Wojciech Jacobson

Miasteczko na kotwicy

W normalnych portach handlowych nie ma dziś miejsca dla jachtów. Od tego są teraz przystanie klubowe lub coraz częściej mariny. Mariny – to znaczy specjalne porty jachtowe z zapleczem technicznym, sanitarnym i całą infrastrukturą. Za postój pobierane są tam opłaty i to dość słone: budowa mariny musi się zamortyzować. Najdroższe są miejsca przy pomostach, gdzie doprowadzana jest woda i prąd, tańsze – na bojach, dziobem lub rufą do lądu, a najtańsze na kotwicy.

W Cayenne nie było mariny, nie było przystani, ba! – nie było nawet portu. Wszystkie jachty niezależnie od zamożności właścicieli czy załóg, stały na kotwicy w ujściu rzeki.
Źle powiedziałem, że w Cayenne nie było portu. Właśnie to kotwicowisko w ujściu rzeki nazywało się Vieux Port – stary port. To miejsce przez kilka stuleci było jedynym portem Gujany: tu docierały statki odkrywców, zdobywców, a potem kolonizatorów, tędy wiódł szlak transportowy z Europy i do Europy. Tutaj też zbudowano fort wojskowy i postawiono latarnię morską.

Gdzieś po drugiej stronie wyspy Cayenne, kilkanaście kilometrów od miasta, znajduje się nowy port dla dużych statków – Dégrad des Cannes. Kotwicowisko Vieux Port jest natomiast miejscem postoju małych jednostek motorowych, kutrów przybrzeżnych i jachtów. Nawet port rybacki jest w innym miejscu.

W muzeum miejskim w Cayenne oglądałem ryciny i sztychy obrazujące stary port: statki żaglowe na kotwicach, łodzie wiosłowe przewożące ludzi i towar na niedaleki drewniany pomost, tragarze załadowujący szalupy i barki. W miejscu drewnianego pomostu stoi obecnie betonowa keja na palach i kilkusetmetrowy nasyp nad bagnistym rozlewiskiem. Do komunikacji z lądem, w miejsce szalup i barek, służą teraz plastykowe łódeczki i dmuchane dinghy z silnikami Yamahy.

Nie jest to łatwe kotwicowisko. Dwa razy dziennie prąd pływowy zatrzymuje rzekę, dwa razy rzeka rusza z podwójnym impetem. Jachtami obraca tam i z powrotem, wskaźnik logu wystukuje „na stojąco” prędkość nurtu 5-6 węzłów. Przepłynięcie do kei naszym małym wiosłowym składakiem w godzinach „szczytu prądowego” jest bardzo trudne zwłaszcza, że stoimy dość daleko od brzegu. Trzeba pilnować tabeli pływów i odpowiednio planować wszystkie wyjścia i powroty z miasta.
Przy odpływie nowa trudność. Uciekająca woda odsłania bagniste łachy, które odcinają drogę do lądu. Nawet przy kei jest płytko – stojące tam kutry tkwią nieruchomo w mule. W błotnistym osadzie tkwią też jachty, które rzuciły kotwicę zbyt blisko lądu. Wyglądają malowniczo – przechylone, jakby zakopane w piasku. Przez kilka godzin są jednak odcięte całkowicie od świata bowiem to, co wygląda na niewinny piaszczysty osuch, jest błotnistą mazią, niemożliwą do przebrnięcia. Grzęzawisko jest pełne życia – roi się tam od krabów i niezwykłych „pełzających” ryb, co przyciąga białe i czarne czaple, flamingi i inne ptactwo.
Wszystko ma dla mnie egzotyczny urok i koloryt. Niezwykły jest również kolor wody: rzeka zmieszana z morzem i mułem ma barwę złocisto-kremową.

Od strony morza w czasie odpływu wyłaniają się spod wody mielizny, nad którymi wpływaliśmy do portu. Brzeg wydłuża się, a mielizny ciągną się kilometrami, niemal po horyzont. Codzienny widok tych odsłoniętych łach nieodmiennie przywodził mi na myśl tragiczną scenę z książki Henri Charriére’a „Papillon”: tratwa z uciekinierami z więzienia na Wyspie Diabelskiej, położonej niedaleko Cayenne, utyka w czasie odpływu na przybrzeżnej ławicy; jeden z uciekinierów próbuje dotrzeć pieszo do zbawczego lądu, pochłania go jednak bagno.

Na naszym kotwicowisku koło fortu Cépérou stało ponad czterdzieści jachtów. Czterdzieści kilka jachtów to czterdzieści kilka rodzin – całe miniaturowe miasteczko! Nie przesadzam: większość jachtów to pływające rodziny. Przeważnie ludzie młodzi, lub w średnim wieku – małżeństwa z małymi i podrosłymi dziećmi, psami, kotami, ale także i rodzice z dorosłą młodzieżą. Wszyscy na szlaku przygody – pływanie nie na pokaz, nie dla pobicia rekordu – taki po prostu styl życia. Rzucają pracę, biorą sabbatical – długoterminowe urlopy i wypływają z Francji na rok, dwa, trzy – a nawet czternaście, jak Christophe.
Co ich gna, co ich skłania do takiego życia? Czy tylko przygoda? Nie wiem, zaprzepaściłem szansę – mogłem każdemu stawiać podobne pytania, ale czy odpowiedzi byłyby szczere? Może mają w tym własną kalkulację: zasiłek dla „bezrobotnych”, ucieczkę przed podatkami?

Dla części jachtów Cayenne jest bardzo ważnym etapem w ich wędrówce. Tu jest jedyne miejsce w Południowej Ameryce, gdzie można znaleźć łatwo pracę, zarobić na dalszą żeglugę. Normalny „szlak francuski”, jak go nazywamy, prowadzi z Europy do frankońskiej Afryki Zachodniej i dalej, przez Wyspy Zielonego Przylądka, do Brazylii. Stamtąd przez Gujanę Francuską, Karaiby – Martynikę i Gwadelupę – z powrotem do Europy. Całość można opłynąć w ciągu niecałego roku wykorzystując sezon zimowy – podobny szlak obrał nasz Boruta. Praktycznie taka wędrówka trwa dłużej niż rok, bo któż by się spieszył, jeżeli po drodze jest tak ciekawy i tani kraj jak Brazylia, potem inny kraj – kawałek tropikalnej Francji, gdzie można uzupełnić finanse i… wrócić ponownie do Brazylii!
Możliwość złapania pracy i zarobku powoduje, że w Cayenne jachty rzucają kotwicę na dłużej. Eks-kolonia, a teraz Departament Zamorski Francji, potrzebuje wykwalifikowanych pracowników: spawaczy, techników, mechaników, budowlanych, inżynierów. Do prostszych prac są miejscowi ludzie.

 

Życie w miasteczku na kotwicy zaczyna się o świcie. Jeszcze ciemno, godzina szósta rano, a w bulajach jachtów migotają światełka i słychać warkot motorowych bączków. Zaspane żony odwożą mężów na keję, po drodze zabierając sąsiadów. Wszyscy się spieszą, praca rozpoczyna się o 6:30 lub o 7:00 – to są tropiki.

Potem panie, o ile same nie mają posad, wracają na jachty i zaczynają pracowity dzień gospodyń domowych: gotowanie, pranie, mycie, sprzątanie, prace bosmańskie, malowanie, lekcje z dziećmi, zakupy. Przed zakupami trzeba podrzucić dzieci do zaimprowizowanego przedszkola na sąsiednim jachcie lub zabrać swoje i cudze dzieci razem na pływalnię lub do parku. Prócz zakupów trzeba napełnić kanistry słodką wodą i przytargać to wszystko bączkiem z lądu na jacht. Pracy nie brakuje nigdy… W czasie nieobecności gospodarzy jachty pozostają pod okiem sąsiadów. Ci obserwują, czy łódki nie dryfują, czy kotwica trzyma i czy nie kręcą się intruzi. Pokładów dodatkowo strzegą psy.

Prawie na każdym jachcie francuskim są zwierzęta domowe, najczęściej koty i psy, i to najrozmaitszych ras i wielkości: od ratlerków do nowofunladczyków. Sympatyczne są te psy jachtowe. Moglibyśmy wiele o nich opowiadać: o tym, jak lubią jazdę łódeczkami na ląd, jak wdrapują się same na keję po drabinkach i trapach, jak ochoczo się kąpią, jak przystosowują się do warunków żeglarskich. Mamy wśród nich przyjaciół: Gadoche, Taurupidou, Gogol i inne. Śmiejemy się, że nie było jeszcze „pierwszego polskiego rejsu z psem” („pod psem?”), a tu niespodziewanie żeglarze z Boruty informują nas, że był! Gienek Moczydłowski, znany i sympatyczny kaphornowiec, żeglował z dwoma psami i sprzątnął innym temat do kolejnej publikacji.

 

Miejscem, gdzie można spotkać wszystkich z miasteczka na kotwicy, jest wiata z falistej blachy usytuowana na kei nieopodal budki policji granicznej. Wiata jest umywalnią, pralnią, prysznicem, studzienką (pompą) skąd pobiera się wodę, a zarazem miejscem towarzyskich spotkań. Tu można zawrzeć znajomości, wymienić informacje, wysłuchać ploteczek i aktualności – zupełnie jak w maglu. Wiata jest zamykana na szyfrowaną kłódkę, ale wszyscy znają szyfr – mogę go zdradzić: 1984! Za wodę i korzystanie z wiaty płaci się komuś, nikt dokładnie nie wie, komu. Za to ogłoszenie na ścianie podaje wyraźnie cenę: 30 franków na miesiąc na rodzinę! Oczywiście, że na rodzinę – jacht jest przecież rodziną, domem rodzinnym w miasteczku!

 

Nie mamy wiele czasu na życie towarzyskie, ale z ludźmi z naszego miasteczka spotykamy się i widujemy bardzo często. Nawet bez bliższych kontaktów pamiętamy twarze, kojarzymy z jachtami, pozdrawiamy się, wymieniamy uprzejmości – jak w schronisku górskim na nartach. Kto powiedział, że Francuzi są nieuczynni i zadufani? Przynajmniej nie mają takich cech nasi sąsiedzi z kotwicy. Wręcz przeciwnie: szukają kontaktów, uśmiechają się, spieszą chętnie z pomocą.

Znajoma z widzenia uśmiechnięta dziewczyna z jachtu Rantamplan zaczepia mnie na ulicy w Cayenne:

– Wiesz, widzę często, że chodzisz pieszo i to daleko, aż na pocztę (cztery kilometry) – my mamy na pokładzie dwa rowery. Jak chcesz, możesz jeden używać na stałe!

Zajęci własnymi sprawami nie odwiedzamy innych jachtów, ale widocznie jesteśmy dla Francuzów jakąś egzotyką, bo przychodzą do nas sami:

Louis i Elizabeth z Elocina, z którymi pływałem dwa tygodnie w Brazylii,

Bernard, inżynier z metra paryskiego, z jachtu Mischka VI, który pływa samotnie już trzeci rok, kończy rejs dookoła świata – przeszedł samotnie przez Kanały Patagońskie – chapeau bas! Jego Mischka – Misiek, to wzór elegancji, czystości, schludności i porządku. Wszystko na swoim miejscu, wszystko przemyślane – jaki kontrast z Marią!

Alain i Danielle z betonowego kecza Le Gueux – włóczęga, ciułający środki na dalszą żeglugę do Australii i interesujący się informacjami Ludka o tym kraju.

I przede wszystkim – przemiły, uczynny i serdeczny Alzatczyk – Philippe z Catimini. Philippe ma słuch absolutny, po angielsku mówi jak Anglik, po niemiecku – jak rodowity Niemiec i równie ładnie po hiszpańsku. Gdy usłyszał nasze polskie rozmowy wykrzyknął: „Jaki piękny jest wasz język!”

Mignęli też nam starzy znajomi: Jean i Marice z synem, z Christophe’a, ci sami, którzy jeszcze w Brazylii, w Itaparica, dali nam list-glejt protekcyjny pisany na serwetce, a skierowany do wpływowego znajomego w Cayenne. Przyjechali z Kourou autobusem sprawdzić, czy Maria przypłynęła do Cayenne i teraz zapraszali do odwiedzenia Christophe’a w Kourou.

 

Kourou to niewielka 6-tysięczna miejscowość, położona około 50 kilometrów od Cayenne naprzeciwko wysp Salut, u ujścia rzeki Kourou. Rozwinął się tam nowy port, dogodniejszy podobno dla jachtów od kotwicowiska w Cayenne. Port obsługuje głównie Gujańskie Centrum Kosmiczne, które powstało w roku 1967, kiedy Francja przeniosła swój ośrodek kosmiczny z Sahary do Gujany. Centrum w Kourou wykonuje teraz program satelitarny dla całej Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej wynosząc na orbitę satelity komunikacyjne. Rozwój ośrodka oraz przedsiębiorstw współpracujących zaktywizowały gospodarkę Gujany i stworzyły możliwości pracy dla fachowców, w tym również dla przybyszów na żaglach.

Z Kourou wiążą się także tragiczne dzieje wyprawy kolonizacyjnej w latach 1763-1764. Sprowadzono wtedy z Francji 12 tysięcy osadników, których wysadzono – bez przygotowania – na plażę między rzeką a morzem. W krótkim czasie kolonizatorów zdziesiątkowała malaria i żółta febra. Dwa tysiące osób uciekło na wyspy Salut, reszta zmarła. Żółta febra została wytępiona z Gujany, ale ostrzegano nas przed malarią i zalecano zażywanie arechinu.

W miasteczku na kotwicy silny, nieustający wiatr pasatowy nie dawał komarom żadnych szans. Mieliśmy natomiast okazję zwiedzenia miejscowego Instytutu Pasteura, gdzie prowadzone są badania nad szczepionką przeciwmalaryczną. Ku mojemu wielkiemu żalowi nie udało nam się dojechać do Kourou, ani na wyspy Salut, głównie z powodu braku czasu. Wielka szkoda, bo ośrodek kosmiczny jest w niektóre dni otwarty dla zwiedzających, a ponadto 4 marca wystrzeliwano tam kolejną rakietę Ariane 8 z satelitą komunikacyjnym. Z naszego miasteczka na kotwicy widzieliśmy lecącą Ariane, jak nikłą kometę znikającą w chmurach.

 

Tego samego dnia oglądaliśmy inne wielkie wydarzenie, przeżywane na pewno goręcej przez czarną ludność Cayenne niż wystrzelenie jakiejś tam rakiety: ostatnia niedziela karnawału, samo apogeum! Zapewne zapomnielibyśmy w ogóle o karnawale, ale już w piątek zamykano wcześniej urzędy, banki i sklepy, zapowiadając otwarcie dopiero w następny czwartek.

Strajkujemy – wyjaśniali nam urzędnicy śmiejąc się.

Karnawał gujański był nieco inny od tego, jaki spodziewaliśmy się zobaczyć znając z relacji pośrednich karnawały brazylijskie. W Rio de Janeiro parada jest żywiołowym, ale wyreżyserowanym spektaklem, w Salvadorze brazylijskim – spontanicznym tanecznym przemarszem tzw. bloków prowadzonych przez zespoły muzyczne „trio-electrico”, natomiast to, co zobaczyliśmy w Cayenne, bardziej przypominało uliczną maskaradę.
Małe i większe, 5-30-osobowe, grupki przebierańców przeciągały dość chaotycznie ulicami miasta. Często tory ich przemarszu krzyżowały się lub biegły przeciwprądowo, nie powodowało to jednak większego zamieszania, ani nie hamowało entuzjazmu uczestników.
Przebrania i maski przygotowywane były od miesięcy – nie można odmówić im pomysłowości i fantazji. Gama różnorodności ogromna: maski przerażające, agresywne, komiczne, zwierzęce, fantazyjne i charakterystyczne. Przebrania, często jednolite dla całej grupy – np. wiedźmy, muszkieterzy, piraci, diabły itp. – w większości były jednak barwnymi kompozycjami indywidualnymi. Rozśmieszali nas Murzyni umazani na czarno i w czarnych strojach.
Każdej grupie towarzyszył zespół rytmiczny lub też stanowiła go całość uczestników. Przeważały instrumenty zaimprowizowane ad hoc: puszki, pudła, pojemniki plastykowe, wiadra, bębenki i obowiązkowo gwizdki. Rytm świetny, do tego śpiew – także rytmiczny, skandowane okrzyki i posuwisty marsz-taniec w takt samby. Robiło to duże wrażenie, szczególnie gdy szły zorganizowane oddziały. Momentami grupa zwalniała, podrygując w miejscu, rytm nieco ucichał, by nagle, na jakiś znak czy okrzyk wybuchnąć ze zwielokrotnioną siłą i tempem. Uczestnicy ruszali wtedy do przodu z ogromnym impetem porywając w szalonym tańcu wszystkich wokoło. Było w tym coś jak rezonans. Nogi same wybijały rytm i wpadały w charakterystyczny, posuwisty, łyżwowy krok.

Przemarsz trwały do nocy, potem zostawał tylko rytm i śpiewy niemilknące do rana. Powtarzało się to w następne wolne od pracy dni, w tym także, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, we Środę Popielcową. W tym dniu zmieniła się jednakże sceneria. Znikły barwne, wesołe stroje, dominowała wyłącznie biel i czerń. Był to ponowny pokaz pomysłowości przebrań i kompozycji strojów – zawierały one teraz elementy kojarzące się ze śmiercią i sprawami wieczystymi. Rytm i taneczny marsz pozostawały te same. Rozgorączkowane czarne twarze przysypane złotym i srebrnym proszkiem, roztańczone ciała, gwizdki, bębny, okrzyki, śpiew.

Te kilka dni były radosnym świętem i zabawą czarnej i śniadej społeczności Cayenne. Biali mieszkańcy, także ci z kotwicowiska, przyglądali się przemarszom z ciekawością. Zainteresowania nie okazywali natomiast Chińczycy – zaniepokojeni, pilnowali pieczołowicie swoich sklepów.

 

Karnawał nie był dla nas największą atrakcją pobytu w Gujanie.
W ostatnią niedzielę przed opuszczeniem Cayenne Jean-Pierre, znajomy lekarz z Instytutu Pasteura, zaprosił nas na wycieczkę do Amazonii Gujańskiej w górę rzeki Comté.
Jak na złość deszcz lał od rana. Ośmioosobowy Zodiak, gumowy ponton z 45-konnym silnikiem Yamaha, pruł z szybkością trzydziestu kilku kilometrów na godzinę krętym wodnym szlakiem. Wszyscy chronili się pod prowizorycznym okryciem. Deszcz ściekał po twarzach, ale nie psuło to wrażeń.
Spod przymrużonych powiek obserwowałem dżunglę, zwartą ścianę zieleni z gałęziami i zwojami lian sięgającymi powierzchni nurtu, wypatrywałem dzikich ptaków i zwierząt, chłonąłem zapach wody i lasu. Wyobrażałem sobie, że to nie pędzący Zodiak, a czółno indiańskie i w tym nierealnym świecie czułem się niemal jak odkrywca. Mimo deszczu i zimna (tak, zimna w tropiku!) rozpierała mnie radość.
Scenerie oglądane dotąd w filmach czy reportażach Stanisława Szwarc-Bronikowskiego, Wiesława Mrówczyńskiego, Jerzego Surdela czy Toni Halika były teraz moim udziałem – nigdy się tego nie spodziewałem!

Zodiak zwalniał tylko dla dolania paliwa i pędził dalej zakrętami rzeki zręcznie wymijając przeszkody dopóki, po wielu godzinach , drogi nie zagrodziły sterczące z wody kamienie i gałęzie. Zawróciliśmy wówczas do miejsca, gdzie już wcześniej, w zakolu rzeki, widzieliśmy większą liczbę łodzi a nawet zakotwiczony jacht. Na kawałku piaszczystego brzegu tkwił palik z napisem Degrade Cacao – przystań Cacao.

Kilometrowy spacer rozmiękłą deszczem, czerwonawą drogą prowadził do kolejnej niespodzianki: do osady Cacao, indochińskiej wioski w dżungli gujańskiej!

Siedem czy osiem lat temu energiczny proboszcz laotański wyjednał u władz francuskich możliwość osiedlenia w Gujanie całej swojej wioski – sześciuset osób. Hmongowie – bo tak brzmi regionalna nazwa tej grupy wieśniaków, trafili w warunki niemal idealnie zbliżone do rodzinnych. Ten sam klimat, temperatura, tropikalna wilgotność. Wybrano dogodne miejsce – blisko rzeki i szlaku komunikacyjnego a daleko od miasta – i wycięto kawałek pełnej pasożytów dżungli pod budowę osady. Rodzinom przydzielono działki surowego terenu, jednakową ilość drewna budulca i udzielono kredytu. Resztę pozostawiono pracowitym rękom i przedsiębiorczości indochińskich wieśniaków.

W ciągu siedmiu lat wyrosło schludne osiedle ze szkołą, spółdzielnią, dwiema świątyniami, dwiema gospodami i wiatą targową. Hmongowie budowali wszystko sami, w swoim charakterystycznym stylu, pomagając sobie wzajemnie. W ten sposób w puszczy gujańskiej znalazła się indochińska wioska ze skośnookimi mieszkańcami w tradycyjnych, charakterystycznych strojach..

Mili są Hmongowie, pogodni, uśmiechają się do każdego, pozdrawiają uprzejmym „Bonjour”, choć francuskiego w większości nie znają. Ich tłumaczami są teraz dzieci, dumne ze swojej roli. Hmongowie żyją z uprawy ryżu, kukurydzy, warzyw i korzennych przypraw. Swoje płody i wyroby ludowe sprzedają na „chińskim rynku” w Cayenne oraz pod własną wioskową wiatą. Właśnie u nich Ludek zaopatrzył się w poszukiwane od dawna ostre papryczki i pieprz kajeński. W samym Cayenne na próżno szukaliśmy oryginalnego Cayenne pepper. Owszem, był eksponowany w muzeum, natomiast w sklepach można było jedynie dostać, po słonej cenie, pieprz kajeński importowany z… Dijon we Francji!

Pod wiatą, na wioskowym rynku próbowaliśmy smaku indochińskich potraw przygotowywanych na miejscu w gorących garach i serwowanych w miseczkach lub na kiściach palmowych. Położona opodal gospoda z chińską kuchnią zyskała renomę i ściąga tu na weekendy mieszkańców Cayenne. Jednym z przysmaków jest tatu – pieczony pancernik, złowiony w dżungli. Rzeczywiście znakomity, mięso przypomina delikatną cielęcinę.

* * *

 Nasza wycieczka skończyła się jak kolejny sen i nadszedł czas na dalszą morską wędrówkę. Z poszukiwania dorywczej pracy zrezygnowaliśmy dawno z przyczyn wizowych. Teraz czekało nas położenie jachtu burtą na piasku przy odpływie dla wmontowania nowego czujnika echosondy i oczyszczenia dna. Była to ciężka fizycznie operacja i długa na co najmniej dwie fazy pływowe. Odpowiednie miejsce w górze rzeki wskazali nam przyjaciele z kotwicowiska.

Potem trzeba było jeszcze uzupełnić zapasy wody, wożąc ją pracowicie naszym małym bączkiem – i byliśmy gotowi do drogi. Miasteczko na kotwicy żegnało Marię machaniem rąk i buczeniem na rożkach mgłowych. Kotwicę pomagał nam rwać nieoceniony Philippe. Zjawił się w ostatniej chwili przywożąc w prezencie woreczek cytryn i książkę Jonathan Livingston le Goéland – Mewa imieniem Jonathan Livingston. Moja ulubiona opowieść, poetycka przenośnia o mewie, która chciała latać wyżej i lepiej niż inne. W motto książki autor, Richard Bach, dedykuje ją: Mewie Jonathan, która drzemie w każdym z nas…

Wojciech Jacobson
marzec 1984
Publikowane po raz pierwszy:
Zeszyty Żeglarskie, nr 7, listopad 2003, s. 18.


Historię obu opowiadań Wojciecha Jacobsona znajdziecie pod tekstem opowiadania pierwszego – „Cayenne”.
W komentarzu do „Miasteczka na kotwicy” Wojtek napisał:

– W Cayenne byliśmy Marią – Ludek, Marek Kowalski i ja – w roku 1984, na przełomie lutego i marca.
Czwartego marca opuściliśmy Cayenne i jednym ciurkiem dopłynęliśmy, chyba 25 maja, do Brestu. Po drodze „podsłuchiwaliśmy” rozmowy radiowe Pogorii (na Atlantyku przed Azorami). Próbowaliśmy nawiązać łączność z wami na częstotliwościach amatorskich, ale nie wyszło. Tym się zajmował Marek Kowalski, radiowiec półprofesjonalny, i trochę Ludek. Żałowałem, że nie robiłem notatek z tych łączności. Ale daty chyba mam gdzieś zapisane. Marek płynął na Marii z Montevideo do Brestu i tam wysiadł w czerwcu 1984 r.

Wszystko się zgadza. Pogoria, wracała wówczas do Gdyni z pierwszą Szkołą Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego, po przepłynięciu Morza Śródziemnego i Kanału Sueskiego, wizycie w Bombaju i Kolombo, postoju na Malediwach i Seszelach. 5 marca 1984 wypłynęła z portu Victoria na seszelskiej wyspie Mahé. Do 25 maja odwiedziła atol Aldabra, Durban i Kapsztad w RPA, Wyspę Św. Heleny i Hortę na azorskiej wyspie Faial, skąd 21 maja wzięła kurs na Penzance w Wlk. Brytanii.
Dodam jeszcze, że w 1982 r. Krzysztof Baranowski, organizując swą pierwszą Szkołę pod Żaglami, zaproponował Wojtkowi funkcję pierwszego oficera, głównego nawigatora i nauczyciela chemii. Wojtek zastrzegł od razu, że definitywną odpowiedź da w ciągu dwóch miesięcy (a wtedy wybrał Marię), zdążył jednak opracować dla Szkoły terminarz i trasę podróży. Zadziwiające, jak mało poprawek wprowadziło do tej marszruty życie. Zgadzały się porty, przewidywane długości, a czasy „przelotów” pokrywały się niemal dokładnie z rzeczywistymi.

*   *   *

Również w tym opowiadaniu, by nie rozbijać toku narracji fotografiami, które – wbrew pozorom – zawężałyby jej ponadczasowe wartości, materiał zdjęciowy zamieszczamy poniżej.

Kazimierz Robak
Żeglujmy Razem
28 czerwca 2014


Oba opowiadania Wojciecha Jacobsona („Cayenne” i powyższe „Miasteczko na kotwicy”) – opisujące postój w Cayenne, z którego Maria wyruszyła do Brestu – są prologiem jednej z najbardziej niezwykłych i udanych ekspedycji polskiego żeglarstwa: przepłynięcia Przejścia Północno-Zachodniego.
Jego głównymi bohaterami byli Wojciech Jacobson, Ludomir Mączka i Janusz Kurbiel – inicjator i sponsor wyprawy, właściciel jachtu Vagabond’eux, którym żeglarze płynęli Arktyką kanadyjską i amerykańską przez cztery lata, zaczynając (1984) i kończąc (1988) rejs we Francji.

„Cayenne”  Wojtek wspomniał:

 Na poczcie – radość! Czeka na nas cała paczka listów. […] Wśród listów jest jeden, który może zmienić nasze plany żeglugowe, a w konsekwencji życie w najbliższych latach. To list z Paryża od Janusza Kurbiela. Janusz proponuje, byśmy płynęli Marią wprost do Francji, a potem wzięli udział w jego wyprawie arktycznej. Szczegóły omówi z nami osobiście bo zamierza przylecieć tu, do Cayenne.

Janusz i Joelle Kurbiel rzeczywiście do Gujany przylecieli – stąd nazwisko Janusza wśród autorów zdjęć z Cayenne i portret jego żony (patrz niżej) na pontonie płynącym do gujańskiej wioski Hmongów.

Dokładny opis arktycznego rejsu zawiera relacja Wojciecha Jacobsona Rejs jachtu Vagabond II przez Przejście Północno-Zachodnie, 1984-1988. Oto jej fragmenty (całość znajdziecie na naszej stronie):

W r. 1984 Janusz Kurbiel, polski żeglarz mieszkający we Francji, przystąpił do organizacji wyprawy przez Przejście Północno-Zachodnie na swoim jachcie Vagabond’eux (Vagabond II). Wyprawa miała zacząć się na zachodnim wybrzeżu Kanady i przebiegać trasą z zachodu na wschód, śladem Henry Larsena. Kurbiel, który praktykę żeglarską zdobywał, m.in. w Jacht Klubie AZS Szczecin, był doświadczonym żeglarzem arktycznym. Do udziału w planowanej wyprawie zaprosił, dość niespodziewanie, Ludka Mączkę i mnie. Ludek w tym czasie kończył swój 11-letni rejs dookoła świata, a zaproszenie dotarło do nas, gdy znajdowaliśmy się na Marii w Gujanie Francuskiej. […]

Po dotarciu z Ameryki Południowej do Francji (maj 1984), pozostawiliśmy Marię na kei w Le Havre i włączyliśmy się w przygotowania do nowego rejsu. Prócz prac technicznych przygotowania objęły żeglugę Sekwaną z Paryża do Le Havre i rejsy próbne na wodach wzdłuż wybrzeża francuskiego. Łącznie przepływaliśmy 510 Mm i odwiedziliśmy 10 portów. […]

Start do pierwszego etapu nastąpił 13 października 1984 r. z Le Havre. Załogę jachtu stanowiły trzy osoby: Ludek Mączka, moja córka Magda Jacobson – studentka Politechniki Szczecińskiej i ja jako prowadzący. Po postoju technicznym w porcie Brest, rejs rozpoczął się ostatecznie 1 listopada 1984 r.
Trasa prowadziła przez Gran Canarię, Antyle, Wenezuelę, Kanał Panamski i zachodnie wybrzeże Meksyku i USA. Na dwóch odrębnych etapach towarzyszyli nam studenci-jachtostopowicze: najpierw Timo Lehtinen z Finlandii, a później Erich Berger ze Szwajcarii. Do Vancouveru w Kolumbii Brytyjskiej, na zachodnim wybrzeżu Kanady, dotarliśmy 30 kwietnia 1985 r.
W czasie siedmiu miesięcy żeglugi przebyliśmy 12 520 Mm i zatrzymaliśmy się w 18 miejscach. Rejs ten uzyskał I nagrodę i „Srebrny Sekstant” jako Rejs Roku 1985 w dorocznym konkursie Głosu Wybrzeża. […]

W czwartym sezonie trasa Przejścia Północno-Zachodniego została ostatecznie pokonana i nastąpił powrót do Francji. Załogę jachtu tym razem stanowiło tylko nas dwóch: Ludek i ja jako prowadzący, bowiem Kurbielowie byli zajęci testowaniem w warunkach polarnych nowego eksperymentalnego jachtu Vagabond’eur […] i nie mogli dołączyć do etapu z Gjoa Haven. Po trudnych, trwających cały miesiąc przygotowaniach, wyruszyliśmy 15 sierpnia 1988 w drogę na ostatni odcinek przejścia. […]

Cała wyprawa, rozpoczęta w 1984 r. we Francji i tam zakończona w r. 1988, objęła przeszło 23 tysiące mil morskich i 86 odwiedzonych portów i kotwicowisk. We dwóch z Ludkiem uczestniczyliśmy, jako jedyni, we wszystkich etapach wyprawy i spędziliśmy w Arktyce amerykańskiej i kanadyjskiej blisko 11 miesięcy, w tym 5 miesięcy w osadach Inuitów

Relacja ta oryginalnie zamieszczona była na stronie JK AZS Szczecin <http://www.jkazs.szczecin.pl/archiwum/nwpas/wd.htm>

 

Pierwszego, pełnego przejścia tego akwenu dokonał w latach 1903-1906 Norweg Roald Amundsen. Ze statystyki prowadzonej przez kanadyjski Coast Guard wynika, że Vagabond II był 38. jednostką, która od czasów Amundsena przepłynęła tę trasę. Jacobson, Mączka i Kurbiel byli pierwszymi polskimi żeglarzami, którzy tego dokonali. Ta północna wyprawa została uznana w Polsce za Rejs Roku 1988. A trójkę jej uczestników: Jacobsona, Kurbiela i Mączkę uhonorowano Srebrnymi Sekstantami.

Pohl, Krystyna. Żeglarze. Szczecin,Wyd. Zapol, 2013; s. 80

 


1984_Cayenne_0470a_kotwicowisko_fot_Wojciech_Jacobson

02-02_1984_Cayenne_kotwicowisko_F1050017_Lev_sm_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: kotwicowisko

_1984_Cayenne_Vieux_Port_F1050013_lev_sm_fot_Wojciech_JacobsonCayenne, Vieux Port: dziewczyna czeka na powrót do miasteczka na kotwicy

_1984_Cayenne_F1010007_sm_R_Philippe_z_Catimini_fot_Wojciech_JacobsonCayenne 1984: goście z „miasteczka” na Marii.
Po prawej – Philippe z Catimini.

1984_Cayenne_sy_Maria_17s4w_a_fot_Janusz_Kurbiel_smMaria w Cayenne

 

1984_Cayenne_Ludek_12a_fot_Janusz_Kurbiel_smCayenne: Ludomir Mączka na Marii

 02-05_1984_Cayenne_L_Maczka_sm_arch_W_Jacobson

1984_Cayenne_W_Jacobson_L_MaczkaCayenne: Wojciech Jacobson i Ludomir Mączka

02-05_1984_Marche_chinois_F1050019_lev_sm2_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: Marché chinois

1984_Cayenne_zandarm_Ludek_Marek_Kowalski_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: (od prawej) Marek Kowalski, Ludomir Mączka i pilot żandarmerii francuskiej w Gujanie

 

1984_Cayenne_17s11w_a_fot_pilot_francuski_arch_Janusz_Kurbiel_smMaria sfotografowana przez tegoż pilota aparatem Janusza Kurbiela

 

1984_Cayenne_karnawal_0073Cayenne: karnawał 1984

 1984-03_Cayenne_L_Maczka na zodiaku_F1050020_lev_sm_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: Ludomir Mączka

 

1984_Cayenne_0468_w_drodze_do_Hmongów_fot_Wojciech_Jacobson_F100028_smNa rzece Comté, w drodze do Cacao – wioski Hmongów w Gujanie Francuskiej;
od lewej: Joelle Kurbiel, Marek Kowalski, Jean-Pierre, Ludomir Mączka

 02-10_1984_wioska_Hmongów_F1050007_sm_fot_Wojciech_Jacobson

02-11_1984_wioska_Hmongów_F1050006_sm_fot_Wojciech_JacobsonCacao: wioska Hmongów w Gujanie Francuskiej

 

 

1984_Cayenne_0074_rzeka_ComteCayenne 1984: carénage, czyli czyszczenie dna Marii i zakładanie sondy na rzece Comté przy odpływie

 

1984_Cayenne_sy_Maria_17s8w_a_fot_Janusz_Kurbiel_smCayenne 1984: s/y Maria

 Zdjęcia pochodzą z archiwum Wojciecha Jacobsona:
ich autorami są Wojciech Jacobson i Janusz Kurbiel,
a w jednym przypadku – pilot helikoptera żandarmerii francuskiej.


 

Calendar

« October 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 
Jesień
– jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

•   Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

•   i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

•   Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

•   Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

•   Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

•   Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

•   Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

•   Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

•   Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

•   Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

•   Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

•   Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

•   Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

•   Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

•   Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

•   Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę polska.

•   Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

•   Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

•  Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
    Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
    A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

•   Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

•   Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

•   Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

•   Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

•   Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

•   Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

•   Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

•   Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

•   Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic na to nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.

Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią.
Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna  nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!
Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

Idzie jesień, a tu próżna kieszeń.

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień, brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień, ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę
z korca deszczu, garniec błota.

Pzdrwm_Robak

PS.
Za pocztówki dziękuję (w kolejności nadlatywania z czterech stron świata):

•   Kai (ze Shqipërii);
•   Kai, Mai i Witoldowi (z Finlandii, z rejsu Zaruskim);
•   Markowi (właśnie temu ze Świdnicy, a kartka była pantomimiczna z Wrocławia!);
•   Oli, Matyldzie, Mai, Strusiowi, Zuzi i Zuzi (skądże by, jak nie z Pogorii sześć pocztówek w jednej kopercie!);
•   Karolowi (z któregoś z rozlicznych festiwali);
•   Natalii (z Lidingo w Szwecji);
•   Łukaszowi (nie powiem, skąd);
•   Magdzie i Maszy (najpierw z Grecji, później ze Złotych Gór);
•   Oli (banan z Tennessee!);
•   Zuz-Ali (z Jastrzębia, ale i ze Zdroju);
•   Martynie (ciężko powiedzieć, skąd : );
•   Mirce i Stachowi (najpierw z Gruzji, a potem z Litwy);
•   Kasi (z jej rejsu na pokładzie jednostki czterokołowej Helena);
•   Krzysztofowi, znanemu jako "Kapitan" (z wędrówki po ostępach Montany i Yellowstone);
•   Ryśkowi (z rejsu, który prowadził dookoła Sycylii);
•   Kryspinowi (z Krakowa ale z Wieliczki);
•   Dorocie, Idze i Karolowi (z Kazimierza).

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

PAŹDZIERNIK...

Jasne, że październik. Wystarczy spojrzeć w okno i widać. No, chyba że ktoś mieszka w tropikach, na przykład w Singapurze.

Październik – dziesiąty miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.
Jest najdłuższym miesiącem w roku kalendarzowym: ponieważ na październik przypada zmiana czasu letniego na zimowy jest on dłuższy o jedną godzinę od pozostałych 31-dniowych miesięcy.

Teraz powinno być, jak etymologię słowa „październik” wyjaśnia Aleksander Brückner (pamiętamy: 1856-1939, filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny) i jeszcze np. zgrabny cytacik z Lindego. Ale nie będzie, bo to wyjaśni każdy, nawet ci, co o Brücknerze i Lindem nie słyszeli w życiu, a nawet tacy, dla których zaskoczeniem jest fakt istnienia słownika języka polskiego, bo przecież jeżeli słownik – to z jakiegoś na jakiś, a nie z naszego na nasze.
„Wrzesień” – bo wrzosy, „listopad” – bo liście spadają, „grudzień” – bo gruda (tu już tak prosto nie jest, bo na własne uszy słyszałem, jak ktoś powiedział, że mu coś „idzie jak po grudzień”).

A „październik”? Tu też jest „trudniej”, bo chodzi o paździerze, od których jest też „płyta paździerzowa” (a nie na odwrót!) – odpadki z lnu lub konopi.
Dziś mało kto zna bajkę Konopnickiej Jak to ze lnem było, a tego, jak się obrabia len – poza specjalistami – dziś nie wie nikt, choć kiedyś była to jedna z podstawowych prac w każdym większym gospodarstwie. W bajce, jak to w bajce: był król – dobrotliwy, sprawiedliwy, ale bardzo nieszczęśliwy, ciągle bowiem był zmartwiony z racji takiej, że jego naród na grzbiet nie miał co włożyć. Dał mu starzec, przy drodze spotkany, worek nasion mówiąc, że złoto z nich wyrośnie – ale że nie wyrosło, więc król zielsko najpierw kazał wyrwać, później w rzece topić, później pod lasem rzucić. A gdy znów mu się przed oczy napatoczyło, zawołał:

– Hej tam! Zabrać mi to przeklęte zielsko i otłuc kijami, żeby aż z niego paździerze poszły!
I z wielką pasją do domu wracał, a z nim goście jego.
A pachołki tymczasem, one pęki łodyg porwawszy, zaczęli je kijami okładać tak, że aż z nich paździerze leciały.
Naleciał tych paździerzy okrutny pokład, a łodygi aż pobielały, jak z nich ta pierwsza surowizna zeszła.

Tymczasem starzec – którego król zdążył już w lochu uwięzić – nauczył dzieweczkę jedną, jak z łodyg lnianych nić wysnuć i płótno utkać, i królowi sztukę materiału w darze złożył, mówiąc:

Kazałeś go topić?
Dobrześ uczynił, bo jego łodyżki w wodzie odmięknąć muszą.
Kazałeś go z wody precz cisnąć?
Dobrześ uczynił, bo go trzeba suszyć.
Po moknięciu owym kazałeś go kijami z paździerzy obić?
Dobrześ uczynił, bo tę złą paździerz obić trzeba z łodygi, żeby ją uprawić.
Kazałeś je zaś powtórnie kijami obijać?
I toś dobrze uczynił, bo do trzeciej skóry len obić trzeba i kijem go wyłamać, żeby do włókna się dostać.
[…] Królewna niech każe po wsiach len siać i tak go sprawić z rozwagą i miłością, jakeś go ty królu, z gniewem sprawiał, a z płótna niech da koszule dla wszystkich sierot i niemocnych szyć, co jest więcej niż złoto, bo jest poratowanie ubóstwa i niedostatku.

I tak to się wszystko – jak pisał x. Tischner – fajnie po góralsku skończyło, hej!

 

Hen, drzewiej... [„hen” to wg słownika 'wzmocnienie okolicznika miejsca', „drzewiej” to 'dawniej' (a nie tryb rozkazujący)] dziesiąty miesiąc roku nazywano u nas również: paździerzec lub paździerzeń (od tych samych paździerzy), pościernik (od ściernisk jesienią pola pokrywających), a także winnik, co zbieżne było ze starogermańską nazwą października Weinmond, więc smacznie – bo od wina.

Łacińska nazwa October – „ósmy miesiąc” (octo to po łacinie osiem), zaczęła być używana od roku 46 p.n.e., kiedy to Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).
Nazwa ta została zapożyczona przez większość języków europejskich.

 

Październikowe rocznice

 

1 października 1800: trzeci traktat z San Ildefonso – Hiszpania oddaje Francji „Zachodnią Luizjanę”.

Cudzysłów dałem dlatego, że owa nazwa nie ma nic wspólnego z dzisiejszym stanem Luizjana, gdyż w owym czasie oznaczała terytorium stanowiące prawie 25% powierz­chni dzisiejszych Stanów Zjednoczonych.
Obejmowało ono – w całości – dzisiejsze stany (porządek alfabetyczny): Arkansas; Dakota Południowa; Iowa; Kansas; Missouri; Nebraska; Oklahoma; oraz mniejsze lub większe części stanów (porządek prawie alfabetyczny): Dakota Północna; Luizjana (na zachód od Missisipi, z Nowym Orleanem); Minnesota (na zachód od Missisipi); Montana, Wyoming i Kolorado (na wschód od Gór Skalistych); Nowy Meksyk (część północno-wschodnia); Teksas (część północna) i niewielkie kawałki dzisiejszych prowincji kanadyjskich Alberta i Saskatchewan.

Hiszpania oddała więc taki kawał kontynentu Francji w zamian za:

● obietnicę utworzenia królestwa na podbitym przez Napoleona Półwyspie Apenińskim (państwa „Włochy” wówczas nie było; powstanie dopiero w 1861 r.) którym władać miał bratanek hiszpańskiego króla – książę Parmy, Ludwik Franciszek Filibert Burbon-Parmeński;

● obietnicę Francji, że nie przekaże „Zachodniej Luizjany” żadnemu innemu państwu.

● Do tego Hiszpanie zgodzili się dołożyć sześć 74-działowych okrętów wojennych, które miały być przekazane po objęciu przyrzeczonego tronu przez Ludwika Franciszka Filiberta.

Trzeci traktat z San Ildefonso (ściśle tajny w momencie podpisania) ogłoszono miesiąc po uzgodnieniu. Ostateczna umowa podpisana została 21 marca 1801 r. w Aranjuez.

Napoleonowi, wojującemu z Anglią, zależało na sojuszu z Hiszpanią, więc Ludwik Franciszek Filibert, 21 marca 1801 r., został królem tzw. Etrurii, ze stolicą we Florencji (że pod kontrolą Francji, to jasne, prawda?). Panował krótko: dwa lata później zmarł, zostawiając na tronie 4-letniego syna.
Epizod Królestwa Etrurii trwał też krótko, bowiem Napoleon w 1807 roku włączył je w skład Cesarstwa Francuskiego.
I tak została wypełniona francuska obietnica pierwsza.

Karol IV Hiszpański ogłosił dekret królewski o przekazaniu „Zachodniej Luizjany” Cesarstwu Francji 15 października 1802. Trzy miesiące później Napoleon złożył, a Thomas Jefferson przyjął ofertę kupna/sprzedaży tego terytorium.
I tak została wypełniona francuska obietnica druga.

Okręty (Intrépido, Conquistador, Pelayo, San Genaro, AtlanteSan Antonio) zostały przekazane Francji, zgodnie z umową, w marcu 1801 r.

 

Jak było dokładnie ze sprzedażą „Zachodniej Luizjany” Stanom Zjednoczonym, przeczytacie przy dacie 30 kwietnia, bo właśnie tego dnia, w 1803 roku, podpisany został akt transakcji zwanej Louisiana Purchase. A w skrócie rzecz miała się tak.

Rewolucja francuska z 1789 roku (zwana Wielką) oparła się na trzech wyrazach-hasłach: liberté, égalitéfraternité, komunikując całemu światu, że wszyscy ludzie są wolni, równi i (sobie) braćmi. Ludzie prostoduszni przyjęli to bez zastrzeżeń, zapominając, że zawsze są ludzie bardziej wolni i bardziej równi niż inni, a braterstwo też może być różne, np. stryjeczne, cioteczne czy jeszcze dalsze.
Dosłownie pół godziny po napisaniu tych słów, otworzyła mi się (słowo daję: przypadkiem) jedna z książek na stronie z następującym cytatem:

Rewolucje proklamują szlachetne słownictwo, które przenika do mowy potocznej: nawet przeciwnicy wierzą w głębi serc, że zawarte w intencjach re­wo­luc­ji dobro i rozum wyeli­minują w końcu przemoc i absurd, wierzą w sło­wa, albowiem moc słów jest nieod­gad­nio­na, zaś na zużycie ich nie starczy stuleci.

Précisément.
Tacy właśnie prostoduszni ludzie zamieszkiwali kolonię francuską Saint-Domingue (zachodnia część wyspy Hispaniola, dziś: wyspa Haiti; po polsku kolonia ta zwana była z hiszpańska: San Domingo). Pojęli oni rewolucyjne hasła dosłownie i zażądali tego, co im się wydawało ich.
Sęk w tym, że byli to czarni niewolnicy z plantacji, którym do głowy nie wpadło, że gdy biali panowie w Europie robią demokratyczno-wolnościowe rewolucje, to czarnym do tego wara, bo mają pracować jeszcze więcej, gdyż rewolucja zawsze potrzebuje pieniędzy. Jednak niewolnicy – jak to niewolnicy – zaczęli powstanie.

Ekspedycje wojskowe wysłane do Saint-Domingue przez Hiszpanię, Wielką Brytanię i Napoleona, by spacyfikować buntowników (Legiony Polskie z armii napoleońskiej też pacyfikowały, a jakże) były dziesiątkowane zarówno przez powstańców, jak i choroby tropikalne. Ukaz z 1802 roku, który nadszedł z Paryża i oznajmiał utrzymanie niewolnictwa na Martynice i Gwadelupie także niewiele pomógł.

Napoleon zdał sobie sprawę, że Saint-Domingue nie utrzyma (i rzeczywiście: powstańcy ogłosili niepodległość 1 stycznia 1804 jako Haiti), a bez tej bazy wszelkie posiadłości francuskie na kontynencie północnoamerykańskim nie przetrwają długo. Najbardziej zaś potrzebne mu były pieniądze.

Jefferson z kolei zdawał sobie sprawę, że wkrótce pojawi się co najmniej dwóch pretendentów do „Zachodniej Luizjany” – Hiszpania i Anglia i że najtańsza wojna będzie wielokrotnie droższa od ceny wynegocjowanej z Francją. Francja zaś proponowała sprzedaż terytorium mającego 2.144.510 km2 (828.000 mil kw.) za 15 milionów dolarów (11,75 mln gotówką, reszta – przez umorzenie długu), czyli 7 centów za hektar (po amerykańsku: 2,8ȼ za akr). Dziś by to było ok. 236 milionów dolarów czyli 1,11 dolara za hektar (44,5ȼ za akr) – darmo!

Trzeba tu jeszcze dodać, że w owym czasie duża część ziem wchodzących w skład „Zachodniej Luizjany” mogłaby się reklamować jako „nietknięta stopą białego człowieka”.

 

 

14 października 1582 był dniem ciekawym, bo datą dnia poprzedniego był 4 października – czyli 10 dni wypadło z kalendarza. Stało się to za sprawą bulli Inter gravissimas [„Wśród najpoważniejszych (obowiązków pasterskich)"] wydanej przez Grzegorza XIII.
Papież zarządził zmianę, by dostosować daty obowiązującego do owej pory systemu juliańskiego do kalendarza solarnego czyli astronomicznego, bo np. przesunięcie Wielkiejnocy zaczęło być zbyt wielkie.
Kalendarz wprowadzony przez Juliusza Cezara w 45 r p.n.e. był postępem wobec tego, jak liczono daty w Rzymie wcześniej, ale miał i wady: m.in. w wyznaczaniu lat przestępnych, przez co spóźniał się wobec Słońca o 1 dzień na 128 lat.
Kalendarz Grzegorza zreformował naliczanie lat przestępnych (miał 1 dzień spóźnienia solarnego na 3322 lata), ale musiał też zniwelować różnicę (dokładnie: jej część), jaka narosła w systemie juliańskim, stąd właśnie ów przeskok o 10 dni.

Różne kraje przyjęły tę zmianę różnie.
Katolicy – Hiszpania, państwa włoskie czy Polska – przyjęli kalendarz gregoriański niemal natychmiast.
Wielka Brytania przyjęła go niemal 200 lat później (1752), Bułgaria – w 1916, Grecja – w 1923.

W Rosji było jeszcze dziwniej: kalendarz zmienił się tam w roku 1700 ale... z bizantyjskiego na juliański. Bizantyjski – wiadomo: otrzymany od Cesarstwa Wschodniorzymskiego i dumnie podtrzymywany, gdy po 1453 roku drugim Konstantynopolem – stolicą prawosławia – stał się Kijów, a później Moskwa.
Bizantyjczycy poszli na całość: żadne tam założenie miasta, czy nawet narodzenie Chrystusa, tylko stworzenie świata. Wyliczyli sobie, że akt kosmicznej kreacji wydarzył się (wg naszych ułomnych obliczeń) w 5508 r p.n.e. i w AD 691 zaczęli datować lata po swojemu, uznając ten rok za 6199.
W roku 7208 Piotr I, modernizując Rosję, chciał uczynić (i uczynił) to samo z jej kalendarzem. „Ciut mu się jednak – jak mawia mój przyjaciel, Geografem zwany, więc i na kalendarzach się znający – omskło.” I car Piotr zamiast gregoriańskiego wybrał kalendarz juliański, oznajmiając w dodatku, że niniejszym jest rok 1700, czyli początek wieku osiemnastego.
Z tym też mu się „omskło” (podobnie jak sto lat później Słowackiemu; a niektórzy nie mogą tego zrozumieć do dziś), bo lata zakończone na dwa zera kończą stary wiek, a nie są początkiem nowego. Ale wydaje się, że na Rusi nie było głupiego na tyle, żeby wytknąć błąd carowi – więc tak zostało.
Wreszcie przyszli bolszewicy i w roku 1918 przeszli na system gregoriański.
Aż dziw: bolszewicy przejęli system burżuazyjno-religiancki. Chyba tylko dlatego, że przyspieszał kalendarz: jeden dzień – a dziesięć dni władzy proletariatu więcej!

Ale w Rzeczypospolitej też łatwo było jedynie teoretycznie. W aktach obrad sejmowych, które rozpoczęły się w Warszawie w październiku 1582 odnotowano: wedle poprawy nowego kalendarza w dzień świętej Jadwigi (15 października) roku tysięcznego pięćsetnego osiemdziesiąt drugiego [Sejm] zaczęty i zagajony został.

Ciekawa rzecz: Stefan Batory, który początkowo nakazywał wprowadzenie nowego datowania w urzędach państwowych i całym państwie bez względu na wyznanie (nie zachował się żaden oryginał tego rozkazania), w roku następnym rozkaz złagodził i do hierarchów Kościoła Prawosławnego, 18 maja 1585, napisał:

postanowiliśmy dla wyznawców religii Greckiej, którzy w Wielkiem Księstwie Litewskiem zamieszkują,
udzielić wolne i spokojne wyznanie, odbywanie i zachowywanie w temże Księstwie
wszelkich obrządków i rytuałów podług dawnego kalendarza i przepisu.

W roku kolejnym (21 stycznia 1584) król powtórzył: ludzie greckiego zakonu do tej poprawy kalendarza nowego, bez przyzwolenia starszego patryjarchy swojego, gwałtem przymuszani być nie mają. Ten uniwersał był reakcją na zachowanie katolickich fundamentalistów, którzy we Lwowie, w Wilnie i Łucku wszczęli rozruchy, gdyż nie podobało im się, że prawosławni obchodzili święta kościelne dziesięć dni później. Dziesięć dni, jak widać, nie dym!

Ruszyli się nie tylko katolicy. Rewoltę antygregoriańską wszczęli ewangelicy w Inflantach; w Rydze zrobiło się groźnie do tego stopnia, że w styczniu 1585 ryska rada miejska musiała zagwarantować opozycji, iż stary kalendarz będzie obowiązywał tak w sferze kościelnej jak i świeckiej. I tak było.
Gdy nakaz datowania gregoriańskiego powtórzył w 1589 kolejny król, Zygmunt III, Ryga odmówiła, a w 1613 złożyła formalny protest na sejmiku – i zgoda na używanie dat juliańskich została jej przyznana.

Podobnie rzecz się miała w Prusach Książęcych, gdzie rozkazowi królewskiemu otwarcie zaoponowano. Bez szemrania za to daty gregoriańskie przyjęte zostały w 1612, gdy zadekretował je pruski książę-regent Johann Sigismund, opiekun prawny formalnego władcy Albrechta Friedricha, słabującego wówczas na umyśle.

Który to już raz chce się za podlaskimi adwersarzami Bogusława Radziwiłła powtórzyć: Omnis novitas in re publica periculosa est — Wszelka nowość w Rzeczypospolitej jest niebezpieczna.

Choć może bardziej pasowałby tu cytat Radziwiłła sienkiewiczowskiego: „Ej, galimatias w tej waszej Rzeczypospolitej, galimatias.”

 

Dużo się tego zrobiło, choć rocznice tylko dwie. Wobec tego:

 

Znaki Zodiaku
przypadające na październik

Waga (♎, do 22 października).

Skorpion (♏, od 23 października).

Wstyd nawet pisać. Pijar tzw. czarny (więc prawdziwy, bo bez kadzenia i komercyjnej chęci przypodobania się każdemu) jest po prostu bezlitosny O Wadze było we wrześniu, a Skorpion?

Ma manię prześladowczą.
Nic nie jest w stanie zmienić jego przekonania, że licznym, stałym niepowodzeniom Skorpiona
winien jest zawsze ktoś inny, a nie on sam.
Ze strachu atakuje pierwszy i to od tyłu.
Z przyjemnością dręczy zwierzęta i marzy o posadzie dozorcy w ZOO.

Maju, przybądź!

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich

dziesiąty miesiąc roku to:

białoruskiкастрычнік [kastrycznik]
bośniackioktobar
bułgarskioктомври [oktombri]
chorwackilistopad
czeskiříjen [rzijen]
kaszubskirujan (też: pajicznik, paklepnik, pazdzérznik, oktober)
litewskispalis
łatgalskileita
łużycki (dolny)oktober (też: winowc, winski)
łużycki (górny)oktober (też: winowc)
łotewskioktobris
macedońskioктомври [oktombri] albo листопад [listopad]
rosyjskioктябрь [oktiabr’]
serbskioктобар [oktobar]
słowackioktóber
słoweńskioktober
ukraińskiжовтень [żovtień]
żmudzkispalis

 

Przysłowia związane
z październikiem:

Gdy październik ciepło trzyma,
zwykle mroźna bywa zima.

Gdy październik ze śniegiem przybieży,
na wiosnę długo śnieg na polach leży.

Grzmot październikowy – niestatek zimowy.

Jeżeli październik jest wietrzny i mroźny,
to nie będzie za to styczeń, luty groźny.

Miesiąc październy,
marca obraz wierny.

Październik chodzi po kraju,
żenie ptastwo z gaju.

Październik, bo paździerze
baba z lnu cierlicą bierze.

Październik, gdy grzmot na wschodzie naprawi,
burz nas wielkich i wiatrów nabawi.

Pościernik, bo po ścierni,
pług rznąc skibę, rolą czerni.

W krótkie dzionki października
wszystko z pola, sadu znika.

W październiku jak na śmietniku

W październiku, jeśli liście z drzewa nie spadają,
będzie tęga i ostra zima.

W październiku myśli z ptakami na południe odlatują.

 

Przysłowia na


św. Franciszka (4.X)

Na św. Franciszka
chłop już w polu nic nie zyska.

Na św. Franciszka
odlatuje pliszka.

 

św. Brygidę (8.X)

O św. Brygidzie
babie lato przyjdzie.

 

św. Emila (11.X)

Na Emila
babskie lato się przesila.

 

św. Edwarda (13.X)

Na Edwarda – jesień twarda.

 

św.Teresę i Jadwigę (15.X)

Dobra Tereska,
kto z nią nie mieszka.

Każda Teresa
ma swe interesa.

Na św. Teresę
odziej się w bekieszę.

Do św. Jadwigi
pozbieraj jabłka, orzechy i figi.

Jadwiga rzepę kopie.

Kto sieje na Jadwigę,
ten zbiera figę.

Od św. Jadwigi
włóż na górę czepigi.
[można odłożyć na strych pługi i radła, bo to koniec orki]

Po św. Jadwidze
słodycz w marchew idzie.

 

św. Gawła (16.X)

Kiedy w św. Gaweł słota,
będzie w lecie dużo błota.

Św. Gaweł stoi na to,
jakie będzie przyszłe lato.

 

św. Łukasza (18.X)

Już minął św. Łukasz,
czego w polu szukasz?

 

św. Urszulę (21.X)

Od Urszuli
śnieżnej oczekuj koszuli.

Urszula do pieca przytula.

 

św. Kryspina (25 X)

Na świętego Kryspina
szewc przy świecy poczyna.

W świętego Kryspiniana
każda szewczyna pijana.
[św. Kryspin uważany jest za patrona szewców]

 

św. Szymona (28.X)

Kiepski rok zapowiada,
gdy na Szymona pada.

Na Szymona i Judę
trza opatrzeć budę.

Od Szymona i Judy
przeszły w polu trudy.

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytat wewnątrz tekstu:
Tyrmand, Leopold. Życie towarzyskie i uczuciowe.
Paryż : Instytut Literacki, 1967; str. 167.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha