Ludomir Mączka

30 stycznia 2014 minęło 8 lat od odejścia na wieczną wachtę Ludomira Mączki – postaci tak niezwykłej, że opowieści o nim nigdy dosyć.

 logo w dziale Świat żagli przedstawia historię „Ludojada” opisaną przez dziennikarkę i pisarkę Krystynę Pohl.
Przedruk jej artykułu – poniżej, a wszystkich zachęcamy do odwiedzania „Mojej Łasztowni”, gdzie znaj­dzie­cie więcej ciekawych tekstów i informacji.

 

5 lutego 2014

Krystyna Pohl – OPOWIEŚĆ O ŻEGLARZU SZCZĘŚLIWYM

01_Ludek3-Kopiowanie-1024x685
Dla każdego żeglarza najtrudniejsze do pokonania są zawsze rafy lądowe.

Później jest już tylko morze… – Ludomir Mączka

Ludomir Mączka, przez przyjaciół zwany Ludkiem lub Ludojadem, był żeglarzem szczęśliwym. Kilka dekad żeglował, opłynął świat. Dziesięć razy przepłynął Atlantyk, cztery razy Pacyfik, trzy razy Ocean Indyjski. Odwiedził prawie wszystkie kontynenty, był w najbardziej egzotycznych miejscach, wszędzie poznawał ciekawych, przyjaznych ludzi.

Lubił ludzi, lubił z nimi rozmawiać. Nie odpowiadało mu samotne żeglowanie, lubił mieć na jachcie towarzystwo. Miał taki zwyczaj. W portach brał bączek i płynął w odwiedziny na inne jachty. Z każdym napotkanym żeglarzem pogadał, poopowiadał, posłuchał. Często zabierał z sobą książki na wymianę. Uwielbiał czytać.

Mira Urbaniak, żeglarka:
– Był guru żeglarzy, choć zwracano się do niego zwyczajnie, Ludek. Podziwiano go za wierność idei swobodnego żeglowania, a za życzliwość i uwagę wobec ludzi otaczano szacunkiem i przyjaźnią. Był laureatem wielu nagród, ale nigdy nie zabiegał o zaszczyty. Zwykle powtarzał słowa jego ulubionego pisarza Josepha Conrada ze „Zwierciadła morza”: „…byli też kapitanowie, których sztuka polegała na unikaniu niebezpieczeństwa. Nie osiągnęli nic wielkiego, byli skromni, zdawali sobie sprawę ze swych możliwości. Jestem jednym z nich. Nigdy nie zrobiłem nic wielkiego…

02_P1070156-Kopiowanie

 

Z wykształcenia geolog, z wyboru żeglarz, z zamiłowania podróżnik. Stan posiadania: jacht „Maria”. Był człowiekiem niezwykłym, a jednocześnie  bardzo skromnym. Miał przyjaciół na całym świecie, specyficzną filozofię życia i spe­cy­ficz­ne poczucie humoru zaprawione autoironią. Trafnie określił go jeden z żeglarzy: Ludek to polskie skrzy­żo­wa­nie Greka Zorby z Colasem Breugnon.

 

03_okladka-Kopiowanie

Kiedy, ileś lat temu, jako dziennikarka,  poznałam Ludomira Mączkę, powiedział krótko: Mów mi po imieniu. Ludek jestem.  A gdy usłyszał, że nie jestem żeglarką, podarował książeczkę swojego przyjaciela, żeglarza Rudy Krautschneidera zatytułowaną Ludojad. Napisał dedykację: „Krystyna, spróbuj żeglarstwa. Ludek Mączka”. I od razu opowiedział taką historię.

 

04_IMG_0002-Kopiowanie

Durban w Południowej Afryce. Akurat „Marią” przypłynął z Australii.  W portowym barze siedzi  z przybyłym z Polski żeglarzem, Jurkiem Boehmem. Gadamy, pijemy piwko. Jurek mówi, że  chciałby zobaczyć Wielką Rafę Koralową. To jego marzenie. A ja właśnie stamtąd wróciłem. Ale mówię, że nie ma sprawy. Popłyniemy tam razem. Po dwóch miesiącach byliśmy w Australii. Wtedy po raz pierwszy doznałem olśnienia, że jestem wolny, że świat stoi przede mną otworem, a ja mogę żeglować gdzie chcę. Cudowne uczucie. [patrz: przypis od redakcji ŻR na dole strony]

 

Ludek swoje żeglowanie rozpoczął na Odrze, we Wrocławiu, gdzie w 1946 roku przyjechał ze Lwowa i studiował geologię. Ale wcześniej, jeszcze we Lwowie jako nastolatek zaczytywał się w książkach podróżniczych. Marzył o przygodach, poznawaniu świata. Wybrał geologię, bo wierzył, że ten zawód zapewni mu podróże.

We Wrocławiu został członkiem Akademickiego Związku Żeglarskiego, żeglował po Odrze, a umiejętności doskonalił na obozach żeglarskich, m.in. w Trzebieży.

Wojciech Jacobson, żeglarz, przyjaciel, uczestnik wspólnych rejsów:
– Poznaliśmy się w 1949 na takim obozie w Trzebieży. Już wtedy nazywano go Ludojadem. Imponował nam. Chodził  w wojskowych bluzach i znał się na broni. Zaprzyjaźniliśmy się. Gdy sześć lat później przeniósł się na stałe do Szczecina, zamieszkał u mnie na sublokatorce. Przyjechał z torbą i plecakiem. W środku były same książki i trochę ubrań. Zawsze dużo czytał i miał niezwykłą pamięć. Książki były ważne, ale nie przywiązywał wagi do  rzeczy materialnych ani do jedzenia. Najważniejsze, aby zawsze miał pod ręką czosnek i herbatę yerba mate.

Po raz pierwszy wyruszył na morze w 1953 roku. „Orionem” popłynęli do Ustki. Był wrzesień, wiało, kiwało. Ale to właśnie wtedy narodziło się marzenie o żeglowaniu po morzach i oceanach. Potem uczestniczył w rejsie „Zewu Morza” do Islandii. W parę miesięcy później popłynął w pierwszy duży rejs. Na „Witeziu II” do Islandii. Trwał miesiąc i wszystko go fascynowało, nawet pierwszy solidny sztorm. Potem przestrzegał, żeby nie przesadzać z tą miłością do morza, bo morza  nie można  kochać, ale trzeba się go bać. Bo jak nie ma przed nim lęku, to traci się instynkt samozachowawczy. Powtarzał: Morze jest wspaniałe, ale nie toleruje tandety  i robienia głupstw. Uczy szacunku, pokory i sumienności.

Pytany o żeglarskie przygody, odpowiadał ze śmiechem: Przygody ma się w młodości, potem tylko nabiera się doświadczenia.

Zanim został żeglarzem był geologiem. Dobrym geologiem. Kilka lat pracował na kontraktach w Mongolii i w Zambii, w Afryce.

Przysyłał piękne listy i czarno-białe zdjęcia, barwnie opisywał miejsca, w których był, ludzi, których spotykał – wspomina Wojciech Jacobson.

Wiele tych zdjęć i opisów Wojciech Jacobson i Maciej Krzeptowski wykorzystali potem w znakomitej książce-albumie, którą razem napisali i zatytułowali Mam na imię Ludomir.

Między kontraktami mongolskim i afrykańskim, Mączka brał udział w naukowej wyprawie jachtu „Śmiały” do Ameryki Południowej. Kapitanem był Bolesław Kowalski, Ludek – II oficerem. Rejs trwał 459 dni, przepłynęli prawie 23 tys. mil morskich, odwiedzili 31 portów w 14 krajach. Powrót jachtu do Szczecina był wielkim wydarzeniem. Mimo fatalnej pogody (październik, 1966 r.) na Wałach Chrobrego był kilkutysięczny tłum szczecinian. Mączka był już wtedy popularnym i lubianym żeglarzem, stąd na transparentach widniały powitania: „AZS wita Ludka”, „Całujemy rączki Ludomira Mączki”, „100 lat dla Ludojada”. Po tym rejsie Mączka został członkiem Bractwa Wybrzeża (cyfra 6). A chilijscy Bracia nadali mu przydomek Monje del Mar – Mnich Morski.

Z  czteroletniego afrykańskiego kontraktu Ludek wrócił do kraju (1972 r.) ze znacznymi, jak na owe czasy pieniędzmi. Zewsząd słyszał rady, że powinien kupić dom, samochód, założyć rodzinę. A on kupił „Marię”, bo zawsze marzył o własnym jachcie. Zamiast statecznego życia na lądzie wybrał morską włóczęgę. I powtarzał: Od marzeń o domu na leśnej polanie, zachowaj mnie Panie.

 

05_Ludo1-Kopiowanie
Piękny, mahoniowy kecz zaprojektował Wacław Liskiewicz, a zbudował w Gdańsku solidnie, bo dla siebie, Jurek Mańkowski.
„Maria” nigdy, nawet w najtrudniejszych warunkach, mnie nie zawiodła. Nazwę wymyślił Jurek, ja ją zostawiłem, bo zmiana przynosi pecha.

Ten jacht stał się dla niego domem, wszystkim co posiadał. Nigdy nie założył rodziny. Rodziną był dla niego cały świat.

W rok później, jako 47-latek wyruszył na „Marii” w swój wielki wokółziemski rejs. Trwał 11 lat. Gdy w czasie rozmowy zapytałam Ludka  o pewne szczegóły dotyczące tego rejsu, odesłał mnie do Wojtka Jacobsona. Zadzwoń do niego. On zbudzony nawet o północy powie ci wszystko o „Marii”, ma dokładną ewidencję tego i innych rejsów. Ja sam, jak czegoś nie pamiętam, to nie kombinuję, dzwonię do Wojtka. Jacobson rzeczywiście stał się najlepszym kronikarzem niezwykłego żeglarza i niezwykłego jachtu. Dzięki jego skrupulatności powstał udokumentowany zapis żeglarskich wypraw Ludka. W swojej książce „Marią” do Peru Jacobson opisał pierwszy etap 11-letniego rejsu.
W ten pierwszy etap wypłynęli „Marią” we trójkę: Ludek, Wojtek Jacobson i Jerzy Mańkowski.

Mańkowski wysiadł w Casablance, a my popłynęliśmy dalej, do Peru – opowiada Jacobson. – Na Wyspach Kanaryjskich dosiadł się Andrzej Marczak, potem dowódca dużych żaglowców. Ja po kilkunastu miesiącach musiałem wracać, bo kończył się mój bezpłatny urlop i tęskniłem za rodziną. Ludek popłynął dalej z nową załogą. Wśród niej był Antoni Pisz, który potem opisał ten etap rejsu w książce „Marią” przez Pacyfik.

06_P1070152-Kopiowanie

W  czasie 11-letniego rejsu jacht cumował w ponad 200 portach, w najbardziej egzotycznych miejscach świata. Przez jego pokład przewinęło się 50 żeglarzy  z 12 państw. Mączka żeglował bez pośpiechu. Generalnie nie lubił żeglarskich wyczynów, bicia rekordów, ścigania się ani samotnej żeglugi. Do niczego nie jest mi to potrzebne – powtarzał. – Lubię takie moje  spokojne żeglowanie i włóczenie się po świecie. Dla mnie pływanie nie jest sportem a prawdziwym życiem.

Trafnie to ujął Andrzej Kumor: Ludek nie szedł przez swój czas, on przezeń żeglował. Z gracją, niespiesznie, bez sztucznej pozy, z autentyczną pokorą, co jest cechą ludzi prawdziwie wielkich…

07_WJ_06-V-Kopiowanie

 

Gdy po trzech latach żeglowania skończyły się pieniądze zarobione w Afryce, Ludek zaczął pracować w różnych portach. Imał się najróżniejszych zajęć. Remontował jachty, naprawiał dachy, grabił ścieżki w parku. Był tragarzem na rynku warzywnym, cieślą na kutrze łososiowym, zbierał kwiaty na plantacji żonkili. Zrywałem te żółte kwiatki od świtu do zmierzchu, a po każdym dniu nie mogłem  wyprostować pleców. To była najpodlejsza robota. Natomiast najcięższym, ale i najbardziej  dochodowym zajęciem była praca w kopalni boksytu w Australii. Byłem tam pomocnikiem spawacza, ale też czyściłem kotły po żrącym ługu. To był koszmar. Myślałem, że stracę skórę.

 

08_P1070164-Kopiowanie

Zarobione pieniądze pozwalały na kontynuowanie rejsu. W 1984 roku dotarł do Francji. Tam w Le Havre na prawie siedem lat zostawił „Marię”, a sam jako załogant popłynął z Wojtkiem Jacobsonem i Januszem Kurbielem na jego jachcie „Vagabond II”.

09_P1070170-Kopiowanie

Kurbiel tę wyprawę przygotował. Rejs trwał z przerwami cztery lata. Załoga się zmieniała. Ale Ludek i Jacobson byli na jachcie cały czas. Pokonali trasę z Pacyfiku na Atlantyk wzdłuż północnych wybrzeży Ameryki Północnej. Byli pierwszymi Polakami, którzy tego dokonali.

 

Po tym rejsie Mączka kilka lat spędził w Kanadzie znowu pracując, tym razem  na remont „Marii”. Ten kraj stał się jego drugą ojczyzną, otrzymał kanadyjskie obywatelstwo.

10_Ludek-Maczka-na-Marii-Kopiowanie
Ludek Mączka na „Marii”

 

Dopiero w 1991 roku przyprowadził jacht do Polski, kończąc tym samym 11-letni rejs. Trasa wielkiego rejsu wiodła przez Wyspy Kanaryjskie na Karaiby, do Wenezueli, Peru, Panamy, potem był Pacyfik i wyspy Oceanii, Australia, Nowa Zelandia, Wielka Rafa Koralowa, Ocean Indyjski, Afryka Południowa i znowu Australia, Ameryka Południowa, Karaiby, Europa.

Wówczas był to najdłuższy rejs w historii polskiego żeglarstwa. Po tym rejsie Ludek miał w paszporcie dwie metrowej długości wkładki z wizami kilkudziesięciu państw. A w tymczasowym dokumencie tożsamości, wydanym we Francji, w rubryce „zawód”, Francuzi napisali: visiteur, co znaczy podróżujący, zwiedzający.

W osiem lat później wypłynął w kolejną wokółziemską wyprawę. Miał już wówczas 73 lata. Był to rejs szlakiem Magellana i nazywał się „Victoria 2000”. Wymyślił go czeski żeglarz Ruda Krautschneider.

Niestety, tego rejsu Ludek nie dokończył. W Nowej Zelandii oddał stery żeglarzowi Maciejowi Krzeptowskiemu. Powierzyłem „Marię” Maćkowi, bo wiedziałem, że mi łódki nie zmarnuje.
Ten drugi rejs „Marią” wokół globu trwał cztery lata. Jacht przepłynął 40 tysięcy mil morskich, odwiedził kilkadziesiąt portów w 19 krajach. Maciej Krzeptowski napisał o nim książkę „Marią” dookoła świata. 20 lat później. To ciekawa, barwna opowieść.

Z Nowej Zelandii Ludek poleciał do Kanady na leczenie. Przeszedł kilka operacji.

Wojciech Jacobson:
W Kanadzie bardzo serdecznie zaopiekowali się nim Anka Warchałowska i Bolek Korneluk. Bolek traktował Ludka jak ojca.

Bolek Korneluk:
Poznaliśmy się z Ludkiem w latach 80. na balu żeglarzy w Chicago. Ludek był honorowym gościem. Siedzieliśmy przy jednym stole i przegadaliśmy cały wieczór. Ludek we Wrocławiu studiował, a ja z Wrocławia pochodzę. I jak wielu Polaków w tamtych latach wyjechałem z Polski, by szukać lepszego życia. Ludek wspominał studia, pracę w Mongolii, Afryce, swoje rejsy. Przez jakiś czas zamieszkaliśmy razem w Chicago. Czasem razem pracowaliśmy. Ludek bardzo dużo czytał. Był molem książkowym.

12_WPSJ-91-Le-Havre-wodujemy-Marie

Któregoś razu zaproponował, abyśmy razem polecieli do Francji, gdzie w Le Havre stała „Maria”. W 1991 roku po raz pierwszy zobaczyłem ten jacht. Stał tam kilka lat i był w stanie opłakanym. Wymagał solidnego remontu. Po zakończeniu prac w tym samym roku, w sierpniu przypłynęliśmy do Szczecina. Ludek został w Polsce, a ja wróciłem do Kanady. W Kanadzie oraz częściej był też Ludek, miał kanadyjskie obywatelstwo. Mieszkał u mnie i Anki Warchałowskiej. Rewelacyjnie gotował. Jego specjalnością były ośmiornice i smalec. Gdy w Szczecinie narodził się pomysł o żeglarskiej wyprawie szlakiem Magellana, Ludek postanowił popłynąć, zwłaszcza, że organizował to jego przyjaciel Ruda Krautschneider. I w 1999 roku ze Szczecina wypłynął „Marią”. To przed tym rejsem Ludek w testamencie zapisał mi „Marię”. Ja miałem wtedy swój jacht „Patrycję”. Powiedział tak: „Wierzę, że dobrze się nią zaopiekujesz. Masz już dwie kobiety, Ankę i „Patrycję”, więc dasz radę z trzecią”. Wiemy, że nie dokończył tego rejsu. Źle się czuł i w grudniu 2000 roku, z Nowej Zelandii przyleciał do Kanady, gdzie przeszedł kilka operacji kręgosłupa. 

 

13_W-dniu-powrotu-Marii-Kopiowanie

 

W 2003 roku był w Polsce. W ostatnim dniu sierpnia, na przystani Jacht Klubu AZS w Szczecinie, witał „Marię”, która  powróciła z 4-letniego wokółziemskiego rejsu. Była pierwszym polskim jachtem, który dwukrotnie opłynął świat. Ludek osobiście odebrał cumy od Macieja Krzeptowskiego, który przez trzy lata dowodził „Marią”. A ten powitał Ludka herbatą yerba mate, winem i czosnkiem.
Kapitan Krzeptowski przyznał, że nie sztormy i oceaniczne burze były najtrudniejsze, a brzemię odpowiedzialności, by nie sprawić zawodu przyjacielowi.
– Miłe było to, że w wielu portach  byliśmy rozpoznawani, serdecznie witani i podejmowani. Okazuje się, że żeglarska brać na świecie doskonale zna „Marię” i jej właściciela.

A Ludek szczęśliwy, że znowu widzi swoją „Marię” i to w dobrej kondycji, powiedział: Mam nadzieję, że moja choroba rozejdzie się po kościach i znowu gdzieś popłynę. Nie rozeszła się. Ludomir Mączka, 30 stycznia 2006 roku odszedł w Szczecinie na wieczną wachtę. Urna z jego prochami spoczęła na szczecińskim Cmentarzu Centralnym.

Wojciech Jacobson:
Ludek marzył o naszym wspólnym, dalekim rejsie. Niestety, te marzenia skorygowało życie. Ale ostatni, wspólny rejs mieliśmy. W 2005 roku jachtem „Amigo” popłynęliśmy na jezioro Dąbie.

W jednym z wywiadów Ludomir Mączka powiedział: Nie ma się czego obawiać. Starzy żeglarze nie umierają, tylko przesiadają się do małej, sosnowej dinghy.

MONTA¯ NOWEJ WYKLEJKI 1[CS3]2

„Maria” stała się jednym z najsłynniejszych polskich jachtów oceanicznych. Ale nie była jednym, na którym Ludek  pływał. Okazuje się, że odbył rejsy na 52 najróżniejszych jachtach. Ich nazwy i daty można znaleźć w ciekawej bardzo bogato ilustrowanej książce Jana Zamorskiego Z „Marią” przez życie i oceany.

Swojej  barwnej, morskiej włóczęgi Ludomir Mączka nigdy nie opisał. Zawsze powtarzał, że inni robią to lepiej. O nim, „Marii” i rejsach powstały setki artykułów drukowanych w prasie krajowej i zagranicznej. Powstały audycje radiowe i dokumentalne filmy (jeden z ciekawszych zrobiła Helena Borlik-Salcewicz „Nie obawiaj się być szczęśliwym”).
O słynnym żeglarzu i jego kultowym jachcie napisano siedem książek:

1.   „Marią” do Peru – Wojciech Jacobson (1976)
2.   „Marią” przez Pacyfik – Antoni J. Pisz (1982)
3.   „Marią” do Polski – Anna Rybczyńska i David Welsh (1995)
4.   Ludojad – Ruda Krautschneider (2002)
5.   „Marią” dookoła świata. 20 lat później – Maciej Krzeptowski (2005)
6.   Mam na imię Ludomir – Maciej Krzeptowski i Wojciech Jacobson (2008)
7.   Z „Marią” przez życie i oceany. Opowieści kapitana Ludomira Mączki – Jan W. Zamorski (2010)

W maju, 2006 roku na Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie została otwarta wystawa „Ludomir Mączka – żeglarz świata”. Przygotowali ją jego dwaj najbliżsi przyjaciele i towarzysze żeglarskich wypraw: Wojciech Jacobson i Maciej Krzeptowski. Na wystawie zaprezentowali ponad 80 zdjęć i wiele pamiątek. Ta ekspozycja stała się inspiracją do wspólnego napisania książki Mam na imię Ludomir.

Od 2007 roku, na terenie jacht Klubu AZS w Szczecinie uroczyście odsłonięto kamień-pomnik poświęcony słynnemu żeglarzowi Ludomirowi Mączce. Na prawie dwumetrowym, ważącym osiem ton kamieniu widnieje napis:
„Pamięci Ludomira Mączki, żeglarza i geologa, który stąd wyruszał w świat. Koledzy i przyjaciele”.
Obok stoi tablica z życiorysem żeglarza.

KRYSTYNA POHL

Zdjęcia: Wojciech Jacobson, Maciej Krzeptowski, Janusz Kurbiel, Jerzy Boehm, Janusz Charkiewicz, archiwum

 

„Maria” to mahoniowy kecz turystyczny. Zaprojektował go Wacław Liskiewicz na wzór jednostek norweskiego konstruktora Colina Archera z końca XIX wieku. Jacht zbudował w Gdańsku w ciągu trzech lat kpt. Jerzy Mańkowski.

Dł. kadłuba 9,8 m
Dł. całkowita 11,2 m
Szer. 3,2 m
Typ osprzętu kecz
Pow. żagli 46 m kw.
4 koje
Silnik Volvo Penta
Rok budowy 1971

Jacht jest w Szczecinie. W hangarze na terenie Campingu Marina PTTK przechodzi remont.

Źródło: http://mojalasztownia.pl/?p=3199

==========================

Od ŻR:

Krystyna_Pohl_sm2

 

 

Krystyna Pohl, związana z dziennikarstwem od połowy lat 70., zajmuje się głównie tematyką morską. Mieszka w Szczecinie. Pracowała w tygodniku Morze i Ziemia, obecnie pisze w Głosie Szczecińskim i Obserwatorze Morskim. Jest autorką książek:

  • Pomorzanin naszych czasów [redakcja] (Szczecin : Dziennikarska Spółdzielnia Pracy, 2000)
  • Szczecińskie chemikaliowce (Szczecin : Grapus s.c., 2007)
  • Historia statkami pisana. 60 lat Stoczni Szczecińskiej (Szczecin : Grapus s.c., 2008)
  • Szczecińskie kontenerowce (Szczecin : Grapus s.c., 2009)
  • Wielka historia statkami pisana. 61 lat Szczecińskiej Stoczni (Szczecin : Grapus s.c., 2010)
  • Jak Jan z Krystyną. Wspomnienia najdłużej urzędującego prezydenta Szczecina (Szczecin : Walkowska Wydawnictwo / Jeż, 2010)
  • Kapitanowie (Szczecin : P.P.H. Zapol, 2011)
  • Kaskada [współautor: Sebastian Biela] (Szczecin : Teresa Pawlak, 2011)
  • Szkoła Wilków Morskich wczoraj i dziś [redakcja i współautorstwo] (Szczecin : Wydawnictwo Naukowe Akademii Morskiej, 2011)
  • Kapitanowie 2 (Szczecin : P.P.H. Zapol, 2012)
  • Żeglarze (Szczecin : P.P.H. Zapol, 2013)

————————————–

Uzupełnienie historii Jerzego Boehma, które dodał (19 lutego 2014) Wojciech Jacobson:

Puenta się zgadza, ale nie detale.
Jurek Boehm przyłączył do Ludka we Fremantle w Australii, razem dopłynęli do Durbanu i wtedy Jurek westchnął, że chciałby zobaczyć Wielką Rafę. Więc wrócili…  Puenta z refleksją się zgadza.

Calendar

« May 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Maj

A w maju
Zwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia,
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, maju!

Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!...

Julian Tuwim – „Do krytyków” (1920)

 

Maj – piąty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury
i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od czasownika „maić” – ‘stroić, zdobić zielenią
i kwiatami’.

W staropolszczyźnie piąty miesiąc roku nazywany był „trawień” (tej nazwy używa język białoruski i ukraiński: травень ‘maj’, oraz chorwacki – travanj, ale tam tak nazywa się kwiecień) – wiadomo dlaczego.

 

Łaciński Maius zawiera
w sobie imię matki boga Merkurego – nimfy Mai.

 

Dwie dodatkowe etymologie nazwy Maius podaje Owidiusz w ks. V poematu Fasti (8 r. n.e.), traktującego o kalendarzu rzymskim.

Pierwsza wywodzi nazwę miesiąca od majestatu (Maiestas) – na przykład bogini, ale i cesarza, bo niech ktoś tylko spróbuje zaprzeczyć i powie, że cezar Majestatem nie jest!
Drugi owidiuszowski źródłosłów kieruje do starszych (maiores) – w tym wypadku senatorów rzymskich.

Na Owidiusza powołują się różne źródła i autorytety, ale jego wywody słowotwórcze mają tyle wspólnego
z językoznawstwem, co kamień węgielny z węglem kamiennym.

Owidiusz był poetą
i dworakiem – trudno powiedzieć, czym za swego życia bardziej. Boccaccio pisał, by się podobać damom, Owidiusz – by się podobać cesarzowi. Pierwszemu się udało, drugiemu – nie:
w dworactwie poeta nie miał szczęścia, bo inaczej nie dostałby wyroku wygnania (do dziś nikt nie wie, za co). Ale tworzył i wysysał
z palca, co mógł, byle tylko przypodobać się zwierzchności.

Maiestas – to oczywiste, bo bogini – boginią, ale podkadzenie imperatorowi zaszkodzić nie mogło, zwłaszcza że bogini daleko,
a cesarz – blisko.

Maiores – a czy źle było zaskarbić sobie niewinnym pochlebstewkiem życzliwość starców? Którzy – czy ich cesarz lubił czy nie – wciąż jeszcze coś mogli i o czymś tam decydowali.
Zresztą, na zasadzie świeczki i ogarka, Owidiusz nazwę następnego miesiąca, Iunius, w następnej księdze tego samego poematu wywodzi od słowa iuniores ‘młodzi’. Tak że Owidiuszem nie ma sobie co głowy zawracać.
Z równym powodzeniem moglibyśmy wywodzić nazwę „maj” od nazwiska Żemajska (i opiewać piękność obojga), gdyby tylko celem do sforsowania była dla nas twierdza piękności tejże damy. Albo – ogarnięci górnolotnym zapałem – moglibyśmy twierdzić, że z całą pewnością przodkowie nasi miesiąc „maj” nazwali od hasła „Trzymajmy się!”, co było nawiązaniem do szczytnych tradycji, woli przetrwania i misji dziejowej dającej nam pierwszeństwo nad innymi, a maj, jako symbol wiosny i odrodze-
nia… i tak dalej, i dalej.

 

Tak czy siak, nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

W drugiej dekadzie maja panują najchłodniejsze dni wiosenne, więc klimatycznie ten miesiąc też raczej zaprzecza swej symbolice
i w tym kontekście fraza
w w sercu ciągle maj brzmi co najmniej dwuznacznie, jak zresztą wszystko w poezji Jeremiego Wielkiego.

Ochłodzenie majowe jest zjawiskiem klimatycznym charakterystycznym dla całej Europy Środkowej: po okresie utrzymywania się wyżu barycznego nad Europą Środkową i Wschodnią następuje zmiana cyrkulacji atmosferycznej i przy słabnącym wyżu zaczyna – wraz z niżem barycznym – napływać zimne powietrze
z obszarów polarnych.

Według tradycji ludowej środek maja powinien być zimny, deszczowy, a czasem mroźny – jest to znakiem, że aż do jesieni nie powinno być przymrozków.

 

1 maja to Święto Pracy,
w Polsce święto państwowe.

We Francji 1 maja to, oprócz uroczystości organizowanych przez L’Humanité, święto konwalii (la fête du muguet).

 

Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, dzieje się w maju.

 

2 maja to w Polsce Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej.

 

3 maja jest w Polsce świętem państwowym, które oficjalnie nazywa się Święto Narodowe Trzeciego Maja. Ustanowiono je dla upamiętnienia uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Obojga Narodów (3 maja 1791).

…od razu się przyznam. Datownik maja mam niedokończony. Sporo tego, ale jakoś tak się składa, że
z tych wydarzeń, które do tej pory wziąłem na warsztat, większość związana jest
z Rosją. No a przecież, jeśli po Konstytucji – którą się
u nas czci prawie jak konkordat, a już na pewno jak Kościuszkę i Pułaskiego razem wziętych – dam rocznice wydarzeń spod Romanowych, z bolszewii lub z Putinogorska, to będzie wstyd i obraza Boska. Po TAKIEJ Konstytucji? Lepiej zatem poprzestanę na tym, co powyżej (na razie, bo praca trwa)…

 

Znaki Zodiaku w maju:
Byk (♉) – do 20 maja
Bliźnięta (♊) – od 21 maja (najweselszy
i najpogodniejszy znak Zodiaku).

Horoskopy Bliźnięta mają pomyślne w dowolnym układzie, nawet w czarnym PR.

Ludzie spod znaku Bliźniąt
w ogóle nie osiągają dojrzałości zarówno intelektualnej, jak
i uczuciowej.
Jedyne, co naprawdę potrafią, to raz w tygodniu wypełnić kupon gry liczbowej.
Niezdarnie to ukrywają, ale największą przyjemność sprawia im dłubanie w nosie.
Zapraszając takiego do domu należy pamiętać, że kradnie
i koniecznie przed wyjściem zrewidować.

Zauważcie, że nawet zawodowi hejterzy dają Bliźniętom pozytywną recenzję (co jest złego w grach liczbowych, dłubaniu w nosie – dla zdrowia przecież, albo
w zapobiegliwości?) – po prostu nie mają się do czego przyczepić!

Porównajcie z takim wczesnomajowym Bykiem, który ma:

wdzięk powiatowego Casanovy i skłonności dewiacyjne.
Niczym niezmącone przekonanie, że jest pępkiem świata.
Lubi mizdrzyć się zarówno przed lustrem jak i w pracy.
Najbliższą rodzinę terroryzuje od urodzenia do późnej starości.
Nigdy niczego nie czyta, choć o wszystkim ma z góry wyrobione zdanie.
Charakteryzuje go brak umiarkowanie w jedzeniu
i piciu.
Oderwać od rozkoszy stołu mogą go jedynie rozkosze łoża – przy czym i tu Byk będzie dążył do wyuzdanych uciech, nazywając je dla niepoznaki „wyższą sztuką”.
Lenistwo swoje i brak zainteresowania światem zewnętrznym Byki nazywają „dbaniem o domowe ognisko”, a brak wyższych uczuć „stąpaniem twardo po ziemi”.
Wreszcie swą ociężałość umysłową i skrajny konserwatyzm nazywają „przywiązaniem do tradycji” i „opieraniem się na sprawdzonych wzorcach”. Jednym słowem – to leniwi hedoniści, pogrążeni
w brudnej rozpuście
(no dobrze: „brudnej” możemy skreślić, bo znajomy Doktor obrazi się już na amen).

Albo z późnoczerwcowym Rakiem:

Urodzeni pod znakiem Raka oszukują na każdym kroku, zdradzają, uwielbiają podłożyć świnię.
Rakom nie można wierzyć nigdy i w niczym.
Jeśli np. Rak mówi „Cenię sobie twoją przyjaźń”, to można być pewnym, że przed godziną napisał na ciebie donos do szefa.
Raki stale komuś czegoś zazdroszczą, a po dwudziestym piątym roku życia łysieją, garbią się
i tracą zęby.
Słusznie zresztą.

No przecież szkoda słów, bo tu nie pomoże nawet oddział zamknięty.

A kolejne horoskopy są jeszcze gorsze (czytajcie, to się dowiecie), więc po prostu Bliźnięta – których i tak nawet czarny piar się nie ima – punktują z miesiąca na miesiąc.

 

Kwiaty maja:

Konwalia (Convallaria maialis L.) – bylina o kwiatach słodko pachnących, ale zdradziecka, bo silnie trująca; uznawana jest za kwiat szczęścia, pomyślności i młodości; ponieważ symbolizuje też czystość
i skromność, więc często wplatana jest w bukiety ślubne panien młodych (o symbolice toposu „trucizna pod słodyczą” etymologia ludowa jakoś milczy).

Niekontrolowana – konwalia staje się chwastem i to bardzo trudnym do usunięcia, ponieważ łatwo odrasta (ciekawe, czy ma to jakiś związek symboliczny
z owymi bukietami ślubnymi
i skromnością – może odrastają w sposób naturalny…).

Suszone, sproszkowane kwiaty konwalii dodawane są czasem do tabaki – w obliczu powszechnie znanych trujących właściwości substancji psychoaktywnych w tabace zawartych szczypta konwalii różnicy nie czyni.

Duże zastosowanie ma konwalia w medycynie
i zielarstwie, ale i tu ostrzega się przed zejściem wskutek przedawkowania.

W tzw. alfabecie kwietnym konwalie oznaczają nieśmiałość, co jest zrozumiałe: któż by, niewinnym będąc, do trucia jadem zabierał się śmiało?

Duże znaczenia ma konwalia w ikonografii maryjnej, ale to tematyka zbyt szeroka, by ją roztrząsać właśnie tu.

 

Głóg (Crataegus monogyna Jacq.), któremu botanicy dodają epitet „jednoszyjkowy” (co chyba nie jest obraźliwe); symbolizował on ostrożność i nadzieję, na szczęście bardzo dawno temu, bo
w średniowieczu; dziś tylko kłuje i nadaje się na nalewkę.

 

Kamień maja:

Szmaragd – symbolizujący miłość
i powodzenie.

 

W ogóle maj to miesiąc nijaki, coś takiego właśnie jak konwalia:

Maj jest dziwny. Dokładnie taki jak konwalia: trochę aromatu, ale zaraz jakieś przedawkowania i groźba zejścia. Nic dziwnego, że mądrość ludowa odradza zawierania małżeństw w maju (znam majowe
i szczęśliwe, ale być może to wyjątki potwierdzające regułę). I gdyby nie to, że jego ostatnia dekada przynosi najlepszy znak Zodiaku, czyli Bliźnięta, to ogólnie byłoby z majem kiepsko.

Kwiecień, na przykład, zaczyna się od primaaprilisowych wygłupów – i od razu jest weselej.
A popatrzcie, od czego startuje maj: od święta pracy, do której każdy chodzi, bo musi, więc to jest tak, jakby więźniowie obchodzili dzień św. Penitencji i cieszyli się, że jeszcze trochę posiedzą. To mogły wymyślić tylko Byki!
Na szczęście kogo jak kogo, ale ludzi pomysłowych u nas nie brakuje (a założę się, że większość z nich jest spod znaku Bliźniąt) – gdyby nie oni, to już by się w ogóle
w maju nie dało wytrzymać. Bowiem ludzie pomysłowi (zwłaszcza ci spod znaku Bliźniąt) połączyli „święto pracy” z innymi okolicznymi świętami, włączając w to weekendy z przodu i z tyłu,
i stworzyli jeden
z najdłuższych weekendów nowoczesnego świata; weekend, który – jak go dobrze ułożyć – może potrwać nawet 10 dni.
I nawet znajomego lekarza nie trzeba!
A gdy wreszcie, w co nie wątpię, za dzień święty zostanie uznane Święto Kanonizacji, to weekend majowy, podczas którego będzie można kompletnie zapomnieć o pracy, dojść może do dni szesnastu, a kto wie, czy nie więcej.

I ponieważ prawie zaraz po tym weekendzie przychodzą Bliźnięta, to maj daje się jakoś przetrzymać – mimo konwalii, szmaragdów, głogów jednoszyjkowych
i trzech ogrodników, których same imiona wywołują taki dreszcz, że nagłe chłody wcale nie są potrzebne.

Maj jednak rehabilituje się imieninami:
• Moniki;
• Stanisława – ale tylko częściowo, bo połowa Stachów uciekła od Szczepanowskiego do Kostki, tak że nigdy nie wiadomo, który kiedy obchodzi;
• Zofii (Zocha, przecież wiesz, że to o Tobie: wszystkiego najlepszego!)
• i Joanny – które już piękniejszego dnia na imieniny wybrać nie mogły!

 

Śluby i wesela w maju:
w żadnym wypadku! Ale zastrzegam jeszcze raz: tylko według mądrości ludu.

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
piąty miesiąc roku to:

białoruskiмай [maj], травень [trawień]
bośniackimaj
bułgarskiмай [maj]
chorwackimaj
czeskikvěten
kaszubskimôj (też: gòran, maj)
litewskigegužė
łatgalskiLopu (też: maja)
łużycki (dolny)rozhelony (też: rožownik, maj)
łużycki (górny)meja (też: róžownik)
łotewskimaijs
rosyjskiмай [maj]
macedońskiмај albo косар [kosar]
serbskimaj
słowackimáj
słoweńskimaj
ukraińskiтравень [trawień]
żmudzkigegožė

 

Przysłowia związane
z majem:

Chłodny maj,
dobry urodzaj.

Ciepły kwiecień, mokry maj
– będzie zboże jako gaj.

Częste w maju grzmoty
rozpraszają chłopom zgryzoty.

Deszcz majowy,
chleb gotowy.

Deszcz na pierwszym maju,
chyba w urodzaju.

Dużo chrabąszczów w maju,
proso będzie gdyby w maju.

Gdy kukułka w maju,
spodziewaj się urodzaju

Gdy maj jest przy pogodzie,
nie bywają siana w szkodzie.

Gdy się maj z grzmotem
odezwie na wschodzie,
rok sprzyja sianu
i zbożu w urodzie.

Gdy się w maju pszczoły roją,
takie roje w wielkiej cenie stoją.

Grzmot w maju
sprzyja urodzaju.

Jak pszczółki na wiosnę z ula
wcześnie wylatują,
to pewnie mróz na drzewa
w maju nam zwiastują.

Jak w maju zimno,
to w stodole ciémno.

Jeśli w maju grzmot,
rośnie wszystko w lot.

Kiedy lipa w maju kwitnie,
to w ulach miód zawiśnie.

Kiedy mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

Kiedy pierwszy maj płacze,
będą chude klacze.

Kto się w maju urodzi,
dobrze mu się powodzi.

Maj – wołom daj
i sam na piec uciekaj.

Na pierwszego maja szron
obiecuje dobry plon.

Na pierwszy maj
ostatek bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj:
w piecu sobie napal,
za niego się wal.

Nastał miesiąc maj,
kożdy o się dbaj.

Niedalekoć już do maja,
więc nie uchodź za mazgaja.

Nie zawsze na ziemi maj,
nie zawsze
ludzkiemu szczęściu raj.

Pierwszego maja deszcz,
nieurodzaju wieszcz.

Pierwszy maja poranek
jest tęskliwym dla kochanek.

Przyjdzie maj,
przedsię bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj.

Tyle przymrozków w maju,
ile ich było przed św. Michałem.

W maju…
Np. Zobaczymy się
w maju…

[tj. nie teraz, kiedyś może, nigdy]

W maju jak w gaju.

W maju szumne sosieneczki,
wonne puszczą ci chojneczki.

W maju wieje, trochę pada,
coraz bliżej listopada

Witaj nam maiczku
ze słowikiem w gaiczku.

Wody w maju stojące
szkodę przynoszą łące.

 

Przysłowia na
św. Stanisława (8 V):

Do św. Stanisława
z pastuchami sprawa.

Jak się len zasieje
w św. Stanisława
to tak urośnie, jako ława.

Na św. Stanisława
rośnie koniom trawa.

Na św. Stanisława
żytko kieby ława.

Św. Stanisław len sieje,
Zofija konopie,
A Urban jęczmień i owies
każe kończyć, chłopie.

Św. Stanisław –
pierwszy siew prosa,
a ostatni owsa.

 

Przysłowia na
św. Pankracego, Serwacego
i Bonifacego
(12, 13 i 14 V)
:

Jak się rozsierdzi Serwacy,
to wszystko zmrozi
i przeinaczy.

Jasny dzień Pankracego
przyczynia wina dobrego.

Pankracy, Serwacy, Bonifacy
– źli na ogrody chłopacy.

Przed Serwacjuszem nie trzeba
pewnego się lata spodziewać.

 

Przysłowia na
św. Zofię (15 V):

Dla świętej Zosi
kłos się podnosi

Na św. Zofiją
pola w kłos wybiją.

Niechaj mnie Zośka
o wiersze nie prosi

[oczywiście to nie przysłowie, tylko cytat ze Słowackiego]

Św. Zofija ciepło rozwija.

Św. Zofija kłosy wywija.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha