STS Pogoria – galeria portretów

Kazimierz Robak

Płynąć i widzieć

Pogoria w moim życiu zajmuje miejsce szczególne. Wszedłem na jej pokład po raz pierwszy w grudniu 1980 i od tego czasu była ona moim drugim domem przez wiele lat.

W połowie kwietnia tego roku otrzymałem od autora wystawy „Biało-czerwona na morzach i oceanach” miłą propozycję napisania kilku słów (dokładnie: „2400 znaków ze spacjami”) na planszę „STS Pogoria” i przysłania zdjęć z komentarzami na stronę internetową przedstawiającą Pogorię, wśród bohaterów wystawy.

Ów tekst (którego pierwodruk znajdziecie na stronie organizatorów wystawy) zamieszczam niżej. Dociekliwych informuję, że jest to wersja pierwotna, mająca 125 znaków (ze spacjami!) wiecej, niż ta na planszy wystawy plenerowej.

Szperanie w archiwum i komentowanie pogoriowych zdjęć obudziło miłe wspomnienia. Postanowiłem więc otworzyć galerię potretów Pogorii. Za uprzejmą zgodą autora i organizatorów powtórzę te, które już są przedstawione na wystawie „Biało-czerwona” i dodam kilka innych z archiwum własnego i przyjaciół.

 

STS „POGORIA”

Pogoria płynie swobodnie…”
Tak zaczyna się jedna z wielu piosenek o Pogorii, żaglowcu, o którym – podczas jego trwającej ponad trzy dziesiątki lat historii – powstało co najmniej tuzin książek, a liczba artykułów prasowych idzie w tysiące.

Narodziny Pogorii przypadły na rok 1980 – czas protestów i zmian, w miejscu będącym wówczas na pierwszych stronach gazet całego świata: Stoczni Gdańskiej. Ale nawet tam – w owych przemian epicentrum – rejowy żaglowiec był nowością, bo takich jednostek w Polsce wcześniej nie budowano.

Pogoria powstała jako pierwsza z serii kilkunastu żaglowców zaprojektowanych w pracowni inż. Zygmunta Chorenia. Inicjator jej budowy, kpt. Krzysztof Baranowski, miał już wtedy pomysł stworzenia Szkoły Pod Żaglami, łączącej naukę szkolną z żeglugą w dalekim rejsie – stąd nadbudówka dziobowa Pogorii została zaprojektowana jako klasa szkolna. Spartańsko urządzone wnętrze żaglowca nie przeszkadzało co prawda złym językom w puszczaniu plotek o luksusach panujących „na jachcie” i konieczności jego sprzedaży, ale na szczęście na plotkach się skończyło.

Pogoria w swój pierwszy dalszy rejs popłynęła na „Operację Żagiel 1980”, skąd młodzieżowa załoga z „Bractwa Żelaznej Szekli”, dowodzona przez kpt. Baranowskiego, przywiozła tytuł najszybszej jednostki regat.

Pierwszym transatlantyckim rejsem Pogorii była wyprawa do polskiej stacji antarktycznej im. Henryka Arctowskiego zbudowanej na Wyspie Króla Jerzego w archipelagu Szetlandy Południowe (1980-12-07 – 1981-04-17, kpt. K. Baranowski) połączona z transportem polarników. Ówczesna załoga szybko stała się zgranym zespołem – w przenośni i dosłownie, bo piosenki, które powstały w trakcie żeglugi złożyły się na „Śpiewnik antarktyczny”, dziś biały kruk wśród żeglarskich wydawnictw.
Uczestnicy kadry antarktycznej organizowali z Krzysztofem Baranowskim pierwszą polską Szkołę Pod Żaglami (1983/84) i International Class Afloat (dla uczniów z USA, ZSRR i Polski, 1988/89). Spotkać ich można wciąż wśród oficerów i dowódców barkentyny.

Polską banderę Pogoria zaniosła na wszystkie oceany i kontynenty. Biało-czerwona łopotała na jej rufie w Reykjaviku i Ushuaia, na Malediwach i na chilijskiej Wyspie Robinsona, w Nowym Jorku i Bombaju, na trawersie przylądka Horn i na Wielkich Jeziorach Amerykańskich.

Barkentyna wciąż pływa z młodzieżą. Od 1995 jej armatorem jest STA Poland – filia Sail Training International, która edukuje młodych ludzi przez pełnomorską żeglugę i organizuje regaty wielkich żaglowców „Operacja Żagiel”.

Kazimierz Robak

Ten sam (prawie) tekst w wersji angielskiej

 

Galerię otworzą dwa zdjęcia, które między sobą nazywamy „Pogoria jasna” i „Pogoria ciemna”. Oba zostały zrobione 30 marca 1984, w pobliżu Kapsztadu (na fotografii „jasnej” widać w tle Górę Stołową) podczas rejsu pierwszej Szkoły Pod Żaglami kpt. Krzysztofa Baranowskiego.

 

1984-03-30_Pogoria_i_Gora_Stolowa_01_fot_Andrzej_DrapellaFot. Andrzej Drapella

 1984-03-30_STS_POGORIA_fot_Kazimierz_Robak

Fot. Kazimierz Robak

 

Rejs antarktyczny Pogorii zaczął się w grud­niu 1980. Przed wyjściem w morze głównym zadaniem kolejnych wacht było odśnieżanie, bo śnieg padał i padał. Ale zajęcia z szuflą były relaksem w porównaniu z tym, co zaczęło się dziać po wyjściu z Zatoki Gdańskiej.

 

1980-12-07_1_fot_Kazimierz_Robak_245
Fot. Kazimierz Robak

 

1980-12-07_2_fot_Kazimierz_Robak_246
Fot. Kazimierz Robak

 

Po niespełna dwóch miesiącach Pogoria wpłynęła na wody antarktyczne.

1981-02-03_fot_Kazimierz_Robak_Icebergi_1_2171802-R1-E002a
Fot. Kazimierz Robak

 

1981-02-03_fot_Kazimierz_Robak_Icebergi_2_2171802-R1-E003aFot. Kazimierz Robak

 1981-02-03_fot_Kazimierz_Robak_Icebergi_3_2171802-R1-E004
Fot. Kazimierz Robak

 

W Zatoce Admiralicji, nad którą zbudowano stację im. Henryka Arctowskiego, Pogoria rzuciła kotwicę 4 lu­te­go 1983. Jest  na 62. stop­niu szero­kości południowej (dokładne współrzędne stacji: 62°09’45”S, 58°27’45”W).

 1981-02-06_fot_Zbigniew_Studzinski_u22a
Fot. Zbigniew Studziński

 

Krzyż na zboczu, który widać na zdjęciu niżej, stoi na grobie przyrodnika, pisarza i fotografa Włodzimierza Puchalskiego, który zmarł w czasie pracy nad kolejnym reportażem na Wyspie Króla Jerzego 19 stycznia 1979 i tam został pochowany. Na jego książkach wychowało się kilka pokoleń, które autor zaraził pasją „bezkrwawych łowów” – z aparatem fotograficznym zamiast strzelby.1981-02-06_Pogoria_grob_W_Puchalskiego_fot_Zbigniew_Studzinski_14b

Fot. Zbigniew Studziński

 

W Stanley, stolicy Falklandów, Pogoria stała dwa dni (12 i 13 lute­go 1981). Wracającej z wód antarktycznych załodze miasto wydawało się oazą spokoju.
2 kwietnia 1982, rozpętała się tam wojna, podczas której zginęło prawie tysiąc ludzi, zniszczone zostało kilkanaście okrętów i kilkadziesiąt samolotów.
Tak – rok przed wojną – wyglądało Stanley z rei Pogorii.
Nie jest to, rzecz jasna portret żaglowca (raczej „portret z żaglowca”), ale w opowieści o dawnych rejsach Pogorii pobytu na Falklandach nie może zabraknąć. Te wyspy przez kilka stuleci były oazą, a samo Stanley (o bardzo trudnym nawigacyjnie wejściu) – mekką żaglowców w drodze wokół przylądka Horn.
Starsi mieszkańcy Falklandów, którzy jeszcze pamiętali złoty wiek żagli, patrzyli na naszą barkentynę ze wzruszeniem i mówili, że był to pierwszy od dziesięcioleci duży żaglowiec, który zawinął do ich portu. I dziękowali kapitanowi za dotrzymanie obietnicy, bo Krzysztof Baranowski, który był w Stanley Polonezem w 1973, obiecał, że powróci prawdziwym rejowcem.

1981-02-12_Stanley_Falklandy_fot_Ryszard_Mokrzycki_smFot. Ryszard Mokrzycki

 

Postój w Rio de Janeiro (25-27 lute­go 1981).

1981-02-26_fot_Kazimierz_Robak_Rio_2171802-R1-E009_a_smFot. Kazimierz Robak

 

W marcu (1981) na Atlantyku dopadł nas sztorm.

A więc wreszcie to, na co czekali wszyscy. Przywiał nam sztorm – jakie szczęście, że od rufy. O drugiej w nocy – alarm „do żagli!” Uderzani podmuchami niosącymi ze sobą ściany wody zrzucaliśmy grota i sztaksle. Dziób otwierał przed sobą szeroki korytarz, wodne odkosy waliły się na pokład, a Pogoria rwała jak na skrzydłach. Dziewięć, dziesięć, jedenaście węzłów – leciały meldunki z rufy. Szalona doprawdy jazda, jakiej już dawno nie zażywaliśmy. A później – niekończące się dyskusje w mesie przy herbacie, mimo że to środek nocy. Prognozy, obliczenia – kiedy miniemy Azory, kiedy La Manche, kiedy Kiloński? Kiedy Gdynia? I – jak nieodłączny refren wszystkich wysłuchanych w tym czasie relacji radiowych – co czeka nas w kraju?
Rano wita nas słońce, ale ocean… Jakże jest inny! Głębokie fale kołyszą nami tak, że ledwie możemy ustać na nogach. Na nich białe grzywy, które w zderzeniu z burtami strzelają w górę śnieżnobiałymi gejzerami. I wciąż ponad 10 węzłów na logu, a na kompasie kurs NE, prosto w La Manche.

[Robak, Kazimierz. Pogorią na koniec świata. Gdańsk : Wydawnictwo Morskie, 1983, s. 131]

Sztorm – sztormem, ale najważniejszym elementem na tym zdjęciu jest sylwetka pingwina namalowana na nadbudówce: Pogoria wraca z Antarktyki!

1981-03_Atlantyk_rejs_antarktyczny_3_fot_Andrzej_MakacewiczFot. Andrzej Makacewicz

 

Trzy impresje poniższe wyszły spod obiektywu Ryszarda Halby – biologa (zoologia kręgowców), naukowca z Instytutu Ekologii UW, który na Stacji Arctowskiego spędził zimę i wracał Pogorią do Polski. Ryszard jest fotografem znakomitym – te zdjęcia mówią więcej o żegludze w tropikach niż tysiące słów. I dlatego znalazły się w galerii potretów Pogorii.

1981-03_fot_Ryszard_Halba_62_smFot. Ryszard Halba

1981-03_fot_Ryszard_Halba_68_A_smFot. Ryszard Halba

1981-03_fot_Ryszard_Halba_70_smFot. Ryszard Halba

 

Trzeba dokładnie przyglądać się mapie Morza Śródziemnego, by między Kretą a Peloponezem znaleźć półksiężycowaty kształt Santorini – największej wyspy mini-archipelagu Thira. Są to resztki dawnej wulkanicznej wyspy, która praktycznie wyleciała w powietrze podczas eksplozji wulkanu, ok. 1600 p.n.e. Wybuch był tak potężny, że nie tylko zostawił ślady w Biblii (egipskie ciemności i krwawa woda w Nilu), nie tylko wywołał tsunami o fali dochodzącej prawdopodobnie do dwustumetrowej wysokości, która spustoszyła Kretę i nadwyrężyła cywilizację minojską, ale zapisał się również w pniach drzew na kontynencie amerykańskim i w grenlandzkich lodowcach.
Mikroskopijna na mapie wyspa wcale nie jest taka mała w rzeczywistości. Dwa zdjęcia poniżej przedstawiają Pogorię na tle Nea Kameni – niezamieszkałej wyspy, powstałej z lawy wypiętrzonej w środku kaldery i korkującej (na razie!) podwodny wylot komina wulkanu. Tam, gdzie na zdjęciu kotwiczy Pogoria, przed wybuchem był wypiętrzający się wulkaniczny stożek wyspy o promieniu ok. 10 kilometrów.

1983-11-24_Thira_002_fot_Kazimierz_Robak_smFot. Kazimierz Robak

1983-11-24_Thira_004_fot_Kazimierz_Robak_smFot. Kazimierz Robak

 

Pogorii portret kolejny pochodzi z Malediwów (luty 1984).
Według folderów turyści mogli się poruszać po wyspach archipelagu swobodnie, w praktyce – tylko na wytyczonych przez rząd i policję trasach.
Pierwsza Szkoła Pod Żaglami kpt. Krzysztofa Baranowskiego miała szczęście podwójne, na co – jak sądzę – miała wpływ flaga ONZ powiewająca spod salingu, bo rejs odbywał się pod patronatem UNESCO (o czym zapewnił polski oddział tej ONZ-owskiej organizacji).
Władze Republiki Malediwskiej pozwoliły Szkole zająć na dwa tygodnie bezludną wyspę Weli (w Północnym Atolu Ari), oddaloną od wyspy stołecznej Male o dobre 10 godzin żeglugi. A dwaj przydzieleni opiekunowie (do końca nie było jasne, jakie instytucje reprezentowali) okazali się miłymi młodymi ludźmi, którzy szybko zaprzyjaźnili się z załogą, ucząc jak piec ryby w piasku plaży, jak splatać maty z liści palmowych i co najlepiej gotować w tropikalnych warunkach.
Tak wygladała codzienna odprawa poranna, na ogół przed zajęciami z nurkowania swobodnego.
Odprawę prowadzi „Makac” – Andrzej Makacewicz.
Wśród ówczesnych uczniów widzę dzisiejszych: dwóch dyrektorów, dwóch ordynatorów, ambasadora RP, dwójkę profesorów uniwersyteckich i kapitana Pogorii (po znajomości będzie po nazwisku: Krzysztof Grubecki), który w 2012 dowodził barkentyną w rejsie kolejnej Szkoły Pod Żaglami kpt. Krzysztofa Baranowskiego.

1984-01-31_02-07_Malediwy_Weli-Du_02_fot_Kazimierz_Robak_smFot. Kazimierz Robak

 

Damy przy porannej toalecie to temat w malarstwie częsty i wdzięczny. Poranna toaleta Pogorii czasem wyglądała właśnie tak:

1984-05_Atlantyk_fot_Kazimierz_Robak_smFot. Kazimierz Robak

 

Tu jest portret prawdziwy, choć farba olejna położona została nie na płótnie, a na murze.
W porcie Horta, na wyspie Faial w Archipelagu Azorskim, wzdłuż kei ciągnie się mur, na którym załogi cumujących jachtów zostawiają malowane wizytówki swoich rejsów.
Naszą, 21 maja 1984, wymalował Julek Gojło (na samej górze trzeci od lewej).
Stojący z prawej strony dwaj faceci w czerwono-czarnych ubraniach to nie przebierańcy, tylko Geograf i bosman Stach Choiński, którzy przed chwilą, w piankach nurkowych, sprawdzali stan części podwodnej kadłuba Pogorii.

1984-05-21_Horta_fot_Kazimierz_Robak_smFot. Kazimierz Robak

 

 

Cztery lata później Pogoria wróciła na Malediwy. W Polsce o szkole kształtującej charaktery na morzu nie chciał nikt słyszeć, pomysł podchwycili za to Kanadyjczycy: West Island College z Montrealu skopiował dokładnie przedsięwzięcie Krzysztofa Baranowskiego i zaczął wysyłać (wysyła do dziś) swych studentów na naukę połączoną z obsługą żaglowca. Przez pierwsze kilka lat jednostką flagową montreal­skiej uczelni była czarterowana Pogoria, obsługiwana przez polskich nawigatorów i mechaników.
Autorem czterech zdjęć niżej jest Wojciech Jacobson, II oficer Pogorii w rejsie z kanadyjską Class Afloat 1987/88.
Dwa – z malediwską dhoni na pierwszym planie – zostały zrobione 31 stycz­nia 1988 z brzegu wysepki Kudabandos, koło większej Bodubandos, w atolu Kaafu, tuż obok wyspy stołecznej – Malé.
Zdjęcie z dziećmi zrobiłem 5 lute­go 1988, w atolu Southern Maalhosmadulu, koło wyspy Hedufuri, gdzie stanęliśmy na kotwicy. Dzieci przypłynęły wpław z wyspy Eydhafushi. […] na wyspie wioska, ładne murowane domy, kilka tysięcy mieszkańców, czysto, porządek – z zapisu wyjętego z notatnika Wojciecha Jacobsona ostały się jeno daty. Nazwy wysp Wojtek miał zapisane inne. Ja starałem się je zweryfikować z mapami współczesnymi – i wyszedł z tego taki galimatias, że na razie wolę go nie ruszać, bo już się wszystko pomyli dokumentnie. Gdy dojdziemy do ustaleń wiążących, ten akapit zostanie zmieniony. W każdym razie nazwa atolu się zgadza.

1988_Malediwy_Canadian_Class_Afloat_1_fot_Wojciech_JacobsonFot. Wojciech Jacobson

1988_Malediwy_Canadian_Class_Afloat_2_fot_Wojciech_Jacobson_smFot. Wojciech Jacobson

1988_Malediwy_Canadian_Class_Afloat_fot_Wojciech_Jacobson_smFot. Wojciech Jacobson

 

Zdjęcie następne pochodzi z tego samego rejsu. Pisze Wojciech Jacobson:

Mam oryginalne przezrocze. Według mnie było robione w r. 1988 na Oceanie Indyjskim na przelocie z Singapuru do Gdyni, na odcinku między Bombajem a Zatoką Adeńską. Pogoda była idealna, słaby monsun NE.
Zdjęcie robił najprawdopodobniej Bob Washer – midshipman załogi kanadyjskiej. Wtedy byłem też na pontonie, który prowadził Wicio Zamojski, robiłem zdjęcia „na przezrocza”, ale nie przysięgnę, że akurat to jest moje. Muszę sprawdzić, czy fotka nie jest na Orwo-Chromie, wtedy byłaby z mojego aparatu. W każdym razie: „z archiwum W.J.”

1988_Pogoria_Indyk_Bombaj_Zat_Adenska_fot_Bob_Washer_problFot. Bob Washer (?). Z archiwum Wojciecha Jacobsona.

 

Gdy podsunięty przez Krzysztofa Baranowskiego pomysł Międzynarodowej Szkoły Pod Żaglami (International Class Afloat), pod hasłem „Uczmy się razem żyć i pracować”, podchwycili z entuzjazmem Amerykanie i władze Komsomołu, już wtedy w szczytowej fazie Gorbaczowowskiej pieriestrojki, władzom PRL (rządowym i żeglarskim) nie wypadało powiedzieć nic innego niż „tak”.
Z trzydziestką uczniów z trzech państw, w rejs dookoła Ameryki Południowej, Pogoria wypłynęła 1 września 1988 r. z Gdańska. Tym razem obowiązywał system semestralny: 15 grud­nia 1988, w połowie roku szkolnego, w argentyńskim porcie Ushuaia na Ziemi Ognistej, najdalej na południe wysuniętym mieście świata, odbyła się wymiana załogi.

1988-12-15 - Ushuaia_phot_K_Robak_013Fot. Kazimierz Robak

1988-12-15_Ushuaia_fot_Kazimierz_Robak_024Fot. Kazimierz Robak

 

Po dwutygodniowym sztormowaniu wokół przylądka Horn (trawers: 22 grud­nia 1988, 10:00 LT) , Pogoria wzięła kurs na północ, w stronę Kanału Panamskiego. Po drodze, 13-15 stycz­nia 1989, stanęła na kotwicy w Zatoce Cumberland (Bahía Cumberland) chilijskiej Wyspy Robinsona Cruzoe (Isla Robinson Crusoe). Tam, w latach 1704-1709, mieszkał samotnie Alexander Selkirk, pierwowzór bohatera powieści Daniela Defoe Robinson Crusoe, opublikowanej w 1719.

1989-01-15_Robinson Crusoe Island 22_phot_M_Chmielewski_1_smFot. Mariusz Chmielewski

1989-01-15_Robinson_Crusoe_Island 23_phot_M_Chmielewski_2_smFot. Mariusz Chmielewski

 

Układ bander jest czytelny: polski statek (bandera polska powiewa na rufie) ma na pokładzie obywateli USA i ZSRR, a znajduje się na wodach terytorialnych Stanów Zjednoczonych. W tym momencie pod podniesionym mostem w porcie Jacksonville na Florydzie (14 mar­ca 1989).

1989-03-14_Jacksonville, FL 3_phot_M_Chmielewski_smFot. Mariusz Chmielewski

 

Miesiąc później (15 kwiet­nia 1989) Pogoria, pod podniesionym Tower Bridge, wpływała Tamizą do Londynu.

1989-04-15_London_005_fot_Kazimierz_RobakFot. Kazimierz Robak

 

Na poniższym zdjęciu Pogoria jest tłem, ale tłem wyjątkowym. Sądzę, że to zdjęcie powinno się znaleźć zarówno w kronice zespołu Piastowie ze Sztokholmu, którego tancerki i tancerze chyba nigdy wcześniej ani później nie występowali w tak oryginanej scenerii, jak i w kronice barkentyny, która nigdy nie była tłem dla równie oryginalnych występów.
Dla porządku: zespół na sztokholmskiej ulicy spotkał (23 kwiet­nia 1989) i na pokład zaprosił bosman i nauczyciel informatyki Ryszard Mokrzycki, pląsy zaś odbyły się na kei tylko dlatego, że wycinanie hołubców na pełnym lin pokładzie groziło wiadomo czym.

1989-04-23c_Stockholm_006_Piastowie_fot_Kazimierz_RobakFot. Kazimierz Robak

 

Oficjalne zakończenie rejsu Międzynarodowej Szkoły Pod Żaglami kpt. Krzysztofa Baranowskiego odbyło się 10 maja 1989 w mieście, które wówczas nazywało się Leningrad, a dziś wróciło do nazwy Sankt Petersburg. Znaczenia słów „oficjalne” i „prawdziwe” rzadko się pokrywają: prawdziwe zakończenie rejsu nastąpiło 19 maja 1988 w Gdyni.
Na zdjęciu: parada całej załogi przed burtą Pogorii cumującej do nabrzeża na Newie w Leningradzie. Dalej stoi ORP Iskra II, która przypłynęła z wizytą kurtuazyjną, by powitać wracającą z 249-dniowego rejsu siostrzaną jednostkę.

1989-05-10_Leningrad_fot_Kazimierz_Robak_023Fot. Kazimierz Robak

 

Kadra i uczniowie Międzynarodowej Szkoły Pod Żaglami kpt.  Baranowskiego byli podejmowani w czasie rejsu przez głowy państw, prowincji i stanów. Niemniej jednak sytuacja się powtórzyła. W Polsce pomysł morskiej szkoły charakterów nie zainteresował nikogo z tzw. czynników odpowiedzialnych za edukację, zaś Kanadyjczycy tylko na to czekali: natychmiast wyczarterowali Pogorię – z polską załogą – na cały rok szkolny dla swoich studentów.
Na zdjęciu pierwszym – Pogoria, z piątą kanadyjską Class Afloat, okrąża w grud­niu 1991 Przylądek Dobrej Nadziei.
Zdjęcie drugie Wojciech Jacobson zrobił podczas postoju w Hout Bay (RPA). W notatniku zapisał: „Pogoria” była wtedy największą jednostką w porcie, a manewry w basenie były majstersztykiem Andrzeja Straburzyńskiego.
Na trzecim: Pogoria opuszcza Hout Bay (RPA).
Na czwartym, w stycz­niu 1992 – Pogoria na redzie Jamestown, głównego miasta wyspy Święta Helena.

1991_Pogoria_kolo_Przyladka_Dobrej_Nadziei_arch_W_Jacobson_A_smFotografia lotnicza, z archiwum Wojciecha Jacobsona
1991_Pogoria_Hout Bay_1_F1000007_fot_W_Jacobson_sm

1991_Pogoria_opuszcza_port_Hout_Bay_RPA_arch_W_Jacobson_smFot. z archiwum Wojciecha Jacobsona

1992_Pogoria_St_Helena_fot_W_Jacobson_smFot. Wojciech Jacobson

 

4 lipca 2000, w dniu narodowego święta Stanów Zjednoczonych, Pogoria brała udział w paradzie żaglowców na wodach rzeki Hudson przy nowojorskiej części Manhattanu. Kilkanaście miesięcy później to zdjęcie miało już zupełnie inną wartość dokumentalną.

2000-07-04_NYC_004a2Fot. Grażyna Walczak

 

Dwa ładne lotnicze portrety Pogorii, zrobione 27 czerw­ca 2008 na francuskich wodach terytorialnych, zostały strzelone z samolotu Marine nationale française.

STS Pogoria, Fot. Marine nationale française, 2008-06-27Fot. Marine nationale française

2008-06-27_Pogoria_2_Fot_Marine_nationale_française_smFot. Marine nationale française

 

W 20. rocznicę rozpoczęcia Międzynarodowej Szkoły Pod Żaglami kpt.  Baranowskiego, większość uczestników tamtego rejsu spotkała się na Pogorii i pod dowództwem Kapitana wypłynęła w tygodniowy rejs po Morzu Liguryjskim.
Na zdjęciu: Pogoria na cumach w korsykańskim porcie Bonifacio (18 listo­pa­da 2008).

2008-11-18_Bonifacio_DSC02936_fot_Konrad_DucFot. Konrad Duc

 

W archipelagu Wysp Liparyjskich na Morzu Tyrreńskim najbardziej na południe wysunięta jest Isola di Vulcano.
W  rejsach po Morzu Śródziemnym Pogoria jest tam częstym gościem. To zdjęcie zostało zrobione w roku 2009.

2009_POGORIA_Vulcano_Island_fot_Aleksandra_ChwaliszFot. Aleksandra Chwalisz

 

W tym samym roku, na wodach polskich Pogoria brała udział w paradzie żaglowców: podczas współczesnej parady żagle stawia się niezależnie od kierunku wiatru, bo i tak wszystkie jednostki płyną na silnikach. Właśnie dlatego żagle rejowe barkentyny „pracują wstecz”.

2009-04-14_fot_afleksFot. afleks.flog.pl

 

Znów Korsyka i znów Bonifacio. Tym razem w stycz­niu 2011.

2011-01-11_Korsyka_1_fot_K_GrubeckiFot. Krzysztof Grubecki

 

W portach Pogoria ze swoją niską burtą nie rzuca się w oczy od strony nabrzeża, ale i od strony wody często ginie na tle dźwigów i kominów.

2011-01-19_fot_Aleksandra_Chwalisz_IMG_7037lev_smFot. Aleksandra Chwalisz

 

Przeczytałem gdzieś niedawno, że „na pierwszy rzut oka Pogoria to plątanina kolorowych sznurków i płócien o przedziwnych nazwach”.
Tu akurat postawiony jest grotsztak­sel, sznurkowa drabina to prawobur­towe wyblinki na wantach grotmasz­tu, zaś żagiel zasłania fokmaszt, z którego widoczne są jedynie końcówki rej i kawałek marsa.

2011-01-23_fot_Aleksandra_Chwalisz_IMG_7293_smFot. Aleksandra Chwalisz

 

Jednym z najczęściej powtarzanych w reportażach marynistycz­nych zwrotów jest: „przed dziobem otworzył się…” albo „koniec bukszprytu wskazywał na…”.
Właśnie tak.

2011-01-27_fot_Aleksandra_Chwalisz_IMG_8132Fot. Aleksandra Chwalisz

 

Czerwiec 2011 we francuskim porcie.

2011-06-27_fot_Aleksandra_Chwalisz_IMG_7625_smFot. Aleksandra Chwalisz

 

Kapitan Daru Młodzieży, Tadeusz Olechnowicz, komentując spotkanie PogoriiDaru na Oceanie Indyjskim (4 stycz­nia 1984, na pozycji 11°09,7’N; 068°24’E), napisał: Nie zazdroś­ci­łem kapi­ta­nowi Baranowskiemu. Wielka odpo­wie­dzial­ność ciąży na kapi­tanie tak małej jednostki

.                                                                 Dar Młodzieży           Pogoria
długość (z bukszprytem):                               108,8 m               46,8 m
szerokość:                                                               14 m                    8 m
Maksymalna wys. masztów:                                50 m                 32 m
zanurzenie:                                                              6,6 m                3,8 m
wyporność:                                                            2946 t                 342 t
pow. ożaglowania:                                            3015 m2          1000 m2
moc napędu pomocniczego:                     2 x 750 KM           348 KM

Jak to wygląda w praktyce przedstawiają poniższe zdjęcia, zrobione 25 lipca 2011 w pobliżu Wysp Szetlandzkich, podczas Operacji Żagiel (Tall Ships’ Races).
Na obu za Pogorią jest Mir – zaprojektowany przez Zygmunta Chorenia i zbudowany w 1987 w Stoczni Gdańskiej, pływający pod banderą rosyjską bliźniak Daru Młodzieży (który na pierwszym zdjęciu jest schowany na trzecim planie), więc proporcje widać dokładnie.

Pogoria - Mir - Dar MlodziezyFot. Sean Rathbone

Pogoria - MirFot. Sean Rathbone

 

Dwa zdjęcia uzasadniają jedno z głównych przykazań obowiazujących na Pogorii:
liczy się tylko praca zespołowa; ani żagli rejowych, ani trójkątnych, a praktycznie nawet żadnej liny nie da się obsłużyć pojedynczo. Im szybciej załoga nauczy się pracować razem, tym szybciej opanuje technikę żeglowania.

2011-09-25_fot_Krzysztof_Grubecki_12_IMG_2106_smFot. Krzysztof Grubecki

2011-09-27_fot_Krzysztof_Grubecki_35_IMG_2238_smFot. Krzysztof Grubecki

 

Pogoria widziana z pokładu przepływającego obok statku (26 kwietnia 2012):

2012-04-26_Pogoria-343_fot_Señalero_bisFot. Señalero bis

 

I dwa zdjęcia najnowsze, ze stycznia 2013: Pogoria w korsykańskim porcie Calvi i nocą w Nicei.

2013-01-31_Calvi_fot_Krzysztof_Grubecki_smFot.Krzysztof Grubecki.

2013-01-19_fot_Arkadiusz_Rogowski_DSC_5600Fot. Arkadiusz Rogowski

 

Kazimierz Robak
5 czerwca 2013

 

 

Calendar

« October 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 
Jesień
– jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

•   Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

•   i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

•   Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

•   Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

•   Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

•   Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

•   Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

•   Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

•   Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

•   Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

•   Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

•   Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

•   Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

•   Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

•   Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

•   Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę polska.

•   Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

•   Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

•  Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
    Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
    A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

•   Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

•   Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

•   Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

•   Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

•   Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

•   Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

•   Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

•   Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

•   Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic na to nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.

Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią.
Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna  nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!
Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

Idzie jesień, a tu próżna kieszeń.

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień, brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień, ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę
z korca deszczu, garniec błota.

Pzdrwm_Robak

PS.
Za pocztówki dziękuję (w kolejności nadlatywania z czterech stron świata):

•   Kai (ze Shqipërii);
•   Kai, Mai i Witoldowi (z Finlandii, z rejsu Zaruskim);
•   Markowi (właśnie temu ze Świdnicy, a kartka była pantomimiczna z Wrocławia!);
•   Oli, Matyldzie, Mai, Strusiowi, Zuzi i Zuzi (skądże by, jak nie z Pogorii sześć pocztówek w jednej kopercie!);
•   Karolowi (z któregoś z rozlicznych festiwali);
•   Natalii (z Lidingo w Szwecji);
•   Łukaszowi (nie powiem, skąd);
•   Magdzie i Maszy (najpierw z Grecji, później ze Złotych Gór);
•   Oli (banan z Tennessee!);
•   Zuz-Ali (z Jastrzębia, ale i ze Zdroju);
•   Martynie (ciężko powiedzieć, skąd : );
•   Mirce i Stachowi (najpierw z Gruzji, a potem z Litwy);
•   Kasi (z jej rejsu na pokładzie jednostki czterokołowej Helena);
•   Krzysztofowi, znanemu jako "Kapitan" (z wędrówki po ostępach Montany i Yellowstone);
•   Ryśkowi (z rejsu, który prowadził dookoła Sycylii);
•   Kryspinowi (z Krakowa ale z Wieliczki);
•   Dorocie, Idze i Karolowi (z Kazimierza).

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

PAŹDZIERNIK...

Jasne, że październik. Wystarczy spojrzeć w okno i widać. No, chyba że ktoś mieszka w tropikach, na przykład w Singapurze.

Październik – dziesiąty miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.
Jest najdłuższym miesiącem w roku kalendarzowym: ponieważ na październik przypada zmiana czasu letniego na zimowy jest on dłuższy o jedną godzinę od pozostałych 31-dniowych miesięcy.

Teraz powinno być, jak etymologię słowa „październik” wyjaśnia Aleksander Brückner (pamiętamy: 1856-1939, filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny) i jeszcze np. zgrabny cytacik z Lindego. Ale nie będzie, bo to wyjaśni każdy, nawet ci, co o Brücknerze i Lindem nie słyszeli w życiu, a nawet tacy, dla których zaskoczeniem jest fakt istnienia słownika języka polskiego, bo przecież jeżeli słownik – to z jakiegoś na jakiś, a nie z naszego na nasze.
„Wrzesień” – bo wrzosy, „listopad” – bo liście spadają, „grudzień” – bo gruda (tu już tak prosto nie jest, bo na własne uszy słyszałem, jak ktoś powiedział, że mu coś „idzie jak po grudzień”).

A „październik”? Tu też jest „trudniej”, bo chodzi o paździerze, od których jest też „płyta paździerzowa” (a nie na odwrót!) – odpadki z lnu lub konopi.
Dziś mało kto zna bajkę Konopnickiej Jak to ze lnem było, a tego, jak się obrabia len – poza specjalistami – dziś nie wie nikt, choć kiedyś była to jedna z podstawowych prac w każdym większym gospodarstwie. W bajce, jak to w bajce: był król – dobrotliwy, sprawiedliwy, ale bardzo nieszczęśliwy, ciągle bowiem był zmartwiony z racji takiej, że jego naród na grzbiet nie miał co włożyć. Dał mu starzec, przy drodze spotkany, worek nasion mówiąc, że złoto z nich wyrośnie – ale że nie wyrosło, więc król zielsko najpierw kazał wyrwać, później w rzece topić, później pod lasem rzucić. A gdy znów mu się przed oczy napatoczyło, zawołał:

– Hej tam! Zabrać mi to przeklęte zielsko i otłuc kijami, żeby aż z niego paździerze poszły!
I z wielką pasją do domu wracał, a z nim goście jego.
A pachołki tymczasem, one pęki łodyg porwawszy, zaczęli je kijami okładać tak, że aż z nich paździerze leciały.
Naleciał tych paździerzy okrutny pokład, a łodygi aż pobielały, jak z nich ta pierwsza surowizna zeszła.

Tymczasem starzec – którego król zdążył już w lochu uwięzić – nauczył dzieweczkę jedną, jak z łodyg lnianych nić wysnuć i płótno utkać, i królowi sztukę materiału w darze złożył, mówiąc:

Kazałeś go topić?
Dobrześ uczynił, bo jego łodyżki w wodzie odmięknąć muszą.
Kazałeś go z wody precz cisnąć?
Dobrześ uczynił, bo go trzeba suszyć.
Po moknięciu owym kazałeś go kijami z paździerzy obić?
Dobrześ uczynił, bo tę złą paździerz obić trzeba z łodygi, żeby ją uprawić.
Kazałeś je zaś powtórnie kijami obijać?
I toś dobrze uczynił, bo do trzeciej skóry len obić trzeba i kijem go wyłamać, żeby do włókna się dostać.
[…] Królewna niech każe po wsiach len siać i tak go sprawić z rozwagą i miłością, jakeś go ty królu, z gniewem sprawiał, a z płótna niech da koszule dla wszystkich sierot i niemocnych szyć, co jest więcej niż złoto, bo jest poratowanie ubóstwa i niedostatku.

I tak to się wszystko – jak pisał x. Tischner – fajnie po góralsku skończyło, hej!

 

Hen, drzewiej... [„hen” to wg słownika 'wzmocnienie okolicznika miejsca', „drzewiej” to 'dawniej' (a nie tryb rozkazujący)] dziesiąty miesiąc roku nazywano u nas również: paździerzec lub paździerzeń (od tych samych paździerzy), pościernik (od ściernisk jesienią pola pokrywających), a także winnik, co zbieżne było ze starogermańską nazwą października Weinmond, więc smacznie – bo od wina.

Łacińska nazwa October – „ósmy miesiąc” (octo to po łacinie osiem), zaczęła być używana od roku 46 p.n.e., kiedy to Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).
Nazwa ta została zapożyczona przez większość języków europejskich.

 

Październikowe rocznice

 

1 października 1800: trzeci traktat z San Ildefonso – Hiszpania oddaje Francji „Zachodnią Luizjanę”.

Cudzysłów dałem dlatego, że owa nazwa nie ma nic wspólnego z dzisiejszym stanem Luizjana, gdyż w owym czasie oznaczała terytorium stanowiące prawie 25% powierz­chni dzisiejszych Stanów Zjednoczonych.
Obejmowało ono – w całości – dzisiejsze stany (porządek alfabetyczny): Arkansas; Dakota Południowa; Iowa; Kansas; Missouri; Nebraska; Oklahoma; oraz mniejsze lub większe części stanów (porządek prawie alfabetyczny): Dakota Północna; Luizjana (na zachód od Missisipi, z Nowym Orleanem); Minnesota (na zachód od Missisipi); Montana, Wyoming i Kolorado (na wschód od Gór Skalistych); Nowy Meksyk (część północno-wschodnia); Teksas (część północna) i niewielkie kawałki dzisiejszych prowincji kanadyjskich Alberta i Saskatchewan.

Hiszpania oddała więc taki kawał kontynentu Francji w zamian za:

● obietnicę utworzenia królestwa na podbitym przez Napoleona Półwyspie Apenińskim (państwa „Włochy” wówczas nie było; powstanie dopiero w 1861 r.) którym władać miał bratanek hiszpańskiego króla – książę Parmy, Ludwik Franciszek Filibert Burbon-Parmeński;

● obietnicę Francji, że nie przekaże „Zachodniej Luizjany” żadnemu innemu państwu.

● Do tego Hiszpanie zgodzili się dołożyć sześć 74-działowych okrętów wojennych, które miały być przekazane po objęciu przyrzeczonego tronu przez Ludwika Franciszka Filiberta.

Trzeci traktat z San Ildefonso (ściśle tajny w momencie podpisania) ogłoszono miesiąc po uzgodnieniu. Ostateczna umowa podpisana została 21 marca 1801 r. w Aranjuez.

Napoleonowi, wojującemu z Anglią, zależało na sojuszu z Hiszpanią, więc Ludwik Franciszek Filibert, 21 marca 1801 r., został królem tzw. Etrurii, ze stolicą we Florencji (że pod kontrolą Francji, to jasne, prawda?). Panował krótko: dwa lata później zmarł, zostawiając na tronie 4-letniego syna.
Epizod Królestwa Etrurii trwał też krótko, bowiem Napoleon w 1807 roku włączył je w skład Cesarstwa Francuskiego.
I tak została wypełniona francuska obietnica pierwsza.

Karol IV Hiszpański ogłosił dekret królewski o przekazaniu „Zachodniej Luizjany” Cesarstwu Francji 15 października 1802. Trzy miesiące później Napoleon złożył, a Thomas Jefferson przyjął ofertę kupna/sprzedaży tego terytorium.
I tak została wypełniona francuska obietnica druga.

Okręty (Intrépido, Conquistador, Pelayo, San Genaro, AtlanteSan Antonio) zostały przekazane Francji, zgodnie z umową, w marcu 1801 r.

 

Jak było dokładnie ze sprzedażą „Zachodniej Luizjany” Stanom Zjednoczonym, przeczytacie przy dacie 30 kwietnia, bo właśnie tego dnia, w 1803 roku, podpisany został akt transakcji zwanej Louisiana Purchase. A w skrócie rzecz miała się tak.

Rewolucja francuska z 1789 roku (zwana Wielką) oparła się na trzech wyrazach-hasłach: liberté, égalitéfraternité, komunikując całemu światu, że wszyscy ludzie są wolni, równi i (sobie) braćmi. Ludzie prostoduszni przyjęli to bez zastrzeżeń, zapominając, że zawsze są ludzie bardziej wolni i bardziej równi niż inni, a braterstwo też może być różne, np. stryjeczne, cioteczne czy jeszcze dalsze.
Dosłownie pół godziny po napisaniu tych słów, otworzyła mi się (słowo daję: przypadkiem) jedna z książek na stronie z następującym cytatem:

Rewolucje proklamują szlachetne słownictwo, które przenika do mowy potocznej: nawet przeciwnicy wierzą w głębi serc, że zawarte w intencjach re­wo­luc­ji dobro i rozum wyeli­minują w końcu przemoc i absurd, wierzą w sło­wa, albowiem moc słów jest nieod­gad­nio­na, zaś na zużycie ich nie starczy stuleci.

Précisément.
Tacy właśnie prostoduszni ludzie zamieszkiwali kolonię francuską Saint-Domingue (zachodnia część wyspy Hispaniola, dziś: wyspa Haiti; po polsku kolonia ta zwana była z hiszpańska: San Domingo). Pojęli oni rewolucyjne hasła dosłownie i zażądali tego, co im się wydawało ich.
Sęk w tym, że byli to czarni niewolnicy z plantacji, którym do głowy nie wpadło, że gdy biali panowie w Europie robią demokratyczno-wolnościowe rewolucje, to czarnym do tego wara, bo mają pracować jeszcze więcej, gdyż rewolucja zawsze potrzebuje pieniędzy. Jednak niewolnicy – jak to niewolnicy – zaczęli powstanie.

Ekspedycje wojskowe wysłane do Saint-Domingue przez Hiszpanię, Wielką Brytanię i Napoleona, by spacyfikować buntowników (Legiony Polskie z armii napoleońskiej też pacyfikowały, a jakże) były dziesiątkowane zarówno przez powstańców, jak i choroby tropikalne. Ukaz z 1802 roku, który nadszedł z Paryża i oznajmiał utrzymanie niewolnictwa na Martynice i Gwadelupie także niewiele pomógł.

Napoleon zdał sobie sprawę, że Saint-Domingue nie utrzyma (i rzeczywiście: powstańcy ogłosili niepodległość 1 stycznia 1804 jako Haiti), a bez tej bazy wszelkie posiadłości francuskie na kontynencie północnoamerykańskim nie przetrwają długo. Najbardziej zaś potrzebne mu były pieniądze.

Jefferson z kolei zdawał sobie sprawę, że wkrótce pojawi się co najmniej dwóch pretendentów do „Zachodniej Luizjany” – Hiszpania i Anglia i że najtańsza wojna będzie wielokrotnie droższa od ceny wynegocjowanej z Francją. Francja zaś proponowała sprzedaż terytorium mającego 2.144.510 km2 (828.000 mil kw.) za 15 milionów dolarów (11,75 mln gotówką, reszta – przez umorzenie długu), czyli 7 centów za hektar (po amerykańsku: 2,8ȼ za akr). Dziś by to było ok. 236 milionów dolarów czyli 1,11 dolara za hektar (44,5ȼ za akr) – darmo!

Trzeba tu jeszcze dodać, że w owym czasie duża część ziem wchodzących w skład „Zachodniej Luizjany” mogłaby się reklamować jako „nietknięta stopą białego człowieka”.

 

 

14 października 1582 był dniem ciekawym, bo datą dnia poprzedniego był 4 października – czyli 10 dni wypadło z kalendarza. Stało się to za sprawą bulli Inter gravissimas [„Wśród najpoważniejszych (obowiązków pasterskich)"] wydanej przez Grzegorza XIII.
Papież zarządził zmianę, by dostosować daty obowiązującego do owej pory systemu juliańskiego do kalendarza solarnego czyli astronomicznego, bo np. przesunięcie Wielkiejnocy zaczęło być zbyt wielkie.
Kalendarz wprowadzony przez Juliusza Cezara w 45 r p.n.e. był postępem wobec tego, jak liczono daty w Rzymie wcześniej, ale miał i wady: m.in. w wyznaczaniu lat przestępnych, przez co spóźniał się wobec Słońca o 1 dzień na 128 lat.
Kalendarz Grzegorza zreformował naliczanie lat przestępnych (miał 1 dzień spóźnienia solarnego na 3322 lata), ale musiał też zniwelować różnicę (dokładnie: jej część), jaka narosła w systemie juliańskim, stąd właśnie ów przeskok o 10 dni.

Różne kraje przyjęły tę zmianę różnie.
Katolicy – Hiszpania, państwa włoskie czy Polska – przyjęli kalendarz gregoriański niemal natychmiast.
Wielka Brytania przyjęła go niemal 200 lat później (1752), Bułgaria – w 1916, Grecja – w 1923.

W Rosji było jeszcze dziwniej: kalendarz zmienił się tam w roku 1700 ale... z bizantyjskiego na juliański. Bizantyjski – wiadomo: otrzymany od Cesarstwa Wschodniorzymskiego i dumnie podtrzymywany, gdy po 1453 roku drugim Konstantynopolem – stolicą prawosławia – stał się Kijów, a później Moskwa.
Bizantyjczycy poszli na całość: żadne tam założenie miasta, czy nawet narodzenie Chrystusa, tylko stworzenie świata. Wyliczyli sobie, że akt kosmicznej kreacji wydarzył się (wg naszych ułomnych obliczeń) w 5508 r p.n.e. i w AD 691 zaczęli datować lata po swojemu, uznając ten rok za 6199.
W roku 7208 Piotr I, modernizując Rosję, chciał uczynić (i uczynił) to samo z jej kalendarzem. „Ciut mu się jednak – jak mawia mój przyjaciel, Geografem zwany, więc i na kalendarzach się znający – omskło.” I car Piotr zamiast gregoriańskiego wybrał kalendarz juliański, oznajmiając w dodatku, że niniejszym jest rok 1700, czyli początek wieku osiemnastego.
Z tym też mu się „omskło” (podobnie jak sto lat później Słowackiemu; a niektórzy nie mogą tego zrozumieć do dziś), bo lata zakończone na dwa zera kończą stary wiek, a nie są początkiem nowego. Ale wydaje się, że na Rusi nie było głupiego na tyle, żeby wytknąć błąd carowi – więc tak zostało.
Wreszcie przyszli bolszewicy i w roku 1918 przeszli na system gregoriański.
Aż dziw: bolszewicy przejęli system burżuazyjno-religiancki. Chyba tylko dlatego, że przyspieszał kalendarz: jeden dzień – a dziesięć dni władzy proletariatu więcej!

Ale w Rzeczypospolitej też łatwo było jedynie teoretycznie. W aktach obrad sejmowych, które rozpoczęły się w Warszawie w październiku 1582 odnotowano: wedle poprawy nowego kalendarza w dzień świętej Jadwigi (15 października) roku tysięcznego pięćsetnego osiemdziesiąt drugiego [Sejm] zaczęty i zagajony został.

Ciekawa rzecz: Stefan Batory, który początkowo nakazywał wprowadzenie nowego datowania w urzędach państwowych i całym państwie bez względu na wyznanie (nie zachował się żaden oryginał tego rozkazania), w roku następnym rozkaz złagodził i do hierarchów Kościoła Prawosławnego, 18 maja 1585, napisał:

postanowiliśmy dla wyznawców religii Greckiej, którzy w Wielkiem Księstwie Litewskiem zamieszkują,
udzielić wolne i spokojne wyznanie, odbywanie i zachowywanie w temże Księstwie
wszelkich obrządków i rytuałów podług dawnego kalendarza i przepisu.

W roku kolejnym (21 stycznia 1584) król powtórzył: ludzie greckiego zakonu do tej poprawy kalendarza nowego, bez przyzwolenia starszego patryjarchy swojego, gwałtem przymuszani być nie mają. Ten uniwersał był reakcją na zachowanie katolickich fundamentalistów, którzy we Lwowie, w Wilnie i Łucku wszczęli rozruchy, gdyż nie podobało im się, że prawosławni obchodzili święta kościelne dziesięć dni później. Dziesięć dni, jak widać, nie dym!

Ruszyli się nie tylko katolicy. Rewoltę antygregoriańską wszczęli ewangelicy w Inflantach; w Rydze zrobiło się groźnie do tego stopnia, że w styczniu 1585 ryska rada miejska musiała zagwarantować opozycji, iż stary kalendarz będzie obowiązywał tak w sferze kościelnej jak i świeckiej. I tak było.
Gdy nakaz datowania gregoriańskiego powtórzył w 1589 kolejny król, Zygmunt III, Ryga odmówiła, a w 1613 złożyła formalny protest na sejmiku – i zgoda na używanie dat juliańskich została jej przyznana.

Podobnie rzecz się miała w Prusach Książęcych, gdzie rozkazowi królewskiemu otwarcie zaoponowano. Bez szemrania za to daty gregoriańskie przyjęte zostały w 1612, gdy zadekretował je pruski książę-regent Johann Sigismund, opiekun prawny formalnego władcy Albrechta Friedricha, słabującego wówczas na umyśle.

Który to już raz chce się za podlaskimi adwersarzami Bogusława Radziwiłła powtórzyć: Omnis novitas in re publica periculosa est — Wszelka nowość w Rzeczypospolitej jest niebezpieczna.

Choć może bardziej pasowałby tu cytat Radziwiłła sienkiewiczowskiego: „Ej, galimatias w tej waszej Rzeczypospolitej, galimatias.”

 

Dużo się tego zrobiło, choć rocznice tylko dwie. Wobec tego:

 

Znaki Zodiaku
przypadające na październik

Waga (♎, do 22 października).

Skorpion (♏, od 23 października).

Wstyd nawet pisać. Pijar tzw. czarny (więc prawdziwy, bo bez kadzenia i komercyjnej chęci przypodobania się każdemu) jest po prostu bezlitosny O Wadze było we wrześniu, a Skorpion?

Ma manię prześladowczą.
Nic nie jest w stanie zmienić jego przekonania, że licznym, stałym niepowodzeniom Skorpiona
winien jest zawsze ktoś inny, a nie on sam.
Ze strachu atakuje pierwszy i to od tyłu.
Z przyjemnością dręczy zwierzęta i marzy o posadzie dozorcy w ZOO.

Maju, przybądź!

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich

dziesiąty miesiąc roku to:

białoruskiкастрычнік [kastrycznik]
bośniackioktobar
bułgarskioктомври [oktombri]
chorwackilistopad
czeskiříjen [rzijen]
kaszubskirujan (też: pajicznik, paklepnik, pazdzérznik, oktober)
litewskispalis
łatgalskileita
łużycki (dolny)oktober (też: winowc, winski)
łużycki (górny)oktober (też: winowc)
łotewskioktobris
macedońskioктомври [oktombri] albo листопад [listopad]
rosyjskioктябрь [oktiabr’]
serbskioктобар [oktobar]
słowackioktóber
słoweńskioktober
ukraińskiжовтень [żovtień]
żmudzkispalis

 

Przysłowia związane
z październikiem:

Gdy październik ciepło trzyma,
zwykle mroźna bywa zima.

Gdy październik ze śniegiem przybieży,
na wiosnę długo śnieg na polach leży.

Grzmot październikowy – niestatek zimowy.

Jeżeli październik jest wietrzny i mroźny,
to nie będzie za to styczeń, luty groźny.

Miesiąc październy,
marca obraz wierny.

Październik chodzi po kraju,
żenie ptastwo z gaju.

Październik, bo paździerze
baba z lnu cierlicą bierze.

Październik, gdy grzmot na wschodzie naprawi,
burz nas wielkich i wiatrów nabawi.

Pościernik, bo po ścierni,
pług rznąc skibę, rolą czerni.

W krótkie dzionki października
wszystko z pola, sadu znika.

W październiku jak na śmietniku

W październiku, jeśli liście z drzewa nie spadają,
będzie tęga i ostra zima.

W październiku myśli z ptakami na południe odlatują.

 

Przysłowia na


św. Franciszka (4.X)

Na św. Franciszka
chłop już w polu nic nie zyska.

Na św. Franciszka
odlatuje pliszka.

 

św. Brygidę (8.X)

O św. Brygidzie
babie lato przyjdzie.

 

św. Emila (11.X)

Na Emila
babskie lato się przesila.

 

św. Edwarda (13.X)

Na Edwarda – jesień twarda.

 

św.Teresę i Jadwigę (15.X)

Dobra Tereska,
kto z nią nie mieszka.

Każda Teresa
ma swe interesa.

Na św. Teresę
odziej się w bekieszę.

Do św. Jadwigi
pozbieraj jabłka, orzechy i figi.

Jadwiga rzepę kopie.

Kto sieje na Jadwigę,
ten zbiera figę.

Od św. Jadwigi
włóż na górę czepigi.
[można odłożyć na strych pługi i radła, bo to koniec orki]

Po św. Jadwidze
słodycz w marchew idzie.

 

św. Gawła (16.X)

Kiedy w św. Gaweł słota,
będzie w lecie dużo błota.

Św. Gaweł stoi na to,
jakie będzie przyszłe lato.

 

św. Łukasza (18.X)

Już minął św. Łukasz,
czego w polu szukasz?

 

św. Urszulę (21.X)

Od Urszuli
śnieżnej oczekuj koszuli.

Urszula do pieca przytula.

 

św. Kryspina (25 X)

Na świętego Kryspina
szewc przy świecy poczyna.

W świętego Kryspiniana
każda szewczyna pijana.
[św. Kryspin uważany jest za patrona szewców]

 

św. Szymona (28.X)

Kiepski rok zapowiada,
gdy na Szymona pada.

Na Szymona i Judę
trza opatrzeć budę.

Od Szymona i Judy
przeszły w polu trudy.

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytat wewnątrz tekstu:
Tyrmand, Leopold. Życie towarzyskie i uczuciowe.
Paryż : Instytut Literacki, 1967; str. 167.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha