Wojciech Jacobson

Miasteczko na kotwicy

W normalnych portach handlowych nie ma dziś miejsca dla jachtów. Od tego są teraz przystanie klubowe lub coraz częściej mariny. Mariny – to znaczy specjalne porty jachtowe z zapleczem technicznym, sanitarnym i całą infrastrukturą. Za postój pobierane są tam opłaty i to dość słone: budowa mariny musi się zamortyzować. Najdroższe są miejsca przy pomostach, gdzie doprowadzana jest woda i prąd, tańsze – na bojach, dziobem lub rufą do lądu, a najtańsze na kotwicy.

W Cayenne nie było mariny, nie było przystani, ba! – nie było nawet portu. Wszystkie jachty niezależnie od zamożności właścicieli czy załóg, stały na kotwicy w ujściu rzeki.
Źle powiedziałem, że w Cayenne nie było portu. Właśnie to kotwicowisko w ujściu rzeki nazywało się Vieux Port – stary port. To miejsce przez kilka stuleci było jedynym portem Gujany: tu docierały statki odkrywców, zdobywców, a potem kolonizatorów, tędy wiódł szlak transportowy z Europy i do Europy. Tutaj też zbudowano fort wojskowy i postawiono latarnię morską.

Gdzieś po drugiej stronie wyspy Cayenne, kilkanaście kilometrów od miasta, znajduje się nowy port dla dużych statków – Dégrad des Cannes. Kotwicowisko Vieux Port jest natomiast miejscem postoju małych jednostek motorowych, kutrów przybrzeżnych i jachtów. Nawet port rybacki jest w innym miejscu.

W muzeum miejskim w Cayenne oglądałem ryciny i sztychy obrazujące stary port: statki żaglowe na kotwicach, łodzie wiosłowe przewożące ludzi i towar na niedaleki drewniany pomost, tragarze załadowujący szalupy i barki. W miejscu drewnianego pomostu stoi obecnie betonowa keja na palach i kilkusetmetrowy nasyp nad bagnistym rozlewiskiem. Do komunikacji z lądem, w miejsce szalup i barek, służą teraz plastykowe łódeczki i dmuchane dinghy z silnikami Yamahy.

Nie jest to łatwe kotwicowisko. Dwa razy dziennie prąd pływowy zatrzymuje rzekę, dwa razy rzeka rusza z podwójnym impetem. Jachtami obraca tam i z powrotem, wskaźnik logu wystukuje „na stojąco” prędkość nurtu 5-6 węzłów. Przepłynięcie do kei naszym małym wiosłowym składakiem w godzinach „szczytu prądowego” jest bardzo trudne zwłaszcza, że stoimy dość daleko od brzegu. Trzeba pilnować tabeli pływów i odpowiednio planować wszystkie wyjścia i powroty z miasta.
Przy odpływie nowa trudność. Uciekająca woda odsłania bagniste łachy, które odcinają drogę do lądu. Nawet przy kei jest płytko – stojące tam kutry tkwią nieruchomo w mule. W błotnistym osadzie tkwią też jachty, które rzuciły kotwicę zbyt blisko lądu. Wyglądają malowniczo – przechylone, jakby zakopane w piasku. Przez kilka godzin są jednak odcięte całkowicie od świata bowiem to, co wygląda na niewinny piaszczysty osuch, jest błotnistą mazią, niemożliwą do przebrnięcia. Grzęzawisko jest pełne życia – roi się tam od krabów i niezwykłych „pełzających” ryb, co przyciąga białe i czarne czaple, flamingi i inne ptactwo.
Wszystko ma dla mnie egzotyczny urok i koloryt. Niezwykły jest również kolor wody: rzeka zmieszana z morzem i mułem ma barwę złocisto-kremową.

Od strony morza w czasie odpływu wyłaniają się spod wody mielizny, nad którymi wpływaliśmy do portu. Brzeg wydłuża się, a mielizny ciągną się kilometrami, niemal po horyzont. Codzienny widok tych odsłoniętych łach nieodmiennie przywodził mi na myśl tragiczną scenę z książki Henri Charriére’a „Papillon”: tratwa z uciekinierami z więzienia na Wyspie Diabelskiej, położonej niedaleko Cayenne, utyka w czasie odpływu na przybrzeżnej ławicy; jeden z uciekinierów próbuje dotrzeć pieszo do zbawczego lądu, pochłania go jednak bagno.

Na naszym kotwicowisku koło fortu Cépérou stało ponad czterdzieści jachtów. Czterdzieści kilka jachtów to czterdzieści kilka rodzin – całe miniaturowe miasteczko! Nie przesadzam: większość jachtów to pływające rodziny. Przeważnie ludzie młodzi, lub w średnim wieku – małżeństwa z małymi i podrosłymi dziećmi, psami, kotami, ale także i rodzice z dorosłą młodzieżą. Wszyscy na szlaku przygody – pływanie nie na pokaz, nie dla pobicia rekordu – taki po prostu styl życia. Rzucają pracę, biorą sabbatical – długoterminowe urlopy i wypływają z Francji na rok, dwa, trzy – a nawet czternaście, jak Christophe.
Co ich gna, co ich skłania do takiego życia? Czy tylko przygoda? Nie wiem, zaprzepaściłem szansę – mogłem każdemu stawiać podobne pytania, ale czy odpowiedzi byłyby szczere? Może mają w tym własną kalkulację: zasiłek dla „bezrobotnych”, ucieczkę przed podatkami?

Dla części jachtów Cayenne jest bardzo ważnym etapem w ich wędrówce. Tu jest jedyne miejsce w Południowej Ameryce, gdzie można znaleźć łatwo pracę, zarobić na dalszą żeglugę. Normalny „szlak francuski”, jak go nazywamy, prowadzi z Europy do frankońskiej Afryki Zachodniej i dalej, przez Wyspy Zielonego Przylądka, do Brazylii. Stamtąd przez Gujanę Francuską, Karaiby – Martynikę i Gwadelupę – z powrotem do Europy. Całość można opłynąć w ciągu niecałego roku wykorzystując sezon zimowy – podobny szlak obrał nasz Boruta. Praktycznie taka wędrówka trwa dłużej niż rok, bo któż by się spieszył, jeżeli po drodze jest tak ciekawy i tani kraj jak Brazylia, potem inny kraj – kawałek tropikalnej Francji, gdzie można uzupełnić finanse i… wrócić ponownie do Brazylii!
Możliwość złapania pracy i zarobku powoduje, że w Cayenne jachty rzucają kotwicę na dłużej. Eks-kolonia, a teraz Departament Zamorski Francji, potrzebuje wykwalifikowanych pracowników: spawaczy, techników, mechaników, budowlanych, inżynierów. Do prostszych prac są miejscowi ludzie.

 

Życie w miasteczku na kotwicy zaczyna się o świcie. Jeszcze ciemno, godzina szósta rano, a w bulajach jachtów migotają światełka i słychać warkot motorowych bączków. Zaspane żony odwożą mężów na keję, po drodze zabierając sąsiadów. Wszyscy się spieszą, praca rozpoczyna się o 6:30 lub o 7:00 – to są tropiki.

Potem panie, o ile same nie mają posad, wracają na jachty i zaczynają pracowity dzień gospodyń domowych: gotowanie, pranie, mycie, sprzątanie, prace bosmańskie, malowanie, lekcje z dziećmi, zakupy. Przed zakupami trzeba podrzucić dzieci do zaimprowizowanego przedszkola na sąsiednim jachcie lub zabrać swoje i cudze dzieci razem na pływalnię lub do parku. Prócz zakupów trzeba napełnić kanistry słodką wodą i przytargać to wszystko bączkiem z lądu na jacht. Pracy nie brakuje nigdy… W czasie nieobecności gospodarzy jachty pozostają pod okiem sąsiadów. Ci obserwują, czy łódki nie dryfują, czy kotwica trzyma i czy nie kręcą się intruzi. Pokładów dodatkowo strzegą psy.

Prawie na każdym jachcie francuskim są zwierzęta domowe, najczęściej koty i psy, i to najrozmaitszych ras i wielkości: od ratlerków do nowofunladczyków. Sympatyczne są te psy jachtowe. Moglibyśmy wiele o nich opowiadać: o tym, jak lubią jazdę łódeczkami na ląd, jak wdrapują się same na keję po drabinkach i trapach, jak ochoczo się kąpią, jak przystosowują się do warunków żeglarskich. Mamy wśród nich przyjaciół: Gadoche, Taurupidou, Gogol i inne. Śmiejemy się, że nie było jeszcze „pierwszego polskiego rejsu z psem” („pod psem?”), a tu niespodziewanie żeglarze z Boruty informują nas, że był! Gienek Moczydłowski, znany i sympatyczny kaphornowiec, żeglował z dwoma psami i sprzątnął innym temat do kolejnej publikacji.

 

Miejscem, gdzie można spotkać wszystkich z miasteczka na kotwicy, jest wiata z falistej blachy usytuowana na kei nieopodal budki policji granicznej. Wiata jest umywalnią, pralnią, prysznicem, studzienką (pompą) skąd pobiera się wodę, a zarazem miejscem towarzyskich spotkań. Tu można zawrzeć znajomości, wymienić informacje, wysłuchać ploteczek i aktualności – zupełnie jak w maglu. Wiata jest zamykana na szyfrowaną kłódkę, ale wszyscy znają szyfr – mogę go zdradzić: 1984! Za wodę i korzystanie z wiaty płaci się komuś, nikt dokładnie nie wie, komu. Za to ogłoszenie na ścianie podaje wyraźnie cenę: 30 franków na miesiąc na rodzinę! Oczywiście, że na rodzinę – jacht jest przecież rodziną, domem rodzinnym w miasteczku!

 

Nie mamy wiele czasu na życie towarzyskie, ale z ludźmi z naszego miasteczka spotykamy się i widujemy bardzo często. Nawet bez bliższych kontaktów pamiętamy twarze, kojarzymy z jachtami, pozdrawiamy się, wymieniamy uprzejmości – jak w schronisku górskim na nartach. Kto powiedział, że Francuzi są nieuczynni i zadufani? Przynajmniej nie mają takich cech nasi sąsiedzi z kotwicy. Wręcz przeciwnie: szukają kontaktów, uśmiechają się, spieszą chętnie z pomocą.

Znajoma z widzenia uśmiechnięta dziewczyna z jachtu Rantamplan zaczepia mnie na ulicy w Cayenne:

– Wiesz, widzę często, że chodzisz pieszo i to daleko, aż na pocztę (cztery kilometry) – my mamy na pokładzie dwa rowery. Jak chcesz, możesz jeden używać na stałe!

Zajęci własnymi sprawami nie odwiedzamy innych jachtów, ale widocznie jesteśmy dla Francuzów jakąś egzotyką, bo przychodzą do nas sami:

Louis i Elizabeth z Elocina, z którymi pływałem dwa tygodnie w Brazylii,

Bernard, inżynier z metra paryskiego, z jachtu Mischka VI, który pływa samotnie już trzeci rok, kończy rejs dookoła świata – przeszedł samotnie przez Kanały Patagońskie – chapeau bas! Jego Mischka – Misiek, to wzór elegancji, czystości, schludności i porządku. Wszystko na swoim miejscu, wszystko przemyślane – jaki kontrast z Marią!

Alain i Danielle z betonowego kecza Le Gueux – włóczęga, ciułający środki na dalszą żeglugę do Australii i interesujący się informacjami Ludka o tym kraju.

I przede wszystkim – przemiły, uczynny i serdeczny Alzatczyk – Philippe z Catimini. Philippe ma słuch absolutny, po angielsku mówi jak Anglik, po niemiecku – jak rodowity Niemiec i równie ładnie po hiszpańsku. Gdy usłyszał nasze polskie rozmowy wykrzyknął: „Jaki piękny jest wasz język!”

Mignęli też nam starzy znajomi: Jean i Marice z synem, z Christophe’a, ci sami, którzy jeszcze w Brazylii, w Itaparica, dali nam list-glejt protekcyjny pisany na serwetce, a skierowany do wpływowego znajomego w Cayenne. Przyjechali z Kourou autobusem sprawdzić, czy Maria przypłynęła do Cayenne i teraz zapraszali do odwiedzenia Christophe’a w Kourou.

 

Kourou to niewielka 6-tysięczna miejscowość, położona około 50 kilometrów od Cayenne naprzeciwko wysp Salut, u ujścia rzeki Kourou. Rozwinął się tam nowy port, dogodniejszy podobno dla jachtów od kotwicowiska w Cayenne. Port obsługuje głównie Gujańskie Centrum Kosmiczne, które powstało w roku 1967, kiedy Francja przeniosła swój ośrodek kosmiczny z Sahary do Gujany. Centrum w Kourou wykonuje teraz program satelitarny dla całej Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej wynosząc na orbitę satelity komunikacyjne. Rozwój ośrodka oraz przedsiębiorstw współpracujących zaktywizowały gospodarkę Gujany i stworzyły możliwości pracy dla fachowców, w tym również dla przybyszów na żaglach.

Z Kourou wiążą się także tragiczne dzieje wyprawy kolonizacyjnej w latach 1763-1764. Sprowadzono wtedy z Francji 12 tysięcy osadników, których wysadzono – bez przygotowania – na plażę między rzeką a morzem. W krótkim czasie kolonizatorów zdziesiątkowała malaria i żółta febra. Dwa tysiące osób uciekło na wyspy Salut, reszta zmarła. Żółta febra została wytępiona z Gujany, ale ostrzegano nas przed malarią i zalecano zażywanie arechinu.

W miasteczku na kotwicy silny, nieustający wiatr pasatowy nie dawał komarom żadnych szans. Mieliśmy natomiast okazję zwiedzenia miejscowego Instytutu Pasteura, gdzie prowadzone są badania nad szczepionką przeciwmalaryczną. Ku mojemu wielkiemu żalowi nie udało nam się dojechać do Kourou, ani na wyspy Salut, głównie z powodu braku czasu. Wielka szkoda, bo ośrodek kosmiczny jest w niektóre dni otwarty dla zwiedzających, a ponadto 4 marca wystrzeliwano tam kolejną rakietę Ariane 8 z satelitą komunikacyjnym. Z naszego miasteczka na kotwicy widzieliśmy lecącą Ariane, jak nikłą kometę znikającą w chmurach.

 

Tego samego dnia oglądaliśmy inne wielkie wydarzenie, przeżywane na pewno goręcej przez czarną ludność Cayenne niż wystrzelenie jakiejś tam rakiety: ostatnia niedziela karnawału, samo apogeum! Zapewne zapomnielibyśmy w ogóle o karnawale, ale już w piątek zamykano wcześniej urzędy, banki i sklepy, zapowiadając otwarcie dopiero w następny czwartek.

Strajkujemy – wyjaśniali nam urzędnicy śmiejąc się.

Karnawał gujański był nieco inny od tego, jaki spodziewaliśmy się zobaczyć znając z relacji pośrednich karnawały brazylijskie. W Rio de Janeiro parada jest żywiołowym, ale wyreżyserowanym spektaklem, w Salvadorze brazylijskim – spontanicznym tanecznym przemarszem tzw. bloków prowadzonych przez zespoły muzyczne „trio-electrico”, natomiast to, co zobaczyliśmy w Cayenne, bardziej przypominało uliczną maskaradę.
Małe i większe, 5-30-osobowe, grupki przebierańców przeciągały dość chaotycznie ulicami miasta. Często tory ich przemarszu krzyżowały się lub biegły przeciwprądowo, nie powodowało to jednak większego zamieszania, ani nie hamowało entuzjazmu uczestników.
Przebrania i maski przygotowywane były od miesięcy – nie można odmówić im pomysłowości i fantazji. Gama różnorodności ogromna: maski przerażające, agresywne, komiczne, zwierzęce, fantazyjne i charakterystyczne. Przebrania, często jednolite dla całej grupy – np. wiedźmy, muszkieterzy, piraci, diabły itp. – w większości były jednak barwnymi kompozycjami indywidualnymi. Rozśmieszali nas Murzyni umazani na czarno i w czarnych strojach.
Każdej grupie towarzyszył zespół rytmiczny lub też stanowiła go całość uczestników. Przeważały instrumenty zaimprowizowane ad hoc: puszki, pudła, pojemniki plastykowe, wiadra, bębenki i obowiązkowo gwizdki. Rytm świetny, do tego śpiew – także rytmiczny, skandowane okrzyki i posuwisty marsz-taniec w takt samby. Robiło to duże wrażenie, szczególnie gdy szły zorganizowane oddziały. Momentami grupa zwalniała, podrygując w miejscu, rytm nieco ucichał, by nagle, na jakiś znak czy okrzyk wybuchnąć ze zwielokrotnioną siłą i tempem. Uczestnicy ruszali wtedy do przodu z ogromnym impetem porywając w szalonym tańcu wszystkich wokoło. Było w tym coś jak rezonans. Nogi same wybijały rytm i wpadały w charakterystyczny, posuwisty, łyżwowy krok.

Przemarsz trwały do nocy, potem zostawał tylko rytm i śpiewy niemilknące do rana. Powtarzało się to w następne wolne od pracy dni, w tym także, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, we Środę Popielcową. W tym dniu zmieniła się jednakże sceneria. Znikły barwne, wesołe stroje, dominowała wyłącznie biel i czerń. Był to ponowny pokaz pomysłowości przebrań i kompozycji strojów – zawierały one teraz elementy kojarzące się ze śmiercią i sprawami wieczystymi. Rytm i taneczny marsz pozostawały te same. Rozgorączkowane czarne twarze przysypane złotym i srebrnym proszkiem, roztańczone ciała, gwizdki, bębny, okrzyki, śpiew.

Te kilka dni były radosnym świętem i zabawą czarnej i śniadej społeczności Cayenne. Biali mieszkańcy, także ci z kotwicowiska, przyglądali się przemarszom z ciekawością. Zainteresowania nie okazywali natomiast Chińczycy – zaniepokojeni, pilnowali pieczołowicie swoich sklepów.

 

Karnawał nie był dla nas największą atrakcją pobytu w Gujanie.
W ostatnią niedzielę przed opuszczeniem Cayenne Jean-Pierre, znajomy lekarz z Instytutu Pasteura, zaprosił nas na wycieczkę do Amazonii Gujańskiej w górę rzeki Comté.
Jak na złość deszcz lał od rana. Ośmioosobowy Zodiak, gumowy ponton z 45-konnym silnikiem Yamaha, pruł z szybkością trzydziestu kilku kilometrów na godzinę krętym wodnym szlakiem. Wszyscy chronili się pod prowizorycznym okryciem. Deszcz ściekał po twarzach, ale nie psuło to wrażeń.
Spod przymrużonych powiek obserwowałem dżunglę, zwartą ścianę zieleni z gałęziami i zwojami lian sięgającymi powierzchni nurtu, wypatrywałem dzikich ptaków i zwierząt, chłonąłem zapach wody i lasu. Wyobrażałem sobie, że to nie pędzący Zodiak, a czółno indiańskie i w tym nierealnym świecie czułem się niemal jak odkrywca. Mimo deszczu i zimna (tak, zimna w tropiku!) rozpierała mnie radość.
Scenerie oglądane dotąd w filmach czy reportażach Stanisława Szwarc-Bronikowskiego, Wiesława Mrówczyńskiego, Jerzego Surdela czy Toni Halika były teraz moim udziałem – nigdy się tego nie spodziewałem!

Zodiak zwalniał tylko dla dolania paliwa i pędził dalej zakrętami rzeki zręcznie wymijając przeszkody dopóki, po wielu godzinach , drogi nie zagrodziły sterczące z wody kamienie i gałęzie. Zawróciliśmy wówczas do miejsca, gdzie już wcześniej, w zakolu rzeki, widzieliśmy większą liczbę łodzi a nawet zakotwiczony jacht. Na kawałku piaszczystego brzegu tkwił palik z napisem Degrade Cacao – przystań Cacao.

Kilometrowy spacer rozmiękłą deszczem, czerwonawą drogą prowadził do kolejnej niespodzianki: do osady Cacao, indochińskiej wioski w dżungli gujańskiej!

Siedem czy osiem lat temu energiczny proboszcz laotański wyjednał u władz francuskich możliwość osiedlenia w Gujanie całej swojej wioski – sześciuset osób. Hmongowie – bo tak brzmi regionalna nazwa tej grupy wieśniaków, trafili w warunki niemal idealnie zbliżone do rodzinnych. Ten sam klimat, temperatura, tropikalna wilgotność. Wybrano dogodne miejsce – blisko rzeki i szlaku komunikacyjnego a daleko od miasta – i wycięto kawałek pełnej pasożytów dżungli pod budowę osady. Rodzinom przydzielono działki surowego terenu, jednakową ilość drewna budulca i udzielono kredytu. Resztę pozostawiono pracowitym rękom i przedsiębiorczości indochińskich wieśniaków.

W ciągu siedmiu lat wyrosło schludne osiedle ze szkołą, spółdzielnią, dwiema świątyniami, dwiema gospodami i wiatą targową. Hmongowie budowali wszystko sami, w swoim charakterystycznym stylu, pomagając sobie wzajemnie. W ten sposób w puszczy gujańskiej znalazła się indochińska wioska ze skośnookimi mieszkańcami w tradycyjnych, charakterystycznych strojach..

Mili są Hmongowie, pogodni, uśmiechają się do każdego, pozdrawiają uprzejmym „Bonjour”, choć francuskiego w większości nie znają. Ich tłumaczami są teraz dzieci, dumne ze swojej roli. Hmongowie żyją z uprawy ryżu, kukurydzy, warzyw i korzennych przypraw. Swoje płody i wyroby ludowe sprzedają na „chińskim rynku” w Cayenne oraz pod własną wioskową wiatą. Właśnie u nich Ludek zaopatrzył się w poszukiwane od dawna ostre papryczki i pieprz kajeński. W samym Cayenne na próżno szukaliśmy oryginalnego Cayenne pepper. Owszem, był eksponowany w muzeum, natomiast w sklepach można było jedynie dostać, po słonej cenie, pieprz kajeński importowany z… Dijon we Francji!

Pod wiatą, na wioskowym rynku próbowaliśmy smaku indochińskich potraw przygotowywanych na miejscu w gorących garach i serwowanych w miseczkach lub na kiściach palmowych. Położona opodal gospoda z chińską kuchnią zyskała renomę i ściąga tu na weekendy mieszkańców Cayenne. Jednym z przysmaków jest tatu – pieczony pancernik, złowiony w dżungli. Rzeczywiście znakomity, mięso przypomina delikatną cielęcinę.

* * *

 Nasza wycieczka skończyła się jak kolejny sen i nadszedł czas na dalszą morską wędrówkę. Z poszukiwania dorywczej pracy zrezygnowaliśmy dawno z przyczyn wizowych. Teraz czekało nas położenie jachtu burtą na piasku przy odpływie dla wmontowania nowego czujnika echosondy i oczyszczenia dna. Była to ciężka fizycznie operacja i długa na co najmniej dwie fazy pływowe. Odpowiednie miejsce w górze rzeki wskazali nam przyjaciele z kotwicowiska.

Potem trzeba było jeszcze uzupełnić zapasy wody, wożąc ją pracowicie naszym małym bączkiem – i byliśmy gotowi do drogi. Miasteczko na kotwicy żegnało Marię machaniem rąk i buczeniem na rożkach mgłowych. Kotwicę pomagał nam rwać nieoceniony Philippe. Zjawił się w ostatniej chwili przywożąc w prezencie woreczek cytryn i książkę Jonathan Livingston le Goéland – Mewa imieniem Jonathan Livingston. Moja ulubiona opowieść, poetycka przenośnia o mewie, która chciała latać wyżej i lepiej niż inne. W motto książki autor, Richard Bach, dedykuje ją: Mewie Jonathan, która drzemie w każdym z nas…

Wojciech Jacobson
marzec 1984
Publikowane po raz pierwszy:
Zeszyty Żeglarskie, nr 7, listopad 2003, s. 18.


Historię obu opowiadań Wojciecha Jacobsona znajdziecie pod tekstem opowiadania pierwszego – „Cayenne”.
W komentarzu do „Miasteczka na kotwicy” Wojtek napisał:

– W Cayenne byliśmy Marią – Ludek, Marek Kowalski i ja – w roku 1984, na przełomie lutego i marca.
Czwartego marca opuściliśmy Cayenne i jednym ciurkiem dopłynęliśmy, chyba 25 maja, do Brestu. Po drodze „podsłuchiwaliśmy” rozmowy radiowe Pogorii (na Atlantyku przed Azorami). Próbowaliśmy nawiązać łączność z wami na częstotliwościach amatorskich, ale nie wyszło. Tym się zajmował Marek Kowalski, radiowiec półprofesjonalny, i trochę Ludek. Żałowałem, że nie robiłem notatek z tych łączności. Ale daty chyba mam gdzieś zapisane. Marek płynął na Marii z Montevideo do Brestu i tam wysiadł w czerwcu 1984 r.

Wszystko się zgadza. Pogoria, wracała wówczas do Gdyni z pierwszą Szkołą Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego, po przepłynięciu Morza Śródziemnego i Kanału Sueskiego, wizycie w Bombaju i Kolombo, postoju na Malediwach i Seszelach. 5 marca 1984 wypłynęła z portu Victoria na seszelskiej wyspie Mahé. Do 25 maja odwiedziła atol Aldabra, Durban i Kapsztad w RPA, Wyspę Św. Heleny i Hortę na azorskiej wyspie Faial, skąd 21 maja wzięła kurs na Penzance w Wlk. Brytanii.
Dodam jeszcze, że w 1982 r. Krzysztof Baranowski, organizując swą pierwszą Szkołę pod Żaglami, zaproponował Wojtkowi funkcję pierwszego oficera, głównego nawigatora i nauczyciela chemii. Wojtek zastrzegł od razu, że definitywną odpowiedź da w ciągu dwóch miesięcy (a wtedy wybrał Marię), zdążył jednak opracować dla Szkoły terminarz i trasę podróży. Zadziwiające, jak mało poprawek wprowadziło do tej marszruty życie. Zgadzały się porty, przewidywane długości, a czasy „przelotów” pokrywały się niemal dokładnie z rzeczywistymi.

*   *   *

Również w tym opowiadaniu, by nie rozbijać toku narracji fotografiami, które – wbrew pozorom – zawężałyby jej ponadczasowe wartości, materiał zdjęciowy zamieszczamy poniżej.

Kazimierz Robak
Żeglujmy Razem
28 czerwca 2014


Oba opowiadania Wojciecha Jacobsona („Cayenne” i powyższe „Miasteczko na kotwicy”) – opisujące postój w Cayenne, z którego Maria wyruszyła do Brestu – są prologiem jednej z najbardziej niezwykłych i udanych ekspedycji polskiego żeglarstwa: przepłynięcia Przejścia Północno-Zachodniego.
Jego głównymi bohaterami byli Wojciech Jacobson, Ludomir Mączka i Janusz Kurbiel – inicjator i sponsor wyprawy, właściciel jachtu Vagabond’eux, którym żeglarze płynęli Arktyką kanadyjską i amerykańską przez cztery lata, zaczynając (1984) i kończąc (1988) rejs we Francji.

„Cayenne”  Wojtek wspomniał:

 Na poczcie – radość! Czeka na nas cała paczka listów. […] Wśród listów jest jeden, który może zmienić nasze plany żeglugowe, a w konsekwencji życie w najbliższych latach. To list z Paryża od Janusza Kurbiela. Janusz proponuje, byśmy płynęli Marią wprost do Francji, a potem wzięli udział w jego wyprawie arktycznej. Szczegóły omówi z nami osobiście bo zamierza przylecieć tu, do Cayenne.

Janusz i Joelle Kurbiel rzeczywiście do Gujany przylecieli – stąd nazwisko Janusza wśród autorów zdjęć z Cayenne i portret jego żony (patrz niżej) na pontonie płynącym do gujańskiej wioski Hmongów.

Dokładny opis arktycznego rejsu zawiera relacja Wojciecha Jacobsona Rejs jachtu Vagabond II przez Przejście Północno-Zachodnie, 1984-1988. Oto jej fragmenty (całość znajdziecie na naszej stronie):

W r. 1984 Janusz Kurbiel, polski żeglarz mieszkający we Francji, przystąpił do organizacji wyprawy przez Przejście Północno-Zachodnie na swoim jachcie Vagabond’eux (Vagabond II). Wyprawa miała zacząć się na zachodnim wybrzeżu Kanady i przebiegać trasą z zachodu na wschód, śladem Henry Larsena. Kurbiel, który praktykę żeglarską zdobywał, m.in. w Jacht Klubie AZS Szczecin, był doświadczonym żeglarzem arktycznym. Do udziału w planowanej wyprawie zaprosił, dość niespodziewanie, Ludka Mączkę i mnie. Ludek w tym czasie kończył swój 11-letni rejs dookoła świata, a zaproszenie dotarło do nas, gdy znajdowaliśmy się na Marii w Gujanie Francuskiej. […]

Po dotarciu z Ameryki Południowej do Francji (maj 1984), pozostawiliśmy Marię na kei w Le Havre i włączyliśmy się w przygotowania do nowego rejsu. Prócz prac technicznych przygotowania objęły żeglugę Sekwaną z Paryża do Le Havre i rejsy próbne na wodach wzdłuż wybrzeża francuskiego. Łącznie przepływaliśmy 510 Mm i odwiedziliśmy 10 portów. […]

Start do pierwszego etapu nastąpił 13 października 1984 r. z Le Havre. Załogę jachtu stanowiły trzy osoby: Ludek Mączka, moja córka Magda Jacobson – studentka Politechniki Szczecińskiej i ja jako prowadzący. Po postoju technicznym w porcie Brest, rejs rozpoczął się ostatecznie 1 listopada 1984 r.
Trasa prowadziła przez Gran Canarię, Antyle, Wenezuelę, Kanał Panamski i zachodnie wybrzeże Meksyku i USA. Na dwóch odrębnych etapach towarzyszyli nam studenci-jachtostopowicze: najpierw Timo Lehtinen z Finlandii, a później Erich Berger ze Szwajcarii. Do Vancouveru w Kolumbii Brytyjskiej, na zachodnim wybrzeżu Kanady, dotarliśmy 30 kwietnia 1985 r.
W czasie siedmiu miesięcy żeglugi przebyliśmy 12 520 Mm i zatrzymaliśmy się w 18 miejscach. Rejs ten uzyskał I nagrodę i „Srebrny Sekstant” jako Rejs Roku 1985 w dorocznym konkursie Głosu Wybrzeża. […]

W czwartym sezonie trasa Przejścia Północno-Zachodniego została ostatecznie pokonana i nastąpił powrót do Francji. Załogę jachtu tym razem stanowiło tylko nas dwóch: Ludek i ja jako prowadzący, bowiem Kurbielowie byli zajęci testowaniem w warunkach polarnych nowego eksperymentalnego jachtu Vagabond’eur […] i nie mogli dołączyć do etapu z Gjoa Haven. Po trudnych, trwających cały miesiąc przygotowaniach, wyruszyliśmy 15 sierpnia 1988 w drogę na ostatni odcinek przejścia. […]

Cała wyprawa, rozpoczęta w 1984 r. we Francji i tam zakończona w r. 1988, objęła przeszło 23 tysiące mil morskich i 86 odwiedzonych portów i kotwicowisk. We dwóch z Ludkiem uczestniczyliśmy, jako jedyni, we wszystkich etapach wyprawy i spędziliśmy w Arktyce amerykańskiej i kanadyjskiej blisko 11 miesięcy, w tym 5 miesięcy w osadach Inuitów

Relacja ta oryginalnie zamieszczona była na stronie JK AZS Szczecin <http://www.jkazs.szczecin.pl/archiwum/nwpas/wd.htm>

 

Pierwszego, pełnego przejścia tego akwenu dokonał w latach 1903-1906 Norweg Roald Amundsen. Ze statystyki prowadzonej przez kanadyjski Coast Guard wynika, że Vagabond II był 38. jednostką, która od czasów Amundsena przepłynęła tę trasę. Jacobson, Mączka i Kurbiel byli pierwszymi polskimi żeglarzami, którzy tego dokonali. Ta północna wyprawa została uznana w Polsce za Rejs Roku 1988. A trójkę jej uczestników: Jacobsona, Kurbiela i Mączkę uhonorowano Srebrnymi Sekstantami.

Pohl, Krystyna. Żeglarze. Szczecin,Wyd. Zapol, 2013; s. 80

 


1984_Cayenne_0470a_kotwicowisko_fot_Wojciech_Jacobson

02-02_1984_Cayenne_kotwicowisko_F1050017_Lev_sm_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: kotwicowisko

_1984_Cayenne_Vieux_Port_F1050013_lev_sm_fot_Wojciech_JacobsonCayenne, Vieux Port: dziewczyna czeka na powrót do miasteczka na kotwicy

_1984_Cayenne_F1010007_sm_R_Philippe_z_Catimini_fot_Wojciech_JacobsonCayenne 1984: goście z „miasteczka” na Marii.
Po prawej – Philippe z Catimini.

1984_Cayenne_sy_Maria_17s4w_a_fot_Janusz_Kurbiel_smMaria w Cayenne

 

1984_Cayenne_Ludek_12a_fot_Janusz_Kurbiel_smCayenne: Ludomir Mączka na Marii

 02-05_1984_Cayenne_L_Maczka_sm_arch_W_Jacobson

1984_Cayenne_W_Jacobson_L_MaczkaCayenne: Wojciech Jacobson i Ludomir Mączka

02-05_1984_Marche_chinois_F1050019_lev_sm2_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: Marché chinois

1984_Cayenne_zandarm_Ludek_Marek_Kowalski_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: (od prawej) Marek Kowalski, Ludomir Mączka i pilot żandarmerii francuskiej w Gujanie

 

1984_Cayenne_17s11w_a_fot_pilot_francuski_arch_Janusz_Kurbiel_smMaria sfotografowana przez tegoż pilota aparatem Janusza Kurbiela

 

1984_Cayenne_karnawal_0073Cayenne: karnawał 1984

 1984-03_Cayenne_L_Maczka na zodiaku_F1050020_lev_sm_fot_Wojciech_JacobsonCayenne: Ludomir Mączka

 

1984_Cayenne_0468_w_drodze_do_Hmongów_fot_Wojciech_Jacobson_F100028_smNa rzece Comté, w drodze do Cacao – wioski Hmongów w Gujanie Francuskiej;
od lewej: Joelle Kurbiel, Marek Kowalski, Jean-Pierre, Ludomir Mączka

 02-10_1984_wioska_Hmongów_F1050007_sm_fot_Wojciech_Jacobson

02-11_1984_wioska_Hmongów_F1050006_sm_fot_Wojciech_JacobsonCacao: wioska Hmongów w Gujanie Francuskiej

 

 

1984_Cayenne_0074_rzeka_ComteCayenne 1984: carénage, czyli czyszczenie dna Marii i zakładanie sondy na rzece Comté przy odpływie

 

1984_Cayenne_sy_Maria_17s8w_a_fot_Janusz_Kurbiel_smCayenne 1984: s/y Maria

 Zdjęcia pochodzą z archiwum Wojciecha Jacobsona:
ich autorami są Wojciech Jacobson i Janusz Kurbiel,
a w jednym przypadku – pilot helikoptera żandarmerii francuskiej.


 

Calendar

« November 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

JESIEŃ

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 

Jesień – jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę i polska.

Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie: kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego, choć deszczowego, europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.
Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By im życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią. Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

 

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!

Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

 

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień,
brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień,
ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni:
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę:
z korca deszczu, garniec błota.

 

Pzdrwm_Robak

PS.

W tym roku dziękuję:
– Młodym za doniesienia o działalności codziennej (co wg mnie jest wielkim pasmem sukcesów),
– a wszystkim za rozmowy, które pozwalają mi czerpać z mądrości moich Rozmówczyń i Rozmówców (kolejność absolutnie przypadkowa):

Henrykowi, Kazimierzowi i Piotrowi
Rudej Grecie
Maćkowi
Eli
i Maćkowi
panu Kazimierzowi
Konradowi, Krzyśkowi, Marcinowi
i Marcinowi
Juliuszowi
Robertowi
Piotrowi
i Wojtkowi
Peeterowi
Adasiowi
Jadzi i Włodkowi
Darkowi i jego Mamie
panu Radosławowi
Kai
panu Wojtkowi

Mai
Oli czyli Aleksandrze
Sylwii
Witkowi
Matyldzie
Martynie, Łucji i ich Rodzicom
Strusiowi
Zuzalowi
Zuzi ...zi
Szymonowi 5
Karolowi
Natalii
Łukaszowi
Filipowi
ekipie Oshee
Magdzie i Maszy
Anicie
Ewce-Konewce
Ewie z Gibraltaru i jej Rodzicom
Oliwii
Mirce i Stachowi
Anecie
Beacie
doktorowi Markowi i Mai
Leszkowi i Annie (przepraszam, że bez kwiatów :((
Kasi i Helenie
Ryśkowi
Kryspinowi
Dorocie, Idze i Karolowi
Wojtkowi ze Szczecina (podziękowania szczególne!)
Ziemowitowi (przecież wszyscy wiedzą, kto to!)
Krzysztofowi, znanemu jako „Kris”
Krzysztofowi, znanemu jako „Rzeźbiarz”
Krzysztofowi, znanemu najbardziej

... i wszystkim, których moja pamięć (dobra ale krótka) tu jeszcze nie przywołała

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

LISTOPAD 

Listopad to dla Polski niebezpieczna pora…

Cytat, jasne, kto pamięta – ten pamięta (proszę o nienadsyłanie odpowiedzi), ale z tych, od których trudno się uwolnić.

Podobno nic tak nie cieszy, jak nieszczęście bliźniego, ale nie wiem, czy specjalnym pocieszeniem jest dla nas to, że innym listopad też dał się nieźle we znaki.

Wraca tu wspomnienie lektury (a dokładnie: słuchania – bo w samochodzie) wspomnień z przełomu wieków, które spisał Mieczysław Pieriejasławski-Jałowiecki.

Słuchanie mnie męczyło. Autor władał płynnie kilkoma językami, które nie przeszkadzały mu mówieniu i pisaniu, natomiast czytający aktor nie tylko nie znał żadnego z nich (więc można sobie wyobrazić, co wyprawiał na polu fonetycznym), ale zatrzymywał się przed co trudniejszymi (dla niego!) słowami jak np. Syłgudyszki, do tego z małopolska wymawiał „trz” jak „cz” (poczeba czeźwego czykrotnego począś­nię­cia), a jeszcze nie zawsze rozumiał, co czyta.
Treść jednak wynagradzała i zacierała wszelkie niedogodności.

Autor wspomnień to kresowy ziemianin, z tytułem książęcym i genealogią, w której przewija się kilka domów królewskich, spokrewniony z… (łatwiej wymienić z kim nie), wysoki urzędnik w Rosji carskiej, równie wysoki w II Rzplitej, znający wszystkie jej najważniejsze postacie, znane z podręczników historii XX wieku.
Najkrócej scharakteryzować go można dwoma słowami (znów cytat): „Zabity arystokrata”. Nie bez powodu cytuję opinię Leonarda o hrabim Henryku, bo przy tej opowieści miałem cały czas wrażenie, że słucham przedłużonej kwestii tegoż Henryka właśnie, któremu nagle zabrakło Pankracego do dialogu.

Generalnie, postać to – dla mnie, tak po ludzku – niesympatyczna, o czym długo by mówić, ale jedno­cześ­nie obdarzona niezwykłym zmysłem obserwacji, doskonałym piórem i niebywałą inteligencją.
O ile, jak sądzę, nie do końca (jeśli w ogóle) rozumiał on procesy dziejące się wokół, jednak opisał je – i głównych ich aktorów – w sposób bezkonkurencyjny.
Jak najdalsza jest od niego polityczna poprawność. Charakteryzuje narody i ludzi w sposób taki, że dziś, gdy złodziejstwo nazywane jest „ekonomią alternatywną” (w zależności od tego, kto kradnie, rzecz jasna), a głupota – „mądrością à rebours” (w zależności od tego, czyja ona), sprocesowany by został – mimo majątku – do skarpetek za obrazę, krzywdzące stereotypy, anty- (tu by się sporo nazbierało), rasizm i różne takie.
Jak napisała zaprzyjaźniona Dama, która notabene mi tę lekturę poleciła: „arystokrata z krwi i kości, i z duszy. I ze wszystkimi swoimi wadami, jest jednak fascynujący, prawdziwy, intègre – ugryziesz i poczujesz mięso a nie galaretę. Czyta się jego relacje wspaniale. I wierzy się, że on tak naprawdę myślał. A czy słusznie myślał? To już inna para kaloszy. Czyli lubmy go za to, co zrobił: świetnie napisał swoje wspomnienia.”

Co to ma jednak wspólnego z listopadem?

Ano to, że jednym z najważniejszych wydarzeń dziejowych które ów pamiętnikarz opisuje jest bolszewicka rewolucja w Rosji, zwana paździer­nikową, ale której rocznicę obchodzono w listopadzie, bo w gnieździe carów zmienił się nie tylko despota, lecz i kalendarz (w końcu nie bez przyczyny podaję przy każdym miesiącu, że liczymy po gregoriańsku).

Opisy pierwszego etapu rewolucyjnego chaosu i terroru podnoszą włosy na głowie (tego w podręcznikach historii nie znajdziecie).
Autor spotyka (jakże by nie?) Lenina, Trockiego i Dzierżyńskiego i każdemu sporządza taki portret (podobnych nawet nie ma co szukać), że już tylko to mogłoby być powodem braterskiej interwencji dla podreperowania mentalności i moralności sąsiadów, którzy do dziś traktowani jako zagranica nie są. Dokładnie też opisuje przyczyny obu kataklizmów – I wojny światowej i rewolucji bolszewickiej – i jas­no wskazuje ich sprawcę: kajzerowskie Niemcy, opanowane przez militarystów w mundurach, owład­nięte żądzą podboju i rozszerzenia przestrzeni życiowej.

Te pamiętniki (trzy części wydano zbiorczo rok temu) po prostu trzeba przeczytać. Korzystając, że nie zostały jeszcze wycofane z księgarni i bibliotek pod zarzutem obrazy, szargania, naruszania i podżegania. Ci od procesów widać jeszcze do nich nie dotarli… 

 

Ale nie trzeba żadnych pamiętników (nawet spisanych przez tych, o których poeta pisał, że nie wszystko gra, gdy w ankiecie się „ziemianin były” ma), by wiedzieć, że listopad okazał się stokroć bardziej złonoś­ny dla Rosji niż dla Polski, choć i nas te wióry na dobre półwiecze zasypały. Słaba to więc pociecha.

Swoją drogą ciekawe, jak w tym roku obchodzono w Rosji ładną, okrągłą, setną  rocznicę wybuchu Wielikoj Oktiabrskoj, która – jak wszystko co bolszewickie – znaczy co innego niż napisane, bo jej rocznicę obchodzi się w listopadzie (o tym, dlaczego, przeczytacie w „Październiku”). Tym razem naczalstwo tego kraju nie beształo przywódców innych państw, może dlatego, że owi przywódcy dobrze pojęli wcześniejsze nauki i tym razem nikomu się nie wypsnęło, że dwa nieszczęścia nawiedziły Europę w XX wieku: bolszewizm i faszyzm.

Dość już jednak o tym, co – wciąż miejmy nadzieję – nie wróci.

My wróćmy do kalendarza.

Listopad – jedenasty miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

W sprawie etymologii rodzimej nie trzeba żadnego (z całym szacunkiem) Brücknera, by wywieść nazwę „listopad” od opadających liści (por. czes. listopad, ukr. листопад; chorw. listopad ‛październik’).

Etymologia łacińska nazwy używanej w większości krajów Unii jest znakomitą ilustracją dla sporej części unijnych procedur: nazwa miesiąca jedenastego November znaczy po łacinie „miesiąc dziewiąty”; (novem – dziewięć).
Nawet Grecy zdradzili dziedzictwo Homerowe i – mogąc wybierać między Pyanepsion (Πυανεψιών) i Maimakterion (Μαιμακτηριών) – używają zlatynizowanej nazwy Noembrios (Νοέμβριος). A później dziwią się, że pouczają ich Niemcy.
Można oczywiście mądrze tłumaczyć (co czynię już od września), że – od roku 46 p.n.e., gdy Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius) – stare nazwy liczebnikowe nie nadążyły za zmianami, ale nie zmienia to faktu, że „Jedenasty” nazywa się „Dziewiąty” i wszyscy się z tym zgadzają, nawet nie zauważając drobnej różnicy. Symbol czy przypadek? Przypadek czy hasło?
Ale i tak wolę już November od Brumaire’a, na którego podczas rewolucji Robespierre’a przypadała większość dni naszego listopada (jak pięknie słowo to brzmi…).

Opadły więc liście z drzew, laurów nie ma, a róże pomarły (znów cytat, proszę o nienadsyłanie podpowiedzi).

 

Listopadowe rocznice

Noc z 31 października na 1 listopada to tzw. Halloween.
O co w tym chodzi – wiadomo i nie ma co opisywać, bo koń, jaki jest, każdy widzi. Pisanie, że jest to irlandzka z pochodzenia wigilia dnia Wszystkich Świętych jest bez sensu, bo i tak każdy wierzy, w co chce, najchętniej w to, co ksiądz z ambony powie. A bardzo tego święta nie lubią kościoły: katolicki, prawosławny i protestanckie – dziwnie w tym nielubieniu solidarne. Nic nowego. Kiedyś księża, popi i pastorzy tak samo nie lubili święta Dziadów.

A ileż uboższa byłaby nasza kultura i narodowa pamięć bez niego i tego, co z nim związane. Dobrze, że Mickiewicza (ani Słowackiego) nikt nie czyta, tylko się wie, że on (i Słowacki) wielkim poetą był. Inaczej obaj z list lektur szkolnych przeniesieni by zostali na listę ksiąg zakazanych, obok Harry Pottera. Już choćby za ten fragment:

GUSTAW
No, przyznaj się szczerze,
Czy wierzysz w piekło; w czyściec?...

KSIĄDZ
Ja we wszystko wierzę,
Cokolwiek w Piśmie Świętym Chrystus nam ogłasza
I w co zaleca wierzyć Kościół, matka nasza.

GUSTAW
I w co twoje pobożne wierzyły pradziady?
Ach! najpiękniejsze święto, bo święto pamiątek,
Za cóż zniosłeś dotychczas obchodzone Dziady?

KSIĄDZ
Ta uroczystość ciągnie z pogaństwa początek;
Kościół mnie rozkazuje i nadaje władzę
Oświecać lud, wytępiać reszty zabobonu.

GUSTAW (pokazując na ziemię)
Jednak proszą przeze mnie, i ja szczerze radzę,
Przywróć nam Dziady. Tam, u Wszechmocnego tronu,
Kędy nasz żywot ścisłe odważają szale,
Tam większym jest ciężarem łza jednego sługi,
Którą szczerze wyleje nad tobą u zagonu,
Niż kłamliwe po drukach rozgłaszane żale,
Płatny orszak i kirem powleczone cugi.

[…]

KSIĄDZ
Ani słowa. Lecz Dziady, te północne schadzki
Po cerkwiach, pustkach lub ziemnych pieczarach,
Pełen guślarstwa obrzęd świętokradzki,
Pospólstwo nasze w grubej utwierdza ciemnocie
Stąd dziwaczne powieści, zabobonów krocie
O nocnych duchach, upiorach i czarach.

GUSTAW
Więc żadnych nie ma duchów?
(z ironią)
Świat ten jest bez duszy?
Żyje, lecz żyje tylko jak kościotrup nagi,
Który lekarz tajemną sprężyną rozruszy
[…]

 

1 listopada w kościele rzymskokatolickim, anglikańskim i wielu kościołach protestanckich jest dniem Wszystkich Świętych (łac. festum omnium sanctorum) – odprawiane są wtedy msze za dusze wszystkich znanych i nieznanych świętych.
W Polsce i wielu innych krajach istnieje tradycja odwiedzana w tym dniu cmentarzy, palenia zniczy na grobach bliskich, ozdabiania ich kwiatami i modlenia się w intencji zmarłych. Zwyczaj ten ma charakter religijny, ale generalnie uznawany jest przez wszystkich jako dzień pamięci, czci i szacunku dla zmarłych.

W kościele prawosławnym, 1 listopada, wznoszone są modły w intencji zmarłych, gdy wierni idą odwiedzić groby swych bliskich. Jednak odpowiednik rzymskokatolickiego Dnia Wszystkich Świętych w kościele prawosławnym obchodzi się w pierwszą niedzielę po Pięćdziesiątnicy (Pentecoste, 50. dzień po zmartwychwstaniu Chrystusa, dzień zesłania Ducha Świętego na apostołów, w Polsce potocznie zwany Zielone Świątki) lub – według innych źródeł – w sobotę przed Pięćdziesiątnicą.

 

1 listopada 1956 – węgierski premier Imre Nagy ogłosił neutralność Węgier i ich wystąpienie z Układu Warszawskiego. Wcześniej (28 października 1956) stwierdził, że powstanie węgierskie nie jest kontrrewolucją, a narodowym zrywem i zażądał wycofania wojsk sowieckich z Węgier.

Nagy nie zważał na to, że cztery dni wcześniej sowieckie czołgi obsadziły Budapeszt. Czyżby sądził, że Sowieci odpuszczą, jak w Polsce? Decyzje węgierskiego premiera poprzedziły bowiem wydarzenia w Warszawie z 24 października 1956, kiedy podczas wiecu (kilkaset tysięcy ludzi!) na placu Defilad przed Pałacem Kultury, Władysław Gomułka powiedział tłumom o najnowszej decyzji Chruszczowa.

Chruszczow –  a wraz z nim Mołotow, Mikojan i Kaganowicz (współczesna wersja czterech jeźdźców Apokalipsy: ta czwórka miała na koncie krew milionów) – przyleciał do Warszawy niespodziewanie 19 paździer­nika 1956, by zastraszyć i rozgonić nową ekipę polskiej partyjnej wierchuszki. Na lotnisku sowiecki gensek wygrażał pięściami, w czasie spotkania walił pięścią w stół, groził: „Ten numer wam się nie uda, jesteśmy gotowi do aktywnej interwencji!” Jakimś cudem – odpuścił (jednym z wytłumaczeń tego cudu miał być sprzeciw Chin, z którymi Chruszczow zadzierać nie chciał).

Tak więc Gomułka na Placu Defilad oznajmił, że bratni Kraj Rad nie wystąpi z pomocą, której błądzącej Polsce miałaby w jego imieniu udzielić armia sowiecka [więcej o wydarzeniach październikowych 1956 w Warszawie znajdziesz w „Październiku”].

Gomułka jednak obiecał, że Polska nie zejdzie z drogi do komunizmu, nie wystąpi z Paktu Warszaw­skie­go i w ogóle będzie realizować wszelkie założenia marksizmu-leninizmu (np. kolektywizacja rolnictwa, ateizacja, obsiewanie kukurydzą wszystkich pól, łąk i lasów), tyle że na swój sposób i w swoim tempie, nie zawsze zgodnym z tempem przodującego we wszystkim – więc niedoścignionego – Kraju Rad.

Tymczasem Węgrzy poszli krok dalej. To, że hegemon odpuścił wielkiej i centralnie położonej Polsce, dało im nadzieję, że ich maleńki terytorialnie, niespełna 10-milionowy kraj może sobie pozwolić na więcej. Stąd deklaracje Nagy'ego z 28 października i 1 listopada 1956. Niestety – dalej było już tylko gorzej.

Bratnią pomoc węgierskim komunistom (przeciwko faszystowskiej hydrze, a jakże!) poniosło 30 tys. żołnierzy i ponad 1100 czołgów spod znaku sierpa i młota.

Tu – podobno – tow. Mao zadziałał odwrotnie niż w przypadku Polski: zażądał od Chruszczowa zdecydowanego rozprawienia się z węgierską kontrrewolucją. [co było dalej, przeczytasz pod datą 4 listopada 1956]

 

2 listopada to w kościele rzymskokatolickim Dzień Zaduszny (w Polsce zwany Zaduszkami) – dzień wspominania zmarłych.

 

3 listopada 1918 – buntują się marynarze w Kilonii, co daje początek Rewolucji Listopadowej w Niemczech (część historyków uważa, że zaczęła się ona półtora tygodnia wcześniej, 29 października, buntem marynarzy z Wilhelmshaven).
Rewolucja doprowadza do abdykacji Wilhelma II i upadku Cesarstwa Niemieckiego (9 listopada 1918), zawieszenia broni kończącego I wojnę światową (11 listopada 1918) i powstania Republiki Weimarskiej, a trwa do 11 sierpnia 1919 – dnia podpisania konstytucji w Weimarze.
Zryw ten tak podekscytuje Trockiego i Lenina, że zechcą oni – „po trupie białej Polski” – rozszerzyć władzę Sowietów na Niemcy. Stalina ekscytowało to widać mniej i pewnie dlatego podziękować mu możemy za to, że w sierpniu 1920 Piłsudski przeprowadził swój manewr przez Wieprz bez przeszkód i ocalił Warszawę od hord prowadzonych (trzeba przyznać, że bardzo sprawnie) przez Tuchaczewskiego.

 

4 listopada przypada rocznica rzezi Pragi, dokonanej w 1794 przez wojska Suworowa. Rosjanie wymordowali ok. 20 tys. ludności cywilnej – tak Rosja utwierdzała swe stanowisko lidera Ligi Pansłowiańskiej.
Zachwycona postawą swego feldmarszałka i pogulanijem jego podkomendnych, niemiecka caryca prawosławnego imperium ustanowiła na cześć tego wydarzenia Крест за Прагу – Krzyż za Zdobycie Pragi z napisem „Za wysiłek i odwagę” (За труды и храбрость).

Jakimś cudem przemknęło to przez sita cenzury (nie lubili carów, ale w końcu to nie carowie wyrzynali praskie kobiety i dzieci tylko umundurowany lud) i przez cały okres PRL-u można było czytać u Mickiewicza, że najpierw Jasiński i Korsak

stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali
Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali

później, że Maciej Dobrzyński

sam jeden skoczył z wałów Pragi,
Bronić pana Pocieja, który, odbieżany
Na placu boju, dostał dwadzieście trzy rany

wreszcie zaś, że

wojna, atak, szturm, słychać wystrzały,
Jęk dzieci, płacze matek. – Tak mistrz doskonały
Wydał okropność szturmu, że wieśniaczki drżały,
Przypominając sobie ze łzami boleści
Rzeź Pragi, którą znały z pieśni i z powieści.

Jeśli ktoś zna rosyjski, niech koniecznie przeczyta relację Suworowa z bitwy praskiej przesłaną Piotrowi Aleksandrowiczowi Rumiancewowi, <http://wars175x.narod.ru/dc94_133.html>, w której opisane jest „znakomite zwycięstwo warszawskie” i nauczka, którą odebrała вероломная сия столица – „wiarołomna ta stolica”.

 

4 listopada 1956 – początek interwencji zbrojnej ZSRR na Węgrzech. Pacyfikacja Węgier zakończyła (formalnie) sześć dni później, 10 listopada. Represje trwały jeszcze latami, gdyż rewolucyjny terror podtrzymywał nowy rząd Węgier. Źródła podają dziś, że represjonowano (sąd i więzienie) ok. 40 tys. osób, ale w takich wypadkach dane z reguły bywają zaniżane. A choćby nawet i nie – pamiętajmy, że mówimy o kraju, który w 1956 roku miał 9,87 mln. ludności – 40 tys. osób stanowiło więc 0,4% populacji (w skali dzisiejszej Polski to ok. 150 tys. ludzi).

Powstanie węgierskie zostało utopione we krwi. Oficjalne liczby to 3000 zabitych i 13 tysięcy rannych po stronie węgierskiej. Emigrowało co najmniej 200 tysięcy Węgrów, czyli 2% ludności (dziś w Polsce odpowiadałoby to 760 tysiącom ludzi).

János Kádár, który „wraz z węgierskimi patriotami pomagał zdławić kontrrewolucyjny pucz faszystowsko-kapitalistyczny”, a później z nadania hegemona przejął węgierskie stery, srożył się mniej więcej sześć lat. Imre Nagy został w tajnym procesie oskarżony o zdradę i – na żądanie Chruszczowa, jako przykład dla ewentualnych przyszłych liderów-buntowszczyków – zamordowany 16 czerwca 1958. Terror jednak stopniowo słabł. W roku 1963 większość uwięzionych została wypuszczona (choć kardynał József Midszenty korzystał z politycznego azylu na terenie ambasady USA w Budapeszcie do 1971 roku).

Później władza nieformalnie zaoferowała węgierskiemu społeczeństwu układ następujący: my wam pozwolimy na nieco kapitalizmu (czyli na trochę gospodarki rynkowej), a wy nie będziecie się wtrącać do polityki. Zupełnie jak w gulaszu – trochę tego i trochę owego, dlatego system panujący na Węgrzech od połowy lat 60-tych do roku 1989 nazwano „komunizmem gulaszowym”. Trochę w tym przewrotności, a trochę czarnego humoru, bo wcześniej główny stalinista węgierski Mátyás Rákosi swą politykę eksterminacji opozycji nazywał „taktyka salami” – że niby odcina się plasterek po plasterku (nb. Rákosi i jego następca na stanowisku genseka, Ernő Gerő – ten, który wezwał Sowietów na pomoc, zostali przez armię sowiecką ewakuowani do ZSRR).

Zachód oczywiście nie kiwnął palcem, poza krzykliwymi tytułami w gazetach, wstrząsającymi reportażami w radiu i telewizji i pomocą humanitarną organizowaną na ogół przez szarych obywateli (pomoc, którą Węgrzy otrzymali z Polski, szacowana na 2 mln dolarów, przewyższyła pomoc amerykańską). Między rządami obowiązywała umowa jałtańsko-poczdamska i nic nie miało jej zakłócić, póki obie strony respektowały ustalony podział świata. Podobnie było podczas tłumienia Praskiej Wiosny w 1968. Prawdopodobnie ta samo by było z kontrrewolucją polskiej Solidarności w 1980-1981, gdyby sytuacja międzynarodowa się nie zmieniła: tolerancja Zachodu wobec sowieckiej „polityki wewnętrznej” ustała, gdy rozzuchwalona dotychczasową bezkarnością Moskwa zdecydowała się granice pojałtańskie zignorować i w grudniu 1979 wysłała sowiecką armię na drugi brzeg Amu Darii, rozpoczynając inwazję na Afganistan. O którym ani w Jałcie, ani w Poczdamie mowy nie było.

 

7 listopada (wg kalendarza gregoriańskiego; w juliańskim był to 25 października) 1917 rozpoczęła się w Rosji rewolucja bolszewicka, zwana później Październikową, Socjalistyczną lub Wielką (albo z wszystkimi epitetami naraz).
Wielką była, jeśli uwzględnić jej efekty, ale trwała zaledwie dwa dni, a wszelkie późniejsze opowieści o szturmach, walkach i bohaterstwie bolszewików („dokumentowane” fragmentami fabularnych filmów nakręconych kilka lat później) można między bajki włożyć.
Efekty? Co tu dużo mówić.
Norman Davies w Europie (str. 1328-9, wyd. ang. 1996) szacuje liczbę ofiar reżimu sowieckiego tylko w latach 1917-1953 na 54 miliony. Nie obejmuje to ofiar zabitych podczas II wojny światowej, które Davies ocenia na 8-9 mln. żołnierzy Armii Czerwonej (tamże), a Wiki na 8,7-13,8 mln.
Już tylko z zestawienia tych liczb z łączną liczbą poległych podczas II w. ś. w armiach amerykańskiej i brytyjskiej (Davies: 0,5 mln, Wiki: 0,8 mln), widać jasno, że rozkaz nr 227 z 28 lipca 1942 („Ani kroku wstecz!”, Ни шагу назад!) wydany przez Stalina był kolejnym aktem ludobójstwa, tym razem wobec własnych żołnierzy.

 

10 listopada urodziny obchodzi amerykański Korpus Piechoty Morskiej – U.S. Marine Corps – założony w roku 1775.

 

Urodziny obchodzą też państwa:

Polska (11 listopada 1918),
Angola (11 listopada 1975),
Łotwa (18 listopada 1918),
Liban (22 listopada 1943),
Surinam (25 listopada 1975),
Albania (28 listopada 1912).

 

11 listopada, w rocznicę zakończenia I wojny światowej, w USA obchodzony jest Dzień Weterana (Veterans Day) – święto honorujące wszystkich służących w Siłach Zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Jeśli 11 listopada wypada w weekend, dzień świąteczny przenoszony jest na piątek lub poniedziałek.

 

19 listopada (1493) wylądował w Portoryko Krzysztof Kolumb podczas swej drugiej transatlantyckiej podróży. Co dobrego przyniosło to plemionom zamieszkującym wyspę – odgadnijcie sami, jak pisał poeta, choć podobno zaczęło się od uratowania dwóch indiańskich kastratów.

 

W czwarty czwartek listopada Stany Zjednoczone świętują Dzień Dziękczynienia (w 2018 to 22.XI).
Historia sięga Pielgrzymów, czyli 102 osób płci obojga ze wspólnoty religijnej, która przybyła do Nowego Świata na statku Mayflower w 1620. Udało im się przeżyć rok prawdziwym cudem, bo jak inaczej nazwać to, że – gdy przybysze byli na skraju śmierci głodowej – z lasu wyszło dwóch Indian, którzy wszczęli konwersację po angielsku, wcześniej przedstawiwszy się jako Squanto i Samoset.
Gdy rok później, dzięki pomocy Indian, Pielgrzymom udało się zebrać pierwsze plony z pól – trudno się dziwić, że pierwsza wieczerza dziękczynna z indykami w roli głównej (konsumpcji oddawało się 53 białych i 90 Indian) trwała 3 dni.
Dwaj prostoduszni panowie S. nie zdawali sobie sprawy, że ich działalność charytatywna obróci się przeciwko nim, a owa uczta jest poniekąd stypą dla ich plemion – Wampanoagów i Wabanaków – i reszty Indian na kontynencie.
Formalnie Thanksgiving Day stał się świętem federalnym w 1863 za Lincolna, choć podobno pierwsze orędzie w tej sprawie podpisał Waszyngton.
Kanadyjczycy świętują Dziękczynienie (w Quebecu: Jour de l’Action de grâce) w drugi poniedziałek października.

Thanksgiving dinner jest dla Amerykanów tym, czym dla Polaków wieczerza wigilijna: robią wszystko, pokonują tysiące mil, by właśnie tego dnia zasiąść do rodzinnego stołu.
Zapytał mnie kiedyś amerykański znajomy, czy ja też obchodzę Thanksgiving. Odpowiedziałem, że to przede wszystkim jest święto moje i mnie podobnych pielgrzymów-imigrantów, którym udało się – lepiej lub gorzej – przetrwać kolejny rok, również dzięki pomocy takich jak on – dla nas będących współ­czes­ny­mi odpowiednikami Squanto i Samoseta. Pytający zdziwił się bardzo i zastygł był w zadumie na czas jakiś, po czym powiedział, że nigdy nie patrzył na to w ten sposób i że wiele w tym, co powie­dzia­łem, jest słuszności. Ile w tym, co powiedział, było poprawności politycznej – nie wiem.

Po dziękczynnym czwartku w USA następuje „czarny piątek” – Amerykanów ogarnia szał konsumpcji: sklepy organizują wyprzedaże, a kolejki (dobrze mówię: kolejki pod sklepami!) stoją czasem całą noc, co skądinąd jest okazją do zadzierzgania więzi towarzyskich. Nie są one jednak chyba zbyt trwałe, gdyż otwarcie sklepów nieodmiennie łączy się z szarżą tłumu i prawie co roku są ofiary śmiertelne (ale jest ich niewiele).

 

Zapamiętajcie rok
trzydziesty,
dzień dwudziesty dziewiąty
listopada:
dzień wzeszedł dla was, ta noc!

29/30 listopada 1830 rozpoczyna się polskie powstanie narodowe przeciw Rosji, zwane listopadowym.
Trwa do 21 października 1831.

Ujrzycie bohatery i karły,
i wojenniki, i gachy,
i dumne, pychą pojęte,
i podłe, jako gad liche,
i wyniosłe, i groźne, i ciche,
i zbrodnicze, i jako cud: święte.

Wyspiański powiedział. Nic dodać, nic ująć.
A jeśli ktoś chce zagłębiać się w szczegóły, niech zacznie od literatury i przeczyta Mariana Brandysa.

 

 

Znaki Zodiaku w listopadzie:
Skorpion (♏) – do 21 listopada
Strzelec (♐) – od 22 listopada.

Co czarny pijar mówi o Skorpionie, już było (w „Październiku”) i nie było to przyjemne, oj nie! Ale Strzelce wszystkich dżenderów też niech się nie cieszą:

Osobnik spod tego znaku wykazuje dużo energii i pomysłowości – urodzony działacz społeczny. Oczywiście do czego się nie weźmie – to spieprzy. W dzieciństwie zabiera młodszym dzieciom cukierki. Ma skłonności do samogwałtu i podgląda w toalecie. Na starość pisuje wspomnienia, od początku do końca zmyślone.

Tu akurat CzPR przesadza, bo wszystkie wspomnienia, nie tylko Strzelców, są na ogół w większości zmyślone.
Ale prawdą jest, że swoim horoskopem cieszyć się mogą tylko Bliźnięta – najfajniejsza i najweselsza konstelacja w bloku.

 

Kwiat listopada (wielkiego wyboru nie ma) to:

chryzantema (Chrysanthemum indicum L.).
W Polsce (i sporej części Europy) kojarzy się ona tak jednoznacznie, że lepiej nie wspominać. Jedyna weselsza konotacja pochodzi z piosenki, ale też nie z oryginału a ludowej trawestacji: Chryzantemy złociste, przy nich pół litra czystej

Ciekawe, że w USA (poza Nowym Orleanem) chryzantema jest symbolem pogody ducha i optymizmu. Ale Nowy Orlean – wiadomo: parafie zamiast hrabstw, kilometry zamiast mil, dix zamiast ten i cmentarz Metairie. A na nim chryzantemy. Wszystko jasne.

 

Kamienie listopada:

topaz – symbol przyjaźni, ale również godności i bogactwa. Weźmy np. Biblię:

w Księdze Wyjścia (28:17) topaz był w pierwszym rzędzie drogich kamieni (razem z rubinem i szmaragdem) pektorału, który Mojżesz miał wykonać dla brata swego Aarona;
co to jest pektorał wszyscy wiedzą, ale dla porządku (za Słownikiem Doroszewskiego) przy­pom­nę, że był to napierśnik ozdobiony drogimi kamieniami noszony przez faraonów i ży­dow­skich arcykapłanów (od łacińskiego pectus = pierś);

w „Hymnie o mądrości” z Księgi Hioba (Hi 28:19), topaz jest wśród najdroższych klejnotów, za które mądrości kupić się nie da; nb. dokładny cytat brzmi „i topaz z Kusz nie dorówna”, co znaczy, że w najwyższej cenie były topazy z owej właśnie krainy (dziś jest to północny Sudan);

topaz jest jednym z atrybutów bogactwa i szczęśliwości króla Tyru, o czym posłyszał Ezechiel w swym widzeniu (Ez 28:13);

jest też topaz dziewiątą warstwą fundamentu miasta Jeruzalem czasów mesjańskich, przedstawianego przez Jana w Apokalipsie (Ap 21:20);

cytryn – rzadka, makrokrystaliczna odmiana kwarcu.
Na temat cytrynu jeden z jubilerów pisze:

Wzmaga pewność siebie, silną wolę i kreatywność. Pomaga rozwiązywać problemy, zwiększa optymizm, entuzjazm i uczy, jak cieszyć się życiem. Rozprasza negatywną energią. Sprzyja osiągnięciu materialnego dobrobytu i powodzeniu w karierze zawodowej. Sprzyja leczeniu chorób serca, wątroby i nerek. Pomaga pozbyć się cellulitu. Przynosi ulgę przy wrzodach żołądka.

Czego to ludzie nie wymyślą, tylko żeby sprzedać… Ja bym jeszcze dodał „krawaty wiąże i przerywa ciąże”, bo jak już – to już. Swoją drogą, ciekawe na co (poza portfelem) działa kupiony w tym sklepie Swarovski?

W etymologie bawić się tym razem nie będziemy, bo zawędrujemy aż do sanskrytu, a to daleko, tak w cza­sie jak i w przestrzeni.
Natomiast tu i teraz oba minerały występują w Polsce, w Sudetach oczywiście (Tatry są diamentem same w sobie) – w Górach Izerskich, Karkonoszach, Górach Sowich i Przedgórzu Sudeckim: Wzgórzach Strze­gom­skich i Strzelińskich

 

Imieniny w listopadzie obchodzą (między innymi, przecież nie mogę wymienić sześćdziesięciu imion!):

• Hubert (3 XI),
• Karolina (4 XI),
• Marcin (11 XI),
• Stanisław Choiński (13 XI),
• Elżbieta B. (19 XI),
• Katarzyna (25 XI),
• Andrzej (30 XI) – ale o andrzejkach nie będzie.
Najlepsze życzenia!

 

Urodziny
• Konrad, który urodził się w miesiącu listopadzie 1823 roku w Wilnie przy ulicy Ostrobramskiej, w klasztorze ks. ks. Bazylianów, przerobionym na więzienie stanu, w miejsce zmarłego właśnie Gustawa, o którym było na początku.
Więcej o urodzinach nie będzie. Za dużo się okazało chętnych i pominiętych, z czego tylko kłopot, ambaras i niesnaski.
Jubilatkom (czyżby damy obchodziły urodziny?) i jubilatom – wszystkiego najlepszego!

O ślubach też nie będzie – i tak każdy to robi na własne ryzyko.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
jedenasty miesiąc roku to:

białoruskiлістапад [listapad]
bośniackinovembar
bułgarskiноември [nojembri]
chorwackistudeni (chorwacki listopad to nasz październik)
czeskilistopad
kaszubskilëstopadnik (też: smùtan, lëstopad)
litewskilapkritis
łatgalskisolnys
łużycki (dolny)młośny (też: nowember)
łużycki (górny)nowember (też: nazymnik)
łotewskinovembris
macedońskiноември [nojembri] albo студен [studien]
rosyjskiноябрь [nojabr’]
serbskiновембар [novembar]
słowackinovember
słoweńskinovember (też: listopad)
ukraińskiлистопад [listopad]
żmudzkilapkrėtis

 

Przysłowia związane
z listopadem:

Czasem w listopad nie palisz
i rąbala precz oddalisz,
ale w grudniu –
musisz durniu.

Gdy w listopadzie
od południowego kraju grzmi,
znaczy niepłodność wszystkiego.

Jak na świętego Hieronima
jest deszcz, albo go nie ma,
to pod koniec listopada
pada, albo nie pada.

Jaka pogoda listopadowa,
taka i marcowa.

Jeszcze nie listopad,
a liść z drzewa opadł.

Listopada wiela wody,
na łąki wielkie wygody.

W listopadzie goło w sadzie.

W listopadzie grzmi,
rolnik dobrze śni.

W listopadzie
kapusty pełne kadzie.

W listopadzie
liście opadają,
a ludzie znicze
na grobach stawiają.

 

Przysłowia na
Wszystkich Świętych (1 XI)

We Wszystkich Świętych,
gdy się deszcz rozpada,
może słota potrzymać
do końca listopada.

Wszyscy Święci niezgodą,
wiatry ze śniegiem przywiodą.

Czasy niekiedy bywają,
że Wszyscy Święci w bieli przybywają.

Jeśli śnieg na Wszystkich Świętych zawiedzie,
to święty Marcin [11 listopada]
na białym koniu przyjedzie.

Na Wszystkich Świętych ziemia skrzepła,
to będzie zima ciepła,
a jak deszcz,
to trzeba będzie za piec wleźć.

Na Wszystkich Świętych mróz,
na Boże Narodzenie zima i susz.

 

Przysłowia na
św. Huberta (3 XI)

Kiedy swego czasu
goły las nastaje,
święty Hubert z lasu
cały obiad daje.

Jaki listopad trzeci,
taki marzec się kleci.

 

Przysłowia na
św. Marcina (11 XI)

Chmurny Marcin chętnie przyprowadza
łagodną zimę, mrozy straszne zgładza.

Gdy liście przed Marcinem nie opadają,
to mroźną zimę przepowiadają.

Gdy Marcin w śniegu przybieżał,
całą zimę będzie w nim leżał.

Gdy Marcinowa gęś po lodzie,
będzie Boże Narodzenie po wodzie.

Gdy mróz na świętego Marcina,
będzie tęga zima.

Jaki dzień na świętego Marcina,
taka będzie cała zima.

Jeśli na Marcina sucho,
to Gody [25 grudnia] z pluchą.

Jeśli na Marcina
wiatr z południa wieje,
lekkiej zimy daje nadzieje.

 

Przysłowia na
św. Stanisława (13 XI)

Na Stanisława Kostkę
ujrzysz śniegu drobnostkę,
a na Ofiarowanie [21 listopada]
przydadzą się sanie.

 

Przysłowia na
św. Marka (16 XI)

Deszcz w Marka,
ziemia w lecie jak skwarka.

 

Przysłowia na
św. Elżbiety (19 XI)

Zjawia to Elżbieta święta,
czy ta zima będzie cięta.

 

Przysłowia na
św. Katarzyny (25 XI)

Katarzyny dzień jaki,
cały grudzień taki.

Kiedy w świętą Katarzynę
lód nie stanie,
to gotuj sanie.

W Katarzynę z nieba nic nie spadnie,
będzie w przyszłym lutym
chyba jeszcze ładniej.

 

Przysłowia na
św. Zdzisława (28 XI)

Kiedy Zdzisiek rano szroni,
zima jest w zasięgu dłoni.

 

Przysłowia na
św. Andrzeja (30 XI)

Gdy święty Andrzej
ze śniegiem przybieży,
sto dni śnieg w polu leży.

Na św. Jędrzeja
trza kożucha dobrodzieja.

W wilją św. Andrzeja
jest dla dziewcząt nadzieja.

Zdybali się dwa Jędruchy:
jeden ślepy, drugi głuchy.

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Pamiętniki, o których piszę na początku tekstu, to:

Jałowiecki, Mieczysław. Na skraju Imperium i inne wspomnienia.
Warszawa : Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, [2000, 2003, 2005, 2012, 2013,  2014,  2015,  2017].
Liczba wznowień mówi sama za siebie. Niesamowita lektura!
Prawda: tylko dla dorosłych, ale nieposłuszna (a ciekawa) młodzież też może w nich znaleźć zadowolenie.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha