Kazimierz Kaczor: Jestem z Krakowa…

pdfTekst do pobrania w pdf

01_2013-06-27_Kazimierz_Kaczor_fot_AKPA
                                                                                                                                                                  Fot.: AKPA

Jeden z najwybitniejszych polskich aktorów. Opis jego artystycznej kariery jest jednocześnie opisem tego, co przez ostatnie pół wieku w polskim teatrze i filmie było najbardziej wartoś­cio­we i najtrwalsze.

W listopadzie 2013 pojawił się w księgarniach wywiad-rzeka Kazimierz Kaczor: nie tylko pol­skie drogi – tak spisany piórem zawodowego dziennikarza i reportera, Pawła Piotrowicza, że czyta się go jak autobiografię aktora.

Wielokrotnie wraca tam temat żeglarstwa, albowiem Kazimierz Kaczor jest zami­ło­wa­nym i do­świad­czonym żeglarzem, który zna równie dobrze jeziora mazurskie jak Karaiby czy Morze Śród­ziem­ne. Dwa z 22 roz­dzia­łów opowiadają o jego przyjaźni z Antonim Halikiem, żeglar­skiej wypra­wie karaibskiej i podróży przez Stany Zjednoczone.

 

W roku 2010 Kazimierz Kaczor żeglował jako oficer na Pogorii (jej nazwa powtarza się w wy­wia­dzie książ­ko­wym wielo­krot­nie). Barken­ty­na brała udział w Operacji Żagiel – rega­tach najwięk­szych żag­low­ców Tall Ships’ Races, na Morzu Pół­noc­nym. Jednak najważ­niej­szym punk­tem rejsu była wizyta w niewiel­kim angiel­skim porcie Hartlepool, gdzie 9 sierp­nia spot­kały się załogi Pogorii, ORP Iskra i jachtu Dar Szcze­cina oraz kadeci rosyj­skiego pełno­re­jow­ca Mir.

W Hartlepool, 29 listopada 1939 roku, pochowany został Mamert Stankiewicz, dowódca pol­skich trans­at­lan­ty­ków, który poległ trzy dni wcześ­niej pod­czas ata­ku i zato­pie­nia jego okrętu ORP Piłsudski. Pos­tać Mamerta Stankiewicza przesz­ła do legen­dy, a dzięki opo­wia­da­niom z tomu Znaczy Kapitan Karola Olgierda Borchardta stała się sym­bo­lem patrio­tyz­mu i mors­kiego profes­jo­na­lizmu. Co roku grób „Znaczy Kapi­tana” odwie­dza­ją zało­gi pol­skich stat­ków i jach­tów, dele­gacje harce­rzy i osoby prywatne. Zlot najwięk­szych żag­low­ców świata umoż­li­wił jed­no­czes­ną wizytę wielu jednos­tek, w tym Mira – żaglow­ca peters­bur­skiej Państwo­wej Aka­de­mii Mors­kiej, której absol­wen­tem (za czasów carskich, gdy nosiła nazwę Morski Korpus Kadetów) był Mamert Stankiewicz.

02_2010-08-09_Hartlepool_Kazimierz_Kaczor_fot_Jerzy_Knabe_A
                                                                                                                                                                Fot.: Jerzy Knabe

Przypominamy o tym teraz nie tylko dlatego, że podczas uroczystego apelu przy grobie kpt. Mamerta Stankiewicza Kazimierz Kaczor czytał fragmenty opowiadań z tomu Znaczy Kapitan.

W tym samym rejsie oficerem Pogorii był również Krzysztof Grubecki, który w jednym z por­tów, za zgodą rozmówcy, utrwalił na taśmie opowieść o karaibsko-amerykańskiej przygodzie Kazimierza Kaczora.

Sięgnęliśmy do naszych archiwów, by odtworzyć tamto opowiadanie. W wielu miejscach – co oczywiste – powtarza ono część faktów z owych dwóch rozdziałów, w wielu miejscach wprowadza dodat­ko­we postacie i szczegóły (np. o wizycie w Hartlepool nie ma w książce ani słowa). Jest po prostu bardziej szczegółowe, a jako takie uzupełnia relację książkową.

Publikujemy tę historię z nadzieją, że jej lektura zachęci do poznania fascynującego życiorysu wielkiego aktora w pełnym wymiarze, a więc do sięgnięcia po książkę Piotrowicza. Zwłaszcza, że czyta się ją z ciekawością i przyjemnością, bo napisana jest wartko i sprawnie, do tego wydano ją niezwykle starannie. A dostępna jest na wyciągnięcie ręki, bo istnieje w wersji papierowej i elektronicznej.

 03_okladka_00

 

 

 

 

 

 

 

Piotrowicz, Paweł. Kazimierz Kaczor: nie tylko polskie drogi.
Kraków : Wydawnictwo SQN, 2013.

 

 

 

 

Kazimierz Kaczor:  Jestem z Krakowa…

 

Jestem z Krakowa.

Zadziwiajace, że nie mając nigdy żadnego marynarza czy też żeglarza w rodzinie, nagle okazało się, że mnie tak ciągnie do tej wody. Może dlatego, że jestem Kaczor – i to jest najgłówniejsza przyczyna?

 

Żeby jakieś daty były: w 1963 zrobiłem stopień żeglarza. Egzamin zdawałem na Zalewie Rożnow­skim, bo to najbli­żej Krakowa, ale praktykę żeglarską miałem na Wiśle i na Mazurach. Gdy ktoś przyjedzie do Krakowa i popatrzy na Wawel, to zauważy, że u stóp wzgórza do tej pory jest klub żeglarski. Regularnie, trzy-cztery razy w roku odbywały się regaty Wawel – Tyniec – Wawel, bardzo ciekawe doświadczenie żeglarskie. Dokładnie na drugim brzegu Wisły jest przystań.

Gdy o tym opowiadam, wszyscy mówią: „To z klubu musi być piękny widok na Wawel…”. Ale my, krakauerzy, przyzwyczajeni jesteśmy do pięknych widoków. Skąd by się nie patrzyło, to Wawel jest piękny.

 04 Widok na Wawel z przystani kajakowego Klubu Nadwislan 2aWidok na Wawel przez Most Dębnicki z przystani kajakowej klubu Nadwiślan

 

Potem musiałem przepływać te swoje dwa lata stażu i w 1966 zrobiłem sternika jachtowego.

Rok później, na jachcie Wanda[1], po raz pierwszy wypłynąłem na słone wody, bo chciałem robić kolejne stopnie, a do tego potrzebne były rejsy stażowe. Jeśli dobrze pamiętam był to jacht klubu „Budowlani Nowa Huta”[2]. Kapitanem Wandy był kpt. Śleszyński, żeglarz z Krakowa.

 

sy_Wanda_PZ-103_IMGirULUPs/y Wanda

 

Po Bałtyku pływało się wtedy na ogół bez prawa zawijania do obcych portów – bo tylko tak można było mając tak zwaną klauzulę morską.

Pierwszy stażowy rejs bałtycki, drugi – i w ten sposób zdobyłem „r.u.”, czyli rozszerzone upraw­nie­nia: mogłem prowadzić łódkę do 30 metrów kwadratowych żagla po wodach przybrzeżnych, „P-20”. Wtedy mi to wystarczało, albowiem żeglarstwo, które wtedy uprawiałem, to było żeglarstwo mazurskie. Na morze się niespecjalnie pchałem, bo doświadczenia z Bałtyku miałem raczej okropne. Było strasznie dużo kandydatów i mało łódek, więc z Krakowa dostać się na morze było dość trudno. Na Wandzie było 8 koi, nas płynęło 11 osób, bo zawsze ktoś stał na wachcie. W związku z czym w kojach spało się na zmianę i było w nich wilgotno, na Bałtyku zimno, deszcz, w kuchni – słabo.

Nie było żadnego stania na kotwicy: wypływamy w rejs stażowy, płyniemy 6 dni, komu wypada wachta – idzie na pokład, a ci z pokładu wskakują w koje. To były lata studenckie i po-studenckie, bo już byłem wtedy aktorem Teatru Starego.

Niemniej jednak trochę mil natłukłem. Ale gdy już zdobyłem te „r.u.”, w ogóle się na słonej wodzie nie pokazywałem.

 

W 1973 przeniosłem się do Warszawy ze swoimi sprawami zawodowymi.

Dostałem się do grona Yacht Klubu Polskiego w Warszawie, gdzie poznałem przewspaniałych ludzi. Wśród nich byli właściciele najrozmaitszych jachtów, w tym również morskich.

Kapitan Jerzy Mańkowski, który zbudował jacht Maria[3] – później słynny z rejsów Ludomira Mączki, zaprosił mnie na dwudniowy rejs po Zatoce Gdańskiej. Bardzo mi się to podobało: była piękna pogoda i dobrze wiało.

Już nie pamiętam, czy to była akurat Maria[4], ale tamta łódka chodziła naprawdę dobrze.

 

06_1973_Jerzy_Mankowski_na_Marii_poz_cz_sm_fot_Wojciech_Jacobson                                                                                                                                                          Fot.: Wojciech Jacobson
Jerzy Mańkowski na Marii w 1973 r. Szykuje haczyki i żyłki do połowu dorsza gdzieś u wybrzeży duńskich.

 

 

07_Maria, zatoka Soufrière, wyspa St Lucia (Karaiby); fot Wojciech Jacobson                                                                                                                                                     Fot. Wojciech Jacobson
s/y Maria, zatoka Soufrière, wyspa St. Lucia (Karaiby)

 

I tak mi zasmakowało. I ten zapach morza. I tak mi to morze zaczęło chodzić po głowie…

 

Jurek Mańkowski tymczasem zrobił sobie stocznię jachtową i tam robił najrozmaitsze kadłuby. Z kolei naszym kolegą klubowym był konstruktor Maka 707[5] – Heniu Jaszczewski. Dlatego o tym wspo­mi­nam, że właśnie z Makiem wiąże się moja następna przygoda morska i przyjaźń z Tony Halikiem.

 

Tony’ego spotkałem w klubie, to jest klubowa znajomość. Kiedy się zapisałem, Tony już do klubu należał. Przyjrzał mi się raz, drugi raz – potem się dosiadł do stolika. O tym żeśmy zagadali, o tamtym.

 

Jedną z pierwszych pięciu łódek Mak 707 Tony wyklepał u Mańkowskiego. Ja – też u Mańkowskiego – chyba ostatnią, piątą. I przywieźliśmy te dwie łódki do Jachtklubu do Warszawy. Tylko kadłub miały z laminatu, a reszta była w drewnie. Wzięli się za nie szkutnicy. Najpierw za Toniego, bo był on na tyle zasob­ny finansowo, że mógł sobie pozwolić na wiele rzeczy. Natomiast ja i Bożena, moja żona, robiliśmy część rzeczy sami, na przykład wyklejaliśmy kadłub, piankowaliśmy, obkładaliśmy sklejką, wklejaliśmy grodzie. Ale przynajmniej wiedziałem, jak moja łódka jest zbudowana.

Żył wtedy jeszcze znany szkutnik Henio Horbaczewski[6]. Waldemar Marszałek nie miał innych łódek-ścigaczy, jak zbudowanych przez Henia Horbaczewskiego i na jego kadłubach zdobywał mistrzos­twa świata.

Henio, gdy kładł pokład, szczególnie pokład dziobowy – sklejka dziesiątka, mahoniowa! – to chodził koło tego i brał tak: tu przyciskał kolanem, sklejkę w dół, ręczną piłką: ciach-ciach-ciach, przyłożył, przygiął – i już wszystko idealnie pasowało. Po prostu: kunszt niebywały. Ostatnia łódka, którą zrobił w życiu, to był mój Desperat.

 

Wszyscy żeglarze, a w ogóle wszyscy, którzy cokolwiek budowali, wiedzą, że tamtych latach w Polsce zdobyć cokolwiek graniczyło z cudem.

Tony budował to samo co my, tylko miał pieniądze na zatrudnienie ludzi, więc był szybszy od nas o trzy miesiące. Ale zwodowaliśmy te łódki i postanowiliśmy odbyć wspólny rejs, by wymienić się doświad­czeniami na Mazurach. Bo Maki to były mieczowe łódki mazurskie: zanurzenie 25 centymetrów, z mieczem – metr dwadzieścia. Ale na owe czasy – lata siedemdziesiąte – to był luksus. Wszyscy przycho­dzili i patrzyli: kadłub z żywicy a pokład drewniany – po prostu niebywałe połączenie, największa prak­tycz­ność, jaka może być, połączona z walorami żeglarskimi.

Jacht, na którym płynął Tony z żoną Elżbietą, nazywał się Halikówka, a mój się nazywał Desperat. Nie wiem, czy jeszcze ta łódka istnieje. Pięć czy sześć lat temu – istniała. Kupił ją ode mnie jeden kolega klubowy, potem sprzedał dalej i oddaliła się od klubu, a ja jej losów nie śledziłem.

 

08_2010_sy_Halikówka_fot_Wojtek_Matz                                                                                                                                                    Fot. Wojciech Matz
s/y Halikówka w roku 2010.

 

Kadłub był doskonały, gładziutki – przecież to wszystko było ręcznie robione: skrobanie, szlifo­wa­nie, bąble były „wyklepywane” pędzlem. Nie było wtedy żelkotu, tylko trzeba było te wszystkie bąble na zewnątrz wyskrobać, zalać żywicą, zapastować, wykitować tak, żeby się wytworzyła jedna płaszczyzna, po czym pomalować.

Tu się zaczęło poszukiwanie farb – stąd moje wyjazdy do najrozmaitszych stoczni, między innymi do stoczni szczecińskiej, gdzie poznałem „Kubę” Jaworskiego. Dostałem primer, kładziony dwukrotnie i farbę poliuretanowo-żywiczną, dwuczęściową. Oba kadłuby pomalowaliśmy na biało, głównie dlatego, że nie było innych kolorów.

Jakikolwiek silnik – poza rosyjskim „Wietierokiem” i jakimś polskim, już nie pamiętam, jak się nazywał – był nie do dostania. Tony oczywiście sprowadził sobie „Seagulla” z Anglii, ale mnie nie było na to stać. Tymczasem ze stoczni zadzwonili, że są silniki do remontu, które oni mają w remanencie. Kupiłem 12-konną Yamahę, zawieszaną na burcie – rewelacja! Do takiej łódki pięć koni było wystarczające, osiem koni uważane było za „górkę”. Ja miałem przynajmniej o 50% za dużo mocy na tę łódkę, ale później – na morzu ten silnik, z długą kolumną, okazał się idealny.

Po tym rejsie mazurskim jakieś tam doświadczenia co do Maka zdobyliśmy.

 

Od 13 grudnia 1981 nastał stan wojenny.

Postanowiliśmy z Tonym, że nie będziemy się przejmować przydziałami na benzynę. Tony, jako kores­pondent NBC, miał swoje przydziały, bo dla dyplomatów i korespondentów zagranicznych były inne. Stąd, gdy Toni mieszkał w dalekim Aninie, to myśmy jeździli do niego raz, dwa razy, w tygodniu i gra­liś­my w brydża.

I pewnego wieczoru Tony mówi:

– To jest nie do wytrzymania. Zrobimy tak: popłyniemy gdzieś. Tylko gdzie?

– Nie wiem – mówię.

– Wiesz co? – mówi Tony – Niech Elżbieta otworzy atlas, ja zamknę oczy i pokażę palcem.

Elżbieta otwarła atlas świata, Tony pokazał palcem.

Karaiby.

Dobra. Płyniemy na Karaiby.

 

Był początek roku 1982. Szaleńczy pomysł, jak na ten czas.

Pomyślałem, że to jest nie do spełnienia, bo nie dostanę paszportu.

 

I rzeczywiście nie dostałem. Tony poszedł z interwencją do GKKFiS-u[7], którym władał niejaki Marian Renke, i powiedział, że to jest polska wyprawa żeglarska z jego udziałem – nie wiem, co on tam jeszcze naopowiadał, niemniej jednak dostaliśmy z żoną paszporty sportowe.

Postanowiliśmy tak: Tony z Elżbietą polecą do Meksyku, do znajomych, my natomiast prze­trans­por­tu­jemy nasze jachty gdzieś na Karaiby.

Dokąd? Nie wiemy. Trzeba iść do PLO.

Poszliśmy raz. Później Tony wyleciał, żeby w Meksyku czekać na wiadomość, gdzie będą łódki. Więc jadę do Gdyni drugi raz. Fantastycznie się mną zajęli, w końcu znaleźli statek, który miał płynąć w tamten rejon świata. Był to Bolesław Śmiały[8].

Załadowaliśmy się.

 

09_ms_BOLESLAW SMIALY_0                                                                                                                                                            Fot. arch. PLO
m/s Bolesław Śmiały.

 

Wypłynęliśmy w grudniu 1983. Gdy wyszliśmy z Zatoki Gdańskiej, nie było jeszcze wiadomo, czy płyniemy w lewo, czy w prawo, bo armator wciąż „dogadywał sprawy”.

Kapitan mówi:

– Albo popłyniemy do Leningradu, bedziemy tam stali trzy tygodnie, a później na Kubę, albo popły­nie­my gdzie indziej.

Popłynęliśmy gdzie indziej. Zawinęliśmy do Szwecji, gdzie wzięliśmy płyty stalowe.

– Dokąd z tymi płytami popłyniemy?

– Do Gijón, w Hiszpanii.

No, to jesteśmy jakby troszkę bliżej.

Na statku było sześć kabin pasażerskich i dwunastu pasażerów. Wśród nich ja z żoną. Spędziliśmy na tym statku prawie trzy miesiące. Z Hiszpanii nas wywiało do Anglii, z Anglii do Kanady, z Kanady – do pięciu portów Stanów Zjednoczonych, bo płynęliśmy wzdłuż Wschodniego Wybrzeża. Wreszcie wesz­liśmy w Zatokę Meksykańską. Już jest dobrze!

Byliśmy w Nowym Orleanie, Galveston, Mobile. Zawinęliśmy do Veracruz w Meksyku. Stamtąd – gdyby były kurczaki – pojechalibyśmy na Karaiby, a jeśli nie – mieliśmy polecieć gdzieś na pusto.

Polecieliśmy na pusto, na Kubę, gdzie miały być pomarańcze. Stamtąd Śmiały wracał do kraju.

 

Z Veracruz zadzwoniłem do Tony’ego, że jedziemy na Kubę i będziemy w Hawanie.

Tony z Elżbietą przylecieli do Hawany, a Bolesław Śmiały stanął na redzie i było wiadomo, że będzie tam stać długo. Daliśmy więc marynarzom odpowiednie prezenty, zrzuciliśmy łódki na pełnym morzu i korzystając z silników dopłynęliśmy do brzegów Kuby.

Stanęliśmy na Río Almendares, w marinie słynnej z tego, że z niej wypływał na morze Hemingway. Tam musieliśmy się wziąć za lekki remont łódek, ponieważ jechały na pokładzie i przeszły przez parę sztormów, które spotkaliśmy. Ale za to jechały za friko – tak się PLO zachowało!

Tony już wtedy był znany z telewizji, robił te swoje programy. Znał perfekt angielski – bo latał w RAF-ie i perfekt hiszpański – bo był obywatelem argentyńskim.

 

Historię Tony’ego zacznijmy tak, że w czasie wojny był pilotem RAF-u, w jednostce fotograficznej, więc zajmował się filmowaniem i fotografowaniem w powietrzu, przy czym dwa razy go zestrzelili. Kiedy wyszedł z armii, pracował w Afryce, w Argentynie.
W 1950 znalazł się w Stanach i postanowił przejechać dwie Ameryki – od północy do południa.

10_Tony_Halik_01                                                                                                                                                 Fot. Elżbieta Dzikowska

Kupił landrovera, czy jakiś inny terenowy samochód, pojechał do Kanady i z kamerą zaczął jechać w dół. Na samochodzie umieścił napis po angielsku „Rajd przez dwie Ameryki”.

Wjechał na ulice Nowego Jorku i – szczęśliwy traf – obok niego w korku staje jakaś limuzyna, z której wychyla się facet i pyta „Skąd jedziecie?”

Tony odpowiada, że z Kanady, że ma zdjęcia na taśmie.

„To zajdź do nas” – mówi ten facet i podał mu wizytówkę.

Okazało się, że był to jeden z prezesów NBC. Podczas wizyty mówi: „Pokaż no te filmy!”

Spodobały się i od tej pory Tony jechał przez obie Ameryki jako korespondent NBC. On robił dla nich materiały, oni je od niego kupowali, a on miał pieniądze na dalszą podróż.

 

Kiedy Tony znalazł się w Polsce miał ze sobą całą paczkę filmów, które nazwał „Tam gdzie pieprz rośnie”. I te filmy ze swojej pierwszej podróży pokazał w Polsce. Wszyscy się nimi zachwycili.

W 1975 Tony przeniósł się do Polski na stałe. Pracował dla NBC, ale co rusz wyskakiwał gdzieś w świat, by kręcić na bieżąco w miejscach, w których nie był. Między innymi nasza wyprawa miała nakręcić filmy z Karaibów dla cyklu „Pieprz i wanilia”. Tony zrobił cztery filmy, które były puszczane w polskiej telewizji.

 

Tony w ogóle nie martwił się tym, jak nas przyjmą na Kubie. Zakładał, że nie będziemy mieli żad­nych kłopotów.

Kiedyś, gdy był korespondentem NBC, napisał list do Fidela Castro, że chce z nim zrobić wywiad. Castro żadnych wywiadów amerykańskiej telewizji nie udzielał, o tym w ogóle mowy być nie mogło, ale Tony napisał, że jest Polakiem, że zrobi uczciwy wywiad i że Señor Comandante może mieć pewność co do tej uczciwości.

Castro udzielił mu wywiadu i poszło to – w telewizji amerykańskiej – bez żadnych cięć.

Widocznie Fidel nabrał pewności wobec Tony’ego, bo kiedy wysłaliśmy pismo do kubańskiego minis­terstwa rolnictwa, że tam płyniemy, Raul Castro[9] wypisał nam list, którym legitymowaliśmy się przed wszystkimi tymi żołnierzami, którzy wpadali, by nas kontrolować.

 

Tak więc jest marzec 1984. Mamy łódki zrzucone w Hawanie i wiemy, że mniej więcej za dwa mie­sią­ce zaczyna się sezon huraganów. Powinniśmy tu dotrzeć w listopadzie 1983, ale najpierw statek miał opóźnienie z wyjściem z Polski, bo były kłopoty techniczne, później trzy miesiące pływaliśmy od portu do portu.

Początkowo myśleliśmy, że pożeglujemy zimą, skończymy w Wenezueli, bo tam często zachodziły polskie statki – i stamtąd pojedziemy do domu. Albo: opłyniemy Kubę, zostawimy łódki na Isla de la Juven­tud[10] – Wyspie Młodości i polecimy do Tony’ego do Meksyku, gdzie może jakąś robotę znajdziemy.

Zdaje się – bo nigdy tam nie dojechaliśmy – że Tony miał tam jakiś kawałek ziemi, ale pod tym wzglę­dem był tajemniczy i nigdy tego nie opisywał. Nie opisywał też kawałka puszczy amazońskiej, której był właścicielem, ani kawałka Amazonki, której też był właścicielem – bo w międzyczasie również był armatorem: założył linie łódek transportujących rzeczy podróżujących po Amazonce.

 

Tymczasem płyniemy na zachód. Byliśmy w Puerto Mariel, porcie słynnym z tego, że ponad sto tysięcy Kubańczyków wyemigrowało stamtąd w 1980-tym roku, gdy Castro nagle odpuścił i pozwolił „oby­watelom” na wyjazd do USA. A potem się okazało, że część „obywateli” to byli przestępcy wypuszczeni z więzień i umysłowo chorzy ze szpitali psychiatrycznych.

Dopłynęlismy do Puerto Mariel, późnym popłudniem, zawinęliśmy do pierwszej zatoczki po lewej stronie, zjedliśmy kolację. Wieczorem słyszymy „puk-puk” w burtę.

Pedro.

Rozmawia o czymś z Tonym i słyszę, że Tony mówi „Tak”.

Okazało sie, że stanęliśmy w hodowli ostryg, które rosły sobie na mangrowcach. Pedro podrzucił wiaderko świeżych ostryg, scyzoryk, pokazał jak otwierać – i zniknął.

Taka ostryga, wyciągnięta prosto z morza, gdy się ją otworzy, wygarnie i łyka, jest lekko słona – a jaka smaczna! Jak we francuskiej restauracji!

Nastepnego dnia, gdy miejscowi zobaczyli, że nasza ekipa obrobiła pół wiadra tych ostryg, Pedro przywiózł w worku plastykowym ostrygi już obrane, bo na brzegu była fabryka do obierania.

 

Popłynęliśmy do Varadero, by robić tam zdjęcia podwodne. Na filmie jest Tony polujący z kamerą – bo były dwie kamery i ja go brałem z tej drugiej – wokół fantastyczne rafy i ryby, które nie bały się kompletnie. Często podpływałem z kuszą do takiego półmetrowego strzępiela – buch! – i wieczorem mieliśmy na ruszcie obiad.

Do kręcenia podwodnego Tony miał powietrzne aparaty nurkowe „Mors” polskiej produkcji, takie dwubutlowe[11]. Tylko żadnej sprężarki nie wzięliśmy, bo były strasznie ciężkie i zajmowały mnóstwo miejsca, ale butle nam ładowali Kubańczycy.

 

Kubańczycy to przeuroczy ludzie, serdeczni niebywale, tyle że w pewnym momencie dochodzą do takiej granicy, gdzie kończy się przyjaciel, a zaczyna Kubańczyk. A dla Kubańczyka, każdy przybysz, nawet poznany dobrze, może się okazać szpiegiem amerykańskim.

Taki obrazek. Jesteśmy na Isla de Paraíso – Rajskiej Wyspie, gdzie ciągle koło nas się kręcili rybacy. Oni nam dostarczali ryby, my dawaliśmy im konserwy wieprzowe, bo oni uwielbiali wieprzo­wi­nę, a u nich tego nie było. Siedzimy więc na plaży de Paraíso, smażymy na ruszcie ryby, rybacy są koło swojego kutra, nagle trzech z nich z tego kutra wyskakuje: „Jest ósma wieczór! Nikt nie może przebywać na lądzie! Wszyscy do łodzi!”

Tłumaczy to Tony i dodaje:

– Oni teraz są ochotniczą strażą przybrzeżną – Guardia Frontier. Mają karabin, więc wszyscy muszą iść do łódek.

Siedzimy więc w łódce. Mówię:

– Tony, może by im kielicha?

– Nie, na kielicha to oni nie pójdą,

– To może papierocha?

– Nie, ale dajmy im jeszcze puszkę parówek.

Tony do nich poszedł z tymi parówkami, opowiedział jakiś żart.

Po godzinie im odpuściło, mogliśmy zejść na ląd. I znów byliśmy amigos polacos. I znowy wszyscy byli serdeczni niezwykle.

 

Z rybakami spotykaliśmy się wszędzie. I teraz jest osobna opowieść, specjalnie dla wędkarzy: o sposobie łowienia tuńczyków. Bo z kutra-tuńczykowca łowi się na wędkę.

Kuter jest zbudowany z cementu – polska myśl techniczna: cementowiec. Rybacy wypłynęli raniutko i najpierw szukali sardynek. Wypatrzyli je pod brzegiem – ot, taka drobnica – zaczęli łowić i wrzucali je, żywe, do zbiornika, który był w środku kutra.

Gdy sardynek było już sporo, jeden z rybaków wdrapywał się na maszt z lornetką i szukał tuńczyków. Tuńczyki w ławicy są jak stado wilków: okrążają i potem biją w to, co jest w środku. A ważne jest jeszcze to, że w ślad za tuńczykami idą rekiny.

Szybkim manewrem kuter wpłynął między te tuńczyki i – srru! – sardynki za burtę. Ta przynęta – sardynki dla tuńczyków – nazywała się carnada.

Tuńczyki widzą: sardynki idą za kutrem.

Ale na rufie kutra jest rurka z dziurkami, przez którą na morze leci woda. Tuńczyki więc nie widzą, co jest na powierzchni, bo wrażenie mją takie, jakby deszcz padał. I biją w te sardynki. A tu za kutrem wystaje długi kij bambusowy, a na nim lina z haczykiem, takim dwucentymetrowym, i piórkiem. I tuńczyki w ło­wiec­kim szale ten haczyk z piórkiem też atakują.

Gdy tuńczyk złapie haczyk, wtedy trzeba go ciągnąć. Ubrany jesteś w taki brezent, od kolana po pachę z jednym rękawem. I go ciągniesz. Musisz tak wycelować, żeby tuńczyk trafił ci pod pachę, tę osłoniętą brezentem. Wtedy przytrzymujesz tuńczyka, wyjmujesz mu haczyk, podnosisz rękę – obok jest rynna, na którą ten tuńczyk spada i zjeżdża pod pokład.

Ale jeśli nie ciągniesz wystarczajaco rześko, wtedy któryś rekin – z tych, co idą za tuńczykami – widzi, że w ławicy jest ryba, która wolno płynie, więc pewnie chora. Rekin nigdy nie uderzy zdrowego tuńczyka, bo reszta stada go zabije: będzie walić nosami w jego ciało tak, że go zmiażdży. Ale za chorymi się nie wstawiają, więc jeśli się nie wyciąga dostatecznie szybko, można mieć nagle na haczyku z tuńczykiem rekina.

Tak właśnie łowiłem dwudziestoparokilogramowe tuńczyki.

To są straszne torpedy. Łowisz jednego, wyciągasz, pod pokład – i lu!, już następny. Te pięć czy sześć wędek, które są na rufie, pracuje na okrągło. Nałowiliśmy – czy ja wiem? – może sto takich tuńczyków.

Elżbieta surowe mięso tuńczyka siekała na drobno, dodawała dla smaku trochę cebulki i trochę soku z limonki – koniecznie z limonki, bo ona ma inny smak niż cytryna. Po zalaniu dwadzieścia minut trzeba było poczekać, by pod wpływem kwasu mięso skruszało, i można jeść jak tatara.

Tak więc zjadaliśmy te tuńczyki i popijając rosyjskim szampanem, który mieliśmy na łódce w prze­my­sło­wych ilościach.

 

Dopłynęliśmy w końcu do przylądka San Antonio, najdalej na zachód wysuniętego punktu Kuby. Następny kurs mielismy wziąć na Isla de la Juventud.

Dochodzimy do cypla, już mamy się zawinąć na południowy wschód, ale niestety Tony uszkodził ster.

Jachty mieczowe, my na Atlantyku, robi się twardo, bo to jest koniec maja i zaczyna wiać. Więc stoimy w takim bolesnym rozkroku. Map – zero. Kupić nie dało się żadnych, ponieważ ci, którzy wiedzą – to wiedzą i map nie potrzebują, a ci, którzy nie wiedzą – to coś wykręcą. Jachty żaglowe dookoła całej Kuby były dwa – Tony’ego i mój, bo na Kubie jest koniec z żeglarstwem. Konsul austriacki, który wypłynął na małym katamaranie, został ostrzelany z broni maszynowej. Dla Kubańczyków granica, której nie może przekroczyć żaden Kubańczyk, jest na plaży. Ci, którzy uprawiają zawód na morzu, mają specjalne zezwolenia. Jest im trochę lepiej, bo mają stosowne kartki aprowizacyjne, żeby nie wywiali – ale oni nie są już tacy skorzy do wiania, bo kto miał zwiać, to zwiał.

Dopłynęliśmy jakoś do wioski rybackiej Los Arroyos. Tam naprawiliśmy ster na tyle, na ile się dało, ale Tony mówi:

– Wiecie, my już nie popłyniemy dalej. Elżbieta się troszkę pochorowała, wracamy do kraju.

Jest początek czerwca 1984. Wyprawa trwała niecałe trzy miesiące, ale dla nas – gdy doliczyć podróż statkiem – pół roku.

 

11_Elzbieta Dzikowska & Tony Halik_fot_E_Dzikowska                                                                                                                                                          Fot. Elżbieta Dzikowska
Elżbieta Dzikowska i Tony Halik

12_MAPA_Kuba-FLA_satellite_5Na mapie zaznaczono miejsca, o których jest mowa w opowieści

 

Szukamy zatem polskiego statku, żeby zabrał do kraju… tylko jedną łódkę. Bo myśmy wtedy powie­dzieli:

– Tony, my nie wracamy. Nie to, że chcemy zostać, ale jeszcze chcemy popływać.

Tony powiedział: „Okej.”

 

Na redę Hawany przypłynął statek, m/s Śniadecki[12].

 

13_ms Sniadecki                                                                                                                                                  Fot. arch. PLO
m/s Śniadecki

 

Na pokładzie zrobiliśmy drewniane łoże dla łódki Tony’ego, a wszystkie zapasy z Baltony przerzu­ci­liśmy na naszą łódkę.

 

W międzyczasie do Hawany zawinął polski jacht Boruta[13].

  14_sy Boruta_1a_Ksiega-Pamiatkowa-6                                                              Fot.: arch. Klubu Sportów Wodnych Ligi Morskiej i Rzecznej w Łodzi
s/y Boruta

 A.L.-16-w700-695x460_Kaczor_Halik                                                                                    Fot.: Mirosław Frątczak / Klub Sportów Wodnych Ligi Morskiej i Rzecznej w Łodzi
Na Halikówce w Hawanie; siedzą (od l.): Piotr Bartnicki, Andrzej Lipiński, Kazimierz Kaczor, Paweł Morzycki; stoi Tony Halik


Paweł Morzycki był kapitanem – niestety już świętej pamięci, załoga z Łodzi.
Okrążyli Amerykę Południową i wracali do Polski[14].

Na co ja:

– Chłopaki wracajmy razem – będzie nam raźniej. Bo my płyniemy na północ: z Kuby na Florydę.

I poszliśmy razem do Ministerstwa Rolnictwa, żeby wydali nam pozwolenie na wypłynięcie.

A tam mówią: „Mowy nie ma. Na ma takiego kraju, jak USA. My nie wiemy, co to za kraj. Nasi przyjaciele tam nie pływają.”

My na to:

– Ależ skąd! My nie do żadnych Stanów! My na Bahamy!

– Aha, na Bahamy. To już troszkę lepiej.

– I my nie turystycznie, tylko to jest wyprawa żeglarska, bo jak dwie łódki to już jest to wyprawa, a nie pływanie indywidualne.

 1984_32-w7001-695x452_K_Kaczor                                                                               Fot.: Klub Sportów Wodnych Ligi Morskiej i Rzecznej w Łodzi
Kazimierz Kaczor na Kubie, 1984

 

 

Dali nam pozwolenie na jednokrotne przekroczenie granicy kubańskiej. Wyrywaliśmy nocą, aż się za nami kurzyło – żeby nas tylko puścili.

A mogli zatrzymać.

Podpłynął kuter, żołnierze z bronią maszynową i w podkutych butach na ten nasz drewniany pokład: sprawdzają, czy nie ma żadnych uciekinierów.

My im pokazujemy papiery.

– A, tak, tak. Mówili nam. Ale u nas telefon zepsuty.

 

Udało się nam. Na jachcie śródlądowym, na tej mieczówce. Mimo potężnego sztormu, który nas dopędził.

 

Łódka Morzyckiego niewielka, ale na maszcie miała kawał grota, cięła fale wolniutko – i szła. A my? Nawet na zrefowanym grocie, na foku sztormowym – lataliśmy dookoła niej jak fryga. I rozeszliśmy się.

Powietrze się zrobiło inne, te kolory… takie żółto-sine.

A ja na ukaefce słyszę: „Mayday, mayday, mayday” – statek panamski tonie w tym sztormie, gdzieś dwa­dzieś­cia parę mil na północ ode mnie. Aż się zaczęliśmy bać – co się stało z Borutą?

Odpaliłem maszynę i czołgając się, czołgając, nie mając żadnych dokładnych map – myślałem: „jakieś znaki nawigacyjne tam przecież będą!” – dopłynęliśmy do jakiegoś portu, dosyć dużego. Cicho się tam zrobiło, więc podpłynęliśmy, rzuciliśmy kotwicę, wypiliśmy resztę koniaku i poszliśmy spać.

Następnego dnia budzimy się – chyba jesteśmy w Key West. Ale pewności nie mamy.

Odpaliłem katarynę i popłynęliśmy tam, gdzie zobaczyłem napis Coast Guard. Przy pomocy mojego angielskiego wyjaśniam co i jak, a oni że „okey, okey, no problem”.

Widzę, że tuż obok stoi automat z zimnymi napojami. My po pół roku w tropikach, gdzie lodu nie widzieliśmy ani kawałeczka, więc w gardle nam zaschło. Mam jakieś drobne, więc pytam strażnika, czy mogę pójść do tego automatu i kupić puszkę coca-coli z lodu.

Okey, okey. A skąd przypłynęliście?

– Z Hawany.

– Stop! Wracaj!

I łapie za telefon.

Myślę „To teraz się dopiero zacznie!” Ale wizy amerykańskie mamy i to nowe.

 

Stare wizy były ważne do czerwca, więc poszliśmy do przedstawicielstwa interesów amerykańskich w Hawanie – wizytę załatwiliśmy przy pomocy znajomości: polskich dyplomatów i radców handlowych, którzy nas tam zapowiedzieli.

Konsul przyjął nas bardzo miło i pyta:

– Państwo co? Uciekacie?

– Nie, my chcemy przedłużenie wizy.

Konsul machnął ręką, że nie ma sprawy i zaraz przyleciał jakiś urzędnik: wstemplował co trzeba, czyli wizy na następne pół roku i bye-bye.

 

Jest lipiec 1984. Key West.

Wpada brygada: celnicy, immigration, ci od owoców czyli z ministerstwa rolnictwa.

My – przerażeni, w takim policyjnym kraju jeszcze nie byliśmy! Ale nic. Tylko jak ich tam była szóstka, to zeszli się wszyscy i patrzyli w nasze paszporty, ponieważ mieliśmy tam wizy amerykańskie wydane gdzie? W Hawanie! Oni czegoś takiego w życiu nie widzieli!

Nie wiem, czy dzwonili do Hawany – pewnie dzwonili – w każdym razie po dwóch-trzech kwadran­sach coś się rozluźniło.

Ale pytają:

– Owoce masz jakieś?

– Mam dwa mango…

– No to wszystko za burtę, bo nie wolno tego przywozić.

– Cytryny, pomarańcze?

– Nie wolno.

– To może je zjemy?

Okey, no to zjedzcie.

Zjedliśmy, ile mogliśmy, resztę zapakowali do worka – poszli.

I dopiero później uświadomilismy sobie, żeśmy nie zgłosili tego, co mamy pod gretingami: z pięć­dzie­siąt konserw mięsnych, dwanaście butelek ruskiego szampana, dziesięć butelek wódki – no, przemyt na niezwykłą skalę. Ale byliśmy w panice i ani o tym nie pomyśleliśmy.

 

Z Key West – już luźno – popłynęliśmy w stronę Miami.

Przypływamy, patrzymy – za opuszczonym mostem stoi Boruta! I chłopaki machają do nas!

M.F.-9-w700-695x492_Miami                                                                                                                                 Fot.: Klub Sportów Wodnych Ligi Morskiej i Rzecznej w Łodzi
s/y Boruta w Miami w 1984 roku

 

Bo – jak się okazało – oni popłynęli prosto do Miami, pytali o polską łódkę, ale każdy coś słyszał, tylko nikt nic nie wiedział dokładnie, więc myśleli, że coś się z nami stało. Z kolei myśmy po drodze słyszeli, że jakiś polski jacht, że problemy – więc myśleliśmy to samo o nich.

Urządziliśmy przyjęcie. Oni mieli bimber brazylijski, my mieliśmy wódkę. Upiliśmy się w tym Miami strasznie!

Przyszli również żeglarze z Wojewody Koszalińskiego[15]. Okazało sie, że wszystkie opowieści o pol­skim jachcie dotyczyły Wojewody, czyli trzeciej łódki! Która na podejściu do Miami weszła na mieliznę. Przypłynął Coast Guard, ściąganie… no i zrobiło się głośno.

A.L.-7-w700-695x460_Wojewoda_Koszalinski                                                                                                                              Fot.: Klub Sportów Wodnych Ligi Morskiej i Rzecznej w Łodzi
s/y Wojewoda Koszaliński w Miami w 1984 roku

 

I wtedy na pokład naszych łódek wpada… Adam Jasser. Od tej pory inaczej się potoczyły nasze losy.

Adam i Elwira mieszkali na Florydzie na stałe. Adam był skipperem zawodowym. Elwira pracowała jako master cook. Przyjęli nas fantastycznie. Tacy byli mili, tacy swojscy: po prostu zakochaliśmy się w nich. Tym bardziej, gdy się okazało, że Elwira ma przydomek „Kaczor”, to wiedziałem, że ona jest z mojej rodziny.

 

Oczywiście, przychodziła mi do głowy myśl, czy nie zostać, tym bardziej, że wielu znajomych proponowało mi najróżniejsze wyjścia z sytuacji. Ale rozumiałem jedno: ja już nigdzie indziej korzeni nie zapuszczę, zawsze będę foreigner, nie będę Amerykaninem, nie będę uprawiał mojego zawodu. Moje korzenie, moja rodzina, moje miejsce jest w Polsce. Zdecydowałem więc, że zostajemy – na trochę, by zobaczyć Stany, a potem wracamy do Polski.

Chodziłem do szkoły angielskiego i okazało się, że wszyscy wykładowcy to aktorzy. Gdy się dowie­dzieli, że ja też jestem aktorem – zaczęliśmy rozmawiać. Oni mi opowiadali, jak jest u nich, ja im – jak jest u nas. Dzięki temu dużo szybciej podciągnąłem mój angielski. Generalnie oni nam zazdrościli: że mamy robotę. Że mamy robotę!

 

Adam Jasser przyszedł ze swoim przyjacielem Włodkiem Grocholskim. Obaj odegrali w naszej podróży decydującą rolę.

 

Adaś znalazł swego znajomego, Jacka Nożewnika, który zdecydował się kupić łódkę.

 

Nie, w żadnym wypadku nie pojechałem do USA „na handel łodzią”.

Poszliśmy do PLO, a tam nam mówią: „Nie możemy się wywiązać z  naszej umowy, bo są restrykcje Reaganowskie.” A w międzyczasie Reagan ogłosił gospodarczą blokadę Polski i żaden statek nie płynął bezpośrednio ze Stanów do Polski. ”
Poszliśmy do Hartwiga: „Dobrze, łódkę możemy zabrać, wsadzimy ją do kontenera, ale dostarczymy do Bremerhaven. Do Polski nie. Możecie ją sobie dowieźć do Polski na lawecie.”

Więc zdecydowaliśmy, że skoro jest kupiec, to sprzedajemy.

 

Jacek w Polsce był znanym płetwonurkiem, a po przyjeździe do Ameryki otworzył z Krzychem Kruszelnickim stację benzynową przy drodze US-1. Adam opowiadał, że kiedy Jacek zobaczył mojego Maka, to się zachwycił. „Słuchaj – mówił – to jest Rolls Royce! Postawię go na naszej stacji z napisem For Sale i natychmiast go opędzlujemy”. Adam wszedł do spółki, ale zaraz po kupnie Jacek pokłócił się z Krzysztofem i nie było mowy, żeby cokolwiek stawiać na stacji, więc Mak stał w krzakach koło domu Jasserów. Dopiero kiedy Adam dał ogłoszenie do Boat Trader, ktoś ten jacht kupił.

Adam jeszcze twierdził, że nie do końca był to zakup bezsensowny, bo kompas z tego jachtu podaro­wał Ludomirowi Mączce, który tylko dzięki temu trafił do Europy, bo ten kompas miał… 45 stopni dewiacji. Ale to jest jedna z „opowieści Adama” – ma takich dużo.

 

Tak więc sprzedaliśmy łódkę Jackowi, a Włodek znalazł nam forda – busik „E100”, który akurat sprzedawali jego znajomi. Dokupiliśmy kapitańskie fotele, na podłodze położyłem wykładzinę-dywanik, wyremontowałem silnik, na czym akurat się znam – a Włodek mi bardzo pomagał, dorobiliśmy składany stolik, zamontowaliśmy na stałe dwa krzesła, kupiliśmy cooler, dobudowalismy z tyłu schowek – i tym busem postanowiliśmy jechać przez Stany.

 16_Ford-Econoline-100-02 Ford Econoline 100

 

Po sprzedaży łódki zostało nam 1200 dolarów – dla nas to był majątek, za który mogliśmy objechać pół świata. Przecież moja pensja wtedy wynosiła 50 dolarów miesięcznie.

I tu żeglarska opowieść się kończy.

 

Zaczęliśmy jechać przez Stany. Benzyna tania. Dojechaliśmy do Los Angeles. Zatrzymaliśmy się u naszego przyjaciela. Zarobiliśmy tam trochę, ponieważ on był właścicielem magazynu meblowego. Wymontowałem wszystko z naszego busika, żeby mogły nim, na tej dywanowej wykładzinie, jeździć meble – i je woziłem. Kupiliśmy nowe opony – stare były zupełnie łyse i powietrze z nich schodziło z prze­tarcia, a nie z przebicia.

Z Los Angeles – do San Francisco.

I – srru! – jeszcze raz przez Amerykę: przez Yosemity, Wielki Kanion i St. Louis, aż dojechaliśmy do Waszyngtonu.

Mapa_2014-02-12
Mapa z orientacyjnym szlakiem podróży:

A – Miami, B – Houston, C – San Antonio, D – El Paso, E – Tucson, F – Grand Canyon, G – Las Vegas,
H – Los Angeles, I – San Francisco, J – Reno, K – Park Narodowy Yosemite, L – Salt Lake City, M – Denver,
N – Colorado Springs, O – Park Narodowy Yellowstone, P – St. Luis, Q – Indianapolis, R – Waszyngton, S – Nowy Jork
Długość trasy: ok. 8000 mil (12.875 km)

 

W Waszyngtonie zatrzymaliśmy się u Tadzia Walendowskiego, kolejnego naszego przyjaciela. Przy­pom­nie­liśmy się Jackowi Kalabińskiemu – dziennikarzowi Solidarności, który wyemigrował i osiedlił się w amerykańskiej stolicy, gdzie został dziennikarzem Radia Wolna Europa i komentatorem BBC.

Kiedy w marcu 1991 roku Lech Wałęsa, już jako prezydent Polski, występował przed połączonymi izbami Kongresu Stanów Zjednoczonych, to Jacek Kalabiński mu napisał przemówienie i był jego tłuma­czem. Jak Lechu zaczął – a Jacek to przetłumaczył: „We, the people…” – to od razu dostał brawa na stojąco. Bo Jacek użył tu zwrotu otwierającego preambułę amerykańskiej konstytucji[16].

 

Wreszcie dojechaliśmy do Nowego Jorku. Ale to jest osobna historia.

 

Do Polski wróciliśmy w 1985, na Wielkanoc.

Tony szczerze się ucieszył i przyjął nas z wielką radością. Prawdopodobnie – choć nigdy tego nie po­wie­dział – cieszył się, że jego gwarancja, że ja wrócę do Polski, okazała się słuszna.

Powitali nas też celnicy. Pytaniem „Gdzie jest jacht?”

Ponieważ jachtu nie było, musieliśmy zapłacić cło, w przeliczeniu – 890 dolarów. Po sprzedaży sa­mo­cho­du, po mieszkaniu w Nowym Jorku, zostało nam 920 dolarów. Zapłaciliśmy, i jeszcze 30 dola­rów byli­śmy na plusie. A tego, co przeżyliśmy, nikt nam nie zabierze.

W 1986, zimą, wrócilismy do Zatoki Meksykańskiej, też na jacht, ale też jest osobna historia.

 

Wszystko to się działo, gdy miałem stopień sternika jachtowego „r.u.”, czyli z rozszerzonymi upraw­nie­niami.

W 2000 zrobiłem sternika morskiego i to mi w zasadzie wystarczało, żeby pływać po Śródziemnym. Stopień jachtowego kapitana zrobiłem w trzy lata później.

Morze Śródziemne znamy doskonale. Opłynęliśmy całe Lazurowe Wybrzeże, Włochy, Korsykę, Sar­dy­nię, Adriatyk, Grecję, Dodekanezy, Turcję – wielokrotnie. Wtedy, od roku 2000, czarterowaliśmy już jachty. Ale poznaliśmy na przykład fantastycznych Turków, właścicieli jachtów, którzy czekali tylko na nasz telefon, rezerwowali nam jacht i wynajmowali za połowę lub jedną trzecią ceny – bo wiedzieli, że odda­jemy łódkę czystą, niepotłuczoną, bez żadnych usterek, a często w lepszej kondycji niż przed wyna­jęciem.

To były rejsy ze znajomymi, które prowadziłem jako kapitan.

 

 

18_STS_PogoriaSTS Pogoria

 

Pływałem na Pogorii [17]. W sumie było to sześć rejsów, w których dowodzili: Jurek Rakowicz, dwa razy Jurek Jaszczuk, raz Janusz Kawęczyński – Geograf, dwa razy Adaś Jasser. Pierwszy z tych rejsów był kandydacki, a pięć oficerskich.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
Kazimierz Kaczor (w drugim rzędzie pierwszy z prawej) w załodze Pogorii w lipcu 2011. Pierwszy z lewej klęczy kpt. Adam Jasser.

 

Jako kandydat na oficera płynąłem na Pogorii w 1996 z Jurkiem Rakowiczem po Bałtyku. W następ­nym – byłem już oficerem kapitana Jurka Jaszczuka.

Płynąłem z Geografem w jego pierwszym rejsie kapitańskim – widziałem wtedy po raz pierwszy przejętego Geosia – ale jak! Bo to przecież odpowiedzialność!

 

Pod koniec marca 2001 wypłynąłem Pogorią z Tulonu przez Malagę i Gibraltar na Atlantyk. Akurat wtedy, do mety w Marsylii pędziły katamarany ścigające się w regatach non stop dookoła świata, wśród nich – nasza Warta-Polpharma[18], a na niej ośmiu chłopaków, którymi dowodził Romek Paszke.

Złapaliśmy kontakt przez radio i tak celowaliśmy, by ich spotkać.

I rzeczywiście, spotkaliśmy – na Atlantyku, w środku nocy. Wrażenie było ogromne. My z pełnymi światłami, oni z pełnymi światłami, ich maszt niewiele niższy od Pogoriowych. Teraz to ładnie brzmi: „spotkaliśmy się”, ale w rzeczywistości Warta-Polpharma śmignęła obok nas tak, że jej się tylko woda za rufami gotowała: pół minuty nawet to „spotkanie” – a tak naprawdę: minięcie się – nie trwało!

19_sy_Warta-Polpharma_fot_Andrzej_Arminski                                                                                                                                                                       Fot.: Andrzej Armiński
s/y Warta-Polpharma w 2002 r.

Co roku jestem na Mazurach.

Jestem – uwaga! – inicjatorem i organizatorem Żeglarskich Mistrzostw Polski Aktorów.

Zaczęliśmy w roku dwutysięcznym. W tym roku [2010] miały być dziesiąte, jubileuszowe – niestety zabrakło sponsora, więc wypadły z kalendarza[19].

Bardzo ciekawe i nietypowe regaty. Po pierwsze: nie tłuczemy się łódkami. Po drugie: pływamy bardzo uprzejmie: nie zajeżdżamy sobie drogi, nie rzucamy w siebie wyrazami. Cel oczywiście jest jeden: zdobyć mistrzostwo Polski – ale nie za wszelka cenę!

21_2008-06-27_29_IX regaty_aktorow

 

Ciągle mamy 40-45 załóg trzyosobowych na omegach. Musimy robić eliminacje! Stu dwudziestu – stu pięćdziesięciu żeglarzy! Trzydniowe regaty!

 

22_2006-07-01_02_VIII regaty_aktorow-47Kazimierz Kaczor podczas VIII Żeglarskich Mistrzostw Polski Aktorów; Mikołajki, lipiec 2006.

 

Impreza jest sponsorowana. Deutsche Leasing, BRE Bank – my im dajemy miejsca na reklamę, a nasze regaty ściągają media. Telewizja robi relacje na żywo w trzech programach, jest mnóstwo dziennikarzy. Przyjeżdża prezes PZŻ, sekretarz generalny – wręczają medale.

 

23_2012-09-07_10_X regaty_aktorow_50Kazimierz Kaczor podczas X Żeglarskich Mistrzostw Polski Aktorów; Pisz, wrzesień 2012.

 

 

 24_2006-07-01_02_VIII regaty_aktorow-45
Kazimierz Kaczor i Roman Paszke

podczas VIII Żeglarskich Mistrzostw Polski Aktorów; Mikołajki, lipiec 2006.

 

Ja nie startuję. Jestem komandorem honorowym regat, więc pilnuję, żeby wszystko szło według planu, łagodzę spory, mediuję w konfliktach – bo przecież zawsze ktoś komuś drogę zajedzie. Organizacja hoteli, czarterowanie łódek. Poważna praca…

 

Rozmawiał (w czerwcu 2010): Krzysztof Grubecki.
Do druku podał (10 lutego 2014): Kazimierz Robak
Kazimierze wszystkich krajów – łączcie się!

ŻeglujmyRazem.com

 

 

 

Kazimierz Kaczor
                                                                                                                             Fot.: Czesław Czapliński / FOTONOVA

 

Kazimierz Kaczor

 Urodzony 9 lutego 1941 w Krakowie. Aktor teatralny, filmowy i telewizyjny, artysta kabaretowy.

Przez półtora roku studiował w Krakowskiej Wyższej Szkole Rolniczej. Absolwent Wydziału Lalkarskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie (1964), dyplom aktora dramatu tejże uczelni (1965).

Jako aktor zadebiutował 20 grud­nia 1959 w sztuce Sławomira Mrożka Męczeństwo Piotra Oheya na scenie Teatru Lalki, Maski i Aktora „Groteska” w Krakowie. W teatrze tym pracował do roku 1965.
Aktor Teatru Starego w Krakowie (1965-1973), Teatru Współczesnego w Warszawie (1973-1974), Teatru Powszechnego w Warszawie (od 1974). W latach 1996-2002 prowadził na antenie Programu Drugiego TVP teleturniej Va Banque.

Przewodniczący Sekcji Dramatu w ZASP (1990-1993), członek Rady Kultury przy Prezydencie RP (1992-1993), prezes Związku Artystów Scen Polskich (1996-2002).

Z ról filmowych, których aktor ma w dorobku blisko półtorej setki, największą popularność przyniosły mu postacie z seriali telewizyjnych: kapral Leon Kuraś (Polskie drogi, 1976-1977, reż. Janusz Morgen­stern), Jan Serce (Jan Serce, 1979-1981, reż. Radosław Piwowarski), Ludwig Franke (Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy, 1981, reż. Jerzy Sztwiertnia), Zygmunt Kotek (Alternatywy 4, 1983, reż. Stanisław Bareja), strażak Zenon Kuśmider (Zmiennicy, 1986, reż. Stanisław Bareja), senator Marek Złotopolski (Złotopolscy, 1997-2009, reż. Janusz Zaorski).

 

 


[1] s/y Wanda – drewniany jacht typu Vega; konstrucja (1957, zgodna z formułą RORC): Ryszard Langer i Kazimierz Michalski; zbudowany (1967) w Szczecińskiej Stoczni Jachtowej w tzw. wersji luksusowej: konstrukcja dębowa, poszy­cie mahoniowe, pokład teak (najlepsze wówczas materiały odporne na ścieranie, pęcznienie i gnicie) dla arma­tora Jacht Klub „Budowlani Nowa Huta” z Krakowa. Dł.: 11,67 m (38.3 ft); szer.: 2,40 m (7.9 ft); pow. ożagl. 60 m kw. (646 sq. ft). Jacht wykazał się dużą dzielnością morską, żeglował w trudnych warunkach na wodach Atlan­ty­ku, Morza Północnego, Norweskiego i Bałtyku; był na Islandii, Wyspach Owczych, w portach Morza Północnego, w północnych rejonach Zatoki Botnickiej; w latach 1967-1991 odbył 196 rejsów, w których przepłynął 115 000 Mm, na jego pokładzie pływało 1320 żeglarzy.

[2] Założony w 1955 Zakładowy Klub Morski. 1959 – włączony do Związkowej Federacji Sportowej Budowlani i naz­wa­ny Yacht Club Budowlani Nowa Huta. 1977 – decyzją władz politycznych dzielnicy połączony z Między­za­kła­dowym Klubem Sportowym „Wanda” w jeden duży klub wielosekcyjny Budowlany Klub Sportowy „Wanda”. 1991 – powraca do starej nazwy Yacht Club Nowa Huta, lecz już bez słowa „budowlani”. 1993 – przyjęty do Yacht Klubu Polski jako Yacht Klub Polski Kraków.

[3] s/y Maria – kecz-marconi; projektant: Wacław Liskiewicz na wzór konstrukcji Colina Archera i Johna G. Hanny (Tahiti ketch). Budowa: Jerzy Mańkowski, 1971, Stocznia Gdańsk. Materiał: szkielet dębowy, poszycie maho­nio­we. Dł. kadłuba: 9,80 m (32.2 ft), z bukszprytem: 11,20 m (36.7 ft); szer.: 3,20 m (10.5 ft); pow. ożagl.: 46 m kw. (495 sq. ft).

[4] W 1973 Marię zakupił Ludomir Mączka.

[5] Mak 707 – mieczowy slup bermudzki, kadłub z żywic poliestrowych; projektant: Henryk Jaszczewski. Dł. kadłuba: 7,07 m (23.2 ft); szer.: 2,50 m (8.2 ft); zanurz. maks.: 1,35 m (4.4 ft), min.: 0,24 m (0.8 ft); wysokość w kabinie: 1,50 m (4.9 ft); pow. ożagl. 23 m kw. (247.5 sq. ft); miecz: obrotowy; masa miecza: 100 kg (220.5 lbs): balast: 80 kg (176 lbs); silnik: zaburtowy; moc silnika: 6-8 KM (4.5-6.0 kW).

[6] Henryk Horbaczewski miał bogate doświadczenie szkutnicze i bojerowe: jego dziełem są ślizgi klasy Monotyp XV i DN, na których startowali w zawodach żeglarze lodowi YKP Warszawa.

[7] Główny Komitet Kultury Fizycznej i Sportu – centralny organ administracji PRL utworzony 28 maja 1978 z Głów­nego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki, spełniał rolę ministerstwa sportu. W okresie 1978-06-26 – 1985-11-12 funkcję przewodniczącego GKKFiS-u pełnił Marian Renke (1930-1992), działacz partyjny.

[8] m/s Bolesław Śmiały – drobnicowiec; zbudowany: 1967, Stocznia im. A. Warskiego, Szczecin jako „Sz B-445/3”. Dł.: 145,3 m (477 ft); szer.: 18,8 m (62 ft); zanurz.: 7,3 m (24 ft); nośność: 7773 TDW; silnik spalinowy, moc: 5580 kW; prędkość: 17,5 w. W PLO: 1967-1990, później sprzedany.

[9] Raúl Castro – w latach 1959-2008 druga osoba w państwie po Fidelu Castro: drugi sekretarz kubańskiego KC, pierw­szy wiceprzewodniczący kubańskiej Rady Państwa (pierwszy wiceprezydent) i Rady Ministrów (pierwszy wicepremier), minister Rewolucyjnych Sił Zbrojnych.

[10] do 1978: Isla de Pinos

[11] Aparaty „Mors” do nurkowania swobodnego powstawały w latach 1960-68 w Zakładach Mechaniki Precyzyjnej w Gdańsku-Przymorze. Produkowano je w wersjach P-11 (jednobutlowy), P-21 (dwie butle 8-litrowe) oraz P-31 (trzy butle). Wersja dwubutlowa pozwalała na przebywanie pod wodą ok. 1 godziny. Aparat nurkowy składał się z dwóch części: dwustopniowego automatu oddechowego i zestawu butlowego na sprężone powietrze.

[12] m/s Śniadecki – drobnicowiec; budowa: 1962, Stocznia im. A. Warskiego, Szczecin jako „Sz B-516/3”. Dł.: 145.8 m (278.3 ft); szer.: 18.5 m (60.7 ft); zanurz.: 7.6 m (25 ft); nośność: 8653 TDW; silnik spalinowy: SD6 HCP-Sulzer 6RD76, moc: 5741 kW; prędkość: 17.5 w. W PLO: 1962-1985, później złomowany (China Resources Metals and Minerals Co. Ltd.,Hong Kong, China).

[13] s/y Boruta – typ: Conrad II, typ ożagl.: slup; konstruktor: Ryszard Langer (1958), budowa: Zakłady Szkutnicze LPŻ Szczecin, wodowany: 1960-04-24; nr na żaglu: PZ 118; armator: Wojewódzki Zarząd Ligi Przyjaciół Żołnierza w Łodzi. W 1977 przebudowany w szkutni Klubu Sportów Wodnych LOK w Łodzi wg projektu inż. Stefana Workerta. Dł.: 11,70 m (38.4 ft); dł. linii wodnej: 8,40 m (27.5 ft); szer.: 2,68 m (8.8 ft); zanurz.: 1,71 m (5.6 ft); balast: 2,9 t (6394 lbs); wyporność: 7 t (15432 lbs); pow. ożagl.: 50 m kw. (538 sq. ft).

[14] Rejs jachtu Boruta „do obu Ameryk” trwał 454 dni, od 29 czerw­ca 1983 (wyjście z Jastarni) do 24 wrześ­nia 1984 (Gdynia). Trasa, licząca 15 959 Mm, prowadziła przez 52 porty 21 państw (m. in. Niemcy, Holandia, Belgia, Francja, Wlk. Brytania, Portugalia, Maroko, Dominikana, Wyspy Bahama, Antigua, Kuba, USA) [część danych za Jerzym Kulińskim].
Załoga: Paweł Morzycki – kapitan, Piotr Bartnicki, Mirosław Frątczak, Wojciech Koseski (wrócił z Francji), Andrzej Lipiński, Leszek Świątek (wrócił z Wysp Kanaryjskich).

[15] s/y Wojewoda Koszaliński – typ jachtu: Rigel, typ ożagl.: kecz bermudzki, kadłub stalowy. Konstruktor: Kazimierz Michalski. Budowa (1976): Stocznia w Darłowie. Dł. całk.: 15,77 m (51.7 ft.); szer.: 5,27 m (17.3 ft.); zanurz.: 2,5 m (8.2 ft.); wyporność: 33.47 t (73 789 lbs); pow. ożagl.: – 100 m kw. (1076 sq. ft.); silnik (1984): Ursus S-4003: 38,2 KM (28.5 kW). Flagowy jacht Klubu Morskiego „Tramp” z Mielna.

[16] We the People of the United States, in Order to form a more perfect Union, establish Justice, insure domestic Tranquility, provide for the common defence, promote the general Welfare, and secure the Blessings of Liberty to ourselves and our Posterity, do ordain and establish this Constitution for the United States of America.

[17] STS Pogoria – stalowa barkentyna trzymasztowa; konstruktor: Zygmunt Choreń; budowa (jako B-79/01): Stocznia Gdańska; wodowanie kadłuba: 1980-01-23; podniesienie bandery: 1980-06-01.
Dł.: 46,8 m (153.5 ft.); szer.: 8,00 m (26.2 ft.); zanurz.: 3,7 m (12.1 ft.), wysokość masztów od linii wodnej: 33,5 m (110 ft.); wyporność: 342 BRT; pow. ożagl.: 945 m kw (10 172 sq.ft.). Silnik: oryginalnie – Wola Warszawa diesel, 310 KM (230 kW); obecnie – Volvo Diesel 360 KM (268 kW); śruba: dwułopatowa, nastawna; prędkość na silniku: do 8 węzłów. Zbiorniki wody: 40 t, zbiorniki paliwa: 20 t.

[18] s/y Warta-Polpharma – maxi-katamaran, konstruktor: Gilles Ollier; budowa: stocznia Multiplast, Vannes, Francja; wodowanie: 1987. Dł.: 26,30 m (86.3 ft); szer.: 13,60 m (44.6 ft); wysokość masztu: 31 m (101.7 ft); wyporność: 10.50 t (23148.5 lbs); pow. ożagl.: 300/777 m kw. (3229/8363 sq. ft); prędkość: jako Commodore Explorer, w regatach Trophée Jules Verne – 1993 opłynęła (kpt. Bruno Peyron) świat w 79 dób 6 godz. 15 min, ze średnią 11,35 węzła (http://www.voile-multicoques.com/10.html).
Poprzednie nazwy: Jet Service V, Commodore Explorer, Explorer. 1999 – zakupiony przez polskie firmy Warta S.A. i Polpharma S.A. do startu w The Race – wokółziemskich regatach non stop.
Warta-Polpharma ukończyła The Race na 4. miejscu z czasem 99 dób, 12 godz. 31 min. (2000-12-31 – 2001-04-10). Załoga: Roman Paszke – kapitan, Ryszard Block, Piotr Cichocki, Wojciech Długozima, Dariusz Drapella, Zbigniew Gutkowski, Robert Janecki, Jaroslaw Kaczorowski, Mariusz Pirjanowicz.
Zwycięzcą został katamaran Club Med (dł. 33,5 m; pow żagli: 610/800 m kw.; kapitan: Grant Dalton, czas: 62 doby, 6 godz., 56 min., 33 sek.).

[19] Jubileuszowe, X Żeglarskie Mistrzostwa Polski Aktorów, odbyły się po trzech latach przerwy, 7-9 września 2012 w Piszu.

Calendar

« January 2019 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

ZIMA

– Śnieg pada zimą. Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm…

– Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. Ale nawet do najlepszej odpowiedzi zawsze da się coś dodać. Nie odejmować, a dodać.

 

Od kiedy pamiętam, słowo „zima” wywołuje u mnie zawsze jedno skojarzenie: widzę wtedy obraz Myśliwi na śniegu (1565) Pietera Bruegela Starszego.

Nie wiem, dlaczego. Ani nie jest to mój ulubiony obraz, ani nie chadzam na polowania, zima też  nie była (do przeprowadzki na Florydę) moją ulubioną porą roku – ale fakt jest faktem, niezależnie od tego, jak bardzo bym się sam sobie dziwił.

Zdziwienie jest tym większe, że pamięć podsuwa detal, a nie jest nim ani biała płaszczyzna śniegu na pierwszym planie, ani skulone trzy sylwetki (z których jedną ledwo widać) łowców wracających z jednym marnym lisem i zmęczonymi, kulącymi ogony pod siebie psami, ani ludzie przy ogniu, ani łyżwiarze na sadzawce, ani nawet wpółoberwany szyld gospody. Detalem tym jest lecąca sroka, czarnym krzyżem nakładająca się na górski krajobraz.

Że to sroka  – choć na drzewach siedzą wrony i być może kawki – wnioskuję po ogonie. I po innym obrazie Bruegela Starszego – Pejzaż z szubienicą, mającego też tytuł Sroka na szubienicy (1568). Sroki są tam nawet trzy: ta tytułowa siedzi na belce rusztowania, druga – na kamieniu obok, a trzecia leci. Sroki lubią towarzystwo. Bruegel lubił sroki. Ja też je lubię.

„Schematyzm” – powiedział kolega po przeczytaniu tego fragmentu. – „Stereotypy. Jest zima, to musi być Bruegel. Czterysta pięćdziesiąt lat, więc co chcesz? Odwiecznych praw natury nikt nie zmieni.”

*  *   *

Zima – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego. Charakteryzuje się najniższymi temperaturami powietrza w skali roku, umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego, zazwyczaj zestaloną (zamarzniętą) formą opadu i osadu atmosferycznego, a większość świata roślin i zwierząt przechodzi okres uśpienia.

Mam wcześnie wstawać? - Ależ skąd!
Na samą myśl się zżyma
Gdy wzgórza w bieli śniegu śpią
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Za zimę klimatyczną przyjmuje się okres roku (następujący po jesieni), w którym średnie dobowe temperatury powietrza spadają poniżej 0°C (32°F).
Zimę poprzedza jesień (zasadniczo…), jednak pomiędzy tymi okresami znajduje się klimatyczny etap przejściowy – przedzimie.

Zima astronomiczna na półkuli północnej, która rozpoczyna się w momencie przesilenia zimowego Słońca (w 2018 – 21 grudnia) i trwa do momentu równonocy wiosennej (od 2012 do końca pierwszego ćwierćwiecza – 20 marca).
Daty przesilenia i równonocy są zmienne, czasem wypadają dzień wcześniej lub dzień później, a w roku przestępnym mogą być dodatkowo cofnięte o jeden dzień.

Podczas zimy astronomicznej dzienna pora dnia jest krótsza od pory nocnej, jednak z każdą kolejną dobą dnia przybywa, a nocy ubywa.

W dniu przesilenia zimowego, przypadającym na grudzień, Słońce góruje w zenicie nad półkulą południową na szerokości zwrotnika Koziorożca. Na półkuli północnej jest to najdłuższa noc (i najkrótszy dzień) w roku.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia zimowego w centrum Warszawy – na 52°14’ szerokości geograficznej północnej – wynosi 14°20’.

 

Przesilenie zimowe w większości kultur było okazją do świętowania „odradzania się Słońca”.

W starożytnym Rzymie obchodzono Saturnalia, w Persji – narodziny Mitry, boga Słońca.
Plemiona germańskie na przełomie grudnia i stycznia obchodziły Jul, Słowianie – Święto Godowe.

Chrześcijaństwo, od IV w., obchodzi zimą – 25 grudnia – dzień urodzin Jezusa. Dlaczego akurat 25 grudnia – różnie powiadają o tym, ale zamieszanie z datami zaczęło się dopiero po zastąpieniu niedokładnego (wobec Słońca i Księżyca) kalendarza juliańskiego nowocześniejszym kalendarzem gregoriańskim.

Na Zachodzie, gdzie kalendarz gregoriański przyjął się niemal od razu, pozostano przy nominale daty, nie patrząc jak się to miało do wyliczeń dawniejszych – zatem Boże Narodzenie wypada tam 25 grudnia.
Na Wschodzie w liturgii obowiązuje starodawny kalendarz juliański, choć życie świeckie toczy się według obowiązującego kalendarza gregoriańskiego.
Stąd juliański 25 grudnia przypada na gregoriański dzień 7 stycznia.

Dwa tygodnie wielkiej różnicy nie czynią, świętować można przecież podwójnie – zwłaszcza, że obie daty zimowe są – ale spróbujcie to powiedzieć ortodoksom, fanatycznym zwłaszcza. A ponieważ w odpowiedziach na pytanie „Jaka religia jest najlepsza?” panuje zadziwiająca jednomyślność – „Moja!” – więc sporów w tej materii było…
No cóż, Boże Narodzenie jest podobno świętem pojednania i pokoju, więc nie ma co wdawać się tu w szczegóły.

 

Równonoc. W wiosennym dniu ekwinokcjum, wypadającym w marcu, Słońce góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana. Na półkuli północnej zima się wtedy kończy i rozpoczyna się wiosna. Teoretycznie.

Istnieje bowiem nordycka przepowiednia o tym, że pewnego razu przyjdzie Wielka Zima trwająca trzy lata – Fimbulvinter, która poprzedzi zmierzch bogów – Ragnarök. Że przy okazji zginą ludzie, jest oczywiste, a Normanowie podali to dodatkowo we własnej stylistyce: głód nastanie tak straszny, że ludzie zjedzą się nawzajem, lądy najpierw spustoszy ogień, a później zaleje morze – czyli nastąpi koniec świata. Czyli, wypisz wymaluj, Wikingowie stworzyli obraz termonuklearnej zimy.

Jest też co prawda akcent optymistyczny, a jakże: po tym wszystkim nastanie era szczęśliwości i nowy świat, bo ponoć jedna para ludzka ocaleje. Pozostaje tylko pytanie: i po co to wszystko?

Jeśli ktoś się chce utrzymać w klimacie i to bez happy endu, niech przeczyta powieść Nevila Shute’a Ostatni brzeg (1957), albo obejrzy jedną z dwóch jej adaptacji filmowych. Moim zdaniem ta starsza (1959), z Gregorym Peckiem, Avą Gardner i Anthonym Perkinsem, jest lepsza.

 

* * *

 

Zima to słowo wywodzące się niemal wprost z naszej językowej przeszłości. Etymologicznie jego najbliższym krewniakiem jest słowo himā (हिमा) ‘mróz, chłód, śnieg’ (Himalaje, himālaya / हिमालय, to ‘dom chłodu / mrozu / śniegu’), które zachowało się w sanskrycie, najstarszym zapisanym (z należących do wspólnoty praindoeuropejskiej) języku, w wersji wedyjskiej sięgającym połowy drugiego tysiąclecia p.n.e. W hindi himā to również ‘lód’. Pewnie dlatego…

 

… w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
„zima” to:

białoruskiзіма [zima]
bośniackizima
bułgarskiзима [zima]
chorwackizima
czeskizima
kaszubskizëma
litewskižiema
łatgalskizima
łużycki (dolny)zyma (też: zymje)
łużycki (górny)zyma
łotewskiziema
macedońskiзіма [zima]
rosyjskiзима [zima]
serbskiзима [zima]
słowackizima
słoweńskizima
ukraińskiзима [zima]
żmudzkižėima

Zadziwiająca jednomyślność!

 

Była też postać związana z zimą, o której u nas ostatnio cicho się zrobiło, ale chyba tylko dlatego, że przez wiele lat było o niej za głośno:
Mróz – brat boga wiatrów Pogwizda, prawa ręka okrutnego Strzyboga, który jako smok każdego ranka z Jutrobohem i Juternicą walczy.

Był to Demon Śniegu, który w postaci starca jeździł saniami zaprzężonymi w białe konie i zwiastował czas Zimy. Przy okazji zamieniał w słup lodu napotkanych wędrowców i porywał małe dzieci wałęsające się samotnie, które pakował do wielkiego wora.
W święto Godów ofiarowano Groźnemu Starcowi Północy kaszę lub/i kisiel, a matki mogły wykupić porwane dzieci dając mu prezenty. Później prezenty zostawiano na wszelki wypadek.

Jeszcze później – ponieważ Mróz i Strzybog byli bóstwami wschodniej Słowiań­sz­czyz­ny – okazało się, że wszystko to było prawdą, ale:
– nie starzec a dziadek,
– nie porywał a doglądał,
– nie brał a dawał.

I tak narodził się Dziadek Mróz. W carskiej Rosji pisarz Ostrowski dodał mu za towarzyszkę zimowych wędrówek rozkoszną dziewczynkę Śnieżynkę (ros. Снегурочка, Snieguroczka), muzycznie opowiadali o nim Czajkowski i Rimskij-Korsakow, a Dieduszka Moroz rozdawał świąteczne prezenty dzieciom, których rodzice cieszyli się, że ich pociechami opiekuje się krzepki starzec, a nie jakiś tam wraży rachityczny staruszek Mikołaj czy Santa Claus wożony przez pijane renifery.

Kiedy przyszli bolszewicy Dziadek Mróz z początku nieco przystopował, ale później wypłynął na fali ateizacji: trudno było o lepszego kandydata na personifikację świąt i choinki, już nie bożonarodzeniowej a noworocznej.
Najlepiej wytłumaczył to w roku 1952 czeski bolszewik Antonín Zápotocký, premier komu­nis­tycz­nej Czechosłowacji, w świątecznym orędziu skierowanym do dzieci:

Jezusek wyrósł i się postarzał, wyrosła mu broda i stał się Dziadkiem Mrozem. Nie jest już nagi i obdarty, jest ładnie ubrany w baranicę i kożuch. Dziadek Mróz przyjeżdża do nas ze wschodu, a w drodze świecą mu różne gwiazdy, nie tylko betlejemska: cała seria czerwonych gwiazd na naszych kopalniach, hutach, fabrykach i budynkach.

Dziadek Mróz jeszcze kilka lat temu mieszkał niedaleko wsi Kamieniuki, w białoruskiej części Puszczy Białowieskiej. Nie od parady jest jednak i czarodziejem: wyczuł zawczasu wiatry z Zachodu i to, że w tym regionie może nie być zbyt bezpiecznie. Wyniósł się więc na wschód Rosji, do Wielkiego Ustiugu w obwodzie woło­godz­kim, nad rzeką Suchoną. Tam 7 stycznia (pamiętamy: juliańskie Boże Narodzenie!) 2007 r. odwiedził go Władimir Putin i tam corocznie poczta dostarcza ponad dwa miliony listów od czekających na prezenty dzieci.

 

 

 

Przysłowia związane z zimą:

Będzie zima, będzie mróz,
będzie ptaszek jajka niósł.

Deszcze Michałowe
prawią w zimie powietrze zdrowe.

Gdy tęga zima nastanie w pierwiotku adwentu,
ośmnaście tygodni nie spocznie ani momentu.

Idzie zima, a tu butów nie ma.

Idzie zima,
a tu chleba nie ma;
mój Ty Panie z nieba,
daj nam chleba.

Jaka zima, takie lato.

Kafla z pieca, szybki z okna,
a tu zima, butów ni ma.
[t.j. zbytków mu się zachciewa, a butów nie ma]

Kiedy się liść gęsto trzyma,
nie tak prędko będzie zima.

Kiej w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto zimie próżnuje,
ten lecie musi być leniwy.

Na modrzewiu zima niedługo trzyma.
[Góralskie: śnieg, gdy spadnie zanim modrzew zrzuci igły, zniknie prędko, bo na nich nigdy nic leży długo.]

Na świętego Grzegorza [12 marca]
idzie zima do morza.

Połowa zimy, połowa pastwy.

Późna zima długo trzyma.

Słaba zima, kiepskie lato.

Spyta cię zima zarazem:
byłżeś w lecie gospodarzem?

W pierwszym tygodniu pogoda stała,
będzie długo zima biała.

W zimie koła, w lecie sanie robić.

W zimie odkryte ucho,
to w lecie sucho.

W zimie: komin nam ojcem, fajerka matką,
kożuch dobrodziej, a zapiecek chatką.

Zima następuje tęga,
póki głowy twej nie sięga;
postaraj się o barana,
a chwal niebieskiego Pana.

Zima nie jednemu zajrzy pod napiętki.
[niejednemu dokuczy, da się we znaki]

Zima nie pyta, gdzie się lato podziało.

Zima, jak w psiarni.

Zimą to człek siedzi doma,
albo pije gdzie u kuma.

Zimę uśmierza wiosna,
wiosnę lato niszczy.

 

=  = = = = = =

 

Jeszcze o zimie
(bez powodu, wybrane na chybił trafił):

 

Robert Burns

Up In The Morning Early

Cauld blaws the wind frae east to west,
The drift is driving sairly;
Sae loud and shill's I hear the blast,
I'm sure it's winter fairly.

Chorus:
Up in the morning's no for me,
Up in the morning early;
When a' the hills are cover'd wi' snaw,
I'm sure it's winter fairly.

The birds sit chittering in the thorn,
A' day they fare but sparely;
And lang's the night frae e'en to morn-
I'm sure it's winter fairly.

Chorus:
Up in the morning's no for me,
Up in the morning early;
When a' the hills are cover'd wi' snaw,
I'm sure it's winter fairly.

1788

 

Wstawanie wczesnym rankiem

I chmura przestwór szarpie, rwie
Na niebie chmury wzywa
Z poświstem z rykiem dmie i dmie
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Mam wcześnie wstawać? - Ależ skąd!
Na samą myśl się zżyma
Gdy wzgórza w bieli śniegu śpią
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Ćwierkanie ptaków w głogach brzmi
Ich loty mróz powstrzyma
Noc wchłania w siebie krótkie dni
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Mam wcześnie wstawać? - Ależ skąd!
Na samą myśl się zżyma
Gdy wzgórza w bieli śniegu śpią
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Przekład wiersza Roberta Burnsa „Up In The Morning Early”: Zofia Kierszys (1971)
Wykonanie oryginalne: „Andrzej i Eliza”, 1971.

 

 

Maria Konopnicka
Zła zima

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa…
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!

 

Maria Konopnicka
Ślizgawka

Równo, równo, jak po stole,
Na łyżewkach w dal…
Choć wyskoczy guz na czole,
Nie będzie mi żal!

Guza nabić – strach nieduży,
Nie stanie się nic;
A gdy chłopiec zawsze tchórzy,
Powiedzą, że fryc!

Jak powiedzą, tak powiedzą,
Pójdzie nazwa w świat;
Niech za piecem tchórze siedzą,
A ja jestem chwat!

 

Maria Konopnicka
Zmarźlak

A widzicie wy zmarźlaka,
Jak się to on gniewa;
W ręce chucha, pod nos dmucha,
Piosenek nie śpiewa.

— A czy nie wiesz, miły bracie,
Jaka na to rada,
Gdy mróz ściśnie, wicher świśnie,
Śnieg na ziemię pada?

Oj, nie w ręce wtedy dmuchaj,
Lecz serce zagrzewaj,
Stań do pracy, jak junacy,
I piosenkę śpiewaj!

 

Maria Konopnicka
Rzeka

Za tą głębią, za tym brodem,
Tam stanęła rzeka lodem;
Ani szumi, ani płynie,
Tylko duma w swej głębinie:

Gdzie jej wiosna,
Gdzie jej zorza?
Gdzie jej droga
Het, do morza?

Oj, ty rzeko, oj, ty sina,
Lody tobie nie nowina;
Co rok zima więzi ciebie,
Co rok wichry mkną po niebie.

Aż znów przyjdzie
Wiosna hoża
I popłyniesz
Het do morza.

Nie na zawsze słonko gaśnie,
Nie na zawsze ziemia zaśnie,
Nie na zawsze więdnie kwiecie,
Nie na zawsze mróz na świecie.

Przyjdzie wiosna,
Przyjdzie hoża,
Pójdą rzeki
Het do morza!

= = = = = = = = = = = =

 

Jeremi Przybora
Na całej połaci śnieg

Na całej połaci śnieg.
W przeróżnej postaci śnieg.
Dla sióstr i dla braci
zimowy plakacik
– śnieg, śnieg.

 

Na naszą równinę – śnieg.
Na każdą roślinę – śnieg.
Na tłoczek przed kinem,
na ładną dziewczynę – śnieg, śnieg.

Na pociąg do Jasła,
na wzmiankę że zgasła,
na napis „Brak masła”
na starte dwa hasła,
na flaszki od wódki,
na tego złe skutki,
na puste ogródki,
na dzionek za krótki.

Na w mgle sinej dale – śnieg,
na kocham cię stale – śnieg,

na żale, że wcale
i na tak dalej
tak dalej, tak dalej
na tak dalej – śnieg
śnieg

 

Tekst ten, do muzyki Jerzego Wasowskiego, śpiewali w „Kabarecie Starszych Panów” (Wieczór IV: Zbyteczne żeberko-kaloryfeeria; styczeń 1960)
Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.

Inne wykonania: Kalina Jędrusik, Anna Maria Jopek, Jeremi Przybora.

Cytat #1 na wstępie to oczywiście Ionesco.
Cytat #2: Robert Burns „Up In The Morning Early” (1788) w przekładzie Zofii Kierszys („Wstawanie wczesnym rankiem”, 1971)

 

kr

STYCZEŃ...

Kalendarza nie wypada zaczynać inaczej, jak tylko od stycznia. Zwłaszcza, że trwa już zima.

Zima.
Stary rok się skończył.
Nowy się zaczyna.

Komu się skończył, temu się skończył, Chińczykom się rok w styczniu nie kończy. Sikhom też nie. Ani żydom. Ani Jezydom, ani Persom, ani Kurdom. A już na pewno nie kończył się Rzymianom republikańskim, o czym jeszcze będzie mowa i to kilka razy.

Nie jestem w tym myśleniu odosobniony. Kilka godzin przed nowo-tego-roczną północą wymieniłem e-maile z przyjacielem. Życzyłem (szczęścia, jak zwykle), a on mi na to:

Sylwester to nie moje święto Cały kulturalny świat święci Nowy Rok wtedy, kiedy faktycznie przypada – to jest w marcu, a dziś ni pies, ni wydra: nic się na niebie nie dzieje, przesilenia nie ma, to co to za nowy rok, phi!
Jezydzi świętują z kolei w kwietniu, kiedy już widać, że nowe z ziemi rośnie, a nie psie odchody na śniegu leżą.

Na co ja:

Toż to właśnie w tym cymes cały: żadnych znaków na niebie ni na ziemi, a my sobie świętujemy metafizycznie, metaforycznie, metabolicznie i na inne „meta-” sposoby.
Cała sztuka na tym polega, że bez przesilenia! Na tym właśnie polega cały dowcip! W czasie przesilenia, które bez mała widać, każdy potrafi świętować!
Ale zawsze mówiłem: „Cezar chciał być za chytry!” I przechytrzył. A wtedy marzec mu się odemścił!

Czyli: w naszej szerokości geograficznej najpewniejsze jest tylko stwierdzenie pierwsze: trwa wciąż zima. A o Cezarze – za chwilę.

 

Styczeń – pierwszy miesiąc w roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego ma 31 dni. W kalendarzu juliańskim też ma 31 dni.

Kalendarz juliański nie jest używany w Polsce od pięciuset lat z górą, po co więc o tym pisać? Ano na przykład po to, by dać podkład pod przyszłe wyjaśnienie jednego z nielicznych niezamierzonych przez zainteresowanych ściemnień historycznych, przez które np. rocznicę wybuchu „rewolucji paździer­ni­ko­wej” obchodzono (a w Rosji obchodzi się do dziś i to coraz huczniej) w listopadzie (o czym będzie w paź­dzier­niku, oczywiście).

Trzeba więc zacząć jakoś mądrzej. Może zatem od podstawowych zasad filologii językoznawczej i porów­nawczej języków neohiszpańskich…

[…] dla których macierzystym językiem jest hiszpański, z którego rozwinęły się wszystkie języki neohiszpańskie, a więc hiszpański, łacina, włoski, nasz francuski, portu­gal­ski, sardyjski czyli sardanapalski, hiszpań­ski i neohisz­pań­ski – a także, z pewnych względów, turecki, aczkolwiek ten jest bardziej zbliżony do greckiego, co jest całkowicie zrozumiałe, zważywszy że Turcja sąsiaduje z Grecją, zaś Grecja leży bez porównania bliżej Turcji, niż pani czy ja.

Tak. Słuszna obserwacja.

Większość powyższego akapitu jest cytatem z pewnego dramatu absurdalnego (autor i tytuł są wymienione, ale nie tu, tylko dalej i drobnym drukiem). Dramat, gdy mu się dobrze przyjrzeć, wcale aż takim absurdem nie jest, ale tu świadczy tylko o tym, że nie wszystko, co będzie dalej, jest zupełnie serio i choć raczej prawdziwe – ale tylko mniej więcej, co – w podobnych przypadkach – bywa zaopatrywane przypisem: „tekst niniejszy nie wyczerpuje wiedzy o …, ani też do tego nie pretenduje. Autor przedstawił w nim opinie własne. Nie jest to więc materiał dydaktyczny i nie może służyć do… ani jako…”

Na razie jednak zawołajmy razem z panem Jourdain „Niech żyje nauka!”, bo przez kilka następnych akapitów przemawiać będzie filologia, językoznawstwo, etymologia, fizyka (która przecież poucza o przyrodzie minerałów, kamieni i roślin) i w ogóle: nauka, przez wielkie „N”.

 

Aleksander Brückner (1856-1939) – filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny, wywodzi nazwę „styczeń” od słowa „tyka”: chłopi przygotowywali wtedy tyki używane wiosną i latem np. przy uprawie chmielu.

Etymolodzy wiążą też tę nazwę z czasownikiem „stykać”, gdyż styczeń występuje na styku kolejnych lat, o czym zaświadcza kaszubski stëcznik.

W staropolszczyźnie pierwszy miesiąc nazywano też „godnik” lub „ledzień”, od słowa „lód”, tak jak zachowany do dziś w języku czeskim leden.

 

Łacińska nazwa Ianuarius – przejęta przez większość języków europejskich – pochodzi od Janusa – boga wszelkiego początku, a także opiekuna drzwi (łac. ianua), bram, przejść, mostów, patrona umów i układów. Tradycyjnie przedstawiano go jako postać męską o dwóch obliczach.

Rzymianie szczycili się tym, że Janus jest ich bogiem oryginalnym, znaczy nie został adoptowany i adaptowany z mitologii greckiej. Można z tym polemizować – bo podobnego mieli Sumerowie, których Isimud też miał dwie twarze zwrócone w przeciwstawnych kierunkach, a i Etrus­kowie mieli swojego dwutwarzowego Culsansa patrzącego w tył i w przód – ale czy warto?

W domach rzymskich Janusowi poświęcano drzwi, przy których zazwyczaj umieszczano jego posąg lub podobiznę.

Odwołał się do niego Adam Mickiewicz opisując rozmowę Tadeusza z Telimeną, którą oboje prowadzili stojąc w drzwiach dzielących dwie części izby biesiadnej:

[…] wszyscy się porwali
I tocząc się przeze drzwi na kształt bystrej fali,
Unieśli młodą parę stojącą na progu,
Podobną Janusowi, dwulicemu bogu.

Mickiewicz – w porządku: wieszcz, do tego narodowy. Ale we współczesności mogą się zacząć schody: ciekawi mnie, co poczną zwolennicy jedynego prawdziwego porządku, których denerwuje coś tak naturalnego jak tęcza, gdy dotrą do nich wieści o innych konotacjach Janusa, np. w Janus Society, albo (apage!) w Society of Janus i połączą świeżo zdobytą wiedzę z nazwą pierwszego miesiąca? Dobrze że u nas nazywa się on „styczeń”, bo January nie utrzymałby się długo. A ci, którzy tak mają na imię, obawialiby się legitymować publicznie, gdyby już zmieniono wszystko na dobre.

 

Nie da się jednak ukryć, że nazwa Ianuarius funkcjonuje w większości języków europejskich. Ciekawe jednak, jak długo?, kto pierwszy i gdzie na to wpadnie, by zakazać?

 

W starożytności wszystko było proste. A przynajmniej nam wydaje się prostsze – niesłusznie, bo jak napisał jeden ze znawców przedmiotu: gdy się wgłębić w zasady kalendarzy i miesięcy greckich – włos się na głowie jeży, ile tam systemów funkcjonowało niepojętych.

Zwyczaj zaczynania nowego roku od dnia rozpoczynającego miesiąc Ianuarius, w którym Rzymianie czcili dzień Janusa, wprowadził w reformie kalendarzowej Gajusz Juliusz Cezar w 45 r. p.n.e.

Cezar nakazał – sprawa zakończona, więc przy Januarym nie ma się co rozpisywać – więcej będzie później, bo jeszcze skomplikuje się wszystko tak, że redukcja do absurdu, iż siedem to dziewięć, okaże się naturalna, niezauważalna i przyjęta przez większość bez szemrania.

 

Styczniowe rocznice:

 

1 stycznia przypada święto Nowy Rok. Jasne, proste, wiadome. Ale nie do końca.

1 stycznia to dawne kościelne święto Obrzezania Pańskiego. Jeszcze w 1861 Słownik Wileński definiował styczeń jako

miesiąc, którego piérwszym dniem jest dzień pamiątki obrzezania Chrystusowego czyli Nowy Rok; od niego rok liczyć się poczyna.

Kościół katolicki zamienił jednak „Obrzezanie” na „Uroczystość Bożej Rodzicielki Maryi” przeniesione w 1969 z 11 października na 1 stycznia. Czemu? Zrozumienie motywacji i objaśnień jest dla mnie za trudne, więc dam sobie spokój z dywagacjami na ten temat, dodając jedynie że prawosławni i anglikanie przy Obrzezaniu pozostali.

Cezar też nie miał z tym lekko. Promując Janusa i Ianuarius pozbawił w ten sposób pierwszeństwa miesiąc poświęcony Marsowi – Martius czyli Marzec, za co rok później bóg wojny ukarał go przykładnie, ale o tym przeczytacie w stosownym miesiącu.

Polskie Radio miało (ma?) dobry zwyczaj rozpoczynania Nowego Roku od mazura z Halki – tyleż narodowo, co rocznicowo:

 

1 stycznia 1848 –w wileńskim ratuszu Halka została wystawiona w pierwszej wersji – jeszcze dwuaktowej. Dziesięć lat później…

 

1 stycznia 1858 – premiera Halki w wersji 4-aktowej (ostatecznej) miała miejsce w Teatrze Wielkim w Warszawie. Libretto – Włodzimierz Wolski. 

Przyznam uczciwie, że nie jest to moja ulubiona Moniuszkowska opera. Za to na mojej ogólno-operowej liście pod numerem pierwszym jest Straszny dwór (1865, libretto Jan Chęciński). Już widzę, jak krzywią się P.K.O. (Prawdziwi Koneserzy Sztuki Operowej). Ale tak jak Filip Merynos nie wstydził się swojej ignorancji w dziedzinie luksusu, tak ja nie widzę powodów do wstydu za moje niewyrafinowane operowe gusta.

Z dwóch powodów.

Raz – Straszny dwór dobrze się kończy, a ja tak lubię.
I tak się syćko fajnie po góralsku skońcyło, a nie tak, jako pote Grecy popisali – zakończył jedną z góralsko-greckich historii x. Tischner.
Tu bym tylko zmienił Greków na Włochów i Francuzów, bo co im przeszkadzało, żeby Violetta żyła sobie spokojnie z Alfredem (no, chyba że rozwód, ale to już byłby sequel), lub by Manon zeszła się z Des Grieuxem i żeby razem prowadzili dalej hulaszczy tryb życia, a nawet zostali celebrytami (i dobrze im tak!)? Dlatego, moim skromnym, Chęciński z Moniuszką na półce „libretto” – rządzą.

Dwa – Straszny dwór jest rewią polskich przebojów drugiej połowy XIX wieku. Ba – nie znam żadnej innej opery, w której co aria – to przebój, który nie tylko się pamięta, ale jeszcze można zanucić, zagrać i zaśpiewać. Pod tym względem niezła jest Carmen – z uwerturą, „Habanerą” czyli miłością, jak cygańskie dziecię, marszem i arią Toreadora – ale gdzie jej do Strasznego! Nie mówiąc o tym, że w finale Carmen staje się nieboszczką, bo Don José wyznaje jej miłość za pomocą sztyletu, zamiast – jak prawdziwy macho – ukatrupić Escamilla-bykobójcę i zawłasz­czyć obiekt chuci na zasadzie przejęcia dóbr („cyraneczka – nie ptak, dziewczyna – nie ludzie”; przecież to takie swojskie!); bez sensu!

Za to w Kalinowie opera się kończy wesoło, mimo że dalsze życie potoczy się wiadomo jak, i – niczym w musicalu – do wtóru kolejnych hitów epoki: pieśni chóralnej „Vivat semper wolny stan” o ślubach młodzieńczych, arii Cześnikowej o dbającej stryjence, arii lasek uziemionych przy obowiązkowym dzierganiu, dumki Jadwigi o słodyczach posiadania narzeczonego, dialogów sylwestrowych przy laniu wosku i odstawianiu Damazego do kąta, arii Miecznika o dziewkach, opowieści Skołuby o dziku, psach i sobie samym, arii tegoż z tabaką, arii Stefana z kurantem, arii Hanny o córach, arii Miecznika o zacnym dziadu, wreszcie – mazura. A wszystko przeplatane recytatywami, powtórzeniami, lejtmotywami. Mało kto to już wszystko zna – ale kiedyś Moniuszko okupował top-listy bez miłosierdzia!

Ba, nawet nie tak dawno temu, bodajże w styczniu 1983, pod koniec stanu wojennego (odwołano go 22 lipca 1983), publiczność Teatru Narodowego przyklepywała z uciechy, gdy ze sceny (obsada była powalająca) śpiewano moniuszkowskie hity ze Śpiewnika domowego, również zakończone ognistym mazurem Hej, ha! Jest źle! Będzie jeszcze gorzej! Co prawda za długo tego dyrektorowi Hanuszkiewiczowi grać nie dali, ale takie to były czasy – władza nie lubiła, gdy się naród cieszył, bo cieszyć się mógł tylko z jednego: z myśli, że tę władzę niedługo szlag trafi. Dziś naród ten sam, a jaka władza – każdy widzi (swoje).

Ale skoro o Strasznym dworze się zgadało...

... widziałem wersję wystawioną w warszawskim Teatrze Wielkim, którą w 2015 roku wyreżyserował David Pountney, plastycznie oprawił Leslie Travers, a kostiumy do niej zaprojektowała Marie-Jean Lecca. Akcja przeniesiona została w Międzywojnie, więc bez kontuszy oczywiście (czamara Miecznika się nie liczy), za to najpierw w mundurach żołnierskich, a później...

W tym przypadku skończyło się na klimatach trochę buffa, trochę rokoka, trochę „przedwiośniowej” Nawłoci (gdzie przecież też był stary Maciejunio), ze szczyptą moderny i dekadencji XX-lecia. W dworku szlacheckim braci dominującym elementem była przekątna ze schodów, jakby żywcem wzięta z dady, kubizmu czy suprematyzmu nawet – co w praktyce budowlanej usiłował połączyć Bauhaus, zaś sam dworek był makietą w skali 1:10 symbolizując umowność wszystkiego.

Realizatorzy postmodernistycznie wymieszali to wszystko w jednym tyglu, a w sumie „pary narodowej” mocno upuścili.

Czy akurat tak powinno być i czy tak jest najwłaściwiej?
Nie wiem, ale coś z tym schizofrenicznym realizmem Moniuszkowsko-Chęcińskim trzeba było zrobić, bo przecież szlachetczyzna pięknie wygląda tylko w stereotypach. Hasło „jeden tylko jeden cud, z szlach­tą polską polski lud” mogło się urodzić jedynie w głowie kogoś, kto – niezależnie od geniuszu ar­tys­tycz­nego – nie miał zielonego pojęcia o dawno już zaszłych wokół przemianach społecznych i eko­no­micz­nych, czyli: kompletnie był oderwany od rzeczywistości.
Lub w głowie librecisty, piszącego coś, co miało chwycić za serce, podkręcić emocje i zaróżowić okula­ry – tu i teraz, czyli w wieku XIX pod zaborami. Dziś zaś, ukryć się nie da, starsi-śmy nieco.

Prawda – gdy zaprzyjaźniony filozof-etnograf robił w 2003 roku badania na Białorusi, pisał mi:

nie spotkałem ani jednego chłopa, a rozmawiałem ze starcami, który by nie wspominał dobrze „polskich panów” i nie szło o jakiś sentyment za dzieciństwem: opowiadali szczegółowo o zżyciu się, pomocy wzajemnej etc.

Ale dotyczyło to jednak innej rzeczywistości niż feudalny świat moniuszkowskiej opery, nie mówiąc o tym, że po półwieczu sowieckiego raju wszystkie inne wspomnienia jawią się jak marzenie i bajka złota.

Gdy więc dziś o tym wszystkim pomyśleć – a o Rzplitej szlacheckiej chyba wiemy (a przynajmniej wie­dzieć powinniśmy) dużo więcej i patrzymy na nią chyba inaczej niż za czasów Moniuszki i Sienkie­wicza – to poważne traktowanie Strasznego dworu jako manifestu polskości i tęsknoty za niepodległą Pierwszą Najjaś­niej­szą zakrawa na co najmniej lekką schizofrenię.

Rozwiązanie angielskich twórców spektaklu, którzy z definicji patrzą na wszystko z perspektywy – czasowej geograficznej i historycznej – można zatem przyjąć za pierwszy krok w stronę uzdrowienia, nie zapominając, że maraton zaczyna się od jednego metra.

Jeśli by jednak takie ujęcia czyimś klasycznym i tradycyjnym poglądom zupełnie nie odpowiadały, to przecież zostawała jeszcze muzyka świetna (ach, cóż za melodysta niezrównany z tego Moniuszki!), bo ta nie tylko uszła cało, ale i podana została w obfitości, gdyż było jej na ponad 2,5 go­dzi­ny (dwa razy po 20 minut na przerwy odliczyłem).

Stwierdzenia „podobało mi się”, „nie podobało mi się” uważam za nieadekwatne. Ja po prostu bardzo się cieszę, że to widziałem.

 

To jeszcze – na pierwszego stycznia – nie koniec, bo dzień ten w rocznice obfity jest.

 

1 stycznia 1788 – londyński dziennik The Daily Universal Register zaczął wychodzić jako The Times. Co znaczy, że akcja dowcipu z refrenem „matka robi na drutach, synek bawi się żołnierzykami, córka odrabia lekcje, ojciec czyta Timesa” mogła się wydarzyć dopiero po tej dacie.

 

„1 styczeń” – Fejsbuk gigantyczne kary powinien zapłacić za przestępstwa językowe, bo czymże innym jest łamanie ustawy o ochronie języka polskiego i utrwalanie tego w umysłach milionów. Fejsbukowym programistom nie chciało się bowiem dostosować do wymogów polszczyzny i u nich jest „1 [pierwszy] styczeń”, „8 [ósmy] październik”, „6 [szósty] grudzień” (o innych błędach nie wspominając).  A przecież polszczyzna po coś wyewoluowała przypadki zależne. „Pierwszy styczeń” może być na przykład w moim życiu („to pierwszy styczeń, który jest tak mroźny”), jeśli jednak mówimy o dacie, jest to „pierwszy stycznia”. Można sobie dodawać „w domyśle: dzień”, ale takie dodawanie jest tylko dla tych, którzy nie umieją czytać po cichu.

 

1 stycznia 1818 – narodził się Victor Frankenstein i jego potwór: tego dnia opublikowano powieść Mary Shelley Frankenstein, czyli nowy Prometeusz [Frankenstein; or, The Modern Prometheus].

There are more things in heaven and earth, Horatio, / Than are dreamt of in your philosophy („więcej jest rzeczy w niebie i ziemi, Horacjo, niż się śni w twojej filozofii”; przekład mój) – historia Frankensteina ma motto zupełnie inne, lecz fraza, którą Hamlet zbeształ przyjaciela, pasuje do niej i do całej romantyczności nawet lepiej niż do Dziadów wileńsko-kowieńskich.

Zanim Hollywood spłaszczył tę historię po swojemu, powieść Mary Shelley była drugim po Fauście wielkim krzykiem romantyków, że nauka to nie wszystko i że może wyprodukować potwora, którego nie będzie umiała opanować. Gdy pomyśleć o bombie atomowej i Fejsbuku, to romantyczni aż tak bardzo się nie pomylili.

Polscy badacze genezy powieści doszli do wniosku, że Ms. Shelley mogła się – nomen omen – dogrzebać do afery grabarzy z miasteczka Frankenstein, które dziś nosi nazwę Ząbkowice Śląskie.

Grabarze, oskarżeni w roku 1606, przyznali się do wszystkiego.

Czego?

Czy to nie wszystko jedno? Przecież przy ówczesnych metodach przesłuchania można było uzyskać wykrywalność stuprocentową.
W tym przypadku była to: profanacja zwłok, nekrofilia, nekrofagia, czary, rabunek i wywołanie czarnego moru – dżumy.

Oskarżonych spalono (żywcem oczywiście). Temu, co się przyznał do nekrofilii, przed śmiercią wyrwano rozpalonymi cęgami przyrodzenie, a wszystkim – kciuki, obcięto też kilka dłoni. Słowem: Iustitia wystąpiła w szerokim repertuarze.

Opisuje to augsburski dziennik Newe Zeyttung z 1606, później (1609) Bartholomeus Voigt w broszurce, której tytuł zaczyna się (a jakże!): Historia prawdziwa…, kronika miasta Annales Frankostenenses z 1655 (w Polsce zaczyna się wówczas potop szwedzki). Współcześnie pisze o tym badaczka Dolnego Śląska Joanna Lamparska w National Geographic – Polska i Jerzy Organiściak na stronie www.frankenstein.pl/.

Ząbkowice Śląskie, zgodnie z najnowszym trendem, promują się jako miasto rodzinne Frankensteina: w piwnicach Izby Pamiątek Regionalnych jest Laboratorium Frankensteina, w maju odbywa się Weekend z Frankensteinem i parada potworów. Co kto lubi.

Pomysł napisania powieści „o czymś straszliwym” podrzucił Mary Shelley w swej willi nad Jeziorem Genewskim George Gordon Byron, zaraz po uwiedzeniu i zaciążeniu jej przyrodniej siostry.

Największy romantyk angielski, poeta i uwodziciel, był też człowiekiem czynu. Chromając od urodzenia na prawą stopę, świetnie pływał; 3 maja 1810 przepłynął z Europy do Azji przez Hellespont, „jako ów Leander dla Hery” (choć w przeciwnym kierunku, bo Leander mieszkał po stronie azjatyckiej, a Hero na Chersonezie Trackim, półwyspie dziś zwanym po turecku Gallipoli). Na cześć wyczynu Byrona co roku w Turcji organizowany jest maraton pływacki z Eceabat do Çanakkale (po grecku: Dardanellia, stąd współczesna nazwa cieśniny).

 

A skoro o romantykach i Byronie:

 

1 stycznia 1822 – zrzucenie jarzma osmańskiego i niepodległość proklamowała (po półrocznych walkach) Grecja. Deklarować było łatwo, ale trzeba było jeszcze te walki zakończyć. W sprawę helleńskiej wolności zaangażował się właśnie Byron: w 1823 przyjechał do Grecji: przywiózł pożyczkę udzieloną przez rząd brytyjski, ale na oddziały powstańczego wojska łożył też z własnej szkatuły. Po kilku miesiącach zachorował. Byrona najpierw wycieńczyła sepsa po puszczaniu krwi, później dopadła malaria – poeta-powstaniec zmarł 19 kwietnia 1824.

Opłakiwała go Grecja, gdzie Byron jeszcze za życia uważany była za bohatera

narodowego. To Grecji dotyczył fragment wstępu jego powieści poetyckiej Giaur (The Giaour, 1813):

For Freedom’s battle once begun,
Bequeath’d by bleeding Sire to Son,
Though baffled oft is ever won.

W tłumaczeniu (1835) Adama Mickiewicza zabrzmiało to następująco:

Walka o wolność, gdy się raz zaczyna,
Z ojca krwią spada dziedzictwem na syna,
Sto razy wrogów zachwiana potęgą,
Skończy zwycięstwem
[...]

i w Polsce, po niedawnej klęsce powstania listopadowego, zostało odczytane wiadomo jak.

Śmierć Byrona odbiła się szerokim echem na świecie i, paradoksalnie, przysporzyła sprawie greckiej popularności i zwolenników. Nie ma się jednak co oszukiwać – w podobnych grach karty zawsze rozdaje ktoś inny. W tym przypadku to Brytania potrzebowała niepodległej i podporządkowanej sobie Grecji, dla umocnienia dominacji we wschodniej części Morza  Śródziemnego.

Pierwsza próba powołania Królestwa Grecji, 30 lutego 1830, spełzła na niczym (kandydat na króla odmówił). Ostatecznie, 27 maja 1832, królem greckim został bawarski książę Otton I Wittelsbach.

 

1 stycznia 1860 – pojawił się pierwszy znaczek pocztowy, patriotycznie nazwany „polskim”, ale tak naprawdę wypuszczony do obiegu przez pocztę Cesarstwa Rosyjskiego w Królestwie Polskim (pierwszy znaczek w ogóle, Penny Black, wydano w Wielkiej Brytanii w 1840). W środku był carski dwugłowy orzeł, a pod spodem polski napis oznajmiał: za łót kop. 10.
Łut w Rosji, od 2 poł. XVIII do początku XX wieku miał 1⁄32 funta czyli 12,7972 g.
Kolejne znaczki miały nominały: za 2 łóty kop. 20 i za 3 łóty kop. 30.
Czy 10 kopiejek to było dużo czy mało? Chyba dużo, bo w sklepie Wokulskiego, w 1878, kalosze kosztowały 2 ruble 50 kopiejek, a miesięczne czesne za mansardę wynosiło wówczas dwanaście rubli kopiejek pięćdziesiąt.

 

I jeszcze dwa wydarzenia (prawie) współczesne.

 

1 stycznia 1959 – ucieka z Kuby Fulgencio Batista, dyktator będący marionetką w rękach amerykańskiej mafii i karteli.
Kuba była kolonią hiszpańską. W 1898 roku „wyzwolili” ją Amerykanie, którzy panowanie hiszpańskie zastąpili własnym – rzecz jasna przez podstawione rządy marionetkowe. Batista, rządzący wyspą w latach 1933-1944 i 1952-1959, doprowadził – poprzez korupcję i terror – większą część ludności do ruiny i skrajnego ubóstwa.
Reżim Batisty „był jedną z najbardziej krwawych i represyjnych dyktatur w całej historii Ameryki Łacińskiej” – powiedział 6 października 1960 senator John F. Kennedy, którego trudno posądzać o sympatię wobec Fidela Castro.
Batista uciekając zabiera ze sobą ok. 300 milionów dolarów osobistego majątku. Jego wspólnicy (a było ich w samolocie 180-ciu) czynią podobnie – razem podobno mieli na pokładzie 700 milionów dolarów w gotówce i dziełach sztuki. Samolot poleciał do Santo Domingo zwanego wówczas Ciudad Trujillo.
Dyktator Dominikany, Rafael Trujillo przetrzymał Batistę do sierpnia i – jak to między nami dyktatorami bywa – nie wypuścił, póki nie dostał czterech milionów.
Batista zapłacił, odfrunął do Portugalii i przejadał szczęśliwie swoją fortunkę przez całe życie aż do śmierci, czyli jeszcze przez 14 lat.
Trujillo został zastrzelony w maju 1961. Samo życie.

Na Kubie rządy objął Fidel Castro.
„Nie zgadzam się z komunizmem. Jesteśmy demokracją. Jesteśmy tylko przeciw wszelkim dyktaturom. Właśnie dlatego sprzeciwiamy się komunizmowi” – mówił Castro 25 kwietnia 1959 podczas swojej pierwszej wizyty zagranicznej w Nowym Jorku.
W Waszyngtonie miał mniej do gadania. Prezydent Eisenhower zamiast rozmowy z Fidelem wolał obejrzeć mecz, bejsbolowy bodajże, a premiera Kuby przyjął wiceprezydent Nixon, który wówczas mógł tyle co nic. Do tego Fidel i Tricky Dicky podobno zapałali do siebie awersją od pierwszego wejrzenia.

Legendą oczywiście jest, że po powrocie, na hawańskim lotnisku czekał na Fidela z otwartymi ramionami ambasador sowiecki, ale – metaforycznie rzecz ujmując – tak właśnie było, bo rezultaty daleko od legendy nie odbiegły.
W maju 1959 rząd Kuby ogłosi reformę rolną, w lipcu stworzy Komitety Obrony Rewolucji (CDR – Comités de Defensa de la Revolución), w lutym 1960 podpisze pierwszą umowę handlową z ZSRR i dopiero po zerwaniu przez USA stosunków dyplomatycznych i kompromitującej akcji CIA w Zatoce Świń (17-19 kwietnia 1961), Castro ogłosi (1 maja 1961) Kubę państwem socjalistycznym, a siebie (2 grudnia 1961) – marksistą-leninistą. A tak mało brakowało…

Jednak, jak zauważył mój kolega, westchnienie to wzniosłem wyłącznie dlatego, że nie znam się na bejsbolu.

 

1 stycznia 1959 – Zarząd Główny Polskiego Związku Żeglarskiego tworzy Centralny Ośrodek Żeglarstwa im. Andrzeja Benesza w Trzebieży nad Zalewem Szczecińskim. Rola Ośrodka w rozwoju polskiego żeglarstwa – bezcenna.

 

Na sam koniec pierwszostyczniowych rocznic, wbrew chronologii lat, data ważna nie dla wydarzenia ani nawet dla osoby głównego bohatera, a dla zaskakujących meandrów, jakimi błądzi pamięć ludzka.

 

1 stycznia 898 (trzycyfrowy rok nie jest pomyłką!) – Karol III Prostak (syn Ludwika II Jąkały, praprawnuk Karola Wielkiego) zostaje królem Francji.
Paradoksem w notce jest to, że Karol III pod żadnym względem prostakiem nie był. Wręcz przeciwnie: był wykształcony i przede wszystkim prawy, uczciwy i szczery, czyli z tych, „co mają tak za tak – nie za nie”, jak mówił poeta. Osobę taką po łacinie określano simplex – prostolinijny. Co później języki francuski i angielski przerobiły na simple, a nasz – jak widać.
No cóż, czasy tak bardzo się nie zmieniają – czyż inaczej nazwano by dziś polityka, który by był (gdyby był) prawy, uczciwy i szczery?

 

2 stycznia 1919 – polscy żandarmi mordują czterech (z pięciu) eskortowanych pod strażą do granicy członków misji Rosyjskiego Czerwonego Krzyża, wcześniej oskarżonych o działalność wywrotową i sądownie wydalonych z Polski. Zbrodnia nigdy nie została wyjaśniona do końca, a jej sprawcy nie zostali ukarani. Fatalnie za to przysłużyła się sprawie polskiej i być może o to właśnie chodziło.
W związku z tą informacją przejrzałem trochę materiałów z lat ostatnich – nic nowego nie doszło. Zawa­dzi­łem też o Internet, jak zawsze pouczający: głos dają tam osobnicy, którzy tę hańbę uspra­wied­li­wia­ją, próbują rozgrzeszyć i – jak sądzę z tenoru wypowiedzi – mają się w dodatku za uczciwych ludzi. Ciekawe, bardzo ciekawe…

 

3 stycznia 1925 – Benito Mussolini rozwiązał włoski parlament i ogłosił się dyktatorem.
Włochy stają się trzecim w XX wieku państwem totalitarnym w Europie.
Wszyscy wiedzą, ale przypomnę:
●  pierwszym była opanowana w 1917 przez bolszewików Rosja, zamieniona w 1922 na ZSRR (monstrum upadło w grudniu 1991),
●  drugim – istniejąca 138 dni, oparta na modelu sowieckim Węgierska Republika Rad, którą 21 marca 1919 założył Béla Kun (upadła 6 sierpnia 1919; liczba ofiar czerwonego i białego terroru idzie w setki tysięcy).
●  Czwartym były Niemcy (patrz: 30 stycznia 1933).
Włosi i Niemcy w totalitaryzmie dotrwali na szczęście tylko do 1945.

 

5 stycznia 1769 – zaraz będziemy mogli popłynąć parostatkiem i jeździć koleją: James Watt opatentował maszynę parową.

 

6 stycznia w kościele katolickim obchodzona jest uroczystość Objawienia Pańskiego, w Polsce nazywana potocznie – od zupełnie innego wydarzenia – świętem Trzech Króli. Ciekawostką jest to, że trzech królów prawdopodobnie nie było. Mateusz, jedyny ewangelista, których o nich wspomina (Mt. 2, 1-12), używa nazwy „magoi” – czyli magowie, czyli zoroastryjscy kapłani –  i nie wymienia ich liczby. Może jest to refleksja proroctwa z Księgi Psalmów:

Królowie Tarszisz i wysp / przyniosą dary, / królowie Szeby i Saby / złożą daninę. / I oddadzą mu pokłon wszyscy królowie (Ps. 72, 10-11)?

Kolęda „Mędrcy świata, monarchowie” popełnia błąd, bo "mędrcy" to „sophoi”, ale w niej nie o dosłowność chodzi, a o liczbę sylab do rytmu wiersza.

Cerkiew prawosławna świętuje Objawienie Pańskie jako Epifanię 19 stycznia wg kalendarza gregoriańskiego, co odpowiada dacie 6 stycznia w kalendarzu juliańskim obowiązującym w liturgii katolickiej.

 

6 stycznia jest dniem zakończenia okresu Godów (rozpoczętym w dniu Bożego Narodzenia) i początkiem karnawału.

 

7 stycznia 1953 – prezydent Harry Truman oficjalnie ogłosił, że Stany Zjednoczone mają bombę termojądrową.

Pierwsza eksplozja amerykańskiej bomby H nastąpiła 1 listopada 1952 na atolu Enewetak, w Archipelagu Mariańskim – wybuch był 700 razy silniejszy od tego, który spopielił Hiroszimę.
Dziewięć miesięcy i dwanaście dni (czyli 285 dni) później, 12 sierpnia 1953, zachodnie sejsmografy wykryły eksplozję bomby wodorowej w ZSRR.

Wniosek z tego taki, że do lepszych wyników zawsze dochodzi się przez praktykę. Bo wyszpiegowanie amerykańskich danych potrzebnych do budowy pierwszej bomby atomowej zajęło sowieckiemu wywiadowi niepomiernie więcej czasu: od pierwszej eksplozji amerykańskiej (16 lipca 1945) do pierwszej eksplozji w ZSRR (29 sierpnia 1949) upłynęło dni 1506 (4 lata, 1 miesiąc i 14 dni).

„Car-bomba” – najpotężniejsza zdetonowana (31 października 1961) bomba H wszechczasów – to już zupełnie inna historia.

 

8 stycznia 1918 – prezydent Woodrow Wilson ogłasza swoje „Czternaście punktów” (łącznie 672 słowa), według których chciałby uporządkować świat po pierwszej wojnie światowej.

Pozostali alianci w mniej lub bardziej delikatny sposób wszystkie punkty Wilsona wyśmiali. Niestety: odejście od nich podczas konferencji pokojowej w Paryżu w 1919 było jedną z przyczyn decydujących o wybuchu drugiej części konfliktu – drugiej wojny światowej.

Wilson był jednym z tych – nielicznych wielkich – prezydentów Ameryki, którzy mieli wizję przyszłości. Jego była na tyle dalekosiężna, że niektóre z postulatów zaczęły wchodzić w życie dopiero niedawno. Jednocześnie Wilson – sztywny prezbiterianin z Południa – mimo, że jako jedyny z amerykańskich prezydentów miał stopień doktorski (nauki polityczne na Johns Hopkins University), był fatalnym akwizytorem. Podejrzewam, że gdyby zamiast prezydentury musiał chodzić po domach i sprzedawać, powiedzmy, odkurzacze, nie zarobiłby nawet na słoną wodę. Kongresu nie zdołał przekonać do Ligi Narodów i konieczności zaangażowania się w sprawy polityki światowej. Amerykanów nie zdołał przekonać, że there’s no business like war business, mimo że to właśnie Stany Zjednoczone okazały się realnym zwycięzcą I w.ś., dzięki czemu prosperita gospodarcza w szalonych latach dwudziestych doszła do zenitu (by 24 października 1929 zamienić go na nadir).

Świat podziękował Wilsonowi pokojową nagrodą Nobla, ale on sam niepowodzenia na forum krajowym przypłacił zawałem serca i przedwczes­nym zejściem.

Polacy chowają go we wdzięcznej pamięci – i słusznie: punkt trzynasty w całości mówił o konieczności odbudowy państwa polskiego z dostępem do morza. Tylko czemu akurat trzynasty?!

 

9 stycznia 1839 – możemy już chodzić do fotografa! Na połączonym posiedzeniu francuskich akademii, Nauk i Sztuk Pięknych, ogłoszono, że Louis Daguerre wynalazł dagerotyp. Sam Daguerre, choć obecny, nie mówił nic z powodu bólu gardła. Gdyby mógł, to by pewnie dodał, że pierwsze dagerotypy robił już cztery lata wcześniej.
I tak narodziła się fotografia.

 

16 stycznia 1605 – wydana zostaje pierwsza część jednej z najważniejszych powieści Cywilizacji Zachodu – El ingenioso hidalgo don Quijote de la Mancha Miguela de Cervantesa. Część druga ukazała się drukiem w 1615.

Pierwszy przekład polski autorstwa Franciszka Aleksandra Podoskiego – Historya, czyli dzieie i przygody przedziwnego Don Quiszotta z Manszy, z hiszpanskiego na francuzkie a teraz na polskie przełożone – wyszedł w MDCCLXXXVI.

Polski przekład najnowszy, Wojciecha Charchalisa, opublikował Rebis w 2014: Przemyślny szlachcic don Kichot z Manczy. Tłumaczenie, które świetnie się czyta, zrywa z szablonem i dostosowuje tekst Cervantesa do polskiej rzeczywistości językowej. Dulcynea jest Cudenią, Rosynant – Cha­bet­tonem, a olbrzym Caraculiambro de Malindrania – Duppenlitzem von Fettor z Wredeocji. Ale – uwaga! – w 2014 ukazała się jedynie część pierwsza, o czym wydawca na okładce poin­for­mo­wać nie raczył. Część druga wydana została w roku 2016.

 

16 stycznia 1919 – Nebraska jako 36 (z 48) stan zgadza się uznać 18. Poprawkę do Konstytucji USA. Tym samym osiągnięta zostaje wymagana większość ¾ głosów stanowych i poprawka wejdzie w życie rok później, zakazując produkcji, handlu i sprzedaży alkoholu (choć nie samego picia).
Zanim 5 grudnia 1933 Poprawkę 18. w całości zniesie Poprawka 21., naród rozpije się podczas prohibicji, że aż hej!

 

17 stycznia 395 (trzycyfrowy rok znów nie jest pomyłką!): właśnie podzieliło się ostatecznie Imperium Rzymskie (które dziesięć lat wcześniej uznało chrześcijaństwo za religię państwową) na część wschodnią zwaną później Bizancjum i część zachodnią zwaną Cesarstwem Zachodniorzymskim.
Jest to jedno z tych wydarzeń, które uruchamiają efekt motyla na skalę globalną. Rezultaty zaobserwować można dziś porównując obie części Cywilizacji Zachodu. Jak słusznie zauważył Władimir Putin, po raz kolejny pouczając swego amerykańskiego kolegę: „wy macie swoją demokrację, a my swoją.”
Myśli mądrych ludzi wiecznie żywe.

 

18 stycznia 1654 – Bohdan Chmielnicki podpisuje w Perejasławiu ugodę oddającą Ukrainę pod władzę Rosji. W imieniu cara Aleksego I dokument podpisał Wasyl Buturlin. Co naprawdę podpisał Chmielnicki – nie wiadomo, bo oryginał przezornie się zgubił. Rzeczpospolita próbowała interweniować zbrojnie, ale jej – i tak niemrawe – działania przerwał potop szwedzki (1655).
Modyfikację aktu perejasławskiego przyniósł rozejm między Rzplitą a Rosją, podpisany 13 lat później w Andruszowie (30 stycznia 1667): Rosja dostała Ukrainę Zadnieprzańską czyli województwo czernihowskie i połowę województwa kijowskiego z Kijowem, a dodatkowo województwo smoleńskie. Osłodą dla Rzeczypospolitej miały być Inflanty.
Przez 105 lat był spokój (względny), potem przyszły rozbiory. O obecnych różnicach między Ukrainą Wschodnią a Ukrainą Zachodnią nie tu mówić, kto wie – ten wie.
Nie ma to jednak jak zagubione dokumenty (i martwi bohaterowie). Władze sowieckie ukochały ugodę perejasławską do tego stopnia, że w jej 300-lecie Chruszczow przekazał Krym Sowieckiej Republice Ukrainy. A ZSRR, w odróżnieniu od tysiącletniej Rzeszy, miał trwać wiecznie. Obiecanki-cacanki, a dziś kto dał, to odbiera.

 

21 stycznia 1919 – uprawnienia żołnierzy Wojska Polskiego nadał weteranom powstania styczniowego rozkazem specjalnym Józef Piłsudski, Naczelnik Państwa. Dnia tego (56. rocznica) doczekało 3644 byłych powstańców. Rocznicę 70. (1933) obchodziło ich już tylko 258-miu. Jakoś tak się dzieje, że wszystkie (poza dwoma) powstania polskie zwyciężają pół wieku – lub później – po ich faktycznej klęsce.

 

22 stycznia 1863 – Tymczasowy Rząd Narodowy wydaje manifest o rozpoczęciu powstania narodowego przeciwko Imperium Rosyjskiemu.
Powstanie styczniowe było serią partyzanckich bitew i potyczek (stoczono ich ok. 1200). Czyli rozgrywane było dokładnie według recepty Sędziego z roku 1811 (nic żeśmy nie zmądrzeli):

Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie
Ja z synowcem na czele, i – jakoś to będzie!

Powstanie trwało do grudnia 1864 – ostatnim walczącym oddziałem dowodził Stanisław Brzóska, ksiądz w stopniu generała.

„Jakoś to będzie”?
Tym razem nie było nawet jakoś. Straty i represje przeszły wszelkie oczekiwania.

▪ Rosyjska armia interwencyjna mordowała chorych i rannych.

▪ Na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej palone były wsie i dwory, na które padło podejrzenie o sprzyjanie powstańcom.

▪ Na Litwie szalał Murawiow „Wieszatiel”, z którego rozkazów wymordowano ¼ stanu szlacheckiego (w 1898 władze carskie wystawiły mu w Wilnie pomnik).

▪ W Królestwie nie było lepiej: kilka tysięcy stracono, kilkadziesiąt tysięcy zesłano na Syberię.

▪ Kilkudziesięciu tysiącom udało się wyemigrować.

▪ Liczba skonfiskowanych majątków szła w tysiące.

▪ Te, które pozostały w polskich rękach, rujnowane były kontrybucjami.

▪ Zaborcy pozamykali polskie szkoły, wprowadzili intensywną rusyfikację i zakaz używania języka polskiego w instytucjach państwowych.

▪ Królestwo Polskie utraciło resztki (i tak śladowej) autonomii i zdegradowane zostało do Priwislinskogo Kraja.

Po stronie „zysk” podręczniki odnotowują:

▪ uwłaszczenie chłopów (zadziwiające, bo przecież dokonał tego ukaz cara, gdyż władzom powstania jakoś uwłaszczenia nie udało się przeprowadzić)

▪ i „trwały ślad w polskiej literaturze i sztuce”, czego dowodem jest Nad Niemnem Orzeszkowej, Lalka Prusa, kilka tytułów Żeromskiego, kilka wierszy Norwida i Konopnickiej, Noce i dnie Dąbrowskiej oraz obrazy Grottgera, Gierymskiego, Chełmońskiego, Kossaka (Juliusza), Malczewskiego i jeden obraz (nawet ze wspomaganiem nie mogę sobie przypomnieć więcej) Matejki

▪ i oczywiście mit narodowy, silny niezwykle, wzmagający świadomość, że za wolność bić się należy, nawet jeśli przeciwnik silniejszy, przechowany w pamięci zbiorowej czyli – jak by powiedział poeta – w sercach polskich. O tym, jak to się ma do najprostszego rachunku bilansującego zyski i straty, mit już nie mówi, bo mity rachunkami się nie zajmują.

 

Chyba najbliższy prawdy był Żeromski, który sprawę styczniową porównał do Nike z Samotraki: bez głowy, bez ramion – tylko skrzydła i na nich pęd na oślep.
Tyle, że Nike stoi w Luwrze, a powstańcy?

Zachodnia Europa, uznała powstanie za wewnętrzną sprawę Rosji, ale współczuła Polakom. Współczuł także Juliusz Verne, francuski autor bestsellerów podróżniczo-fantastycznych: w rękopisie jego powieści Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi kapitan Nemo był Polakiem, powstańcem styczniowym zesłanym na Syberię, który po ucieczce… itd.

Detal ten jednak nigdy nie ujrzał światła dziennego. Wydawca nie chciał zadrażniać stosunków francusko-rosyjskich, a Verne pękł i zgodził się na zmianę (kto by się naprawdę jakąś tam Polską przejmował; w 1939 też nikomu na Zachodzie nie chciało się umierać za Gdańsk).

Ale powieść jest super ciekawa – jeśli nie czytaliście, przeczytajcie. Kapitan Nemo jest w niej księciem Dakkar, synem radży Bundelkhand, jednym z dowódców powstania sipajów (1857-59), który nienawidzi Anglików. Za to wśród portretów „wielkich postaci historycznych, których życie było jednym pasmem poświęceń dla ludzkości”, wiszących w kabinie kapitańskiej Nautilusa, jest portret Kościuszki, padającego z okrzykiem „Finis Poloniae!”. I tyle w kwestii polskiej wystarczyło.

 

25 stycznia Noc Roberta Burnsa. W rocznicę urodzin swego narodowego poety Szkoci piją pod jego pomnikiem whisky, wznosząc toasty na cześć Dam, Panów i szkockiej potrawy haggis (jeden z wierszy Burnsa – oryginał i tłumaczenie – znajdziecie w „Zimie”).

Że też u nas nikt nie wpadł na ten pomysł! A Filareci śpiewali przecież „Pijmy zdrowie Mickiewicza, on nam słodkich chwil użycza!”

Bigos i flaszki schłodzonego „Pana Tadeusza 40%” 24-go… no dobrze: w wigilię urodzin – 23 grudnia pod pomnikami wieszcza na bruku Krakowskiego Przedmieścia i krakowskiego Rynku (uwaga: w Poznaniu Mickiewicz ma nawet dwa pomniki!)– oto uroczystość na miarę epoki! Kto zjadł i wypił, nawet czytać nie musi!

 

29 stycznia 1616 Eendracht (Eendragh), którym dowodził Willem Corneliszoon Schouten, przepłynął – jako pierwszy żaglowiec europejski – obok skalistej wysepki leżącej u południowego krańca Ameryki Południowej. Schouten, uznając wyspę za część kontynentu, nazwał ją Kaap Hoorn, na cześć swego rodzinnego miasta i niedawno utraconego statku o tej samej nazwie.

Wyprawa szukała innej drogi do Wysp Korzennych niż wokół Przylądka Dobrej Nadziei i przez Cieśninę Magellana, na które monopol miała Holenderska Kompania Wschodnioindyjska.

Odkryć nowy szlak żeglarzom się udało, ale nic poza tym: droga wokół Hornu też została zawłaszczona przez Kompanię.

Na pociechę kapitan Schouten i jego wspólnik Jacob Le Maire zostali pierwszymi kaphornowcami, bo Magellan (1520), Jofre de Loaísa (1526) i Drake (1578) płynęli przez cieśniny patagońskie.

Zdając sobie sprawę z wagi swego dokonania, Schouten wydał drukiem w Amsterdamie Dziennik, albo opisanie cudownej podróży… (1618); niemal natychmiast zostało to przetłumaczone na angielski, francuski, niemiecki i łacinę.

A później?

O wyprawie wokół globu
Też fałszywe są pogłoski,
Pierwszy żaden tam Magellan,
Tylko Baranowski.

Ferdynand Magellan (1520), García Jofre de Loaísa (1526) i Francis Drake (1578) płynęli przez cieśniny patagońskie.

Świat anglosaski, choć zasadniczo uznaje wersję o przejściu Drake’a na Pacyfik cieśninami patagońskimi, jednak lubi powtarzać, że Golden Hind Drake’a został z Pacyfiku „wydmuchany” (wrzesień 1578) daleko na południe i dopiero po ścichnięciu sztormu mógł wrócić na Pacyfik. Właśnie dlatego cieśnina między Ameryką Południową i an­tar­ktycznym półwyspem Palmera nosi dziś imię najbardziej zajadłego z „mors­kich psów”.

Trzecią wersję ma nautologia hiszpańska. Według niej pierwszym (styczeń 1526) europejskim kapitanem pod Hornem był Francisco de Hoces. Jego statek – San Lesmes – był jednym z siedmiu żaglowców wchodzących w skład ekspedycji, płynącej (1525-1526) śladami Magellana, którą dowodził wspomniany wyżej García Jofre de Loaísa. Przed wejściem w cieśniny patagońskie San Lesmes został wyniesiony sztormem na południe, prawdopodobnie do szerokości 57°S, gdyż w sprawozdaniu użyte zostało stwierdzenie, że „ląd się już skończył”. Niemniej jednak de Hoces, zamiast płynąć na zachód, zawrócił na północ, dołączył do reszty flotylli (mającej już tylko cztery jednostki) i na Pacyfik przeszedł Cieśniną Magellana. Na pamiąt­kę tego wydarzenia w nomenklaturze hiszpańskojęzycznej akwen, który Anglosasi nazywają „Cieśnina Drake’a”, nazywa się „mar de Hoces” – Morze Hocesa.

 

30 stycznia 1649 – w Londynie ścięty został Karol I Stuart, skazany przez Parlament (a raczej to, co z niego zostawił Oliver Cromwell) za to, że był „tyranem, zdrajcą i wrogiem ludu”. Anglia na 11 lat została republiką i dyktaturą (dyktatorom często się zdaje, że to jedno i to samo).

Karola II koronowano w 1660, ale początek jego panowania antydatowano na 1649. I pomyśleć, że to o Polsce Radziwiłł mniej więcej wtedy mówił „Ej, galimatias w tej waszej Rzeczypospolitej, galimatias…” Fakt, u nas był większy. Do tego chyba wciąż trwa.

 

Kolejne dwie daty nie mogą być (bo nie są) przypadkiem:

 

30 stycznia 1933 – Hitler (po wyborach wygranych przez jego partię NSDAP w roku poprzednim) zostaje kanclerzem Niemiec.

 

30 stycznia 1937 – Hitler ogłasza zerwanie przez Niemcy zobowiązań nałożonych Traktatem Wersalskim. Praktycznie zaczyna się druga wojna światowa, chociaż jeszcze nie strzelają.

15 marca 1939 podczas zajmowania Czech też (prawie) nikt nie strzelał.

A 1 września 1939 będą strzelać, ale tylko w Polsce.

 

30 stycznia 1969 – po raz ostatni występują razem The Beatles. Część koncertu na dachu Apple Records została zarejestrowana przez kamery i można to obejrzeć w filmie dokumentalnym Let It Be (reż. Michael Lindsay-Hogg).

W roku 1970 John, Paul, George i Ringo dostali Oscara za najlepszą muzykę filmową z piosenkami.

 

 

Znaki Zodiaku przypadające na styczeń to:

Koziorożec (♑) – (od 22 grudnia) do 19 stycznia

i Wodnik (♒) – od 20 stycznia.

Przyjęło się, żeby horoskopy układać optymistyczne, bo przecież każdemu miło przeczytać o sobie, jaki to jest piękny i zdolny, że za chwile będzie jeszcze piękniejszy a na pewno bogaty. Czytelnicza masa tego właśnie oczekuje, a ponieważ płaci – więc wymaga. Ale spróbujmy tylko zdjąć różowe okulary, a zobaczymy, co bez nich ujrzymy. I to już takie bardzo optymistyczne nie jest. Jasne – taki horoskop można nazwać „czarnym piarem” czy zwykłym hejterstwem, ale czasem warto obejrzeć i drugą stronę medalu.

Nie mam nic przeciwko Koziorożcom, wręcz przeciwnie, dlatego zaczynać od nich nie chcę – zresztą zaczynają rządzić w grudniu i tam ich miejsce.

O Wodniku i jego epoce pięknie śpiewała w filmie Hair Renn Woods, której głos wart jest wszystkich znaków Zodiaku. Ale gdy spojrzeć właśnie od tej drugiej strony, to nagle okazuje się, że Wodnik nie daje swym dzieciom dobrych notowań:

Wodniki mają szalony pociąg do gastronomii czwartej kategorii i na ogół nie oddają pożyczonych pieniędzy. Mężczyźni spod tego znaku, wcześniej czy później, okazują się ekshi­bi­cjo­nis­tami, a kobiety nimfo­man­kami. W zakła­dzie peni­ten­cjar­nym czują się nieźle.

Powiedzmy to szczerze: jasne, że zawsze mogłoby być gorzej, ale z Wodnikami dobrze nie jest.

Najjaśniejszym, najbardziej optymistycznym i najweselszym zodiakalnym znakiem są Bliźnięta, lecz one rodzą się tylko przez jeden miesiąc w roku. I choć lepsze to niż nic, jednak proporcja jest słaba. Całe szczęście, że maj już bliżej niż dalej.

 

Kamień styczniowy to…

granat, symbolizujący stałość, na przykład w przyjaźni. Poza tym ma dawać siłę ducha i zabezpieczać przed złem i Złym. Podobno nosili go podróżnicy i odkrywcy wierząc, iż świeci w nocy i nawet Noe rozświetlał ciemności granatem (ładnie to brzmi…), by znaleźć właściwy kurs dla arki – ale od razu widać, że historyjkę wymyślili jubilerzy a nie żeglarze, bo przecież Noe nie miał pojęcia dokąd płynąć i w trudnych nawigacyjnie chwilach używał ptaków, a nie klejnotów.

Nazwa kamienia pochodzi od łacińskiego granatum – oznaczającego roślinę zwaną granatowcem lub granatem i jej owoc: kryształy granatu tworzą ziarniste skupienia, podobne do wnętrza owocu. Kolory tych kryształów mogą być różne – od czarnego, przez głęboką czerwień, do opalizującej zieleni – potrafią się też zmieniać w zależności od oświetlenia. Do tej pory nie znaleziono granatu niebieskiego i gemmo­lo­dzy twierdzą, że taki nie występuje. Jest więc tu dobry motyw do życzeń i porównań, które czyniąc należy pamiętać, że poeta – to ten, kto pierwszy porównał kobietę do kwiatu. Drugi w tej konkurencji był już tylko grafomanem.

Jako kamień ozdobny granat używany jest od epoki brązu – czasów, gdy krystalizowały się cywilizacje Mezopotamii i Egiptu.

Osadzony w oprawie ze złota granat, razem z szafirem i berylem, był w drugim rzędzie klejnotów zdobiących napierśnik, który – na rozkaz Mojżesza, instruowanego przez Pana – wykonali dla Aarona Izraelici na pustyni.

W Polsce występuje w Sudetach, ale tam jest tyle minerałów, że chyba łatwiej napisać, co w Sudetach nie występuje.

 

Kwiat styczniowy to…

przebiśnieg (Galanthus nivalis L.) – symbol czystości i panieńskiej cnoty. Nazwę w klasyfikacji Linneusza zawdzięcza połączeniu greckich słów gala (γάλα) ‘mleko’ i anthos (άνθος) ‘kwiat’ z łacińskim nix, nivium ‘śnieg’ i nivalis ‘śnieżny’.

W X pieśni Odysei, gdy Odyseusz rusza do pałacu Kirke, by wyzwolić swych towarzyszy z rzuconego przez nią zaklęcia, spotyka Hermesa, który mówi:

Dam ci czar, z którym możesz iść do niej bezpiecznie,
Gdyż moc jego od ciebie oddali cios wszelki.
[…]
Choć w jadło wmiesza trutkę, choć wino zaprawi
Przemienić cię nie zdoła, to ziółko cię zbawi
Od zdradzieckich jej czarów. […]

Tak rzekł Hermes i ziółka pokazał mi one
Z ziemi wyrwane, dawną mocą obdarzone:
Korzonki miało czarne, kwiat białości mleka,
Moly zwie się u bogów. Dotąd nie ma człeka,
Który by je wykopał. Wszystko w mocy bożéj!

Tu się zaczyna problem: moly (μῶλυ) – co to za ziółko? W tłumaczeniu angielskim moly to… moly, podobnie jest w wersji hiszpańskiej i niemieckiej.

Linneusz opowiedział się po stronie rośliny używanej w lecznictwie czyli czarach, która rośnie w krajach śródziemnomorskich, nawet po afrykańskiej stronie i nazwał ją Allium moly, po polsku: czosnek złocisty południowy. Jedynym problemem jest to, że owo Allium ma kwiaty żółte, a nie białe. Zasadniczo…, bo białawe się zdarzają.

Ma swoich popleczników Peganum harmala, poganek rutowaty, za którym przemawia też polski Dziennik Ustaw (poz. 520 nr 63, 2009), zaliczając go („rośliny żywe lub susz, nasiona, wyciągi oraz ekstrakty” – nieźle!) do roślin odurzających. Ten ma jednak kwiaty białe z zielonymi paskami, co raczej porównania z mlekiem nie nasuwa.

Jest też stronnictwo daltonistów, które popiera Atriplex halimus – łobodę solniskową o kwiatach zielonych (jak mleko?)

Półsenni żeglarze-lotofagowie Tennysona słodko spoczywają na łożach z szarłatów i moly właśnie:

But, propped on beds of amaranth and moly,
How sweet – while warm airs lull us, blowing lowly –
With half-dropped eyelids still,
Beneath a heaven dark and holy
[VII, 133-135]

Szarłat (bez „k”!), po łacinie Amaranthus, ma kwiaty purpurowe lub czerwone, więc zestawienie kolorystyczne jest mocne: szkarłat i biel. Co wciąż nie wyjaśnia, czym jest moly.

Zostanę więc przy tym, że moly – z kwiatem o białości mleka i o własnościach czarodziejskich – to przebiśnieg.

 

W Polsce jest zwiastunem przedwiośnia.

W Rosji jedna ze skazek mówi, że – jako jedyny z kwiatów – przeciwstawił się Babie Zimie i Dziadowi Mrozowi, którzy nie chcieli wpuścić Wiosny.

Niemcy bają, że jest jedynym kwiatem, który podzielił się barwą ze śniegiem – i od tego czasu ci dwoje dobrze się ze sobą dogadują.

Anglicy opowiadają, że gdy w środku zimy karzący miecz archanioła wypędzał z raju Adama i Ewę, na śniegu zakwitł przebiśnieg, by przypomnieć, że nie na zawsze więdnie kwiecie, nie na zawsze mróz na świecie.

Jest więc kwiatem nadziei, zwiastunem tego, że będzie lepiej. Najpiękniejsze świadectwo tej interpretacji dało Stowarzyszenie Przyjaciół Chorych na Chłoniaki, nazywając się po prostu „Przebiśnieg”.

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
pierwszy miesiąc roku to:

białoruskiстудзень [studzeń]
bośniackijanuar
bułgarskiянуари [januari]
chorwackisiječanj
czeskileden
kaszubskistëcznik (też: sticzéń)
litewskisausis
łatgalskijaunagods
łużycki (dolny)wezymski (też: januar)
łużycki (górny)wulki rožk (też: januar)
łotewskijanvāris
macedońskiјануари (januari) albo коложег [kołożeg]
rosyjskiянварь [janvar’]
serbskijануар [januar]
słowackijanuár
słoweńskijanuar (też: prosinec)
ukraińskiсічень [siczeń]
żmudzkisausis

 

 

Przysłowia związane ze styczniem:

Bój się w styczniu wiosny,
bo marzec zazdrosny.

Gdy styczeń z mgłą chodzi,
mokrą i wczesną wiosnę zrodzi.

Gdy w styczniu deszcz leje,
złe robi nadzieje.

Jak styczeń zachlapany,
to lipiec zapłakany.

Jeżeli pszczoła w styczniu z ula wylatuje,
rzadko pomyślny rok nam obiecuje.

Kiedy styczeń najostrzejszy,
wtedy roczek najpłodniejszy.

Kiedy w styczniu rośnie trawa,
licha w lecie jest potrawa.

Miesiąc styczeń – czas do życzeń.

Miesiąc styczeń, czas do życzeń:
a więc życzym pomyślności,
Boga, chleba, dobrych gości.

Styczeń bywa łagodny,
gdy październik śnieżny i chłodny.

Styczeń pogodny
wróży rok płodny.

W styczniu grzmoty,
częste słoty.

 

 

Przysłowia na Nowy Rok:

Na Nowy Rok
przybywa dnia na barani skok.

Nowy Rok jaki,
cały rok taki.

Rok nowy pogodny,
zbiór będzie dorodny.

 

Przysłowia na święto Trzech Króli (6 stycznia):

W dzień Trzech Króli
każdy się do pieca tuli.

W święto Trzech Króli
człek się w kożuch tuli.

 

Przysłowia na św. Pawła (25 stycznia):

Gdy na św. Paweł kropi,
radujcie się chłopi.

Gdy na św. Paweł leje,
dobrych zbiorów miej nadzieję.

Kiedy w Pawła jest pogoda,
to we żniwa jest pogoda.

Kiedy w Pawła jest pogoda,
to rolnikom jest wygoda;
ale kiedy w Pawła leje,
tedy rolnik zubożeje.

Kiedy w Pawła z nieba leje,
tedy zboże podrożeje.

Na św. Pawła
borsuk z jamy wylezie.

Na św. Pawła jagnięta się rodzą.

Na św. Pawła
połowa zimy, połowa pastwy.

Na św. Pawła
robak się na drugą stronę przewróci.
[ładne…]

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.
Cytat na wstępie: Eugène 
Ionesco – Lekcja (La Leçon).[1950]. Tłum. Jan Błoński.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha