Maria Kulak

Poczuć coś więcej

 

Obudziłam się zlana potem. Całą noc starałam się zmusić sufit, by przestał się w końcu obracać. Co pięć minut łóżko zmieniało się w ciasną pryczę, a mnie od spadnięcia z niej dzieliła tylko niewielka deseczka przymocowana na samym skraju.

„Jest piąta rano. Co ty robisz? Śpij dziewczyno, nawet nie wiesz, jak jest na statku. Dlaczego zawsze śnią mi się te przeraźliwe wizje?”
To wszystko przelatuje w mojej głowie dosłownie w ułamku sekundy. Budzik śpiewa swoją piosenkę, pora wstawać… Dziś kolejny pracowity dzień… Kolejne zwątpienia, decyzje i wyrzeczenia…

Jak zwykle rano zastanawiam się: „Co ci się zalęgło w tym upartym łbie? Statek? Sobie wymyśliłaś… Jak to wszystko pogodzić? I jeszcze te sny… Dlaczego zawsze są takie straszne? ”.

I tak dalej, i dalej – i jak zwykle dochodzę do wniosków, że jestem szalona, ale uparta i zrobię wszystko, żeby spełnić swoje marzenia. Marzenia… Jest ich sporo, ale najbliższe – to sięgnąć gdzieś poza horyzont, wyjść z tego małego świata, zobaczyć, poczuć coś więcej – Przygodę.

 2013-09-05_ITA_3548_lev_fot_Zbigniew_Bosek_sm

 

Szkoła Pod Żaglami kapitana Baranowskiego – słyszałam o niej dawno, ale teraz powróciła do mnie ze zdwojonym echem. Warunki są proste: pomagać innym i zdać test sprawnościowy. Wystarczy się zaprzeć i dokonać swego, a w tym jestem dobra. Najlepiej świadczą o tym ostatnie tygodnie, w których wracam do domu około dziewiątej wieczorem, z uśmiechem na ustach, pełna pewności, że to co robię jest dobre i nawet gdybym się nie dostała na rejs, to wszystko co zrobiłam jest dla mnie niesamowicie ważne.

Tym właśnie przede wszystkim była dla mnie Szkoła Pod Żaglami – impulsem, który pchnął mnie w rezultacie nie tylko na ocean, ale również pozwolił odkryć, że jestem otoczona niezliczoną liczbą ludzi potrzebujących właśnie mnie, mojego uśmiechu, ciepła, pewności siebie, rozmowy. To właśnie było najważniejsze od samego początku.

Do zawodów sportowych nie przygotowywałam się, nie miałam czasu. Pomaganie wciągnęło mnie bez reszty. Co dzień odwiedzałam maluchy i starszych, w międzyczasie powstała akcja „Pomóż wyzwolić wyobraźnię”, która również pochłonęła moją uwagę, mnóstwo energii i zasypała całe nasze mieszkanie oddanymi książkami, które przekazywałam do domów dziecka, świetlic i innych placówek.

Niezbędni okazali się w tym wypadku rodzice, którzy pamiętali o terminach zgłoszeń, wypełniali dokumenty, dowiadywali się, pomagali, pomagali i pomagali. Ja starałam się pogodzić szkołę, wolontariat, marzenia, które wypełniały mi głowę i „koszmary”, które wypełniały mi sny.

 

2013-09-02_ITA_3248-_fot_Anita_Wietrzynska_sm

To był początek, wstęp do przygody, pełny wątpliwości, czasem nawet łez.

Wielka niepewność – tak określiłabym swój stan sprzed zawodów w Giżycku, drugiego etapu kwalifikacji.

Pierwszy, polegający na wysłaniu dokumentów, umknął mi pośród zapracowanych dni – tylko dzięki mamie pamiętałam o terminach.

Pamiętam natomiast dokładnie podróż przez całą Polskę. Z Wrocławia do Giżycka jest jakieś dziewięć godzin jazdy. Dziewięć godzin rozważań, wątpliwości, motyli w brzuchu. „Jak to będzie wyglądać? Co z wolontariatem? Biegać na 400 chyba potrafię. Pływanie – nie przygotowałam się, ale trzy lata w sekcji chyba coś dały. I wiele, wiele innych „może”, „chyba”, „jeśli”.

Z pobytu w samym miasteczku pamiętam tylko zachód słońca w dniu przyjazdu i ten moment przed startem, kiedy nadchodzi czas próby, zmierzenia się z samym sobą. Myślę, że – czy to jest bieganie, pływanie, podciąganie się na drążku, czy pisanie egzaminu – właśnie ta sekunda jest najważniejsza: pojedynek z myślami – jeśli ich nie pokonasz, nie dasz rady zwyciężyć innych.

Mimo całego napięcia nie czułam się pokonywana, czy pokonująca. Atmosfera była wspaniała, żadnej złości ani zawiści, każdy walczył dla siebie. Po wszystkich konkurencjach sportowych pisaliśmy test z angielskiego. Do niego też się nie przygotowywałam, ponieważ wyszłam z założenia, że jestem w klasie dwujęzycznej i to wystarczy.

Wreszcie, po czekaniu w niepewności przez wieki, nadszedł czas na ogłoszenie wyników. Stłoczyliśmy się wszyscy w salce, a emocje można było wyczytać nie tylko na twarzach, ale wręcz wdychało się je z powietrzem. Podczas przemowy kapitana Baranowskiego, muszę to niestety przyznać, nie byłam w stanie skupić się na więcej niż pięć sekund.

Mówiono bardzo dużo po polsku i po rosyjsku, było trochę zamieszania, ale czułam się wtedy, jakbym była pod wodą, otoczona jakąś barierą ochronną, spoza której dobiegały tylko stłumione dźwięki. Wróciła prycza ze snów, straszne wątpliwości, niepewność. Włączyłam się dopiero, gdy zaczęto czytać nazwiska i to też z pewnym opóźnieniem. Pewnie, gdybym była pierwsza na liście, nie zareagowałabym na swoje imię.

Skupiłam się: to były zdecydowanie polskie, kobiece nazwiska, już czwarte, piąte. Po szóstym straciłam rachubę, ponieważ dziewczyna tuż przy mnie się rozpłakała. „Nie płacz” – krzyknęłam w głowie i odwracając się usłyszałam swoje imię – a po nim ciszę.

Byłam ósma z wyczytanych, ostatnia, ale to się nie liczyło. Słyszałam swój oddech i nie płakałam, moje oczy się śmiały, jak powiedziała to Pani, która… nie do końca wiem, która.

Opisuję przebieg tych zawodów, żeby pokazać wszystkim, którzy mają marzenia i chcą je spełnić, że czasami wystarczy iść do przodu. Nie byłam zawodowym pływakiem, ani biegaczką, nawet nie trenowałam, a niespełna rok wcześniej przeszłam trzy operacje. I udało się.

Dlatego nie jest ważne, jak nikłe wydają się szanse: nie poddawajcie się! A jeśli Waszym marzeniem jest Szkoła Pod Żaglami – wiedzcie, że wielu przed Wami przeżywało to samo.

Wielu z moich młodszych znajomych pyta mnie o przebieg zawodów: czy ciężko się przygotować, jak się przygotowywać, jak liczony jest wolontariat. Radzę im ze szczerego serca, żeby trenowali i pomagali tak, jak to czują. Nie mogę zaplanować im treningów, dać lekcji angielskiego ani wynaleźć placówki, w której będą mogli pomagać. Jeśli już mam pomóc, opisuję moją drogę – być może choć niektórych zmobilizuje to do pchnięcia samych siebie w przyszłość, bo czasami zwykłe szczęście może być więcej warte niż lata treningów, a próbować zawsze warto.

Do tej myśli-wspomnienia chciałabym jeszcze dodać, jak wielkie wrażenie zrobili na mnie ci, którzy mimo wysiłków, nie dostali się na rejs. Jestem pełna podziwu dla ich postawy, która – choć przepełniona uczuciem klęski – była postawą wygranego. Być może mylić mogły zaciśnięte pięści i łzy płynące z oczu lub smutne twarze, ale wiem, że w każdym zakiełkowało ziarenko marzenia, dlatego nie można tu mówić o klęsce czy porażce. Dla nich wszystkich powtórzę za Ernestem Hemingwayem: to nie sam cel, ale droga do niego jest prawdziwą wartością w życiu człowieka i mówi o nim więcej, niż jakakolwiek napisana przez niego książka.

 

Po zawodach w Giżycku nie przyśnił mi się już ani jeden koszmar. Nie myślałam o statku, tak jak nie myśli się o czymś, co wydaje się być nierzeczywiste.

Pierwszy krok na trapie, zejście pod pokład, zamustrowanie i przeszkolenie – to wszystko tak dobrze wyryło mi się w pamięci, jakbym z każdym krokiem szukała gdzieś potwierdzenia, że to nie jest sen. Bardzo dobrze też pamiętam widok moich rodziców na nabrzeżu portowym ze szczekającym Gandalim w tle.

2013-10-07_DSC_5961_fot_Kazimierz_Robak_sm

 

Jeśli ktoś myśli, że podczas dwumiesięcznego rejsu ani razu nie zatęskni za domem, mogę od razu mu powiedzieć, że też tak myślałam. W końcu nie raz wytrzymywałam bite dwa miesiące wakacji u babci, czy tułania się po różnych obozach, daleko od domu. Statek jest jednak specyficznym miejscem, a bezmiar wody, który otacza człowieka w każdej chwili nie jest czymś, co można by było zlekceważyć. Myślę, że każdemu z nas dawało się to we znaki.

Pod koniec rejsu przeżywałam mocne rozterki tęskniąc za domem a jednocześnie nie mogąc rozstać się w duszy ze statkiem, morzem, wiatrem – wszystkim, co mi go zastępowało przez te dwa miesiące. Jednak gdybyśmy bali się tej tęsknoty, nigdy nie wyszlibyśmy poza własny próg, a tylko przekraczając jakąś granicę możemy poddać się próbie. „Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono”, powiedziała Szymborska wyznaczając nową definicje człowieczeństwa i, jak dla mnie, to jeszcze jeden powód za tym, by podążać za marzeniami, nawet tymi nieosiągalnymi.

 

Rejsu ze Szkołą Pod Żaglami nie mogę opowiedzieć, niestety, w całości ze wszystkimi szczegółami. I tak byłaby to historia niekompletna, ponieważ większość z tego, co jest naprawdę istotne, tkwi głęboko w sercu i nie sposób tego wyrazić.

Chciałabym przede wszystkim pokazać, w jaki sposób pobyt na pełnym oceanie, z głową wypełnioną słonym wiatrem zmienia każdego niezależnie od wieku, dojrzałości czy obeznania z morzem.

Za każdym razem patrząc na horyzont, patrzyłam na otaczający mnie bezmiar wód jak dziecko spoglądające na gwiazdy i wyciągające do nich ręce, jakby były czymś niesłychanie bliskim, a jednak tak bardzo dalekim.

Na początku każdy dzień wydawał mi się taki sam, pełny nudności i zawrotów głowy, o które przyprawia nieustanne falowanie ziemi pod nogami, choć i tak mogę powiedzieć, że zaliczam się do tych odpornych.

SONY DSC

Pierwsza wachta nawigacyjna to coś, czego się nie zapomina, szczególnie wtedy, gdy jest się na niej samemu, ponieważ wszyscy z wachty są niezdolni do sprawowania jakiejkolwiek funkcji. Siedziałam wtedy cztery godziny w kabinie nawigacyjnej i patrzyłam na radary. Szczerze mówiąc chciało mi się na przemian spać i wymiotować, ale to i tak było lepsze niż obijanie się o ściany łazienki pod pokładem. Wtedy też odebrałam pierwszy komunikat „mayday”, o którym zameldowałam oficerowi wachtowemu. Na szczęście pomocy zdążyła już udzielić inna jednostka.

Potem przyszedł kapitan Baranowski i – jakby lekko zdziwiony moją obecnością na wachcie – spytał, jakie jest moje zadanie. Odpowiedziałam natychmiast: „Patrzeć na radar i pilnować, by żółte plamy nie wchodziły na kurs. Kontrolować pozycje pobliskich statków na mapie i słuchać radia”. To było moje pierwsze spotkanie z prawdziwą odpowiedzialnością.

Nie tylko ode mnie, oczywiście, zależał los statku, ale zdawałam sobie sprawę z wagi wyznaczonego mi zadania. I wtedy zrozumiałam, że te – czasami bardzo małe, wydające się nieistotnymi na lądzie – rzeczy mogą przesądzić o bezpieczeństwie na statku. To był pierwszy krok do rozpoczęcia pracy nad swoją koncentracją, skupieniem oraz zaangażowaniem w podejmowane obowiązki. Każdy z nas wiedział, że to, co robimy, nie jest tylko i wyłącznie naszą sprawą. Na pokładzie nawet mycie zębów ma znaczenie dla całej załogi: nie zużywasz swojej wody – ona ma starczyć dla wszystkich. W domu występuje taka sama zależność, ale mało kto ją zauważa i dba o jej przestrzeganie – na morzu jesteś do tego zmuszony.

 

Jest wiele momentów na statku, kiedy czujesz się naprawdę za coś odpowiedzialny. Niektóre z nich są miłe i sprawiają satysfakcję, inne przyprawiają o stres i rozdrażnienie. Jako jedna z nielicznych dość szybko polubiłam kambuz, to znaczy całodobową wachtę pod pokładem w kuchni okrętowej i jej okolicach tzn. łazienkach, kubrykach itd. Podczas gotowania posiłków, sprzątania, wstawiania prania i innych tego rodzaju prac, czułam, że coraz bardziej się zespalamy jako wachta i załoga.

Do tego bardzo szybko zdołaliśmy wypracować wspólny język. Było to szczególnie ważne podczas tego rejsu, ponieważ byli z nami Rosjanie, którzy nie rozumieli za bardzo angielskiego. Mimo początkowych obaw, byłam jedną z pierwszych, która zdołała się porozumieć z rosyjską częścią załogi.

Ze spraw dotyczących kambuza nie można pominąć organizacji pracy, która pod pokładem była kluczowa, jeśli wachta miała zamiar wyrobić się z wszystkimi obowiązkami do kolacji. Tutaj należą się słowa uznania dla starszych wachty, czyli ludzi, którzy zajmowali się zaganianiem swoich kolegów do roboty. Mieli oni tak samo małe pojęcie o życiu na statku jak reszta załogi, a mimo to w większości przypadków świetnie się spisali. Kambuz, jak powiedziałam, bardzo nas łączył, poznawaliśmy swoje zwyczaje i stawaliśmy się zgranymi zespołami, jako wachty i cała załoga.

To samo dotyczyło wachty bosmańskiej. Co do prac bosmańskich nasza trzecia wachta czuła się niejako poszkodowana, ponieważ cały czas to właśnie nam przypadała jakaś dodatkowa robota. Szczególnie źli byliśmy wtedy, gdy dwa razy z rzędu musieliśmy rozwiązać „aferę mydlaną”. Była to brudna robota: parę godzin klęczenia w mydle, płynach do naczyń i innych maziach – niezbyt miłe uczucie, szczególnie kiedy ma się wrażenie, że z każdym wybranym wiaderkiem świństwa pod nogami przybywa, a pokład staje się tak śliski, że każde bujnięcie grozi bolesnym zderzeniem ze ścianą.

Mimo to bardzo lubiłam pomagać bosmanowi. Czułam wtedy, że poznaję statek i odwdzięczam mu się za przebyte razem godziny na morzu. Być może dlatego nawet skrajnie wyczerpująca praca, jak czyszczenie denaturatem nadbudówki z zaschniętych plam kleju albo czyszczenie „camela” – daszku chroniącego sternika przed deszczem, były dla mnie czymś w rodzaju długu spłaconego dobremu przyjacielowi.

Z powodu tego przywiązania do Pogorii, będącej w moich oczach towarzyszką wędrówki, pomogłam również przy zmienianiu rozprutego podczas szkwałów marsla górnego, choć musiałam wrócić wcześniej ze zwiedzania La Spezii – a trzeba Wam wiedzieć, że przebywanie na stałym lądzie było dla nas niesamowitą przyjemnością i odmianą pośród dni spędzonych na statku. Nigdy nie zapomnę wciągania żagla na górę, wiązania kabelgard, gramolenia się na pertach (liny po których chodzi się na rejach) i całej troski załogi a szczególnie bosmana. Mimo upału, który lał się na nas z nieba, na oczach mnóstwa gapiów na dole udało nam się sprawnie zmienić żagiel, zwinąć go i schować do żagielkoi. Spoceni, zgrzani, ale zadowoleni zjedliśmy ze smakiem lody i pozostało nam tylko czekać na resztę załogi.

2013-09-05_ITA_3480_fot_Anita_Wietrzynska_sm

Żagle to właściwie bardzo osobliwa część statku. Zawsze kojarzyły mi się z jego najbardziej żywą częścią, duszą. Na nocnej wachcie, gdy nic już nie mogło powstrzymać moich powiek przed opadaniem, wsłuchiwałam się w jęki rei, łopot kliwrów i sztaksli – we wszystkie te dźwięki, które sprawiają, że ludzie od wiek wieków uosobiają statki, nadają im imiona, przypisują człowiecze cechy i wymyślają legendy.

Patrząc w ciemną otchłań wody za burtą, która wydaje się być na wyciągnięcie ręki, szeroką po horyzont, usianą maleńkimi światełkami, kiedy morze wydaje się być tylko odbiciem ciemnego nieba, rodzi się w człowieku świadomość, że i on jest tylko takim małym światełkiem kołyszącym się na wielkim oceanie. Nie dziwię się, że w takich chwilach w sercach ludzi powstają takie opowieści.

 

Przy tej okazji mogę przybliżyć Wam troszkę realia wachty nocnej, czyli czterogodzinnej służby nawigacyjnej trzymanej przez każdą wachtę po kolei (oprócz kambuzowej) od zmierzchu do świtu.

Pierwszą z rzeczy, które można było robić podczas wacht nocnych, było stanie na oku: obserwowanie morza i składanie co jakiś czas meldunku o bojach czy światełkach na horyzoncie.
Oko to odpowiedzialna i ważna funkcja: sternik nie widzi wszystkiego, a do radarów – które bardzo pomagają – niektóre obiekty nie wysyłają sygnałów. To na nie trzeba szczególnie uważać: sieci, boje, pławy…
Z pozoru wydaje się to bardzo proste. Ale jeśli spróbuje się o czwartej nad ranem stać przez pół godziny i wpatrywać w ciemność, okazuje się, że już utrzymywanie otwartych oczu jest problemem, nie mówiąc o uważnym śledzeniu pozycji światełek zawieszonych daleko na powierzchni wody.
Takie stanie na warcie zwraca uwagę na rzeczy, które normalnie nie rzucają się w oczy. Najtrudniej było na Morzu Północnym… Każda wachta wydawała mi się koszmarem, zimno przenikało do szpiku kości, a wiatr był słony, wilgotny i zostawiał na sztormiaku cieniutką warstewkę wody. Jedyne o czym marzyłam, to jak najszybciej zejść pod pokład i zaszyć się w śpiworze na swojej koi, ale mimo to stałam dalej szczękając zębami wpatrzona w mrok. Satysfakcja i radość, jakimi wypełniała mnie świadomość, że dałam radę, były ogromne, choć bardzo szybko zastępowało je znużenie wpychające w czarną otchłań twardego snu.

 2013-09-19_IMG_0297_fot_Magda_Lapshin_sm

 

Kolejnym stanowiskiem na nocnej wachcie był ster. Wstyd się przyznać, ale nie byłam w tym za dobra… Odpowiedzialność przytłaczała mnie i za każdym razem denerwowałam się, gdy tylko widziałam trzeciego oficera, który zbliżał się, by sprawdzić, jak mi idzie. Utrzymywanie kursu to nie tylko trudna lecz bardzo męcząca praca. Za każdym razem wydawało mi się, że Pogorią miota z taką gwałtownością, że nie uda mi się sprowadzić jej na właściwy kierunek. Cyferki na elektronicznym kompasie wydawały mi się niemożliwe do zatrzymania – liczba co chwilę rosła lub zmniejszała się na łeb na szyję, mimo moich usilnych starań. A koło sterowe jest naprawdę duże (szczególnie dla kogoś równie niewysokiego jak ja) i trzeba pełnego skupienia, wprawy, precyzji i siły, by odpowiednio je wyczuć i opanować. Dlatego zawsze po sterze było się zgrzanym i zmęczonym. Na Bałtyku i Morzu Północnym miało to swoje plusy, ponieważ zimno przenikało do szpiku kości i niektórzy cieszyli się, że mogą się go pozbyć. Dla mnie ster był pewnego rodzaju wyzwaniem stawianym mi każdej nocy. Sama się z niego rozliczałam. Sama stawiałam mu czoło.

 

Właściwie motywacja na statku pochodzi w głównej mierze od nas samych. Oczywiście, kapitan, oficer lub bosman może wyrazić swoje uznanie czy zadowolenie, ale to, co jest najbardziej wartościowe, tkwi w nas. Nikt nie jest w stanie docenić naszej pracy tak dobrze jak my sami. Nawet najbardziej drobiazgowy kapitan nie może bezustannie patrzeć na ręce każdemu załogantowi, żeby powiedzieć co robi dobrze a co źle. Na pokładzie i pod nim samotnie stawiamy czoło własnym bolączkom, bólom, lękom i na własną rękę je pokonujemy. Z każdym dniem na morzu człowiek uczy się oceniać siebie nie patrząc na swoją pracę i wysiłek oczami innych, nie próbując na siłę dostosować się do ich standardów. Były takie dni, kiedy wiedziałam, że być może nie spełniłam czyichś oczekiwań, nie wypełniłam zadania tak, jak ode mnie oczekiwano – ale w miarę upływu czasu dochodziło do mnie wyraźnie, że nie jestem w stanie zaspokoić oczekiwań pięćdziesięciu osób naraz.

Dlatego od nowa uczyłam się ufać samej sobie i to mój punkt widzenia stawał się kluczowy. Przecież kto, jeśli nie ja, jest w stanie powiedzieć, czy zrobiłam wszystko co w mojej mocy, czy mogłam dać z siebie więcej? Na lądzie jest to o wiele trudniejsze, ponieważ po zrobieniu czegokolwiek zostajemy poddawani bezlitosnej, jednostkowej krytyce, w przeciwieństwie do statku, gdzie w ostatecznym rozrachunku jesteśmy załogą, a nie przypadkowym zbiorem pojedynczych osób. W załodze praktycznie nigdy nie ma jednego winnego ani jednego zasłużonego.

Na samym początku rejsu wszyscy usilnie staraliśmy się nauczyć każdej linki. Nieustannie myliły się nam fały z kontrafałami, szoty z dirkami, a prawdziwym horrorem było olinowanie żagli rejowych. Za nic nie mogliśmy zapamiętać, w jakiej sekwencji ułożone są gordingi, gejtawy i szoty tych prostokątnych żagli. W konsekwencji bardzo często na komendę „Przygotować się do postawienia foka!” połowa załogi chwytała za gordingi i gejtawy marsla dolnego albo górnego. Wtedy z pomocą przychodzili ci, którym udało się nauczyć tego wszystkiego i wspólnie opanowywaliśmy sytuacje przydzielając się nawzajem do linek, które wydawały nam się tymi odpowiednimi. Nie raz przy stawianiu sztaksli leciałam na drugi koniec pokładu, żeby powiedzieć komuś z wachty, że linka, którą ciągnie, to kontrafał, a żeby postawić żagiel musimy ciągnąć jego fał. Nikt się tym nie przejmował, mimo że czasami robiło się nerwowo. Robiliśmy wszystko na wspólny rachunek i patrząc na łopoczące na wietrze żagle nie myśleliśmy o tym, kto kogo upomniał, kto znów „zawalił”. To było zbędne, niepotrzebne, przecież ostatecznie udało się…

Co do mnie, chyba najbardziej cieszyłam się, gdy któryś z rówieśników w jakiś sposób zauważył i docenił moje starania. Wystarczyło klepnięcie po ramieniu czy uśmiech uznania – załoga bardzo rzadko jest w stosunku do siebie wylewna. Wszyscy przechodziliśmy to samo i zmagaliśmy się z tymi samymi zadaniami – gdy ktoś znalazł pośród tego czas, by oderwać się na chwilę i zdobyć na dodatkowy wysiłek, jakim była ta chwila porozumienia, wyrażenia szacunku… To było to coś niezapomnianego i wartościowego. Dzięki temu uczuciu dostrzegłam, jak ważne jest moje zdanie o kimś i zrozumiałam, że nie trzeba być przełożonym czy kapitanem, by sprawić komuś radość lub zawód swoją oceną.

Cdn.

Maria Kulak
Wrocław, 24 maja 2014

Fot. (wg kolejności umieszczenia w  tekście):
Zbigniew Bosek (1, 4), Anita Wietrzyńska (2, 5),
Kazimierz Robak (3), Magdalena Lapshin (6).

Część drugą – „Żeglowania ciąg dalszy” – przeczytacie klikając w ten link.


 Maria_Kulak_2a_arch_wlasne_autorki

Maria Kulak – urodzona i mieszkająca we Wrocławiu. Po rocznych kwalifikacjach została uczennicą (klasa trzecia gimnazjalna) Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2013, polsko-rosyjska. Przepłynęła w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Gdańska do Civitavecchia. Przed rejsem ukończyła kurs pomocy przedmedycznej i zdobyła książeczkę sportowca uprawiając pływanie, koszykówkę, siatkówkę i bieganie. Była jedną z najlepszych uczenic SzPŻ-2013. (kr) Fot. z arch. autorki.

pdfMaria Kulak:  „Poczuć coś więcej” (1) – do pobrania w pdf

pdfMaria Kulak:  „Żeglowania ciąg dalszy” (2) – do pobrania w pdf

Żeglujmy Razem – powrót na Stronę Główną

Calendar

« October 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 
Jesień
– jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

•   Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

•   i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

•   Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

•   Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

•   Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

•   Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

•   Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

•   Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

•   Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

•   Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

•   Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

•   Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

•   Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

•   Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

•   Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

•   Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę polska.

•   Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

•   Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

•  Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
    Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
    A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

•   Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

•   Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

•   Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

•   Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

•   Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

•   Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

•   Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

•   Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

•   Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic na to nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.

Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią.
Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna  nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!
Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

Idzie jesień, a tu próżna kieszeń.

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień, brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień, ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę
z korca deszczu, garniec błota.

Pzdrwm_Robak

PS.
Za pocztówki dziękuję (w kolejności nadlatywania z czterech stron świata):

•   Kai (ze Shqipërii);
•   Kai, Mai i Witoldowi (z Finlandii, z rejsu Zaruskim);
•   Markowi (właśnie temu ze Świdnicy, a kartka była pantomimiczna z Wrocławia!);
•   Oli, Matyldzie, Mai, Strusiowi, Zuzi i Zuzi (skądże by, jak nie z Pogorii sześć pocztówek w jednej kopercie!);
•   Karolowi (z któregoś z rozlicznych festiwali);
•   Natalii (z Lidingo w Szwecji);
•   Łukaszowi (nie powiem, skąd);
•   Magdzie i Maszy (najpierw z Grecji, później ze Złotych Gór);
•   Oli (banan z Tennessee!);
•   Zuz-Ali (z Jastrzębia, ale i ze Zdroju);
•   Martynie (ciężko powiedzieć, skąd : );
•   Mirce i Stachowi (najpierw z Gruzji, a potem z Litwy);
•   Kasi (z jej rejsu na pokładzie jednostki czterokołowej Helena);
•   Krzysztofowi, znanemu jako "Kapitan" (z wędrówki po ostępach Montany i Yellowstone);
•   Ryśkowi (z rejsu, który prowadził dookoła Sycylii);
•   Kryspinowi (z Krakowa ale z Wieliczki);
•   Dorocie, Idze i Karolowi (z Kazimierza).

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

PAŹDZIERNIK...

Jasne, że październik. Wystarczy spojrzeć w okno i widać. No, chyba że ktoś mieszka w tropikach, na przykład w Singapurze.

Październik – dziesiąty miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.
Jest najdłuższym miesiącem w roku kalendarzowym: ponieważ na październik przypada zmiana czasu letniego na zimowy jest on dłuższy o jedną godzinę od pozostałych 31-dniowych miesięcy.

Teraz powinno być, jak etymologię słowa „październik” wyjaśnia Aleksander Brückner (pamiętamy: 1856-1939, filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny) i jeszcze np. zgrabny cytacik z Lindego. Ale nie będzie, bo to wyjaśni każdy, nawet ci, co o Brücknerze i Lindem nie słyszeli w życiu, a nawet tacy, dla których zaskoczeniem jest fakt istnienia słownika języka polskiego, bo przecież jeżeli słownik – to z jakiegoś na jakiś, a nie z naszego na nasze.
„Wrzesień” – bo wrzosy, „listopad” – bo liście spadają, „grudzień” – bo gruda (tu już tak prosto nie jest, bo na własne uszy słyszałem, jak ktoś powiedział, że mu coś „idzie jak po grudzień”).

A „październik”? Tu też jest „trudniej”, bo chodzi o paździerze, od których jest też „płyta paździerzowa” (a nie na odwrót!) – odpadki z lnu lub konopi.
Dziś mało kto zna bajkę Konopnickiej Jak to ze lnem było, a tego, jak się obrabia len – poza specjalistami – dziś nie wie nikt, choć kiedyś była to jedna z podstawowych prac w każdym większym gospodarstwie. W bajce, jak to w bajce: był król – dobrotliwy, sprawiedliwy, ale bardzo nieszczęśliwy, ciągle bowiem był zmartwiony z racji takiej, że jego naród na grzbiet nie miał co włożyć. Dał mu starzec, przy drodze spotkany, worek nasion mówiąc, że złoto z nich wyrośnie – ale że nie wyrosło, więc król zielsko najpierw kazał wyrwać, później w rzece topić, później pod lasem rzucić. A gdy znów mu się przed oczy napatoczyło, zawołał:

– Hej tam! Zabrać mi to przeklęte zielsko i otłuc kijami, żeby aż z niego paździerze poszły!
I z wielką pasją do domu wracał, a z nim goście jego.
A pachołki tymczasem, one pęki łodyg porwawszy, zaczęli je kijami okładać tak, że aż z nich paździerze leciały.
Naleciał tych paździerzy okrutny pokład, a łodygi aż pobielały, jak z nich ta pierwsza surowizna zeszła.

Tymczasem starzec – którego król zdążył już w lochu uwięzić – nauczył dzieweczkę jedną, jak z łodyg lnianych nić wysnuć i płótno utkać, i królowi sztukę materiału w darze złożył, mówiąc:

Kazałeś go topić?
Dobrześ uczynił, bo jego łodyżki w wodzie odmięknąć muszą.
Kazałeś go z wody precz cisnąć?
Dobrześ uczynił, bo go trzeba suszyć.
Po moknięciu owym kazałeś go kijami z paździerzy obić?
Dobrześ uczynił, bo tę złą paździerz obić trzeba z łodygi, żeby ją uprawić.
Kazałeś je zaś powtórnie kijami obijać?
I toś dobrze uczynił, bo do trzeciej skóry len obić trzeba i kijem go wyłamać, żeby do włókna się dostać.
[…] Królewna niech każe po wsiach len siać i tak go sprawić z rozwagą i miłością, jakeś go ty królu, z gniewem sprawiał, a z płótna niech da koszule dla wszystkich sierot i niemocnych szyć, co jest więcej niż złoto, bo jest poratowanie ubóstwa i niedostatku.

I tak to się wszystko – jak pisał x. Tischner – fajnie po góralsku skończyło, hej!

 

Hen, drzewiej... [„hen” to wg słownika 'wzmocnienie okolicznika miejsca', „drzewiej” to 'dawniej' (a nie tryb rozkazujący)] dziesiąty miesiąc roku nazywano u nas również: paździerzec lub paździerzeń (od tych samych paździerzy), pościernik (od ściernisk jesienią pola pokrywających), a także winnik, co zbieżne było ze starogermańską nazwą października Weinmond, więc smacznie – bo od wina.

Łacińska nazwa October – „ósmy miesiąc” (octo to po łacinie osiem), zaczęła być używana od roku 46 p.n.e., kiedy to Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).
Nazwa ta została zapożyczona przez większość języków europejskich.

 

Październikowe rocznice

 

1 października 1800: trzeci traktat z San Ildefonso – Hiszpania oddaje Francji „Zachodnią Luizjanę”.

Cudzysłów dałem dlatego, że owa nazwa nie ma nic wspólnego z dzisiejszym stanem Luizjana, gdyż w owym czasie oznaczała terytorium stanowiące prawie 25% powierz­chni dzisiejszych Stanów Zjednoczonych.
Obejmowało ono – w całości – dzisiejsze stany (porządek alfabetyczny): Arkansas; Dakota Południowa; Iowa; Kansas; Missouri; Nebraska; Oklahoma; oraz mniejsze lub większe części stanów (porządek prawie alfabetyczny): Dakota Północna; Luizjana (na zachód od Missisipi, z Nowym Orleanem); Minnesota (na zachód od Missisipi); Montana, Wyoming i Kolorado (na wschód od Gór Skalistych); Nowy Meksyk (część północno-wschodnia); Teksas (część północna) i niewielkie kawałki dzisiejszych prowincji kanadyjskich Alberta i Saskatchewan.

Hiszpania oddała więc taki kawał kontynentu Francji w zamian za:

● obietnicę utworzenia królestwa na podbitym przez Napoleona Półwyspie Apenińskim (państwa „Włochy” wówczas nie było; powstanie dopiero w 1861 r.) którym władać miał bratanek hiszpańskiego króla – książę Parmy, Ludwik Franciszek Filibert Burbon-Parmeński;

● obietnicę Francji, że nie przekaże „Zachodniej Luizjany” żadnemu innemu państwu.

● Do tego Hiszpanie zgodzili się dołożyć sześć 74-działowych okrętów wojennych, które miały być przekazane po objęciu przyrzeczonego tronu przez Ludwika Franciszka Filiberta.

Trzeci traktat z San Ildefonso (ściśle tajny w momencie podpisania) ogłoszono miesiąc po uzgodnieniu. Ostateczna umowa podpisana została 21 marca 1801 r. w Aranjuez.

Napoleonowi, wojującemu z Anglią, zależało na sojuszu z Hiszpanią, więc Ludwik Franciszek Filibert, 21 marca 1801 r., został królem tzw. Etrurii, ze stolicą we Florencji (że pod kontrolą Francji, to jasne, prawda?). Panował krótko: dwa lata później zmarł, zostawiając na tronie 4-letniego syna.
Epizod Królestwa Etrurii trwał też krótko, bowiem Napoleon w 1807 roku włączył je w skład Cesarstwa Francuskiego.
I tak została wypełniona francuska obietnica pierwsza.

Karol IV Hiszpański ogłosił dekret królewski o przekazaniu „Zachodniej Luizjany” Cesarstwu Francji 15 października 1802. Trzy miesiące później Napoleon złożył, a Thomas Jefferson przyjął ofertę kupna/sprzedaży tego terytorium.
I tak została wypełniona francuska obietnica druga.

Okręty (Intrépido, Conquistador, Pelayo, San Genaro, AtlanteSan Antonio) zostały przekazane Francji, zgodnie z umową, w marcu 1801 r.

 

Jak było dokładnie ze sprzedażą „Zachodniej Luizjany” Stanom Zjednoczonym, przeczytacie przy dacie 30 kwietnia, bo właśnie tego dnia, w 1803 roku, podpisany został akt transakcji zwanej Louisiana Purchase. A w skrócie rzecz miała się tak.

Rewolucja francuska z 1789 roku (zwana Wielką) oparła się na trzech wyrazach-hasłach: liberté, égalitéfraternité, komunikując całemu światu, że wszyscy ludzie są wolni, równi i (sobie) braćmi. Ludzie prostoduszni przyjęli to bez zastrzeżeń, zapominając, że zawsze są ludzie bardziej wolni i bardziej równi niż inni, a braterstwo też może być różne, np. stryjeczne, cioteczne czy jeszcze dalsze.
Dosłownie pół godziny po napisaniu tych słów, otworzyła mi się (słowo daję: przypadkiem) jedna z książek na stronie z następującym cytatem:

Rewolucje proklamują szlachetne słownictwo, które przenika do mowy potocznej: nawet przeciwnicy wierzą w głębi serc, że zawarte w intencjach re­wo­luc­ji dobro i rozum wyeli­minują w końcu przemoc i absurd, wierzą w sło­wa, albowiem moc słów jest nieod­gad­nio­na, zaś na zużycie ich nie starczy stuleci.

Précisément.
Tacy właśnie prostoduszni ludzie zamieszkiwali kolonię francuską Saint-Domingue (zachodnia część wyspy Hispaniola, dziś: wyspa Haiti; po polsku kolonia ta zwana była z hiszpańska: San Domingo). Pojęli oni rewolucyjne hasła dosłownie i zażądali tego, co im się wydawało ich.
Sęk w tym, że byli to czarni niewolnicy z plantacji, którym do głowy nie wpadło, że gdy biali panowie w Europie robią demokratyczno-wolnościowe rewolucje, to czarnym do tego wara, bo mają pracować jeszcze więcej, gdyż rewolucja zawsze potrzebuje pieniędzy. Jednak niewolnicy – jak to niewolnicy – zaczęli powstanie.

Ekspedycje wojskowe wysłane do Saint-Domingue przez Hiszpanię, Wielką Brytanię i Napoleona, by spacyfikować buntowników (Legiony Polskie z armii napoleońskiej też pacyfikowały, a jakże) były dziesiątkowane zarówno przez powstańców, jak i choroby tropikalne. Ukaz z 1802 roku, który nadszedł z Paryża i oznajmiał utrzymanie niewolnictwa na Martynice i Gwadelupie także niewiele pomógł.

Napoleon zdał sobie sprawę, że Saint-Domingue nie utrzyma (i rzeczywiście: powstańcy ogłosili niepodległość 1 stycznia 1804 jako Haiti), a bez tej bazy wszelkie posiadłości francuskie na kontynencie północnoamerykańskim nie przetrwają długo. Najbardziej zaś potrzebne mu były pieniądze.

Jefferson z kolei zdawał sobie sprawę, że wkrótce pojawi się co najmniej dwóch pretendentów do „Zachodniej Luizjany” – Hiszpania i Anglia i że najtańsza wojna będzie wielokrotnie droższa od ceny wynegocjowanej z Francją. Francja zaś proponowała sprzedaż terytorium mającego 2.144.510 km2 (828.000 mil kw.) za 15 milionów dolarów (11,75 mln gotówką, reszta – przez umorzenie długu), czyli 7 centów za hektar (po amerykańsku: 2,8ȼ za akr). Dziś by to było ok. 236 milionów dolarów czyli 1,11 dolara za hektar (44,5ȼ za akr) – darmo!

Trzeba tu jeszcze dodać, że w owym czasie duża część ziem wchodzących w skład „Zachodniej Luizjany” mogłaby się reklamować jako „nietknięta stopą białego człowieka”.

 

 

14 października 1582 był dniem ciekawym, bo datą dnia poprzedniego był 4 października – czyli 10 dni wypadło z kalendarza. Stało się to za sprawą bulli Inter gravissimas [„Wśród najpoważniejszych (obowiązków pasterskich)"] wydanej przez Grzegorza XIII.
Papież zarządził zmianę, by dostosować daty obowiązującego do owej pory systemu juliańskiego do kalendarza solarnego czyli astronomicznego, bo np. przesunięcie Wielkiejnocy zaczęło być zbyt wielkie.
Kalendarz wprowadzony przez Juliusza Cezara w 45 r p.n.e. był postępem wobec tego, jak liczono daty w Rzymie wcześniej, ale miał i wady: m.in. w wyznaczaniu lat przestępnych, przez co spóźniał się wobec Słońca o 1 dzień na 128 lat.
Kalendarz Grzegorza zreformował naliczanie lat przestępnych (miał 1 dzień spóźnienia solarnego na 3322 lata), ale musiał też zniwelować różnicę (dokładnie: jej część), jaka narosła w systemie juliańskim, stąd właśnie ów przeskok o 10 dni.

Różne kraje przyjęły tę zmianę różnie.
Katolicy – Hiszpania, państwa włoskie czy Polska – przyjęli kalendarz gregoriański niemal natychmiast.
Wielka Brytania przyjęła go niemal 200 lat później (1752), Bułgaria – w 1916, Grecja – w 1923.

W Rosji było jeszcze dziwniej: kalendarz zmienił się tam w roku 1700 ale... z bizantyjskiego na juliański. Bizantyjski – wiadomo: otrzymany od Cesarstwa Wschodniorzymskiego i dumnie podtrzymywany, gdy po 1453 roku drugim Konstantynopolem – stolicą prawosławia – stał się Kijów, a później Moskwa.
Bizantyjczycy poszli na całość: żadne tam założenie miasta, czy nawet narodzenie Chrystusa, tylko stworzenie świata. Wyliczyli sobie, że akt kosmicznej kreacji wydarzył się (wg naszych ułomnych obliczeń) w 5508 r p.n.e. i w AD 691 zaczęli datować lata po swojemu, uznając ten rok za 6199.
W roku 7208 Piotr I, modernizując Rosję, chciał uczynić (i uczynił) to samo z jej kalendarzem. „Ciut mu się jednak – jak mawia mój przyjaciel, Geografem zwany, więc i na kalendarzach się znający – omskło.” I car Piotr zamiast gregoriańskiego wybrał kalendarz juliański, oznajmiając w dodatku, że niniejszym jest rok 1700, czyli początek wieku osiemnastego.
Z tym też mu się „omskło” (podobnie jak sto lat później Słowackiemu; a niektórzy nie mogą tego zrozumieć do dziś), bo lata zakończone na dwa zera kończą stary wiek, a nie są początkiem nowego. Ale wydaje się, że na Rusi nie było głupiego na tyle, żeby wytknąć błąd carowi – więc tak zostało.
Wreszcie przyszli bolszewicy i w roku 1918 przeszli na system gregoriański.
Aż dziw: bolszewicy przejęli system burżuazyjno-religiancki. Chyba tylko dlatego, że przyspieszał kalendarz: jeden dzień – a dziesięć dni władzy proletariatu więcej!

Ale w Rzeczypospolitej też łatwo było jedynie teoretycznie. W aktach obrad sejmowych, które rozpoczęły się w Warszawie w październiku 1582 odnotowano: wedle poprawy nowego kalendarza w dzień świętej Jadwigi (15 października) roku tysięcznego pięćsetnego osiemdziesiąt drugiego [Sejm] zaczęty i zagajony został.

Ciekawa rzecz: Stefan Batory, który początkowo nakazywał wprowadzenie nowego datowania w urzędach państwowych i całym państwie bez względu na wyznanie (nie zachował się żaden oryginał tego rozkazania), w roku następnym rozkaz złagodził i do hierarchów Kościoła Prawosławnego, 18 maja 1585, napisał:

postanowiliśmy dla wyznawców religii Greckiej, którzy w Wielkiem Księstwie Litewskiem zamieszkują,
udzielić wolne i spokojne wyznanie, odbywanie i zachowywanie w temże Księstwie
wszelkich obrządków i rytuałów podług dawnego kalendarza i przepisu.

W roku kolejnym (21 stycznia 1584) król powtórzył: ludzie greckiego zakonu do tej poprawy kalendarza nowego, bez przyzwolenia starszego patryjarchy swojego, gwałtem przymuszani być nie mają. Ten uniwersał był reakcją na zachowanie katolickich fundamentalistów, którzy we Lwowie, w Wilnie i Łucku wszczęli rozruchy, gdyż nie podobało im się, że prawosławni obchodzili święta kościelne dziesięć dni później. Dziesięć dni, jak widać, nie dym!

Ruszyli się nie tylko katolicy. Rewoltę antygregoriańską wszczęli ewangelicy w Inflantach; w Rydze zrobiło się groźnie do tego stopnia, że w styczniu 1585 ryska rada miejska musiała zagwarantować opozycji, iż stary kalendarz będzie obowiązywał tak w sferze kościelnej jak i świeckiej. I tak było.
Gdy nakaz datowania gregoriańskiego powtórzył w 1589 kolejny król, Zygmunt III, Ryga odmówiła, a w 1613 złożyła formalny protest na sejmiku – i zgoda na używanie dat juliańskich została jej przyznana.

Podobnie rzecz się miała w Prusach Książęcych, gdzie rozkazowi królewskiemu otwarcie zaoponowano. Bez szemrania za to daty gregoriańskie przyjęte zostały w 1612, gdy zadekretował je pruski książę-regent Johann Sigismund, opiekun prawny formalnego władcy Albrechta Friedricha, słabującego wówczas na umyśle.

Który to już raz chce się za podlaskimi adwersarzami Bogusława Radziwiłła powtórzyć: Omnis novitas in re publica periculosa est — Wszelka nowość w Rzeczypospolitej jest niebezpieczna.

Choć może bardziej pasowałby tu cytat Radziwiłła sienkiewiczowskiego: „Ej, galimatias w tej waszej Rzeczypospolitej, galimatias.”

 

Dużo się tego zrobiło, choć rocznice tylko dwie. Wobec tego:

 

Znaki Zodiaku
przypadające na październik

Waga (♎, do 22 października).

Skorpion (♏, od 23 października).

Wstyd nawet pisać. Pijar tzw. czarny (więc prawdziwy, bo bez kadzenia i komercyjnej chęci przypodobania się każdemu) jest po prostu bezlitosny O Wadze było we wrześniu, a Skorpion?

Ma manię prześladowczą.
Nic nie jest w stanie zmienić jego przekonania, że licznym, stałym niepowodzeniom Skorpiona
winien jest zawsze ktoś inny, a nie on sam.
Ze strachu atakuje pierwszy i to od tyłu.
Z przyjemnością dręczy zwierzęta i marzy o posadzie dozorcy w ZOO.

Maju, przybądź!

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich

dziesiąty miesiąc roku to:

białoruskiкастрычнік [kastrycznik]
bośniackioktobar
bułgarskioктомври [oktombri]
chorwackilistopad
czeskiříjen [rzijen]
kaszubskirujan (też: pajicznik, paklepnik, pazdzérznik, oktober)
litewskispalis
łatgalskileita
łużycki (dolny)oktober (też: winowc, winski)
łużycki (górny)oktober (też: winowc)
łotewskioktobris
macedońskioктомври [oktombri] albo листопад [listopad]
rosyjskioктябрь [oktiabr’]
serbskioктобар [oktobar]
słowackioktóber
słoweńskioktober
ukraińskiжовтень [żovtień]
żmudzkispalis

 

Przysłowia związane
z październikiem:

Gdy październik ciepło trzyma,
zwykle mroźna bywa zima.

Gdy październik ze śniegiem przybieży,
na wiosnę długo śnieg na polach leży.

Grzmot październikowy – niestatek zimowy.

Jeżeli październik jest wietrzny i mroźny,
to nie będzie za to styczeń, luty groźny.

Miesiąc październy,
marca obraz wierny.

Październik chodzi po kraju,
żenie ptastwo z gaju.

Październik, bo paździerze
baba z lnu cierlicą bierze.

Październik, gdy grzmot na wschodzie naprawi,
burz nas wielkich i wiatrów nabawi.

Pościernik, bo po ścierni,
pług rznąc skibę, rolą czerni.

W krótkie dzionki października
wszystko z pola, sadu znika.

W październiku jak na śmietniku

W październiku, jeśli liście z drzewa nie spadają,
będzie tęga i ostra zima.

W październiku myśli z ptakami na południe odlatują.

 

Przysłowia na


św. Franciszka (4.X)

Na św. Franciszka
chłop już w polu nic nie zyska.

Na św. Franciszka
odlatuje pliszka.

 

św. Brygidę (8.X)

O św. Brygidzie
babie lato przyjdzie.

 

św. Emila (11.X)

Na Emila
babskie lato się przesila.

 

św. Edwarda (13.X)

Na Edwarda – jesień twarda.

 

św.Teresę i Jadwigę (15.X)

Dobra Tereska,
kto z nią nie mieszka.

Każda Teresa
ma swe interesa.

Na św. Teresę
odziej się w bekieszę.

Do św. Jadwigi
pozbieraj jabłka, orzechy i figi.

Jadwiga rzepę kopie.

Kto sieje na Jadwigę,
ten zbiera figę.

Od św. Jadwigi
włóż na górę czepigi.
[można odłożyć na strych pługi i radła, bo to koniec orki]

Po św. Jadwidze
słodycz w marchew idzie.

 

św. Gawła (16.X)

Kiedy w św. Gaweł słota,
będzie w lecie dużo błota.

Św. Gaweł stoi na to,
jakie będzie przyszłe lato.

 

św. Łukasza (18.X)

Już minął św. Łukasz,
czego w polu szukasz?

 

św. Urszulę (21.X)

Od Urszuli
śnieżnej oczekuj koszuli.

Urszula do pieca przytula.

 

św. Kryspina (25 X)

Na świętego Kryspina
szewc przy świecy poczyna.

W świętego Kryspiniana
każda szewczyna pijana.
[św. Kryspin uważany jest za patrona szewców]

 

św. Szymona (28.X)

Kiepski rok zapowiada,
gdy na Szymona pada.

Na Szymona i Judę
trza opatrzeć budę.

Od Szymona i Judy
przeszły w polu trudy.

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytat wewnątrz tekstu:
Tyrmand, Leopold. Życie towarzyskie i uczuciowe.
Paryż : Instytut Literacki, 1967; str. 167.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha