Maria Kulak

Poczuć coś więcej

 

Obudziłam się zlana potem. Całą noc starałam się zmusić sufit, by przestał się w końcu obracać. Co pięć minut łóżko zmieniało się w ciasną pryczę, a mnie od spadnięcia z niej dzieliła tylko niewielka deseczka przymocowana na samym skraju.

„Jest piąta rano. Co ty robisz? Śpij dziewczyno, nawet nie wiesz, jak jest na statku. Dlaczego zawsze śnią mi się te przeraźliwe wizje?”
To wszystko przelatuje w mojej głowie dosłownie w ułamku sekundy. Budzik śpiewa swoją piosenkę, pora wstawać… Dziś kolejny pracowity dzień… Kolejne zwątpienia, decyzje i wyrzeczenia…

Jak zwykle rano zastanawiam się: „Co ci się zalęgło w tym upartym łbie? Statek? Sobie wymyśliłaś… Jak to wszystko pogodzić? I jeszcze te sny… Dlaczego zawsze są takie straszne? ”.

I tak dalej, i dalej – i jak zwykle dochodzę do wniosków, że jestem szalona, ale uparta i zrobię wszystko, żeby spełnić swoje marzenia. Marzenia… Jest ich sporo, ale najbliższe – to sięgnąć gdzieś poza horyzont, wyjść z tego małego świata, zobaczyć, poczuć coś więcej – Przygodę.

 2013-09-05_ITA_3548_lev_fot_Zbigniew_Bosek_sm

 

Szkoła Pod Żaglami kapitana Baranowskiego – słyszałam o niej dawno, ale teraz powróciła do mnie ze zdwojonym echem. Warunki są proste: pomagać innym i zdać test sprawnościowy. Wystarczy się zaprzeć i dokonać swego, a w tym jestem dobra. Najlepiej świadczą o tym ostatnie tygodnie, w których wracam do domu około dziewiątej wieczorem, z uśmiechem na ustach, pełna pewności, że to co robię jest dobre i nawet gdybym się nie dostała na rejs, to wszystko co zrobiłam jest dla mnie niesamowicie ważne.

Tym właśnie przede wszystkim była dla mnie Szkoła Pod Żaglami – impulsem, który pchnął mnie w rezultacie nie tylko na ocean, ale również pozwolił odkryć, że jestem otoczona niezliczoną liczbą ludzi potrzebujących właśnie mnie, mojego uśmiechu, ciepła, pewności siebie, rozmowy. To właśnie było najważniejsze od samego początku.

Do zawodów sportowych nie przygotowywałam się, nie miałam czasu. Pomaganie wciągnęło mnie bez reszty. Co dzień odwiedzałam maluchy i starszych, w międzyczasie powstała akcja „Pomóż wyzwolić wyobraźnię”, która również pochłonęła moją uwagę, mnóstwo energii i zasypała całe nasze mieszkanie oddanymi książkami, które przekazywałam do domów dziecka, świetlic i innych placówek.

Niezbędni okazali się w tym wypadku rodzice, którzy pamiętali o terminach zgłoszeń, wypełniali dokumenty, dowiadywali się, pomagali, pomagali i pomagali. Ja starałam się pogodzić szkołę, wolontariat, marzenia, które wypełniały mi głowę i „koszmary”, które wypełniały mi sny.

 

2013-09-02_ITA_3248-_fot_Anita_Wietrzynska_sm

To był początek, wstęp do przygody, pełny wątpliwości, czasem nawet łez.

Wielka niepewność – tak określiłabym swój stan sprzed zawodów w Giżycku, drugiego etapu kwalifikacji.

Pierwszy, polegający na wysłaniu dokumentów, umknął mi pośród zapracowanych dni – tylko dzięki mamie pamiętałam o terminach.

Pamiętam natomiast dokładnie podróż przez całą Polskę. Z Wrocławia do Giżycka jest jakieś dziewięć godzin jazdy. Dziewięć godzin rozważań, wątpliwości, motyli w brzuchu. „Jak to będzie wyglądać? Co z wolontariatem? Biegać na 400 chyba potrafię. Pływanie – nie przygotowałam się, ale trzy lata w sekcji chyba coś dały. I wiele, wiele innych „może”, „chyba”, „jeśli”.

Z pobytu w samym miasteczku pamiętam tylko zachód słońca w dniu przyjazdu i ten moment przed startem, kiedy nadchodzi czas próby, zmierzenia się z samym sobą. Myślę, że – czy to jest bieganie, pływanie, podciąganie się na drążku, czy pisanie egzaminu – właśnie ta sekunda jest najważniejsza: pojedynek z myślami – jeśli ich nie pokonasz, nie dasz rady zwyciężyć innych.

Mimo całego napięcia nie czułam się pokonywana, czy pokonująca. Atmosfera była wspaniała, żadnej złości ani zawiści, każdy walczył dla siebie. Po wszystkich konkurencjach sportowych pisaliśmy test z angielskiego. Do niego też się nie przygotowywałam, ponieważ wyszłam z założenia, że jestem w klasie dwujęzycznej i to wystarczy.

Wreszcie, po czekaniu w niepewności przez wieki, nadszedł czas na ogłoszenie wyników. Stłoczyliśmy się wszyscy w salce, a emocje można było wyczytać nie tylko na twarzach, ale wręcz wdychało się je z powietrzem. Podczas przemowy kapitana Baranowskiego, muszę to niestety przyznać, nie byłam w stanie skupić się na więcej niż pięć sekund.

Mówiono bardzo dużo po polsku i po rosyjsku, było trochę zamieszania, ale czułam się wtedy, jakbym była pod wodą, otoczona jakąś barierą ochronną, spoza której dobiegały tylko stłumione dźwięki. Wróciła prycza ze snów, straszne wątpliwości, niepewność. Włączyłam się dopiero, gdy zaczęto czytać nazwiska i to też z pewnym opóźnieniem. Pewnie, gdybym była pierwsza na liście, nie zareagowałabym na swoje imię.

Skupiłam się: to były zdecydowanie polskie, kobiece nazwiska, już czwarte, piąte. Po szóstym straciłam rachubę, ponieważ dziewczyna tuż przy mnie się rozpłakała. „Nie płacz” – krzyknęłam w głowie i odwracając się usłyszałam swoje imię – a po nim ciszę.

Byłam ósma z wyczytanych, ostatnia, ale to się nie liczyło. Słyszałam swój oddech i nie płakałam, moje oczy się śmiały, jak powiedziała to Pani, która… nie do końca wiem, która.

Opisuję przebieg tych zawodów, żeby pokazać wszystkim, którzy mają marzenia i chcą je spełnić, że czasami wystarczy iść do przodu. Nie byłam zawodowym pływakiem, ani biegaczką, nawet nie trenowałam, a niespełna rok wcześniej przeszłam trzy operacje. I udało się.

Dlatego nie jest ważne, jak nikłe wydają się szanse: nie poddawajcie się! A jeśli Waszym marzeniem jest Szkoła Pod Żaglami – wiedzcie, że wielu przed Wami przeżywało to samo.

Wielu z moich młodszych znajomych pyta mnie o przebieg zawodów: czy ciężko się przygotować, jak się przygotowywać, jak liczony jest wolontariat. Radzę im ze szczerego serca, żeby trenowali i pomagali tak, jak to czują. Nie mogę zaplanować im treningów, dać lekcji angielskiego ani wynaleźć placówki, w której będą mogli pomagać. Jeśli już mam pomóc, opisuję moją drogę – być może choć niektórych zmobilizuje to do pchnięcia samych siebie w przyszłość, bo czasami zwykłe szczęście może być więcej warte niż lata treningów, a próbować zawsze warto.

Do tej myśli-wspomnienia chciałabym jeszcze dodać, jak wielkie wrażenie zrobili na mnie ci, którzy mimo wysiłków, nie dostali się na rejs. Jestem pełna podziwu dla ich postawy, która – choć przepełniona uczuciem klęski – była postawą wygranego. Być może mylić mogły zaciśnięte pięści i łzy płynące z oczu lub smutne twarze, ale wiem, że w każdym zakiełkowało ziarenko marzenia, dlatego nie można tu mówić o klęsce czy porażce. Dla nich wszystkich powtórzę za Ernestem Hemingwayem: to nie sam cel, ale droga do niego jest prawdziwą wartością w życiu człowieka i mówi o nim więcej, niż jakakolwiek napisana przez niego książka.

 

Po zawodach w Giżycku nie przyśnił mi się już ani jeden koszmar. Nie myślałam o statku, tak jak nie myśli się o czymś, co wydaje się być nierzeczywiste.

Pierwszy krok na trapie, zejście pod pokład, zamustrowanie i przeszkolenie – to wszystko tak dobrze wyryło mi się w pamięci, jakbym z każdym krokiem szukała gdzieś potwierdzenia, że to nie jest sen. Bardzo dobrze też pamiętam widok moich rodziców na nabrzeżu portowym ze szczekającym Gandalim w tle.

2013-10-07_DSC_5961_fot_Kazimierz_Robak_sm

 

Jeśli ktoś myśli, że podczas dwumiesięcznego rejsu ani razu nie zatęskni za domem, mogę od razu mu powiedzieć, że też tak myślałam. W końcu nie raz wytrzymywałam bite dwa miesiące wakacji u babci, czy tułania się po różnych obozach, daleko od domu. Statek jest jednak specyficznym miejscem, a bezmiar wody, który otacza człowieka w każdej chwili nie jest czymś, co można by było zlekceważyć. Myślę, że każdemu z nas dawało się to we znaki.

Pod koniec rejsu przeżywałam mocne rozterki tęskniąc za domem a jednocześnie nie mogąc rozstać się w duszy ze statkiem, morzem, wiatrem – wszystkim, co mi go zastępowało przez te dwa miesiące. Jednak gdybyśmy bali się tej tęsknoty, nigdy nie wyszlibyśmy poza własny próg, a tylko przekraczając jakąś granicę możemy poddać się próbie. „Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono”, powiedziała Szymborska wyznaczając nową definicje człowieczeństwa i, jak dla mnie, to jeszcze jeden powód za tym, by podążać za marzeniami, nawet tymi nieosiągalnymi.

 

Rejsu ze Szkołą Pod Żaglami nie mogę opowiedzieć, niestety, w całości ze wszystkimi szczegółami. I tak byłaby to historia niekompletna, ponieważ większość z tego, co jest naprawdę istotne, tkwi głęboko w sercu i nie sposób tego wyrazić.

Chciałabym przede wszystkim pokazać, w jaki sposób pobyt na pełnym oceanie, z głową wypełnioną słonym wiatrem zmienia każdego niezależnie od wieku, dojrzałości czy obeznania z morzem.

Za każdym razem patrząc na horyzont, patrzyłam na otaczający mnie bezmiar wód jak dziecko spoglądające na gwiazdy i wyciągające do nich ręce, jakby były czymś niesłychanie bliskim, a jednak tak bardzo dalekim.

Na początku każdy dzień wydawał mi się taki sam, pełny nudności i zawrotów głowy, o które przyprawia nieustanne falowanie ziemi pod nogami, choć i tak mogę powiedzieć, że zaliczam się do tych odpornych.

SONY DSC

Pierwsza wachta nawigacyjna to coś, czego się nie zapomina, szczególnie wtedy, gdy jest się na niej samemu, ponieważ wszyscy z wachty są niezdolni do sprawowania jakiejkolwiek funkcji. Siedziałam wtedy cztery godziny w kabinie nawigacyjnej i patrzyłam na radary. Szczerze mówiąc chciało mi się na przemian spać i wymiotować, ale to i tak było lepsze niż obijanie się o ściany łazienki pod pokładem. Wtedy też odebrałam pierwszy komunikat „mayday”, o którym zameldowałam oficerowi wachtowemu. Na szczęście pomocy zdążyła już udzielić inna jednostka.

Potem przyszedł kapitan Baranowski i – jakby lekko zdziwiony moją obecnością na wachcie – spytał, jakie jest moje zadanie. Odpowiedziałam natychmiast: „Patrzeć na radar i pilnować, by żółte plamy nie wchodziły na kurs. Kontrolować pozycje pobliskich statków na mapie i słuchać radia”. To było moje pierwsze spotkanie z prawdziwą odpowiedzialnością.

Nie tylko ode mnie, oczywiście, zależał los statku, ale zdawałam sobie sprawę z wagi wyznaczonego mi zadania. I wtedy zrozumiałam, że te – czasami bardzo małe, wydające się nieistotnymi na lądzie – rzeczy mogą przesądzić o bezpieczeństwie na statku. To był pierwszy krok do rozpoczęcia pracy nad swoją koncentracją, skupieniem oraz zaangażowaniem w podejmowane obowiązki. Każdy z nas wiedział, że to, co robimy, nie jest tylko i wyłącznie naszą sprawą. Na pokładzie nawet mycie zębów ma znaczenie dla całej załogi: nie zużywasz swojej wody – ona ma starczyć dla wszystkich. W domu występuje taka sama zależność, ale mało kto ją zauważa i dba o jej przestrzeganie – na morzu jesteś do tego zmuszony.

 

Jest wiele momentów na statku, kiedy czujesz się naprawdę za coś odpowiedzialny. Niektóre z nich są miłe i sprawiają satysfakcję, inne przyprawiają o stres i rozdrażnienie. Jako jedna z nielicznych dość szybko polubiłam kambuz, to znaczy całodobową wachtę pod pokładem w kuchni okrętowej i jej okolicach tzn. łazienkach, kubrykach itd. Podczas gotowania posiłków, sprzątania, wstawiania prania i innych tego rodzaju prac, czułam, że coraz bardziej się zespalamy jako wachta i załoga.

Do tego bardzo szybko zdołaliśmy wypracować wspólny język. Było to szczególnie ważne podczas tego rejsu, ponieważ byli z nami Rosjanie, którzy nie rozumieli za bardzo angielskiego. Mimo początkowych obaw, byłam jedną z pierwszych, która zdołała się porozumieć z rosyjską częścią załogi.

Ze spraw dotyczących kambuza nie można pominąć organizacji pracy, która pod pokładem była kluczowa, jeśli wachta miała zamiar wyrobić się z wszystkimi obowiązkami do kolacji. Tutaj należą się słowa uznania dla starszych wachty, czyli ludzi, którzy zajmowali się zaganianiem swoich kolegów do roboty. Mieli oni tak samo małe pojęcie o życiu na statku jak reszta załogi, a mimo to w większości przypadków świetnie się spisali. Kambuz, jak powiedziałam, bardzo nas łączył, poznawaliśmy swoje zwyczaje i stawaliśmy się zgranymi zespołami, jako wachty i cała załoga.

To samo dotyczyło wachty bosmańskiej. Co do prac bosmańskich nasza trzecia wachta czuła się niejako poszkodowana, ponieważ cały czas to właśnie nam przypadała jakaś dodatkowa robota. Szczególnie źli byliśmy wtedy, gdy dwa razy z rzędu musieliśmy rozwiązać „aferę mydlaną”. Była to brudna robota: parę godzin klęczenia w mydle, płynach do naczyń i innych maziach – niezbyt miłe uczucie, szczególnie kiedy ma się wrażenie, że z każdym wybranym wiaderkiem świństwa pod nogami przybywa, a pokład staje się tak śliski, że każde bujnięcie grozi bolesnym zderzeniem ze ścianą.

Mimo to bardzo lubiłam pomagać bosmanowi. Czułam wtedy, że poznaję statek i odwdzięczam mu się za przebyte razem godziny na morzu. Być może dlatego nawet skrajnie wyczerpująca praca, jak czyszczenie denaturatem nadbudówki z zaschniętych plam kleju albo czyszczenie „camela” – daszku chroniącego sternika przed deszczem, były dla mnie czymś w rodzaju długu spłaconego dobremu przyjacielowi.

Z powodu tego przywiązania do Pogorii, będącej w moich oczach towarzyszką wędrówki, pomogłam również przy zmienianiu rozprutego podczas szkwałów marsla górnego, choć musiałam wrócić wcześniej ze zwiedzania La Spezii – a trzeba Wam wiedzieć, że przebywanie na stałym lądzie było dla nas niesamowitą przyjemnością i odmianą pośród dni spędzonych na statku. Nigdy nie zapomnę wciągania żagla na górę, wiązania kabelgard, gramolenia się na pertach (liny po których chodzi się na rejach) i całej troski załogi a szczególnie bosmana. Mimo upału, który lał się na nas z nieba, na oczach mnóstwa gapiów na dole udało nam się sprawnie zmienić żagiel, zwinąć go i schować do żagielkoi. Spoceni, zgrzani, ale zadowoleni zjedliśmy ze smakiem lody i pozostało nam tylko czekać na resztę załogi.

2013-09-05_ITA_3480_fot_Anita_Wietrzynska_sm

Żagle to właściwie bardzo osobliwa część statku. Zawsze kojarzyły mi się z jego najbardziej żywą częścią, duszą. Na nocnej wachcie, gdy nic już nie mogło powstrzymać moich powiek przed opadaniem, wsłuchiwałam się w jęki rei, łopot kliwrów i sztaksli – we wszystkie te dźwięki, które sprawiają, że ludzie od wiek wieków uosobiają statki, nadają im imiona, przypisują człowiecze cechy i wymyślają legendy.

Patrząc w ciemną otchłań wody za burtą, która wydaje się być na wyciągnięcie ręki, szeroką po horyzont, usianą maleńkimi światełkami, kiedy morze wydaje się być tylko odbiciem ciemnego nieba, rodzi się w człowieku świadomość, że i on jest tylko takim małym światełkiem kołyszącym się na wielkim oceanie. Nie dziwię się, że w takich chwilach w sercach ludzi powstają takie opowieści.

 

Przy tej okazji mogę przybliżyć Wam troszkę realia wachty nocnej, czyli czterogodzinnej służby nawigacyjnej trzymanej przez każdą wachtę po kolei (oprócz kambuzowej) od zmierzchu do świtu.

Pierwszą z rzeczy, które można było robić podczas wacht nocnych, było stanie na oku: obserwowanie morza i składanie co jakiś czas meldunku o bojach czy światełkach na horyzoncie.
Oko to odpowiedzialna i ważna funkcja: sternik nie widzi wszystkiego, a do radarów – które bardzo pomagają – niektóre obiekty nie wysyłają sygnałów. To na nie trzeba szczególnie uważać: sieci, boje, pławy…
Z pozoru wydaje się to bardzo proste. Ale jeśli spróbuje się o czwartej nad ranem stać przez pół godziny i wpatrywać w ciemność, okazuje się, że już utrzymywanie otwartych oczu jest problemem, nie mówiąc o uważnym śledzeniu pozycji światełek zawieszonych daleko na powierzchni wody.
Takie stanie na warcie zwraca uwagę na rzeczy, które normalnie nie rzucają się w oczy. Najtrudniej było na Morzu Północnym… Każda wachta wydawała mi się koszmarem, zimno przenikało do szpiku kości, a wiatr był słony, wilgotny i zostawiał na sztormiaku cieniutką warstewkę wody. Jedyne o czym marzyłam, to jak najszybciej zejść pod pokład i zaszyć się w śpiworze na swojej koi, ale mimo to stałam dalej szczękając zębami wpatrzona w mrok. Satysfakcja i radość, jakimi wypełniała mnie świadomość, że dałam radę, były ogromne, choć bardzo szybko zastępowało je znużenie wpychające w czarną otchłań twardego snu.

 2013-09-19_IMG_0297_fot_Magda_Lapshin_sm

 

Kolejnym stanowiskiem na nocnej wachcie był ster. Wstyd się przyznać, ale nie byłam w tym za dobra… Odpowiedzialność przytłaczała mnie i za każdym razem denerwowałam się, gdy tylko widziałam trzeciego oficera, który zbliżał się, by sprawdzić, jak mi idzie. Utrzymywanie kursu to nie tylko trudna lecz bardzo męcząca praca. Za każdym razem wydawało mi się, że Pogorią miota z taką gwałtownością, że nie uda mi się sprowadzić jej na właściwy kierunek. Cyferki na elektronicznym kompasie wydawały mi się niemożliwe do zatrzymania – liczba co chwilę rosła lub zmniejszała się na łeb na szyję, mimo moich usilnych starań. A koło sterowe jest naprawdę duże (szczególnie dla kogoś równie niewysokiego jak ja) i trzeba pełnego skupienia, wprawy, precyzji i siły, by odpowiednio je wyczuć i opanować. Dlatego zawsze po sterze było się zgrzanym i zmęczonym. Na Bałtyku i Morzu Północnym miało to swoje plusy, ponieważ zimno przenikało do szpiku kości i niektórzy cieszyli się, że mogą się go pozbyć. Dla mnie ster był pewnego rodzaju wyzwaniem stawianym mi każdej nocy. Sama się z niego rozliczałam. Sama stawiałam mu czoło.

 

Właściwie motywacja na statku pochodzi w głównej mierze od nas samych. Oczywiście, kapitan, oficer lub bosman może wyrazić swoje uznanie czy zadowolenie, ale to, co jest najbardziej wartościowe, tkwi w nas. Nikt nie jest w stanie docenić naszej pracy tak dobrze jak my sami. Nawet najbardziej drobiazgowy kapitan nie może bezustannie patrzeć na ręce każdemu załogantowi, żeby powiedzieć co robi dobrze a co źle. Na pokładzie i pod nim samotnie stawiamy czoło własnym bolączkom, bólom, lękom i na własną rękę je pokonujemy. Z każdym dniem na morzu człowiek uczy się oceniać siebie nie patrząc na swoją pracę i wysiłek oczami innych, nie próbując na siłę dostosować się do ich standardów. Były takie dni, kiedy wiedziałam, że być może nie spełniłam czyichś oczekiwań, nie wypełniłam zadania tak, jak ode mnie oczekiwano – ale w miarę upływu czasu dochodziło do mnie wyraźnie, że nie jestem w stanie zaspokoić oczekiwań pięćdziesięciu osób naraz.

Dlatego od nowa uczyłam się ufać samej sobie i to mój punkt widzenia stawał się kluczowy. Przecież kto, jeśli nie ja, jest w stanie powiedzieć, czy zrobiłam wszystko co w mojej mocy, czy mogłam dać z siebie więcej? Na lądzie jest to o wiele trudniejsze, ponieważ po zrobieniu czegokolwiek zostajemy poddawani bezlitosnej, jednostkowej krytyce, w przeciwieństwie do statku, gdzie w ostatecznym rozrachunku jesteśmy załogą, a nie przypadkowym zbiorem pojedynczych osób. W załodze praktycznie nigdy nie ma jednego winnego ani jednego zasłużonego.

Na samym początku rejsu wszyscy usilnie staraliśmy się nauczyć każdej linki. Nieustannie myliły się nam fały z kontrafałami, szoty z dirkami, a prawdziwym horrorem było olinowanie żagli rejowych. Za nic nie mogliśmy zapamiętać, w jakiej sekwencji ułożone są gordingi, gejtawy i szoty tych prostokątnych żagli. W konsekwencji bardzo często na komendę „Przygotować się do postawienia foka!” połowa załogi chwytała za gordingi i gejtawy marsla dolnego albo górnego. Wtedy z pomocą przychodzili ci, którym udało się nauczyć tego wszystkiego i wspólnie opanowywaliśmy sytuacje przydzielając się nawzajem do linek, które wydawały nam się tymi odpowiednimi. Nie raz przy stawianiu sztaksli leciałam na drugi koniec pokładu, żeby powiedzieć komuś z wachty, że linka, którą ciągnie, to kontrafał, a żeby postawić żagiel musimy ciągnąć jego fał. Nikt się tym nie przejmował, mimo że czasami robiło się nerwowo. Robiliśmy wszystko na wspólny rachunek i patrząc na łopoczące na wietrze żagle nie myśleliśmy o tym, kto kogo upomniał, kto znów „zawalił”. To było zbędne, niepotrzebne, przecież ostatecznie udało się…

Co do mnie, chyba najbardziej cieszyłam się, gdy któryś z rówieśników w jakiś sposób zauważył i docenił moje starania. Wystarczyło klepnięcie po ramieniu czy uśmiech uznania – załoga bardzo rzadko jest w stosunku do siebie wylewna. Wszyscy przechodziliśmy to samo i zmagaliśmy się z tymi samymi zadaniami – gdy ktoś znalazł pośród tego czas, by oderwać się na chwilę i zdobyć na dodatkowy wysiłek, jakim była ta chwila porozumienia, wyrażenia szacunku… To było to coś niezapomnianego i wartościowego. Dzięki temu uczuciu dostrzegłam, jak ważne jest moje zdanie o kimś i zrozumiałam, że nie trzeba być przełożonym czy kapitanem, by sprawić komuś radość lub zawód swoją oceną.

Cdn.

Maria Kulak
Wrocław, 24 maja 2014

Fot. (wg kolejności umieszczenia w  tekście):
Zbigniew Bosek (1, 4), Anita Wietrzyńska (2, 5),
Kazimierz Robak (3), Magdalena Lapshin (6).

Część drugą – „Żeglowania ciąg dalszy” – przeczytacie klikając w ten link.


 Maria_Kulak_2a_arch_wlasne_autorki

Maria Kulak – urodzona i mieszkająca we Wrocławiu. Po rocznych kwalifikacjach została uczennicą (klasa trzecia gimnazjalna) Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2013, polsko-rosyjska. Przepłynęła w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Gdańska do Civitavecchia. Przed rejsem ukończyła kurs pomocy przedmedycznej i zdobyła książeczkę sportowca uprawiając pływanie, koszykówkę, siatkówkę i bieganie. Była jedną z najlepszych uczenic SzPŻ-2013. (kr) Fot. z arch. autorki.

pdfMaria Kulak:  „Poczuć coś więcej” (1) – do pobrania w pdf

pdfMaria Kulak:  „Żeglowania ciąg dalszy” (2) – do pobrania w pdf

Żeglujmy Razem – powrót na Stronę Główną

Calendar

« June 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Czerwiec – szósty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od słowa „czerw” oznaczającego beznogą larwę błonkówek i muchówek; larwy te były (i są) wykorzystywane jako efektywny sposób oczyszczania ran.

W Słowniku etymologicznym Sławskiego nazwa miesiąca jest dopiero trzecim znaczeniem słowa „czerwiec”. Pierwsze to: czerwiec polski (Porphyrophora polonica) – „owad wytwarzający barwik czerwony”, drugie: „farba służąca do barwienia materiałów na czerwono, coccus, color coccinus”, a źródłosłowy idą we wczesne lata XV wieku. Czwarte zaś: Scleranthus anuus L. czyli czerwiec roczny – chwast rosnący na pastwiskach, ugorach i przydrożach.

Słownik wileński idzie dalej: w nim „miesiąc” jest dopiero n-tym znaczeniem słowa „czerwiec”. Wcześniej jest bowiem rodzaj i trzy gatunki pluskwiaka Coccus; tlenosiarczek antymonu, zwany też kermezytem, o pięknej wiśniowej barwie; rodzaj i dwa gatunki roślin z rodziny Scleranthus, w tym czerwiec trwały (Scleranthus perennis); amerykański kaktus Cactus chochenillifer; kolor szkarłatny lub karmazynowy i „drogi, przedni jedwab” oczywiście koloru czerwonego.

Dwie nazwy wytłuściłem nie bez powodu: w korzeniach czerwca-rośliny znajduje schronienie i pożywienie czerwiec-owad. Splatają się więc te czerwce ze sobą dość dokładnie.

Barwnik czerwony wyrabiany z czerwca-owada to koszenila (inaczej: kwas karminowy), która jest ciekawa sama w sobie. Rozpuszcza się w wodzie, co jest rzadkie wśród barwników organicznych. Jest bardzo trwała i odporna na działanie czasu, światła i ciepła, a więc nie blaknie, co było zaletą pierwszorzędną. Nie jest trująca (w nadmiarze), więc można nią barwić nie tylko tkaniny ale i potrawy oraz kosmetyki.
Tu jednak kłopot zaczynają mieć wegetarianie i weganie (którzy nie używają produktów pochodzących ze zwierząt) oraz np. ci wyznawcy judaizmu i islamu, dla których produkty z owadów nie są ani koszerne ani halal. Problem w tym, że współcześni ludzie na ogół nie wiedzą, iż koszenilę uzyskuje się z owadów (strona http://www.food-info.net podaje że dla uzyskania 1 kilograma koszenili trzeba zanurzyć we wrzątku – a później na różne sposoby wysuszyć, a potem zmielić – 150 tys. owadów). Ostatnio produkty zawierające koszelinę muszą być odpowiednio oznaczane.

Polski monopol na czerwca w znaczeniu „farba” (tytuł popularnej, stosunkowo niedawnej – 1992, publikacji Lewy czerwcowy, nabiera teraz zupełnie innej barwy…) złamał w XIV w. Meksyk.
Aztekowie znali i stosowali koszenilę od wieków, od nich nauczyli się tego konkwistadorzy. Żeby skrócić transport do Europy, owady meksykańskie (inne niż polskie: czerwce kaktusowe, Dactylopius coccus, rodzaj mszyc) zaczęto hodować na Wyspach Kanaryjskich. Ta sama www.food-info podaje, że tylko w roku 1868 wyeksportowano stamtąd 2800 ton (6 mln. funtów) koszenili uzyskanej z 420 miliardów owadów…

 

Pierwiastek „czerw” w nazwie szóstego miesiąca roku występuje też w innych językach naszej rodziny: białoruskim (чэрвень), czeskim (červen), kaszubskim (czerwińc), ukraińskim (червень).
Co by nie mówić, w większości języków słowiańskich (także w staropolszczyźnie) rzeczownik „czerw” znaczy „robak”, z czego wynika, że „czerwiec” znaczy tyle co „robaczywiec” lub „robacznik” (a kolor czerwony to kolor robaczywy). Tyz piyknie.

W staropolszczyźnie szósty miesiąc roku nazywany też był „ugornik” lub „zok” (konik polny lub – niestety – szarańcza), ale generalnie czerwie czyli robaki okazały się (słowotwórczo) silniejsze.

 

Łaciński Iunius zawiera w sobie imię żony Jupitera – Junony.

Owidiusz w ks. VI Fasti (8 r. n.e.), poematu o kalendarzu rzymskim, podaje dwie dodatkowe etymologie nazwy Iunius: od małżonki Jupitera – Junony i bogini młodości Iuventas (grecki pierwowzór: Hebe). Owidiusza – jako źródła – nie można jednak traktować poważnie, bo plótł co mu ślina na język przyniosła, a koniunktura dworska i polityczna podsuwała. W maju umizgał się do starców z senatu (maiores), więc w czerwcu pochlebiać zaczął młodym iuniores. Na czerwcu zresztą Fasti się skończyło, bo poeta dostał nagle dożywotni nakaz zesłania do Dacji – pruderyjni twierdzą, że za nieskromność Ars amatoria (celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu jeszcze w 1930), ale tak naprawdę nie wiemy za co.

Nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Pod koniec czerwca na półkuli północnej następuje letnie przesilenie Słońca: jest to najdłuższy dzień (i najkrótsza noc) w roku.
W 2014 solstycjum letnie wypada 21 czerwca. W tym dniu Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka i zaczyna się astronomiczne lato.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – na 52°13’ szerokości geograficznej północnej – wynosi 61°14’.

 

1 czerwca to Dzień Dziecka.

 

4 czerwca to w Polsce rocznica wolnych wyborów z 1989 roku.
W rzeczywistości były one pół-wolne, ale skutek był ten sam. Najkrócej zdefiniowała go Joanna Szczepkowska w ogólnokrajowym programie TV: „Ogłaszam koniec komunizmu w Polsce”.

 

12 czerwca 1967 – PRL zrywa stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Nie ona jedna. Po wojnie sześciodniowej (5-10 czerwca 1967), która – mimo że zaczepna – była obronną, bezczelnie przez Izrael wygranej, Czerwony Hegemon się zdenerwował. Nie tak miało być, zwłaszcza że Hegemon uzbrajał, szkolił i popierał Egipt. Poszedł więc przykład i rozkaz z Moskwy i cały blok zerwał z państwem żydowskim stosunki dyplomatyczne. Z jednym wyjątkiem: nie zerwała Rumunia. Niby, że taka niezależna i umiejąca się Sojuzowi postawić, defacto – potrzebna, bo zerwać stosunki można, ale pogadać czasem trzeba, więc jeśli już, to czemu nie przez Bukareszt, któremu opinia „niepokorny” bardzo pasowała, bo dawało się na nią kolejne kredyty z Zachodu wyciągać. A po RWPG poszedł później dowcip, przaśny, ale po linii: „– Wymień trzy państwa komunistyczne na ‘k’. – Kuba, Korea i..., i..., i ta Kurwa Rumunia.” Zerwanie stosunków i ujadanie propagandy jest prologiem do polskiego Marca ’68 (patrz: marzec).

 

23 czerwca to w Polsce tzw. wigilia św. Jana, którą kończy noc świętojańska, często używana obocznie z nazwą Sobótka.
Jest to schrystianizowana wersja słowiańskiego święta związanego z letnim przesileniem Słońca, obchodzonego w najkrótszą noc w roku, tzw. Noc Kupały, zwanego też (na południu Polski) sobótką lub palinocką. Było to święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości.
Słowo kupała pochodzi prawdopodobnie z indoeuropejskiego pierwiastka kump, oznaczającego grupę, gromadę, zbiorowość, z którego wywodzą się słowa takie jak kupa, skupić, kupić się (‘gromadzić’). Termin sobótka stworzony został prawdopodobnie przez Kościół i miał wydźwięk ujemny, bo znaczył tyle, co ‘mały sabat’.
W chrześcijaństwie obchody nocy kupalnej przeniesione zostały na specjalnie w tym celu ustanowioną przez Kościół 23 czerwca wigilię św. Jana.

W tym wypadku jednak zadziałał synkretyzm religijny: noc kupalna i wigilia św. Jana współegzystują w świadomości zbiorowej do dziś. Mają też liczne odzwierciedlenia w literaturze, z których – w piśmiennictwie polskim – najbardziej znanym jest Pieśń świętojańska o Sobótce Jana Kochanowskiego, rozpoczynająca się od słów:

Gdy słońce Raka zagrzewa
A słowik więcej nie śpiewa
Sobótkę (jako czas niesie),
Zapalono w Czarnym Lesie.

„Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” napisał Mickiewicz o roku 1812, ale oznaczenie jest niedokładne. Bowiem to, co ową „wiosnę” przyniosło, zaczęło się latem.

Wieczorem 23 czerwca 1812, około godziny 22, pierwsze korpusy – kawaleryjski marszałka Murata oraz korpusy marszałków Davout i Neya przekraczają Niemen.

Napoleon, którego idée fixe było rzucenie na kolana Wielkiej Brytanii, po serii porażek z Anglikami w bitwach morskich (i to jakich porażek! Abu Kir w 1798 i Trafalgar w 1805 to były mega klęski!) wymyślił blokadę handlową (więc teoretycznie i morską) Wysp Brytyjskich.

Rzecz jasna, wszyscy zainteresowani stawali na głowie, by to embargo ominąć, zwłaszcza, że blokada rujnowała sporo gospodarek państwowych. Poza tym zawsze w podobnych przypadkach opór bywa ogromny i praktycznie nie do pokonania: założę się, że Napoleon nie miał pojęcia, co to było „Ograbme”, bo jak większość Europejczyków z wyższością patrzył na Amerykę i do głowy mu nie wpadało, ze może się od niej wiele nauczyć.

Jednym z wyłamujących się z tego dyktatu była Rosja. Oczywiście car Aleksander oficjalnie się zgadzał, uśmiechał, toasty wznosił, pakty podpisywał – ale robił swoje. Darujmy sobie „skąd my to znamy?”, gdyż handel z Brytanią był dla rosyjskiej gospodarki alternatywą Hamleta.

Rację miał stary Maciek Dobrzyński sarkając, że „a on co? Pokój w Tylży zrobił!”, choć powody do gderania były inne.
Papier – papierem, a życie życiem. Napoleon wpadł więc na kolejny pomysł, by zmusić Rosję do respektowania postanowień z Tylży (1807) siłą. Znów nie odrobił lekcji z historii: nie doczytał, jak skończył Karol XII Szwedzki. A może po prostu myślał, że skoro ma Grande Armée, to da radę?

Najpierw jednak zebrał armię 600-tysięczną, nie tylko wielonarodową ale i multi-kulti, bo było w niej m.in. 300 tys. Francuzów, Włochów i Belgów, 180 tys. Niemców, 90 tys. Polaków (skąd wymyślił, że Niemcy będą się dzielnie bić dla Francuzów – trudno orzec, nie obiecywał im przecież nawet ułamka tego, co Polakom). Z tą armią przekroczył Niemen.

Zaczął z Księstwa Warszawskiego i po przejściu granicy wciąż poruszał się po terenach zamieszkałych przez Polaków, nic więc dziwnego, że propaganda Cesarza Francuzów przeszła samą siebie. Napoleon z bezprzykładnym cynizmem, godnym największych kosterów, nazwał swoją kampanię „drugą wojną polską”, a sejmowi Księstwa Warszawskiego nakazał zawiązać Konfederację Generalną Królestwa Polskiego i proklamować zmartwychwstanie Polski w dawnych granicach (Niemcy w szeregach armijnych, zwłaszcza ci z Prus, musieli się cieszyć niezwykle!).

Ale: nikt nie da ci więcej, niż obieca Napoleon!

I prawda. Zaczynając swą wojnę z Rosją o Brytanię, cesarz powiedział:

Jestem tu, aby raz na zawsze skończyć z tym barbarzyńskim kolosem Północy. Szpada została już dobyta. Trzeba ich zapędzić jak najdalej w ich lody, aby przez najbliższe 25 lat nie byli w stanie mieszać się w sprawy cywilizowanej Europy. Nawet za czasów Katarzyny Rosjanie prawie nie odgrywali żadnej roli w życiu politycznym Europy. Z cywilizacją zetknęli się dopiero przez rozbiór Polski. Nadszedł więc teraz czas, aby Polacy pokazali im, gdzie ich miejsce... Bezpowrotnie minęły czasy, kiedy Katarzyna dzieliła Polskę, chwiejny Ludwik XV drżał ze strachu w Wersalu, a caryca zachowywała się tak, że wychwalały ją wszystkie paryskie plotkary. Po spotkaniu w Erfurcie Aleksander zrobił się zbyt zarozumiały, a już zdobycie Finlandii zupełnie przewróciło mu w głowie. Jeżeli potrzebne mu są zwycięstwa, to niech się wyprawi na Persów, ale nie miesza się w sprawy Europy. Cywilizacja odrzuca tych dzikusów z Północy. Europa obejdzie się bez nich.

Jak to się skończyło – wiemy, a więcej przeczytacie o tym w grudniu.

Napoleon nie był jedyny. 129 lat później, z dokładnością jednodniową, bo 22 czerwca, powtórzył napoleoński manewr Hitler, nazywając to – też miał niezłych propagandzistów – „Operacja Barbarossa”. Skończył jak jego poprzednik, co niewiele nas pociesza, bo dla Polski skutki też były podobne.

Znaki Zodiaku w czerwcu:
Bliźnięta (♊) – do 20 czerwca (najweselszy i najpogodniejszy znak Zodiaku).
Rak (♋) – od 21 czerwca

Kwiaty czerwca :
róża (Rosa L.) – tu nie ma co wiele mówić, po prostu: królowa kwiatów.

Kamienie czerwca:
perła – co prawda to żaden kamień, tylko efekt mordęgi małża, ale w formie naturalnej błyskotka bardzo droga. Wymieniana jest – jako symbol wielkiej wartości – przez święte księgi hinduizmu, judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. W tradycji europejskiej perły uważano dawniej za łzy aniołów – przesąd, że jest to klejnot przynoszący łzy i troski pokutuje do dziś.

● aleksandryt – odmiana chryzoberylu, znana z tego, że zależnie od oświetlenia potrafi zmieniać kolor. Podobno znalazł go fiński geolog Nils Gustaf Nordenskiöld (1792-1866, ojciec znanego polarnika) po tym jak razem z całą Finlandią znalazł się pod panowaniem rosyjskich carów – nazwał więc kamień imieniem następcy tronu, przyszłego Aleksandra II Romanowa.
O carze tym mówi się jako o „demokratycznym reformatorze”, ale kiedy pomyślę, na co batiuszka Aleksandr Nikołajewicz zezwalał w Polsce po powstaniu styczniowym, to nawet sprzedaż Alaski Amerykanom nie jest w stanie sprawić, bym myślał o nim pozytywnie (jak zresztą o żadnym z Romanowów, ani o ich tzw. reformach).

● kamień księżycowy zwany też ortoklazem (którego jest odmianą) – starożytni wierzyli, że jest pochodzenia boskiego, bo wziął się z promieni księżyca.
Najcenniejsze ortoklazy można podobno znaleźć w Indiach i na Sri Lance, ale i my nie gorsi, bo występują też w okolicach Jeleniej Góry. Z czego wynika, że Ryszard Ochódzki wiedział, co czyni, gdy kamień z londyńskiego bruku podniesiony wręczył jako ten z Jeleniej Góry: chciał po prostu wcisnąć go Panu Janowi jako cenny okaz ortoklazu, zapominając, że nie o to chodziło.
Ciekawostką jest, że kamień księżycowy jest oficjalnym klejnotem stanu Floryda, co Florydianiom się wzięło po locie Apolla-11, który wystartował z Cape Canaveral i 20 lipca 1969 wylądował na Księżycu.

Napisałem, że z czerwcem bywa podobnie nieszczególnie jak z majem – „dlaczego” miało przyjść później, bo na początku miesiąca pisanie o tych wszystkich solstycjach, Kupałach, świętych księgach i Romanowych kapkę mnie (jak by powiedział Geograf) osłabiło.
Tak więc czerwiec, podobnie jak maj, jest miesiącem optymistycznym. Zero zdziwienia: oba przebiegają pod panowaniem najlepszego znaku Zodiaku, czyli Bliźniąt, więc – po prostu ten gwiazdozbiór rządzi i nie da się tego ukryć.

 

Śluby i wesela w czerwcu:
mogą być, ale wyłącznie na własne ryzyko.

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
szósty miesiąc roku to:

białoruskiчэрвень [czerwień]
bośniackijuni
bułgarskiюни [juni]
chorwackilipanj
czeskičerven
kaszubskiczerwińc
litewskibirželis
łatgalskivosorys
łużycki (dolny)smažki (też: smažnik, junij)
łużycki (górny)smažnik (też: junij)
łotewskijūnijs
macedońskiјуни [uni] albo житар [żytar]
prekmurskiivánšček (też: juniuš)
rosyjskiиюнь [ijuń]
serbskijун [jun]
słowackijún
słoweńskijunij (też: rožnik)
ukraińskiчервень [czerwień]
żmudzkibiržielis

 

Przysłowia związane
z czerwcem:

Czerwiec daje dni gorące,
kosa brzęczy już na łące.

Czerwiec gdy zagrzmi,
gdzie zorze zachodzą,
ryby się znacznie
i obficie zrodzą.

Czerwiec na maju
zwykle się wzoruje,
jego pluchy, pogody,
często naśladuje.

Czerwiec po deszczowym maju
często dżdżysty w naszym kraju.

Czerwiec – przerwiec, bo przerywa
gospodarkę aż do żniwa.

Czerwiec się czerwieni?
Będzie dość w kieszeni.

Czerwiec stały,
grudzień doskonały.

Czerwiec temu się zieleni,
kto do pracy się nie leni.

Gdy czerwiec chłodem i wodą szafuje,
to zwykle rok cały popsuje.

Grzmoty czerwca
rozweselają rolnikom serca.

Kiedy kwitnie w czerwcu bób,
to największy wtedy głód,
a kiedy mak,
to już nie tak.

Mokry czerwiec, chłodny maj
– wszystkim gburom prawy raj.

Od czerwca dużo zależy,
czy żniwa będą jak należy.

Pełnia czerwcowa – burza gotowa.

W czerwcu gorącego lata,
zdrowa więc bywa sałata,
wina jeśli być nie może,
piwo chłodne pij, niebożę.

W czerwcu grusze kwiat zrzucają,
czereśnie się zapalają.

W czerwcu pod czerwcem siedzi czerwiec.

W czerwcu się okaże,
co nam Bóg da w darze.

W czerwcu to się lęga,
ci się przedtym sprzęga.

 

Przysłowia na
św. Małgorzatę (10 VI):

Deszcz na św. Małgorzatę
jest orzechom na stratę.

Św. Małgorzata pierwsza żnarka.

W św. Małgorzatę skąd wiatr duje,
drogę po zboże toruje.

Ze św. Małgorzatą
zaczyna się lato.

 

Przysłowia na
św. Jana (24 VI):

Chrzest Jana
w deszczowej wodzie
trzyma zbiory na przeszkodzie.

Deszcz świętego Jana
obiecuje mokre żniwa.

Do świętego Jana
woła deszczu kania,
a po świętym Janie
chodzą po wodzie kanie.

Gdy bliżej święta Jana
gżegżółka zakuka,
nadzieja zbóż przedaży
pewnie nas oszuka.

Gdy Jan Chrzciciel skropi,
mokre będą kopy.

Gdy się deszcz w święto Jana
opuści obfity.
po nim w kilka dni,
wierz mi, bywa pozbyty.

Gdy się Jan Chrzciciel
w dżdżystej kąpie wodzie,
deszcze żniwom bywają
wtenczas na przeszkodzie.

Gdy się święty Jan rozczuli,
to go dopiero
Najświętsza Panna utuli.

Jak się Janek kąpie w wodzie,
żniwom deszcze na przeszkodzie.

Jak św. Jan się obwieści,
takich będzie dni trzydzieści.

Jana Chrzciciela
– już kwiecia wiela.

Jutro święty Janek,
puśćmy na wodę wianek.

Już Jan ochrzcił wszystkie wody,
odtąd wam nie będzie szkody.

Już świętego Jana,
ruszajmy do siana.

O św. Janie kwas w piwo,
robak w mięso,
diabeł w babę wstępuje.

Święty Jan
– jagód dzban.

Umilkł, jak kukułka na św. Jan.

 

Przysłowie na
sobótkę:

Gdzie sobótki zapalają,
tam grady nie przeszkadzają.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha