Wojciech Jacobson

Cayenne

Nowy port, nowe miejsce, to dreszcz niepokoju ale i radość odkrywania. Tak, odkrywania! Własne doznania są najpiękniejszymi odkryciami, których nie zastąpią opisy locji, przewodników czy – jak chciałby Ludek – lektura „Geografii Powszechnej Świata”.

W Cayenne na pierwszy wypad wybieram się z Pawłem Morzyckim, kapitanem jachtu Boruta. Nasze dwa jachty spotkały się nieoczekiwanie wczoraj, wkrótce po wejściu do portu. W rannych godzinach, była już w mieście załoga Pawła. Wrócili zdegustowani – „gorąco, drogo...”. Jasne, że drogo! Po wizycie w Brazylii każdy następny kraj po tej stronie Atlantyku nie będzie już tani. Cayenne szczególnie, bo to przecież prowincja francuska i ceny takie same lub wyższe niż w metropolii. Brazylia jest tania dla cudzoziemców dzięki wysokiemu kursowi dewiz. Właściwie są dwa kursy: normalny – obowiązujący w bankach i paralelo – równoległy, trzykrotnie wyższy. Po tym drugim kursie wymienia się dolary w kantorach. Przeliczenie pozwala cudzoziemskim przybyszom czuć się swobodnie – tak jak to było do niedawna w Polsce. Tę koniunkturę wykorzystują brazylijscy rybacy-szmuglerzy. Przy pomoście w Cayenne stoi zawsze po kilka kolorowych saveiros. Pod pozorem handlu rybami przywożą z Brazylii wszystko, co można sprzedać korzystnie za twardą walutę. Skąd my to znamy? Odpływ. Lekko pochylone , bajecznie barwne i piękne kutry tkwią w mule koło palisady pomostu. Przy ich burtach zostawiamy naszego bączka i przez pokłady gramolimy się na keję. Jak okiem sięgnąć, hen po horyzont, ciągną się błyszczące łachy mułu i piasku. Piękny i groźny to widok. Biada temu, kto usiłowałby stąpnąć na te pozorne osuchy. Henri Charriére opisał w „Papillon” tragedię więźniów próbujących – przy odpływie – ucieczki z Diabelskiej Wyspy. Tylko wodne ptaki – czaple, flamingi, albatrosy, mewy nie boją się błota i mułu. Dla nich to uczta – owoce morza są na powierzchni. Nas fascynują małe płaskie, flądrowate ryby, które ni to pływając ni to chodząc poruszają się swobodnie w mule. Dostosowały się barwą do szaro-brunatnego podłoża i właściwie ich nie widać. Dopiero ruch zdradza ich obecność. Szkoda, że nie mam kolorowego filmu. Na kei budka z napisem Police frontiére. Pusta, zamknięta na głucho. Ktoś nam objaśnia, że dyżurny policjant zjawia się kilka razy w tygodniu, zwykle rano. Przyjeżdża półfurgonetką Renault 12. Trudno go będzie złapać, bo dotarcie łódką do kei wymaga sporo czasu i sprzyjającego pływu. * * * Dobrze się nam wędruje z Pawłem. Jest z kim dzielić wrażenia. Obaj lubimy chodzić pieszo. Podobnie reagujemy na świat, obaj chłoniemy nowe. Obaj uciekliśmy od nieco zatęchłej atmosfery na naszych jachtach i od towarzystwa, które już się nieco znudziło. Ja miałem swój dwutygodniowy „urlop” z Francuzami i Niemcami na jachcie Elocin, ale Paweł tłucze się ze swoimi chłopcami już blisko rok. Paweł jest młody, rzutki, otarty w świecie poprzez studenckie wyprawy geologiczno-geograficzne. Podobnie jak Ludek jest z zawodu geologiem. Swobodnie włada francuskim i angielskim. W swoim czasie był najmłodszym kapitanem jachtowym w Polsce, zdobył patent mając 19 lat.

  Cieszymy się ładnym, czystym miastem, uśmiechami dziewcząt. Upał, przewiany pasatem, jakoś nam nie dokucza. Szukamy poczty. Mała agencja mieści się przy Place Héder, w śródmieściu, ale poste restante jest w tylko w głównym urzędzie na peryferiach. – Czy to daleko? – pytamy czarnego urzędnika.

  – Cztery kilometry, musicie wziąć taksówkę.

  O nie! Mamy czas, mamy cel – zwiedzamy miasto na piechotę.

  Cayenne jest nieduże, liczy zaledwie 32 tysiące mieszkańców, co i tak stanowi 60 procent całej populacji Gujany Francuskiej. Śródmieście jest ładnie utrzymane – dużo skwerów, trawników. Domy urzędowe swoim stylem i białością przypominają okres kolonialny. Sporo restauracji, sklepików i małych hoteli. Przedmieścia to typowe murzyńskie slumsy, ale nie tak ubogie jak brazylijskie favele. W stolicy Gujany nie ma rodowitych mieszkańców tej krainy – Indian. Ci siedzą nadal w interiorze. Czasy dominacji białych też już minęły. Dawni kolonizatorzy są w odwrocie, pozostawili sobie tylko wyższe stanowiska administracyjne i wojskowe. Domeną białych są również placówki naukowe i ośrodek kosmiczny w Kourou, 50 kilometrów od Cayenne. Cały handel i gastronomia przeszły w ręce kolorowych. Przyglądamy się szyldom restauracji i sklepów – same chińskie napisy! Chińczycy przybyli tu po drugiej wojnie światowej. Swoją pracowitością i obrotnością szybko wspięli się w hierarchii społecznej na drugie miejsce spychając czarną ludność na niższy szczebel. Niżej są tylko Indianie, ale ci pozostali w puszczy zajmując się tradycyjnie myślistwem. Nową grupą ludnościową są przybysze z Indochin – Hmongowie. Spotkanie z nimi miało nastąpić później.

  Przechodzimy z Pawłem obok Marché chinois, chińskiego ryneczku obok hali targowej. Pełno tam postaci w długich tybetańskich strojach z głowami uwieńczonymi płaskimi kapeluszami lub czarnymi fezami. Na straganach czy na matach położonych wprost na ziemi owoce i warzywa, a przede wszystkim ostre przyprawy, których daremnie szukałem po drodze w supermarkecie. Znalazłem tam co prawda Cayenne pepper ale... importowany z Francji! Muszę powrócić z Ludkiem na chiński targ.

  Gospodarka gujańska nie jest samowystarczalna. Większość zaopatrzenia jest przywożona z Europy. Nawet warzywa i owoce. W ogromnych workach widzimy piękną cebulę z… Holandii. Dlaczego nie z Polski? Podobne artykuły mają trzy różne ceny. Najdroższe są te sprowadzane samolotami, tańsze – drogą morską. Najniższą cenę mają produkty lokalne. Wszystko wyjaśnione odpowiednimi wywieszkami. Na poczcie – radość! Czeka na nas cała paczka listów. Trzeba je jednak wykupić z poste restante za twarde dewizy. Nie ma róży bez kolców. Miał rację Zbyszek Siniecki, nasz dobry duch z Rio de Janeiro, wysyłając zaległą korespondencję na adres agencji morskiej „Somerig”. Prócz listów, bez opłaty, otrzymaliśmy jeszcze uśmiech pięknej dziewczyny!

  Szybko przeglądam korespondencję w klimatyzowanym pomieszczeniu poczty. Potem, już w domu, na łódce, czytam dokładnie i częściowo na głos, by wiadomości dotarły do Ludka i Marka. Wśród listów jest jeden, który może zmienić nasze plany żeglugowe, a w konsekwencji życie w najbliższych latach. To list z Paryża od Janusza Kurbiela. Janusz proponuje, byśmy płynęli Marią wprost do Francji, a potem wzięli udział w jego wyprawie arktycznej. Szczegóły omówi z nami osobiście bo zamierza przylecieć tu, do Cayenne. Bomba! Mamy tylko dać znać do Paryża o naszym dotarciu do Gujany.

  Zamęt w głowie i dreszcz niepokoju. Co o tym myśleć? Czyżby to siła magiczna tasiemki spod kościoła Bom Fim w Salvadorze kierowała naszymi losami? Właściwie nasze plany są luźne. Tam dokąd chcielibyśmy płynąć – Meksyk, Stany Zjednoczone – nie mamy wiz. Kanada, gdzie ma odbyć się zlot żaglowców, jest odległa i też nie wiemy, jak zdobyć wizy. Trzeba wszystko rozważyć.

  Fragmenty listu Janusza czytam wieczorem chłopakom na Borucie. Pokazuję też świeżo otrzymane i pięknie ilustrowane artykuły z Figaro Magazine o ostatniej wyprawie Janusza do bieguna magnetycznego. Załoga Boruty zrobiła dla nas przyjęcie powitalne połączone z imieninami Mirka Frątczaka. Snują się żeglarskie opowieści. Chłopcy wpatrzeni w Ludka – żywą legendę żeglarstwa polskiego. A Ludek po paru kieliszkach rozkręca się i nie trzeba go już ciągnąć za język. Większość historyjek Ludka znam na pamięć, wiem kiedy i jaka nastąpi puenta. Tym niemniej przysłuchuję się z przyjemnością.

  – Czy zauważyliście – mówi Ludek – ilu tu, na tym kotwicowisku, stoi jachtów w żegludze solo? U nas każdy dalszy rejs samotny ma zagwarantowaną nagrodę w dorocznych plebiscytach. We Francji, Anglii i wielu innych krajach nie zwracają już uwagi na takie rejsy, przestali rejestrować. – Kiedyś, w Kapsztadzie, – ciągnie Ludek – Utz Muller, niemiecki żeglarz samotny, opowiadał mi przy szklaneczce „captain’s special” – grogu własnej recepty, jak to kotwiczył przy którejś z wysp na Pacyfiku. Wokół niego stało dziesięć jachtów, z tego osiem to byli samotnicy, a pozostałe dwa płynęły rodzinnie. Zauważcie jeszcze jedno: oni nie znają takich pływań, jakie my uprawiamy. I chyba patrzą podejrzliwie na czysto męskie załogi…

  – Czy to ten sam Utz – wtrącam – o którym pisał Jurek Pisz w książce „Marią przez Pacyfik”?

  – Tak, ten sam. Spotkaliśmy go dwa razy na Pacyfiku, a potem jeszcze raz zobaczyłem się z nim w Kapsztadzie. To zawodowy marynarz, już na emeryturze. Na swoim kutrze żaglowym Frauken zdążył dwa razy opłynąć świat dookoła. Kupiłem od niego za 120 dolarów łańcuch kotwiczny „dziesiątkę” i tę ciężką 70-kilogramową „admirałkę”, która leży na dziobie...

   

  Chłopcy z Boruty też mają o czym opowiadać. Przypłynęli z Europy przez Lizbonę, wyspy Kanaryjskie i Zielonego Przylądka, Afrykę Zachodnią do Brazylii i Gujany Francuskiej. Zaliczyli 40 portów. W Recife zdobyli sympatię konsula amerykańskiego i dostali wizy do Stanów – to, czego nam nie udało się uzyskać w Rio de Janeiro. Jacht wyczarterowali z LOK-u pod warunkiem, że go sami wyremontują. Mało powiedzieć „wyremontują” – przywrócą do życia coś, co było już wrakiem. Pracowali sami bez pieniędzy od protektorów. Oczywiście mieli sporo perypetii przed wyjściem w morze. Radiostacja, którą zgodnie z przepisami musieli posiadać, ważyła pół tony i działała tylko w porcie. Zostawili ją po drodze, w Anglii. Zaliczają piękny rejs wokół Atlantyku, logiczną szybką trasą. W mojej opinii już teraz są kandydatami do wyróżnienia nagrodą za rejs roku. Z tymi nagrodami różnie bywa. Często przypadają głośniejszym, bardziej reklamowanym, a za to popieranym z państwowej kasy wyprawom. Do jury nie docierają wszystkie informacje i niuanse dotyczące rejsów. Ze zdumieniem czytaliśmy kiedyś o przyznaniu jednej z nagród kapitanowi XY. O tym samym kapitanie mieliśmy informację od bosmana pewnego portu w Hiszpanii, że – właśnie w tym nagrodzonym rejsie – robił pijackie awantury z tłuczeniem szyb i interwencją policji włącznie. Nie była to jedyna relacja: w kolejnych portach powtarzały się podobne historie z XY, o czym powiedzieli nam inni żeglarze. Jury zna tylko trasę i przebyte mile, nie dowiaduje się o innych aspektach i szczegółach rejsów.   Opowiadania na Borucie ciągną się do jasnego dnia, ale ja wyrywam się wcześniej. Muszę telefonować nocą do Francji i wykorzystać dobry moment między pływami do przeprawy na ląd. W Cayenne nie ma biura telefonów. Znajomi żeglarze radzili, by dzwonić z jakiegoś hotelu. Pierwszy po drodze Hôtel de Ville okazał się magistratem, następny Hôtel de Police – komisariatem. Po dalekiej nocnej wędrówce wzdłuż cmentarza trafiłem do Novotelu, gdzie był automat i dalsze połączenie było już formalnością międzymiastową. Międzymiastową, bo Gujana to też Francja i opłata jest „krajowa”. Niestety po drugiej stronie odezwał się répondeur, czyli automat, zostawiłem więc tylko pozdrowienia z Cayenne i zapowiedź następnego telefonu.   Wyprawę na ląd z Pawłem powtórzyłem w niedzielę. Idziemy razem na mszę do kościoła katolickiego. To także poznawanie świata i lokalnego folkloru. Większość wiernych to Murzyni i Kreole, biali są nieliczni. Czarne dzieci, ślicznie wyglądające w białych komżach i sukienkach, aktywnie uczestniczą w liturgii. Małe, ośmioletnie dziewczynki zbierają kwestę do koszyczków. Pośrodku kościoła czekają na nie starsi chłopcy z opłatkami i winem na tacy. Razem ruszają podwójnym szpalerem w stronę celebransa, przekazują chleb i wino, a koszyczki zostawiają u stóp ołtarza. Gdy kapłan w czasie Ofiarowania błogosławi dary ziemi i pracy rąk ludzkich, dziewczęta podnoszą koszyczki w górę, podkreślając, że jest to wspólna ofiara wszystkich wiernych. Z kolei chłopcy, idąc wzdłuż kościoła, ściskali dłonie w znaku pokoju pierwszym osobom w każdej ławce, by gest był przekazany dalej. Zadziwia nas dyscyplina i kultura śpiewania, tak charakterystyczna dla Francji. Nawet tu, w czarnym, tropikalnym departamencie, śpiew kościelny nie był puszczony na żywioł. Na podwyższeniu, nieco poniżej ołtarza, stała dyrygentka i energicznymi ruchami, z profesjonalną swobodą, prowadziła śpiewanie, nadawała tempo i wyciągała niuanse melodii. Jedna z melodii wydaje się dziwnie swojska. Przysłuchujemy się… przecież to „Góralu, czy ci nie żal”! Tylko słowa francuskie i zapewne bardziej świątobliwe. Za sprawą polskiego Papieża góralsko-towarzyska piosenka została nobilitowana i robi zagraniczną karierę! W trakcie mszy z sąsiedniej ławki spada mszalik czy śpiewnik. Schylamy się obaj, jak na wyścigi i oddajemy zgubę białej właścicielce. Po mszy, pod kościołem, ta sama pani podchodzi do nas i pyta z uśmiechem: De quelle planète vous êtes Monsieurs? Z jakie planety przybywacie, panowie? I widząc nasze zdziwienie dodaje: – Bo gdzie na tej ziemi są mężczyźni, którzy chodzą do kościoła i podnoszą z podłogi, gdy kobieta coś upuści? We Francji kiedyś byli tacy, ale teraz już ich nie ma… De quelle planète vous arrivez? – powtarza. Notre planète s’apelle Pologne… – zaczyna się konwersacja i opowiadania. Spacerkiem idziemy na skwer, skąd możemy w oddali pokazać nasze łódki na kotwicy. – Żałuję, że nie mam samochodu, pokazałabym wam chętnie Cayenne i okolice. Zazdroszczę wam tej żeglugi, sama lubię podróżować. Jak długo zamierzacie zostać w Cayenne? – pyta nasza Pani. – To zależy, jak się ułożą warunki. Chcielibyśmy pozostać tutaj miesiąc lub dwa, o ile znajdziemy pracę dorywczą – odpowiadam. – Kasa okrętowa wymaga podreperowania. Mamy w załodze radiowca, mechanika, geologa, chemika… – O pracę jest łatwiej w Kourou. Tam stale potrzebują techników w ośrodku kosmicznym. Ale… może moi znajomi mogliby wam coś pomoc? Tu niedaleko jest restauracja „Bar-Saloon”, jej szef, Frederick Hermann, jest moim dobrym znajomym. Zwróćcie się do niego i powołajcie na Charlottę! Wracamy do łódek podekscytowani nową perspektywą. – Co sądzisz o tym, Paweł? – Ja rezygnuję. Nie mamy wiz, nie mamy dotąd odprawy, mogą być kłopoty. Poza tym chciałbym zdążyć na karnawał w Trynidadzie a mamy już tylko tydzień na przelot. Wyjdziemy chyba dzisiaj przy wysokiej wodzie... Jedna prośba, Wojtek. – ??? – Nie mów nic chłopakom o tych niepewnych możliwościach. Bardzo się napalają, by gdzieś zarobić trochę grosza, ale przecież nie dla wszystkich znajdzie się zajęcie. Potem byłyby niesnaski, problemy… Może w USA nam się uda.   Boruta wypływa rzeczywiście późnym popołudniem unikając wszelkich odpraw granicznych. Chłopcy przed odejściem przywożą Ludkowi w prezencie spinakerbom. Ten to ma szczęście! Wystarczy, że czegoś potrzebuje i samo przyjdzie. Kilka miesięcy temu utopiłem piękny, aluminiowy spinakerbom, wykonany jeszcze przez Jurka Boehma w czasie postoju Marii w Durbanie. Martwiłem się cały czas, jak uzupełnić stratę. Bezowocnie szukałem różnych okazji w Rio, Vitorii, Salvadorze. Tylko Ludek się nie martwił: on wiedział, że spinakerbom sam do niego przyjdzie. Przypłynął w Cayenne! Znam więcej podobnych przykładów. * * * Siedzę sam na pokładzie. Jest późny wieczór, pięć godzin po wysokiej wodzie. Rybacy łodziowi wyruszają na morze. Czółnami – pirogami wypływają z rzeczułki dzielącej półwysep i miasto. To taki naturalny ciek, kanał, który uregulowano przy ujściu i nawet zbudowano nabrzeża. Rybacy mają po drodze płycizny i łachę mułu odsłaniającą się w czasie odpływu. Nie uruchamiają więc silników, płyną bezgłośnie na wiosłach lub odpychając się drągami, aż do miejsca, gdzie kotwiczy Maria. Niektórzy świecą latarkami i szukają czegoś w mule – przynęty? krabów? ryb? Potem zapuszczają Yamahy i rozpoczynają szaleńczy slalom między kadłubami jachtów i łańcuchami kotwicznymi. Hałasem obudzą zaraz Marka i zacznie się narzekanie. Ludek nie przejmuje się takimi drobiazgami, chyba żeby czółno trafiło w Marię. Moi „starsi panowie”, jak ich nazywam, śpią już dawno snem sprawiedliwych. Mogą spać na okrągło, czy dzień czy noc, mimo, że wewnątrz gorąco. Na pokładzie jest natomiast całkiem chłodno – to zasługa pasatu. Wiatr wieje niestrudzenie. Dzwoni fałami w aluminiowe maszty, pluszcze falą o dziób i burty – taki nieustanny pasatowy koncert. Nad horyzontem, tam gdzie znikł Boruta, rozpościera się pasmo czarnych chmur. Bliżej, nad nami chmury są rzadsze i podświetlone odblaskiem miasta. Rzeka, która w dzień jest sepiowo-bura, teraz w nocnej poświacie jest srebrzysta. To cząsteczki mułu rozpraszają światło i dają taki piękny efekt. Na tej srebrzystej toni odcinają się białe i czarne sylwetki jachtów – domów w miasteczku na kotwicy. Mrugają wieczornym życiem bulaje. Uspokajam zamęt myśli. Trzy dni postoju, ciągle bez wejściowej odprawy, a tyle wydarzeń, poznanych ludzi, nowych perspektyw. Co przyniesie jutro? Jak będą wyglądały dalsze plany? Czy tasiemka-talizman, zawiązana na lewym przegubie jeszcze w Salvadorze, odmieni nasze losy? Na razie dobrze jest tu w Cayenne, w tym miasteczku na rzece. Przyjemna atmosfera, życzliwi ludzie dookoła. Nieznane pociąga i chciałoby się pozostać tu jakiś czas. Spróbować innego życia niż dotychczasowe, poznać życie innych. Potem wrócić do kraju i tam słuchać ze zdumieniem opowieści osób walczących o awanse, podwyżki, pozycje, splendory. Słuchać żali o zawiedzionych ambicjach, kłodach rzucanych pod nogi. Potakiwać głową ze zrozumieniem, nie rozumiejąc tych ludzi zupełnie. Szczególnie mając w oczach taki wieczór z chmurami rozstrzępionymi pasatem i z sercem pełnym wdzięczności, że świat jest taki piękny, i że ciągle go można dla siebie odkrywać. Co przyniesie jutro? Dokąd powiedzie nas Maria?

Wojciech Jacobson Cayenne, reda; luty 1984

Publikowane po raz pierwszy: Zeszyty Żeglarskie, nr 6, sierpień 2003, s. 25.


Na temat postoju Marii w Cayenne zgadało się przypadkowo. Wojtek przeczytał naszą rozmowę z Kazimierzem Kaczorem, który wspominał spotkanie z jachtem Boruta na Kubie i w Miami.

– A wiesz, że w tym samym rejsie Boruta spotkał się z nami? – zapytał. – To był rok 1984, przełom lutego i  marca. Dwa polskie jachty weszły do Cayenne tego samego dnia w odstępie dwóch godzin – bez umawiania się! To znaczy: umówiłem się z Pawłem w Szczecinie rok wcześniej, że „spotkamy się gdzieś na Atlantyku”. Właśnie do tego nawiązał Paweł, wpisując się w Cayenne do księgi pamiątkowej Marii. Jeszcze na Marii, w 1984 r., napisałem dwa opowiadania-wspomnienia z pobytu w Cayenne, było w nich także o spotkaniu z Borutą i Pawłem. Oba zamieściły Zeszyty Żeglarskie, nr 6 i 7 z 2003 r. Mam je w komputerze. „Cayenne” jest właśnie jednym z owych dwóch opowiadań. Drugie – „Miasteczko na kotwicy” znajdziecie na naszej stronie już wkrótce. – Na pokładzie Marii, oprócz Ludka i mnie – napisał jeszcze Wojtek – był Marek Kowalski (na jednym ze zdjęć jest w białej czapeczce) – magister inżynier chemik z Politechniki Szczecińskiej, świetny radiowiec-amator. Dosiadł na Marię wraz ze mną w czerwcu 1983 r w Montevideo. Od Montevideo do Brestu, we Francji, było nas w załodze Marii trzech, poza krótkim odcinkiem brazylijskim, Vitória – Salvador Bahia, kiedy Ludek płynął tylko z Markiem, bo ja płynąłem na francuskim jachcie Elocin, któremu brakowało załogi. Marek dopłynął z nami na Marii do Francji i tam wysiadł w czerwcu 1984 r. Opowiadania z Marii posyłałem w tym czasie jako listy do Zbyszka Kosiorowskiego i on z tego coś robił dla radia szczecińskiego. Audycje słyszała Ewa – żona, ja nie, bo mnie nie było w kraju. Nie wiem, czy była audycja z Cayenne. Zeszyty Żeglarskie to był kwartalnik, redagowany ciekawie przez Zenka Szostaka. Wychodził od 2002 do 2008. Potem przestał, bo skończyły sie dotacje z JK AZS, a Zenek nie był w stanie wydawać własnym sumptem. Ma nadal masę materiałów i marzy, że uda mu się wskrzesić Zeszyty w internecie. Dodam jeszcze dla porządku, że w załodze Boruty byli: Paweł Morzycki – kapitan, Piotr Bartnicki, Mirosław Frątczak i Andrzej Lipiński. Tekst Wojtka – mimo że opowiada o konkretnych ludziach i miejscach – jest, moim zdaniem, kawałkiem bardzo dobrej prozy. Dlatego zdecydowałem, by nie rozbijać toku narracji zdjęciami, które – wbrew pozorom – zawężałyby jej ponadczasowe wartości. Możecie je obejrzeć poniżej. Kazimierz Robak Żeglujmy Razem 24 maja 2014

1984_Cayenne_Ludek_03a_fot_Janusz_Kurbiel_sm

Ludomir Mączka na Marii w Cayenne, 1984

1984_Cayenne_sy_Maria_30w-7001_fot_Wojciech_Jacobson

Cayenne, 1984: Marek Kowalski („w białej czapeczce”) i Ludomir Mączka na Marii

1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_01_fot_Miroslaw_Fratczak

Cayenne, 1984: Ludomir Mączka na Marii

  01-04_1984_sy_Boruta_11-w7001_fot_Miroslaw_Fratczak

s/y Boruta, 1984

 

1984_sy_Boruta_05_Pawel_Morzycki_fot_Andrzej_Lipinski

Paweł Morzycki, kapitan Boruty

 

1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_13_fot_Miroslaw_Fratczak

Cayenne, 1984: Maria widziana z pokładu Boruty od lewej: Wojciech Jacobson, Ludomir Mączka, Marek Kowalski

1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_19_fot_Miroslaw_Fratczak

Cayenne, 1984: Maria widziana z pokładu Boruty

01-08_1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_25_fot_Wojciech_Jacobson

Cayenne, 1984: załoga Boruty na Marii stoją (od lewej): Piotr Bartnicki, , Ludomir Mączka, Paweł Morzycki, Andrzej Lipiński, Mirosław Frątczak; siedzi: Marek Kowalski

1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_14_fot_Miroslaw_Fratczak

Cayenne, 1984: załoga Boruty na Marii; od lewej: Andrzej Lipiński, Paweł Morzycki, Ludomir Mączka

1984_sy_Boruta_Cayenne_Gujana_Fr_27_fot_Miroslaw_Fratczak

Cayenne: Ludomir Mączka widziany z pokładu Boruty

1984_Cayenne_KSIEGA_GOSCI_MARII_BORUTA_a_sm

Nie wiem, za czyją sprawą, ale jednak spotkaliśmy się. Cayenne, luty 1984 napisał w Księdze Gości Marii Paweł Morzycki, kapitan Boruty

_1984_Cayenne_karnawal_F1050002_sm_fot_Wojciech_Jacobson

Cayenne, 1984: karnawał

_1984_Cayenne_port_rybacki_F1050011_sm_fot_Wojciech_Jacobson _1984_Cayenne_port_rybacki_F1050016_sm_fot_Wojciech_Jacobson _1984_Cayenne_port_rybacki_F1050018_sm_fot_Wojciech_Jacobson

Cayenne, 1984: port rybacki

_1984_Cayenne_Vieux_Port_saveiros_F1050015_lev_sm_fot_Wojciech_Jacobson

1984_Cayenne_F1020015_sm_fot_Wojciech_Jacobson©

Saveiros przycumowane w Vieux Port w Cayenne

Zdjęcia pochodzą z archiwów: Wojciecha Jacobsona (ich autorami są Wojciech Jacobson i Janusz Kurbiel) i jachtu Boruta (portret Pawła Morzyckiego jest autorstwa Andrzeja Lipińskiego, pozostałe zdjęcia– Mirosław Frątczak). W Księdze Gości Marii – prawdopodobnie wskutek przesiąknięcia amerykańskim przeczuleniem na punkcie prywatności – usunąłem adresy i numery telefonów. Kazimierz Robak
Calendar

« February 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          

Zima

– Śnieg pada zimą. Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm…
– Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. Ale nawet do najlepszej odpowiedzi zawsze da się coś dodać. Nie odejmować, a dodać.

* * *

Od kiedy pamiętam, słowo „zima” wywołuje u mnie zawsze jedno skojarzenie: widzę wtedy obraz Myśliwi na śniegu (1565) Pietera Breughla Starszego.
Nie wiem, dlaczego. Ani nie jest to mój ulubiony obraz, ani nie chadzam na polowania, zima też (do przeprowadzki na Florydę) nie była moją ulubioną porą roku – ale fakt jest faktem, niezależnie od tego, jak bardzo bym się sam sobie dziwił.
Zdziwienie jest tym większe, że pamięć podsuwa detal, a nie jest nim ani biała płaszczyzna śniegu na pierwszym planie, ani skulone trzy sylwetki (z których jedna ledwo widać) łowców wracających z jednym marnym lisem i zmęczonymi, kulącymi ogony pod siebie psami, ani ludzie przy ogniu, ani nawet łyżwiarze na sadzawce. Detalem tym jest lecąca sroka, czarnym krzyżem nakładająca się na górski krajobraz.
Że to sroka – choć na drzewach siedzą wrony i być może kawki – wnioskuję po ogonie. I po innym obrazie Breughla Starszego – Pejzaż z szubienicą, mającego też inny tytuł: Sroka na szubienicy (1568). Sroki są tam nawet trzy: ta tytułowa siedzi na belce rusztowania, druga – na kamieniu obok, a trzecia leci. Sroki lubią towarzystwo. Breughel lubił sroki. Ja też je lubię.

„Schematyzm” – powiedział kolega po przeczytaniu tego fragmentu. – „Stereotypy. Jest zima, to musi być Breughel. Czterysta pięćdziesiąt lat, to co chcesz? Odwiecznych praw natury nikt nie zmieni.”

* * *
Zima – jedna z czterech podstawowych pór roku
w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Na półkuli północnej charakteryzuje się najniższymi temperaturami powietrza w skali roku, umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego, zazwyczaj zestaloną (zamarzniętą) formą opadu i osadu atmosferycznego,
a większość świata roślin i zwierząt przechodzi okres uśpienia.

Za zimę klimatyczną przyjmuje się okres roku (następujący po jesieni), w którym średnie dobowe temperatury powietrza spadają poniżej 0°C (32°F).
Zasadniczo zimę poprzedza jesień, jednak pomiędzy tymi okresami znajduje się klimatyczny etap przejściowy - przedzimie.

Zima astronomiczna na półkuli północnej rozpoczyna się
w momencie przesilenia zimowego (w 2016 – 21 grudnia)
i trwa do momentu równonocy wiosennej (w 2017 – 20 marca). Daty przesilenia i równonocy są zmienne, czasem wypadają dzień wcześniej lub dzień później,
a w roku przestępnym mogą być dodatkowo cofnięte o jeden dzień.
Podczas zimy astronomicznej dzienna pora dnia jest krótsza od pory nocnej, jednak z każdą kolejną dobą dnia przybywa,
a nocy ubywa.

W dniu przesilenia zimowego, przypadającym na grudzień, Słońce góruje w zenicie nad półkulą południową na szerokości zwrotnika Koziorożca. Na półkuli północnej jest to najdłuższa noc
(i najkrótszy dzień) w roku.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia zimowego w centrum Warszawy – na 52°14' szerokości geograficznej północnej – wynosi 14°20'.

Przesilenie zimowe w większości kultur było okazją do świętowania „odradzania się Słońca”.
W starożytnym Rzymie obchodzono Saturnalia, w Persji – narodziny Mitry, boga Słońca. Plemiona germańskie obchodziły Jul, Słowianie – Święto Godowe.
Chrześcijaństwo, od IV w., obchodzi zimą – 25 grudnia – dzień urodzin Jezusa. Dlaczego akurat 25 grudnia – różnie powiadają o tym, ale zamieszanie z datami zaczęło się dopiero po zastąpieniu niedokładnego (wobec Słońca i Księżyca) kalendarza juliańskiego nowocześniejszym kalendarzem gregoriańskim.
Na Zachodzie, gdzie kalendarz gregoriański przyjął się niemal od razu, pozostano przy nominale daty, bez względu jak się to miało do wyliczeń dawniejszych, zatem Boże Narodzenie wypada tam 25 grudnia. Na Wschodzie w liturgii obowiązuje starodawny kalendarz juliański, ale życie świeckie toczy się wg obowiązującego kalendarza gregoriańskiego. Stąd juliański 25 grudnia przypada na gregoriański dzień 7 stycznia.
Dwa tygodnie wielkiej różnicy nie czynią, świętować można podwójnie – grunt, że obie daty zimowe są.

Od czasów rzymskich, dokładnie od 46 r. p.n.e. w zimie, 1 stycznia, obchodzony jest również początek nowego roku.

W dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej, wypadającym w marcu, Słońce góruje w zenicie nad równikiem
i przechodzi przez punkt Barana. Na półkuli północnej zima się wtedy kończy i rozpoczyna się wiosna. Teoretycznie.
Istnieje bowiem nordycka przepowiednia o tym, że pewnego razu przyjdzie Wielka Zima trwająca trzy lata – Fimbulvinter, która poprzedzi zmierzch bogów – Ragnarök. Że przy okazji zginą ludzie, jest oczywiste, a Normanowie podali to dodatkowo we własnej stylistyce: głód nastanie tak straszny, że ludzie zjedzą się nawzajem, lądy najpierw spustoszy ogień, a później zaleje morze – czyli nastąpi koniec świata.
Czyli, wypisz wymaluj, Wikingowie stworzyli obraz termonuklearnej zimy.
Jest też co prawda akcent optymistyczny, a jakże: po tym wszystkim nastanie era szczęśliwości i nowy świat, bo ponoć jedna para ludzka ocaleje. Pozostaje tylko pytanie: i po co to wszystko?

Jeśli ktoś się chce utrzymać w klimacie i to bez happy endu, niech przeczyta powieść Nevila Shute'a Ostatni brzeg (1957), albo obejrzy jedną z dwóch jej adaptacji filmowych. Moim zdaniem ta starsza (1959), z Gregorym Peckiem, Avą Gardner i Anthonym Perkinsem, jest lepsza.

* * *

Zima to słowo wywodzące się niemal wprost z naszej językowej przeszłości.
Etymologicznie jego najbliższy krewniakiem jest słowo himā (हिमा) ‘mróz, chłód, śnieg’ (Himalaje to ‘dom chłodu / mrozu / śniegu’), które zachowało się w sanskrycie, najstarszym zapisanym (z należących do wspólnoty praindoeuropejskiej) języku, w wersji wedyjskiej sięgającym połowy drugiego tysiąclecia p.n.e.
W hindi himā to również ‘lód’.

Zima w językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
:

białoruskiзіма [zima]
bośniackizima
bułgarskiзима [zima]
chorwackizima
czeskizima
kaszubskizëma
litewskižiema
łatgalskizima
łużycki (dolny)zyma (też: zymje)
łużycki (górny)zyma
łotewskiziema
macedońskiзіма [zima]
rosyjskiзима [zima]
serbskiзима [zima]
słowackizima
słoweńskizima
ukraińskiзима [zima]
żmudzkižėima

Zadziwiająca jednomyślność!

Przysłowia związane
z zimą:

Będzie zima, będzie mróz,
będzie ptaszek jajka niósł.

Deszcze Michałowe
prawią w zimie powietrze zdrowe.

Gdy tęga zima nastanie
w pierwiotku adwentu,
ośmnaście tygodni
nie spocznie ani momentu.

Idzie zima, a tu butów nie ma.

Idzie zima,
a tu chleba nie ma;
mój Ty Panie z nieba,
daj nam chleba.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Jaka zima, takie lato.

Kafla z pieca, szybki z okna,
a tu zima, butów ni ma.
[t.j. zbytków mu się zachciewa, a butów nie ma]

Kiedy się liść gęsto trzyma,
nie tak prędko będzie zima.

Kiej w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto zimie próżnuje, ten lecie musi być leniwy.

Na modrzewiu zima
niedługo trzyma.
[Góralskie: śnieg, gdy spadnie zanim modrzew zrzuci igły, zniknie prędko, bo na nich nigdy nic leży długo.]

Na świętego Grzegorza [12 marca]
idzie zima do morza.

Połowa zimy, połowa pastwy.

Późna zima długo trzyma.

Słaba zima, kiepskie lato.

Spyta cię zima zarazem:
byłżeś w lecie gospodarzem?

W pierwszym tygodniu
pogoda stała,
będzie długo zima biała.

W zimie koła, w lecie sanie robić.

W zimie odkryte ucho,
to w lecie sucho.

W zimie: komin nam ojcem,
fajerka matką,
kożuch dobrodziej,
a zapiecek chatką.

Zima następuje tęga,
póki głowy twej nie sięga;
postaraj się o barana,
a chwal niebieskiego Pana.

Zima nie jednemu zajrzy pod napiętki.
[niejednemu dokuczy, da się we znaki]

Zima nie pyta, gdzie się lato podziało.

Zima, jak w psiarni.

Zimą to człek siedzi doma,
albo pije gdzie u kuma.

Zimę uśmierza wiosna,
wiosnę lato niszczy.

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

(na samej górze był Ionesco)

Jeszcze o zimie
(bez powodu, wybrane na chybił trafił):

Maria Konopnicka
Zła zima

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa...
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!

 

Maria Konopnicka
Ślizgawka

Równo, równo, jak po stole,
Na łyżewkach w dal...
Choć wyskoczy guz na czole,
Nie będzie mi żal!

Guza nabić – strach nieduży,
Nie stanie się nic;
A gdy chłopiec zawsze tchórzy,
Powiedzą, że fryc!

Jak powiedzą, tak powiedzą,
Pójdzie nazwa w świat;
Niech za piecem tchórze siedzą,
A ja jestem chwat!

 

Maria Konopnicka
Zmarźlak

A widzicie wy zmarźlaka,
Jak się to on gniewa;
W ręce chucha, pod nos dmucha,
Piosenek nie śpiewa.

— A czy nie wiesz, miły bracie,
Jaka na to rada,
Gdy mróz ściśnie, wicher świśnie,
Śnieg na ziemię pada?

Oj, nie w ręce wtedy dmuchaj,
Lecz serce zagrzewaj,
Stań do pracy, jak junacy,
I piosenkę śpiewaj!

 

Maria Konopnicka
Rzeka

Za tą głębią, za tym brodem,
Tam stanęła rzeka lodem;
Ani szumi, ani płynie,
Tylko duma w swej głębinie:

Gdzie jej wiosna,
Gdzie jej zorza?
Gdzie jej droga
Het, do morza?

Oj, ty rzeko, oj, ty sina,
Lody tobie nie nowina;
Co rok zima więzi ciebie,
Co rok wichry mkną po niebie.

Aż znów przyjdzie
Wiosna hoża
I popłyniesz
Het do morza.

Nie na zawsze słonko gaśnie,
Nie na zawsze ziemia zaśnie,
Nie na zawsze więdnie kwiecie,
Nie na zawsze mróz na świecie.

Przyjdzie wiosna,
Przyjdzie hoża,
Pójdą rzeki
Het do morza!
 
 
Jeremi Przybora
Na całej połaci śnieg

Na całej połaci śnieg.
W przeróżnej postaci śnieg.
Dla sióstr i dla braci
zimowy plakacik
– śnieg, śnieg.
 
Na naszą równinę – śnieg.
Na każdą roślinę – śnieg.
Na tłoczek przed kinem,
na ładną dziewczynę – śnieg, śnieg.

Na pociąg do Jasła,
na wzmiankę że zgasła,
na napis „Brak masła”
na starte dwa hasła,
na flaszki od wódki,
na tego złe skutki,
na puste ogródki,
na dzionek za krótki.

Na w sinej mgle dale – śnieg,
na kocham cię stale – śnieg,
na żale, że wcale
i na tak dalej
tak dalej, tak dalej
na tak dalej – śnieg
śnieg
 
Tekst ten, do muzyki Jerzego Wasowskiego, śpiewali w „Kabarecie Starszych Panów” Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.
Inne wykonania: Kalina Jędrusik, Anna Maria Jopek i Jeremi Przybora

LUTY

W lutym do wiosny jeszcze daleko,
bowiem u jego granic jaśnieje
tak wielki obszar bieli jak mleko,
że może zaćmić nawet zawieję.

Zamieć porusza nagie zarośla,
od jej uderzeń domy się chwieją,
a ponad nimi szaleje wiosna
i dorównuje siwiźnie bielą.

Josif Brodski, „Instrukcja dla więźnia” („В феврале далеко до весны”),
15 lutego 1964; przekład: Katarzyna Krzyżewska

Ponieważ wciąż jeszcze zdarzają się w Polszcze ludzie znający język Lermontowa i Bułhakowa, a ja uważam, że gdy można coś przeczytać w oryginale – to trzeba, więc dla tych, co zrozumieją, oryginał:

<А. А. А.>

(«В феврале далеко до весны»),

В феврале далеко до весны,
ибо там, у него на пределе,
бродит поле такой белизны,
что темнеет в глазах у метели.

И дрожат от ударов дома,
и трепещут, как роща нагая,
над которой бушует зима,
белизной седину настигая.

15 февраля 1964

 

Luty – drugi miesiąc w roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego.
Jest to także miesiąc najkrótszy w obu kalendarzach: luty gregoriański i luty juliański mają po 28, a w latach przestępnych po 29 dni.
I jest to trzeci miesiąc meteorologicznej zimy.

Nazwa powtarza się w dwóch sąsiednich językach wschodniej słowiańszczyzny: w ukraińskim (лютий) i białoruskim (люты).
Po etymologię trzeba jednak sięgnąć do Brücknera, albo przynajmniej do jakiegoś słownika staropolskiego, lub z odniesieniami do staropolszczyzny.
Słownik języka polskiego z lat 1960., w redakcji Witolda Doroszewskiego, podaje, że nazwa miesiąca wywodzi się od staropolskiego „luty” – ‘zimny’, ‘mroźny’, ‘srogi’, ‘okrutny’, ‘dziki’, ale że przymiotnik ten jest już tylko w użyciu książkowym. Dziś chyba tylko nieliczni skojarzą nazwę drugiego miesiąca ze srogością mrozów i dzikością puszczańskiego zwierza.

Ciekawe skojarzenie podsuwa Słownik wileński z 1861. Po haśle „luty” jest „Lutyca”: imię słowiańskiej jędzy piekielnéj, ob. Dracica.

Szukajmy więc dalej:

Dracica – słowiańska jędza. Jak Dydki męzkie, tak Dracice żeńskie wojsko piekielne, trapiące grzeszników na ziemi i w piekle. Przybierają postaci straszliwe. Znaczą wyrzuty sumienia. Odpowiadają greckim Eumenidom i łacińskim Furjom. Inne imiona ich: Ostudy, Lutyce, Tassany.

Dracz zaś, według tego samego słownika, znaczy „zdzieracz, łupieżca”, a dracza – „zdzieranie, zdzierstwo”. Do czego dołączony jest cytat ilustrujący, skądinąd bardzo do współczesności pasujący: Niech się ten wilk urzędnik tą draczą wspomoże.

Gdy sięgnąć do nazw miesięcy w Encyklopedii staropolskiej (1900-1903) Zygmunta Glogera, dojść można do wieku XIV, gdy luty nazywał się „strąpacz” (prawdopodobnie od strzępienia czyli ścinania szronem).
W staropolszczyźnie używany był też starosłowiański „sieczeń”, który w innych językach słowiańskich jest nazwą stycznia (po ukraińsku to січень, po chorwacku – siječanj).
Samuel Linde w swoim Słowniku (1807-1814), podaje jeszcze „świeżnik” i „drugnik” (od ‘drugi’). Kopaliński dodaje „gromnicznik” (od święta NMP Gromnicznej) i „mięsopustnik”, od mięsopustu – ostatnich trzech dni dni karnawału zwanych „ostatki”, które w dawnej Polsce obchodzono hucznie, z pijatykami, tańcami, kuligami i balami przebierańców.

Większość języków europejskich przejęła nazwę łacińską: Februarius. Rzeczownik ten oznaczał ostatni miesiąc kalendarza starorzymskiego, który przeznaczony był na obrzędy oczyszczające (łac. februa, l.poj. februum) przed początkiem nowego roku.
Zwyczaj zaczynania nowego roku od pierwszego dnia miesiąca Ianuarius wprowadził w reformie kalendarzowej Gajusz Juliusz Cezar w 45 r. p.n.e.

 

Rocznice lutego:

2 lutego
w kościele katolickim obchodzone jest Ofiarowanie Pańskie, w Polsce nazywane tradycyjnie świętem Matki Bożej gromnicznej.

Począwszy od IX wieku wierni przynoszą 2 lutego do kościoła świece do pobłogosławienia zwane gromnicami, zwane tak od słowa „grom”, bowiem zapalano je w czasie burzy i stawiano w oknie, gdy modlono się o oddalenie piorunów.
Angielskie tłumaczenie polskiej nazwy to Feast of Our Lady of Thunder Candles, ale w angielskiej terminologii katolickiej święto zwane jest Presentation of the Lord lub Purification of the Blessed Virgin Mary; święcenie gromnic to Candlemas lub Candle Mass.
W krajach hiszpańskojęzycznych, 2 lutego obchodzone jest święto Presentación de Jesús en el Templo (zaprezentowanie Jezusa w Świątyni), Purificación de la Virgen (oczyszczenie Dziewicy) lub La Virgen de la Candelaria (Dziewica z Candelarii). To ostatnie związane jest z obchodami święta Matki Boskiej – patronki Wysp Kanaryjskich, której figura znajduje się w Candelarii na Teneryfie (i to jest wielka osobna historia, o której może kiedy indziej).
W Meksyku 2 lutego wydają przyjęcia ci, którzy w dniu Trzech Króli znaleźli figurkę dzieciątka Jezus w swojej porcji ciasta Rosca de Reyes (‘ciasto Trzech Króli’ mające formę pierścienia).

Kościół prawosławny świętuje w lutym Spotkanie Pańskie (2 lutego wg kalendarza juliańskiego, obowiązującego w liturgii prawosławnej; 15 lutego wg kalendarza gregoriańskiego).

Tak się składa, że do końca drugiej dekady wieku XXI, w lutym wypada ostatni czwartek przed wielkim postem, rozpoczynający ostatni tydzień karnawału – Tłusty Czwartek (4 II 2016; 23 II 2017, 8 II 2018, 28 II 2019 i 20 II 2020).

Odpowiednikiem Tłustego Czwartku w niektórych krajach jest Mardi Gras ‘tłusty wtorek’ lub Pancake Tuesday ‘naleśnikowy wtorek’, obchodzony przed środą popielcową.
Od lat media, a teraz nawet Wikipedia, uporczywe lansują przesąd, że kto nie zje pączka w Tłusty Czwartek… itd., czyli dokładnie jak w łańcuszkach szczęścia. Co znaczy, że gdzieś w podziemiu działa lobby cukierników, które uprawia dywersję za pomocą kryptoreklamy. I dobrze – obyśmy nigdy gorszych lobby nie mieli!

 

14 lutego jest Dniem Zakochanych (Walentynki).
Dzień to z pewnością piękny, ale jeśli przypomnieć sobie śpiewkę:

To-morrow is Saint Valentine’s day,
All in the morning bedtime,
And I a maid at your window,
To be your Valentine.

Then up he rose and donn’d his clo’es
And dupp’d the chamber door,
Let in the maid, that out a maid
Never departed more.

czyli:

Dzisiaj świętego jest Walentego,
Słońce już stoi na niebie;
Ja drżącą ręką w twoje okienko
Stukam i czekam na ciebie.

Wdział prędko szatki i drzwi chatki
Rozwarł przed swoją jedyną;
Dziewczyna słodka weszła do środka,
Ale nie wyszła dziewczyną.

(Shakespeare, H, IV, 5, przekład Stanisław Barańczak)

i uświadomić, jak skończyła śpiewająca ją Ofelia, to już jakby trochę tego piękna mniej.

 

W rocznicach lutowych dziwnym trafem, jak refren, powtarza się I wszystko byłoby pięknie… No bo tak:

 

1 lutego 1411
Polska podpisuje w Toruniu pokój, który kończy Wielką Wojnę Polski i Litwy

z Zakonem Krzyżackim, zaczętą w 1409. Krzyżacy – niby rozbici pod Grunwaldem, ale wciąż z Malborkiem – oddali Żmudź, oddali Ziemię Dobrzyńską, zapłacili sporą grzywnę.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że cztery dekady później zaczęła się kolejna wojna z Zakonem, tym razem trzynastoletnia. Po niej też był pokój, też w Toruniu, w 1466.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie kolejna wojna, pół wieku później. Po której był pokój i hołd pruski w 1525, i zamiana państwa zakonnego w księstwo świeckie, i obraz Matejki (1882).
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nowe świeckie księstwo, które nazwało się Pruskie, już 176 lat później (1701) stało się królestwem, a za kolejne siedemdziesięciolecie tak dziarsko zaczęło dzielić z sąsiadami polsko-litewski tort, że w 1795 nie było już po tym torcie ani śladu. No ale bitwę pod Grunwaldem żeśmy wygrali, przynajmniej wg naszej wersji historii, bo znam kraje, w których uczą dzieci, że pod Grunwaldem zwyciężył zupełnie kto inny.
Na szczęście lekcje historii u nas już są raczej nieobowiązkowe, więc nie mamy z tym większego problemu.

2 lutego 1848
Amerykanie podpisują w Guadalupe Hidalgo traktat z Meksykanami, który kończy wojnę (1846-48) między oboma krajami.

Wojna wybuchła po tym, jak Meksykanie nie zechcieli nawet pogadać z facetem, którego w 1845-tym wysłał do miasta Meksyk amerykański prezydent James K. Polk z propozycją kupienia za spore pieniądze ówczesnych ziem meksykańskich czyli Kalifornii i Nowego Meksyku.
Facet nazywał się John Slidell i za samą Kalifornię mógł dać 25 milionów dolarów, a ogółem miał do dyspozycji coś około 30 milionów (na owe czasy to była kosmiczna suma; Alaskę Stany kupiły w 1867 za jedne siedem milionów dwieście tysięcy).

Meksykańska strona rządowa mnożyła trudności uniemożliwiające jakiekolwiek oficjalne negocjacje, Slidell spędzał w Meksyku miłe chwile, generalnie zachwycony, bo Polkowi właśnie o to chodziło: skoro nie przemówiło złoto, miały zagrać armaty. Tak też się stało.

Nad samą wojną Meksykanie powinni spuścić kurtynę miłosierdzia i to z kilku powodów.
Jednym z nich było to, że ich wojskami dowodził generał Santa Anna, który jako bohater byłby ozdobą każdego operetkowego libretta, gdyby nie to, że był największą tragedią swego kraju (w kategorii wszechczasów). Tego, co wyczyniał zarówno podczas wojny z Amerykanami, jak i podczas swoich jedenastu rozpoczętych kadencji prezydenckich, nie spisać na wołowej skórze.

Drugim powodem był cud, jaki najpierw przydarzył się Ksenofontowi i wojskom greckim podczas Anabasis w V w. p.n.e., a później, na początku wieku XVI, Cortezowi i braciom Pizarro, którzy dowodząc kilkusetosobowymi oddziałami podbili imperia Azteków i Inków.
Tym razem, w marcu 1847, 10-tysięczny korpus gen. Winfielda Scotta, mając przeciwko sobie całą armię meksykańską, co najmniej 6-krotnie liczniejszą, wyokrętował pod Veracruz, przeszedł przez góry, doliny
i wąwozy 400-kilometrowym spacerkiem do miasta Meksyk, miasto zdobył i jeszcze musiał czekać, aż znajdzie się urząd czy osoba mająca dość plenipotencji, by podpisać jakikolwiek dokument kończący jego podboje.
Podręczniki historii piszą na ogół, jak to Meksyk, po podpisaniu traktatu w Guadalupe Hidalgo, stracił swe północne terytoria, które dziś są Kalifornią, Nevadą, Arizoną i Utah, a jeszcze kawałkiem Nowego Meksyku, Kolorado i Wyoming, czyli 1,36 mln km kw. (powierzchnia Alaski to 1,7 mln km kw.). Trudniej się dokopać informacji, że po wygranej wojnie USA za owe terytoria zapłaciły
15 milionów dolarów gotówką (dziś to jest podobno pół miliarda), anulując do tego ponad 3 miliony dolarów meksykańskiego długu. Pięć lat później (1853), nie kto inny jak gen. Santa Anna zaproponował Amerykanom „wyrównanie granicy” i za kolejne 10 milionów USD opchnął im 77 tysięcy km kw. Meksyku, w transakcji nazwanej Zakup Gadsdena (Gadsden Purchase). O tym, co się stało z tymi pieniędzmi, już nawet nie warto wspominać.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że na wojnę, a zwłaszcza na katabasis gen. Scotta, spuszczają też lekki woal zapomnienia Amerykanie, chyba dlatego, że generałowi zdarzyła się po drodze rzecz, dziś podpadająca pod kategorię zbrodni wojennych: 12-dniowe oblężenie miasta Veracruz, którego fortecę Scott zaatakował od strony cywilnych przedmieść.
Wg Meyera i Shermana, autorów The Course of Mexican History (Oxford UP, 1983, str. 349), straty po stronie amerykańskiej wynosiły 67 zabitych i rannych, zaś w mieście zginęło ok. 1000-1500 Meksykanów, przy czym straty wśród cywilów były niemal dwukrotnie większe niż wśród żołnierzy. Chyba dlatego Hollywood za kampanię Scotta dotąd się nie złapał: dużo łatwiej fałszować historie wojenne z odległej Europy.

Żeby dopełnić temat cudów wspomnę jeszcze historię legionistów czeskich podczas I wojny światowej i wojny domowej w Rosji: przejechali oni przez Rosję z Europy do Azji, przebili się przez armie bolszewickie, mienszewickie i inne, po drodze w Kazaniu zagarnęli rezerwy złota Banku Rosji i z częścią tego złota (jaką? „nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem”) zniknęli w sinej dali Pacyfiku ewakuując się drogą morską.

14 lutego 1076
papież Grzegorz VII rzuca ekskomunikę na Henryka IV – króla niemieckiego a niebawem Świętego Cesarza Rzymskiego. Rok później król się pokajał, a że papież mieszkał wówczas w zamku Kanossa, więc już wiemy dokąd musiał boso i w worku pokutnym pójść Henryk.

Papież tryumfował, a Henryk, w 1105, abdykował.
I wszystko byłoby (dla papiestwa) pięknie, gdyby nie to, że syn i następca Henryka IV, Henryk oczywiście V (tak, ten co oblegał Głogów), kolejnego papieża pojmał i parafę na korzystnych dla siebie traktatach (chodziło o to, kto wyznacza biskupów) wymusił.
Nie na wiele mu się to zdało, bo kolejny papież ekskomunikował i jego, co następny papież odwołał (obaj Henrykowie, jak z tego widać, mieli szczęście do co drugiego papieża).
Jaka była dalsza historia papiestwa i Niemiec można sobie poczytać, ale nic szczególnie wesołego z tego nie wynikło, chociaż Watykan takim najgorszym miejscem zamieszkania chyba nie jest.

Było o „wyrównywaniu granicy” po amerykańsku, to teraz może coś dla przeciwwagi:
15 lutego 1951
przedstawiciele Polski podpisują umowę o „wyrównaniu granicy” z ZSRR.
PRL dostała 480 km kw. (a przynajmniej tak podaje Dziennik Ustaw 1952, nr 11, poz. 63.) w Bieszczadach, a hegemon przejął 480 km kw. Lubelszczyzny.

Za czasów najlepszego z ustrojów krążył dowcip o wymianie towarowej w krajach bloku: my Sojuzowi – wagon węgla, a Sojuz nam – dwa wagony butów. Do podzelowania. Précisément.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że uśmiechnąć się tu mogą tylko mieszkańcy Ustrzyk Dolnych i kilku okolicznych wsi, którym na mocy tej umowy udało się znaleźć po zachodniej stronie granicy.
Ale mieszkańcom Bełza, Krystynopola i okolic chyba jednak do śmiechu nie było i nie jest. Dziś Белз (Bełz), Червоноград (Czerwonograd czyli Krystynopol), Угнів (Ugniw czyli Uhnów), Варяж (Wariaż czyli Waręż) i Хоробрів (Chorobriw czyli Chorobrów) są częścią rejonu sokalskiego w obwodzie lwowskim.
Dla porównania: powierzchnia m.st. Warszawa liczy (w 2015) 517 km kw.

18 lutego 1916
Roman Dmowski składa obszerny memoriał na ręce Aleksandra Pietrowicza Izwolskiego – ambasadora Rosji w Paryżu. Dmowski wciąż jeszcze uporczywie wiąże nadzieje niepodległości Polski z Rosją.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Rosja – nie tyle uporczywie, co konsekwentnie od stuleci – uważa, że Polska żadną zagranicą nie jest i nie będzie.
Memoriał Dmowskiego opisywał, jakiego szczęścia zaznają w przyszłości niepodległe narody słowiańskie, w tym Polacy, pod rosyjską egidą. Jak carski aparat potraktował te opowieści łatwo przewidzieć.
Myślenie kategoriami imperialnego hegemona było zresztą w Rosji tak zakorzenione, że kilka lat później, walczący z bolszewikami „biali” wzruszyli ramionami na proponowaną przez Piłsudskiego pomoc w rozbiciu „czerwonych”, bo warunkiem było uznanie po zwycięstwie polskiej niepodległości. Czym to się dla nich skończyło – wiadomo i nawet można by powiedzieć „dobrze im tak”, gdyby nie to, że w sumie nam wyszło na jeszcze gorsze.

19 lutego 1594
Zygmunt II Waza jest koronowany w katedrze w Uppsali na króla Szwecji.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Zygmunt był fanatycznym katolikiem i do tego upartym.
Przez swój upór zaprzepaścił szanse swego syna Władysława na tron szwedzki (warunkiem było przejście Władysława na luteranizm) i na tron carów Rosji (warunkiem było przejście Władysława na prawosławie). Upór Zygmunta i jego synów, utrzymujących w tytulaturze miano „dziedziczny król Szwedów”, dawało Szwecji dobry pretekst do atakowania Polski, a potop szwedzki (1655-1660)
– i wcześniejsze (1648-1654) powstanie Chmielnickiego – stały się pierwszymi gwoździami do trumny Rzeczypospolitej.

21 lutego 1848
Karol Marks i Fryderyk Engels opublikowali Manifest der kommunistischen Partei, po naszemu Manifest komunistyczny.

Zgrabnie napisana broszura miała wszystko, co politycznemu pamfletowi potrzeba: chwytliwe hasło na początku (Widmo krąży po Europie – widmo komunizmu), chwytliwe hasło na końcu (Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!), a za temat – niesprawiedliwość społeczną i prostą na nią receptę – rewolucję.
I wszystko byłoby pięknie, bo przecież w demokracji panuje pluralizm i wolność słowa, gdyby za poglądy obu panów nie złapały się grupy, których dziś nie da się określić inaczej niż terrorystyczne.
Marksizm, w swych kolejnych edycjach nazywany od imion kolejnych liderów totalitarnych partii, stał się oficjalną ideologią państw opanowanych przez najbardziej ludobójczy system polityczny jaki dotąd zdołano wymyślić. Żeby nie było nieporozumień – NSDAP też zaczynała od marksizmu, w swojej oczywiście wersji.

Polska i tak ma szczęście – marksizm-leninizm i marksizm-stalinizm zaledwie ją musnęły, a przecież i tak jeszcze po tym muśnięciu nie może się pozbierać.

23 lutego 1917
wybucha w Rosji Rewolucja Lutowa (nazwa dotyczy daty juliańskej, bo w gregoriańskim kalendarzu Zachodu był wówczas 8 marca).

Jej rezultatem jest abdykacja Mikołaja II (2/15 marca 1917) i utworzenie pierwszego demokratycznego rządu w dziejach Rosji, nazwanego Rząd Tymczasowy (trudno o gorszą nazwę), którym początkowo kierował książę Gieorgij Jewgienjewicz Lwow, a później Aleksander Fiodorowicz Kiereński.
I może wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że trwała I wojna światowa, a nowy rząd, mimo klęsk bitewnych, chciał uporczywie utrzymać Rosję w Entencie i na froncie.
Wtedy do gry włączyły się Niemcy, grające pierwsze skrzypce w bloku Państw Centralnych.
Niemcy, jak to Niemcy – myśleli kategoriami niemieckimi (a niby jakimi mogli myśleć?) i wydało im się, że skoro w Rosji nastała demokracja, to nastanie też ordnung, co zagrozić mogło niemieckim interesom na Wschodzie.
Niemcom nie wpadło do głowy, że – zamiast ordnungu – w Rosji zrobił się bałagan jeszcze większy, niż był za cara. Więc zdecydowały, że najlepszym lekarstwem na demokratyczną Rosję jest przywódca terrorystycznej partii bolszewickiej Włodzimierz Uljanow ps. Lenin.

Lenina i jego wspólników wyciągnięto z bezpiecznego azylu w Szwajcarii i z workiem niemieckiego złota przetransportowano w zaplombowanym wagonie do Hamburga i dalej statkiem do Helsinek, czyli praktycznie do Petersburga.
Ceną za pomoc miał być separatystyczny pokój z bolszewicką Rosją (był, a jakże, podpisany w Brześciu Litewskim „traktat brzeski” z 3 marca 1918), dający Niemcom możliwość przerzucenia armii ze Wschodu na Zachód, by na Zachodzie przestało wreszcie być „bez zmian”. Co się – rzecz jasna – nie udało (znowu przez Amerykanów), ale to już historia zupełnie innych miesięcy.
Mnie tutaj męczy jedno: walka wewnętrzna chęci z niechęcią. Chęć podpowiada, by sprawdzić, czy dobrze pamiętam, że za komuny starano się nam wpoić, iż to bolszewicy obalili carat, by uszczęśliwić uciemiężone ludy najlepszym z ustrojów. Niechęć za wszelką cenę stara się uświadomić mi, że dla udowodnienia tego kłamstwa propagandy musiałbym przedzierać się przez gazetowe wstępniaki i podręczniki historii, na widok których dostawałem niegdyś wysypki. Chyba nawrotu tej wysypki boję się bardziej.

 

W lutym urodziło się kilka ciekawych osób, m.in.:

James Joyce (1882-02-02);
księżniczka Bona Sforza (1494-02-02) czyli ta „królowa Bona, która umarła” (1557-11-19);
Tadeusz Kościuszko (1746-02-04), którego nazwisko ma tyle samo liter co nazwisko prezydenta USA wybranego na urząd równo 43 lata później, 1789-02-04;
Charles Lindbergh (1902-02-04), który jako pierwszy przeleciał non stop nad Atlantykiem, a historia jego 72-letniego życia to co najmniej kilkanaście sensacyjnych powieści lub scenariuszy;
Ronald Reagan (1911-02-06), 40. prezydent USA;
Charles Dickens (1812-02-07);
Thomas Edison (1847-02-11);
Abraham Lincoln (1809-02-12), 16. prezydent USA ;
Mikołaj Kopernik (1473-02-19);
Jerzy Waszyngton (1732-02-22), 1. prezydent USA;

Wśród tych, którzy zmarli (w tym wypadku to takie ładne określenie morderstw sądowych), są m.in.:

Maria Stuart, królowa Szkocji, ścięta 1857-02-08 w zamku Fotheringhay;
Giordano Bruno, spalony 1600-02-17 za herezję na rzymskim Campo de’ Fiori.
289 lat później w miejscu egzekucji wzniesiono Giordanowi pomnik.

 

Znaki Zodiaku lutego:
Wodnik (♒) – do 18 lutego
Ryby (♓) – od 19 lutego.
O Wodnikach już było. A o Rybach Czarny Pijar mówi z politowaniem:

Ryba powoduje ciągłe nieporozumienia w pracy i w domu, prochu nie wymyśli, sprawdza się najlepiej jako kontroler biletów komunikacji miejskiej i pod żadnym pozorem nie należy jej dopuszczać do urządzeń bardziej skomplikowanych niż tłuczek do kartofli, bo popsuje.

Zaiste, smutno się robi na samą myśl, że maj i jego Bliźnięta są jeszcze tak daleko.

 

Kwiaty lutego:

fiołek (Viola L.) – kwiat zakochanych, symbolizujący niewinność, szczerość, prawdę, namiętność, piękno i stałość w uczuciach.
Jest też symbolem straty – np. w Australii symbolizuje pamięć o żołnierzach poległych w I wojnie światowej.

pierwiosnek (Primula vulgaris L.) – kwiat szlachetny, występujący jako godło herbowe, ulubiony kwiat premiera brytyjskiego Benjamina Disraeli (1804-1881), upamiętniający rocznicę jego śmierci zwaną Primrose Day (Dzień Pierwiosnka). Gdy dłużej pomyśleć, można dojść do wniosku, że nazwa ta była po myśli zarówno zwolenników jak i przeciwników earla Beaconsfield.

U nas wiersz o pierwiosnku napisał Mickiewicz, zaczynając:

Z niebieskich najrańszą piosnek
Ledwie zadzwonił skowronek,
Najrańszy kwiatek pierwiosnek
Błysnął ze złotych obsłonek.

Ja
Za wcześnie, kwiatku, za wcześnie,
Jeszcze północ mrozem dmucha,
Z gór białe nie zeszły pleśnie,
Dąbrowa jeszcze nie sucha.

Chyba cenił ten utwór, gdyż otworzył nim swój pierwszy tomik poezji, Ballady i romanse (1822), czyniąc niejako wstępem do następnej „Romantyczności”.

Zachwyty filomaty jakże inne były od uczuć, które 80 lat później wzbudził ten wiersz w demonicznym Waldemarze:

– Niech mi pani pokaże karnecik.
Stefcia podała mu seledynowy, malowany gracik z maciupcim ołówkiem tegoż koloru. Waldemar przeczytał na okładce:

Lepsza w kwietniu jedna chwilka
Niż w jesieni całe grudnie.

Uśmiechnął się i usiadł obok Stefci na krześle w ten sposób, że odgrodził ją od sali. […]
– Bardzo dobry aforyzm. Mickiewicz dla siebie go widać ułożył, bo jednak czasami jest inaczej. Na przykład u nas wiosenne chwile były złe, nieufne, drażliwe, słowem brzydkie! Dzisiaj są lepsze, a mamy jesień! [...]
Spojrzał jej w oczy z demoniczną pewnością siebie.

 

Kamień lutego:
ametyst – symbolizuje pobożność, pokorę, duchową mądrość i szczerość.
Podobno chroni przed opilstwem – po grecku bowiem améthystos (ἀμέθυστος) znaczy „nie opiły”.
Wzięło się to ponoć stąd, że ceniąca trzeźwość nimfa Amethis znieść nie mogła zalotów Dionizosa, wiecznie będącego pod dobrą datą. Artemis, bogini łowów, na prośbę nimfy zmieniła ją w klejnot, a że Dionizos urazy nie chował, więc dał mu moc przeciwstawiania się potędze trunku. Starożytni zdobili ametystami czary i puchary, a nasi ujęli rzecz krótko i z właściwą sobie bezpretensjonalnością: łagodzi kaca.
Najwięcej ametystów wydobywa się w Zambii (rocznie podobno ok. tysiąca ton) i w Brazylii. W Polsce – jak zwykle: klejnotonośne są Sudety i tam też, w okolicach Szklarskiej na przykład, daje się znaleźć ametysty.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
drugi miesiąc roku to:

białoruskiлюты [liuty]
bośniackifebruar
bułgarskiфевруари [februari]
chorwackiveljača
czeskiúnor
kaszubskigromicznik
litewskivasaris
łatgalskisvacainis
łużycki (dolny)swěckowny (też: februar)
łużycki (górny)februar (też: mały rožk)
łotewskifebruāris
macedońskiфевруари [februari] albo cечко [seczko]
rosyjskiфевраль [fievral]
serbskiфебруар [februar]
słowackifebruár
słoweńskifebruar
ukraińskiлютий [liutij]
żmudzkivasaris

 

Przysłowia związane z lutym:

Czasem luty ostro kuty,
czasem w luty same pluty.

Czasem luty się zlituje,
że człek niby wiosnę czuje;
ale czasem tak się zżyma,
że człek prawie nie wytrzyma.

Gdy bez wiatrów luty chodzi,
w kwietniu wicher nie zawodzi.

Gdy ciepło w lutym,
zimno w marcu bywa,
długo trwa zima,
to jest niewątpliwa.

Gdy mróz w lutym ostro trzyma,
tedy jest niedługa zima.

Idzie luty, podkuj buty.

Jeśli ci jeszcze nie dokuczył luty,
to pal dobrze w kominie
i miej kożuch suty.

Kiedy luty puści, to marzec wypiecze.

Kiedy luty schodzi,
człek po wodzie brodzi.

Kiedy luty, obuj buty.

Luty,
gdy wiatrów i mrozów nie daje,
prowadzi rok słotny
i nieurodzaje.

Luty w lód okuty.

Luty, napije się wół pluty.

Na stycznie i lute
trzeba mieć konie kute.

Spyta cię luty: masz-li buty?

W lutym gdy zagrzmi
od wschodniego boku,
burze i wiatry walne
są w tym roku.

W lutym wody wiele
– w lecie głodne nawet cielę.

 

Przysłowia na
Matkę Boską Gromniczną (2 II):

Gdy jasne słońce
w dzień gromniczny będzie,
więcej niż przed tym śniegu
spadnie wszędzie.

Gdy na Gromnice roztaje,
rzadkie będą urodzaje.

Gdy słońce
świeci jasno na Gromnice,
większych jak były mrozów
czyni lice.

Gdy w Gromnice słońce
świeci na śmiecisko,
niechże zachowa gospodarz
słomę wszystko.

Gdy w Gromniczną z dachu ciecze,
zima jeszcze się przewlecze.

Gromnica – zimy połowica.

Gromnice jasne i czyste,
zima potrwa zaiste.

Ile razy przed gromniczną Matką Boską z dachów kapie,
tyle razy przed Wniebowzięciem [15 sierpnia] burze.

Jak na Matkę Boską gromniczną,
tak na św. Józef [19 marca].

Jasny dzień podczas Gromnice
lnu przyczynia na przęślice.

Jeśli Gromnice
mają zielne kwiatki,
kwietną niedzielę śnieżną
mają dziatki.

Na Gromnice – łataj bracie rękawice.

Na Gromnice mróz
– ogryzki do gnoju włóż;
na Gromnice kałużki
– wybieraj z gnoju ogryzki.

Na Gromniczną mróz
– szykuj chłopie wóz.
Na Gromniczną lanie
– szykuj chłopie sanie.

Od Gromnic do Gromnic,
aż nie będzie nic.
[gdy kto kogo łudzi próżną obietnicą, mówią: od…]

Skowronek,
o ile przed Gromnicą śpiewa,
o tyle po tym milczy.

W dzień Panny gromnicznej
bywaj zdrów, mój śliczny.
[t.j. już za późno na zaloty, konkury, gdyż post bliski.]

W Gromnicę milszym w owczarni wilk jak słońce.
[gospodarze utrzymują, że słońce w dniu gromnicznym jest pewną przepowiednią słoty, zimna i zarazy na owoc.]

 

Przysłowia na
św. Agatę (5 II):

Chleb świętej Agaty
od ognia strzeże chaty.
[lud w dniu tym zwykł święcić chleb i sól, a w razie pożaru, szczególniej od pioruna wynikłego, obnosi je dokoła domu, a następnie rzuca w płomienie, wierząc, iż ogień zostanie stłumiony.]

Gdzie święta Jagata,
bezpieczna tam chata.

Po świętej Agacie
widzimy muchy w chacie.

Po św. Agacie
wyschnie bielizna na płocie.

W dzień św. Agaty,
jeśli słonko przez okienko zajrzy do chaty,
to wiosenka na świat pogląda
zza zimowej kraty

 

Przysłowia na
św. Dorotę (6 II):

Na dzień świętej Doroty
ma być śniegu nad płoty.

Po św. Dorocie
wyschną chusty na płocie.

Rzadki dzień św. Doroty
bez mrozu, zawiei, słoty.

Święta Dorotka
wypuszcza skowronka za wrotka.

Wedle świętej Doroty
naprawiaj człecze płoty.

 

Przysłowia na
św. Walentego (14 II):

Gdy na święty Walek deszcze,
mrozy wrócą jeszcze.

Na św. Walentego
bywa zwykle mróz niczego,
ale jak Walek się rozdeszcze,
pewne mrozy wrócą jeszcze.

Święty Walek tych powali,
co patronem go nie zwali.

Św. Walenty gdy odmrozi pięty,
na wyżywienie sprzedawaj sprzęty.

 

Przysłowia na
św. Macieja (24 II):

Gdy Maciej święty
cokolwiek lodu nie stopi,
będą długo chuchali
w zimne ręce chłopi.

Jeśli mróz w święto Macieja,
czterdzieści dni tegoż nadzieja.

Na św. Macieja
prędkiej wiosny nadzieja.

Na św. Maciejca
zniesie gęś pierwsze jejca.

Na święty Maciej lody
wróżą długie chłody,
a gdy płyną już strugą,
to i zimy niedługo.

Skoro po Macieju
drzewa się ogrzeją,
pobiegnij do sadu,
oczyść go z owadu.

Św. Maciej posłał do braci,
czy zimę stracić;
a bracia mu powiedzieli:
niech zaczeka do niedzieli.

Święty Maciej zimę straci,
albo ją zbogaci.

 

Przysłowia na Tłusty Czwartek
(4 II 2016; 23 II 2017, 8 II 2018 i 28 II 2019, 20 II 2020):

Gdy w tłusty czwartek
człek w jedzeniu pofolguje,
łaskawy Pan Bóg
grzech obżarstwa daruje.

Im bliższy czwartek tłusty,
tym weselsze zapusty.

Kto w tłusty czwartek
nie zje pączków kopy,
temu myszy zniszczą pole
i będzie miał pustki w stodole.

Nie zjesz pączka
w tłusty czwartek,
twoje życie mało warte.

Powiedział Bartek,
że dziś tłusty czwartek,
a Bartkowa uwierzyła,
dobrych pączków nasmażyła.

Od tłustego czwartku
do Zmartwychwstania
– ścisły post się kłania.

Tłusty czwartek pączkami fetuje,
a od Popielca ścisły post szykuje

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha