Wojciech Jacobson

Cayenne

Nowy port, nowe miejsce, to dreszcz niepokoju ale i radość odkrywania. Tak, odkrywania! Własne doznania są najpiękniejszymi odkryciami, których nie zastąpią opisy locji, przewodników czy – jak chciałby Ludek – lektura „Geografii Powszechnej Świata”.

W Cayenne na pierwszy wypad wybieram się z Pawłem Morzyckim, kapitanem jachtu Boruta. Nasze dwa jachty spotkały się nieoczekiwanie wczoraj, wkrótce po wejściu do portu. W rannych godzinach, była już w mieście załoga Pawła. Wrócili zdegustowani – „gorąco, drogo…”. Jasne, że drogo! Po wizycie w Brazylii każdy następny kraj po tej stronie Atlantyku nie będzie już tani. Cayenne szczególnie, bo to przecież prowincja francuska i ceny takie same lub wyższe niż w metropolii.
Brazylia jest tania dla cudzoziemców dzięki wysokiemu kursowi dewiz. Właściwie są dwa kursy: normalny – obowiązujący w bankach i paralelo – równoległy, trzykrotnie wyższy. Po tym drugim kursie wymienia się dolary w kantorach. Przeliczenie pozwala cudzoziemskim przybyszom czuć się swobodnie – tak jak to było do niedawna w Polsce. Tę koniunkturę wykorzystują brazylijscy rybacy-szmuglerzy. Przy pomoście w Cayenne stoi zawsze po kilka kolorowych saveiros. Pod pozorem handlu rybami przywożą z Brazylii wszystko, co można sprzedać korzystnie za twardą walutę. Skąd my to znamy?
Odpływ. Lekko pochylone , bajecznie barwne i piękne kutry tkwią w mule koło palisady pomostu. Przy ich burtach zostawiamy naszego bączka i przez pokłady gramolimy się na keję. Jak okiem sięgnąć, hen po horyzont, ciągną się błyszczące łachy mułu i piasku. Piękny i groźny to widok. Biada temu, kto usiłowałby stąpnąć na te pozorne osuchy. Henri Charriére opisał w „Papillon” tragedię więźniów próbujących – przy odpływie – ucieczki z Diabelskiej Wyspy. Tylko wodne ptaki – czaple, flamingi, albatrosy, mewy nie boją się błota i mułu. Dla nich to uczta – owoce morza są na powierzchni. Nas fascynują małe płaskie, flądrowate ryby, które ni to pływając ni to chodząc poruszają się swobodnie w mule. Dostosowały się barwą do szaro-brunatnego podłoża i właściwie ich nie widać. Dopiero ruch zdradza ich obecność. Szkoda, że nie mam kolorowego filmu.
Na kei budka z napisem Police frontiére. Pusta, zamknięta na głucho. Ktoś nam objaśnia, że dyżurny policjant zjawia się kilka razy w tygodniu, zwykle rano. Przyjeżdża półfurgonetką Renault 12. Trudno go będzie złapać, bo dotarcie łódką do kei wymaga sporo czasu i sprzyjającego pływu.
* * *
Dobrze się nam wędruje z Pawłem. Jest z kim dzielić wrażenia. Obaj lubimy chodzić pieszo. Podobnie reagujemy na świat, obaj chłoniemy nowe. Obaj uciekliśmy od nieco zatęchłej atmosfery na naszych jachtach i od towarzystwa, które już się nieco znudziło. Ja miałem swój dwutygodniowy „urlop” z Francuzami i Niemcami na jachcie Elocin, ale Paweł tłucze się ze swoimi chłopcami już blisko rok. Paweł jest młody, rzutki, otarty w świecie poprzez studenckie wyprawy geologiczno-geograficzne. Podobnie jak Ludek jest z zawodu geologiem. Swobodnie włada francuskim i angielskim. W swoim czasie był najmłodszym kapitanem jachtowym w Polsce, zdobył patent mając 19 lat.

 
Cieszymy się ładnym, czystym miastem, uśmiechami dziewcząt. Upał, przewiany pasatem, jakoś nam nie dokucza. Szukamy poczty. Mała agencja mieści się przy Place Héder, w śródmieściu, ale poste restante jest w tylko w głównym urzędzie na peryferiach.
– Czy to daleko? – pytamy czarnego urzędnika.

 
– Cztery kilometry, musicie wziąć taksówkę.

 
O nie! Mamy czas, mamy cel – zwiedzamy miasto na piechotę.

 
Cayenne jest nieduże, liczy zaledwie 32 tysiące mieszkańców, co i tak stanowi 60 procent całej populacji Gujany Francuskiej. Śródmieście jest ładnie utrzymane – dużo skwerów, trawników. Domy urzędowe swoim stylem i białością przypominają okres kolonialny. Sporo restauracji, sklepików i małych hoteli. Przedmieścia to typowe murzyńskie slumsy, ale nie tak ubogie jak brazylijskie favele.
W stolicy Gujany nie ma rodowitych mieszkańców tej krainy – Indian. Ci siedzą nadal w interiorze. Czasy dominacji białych też już minęły. Dawni kolonizatorzy są w odwrocie, pozostawili sobie tylko wyższe stanowiska administracyjne i wojskowe. Domeną białych są również placówki naukowe i ośrodek kosmiczny w Kourou, 50 kilometrów od Cayenne. Cały handel i gastronomia przeszły w ręce kolorowych. Przyglądamy się szyldom restauracji i sklepów – same chińskie napisy! Chińczycy przybyli tu po drugiej wojnie światowej. Swoją pracowitością i obrotnością szybko wspięli się w hierarchii społecznej na drugie miejsce spychając czarną ludność na niższy szczebel. Niżej są tylko Indianie, ale ci pozostali w puszczy zajmując się tradycyjnie myślistwem. Nową grupą ludnościową są przybysze z Indochin – Hmongowie. Spotkanie z nimi miało nastąpić później.

 
Przechodzimy z Pawłem obok Marché chinois, chińskiego ryneczku obok hali targowej. Pełno tam postaci w długich tybetańskich strojach z głowami uwieńczonymi płaskimi kapeluszami lub czarnymi fezami. Na straganach czy na matach położonych wprost na ziemi owoce i warzywa, a przede wszystkim ostre przyprawy, których daremnie szukałem po drodze w supermarkecie. Znalazłem tam co prawda Cayenne pepper ale… importowany z Francji! Muszę powrócić z Ludkiem na chiński targ.

 
Gospodarka gujańska nie jest samowystarczalna. Większość zaopatrzenia jest przywożona z Europy. Nawet warzywa i owoce. W ogromnych workach widzimy piękną cebulę z… Holandii. Dlaczego nie z Polski? Podobne artykuły mają trzy różne ceny. Najdroższe są te sprowadzane samolotami, tańsze – drogą morską. Najniższą cenę mają produkty lokalne. Wszystko wyjaśnione odpowiednimi wywieszkami.
Na poczcie – radość! Czeka na nas cała paczka listów. Trzeba je jednak wykupić z poste restante za twarde dewizy. Nie ma róży bez kolców. Miał rację Zbyszek Siniecki, nasz dobry duch z Rio de Janeiro, wysyłając zaległą korespondencję na adres agencji morskiej „Somerig”. Prócz listów, bez opłaty, otrzymaliśmy jeszcze uśmiech pięknej dziewczyny!

 
Szybko przeglądam korespondencję w klimatyzowanym pomieszczeniu poczty. Potem, już w domu, na łódce, czytam dokładnie i częściowo na głos, by wiadomości dotarły do Ludka i Marka. Wśród listów jest jeden, który może zmienić nasze plany żeglugowe, a w konsekwencji życie w najbliższych latach. To list z Paryża od Janusza Kurbiela. Janusz proponuje, byśmy płynęli Marią wprost do Francji, a potem wzięli udział w jego wyprawie arktycznej. Szczegóły omówi z nami osobiście bo zamierza przylecieć tu, do Cayenne. Bomba! Mamy tylko dać znać do Paryża o naszym dotarciu do Gujany.

 
Zamęt w głowie i dreszcz niepokoju. Co o tym myśleć? Czyżby to siła magiczna tasiemki spod kościoła Bom Fim w Salvadorze kierowała naszymi losami? Właściwie nasze plany są luźne. Tam dokąd chcielibyśmy płynąć – Meksyk, Stany Zjednoczone – nie mamy wiz. Kanada, gdzie ma odbyć się zlot żaglowców, jest odległa i też nie wiemy, jak zdobyć wizy. Trzeba wszystko rozważyć.

 
Fragmenty listu Janusza czytam wieczorem chłopakom na Borucie. Pokazuję też świeżo otrzymane i pięknie ilustrowane artykuły z Figaro Magazine o ostatniej wyprawie Janusza do bieguna magnetycznego. Załoga Boruty zrobiła dla nas przyjęcie powitalne połączone z imieninami Mirka Frątczaka. Snują się żeglarskie opowieści. Chłopcy wpatrzeni w Ludka – żywą legendę żeglarstwa polskiego. A Ludek po paru kieliszkach rozkręca się i nie trzeba go już ciągnąć za język. Większość historyjek Ludka znam na pamięć, wiem kiedy i jaka nastąpi puenta. Tym niemniej przysłuchuję się z przyjemnością.

 
– Czy zauważyliście – mówi Ludek – ilu tu, na tym kotwicowisku, stoi jachtów w żegludze solo? U nas każdy dalszy rejs samotny ma zagwarantowaną nagrodę w dorocznych plebiscytach. We Francji, Anglii i wielu innych krajach nie zwracają już uwagi na takie rejsy, przestali rejestrować.
– Kiedyś, w Kapsztadzie, – ciągnie Ludek – Utz Muller, niemiecki żeglarz samotny, opowiadał mi przy szklaneczce „captain’s special” – grogu własnej recepty, jak to kotwiczył przy którejś z wysp na Pacyfiku. Wokół niego stało dziesięć jachtów, z tego osiem to byli samotnicy, a pozostałe dwa płynęły rodzinnie. Zauważcie jeszcze jedno: oni nie znają takich pływań, jakie my uprawiamy. I chyba patrzą podejrzliwie na czysto męskie załogi…

 
– Czy to ten sam Utz – wtrącam – o którym pisał Jurek Pisz w książce „Marią przez Pacyfik”?

 
– Tak, ten sam. Spotkaliśmy go dwa razy na Pacyfiku, a potem jeszcze raz zobaczyłem się z nim w Kapsztadzie. To zawodowy marynarz, już na emeryturze. Na swoim kutrze żaglowym Frauken zdążył dwa razy opłynąć świat dookoła. Kupiłem od niego za 120 dolarów łańcuch kotwiczny „dziesiątkę” i tę ciężką 70-kilogramową „admirałkę”, która leży na dziobie…

 
 

 
Chłopcy z Boruty też mają o czym opowiadać. Przypłynęli z Europy przez Lizbonę, wyspy Kanaryjskie i Zielonego Przylądka, Afrykę Zachodnią do Brazylii i Gujany Francuskiej. Zaliczyli 40 portów. W Recife zdobyli sympatię konsula amerykańskiego i dostali wizy do Stanów – to, czego nam nie udało się uzyskać w Rio de Janeiro. Jacht wyczarterowali z LOK-u pod warunkiem, że go sami wyremontują. Mało powiedzieć „wyremontują” – przywrócą do życia coś, co było już wrakiem. Pracowali sami bez pieniędzy od protektorów. Oczywiście mieli sporo perypetii przed wyjściem w morze. Radiostacja, którą zgodnie z przepisami musieli posiadać, ważyła pół tony i działała tylko w porcie. Zostawili ją po drodze, w Anglii. Zaliczają piękny rejs wokół Atlantyku, logiczną szybką trasą. W mojej opinii już teraz są kandydatami do wyróżnienia nagrodą za rejs roku.
Z tymi nagrodami różnie bywa. Często przypadają głośniejszym, bardziej reklamowanym, a za to popieranym z państwowej kasy wyprawom. Do jury nie docierają wszystkie informacje i niuanse dotyczące rejsów. Ze zdumieniem czytaliśmy kiedyś o przyznaniu jednej z nagród kapitanowi XY. O tym samym kapitanie mieliśmy informację od bosmana pewnego portu w Hiszpanii, że – właśnie w tym nagrodzonym rejsie – robił pijackie awantury z tłuczeniem szyb i interwencją policji włącznie. Nie była to jedyna relacja: w kolejnych portach powtarzały się podobne historie z XY, o czym powiedzieli nam inni żeglarze. Jury zna tylko trasę i przebyte mile, nie dowiaduje się o innych aspektach i szczegółach rejsów.
 
Opowiadania na Borucie ciągną się do jasnego dnia, ale ja wyrywam się wcześniej. Muszę telefonować nocą do Francji i wykorzystać dobry moment między pływami do przeprawy na ląd. W Cayenne nie ma biura telefonów. Znajomi żeglarze radzili, by dzwonić z jakiegoś hotelu. Pierwszy po drodze Hôtel de Ville okazał się magistratem, następny Hôtel de Police – komisariatem. Po dalekiej nocnej wędrówce wzdłuż cmentarza trafiłem do Novotelu, gdzie był automat i dalsze połączenie było już formalnością międzymiastową. Międzymiastową, bo Gujana to też Francja i opłata jest „krajowa”. Niestety po drugiej stronie odezwał się répondeur, czyli automat, zostawiłem więc tylko pozdrowienia z Cayenne i zapowiedź następnego telefonu.
 
Wyprawę na ląd z Pawłem powtórzyłem w niedzielę. Idziemy razem na mszę do kościoła katolickiego. To także poznawanie świata i lokalnego folkloru.
Większość wiernych to Murzyni i Kreole, biali są nieliczni. Czarne dzieci, ślicznie wyglądające w białych komżach i sukienkach, aktywnie uczestniczą w liturgii. Małe, ośmioletnie dziewczynki zbierają kwestę do koszyczków. Pośrodku kościoła czekają na nie starsi chłopcy z opłatkami i winem na tacy. Razem ruszają podwójnym szpalerem w stronę celebransa, przekazują chleb i wino, a koszyczki zostawiają u stóp ołtarza. Gdy kapłan w czasie Ofiarowania błogosławi dary ziemi i pracy rąk ludzkich, dziewczęta podnoszą koszyczki w górę, podkreślając, że jest to wspólna ofiara wszystkich wiernych. Z kolei chłopcy, idąc wzdłuż kościoła, ściskali dłonie w znaku pokoju pierwszym osobom w każdej ławce, by gest był przekazany dalej.
Zadziwia nas dyscyplina i kultura śpiewania, tak charakterystyczna dla Francji. Nawet tu, w czarnym, tropikalnym departamencie, śpiew kościelny nie był puszczony na żywioł. Na podwyższeniu, nieco poniżej ołtarza, stała dyrygentka i energicznymi ruchami, z profesjonalną swobodą, prowadziła śpiewanie, nadawała tempo i wyciągała niuanse melodii.
Jedna z melodii wydaje się dziwnie swojska. Przysłuchujemy się… przecież to „Góralu, czy ci nie żal”! Tylko słowa francuskie i zapewne bardziej świątobliwe. Za sprawą polskiego Papieża góralsko-towarzyska piosenka została nobilitowana i robi zagraniczną karierę!
W trakcie mszy z sąsiedniej ławki spada mszalik czy śpiewnik. Schylamy się obaj, jak na wyścigi i oddajemy zgubę białej właścicielce. Po mszy, pod kościołem, ta sama pani podchodzi do nas i pyta z uśmiechem:
De quelle planète vous êtes Monsieurs? Z jakie planety przybywacie, panowie?
I widząc nasze zdziwienie dodaje:
– Bo gdzie na tej ziemi są mężczyźni, którzy chodzą do kościoła i podnoszą z podłogi, gdy kobieta coś upuści? We Francji kiedyś byli tacy, ale teraz już ich nie ma… De quelle planète vous arrivez? – powtarza.
Notre planète s’apelle Pologne… – zaczyna się konwersacja i opowiadania.
Spacerkiem idziemy na skwer, skąd możemy w oddali pokazać nasze łódki na kotwicy.
– Żałuję, że nie mam samochodu, pokazałabym wam chętnie Cayenne i okolice. Zazdroszczę wam tej żeglugi, sama lubię podróżować. Jak długo zamierzacie zostać w Cayenne? – pyta nasza Pani.
– To zależy, jak się ułożą warunki. Chcielibyśmy pozostać tutaj miesiąc lub dwa, o ile znajdziemy pracę dorywczą – odpowiadam. – Kasa okrętowa wymaga podreperowania. Mamy w załodze radiowca, mechanika, geologa, chemika…
– O pracę jest łatwiej w Kourou. Tam stale potrzebują techników w ośrodku kosmicznym. Ale… może moi znajomi mogliby wam coś pomoc? Tu niedaleko jest restauracja „Bar-Saloon”, jej szef, Frederick Hermann, jest moim dobrym znajomym. Zwróćcie się do niego i powołajcie na Charlottę!
Wracamy do łódek podekscytowani nową perspektywą.
– Co sądzisz o tym, Paweł?
– Ja rezygnuję. Nie mamy wiz, nie mamy dotąd odprawy, mogą być kłopoty. Poza tym chciałbym zdążyć na karnawał w Trynidadzie a mamy już tylko tydzień na przelot. Wyjdziemy chyba dzisiaj przy wysokiej wodzie… Jedna prośba, Wojtek.
– ???
– Nie mów nic chłopakom o tych niepewnych możliwościach. Bardzo się napalają, by gdzieś zarobić trochę grosza, ale przecież nie dla wszystkich znajdzie się zajęcie. Potem byłyby niesnaski, problemy… Może w USA nam się uda.
 
Boruta wypływa rzeczywiście późnym popołudniem unikając wszelkich odpraw granicznych.
Chłopcy przed odejściem przywożą Ludkowi w prezencie spinakerbom. Ten to ma szczęście! Wystarczy, że czegoś potrzebuje i samo przyjdzie. Kilka miesięcy temu utopiłem piękny, aluminiowy spinakerbom, wykonany jeszcze przez Jurka Boehma w czasie postoju Marii w Durbanie. Martwiłem się cały czas, jak uzupełnić stratę. Bezowocnie szukałem różnych okazji w Rio, Vitorii, Salvadorze. Tylko Ludek się nie martwił: on wiedział, że spinakerbom sam do niego przyjdzie. Przypłynął w Cayenne! Znam więcej podobnych przykładów.

* * *
Siedzę sam na pokładzie. Jest późny wieczór, pięć godzin po wysokiej wodzie. Rybacy łodziowi wyruszają na morze. Czółnami – pirogami wypływają z rzeczułki dzielącej półwysep i miasto. To taki naturalny ciek, kanał, który uregulowano przy ujściu i nawet zbudowano nabrzeża. Rybacy mają po drodze płycizny i łachę mułu odsłaniającą się w czasie odpływu. Nie uruchamiają więc silników, płyną bezgłośnie na wiosłach lub odpychając się drągami, aż do miejsca, gdzie kotwiczy Maria. Niektórzy świecą latarkami i szukają czegoś w mule – przynęty? krabów? ryb? Potem zapuszczają Yamahy i rozpoczynają szaleńczy slalom między kadłubami jachtów i łańcuchami kotwicznymi. Hałasem obudzą zaraz Marka i zacznie się narzekanie. Ludek nie przejmuje się takimi drobiazgami, chyba żeby czółno trafiło w Marię. Moi „starsi panowie”, jak ich nazywam, śpią już dawno snem sprawiedliwych. Mogą spać na okrągło, czy dzień czy noc, mimo, że wewnątrz gorąco. Na pokładzie jest natomiast całkiem chłodno – to zasługa pasatu. Wiatr wieje niestrudzenie. Dzwoni fałami w aluminiowe maszty, pluszcze falą o dziób i burty – taki nieustanny pasatowy koncert.
Nad horyzontem, tam gdzie znikł Boruta, rozpościera się pasmo czarnych chmur. Bliżej, nad nami chmury są rzadsze i podświetlone odblaskiem miasta. Rzeka, która w dzień jest sepiowo-bura, teraz w nocnej poświacie jest srebrzysta. To cząsteczki mułu rozpraszają światło i dają taki piękny efekt. Na tej srebrzystej toni odcinają się białe i czarne sylwetki jachtów – domów w miasteczku na kotwicy. Mrugają wieczornym życiem bulaje.
Uspokajam zamęt myśli. Trzy dni postoju, ciągle bez wejściowej odprawy, a tyle wydarzeń, poznanych ludzi, nowych perspektyw. Co przyniesie jutro? Jak będą wyglądały dalsze plany? Czy tasiemka-talizman, zawiązana na lewym przegubie jeszcze w Salvadorze, odmieni nasze losy?
Na razie dobrze jest tu w Cayenne, w tym miasteczku na rzece. Przyjemna atmosfera, życzliwi ludzie dookoła. Nieznane pociąga i chciałoby się pozostać tu jakiś czas. Spróbować innego życia niż dotychczasowe, poznać życie innych. Potem wrócić do kraju i tam słuchać ze zdumieniem opowieści osób walczących o awanse, podwyżki, pozycje, splendory. Słuchać żali o zawiedzionych ambicjach, kłodach rzucanych pod nogi. Potakiwać głową ze zrozumieniem, nie rozumiejąc tych ludzi zupełnie. Szczególnie mając w oczach taki wieczór z chmurami rozstrzępionymi pasatem i z sercem pełnym wdzięczności, że świat jest taki piękny, i że ciągle go można dla siebie odkrywać.
Co przyniesie jutro? Dokąd powiedzie nas Maria?

Wojciech Jacobson
Cayenne, reda; luty 1984

Publikowane po raz pierwszy:
Zeszyty Żeglarskie, nr 6, sierpień 2003, s. 25.


Na temat postoju Marii w Cayenne zgadało się przypadkowo. Wojtek przeczytał naszą rozmowę z Kazimierzem Kaczorem, który wspominał spotkanie z jachtem Boruta na Kubie i w Miami.

– A wiesz, że w tym samym rejsie Boruta spotkał się z nami? – zapytał. – To był rok 1984, przełom lutego i  marca. Dwa polskie jachty weszły do Cayenne tego samego dnia w odstępie dwóch godzin – bez umawiania się! To znaczy: umówiłem się z Pawłem w Szczecinie rok wcześniej, że „spotkamy się gdzieś na Atlantyku”. Właśnie do tego nawiązał Paweł, wpisując się w Cayenne do księgi pamiątkowej Marii.
Jeszcze na Marii, w 1984 r., napisałem dwa opowiadania-wspomnienia z pobytu w Cayenne, było w nich także o spotkaniu z Borutą i Pawłem. Oba zamieściły Zeszyty Żeglarskie, nr 6 i 7 z 2003 r. Mam je w komputerze.

„Cayenne” jest właśnie jednym z owych dwóch opowiadań. Drugie – „Miasteczko na kotwicy” znajdziecie na naszej stronie już wkrótce.

– Na pokładzie Marii, oprócz Ludka i mnie – napisał jeszcze Wojtek – był Marek Kowalski (na jednym ze zdjęć jest w białej czapeczce) – magister inżynier chemik z Politechniki Szczecińskiej, świetny radiowiec-amator. Dosiadł na Marię wraz ze mną w czerwcu 1983 r w Montevideo. Od Montevideo do Brestu, we Francji, było nas w załodze Marii trzech, poza krótkim odcinkiem brazylijskim, Vitória – Salvador Bahia, kiedy Ludek płynął tylko z Markiem, bo ja płynąłem na francuskim jachcie Elocin, któremu brakowało załogi. Marek dopłynął z nami na Marii do Francji i tam wysiadł w czerwcu 1984 r.
Opowiadania z Marii posyłałem w tym czasie jako listy do Zbyszka Kosiorowskiego i on z tego coś robił dla radia szczecińskiego. Audycje słyszała Ewa – żona, ja nie, bo mnie nie było w kraju. Nie wiem, czy była audycja z Cayenne.
Zeszyty Żeglarskie to był kwartalnik, redagowany ciekawie przez Zenka Szostaka. Wychodził od 2002 do 2008. Potem przestał, bo skończyły sie dotacje z JK AZS, a Zenek nie był w stanie wydawać własnym sumptem. Ma nadal masę materiałów i marzy, że uda mu się wskrzesić Zeszyty w internecie.

Dodam jeszcze dla porządku, że w załodze Boruty byli: Paweł Morzycki – kapitan, Piotr Bartnicki, Mirosław Frątczak i Andrzej Lipiński.

Tekst Wojtka – mimo że opowiada o konkretnych ludziach i miejscach – jest, moim zdaniem, kawałkiem bardzo dobrej prozy. Dlatego zdecydowałem, by nie rozbijać toku narracji zdjęciami, które – wbrew pozorom – zawężałyby jej ponadczasowe wartości. Możecie je obejrzeć poniżej.

Kazimierz Robak
Żeglujmy Razem
24 maja 2014


1984_Cayenne_Ludek_03a_fot_Janusz_Kurbiel_sm

Ludomir Mączka na Marii w Cayenne, 1984

1984_Cayenne_sy_Maria_30w-7001_fot_Wojciech_Jacobson

Cayenne, 1984: Marek Kowalski („w białej czapeczce”) i Ludomir Mączka na Marii

1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_01_fot_Miroslaw_Fratczak

Cayenne, 1984: Ludomir Mączka na Marii

 

01-04_1984_sy_Boruta_11-w7001_fot_Miroslaw_Fratczak

s/y Boruta, 1984

 

1984_sy_Boruta_05_Pawel_Morzycki_fot_Andrzej_Lipinski

Paweł Morzycki, kapitan Boruty

 

1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_13_fot_Miroslaw_Fratczak

Cayenne, 1984: Maria widziana z pokładu Boruty
od lewej: Wojciech Jacobson, Ludomir Mączka, Marek Kowalski


1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_19_fot_Miroslaw_Fratczak

Cayenne, 1984: Maria widziana z pokładu Boruty

01-08_1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_25_fot_Wojciech_Jacobson

Cayenne, 1984: załoga Boruty na Marii
stoją (od lewej): Piotr Bartnicki, , Ludomir Mączka, Paweł Morzycki, Andrzej Lipiński, Mirosław Frątczak; siedzi: Marek Kowalski

1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_14_fot_Miroslaw_Fratczak

Cayenne, 1984: załoga Boruty na Marii;
od lewej: Andrzej Lipiński, Paweł Morzycki, Ludomir Mączka


1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_27_fot_Miroslaw_Fratczak

Cayenne: Ludomir Mączka widziany z pokładu Boruty

1984_Cayenne_KSIEGA_GOSCI_MARII_BORUTA_a_sm

Nie wiem, za czyją sprawą, ale jednak spotkaliśmy się. Cayenne, luty 1984
napisał w Księdze Gości Marii Paweł Morzycki, kapitan Boruty

_1984_Cayenne_karnawal_F1050002_sm_fot_Wojciech_Jacobson

Cayenne, 1984: karnawał

_1984_Cayenne_port_rybacki_F1050011_sm_fot_Wojciech_Jacobson _1984_Cayenne_port_rybacki_F1050016_sm_fot_Wojciech_Jacobson _1984_Cayenne_port_rybacki_F1050018_sm_fot_Wojciech_Jacobson

Cayenne, 1984: port rybacki

_1984_Cayenne_Vieux_Port_saveiros_F1050015_lev_sm_fot_Wojciech_Jacobson

1984_Cayenne_F1020015_sm_fot_Wojciech_Jacobson©

Saveiros przycumowane w Vieux Port w Cayenne

Zdjęcia pochodzą z archiwów: Wojciecha Jacobsona (ich autorami są Wojciech Jacobson i Janusz Kurbiel)
i jachtu Boruta (portret Pawła Morzyckiego jest autorstwa Andrzeja Lipińskiego, pozostałe zdjęcia– Mirosław Frątczak).
W Księdze Gości Marii – prawdopodobnie wskutek przesiąknięcia amerykańskim przeczuleniem na punkcie prywatności – usunąłem adresy i numery telefonów.
Kazimierz Robak

Calendar

« May 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Maj

A w maju
Zwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia,
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, maju!

Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!...

Julian Tuwim – „Do krytyków” (1920)

 

Maj – piąty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury
i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od czasownika „maić” – ‘stroić, zdobić zielenią
i kwiatami’.

W staropolszczyźnie piąty miesiąc roku nazywany był „trawień” (tej nazwy używa język białoruski i ukraiński: травень ‘maj’, oraz chorwacki – travanj, ale tam tak nazywa się kwiecień) – wiadomo dlaczego.

 

Łaciński Maius zawiera
w sobie imię matki boga Merkurego – nimfy Mai.

 

Dwie dodatkowe etymologie nazwy Maius podaje Owidiusz w ks. V poematu Fasti (8 r. n.e.), traktującego o kalendarzu rzymskim.

Pierwsza wywodzi nazwę miesiąca od majestatu (Maiestas) – na przykład bogini, ale i cesarza, bo niech ktoś tylko spróbuje zaprzeczyć i powie, że cezar Majestatem nie jest!
Drugi owidiuszowski źródłosłów kieruje do starszych (maiores) – w tym wypadku senatorów rzymskich.

Na Owidiusza powołują się różne źródła i autorytety, ale jego wywody słowotwórcze mają tyle wspólnego
z językoznawstwem, co kamień węgielny z węglem kamiennym.

Owidiusz był poetą
i dworakiem – trudno powiedzieć, czym za swego życia bardziej. Boccaccio pisał, by się podobać damom, Owidiusz – by się podobać cesarzowi. Pierwszemu się udało, drugiemu – nie:
w dworactwie poeta nie miał szczęścia, bo inaczej nie dostałby wyroku wygnania (do dziś nikt nie wie, za co). Ale tworzył i wysysał
z palca, co mógł, byle tylko przypodobać się zwierzchności.

Maiestas – to oczywiste, bo bogini – boginią, ale podkadzenie imperatorowi zaszkodzić nie mogło, zwłaszcza że bogini daleko,
a cesarz – blisko.

Maiores – a czy źle było zaskarbić sobie niewinnym pochlebstewkiem życzliwość starców? Którzy – czy ich cesarz lubił czy nie – wciąż jeszcze coś mogli i o czymś tam decydowali.
Zresztą, na zasadzie świeczki i ogarka, Owidiusz nazwę następnego miesiąca, Iunius, w następnej księdze tego samego poematu wywodzi od słowa iuniores ‘młodzi’. Tak że Owidiuszem nie ma sobie co głowy zawracać.
Z równym powodzeniem moglibyśmy wywodzić nazwę „maj” od nazwiska Żemajska (i opiewać piękność obojga), gdyby tylko celem do sforsowania była dla nas twierdza piękności tejże damy. Albo – ogarnięci górnolotnym zapałem – moglibyśmy twierdzić, że z całą pewnością przodkowie nasi miesiąc „maj” nazwali od hasła „Trzymajmy się!”, co było nawiązaniem do szczytnych tradycji, woli przetrwania i misji dziejowej dającej nam pierwszeństwo nad innymi, a maj, jako symbol wiosny i odrodze-
nia… i tak dalej, i dalej.

 

Tak czy siak, nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

W drugiej dekadzie maja panują najchłodniejsze dni wiosenne, więc klimatycznie ten miesiąc też raczej zaprzecza swej symbolice
i w tym kontekście fraza
w w sercu ciągle maj brzmi co najmniej dwuznacznie, jak zresztą wszystko w poezji Jeremiego Wielkiego.

Ochłodzenie majowe jest zjawiskiem klimatycznym charakterystycznym dla całej Europy Środkowej: po okresie utrzymywania się wyżu barycznego nad Europą Środkową i Wschodnią następuje zmiana cyrkulacji atmosferycznej i przy słabnącym wyżu zaczyna – wraz z niżem barycznym – napływać zimne powietrze
z obszarów polarnych.

Według tradycji ludowej środek maja powinien być zimny, deszczowy, a czasem mroźny – jest to znakiem, że aż do jesieni nie powinno być przymrozków.

 

1 maja to Święto Pracy,
w Polsce święto państwowe.

We Francji 1 maja to, oprócz uroczystości organizowanych przez L’Humanité, święto konwalii (la fête du muguet).

 

Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, dzieje się w maju.

 

2 maja to w Polsce Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej.

 

3 maja jest w Polsce świętem państwowym, które oficjalnie nazywa się Święto Narodowe Trzeciego Maja. Ustanowiono je dla upamiętnienia uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Obojga Narodów (3 maja 1791).

…od razu się przyznam. Datownik maja mam niedokończony. Sporo tego, ale jakoś tak się składa, że
z tych wydarzeń, które do tej pory wziąłem na warsztat, większość związana jest
z Rosją. No a przecież, jeśli po Konstytucji – którą się
u nas czci prawie jak konkordat, a już na pewno jak Kościuszkę i Pułaskiego razem wziętych – dam rocznice wydarzeń spod Romanowych, z bolszewii lub z Putinogorska, to będzie wstyd i obraza Boska. Po TAKIEJ Konstytucji? Lepiej zatem poprzestanę na tym, co powyżej (na razie, bo praca trwa)…

 

Znaki Zodiaku w maju:
Byk (♉) – do 20 maja
Bliźnięta (♊) – od 21 maja (najweselszy
i najpogodniejszy znak Zodiaku).

Horoskopy Bliźnięta mają pomyślne w dowolnym układzie, nawet w czarnym PR.

Ludzie spod znaku Bliźniąt
w ogóle nie osiągają dojrzałości zarówno intelektualnej, jak
i uczuciowej.
Jedyne, co naprawdę potrafią, to raz w tygodniu wypełnić kupon gry liczbowej.
Niezdarnie to ukrywają, ale największą przyjemność sprawia im dłubanie w nosie.
Zapraszając takiego do domu należy pamiętać, że kradnie
i koniecznie przed wyjściem zrewidować.

Zauważcie, że nawet zawodowi hejterzy dają Bliźniętom pozytywną recenzję (co jest złego w grach liczbowych, dłubaniu w nosie – dla zdrowia przecież, albo
w zapobiegliwości?) – po prostu nie mają się do czego przyczepić!

Porównajcie z takim wczesnomajowym Bykiem, który ma:

wdzięk powiatowego Casanovy i skłonności dewiacyjne.
Niczym niezmącone przekonanie, że jest pępkiem świata.
Lubi mizdrzyć się zarówno przed lustrem jak i w pracy.
Najbliższą rodzinę terroryzuje od urodzenia do późnej starości.
Nigdy niczego nie czyta, choć o wszystkim ma z góry wyrobione zdanie.
Charakteryzuje go brak umiarkowanie w jedzeniu
i piciu.
Oderwać od rozkoszy stołu mogą go jedynie rozkosze łoża – przy czym i tu Byk będzie dążył do wyuzdanych uciech, nazywając je dla niepoznaki „wyższą sztuką”.
Lenistwo swoje i brak zainteresowania światem zewnętrznym Byki nazywają „dbaniem o domowe ognisko”, a brak wyższych uczuć „stąpaniem twardo po ziemi”.
Wreszcie swą ociężałość umysłową i skrajny konserwatyzm nazywają „przywiązaniem do tradycji” i „opieraniem się na sprawdzonych wzorcach”. Jednym słowem – to leniwi hedoniści, pogrążeni
w brudnej rozpuście
(no dobrze: „brudnej” możemy skreślić, bo znajomy Doktor obrazi się już na amen).

Albo z późnoczerwcowym Rakiem:

Urodzeni pod znakiem Raka oszukują na każdym kroku, zdradzają, uwielbiają podłożyć świnię.
Rakom nie można wierzyć nigdy i w niczym.
Jeśli np. Rak mówi „Cenię sobie twoją przyjaźń”, to można być pewnym, że przed godziną napisał na ciebie donos do szefa.
Raki stale komuś czegoś zazdroszczą, a po dwudziestym piątym roku życia łysieją, garbią się
i tracą zęby.
Słusznie zresztą.

No przecież szkoda słów, bo tu nie pomoże nawet oddział zamknięty.

A kolejne horoskopy są jeszcze gorsze (czytajcie, to się dowiecie), więc po prostu Bliźnięta – których i tak nawet czarny piar się nie ima – punktują z miesiąca na miesiąc.

 

Kwiaty maja:

Konwalia (Convallaria maialis L.) – bylina o kwiatach słodko pachnących, ale zdradziecka, bo silnie trująca; uznawana jest za kwiat szczęścia, pomyślności i młodości; ponieważ symbolizuje też czystość
i skromność, więc często wplatana jest w bukiety ślubne panien młodych (o symbolice toposu „trucizna pod słodyczą” etymologia ludowa jakoś milczy).

Niekontrolowana – konwalia staje się chwastem i to bardzo trudnym do usunięcia, ponieważ łatwo odrasta (ciekawe, czy ma to jakiś związek symboliczny
z owymi bukietami ślubnymi
i skromnością – może odrastają w sposób naturalny…).

Suszone, sproszkowane kwiaty konwalii dodawane są czasem do tabaki – w obliczu powszechnie znanych trujących właściwości substancji psychoaktywnych w tabace zawartych szczypta konwalii różnicy nie czyni.

Duże zastosowanie ma konwalia w medycynie
i zielarstwie, ale i tu ostrzega się przed zejściem wskutek przedawkowania.

W tzw. alfabecie kwietnym konwalie oznaczają nieśmiałość, co jest zrozumiałe: któż by, niewinnym będąc, do trucia jadem zabierał się śmiało?

Duże znaczenia ma konwalia w ikonografii maryjnej, ale to tematyka zbyt szeroka, by ją roztrząsać właśnie tu.

 

Głóg (Crataegus monogyna Jacq.), któremu botanicy dodają epitet „jednoszyjkowy” (co chyba nie jest obraźliwe); symbolizował on ostrożność i nadzieję, na szczęście bardzo dawno temu, bo
w średniowieczu; dziś tylko kłuje i nadaje się na nalewkę.

 

Kamień maja:

Szmaragd – symbolizujący miłość
i powodzenie.

 

W ogóle maj to miesiąc nijaki, coś takiego właśnie jak konwalia:

Maj jest dziwny. Dokładnie taki jak konwalia: trochę aromatu, ale zaraz jakieś przedawkowania i groźba zejścia. Nic dziwnego, że mądrość ludowa odradza zawierania małżeństw w maju (znam majowe
i szczęśliwe, ale być może to wyjątki potwierdzające regułę). I gdyby nie to, że jego ostatnia dekada przynosi najlepszy znak Zodiaku, czyli Bliźnięta, to ogólnie byłoby z majem kiepsko.

Kwiecień, na przykład, zaczyna się od primaaprilisowych wygłupów – i od razu jest weselej.
A popatrzcie, od czego startuje maj: od święta pracy, do której każdy chodzi, bo musi, więc to jest tak, jakby więźniowie obchodzili dzień św. Penitencji i cieszyli się, że jeszcze trochę posiedzą. To mogły wymyślić tylko Byki!
Na szczęście kogo jak kogo, ale ludzi pomysłowych u nas nie brakuje (a założę się, że większość z nich jest spod znaku Bliźniąt) – gdyby nie oni, to już by się w ogóle
w maju nie dało wytrzymać. Bowiem ludzie pomysłowi (zwłaszcza ci spod znaku Bliźniąt) połączyli „święto pracy” z innymi okolicznymi świętami, włączając w to weekendy z przodu i z tyłu,
i stworzyli jeden
z najdłuższych weekendów nowoczesnego świata; weekend, który – jak go dobrze ułożyć – może potrwać nawet 10 dni.
I nawet znajomego lekarza nie trzeba!
A gdy wreszcie, w co nie wątpię, za dzień święty zostanie uznane Święto Kanonizacji, to weekend majowy, podczas którego będzie można kompletnie zapomnieć o pracy, dojść może do dni szesnastu, a kto wie, czy nie więcej.

I ponieważ prawie zaraz po tym weekendzie przychodzą Bliźnięta, to maj daje się jakoś przetrzymać – mimo konwalii, szmaragdów, głogów jednoszyjkowych
i trzech ogrodników, których same imiona wywołują taki dreszcz, że nagłe chłody wcale nie są potrzebne.

Maj jednak rehabilituje się imieninami:
• Moniki;
• Stanisława – ale tylko częściowo, bo połowa Stachów uciekła od Szczepanowskiego do Kostki, tak że nigdy nie wiadomo, który kiedy obchodzi;
• Zofii (Zocha, przecież wiesz, że to o Tobie: wszystkiego najlepszego!)
• i Joanny – które już piękniejszego dnia na imieniny wybrać nie mogły!

 

Śluby i wesela w maju:
w żadnym wypadku! Ale zastrzegam jeszcze raz: tylko według mądrości ludu.

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
piąty miesiąc roku to:

białoruskiмай [maj], травень [trawień]
bośniackimaj
bułgarskiмай [maj]
chorwackimaj
czeskikvěten
kaszubskimôj (też: gòran, maj)
litewskigegužė
łatgalskiLopu (też: maja)
łużycki (dolny)rozhelony (też: rožownik, maj)
łużycki (górny)meja (też: róžownik)
łotewskimaijs
rosyjskiмай [maj]
macedońskiмај albo косар [kosar]
serbskimaj
słowackimáj
słoweńskimaj
ukraińskiтравень [trawień]
żmudzkigegožė

 

Przysłowia związane
z majem:

Chłodny maj,
dobry urodzaj.

Ciepły kwiecień, mokry maj
– będzie zboże jako gaj.

Częste w maju grzmoty
rozpraszają chłopom zgryzoty.

Deszcz majowy,
chleb gotowy.

Deszcz na pierwszym maju,
chyba w urodzaju.

Dużo chrabąszczów w maju,
proso będzie gdyby w maju.

Gdy kukułka w maju,
spodziewaj się urodzaju

Gdy maj jest przy pogodzie,
nie bywają siana w szkodzie.

Gdy się maj z grzmotem
odezwie na wschodzie,
rok sprzyja sianu
i zbożu w urodzie.

Gdy się w maju pszczoły roją,
takie roje w wielkiej cenie stoją.

Grzmot w maju
sprzyja urodzaju.

Jak pszczółki na wiosnę z ula
wcześnie wylatują,
to pewnie mróz na drzewa
w maju nam zwiastują.

Jak w maju zimno,
to w stodole ciémno.

Jeśli w maju grzmot,
rośnie wszystko w lot.

Kiedy lipa w maju kwitnie,
to w ulach miód zawiśnie.

Kiedy mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

Kiedy pierwszy maj płacze,
będą chude klacze.

Kto się w maju urodzi,
dobrze mu się powodzi.

Maj – wołom daj
i sam na piec uciekaj.

Na pierwszego maja szron
obiecuje dobry plon.

Na pierwszy maj
ostatek bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj:
w piecu sobie napal,
za niego się wal.

Nastał miesiąc maj,
kożdy o się dbaj.

Niedalekoć już do maja,
więc nie uchodź za mazgaja.

Nie zawsze na ziemi maj,
nie zawsze
ludzkiemu szczęściu raj.

Pierwszego maja deszcz,
nieurodzaju wieszcz.

Pierwszy maja poranek
jest tęskliwym dla kochanek.

Przyjdzie maj,
przedsię bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj.

Tyle przymrozków w maju,
ile ich było przed św. Michałem.

W maju…
Np. Zobaczymy się
w maju…

[tj. nie teraz, kiedyś może, nigdy]

W maju jak w gaju.

W maju szumne sosieneczki,
wonne puszczą ci chojneczki.

W maju wieje, trochę pada,
coraz bliżej listopada

Witaj nam maiczku
ze słowikiem w gaiczku.

Wody w maju stojące
szkodę przynoszą łące.

 

Przysłowia na
św. Stanisława (8 V):

Do św. Stanisława
z pastuchami sprawa.

Jak się len zasieje
w św. Stanisława
to tak urośnie, jako ława.

Na św. Stanisława
rośnie koniom trawa.

Na św. Stanisława
żytko kieby ława.

Św. Stanisław len sieje,
Zofija konopie,
A Urban jęczmień i owies
każe kończyć, chłopie.

Św. Stanisław –
pierwszy siew prosa,
a ostatni owsa.

 

Przysłowia na
św. Pankracego, Serwacego
i Bonifacego
(12, 13 i 14 V)
:

Jak się rozsierdzi Serwacy,
to wszystko zmrozi
i przeinaczy.

Jasny dzień Pankracego
przyczynia wina dobrego.

Pankracy, Serwacy, Bonifacy
– źli na ogrody chłopacy.

Przed Serwacjuszem nie trzeba
pewnego się lata spodziewać.

 

Przysłowia na
św. Zofię (15 V):

Dla świętej Zosi
kłos się podnosi

Na św. Zofiją
pola w kłos wybiją.

Niechaj mnie Zośka
o wiersze nie prosi

[oczywiście to nie przysłowie, tylko cytat ze Słowackiego]

Św. Zofija ciepło rozwija.

Św. Zofija kłosy wywija.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha