Wojciech Jacobson

Cayenne

Nowy port, nowe miejsce, to dreszcz niepokoju ale i radość odkrywania. Tak, odkrywania! Własne doznania są najpiękniejszymi odkryciami, których nie zastąpią opisy locji, przewodników czy – jak chciałby Ludek – lektura „Geografii Powszechnej Świata”.

W Cayenne na pierwszy wypad wybieram się z Pawłem Morzyckim, kapitanem jachtu Boruta. Nasze dwa jachty spotkały się nieoczekiwanie wczoraj, wkrótce po wejściu do portu. W rannych godzinach, była już w mieście załoga Pawła. Wrócili zdegustowani – „gorąco, drogo…”. Jasne, że drogo! Po wizycie w Brazylii każdy następny kraj po tej stronie Atlantyku nie będzie już tani. Cayenne szczególnie, bo to przecież prowincja francuska i ceny takie same lub wyższe niż w metropolii.
Brazylia jest tania dla cudzoziemców dzięki wysokiemu kursowi dewiz. Właściwie są dwa kursy: normalny – obowiązujący w bankach i paralelo – równoległy, trzykrotnie wyższy. Po tym drugim kursie wymienia się dolary w kantorach. Przeliczenie pozwala cudzoziemskim przybyszom czuć się swobodnie – tak jak to było do niedawna w Polsce. Tę koniunkturę wykorzystują brazylijscy rybacy-szmuglerzy. Przy pomoście w Cayenne stoi zawsze po kilka kolorowych saveiros. Pod pozorem handlu rybami przywożą z Brazylii wszystko, co można sprzedać korzystnie za twardą walutę. Skąd my to znamy?
Odpływ. Lekko pochylone , bajecznie barwne i piękne kutry tkwią w mule koło palisady pomostu. Przy ich burtach zostawiamy naszego bączka i przez pokłady gramolimy się na keję. Jak okiem sięgnąć, hen po horyzont, ciągną się błyszczące łachy mułu i piasku. Piękny i groźny to widok. Biada temu, kto usiłowałby stąpnąć na te pozorne osuchy. Henri Charriére opisał w „Papillon” tragedię więźniów próbujących – przy odpływie – ucieczki z Diabelskiej Wyspy. Tylko wodne ptaki – czaple, flamingi, albatrosy, mewy nie boją się błota i mułu. Dla nich to uczta – owoce morza są na powierzchni. Nas fascynują małe płaskie, flądrowate ryby, które ni to pływając ni to chodząc poruszają się swobodnie w mule. Dostosowały się barwą do szaro-brunatnego podłoża i właściwie ich nie widać. Dopiero ruch zdradza ich obecność. Szkoda, że nie mam kolorowego filmu.
Na kei budka z napisem Police frontiére. Pusta, zamknięta na głucho. Ktoś nam objaśnia, że dyżurny policjant zjawia się kilka razy w tygodniu, zwykle rano. Przyjeżdża półfurgonetką Renault 12. Trudno go będzie złapać, bo dotarcie łódką do kei wymaga sporo czasu i sprzyjającego pływu.
* * *
Dobrze się nam wędruje z Pawłem. Jest z kim dzielić wrażenia. Obaj lubimy chodzić pieszo. Podobnie reagujemy na świat, obaj chłoniemy nowe. Obaj uciekliśmy od nieco zatęchłej atmosfery na naszych jachtach i od towarzystwa, które już się nieco znudziło. Ja miałem swój dwutygodniowy „urlop” z Francuzami i Niemcami na jachcie Elocin, ale Paweł tłucze się ze swoimi chłopcami już blisko rok. Paweł jest młody, rzutki, otarty w świecie poprzez studenckie wyprawy geologiczno-geograficzne. Podobnie jak Ludek jest z zawodu geologiem. Swobodnie włada francuskim i angielskim. W swoim czasie był najmłodszym kapitanem jachtowym w Polsce, zdobył patent mając 19 lat.

 
Cieszymy się ładnym, czystym miastem, uśmiechami dziewcząt. Upał, przewiany pasatem, jakoś nam nie dokucza. Szukamy poczty. Mała agencja mieści się przy Place Héder, w śródmieściu, ale poste restante jest w tylko w głównym urzędzie na peryferiach.
– Czy to daleko? – pytamy czarnego urzędnika.

 
– Cztery kilometry, musicie wziąć taksówkę.

 
O nie! Mamy czas, mamy cel – zwiedzamy miasto na piechotę.

 
Cayenne jest nieduże, liczy zaledwie 32 tysiące mieszkańców, co i tak stanowi 60 procent całej populacji Gujany Francuskiej. Śródmieście jest ładnie utrzymane – dużo skwerów, trawników. Domy urzędowe swoim stylem i białością przypominają okres kolonialny. Sporo restauracji, sklepików i małych hoteli. Przedmieścia to typowe murzyńskie slumsy, ale nie tak ubogie jak brazylijskie favele.
W stolicy Gujany nie ma rodowitych mieszkańców tej krainy – Indian. Ci siedzą nadal w interiorze. Czasy dominacji białych też już minęły. Dawni kolonizatorzy są w odwrocie, pozostawili sobie tylko wyższe stanowiska administracyjne i wojskowe. Domeną białych są również placówki naukowe i ośrodek kosmiczny w Kourou, 50 kilometrów od Cayenne. Cały handel i gastronomia przeszły w ręce kolorowych. Przyglądamy się szyldom restauracji i sklepów – same chińskie napisy! Chińczycy przybyli tu po drugiej wojnie światowej. Swoją pracowitością i obrotnością szybko wspięli się w hierarchii społecznej na drugie miejsce spychając czarną ludność na niższy szczebel. Niżej są tylko Indianie, ale ci pozostali w puszczy zajmując się tradycyjnie myślistwem. Nową grupą ludnościową są przybysze z Indochin – Hmongowie. Spotkanie z nimi miało nastąpić później.

 
Przechodzimy z Pawłem obok Marché chinois, chińskiego ryneczku obok hali targowej. Pełno tam postaci w długich tybetańskich strojach z głowami uwieńczonymi płaskimi kapeluszami lub czarnymi fezami. Na straganach czy na matach położonych wprost na ziemi owoce i warzywa, a przede wszystkim ostre przyprawy, których daremnie szukałem po drodze w supermarkecie. Znalazłem tam co prawda Cayenne pepper ale… importowany z Francji! Muszę powrócić z Ludkiem na chiński targ.

 
Gospodarka gujańska nie jest samowystarczalna. Większość zaopatrzenia jest przywożona z Europy. Nawet warzywa i owoce. W ogromnych workach widzimy piękną cebulę z… Holandii. Dlaczego nie z Polski? Podobne artykuły mają trzy różne ceny. Najdroższe są te sprowadzane samolotami, tańsze – drogą morską. Najniższą cenę mają produkty lokalne. Wszystko wyjaśnione odpowiednimi wywieszkami.
Na poczcie – radość! Czeka na nas cała paczka listów. Trzeba je jednak wykupić z poste restante za twarde dewizy. Nie ma róży bez kolców. Miał rację Zbyszek Siniecki, nasz dobry duch z Rio de Janeiro, wysyłając zaległą korespondencję na adres agencji morskiej „Somerig”. Prócz listów, bez opłaty, otrzymaliśmy jeszcze uśmiech pięknej dziewczyny!

 
Szybko przeglądam korespondencję w klimatyzowanym pomieszczeniu poczty. Potem, już w domu, na łódce, czytam dokładnie i częściowo na głos, by wiadomości dotarły do Ludka i Marka. Wśród listów jest jeden, który może zmienić nasze plany żeglugowe, a w konsekwencji życie w najbliższych latach. To list z Paryża od Janusza Kurbiela. Janusz proponuje, byśmy płynęli Marią wprost do Francji, a potem wzięli udział w jego wyprawie arktycznej. Szczegóły omówi z nami osobiście bo zamierza przylecieć tu, do Cayenne. Bomba! Mamy tylko dać znać do Paryża o naszym dotarciu do Gujany.

 
Zamęt w głowie i dreszcz niepokoju. Co o tym myśleć? Czyżby to siła magiczna tasiemki spod kościoła Bom Fim w Salvadorze kierowała naszymi losami? Właściwie nasze plany są luźne. Tam dokąd chcielibyśmy płynąć – Meksyk, Stany Zjednoczone – nie mamy wiz. Kanada, gdzie ma odbyć się zlot żaglowców, jest odległa i też nie wiemy, jak zdobyć wizy. Trzeba wszystko rozważyć.

 
Fragmenty listu Janusza czytam wieczorem chłopakom na Borucie. Pokazuję też świeżo otrzymane i pięknie ilustrowane artykuły z Figaro Magazine o ostatniej wyprawie Janusza do bieguna magnetycznego. Załoga Boruty zrobiła dla nas przyjęcie powitalne połączone z imieninami Mirka Frątczaka. Snują się żeglarskie opowieści. Chłopcy wpatrzeni w Ludka – żywą legendę żeglarstwa polskiego. A Ludek po paru kieliszkach rozkręca się i nie trzeba go już ciągnąć za język. Większość historyjek Ludka znam na pamięć, wiem kiedy i jaka nastąpi puenta. Tym niemniej przysłuchuję się z przyjemnością.

 
– Czy zauważyliście – mówi Ludek – ilu tu, na tym kotwicowisku, stoi jachtów w żegludze solo? U nas każdy dalszy rejs samotny ma zagwarantowaną nagrodę w dorocznych plebiscytach. We Francji, Anglii i wielu innych krajach nie zwracają już uwagi na takie rejsy, przestali rejestrować.
– Kiedyś, w Kapsztadzie, – ciągnie Ludek – Utz Muller, niemiecki żeglarz samotny, opowiadał mi przy szklaneczce „captain’s special” – grogu własnej recepty, jak to kotwiczył przy którejś z wysp na Pacyfiku. Wokół niego stało dziesięć jachtów, z tego osiem to byli samotnicy, a pozostałe dwa płynęły rodzinnie. Zauważcie jeszcze jedno: oni nie znają takich pływań, jakie my uprawiamy. I chyba patrzą podejrzliwie na czysto męskie załogi…

 
– Czy to ten sam Utz – wtrącam – o którym pisał Jurek Pisz w książce „Marią przez Pacyfik”?

 
– Tak, ten sam. Spotkaliśmy go dwa razy na Pacyfiku, a potem jeszcze raz zobaczyłem się z nim w Kapsztadzie. To zawodowy marynarz, już na emeryturze. Na swoim kutrze żaglowym Frauken zdążył dwa razy opłynąć świat dookoła. Kupiłem od niego za 120 dolarów łańcuch kotwiczny „dziesiątkę” i tę ciężką 70-kilogramową „admirałkę”, która leży na dziobie…

 
 

 
Chłopcy z Boruty też mają o czym opowiadać. Przypłynęli z Europy przez Lizbonę, wyspy Kanaryjskie i Zielonego Przylądka, Afrykę Zachodnią do Brazylii i Gujany Francuskiej. Zaliczyli 40 portów. W Recife zdobyli sympatię konsula amerykańskiego i dostali wizy do Stanów – to, czego nam nie udało się uzyskać w Rio de Janeiro. Jacht wyczarterowali z LOK-u pod warunkiem, że go sami wyremontują. Mało powiedzieć „wyremontują” – przywrócą do życia coś, co było już wrakiem. Pracowali sami bez pieniędzy od protektorów. Oczywiście mieli sporo perypetii przed wyjściem w morze. Radiostacja, którą zgodnie z przepisami musieli posiadać, ważyła pół tony i działała tylko w porcie. Zostawili ją po drodze, w Anglii. Zaliczają piękny rejs wokół Atlantyku, logiczną szybką trasą. W mojej opinii już teraz są kandydatami do wyróżnienia nagrodą za rejs roku.
Z tymi nagrodami różnie bywa. Często przypadają głośniejszym, bardziej reklamowanym, a za to popieranym z państwowej kasy wyprawom. Do jury nie docierają wszystkie informacje i niuanse dotyczące rejsów. Ze zdumieniem czytaliśmy kiedyś o przyznaniu jednej z nagród kapitanowi XY. O tym samym kapitanie mieliśmy informację od bosmana pewnego portu w Hiszpanii, że – właśnie w tym nagrodzonym rejsie – robił pijackie awantury z tłuczeniem szyb i interwencją policji włącznie. Nie była to jedyna relacja: w kolejnych portach powtarzały się podobne historie z XY, o czym powiedzieli nam inni żeglarze. Jury zna tylko trasę i przebyte mile, nie dowiaduje się o innych aspektach i szczegółach rejsów.
 
Opowiadania na Borucie ciągną się do jasnego dnia, ale ja wyrywam się wcześniej. Muszę telefonować nocą do Francji i wykorzystać dobry moment między pływami do przeprawy na ląd. W Cayenne nie ma biura telefonów. Znajomi żeglarze radzili, by dzwonić z jakiegoś hotelu. Pierwszy po drodze Hôtel de Ville okazał się magistratem, następny Hôtel de Police – komisariatem. Po dalekiej nocnej wędrówce wzdłuż cmentarza trafiłem do Novotelu, gdzie był automat i dalsze połączenie było już formalnością międzymiastową. Międzymiastową, bo Gujana to też Francja i opłata jest „krajowa”. Niestety po drugiej stronie odezwał się répondeur, czyli automat, zostawiłem więc tylko pozdrowienia z Cayenne i zapowiedź następnego telefonu.
 
Wyprawę na ląd z Pawłem powtórzyłem w niedzielę. Idziemy razem na mszę do kościoła katolickiego. To także poznawanie świata i lokalnego folkloru.
Większość wiernych to Murzyni i Kreole, biali są nieliczni. Czarne dzieci, ślicznie wyglądające w białych komżach i sukienkach, aktywnie uczestniczą w liturgii. Małe, ośmioletnie dziewczynki zbierają kwestę do koszyczków. Pośrodku kościoła czekają na nie starsi chłopcy z opłatkami i winem na tacy. Razem ruszają podwójnym szpalerem w stronę celebransa, przekazują chleb i wino, a koszyczki zostawiają u stóp ołtarza. Gdy kapłan w czasie Ofiarowania błogosławi dary ziemi i pracy rąk ludzkich, dziewczęta podnoszą koszyczki w górę, podkreślając, że jest to wspólna ofiara wszystkich wiernych. Z kolei chłopcy, idąc wzdłuż kościoła, ściskali dłonie w znaku pokoju pierwszym osobom w każdej ławce, by gest był przekazany dalej.
Zadziwia nas dyscyplina i kultura śpiewania, tak charakterystyczna dla Francji. Nawet tu, w czarnym, tropikalnym departamencie, śpiew kościelny nie był puszczony na żywioł. Na podwyższeniu, nieco poniżej ołtarza, stała dyrygentka i energicznymi ruchami, z profesjonalną swobodą, prowadziła śpiewanie, nadawała tempo i wyciągała niuanse melodii.
Jedna z melodii wydaje się dziwnie swojska. Przysłuchujemy się… przecież to „Góralu, czy ci nie żal”! Tylko słowa francuskie i zapewne bardziej świątobliwe. Za sprawą polskiego Papieża góralsko-towarzyska piosenka została nobilitowana i robi zagraniczną karierę!
W trakcie mszy z sąsiedniej ławki spada mszalik czy śpiewnik. Schylamy się obaj, jak na wyścigi i oddajemy zgubę białej właścicielce. Po mszy, pod kościołem, ta sama pani podchodzi do nas i pyta z uśmiechem:
De quelle planète vous êtes Monsieurs? Z jakie planety przybywacie, panowie?
I widząc nasze zdziwienie dodaje:
– Bo gdzie na tej ziemi są mężczyźni, którzy chodzą do kościoła i podnoszą z podłogi, gdy kobieta coś upuści? We Francji kiedyś byli tacy, ale teraz już ich nie ma… De quelle planète vous arrivez? – powtarza.
Notre planète s’apelle Pologne… – zaczyna się konwersacja i opowiadania.
Spacerkiem idziemy na skwer, skąd możemy w oddali pokazać nasze łódki na kotwicy.
– Żałuję, że nie mam samochodu, pokazałabym wam chętnie Cayenne i okolice. Zazdroszczę wam tej żeglugi, sama lubię podróżować. Jak długo zamierzacie zostać w Cayenne? – pyta nasza Pani.
– To zależy, jak się ułożą warunki. Chcielibyśmy pozostać tutaj miesiąc lub dwa, o ile znajdziemy pracę dorywczą – odpowiadam. – Kasa okrętowa wymaga podreperowania. Mamy w załodze radiowca, mechanika, geologa, chemika…
– O pracę jest łatwiej w Kourou. Tam stale potrzebują techników w ośrodku kosmicznym. Ale… może moi znajomi mogliby wam coś pomoc? Tu niedaleko jest restauracja „Bar-Saloon”, jej szef, Frederick Hermann, jest moim dobrym znajomym. Zwróćcie się do niego i powołajcie na Charlottę!
Wracamy do łódek podekscytowani nową perspektywą.
– Co sądzisz o tym, Paweł?
– Ja rezygnuję. Nie mamy wiz, nie mamy dotąd odprawy, mogą być kłopoty. Poza tym chciałbym zdążyć na karnawał w Trynidadzie a mamy już tylko tydzień na przelot. Wyjdziemy chyba dzisiaj przy wysokiej wodzie… Jedna prośba, Wojtek.
– ???
– Nie mów nic chłopakom o tych niepewnych możliwościach. Bardzo się napalają, by gdzieś zarobić trochę grosza, ale przecież nie dla wszystkich znajdzie się zajęcie. Potem byłyby niesnaski, problemy… Może w USA nam się uda.
 
Boruta wypływa rzeczywiście późnym popołudniem unikając wszelkich odpraw granicznych.
Chłopcy przed odejściem przywożą Ludkowi w prezencie spinakerbom. Ten to ma szczęście! Wystarczy, że czegoś potrzebuje i samo przyjdzie. Kilka miesięcy temu utopiłem piękny, aluminiowy spinakerbom, wykonany jeszcze przez Jurka Boehma w czasie postoju Marii w Durbanie. Martwiłem się cały czas, jak uzupełnić stratę. Bezowocnie szukałem różnych okazji w Rio, Vitorii, Salvadorze. Tylko Ludek się nie martwił: on wiedział, że spinakerbom sam do niego przyjdzie. Przypłynął w Cayenne! Znam więcej podobnych przykładów.

* * *
Siedzę sam na pokładzie. Jest późny wieczór, pięć godzin po wysokiej wodzie. Rybacy łodziowi wyruszają na morze. Czółnami – pirogami wypływają z rzeczułki dzielącej półwysep i miasto. To taki naturalny ciek, kanał, który uregulowano przy ujściu i nawet zbudowano nabrzeża. Rybacy mają po drodze płycizny i łachę mułu odsłaniającą się w czasie odpływu. Nie uruchamiają więc silników, płyną bezgłośnie na wiosłach lub odpychając się drągami, aż do miejsca, gdzie kotwiczy Maria. Niektórzy świecą latarkami i szukają czegoś w mule – przynęty? krabów? ryb? Potem zapuszczają Yamahy i rozpoczynają szaleńczy slalom między kadłubami jachtów i łańcuchami kotwicznymi. Hałasem obudzą zaraz Marka i zacznie się narzekanie. Ludek nie przejmuje się takimi drobiazgami, chyba żeby czółno trafiło w Marię. Moi „starsi panowie”, jak ich nazywam, śpią już dawno snem sprawiedliwych. Mogą spać na okrągło, czy dzień czy noc, mimo, że wewnątrz gorąco. Na pokładzie jest natomiast całkiem chłodno – to zasługa pasatu. Wiatr wieje niestrudzenie. Dzwoni fałami w aluminiowe maszty, pluszcze falą o dziób i burty – taki nieustanny pasatowy koncert.
Nad horyzontem, tam gdzie znikł Boruta, rozpościera się pasmo czarnych chmur. Bliżej, nad nami chmury są rzadsze i podświetlone odblaskiem miasta. Rzeka, która w dzień jest sepiowo-bura, teraz w nocnej poświacie jest srebrzysta. To cząsteczki mułu rozpraszają światło i dają taki piękny efekt. Na tej srebrzystej toni odcinają się białe i czarne sylwetki jachtów – domów w miasteczku na kotwicy. Mrugają wieczornym życiem bulaje.
Uspokajam zamęt myśli. Trzy dni postoju, ciągle bez wejściowej odprawy, a tyle wydarzeń, poznanych ludzi, nowych perspektyw. Co przyniesie jutro? Jak będą wyglądały dalsze plany? Czy tasiemka-talizman, zawiązana na lewym przegubie jeszcze w Salvadorze, odmieni nasze losy?
Na razie dobrze jest tu w Cayenne, w tym miasteczku na rzece. Przyjemna atmosfera, życzliwi ludzie dookoła. Nieznane pociąga i chciałoby się pozostać tu jakiś czas. Spróbować innego życia niż dotychczasowe, poznać życie innych. Potem wrócić do kraju i tam słuchać ze zdumieniem opowieści osób walczących o awanse, podwyżki, pozycje, splendory. Słuchać żali o zawiedzionych ambicjach, kłodach rzucanych pod nogi. Potakiwać głową ze zrozumieniem, nie rozumiejąc tych ludzi zupełnie. Szczególnie mając w oczach taki wieczór z chmurami rozstrzępionymi pasatem i z sercem pełnym wdzięczności, że świat jest taki piękny, i że ciągle go można dla siebie odkrywać.
Co przyniesie jutro? Dokąd powiedzie nas Maria?

Wojciech Jacobson
Cayenne, reda; luty 1984

Publikowane po raz pierwszy:
Zeszyty Żeglarskie, nr 6, sierpień 2003, s. 25.


Na temat postoju Marii w Cayenne zgadało się przypadkowo. Wojtek przeczytał naszą rozmowę z Kazimierzem Kaczorem, który wspominał spotkanie z jachtem Boruta na Kubie i w Miami.

– A wiesz, że w tym samym rejsie Boruta spotkał się z nami? – zapytał. – To był rok 1984, przełom lutego i  marca. Dwa polskie jachty weszły do Cayenne tego samego dnia w odstępie dwóch godzin – bez umawiania się! To znaczy: umówiłem się z Pawłem w Szczecinie rok wcześniej, że „spotkamy się gdzieś na Atlantyku”. Właśnie do tego nawiązał Paweł, wpisując się w Cayenne do księgi pamiątkowej Marii.
Jeszcze na Marii, w 1984 r., napisałem dwa opowiadania-wspomnienia z pobytu w Cayenne, było w nich także o spotkaniu z Borutą i Pawłem. Oba zamieściły Zeszyty Żeglarskie, nr 6 i 7 z 2003 r. Mam je w komputerze.

„Cayenne” jest właśnie jednym z owych dwóch opowiadań. Drugie – „Miasteczko na kotwicy” znajdziecie na naszej stronie już wkrótce.

– Na pokładzie Marii, oprócz Ludka i mnie – napisał jeszcze Wojtek – był Marek Kowalski (na jednym ze zdjęć jest w białej czapeczce) – magister inżynier chemik z Politechniki Szczecińskiej, świetny radiowiec-amator. Dosiadł na Marię wraz ze mną w czerwcu 1983 r w Montevideo. Od Montevideo do Brestu, we Francji, było nas w załodze Marii trzech, poza krótkim odcinkiem brazylijskim, Vitória – Salvador Bahia, kiedy Ludek płynął tylko z Markiem, bo ja płynąłem na francuskim jachcie Elocin, któremu brakowało załogi. Marek dopłynął z nami na Marii do Francji i tam wysiadł w czerwcu 1984 r.
Opowiadania z Marii posyłałem w tym czasie jako listy do Zbyszka Kosiorowskiego i on z tego coś robił dla radia szczecińskiego. Audycje słyszała Ewa – żona, ja nie, bo mnie nie było w kraju. Nie wiem, czy była audycja z Cayenne.
Zeszyty Żeglarskie to był kwartalnik, redagowany ciekawie przez Zenka Szostaka. Wychodził od 2002 do 2008. Potem przestał, bo skończyły sie dotacje z JK AZS, a Zenek nie był w stanie wydawać własnym sumptem. Ma nadal masę materiałów i marzy, że uda mu się wskrzesić Zeszyty w internecie.

Dodam jeszcze dla porządku, że w załodze Boruty byli: Paweł Morzycki – kapitan, Piotr Bartnicki, Mirosław Frątczak i Andrzej Lipiński.

Tekst Wojtka – mimo że opowiada o konkretnych ludziach i miejscach – jest, moim zdaniem, kawałkiem bardzo dobrej prozy. Dlatego zdecydowałem, by nie rozbijać toku narracji zdjęciami, które – wbrew pozorom – zawężałyby jej ponadczasowe wartości. Możecie je obejrzeć poniżej.

Kazimierz Robak
Żeglujmy Razem
24 maja 2014


1984_Cayenne_Ludek_03a_fot_Janusz_Kurbiel_sm

Ludomir Mączka na Marii w Cayenne, 1984

1984_Cayenne_sy_Maria_30w-7001_fot_Wojciech_Jacobson

Cayenne, 1984: Marek Kowalski („w białej czapeczce”) i Ludomir Mączka na Marii

1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_01_fot_Miroslaw_Fratczak

Cayenne, 1984: Ludomir Mączka na Marii

 

01-04_1984_sy_Boruta_11-w7001_fot_Miroslaw_Fratczak

s/y Boruta, 1984

 

1984_sy_Boruta_05_Pawel_Morzycki_fot_Andrzej_Lipinski

Paweł Morzycki, kapitan Boruty

 

1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_13_fot_Miroslaw_Fratczak

Cayenne, 1984: Maria widziana z pokładu Boruty
od lewej: Wojciech Jacobson, Ludomir Mączka, Marek Kowalski


1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_19_fot_Miroslaw_Fratczak

Cayenne, 1984: Maria widziana z pokładu Boruty

01-08_1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_25_fot_Wojciech_Jacobson

Cayenne, 1984: załoga Boruty na Marii
stoją (od lewej): Piotr Bartnicki, , Ludomir Mączka, Paweł Morzycki, Andrzej Lipiński, Mirosław Frątczak; siedzi: Marek Kowalski

1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_14_fot_Miroslaw_Fratczak

Cayenne, 1984: załoga Boruty na Marii;
od lewej: Andrzej Lipiński, Paweł Morzycki, Ludomir Mączka


1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_27_fot_Miroslaw_Fratczak

Cayenne: Ludomir Mączka widziany z pokładu Boruty

1984_Cayenne_KSIEGA_GOSCI_MARII_BORUTA_a_sm

Nie wiem, za czyją sprawą, ale jednak spotkaliśmy się. Cayenne, luty 1984
napisał w Księdze Gości Marii Paweł Morzycki, kapitan Boruty

_1984_Cayenne_karnawal_F1050002_sm_fot_Wojciech_Jacobson

Cayenne, 1984: karnawał

_1984_Cayenne_port_rybacki_F1050011_sm_fot_Wojciech_Jacobson _1984_Cayenne_port_rybacki_F1050016_sm_fot_Wojciech_Jacobson _1984_Cayenne_port_rybacki_F1050018_sm_fot_Wojciech_Jacobson

Cayenne, 1984: port rybacki

_1984_Cayenne_Vieux_Port_saveiros_F1050015_lev_sm_fot_Wojciech_Jacobson

1984_Cayenne_F1020015_sm_fot_Wojciech_Jacobson©

Saveiros przycumowane w Vieux Port w Cayenne

Zdjęcia pochodzą z archiwów: Wojciecha Jacobsona (ich autorami są Wojciech Jacobson i Janusz Kurbiel)
i jachtu Boruta (portret Pawła Morzyckiego jest autorstwa Andrzeja Lipińskiego, pozostałe zdjęcia– Mirosław Frątczak).
W Księdze Gości Marii – prawdopodobnie wskutek przesiąknięcia amerykańskim przeczuleniem na punkcie prywatności – usunąłem adresy i numery telefonów.
Kazimierz Robak

Calendar

« August 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

– Ładnie dzisiaj… chociaż nie bardzo… No, jednak… Słowem, nie brzydko, a to najważniejsze… Tak. Nie pada deszcz, nie ma też śniegu.
– To byłoby dziwne, jest przecież lato.
– Proszę mi wybaczyć, właśnie to chciałem powiedzieć… chociaż dowie się pani, że można się wszystkiego spodziewać.
– Zapewne.
– Na tym świecie, proszę pani, niczego nie możemy być pewni.

 
Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego, na półkuli północnej najcieplejsza.

==========================
Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku… bla-bla-bla.

Ponieważ to – było nie było – kalendarz, więc zbiór cytatów i silva rerum z cyklu „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie!”, nie od rzeczy będzie po raz kolejny „palnąć koncept z kalendarza”, czyli polecieć stereotypem. Ale miłym, bo któż z pokoleń pamiętających rok 1960 nie śpiewał:

 

Lato, lato, lato czeka,
Razem z latem czeka rzeka,
Razem z rzeką czeka las,
A tam ciągle nie ma nas .

Już za parę dni, za dni parę
Weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów, Pitagoras – bądźże zdrów ,
Do widzenia wam „canto, cantare”!

 

Dla tych, którzy nie pamiętają: to kawałek piosenki z filmu Szatan z siódmej klasy – tego oryginalnego, z roku 1960, w reżyserii Marii Kaniewskiej, w którym debiutowała na ekranie studentka polonistyki Pola Raksa (poróżniła nas, za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał – śpiewa od 1982 roku Grzegorz Markowski z Perfectu tekstem Bogdana Olewicza). Co dodaję, bo jest też wersja tego filmu z roku 2006, której autorów wymieniać, przez grzeczność, nie będę.
Przez tę samą grzeczność (choć z innych pobudek) dodam, że tekst piosenki napisał Ludwik Jerzy Kern, muzykę – Witold Krzemieński, a wersję oryginalną zaśpiewała Halina Kunicka z Orkiestrą Taneczną PR pod dyrekcją Edwarda Czernego. Szacunek!

==========================

Lato astronomiczne rozpoczyna się od przesilenia letniego i trwa do równonocy jesiennej.
W 2017 na półkuli północnej to okres pomiędzy 21 czerwca a 22 września.

Przesilenie letnie Słońca (ang. summer solstice) na półkuli północnej wypada w dniu, kiedy Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – na 52°13’ szerokości geograficznej północnej – wynosi 61°14’. Podczas przesilenia dzień jest najdłuższy (a noc najkrótsza) w roku.

Równonoc (ekwinokcjum, ang. equinox), to dzień, w którym Słońce góruje w zenicie nad równikiem; zdarza się dwa razy w roku: jako początek wiosny (równonoc marcowa – wiosenna) i koniec lata (równonoc wrześniowa – jesienna). Podczas równonocy długość dnia równa jest długości nocy. W dniach równonocy Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Łatwo wtedy można obliczyć szerokość geograficzną miejsca obserwacji: wystarczy zmierzyć w stopniach wysokość górującego Słońca i odjąć tę wartość od 90º.
W centrum Warszawy, leżącej na 52°13’ szerokości geograficznej północnej, dokładny pomiar powinien wykazać właśnie 52°13’.

 

Podczas lata astronomicznego dzień jest dłuższy od nocy, jednak z każdą dobą dnia ubywa, a nocy przybywa. Słońce wschodzi coraz później i góruje na coraz mniejszych wysokościach nad horyzontem.
Za miesiące letnie na półkuli północnej uznaje się czerwiec, lipiec i sierpień.
Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku: tam miesiące letnie to grudzień, styczeń i luty.

 

Lato klimatyczne to ten okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza przekraczają 15°C. Pomiędzy latem klimatycznym i sąsiednimi klimatycznymi porami roku nie ma etapów przejściowych, w przeciwieństwie do zimy poprzedzanej przedzimiem i następującym po niej przedwiośniem.

 

Rzeczownik „lato” w liczbie pojedynczej dawniej (a dziś w gwarach) znaczył „rok”.
Mąż z królem Bolesławem poszedł na Kijowiany / Lato za latem bieży, nie masz go z bojowiska
pisał Mickiewicz (w jakim utworze – wiadomo).

W języku ogólnopolskim przetrwał w tym znaczeniu do dziś: w liczbie mnogiej rzeczownika „rok”, jako jego forma supletywna. A i w gwarach ma się jak najlepiej: latoś znaczy tyle co ‘w tym roku’, a latosi – ‘tegoroczny’.

 

W terminologii kościelnej istnieje termin „miłościwe lato” oznaczający Rok Jubileuszowy lub Rok Święty (Annum Sanctum), połączony z odpustem, którego jednym z warunków jest odwiedzenie określonych kościołów: niegdyś tylko w Rzymie, dziś – na całym świecie.
Po raz pierwszy obchodzono go w roku 1300 za papieża Bonifacego VIII. Pierwotnie miał się powtarzać co 100 lat, ale zaraz Klemens IV skrócił ten okres o połowę, a Paweł II do 25 lat.
Do tego dochodzą „okazje specjalne”, np. Pius XI ogłosił rok 1933 Świętym dla przypomnienia 1900. rocznicy śmierci Chrystusa, a Benedykt XVI za Annum Sanctum uznał rok 2008, w drugie tysiąclecie od narodzin św. Pawła.

 

Latem, od V w., Kościół wschodnio-chrześcijański obchodził koimesis (gr. Κοίμησις, zaśnięcie) Najświętszej Maryi Panny w przeświadczeniu, że Maryja nie umarła jak zwykły człowiek, lecz została zabrana do Nieba.
W chrześcijaństwie zachodnim, kiedy w VII w. to święto zostało przyjęte w Rzymie, termin „zaśnięcie” został zastąpiony przez „wniebowzięcie”.
W Kościele katolickim, w roku 1950, Pius XII, ogłosił dogmat, stwierdzający, że Maryja, po zakończeniu ziemskiego życia, mocą Bożą została z ciałem i duszą wzięta do wiecznej chwały.

Cerkiew prawosławna obchodzi święto Zaśnięcie Bogurodzicy 15 sierpnia (28 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego).

Protestanci przeciwstawiają się dogmatowi o wniebowzięciu, podając jako argument brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat w Biblii.

W Polsce dzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia) jest wolny od pracy. Tego samego dnia obchodzone jest Święto Wojska Polskiego (przywrócone w 1992).

Święto Wniebowzięcia nazywane jest Świętem Matki Boskiej Zielnej, ponieważ w czasie obrzędów błogosławi się wiązanki ziół i kwiatów.
Według wiary ludowej pobłogosławiony bukiet nabiera cudownych, leczniczych właściwości. Wierni, wracając z kościoła, zostawiali go wśród upraw, gdzie miał przynieść szczęście w zbiorach. Po kilku dniach bukiet zabierany był do domu: najpierw obnoszono go po izbach, a później przechowywano w eksponowanym miejscu, które dawało pewność, że jego moc będzie działała.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
lato to:

białoruskiлетa [lieta]
bośniackiljeto
bułgarskiлято [liato]
chorwackiljeto
czeskiléto
kaszubskilato
litewskivasara
łużycki (dolny)lěśe
łużycki (górny)lěćo
łotewskivasara
macedońskiлетo [lieto]
rosyjski
летo [lieto]

serbskiлетo [lieto]
słowackileto
słoweńskipoletje
ukraińskiліто [lito]
żmudzkivasara

 

Przysłowia związane z latem:

Co się w lecie zarobi,
tym się w zimie żyje.

Co w lecie nogami,
to w zimie rękami.

Dobra nowina:
będzie lato, poszła zima.

Idą za szczęściem
iáko iáskołki zá látem.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto latem pracuje,
zimą głodu nie poczuje.

Kto latem w chłodzie,
ten w zimie o głodzie.

Kto w lecie nie zbiera,
w zimie przymiera.

Kto w lecie próżnuje,
w zimie nędzę czuje.

Latem zbiera baba grzyby,
a chłop w niedzielę
idzie z wędą na ryby.

Lecie mi go nie chłódź,
zimo mi go nie grzej.
[o człowieku, któremu dogodzić trudno, i tak mu źle i tak niedobrze]

Lepsze jedno lato niż dwie zimy.

Mnima káżdy iż wiecznie
Iuż ták ma być láto
.

[Rej, Wizerunk własny żywota człowieka poczciwego, 1558]

Na to jak na lato.
[wyrażenie oznaczające wielką ochotę, skwapliwą zgodę]

O, co bym ja dała za to,
gdyby zawsze było lato.

To pewna nowina:
bywszy lato, będzie zima.

Trzebá się rozmyśláć ná to
Iż nie iutro będzie láto.
[Rej, Zwierciadło, 1568]

W lecie bez roboty,
w zimie bez butów.

Za lata zbieraj na zimę.

 

Przysłowie na
Matkę Boską Szkaplerzną
(16 VII)

Wraz z Szkaplerzną Matką
na zagon, czeladko!

 

Przysłowia na
Wniebowzięcie N.M.P.
(15 VIII)

Do Marji Wniebowstąpienia
miej w stodole połowę mienia.

Gdy w pogodę do nieba Maria wstępuje,
wino Węgrom obfite jesień obiecuje.

Marji Wniebowstąpienie
czyni reszty zboża plenie.

Na Wniebowzięcie
pokończone żęcie.

Pogoda na Wniebowzięcie,
ciężkie ziarno wnet po sprzęcie

W Wniebowzięcie Panny Marji
słońce jasne,
będzie wino godnie kwaśne.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Sierpień
– ósmy miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 31 dni.

Według Aleksandra Brücknera (1856-1939; chyba już zapamiętaliście, że był to filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny) nazwa pochodzi od sierpa żniwnego, tak samo jak w czeskim (srpen), ukraińskim (серпень) i chorwackim (srpanj ‛lipiec’).

A Samuel Bogumił Linde napisał w swoim Słowniku (1812): „sierpień od sierpa rzeczon, bowiem tego miesiąca iuż wszelkie zboża sierpa a źniwa potrzebują”.

 

W Rzymie, przed 46 p.n.e., miesiąc odpowiadający czasowo naszemu sierpniowi był szósty w kalendarzu i nazywał się Sextilis (jeśli ktoś myśli, że to znaczy to, na co wygląda, to nie wnoszę sprzeciwu: już/jeszcze mamy demokrację i każdemu wolno kojarzyć, co z czym chce).

W 46 p.n.e. Juliusz Cezar zarządził reformę kalendarza, wg której pierwszym miesiącem roku stał się Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).

Mimo że już nie szósty a ósmy, Sextilis utrzymał swą nazwę do 8 roku p.n.e., kiedy to – jak twierdzi Swetoniusz (De Vita Caesarum; Divus Augustus, 31.2) – wybrał go na „swój” miesiąc Oktawian August (Octavianus Divi Filius Augustus), pierwszy władca Imperium Rzymskiego (panował od 27 p.n.e. do 14 n.e.).
Nazwa miała upamiętniać zwycięstwa Oktawiana w Egipcie, zamienionym w 30 r p.n.e. w prowincję rzymską.
Ceną tego była m.in. samobójcza śmierć Marka Antoniusza (wcześniej uciekł z pola bitwy pod Akcjum, więc nie żałuję), Kleopatry (której żałuję, bo to nie była aż tak zła kobieta) i śmierć 17-letniego Cezariona (syn Kleopatry i Juliusza Cezara), uduszonego na specjalny rozkaz Oktawiana, któremu pewien filozof-doradca powiedział „Nie jest dobrze, gdy na świecie jest zbyt wielu Cezarów” (no, słów brak!).
Egipt, jak widać, nie zawsze był krainą bajek, a wszystkie te zgony miały miejsce w sierpniu – miesiącu Oktawiana!

Historię piszą zwycięzcy. Dziś większość języków europejskich nazywa ósmy miesiąc roku właśnie wariantami słowa zapożyczonego z łaciny: Augustus. Nawet Grecy używają Αύγουστος, choć mają piękne nazwy historyczne: delficki βουκάτιος (Boukatios), lacedemoński Καρνεῖος (Karneios), delijski Μεταγειτνιών (Metageitnion), beocki Ἱπποδρόμιος (Ippodromios) czy cypryjski Ἔσθιος (Esthios).
Ale cóż – wiadomo: na wyspie Cypr mówią, że myszy jedzą żelazo.

 

1 sierpnia – święto państwowe w Polsce: Narodowy Dzień Pamięci Powstania Warszawskiego.

 

2 sierpnia – w Polsce: Dzień Pamięci o Porajmos – Zagładzie Romów i Sinti dokonanej przez
III Rzeszę Niemiecką i zaplanowanej na szczeblu państwowym.

Hitlerowskie Niemcy za jedną z podstaw swej ideologii przyjęły czystość rasową i supremację ludu ger­mań­skiego – najczystszej gałęzi rasy aryjskiej.
Jak było z Żydami i żydami – wiadomo: obcy rasowo Semici (co ciekawe, przedstawiciele rasy panów z Arabami jakoś się dogadywali) zostali uznani za podludzi, pasożytów i element niepożądany.
„Naukowy rasizm” (notabene nie wymyślony przez Niemców) nie mógł sobie jednak poradzić z prostym faktem, że w Europie jedynymi bezpośrednimi potomkami Ariów byli właśnie Cyganie. Do tego koczowniczy tryb życia Romów utrudniał ich kontrolę przez państwo totalitarne, stąd w III Rzeszy zostali oni uznani za „element aspołeczny”.
Oba te czynniki, podczas rozpatrywania Zigeunerfrage (kwestii cygańskiej), zdecydowały o „eliminacji” czyli wydaniu wyroku śmierci na cały naród usankcjonowanego przez system prawny państwa. Za Rzeszą poszły kraje wasalne, m.in. Rumunia, Chorwacja, Słowacja, Wegry. W przypadkach jednostkowych nazywa się to „morderstwo sądowe”. Wobec zbiorowości jest to ludobójstwo.
Nie ma dokładnych danych dotyczących tej zbrodni. Ocenia się, że w podbitej lub zdominowanej przez nazizm Europie, z liczącej ok. miliona osób populacji Romów, zginęło od 200 do 500 tysięcy ludzi, a prof. Zbigniew Brzeziński uważa, że liczba ofiar Porajmosu sięga 800 tysięcy (Out of Control: Global Turmoil on the Eve of the Twenty-First Century. New York, NY : Simon & Schuster, 1994).

Romowie nie mieli swego Szymona Wiesenthala ani państwa, które by się za nimi ujęło. Nie mieli swego Pabla Picassa, który uświadomiłby światu, że dokonano na nich ludobójstwa.
O Holokauście czy o zbrodni popełnionej na mieście Guernica świat wie prawie wszystko.
O Porajmosie – mimo odosobnionych zadośćuczynień – niewiele, prawie nic.

Odpowiedzmy sami sobie: co wiem o nim ja?

15 sierpnia
kościelne święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
(w Polsce – dzień wolny od pracy) – patrz wyżej w okienku LATO.

święto Wojska Polskiego, obchodzone w rocznicę zwycięskiej bitwy warszawskiej w 1920, stoczonej w czasie wojny polsko-sowieckiej (1919-1921).

 

 

Trzeci weekend sierpnia – Międzynarodowy Weekend Latarni Morskiej i Latarniowca (International Lighthouse and Lightship Weekend) – święto zainicjowane w 1997 r. przez dwóch Szkotów dla upamiętnienia pierwszej ustawy o latarniach morskich, uchwalonej przez Kongres USA w 1789 roku.
Święto obchodzone jest na całym świecie głównie przez radioamatorów, którzy w ten weekend muszą nadawać (i odbierać) z najbliższej latarni morskiej. Jednym z celów święta jest ochrona i renowacja zabytkowych latarni morskich i latarniowców. Zajrzyjcie na: https://illw.net/index.php
Rekordowy był rok 2014: radioamatorzy z 56 krajów zajęli 544 latarnie.
W tym (2017) roku ILLW trwa 48 godzin: od 0001 GMT 19 sierpnia do 2400 GMT 20 sierpnia.
Krótkofalarze z 41 krajów nadawać w tym czasie będą z 340 latarni morskich. Wśród nich będzie tylko jeden nadawca z Polski.
Co na to SP-5 ATV MM?

 

 

23 sierpnia 1989

2 miliony obywateli krajów bałtyckich utworzyło żywy łańcuch mający ponad 600 km długości, łączący Litwę, Łotwę i Estonię (wówczas pod okupacją sowiecką, jako republiki ZSRS).
Było to w 50. rocznicę podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow, którego tajny protokół oddawał pół Polski Hitlerowi a drugie pół i państwa bałtyckie – Stalinowi.

w 2008 Parlament Europejski ustanowił w tym dniu Europejski Dzień Pamięci Ofiar Stalinizmu i Nazizmu.

Międzynarodowy Dzień Pamięci o Handlu Niewolnikami i jego Zniesieniu, ustanowiony w 1998 przez ONZ w rocznicę wybuchu powstania niewolników na Santo Domingo (dziś Haiti). Od 1803 roku w tłumieniu powstania wzięły udział – przykro mówić – oddziały polskie z Legionów Dąbrowskiego wysłane tam przez Napoleona. Na szczęście dla Haitańczyków (i naszej reputacji) przegrały, a wojska Pierwszego Konsula musiały ewakuować się z wyspy.
1 stycznia 1804 Haiti uzyskało niepodległość jako drugie niezawisłe państwo po zachodniej stronie Atlantyku, chociaż to, co się tam działo później, to osobna
(i koszmarna) historia.

 

 

30-31 sierpnia 1980 (oraz: 3 i 11 września) – cztery komitety strajkowe (w Szczecinie, Gdańsku, Jastrzębiu-Zdroju i Dąbrowie Górniczej) podpisują porozumienia z rządem PRL. Kończy to okres zwany „wydarzenia sierpnia 1980”. Na podstawie jednego tych porozumień zarejestrowano w listopadzie 1980 NSZZ Solidarność.

 

 

Znaki Zodiaku
w sierpniu:

Lew (♌) – do 22 sierpnia.
Panna (♍) – od 23 sierpnia.

Samochwalstwo Lwów (i Lwic) zdemaskowane zostało w poprzednim odcinku.
A Panny? Czyżby były dużo lepsze?
Oficjalnie – oczywiście, przecież inaczej nikt by horoskopów nie czytywał, ani (tym bardziej) nie kupował. A jednak:

…bardziej osobiste wiązanie się z ludźmi urodzonymi pod tym znakiem to rzecz beznadziejna, bo Panna – zarówno rodzaju męskiego, jak i żeńskiego – jako partner (we wszystkich aspektach) wykazuje wdzięk słonia i pomysłowość królika. Dzieci ze związku Panny z jakimkolwiek innym znakiem kończą na ogół w klinikach dla nerwicowców.

Nawet Wiki, zazwyczaj bardzo układna, podaje że Pannom przypisywana jest „refleksyjność" (a nie jest to bezmyślność?), „podatność na poglądy innych osób” („mądrość ludowa nazywa takiego „kurek na kościele”, czyli „skąd wiatr powieje…”), nadmierna wrażliwość, mała odporność na krytykę i „nadmiernie zamartwianie się o perfekcyjność”.
Zwłaszcza to ostatnie, choć ładnie opakowane w słowa, budzi grozę – przypomnijcie sobie film Sypiając z wrogiem (Sleeping with the Enemy, 1991) z Julią Roberts: tak poukładać ręczniki w szafie mógł tylko osobnik spod znaku Panny.
Truizmem będzie dodanie, że w zodiakalnej układance rządzą Bliźnięta.

 

Kwiaty sierpnia:

mieczyk (Gladiolus L.) – piękny i magiczny. Daje się go zwłaszcza osobom obchodzącym 40-tą rocznicę (w tradycji francuskiej to rocznica szmaragdowa; w anglosaskiej – rubinowa) ślubu, lub czegokolwiek.

mak (Papaver somniferum L.) – symbol pokoju, snu i śmierci. Nie będzie żadnych detali na temat tego, co się robi z makówek, makowego soku i nasion, bo raz – wszyscy wiedzą, dwa – po co nam te kłopoty gdyby co. Wystarczy wspomnieć, że znajoma tłumaczyła się gęsto amerykańskim celnikom, iż mak, który wiezie z Polski, wykorzysta tylko do produkcji makowca. Nie wwiozła – zabrali. Może i dobrze, bo inna amerykańska znajoma twierdzi, że po spożyciu kilku kawałków makowca, dosolili jej za jazdę pod wpływem. Strach się bać!

 

Kamienie sierpnia:

perydot – jeśli o takim nie słyszeliście, to może Wam coś wyjaśni informacja, że jest to szlachetna odmiana oliwinów. Też nic? Mnie też nic.
Więc: wikipedia. Jak zawsze swojska, bo wyjaśnia, że perydot nazywano szmaragdem ubogich i że noszono go, by uspokoić nerwy, pozbyć się złości, depresji oraz na dobry humor. Mądrzej się nie zrobiło, ale trochę weselej, prawda?

sardoniks – czyli rodzaj onyksu, który z kolei, podobnie jak heliotrop czy karneol, jest odmianą chalcedonu. Tu już cieplej, bo właśnie w chalcedonie rzeźbione są najcenniejsze antyczne gemmy: kamee i intaglia.
Jeśli jesteście w Polsce, możecie zobaczyć bizantyjską gemmę z heliotropu w Muzeum Narodowym Ziemi Przemyskiej w Przemyślu, albo gemmę Gordiana III z karneolu (są tylko dwa takie medaliony na świecie, drugi jest w British Museum) w Międzyrzeczu (woj. lubuskie) – na ogół pokazują tam tylko kopię, bo nie mają pieniędzy na stałych strażników; a nie lepiej gemmę sprzedać i strażników zatrudnić? Nie byłoby czego pilnować (więc skuteczność stuprocentowa), ale ludzie by sobie trochę zarobili.
Sardoniks to odmiana onyksu z warstwami o dominujących odcieniach czerwieni, klejnot ten zdobi piątą warstwę fundamentu pod murem Miasta Świętego – Jeruzalem. Tak twierdzi św. Jan w Apokalipsie (21:20) i chyba najbezpieczniej to przyjąć na wiarę.

 

Z sierpniem – tak naprawdę – nie wiadomo, jak jest.
Niby porządny, bo jeszcze wakacyjny (plus), ale wakacje kończący (minus).
Niby długi, bo 31 dni (plus), ale ci, co na etacie, pracują więcej za te same pieniądze (minus).
Niby ciepły, bo lato (plus), ale pod koniec w rowie się nie prześpisz (minus).
Niby się ładnie nazywa po polsku (plus), ale sierp zbyt dobrze (od 1917) się nam nie kojarzy (minus).
Niby się ładnie nazywa po polsku (plus), ale jego łacińska i zlatynizowana nazwa to krańcowy przykład oportunizmu wobec władzy (minus).
Niby miesiąc Cudu nad Wisłą (plus), ale gdy się głębiej zastanowić, czemu tę wygraną bitwę nazwano „cudem”, to… (minus).
Sierpień 2014 zapunktował specjalnie: miał 5 piątków, 5 sobót i 5 niedziel (plus, bo pracy mniej). Ale niewiele z tego wynika, bo poprzedni taki miesiąc był w roku 1191, a następny będzie w 2837 – podobno, bo komu by się chciało sprawdzać…
Tak więc w 2014 minusy mogły nie przesłaniać nam plusów, ale w inne lata? Lepiej nie myśleć…

 

Imieniny w sierpniu
są ciekawe:

  • Dorota (7 VIII) – bo tak miała na imię żona Kochanowskiego, który pisał do niej:

Nieprzepłacona Doroto,
Co między pieniędzmi złoto,
co miesiąc między gwiazdami,
Toś ty jest między dziewkami!
[…]
Szyja pełna, okazała,
Piersi jawne, ręka biała.
[…]
A kiedy cię pocałuję,
Trzy dni w gębie cukier czuję!

Pisze dziś kto tak o żonie?

  • Romuald i Roman (9 VIII) – bo kto nie wie, czy to jest pytanie czy hasło, to wie niewiele o polskich zespołach kultowych;
  • Jacek (17 VII) – bo tak ma na imię przyjaciel, z którym chodziłem do jednej klasy od pierwszej podstawowej do matury i przyjaźnię się przez całe życie; a chociaż odpłynął w ubiegłym roku do Hilo, wciąż odbieram go w czasie teraźniejszym;
  • Maria (15 VIII) – bo Maria; piękne imię i piękny dzień; mimo, że tego samego dnia obchodzi imieniny Napoleon;
  • Męcimir (21 VII) – bo już chyba nikt nie nosi tego imienia i na bitewnym polu semantycznym pozostał tylko Kazimierz.

Wszystkiego najlepszego!

 

Urodziny w sierpniu
– tu jest kłopot, bo uważam, że Damy mogą obchodzić maksymalnie 20-te urodziny, a dalej mają tylko imieniny (nawet kilka razy w roku).
Tak więc sierpniowe imprezy urodzinowe (Dżentelmeni) i imieninowe (Damy) urządzają:

• 10-go – Dama niezwykła, która nie tylko wie, co to jest bartyzana, kroksztyn, loksodroma i funkcja przesunięta o wektor długości, ale też docenia znaczenie zapałek i to, że muszą one leżeć zawsze na swoim miejscu, co rokuje jak najlepiej rejsom przez Nią prowadzonym i tym, w których bierze udział;

• 11-go – kapitan i pilot (latający, nie portowy) zwany Krzysztofem Młodszym, jedyny kapitan żaglowców pochodzący z Piotrkowa Trybunalskiego; jeśli nie wiecie, o kim mowa, to zobaczcie, kto dostał wyróżnienie w konkursie Rejs Roku za kapitanowanie Pogorią ze SzPŻ-2016 i kto jest współredaktorem strony www.ZeglujmyRazem.com

• 13-go – pewna Dama, do której żywię ogromną atencję, a jeszcze bardziej jestem wdzięczny za… (już ona wie za co);

• 26-go – inna Dama, pochodząca z Kuby, bardzo mądra, o innych przymiotach nie wspominając.

¡Damas y Caballeros!
Najserdeczniejsze życzenia!

 

 

Śluby i wesela
w sierpniu:

no cóż, skoro ktoś musi…
Filozof powiedział kiedyś, że czy zrobisz tak, czy tak – i tak będziesz żałować (myśli mądrych ludzi wiecznie żywe).
A dwóch moich przyjaciół akurat się rozwodzi…

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
ósmy miesiąc roku to:

białoruskiжнівень [żniwień]
bośniackiaugust
bułgarskiавгуст [avgust]
chorwackikolovoz
czeskisrpen
kaszubskizélnik (też: zelan, august, sërpiń)
litewskirugpjūtis
łatgalskilabeibys (też: augusta)
łotewskilabeibys
łużycki (dolny)jacmjeński (też: awgust)
łużycki (górny)žnjenc
macedońskiaвгуст [avgust] lub жетвар [żetvar]
rosyjskiaвгуст [avgust]
serbskiaвгуст [avgust]
słowackiaugust
słoweńskiavgust
ukraińskicерпень [sierpień]
żmudzkirogpjūtis

 

Przysłowia związane z sierpniem:

Czego sierpień nie uwarzy,
wrzesień tego nie upiecze.

Kiedy sierpień następuje
resztki zboża koszą,
albo sierpem dożynają
i przepiórki płoszą.

Lekarstwo często nie służy
w sierpniu, jeśliś zdrów i duży;
nie skąp sobie, nie cierp głodu,
wypij spory kufel miodu.

Od głodnych cierpień –
najlepsze lekarstwo sierpień

Sierpień pogodny
winom przygodny.

Sierpień,
ten spoczynku nie chce dać,
bo każe orać i siać.

W sierpień sierpuj,
z prac nie cierpuj.

W sierpniu,
gdy zagrzmi strony północnymi
ryb klęska
i co czołga się po ziemi.

W sierpniu mgły na górach
– mroźne Gody
mgły w dolinach
– dla pogody.

W sierpniu przewodzi sierp,
mitręgi nie cierp.

W sierpniu wszelki zbytek
nie idzie w pożytek.

Z sierpem w ręku witać sierpień:
wieleć uciech, wiele cierpień.

Zima nie przynosi pożytku,
ale bez niej nic nie zbiera Sierpień.

 

Przysłowia na
św. Dominika
(4 VIII)

Na świętego Dominika zboże z pola do gumn zmyka.
Na święty Dominik kopy z pola myk, myk.
Gdy ciepło na Dominika, ostra zima nas dotyka.

 

Przysłowia na
św.
Kajetana (7 VIII)

Św. Kajetanie, strzeż od deszczu zboża zebranie.
Św. Kajetanie, strzeż od deszczu sprzątanie.

 

Przysłowia na
św.
Wawrzyńca (10 VIII)

Gdy na Wawrzyńca orzechy obrodzą,
to w zimie mrozy dogodzą.

Gdy na Wawrzyńca słota trzyma,
do Gromnic lekka zima.

Wawrzyniec pokazuje,
jaka jesień następuje.

Przez przyczynę Wawrzyńca męczennika
chroń Boże pszczółki od szkodnika.
[na południu Polski św. Wawrzyniec uważany jest za patrona pszczelarzy, dlatego w dniu jego święta święci się miód odmawiając przy tym tę modlitwę]

Przysłowia na
św. Rocha
(16 VIII)

Na św. Roch
w stodole groch.

Od św. Rocha
na polu socha
[czyli zaczynają się jesienne orki]

 

Przysłowia na
św. Jacka
(17 VIII)

Z jaką pogodą Jacek przybywa,
taka jesień bywa.

Jeśli na Jacka nie panuje plucha,
to pewnie zima będzie sucha.

Na świętego Jacka
najecie się placka.

Na święty Jacek
z nowej pszenicy placek.

O, święty Jacku z pierogami!
Święty Jacku z pierogami, zmiłuj się nad nami!
[To nie żart! Poszukajcie historii św. Jacka Odrowąża, a przekonacie się sami!]

 

Przysłowia na
św.
Bartłomieja (24 VIII)

Od Bartłomieja
lepsza w stodole nadzieja.

Po Bartłomieju
jedz kluski na oleju.

Na święty Bartłomiej
śmiało żyto siej.

Przyszedł św. Bartłomiej –
żytko na zimę siej.

Jak Bartłomiej nie zasieje,
nie pokropi św. Idzi (1.IX),
to się żyta w polu nie uwidzi.

Bartłomiej zwiastuje,
jaka jesień następuje.

Bartłomieja cały wrzesień
naśladuje i z nim jesień.

 

Przysłowia na
św.
Augustyna (28 VIII)

Na św. Augustyna
orka dobrze się poczyna.

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha