Wojciech Jacobson

Miasteczko na kotwicy

W normalnych portach handlowych nie ma dziś miejsca dla jachtów. Od tego są teraz przystanie klubowe lub coraz częściej mariny. Mariny – to znaczy specjalne porty jachtowe z zapleczem technicznym, sanitarnym i całą infrastrukturą. Za postój pobierane są tam opłaty i to dość słone: budowa mariny musi się zamortyzować. Najdroższe są miejsca przy pomostach, gdzie doprowadzana jest woda i prąd, tańsze – na bojach, dziobem lub rufą do lądu, a najtańsze na kotwicy.

W Cayenne nie było mariny, nie było przystani, ba! – nie było nawet portu. Wszystkie jachty niezależnie od zamożności właścicieli czy załóg, stały na kotwicy w ujściu rzeki.
Źle powiedziałem, że w Cayenne nie było portu. Właśnie to kotwicowisko w ujściu rzeki nazywało się Vieux Port – stary port. To miejsce przez kilka stuleci było jedynym portem Gujany: tu docierały statki odkrywców, zdobywców, a potem kolonizatorów, tędy wiódł szlak transportowy z Europy i do Europy. Tutaj też zbudowano fort wojskowy i postawiono latarnię morską.

Gdzieś po drugiej stronie wyspy Cayenne, kilkanaście kilometrów od miasta, znajduje się nowy port dla dużych statków – Dégrad des Cannes. Kotwicowisko Vieux Port jest natomiast miejscem postoju małych jednostek motorowych, kutrów przybrzeżnych i jachtów. Nawet port rybacki jest w innym miejscu.

W muzeum miejskim w Cayenne oglądałem ryciny i sztychy obrazujące stary port: statki żaglowe na kotwicach, łodzie wiosłowe przewożące ludzi i towar na niedaleki drewniany pomost, tragarze załadowujący szalupy i barki. W miejscu drewnianego pomostu stoi obecnie betonowa keja na palach i kilkusetmetrowy nasyp nad bagnistym rozlewiskiem. Do komunikacji z lądem, w miejsce szalup i barek, służą teraz plastykowe łódeczki i dmuchane dinghy z silnikami Yamahy.

Nie jest to łatwe kotwicowisko. Dwa razy dziennie prąd pływowy zatrzymuje rzekę, dwa razy rzeka rusza z podwójnym impetem. Jachtami obraca tam i z powrotem, wskaźnik logu wystukuje „na stojąco” prędkość nurtu 5-6 węzłów. Przepłynięcie do kei naszym małym wiosłowym składakiem w godzinach „szczytu prądowego” jest bardzo trudne zwłaszcza, że stoimy dość daleko od brzegu. Trzeba pilnować tabeli pływów i odpowiednio planować wszystkie wyjścia i powroty z miasta.
Przy odpływie nowa trudność. Uciekająca woda odsłania bagniste łachy, które odcinają drogę do lądu. Nawet przy kei jest płytko – stojące tam kutry tkwią nieruchomo w mule. W błotnistym osadzie tkwią też jachty, które rzuciły kotwicę zbyt blisko lądu. Wyglądają malowniczo – przechylone, jakby zakopane w piasku. Przez kilka godzin są jednak odcięte całkowicie od świata bowiem to, co wygląda na niewinny piaszczysty osuch, jest błotnistą mazią, niemożliwą do przebrnięcia. Grzęzawisko jest pełne życia – roi się tam od krabów i niezwykłych „pełzających” ryb, co przyciąga białe i czarne czaple, flamingi i inne ptactwo.
Wszystko ma dla mnie egzotyczny urok i koloryt. Niezwykły jest również kolor wody: rzeka zmieszana z morzem i mułem ma barwę złocisto-kremową.

Od strony morza w czasie odpływu wyłaniają się spod wody mielizny, nad którymi wpływaliśmy do portu. Brzeg wydłuża się, a mielizny ciągną się kilometrami, niemal po horyzont. Codzienny widok tych odsłoniętych łach nieodmiennie przywodził mi na myśl tragiczną scenę z książki Henri Charriére’a „Papillon”: tratwa z uciekinierami z więzienia na Wyspie Diabelskiej, położonej niedaleko Cayenne, utyka w czasie odpływu na przybrzeżnej ławicy; jeden z uciekinierów próbuje dotrzeć pieszo do zbawczego lądu, pochłania go jednak bagno.

Na naszym kotwicowisku koło fortu Cépérou stało ponad czterdzieści jachtów. Czterdzieści kilka jachtów to czterdzieści kilka rodzin – całe miniaturowe miasteczko! Nie przesadzam: większość jachtów to pływające rodziny. Przeważnie ludzie młodzi, lub w średnim wieku – małżeństwa z małymi i podrosłymi dziećmi, psami, kotami, ale także i rodzice z dorosłą młodzieżą. Wszyscy na szlaku przygody – pływanie nie na pokaz, nie dla pobicia rekordu – taki po prostu styl życia. Rzucają pracę, biorą sabbatical – długoterminowe urlopy i wypływają z Francji na rok, dwa, trzy – a nawet czternaście, jak Christophe.
Co ich gna, co ich skłania do takiego życia? Czy tylko przygoda? Nie wiem, zaprzepaściłem szansę – mogłem każdemu stawiać podobne pytania, ale czy odpowiedzi byłyby szczere? Może mają w tym własną kalkulację: zasiłek dla „bezrobotnych”, ucieczkę przed podatkami?

Dla części jachtów Cayenne jest bardzo ważnym etapem w ich wędrówce. Tu jest jedyne miejsce w Południowej Ameryce, gdzie można znaleźć łatwo pracę, zarobić na dalszą żeglugę. Normalny „szlak francuski”, jak go nazywamy, prowadzi z Europy do frankońskiej Afryki Zachodniej i dalej, przez Wyspy Zielonego Przylądka, do Brazylii. Stamtąd przez Gujanę Francuską, Karaiby – Martynikę i Gwadelupę – z powrotem do Europy. Całość można opłynąć w ciągu niecałego roku wykorzystując sezon zimowy – podobny szlak obrał nasz Boruta. Praktycznie taka wędrówka trwa dłużej niż rok, bo któż by się spieszył, jeżeli po drodze jest tak ciekawy i tani kraj jak Brazylia, potem inny kraj – kawałek tropikalnej Francji, gdzie można uzupełnić finanse i… wrócić ponownie do Brazylii!
Możliwość złapania pracy i zarobku powoduje, że w Cayenne jachty rzucają kotwicę na dłużej. Eks-kolonia, a teraz Departament Zamorski Francji, potrzebuje wykwalifikowanych pracowników: spawaczy, techników, mechaników, budowlanych, inżynierów. Do prostszych prac są miejscowi ludzie.

 

Życie w miasteczku na kotwicy zaczyna się o świcie. Jeszcze ciemno, godzina szósta rano, a w bulajach jachtów migotają światełka i słychać warkot motorowych bączków. Zaspane żony odwożą mężów na keję, po drodze zabierając sąsiadów. Wszyscy się spieszą, praca rozpoczyna się o 6:30 lub o 7:00 – to są tropiki.

Potem panie, o ile same nie mają posad, wracają na jachty i zaczynają pracowity dzień gospodyń domowych: gotowanie, pranie, mycie, sprzątanie, prace bosmańskie, malowanie, lekcje z dziećmi, zakupy. Przed zakupami trzeba podrzucić dzieci do zaimprowizowanego przedszkola na sąsiednim jachcie lub zabrać swoje i cudze dzieci razem na pływalnię lub do parku. Prócz zakupów trzeba napełnić kanistry słodką wodą i przytargać to wszystko bączkiem z lądu na jacht. Pracy nie brakuje nigdy… W czasie nieobecności gospodarzy jachty pozostają pod okiem sąsiadów. Ci obserwują, czy łódki nie dryfują, czy kotwica trzyma i czy nie kręcą się intruzi. Pokładów dodatkowo strzegą psy.

Prawie na każdym jachcie francuskim są zwierzęta domowe, najczęściej koty i psy, i to najrozmaitszych ras i wielkości: od ratlerków do nowofunladczyków. Sympatyczne są te psy jachtowe. Moglibyśmy wiele o nich opowiadać: o tym, jak lubią jazdę łódeczkami na ląd, jak wdrapują się same na keję po drabinkach i trapach, jak ochoczo się kąpią, jak przystosowują się do warunków żeglarskich. Mamy wśród nich przyjaciół: Gadoche, Taurupidou, Gogol i inne. Śmiejemy się, że nie było jeszcze „pierwszego polskiego rejsu z psem” („pod psem?”), a tu niespodziewanie żeglarze z Boruty informują nas, że był! Gienek Moczydłowski, znany i sympatyczny kaphornowiec, żeglował z dwoma psami i sprzątnął innym temat do kolejnej publikacji.

 

Miejscem, gdzie można spotkać wszystkich z miasteczka na kotwicy, jest wiata z falistej blachy usytuowana na kei nieopodal budki policji granicznej. Wiata jest umywalnią, pralnią, prysznicem, studzienką (pompą) skąd pobiera się wodę, a zarazem miejscem towarzyskich spotkań. Tu można zawrzeć znajomości, wymienić informacje, wysłuchać ploteczek i aktualności – zupełnie jak w maglu. Wiata jest zamykana na szyfrowaną kłódkę, ale wszyscy znają szyfr – mogę go zdradzić: 1984! Za wodę i korzystanie z wiaty płaci się komuś, nikt dokładnie nie wie, komu. Za to ogłoszenie na ścianie podaje wyraźnie cenę: 30 franków na miesiąc na rodzinę! Oczywiście, że na rodzinę – jacht jest przecież rodziną, domem rodzinnym w miasteczku!

 

Nie mamy wiele czasu na życie towarzyskie, ale z ludźmi z naszego miasteczka spotykamy się i widujemy bardzo często. Nawet bez bliższych kontaktów pamiętamy twarze, kojarzymy z jachtami, pozdrawiamy się, wymieniamy uprzejmości – jak w schronisku górskim na nartach. Kto powiedział, że Francuzi są nieuczynni i zadufani? Przynajmniej nie mają takich cech nasi sąsiedzi z kotwicy. Wręcz przeciwnie: szukają kontaktów, uśmiechają się, spieszą chętnie z pomocą.

Znajoma z widzenia uśmiechnięta dziewczyna z jachtu Rantamplan zaczepia mnie na ulicy w Cayenne:

– Wiesz, widzę często, że chodzisz pieszo i to daleko, aż na pocztę (cztery kilometry) – my mamy na pokładzie dwa rowery. Jak chcesz, możesz jeden używać na stałe!

Zajęci własnymi sprawami nie odwiedzamy innych jachtów, ale widocznie jesteśmy dla Francuzów jakąś egzotyką, bo przychodzą do nas sami:

Louis i Elizabeth z Elocina, z którymi pływałem dwa tygodnie w Brazylii,

Bernard, inżynier z metra paryskiego, z jachtu Mischka VI, który pływa samotnie już trzeci rok, kończy rejs dookoła świata – przeszedł samotnie przez Kanały Patagońskie – chapeau bas! Jego Mischka – Misiek, to wzór elegancji, czystości, schludności i porządku. Wszystko na swoim miejscu, wszystko przemyślane – jaki kontrast z Marią!

Alain i Danielle z betonowego kecza Le Gueux – włóczęga, ciułający środki na dalszą żeglugę do Australii i interesujący się informacjami Ludka o tym kraju.

I przede wszystkim – przemiły, uczynny i serdeczny Alzatczyk – Philippe z Catimini. Philippe ma słuch absolutny, po angielsku mówi jak Anglik, po niemiecku – jak rodowity Niemiec i równie ładnie po hiszpańsku. Gdy usłyszał nasze polskie rozmowy wykrzyknął: „Jaki piękny jest wasz język!”

Mignęli też nam starzy znajomi: Jean i Marice z synem, z Christophe’a, ci sami, którzy jeszcze w Brazylii, w Itaparica, dali nam list-glejt protekcyjny pisany na serwetce, a skierowany do wpływowego znajomego w Cayenne. Przyjechali z Kourou autobusem sprawdzić, czy Maria przypłynęła do Cayenne i teraz zapraszali do odwiedzenia Christophe’a w Kourou.

 

Kourou to niewielka 6-tysięczna miejscowość, położona około 50 kilometrów od Cayenne naprzeciwko wysp Salut, u ujścia rzeki Kourou. Rozwinął się tam nowy port, dogodniejszy podobno dla jachtów od kotwicowiska w Cayenne. Port obsługuje głównie Gujańskie Centrum Kosmiczne, które powstało w roku 1967, kiedy Francja przeniosła swój ośrodek kosmiczny z Sahary do Gujany. Centrum w Kourou wykonuje teraz program satelitarny dla całej Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej wynosząc na orbitę satelity komunikacyjne. Rozwój ośrodka oraz przedsiębiorstw współpracujących zaktywizowały gospodarkę Gujany i stworzyły możliwości pracy dla fachowców, w tym również dla przybyszów na żaglach.

Z Kourou wiążą się także tragiczne dzieje wyprawy kolonizacyjnej w latach 1763-1764. Sprowadzono wtedy z Francji 12 tysięcy osadników, których wysadzono – bez przygotowania – na plażę między rzeką a morzem. W krótkim czasie kolonizatorów zdziesiątkowała malaria i żółta febra. Dwa tysiące osób uciekło na wyspy Salut, reszta zmarła. Żółta febra została wytępiona z Gujany, ale ostrzegano nas przed malarią i zalecano zażywanie arechinu.

W miasteczku na kotwicy silny, nieustający wiatr pasatowy nie dawał komarom żadnych szans. Mieliśmy natomiast okazję zwiedzenia miejscowego Instytutu Pasteura, gdzie prowadzone są badania nad szczepionką przeciwmalaryczną. Ku mojemu wielkiemu żalowi nie udało nam się dojechać do Kourou, ani na wyspy Salut, głównie z powodu braku czasu. Wielka szkoda, bo ośrodek kosmiczny jest w niektóre dni otwarty dla zwiedzających, a ponadto 4 marca wystrzeliwano tam kolejną rakietę Ariane 8 z satelitą komunikacyjnym. Z naszego miasteczka na kotwicy widzieliśmy lecącą Ariane, jak nikłą kometę znikającą w chmurach.

 

Tego samego dnia oglądaliśmy inne wielkie wydarzenie, przeżywane na pewno goręcej przez czarną ludność Cayenne niż wystrzelenie jakiejś tam rakiety: ostatnia niedziela karnawału, samo apogeum! Zapewne zapomnielibyśmy w ogóle o karnawale, ale już w piątek zamykano wcześniej urzędy, banki i sklepy, zapowiadając otwarcie dopiero w następny czwartek.

Strajkujemy – wyjaśniali nam urzędnicy śmiejąc się.

Karnawał gujański był nieco inny od tego, jaki spodziewaliśmy się zobaczyć znając z relacji pośrednich karnawały brazylijskie. W Rio de Janeiro parada jest żywiołowym, ale wyreżyserowanym spektaklem, w Salvadorze brazylijskim – spontanicznym tanecznym przemarszem tzw. bloków prowadzonych przez zespoły muzyczne „trio-electrico”, natomiast to, co zobaczyliśmy w Cayenne, bardziej przypominało uliczną maskaradę.
Małe i większe, 5-30-osobowe, grupki przebierańców przeciągały dość chaotycznie ulicami miasta. Często tory ich przemarszu krzyżowały się lub biegły przeciwprądowo, nie powodowało to jednak większego zamieszania, ani nie hamowało entuzjazmu uczestników.
Przebrania i maski przygotowywane były od miesięcy – nie można odmówić im pomysłowości i fantazji. Gama różnorodności ogromna: maski przerażające, agresywne, komiczne, zwierzęce, fantazyjne i charakterystyczne. Przebrania, często jednolite dla całej grupy – np. wiedźmy, muszkieterzy, piraci, diabły itp. – w większości były jednak barwnymi kompozycjami indywidualnymi. Rozśmieszali nas Murzyni umazani na czarno i w czarnych strojach.
Każdej grupie towarzyszył zespół rytmiczny lub też stanowiła go całość uczestników. Przeważały instrumenty zaimprowizowane ad hoc: puszki, pudła, pojemniki plastykowe, wiadra, bębenki i obowiązkowo gwizdki. Rytm świetny, do tego śpiew – także rytmiczny, skandowane okrzyki i posuwisty marsz-taniec w takt samby. Robiło to duże wrażenie, szczególnie gdy szły zorganizowane oddziały. Momentami grupa zwalniała, podrygując w miejscu, rytm nieco ucichał, by nagle, na jakiś znak czy okrzyk wybuchnąć ze zwielokrotnioną siłą i tempem. Uczestnicy ruszali wtedy do przodu z ogromnym impetem porywając w szalonym tańcu wszystkich wokoło. Było w tym coś jak rezonans. Nogi same wybijały rytm i wpadały w charakterystyczny, posuwisty, łyżwowy krok.

Przemarsz trwały do nocy, potem zostawał tylko rytm i śpiewy niemilknące do rana. Powtarzało się to w następne wolne od pracy dni, w tym także, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, we Środę Popielcową. W tym dniu zmieniła się jednakże sceneria. Znikły barwne, wesołe stroje, dominowała wyłącznie biel i czerń. Był to ponowny pokaz pomysłowości przebrań i kompozycji strojów – zawierały one teraz elementy kojarzące się ze śmiercią i sprawami wieczystymi. Rytm i taneczny marsz pozostawały te same. Rozgorączkowane czarne twarze przysypane złotym i srebrnym proszkiem, roztańczone ciała, gwizdki, bębny, okrzyki, śpiew.

Te kilka dni były radosnym świętem i zabawą czarnej i śniadej społeczności Cayenne. Biali mieszkańcy, także ci z kotwicowiska, przyglądali się przemarszom z ciekawością. Zainteresowania nie okazywali natomiast Chińczycy – zaniepokojeni, pilnowali pieczołowicie swoich sklepów.

 

Karnawał nie był dla nas największą atrakcją pobytu w Gujanie.
W ostatnią niedzielę przed opuszczeniem Cayenne Jean-Pierre, znajomy lekarz z Instytutu Pasteura, zaprosił nas na wycieczkę do Amazonii Gujańskiej w górę rzeki Comté.
Jak na złość deszcz lał od rana. Ośmioosobowy Zodiak, gumowy ponton z 45-konnym silnikiem Yamaha, pruł z szybkością trzydziestu kilku kilometrów na godzinę krętym wodnym szlakiem. Wszyscy chronili się pod prowizorycznym okryciem. Deszcz ściekał po twarzach, ale nie psuło to wrażeń.
Spod przymrużonych powiek obserwowałem dżunglę, zwartą ścianę zieleni z gałęziami i zwojami lian sięgającymi powierzchni nurtu, wypatrywałem dzikich ptaków i zwierząt, chłonąłem zapach wody i lasu. Wyobrażałem sobie, że to nie pędzący Zodiak, a czółno indiańskie i w tym nierealnym świecie czułem się niemal jak odkrywca. Mimo deszczu i zimna (tak, zimna w tropiku!) rozpierała mnie radość.
Scenerie oglądane dotąd w filmach czy reportażach Stanisława Szwarc-Bronikowskiego, Wiesława Mrówczyńskiego, Jerzego Surdela czy Toni Halika były teraz moim udziałem – nigdy się tego nie spodziewałem!

Zodiak zwalniał tylko dla dolania paliwa i pędził dalej zakrętami rzeki zręcznie wymijając przeszkody dopóki, po wielu godzinach , drogi nie zagrodziły sterczące z wody kamienie i gałęzie. Zawróciliśmy wówczas do miejsca, gdzie już wcześniej, w zakolu rzeki, widzieliśmy większą liczbę łodzi a nawet zakotwiczony jacht. Na kawałku piaszczystego brzegu tkwił palik z napisem Degrade Cacao – przystań Cacao.

Kilometrowy spacer rozmiękłą deszczem, czerwonawą drogą prowadził do kolejnej niespodzianki: do osady Cacao, indochińskiej wioski w dżungli gujańskiej!

Siedem czy osiem lat temu energiczny proboszcz laotański wyjednał u władz francuskich możliwość osiedlenia w Gujanie całej swojej wioski – sześciuset osób. Hmongowie – bo tak brzmi regionalna nazwa tej grupy wieśniaków, trafili w warunki niemal idealnie zbliżone do rodzinnych. Ten sam klimat, temperatura, tropikalna wilgotność. Wybrano dogodne miejsce – blisko rzeki i szlaku komunikacyjnego a daleko od miasta – i wycięto kawałek pełnej pasożytów dżungli pod budowę osady. Rodzinom przydzielono działki surowego terenu, jednakową ilość drewna budulca i udzielono kredytu. Resztę pozostawiono pracowitym rękom i przedsiębiorczości indochińskich wieśniaków.

W ciągu siedmiu lat wyrosło schludne osiedle ze szkołą, spółdzielnią, dwiema świątyniami, dwiema gospodami i wiatą targową. Hmongowie budowali wszystko sami, w swoim charakterystycznym stylu, pomagając sobie wzajemnie. W ten sposób w puszczy gujańskiej znalazła się indochińska wioska ze skośnookimi mieszkańcami w tradycyjnych, charakterystycznych strojach..

Mili są Hmongowie, pogodni, uśmiechają się do każdego, pozdrawiają uprzejmym „Bonjour”, choć francuskiego w większości nie znają. Ich tłumaczami są teraz dzieci, dumne ze swojej roli. Hmongowie żyją z uprawy ryżu, kukurydzy, warzyw i korzennych przypraw. Swoje płody i wyroby ludowe sprzedają na „chińskim rynku” w Cayenne oraz pod własną wioskową wiatą. Właśnie u nich Ludek zaopatrzył się w poszukiwane od dawna ostre papryczki i pieprz kajeński. W samym Cayenne na próżno szukaliśmy oryginalnego Cayenne pepper. Owszem, był eksponowany w muzeum, natomiast w sklepach można było jedynie dostać, po słonej cenie, pieprz kajeński importowany z… Dijon we Francji!

Pod wiatą, na wioskowym rynku próbowaliśmy smaku indochińskich potraw przygotowywanych na miejscu w gorących garach i serwowanych w miseczkach lub na kiściach palmowych. Położona opodal gospoda z chińską kuchnią zyskała renomę i ściąga tu na weekendy mieszkańców Cayenne. Jednym z przysmaków jest tatu – pieczony pancernik, złowiony w dżungli. Rzeczywiście znakomity, mięso przypomina delikatną cielęcinę.

* * *

 Nasza wycieczka skończyła się jak kolejny sen i nadszedł czas na dalszą morską wędrówkę. Z poszukiwania dorywczej pracy zrezygnowaliśmy dawno z przyczyn wizowych. Teraz czekało nas położenie jachtu burtą na piasku przy odpływie dla wmontowania nowego czujnika echosondy i oczyszczenia dna. Była to ciężka fizycznie operacja i długa na co najmniej dwie fazy pływowe. Odpowiednie miejsce w górze rzeki wskazali nam przyjaciele z kotwicowiska.

Potem trzeba było jeszcze uzupełnić zapasy wody, wożąc ją pracowicie naszym małym bączkiem – i byliśmy gotowi do drogi. Miasteczko na kotwicy żegnało Marię machaniem rąk i buczeniem na rożkach mgłowych. Kotwicę pomagał nam rwać nieoceniony Philippe. Zjawił się w ostatniej chwili przywożąc w prezencie woreczek cytryn i książkę Jonathan Livingston le Goéland – Mewa imieniem Jonathan Livingston. Moja ulubiona opowieść, poetycka przenośnia o mewie, która chciała latać wyżej i lepiej niż inne. W motto książki autor, Richard Bach, dedykuje ją: Mewie Jonathan, która drzemie w każdym z nas…

Wojciech Jacobson
marzec 1984
Publikowane po raz pierwszy:
Zeszyty Żeglarskie, nr 7, listopad 2003, s. 18.


Historię obu opowiadań Wojciecha Jacobsona znajdziecie pod tekstem opowiadania pierwszego – „Cayenne”.
W komentarzu do „Miasteczka na kotwicy” Wojtek napisał:

– W Cayenne byliśmy Marią – Ludek, Marek Kowalski i ja – w roku 1984, na przełomie lutego i marca.
Czwartego marca opuściliśmy Cayenne i jednym ciurkiem dopłynęliśmy, chyba 25 maja, do Brestu. Po drodze „podsłuchiwaliśmy” rozmowy radiowe Pogorii (na Atlantyku przed Azorami). Próbowaliśmy nawiązać łączność z wami na częstotliwościach amatorskich, ale nie wyszło. Tym się zajmował Marek Kowalski, radiowiec półprofesjonalny, i trochę Ludek. Żałowałem, że nie robiłem notatek z tych łączności. Ale daty chyba mam gdzieś zapisane. Marek płynął na Marii z Montevideo do Brestu i tam wysiadł w czerwcu 1984 r.

Wszystko się zgadza. Pogoria, wracała wówczas do Gdyni z pierwszą Szkołą Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego, po przepłynięciu Morza Śródziemnego i Kanału Sueskiego, wizycie w Bombaju i Kolombo, postoju na Malediwach i Seszelach. 5 marca 1984 wypłynęła z portu Victoria na seszelskiej wyspie Mahé. Do 25 maja odwiedziła atol Aldabra, Durban i Kapsztad w RPA, Wyspę Św. Heleny i Hortę na azorskiej wyspie Faial, skąd 21 maja wzięła kurs na Penzance w Wlk. Brytanii.
Dodam jeszcze, że w 1982 r. Krzysztof Baranowski, organizując swą pierwszą Szkołę pod Żaglami, zaproponował Wojtkowi funkcję pierwszego oficera, głównego nawigatora i nauczyciela chemii. Wojtek zastrzegł od razu, że definitywną odpowiedź da w ciągu dwóch miesięcy (a wtedy wybrał Marię), zdążył jednak opracować dla Szkoły terminarz i trasę podróży. Zadziwiające, jak mało poprawek wprowadziło do tej marszruty życie. Zgadzały się porty, przewidywane długości, a czasy „przelotów” pokrywały się niemal dokładnie z rzeczywistymi.

*   *   *

Również w tym opowiadaniu, by nie rozbijać toku narracji fotografiami, które – wbrew pozorom – zawężałyby jej ponadczasowe wartości, materiał zdjęciowy zamieszczamy poniżej.

Kazimierz Robak
Żeglujmy Razem
28 czerwca 2014


Oba opowiadania Wojciecha Jacobsona („Cayenne” i powyższe „Miasteczko na kotwicy”) – opisujące postój w Cayenne, z którego Maria wyruszyła do Brestu – są prologiem jednej z najbardziej niezwykłych i udanych ekspedycji polskiego żeglarstwa: przepłynięcia Przejścia Północno-Zachodniego.
Jego głównymi bohaterami byli Wojciech Jacobson, Ludomir Mączka i Janusz Kurbiel – inicjator i sponsor wyprawy, właściciel jachtu Vagabond’eux, którym żeglarze płynęli Arktyką kanadyjską i amerykańską przez cztery lata, zaczynając (1984) i kończąc (1988) rejs we Francji.

„Cayenne”  Wojtek wspomniał:

 Na poczcie – radość! Czeka na nas cała paczka listów. […] Wśród listów jest jeden, który może zmienić nasze plany żeglugowe, a w konsekwencji życie w najbliższych latach. To list z Paryża od Janusza Kurbiela. Janusz proponuje, byśmy płynęli Marią wprost do Francji, a potem wzięli udział w jego wyprawie arktycznej. Szczegóły omówi z nami osobiście bo zamierza przylecieć tu, do Cayenne.

Janusz i Joelle Kurbiel rzeczywiście do Gujany przylecieli – stąd nazwisko Janusza wśród autorów zdjęć z Cayenne i portret jego żony (patrz niżej) na pontonie płynącym do gujańskiej wioski Hmongów.

Dokładny opis arktycznego rejsu zawiera relacja Wojciecha Jacobsona Rejs jachtu Vagabond II przez Przejście Północno-Zachodnie, 1984-1988. Oto jej fragmenty (całość znajdziecie na naszej stronie):

W r. 1984 Janusz Kurbiel, polski żeglarz mieszkający we Francji, przystąpił do organizacji wyprawy przez Przejście Północno-Zachodnie na swoim jachcie Vagabond’eux (Vagabond II). Wyprawa miała zacząć się na zachodnim wybrzeżu Kanady i przebiegać trasą z zachodu na wschód, śladem Henry Larsena. Kurbiel, który praktykę żeglarską zdobywał, m.in. w Jacht Klubie AZS Szczecin, był doświadczonym żeglarzem arktycznym. Do udziału w planowanej wyprawie zaprosił, dość niespodziewanie, Ludka Mączkę i mnie. Ludek w tym czasie kończył swój 11-letni rejs dookoła świata, a zaproszenie dotarło do nas, gdy znajdowaliśmy się na Marii w Gujanie Francuskiej. […]

Po dotarciu z Ameryki Południowej do Francji (maj 1984), pozostawiliśmy Marię na kei w Le Havre i włączyliśmy się w przygotowania do nowego rejsu. Prócz prac technicznych przygotowania objęły żeglugę Sekwaną z Paryża do Le Havre i rejsy próbne na wodach wzdłuż wybrzeża francuskiego. Łącznie przepływaliśmy 510 Mm i odwiedziliśmy 10 portów. […]

Start do pierwszego etapu nastąpił 13 października 1984 r. z Le Havre. Załogę jachtu stanowiły trzy osoby: Ludek Mączka, moja córka Magda Jacobson – studentka Politechniki Szczecińskiej i ja jako prowadzący. Po postoju technicznym w porcie Brest, rejs rozpoczął się ostatecznie 1 listopada 1984 r.
Trasa prowadziła przez Gran Canarię, Antyle, Wenezuelę, Kanał Panamski i zachodnie wybrzeże Meksyku i USA. Na dwóch odrębnych etapach towarzyszyli nam studenci-jachtostopowicze: najpierw Timo Lehtinen z Finlandii, a później Erich Berger ze Szwajcarii. Do Vancouveru w Kolumbii Brytyjskiej, na zachodnim wybrzeżu Kanady, dotarliśmy 30 kwietnia 1985 r.
W czasie siedmiu miesięcy żeglugi przebyliśmy 12 520 Mm i zatrzymaliśmy się w 18 miejscach. Rejs ten uzyskał I nagrodę i „Srebrny Sekstant” jako Rejs Roku 1985 w dorocznym konkursie Głosu Wybrzeża. […]

W czwartym sezonie trasa Przejścia Północno-Zachodniego została ostatecznie pokonana i nastąpił powrót do Francji. Załogę jachtu tym razem stanowiło tylko nas dwóch: Ludek i ja jako prowadzący, bowiem Kurbielowie byli zajęci testowaniem w warunkach polarnych nowego eksperymentalnego jachtu Vagabond’eur […] i nie mogli dołączyć do etapu z Gjoa Haven. Po trudnych, trwających cały miesiąc przygotowaniach, wyruszyliśmy 15 sierpnia 1988 w drogę na ostatni odcinek przejścia. […]

Cała wyprawa, rozpoczęta w 1984 r. we Francji i tam zakończona w r. 1988, objęła przeszło 23 tysiące mil morskich i 86 odwiedzonych portów i kotwicowisk. We dwóch z Ludkiem uczestniczyliśmy, jako jedyni, we wszystkich etapach wyprawy i spędziliśmy w Arktyce amerykańskiej i kanadyjskiej blisko 11 miesięcy, w tym 5 miesięcy w osadach Inuitów

Relacja ta oryginalnie zamieszczona była na stronie JK AZS Szczecin <http://www.jkazs.szczecin.pl/archiwum/nwpas/wd.htm>

 

Pierwszego, pełnego przejścia tego akwenu dokonał w latach 1903-1906 Norweg Roald Amundsen. Ze statystyki prowadzonej przez kanadyjski Coast Guard wynika, że Vagabond II był 38. jednostką, która od czasów Amundsena przepłynęła tę trasę. Jacobson, Mączka i Kurbiel byli pierwszymi polskimi żeglarzami, którzy tego dokonali. Ta północna wyprawa została uznana w Polsce za Rejs Roku 1988. A trójkę jej uczestników: Jacobsona, Kurbiela i Mączkę uhonorowano Srebrnymi Sekstantami.

Pohl, Krystyna. Żeglarze. Szczecin,Wyd. Zapol, 2013; s. 80

 


1984_Cayenne_0470a_kotwicowisko_fot_Wojciech_Jacobson

02-02_1984_Cayenne_kotwicowisko_F1050017_Lev_sm_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: kotwicowisko

_1984_Cayenne_Vieux_Port_F1050013_lev_sm_fot_Wojciech_JacobsonCayenne, Vieux Port: dziewczyna czeka na powrót do miasteczka na kotwicy

_1984_Cayenne_F1010007_sm_R_Philippe_z_Catimini_fot_Wojciech_JacobsonCayenne 1984: goście z „miasteczka” na Marii.
Po prawej – Philippe z Catimini.

1984_Cayenne_sy_Maria_17s4w_a_fot_Janusz_Kurbiel_smMaria w Cayenne

 

1984_Cayenne_Ludek_12a_fot_Janusz_Kurbiel_smCayenne: Ludomir Mączka na Marii

 02-05_1984_Cayenne_L_Maczka_sm_arch_W_Jacobson

1984_Cayenne_W_Jacobson_L_MaczkaCayenne: Wojciech Jacobson i Ludomir Mączka

02-05_1984_Marche_chinois_F1050019_lev_sm2_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: Marché chinois

1984_Cayenne_zandarm_Ludek_Marek_Kowalski_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: (od prawej) Marek Kowalski, Ludomir Mączka i pilot żandarmerii francuskiej w Gujanie

 

1984_Cayenne_17s11w_a_fot_pilot_francuski_arch_Janusz_Kurbiel_smMaria sfotografowana przez tegoż pilota aparatem Janusza Kurbiela

 

1984_Cayenne_karnawal_0073Cayenne: karnawał 1984

 1984-03_Cayenne_L_Maczka na zodiaku_F1050020_lev_sm_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: Ludomir Mączka

 

1984_Cayenne_0468_w_drodze_do_Hmongów_fot_Wojciech_Jacobson_F100028_smNa rzece Comté, w drodze do Cacao – wioski Hmongów w Gujanie Francuskiej;
od lewej: Joelle Kurbiel, Marek Kowalski, Jean-Pierre, Ludomir Mączka

 02-10_1984_wioska_Hmongów_F1050007_sm_fot_Wojciech_Jacobson

02-11_1984_wioska_Hmongów_F1050006_sm_fot_Wojciech_JacobsonCacao: wioska Hmongów w Gujanie Francuskiej

 

 

1984_Cayenne_0074_rzeka_ComteCayenne 1984: carénage, czyli czyszczenie dna Marii i zakładanie sondy na rzece Comté przy odpływie

 

1984_Cayenne_sy_Maria_17s8w_a_fot_Janusz_Kurbiel_smCayenne 1984: s/y Maria

 Zdjęcia pochodzą z archiwum Wojciecha Jacobsona:
ich autorami są Wojciech Jacobson i Janusz Kurbiel,
a w jednym przypadku – pilot helikoptera żandarmerii francuskiej.


 

Calendar

« March 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

Zima

– Śnieg pada zimą. Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm…
– Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. Ale nawet do najlepszej odpowiedzi zawsze da się coś dodać. Nie odejmować, a dodać.

* * *

Od kiedy pamiętam, słowo „zima” wywołuje u mnie zawsze jedno skojarzenie: widzę wtedy obraz Myśliwi na śniegu (1565) Pietera Breughla Starszego.
Nie wiem, dlaczego. Ani nie jest to mój ulubiony obraz, ani nie chadzam na polowania, zima też (do przeprowadzki na Florydę) nie była moją ulubioną porą roku – ale fakt jest faktem, niezależnie od tego, jak bardzo bym się sam sobie dziwił.
Zdziwienie jest tym większe, że pamięć podsuwa detal, a nie jest nim ani biała płaszczyzna śniegu na pierwszym planie, ani skulone trzy sylwetki (z których jedna ledwo widać) łowców wracających z jednym marnym lisem i zmęczonymi, kulącymi ogony pod siebie psami, ani ludzie przy ogniu, ani nawet łyżwiarze na sadzawce. Detalem tym jest lecąca sroka, czarnym krzyżem nakładająca się na górski krajobraz.
Że to sroka – choć na drzewach siedzą wrony i być może kawki – wnioskuję po ogonie. I po innym obrazie Breughla Starszego – Pejzaż z szubienicą, mającego też inny tytuł: Sroka na szubienicy (1568). Sroki są tam nawet trzy: ta tytułowa siedzi na belce rusztowania, druga – na kamieniu obok, a trzecia leci. Sroki lubią towarzystwo. Breughel lubił sroki. Ja też je lubię.

„Schematyzm” – powiedział kolega po przeczytaniu tego fragmentu. – „Stereotypy. Jest zima, to musi być Breughel. Czterysta pięćdziesiąt lat, to co chcesz? Odwiecznych praw natury nikt nie zmieni.”

* * *
Zima – jedna z czterech podstawowych pór roku
w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Na półkuli północnej charakteryzuje się najniższymi temperaturami powietrza w skali roku, umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego, zazwyczaj zestaloną (zamarzniętą) formą opadu i osadu atmosferycznego,
a większość świata roślin i zwierząt przechodzi okres uśpienia.

Za zimę klimatyczną przyjmuje się okres roku (następujący po jesieni), w którym średnie dobowe temperatury powietrza spadają poniżej 0°C (32°F).
Zasadniczo zimę poprzedza jesień, jednak pomiędzy tymi okresami znajduje się klimatyczny etap przejściowy - przedzimie.

Zima astronomiczna na półkuli północnej rozpoczyna się
w momencie przesilenia zimowego (w 2016 – 21 grudnia)
i trwa do momentu równonocy wiosennej (w 2017 – 20 marca). Daty przesilenia i równonocy są zmienne, czasem wypadają dzień wcześniej lub dzień później,
a w roku przestępnym mogą być dodatkowo cofnięte o jeden dzień.
Podczas zimy astronomicznej dzienna pora dnia jest krótsza od pory nocnej, jednak z każdą kolejną dobą dnia przybywa,
a nocy ubywa.

W dniu przesilenia zimowego, przypadającym na grudzień, Słońce góruje w zenicie nad półkulą południową na szerokości zwrotnika Koziorożca. Na półkuli północnej jest to najdłuższa noc
(i najkrótszy dzień) w roku.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia zimowego w centrum Warszawy – na 52°14' szerokości geograficznej północnej – wynosi 14°20'.

Przesilenie zimowe w większości kultur było okazją do świętowania „odradzania się Słońca”.
W starożytnym Rzymie obchodzono Saturnalia, w Persji – narodziny Mitry, boga Słońca. Plemiona germańskie obchodziły Jul, Słowianie – Święto Godowe.
Chrześcijaństwo, od IV w., obchodzi zimą – 25 grudnia – dzień urodzin Jezusa. Dlaczego akurat 25 grudnia – różnie powiadają o tym, ale zamieszanie z datami zaczęło się dopiero po zastąpieniu niedokładnego (wobec Słońca i Księżyca) kalendarza juliańskiego nowocześniejszym kalendarzem gregoriańskim.
Na Zachodzie, gdzie kalendarz gregoriański przyjął się niemal od razu, pozostano przy nominale daty, bez względu jak się to miało do wyliczeń dawniejszych, zatem Boże Narodzenie wypada tam 25 grudnia. Na Wschodzie w liturgii obowiązuje starodawny kalendarz juliański, ale życie świeckie toczy się wg obowiązującego kalendarza gregoriańskiego. Stąd juliański 25 grudnia przypada na gregoriański dzień 7 stycznia.
Dwa tygodnie wielkiej różnicy nie czynią, świętować można podwójnie – grunt, że obie daty zimowe są.

Od czasów rzymskich, dokładnie od 46 r. p.n.e. w zimie, 1 stycznia, obchodzony jest również początek nowego roku.

W dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej, wypadającym w marcu, Słońce góruje w zenicie nad równikiem
i przechodzi przez punkt Barana. Na półkuli północnej zima się wtedy kończy i rozpoczyna się wiosna. Teoretycznie.
Istnieje bowiem nordycka przepowiednia o tym, że pewnego razu przyjdzie Wielka Zima trwająca trzy lata – Fimbulvinter, która poprzedzi zmierzch bogów – Ragnarök. Że przy okazji zginą ludzie, jest oczywiste, a Normanowie podali to dodatkowo we własnej stylistyce: głód nastanie tak straszny, że ludzie zjedzą się nawzajem, lądy najpierw spustoszy ogień, a później zaleje morze – czyli nastąpi koniec świata.
Czyli, wypisz wymaluj, Wikingowie stworzyli obraz termonuklearnej zimy.
Jest też co prawda akcent optymistyczny, a jakże: po tym wszystkim nastanie era szczęśliwości i nowy świat, bo ponoć jedna para ludzka ocaleje. Pozostaje tylko pytanie: i po co to wszystko?

Jeśli ktoś się chce utrzymać w klimacie i to bez happy endu, niech przeczyta powieść Nevila Shute'a Ostatni brzeg (1957), albo obejrzy jedną z dwóch jej adaptacji filmowych. Moim zdaniem ta starsza (1959), z Gregorym Peckiem, Avą Gardner i Anthonym Perkinsem, jest lepsza.

* * *

Zima to słowo wywodzące się niemal wprost z naszej językowej przeszłości.
Etymologicznie jego najbliższy krewniakiem jest słowo himā (हिमा) ‘mróz, chłód, śnieg’ (Himalaje to ‘dom chłodu / mrozu / śniegu’), które zachowało się w sanskrycie, najstarszym zapisanym (z należących do wspólnoty praindoeuropejskiej) języku, w wersji wedyjskiej sięgającym połowy drugiego tysiąclecia p.n.e.
W hindi himā to również ‘lód’.

Zima w językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
:

białoruskiзіма [zima]
bośniackizima
bułgarskiзима [zima]
chorwackizima
czeskizima
kaszubskizëma
litewskižiema
łatgalskizima
łużycki (dolny)zyma (też: zymje)
łużycki (górny)zyma
łotewskiziema
macedońskiзіма [zima]
rosyjskiзима [zima]
serbskiзима [zima]
słowackizima
słoweńskizima
ukraińskiзима [zima]
żmudzkižėima

Zadziwiająca jednomyślność!

Przysłowia związane
z zimą:

Będzie zima, będzie mróz,
będzie ptaszek jajka niósł.

Deszcze Michałowe
prawią w zimie powietrze zdrowe.

Gdy tęga zima nastanie
w pierwiotku adwentu,
ośmnaście tygodni
nie spocznie ani momentu.

Idzie zima, a tu butów nie ma.

Idzie zima,
a tu chleba nie ma;
mój Ty Panie z nieba,
daj nam chleba.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Jaka zima, takie lato.

Kafla z pieca, szybki z okna,
a tu zima, butów ni ma.
[t.j. zbytków mu się zachciewa, a butów nie ma]

Kiedy się liść gęsto trzyma,
nie tak prędko będzie zima.

Kiej w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto zimie próżnuje, ten lecie musi być leniwy.

Na modrzewiu zima
niedługo trzyma.
[Góralskie: śnieg, gdy spadnie zanim modrzew zrzuci igły, zniknie prędko, bo na nich nigdy nic leży długo.]

Na świętego Grzegorza [12 marca]
idzie zima do morza.

Połowa zimy, połowa pastwy.

Późna zima długo trzyma.

Słaba zima, kiepskie lato.

Spyta cię zima zarazem:
byłżeś w lecie gospodarzem?

W pierwszym tygodniu
pogoda stała,
będzie długo zima biała.

W zimie koła, w lecie sanie robić.

W zimie odkryte ucho,
to w lecie sucho.

W zimie: komin nam ojcem,
fajerka matką,
kożuch dobrodziej,
a zapiecek chatką.

Zima następuje tęga,
póki głowy twej nie sięga;
postaraj się o barana,
a chwal niebieskiego Pana.

Zima nie jednemu zajrzy pod napiętki.
[niejednemu dokuczy, da się we znaki]

Zima nie pyta, gdzie się lato podziało.

Zima, jak w psiarni.

Zimą to człek siedzi doma,
albo pije gdzie u kuma.

Zimę uśmierza wiosna,
wiosnę lato niszczy.

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

(na samej górze był Ionesco)

Jeszcze o zimie
(bez powodu, wybrane na chybił trafił):

Maria Konopnicka
Zła zima

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa...
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!

 

Maria Konopnicka
Ślizgawka

Równo, równo, jak po stole,
Na łyżewkach w dal...
Choć wyskoczy guz na czole,
Nie będzie mi żal!

Guza nabić – strach nieduży,
Nie stanie się nic;
A gdy chłopiec zawsze tchórzy,
Powiedzą, że fryc!

Jak powiedzą, tak powiedzą,
Pójdzie nazwa w świat;
Niech za piecem tchórze siedzą,
A ja jestem chwat!

 

Maria Konopnicka
Zmarźlak

A widzicie wy zmarźlaka,
Jak się to on gniewa;
W ręce chucha, pod nos dmucha,
Piosenek nie śpiewa.

— A czy nie wiesz, miły bracie,
Jaka na to rada,
Gdy mróz ściśnie, wicher świśnie,
Śnieg na ziemię pada?

Oj, nie w ręce wtedy dmuchaj,
Lecz serce zagrzewaj,
Stań do pracy, jak junacy,
I piosenkę śpiewaj!

 

Maria Konopnicka
Rzeka

Za tą głębią, za tym brodem,
Tam stanęła rzeka lodem;
Ani szumi, ani płynie,
Tylko duma w swej głębinie:

Gdzie jej wiosna,
Gdzie jej zorza?
Gdzie jej droga
Het, do morza?

Oj, ty rzeko, oj, ty sina,
Lody tobie nie nowina;
Co rok zima więzi ciebie,
Co rok wichry mkną po niebie.

Aż znów przyjdzie
Wiosna hoża
I popłyniesz
Het do morza.

Nie na zawsze słonko gaśnie,
Nie na zawsze ziemia zaśnie,
Nie na zawsze więdnie kwiecie,
Nie na zawsze mróz na świecie.

Przyjdzie wiosna,
Przyjdzie hoża,
Pójdą rzeki
Het do morza!
 
 
Jeremi Przybora
Na całej połaci śnieg

Na całej połaci śnieg.
W przeróżnej postaci śnieg.
Dla sióstr i dla braci
zimowy plakacik
– śnieg, śnieg.
 
Na naszą równinę – śnieg.
Na każdą roślinę – śnieg.
Na tłoczek przed kinem,
na ładną dziewczynę – śnieg, śnieg.

Na pociąg do Jasła,
na wzmiankę że zgasła,
na napis „Brak masła”
na starte dwa hasła,
na flaszki od wódki,
na tego złe skutki,
na puste ogródki,
na dzionek za krótki.

Na w sinej mgle dale – śnieg,
na kocham cię stale – śnieg,
na żale, że wcale
i na tak dalej
tak dalej, tak dalej
na tak dalej – śnieg
śnieg
 
Tekst ten, do muzyki Jerzego Wasowskiego, śpiewali w „Kabarecie Starszych Panów” Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.
Inne wykonania: Kalina Jędrusik, Anna Maria Jopek i Jeremi Przybora

Marzec

Przedwiośnie. Dla Polski to oznacza, że średnie temperatury dobowe są od 0 do 5°C.

Ale ja, Robak, mieszkam na Florydzie, gdzie zimą jest rześko, wilgotność spada do europejskiego poziomu (nawet mimo deszczu) i jest na ogół słonecznie. Dlatego florydzka zima to najpiękniejsza pora roku – dla mnie przynajmniej, bo rodowici florydianie chodzą w zimowych kurtkach, czapkach i butach. Z kolei wyczekiwane przez nich lato dla mnie jest nie do zniesienia – przede wszystkim przez wilgoć, wilgoć, wilgoć…
Ale na razie kwitną drzewka pomarańczowe, grejpfrutowe na nowy urodzaj i wszyscy czekają na deszcz.

 

Marzec – trzeci miesiąc w roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.
Słowniki twierdzą, że nazwę miesiąca wzięliśmy pośrednio od łacińskiego Martius z dawnego czeskiego marec/mařec/marcius, co było pochodną niemieckiego März.
Z pewnością tak jest, ale mnie bardziej podoba się etymologia ludowa, łącząca marzec z Marzanną, którą – na pohybel Zimie – umarzano w rzece, już nie marznącej.
W staropolszczyźnie używana była też nazwa „brzezień”, który do dziś mieszka w języku czeskim (březen) i ukraińskim (березень) – od brzóz, które wtedy zaczynały się zielenić. Są jednak czescy i słowaccy językoznawcy (Václav Machek, Igor Němec, Jan Horálek), którzy uważają, że nazwa miesiąca pochodzi od słowa březost (ʽciąża’): v ten čas drobný dobytek bývá březí, rodí mláďata (w tym czasie bydło jest w ciąży, rodzi młode).

Na Morawskiej Wołoszczyźnie (brzmi podobnie jak historyczna kraina Rumunii, ale to niewielki teren na północy Moraw, między miastami Nowy Jiczyn / Nový Jičín i Brumov-Bylnice, gdzie w XVI w. osiedlono wołoskich pasterzy) do dziś używa się słowa marčák, które może oznaczać ʽjęczmień siany w marcu’ lub ʽmarcujący zając’.

W polszczyźnie wyraz „marzec” miał dawno temu jeszcze jedno znaczenie: oznaczał piwo marcowe, czyli warzone w marcu. Brückner pisze o tym smacznie: „Piwo marzec albo dwuraźne (ʽdubeltowe’), w 16. i 17. wieku słynne krakowskie Märzenbier”.
Trunkową – choć nie piwną – konotację ma również lipiec, o czym będzie w odpowiednim czasie.

 

Łaciński Martius lub mensis Martius oznaczał ‘miesiąc [poświęcony] Marsowi’. Bardzo był przez to ważny, ponieważ Rzymianie uważali boga wojny Marsa za swego protoplastę, jako ojca Romulusa i Remusa (to ci spod wilczycy kapitolińskiej).
Martius – dla nas trzeci – dla Rzymian przez kilkaset lat był pierwszym miesiącem roku, póki Juliusz Cezar nie wprowadził reformy kalendarzowej w roku 46 p.n.e., po której pierwszeństwo objął Ianuarius (styczeń). Za co zresztą Martius zemścił się na Cezarze srogo, ale o tym za chwilę.
Nazwa Martius została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Marcowe rocznice:

 

1 marca 1893 – Nikola Tesla – inżynier-elektryk, wynalazca przez pewien czas współpracujący z Edisonem, później działający na własną rękę, zwany „czarodziejem elektryczności” – po raz pierwszy publicznie (w St. Louis, Missouri) demonstruje działanie fal radiowych. Pięć lat później, w nowojorskiej Madison Square Garden, pokazuje publiczności „teleautomaton” – zdalnie sterowaną łódkę. Część obecnych na pokazie była przekonana, że łodzią steruje ukryta w niej tresowana małpka. Wojskowi, którym Tesla zaproponował sterowane radiem torpedy, nie wyrazili zainteresowania.

 

1 marca – w Rosji, osoby, które wykorzystywane są przez koty do obsługi (a które, bez sensu, uważają, że są tychże kotów właścicielami), obchodzą Dzień Kota. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że reszta Europy obchodzi Światowy Dzień Kota 17 lutego, a International Fund for Animal Welfare ustanowiło Międzynarodowy Dzień Kota 8 sierpnia.
Zostaje więc jeszcze 6 terminów, bowiem – jak twierdzi sanskrycki Pięcioksiąg (Pańczatantra, III w. p.n.e.) – „natura dała kotu dziewięć żywotów zamiast jednego”. Nie mówiąc o tym, że nawet kwestia kocia wskazuje, iż Europa, świat i Rosja to trzy zupełnie inne punkty w czasoprzestrzeni.
A skoro o Rosji mowa:

 

3 marca 1918 – bolszewicy podpisali w Brześciu Litewskim traktat pokojowy z najważniejszymi z Państw Centralnych: Niemcami i Austro-Węgrami. Tym samym spłacali część długu, który zaciągnęli, gdy wywiad niemiecki dał Leninowi worek złota, wywiózł w zaplombowanym wagonie ze Szwajcarii i umożliwił przedostanie się do Rosji, by – jak to później określił Churchill – „zainfekować Europę bakcylem komunizmu”. Separatystyczny pokój z bolszewicką Rosją (właśnie ten w Brześciu Litewskim), miał być za ów manewr zapłatą. Niemcom zależało, bo chcieli przerzucić swe armie ze wschodu na zachód, by na Zachodzie przestało wreszcie być „bez zmian”. Armie przerzucili, ale znów nie zdobyli przewagi (tym razem przez Amerykanów – o tym już było w lutym). Bolszewikom też zależało, bo chcieli w spokoju w Rosji robić swoje.
A skoro o Rosji mowa:

 

5 marca 1953 – umiera Stalin. Na stanowisko sekretarza generalnego KC wśliznął się w 1922, jeszcze za życia Lenina. Po śmierci Uljanowa (prawdziwe nazwisko Lenina, gdyby co) w 1924, stworzył triumwirat z Kamieniewem (1936) i Zinowiewem (1936), którzy najpierw pomogli mu ukryć tzw. testament Lenina (sugerujący partyjnym towarzyszom wyrzucenie Stalina z politbiura), a później usunąć konkurentów: Bucharina (1938), Rykowa (1938), Tomskiego (1936) i Trockiego (1940).
Daty w nawiasach oznaczają rok fizycznej likwidacji czyli egzekucji (tylko Tomski popełnił samobójstwo tuż przed aresztowaniem), ale od władzy Stalin odsunął ich znacznie wcześniej – w roku 1929 był już w politbiurze, KC, partii i państwie (co w praktyce znaczyło to samo) samodzierżcą.
Jego śmierć przyniosła konsekwencje spore (o czym nie teraz), choć mniejsze niż można się było tego spodziewać.
W 2008 roku, w telewizyjnym (telewizja państwowa) plebiscycie na „Rosjanina wszech czasów” (50 milionów głosujących) zwyciężył Aleksander Newski, za nim był Piotr Stołypin (kto, na litość boską, go dziś pamięta, nawet w Rosji?!), na trzecim – Stalin. Być może to teoria spiskowa, ale trudno mi uwierzyć, że to nie Stalin zajął miejsce pierwsze, a wynik końcowy nie jest ukłonem „komisji wyborczej” w stronę politycznej poprawności, bo… (sorry, Winnetou!) jeszcze nie czas…
Tak czy siak dla rządu dzisiejszej Rosji Stalin jest mężem opatrznościowym.
Nie pożywiosz, lecz wiesz, że Stalin był zły / I wszystko już można dziś zwalić na niego – śpiewał Kaczmarski [List z Moskwy, 1987-08-13], co przekłada się na propagandową doktrynę: „ustrój sowiecki był wspaniały, a jeśli kto go wypaczył – to Stalin”.
Putin nie bez przyczyny powiedział, że „upadek Związku Sowieckiego był największą geopolityczną katastrofą XX wieku”. Z czego jasno wynika, że rezultatem tej katastrofy jest postkomunistyczna próba wprowadzenia do Rosji demokracji. Poza tym wypaczenia nie musiały być duże, skoro władze rosyjskie przychylnym okiem patrzą na wiece i uroczystości organizowane w rocznice urodzin i śmierci Dżugaszwilego-Koby-Stalina. Poszukajcie w wiadomościach pod tą datą, albo dzień później – na pewno znajdziecie.

 

7 marca 1876 – wreszcie mamy telefon! Alexander Graham Bell opatentował swój wynalazek!

 

8 marca to Międzynarodowy Dzień Kobiet, ongiś hucznie obchodzony w całym bloku.
W zakładach pracy kobietom przysługiwał goździk, a czasem jeszcze cukierki czy rajstopy, rzadziej premia pieniężna – koniecznie za pokwi­to­wa­niem w Radzie Zakładowej.
Były akademie ku czci i okolicznościowe programy telewizyjne.
W TVP najczęściej śpiewali wtedy („ja wam wszystko wyśpiewam!”): Adam Zwierz, Kazimierz Kowalski i Edward Hulewicz.
Z importu, od czasu do czasu, pojawiał się Iosif Kobzon.

 

8 marca 1968 – w Polsce zaczynają się tzw. wydarzenia marcowe: protest studentów, którzy – jak zwykle – żądali wolności słowa, zgromadzeń i sumienia. Brutalnie spacyfikowany przez milicję i tzw. aktyw robotniczy, czyli zbirów z pałami, którzy mieli tyle wspólnego z robotnikami co picie w Szczawnicy z węglem kamiennym.
Nigdy jednak nie ma tak źle, żeby nie mogło być gorzej: najtwardszy partyjny beton (chodzi o Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, przez którą realizowała się w PRL dyktatura proletariatu) w ramach represji doprowadził do wysiedlenia z Polski inteligencji pochodzenia żydowskiego – tzw. paszport w jedną stronę otrzymało ok. 20 tys. osób. Słowo „paszport” jest mylące, był to bowiem dokument podróży stwierdzający, że „okaziciel nie jest obywatelem PRL”. Co dla 35-milionowego kraju oznaczał wyjazd kilkunastu tysięcy osób z elity intelektualnej dodawać nie trzeba.
Pogrom marcowy nie był jednak zaskoczeniem: w czerwcu 1967, po wojnie sześciodniowej, która – mimo że zaczepna – była obronną, bezczelnie przez Izrael wygranej, hegemon i jego blok (z wyjątkiem Rumunii) zerwali z państwem żydowskim stosunki dyplomatyczne. Marzec ’68 i to, co działo się później, było tylko dalszym ciągiem serialu.
Nagranie wystąpienia ówczesnego szefa partii Władysława Gomułki podczas wiecu PZPR w Sali Kongresowej 19 marca 1968 jest jednym z najczęściej cytowanych dokumentów dźwiękowych epoki – nawet osobom, które słuchały tego przemówienia na żywo (ja słuchałem!), trudno dziś uwierzyć, że działo się to naprawdę. Dzień po wiecu oficyna Książka i Wiedza wydała broszurkę Stanowisko partii zgodne z wolą narodu : przemówienie wygłoszone na spotkaniu z warszawskim aktywem partyjnym 19 marca 1968 r. z pełnym tekstem przemówienia. Kupiłem, za całe 2 złote.
Cytat „utwór ten zawiera jednocześnie pornograficzne obrzydliwości, na jakie może zdobyć się tylko człowiek tkwiący w zgniliźnie rynsztoku, człowiek o moralności alfonsa” jest właśnie stamtąd, ale nie dotyczy – rzecz jasna, niestety – autora.

 

11 marca 1985 – sekretarzem generalnym KC KPZR zostaje Michaił Gorbaczow. Od niego się to wszystko zaczyna i żeby nie wiem jak nie lubić Andrzeja Rosiewicza, trzeba przyznać, że jego „Michaił, Michaił, ty postroisz nowyj mir”, śpiewane w 1988 podczas pląsów przed gensekiem odwiedzającym akurat Warszawę, było prorocze.
Gorbaczow to głasnost’ i pieriestrojka.
Ta pierwsza znaczyła, że przestał być aktualny dowcip o braku różnic w postrzeganiu swobód obywatelskich w ZSRR i USA, tak samo przestrzegających i respektujących wolność słowa (z drobną wprawdzie poprawką: w USA istniała dodatkowo wolność po słowie).
Ta druga znalazła swój finał 25 grudnia 1991 w podpisanym w Wiskulach układzie białowieskim o rozwiązaniu Sojuza, ale wcześniej była jeszcze „doktryna Sinatry”. 25 października 1989 rzecznik sowieckiego MSZ, Giennadij Gerasimow, zaskoczył tym terminem dziennikarza programu Good Morning America nazywając tak trend polityki Gorbaczowa wobec państw satelickich: zgodnie z tytułem piosenki My Way każde z nich może obrać własną drogę.
Mnie, od Sinatry, bliższy jest Kaczmarski:

– Towarzyszu Gorbaczow, wybaczcie mi,
Wiem, towarzysz czasu wiele dla mnie nie ma…
[…]
Towarzyszu, ja praszu was, pomagitie!
[…]

– Mieczisław Josifowicz, nie biezpakojties’:
My pamożem wam, kak smożem, no inacze
[…]
Smotriu ja na was siewodnia s biezpakojem.
No tiepier wam nada – kak umiejetie – żit’,
A szto budiet – budiet s etoj paranoju.

[Dwie rozmowy z Kremlem (1981-1989), 1989-08-24]

No cóż, Gorbaczowowi nie udało się to, czego dokonał Jiang Zemin: przewekslowanie gospodarki na tory ekonomii rynkowej i utrzymanie przy władzy mafii partii komunistycznej. Sowiecki beton partyjny był zbyt twardy i „Gorbi” mógł go usunąć tylko rozwalając całą konstrukcję…
No dobrze, wiadomo: filary nośne zostały, ale przynajmniej ściany i fasada zniknęły. Ale i tak chwała mu za to, że cokolwiek zostało ruszone, bo skorzystała na tym Polska i inne kraje satelickie. Przynajmniej czasowo.

 

13 marca 1848 – zaczyna się seria zbrojnych wystąpień przeciwko staremu porządkowi, zwana Rewolucją Marcową, która dała początek Wiośnie Ludów. Walczący domagali się swobód – politycznych i narodowych, a najubożsi – poprawy warunków bytowych.

Podczas Rewolucji Marcowej rozpoczęły się m.in.:

13 marca 1848 – powstania w Wiedniu i Berlinie. Protestującym chodziło o wolności polityczne, które dość szybko zostały zatwierdzone przez panujących.
Austriacki cesarz Ferdynand I Dobrotliwy (der Gütige) tego samego dnia zdymisjonował kanclerza Klemensa Metternicha – fanatycznego monarchistę i konserwatystę, tępiciela wszelkich przejawów demokracji, odpowiedzialnego za uczynienie z Austrii po Kongresie Wiedeńskim (1815) państwa policyjnego z wszechwładną cenzurą ingerującą we wszystkie dziedziny życia.
Konserwatywny Fryderyk Wilhelm IV Pruski również powołał liberalny rząd i nadał swemu królestwu konstytucję (5 grudnia 1848).

15 marca 1848 – powstanie węgierskie, które wybuchło w Peszcie. Rozpoczęli je radykałowie, którym przewodził poeta Sándor Petőfi, żądający niepodległości, demokracji i zniesienia pańszczyzny.
Austriakom ani w głowie było zezwalać Węgrom na separację. Stosując rzymską zasadę divide et impera (dziel i rządź) najpierw obrócili przeciw Węgrom mniejszości narodowe Królestwa Węgierskiego – Chorwatów, Rumunów, Rusinów, Serbów i Słowaków (notabene używając realnego straszaka, jakim była madziaryzacja propagowana nawet przez rząd Kossutha).
W grudniu 1848 na tron wstąpił Franciszek Józef I (ten sam, którego wiele lat później Czesi nazwali Starym Prochazką, a polscy językoznawcy „dobrotliwym staruszkiem” tak właśnie tłumacząc określenie „stary pierdoła”, by uratować autora tych słów przed plutonem egzekucyjnym za obrazę majestatu).
Kaiser Franz Josef nie bawił się w negocjacje i do pacyfikacji powstania wysłał wojsko. Nie mając wystarczających sił własnych, o braterską pomoc zwrócił się do cara Mikołaja I i tę otrzymał. Armia rosyjska pod wodzą feldmarszałka Paskiewicza, który wcześniej utopił we krwi powstanie listopadowe, wespół z korpusem austriackim dokonały swego.
Sen Węgier o niepodległości (ogłoszonej 19 kwietnia 1849) skończył się szybko: Petőfi poległ, lojalista Batthyány został rozstrzelany wcześniej przez Węgrów-radykałów, Kossuth i jego prawa (zbrojna) ręka, gen. Józef Bem, otrzymali azyl w Turcji, a mniejszości narodowe zamiast madziaryzacji dostały germanizację i to w tempie przyspieszonym.
Dla porządku trzeba dodać, że w końcu, gdy Austriacy dostali lanie od Prus, Węgrzy dopięli swego choć w części: w 1867 kompromis austriacko-węgierski przekształcił Cesarstwo Austriackie w monarchię podwójną – Austro-Węgry. Dla mniejszości narodowych Królestwa Węgierskiego skończyła się germanizacja a zaczęła madziaryzacja, czego skutki można zauważyć od czasu do czasu nawet przy lekturze dzisiejszej prasy.
Swego czasu, po krajach żyjących w najlepszym z ustrojów, krążył dowcip o pięciu filarach RWPG (kto nie wie, co to było, niech się cieszy): obok sowieckiego taktu, enerdowskiego poczucia humoru i kilku innych wyraźnie obraźliwych, jednym z najważniejszych była powszechna znajomość języka węgierskiego. Jak widać dla niektórych wcale nie była to taka abstrakcja. Geopolityka sprawia, że dowcipy polityczne tracą swe ostrze w najmniej oczekiwanych momentach.

Zwischenruf.
W połowie lat 1970-tych jedną z tras na długie wakacje była podróż do Afganistanu, Pakistanu i Indii przez ZSRR: za tanie pieniądze leciało się samolotem do tadżyckiego Duszanbe, stamtąd pociągiem do Termezu nad Amu-Darią, promem przez rzekę – i dalej, autostopem, jak daleko czas i powodzenie w handlu wymiennym pozwalały.

Jeździłem tak kilkakrotnie nawiązując po drodze znajomości i przyjaźnie. Gościnne domy czekały na mnie i współtowarzyszy podróży w Duszanbe, gdzie się jadło, piło, a najwięcej opowiadało, z dowcipami politycznymi (tak, antysowieckimi też) włącznie.
Któregoś razu przypomniał mi się dowcip, z którego w Polsce zarykiwali się wszyscy: polskiego geodetę, uczestnika ekspedycji sowieckiej pracującej w terenie, zapytał miejscowy kołchoźnik, co takiego mierzy. Bomba wybuchła następnego dnia, gdy ów chłop pojawił się w lokalnym urzędzie i zapytał, komu i ile zapłacić, by zostać po polskiej stronie, bo ponoć geodeci wytyczają granicę między Polską a Chinami.
Witz opowiedziałem i… zapadła cisza. Poczułem się nieswojo. Współbiesiadnicy byli na tyle uprzejmi, że wyjaśnili mi, iż w republice graniczącej bezpośrednio z ChRL, w dodatku w dobie nasilonej propagandowej antychińskiej histerii, historyjka ta ani trochę śmieszna nie jest.

18 marca 1848 – antyaustriackie powstanie w Mediolanie (tzw. pięć dni Mediolanu, wówczas w granicach Cesarstwa Austriackiego): powstańcy przejęli miasto zaczynając tym samym pierwszą włoską wojnę o niepodległość. Wojna skończyła się porażką Włochów; Zjednoczone Królestwo Włoch powstało dopiero w marcu (!), dokładnie: 17 marca, 1861.

Łączy się z tym wydarzenie z 25 marca 1848, kiedy na audiencji u Piusa IX pojawił się Adam Mickiewicz. Poeta chciał dostać (i dostał) od papieża błogosławieństwo dla tworzonego przez siebie Legionu Polskiego, któremu za cel pierwszy stawiał walkę z Austrią o niepodległość Włoch, a dalej – przejście na ziemie słowiańskie i wzniecenie tam powstania. To właśnie podczas tego spotkania Mickiewicz miał złapać biskupa Rzymu za rękę, potrząsnąć nią i zawołać: Wiedz, że duch boży jest dzisiaj w bluzach paryskiego ludu!.

 

15 marca – Idy marcowe (łac. Idus Martii) − rzymskie święto poświęcone Marsowi. Były parady i przeglądy wojsk. Podczas Idów Marcowych w 44 roku p.n.e. ponad 60-osobowa (jak twierdzi Eutropiusz) grupa zamachowców z Kasjuszem i Brutusem na czele zamordowała Juliusza Cezara.
Dictator perpetuo został 23 razy pchnięty sztyletem, co świadczy, że niektórzy z zamachowców chcieli być chytrzejsi od innych. Co i tak im nie pomogło, bo żaden ze spiskowców nie zmarł śmiercią naturalną. Można przy okazji obejrzeć, albo przeczytać szekspirowskiego Juliusza Cezara (1599) – dokładne to nie jest, ale robi wrażenie. W 1953 film z tej sztuki zrobił Joseph Mankiewicz (ten od Kleopatry), z Marlonem Brando w roli Antoniusza – mocna rzecz!

 

17 marca 1861 – powstaje Zjednoczone Królestwo Włoch (patrz wyżej).

 

17 marca 1921 – uchwalono w Polsce „konstytucję marcową” (obowiązywała do 23 kwietnia 1935, czyli do „konstytucji kwietniowej”). Była to pierwsza polska konstytucja nowoczesna (nie, „konstytucja majowa” z 1791 taką nie była): rządzić miał Naród (przez swoich przedstawicieli), władza – zgodnie z Monteskiuszem – miała być trójdzielna (prawodawcza, wykonawcza i sądownicza) i – żeby było równo – skasowane zostały przywileje stanowe i herby.
Pierwsze dwa punkty jakoś zadziałały, trzeci – podobno też, ale chyba tylko teoretycznie.

 

17 marca – dzień św. Patryka: irlandzkie święto narodowe i religijne. Ma być podczas niego zielono, koniczynowo i piwnie. Poeta stan ten ujął z właściwą sobie zwięzłością: Pełno radości i krzyku.
Święty Paddy, żyjący w V w., jest patronem Irlandii – porwany za młodu przez irlandzkich piratów i więziony przez 6 lat, powrócił na Szmaragdową Wyspę jako misjonarz, został pierwszym biskupem Irlandii i zyskał miano Irlandzkiego Apostoła. Biskup Patryk wygonił również z Irlandii wszystkie węże – podobno nie ma ich na tej wyspie po dziś dzień. Ewolucjoniści w zasługi Patryka na tym polu nie wierzą, ale oni w ogóle jacyś mało wierzący są.
A u nas tego dnia świętuje Zbigniew, który – przy całym dla Patryka szacunku – godniejszy jest i zacniejszy, bo za wężami po żadnych wyspach nie ganiał! Za to jeden królowi Jagielle żywot między Grunwaldem a Tannenbergiem ocalił, drugi Rotgiera zarąbał (bo było na śmierć, nie na niewolę), trzeci w zamku tegoż Rotgiera przerobionym na willę (z wygodami – byli i widzieli!) mieszka i pod chmurami lata, a czwarty z Latającym Holendrem żeglował, o czym się sami wkrótce przekonacie.

 

W nocy z 17 na 18 marca 1921 – Armia Czerwona dowodzona przez Michaiła Tuchaczewskiego ostatecznie rozgromiła powstańców z Kronsztadu – portu wojennego na niewielkiej (15 km2) wyspie Kotlin w Zatoce Fińskiej, położonej około 30 km na zachód od Petersburga.
Marynarze, robotnicy i mieszkańcy Kronsztadu, mimo poparcia udzielonego bolszewikom w latach 1917-1918, w marcu 1921 zaprotestowali przeciwko terrorowi i dyktaturze wprowadzonej przez rząd Lenina i Trockiego.
Atak armii bolszewickiej na Kronsztad ułatwił lód, po którym wówczas można się było dostać na wyspę.
Po jej zdobyciu, ci powstańcy, którym nie udało się zbiec do Finlandii (tych było ok. 8000), zostali zmasakrowani: ponad dwa tysiące osób zostało rozstrzelanych, niemal 20 tysięcy bolszewicy zesłali do łagrów, mordując po drodze co najmniej kolejne kilka tysięcy.
Prześladowania uczestników i ich rodzin trwały do późnych lat 60-tych. Dopiero w 1994, za prezydentury Borysa Jelcyna, powstańcy kronsztadzcy zostali rehabilitowani, a działania bolszewików uznano za sprzeczne z prawem.

 

17-19 marca 1915 – szósty i ostatni wypad (Sienkiewicz nazywał to „wycieczka”) podczas drugiego oblężenie Twierdzy Przemyśł (o pierwszym przeczytacie w październiku). Wojska austro-węgierskie próbowały się przedrzeć z Twierdzy przez pierscień oblegającej armii rosyjskiej. Akcja zakończyła się tragicznie: 5,5 tys. zabitych, rannych i zaginionych.

Rosjanie odpowiadaja atakiem na umocnienia – zostają odparci, ale oblegani obronili się ostatkiem sił.
Armeeoberkommando czyli Naczelne Dowództwo C.K. Armii szykuje już rozkaz zniszczenia twierdzy i poddania.

 

20 marca (przez wszystkie lata drugiej dekady XXI wieku, poza 2011) wypada dzień równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej: Słońce góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana. W tym dniu Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Na półkuli północnej rozpoczyna się wtedy wiosna.

 

22 marca 1895 – możemy już chodzić do kina! W Paryżu bracia Auguste i Louis Lumière pokazali tego dnia po raz pierwszy swoje „ruchome obrazki”. Do hollywódzkiego gwiazdozbioru jest już tylko jeden krok.

 

22 marca 1915 – detonacje wstrząsają Przemyślem: armia austro-węgierska wysadza w powietrze mosty na Sanie oraz forty i działa swojej największej twierdzy: Festung Przemysl.

 

23 marca 1915 – po 5 miesiącach największego w I wojnie światowej oblężenia kapituluje Festung Przemysl, trzecia co do wielkości twierdza w Europie (po Verdun i Antwerpii). Akt kapitulacji dostarczono do sztabu rosyjskiego o 6 rano.

Do niewoli poszło 9 C.K. generałów, prawie setka oficerów sztabowych, 2,5 tys. oficerów oraz 117 tys. podoficerów i żołnierzy. Wśród austro-węgierskich jeńców było prawie 30 tysięcy rannych i chorych.

Rosjanie zachowali się bardzo po rycersku, być może wiedząc, że skierowane są na nich oczy całej Europy (padła „twierdza nie do zdobycia”!). C.K. oficerowie mogli zostać przy szablach, żołnierze dostali żołd taki, jak w armii rosyjskiej. Później jeńców podzielono wg narodowości i zesłano do republik azjatyckich. Najlepiej miał Hermann von Kusmanek, generał i Festungskommandant: jeszcze przed końcem wojny wrócił do domu, a po 16 latach zasnął w Panu mając lat 74. Gdy był w niewoli dostał awans na generała obersta, po powrocie postawiono go co prawda przed sądem, ale – oczywiście – uniewinniono i tak przyschło pytanie, czemu wcześniej nie zgromadzono żywności, amunicji i środków medycznych na tyle, by twierdza była rzeczywiście nie do zdobycia. Ale tak już jest: a najdzielniej biją króle, a najgęściej giną chłopy.

Za to Rosjanie mieli bal: do Przemyśla przyjechał sam car i tak się cieszył, że żołnierze dostali po 5 rubli, a oficerowie po medalu.
Ale dalej już nie było im tak wesoło, bo 2 maja, tego samego 1915 roku, armia austro-węgierska odbiła Przemyśl i ruiny twierdzy. Jaki był los ludności cywilnej – strach nawet myśleć.
Austriacy sobie później i tak poszli, a ruiny zostały do dziś.

 

23 marca obchodzony jest dzień przyjaźni polsko-węgierskiej. Wciąż się lubimy!

 

25 marca – w kościele katolickim obchodzona jest uroczystość liturgiczna Zwiastowania Pańskiego, na 9 miesięcy przed uroczystością Bożego Narodzenia. Jeżeli 25 marca wypada w niedzielę, obchody przekładane są na następny dzień.
Tę samą datę (25 III) przyjmuje za dzień Zwiastowania Bogurodzicy kościół prawosławny; ponieważ liturgia prawosławna posługuje się kalendarzem juliańskim, w kalendarzu gregoriańskim wypada to 7 kwietnia.

 

25 marca 1807 – aprobatę królewską uzyskuje prawo zabraniające handlu niewolnikami (Slave Trade Act 1807) ustanowione przez parlament Zjednoczonego Królestwa.
W historii ludzkości niewiele jest aktów prawnych, wprowadzonych bez użycia siły, w których moralność i chęć ulżenia doli innych brałaby górę nad żądzą zysku. Akt z 1807 roku był – jak sądzę – pierwszym z nich. Do jego uchwalenia przyczynił się głównie William Wilberforce, przywódca brytyjskich abolicjonistów, wywodzących się z kręgów anglikańskich ewangelików i kwakrów. Niewolnictwo było dla nich sprzeczne z moralnością chrześcijańską, a kampanię przeciwko handlowi żywym towarem uważali za pierwszy etap walki z niewolnictwem; po jego wprowadzeniu niewolnictwo miało zniknąć w sposób samoistny.
Kampania podjęta została pod koniec lat 1780-tych, na forum parlamentarne trafiła w 1789.

Nigdy, przenigdy nie zaprzestaniemy naszych wysiłków, aż nie wymażemy tego skandalu z chrześcijańskiego imienia, aż nie uwolnimy się od ciężaru winy, pod którym obecnie się uginamy, aż nie położymy kresu wszelkim śladom tego znaczonego krwią handlu, w który przyszłe pokolenia, patrząc wstecz na historię naszego wieku oświecenia, nie będą mogły uwierzyć, że okrywał hańbą i niesławą nasz kraj aż tak długo[1] – mówił Wilberforce 18 kwietnia 1781 z parlamentarnej mównicy.

Projekt ustawy przepadał w głosowaniu kilkakrotnie, a do przeforsowania go przyczyniło się uchwalone w 1806 prawo zabraniające obywatelom brytyjskim udziału w handlu niewolnikami, chytrze podsunięte przez abolicjonistów jako etap pośredni. Zakaz handlu został uchwalony przez Parlament 23 lutego 1807.
W maju 1833 rząd przedłożył w Parlamencie projekt uchwały o zniesieniu niewolnictwa. Izba Gmin zatwierdziła ją 26 lipca 1833, trzy dni przed śmiercią Wilberforce’a. Ustawa weszła w życie 1 sierpnia 1834, nie objęła jednak terytoriów zarządzanych przez Kompanię Wschodnioindyjską, jako nie będących pod bezpośrednią kontrolą Korony. W historii ludzkości niewiele jest…

 

30 marca 1492 – katoliccy monarchowie Hiszpanii, Izabela Kastylijska i Ferdynand Aragoński, podpisali Edykt z Alhambry dający hiszpańskim żydom 4 miesiące na opuszczenie kraju lub chrzest. Karą za niewykonanie rozkazu była egzekucja bez procesu.
Zdecydowana większość wyemigrowała.
Historycy nie są zgodni co do liczby wypędzonych: waha się ona od 130 do 800 tysięcy. Z pomocą dla prześladowanych „Ludzi Księgi” pospieszył m.in. sułtan Bajazyd II, który wysłał jednostki wojenne, by przywiozły wypędzonych do Imperium Ottomańskiego.
Ci, którzy dokonali konwersji (ok. 50 000 osób), mieli tego wkrótce pożałować: kilka lat późnej większość conversos została uznana za kłamców i osadzona w lochach inkwizycji. Ich majątki skonfiskowano na rzecz państwa, po odliczeniu prowizji dla donosicieli, którzy wnieśli akt oskarżenia przeciwko „krypto-żydom” o religijne oszustwo.
Edykt z Alhambry był pierwszym gwoździem do trumny hiszpańskiej potęgi, ale o tym – nie teraz.
Formalnie, rząd hiszpański odwołał edykt 16 grudnia 1968 roku (za rządów Francisca Franco).
W 500. rocznicę wygnania (31 marca 1992), król Juan Carlos z kipą na głowie modlił się obok premiera izraelskiego Chaima Herzoga w madryckiej synagodze Beth Yaakow. Od 2012 potomkowie żydów wypędzonych w 1492 mogą uzyskać obywatelstwo hiszpańskie bez konieczności zamieszkania w Hiszpanii.

 

30 marca 1945 – urodził się Eric Clapton, uznany przez pismo Rolling Stone za drugiego (po Jimim Hendrixie) z najlepszych gitarzystów wszech czasów.

Pochodzący z Ripley w hrabstwie Surrey, Clapton karierę zaczynał z grupą The Yardbirds we wczesnych latach 60-tych, później na jakiś czas wessał go blues grany przez Johna Mayalla i The Bluesbreakers. W 1966, Clapton, Ginger Baker i Jack Bruce stworzyli legendarną supergrupę Cream. Dalej było wszystko: kolejne supergrupy, reggae, solówka w beatlesowskim przeboju While My Guitar Gently Weeps (1968), blues, złote płyty, alkohol, kokaina, heroina, miłość, śmierć syna.

W latach 60-tych jakiś graficiarz napisał na ścianie londyńskiego metra „Clapton is god” – Clapton jest bogiem. Slogan chwycił – był czas, że ten napis można było zobaczyć w Londynie wszędzie.

Sam Clapton nie dał się zwariować. Komentując w jednym z wywiadów najbardziej znane zdjęcie graffiti powiedział: „Na dole fotografii jest pies sikający na tę ścianę. Mam do tego mniej więcej taki sam stosunek”.

Polecam Autobiografię Claptona (wydanie polskie: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2009). Oczy okrągleją.

 

31 marca 1854 – Iesada, trzynasty siogun z rodu Tokugawa, zmuszony zostaje do podpisania Traktatu z Kanagawy (dziś część Jokohamy). Amerykański komandor Matthew Calbraith Perry, podczas drugiej „wizyty” w Japonii z eskadrą złożonej z ośmiu okrętów US Navy (za pierwszym razem, w 1853, pojawił się tylko w cztery okręty), wymusił na Japończykach otwarcie ich portów dla handlu ze Stanami Zjednoczonymi.
Wyłom dokonany w japońskim izolacjonizmie miał się okazać brzemienny w skutki, o czym pierwsza przekonała się Rosja w 1904-05, a podczas II wojny światowej – reszta Azji i świat anglosaski. Ale to będzie dużo później.
Oficjalnie dokument z Kanagawy nazywał się oczywiście „Traktat o pokoju i przyjaźni pomiędzy Japonią i Stanami Zjednoczonymi”.
Fakt – Perry grzecznie prosił, choć jako rozwiązanie alternatywne proponował obrócenie w perzynę jokohamskiego portu i miasta. Zupełnie jak nasz Gerwazy:

„Co za gwałty, rzekł Klucznik, tu nie ma napaści,
Wszak proszę Pana grzecznie; jeśli ciemno Waści,
To Scyzorykiem skrzesam ognia, że Waszeci
Zaraz w ślepiach jak w siedmiu kościołach zaświeci”.
[AM, PT (1834), VIII]

Stany Zjednoczone rozpoczynały właśnie gwałtowne poszukiwanie rynków zbytu dla swoich towarów i za wszelką cenę próbowały znaleźć choćby najwęższą furtkę do Azji. Kilka lat po kanonierkowej dyplomacji Perry’ego działania te zostaną przerwane przez Wojnę Secesyjną (1861-1865), ale pod koniec wieku wrócą ze zdwojoną siłą, kiedy to w wojnie z Hiszpanią „o wyzwolenie Kuby” najważniejszą okaże się bitwa w Zatoce Manilskiej (1 maja 1898). Już wiadomo dlaczego.

 

W końcówce drugiej dekady XXI wieku zawiodą się ci, którzy oczekiwaliby długiego karnawału trwającego aż do marca: zaledwie dwa ostatnie zabawowe wtorki są marcowe: w 2017 (1 marca) i w 2019 (6 marca). To jednak kwestia astronomii: Wielki Post zaczyna się bowiem na 46 dni kalendarzowych przed Wielkanocą – ta zaś przypada na pierwszą niedzielę po wiosennej pełni księżyca. W wiosennym miesiącu nisan – jak w powieści o Poncjuszu Piłacie pisał Mistrz.

 

 

Znaki Zodiaku w marcu:

Ryby (♓) – do 20 marca
Baran (♈) – od 21 marca.
O Rybach było w lutym, a Barany?
No cóż – przykro mi. Naprawdę. Bo czarny piar jest dla nich bezlitosny:

…tylko długotrwałym biciem można skłonić Barana do przyswojenia minimum wiedzy (tabliczka mnożenia, wyjątki na „rz”).
Ludzie spod tego znaku w pracy dezorganizują wszystko, dzięki czemu awansują szybko na wysokie stanowiska.
W kontaktach towarzyskich Barany są z reguły niezmiernie uciążliwe i z powodu najmniejszego pretekstu, a nierzadko i bez, wywołują karczemne burdy i bijatyki.

Maju, przybądź!

 

 

Kwiat marca:

narcyz (Narcissus poeticus L.) – kojarzony z Wielkanocą, ale również symbolizujący próżność (na Zachodzie) oraz bogactwo i szczęście (na Wschodzie). Prawda, jak prosto łączy się w tym kwiecie Wschód z Zachodem?

O Narcyzie napisano tomy, zarówno na półki z mitologią jak i psychologią, więc jeśli koniecznie chcecie się dowiedzieć, co, kto i dlaczego, to musicie tam sięgnąć.

Ci, co nie lubią czytać, niech popatrzą na obraz (wart co najmniej tysiąca słów) – najlepiej Waterhouse’a albo Westa, ale Caravaggio też może być (Dalí wykluczony), który można wyguglować w sekundę. A jeśli ktoś nie lubi ani czytać, ani wpatrywać się w nieruchome malowidła, polecam pierwszą lepszą telewizyjną debatę polityczną: zobaczycie tam stado Narcyzów w behawiorze naturalnym, więc niestety dziko rosnących. Jeśli traficie na spęd partii przeciwnej, to na pewno przyznacie mi rację.

Kwiat – cóż: ten biały, w łacinie zwany „poetyckim”, ma w sobie zieleń życia, złoto bogactwa, czerwień krwi oraz biel niewinności i śmierci. Dlatego – w dłoniach Kory przeniesiony – rośnie nad brzegami Styksu. W mowie kwiatów oznacza zazdrość i zachłanność, ale też tęsknotę.
Gdzieś znalazłem, że „narcyz to fantazja”, ale autor tego twierdzenia chyba słabo znał sie na kwiatach, bo troche dalej pisał o niebieskim kwiatku, który uporczywie nazywał „niezapominajek”…

 

Mitologia grecka łączy narcyz z dwoma mitami: historią samego Narcyza, w ten kwiat przemienionego i porwaniem Kory, którą Hades dopadł wtedy, gdy zrywała na łące narcyzy. Grecy te kwiaty składali na ołtarzach Hadesa i Kory-Persefony.

Z woli Dzeusa ten kwiat Hadesowi przychylna zrodziła
Gaja, godzien zachwytu; w zdumieniu patrzyli nań wszyscy
Ludzie śmiertelni, a także bogowie, co śmierci nie znają.
Z jego korzenia sto wyrastało łodyg kwitnących,
Cudnie też pachniał i wszystkich radował: niebo rozległe,
Całą też ziemię, a takoż i morza słonego odmęty.

[Do Demeter (ok. 640 p.n.e.), drugi hymn homerycki, przekład Włodzimierz Apel]

Kamienie marca:

akwamaryn – niebieska odmiana berylu i heliotrop – odmiana chalcedonu zwana też krwawnikiem.

Akwamaryn (od aqua marina – woda morska) jest kamieniem chroniącym żeglarzy i zapewniającym bezpieczną podróż (przez morza słonego odmęty :). Łagodny błękit klejnotu zapewniać ma właścicielowi łagodność charakteru, spokój i umiejętność chłodnej oceny sytuacji.

Krwawnik swą karierę rozpoczął w Babilonie – robiono z niego pieczęcie i amulety.
W chrześcijaństwie często nazywano go „kamieniem męczeństwa”, gdyż wierzono, że powstał z leżących pod krzyżem jaspisów, na które spłynęły krople krwi Chrystusa.

Oba kamienie symbolizują odwagę.

 

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
trzeci miesiąc roku to:

białoruskiсакавік [sakavik]
bośniackimart i ožujak
bułgarskiмарт [mart]
chorwackiožujak
czeskibřezen
kaszubskistrumiannik (też: strëmiannik, strumian, marc)
litewskikovas
łatgalskiavasara (też: marta)
łużycki (dolny)pózymski (też: nalětnik, měrc)
łużycki (górny)měrc (też: nalětnik)
łotewskimarts
macedońskiмарт [mart] albo цутар [cutar]
rosyjskiмарт [mart]
serbskiмарт [mart]
słowackimarec
słoweńskimarec albo sušec
ukraińskiберезень [bieriezień]
żmudzkikuovs

 

Przysłowia związane
z marcem:

Co marzec wypiecze,
to kwiecień wysiecze.

Czasami w marcu
zetnie wodę w garncu.

Czasem marzec tak się podsadzi,
że dwa kożuchy oblec nie zawadzi.

Gdy przyjdzie marzec,
umrze niejeden starzec.

Gdy w marcu
niebo od południa ryknie,
Rok wszego dobra
w żyzności uniknie.

Ile w marcu dni jasnych
ale z rana mglistych,
tyle w żniwa
czasów dżdżystych.

Kiedy starzec chory w marzec,
będzie zdrów;
lecz gdy baba w maju słaba,
pacierz zmów.

Kiedy twa ma rodzić rola,
to wóź w marcu gnój na pola.

Kiedy w marcu deszczu wiele,
nieurodzaj zboża ściele.

Kiedy w marcu wiele grzmoty
Nie ma w lato k’bur ochoty.

Marcowy loda rada,
majowa pogoda, ranny deszcz
– wszystko to nietrwałe.

Marzec dziwne broi fochy,
zmiata starce i junochy.

Marzec marzy, jak się zdarzy.

Marzec odmienia wiatry,
deszcz miesza z pogodą,
więc nie dziw, jeśli starzy
czują go ze szkodą.

Marzec uparty
stroi z pługiem żarty,
a kwiecień przychodzi
i w chlew go zawodzi.

Marzec zielony – niedobre plony.

Marzec, co z deszczem chadza,
mokry czerwiec sprowadza.

Marzec:
czy słoneczny, czy płaczliwy,

listopada obraz żywy.

Radował się starzec,
kiedy minął marzec;
nie baj baju, umrzesz w maju.

Słońce marcowe
owocom niezdrowe.

Suchy marzec,
kwiecień mokry,
maj przechłodny
– nie będzie rok głodny.

Suchy marzec, maj niechłodny,
kwiecień mokry – rok niegłodny.

Suchy marzec, mokry maj,
będzie żytko jako gaj.

W marcu jak w garncu.

W marcu, gdy są grzmoty,
urośnie zboże ponad płoty.

W marzec już dzień, gdyby ruski wół.

W marcu, kto siać nie zaczyna,
biednyć to gospodarzyna.

W marcu śnieżek sieje,
czasem słonko grzeje.

Źle się w marcu urodzić,
bo trudno takiemu dogodzić.

 

Przysłowia na
św. Albina (1 III)

Na świętego Albina,
rzadka u ludzi mina,
bo post się zaczyna.

 

Przysłowia na
św. Haliny (2 III)

W świętej Halszki dzionek
nuci już skowronek.

 

Przysłowia na
św. Kazimierza (4 III):

Dzień świętego Kazimierza
resztki zimy uśmierza.

Na świętego Kazimierza
zima do morza zmierza.

Na świętego Kazimiera
zima zamiera.

Na świętego Kazimierza
dzień się z nocą przymierza

Na świętego Kazimierza
pokój dla łowcy i zwierza.

Na świętego Kazimierza
wyjdzie skowronek spod pierza.

Na święty Kazimierz
dzień z nocą przymierz.

Na święty Kazimierz
wygnaj świnie na pyrz.

W dzień świętego Kazimierza
zima do morza zmierza.

 

Przysłowia na
św. Tomasza (7 III)

Na świętego Tomasza
wyrasta w polu pasza.

 

Przysłowia na
św. Franciszkę (9 III)

Gdy Franciszka z wichrem po polu hasa,
może sypnąć śniegiem powyżej pasa

 

Przysłowia na
Czterdziestu Męczenników
(10 III):

Czterdziestu Męczenników jakich,
czterdzieści dni po nich takich.

Gdy mróz w marcu dnia dziesiątego,
jeszcze czterdzieści dni mrozu takiego.

Kiedy na Czterdziestu
Męczenników marznie,
to jeszcze czterdzieści
nocy przymarznie.

Męczennicy, gdy mróz noszą,
czterdzieści dni mrozu głoszą.

Męczennicy jeśli psocą,
będzie dżdżysto Wielką Nocą,
a gdy kropla dżdżu nie spadnie,
przez sześć niedziel będzie ładnie.

 

Przysłowia na
św. Grzegorza (12 III):

Na świętego Grzegorza
zima idzie do morza.

Na św. Grzegorza
szuka kawka łoża.

Po świętym Grzegorzu
nie paś bydła ma zbożu.

Święty Grzegorz wielki spławnik,
nad wszystkimi rzeki ławnik;
grzeje więcej – lody płaczą,
rzeki warczą, brzegi znaczą.

 

Przysłowia na
św. Hilarego (16 III):

Hilary zapowiada,
jaka pogoda na Wielkanoc przypada.

 

Przysłowia na
św. Gertrudę (17 III):

Gdy na Gertrudy zjawią się bociany,
to wiosna już rychło nastanie.

Ogrodniku, św. Gertruda gdy słońcem błyśnie
zrobi cuda oczywiście.

 

Przysłowia na
św. Józefa (19 III):

Cóż święty Józef niesie?
Kaczka pierwsze jaja zniesie.

Jak na świętego Józefa chmurki,
to sadź ziemniaki gdzie górki,
a jak pogoda,
to sadź gdzie woda.

Gdy na świętego Józefa
bociek przybędzie,
to już śniegu nie będzie.

Na świętego Józefa pięknie,
zima prędko pęknie.

Na świętego Józwa
przez pole jest bruzda.

Na święty Józek
czasem śniegu wózek.

Na święty Józef pogoda,
będzie w polu uroda.

Oblubieniec pogodny,
rok będzie urodny.

Przyjdzie święty Józef z pomocą
– porówna dzień z nocą.

Święty Józef kiwnie brodą,
idzie zimno na dół z wodą.

Święty Józef laską w ziemię kole,
wyjeżdżajcie, chłopy, orać w pole.

Święty Józef pogodny,
będzie roczek wodny.

Święty Józek wiezie trawy wózek,
ale czasem smuci,
bo śniegiem przyrzuci.

W Józefa z zimy się śmiej
i na grządce kapustę siej.

 

Przysłowia na
św. Benedykta (21 III):

Jak po Benedykcie ciepło,
to i w lecie będzie piekło.

Benedykt groch w polu sieje,
Wojciech [23 IV] do owsa się śmieje.

 

Przysłowia na
Zwiastowanie (25 III):

Jakie Zwiastowanie,
takie Zmartwychwstanie.

Jasny świt na Zwiastowanie
znaczy czasy zdrowe, tanie.

Na Zwiastowanie,
kiedy mgła w zaranie,
chociaż słonko jasno wschodzi,
znak niechybnej to powodzi.

Na Zwiastowanie
zlatują się bocianie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.


 

[1] Never, never will we desist till we have wiped away this scandal from the Christian name, released ourselves from the load of guilt, under which we at present labour, and extinguished every trace of this bloody traffic, of which our posterity, looking back to the history of these enlightened times, will scarce believe that it has been suffered to exist so long a disgrace and dishonour to this country.

The Parliamentary History of England from the Earliest Period to the Year 1803, Volume XXIX. London : T.C. Hansard, 1817; str. 278.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha