Wojciech Jacobson

Miasteczko na kotwicy

W normalnych portach handlowych nie ma dziś miejsca dla jachtów. Od tego są teraz przystanie klubowe lub coraz częściej mariny. Mariny – to znaczy specjalne porty jachtowe z zapleczem technicznym, sanitarnym i całą infrastrukturą. Za postój pobierane są tam opłaty i to dość słone: budowa mariny musi się zamortyzować. Najdroższe są miejsca przy pomostach, gdzie doprowadzana jest woda i prąd, tańsze – na bojach, dziobem lub rufą do lądu, a najtańsze na kotwicy.

W Cayenne nie było mariny, nie było przystani, ba! – nie było nawet portu. Wszystkie jachty niezależnie od zamożności właścicieli czy załóg, stały na kotwicy w ujściu rzeki.
Źle powiedziałem, że w Cayenne nie było portu. Właśnie to kotwicowisko w ujściu rzeki nazywało się Vieux Port – stary port. To miejsce przez kilka stuleci było jedynym portem Gujany: tu docierały statki odkrywców, zdobywców, a potem kolonizatorów, tędy wiódł szlak transportowy z Europy i do Europy. Tutaj też zbudowano fort wojskowy i postawiono latarnię morską.

Gdzieś po drugiej stronie wyspy Cayenne, kilkanaście kilometrów od miasta, znajduje się nowy port dla dużych statków – Dégrad des Cannes. Kotwicowisko Vieux Port jest natomiast miejscem postoju małych jednostek motorowych, kutrów przybrzeżnych i jachtów. Nawet port rybacki jest w innym miejscu.

W muzeum miejskim w Cayenne oglądałem ryciny i sztychy obrazujące stary port: statki żaglowe na kotwicach, łodzie wiosłowe przewożące ludzi i towar na niedaleki drewniany pomost, tragarze załadowujący szalupy i barki. W miejscu drewnianego pomostu stoi obecnie betonowa keja na palach i kilkusetmetrowy nasyp nad bagnistym rozlewiskiem. Do komunikacji z lądem, w miejsce szalup i barek, służą teraz plastykowe łódeczki i dmuchane dinghy z silnikami Yamahy.

Nie jest to łatwe kotwicowisko. Dwa razy dziennie prąd pływowy zatrzymuje rzekę, dwa razy rzeka rusza z podwójnym impetem. Jachtami obraca tam i z powrotem, wskaźnik logu wystukuje „na stojąco” prędkość nurtu 5-6 węzłów. Przepłynięcie do kei naszym małym wiosłowym składakiem w godzinach „szczytu prądowego” jest bardzo trudne zwłaszcza, że stoimy dość daleko od brzegu. Trzeba pilnować tabeli pływów i odpowiednio planować wszystkie wyjścia i powroty z miasta.
Przy odpływie nowa trudność. Uciekająca woda odsłania bagniste łachy, które odcinają drogę do lądu. Nawet przy kei jest płytko – stojące tam kutry tkwią nieruchomo w mule. W błotnistym osadzie tkwią też jachty, które rzuciły kotwicę zbyt blisko lądu. Wyglądają malowniczo – przechylone, jakby zakopane w piasku. Przez kilka godzin są jednak odcięte całkowicie od świata bowiem to, co wygląda na niewinny piaszczysty osuch, jest błotnistą mazią, niemożliwą do przebrnięcia. Grzęzawisko jest pełne życia – roi się tam od krabów i niezwykłych „pełzających” ryb, co przyciąga białe i czarne czaple, flamingi i inne ptactwo.
Wszystko ma dla mnie egzotyczny urok i koloryt. Niezwykły jest również kolor wody: rzeka zmieszana z morzem i mułem ma barwę złocisto-kremową.

Od strony morza w czasie odpływu wyłaniają się spod wody mielizny, nad którymi wpływaliśmy do portu. Brzeg wydłuża się, a mielizny ciągną się kilometrami, niemal po horyzont. Codzienny widok tych odsłoniętych łach nieodmiennie przywodził mi na myśl tragiczną scenę z książki Henri Charriére’a „Papillon”: tratwa z uciekinierami z więzienia na Wyspie Diabelskiej, położonej niedaleko Cayenne, utyka w czasie odpływu na przybrzeżnej ławicy; jeden z uciekinierów próbuje dotrzeć pieszo do zbawczego lądu, pochłania go jednak bagno.

Na naszym kotwicowisku koło fortu Cépérou stało ponad czterdzieści jachtów. Czterdzieści kilka jachtów to czterdzieści kilka rodzin – całe miniaturowe miasteczko! Nie przesadzam: większość jachtów to pływające rodziny. Przeważnie ludzie młodzi, lub w średnim wieku – małżeństwa z małymi i podrosłymi dziećmi, psami, kotami, ale także i rodzice z dorosłą młodzieżą. Wszyscy na szlaku przygody – pływanie nie na pokaz, nie dla pobicia rekordu – taki po prostu styl życia. Rzucają pracę, biorą sabbatical – długoterminowe urlopy i wypływają z Francji na rok, dwa, trzy – a nawet czternaście, jak Christophe.
Co ich gna, co ich skłania do takiego życia? Czy tylko przygoda? Nie wiem, zaprzepaściłem szansę – mogłem każdemu stawiać podobne pytania, ale czy odpowiedzi byłyby szczere? Może mają w tym własną kalkulację: zasiłek dla „bezrobotnych”, ucieczkę przed podatkami?

Dla części jachtów Cayenne jest bardzo ważnym etapem w ich wędrówce. Tu jest jedyne miejsce w Południowej Ameryce, gdzie można znaleźć łatwo pracę, zarobić na dalszą żeglugę. Normalny „szlak francuski”, jak go nazywamy, prowadzi z Europy do frankońskiej Afryki Zachodniej i dalej, przez Wyspy Zielonego Przylądka, do Brazylii. Stamtąd przez Gujanę Francuską, Karaiby – Martynikę i Gwadelupę – z powrotem do Europy. Całość można opłynąć w ciągu niecałego roku wykorzystując sezon zimowy – podobny szlak obrał nasz Boruta. Praktycznie taka wędrówka trwa dłużej niż rok, bo któż by się spieszył, jeżeli po drodze jest tak ciekawy i tani kraj jak Brazylia, potem inny kraj – kawałek tropikalnej Francji, gdzie można uzupełnić finanse i… wrócić ponownie do Brazylii!
Możliwość złapania pracy i zarobku powoduje, że w Cayenne jachty rzucają kotwicę na dłużej. Eks-kolonia, a teraz Departament Zamorski Francji, potrzebuje wykwalifikowanych pracowników: spawaczy, techników, mechaników, budowlanych, inżynierów. Do prostszych prac są miejscowi ludzie.

 

Życie w miasteczku na kotwicy zaczyna się o świcie. Jeszcze ciemno, godzina szósta rano, a w bulajach jachtów migotają światełka i słychać warkot motorowych bączków. Zaspane żony odwożą mężów na keję, po drodze zabierając sąsiadów. Wszyscy się spieszą, praca rozpoczyna się o 6:30 lub o 7:00 – to są tropiki.

Potem panie, o ile same nie mają posad, wracają na jachty i zaczynają pracowity dzień gospodyń domowych: gotowanie, pranie, mycie, sprzątanie, prace bosmańskie, malowanie, lekcje z dziećmi, zakupy. Przed zakupami trzeba podrzucić dzieci do zaimprowizowanego przedszkola na sąsiednim jachcie lub zabrać swoje i cudze dzieci razem na pływalnię lub do parku. Prócz zakupów trzeba napełnić kanistry słodką wodą i przytargać to wszystko bączkiem z lądu na jacht. Pracy nie brakuje nigdy… W czasie nieobecności gospodarzy jachty pozostają pod okiem sąsiadów. Ci obserwują, czy łódki nie dryfują, czy kotwica trzyma i czy nie kręcą się intruzi. Pokładów dodatkowo strzegą psy.

Prawie na każdym jachcie francuskim są zwierzęta domowe, najczęściej koty i psy, i to najrozmaitszych ras i wielkości: od ratlerków do nowofunladczyków. Sympatyczne są te psy jachtowe. Moglibyśmy wiele o nich opowiadać: o tym, jak lubią jazdę łódeczkami na ląd, jak wdrapują się same na keję po drabinkach i trapach, jak ochoczo się kąpią, jak przystosowują się do warunków żeglarskich. Mamy wśród nich przyjaciół: Gadoche, Taurupidou, Gogol i inne. Śmiejemy się, że nie było jeszcze „pierwszego polskiego rejsu z psem” („pod psem?”), a tu niespodziewanie żeglarze z Boruty informują nas, że był! Gienek Moczydłowski, znany i sympatyczny kaphornowiec, żeglował z dwoma psami i sprzątnął innym temat do kolejnej publikacji.

 

Miejscem, gdzie można spotkać wszystkich z miasteczka na kotwicy, jest wiata z falistej blachy usytuowana na kei nieopodal budki policji granicznej. Wiata jest umywalnią, pralnią, prysznicem, studzienką (pompą) skąd pobiera się wodę, a zarazem miejscem towarzyskich spotkań. Tu można zawrzeć znajomości, wymienić informacje, wysłuchać ploteczek i aktualności – zupełnie jak w maglu. Wiata jest zamykana na szyfrowaną kłódkę, ale wszyscy znają szyfr – mogę go zdradzić: 1984! Za wodę i korzystanie z wiaty płaci się komuś, nikt dokładnie nie wie, komu. Za to ogłoszenie na ścianie podaje wyraźnie cenę: 30 franków na miesiąc na rodzinę! Oczywiście, że na rodzinę – jacht jest przecież rodziną, domem rodzinnym w miasteczku!

 

Nie mamy wiele czasu na życie towarzyskie, ale z ludźmi z naszego miasteczka spotykamy się i widujemy bardzo często. Nawet bez bliższych kontaktów pamiętamy twarze, kojarzymy z jachtami, pozdrawiamy się, wymieniamy uprzejmości – jak w schronisku górskim na nartach. Kto powiedział, że Francuzi są nieuczynni i zadufani? Przynajmniej nie mają takich cech nasi sąsiedzi z kotwicy. Wręcz przeciwnie: szukają kontaktów, uśmiechają się, spieszą chętnie z pomocą.

Znajoma z widzenia uśmiechnięta dziewczyna z jachtu Rantamplan zaczepia mnie na ulicy w Cayenne:

– Wiesz, widzę często, że chodzisz pieszo i to daleko, aż na pocztę (cztery kilometry) – my mamy na pokładzie dwa rowery. Jak chcesz, możesz jeden używać na stałe!

Zajęci własnymi sprawami nie odwiedzamy innych jachtów, ale widocznie jesteśmy dla Francuzów jakąś egzotyką, bo przychodzą do nas sami:

Louis i Elizabeth z Elocina, z którymi pływałem dwa tygodnie w Brazylii,

Bernard, inżynier z metra paryskiego, z jachtu Mischka VI, który pływa samotnie już trzeci rok, kończy rejs dookoła świata – przeszedł samotnie przez Kanały Patagońskie – chapeau bas! Jego Mischka – Misiek, to wzór elegancji, czystości, schludności i porządku. Wszystko na swoim miejscu, wszystko przemyślane – jaki kontrast z Marią!

Alain i Danielle z betonowego kecza Le Gueux – włóczęga, ciułający środki na dalszą żeglugę do Australii i interesujący się informacjami Ludka o tym kraju.

I przede wszystkim – przemiły, uczynny i serdeczny Alzatczyk – Philippe z Catimini. Philippe ma słuch absolutny, po angielsku mówi jak Anglik, po niemiecku – jak rodowity Niemiec i równie ładnie po hiszpańsku. Gdy usłyszał nasze polskie rozmowy wykrzyknął: „Jaki piękny jest wasz język!”

Mignęli też nam starzy znajomi: Jean i Marice z synem, z Christophe’a, ci sami, którzy jeszcze w Brazylii, w Itaparica, dali nam list-glejt protekcyjny pisany na serwetce, a skierowany do wpływowego znajomego w Cayenne. Przyjechali z Kourou autobusem sprawdzić, czy Maria przypłynęła do Cayenne i teraz zapraszali do odwiedzenia Christophe’a w Kourou.

 

Kourou to niewielka 6-tysięczna miejscowość, położona około 50 kilometrów od Cayenne naprzeciwko wysp Salut, u ujścia rzeki Kourou. Rozwinął się tam nowy port, dogodniejszy podobno dla jachtów od kotwicowiska w Cayenne. Port obsługuje głównie Gujańskie Centrum Kosmiczne, które powstało w roku 1967, kiedy Francja przeniosła swój ośrodek kosmiczny z Sahary do Gujany. Centrum w Kourou wykonuje teraz program satelitarny dla całej Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej wynosząc na orbitę satelity komunikacyjne. Rozwój ośrodka oraz przedsiębiorstw współpracujących zaktywizowały gospodarkę Gujany i stworzyły możliwości pracy dla fachowców, w tym również dla przybyszów na żaglach.

Z Kourou wiążą się także tragiczne dzieje wyprawy kolonizacyjnej w latach 1763-1764. Sprowadzono wtedy z Francji 12 tysięcy osadników, których wysadzono – bez przygotowania – na plażę między rzeką a morzem. W krótkim czasie kolonizatorów zdziesiątkowała malaria i żółta febra. Dwa tysiące osób uciekło na wyspy Salut, reszta zmarła. Żółta febra została wytępiona z Gujany, ale ostrzegano nas przed malarią i zalecano zażywanie arechinu.

W miasteczku na kotwicy silny, nieustający wiatr pasatowy nie dawał komarom żadnych szans. Mieliśmy natomiast okazję zwiedzenia miejscowego Instytutu Pasteura, gdzie prowadzone są badania nad szczepionką przeciwmalaryczną. Ku mojemu wielkiemu żalowi nie udało nam się dojechać do Kourou, ani na wyspy Salut, głównie z powodu braku czasu. Wielka szkoda, bo ośrodek kosmiczny jest w niektóre dni otwarty dla zwiedzających, a ponadto 4 marca wystrzeliwano tam kolejną rakietę Ariane 8 z satelitą komunikacyjnym. Z naszego miasteczka na kotwicy widzieliśmy lecącą Ariane, jak nikłą kometę znikającą w chmurach.

 

Tego samego dnia oglądaliśmy inne wielkie wydarzenie, przeżywane na pewno goręcej przez czarną ludność Cayenne niż wystrzelenie jakiejś tam rakiety: ostatnia niedziela karnawału, samo apogeum! Zapewne zapomnielibyśmy w ogóle o karnawale, ale już w piątek zamykano wcześniej urzędy, banki i sklepy, zapowiadając otwarcie dopiero w następny czwartek.

Strajkujemy – wyjaśniali nam urzędnicy śmiejąc się.

Karnawał gujański był nieco inny od tego, jaki spodziewaliśmy się zobaczyć znając z relacji pośrednich karnawały brazylijskie. W Rio de Janeiro parada jest żywiołowym, ale wyreżyserowanym spektaklem, w Salvadorze brazylijskim – spontanicznym tanecznym przemarszem tzw. bloków prowadzonych przez zespoły muzyczne „trio-electrico”, natomiast to, co zobaczyliśmy w Cayenne, bardziej przypominało uliczną maskaradę.
Małe i większe, 5-30-osobowe, grupki przebierańców przeciągały dość chaotycznie ulicami miasta. Często tory ich przemarszu krzyżowały się lub biegły przeciwprądowo, nie powodowało to jednak większego zamieszania, ani nie hamowało entuzjazmu uczestników.
Przebrania i maski przygotowywane były od miesięcy – nie można odmówić im pomysłowości i fantazji. Gama różnorodności ogromna: maski przerażające, agresywne, komiczne, zwierzęce, fantazyjne i charakterystyczne. Przebrania, często jednolite dla całej grupy – np. wiedźmy, muszkieterzy, piraci, diabły itp. – w większości były jednak barwnymi kompozycjami indywidualnymi. Rozśmieszali nas Murzyni umazani na czarno i w czarnych strojach.
Każdej grupie towarzyszył zespół rytmiczny lub też stanowiła go całość uczestników. Przeważały instrumenty zaimprowizowane ad hoc: puszki, pudła, pojemniki plastykowe, wiadra, bębenki i obowiązkowo gwizdki. Rytm świetny, do tego śpiew – także rytmiczny, skandowane okrzyki i posuwisty marsz-taniec w takt samby. Robiło to duże wrażenie, szczególnie gdy szły zorganizowane oddziały. Momentami grupa zwalniała, podrygując w miejscu, rytm nieco ucichał, by nagle, na jakiś znak czy okrzyk wybuchnąć ze zwielokrotnioną siłą i tempem. Uczestnicy ruszali wtedy do przodu z ogromnym impetem porywając w szalonym tańcu wszystkich wokoło. Było w tym coś jak rezonans. Nogi same wybijały rytm i wpadały w charakterystyczny, posuwisty, łyżwowy krok.

Przemarsz trwały do nocy, potem zostawał tylko rytm i śpiewy niemilknące do rana. Powtarzało się to w następne wolne od pracy dni, w tym także, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, we Środę Popielcową. W tym dniu zmieniła się jednakże sceneria. Znikły barwne, wesołe stroje, dominowała wyłącznie biel i czerń. Był to ponowny pokaz pomysłowości przebrań i kompozycji strojów – zawierały one teraz elementy kojarzące się ze śmiercią i sprawami wieczystymi. Rytm i taneczny marsz pozostawały te same. Rozgorączkowane czarne twarze przysypane złotym i srebrnym proszkiem, roztańczone ciała, gwizdki, bębny, okrzyki, śpiew.

Te kilka dni były radosnym świętem i zabawą czarnej i śniadej społeczności Cayenne. Biali mieszkańcy, także ci z kotwicowiska, przyglądali się przemarszom z ciekawością. Zainteresowania nie okazywali natomiast Chińczycy – zaniepokojeni, pilnowali pieczołowicie swoich sklepów.

 

Karnawał nie był dla nas największą atrakcją pobytu w Gujanie.
W ostatnią niedzielę przed opuszczeniem Cayenne Jean-Pierre, znajomy lekarz z Instytutu Pasteura, zaprosił nas na wycieczkę do Amazonii Gujańskiej w górę rzeki Comté.
Jak na złość deszcz lał od rana. Ośmioosobowy Zodiak, gumowy ponton z 45-konnym silnikiem Yamaha, pruł z szybkością trzydziestu kilku kilometrów na godzinę krętym wodnym szlakiem. Wszyscy chronili się pod prowizorycznym okryciem. Deszcz ściekał po twarzach, ale nie psuło to wrażeń.
Spod przymrużonych powiek obserwowałem dżunglę, zwartą ścianę zieleni z gałęziami i zwojami lian sięgającymi powierzchni nurtu, wypatrywałem dzikich ptaków i zwierząt, chłonąłem zapach wody i lasu. Wyobrażałem sobie, że to nie pędzący Zodiak, a czółno indiańskie i w tym nierealnym świecie czułem się niemal jak odkrywca. Mimo deszczu i zimna (tak, zimna w tropiku!) rozpierała mnie radość.
Scenerie oglądane dotąd w filmach czy reportażach Stanisława Szwarc-Bronikowskiego, Wiesława Mrówczyńskiego, Jerzego Surdela czy Toni Halika były teraz moim udziałem – nigdy się tego nie spodziewałem!

Zodiak zwalniał tylko dla dolania paliwa i pędził dalej zakrętami rzeki zręcznie wymijając przeszkody dopóki, po wielu godzinach , drogi nie zagrodziły sterczące z wody kamienie i gałęzie. Zawróciliśmy wówczas do miejsca, gdzie już wcześniej, w zakolu rzeki, widzieliśmy większą liczbę łodzi a nawet zakotwiczony jacht. Na kawałku piaszczystego brzegu tkwił palik z napisem Degrade Cacao – przystań Cacao.

Kilometrowy spacer rozmiękłą deszczem, czerwonawą drogą prowadził do kolejnej niespodzianki: do osady Cacao, indochińskiej wioski w dżungli gujańskiej!

Siedem czy osiem lat temu energiczny proboszcz laotański wyjednał u władz francuskich możliwość osiedlenia w Gujanie całej swojej wioski – sześciuset osób. Hmongowie – bo tak brzmi regionalna nazwa tej grupy wieśniaków, trafili w warunki niemal idealnie zbliżone do rodzinnych. Ten sam klimat, temperatura, tropikalna wilgotność. Wybrano dogodne miejsce – blisko rzeki i szlaku komunikacyjnego a daleko od miasta – i wycięto kawałek pełnej pasożytów dżungli pod budowę osady. Rodzinom przydzielono działki surowego terenu, jednakową ilość drewna budulca i udzielono kredytu. Resztę pozostawiono pracowitym rękom i przedsiębiorczości indochińskich wieśniaków.

W ciągu siedmiu lat wyrosło schludne osiedle ze szkołą, spółdzielnią, dwiema świątyniami, dwiema gospodami i wiatą targową. Hmongowie budowali wszystko sami, w swoim charakterystycznym stylu, pomagając sobie wzajemnie. W ten sposób w puszczy gujańskiej znalazła się indochińska wioska ze skośnookimi mieszkańcami w tradycyjnych, charakterystycznych strojach..

Mili są Hmongowie, pogodni, uśmiechają się do każdego, pozdrawiają uprzejmym „Bonjour”, choć francuskiego w większości nie znają. Ich tłumaczami są teraz dzieci, dumne ze swojej roli. Hmongowie żyją z uprawy ryżu, kukurydzy, warzyw i korzennych przypraw. Swoje płody i wyroby ludowe sprzedają na „chińskim rynku” w Cayenne oraz pod własną wioskową wiatą. Właśnie u nich Ludek zaopatrzył się w poszukiwane od dawna ostre papryczki i pieprz kajeński. W samym Cayenne na próżno szukaliśmy oryginalnego Cayenne pepper. Owszem, był eksponowany w muzeum, natomiast w sklepach można było jedynie dostać, po słonej cenie, pieprz kajeński importowany z… Dijon we Francji!

Pod wiatą, na wioskowym rynku próbowaliśmy smaku indochińskich potraw przygotowywanych na miejscu w gorących garach i serwowanych w miseczkach lub na kiściach palmowych. Położona opodal gospoda z chińską kuchnią zyskała renomę i ściąga tu na weekendy mieszkańców Cayenne. Jednym z przysmaków jest tatu – pieczony pancernik, złowiony w dżungli. Rzeczywiście znakomity, mięso przypomina delikatną cielęcinę.

* * *

 Nasza wycieczka skończyła się jak kolejny sen i nadszedł czas na dalszą morską wędrówkę. Z poszukiwania dorywczej pracy zrezygnowaliśmy dawno z przyczyn wizowych. Teraz czekało nas położenie jachtu burtą na piasku przy odpływie dla wmontowania nowego czujnika echosondy i oczyszczenia dna. Była to ciężka fizycznie operacja i długa na co najmniej dwie fazy pływowe. Odpowiednie miejsce w górze rzeki wskazali nam przyjaciele z kotwicowiska.

Potem trzeba było jeszcze uzupełnić zapasy wody, wożąc ją pracowicie naszym małym bączkiem – i byliśmy gotowi do drogi. Miasteczko na kotwicy żegnało Marię machaniem rąk i buczeniem na rożkach mgłowych. Kotwicę pomagał nam rwać nieoceniony Philippe. Zjawił się w ostatniej chwili przywożąc w prezencie woreczek cytryn i książkę Jonathan Livingston le Goéland – Mewa imieniem Jonathan Livingston. Moja ulubiona opowieść, poetycka przenośnia o mewie, która chciała latać wyżej i lepiej niż inne. W motto książki autor, Richard Bach, dedykuje ją: Mewie Jonathan, która drzemie w każdym z nas…

Wojciech Jacobson
marzec 1984
Publikowane po raz pierwszy:
Zeszyty Żeglarskie, nr 7, listopad 2003, s. 18.


Historię obu opowiadań Wojciecha Jacobsona znajdziecie pod tekstem opowiadania pierwszego – „Cayenne”.
W komentarzu do „Miasteczka na kotwicy” Wojtek napisał:

– W Cayenne byliśmy Marią – Ludek, Marek Kowalski i ja – w roku 1984, na przełomie lutego i marca.
Czwartego marca opuściliśmy Cayenne i jednym ciurkiem dopłynęliśmy, chyba 25 maja, do Brestu. Po drodze „podsłuchiwaliśmy” rozmowy radiowe Pogorii (na Atlantyku przed Azorami). Próbowaliśmy nawiązać łączność z wami na częstotliwościach amatorskich, ale nie wyszło. Tym się zajmował Marek Kowalski, radiowiec półprofesjonalny, i trochę Ludek. Żałowałem, że nie robiłem notatek z tych łączności. Ale daty chyba mam gdzieś zapisane. Marek płynął na Marii z Montevideo do Brestu i tam wysiadł w czerwcu 1984 r.

Wszystko się zgadza. Pogoria, wracała wówczas do Gdyni z pierwszą Szkołą Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego, po przepłynięciu Morza Śródziemnego i Kanału Sueskiego, wizycie w Bombaju i Kolombo, postoju na Malediwach i Seszelach. 5 marca 1984 wypłynęła z portu Victoria na seszelskiej wyspie Mahé. Do 25 maja odwiedziła atol Aldabra, Durban i Kapsztad w RPA, Wyspę Św. Heleny i Hortę na azorskiej wyspie Faial, skąd 21 maja wzięła kurs na Penzance w Wlk. Brytanii.
Dodam jeszcze, że w 1982 r. Krzysztof Baranowski, organizując swą pierwszą Szkołę pod Żaglami, zaproponował Wojtkowi funkcję pierwszego oficera, głównego nawigatora i nauczyciela chemii. Wojtek zastrzegł od razu, że definitywną odpowiedź da w ciągu dwóch miesięcy (a wtedy wybrał Marię), zdążył jednak opracować dla Szkoły terminarz i trasę podróży. Zadziwiające, jak mało poprawek wprowadziło do tej marszruty życie. Zgadzały się porty, przewidywane długości, a czasy „przelotów” pokrywały się niemal dokładnie z rzeczywistymi.

*   *   *

Również w tym opowiadaniu, by nie rozbijać toku narracji fotografiami, które – wbrew pozorom – zawężałyby jej ponadczasowe wartości, materiał zdjęciowy zamieszczamy poniżej.

Kazimierz Robak
Żeglujmy Razem
28 czerwca 2014


Oba opowiadania Wojciecha Jacobsona („Cayenne” i powyższe „Miasteczko na kotwicy”) – opisujące postój w Cayenne, z którego Maria wyruszyła do Brestu – są prologiem jednej z najbardziej niezwykłych i udanych ekspedycji polskiego żeglarstwa: przepłynięcia Przejścia Północno-Zachodniego.
Jego głównymi bohaterami byli Wojciech Jacobson, Ludomir Mączka i Janusz Kurbiel – inicjator i sponsor wyprawy, właściciel jachtu Vagabond’eux, którym żeglarze płynęli Arktyką kanadyjską i amerykańską przez cztery lata, zaczynając (1984) i kończąc (1988) rejs we Francji.

„Cayenne”  Wojtek wspomniał:

 Na poczcie – radość! Czeka na nas cała paczka listów. […] Wśród listów jest jeden, który może zmienić nasze plany żeglugowe, a w konsekwencji życie w najbliższych latach. To list z Paryża od Janusza Kurbiela. Janusz proponuje, byśmy płynęli Marią wprost do Francji, a potem wzięli udział w jego wyprawie arktycznej. Szczegóły omówi z nami osobiście bo zamierza przylecieć tu, do Cayenne.

Janusz i Joelle Kurbiel rzeczywiście do Gujany przylecieli – stąd nazwisko Janusza wśród autorów zdjęć z Cayenne i portret jego żony (patrz niżej) na pontonie płynącym do gujańskiej wioski Hmongów.

Dokładny opis arktycznego rejsu zawiera relacja Wojciecha Jacobsona Rejs jachtu Vagabond II przez Przejście Północno-Zachodnie, 1984-1988. Oto jej fragmenty (całość znajdziecie na naszej stronie):

W r. 1984 Janusz Kurbiel, polski żeglarz mieszkający we Francji, przystąpił do organizacji wyprawy przez Przejście Północno-Zachodnie na swoim jachcie Vagabond’eux (Vagabond II). Wyprawa miała zacząć się na zachodnim wybrzeżu Kanady i przebiegać trasą z zachodu na wschód, śladem Henry Larsena. Kurbiel, który praktykę żeglarską zdobywał, m.in. w Jacht Klubie AZS Szczecin, był doświadczonym żeglarzem arktycznym. Do udziału w planowanej wyprawie zaprosił, dość niespodziewanie, Ludka Mączkę i mnie. Ludek w tym czasie kończył swój 11-letni rejs dookoła świata, a zaproszenie dotarło do nas, gdy znajdowaliśmy się na Marii w Gujanie Francuskiej. […]

Po dotarciu z Ameryki Południowej do Francji (maj 1984), pozostawiliśmy Marię na kei w Le Havre i włączyliśmy się w przygotowania do nowego rejsu. Prócz prac technicznych przygotowania objęły żeglugę Sekwaną z Paryża do Le Havre i rejsy próbne na wodach wzdłuż wybrzeża francuskiego. Łącznie przepływaliśmy 510 Mm i odwiedziliśmy 10 portów. […]

Start do pierwszego etapu nastąpił 13 października 1984 r. z Le Havre. Załogę jachtu stanowiły trzy osoby: Ludek Mączka, moja córka Magda Jacobson – studentka Politechniki Szczecińskiej i ja jako prowadzący. Po postoju technicznym w porcie Brest, rejs rozpoczął się ostatecznie 1 listopada 1984 r.
Trasa prowadziła przez Gran Canarię, Antyle, Wenezuelę, Kanał Panamski i zachodnie wybrzeże Meksyku i USA. Na dwóch odrębnych etapach towarzyszyli nam studenci-jachtostopowicze: najpierw Timo Lehtinen z Finlandii, a później Erich Berger ze Szwajcarii. Do Vancouveru w Kolumbii Brytyjskiej, na zachodnim wybrzeżu Kanady, dotarliśmy 30 kwietnia 1985 r.
W czasie siedmiu miesięcy żeglugi przebyliśmy 12 520 Mm i zatrzymaliśmy się w 18 miejscach. Rejs ten uzyskał I nagrodę i „Srebrny Sekstant” jako Rejs Roku 1985 w dorocznym konkursie Głosu Wybrzeża. […]

W czwartym sezonie trasa Przejścia Północno-Zachodniego została ostatecznie pokonana i nastąpił powrót do Francji. Załogę jachtu tym razem stanowiło tylko nas dwóch: Ludek i ja jako prowadzący, bowiem Kurbielowie byli zajęci testowaniem w warunkach polarnych nowego eksperymentalnego jachtu Vagabond’eur […] i nie mogli dołączyć do etapu z Gjoa Haven. Po trudnych, trwających cały miesiąc przygotowaniach, wyruszyliśmy 15 sierpnia 1988 w drogę na ostatni odcinek przejścia. […]

Cała wyprawa, rozpoczęta w 1984 r. we Francji i tam zakończona w r. 1988, objęła przeszło 23 tysiące mil morskich i 86 odwiedzonych portów i kotwicowisk. We dwóch z Ludkiem uczestniczyliśmy, jako jedyni, we wszystkich etapach wyprawy i spędziliśmy w Arktyce amerykańskiej i kanadyjskiej blisko 11 miesięcy, w tym 5 miesięcy w osadach Inuitów

Relacja ta oryginalnie zamieszczona była na stronie JK AZS Szczecin <http://www.jkazs.szczecin.pl/archiwum/nwpas/wd.htm>

 

Pierwszego, pełnego przejścia tego akwenu dokonał w latach 1903-1906 Norweg Roald Amundsen. Ze statystyki prowadzonej przez kanadyjski Coast Guard wynika, że Vagabond II był 38. jednostką, która od czasów Amundsena przepłynęła tę trasę. Jacobson, Mączka i Kurbiel byli pierwszymi polskimi żeglarzami, którzy tego dokonali. Ta północna wyprawa została uznana w Polsce za Rejs Roku 1988. A trójkę jej uczestników: Jacobsona, Kurbiela i Mączkę uhonorowano Srebrnymi Sekstantami.

Pohl, Krystyna. Żeglarze. Szczecin,Wyd. Zapol, 2013; s. 80

 


1984_Cayenne_0470a_kotwicowisko_fot_Wojciech_Jacobson

02-02_1984_Cayenne_kotwicowisko_F1050017_Lev_sm_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: kotwicowisko

_1984_Cayenne_Vieux_Port_F1050013_lev_sm_fot_Wojciech_JacobsonCayenne, Vieux Port: dziewczyna czeka na powrót do miasteczka na kotwicy

_1984_Cayenne_F1010007_sm_R_Philippe_z_Catimini_fot_Wojciech_JacobsonCayenne 1984: goście z „miasteczka” na Marii.
Po prawej – Philippe z Catimini.

1984_Cayenne_sy_Maria_17s4w_a_fot_Janusz_Kurbiel_smMaria w Cayenne

 

1984_Cayenne_Ludek_12a_fot_Janusz_Kurbiel_smCayenne: Ludomir Mączka na Marii

 02-05_1984_Cayenne_L_Maczka_sm_arch_W_Jacobson

1984_Cayenne_W_Jacobson_L_MaczkaCayenne: Wojciech Jacobson i Ludomir Mączka

02-05_1984_Marche_chinois_F1050019_lev_sm2_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: Marché chinois

1984_Cayenne_zandarm_Ludek_Marek_Kowalski_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: (od prawej) Marek Kowalski, Ludomir Mączka i pilot żandarmerii francuskiej w Gujanie

 

1984_Cayenne_17s11w_a_fot_pilot_francuski_arch_Janusz_Kurbiel_smMaria sfotografowana przez tegoż pilota aparatem Janusza Kurbiela

 

1984_Cayenne_karnawal_0073Cayenne: karnawał 1984

 1984-03_Cayenne_L_Maczka na zodiaku_F1050020_lev_sm_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: Ludomir Mączka

 

1984_Cayenne_0468_w_drodze_do_Hmongów_fot_Wojciech_Jacobson_F100028_smNa rzece Comté, w drodze do Cacao – wioski Hmongów w Gujanie Francuskiej;
od lewej: Joelle Kurbiel, Marek Kowalski, Jean-Pierre, Ludomir Mączka

 02-10_1984_wioska_Hmongów_F1050007_sm_fot_Wojciech_Jacobson

02-11_1984_wioska_Hmongów_F1050006_sm_fot_Wojciech_JacobsonCacao: wioska Hmongów w Gujanie Francuskiej

 

 

1984_Cayenne_0074_rzeka_ComteCayenne 1984: carénage, czyli czyszczenie dna Marii i zakładanie sondy na rzece Comté przy odpływie

 

1984_Cayenne_sy_Maria_17s8w_a_fot_Janusz_Kurbiel_smCayenne 1984: s/y Maria

 Zdjęcia pochodzą z archiwum Wojciecha Jacobsona:
ich autorami są Wojciech Jacobson i Janusz Kurbiel,
a w jednym przypadku – pilot helikoptera żandarmerii francuskiej.


 

Calendar

« July 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

LATO

 

– Ładnie dzisiaj… chociaż nie bardzo… No, jednak… Słowem, nie brzydko, a to najważniejsze… Tak. Nie pada deszcz, nie ma też śniegu.
– To byłoby dziwne, jest przecież lato.
– Proszę mi wybaczyć, właśnie to chciałem powiedzieć… chociaż dowie się pani, że można się wszystkiego spodziewać.
– Zapewne.
– Na tym świecie, proszę pani, niczego nie możemy być pewni.

 

* * *

Pyszne lato, paw olbrzymi,
stojący za parku kratą,
roztoczywszy wachlarz ogona,
który się czernią i fioletem dymi,
spogląda wkoło oczyma płowymi,
wzruszając złotą i błękitną rzęsą.
I z błyszczącego łona
wydaje krzepkie krzyki,
aż drży łopuchów zieleniste mięso,
trzęsą się wielkie serca rumbarbaru
i jaskry, które wywracają płatki
z miłości skwaru,
i rozśpiewane, więdnące storczyki.


O, siądź na moim oknie, przecudowne lato,
niech wtulę mocno głowę w twoje ciepłe pióra
korzennej woni,
na wietrze drżące — —
niech żółte słońce
gorącą ręką oczy mi przesłoni,
niech się z rozkoszy ma dusza wygina
jak poskręcany wąs dzikiego wina. —

 

= = = = = = =

Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego, na półkuli północnej najcieplejsza… bla-bla-bla.

Ponieważ to – było nie było – kalendarz, więc zbiór cytatów i silva rerum z cyklu „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie!”, nie od rzeczy będzie po raz kolejny „palnąć koncept z kalendarza”, czyli polecieć stereotypem. Ale miłym, bo któż z pokoleń pamiętających rok 1960 nie śpiewał:

Lato, lato, lato czeka,
Razem z latem czeka rzeka,
Razem z rzeką czeka las,
A tam ciągle nie ma nas .

Już za parę dni, za dni parę
Weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów, Pitagoras – bądźże zdrów ,
Do widzenia wam „canto, cantare”!

Dla tych, którzy nie pamiętają: to fragment piosenki z filmu Szatan z siódmej klasy – tego oryginalnego, z roku 1960, w reżyserii Marii Kaniew­skiej, w którym debiutowała na ekranie studentka polonistyki Pola Raksa (poróżniła nas, za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał – śpiewa od 1982 roku Grzegorz  Markowski z Perfectu tekstem Bogdana Olewicza). Co dodaję, bo jest też wersja tego filmu z roku 2006, której autorów wymieniać, przez grzeczność, nie będę.
Przez tę samą grzeczność (choć z innych pobudek) dodam, że tekst piosenki napisał Ludwik Jerzy Kern, muzykę – Witold Krzemieński, a wersję oryginalną zaśpiewała Halina Kunicka z Orkiestrą Taneczną PR pod dyrekcją Edwarda Czernego. Szacunek!

==========================

Lato astronomiczne rozpoczyna się od przesilenia letniego i kończy z równonocą jesienną.

Przesilenie letnie Słońca (solstycjum) na półkuli północnej wypada w dniu, kiedy Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – leżącym na północnym równoleżniku 52°13’ – wynosi 61°14’. Podczas przesilenia dzień jest najdłuższy (a noc najkrótsza) w roku.

Równonoc (ekwinokcjum) to dzień, w którym Słońce góruje w zenicie nad równikiem; zdarza się dwa razy w roku: jako początek wiosny (równonoc marcowa – wiosenna) i koniec lata (równonoc wrześniowa – jesienna). Podczas równonocy długość dnia równa jest długości nocy. W dniach równonocy Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Łatwo wtedy można obliczyć szerokość geograficzną miejsca obserwacji: wystarczy zmierzyć w stopniach wysokość górującego Słońca i odjąć tę wartość od 90º.
W centrum Warszawy (52°13’ szerokości geograficznej północnej) dokładny pomiar powinien wykazać właśnie 52°13’.

W pierwszym ćwierćwieczu XXI w. lato na półkuli północnej zaczyna się 21 czerwca (jedynym wyjątkiem jest rok 2024: 20 czerwca, ale 69 minut przed północą!) i trwa do równonocy jesiennej, czyli do 22 lub 23 września
(2018 – 23 IX).

Podczas lata astronomicznego dzień jest dłuższy od nocy, jednak z każdą dobą dnia ubywa, a nocy przybywa. Słońce wschodzi coraz później i góruje na coraz mniejszych wysokościach nad horyzontem.
Za miesiące letnie na półkuli północnej uznaje się czerwiec, lipiec i sierpień.
Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku: tam miesiące letnie to grudzień, styczeń i luty.

 

Lato klimatyczne to ten okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza przekraczają 15°C. Pomiędzy latem klimatycznym i sąsiednimi klimatycznymi porami roku nie ma etapów przejściowych, w przeciwieństwie do zimy poprzedzanej przedzimiem i następującym po niej przedwiośniem.

 

Rzeczownik „lato” w liczbie pojedynczej dawniej (a dziś w gwarach) znaczył „rok”.

Mąż z królem Bolesławem poszedł na Kijowiany
Lato za latem bieży, nie masz go z bojowiska

pisał Mickiewicz (w jakim utworze – wiadomo).
W języku ogólnopolskim przetrwał w tym znaczeniu do dziś: w liczbie mnogiej rzeczownika „rok”, jako jego forma supletywna. A i w gwarach ma się jak najlepiej: latoś znaczy tyle co ‘w tym roku’, a latosi – ‘tegoroczny’.

 

W terminologii kościelnej istnieje termin „miłościwe lato” oznaczający Rok Jubileuszowy lub Rok Święty (Annum Sanctum), połączony z odpustem, którego jednym z warunków jest odwiedzenie określonych kościołów: niegdyś tylko w Rzymie, dziś – na całym świecie.
Po raz pierwszy obchodzono go w roku 1300 za papieża Bonifacego VIII. Pierwotnie miał się powtarzać co 100 lat, ale zaraz Klemens IV skrócił ten okres o połowę, a Paweł II do 25 lat.
Do tego dochodzą „okazje specjalne”, np. Pius XI ogłosił rok 1933 Świętym dla przypomnienia 1900. rocznicy śmierci Chrystusa, a Benedykt XVI za Annum Sanctum uznał rok 2008, w drugie tysiąclecie od narodzin św. Pawła.

 

Latem, od V w., Kościół wschodnio-chrześcijański obchodził koimesis (gr. Κοίμησις, zaśnięcie) Najświętszej Maryi Panny w przeświadczeniu, że Maryja nie umarła jak zwykły człowiek, lecz została zabrana do Nieba.
W chrześcijaństwie zachodnim, kiedy w VII w. to święto zostało przyjęte w Rzymie, termin „zaśnięcie” został zastąpiony przez „wniebowzięcie”.
W Kościele katolickim, w roku 1950, Pius XII, ogłosił dogmat, stwierdzający, że Maryja, po zakończeniu ziemskiego życia, mocą Bożą została z ciałem i duszą wzięta do wiecznej chwały.

Cerkiew prawosławna obchodzi święto Zaśnięcie Bogurodzicy 15 sierpnia (28 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego).

Protestanci przeciwstawiają się dogmatowi o wniebowzięciu, podając jako argument brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat w Biblii.

W Polsce dzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia) jest wolny od pracy. Tego samego dnia obchodzone jest Święto Wojska Polskiego (przywrócone w 1992).

Święto Wniebowzięcia nazywane jest Świętem Matki Boskiej Zielnej, ponieważ w czasie obrzędów błogosławi się wiązanki ziół i kwiatów.
Według wiary ludowej pobłogosławiony bukiet nabiera cudownych, leczniczych właściwości. Wierni, wracając z kościoła, zostawiali go wśród upraw, gdzie miał przynieść szczęście w zbiorach. Po kilku dniach bukiet zabierany był do domu: najpierw obnoszono go po izbach, a później przechowywano w eksponowanym miejscu, które dawało pewność, że jego moc będzie działała.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
lato to:

białoruskiлетa [lieta]
bośniackiljeto
bułgarskiлято [liato]
chorwackiljeto
czeskiléto
kaszubskilato
litewskivasara
łużycki (dolny)lěśe
łużycki (górny)lěćo
łotewskivasara
macedońskiлетo [lieto]
rosyjski
летo [lieto]

serbskiлетo [lieto]
słowackileto
słoweńskipoletje
ukraińskiліто [lito]
żmudzkivasara

 

Przysłowia związane z latem:

Co się w lecie zarobi,
tym się w zimie żyje.

Co w lecie nogami,
to w zimie rękami.

Dobra nowina:
będzie lato, poszła zima.

Idą za szczęściem
iáko iáskołki zá látem.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto latem pracuje,
zimą głodu nie poczuje.

Kto latem w chłodzie,
ten w zimie o głodzie.

Kto w lecie nie zbiera,
w zimie przymiera.

Kto w lecie próżnuje,
w zimie nędzę czuje.

Latem zbiera baba grzyby,
a chłop w niedzielę
idzie z wędą na ryby.

Lecie mi go nie chłódź,
zimo mi go nie grzej.
[o człowieku, któremu dogodzić trudno, i tak mu źle i tak niedobrze]

Lepsze jedno lato niż dwie zimy.

Mnima káżdy iż wiecznie
Iuż ták ma być láto
.

[Rej, Wizerunk własny żywota człowieka poczciwego, 1558]

Na to jak na lato.
[wyrażenie oznaczające wielką ochotę, skwapliwą zgodę]

O, co bym ja dała za to,
gdyby zawsze było lato.

To pewna nowina:
bywszy lato, będzie zima.

Trzebá się rozmyśláć ná to
Iż nie iutro będzie láto.
[Rej, Zwierciadło, 1568]

W lecie bez roboty,
w zimie bez butów.

Za lata zbieraj na zimę.

 

Przysłowie na
Matkę Boską Szkaplerzną
(16 VII)

Wraz z Szkaplerzną Matką
na zagon, czeladko!

 

Przysłowia na
Wniebowzięcie N.M.P.
(15 VIII)

Do Marji Wniebowstąpienia
miej w stodole połowę mienia.

Gdy w pogodę do nieba Maria wstępuje,
wino Węgrom obfite jesień obiecuje.

Marji Wniebowstąpienie
czyni reszty zboża plenie.

Na Wniebowzięcie
pokończone żęcie.

Pogoda na Wniebowzięcie,
ciężkie ziarno wnet po sprzęcie

W Wniebowzięcie Panny Marji
słońce jasne,
będzie wino godnie kwaśne.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytaty na wstępie:
Ionesco, Eugène. Lekcja (La Leçon). (1950) Tłum. Jan Błoński.

Pawlikowska-Jasnorzewska, Maria. „Pyszne lato”. Niebieskie migdały (1922)

LIPIEC...

Lipiec – siódmy miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 31 dni.

W staropolszczyźnie i w gwarach siódmy miesiąc roku nazywano również lipień. Do dziś tę nazwę zachował język ukraiński (липень) i białoruski (ліпень).

Według Aleksandra Brücknera (1856-1939) – filologa i slawisty, historyka literatury i kultury polskiej, znawcy staropolszczyzny – nazwa pochodzi od kwitnących lip (po litewsku ‘lipiec’ i ‘lipa’ to liepa). Ponieważ lipy kwitną na przełomie czerwca i lipca, stąd nazwa tego drzewa w różnych językach słowiańskich może wchodzić do nazw każdego z tych miesięcy, np. w chorwackim lipanj to czerwiec (lipiec to srpanj, a sierpień – kolovoz).

Lipiec to również miód zbierany z kwiatu lipowego i napój alkoholowy robiony z tego miodu.
Jankiel, chcąc spacyfikować warchołów, wiedział, jak kusić patriarchę Dobrzyńskich:

Każę przynieść kozice, basetlę, dwie skrzypiec,
A pan Maciek Dobrodziej lubi stary lipiec
I nowego mazurka

Większość języków europejskich nazywa siódmy miesiąc roku wariantami nazwy łacińskiej obowiązującej od 46 roku p.n.e.: Iulius.
Wcześniej tenże okres nazywał się Quintilis – „piąty miesiąc”; (quinque to po łacinie pięć, quintus – piąty), ale właśnie w 46 p.n.e. Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).

Jeśli ktoś uważa, że w takim czy innym kraju różne organizacje przesadnie podmaślają się rządowi, to niech wie, że naprawdę może być gorzej: miesięcy od panujących premierów, prezydentów czy monarchów jeszcze się nie nazywa.

A w Rzymie (republikańskim!) i owszem: nazwa została nadana miesiącowi na cześć Juliusza Cezara (Gaius Iulius Caesar), który wtedy obchodził urodziny. Gdybyśmy już tak zupełnie poszli w ślady Rzymian, to ciekawie mogłyby się nazywać np. maj, czerwiec, sierpień i kilka innych.

Owidiusz, w poemacie o kalendarzu rzymskim, nie zdążył dojechać do lipca i zamącić w głowach potomnych swą wydumaną etymologią. Na nasze szczęście (i jego nieszczęście) prace nad Fasti (8 r. n.e., już cesarstwo) przerwał imperator Oktawian, dożywotnio zsyłając poetę do Dacji (kiedyś tam będzie Rumunia – napisał Kaczmarski). Rzekomo za nieskromność Ars amatoriaSztuki kochania, ale to wymyślili tzw. moraliści; tak naprawdę nie wiemy za co. Faktem jest jednak, że jeszcze w roku 1930 celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu.

 

 

4 lipca to w USA Święto Niepodległości obchodzone w rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości (4th of July).

Deklaracja to jednak nie to samo co uzyskanie niepodległości – 4 lipca 1776 zbuntowani koloniści opubliko­wali jedynie swe pobożne życzenie. Dziś mówi się o tym „wola narodu”, ale historię piszą zwycięzcy.  W momencie ogłoszenia Deklaracji trwała już Wojna Rewolucyjna (za jej początek przyjęło się uznawać 19 kwietnia 1775) między kolonistami i armią brytyjską, a jej koleje mogły potoczyć się różnie; jaki byłby los schwytanych rebeliantów w razie wygranej Imperium, lepiej nie wspominać. Ponieważ buntownicy wygrali – pozostali przy nazwie „Patrioci”, wielkodusznie przyznając miano „lojalistów” tym, którzy pod władzą Jerzego III chcieli zostać (a później dali nogę do Kanady).
Dziś w Polsce przeciwników politycznych nazywa się zupełnie inaczej – i chyba na tym też polega różnica. Różnica wobec czego? No jak to – nie wiecie, że wróbelek tym się różni, że ma jedną nóżkę bardziej od drugiej?

Formalnie, w świetle prawa międzynarodowego, USA zostały uznane za suwerenne państwo na mocy kończącego wojnę Pokoju Paryskiego, podpisanego 3 września 1783 w Wersalu, w którym Wielka Brytania uznała niepodległość Stanów Zjednoczonych.

 

6-14 lipca – w Pampelunie (Kraj Basków w granicach Hiszpanii) to dni poświęcone obchodom ku czci prawie mitycznego biskupa Fermina, żyjącego w III w., dziś świętego. Po hiszpańsku obchody nazywają się Sanfermines, a mają do siebie to, że wówczas każdy (no dobrze: prawie każdy) może sobie pobiegać po ulicach z bykami (co z kolei nazywa się encierro).

Encierro dosłownie znaczy „zamknięcie”, a chodzi o to, że w różnych miastach w krajach, gdzie corrida jeszcze jest dozwolona, byki przepędza się – ulicami miasta – z zagrody na stadion. Zwierzęta ktoś musi poganiać, nierzadko więc zdarza się, że buzujący testosteron nagle przemieszcza przepędzaczy zza byków przed byki.

Bycze gonitwy w Pampelunie zyskały międzynarodową sławę dlatego, że w powieści Słońce też wschodzi  (1926) opisał je Hemingway (wierzę, że właśnie dlatego, bo cenię Hemingwaya).

 

14 lipca – święto narodowe Francji w rocznicę zburzenia Bastylii w 1789.

W Bastylii siedziało wówczas siedmiu więźniów: czterej fałszerze, dwaj psychicznie chorzy i hrabia Hubert de Solage – zamknięty na życzenie rodziny, która twierdziła, że to za grzeszną miłość do siostry, ale jak zwykle chodziło o pieniądze i to wcale niemałe.

Dziesięć dni wcześniej przeniesiono z Bastylii do zakładu dla umysłowo chorych (wtedy mówiono „dom wariatów”) w Charenton markiza de Sade; rękopis jego Stu dwudziestu dni Sodomy został w Bastylii i – dzięki jej splądrowaniu przed zburzeniem – ocalał.

Przy okazji: kto nie widział filmu Marat/Sade (1967) w reżyserii Peter Brooka, według sztuki niemiec­kie­go dramatopisarza Petera Weissa – ten niewiele widział! Zamiast opowiadania o filmie wystarczy podać jego pełny tytuł: Prześladowanie i zabójstwo Jean-Paula Marata w wykonaniu pensjonariuszy zakładu dla obłąkanych w Charenton w reżyserii Markiza de Sade (The Persecution and Assassination of Jean-Paul Marat as Performed by the Inmates of the Asylum of Charenton Under the Direction of the Marquis de Sade).

Marat akurat tutaj pasuje, bo zmarł 13 lipca (1793, a wolę nawet nie patrzeć na datę jego urodzin), ale o tym monstrum rewolucji przeczytacie za rok. Dość okropieństw na teraz.

 

21 lipca 1969 (02:56:15 GMT, w USA był wciąż 20 lipca) Neil Armstrong wykonał na Księżycu mały krok człowieka, ale gigantyczny skok ludzkości.

Tak, wierzę w to, że naprawdę tam byli. W coś trzeba wierzyć!

 

22 lipca – święto państwowe w PRL, obchodzone na pamiątkę rocznicy ogłoszenia Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w 1944 r., zwanego Manifestem Lipcowym.

Jak to zawsze w sowietyzmie bywało: to prawda – ale taka sama jak w tym, że na Placu Czerwonym rozdawano samochody marki wołga.

 

Manifest PKWN został zatwierdzony i podpisany przez Stalina 20 lipca 1944 w Moskwie, tam wydruko­wany (co łatwo można stwierdzić oglądając krój czcionki użytej w oryginalnych egzemplarzach) i tam też – 22 lipca 1944 – ogłoszony, choć jako miejsce ogłoszenia podano Chełm. 

Nie był to pierwszy i nie ostatni przypadek, kiedy hegemon tworzył jakieś swoje satelickie państewko wokół rządu przyniesionego w teczce. 

Problem zaczyna się robić poważniejszy, gdy to państewko okazuje się być naszym, a pogłębia – gdy wychodzi na jaw, że ten państwowy kreacjonizm jest częścią planu zakrojonego na długie, długie lata.

Stalin – bez wątpienia najbardziej efektywny polityk pierwszej połowy XX wieku i jakiego kiedykolwiek miała Rosja (jeśli ktoś nie wierzy, niech sobie dokładnie obejrzy odpowiedni dział atlasu historycznego) – był o wiele ostrożniejszy niż jego zachodni uczeń, naśladowca i przez wiele laty przyjaciel Adolf Hitler: słów na wiatr nie rzucał. Głośno reklamowana „tysiącletnia rzesza” przetrwała lat zaledwie tuzin, a jakoś nie pamiętam, by propaganda sowiecka kiedykolwiek ujmowała okres istnienia imperium w jakieś limity czasowe. Wszyscy po prostu wiedzieli, że jest wieczne i kropka. To, że totalitarny moloch ZSRR przetrwał – w epoce błyskawicznych zmian XX wieku – bez mała 3/4 stulecia, jest fenomenem. Pobić ten wynik mogą tylko komunistyczne Chiny, ale dopiero za 5 lat.

 

PKWN był właśnie takim rządem przyniesionym w teczce z Moskwy. Złożony z marionetek wykonywał ruchy wymuszane przez sznurki pociągane przez Głównego Lalkarza.

Wszystko oczywiście – jak to zawsze w sowietyzmie bywało – przy pozorach zachowania wymogów demokracji obowiązujących w wolnym świecie.

Dziś, co młodszym i z mniejszą wyobraźnią polityczną, trudno uwierzyć, że w sowieckim systemie istniały żywiołowe kampanie wyborcze i najprawdziwsze wybory, podczas gdy wszystkich kandydatów (i kandy­datki) wystawiała jedna, jedyna partia. Wybrani zasiadali zaś w organach władzy i na ustawy wniesione przez ich partię głosowali tak, jak im ich partyjne sumienie nakazywało. A kiedy zdarzył się wśród nich jakiś bezpartyjny (tacy też bywali – miało być przecież „przy pozorach zachowania wymogów demokracji”), który czasem bohatersko wstrzymał się od głosu, naród go nosił na rękach i miał za bohatera.

 

Od 1 sierpnia 1944 r. siedzibą PKWN stał się Lublin i dlatego często zwano go Komitetem Lubelskim, a i odezwie z 22 lipca przyklejano czasem nazwę „Manifest lubelski”, choć niby wszyscy wiedzieli, że ogłoszono go... w Chełmie, oczywiście.

Lublin... No cóż, powie ktoś, że po prostu był po drodze i na to piękne miasto padło. Nie wierzę w to ani na deko, bo w propagandzie totalitarnej przypadków nie ma. Po prostu wystarczy przypomnieć sobie z jaką słynną unią kojarzony był Lublin przez 375 lat i wszystko stanie się jasne. Litwa mogła być tylko sowiecka, a Lublin – siedzibą pierwszego rządu wolnej Polski. Brzmi? Brzmi!

To, co głosił Manifest, było oczywiście istotne dla przyszłości tworzonego właśnie kraju, ale nie było w tym nic ani dziwnego, ani zaskakującego – przynajmniej dla tych, którzy wiedzieli.

 

„Trzy razy w ciągu ostatnich 150 lat zachodni najeźdźcy pustoszyli europejską część Rosji”.

Stalin powiedział to już w Teheranie, gdy w listopadzie 1943 spotykał się z Rooseveltem i Churchil­lem, by omówić strategię przeciwko hitlerowskim Niemcom – i tego się trzymał ustalając cenę za stwo­rzenie frontu wschodniego. Podczas spotkania w Jałcie, w lutym 1945, dni Trzeciej Rzeszy były już policzone, a żądania Stalina – konkretne.

Jak w Teheranie tak i w Jałcie przywódcy Zachodnich Demokracji okazywali mu pełne zrozumienie i po­par­cie.
Rooseveltowi chodziło, by po zamknięciu frontu europejskiego, Uncle Joe stworzył front azja­tycki przeciwko Japonii, co liczyło się bardziej niż głosy Polonii w wyborach.
Głowa bolała za to Churchilla: jak wytłumaczyć swoim wyborcom (i reszcie Brytyjczyków), czemu podpisuje się pod aktem sprzedaży totalitarnemu i ludobójczemu systemowi blisko 200 milionów ludzi z Europy Wschodniej i Środ­kowej. A największy headache miał z powodu Polski: sporo ludzi w Brytanii pamiętało pakty i wypo­wiedze­nie wojny w 1939, Bitwę o Anglię i naszywki Poland na rękawach brytyjskich wszak mundurów.

Obaj Strażnicy Demokracji Zachodnich za każdym więc razem prosili usilnie Lwa Kaukazu, by obiecał wszem i wobec, że pomoże odbudować nową, demokratyczną Polskę, urządzi demokratyczne wybory i że w ogóle będzie się zachowywał szlachetnie i po rycersku (tak mówił FDR i są na to dokumenty).

Stalin kiwał głową i potwierdzał, bo wiedział, że nie jest ważne, jak głosują ludzie, tylko kto liczy głosy.

Lecz uspokaja ich gospodarz,
Pożółkły dłonią głaszcząc wąs:
„Mój kraj pomocną dłoń im poda,
Potem niech rządzą się, jak chcą.”

napisał 40 lat później Jacek Kaczmarski, dając w swym wierszu lapidarne podsumowanie Jałty i dokonań XX-wiecznego triumwiratu.

Jak Polska mogła się rządzić do 1989 roku – wiadomo (i nie ma w tym żadnej aluzji do tego, jak rządzi sie teraz!), ale jeszcze Kaczmarski:

Nie miejcie żalu do Churchilla,
Nie on wszak za tym wszystkim stał,
Wszak po to tylko był Triumwirat,
By Stalin dostał to, co chciał.

Komu zależy na pokoju,
Ten zawsze cofnie się przed gwałtem –
Wygra, kto się nie boi wojen,
I tak rozumieć trzeba Jałtę.

[...]

Nie miejcie więc do Trójcy żalu,
Wyrok historii za nią stał
Opracowany w każdym calu –
Każdy z nich chronił, co już miał.

 

Jasne! Przecież Churchill tak pięknie rok później rozpaczał jeżdżąc po Ameryce i Brytanii, i lejąc przed tłumami krokodylowe łzy wołał [aż wstyd tłumaczyć na polski, więc zostawiam w oryginale]:

From Stettin in the Baltic to Trieste in the Adriatic an iron curtain has descended across the Continent. Behind that line lie all the capitals of the ancient states of Central and Eastern Europe. Warsaw, Berlin, Prague, Vienna, Budapest, Belgrade, Bucharest and Sofia; all these famous cities and the populations around them lie in what I must call the Soviet sphere, and all are subject, in one form or another, not only to Soviet influence but to a very high and in some cases increasing measure of control from Moscow.

Miał po stokroć rację, że nikt się nawet nie zająknie, iż to za jego podpisem zapadła „żelazna kurtyna”, bo najlepsza metoda złodziejskiej ucieczki to kręcenie się w kółko z okrzykiem „Łapaj złodzieja!”

 

Zachodni sojusznicy bez mrugnięcia okiem zgodzili się, by Armia Czerwona została tam, gdzie stąpnie stopa krasnoarmiejca. Stalin więc dostał nawet więcej niż chciał, bo dwie strefy buforowe. Po kilku przesunięciach były to:  Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, i Ukraina – wcielone do Imperium jako republiki oraz pas wpół niepodległych państw satelickich: Finlandia, Polska, NRD, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria.

W ostatnim momencie uniknęła sowietyzacji Austria, później Jugosławia i Albania (które wprowadziły własne wersje reżimu), a na końcu, w 1956, – wywinęła się jakoś Sowietom Finlandia (poczytajcie o Karim). Reszta mapy była aktualna do roku 1989.

Byłaby pewnie dalej, gdyby nie niewielkie stosunkowo państwo leżące na bezdrożach środkowej Azji… Afganistan. Ale to już jest zupełnie inna historia, a jej dalszy ciąg przeczytacie w grudniu.

 

I tak rozumieć trzeba Manifest PKWN.

A w lipcowe rocznice na ulicach pojawiały się stra­ga­ny (pańs­two­we) z kieł­ba­są, bale­ro­nem (– Wi­dzisz, synku? Tak wyglą­da baleron! – Aha!), wędzo­ny­mi makre­lami i szprotami, śledziami w słoikach i innymi niedostępnymi na co dzień w sklepach towarami. Później było trochę lepiej, bo makrele częściej bywały w sklepach, ale to i tak nie pomogło.

 

25 lipca – dzień św. Krzysztofa; w niektórych parafiach z tej okazji odbywa się autosacrum – poświęcenie pojazdów. Tego samego dnia, z inicjatywy m.in. Duszpasterstwa Kierowców, w polskim Kościele obchodzony jest Dzień Bezpiecznego Kierowcy.

Komendant Główny Policji, p. Jarosław Szymczyk , zachwycał się w 2018 roku (policja nie podała dokładnej daty zachwytu) tym, co było w Polsce na drogach rok wcześniej.
W podsumowaniu roku 2017 pan Komendant nie podał konkretnie liczby wypadków ani liczby zabitych na drogach.
Podał – i to jest stopień mistrzostwa w kamuflażu – dane liczbowe z roku… 2008. Zaś rok 2017 z właści­wym sobie wdziękiem ujął optymistycznie:

Liczba wypadków drogowych spadła o 1.142. W ich wyniku życie straciło około 220 osób mniej, zaś rannych było mniej o 1.599 osób. To najlepsze wyniki od roku 2008.

Starsze pokolenie pamięta – rok 1980, kabaret „Tey”, program „Z tyłu sklepu”:

– Nie mówi się „jedno koło zepsute”! Mówi się: „Traktor ma trzy koła dobre”!
– Przecież to to samo!
– Ale jak brzmi!

Jeśli ktoś nie wierzy – bo przecież pan Komendant nie występował w kabarecie, a do tego mówił o spra­wach tragicznych – może zajrzeć: Policja online, Biuletyn Informacji Publicznej: Statystyka.

Oczywiście dokładne dane policyjne można znaleźć, ale zupełnie gdzie indziej. Za to z podsumowania pana Komendanta widzimy, że wyniki są najlepsze (w domyśle pierwszym: „za rządów obecnych rządów”, w domyśle drugim: „za rządów pana Komendanta Szymczyka”). I o to chodzi! Brawo ten pan!

 

W liczbach bezwzględnych: w 2017 r. w Polsce doszło do 32 760 wypadków drogowych: na drogach zginęło 2831 osób, a rannych w wypadkach było 39 466 osób.

„Śmiertelność drogowa” (jak nazywa to prasa) w Polsce wynosiła w 2017 roku 79 osoby na milion, przy średniej unijnej 51.

W 2012 na polskich drogach zginęło 3571 ludzi, a ok. 45 tys. zostało rannych.

W 2014 w Polsce w 34 970 wypadkach drogowych zginęły 3202 osoby, a 42 545 zostało rannych.
Niewiele ponad 3000 mieszkańców mają np. Oleszyce (3039), Chorzele (3072), Pyzdry (3185), Zakroczym (3208), Biała Rawska (3212), Myszyniec (3389).

W 2015 w Polsce w 32701 wypadkach zginęły 2904 osoby, a 39 457 zostało rannych.

Mniej więcej 2900 mieszkańców mają: Ryn (2900), Łobżenica (2975), Złoty Stok (2844), Nowe Miasteczko (2842), Knyszyn (2821).

40 tysięcy mieszkańców mają: Mińsk Mazowiecki (40 383), Chojnice (40 004) i Świdnik (39 885).

 

Tak, to prawda, że w roku 2017 – w porównaniu do 2008 – liczba wypadków drogowych zmalała, podobnie jak liczba zabitych i rannych. Ale – podam jeszcze raz – zginęło 2831 ludzi, a rannych było 39 466.

2805 mieszkańców ma Wąchock.
Świdnik ma 39 885 mieszkańców, Nowa Sól – 39 258, Bolesławiec – 39 167.

I teraz wyobraźcie sobie, że w ciągu jednego roku znika w Polsce 3-tysięczne miasto, a wszyscy mieszkańcy 40-tysięcznej aglomeracji leżą w szpitalu.

Mimo to polska prasa się nasładza, że „na polskich drogach jest coraz bezpieczniej”, a kierowcy z resztą narodu pomstują na radary, ograniczające wolności obywatelskie.

Pewnie to myślenie antypaństwowe, ale sądzę, że na Polskę i pięciu św. Krzysztofów byłoby mało.

 

Ostatnia niedziela lipca – święto obchodzi rosyjska marynarka wojenna (Военно-Морской Флот России).

 

 

Znaki Zodiaku w lipcu:

Rak (♋) – do 21 lipca
Lew (♌) – od 22 lipca.

O Raku było przy omawianiu czerwca, więc nie ma co powtarzać. Ale po nim przychodzi Lew. Wiadomo: król, władca, moc, potęga, duma, szlachetność, szczodrość, wspaniałomyślność. Czyli: bla-bla-bla, bo przecież to napisały o sobie albo same Lwy (i Lwice), albo ci, którzy od nich czegoś chcieli. A gdy tylko nie owijać prawdy w bawełnę, to zaraz się to nazywa „czarny PR”.

No bo tak:

Urodzeni pod znakiem Lwa od najmłodszych lat mają skłonności do narkomanii, pijaństwa i najbardziej brutalnej rozpusty. Nie lubią się uczyć, z trudem kończą szkoły, nawet specjalne. Uwielbiają krzywoprzy­sięstwo, dlatego bardzo chętnie zeznają przed sądem. Zdemaskowani wywołują awantury i dantejskie sceny. W życiu rodzinnym Lwy na szczęście nie uczestniczą.

Nic dodać, nic ująć – i niech kto powie, że Bliźnięta nie są najlepsze!

 

Kwiaty lipca:

ostróżka (Delphinium L.) – bylina (na ogół) z tej samej rodziny co jaskier, często używana jako roślina ozdobna. W terminologii angielskiej nazywana larkspur (dosł. „skowrończy pazur”), która to nazwa używana jest również wobec ostróżeczki (Consolida Gray) – też jaskrowatej, ale już nie byliny. Wprowadza to pewne zamieszanie, ale tylko teoretyczne: obie rośliny są nie tylko podobne ale mocno trujące, znaczy: ludzie wiedzą, co gadają.

Szperając po znaczeniach tzw. alfabetu kwietnego wynalazłem, że ostróżki oznaczają głupie postępowanie, niedojrzałość. Ciekawe, czy ten, kto to wymyślił, chciał zasugerować, że zamiast, jak podrostek, dawać kwiaty z podtekstem, lepiej od razu otruć?

 

lilia wodna (Nymphea L.) nazywana też nenufarem (ciekawe, kto skojarzy sobie z tym kwiatem Józefa Toliboskiego?), mająca wspólnego przodka z lotosem, przez naukę nazywana – za przeproszeniem uszu dam (jak mawia Geograf) – „grzybieniem”. Dlatego, jeśli ktoś chce sobie przypomnieć, jak wyglądają lilie wodne, odsyłam do cyklu obrazów z liliami wodnymi Claude’a Moneta (Les Nymphéas), a nie do realistycznych fotografii, na których będą zwyczajne grzybienie.

Trzeba przyznać, że nasi botanicy, dając taką nazwę spokrewnionym z lotosami roślinom, których łacińskie nazwy nawiązują do nimf, ondyn, bogiń zwycięstwa czy potwornej ale pięknej gorgony Euriale, nie wykazali się nadmiarem poetyckiej wrażliwości.
Nie wpadłby na pomysł nazwania nenufarów „grzybieniami” Juan Ramón Jiménez, który swój drugi (1900) poetycki tomik zatytułował właśnie Ninfeas, ale gdyby szukał synonimów, w hiszpańskim miał wybór między „różą Wenus” a wziętym z języka guarani słowem aguapé – homonimem pięknego greckiego ἀγάπη, agápē, oznaczającego miłość w jej najwyższej formie.
A co powiedziałby pan Toliboski, gdyby się dowiedział, że wchodził do stawu nie po nenufary a po „grzybienie”?

W mowie kwiatów lilie oznaczają czystość.  

Co oznaczają lilie wodne? No cóż – kontekst wprowadzony przez przydawkę nazwową (płynność? kaskada? oddanie przez gotowość do zanurzenia?) sprawia, że wszystko zależy od interpretacji indywidualnej.

I nie chcę nawet myśleć, co symbolizować może coś o nazwie „grzybień”. 

 

Kamień lipca:

rubin – po prostu trójtlenek glinu (Al2O3) skombinowany z jonami chromu, ale bardzo szlachetny, bardzo rzadki, bardzo drogi i do tego symbolizujący zadowolenie.
Z najcenniejszych – najbliżej Polski znajduje się 250-karatowy rubin z korony św. Wacława, przechowywanej w katedrze św. Wita, Wacława i Wojciecha w Pradze.
We wczesnym chrześcijaństwie rubin symbolizował krew Chrystusa.
Rocznica rubinowa to 35 lat pozostawania w związku małżeńskim – lub jakimkolwiek.

 

Generalnie lipiec to bardzo porządny miesiąc i nie byłoby się już można do niczego w nim przyczepić, gdyby tylko jego znakiem zodiaku były Bliźnięta. Niestety (jego strata!) nie są.

Lipiec jednak rehabilituje się imieninami, które obchodzą:

Elżbieta (5 VII), ale tak znaczna część Elżbiet uciekła od św. Aragońskiej do św. Sprawiedliwej (23 IX), św. Heskiej (18 VI) czy rozlicznych swoich patronek listopadowych, że trudno się połapać, kiedy zaprzyjaźniona Ela imieniny wyprawia;

Olga (11 VII), które to imię ma rodowód skandynawski bo Olga Kijowska była z Waregów, a choć święta i chrześcijaństwo na Ruś przyniosła, to tacy Drewlanie jej nie lubili (gołębie i wróble też nie);

Krzysztof (25 VII) – wiadomo dlaczego, ale jeśli ktoś nie wie, dodamy, że to także patron żeglarzy, podróżników, flisaków, pielgrzymów, biegaczy, kierowców, a także mostów oraz miast położonych nad rzekami. Ostatnio pięknie znaczenie imienia wyraził (przy wzniosłej okazji!) po rosyjsku Oleg Biespałow: Под именем Кшиштоф ребёнка крестили – то есть «Возлюбивший Христа«.

Jakub (25 VII) – ale tego dnia solenizantami są tylko ci, którzy przyznają się do św. Jakuba Starszego Apostoła, tego od pielgrzymek do Santiago de Compostela i muszli; dla pozostałych imię Jakub powtarza się w kalendarzu 30 razy w roku.

Anna/Hanna (26 VII) – to najpopularniejsze imię żeńskie w Polsce (w obu wariantach plus jeszcze kilka innych :), zostawiające Marię (drugie miejsce) daleko w tyle!

Wszystkiego najlepszego!

 

W lipcu, dokładnie w pierwszej połowie lipca, konkretnie 5-go, urodził się Karol – najstarszy syn mojego przyjaciela, Bosmana (Pogorii rzecz jasna) Stanisława, a 12-go – pewna zaprzyjaźniona Antonia (tak naprawdę urodziła się 13-go, ale – mimo urody – jest przesądna, więc ściemnia), o czym informuję. Bo o tym, że w drugiej połowie lipca, konkretnie 17-go, w Małkini, urodził się pewien kaowiec informować (mamy nadzieję) nie trzeba.

Serdeczne życzenia dla damy i obu jubilatów!

 

Śluby i wesela w lipcu:
porażka z założenia, no po prostu drugi Grunwald (tyle że nie wiadomo, kto jest Jagiełłą, a kto von Jungingenem)!
Naprawdę już lepszy celibat albo wolna miłość.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
siódmy miesiąc roku to:

białoruskiліпень [lipień]
bośniackijuli
bułgarskiюли [juli]
chorwackisrpanj
czeskičervenec [czerwiec to po czesku červen, a obie nazwy od słowa červ – robak. Robaki rządzą!]
kaszubskilëpinc (też: miodownik, reżan, lipc)
litewskiliepa
łatgalskisīna (też: juļa)
łużycki (dolny)žnjojski
łużycki (górny)pražnik
łotewskisīna
macedońskijули [juli] albo златец [złatec]
rosyjskiиюль [ijul]
serbskijул [juł]
słowackijúl (w gwarach także „lipeň”)
słoweńskijulij
ukraińskiліпень [łypeń]
żmudzkilėipa

 

Przysłowia związane
z lipcem:

Czego lipiec i sierpień nie dowarzy,
tego wrzesień nie usmaży.

Gdy się grzmot w lipcu
od południa poda,
drzewom się znaczy
szwank i nieuroda.

Lipcowe deszcze
dla chłopa kleszcze,
a jak pogoda –
większa swoboda.

Lipiec,
ostatek mąki wypiecz.

Lipiec,
starego chleba z nowym przypiecz.

Od lip ciągnie wonny lipiec,
nie daj słonku kłosa przypiec.

W lipcu gniewne ziele,
jak się rozgniewa,
to się gniewa cztery niedziele
[dotyczy ludzi urodzonych w lipcu i skorych do gniewu, w gorącej wodzie kąpanych]

W lipcu kłos się korzy,
że niesie dar boży:
który prosto stoi,
dobrego się boi.

Kłos, co prosto stoi,
to z pustoty swojej.

Upały lipcowe
wróżą mrozy styczniowe.

W lipcowym skwarze
w Polsce jak na Saharze.

W lipcu się już kłosek korzy,
że niesie dar boży:
a najpierwsza Małgorzata
sierp w zboże założy.

W lipcu upały,
styczeń mroźny cały.

W lipcu upały,
wrzesień doskonały.

 

Przysłowia na
św. Annę/Hannę (26 VII)

Długo tam służył:
od świętego Jakóba [25 VII]
do świętej Anny [26 VII].

Na Jakóba [25 VII] – zatrzyj czuba,
a od świętej Hanki
toć chłodne poranki.

Na świętą Annę mrowiska –
szukaj w zimie ogniska.

Od świętej Anki
zimne poranki.

Od świętej Hanki
zimne wieczory i ranki.

Od świętej Anny
nie doczeka południa
deszcz poranny.

Święta Anka
da księżom baranka.

Święta Anna –
rola jak panna.

Święta Anno! Uproś wnuka,
niech ma każdy czego szuka.
[wnuk = Jezus]

Święta Hanna
to już jesienna panna.

 

Przysłowia na
św. Krzysztofa (25 VII)

Sztych od sztycha,
jak stąd do Krzycha.
[o złym, niedbałym, nieumiejętnym szyciu]

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha