Kazimierz Kaczor: Jestem z Krakowa…

pdfTekst do pobrania w pdf

01_2013-06-27_Kazimierz_Kaczor_fot_AKPA
                                                                                                                                                                  Fot.: AKPA

Jeden z najwybitniejszych polskich aktorów. Opis jego artystycznej kariery jest jednocześnie opisem tego, co przez ostatnie pół wieku w polskim teatrze i filmie było najbardziej wartoś­cio­we i najtrwalsze.

W listopadzie 2013 pojawił się w księgarniach wywiad-rzeka Kazimierz Kaczor: nie tylko pol­skie drogi – tak spisany piórem zawodowego dziennikarza i reportera, Pawła Piotrowicza, że czyta się go jak autobiografię aktora.

Wielokrotnie wraca tam temat żeglarstwa, albowiem Kazimierz Kaczor jest zami­ło­wa­nym i do­świad­czonym żeglarzem, który zna równie dobrze jeziora mazurskie jak Karaiby czy Morze Śród­ziem­ne. Dwa z 22 roz­dzia­łów opowiadają o jego przyjaźni z Antonim Halikiem, żeglar­skiej wypra­wie karaibskiej i podróży przez Stany Zjednoczone.

 

W roku 2010 Kazimierz Kaczor żeglował jako oficer na Pogorii (jej nazwa powtarza się w wy­wia­dzie książ­ko­wym wielo­krot­nie). Barken­ty­na brała udział w Operacji Żagiel – rega­tach najwięk­szych żag­low­ców Tall Ships’ Races, na Morzu Pół­noc­nym. Jednak najważ­niej­szym punk­tem rejsu była wizyta w niewiel­kim angiel­skim porcie Hartlepool, gdzie 9 sierp­nia spot­kały się załogi Pogorii, ORP Iskra i jachtu Dar Szcze­cina oraz kadeci rosyj­skiego pełno­re­jow­ca Mir.

W Hartlepool, 29 listopada 1939 roku, pochowany został Mamert Stankiewicz, dowódca pol­skich trans­at­lan­ty­ków, który poległ trzy dni wcześ­niej pod­czas ata­ku i zato­pie­nia jego okrętu ORP Piłsudski. Pos­tać Mamerta Stankiewicza przesz­ła do legen­dy, a dzięki opo­wia­da­niom z tomu Znaczy Kapitan Karola Olgierda Borchardta stała się sym­bo­lem patrio­tyz­mu i mors­kiego profes­jo­na­lizmu. Co roku grób „Znaczy Kapi­tana” odwie­dza­ją zało­gi pol­skich stat­ków i jach­tów, dele­gacje harce­rzy i osoby prywatne. Zlot najwięk­szych żag­low­ców świata umoż­li­wił jed­no­czes­ną wizytę wielu jednos­tek, w tym Mira – żaglow­ca peters­bur­skiej Państwo­wej Aka­de­mii Mors­kiej, której absol­wen­tem (za czasów carskich, gdy nosiła nazwę Morski Korpus Kadetów) był Mamert Stankiewicz.

02_2010-08-09_Hartlepool_Kazimierz_Kaczor_fot_Jerzy_Knabe_A
                                                                                                                                                                Fot.: Jerzy Knabe

Przypominamy o tym teraz nie tylko dlatego, że podczas uroczystego apelu przy grobie kpt. Mamerta Stankiewicza Kazimierz Kaczor czytał fragmenty opowiadań z tomu Znaczy Kapitan.

W tym samym rejsie oficerem Pogorii był również Krzysztof Grubecki, który w jednym z por­tów, za zgodą rozmówcy, utrwalił na taśmie opowieść o karaibsko-amerykańskiej przygodzie Kazimierza Kaczora.

Sięgnęliśmy do naszych archiwów, by odtworzyć tamto opowiadanie. W wielu miejscach – co oczywiste – powtarza ono część faktów z owych dwóch rozdziałów, w wielu miejscach wprowadza dodat­ko­we postacie i szczegóły (np. o wizycie w Hartlepool nie ma w książce ani słowa). Jest po prostu bardziej szczegółowe, a jako takie uzupełnia relację książkową.

Publikujemy tę historię z nadzieją, że jej lektura zachęci do poznania fascynującego życiorysu wielkiego aktora w pełnym wymiarze, a więc do sięgnięcia po książkę Piotrowicza. Zwłaszcza, że czyta się ją z ciekawością i przyjemnością, bo napisana jest wartko i sprawnie, do tego wydano ją niezwykle starannie. A dostępna jest na wyciągnięcie ręki, bo istnieje w wersji papierowej i elektronicznej.

 03_okladka_00

 

 

 

 

 

 

 

Piotrowicz, Paweł. Kazimierz Kaczor: nie tylko polskie drogi.
Kraków : Wydawnictwo SQN, 2013.

 

 

 

 

Kazimierz Kaczor:  Jestem z Krakowa…

 

Jestem z Krakowa.

Zadziwiajace, że nie mając nigdy żadnego marynarza czy też żeglarza w rodzinie, nagle okazało się, że mnie tak ciągnie do tej wody. Może dlatego, że jestem Kaczor – i to jest najgłówniejsza przyczyna?

 

Żeby jakieś daty były: w 1963 zrobiłem stopień żeglarza. Egzamin zdawałem na Zalewie Rożnow­skim, bo to najbli­żej Krakowa, ale praktykę żeglarską miałem na Wiśle i na Mazurach. Gdy ktoś przyjedzie do Krakowa i popatrzy na Wawel, to zauważy, że u stóp wzgórza do tej pory jest klub żeglarski. Regularnie, trzy-cztery razy w roku odbywały się regaty Wawel – Tyniec – Wawel, bardzo ciekawe doświadczenie żeglarskie. Dokładnie na drugim brzegu Wisły jest przystań.

Gdy o tym opowiadam, wszyscy mówią: „To z klubu musi być piękny widok na Wawel…”. Ale my, krakauerzy, przyzwyczajeni jesteśmy do pięknych widoków. Skąd by się nie patrzyło, to Wawel jest piękny.

 04 Widok na Wawel z przystani kajakowego Klubu Nadwislan 2aWidok na Wawel przez Most Dębnicki z przystani kajakowej klubu Nadwiślan

 

Potem musiałem przepływać te swoje dwa lata stażu i w 1966 zrobiłem sternika jachtowego.

Rok później, na jachcie Wanda[1], po raz pierwszy wypłynąłem na słone wody, bo chciałem robić kolejne stopnie, a do tego potrzebne były rejsy stażowe. Jeśli dobrze pamiętam był to jacht klubu „Budowlani Nowa Huta”[2]. Kapitanem Wandy był kpt. Śleszyński, żeglarz z Krakowa.

 

sy_Wanda_PZ-103_IMGirULUPs/y Wanda

 

Po Bałtyku pływało się wtedy na ogół bez prawa zawijania do obcych portów – bo tylko tak można było mając tak zwaną klauzulę morską.

Pierwszy stażowy rejs bałtycki, drugi – i w ten sposób zdobyłem „r.u.”, czyli rozszerzone upraw­nie­nia: mogłem prowadzić łódkę do 30 metrów kwadratowych żagla po wodach przybrzeżnych, „P-20”. Wtedy mi to wystarczało, albowiem żeglarstwo, które wtedy uprawiałem, to było żeglarstwo mazurskie. Na morze się niespecjalnie pchałem, bo doświadczenia z Bałtyku miałem raczej okropne. Było strasznie dużo kandydatów i mało łódek, więc z Krakowa dostać się na morze było dość trudno. Na Wandzie było 8 koi, nas płynęło 11 osób, bo zawsze ktoś stał na wachcie. W związku z czym w kojach spało się na zmianę i było w nich wilgotno, na Bałtyku zimno, deszcz, w kuchni – słabo.

Nie było żadnego stania na kotwicy: wypływamy w rejs stażowy, płyniemy 6 dni, komu wypada wachta – idzie na pokład, a ci z pokładu wskakują w koje. To były lata studenckie i po-studenckie, bo już byłem wtedy aktorem Teatru Starego.

Niemniej jednak trochę mil natłukłem. Ale gdy już zdobyłem te „r.u.”, w ogóle się na słonej wodzie nie pokazywałem.

 

W 1973 przeniosłem się do Warszawy ze swoimi sprawami zawodowymi.

Dostałem się do grona Yacht Klubu Polskiego w Warszawie, gdzie poznałem przewspaniałych ludzi. Wśród nich byli właściciele najrozmaitszych jachtów, w tym również morskich.

Kapitan Jerzy Mańkowski, który zbudował jacht Maria[3] – później słynny z rejsów Ludomira Mączki, zaprosił mnie na dwudniowy rejs po Zatoce Gdańskiej. Bardzo mi się to podobało: była piękna pogoda i dobrze wiało.

Już nie pamiętam, czy to była akurat Maria[4], ale tamta łódka chodziła naprawdę dobrze.

 

06_1973_Jerzy_Mankowski_na_Marii_poz_cz_sm_fot_Wojciech_Jacobson                                                                                                                                                          Fot.: Wojciech Jacobson
Jerzy Mańkowski na Marii w 1973 r. Szykuje haczyki i żyłki do połowu dorsza gdzieś u wybrzeży duńskich.

 

 

07_Maria, zatoka Soufrière, wyspa St Lucia (Karaiby); fot Wojciech Jacobson                                                                                                                                                     Fot. Wojciech Jacobson
s/y Maria, zatoka Soufrière, wyspa St. Lucia (Karaiby)

 

I tak mi zasmakowało. I ten zapach morza. I tak mi to morze zaczęło chodzić po głowie…

 

Jurek Mańkowski tymczasem zrobił sobie stocznię jachtową i tam robił najrozmaitsze kadłuby. Z kolei naszym kolegą klubowym był konstruktor Maka 707[5] – Heniu Jaszczewski. Dlatego o tym wspo­mi­nam, że właśnie z Makiem wiąże się moja następna przygoda morska i przyjaźń z Tony Halikiem.

 

Tony’ego spotkałem w klubie, to jest klubowa znajomość. Kiedy się zapisałem, Tony już do klubu należał. Przyjrzał mi się raz, drugi raz – potem się dosiadł do stolika. O tym żeśmy zagadali, o tamtym.

 

Jedną z pierwszych pięciu łódek Mak 707 Tony wyklepał u Mańkowskiego. Ja – też u Mańkowskiego – chyba ostatnią, piątą. I przywieźliśmy te dwie łódki do Jachtklubu do Warszawy. Tylko kadłub miały z laminatu, a reszta była w drewnie. Wzięli się za nie szkutnicy. Najpierw za Toniego, bo był on na tyle zasob­ny finansowo, że mógł sobie pozwolić na wiele rzeczy. Natomiast ja i Bożena, moja żona, robiliśmy część rzeczy sami, na przykład wyklejaliśmy kadłub, piankowaliśmy, obkładaliśmy sklejką, wklejaliśmy grodzie. Ale przynajmniej wiedziałem, jak moja łódka jest zbudowana.

Żył wtedy jeszcze znany szkutnik Henio Horbaczewski[6]. Waldemar Marszałek nie miał innych łódek-ścigaczy, jak zbudowanych przez Henia Horbaczewskiego i na jego kadłubach zdobywał mistrzos­twa świata.

Henio, gdy kładł pokład, szczególnie pokład dziobowy – sklejka dziesiątka, mahoniowa! – to chodził koło tego i brał tak: tu przyciskał kolanem, sklejkę w dół, ręczną piłką: ciach-ciach-ciach, przyłożył, przygiął – i już wszystko idealnie pasowało. Po prostu: kunszt niebywały. Ostatnia łódka, którą zrobił w życiu, to był mój Desperat.

 

Wszyscy żeglarze, a w ogóle wszyscy, którzy cokolwiek budowali, wiedzą, że tamtych latach w Polsce zdobyć cokolwiek graniczyło z cudem.

Tony budował to samo co my, tylko miał pieniądze na zatrudnienie ludzi, więc był szybszy od nas o trzy miesiące. Ale zwodowaliśmy te łódki i postanowiliśmy odbyć wspólny rejs, by wymienić się doświad­czeniami na Mazurach. Bo Maki to były mieczowe łódki mazurskie: zanurzenie 25 centymetrów, z mieczem – metr dwadzieścia. Ale na owe czasy – lata siedemdziesiąte – to był luksus. Wszyscy przycho­dzili i patrzyli: kadłub z żywicy a pokład drewniany – po prostu niebywałe połączenie, największa prak­tycz­ność, jaka może być, połączona z walorami żeglarskimi.

Jacht, na którym płynął Tony z żoną Elżbietą, nazywał się Halikówka, a mój się nazywał Desperat. Nie wiem, czy jeszcze ta łódka istnieje. Pięć czy sześć lat temu – istniała. Kupił ją ode mnie jeden kolega klubowy, potem sprzedał dalej i oddaliła się od klubu, a ja jej losów nie śledziłem.

 

08_2010_sy_Halikówka_fot_Wojtek_Matz                                                                                                                                                    Fot. Wojciech Matz
s/y Halikówka w roku 2010.

 

Kadłub był doskonały, gładziutki – przecież to wszystko było ręcznie robione: skrobanie, szlifo­wa­nie, bąble były „wyklepywane” pędzlem. Nie było wtedy żelkotu, tylko trzeba było te wszystkie bąble na zewnątrz wyskrobać, zalać żywicą, zapastować, wykitować tak, żeby się wytworzyła jedna płaszczyzna, po czym pomalować.

Tu się zaczęło poszukiwanie farb – stąd moje wyjazdy do najrozmaitszych stoczni, między innymi do stoczni szczecińskiej, gdzie poznałem „Kubę” Jaworskiego. Dostałem primer, kładziony dwukrotnie i farbę poliuretanowo-żywiczną, dwuczęściową. Oba kadłuby pomalowaliśmy na biało, głównie dlatego, że nie było innych kolorów.

Jakikolwiek silnik – poza rosyjskim „Wietierokiem” i jakimś polskim, już nie pamiętam, jak się nazywał – był nie do dostania. Tony oczywiście sprowadził sobie „Seagulla” z Anglii, ale mnie nie było na to stać. Tymczasem ze stoczni zadzwonili, że są silniki do remontu, które oni mają w remanencie. Kupiłem 12-konną Yamahę, zawieszaną na burcie – rewelacja! Do takiej łódki pięć koni było wystarczające, osiem koni uważane było za „górkę”. Ja miałem przynajmniej o 50% za dużo mocy na tę łódkę, ale później – na morzu ten silnik, z długą kolumną, okazał się idealny.

Po tym rejsie mazurskim jakieś tam doświadczenia co do Maka zdobyliśmy.

 

Od 13 grudnia 1981 nastał stan wojenny.

Postanowiliśmy z Tonym, że nie będziemy się przejmować przydziałami na benzynę. Tony, jako kores­pondent NBC, miał swoje przydziały, bo dla dyplomatów i korespondentów zagranicznych były inne. Stąd, gdy Toni mieszkał w dalekim Aninie, to myśmy jeździli do niego raz, dwa razy, w tygodniu i gra­liś­my w brydża.

I pewnego wieczoru Tony mówi:

– To jest nie do wytrzymania. Zrobimy tak: popłyniemy gdzieś. Tylko gdzie?

– Nie wiem – mówię.

– Wiesz co? – mówi Tony – Niech Elżbieta otworzy atlas, ja zamknę oczy i pokażę palcem.

Elżbieta otwarła atlas świata, Tony pokazał palcem.

Karaiby.

Dobra. Płyniemy na Karaiby.

 

Był początek roku 1982. Szaleńczy pomysł, jak na ten czas.

Pomyślałem, że to jest nie do spełnienia, bo nie dostanę paszportu.

 

I rzeczywiście nie dostałem. Tony poszedł z interwencją do GKKFiS-u[7], którym władał niejaki Marian Renke, i powiedział, że to jest polska wyprawa żeglarska z jego udziałem – nie wiem, co on tam jeszcze naopowiadał, niemniej jednak dostaliśmy z żoną paszporty sportowe.

Postanowiliśmy tak: Tony z Elżbietą polecą do Meksyku, do znajomych, my natomiast prze­trans­por­tu­jemy nasze jachty gdzieś na Karaiby.

Dokąd? Nie wiemy. Trzeba iść do PLO.

Poszliśmy raz. Później Tony wyleciał, żeby w Meksyku czekać na wiadomość, gdzie będą łódki. Więc jadę do Gdyni drugi raz. Fantastycznie się mną zajęli, w końcu znaleźli statek, który miał płynąć w tamten rejon świata. Był to Bolesław Śmiały[8].

Załadowaliśmy się.

 

09_ms_BOLESLAW SMIALY_0                                                                                                                                                            Fot. arch. PLO
m/s Bolesław Śmiały.

 

Wypłynęliśmy w grudniu 1983. Gdy wyszliśmy z Zatoki Gdańskiej, nie było jeszcze wiadomo, czy płyniemy w lewo, czy w prawo, bo armator wciąż „dogadywał sprawy”.

Kapitan mówi:

– Albo popłyniemy do Leningradu, bedziemy tam stali trzy tygodnie, a później na Kubę, albo popły­nie­my gdzie indziej.

Popłynęliśmy gdzie indziej. Zawinęliśmy do Szwecji, gdzie wzięliśmy płyty stalowe.

– Dokąd z tymi płytami popłyniemy?

– Do Gijón, w Hiszpanii.

No, to jesteśmy jakby troszkę bliżej.

Na statku było sześć kabin pasażerskich i dwunastu pasażerów. Wśród nich ja z żoną. Spędziliśmy na tym statku prawie trzy miesiące. Z Hiszpanii nas wywiało do Anglii, z Anglii do Kanady, z Kanady – do pięciu portów Stanów Zjednoczonych, bo płynęliśmy wzdłuż Wschodniego Wybrzeża. Wreszcie wesz­liśmy w Zatokę Meksykańską. Już jest dobrze!

Byliśmy w Nowym Orleanie, Galveston, Mobile. Zawinęliśmy do Veracruz w Meksyku. Stamtąd – gdyby były kurczaki – pojechalibyśmy na Karaiby, a jeśli nie – mieliśmy polecieć gdzieś na pusto.

Polecieliśmy na pusto, na Kubę, gdzie miały być pomarańcze. Stamtąd Śmiały wracał do kraju.

 

Z Veracruz zadzwoniłem do Tony’ego, że jedziemy na Kubę i będziemy w Hawanie.

Tony z Elżbietą przylecieli do Hawany, a Bolesław Śmiały stanął na redzie i było wiadomo, że będzie tam stać długo. Daliśmy więc marynarzom odpowiednie prezenty, zrzuciliśmy łódki na pełnym morzu i korzystając z silników dopłynęliśmy do brzegów Kuby.

Stanęliśmy na Río Almendares, w marinie słynnej z tego, że z niej wypływał na morze Hemingway. Tam musieliśmy się wziąć za lekki remont łódek, ponieważ jechały na pokładzie i przeszły przez parę sztormów, które spotkaliśmy. Ale za to jechały za friko – tak się PLO zachowało!

Tony już wtedy był znany z telewizji, robił te swoje programy. Znał perfekt angielski – bo latał w RAF-ie i perfekt hiszpański – bo był obywatelem argentyńskim.

 

Historię Tony’ego zacznijmy tak, że w czasie wojny był pilotem RAF-u, w jednostce fotograficznej, więc zajmował się filmowaniem i fotografowaniem w powietrzu, przy czym dwa razy go zestrzelili. Kiedy wyszedł z armii, pracował w Afryce, w Argentynie.
W 1950 znalazł się w Stanach i postanowił przejechać dwie Ameryki – od północy do południa.

10_Tony_Halik_01                                                                                                                                                 Fot. Elżbieta Dzikowska

Kupił landrovera, czy jakiś inny terenowy samochód, pojechał do Kanady i z kamerą zaczął jechać w dół. Na samochodzie umieścił napis po angielsku „Rajd przez dwie Ameryki”.

Wjechał na ulice Nowego Jorku i – szczęśliwy traf – obok niego w korku staje jakaś limuzyna, z której wychyla się facet i pyta „Skąd jedziecie?”

Tony odpowiada, że z Kanady, że ma zdjęcia na taśmie.

„To zajdź do nas” – mówi ten facet i podał mu wizytówkę.

Okazało się, że był to jeden z prezesów NBC. Podczas wizyty mówi: „Pokaż no te filmy!”

Spodobały się i od tej pory Tony jechał przez obie Ameryki jako korespondent NBC. On robił dla nich materiały, oni je od niego kupowali, a on miał pieniądze na dalszą podróż.

 

Kiedy Tony znalazł się w Polsce miał ze sobą całą paczkę filmów, które nazwał „Tam gdzie pieprz rośnie”. I te filmy ze swojej pierwszej podróży pokazał w Polsce. Wszyscy się nimi zachwycili.

W 1975 Tony przeniósł się do Polski na stałe. Pracował dla NBC, ale co rusz wyskakiwał gdzieś w świat, by kręcić na bieżąco w miejscach, w których nie był. Między innymi nasza wyprawa miała nakręcić filmy z Karaibów dla cyklu „Pieprz i wanilia”. Tony zrobił cztery filmy, które były puszczane w polskiej telewizji.

 

Tony w ogóle nie martwił się tym, jak nas przyjmą na Kubie. Zakładał, że nie będziemy mieli żad­nych kłopotów.

Kiedyś, gdy był korespondentem NBC, napisał list do Fidela Castro, że chce z nim zrobić wywiad. Castro żadnych wywiadów amerykańskiej telewizji nie udzielał, o tym w ogóle mowy być nie mogło, ale Tony napisał, że jest Polakiem, że zrobi uczciwy wywiad i że Señor Comandante może mieć pewność co do tej uczciwości.

Castro udzielił mu wywiadu i poszło to – w telewizji amerykańskiej – bez żadnych cięć.

Widocznie Fidel nabrał pewności wobec Tony’ego, bo kiedy wysłaliśmy pismo do kubańskiego minis­terstwa rolnictwa, że tam płyniemy, Raul Castro[9] wypisał nam list, którym legitymowaliśmy się przed wszystkimi tymi żołnierzami, którzy wpadali, by nas kontrolować.

 

Tak więc jest marzec 1984. Mamy łódki zrzucone w Hawanie i wiemy, że mniej więcej za dwa mie­sią­ce zaczyna się sezon huraganów. Powinniśmy tu dotrzeć w listopadzie 1983, ale najpierw statek miał opóźnienie z wyjściem z Polski, bo były kłopoty techniczne, później trzy miesiące pływaliśmy od portu do portu.

Początkowo myśleliśmy, że pożeglujemy zimą, skończymy w Wenezueli, bo tam często zachodziły polskie statki – i stamtąd pojedziemy do domu. Albo: opłyniemy Kubę, zostawimy łódki na Isla de la Juven­tud[10] – Wyspie Młodości i polecimy do Tony’ego do Meksyku, gdzie może jakąś robotę znajdziemy.

Zdaje się – bo nigdy tam nie dojechaliśmy – że Tony miał tam jakiś kawałek ziemi, ale pod tym wzglę­dem był tajemniczy i nigdy tego nie opisywał. Nie opisywał też kawałka puszczy amazońskiej, której był właścicielem, ani kawałka Amazonki, której też był właścicielem – bo w międzyczasie również był armatorem: założył linie łódek transportujących rzeczy podróżujących po Amazonce.

 

Tymczasem płyniemy na zachód. Byliśmy w Puerto Mariel, porcie słynnym z tego, że ponad sto tysięcy Kubańczyków wyemigrowało stamtąd w 1980-tym roku, gdy Castro nagle odpuścił i pozwolił „oby­watelom” na wyjazd do USA. A potem się okazało, że część „obywateli” to byli przestępcy wypuszczeni z więzień i umysłowo chorzy ze szpitali psychiatrycznych.

Dopłynęlismy do Puerto Mariel, późnym popłudniem, zawinęliśmy do pierwszej zatoczki po lewej stronie, zjedliśmy kolację. Wieczorem słyszymy „puk-puk” w burtę.

Pedro.

Rozmawia o czymś z Tonym i słyszę, że Tony mówi „Tak”.

Okazało sie, że stanęliśmy w hodowli ostryg, które rosły sobie na mangrowcach. Pedro podrzucił wiaderko świeżych ostryg, scyzoryk, pokazał jak otwierać – i zniknął.

Taka ostryga, wyciągnięta prosto z morza, gdy się ją otworzy, wygarnie i łyka, jest lekko słona – a jaka smaczna! Jak we francuskiej restauracji!

Nastepnego dnia, gdy miejscowi zobaczyli, że nasza ekipa obrobiła pół wiadra tych ostryg, Pedro przywiózł w worku plastykowym ostrygi już obrane, bo na brzegu była fabryka do obierania.

 

Popłynęliśmy do Varadero, by robić tam zdjęcia podwodne. Na filmie jest Tony polujący z kamerą – bo były dwie kamery i ja go brałem z tej drugiej – wokół fantastyczne rafy i ryby, które nie bały się kompletnie. Często podpływałem z kuszą do takiego półmetrowego strzępiela – buch! – i wieczorem mieliśmy na ruszcie obiad.

Do kręcenia podwodnego Tony miał powietrzne aparaty nurkowe „Mors” polskiej produkcji, takie dwubutlowe[11]. Tylko żadnej sprężarki nie wzięliśmy, bo były strasznie ciężkie i zajmowały mnóstwo miejsca, ale butle nam ładowali Kubańczycy.

 

Kubańczycy to przeuroczy ludzie, serdeczni niebywale, tyle że w pewnym momencie dochodzą do takiej granicy, gdzie kończy się przyjaciel, a zaczyna Kubańczyk. A dla Kubańczyka, każdy przybysz, nawet poznany dobrze, może się okazać szpiegiem amerykańskim.

Taki obrazek. Jesteśmy na Isla de Paraíso – Rajskiej Wyspie, gdzie ciągle koło nas się kręcili rybacy. Oni nam dostarczali ryby, my dawaliśmy im konserwy wieprzowe, bo oni uwielbiali wieprzo­wi­nę, a u nich tego nie było. Siedzimy więc na plaży de Paraíso, smażymy na ruszcie ryby, rybacy są koło swojego kutra, nagle trzech z nich z tego kutra wyskakuje: „Jest ósma wieczór! Nikt nie może przebywać na lądzie! Wszyscy do łodzi!”

Tłumaczy to Tony i dodaje:

– Oni teraz są ochotniczą strażą przybrzeżną – Guardia Frontier. Mają karabin, więc wszyscy muszą iść do łódek.

Siedzimy więc w łódce. Mówię:

– Tony, może by im kielicha?

– Nie, na kielicha to oni nie pójdą,

– To może papierocha?

– Nie, ale dajmy im jeszcze puszkę parówek.

Tony do nich poszedł z tymi parówkami, opowiedział jakiś żart.

Po godzinie im odpuściło, mogliśmy zejść na ląd. I znów byliśmy amigos polacos. I znowy wszyscy byli serdeczni niezwykle.

 

Z rybakami spotykaliśmy się wszędzie. I teraz jest osobna opowieść, specjalnie dla wędkarzy: o sposobie łowienia tuńczyków. Bo z kutra-tuńczykowca łowi się na wędkę.

Kuter jest zbudowany z cementu – polska myśl techniczna: cementowiec. Rybacy wypłynęli raniutko i najpierw szukali sardynek. Wypatrzyli je pod brzegiem – ot, taka drobnica – zaczęli łowić i wrzucali je, żywe, do zbiornika, który był w środku kutra.

Gdy sardynek było już sporo, jeden z rybaków wdrapywał się na maszt z lornetką i szukał tuńczyków. Tuńczyki w ławicy są jak stado wilków: okrążają i potem biją w to, co jest w środku. A ważne jest jeszcze to, że w ślad za tuńczykami idą rekiny.

Szybkim manewrem kuter wpłynął między te tuńczyki i – srru! – sardynki za burtę. Ta przynęta – sardynki dla tuńczyków – nazywała się carnada.

Tuńczyki widzą: sardynki idą za kutrem.

Ale na rufie kutra jest rurka z dziurkami, przez którą na morze leci woda. Tuńczyki więc nie widzą, co jest na powierzchni, bo wrażenie mją takie, jakby deszcz padał. I biją w te sardynki. A tu za kutrem wystaje długi kij bambusowy, a na nim lina z haczykiem, takim dwucentymetrowym, i piórkiem. I tuńczyki w ło­wiec­kim szale ten haczyk z piórkiem też atakują.

Gdy tuńczyk złapie haczyk, wtedy trzeba go ciągnąć. Ubrany jesteś w taki brezent, od kolana po pachę z jednym rękawem. I go ciągniesz. Musisz tak wycelować, żeby tuńczyk trafił ci pod pachę, tę osłoniętą brezentem. Wtedy przytrzymujesz tuńczyka, wyjmujesz mu haczyk, podnosisz rękę – obok jest rynna, na którą ten tuńczyk spada i zjeżdża pod pokład.

Ale jeśli nie ciągniesz wystarczajaco rześko, wtedy któryś rekin – z tych, co idą za tuńczykami – widzi, że w ławicy jest ryba, która wolno płynie, więc pewnie chora. Rekin nigdy nie uderzy zdrowego tuńczyka, bo reszta stada go zabije: będzie walić nosami w jego ciało tak, że go zmiażdży. Ale za chorymi się nie wstawiają, więc jeśli się nie wyciąga dostatecznie szybko, można mieć nagle na haczyku z tuńczykiem rekina.

Tak właśnie łowiłem dwudziestoparokilogramowe tuńczyki.

To są straszne torpedy. Łowisz jednego, wyciągasz, pod pokład – i lu!, już następny. Te pięć czy sześć wędek, które są na rufie, pracuje na okrągło. Nałowiliśmy – czy ja wiem? – może sto takich tuńczyków.

Elżbieta surowe mięso tuńczyka siekała na drobno, dodawała dla smaku trochę cebulki i trochę soku z limonki – koniecznie z limonki, bo ona ma inny smak niż cytryna. Po zalaniu dwadzieścia minut trzeba było poczekać, by pod wpływem kwasu mięso skruszało, i można jeść jak tatara.

Tak więc zjadaliśmy te tuńczyki i popijając rosyjskim szampanem, który mieliśmy na łódce w prze­my­sło­wych ilościach.

 

Dopłynęliśmy w końcu do przylądka San Antonio, najdalej na zachód wysuniętego punktu Kuby. Następny kurs mielismy wziąć na Isla de la Juventud.

Dochodzimy do cypla, już mamy się zawinąć na południowy wschód, ale niestety Tony uszkodził ster.

Jachty mieczowe, my na Atlantyku, robi się twardo, bo to jest koniec maja i zaczyna wiać. Więc stoimy w takim bolesnym rozkroku. Map – zero. Kupić nie dało się żadnych, ponieważ ci, którzy wiedzą – to wiedzą i map nie potrzebują, a ci, którzy nie wiedzą – to coś wykręcą. Jachty żaglowe dookoła całej Kuby były dwa – Tony’ego i mój, bo na Kubie jest koniec z żeglarstwem. Konsul austriacki, który wypłynął na małym katamaranie, został ostrzelany z broni maszynowej. Dla Kubańczyków granica, której nie może przekroczyć żaden Kubańczyk, jest na plaży. Ci, którzy uprawiają zawód na morzu, mają specjalne zezwolenia. Jest im trochę lepiej, bo mają stosowne kartki aprowizacyjne, żeby nie wywiali – ale oni nie są już tacy skorzy do wiania, bo kto miał zwiać, to zwiał.

Dopłynęliśmy jakoś do wioski rybackiej Los Arroyos. Tam naprawiliśmy ster na tyle, na ile się dało, ale Tony mówi:

– Wiecie, my już nie popłyniemy dalej. Elżbieta się troszkę pochorowała, wracamy do kraju.

Jest początek czerwca 1984. Wyprawa trwała niecałe trzy miesiące, ale dla nas – gdy doliczyć podróż statkiem – pół roku.

 

11_Elzbieta Dzikowska & Tony Halik_fot_E_Dzikowska                                                                                                                                                          Fot. Elżbieta Dzikowska
Elżbieta Dzikowska i Tony Halik

12_MAPA_Kuba-FLA_satellite_5Na mapie zaznaczono miejsca, o których jest mowa w opowieści

 

Szukamy zatem polskiego statku, żeby zabrał do kraju… tylko jedną łódkę. Bo myśmy wtedy powie­dzieli:

– Tony, my nie wracamy. Nie to, że chcemy zostać, ale jeszcze chcemy popływać.

Tony powiedział: „Okej.”

 

Na redę Hawany przypłynął statek, m/s Śniadecki[12].

 

13_ms Sniadecki                                                                                                                                                  Fot. arch. PLO
m/s Śniadecki

 

Na pokładzie zrobiliśmy drewniane łoże dla łódki Tony’ego, a wszystkie zapasy z Baltony przerzu­ci­liśmy na naszą łódkę.

 

W międzyczasie do Hawany zawinął polski jacht Boruta[13].

  14_sy Boruta_1a_Ksiega-Pamiatkowa-6                                                              Fot.: arch. Klubu Sportów Wodnych Ligi Morskiej i Rzecznej w Łodzi
s/y Boruta

 A.L.-16-w700-695x460_Kaczor_Halik                                                                                    Fot.: Mirosław Frątczak / Klub Sportów Wodnych Ligi Morskiej i Rzecznej w Łodzi
Na Halikówce w Hawanie; siedzą (od l.): Piotr Bartnicki, Andrzej Lipiński, Kazimierz Kaczor, Paweł Morzycki; stoi Tony Halik


Paweł Morzycki był kapitanem – niestety już świętej pamięci, załoga z Łodzi.
Okrążyli Amerykę Południową i wracali do Polski[14].

Na co ja:

– Chłopaki wracajmy razem – będzie nam raźniej. Bo my płyniemy na północ: z Kuby na Florydę.

I poszliśmy razem do Ministerstwa Rolnictwa, żeby wydali nam pozwolenie na wypłynięcie.

A tam mówią: „Mowy nie ma. Na ma takiego kraju, jak USA. My nie wiemy, co to za kraj. Nasi przyjaciele tam nie pływają.”

My na to:

– Ależ skąd! My nie do żadnych Stanów! My na Bahamy!

– Aha, na Bahamy. To już troszkę lepiej.

– I my nie turystycznie, tylko to jest wyprawa żeglarska, bo jak dwie łódki to już jest to wyprawa, a nie pływanie indywidualne.

 1984_32-w7001-695x452_K_Kaczor                                                                               Fot.: Klub Sportów Wodnych Ligi Morskiej i Rzecznej w Łodzi
Kazimierz Kaczor na Kubie, 1984

 

 

Dali nam pozwolenie na jednokrotne przekroczenie granicy kubańskiej. Wyrywaliśmy nocą, aż się za nami kurzyło – żeby nas tylko puścili.

A mogli zatrzymać.

Podpłynął kuter, żołnierze z bronią maszynową i w podkutych butach na ten nasz drewniany pokład: sprawdzają, czy nie ma żadnych uciekinierów.

My im pokazujemy papiery.

– A, tak, tak. Mówili nam. Ale u nas telefon zepsuty.

 

Udało się nam. Na jachcie śródlądowym, na tej mieczówce. Mimo potężnego sztormu, który nas dopędził.

 

Łódka Morzyckiego niewielka, ale na maszcie miała kawał grota, cięła fale wolniutko – i szła. A my? Nawet na zrefowanym grocie, na foku sztormowym – lataliśmy dookoła niej jak fryga. I rozeszliśmy się.

Powietrze się zrobiło inne, te kolory… takie żółto-sine.

A ja na ukaefce słyszę: „Mayday, mayday, mayday” – statek panamski tonie w tym sztormie, gdzieś dwa­dzieś­cia parę mil na północ ode mnie. Aż się zaczęliśmy bać – co się stało z Borutą?

Odpaliłem maszynę i czołgając się, czołgając, nie mając żadnych dokładnych map – myślałem: „jakieś znaki nawigacyjne tam przecież będą!” – dopłynęliśmy do jakiegoś portu, dosyć dużego. Cicho się tam zrobiło, więc podpłynęliśmy, rzuciliśmy kotwicę, wypiliśmy resztę koniaku i poszliśmy spać.

Następnego dnia budzimy się – chyba jesteśmy w Key West. Ale pewności nie mamy.

Odpaliłem katarynę i popłynęliśmy tam, gdzie zobaczyłem napis Coast Guard. Przy pomocy mojego angielskiego wyjaśniam co i jak, a oni że „okey, okey, no problem”.

Widzę, że tuż obok stoi automat z zimnymi napojami. My po pół roku w tropikach, gdzie lodu nie widzieliśmy ani kawałeczka, więc w gardle nam zaschło. Mam jakieś drobne, więc pytam strażnika, czy mogę pójść do tego automatu i kupić puszkę coca-coli z lodu.

Okey, okey. A skąd przypłynęliście?

– Z Hawany.

– Stop! Wracaj!

I łapie za telefon.

Myślę „To teraz się dopiero zacznie!” Ale wizy amerykańskie mamy i to nowe.

 

Stare wizy były ważne do czerwca, więc poszliśmy do przedstawicielstwa interesów amerykańskich w Hawanie – wizytę załatwiliśmy przy pomocy znajomości: polskich dyplomatów i radców handlowych, którzy nas tam zapowiedzieli.

Konsul przyjął nas bardzo miło i pyta:

– Państwo co? Uciekacie?

– Nie, my chcemy przedłużenie wizy.

Konsul machnął ręką, że nie ma sprawy i zaraz przyleciał jakiś urzędnik: wstemplował co trzeba, czyli wizy na następne pół roku i bye-bye.

 

Jest lipiec 1984. Key West.

Wpada brygada: celnicy, immigration, ci od owoców czyli z ministerstwa rolnictwa.

My – przerażeni, w takim policyjnym kraju jeszcze nie byliśmy! Ale nic. Tylko jak ich tam była szóstka, to zeszli się wszyscy i patrzyli w nasze paszporty, ponieważ mieliśmy tam wizy amerykańskie wydane gdzie? W Hawanie! Oni czegoś takiego w życiu nie widzieli!

Nie wiem, czy dzwonili do Hawany – pewnie dzwonili – w każdym razie po dwóch-trzech kwadran­sach coś się rozluźniło.

Ale pytają:

– Owoce masz jakieś?

– Mam dwa mango…

– No to wszystko za burtę, bo nie wolno tego przywozić.

– Cytryny, pomarańcze?

– Nie wolno.

– To może je zjemy?

Okey, no to zjedzcie.

Zjedliśmy, ile mogliśmy, resztę zapakowali do worka – poszli.

I dopiero później uświadomilismy sobie, żeśmy nie zgłosili tego, co mamy pod gretingami: z pięć­dzie­siąt konserw mięsnych, dwanaście butelek ruskiego szampana, dziesięć butelek wódki – no, przemyt na niezwykłą skalę. Ale byliśmy w panice i ani o tym nie pomyśleliśmy.

 

Z Key West – już luźno – popłynęliśmy w stronę Miami.

Przypływamy, patrzymy – za opuszczonym mostem stoi Boruta! I chłopaki machają do nas!

M.F.-9-w700-695x492_Miami                                                                                                                                 Fot.: Klub Sportów Wodnych Ligi Morskiej i Rzecznej w Łodzi
s/y Boruta w Miami w 1984 roku

 

Bo – jak się okazało – oni popłynęli prosto do Miami, pytali o polską łódkę, ale każdy coś słyszał, tylko nikt nic nie wiedział dokładnie, więc myśleli, że coś się z nami stało. Z kolei myśmy po drodze słyszeli, że jakiś polski jacht, że problemy – więc myśleliśmy to samo o nich.

Urządziliśmy przyjęcie. Oni mieli bimber brazylijski, my mieliśmy wódkę. Upiliśmy się w tym Miami strasznie!

Przyszli również żeglarze z Wojewody Koszalińskiego[15]. Okazało sie, że wszystkie opowieści o pol­skim jachcie dotyczyły Wojewody, czyli trzeciej łódki! Która na podejściu do Miami weszła na mieliznę. Przypłynął Coast Guard, ściąganie… no i zrobiło się głośno.

A.L.-7-w700-695x460_Wojewoda_Koszalinski                                                                                                                              Fot.: Klub Sportów Wodnych Ligi Morskiej i Rzecznej w Łodzi
s/y Wojewoda Koszaliński w Miami w 1984 roku

 

I wtedy na pokład naszych łódek wpada… Adam Jasser. Od tej pory inaczej się potoczyły nasze losy.

Adam i Elwira mieszkali na Florydzie na stałe. Adam był skipperem zawodowym. Elwira pracowała jako master cook. Przyjęli nas fantastycznie. Tacy byli mili, tacy swojscy: po prostu zakochaliśmy się w nich. Tym bardziej, gdy się okazało, że Elwira ma przydomek „Kaczor”, to wiedziałem, że ona jest z mojej rodziny.

 

Oczywiście, przychodziła mi do głowy myśl, czy nie zostać, tym bardziej, że wielu znajomych proponowało mi najróżniejsze wyjścia z sytuacji. Ale rozumiałem jedno: ja już nigdzie indziej korzeni nie zapuszczę, zawsze będę foreigner, nie będę Amerykaninem, nie będę uprawiał mojego zawodu. Moje korzenie, moja rodzina, moje miejsce jest w Polsce. Zdecydowałem więc, że zostajemy – na trochę, by zobaczyć Stany, a potem wracamy do Polski.

Chodziłem do szkoły angielskiego i okazało się, że wszyscy wykładowcy to aktorzy. Gdy się dowie­dzieli, że ja też jestem aktorem – zaczęliśmy rozmawiać. Oni mi opowiadali, jak jest u nich, ja im – jak jest u nas. Dzięki temu dużo szybciej podciągnąłem mój angielski. Generalnie oni nam zazdrościli: że mamy robotę. Że mamy robotę!

 

Adam Jasser przyszedł ze swoim przyjacielem Włodkiem Grocholskim. Obaj odegrali w naszej podróży decydującą rolę.

 

Adaś znalazł swego znajomego, Jacka Nożewnika, który zdecydował się kupić łódkę.

 

Nie, w żadnym wypadku nie pojechałem do USA „na handel łodzią”.

Poszliśmy do PLO, a tam nam mówią: „Nie możemy się wywiązać z  naszej umowy, bo są restrykcje Reaganowskie.” A w międzyczasie Reagan ogłosił gospodarczą blokadę Polski i żaden statek nie płynął bezpośrednio ze Stanów do Polski. ”
Poszliśmy do Hartwiga: „Dobrze, łódkę możemy zabrać, wsadzimy ją do kontenera, ale dostarczymy do Bremerhaven. Do Polski nie. Możecie ją sobie dowieźć do Polski na lawecie.”

Więc zdecydowaliśmy, że skoro jest kupiec, to sprzedajemy.

 

Jacek w Polsce był znanym płetwonurkiem, a po przyjeździe do Ameryki otworzył z Krzychem Kruszelnickim stację benzynową przy drodze US-1. Adam opowiadał, że kiedy Jacek zobaczył mojego Maka, to się zachwycił. „Słuchaj – mówił – to jest Rolls Royce! Postawię go na naszej stacji z napisem For Sale i natychmiast go opędzlujemy”. Adam wszedł do spółki, ale zaraz po kupnie Jacek pokłócił się z Krzysztofem i nie było mowy, żeby cokolwiek stawiać na stacji, więc Mak stał w krzakach koło domu Jasserów. Dopiero kiedy Adam dał ogłoszenie do Boat Trader, ktoś ten jacht kupił.

Adam jeszcze twierdził, że nie do końca był to zakup bezsensowny, bo kompas z tego jachtu podaro­wał Ludomirowi Mączce, który tylko dzięki temu trafił do Europy, bo ten kompas miał… 45 stopni dewiacji. Ale to jest jedna z „opowieści Adama” – ma takich dużo.

 

Tak więc sprzedaliśmy łódkę Jackowi, a Włodek znalazł nam forda – busik „E100”, który akurat sprzedawali jego znajomi. Dokupiliśmy kapitańskie fotele, na podłodze położyłem wykładzinę-dywanik, wyremontowałem silnik, na czym akurat się znam – a Włodek mi bardzo pomagał, dorobiliśmy składany stolik, zamontowaliśmy na stałe dwa krzesła, kupiliśmy cooler, dobudowalismy z tyłu schowek – i tym busem postanowiliśmy jechać przez Stany.

 16_Ford-Econoline-100-02 Ford Econoline 100

 

Po sprzedaży łódki zostało nam 1200 dolarów – dla nas to był majątek, za który mogliśmy objechać pół świata. Przecież moja pensja wtedy wynosiła 50 dolarów miesięcznie.

I tu żeglarska opowieść się kończy.

 

Zaczęliśmy jechać przez Stany. Benzyna tania. Dojechaliśmy do Los Angeles. Zatrzymaliśmy się u naszego przyjaciela. Zarobiliśmy tam trochę, ponieważ on był właścicielem magazynu meblowego. Wymontowałem wszystko z naszego busika, żeby mogły nim, na tej dywanowej wykładzinie, jeździć meble – i je woziłem. Kupiliśmy nowe opony – stare były zupełnie łyse i powietrze z nich schodziło z prze­tarcia, a nie z przebicia.

Z Los Angeles – do San Francisco.

I – srru! – jeszcze raz przez Amerykę: przez Yosemity, Wielki Kanion i St. Louis, aż dojechaliśmy do Waszyngtonu.

Mapa_2014-02-12
Mapa z orientacyjnym szlakiem podróży:

A – Miami, B – Houston, C – San Antonio, D – El Paso, E – Tucson, F – Grand Canyon, G – Las Vegas,
H – Los Angeles, I – San Francisco, J – Reno, K – Park Narodowy Yosemite, L – Salt Lake City, M – Denver,
N – Colorado Springs, O – Park Narodowy Yellowstone, P – St. Luis, Q – Indianapolis, R – Waszyngton, S – Nowy Jork
Długość trasy: ok. 8000 mil (12.875 km)

 

W Waszyngtonie zatrzymaliśmy się u Tadzia Walendowskiego, kolejnego naszego przyjaciela. Przy­pom­nie­liśmy się Jackowi Kalabińskiemu – dziennikarzowi Solidarności, który wyemigrował i osiedlił się w amerykańskiej stolicy, gdzie został dziennikarzem Radia Wolna Europa i komentatorem BBC.

Kiedy w marcu 1991 roku Lech Wałęsa, już jako prezydent Polski, występował przed połączonymi izbami Kongresu Stanów Zjednoczonych, to Jacek Kalabiński mu napisał przemówienie i był jego tłuma­czem. Jak Lechu zaczął – a Jacek to przetłumaczył: „We, the people…” – to od razu dostał brawa na stojąco. Bo Jacek użył tu zwrotu otwierającego preambułę amerykańskiej konstytucji[16].

 

Wreszcie dojechaliśmy do Nowego Jorku. Ale to jest osobna historia.

 

Do Polski wróciliśmy w 1985, na Wielkanoc.

Tony szczerze się ucieszył i przyjął nas z wielką radością. Prawdopodobnie – choć nigdy tego nie po­wie­dział – cieszył się, że jego gwarancja, że ja wrócę do Polski, okazała się słuszna.

Powitali nas też celnicy. Pytaniem „Gdzie jest jacht?”

Ponieważ jachtu nie było, musieliśmy zapłacić cło, w przeliczeniu – 890 dolarów. Po sprzedaży sa­mo­cho­du, po mieszkaniu w Nowym Jorku, zostało nam 920 dolarów. Zapłaciliśmy, i jeszcze 30 dola­rów byli­śmy na plusie. A tego, co przeżyliśmy, nikt nam nie zabierze.

W 1986, zimą, wrócilismy do Zatoki Meksykańskiej, też na jacht, ale też jest osobna historia.

 

Wszystko to się działo, gdy miałem stopień sternika jachtowego „r.u.”, czyli z rozszerzonymi upraw­nie­niami.

W 2000 zrobiłem sternika morskiego i to mi w zasadzie wystarczało, żeby pływać po Śródziemnym. Stopień jachtowego kapitana zrobiłem w trzy lata później.

Morze Śródziemne znamy doskonale. Opłynęliśmy całe Lazurowe Wybrzeże, Włochy, Korsykę, Sar­dy­nię, Adriatyk, Grecję, Dodekanezy, Turcję – wielokrotnie. Wtedy, od roku 2000, czarterowaliśmy już jachty. Ale poznaliśmy na przykład fantastycznych Turków, właścicieli jachtów, którzy czekali tylko na nasz telefon, rezerwowali nam jacht i wynajmowali za połowę lub jedną trzecią ceny – bo wiedzieli, że odda­jemy łódkę czystą, niepotłuczoną, bez żadnych usterek, a często w lepszej kondycji niż przed wyna­jęciem.

To były rejsy ze znajomymi, które prowadziłem jako kapitan.

 

 

18_STS_PogoriaSTS Pogoria

 

Pływałem na Pogorii [17]. W sumie było to sześć rejsów, w których dowodzili: Jurek Rakowicz, dwa razy Jurek Jaszczuk, raz Janusz Kawęczyński – Geograf, dwa razy Adaś Jasser. Pierwszy z tych rejsów był kandydacki, a pięć oficerskich.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
Kazimierz Kaczor (w drugim rzędzie pierwszy z prawej) w załodze Pogorii w lipcu 2011. Pierwszy z lewej klęczy kpt. Adam Jasser.

 

Jako kandydat na oficera płynąłem na Pogorii w 1996 z Jurkiem Rakowiczem po Bałtyku. W następ­nym – byłem już oficerem kapitana Jurka Jaszczuka.

Płynąłem z Geografem w jego pierwszym rejsie kapitańskim – widziałem wtedy po raz pierwszy przejętego Geosia – ale jak! Bo to przecież odpowiedzialność!

 

Pod koniec marca 2001 wypłynąłem Pogorią z Tulonu przez Malagę i Gibraltar na Atlantyk. Akurat wtedy, do mety w Marsylii pędziły katamarany ścigające się w regatach non stop dookoła świata, wśród nich – nasza Warta-Polpharma[18], a na niej ośmiu chłopaków, którymi dowodził Romek Paszke.

Złapaliśmy kontakt przez radio i tak celowaliśmy, by ich spotkać.

I rzeczywiście, spotkaliśmy – na Atlantyku, w środku nocy. Wrażenie było ogromne. My z pełnymi światłami, oni z pełnymi światłami, ich maszt niewiele niższy od Pogoriowych. Teraz to ładnie brzmi: „spotkaliśmy się”, ale w rzeczywistości Warta-Polpharma śmignęła obok nas tak, że jej się tylko woda za rufami gotowała: pół minuty nawet to „spotkanie” – a tak naprawdę: minięcie się – nie trwało!

19_sy_Warta-Polpharma_fot_Andrzej_Arminski                                                                                                                                                                       Fot.: Andrzej Armiński
s/y Warta-Polpharma w 2002 r.

Co roku jestem na Mazurach.

Jestem – uwaga! – inicjatorem i organizatorem Żeglarskich Mistrzostw Polski Aktorów.

Zaczęliśmy w roku dwutysięcznym. W tym roku [2010] miały być dziesiąte, jubileuszowe – niestety zabrakło sponsora, więc wypadły z kalendarza[19].

Bardzo ciekawe i nietypowe regaty. Po pierwsze: nie tłuczemy się łódkami. Po drugie: pływamy bardzo uprzejmie: nie zajeżdżamy sobie drogi, nie rzucamy w siebie wyrazami. Cel oczywiście jest jeden: zdobyć mistrzostwo Polski – ale nie za wszelka cenę!

21_2008-06-27_29_IX regaty_aktorow

 

Ciągle mamy 40-45 załóg trzyosobowych na omegach. Musimy robić eliminacje! Stu dwudziestu – stu pięćdziesięciu żeglarzy! Trzydniowe regaty!

 

22_2006-07-01_02_VIII regaty_aktorow-47Kazimierz Kaczor podczas VIII Żeglarskich Mistrzostw Polski Aktorów; Mikołajki, lipiec 2006.

 

Impreza jest sponsorowana. Deutsche Leasing, BRE Bank – my im dajemy miejsca na reklamę, a nasze regaty ściągają media. Telewizja robi relacje na żywo w trzech programach, jest mnóstwo dziennikarzy. Przyjeżdża prezes PZŻ, sekretarz generalny – wręczają medale.

 

23_2012-09-07_10_X regaty_aktorow_50Kazimierz Kaczor podczas X Żeglarskich Mistrzostw Polski Aktorów; Pisz, wrzesień 2012.

 

 

 24_2006-07-01_02_VIII regaty_aktorow-45
Kazimierz Kaczor i Roman Paszke

podczas VIII Żeglarskich Mistrzostw Polski Aktorów; Mikołajki, lipiec 2006.

 

Ja nie startuję. Jestem komandorem honorowym regat, więc pilnuję, żeby wszystko szło według planu, łagodzę spory, mediuję w konfliktach – bo przecież zawsze ktoś komuś drogę zajedzie. Organizacja hoteli, czarterowanie łódek. Poważna praca…

 

Rozmawiał (w czerwcu 2010): Krzysztof Grubecki.
Do druku podał (10 lutego 2014): Kazimierz Robak
Kazimierze wszystkich krajów – łączcie się!

ŻeglujmyRazem.com

 

 

 

Kazimierz Kaczor
                                                                                                                             Fot.: Czesław Czapliński / FOTONOVA

 

Kazimierz Kaczor

 Urodzony 9 lutego 1941 w Krakowie. Aktor teatralny, filmowy i telewizyjny, artysta kabaretowy.

Przez półtora roku studiował w Krakowskiej Wyższej Szkole Rolniczej. Absolwent Wydziału Lalkarskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie (1964), dyplom aktora dramatu tejże uczelni (1965).

Jako aktor zadebiutował 20 grud­nia 1959 w sztuce Sławomira Mrożka Męczeństwo Piotra Oheya na scenie Teatru Lalki, Maski i Aktora „Groteska” w Krakowie. W teatrze tym pracował do roku 1965.
Aktor Teatru Starego w Krakowie (1965-1973), Teatru Współczesnego w Warszawie (1973-1974), Teatru Powszechnego w Warszawie (od 1974). W latach 1996-2002 prowadził na antenie Programu Drugiego TVP teleturniej Va Banque.

Przewodniczący Sekcji Dramatu w ZASP (1990-1993), członek Rady Kultury przy Prezydencie RP (1992-1993), prezes Związku Artystów Scen Polskich (1996-2002).

Z ról filmowych, których aktor ma w dorobku blisko półtorej setki, największą popularność przyniosły mu postacie z seriali telewizyjnych: kapral Leon Kuraś (Polskie drogi, 1976-1977, reż. Janusz Morgen­stern), Jan Serce (Jan Serce, 1979-1981, reż. Radosław Piwowarski), Ludwig Franke (Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy, 1981, reż. Jerzy Sztwiertnia), Zygmunt Kotek (Alternatywy 4, 1983, reż. Stanisław Bareja), strażak Zenon Kuśmider (Zmiennicy, 1986, reż. Stanisław Bareja), senator Marek Złotopolski (Złotopolscy, 1997-2009, reż. Janusz Zaorski).

 

 


[1] s/y Wanda – drewniany jacht typu Vega; konstrucja (1957, zgodna z formułą RORC): Ryszard Langer i Kazimierz Michalski; zbudowany (1967) w Szczecińskiej Stoczni Jachtowej w tzw. wersji luksusowej: konstrukcja dębowa, poszy­cie mahoniowe, pokład teak (najlepsze wówczas materiały odporne na ścieranie, pęcznienie i gnicie) dla arma­tora Jacht Klub „Budowlani Nowa Huta” z Krakowa. Dł.: 11,67 m (38.3 ft); szer.: 2,40 m (7.9 ft); pow. ożagl. 60 m kw. (646 sq. ft). Jacht wykazał się dużą dzielnością morską, żeglował w trudnych warunkach na wodach Atlan­ty­ku, Morza Północnego, Norweskiego i Bałtyku; był na Islandii, Wyspach Owczych, w portach Morza Północnego, w północnych rejonach Zatoki Botnickiej; w latach 1967-1991 odbył 196 rejsów, w których przepłynął 115 000 Mm, na jego pokładzie pływało 1320 żeglarzy.

[2] Założony w 1955 Zakładowy Klub Morski. 1959 – włączony do Związkowej Federacji Sportowej Budowlani i naz­wa­ny Yacht Club Budowlani Nowa Huta. 1977 – decyzją władz politycznych dzielnicy połączony z Między­za­kła­dowym Klubem Sportowym „Wanda” w jeden duży klub wielosekcyjny Budowlany Klub Sportowy „Wanda”. 1991 – powraca do starej nazwy Yacht Club Nowa Huta, lecz już bez słowa „budowlani”. 1993 – przyjęty do Yacht Klubu Polski jako Yacht Klub Polski Kraków.

[3] s/y Maria – kecz-marconi; projektant: Wacław Liskiewicz na wzór konstrukcji Colina Archera i Johna G. Hanny (Tahiti ketch). Budowa: Jerzy Mańkowski, 1971, Stocznia Gdańsk. Materiał: szkielet dębowy, poszycie maho­nio­we. Dł. kadłuba: 9,80 m (32.2 ft), z bukszprytem: 11,20 m (36.7 ft); szer.: 3,20 m (10.5 ft); pow. ożagl.: 46 m kw. (495 sq. ft).

[4] W 1973 Marię zakupił Ludomir Mączka.

[5] Mak 707 – mieczowy slup bermudzki, kadłub z żywic poliestrowych; projektant: Henryk Jaszczewski. Dł. kadłuba: 7,07 m (23.2 ft); szer.: 2,50 m (8.2 ft); zanurz. maks.: 1,35 m (4.4 ft), min.: 0,24 m (0.8 ft); wysokość w kabinie: 1,50 m (4.9 ft); pow. ożagl. 23 m kw. (247.5 sq. ft); miecz: obrotowy; masa miecza: 100 kg (220.5 lbs): balast: 80 kg (176 lbs); silnik: zaburtowy; moc silnika: 6-8 KM (4.5-6.0 kW).

[6] Henryk Horbaczewski miał bogate doświadczenie szkutnicze i bojerowe: jego dziełem są ślizgi klasy Monotyp XV i DN, na których startowali w zawodach żeglarze lodowi YKP Warszawa.

[7] Główny Komitet Kultury Fizycznej i Sportu – centralny organ administracji PRL utworzony 28 maja 1978 z Głów­nego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki, spełniał rolę ministerstwa sportu. W okresie 1978-06-26 – 1985-11-12 funkcję przewodniczącego GKKFiS-u pełnił Marian Renke (1930-1992), działacz partyjny.

[8] m/s Bolesław Śmiały – drobnicowiec; zbudowany: 1967, Stocznia im. A. Warskiego, Szczecin jako „Sz B-445/3”. Dł.: 145,3 m (477 ft); szer.: 18,8 m (62 ft); zanurz.: 7,3 m (24 ft); nośność: 7773 TDW; silnik spalinowy, moc: 5580 kW; prędkość: 17,5 w. W PLO: 1967-1990, później sprzedany.

[9] Raúl Castro – w latach 1959-2008 druga osoba w państwie po Fidelu Castro: drugi sekretarz kubańskiego KC, pierw­szy wiceprzewodniczący kubańskiej Rady Państwa (pierwszy wiceprezydent) i Rady Ministrów (pierwszy wicepremier), minister Rewolucyjnych Sił Zbrojnych.

[10] do 1978: Isla de Pinos

[11] Aparaty „Mors” do nurkowania swobodnego powstawały w latach 1960-68 w Zakładach Mechaniki Precyzyjnej w Gdańsku-Przymorze. Produkowano je w wersjach P-11 (jednobutlowy), P-21 (dwie butle 8-litrowe) oraz P-31 (trzy butle). Wersja dwubutlowa pozwalała na przebywanie pod wodą ok. 1 godziny. Aparat nurkowy składał się z dwóch części: dwustopniowego automatu oddechowego i zestawu butlowego na sprężone powietrze.

[12] m/s Śniadecki – drobnicowiec; budowa: 1962, Stocznia im. A. Warskiego, Szczecin jako „Sz B-516/3”. Dł.: 145.8 m (278.3 ft); szer.: 18.5 m (60.7 ft); zanurz.: 7.6 m (25 ft); nośność: 8653 TDW; silnik spalinowy: SD6 HCP-Sulzer 6RD76, moc: 5741 kW; prędkość: 17.5 w. W PLO: 1962-1985, później złomowany (China Resources Metals and Minerals Co. Ltd.,Hong Kong, China).

[13] s/y Boruta – typ: Conrad II, typ ożagl.: slup; konstruktor: Ryszard Langer (1958), budowa: Zakłady Szkutnicze LPŻ Szczecin, wodowany: 1960-04-24; nr na żaglu: PZ 118; armator: Wojewódzki Zarząd Ligi Przyjaciół Żołnierza w Łodzi. W 1977 przebudowany w szkutni Klubu Sportów Wodnych LOK w Łodzi wg projektu inż. Stefana Workerta. Dł.: 11,70 m (38.4 ft); dł. linii wodnej: 8,40 m (27.5 ft); szer.: 2,68 m (8.8 ft); zanurz.: 1,71 m (5.6 ft); balast: 2,9 t (6394 lbs); wyporność: 7 t (15432 lbs); pow. ożagl.: 50 m kw. (538 sq. ft).

[14] Rejs jachtu Boruta „do obu Ameryk” trwał 454 dni, od 29 czerw­ca 1983 (wyjście z Jastarni) do 24 wrześ­nia 1984 (Gdynia). Trasa, licząca 15 959 Mm, prowadziła przez 52 porty 21 państw (m. in. Niemcy, Holandia, Belgia, Francja, Wlk. Brytania, Portugalia, Maroko, Dominikana, Wyspy Bahama, Antigua, Kuba, USA) [część danych za Jerzym Kulińskim].
Załoga: Paweł Morzycki – kapitan, Piotr Bartnicki, Mirosław Frątczak, Wojciech Koseski (wrócił z Francji), Andrzej Lipiński, Leszek Świątek (wrócił z Wysp Kanaryjskich).

[15] s/y Wojewoda Koszaliński – typ jachtu: Rigel, typ ożagl.: kecz bermudzki, kadłub stalowy. Konstruktor: Kazimierz Michalski. Budowa (1976): Stocznia w Darłowie. Dł. całk.: 15,77 m (51.7 ft.); szer.: 5,27 m (17.3 ft.); zanurz.: 2,5 m (8.2 ft.); wyporność: 33.47 t (73 789 lbs); pow. ożagl.: – 100 m kw. (1076 sq. ft.); silnik (1984): Ursus S-4003: 38,2 KM (28.5 kW). Flagowy jacht Klubu Morskiego „Tramp” z Mielna.

[16] We the People of the United States, in Order to form a more perfect Union, establish Justice, insure domestic Tranquility, provide for the common defence, promote the general Welfare, and secure the Blessings of Liberty to ourselves and our Posterity, do ordain and establish this Constitution for the United States of America.

[17] STS Pogoria – stalowa barkentyna trzymasztowa; konstruktor: Zygmunt Choreń; budowa (jako B-79/01): Stocznia Gdańska; wodowanie kadłuba: 1980-01-23; podniesienie bandery: 1980-06-01.
Dł.: 46,8 m (153.5 ft.); szer.: 8,00 m (26.2 ft.); zanurz.: 3,7 m (12.1 ft.), wysokość masztów od linii wodnej: 33,5 m (110 ft.); wyporność: 342 BRT; pow. ożagl.: 945 m kw (10 172 sq.ft.). Silnik: oryginalnie – Wola Warszawa diesel, 310 KM (230 kW); obecnie – Volvo Diesel 360 KM (268 kW); śruba: dwułopatowa, nastawna; prędkość na silniku: do 8 węzłów. Zbiorniki wody: 40 t, zbiorniki paliwa: 20 t.

[18] s/y Warta-Polpharma – maxi-katamaran, konstruktor: Gilles Ollier; budowa: stocznia Multiplast, Vannes, Francja; wodowanie: 1987. Dł.: 26,30 m (86.3 ft); szer.: 13,60 m (44.6 ft); wysokość masztu: 31 m (101.7 ft); wyporność: 10.50 t (23148.5 lbs); pow. ożagl.: 300/777 m kw. (3229/8363 sq. ft); prędkość: jako Commodore Explorer, w regatach Trophée Jules Verne – 1993 opłynęła (kpt. Bruno Peyron) świat w 79 dób 6 godz. 15 min, ze średnią 11,35 węzła (http://www.voile-multicoques.com/10.html).
Poprzednie nazwy: Jet Service V, Commodore Explorer, Explorer. 1999 – zakupiony przez polskie firmy Warta S.A. i Polpharma S.A. do startu w The Race – wokółziemskich regatach non stop.
Warta-Polpharma ukończyła The Race na 4. miejscu z czasem 99 dób, 12 godz. 31 min. (2000-12-31 – 2001-04-10). Załoga: Roman Paszke – kapitan, Ryszard Block, Piotr Cichocki, Wojciech Długozima, Dariusz Drapella, Zbigniew Gutkowski, Robert Janecki, Jaroslaw Kaczorowski, Mariusz Pirjanowicz.
Zwycięzcą został katamaran Club Med (dł. 33,5 m; pow żagli: 610/800 m kw.; kapitan: Grant Dalton, czas: 62 doby, 6 godz., 56 min., 33 sek.).

[19] Jubileuszowe, X Żeglarskie Mistrzostwa Polski Aktorów, odbyły się po trzech latach przerwy, 7-9 września 2012 w Piszu.

Calendar

« March 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

Zima

– Śnieg pada zimą. Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm…
– Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. Ale nawet do najlepszej odpowiedzi zawsze da się coś dodać. Nie odejmować, a dodać.

* * *

Od kiedy pamiętam, słowo „zima” wywołuje u mnie zawsze jedno skojarzenie: widzę wtedy obraz Myśliwi na śniegu (1565) Pietera Breughla Starszego.
Nie wiem, dlaczego. Ani nie jest to mój ulubiony obraz, ani nie chadzam na polowania, zima też (do przeprowadzki na Florydę) nie była moją ulubioną porą roku – ale fakt jest faktem, niezależnie od tego, jak bardzo bym się sam sobie dziwił.
Zdziwienie jest tym większe, że pamięć podsuwa detal, a nie jest nim ani biała płaszczyzna śniegu na pierwszym planie, ani skulone trzy sylwetki (z których jedna ledwo widać) łowców wracających z jednym marnym lisem i zmęczonymi, kulącymi ogony pod siebie psami, ani ludzie przy ogniu, ani nawet łyżwiarze na sadzawce. Detalem tym jest lecąca sroka, czarnym krzyżem nakładająca się na górski krajobraz.
Że to sroka – choć na drzewach siedzą wrony i być może kawki – wnioskuję po ogonie. I po innym obrazie Breughla Starszego – Pejzaż z szubienicą, mającego też inny tytuł: Sroka na szubienicy (1568). Sroki są tam nawet trzy: ta tytułowa siedzi na belce rusztowania, druga – na kamieniu obok, a trzecia leci. Sroki lubią towarzystwo. Breughel lubił sroki. Ja też je lubię.

„Schematyzm” – powiedział kolega po przeczytaniu tego fragmentu. – „Stereotypy. Jest zima, to musi być Breughel. Czterysta pięćdziesiąt lat, to co chcesz? Odwiecznych praw natury nikt nie zmieni.”

* * *
Zima – jedna z czterech podstawowych pór roku
w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Na półkuli północnej charakteryzuje się najniższymi temperaturami powietrza w skali roku, umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego, zazwyczaj zestaloną (zamarzniętą) formą opadu i osadu atmosferycznego,
a większość świata roślin i zwierząt przechodzi okres uśpienia.

Za zimę klimatyczną przyjmuje się okres roku (następujący po jesieni), w którym średnie dobowe temperatury powietrza spadają poniżej 0°C (32°F).
Zasadniczo zimę poprzedza jesień, jednak pomiędzy tymi okresami znajduje się klimatyczny etap przejściowy - przedzimie.

Zima astronomiczna na półkuli północnej rozpoczyna się
w momencie przesilenia zimowego (w 2016 – 21 grudnia)
i trwa do momentu równonocy wiosennej (w 2017 – 20 marca). Daty przesilenia i równonocy są zmienne, czasem wypadają dzień wcześniej lub dzień później,
a w roku przestępnym mogą być dodatkowo cofnięte o jeden dzień.
Podczas zimy astronomicznej dzienna pora dnia jest krótsza od pory nocnej, jednak z każdą kolejną dobą dnia przybywa,
a nocy ubywa.

W dniu przesilenia zimowego, przypadającym na grudzień, Słońce góruje w zenicie nad półkulą południową na szerokości zwrotnika Koziorożca. Na półkuli północnej jest to najdłuższa noc
(i najkrótszy dzień) w roku.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia zimowego w centrum Warszawy – na 52°14' szerokości geograficznej północnej – wynosi 14°20'.

Przesilenie zimowe w większości kultur było okazją do świętowania „odradzania się Słońca”.
W starożytnym Rzymie obchodzono Saturnalia, w Persji – narodziny Mitry, boga Słońca. Plemiona germańskie obchodziły Jul, Słowianie – Święto Godowe.
Chrześcijaństwo, od IV w., obchodzi zimą – 25 grudnia – dzień urodzin Jezusa. Dlaczego akurat 25 grudnia – różnie powiadają o tym, ale zamieszanie z datami zaczęło się dopiero po zastąpieniu niedokładnego (wobec Słońca i Księżyca) kalendarza juliańskiego nowocześniejszym kalendarzem gregoriańskim.
Na Zachodzie, gdzie kalendarz gregoriański przyjął się niemal od razu, pozostano przy nominale daty, bez względu jak się to miało do wyliczeń dawniejszych, zatem Boże Narodzenie wypada tam 25 grudnia. Na Wschodzie w liturgii obowiązuje starodawny kalendarz juliański, ale życie świeckie toczy się wg obowiązującego kalendarza gregoriańskiego. Stąd juliański 25 grudnia przypada na gregoriański dzień 7 stycznia.
Dwa tygodnie wielkiej różnicy nie czynią, świętować można podwójnie – grunt, że obie daty zimowe są.

Od czasów rzymskich, dokładnie od 46 r. p.n.e. w zimie, 1 stycznia, obchodzony jest również początek nowego roku.

W dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej, wypadającym w marcu, Słońce góruje w zenicie nad równikiem
i przechodzi przez punkt Barana. Na półkuli północnej zima się wtedy kończy i rozpoczyna się wiosna. Teoretycznie.
Istnieje bowiem nordycka przepowiednia o tym, że pewnego razu przyjdzie Wielka Zima trwająca trzy lata – Fimbulvinter, która poprzedzi zmierzch bogów – Ragnarök. Że przy okazji zginą ludzie, jest oczywiste, a Normanowie podali to dodatkowo we własnej stylistyce: głód nastanie tak straszny, że ludzie zjedzą się nawzajem, lądy najpierw spustoszy ogień, a później zaleje morze – czyli nastąpi koniec świata.
Czyli, wypisz wymaluj, Wikingowie stworzyli obraz termonuklearnej zimy.
Jest też co prawda akcent optymistyczny, a jakże: po tym wszystkim nastanie era szczęśliwości i nowy świat, bo ponoć jedna para ludzka ocaleje. Pozostaje tylko pytanie: i po co to wszystko?

Jeśli ktoś się chce utrzymać w klimacie i to bez happy endu, niech przeczyta powieść Nevila Shute'a Ostatni brzeg (1957), albo obejrzy jedną z dwóch jej adaptacji filmowych. Moim zdaniem ta starsza (1959), z Gregorym Peckiem, Avą Gardner i Anthonym Perkinsem, jest lepsza.

* * *

Zima to słowo wywodzące się niemal wprost z naszej językowej przeszłości.
Etymologicznie jego najbliższy krewniakiem jest słowo himā (हिमा) ‘mróz, chłód, śnieg’ (Himalaje to ‘dom chłodu / mrozu / śniegu’), które zachowało się w sanskrycie, najstarszym zapisanym (z należących do wspólnoty praindoeuropejskiej) języku, w wersji wedyjskiej sięgającym połowy drugiego tysiąclecia p.n.e.
W hindi himā to również ‘lód’.

Zima w językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
:

białoruskiзіма [zima]
bośniackizima
bułgarskiзима [zima]
chorwackizima
czeskizima
kaszubskizëma
litewskižiema
łatgalskizima
łużycki (dolny)zyma (też: zymje)
łużycki (górny)zyma
łotewskiziema
macedońskiзіма [zima]
rosyjskiзима [zima]
serbskiзима [zima]
słowackizima
słoweńskizima
ukraińskiзима [zima]
żmudzkižėima

Zadziwiająca jednomyślność!

Przysłowia związane
z zimą:

Będzie zima, będzie mróz,
będzie ptaszek jajka niósł.

Deszcze Michałowe
prawią w zimie powietrze zdrowe.

Gdy tęga zima nastanie
w pierwiotku adwentu,
ośmnaście tygodni
nie spocznie ani momentu.

Idzie zima, a tu butów nie ma.

Idzie zima,
a tu chleba nie ma;
mój Ty Panie z nieba,
daj nam chleba.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Jaka zima, takie lato.

Kafla z pieca, szybki z okna,
a tu zima, butów ni ma.
[t.j. zbytków mu się zachciewa, a butów nie ma]

Kiedy się liść gęsto trzyma,
nie tak prędko będzie zima.

Kiej w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto zimie próżnuje, ten lecie musi być leniwy.

Na modrzewiu zima
niedługo trzyma.
[Góralskie: śnieg, gdy spadnie zanim modrzew zrzuci igły, zniknie prędko, bo na nich nigdy nic leży długo.]

Na świętego Grzegorza [12 marca]
idzie zima do morza.

Połowa zimy, połowa pastwy.

Późna zima długo trzyma.

Słaba zima, kiepskie lato.

Spyta cię zima zarazem:
byłżeś w lecie gospodarzem?

W pierwszym tygodniu
pogoda stała,
będzie długo zima biała.

W zimie koła, w lecie sanie robić.

W zimie odkryte ucho,
to w lecie sucho.

W zimie: komin nam ojcem,
fajerka matką,
kożuch dobrodziej,
a zapiecek chatką.

Zima następuje tęga,
póki głowy twej nie sięga;
postaraj się o barana,
a chwal niebieskiego Pana.

Zima nie jednemu zajrzy pod napiętki.
[niejednemu dokuczy, da się we znaki]

Zima nie pyta, gdzie się lato podziało.

Zima, jak w psiarni.

Zimą to człek siedzi doma,
albo pije gdzie u kuma.

Zimę uśmierza wiosna,
wiosnę lato niszczy.

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

(na samej górze był Ionesco)

Jeszcze o zimie
(bez powodu, wybrane na chybił trafił):

Maria Konopnicka
Zła zima

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa...
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!

 

Maria Konopnicka
Ślizgawka

Równo, równo, jak po stole,
Na łyżewkach w dal...
Choć wyskoczy guz na czole,
Nie będzie mi żal!

Guza nabić – strach nieduży,
Nie stanie się nic;
A gdy chłopiec zawsze tchórzy,
Powiedzą, że fryc!

Jak powiedzą, tak powiedzą,
Pójdzie nazwa w świat;
Niech za piecem tchórze siedzą,
A ja jestem chwat!

 

Maria Konopnicka
Zmarźlak

A widzicie wy zmarźlaka,
Jak się to on gniewa;
W ręce chucha, pod nos dmucha,
Piosenek nie śpiewa.

— A czy nie wiesz, miły bracie,
Jaka na to rada,
Gdy mróz ściśnie, wicher świśnie,
Śnieg na ziemię pada?

Oj, nie w ręce wtedy dmuchaj,
Lecz serce zagrzewaj,
Stań do pracy, jak junacy,
I piosenkę śpiewaj!

 

Maria Konopnicka
Rzeka

Za tą głębią, za tym brodem,
Tam stanęła rzeka lodem;
Ani szumi, ani płynie,
Tylko duma w swej głębinie:

Gdzie jej wiosna,
Gdzie jej zorza?
Gdzie jej droga
Het, do morza?

Oj, ty rzeko, oj, ty sina,
Lody tobie nie nowina;
Co rok zima więzi ciebie,
Co rok wichry mkną po niebie.

Aż znów przyjdzie
Wiosna hoża
I popłyniesz
Het do morza.

Nie na zawsze słonko gaśnie,
Nie na zawsze ziemia zaśnie,
Nie na zawsze więdnie kwiecie,
Nie na zawsze mróz na świecie.

Przyjdzie wiosna,
Przyjdzie hoża,
Pójdą rzeki
Het do morza!
 
 
Jeremi Przybora
Na całej połaci śnieg

Na całej połaci śnieg.
W przeróżnej postaci śnieg.
Dla sióstr i dla braci
zimowy plakacik
– śnieg, śnieg.
 
Na naszą równinę – śnieg.
Na każdą roślinę – śnieg.
Na tłoczek przed kinem,
na ładną dziewczynę – śnieg, śnieg.

Na pociąg do Jasła,
na wzmiankę że zgasła,
na napis „Brak masła”
na starte dwa hasła,
na flaszki od wódki,
na tego złe skutki,
na puste ogródki,
na dzionek za krótki.

Na w sinej mgle dale – śnieg,
na kocham cię stale – śnieg,
na żale, że wcale
i na tak dalej
tak dalej, tak dalej
na tak dalej – śnieg
śnieg
 
Tekst ten, do muzyki Jerzego Wasowskiego, śpiewali w „Kabarecie Starszych Panów” Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.
Inne wykonania: Kalina Jędrusik, Anna Maria Jopek i Jeremi Przybora

Marzec

Przedwiośnie. Dla Polski to oznacza, że średnie temperatury dobowe są od 0 do 5°C.

Ale ja, Robak, mieszkam na Florydzie, gdzie zimą jest rześko, wilgotność spada do europejskiego poziomu (nawet mimo deszczu) i jest na ogół słonecznie. Dlatego florydzka zima to najpiękniejsza pora roku – dla mnie przynajmniej, bo rodowici florydianie chodzą w zimowych kurtkach, czapkach i butach. Z kolei wyczekiwane przez nich lato dla mnie jest nie do zniesienia – przede wszystkim przez wilgoć, wilgoć, wilgoć…
Ale na razie kwitną drzewka pomarańczowe, grejpfrutowe na nowy urodzaj i wszyscy czekają na deszcz.

 

Marzec – trzeci miesiąc w roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.
Słowniki twierdzą, że nazwę miesiąca wzięliśmy pośrednio od łacińskiego Martius z dawnego czeskiego marec/mařec/marcius, co było pochodną niemieckiego März.
Z pewnością tak jest, ale mnie bardziej podoba się etymologia ludowa, łącząca marzec z Marzanną, którą – na pohybel Zimie – umarzano w rzece, już nie marznącej.
W staropolszczyźnie używana była też nazwa „brzezień”, który do dziś mieszka w języku czeskim (březen) i ukraińskim (березень) – od brzóz, które wtedy zaczynały się zielenić. Są jednak czescy i słowaccy językoznawcy (Václav Machek, Igor Němec, Jan Horálek), którzy uważają, że nazwa miesiąca pochodzi od słowa březost (ʽciąża’): v ten čas drobný dobytek bývá březí, rodí mláďata (w tym czasie bydło jest w ciąży, rodzi młode).

Na Morawskiej Wołoszczyźnie (brzmi podobnie jak historyczna kraina Rumunii, ale to niewielki teren na północy Moraw, między miastami Nowy Jiczyn / Nový Jičín i Brumov-Bylnice, gdzie w XVI w. osiedlono wołoskich pasterzy) do dziś używa się słowa marčák, które może oznaczać ʽjęczmień siany w marcu’ lub ʽmarcujący zając’.

W polszczyźnie wyraz „marzec” miał dawno temu jeszcze jedno znaczenie: oznaczał piwo marcowe, czyli warzone w marcu. Brückner pisze o tym smacznie: „Piwo marzec albo dwuraźne (ʽdubeltowe’), w 16. i 17. wieku słynne krakowskie Märzenbier”.
Trunkową – choć nie piwną – konotację ma również lipiec, o czym będzie w odpowiednim czasie.

 

Łaciński Martius lub mensis Martius oznaczał ‘miesiąc [poświęcony] Marsowi’. Bardzo był przez to ważny, ponieważ Rzymianie uważali boga wojny Marsa za swego protoplastę, jako ojca Romulusa i Remusa (to ci spod wilczycy kapitolińskiej).
Martius – dla nas trzeci – dla Rzymian przez kilkaset lat był pierwszym miesiącem roku, póki Juliusz Cezar nie wprowadził reformy kalendarzowej w roku 46 p.n.e., po której pierwszeństwo objął Ianuarius (styczeń). Za co zresztą Martius zemścił się na Cezarze srogo, ale o tym za chwilę.
Nazwa Martius została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Marcowe rocznice:

 

1 marca 1893 – Nikola Tesla – inżynier-elektryk, wynalazca przez pewien czas współpracujący z Edisonem, później działający na własną rękę, zwany „czarodziejem elektryczności” – po raz pierwszy publicznie (w St. Louis, Missouri) demonstruje działanie fal radiowych. Pięć lat później, w nowojorskiej Madison Square Garden, pokazuje publiczności „teleautomaton” – zdalnie sterowaną łódkę. Część obecnych na pokazie była przekonana, że łodzią steruje ukryta w niej tresowana małpka. Wojskowi, którym Tesla zaproponował sterowane radiem torpedy, nie wyrazili zainteresowania.

 

1 marca – w Rosji, osoby, które wykorzystywane są przez koty do obsługi (a które, bez sensu, uważają, że są tychże kotów właścicielami), obchodzą Dzień Kota. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że reszta Europy obchodzi Światowy Dzień Kota 17 lutego, a International Fund for Animal Welfare ustanowiło Międzynarodowy Dzień Kota 8 sierpnia.
Zostaje więc jeszcze 6 terminów, bowiem – jak twierdzi sanskrycki Pięcioksiąg (Pańczatantra, III w. p.n.e.) – „natura dała kotu dziewięć żywotów zamiast jednego”. Nie mówiąc o tym, że nawet kwestia kocia wskazuje, iż Europa, świat i Rosja to trzy zupełnie inne punkty w czasoprzestrzeni.
A skoro o Rosji mowa:

 

3 marca 1918 – bolszewicy podpisali w Brześciu Litewskim traktat pokojowy z najważniejszymi z Państw Centralnych: Niemcami i Austro-Węgrami. Tym samym spłacali część długu, który zaciągnęli, gdy wywiad niemiecki dał Leninowi worek złota, wywiózł w zaplombowanym wagonie ze Szwajcarii i umożliwił przedostanie się do Rosji, by – jak to później określił Churchill – „zainfekować Europę bakcylem komunizmu”. Separatystyczny pokój z bolszewicką Rosją (właśnie ten w Brześciu Litewskim), miał być za ów manewr zapłatą. Niemcom zależało, bo chcieli przerzucić swe armie ze wschodu na zachód, by na Zachodzie przestało wreszcie być „bez zmian”. Armie przerzucili, ale znów nie zdobyli przewagi (tym razem przez Amerykanów – o tym już było w lutym). Bolszewikom też zależało, bo chcieli w spokoju w Rosji robić swoje.
A skoro o Rosji mowa:

 

5 marca 1953 – umiera Stalin. Na stanowisko sekretarza generalnego KC wśliznął się w 1922, jeszcze za życia Lenina. Po śmierci Uljanowa (prawdziwe nazwisko Lenina, gdyby co) w 1924, stworzył triumwirat z Kamieniewem (1936) i Zinowiewem (1936), którzy najpierw pomogli mu ukryć tzw. testament Lenina (sugerujący partyjnym towarzyszom wyrzucenie Stalina z politbiura), a później usunąć konkurentów: Bucharina (1938), Rykowa (1938), Tomskiego (1936) i Trockiego (1940).
Daty w nawiasach oznaczają rok fizycznej likwidacji czyli egzekucji (tylko Tomski popełnił samobójstwo tuż przed aresztowaniem), ale od władzy Stalin odsunął ich znacznie wcześniej – w roku 1929 był już w politbiurze, KC, partii i państwie (co w praktyce znaczyło to samo) samodzierżcą.
Jego śmierć przyniosła konsekwencje spore (o czym nie teraz), choć mniejsze niż można się było tego spodziewać.
W 2008 roku, w telewizyjnym (telewizja państwowa) plebiscycie na „Rosjanina wszech czasów” (50 milionów głosujących) zwyciężył Aleksander Newski, za nim był Piotr Stołypin (kto, na litość boską, go dziś pamięta, nawet w Rosji?!), na trzecim – Stalin. Być może to teoria spiskowa, ale trudno mi uwierzyć, że to nie Stalin zajął miejsce pierwsze, a wynik końcowy nie jest ukłonem „komisji wyborczej” w stronę politycznej poprawności, bo… (sorry, Winnetou!) jeszcze nie czas…
Tak czy siak dla rządu dzisiejszej Rosji Stalin jest mężem opatrznościowym.
Nie pożywiosz, lecz wiesz, że Stalin był zły / I wszystko już można dziś zwalić na niego – śpiewał Kaczmarski [List z Moskwy, 1987-08-13], co przekłada się na propagandową doktrynę: „ustrój sowiecki był wspaniały, a jeśli kto go wypaczył – to Stalin”.
Putin nie bez przyczyny powiedział, że „upadek Związku Sowieckiego był największą geopolityczną katastrofą XX wieku”. Z czego jasno wynika, że rezultatem tej katastrofy jest postkomunistyczna próba wprowadzenia do Rosji demokracji. Poza tym wypaczenia nie musiały być duże, skoro władze rosyjskie przychylnym okiem patrzą na wiece i uroczystości organizowane w rocznice urodzin i śmierci Dżugaszwilego-Koby-Stalina. Poszukajcie w wiadomościach pod tą datą, albo dzień później – na pewno znajdziecie.

 

7 marca 1876 – wreszcie mamy telefon! Alexander Graham Bell opatentował swój wynalazek!

 

8 marca to Międzynarodowy Dzień Kobiet, ongiś hucznie obchodzony w całym bloku.
W zakładach pracy kobietom przysługiwał goździk, a czasem jeszcze cukierki czy rajstopy, rzadziej premia pieniężna – koniecznie za pokwi­to­wa­niem w Radzie Zakładowej.
Były akademie ku czci i okolicznościowe programy telewizyjne.
W TVP najczęściej śpiewali wtedy („ja wam wszystko wyśpiewam!”): Adam Zwierz, Kazimierz Kowalski i Edward Hulewicz.
Z importu, od czasu do czasu, pojawiał się Iosif Kobzon.

 

8 marca 1968 – w Polsce zaczynają się tzw. wydarzenia marcowe: protest studentów, którzy – jak zwykle – żądali wolności słowa, zgromadzeń i sumienia. Brutalnie spacyfikowany przez milicję i tzw. aktyw robotniczy, czyli zbirów z pałami, którzy mieli tyle wspólnego z robotnikami co picie w Szczawnicy z węglem kamiennym.
Nigdy jednak nie ma tak źle, żeby nie mogło być gorzej: najtwardszy partyjny beton (chodzi o Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, przez którą realizowała się w PRL dyktatura proletariatu) w ramach represji doprowadził do wysiedlenia z Polski inteligencji pochodzenia żydowskiego – tzw. paszport w jedną stronę otrzymało ok. 20 tys. osób. Słowo „paszport” jest mylące, był to bowiem dokument podróży stwierdzający, że „okaziciel nie jest obywatelem PRL”. Co dla 35-milionowego kraju oznaczał wyjazd kilkunastu tysięcy osób z elity intelektualnej dodawać nie trzeba.
Pogrom marcowy nie był jednak zaskoczeniem: w czerwcu 1967, po wojnie sześciodniowej, która – mimo że zaczepna – była obronną, bezczelnie przez Izrael wygranej, hegemon i jego blok (z wyjątkiem Rumunii) zerwali z państwem żydowskim stosunki dyplomatyczne. Marzec ’68 i to, co działo się później, było tylko dalszym ciągiem serialu.
Nagranie wystąpienia ówczesnego szefa partii Władysława Gomułki podczas wiecu PZPR w Sali Kongresowej 19 marca 1968 jest jednym z najczęściej cytowanych dokumentów dźwiękowych epoki – nawet osobom, które słuchały tego przemówienia na żywo (ja słuchałem!), trudno dziś uwierzyć, że działo się to naprawdę. Dzień po wiecu oficyna Książka i Wiedza wydała broszurkę Stanowisko partii zgodne z wolą narodu : przemówienie wygłoszone na spotkaniu z warszawskim aktywem partyjnym 19 marca 1968 r. z pełnym tekstem przemówienia. Kupiłem, za całe 2 złote.
Cytat „utwór ten zawiera jednocześnie pornograficzne obrzydliwości, na jakie może zdobyć się tylko człowiek tkwiący w zgniliźnie rynsztoku, człowiek o moralności alfonsa” jest właśnie stamtąd, ale nie dotyczy – rzecz jasna, niestety – autora.

 

11 marca 1985 – sekretarzem generalnym KC KPZR zostaje Michaił Gorbaczow. Od niego się to wszystko zaczyna i żeby nie wiem jak nie lubić Andrzeja Rosiewicza, trzeba przyznać, że jego „Michaił, Michaił, ty postroisz nowyj mir”, śpiewane w 1988 podczas pląsów przed gensekiem odwiedzającym akurat Warszawę, było prorocze.
Gorbaczow to głasnost’ i pieriestrojka.
Ta pierwsza znaczyła, że przestał być aktualny dowcip o braku różnic w postrzeganiu swobód obywatelskich w ZSRR i USA, tak samo przestrzegających i respektujących wolność słowa (z drobną wprawdzie poprawką: w USA istniała dodatkowo wolność po słowie).
Ta druga znalazła swój finał 25 grudnia 1991 w podpisanym w Wiskulach układzie białowieskim o rozwiązaniu Sojuza, ale wcześniej była jeszcze „doktryna Sinatry”. 25 października 1989 rzecznik sowieckiego MSZ, Giennadij Gerasimow, zaskoczył tym terminem dziennikarza programu Good Morning America nazywając tak trend polityki Gorbaczowa wobec państw satelickich: zgodnie z tytułem piosenki My Way każde z nich może obrać własną drogę.
Mnie, od Sinatry, bliższy jest Kaczmarski:

– Towarzyszu Gorbaczow, wybaczcie mi,
Wiem, towarzysz czasu wiele dla mnie nie ma…
[…]
Towarzyszu, ja praszu was, pomagitie!
[…]

– Mieczisław Josifowicz, nie biezpakojties’:
My pamożem wam, kak smożem, no inacze
[…]
Smotriu ja na was siewodnia s biezpakojem.
No tiepier wam nada – kak umiejetie – żit’,
A szto budiet – budiet s etoj paranoju.

[Dwie rozmowy z Kremlem (1981-1989), 1989-08-24]

No cóż, Gorbaczowowi nie udało się to, czego dokonał Jiang Zemin: przewekslowanie gospodarki na tory ekonomii rynkowej i utrzymanie przy władzy mafii partii komunistycznej. Sowiecki beton partyjny był zbyt twardy i „Gorbi” mógł go usunąć tylko rozwalając całą konstrukcję…
No dobrze, wiadomo: filary nośne zostały, ale przynajmniej ściany i fasada zniknęły. Ale i tak chwała mu za to, że cokolwiek zostało ruszone, bo skorzystała na tym Polska i inne kraje satelickie. Przynajmniej czasowo.

 

13 marca 1848 – zaczyna się seria zbrojnych wystąpień przeciwko staremu porządkowi, zwana Rewolucją Marcową, która dała początek Wiośnie Ludów. Walczący domagali się swobód – politycznych i narodowych, a najubożsi – poprawy warunków bytowych.

Podczas Rewolucji Marcowej rozpoczęły się m.in.:

13 marca 1848 – powstania w Wiedniu i Berlinie. Protestującym chodziło o wolności polityczne, które dość szybko zostały zatwierdzone przez panujących.
Austriacki cesarz Ferdynand I Dobrotliwy (der Gütige) tego samego dnia zdymisjonował kanclerza Klemensa Metternicha – fanatycznego monarchistę i konserwatystę, tępiciela wszelkich przejawów demokracji, odpowiedzialnego za uczynienie z Austrii po Kongresie Wiedeńskim (1815) państwa policyjnego z wszechwładną cenzurą ingerującą we wszystkie dziedziny życia.
Konserwatywny Fryderyk Wilhelm IV Pruski również powołał liberalny rząd i nadał swemu królestwu konstytucję (5 grudnia 1848).

15 marca 1848 – powstanie węgierskie, które wybuchło w Peszcie. Rozpoczęli je radykałowie, którym przewodził poeta Sándor Petőfi, żądający niepodległości, demokracji i zniesienia pańszczyzny.
Austriakom ani w głowie było zezwalać Węgrom na separację. Stosując rzymską zasadę divide et impera (dziel i rządź) najpierw obrócili przeciw Węgrom mniejszości narodowe Królestwa Węgierskiego – Chorwatów, Rumunów, Rusinów, Serbów i Słowaków (notabene używając realnego straszaka, jakim była madziaryzacja propagowana nawet przez rząd Kossutha).
W grudniu 1848 na tron wstąpił Franciszek Józef I (ten sam, którego wiele lat później Czesi nazwali Starym Prochazką, a polscy językoznawcy „dobrotliwym staruszkiem” tak właśnie tłumacząc określenie „stary pierdoła”, by uratować autora tych słów przed plutonem egzekucyjnym za obrazę majestatu).
Kaiser Franz Josef nie bawił się w negocjacje i do pacyfikacji powstania wysłał wojsko. Nie mając wystarczających sił własnych, o braterską pomoc zwrócił się do cara Mikołaja I i tę otrzymał. Armia rosyjska pod wodzą feldmarszałka Paskiewicza, który wcześniej utopił we krwi powstanie listopadowe, wespół z korpusem austriackim dokonały swego.
Sen Węgier o niepodległości (ogłoszonej 19 kwietnia 1849) skończył się szybko: Petőfi poległ, lojalista Batthyány został rozstrzelany wcześniej przez Węgrów-radykałów, Kossuth i jego prawa (zbrojna) ręka, gen. Józef Bem, otrzymali azyl w Turcji, a mniejszości narodowe zamiast madziaryzacji dostały germanizację i to w tempie przyspieszonym.
Dla porządku trzeba dodać, że w końcu, gdy Austriacy dostali lanie od Prus, Węgrzy dopięli swego choć w części: w 1867 kompromis austriacko-węgierski przekształcił Cesarstwo Austriackie w monarchię podwójną – Austro-Węgry. Dla mniejszości narodowych Królestwa Węgierskiego skończyła się germanizacja a zaczęła madziaryzacja, czego skutki można zauważyć od czasu do czasu nawet przy lekturze dzisiejszej prasy.
Swego czasu, po krajach żyjących w najlepszym z ustrojów, krążył dowcip o pięciu filarach RWPG (kto nie wie, co to było, niech się cieszy): obok sowieckiego taktu, enerdowskiego poczucia humoru i kilku innych wyraźnie obraźliwych, jednym z najważniejszych była powszechna znajomość języka węgierskiego. Jak widać dla niektórych wcale nie była to taka abstrakcja. Geopolityka sprawia, że dowcipy polityczne tracą swe ostrze w najmniej oczekiwanych momentach.

Zwischenruf.
W połowie lat 1970-tych jedną z tras na długie wakacje była podróż do Afganistanu, Pakistanu i Indii przez ZSRR: za tanie pieniądze leciało się samolotem do tadżyckiego Duszanbe, stamtąd pociągiem do Termezu nad Amu-Darią, promem przez rzekę – i dalej, autostopem, jak daleko czas i powodzenie w handlu wymiennym pozwalały.

Jeździłem tak kilkakrotnie nawiązując po drodze znajomości i przyjaźnie. Gościnne domy czekały na mnie i współtowarzyszy podróży w Duszanbe, gdzie się jadło, piło, a najwięcej opowiadało, z dowcipami politycznymi (tak, antysowieckimi też) włącznie.
Któregoś razu przypomniał mi się dowcip, z którego w Polsce zarykiwali się wszyscy: polskiego geodetę, uczestnika ekspedycji sowieckiej pracującej w terenie, zapytał miejscowy kołchoźnik, co takiego mierzy. Bomba wybuchła następnego dnia, gdy ów chłop pojawił się w lokalnym urzędzie i zapytał, komu i ile zapłacić, by zostać po polskiej stronie, bo ponoć geodeci wytyczają granicę między Polską a Chinami.
Witz opowiedziałem i… zapadła cisza. Poczułem się nieswojo. Współbiesiadnicy byli na tyle uprzejmi, że wyjaśnili mi, iż w republice graniczącej bezpośrednio z ChRL, w dodatku w dobie nasilonej propagandowej antychińskiej histerii, historyjka ta ani trochę śmieszna nie jest.

18 marca 1848 – antyaustriackie powstanie w Mediolanie (tzw. pięć dni Mediolanu, wówczas w granicach Cesarstwa Austriackiego): powstańcy przejęli miasto zaczynając tym samym pierwszą włoską wojnę o niepodległość. Wojna skończyła się porażką Włochów; Zjednoczone Królestwo Włoch powstało dopiero w marcu (!), dokładnie: 17 marca, 1861.

Łączy się z tym wydarzenie z 25 marca 1848, kiedy na audiencji u Piusa IX pojawił się Adam Mickiewicz. Poeta chciał dostać (i dostał) od papieża błogosławieństwo dla tworzonego przez siebie Legionu Polskiego, któremu za cel pierwszy stawiał walkę z Austrią o niepodległość Włoch, a dalej – przejście na ziemie słowiańskie i wzniecenie tam powstania. To właśnie podczas tego spotkania Mickiewicz miał złapać biskupa Rzymu za rękę, potrząsnąć nią i zawołać: Wiedz, że duch boży jest dzisiaj w bluzach paryskiego ludu!.

 

15 marca – Idy marcowe (łac. Idus Martii) − rzymskie święto poświęcone Marsowi. Były parady i przeglądy wojsk. Podczas Idów Marcowych w 44 roku p.n.e. ponad 60-osobowa (jak twierdzi Eutropiusz) grupa zamachowców z Kasjuszem i Brutusem na czele zamordowała Juliusza Cezara.
Dictator perpetuo został 23 razy pchnięty sztyletem, co świadczy, że niektórzy z zamachowców chcieli być chytrzejsi od innych. Co i tak im nie pomogło, bo żaden ze spiskowców nie zmarł śmiercią naturalną. Można przy okazji obejrzeć, albo przeczytać szekspirowskiego Juliusza Cezara (1599) – dokładne to nie jest, ale robi wrażenie. W 1953 film z tej sztuki zrobił Joseph Mankiewicz (ten od Kleopatry), z Marlonem Brando w roli Antoniusza – mocna rzecz!

 

17 marca 1861 – powstaje Zjednoczone Królestwo Włoch (patrz wyżej).

 

17 marca 1921 – uchwalono w Polsce „konstytucję marcową” (obowiązywała do 23 kwietnia 1935, czyli do „konstytucji kwietniowej”). Była to pierwsza polska konstytucja nowoczesna (nie, „konstytucja majowa” z 1791 taką nie była): rządzić miał Naród (przez swoich przedstawicieli), władza – zgodnie z Monteskiuszem – miała być trójdzielna (prawodawcza, wykonawcza i sądownicza) i – żeby było równo – skasowane zostały przywileje stanowe i herby.
Pierwsze dwa punkty jakoś zadziałały, trzeci – podobno też, ale chyba tylko teoretycznie.

 

17 marca – dzień św. Patryka: irlandzkie święto narodowe i religijne. Ma być podczas niego zielono, koniczynowo i piwnie. Poeta stan ten ujął z właściwą sobie zwięzłością: Pełno radości i krzyku.
Święty Paddy, żyjący w V w., jest patronem Irlandii – porwany za młodu przez irlandzkich piratów i więziony przez 6 lat, powrócił na Szmaragdową Wyspę jako misjonarz, został pierwszym biskupem Irlandii i zyskał miano Irlandzkiego Apostoła. Biskup Patryk wygonił również z Irlandii wszystkie węże – podobno nie ma ich na tej wyspie po dziś dzień. Ewolucjoniści w zasługi Patryka na tym polu nie wierzą, ale oni w ogóle jacyś mało wierzący są.
A u nas tego dnia świętuje Zbigniew, który – przy całym dla Patryka szacunku – godniejszy jest i zacniejszy, bo za wężami po żadnych wyspach nie ganiał! Za to jeden królowi Jagielle żywot między Grunwaldem a Tannenbergiem ocalił, drugi Rotgiera zarąbał (bo było na śmierć, nie na niewolę), trzeci w zamku tegoż Rotgiera przerobionym na willę (z wygodami – byli i widzieli!) mieszka i pod chmurami lata, a czwarty z Latającym Holendrem żeglował, o czym się sami wkrótce przekonacie.

 

W nocy z 17 na 18 marca 1921 – Armia Czerwona dowodzona przez Michaiła Tuchaczewskiego ostatecznie rozgromiła powstańców z Kronsztadu – portu wojennego na niewielkiej (15 km2) wyspie Kotlin w Zatoce Fińskiej, położonej około 30 km na zachód od Petersburga.
Marynarze, robotnicy i mieszkańcy Kronsztadu, mimo poparcia udzielonego bolszewikom w latach 1917-1918, w marcu 1921 zaprotestowali przeciwko terrorowi i dyktaturze wprowadzonej przez rząd Lenina i Trockiego.
Atak armii bolszewickiej na Kronsztad ułatwił lód, po którym wówczas można się było dostać na wyspę.
Po jej zdobyciu, ci powstańcy, którym nie udało się zbiec do Finlandii (tych było ok. 8000), zostali zmasakrowani: ponad dwa tysiące osób zostało rozstrzelanych, niemal 20 tysięcy bolszewicy zesłali do łagrów, mordując po drodze co najmniej kolejne kilka tysięcy.
Prześladowania uczestników i ich rodzin trwały do późnych lat 60-tych. Dopiero w 1994, za prezydentury Borysa Jelcyna, powstańcy kronsztadzcy zostali rehabilitowani, a działania bolszewików uznano za sprzeczne z prawem.

 

17-19 marca 1915 – szósty i ostatni wypad (Sienkiewicz nazywał to „wycieczka”) podczas drugiego oblężenie Twierdzy Przemyśł (o pierwszym przeczytacie w październiku). Wojska austro-węgierskie próbowały się przedrzeć z Twierdzy przez pierscień oblegającej armii rosyjskiej. Akcja zakończyła się tragicznie: 5,5 tys. zabitych, rannych i zaginionych.

Rosjanie odpowiadaja atakiem na umocnienia – zostają odparci, ale oblegani obronili się ostatkiem sił.
Armeeoberkommando czyli Naczelne Dowództwo C.K. Armii szykuje już rozkaz zniszczenia twierdzy i poddania.

 

20 marca (przez wszystkie lata drugiej dekady XXI wieku, poza 2011) wypada dzień równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej: Słońce góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana. W tym dniu Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Na półkuli północnej rozpoczyna się wtedy wiosna.

 

22 marca 1895 – możemy już chodzić do kina! W Paryżu bracia Auguste i Louis Lumière pokazali tego dnia po raz pierwszy swoje „ruchome obrazki”. Do hollywódzkiego gwiazdozbioru jest już tylko jeden krok.

 

22 marca 1915 – detonacje wstrząsają Przemyślem: armia austro-węgierska wysadza w powietrze mosty na Sanie oraz forty i działa swojej największej twierdzy: Festung Przemysl.

 

23 marca 1915 – po 5 miesiącach największego w I wojnie światowej oblężenia kapituluje Festung Przemysl, trzecia co do wielkości twierdza w Europie (po Verdun i Antwerpii). Akt kapitulacji dostarczono do sztabu rosyjskiego o 6 rano.

Do niewoli poszło 9 C.K. generałów, prawie setka oficerów sztabowych, 2,5 tys. oficerów oraz 117 tys. podoficerów i żołnierzy. Wśród austro-węgierskich jeńców było prawie 30 tysięcy rannych i chorych.

Rosjanie zachowali się bardzo po rycersku, być może wiedząc, że skierowane są na nich oczy całej Europy (padła „twierdza nie do zdobycia”!). C.K. oficerowie mogli zostać przy szablach, żołnierze dostali żołd taki, jak w armii rosyjskiej. Później jeńców podzielono wg narodowości i zesłano do republik azjatyckich. Najlepiej miał Hermann von Kusmanek, generał i Festungskommandant: jeszcze przed końcem wojny wrócił do domu, a po 16 latach zasnął w Panu mając lat 74. Gdy był w niewoli dostał awans na generała obersta, po powrocie postawiono go co prawda przed sądem, ale – oczywiście – uniewinniono i tak przyschło pytanie, czemu wcześniej nie zgromadzono żywności, amunicji i środków medycznych na tyle, by twierdza była rzeczywiście nie do zdobycia. Ale tak już jest: a najdzielniej biją króle, a najgęściej giną chłopy.

Za to Rosjanie mieli bal: do Przemyśla przyjechał sam car i tak się cieszył, że żołnierze dostali po 5 rubli, a oficerowie po medalu.
Ale dalej już nie było im tak wesoło, bo 2 maja, tego samego 1915 roku, armia austro-węgierska odbiła Przemyśl i ruiny twierdzy. Jaki był los ludności cywilnej – strach nawet myśleć.
Austriacy sobie później i tak poszli, a ruiny zostały do dziś.

 

23 marca obchodzony jest dzień przyjaźni polsko-węgierskiej. Wciąż się lubimy!

 

25 marca – w kościele katolickim obchodzona jest uroczystość liturgiczna Zwiastowania Pańskiego, na 9 miesięcy przed uroczystością Bożego Narodzenia. Jeżeli 25 marca wypada w niedzielę, obchody przekładane są na następny dzień.
Tę samą datę (25 III) przyjmuje za dzień Zwiastowania Bogurodzicy kościół prawosławny; ponieważ liturgia prawosławna posługuje się kalendarzem juliańskim, w kalendarzu gregoriańskim wypada to 7 kwietnia.

 

25 marca 1807 – aprobatę królewską uzyskuje prawo zabraniające handlu niewolnikami (Slave Trade Act 1807) ustanowione przez parlament Zjednoczonego Królestwa.
W historii ludzkości niewiele jest aktów prawnych, wprowadzonych bez użycia siły, w których moralność i chęć ulżenia doli innych brałaby górę nad żądzą zysku. Akt z 1807 roku był – jak sądzę – pierwszym z nich. Do jego uchwalenia przyczynił się głównie William Wilberforce, przywódca brytyjskich abolicjonistów, wywodzących się z kręgów anglikańskich ewangelików i kwakrów. Niewolnictwo było dla nich sprzeczne z moralnością chrześcijańską, a kampanię przeciwko handlowi żywym towarem uważali za pierwszy etap walki z niewolnictwem; po jego wprowadzeniu niewolnictwo miało zniknąć w sposób samoistny.
Kampania podjęta została pod koniec lat 1780-tych, na forum parlamentarne trafiła w 1789.

Nigdy, przenigdy nie zaprzestaniemy naszych wysiłków, aż nie wymażemy tego skandalu z chrześcijańskiego imienia, aż nie uwolnimy się od ciężaru winy, pod którym obecnie się uginamy, aż nie położymy kresu wszelkim śladom tego znaczonego krwią handlu, w który przyszłe pokolenia, patrząc wstecz na historię naszego wieku oświecenia, nie będą mogły uwierzyć, że okrywał hańbą i niesławą nasz kraj aż tak długo[1] – mówił Wilberforce 18 kwietnia 1781 z parlamentarnej mównicy.

Projekt ustawy przepadał w głosowaniu kilkakrotnie, a do przeforsowania go przyczyniło się uchwalone w 1806 prawo zabraniające obywatelom brytyjskim udziału w handlu niewolnikami, chytrze podsunięte przez abolicjonistów jako etap pośredni. Zakaz handlu został uchwalony przez Parlament 23 lutego 1807.
W maju 1833 rząd przedłożył w Parlamencie projekt uchwały o zniesieniu niewolnictwa. Izba Gmin zatwierdziła ją 26 lipca 1833, trzy dni przed śmiercią Wilberforce’a. Ustawa weszła w życie 1 sierpnia 1834, nie objęła jednak terytoriów zarządzanych przez Kompanię Wschodnioindyjską, jako nie będących pod bezpośrednią kontrolą Korony. W historii ludzkości niewiele jest…

 

30 marca 1492 – katoliccy monarchowie Hiszpanii, Izabela Kastylijska i Ferdynand Aragoński, podpisali Edykt z Alhambry dający hiszpańskim żydom 4 miesiące na opuszczenie kraju lub chrzest. Karą za niewykonanie rozkazu była egzekucja bez procesu.
Zdecydowana większość wyemigrowała.
Historycy nie są zgodni co do liczby wypędzonych: waha się ona od 130 do 800 tysięcy. Z pomocą dla prześladowanych „Ludzi Księgi” pospieszył m.in. sułtan Bajazyd II, który wysłał jednostki wojenne, by przywiozły wypędzonych do Imperium Ottomańskiego.
Ci, którzy dokonali konwersji (ok. 50 000 osób), mieli tego wkrótce pożałować: kilka lat późnej większość conversos została uznana za kłamców i osadzona w lochach inkwizycji. Ich majątki skonfiskowano na rzecz państwa, po odliczeniu prowizji dla donosicieli, którzy wnieśli akt oskarżenia przeciwko „krypto-żydom” o religijne oszustwo.
Edykt z Alhambry był pierwszym gwoździem do trumny hiszpańskiej potęgi, ale o tym – nie teraz.
Formalnie, rząd hiszpański odwołał edykt 16 grudnia 1968 roku (za rządów Francisca Franco).
W 500. rocznicę wygnania (31 marca 1992), król Juan Carlos z kipą na głowie modlił się obok premiera izraelskiego Chaima Herzoga w madryckiej synagodze Beth Yaakow. Od 2012 potomkowie żydów wypędzonych w 1492 mogą uzyskać obywatelstwo hiszpańskie bez konieczności zamieszkania w Hiszpanii.

 

30 marca 1945 – urodził się Eric Clapton, uznany przez pismo Rolling Stone za drugiego (po Jimim Hendrixie) z najlepszych gitarzystów wszech czasów.

Pochodzący z Ripley w hrabstwie Surrey, Clapton karierę zaczynał z grupą The Yardbirds we wczesnych latach 60-tych, później na jakiś czas wessał go blues grany przez Johna Mayalla i The Bluesbreakers. W 1966, Clapton, Ginger Baker i Jack Bruce stworzyli legendarną supergrupę Cream. Dalej było wszystko: kolejne supergrupy, reggae, solówka w beatlesowskim przeboju While My Guitar Gently Weeps (1968), blues, złote płyty, alkohol, kokaina, heroina, miłość, śmierć syna.

W latach 60-tych jakiś graficiarz napisał na ścianie londyńskiego metra „Clapton is god” – Clapton jest bogiem. Slogan chwycił – był czas, że ten napis można było zobaczyć w Londynie wszędzie.

Sam Clapton nie dał się zwariować. Komentując w jednym z wywiadów najbardziej znane zdjęcie graffiti powiedział: „Na dole fotografii jest pies sikający na tę ścianę. Mam do tego mniej więcej taki sam stosunek”.

Polecam Autobiografię Claptona (wydanie polskie: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2009). Oczy okrągleją.

 

31 marca 1854 – Iesada, trzynasty siogun z rodu Tokugawa, zmuszony zostaje do podpisania Traktatu z Kanagawy (dziś część Jokohamy). Amerykański komandor Matthew Calbraith Perry, podczas drugiej „wizyty” w Japonii z eskadrą złożonej z ośmiu okrętów US Navy (za pierwszym razem, w 1853, pojawił się tylko w cztery okręty), wymusił na Japończykach otwarcie ich portów dla handlu ze Stanami Zjednoczonymi.
Wyłom dokonany w japońskim izolacjonizmie miał się okazać brzemienny w skutki, o czym pierwsza przekonała się Rosja w 1904-05, a podczas II wojny światowej – reszta Azji i świat anglosaski. Ale to będzie dużo później.
Oficjalnie dokument z Kanagawy nazywał się oczywiście „Traktat o pokoju i przyjaźni pomiędzy Japonią i Stanami Zjednoczonymi”.
Fakt – Perry grzecznie prosił, choć jako rozwiązanie alternatywne proponował obrócenie w perzynę jokohamskiego portu i miasta. Zupełnie jak nasz Gerwazy:

„Co za gwałty, rzekł Klucznik, tu nie ma napaści,
Wszak proszę Pana grzecznie; jeśli ciemno Waści,
To Scyzorykiem skrzesam ognia, że Waszeci
Zaraz w ślepiach jak w siedmiu kościołach zaświeci”.
[AM, PT (1834), VIII]

Stany Zjednoczone rozpoczynały właśnie gwałtowne poszukiwanie rynków zbytu dla swoich towarów i za wszelką cenę próbowały znaleźć choćby najwęższą furtkę do Azji. Kilka lat po kanonierkowej dyplomacji Perry’ego działania te zostaną przerwane przez Wojnę Secesyjną (1861-1865), ale pod koniec wieku wrócą ze zdwojoną siłą, kiedy to w wojnie z Hiszpanią „o wyzwolenie Kuby” najważniejszą okaże się bitwa w Zatoce Manilskiej (1 maja 1898). Już wiadomo dlaczego.

 

W końcówce drugiej dekady XXI wieku zawiodą się ci, którzy oczekiwaliby długiego karnawału trwającego aż do marca: zaledwie dwa ostatnie zabawowe wtorki są marcowe: w 2017 (1 marca) i w 2019 (6 marca). To jednak kwestia astronomii: Wielki Post zaczyna się bowiem na 46 dni kalendarzowych przed Wielkanocą – ta zaś przypada na pierwszą niedzielę po wiosennej pełni księżyca. W wiosennym miesiącu nisan – jak w powieści o Poncjuszu Piłacie pisał Mistrz.

 

 

Znaki Zodiaku w marcu:

Ryby (♓) – do 20 marca
Baran (♈) – od 21 marca.
O Rybach było w lutym, a Barany?
No cóż – przykro mi. Naprawdę. Bo czarny piar jest dla nich bezlitosny:

…tylko długotrwałym biciem można skłonić Barana do przyswojenia minimum wiedzy (tabliczka mnożenia, wyjątki na „rz”).
Ludzie spod tego znaku w pracy dezorganizują wszystko, dzięki czemu awansują szybko na wysokie stanowiska.
W kontaktach towarzyskich Barany są z reguły niezmiernie uciążliwe i z powodu najmniejszego pretekstu, a nierzadko i bez, wywołują karczemne burdy i bijatyki.

Maju, przybądź!

 

 

Kwiat marca:

narcyz (Narcissus poeticus L.) – kojarzony z Wielkanocą, ale również symbolizujący próżność (na Zachodzie) oraz bogactwo i szczęście (na Wschodzie). Prawda, jak prosto łączy się w tym kwiecie Wschód z Zachodem?

O Narcyzie napisano tomy, zarówno na półki z mitologią jak i psychologią, więc jeśli koniecznie chcecie się dowiedzieć, co, kto i dlaczego, to musicie tam sięgnąć.

Ci, co nie lubią czytać, niech popatrzą na obraz (wart co najmniej tysiąca słów) – najlepiej Waterhouse’a albo Westa, ale Caravaggio też może być (Dalí wykluczony), który można wyguglować w sekundę. A jeśli ktoś nie lubi ani czytać, ani wpatrywać się w nieruchome malowidła, polecam pierwszą lepszą telewizyjną debatę polityczną: zobaczycie tam stado Narcyzów w behawiorze naturalnym, więc niestety dziko rosnących. Jeśli traficie na spęd partii przeciwnej, to na pewno przyznacie mi rację.

Kwiat – cóż: ten biały, w łacinie zwany „poetyckim”, ma w sobie zieleń życia, złoto bogactwa, czerwień krwi oraz biel niewinności i śmierci. Dlatego – w dłoniach Kory przeniesiony – rośnie nad brzegami Styksu. W mowie kwiatów oznacza zazdrość i zachłanność, ale też tęsknotę.
Gdzieś znalazłem, że „narcyz to fantazja”, ale autor tego twierdzenia chyba słabo znał sie na kwiatach, bo troche dalej pisał o niebieskim kwiatku, który uporczywie nazywał „niezapominajek”…

 

Mitologia grecka łączy narcyz z dwoma mitami: historią samego Narcyza, w ten kwiat przemienionego i porwaniem Kory, którą Hades dopadł wtedy, gdy zrywała na łące narcyzy. Grecy te kwiaty składali na ołtarzach Hadesa i Kory-Persefony.

Z woli Dzeusa ten kwiat Hadesowi przychylna zrodziła
Gaja, godzien zachwytu; w zdumieniu patrzyli nań wszyscy
Ludzie śmiertelni, a także bogowie, co śmierci nie znają.
Z jego korzenia sto wyrastało łodyg kwitnących,
Cudnie też pachniał i wszystkich radował: niebo rozległe,
Całą też ziemię, a takoż i morza słonego odmęty.

[Do Demeter (ok. 640 p.n.e.), drugi hymn homerycki, przekład Włodzimierz Apel]

Kamienie marca:

akwamaryn – niebieska odmiana berylu i heliotrop – odmiana chalcedonu zwana też krwawnikiem.

Akwamaryn (od aqua marina – woda morska) jest kamieniem chroniącym żeglarzy i zapewniającym bezpieczną podróż (przez morza słonego odmęty :). Łagodny błękit klejnotu zapewniać ma właścicielowi łagodność charakteru, spokój i umiejętność chłodnej oceny sytuacji.

Krwawnik swą karierę rozpoczął w Babilonie – robiono z niego pieczęcie i amulety.
W chrześcijaństwie często nazywano go „kamieniem męczeństwa”, gdyż wierzono, że powstał z leżących pod krzyżem jaspisów, na które spłynęły krople krwi Chrystusa.

Oba kamienie symbolizują odwagę.

 

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
trzeci miesiąc roku to:

białoruskiсакавік [sakavik]
bośniackimart i ožujak
bułgarskiмарт [mart]
chorwackiožujak
czeskibřezen
kaszubskistrumiannik (też: strëmiannik, strumian, marc)
litewskikovas
łatgalskiavasara (też: marta)
łużycki (dolny)pózymski (też: nalětnik, měrc)
łużycki (górny)měrc (też: nalětnik)
łotewskimarts
macedońskiмарт [mart] albo цутар [cutar]
rosyjskiмарт [mart]
serbskiмарт [mart]
słowackimarec
słoweńskimarec albo sušec
ukraińskiберезень [bieriezień]
żmudzkikuovs

 

Przysłowia związane
z marcem:

Co marzec wypiecze,
to kwiecień wysiecze.

Czasami w marcu
zetnie wodę w garncu.

Czasem marzec tak się podsadzi,
że dwa kożuchy oblec nie zawadzi.

Gdy przyjdzie marzec,
umrze niejeden starzec.

Gdy w marcu
niebo od południa ryknie,
Rok wszego dobra
w żyzności uniknie.

Ile w marcu dni jasnych
ale z rana mglistych,
tyle w żniwa
czasów dżdżystych.

Kiedy starzec chory w marzec,
będzie zdrów;
lecz gdy baba w maju słaba,
pacierz zmów.

Kiedy twa ma rodzić rola,
to wóź w marcu gnój na pola.

Kiedy w marcu deszczu wiele,
nieurodzaj zboża ściele.

Kiedy w marcu wiele grzmoty
Nie ma w lato k’bur ochoty.

Marcowy loda rada,
majowa pogoda, ranny deszcz
– wszystko to nietrwałe.

Marzec dziwne broi fochy,
zmiata starce i junochy.

Marzec marzy, jak się zdarzy.

Marzec odmienia wiatry,
deszcz miesza z pogodą,
więc nie dziw, jeśli starzy
czują go ze szkodą.

Marzec uparty
stroi z pługiem żarty,
a kwiecień przychodzi
i w chlew go zawodzi.

Marzec zielony – niedobre plony.

Marzec, co z deszczem chadza,
mokry czerwiec sprowadza.

Marzec:
czy słoneczny, czy płaczliwy,

listopada obraz żywy.

Radował się starzec,
kiedy minął marzec;
nie baj baju, umrzesz w maju.

Słońce marcowe
owocom niezdrowe.

Suchy marzec,
kwiecień mokry,
maj przechłodny
– nie będzie rok głodny.

Suchy marzec, maj niechłodny,
kwiecień mokry – rok niegłodny.

Suchy marzec, mokry maj,
będzie żytko jako gaj.

W marcu jak w garncu.

W marcu, gdy są grzmoty,
urośnie zboże ponad płoty.

W marzec już dzień, gdyby ruski wół.

W marcu, kto siać nie zaczyna,
biednyć to gospodarzyna.

W marcu śnieżek sieje,
czasem słonko grzeje.

Źle się w marcu urodzić,
bo trudno takiemu dogodzić.

 

Przysłowia na
św. Albina (1 III)

Na świętego Albina,
rzadka u ludzi mina,
bo post się zaczyna.

 

Przysłowia na
św. Haliny (2 III)

W świętej Halszki dzionek
nuci już skowronek.

 

Przysłowia na
św. Kazimierza (4 III):

Dzień świętego Kazimierza
resztki zimy uśmierza.

Na świętego Kazimierza
zima do morza zmierza.

Na świętego Kazimiera
zima zamiera.

Na świętego Kazimierza
dzień się z nocą przymierza

Na świętego Kazimierza
pokój dla łowcy i zwierza.

Na świętego Kazimierza
wyjdzie skowronek spod pierza.

Na święty Kazimierz
dzień z nocą przymierz.

Na święty Kazimierz
wygnaj świnie na pyrz.

W dzień świętego Kazimierza
zima do morza zmierza.

 

Przysłowia na
św. Tomasza (7 III)

Na świętego Tomasza
wyrasta w polu pasza.

 

Przysłowia na
św. Franciszkę (9 III)

Gdy Franciszka z wichrem po polu hasa,
może sypnąć śniegiem powyżej pasa

 

Przysłowia na
Czterdziestu Męczenników
(10 III):

Czterdziestu Męczenników jakich,
czterdzieści dni po nich takich.

Gdy mróz w marcu dnia dziesiątego,
jeszcze czterdzieści dni mrozu takiego.

Kiedy na Czterdziestu
Męczenników marznie,
to jeszcze czterdzieści
nocy przymarznie.

Męczennicy, gdy mróz noszą,
czterdzieści dni mrozu głoszą.

Męczennicy jeśli psocą,
będzie dżdżysto Wielką Nocą,
a gdy kropla dżdżu nie spadnie,
przez sześć niedziel będzie ładnie.

 

Przysłowia na
św. Grzegorza (12 III):

Na świętego Grzegorza
zima idzie do morza.

Na św. Grzegorza
szuka kawka łoża.

Po świętym Grzegorzu
nie paś bydła ma zbożu.

Święty Grzegorz wielki spławnik,
nad wszystkimi rzeki ławnik;
grzeje więcej – lody płaczą,
rzeki warczą, brzegi znaczą.

 

Przysłowia na
św. Hilarego (16 III):

Hilary zapowiada,
jaka pogoda na Wielkanoc przypada.

 

Przysłowia na
św. Gertrudę (17 III):

Gdy na Gertrudy zjawią się bociany,
to wiosna już rychło nastanie.

Ogrodniku, św. Gertruda gdy słońcem błyśnie
zrobi cuda oczywiście.

 

Przysłowia na
św. Józefa (19 III):

Cóż święty Józef niesie?
Kaczka pierwsze jaja zniesie.

Jak na świętego Józefa chmurki,
to sadź ziemniaki gdzie górki,
a jak pogoda,
to sadź gdzie woda.

Gdy na świętego Józefa
bociek przybędzie,
to już śniegu nie będzie.

Na świętego Józefa pięknie,
zima prędko pęknie.

Na świętego Józwa
przez pole jest bruzda.

Na święty Józek
czasem śniegu wózek.

Na święty Józef pogoda,
będzie w polu uroda.

Oblubieniec pogodny,
rok będzie urodny.

Przyjdzie święty Józef z pomocą
– porówna dzień z nocą.

Święty Józef kiwnie brodą,
idzie zimno na dół z wodą.

Święty Józef laską w ziemię kole,
wyjeżdżajcie, chłopy, orać w pole.

Święty Józef pogodny,
będzie roczek wodny.

Święty Józek wiezie trawy wózek,
ale czasem smuci,
bo śniegiem przyrzuci.

W Józefa z zimy się śmiej
i na grządce kapustę siej.

 

Przysłowia na
św. Benedykta (21 III):

Jak po Benedykcie ciepło,
to i w lecie będzie piekło.

Benedykt groch w polu sieje,
Wojciech [23 IV] do owsa się śmieje.

 

Przysłowia na
Zwiastowanie (25 III):

Jakie Zwiastowanie,
takie Zmartwychwstanie.

Jasny świt na Zwiastowanie
znaczy czasy zdrowe, tanie.

Na Zwiastowanie,
kiedy mgła w zaranie,
chociaż słonko jasno wschodzi,
znak niechybnej to powodzi.

Na Zwiastowanie
zlatują się bocianie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.


 

[1] Never, never will we desist till we have wiped away this scandal from the Christian name, released ourselves from the load of guilt, under which we at present labour, and extinguished every trace of this bloody traffic, of which our posterity, looking back to the history of these enlightened times, will scarce believe that it has been suffered to exist so long a disgrace and dishonour to this country.

The Parliamentary History of England from the Earliest Period to the Year 1803, Volume XXIX. London : T.C. Hansard, 1817; str. 278.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha