Kazimierz Kaczor: Jestem z Krakowa…

pdfTekst do pobrania w pdf

01_2013-06-27_Kazimierz_Kaczor_fot_AKPA
                                                                                                                                                                  Fot.: AKPA

Jeden z najwybitniejszych polskich aktorów. Opis jego artystycznej kariery jest jednocześnie opisem tego, co przez ostatnie pół wieku w polskim teatrze i filmie było najbardziej wartoś­cio­we i najtrwalsze.

W listopadzie 2013 pojawił się w księgarniach wywiad-rzeka Kazimierz Kaczor: nie tylko pol­skie drogi – tak spisany piórem zawodowego dziennikarza i reportera, Pawła Piotrowicza, że czyta się go jak autobiografię aktora.

Wielokrotnie wraca tam temat żeglarstwa, albowiem Kazimierz Kaczor jest zami­ło­wa­nym i do­świad­czonym żeglarzem, który zna równie dobrze jeziora mazurskie jak Karaiby czy Morze Śród­ziem­ne. Dwa z 22 roz­dzia­łów opowiadają o jego przyjaźni z Antonim Halikiem, żeglar­skiej wypra­wie karaibskiej i podróży przez Stany Zjednoczone.

 

W roku 2010 Kazimierz Kaczor żeglował jako oficer na Pogorii (jej nazwa powtarza się w wy­wia­dzie książ­ko­wym wielo­krot­nie). Barken­ty­na brała udział w Operacji Żagiel – rega­tach najwięk­szych żag­low­ców Tall Ships’ Races, na Morzu Pół­noc­nym. Jednak najważ­niej­szym punk­tem rejsu była wizyta w niewiel­kim angiel­skim porcie Hartlepool, gdzie 9 sierp­nia spot­kały się załogi Pogorii, ORP Iskra i jachtu Dar Szcze­cina oraz kadeci rosyj­skiego pełno­re­jow­ca Mir.

W Hartlepool, 29 listopada 1939 roku, pochowany został Mamert Stankiewicz, dowódca pol­skich trans­at­lan­ty­ków, który poległ trzy dni wcześ­niej pod­czas ata­ku i zato­pie­nia jego okrętu ORP Piłsudski. Pos­tać Mamerta Stankiewicza przesz­ła do legen­dy, a dzięki opo­wia­da­niom z tomu Znaczy Kapitan Karola Olgierda Borchardta stała się sym­bo­lem patrio­tyz­mu i mors­kiego profes­jo­na­lizmu. Co roku grób „Znaczy Kapi­tana” odwie­dza­ją zało­gi pol­skich stat­ków i jach­tów, dele­gacje harce­rzy i osoby prywatne. Zlot najwięk­szych żag­low­ców świata umoż­li­wił jed­no­czes­ną wizytę wielu jednos­tek, w tym Mira – żaglow­ca peters­bur­skiej Państwo­wej Aka­de­mii Mors­kiej, której absol­wen­tem (za czasów carskich, gdy nosiła nazwę Morski Korpus Kadetów) był Mamert Stankiewicz.

02_2010-08-09_Hartlepool_Kazimierz_Kaczor_fot_Jerzy_Knabe_A
                                                                                                                                                                Fot.: Jerzy Knabe

Przypominamy o tym teraz nie tylko dlatego, że podczas uroczystego apelu przy grobie kpt. Mamerta Stankiewicza Kazimierz Kaczor czytał fragmenty opowiadań z tomu Znaczy Kapitan.

W tym samym rejsie oficerem Pogorii był również Krzysztof Grubecki, który w jednym z por­tów, za zgodą rozmówcy, utrwalił na taśmie opowieść o karaibsko-amerykańskiej przygodzie Kazimierza Kaczora.

Sięgnęliśmy do naszych archiwów, by odtworzyć tamto opowiadanie. W wielu miejscach – co oczywiste – powtarza ono część faktów z owych dwóch rozdziałów, w wielu miejscach wprowadza dodat­ko­we postacie i szczegóły (np. o wizycie w Hartlepool nie ma w książce ani słowa). Jest po prostu bardziej szczegółowe, a jako takie uzupełnia relację książkową.

Publikujemy tę historię z nadzieją, że jej lektura zachęci do poznania fascynującego życiorysu wielkiego aktora w pełnym wymiarze, a więc do sięgnięcia po książkę Piotrowicza. Zwłaszcza, że czyta się ją z ciekawością i przyjemnością, bo napisana jest wartko i sprawnie, do tego wydano ją niezwykle starannie. A dostępna jest na wyciągnięcie ręki, bo istnieje w wersji papierowej i elektronicznej.

 03_okladka_00

 

 

 

 

 

 

 

Piotrowicz, Paweł. Kazimierz Kaczor: nie tylko polskie drogi.
Kraków : Wydawnictwo SQN, 2013.

 

 

 

 

Kazimierz Kaczor:  Jestem z Krakowa…

 

Jestem z Krakowa.

Zadziwiajace, że nie mając nigdy żadnego marynarza czy też żeglarza w rodzinie, nagle okazało się, że mnie tak ciągnie do tej wody. Może dlatego, że jestem Kaczor – i to jest najgłówniejsza przyczyna?

 

Żeby jakieś daty były: w 1963 zrobiłem stopień żeglarza. Egzamin zdawałem na Zalewie Rożnow­skim, bo to najbli­żej Krakowa, ale praktykę żeglarską miałem na Wiśle i na Mazurach. Gdy ktoś przyjedzie do Krakowa i popatrzy na Wawel, to zauważy, że u stóp wzgórza do tej pory jest klub żeglarski. Regularnie, trzy-cztery razy w roku odbywały się regaty Wawel – Tyniec – Wawel, bardzo ciekawe doświadczenie żeglarskie. Dokładnie na drugim brzegu Wisły jest przystań.

Gdy o tym opowiadam, wszyscy mówią: „To z klubu musi być piękny widok na Wawel…”. Ale my, krakauerzy, przyzwyczajeni jesteśmy do pięknych widoków. Skąd by się nie patrzyło, to Wawel jest piękny.

 04 Widok na Wawel z przystani kajakowego Klubu Nadwislan 2aWidok na Wawel przez Most Dębnicki z przystani kajakowej klubu Nadwiślan

 

Potem musiałem przepływać te swoje dwa lata stażu i w 1966 zrobiłem sternika jachtowego.

Rok później, na jachcie Wanda[1], po raz pierwszy wypłynąłem na słone wody, bo chciałem robić kolejne stopnie, a do tego potrzebne były rejsy stażowe. Jeśli dobrze pamiętam był to jacht klubu „Budowlani Nowa Huta”[2]. Kapitanem Wandy był kpt. Śleszyński, żeglarz z Krakowa.

 

sy_Wanda_PZ-103_IMGirULUPs/y Wanda

 

Po Bałtyku pływało się wtedy na ogół bez prawa zawijania do obcych portów – bo tylko tak można było mając tak zwaną klauzulę morską.

Pierwszy stażowy rejs bałtycki, drugi – i w ten sposób zdobyłem „r.u.”, czyli rozszerzone upraw­nie­nia: mogłem prowadzić łódkę do 30 metrów kwadratowych żagla po wodach przybrzeżnych, „P-20”. Wtedy mi to wystarczało, albowiem żeglarstwo, które wtedy uprawiałem, to było żeglarstwo mazurskie. Na morze się niespecjalnie pchałem, bo doświadczenia z Bałtyku miałem raczej okropne. Było strasznie dużo kandydatów i mało łódek, więc z Krakowa dostać się na morze było dość trudno. Na Wandzie było 8 koi, nas płynęło 11 osób, bo zawsze ktoś stał na wachcie. W związku z czym w kojach spało się na zmianę i było w nich wilgotno, na Bałtyku zimno, deszcz, w kuchni – słabo.

Nie było żadnego stania na kotwicy: wypływamy w rejs stażowy, płyniemy 6 dni, komu wypada wachta – idzie na pokład, a ci z pokładu wskakują w koje. To były lata studenckie i po-studenckie, bo już byłem wtedy aktorem Teatru Starego.

Niemniej jednak trochę mil natłukłem. Ale gdy już zdobyłem te „r.u.”, w ogóle się na słonej wodzie nie pokazywałem.

 

W 1973 przeniosłem się do Warszawy ze swoimi sprawami zawodowymi.

Dostałem się do grona Yacht Klubu Polskiego w Warszawie, gdzie poznałem przewspaniałych ludzi. Wśród nich byli właściciele najrozmaitszych jachtów, w tym również morskich.

Kapitan Jerzy Mańkowski, który zbudował jacht Maria[3] – później słynny z rejsów Ludomira Mączki, zaprosił mnie na dwudniowy rejs po Zatoce Gdańskiej. Bardzo mi się to podobało: była piękna pogoda i dobrze wiało.

Już nie pamiętam, czy to była akurat Maria[4], ale tamta łódka chodziła naprawdę dobrze.

 

06_1973_Jerzy_Mankowski_na_Marii_poz_cz_sm_fot_Wojciech_Jacobson                                                                                                                                                          Fot.: Wojciech Jacobson
Jerzy Mańkowski na Marii w 1973 r. Szykuje haczyki i żyłki do połowu dorsza gdzieś u wybrzeży duńskich.

 

 

07_Maria, zatoka Soufrière, wyspa St Lucia (Karaiby); fot Wojciech Jacobson                                                                                                                                                     Fot. Wojciech Jacobson
s/y Maria, zatoka Soufrière, wyspa St. Lucia (Karaiby)

 

I tak mi zasmakowało. I ten zapach morza. I tak mi to morze zaczęło chodzić po głowie…

 

Jurek Mańkowski tymczasem zrobił sobie stocznię jachtową i tam robił najrozmaitsze kadłuby. Z kolei naszym kolegą klubowym był konstruktor Maka 707[5] – Heniu Jaszczewski. Dlatego o tym wspo­mi­nam, że właśnie z Makiem wiąże się moja następna przygoda morska i przyjaźń z Tony Halikiem.

 

Tony’ego spotkałem w klubie, to jest klubowa znajomość. Kiedy się zapisałem, Tony już do klubu należał. Przyjrzał mi się raz, drugi raz – potem się dosiadł do stolika. O tym żeśmy zagadali, o tamtym.

 

Jedną z pierwszych pięciu łódek Mak 707 Tony wyklepał u Mańkowskiego. Ja – też u Mańkowskiego – chyba ostatnią, piątą. I przywieźliśmy te dwie łódki do Jachtklubu do Warszawy. Tylko kadłub miały z laminatu, a reszta była w drewnie. Wzięli się za nie szkutnicy. Najpierw za Toniego, bo był on na tyle zasob­ny finansowo, że mógł sobie pozwolić na wiele rzeczy. Natomiast ja i Bożena, moja żona, robiliśmy część rzeczy sami, na przykład wyklejaliśmy kadłub, piankowaliśmy, obkładaliśmy sklejką, wklejaliśmy grodzie. Ale przynajmniej wiedziałem, jak moja łódka jest zbudowana.

Żył wtedy jeszcze znany szkutnik Henio Horbaczewski[6]. Waldemar Marszałek nie miał innych łódek-ścigaczy, jak zbudowanych przez Henia Horbaczewskiego i na jego kadłubach zdobywał mistrzos­twa świata.

Henio, gdy kładł pokład, szczególnie pokład dziobowy – sklejka dziesiątka, mahoniowa! – to chodził koło tego i brał tak: tu przyciskał kolanem, sklejkę w dół, ręczną piłką: ciach-ciach-ciach, przyłożył, przygiął – i już wszystko idealnie pasowało. Po prostu: kunszt niebywały. Ostatnia łódka, którą zrobił w życiu, to był mój Desperat.

 

Wszyscy żeglarze, a w ogóle wszyscy, którzy cokolwiek budowali, wiedzą, że tamtych latach w Polsce zdobyć cokolwiek graniczyło z cudem.

Tony budował to samo co my, tylko miał pieniądze na zatrudnienie ludzi, więc był szybszy od nas o trzy miesiące. Ale zwodowaliśmy te łódki i postanowiliśmy odbyć wspólny rejs, by wymienić się doświad­czeniami na Mazurach. Bo Maki to były mieczowe łódki mazurskie: zanurzenie 25 centymetrów, z mieczem – metr dwadzieścia. Ale na owe czasy – lata siedemdziesiąte – to był luksus. Wszyscy przycho­dzili i patrzyli: kadłub z żywicy a pokład drewniany – po prostu niebywałe połączenie, największa prak­tycz­ność, jaka może być, połączona z walorami żeglarskimi.

Jacht, na którym płynął Tony z żoną Elżbietą, nazywał się Halikówka, a mój się nazywał Desperat. Nie wiem, czy jeszcze ta łódka istnieje. Pięć czy sześć lat temu – istniała. Kupił ją ode mnie jeden kolega klubowy, potem sprzedał dalej i oddaliła się od klubu, a ja jej losów nie śledziłem.

 

08_2010_sy_Halikówka_fot_Wojtek_Matz                                                                                                                                                    Fot. Wojciech Matz
s/y Halikówka w roku 2010.

 

Kadłub był doskonały, gładziutki – przecież to wszystko było ręcznie robione: skrobanie, szlifo­wa­nie, bąble były „wyklepywane” pędzlem. Nie było wtedy żelkotu, tylko trzeba było te wszystkie bąble na zewnątrz wyskrobać, zalać żywicą, zapastować, wykitować tak, żeby się wytworzyła jedna płaszczyzna, po czym pomalować.

Tu się zaczęło poszukiwanie farb – stąd moje wyjazdy do najrozmaitszych stoczni, między innymi do stoczni szczecińskiej, gdzie poznałem „Kubę” Jaworskiego. Dostałem primer, kładziony dwukrotnie i farbę poliuretanowo-żywiczną, dwuczęściową. Oba kadłuby pomalowaliśmy na biało, głównie dlatego, że nie było innych kolorów.

Jakikolwiek silnik – poza rosyjskim „Wietierokiem” i jakimś polskim, już nie pamiętam, jak się nazywał – był nie do dostania. Tony oczywiście sprowadził sobie „Seagulla” z Anglii, ale mnie nie było na to stać. Tymczasem ze stoczni zadzwonili, że są silniki do remontu, które oni mają w remanencie. Kupiłem 12-konną Yamahę, zawieszaną na burcie – rewelacja! Do takiej łódki pięć koni było wystarczające, osiem koni uważane było za „górkę”. Ja miałem przynajmniej o 50% za dużo mocy na tę łódkę, ale później – na morzu ten silnik, z długą kolumną, okazał się idealny.

Po tym rejsie mazurskim jakieś tam doświadczenia co do Maka zdobyliśmy.

 

Od 13 grudnia 1981 nastał stan wojenny.

Postanowiliśmy z Tonym, że nie będziemy się przejmować przydziałami na benzynę. Tony, jako kores­pondent NBC, miał swoje przydziały, bo dla dyplomatów i korespondentów zagranicznych były inne. Stąd, gdy Toni mieszkał w dalekim Aninie, to myśmy jeździli do niego raz, dwa razy, w tygodniu i gra­liś­my w brydża.

I pewnego wieczoru Tony mówi:

– To jest nie do wytrzymania. Zrobimy tak: popłyniemy gdzieś. Tylko gdzie?

– Nie wiem – mówię.

– Wiesz co? – mówi Tony – Niech Elżbieta otworzy atlas, ja zamknę oczy i pokażę palcem.

Elżbieta otwarła atlas świata, Tony pokazał palcem.

Karaiby.

Dobra. Płyniemy na Karaiby.

 

Był początek roku 1982. Szaleńczy pomysł, jak na ten czas.

Pomyślałem, że to jest nie do spełnienia, bo nie dostanę paszportu.

 

I rzeczywiście nie dostałem. Tony poszedł z interwencją do GKKFiS-u[7], którym władał niejaki Marian Renke, i powiedział, że to jest polska wyprawa żeglarska z jego udziałem – nie wiem, co on tam jeszcze naopowiadał, niemniej jednak dostaliśmy z żoną paszporty sportowe.

Postanowiliśmy tak: Tony z Elżbietą polecą do Meksyku, do znajomych, my natomiast prze­trans­por­tu­jemy nasze jachty gdzieś na Karaiby.

Dokąd? Nie wiemy. Trzeba iść do PLO.

Poszliśmy raz. Później Tony wyleciał, żeby w Meksyku czekać na wiadomość, gdzie będą łódki. Więc jadę do Gdyni drugi raz. Fantastycznie się mną zajęli, w końcu znaleźli statek, który miał płynąć w tamten rejon świata. Był to Bolesław Śmiały[8].

Załadowaliśmy się.

 

09_ms_BOLESLAW SMIALY_0                                                                                                                                                            Fot. arch. PLO
m/s Bolesław Śmiały.

 

Wypłynęliśmy w grudniu 1983. Gdy wyszliśmy z Zatoki Gdańskiej, nie było jeszcze wiadomo, czy płyniemy w lewo, czy w prawo, bo armator wciąż „dogadywał sprawy”.

Kapitan mówi:

– Albo popłyniemy do Leningradu, bedziemy tam stali trzy tygodnie, a później na Kubę, albo popły­nie­my gdzie indziej.

Popłynęliśmy gdzie indziej. Zawinęliśmy do Szwecji, gdzie wzięliśmy płyty stalowe.

– Dokąd z tymi płytami popłyniemy?

– Do Gijón, w Hiszpanii.

No, to jesteśmy jakby troszkę bliżej.

Na statku było sześć kabin pasażerskich i dwunastu pasażerów. Wśród nich ja z żoną. Spędziliśmy na tym statku prawie trzy miesiące. Z Hiszpanii nas wywiało do Anglii, z Anglii do Kanady, z Kanady – do pięciu portów Stanów Zjednoczonych, bo płynęliśmy wzdłuż Wschodniego Wybrzeża. Wreszcie wesz­liśmy w Zatokę Meksykańską. Już jest dobrze!

Byliśmy w Nowym Orleanie, Galveston, Mobile. Zawinęliśmy do Veracruz w Meksyku. Stamtąd – gdyby były kurczaki – pojechalibyśmy na Karaiby, a jeśli nie – mieliśmy polecieć gdzieś na pusto.

Polecieliśmy na pusto, na Kubę, gdzie miały być pomarańcze. Stamtąd Śmiały wracał do kraju.

 

Z Veracruz zadzwoniłem do Tony’ego, że jedziemy na Kubę i będziemy w Hawanie.

Tony z Elżbietą przylecieli do Hawany, a Bolesław Śmiały stanął na redzie i było wiadomo, że będzie tam stać długo. Daliśmy więc marynarzom odpowiednie prezenty, zrzuciliśmy łódki na pełnym morzu i korzystając z silników dopłynęliśmy do brzegów Kuby.

Stanęliśmy na Río Almendares, w marinie słynnej z tego, że z niej wypływał na morze Hemingway. Tam musieliśmy się wziąć za lekki remont łódek, ponieważ jechały na pokładzie i przeszły przez parę sztormów, które spotkaliśmy. Ale za to jechały za friko – tak się PLO zachowało!

Tony już wtedy był znany z telewizji, robił te swoje programy. Znał perfekt angielski – bo latał w RAF-ie i perfekt hiszpański – bo był obywatelem argentyńskim.

 

Historię Tony’ego zacznijmy tak, że w czasie wojny był pilotem RAF-u, w jednostce fotograficznej, więc zajmował się filmowaniem i fotografowaniem w powietrzu, przy czym dwa razy go zestrzelili. Kiedy wyszedł z armii, pracował w Afryce, w Argentynie.
W 1950 znalazł się w Stanach i postanowił przejechać dwie Ameryki – od północy do południa.

10_Tony_Halik_01                                                                                                                                                 Fot. Elżbieta Dzikowska

Kupił landrovera, czy jakiś inny terenowy samochód, pojechał do Kanady i z kamerą zaczął jechać w dół. Na samochodzie umieścił napis po angielsku „Rajd przez dwie Ameryki”.

Wjechał na ulice Nowego Jorku i – szczęśliwy traf – obok niego w korku staje jakaś limuzyna, z której wychyla się facet i pyta „Skąd jedziecie?”

Tony odpowiada, że z Kanady, że ma zdjęcia na taśmie.

„To zajdź do nas” – mówi ten facet i podał mu wizytówkę.

Okazało się, że był to jeden z prezesów NBC. Podczas wizyty mówi: „Pokaż no te filmy!”

Spodobały się i od tej pory Tony jechał przez obie Ameryki jako korespondent NBC. On robił dla nich materiały, oni je od niego kupowali, a on miał pieniądze na dalszą podróż.

 

Kiedy Tony znalazł się w Polsce miał ze sobą całą paczkę filmów, które nazwał „Tam gdzie pieprz rośnie”. I te filmy ze swojej pierwszej podróży pokazał w Polsce. Wszyscy się nimi zachwycili.

W 1975 Tony przeniósł się do Polski na stałe. Pracował dla NBC, ale co rusz wyskakiwał gdzieś w świat, by kręcić na bieżąco w miejscach, w których nie był. Między innymi nasza wyprawa miała nakręcić filmy z Karaibów dla cyklu „Pieprz i wanilia”. Tony zrobił cztery filmy, które były puszczane w polskiej telewizji.

 

Tony w ogóle nie martwił się tym, jak nas przyjmą na Kubie. Zakładał, że nie będziemy mieli żad­nych kłopotów.

Kiedyś, gdy był korespondentem NBC, napisał list do Fidela Castro, że chce z nim zrobić wywiad. Castro żadnych wywiadów amerykańskiej telewizji nie udzielał, o tym w ogóle mowy być nie mogło, ale Tony napisał, że jest Polakiem, że zrobi uczciwy wywiad i że Señor Comandante może mieć pewność co do tej uczciwości.

Castro udzielił mu wywiadu i poszło to – w telewizji amerykańskiej – bez żadnych cięć.

Widocznie Fidel nabrał pewności wobec Tony’ego, bo kiedy wysłaliśmy pismo do kubańskiego minis­terstwa rolnictwa, że tam płyniemy, Raul Castro[9] wypisał nam list, którym legitymowaliśmy się przed wszystkimi tymi żołnierzami, którzy wpadali, by nas kontrolować.

 

Tak więc jest marzec 1984. Mamy łódki zrzucone w Hawanie i wiemy, że mniej więcej za dwa mie­sią­ce zaczyna się sezon huraganów. Powinniśmy tu dotrzeć w listopadzie 1983, ale najpierw statek miał opóźnienie z wyjściem z Polski, bo były kłopoty techniczne, później trzy miesiące pływaliśmy od portu do portu.

Początkowo myśleliśmy, że pożeglujemy zimą, skończymy w Wenezueli, bo tam często zachodziły polskie statki – i stamtąd pojedziemy do domu. Albo: opłyniemy Kubę, zostawimy łódki na Isla de la Juven­tud[10] – Wyspie Młodości i polecimy do Tony’ego do Meksyku, gdzie może jakąś robotę znajdziemy.

Zdaje się – bo nigdy tam nie dojechaliśmy – że Tony miał tam jakiś kawałek ziemi, ale pod tym wzglę­dem był tajemniczy i nigdy tego nie opisywał. Nie opisywał też kawałka puszczy amazońskiej, której był właścicielem, ani kawałka Amazonki, której też był właścicielem – bo w międzyczasie również był armatorem: założył linie łódek transportujących rzeczy podróżujących po Amazonce.

 

Tymczasem płyniemy na zachód. Byliśmy w Puerto Mariel, porcie słynnym z tego, że ponad sto tysięcy Kubańczyków wyemigrowało stamtąd w 1980-tym roku, gdy Castro nagle odpuścił i pozwolił „oby­watelom” na wyjazd do USA. A potem się okazało, że część „obywateli” to byli przestępcy wypuszczeni z więzień i umysłowo chorzy ze szpitali psychiatrycznych.

Dopłynęlismy do Puerto Mariel, późnym popłudniem, zawinęliśmy do pierwszej zatoczki po lewej stronie, zjedliśmy kolację. Wieczorem słyszymy „puk-puk” w burtę.

Pedro.

Rozmawia o czymś z Tonym i słyszę, że Tony mówi „Tak”.

Okazało sie, że stanęliśmy w hodowli ostryg, które rosły sobie na mangrowcach. Pedro podrzucił wiaderko świeżych ostryg, scyzoryk, pokazał jak otwierać – i zniknął.

Taka ostryga, wyciągnięta prosto z morza, gdy się ją otworzy, wygarnie i łyka, jest lekko słona – a jaka smaczna! Jak we francuskiej restauracji!

Nastepnego dnia, gdy miejscowi zobaczyli, że nasza ekipa obrobiła pół wiadra tych ostryg, Pedro przywiózł w worku plastykowym ostrygi już obrane, bo na brzegu była fabryka do obierania.

 

Popłynęliśmy do Varadero, by robić tam zdjęcia podwodne. Na filmie jest Tony polujący z kamerą – bo były dwie kamery i ja go brałem z tej drugiej – wokół fantastyczne rafy i ryby, które nie bały się kompletnie. Często podpływałem z kuszą do takiego półmetrowego strzępiela – buch! – i wieczorem mieliśmy na ruszcie obiad.

Do kręcenia podwodnego Tony miał powietrzne aparaty nurkowe „Mors” polskiej produkcji, takie dwubutlowe[11]. Tylko żadnej sprężarki nie wzięliśmy, bo były strasznie ciężkie i zajmowały mnóstwo miejsca, ale butle nam ładowali Kubańczycy.

 

Kubańczycy to przeuroczy ludzie, serdeczni niebywale, tyle że w pewnym momencie dochodzą do takiej granicy, gdzie kończy się przyjaciel, a zaczyna Kubańczyk. A dla Kubańczyka, każdy przybysz, nawet poznany dobrze, może się okazać szpiegiem amerykańskim.

Taki obrazek. Jesteśmy na Isla de Paraíso – Rajskiej Wyspie, gdzie ciągle koło nas się kręcili rybacy. Oni nam dostarczali ryby, my dawaliśmy im konserwy wieprzowe, bo oni uwielbiali wieprzo­wi­nę, a u nich tego nie było. Siedzimy więc na plaży de Paraíso, smażymy na ruszcie ryby, rybacy są koło swojego kutra, nagle trzech z nich z tego kutra wyskakuje: „Jest ósma wieczór! Nikt nie może przebywać na lądzie! Wszyscy do łodzi!”

Tłumaczy to Tony i dodaje:

– Oni teraz są ochotniczą strażą przybrzeżną – Guardia Frontier. Mają karabin, więc wszyscy muszą iść do łódek.

Siedzimy więc w łódce. Mówię:

– Tony, może by im kielicha?

– Nie, na kielicha to oni nie pójdą,

– To może papierocha?

– Nie, ale dajmy im jeszcze puszkę parówek.

Tony do nich poszedł z tymi parówkami, opowiedział jakiś żart.

Po godzinie im odpuściło, mogliśmy zejść na ląd. I znów byliśmy amigos polacos. I znowy wszyscy byli serdeczni niezwykle.

 

Z rybakami spotykaliśmy się wszędzie. I teraz jest osobna opowieść, specjalnie dla wędkarzy: o sposobie łowienia tuńczyków. Bo z kutra-tuńczykowca łowi się na wędkę.

Kuter jest zbudowany z cementu – polska myśl techniczna: cementowiec. Rybacy wypłynęli raniutko i najpierw szukali sardynek. Wypatrzyli je pod brzegiem – ot, taka drobnica – zaczęli łowić i wrzucali je, żywe, do zbiornika, który był w środku kutra.

Gdy sardynek było już sporo, jeden z rybaków wdrapywał się na maszt z lornetką i szukał tuńczyków. Tuńczyki w ławicy są jak stado wilków: okrążają i potem biją w to, co jest w środku. A ważne jest jeszcze to, że w ślad za tuńczykami idą rekiny.

Szybkim manewrem kuter wpłynął między te tuńczyki i – srru! – sardynki za burtę. Ta przynęta – sardynki dla tuńczyków – nazywała się carnada.

Tuńczyki widzą: sardynki idą za kutrem.

Ale na rufie kutra jest rurka z dziurkami, przez którą na morze leci woda. Tuńczyki więc nie widzą, co jest na powierzchni, bo wrażenie mją takie, jakby deszcz padał. I biją w te sardynki. A tu za kutrem wystaje długi kij bambusowy, a na nim lina z haczykiem, takim dwucentymetrowym, i piórkiem. I tuńczyki w ło­wiec­kim szale ten haczyk z piórkiem też atakują.

Gdy tuńczyk złapie haczyk, wtedy trzeba go ciągnąć. Ubrany jesteś w taki brezent, od kolana po pachę z jednym rękawem. I go ciągniesz. Musisz tak wycelować, żeby tuńczyk trafił ci pod pachę, tę osłoniętą brezentem. Wtedy przytrzymujesz tuńczyka, wyjmujesz mu haczyk, podnosisz rękę – obok jest rynna, na którą ten tuńczyk spada i zjeżdża pod pokład.

Ale jeśli nie ciągniesz wystarczajaco rześko, wtedy któryś rekin – z tych, co idą za tuńczykami – widzi, że w ławicy jest ryba, która wolno płynie, więc pewnie chora. Rekin nigdy nie uderzy zdrowego tuńczyka, bo reszta stada go zabije: będzie walić nosami w jego ciało tak, że go zmiażdży. Ale za chorymi się nie wstawiają, więc jeśli się nie wyciąga dostatecznie szybko, można mieć nagle na haczyku z tuńczykiem rekina.

Tak właśnie łowiłem dwudziestoparokilogramowe tuńczyki.

To są straszne torpedy. Łowisz jednego, wyciągasz, pod pokład – i lu!, już następny. Te pięć czy sześć wędek, które są na rufie, pracuje na okrągło. Nałowiliśmy – czy ja wiem? – może sto takich tuńczyków.

Elżbieta surowe mięso tuńczyka siekała na drobno, dodawała dla smaku trochę cebulki i trochę soku z limonki – koniecznie z limonki, bo ona ma inny smak niż cytryna. Po zalaniu dwadzieścia minut trzeba było poczekać, by pod wpływem kwasu mięso skruszało, i można jeść jak tatara.

Tak więc zjadaliśmy te tuńczyki i popijając rosyjskim szampanem, który mieliśmy na łódce w prze­my­sło­wych ilościach.

 

Dopłynęliśmy w końcu do przylądka San Antonio, najdalej na zachód wysuniętego punktu Kuby. Następny kurs mielismy wziąć na Isla de la Juventud.

Dochodzimy do cypla, już mamy się zawinąć na południowy wschód, ale niestety Tony uszkodził ster.

Jachty mieczowe, my na Atlantyku, robi się twardo, bo to jest koniec maja i zaczyna wiać. Więc stoimy w takim bolesnym rozkroku. Map – zero. Kupić nie dało się żadnych, ponieważ ci, którzy wiedzą – to wiedzą i map nie potrzebują, a ci, którzy nie wiedzą – to coś wykręcą. Jachty żaglowe dookoła całej Kuby były dwa – Tony’ego i mój, bo na Kubie jest koniec z żeglarstwem. Konsul austriacki, który wypłynął na małym katamaranie, został ostrzelany z broni maszynowej. Dla Kubańczyków granica, której nie może przekroczyć żaden Kubańczyk, jest na plaży. Ci, którzy uprawiają zawód na morzu, mają specjalne zezwolenia. Jest im trochę lepiej, bo mają stosowne kartki aprowizacyjne, żeby nie wywiali – ale oni nie są już tacy skorzy do wiania, bo kto miał zwiać, to zwiał.

Dopłynęliśmy jakoś do wioski rybackiej Los Arroyos. Tam naprawiliśmy ster na tyle, na ile się dało, ale Tony mówi:

– Wiecie, my już nie popłyniemy dalej. Elżbieta się troszkę pochorowała, wracamy do kraju.

Jest początek czerwca 1984. Wyprawa trwała niecałe trzy miesiące, ale dla nas – gdy doliczyć podróż statkiem – pół roku.

 

11_Elzbieta Dzikowska & Tony Halik_fot_E_Dzikowska                                                                                                                                                          Fot. Elżbieta Dzikowska
Elżbieta Dzikowska i Tony Halik

12_MAPA_Kuba-FLA_satellite_5Na mapie zaznaczono miejsca, o których jest mowa w opowieści

 

Szukamy zatem polskiego statku, żeby zabrał do kraju… tylko jedną łódkę. Bo myśmy wtedy powie­dzieli:

– Tony, my nie wracamy. Nie to, że chcemy zostać, ale jeszcze chcemy popływać.

Tony powiedział: „Okej.”

 

Na redę Hawany przypłynął statek, m/s Śniadecki[12].

 

13_ms Sniadecki                                                                                                                                                  Fot. arch. PLO
m/s Śniadecki

 

Na pokładzie zrobiliśmy drewniane łoże dla łódki Tony’ego, a wszystkie zapasy z Baltony przerzu­ci­liśmy na naszą łódkę.

 

W międzyczasie do Hawany zawinął polski jacht Boruta[13].

  14_sy Boruta_1a_Ksiega-Pamiatkowa-6                                                              Fot.: arch. Klubu Sportów Wodnych Ligi Morskiej i Rzecznej w Łodzi
s/y Boruta

 A.L.-16-w700-695x460_Kaczor_Halik                                                                                    Fot.: Mirosław Frątczak / Klub Sportów Wodnych Ligi Morskiej i Rzecznej w Łodzi
Na Halikówce w Hawanie; siedzą (od l.): Piotr Bartnicki, Andrzej Lipiński, Kazimierz Kaczor, Paweł Morzycki; stoi Tony Halik


Paweł Morzycki był kapitanem – niestety już świętej pamięci, załoga z Łodzi.
Okrążyli Amerykę Południową i wracali do Polski[14].

Na co ja:

– Chłopaki wracajmy razem – będzie nam raźniej. Bo my płyniemy na północ: z Kuby na Florydę.

I poszliśmy razem do Ministerstwa Rolnictwa, żeby wydali nam pozwolenie na wypłynięcie.

A tam mówią: „Mowy nie ma. Na ma takiego kraju, jak USA. My nie wiemy, co to za kraj. Nasi przyjaciele tam nie pływają.”

My na to:

– Ależ skąd! My nie do żadnych Stanów! My na Bahamy!

– Aha, na Bahamy. To już troszkę lepiej.

– I my nie turystycznie, tylko to jest wyprawa żeglarska, bo jak dwie łódki to już jest to wyprawa, a nie pływanie indywidualne.

 1984_32-w7001-695x452_K_Kaczor                                                                               Fot.: Klub Sportów Wodnych Ligi Morskiej i Rzecznej w Łodzi
Kazimierz Kaczor na Kubie, 1984

 

 

Dali nam pozwolenie na jednokrotne przekroczenie granicy kubańskiej. Wyrywaliśmy nocą, aż się za nami kurzyło – żeby nas tylko puścili.

A mogli zatrzymać.

Podpłynął kuter, żołnierze z bronią maszynową i w podkutych butach na ten nasz drewniany pokład: sprawdzają, czy nie ma żadnych uciekinierów.

My im pokazujemy papiery.

– A, tak, tak. Mówili nam. Ale u nas telefon zepsuty.

 

Udało się nam. Na jachcie śródlądowym, na tej mieczówce. Mimo potężnego sztormu, który nas dopędził.

 

Łódka Morzyckiego niewielka, ale na maszcie miała kawał grota, cięła fale wolniutko – i szła. A my? Nawet na zrefowanym grocie, na foku sztormowym – lataliśmy dookoła niej jak fryga. I rozeszliśmy się.

Powietrze się zrobiło inne, te kolory… takie żółto-sine.

A ja na ukaefce słyszę: „Mayday, mayday, mayday” – statek panamski tonie w tym sztormie, gdzieś dwa­dzieś­cia parę mil na północ ode mnie. Aż się zaczęliśmy bać – co się stało z Borutą?

Odpaliłem maszynę i czołgając się, czołgając, nie mając żadnych dokładnych map – myślałem: „jakieś znaki nawigacyjne tam przecież będą!” – dopłynęliśmy do jakiegoś portu, dosyć dużego. Cicho się tam zrobiło, więc podpłynęliśmy, rzuciliśmy kotwicę, wypiliśmy resztę koniaku i poszliśmy spać.

Następnego dnia budzimy się – chyba jesteśmy w Key West. Ale pewności nie mamy.

Odpaliłem katarynę i popłynęliśmy tam, gdzie zobaczyłem napis Coast Guard. Przy pomocy mojego angielskiego wyjaśniam co i jak, a oni że „okey, okey, no problem”.

Widzę, że tuż obok stoi automat z zimnymi napojami. My po pół roku w tropikach, gdzie lodu nie widzieliśmy ani kawałeczka, więc w gardle nam zaschło. Mam jakieś drobne, więc pytam strażnika, czy mogę pójść do tego automatu i kupić puszkę coca-coli z lodu.

Okey, okey. A skąd przypłynęliście?

– Z Hawany.

– Stop! Wracaj!

I łapie za telefon.

Myślę „To teraz się dopiero zacznie!” Ale wizy amerykańskie mamy i to nowe.

 

Stare wizy były ważne do czerwca, więc poszliśmy do przedstawicielstwa interesów amerykańskich w Hawanie – wizytę załatwiliśmy przy pomocy znajomości: polskich dyplomatów i radców handlowych, którzy nas tam zapowiedzieli.

Konsul przyjął nas bardzo miło i pyta:

– Państwo co? Uciekacie?

– Nie, my chcemy przedłużenie wizy.

Konsul machnął ręką, że nie ma sprawy i zaraz przyleciał jakiś urzędnik: wstemplował co trzeba, czyli wizy na następne pół roku i bye-bye.

 

Jest lipiec 1984. Key West.

Wpada brygada: celnicy, immigration, ci od owoców czyli z ministerstwa rolnictwa.

My – przerażeni, w takim policyjnym kraju jeszcze nie byliśmy! Ale nic. Tylko jak ich tam była szóstka, to zeszli się wszyscy i patrzyli w nasze paszporty, ponieważ mieliśmy tam wizy amerykańskie wydane gdzie? W Hawanie! Oni czegoś takiego w życiu nie widzieli!

Nie wiem, czy dzwonili do Hawany – pewnie dzwonili – w każdym razie po dwóch-trzech kwadran­sach coś się rozluźniło.

Ale pytają:

– Owoce masz jakieś?

– Mam dwa mango…

– No to wszystko za burtę, bo nie wolno tego przywozić.

– Cytryny, pomarańcze?

– Nie wolno.

– To może je zjemy?

Okey, no to zjedzcie.

Zjedliśmy, ile mogliśmy, resztę zapakowali do worka – poszli.

I dopiero później uświadomilismy sobie, żeśmy nie zgłosili tego, co mamy pod gretingami: z pięć­dzie­siąt konserw mięsnych, dwanaście butelek ruskiego szampana, dziesięć butelek wódki – no, przemyt na niezwykłą skalę. Ale byliśmy w panice i ani o tym nie pomyśleliśmy.

 

Z Key West – już luźno – popłynęliśmy w stronę Miami.

Przypływamy, patrzymy – za opuszczonym mostem stoi Boruta! I chłopaki machają do nas!

M.F.-9-w700-695x492_Miami                                                                                                                                 Fot.: Klub Sportów Wodnych Ligi Morskiej i Rzecznej w Łodzi
s/y Boruta w Miami w 1984 roku

 

Bo – jak się okazało – oni popłynęli prosto do Miami, pytali o polską łódkę, ale każdy coś słyszał, tylko nikt nic nie wiedział dokładnie, więc myśleli, że coś się z nami stało. Z kolei myśmy po drodze słyszeli, że jakiś polski jacht, że problemy – więc myśleliśmy to samo o nich.

Urządziliśmy przyjęcie. Oni mieli bimber brazylijski, my mieliśmy wódkę. Upiliśmy się w tym Miami strasznie!

Przyszli również żeglarze z Wojewody Koszalińskiego[15]. Okazało sie, że wszystkie opowieści o pol­skim jachcie dotyczyły Wojewody, czyli trzeciej łódki! Która na podejściu do Miami weszła na mieliznę. Przypłynął Coast Guard, ściąganie… no i zrobiło się głośno.

A.L.-7-w700-695x460_Wojewoda_Koszalinski                                                                                                                              Fot.: Klub Sportów Wodnych Ligi Morskiej i Rzecznej w Łodzi
s/y Wojewoda Koszaliński w Miami w 1984 roku

 

I wtedy na pokład naszych łódek wpada… Adam Jasser. Od tej pory inaczej się potoczyły nasze losy.

Adam i Elwira mieszkali na Florydzie na stałe. Adam był skipperem zawodowym. Elwira pracowała jako master cook. Przyjęli nas fantastycznie. Tacy byli mili, tacy swojscy: po prostu zakochaliśmy się w nich. Tym bardziej, gdy się okazało, że Elwira ma przydomek „Kaczor”, to wiedziałem, że ona jest z mojej rodziny.

 

Oczywiście, przychodziła mi do głowy myśl, czy nie zostać, tym bardziej, że wielu znajomych proponowało mi najróżniejsze wyjścia z sytuacji. Ale rozumiałem jedno: ja już nigdzie indziej korzeni nie zapuszczę, zawsze będę foreigner, nie będę Amerykaninem, nie będę uprawiał mojego zawodu. Moje korzenie, moja rodzina, moje miejsce jest w Polsce. Zdecydowałem więc, że zostajemy – na trochę, by zobaczyć Stany, a potem wracamy do Polski.

Chodziłem do szkoły angielskiego i okazało się, że wszyscy wykładowcy to aktorzy. Gdy się dowie­dzieli, że ja też jestem aktorem – zaczęliśmy rozmawiać. Oni mi opowiadali, jak jest u nich, ja im – jak jest u nas. Dzięki temu dużo szybciej podciągnąłem mój angielski. Generalnie oni nam zazdrościli: że mamy robotę. Że mamy robotę!

 

Adam Jasser przyszedł ze swoim przyjacielem Włodkiem Grocholskim. Obaj odegrali w naszej podróży decydującą rolę.

 

Adaś znalazł swego znajomego, Jacka Nożewnika, który zdecydował się kupić łódkę.

 

Nie, w żadnym wypadku nie pojechałem do USA „na handel łodzią”.

Poszliśmy do PLO, a tam nam mówią: „Nie możemy się wywiązać z  naszej umowy, bo są restrykcje Reaganowskie.” A w międzyczasie Reagan ogłosił gospodarczą blokadę Polski i żaden statek nie płynął bezpośrednio ze Stanów do Polski. ”
Poszliśmy do Hartwiga: „Dobrze, łódkę możemy zabrać, wsadzimy ją do kontenera, ale dostarczymy do Bremerhaven. Do Polski nie. Możecie ją sobie dowieźć do Polski na lawecie.”

Więc zdecydowaliśmy, że skoro jest kupiec, to sprzedajemy.

 

Jacek w Polsce był znanym płetwonurkiem, a po przyjeździe do Ameryki otworzył z Krzychem Kruszelnickim stację benzynową przy drodze US-1. Adam opowiadał, że kiedy Jacek zobaczył mojego Maka, to się zachwycił. „Słuchaj – mówił – to jest Rolls Royce! Postawię go na naszej stacji z napisem For Sale i natychmiast go opędzlujemy”. Adam wszedł do spółki, ale zaraz po kupnie Jacek pokłócił się z Krzysztofem i nie było mowy, żeby cokolwiek stawiać na stacji, więc Mak stał w krzakach koło domu Jasserów. Dopiero kiedy Adam dał ogłoszenie do Boat Trader, ktoś ten jacht kupił.

Adam jeszcze twierdził, że nie do końca był to zakup bezsensowny, bo kompas z tego jachtu podaro­wał Ludomirowi Mączce, który tylko dzięki temu trafił do Europy, bo ten kompas miał… 45 stopni dewiacji. Ale to jest jedna z „opowieści Adama” – ma takich dużo.

 

Tak więc sprzedaliśmy łódkę Jackowi, a Włodek znalazł nam forda – busik „E100”, który akurat sprzedawali jego znajomi. Dokupiliśmy kapitańskie fotele, na podłodze położyłem wykładzinę-dywanik, wyremontowałem silnik, na czym akurat się znam – a Włodek mi bardzo pomagał, dorobiliśmy składany stolik, zamontowaliśmy na stałe dwa krzesła, kupiliśmy cooler, dobudowalismy z tyłu schowek – i tym busem postanowiliśmy jechać przez Stany.

 16_Ford-Econoline-100-02 Ford Econoline 100

 

Po sprzedaży łódki zostało nam 1200 dolarów – dla nas to był majątek, za który mogliśmy objechać pół świata. Przecież moja pensja wtedy wynosiła 50 dolarów miesięcznie.

I tu żeglarska opowieść się kończy.

 

Zaczęliśmy jechać przez Stany. Benzyna tania. Dojechaliśmy do Los Angeles. Zatrzymaliśmy się u naszego przyjaciela. Zarobiliśmy tam trochę, ponieważ on był właścicielem magazynu meblowego. Wymontowałem wszystko z naszego busika, żeby mogły nim, na tej dywanowej wykładzinie, jeździć meble – i je woziłem. Kupiliśmy nowe opony – stare były zupełnie łyse i powietrze z nich schodziło z prze­tarcia, a nie z przebicia.

Z Los Angeles – do San Francisco.

I – srru! – jeszcze raz przez Amerykę: przez Yosemity, Wielki Kanion i St. Louis, aż dojechaliśmy do Waszyngtonu.

Mapa_2014-02-12
Mapa z orientacyjnym szlakiem podróży:

A – Miami, B – Houston, C – San Antonio, D – El Paso, E – Tucson, F – Grand Canyon, G – Las Vegas,
H – Los Angeles, I – San Francisco, J – Reno, K – Park Narodowy Yosemite, L – Salt Lake City, M – Denver,
N – Colorado Springs, O – Park Narodowy Yellowstone, P – St. Luis, Q – Indianapolis, R – Waszyngton, S – Nowy Jork
Długość trasy: ok. 8000 mil (12.875 km)

 

W Waszyngtonie zatrzymaliśmy się u Tadzia Walendowskiego, kolejnego naszego przyjaciela. Przy­pom­nie­liśmy się Jackowi Kalabińskiemu – dziennikarzowi Solidarności, który wyemigrował i osiedlił się w amerykańskiej stolicy, gdzie został dziennikarzem Radia Wolna Europa i komentatorem BBC.

Kiedy w marcu 1991 roku Lech Wałęsa, już jako prezydent Polski, występował przed połączonymi izbami Kongresu Stanów Zjednoczonych, to Jacek Kalabiński mu napisał przemówienie i był jego tłuma­czem. Jak Lechu zaczął – a Jacek to przetłumaczył: „We, the people…” – to od razu dostał brawa na stojąco. Bo Jacek użył tu zwrotu otwierającego preambułę amerykańskiej konstytucji[16].

 

Wreszcie dojechaliśmy do Nowego Jorku. Ale to jest osobna historia.

 

Do Polski wróciliśmy w 1985, na Wielkanoc.

Tony szczerze się ucieszył i przyjął nas z wielką radością. Prawdopodobnie – choć nigdy tego nie po­wie­dział – cieszył się, że jego gwarancja, że ja wrócę do Polski, okazała się słuszna.

Powitali nas też celnicy. Pytaniem „Gdzie jest jacht?”

Ponieważ jachtu nie było, musieliśmy zapłacić cło, w przeliczeniu – 890 dolarów. Po sprzedaży sa­mo­cho­du, po mieszkaniu w Nowym Jorku, zostało nam 920 dolarów. Zapłaciliśmy, i jeszcze 30 dola­rów byli­śmy na plusie. A tego, co przeżyliśmy, nikt nam nie zabierze.

W 1986, zimą, wrócilismy do Zatoki Meksykańskiej, też na jacht, ale też jest osobna historia.

 

Wszystko to się działo, gdy miałem stopień sternika jachtowego „r.u.”, czyli z rozszerzonymi upraw­nie­niami.

W 2000 zrobiłem sternika morskiego i to mi w zasadzie wystarczało, żeby pływać po Śródziemnym. Stopień jachtowego kapitana zrobiłem w trzy lata później.

Morze Śródziemne znamy doskonale. Opłynęliśmy całe Lazurowe Wybrzeże, Włochy, Korsykę, Sar­dy­nię, Adriatyk, Grecję, Dodekanezy, Turcję – wielokrotnie. Wtedy, od roku 2000, czarterowaliśmy już jachty. Ale poznaliśmy na przykład fantastycznych Turków, właścicieli jachtów, którzy czekali tylko na nasz telefon, rezerwowali nam jacht i wynajmowali za połowę lub jedną trzecią ceny – bo wiedzieli, że odda­jemy łódkę czystą, niepotłuczoną, bez żadnych usterek, a często w lepszej kondycji niż przed wyna­jęciem.

To były rejsy ze znajomymi, które prowadziłem jako kapitan.

 

 

18_STS_PogoriaSTS Pogoria

 

Pływałem na Pogorii [17]. W sumie było to sześć rejsów, w których dowodzili: Jurek Rakowicz, dwa razy Jurek Jaszczuk, raz Janusz Kawęczyński – Geograf, dwa razy Adaś Jasser. Pierwszy z tych rejsów był kandydacki, a pięć oficerskich.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
Kazimierz Kaczor (w drugim rzędzie pierwszy z prawej) w załodze Pogorii w lipcu 2011. Pierwszy z lewej klęczy kpt. Adam Jasser.

 

Jako kandydat na oficera płynąłem na Pogorii w 1996 z Jurkiem Rakowiczem po Bałtyku. W następ­nym – byłem już oficerem kapitana Jurka Jaszczuka.

Płynąłem z Geografem w jego pierwszym rejsie kapitańskim – widziałem wtedy po raz pierwszy przejętego Geosia – ale jak! Bo to przecież odpowiedzialność!

 

Pod koniec marca 2001 wypłynąłem Pogorią z Tulonu przez Malagę i Gibraltar na Atlantyk. Akurat wtedy, do mety w Marsylii pędziły katamarany ścigające się w regatach non stop dookoła świata, wśród nich – nasza Warta-Polpharma[18], a na niej ośmiu chłopaków, którymi dowodził Romek Paszke.

Złapaliśmy kontakt przez radio i tak celowaliśmy, by ich spotkać.

I rzeczywiście, spotkaliśmy – na Atlantyku, w środku nocy. Wrażenie było ogromne. My z pełnymi światłami, oni z pełnymi światłami, ich maszt niewiele niższy od Pogoriowych. Teraz to ładnie brzmi: „spotkaliśmy się”, ale w rzeczywistości Warta-Polpharma śmignęła obok nas tak, że jej się tylko woda za rufami gotowała: pół minuty nawet to „spotkanie” – a tak naprawdę: minięcie się – nie trwało!

19_sy_Warta-Polpharma_fot_Andrzej_Arminski                                                                                                                                                                       Fot.: Andrzej Armiński
s/y Warta-Polpharma w 2002 r.

Co roku jestem na Mazurach.

Jestem – uwaga! – inicjatorem i organizatorem Żeglarskich Mistrzostw Polski Aktorów.

Zaczęliśmy w roku dwutysięcznym. W tym roku [2010] miały być dziesiąte, jubileuszowe – niestety zabrakło sponsora, więc wypadły z kalendarza[19].

Bardzo ciekawe i nietypowe regaty. Po pierwsze: nie tłuczemy się łódkami. Po drugie: pływamy bardzo uprzejmie: nie zajeżdżamy sobie drogi, nie rzucamy w siebie wyrazami. Cel oczywiście jest jeden: zdobyć mistrzostwo Polski – ale nie za wszelka cenę!

21_2008-06-27_29_IX regaty_aktorow

 

Ciągle mamy 40-45 załóg trzyosobowych na omegach. Musimy robić eliminacje! Stu dwudziestu – stu pięćdziesięciu żeglarzy! Trzydniowe regaty!

 

22_2006-07-01_02_VIII regaty_aktorow-47Kazimierz Kaczor podczas VIII Żeglarskich Mistrzostw Polski Aktorów; Mikołajki, lipiec 2006.

 

Impreza jest sponsorowana. Deutsche Leasing, BRE Bank – my im dajemy miejsca na reklamę, a nasze regaty ściągają media. Telewizja robi relacje na żywo w trzech programach, jest mnóstwo dziennikarzy. Przyjeżdża prezes PZŻ, sekretarz generalny – wręczają medale.

 

23_2012-09-07_10_X regaty_aktorow_50Kazimierz Kaczor podczas X Żeglarskich Mistrzostw Polski Aktorów; Pisz, wrzesień 2012.

 

 

 24_2006-07-01_02_VIII regaty_aktorow-45
Kazimierz Kaczor i Roman Paszke

podczas VIII Żeglarskich Mistrzostw Polski Aktorów; Mikołajki, lipiec 2006.

 

Ja nie startuję. Jestem komandorem honorowym regat, więc pilnuję, żeby wszystko szło według planu, łagodzę spory, mediuję w konfliktach – bo przecież zawsze ktoś komuś drogę zajedzie. Organizacja hoteli, czarterowanie łódek. Poważna praca…

 

Rozmawiał (w czerwcu 2010): Krzysztof Grubecki.
Do druku podał (10 lutego 2014): Kazimierz Robak
Kazimierze wszystkich krajów – łączcie się!

ŻeglujmyRazem.com

 

 

 

Kazimierz Kaczor
                                                                                                                             Fot.: Czesław Czapliński / FOTONOVA

 

Kazimierz Kaczor

 Urodzony 9 lutego 1941 w Krakowie. Aktor teatralny, filmowy i telewizyjny, artysta kabaretowy.

Przez półtora roku studiował w Krakowskiej Wyższej Szkole Rolniczej. Absolwent Wydziału Lalkarskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie (1964), dyplom aktora dramatu tejże uczelni (1965).

Jako aktor zadebiutował 20 grud­nia 1959 w sztuce Sławomira Mrożka Męczeństwo Piotra Oheya na scenie Teatru Lalki, Maski i Aktora „Groteska” w Krakowie. W teatrze tym pracował do roku 1965.
Aktor Teatru Starego w Krakowie (1965-1973), Teatru Współczesnego w Warszawie (1973-1974), Teatru Powszechnego w Warszawie (od 1974). W latach 1996-2002 prowadził na antenie Programu Drugiego TVP teleturniej Va Banque.

Przewodniczący Sekcji Dramatu w ZASP (1990-1993), członek Rady Kultury przy Prezydencie RP (1992-1993), prezes Związku Artystów Scen Polskich (1996-2002).

Z ról filmowych, których aktor ma w dorobku blisko półtorej setki, największą popularność przyniosły mu postacie z seriali telewizyjnych: kapral Leon Kuraś (Polskie drogi, 1976-1977, reż. Janusz Morgen­stern), Jan Serce (Jan Serce, 1979-1981, reż. Radosław Piwowarski), Ludwig Franke (Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy, 1981, reż. Jerzy Sztwiertnia), Zygmunt Kotek (Alternatywy 4, 1983, reż. Stanisław Bareja), strażak Zenon Kuśmider (Zmiennicy, 1986, reż. Stanisław Bareja), senator Marek Złotopolski (Złotopolscy, 1997-2009, reż. Janusz Zaorski).

 

 


[1] s/y Wanda – drewniany jacht typu Vega; konstrucja (1957, zgodna z formułą RORC): Ryszard Langer i Kazimierz Michalski; zbudowany (1967) w Szczecińskiej Stoczni Jachtowej w tzw. wersji luksusowej: konstrukcja dębowa, poszy­cie mahoniowe, pokład teak (najlepsze wówczas materiały odporne na ścieranie, pęcznienie i gnicie) dla arma­tora Jacht Klub „Budowlani Nowa Huta” z Krakowa. Dł.: 11,67 m (38.3 ft); szer.: 2,40 m (7.9 ft); pow. ożagl. 60 m kw. (646 sq. ft). Jacht wykazał się dużą dzielnością morską, żeglował w trudnych warunkach na wodach Atlan­ty­ku, Morza Północnego, Norweskiego i Bałtyku; był na Islandii, Wyspach Owczych, w portach Morza Północnego, w północnych rejonach Zatoki Botnickiej; w latach 1967-1991 odbył 196 rejsów, w których przepłynął 115 000 Mm, na jego pokładzie pływało 1320 żeglarzy.

[2] Założony w 1955 Zakładowy Klub Morski. 1959 – włączony do Związkowej Federacji Sportowej Budowlani i naz­wa­ny Yacht Club Budowlani Nowa Huta. 1977 – decyzją władz politycznych dzielnicy połączony z Między­za­kła­dowym Klubem Sportowym „Wanda” w jeden duży klub wielosekcyjny Budowlany Klub Sportowy „Wanda”. 1991 – powraca do starej nazwy Yacht Club Nowa Huta, lecz już bez słowa „budowlani”. 1993 – przyjęty do Yacht Klubu Polski jako Yacht Klub Polski Kraków.

[3] s/y Maria – kecz-marconi; projektant: Wacław Liskiewicz na wzór konstrukcji Colina Archera i Johna G. Hanny (Tahiti ketch). Budowa: Jerzy Mańkowski, 1971, Stocznia Gdańsk. Materiał: szkielet dębowy, poszycie maho­nio­we. Dł. kadłuba: 9,80 m (32.2 ft), z bukszprytem: 11,20 m (36.7 ft); szer.: 3,20 m (10.5 ft); pow. ożagl.: 46 m kw. (495 sq. ft).

[4] W 1973 Marię zakupił Ludomir Mączka.

[5] Mak 707 – mieczowy slup bermudzki, kadłub z żywic poliestrowych; projektant: Henryk Jaszczewski. Dł. kadłuba: 7,07 m (23.2 ft); szer.: 2,50 m (8.2 ft); zanurz. maks.: 1,35 m (4.4 ft), min.: 0,24 m (0.8 ft); wysokość w kabinie: 1,50 m (4.9 ft); pow. ożagl. 23 m kw. (247.5 sq. ft); miecz: obrotowy; masa miecza: 100 kg (220.5 lbs): balast: 80 kg (176 lbs); silnik: zaburtowy; moc silnika: 6-8 KM (4.5-6.0 kW).

[6] Henryk Horbaczewski miał bogate doświadczenie szkutnicze i bojerowe: jego dziełem są ślizgi klasy Monotyp XV i DN, na których startowali w zawodach żeglarze lodowi YKP Warszawa.

[7] Główny Komitet Kultury Fizycznej i Sportu – centralny organ administracji PRL utworzony 28 maja 1978 z Głów­nego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki, spełniał rolę ministerstwa sportu. W okresie 1978-06-26 – 1985-11-12 funkcję przewodniczącego GKKFiS-u pełnił Marian Renke (1930-1992), działacz partyjny.

[8] m/s Bolesław Śmiały – drobnicowiec; zbudowany: 1967, Stocznia im. A. Warskiego, Szczecin jako „Sz B-445/3”. Dł.: 145,3 m (477 ft); szer.: 18,8 m (62 ft); zanurz.: 7,3 m (24 ft); nośność: 7773 TDW; silnik spalinowy, moc: 5580 kW; prędkość: 17,5 w. W PLO: 1967-1990, później sprzedany.

[9] Raúl Castro – w latach 1959-2008 druga osoba w państwie po Fidelu Castro: drugi sekretarz kubańskiego KC, pierw­szy wiceprzewodniczący kubańskiej Rady Państwa (pierwszy wiceprezydent) i Rady Ministrów (pierwszy wicepremier), minister Rewolucyjnych Sił Zbrojnych.

[10] do 1978: Isla de Pinos

[11] Aparaty „Mors” do nurkowania swobodnego powstawały w latach 1960-68 w Zakładach Mechaniki Precyzyjnej w Gdańsku-Przymorze. Produkowano je w wersjach P-11 (jednobutlowy), P-21 (dwie butle 8-litrowe) oraz P-31 (trzy butle). Wersja dwubutlowa pozwalała na przebywanie pod wodą ok. 1 godziny. Aparat nurkowy składał się z dwóch części: dwustopniowego automatu oddechowego i zestawu butlowego na sprężone powietrze.

[12] m/s Śniadecki – drobnicowiec; budowa: 1962, Stocznia im. A. Warskiego, Szczecin jako „Sz B-516/3”. Dł.: 145.8 m (278.3 ft); szer.: 18.5 m (60.7 ft); zanurz.: 7.6 m (25 ft); nośność: 8653 TDW; silnik spalinowy: SD6 HCP-Sulzer 6RD76, moc: 5741 kW; prędkość: 17.5 w. W PLO: 1962-1985, później złomowany (China Resources Metals and Minerals Co. Ltd.,Hong Kong, China).

[13] s/y Boruta – typ: Conrad II, typ ożagl.: slup; konstruktor: Ryszard Langer (1958), budowa: Zakłady Szkutnicze LPŻ Szczecin, wodowany: 1960-04-24; nr na żaglu: PZ 118; armator: Wojewódzki Zarząd Ligi Przyjaciół Żołnierza w Łodzi. W 1977 przebudowany w szkutni Klubu Sportów Wodnych LOK w Łodzi wg projektu inż. Stefana Workerta. Dł.: 11,70 m (38.4 ft); dł. linii wodnej: 8,40 m (27.5 ft); szer.: 2,68 m (8.8 ft); zanurz.: 1,71 m (5.6 ft); balast: 2,9 t (6394 lbs); wyporność: 7 t (15432 lbs); pow. ożagl.: 50 m kw. (538 sq. ft).

[14] Rejs jachtu Boruta „do obu Ameryk” trwał 454 dni, od 29 czerw­ca 1983 (wyjście z Jastarni) do 24 wrześ­nia 1984 (Gdynia). Trasa, licząca 15 959 Mm, prowadziła przez 52 porty 21 państw (m. in. Niemcy, Holandia, Belgia, Francja, Wlk. Brytania, Portugalia, Maroko, Dominikana, Wyspy Bahama, Antigua, Kuba, USA) [część danych za Jerzym Kulińskim].
Załoga: Paweł Morzycki – kapitan, Piotr Bartnicki, Mirosław Frątczak, Wojciech Koseski (wrócił z Francji), Andrzej Lipiński, Leszek Świątek (wrócił z Wysp Kanaryjskich).

[15] s/y Wojewoda Koszaliński – typ jachtu: Rigel, typ ożagl.: kecz bermudzki, kadłub stalowy. Konstruktor: Kazimierz Michalski. Budowa (1976): Stocznia w Darłowie. Dł. całk.: 15,77 m (51.7 ft.); szer.: 5,27 m (17.3 ft.); zanurz.: 2,5 m (8.2 ft.); wyporność: 33.47 t (73 789 lbs); pow. ożagl.: – 100 m kw. (1076 sq. ft.); silnik (1984): Ursus S-4003: 38,2 KM (28.5 kW). Flagowy jacht Klubu Morskiego „Tramp” z Mielna.

[16] We the People of the United States, in Order to form a more perfect Union, establish Justice, insure domestic Tranquility, provide for the common defence, promote the general Welfare, and secure the Blessings of Liberty to ourselves and our Posterity, do ordain and establish this Constitution for the United States of America.

[17] STS Pogoria – stalowa barkentyna trzymasztowa; konstruktor: Zygmunt Choreń; budowa (jako B-79/01): Stocznia Gdańska; wodowanie kadłuba: 1980-01-23; podniesienie bandery: 1980-06-01.
Dł.: 46,8 m (153.5 ft.); szer.: 8,00 m (26.2 ft.); zanurz.: 3,7 m (12.1 ft.), wysokość masztów od linii wodnej: 33,5 m (110 ft.); wyporność: 342 BRT; pow. ożagl.: 945 m kw (10 172 sq.ft.). Silnik: oryginalnie – Wola Warszawa diesel, 310 KM (230 kW); obecnie – Volvo Diesel 360 KM (268 kW); śruba: dwułopatowa, nastawna; prędkość na silniku: do 8 węzłów. Zbiorniki wody: 40 t, zbiorniki paliwa: 20 t.

[18] s/y Warta-Polpharma – maxi-katamaran, konstruktor: Gilles Ollier; budowa: stocznia Multiplast, Vannes, Francja; wodowanie: 1987. Dł.: 26,30 m (86.3 ft); szer.: 13,60 m (44.6 ft); wysokość masztu: 31 m (101.7 ft); wyporność: 10.50 t (23148.5 lbs); pow. ożagl.: 300/777 m kw. (3229/8363 sq. ft); prędkość: jako Commodore Explorer, w regatach Trophée Jules Verne – 1993 opłynęła (kpt. Bruno Peyron) świat w 79 dób 6 godz. 15 min, ze średnią 11,35 węzła (http://www.voile-multicoques.com/10.html).
Poprzednie nazwy: Jet Service V, Commodore Explorer, Explorer. 1999 – zakupiony przez polskie firmy Warta S.A. i Polpharma S.A. do startu w The Race – wokółziemskich regatach non stop.
Warta-Polpharma ukończyła The Race na 4. miejscu z czasem 99 dób, 12 godz. 31 min. (2000-12-31 – 2001-04-10). Załoga: Roman Paszke – kapitan, Ryszard Block, Piotr Cichocki, Wojciech Długozima, Dariusz Drapella, Zbigniew Gutkowski, Robert Janecki, Jaroslaw Kaczorowski, Mariusz Pirjanowicz.
Zwycięzcą został katamaran Club Med (dł. 33,5 m; pow żagli: 610/800 m kw.; kapitan: Grant Dalton, czas: 62 doby, 6 godz., 56 min., 33 sek.).

[19] Jubileuszowe, X Żeglarskie Mistrzostwa Polski Aktorów, odbyły się po trzech latach przerwy, 7-9 września 2012 w Piszu.

Calendar

« October 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 
Jesień
– jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

•   Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

•   i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

•   Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

•   Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

•   Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

•   Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

•   Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

•   Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

•   Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

•   Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

•   Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

•   Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

•   Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

•   Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

•   Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

•   Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę polska.

•   Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

•   Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

•  Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
    Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
    A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

•   Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

•   Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

•   Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

•   Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

•   Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

•   Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

•   Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

•   Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

•   Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic na to nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.

Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią.
Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna  nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!
Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

Idzie jesień, a tu próżna kieszeń.

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień, brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień, ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę
z korca deszczu, garniec błota.

Pzdrwm_Robak

PS.
Za pocztówki dziękuję (w kolejności nadlatywania z czterech stron świata):

•   Kai (ze Shqipërii);
•   Kai, Mai i Witoldowi (z Finlandii, z rejsu Zaruskim);
•   Markowi (właśnie temu ze Świdnicy, a kartka była pantomimiczna z Wrocławia!);
•   Oli, Matyldzie, Mai, Strusiowi, Zuzi i Zuzi (skądże by, jak nie z Pogorii sześć pocztówek w jednej kopercie!);
•   Karolowi (z któregoś z rozlicznych festiwali);
•   Natalii (z Lidingo w Szwecji);
•   Łukaszowi (nie powiem, skąd);
•   Magdzie i Maszy (najpierw z Grecji, później ze Złotych Gór);
•   Oli (banan z Tennessee!);
•   Zuz-Ali (z Jastrzębia, ale i ze Zdroju);
•   Martynie (ciężko powiedzieć, skąd : );
•   Mirce i Stachowi (najpierw z Gruzji, a potem z Litwy);
•   Kasi (z jej rejsu na pokładzie jednostki czterokołowej Helena);
•   Krzysztofowi, znanemu jako "Kapitan" (z wędrówki po ostępach Montany i Yellowstone);
•   Ryśkowi (z rejsu, który prowadził dookoła Sycylii);
•   Kryspinowi (z Krakowa ale z Wieliczki);
•   Dorocie, Idze i Karolowi (z Kazimierza).

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

PAŹDZIERNIK...

Jasne, że październik. Wystarczy spojrzeć w okno i widać. No, chyba że ktoś mieszka w tropikach, na przykład w Singapurze.

Październik – dziesiąty miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.
Jest najdłuższym miesiącem w roku kalendarzowym: ponieważ na październik przypada zmiana czasu letniego na zimowy jest on dłuższy o jedną godzinę od pozostałych 31-dniowych miesięcy.

Teraz powinno być, jak etymologię słowa „październik” wyjaśnia Aleksander Brückner (pamiętamy: 1856-1939, filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny) i jeszcze np. zgrabny cytacik z Lindego. Ale nie będzie, bo to wyjaśni każdy, nawet ci, co o Brücknerze i Lindem nie słyszeli w życiu, a nawet tacy, dla których zaskoczeniem jest fakt istnienia słownika języka polskiego, bo przecież jeżeli słownik – to z jakiegoś na jakiś, a nie z naszego na nasze.
„Wrzesień” – bo wrzosy, „listopad” – bo liście spadają, „grudzień” – bo gruda (tu już tak prosto nie jest, bo na własne uszy słyszałem, jak ktoś powiedział, że mu coś „idzie jak po grudzień”).

A „październik”? Tu też jest „trudniej”, bo chodzi o paździerze, od których jest też „płyta paździerzowa” (a nie na odwrót!) – odpadki z lnu lub konopi.
Dziś mało kto zna bajkę Konopnickiej Jak to ze lnem było, a tego, jak się obrabia len – poza specjalistami – dziś nie wie nikt, choć kiedyś była to jedna z podstawowych prac w każdym większym gospodarstwie. W bajce, jak to w bajce: był król – dobrotliwy, sprawiedliwy, ale bardzo nieszczęśliwy, ciągle bowiem był zmartwiony z racji takiej, że jego naród na grzbiet nie miał co włożyć. Dał mu starzec, przy drodze spotkany, worek nasion mówiąc, że złoto z nich wyrośnie – ale że nie wyrosło, więc król zielsko najpierw kazał wyrwać, później w rzece topić, później pod lasem rzucić. A gdy znów mu się przed oczy napatoczyło, zawołał:

– Hej tam! Zabrać mi to przeklęte zielsko i otłuc kijami, żeby aż z niego paździerze poszły!
I z wielką pasją do domu wracał, a z nim goście jego.
A pachołki tymczasem, one pęki łodyg porwawszy, zaczęli je kijami okładać tak, że aż z nich paździerze leciały.
Naleciał tych paździerzy okrutny pokład, a łodygi aż pobielały, jak z nich ta pierwsza surowizna zeszła.

Tymczasem starzec – którego król zdążył już w lochu uwięzić – nauczył dzieweczkę jedną, jak z łodyg lnianych nić wysnuć i płótno utkać, i królowi sztukę materiału w darze złożył, mówiąc:

Kazałeś go topić?
Dobrześ uczynił, bo jego łodyżki w wodzie odmięknąć muszą.
Kazałeś go z wody precz cisnąć?
Dobrześ uczynił, bo go trzeba suszyć.
Po moknięciu owym kazałeś go kijami z paździerzy obić?
Dobrześ uczynił, bo tę złą paździerz obić trzeba z łodygi, żeby ją uprawić.
Kazałeś je zaś powtórnie kijami obijać?
I toś dobrze uczynił, bo do trzeciej skóry len obić trzeba i kijem go wyłamać, żeby do włókna się dostać.
[…] Królewna niech każe po wsiach len siać i tak go sprawić z rozwagą i miłością, jakeś go ty królu, z gniewem sprawiał, a z płótna niech da koszule dla wszystkich sierot i niemocnych szyć, co jest więcej niż złoto, bo jest poratowanie ubóstwa i niedostatku.

I tak to się wszystko – jak pisał x. Tischner – fajnie po góralsku skończyło, hej!

 

Hen, drzewiej... [„hen” to wg słownika 'wzmocnienie okolicznika miejsca', „drzewiej” to 'dawniej' (a nie tryb rozkazujący)] dziesiąty miesiąc roku nazywano u nas również: paździerzec lub paździerzeń (od tych samych paździerzy), pościernik (od ściernisk jesienią pola pokrywających), a także winnik, co zbieżne było ze starogermańską nazwą października Weinmond, więc smacznie – bo od wina.

Łacińska nazwa October – „ósmy miesiąc” (octo to po łacinie osiem), zaczęła być używana od roku 46 p.n.e., kiedy to Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).
Nazwa ta została zapożyczona przez większość języków europejskich.

 

Październikowe rocznice

 

1 października 1800: trzeci traktat z San Ildefonso – Hiszpania oddaje Francji „Zachodnią Luizjanę”.

Cudzysłów dałem dlatego, że owa nazwa nie ma nic wspólnego z dzisiejszym stanem Luizjana, gdyż w owym czasie oznaczała terytorium stanowiące prawie 25% powierz­chni dzisiejszych Stanów Zjednoczonych.
Obejmowało ono – w całości – dzisiejsze stany (porządek alfabetyczny): Arkansas; Dakota Południowa; Iowa; Kansas; Missouri; Nebraska; Oklahoma; oraz mniejsze lub większe części stanów (porządek prawie alfabetyczny): Dakota Północna; Luizjana (na zachód od Missisipi, z Nowym Orleanem); Minnesota (na zachód od Missisipi); Montana, Wyoming i Kolorado (na wschód od Gór Skalistych); Nowy Meksyk (część północno-wschodnia); Teksas (część północna) i niewielkie kawałki dzisiejszych prowincji kanadyjskich Alberta i Saskatchewan.

Hiszpania oddała więc taki kawał kontynentu Francji w zamian za:

● obietnicę utworzenia królestwa na podbitym przez Napoleona Półwyspie Apenińskim (państwa „Włochy” wówczas nie było; powstanie dopiero w 1861 r.) którym władać miał bratanek hiszpańskiego króla – książę Parmy, Ludwik Franciszek Filibert Burbon-Parmeński;

● obietnicę Francji, że nie przekaże „Zachodniej Luizjany” żadnemu innemu państwu.

● Do tego Hiszpanie zgodzili się dołożyć sześć 74-działowych okrętów wojennych, które miały być przekazane po objęciu przyrzeczonego tronu przez Ludwika Franciszka Filiberta.

Trzeci traktat z San Ildefonso (ściśle tajny w momencie podpisania) ogłoszono miesiąc po uzgodnieniu. Ostateczna umowa podpisana została 21 marca 1801 r. w Aranjuez.

Napoleonowi, wojującemu z Anglią, zależało na sojuszu z Hiszpanią, więc Ludwik Franciszek Filibert, 21 marca 1801 r., został królem tzw. Etrurii, ze stolicą we Florencji (że pod kontrolą Francji, to jasne, prawda?). Panował krótko: dwa lata później zmarł, zostawiając na tronie 4-letniego syna.
Epizod Królestwa Etrurii trwał też krótko, bowiem Napoleon w 1807 roku włączył je w skład Cesarstwa Francuskiego.
I tak została wypełniona francuska obietnica pierwsza.

Karol IV Hiszpański ogłosił dekret królewski o przekazaniu „Zachodniej Luizjany” Cesarstwu Francji 15 października 1802. Trzy miesiące później Napoleon złożył, a Thomas Jefferson przyjął ofertę kupna/sprzedaży tego terytorium.
I tak została wypełniona francuska obietnica druga.

Okręty (Intrépido, Conquistador, Pelayo, San Genaro, AtlanteSan Antonio) zostały przekazane Francji, zgodnie z umową, w marcu 1801 r.

 

Jak było dokładnie ze sprzedażą „Zachodniej Luizjany” Stanom Zjednoczonym, przeczytacie przy dacie 30 kwietnia, bo właśnie tego dnia, w 1803 roku, podpisany został akt transakcji zwanej Louisiana Purchase. A w skrócie rzecz miała się tak.

Rewolucja francuska z 1789 roku (zwana Wielką) oparła się na trzech wyrazach-hasłach: liberté, égalitéfraternité, komunikując całemu światu, że wszyscy ludzie są wolni, równi i (sobie) braćmi. Ludzie prostoduszni przyjęli to bez zastrzeżeń, zapominając, że zawsze są ludzie bardziej wolni i bardziej równi niż inni, a braterstwo też może być różne, np. stryjeczne, cioteczne czy jeszcze dalsze.
Dosłownie pół godziny po napisaniu tych słów, otworzyła mi się (słowo daję: przypadkiem) jedna z książek na stronie z następującym cytatem:

Rewolucje proklamują szlachetne słownictwo, które przenika do mowy potocznej: nawet przeciwnicy wierzą w głębi serc, że zawarte w intencjach re­wo­luc­ji dobro i rozum wyeli­minują w końcu przemoc i absurd, wierzą w sło­wa, albowiem moc słów jest nieod­gad­nio­na, zaś na zużycie ich nie starczy stuleci.

Précisément.
Tacy właśnie prostoduszni ludzie zamieszkiwali kolonię francuską Saint-Domingue (zachodnia część wyspy Hispaniola, dziś: wyspa Haiti; po polsku kolonia ta zwana była z hiszpańska: San Domingo). Pojęli oni rewolucyjne hasła dosłownie i zażądali tego, co im się wydawało ich.
Sęk w tym, że byli to czarni niewolnicy z plantacji, którym do głowy nie wpadło, że gdy biali panowie w Europie robią demokratyczno-wolnościowe rewolucje, to czarnym do tego wara, bo mają pracować jeszcze więcej, gdyż rewolucja zawsze potrzebuje pieniędzy. Jednak niewolnicy – jak to niewolnicy – zaczęli powstanie.

Ekspedycje wojskowe wysłane do Saint-Domingue przez Hiszpanię, Wielką Brytanię i Napoleona, by spacyfikować buntowników (Legiony Polskie z armii napoleońskiej też pacyfikowały, a jakże) były dziesiątkowane zarówno przez powstańców, jak i choroby tropikalne. Ukaz z 1802 roku, który nadszedł z Paryża i oznajmiał utrzymanie niewolnictwa na Martynice i Gwadelupie także niewiele pomógł.

Napoleon zdał sobie sprawę, że Saint-Domingue nie utrzyma (i rzeczywiście: powstańcy ogłosili niepodległość 1 stycznia 1804 jako Haiti), a bez tej bazy wszelkie posiadłości francuskie na kontynencie północnoamerykańskim nie przetrwają długo. Najbardziej zaś potrzebne mu były pieniądze.

Jefferson z kolei zdawał sobie sprawę, że wkrótce pojawi się co najmniej dwóch pretendentów do „Zachodniej Luizjany” – Hiszpania i Anglia i że najtańsza wojna będzie wielokrotnie droższa od ceny wynegocjowanej z Francją. Francja zaś proponowała sprzedaż terytorium mającego 2.144.510 km2 (828.000 mil kw.) za 15 milionów dolarów (11,75 mln gotówką, reszta – przez umorzenie długu), czyli 7 centów za hektar (po amerykańsku: 2,8ȼ za akr). Dziś by to było ok. 236 milionów dolarów czyli 1,11 dolara za hektar (44,5ȼ za akr) – darmo!

Trzeba tu jeszcze dodać, że w owym czasie duża część ziem wchodzących w skład „Zachodniej Luizjany” mogłaby się reklamować jako „nietknięta stopą białego człowieka”.

 

 

14 października 1582 był dniem ciekawym, bo datą dnia poprzedniego był 4 października – czyli 10 dni wypadło z kalendarza. Stało się to za sprawą bulli Inter gravissimas [„Wśród najpoważniejszych (obowiązków pasterskich)"] wydanej przez Grzegorza XIII.
Papież zarządził zmianę, by dostosować daty obowiązującego do owej pory systemu juliańskiego do kalendarza solarnego czyli astronomicznego, bo np. przesunięcie Wielkiejnocy zaczęło być zbyt wielkie.
Kalendarz wprowadzony przez Juliusza Cezara w 45 r p.n.e. był postępem wobec tego, jak liczono daty w Rzymie wcześniej, ale miał i wady: m.in. w wyznaczaniu lat przestępnych, przez co spóźniał się wobec Słońca o 1 dzień na 128 lat.
Kalendarz Grzegorza zreformował naliczanie lat przestępnych (miał 1 dzień spóźnienia solarnego na 3322 lata), ale musiał też zniwelować różnicę (dokładnie: jej część), jaka narosła w systemie juliańskim, stąd właśnie ów przeskok o 10 dni.

Różne kraje przyjęły tę zmianę różnie.
Katolicy – Hiszpania, państwa włoskie czy Polska – przyjęli kalendarz gregoriański niemal natychmiast.
Wielka Brytania przyjęła go niemal 200 lat później (1752), Bułgaria – w 1916, Grecja – w 1923.

W Rosji było jeszcze dziwniej: kalendarz zmienił się tam w roku 1700 ale... z bizantyjskiego na juliański. Bizantyjski – wiadomo: otrzymany od Cesarstwa Wschodniorzymskiego i dumnie podtrzymywany, gdy po 1453 roku drugim Konstantynopolem – stolicą prawosławia – stał się Kijów, a później Moskwa.
Bizantyjczycy poszli na całość: żadne tam założenie miasta, czy nawet narodzenie Chrystusa, tylko stworzenie świata. Wyliczyli sobie, że akt kosmicznej kreacji wydarzył się (wg naszych ułomnych obliczeń) w 5508 r p.n.e. i w AD 691 zaczęli datować lata po swojemu, uznając ten rok za 6199.
W roku 7208 Piotr I, modernizując Rosję, chciał uczynić (i uczynił) to samo z jej kalendarzem. „Ciut mu się jednak – jak mawia mój przyjaciel, Geografem zwany, więc i na kalendarzach się znający – omskło.” I car Piotr zamiast gregoriańskiego wybrał kalendarz juliański, oznajmiając w dodatku, że niniejszym jest rok 1700, czyli początek wieku osiemnastego.
Z tym też mu się „omskło” (podobnie jak sto lat później Słowackiemu; a niektórzy nie mogą tego zrozumieć do dziś), bo lata zakończone na dwa zera kończą stary wiek, a nie są początkiem nowego. Ale wydaje się, że na Rusi nie było głupiego na tyle, żeby wytknąć błąd carowi – więc tak zostało.
Wreszcie przyszli bolszewicy i w roku 1918 przeszli na system gregoriański.
Aż dziw: bolszewicy przejęli system burżuazyjno-religiancki. Chyba tylko dlatego, że przyspieszał kalendarz: jeden dzień – a dziesięć dni władzy proletariatu więcej!

Ale w Rzeczypospolitej też łatwo było jedynie teoretycznie. W aktach obrad sejmowych, które rozpoczęły się w Warszawie w październiku 1582 odnotowano: wedle poprawy nowego kalendarza w dzień świętej Jadwigi (15 października) roku tysięcznego pięćsetnego osiemdziesiąt drugiego [Sejm] zaczęty i zagajony został.

Ciekawa rzecz: Stefan Batory, który początkowo nakazywał wprowadzenie nowego datowania w urzędach państwowych i całym państwie bez względu na wyznanie (nie zachował się żaden oryginał tego rozkazania), w roku następnym rozkaz złagodził i do hierarchów Kościoła Prawosławnego, 18 maja 1585, napisał:

postanowiliśmy dla wyznawców religii Greckiej, którzy w Wielkiem Księstwie Litewskiem zamieszkują,
udzielić wolne i spokojne wyznanie, odbywanie i zachowywanie w temże Księstwie
wszelkich obrządków i rytuałów podług dawnego kalendarza i przepisu.

W roku kolejnym (21 stycznia 1584) król powtórzył: ludzie greckiego zakonu do tej poprawy kalendarza nowego, bez przyzwolenia starszego patryjarchy swojego, gwałtem przymuszani być nie mają. Ten uniwersał był reakcją na zachowanie katolickich fundamentalistów, którzy we Lwowie, w Wilnie i Łucku wszczęli rozruchy, gdyż nie podobało im się, że prawosławni obchodzili święta kościelne dziesięć dni później. Dziesięć dni, jak widać, nie dym!

Ruszyli się nie tylko katolicy. Rewoltę antygregoriańską wszczęli ewangelicy w Inflantach; w Rydze zrobiło się groźnie do tego stopnia, że w styczniu 1585 ryska rada miejska musiała zagwarantować opozycji, iż stary kalendarz będzie obowiązywał tak w sferze kościelnej jak i świeckiej. I tak było.
Gdy nakaz datowania gregoriańskiego powtórzył w 1589 kolejny król, Zygmunt III, Ryga odmówiła, a w 1613 złożyła formalny protest na sejmiku – i zgoda na używanie dat juliańskich została jej przyznana.

Podobnie rzecz się miała w Prusach Książęcych, gdzie rozkazowi królewskiemu otwarcie zaoponowano. Bez szemrania za to daty gregoriańskie przyjęte zostały w 1612, gdy zadekretował je pruski książę-regent Johann Sigismund, opiekun prawny formalnego władcy Albrechta Friedricha, słabującego wówczas na umyśle.

Który to już raz chce się za podlaskimi adwersarzami Bogusława Radziwiłła powtórzyć: Omnis novitas in re publica periculosa est — Wszelka nowość w Rzeczypospolitej jest niebezpieczna.

Choć może bardziej pasowałby tu cytat Radziwiłła sienkiewiczowskiego: „Ej, galimatias w tej waszej Rzeczypospolitej, galimatias.”

 

Dużo się tego zrobiło, choć rocznice tylko dwie. Wobec tego:

 

Znaki Zodiaku
przypadające na październik

Waga (♎, do 22 października).

Skorpion (♏, od 23 października).

Wstyd nawet pisać. Pijar tzw. czarny (więc prawdziwy, bo bez kadzenia i komercyjnej chęci przypodobania się każdemu) jest po prostu bezlitosny O Wadze było we wrześniu, a Skorpion?

Ma manię prześladowczą.
Nic nie jest w stanie zmienić jego przekonania, że licznym, stałym niepowodzeniom Skorpiona
winien jest zawsze ktoś inny, a nie on sam.
Ze strachu atakuje pierwszy i to od tyłu.
Z przyjemnością dręczy zwierzęta i marzy o posadzie dozorcy w ZOO.

Maju, przybądź!

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich

dziesiąty miesiąc roku to:

białoruskiкастрычнік [kastrycznik]
bośniackioktobar
bułgarskioктомври [oktombri]
chorwackilistopad
czeskiříjen [rzijen]
kaszubskirujan (też: pajicznik, paklepnik, pazdzérznik, oktober)
litewskispalis
łatgalskileita
łużycki (dolny)oktober (też: winowc, winski)
łużycki (górny)oktober (też: winowc)
łotewskioktobris
macedońskioктомври [oktombri] albo листопад [listopad]
rosyjskioктябрь [oktiabr’]
serbskioктобар [oktobar]
słowackioktóber
słoweńskioktober
ukraińskiжовтень [żovtień]
żmudzkispalis

 

Przysłowia związane
z październikiem:

Gdy październik ciepło trzyma,
zwykle mroźna bywa zima.

Gdy październik ze śniegiem przybieży,
na wiosnę długo śnieg na polach leży.

Grzmot październikowy – niestatek zimowy.

Jeżeli październik jest wietrzny i mroźny,
to nie będzie za to styczeń, luty groźny.

Miesiąc październy,
marca obraz wierny.

Październik chodzi po kraju,
żenie ptastwo z gaju.

Październik, bo paździerze
baba z lnu cierlicą bierze.

Październik, gdy grzmot na wschodzie naprawi,
burz nas wielkich i wiatrów nabawi.

Pościernik, bo po ścierni,
pług rznąc skibę, rolą czerni.

W krótkie dzionki października
wszystko z pola, sadu znika.

W październiku jak na śmietniku

W październiku, jeśli liście z drzewa nie spadają,
będzie tęga i ostra zima.

W październiku myśli z ptakami na południe odlatują.

 

Przysłowia na


św. Franciszka (4.X)

Na św. Franciszka
chłop już w polu nic nie zyska.

Na św. Franciszka
odlatuje pliszka.

 

św. Brygidę (8.X)

O św. Brygidzie
babie lato przyjdzie.

 

św. Emila (11.X)

Na Emila
babskie lato się przesila.

 

św. Edwarda (13.X)

Na Edwarda – jesień twarda.

 

św.Teresę i Jadwigę (15.X)

Dobra Tereska,
kto z nią nie mieszka.

Każda Teresa
ma swe interesa.

Na św. Teresę
odziej się w bekieszę.

Do św. Jadwigi
pozbieraj jabłka, orzechy i figi.

Jadwiga rzepę kopie.

Kto sieje na Jadwigę,
ten zbiera figę.

Od św. Jadwigi
włóż na górę czepigi.
[można odłożyć na strych pługi i radła, bo to koniec orki]

Po św. Jadwidze
słodycz w marchew idzie.

 

św. Gawła (16.X)

Kiedy w św. Gaweł słota,
będzie w lecie dużo błota.

Św. Gaweł stoi na to,
jakie będzie przyszłe lato.

 

św. Łukasza (18.X)

Już minął św. Łukasz,
czego w polu szukasz?

 

św. Urszulę (21.X)

Od Urszuli
śnieżnej oczekuj koszuli.

Urszula do pieca przytula.

 

św. Kryspina (25 X)

Na świętego Kryspina
szewc przy świecy poczyna.

W świętego Kryspiniana
każda szewczyna pijana.
[św. Kryspin uważany jest za patrona szewców]

 

św. Szymona (28.X)

Kiepski rok zapowiada,
gdy na Szymona pada.

Na Szymona i Judę
trza opatrzeć budę.

Od Szymona i Judy
przeszły w polu trudy.

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytat wewnątrz tekstu:
Tyrmand, Leopold. Życie towarzyskie i uczuciowe.
Paryż : Instytut Literacki, 1967; str. 167.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha