Maria Kulak

Poczuć coś więcej

 

Obudziłam się zlana potem. Całą noc starałam się zmusić sufit, by przestał się w końcu obracać. Co pięć minut łóżko zmieniało się w ciasną pryczę, a mnie od spadnięcia z niej dzieliła tylko niewielka deseczka przymocowana na samym skraju.

„Jest piąta rano. Co ty robisz? Śpij dziewczyno, nawet nie wiesz, jak jest na statku. Dlaczego zawsze śnią mi się te przeraźliwe wizje?”
To wszystko przelatuje w mojej głowie dosłownie w ułamku sekundy. Budzik śpiewa swoją piosenkę, pora wstawać… Dziś kolejny pracowity dzień… Kolejne zwątpienia, decyzje i wyrzeczenia…

Jak zwykle rano zastanawiam się: „Co ci się zalęgło w tym upartym łbie? Statek? Sobie wymyśliłaś… Jak to wszystko pogodzić? I jeszcze te sny… Dlaczego zawsze są takie straszne? ”.

I tak dalej, i dalej – i jak zwykle dochodzę do wniosków, że jestem szalona, ale uparta i zrobię wszystko, żeby spełnić swoje marzenia. Marzenia… Jest ich sporo, ale najbliższe – to sięgnąć gdzieś poza horyzont, wyjść z tego małego świata, zobaczyć, poczuć coś więcej – Przygodę.

 2013-09-05_ITA_3548_lev_fot_Zbigniew_Bosek_sm

 

Szkoła Pod Żaglami kapitana Baranowskiego – słyszałam o niej dawno, ale teraz powróciła do mnie ze zdwojonym echem. Warunki są proste: pomagać innym i zdać test sprawnościowy. Wystarczy się zaprzeć i dokonać swego, a w tym jestem dobra. Najlepiej świadczą o tym ostatnie tygodnie, w których wracam do domu około dziewiątej wieczorem, z uśmiechem na ustach, pełna pewności, że to co robię jest dobre i nawet gdybym się nie dostała na rejs, to wszystko co zrobiłam jest dla mnie niesamowicie ważne.

Tym właśnie przede wszystkim była dla mnie Szkoła Pod Żaglami – impulsem, który pchnął mnie w rezultacie nie tylko na ocean, ale również pozwolił odkryć, że jestem otoczona niezliczoną liczbą ludzi potrzebujących właśnie mnie, mojego uśmiechu, ciepła, pewności siebie, rozmowy. To właśnie było najważniejsze od samego początku.

Do zawodów sportowych nie przygotowywałam się, nie miałam czasu. Pomaganie wciągnęło mnie bez reszty. Co dzień odwiedzałam maluchy i starszych, w międzyczasie powstała akcja „Pomóż wyzwolić wyobraźnię”, która również pochłonęła moją uwagę, mnóstwo energii i zasypała całe nasze mieszkanie oddanymi książkami, które przekazywałam do domów dziecka, świetlic i innych placówek.

Niezbędni okazali się w tym wypadku rodzice, którzy pamiętali o terminach zgłoszeń, wypełniali dokumenty, dowiadywali się, pomagali, pomagali i pomagali. Ja starałam się pogodzić szkołę, wolontariat, marzenia, które wypełniały mi głowę i „koszmary”, które wypełniały mi sny.

 

2013-09-02_ITA_3248-_fot_Anita_Wietrzynska_sm

To był początek, wstęp do przygody, pełny wątpliwości, czasem nawet łez.

Wielka niepewność – tak określiłabym swój stan sprzed zawodów w Giżycku, drugiego etapu kwalifikacji.

Pierwszy, polegający na wysłaniu dokumentów, umknął mi pośród zapracowanych dni – tylko dzięki mamie pamiętałam o terminach.

Pamiętam natomiast dokładnie podróż przez całą Polskę. Z Wrocławia do Giżycka jest jakieś dziewięć godzin jazdy. Dziewięć godzin rozważań, wątpliwości, motyli w brzuchu. „Jak to będzie wyglądać? Co z wolontariatem? Biegać na 400 chyba potrafię. Pływanie – nie przygotowałam się, ale trzy lata w sekcji chyba coś dały. I wiele, wiele innych „może”, „chyba”, „jeśli”.

Z pobytu w samym miasteczku pamiętam tylko zachód słońca w dniu przyjazdu i ten moment przed startem, kiedy nadchodzi czas próby, zmierzenia się z samym sobą. Myślę, że – czy to jest bieganie, pływanie, podciąganie się na drążku, czy pisanie egzaminu – właśnie ta sekunda jest najważniejsza: pojedynek z myślami – jeśli ich nie pokonasz, nie dasz rady zwyciężyć innych.

Mimo całego napięcia nie czułam się pokonywana, czy pokonująca. Atmosfera była wspaniała, żadnej złości ani zawiści, każdy walczył dla siebie. Po wszystkich konkurencjach sportowych pisaliśmy test z angielskiego. Do niego też się nie przygotowywałam, ponieważ wyszłam z założenia, że jestem w klasie dwujęzycznej i to wystarczy.

Wreszcie, po czekaniu w niepewności przez wieki, nadszedł czas na ogłoszenie wyników. Stłoczyliśmy się wszyscy w salce, a emocje można było wyczytać nie tylko na twarzach, ale wręcz wdychało się je z powietrzem. Podczas przemowy kapitana Baranowskiego, muszę to niestety przyznać, nie byłam w stanie skupić się na więcej niż pięć sekund.

Mówiono bardzo dużo po polsku i po rosyjsku, było trochę zamieszania, ale czułam się wtedy, jakbym była pod wodą, otoczona jakąś barierą ochronną, spoza której dobiegały tylko stłumione dźwięki. Wróciła prycza ze snów, straszne wątpliwości, niepewność. Włączyłam się dopiero, gdy zaczęto czytać nazwiska i to też z pewnym opóźnieniem. Pewnie, gdybym była pierwsza na liście, nie zareagowałabym na swoje imię.

Skupiłam się: to były zdecydowanie polskie, kobiece nazwiska, już czwarte, piąte. Po szóstym straciłam rachubę, ponieważ dziewczyna tuż przy mnie się rozpłakała. „Nie płacz” – krzyknęłam w głowie i odwracając się usłyszałam swoje imię – a po nim ciszę.

Byłam ósma z wyczytanych, ostatnia, ale to się nie liczyło. Słyszałam swój oddech i nie płakałam, moje oczy się śmiały, jak powiedziała to Pani, która… nie do końca wiem, która.

Opisuję przebieg tych zawodów, żeby pokazać wszystkim, którzy mają marzenia i chcą je spełnić, że czasami wystarczy iść do przodu. Nie byłam zawodowym pływakiem, ani biegaczką, nawet nie trenowałam, a niespełna rok wcześniej przeszłam trzy operacje. I udało się.

Dlatego nie jest ważne, jak nikłe wydają się szanse: nie poddawajcie się! A jeśli Waszym marzeniem jest Szkoła Pod Żaglami – wiedzcie, że wielu przed Wami przeżywało to samo.

Wielu z moich młodszych znajomych pyta mnie o przebieg zawodów: czy ciężko się przygotować, jak się przygotowywać, jak liczony jest wolontariat. Radzę im ze szczerego serca, żeby trenowali i pomagali tak, jak to czują. Nie mogę zaplanować im treningów, dać lekcji angielskiego ani wynaleźć placówki, w której będą mogli pomagać. Jeśli już mam pomóc, opisuję moją drogę – być może choć niektórych zmobilizuje to do pchnięcia samych siebie w przyszłość, bo czasami zwykłe szczęście może być więcej warte niż lata treningów, a próbować zawsze warto.

Do tej myśli-wspomnienia chciałabym jeszcze dodać, jak wielkie wrażenie zrobili na mnie ci, którzy mimo wysiłków, nie dostali się na rejs. Jestem pełna podziwu dla ich postawy, która – choć przepełniona uczuciem klęski – była postawą wygranego. Być może mylić mogły zaciśnięte pięści i łzy płynące z oczu lub smutne twarze, ale wiem, że w każdym zakiełkowało ziarenko marzenia, dlatego nie można tu mówić o klęsce czy porażce. Dla nich wszystkich powtórzę za Ernestem Hemingwayem: to nie sam cel, ale droga do niego jest prawdziwą wartością w życiu człowieka i mówi o nim więcej, niż jakakolwiek napisana przez niego książka.

 

Po zawodach w Giżycku nie przyśnił mi się już ani jeden koszmar. Nie myślałam o statku, tak jak nie myśli się o czymś, co wydaje się być nierzeczywiste.

Pierwszy krok na trapie, zejście pod pokład, zamustrowanie i przeszkolenie – to wszystko tak dobrze wyryło mi się w pamięci, jakbym z każdym krokiem szukała gdzieś potwierdzenia, że to nie jest sen. Bardzo dobrze też pamiętam widok moich rodziców na nabrzeżu portowym ze szczekającym Gandalim w tle.

2013-10-07_DSC_5961_fot_Kazimierz_Robak_sm

 

Jeśli ktoś myśli, że podczas dwumiesięcznego rejsu ani razu nie zatęskni za domem, mogę od razu mu powiedzieć, że też tak myślałam. W końcu nie raz wytrzymywałam bite dwa miesiące wakacji u babci, czy tułania się po różnych obozach, daleko od domu. Statek jest jednak specyficznym miejscem, a bezmiar wody, który otacza człowieka w każdej chwili nie jest czymś, co można by było zlekceważyć. Myślę, że każdemu z nas dawało się to we znaki.

Pod koniec rejsu przeżywałam mocne rozterki tęskniąc za domem a jednocześnie nie mogąc rozstać się w duszy ze statkiem, morzem, wiatrem – wszystkim, co mi go zastępowało przez te dwa miesiące. Jednak gdybyśmy bali się tej tęsknoty, nigdy nie wyszlibyśmy poza własny próg, a tylko przekraczając jakąś granicę możemy poddać się próbie. „Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono”, powiedziała Szymborska wyznaczając nową definicje człowieczeństwa i, jak dla mnie, to jeszcze jeden powód za tym, by podążać za marzeniami, nawet tymi nieosiągalnymi.

 

Rejsu ze Szkołą Pod Żaglami nie mogę opowiedzieć, niestety, w całości ze wszystkimi szczegółami. I tak byłaby to historia niekompletna, ponieważ większość z tego, co jest naprawdę istotne, tkwi głęboko w sercu i nie sposób tego wyrazić.

Chciałabym przede wszystkim pokazać, w jaki sposób pobyt na pełnym oceanie, z głową wypełnioną słonym wiatrem zmienia każdego niezależnie od wieku, dojrzałości czy obeznania z morzem.

Za każdym razem patrząc na horyzont, patrzyłam na otaczający mnie bezmiar wód jak dziecko spoglądające na gwiazdy i wyciągające do nich ręce, jakby były czymś niesłychanie bliskim, a jednak tak bardzo dalekim.

Na początku każdy dzień wydawał mi się taki sam, pełny nudności i zawrotów głowy, o które przyprawia nieustanne falowanie ziemi pod nogami, choć i tak mogę powiedzieć, że zaliczam się do tych odpornych.

SONY DSC

Pierwsza wachta nawigacyjna to coś, czego się nie zapomina, szczególnie wtedy, gdy jest się na niej samemu, ponieważ wszyscy z wachty są niezdolni do sprawowania jakiejkolwiek funkcji. Siedziałam wtedy cztery godziny w kabinie nawigacyjnej i patrzyłam na radary. Szczerze mówiąc chciało mi się na przemian spać i wymiotować, ale to i tak było lepsze niż obijanie się o ściany łazienki pod pokładem. Wtedy też odebrałam pierwszy komunikat „mayday”, o którym zameldowałam oficerowi wachtowemu. Na szczęście pomocy zdążyła już udzielić inna jednostka.

Potem przyszedł kapitan Baranowski i – jakby lekko zdziwiony moją obecnością na wachcie – spytał, jakie jest moje zadanie. Odpowiedziałam natychmiast: „Patrzeć na radar i pilnować, by żółte plamy nie wchodziły na kurs. Kontrolować pozycje pobliskich statków na mapie i słuchać radia”. To było moje pierwsze spotkanie z prawdziwą odpowiedzialnością.

Nie tylko ode mnie, oczywiście, zależał los statku, ale zdawałam sobie sprawę z wagi wyznaczonego mi zadania. I wtedy zrozumiałam, że te – czasami bardzo małe, wydające się nieistotnymi na lądzie – rzeczy mogą przesądzić o bezpieczeństwie na statku. To był pierwszy krok do rozpoczęcia pracy nad swoją koncentracją, skupieniem oraz zaangażowaniem w podejmowane obowiązki. Każdy z nas wiedział, że to, co robimy, nie jest tylko i wyłącznie naszą sprawą. Na pokładzie nawet mycie zębów ma znaczenie dla całej załogi: nie zużywasz swojej wody – ona ma starczyć dla wszystkich. W domu występuje taka sama zależność, ale mało kto ją zauważa i dba o jej przestrzeganie – na morzu jesteś do tego zmuszony.

 

Jest wiele momentów na statku, kiedy czujesz się naprawdę za coś odpowiedzialny. Niektóre z nich są miłe i sprawiają satysfakcję, inne przyprawiają o stres i rozdrażnienie. Jako jedna z nielicznych dość szybko polubiłam kambuz, to znaczy całodobową wachtę pod pokładem w kuchni okrętowej i jej okolicach tzn. łazienkach, kubrykach itd. Podczas gotowania posiłków, sprzątania, wstawiania prania i innych tego rodzaju prac, czułam, że coraz bardziej się zespalamy jako wachta i załoga.

Do tego bardzo szybko zdołaliśmy wypracować wspólny język. Było to szczególnie ważne podczas tego rejsu, ponieważ byli z nami Rosjanie, którzy nie rozumieli za bardzo angielskiego. Mimo początkowych obaw, byłam jedną z pierwszych, która zdołała się porozumieć z rosyjską częścią załogi.

Ze spraw dotyczących kambuza nie można pominąć organizacji pracy, która pod pokładem była kluczowa, jeśli wachta miała zamiar wyrobić się z wszystkimi obowiązkami do kolacji. Tutaj należą się słowa uznania dla starszych wachty, czyli ludzi, którzy zajmowali się zaganianiem swoich kolegów do roboty. Mieli oni tak samo małe pojęcie o życiu na statku jak reszta załogi, a mimo to w większości przypadków świetnie się spisali. Kambuz, jak powiedziałam, bardzo nas łączył, poznawaliśmy swoje zwyczaje i stawaliśmy się zgranymi zespołami, jako wachty i cała załoga.

To samo dotyczyło wachty bosmańskiej. Co do prac bosmańskich nasza trzecia wachta czuła się niejako poszkodowana, ponieważ cały czas to właśnie nam przypadała jakaś dodatkowa robota. Szczególnie źli byliśmy wtedy, gdy dwa razy z rzędu musieliśmy rozwiązać „aferę mydlaną”. Była to brudna robota: parę godzin klęczenia w mydle, płynach do naczyń i innych maziach – niezbyt miłe uczucie, szczególnie kiedy ma się wrażenie, że z każdym wybranym wiaderkiem świństwa pod nogami przybywa, a pokład staje się tak śliski, że każde bujnięcie grozi bolesnym zderzeniem ze ścianą.

Mimo to bardzo lubiłam pomagać bosmanowi. Czułam wtedy, że poznaję statek i odwdzięczam mu się za przebyte razem godziny na morzu. Być może dlatego nawet skrajnie wyczerpująca praca, jak czyszczenie denaturatem nadbudówki z zaschniętych plam kleju albo czyszczenie „camela” – daszku chroniącego sternika przed deszczem, były dla mnie czymś w rodzaju długu spłaconego dobremu przyjacielowi.

Z powodu tego przywiązania do Pogorii, będącej w moich oczach towarzyszką wędrówki, pomogłam również przy zmienianiu rozprutego podczas szkwałów marsla górnego, choć musiałam wrócić wcześniej ze zwiedzania La Spezii – a trzeba Wam wiedzieć, że przebywanie na stałym lądzie było dla nas niesamowitą przyjemnością i odmianą pośród dni spędzonych na statku. Nigdy nie zapomnę wciągania żagla na górę, wiązania kabelgard, gramolenia się na pertach (liny po których chodzi się na rejach) i całej troski załogi a szczególnie bosmana. Mimo upału, który lał się na nas z nieba, na oczach mnóstwa gapiów na dole udało nam się sprawnie zmienić żagiel, zwinąć go i schować do żagielkoi. Spoceni, zgrzani, ale zadowoleni zjedliśmy ze smakiem lody i pozostało nam tylko czekać na resztę załogi.

2013-09-05_ITA_3480_fot_Anita_Wietrzynska_sm

Żagle to właściwie bardzo osobliwa część statku. Zawsze kojarzyły mi się z jego najbardziej żywą częścią, duszą. Na nocnej wachcie, gdy nic już nie mogło powstrzymać moich powiek przed opadaniem, wsłuchiwałam się w jęki rei, łopot kliwrów i sztaksli – we wszystkie te dźwięki, które sprawiają, że ludzie od wiek wieków uosobiają statki, nadają im imiona, przypisują człowiecze cechy i wymyślają legendy.

Patrząc w ciemną otchłań wody za burtą, która wydaje się być na wyciągnięcie ręki, szeroką po horyzont, usianą maleńkimi światełkami, kiedy morze wydaje się być tylko odbiciem ciemnego nieba, rodzi się w człowieku świadomość, że i on jest tylko takim małym światełkiem kołyszącym się na wielkim oceanie. Nie dziwię się, że w takich chwilach w sercach ludzi powstają takie opowieści.

 

Przy tej okazji mogę przybliżyć Wam troszkę realia wachty nocnej, czyli czterogodzinnej służby nawigacyjnej trzymanej przez każdą wachtę po kolei (oprócz kambuzowej) od zmierzchu do świtu.

Pierwszą z rzeczy, które można było robić podczas wacht nocnych, było stanie na oku: obserwowanie morza i składanie co jakiś czas meldunku o bojach czy światełkach na horyzoncie.
Oko to odpowiedzialna i ważna funkcja: sternik nie widzi wszystkiego, a do radarów – które bardzo pomagają – niektóre obiekty nie wysyłają sygnałów. To na nie trzeba szczególnie uważać: sieci, boje, pławy…
Z pozoru wydaje się to bardzo proste. Ale jeśli spróbuje się o czwartej nad ranem stać przez pół godziny i wpatrywać w ciemność, okazuje się, że już utrzymywanie otwartych oczu jest problemem, nie mówiąc o uważnym śledzeniu pozycji światełek zawieszonych daleko na powierzchni wody.
Takie stanie na warcie zwraca uwagę na rzeczy, które normalnie nie rzucają się w oczy. Najtrudniej było na Morzu Północnym… Każda wachta wydawała mi się koszmarem, zimno przenikało do szpiku kości, a wiatr był słony, wilgotny i zostawiał na sztormiaku cieniutką warstewkę wody. Jedyne o czym marzyłam, to jak najszybciej zejść pod pokład i zaszyć się w śpiworze na swojej koi, ale mimo to stałam dalej szczękając zębami wpatrzona w mrok. Satysfakcja i radość, jakimi wypełniała mnie świadomość, że dałam radę, były ogromne, choć bardzo szybko zastępowało je znużenie wpychające w czarną otchłań twardego snu.

 2013-09-19_IMG_0297_fot_Magda_Lapshin_sm

 

Kolejnym stanowiskiem na nocnej wachcie był ster. Wstyd się przyznać, ale nie byłam w tym za dobra… Odpowiedzialność przytłaczała mnie i za każdym razem denerwowałam się, gdy tylko widziałam trzeciego oficera, który zbliżał się, by sprawdzić, jak mi idzie. Utrzymywanie kursu to nie tylko trudna lecz bardzo męcząca praca. Za każdym razem wydawało mi się, że Pogorią miota z taką gwałtownością, że nie uda mi się sprowadzić jej na właściwy kierunek. Cyferki na elektronicznym kompasie wydawały mi się niemożliwe do zatrzymania – liczba co chwilę rosła lub zmniejszała się na łeb na szyję, mimo moich usilnych starań. A koło sterowe jest naprawdę duże (szczególnie dla kogoś równie niewysokiego jak ja) i trzeba pełnego skupienia, wprawy, precyzji i siły, by odpowiednio je wyczuć i opanować. Dlatego zawsze po sterze było się zgrzanym i zmęczonym. Na Bałtyku i Morzu Północnym miało to swoje plusy, ponieważ zimno przenikało do szpiku kości i niektórzy cieszyli się, że mogą się go pozbyć. Dla mnie ster był pewnego rodzaju wyzwaniem stawianym mi każdej nocy. Sama się z niego rozliczałam. Sama stawiałam mu czoło.

 

Właściwie motywacja na statku pochodzi w głównej mierze od nas samych. Oczywiście, kapitan, oficer lub bosman może wyrazić swoje uznanie czy zadowolenie, ale to, co jest najbardziej wartościowe, tkwi w nas. Nikt nie jest w stanie docenić naszej pracy tak dobrze jak my sami. Nawet najbardziej drobiazgowy kapitan nie może bezustannie patrzeć na ręce każdemu załogantowi, żeby powiedzieć co robi dobrze a co źle. Na pokładzie i pod nim samotnie stawiamy czoło własnym bolączkom, bólom, lękom i na własną rękę je pokonujemy. Z każdym dniem na morzu człowiek uczy się oceniać siebie nie patrząc na swoją pracę i wysiłek oczami innych, nie próbując na siłę dostosować się do ich standardów. Były takie dni, kiedy wiedziałam, że być może nie spełniłam czyichś oczekiwań, nie wypełniłam zadania tak, jak ode mnie oczekiwano – ale w miarę upływu czasu dochodziło do mnie wyraźnie, że nie jestem w stanie zaspokoić oczekiwań pięćdziesięciu osób naraz.

Dlatego od nowa uczyłam się ufać samej sobie i to mój punkt widzenia stawał się kluczowy. Przecież kto, jeśli nie ja, jest w stanie powiedzieć, czy zrobiłam wszystko co w mojej mocy, czy mogłam dać z siebie więcej? Na lądzie jest to o wiele trudniejsze, ponieważ po zrobieniu czegokolwiek zostajemy poddawani bezlitosnej, jednostkowej krytyce, w przeciwieństwie do statku, gdzie w ostatecznym rozrachunku jesteśmy załogą, a nie przypadkowym zbiorem pojedynczych osób. W załodze praktycznie nigdy nie ma jednego winnego ani jednego zasłużonego.

Na samym początku rejsu wszyscy usilnie staraliśmy się nauczyć każdej linki. Nieustannie myliły się nam fały z kontrafałami, szoty z dirkami, a prawdziwym horrorem było olinowanie żagli rejowych. Za nic nie mogliśmy zapamiętać, w jakiej sekwencji ułożone są gordingi, gejtawy i szoty tych prostokątnych żagli. W konsekwencji bardzo często na komendę „Przygotować się do postawienia foka!” połowa załogi chwytała za gordingi i gejtawy marsla dolnego albo górnego. Wtedy z pomocą przychodzili ci, którym udało się nauczyć tego wszystkiego i wspólnie opanowywaliśmy sytuacje przydzielając się nawzajem do linek, które wydawały nam się tymi odpowiednimi. Nie raz przy stawianiu sztaksli leciałam na drugi koniec pokładu, żeby powiedzieć komuś z wachty, że linka, którą ciągnie, to kontrafał, a żeby postawić żagiel musimy ciągnąć jego fał. Nikt się tym nie przejmował, mimo że czasami robiło się nerwowo. Robiliśmy wszystko na wspólny rachunek i patrząc na łopoczące na wietrze żagle nie myśleliśmy o tym, kto kogo upomniał, kto znów „zawalił”. To było zbędne, niepotrzebne, przecież ostatecznie udało się…

Co do mnie, chyba najbardziej cieszyłam się, gdy któryś z rówieśników w jakiś sposób zauważył i docenił moje starania. Wystarczyło klepnięcie po ramieniu czy uśmiech uznania – załoga bardzo rzadko jest w stosunku do siebie wylewna. Wszyscy przechodziliśmy to samo i zmagaliśmy się z tymi samymi zadaniami – gdy ktoś znalazł pośród tego czas, by oderwać się na chwilę i zdobyć na dodatkowy wysiłek, jakim była ta chwila porozumienia, wyrażenia szacunku… To było to coś niezapomnianego i wartościowego. Dzięki temu uczuciu dostrzegłam, jak ważne jest moje zdanie o kimś i zrozumiałam, że nie trzeba być przełożonym czy kapitanem, by sprawić komuś radość lub zawód swoją oceną.

Cdn.

Maria Kulak
Wrocław, 24 maja 2014

Fot. (wg kolejności umieszczenia w  tekście):
Zbigniew Bosek (1, 4), Anita Wietrzyńska (2, 5),
Kazimierz Robak (3), Magdalena Lapshin (6).

Część drugą – „Żeglowania ciąg dalszy” – przeczytacie klikając w ten link.


 Maria_Kulak_2a_arch_wlasne_autorki

Maria Kulak – urodzona i mieszkająca we Wrocławiu. Po rocznych kwalifikacjach została uczennicą (klasa trzecia gimnazjalna) Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2013, polsko-rosyjska. Przepłynęła w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Gdańska do Civitavecchia. Przed rejsem ukończyła kurs pomocy przedmedycznej i zdobyła książeczkę sportowca uprawiając pływanie, koszykówkę, siatkówkę i bieganie. Była jedną z najlepszych uczenic SzPŻ-2013. (kr) Fot. z arch. autorki.

pdfMaria Kulak:  „Poczuć coś więcej” (1) – do pobrania w pdf

pdfMaria Kulak:  „Żeglowania ciąg dalszy” (2) – do pobrania w pdf

Żeglujmy Razem – powrót na Stronę Główną

Calendar

« March 2019 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

WIOSNA

 

Dzisiaj rano niespodzianie
zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem
przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto,
posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało...
Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku  w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce Wiosna jest pierwszą z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, jest w kantacie Wiosna (1902) Rachmaninowa, w pieśni Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i w tegoż Strawińskiego Święcie wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym  kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) – i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak  we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy.
Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...] gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to „powieść reportażowa”. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomnia­łem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale „produkcyjniaki” pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za byłą panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

 

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego: i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach  1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, że podobno mają „wueskę” znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.

 

Piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne  występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę / Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje (Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej, / najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody / i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą / uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą, / i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną) wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...",  więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych  Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]
Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

(pani profesor bardzo dziękuję za pomoc w odnalezieniu oryginału wiersza)

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud: I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu ekwinokcjum – równonocy wiosennej

Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:

święcone,
wielkanocne śniadanie,
pisanki,
śmigus-dyngus,
wieszanie Judasza,
pogrzeb żuru i śledzia.

O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg. Cytat okazał się całkiem na czasie.
W 2018 roku na fali dekomunizacji „zniknięto” w Zamościu tablicę pamiątkową z domu, w którym się Róża Luksemburg urodziła.
To sygnał, że trzeba skupować PRL-owskie stuzłotowe banknoty z Waryńskim. Niedługo pewnie fala obejmie i jego, a wtedy zakup okaże się dobrą inwestycją.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

 

Marzec

Marzec. Przedwiośnie. Dla Polski to oznacza, że średnie temperatury dobowe są od 0 do +5°C.

Ale ja mieszkam na Florydzie, gdzie zimą jest rześko, wilgotność spada do europejskiego poziomu (nawet mimo deszczu) i jest na ogół słonecznie. Dlatego florydzka zima to najpiękniejsza pora roku – dla mnie przynajmniej, bo rodowici florydzianie chodzą w zimowych kurtkach, czapkach i butach. Z kolei wyczekiwane przez nich lato dla mnie jest nie do zniesienia – przede wszystkim przez wilgoć, wilgoć, wilgoć…
Na razie kwitną drzewka pomarańczowe i grejpfrutowe na nowy urodzaj, większość dni jest słoneczna, deszcz czasem pada, a czasem nie pada. W marcu jak w garncu.

Więc do rzeczy.

 

Marzec – trzeci miesiąc w roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.
Słowniki twierdzą, że nazwę miesiąca wzięliśmy pośrednio od łacińskiego Martius z dawnego czeskiego marec / mařec / marcius, co było pochodną niemieckiego März.
Z pewnością tak jest, ale mnie bardziej podoba się etymologia ludowa, łącząca marzec z Marzanną, którą – na pohybel Zimie – umarzano w rzece, już nie marznącej.
W staropolszczyźnie używana była też nazwa „brzezień”, który do dziś mieszka w języku czeskim (březen) i ukraińskim (березень) – od brzóz, które wtedy zaczynały się zielenić. Są jednak czescy i słowaccy językoznawcy (Václav Machek, Igor Němec, Jan Horálek), którzy uważają, że nazwa miesiąca pochodzi od słowa březost (ʽciąża’): v ten čas drobný dobytek bývá březí, rodí mláďata („w tym czasie bydło jest w ciąży, rodzi młode”).

 

Na Morawskiej Wołoszczyźnie (brzmi podobnie jak historyczna kraina Rumunii, ale to niewielki teren na północy Moraw, między miastami Nowy Jiczyn / Nový Jičín i Brumov-Bylnice, gdzie w XVI w. osiedlono wołoskich pasterzy) do dziś używa się słowa marčák, które może oznaczać ʽjęczmień siany w marcu’ lub ʽmarcujący zając’.

W polszczyźnie wyraz „marzec” miał dawno temu jeszcze jedno znaczenie: oznaczał piwo marcowe, czyli warzone w marcu. Brückner pisze o tym smacznie: „Piwo marzec albo dwuraźne (ʽdubeltowe’), w 16. i 17. wieku słynne krakowskie Märzenbier”.
Trunkową – choć nie piwną – konotację ma również lipiec, o czym będzie w odpowiednim czasie.

 

Łaciński Martius lub mensis Martius oznaczał ‘miesiąc [poświęcony] Marsowi’. Bardzo był przez to ważny, ponieważ Rzymianie uważali boga wojny Marsa za swego protoplastę, jako ojca Romulusa i Remusa (to ci spod wilczycy kapitolińskiej).
Martius – dla nas trzeci – dla Rzymian przez kilkaset lat był pierwszym miesiącem roku, póki Juliusz Cezar nie wprowadził reformy kalendarzowej w roku 46 p.n.e., po której pierwszeństwo objął Ianuarius (styczeń). Za co zresztą Martius zemścił się na Cezarze srogo, ale o tym za chwilę.
Nazwa Martius została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Marcowe rocznice:

 

1 marca 1893 – Nikola Tesla – inżynier-elektryk, wynalazca przez pewien czas współpracujący z Edisonem, później działający na własną rękę, zwany „czarodziejem elektryczności” – po raz pierwszy publicznie (w St. Louis, Missouri) demonstruje działanie fal radiowych. Pięć lat później, w nowojorskiej Madison Square Garden, pokazuje publiczności „teleautomaton” – zdalnie sterowaną łódkę. Część obecnych na pokazie była przekonana, że łodzią steruje ukryta w niej tresowana małpka. Wojskowi, którym Tesla zaproponował sterowane radiem torpedy, nie wyrazili zainteresowania.

 

1 marca – w Rosji, osoby, które wykorzystywane są przez koty do obsługi (a które, bez sensu, uważają, że są tychże kotów właścicielami), obchodzą Dzień Kota. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że reszta Europy obchodzi Światowy Dzień Kota 17 lutego, a International Fund for Animal Welfare ustanowiło Międzynarodowy Dzień Kota 8 sierpnia.
Zostaje więc jeszcze 6 terminów, bowiem – jak twierdzi sanskrycki Pięcioksiąg (Pańczatantra, III w. p.n.e.) – „natura dała kotu dziewięć żywotów zamiast jednego”. Nie mówiąc o tym, że nawet kwestia kocia wskazuje, iż Europa, świat i Rosja to zupełnie inne punkty w czasoprzestrzeni.
A skoro o Rosji mowa:

 

3 marca 1918 – bolszewicy podpisali w Brześciu Litewskim traktat pokojowy z najważniejszymi z Państw Centralnych: Niemcami i Austro-Węgrami. Tym samym spłacali część długu, który zaciągnęli, gdy wywiad niemiecki dał Leninowi worek złota, wywiózł w zaplombowanym wagonie ze Szwajcarii i umożliwił przedostanie się do Rosji, by – jak to później określił Churchill – „zainfekować Europę bakcylem komunizmu”. Separatystyczny pokój z bolszewicką Rosją (właśnie ten w Brześciu Litewskim), miał być za ów manewr zapłatą. Niemcom zależało, bo chcieli przerzucić swe armie ze wschodu na zachód, by na Zachodzie przestało wreszcie być „bez zmian”. Armie przerzucili, ale znów nie zdobyli przewagi (tym razem przez Amerykanów), ale o tym już było w lutym. Bolszewikom też zależało, bo chcieli w spokoju w Rosji robić swoje.
A skoro o Rosji mowa:

 

5 marca 1953 – umiera Stalin. Na stanowisko sekretarza generalnego KC wśliznął się w 1922, jeszcze za życia Lenina. Po śmierci Uljanowa (prawdziwe nazwisko Lenina, gdyby co) w 1924, stworzył triumwirat z Kamieniewem (1936) i Zinowiewem (1936), którzy najpierw pomogli mu ukryć tzw. testament Lenina (sugerujący partyjnym towarzyszom wyrzucenie Stalina z politbiura), a później usunąć konkurentów: Bucharina (1938), Rykowa (1938), Tomskiego (1936) i Trockiego (1940).
Daty w nawiasach oznaczają rok fizycznej likwidacji czyli egzekucji (tylko Tomski popełnił samobójstwo tuż przed aresztowaniem), ale od władzy Stalin odsunął ich znacznie wcześniej – w roku 1929 był już w politbiurze, KC, partii i państwie (co w praktyce znaczyło to samo) samodzierżcą.
Jego śmierć przyniosła konsekwencje spore (o czym nie teraz), choć mniejsze niż można się było tego spodziewać.
W 2008 roku, w telewizyjnym (telewizja państwowa) plebiscycie na „Rosjanina wszech czasów” (50 milionów głosujących) zwyciężył Aleksander Newski, za nim był Piotr Stołypin (kto, na litość boską, go dziś pamięta, nawet w Rosji?!), na trzecim – Stalin. Być może to teoria spiskowa, ale trudno mi uwierzyć, że to nie Stalin zajął miejsce pierwsze, a wynik końcowy nie jest ukłonem „komisji wyborczej” w stronę politycznej poprawności, bo… (sorry, Winnetou!) jeszcze nie czas…
Tak czy siak – dla rządu dzisiejszej Rosji Stalin jest mężem opatrznościowym.
Nie pożywiosz, lecz wiesz, że Stalin był zły / I wszystko już można dziś zwalić na niego – śpiewał Kaczmarski [„List z Moskwy”, 1987-08-13], co przekłada się na propagandową doktrynę: „ustrój sowiecki był wspaniały, a jeśli kto go wypaczył – to Stalin”.
Putin nie bez przyczyny powiedział, że „upadek Związku Sowieckiego był największą geopolityczną katastrofą XX wieku”. Z czego jasno wynika, że rezultatem tej katastrofy jest postkomunistyczna próba wprowadzenia do Rosji demokracji. Poza tym wypaczenia nie musiały być duże, skoro władze rosyjskie przychylnym okiem patrzą na wiece i uroczystości organizowane w rocznice urodzin i śmierci Dżugasz­wilego-Koby-Stalina. Poszukajcie w wiadomościach pod tą datą, albo dzień później – na pewno znajdziecie.

 

7 marca 1876 – wreszcie mamy telefon! Alexander Graham Bell opatentował swój wynalazek!

 

8 marca to Międzynarodowy Dzień Kobiet, ongiś hucznie obchodzony w całym bloku. W zakładach pracy kobietom przysługiwał goździk, a czasem jeszcze cukierki czy rajstopy, rzadziej premia pieniężna – koniecznie za pokwitowaniem w Radzie Zakładowej.
Były akademie ku czci i okolicznościowe programy telewizyjne.
W TVP najczęściej śpiewali wtedy („ja wam wszystko wyśpiewam!”): Adam Zwierz, Kazimierz Kowalski i Edward Hulewicz. Z importu, od czasu do czasu, pojawiał się Iosif Kobzon.

 

8 marca 1968 – w Polsce zaczynają się tzw. wydarzenia marcowe: protest studentów, którzy – jak zwykle – żądali wolności słowa, zgromadzeń i sumienia. Brutalnie spacyfikowany przez milicję i tzw. aktyw robotniczy, czyli zbirów z pałami, którzy mieli tyle wspólnego z robotnikami co picie w Szczawnicy z węglem kamiennym.
Nigdy jednak nie ma tak źle, żeby nie mogło być gorzej: najtwardszy partyjny beton (chodzi o Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, przez którą realizowała się w PRL dyktatura proletariatu) w ramach represji doprowadził do wysiedlenia z Polski inteligencji pochodzenia żydowskiego – tzw. paszport w jedną stronę otrzymało ok. 20 tys. osób. Słowo „paszport” jest mylące, był to bowiem dokument podróży stwierdzający, że „okaziciel nie jest obywatelem PRL”. Co, dla 35-milionowego kraju, oznaczał wyjazd kilkunastu tysięcy osób z elity intelektualnej – dodawać nie trzeba.
Trzeba za to użyć słowa „hańba”. Dotyczy ono co prawda tylko rządu (który został narzucony) i jego łajdackich klakierów (tacy znajdą się zawsze i wszędzie), ale – niestety – słaba to pociecha, bo plama zostaje.

Pogrom marcowy nie był jednak zaskoczeniem: w czerwcu 1967, po wojnie sześciodniowej, która – mimo że zaczepna – była obronną, bezczelnie przez Izrael wygranej, hegemon i jego blok (z wyjątkiem Rumunii) zerwali z państwem żydowskim stosunki dyplomatyczne. Marzec ’68 i to, co działo się później, było tylko dalszym ciągiem serialu.
Nagranie wystąpienia ówczesnego szefa partii Władysława Gomułki podczas wiecu PZPR w Sali Kongresowej 19 marca 1968 jest jednym z najczęściej cytowanych dokumentów dźwiękowych epoki – nawet osobom, które słuchały tego przemówienia na żywo (ja słuchałem!), trudno dziś uwierzyć, że działo się to naprawdę. Dzień po wiecu oficyna Książka i Wiedza wydała broszurkę Stanowisko partii zgodne z wolą narodu : przemówienie wygłoszone na spotkaniu z warszawskim aktywem partyjnym 19 marca 1968 r. z pełnym tekstem przemówienia i Gomułką jako autorem. Kupiłem, za całe 2 złote. Cytat „utwór ten zawiera jednocześnie pornograficzne obrzydliwości, na jakie może zdobyć się tylko człowiek tkwiący w zgniliźnie rynsztoku, człowiek o moralności alfonsa” jest właśnie stamtąd, ale nie dotyczy – niestety – autora.

 

11 marca 1985 – sekretarzem generalnym KC KPZR zostaje Michaił Gorbaczow. Od niego się to wszystko zaczyna i żeby nie wiem jak nie lubić Andrzeja Rosiewicza, trzeba przyznać, że jego Michaił, Michaił, ty postroisz nowyj mir, śpiewane w 1988 podczas pląsów przed gensekiem odwiedzającym akurat Warszawę, było prorocze.Nawyk pląsów przed liderami supermocarstw Rosiewiczowi został na długo, ale dar proroczy chyba się gdzieś zatracił, bo w 2017 ani on nie był „trendy Andy”, ani „trumping” nie było „jumping”.

Gorbaczow to głasnost’pieriestrojka.

Ta pierwsza znaczyła, że przestał być aktualny dowcip o braku różnic w postrzeganiu swobód obywa­telskich w ZSRR i USA, tak samo przestrzegających i respektujących wolność słowa (z drobną wpraw­dzie poprawką: w USA istniała dodatkowo wolność po słowie).

Ta druga znalazła swój finał 25 grudnia 1991 w podpisanym w Wiskulach układzie białowieskim o rozwiązaniu Sojuza.
Wcześniej w ramach pierestrojki znalazła się jeszcze „doktryna Sinatry”. 25 października 1989 rzecznik sowieckiego MSZ, Giennadij Gerasimow, zaskoczył tym terminem dziennikarza programu Good Morning America nazywając tak trend polityki Gorbaczowa wobec państw satelickich: zgodnie z tytułem piosenki „My Way” każde z nich mogło obrać własną drogę.

Mnie, od Sinatry, bliższy jest Kaczmarski:

– Towarzyszu Gorbaczow, wybaczcie mi,
Wiem, towarzysz czasu wiele dla mnie nie ma… 
[…]
Towarzyszu, ja praszu was, pomagitie! 
[…]

– Mieczisław Josifowicz, nie biezpakojties’:
My pamożem wam, kak smożem, no inacze 
[…]
Smotriu ja na was siewodnia s biezpakojem.
No tiepier wam nada – kak umiejetie – żit’,
A szto budiet – budiet s etoj paranoju.
[„Dwie rozmowy z Kremlem (1981-1989), 1989-08-24]

 

Gorbaczowowi nie udało się to, czego dokonał Jiang Zemin, który przewekslował chińską gospodarkę na tory ekonomii rynkowej i jednocześnie utrzymał przy władzy mafię partii komunistycznej. Sowiecki beton partyjny był zbyt twardy i „Gorbi” mógł go usunąć tylko rozwalając całą konstrukcję… No dobrze, wiadomo: filary nośne zostały, ale przynajmniej ściany i fasada zniknęły. Ale i tak chwała mu za to, że cokolwiek zostało ruszone, bo skorzystała na tym Polska i inne kraje satelickie. Przynajmniej czasowo.

 

12 marca 1938 – Rzesza Niemiecka (Deutsches Reich) dokonała bezprzykładnego aktu agresji i zaanek­to­wała Federalne Państwo Austriackie (Bundesstaat Österreich), wcielając je do Rzeszy, zwanej Trzecią, Wielką, a nawet Tysiącletnią.
Tej brutalnej demonstracji siły solidarnie sprzeciwiła się ludność Austrii, zwłaszcza Wiednia, w którym tylko nieliczne zdradzieckie elementy witały na ulicach wkraczające oddziały Wehrmachtu. W ogólno­na­ro­dowym plebiscycie prawie wszyscy głosujący opowiedzieli się przeciw faszyzmowi i związkom z na­zis­towską Rzeszą. Niestety, brunatny okupant utrzymał w mocy akt anszlusu i ogłosił stworzenie tzw. Wielkich Niemiec.
Austrię ogarnęła fala antyfaszyzmu, a wszyscy obywatele przystąpili do ruchu oporu. Oczywiście: poza tymi renegatami gorszego sortu, którym jednak nieludzki, totalitarny reżim się podobał, ale którzy – po ostatecznej wygranej ogólnonarodowego antyfa­szys­tow­skiego powstania i sił demokratycznych w 1945 roku – zostali sprawiedliwie osądzeni i potępieni. Na szczęście była ich garstka.

Że co? Że słyszeliście co innego? Przykro mi, zostaliście zdezinformowani. Pojedźcie do Austrii i pogadajcie z ludźmi, to się przekonacie, że mam rację.

 

13 marca 1848 – zaczyna się seria zbrojnych wystąpień przeciwko staremu porządkowi, zwana Rewolucją Marcową, która dała początek Wiośnie Ludów. Walczący domagali się swobód – politycznych i narodowych, a najubożsi – poprawy warunków bytowych.

Podczas Rewolucji Marcowej rozpoczęły się m.in.:

13 marca 1848 – powstania w Wiedniu i Berlinie. Protestującym chodziło o wolności polityczne, które dość szybko zostały zatwierdzone przez panujących.
Austriacki cesarz Ferdynand I Dobrotliwy (der Gütige) tego samego dnia zdymisjonował kanclerza Klemensa Metternicha – fanatycznego monarchistę i konserwatystę, tępiciela wszelkich przejawów demokracji, odpowiedzialnego za uczynienie z Austrii po Kongresie Wiedeńskim (1815) państwa policyjnego z wszechwładną cenzurą ingerującą we wszystkie dziedziny życia.
Konserwatywny Fryderyk Wilhelm IV Pruski również powołał liberalny rząd i nadał swemu królestwu konstytucję (5 grudnia 1848).

15 marca 1848 – powstanie węgierskie, które wybuchło w Peszcie. Rozpoczęli je radykałowie, którym przewodził poeta Sándor Petőfi, żądający niepodległości, demokracji i zniesienia pańszczyzny.
Austriakom ani w głowie było zezwalać Węgrom na separację. Stosując rzymską zasadę divide et impera (dziel i rządź) najpierw obrócili przeciw Węgrom mniejszości narodowe Królestwa Węgierskiego – Chorwatów, Rumunów, Rusinów, Serbów i Słowaków (notabene używając realnego straszaka, jakim była madziaryzacja propagowana nawet przez rząd Kossutha).
W grudniu 1848 na tron wstąpił Franciszek Józef I (ten sam, którego wiele lat później Czesi nazwali Starym Prochazką, a polscy językoznawcy „dobrotliwym staruszkiem” tak właśnie tłumacząc określenie „stary pierdoła”, by uratować autora tych słów przed plutonem egzekucyjnym za obrazę majestatu).
Kaiser Franz Josef nie bawił się w negocjacje i do pacyfikacji powstania wysłał wojsko. Nie mając wystarczających sił własnych, o braterską pomoc zwrócił się do cara Mikołaja I i tę otrzymał. Armia rosyjska pod wodzą feldmarszałka Paskiewicza, który wcześniej utopił we krwi powstanie listopadowe, wespół z korpusem austriackim dokonały swego.
Sen Węgier o niepodległości (ogłoszonej 19 kwietnia 1849) skończył się szybko: Petőfi poległ, lojalista Batthyány został rozstrzelany wcześniej przez Węgrów-radykałów, Kossuth i jego prawa (zbrojna) ręka – gen. Józef Bem otrzymali azyl w Turcji, a mniejszości narodowe zamiast madziaryzacji dostały germanizację i to w tempie przyspieszonym.
Dla porządku trzeba dodać, że w końcu, gdy Austriacy dostali lanie od Prus, Węgrzy dopięli swego choć w części: w 1867 kompromis austriacko-węgierski przekształcił Cesarstwo Austriackie w monarchię podwójną – Austro-Węgry. Dla mniejszości narodowych Królestwa Węgierskiego skończyła się germanizacja a zaczęła madziaryzacja, czego reperkusje można zauważyć od czasu do czasu nawet przy lekturze dzisiejszej prasy.
Swego czasu po krajach żyjących w najlepszym z ustrojów krążył dowcip o pięciu filarach RWPG (kto nie wie, co to było, niech się cieszy): obok sowieckiego taktu, enerdowskiego poczucia humoru i kilku innych wyraźnie obraźliwych, jednym z najważniejszych była powszechna znajomość języka węgierskiego. Jak widać dla niektórych wcale nie była to taka abstrakcja. Geopolityka sprawia, że dowcipy polityczne tracą swe ostrze w najmniej oczekiwanych momentach.

Zwischenruf.
W połowie lat 1970-tych jedną z tras na długie wakacje była podróż do Afganistanu, Pakistanu i Indii przez ZSRR: za tanie pieniądze leciało się samolotem do tadżyckiego Duszanbe, stamtąd pociągiem do Termezu nad Amu-Darią, promem przez rzekę – i dalej, autostopem, jak daleko czas i powodzenie w handlu wymiennym pozwalały.
Jeździłem tak kilkakrotnie nawiązując po drodze znajomości i przyjaźnie. Gościnne domy czekały na mnie i współtowarzyszy podróży w Duszanbe, gdzie się jadło, piło, a najwięcej opowiadało, z dowcipami politycznymi (tak, antysowieckimi też) włącznie.
Któregoś razu przypomniał mi się dowcip, z którego w Polsce zarykiwali się wszyscy: polskiego geodetę, uczestnika ekspedycji sowieckiej pracującej w terenie, zapytał miejscowy kołchoźnik, co takiego mierzy. Bomba wybuchła następnego dnia, gdy ów chłop pojawił się w lokalnym urzędzie i zapytał, komu i ile zapłacić, by zostać po polskiej stronie, bo ponoć geodeci wytyczają granicę między Polską a Chinami.
Witz opowiedziałem i… zapadła cisza. Poczułem się nieswojo. Współbiesiadnicy byli na tyle uprzejmi, że wyjaśnili mi, iż w republice graniczącej bezpośrednio z ChRL, w dodatku w dobie nasilonej propagandowej antychińskiej histerii, historyjka ta ani trochę śmieszna nie jest.

18 marca 1848 – antyaustriackie powstanie w Mediolanie (tzw. pięć dni Mediolanu, wówczas w granicach Cesarstwa Austriackiego): powstańcy przejęli miasto zaczynając tym samym pierwszą włoską wojnę o niepodległość. Wojna skończyła się porażką Włochów; Zjednoczone Królestwo Włoch powstało dopiero w marcu (!), dokładnie: 17 marca, 1861.

 

25 marca 1848  – Adam Mickiewicz po raz drugi pojawił się na audiencji u Piusa IX (pierwszy raz był 5 marca 1848). Poeta chciał dostać (i w końcu dostał) od papieża błogosławieństwo dla tworzonego przez siebie Legionu Polskiego, któremu za cel pierwszy stawiał walkę z Austrią o niepodległość Włoch, a dalej – przejście na ziemie słowiańskie i wzniecenie tam powstania. To właśnie podczas tego spotkania Mickiewicz miał złapać biskupa Rzymu za rękę, potrząsnąć nią i zawołać: Wiedz, że Duch Boży jest dzisiaj w bluzach paryskiego ludu!

Papież miał na to odpowiedzieć „Nie zapominaj, miły mój synu, do kogo mówisz”, a następnie palnął mowę z której wynikało, że ówczesna sytuacja Polski to pokuta za ciężkie grzechy, a wśród trzech najcięższych wymienił rozwody. „Jeśli Polska wróci do czystych obyczajów – mówił dalej Pius IX – takiej tylko Polsce i takim Polakom błogosławię!”

Wtedy Mickiewicz wykrzyknął: „Na taką Polskę i na taką wierność przysiegamy wszyscy!” a kiedy ukląkł, ujął za nogę Papieża tak silnie, że Ojciec św. musiał się aż o stół oprzeć. Audyencja sie skończyła.

Opis ten i cytat pochodzą z książkowej relacji wydanej w 1898 roku, a napisanej przez x. Pawła Smolikowskiego – generała zakonu Zgromadzenia Zmartwychwstańców. Jego członkowie opiekowali się wówczas emigrantami polskimi we Włoszech, a jeden z nich był uczestnikiem audiencji. Kto jak kto, ale rektor Papieskiego Kolegium Polskiego w Rzymie wie, co powiedział papież i przez przez kogo tak naprawdę Polska wtrącona została w polityczny niebyt. 

Gdy Mickiewicz łapał papieża jeszcze tylko za rękę i mówił o „ludzie paryskim”, miał prawdopodobnie na myśli uczestników francuskiej rewolucji lutowej 1848, w wyniku której powstała tzw. Druga Repub­lika. Uznał ją widać wydarzenie donioślejsze niż powstanie mediolań­skie. Ale z drugiej strony, kto go tam wie: skoro był wieszczem, mógł przeczuć, że powoły­wa­nie się na zbuntowanych Włochów wobec tego papieża jest strategią przegraną. W dodat­ku miałby rację: półtora miesiąca później, 29 kwiet­nia 1848, Pius IX wydał oświadczenie, w któ­rym odciął się od włos­kich ruchów zjednoczeniowych i wyco­fał wojska państwa kościelnego z frontu (by przypadkiem nie-ka­to­licy nie uzyskali przewagi w no­wych Włoszech), co było ważnym przyczyn­kiem do klęski pierwszej włoskiej wojny o niepod­ległość.

 

15 marca – Idy marcowe (łac. Idus Martii) − rzymskie święto poświęcone Marsowi. Były parady i przeglądy wojsk. Podczas Idów Marcowych w 44 roku p.n.e. ponad 60-osobowa (jak twierdzi Eutropiusz) grupa zamachowców, z Kasjuszem i Brutusem na czele, zamordowała Juliusza Cezara.
Dictator perpetuo został 23 razy pchnięty sztyletem, co świadczy, że niektórzy z zamachowców chcieli być chytrzejsi od innych. Co i tak im nie pomogło, bo żaden ze spiskowców nie zmarł śmiercią naturalną. Można przy okazji obejrzeć, albo przeczytać szekspirowskiego Juliusza Cezara (1599) – dokładne to nie jest, ale robi wrażenie. W 1953 film z tej sztuki zrobił Joseph Mankiewicz (ten od Kleopatry), z Marlonem Brando w roli Antoniusza – mocna rzecz!

 

17 marca 1861 – powstaje Zjednoczone Królestwo Włoch (patrz wyżej).

 

17 marca 1921 – uchwalono w Polsce „konstytucję marcową” (obowiązywała do 23 kwietnia 1935, czyli do „konstytucji kwietniowej”). Była to pierwsza polska konstytucja nowoczesna (nie, „konstytucja majowa” z 1791 taką nie była): rządzić miał Naród (przez swoich przedstawicieli), władza – zgodnie z Monteskiuszem – miała być trójdzielna (prawodawcza, wykonawcza i sądownicza) i – żeby było równo – skasowane zostały przywileje stanowe i herby.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ten – nie wiadomo po co – Monteskiusz. Na szczęście ostatnio przedstawiciele Narodu nadrobili zaległości – no, prawie nadrobili, ale już niewiele brakuje, cierpliwości
.

 

17 marca – dzień św. Patryka: irlandzkie święto narodowe i religijne. Ma być podczas niego zielono, koniczynowo i piwnie. Poeta stan ten ujął z właściwą sobie zwięzłością: Pełno radości i krzyku.
Święty Paddy, żyjący w V w., jest patronem Irlandii – porwany za młodu przez irlandzkich piratów i więziony przez 6 lat, powrócił na Szmaragdową Wyspę jako misjonarz, został pierwszym biskupem Irlandii i zyskał miano Irlandzkiego Apostoła. Biskup Patryk wygonił również z Irlandii wszystkie węże – podobno nie ma ich na tej wyspie po dziś dzień. Ewolucjoniści w zasługi Patryka na tym polu nie wierzą, ale oni w ogóle jacyś mało wierzący są.
A u nas tego dnia świętuje Zbigniew, który – przy całym dla Patryka szacunku – godniejszy jest i zacniejszy, bo za wężami po żadnych wyspach nie ganiał! Za to jeden królowi Jagielle żywot między Grunwaldem a Tannenbergiem ocalił, drugi Rotgiera toporem zarąbał (bo było na śmierć, nie na niewolę), trzeci w zamku tegoż Rotgiera przerobionym na willę (z wygodami – byli i widzieli!) mieszka i pod chmurami lata, a czwarty z Latającym Holendrem żeglował, o czym się sami wkrótce przekonacie – tylko czytajcie stronę Periplus!

 

W nocy z 17 na 18 marca 1921 – Armia Czerwona, dowodzona przez Michaiła Tuchaczewskiego, ostatecznie rozgromiła powstańców z Kronsztadu – portu wojennego na niewielkiej (15 km2) wyspie Kotlin w Zatoce Fińskiej, położonej około 30 km na zachód od Petersburga.
W latach 1917-1918 marynarze, robotnicy i mieszkańcy Kronsztadu poparli bolszewików.
Dwa lata trwało zanim doszło wreszcie do nich, co naprawdę popierali, toteż w marcu 1921 zaprotestowali przeciwko terrorowi i dyktaturze wprowadzonej przez rząd Lenina i Trockiego.
Atak armii bolszewickiej na Kronsztad ułatwił lód, po którym wówczas można było dostać się na wyspę.
Po jej zdobyciu, ci powstańcy, którym nie udało się zbiec do Finlandii (tych było ok. 8000), zostali zmasakrowani: ponad dwa tysiące osób zostało rozstrzelanych, niemal 20 tysięcy bolszewicy zesłali do łagrów, mordując po drodze co najmniej kolejne kilka tysięcy.
Prześladowania uczestników i ich rodzin trwały do późnych lat 60-tych. Dopiero w 1994, za prezydentury Borysa Jelcyna, powstańcy kronsztadzcy zostali rehabilitowani, a działania bolszewików uznano za sprzeczne z prawem.

 

17-19 marca 1915 – szósty i ostatni wypad (Sienkiewicz nazywał to „wycieczka”) podczas drugiego oblężenia Twierdzy Przemyśl (o pierwszym przeczytacie w październiku). Wojska austro-węgierskie próbowały się przedrzeć z twierdzy przez pierścień oblegającej armii rosyjskiej. Akcja zakończyła się tragicznie: 5,5 tys. zabitych, rannych i zaginionych.

Rosjanie odpowiedzieli atakiem na umocnienia – zostali odparci, ale oblegani obronili się ostatkiem sił. W związku z czym Armee­ober­kommando, czyli Naczelne Dowództwo C. K. Armii, zaczęło szykować rozkaz zniszczenia twierdzy i poddania. [patrz niżej: 22 i 23 mar­ca 1915].

 

20 marca (przez wszystkie lata drugiej dekady XXI wieku, poza 2011) wypada dzień równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej: Słońce góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana. W tym dniu Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Na półkuli północnej rozpoczyna się wtedy wiosna.

 

22 marca 1895 – możemy już chodzić do kina! W Paryżu bracia Auguste i Louis Lumière pokazali tego dnia po raz pierwszy swoje „ruchome obrazki”. Do hollywódzkiego gwiazdozbioru jest już tylko jeden krok.

 

22 marca 1915 – detonacje wstrząsają Przemyślem: armia austro-węgierska wysadza w powietrze mosty na Sanie oraz forty i działa swojej największej twierdzy: Festung Przemysl.

 

23 marca 1915 – po 5 miesiącach największego w I wojnie światowej oblężenia kapituluje Festung Przemysl, trzecia co do wielkości twierdza w Europie (po Verdun i Antwerpii). Akt kapitulacji dostarczono do sztabu rosyjskiego o 6 rano.

Do niewoli poszło dziewięciu C.K. generałów, prawie setka oficerów sztabowych, 2,5 tys. oficerów oraz 117 tys. podoficerów i żołnierzy. Wśród austro-węgierskich jeńców było prawie 30 tysięcy rannych i chorych.

Rosjanie zachowali się po rycersku, być może wiedząc, że skierowane są na nich oczy całej Europy (padła „twierdza nie do zdobycia”!). C.K. oficerowie mogli zostać przy szablach, żołnierze dostali żołd taki, jak w armii rosyjskiej. Później jeńców podzielono wg narodowości i zesłano do republik azjatyckich. Najlepiej miał Hermann von Kusmanek, generał i Festungskommandant: jeszcze przed końcem wojny wrócił do domu, a po 16 latach zasnął w Panu mając lat 74. Gdy był w niewoli dostał awans na generała obersta, po powrocie postawiono go co prawda przed sądem, ale – oczywiście – uniewinniono. I tak przyschło pytanie, czemu wcześniej nie zgromadzono żywności, amunicji i środków medycznych na tyle, by twierdza była rzeczywiście nie do zdobycia. Ale tak już jest, że najdzielniej biją króle, a najgęściej giną chłopy.

Za to Rosjanie mieli bal: do Przemyśla przyjechał sam car i tak się cieszył, że żołnierze dostali po 5 rubli, a oficerowie po medalu.
Ale dalej już nie było im tak wesoło, bo 3 czerwca, tego samego 1915 roku, armia austro-węgierska odbiła Przemyśl i ruiny twierdzy. Jaki był los ludności cywilnej – strach nawet myśleć.
Austriacy sobie później i tak poszli, a ruiny zostały do dziś.

 

23 marca obchodzony jest dzień przyjaźni polsko-węgierskiej. Wciąż się lubimy!

 

25 marca – w Kościele katolickim obchodzona jest uroczystość liturgiczna Zwiastowania Pańskiego, na 9 miesięcy przed uroczystością Bożego Narodzenia. Jeżeli 25 marca wypada w niedzielę, obchody przekładane są na następny dzień.
Tę samą datę (25 III) przyjmuje za dzień Zwiastowania Bogurodzicy kościół prawosławny; ponieważ liturgia prawosławna posługuje się kalendarzem juliańskim, w kalendarzu gregoriańskim wypada to 7 kwietnia.

 

25 marca 1807 – aprobatę królewską uzyskuje prawo zabraniające handlu niewolnikami (Slave Trade Act 1807) ustanowione przez parlament Zjednoczonego Królestwa.
W historii ludzkości niewiele jest aktów prawnych, wprowadzonych bez użycia siły, w których moralność i chęć ulżenia doli innych brałaby górę nad żądzą zysku. Akt z 1807 roku był – jak sądzę – jednym z pierwszych. Do jego uchwalenia przyczynił się głównie William Wilberforce, przywódca brytyjskich abolicjonistów, wywodzących się z kręgów anglikańskich ewangelików i kwakrów. Niewolnictwo było dla nich sprzeczne z moralnością chrześcijańską, a kampanię przeciwko handlowi żywym towarem uważali za pierwszy etap walki z niewolnictwem; po jego wprowadzeniu niewolnictwo miało zniknąć w sposób samoistny.
Kampania podjęta została pod koniec lat 1780-tych, na forum parlamentarne trafiła w 1789.

Nigdy, przenigdy nie zaprzestaniemy naszych wysiłków, aż nie wymażemy tego skandalu z chrześcijańskiego imienia, aż nie uwolnimy się od ciężaru winy, pod którym obecnie się uginamy, aż nie położymy kresu wszelkim śladom tego znaczonego krwią handlu, w który przyszłe pokolenia, patrząc wstecz na historię naszego wieku oświecenia, nie będą mogły uwierzyć, że okrywał hańbą i niesławą nasz kraj aż tak długo 

– mówił Wilberforce 18 kwietnia 1781 z parlamentarnej mównicy.

Projekt ustawy przepadał w głosowaniu kilkakrotnie, a do przeforsowania go przyczyniło się uchwalone w 1806 prawo zabraniające obywatelom brytyjskim udziału w handlu niewolnikami, chytrze podsunięte przez abolicjonistów jako etap pośredni. Zakaz handlu został uchwalony przez Parlament 23 lutego 1807.
W maju 1833 rząd przedłożył w Parlamencie projekt uchwały o zniesieniu niewolnictwa. Izba Gmin zatwierdziła ją 26 lipca 1833, trzy dni przed śmiercią Wilberforce’a. Ustawa weszła w życie 1 sierpnia 1834, nie objęła jednak terytoriów zarządzanych przez Kompanię Wschodnioindyjską, jako nie będących pod bezpośrednią kontrolą Korony. W historii ludzkości niewiele jest…

 

30 marca 1492 – katoliccy monarchowie Hiszpanii, Izabela Kastylijska i Ferdynand Aragoński, podpisali Edykt z Alhambry dający hiszpańskim żydom 4 miesiące na opuszczenie kraju lub chrzest. Karą za niewykonanie rozkazu była egzekucja bez procesu.
Zdecydowana większość wyemigrowała.
Historycy nie są zgodni co do liczby wypędzonych: waha się ona od 130 do 800 tysięcy. Z pomocą dla prześladowanych „Ludzi Księgi” pospieszył m.in. sułtan Bajazyd II, który wysłał jednostki wojenne, by przywiozły wypędzonych do Imperium Ottomańskiego.
Ci, którzy dokonali konwersji (ok. 50 000 osób), mieli tego wkrótce pożałować: kilka lat późnej większość conversos została uznana za kłamców i osadzona w lochach inkwizycji. Ich majątki skonfiskowano na rzecz państwa, po odliczeniu prowizji dla donosicieli, którzy wnieśli akt oskarżenia przeciwko „krypto-żydom” o religijne oszustwo.
Edykt z Alhambry był pierwszym gwoździem do trumny hiszpańskiej potęgi, ale o tym – nie teraz.
Formalnie, rząd hiszpański odwołał edykt 16 grudnia 1968 roku (za rządów Francisca Franco).
W 500. rocznicę wygnania (31 marca 1992), król Juan Carlos z kipą na głowie modlił się obok premiera izraelskiego Chaima Herzoga w madryckiej synagodze Beth Yaakow. Od 2012 potomkowie żydów wypędzonych w 1492 mogą uzyskać obywatelstwo hiszpańskie bez konieczności zamieszkania w Hiszpanii.

 

30 marca 1945 – urodził się Eric Clapton, uznany przez pismo Rolling Stone za drugiego (po Jimim Hendrixie) z najlepszych gitarzystów wszech czasów.

Pochodzący z Ripley w hrabstwie Surrey, Clapton karierę zaczynał z grupą The Yardbirds we wczesnych latach 60-tych, później na jakiś czas wessał go blues grany przez Johna Mayalla i The Bluesbreakers. W 1966 Clapton, Ginger Baker i Jack Bruce stworzyli legendarną supergrupę Cream. Dalej było wszystko: kolejne supergrupy, reggae, solówka w beatlesowskim przeboju While My Guitar Gently Weeps (1968), blues, złote płyty, alkohol, kokaina, heroina, miłość, śmierć syna. A ostatnio: solówki w dwóch bluesach na najnowszej płycie The Rolling StonesBlue & Lonesome (2016).

W latach 60-tych jakiś graficiarz napisał na ścianie londyńskiego metra „Clapton is god” – Clapton jest bogiem. Slogan chwycił – był czas, że ten napis można było zobaczyć w Londynie wszędzie.

Sam Clapton nie dał się zwariować. Komentując w jednym z wywiadów najbardziej znane zdjęcie tego graffiti powiedział: „Na dole fotografii jest pies sikający na tę ścianę. Mam do tego mniej więcej taki sam stosunek”.

Polecam Autobiografię Claptona (wydanie polskie: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2009). Oczy okrągleją.

 

31 marca 1854 – Iesada, trzynasty siogun z rodu Tokugawa, zmuszony zostaje do podpisania Traktatu z Kanagawy (dziś część Jokohamy). Amerykański komandor Matthew Calbraith Perry, podczas drugiej „wizyty” w Japonii z eskadrą złożonej z ośmiu okrętów US Navy (za pierwszym razem, w 1853, pojawił się tylko w cztery okręty), wymusił na Japończykach otwarcie ich portów dla handlu ze Stanami Zjednoczonymi.
Wyłom dokonany w japońskim izolacjonizmie miał się okazać brzemienny w skutki, o czym pierwsza przekonała się Rosja w 1904-05, a podczas II wojny światowej – reszta Azji i świat anglosaski. Ale to będzie dużo później.
Oficjalnie dokument z Kanagawy nazywał się oczywiście „Traktat o pokoju i przyjaźni pomiędzy Japonią i Stanami Zjednoczonymi”.
Fakt – Perry grzecznie prosił, choć jako rozwiązanie alternatywne proponował obrócenie w perzynę jokohamskiego portu i miasta. Zupełnie jak nasz Gerwazy:

„Co za gwałty, rzekł Klucznik, tu nie ma napaści,
Wszak proszę Pana grzecznie; jeśli ciemno Waści,
To Scyzorykiem skrzesam ognia, że Waszeci
Zaraz w ślepiach jak w siedmiu kościołach zaświeci”. 
[AM, PT (1834), VIII]

Stany Zjednoczone rozpoczynały właśnie gwałtowne poszukiwanie rynków zbytu dla swoich towarów i za wszelką cenę próbowały znaleźć choćby najwęższą furtkę do Azji. Kilka lat po kanonierkowej dyplomacji Perry’ego działania te zostaną przerwane przez Wojnę Secesyjną (1861-1865), ale pod koniec wieku wrócą ze zdwojoną siłą, kiedy to w wojnie z Hiszpanią „o wyzwolenie Kuby” najważniejszą okaże się bitwa w Zatoce Manilskiej (1 maja 1898). Już wiadomo dlaczego.

 

 

 

W końcówce drugiej dekady XXI wieku zawiodą się ci, którzy oczekiwaliby długiego karnawału trwającego aż do marca: zaledwie dwa ostatnie zabawowe wtorki są marcowe: w 2017 (1 marca) i w 2019 (6 marca). To jednak kwestia astronomii: Wielki Post zaczyna się bowiem na 46 dni kalendarzowych przed Wielkanocą – ta zaś przypada na pierwszą niedzielę po wiosennej pełni księżyca. W wiosennym miesiącu nisan – jak w powieści o Poncjuszu Piłacie pisał Mistrz.

 

Znaki Zodiaku w marcu:

Ryby (♓) – do 20 marca
Baran (♈) – od 21 marca.
O Rybach było w lutym, a Barany?
No cóż – przykro mi. Naprawdę. Bo czarny piar jest dla nich bezlitosny:

…tylko długotrwałym biciem można skłonić Barana do przyswojenia minimum wiedzy (tabliczka mnożenia, wyjątki na „rz”). Ludzie spod tego znaku w pracy dezorganizują wszystko, dzięki czemu awansują szybko na wysokie stanowiska. W kontaktach towarzyskich Barany są z reguły niezmiernie uciążliwe i z powodu najmniejszego pretekstu, a nierzadko i bez, wywołują karczemne burdy i bijatyki.

Maju, przybądź!

 

Kwiat marca:
narcyz
(Narcissus poeticus L.) – kojarzony z Wielkanocą, ale również symbolizujący próżność (na Zachodzie) oraz bogactwo i szczęście (na Wschodzie). Prawda, jak prosto łączy się w tym kwiecie Wschód z Zachodem?

O Narcyzie napisano tomy, zarówno na półki z mitologią jak i psychologią, więc jeśli koniecznie chcecie się dowiedzieć, co, kto i dlaczego, to musicie tam sięgnąć.

Ci, co nie lubią czytać, niech popatrzą na obraz (wart co najmniej tysiąca słów) – najlepiej Waterhouse’a albo Westa, ale Caravaggio też może być (Dalí wykluczony), który można wyguglować w sekundę. A jeśli ktoś nie lubi ani czytać, ani wpatrywać się w nieruchome malowidła, polecam pierwszą lepszą telewizyjną debatę polityczną: zobaczycie tam stado Narcyzów w behawiorze naturalnym, więc niestety dziko rosnących. Jeśli traficie na spęd partii przeciwnej, to na pewno przyznacie mi rację.

Kwiat – cóż: ten biały, w łacinie zwany „poetyckim”, ma w sobie zieleń życia, złoto bogactwa, czerwień krwi oraz biel niewinności i śmierci. Dlatego – w dłoniach Kory przeniesiony – rośnie nad brzegami Styksu. W mowie kwiatów oznacza zazdrość i zachłanność, ale też tęsknotę.
Gdzieś znalazłem, że „narcyz to fantazja”, ale autor tego twierdzenia chyba słabo znał się na kwiatach, bo trochę dalej pisał o niebieskim kwiatku, który uporczywie nazywał „niezapominajek”…

 

Mitologia grecka łączy narcyz z dwoma mitami: historią samego Narcyza, w ten kwiat przemienionego i porwaniem Kory, którą Hades dopadł wtedy, gdy zrywała na łące narcyzy. Grecy te kwiaty składali na ołtarzach Hadesa i Kory-Persefony.

Z woli Dzeusa ten kwiat Hadesowi przychylna zrodziła
Gaja, godzien zachwytu; w zdumieniu patrzyli nań wszyscy
Ludzie śmiertelni, a także bogowie, co śmierci nie znają.
Z jego korzenia sto wyrastało łodyg kwitnących,
Cudnie też pachniał i wszystkich radował: niebo rozległe,
Całą też ziemię, a takoż i morza słonego odmęty.
[Do Demeter (ok. 640 p.n.e.), drugi hymn homerycki, przekład Włodzimierz Apel]

 

 Kamienie marca: 
akwamaryn  niebieska odmiana berylu i heliotrop – odmiana chalcedonu zwana też krwawnikiem.

 

Akwamaryn (od aqua marina – woda morska) jest kamieniem chroniącym żeglarzy i zapewniającym bezpieczną podróż (przez morza słonego odmęty : ). Łagodny błękit klejnotu zapewniać ma właścicielowi łagodność charakteru, spokój i umiejętność chłodnej oceny sytuacji.

 

Krwawnik swą karierę rozpoczął w Babilonie – robiono z niego pieczęcie i amulety.
W chrześcijaństwie często nazywano go „kamieniem męczeństwa”, gdyż wierzono, że powstał z leżących pod krzyżem jaspisów, na które spłynęły krople krwi Chrystusa.

Oba kamienie symbolizują odwagę.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
trzeci miesiąc roku to:

białoruskiсакавік [sakavik]
bośniackimartožujak
bułgarskiмарт [mart]
chorwackiožujak
czeskibřezen
kaszubskistrumiannik (też: strëmiannik, strumian, marc)
litewskikovas
łatgalskiavasara (też: marta)
łużycki (dolny)pózymski (też: nalětnik, měrc)
łużycki (górny)měrc (też: nalětnik)
łotewskimarts
macedońskiмарт [mart] albo цутар [cutar]
rosyjskiмарт [mart]
serbskiмарт [mart]
słowackimarec
słoweńskimarec albo sušec
ukraińskiберезень [bieriezień]
żmudzkikuovs

 

Przysłowia…

…na marzec:

Co marzec wypiecze,
to kwiecień wysiecze.

Czasami w marcu
zetnie wodę w garncu.

Czasem marzec tak się podsadzi,
że dwa kożuchy oblec nie zawadzi.

Gdy przyjdzie marzec,
umrze niejeden starzec.

Gdy w marcu
niebo od południa ryknie,
Rok wszego dobra
w żyzności uniknie.

Ile w marcu dni jasnych
ale z rana mglistych,
tyle w żniwa
czasów dżdżystych.

Kiedy starzec chory w marzec,
będzie zdrów;
lecz gdy baba w maju słaba,
pacierz zmów.

Kiedy twa ma rodzić rola,
to wóź w marcu gnój na pola.

Kiedy w marcu deszczu wiele,
nieurodzaj zboża ściele.

Kiedy w marcu wiele grzmoty
Nie ma w lato k’bur ochoty.

Marcowy loda rada,
majowa pogoda, ranny deszcz
– wszystko to nietrwałe.

Marzec dziwne broi fochy,
zmiata starce i junochy.

Marzec marzy, jak się zdarzy.

Marzec odmienia wiatry,
deszcz miesza z pogodą,
więc nie dziw, jeśli starzy
czują go ze szkodą.

Marzec uparty
stroi z pługiem żarty,
a kwiecień przychodzi
i w chlew go zawodzi.

Marzec zielony – niedobre plony.

Marzec, co z deszczem chadza,
mokry czerwiec sprowadza.

Marzec:
czy słoneczny, czy płaczliwy,
listopada obraz żywy.

Radował się starzec,
kiedy minął marzec;
nie baj baju, umrzesz w maju.

Słońce marcowe
owocom niezdrowe.

Suchy marzec,
kwiecień mokry,
maj przechłodny
– nie będzie rok głodny.

Suchy marzec, maj niechłodny,
kwiecień mokry – rok niegłodny.

Suchy marzec, mokry maj,
będzie żytko jako gaj.

W marcu jak w garncu.

W marcu, gdy są grzmoty,
urośnie zboże ponad płoty.

W marzec już dzień, gdyby ruski wół.

W marcu, kto siać nie zaczyna,
biednyć to gospodarzyna.

W marcu śnieżek sieje,
czasem słonko grzeje.

Źle się w marcu urodzić,
bo trudno takiemu dogodzić.

 

na św. Albina (1 III)

Na świętego Albina,
rzadka u ludzi mina,
bo post się zaczyna.

 

na św. Halinę (2 III)

W świętej Halszki dzionek
nuci już skowronek.

 

na św. Kazimierza (4 III):

Dzień świętego Kazimierza
resztki zimy uśmierza.

Na świętego Kazimierza
zima do morza zmierza.

Na świętego Kazimiera
zima zamiera.

Na świętego Kazimierza
dzień się z nocą przymierza

Na świętego Kazimierza
pokój dla łowcy i zwierza.

Na świętego Kazimierza
wyjdzie skowronek spod pierza.

Na święty Kazimierz
dzień z nocą przymierz.

Na święty Kazimierz
wygnaj świnie na pyrz.

W dzień świętego Kazimierza
zima do morza zmierza.

 

na św. Tomasza (7 III)

Na świętego Tomasza
wyrasta w polu pasza.

 

na św. Franciszkę (9 III)

Gdy Franciszka z wichrem po polu hasa,
może sypnąć śniegiem powyżej pasa

 

na Czterdziestu Męczenników (10 III):

Czterdziestu Męczenników jakich,
czterdzieści dni po nich takich.

Gdy mróz w marcu dnia dziesiątego,
jeszcze czterdzieści dni mrozu takiego.

Kiedy na Czterdziestu
Męczenników marznie,
to jeszcze czterdzieści
nocy przymarznie.

Męczennicy, gdy mróz noszą,
czterdzieści dni mrozu głoszą.

Męczennicy jeśli psocą,
będzie dżdżysto Wielką Nocą,
a gdy kropla dżdżu nie spadnie,
przez sześć niedziel będzie ładnie.

 

na św. Grzegorza (12 III):

Na świętego Grzegorza
zima idzie do morza.

Na św. Grzegorza
szuka kawka łoża.

Po świętym Grzegorzu
nie paś bydła ma zbożu.

Święty Grzegorz wielki spławnik,
nad wszystkimi rzeki ławnik;
grzeje więcej – lody płaczą,
rzeki warczą, brzegi znaczą.

 

na św. Hilarego (16 III):

Hilary zapowiada,
jaka pogoda na Wielkanoc przypada.

 

na św. Gertrudę (17 III):

Gdy na Gertrudy zjawią się bociany,
to wiosna już rychło nastanie.

Ogrodniku, św. Gertruda gdy słońcem błyśnie
zrobi cuda oczywiście.

 

na św. Józefa (19 III):

Cóż święty Józef niesie?
Kaczka pierwsze jaja zniesie.

Jak na świętego Józefa chmurki,
to sadź ziemniaki gdzie górki,
a jak pogoda,
to sadź gdzie woda.

Gdy na świętego Józefa
bociek przybędzie,
to już śniegu nie będzie.

Na świętego Józefa pięknie,
zima prędko pęknie.

Na świętego Józwa
przez pole jest bruzda.

Na święty Józek
czasem śniegu wózek.

Na święty Józef pogoda,
będzie w polu uroda.

Oblubieniec pogodny,
rok będzie urodny.

Przyjdzie święty Józef z pomocą -
porówna dzień z nocą.

Święty Józef kiwnie brodą,
idzie zimno na dół z wodą.

Święty Józef laską w ziemię kole,
wyjeżdżajcie, chłopy, orać w pole.

Święty Józef pogodny,
będzie roczek wodny.

Święty Józek wiezie trawy wózek,
ale czasem smuci,
bo śniegiem przyrzuci.

W Józefa z zimy się śmiej
i na grządce kapustę siej.

 

na św. Benedykta (21 III):

Jak po Benedykcie ciepło,
to i w lecie będzie piekło.

Benedykt groch w polu sieje,
Wojciech [23 IV] do owsa się śmieje.

 

na Zwiastowanie (25 III):

Jakie Zwiastowanie,
takie Zmartwychwstanie.

Jasny świt na Zwiastowanie
znaczy czasy zdrowe, tanie.

Na Zwiastowanie,
kiedy mgła w zaranie,
chociaż słonko jasno wschodzi,
znak niechybnej to powodzi.

Na Zwiastowanie
zlatują się bocianie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha