Zbigniew Studziński: Ffy

 

POSŁOWIE
(które, jak na epokę postmodernizmu przystało, znalazło się na początku)

Mają swoje losy książki. Czasem duże, czasem małe – i losy, i książki.
Los i historia opowiadań Zbigniewa Studzińskiego, które właśnie przedstawiliśmy, są – z mojego przynajmniej punktu widzenia – ciekawe.

Z ich bohaterami zetknąłem się po raz pierwszy na przełomie lat 1980-1981, na Pogorii, płynącej do antarktycznej stacji badawczej im. Henryka Arctowskiego na Wyspie Króla Jerzego w archipelagu Szetlandy Południowe. Rejsu, który ze wszech miar był niezwykły, opisywać tutaj nie będę; zrobiłem to dość dokładnie – i, jak mi się wydaje, dość uczciwie – w „Pogorią na koniec świata” (Gdańsk, Wyd. Morskie, 1983), zaś drugie spojrzenie na ten sam rejs przedstawił Sławek Szczepaniak w „Przygodzie na imię Pogoria” (Łódź, KAW, 1984).

Do niniejszej opowieści niech wystarczy fakt, że na Pogorii powstała wówczas gazetka „Głos z Kubryku”. Projekt rzucił właśnie Zbyszek, ale zrealizował go Wojtek Przybyszewski, pisząc wstępniak – zatem stawiając przed faktem dokonanym resztę „piszącej” załogi i tym samym zmuszając ją do działania.
Po wydaniu pierwszego numeru byliśmy przekonani, że na tym się skończy, ale „Głos”, o dziwo, przetrwał: podczas 132 dni żeglugi wydaliśmy osiem numerów.
„Wydaliśmy” ładnie brzmi – w rzeczywistości przepisywaliśmy teksty przez kalkę na Pogoriowej maszynie do pisania marki Łucznik w sześciu egzemplarzach, bo więcej do maszyny nie wchodziło. Jeden wędrował do Kapitana, cztery rozchodziły się wśród członków redakcji, zaś ostatni – przeznaczony do czytania ogólnego – rozklejany był na stole w tzw. mesie oficerskiej, której podczas tamtego rejsu praktycznie nikt nie używał. Dla ścisłości dodam, że numer piąty był wydaniem dźwiękowym, utrwalonym wyłącznie na kasecie wysłanej z Falklandów na Stację Arctowskiego do naszych przyjaciół – Stefana Misiaszka i Włodka Ławacza – polarników, których Pogoria na Stację przywiozła.
Więzy towarzyskie między uczestnikami rejsu antarktycznego nie ustały w chwili powrotu do Polski – ba: są żywe do dziś – zaś pisemko cieszyło się poczytnością wśród załogi, stąd dwa kolejne, lądowe numery „Głosu” napisane z okazji spotkań rocznicowych: w pierwszą i piętnastą rocznicę wypłynięcia z Gdyni.

„Głos”, jak każda przyzwoita gazeta, miał swoje działy i rubryki stałe. Kolejne numery przynosiły też krótkie, utrzymane w konwencji „piurblagizmu” opowiadania, autorstwa Zbyszka Studzińskiego.

Przygody poczwarnej czwórki stworów Ffy, Ggy, Hhy i Kky, zaczynające się (prawie) niezmiennie od zdania „Ffy wyszedł z szafy”, budziły wśród czytających różne reakcje. Najżarliwszego adwersarza miały w Kuku, który – jako że potrzeba, czy choćby wyczucie absurdu było mu obce – podejrzewał w nich aluzje nie tyle do siebie, ile do podawanych potraw.
Na szczęście wątpliwości Staszka Bojaruńca – Kuka, który powinien nosić przydomek Natchniony – rozwiał kapitan Krzysztof Baranowski. Kiedy bowiem Kuk na wszystkie strony starał się zanalizować, czy kolejny odcinek przygód Ffy i zwrotka o owsiance z najnowszej piosenki nie są przypadkiem potępieniem jego działalności, Kapitan usiadł obok niego, przeczytał opowiadanie, zanucił półgłosem piosenkę i powiedział: „Zobaczysz, Stasiu – przez te teksty przejdziemy do historii”.
Kapitańskie słowo – nie dym, więc od tej chwili to właśnie Staszek najgłośniej dopominał się u Zbyszka o kolejne odcinki przygód Ffy i jego kompanii.

Publikacja w „Głosie z Kubryku” była więc prapremierowym występem czwórki przyjaciół, niezbyt co prawda poważnym, bo nawet przy największej dozie dobrej woli trudno uznać „Głos”, przypominający bardziej scenariusz programu kabaretowego niż „gazetkę pokładową”, za wydawnictwo serio.
Sprawcą premiery – a więc występu poważnego, bo w książce – byłem ja. Jednym z opowiadań Zbyszka („Kuracja”, opublikowana oryginalnie 25 lutego 1981, tuż przed wejściem do Rio de Janeiro) próbowałem w „Pogorią na koniec świata” odpowiedzieć na pytanie postawione w rozdziale poprzednim „Jak liczyć za granicą na polskiego armatora i przeżyć?”

Po tym na wiele lat zapanowała cisza. Powieliliśmy wprawdzie „Głos z Kubryku”, by – zgodnie z obietnicą – każdy uczestnik rejsu miał swój egzemplarz, zamieniłem wszystkie numery na pliki pdf, ale nic więcej się nie działo.

I oto nagle, kilka miesięcy temu, na jednym z forów żeglarskich, ku swemu najwyższemu zdumieniu, przeczytałem: „Ma ktoś może gdzieś teksty o Ffy, Ggy, Kky i Hhy?”

Napisałem, że mam i spytałem Pytającego, co mu do głowy wpadło.
Odpisał:

Poziom abstrakcji wyzierający z tekstu zamieszczonego w książce jest mi bardzo bliski :) Mam zamiar poczytać je sobie, i, jeśli to nie kłopot, wydrukować i zabrać na skok przez Atlantyk – niech się załoga rozerwie intelektualnie.

Skoro znalazł się jeden – może znajdzie się więcej? Poprosiłem Autora o zgodę na publikację, a ten zbeształ mnie za krótką pamięć, bowiem ongi upoważnił mnie do czynienia z jego tekstami wedle mojej woli. Przy okazji jednak opowiedział co nieco o najdawniejszych dziejach Ffy i jego kolegów.

Datowanie będzie trudne. Pierwszy tekst napisałem gdzieś w roku 1973. Potem na pewno napisałem jeszcze kilka, ale zdaje się, że przepadły w odmętach niepamięci. Nie mogę wykluczyć, że któryś z GzK jest jednym z nich właśnie. Prawie na pewno jest to „Kuracja”. Zabrałem ze sobą zeszyty do robienia notatek z rejsu i w niezrozumiałym odruchu włożyłem w nie jakieś opowiadania o Ffy. Nie pamiętam, ile tego było.
Nie potrafię dzisiaj określić, które na pewno napisałem na „Pogorii”, dlatego, skoro już musisz, możesz przyjąć datowanie tak, jak to uczyniłeś.
Po rejsie napisałem chyba jeszcze kilka, tak dla siebie, żeby nie wyjść z wprawy, ale chyba trafiły one w końcu do śmietnika.
W szufladach nie mam nic. Nigdy specjalnie poważnie tego nie traktowałem. Taka pisanina – bardziej dla siebie, niż dla innych.
Dla mnie jest to rozdział szalenie miły, ale zamknięty. Ffy żył krótko, ale intensywnie. Skrzydła „Pogorii” tchnęły weń nowego ducha. Potem odszedł do swojego życia, a ja zapadłem się w szarzyźnie codzienności. Historia, jakich tysiące.

Co do ostatnich stwierdzeń, pozwolę sobie z Autorem się nie zgodzić.
Zwłaszcza dlatego, że od kiedy Ffy, Ggy, Hhy i Kky zaczęli żeglować razem z nami, pytania Czytelników, napływające w trakcie zawieszania opowiadań na naszej stronie www.zeglujmyrazem.com (na ogół w tonie „co tu jest grane i o co wam – do… cholery – chodzi?”), dowodzą, że nie utracili nic ze swego wigoru.

Kazimierz Robak
piątek, 13 lipca 2012

 * * *

 

WIOSNĄ RANO

Ffy wyszedł z szafy. Jeszcze długo słyszał bulgotanie spuszczonej wody. Ciężko podszedł do fortepianu i obmył opuchniętą twarz. Kiedy energicznie wycierał się w klawiaturę, obudził śpiącego w fortepianie Ggy. Ten przeciągnął się ociężale, podszedł do lustra i dokładnie je wylizał, mrucząc z zadowolenia. Wyjął pilnik i przystąpił do porannej toalety. Oporny zwykłe i twardy odwłok piłował się tego dnia wyjątkowo łatwo. Ggy zawył z bólu dopiłowawszy się zbyt głęboko. Jego ruchoma część podskoczyła, a reszta zadymiła i przybrała pomarańczowy kolor. Śpiący pod sufitem Hhy poczuł dym, poruszył trąbą i strącił maszynę do pisania, która wpadła wprost w rozchylone skrzela Ggy. Ten, rozwścieczony, chwycił mackami płetwy Hhy i zrzucił go na podłogę. Obrażony Hhy nie odezwał się do nikogo i rozrolował się. Włożył pomięte ciało pod prasę. Wyprasowany, nasmarował się resztkami kolacji i jak co roku o tej porze wydłubał z podłogi swego najlepszego przyjaciela Kky. Potem pracowicie pomagał mu pozaplatać wszystkie kończyny w gustowne warkoczyki, zgodnie z panującą modą. Obaj przyjaciele otwarli okno i wyskoczyli na spacer. Wrażliwy na przeciągi Ffy wydął podgardle, zaryczał i z wściekłością zatrzasnął się w fortepianie. Obłoki fioletowego dymu wydobywające się z nozdrzy Ggy nie wróżyły nic dobrego. Rozdrażnienie jego osiągnęło punkt wrzenia i Ggy zagotował się. Bulgocąc przekleństwa odpłynął cienkim, parującym strumyczkiem i zniknął pod drzwiami.

W całym domu znów zapanował spokój.

1981-01-09

 * * *

 

CHOROBA

Ffy wyszedł z szafy. Bulgotanie spuszczonej wody było dziś wyjątkowo denerwujące. Zresztą ogólnie był w dobrym nastroju. – Pewnie jestem chory – pomyślał.

Włożył ręce do gardła, delikatnie wyjął płuco i obejrzał je pod światło. Na długości półtora metra widać było pomarańczowe plamy Westchnąwszy ciężko, wetknął płuco na miejsce i gimnastykował się przez chwilę. Zasapał się jednak dość prędko, przeciągnął się więc jeszcze przez dziurkę od klucza – tam i z powrotem – i usiadł w akwarium. Przez chwilę przyglądał się swoim stopom. Usiłował je policzyć, ale ponieważ i tak zapomniał, ile ich było poprzedniego dnia, zrezygnował i przeniósł wzrok na leżącego pod sufitem Hhy.

– Hej, ty! – zawołał.

Hhy nie zareagował. Wyciągnął z kieszeni szpulkę i ostentacyjnie nawijał na nią trąbę. Nie odzywał się do Ffy już od osiemnastu lat, od ostatniej kłótni.

– Hej, ty! – powtórzył Ffy pojednawczo.

Dolna płetwa Hhy drgnęła nieznacznie. Ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Tylko oczy przesuwały się nerwowo po całym ciele. Właściwie zawsze bał się Ffy. Nie czuł się przy nim zbyt pewnie.

– Hej, ty! – szepnął Ffy ogłuszająco i rzucił w niego lodówką.

Hhy machnął płetwą i z półwoleja odbił lodówkę precyzyjnym dropshotem wprost w Ffy.

– Piętnaście do zera – mruknął i na wszelki wypadek schował się do wywietrznika.

Tymczasem wrócił ze spaceru Ggy. Stanął przed lustrem i udeptał sobie zwichrzone czułki.

– Ależ zmarzłem – rzucił.

Uruchomił reaktor, usiadł na nim i z zainteresowaniem przyglądał się, jak Ffy wydłubuje z siebie lodówkę przy pomocy młotka i dłuta.

– Znów przegrałeś, co? – powiedział i zadymił radośnie. Na żółto. Zlazł z reaktora, podszedł do Ffy, który położył się pod kafar i nacisnął włącznik.

– On musi być rzeczywiście chory – pomyślał Ggy i zadymił w kolorze ugier jasny. – Brać masaż o tej porze roku?!

1981-01-21

* * *

 

ODNOWA

Ffy wyszedł z szafy. Zaświstał w rytmie bulgotania spuszczonej wody. Niestety nie wyszło mu to zbyt melodyjnie. Słabo zamocowane zęby wysypały się na podłogę hałasując okropnie. Zgarnął je macką i wetknął je do kieszeni. Właściwie już się do tego zdążył przyzwyczaić. Ruszył więc dalej pogwizdując bez przeszkód. Był naprawdę w dobrym humorze. I chyba tylko dlatego nie powiedział ani słowa, gdy nadepnął na fortepian i przewrócił się. No, może również dlatego, że na skutek wstrząsu pękły mu przerdzewiałe struny głosowe.

Za to śpiący w fortepianie Ggy rozdarł się wszystkimi twarzami. Nigdy nie lubił, gdy budzono go z drzemki. A tym bardziej, gdy budził się rozdeptany i płaski. Jazgotał więc upychając równocześnie z powrotem, wysypujące się z fortepianu koła zębate i przekładnie. Zawsze był wygodnicki. Nie szło mu to jednak zbyt sprawnie. Zsypał więc wszystko na środek siebie, związał się w węzełek i poszedł do punktu skupu złomu.

Tymczasem Ffy dłubał niezgrabnie śrubokrętem usiłując wetknąć na miejsce ucho. Zdenerwował się w końcu i rzucił je drepczącym w kącie piraniom. Otrzepał ręce ze zniechęceniem. Pozbierał je. Ruszył dalej pogwizdując. Mimo wszystko był w niezłym nastroju. I tylko słaby się zrobił na stare lata, wygodnicki.

Rozsiadł się wygodnie na tosterze, wyciągnął nogi i postawił je pod oknem. Na głowę nacisnął bidet, włączył i zasłuchał się w tony kwartetów na flet i smyczki Mozarta. Po pewnym czasie poruszył się jednak nerwowo. Zafalował i błysnął. W dźwięki Andantino wmieszało się przeraźliwe burczenie. To głodny organizm domagał się swoich praw. Burczenie w brzuchu nie ustawało, mimo że Ffy podokręcał wszystkie zawory. Zmieniła się tylko tonacja. Burczenie przeszło w gwizd. Dopiero wepchnięta do dwunastnicy puchowa kołdra zdołała wytłumić drgania do kilku herców.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby Ffy nie zaczął się rozpadać. Najpierw od rozedrganego tułowia zaczęła odpadać skóra. Z cichym brzękiem opadała na podłogę. Potem zaczęły pojawiać się szczeliny i pęknięcia.

Ffy zadumał się. Doszedł w końcu do wniosku, że nadszedł już czas odnowy. Zebrał się byle jak do kupy, okręcił drutem i poszedł do najbliższego zakładu rzemieślniczego.

1981-02-05

*  *  *

 

KURACJA

Ffy wyszedł z szafy. Zrobił kilka kroków, zawrócił i małą łopatką zebrał bulgotanie spuszczonej wody, które za nim wyciekło. Udeptał je, przyklepał i wyrzucił przez okno. Spadło wprost na przejeżdżającą karetkę pogotowia, wlazło w klakson i znikło za rogiem zawodząc rozpaczliwie.

Ffy poszedł do łazienki. Wszedł pod stół i jak zwykle potknął się o stojący tam fortepian. Kopnął weń z wściekłością. Zabolało. Powtórzył eksperyment. Znów to samo.

– Ciekawe – pomyślał.

I już miał rozpocząć naukowe rozpracowanie problemu, gdy wzrok jego wlazł do zlewu. Ggy, Kky i Hhy siedzieli tam wygodnie i bawili się, aż woda pryskała na boki. Hhy machając płetwami robił falę, Ggy – warcząc dziwnie – wiatr, a Kky pływał w starej puszce z groźną miną. Ffy uśmiechnął się od ściany do ściany, rozmarzył. Wolno podszedł do szafy, rozwiesił się na wieszaku, wygładził fałdy i pogrążył we wspomnieniach.

Tymczasem w zlewie rozpętał się sztorm. Rozochocony Ggy stracił równowagę i zakrztusił się. Woda zalała elektroluks, który połknął był, nim zaczął robić wiatr. Zwarcie i wywołany wodą kaszel dały wspaniałe efekty. Kolorowe błyskawice łaziły po kranach. Potężne grzmoty obsiadły brzeg wanny i wyśpiewywały chorały gregoriańskie, na przemian z ariami w stylu country. Piekło!

Przerażona puszka zaczęła drżeć i szczękać zębami, podgryzając i podszczypując boleśnie Kky. Już po czterech dniach, szybko myślący Hhy podjął zdecydowaną akcję ratowniczą. Pewnym szarpnięciem macki otwarł odpływ wody. Z cichutkim smoktaniem Kky został przeciśnięty przez sitko i zniknął w rurze. Tylko oderwany ogonek skakał radośnie po dnie zlewu. Już od dawna miał ciągoty separatystyczne.

Rozpalony elektroluks przeżarł tymczasem pancerzyk Ggy i fuknąwszy groźnie zaczął wgryzać się w sufit zostawiając za sobą czarno świecącą dziurę. Hhy spoglądał za nim z wyraźnym zainteresowaniem, zaś Ggy walczył usilnie z męczącym go kaszlem. Najpierw pił ciekły hel, by zamrozić bulgoczącą we wszystkich płucach wodę. Nie pomogło. Tylko przy każdym kaszlnięciu tony śniegu kłębiły się dokoła. Na szczęście służby miejskie znów nie dały się zaskoczyć.

Sprawa zaczęła wyglądać jednak poważnie. Kiedy Hhy stwierdził, że poodmrażane oczy opadają mu ze słupków, przystąpił do leczenia przyjaciela. Zaczął standardowo – od sztucznego oddychania. Przykręcił trąbę Ggy do kompresora i włączył silnik. Już po kilku kaszlnięciach pacjenta kompresor odmówił posłuszeństwa. Złożył błagalnie uzwojenia i zahuczał cichutko. Kopnięty w głowicę pobiegł do kącika i wlazł za komodę.

Hhy wyrzucił do zsypu złamaną nogę i kontynuował kurowanie Ggy. Masował go, nacierał, elektrowstrząsał i nakłuwał. Wykorzystał całą wiedzę zawartą w „Poradniku wzorowej gospodyni”. I nic! Oblazło go zniechęcenie. Brutalnie pogłaskało po głowie i rozmazało na parapecie. Perliste łzy zadudniły o podłogę, odbiły się i pogięły świąteczne bamboszki Ffy. Zniechęcenie pęczniało triumfem.

Nagle w dziurze po elektroluksie coś zaszeleściło. Deszcz stuzłotówek zaczął wpadać do łazienki. Wolno przysypywał Ggy, okrywając go mięciutką kołderką. Skutek był zdumiewający. Wstrętny kaszel zebrał nogi w troki i poszedł precz.

Raz jeszcze okazało się, że zastrzyk gotówki jest lekarstwem uniwersalnym.

1981-02-25

 * * *

 

MECZ

Ffy wyszedł z szafy. Zabulgotała spuszczona woda, zahuczała i umilkła. A mimo to powietrze w pokoju drgało i wibrowało niepokojąco. Wszędzie wyczuwało się nerwowość i zniecierpliwienie.

Ffy szybkim krokiem podszedł do kredensu. Zdecydowanym ruchem wyrwał na oścież drzwiczki i wyciągnął szufladę. Szukał długo. Wciskał oko w każdy zakamarek. Przerzucał sterty rupieci. W końcu rozjaśnił się z zadowolenia. Wydobył długą, lśniącą szpilkę z perełką na końcu. Zastanowił się chwilę, co zrobić, żeby jej nie zgubić. Wbił ją sobie w końcu w kolano i ruszył dalej. Czekało go teraz najpoważniejsze zadanie. Musiał zająć sobie dobre miejsce i wygodnie je wymościć.

Rozejrzał się uważnie po mieszkaniu, węsząc i nasłuchując. Wreszcie cicho ruszył ku ścianie wschodniej. Szybkim ruchem języka wyciągnął spod stojącej na niej kanapy swego przyjaciela Kky i wrócił na upatrzone wcześniej miejsce. Szpilką z perełką przybił Kky do podłogi.

– Pilnuj miejsca – powiedział i pieszczotliwie oderwał mu jedną mackę.

– Przynieś mi chociaż trochę gazet. Jestem głodny – odpowiedział Kky trochę naburmuszony.

Zadowolony Ffy ruszył do kuchni.

– Jak ten czas szybko płynie – pomyślał mijając leżący na suficie barometr. – Trzeba się spieszyć.

Wbiegając do kuchni nadepnął na Ggy, potknął się, rozbił wannę i popatrzył na przyjaciela. Czułki Ggy drgały nerwowo, a odwłok mienił się wszystkimi odcieniami bieli.

– Pewnie znów podjada cement, łakomczuch – pomyślał Ffy. Rozerwał mu pancerzyk, zsypał cement z powrotem do piekarnika i zdjął z wieszaka szklankę. Podstawił ją pod lampą, odkręcił żarówkę i nalał do pełna. Wydobył zza kaloryfera swój przysmak – mrożoną smółkę uranową i ruszył z powrotem. Po drodze otwarł lodówkę i szperał w niej chwilę. Odrzucił mało strawne gazety codzienne i z plikiem kolorowych tygodników dla Kky wszedł do pokoju. Wszyscy czekali już usadowieni w półkole gawędząc leniwie. Tylko Ggy pracowicie kleił pancerzyk budyniem waniliowym.

– Już pora – pomyślał Ffy. Usiadł na Kky, wstał, wyrzucił szpilkę, usiadł wygodniej i raz jeszcze rozejrzał się dokoła.

– Wszystko w porządku – pomyślał i włączył telewizor.

1981-03-08

* * *

 

PEWNOŚĆ

Ffy wyszedł z szafy. Spuszczona woda bulgotała i szumiała jak zwykle. Dzień też był jak zwykle. Nic nowego, a jednak czuł wyraźnie, że czegoś mu brak. I musiał przyznać, że trochę mu ten stan przeszkadzał. Zaczął więc spacerować po pokoju: wolno, leniwie. Pełny relaks!

Tymczasem w kącie pod laserem leżał Ggy. Opalał się cierpliwie wachlując skrzelami.

– Czy mógłbyś mnie podrapać? Swędzi mnie łopatka – zaczepił przechodzącego Ffy.

Ten kiwnął głową, wyjął swędzącą łopatkę i podszedł do szlifierki,

– Jeszcze, jeszcze – pokrzykiwał Ggy z zadowoleniem.

Ffy odrzucił mu łopatkę i począł dalej spacerować po pokoju. Zupełnie nieświadomie robił to coraz bardziej nerwowo, coraz szybciej. Była to normalna reakcja na intensyfikację myślenia. A dręczący go problem był chyba wyjątkowo poważny. Myślał więc i chodził coraz szybciej i szybciej. Huknęło, gdy przekroczył barierę dźwięku, zatrzęsło całym domem. Posypały się cegły z sufitu i Hhy drzemiący w klimatyzatorze. Musiał być wściekły, sądząc po czekoladowo zabarwionej trąbie. Nie namyślając się zbyt długo chwycił ołowiany wzorzec megatony i postawił na drodze Ffy.

Ten zatrzymał się. Małym grzebykiem zeskrobał się z wzorca i podłączył do sprężarki. Z zadowoleniem pompował kolejno wszystkie segmenty i kończyny poświstując przy tym i pomrukując. Gdy skończył, postanowił jednak wziąć coś na uspokojenie. Wlazł do pojemnika na odpadki, odnalazł apteczkę i wyjął flaszkę z nitrogliceryną. Łyknął potężnie, potem jeszcze raz i podskoczył dla lepszego efektu.

Gdy opadł z powrotem, zastał Ggy i Hhy muzykujących z zapałem. Jeden dmuchał potężnie w korkociąg, drugi buczał do wtóru podłączywszy się do kontaktu. Jednocześnie obaj błyskali rytmicznie oczami.

Ffy zbyt dobrze znał swych przyjaciół, by ryzykować przerwanie im koncertu. Sięgnął więc do piekarnika i wyjął nauszniki. Niestety, nic nie pomogły. Odnalazł więc obcęgi i począł dokręcać nauszniki coraz mocniej. Gdy poczuł, że już zeszły się, a nic nie pomogły, zrezygnował i postanowił gdzieś to przeczekać. W pierwszej chwili pomyślał o fortepianie. Przypomniał sobie jednak, że już od miesiąca mieszkają tam mrówki z faraonem. Świntuchy! Pobiegł więc do kuchni i stanął przed wanną. Była pełna po brzegi. Zdziwił się trochę. Wysunął język, posmakował, zamyślił się.

– Woda królewska – pomyślał. – Może być.

Zanurkował. Gdy dopłynął do dna usiadł i rozejrzał się. Zaciekawił go nietypowy kształt korka zamykającego odpływ. Coś mu to przypominało. Powoli wracały zdarzenia sprzed kwartału. A więc choroba Ggy, konieczność natychmiastowego zatkania go i szczęśliwe dokonanie tego korkiem od wanny. A potem on, Ffy, nabrał ochoty na kąpiel. Zatkał więc wannę, jedną ze swoich nóg. I zapomniał o niej.

– No tak – pomyślał, wyciągając nogę z otworu. – Miałem jednak rację. Byłem pewien, że czegoś mi brak.

1981-03-21

* * *

 

 

ZAMIAR

Ffy wszedł do szafy.*)

 

 

__________________________________________

*)  I, jak na razie, nie ma zamiaru z niej wychodzić.

 

1981-12-05

*  *  *

WĄTPLIWOŚCI

Ffy wyszedł z szafy. Z niesmakiem i odrazą słuchał bulgotania spuszczonej wody. Po raz dwieście trzydziesty ósmy tego dnia. Czuł się źle. Bardzo. Po pierwsze bolał go brzuch. Bardzo. Jednak jeszcze bardziej dokuczał mu wewnętrzny niepokój. Dręczyło go, szarpało nerwy i trzewia bolesne uczucie niepewności, irytujące przeświadczenie, że coś wie, ale nie do końca. Czuł, wiedział prawie na pewno, że ma rację. Ale przecież do pełnego spełnienia, do absolutnego szczęścia brakowało mu tej małej kropeczki nad „i”.

A zaczęło się tak przyjemnie.

Jak każdego ranka zbudził się z głośnym chrzęstem. Serdecznie złamał kark małemu Ggy, który – też jak zwykle – pięć razy umierał ze śmiechu, nim jako tako poskładał się do kupy. Trochę niedokładnie tym razem, ale trudno. Ggy zawsze był bałaganiarzem.

Ffy poszedł do łazienki. Z góry już cieszył się na tę poranną przyjemność. Ślinka mu ciekła na samą myśl i powoli wsiąkała w dywan. Tego dnia Ffy był jednak w nastroju dobroczynnym. Przemoczony dywan wydał mu się bardzo nie na miejscu. Energicznie zwinął go więc w rulon i wycisnął przez okno. Z nostalgią popatrzył na wypadającego z długich, wełnianych frędzli wyżętego dywanu Kky.

– Osiemdziesiąt pięter – pomyślał wesoło – fajny lot.

Otrząsnął się z pustoty i ruszył do łazienki. Wszak tam czekała na niego poranna radość, uczta bogów i…  no właśnie. Jego. I tylko ten cholerny niepokój. Ta dręcząca myśl, z którą przebudził się tego ranka. Wiedział, że ma rację. Wiedział! Ale nie zupełnie. Dowód! Potrzebny mu był dowód. Tylko skąd go wziąć?

Człapiąc ociężale przeszedł przez korytarz. Wyjął ze ściany drzwi i wszedł do łazienki. Nawinął ogon na szpulę i wlazł do wanny. Czuł we wszystkich rurach i przewodach przyjemne palenie. Aromatyczny swąd spalenizny miłe łaskotał mu nozdrza.

– Oho, znowu się przegrzałem – pomyślał radośnie. – Ale będzie cyrk!

Układał się wygodnie, mościł, wiercił sapiąc z zadowoleniem. W końcu rozwarł paszczę i wytrenowanym ciosem płetwy urwał sterczący ze ściany kran. Lodowata woda królewska orzeźwiającym strumieniem runęła wprost w nadstawioną łakomie gardziel. Z wściekłym bulgotem gnała przez zakręty i zawijasy kiszek, gwiżdżąc i szumiąc na zakrętach, studząc przyjemnie rozpalone wnętrze. Gęste tumany pary natychmiast wypełniły ciasne wnętrze. Znowu kłopoty z wentylacją. Ffy oderwał sobie kawałek ramienia i cisnął w stronę drzemiącego na lampie Hhy. Trafiony w czoło przyjaciel zatrzepotał nerwowo powiekami i jęknął smutno. Wziął się jednak za oddychanie i już po kilku minutach stężenie oparów osiągnęło zwykły zabójczy poziom.

Ffy przeciągnął się i ułożył wygodniej. W otwartą paszczę szerokim strumieniem lał się ulubiony smakołyk. Rozkosz. Przyjemność. Cudownie… ale nie całkiem. Znów wróciły dręczące go od rana wątpliwości. Zamyślił się głęboko, zadumał. Jak dotrzeć do prawdy? Jak pozbyć się wątpliwości?

Myślał.

Po kilku godzinach wyrwało go z zamyślenia uczucie niezwykłej ociężałości. Wyciągnął łapę, wygrzebał spod wanny kosiarkę do trawy i zdrapał sobie powieki. Rozejrzał się wokół zaskoczony. Przyglądał się samemu sobie nie mogąc wyjść ze zdziwienia. Skąd taka zmiana? Co się stało? Zamiast zgrabnego, płaskiego brzuszka widział przed sobą potworny, monstrualny, żółty balon.

– Czy to ja, czy nie ja? – pomyślał.

Już po godzinie zrozumiał. Z radości ściągnął z lampy Hhy i prasnął nim o ścianę. Huk.

– Znowu trzeba będzie murować – pomyślał rozbawiony.

Najważniejsze, że już wszystko wiedział, zrozumiał. To tylko kilkanaście ton wody królewskiej wlało mu się do brzucha. Zamyślił się ponad miarę i oto skutki. Myślenie szkodzi. Pora więc kończyć poranne przyjemności. Z niezwykłą ociężałością wygramolił się z wanny i sennym wzrokiem spojrzał na walący z urwanego kranu strumień. Coś z tym trzeba zrobić. Odpiął guziki, wydłubał wątrobę i zaszpuntował dziurę w ścianie.

Ale ociężałość pozostała. No i ten brzuch. Przeszkadzał. Utrudniał patrzenie i oddychanie.

Poszedł do szafy. Stanął nad rurą kanalizacyjną. Z trudem sięgnął pod nabrzmiałe brzuszysko i odkręcił zawór. Chlusnęło, chlupotało… Długo. Miło. Co za ulga! Tylko porozciągane powłoki, jak stare szmaty, opadły na podłogę.

Wyszedł z szafy, usiadł na kominku i zamyślił się. Powoli dojrzewała w nim decyzja. Już czas. Pora myśl przekuć w czyn. Tylko empirycznie zdoła udowodnić samemu sobie, że jednak ma rację. Poderwał się energicznie, wybił okno i wyszedł. Zdrapał się z asfaltu, posklejał i ruszył do piwnicy.

Wielkie, wilgotne, betonowe wnętrze tonęło w półmroku. Ale przeogromny zbiornik nieczystości i ścieków widać było jak na dłoni. Ostrożnie, rozsuwając delikatnie na boki stada szczurów, Ffy ruszył przed siebie. Obszedł zbiornik i odnalazł króciec spustowy. Przykręcił się do końcówki i ostrożnie otworzył zawór. Poczuł, jak zawartość zbiornika wlewa mu się do wnętrza…

Na skutki nie musiał długo czekać. Tak naprawdę nie zdążył nawet odkręcić się od króćca. Potem było trochę lepiej – korzystał z szafy. Raz, drugi… dwusetny.

No i teraz dwieście trzydziesty ósmy.

Już go to trochę zmęczyło. Był zniechęcony i rozdrażniony. Czyżby cały wysiłek na nic?

I nagle! Eureka!

Coś prztyknęło mu w głowie i zrozumiał. Jasna jak kryształ, czysta i klarowna myśl rozjaśniła mu umysł. Oto znalazł potwierdzenie. To, co czuł podświadomie, czego spodziewał się intuicyjnie, teraz potwierdziło się z całą mocą. Aż do bólu brzucha.

Ta sama woda, nawet królewska, nigdy nie smakuje tak samo dwa razy.

1995-10-21


 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« July 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Czerwiec – szósty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od słowa „czerw” oznaczającego beznogą larwę błonkówek i muchówek; larwy te były (i są) wykorzystywane jako efektywny sposób oczyszczania ran.

W Słowniku etymologicznym Sławskiego nazwa miesiąca jest dopiero trzecim znaczeniem słowa „czerwiec”. Pierwsze to: czerwiec polski (Porphyrophora polonica) – „owad wytwarzający barwik czerwony”, drugie: „farba służąca do barwienia materiałów na czerwono, coccus, color coccinus”, a źródłosłowy idą we wczesne lata XV wieku. Czwarte zaś: Scleranthus anuus L. czyli czerwiec roczny – chwast rosnący na pastwiskach, ugorach i przydrożach.

Słownik wileński idzie dalej: w nim „miesiąc” jest dopiero n-tym znaczeniem słowa „czerwiec”. Wcześniej jest bowiem rodzaj i trzy gatunki pluskwiaka Coccus; tlenosiarczek antymonu, zwany też kermezytem, o pięknej wiśniowej barwie; rodzaj i dwa gatunki roślin z rodziny Scleranthus, w tym czerwiec trwały (Scleranthus perennis); amerykański kaktus Cactus chochenillifer; kolor szkarłatny lub karmazynowy i „drogi, przedni jedwab” oczywiście koloru czerwonego.

Dwie nazwy wytłuściłem nie bez powodu: w korzeniach czerwca-rośliny znajduje schronienie i pożywienie czerwiec-owad. Splatają się więc te czerwce ze sobą dość dokładnie.

Barwnik czerwony wyrabiany z czerwca-owada to koszenila (inaczej: kwas karminowy), która jest ciekawa sama w sobie. Rozpuszcza się w wodzie, co jest rzadkie wśród barwników organicznych. Jest bardzo trwała i odporna na działanie czasu, światła i ciepła, a więc nie blaknie, co było zaletą pierwszorzędną. Nie jest trująca (w nadmiarze), więc można nią barwić nie tylko tkaniny ale i potrawy oraz kosmetyki.
Tu jednak kłopot zaczynają mieć wegetarianie i weganie (którzy nie używają produktów pochodzących ze zwierząt) oraz np. ci wyznawcy judaizmu i islamu, dla których produkty z owadów nie są ani koszerne ani halal. Problem w tym, że współcześni ludzie na ogół nie wiedzą, iż koszenilę uzyskuje się z owadów (strona http://www.food-info.net podaje że dla uzyskania 1 kilograma koszenili trzeba zanurzyć we wrzątku – a później na różne sposoby wysuszyć, a potem zmielić – 150 tys. owadów). Ostatnio produkty zawierające koszelinę muszą być odpowiednio oznaczane.

Polski monopol na czerwca w znaczeniu „farba” (tytuł popularnej, stosunkowo niedawnej – 1992, publikacji Lewy czerwcowy, nabiera teraz zupełnie innej barwy…) złamał w XIV w. Meksyk.
Aztekowie znali i stosowali koszenilę od wieków, od nich nauczyli się tego konkwistadorzy. Żeby skrócić transport do Europy, owady meksykańskie (inne niż polskie: czerwce kaktusowe, Dactylopius coccus, rodzaj mszyc) zaczęto hodować na Wyspach Kanaryjskich. Ta sama www.food-info podaje, że tylko w roku 1868 wyeksportowano stamtąd 2800 ton (6 mln. funtów) koszenili uzyskanej z 420 miliardów owadów…

 

Pierwiastek „czerw” w nazwie szóstego miesiąca roku występuje też w innych językach naszej rodziny: białoruskim (чэрвень), czeskim (červen), kaszubskim (czerwińc), ukraińskim (червень).
Co by nie mówić, w większości języków słowiańskich (także w staropolszczyźnie) rzeczownik „czerw” znaczy „robak”, z czego wynika, że „czerwiec” znaczy tyle co „robaczywiec” lub „robacznik” (a kolor czerwony to kolor robaczywy). Tyz piyknie.

W staropolszczyźnie szósty miesiąc roku nazywany też był „ugornik” lub „zok” (konik polny lub – niestety – szarańcza), ale generalnie czerwie czyli robaki okazały się (słowotwórczo) silniejsze.

 

Łaciński Iunius zawiera w sobie imię żony Jupitera – Junony.

Owidiusz w ks. VI Fasti (8 r. n.e.), poematu o kalendarzu rzymskim, podaje dwie dodatkowe etymologie nazwy Iunius: od małżonki Jupitera – Junony i bogini młodości Iuventas (grecki pierwowzór: Hebe). Owidiusza – jako źródła – nie można jednak traktować poważnie, bo plótł co mu ślina na język przyniosła, a koniunktura dworska i polityczna podsuwała. W maju umizgał się do starców z senatu (maiores), więc w czerwcu pochlebiać zaczął młodym iuniores. Na czerwcu zresztą Fasti się skończyło, bo poeta dostał nagle dożywotni nakaz zesłania do Dacji – pruderyjni twierdzą, że za nieskromność Ars amatoria (celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu jeszcze w 1930), ale tak naprawdę nie wiemy za co.

Nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Pod koniec czerwca na półkuli północnej następuje letnie przesilenie Słońca: jest to najdłuższy dzień (i najkrótsza noc) w roku.
W 2014 solstycjum letnie wypada 21 czerwca. W tym dniu Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka i zaczyna się astronomiczne lato.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – na 52°13’ szerokości geograficznej północnej – wynosi 61°14’.

 

1 czerwca to Dzień Dziecka.

 

4 czerwca to w Polsce rocznica wolnych wyborów z 1989 roku.
W rzeczywistości były one pół-wolne, ale skutek był ten sam. Najkrócej zdefiniowała go Joanna Szczepkowska w ogólnokrajowym programie TV: „Ogłaszam koniec komunizmu w Polsce”.

 

12 czerwca 1967 – PRL zrywa stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Nie ona jedna. Po wojnie sześciodniowej (5-10 czerwca 1967), która – mimo że zaczepna – była obronną, bezczelnie przez Izrael wygranej, Czerwony Hegemon się zdenerwował. Nie tak miało być, zwłaszcza że Hegemon uzbrajał, szkolił i popierał Egipt. Poszedł więc przykład i rozkaz z Moskwy i cały blok zerwał z państwem żydowskim stosunki dyplomatyczne. Z jednym wyjątkiem: nie zerwała Rumunia. Niby, że taka niezależna i umiejąca się Sojuzowi postawić, defacto – potrzebna, bo zerwać stosunki można, ale pogadać czasem trzeba, więc jeśli już, to czemu nie przez Bukareszt, któremu opinia „niepokorny” bardzo pasowała, bo dawało się na nią kolejne kredyty z Zachodu wyciągać. A po RWPG poszedł później dowcip, przaśny, ale po linii: „– Wymień trzy państwa komunistyczne na ‘k’. – Kuba, Korea i..., i..., i ta Kurwa Rumunia.” Zerwanie stosunków i ujadanie propagandy jest prologiem do polskiego Marca ’68 (patrz: marzec).

 

23 czerwca to w Polsce tzw. wigilia św. Jana, którą kończy noc świętojańska, często używana obocznie z nazwą Sobótka.
Jest to schrystianizowana wersja słowiańskiego święta związanego z letnim przesileniem Słońca, obchodzonego w najkrótszą noc w roku, tzw. Noc Kupały, zwanego też (na południu Polski) sobótką lub palinocką. Było to święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości.
Słowo kupała pochodzi prawdopodobnie z indoeuropejskiego pierwiastka kump, oznaczającego grupę, gromadę, zbiorowość, z którego wywodzą się słowa takie jak kupa, skupić, kupić się (‘gromadzić’). Termin sobótka stworzony został prawdopodobnie przez Kościół i miał wydźwięk ujemny, bo znaczył tyle, co ‘mały sabat’.
W chrześcijaństwie obchody nocy kupalnej przeniesione zostały na specjalnie w tym celu ustanowioną przez Kościół 23 czerwca wigilię św. Jana.

W tym wypadku jednak zadziałał synkretyzm religijny: noc kupalna i wigilia św. Jana współegzystują w świadomości zbiorowej do dziś. Mają też liczne odzwierciedlenia w literaturze, z których – w piśmiennictwie polskim – najbardziej znanym jest Pieśń świętojańska o Sobótce Jana Kochanowskiego, rozpoczynająca się od słów:

Gdy słońce Raka zagrzewa
A słowik więcej nie śpiewa
Sobótkę (jako czas niesie),
Zapalono w Czarnym Lesie.

„Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” napisał Mickiewicz o roku 1812, ale oznaczenie jest niedokładne. Bowiem to, co ową „wiosnę” przyniosło, zaczęło się latem.

Wieczorem 23 czerwca 1812, około godziny 22, pierwsze korpusy – kawaleryjski marszałka Murata oraz korpusy marszałków Davout i Neya przekraczają Niemen.

Napoleon, którego idée fixe było rzucenie na kolana Wielkiej Brytanii, po serii porażek z Anglikami w bitwach morskich (i to jakich porażek! Abu Kir w 1798 i Trafalgar w 1805 to były mega klęski!) wymyślił blokadę handlową (więc teoretycznie i morską) Wysp Brytyjskich.

Rzecz jasna, wszyscy zainteresowani stawali na głowie, by to embargo ominąć, zwłaszcza, że blokada rujnowała sporo gospodarek państwowych. Poza tym zawsze w podobnych przypadkach opór bywa ogromny i praktycznie nie do pokonania: założę się, że Napoleon nie miał pojęcia, co to było „Ograbme”, bo jak większość Europejczyków z wyższością patrzył na Amerykę i do głowy mu nie wpadało, ze może się od niej wiele nauczyć.

Jednym z wyłamujących się z tego dyktatu była Rosja. Oczywiście car Aleksander oficjalnie się zgadzał, uśmiechał, toasty wznosił, pakty podpisywał – ale robił swoje. Darujmy sobie „skąd my to znamy?”, gdyż handel z Brytanią był dla rosyjskiej gospodarki alternatywą Hamleta.

Rację miał stary Maciek Dobrzyński sarkając, że „a on co? Pokój w Tylży zrobił!”, choć powody do gderania były inne.
Papier – papierem, a życie życiem. Napoleon wpadł więc na kolejny pomysł, by zmusić Rosję do respektowania postanowień z Tylży (1807) siłą. Znów nie odrobił lekcji z historii: nie doczytał, jak skończył Karol XII Szwedzki. A może po prostu myślał, że skoro ma Grande Armée, to da radę?

Najpierw jednak zebrał armię 600-tysięczną, nie tylko wielonarodową ale i multi-kulti, bo było w niej m.in. 300 tys. Francuzów, Włochów i Belgów, 180 tys. Niemców, 90 tys. Polaków (skąd wymyślił, że Niemcy będą się dzielnie bić dla Francuzów – trudno orzec, nie obiecywał im przecież nawet ułamka tego, co Polakom). Z tą armią przekroczył Niemen.

Zaczął z Księstwa Warszawskiego i po przejściu granicy wciąż poruszał się po terenach zamieszkałych przez Polaków, nic więc dziwnego, że propaganda Cesarza Francuzów przeszła samą siebie. Napoleon z bezprzykładnym cynizmem, godnym największych kosterów, nazwał swoją kampanię „drugą wojną polską”, a sejmowi Księstwa Warszawskiego nakazał zawiązać Konfederację Generalną Królestwa Polskiego i proklamować zmartwychwstanie Polski w dawnych granicach (Niemcy w szeregach armijnych, zwłaszcza ci z Prus, musieli się cieszyć niezwykle!).

Ale: nikt nie da ci więcej, niż obieca Napoleon!

I prawda. Zaczynając swą wojnę z Rosją o Brytanię, cesarz powiedział:

Jestem tu, aby raz na zawsze skończyć z tym barbarzyńskim kolosem Północy. Szpada została już dobyta. Trzeba ich zapędzić jak najdalej w ich lody, aby przez najbliższe 25 lat nie byli w stanie mieszać się w sprawy cywilizowanej Europy. Nawet za czasów Katarzyny Rosjanie prawie nie odgrywali żadnej roli w życiu politycznym Europy. Z cywilizacją zetknęli się dopiero przez rozbiór Polski. Nadszedł więc teraz czas, aby Polacy pokazali im, gdzie ich miejsce... Bezpowrotnie minęły czasy, kiedy Katarzyna dzieliła Polskę, chwiejny Ludwik XV drżał ze strachu w Wersalu, a caryca zachowywała się tak, że wychwalały ją wszystkie paryskie plotkary. Po spotkaniu w Erfurcie Aleksander zrobił się zbyt zarozumiały, a już zdobycie Finlandii zupełnie przewróciło mu w głowie. Jeżeli potrzebne mu są zwycięstwa, to niech się wyprawi na Persów, ale nie miesza się w sprawy Europy. Cywilizacja odrzuca tych dzikusów z Północy. Europa obejdzie się bez nich.

Jak to się skończyło – wiemy, a więcej przeczytacie o tym w grudniu.

Napoleon nie był jedyny. 129 lat później, z dokładnością jednodniową, bo 22 czerwca, powtórzył napoleoński manewr Hitler, nazywając to – też miał niezłych propagandzistów – „Operacja Barbarossa”. Skończył jak jego poprzednik, co niewiele nas pociesza, bo dla Polski skutki też były podobne.

Znaki Zodiaku w czerwcu:
Bliźnięta (♊) – do 20 czerwca (najweselszy i najpogodniejszy znak Zodiaku).
Rak (♋) – od 21 czerwca

Kwiaty czerwca :
róża (Rosa L.) – tu nie ma co wiele mówić, po prostu: królowa kwiatów.

Kamienie czerwca:
perła – co prawda to żaden kamień, tylko efekt mordęgi małża, ale w formie naturalnej błyskotka bardzo droga. Wymieniana jest – jako symbol wielkiej wartości – przez święte księgi hinduizmu, judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. W tradycji europejskiej perły uważano dawniej za łzy aniołów – przesąd, że jest to klejnot przynoszący łzy i troski pokutuje do dziś.

● aleksandryt – odmiana chryzoberylu, znana z tego, że zależnie od oświetlenia potrafi zmieniać kolor. Podobno znalazł go fiński geolog Nils Gustaf Nordenskiöld (1792-1866, ojciec znanego polarnika) po tym jak razem z całą Finlandią znalazł się pod panowaniem rosyjskich carów – nazwał więc kamień imieniem następcy tronu, przyszłego Aleksandra II Romanowa.
O carze tym mówi się jako o „demokratycznym reformatorze”, ale kiedy pomyślę, na co batiuszka Aleksandr Nikołajewicz zezwalał w Polsce po powstaniu styczniowym, to nawet sprzedaż Alaski Amerykanom nie jest w stanie sprawić, bym myślał o nim pozytywnie (jak zresztą o żadnym z Romanowów, ani o ich tzw. reformach).

● kamień księżycowy zwany też ortoklazem (którego jest odmianą) – starożytni wierzyli, że jest pochodzenia boskiego, bo wziął się z promieni księżyca.
Najcenniejsze ortoklazy można podobno znaleźć w Indiach i na Sri Lance, ale i my nie gorsi, bo występują też w okolicach Jeleniej Góry. Z czego wynika, że Ryszard Ochódzki wiedział, co czyni, gdy kamień z londyńskiego bruku podniesiony wręczył jako ten z Jeleniej Góry: chciał po prostu wcisnąć go Panu Janowi jako cenny okaz ortoklazu, zapominając, że nie o to chodziło.
Ciekawostką jest, że kamień księżycowy jest oficjalnym klejnotem stanu Floryda, co Florydianiom się wzięło po locie Apolla-11, który wystartował z Cape Canaveral i 20 lipca 1969 wylądował na Księżycu.

Napisałem, że z czerwcem bywa podobnie nieszczególnie jak z majem – „dlaczego” miało przyjść później, bo na początku miesiąca pisanie o tych wszystkich solstycjach, Kupałach, świętych księgach i Romanowych kapkę mnie (jak by powiedział Geograf) osłabiło.
Tak więc czerwiec, podobnie jak maj, jest miesiącem optymistycznym. Zero zdziwienia: oba przebiegają pod panowaniem najlepszego znaku Zodiaku, czyli Bliźniąt, więc – po prostu ten gwiazdozbiór rządzi i nie da się tego ukryć.

 

Śluby i wesela w czerwcu:
mogą być, ale wyłącznie na własne ryzyko.

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
szósty miesiąc roku to:

białoruskiчэрвень [czerwień]
bośniackijuni
bułgarskiюни [juni]
chorwackilipanj
czeskičerven
kaszubskiczerwińc
litewskibirželis
łatgalskivosorys
łużycki (dolny)smažki (też: smažnik, junij)
łużycki (górny)smažnik (też: junij)
łotewskijūnijs
macedońskiјуни [uni] albo житар [żytar]
prekmurskiivánšček (też: juniuš)
rosyjskiиюнь [ijuń]
serbskijун [jun]
słowackijún
słoweńskijunij (też: rožnik)
ukraińskiчервень [czerwień]
żmudzkibiržielis

 

Przysłowia związane
z czerwcem:

Czerwiec daje dni gorące,
kosa brzęczy już na łące.

Czerwiec gdy zagrzmi,
gdzie zorze zachodzą,
ryby się znacznie
i obficie zrodzą.

Czerwiec na maju
zwykle się wzoruje,
jego pluchy, pogody,
często naśladuje.

Czerwiec po deszczowym maju
często dżdżysty w naszym kraju.

Czerwiec – przerwiec, bo przerywa
gospodarkę aż do żniwa.

Czerwiec się czerwieni?
Będzie dość w kieszeni.

Czerwiec stały,
grudzień doskonały.

Czerwiec temu się zieleni,
kto do pracy się nie leni.

Gdy czerwiec chłodem i wodą szafuje,
to zwykle rok cały popsuje.

Grzmoty czerwca
rozweselają rolnikom serca.

Kiedy kwitnie w czerwcu bób,
to największy wtedy głód,
a kiedy mak,
to już nie tak.

Mokry czerwiec, chłodny maj
– wszystkim gburom prawy raj.

Od czerwca dużo zależy,
czy żniwa będą jak należy.

Pełnia czerwcowa – burza gotowa.

W czerwcu gorącego lata,
zdrowa więc bywa sałata,
wina jeśli być nie może,
piwo chłodne pij, niebożę.

W czerwcu grusze kwiat zrzucają,
czereśnie się zapalają.

W czerwcu pod czerwcem siedzi czerwiec.

W czerwcu się okaże,
co nam Bóg da w darze.

W czerwcu to się lęga,
ci się przedtym sprzęga.

 

Przysłowia na
św. Małgorzatę (10 VI):

Deszcz na św. Małgorzatę
jest orzechom na stratę.

Św. Małgorzata pierwsza żnarka.

W św. Małgorzatę skąd wiatr duje,
drogę po zboże toruje.

Ze św. Małgorzatą
zaczyna się lato.

 

Przysłowia na
św. Jana (24 VI):

Chrzest Jana
w deszczowej wodzie
trzyma zbiory na przeszkodzie.

Deszcz świętego Jana
obiecuje mokre żniwa.

Do świętego Jana
woła deszczu kania,
a po świętym Janie
chodzą po wodzie kanie.

Gdy bliżej święta Jana
gżegżółka zakuka,
nadzieja zbóż przedaży
pewnie nas oszuka.

Gdy Jan Chrzciciel skropi,
mokre będą kopy.

Gdy się deszcz w święto Jana
opuści obfity.
po nim w kilka dni,
wierz mi, bywa pozbyty.

Gdy się Jan Chrzciciel
w dżdżystej kąpie wodzie,
deszcze żniwom bywają
wtenczas na przeszkodzie.

Gdy się święty Jan rozczuli,
to go dopiero
Najświętsza Panna utuli.

Jak się Janek kąpie w wodzie,
żniwom deszcze na przeszkodzie.

Jak św. Jan się obwieści,
takich będzie dni trzydzieści.

Jana Chrzciciela
– już kwiecia wiela.

Jutro święty Janek,
puśćmy na wodę wianek.

Już Jan ochrzcił wszystkie wody,
odtąd wam nie będzie szkody.

Już świętego Jana,
ruszajmy do siana.

O św. Janie kwas w piwo,
robak w mięso,
diabeł w babę wstępuje.

Święty Jan
– jagód dzban.

Umilkł, jak kukułka na św. Jan.

 

Przysłowie na
sobótkę:

Gdzie sobótki zapalają,
tam grady nie przeszkadzają.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha