Maria Kulak

Poczuć coś więcej

  Obudziłam się zlana potem. Całą noc starałam się zmusić sufit, by przestał się w końcu obracać. Co pięć minut łóżko zmieniało się w ciasną pryczę, a mnie od spadnięcia z niej dzieliła tylko niewielka deseczka przymocowana na samym skraju. „Jest piąta rano. Co ty robisz? Śpij dziewczyno, nawet nie wiesz, jak jest na statku. Dlaczego zawsze śnią mi się te przeraźliwe wizje?” To wszystko przelatuje w mojej głowie dosłownie w ułamku sekundy. Budzik śpiewa swoją piosenkę, pora wstawać… Dziś kolejny pracowity dzień… Kolejne zwątpienia, decyzje i wyrzeczenia… Jak zwykle rano zastanawiam się: „Co ci się zalęgło w tym upartym łbie? Statek? Sobie wymyśliłaś… Jak to wszystko pogodzić? I jeszcze te sny… Dlaczego zawsze są takie straszne? ”. I tak dalej, i dalej – i jak zwykle dochodzę do wniosków, że jestem szalona, ale uparta i zrobię wszystko, żeby spełnić swoje marzenia. Marzenia… Jest ich sporo, ale najbliższe – to sięgnąć gdzieś poza horyzont, wyjść z tego małego świata, zobaczyć, poczuć coś więcej – Przygodę.  2013-09-05_ITA_3548_lev_fot_Zbigniew_Bosek_sm   Szkoła Pod Żaglami kapitana Baranowskiego – słyszałam o niej dawno, ale teraz powróciła do mnie ze zdwojonym echem. Warunki są proste: pomagać innym i zdać test sprawnościowy. Wystarczy się zaprzeć i dokonać swego, a w tym jestem dobra. Najlepiej świadczą o tym ostatnie tygodnie, w których wracam do domu około dziewiątej wieczorem, z uśmiechem na ustach, pełna pewności, że to co robię jest dobre i nawet gdybym się nie dostała na rejs, to wszystko co zrobiłam jest dla mnie niesamowicie ważne. Tym właśnie przede wszystkim była dla mnie Szkoła Pod Żaglami – impulsem, który pchnął mnie w rezultacie nie tylko na ocean, ale również pozwolił odkryć, że jestem otoczona niezliczoną liczbą ludzi potrzebujących właśnie mnie, mojego uśmiechu, ciepła, pewności siebie, rozmowy. To właśnie było najważniejsze od samego początku. Do zawodów sportowych nie przygotowywałam się, nie miałam czasu. Pomaganie wciągnęło mnie bez reszty. Co dzień odwiedzałam maluchy i starszych, w międzyczasie powstała akcja „Pomóż wyzwolić wyobraźnię”, która również pochłonęła moją uwagę, mnóstwo energii i zasypała całe nasze mieszkanie oddanymi książkami, które przekazywałam do domów dziecka, świetlic i innych placówek. Niezbędni okazali się w tym wypadku rodzice, którzy pamiętali o terminach zgłoszeń, wypełniali dokumenty, dowiadywali się, pomagali, pomagali i pomagali. Ja starałam się pogodzić szkołę, wolontariat, marzenia, które wypełniały mi głowę i „koszmary”, które wypełniały mi sny.   2013-09-02_ITA_3248-_fot_Anita_Wietrzynska_sm To był początek, wstęp do przygody, pełny wątpliwości, czasem nawet łez. Wielka niepewność – tak określiłabym swój stan sprzed zawodów w Giżycku, drugiego etapu kwalifikacji. Pierwszy, polegający na wysłaniu dokumentów, umknął mi pośród zapracowanych dni – tylko dzięki mamie pamiętałam o terminach. Pamiętam natomiast dokładnie podróż przez całą Polskę. Z Wrocławia do Giżycka jest jakieś dziewięć godzin jazdy. Dziewięć godzin rozważań, wątpliwości, motyli w brzuchu. „Jak to będzie wyglądać? Co z wolontariatem? Biegać na 400 chyba potrafię. Pływanie – nie przygotowałam się, ale trzy lata w sekcji chyba coś dały. I wiele, wiele innych „może”, „chyba”, „jeśli”. Z pobytu w samym miasteczku pamiętam tylko zachód słońca w dniu przyjazdu i ten moment przed startem, kiedy nadchodzi czas próby, zmierzenia się z samym sobą. Myślę, że – czy to jest bieganie, pływanie, podciąganie się na drążku, czy pisanie egzaminu – właśnie ta sekunda jest najważniejsza: pojedynek z myślami – jeśli ich nie pokonasz, nie dasz rady zwyciężyć innych. Mimo całego napięcia nie czułam się pokonywana, czy pokonująca. Atmosfera była wspaniała, żadnej złości ani zawiści, każdy walczył dla siebie. Po wszystkich konkurencjach sportowych pisaliśmy test z angielskiego. Do niego też się nie przygotowywałam, ponieważ wyszłam z założenia, że jestem w klasie dwujęzycznej i to wystarczy. Wreszcie, po czekaniu w niepewności przez wieki, nadszedł czas na ogłoszenie wyników. Stłoczyliśmy się wszyscy w salce, a emocje można było wyczytać nie tylko na twarzach, ale wręcz wdychało się je z powietrzem. Podczas przemowy kapitana Baranowskiego, muszę to niestety przyznać, nie byłam w stanie skupić się na więcej niż pięć sekund. Mówiono bardzo dużo po polsku i po rosyjsku, było trochę zamieszania, ale czułam się wtedy, jakbym była pod wodą, otoczona jakąś barierą ochronną, spoza której dobiegały tylko stłumione dźwięki. Wróciła prycza ze snów, straszne wątpliwości, niepewność. Włączyłam się dopiero, gdy zaczęto czytać nazwiska i to też z pewnym opóźnieniem. Pewnie, gdybym była pierwsza na liście, nie zareagowałabym na swoje imię. Skupiłam się: to były zdecydowanie polskie, kobiece nazwiska, już czwarte, piąte. Po szóstym straciłam rachubę, ponieważ dziewczyna tuż przy mnie się rozpłakała. „Nie płacz” – krzyknęłam w głowie i odwracając się usłyszałam swoje imię – a po nim ciszę. Byłam ósma z wyczytanych, ostatnia, ale to się nie liczyło. Słyszałam swój oddech i nie płakałam, moje oczy się śmiały, jak powiedziała to Pani, która… nie do końca wiem, która. Opisuję przebieg tych zawodów, żeby pokazać wszystkim, którzy mają marzenia i chcą je spełnić, że czasami wystarczy iść do przodu. Nie byłam zawodowym pływakiem, ani biegaczką, nawet nie trenowałam, a niespełna rok wcześniej przeszłam trzy operacje. I udało się. Dlatego nie jest ważne, jak nikłe wydają się szanse: nie poddawajcie się! A jeśli Waszym marzeniem jest Szkoła Pod Żaglami – wiedzcie, że wielu przed Wami przeżywało to samo. Wielu z moich młodszych znajomych pyta mnie o przebieg zawodów: czy ciężko się przygotować, jak się przygotowywać, jak liczony jest wolontariat. Radzę im ze szczerego serca, żeby trenowali i pomagali tak, jak to czują. Nie mogę zaplanować im treningów, dać lekcji angielskiego ani wynaleźć placówki, w której będą mogli pomagać. Jeśli już mam pomóc, opisuję moją drogę – być może choć niektórych zmobilizuje to do pchnięcia samych siebie w przyszłość, bo czasami zwykłe szczęście może być więcej warte niż lata treningów, a próbować zawsze warto. Do tej myśli-wspomnienia chciałabym jeszcze dodać, jak wielkie wrażenie zrobili na mnie ci, którzy mimo wysiłków, nie dostali się na rejs. Jestem pełna podziwu dla ich postawy, która – choć przepełniona uczuciem klęski – była postawą wygranego. Być może mylić mogły zaciśnięte pięści i łzy płynące z oczu lub smutne twarze, ale wiem, że w każdym zakiełkowało ziarenko marzenia, dlatego nie można tu mówić o klęsce czy porażce. Dla nich wszystkich powtórzę za Ernestem Hemingwayem: to nie sam cel, ale droga do niego jest prawdziwą wartością w życiu człowieka i mówi o nim więcej, niż jakakolwiek napisana przez niego książka.   Po zawodach w Giżycku nie przyśnił mi się już ani jeden koszmar. Nie myślałam o statku, tak jak nie myśli się o czymś, co wydaje się być nierzeczywiste. Pierwszy krok na trapie, zejście pod pokład, zamustrowanie i przeszkolenie – to wszystko tak dobrze wyryło mi się w pamięci, jakbym z każdym krokiem szukała gdzieś potwierdzenia, że to nie jest sen. Bardzo dobrze też pamiętam widok moich rodziców na nabrzeżu portowym ze szczekającym Gandalim w tle. 2013-10-07_DSC_5961_fot_Kazimierz_Robak_sm   Jeśli ktoś myśli, że podczas dwumiesięcznego rejsu ani razu nie zatęskni za domem, mogę od razu mu powiedzieć, że też tak myślałam. W końcu nie raz wytrzymywałam bite dwa miesiące wakacji u babci, czy tułania się po różnych obozach, daleko od domu. Statek jest jednak specyficznym miejscem, a bezmiar wody, który otacza człowieka w każdej chwili nie jest czymś, co można by było zlekceważyć. Myślę, że każdemu z nas dawało się to we znaki. Pod koniec rejsu przeżywałam mocne rozterki tęskniąc za domem a jednocześnie nie mogąc rozstać się w duszy ze statkiem, morzem, wiatrem – wszystkim, co mi go zastępowało przez te dwa miesiące. Jednak gdybyśmy bali się tej tęsknoty, nigdy nie wyszlibyśmy poza własny próg, a tylko przekraczając jakąś granicę możemy poddać się próbie. „Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono”, powiedziała Szymborska wyznaczając nową definicje człowieczeństwa i, jak dla mnie, to jeszcze jeden powód za tym, by podążać za marzeniami, nawet tymi nieosiągalnymi.   Rejsu ze Szkołą Pod Żaglami nie mogę opowiedzieć, niestety, w całości ze wszystkimi szczegółami. I tak byłaby to historia niekompletna, ponieważ większość z tego, co jest naprawdę istotne, tkwi głęboko w sercu i nie sposób tego wyrazić. Chciałabym przede wszystkim pokazać, w jaki sposób pobyt na pełnym oceanie, z głową wypełnioną słonym wiatrem zmienia każdego niezależnie od wieku, dojrzałości czy obeznania z morzem. Za każdym razem patrząc na horyzont, patrzyłam na otaczający mnie bezmiar wód jak dziecko spoglądające na gwiazdy i wyciągające do nich ręce, jakby były czymś niesłychanie bliskim, a jednak tak bardzo dalekim. Na początku każdy dzień wydawał mi się taki sam, pełny nudności i zawrotów głowy, o które przyprawia nieustanne falowanie ziemi pod nogami, choć i tak mogę powiedzieć, że zaliczam się do tych odpornych. SONY DSC Pierwsza wachta nawigacyjna to coś, czego się nie zapomina, szczególnie wtedy, gdy jest się na niej samemu, ponieważ wszyscy z wachty są niezdolni do sprawowania jakiejkolwiek funkcji. Siedziałam wtedy cztery godziny w kabinie nawigacyjnej i patrzyłam na radary. Szczerze mówiąc chciało mi się na przemian spać i wymiotować, ale to i tak było lepsze niż obijanie się o ściany łazienki pod pokładem. Wtedy też odebrałam pierwszy komunikat „mayday”, o którym zameldowałam oficerowi wachtowemu. Na szczęście pomocy zdążyła już udzielić inna jednostka. Potem przyszedł kapitan Baranowski i – jakby lekko zdziwiony moją obecnością na wachcie – spytał, jakie jest moje zadanie. Odpowiedziałam natychmiast: „Patrzeć na radar i pilnować, by żółte plamy nie wchodziły na kurs. Kontrolować pozycje pobliskich statków na mapie i słuchać radia”. To było moje pierwsze spotkanie z prawdziwą odpowiedzialnością. Nie tylko ode mnie, oczywiście, zależał los statku, ale zdawałam sobie sprawę z wagi wyznaczonego mi zadania. I wtedy zrozumiałam, że te – czasami bardzo małe, wydające się nieistotnymi na lądzie – rzeczy mogą przesądzić o bezpieczeństwie na statku. To był pierwszy krok do rozpoczęcia pracy nad swoją koncentracją, skupieniem oraz zaangażowaniem w podejmowane obowiązki. Każdy z nas wiedział, że to, co robimy, nie jest tylko i wyłącznie naszą sprawą. Na pokładzie nawet mycie zębów ma znaczenie dla całej załogi: nie zużywasz swojej wody – ona ma starczyć dla wszystkich. W domu występuje taka sama zależność, ale mało kto ją zauważa i dba o jej przestrzeganie – na morzu jesteś do tego zmuszony.   Jest wiele momentów na statku, kiedy czujesz się naprawdę za coś odpowiedzialny. Niektóre z nich są miłe i sprawiają satysfakcję, inne przyprawiają o stres i rozdrażnienie. Jako jedna z nielicznych dość szybko polubiłam kambuz, to znaczy całodobową wachtę pod pokładem w kuchni okrętowej i jej okolicach tzn. łazienkach, kubrykach itd. Podczas gotowania posiłków, sprzątania, wstawiania prania i innych tego rodzaju prac, czułam, że coraz bardziej się zespalamy jako wachta i załoga. Do tego bardzo szybko zdołaliśmy wypracować wspólny język. Było to szczególnie ważne podczas tego rejsu, ponieważ byli z nami Rosjanie, którzy nie rozumieli za bardzo angielskiego. Mimo początkowych obaw, byłam jedną z pierwszych, która zdołała się porozumieć z rosyjską częścią załogi. Ze spraw dotyczących kambuza nie można pominąć organizacji pracy, która pod pokładem była kluczowa, jeśli wachta miała zamiar wyrobić się z wszystkimi obowiązkami do kolacji. Tutaj należą się słowa uznania dla starszych wachty, czyli ludzi, którzy zajmowali się zaganianiem swoich kolegów do roboty. Mieli oni tak samo małe pojęcie o życiu na statku jak reszta załogi, a mimo to w większości przypadków świetnie się spisali. Kambuz, jak powiedziałam, bardzo nas łączył, poznawaliśmy swoje zwyczaje i stawaliśmy się zgranymi zespołami, jako wachty i cała załoga. To samo dotyczyło wachty bosmańskiej. Co do prac bosmańskich nasza trzecia wachta czuła się niejako poszkodowana, ponieważ cały czas to właśnie nam przypadała jakaś dodatkowa robota. Szczególnie źli byliśmy wtedy, gdy dwa razy z rzędu musieliśmy rozwiązać „aferę mydlaną”. Była to brudna robota: parę godzin klęczenia w mydle, płynach do naczyń i innych maziach – niezbyt miłe uczucie, szczególnie kiedy ma się wrażenie, że z każdym wybranym wiaderkiem świństwa pod nogami przybywa, a pokład staje się tak śliski, że każde bujnięcie grozi bolesnym zderzeniem ze ścianą. Mimo to bardzo lubiłam pomagać bosmanowi. Czułam wtedy, że poznaję statek i odwdzięczam mu się za przebyte razem godziny na morzu. Być może dlatego nawet skrajnie wyczerpująca praca, jak czyszczenie denaturatem nadbudówki z zaschniętych plam kleju albo czyszczenie „camela” – daszku chroniącego sternika przed deszczem, były dla mnie czymś w rodzaju długu spłaconego dobremu przyjacielowi. Z powodu tego przywiązania do Pogorii, będącej w moich oczach towarzyszką wędrówki, pomogłam również przy zmienianiu rozprutego podczas szkwałów marsla górnego, choć musiałam wrócić wcześniej ze zwiedzania La Spezii – a trzeba Wam wiedzieć, że przebywanie na stałym lądzie było dla nas niesamowitą przyjemnością i odmianą pośród dni spędzonych na statku. Nigdy nie zapomnę wciągania żagla na górę, wiązania kabelgard, gramolenia się na pertach (liny po których chodzi się na rejach) i całej troski załogi a szczególnie bosmana. Mimo upału, który lał się na nas z nieba, na oczach mnóstwa gapiów na dole udało nam się sprawnie zmienić żagiel, zwinąć go i schować do żagielkoi. Spoceni, zgrzani, ale zadowoleni zjedliśmy ze smakiem lody i pozostało nam tylko czekać na resztę załogi. 2013-09-05_ITA_3480_fot_Anita_Wietrzynska_sm Żagle to właściwie bardzo osobliwa część statku. Zawsze kojarzyły mi się z jego najbardziej żywą częścią, duszą. Na nocnej wachcie, gdy nic już nie mogło powstrzymać moich powiek przed opadaniem, wsłuchiwałam się w jęki rei, łopot kliwrów i sztaksli – we wszystkie te dźwięki, które sprawiają, że ludzie od wiek wieków uosobiają statki, nadają im imiona, przypisują człowiecze cechy i wymyślają legendy. Patrząc w ciemną otchłań wody za burtą, która wydaje się być na wyciągnięcie ręki, szeroką po horyzont, usianą maleńkimi światełkami, kiedy morze wydaje się być tylko odbiciem ciemnego nieba, rodzi się w człowieku świadomość, że i on jest tylko takim małym światełkiem kołyszącym się na wielkim oceanie. Nie dziwię się, że w takich chwilach w sercach ludzi powstają takie opowieści.   Przy tej okazji mogę przybliżyć Wam troszkę realia wachty nocnej, czyli czterogodzinnej służby nawigacyjnej trzymanej przez każdą wachtę po kolei (oprócz kambuzowej) od zmierzchu do świtu. Pierwszą z rzeczy, które można było robić podczas wacht nocnych, było stanie na oku: obserwowanie morza i składanie co jakiś czas meldunku o bojach czy światełkach na horyzoncie. Oko to odpowiedzialna i ważna funkcja: sternik nie widzi wszystkiego, a do radarów – które bardzo pomagają – niektóre obiekty nie wysyłają sygnałów. To na nie trzeba szczególnie uważać: sieci, boje, pławy… Z pozoru wydaje się to bardzo proste. Ale jeśli spróbuje się o czwartej nad ranem stać przez pół godziny i wpatrywać w ciemność, okazuje się, że już utrzymywanie otwartych oczu jest problemem, nie mówiąc o uważnym śledzeniu pozycji światełek zawieszonych daleko na powierzchni wody. Takie stanie na warcie zwraca uwagę na rzeczy, które normalnie nie rzucają się w oczy. Najtrudniej było na Morzu Północnym… Każda wachta wydawała mi się koszmarem, zimno przenikało do szpiku kości, a wiatr był słony, wilgotny i zostawiał na sztormiaku cieniutką warstewkę wody. Jedyne o czym marzyłam, to jak najszybciej zejść pod pokład i zaszyć się w śpiworze na swojej koi, ale mimo to stałam dalej szczękając zębami wpatrzona w mrok. Satysfakcja i radość, jakimi wypełniała mnie świadomość, że dałam radę, były ogromne, choć bardzo szybko zastępowało je znużenie wpychające w czarną otchłań twardego snu.  2013-09-19_IMG_0297_fot_Magda_Lapshin_sm   Kolejnym stanowiskiem na nocnej wachcie był ster. Wstyd się przyznać, ale nie byłam w tym za dobra… Odpowiedzialność przytłaczała mnie i za każdym razem denerwowałam się, gdy tylko widziałam trzeciego oficera, który zbliżał się, by sprawdzić, jak mi idzie. Utrzymywanie kursu to nie tylko trudna lecz bardzo męcząca praca. Za każdym razem wydawało mi się, że Pogorią miota z taką gwałtownością, że nie uda mi się sprowadzić jej na właściwy kierunek. Cyferki na elektronicznym kompasie wydawały mi się niemożliwe do zatrzymania – liczba co chwilę rosła lub zmniejszała się na łeb na szyję, mimo moich usilnych starań. A koło sterowe jest naprawdę duże (szczególnie dla kogoś równie niewysokiego jak ja) i trzeba pełnego skupienia, wprawy, precyzji i siły, by odpowiednio je wyczuć i opanować. Dlatego zawsze po sterze było się zgrzanym i zmęczonym. Na Bałtyku i Morzu Północnym miało to swoje plusy, ponieważ zimno przenikało do szpiku kości i niektórzy cieszyli się, że mogą się go pozbyć. Dla mnie ster był pewnego rodzaju wyzwaniem stawianym mi każdej nocy. Sama się z niego rozliczałam. Sama stawiałam mu czoło.   Właściwie motywacja na statku pochodzi w głównej mierze od nas samych. Oczywiście, kapitan, oficer lub bosman może wyrazić swoje uznanie czy zadowolenie, ale to, co jest najbardziej wartościowe, tkwi w nas. Nikt nie jest w stanie docenić naszej pracy tak dobrze jak my sami. Nawet najbardziej drobiazgowy kapitan nie może bezustannie patrzeć na ręce każdemu załogantowi, żeby powiedzieć co robi dobrze a co źle. Na pokładzie i pod nim samotnie stawiamy czoło własnym bolączkom, bólom, lękom i na własną rękę je pokonujemy. Z każdym dniem na morzu człowiek uczy się oceniać siebie nie patrząc na swoją pracę i wysiłek oczami innych, nie próbując na siłę dostosować się do ich standardów. Były takie dni, kiedy wiedziałam, że być może nie spełniłam czyichś oczekiwań, nie wypełniłam zadania tak, jak ode mnie oczekiwano – ale w miarę upływu czasu dochodziło do mnie wyraźnie, że nie jestem w stanie zaspokoić oczekiwań pięćdziesięciu osób naraz. Dlatego od nowa uczyłam się ufać samej sobie i to mój punkt widzenia stawał się kluczowy. Przecież kto, jeśli nie ja, jest w stanie powiedzieć, czy zrobiłam wszystko co w mojej mocy, czy mogłam dać z siebie więcej? Na lądzie jest to o wiele trudniejsze, ponieważ po zrobieniu czegokolwiek zostajemy poddawani bezlitosnej, jednostkowej krytyce, w przeciwieństwie do statku, gdzie w ostatecznym rozrachunku jesteśmy załogą, a nie przypadkowym zbiorem pojedynczych osób. W załodze praktycznie nigdy nie ma jednego winnego ani jednego zasłużonego. Na samym początku rejsu wszyscy usilnie staraliśmy się nauczyć każdej linki. Nieustannie myliły się nam fały z kontrafałami, szoty z dirkami, a prawdziwym horrorem było olinowanie żagli rejowych. Za nic nie mogliśmy zapamiętać, w jakiej sekwencji ułożone są gordingi, gejtawy i szoty tych prostokątnych żagli. W konsekwencji bardzo często na komendę „Przygotować się do postawienia foka!” połowa załogi chwytała za gordingi i gejtawy marsla dolnego albo górnego. Wtedy z pomocą przychodzili ci, którym udało się nauczyć tego wszystkiego i wspólnie opanowywaliśmy sytuacje przydzielając się nawzajem do linek, które wydawały nam się tymi odpowiednimi. Nie raz przy stawianiu sztaksli leciałam na drugi koniec pokładu, żeby powiedzieć komuś z wachty, że linka, którą ciągnie, to kontrafał, a żeby postawić żagiel musimy ciągnąć jego fał. Nikt się tym nie przejmował, mimo że czasami robiło się nerwowo. Robiliśmy wszystko na wspólny rachunek i patrząc na łopoczące na wietrze żagle nie myśleliśmy o tym, kto kogo upomniał, kto znów „zawalił”. To było zbędne, niepotrzebne, przecież ostatecznie udało się… Co do mnie, chyba najbardziej cieszyłam się, gdy któryś z rówieśników w jakiś sposób zauważył i docenił moje starania. Wystarczyło klepnięcie po ramieniu czy uśmiech uznania – załoga bardzo rzadko jest w stosunku do siebie wylewna. Wszyscy przechodziliśmy to samo i zmagaliśmy się z tymi samymi zadaniami – gdy ktoś znalazł pośród tego czas, by oderwać się na chwilę i zdobyć na dodatkowy wysiłek, jakim była ta chwila porozumienia, wyrażenia szacunku… To było to coś niezapomnianego i wartościowego. Dzięki temu uczuciu dostrzegłam, jak ważne jest moje zdanie o kimś i zrozumiałam, że nie trzeba być przełożonym czy kapitanem, by sprawić komuś radość lub zawód swoją oceną. Cdn.

Maria Kulak Wrocław, 24 maja 2014

Fot. (wg kolejności umieszczenia w  tekście): Zbigniew Bosek (1, 4), Anita Wietrzyńska (2, 5), Kazimierz Robak (3), Magdalena Lapshin (6).

Część drugą – „Żeglowania ciąg dalszy” – przeczytacie klikając w ten link.


 Maria_Kulak_2a_arch_wlasne_autorki Maria Kulak – urodzona i mieszkająca we Wrocławiu. Po rocznych kwalifikacjach została uczennicą (klasa trzecia gimnazjalna) Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2013, polsko-rosyjska. Przepłynęła w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Gdańska do Civitavecchia. Przed rejsem ukończyła kurs pomocy przedmedycznej i zdobyła książeczkę sportowca uprawiając pływanie, koszykówkę, siatkówkę i bieganie. Była jedną z najlepszych uczenic SzPŻ-2013. (kr) Fot. z arch. autorki.

pdfMaria Kulak:  „Poczuć coś więcej” (1) – do pobrania w pdf

pdfMaria Kulak:  „Żeglowania ciąg dalszy” (2) – do pobrania w pdf

Żeglujmy Razem – powrót na Stronę Główną

Calendar

« February 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          

Zima

– Śnieg pada zimą. Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm…
– Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. Ale nawet do najlepszej odpowiedzi zawsze da się coś dodać. Nie odejmować, a dodać.

* * *

Od kiedy pamiętam, słowo „zima” wywołuje u mnie zawsze jedno skojarzenie: widzę wtedy obraz Myśliwi na śniegu (1565) Pietera Breughla Starszego.
Nie wiem, dlaczego. Ani nie jest to mój ulubiony obraz, ani nie chadzam na polowania, zima też (do przeprowadzki na Florydę) nie była moją ulubioną porą roku – ale fakt jest faktem, niezależnie od tego, jak bardzo bym się sam sobie dziwił.
Zdziwienie jest tym większe, że pamięć podsuwa detal, a nie jest nim ani biała płaszczyzna śniegu na pierwszym planie, ani skulone trzy sylwetki (z których jedna ledwo widać) łowców wracających z jednym marnym lisem i zmęczonymi, kulącymi ogony pod siebie psami, ani ludzie przy ogniu, ani nawet łyżwiarze na sadzawce. Detalem tym jest lecąca sroka, czarnym krzyżem nakładająca się na górski krajobraz.
Że to sroka – choć na drzewach siedzą wrony i być może kawki – wnioskuję po ogonie. I po innym obrazie Breughla Starszego – Pejzaż z szubienicą, mającego też inny tytuł: Sroka na szubienicy (1568). Sroki są tam nawet trzy: ta tytułowa siedzi na belce rusztowania, druga – na kamieniu obok, a trzecia leci. Sroki lubią towarzystwo. Breughel lubił sroki. Ja też je lubię.

„Schematyzm” – powiedział kolega po przeczytaniu tego fragmentu. – „Stereotypy. Jest zima, to musi być Breughel. Czterysta pięćdziesiąt lat, to co chcesz? Odwiecznych praw natury nikt nie zmieni.”

* * *
Zima – jedna z czterech podstawowych pór roku
w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Na półkuli północnej charakteryzuje się najniższymi temperaturami powietrza w skali roku, umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego, zazwyczaj zestaloną (zamarzniętą) formą opadu i osadu atmosferycznego,
a większość świata roślin i zwierząt przechodzi okres uśpienia.

Za zimę klimatyczną przyjmuje się okres roku (następujący po jesieni), w którym średnie dobowe temperatury powietrza spadają poniżej 0°C (32°F).
Zasadniczo zimę poprzedza jesień, jednak pomiędzy tymi okresami znajduje się klimatyczny etap przejściowy - przedzimie.

Zima astronomiczna na półkuli północnej rozpoczyna się
w momencie przesilenia zimowego (w 2016 – 21 grudnia)
i trwa do momentu równonocy wiosennej (w 2017 – 20 marca). Daty przesilenia i równonocy są zmienne, czasem wypadają dzień wcześniej lub dzień później,
a w roku przestępnym mogą być dodatkowo cofnięte o jeden dzień.
Podczas zimy astronomicznej dzienna pora dnia jest krótsza od pory nocnej, jednak z każdą kolejną dobą dnia przybywa,
a nocy ubywa.

W dniu przesilenia zimowego, przypadającym na grudzień, Słońce góruje w zenicie nad półkulą południową na szerokości zwrotnika Koziorożca. Na półkuli północnej jest to najdłuższa noc
(i najkrótszy dzień) w roku.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia zimowego w centrum Warszawy – na 52°14' szerokości geograficznej północnej – wynosi 14°20'.

Przesilenie zimowe w większości kultur było okazją do świętowania „odradzania się Słońca”.
W starożytnym Rzymie obchodzono Saturnalia, w Persji – narodziny Mitry, boga Słońca. Plemiona germańskie obchodziły Jul, Słowianie – Święto Godowe.
Chrześcijaństwo, od IV w., obchodzi zimą – 25 grudnia – dzień urodzin Jezusa. Dlaczego akurat 25 grudnia – różnie powiadają o tym, ale zamieszanie z datami zaczęło się dopiero po zastąpieniu niedokładnego (wobec Słońca i Księżyca) kalendarza juliańskiego nowocześniejszym kalendarzem gregoriańskim.
Na Zachodzie, gdzie kalendarz gregoriański przyjął się niemal od razu, pozostano przy nominale daty, bez względu jak się to miało do wyliczeń dawniejszych, zatem Boże Narodzenie wypada tam 25 grudnia. Na Wschodzie w liturgii obowiązuje starodawny kalendarz juliański, ale życie świeckie toczy się wg obowiązującego kalendarza gregoriańskiego. Stąd juliański 25 grudnia przypada na gregoriański dzień 7 stycznia.
Dwa tygodnie wielkiej różnicy nie czynią, świętować można podwójnie – grunt, że obie daty zimowe są.

Od czasów rzymskich, dokładnie od 46 r. p.n.e. w zimie, 1 stycznia, obchodzony jest również początek nowego roku.

W dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej, wypadającym w marcu, Słońce góruje w zenicie nad równikiem
i przechodzi przez punkt Barana. Na półkuli północnej zima się wtedy kończy i rozpoczyna się wiosna. Teoretycznie.
Istnieje bowiem nordycka przepowiednia o tym, że pewnego razu przyjdzie Wielka Zima trwająca trzy lata – Fimbulvinter, która poprzedzi zmierzch bogów – Ragnarök. Że przy okazji zginą ludzie, jest oczywiste, a Normanowie podali to dodatkowo we własnej stylistyce: głód nastanie tak straszny, że ludzie zjedzą się nawzajem, lądy najpierw spustoszy ogień, a później zaleje morze – czyli nastąpi koniec świata.
Czyli, wypisz wymaluj, Wikingowie stworzyli obraz termonuklearnej zimy.
Jest też co prawda akcent optymistyczny, a jakże: po tym wszystkim nastanie era szczęśliwości i nowy świat, bo ponoć jedna para ludzka ocaleje. Pozostaje tylko pytanie: i po co to wszystko?

Jeśli ktoś się chce utrzymać w klimacie i to bez happy endu, niech przeczyta powieść Nevila Shute'a Ostatni brzeg (1957), albo obejrzy jedną z dwóch jej adaptacji filmowych. Moim zdaniem ta starsza (1959), z Gregorym Peckiem, Avą Gardner i Anthonym Perkinsem, jest lepsza.

* * *

Zima to słowo wywodzące się niemal wprost z naszej językowej przeszłości.
Etymologicznie jego najbliższy krewniakiem jest słowo himā (हिमा) ‘mróz, chłód, śnieg’ (Himalaje to ‘dom chłodu / mrozu / śniegu’), które zachowało się w sanskrycie, najstarszym zapisanym (z należących do wspólnoty praindoeuropejskiej) języku, w wersji wedyjskiej sięgającym połowy drugiego tysiąclecia p.n.e.
W hindi himā to również ‘lód’.

Zima w językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
:

białoruskiзіма [zima]
bośniackizima
bułgarskiзима [zima]
chorwackizima
czeskizima
kaszubskizëma
litewskižiema
łatgalskizima
łużycki (dolny)zyma (też: zymje)
łużycki (górny)zyma
łotewskiziema
macedońskiзіма [zima]
rosyjskiзима [zima]
serbskiзима [zima]
słowackizima
słoweńskizima
ukraińskiзима [zima]
żmudzkižėima

Zadziwiająca jednomyślność!

Przysłowia związane
z zimą:

Będzie zima, będzie mróz,
będzie ptaszek jajka niósł.

Deszcze Michałowe
prawią w zimie powietrze zdrowe.

Gdy tęga zima nastanie
w pierwiotku adwentu,
ośmnaście tygodni
nie spocznie ani momentu.

Idzie zima, a tu butów nie ma.

Idzie zima,
a tu chleba nie ma;
mój Ty Panie z nieba,
daj nam chleba.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Jaka zima, takie lato.

Kafla z pieca, szybki z okna,
a tu zima, butów ni ma.
[t.j. zbytków mu się zachciewa, a butów nie ma]

Kiedy się liść gęsto trzyma,
nie tak prędko będzie zima.

Kiej w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto zimie próżnuje, ten lecie musi być leniwy.

Na modrzewiu zima
niedługo trzyma.
[Góralskie: śnieg, gdy spadnie zanim modrzew zrzuci igły, zniknie prędko, bo na nich nigdy nic leży długo.]

Na świętego Grzegorza [12 marca]
idzie zima do morza.

Połowa zimy, połowa pastwy.

Późna zima długo trzyma.

Słaba zima, kiepskie lato.

Spyta cię zima zarazem:
byłżeś w lecie gospodarzem?

W pierwszym tygodniu
pogoda stała,
będzie długo zima biała.

W zimie koła, w lecie sanie robić.

W zimie odkryte ucho,
to w lecie sucho.

W zimie: komin nam ojcem,
fajerka matką,
kożuch dobrodziej,
a zapiecek chatką.

Zima następuje tęga,
póki głowy twej nie sięga;
postaraj się o barana,
a chwal niebieskiego Pana.

Zima nie jednemu zajrzy pod napiętki.
[niejednemu dokuczy, da się we znaki]

Zima nie pyta, gdzie się lato podziało.

Zima, jak w psiarni.

Zimą to człek siedzi doma,
albo pije gdzie u kuma.

Zimę uśmierza wiosna,
wiosnę lato niszczy.

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

(na samej górze był Ionesco)

Jeszcze o zimie
(bez powodu, wybrane na chybił trafił):

Maria Konopnicka
Zła zima

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa...
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!

 

Maria Konopnicka
Ślizgawka

Równo, równo, jak po stole,
Na łyżewkach w dal...
Choć wyskoczy guz na czole,
Nie będzie mi żal!

Guza nabić – strach nieduży,
Nie stanie się nic;
A gdy chłopiec zawsze tchórzy,
Powiedzą, że fryc!

Jak powiedzą, tak powiedzą,
Pójdzie nazwa w świat;
Niech za piecem tchórze siedzą,
A ja jestem chwat!

 

Maria Konopnicka
Zmarźlak

A widzicie wy zmarźlaka,
Jak się to on gniewa;
W ręce chucha, pod nos dmucha,
Piosenek nie śpiewa.

— A czy nie wiesz, miły bracie,
Jaka na to rada,
Gdy mróz ściśnie, wicher świśnie,
Śnieg na ziemię pada?

Oj, nie w ręce wtedy dmuchaj,
Lecz serce zagrzewaj,
Stań do pracy, jak junacy,
I piosenkę śpiewaj!

 

Maria Konopnicka
Rzeka

Za tą głębią, za tym brodem,
Tam stanęła rzeka lodem;
Ani szumi, ani płynie,
Tylko duma w swej głębinie:

Gdzie jej wiosna,
Gdzie jej zorza?
Gdzie jej droga
Het, do morza?

Oj, ty rzeko, oj, ty sina,
Lody tobie nie nowina;
Co rok zima więzi ciebie,
Co rok wichry mkną po niebie.

Aż znów przyjdzie
Wiosna hoża
I popłyniesz
Het do morza.

Nie na zawsze słonko gaśnie,
Nie na zawsze ziemia zaśnie,
Nie na zawsze więdnie kwiecie,
Nie na zawsze mróz na świecie.

Przyjdzie wiosna,
Przyjdzie hoża,
Pójdą rzeki
Het do morza!
 
 
Jeremi Przybora
Na całej połaci śnieg

Na całej połaci śnieg.
W przeróżnej postaci śnieg.
Dla sióstr i dla braci
zimowy plakacik
– śnieg, śnieg.
 
Na naszą równinę – śnieg.
Na każdą roślinę – śnieg.
Na tłoczek przed kinem,
na ładną dziewczynę – śnieg, śnieg.

Na pociąg do Jasła,
na wzmiankę że zgasła,
na napis „Brak masła”
na starte dwa hasła,
na flaszki od wódki,
na tego złe skutki,
na puste ogródki,
na dzionek za krótki.

Na w sinej mgle dale – śnieg,
na kocham cię stale – śnieg,
na żale, że wcale
i na tak dalej
tak dalej, tak dalej
na tak dalej – śnieg
śnieg
 
Tekst ten, do muzyki Jerzego Wasowskiego, śpiewali w „Kabarecie Starszych Panów” Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.
Inne wykonania: Kalina Jędrusik, Anna Maria Jopek i Jeremi Przybora

LUTY

W lutym do wiosny jeszcze daleko,
bowiem u jego granic jaśnieje
tak wielki obszar bieli jak mleko,
że może zaćmić nawet zawieję.

Zamieć porusza nagie zarośla,
od jej uderzeń domy się chwieją,
a ponad nimi szaleje wiosna
i dorównuje siwiźnie bielą.

Josif Brodski, „Instrukcja dla więźnia” („В феврале далеко до весны”),
15 lutego 1964; przekład: Katarzyna Krzyżewska

Ponieważ wciąż jeszcze zdarzają się w Polszcze ludzie znający język Lermontowa i Bułhakowa, a ja uważam, że gdy można coś przeczytać w oryginale – to trzeba, więc dla tych, co zrozumieją, oryginał:

<А. А. А.>

(«В феврале далеко до весны»),

В феврале далеко до весны,
ибо там, у него на пределе,
бродит поле такой белизны,
что темнеет в глазах у метели.

И дрожат от ударов дома,
и трепещут, как роща нагая,
над которой бушует зима,
белизной седину настигая.

15 февраля 1964

 

Luty – drugi miesiąc w roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego.
Jest to także miesiąc najkrótszy w obu kalendarzach: luty gregoriański i luty juliański mają po 28, a w latach przestępnych po 29 dni.
I jest to trzeci miesiąc meteorologicznej zimy.

Nazwa powtarza się w dwóch sąsiednich językach wschodniej słowiańszczyzny: w ukraińskim (лютий) i białoruskim (люты).
Po etymologię trzeba jednak sięgnąć do Brücknera, albo przynajmniej do jakiegoś słownika staropolskiego, lub z odniesieniami do staropolszczyzny.
Słownik języka polskiego z lat 1960., w redakcji Witolda Doroszewskiego, podaje, że nazwa miesiąca wywodzi się od staropolskiego „luty” – ‘zimny’, ‘mroźny’, ‘srogi’, ‘okrutny’, ‘dziki’, ale że przymiotnik ten jest już tylko w użyciu książkowym. Dziś chyba tylko nieliczni skojarzą nazwę drugiego miesiąca ze srogością mrozów i dzikością puszczańskiego zwierza.

Ciekawe skojarzenie podsuwa Słownik wileński z 1861. Po haśle „luty” jest „Lutyca”: imię słowiańskiej jędzy piekielnéj, ob. Dracica.

Szukajmy więc dalej:

Dracica – słowiańska jędza. Jak Dydki męzkie, tak Dracice żeńskie wojsko piekielne, trapiące grzeszników na ziemi i w piekle. Przybierają postaci straszliwe. Znaczą wyrzuty sumienia. Odpowiadają greckim Eumenidom i łacińskim Furjom. Inne imiona ich: Ostudy, Lutyce, Tassany.

Dracz zaś, według tego samego słownika, znaczy „zdzieracz, łupieżca”, a dracza – „zdzieranie, zdzierstwo”. Do czego dołączony jest cytat ilustrujący, skądinąd bardzo do współczesności pasujący: Niech się ten wilk urzędnik tą draczą wspomoże.

Gdy sięgnąć do nazw miesięcy w Encyklopedii staropolskiej (1900-1903) Zygmunta Glogera, dojść można do wieku XIV, gdy luty nazywał się „strąpacz” (prawdopodobnie od strzępienia czyli ścinania szronem).
W staropolszczyźnie używany był też starosłowiański „sieczeń”, który w innych językach słowiańskich jest nazwą stycznia (po ukraińsku to січень, po chorwacku – siječanj).
Samuel Linde w swoim Słowniku (1807-1814), podaje jeszcze „świeżnik” i „drugnik” (od ‘drugi’). Kopaliński dodaje „gromnicznik” (od święta NMP Gromnicznej) i „mięsopustnik”, od mięsopustu – ostatnich trzech dni dni karnawału zwanych „ostatki”, które w dawnej Polsce obchodzono hucznie, z pijatykami, tańcami, kuligami i balami przebierańców.

Większość języków europejskich przejęła nazwę łacińską: Februarius. Rzeczownik ten oznaczał ostatni miesiąc kalendarza starorzymskiego, który przeznaczony był na obrzędy oczyszczające (łac. februa, l.poj. februum) przed początkiem nowego roku.
Zwyczaj zaczynania nowego roku od pierwszego dnia miesiąca Ianuarius wprowadził w reformie kalendarzowej Gajusz Juliusz Cezar w 45 r. p.n.e.

 

Rocznice lutego:

2 lutego
w kościele katolickim obchodzone jest Ofiarowanie Pańskie, w Polsce nazywane tradycyjnie świętem Matki Bożej gromnicznej.

Począwszy od IX wieku wierni przynoszą 2 lutego do kościoła świece do pobłogosławienia zwane gromnicami, zwane tak od słowa „grom”, bowiem zapalano je w czasie burzy i stawiano w oknie, gdy modlono się o oddalenie piorunów.
Angielskie tłumaczenie polskiej nazwy to Feast of Our Lady of Thunder Candles, ale w angielskiej terminologii katolickiej święto zwane jest Presentation of the Lord lub Purification of the Blessed Virgin Mary; święcenie gromnic to Candlemas lub Candle Mass.
W krajach hiszpańskojęzycznych, 2 lutego obchodzone jest święto Presentación de Jesús en el Templo (zaprezentowanie Jezusa w Świątyni), Purificación de la Virgen (oczyszczenie Dziewicy) lub La Virgen de la Candelaria (Dziewica z Candelarii). To ostatnie związane jest z obchodami święta Matki Boskiej – patronki Wysp Kanaryjskich, której figura znajduje się w Candelarii na Teneryfie (i to jest wielka osobna historia, o której może kiedy indziej).
W Meksyku 2 lutego wydają przyjęcia ci, którzy w dniu Trzech Króli znaleźli figurkę dzieciątka Jezus w swojej porcji ciasta Rosca de Reyes (‘ciasto Trzech Króli’ mające formę pierścienia).

Kościół prawosławny świętuje w lutym Spotkanie Pańskie (2 lutego wg kalendarza juliańskiego, obowiązującego w liturgii prawosławnej; 15 lutego wg kalendarza gregoriańskiego).

Tak się składa, że do końca drugiej dekady wieku XXI, w lutym wypada ostatni czwartek przed wielkim postem, rozpoczynający ostatni tydzień karnawału – Tłusty Czwartek (4 II 2016; 23 II 2017, 8 II 2018, 28 II 2019 i 20 II 2020).

Odpowiednikiem Tłustego Czwartku w niektórych krajach jest Mardi Gras ‘tłusty wtorek’ lub Pancake Tuesday ‘naleśnikowy wtorek’, obchodzony przed środą popielcową.
Od lat media, a teraz nawet Wikipedia, uporczywe lansują przesąd, że kto nie zje pączka w Tłusty Czwartek… itd., czyli dokładnie jak w łańcuszkach szczęścia. Co znaczy, że gdzieś w podziemiu działa lobby cukierników, które uprawia dywersję za pomocą kryptoreklamy. I dobrze – obyśmy nigdy gorszych lobby nie mieli!

 

14 lutego jest Dniem Zakochanych (Walentynki).
Dzień to z pewnością piękny, ale jeśli przypomnieć sobie śpiewkę:

To-morrow is Saint Valentine’s day,
All in the morning bedtime,
And I a maid at your window,
To be your Valentine.

Then up he rose and donn’d his clo’es
And dupp’d the chamber door,
Let in the maid, that out a maid
Never departed more.

czyli:

Dzisiaj świętego jest Walentego,
Słońce już stoi na niebie;
Ja drżącą ręką w twoje okienko
Stukam i czekam na ciebie.

Wdział prędko szatki i drzwi chatki
Rozwarł przed swoją jedyną;
Dziewczyna słodka weszła do środka,
Ale nie wyszła dziewczyną.

(Shakespeare, H, IV, 5, przekład Stanisław Barańczak)

i uświadomić, jak skończyła śpiewająca ją Ofelia, to już jakby trochę tego piękna mniej.

 

W rocznicach lutowych dziwnym trafem, jak refren, powtarza się I wszystko byłoby pięknie… No bo tak:

 

1 lutego 1411
Polska podpisuje w Toruniu pokój, który kończy Wielką Wojnę Polski i Litwy

z Zakonem Krzyżackim, zaczętą w 1409. Krzyżacy – niby rozbici pod Grunwaldem, ale wciąż z Malborkiem – oddali Żmudź, oddali Ziemię Dobrzyńską, zapłacili sporą grzywnę.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że cztery dekady później zaczęła się kolejna wojna z Zakonem, tym razem trzynastoletnia. Po niej też był pokój, też w Toruniu, w 1466.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie kolejna wojna, pół wieku później. Po której był pokój i hołd pruski w 1525, i zamiana państwa zakonnego w księstwo świeckie, i obraz Matejki (1882).
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nowe świeckie księstwo, które nazwało się Pruskie, już 176 lat później (1701) stało się królestwem, a za kolejne siedemdziesięciolecie tak dziarsko zaczęło dzielić z sąsiadami polsko-litewski tort, że w 1795 nie było już po tym torcie ani śladu. No ale bitwę pod Grunwaldem żeśmy wygrali, przynajmniej wg naszej wersji historii, bo znam kraje, w których uczą dzieci, że pod Grunwaldem zwyciężył zupełnie kto inny.
Na szczęście lekcje historii u nas już są raczej nieobowiązkowe, więc nie mamy z tym większego problemu.

2 lutego 1848
Amerykanie podpisują w Guadalupe Hidalgo traktat z Meksykanami, który kończy wojnę (1846-48) między oboma krajami.

Wojna wybuchła po tym, jak Meksykanie nie zechcieli nawet pogadać z facetem, którego w 1845-tym wysłał do miasta Meksyk amerykański prezydent James K. Polk z propozycją kupienia za spore pieniądze ówczesnych ziem meksykańskich czyli Kalifornii i Nowego Meksyku.
Facet nazywał się John Slidell i za samą Kalifornię mógł dać 25 milionów dolarów, a ogółem miał do dyspozycji coś około 30 milionów (na owe czasy to była kosmiczna suma; Alaskę Stany kupiły w 1867 za jedne siedem milionów dwieście tysięcy).

Meksykańska strona rządowa mnożyła trudności uniemożliwiające jakiekolwiek oficjalne negocjacje, Slidell spędzał w Meksyku miłe chwile, generalnie zachwycony, bo Polkowi właśnie o to chodziło: skoro nie przemówiło złoto, miały zagrać armaty. Tak też się stało.

Nad samą wojną Meksykanie powinni spuścić kurtynę miłosierdzia i to z kilku powodów.
Jednym z nich było to, że ich wojskami dowodził generał Santa Anna, który jako bohater byłby ozdobą każdego operetkowego libretta, gdyby nie to, że był największą tragedią swego kraju (w kategorii wszechczasów). Tego, co wyczyniał zarówno podczas wojny z Amerykanami, jak i podczas swoich jedenastu rozpoczętych kadencji prezydenckich, nie spisać na wołowej skórze.

Drugim powodem był cud, jaki najpierw przydarzył się Ksenofontowi i wojskom greckim podczas Anabasis w V w. p.n.e., a później, na początku wieku XVI, Cortezowi i braciom Pizarro, którzy dowodząc kilkusetosobowymi oddziałami podbili imperia Azteków i Inków.
Tym razem, w marcu 1847, 10-tysięczny korpus gen. Winfielda Scotta, mając przeciwko sobie całą armię meksykańską, co najmniej 6-krotnie liczniejszą, wyokrętował pod Veracruz, przeszedł przez góry, doliny
i wąwozy 400-kilometrowym spacerkiem do miasta Meksyk, miasto zdobył i jeszcze musiał czekać, aż znajdzie się urząd czy osoba mająca dość plenipotencji, by podpisać jakikolwiek dokument kończący jego podboje.
Podręczniki historii piszą na ogół, jak to Meksyk, po podpisaniu traktatu w Guadalupe Hidalgo, stracił swe północne terytoria, które dziś są Kalifornią, Nevadą, Arizoną i Utah, a jeszcze kawałkiem Nowego Meksyku, Kolorado i Wyoming, czyli 1,36 mln km kw. (powierzchnia Alaski to 1,7 mln km kw.). Trudniej się dokopać informacji, że po wygranej wojnie USA za owe terytoria zapłaciły
15 milionów dolarów gotówką (dziś to jest podobno pół miliarda), anulując do tego ponad 3 miliony dolarów meksykańskiego długu. Pięć lat później (1853), nie kto inny jak gen. Santa Anna zaproponował Amerykanom „wyrównanie granicy” i za kolejne 10 milionów USD opchnął im 77 tysięcy km kw. Meksyku, w transakcji nazwanej Zakup Gadsdena (Gadsden Purchase). O tym, co się stało z tymi pieniędzmi, już nawet nie warto wspominać.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że na wojnę, a zwłaszcza na katabasis gen. Scotta, spuszczają też lekki woal zapomnienia Amerykanie, chyba dlatego, że generałowi zdarzyła się po drodze rzecz, dziś podpadająca pod kategorię zbrodni wojennych: 12-dniowe oblężenie miasta Veracruz, którego fortecę Scott zaatakował od strony cywilnych przedmieść.
Wg Meyera i Shermana, autorów The Course of Mexican History (Oxford UP, 1983, str. 349), straty po stronie amerykańskiej wynosiły 67 zabitych i rannych, zaś w mieście zginęło ok. 1000-1500 Meksykanów, przy czym straty wśród cywilów były niemal dwukrotnie większe niż wśród żołnierzy. Chyba dlatego Hollywood za kampanię Scotta dotąd się nie złapał: dużo łatwiej fałszować historie wojenne z odległej Europy.

Żeby dopełnić temat cudów wspomnę jeszcze historię legionistów czeskich podczas I wojny światowej i wojny domowej w Rosji: przejechali oni przez Rosję z Europy do Azji, przebili się przez armie bolszewickie, mienszewickie i inne, po drodze w Kazaniu zagarnęli rezerwy złota Banku Rosji i z częścią tego złota (jaką? „nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem”) zniknęli w sinej dali Pacyfiku ewakuując się drogą morską.

14 lutego 1076
papież Grzegorz VII rzuca ekskomunikę na Henryka IV – króla niemieckiego a niebawem Świętego Cesarza Rzymskiego. Rok później król się pokajał, a że papież mieszkał wówczas w zamku Kanossa, więc już wiemy dokąd musiał boso i w worku pokutnym pójść Henryk.

Papież tryumfował, a Henryk, w 1105, abdykował.
I wszystko byłoby (dla papiestwa) pięknie, gdyby nie to, że syn i następca Henryka IV, Henryk oczywiście V (tak, ten co oblegał Głogów), kolejnego papieża pojmał i parafę na korzystnych dla siebie traktatach (chodziło o to, kto wyznacza biskupów) wymusił.
Nie na wiele mu się to zdało, bo kolejny papież ekskomunikował i jego, co następny papież odwołał (obaj Henrykowie, jak z tego widać, mieli szczęście do co drugiego papieża).
Jaka była dalsza historia papiestwa i Niemiec można sobie poczytać, ale nic szczególnie wesołego z tego nie wynikło, chociaż Watykan takim najgorszym miejscem zamieszkania chyba nie jest.

Było o „wyrównywaniu granicy” po amerykańsku, to teraz może coś dla przeciwwagi:
15 lutego 1951
przedstawiciele Polski podpisują umowę o „wyrównaniu granicy” z ZSRR.
PRL dostała 480 km kw. (a przynajmniej tak podaje Dziennik Ustaw 1952, nr 11, poz. 63.) w Bieszczadach, a hegemon przejął 480 km kw. Lubelszczyzny.

Za czasów najlepszego z ustrojów krążył dowcip o wymianie towarowej w krajach bloku: my Sojuzowi – wagon węgla, a Sojuz nam – dwa wagony butów. Do podzelowania. Précisément.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że uśmiechnąć się tu mogą tylko mieszkańcy Ustrzyk Dolnych i kilku okolicznych wsi, którym na mocy tej umowy udało się znaleźć po zachodniej stronie granicy.
Ale mieszkańcom Bełza, Krystynopola i okolic chyba jednak do śmiechu nie było i nie jest. Dziś Белз (Bełz), Червоноград (Czerwonograd czyli Krystynopol), Угнів (Ugniw czyli Uhnów), Варяж (Wariaż czyli Waręż) i Хоробрів (Chorobriw czyli Chorobrów) są częścią rejonu sokalskiego w obwodzie lwowskim.
Dla porównania: powierzchnia m.st. Warszawa liczy (w 2015) 517 km kw.

18 lutego 1916
Roman Dmowski składa obszerny memoriał na ręce Aleksandra Pietrowicza Izwolskiego – ambasadora Rosji w Paryżu. Dmowski wciąż jeszcze uporczywie wiąże nadzieje niepodległości Polski z Rosją.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Rosja – nie tyle uporczywie, co konsekwentnie od stuleci – uważa, że Polska żadną zagranicą nie jest i nie będzie.
Memoriał Dmowskiego opisywał, jakiego szczęścia zaznają w przyszłości niepodległe narody słowiańskie, w tym Polacy, pod rosyjską egidą. Jak carski aparat potraktował te opowieści łatwo przewidzieć.
Myślenie kategoriami imperialnego hegemona było zresztą w Rosji tak zakorzenione, że kilka lat później, walczący z bolszewikami „biali” wzruszyli ramionami na proponowaną przez Piłsudskiego pomoc w rozbiciu „czerwonych”, bo warunkiem było uznanie po zwycięstwie polskiej niepodległości. Czym to się dla nich skończyło – wiadomo i nawet można by powiedzieć „dobrze im tak”, gdyby nie to, że w sumie nam wyszło na jeszcze gorsze.

19 lutego 1594
Zygmunt II Waza jest koronowany w katedrze w Uppsali na króla Szwecji.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Zygmunt był fanatycznym katolikiem i do tego upartym.
Przez swój upór zaprzepaścił szanse swego syna Władysława na tron szwedzki (warunkiem było przejście Władysława na luteranizm) i na tron carów Rosji (warunkiem było przejście Władysława na prawosławie). Upór Zygmunta i jego synów, utrzymujących w tytulaturze miano „dziedziczny król Szwedów”, dawało Szwecji dobry pretekst do atakowania Polski, a potop szwedzki (1655-1660)
– i wcześniejsze (1648-1654) powstanie Chmielnickiego – stały się pierwszymi gwoździami do trumny Rzeczypospolitej.

21 lutego 1848
Karol Marks i Fryderyk Engels opublikowali Manifest der kommunistischen Partei, po naszemu Manifest komunistyczny.

Zgrabnie napisana broszura miała wszystko, co politycznemu pamfletowi potrzeba: chwytliwe hasło na początku (Widmo krąży po Europie – widmo komunizmu), chwytliwe hasło na końcu (Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!), a za temat – niesprawiedliwość społeczną i prostą na nią receptę – rewolucję.
I wszystko byłoby pięknie, bo przecież w demokracji panuje pluralizm i wolność słowa, gdyby za poglądy obu panów nie złapały się grupy, których dziś nie da się określić inaczej niż terrorystyczne.
Marksizm, w swych kolejnych edycjach nazywany od imion kolejnych liderów totalitarnych partii, stał się oficjalną ideologią państw opanowanych przez najbardziej ludobójczy system polityczny jaki dotąd zdołano wymyślić. Żeby nie było nieporozumień – NSDAP też zaczynała od marksizmu, w swojej oczywiście wersji.

Polska i tak ma szczęście – marksizm-leninizm i marksizm-stalinizm zaledwie ją musnęły, a przecież i tak jeszcze po tym muśnięciu nie może się pozbierać.

23 lutego 1917
wybucha w Rosji Rewolucja Lutowa (nazwa dotyczy daty juliańskej, bo w gregoriańskim kalendarzu Zachodu był wówczas 8 marca).

Jej rezultatem jest abdykacja Mikołaja II (2/15 marca 1917) i utworzenie pierwszego demokratycznego rządu w dziejach Rosji, nazwanego Rząd Tymczasowy (trudno o gorszą nazwę), którym początkowo kierował książę Gieorgij Jewgienjewicz Lwow, a później Aleksander Fiodorowicz Kiereński.
I może wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że trwała I wojna światowa, a nowy rząd, mimo klęsk bitewnych, chciał uporczywie utrzymać Rosję w Entencie i na froncie.
Wtedy do gry włączyły się Niemcy, grające pierwsze skrzypce w bloku Państw Centralnych.
Niemcy, jak to Niemcy – myśleli kategoriami niemieckimi (a niby jakimi mogli myśleć?) i wydało im się, że skoro w Rosji nastała demokracja, to nastanie też ordnung, co zagrozić mogło niemieckim interesom na Wschodzie.
Niemcom nie wpadło do głowy, że – zamiast ordnungu – w Rosji zrobił się bałagan jeszcze większy, niż był za cara. Więc zdecydowały, że najlepszym lekarstwem na demokratyczną Rosję jest przywódca terrorystycznej partii bolszewickiej Włodzimierz Uljanow ps. Lenin.

Lenina i jego wspólników wyciągnięto z bezpiecznego azylu w Szwajcarii i z workiem niemieckiego złota przetransportowano w zaplombowanym wagonie do Hamburga i dalej statkiem do Helsinek, czyli praktycznie do Petersburga.
Ceną za pomoc miał być separatystyczny pokój z bolszewicką Rosją (był, a jakże, podpisany w Brześciu Litewskim „traktat brzeski” z 3 marca 1918), dający Niemcom możliwość przerzucenia armii ze Wschodu na Zachód, by na Zachodzie przestało wreszcie być „bez zmian”. Co się – rzecz jasna – nie udało (znowu przez Amerykanów), ale to już historia zupełnie innych miesięcy.
Mnie tutaj męczy jedno: walka wewnętrzna chęci z niechęcią. Chęć podpowiada, by sprawdzić, czy dobrze pamiętam, że za komuny starano się nam wpoić, iż to bolszewicy obalili carat, by uszczęśliwić uciemiężone ludy najlepszym z ustrojów. Niechęć za wszelką cenę stara się uświadomić mi, że dla udowodnienia tego kłamstwa propagandy musiałbym przedzierać się przez gazetowe wstępniaki i podręczniki historii, na widok których dostawałem niegdyś wysypki. Chyba nawrotu tej wysypki boję się bardziej.

 

W lutym urodziło się kilka ciekawych osób, m.in.:

James Joyce (1882-02-02);
księżniczka Bona Sforza (1494-02-02) czyli ta „królowa Bona, która umarła” (1557-11-19);
Tadeusz Kościuszko (1746-02-04), którego nazwisko ma tyle samo liter co nazwisko prezydenta USA wybranego na urząd równo 43 lata później, 1789-02-04;
Charles Lindbergh (1902-02-04), który jako pierwszy przeleciał non stop nad Atlantykiem, a historia jego 72-letniego życia to co najmniej kilkanaście sensacyjnych powieści lub scenariuszy;
Ronald Reagan (1911-02-06), 40. prezydent USA;
Charles Dickens (1812-02-07);
Thomas Edison (1847-02-11);
Abraham Lincoln (1809-02-12), 16. prezydent USA ;
Mikołaj Kopernik (1473-02-19);
Jerzy Waszyngton (1732-02-22), 1. prezydent USA;

Wśród tych, którzy zmarli (w tym wypadku to takie ładne określenie morderstw sądowych), są m.in.:

Maria Stuart, królowa Szkocji, ścięta 1857-02-08 w zamku Fotheringhay;
Giordano Bruno, spalony 1600-02-17 za herezję na rzymskim Campo de’ Fiori.
289 lat później w miejscu egzekucji wzniesiono Giordanowi pomnik.

 

Znaki Zodiaku lutego:
Wodnik (♒) – do 18 lutego
Ryby (♓) – od 19 lutego.
O Wodnikach już było. A o Rybach Czarny Pijar mówi z politowaniem:

Ryba powoduje ciągłe nieporozumienia w pracy i w domu, prochu nie wymyśli, sprawdza się najlepiej jako kontroler biletów komunikacji miejskiej i pod żadnym pozorem nie należy jej dopuszczać do urządzeń bardziej skomplikowanych niż tłuczek do kartofli, bo popsuje.

Zaiste, smutno się robi na samą myśl, że maj i jego Bliźnięta są jeszcze tak daleko.

 

Kwiaty lutego:

fiołek (Viola L.) – kwiat zakochanych, symbolizujący niewinność, szczerość, prawdę, namiętność, piękno i stałość w uczuciach.
Jest też symbolem straty – np. w Australii symbolizuje pamięć o żołnierzach poległych w I wojnie światowej.

pierwiosnek (Primula vulgaris L.) – kwiat szlachetny, występujący jako godło herbowe, ulubiony kwiat premiera brytyjskiego Benjamina Disraeli (1804-1881), upamiętniający rocznicę jego śmierci zwaną Primrose Day (Dzień Pierwiosnka). Gdy dłużej pomyśleć, można dojść do wniosku, że nazwa ta była po myśli zarówno zwolenników jak i przeciwników earla Beaconsfield.

U nas wiersz o pierwiosnku napisał Mickiewicz, zaczynając:

Z niebieskich najrańszą piosnek
Ledwie zadzwonił skowronek,
Najrańszy kwiatek pierwiosnek
Błysnął ze złotych obsłonek.

Ja
Za wcześnie, kwiatku, za wcześnie,
Jeszcze północ mrozem dmucha,
Z gór białe nie zeszły pleśnie,
Dąbrowa jeszcze nie sucha.

Chyba cenił ten utwór, gdyż otworzył nim swój pierwszy tomik poezji, Ballady i romanse (1822), czyniąc niejako wstępem do następnej „Romantyczności”.

Zachwyty filomaty jakże inne były od uczuć, które 80 lat później wzbudził ten wiersz w demonicznym Waldemarze:

– Niech mi pani pokaże karnecik.
Stefcia podała mu seledynowy, malowany gracik z maciupcim ołówkiem tegoż koloru. Waldemar przeczytał na okładce:

Lepsza w kwietniu jedna chwilka
Niż w jesieni całe grudnie.

Uśmiechnął się i usiadł obok Stefci na krześle w ten sposób, że odgrodził ją od sali. […]
– Bardzo dobry aforyzm. Mickiewicz dla siebie go widać ułożył, bo jednak czasami jest inaczej. Na przykład u nas wiosenne chwile były złe, nieufne, drażliwe, słowem brzydkie! Dzisiaj są lepsze, a mamy jesień! [...]
Spojrzał jej w oczy z demoniczną pewnością siebie.

 

Kamień lutego:
ametyst – symbolizuje pobożność, pokorę, duchową mądrość i szczerość.
Podobno chroni przed opilstwem – po grecku bowiem améthystos (ἀμέθυστος) znaczy „nie opiły”.
Wzięło się to ponoć stąd, że ceniąca trzeźwość nimfa Amethis znieść nie mogła zalotów Dionizosa, wiecznie będącego pod dobrą datą. Artemis, bogini łowów, na prośbę nimfy zmieniła ją w klejnot, a że Dionizos urazy nie chował, więc dał mu moc przeciwstawiania się potędze trunku. Starożytni zdobili ametystami czary i puchary, a nasi ujęli rzecz krótko i z właściwą sobie bezpretensjonalnością: łagodzi kaca.
Najwięcej ametystów wydobywa się w Zambii (rocznie podobno ok. tysiąca ton) i w Brazylii. W Polsce – jak zwykle: klejnotonośne są Sudety i tam też, w okolicach Szklarskiej na przykład, daje się znaleźć ametysty.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
drugi miesiąc roku to:

białoruskiлюты [liuty]
bośniackifebruar
bułgarskiфевруари [februari]
chorwackiveljača
czeskiúnor
kaszubskigromicznik
litewskivasaris
łatgalskisvacainis
łużycki (dolny)swěckowny (też: februar)
łużycki (górny)februar (też: mały rožk)
łotewskifebruāris
macedońskiфевруари [februari] albo cечко [seczko]
rosyjskiфевраль [fievral]
serbskiфебруар [februar]
słowackifebruár
słoweńskifebruar
ukraińskiлютий [liutij]
żmudzkivasaris

 

Przysłowia związane z lutym:

Czasem luty ostro kuty,
czasem w luty same pluty.

Czasem luty się zlituje,
że człek niby wiosnę czuje;
ale czasem tak się zżyma,
że człek prawie nie wytrzyma.

Gdy bez wiatrów luty chodzi,
w kwietniu wicher nie zawodzi.

Gdy ciepło w lutym,
zimno w marcu bywa,
długo trwa zima,
to jest niewątpliwa.

Gdy mróz w lutym ostro trzyma,
tedy jest niedługa zima.

Idzie luty, podkuj buty.

Jeśli ci jeszcze nie dokuczył luty,
to pal dobrze w kominie
i miej kożuch suty.

Kiedy luty puści, to marzec wypiecze.

Kiedy luty schodzi,
człek po wodzie brodzi.

Kiedy luty, obuj buty.

Luty,
gdy wiatrów i mrozów nie daje,
prowadzi rok słotny
i nieurodzaje.

Luty w lód okuty.

Luty, napije się wół pluty.

Na stycznie i lute
trzeba mieć konie kute.

Spyta cię luty: masz-li buty?

W lutym gdy zagrzmi
od wschodniego boku,
burze i wiatry walne
są w tym roku.

W lutym wody wiele
– w lecie głodne nawet cielę.

 

Przysłowia na
Matkę Boską Gromniczną (2 II):

Gdy jasne słońce
w dzień gromniczny będzie,
więcej niż przed tym śniegu
spadnie wszędzie.

Gdy na Gromnice roztaje,
rzadkie będą urodzaje.

Gdy słońce
świeci jasno na Gromnice,
większych jak były mrozów
czyni lice.

Gdy w Gromnice słońce
świeci na śmiecisko,
niechże zachowa gospodarz
słomę wszystko.

Gdy w Gromniczną z dachu ciecze,
zima jeszcze się przewlecze.

Gromnica – zimy połowica.

Gromnice jasne i czyste,
zima potrwa zaiste.

Ile razy przed gromniczną Matką Boską z dachów kapie,
tyle razy przed Wniebowzięciem [15 sierpnia] burze.

Jak na Matkę Boską gromniczną,
tak na św. Józef [19 marca].

Jasny dzień podczas Gromnice
lnu przyczynia na przęślice.

Jeśli Gromnice
mają zielne kwiatki,
kwietną niedzielę śnieżną
mają dziatki.

Na Gromnice – łataj bracie rękawice.

Na Gromnice mróz
– ogryzki do gnoju włóż;
na Gromnice kałużki
– wybieraj z gnoju ogryzki.

Na Gromniczną mróz
– szykuj chłopie wóz.
Na Gromniczną lanie
– szykuj chłopie sanie.

Od Gromnic do Gromnic,
aż nie będzie nic.
[gdy kto kogo łudzi próżną obietnicą, mówią: od…]

Skowronek,
o ile przed Gromnicą śpiewa,
o tyle po tym milczy.

W dzień Panny gromnicznej
bywaj zdrów, mój śliczny.
[t.j. już za późno na zaloty, konkury, gdyż post bliski.]

W Gromnicę milszym w owczarni wilk jak słońce.
[gospodarze utrzymują, że słońce w dniu gromnicznym jest pewną przepowiednią słoty, zimna i zarazy na owoc.]

 

Przysłowia na
św. Agatę (5 II):

Chleb świętej Agaty
od ognia strzeże chaty.
[lud w dniu tym zwykł święcić chleb i sól, a w razie pożaru, szczególniej od pioruna wynikłego, obnosi je dokoła domu, a następnie rzuca w płomienie, wierząc, iż ogień zostanie stłumiony.]

Gdzie święta Jagata,
bezpieczna tam chata.

Po świętej Agacie
widzimy muchy w chacie.

Po św. Agacie
wyschnie bielizna na płocie.

W dzień św. Agaty,
jeśli słonko przez okienko zajrzy do chaty,
to wiosenka na świat pogląda
zza zimowej kraty

 

Przysłowia na
św. Dorotę (6 II):

Na dzień świętej Doroty
ma być śniegu nad płoty.

Po św. Dorocie
wyschną chusty na płocie.

Rzadki dzień św. Doroty
bez mrozu, zawiei, słoty.

Święta Dorotka
wypuszcza skowronka za wrotka.

Wedle świętej Doroty
naprawiaj człecze płoty.

 

Przysłowia na
św. Walentego (14 II):

Gdy na święty Walek deszcze,
mrozy wrócą jeszcze.

Na św. Walentego
bywa zwykle mróz niczego,
ale jak Walek się rozdeszcze,
pewne mrozy wrócą jeszcze.

Święty Walek tych powali,
co patronem go nie zwali.

Św. Walenty gdy odmrozi pięty,
na wyżywienie sprzedawaj sprzęty.

 

Przysłowia na
św. Macieja (24 II):

Gdy Maciej święty
cokolwiek lodu nie stopi,
będą długo chuchali
w zimne ręce chłopi.

Jeśli mróz w święto Macieja,
czterdzieści dni tegoż nadzieja.

Na św. Macieja
prędkiej wiosny nadzieja.

Na św. Maciejca
zniesie gęś pierwsze jejca.

Na święty Maciej lody
wróżą długie chłody,
a gdy płyną już strugą,
to i zimy niedługo.

Skoro po Macieju
drzewa się ogrzeją,
pobiegnij do sadu,
oczyść go z owadu.

Św. Maciej posłał do braci,
czy zimę stracić;
a bracia mu powiedzieli:
niech zaczeka do niedzieli.

Święty Maciej zimę straci,
albo ją zbogaci.

 

Przysłowia na Tłusty Czwartek
(4 II 2016; 23 II 2017, 8 II 2018 i 28 II 2019, 20 II 2020):

Gdy w tłusty czwartek
człek w jedzeniu pofolguje,
łaskawy Pan Bóg
grzech obżarstwa daruje.

Im bliższy czwartek tłusty,
tym weselsze zapusty.

Kto w tłusty czwartek
nie zje pączków kopy,
temu myszy zniszczą pole
i będzie miał pustki w stodole.

Nie zjesz pączka
w tłusty czwartek,
twoje życie mało warte.

Powiedział Bartek,
że dziś tłusty czwartek,
a Bartkowa uwierzyła,
dobrych pączków nasmażyła.

Od tłustego czwartku
do Zmartwychwstania
– ścisły post się kłania.

Tłusty czwartek pączkami fetuje,
a od Popielca ścisły post szykuje

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha