STS Pogoria – galeria portretów

Kazimierz Robak

Płynąć i widzieć

Pogoria w moim życiu zajmuje miejsce szczególne. Wszedłem na jej pokład po raz pierwszy w grudniu 1980 i od tego czasu była ona moim drugim domem przez wiele lat.

W połowie kwietnia tego roku otrzymałem od autora wystawy „Biało-czerwona na morzach i oceanach” miłą propozycję napisania kilku słów (dokładnie: „2400 znaków ze spacjami”) na planszę „STS Pogoria” i przysłania zdjęć z komentarzami na stronę internetową przedstawiającą Pogorię, wśród bohaterów wystawy.

Ów tekst (którego pierwodruk znajdziecie na stronie organizatorów wystawy) zamieszczam niżej. Dociekliwych informuję, że jest to wersja pierwotna, mająca 125 znaków (ze spacjami!) wiecej, niż ta na planszy wystawy plenerowej.

Szperanie w archiwum i komentowanie pogoriowych zdjęć obudziło miłe wspomnienia. Postanowiłem więc otworzyć galerię potretów Pogorii. Za uprzejmą zgodą autora i organizatorów powtórzę te, które już są przedstawione na wystawie „Biało-czerwona” i dodam kilka innych z archiwum własnego i przyjaciół.

 

STS „POGORIA”

Pogoria płynie swobodnie…”
Tak zaczyna się jedna z wielu piosenek o Pogorii, żaglowcu, o którym – podczas jego trwającej ponad trzy dziesiątki lat historii – powstało co najmniej tuzin książek, a liczba artykułów prasowych idzie w tysiące.

Narodziny Pogorii przypadły na rok 1980 – czas protestów i zmian, w miejscu będącym wówczas na pierwszych stronach gazet całego świata: Stoczni Gdańskiej. Ale nawet tam – w owych przemian epicentrum – rejowy żaglowiec był nowością, bo takich jednostek w Polsce wcześniej nie budowano.

Pogoria powstała jako pierwsza z serii kilkunastu żaglowców zaprojektowanych w pracowni inż. Zygmunta Chorenia. Inicjator jej budowy, kpt. Krzysztof Baranowski, miał już wtedy pomysł stworzenia Szkoły Pod Żaglami, łączącej naukę szkolną z żeglugą w dalekim rejsie – stąd nadbudówka dziobowa Pogorii została zaprojektowana jako klasa szkolna. Spartańsko urządzone wnętrze żaglowca nie przeszkadzało co prawda złym językom w puszczaniu plotek o luksusach panujących „na jachcie” i konieczności jego sprzedaży, ale na szczęście na plotkach się skończyło.

Pogoria w swój pierwszy dalszy rejs popłynęła na „Operację Żagiel 1980”, skąd młodzieżowa załoga z „Bractwa Żelaznej Szekli”, dowodzona przez kpt. Baranowskiego, przywiozła tytuł najszybszej jednostki regat.

Pierwszym transatlantyckim rejsem Pogorii była wyprawa do polskiej stacji antarktycznej im. Henryka Arctowskiego zbudowanej na Wyspie Króla Jerzego w archipelagu Szetlandy Południowe (1980-12-07 – 1981-04-17, kpt. K. Baranowski) połączona z transportem polarników. Ówczesna załoga szybko stała się zgranym zespołem – w przenośni i dosłownie, bo piosenki, które powstały w trakcie żeglugi złożyły się na „Śpiewnik antarktyczny”, dziś biały kruk wśród żeglarskich wydawnictw.
Uczestnicy kadry antarktycznej organizowali z Krzysztofem Baranowskim pierwszą polską Szkołę Pod Żaglami (1983/84) i International Class Afloat (dla uczniów z USA, ZSRR i Polski, 1988/89). Spotkać ich można wciąż wśród oficerów i dowódców barkentyny.

Polską banderę Pogoria zaniosła na wszystkie oceany i kontynenty. Biało-czerwona łopotała na jej rufie w Reykjaviku i Ushuaia, na Malediwach i na chilijskiej Wyspie Robinsona, w Nowym Jorku i Bombaju, na trawersie przylądka Horn i na Wielkich Jeziorach Amerykańskich.

Barkentyna wciąż pływa z młodzieżą. Od 1995 jej armatorem jest STA Poland – filia Sail Training International, która edukuje młodych ludzi przez pełnomorską żeglugę i organizuje regaty wielkich żaglowców „Operacja Żagiel”.

Kazimierz Robak

Ten sam (prawie) tekst w wersji angielskiej

 

Galerię otworzą dwa zdjęcia, które między sobą nazywamy „Pogoria jasna” i „Pogoria ciemna”. Oba zostały zrobione 30 marca 1984, w pobliżu Kapsztadu (na fotografii „jasnej” widać w tle Górę Stołową) podczas rejsu pierwszej Szkoły Pod Żaglami kpt. Krzysztofa Baranowskiego.

 

1984-03-30_Pogoria_i_Gora_Stolowa_01_fot_Andrzej_DrapellaFot. Andrzej Drapella

 1984-03-30_STS_POGORIA_fot_Kazimierz_Robak

Fot. Kazimierz Robak

 

Rejs antarktyczny Pogorii zaczął się w grud­niu 1980. Przed wyjściem w morze głównym zadaniem kolejnych wacht było odśnieżanie, bo śnieg padał i padał. Ale zajęcia z szuflą były relaksem w porównaniu z tym, co zaczęło się dziać po wyjściu z Zatoki Gdańskiej.

 

1980-12-07_1_fot_Kazimierz_Robak_245
Fot. Kazimierz Robak

 

1980-12-07_2_fot_Kazimierz_Robak_246
Fot. Kazimierz Robak

 

Po niespełna dwóch miesiącach Pogoria wpłynęła na wody antarktyczne.

1981-02-03_fot_Kazimierz_Robak_Icebergi_1_2171802-R1-E002a
Fot. Kazimierz Robak

 

1981-02-03_fot_Kazimierz_Robak_Icebergi_2_2171802-R1-E003aFot. Kazimierz Robak

 1981-02-03_fot_Kazimierz_Robak_Icebergi_3_2171802-R1-E004
Fot. Kazimierz Robak

 

W Zatoce Admiralicji, nad którą zbudowano stację im. Henryka Arctowskiego, Pogoria rzuciła kotwicę 4 lu­te­go 1983. Jest  na 62. stop­niu szero­kości południowej (dokładne współrzędne stacji: 62°09’45”S, 58°27’45”W).

 1981-02-06_fot_Zbigniew_Studzinski_u22a
Fot. Zbigniew Studziński

 

Krzyż na zboczu, który widać na zdjęciu niżej, stoi na grobie przyrodnika, pisarza i fotografa Włodzimierza Puchalskiego, który zmarł w czasie pracy nad kolejnym reportażem na Wyspie Króla Jerzego 19 stycznia 1979 i tam został pochowany. Na jego książkach wychowało się kilka pokoleń, które autor zaraził pasją „bezkrwawych łowów” – z aparatem fotograficznym zamiast strzelby.1981-02-06_Pogoria_grob_W_Puchalskiego_fot_Zbigniew_Studzinski_14b

Fot. Zbigniew Studziński

 

W Stanley, stolicy Falklandów, Pogoria stała dwa dni (12 i 13 lute­go 1981). Wracającej z wód antarktycznych załodze miasto wydawało się oazą spokoju.
2 kwietnia 1982, rozpętała się tam wojna, podczas której zginęło prawie tysiąc ludzi, zniszczone zostało kilkanaście okrętów i kilkadziesiąt samolotów.
Tak – rok przed wojną – wyglądało Stanley z rei Pogorii.
Nie jest to, rzecz jasna portret żaglowca (raczej „portret z żaglowca”), ale w opowieści o dawnych rejsach Pogorii pobytu na Falklandach nie może zabraknąć. Te wyspy przez kilka stuleci były oazą, a samo Stanley (o bardzo trudnym nawigacyjnie wejściu) – mekką żaglowców w drodze wokół przylądka Horn.
Starsi mieszkańcy Falklandów, którzy jeszcze pamiętali złoty wiek żagli, patrzyli na naszą barkentynę ze wzruszeniem i mówili, że był to pierwszy od dziesięcioleci duży żaglowiec, który zawinął do ich portu. I dziękowali kapitanowi za dotrzymanie obietnicy, bo Krzysztof Baranowski, który był w Stanley Polonezem w 1973, obiecał, że powróci prawdziwym rejowcem.

1981-02-12_Stanley_Falklandy_fot_Ryszard_Mokrzycki_smFot. Ryszard Mokrzycki

 

Postój w Rio de Janeiro (25-27 lute­go 1981).

1981-02-26_fot_Kazimierz_Robak_Rio_2171802-R1-E009_a_smFot. Kazimierz Robak

 

W marcu (1981) na Atlantyku dopadł nas sztorm.

A więc wreszcie to, na co czekali wszyscy. Przywiał nam sztorm – jakie szczęście, że od rufy. O drugiej w nocy – alarm „do żagli!” Uderzani podmuchami niosącymi ze sobą ściany wody zrzucaliśmy grota i sztaksle. Dziób otwierał przed sobą szeroki korytarz, wodne odkosy waliły się na pokład, a Pogoria rwała jak na skrzydłach. Dziewięć, dziesięć, jedenaście węzłów – leciały meldunki z rufy. Szalona doprawdy jazda, jakiej już dawno nie zażywaliśmy. A później – niekończące się dyskusje w mesie przy herbacie, mimo że to środek nocy. Prognozy, obliczenia – kiedy miniemy Azory, kiedy La Manche, kiedy Kiloński? Kiedy Gdynia? I – jak nieodłączny refren wszystkich wysłuchanych w tym czasie relacji radiowych – co czeka nas w kraju?
Rano wita nas słońce, ale ocean… Jakże jest inny! Głębokie fale kołyszą nami tak, że ledwie możemy ustać na nogach. Na nich białe grzywy, które w zderzeniu z burtami strzelają w górę śnieżnobiałymi gejzerami. I wciąż ponad 10 węzłów na logu, a na kompasie kurs NE, prosto w La Manche.

[Robak, Kazimierz. Pogorią na koniec świata. Gdańsk : Wydawnictwo Morskie, 1983, s. 131]

Sztorm – sztormem, ale najważniejszym elementem na tym zdjęciu jest sylwetka pingwina namalowana na nadbudówce: Pogoria wraca z Antarktyki!

1981-03_Atlantyk_rejs_antarktyczny_3_fot_Andrzej_MakacewiczFot. Andrzej Makacewicz

 

Trzy impresje poniższe wyszły spod obiektywu Ryszarda Halby – biologa (zoologia kręgowców), naukowca z Instytutu Ekologii UW, który na Stacji Arctowskiego spędził zimę i wracał Pogorią do Polski. Ryszard jest fotografem znakomitym – te zdjęcia mówią więcej o żegludze w tropikach niż tysiące słów. I dlatego znalazły się w galerii potretów Pogorii.

1981-03_fot_Ryszard_Halba_62_smFot. Ryszard Halba

1981-03_fot_Ryszard_Halba_68_A_smFot. Ryszard Halba

1981-03_fot_Ryszard_Halba_70_smFot. Ryszard Halba

 

Trzeba dokładnie przyglądać się mapie Morza Śródziemnego, by między Kretą a Peloponezem znaleźć półksiężycowaty kształt Santorini – największej wyspy mini-archipelagu Thira. Są to resztki dawnej wulkanicznej wyspy, która praktycznie wyleciała w powietrze podczas eksplozji wulkanu, ok. 1600 p.n.e. Wybuch był tak potężny, że nie tylko zostawił ślady w Biblii (egipskie ciemności i krwawa woda w Nilu), nie tylko wywołał tsunami o fali dochodzącej prawdopodobnie do dwustumetrowej wysokości, która spustoszyła Kretę i nadwyrężyła cywilizację minojską, ale zapisał się również w pniach drzew na kontynencie amerykańskim i w grenlandzkich lodowcach.
Mikroskopijna na mapie wyspa wcale nie jest taka mała w rzeczywistości. Dwa zdjęcia poniżej przedstawiają Pogorię na tle Nea Kameni – niezamieszkałej wyspy, powstałej z lawy wypiętrzonej w środku kaldery i korkującej (na razie!) podwodny wylot komina wulkanu. Tam, gdzie na zdjęciu kotwiczy Pogoria, przed wybuchem był wypiętrzający się wulkaniczny stożek wyspy o promieniu ok. 10 kilometrów.

1983-11-24_Thira_002_fot_Kazimierz_Robak_smFot. Kazimierz Robak

1983-11-24_Thira_004_fot_Kazimierz_Robak_smFot. Kazimierz Robak

 

Pogorii portret kolejny pochodzi z Malediwów (luty 1984).
Według folderów turyści mogli się poruszać po wyspach archipelagu swobodnie, w praktyce – tylko na wytyczonych przez rząd i policję trasach.
Pierwsza Szkoła Pod Żaglami kpt. Krzysztofa Baranowskiego miała szczęście podwójne, na co – jak sądzę – miała wpływ flaga ONZ powiewająca spod salingu, bo rejs odbywał się pod patronatem UNESCO (o czym zapewnił polski oddział tej ONZ-owskiej organizacji).
Władze Republiki Malediwskiej pozwoliły Szkole zająć na dwa tygodnie bezludną wyspę Weli (w Północnym Atolu Ari), oddaloną od wyspy stołecznej Male o dobre 10 godzin żeglugi. A dwaj przydzieleni opiekunowie (do końca nie było jasne, jakie instytucje reprezentowali) okazali się miłymi młodymi ludźmi, którzy szybko zaprzyjaźnili się z załogą, ucząc jak piec ryby w piasku plaży, jak splatać maty z liści palmowych i co najlepiej gotować w tropikalnych warunkach.
Tak wygladała codzienna odprawa poranna, na ogół przed zajęciami z nurkowania swobodnego.
Odprawę prowadzi „Makac” – Andrzej Makacewicz.
Wśród ówczesnych uczniów widzę dzisiejszych: dwóch dyrektorów, dwóch ordynatorów, ambasadora RP, dwójkę profesorów uniwersyteckich i kapitana Pogorii (po znajomości będzie po nazwisku: Krzysztof Grubecki), który w 2012 dowodził barkentyną w rejsie kolejnej Szkoły Pod Żaglami kpt. Krzysztofa Baranowskiego.

1984-01-31_02-07_Malediwy_Weli-Du_02_fot_Kazimierz_Robak_smFot. Kazimierz Robak

 

Damy przy porannej toalecie to temat w malarstwie częsty i wdzięczny. Poranna toaleta Pogorii czasem wyglądała właśnie tak:

1984-05_Atlantyk_fot_Kazimierz_Robak_smFot. Kazimierz Robak

 

Tu jest portret prawdziwy, choć farba olejna położona została nie na płótnie, a na murze.
W porcie Horta, na wyspie Faial w Archipelagu Azorskim, wzdłuż kei ciągnie się mur, na którym załogi cumujących jachtów zostawiają malowane wizytówki swoich rejsów.
Naszą, 21 maja 1984, wymalował Julek Gojło (na samej górze trzeci od lewej).
Stojący z prawej strony dwaj faceci w czerwono-czarnych ubraniach to nie przebierańcy, tylko Geograf i bosman Stach Choiński, którzy przed chwilą, w piankach nurkowych, sprawdzali stan części podwodnej kadłuba Pogorii.

1984-05-21_Horta_fot_Kazimierz_Robak_smFot. Kazimierz Robak

 

 

Cztery lata później Pogoria wróciła na Malediwy. W Polsce o szkole kształtującej charaktery na morzu nie chciał nikt słyszeć, pomysł podchwycili za to Kanadyjczycy: West Island College z Montrealu skopiował dokładnie przedsięwzięcie Krzysztofa Baranowskiego i zaczął wysyłać (wysyła do dziś) swych studentów na naukę połączoną z obsługą żaglowca. Przez pierwsze kilka lat jednostką flagową montreal­skiej uczelni była czarterowana Pogoria, obsługiwana przez polskich nawigatorów i mechaników.
Autorem czterech zdjęć niżej jest Wojciech Jacobson, II oficer Pogorii w rejsie z kanadyjską Class Afloat 1987/88.
Dwa – z malediwską dhoni na pierwszym planie – zostały zrobione 31 stycz­nia 1988 z brzegu wysepki Kudabandos, koło większej Bodubandos, w atolu Kaafu, tuż obok wyspy stołecznej – Malé.
Zdjęcie z dziećmi zrobiłem 5 lute­go 1988, w atolu Southern Maalhosmadulu, koło wyspy Hedufuri, gdzie stanęliśmy na kotwicy. Dzieci przypłynęły wpław z wyspy Eydhafushi. […] na wyspie wioska, ładne murowane domy, kilka tysięcy mieszkańców, czysto, porządek – z zapisu wyjętego z notatnika Wojciecha Jacobsona ostały się jeno daty. Nazwy wysp Wojtek miał zapisane inne. Ja starałem się je zweryfikować z mapami współczesnymi – i wyszedł z tego taki galimatias, że na razie wolę go nie ruszać, bo już się wszystko pomyli dokumentnie. Gdy dojdziemy do ustaleń wiążących, ten akapit zostanie zmieniony. W każdym razie nazwa atolu się zgadza.

1988_Malediwy_Canadian_Class_Afloat_1_fot_Wojciech_JacobsonFot. Wojciech Jacobson

1988_Malediwy_Canadian_Class_Afloat_2_fot_Wojciech_Jacobson_smFot. Wojciech Jacobson

1988_Malediwy_Canadian_Class_Afloat_fot_Wojciech_Jacobson_smFot. Wojciech Jacobson

 

Zdjęcie następne pochodzi z tego samego rejsu. Pisze Wojciech Jacobson:

Mam oryginalne przezrocze. Według mnie było robione w r. 1988 na Oceanie Indyjskim na przelocie z Singapuru do Gdyni, na odcinku między Bombajem a Zatoką Adeńską. Pogoda była idealna, słaby monsun NE.
Zdjęcie robił najprawdopodobniej Bob Washer – midshipman załogi kanadyjskiej. Wtedy byłem też na pontonie, który prowadził Wicio Zamojski, robiłem zdjęcia „na przezrocza”, ale nie przysięgnę, że akurat to jest moje. Muszę sprawdzić, czy fotka nie jest na Orwo-Chromie, wtedy byłaby z mojego aparatu. W każdym razie: „z archiwum W.J.”

1988_Pogoria_Indyk_Bombaj_Zat_Adenska_fot_Bob_Washer_problFot. Bob Washer (?). Z archiwum Wojciecha Jacobsona.

 

Gdy podsunięty przez Krzysztofa Baranowskiego pomysł Międzynarodowej Szkoły Pod Żaglami (International Class Afloat), pod hasłem „Uczmy się razem żyć i pracować”, podchwycili z entuzjazmem Amerykanie i władze Komsomołu, już wtedy w szczytowej fazie Gorbaczowowskiej pieriestrojki, władzom PRL (rządowym i żeglarskim) nie wypadało powiedzieć nic innego niż „tak”.
Z trzydziestką uczniów z trzech państw, w rejs dookoła Ameryki Południowej, Pogoria wypłynęła 1 września 1988 r. z Gdańska. Tym razem obowiązywał system semestralny: 15 grud­nia 1988, w połowie roku szkolnego, w argentyńskim porcie Ushuaia na Ziemi Ognistej, najdalej na południe wysuniętym mieście świata, odbyła się wymiana załogi.

1988-12-15 - Ushuaia_phot_K_Robak_013Fot. Kazimierz Robak

1988-12-15_Ushuaia_fot_Kazimierz_Robak_024Fot. Kazimierz Robak

 

Po dwutygodniowym sztormowaniu wokół przylądka Horn (trawers: 22 grud­nia 1988, 10:00 LT) , Pogoria wzięła kurs na północ, w stronę Kanału Panamskiego. Po drodze, 13-15 stycz­nia 1989, stanęła na kotwicy w Zatoce Cumberland (Bahía Cumberland) chilijskiej Wyspy Robinsona Cruzoe (Isla Robinson Crusoe). Tam, w latach 1704-1709, mieszkał samotnie Alexander Selkirk, pierwowzór bohatera powieści Daniela Defoe Robinson Crusoe, opublikowanej w 1719.

1989-01-15_Robinson Crusoe Island 22_phot_M_Chmielewski_1_smFot. Mariusz Chmielewski

1989-01-15_Robinson_Crusoe_Island 23_phot_M_Chmielewski_2_smFot. Mariusz Chmielewski

 

Układ bander jest czytelny: polski statek (bandera polska powiewa na rufie) ma na pokładzie obywateli USA i ZSRR, a znajduje się na wodach terytorialnych Stanów Zjednoczonych. W tym momencie pod podniesionym mostem w porcie Jacksonville na Florydzie (14 mar­ca 1989).

1989-03-14_Jacksonville, FL 3_phot_M_Chmielewski_smFot. Mariusz Chmielewski

 

Miesiąc później (15 kwiet­nia 1989) Pogoria, pod podniesionym Tower Bridge, wpływała Tamizą do Londynu.

1989-04-15_London_005_fot_Kazimierz_RobakFot. Kazimierz Robak

 

Na poniższym zdjęciu Pogoria jest tłem, ale tłem wyjątkowym. Sądzę, że to zdjęcie powinno się znaleźć zarówno w kronice zespołu Piastowie ze Sztokholmu, którego tancerki i tancerze chyba nigdy wcześniej ani później nie występowali w tak oryginanej scenerii, jak i w kronice barkentyny, która nigdy nie była tłem dla równie oryginalnych występów.
Dla porządku: zespół na sztokholmskiej ulicy spotkał (23 kwiet­nia 1989) i na pokład zaprosił bosman i nauczyciel informatyki Ryszard Mokrzycki, pląsy zaś odbyły się na kei tylko dlatego, że wycinanie hołubców na pełnym lin pokładzie groziło wiadomo czym.

1989-04-23c_Stockholm_006_Piastowie_fot_Kazimierz_RobakFot. Kazimierz Robak

 

Oficjalne zakończenie rejsu Międzynarodowej Szkoły Pod Żaglami kpt. Krzysztofa Baranowskiego odbyło się 10 maja 1989 w mieście, które wówczas nazywało się Leningrad, a dziś wróciło do nazwy Sankt Petersburg. Znaczenia słów „oficjalne” i „prawdziwe” rzadko się pokrywają: prawdziwe zakończenie rejsu nastąpiło 19 maja 1988 w Gdyni.
Na zdjęciu: parada całej załogi przed burtą Pogorii cumującej do nabrzeża na Newie w Leningradzie. Dalej stoi ORP Iskra II, która przypłynęła z wizytą kurtuazyjną, by powitać wracającą z 249-dniowego rejsu siostrzaną jednostkę.

1989-05-10_Leningrad_fot_Kazimierz_Robak_023Fot. Kazimierz Robak

 

Kadra i uczniowie Międzynarodowej Szkoły Pod Żaglami kpt.  Baranowskiego byli podejmowani w czasie rejsu przez głowy państw, prowincji i stanów. Niemniej jednak sytuacja się powtórzyła. W Polsce pomysł morskiej szkoły charakterów nie zainteresował nikogo z tzw. czynników odpowiedzialnych za edukację, zaś Kanadyjczycy tylko na to czekali: natychmiast wyczarterowali Pogorię – z polską załogą – na cały rok szkolny dla swoich studentów.
Na zdjęciu pierwszym – Pogoria, z piątą kanadyjską Class Afloat, okrąża w grud­niu 1991 Przylądek Dobrej Nadziei.
Zdjęcie drugie Wojciech Jacobson zrobił podczas postoju w Hout Bay (RPA). W notatniku zapisał: „Pogoria” była wtedy największą jednostką w porcie, a manewry w basenie były majstersztykiem Andrzeja Straburzyńskiego.
Na trzecim: Pogoria opuszcza Hout Bay (RPA).
Na czwartym, w stycz­niu 1992 – Pogoria na redzie Jamestown, głównego miasta wyspy Święta Helena.

1991_Pogoria_kolo_Przyladka_Dobrej_Nadziei_arch_W_Jacobson_A_smFotografia lotnicza, z archiwum Wojciecha Jacobsona
1991_Pogoria_Hout Bay_1_F1000007_fot_W_Jacobson_sm

1991_Pogoria_opuszcza_port_Hout_Bay_RPA_arch_W_Jacobson_smFot. z archiwum Wojciecha Jacobsona

1992_Pogoria_St_Helena_fot_W_Jacobson_smFot. Wojciech Jacobson

 

4 lipca 2000, w dniu narodowego święta Stanów Zjednoczonych, Pogoria brała udział w paradzie żaglowców na wodach rzeki Hudson przy nowojorskiej części Manhattanu. Kilkanaście miesięcy później to zdjęcie miało już zupełnie inną wartość dokumentalną.

2000-07-04_NYC_004a2Fot. Grażyna Walczak

 

Dwa ładne lotnicze portrety Pogorii, zrobione 27 czerw­ca 2008 na francuskich wodach terytorialnych, zostały strzelone z samolotu Marine nationale française.

STS Pogoria, Fot. Marine nationale française, 2008-06-27Fot. Marine nationale française

2008-06-27_Pogoria_2_Fot_Marine_nationale_française_smFot. Marine nationale française

 

W 20. rocznicę rozpoczęcia Międzynarodowej Szkoły Pod Żaglami kpt.  Baranowskiego, większość uczestników tamtego rejsu spotkała się na Pogorii i pod dowództwem Kapitana wypłynęła w tygodniowy rejs po Morzu Liguryjskim.
Na zdjęciu: Pogoria na cumach w korsykańskim porcie Bonifacio (18 listo­pa­da 2008).

2008-11-18_Bonifacio_DSC02936_fot_Konrad_DucFot. Konrad Duc

 

W archipelagu Wysp Liparyjskich na Morzu Tyrreńskim najbardziej na południe wysunięta jest Isola di Vulcano.
W  rejsach po Morzu Śródziemnym Pogoria jest tam częstym gościem. To zdjęcie zostało zrobione w roku 2009.

2009_POGORIA_Vulcano_Island_fot_Aleksandra_ChwaliszFot. Aleksandra Chwalisz

 

W tym samym roku, na wodach polskich Pogoria brała udział w paradzie żaglowców: podczas współczesnej parady żagle stawia się niezależnie od kierunku wiatru, bo i tak wszystkie jednostki płyną na silnikach. Właśnie dlatego żagle rejowe barkentyny „pracują wstecz”.

2009-04-14_fot_afleksFot. afleks.flog.pl

 

Znów Korsyka i znów Bonifacio. Tym razem w stycz­niu 2011.

2011-01-11_Korsyka_1_fot_K_GrubeckiFot. Krzysztof Grubecki

 

W portach Pogoria ze swoją niską burtą nie rzuca się w oczy od strony nabrzeża, ale i od strony wody często ginie na tle dźwigów i kominów.

2011-01-19_fot_Aleksandra_Chwalisz_IMG_7037lev_smFot. Aleksandra Chwalisz

 

Przeczytałem gdzieś niedawno, że „na pierwszy rzut oka Pogoria to plątanina kolorowych sznurków i płócien o przedziwnych nazwach”.
Tu akurat postawiony jest grotsztak­sel, sznurkowa drabina to prawobur­towe wyblinki na wantach grotmasz­tu, zaś żagiel zasłania fokmaszt, z którego widoczne są jedynie końcówki rej i kawałek marsa.

2011-01-23_fot_Aleksandra_Chwalisz_IMG_7293_smFot. Aleksandra Chwalisz

 

Jednym z najczęściej powtarzanych w reportażach marynistycz­nych zwrotów jest: „przed dziobem otworzył się…” albo „koniec bukszprytu wskazywał na…”.
Właśnie tak.

2011-01-27_fot_Aleksandra_Chwalisz_IMG_8132Fot. Aleksandra Chwalisz

 

Czerwiec 2011 we francuskim porcie.

2011-06-27_fot_Aleksandra_Chwalisz_IMG_7625_smFot. Aleksandra Chwalisz

 

Kapitan Daru Młodzieży, Tadeusz Olechnowicz, komentując spotkanie PogoriiDaru na Oceanie Indyjskim (4 stycz­nia 1984, na pozycji 11°09,7’N; 068°24’E), napisał: Nie zazdroś­ci­łem kapi­ta­nowi Baranowskiemu. Wielka odpo­wie­dzial­ność ciąży na kapi­tanie tak małej jednostki

.                                                                 Dar Młodzieży           Pogoria
długość (z bukszprytem):                               108,8 m               46,8 m
szerokość:                                                               14 m                    8 m
Maksymalna wys. masztów:                                50 m                 32 m
zanurzenie:                                                              6,6 m                3,8 m
wyporność:                                                            2946 t                 342 t
pow. ożaglowania:                                            3015 m2          1000 m2
moc napędu pomocniczego:                     2 x 750 KM           348 KM

Jak to wygląda w praktyce przedstawiają poniższe zdjęcia, zrobione 25 lipca 2011 w pobliżu Wysp Szetlandzkich, podczas Operacji Żagiel (Tall Ships’ Races).
Na obu za Pogorią jest Mir – zaprojektowany przez Zygmunta Chorenia i zbudowany w 1987 w Stoczni Gdańskiej, pływający pod banderą rosyjską bliźniak Daru Młodzieży (który na pierwszym zdjęciu jest schowany na trzecim planie), więc proporcje widać dokładnie.

Pogoria - Mir - Dar MlodziezyFot. Sean Rathbone

Pogoria - MirFot. Sean Rathbone

 

Dwa zdjęcia uzasadniają jedno z głównych przykazań obowiazujących na Pogorii:
liczy się tylko praca zespołowa; ani żagli rejowych, ani trójkątnych, a praktycznie nawet żadnej liny nie da się obsłużyć pojedynczo. Im szybciej załoga nauczy się pracować razem, tym szybciej opanuje technikę żeglowania.

2011-09-25_fot_Krzysztof_Grubecki_12_IMG_2106_smFot. Krzysztof Grubecki

2011-09-27_fot_Krzysztof_Grubecki_35_IMG_2238_smFot. Krzysztof Grubecki

 

Pogoria widziana z pokładu przepływającego obok statku (26 kwietnia 2012):

2012-04-26_Pogoria-343_fot_Señalero_bisFot. Señalero bis

 

I dwa zdjęcia najnowsze, ze stycznia 2013: Pogoria w korsykańskim porcie Calvi i nocą w Nicei.

2013-01-31_Calvi_fot_Krzysztof_Grubecki_smFot.Krzysztof Grubecki.

2013-01-19_fot_Arkadiusz_Rogowski_DSC_5600Fot. Arkadiusz Rogowski

 

Kazimierz Robak
5 czerwca 2013

 

 

Calendar

« May 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Maj

A w maju
Zwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia,
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, maju!

Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!...

Julian Tuwim – „Do krytyków” (1920)

 

Maj – piąty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury
i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od czasownika „maić” – ‘stroić, zdobić zielenią
i kwiatami’.

W staropolszczyźnie piąty miesiąc roku nazywany był „trawień” (tej nazwy używa język białoruski i ukraiński: травень ‘maj’, oraz chorwacki – travanj, ale tam tak nazywa się kwiecień) – wiadomo dlaczego.

 

Łaciński Maius zawiera
w sobie imię matki boga Merkurego – nimfy Mai.

 

Dwie dodatkowe etymologie nazwy Maius podaje Owidiusz w ks. V poematu Fasti (8 r. n.e.), traktującego o kalendarzu rzymskim.

Pierwsza wywodzi nazwę miesiąca od majestatu (Maiestas) – na przykład bogini, ale i cesarza, bo niech ktoś tylko spróbuje zaprzeczyć i powie, że cezar Majestatem nie jest!
Drugi owidiuszowski źródłosłów kieruje do starszych (maiores) – w tym wypadku senatorów rzymskich.

Na Owidiusza powołują się różne źródła i autorytety, ale jego wywody słowotwórcze mają tyle wspólnego
z językoznawstwem, co kamień węgielny z węglem kamiennym.

Owidiusz był poetą
i dworakiem – trudno powiedzieć, czym za swego życia bardziej. Boccaccio pisał, by się podobać damom, Owidiusz – by się podobać cesarzowi. Pierwszemu się udało, drugiemu – nie:
w dworactwie poeta nie miał szczęścia, bo inaczej nie dostałby wyroku wygnania (do dziś nikt nie wie, za co). Ale tworzył i wysysał
z palca, co mógł, byle tylko przypodobać się zwierzchności.

Maiestas – to oczywiste, bo bogini – boginią, ale podkadzenie imperatorowi zaszkodzić nie mogło, zwłaszcza że bogini daleko,
a cesarz – blisko.

Maiores – a czy źle było zaskarbić sobie niewinnym pochlebstewkiem życzliwość starców? Którzy – czy ich cesarz lubił czy nie – wciąż jeszcze coś mogli i o czymś tam decydowali.
Zresztą, na zasadzie świeczki i ogarka, Owidiusz nazwę następnego miesiąca, Iunius, w następnej księdze tego samego poematu wywodzi od słowa iuniores ‘młodzi’. Tak że Owidiuszem nie ma sobie co głowy zawracać.
Z równym powodzeniem moglibyśmy wywodzić nazwę „maj” od nazwiska Żemajska (i opiewać piękność obojga), gdyby tylko celem do sforsowania była dla nas twierdza piękności tejże damy. Albo – ogarnięci górnolotnym zapałem – moglibyśmy twierdzić, że z całą pewnością przodkowie nasi miesiąc „maj” nazwali od hasła „Trzymajmy się!”, co było nawiązaniem do szczytnych tradycji, woli przetrwania i misji dziejowej dającej nam pierwszeństwo nad innymi, a maj, jako symbol wiosny i odrodze-
nia… i tak dalej, i dalej.

 

Tak czy siak, nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

W drugiej dekadzie maja panują najchłodniejsze dni wiosenne, więc klimatycznie ten miesiąc też raczej zaprzecza swej symbolice
i w tym kontekście fraza
w w sercu ciągle maj brzmi co najmniej dwuznacznie, jak zresztą wszystko w poezji Jeremiego Wielkiego.

Ochłodzenie majowe jest zjawiskiem klimatycznym charakterystycznym dla całej Europy Środkowej: po okresie utrzymywania się wyżu barycznego nad Europą Środkową i Wschodnią następuje zmiana cyrkulacji atmosferycznej i przy słabnącym wyżu zaczyna – wraz z niżem barycznym – napływać zimne powietrze
z obszarów polarnych.

Według tradycji ludowej środek maja powinien być zimny, deszczowy, a czasem mroźny – jest to znakiem, że aż do jesieni nie powinno być przymrozków.

 

1 maja to Święto Pracy,
w Polsce święto państwowe.

We Francji 1 maja to, oprócz uroczystości organizowanych przez L’Humanité, święto konwalii (la fête du muguet).

 

Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, dzieje się w maju.

 

2 maja to w Polsce Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej.

 

3 maja jest w Polsce świętem państwowym, które oficjalnie nazywa się Święto Narodowe Trzeciego Maja. Ustanowiono je dla upamiętnienia uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Obojga Narodów (3 maja 1791).

…od razu się przyznam. Datownik maja mam niedokończony. Sporo tego, ale jakoś tak się składa, że
z tych wydarzeń, które do tej pory wziąłem na warsztat, większość związana jest
z Rosją. No a przecież, jeśli po Konstytucji – którą się
u nas czci prawie jak konkordat, a już na pewno jak Kościuszkę i Pułaskiego razem wziętych – dam rocznice wydarzeń spod Romanowych, z bolszewii lub z Putinogorska, to będzie wstyd i obraza Boska. Po TAKIEJ Konstytucji? Lepiej zatem poprzestanę na tym, co powyżej (na razie, bo praca trwa)…

 

Znaki Zodiaku w maju:
Byk (♉) – do 20 maja
Bliźnięta (♊) – od 21 maja (najweselszy
i najpogodniejszy znak Zodiaku).

Horoskopy Bliźnięta mają pomyślne w dowolnym układzie, nawet w czarnym PR.

Ludzie spod znaku Bliźniąt
w ogóle nie osiągają dojrzałości zarówno intelektualnej, jak
i uczuciowej.
Jedyne, co naprawdę potrafią, to raz w tygodniu wypełnić kupon gry liczbowej.
Niezdarnie to ukrywają, ale największą przyjemność sprawia im dłubanie w nosie.
Zapraszając takiego do domu należy pamiętać, że kradnie
i koniecznie przed wyjściem zrewidować.

Zauważcie, że nawet zawodowi hejterzy dają Bliźniętom pozytywną recenzję (co jest złego w grach liczbowych, dłubaniu w nosie – dla zdrowia przecież, albo
w zapobiegliwości?) – po prostu nie mają się do czego przyczepić!

Porównajcie z takim wczesnomajowym Bykiem, który ma:

wdzięk powiatowego Casanovy i skłonności dewiacyjne.
Niczym niezmącone przekonanie, że jest pępkiem świata.
Lubi mizdrzyć się zarówno przed lustrem jak i w pracy.
Najbliższą rodzinę terroryzuje od urodzenia do późnej starości.
Nigdy niczego nie czyta, choć o wszystkim ma z góry wyrobione zdanie.
Charakteryzuje go brak umiarkowanie w jedzeniu
i piciu.
Oderwać od rozkoszy stołu mogą go jedynie rozkosze łoża – przy czym i tu Byk będzie dążył do wyuzdanych uciech, nazywając je dla niepoznaki „wyższą sztuką”.
Lenistwo swoje i brak zainteresowania światem zewnętrznym Byki nazywają „dbaniem o domowe ognisko”, a brak wyższych uczuć „stąpaniem twardo po ziemi”.
Wreszcie swą ociężałość umysłową i skrajny konserwatyzm nazywają „przywiązaniem do tradycji” i „opieraniem się na sprawdzonych wzorcach”. Jednym słowem – to leniwi hedoniści, pogrążeni
w brudnej rozpuście
(no dobrze: „brudnej” możemy skreślić, bo znajomy Doktor obrazi się już na amen).

Albo z późnoczerwcowym Rakiem:

Urodzeni pod znakiem Raka oszukują na każdym kroku, zdradzają, uwielbiają podłożyć świnię.
Rakom nie można wierzyć nigdy i w niczym.
Jeśli np. Rak mówi „Cenię sobie twoją przyjaźń”, to można być pewnym, że przed godziną napisał na ciebie donos do szefa.
Raki stale komuś czegoś zazdroszczą, a po dwudziestym piątym roku życia łysieją, garbią się
i tracą zęby.
Słusznie zresztą.

No przecież szkoda słów, bo tu nie pomoże nawet oddział zamknięty.

A kolejne horoskopy są jeszcze gorsze (czytajcie, to się dowiecie), więc po prostu Bliźnięta – których i tak nawet czarny piar się nie ima – punktują z miesiąca na miesiąc.

 

Kwiaty maja:

Konwalia (Convallaria maialis L.) – bylina o kwiatach słodko pachnących, ale zdradziecka, bo silnie trująca; uznawana jest za kwiat szczęścia, pomyślności i młodości; ponieważ symbolizuje też czystość
i skromność, więc często wplatana jest w bukiety ślubne panien młodych (o symbolice toposu „trucizna pod słodyczą” etymologia ludowa jakoś milczy).

Niekontrolowana – konwalia staje się chwastem i to bardzo trudnym do usunięcia, ponieważ łatwo odrasta (ciekawe, czy ma to jakiś związek symboliczny
z owymi bukietami ślubnymi
i skromnością – może odrastają w sposób naturalny…).

Suszone, sproszkowane kwiaty konwalii dodawane są czasem do tabaki – w obliczu powszechnie znanych trujących właściwości substancji psychoaktywnych w tabace zawartych szczypta konwalii różnicy nie czyni.

Duże zastosowanie ma konwalia w medycynie
i zielarstwie, ale i tu ostrzega się przed zejściem wskutek przedawkowania.

W tzw. alfabecie kwietnym konwalie oznaczają nieśmiałość, co jest zrozumiałe: któż by, niewinnym będąc, do trucia jadem zabierał się śmiało?

Duże znaczenia ma konwalia w ikonografii maryjnej, ale to tematyka zbyt szeroka, by ją roztrząsać właśnie tu.

 

Głóg (Crataegus monogyna Jacq.), któremu botanicy dodają epitet „jednoszyjkowy” (co chyba nie jest obraźliwe); symbolizował on ostrożność i nadzieję, na szczęście bardzo dawno temu, bo
w średniowieczu; dziś tylko kłuje i nadaje się na nalewkę.

 

Kamień maja:

Szmaragd – symbolizujący miłość
i powodzenie.

 

W ogóle maj to miesiąc nijaki, coś takiego właśnie jak konwalia:

Maj jest dziwny. Dokładnie taki jak konwalia: trochę aromatu, ale zaraz jakieś przedawkowania i groźba zejścia. Nic dziwnego, że mądrość ludowa odradza zawierania małżeństw w maju (znam majowe
i szczęśliwe, ale być może to wyjątki potwierdzające regułę). I gdyby nie to, że jego ostatnia dekada przynosi najlepszy znak Zodiaku, czyli Bliźnięta, to ogólnie byłoby z majem kiepsko.

Kwiecień, na przykład, zaczyna się od primaaprilisowych wygłupów – i od razu jest weselej.
A popatrzcie, od czego startuje maj: od święta pracy, do której każdy chodzi, bo musi, więc to jest tak, jakby więźniowie obchodzili dzień św. Penitencji i cieszyli się, że jeszcze trochę posiedzą. To mogły wymyślić tylko Byki!
Na szczęście kogo jak kogo, ale ludzi pomysłowych u nas nie brakuje (a założę się, że większość z nich jest spod znaku Bliźniąt) – gdyby nie oni, to już by się w ogóle
w maju nie dało wytrzymać. Bowiem ludzie pomysłowi (zwłaszcza ci spod znaku Bliźniąt) połączyli „święto pracy” z innymi okolicznymi świętami, włączając w to weekendy z przodu i z tyłu,
i stworzyli jeden
z najdłuższych weekendów nowoczesnego świata; weekend, który – jak go dobrze ułożyć – może potrwać nawet 10 dni.
I nawet znajomego lekarza nie trzeba!
A gdy wreszcie, w co nie wątpię, za dzień święty zostanie uznane Święto Kanonizacji, to weekend majowy, podczas którego będzie można kompletnie zapomnieć o pracy, dojść może do dni szesnastu, a kto wie, czy nie więcej.

I ponieważ prawie zaraz po tym weekendzie przychodzą Bliźnięta, to maj daje się jakoś przetrzymać – mimo konwalii, szmaragdów, głogów jednoszyjkowych
i trzech ogrodników, których same imiona wywołują taki dreszcz, że nagłe chłody wcale nie są potrzebne.

Maj jednak rehabilituje się imieninami:
• Moniki;
• Stanisława – ale tylko częściowo, bo połowa Stachów uciekła od Szczepanowskiego do Kostki, tak że nigdy nie wiadomo, który kiedy obchodzi;
• Zofii (Zocha, przecież wiesz, że to o Tobie: wszystkiego najlepszego!)
• i Joanny – które już piękniejszego dnia na imieniny wybrać nie mogły!

 

Śluby i wesela w maju:
w żadnym wypadku! Ale zastrzegam jeszcze raz: tylko według mądrości ludu.

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
piąty miesiąc roku to:

białoruskiмай [maj], травень [trawień]
bośniackimaj
bułgarskiмай [maj]
chorwackimaj
czeskikvěten
kaszubskimôj (też: gòran, maj)
litewskigegužė
łatgalskiLopu (też: maja)
łużycki (dolny)rozhelony (też: rožownik, maj)
łużycki (górny)meja (też: róžownik)
łotewskimaijs
rosyjskiмай [maj]
macedońskiмај albo косар [kosar]
serbskimaj
słowackimáj
słoweńskimaj
ukraińskiтравень [trawień]
żmudzkigegožė

 

Przysłowia związane
z majem:

Chłodny maj,
dobry urodzaj.

Ciepły kwiecień, mokry maj
– będzie zboże jako gaj.

Częste w maju grzmoty
rozpraszają chłopom zgryzoty.

Deszcz majowy,
chleb gotowy.

Deszcz na pierwszym maju,
chyba w urodzaju.

Dużo chrabąszczów w maju,
proso będzie gdyby w maju.

Gdy kukułka w maju,
spodziewaj się urodzaju

Gdy maj jest przy pogodzie,
nie bywają siana w szkodzie.

Gdy się maj z grzmotem
odezwie na wschodzie,
rok sprzyja sianu
i zbożu w urodzie.

Gdy się w maju pszczoły roją,
takie roje w wielkiej cenie stoją.

Grzmot w maju
sprzyja urodzaju.

Jak pszczółki na wiosnę z ula
wcześnie wylatują,
to pewnie mróz na drzewa
w maju nam zwiastują.

Jak w maju zimno,
to w stodole ciémno.

Jeśli w maju grzmot,
rośnie wszystko w lot.

Kiedy lipa w maju kwitnie,
to w ulach miód zawiśnie.

Kiedy mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

Kiedy pierwszy maj płacze,
będą chude klacze.

Kto się w maju urodzi,
dobrze mu się powodzi.

Maj – wołom daj
i sam na piec uciekaj.

Na pierwszego maja szron
obiecuje dobry plon.

Na pierwszy maj
ostatek bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj:
w piecu sobie napal,
za niego się wal.

Nastał miesiąc maj,
kożdy o się dbaj.

Niedalekoć już do maja,
więc nie uchodź za mazgaja.

Nie zawsze na ziemi maj,
nie zawsze
ludzkiemu szczęściu raj.

Pierwszego maja deszcz,
nieurodzaju wieszcz.

Pierwszy maja poranek
jest tęskliwym dla kochanek.

Przyjdzie maj,
przedsię bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj.

Tyle przymrozków w maju,
ile ich było przed św. Michałem.

W maju…
Np. Zobaczymy się
w maju…

[tj. nie teraz, kiedyś może, nigdy]

W maju jak w gaju.

W maju szumne sosieneczki,
wonne puszczą ci chojneczki.

W maju wieje, trochę pada,
coraz bliżej listopada

Witaj nam maiczku
ze słowikiem w gaiczku.

Wody w maju stojące
szkodę przynoszą łące.

 

Przysłowia na
św. Stanisława (8 V):

Do św. Stanisława
z pastuchami sprawa.

Jak się len zasieje
w św. Stanisława
to tak urośnie, jako ława.

Na św. Stanisława
rośnie koniom trawa.

Na św. Stanisława
żytko kieby ława.

Św. Stanisław len sieje,
Zofija konopie,
A Urban jęczmień i owies
każe kończyć, chłopie.

Św. Stanisław –
pierwszy siew prosa,
a ostatni owsa.

 

Przysłowia na
św. Pankracego, Serwacego
i Bonifacego
(12, 13 i 14 V)
:

Jak się rozsierdzi Serwacy,
to wszystko zmrozi
i przeinaczy.

Jasny dzień Pankracego
przyczynia wina dobrego.

Pankracy, Serwacy, Bonifacy
– źli na ogrody chłopacy.

Przed Serwacjuszem nie trzeba
pewnego się lata spodziewać.

 

Przysłowia na
św. Zofię (15 V):

Dla świętej Zosi
kłos się podnosi

Na św. Zofiją
pola w kłos wybiją.

Niechaj mnie Zośka
o wiersze nie prosi

[oczywiście to nie przysłowie, tylko cytat ze Słowackiego]

Św. Zofija ciepło rozwija.

Św. Zofija kłosy wywija.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha