Ludomir Mączka

30 stycznia 2014 minęło 8 lat od odejścia na wieczną wachtę Ludomira Mączki – postaci tak niezwykłej, że opowieści o nim nigdy dosyć.

 logo w dziale Świat żagli przedstawia historię „Ludojada” opisaną przez dziennikarkę i pisarkę Krystynę Pohl.
Przedruk jej artykułu – poniżej, a wszystkich zachęcamy do odwiedzania „Mojej Łasztowni”, gdzie znaj­dzie­cie więcej ciekawych tekstów i informacji.

 

5 lutego 2014

Krystyna Pohl – OPOWIEŚĆ O ŻEGLARZU SZCZĘŚLIWYM

01_Ludek3-Kopiowanie-1024x685
Dla każdego żeglarza najtrudniejsze do pokonania są zawsze rafy lądowe.

Później jest już tylko morze… – Ludomir Mączka

Ludomir Mączka, przez przyjaciół zwany Ludkiem lub Ludojadem, był żeglarzem szczęśliwym. Kilka dekad żeglował, opłynął świat. Dziesięć razy przepłynął Atlantyk, cztery razy Pacyfik, trzy razy Ocean Indyjski. Odwiedził prawie wszystkie kontynenty, był w najbardziej egzotycznych miejscach, wszędzie poznawał ciekawych, przyjaznych ludzi.

Lubił ludzi, lubił z nimi rozmawiać. Nie odpowiadało mu samotne żeglowanie, lubił mieć na jachcie towarzystwo. Miał taki zwyczaj. W portach brał bączek i płynął w odwiedziny na inne jachty. Z każdym napotkanym żeglarzem pogadał, poopowiadał, posłuchał. Często zabierał z sobą książki na wymianę. Uwielbiał czytać.

Mira Urbaniak, żeglarka:
– Był guru żeglarzy, choć zwracano się do niego zwyczajnie, Ludek. Podziwiano go za wierność idei swobodnego żeglowania, a za życzliwość i uwagę wobec ludzi otaczano szacunkiem i przyjaźnią. Był laureatem wielu nagród, ale nigdy nie zabiegał o zaszczyty. Zwykle powtarzał słowa jego ulubionego pisarza Josepha Conrada ze „Zwierciadła morza”: „…byli też kapitanowie, których sztuka polegała na unikaniu niebezpieczeństwa. Nie osiągnęli nic wielkiego, byli skromni, zdawali sobie sprawę ze swych możliwości. Jestem jednym z nich. Nigdy nie zrobiłem nic wielkiego…

02_P1070156-Kopiowanie

 

Z wykształcenia geolog, z wyboru żeglarz, z zamiłowania podróżnik. Stan posiadania: jacht „Maria”. Był człowiekiem niezwykłym, a jednocześnie  bardzo skromnym. Miał przyjaciół na całym świecie, specyficzną filozofię życia i spe­cy­ficz­ne poczucie humoru zaprawione autoironią. Trafnie określił go jeden z żeglarzy: Ludek to polskie skrzy­żo­wa­nie Greka Zorby z Colasem Breugnon.

 

03_okladka-Kopiowanie

Kiedy, ileś lat temu, jako dziennikarka,  poznałam Ludomira Mączkę, powiedział krótko: Mów mi po imieniu. Ludek jestem.  A gdy usłyszał, że nie jestem żeglarką, podarował książeczkę swojego przyjaciela, żeglarza Rudy Krautschneidera zatytułowaną Ludojad. Napisał dedykację: „Krystyna, spróbuj żeglarstwa. Ludek Mączka”. I od razu opowiedział taką historię.

 

04_IMG_0002-Kopiowanie

Durban w Południowej Afryce. Akurat „Marią” przypłynął z Australii.  W portowym barze siedzi  z przybyłym z Polski żeglarzem, Jurkiem Boehmem. Gadamy, pijemy piwko. Jurek mówi, że  chciałby zobaczyć Wielką Rafę Koralową. To jego marzenie. A ja właśnie stamtąd wróciłem. Ale mówię, że nie ma sprawy. Popłyniemy tam razem. Po dwóch miesiącach byliśmy w Australii. Wtedy po raz pierwszy doznałem olśnienia, że jestem wolny, że świat stoi przede mną otworem, a ja mogę żeglować gdzie chcę. Cudowne uczucie. [patrz: przypis od redakcji ŻR na dole strony]

 

Ludek swoje żeglowanie rozpoczął na Odrze, we Wrocławiu, gdzie w 1946 roku przyjechał ze Lwowa i studiował geologię. Ale wcześniej, jeszcze we Lwowie jako nastolatek zaczytywał się w książkach podróżniczych. Marzył o przygodach, poznawaniu świata. Wybrał geologię, bo wierzył, że ten zawód zapewni mu podróże.

We Wrocławiu został członkiem Akademickiego Związku Żeglarskiego, żeglował po Odrze, a umiejętności doskonalił na obozach żeglarskich, m.in. w Trzebieży.

Wojciech Jacobson, żeglarz, przyjaciel, uczestnik wspólnych rejsów:
– Poznaliśmy się w 1949 na takim obozie w Trzebieży. Już wtedy nazywano go Ludojadem. Imponował nam. Chodził  w wojskowych bluzach i znał się na broni. Zaprzyjaźniliśmy się. Gdy sześć lat później przeniósł się na stałe do Szczecina, zamieszkał u mnie na sublokatorce. Przyjechał z torbą i plecakiem. W środku były same książki i trochę ubrań. Zawsze dużo czytał i miał niezwykłą pamięć. Książki były ważne, ale nie przywiązywał wagi do  rzeczy materialnych ani do jedzenia. Najważniejsze, aby zawsze miał pod ręką czosnek i herbatę yerba mate.

Po raz pierwszy wyruszył na morze w 1953 roku. „Orionem” popłynęli do Ustki. Był wrzesień, wiało, kiwało. Ale to właśnie wtedy narodziło się marzenie o żeglowaniu po morzach i oceanach. Potem uczestniczył w rejsie „Zewu Morza” do Islandii. W parę miesięcy później popłynął w pierwszy duży rejs. Na „Witeziu II” do Islandii. Trwał miesiąc i wszystko go fascynowało, nawet pierwszy solidny sztorm. Potem przestrzegał, żeby nie przesadzać z tą miłością do morza, bo morza  nie można  kochać, ale trzeba się go bać. Bo jak nie ma przed nim lęku, to traci się instynkt samozachowawczy. Powtarzał: Morze jest wspaniałe, ale nie toleruje tandety  i robienia głupstw. Uczy szacunku, pokory i sumienności.

Pytany o żeglarskie przygody, odpowiadał ze śmiechem: Przygody ma się w młodości, potem tylko nabiera się doświadczenia.

Zanim został żeglarzem był geologiem. Dobrym geologiem. Kilka lat pracował na kontraktach w Mongolii i w Zambii, w Afryce.

Przysyłał piękne listy i czarno-białe zdjęcia, barwnie opisywał miejsca, w których był, ludzi, których spotykał – wspomina Wojciech Jacobson.

Wiele tych zdjęć i opisów Wojciech Jacobson i Maciej Krzeptowski wykorzystali potem w znakomitej książce-albumie, którą razem napisali i zatytułowali Mam na imię Ludomir.

Między kontraktami mongolskim i afrykańskim, Mączka brał udział w naukowej wyprawie jachtu „Śmiały” do Ameryki Południowej. Kapitanem był Bolesław Kowalski, Ludek – II oficerem. Rejs trwał 459 dni, przepłynęli prawie 23 tys. mil morskich, odwiedzili 31 portów w 14 krajach. Powrót jachtu do Szczecina był wielkim wydarzeniem. Mimo fatalnej pogody (październik, 1966 r.) na Wałach Chrobrego był kilkutysięczny tłum szczecinian. Mączka był już wtedy popularnym i lubianym żeglarzem, stąd na transparentach widniały powitania: „AZS wita Ludka”, „Całujemy rączki Ludomira Mączki”, „100 lat dla Ludojada”. Po tym rejsie Mączka został członkiem Bractwa Wybrzeża (cyfra 6). A chilijscy Bracia nadali mu przydomek Monje del Mar – Mnich Morski.

Z  czteroletniego afrykańskiego kontraktu Ludek wrócił do kraju (1972 r.) ze znacznymi, jak na owe czasy pieniędzmi. Zewsząd słyszał rady, że powinien kupić dom, samochód, założyć rodzinę. A on kupił „Marię”, bo zawsze marzył o własnym jachcie. Zamiast statecznego życia na lądzie wybrał morską włóczęgę. I powtarzał: Od marzeń o domu na leśnej polanie, zachowaj mnie Panie.

 

05_Ludo1-Kopiowanie
Piękny, mahoniowy kecz zaprojektował Wacław Liskiewicz, a zbudował w Gdańsku solidnie, bo dla siebie, Jurek Mańkowski.
„Maria” nigdy, nawet w najtrudniejszych warunkach, mnie nie zawiodła. Nazwę wymyślił Jurek, ja ją zostawiłem, bo zmiana przynosi pecha.

Ten jacht stał się dla niego domem, wszystkim co posiadał. Nigdy nie założył rodziny. Rodziną był dla niego cały świat.

W rok później, jako 47-latek wyruszył na „Marii” w swój wielki wokółziemski rejs. Trwał 11 lat. Gdy w czasie rozmowy zapytałam Ludka  o pewne szczegóły dotyczące tego rejsu, odesłał mnie do Wojtka Jacobsona. Zadzwoń do niego. On zbudzony nawet o północy powie ci wszystko o „Marii”, ma dokładną ewidencję tego i innych rejsów. Ja sam, jak czegoś nie pamiętam, to nie kombinuję, dzwonię do Wojtka. Jacobson rzeczywiście stał się najlepszym kronikarzem niezwykłego żeglarza i niezwykłego jachtu. Dzięki jego skrupulatności powstał udokumentowany zapis żeglarskich wypraw Ludka. W swojej książce „Marią” do Peru Jacobson opisał pierwszy etap 11-letniego rejsu.
W ten pierwszy etap wypłynęli „Marią” we trójkę: Ludek, Wojtek Jacobson i Jerzy Mańkowski.

Mańkowski wysiadł w Casablance, a my popłynęliśmy dalej, do Peru – opowiada Jacobson. – Na Wyspach Kanaryjskich dosiadł się Andrzej Marczak, potem dowódca dużych żaglowców. Ja po kilkunastu miesiącach musiałem wracać, bo kończył się mój bezpłatny urlop i tęskniłem za rodziną. Ludek popłynął dalej z nową załogą. Wśród niej był Antoni Pisz, który potem opisał ten etap rejsu w książce „Marią” przez Pacyfik.

06_P1070152-Kopiowanie

W  czasie 11-letniego rejsu jacht cumował w ponad 200 portach, w najbardziej egzotycznych miejscach świata. Przez jego pokład przewinęło się 50 żeglarzy  z 12 państw. Mączka żeglował bez pośpiechu. Generalnie nie lubił żeglarskich wyczynów, bicia rekordów, ścigania się ani samotnej żeglugi. Do niczego nie jest mi to potrzebne – powtarzał. – Lubię takie moje  spokojne żeglowanie i włóczenie się po świecie. Dla mnie pływanie nie jest sportem a prawdziwym życiem.

Trafnie to ujął Andrzej Kumor: Ludek nie szedł przez swój czas, on przezeń żeglował. Z gracją, niespiesznie, bez sztucznej pozy, z autentyczną pokorą, co jest cechą ludzi prawdziwie wielkich…

07_WJ_06-V-Kopiowanie

 

Gdy po trzech latach żeglowania skończyły się pieniądze zarobione w Afryce, Ludek zaczął pracować w różnych portach. Imał się najróżniejszych zajęć. Remontował jachty, naprawiał dachy, grabił ścieżki w parku. Był tragarzem na rynku warzywnym, cieślą na kutrze łososiowym, zbierał kwiaty na plantacji żonkili. Zrywałem te żółte kwiatki od świtu do zmierzchu, a po każdym dniu nie mogłem  wyprostować pleców. To była najpodlejsza robota. Natomiast najcięższym, ale i najbardziej  dochodowym zajęciem była praca w kopalni boksytu w Australii. Byłem tam pomocnikiem spawacza, ale też czyściłem kotły po żrącym ługu. To był koszmar. Myślałem, że stracę skórę.

 

08_P1070164-Kopiowanie

Zarobione pieniądze pozwalały na kontynuowanie rejsu. W 1984 roku dotarł do Francji. Tam w Le Havre na prawie siedem lat zostawił „Marię”, a sam jako załogant popłynął z Wojtkiem Jacobsonem i Januszem Kurbielem na jego jachcie „Vagabond II”.

09_P1070170-Kopiowanie

Kurbiel tę wyprawę przygotował. Rejs trwał z przerwami cztery lata. Załoga się zmieniała. Ale Ludek i Jacobson byli na jachcie cały czas. Pokonali trasę z Pacyfiku na Atlantyk wzdłuż północnych wybrzeży Ameryki Północnej. Byli pierwszymi Polakami, którzy tego dokonali.

 

Po tym rejsie Mączka kilka lat spędził w Kanadzie znowu pracując, tym razem  na remont „Marii”. Ten kraj stał się jego drugą ojczyzną, otrzymał kanadyjskie obywatelstwo.

10_Ludek-Maczka-na-Marii-Kopiowanie
Ludek Mączka na „Marii”

 

Dopiero w 1991 roku przyprowadził jacht do Polski, kończąc tym samym 11-letni rejs. Trasa wielkiego rejsu wiodła przez Wyspy Kanaryjskie na Karaiby, do Wenezueli, Peru, Panamy, potem był Pacyfik i wyspy Oceanii, Australia, Nowa Zelandia, Wielka Rafa Koralowa, Ocean Indyjski, Afryka Południowa i znowu Australia, Ameryka Południowa, Karaiby, Europa.

Wówczas był to najdłuższy rejs w historii polskiego żeglarstwa. Po tym rejsie Ludek miał w paszporcie dwie metrowej długości wkładki z wizami kilkudziesięciu państw. A w tymczasowym dokumencie tożsamości, wydanym we Francji, w rubryce „zawód”, Francuzi napisali: visiteur, co znaczy podróżujący, zwiedzający.

W osiem lat później wypłynął w kolejną wokółziemską wyprawę. Miał już wówczas 73 lata. Był to rejs szlakiem Magellana i nazywał się „Victoria 2000”. Wymyślił go czeski żeglarz Ruda Krautschneider.

Niestety, tego rejsu Ludek nie dokończył. W Nowej Zelandii oddał stery żeglarzowi Maciejowi Krzeptowskiemu. Powierzyłem „Marię” Maćkowi, bo wiedziałem, że mi łódki nie zmarnuje.
Ten drugi rejs „Marią” wokół globu trwał cztery lata. Jacht przepłynął 40 tysięcy mil morskich, odwiedził kilkadziesiąt portów w 19 krajach. Maciej Krzeptowski napisał o nim książkę „Marią” dookoła świata. 20 lat później. To ciekawa, barwna opowieść.

Z Nowej Zelandii Ludek poleciał do Kanady na leczenie. Przeszedł kilka operacji.

Wojciech Jacobson:
W Kanadzie bardzo serdecznie zaopiekowali się nim Anka Warchałowska i Bolek Korneluk. Bolek traktował Ludka jak ojca.

Bolek Korneluk:
Poznaliśmy się z Ludkiem w latach 80. na balu żeglarzy w Chicago. Ludek był honorowym gościem. Siedzieliśmy przy jednym stole i przegadaliśmy cały wieczór. Ludek we Wrocławiu studiował, a ja z Wrocławia pochodzę. I jak wielu Polaków w tamtych latach wyjechałem z Polski, by szukać lepszego życia. Ludek wspominał studia, pracę w Mongolii, Afryce, swoje rejsy. Przez jakiś czas zamieszkaliśmy razem w Chicago. Czasem razem pracowaliśmy. Ludek bardzo dużo czytał. Był molem książkowym.

12_WPSJ-91-Le-Havre-wodujemy-Marie

Któregoś razu zaproponował, abyśmy razem polecieli do Francji, gdzie w Le Havre stała „Maria”. W 1991 roku po raz pierwszy zobaczyłem ten jacht. Stał tam kilka lat i był w stanie opłakanym. Wymagał solidnego remontu. Po zakończeniu prac w tym samym roku, w sierpniu przypłynęliśmy do Szczecina. Ludek został w Polsce, a ja wróciłem do Kanady. W Kanadzie oraz częściej był też Ludek, miał kanadyjskie obywatelstwo. Mieszkał u mnie i Anki Warchałowskiej. Rewelacyjnie gotował. Jego specjalnością były ośmiornice i smalec. Gdy w Szczecinie narodził się pomysł o żeglarskiej wyprawie szlakiem Magellana, Ludek postanowił popłynąć, zwłaszcza, że organizował to jego przyjaciel Ruda Krautschneider. I w 1999 roku ze Szczecina wypłynął „Marią”. To przed tym rejsem Ludek w testamencie zapisał mi „Marię”. Ja miałem wtedy swój jacht „Patrycję”. Powiedział tak: „Wierzę, że dobrze się nią zaopiekujesz. Masz już dwie kobiety, Ankę i „Patrycję”, więc dasz radę z trzecią”. Wiemy, że nie dokończył tego rejsu. Źle się czuł i w grudniu 2000 roku, z Nowej Zelandii przyleciał do Kanady, gdzie przeszedł kilka operacji kręgosłupa. 

 

13_W-dniu-powrotu-Marii-Kopiowanie

 

W 2003 roku był w Polsce. W ostatnim dniu sierpnia, na przystani Jacht Klubu AZS w Szczecinie, witał „Marię”, która  powróciła z 4-letniego wokółziemskiego rejsu. Była pierwszym polskim jachtem, który dwukrotnie opłynął świat. Ludek osobiście odebrał cumy od Macieja Krzeptowskiego, który przez trzy lata dowodził „Marią”. A ten powitał Ludka herbatą yerba mate, winem i czosnkiem.
Kapitan Krzeptowski przyznał, że nie sztormy i oceaniczne burze były najtrudniejsze, a brzemię odpowiedzialności, by nie sprawić zawodu przyjacielowi.
– Miłe było to, że w wielu portach  byliśmy rozpoznawani, serdecznie witani i podejmowani. Okazuje się, że żeglarska brać na świecie doskonale zna „Marię” i jej właściciela.

A Ludek szczęśliwy, że znowu widzi swoją „Marię” i to w dobrej kondycji, powiedział: Mam nadzieję, że moja choroba rozejdzie się po kościach i znowu gdzieś popłynę. Nie rozeszła się. Ludomir Mączka, 30 stycznia 2006 roku odszedł w Szczecinie na wieczną wachtę. Urna z jego prochami spoczęła na szczecińskim Cmentarzu Centralnym.

Wojciech Jacobson:
Ludek marzył o naszym wspólnym, dalekim rejsie. Niestety, te marzenia skorygowało życie. Ale ostatni, wspólny rejs mieliśmy. W 2005 roku jachtem „Amigo” popłynęliśmy na jezioro Dąbie.

W jednym z wywiadów Ludomir Mączka powiedział: Nie ma się czego obawiać. Starzy żeglarze nie umierają, tylko przesiadają się do małej, sosnowej dinghy.

MONTA¯ NOWEJ WYKLEJKI 1[CS3]2

„Maria” stała się jednym z najsłynniejszych polskich jachtów oceanicznych. Ale nie była jednym, na którym Ludek  pływał. Okazuje się, że odbył rejsy na 52 najróżniejszych jachtach. Ich nazwy i daty można znaleźć w ciekawej bardzo bogato ilustrowanej książce Jana Zamorskiego Z „Marią” przez życie i oceany.

Swojej  barwnej, morskiej włóczęgi Ludomir Mączka nigdy nie opisał. Zawsze powtarzał, że inni robią to lepiej. O nim, „Marii” i rejsach powstały setki artykułów drukowanych w prasie krajowej i zagranicznej. Powstały audycje radiowe i dokumentalne filmy (jeden z ciekawszych zrobiła Helena Borlik-Salcewicz „Nie obawiaj się być szczęśliwym”).
O słynnym żeglarzu i jego kultowym jachcie napisano siedem książek:

1.   „Marią” do Peru – Wojciech Jacobson (1976)
2.   „Marią” przez Pacyfik – Antoni J. Pisz (1982)
3.   „Marią” do Polski – Anna Rybczyńska i David Welsh (1995)
4.   Ludojad – Ruda Krautschneider (2002)
5.   „Marią” dookoła świata. 20 lat później – Maciej Krzeptowski (2005)
6.   Mam na imię Ludomir – Maciej Krzeptowski i Wojciech Jacobson (2008)
7.   Z „Marią” przez życie i oceany. Opowieści kapitana Ludomira Mączki – Jan W. Zamorski (2010)

W maju, 2006 roku na Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie została otwarta wystawa „Ludomir Mączka – żeglarz świata”. Przygotowali ją jego dwaj najbliżsi przyjaciele i towarzysze żeglarskich wypraw: Wojciech Jacobson i Maciej Krzeptowski. Na wystawie zaprezentowali ponad 80 zdjęć i wiele pamiątek. Ta ekspozycja stała się inspiracją do wspólnego napisania książki Mam na imię Ludomir.

Od 2007 roku, na terenie jacht Klubu AZS w Szczecinie uroczyście odsłonięto kamień-pomnik poświęcony słynnemu żeglarzowi Ludomirowi Mączce. Na prawie dwumetrowym, ważącym osiem ton kamieniu widnieje napis:
„Pamięci Ludomira Mączki, żeglarza i geologa, który stąd wyruszał w świat. Koledzy i przyjaciele”.
Obok stoi tablica z życiorysem żeglarza.

KRYSTYNA POHL

Zdjęcia: Wojciech Jacobson, Maciej Krzeptowski, Janusz Kurbiel, Jerzy Boehm, Janusz Charkiewicz, archiwum

 

„Maria” to mahoniowy kecz turystyczny. Zaprojektował go Wacław Liskiewicz na wzór jednostek norweskiego konstruktora Colina Archera z końca XIX wieku. Jacht zbudował w Gdańsku w ciągu trzech lat kpt. Jerzy Mańkowski.

Dł. kadłuba 9,8 m
Dł. całkowita 11,2 m
Szer. 3,2 m
Typ osprzętu kecz
Pow. żagli 46 m kw.
4 koje
Silnik Volvo Penta
Rok budowy 1971

Jacht jest w Szczecinie. W hangarze na terenie Campingu Marina PTTK przechodzi remont.

Źródło: http://mojalasztownia.pl/?p=3199

==========================

Od ŻR:

Krystyna_Pohl_sm2

 

 

Krystyna Pohl, związana z dziennikarstwem od połowy lat 70., zajmuje się głównie tematyką morską. Mieszka w Szczecinie. Pracowała w tygodniku Morze i Ziemia, obecnie pisze w Głosie Szczecińskim i Obserwatorze Morskim. Jest autorką książek:

  • Pomorzanin naszych czasów [redakcja] (Szczecin : Dziennikarska Spółdzielnia Pracy, 2000)
  • Szczecińskie chemikaliowce (Szczecin : Grapus s.c., 2007)
  • Historia statkami pisana. 60 lat Stoczni Szczecińskiej (Szczecin : Grapus s.c., 2008)
  • Szczecińskie kontenerowce (Szczecin : Grapus s.c., 2009)
  • Wielka historia statkami pisana. 61 lat Szczecińskiej Stoczni (Szczecin : Grapus s.c., 2010)
  • Jak Jan z Krystyną. Wspomnienia najdłużej urzędującego prezydenta Szczecina (Szczecin : Walkowska Wydawnictwo / Jeż, 2010)
  • Kapitanowie (Szczecin : P.P.H. Zapol, 2011)
  • Kaskada [współautor: Sebastian Biela] (Szczecin : Teresa Pawlak, 2011)
  • Szkoła Wilków Morskich wczoraj i dziś [redakcja i współautorstwo] (Szczecin : Wydawnictwo Naukowe Akademii Morskiej, 2011)
  • Kapitanowie 2 (Szczecin : P.P.H. Zapol, 2012)
  • Żeglarze (Szczecin : P.P.H. Zapol, 2013)

————————————–

Uzupełnienie historii Jerzego Boehma, które dodał (19 lutego 2014) Wojciech Jacobson:

Puenta się zgadza, ale nie detale.
Jurek Boehm przyłączył do Ludka we Fremantle w Australii, razem dopłynęli do Durbanu i wtedy Jurek westchnął, że chciałby zobaczyć Wielką Rafę. Więc wrócili…  Puenta z refleksją się zgadza.

Calendar

« July 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

LATO

 

– Ładnie dzisiaj… chociaż nie bardzo… No, jednak… Słowem, nie brzydko, a to najważniejsze… Tak. Nie pada deszcz, nie ma też śniegu.
– To byłoby dziwne, jest przecież lato.
– Proszę mi wybaczyć, właśnie to chciałem powiedzieć… chociaż dowie się pani, że można się wszystkiego spodziewać.
– Zapewne.
– Na tym świecie, proszę pani, niczego nie możemy być pewni.

 

* * *

Pyszne lato, paw olbrzymi,
stojący za parku kratą,
roztoczywszy wachlarz ogona,
który się czernią i fioletem dymi,
spogląda wkoło oczyma płowymi,
wzruszając złotą i błękitną rzęsą.
I z błyszczącego łona
wydaje krzepkie krzyki,
aż drży łopuchów zieleniste mięso,
trzęsą się wielkie serca rumbarbaru
i jaskry, które wywracają płatki
z miłości skwaru,
i rozśpiewane, więdnące storczyki.


O, siądź na moim oknie, przecudowne lato,
niech wtulę mocno głowę w twoje ciepłe pióra
korzennej woni,
na wietrze drżące — —
niech żółte słońce
gorącą ręką oczy mi przesłoni,
niech się z rozkoszy ma dusza wygina
jak poskręcany wąs dzikiego wina. —

 

= = = = = = =

Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego, na półkuli północnej najcieplejsza… bla-bla-bla.

Ponieważ to – było nie było – kalendarz, więc zbiór cytatów i silva rerum z cyklu „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie!”, nie od rzeczy będzie po raz kolejny „palnąć koncept z kalendarza”, czyli polecieć stereotypem. Ale miłym, bo któż z pokoleń pamiętających rok 1960 nie śpiewał:

Lato, lato, lato czeka,
Razem z latem czeka rzeka,
Razem z rzeką czeka las,
A tam ciągle nie ma nas .

Już za parę dni, za dni parę
Weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów, Pitagoras – bądźże zdrów ,
Do widzenia wam „canto, cantare”!

Dla tych, którzy nie pamiętają: to fragment piosenki z filmu Szatan z siódmej klasy – tego oryginalnego, z roku 1960, w reżyserii Marii Kaniew­skiej, w którym debiutowała na ekranie studentka polonistyki Pola Raksa (poróżniła nas, za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał – śpiewa od 1982 roku Grzegorz  Markowski z Perfectu tekstem Bogdana Olewicza). Co dodaję, bo jest też wersja tego filmu z roku 2006, której autorów wymieniać, przez grzeczność, nie będę.
Przez tę samą grzeczność (choć z innych pobudek) dodam, że tekst piosenki napisał Ludwik Jerzy Kern, muzykę – Witold Krzemieński, a wersję oryginalną zaśpiewała Halina Kunicka z Orkiestrą Taneczną PR pod dyrekcją Edwarda Czernego. Szacunek!

==========================

Lato astronomiczne rozpoczyna się od przesilenia letniego i kończy z równonocą jesienną.

Przesilenie letnie Słońca (solstycjum) na półkuli północnej wypada w dniu, kiedy Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – leżącym na północnym równoleżniku 52°13’ – wynosi 61°14’. Podczas przesilenia dzień jest najdłuższy (a noc najkrótsza) w roku.

Równonoc (ekwinokcjum) to dzień, w którym Słońce góruje w zenicie nad równikiem; zdarza się dwa razy w roku: jako początek wiosny (równonoc marcowa – wiosenna) i koniec lata (równonoc wrześniowa – jesienna). Podczas równonocy długość dnia równa jest długości nocy. W dniach równonocy Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Łatwo wtedy można obliczyć szerokość geograficzną miejsca obserwacji: wystarczy zmierzyć w stopniach wysokość górującego Słońca i odjąć tę wartość od 90º.
W centrum Warszawy (52°13’ szerokości geograficznej północnej) dokładny pomiar powinien wykazać właśnie 52°13’.

W pierwszym ćwierćwieczu XXI w. lato na półkuli północnej zaczyna się 21 czerwca (jedynym wyjątkiem jest rok 2024: 20 czerwca, ale 69 minut przed północą!) i trwa do równonocy jesiennej, czyli do 22 lub 23 września
(2018 – 23 IX).

Podczas lata astronomicznego dzień jest dłuższy od nocy, jednak z każdą dobą dnia ubywa, a nocy przybywa. Słońce wschodzi coraz później i góruje na coraz mniejszych wysokościach nad horyzontem.
Za miesiące letnie na półkuli północnej uznaje się czerwiec, lipiec i sierpień.
Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku: tam miesiące letnie to grudzień, styczeń i luty.

 

Lato klimatyczne to ten okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza przekraczają 15°C. Pomiędzy latem klimatycznym i sąsiednimi klimatycznymi porami roku nie ma etapów przejściowych, w przeciwieństwie do zimy poprzedzanej przedzimiem i następującym po niej przedwiośniem.

 

Rzeczownik „lato” w liczbie pojedynczej dawniej (a dziś w gwarach) znaczył „rok”.

Mąż z królem Bolesławem poszedł na Kijowiany
Lato za latem bieży, nie masz go z bojowiska

pisał Mickiewicz (w jakim utworze – wiadomo).
W języku ogólnopolskim przetrwał w tym znaczeniu do dziś: w liczbie mnogiej rzeczownika „rok”, jako jego forma supletywna. A i w gwarach ma się jak najlepiej: latoś znaczy tyle co ‘w tym roku’, a latosi – ‘tegoroczny’.

 

W terminologii kościelnej istnieje termin „miłościwe lato” oznaczający Rok Jubileuszowy lub Rok Święty (Annum Sanctum), połączony z odpustem, którego jednym z warunków jest odwiedzenie określonych kościołów: niegdyś tylko w Rzymie, dziś – na całym świecie.
Po raz pierwszy obchodzono go w roku 1300 za papieża Bonifacego VIII. Pierwotnie miał się powtarzać co 100 lat, ale zaraz Klemens IV skrócił ten okres o połowę, a Paweł II do 25 lat.
Do tego dochodzą „okazje specjalne”, np. Pius XI ogłosił rok 1933 Świętym dla przypomnienia 1900. rocznicy śmierci Chrystusa, a Benedykt XVI za Annum Sanctum uznał rok 2008, w drugie tysiąclecie od narodzin św. Pawła.

 

Latem, od V w., Kościół wschodnio-chrześcijański obchodził koimesis (gr. Κοίμησις, zaśnięcie) Najświętszej Maryi Panny w przeświadczeniu, że Maryja nie umarła jak zwykły człowiek, lecz została zabrana do Nieba.
W chrześcijaństwie zachodnim, kiedy w VII w. to święto zostało przyjęte w Rzymie, termin „zaśnięcie” został zastąpiony przez „wniebowzięcie”.
W Kościele katolickim, w roku 1950, Pius XII, ogłosił dogmat, stwierdzający, że Maryja, po zakończeniu ziemskiego życia, mocą Bożą została z ciałem i duszą wzięta do wiecznej chwały.

Cerkiew prawosławna obchodzi święto Zaśnięcie Bogurodzicy 15 sierpnia (28 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego).

Protestanci przeciwstawiają się dogmatowi o wniebowzięciu, podając jako argument brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat w Biblii.

W Polsce dzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia) jest wolny od pracy. Tego samego dnia obchodzone jest Święto Wojska Polskiego (przywrócone w 1992).

Święto Wniebowzięcia nazywane jest Świętem Matki Boskiej Zielnej, ponieważ w czasie obrzędów błogosławi się wiązanki ziół i kwiatów.
Według wiary ludowej pobłogosławiony bukiet nabiera cudownych, leczniczych właściwości. Wierni, wracając z kościoła, zostawiali go wśród upraw, gdzie miał przynieść szczęście w zbiorach. Po kilku dniach bukiet zabierany był do domu: najpierw obnoszono go po izbach, a później przechowywano w eksponowanym miejscu, które dawało pewność, że jego moc będzie działała.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
lato to:

białoruskiлетa [lieta]
bośniackiljeto
bułgarskiлято [liato]
chorwackiljeto
czeskiléto
kaszubskilato
litewskivasara
łużycki (dolny)lěśe
łużycki (górny)lěćo
łotewskivasara
macedońskiлетo [lieto]
rosyjski
летo [lieto]

serbskiлетo [lieto]
słowackileto
słoweńskipoletje
ukraińskiліто [lito]
żmudzkivasara

 

Przysłowia związane z latem:

Co się w lecie zarobi,
tym się w zimie żyje.

Co w lecie nogami,
to w zimie rękami.

Dobra nowina:
będzie lato, poszła zima.

Idą za szczęściem
iáko iáskołki zá látem.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto latem pracuje,
zimą głodu nie poczuje.

Kto latem w chłodzie,
ten w zimie o głodzie.

Kto w lecie nie zbiera,
w zimie przymiera.

Kto w lecie próżnuje,
w zimie nędzę czuje.

Latem zbiera baba grzyby,
a chłop w niedzielę
idzie z wędą na ryby.

Lecie mi go nie chłódź,
zimo mi go nie grzej.
[o człowieku, któremu dogodzić trudno, i tak mu źle i tak niedobrze]

Lepsze jedno lato niż dwie zimy.

Mnima káżdy iż wiecznie
Iuż ták ma być láto
.

[Rej, Wizerunk własny żywota człowieka poczciwego, 1558]

Na to jak na lato.
[wyrażenie oznaczające wielką ochotę, skwapliwą zgodę]

O, co bym ja dała za to,
gdyby zawsze było lato.

To pewna nowina:
bywszy lato, będzie zima.

Trzebá się rozmyśláć ná to
Iż nie iutro będzie láto.
[Rej, Zwierciadło, 1568]

W lecie bez roboty,
w zimie bez butów.

Za lata zbieraj na zimę.

 

Przysłowie na
Matkę Boską Szkaplerzną
(16 VII)

Wraz z Szkaplerzną Matką
na zagon, czeladko!

 

Przysłowia na
Wniebowzięcie N.M.P.
(15 VIII)

Do Marji Wniebowstąpienia
miej w stodole połowę mienia.

Gdy w pogodę do nieba Maria wstępuje,
wino Węgrom obfite jesień obiecuje.

Marji Wniebowstąpienie
czyni reszty zboża plenie.

Na Wniebowzięcie
pokończone żęcie.

Pogoda na Wniebowzięcie,
ciężkie ziarno wnet po sprzęcie

W Wniebowzięcie Panny Marji
słońce jasne,
będzie wino godnie kwaśne.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytaty na wstępie:
Ionesco, Eugène. Lekcja (La Leçon). (1950) Tłum. Jan Błoński.

Pawlikowska-Jasnorzewska, Maria. „Pyszne lato”. Niebieskie migdały (1922)

LIPIEC...

Lipiec – siódmy miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 31 dni.

W staropolszczyźnie i w gwarach siódmy miesiąc roku nazywano również lipień. Do dziś tę nazwę zachował język ukraiński (липень) i białoruski (ліпень).

Według Aleksandra Brücknera (1856-1939) – filologa i slawisty, historyka literatury i kultury polskiej, znawcy staropolszczyzny – nazwa pochodzi od kwitnących lip (po litewsku ‘lipiec’ i ‘lipa’ to liepa). Ponieważ lipy kwitną na przełomie czerwca i lipca, stąd nazwa tego drzewa w różnych językach słowiańskich może wchodzić do nazw każdego z tych miesięcy, np. w chorwackim lipanj to czerwiec (lipiec to srpanj, a sierpień – kolovoz).

Lipiec to również miód zbierany z kwiatu lipowego i napój alkoholowy robiony z tego miodu.
Jankiel, chcąc spacyfikować warchołów, wiedział, jak kusić patriarchę Dobrzyńskich:

Każę przynieść kozice, basetlę, dwie skrzypiec,
A pan Maciek Dobrodziej lubi stary lipiec
I nowego mazurka

Większość języków europejskich nazywa siódmy miesiąc roku wariantami nazwy łacińskiej obowiązującej od 46 roku p.n.e.: Iulius.
Wcześniej tenże okres nazywał się Quintilis – „piąty miesiąc”; (quinque to po łacinie pięć, quintus – piąty), ale właśnie w 46 p.n.e. Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).

Jeśli ktoś uważa, że w takim czy innym kraju różne organizacje przesadnie podmaślają się rządowi, to niech wie, że naprawdę może być gorzej: miesięcy od panujących premierów, prezydentów czy monarchów jeszcze się nie nazywa.

A w Rzymie (republikańskim!) i owszem: nazwa została nadana miesiącowi na cześć Juliusza Cezara (Gaius Iulius Caesar), który wtedy obchodził urodziny. Gdybyśmy już tak zupełnie poszli w ślady Rzymian, to ciekawie mogłyby się nazywać np. maj, czerwiec, sierpień i kilka innych.

Owidiusz, w poemacie o kalendarzu rzymskim, nie zdążył dojechać do lipca i zamącić w głowach potomnych swą wydumaną etymologią. Na nasze szczęście (i jego nieszczęście) prace nad Fasti (8 r. n.e., już cesarstwo) przerwał imperator Oktawian, dożywotnio zsyłając poetę do Dacji (kiedyś tam będzie Rumunia – napisał Kaczmarski). Rzekomo za nieskromność Ars amatoriaSztuki kochania, ale to wymyślili tzw. moraliści; tak naprawdę nie wiemy za co. Faktem jest jednak, że jeszcze w roku 1930 celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu.

 

 

4 lipca to w USA Święto Niepodległości obchodzone w rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości (4th of July).

Deklaracja to jednak nie to samo co uzyskanie niepodległości – 4 lipca 1776 zbuntowani koloniści opubliko­wali jedynie swe pobożne życzenie. Dziś mówi się o tym „wola narodu”, ale historię piszą zwycięzcy.  W momencie ogłoszenia Deklaracji trwała już Wojna Rewolucyjna (za jej początek przyjęło się uznawać 19 kwietnia 1775) między kolonistami i armią brytyjską, a jej koleje mogły potoczyć się różnie; jaki byłby los schwytanych rebeliantów w razie wygranej Imperium, lepiej nie wspominać. Ponieważ buntownicy wygrali – pozostali przy nazwie „Patrioci”, wielkodusznie przyznając miano „lojalistów” tym, którzy pod władzą Jerzego III chcieli zostać (a później dali nogę do Kanady).
Dziś w Polsce przeciwników politycznych nazywa się zupełnie inaczej – i chyba na tym też polega różnica. Różnica wobec czego? No jak to – nie wiecie, że wróbelek tym się różni, że ma jedną nóżkę bardziej od drugiej?

Formalnie, w świetle prawa międzynarodowego, USA zostały uznane za suwerenne państwo na mocy kończącego wojnę Pokoju Paryskiego, podpisanego 3 września 1783 w Wersalu, w którym Wielka Brytania uznała niepodległość Stanów Zjednoczonych.

 

6-14 lipca – w Pampelunie (Kraj Basków w granicach Hiszpanii) to dni poświęcone obchodom ku czci prawie mitycznego biskupa Fermina, żyjącego w III w., dziś świętego. Po hiszpańsku obchody nazywają się Sanfermines, a mają do siebie to, że wówczas każdy (no dobrze: prawie każdy) może sobie pobiegać po ulicach z bykami (co z kolei nazywa się encierro).

Encierro dosłownie znaczy „zamknięcie”, a chodzi o to, że w różnych miastach w krajach, gdzie corrida jeszcze jest dozwolona, byki przepędza się – ulicami miasta – z zagrody na stadion. Zwierzęta ktoś musi poganiać, nierzadko więc zdarza się, że buzujący testosteron nagle przemieszcza przepędzaczy zza byków przed byki.

Bycze gonitwy w Pampelunie zyskały międzynarodową sławę dlatego, że w powieści Słońce też wschodzi  (1926) opisał je Hemingway (wierzę, że właśnie dlatego, bo cenię Hemingwaya).

 

14 lipca – święto narodowe Francji w rocznicę zburzenia Bastylii w 1789.

W Bastylii siedziało wówczas siedmiu więźniów: czterej fałszerze, dwaj psychicznie chorzy i hrabia Hubert de Solage – zamknięty na życzenie rodziny, która twierdziła, że to za grzeszną miłość do siostry, ale jak zwykle chodziło o pieniądze i to wcale niemałe.

Dziesięć dni wcześniej przeniesiono z Bastylii do zakładu dla umysłowo chorych (wtedy mówiono „dom wariatów”) w Charenton markiza de Sade; rękopis jego Stu dwudziestu dni Sodomy został w Bastylii i – dzięki jej splądrowaniu przed zburzeniem – ocalał.

Przy okazji: kto nie widział filmu Marat/Sade (1967) w reżyserii Peter Brooka, według sztuki niemiec­kie­go dramatopisarza Petera Weissa – ten niewiele widział! Zamiast opowiadania o filmie wystarczy podać jego pełny tytuł: Prześladowanie i zabójstwo Jean-Paula Marata w wykonaniu pensjonariuszy zakładu dla obłąkanych w Charenton w reżyserii Markiza de Sade (The Persecution and Assassination of Jean-Paul Marat as Performed by the Inmates of the Asylum of Charenton Under the Direction of the Marquis de Sade).

Marat akurat tutaj pasuje, bo zmarł 13 lipca (1793, a wolę nawet nie patrzeć na datę jego urodzin), ale o tym monstrum rewolucji przeczytacie za rok. Dość okropieństw na teraz.

 

21 lipca 1969 (02:56:15 GMT, w USA był wciąż 20 lipca) Neil Armstrong wykonał na Księżycu mały krok człowieka, ale gigantyczny skok ludzkości.

Tak, wierzę w to, że naprawdę tam byli. W coś trzeba wierzyć!

 

22 lipca – święto państwowe w PRL, obchodzone na pamiątkę rocznicy ogłoszenia Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w 1944 r., zwanego Manifestem Lipcowym.

Jak to zawsze w sowietyzmie bywało: to prawda – ale taka sama jak w tym, że na Placu Czerwonym rozdawano samochody marki wołga.

 

Manifest PKWN został zatwierdzony i podpisany przez Stalina 20 lipca 1944 w Moskwie, tam wydruko­wany (co łatwo można stwierdzić oglądając krój czcionki użytej w oryginalnych egzemplarzach) i tam też – 22 lipca 1944 – ogłoszony, choć jako miejsce ogłoszenia podano Chełm. 

Nie był to pierwszy i nie ostatni przypadek, kiedy hegemon tworzył jakieś swoje satelickie państewko wokół rządu przyniesionego w teczce. 

Problem zaczyna się robić poważniejszy, gdy to państewko okazuje się być naszym, a pogłębia – gdy wychodzi na jaw, że ten państwowy kreacjonizm jest częścią planu zakrojonego na długie, długie lata.

Stalin – bez wątpienia najbardziej efektywny polityk pierwszej połowy XX wieku i jakiego kiedykolwiek miała Rosja (jeśli ktoś nie wierzy, niech sobie dokładnie obejrzy odpowiedni dział atlasu historycznego) – był o wiele ostrożniejszy niż jego zachodni uczeń, naśladowca i przez wiele laty przyjaciel Adolf Hitler: słów na wiatr nie rzucał. Głośno reklamowana „tysiącletnia rzesza” przetrwała lat zaledwie tuzin, a jakoś nie pamiętam, by propaganda sowiecka kiedykolwiek ujmowała okres istnienia imperium w jakieś limity czasowe. Wszyscy po prostu wiedzieli, że jest wieczne i kropka. To, że totalitarny moloch ZSRR przetrwał – w epoce błyskawicznych zmian XX wieku – bez mała 3/4 stulecia, jest fenomenem. Pobić ten wynik mogą tylko komunistyczne Chiny, ale dopiero za 5 lat.

 

PKWN był właśnie takim rządem przyniesionym w teczce z Moskwy. Złożony z marionetek wykonywał ruchy wymuszane przez sznurki pociągane przez Głównego Lalkarza.

Wszystko oczywiście – jak to zawsze w sowietyzmie bywało – przy pozorach zachowania wymogów demokracji obowiązujących w wolnym świecie.

Dziś, co młodszym i z mniejszą wyobraźnią polityczną, trudno uwierzyć, że w sowieckim systemie istniały żywiołowe kampanie wyborcze i najprawdziwsze wybory, podczas gdy wszystkich kandydatów (i kandy­datki) wystawiała jedna, jedyna partia. Wybrani zasiadali zaś w organach władzy i na ustawy wniesione przez ich partię głosowali tak, jak im ich partyjne sumienie nakazywało. A kiedy zdarzył się wśród nich jakiś bezpartyjny (tacy też bywali – miało być przecież „przy pozorach zachowania wymogów demokracji”), który czasem bohatersko wstrzymał się od głosu, naród go nosił na rękach i miał za bohatera.

 

Od 1 sierpnia 1944 r. siedzibą PKWN stał się Lublin i dlatego często zwano go Komitetem Lubelskim, a i odezwie z 22 lipca przyklejano czasem nazwę „Manifest lubelski”, choć niby wszyscy wiedzieli, że ogłoszono go... w Chełmie, oczywiście.

Lublin... No cóż, powie ktoś, że po prostu był po drodze i na to piękne miasto padło. Nie wierzę w to ani na deko, bo w propagandzie totalitarnej przypadków nie ma. Po prostu wystarczy przypomnieć sobie z jaką słynną unią kojarzony był Lublin przez 375 lat i wszystko stanie się jasne. Litwa mogła być tylko sowiecka, a Lublin – siedzibą pierwszego rządu wolnej Polski. Brzmi? Brzmi!

To, co głosił Manifest, było oczywiście istotne dla przyszłości tworzonego właśnie kraju, ale nie było w tym nic ani dziwnego, ani zaskakującego – przynajmniej dla tych, którzy wiedzieli.

 

„Trzy razy w ciągu ostatnich 150 lat zachodni najeźdźcy pustoszyli europejską część Rosji”.

Stalin powiedział to już w Teheranie, gdy w listopadzie 1943 spotykał się z Rooseveltem i Churchil­lem, by omówić strategię przeciwko hitlerowskim Niemcom – i tego się trzymał ustalając cenę za stwo­rzenie frontu wschodniego. Podczas spotkania w Jałcie, w lutym 1945, dni Trzeciej Rzeszy były już policzone, a żądania Stalina – konkretne.

Jak w Teheranie tak i w Jałcie przywódcy Zachodnich Demokracji okazywali mu pełne zrozumienie i po­par­cie.
Rooseveltowi chodziło, by po zamknięciu frontu europejskiego, Uncle Joe stworzył front azja­tycki przeciwko Japonii, co liczyło się bardziej niż głosy Polonii w wyborach.
Głowa bolała za to Churchilla: jak wytłumaczyć swoim wyborcom (i reszcie Brytyjczyków), czemu podpisuje się pod aktem sprzedaży totalitarnemu i ludobójczemu systemowi blisko 200 milionów ludzi z Europy Wschodniej i Środ­kowej. A największy headache miał z powodu Polski: sporo ludzi w Brytanii pamiętało pakty i wypo­wiedze­nie wojny w 1939, Bitwę o Anglię i naszywki Poland na rękawach brytyjskich wszak mundurów.

Obaj Strażnicy Demokracji Zachodnich za każdym więc razem prosili usilnie Lwa Kaukazu, by obiecał wszem i wobec, że pomoże odbudować nową, demokratyczną Polskę, urządzi demokratyczne wybory i że w ogóle będzie się zachowywał szlachetnie i po rycersku (tak mówił FDR i są na to dokumenty).

Stalin kiwał głową i potwierdzał, bo wiedział, że nie jest ważne, jak głosują ludzie, tylko kto liczy głosy.

Lecz uspokaja ich gospodarz,
Pożółkły dłonią głaszcząc wąs:
„Mój kraj pomocną dłoń im poda,
Potem niech rządzą się, jak chcą.”

napisał 40 lat później Jacek Kaczmarski, dając w swym wierszu lapidarne podsumowanie Jałty i dokonań XX-wiecznego triumwiratu.

Jak Polska mogła się rządzić do 1989 roku – wiadomo (i nie ma w tym żadnej aluzji do tego, jak rządzi sie teraz!), ale jeszcze Kaczmarski:

Nie miejcie żalu do Churchilla,
Nie on wszak za tym wszystkim stał,
Wszak po to tylko był Triumwirat,
By Stalin dostał to, co chciał.

Komu zależy na pokoju,
Ten zawsze cofnie się przed gwałtem –
Wygra, kto się nie boi wojen,
I tak rozumieć trzeba Jałtę.

[...]

Nie miejcie więc do Trójcy żalu,
Wyrok historii za nią stał
Opracowany w każdym calu –
Każdy z nich chronił, co już miał.

 

Jasne! Przecież Churchill tak pięknie rok później rozpaczał jeżdżąc po Ameryce i Brytanii, i lejąc przed tłumami krokodylowe łzy wołał [aż wstyd tłumaczyć na polski, więc zostawiam w oryginale]:

From Stettin in the Baltic to Trieste in the Adriatic an iron curtain has descended across the Continent. Behind that line lie all the capitals of the ancient states of Central and Eastern Europe. Warsaw, Berlin, Prague, Vienna, Budapest, Belgrade, Bucharest and Sofia; all these famous cities and the populations around them lie in what I must call the Soviet sphere, and all are subject, in one form or another, not only to Soviet influence but to a very high and in some cases increasing measure of control from Moscow.

Miał po stokroć rację, że nikt się nawet nie zająknie, iż to za jego podpisem zapadła „żelazna kurtyna”, bo najlepsza metoda złodziejskiej ucieczki to kręcenie się w kółko z okrzykiem „Łapaj złodzieja!”

 

Zachodni sojusznicy bez mrugnięcia okiem zgodzili się, by Armia Czerwona została tam, gdzie stąpnie stopa krasnoarmiejca. Stalin więc dostał nawet więcej niż chciał, bo dwie strefy buforowe. Po kilku przesunięciach były to:  Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, i Ukraina – wcielone do Imperium jako republiki oraz pas wpół niepodległych państw satelickich: Finlandia, Polska, NRD, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria.

W ostatnim momencie uniknęła sowietyzacji Austria, później Jugosławia i Albania (które wprowadziły własne wersje reżimu), a na końcu, w 1956, – wywinęła się jakoś Sowietom Finlandia (poczytajcie o Karim). Reszta mapy była aktualna do roku 1989.

Byłaby pewnie dalej, gdyby nie niewielkie stosunkowo państwo leżące na bezdrożach środkowej Azji… Afganistan. Ale to już jest zupełnie inna historia, a jej dalszy ciąg przeczytacie w grudniu.

 

I tak rozumieć trzeba Manifest PKWN.

A w lipcowe rocznice na ulicach pojawiały się stra­ga­ny (pańs­two­we) z kieł­ba­są, bale­ro­nem (– Wi­dzisz, synku? Tak wyglą­da baleron! – Aha!), wędzo­ny­mi makre­lami i szprotami, śledziami w słoikach i innymi niedostępnymi na co dzień w sklepach towarami. Później było trochę lepiej, bo makrele częściej bywały w sklepach, ale to i tak nie pomogło.

 

25 lipca – dzień św. Krzysztofa; w niektórych parafiach z tej okazji odbywa się autosacrum – poświęcenie pojazdów. Tego samego dnia, z inicjatywy m.in. Duszpasterstwa Kierowców, w polskim Kościele obchodzony jest Dzień Bezpiecznego Kierowcy.

Komendant Główny Policji, p. Jarosław Szymczyk , zachwycał się w 2018 roku (policja nie podała dokładnej daty zachwytu) tym, co było w Polsce na drogach rok wcześniej.
W podsumowaniu roku 2017 pan Komendant nie podał konkretnie liczby wypadków ani liczby zabitych na drogach.
Podał – i to jest stopień mistrzostwa w kamuflażu – dane liczbowe z roku… 2008. Zaś rok 2017 z właści­wym sobie wdziękiem ujął optymistycznie:

Liczba wypadków drogowych spadła o 1.142. W ich wyniku życie straciło około 220 osób mniej, zaś rannych było mniej o 1.599 osób. To najlepsze wyniki od roku 2008.

Starsze pokolenie pamięta – rok 1980, kabaret „Tey”, program „Z tyłu sklepu”:

– Nie mówi się „jedno koło zepsute”! Mówi się: „Traktor ma trzy koła dobre”!
– Przecież to to samo!
– Ale jak brzmi!

Jeśli ktoś nie wierzy – bo przecież pan Komendant nie występował w kabarecie, a do tego mówił o spra­wach tragicznych – może zajrzeć: Policja online, Biuletyn Informacji Publicznej: Statystyka.

Oczywiście dokładne dane policyjne można znaleźć, ale zupełnie gdzie indziej. Za to z podsumowania pana Komendanta widzimy, że wyniki są najlepsze (w domyśle pierwszym: „za rządów obecnych rządów”, w domyśle drugim: „za rządów pana Komendanta Szymczyka”). I o to chodzi! Brawo ten pan!

 

W liczbach bezwzględnych: w 2017 r. w Polsce doszło do 32 760 wypadków drogowych: na drogach zginęło 2831 osób, a rannych w wypadkach było 39 466 osób.

„Śmiertelność drogowa” (jak nazywa to prasa) w Polsce wynosiła w 2017 roku 79 osoby na milion, przy średniej unijnej 51.

W 2012 na polskich drogach zginęło 3571 ludzi, a ok. 45 tys. zostało rannych.

W 2014 w Polsce w 34 970 wypadkach drogowych zginęły 3202 osoby, a 42 545 zostało rannych.
Niewiele ponad 3000 mieszkańców mają np. Oleszyce (3039), Chorzele (3072), Pyzdry (3185), Zakroczym (3208), Biała Rawska (3212), Myszyniec (3389).

W 2015 w Polsce w 32701 wypadkach zginęły 2904 osoby, a 39 457 zostało rannych.

Mniej więcej 2900 mieszkańców mają: Ryn (2900), Łobżenica (2975), Złoty Stok (2844), Nowe Miasteczko (2842), Knyszyn (2821).

40 tysięcy mieszkańców mają: Mińsk Mazowiecki (40 383), Chojnice (40 004) i Świdnik (39 885).

 

Tak, to prawda, że w roku 2017 – w porównaniu do 2008 – liczba wypadków drogowych zmalała, podobnie jak liczba zabitych i rannych. Ale – podam jeszcze raz – zginęło 2831 ludzi, a rannych było 39 466.

2805 mieszkańców ma Wąchock.
Świdnik ma 39 885 mieszkańców, Nowa Sól – 39 258, Bolesławiec – 39 167.

I teraz wyobraźcie sobie, że w ciągu jednego roku znika w Polsce 3-tysięczne miasto, a wszyscy mieszkańcy 40-tysięcznej aglomeracji leżą w szpitalu.

Mimo to polska prasa się nasładza, że „na polskich drogach jest coraz bezpieczniej”, a kierowcy z resztą narodu pomstują na radary, ograniczające wolności obywatelskie.

Pewnie to myślenie antypaństwowe, ale sądzę, że na Polskę i pięciu św. Krzysztofów byłoby mało.

 

Ostatnia niedziela lipca – święto obchodzi rosyjska marynarka wojenna (Военно-Морской Флот России).

 

 

Znaki Zodiaku w lipcu:

Rak (♋) – do 21 lipca
Lew (♌) – od 22 lipca.

O Raku było przy omawianiu czerwca, więc nie ma co powtarzać. Ale po nim przychodzi Lew. Wiadomo: król, władca, moc, potęga, duma, szlachetność, szczodrość, wspaniałomyślność. Czyli: bla-bla-bla, bo przecież to napisały o sobie albo same Lwy (i Lwice), albo ci, którzy od nich czegoś chcieli. A gdy tylko nie owijać prawdy w bawełnę, to zaraz się to nazywa „czarny PR”.

No bo tak:

Urodzeni pod znakiem Lwa od najmłodszych lat mają skłonności do narkomanii, pijaństwa i najbardziej brutalnej rozpusty. Nie lubią się uczyć, z trudem kończą szkoły, nawet specjalne. Uwielbiają krzywoprzy­sięstwo, dlatego bardzo chętnie zeznają przed sądem. Zdemaskowani wywołują awantury i dantejskie sceny. W życiu rodzinnym Lwy na szczęście nie uczestniczą.

Nic dodać, nic ująć – i niech kto powie, że Bliźnięta nie są najlepsze!

 

Kwiaty lipca:

ostróżka (Delphinium L.) – bylina (na ogół) z tej samej rodziny co jaskier, często używana jako roślina ozdobna. W terminologii angielskiej nazywana larkspur (dosł. „skowrończy pazur”), która to nazwa używana jest również wobec ostróżeczki (Consolida Gray) – też jaskrowatej, ale już nie byliny. Wprowadza to pewne zamieszanie, ale tylko teoretyczne: obie rośliny są nie tylko podobne ale mocno trujące, znaczy: ludzie wiedzą, co gadają.

Szperając po znaczeniach tzw. alfabetu kwietnego wynalazłem, że ostróżki oznaczają głupie postępowanie, niedojrzałość. Ciekawe, czy ten, kto to wymyślił, chciał zasugerować, że zamiast, jak podrostek, dawać kwiaty z podtekstem, lepiej od razu otruć?

 

lilia wodna (Nymphea L.) nazywana też nenufarem (ciekawe, kto skojarzy sobie z tym kwiatem Józefa Toliboskiego?), mająca wspólnego przodka z lotosem, przez naukę nazywana – za przeproszeniem uszu dam (jak mawia Geograf) – „grzybieniem”. Dlatego, jeśli ktoś chce sobie przypomnieć, jak wyglądają lilie wodne, odsyłam do cyklu obrazów z liliami wodnymi Claude’a Moneta (Les Nymphéas), a nie do realistycznych fotografii, na których będą zwyczajne grzybienie.

Trzeba przyznać, że nasi botanicy, dając taką nazwę spokrewnionym z lotosami roślinom, których łacińskie nazwy nawiązują do nimf, ondyn, bogiń zwycięstwa czy potwornej ale pięknej gorgony Euriale, nie wykazali się nadmiarem poetyckiej wrażliwości.
Nie wpadłby na pomysł nazwania nenufarów „grzybieniami” Juan Ramón Jiménez, który swój drugi (1900) poetycki tomik zatytułował właśnie Ninfeas, ale gdyby szukał synonimów, w hiszpańskim miał wybór między „różą Wenus” a wziętym z języka guarani słowem aguapé – homonimem pięknego greckiego ἀγάπη, agápē, oznaczającego miłość w jej najwyższej formie.
A co powiedziałby pan Toliboski, gdyby się dowiedział, że wchodził do stawu nie po nenufary a po „grzybienie”?

W mowie kwiatów lilie oznaczają czystość.  

Co oznaczają lilie wodne? No cóż – kontekst wprowadzony przez przydawkę nazwową (płynność? kaskada? oddanie przez gotowość do zanurzenia?) sprawia, że wszystko zależy od interpretacji indywidualnej.

I nie chcę nawet myśleć, co symbolizować może coś o nazwie „grzybień”. 

 

Kamień lipca:

rubin – po prostu trójtlenek glinu (Al2O3) skombinowany z jonami chromu, ale bardzo szlachetny, bardzo rzadki, bardzo drogi i do tego symbolizujący zadowolenie.
Z najcenniejszych – najbliżej Polski znajduje się 250-karatowy rubin z korony św. Wacława, przechowywanej w katedrze św. Wita, Wacława i Wojciecha w Pradze.
We wczesnym chrześcijaństwie rubin symbolizował krew Chrystusa.
Rocznica rubinowa to 35 lat pozostawania w związku małżeńskim – lub jakimkolwiek.

 

Generalnie lipiec to bardzo porządny miesiąc i nie byłoby się już można do niczego w nim przyczepić, gdyby tylko jego znakiem zodiaku były Bliźnięta. Niestety (jego strata!) nie są.

Lipiec jednak rehabilituje się imieninami, które obchodzą:

Elżbieta (5 VII), ale tak znaczna część Elżbiet uciekła od św. Aragońskiej do św. Sprawiedliwej (23 IX), św. Heskiej (18 VI) czy rozlicznych swoich patronek listopadowych, że trudno się połapać, kiedy zaprzyjaźniona Ela imieniny wyprawia;

Olga (11 VII), które to imię ma rodowód skandynawski bo Olga Kijowska była z Waregów, a choć święta i chrześcijaństwo na Ruś przyniosła, to tacy Drewlanie jej nie lubili (gołębie i wróble też nie);

Krzysztof (25 VII) – wiadomo dlaczego, ale jeśli ktoś nie wie, dodamy, że to także patron żeglarzy, podróżników, flisaków, pielgrzymów, biegaczy, kierowców, a także mostów oraz miast położonych nad rzekami. Ostatnio pięknie znaczenie imienia wyraził (przy wzniosłej okazji!) po rosyjsku Oleg Biespałow: Под именем Кшиштоф ребёнка крестили – то есть «Возлюбивший Христа«.

Jakub (25 VII) – ale tego dnia solenizantami są tylko ci, którzy przyznają się do św. Jakuba Starszego Apostoła, tego od pielgrzymek do Santiago de Compostela i muszli; dla pozostałych imię Jakub powtarza się w kalendarzu 30 razy w roku.

Anna/Hanna (26 VII) – to najpopularniejsze imię żeńskie w Polsce (w obu wariantach plus jeszcze kilka innych :), zostawiające Marię (drugie miejsce) daleko w tyle!

Wszystkiego najlepszego!

 

W lipcu, dokładnie w pierwszej połowie lipca, konkretnie 5-go, urodził się Karol – najstarszy syn mojego przyjaciela, Bosmana (Pogorii rzecz jasna) Stanisława, a 12-go – pewna zaprzyjaźniona Antonia (tak naprawdę urodziła się 13-go, ale – mimo urody – jest przesądna, więc ściemnia), o czym informuję. Bo o tym, że w drugiej połowie lipca, konkretnie 17-go, w Małkini, urodził się pewien kaowiec informować (mamy nadzieję) nie trzeba.

Serdeczne życzenia dla damy i obu jubilatów!

 

Śluby i wesela w lipcu:
porażka z założenia, no po prostu drugi Grunwald (tyle że nie wiadomo, kto jest Jagiełłą, a kto von Jungingenem)!
Naprawdę już lepszy celibat albo wolna miłość.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
siódmy miesiąc roku to:

białoruskiліпень [lipień]
bośniackijuli
bułgarskiюли [juli]
chorwackisrpanj
czeskičervenec [czerwiec to po czesku červen, a obie nazwy od słowa červ – robak. Robaki rządzą!]
kaszubskilëpinc (też: miodownik, reżan, lipc)
litewskiliepa
łatgalskisīna (też: juļa)
łużycki (dolny)žnjojski
łużycki (górny)pražnik
łotewskisīna
macedońskijули [juli] albo златец [złatec]
rosyjskiиюль [ijul]
serbskijул [juł]
słowackijúl (w gwarach także „lipeň”)
słoweńskijulij
ukraińskiліпень [łypeń]
żmudzkilėipa

 

Przysłowia związane
z lipcem:

Czego lipiec i sierpień nie dowarzy,
tego wrzesień nie usmaży.

Gdy się grzmot w lipcu
od południa poda,
drzewom się znaczy
szwank i nieuroda.

Lipcowe deszcze
dla chłopa kleszcze,
a jak pogoda –
większa swoboda.

Lipiec,
ostatek mąki wypiecz.

Lipiec,
starego chleba z nowym przypiecz.

Od lip ciągnie wonny lipiec,
nie daj słonku kłosa przypiec.

W lipcu gniewne ziele,
jak się rozgniewa,
to się gniewa cztery niedziele
[dotyczy ludzi urodzonych w lipcu i skorych do gniewu, w gorącej wodzie kąpanych]

W lipcu kłos się korzy,
że niesie dar boży:
który prosto stoi,
dobrego się boi.

Kłos, co prosto stoi,
to z pustoty swojej.

Upały lipcowe
wróżą mrozy styczniowe.

W lipcowym skwarze
w Polsce jak na Saharze.

W lipcu się już kłosek korzy,
że niesie dar boży:
a najpierwsza Małgorzata
sierp w zboże założy.

W lipcu upały,
styczeń mroźny cały.

W lipcu upały,
wrzesień doskonały.

 

Przysłowia na
św. Annę/Hannę (26 VII)

Długo tam służył:
od świętego Jakóba [25 VII]
do świętej Anny [26 VII].

Na Jakóba [25 VII] – zatrzyj czuba,
a od świętej Hanki
toć chłodne poranki.

Na świętą Annę mrowiska –
szukaj w zimie ogniska.

Od świętej Anki
zimne poranki.

Od świętej Hanki
zimne wieczory i ranki.

Od świętej Anny
nie doczeka południa
deszcz poranny.

Święta Anka
da księżom baranka.

Święta Anna –
rola jak panna.

Święta Anno! Uproś wnuka,
niech ma każdy czego szuka.
[wnuk = Jezus]

Święta Hanna
to już jesienna panna.

 

Przysłowia na
św. Krzysztofa (25 VII)

Sztych od sztycha,
jak stąd do Krzycha.
[o złym, niedbałym, nieumiejętnym szyciu]

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha