Maria Kulak

Poczuć coś więcej

 

Obudziłam się zlana potem. Całą noc starałam się zmusić sufit, by przestał się w końcu obracać. Co pięć minut łóżko zmieniało się w ciasną pryczę, a mnie od spadnięcia z niej dzieliła tylko niewielka deseczka przymocowana na samym skraju.

„Jest piąta rano. Co ty robisz? Śpij dziewczyno, nawet nie wiesz, jak jest na statku. Dlaczego zawsze śnią mi się te przeraźliwe wizje?”
To wszystko przelatuje w mojej głowie dosłownie w ułamku sekundy. Budzik śpiewa swoją piosenkę, pora wstawać… Dziś kolejny pracowity dzień… Kolejne zwątpienia, decyzje i wyrzeczenia…

Jak zwykle rano zastanawiam się: „Co ci się zalęgło w tym upartym łbie? Statek? Sobie wymyśliłaś… Jak to wszystko pogodzić? I jeszcze te sny… Dlaczego zawsze są takie straszne? ”.

I tak dalej, i dalej – i jak zwykle dochodzę do wniosków, że jestem szalona, ale uparta i zrobię wszystko, żeby spełnić swoje marzenia. Marzenia… Jest ich sporo, ale najbliższe – to sięgnąć gdzieś poza horyzont, wyjść z tego małego świata, zobaczyć, poczuć coś więcej – Przygodę.

 2013-09-05_ITA_3548_lev_fot_Zbigniew_Bosek_sm

 

Szkoła Pod Żaglami kapitana Baranowskiego – słyszałam o niej dawno, ale teraz powróciła do mnie ze zdwojonym echem. Warunki są proste: pomagać innym i zdać test sprawnościowy. Wystarczy się zaprzeć i dokonać swego, a w tym jestem dobra. Najlepiej świadczą o tym ostatnie tygodnie, w których wracam do domu około dziewiątej wieczorem, z uśmiechem na ustach, pełna pewności, że to co robię jest dobre i nawet gdybym się nie dostała na rejs, to wszystko co zrobiłam jest dla mnie niesamowicie ważne.

Tym właśnie przede wszystkim była dla mnie Szkoła Pod Żaglami – impulsem, który pchnął mnie w rezultacie nie tylko na ocean, ale również pozwolił odkryć, że jestem otoczona niezliczoną liczbą ludzi potrzebujących właśnie mnie, mojego uśmiechu, ciepła, pewności siebie, rozmowy. To właśnie było najważniejsze od samego początku.

Do zawodów sportowych nie przygotowywałam się, nie miałam czasu. Pomaganie wciągnęło mnie bez reszty. Co dzień odwiedzałam maluchy i starszych, w międzyczasie powstała akcja „Pomóż wyzwolić wyobraźnię”, która również pochłonęła moją uwagę, mnóstwo energii i zasypała całe nasze mieszkanie oddanymi książkami, które przekazywałam do domów dziecka, świetlic i innych placówek.

Niezbędni okazali się w tym wypadku rodzice, którzy pamiętali o terminach zgłoszeń, wypełniali dokumenty, dowiadywali się, pomagali, pomagali i pomagali. Ja starałam się pogodzić szkołę, wolontariat, marzenia, które wypełniały mi głowę i „koszmary”, które wypełniały mi sny.

 

2013-09-02_ITA_3248-_fot_Anita_Wietrzynska_sm

To był początek, wstęp do przygody, pełny wątpliwości, czasem nawet łez.

Wielka niepewność – tak określiłabym swój stan sprzed zawodów w Giżycku, drugiego etapu kwalifikacji.

Pierwszy, polegający na wysłaniu dokumentów, umknął mi pośród zapracowanych dni – tylko dzięki mamie pamiętałam o terminach.

Pamiętam natomiast dokładnie podróż przez całą Polskę. Z Wrocławia do Giżycka jest jakieś dziewięć godzin jazdy. Dziewięć godzin rozważań, wątpliwości, motyli w brzuchu. „Jak to będzie wyglądać? Co z wolontariatem? Biegać na 400 chyba potrafię. Pływanie – nie przygotowałam się, ale trzy lata w sekcji chyba coś dały. I wiele, wiele innych „może”, „chyba”, „jeśli”.

Z pobytu w samym miasteczku pamiętam tylko zachód słońca w dniu przyjazdu i ten moment przed startem, kiedy nadchodzi czas próby, zmierzenia się z samym sobą. Myślę, że – czy to jest bieganie, pływanie, podciąganie się na drążku, czy pisanie egzaminu – właśnie ta sekunda jest najważniejsza: pojedynek z myślami – jeśli ich nie pokonasz, nie dasz rady zwyciężyć innych.

Mimo całego napięcia nie czułam się pokonywana, czy pokonująca. Atmosfera była wspaniała, żadnej złości ani zawiści, każdy walczył dla siebie. Po wszystkich konkurencjach sportowych pisaliśmy test z angielskiego. Do niego też się nie przygotowywałam, ponieważ wyszłam z założenia, że jestem w klasie dwujęzycznej i to wystarczy.

Wreszcie, po czekaniu w niepewności przez wieki, nadszedł czas na ogłoszenie wyników. Stłoczyliśmy się wszyscy w salce, a emocje można było wyczytać nie tylko na twarzach, ale wręcz wdychało się je z powietrzem. Podczas przemowy kapitana Baranowskiego, muszę to niestety przyznać, nie byłam w stanie skupić się na więcej niż pięć sekund.

Mówiono bardzo dużo po polsku i po rosyjsku, było trochę zamieszania, ale czułam się wtedy, jakbym była pod wodą, otoczona jakąś barierą ochronną, spoza której dobiegały tylko stłumione dźwięki. Wróciła prycza ze snów, straszne wątpliwości, niepewność. Włączyłam się dopiero, gdy zaczęto czytać nazwiska i to też z pewnym opóźnieniem. Pewnie, gdybym była pierwsza na liście, nie zareagowałabym na swoje imię.

Skupiłam się: to były zdecydowanie polskie, kobiece nazwiska, już czwarte, piąte. Po szóstym straciłam rachubę, ponieważ dziewczyna tuż przy mnie się rozpłakała. „Nie płacz” – krzyknęłam w głowie i odwracając się usłyszałam swoje imię – a po nim ciszę.

Byłam ósma z wyczytanych, ostatnia, ale to się nie liczyło. Słyszałam swój oddech i nie płakałam, moje oczy się śmiały, jak powiedziała to Pani, która… nie do końca wiem, która.

Opisuję przebieg tych zawodów, żeby pokazać wszystkim, którzy mają marzenia i chcą je spełnić, że czasami wystarczy iść do przodu. Nie byłam zawodowym pływakiem, ani biegaczką, nawet nie trenowałam, a niespełna rok wcześniej przeszłam trzy operacje. I udało się.

Dlatego nie jest ważne, jak nikłe wydają się szanse: nie poddawajcie się! A jeśli Waszym marzeniem jest Szkoła Pod Żaglami – wiedzcie, że wielu przed Wami przeżywało to samo.

Wielu z moich młodszych znajomych pyta mnie o przebieg zawodów: czy ciężko się przygotować, jak się przygotowywać, jak liczony jest wolontariat. Radzę im ze szczerego serca, żeby trenowali i pomagali tak, jak to czują. Nie mogę zaplanować im treningów, dać lekcji angielskiego ani wynaleźć placówki, w której będą mogli pomagać. Jeśli już mam pomóc, opisuję moją drogę – być może choć niektórych zmobilizuje to do pchnięcia samych siebie w przyszłość, bo czasami zwykłe szczęście może być więcej warte niż lata treningów, a próbować zawsze warto.

Do tej myśli-wspomnienia chciałabym jeszcze dodać, jak wielkie wrażenie zrobili na mnie ci, którzy mimo wysiłków, nie dostali się na rejs. Jestem pełna podziwu dla ich postawy, która – choć przepełniona uczuciem klęski – była postawą wygranego. Być może mylić mogły zaciśnięte pięści i łzy płynące z oczu lub smutne twarze, ale wiem, że w każdym zakiełkowało ziarenko marzenia, dlatego nie można tu mówić o klęsce czy porażce. Dla nich wszystkich powtórzę za Ernestem Hemingwayem: to nie sam cel, ale droga do niego jest prawdziwą wartością w życiu człowieka i mówi o nim więcej, niż jakakolwiek napisana przez niego książka.

 

Po zawodach w Giżycku nie przyśnił mi się już ani jeden koszmar. Nie myślałam o statku, tak jak nie myśli się o czymś, co wydaje się być nierzeczywiste.

Pierwszy krok na trapie, zejście pod pokład, zamustrowanie i przeszkolenie – to wszystko tak dobrze wyryło mi się w pamięci, jakbym z każdym krokiem szukała gdzieś potwierdzenia, że to nie jest sen. Bardzo dobrze też pamiętam widok moich rodziców na nabrzeżu portowym ze szczekającym Gandalim w tle.

2013-10-07_DSC_5961_fot_Kazimierz_Robak_sm

 

Jeśli ktoś myśli, że podczas dwumiesięcznego rejsu ani razu nie zatęskni za domem, mogę od razu mu powiedzieć, że też tak myślałam. W końcu nie raz wytrzymywałam bite dwa miesiące wakacji u babci, czy tułania się po różnych obozach, daleko od domu. Statek jest jednak specyficznym miejscem, a bezmiar wody, który otacza człowieka w każdej chwili nie jest czymś, co można by było zlekceważyć. Myślę, że każdemu z nas dawało się to we znaki.

Pod koniec rejsu przeżywałam mocne rozterki tęskniąc za domem a jednocześnie nie mogąc rozstać się w duszy ze statkiem, morzem, wiatrem – wszystkim, co mi go zastępowało przez te dwa miesiące. Jednak gdybyśmy bali się tej tęsknoty, nigdy nie wyszlibyśmy poza własny próg, a tylko przekraczając jakąś granicę możemy poddać się próbie. „Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono”, powiedziała Szymborska wyznaczając nową definicje człowieczeństwa i, jak dla mnie, to jeszcze jeden powód za tym, by podążać za marzeniami, nawet tymi nieosiągalnymi.

 

Rejsu ze Szkołą Pod Żaglami nie mogę opowiedzieć, niestety, w całości ze wszystkimi szczegółami. I tak byłaby to historia niekompletna, ponieważ większość z tego, co jest naprawdę istotne, tkwi głęboko w sercu i nie sposób tego wyrazić.

Chciałabym przede wszystkim pokazać, w jaki sposób pobyt na pełnym oceanie, z głową wypełnioną słonym wiatrem zmienia każdego niezależnie od wieku, dojrzałości czy obeznania z morzem.

Za każdym razem patrząc na horyzont, patrzyłam na otaczający mnie bezmiar wód jak dziecko spoglądające na gwiazdy i wyciągające do nich ręce, jakby były czymś niesłychanie bliskim, a jednak tak bardzo dalekim.

Na początku każdy dzień wydawał mi się taki sam, pełny nudności i zawrotów głowy, o które przyprawia nieustanne falowanie ziemi pod nogami, choć i tak mogę powiedzieć, że zaliczam się do tych odpornych.

SONY DSC

Pierwsza wachta nawigacyjna to coś, czego się nie zapomina, szczególnie wtedy, gdy jest się na niej samemu, ponieważ wszyscy z wachty są niezdolni do sprawowania jakiejkolwiek funkcji. Siedziałam wtedy cztery godziny w kabinie nawigacyjnej i patrzyłam na radary. Szczerze mówiąc chciało mi się na przemian spać i wymiotować, ale to i tak było lepsze niż obijanie się o ściany łazienki pod pokładem. Wtedy też odebrałam pierwszy komunikat „mayday”, o którym zameldowałam oficerowi wachtowemu. Na szczęście pomocy zdążyła już udzielić inna jednostka.

Potem przyszedł kapitan Baranowski i – jakby lekko zdziwiony moją obecnością na wachcie – spytał, jakie jest moje zadanie. Odpowiedziałam natychmiast: „Patrzeć na radar i pilnować, by żółte plamy nie wchodziły na kurs. Kontrolować pozycje pobliskich statków na mapie i słuchać radia”. To było moje pierwsze spotkanie z prawdziwą odpowiedzialnością.

Nie tylko ode mnie, oczywiście, zależał los statku, ale zdawałam sobie sprawę z wagi wyznaczonego mi zadania. I wtedy zrozumiałam, że te – czasami bardzo małe, wydające się nieistotnymi na lądzie – rzeczy mogą przesądzić o bezpieczeństwie na statku. To był pierwszy krok do rozpoczęcia pracy nad swoją koncentracją, skupieniem oraz zaangażowaniem w podejmowane obowiązki. Każdy z nas wiedział, że to, co robimy, nie jest tylko i wyłącznie naszą sprawą. Na pokładzie nawet mycie zębów ma znaczenie dla całej załogi: nie zużywasz swojej wody – ona ma starczyć dla wszystkich. W domu występuje taka sama zależność, ale mało kto ją zauważa i dba o jej przestrzeganie – na morzu jesteś do tego zmuszony.

 

Jest wiele momentów na statku, kiedy czujesz się naprawdę za coś odpowiedzialny. Niektóre z nich są miłe i sprawiają satysfakcję, inne przyprawiają o stres i rozdrażnienie. Jako jedna z nielicznych dość szybko polubiłam kambuz, to znaczy całodobową wachtę pod pokładem w kuchni okrętowej i jej okolicach tzn. łazienkach, kubrykach itd. Podczas gotowania posiłków, sprzątania, wstawiania prania i innych tego rodzaju prac, czułam, że coraz bardziej się zespalamy jako wachta i załoga.

Do tego bardzo szybko zdołaliśmy wypracować wspólny język. Było to szczególnie ważne podczas tego rejsu, ponieważ byli z nami Rosjanie, którzy nie rozumieli za bardzo angielskiego. Mimo początkowych obaw, byłam jedną z pierwszych, która zdołała się porozumieć z rosyjską częścią załogi.

Ze spraw dotyczących kambuza nie można pominąć organizacji pracy, która pod pokładem była kluczowa, jeśli wachta miała zamiar wyrobić się z wszystkimi obowiązkami do kolacji. Tutaj należą się słowa uznania dla starszych wachty, czyli ludzi, którzy zajmowali się zaganianiem swoich kolegów do roboty. Mieli oni tak samo małe pojęcie o życiu na statku jak reszta załogi, a mimo to w większości przypadków świetnie się spisali. Kambuz, jak powiedziałam, bardzo nas łączył, poznawaliśmy swoje zwyczaje i stawaliśmy się zgranymi zespołami, jako wachty i cała załoga.

To samo dotyczyło wachty bosmańskiej. Co do prac bosmańskich nasza trzecia wachta czuła się niejako poszkodowana, ponieważ cały czas to właśnie nam przypadała jakaś dodatkowa robota. Szczególnie źli byliśmy wtedy, gdy dwa razy z rzędu musieliśmy rozwiązać „aferę mydlaną”. Była to brudna robota: parę godzin klęczenia w mydle, płynach do naczyń i innych maziach – niezbyt miłe uczucie, szczególnie kiedy ma się wrażenie, że z każdym wybranym wiaderkiem świństwa pod nogami przybywa, a pokład staje się tak śliski, że każde bujnięcie grozi bolesnym zderzeniem ze ścianą.

Mimo to bardzo lubiłam pomagać bosmanowi. Czułam wtedy, że poznaję statek i odwdzięczam mu się za przebyte razem godziny na morzu. Być może dlatego nawet skrajnie wyczerpująca praca, jak czyszczenie denaturatem nadbudówki z zaschniętych plam kleju albo czyszczenie „camela” – daszku chroniącego sternika przed deszczem, były dla mnie czymś w rodzaju długu spłaconego dobremu przyjacielowi.

Z powodu tego przywiązania do Pogorii, będącej w moich oczach towarzyszką wędrówki, pomogłam również przy zmienianiu rozprutego podczas szkwałów marsla górnego, choć musiałam wrócić wcześniej ze zwiedzania La Spezii – a trzeba Wam wiedzieć, że przebywanie na stałym lądzie było dla nas niesamowitą przyjemnością i odmianą pośród dni spędzonych na statku. Nigdy nie zapomnę wciągania żagla na górę, wiązania kabelgard, gramolenia się na pertach (liny po których chodzi się na rejach) i całej troski załogi a szczególnie bosmana. Mimo upału, który lał się na nas z nieba, na oczach mnóstwa gapiów na dole udało nam się sprawnie zmienić żagiel, zwinąć go i schować do żagielkoi. Spoceni, zgrzani, ale zadowoleni zjedliśmy ze smakiem lody i pozostało nam tylko czekać na resztę załogi.

2013-09-05_ITA_3480_fot_Anita_Wietrzynska_sm

Żagle to właściwie bardzo osobliwa część statku. Zawsze kojarzyły mi się z jego najbardziej żywą częścią, duszą. Na nocnej wachcie, gdy nic już nie mogło powstrzymać moich powiek przed opadaniem, wsłuchiwałam się w jęki rei, łopot kliwrów i sztaksli – we wszystkie te dźwięki, które sprawiają, że ludzie od wiek wieków uosobiają statki, nadają im imiona, przypisują człowiecze cechy i wymyślają legendy.

Patrząc w ciemną otchłań wody za burtą, która wydaje się być na wyciągnięcie ręki, szeroką po horyzont, usianą maleńkimi światełkami, kiedy morze wydaje się być tylko odbiciem ciemnego nieba, rodzi się w człowieku świadomość, że i on jest tylko takim małym światełkiem kołyszącym się na wielkim oceanie. Nie dziwię się, że w takich chwilach w sercach ludzi powstają takie opowieści.

 

Przy tej okazji mogę przybliżyć Wam troszkę realia wachty nocnej, czyli czterogodzinnej służby nawigacyjnej trzymanej przez każdą wachtę po kolei (oprócz kambuzowej) od zmierzchu do świtu.

Pierwszą z rzeczy, które można było robić podczas wacht nocnych, było stanie na oku: obserwowanie morza i składanie co jakiś czas meldunku o bojach czy światełkach na horyzoncie.
Oko to odpowiedzialna i ważna funkcja: sternik nie widzi wszystkiego, a do radarów – które bardzo pomagają – niektóre obiekty nie wysyłają sygnałów. To na nie trzeba szczególnie uważać: sieci, boje, pławy…
Z pozoru wydaje się to bardzo proste. Ale jeśli spróbuje się o czwartej nad ranem stać przez pół godziny i wpatrywać w ciemność, okazuje się, że już utrzymywanie otwartych oczu jest problemem, nie mówiąc o uważnym śledzeniu pozycji światełek zawieszonych daleko na powierzchni wody.
Takie stanie na warcie zwraca uwagę na rzeczy, które normalnie nie rzucają się w oczy. Najtrudniej było na Morzu Północnym… Każda wachta wydawała mi się koszmarem, zimno przenikało do szpiku kości, a wiatr był słony, wilgotny i zostawiał na sztormiaku cieniutką warstewkę wody. Jedyne o czym marzyłam, to jak najszybciej zejść pod pokład i zaszyć się w śpiworze na swojej koi, ale mimo to stałam dalej szczękając zębami wpatrzona w mrok. Satysfakcja i radość, jakimi wypełniała mnie świadomość, że dałam radę, były ogromne, choć bardzo szybko zastępowało je znużenie wpychające w czarną otchłań twardego snu.

 2013-09-19_IMG_0297_fot_Magda_Lapshin_sm

 

Kolejnym stanowiskiem na nocnej wachcie był ster. Wstyd się przyznać, ale nie byłam w tym za dobra… Odpowiedzialność przytłaczała mnie i za każdym razem denerwowałam się, gdy tylko widziałam trzeciego oficera, który zbliżał się, by sprawdzić, jak mi idzie. Utrzymywanie kursu to nie tylko trudna lecz bardzo męcząca praca. Za każdym razem wydawało mi się, że Pogorią miota z taką gwałtownością, że nie uda mi się sprowadzić jej na właściwy kierunek. Cyferki na elektronicznym kompasie wydawały mi się niemożliwe do zatrzymania – liczba co chwilę rosła lub zmniejszała się na łeb na szyję, mimo moich usilnych starań. A koło sterowe jest naprawdę duże (szczególnie dla kogoś równie niewysokiego jak ja) i trzeba pełnego skupienia, wprawy, precyzji i siły, by odpowiednio je wyczuć i opanować. Dlatego zawsze po sterze było się zgrzanym i zmęczonym. Na Bałtyku i Morzu Północnym miało to swoje plusy, ponieważ zimno przenikało do szpiku kości i niektórzy cieszyli się, że mogą się go pozbyć. Dla mnie ster był pewnego rodzaju wyzwaniem stawianym mi każdej nocy. Sama się z niego rozliczałam. Sama stawiałam mu czoło.

 

Właściwie motywacja na statku pochodzi w głównej mierze od nas samych. Oczywiście, kapitan, oficer lub bosman może wyrazić swoje uznanie czy zadowolenie, ale to, co jest najbardziej wartościowe, tkwi w nas. Nikt nie jest w stanie docenić naszej pracy tak dobrze jak my sami. Nawet najbardziej drobiazgowy kapitan nie może bezustannie patrzeć na ręce każdemu załogantowi, żeby powiedzieć co robi dobrze a co źle. Na pokładzie i pod nim samotnie stawiamy czoło własnym bolączkom, bólom, lękom i na własną rękę je pokonujemy. Z każdym dniem na morzu człowiek uczy się oceniać siebie nie patrząc na swoją pracę i wysiłek oczami innych, nie próbując na siłę dostosować się do ich standardów. Były takie dni, kiedy wiedziałam, że być może nie spełniłam czyichś oczekiwań, nie wypełniłam zadania tak, jak ode mnie oczekiwano – ale w miarę upływu czasu dochodziło do mnie wyraźnie, że nie jestem w stanie zaspokoić oczekiwań pięćdziesięciu osób naraz.

Dlatego od nowa uczyłam się ufać samej sobie i to mój punkt widzenia stawał się kluczowy. Przecież kto, jeśli nie ja, jest w stanie powiedzieć, czy zrobiłam wszystko co w mojej mocy, czy mogłam dać z siebie więcej? Na lądzie jest to o wiele trudniejsze, ponieważ po zrobieniu czegokolwiek zostajemy poddawani bezlitosnej, jednostkowej krytyce, w przeciwieństwie do statku, gdzie w ostatecznym rozrachunku jesteśmy załogą, a nie przypadkowym zbiorem pojedynczych osób. W załodze praktycznie nigdy nie ma jednego winnego ani jednego zasłużonego.

Na samym początku rejsu wszyscy usilnie staraliśmy się nauczyć każdej linki. Nieustannie myliły się nam fały z kontrafałami, szoty z dirkami, a prawdziwym horrorem było olinowanie żagli rejowych. Za nic nie mogliśmy zapamiętać, w jakiej sekwencji ułożone są gordingi, gejtawy i szoty tych prostokątnych żagli. W konsekwencji bardzo często na komendę „Przygotować się do postawienia foka!” połowa załogi chwytała za gordingi i gejtawy marsla dolnego albo górnego. Wtedy z pomocą przychodzili ci, którym udało się nauczyć tego wszystkiego i wspólnie opanowywaliśmy sytuacje przydzielając się nawzajem do linek, które wydawały nam się tymi odpowiednimi. Nie raz przy stawianiu sztaksli leciałam na drugi koniec pokładu, żeby powiedzieć komuś z wachty, że linka, którą ciągnie, to kontrafał, a żeby postawić żagiel musimy ciągnąć jego fał. Nikt się tym nie przejmował, mimo że czasami robiło się nerwowo. Robiliśmy wszystko na wspólny rachunek i patrząc na łopoczące na wietrze żagle nie myśleliśmy o tym, kto kogo upomniał, kto znów „zawalił”. To było zbędne, niepotrzebne, przecież ostatecznie udało się…

Co do mnie, chyba najbardziej cieszyłam się, gdy któryś z rówieśników w jakiś sposób zauważył i docenił moje starania. Wystarczyło klepnięcie po ramieniu czy uśmiech uznania – załoga bardzo rzadko jest w stosunku do siebie wylewna. Wszyscy przechodziliśmy to samo i zmagaliśmy się z tymi samymi zadaniami – gdy ktoś znalazł pośród tego czas, by oderwać się na chwilę i zdobyć na dodatkowy wysiłek, jakim była ta chwila porozumienia, wyrażenia szacunku… To było to coś niezapomnianego i wartościowego. Dzięki temu uczuciu dostrzegłam, jak ważne jest moje zdanie o kimś i zrozumiałam, że nie trzeba być przełożonym czy kapitanem, by sprawić komuś radość lub zawód swoją oceną.

Cdn.

Maria Kulak
Wrocław, 24 maja 2014

Fot. (wg kolejności umieszczenia w  tekście):
Zbigniew Bosek (1, 4), Anita Wietrzyńska (2, 5),
Kazimierz Robak (3), Magdalena Lapshin (6).

Część drugą – „Żeglowania ciąg dalszy” – przeczytacie klikając w ten link.


 Maria_Kulak_2a_arch_wlasne_autorki

Maria Kulak – urodzona i mieszkająca we Wrocławiu. Po rocznych kwalifikacjach została uczennicą (klasa trzecia gimnazjalna) Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2013, polsko-rosyjska. Przepłynęła w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Gdańska do Civitavecchia. Przed rejsem ukończyła kurs pomocy przedmedycznej i zdobyła książeczkę sportowca uprawiając pływanie, koszykówkę, siatkówkę i bieganie. Była jedną z najlepszych uczenic SzPŻ-2013. (kr) Fot. z arch. autorki.

pdfMaria Kulak:  „Poczuć coś więcej” (1) – do pobrania w pdf

pdfMaria Kulak:  „Żeglowania ciąg dalszy” (2) – do pobrania w pdf

Żeglujmy Razem – powrót na Stronę Główną

Calendar

« August 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

– Ładnie dzisiaj… chociaż nie bardzo… No, jednak… Słowem, nie brzydko, a to najważniejsze… Tak. Nie pada deszcz, nie ma też śniegu.
– To byłoby dziwne, jest przecież lato.
– Proszę mi wybaczyć, właśnie to chciałem powiedzieć… chociaż dowie się pani, że można się wszystkiego spodziewać.
– Zapewne.
– Na tym świecie, proszę pani, niczego nie możemy być pewni.

 
Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego, na półkuli północnej najcieplejsza.

==========================
Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku… bla-bla-bla.

Ponieważ to – było nie było – kalendarz, więc zbiór cytatów i silva rerum z cyklu „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie!”, nie od rzeczy będzie po raz kolejny „palnąć koncept z kalendarza”, czyli polecieć stereotypem. Ale miłym, bo któż z pokoleń pamiętających rok 1960 nie śpiewał:

 

Lato, lato, lato czeka,
Razem z latem czeka rzeka,
Razem z rzeką czeka las,
A tam ciągle nie ma nas .

Już za parę dni, za dni parę
Weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów, Pitagoras – bądźże zdrów ,
Do widzenia wam „canto, cantare”!

 

Dla tych, którzy nie pamiętają: to kawałek piosenki z filmu Szatan z siódmej klasy – tego oryginalnego, z roku 1960, w reżyserii Marii Kaniewskiej, w którym debiutowała na ekranie studentka polonistyki Pola Raksa (poróżniła nas, za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał – śpiewa od 1982 roku Grzegorz Markowski z Perfectu tekstem Bogdana Olewicza). Co dodaję, bo jest też wersja tego filmu z roku 2006, której autorów wymieniać, przez grzeczność, nie będę.
Przez tę samą grzeczność (choć z innych pobudek) dodam, że tekst piosenki napisał Ludwik Jerzy Kern, muzykę – Witold Krzemieński, a wersję oryginalną zaśpiewała Halina Kunicka z Orkiestrą Taneczną PR pod dyrekcją Edwarda Czernego. Szacunek!

==========================

Lato astronomiczne rozpoczyna się od przesilenia letniego i trwa do równonocy jesiennej.
W 2017 na półkuli północnej to okres pomiędzy 21 czerwca a 22 września.

Przesilenie letnie Słońca (ang. summer solstice) na półkuli północnej wypada w dniu, kiedy Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – na 52°13’ szerokości geograficznej północnej – wynosi 61°14’. Podczas przesilenia dzień jest najdłuższy (a noc najkrótsza) w roku.

Równonoc (ekwinokcjum, ang. equinox), to dzień, w którym Słońce góruje w zenicie nad równikiem; zdarza się dwa razy w roku: jako początek wiosny (równonoc marcowa – wiosenna) i koniec lata (równonoc wrześniowa – jesienna). Podczas równonocy długość dnia równa jest długości nocy. W dniach równonocy Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Łatwo wtedy można obliczyć szerokość geograficzną miejsca obserwacji: wystarczy zmierzyć w stopniach wysokość górującego Słońca i odjąć tę wartość od 90º.
W centrum Warszawy, leżącej na 52°13’ szerokości geograficznej północnej, dokładny pomiar powinien wykazać właśnie 52°13’.

 

Podczas lata astronomicznego dzień jest dłuższy od nocy, jednak z każdą dobą dnia ubywa, a nocy przybywa. Słońce wschodzi coraz później i góruje na coraz mniejszych wysokościach nad horyzontem.
Za miesiące letnie na półkuli północnej uznaje się czerwiec, lipiec i sierpień.
Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku: tam miesiące letnie to grudzień, styczeń i luty.

 

Lato klimatyczne to ten okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza przekraczają 15°C. Pomiędzy latem klimatycznym i sąsiednimi klimatycznymi porami roku nie ma etapów przejściowych, w przeciwieństwie do zimy poprzedzanej przedzimiem i następującym po niej przedwiośniem.

 

Rzeczownik „lato” w liczbie pojedynczej dawniej (a dziś w gwarach) znaczył „rok”.
Mąż z królem Bolesławem poszedł na Kijowiany / Lato za latem bieży, nie masz go z bojowiska
pisał Mickiewicz (w jakim utworze – wiadomo).

W języku ogólnopolskim przetrwał w tym znaczeniu do dziś: w liczbie mnogiej rzeczownika „rok”, jako jego forma supletywna. A i w gwarach ma się jak najlepiej: latoś znaczy tyle co ‘w tym roku’, a latosi – ‘tegoroczny’.

 

W terminologii kościelnej istnieje termin „miłościwe lato” oznaczający Rok Jubileuszowy lub Rok Święty (Annum Sanctum), połączony z odpustem, którego jednym z warunków jest odwiedzenie określonych kościołów: niegdyś tylko w Rzymie, dziś – na całym świecie.
Po raz pierwszy obchodzono go w roku 1300 za papieża Bonifacego VIII. Pierwotnie miał się powtarzać co 100 lat, ale zaraz Klemens IV skrócił ten okres o połowę, a Paweł II do 25 lat.
Do tego dochodzą „okazje specjalne”, np. Pius XI ogłosił rok 1933 Świętym dla przypomnienia 1900. rocznicy śmierci Chrystusa, a Benedykt XVI za Annum Sanctum uznał rok 2008, w drugie tysiąclecie od narodzin św. Pawła.

 

Latem, od V w., Kościół wschodnio-chrześcijański obchodził koimesis (gr. Κοίμησις, zaśnięcie) Najświętszej Maryi Panny w przeświadczeniu, że Maryja nie umarła jak zwykły człowiek, lecz została zabrana do Nieba.
W chrześcijaństwie zachodnim, kiedy w VII w. to święto zostało przyjęte w Rzymie, termin „zaśnięcie” został zastąpiony przez „wniebowzięcie”.
W Kościele katolickim, w roku 1950, Pius XII, ogłosił dogmat, stwierdzający, że Maryja, po zakończeniu ziemskiego życia, mocą Bożą została z ciałem i duszą wzięta do wiecznej chwały.

Cerkiew prawosławna obchodzi święto Zaśnięcie Bogurodzicy 15 sierpnia (28 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego).

Protestanci przeciwstawiają się dogmatowi o wniebowzięciu, podając jako argument brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat w Biblii.

W Polsce dzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia) jest wolny od pracy. Tego samego dnia obchodzone jest Święto Wojska Polskiego (przywrócone w 1992).

Święto Wniebowzięcia nazywane jest Świętem Matki Boskiej Zielnej, ponieważ w czasie obrzędów błogosławi się wiązanki ziół i kwiatów.
Według wiary ludowej pobłogosławiony bukiet nabiera cudownych, leczniczych właściwości. Wierni, wracając z kościoła, zostawiali go wśród upraw, gdzie miał przynieść szczęście w zbiorach. Po kilku dniach bukiet zabierany był do domu: najpierw obnoszono go po izbach, a później przechowywano w eksponowanym miejscu, które dawało pewność, że jego moc będzie działała.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
lato to:

białoruskiлетa [lieta]
bośniackiljeto
bułgarskiлято [liato]
chorwackiljeto
czeskiléto
kaszubskilato
litewskivasara
łużycki (dolny)lěśe
łużycki (górny)lěćo
łotewskivasara
macedońskiлетo [lieto]
rosyjski
летo [lieto]

serbskiлетo [lieto]
słowackileto
słoweńskipoletje
ukraińskiліто [lito]
żmudzkivasara

 

Przysłowia związane z latem:

Co się w lecie zarobi,
tym się w zimie żyje.

Co w lecie nogami,
to w zimie rękami.

Dobra nowina:
będzie lato, poszła zima.

Idą za szczęściem
iáko iáskołki zá látem.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto latem pracuje,
zimą głodu nie poczuje.

Kto latem w chłodzie,
ten w zimie o głodzie.

Kto w lecie nie zbiera,
w zimie przymiera.

Kto w lecie próżnuje,
w zimie nędzę czuje.

Latem zbiera baba grzyby,
a chłop w niedzielę
idzie z wędą na ryby.

Lecie mi go nie chłódź,
zimo mi go nie grzej.
[o człowieku, któremu dogodzić trudno, i tak mu źle i tak niedobrze]

Lepsze jedno lato niż dwie zimy.

Mnima káżdy iż wiecznie
Iuż ták ma być láto
.

[Rej, Wizerunk własny żywota człowieka poczciwego, 1558]

Na to jak na lato.
[wyrażenie oznaczające wielką ochotę, skwapliwą zgodę]

O, co bym ja dała za to,
gdyby zawsze było lato.

To pewna nowina:
bywszy lato, będzie zima.

Trzebá się rozmyśláć ná to
Iż nie iutro będzie láto.
[Rej, Zwierciadło, 1568]

W lecie bez roboty,
w zimie bez butów.

Za lata zbieraj na zimę.

 

Przysłowie na
Matkę Boską Szkaplerzną
(16 VII)

Wraz z Szkaplerzną Matką
na zagon, czeladko!

 

Przysłowia na
Wniebowzięcie N.M.P.
(15 VIII)

Do Marji Wniebowstąpienia
miej w stodole połowę mienia.

Gdy w pogodę do nieba Maria wstępuje,
wino Węgrom obfite jesień obiecuje.

Marji Wniebowstąpienie
czyni reszty zboża plenie.

Na Wniebowzięcie
pokończone żęcie.

Pogoda na Wniebowzięcie,
ciężkie ziarno wnet po sprzęcie

W Wniebowzięcie Panny Marji
słońce jasne,
będzie wino godnie kwaśne.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Sierpień
– ósmy miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 31 dni.

Według Aleksandra Brücknera (1856-1939; chyba już zapamiętaliście, że był to filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny) nazwa pochodzi od sierpa żniwnego, tak samo jak w czeskim (srpen), ukraińskim (серпень) i chorwackim (srpanj ‛lipiec’).

A Samuel Bogumił Linde napisał w swoim Słowniku (1812): „sierpień od sierpa rzeczon, bowiem tego miesiąca iuż wszelkie zboża sierpa a źniwa potrzebują”.

 

W Rzymie, przed 46 p.n.e., miesiąc odpowiadający czasowo naszemu sierpniowi był szósty w kalendarzu i nazywał się Sextilis (jeśli ktoś myśli, że to znaczy to, na co wygląda, to nie wnoszę sprzeciwu: już/jeszcze mamy demokrację i każdemu wolno kojarzyć, co z czym chce).

W 46 p.n.e. Juliusz Cezar zarządził reformę kalendarza, wg której pierwszym miesiącem roku stał się Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).

Mimo że już nie szósty a ósmy, Sextilis utrzymał swą nazwę do 8 roku p.n.e., kiedy to – jak twierdzi Swetoniusz (De Vita Caesarum; Divus Augustus, 31.2) – wybrał go na „swój” miesiąc Oktawian August (Octavianus Divi Filius Augustus), pierwszy władca Imperium Rzymskiego (panował od 27 p.n.e. do 14 n.e.).
Nazwa miała upamiętniać zwycięstwa Oktawiana w Egipcie, zamienionym w 30 r p.n.e. w prowincję rzymską.
Ceną tego była m.in. samobójcza śmierć Marka Antoniusza (wcześniej uciekł z pola bitwy pod Akcjum, więc nie żałuję), Kleopatry (której żałuję, bo to nie była aż tak zła kobieta) i śmierć 17-letniego Cezariona (syn Kleopatry i Juliusza Cezara), uduszonego na specjalny rozkaz Oktawiana, któremu pewien filozof-doradca powiedział „Nie jest dobrze, gdy na świecie jest zbyt wielu Cezarów” (no, słów brak!).
Egipt, jak widać, nie zawsze był krainą bajek, a wszystkie te zgony miały miejsce w sierpniu – miesiącu Oktawiana!

Historię piszą zwycięzcy. Dziś większość języków europejskich nazywa ósmy miesiąc roku właśnie wariantami słowa zapożyczonego z łaciny: Augustus. Nawet Grecy używają Αύγουστος, choć mają piękne nazwy historyczne: delficki βουκάτιος (Boukatios), lacedemoński Καρνεῖος (Karneios), delijski Μεταγειτνιών (Metageitnion), beocki Ἱπποδρόμιος (Ippodromios) czy cypryjski Ἔσθιος (Esthios).
Ale cóż – wiadomo: na wyspie Cypr mówią, że myszy jedzą żelazo.

 

1 sierpnia – święto państwowe w Polsce: Narodowy Dzień Pamięci Powstania Warszawskiego.

 

2 sierpnia – w Polsce: Dzień Pamięci o Porajmos – Zagładzie Romów i Sinti dokonanej przez
III Rzeszę Niemiecką i zaplanowanej na szczeblu państwowym.

Hitlerowskie Niemcy za jedną z podstaw swej ideologii przyjęły czystość rasową i supremację ludu ger­mań­skiego – najczystszej gałęzi rasy aryjskiej.
Jak było z Żydami i żydami – wiadomo: obcy rasowo Semici (co ciekawe, przedstawiciele rasy panów z Arabami jakoś się dogadywali) zostali uznani za podludzi, pasożytów i element niepożądany.
„Naukowy rasizm” (notabene nie wymyślony przez Niemców) nie mógł sobie jednak poradzić z prostym faktem, że w Europie jedynymi bezpośrednimi potomkami Ariów byli właśnie Cyganie. Do tego koczowniczy tryb życia Romów utrudniał ich kontrolę przez państwo totalitarne, stąd w III Rzeszy zostali oni uznani za „element aspołeczny”.
Oba te czynniki, podczas rozpatrywania Zigeunerfrage (kwestii cygańskiej), zdecydowały o „eliminacji” czyli wydaniu wyroku śmierci na cały naród usankcjonowanego przez system prawny państwa. Za Rzeszą poszły kraje wasalne, m.in. Rumunia, Chorwacja, Słowacja, Wegry. W przypadkach jednostkowych nazywa się to „morderstwo sądowe”. Wobec zbiorowości jest to ludobójstwo.
Nie ma dokładnych danych dotyczących tej zbrodni. Ocenia się, że w podbitej lub zdominowanej przez nazizm Europie, z liczącej ok. miliona osób populacji Romów, zginęło od 200 do 500 tysięcy ludzi, a prof. Zbigniew Brzeziński uważa, że liczba ofiar Porajmosu sięga 800 tysięcy (Out of Control: Global Turmoil on the Eve of the Twenty-First Century. New York, NY : Simon & Schuster, 1994).

Romowie nie mieli swego Szymona Wiesenthala ani państwa, które by się za nimi ujęło. Nie mieli swego Pabla Picassa, który uświadomiłby światu, że dokonano na nich ludobójstwa.
O Holokauście czy o zbrodni popełnionej na mieście Guernica świat wie prawie wszystko.
O Porajmosie – mimo odosobnionych zadośćuczynień – niewiele, prawie nic.

Odpowiedzmy sami sobie: co wiem o nim ja?

15 sierpnia
kościelne święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
(w Polsce – dzień wolny od pracy) – patrz wyżej w okienku LATO.

święto Wojska Polskiego, obchodzone w rocznicę zwycięskiej bitwy warszawskiej w 1920, stoczonej w czasie wojny polsko-sowieckiej (1919-1921).

 

 

Trzeci weekend sierpnia – Międzynarodowy Weekend Latarni Morskiej i Latarniowca (International Lighthouse and Lightship Weekend) – święto zainicjowane w 1997 r. przez dwóch Szkotów dla upamiętnienia pierwszej ustawy o latarniach morskich, uchwalonej przez Kongres USA w 1789 roku.
Święto obchodzone jest na całym świecie głównie przez radioamatorów, którzy w ten weekend muszą nadawać (i odbierać) z najbliższej latarni morskiej. Jednym z celów święta jest ochrona i renowacja zabytkowych latarni morskich i latarniowców. Zajrzyjcie na: https://illw.net/index.php
Rekordowy był rok 2014: radioamatorzy z 56 krajów zajęli 544 latarnie.
W tym (2017) roku ILLW trwa 48 godzin: od 0001 GMT 19 sierpnia do 2400 GMT 20 sierpnia.
Krótkofalarze z 41 krajów nadawać w tym czasie będą z 340 latarni morskich. Wśród nich będzie tylko jeden nadawca z Polski.
Co na to SP-5 ATV MM?

 

 

23 sierpnia 1989

2 miliony obywateli krajów bałtyckich utworzyło żywy łańcuch mający ponad 600 km długości, łączący Litwę, Łotwę i Estonię (wówczas pod okupacją sowiecką, jako republiki ZSRS).
Było to w 50. rocznicę podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow, którego tajny protokół oddawał pół Polski Hitlerowi a drugie pół i państwa bałtyckie – Stalinowi.

w 2008 Parlament Europejski ustanowił w tym dniu Europejski Dzień Pamięci Ofiar Stalinizmu i Nazizmu.

Międzynarodowy Dzień Pamięci o Handlu Niewolnikami i jego Zniesieniu, ustanowiony w 1998 przez ONZ w rocznicę wybuchu powstania niewolników na Santo Domingo (dziś Haiti). Od 1803 roku w tłumieniu powstania wzięły udział – przykro mówić – oddziały polskie z Legionów Dąbrowskiego wysłane tam przez Napoleona. Na szczęście dla Haitańczyków (i naszej reputacji) przegrały, a wojska Pierwszego Konsula musiały ewakuować się z wyspy.
1 stycznia 1804 Haiti uzyskało niepodległość jako drugie niezawisłe państwo po zachodniej stronie Atlantyku, chociaż to, co się tam działo później, to osobna
(i koszmarna) historia.

 

 

30-31 sierpnia 1980 (oraz: 3 i 11 września) – cztery komitety strajkowe (w Szczecinie, Gdańsku, Jastrzębiu-Zdroju i Dąbrowie Górniczej) podpisują porozumienia z rządem PRL. Kończy to okres zwany „wydarzenia sierpnia 1980”. Na podstawie jednego tych porozumień zarejestrowano w listopadzie 1980 NSZZ Solidarność.

 

 

Znaki Zodiaku
w sierpniu:

Lew (♌) – do 22 sierpnia.
Panna (♍) – od 23 sierpnia.

Samochwalstwo Lwów (i Lwic) zdemaskowane zostało w poprzednim odcinku.
A Panny? Czyżby były dużo lepsze?
Oficjalnie – oczywiście, przecież inaczej nikt by horoskopów nie czytywał, ani (tym bardziej) nie kupował. A jednak:

…bardziej osobiste wiązanie się z ludźmi urodzonymi pod tym znakiem to rzecz beznadziejna, bo Panna – zarówno rodzaju męskiego, jak i żeńskiego – jako partner (we wszystkich aspektach) wykazuje wdzięk słonia i pomysłowość królika. Dzieci ze związku Panny z jakimkolwiek innym znakiem kończą na ogół w klinikach dla nerwicowców.

Nawet Wiki, zazwyczaj bardzo układna, podaje że Pannom przypisywana jest „refleksyjność" (a nie jest to bezmyślność?), „podatność na poglądy innych osób” („mądrość ludowa nazywa takiego „kurek na kościele”, czyli „skąd wiatr powieje…”), nadmierna wrażliwość, mała odporność na krytykę i „nadmiernie zamartwianie się o perfekcyjność”.
Zwłaszcza to ostatnie, choć ładnie opakowane w słowa, budzi grozę – przypomnijcie sobie film Sypiając z wrogiem (Sleeping with the Enemy, 1991) z Julią Roberts: tak poukładać ręczniki w szafie mógł tylko osobnik spod znaku Panny.
Truizmem będzie dodanie, że w zodiakalnej układance rządzą Bliźnięta.

 

Kwiaty sierpnia:

mieczyk (Gladiolus L.) – piękny i magiczny. Daje się go zwłaszcza osobom obchodzącym 40-tą rocznicę (w tradycji francuskiej to rocznica szmaragdowa; w anglosaskiej – rubinowa) ślubu, lub czegokolwiek.

mak (Papaver somniferum L.) – symbol pokoju, snu i śmierci. Nie będzie żadnych detali na temat tego, co się robi z makówek, makowego soku i nasion, bo raz – wszyscy wiedzą, dwa – po co nam te kłopoty gdyby co. Wystarczy wspomnieć, że znajoma tłumaczyła się gęsto amerykańskim celnikom, iż mak, który wiezie z Polski, wykorzysta tylko do produkcji makowca. Nie wwiozła – zabrali. Może i dobrze, bo inna amerykańska znajoma twierdzi, że po spożyciu kilku kawałków makowca, dosolili jej za jazdę pod wpływem. Strach się bać!

 

Kamienie sierpnia:

perydot – jeśli o takim nie słyszeliście, to może Wam coś wyjaśni informacja, że jest to szlachetna odmiana oliwinów. Też nic? Mnie też nic.
Więc: wikipedia. Jak zawsze swojska, bo wyjaśnia, że perydot nazywano szmaragdem ubogich i że noszono go, by uspokoić nerwy, pozbyć się złości, depresji oraz na dobry humor. Mądrzej się nie zrobiło, ale trochę weselej, prawda?

sardoniks – czyli rodzaj onyksu, który z kolei, podobnie jak heliotrop czy karneol, jest odmianą chalcedonu. Tu już cieplej, bo właśnie w chalcedonie rzeźbione są najcenniejsze antyczne gemmy: kamee i intaglia.
Jeśli jesteście w Polsce, możecie zobaczyć bizantyjską gemmę z heliotropu w Muzeum Narodowym Ziemi Przemyskiej w Przemyślu, albo gemmę Gordiana III z karneolu (są tylko dwa takie medaliony na świecie, drugi jest w British Museum) w Międzyrzeczu (woj. lubuskie) – na ogół pokazują tam tylko kopię, bo nie mają pieniędzy na stałych strażników; a nie lepiej gemmę sprzedać i strażników zatrudnić? Nie byłoby czego pilnować (więc skuteczność stuprocentowa), ale ludzie by sobie trochę zarobili.
Sardoniks to odmiana onyksu z warstwami o dominujących odcieniach czerwieni, klejnot ten zdobi piątą warstwę fundamentu pod murem Miasta Świętego – Jeruzalem. Tak twierdzi św. Jan w Apokalipsie (21:20) i chyba najbezpieczniej to przyjąć na wiarę.

 

Z sierpniem – tak naprawdę – nie wiadomo, jak jest.
Niby porządny, bo jeszcze wakacyjny (plus), ale wakacje kończący (minus).
Niby długi, bo 31 dni (plus), ale ci, co na etacie, pracują więcej za te same pieniądze (minus).
Niby ciepły, bo lato (plus), ale pod koniec w rowie się nie prześpisz (minus).
Niby się ładnie nazywa po polsku (plus), ale sierp zbyt dobrze (od 1917) się nam nie kojarzy (minus).
Niby się ładnie nazywa po polsku (plus), ale jego łacińska i zlatynizowana nazwa to krańcowy przykład oportunizmu wobec władzy (minus).
Niby miesiąc Cudu nad Wisłą (plus), ale gdy się głębiej zastanowić, czemu tę wygraną bitwę nazwano „cudem”, to… (minus).
Sierpień 2014 zapunktował specjalnie: miał 5 piątków, 5 sobót i 5 niedziel (plus, bo pracy mniej). Ale niewiele z tego wynika, bo poprzedni taki miesiąc był w roku 1191, a następny będzie w 2837 – podobno, bo komu by się chciało sprawdzać…
Tak więc w 2014 minusy mogły nie przesłaniać nam plusów, ale w inne lata? Lepiej nie myśleć…

 

Imieniny w sierpniu
są ciekawe:

  • Dorota (7 VIII) – bo tak miała na imię żona Kochanowskiego, który pisał do niej:

Nieprzepłacona Doroto,
Co między pieniędzmi złoto,
co miesiąc między gwiazdami,
Toś ty jest między dziewkami!
[…]
Szyja pełna, okazała,
Piersi jawne, ręka biała.
[…]
A kiedy cię pocałuję,
Trzy dni w gębie cukier czuję!

Pisze dziś kto tak o żonie?

  • Romuald i Roman (9 VIII) – bo kto nie wie, czy to jest pytanie czy hasło, to wie niewiele o polskich zespołach kultowych;
  • Jacek (17 VII) – bo tak ma na imię przyjaciel, z którym chodziłem do jednej klasy od pierwszej podstawowej do matury i przyjaźnię się przez całe życie; a chociaż odpłynął w ubiegłym roku do Hilo, wciąż odbieram go w czasie teraźniejszym;
  • Maria (15 VIII) – bo Maria; piękne imię i piękny dzień; mimo, że tego samego dnia obchodzi imieniny Napoleon;
  • Męcimir (21 VII) – bo już chyba nikt nie nosi tego imienia i na bitewnym polu semantycznym pozostał tylko Kazimierz.

Wszystkiego najlepszego!

 

Urodziny w sierpniu
– tu jest kłopot, bo uważam, że Damy mogą obchodzić maksymalnie 20-te urodziny, a dalej mają tylko imieniny (nawet kilka razy w roku).
Tak więc sierpniowe imprezy urodzinowe (Dżentelmeni) i imieninowe (Damy) urządzają:

• 10-go – Dama niezwykła, która nie tylko wie, co to jest bartyzana, kroksztyn, loksodroma i funkcja przesunięta o wektor długości, ale też docenia znaczenie zapałek i to, że muszą one leżeć zawsze na swoim miejscu, co rokuje jak najlepiej rejsom przez Nią prowadzonym i tym, w których bierze udział;

• 11-go – kapitan i pilot (latający, nie portowy) zwany Krzysztofem Młodszym, jedyny kapitan żaglowców pochodzący z Piotrkowa Trybunalskiego; jeśli nie wiecie, o kim mowa, to zobaczcie, kto dostał wyróżnienie w konkursie Rejs Roku za kapitanowanie Pogorią ze SzPŻ-2016 i kto jest współredaktorem strony www.ZeglujmyRazem.com

• 13-go – pewna Dama, do której żywię ogromną atencję, a jeszcze bardziej jestem wdzięczny za… (już ona wie za co);

• 26-go – inna Dama, pochodząca z Kuby, bardzo mądra, o innych przymiotach nie wspominając.

¡Damas y Caballeros!
Najserdeczniejsze życzenia!

 

 

Śluby i wesela
w sierpniu:

no cóż, skoro ktoś musi…
Filozof powiedział kiedyś, że czy zrobisz tak, czy tak – i tak będziesz żałować (myśli mądrych ludzi wiecznie żywe).
A dwóch moich przyjaciół akurat się rozwodzi…

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
ósmy miesiąc roku to:

białoruskiжнівень [żniwień]
bośniackiaugust
bułgarskiавгуст [avgust]
chorwackikolovoz
czeskisrpen
kaszubskizélnik (też: zelan, august, sërpiń)
litewskirugpjūtis
łatgalskilabeibys (też: augusta)
łotewskilabeibys
łużycki (dolny)jacmjeński (też: awgust)
łużycki (górny)žnjenc
macedońskiaвгуст [avgust] lub жетвар [żetvar]
rosyjskiaвгуст [avgust]
serbskiaвгуст [avgust]
słowackiaugust
słoweńskiavgust
ukraińskicерпень [sierpień]
żmudzkirogpjūtis

 

Przysłowia związane z sierpniem:

Czego sierpień nie uwarzy,
wrzesień tego nie upiecze.

Kiedy sierpień następuje
resztki zboża koszą,
albo sierpem dożynają
i przepiórki płoszą.

Lekarstwo często nie służy
w sierpniu, jeśliś zdrów i duży;
nie skąp sobie, nie cierp głodu,
wypij spory kufel miodu.

Od głodnych cierpień –
najlepsze lekarstwo sierpień

Sierpień pogodny
winom przygodny.

Sierpień,
ten spoczynku nie chce dać,
bo każe orać i siać.

W sierpień sierpuj,
z prac nie cierpuj.

W sierpniu,
gdy zagrzmi strony północnymi
ryb klęska
i co czołga się po ziemi.

W sierpniu mgły na górach
– mroźne Gody
mgły w dolinach
– dla pogody.

W sierpniu przewodzi sierp,
mitręgi nie cierp.

W sierpniu wszelki zbytek
nie idzie w pożytek.

Z sierpem w ręku witać sierpień:
wieleć uciech, wiele cierpień.

Zima nie przynosi pożytku,
ale bez niej nic nie zbiera Sierpień.

 

Przysłowia na
św. Dominika
(4 VIII)

Na świętego Dominika zboże z pola do gumn zmyka.
Na święty Dominik kopy z pola myk, myk.
Gdy ciepło na Dominika, ostra zima nas dotyka.

 

Przysłowia na
św.
Kajetana (7 VIII)

Św. Kajetanie, strzeż od deszczu zboża zebranie.
Św. Kajetanie, strzeż od deszczu sprzątanie.

 

Przysłowia na
św.
Wawrzyńca (10 VIII)

Gdy na Wawrzyńca orzechy obrodzą,
to w zimie mrozy dogodzą.

Gdy na Wawrzyńca słota trzyma,
do Gromnic lekka zima.

Wawrzyniec pokazuje,
jaka jesień następuje.

Przez przyczynę Wawrzyńca męczennika
chroń Boże pszczółki od szkodnika.
[na południu Polski św. Wawrzyniec uważany jest za patrona pszczelarzy, dlatego w dniu jego święta święci się miód odmawiając przy tym tę modlitwę]

Przysłowia na
św. Rocha
(16 VIII)

Na św. Roch
w stodole groch.

Od św. Rocha
na polu socha
[czyli zaczynają się jesienne orki]

 

Przysłowia na
św. Jacka
(17 VIII)

Z jaką pogodą Jacek przybywa,
taka jesień bywa.

Jeśli na Jacka nie panuje plucha,
to pewnie zima będzie sucha.

Na świętego Jacka
najecie się placka.

Na święty Jacek
z nowej pszenicy placek.

O, święty Jacku z pierogami!
Święty Jacku z pierogami, zmiłuj się nad nami!
[To nie żart! Poszukajcie historii św. Jacka Odrowąża, a przekonacie się sami!]

 

Przysłowia na
św.
Bartłomieja (24 VIII)

Od Bartłomieja
lepsza w stodole nadzieja.

Po Bartłomieju
jedz kluski na oleju.

Na święty Bartłomiej
śmiało żyto siej.

Przyszedł św. Bartłomiej –
żytko na zimę siej.

Jak Bartłomiej nie zasieje,
nie pokropi św. Idzi (1.IX),
to się żyta w polu nie uwidzi.

Bartłomiej zwiastuje,
jaka jesień następuje.

Bartłomieja cały wrzesień
naśladuje i z nim jesień.

 

Przysłowia na
św.
Augustyna (28 VIII)

Na św. Augustyna
orka dobrze się poczyna.

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha