Wojciech Jacobson

Miasteczko na kotwicy

W normalnych portach handlowych nie ma dziś miejsca dla jachtów. Od tego są teraz przystanie klubowe lub coraz częściej mariny. Mariny – to znaczy specjalne porty jachtowe z zapleczem technicznym, sanitarnym i całą infrastrukturą. Za postój pobierane są tam opłaty i to dość słone: budowa mariny musi się zamortyzować. Najdroższe są miejsca przy pomostach, gdzie doprowadzana jest woda i prąd, tańsze – na bojach, dziobem lub rufą do lądu, a najtańsze na kotwicy.

W Cayenne nie było mariny, nie było przystani, ba! – nie było nawet portu. Wszystkie jachty niezależnie od zamożności właścicieli czy załóg, stały na kotwicy w ujściu rzeki.
Źle powiedziałem, że w Cayenne nie było portu. Właśnie to kotwicowisko w ujściu rzeki nazywało się Vieux Port – stary port. To miejsce przez kilka stuleci było jedynym portem Gujany: tu docierały statki odkrywców, zdobywców, a potem kolonizatorów, tędy wiódł szlak transportowy z Europy i do Europy. Tutaj też zbudowano fort wojskowy i postawiono latarnię morską.

Gdzieś po drugiej stronie wyspy Cayenne, kilkanaście kilometrów od miasta, znajduje się nowy port dla dużych statków – Dégrad des Cannes. Kotwicowisko Vieux Port jest natomiast miejscem postoju małych jednostek motorowych, kutrów przybrzeżnych i jachtów. Nawet port rybacki jest w innym miejscu.

W muzeum miejskim w Cayenne oglądałem ryciny i sztychy obrazujące stary port: statki żaglowe na kotwicach, łodzie wiosłowe przewożące ludzi i towar na niedaleki drewniany pomost, tragarze załadowujący szalupy i barki. W miejscu drewnianego pomostu stoi obecnie betonowa keja na palach i kilkusetmetrowy nasyp nad bagnistym rozlewiskiem. Do komunikacji z lądem, w miejsce szalup i barek, służą teraz plastykowe łódeczki i dmuchane dinghy z silnikami Yamahy.

Nie jest to łatwe kotwicowisko. Dwa razy dziennie prąd pływowy zatrzymuje rzekę, dwa razy rzeka rusza z podwójnym impetem. Jachtami obraca tam i z powrotem, wskaźnik logu wystukuje „na stojąco” prędkość nurtu 5-6 węzłów. Przepłynięcie do kei naszym małym wiosłowym składakiem w godzinach „szczytu prądowego” jest bardzo trudne zwłaszcza, że stoimy dość daleko od brzegu. Trzeba pilnować tabeli pływów i odpowiednio planować wszystkie wyjścia i powroty z miasta.
Przy odpływie nowa trudność. Uciekająca woda odsłania bagniste łachy, które odcinają drogę do lądu. Nawet przy kei jest płytko – stojące tam kutry tkwią nieruchomo w mule. W błotnistym osadzie tkwią też jachty, które rzuciły kotwicę zbyt blisko lądu. Wyglądają malowniczo – przechylone, jakby zakopane w piasku. Przez kilka godzin są jednak odcięte całkowicie od świata bowiem to, co wygląda na niewinny piaszczysty osuch, jest błotnistą mazią, niemożliwą do przebrnięcia. Grzęzawisko jest pełne życia – roi się tam od krabów i niezwykłych „pełzających” ryb, co przyciąga białe i czarne czaple, flamingi i inne ptactwo.
Wszystko ma dla mnie egzotyczny urok i koloryt. Niezwykły jest również kolor wody: rzeka zmieszana z morzem i mułem ma barwę złocisto-kremową.

Od strony morza w czasie odpływu wyłaniają się spod wody mielizny, nad którymi wpływaliśmy do portu. Brzeg wydłuża się, a mielizny ciągną się kilometrami, niemal po horyzont. Codzienny widok tych odsłoniętych łach nieodmiennie przywodził mi na myśl tragiczną scenę z książki Henri Charriére’a „Papillon”: tratwa z uciekinierami z więzienia na Wyspie Diabelskiej, położonej niedaleko Cayenne, utyka w czasie odpływu na przybrzeżnej ławicy; jeden z uciekinierów próbuje dotrzeć pieszo do zbawczego lądu, pochłania go jednak bagno.

Na naszym kotwicowisku koło fortu Cépérou stało ponad czterdzieści jachtów. Czterdzieści kilka jachtów to czterdzieści kilka rodzin – całe miniaturowe miasteczko! Nie przesadzam: większość jachtów to pływające rodziny. Przeważnie ludzie młodzi, lub w średnim wieku – małżeństwa z małymi i podrosłymi dziećmi, psami, kotami, ale także i rodzice z dorosłą młodzieżą. Wszyscy na szlaku przygody – pływanie nie na pokaz, nie dla pobicia rekordu – taki po prostu styl życia. Rzucają pracę, biorą sabbatical – długoterminowe urlopy i wypływają z Francji na rok, dwa, trzy – a nawet czternaście, jak Christophe.
Co ich gna, co ich skłania do takiego życia? Czy tylko przygoda? Nie wiem, zaprzepaściłem szansę – mogłem każdemu stawiać podobne pytania, ale czy odpowiedzi byłyby szczere? Może mają w tym własną kalkulację: zasiłek dla „bezrobotnych”, ucieczkę przed podatkami?

Dla części jachtów Cayenne jest bardzo ważnym etapem w ich wędrówce. Tu jest jedyne miejsce w Południowej Ameryce, gdzie można znaleźć łatwo pracę, zarobić na dalszą żeglugę. Normalny „szlak francuski”, jak go nazywamy, prowadzi z Europy do frankońskiej Afryki Zachodniej i dalej, przez Wyspy Zielonego Przylądka, do Brazylii. Stamtąd przez Gujanę Francuską, Karaiby – Martynikę i Gwadelupę – z powrotem do Europy. Całość można opłynąć w ciągu niecałego roku wykorzystując sezon zimowy – podobny szlak obrał nasz Boruta. Praktycznie taka wędrówka trwa dłużej niż rok, bo któż by się spieszył, jeżeli po drodze jest tak ciekawy i tani kraj jak Brazylia, potem inny kraj – kawałek tropikalnej Francji, gdzie można uzupełnić finanse i… wrócić ponownie do Brazylii!
Możliwość złapania pracy i zarobku powoduje, że w Cayenne jachty rzucają kotwicę na dłużej. Eks-kolonia, a teraz Departament Zamorski Francji, potrzebuje wykwalifikowanych pracowników: spawaczy, techników, mechaników, budowlanych, inżynierów. Do prostszych prac są miejscowi ludzie.

 

Życie w miasteczku na kotwicy zaczyna się o świcie. Jeszcze ciemno, godzina szósta rano, a w bulajach jachtów migotają światełka i słychać warkot motorowych bączków. Zaspane żony odwożą mężów na keję, po drodze zabierając sąsiadów. Wszyscy się spieszą, praca rozpoczyna się o 6:30 lub o 7:00 – to są tropiki.

Potem panie, o ile same nie mają posad, wracają na jachty i zaczynają pracowity dzień gospodyń domowych: gotowanie, pranie, mycie, sprzątanie, prace bosmańskie, malowanie, lekcje z dziećmi, zakupy. Przed zakupami trzeba podrzucić dzieci do zaimprowizowanego przedszkola na sąsiednim jachcie lub zabrać swoje i cudze dzieci razem na pływalnię lub do parku. Prócz zakupów trzeba napełnić kanistry słodką wodą i przytargać to wszystko bączkiem z lądu na jacht. Pracy nie brakuje nigdy… W czasie nieobecności gospodarzy jachty pozostają pod okiem sąsiadów. Ci obserwują, czy łódki nie dryfują, czy kotwica trzyma i czy nie kręcą się intruzi. Pokładów dodatkowo strzegą psy.

Prawie na każdym jachcie francuskim są zwierzęta domowe, najczęściej koty i psy, i to najrozmaitszych ras i wielkości: od ratlerków do nowofunladczyków. Sympatyczne są te psy jachtowe. Moglibyśmy wiele o nich opowiadać: o tym, jak lubią jazdę łódeczkami na ląd, jak wdrapują się same na keję po drabinkach i trapach, jak ochoczo się kąpią, jak przystosowują się do warunków żeglarskich. Mamy wśród nich przyjaciół: Gadoche, Taurupidou, Gogol i inne. Śmiejemy się, że nie było jeszcze „pierwszego polskiego rejsu z psem” („pod psem?”), a tu niespodziewanie żeglarze z Boruty informują nas, że był! Gienek Moczydłowski, znany i sympatyczny kaphornowiec, żeglował z dwoma psami i sprzątnął innym temat do kolejnej publikacji.

 

Miejscem, gdzie można spotkać wszystkich z miasteczka na kotwicy, jest wiata z falistej blachy usytuowana na kei nieopodal budki policji granicznej. Wiata jest umywalnią, pralnią, prysznicem, studzienką (pompą) skąd pobiera się wodę, a zarazem miejscem towarzyskich spotkań. Tu można zawrzeć znajomości, wymienić informacje, wysłuchać ploteczek i aktualności – zupełnie jak w maglu. Wiata jest zamykana na szyfrowaną kłódkę, ale wszyscy znają szyfr – mogę go zdradzić: 1984! Za wodę i korzystanie z wiaty płaci się komuś, nikt dokładnie nie wie, komu. Za to ogłoszenie na ścianie podaje wyraźnie cenę: 30 franków na miesiąc na rodzinę! Oczywiście, że na rodzinę – jacht jest przecież rodziną, domem rodzinnym w miasteczku!

 

Nie mamy wiele czasu na życie towarzyskie, ale z ludźmi z naszego miasteczka spotykamy się i widujemy bardzo często. Nawet bez bliższych kontaktów pamiętamy twarze, kojarzymy z jachtami, pozdrawiamy się, wymieniamy uprzejmości – jak w schronisku górskim na nartach. Kto powiedział, że Francuzi są nieuczynni i zadufani? Przynajmniej nie mają takich cech nasi sąsiedzi z kotwicy. Wręcz przeciwnie: szukają kontaktów, uśmiechają się, spieszą chętnie z pomocą.

Znajoma z widzenia uśmiechnięta dziewczyna z jachtu Rantamplan zaczepia mnie na ulicy w Cayenne:

– Wiesz, widzę często, że chodzisz pieszo i to daleko, aż na pocztę (cztery kilometry) – my mamy na pokładzie dwa rowery. Jak chcesz, możesz jeden używać na stałe!

Zajęci własnymi sprawami nie odwiedzamy innych jachtów, ale widocznie jesteśmy dla Francuzów jakąś egzotyką, bo przychodzą do nas sami:

Louis i Elizabeth z Elocina, z którymi pływałem dwa tygodnie w Brazylii,

Bernard, inżynier z metra paryskiego, z jachtu Mischka VI, który pływa samotnie już trzeci rok, kończy rejs dookoła świata – przeszedł samotnie przez Kanały Patagońskie – chapeau bas! Jego Mischka – Misiek, to wzór elegancji, czystości, schludności i porządku. Wszystko na swoim miejscu, wszystko przemyślane – jaki kontrast z Marią!

Alain i Danielle z betonowego kecza Le Gueux – włóczęga, ciułający środki na dalszą żeglugę do Australii i interesujący się informacjami Ludka o tym kraju.

I przede wszystkim – przemiły, uczynny i serdeczny Alzatczyk – Philippe z Catimini. Philippe ma słuch absolutny, po angielsku mówi jak Anglik, po niemiecku – jak rodowity Niemiec i równie ładnie po hiszpańsku. Gdy usłyszał nasze polskie rozmowy wykrzyknął: „Jaki piękny jest wasz język!”

Mignęli też nam starzy znajomi: Jean i Marice z synem, z Christophe’a, ci sami, którzy jeszcze w Brazylii, w Itaparica, dali nam list-glejt protekcyjny pisany na serwetce, a skierowany do wpływowego znajomego w Cayenne. Przyjechali z Kourou autobusem sprawdzić, czy Maria przypłynęła do Cayenne i teraz zapraszali do odwiedzenia Christophe’a w Kourou.

 

Kourou to niewielka 6-tysięczna miejscowość, położona około 50 kilometrów od Cayenne naprzeciwko wysp Salut, u ujścia rzeki Kourou. Rozwinął się tam nowy port, dogodniejszy podobno dla jachtów od kotwicowiska w Cayenne. Port obsługuje głównie Gujańskie Centrum Kosmiczne, które powstało w roku 1967, kiedy Francja przeniosła swój ośrodek kosmiczny z Sahary do Gujany. Centrum w Kourou wykonuje teraz program satelitarny dla całej Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej wynosząc na orbitę satelity komunikacyjne. Rozwój ośrodka oraz przedsiębiorstw współpracujących zaktywizowały gospodarkę Gujany i stworzyły możliwości pracy dla fachowców, w tym również dla przybyszów na żaglach.

Z Kourou wiążą się także tragiczne dzieje wyprawy kolonizacyjnej w latach 1763-1764. Sprowadzono wtedy z Francji 12 tysięcy osadników, których wysadzono – bez przygotowania – na plażę między rzeką a morzem. W krótkim czasie kolonizatorów zdziesiątkowała malaria i żółta febra. Dwa tysiące osób uciekło na wyspy Salut, reszta zmarła. Żółta febra została wytępiona z Gujany, ale ostrzegano nas przed malarią i zalecano zażywanie arechinu.

W miasteczku na kotwicy silny, nieustający wiatr pasatowy nie dawał komarom żadnych szans. Mieliśmy natomiast okazję zwiedzenia miejscowego Instytutu Pasteura, gdzie prowadzone są badania nad szczepionką przeciwmalaryczną. Ku mojemu wielkiemu żalowi nie udało nam się dojechać do Kourou, ani na wyspy Salut, głównie z powodu braku czasu. Wielka szkoda, bo ośrodek kosmiczny jest w niektóre dni otwarty dla zwiedzających, a ponadto 4 marca wystrzeliwano tam kolejną rakietę Ariane 8 z satelitą komunikacyjnym. Z naszego miasteczka na kotwicy widzieliśmy lecącą Ariane, jak nikłą kometę znikającą w chmurach.

 

Tego samego dnia oglądaliśmy inne wielkie wydarzenie, przeżywane na pewno goręcej przez czarną ludność Cayenne niż wystrzelenie jakiejś tam rakiety: ostatnia niedziela karnawału, samo apogeum! Zapewne zapomnielibyśmy w ogóle o karnawale, ale już w piątek zamykano wcześniej urzędy, banki i sklepy, zapowiadając otwarcie dopiero w następny czwartek.

Strajkujemy – wyjaśniali nam urzędnicy śmiejąc się.

Karnawał gujański był nieco inny od tego, jaki spodziewaliśmy się zobaczyć znając z relacji pośrednich karnawały brazylijskie. W Rio de Janeiro parada jest żywiołowym, ale wyreżyserowanym spektaklem, w Salvadorze brazylijskim – spontanicznym tanecznym przemarszem tzw. bloków prowadzonych przez zespoły muzyczne „trio-electrico”, natomiast to, co zobaczyliśmy w Cayenne, bardziej przypominało uliczną maskaradę.
Małe i większe, 5-30-osobowe, grupki przebierańców przeciągały dość chaotycznie ulicami miasta. Często tory ich przemarszu krzyżowały się lub biegły przeciwprądowo, nie powodowało to jednak większego zamieszania, ani nie hamowało entuzjazmu uczestników.
Przebrania i maski przygotowywane były od miesięcy – nie można odmówić im pomysłowości i fantazji. Gama różnorodności ogromna: maski przerażające, agresywne, komiczne, zwierzęce, fantazyjne i charakterystyczne. Przebrania, często jednolite dla całej grupy – np. wiedźmy, muszkieterzy, piraci, diabły itp. – w większości były jednak barwnymi kompozycjami indywidualnymi. Rozśmieszali nas Murzyni umazani na czarno i w czarnych strojach.
Każdej grupie towarzyszył zespół rytmiczny lub też stanowiła go całość uczestników. Przeważały instrumenty zaimprowizowane ad hoc: puszki, pudła, pojemniki plastykowe, wiadra, bębenki i obowiązkowo gwizdki. Rytm świetny, do tego śpiew – także rytmiczny, skandowane okrzyki i posuwisty marsz-taniec w takt samby. Robiło to duże wrażenie, szczególnie gdy szły zorganizowane oddziały. Momentami grupa zwalniała, podrygując w miejscu, rytm nieco ucichał, by nagle, na jakiś znak czy okrzyk wybuchnąć ze zwielokrotnioną siłą i tempem. Uczestnicy ruszali wtedy do przodu z ogromnym impetem porywając w szalonym tańcu wszystkich wokoło. Było w tym coś jak rezonans. Nogi same wybijały rytm i wpadały w charakterystyczny, posuwisty, łyżwowy krok.

Przemarsz trwały do nocy, potem zostawał tylko rytm i śpiewy niemilknące do rana. Powtarzało się to w następne wolne od pracy dni, w tym także, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, we Środę Popielcową. W tym dniu zmieniła się jednakże sceneria. Znikły barwne, wesołe stroje, dominowała wyłącznie biel i czerń. Był to ponowny pokaz pomysłowości przebrań i kompozycji strojów – zawierały one teraz elementy kojarzące się ze śmiercią i sprawami wieczystymi. Rytm i taneczny marsz pozostawały te same. Rozgorączkowane czarne twarze przysypane złotym i srebrnym proszkiem, roztańczone ciała, gwizdki, bębny, okrzyki, śpiew.

Te kilka dni były radosnym świętem i zabawą czarnej i śniadej społeczności Cayenne. Biali mieszkańcy, także ci z kotwicowiska, przyglądali się przemarszom z ciekawością. Zainteresowania nie okazywali natomiast Chińczycy – zaniepokojeni, pilnowali pieczołowicie swoich sklepów.

 

Karnawał nie był dla nas największą atrakcją pobytu w Gujanie.
W ostatnią niedzielę przed opuszczeniem Cayenne Jean-Pierre, znajomy lekarz z Instytutu Pasteura, zaprosił nas na wycieczkę do Amazonii Gujańskiej w górę rzeki Comté.
Jak na złość deszcz lał od rana. Ośmioosobowy Zodiak, gumowy ponton z 45-konnym silnikiem Yamaha, pruł z szybkością trzydziestu kilku kilometrów na godzinę krętym wodnym szlakiem. Wszyscy chronili się pod prowizorycznym okryciem. Deszcz ściekał po twarzach, ale nie psuło to wrażeń.
Spod przymrużonych powiek obserwowałem dżunglę, zwartą ścianę zieleni z gałęziami i zwojami lian sięgającymi powierzchni nurtu, wypatrywałem dzikich ptaków i zwierząt, chłonąłem zapach wody i lasu. Wyobrażałem sobie, że to nie pędzący Zodiak, a czółno indiańskie i w tym nierealnym świecie czułem się niemal jak odkrywca. Mimo deszczu i zimna (tak, zimna w tropiku!) rozpierała mnie radość.
Scenerie oglądane dotąd w filmach czy reportażach Stanisława Szwarc-Bronikowskiego, Wiesława Mrówczyńskiego, Jerzego Surdela czy Toni Halika były teraz moim udziałem – nigdy się tego nie spodziewałem!

Zodiak zwalniał tylko dla dolania paliwa i pędził dalej zakrętami rzeki zręcznie wymijając przeszkody dopóki, po wielu godzinach , drogi nie zagrodziły sterczące z wody kamienie i gałęzie. Zawróciliśmy wówczas do miejsca, gdzie już wcześniej, w zakolu rzeki, widzieliśmy większą liczbę łodzi a nawet zakotwiczony jacht. Na kawałku piaszczystego brzegu tkwił palik z napisem Degrade Cacao – przystań Cacao.

Kilometrowy spacer rozmiękłą deszczem, czerwonawą drogą prowadził do kolejnej niespodzianki: do osady Cacao, indochińskiej wioski w dżungli gujańskiej!

Siedem czy osiem lat temu energiczny proboszcz laotański wyjednał u władz francuskich możliwość osiedlenia w Gujanie całej swojej wioski – sześciuset osób. Hmongowie – bo tak brzmi regionalna nazwa tej grupy wieśniaków, trafili w warunki niemal idealnie zbliżone do rodzinnych. Ten sam klimat, temperatura, tropikalna wilgotność. Wybrano dogodne miejsce – blisko rzeki i szlaku komunikacyjnego a daleko od miasta – i wycięto kawałek pełnej pasożytów dżungli pod budowę osady. Rodzinom przydzielono działki surowego terenu, jednakową ilość drewna budulca i udzielono kredytu. Resztę pozostawiono pracowitym rękom i przedsiębiorczości indochińskich wieśniaków.

W ciągu siedmiu lat wyrosło schludne osiedle ze szkołą, spółdzielnią, dwiema świątyniami, dwiema gospodami i wiatą targową. Hmongowie budowali wszystko sami, w swoim charakterystycznym stylu, pomagając sobie wzajemnie. W ten sposób w puszczy gujańskiej znalazła się indochińska wioska ze skośnookimi mieszkańcami w tradycyjnych, charakterystycznych strojach..

Mili są Hmongowie, pogodni, uśmiechają się do każdego, pozdrawiają uprzejmym „Bonjour”, choć francuskiego w większości nie znają. Ich tłumaczami są teraz dzieci, dumne ze swojej roli. Hmongowie żyją z uprawy ryżu, kukurydzy, warzyw i korzennych przypraw. Swoje płody i wyroby ludowe sprzedają na „chińskim rynku” w Cayenne oraz pod własną wioskową wiatą. Właśnie u nich Ludek zaopatrzył się w poszukiwane od dawna ostre papryczki i pieprz kajeński. W samym Cayenne na próżno szukaliśmy oryginalnego Cayenne pepper. Owszem, był eksponowany w muzeum, natomiast w sklepach można było jedynie dostać, po słonej cenie, pieprz kajeński importowany z… Dijon we Francji!

Pod wiatą, na wioskowym rynku próbowaliśmy smaku indochińskich potraw przygotowywanych na miejscu w gorących garach i serwowanych w miseczkach lub na kiściach palmowych. Położona opodal gospoda z chińską kuchnią zyskała renomę i ściąga tu na weekendy mieszkańców Cayenne. Jednym z przysmaków jest tatu – pieczony pancernik, złowiony w dżungli. Rzeczywiście znakomity, mięso przypomina delikatną cielęcinę.

* * *

 Nasza wycieczka skończyła się jak kolejny sen i nadszedł czas na dalszą morską wędrówkę. Z poszukiwania dorywczej pracy zrezygnowaliśmy dawno z przyczyn wizowych. Teraz czekało nas położenie jachtu burtą na piasku przy odpływie dla wmontowania nowego czujnika echosondy i oczyszczenia dna. Była to ciężka fizycznie operacja i długa na co najmniej dwie fazy pływowe. Odpowiednie miejsce w górze rzeki wskazali nam przyjaciele z kotwicowiska.

Potem trzeba było jeszcze uzupełnić zapasy wody, wożąc ją pracowicie naszym małym bączkiem – i byliśmy gotowi do drogi. Miasteczko na kotwicy żegnało Marię machaniem rąk i buczeniem na rożkach mgłowych. Kotwicę pomagał nam rwać nieoceniony Philippe. Zjawił się w ostatniej chwili przywożąc w prezencie woreczek cytryn i książkę Jonathan Livingston le Goéland – Mewa imieniem Jonathan Livingston. Moja ulubiona opowieść, poetycka przenośnia o mewie, która chciała latać wyżej i lepiej niż inne. W motto książki autor, Richard Bach, dedykuje ją: Mewie Jonathan, która drzemie w każdym z nas…

Wojciech Jacobson
marzec 1984
Publikowane po raz pierwszy:
Zeszyty Żeglarskie, nr 7, listopad 2003, s. 18.


Historię obu opowiadań Wojciecha Jacobsona znajdziecie pod tekstem opowiadania pierwszego – „Cayenne”.
W komentarzu do „Miasteczka na kotwicy” Wojtek napisał:

– W Cayenne byliśmy Marią – Ludek, Marek Kowalski i ja – w roku 1984, na przełomie lutego i marca.
Czwartego marca opuściliśmy Cayenne i jednym ciurkiem dopłynęliśmy, chyba 25 maja, do Brestu. Po drodze „podsłuchiwaliśmy” rozmowy radiowe Pogorii (na Atlantyku przed Azorami). Próbowaliśmy nawiązać łączność z wami na częstotliwościach amatorskich, ale nie wyszło. Tym się zajmował Marek Kowalski, radiowiec półprofesjonalny, i trochę Ludek. Żałowałem, że nie robiłem notatek z tych łączności. Ale daty chyba mam gdzieś zapisane. Marek płynął na Marii z Montevideo do Brestu i tam wysiadł w czerwcu 1984 r.

Wszystko się zgadza. Pogoria, wracała wówczas do Gdyni z pierwszą Szkołą Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego, po przepłynięciu Morza Śródziemnego i Kanału Sueskiego, wizycie w Bombaju i Kolombo, postoju na Malediwach i Seszelach. 5 marca 1984 wypłynęła z portu Victoria na seszelskiej wyspie Mahé. Do 25 maja odwiedziła atol Aldabra, Durban i Kapsztad w RPA, Wyspę Św. Heleny i Hortę na azorskiej wyspie Faial, skąd 21 maja wzięła kurs na Penzance w Wlk. Brytanii.
Dodam jeszcze, że w 1982 r. Krzysztof Baranowski, organizując swą pierwszą Szkołę pod Żaglami, zaproponował Wojtkowi funkcję pierwszego oficera, głównego nawigatora i nauczyciela chemii. Wojtek zastrzegł od razu, że definitywną odpowiedź da w ciągu dwóch miesięcy (a wtedy wybrał Marię), zdążył jednak opracować dla Szkoły terminarz i trasę podróży. Zadziwiające, jak mało poprawek wprowadziło do tej marszruty życie. Zgadzały się porty, przewidywane długości, a czasy „przelotów” pokrywały się niemal dokładnie z rzeczywistymi.

*   *   *

Również w tym opowiadaniu, by nie rozbijać toku narracji fotografiami, które – wbrew pozorom – zawężałyby jej ponadczasowe wartości, materiał zdjęciowy zamieszczamy poniżej.

Kazimierz Robak
Żeglujmy Razem
28 czerwca 2014


Oba opowiadania Wojciecha Jacobsona („Cayenne” i powyższe „Miasteczko na kotwicy”) – opisujące postój w Cayenne, z którego Maria wyruszyła do Brestu – są prologiem jednej z najbardziej niezwykłych i udanych ekspedycji polskiego żeglarstwa: przepłynięcia Przejścia Północno-Zachodniego.
Jego głównymi bohaterami byli Wojciech Jacobson, Ludomir Mączka i Janusz Kurbiel – inicjator i sponsor wyprawy, właściciel jachtu Vagabond’eux, którym żeglarze płynęli Arktyką kanadyjską i amerykańską przez cztery lata, zaczynając (1984) i kończąc (1988) rejs we Francji.

„Cayenne”  Wojtek wspomniał:

 Na poczcie – radość! Czeka na nas cała paczka listów. […] Wśród listów jest jeden, który może zmienić nasze plany żeglugowe, a w konsekwencji życie w najbliższych latach. To list z Paryża od Janusza Kurbiela. Janusz proponuje, byśmy płynęli Marią wprost do Francji, a potem wzięli udział w jego wyprawie arktycznej. Szczegóły omówi z nami osobiście bo zamierza przylecieć tu, do Cayenne.

Janusz i Joelle Kurbiel rzeczywiście do Gujany przylecieli – stąd nazwisko Janusza wśród autorów zdjęć z Cayenne i portret jego żony (patrz niżej) na pontonie płynącym do gujańskiej wioski Hmongów.

Dokładny opis arktycznego rejsu zawiera relacja Wojciecha Jacobsona Rejs jachtu Vagabond II przez Przejście Północno-Zachodnie, 1984-1988. Oto jej fragmenty (całość znajdziecie na naszej stronie):

W r. 1984 Janusz Kurbiel, polski żeglarz mieszkający we Francji, przystąpił do organizacji wyprawy przez Przejście Północno-Zachodnie na swoim jachcie Vagabond’eux (Vagabond II). Wyprawa miała zacząć się na zachodnim wybrzeżu Kanady i przebiegać trasą z zachodu na wschód, śladem Henry Larsena. Kurbiel, który praktykę żeglarską zdobywał, m.in. w Jacht Klubie AZS Szczecin, był doświadczonym żeglarzem arktycznym. Do udziału w planowanej wyprawie zaprosił, dość niespodziewanie, Ludka Mączkę i mnie. Ludek w tym czasie kończył swój 11-letni rejs dookoła świata, a zaproszenie dotarło do nas, gdy znajdowaliśmy się na Marii w Gujanie Francuskiej. […]

Po dotarciu z Ameryki Południowej do Francji (maj 1984), pozostawiliśmy Marię na kei w Le Havre i włączyliśmy się w przygotowania do nowego rejsu. Prócz prac technicznych przygotowania objęły żeglugę Sekwaną z Paryża do Le Havre i rejsy próbne na wodach wzdłuż wybrzeża francuskiego. Łącznie przepływaliśmy 510 Mm i odwiedziliśmy 10 portów. […]

Start do pierwszego etapu nastąpił 13 października 1984 r. z Le Havre. Załogę jachtu stanowiły trzy osoby: Ludek Mączka, moja córka Magda Jacobson – studentka Politechniki Szczecińskiej i ja jako prowadzący. Po postoju technicznym w porcie Brest, rejs rozpoczął się ostatecznie 1 listopada 1984 r.
Trasa prowadziła przez Gran Canarię, Antyle, Wenezuelę, Kanał Panamski i zachodnie wybrzeże Meksyku i USA. Na dwóch odrębnych etapach towarzyszyli nam studenci-jachtostopowicze: najpierw Timo Lehtinen z Finlandii, a później Erich Berger ze Szwajcarii. Do Vancouveru w Kolumbii Brytyjskiej, na zachodnim wybrzeżu Kanady, dotarliśmy 30 kwietnia 1985 r.
W czasie siedmiu miesięcy żeglugi przebyliśmy 12 520 Mm i zatrzymaliśmy się w 18 miejscach. Rejs ten uzyskał I nagrodę i „Srebrny Sekstant” jako Rejs Roku 1985 w dorocznym konkursie Głosu Wybrzeża. […]

W czwartym sezonie trasa Przejścia Północno-Zachodniego została ostatecznie pokonana i nastąpił powrót do Francji. Załogę jachtu tym razem stanowiło tylko nas dwóch: Ludek i ja jako prowadzący, bowiem Kurbielowie byli zajęci testowaniem w warunkach polarnych nowego eksperymentalnego jachtu Vagabond’eur […] i nie mogli dołączyć do etapu z Gjoa Haven. Po trudnych, trwających cały miesiąc przygotowaniach, wyruszyliśmy 15 sierpnia 1988 w drogę na ostatni odcinek przejścia. […]

Cała wyprawa, rozpoczęta w 1984 r. we Francji i tam zakończona w r. 1988, objęła przeszło 23 tysiące mil morskich i 86 odwiedzonych portów i kotwicowisk. We dwóch z Ludkiem uczestniczyliśmy, jako jedyni, we wszystkich etapach wyprawy i spędziliśmy w Arktyce amerykańskiej i kanadyjskiej blisko 11 miesięcy, w tym 5 miesięcy w osadach Inuitów

Relacja ta oryginalnie zamieszczona była na stronie JK AZS Szczecin <http://www.jkazs.szczecin.pl/archiwum/nwpas/wd.htm>

 

Pierwszego, pełnego przejścia tego akwenu dokonał w latach 1903-1906 Norweg Roald Amundsen. Ze statystyki prowadzonej przez kanadyjski Coast Guard wynika, że Vagabond II był 38. jednostką, która od czasów Amundsena przepłynęła tę trasę. Jacobson, Mączka i Kurbiel byli pierwszymi polskimi żeglarzami, którzy tego dokonali. Ta północna wyprawa została uznana w Polsce za Rejs Roku 1988. A trójkę jej uczestników: Jacobsona, Kurbiela i Mączkę uhonorowano Srebrnymi Sekstantami.

Pohl, Krystyna. Żeglarze. Szczecin,Wyd. Zapol, 2013; s. 80

 


1984_Cayenne_0470a_kotwicowisko_fot_Wojciech_Jacobson

02-02_1984_Cayenne_kotwicowisko_F1050017_Lev_sm_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: kotwicowisko

_1984_Cayenne_Vieux_Port_F1050013_lev_sm_fot_Wojciech_JacobsonCayenne, Vieux Port: dziewczyna czeka na powrót do miasteczka na kotwicy

_1984_Cayenne_F1010007_sm_R_Philippe_z_Catimini_fot_Wojciech_JacobsonCayenne 1984: goście z „miasteczka” na Marii.
Po prawej – Philippe z Catimini.

1984_Cayenne_sy_Maria_17s4w_a_fot_Janusz_Kurbiel_smMaria w Cayenne

 

1984_Cayenne_Ludek_12a_fot_Janusz_Kurbiel_smCayenne: Ludomir Mączka na Marii

 02-05_1984_Cayenne_L_Maczka_sm_arch_W_Jacobson

1984_Cayenne_W_Jacobson_L_MaczkaCayenne: Wojciech Jacobson i Ludomir Mączka

02-05_1984_Marche_chinois_F1050019_lev_sm2_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: Marché chinois

1984_Cayenne_zandarm_Ludek_Marek_Kowalski_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: (od prawej) Marek Kowalski, Ludomir Mączka i pilot żandarmerii francuskiej w Gujanie

 

1984_Cayenne_17s11w_a_fot_pilot_francuski_arch_Janusz_Kurbiel_smMaria sfotografowana przez tegoż pilota aparatem Janusza Kurbiela

 

1984_Cayenne_karnawal_0073Cayenne: karnawał 1984

 1984-03_Cayenne_L_Maczka na zodiaku_F1050020_lev_sm_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: Ludomir Mączka

 

1984_Cayenne_0468_w_drodze_do_Hmongów_fot_Wojciech_Jacobson_F100028_smNa rzece Comté, w drodze do Cacao – wioski Hmongów w Gujanie Francuskiej;
od lewej: Joelle Kurbiel, Marek Kowalski, Jean-Pierre, Ludomir Mączka

 02-10_1984_wioska_Hmongów_F1050007_sm_fot_Wojciech_Jacobson

02-11_1984_wioska_Hmongów_F1050006_sm_fot_Wojciech_JacobsonCacao: wioska Hmongów w Gujanie Francuskiej

 

 

1984_Cayenne_0074_rzeka_ComteCayenne 1984: carénage, czyli czyszczenie dna Marii i zakładanie sondy na rzece Comté przy odpływie

 

1984_Cayenne_sy_Maria_17s8w_a_fot_Janusz_Kurbiel_smCayenne 1984: s/y Maria

 Zdjęcia pochodzą z archiwum Wojciecha Jacobsona:
ich autorami są Wojciech Jacobson i Janusz Kurbiel,
a w jednym przypadku – pilot helikoptera żandarmerii francuskiej.


 

Calendar

« April 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Kwiecień

Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień – spod ziemi
Martwej – wyciąga gałęzie bzu, miesza
Wspomnienie z pożądaniem, niepokoi
Wiosennym deszczem zdrętwiałe korzenie.
Zima nas ochraniała, otulała
Ziemię w śnieg zapomnienia, karmiąc
Tę resztkę życia suchymi bulwami.

Co ty, mamo, pooddychać chciałem kwietniem,
Gwiazdy świecą pełnym blaskiem, noc radosna,
Mamo, ja po prostu dyżur pełnię,
Przecież kwiecień, przecież wiosna
.

 

Nic tak nie oddaje natury kwietnia-pletnia, który wciąż zimę z latem przeplata, jak owe dwa cytaty. Poeci – ci to dopiero mają wyobraźnię! A proza – jak to proza:

Początek kwietnia, jeden z tych miesięcy, które służą za przejście między zimą i wiosną. Śnieg już zniknął, ale nie ukazała się jeszcze zieloność; drzewa są czarne, trawniki szare i niebo szare: wygląda jak marmur poprzecinany srebrnymi i złotawymi nitkami.

 

Kwiecień – czwarty miesiąc roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staro­pol­szczyz­ny – pochodzi od kwitnienia kwiatów; podobnie jest w języku ukraińskim (квітень) i czeskim, chociaż tam květen jest nazwą maja.

W staropolszczyźnie czwarty miesiąc roku nazywany był:
„łżykwiat” – od oszukiwania kwiatów, wywabianych za wcześnie z ziemi przez promienie słoneczne,
„dębień” – od zieleniejących dębów; po czesku kwiecień to właśnie duben,
„brzezień” – od zieleniejących brzóz; w cieplejszych od Polski Czechach i na Ukrainie nazwy březenберезень przyporządkowano marcowi.

Łaciński Aprilis pochodzi prawdopodobnie od czasownika aperio, aperire, apertus ‘otwierać’ – chodziło o otwarcie się Ziemi na procesy wegetacyjne.
Owidiusz w Fasti (8 r. n.e.), poemacie o kalendarzu rzymskim, nazywa miesiąc Aphrilis wywodząc to od Afrodyty, greckiej odpowiedniczki rzymskiej Wenus – bogini miłości, której czwarty miesiąc zreformowanego kalendarza rzymskiego był poświęcony. Owidiuszowi jednak – zważywszy, jak sobie etymologicznie poczynał z nazwami innych miesięcy (będzie!) – nie można ufać. Ot, pisał, co mu wyobraźnia i koniunktura podpowiadały.

Nazwa Aprilis została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Kwietniowe rocznice
(rocznic mało, ale tekstu dużo; wystarczy).

 

1 kwietnia to dzień żartów, zwany Prima aprilis (łac. pierwszy kwietnia) – zabawa zaczyna się wtedy, gdy rozmówca, czytelnik lub słuchacz w kłamstwo uwierzy, ale na ogół żadnych kataklizmów przez primaaprilisowe oszustwa nie odnotowano, choć media (i to nawet całkiem poważne) 2 kwietnia publikują sprostowania.
W krajach anglojęzycznych jest to All Fools’ Day (dzień wszystkich głupców).
We Francji jest to Jour du poisson d’avril (dzień kwietniowej ryby) – do pleców oszukanego przypina się kartkę z narysowaną z rybą.
W krajach hiszpańskojęzycznych odpowiednikiem Prima aprilis jest Día de los Santos Inocentes (dzień niewiniątek), obchodzony 28 grudnia.

Jednym z ciekawszych dowcipów primaaprilisowych jest informacja, którą we czwartek, 1 kwietnia 1976 ogłosił w porannym programie radia BBC Sir Patrick Moore:

o godz. 9:47 dojdzie do ustawienia jednej linii Ziemi, Jowisza i Plutona. Koniunkcja ta, z racji olbrzymiej masy obu odległych planet (sam Jowisz, odległy od Ziemi o 630 milionów kilometrów, jest ponad 2,5 raza cięższy od wszystkich pozostałych planet razem) zakłóci grawitację ziemską, doprowadzając do tak znacznego jej zmniejszenia, że ci, którzy w tym akurat momencie podskoczą, mogą mieć wrażenie fruwania.

Zaraz po 9:47 BBC otrzymało setki telefonów, w których słuchacze potwierdzali wystąpienie zapowiedzianego efektu. Jedna z dzwoniących opisała nawet, jak to ona i jej jedenaścioro przyjaciół zostało uniesionych z foteli i łagodnie poszybowali wokół pokoju.
Ja się słuchaczom nie dziwię: Sir Moore mimo braku formalnego wykształcenia miał tak olbrzymi autory­tet w dziedzinie astronomii, że pewnie sam bym mu uwierzył, a kto wie czy i – z pewną nadzieją na zmniejszenie grawitacji – nie podskoczył.

Sir Patrick Alfred Caldwell-Moore.
To dopiero była osobowość! Powinien zostać honorowym żeglarzem wszechczasów, bo od niemal od dzieciństwa żeglował po największym z oceanów – Oceanie Kosmicznym.
Ten astronom-amator (kiedyś powiedział, że chciałby być zapamiętany jako astronom-amator, który grał w krykieta i na ksylofonie) zyskał ogromną popularność dzięki comiesięcznemu autorskiemu programowi Niebo w nocy (The Sky at Night), mającemu światowy rekord jako najdłużej utrzymujący się na antenie program jednego autora: Moore prowadził go bez mała przez 56 lat: od 24 kwietnia 1957 do 7 stycznia 2013 (zmarł 9 grudnia 2012, ale nakręcił kilka programów z wyprzedzeniem), opuszczając tylko jedną audycję, w 2004, z powodu salmonellozy, która nawiasem mówiąc omal nie wyprawiła go na tamten świat.
Był popularyzatorem i ekspertem: jego mapy Księżyca były używane w ZSRR do korelowania zdjęć odwrotnej strony satelity zrobionych w 1959 przez sondę Łuna 3, a NASA zaprosiła go do współpracy przy opracowywaniu księżycowej mapy dla Programu Apollo.

Drugim powodem popularności były publikacje: tylko na temat astronomii Moore napisał ok. 70 książek, a ma na swoim koncie również historie poświęcone kotom. Otwórzcie tylko katalog księgarni Amazon na jego nazwisku, a sami zobaczycie.
Znakiem rozpoznawczym Sir Moore’a stał się monokl, który nosił zamiast okularów, fajka (Fajczarz Roku 1983) i mówienie z prędkością karabinu maszynowego: potrafił wypowiedzieć 300 słów na minutę utrzymując dobrą dykcję.

Jowiszowo-plutonowy efekt grawitacyjny nie jest jedynym radiowym żartem primaaprilisowym Sir Moore’a, ale o nich będzie przy innej okazji. Zaglądajcie!

 

1 kwietnia obchodzi imieniny Grażyna (drugi raz – 26 lipca). Świętej Grażyny (niestety?) nie ma, ale jest Grażyna Pierwsza, księżna litewska, małżonka księcia Litawora, bohaterka powieści poetyckiej Grażyna (1823) wchodzącej w skład Poezyi tomu drugiego Adama Mickiewicza. No i co z tego, że to tylko literatura, skoro bardzo szybko literaturą być przestało?

Adomas Mickevičius (jak go szeroko nad błękitnym Niemnem zowią) imię księżnej wymyślił ładnie: od litewskiego gražus, graži – piękny, piękna:

Była naonczas Książęciu zamężną
Córa na Lidzie możnego dziedzica,
Z cór nadniemeńskich pierwsza krasawica,
Zwana Grażyną, czyli piękną księżną;
A chociaż wiekiem od młodej jutrzenki
Pod lat niewieścich schodziła południe,
Oboje: dziewki i matrony wdzięki
Na jednym licu zespoliła cudnie.

Powagą zdziwi, a świeżością znęca:
Zda się, że lato oglądasz przy wiośnie;
Że kwiat młodego nie stracił rumieńca,
A razem owoc wnet pełni dorośnie.

Nie tylko licem nikt jej nie mógł sprostać,
Ona się jedna w dworze całym szczyci,
Że bohaterską Litawora postać
Wzrostem wysmukłej dorówna kibici.

Pod koniec opowieści księżna Grażyna, nie tylko piękna ale i mądra – spełniwszy najświętszy wobec ojczyzny obowiązek i chroniąc męża przez popełnieniem niewybaczalnego błędu – umiera w mężowskiej zbroi na polu walki, zabita kulą z piorunowej broni przez bardzo złego krzyżackiego komtura Dietricha von Kniprode.

Epitafium poeta wystawia jej wzniosłe:

Niewiasta, choć ją męska zbroja kryje,
Niewiasta z wdzięków a bohater z ducha;

zaś Dyterich z Kniprody stoi pod dębem i czeka na stryczek. Ale komtur był również narzędziem w ręku spra­wied­li­wości (już mniejsza z tym jakiej, ale że przymiotnik tu potrzebny do zatuszowania niespra­wied­li­wości, więc niech każdy sobie wstawi własny): niewiasta, która wmieszała się w męskie sprawy i męskie przywdziała szaty, musiała, dla zadość­uczy­nie­nia, umrzeć, a autor musiał jej jeszcze, dla pełnego grzechów odkupienia, pozwolić, by przed zgonem mogła wyszeptać: „Przebacz, mężu mój, pierwsza i ostatnia zdrada!”
Aż strach pomyśleć, co by z księżną działo się dziś – przecież ktoś w końcu by się zorientował, jakie niebez­pie­czeń­stwa i zagrożenia niesie postawa pozwalająca przekraczać granice dżenderu, nawet tak nieznacznie. Strach się bać!

Ciekawa rzecz: Mickiewicz umieszcza akcję swego poematu pod sam koniec XIV wieku. Niewiele później, bo w 1431, na stosie w Rouen Anglicy popełnili morderstwo sądowe na Joannie d'Arc. Jeden z zarzutów podnosił kwestię złamania przez Joannę prawa o odzieży: śmiała bowiem nosić szaty męskie i zbroję, jej płci nie przysługujące. Co by znaczyło, że plaga dżenderu znęca się nad wiernymi od wieków!

Imię Grażyna chwyciło. A że język litewski, nam krewny w grupie bałtosłowiańskiej, z tego samego indoeuropejskiego pnia wyrasta, więc i odniesienia ma Grażyna szerokie, angielskiej Grace, hiszpańskiej Gracieli i łacińskiej Gracji nie wyłączając.

Wszystkiego najlepszego!

 

24 kwietnia 1934 – opublikowany zostaje wniosek patentowy (U.S. Patent 1956350, złożony 19 stycznia 1934) na najwspanialszy instrument muzyczny XX wieku: organy elektryczne, które skonstruował Laurens Hammond.

 

30 kwietnia 1803 – Louisiana Purchase.
Thomas Jefferson był człowiekiem nie tylko mądrym, ale i ze zmysłem handlowym. Gdy w styczniu 1803 Napoleon zaproponował Amerykanom, by zamiast Nowego Orleanu kupili całe dorzecze Missisipi, mające 2.144.510 km kw. (828000 mil kw.) za 15 milionów dolarów (11,75 mln gotówką, reszta – umorzenie długu) prezydent Jefferson nie wahał się ani chwili.
Przy okazji Federaliści (opozycja) pożarli się z jeffersońską partią Demokratyczno-Republikańską. Opozycja – jak zwykle – podniosła larum i jazgot, że wbrew konstytucji, wbrew prawu, wbrew rozsądkowi (nic się nie zmienia!), ba – usiłowali nawet (wbrew faktom) dowieść, że sporne terytorium należy nie do Francji a do Hiszpanii.
Prezydenta, oprócz jego partii, poparli tylko plantatorzy z Południa przerażeni tym, co będzie, gdy Napoleon uwolni niewolników w Nowej Francji (czyli amerykańskiej Luizjanie).
Ale plantatorzy, jak to plantatorzy – mało orientowali się w niuansach polityki zagranicznej, z czego akurat skorzystał Jefferson. Napoleon nie miał bowiem zamiaru nikogo uwalniać, wręcz odwrotnie: w 1801 wysłał karną ekspedycję wojskową na San Domingo (dziś: Haiti), którego mieszkańcy nie chcieli zrozumieć, że hasła liberté, égalité, fraternité stosują się tylko do białych Monsieurs w Europie, a nie do czarnych niewolników w koloniach. W 1802 przyszły Cesarz Francuzów potwierdził utrzymanie niewolnictwa na Martynice i Gwadelupie.
Na Haiti armia francuska (a w niej dwie półbrygady, 113 i 114, polskiej Legii Naddunajskiej, razem ok. 5280 ludzi) ponosiła jednak dotkliwe straty (nie tyle od Haitańczyków, ile od chorób tropikalnych) i Bonaparte zdawał sobie sprawę, że wyspy nie utrzyma (San Domingo proklamowało niepodległość 1 stycznia 1804). A skoro tak – Nową Francję należało czym prędzej sprzedać, zwłaszcza że znalazł się kupiec i to poważny.
Cena 7 centów za hektar (po amerykańsku: 2,8ȼ za akr) była niewspółmiernie niska wobec kosztów, jakie Stany Zjednoczone musiałyby wydać w przyszłości na wojnę o te ziemie, gdyby jakiemukolwiek innemu państwu (tu pewnym kandydatem była Brytania, a następnym Hiszpania) zechciało się rościć pretensje do tego, w większości nietkniętego stopą białego człowieka, terenu.
Dziś by to było 236 milionów dolarów czyli 1,11 dolara za hektar (44,5ȼ za akr) – wciąż darmo!

Dla porównania:

  • za tereny obecnej Kalifornii, Nevady, Arizony i Utah plus kawałki Nowego Meksyku, Kolorado i Wyoming (razem: 1,36 mln. km kw.) Stany Zjednoczone w 1846 roku były gotowe zapłacić Meksykowi 30 mln. dolarów (po wygranej wojnie, w 1848, zapłaciły ok. 18 mln.);
  • w transakcji zwanej Zakup Gadsdena (Gadsden Purchase, 1853), za kawałeczek południowej Arizony i Nowego Meksyku (76.800 km kw.) Amerykanie zapłacili Meksykowi (a dokładnie prezydentowi tego kraju, gen. Santa Annie, co nie jest równoznaczne) 10 milionów;
  • Alaskę (1,7 mln km kw.) Stany kupiły w 1867 za jedne siedem milionów dwieście tysięcy.

Traktat kupna-sprzedaży luizjańskiej podpisali 30 kwietnia 1803 w Paryżu:
Robert Livingston (ambasador amerykański we Francji),
James Monroe (za 14 lat zostanie na dwie kadencje piątym prezydentem USA i wyda słynną Doktrynę)
i François Barbé-Marbois (dyrektor francuskiego Skarbu Państwa, który za udaną transakcję dostał od Pierwszego Konsula 152 tys. franków czyli ok. 34 tys. dolarów ówczesnych, a ponad pół miliona dzisiejszych).
„Żyjemy już długo, ale ten jest najszlachetniejszym z dokonań żywotów naszych. Dziś Stany Zjednoczone zajęły miejsce wśród najpierwszych mocarstw tego świata” – powiedział Livingston po złożeniu podpisów.
Rok i dwa tygodnie później (14 maja 1804) na penetrację nowozakupionych terytoriów wyruszyła z St. Louis ekspedycja, którą dowodzili Meriwether Lewis i William Clark. Wyprawa dotarła do Pacyfiku i wróciła do Saint Louis po dwóch latach, czterech miesiącach i dziesięciu dniach – 23 września 1806. To jest dopiero historia!

Ziemie zakupione od Francji stanowią prawie 25% powierzchni dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Leżą na nich (porządek prawie alfabetyczny): Arkansas; Dakota Południowa; Dakota Północna; Iowa; Kansas; Luizjana (na zachód od Mississippi, z Nowym Orleanem); Minnesota (na zachód od Mississippi); Missouri; Montana, Wyoming i Kolorado (na wschód od Gór Skalistych); Nebraska; Nowy Meksyk (część północno-wschodnia); Oklahoma; Teksas (część północna) i niewielkie kawałki dzisiejszych prowincji kanadyjskich Alberta i Saskatchewan.

 

Znaki Zodiaku w kwietniu:
Baran (♈) – do 20 kwietnia
Byk (♉) – od 21 kwietnia.

 

Kwiat kwietnia:
stokrotka (Bellis perennis L.) – jej łacińska nazwa znaczy ‘wieczne piękno’; w Anglii jest kwiatem dzieci i niewinności.

 

Kamień kwietnia:
diament – symbolizujący zwycięstwo, niezniszczalność.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
czwarty miesiąc roku to:

białoruskiкрасавік [krasavik]
bośniackiapril
bułgarskiaприл [aprił]
chorwackitravanj
czeskiduben
kaszubskiłżëkwiôt (też: kwietnik, aprël, kwiecéń)
litewskibalandis
łatgalskisulu
łużycki (dolny)jatšownik (też: apryl, nalětny)
łużycki (górny)jutrownik (też: apryl, haperleja)
łotewskiaprīlis
macedońskiaприл [aprił] albo тревен [triewien]
rosyjskiaпрель [apriel]
serbskiaприл [aprił]
słowackiapríl
słoweńskiapril
ukraińskiквітень [kviteń]
żmudzkibalondis

 

Przysłowia związane z kwietniem:

Choć już w kwietniu słonko grzeje,
nieraz pole śnieg zawieje.

Ciepłe deszcze w kwiecień
rokują godną jesień.

Deszcze częste w kwietniu wróżą,
że owoców będzie dużo.

Gdy w końcu kwietnia deszcz porosi,
błogosławieństwo polom przynosi.

Gdy w kwietniu pszczoły latają,
długie chłody się zapowiadają.

Grzmot, w kwietniu – dobra nowina,
już szron roślin nie pościna.

Jak przygrzeje słonko,
przejdzie kwiecień łąką.

Jeszcze w kwietniu zimno
i na żaby, i na baby, i na las,
a najwięcej na nas.

Kwiecień, co deszczem rosi,
wiele owoców przynosi.

Kwiecień, gdy jest suchy,
nie daje dobrej otuchy.

Kwiecień-plecień:
bo plecie
niby zimą, niby latem,
a przeplata wszystko kwiatem.

Kwiecień-plecień
wciąż przeplata
trochę zimy, trochę lata.

Na kwiecień
lada z czego wianek upleciem.

Pogody kwietniowe
– słoty majowe.

Przyjdzie kwiecień
– ostatek z gumna wymieciem.

Sprzyja nam rok, gdy wilgotny
kwiecień, gdy nie bardzo słotny.

Suchy kwiecień, mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

W kwietniu kwiatek – to gagatek,
ale w maju przebierają.

W kwietniu po brzegach lody
niosą, jęczmienia urody.

W kwietniu posusza,
nic z ziemi się nie rusza.

 

Przysłowia na
Prima Aprilis (1 IV):

Pierwszy kwietnia
– bajów pletnia.

Pierwszy kwietnia:
nie wierz – brednia.

Prima aprilis:
nie czytaj, nie słuchaj, bo się omylisz.

W pierwszy kwietnia się omylisz,
gdzie postąpisz, gdzie się schylisz.

 

Przysłowia na
św.
Franciszka (2 IV):

Na św. Franciszka
nieraz dobrze grzmi i łyska.

Na św. Franciszka zielenią się łany
i ze swego zimowiska wracają bociany.

Na świętego Franciszka
szuka ziarnek w polu myszka.

 

Przysłowia na
św.
Izydora (4 IV):

Na Świętego Izydora
dla bociana pora.

 

Przysłowia na
św.
Wincentego (5 IV):

Chociaż św. Wincenty,
jednak szczypie mróz w pięty.

Jak się Wincenty rozdeszczy,
źle chłopu wilga wieszczy.

Na św. Wincenty
nie chodź bosymi pięty,
bo nieraz mrozek cięty.

 

Przysłowia na
św.
Makarego (10 IV):

Dzień na święty Makary pewnie przepowiada,
czy we wrześniu pogoda, czy też ciągle pada.

 

Przysłowia na
św. Jerzego (23 IV):

Do świętego Jerzego paszy u każdego,
a na święty Jerzy gospodarz się jeży.

Kiedy Jerzy pogodą częstuje,
wnet się pogoda zepsuje.

Kiedy Jerzy skryje wronę w życie,
będzie zboża obficie.

Nabożny, jak koń św. Jerzego.

Na święty Jerzy
trawa się pierzy.

Na święty Jerzy
każdy chłop się jeży.

Na święty Jerzy rosa,
nie trzeba koniom owsa.

Na święty Jerzy
trawa się pierzy.

Św. Jerzy do kościoła,
a koń do karczmy.

 

Przysłowia na
św. Wojciecha (23 IV):

Gdy na Wojciecha rano plucha,
do połowy lata będzie ziemia sucha.

Gdy przed Wojciechem grzmi,
długo jeszcze zima śni.

Gdy Wojciech rano rosi,
pół lata posuchę nosi.

Ile dni przed św. Wojciechem
kukułka się odezwie, albo żaba zaskrzeczy,
tyle dni po św. Wojciechu będzie zimno.

Kiedy grzmi w święto Wojciecha,
roście rolnikom pociecha.

Kto sieje jarkę po św. Wojciechu,
to lepiej, żeby ją zatrzymał w miechu.

Licha pociecha koło świętego Wojciecha.

Na ile dni przed św. Wojciechem żaby rechcą,
tyle dni po Wojciechu zimna być zechcą.

Najadł się, jak wół trawy na święty Wojciech.

Na św. Wojciecha
dla roli pociecha.

Na św. Wojciecha naszego patrona,
już się w zbożu ukryje i zając, i wrona.

Na św. Wojciecha wrony z żyta nie widać,
możesz bydełku resztę suchej paszy wydać.

Na Wojciecha
sucha strzecha.

Św. Wojciech trawę sieje,
św. Marek zeń się śmieje.

 

Przysłowia na
św. Marka (25 IV):

Chodzisz na Marka bez koszuli,
w maju kożuchem się otulisz.

Co Marek zagrzeje,
Pankracy [12 V] wywieje.

Co na Marka się stanie,
to na ogrodników [12,13,14 V] odstanie.

Deszcz w święty Marek,
to ziemia w lecie jak skwarek.

Do św. Marka
nie ma żyta ani ziarnka.

Kiedy Marek skwarem zieje,
w maju kożuch nie dogrzeje.

Kucharka od św. Marka.
[licha, zła kucharka, sługa; jest to dawny termin zmiany służących]

Na św. Marka
siej lepiej groch do garnka.

Na św. Marek
w Sierpcu jarmarek.

Na św. Marka
nie ma co włożyć do garnka.

Przed dniem św. Marka, ile żaba kuka,
Tyle dni po nim, milcząc, spokojności szuka.

Sadź ziemniaki w wilję św. Marka,
to będzie pod krzakiem miarka

Święty Marek
poszedł na folwarek
oglądać żytko,
czy zeszło wszytko

Święty Marek
rzuci do wody ogarek.
[tj. światła w chatach już nie używają, gdyż wieczory są o tej porze krótsze znacznie]

 

Przysłowia na
św. Pawła (28 IV):

Jeśli w św. Paweł śnieg albo deszcz pada,
dobrych się urodzajów spodziewać wypada.

 

Przysłowia na
św. Piotra i Augustyna (29 IV):

Na świętego Augustyna
orka dobrze się poczyna.

Na św. Piotr suchy dzień,
suche lato, sucha jesień.

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Źródła trzech cytatów na wstępie:
T. S. Eliot – Ziemia jałowa (The Waste Land, 1922). Tłum. Krzysztof Boczkowski
Bułat Okudżawa – Kwietniowy dyżurny (Дежурный по апрелю, 1960) [autora przekładu nie udało mi się ustalić; producenci nagrań zapomnieli podać]
Bolesław Prus – Lalka (1890).

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha