański – prezes Komitetu d/s Radia i Telewizji. Kanclerzem jest Adam Jasser. Członkami kapituły są m.in. Andrzej Benesz – wicemarszałek Sejmu PRL i przewodniczący PZŻ, Henryk Śliwowski – wojewoda gdański, Witold Bublewski – wieloletni dowódca Harcerskich Drużyn Żeglarskich, Michał Sumiński – pisarz, żeglarz i popularny prezenter telewizyjny, red. Bohdan Sienkiewicz – autor i realizator morskiego magazynu dla młodzieży „Latający Holender” emitowanego od 1967 przez TV Gdańsk.[17]

Znak BŻSz to cztery skrzyżowane szekle.

 

 

1975

15 kwietnia – 19 maja

Krzysztof Baranowski dowodzi załogowym rejsem morskim na Polonezie do Brukseli na Międzynarodową Wystawę, na zaproszenie Polskiej Izby Handlu Zagranicznego.

Trasa: Szczecin – Holtenau – Brunsbüttel – Helgoland – Flushing – Antwerpia – Bruksela – Zeebrugge – Kiel – Świnoujście.

Dystans: 1429 Mm.

 

1976

10 kwietnia – 6 lipca

Krzysztof Baranowski dowodzi Polonezem w transatlantyckich regatach Operacji Żagiel organizowanych na Dwustulecie (Bicentennial) Stanów Zjednoczonych. Zajmuje 5 miejsce w klasie B.

Załoga
Krzysztof Baranowski (kapitan), Antoni „Toni” Brancewicz, Wojciech Jacobson, Jarosław Malejewski, Wiesław Słoboda, Marek Stryjecki[18], Mona Thorogood (od Teneryfy).

Trasa i kalendarium rejsu:
10 kwietnia                    – wyjście ze Szczecina
10-11 kwietnia               – postój w Świnoujściu
13/14 kwietnia               – Kanał Kiloński
14-15 kwietnia               – postój w Cuxhaven
18-19 kwietnia               – Wielkanoc na morzu
20 kwietnia                    – kotwiczenie w Dover, przejście do Cowes
20-22 kwietnia               – postój w Cowes
22-25 kwietnia               – postój w Lymington
25/26 kwietnia               – wejście do Dartmouth
26 kwietnia                    – postój w Dartmouth
27-28 kwietnia               – postój w Salcombe Bay
29 kwietnia – 2 maja      – postój w Plymouth
2 maja                            – start do regat Operacji Żagiel
13 maja                          – wejście do Santa Cruz de Tenerife
18-19 maja                     – „Cruise in company” dookoła Teneryfy (Antoni Brancewicz na Great Britain II,
.                                          Wojciech Jacobson na brytyjskim Kukri) z krótkim postojem w Los Cristianos
23 maja                          – start do regat z Santa Cruz de Tenerife; do załogi dołączyła Mona Thorogood
14 czerwca                     – wejście do St. Georges (Bermudy)
15-20 czerwca                – postój w Hamilton (Bermudy)
20 czerwca                     – przejście do St. Georges, postój na boi; start do regat
26 czerwca, świt             – wejście do Newport (R.I., USA)
1 lipca                            – wyjście z Newport;
.                                          w załodze dodatkowo: Elwira Jasser i Katarzyna Jaszczuk płynące do Nowego Jorku
2 lipca                            – wejście do Northport-Huntington (N.Y.)
3 lipca                            – wejście do Nowego Jorku
4 lipca                            – parada żaglowców (na Polonezie płynie 10 osób)
6 lipca                            – A. Brancewicz, J. Malejewski, W. Słoboda i M. Stryjecki wracają do Polski
7 lipca                            – wyjście z Nowego Jorku przez Hudson River i East River do Matinecock  (N.Y.) w Long
.                                          Island Sound
8 lipca                            – wejście do New Haven (CT)
10 lipca                          – wizyta królowej brytyjskiej w New Haven; z Poloneza wyokrętowuje Wojciech Jacobson,
.                                         który wróci do Polski Darem Pomorza.[19]

Dystans: 6611 Mm.

00_1976_OP-Sail_mapa_wg_W_Jacobsona_4 1976: atlantycka trasa Poloneza
mapa wg Wojciecha Jacobsona

 

1976/77 – Rejs Polonezem przez jeziora, rzeki i kanały USA, i przez Atlantyk do Polski

Załoga: żona Ewa, 7-letnia córka Małgosia i 12-letni syn Jaś (do Nowego Jorku przypłynęli dziesięciotysięcznikiem Polskich Linii Oceanicznych m/s Gen. Stanisław Popławski[20]).

Trasa (przybliżona): Hudson River (Nowy Jork, NY; Nyack, NY; Cold Spring, NY; Albany, NY; Troy, NY); Erie Canal: Mohawk River – Oswego River – (Schenectady, NY; Utica, NY; Oneida Lake; Oswego, NY); Lake Ontario (Youngstown, NY); Welland Canal, ON; Lake Erie (Buffalo, NY; Erie, PA; Put-In-Bay, OH); St. Clair River (Detroit, MI; Lake St. Clair); Lake Huron (Bay City, MI; Alpena, MI; Cheybogan, MI; Mackinaw City, MI); Lake Michigan (Chicago, IL); Chicago River (Marina City, IL); South Branch Chicago River – Chicago Sanitary And Ship Canal – Des Plaines River – Illinois River; Mississippi River (Portage Des Sioux (Palisades Yacht Club), MO [1976-11-02] ; St. Louis, MO; Chester, IL; Hickman, KY; Memphis, TN; [wyjazd do Cookeville, TN, 1976-11-4/26]; Greenville, MS; Vicksburg, MS; Natchez, MS; Baton Rouge, LA; New Orleans, LA [1976-12-24]); Industrial Canal, Mississippi River – Gulf Outlet Canal (Yscloskey, Saint Bernard, LA); Gulf Of Mexico: St. Petersburg, FL; Miami, FL; Bahamas: Freeport (Grand Bahama), Nassau (New Providence), San Salvador Island; Açores: Horta (Faial); Wlk. Brytania: Plymouth; Polska: Szczecin.

1976-77_POLONEZ_Mississippi_14_sm2a

W Chicago, nad jeziorem Michigan, Krzysztof Baranowski spotyka braci Ireneusza i Zdzisława Gieblewiczów, którzy wykupili z chicagowskiego Museum of Science and Industry przeznaczony do kasacji legendarny polski jacht Dal, na którym w latach 1932-33 z Polski do Chicago dopłynęli Andrzej Bohomolec i Jerzy Świechowski.

Rejs kończy się w Szczecinie, gdyż armatorem Poloneza była szczecińska Wyższa Szkoła Morska.[21]

Podczas rejsu, by dzieci nie straciły roku szkolnego, rodzice pełnili funkcje nauczycieli wszystkich przedmiotów. Te doświadczenia Krzysztof Baranowski wykorzysta przy realizacji projektu Szkoła Pod Żaglami.

Plonem literackim rejsu jest książka Dom pod żaglami  (1980) oraz reportaże drukowane przez Trybunę Ludu, wydane w zbiorze Żaglem po Ameryce (1978).

 

[1] regaty były wówczas sponsorowane przez Observera, a ich nazwa angielska jest skrótem od Observer Single-handed Trans-Atlantic Race.

[2] s/y Zenit – drewniany bermudzki slup balastowy typu Vega. Konstruktorzy: Kazimierz Michalski i Ryszard Langer. Budowa (1964) – Szczecińska Stocznia Jachtowa. Dł.: 11,2 m (36.7 ft); szer.: 2,95 m (9.7 ft); zanurz.: 1,95 m (6.4 ft); pow. żagli: 54 m kw. (581 sq ft). W 1987 przeszedł remont kapitalny, zmienił właściciela i nazwę. Obecnie pływa jako s/y Gandalf.

[3] <http://krzysztofbaranowski.pl/rejsy/regaty-ostar-na-polonezie.html>

[4] Falba, Tomasz i Czesław Romanowski. „Kapitan i jego sekta.” Nasze Morze, 2011 nr 10 (70), s. 12-13.

[5] s/y Nadir – drewniany slup balastowy, zbudowany w Szwecji ok. 1906, początkowo przeznaczony do żeglugi zatokowej, pod koniec lat 1950. przebudowany i dostosowany do żeglugi pełnomorskiej. Dł.: 11,85 m (38.9 ft); szer.: 2,49 m (8.2 ft); zanurz.: 1,70 m (5.6 ft); pow. żagli: 47,5 m kw. (511 sq ft).

[6] <http://krzysztofbaranowski.pl/rejsy/regaty-ostar-na-polonezie.html>

[7] s/y Polonez – drewniany kecz bermudzki typu Arcturus. Konstruktorzy: Edward Hoffman, Czesław Gogołkiewicz i Kazimierz Jaworski. Budowa (1970/71): Morska Stocznia Jachtowa im. Leonida Teligi w Szczecinie.
Kadłub: drewniany, z obłogów mahoniowych giętych na wręgach, klejony; wręgi i stępka – drewniane, poszycie – mahoń trzywarstwowy. Pokład: na pokładnikach sosnowych, poszycie ze sklejki pokrytej makietą z peroby. Dwa maszty stalowe, liny strunowe – nierdzewne, fały prowadzone wewnątrz masztu. Podczas rejsu dookoła świata, w Hobart (Australia; 21 grudnia 1972 – 10 stycznia 1973), zdjęty został bezanmaszt, zniszczony przez fale Oceanu Indyjskiego. Silnik: Volvo Penta 14 KM (10,5 kW).
Dł. całk.: 13,80 m (45.3 ft); dł. linii wodnej: 10,65 m (35 ft); szer.: 3,80 m (12.5 ft); zanurz.: 2,20 m (7.2 ft); pow. ożagl.: pomiarowa – 73,5 m kw. (791 sq ft), rzeczywista – 88,0 m kw. (947 sq ft), maksymalna – 210,0 m (2260.5 sq ft). Komplet żagli – 21 sztuk; największy żagiel – 90 m kw. (969 sq ft).
Dane za: Baranowski, Krzysztof. „Polonezem” dookoła świata. Warszawa : KiW, 1973; s. 17 i 197-198.

[8] Baranowski, Krzysztof. Z pokładu „Poloneza”. Gdańsk, Wydawnictwo Morskie, 1974, s. 15.

[9] <http://krzysztofbaranowski.pl/jachty/polonez.html#more-667>

[10] Falba, ibidem, s. 13.

[11] <http://krzysztofbaranowski.pl/rejsy/regaty-ostar-na-polonezie.html>

[12] <http://krzysztofbaranowski.pl/rejsy/regaty-ostar-na-polonezie.html>

[13] Mapa za: Baranowski, Krzysztof. „Polonezem” dookoła świata. Warszawa : KiW, 1973; s. 113.

[14] <http://krzysztofbaranowski.pl/rejsy/polonezem-dookola-swiata-2.html#more-581>

[15] Pierwszych ośmiu to:
Vito Dumas (Argentyna) – 1942-06-27 – 1943-09-07, s/y LEHG II;
Francis Chichester (Wlk. Bryt.) – 1966-08-27 – 1967-05-28, s/y Gypsy Moth IV;
Alec Rose (Wlk. Br.) – 1967-07-16 – 1968-07-04, s/y Lively Lady;
Robin Knox-Johnston (Wlk. Br.) – 1968-06-14 – 1969-04-22, s/y Suhaili;
Bernard Moitessier (Francja) – 1968-08-22 – 1969-03-18, s/y Joshua;
Nigel Tetley (Wlk. Br.) – 1968-06-01 – 1969-04-22, s/y Victress;
Chay Blyth (Wlk. Br.) – 1970-10-18 – 1971-08-02, s/y British Steel;
Bill King (Wlk. Br.) – 1970-09 – 1973-05-23, s/y Galway Blazer II.

[16] Trasa ta zwana jest również „wokół pięciu przylądków”: Dobrej Nadziei (Afryka), Leeuwin (Zach. Australia), Przylądek Południowo-Wschodni (South East Cape, Tasmania), Przylądek Południowo-Zachodni (South West Cape, wyspa Stewart, N. Zelandia), Horn (Am. Płd.).

[17] Wadowski, Jerzy. „Bractwo Żelaznej Szekli.” Morze, nr 08 (537)/1975.

[18]  Więcej o Marku Stryjeckim i jego rejsach z Krzysztofem Baranowskim na stronie <http://www.jachtchorwacja.pl/o-nas_1>.

[19]  Dziękuję najserdeczniej Wojciechowi Jacobsonowi za kalendarium i mapę rejsu Poloneza w Operacji Żagiel na 200-lecie Deklaracji Niepodległości USA. I za zdjęcia, i za uwagi, i w ogóle za nieocenioną pomoc przy pisaniu tego całego opracowania!

[20]  Baranowski, Krzysztof. Dom pod żaglami. Warszawa : Iskry, 1980; s. 12.

[21] Polonez pływał w barwach szczecińskiej WSM jeszcze 10 lat.
1987 – sprzedany prywatnemu właścicielowi, Lechowi Grobelnemu, który rozpoczął jego przebudowę na jednostkę turystyczną, ale wkrótce został aresztowany pod zarzutem malwersacji finansowych. Jacht stał wyslipowany przez ponad 20 lat, na szczęście w hangarze, co nie chroniło jednak przed szabrownikami. W międzyczasie zakupiła go Stocznia Szczecińska, ale nie zainwestowała w dokończenie przebudowy.
1996 – Poloneza kupili kpt. Bruno Salcewicz i Marcin Marchaj; uchroniło to kadłub przed sprzedażą do Niemiec, ale koszt renowacji przekraczał możliwości finansowe nabywców.
2005 – Poloneza kupiła firma budowlana Włodarzewska S.A. i z pomocą Brunona Salcewicza odrestaurowała; sylwetka jachtu została znacznie zmieniona: dobudowano nadbudówkę i podwyższono burty.
2008-06-13 – na jednostce ponownie podniesiono banderę polską i Polonez znów pływa pod dawna nazwą. Por. <http://pl.wikipedia.org/wiki/SY_Polonez>

[22] Janka Bielak – nieoficjalny ambasador morskiej i żeglarskiej Polski w Wielkiej Brytanii, jedna z najbardziej wpływowych osób działających społecznie w ramach Sail Training Association i jego różnych organizacyjnych wcieleń (STI, ISTA). Jej cicha dyplomacja i umiejętność przełamywania lodów dawała znane na zewnątrz efekty. M.in. doprowadziła do udziału Rosjan w regatach do Stanów Zjednoczonych w 1976 roku. Potem rosyjskie i polskie żaglowce były już stałymi uczestnikami imprez Cutty Sark.
Knabe, Jerzy. „The Sea is our Bridge – Morze jest naszym mostem.” <http://www.pogoria.org/dzialy/sylwetki/S9.htm>

 


 sy_Gandalf_ex_Zenit_2010_1s/y Gandalf ex Zenit ok. 2010 r.

 

 

Krzysztof Baranowski, zeglarz, morze Baltyk, lipiec, 1964 r.,
1964: Krzysztof Baranowski na s/y Joseph Conrad
fot. arch. Krzysztof Baranowski

1970_MP_sy_Nadir_KB_Scan_0514_sm_fot_Wojciech_Jacobson©21970: Krzysztof Baranowski żegluje samotnie na s/y Nadir w regatach o Mistrzostwo Polski
fot. Wojciech Jacobson, z pokładu s/y Swantewit (JK AZS Szczecin)

 

szary_gplf_002_smOk. 1970
fot. arch. Krzysztof Baranowski

Polonez_19701970: Polonez w budowie
fot. arch. Krzysztofa Baranowskiego

sy_Polonez_Archiwum_PZZ_as/y Polonez / fot. arch. PZŻ

02_sy_Polonez_8048492_orig

1973_arch_K_Baranowski1973: s/y Polonez / fot. arch. Krzysztof Baranowski

1973-02-23_fot_K_Baranowski1973-02-23: s/y Polonez przy Cabo de Hornos / fot. Krzysztof Baranowski

 

05_1973-06-24_Szczecin_fot_Jan_Morek_Forum1973-06-24: zakończenie wokółziemskiego rejsu w Szczecinie podczas Dni Morza
fot. Jan Morek / Forum

 

06_4251481_orig

 

06b_voksnp31b1973, Warszawa, Plac Defilad

 

07_1975-04_1506811_401187573351560_771252062_n1975: Załogowy rejs morski na Polonezie do Brukseli na Wystawę Międzynarodową.
Fotografia z archiwum Marka Stryjeckiego, który podpisał ją następująco:
Krzysztof Baranowski podczas mojego pierwszego rejsu do Brukseli. Całe doświadczenie żeglarskie i wiedzę zawdzięczam Krzysztofowi, jest to mój „ojciec żeglarstwa”. Większość rejsów spędziłem pod jego dowództwem. Kiedy zaproponował mi w 1983 roku, żebym popłynął jako mechanik w pierwszej i drugiej Szkole pod Żaglami pozostawiłem pracę w Polskich Liniach Oceanicznych i bez wahania zamustrowałem na rok na „Pogorię.

 

08_1975-05_1507847_401187626684888_500274681_n1975, maj: Bruksela. Załoga Poloneza w towarzystwie sponsorów rejsu
fot. z arch. Marka Stryjeckiego


09_1976-04-10_923097_401187706684880_1383261530_n1976-04-10: Szczecin, Pożegnanie Poloneza na Wałach Chrobrego przed rejsem na Operację Żagiel ’76
fot. z arch. Marka Stryjeckiego

 

10_1976_041_sm_arch_Wojciech_Jacobson1976: załoga Poloneza w rejsie na Operację Żagiel:
od lewej: Krzysztof Baranowski, Wojciech Jacobson, Antoni Brancewicz, Jarosław Malejewski, Wiesław Słoboda; klęczy: Marek Stryjecki
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

11_1976-04-18_F1010021_sm_fot_Wojciech_Jacobson1976-04-18: śniadanie wielkanocne na Polonezie; od lewej: Krzysztof Baranowski, Jarosław Malejewski, Antoni Brancewicz, Marek Stryjecki, Wiesław Słoboda.
fot. Wojciech Jacobson
Komentarz Wojciecha Jacobsona: Wielkanoc 1976. Wydawało by się, że żeglarze zasiadają do świątecznej uczty w spokojnym porcie. Tymczasem rzecz się miała – nie do wiary – na środku Morza Północnego, w połowie drogi do Anglii. Na stole, w mesie STOJĄ, i nie przewracają się, szklane kieliszki! Na zewnątrz była kompletna flauta, sztil bez rozkołysu, jak nigdy na Morzu Pónocnym!

 

12_1976_F1010020_sm_arch_Wojciech_Jacobson1976: na pokładzie Poloneza (Wojciech Jacobson i Jarosław Malejewski)
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

12a_1976_043_sm_arch_Wojciech_Jacobson1976: Polonez na Atlantyku
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 13a_1976-06-11_sm_arch_Wojciech Jacobson1976, czerwiec: Atlantyk (od lewej: Wiesław Słoboda, Krzysztof Baranowski, Wojciech Jacobson)
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

 

13_1976-06_arch_Marek_Stryjecki1976, czerwiec: tuńczyk złowiony na Atlantyku (Marek Stryjecki i Krzysztof Baranowski)
fot. z arch. Marka Stryjeckiego

 

14_1976-07__arch_Marek_Stryjecki1976: Marek Stryjecki na pokładzie Poloneza
podczas rejsu powstał film Załoga wg scenariusza i w reżyserii Krzysztofa Baranowskiego;

autorem zdjęć był Marek Stryjecki
fot. z arch. Marka Stryjeckiego

 

15_1976-06_arch_Marek_Stryjecki1976: załoga Poloneza na Bermudach w uszytych własnoręcznie bermudach
od prawej: Krzysztof Baranowski, Wiesław Słoboda, Jarosław Malejewski, Mona Thorogood, Wojciech Jacobson, Marek Stryjecki, Antoni Brancewicz
fot. z arch. Marka Stryjeckiego

 

16_1976-06_F1010026_sm_arch_Wojciech_Jacobson1976, czerwiec: załoga Poloneza na mecie regat w Newport, R.I.
górny rząd od lewej: Antoni Brancewicz, Krzysztof Baranowski, Wojciech Jacobson.
dolny rząd od lewej: Jarosław Malejewski, Mona Thorogood, Wiesław Słoboda, Marek Stryjecki
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

1976-06_arch_Wojciech_Jacobson1976, czerwiec: załoga Poloneza na mecie regat w Newport, R.I.
Dama w drugim rzędzie, jedyna bez „firmowej” koszulki, to Janka Bielak[22]
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

 

17_1976-07_F1010027_sm_arch_Wojciech_Jacobson1976, czerwiec: Wiesław Słoboda wita Kazimierza „Kubę” Jaworskiego na Polonezie na mecie w Newport.
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

18_1976-07-06_044_sy_Polonez_NYC_arch_Wojciech_Jacobson1976, lipiec: s/y Polonez w Nowym Jorku
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

19_1976-77_POLONEZ_Mississippi_005_sm21976/77 – rejs Polonezem po wodach śródlądowych USA
fot. arch. Krzysztof Baranowski (Żaglem po Ameryce, s. 24)

Kazimierz Robak
Tampa, FL; 12 sierpnia 2014
Żeglujmy Razem

KTO JEST KIM: Krzysztof Baranowski – strona główna

Calendar

« July 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

LATO

 

– Ładnie dzisiaj… chociaż nie bardzo… No, jednak… Słowem, nie brzydko, a to najważniejsze… Tak. Nie pada deszcz, nie ma też śniegu.
– To byłoby dziwne, jest przecież lato.
– Proszę mi wybaczyć, właśnie to chciałem powiedzieć… chociaż dowie się pani, że można się wszystkiego spodziewać.
– Zapewne.
– Na tym świecie, proszę pani, niczego nie możemy być pewni.

 

* * *

Pyszne lato, paw olbrzymi,
stojący za parku kratą,
roztoczywszy wachlarz ogona,
który się czernią i fioletem dymi,
spogląda wkoło oczyma płowymi,
wzruszając złotą i błękitną rzęsą.
I z błyszczącego łona
wydaje krzepkie krzyki,
aż drży łopuchów zieleniste mięso,
trzęsą się wielkie serca rumbarbaru
i jaskry, które wywracają płatki
z miłości skwaru,
i rozśpiewane, więdnące storczyki.


O, siądź na moim oknie, przecudowne lato,
niech wtulę mocno głowę w twoje ciepłe pióra
korzennej woni,
na wietrze drżące — —
niech żółte słońce
gorącą ręką oczy mi przesłoni,
niech się z rozkoszy ma dusza wygina
jak poskręcany wąs dzikiego wina. —

 

= = = = = = =

Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego, na półkuli północnej najcieplejsza… bla-bla-bla.

Ponieważ to – było nie było – kalendarz, więc zbiór cytatów i silva rerum z cyklu „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie!”, nie od rzeczy będzie po raz kolejny „palnąć koncept z kalendarza”, czyli polecieć stereotypem. Ale miłym, bo któż z pokoleń pamiętających rok 1960 nie śpiewał:

Lato, lato, lato czeka,
Razem z latem czeka rzeka,
Razem z rzeką czeka las,
A tam ciągle nie ma nas .

Już za parę dni, za dni parę
Weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów, Pitagoras – bądźże zdrów ,
Do widzenia wam „canto, cantare”!

Dla tych, którzy nie pamiętają: to fragment piosenki z filmu Szatan z siódmej klasy – tego oryginalnego, z roku 1960, w reżyserii Marii Kaniew­skiej, w którym debiutowała na ekranie studentka polonistyki Pola Raksa (poróżniła nas, za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał – śpiewa od 1982 roku Grzegorz  Markowski z Perfectu tekstem Bogdana Olewicza). Co dodaję, bo jest też wersja tego filmu z roku 2006, której autorów wymieniać, przez grzeczność, nie będę.
Przez tę samą grzeczność (choć z innych pobudek) dodam, że tekst piosenki napisał Ludwik Jerzy Kern, muzykę – Witold Krzemieński, a wersję oryginalną zaśpiewała Halina Kunicka z Orkiestrą Taneczną PR pod dyrekcją Edwarda Czernego. Szacunek!

==========================

Lato astronomiczne rozpoczyna się od przesilenia letniego i kończy z równonocą jesienną.

Przesilenie letnie Słońca (solstycjum) na półkuli północnej wypada w dniu, kiedy Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – leżącym na północnym równoleżniku 52°13’ – wynosi 61°14’. Podczas przesilenia dzień jest najdłuższy (a noc najkrótsza) w roku.

Równonoc (ekwinokcjum) to dzień, w którym Słońce góruje w zenicie nad równikiem; zdarza się dwa razy w roku: jako początek wiosny (równonoc marcowa – wiosenna) i koniec lata (równonoc wrześniowa – jesienna). Podczas równonocy długość dnia równa jest długości nocy. W dniach równonocy Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Łatwo wtedy można obliczyć szerokość geograficzną miejsca obserwacji: wystarczy zmierzyć w stopniach wysokość górującego Słońca i odjąć tę wartość od 90º.
W centrum Warszawy (52°13’ szerokości geograficznej północnej) dokładny pomiar powinien wykazać właśnie 52°13’.

W pierwszym ćwierćwieczu XXI w. lato na półkuli północnej zaczyna się 21 czerwca (jedynym wyjątkiem jest rok 2024: 20 czerwca, ale 69 minut przed północą!) i trwa do równonocy jesiennej, czyli do 22 lub 23 września
(2018 – 23 IX).

Podczas lata astronomicznego dzień jest dłuższy od nocy, jednak z każdą dobą dnia ubywa, a nocy przybywa. Słońce wschodzi coraz później i góruje na coraz mniejszych wysokościach nad horyzontem.
Za miesiące letnie na półkuli północnej uznaje się czerwiec, lipiec i sierpień.
Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku: tam miesiące letnie to grudzień, styczeń i luty.

 

Lato klimatyczne to ten okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza przekraczają 15°C. Pomiędzy latem klimatycznym i sąsiednimi klimatycznymi porami roku nie ma etapów przejściowych, w przeciwieństwie do zimy poprzedzanej przedzimiem i następującym po niej przedwiośniem.

 

Rzeczownik „lato” w liczbie pojedynczej dawniej (a dziś w gwarach) znaczył „rok”.

Mąż z królem Bolesławem poszedł na Kijowiany
Lato za latem bieży, nie masz go z bojowiska

pisał Mickiewicz (w jakim utworze – wiadomo).
W języku ogólnopolskim przetrwał w tym znaczeniu do dziś: w liczbie mnogiej rzeczownika „rok”, jako jego forma supletywna. A i w gwarach ma się jak najlepiej: latoś znaczy tyle co ‘w tym roku’, a latosi – ‘tegoroczny’.

 

W terminologii kościelnej istnieje termin „miłościwe lato” oznaczający Rok Jubileuszowy lub Rok Święty (Annum Sanctum), połączony z odpustem, którego jednym z warunków jest odwiedzenie określonych kościołów: niegdyś tylko w Rzymie, dziś – na całym świecie.
Po raz pierwszy obchodzono go w roku 1300 za papieża Bonifacego VIII. Pierwotnie miał się powtarzać co 100 lat, ale zaraz Klemens IV skrócił ten okres o połowę, a Paweł II do 25 lat.
Do tego dochodzą „okazje specjalne”, np. Pius XI ogłosił rok 1933 Świętym dla przypomnienia 1900. rocznicy śmierci Chrystusa, a Benedykt XVI za Annum Sanctum uznał rok 2008, w drugie tysiąclecie od narodzin św. Pawła.

 

Latem, od V w., Kościół wschodnio-chrześcijański obchodził koimesis (gr. Κοίμησις, zaśnięcie) Najświętszej Maryi Panny w przeświadczeniu, że Maryja nie umarła jak zwykły człowiek, lecz została zabrana do Nieba.
W chrześcijaństwie zachodnim, kiedy w VII w. to święto zostało przyjęte w Rzymie, termin „zaśnięcie” został zastąpiony przez „wniebowzięcie”.
W Kościele katolickim, w roku 1950, Pius XII, ogłosił dogmat, stwierdzający, że Maryja, po zakończeniu ziemskiego życia, mocą Bożą została z ciałem i duszą wzięta do wiecznej chwały.

Cerkiew prawosławna obchodzi święto Zaśnięcie Bogurodzicy 15 sierpnia (28 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego).

Protestanci przeciwstawiają się dogmatowi o wniebowzięciu, podając jako argument brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat w Biblii.

W Polsce dzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia) jest wolny od pracy. Tego samego dnia obchodzone jest Święto Wojska Polskiego (przywrócone w 1992).

Święto Wniebowzięcia nazywane jest Świętem Matki Boskiej Zielnej, ponieważ w czasie obrzędów błogosławi się wiązanki ziół i kwiatów.
Według wiary ludowej pobłogosławiony bukiet nabiera cudownych, leczniczych właściwości. Wierni, wracając z kościoła, zostawiali go wśród upraw, gdzie miał przynieść szczęście w zbiorach. Po kilku dniach bukiet zabierany był do domu: najpierw obnoszono go po izbach, a później przechowywano w eksponowanym miejscu, które dawało pewność, że jego moc będzie działała.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
lato to:

białoruskiлетa [lieta]
bośniackiljeto
bułgarskiлято [liato]
chorwackiljeto
czeskiléto
kaszubskilato
litewskivasara
łużycki (dolny)lěśe
łużycki (górny)lěćo
łotewskivasara
macedońskiлетo [lieto]
rosyjski
летo [lieto]

serbskiлетo [lieto]
słowackileto
słoweńskipoletje
ukraińskiліто [lito]
żmudzkivasara

 

Przysłowia związane z latem:

Co się w lecie zarobi,
tym się w zimie żyje.

Co w lecie nogami,
to w zimie rękami.

Dobra nowina:
będzie lato, poszła zima.

Idą za szczęściem
iáko iáskołki zá látem.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto latem pracuje,
zimą głodu nie poczuje.

Kto latem w chłodzie,
ten w zimie o głodzie.

Kto w lecie nie zbiera,
w zimie przymiera.

Kto w lecie próżnuje,
w zimie nędzę czuje.

Latem zbiera baba grzyby,
a chłop w niedzielę
idzie z wędą na ryby.

Lecie mi go nie chłódź,
zimo mi go nie grzej.
[o człowieku, któremu dogodzić trudno, i tak mu źle i tak niedobrze]

Lepsze jedno lato niż dwie zimy.

Mnima káżdy iż wiecznie
Iuż ták ma być láto
.

[Rej, Wizerunk własny żywota człowieka poczciwego, 1558]

Na to jak na lato.
[wyrażenie oznaczające wielką ochotę, skwapliwą zgodę]

O, co bym ja dała za to,
gdyby zawsze było lato.

To pewna nowina:
bywszy lato, będzie zima.

Trzebá się rozmyśláć ná to
Iż nie iutro będzie láto.
[Rej, Zwierciadło, 1568]

W lecie bez roboty,
w zimie bez butów.

Za lata zbieraj na zimę.

 

Przysłowie na
Matkę Boską Szkaplerzną
(16 VII)

Wraz z Szkaplerzną Matką
na zagon, czeladko!

 

Przysłowia na
Wniebowzięcie N.M.P.
(15 VIII)

Do Marji Wniebowstąpienia
miej w stodole połowę mienia.

Gdy w pogodę do nieba Maria wstępuje,
wino Węgrom obfite jesień obiecuje.

Marji Wniebowstąpienie
czyni reszty zboża plenie.

Na Wniebowzięcie
pokończone żęcie.

Pogoda na Wniebowzięcie,
ciężkie ziarno wnet po sprzęcie

W Wniebowzięcie Panny Marji
słońce jasne,
będzie wino godnie kwaśne.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytaty na wstępie:
Ionesco, Eugène. Lekcja (La Leçon). (1950) Tłum. Jan Błoński.

Pawlikowska-Jasnorzewska, Maria. „Pyszne lato”. Niebieskie migdały (1922)

LIPIEC...

Lipiec – siódmy miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 31 dni.

W staropolszczyźnie i w gwarach siódmy miesiąc roku nazywano również lipień. Do dziś tę nazwę zachował język ukraiński (липень) i białoruski (ліпень).

Według Aleksandra Brücknera (1856-1939) – filologa i slawisty, historyka literatury i kultury polskiej, znawcy staropolszczyzny – nazwa pochodzi od kwitnących lip (po litewsku ‘lipiec’ i ‘lipa’ to liepa). Ponieważ lipy kwitną na przełomie czerwca i lipca, stąd nazwa tego drzewa w różnych językach słowiańskich może wchodzić do nazw każdego z tych miesięcy, np. w chorwackim lipanj to czerwiec (lipiec to srpanj, a sierpień – kolovoz).

Lipiec to również miód zbierany z kwiatu lipowego i napój alkoholowy robiony z tego miodu.
Jankiel, chcąc spacyfikować warchołów, wiedział, jak kusić patriarchę Dobrzyńskich:

Każę przynieść kozice, basetlę, dwie skrzypiec,
A pan Maciek Dobrodziej lubi stary lipiec
I nowego mazurka

Większość języków europejskich nazywa siódmy miesiąc roku wariantami nazwy łacińskiej obowiązującej od 46 roku p.n.e.: Iulius.
Wcześniej tenże okres nazywał się Quintilis – „piąty miesiąc”; (quinque to po łacinie pięć, quintus – piąty), ale właśnie w 46 p.n.e. Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).

Jeśli ktoś uważa, że w takim czy innym kraju różne organizacje przesadnie podmaślają się rządowi, to niech wie, że naprawdę może być gorzej: miesięcy od panujących premierów, prezydentów czy monarchów jeszcze się nie nazywa.

A w Rzymie (republikańskim!) i owszem: nazwa została nadana miesiącowi na cześć Juliusza Cezara (Gaius Iulius Caesar), który wtedy obchodził urodziny. Gdybyśmy już tak zupełnie poszli w ślady Rzymian, to ciekawie mogłyby się nazywać np. maj, czerwiec, sierpień i kilka innych.

Owidiusz, w poemacie o kalendarzu rzymskim, nie zdążył dojechać do lipca i zamącić w głowach potomnych swą wydumaną etymologią. Na nasze szczęście (i jego nieszczęście) prace nad Fasti (8 r. n.e., już cesarstwo) przerwał imperator Oktawian, dożywotnio zsyłając poetę do Dacji (kiedyś tam będzie Rumunia – napisał Kaczmarski). Rzekomo za nieskromność Ars amatoriaSztuki kochania, ale to wymyślili tzw. moraliści; tak naprawdę nie wiemy za co. Faktem jest jednak, że jeszcze w roku 1930 celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu.

 

 

4 lipca to w USA Święto Niepodległości obchodzone w rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości (4th of July).

Deklaracja to jednak nie to samo co uzyskanie niepodległości – 4 lipca 1776 zbuntowani koloniści opubliko­wali jedynie swe pobożne życzenie. Dziś mówi się o tym „wola narodu”, ale historię piszą zwycięzcy.  W momencie ogłoszenia Deklaracji trwała już Wojna Rewolucyjna (za jej początek przyjęło się uznawać 19 kwietnia 1775) między kolonistami i armią brytyjską, a jej koleje mogły potoczyć się różnie; jaki byłby los schwytanych rebeliantów w razie wygranej Imperium, lepiej nie wspominać. Ponieważ buntownicy wygrali – pozostali przy nazwie „Patrioci”, wielkodusznie przyznając miano „lojalistów” tym, którzy pod władzą Jerzego III chcieli zostać (a później dali nogę do Kanady).
Dziś w Polsce przeciwników politycznych nazywa się zupełnie inaczej – i chyba na tym też polega różnica. Różnica wobec czego? No jak to – nie wiecie, że wróbelek tym się różni, że ma jedną nóżkę bardziej od drugiej?

Formalnie, w świetle prawa międzynarodowego, USA zostały uznane za suwerenne państwo na mocy kończącego wojnę Pokoju Paryskiego, podpisanego 3 września 1783 w Wersalu, w którym Wielka Brytania uznała niepodległość Stanów Zjednoczonych.

 

6-14 lipca – w Pampelunie (Kraj Basków w granicach Hiszpanii) to dni poświęcone obchodom ku czci prawie mitycznego biskupa Fermina, żyjącego w III w., dziś świętego. Po hiszpańsku obchody nazywają się Sanfermines, a mają do siebie to, że wówczas każdy (no dobrze: prawie każdy) może sobie pobiegać po ulicach z bykami (co z kolei nazywa się encierro).

Encierro dosłownie znaczy „zamknięcie”, a chodzi o to, że w różnych miastach w krajach, gdzie corrida jeszcze jest dozwolona, byki przepędza się – ulicami miasta – z zagrody na stadion. Zwierzęta ktoś musi poganiać, nierzadko więc zdarza się, że buzujący testosteron nagle przemieszcza przepędzaczy zza byków przed byki.

Bycze gonitwy w Pampelunie zyskały międzynarodową sławę dlatego, że w powieści Słońce też wschodzi  (1926) opisał je Hemingway (wierzę, że właśnie dlatego, bo cenię Hemingwaya).

 

14 lipca – święto narodowe Francji w rocznicę zburzenia Bastylii w 1789.

W Bastylii siedziało wówczas siedmiu więźniów: czterej fałszerze, dwaj psychicznie chorzy i hrabia Hubert de Solage – zamknięty na życzenie rodziny, która twierdziła, że to za grzeszną miłość do siostry, ale jak zwykle chodziło o pieniądze i to wcale niemałe.

Dziesięć dni wcześniej przeniesiono z Bastylii do zakładu dla umysłowo chorych (wtedy mówiono „dom wariatów”) w Charenton markiza de Sade; rękopis jego Stu dwudziestu dni Sodomy został w Bastylii i – dzięki jej splądrowaniu przed zburzeniem – ocalał.

Przy okazji: kto nie widział filmu Marat/Sade (1967) w reżyserii Peter Brooka, według sztuki niemiec­kie­go dramatopisarza Petera Weissa – ten niewiele widział! Zamiast opowiadania o filmie wystarczy podać jego pełny tytuł: Prześladowanie i zabójstwo Jean-Paula Marata w wykonaniu pensjonariuszy zakładu dla obłąkanych w Charenton w reżyserii Markiza de Sade (The Persecution and Assassination of Jean-Paul Marat as Performed by the Inmates of the Asylum of Charenton Under the Direction of the Marquis de Sade).

Marat akurat tutaj pasuje, bo zmarł 13 lipca (1793, a wolę nawet nie patrzeć na datę jego urodzin), ale o tym monstrum rewolucji przeczytacie za rok. Dość okropieństw na teraz.

 

21 lipca 1969 (02:56:15 GMT, w USA był wciąż 20 lipca) Neil Armstrong wykonał na Księżycu mały krok człowieka, ale gigantyczny skok ludzkości.

Tak, wierzę w to, że naprawdę tam byli. W coś trzeba wierzyć!

 

22 lipca – święto państwowe w PRL, obchodzone na pamiątkę rocznicy ogłoszenia Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w 1944 r., zwanego Manifestem Lipcowym.

Jak to zawsze w sowietyzmie bywało: to prawda – ale taka sama jak w tym, że na Placu Czerwonym rozdawano samochody marki wołga.

 

Manifest PKWN został zatwierdzony i podpisany przez Stalina 20 lipca 1944 w Moskwie, tam wydruko­wany (co łatwo można stwierdzić oglądając krój czcionki użytej w oryginalnych egzemplarzach) i tam też – 22 lipca 1944 – ogłoszony, choć jako miejsce ogłoszenia podano Chełm. 

Nie był to pierwszy i nie ostatni przypadek, kiedy hegemon tworzył jakieś swoje satelickie państewko wokół rządu przyniesionego w teczce. 

Problem zaczyna się robić poważniejszy, gdy to państewko okazuje się być naszym, a pogłębia – gdy wychodzi na jaw, że ten państwowy kreacjonizm jest częścią planu zakrojonego na długie, długie lata.

Stalin – bez wątpienia najbardziej efektywny polityk pierwszej połowy XX wieku i jakiego kiedykolwiek miała Rosja (jeśli ktoś nie wierzy, niech sobie dokładnie obejrzy odpowiedni dział atlasu historycznego) – był o wiele ostrożniejszy niż jego zachodni uczeń, naśladowca i przez wiele laty przyjaciel Adolf Hitler: słów na wiatr nie rzucał. Głośno reklamowana „tysiącletnia rzesza” przetrwała lat zaledwie tuzin, a jakoś nie pamiętam, by propaganda sowiecka kiedykolwiek ujmowała okres istnienia imperium w jakieś limity czasowe. Wszyscy po prostu wiedzieli, że jest wieczne i kropka. To, że totalitarny moloch ZSRR przetrwał – w epoce błyskawicznych zmian XX wieku – bez mała 3/4 stulecia, jest fenomenem. Pobić ten wynik mogą tylko komunistyczne Chiny, ale dopiero za 5 lat.

 

PKWN był właśnie takim rządem przyniesionym w teczce z Moskwy. Złożony z marionetek wykonywał ruchy wymuszane przez sznurki pociągane przez Głównego Lalkarza.

Wszystko oczywiście – jak to zawsze w sowietyzmie bywało – przy pozorach zachowania wymogów demokracji obowiązujących w wolnym świecie.

Dziś, co młodszym i z mniejszą wyobraźnią polityczną, trudno uwierzyć, że w sowieckim systemie istniały żywiołowe kampanie wyborcze i najprawdziwsze wybory, podczas gdy wszystkich kandydatów (i kandy­datki) wystawiała jedna, jedyna partia. Wybrani zasiadali zaś w organach władzy i na ustawy wniesione przez ich partię głosowali tak, jak im ich partyjne sumienie nakazywało. A kiedy zdarzył się wśród nich jakiś bezpartyjny (tacy też bywali – miało być przecież „przy pozorach zachowania wymogów demokracji”), który czasem bohatersko wstrzymał się od głosu, naród go nosił na rękach i miał za bohatera.

 

Od 1 sierpnia 1944 r. siedzibą PKWN stał się Lublin i dlatego często zwano go Komitetem Lubelskim, a i odezwie z 22 lipca przyklejano czasem nazwę „Manifest lubelski”, choć niby wszyscy wiedzieli, że ogłoszono go... w Chełmie, oczywiście.

Lublin... No cóż, powie ktoś, że po prostu był po drodze i na to piękne miasto padło. Nie wierzę w to ani na deko, bo w propagandzie totalitarnej przypadków nie ma. Po prostu wystarczy przypomnieć sobie z jaką słynną unią kojarzony był Lublin przez 375 lat i wszystko stanie się jasne. Litwa mogła być tylko sowiecka, a Lublin – siedzibą pierwszego rządu wolnej Polski. Brzmi? Brzmi!

To, co głosił Manifest, było oczywiście istotne dla przyszłości tworzonego właśnie kraju, ale nie było w tym nic ani dziwnego, ani zaskakującego – przynajmniej dla tych, którzy wiedzieli.

 

„Trzy razy w ciągu ostatnich 150 lat zachodni najeźdźcy pustoszyli europejską część Rosji”.

Stalin powiedział to już w Teheranie, gdy w listopadzie 1943 spotykał się z Rooseveltem i Churchil­lem, by omówić strategię przeciwko hitlerowskim Niemcom – i tego się trzymał ustalając cenę za stwo­rzenie frontu wschodniego. Podczas spotkania w Jałcie, w lutym 1945, dni Trzeciej Rzeszy były już policzone, a żądania Stalina – konkretne.

Jak w Teheranie tak i w Jałcie przywódcy Zachodnich Demokracji okazywali mu pełne zrozumienie i po­par­cie.
Rooseveltowi chodziło, by po zamknięciu frontu europejskiego, Uncle Joe stworzył front azja­tycki przeciwko Japonii, co liczyło się bardziej niż głosy Polonii w wyborach.
Głowa bolała za to Churchilla: jak wytłumaczyć swoim wyborcom (i reszcie Brytyjczyków), czemu podpisuje się pod aktem sprzedaży totalitarnemu i ludobójczemu systemowi blisko 200 milionów ludzi z Europy Wschodniej i Środ­kowej. A największy headache miał z powodu Polski: sporo ludzi w Brytanii pamiętało pakty i wypo­wiedze­nie wojny w 1939, Bitwę o Anglię i naszywki Poland na rękawach brytyjskich wszak mundurów.

Obaj Strażnicy Demokracji Zachodnich za każdym więc razem prosili usilnie Lwa Kaukazu, by obiecał wszem i wobec, że pomoże odbudować nową, demokratyczną Polskę, urządzi demokratyczne wybory i że w ogóle będzie się zachowywał szlachetnie i po rycersku (tak mówił FDR i są na to dokumenty).

Stalin kiwał głową i potwierdzał, bo wiedział, że nie jest ważne, jak głosują ludzie, tylko kto liczy głosy.

Lecz uspokaja ich gospodarz,
Pożółkły dłonią głaszcząc wąs:
„Mój kraj pomocną dłoń im poda,
Potem niech rządzą się, jak chcą.”

napisał 40 lat później Jacek Kaczmarski, dając w swym wierszu lapidarne podsumowanie Jałty i dokonań XX-wiecznego triumwiratu.

Jak Polska mogła się rządzić do 1989 roku – wiadomo (i nie ma w tym żadnej aluzji do tego, jak rządzi sie teraz!), ale jeszcze Kaczmarski:

Nie miejcie żalu do Churchilla,
Nie on wszak za tym wszystkim stał,
Wszak po to tylko był Triumwirat,
By Stalin dostał to, co chciał.

Komu zależy na pokoju,
Ten zawsze cofnie się przed gwałtem –
Wygra, kto się nie boi wojen,
I tak rozumieć trzeba Jałtę.

[...]

Nie miejcie więc do Trójcy żalu,
Wyrok historii za nią stał
Opracowany w każdym calu –
Każdy z nich chronił, co już miał.

 

Jasne! Przecież Churchill tak pięknie rok później rozpaczał jeżdżąc po Ameryce i Brytanii, i lejąc przed tłumami krokodylowe łzy wołał [aż wstyd tłumaczyć na polski, więc zostawiam w oryginale]:

From Stettin in the Baltic to Trieste in the Adriatic an iron curtain has descended across the Continent. Behind that line lie all the capitals of the ancient states of Central and Eastern Europe. Warsaw, Berlin, Prague, Vienna, Budapest, Belgrade, Bucharest and Sofia; all these famous cities and the populations around them lie in what I must call the Soviet sphere, and all are subject, in one form or another, not only to Soviet influence but to a very high and in some cases increasing measure of control from Moscow.

Miał po stokroć rację, że nikt się nawet nie zająknie, iż to za jego podpisem zapadła „żelazna kurtyna”, bo najlepsza metoda złodziejskiej ucieczki to kręcenie się w kółko z okrzykiem „Łapaj złodzieja!”

 

Zachodni sojusznicy bez mrugnięcia okiem zgodzili się, by Armia Czerwona została tam, gdzie stąpnie stopa krasnoarmiejca. Stalin więc dostał nawet więcej niż chciał, bo dwie strefy buforowe. Po kilku przesunięciach były to:  Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, i Ukraina – wcielone do Imperium jako republiki oraz pas wpół niepodległych państw satelickich: Finlandia, Polska, NRD, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria.

W ostatnim momencie uniknęła sowietyzacji Austria, później Jugosławia i Albania (które wprowadziły własne wersje reżimu), a na końcu, w 1956, – wywinęła się jakoś Sowietom Finlandia (poczytajcie o Karim). Reszta mapy była aktualna do roku 1989.

Byłaby pewnie dalej, gdyby nie niewielkie stosunkowo państwo leżące na bezdrożach środkowej Azji… Afganistan. Ale to już jest zupełnie inna historia, a jej dalszy ciąg przeczytacie w grudniu.

 

I tak rozumieć trzeba Manifest PKWN.

A w lipcowe rocznice na ulicach pojawiały się stra­ga­ny (pańs­two­we) z kieł­ba­są, bale­ro­nem (– Wi­dzisz, synku? Tak wyglą­da baleron! – Aha!), wędzo­ny­mi makre­lami i szprotami, śledziami w słoikach i innymi niedostępnymi na co dzień w sklepach towarami. Później było trochę lepiej, bo makrele częściej bywały w sklepach, ale to i tak nie pomogło.

 

25 lipca – dzień św. Krzysztofa; w niektórych parafiach z tej okazji odbywa się autosacrum – poświęcenie pojazdów. Tego samego dnia, z inicjatywy m.in. Duszpasterstwa Kierowców, w polskim Kościele obchodzony jest Dzień Bezpiecznego Kierowcy.

Komendant Główny Policji, p. Jarosław Szymczyk , zachwycał się w 2018 roku (policja nie podała dokładnej daty zachwytu) tym, co było w Polsce na drogach rok wcześniej.
W podsumowaniu roku 2017 pan Komendant nie podał konkretnie liczby wypadków ani liczby zabitych na drogach.
Podał – i to jest stopień mistrzostwa w kamuflażu – dane liczbowe z roku… 2008. Zaś rok 2017 z właści­wym sobie wdziękiem ujął optymistycznie:

Liczba wypadków drogowych spadła o 1.142. W ich wyniku życie straciło około 220 osób mniej, zaś rannych było mniej o 1.599 osób. To najlepsze wyniki od roku 2008.

Starsze pokolenie pamięta – rok 1980, kabaret „Tey”, program „Z tyłu sklepu”:

– Nie mówi się „jedno koło zepsute”! Mówi się: „Traktor ma trzy koła dobre”!
– Przecież to to samo!
– Ale jak brzmi!

Jeśli ktoś nie wierzy – bo przecież pan Komendant nie występował w kabarecie, a do tego mówił o spra­wach tragicznych – może zajrzeć: Policja online, Biuletyn Informacji Publicznej: Statystyka.

Oczywiście dokładne dane policyjne można znaleźć, ale zupełnie gdzie indziej. Za to z podsumowania pana Komendanta widzimy, że wyniki są najlepsze (w domyśle pierwszym: „za rządów obecnych rządów”, w domyśle drugim: „za rządów pana Komendanta Szymczyka”). I o to chodzi! Brawo ten pan!

 

W liczbach bezwzględnych: w 2017 r. w Polsce doszło do 32 760 wypadków drogowych: na drogach zginęło 2831 osób, a rannych w wypadkach było 39 466 osób.

„Śmiertelność drogowa” (jak nazywa to prasa) w Polsce wynosiła w 2017 roku 79 osoby na milion, przy średniej unijnej 51.

W 2012 na polskich drogach zginęło 3571 ludzi, a ok. 45 tys. zostało rannych.

W 2014 w Polsce w 34 970 wypadkach drogowych zginęły 3202 osoby, a 42 545 zostało rannych.
Niewiele ponad 3000 mieszkańców mają np. Oleszyce (3039), Chorzele (3072), Pyzdry (3185), Zakroczym (3208), Biała Rawska (3212), Myszyniec (3389).

W 2015 w Polsce w 32701 wypadkach zginęły 2904 osoby, a 39 457 zostało rannych.

Mniej więcej 2900 mieszkańców mają: Ryn (2900), Łobżenica (2975), Złoty Stok (2844), Nowe Miasteczko (2842), Knyszyn (2821).

40 tysięcy mieszkańców mają: Mińsk Mazowiecki (40 383), Chojnice (40 004) i Świdnik (39 885).

 

Tak, to prawda, że w roku 2017 – w porównaniu do 2008 – liczba wypadków drogowych zmalała, podobnie jak liczba zabitych i rannych. Ale – podam jeszcze raz – zginęło 2831 ludzi, a rannych było 39 466.

2805 mieszkańców ma Wąchock.
Świdnik ma 39 885 mieszkańców, Nowa Sól – 39 258, Bolesławiec – 39 167.

I teraz wyobraźcie sobie, że w ciągu jednego roku znika w Polsce 3-tysięczne miasto, a wszyscy mieszkańcy 40-tysięcznej aglomeracji leżą w szpitalu.

Mimo to polska prasa się nasładza, że „na polskich drogach jest coraz bezpieczniej”, a kierowcy z resztą narodu pomstują na radary, ograniczające wolności obywatelskie.

Pewnie to myślenie antypaństwowe, ale sądzę, że na Polskę i pięciu św. Krzysztofów byłoby mało.

 

Ostatnia niedziela lipca – święto obchodzi rosyjska marynarka wojenna (Военно-Морской Флот России).

 

 

Znaki Zodiaku w lipcu:

Rak (♋) – do 21 lipca
Lew (♌) – od 22 lipca.

O Raku było przy omawianiu czerwca, więc nie ma co powtarzać. Ale po nim przychodzi Lew. Wiadomo: król, władca, moc, potęga, duma, szlachetność, szczodrość, wspaniałomyślność. Czyli: bla-bla-bla, bo przecież to napisały o sobie albo same Lwy (i Lwice), albo ci, którzy od nich czegoś chcieli. A gdy tylko nie owijać prawdy w bawełnę, to zaraz się to nazywa „czarny PR”.

No bo tak:

Urodzeni pod znakiem Lwa od najmłodszych lat mają skłonności do narkomanii, pijaństwa i najbardziej brutalnej rozpusty. Nie lubią się uczyć, z trudem kończą szkoły, nawet specjalne. Uwielbiają krzywoprzy­sięstwo, dlatego bardzo chętnie zeznają przed sądem. Zdemaskowani wywołują awantury i dantejskie sceny. W życiu rodzinnym Lwy na szczęście nie uczestniczą.

Nic dodać, nic ująć – i niech kto powie, że Bliźnięta nie są najlepsze!

 

Kwiaty lipca:

ostróżka (Delphinium L.) – bylina (na ogół) z tej samej rodziny co jaskier, często używana jako roślina ozdobna. W terminologii angielskiej nazywana larkspur (dosł. „skowrończy pazur”), która to nazwa używana jest również wobec ostróżeczki (Consolida Gray) – też jaskrowatej, ale już nie byliny. Wprowadza to pewne zamieszanie, ale tylko teoretyczne: obie rośliny są nie tylko podobne ale mocno trujące, znaczy: ludzie wiedzą, co gadają.

Szperając po znaczeniach tzw. alfabetu kwietnego wynalazłem, że ostróżki oznaczają głupie postępowanie, niedojrzałość. Ciekawe, czy ten, kto to wymyślił, chciał zasugerować, że zamiast, jak podrostek, dawać kwiaty z podtekstem, lepiej od razu otruć?

 

lilia wodna (Nymphea L.) nazywana też nenufarem (ciekawe, kto skojarzy sobie z tym kwiatem Józefa Toliboskiego?), mająca wspólnego przodka z lotosem, przez naukę nazywana – za przeproszeniem uszu dam (jak mawia Geograf) – „grzybieniem”. Dlatego, jeśli ktoś chce sobie przypomnieć, jak wyglądają lilie wodne, odsyłam do cyklu obrazów z liliami wodnymi Claude’a Moneta (Les Nymphéas), a nie do realistycznych fotografii, na których będą zwyczajne grzybienie.

Trzeba przyznać, że nasi botanicy, dając taką nazwę spokrewnionym z lotosami roślinom, których łacińskie nazwy nawiązują do nimf, ondyn, bogiń zwycięstwa czy potwornej ale pięknej gorgony Euriale, nie wykazali się nadmiarem poetyckiej wrażliwości.
Nie wpadłby na pomysł nazwania nenufarów „grzybieniami” Juan Ramón Jiménez, który swój drugi (1900) poetycki tomik zatytułował właśnie Ninfeas, ale gdyby szukał synonimów, w hiszpańskim miał wybór między „różą Wenus” a wziętym z języka guarani słowem aguapé – homonimem pięknego greckiego ἀγάπη, agápē, oznaczającego miłość w jej najwyższej formie.
A co powiedziałby pan Toliboski, gdyby się dowiedział, że wchodził do stawu nie po nenufary a po „grzybienie”?

W mowie kwiatów lilie oznaczają czystość.  

Co oznaczają lilie wodne? No cóż – kontekst wprowadzony przez przydawkę nazwową (płynność? kaskada? oddanie przez gotowość do zanurzenia?) sprawia, że wszystko zależy od interpretacji indywidualnej.

I nie chcę nawet myśleć, co symbolizować może coś o nazwie „grzybień”. 

 

Kamień lipca:

rubin – po prostu trójtlenek glinu (Al2O3) skombinowany z jonami chromu, ale bardzo szlachetny, bardzo rzadki, bardzo drogi i do tego symbolizujący zadowolenie.
Z najcenniejszych – najbliżej Polski znajduje się 250-karatowy rubin z korony św. Wacława, przechowywanej w katedrze św. Wita, Wacława i Wojciecha w Pradze.
We wczesnym chrześcijaństwie rubin symbolizował krew Chrystusa.
Rocznica rubinowa to 35 lat pozostawania w związku małżeńskim – lub jakimkolwiek.

 

Generalnie lipiec to bardzo porządny miesiąc i nie byłoby się już można do niczego w nim przyczepić, gdyby tylko jego znakiem zodiaku były Bliźnięta. Niestety (jego strata!) nie są.

Lipiec jednak rehabilituje się imieninami, które obchodzą:

Elżbieta (5 VII), ale tak znaczna część Elżbiet uciekła od św. Aragońskiej do św. Sprawiedliwej (23 IX), św. Heskiej (18 VI) czy rozlicznych swoich patronek listopadowych, że trudno się połapać, kiedy zaprzyjaźniona Ela imieniny wyprawia;

Olga (11 VII), które to imię ma rodowód skandynawski bo Olga Kijowska była z Waregów, a choć święta i chrześcijaństwo na Ruś przyniosła, to tacy Drewlanie jej nie lubili (gołębie i wróble też nie);

Krzysztof (25 VII) – wiadomo dlaczego, ale jeśli ktoś nie wie, dodamy, że to także patron żeglarzy, podróżników, flisaków, pielgrzymów, biegaczy, kierowców, a także mostów oraz miast położonych nad rzekami. Ostatnio pięknie znaczenie imienia wyraził (przy wzniosłej okazji!) po rosyjsku Oleg Biespałow: Под именем Кшиштоф ребёнка крестили – то есть «Возлюбивший Христа«.

Jakub (25 VII) – ale tego dnia solenizantami są tylko ci, którzy przyznają się do św. Jakuba Starszego Apostoła, tego od pielgrzymek do Santiago de Compostela i muszli; dla pozostałych imię Jakub powtarza się w kalendarzu 30 razy w roku.

Anna/Hanna (26 VII) – to najpopularniejsze imię żeńskie w Polsce (w obu wariantach plus jeszcze kilka innych :), zostawiające Marię (drugie miejsce) daleko w tyle!

Wszystkiego najlepszego!

 

W lipcu, dokładnie w pierwszej połowie lipca, konkretnie 5-go, urodził się Karol – najstarszy syn mojego przyjaciela, Bosmana (Pogorii rzecz jasna) Stanisława, a 12-go – pewna zaprzyjaźniona Antonia (tak naprawdę urodziła się 13-go, ale – mimo urody – jest przesądna, więc ściemnia), o czym informuję. Bo o tym, że w drugiej połowie lipca, konkretnie 17-go, w Małkini, urodził się pewien kaowiec informować (mamy nadzieję) nie trzeba.

Serdeczne życzenia dla damy i obu jubilatów!

 

Śluby i wesela w lipcu:
porażka z założenia, no po prostu drugi Grunwald (tyle że nie wiadomo, kto jest Jagiełłą, a kto von Jungingenem)!
Naprawdę już lepszy celibat albo wolna miłość.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
siódmy miesiąc roku to:

białoruskiліпень [lipień]
bośniackijuli
bułgarskiюли [juli]
chorwackisrpanj
czeskičervenec [czerwiec to po czesku červen, a obie nazwy od słowa červ – robak. Robaki rządzą!]
kaszubskilëpinc (też: miodownik, reżan, lipc)
litewskiliepa
łatgalskisīna (też: juļa)
łużycki (dolny)žnjojski
łużycki (górny)pražnik
łotewskisīna
macedońskijули [juli] albo златец [złatec]
rosyjskiиюль [ijul]
serbskijул [juł]
słowackijúl (w gwarach także „lipeň”)
słoweńskijulij
ukraińskiліпень [łypeń]
żmudzkilėipa

 

Przysłowia związane
z lipcem:

Czego lipiec i sierpień nie dowarzy,
tego wrzesień nie usmaży.

Gdy się grzmot w lipcu
od południa poda,
drzewom się znaczy
szwank i nieuroda.

Lipcowe deszcze
dla chłopa kleszcze,
a jak pogoda –
większa swoboda.

Lipiec,
ostatek mąki wypiecz.

Lipiec,
starego chleba z nowym przypiecz.

Od lip ciągnie wonny lipiec,
nie daj słonku kłosa przypiec.

W lipcu gniewne ziele,
jak się rozgniewa,
to się gniewa cztery niedziele
[dotyczy ludzi urodzonych w lipcu i skorych do gniewu, w gorącej wodzie kąpanych]

W lipcu kłos się korzy,
że niesie dar boży:
który prosto stoi,
dobrego się boi.

Kłos, co prosto stoi,
to z pustoty swojej.

Upały lipcowe
wróżą mrozy styczniowe.

W lipcowym skwarze
w Polsce jak na Saharze.

W lipcu się już kłosek korzy,
że niesie dar boży:
a najpierwsza Małgorzata
sierp w zboże założy.

W lipcu upały,
styczeń mroźny cały.

W lipcu upały,
wrzesień doskonały.

 

Przysłowia na
św. Annę/Hannę (26 VII)

Długo tam służył:
od świętego Jakóba [25 VII]
do świętej Anny [26 VII].

Na Jakóba [25 VII] – zatrzyj czuba,
a od świętej Hanki
toć chłodne poranki.

Na świętą Annę mrowiska –
szukaj w zimie ogniska.

Od świętej Anki
zimne poranki.

Od świętej Hanki
zimne wieczory i ranki.

Od świętej Anny
nie doczeka południa
deszcz poranny.

Święta Anka
da księżom baranka.

Święta Anna –
rola jak panna.

Święta Anno! Uproś wnuka,
niech ma każdy czego szuka.
[wnuk = Jezus]

Święta Hanna
to już jesienna panna.

 

Przysłowia na
św. Krzysztofa (25 VII)

Sztych od sztycha,
jak stąd do Krzycha.
[o złym, niedbałym, nieumiejętnym szyciu]

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha