Zbigniew Studziński: Ffy

 

POSŁOWIE
(które, jak na epokę postmodernizmu przystało, znalazło się na początku)

Mają swoje losy książki. Czasem duże, czasem małe – i losy, i książki.
Los i historia opowiadań Zbigniewa Studzińskiego, które właśnie przedstawiliśmy, są – z mojego przynajmniej punktu widzenia – ciekawe.

Z ich bohaterami zetknąłem się po raz pierwszy na przełomie lat 1980-1981, na Pogorii, płynącej do antarktycznej stacji badawczej im. Henryka Arctowskiego na Wyspie Króla Jerzego w archipelagu Szetlandy Południowe. Rejsu, który ze wszech miar był niezwykły, opisywać tutaj nie będę; zrobiłem to dość dokładnie – i, jak mi się wydaje, dość uczciwie – w „Pogorią na koniec świata” (Gdańsk, Wyd. Morskie, 1983), zaś drugie spojrzenie na ten sam rejs przedstawił Sławek Szczepaniak w „Przygodzie na imię Pogoria” (Łódź, KAW, 1984).

Do niniejszej opowieści niech wystarczy fakt, że na Pogorii powstała wówczas gazetka „Głos z Kubryku”. Projekt rzucił właśnie Zbyszek, ale zrealizował go Wojtek Przybyszewski, pisząc wstępniak – zatem stawiając przed faktem dokonanym resztę „piszącej” załogi i tym samym zmuszając ją do działania.
Po wydaniu pierwszego numeru byliśmy przekonani, że na tym się skończy, ale „Głos”, o dziwo, przetrwał: podczas 132 dni żeglugi wydaliśmy osiem numerów.
„Wydaliśmy” ładnie brzmi – w rzeczywistości przepisywaliśmy teksty przez kalkę na Pogoriowej maszynie do pisania marki Łucznik w sześciu egzemplarzach, bo więcej do maszyny nie wchodziło. Jeden wędrował do Kapitana, cztery rozchodziły się wśród członków redakcji, zaś ostatni – przeznaczony do czytania ogólnego – rozklejany był na stole w tzw. mesie oficerskiej, której podczas tamtego rejsu praktycznie nikt nie używał. Dla ścisłości dodam, że numer piąty był wydaniem dźwiękowym, utrwalonym wyłącznie na kasecie wysłanej z Falklandów na Stację Arctowskiego do naszych przyjaciół – Stefana Misiaszka i Włodka Ławacza – polarników, których Pogoria na Stację przywiozła.
Więzy towarzyskie między uczestnikami rejsu antarktycznego nie ustały w chwili powrotu do Polski – ba: są żywe do dziś – zaś pisemko cieszyło się poczytnością wśród załogi, stąd dwa kolejne, lądowe numery „Głosu” napisane z okazji spotkań rocznicowych: w pierwszą i piętnastą rocznicę wypłynięcia z Gdyni.

„Głos”, jak każda przyzwoita gazeta, miał swoje działy i rubryki stałe. Kolejne numery przynosiły też krótkie, utrzymane w konwencji „piurblagizmu” opowiadania, autorstwa Zbyszka Studzińskiego.

Przygody poczwarnej czwórki stworów Ffy, Ggy, Hhy i Kky, zaczynające się (prawie) niezmiennie od zdania „Ffy wyszedł z szafy”, budziły wśród czytających różne reakcje. Najżarliwszego adwersarza miały w Kuku, który – jako że potrzeba, czy choćby wyczucie absurdu było mu obce – podejrzewał w nich aluzje nie tyle do siebie, ile do podawanych potraw.
Na szczęście wątpliwości Staszka Bojaruńca – Kuka, który powinien nosić przydomek Natchniony – rozwiał kapitan Krzysztof Baranowski. Kiedy bowiem Kuk na wszystkie strony starał się zanalizować, czy kolejny odcinek przygód Ffy i zwrotka o owsiance z najnowszej piosenki nie są przypadkiem potępieniem jego działalności, Kapitan usiadł obok niego, przeczytał opowiadanie, zanucił półgłosem piosenkę i powiedział: „Zobaczysz, Stasiu – przez te teksty przejdziemy do historii”.
Kapitańskie słowo – nie dym, więc od tej chwili to właśnie Staszek najgłośniej dopominał się u Zbyszka o kolejne odcinki przygód Ffy i jego kompanii.

Publikacja w „Głosie z Kubryku” była więc prapremierowym występem czwórki przyjaciół, niezbyt co prawda poważnym, bo nawet przy największej dozie dobrej woli trudno uznać „Głos”, przypominający bardziej scenariusz programu kabaretowego niż „gazetkę pokładową”, za wydawnictwo serio.
Sprawcą premiery – a więc występu poważnego, bo w książce – byłem ja. Jednym z opowiadań Zbyszka („Kuracja”, opublikowana oryginalnie 25 lutego 1981, tuż przed wejściem do Rio de Janeiro) próbowałem w „Pogorią na koniec świata” odpowiedzieć na pytanie postawione w rozdziale poprzednim „Jak liczyć za granicą na polskiego armatora i przeżyć?”

Po tym na wiele lat zapanowała cisza. Powieliliśmy wprawdzie „Głos z Kubryku”, by – zgodnie z obietnicą – każdy uczestnik rejsu miał swój egzemplarz, zamieniłem wszystkie numery na pliki pdf, ale nic więcej się nie działo.

I oto nagle, kilka miesięcy temu, na jednym z forów żeglarskich, ku swemu najwyższemu zdumieniu, przeczytałem: „Ma ktoś może gdzieś teksty o Ffy, Ggy, Kky i Hhy?”

Napisałem, że mam i spytałem Pytającego, co mu do głowy wpadło.
Odpisał:

Poziom abstrakcji wyzierający z tekstu zamieszczonego w książce jest mi bardzo bliski :) Mam zamiar poczytać je sobie, i, jeśli to nie kłopot, wydrukować i zabrać na skok przez Atlantyk – niech się załoga rozerwie intelektualnie.

Skoro znalazł się jeden – może znajdzie się więcej? Poprosiłem Autora o zgodę na publikację, a ten zbeształ mnie za krótką pamięć, bowiem ongi upoważnił mnie do czynienia z jego tekstami wedle mojej woli. Przy okazji jednak opowiedział co nieco o najdawniejszych dziejach Ffy i jego kolegów.

Datowanie będzie trudne. Pierwszy tekst napisałem gdzieś w roku 1973. Potem na pewno napisałem jeszcze kilka, ale zdaje się, że przepadły w odmętach niepamięci. Nie mogę wykluczyć, że któryś z GzK jest jednym z nich właśnie. Prawie na pewno jest to „Kuracja”. Zabrałem ze sobą zeszyty do robienia notatek z rejsu i w niezrozumiałym odruchu włożyłem w nie jakieś opowiadania o Ffy. Nie pamiętam, ile tego było.
Nie potrafię dzisiaj określić, które na pewno napisałem na „Pogorii”, dlatego, skoro już musisz, możesz przyjąć datowanie tak, jak to uczyniłeś.
Po rejsie napisałem chyba jeszcze kilka, tak dla siebie, żeby nie wyjść z wprawy, ale chyba trafiły one w końcu do śmietnika.
W szufladach nie mam nic. Nigdy specjalnie poważnie tego nie traktowałem. Taka pisanina – bardziej dla siebie, niż dla innych.
Dla mnie jest to rozdział szalenie miły, ale zamknięty. Ffy żył krótko, ale intensywnie. Skrzydła „Pogorii” tchnęły weń nowego ducha. Potem odszedł do swojego życia, a ja zapadłem się w szarzyźnie codzienności. Historia, jakich tysiące.

Co do ostatnich stwierdzeń, pozwolę sobie z Autorem się nie zgodzić.
Zwłaszcza dlatego, że od kiedy Ffy, Ggy, Hhy i Kky zaczęli żeglować razem z nami, pytania Czytelników, napływające w trakcie zawieszania opowiadań na naszej stronie www.zeglujmyrazem.com (na ogół w tonie „co tu jest grane i o co wam – do… cholery – chodzi?”), dowodzą, że nie utracili nic ze swego wigoru.

Kazimierz Robak
piątek, 13 lipca 2012

 * * *

 

WIOSNĄ RANO

Ffy wyszedł z szafy. Jeszcze długo słyszał bulgotanie spuszczonej wody. Ciężko podszedł do fortepianu i obmył opuchniętą twarz. Kiedy energicznie wycierał się w klawiaturę, obudził śpiącego w fortepianie Ggy. Ten przeciągnął się ociężale, podszedł do lustra i dokładnie je wylizał, mrucząc z zadowolenia. Wyjął pilnik i przystąpił do porannej toalety. Oporny zwykłe i twardy odwłok piłował się tego dnia wyjątkowo łatwo. Ggy zawył z bólu dopiłowawszy się zbyt głęboko. Jego ruchoma część podskoczyła, a reszta zadymiła i przybrała pomarańczowy kolor. Śpiący pod sufitem Hhy poczuł dym, poruszył trąbą i strącił maszynę do pisania, która wpadła wprost w rozchylone skrzela Ggy. Ten, rozwścieczony, chwycił mackami płetwy Hhy i zrzucił go na podłogę. Obrażony Hhy nie odezwał się do nikogo i rozrolował się. Włożył pomięte ciało pod prasę. Wyprasowany, nasmarował się resztkami kolacji i jak co roku o tej porze wydłubał z podłogi swego najlepszego przyjaciela Kky. Potem pracowicie pomagał mu pozaplatać wszystkie kończyny w gustowne warkoczyki, zgodnie z panującą modą. Obaj przyjaciele otwarli okno i wyskoczyli na spacer. Wrażliwy na przeciągi Ffy wydął podgardle, zaryczał i z wściekłością zatrzasnął się w fortepianie. Obłoki fioletowego dymu wydobywające się z nozdrzy Ggy nie wróżyły nic dobrego. Rozdrażnienie jego osiągnęło punkt wrzenia i Ggy zagotował się. Bulgocąc przekleństwa odpłynął cienkim, parującym strumyczkiem i zniknął pod drzwiami.

W całym domu znów zapanował spokój.

1981-01-09

 * * *

 

CHOROBA

Ffy wyszedł z szafy. Bulgotanie spuszczonej wody było dziś wyjątkowo denerwujące. Zresztą ogólnie był w dobrym nastroju. – Pewnie jestem chory – pomyślał.

Włożył ręce do gardła, delikatnie wyjął płuco i obejrzał je pod światło. Na długości półtora metra widać było pomarańczowe plamy Westchnąwszy ciężko, wetknął płuco na miejsce i gimnastykował się przez chwilę. Zasapał się jednak dość prędko, przeciągnął się więc jeszcze przez dziurkę od klucza – tam i z powrotem – i usiadł w akwarium. Przez chwilę przyglądał się swoim stopom. Usiłował je policzyć, ale ponieważ i tak zapomniał, ile ich było poprzedniego dnia, zrezygnował i przeniósł wzrok na leżącego pod sufitem Hhy.

– Hej, ty! – zawołał.

Hhy nie zareagował. Wyciągnął z kieszeni szpulkę i ostentacyjnie nawijał na nią trąbę. Nie odzywał się do Ffy już od osiemnastu lat, od ostatniej kłótni.

– Hej, ty! – powtórzył Ffy pojednawczo.

Dolna płetwa Hhy drgnęła nieznacznie. Ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Tylko oczy przesuwały się nerwowo po całym ciele. Właściwie zawsze bał się Ffy. Nie czuł się przy nim zbyt pewnie.

– Hej, ty! – szepnął Ffy ogłuszająco i rzucił w niego lodówką.

Hhy machnął płetwą i z półwoleja odbił lodówkę precyzyjnym dropshotem wprost w Ffy.

– Piętnaście do zera – mruknął i na wszelki wypadek schował się do wywietrznika.

Tymczasem wrócił ze spaceru Ggy. Stanął przed lustrem i udeptał sobie zwichrzone czułki.

– Ależ zmarzłem – rzucił.

Uruchomił reaktor, usiadł na nim i z zainteresowaniem przyglądał się, jak Ffy wydłubuje z siebie lodówkę przy pomocy młotka i dłuta.

– Znów przegrałeś, co? – powiedział i zadymił radośnie. Na żółto. Zlazł z reaktora, podszedł do Ffy, który położył się pod kafar i nacisnął włącznik.

– On musi być rzeczywiście chory – pomyślał Ggy i zadymił w kolorze ugier jasny. – Brać masaż o tej porze roku?!

1981-01-21

* * *

 

ODNOWA

Ffy wyszedł z szafy. Zaświstał w rytmie bulgotania spuszczonej wody. Niestety nie wyszło mu to zbyt melodyjnie. Słabo zamocowane zęby wysypały się na podłogę hałasując okropnie. Zgarnął je macką i wetknął je do kieszeni. Właściwie już się do tego zdążył przyzwyczaić. Ruszył więc dalej pogwizdując bez przeszkód. Był naprawdę w dobrym humorze. I chyba tylko dlatego nie powiedział ani słowa, gdy nadepnął na fortepian i przewrócił się. No, może również dlatego, że na skutek wstrząsu pękły mu przerdzewiałe struny głosowe.

Za to śpiący w fortepianie Ggy rozdarł się wszystkimi twarzami. Nigdy nie lubił, gdy budzono go z drzemki. A tym bardziej, gdy budził się rozdeptany i płaski. Jazgotał więc upychając równocześnie z powrotem, wysypujące się z fortepianu koła zębate i przekładnie. Zawsze był wygodnicki. Nie szło mu to jednak zbyt sprawnie. Zsypał więc wszystko na środek siebie, związał się w węzełek i poszedł do punktu skupu złomu.

Tymczasem Ffy dłubał niezgrabnie śrubokrętem usiłując wetknąć na miejsce ucho. Zdenerwował się w końcu i rzucił je drepczącym w kącie piraniom. Otrzepał ręce ze zniechęceniem. Pozbierał je. Ruszył dalej pogwizdując. Mimo wszystko był w niezłym nastroju. I tylko słaby się zrobił na stare lata, wygodnicki.

Rozsiadł się wygodnie na tosterze, wyciągnął nogi i postawił je pod oknem. Na głowę nacisnął bidet, włączył i zasłuchał się w tony kwartetów na flet i smyczki Mozarta. Po pewnym czasie poruszył się jednak nerwowo. Zafalował i błysnął. W dźwięki Andantino wmieszało się przeraźliwe burczenie. To głodny organizm domagał się swoich praw. Burczenie w brzuchu nie ustawało, mimo że Ffy podokręcał wszystkie zawory. Zmieniła się tylko tonacja. Burczenie przeszło w gwizd. Dopiero wepchnięta do dwunastnicy puchowa kołdra zdołała wytłumić drgania do kilku herców.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby Ffy nie zaczął się rozpadać. Najpierw od rozedrganego tułowia zaczęła odpadać skóra. Z cichym brzękiem opadała na podłogę. Potem zaczęły pojawiać się szczeliny i pęknięcia.

Ffy zadumał się. Doszedł w końcu do wniosku, że nadszedł już czas odnowy. Zebrał się byle jak do kupy, okręcił drutem i poszedł do najbliższego zakładu rzemieślniczego.

1981-02-05

*  *  *

 

KURACJA

Ffy wyszedł z szafy. Zrobił kilka kroków, zawrócił i małą łopatką zebrał bulgotanie spuszczonej wody, które za nim wyciekło. Udeptał je, przyklepał i wyrzucił przez okno. Spadło wprost na przejeżdżającą karetkę pogotowia, wlazło w klakson i znikło za rogiem zawodząc rozpaczliwie.

Ffy poszedł do łazienki. Wszedł pod stół i jak zwykle potknął się o stojący tam fortepian. Kopnął weń z wściekłością. Zabolało. Powtórzył eksperyment. Znów to samo.

– Ciekawe – pomyślał.

I już miał rozpocząć naukowe rozpracowanie problemu, gdy wzrok jego wlazł do zlewu. Ggy, Kky i Hhy siedzieli tam wygodnie i bawili się, aż woda pryskała na boki. Hhy machając płetwami robił falę, Ggy – warcząc dziwnie – wiatr, a Kky pływał w starej puszce z groźną miną. Ffy uśmiechnął się od ściany do ściany, rozmarzył. Wolno podszedł do szafy, rozwiesił się na wieszaku, wygładził fałdy i pogrążył we wspomnieniach.

Tymczasem w zlewie rozpętał się sztorm. Rozochocony Ggy stracił równowagę i zakrztusił się. Woda zalała elektroluks, który połknął był, nim zaczął robić wiatr. Zwarcie i wywołany wodą kaszel dały wspaniałe efekty. Kolorowe błyskawice łaziły po kranach. Potężne grzmoty obsiadły brzeg wanny i wyśpiewywały chorały gregoriańskie, na przemian z ariami w stylu country. Piekło!

Przerażona puszka zaczęła drżeć i szczękać zębami, podgryzając i podszczypując boleśnie Kky. Już po czterech dniach, szybko myślący Hhy podjął zdecydowaną akcję ratowniczą. Pewnym szarpnięciem macki otwarł odpływ wody. Z cichutkim smoktaniem Kky został przeciśnięty przez sitko i zniknął w rurze. Tylko oderwany ogonek skakał radośnie po dnie zlewu. Już od dawna miał ciągoty separatystyczne.

Rozpalony elektroluks przeżarł tymczasem pancerzyk Ggy i fuknąwszy groźnie zaczął wgryzać się w sufit zostawiając za sobą czarno świecącą dziurę. Hhy spoglądał za nim z wyraźnym zainteresowaniem, zaś Ggy walczył usilnie z męczącym go kaszlem. Najpierw pił ciekły hel, by zamrozić bulgoczącą we wszystkich płucach wodę. Nie pomogło. Tylko przy każdym kaszlnięciu tony śniegu kłębiły się dokoła. Na szczęście służby miejskie znów nie dały się zaskoczyć.

Sprawa zaczęła wyglądać jednak poważnie. Kiedy Hhy stwierdził, że poodmrażane oczy opadają mu ze słupków, przystąpił do leczenia przyjaciela. Zaczął standardowo – od sztucznego oddychania. Przykręcił trąbę Ggy do kompresora i włączył silnik. Już po kilku kaszlnięciach pacjenta kompresor odmówił posłuszeństwa. Złożył błagalnie uzwojenia i zahuczał cichutko. Kopnięty w głowicę pobiegł do kącika i wlazł za komodę.

Hhy wyrzucił do zsypu złamaną nogę i kontynuował kurowanie Ggy. Masował go, nacierał, elektrowstrząsał i nakłuwał. Wykorzystał całą wiedzę zawartą w „Poradniku wzorowej gospodyni”. I nic! Oblazło go zniechęcenie. Brutalnie pogłaskało po głowie i rozmazało na parapecie. Perliste łzy zadudniły o podłogę, odbiły się i pogięły świąteczne bamboszki Ffy. Zniechęcenie pęczniało triumfem.

Nagle w dziurze po elektroluksie coś zaszeleściło. Deszcz stuzłotówek zaczął wpadać do łazienki. Wolno przysypywał Ggy, okrywając go mięciutką kołderką. Skutek był zdumiewający. Wstrętny kaszel zebrał nogi w troki i poszedł precz.

Raz jeszcze okazało się, że zastrzyk gotówki jest lekarstwem uniwersalnym.

1981-02-25

 * * *

 

MECZ

Ffy wyszedł z szafy. Zabulgotała spuszczona woda, zahuczała i umilkła. A mimo to powietrze w pokoju drgało i wibrowało niepokojąco. Wszędzie wyczuwało się nerwowość i zniecierpliwienie.

Ffy szybkim krokiem podszedł do kredensu. Zdecydowanym ruchem wyrwał na oścież drzwiczki i wyciągnął szufladę. Szukał długo. Wciskał oko w każdy zakamarek. Przerzucał sterty rupieci. W końcu rozjaśnił się z zadowolenia. Wydobył długą, lśniącą szpilkę z perełką na końcu. Zastanowił się chwilę, co zrobić, żeby jej nie zgubić. Wbił ją sobie w końcu w kolano i ruszył dalej. Czekało go teraz najpoważniejsze zadanie. Musiał zająć sobie dobre miejsce i wygodnie je wymościć.

Rozejrzał się uważnie po mieszkaniu, węsząc i nasłuchując. Wreszcie cicho ruszył ku ścianie wschodniej. Szybkim ruchem języka wyciągnął spod stojącej na niej kanapy swego przyjaciela Kky i wrócił na upatrzone wcześniej miejsce. Szpilką z perełką przybił Kky do podłogi.

– Pilnuj miejsca – powiedział i pieszczotliwie oderwał mu jedną mackę.

– Przynieś mi chociaż trochę gazet. Jestem głodny – odpowiedział Kky trochę naburmuszony.

Zadowolony Ffy ruszył do kuchni.

– Jak ten czas szybko płynie – pomyślał mijając leżący na suficie barometr. – Trzeba się spieszyć.

Wbiegając do kuchni nadepnął na Ggy, potknął się, rozbił wannę i popatrzył na przyjaciela. Czułki Ggy drgały nerwowo, a odwłok mienił się wszystkimi odcieniami bieli.

– Pewnie znów podjada cement, łakomczuch – pomyślał Ffy. Rozerwał mu pancerzyk, zsypał cement z powrotem do piekarnika i zdjął z wieszaka szklankę. Podstawił ją pod lampą, odkręcił żarówkę i nalał do pełna. Wydobył zza kaloryfera swój przysmak – mrożoną smółkę uranową i ruszył z powrotem. Po drodze otwarł lodówkę i szperał w niej chwilę. Odrzucił mało strawne gazety codzienne i z plikiem kolorowych tygodników dla Kky wszedł do pokoju. Wszyscy czekali już usadowieni w półkole gawędząc leniwie. Tylko Ggy pracowicie kleił pancerzyk budyniem waniliowym.

– Już pora – pomyślał Ffy. Usiadł na Kky, wstał, wyrzucił szpilkę, usiadł wygodniej i raz jeszcze rozejrzał się dokoła.

– Wszystko w porządku – pomyślał i włączył telewizor.

1981-03-08

* * *

 

PEWNOŚĆ

Ffy wyszedł z szafy. Spuszczona woda bulgotała i szumiała jak zwykle. Dzień też był jak zwykle. Nic nowego, a jednak czuł wyraźnie, że czegoś mu brak. I musiał przyznać, że trochę mu ten stan przeszkadzał. Zaczął więc spacerować po pokoju: wolno, leniwie. Pełny relaks!

Tymczasem w kącie pod laserem leżał Ggy. Opalał się cierpliwie wachlując skrzelami.

– Czy mógłbyś mnie podrapać? Swędzi mnie łopatka – zaczepił przechodzącego Ffy.

Ten kiwnął głową, wyjął swędzącą łopatkę i podszedł do szlifierki,

– Jeszcze, jeszcze – pokrzykiwał Ggy z zadowoleniem.

Ffy odrzucił mu łopatkę i począł dalej spacerować po pokoju. Zupełnie nieświadomie robił to coraz bardziej nerwowo, coraz szybciej. Była to normalna reakcja na intensyfikację myślenia. A dręczący go problem był chyba wyjątkowo poważny. Myślał więc i chodził coraz szybciej i szybciej. Huknęło, gdy przekroczył barierę dźwięku, zatrzęsło całym domem. Posypały się cegły z sufitu i Hhy drzemiący w klimatyzatorze. Musiał być wściekły, sądząc po czekoladowo zabarwionej trąbie. Nie namyślając się zbyt długo chwycił ołowiany wzorzec megatony i postawił na drodze Ffy.

Ten zatrzymał się. Małym grzebykiem zeskrobał się z wzorca i podłączył do sprężarki. Z zadowoleniem pompował kolejno wszystkie segmenty i kończyny poświstując przy tym i pomrukując. Gdy skończył, postanowił jednak wziąć coś na uspokojenie. Wlazł do pojemnika na odpadki, odnalazł apteczkę i wyjął flaszkę z nitrogliceryną. Łyknął potężnie, potem jeszcze raz i podskoczył dla lepszego efektu.

Gdy opadł z powrotem, zastał Ggy i Hhy muzykujących z zapałem. Jeden dmuchał potężnie w korkociąg, drugi buczał do wtóru podłączywszy się do kontaktu. Jednocześnie obaj błyskali rytmicznie oczami.

Ffy zbyt dobrze znał swych przyjaciół, by ryzykować przerwanie im koncertu. Sięgnął więc do piekarnika i wyjął nauszniki. Niestety, nic nie pomogły. Odnalazł więc obcęgi i począł dokręcać nauszniki coraz mocniej. Gdy poczuł, że już zeszły się, a nic nie pomogły, zrezygnował i postanowił gdzieś to przeczekać. W pierwszej chwili pomyślał o fortepianie. Przypomniał sobie jednak, że już od miesiąca mieszkają tam mrówki z faraonem. Świntuchy! Pobiegł więc do kuchni i stanął przed wanną. Była pełna po brzegi. Zdziwił się trochę. Wysunął język, posmakował, zamyślił się.

– Woda królewska – pomyślał. – Może być.

Zanurkował. Gdy dopłynął do dna usiadł i rozejrzał się. Zaciekawił go nietypowy kształt korka zamykającego odpływ. Coś mu to przypominało. Powoli wracały zdarzenia sprzed kwartału. A więc choroba Ggy, konieczność natychmiastowego zatkania go i szczęśliwe dokonanie tego korkiem od wanny. A potem on, Ffy, nabrał ochoty na kąpiel. Zatkał więc wannę, jedną ze swoich nóg. I zapomniał o niej.

– No tak – pomyślał, wyciągając nogę z otworu. – Miałem jednak rację. Byłem pewien, że czegoś mi brak.

1981-03-21

* * *

 

 

ZAMIAR

Ffy wszedł do szafy.*)

 

 

__________________________________________

*)  I, jak na razie, nie ma zamiaru z niej wychodzić.

 

1981-12-05

*  *  *

WĄTPLIWOŚCI

Ffy wyszedł z szafy. Z niesmakiem i odrazą słuchał bulgotania spuszczonej wody. Po raz dwieście trzydziesty ósmy tego dnia. Czuł się źle. Bardzo. Po pierwsze bolał go brzuch. Bardzo. Jednak jeszcze bardziej dokuczał mu wewnętrzny niepokój. Dręczyło go, szarpało nerwy i trzewia bolesne uczucie niepewności, irytujące przeświadczenie, że coś wie, ale nie do końca. Czuł, wiedział prawie na pewno, że ma rację. Ale przecież do pełnego spełnienia, do absolutnego szczęścia brakowało mu tej małej kropeczki nad „i”.

A zaczęło się tak przyjemnie.

Jak każdego ranka zbudził się z głośnym chrzęstem. Serdecznie złamał kark małemu Ggy, który – też jak zwykle – pięć razy umierał ze śmiechu, nim jako tako poskładał się do kupy. Trochę niedokładnie tym razem, ale trudno. Ggy zawsze był bałaganiarzem.

Ffy poszedł do łazienki. Z góry już cieszył się na tę poranną przyjemność. Ślinka mu ciekła na samą myśl i powoli wsiąkała w dywan. Tego dnia Ffy był jednak w nastroju dobroczynnym. Przemoczony dywan wydał mu się bardzo nie na miejscu. Energicznie zwinął go więc w rulon i wycisnął przez okno. Z nostalgią popatrzył na wypadającego z długich, wełnianych frędzli wyżętego dywanu Kky.

– Osiemdziesiąt pięter – pomyślał wesoło – fajny lot.

Otrząsnął się z pustoty i ruszył do łazienki. Wszak tam czekała na niego poranna radość, uczta bogów i…  no właśnie. Jego. I tylko ten cholerny niepokój. Ta dręcząca myśl, z którą przebudził się tego ranka. Wiedział, że ma rację. Wiedział! Ale nie zupełnie. Dowód! Potrzebny mu był dowód. Tylko skąd go wziąć?

Człapiąc ociężale przeszedł przez korytarz. Wyjął ze ściany drzwi i wszedł do łazienki. Nawinął ogon na szpulę i wlazł do wanny. Czuł we wszystkich rurach i przewodach przyjemne palenie. Aromatyczny swąd spalenizny miłe łaskotał mu nozdrza.

– Oho, znowu się przegrzałem – pomyślał radośnie. – Ale będzie cyrk!

Układał się wygodnie, mościł, wiercił sapiąc z zadowoleniem. W końcu rozwarł paszczę i wytrenowanym ciosem płetwy urwał sterczący ze ściany kran. Lodowata woda królewska orzeźwiającym strumieniem runęła wprost w nadstawioną łakomie gardziel. Z wściekłym bulgotem gnała przez zakręty i zawijasy kiszek, gwiżdżąc i szumiąc na zakrętach, studząc przyjemnie rozpalone wnętrze. Gęste tumany pary natychmiast wypełniły ciasne wnętrze. Znowu kłopoty z wentylacją. Ffy oderwał sobie kawałek ramienia i cisnął w stronę drzemiącego na lampie Hhy. Trafiony w czoło przyjaciel zatrzepotał nerwowo powiekami i jęknął smutno. Wziął się jednak za oddychanie i już po kilku minutach stężenie oparów osiągnęło zwykły zabójczy poziom.

Ffy przeciągnął się i ułożył wygodniej. W otwartą paszczę szerokim strumieniem lał się ulubiony smakołyk. Rozkosz. Przyjemność. Cudownie… ale nie całkiem. Znów wróciły dręczące go od rana wątpliwości. Zamyślił się głęboko, zadumał. Jak dotrzeć do prawdy? Jak pozbyć się wątpliwości?

Myślał.

Po kilku godzinach wyrwało go z zamyślenia uczucie niezwykłej ociężałości. Wyciągnął łapę, wygrzebał spod wanny kosiarkę do trawy i zdrapał sobie powieki. Rozejrzał się wokół zaskoczony. Przyglądał się samemu sobie nie mogąc wyjść ze zdziwienia. Skąd taka zmiana? Co się stało? Zamiast zgrabnego, płaskiego brzuszka widział przed sobą potworny, monstrualny, żółty balon.

– Czy to ja, czy nie ja? – pomyślał.

Już po godzinie zrozumiał. Z radości ściągnął z lampy Hhy i prasnął nim o ścianę. Huk.

– Znowu trzeba będzie murować – pomyślał rozbawiony.

Najważniejsze, że już wszystko wiedział, zrozumiał. To tylko kilkanaście ton wody królewskiej wlało mu się do brzucha. Zamyślił się ponad miarę i oto skutki. Myślenie szkodzi. Pora więc kończyć poranne przyjemności. Z niezwykłą ociężałością wygramolił się z wanny i sennym wzrokiem spojrzał na walący z urwanego kranu strumień. Coś z tym trzeba zrobić. Odpiął guziki, wydłubał wątrobę i zaszpuntował dziurę w ścianie.

Ale ociężałość pozostała. No i ten brzuch. Przeszkadzał. Utrudniał patrzenie i oddychanie.

Poszedł do szafy. Stanął nad rurą kanalizacyjną. Z trudem sięgnął pod nabrzmiałe brzuszysko i odkręcił zawór. Chlusnęło, chlupotało… Długo. Miło. Co za ulga! Tylko porozciągane powłoki, jak stare szmaty, opadły na podłogę.

Wyszedł z szafy, usiadł na kominku i zamyślił się. Powoli dojrzewała w nim decyzja. Już czas. Pora myśl przekuć w czyn. Tylko empirycznie zdoła udowodnić samemu sobie, że jednak ma rację. Poderwał się energicznie, wybił okno i wyszedł. Zdrapał się z asfaltu, posklejał i ruszył do piwnicy.

Wielkie, wilgotne, betonowe wnętrze tonęło w półmroku. Ale przeogromny zbiornik nieczystości i ścieków widać było jak na dłoni. Ostrożnie, rozsuwając delikatnie na boki stada szczurów, Ffy ruszył przed siebie. Obszedł zbiornik i odnalazł króciec spustowy. Przykręcił się do końcówki i ostrożnie otworzył zawór. Poczuł, jak zawartość zbiornika wlewa mu się do wnętrza…

Na skutki nie musiał długo czekać. Tak naprawdę nie zdążył nawet odkręcić się od króćca. Potem było trochę lepiej – korzystał z szafy. Raz, drugi… dwusetny.

No i teraz dwieście trzydziesty ósmy.

Już go to trochę zmęczyło. Był zniechęcony i rozdrażniony. Czyżby cały wysiłek na nic?

I nagle! Eureka!

Coś prztyknęło mu w głowie i zrozumiał. Jasna jak kryształ, czysta i klarowna myśl rozjaśniła mu umysł. Oto znalazł potwierdzenie. To, co czuł podświadomie, czego spodziewał się intuicyjnie, teraz potwierdziło się z całą mocą. Aż do bólu brzucha.

Ta sama woda, nawet królewska, nigdy nie smakuje tak samo dwa razy.

1995-10-21


 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« May 2019 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

WIOSNA

 

Dzisiaj rano niespodzianie
zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem
przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto,
posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało...
Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku  w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce Wiosna jest pierwszą z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, jest w kantacie Wiosna (1902) Rachmaninowa, w pieśni Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i w tegoż Strawińskiego Święcie wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym  kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) – i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak  we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy.
Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...] gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to „powieść reportażowa”. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomnia­łem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale „produkcyjniaki” pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za byłą panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

 

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego: i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach  1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, że podobno mają „wueskę” znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.

 

Piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne  występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę / Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje (Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej, / najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody / i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą / uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą, / i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną) wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...",  więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych  Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]
Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

(pani profesor bardzo dziękuję za pomoc w odnalezieniu oryginału wiersza)

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud: I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu ekwinokcjum – równonocy wiosennej

Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:

święcone,
wielkanocne śniadanie,
pisanki,
śmigus-dyngus,
wieszanie Judasza,
pogrzeb żuru i śledzia.

O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg. Cytat okazał się całkiem na czasie.
W 2018 roku na fali dekomunizacji „zniknięto” w Zamościu tablicę pamiątkową z domu, w którym się Róża Luksemburg urodziła.
To sygnał, że trzeba skupować PRL-owskie stuzłotowe banknoty z Waryńskim. Niedługo pewnie fala obejmie i jego, a wtedy zakup okaże się dobrą inwestycją.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

 

MAJ...

A w maju
Zwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia,
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, maju!

Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!...

Julian Tuwim – „Do krytyków” (1920)

 

Maj – piąty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od czasownika „maić” – ‘stroić, zdobić zielenią i kwiatami’.

W staropolszczyźnie piąty miesiąc roku nazywany był „trawień” (tej nazwy używa język białoruski i ukraiński: травень ‘maj’, oraz chorwacki – travanj, ale tam tak  nazywa się kwiecień) – wiadomo dlaczego.

 

Łaciński Maius zawiera w sobie imię matki boga Merkurego – nimfy Mai.

 

Dwie dodatkowe etymologie nazwy Maius podaje Owidiusz w ks. V poematu Fasti (8 r. n.e.), traktującego o kalendarzu rzymskim.

Pierwsza wywodzi nazwę miesiąca od majestatu (Maiestas) – na przykład bogini, ale i cesarza, bo niech ktoś tylko spróbuje zaprzeczyć i powie, że cezar Majestatem nie jest!
Drugi owidiuszowski źródłosłów kieruje do starszych (maiores) – w tym wypadku senatorów rzymskich.
Na Owidiusza powołują się różne źródła i autorytety, ale jego wywody słowotwórcze mają tyle wspólnego z językoznawstwem, co kamień węgielny z węglem kamiennym.
Owidiusz był poetą i dworakiem – trudno powiedzieć, czym za swego życia bardziej. Boccaccio pisał, by się podobać damom, Owidiusz – by się podobać cesarzowi. Pierwszemu się udało, drugiemu – nie: w dworactwie poeta nie miał szczęścia, bo inaczej nie dostałby wyroku wygnania (do dziś nikt nie wie, za co). Ale tworzył i wysysał z palca, co mógł, byle tylko przypodobać się zwierzchności.
Maiestas – to oczywiste, bo bogini – boginią, ale podkadzenie imperatorowi zaszkodzić nie mogło, zwłaszcza że bogini daleko, a cesarz – blisko.
Maiores – a czy źle było zaskarbić sobie niewinnym pochlebstewkiem życzliwość starców? Którzy – czy ich cesarz lubił czy nie – wciąż jeszcze coś mogli i o czymś tam decydowali.
Zresztą, na zasadzie świeczki i ogarka, Owidiusz nazwę następnego miesiąca, Iunius, w następnej księdze tego samego poematu wywodzi od słowa iuniores ‘młodzi’. Tak że Owidiuszem nie ma sobie co głowy zawracać.
Z równym powodzeniem moglibyśmy wywodzić nazwę „maj” od nazwiska Żemajska (i opiewać piękność obojga), gdyby tylko celem do sforsowania była dla nas twierdza piękności tejże damy. Albo – ogarnięci górnolotnym zapałem – moglibyśmy twierdzić, że z całą pewnością przodkowie nasi miesiąc „maj” nazwali od hasła „Trzymajmy się!”, co było nawiązaniem do szczytnych tradycji, woli przetrwania i misji dziejowej dającej nam pierwszeństwo nad innymi, a maj, jako symbol wiosny i odrodzenia… i tak dalej, i dalej.

 

Tak czy siak, nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Druga dekada maja jest na ogół bardzo chłodna, więc klimatycznie ten miesiąc też raczej zaprzecza swej symbolice i w tym kontekście fraza a w sercu ciągle maj brzmi co najmniej dwuznacznie, jak zresztą wszystko w poezji Jeremiego Wielkiego.
Ochłodzenie majowe jest zjawiskiem klimatycznym charakterystycznym dla całej Europy Środkowej: po okresie utrzymywania się wyżu barycznego nad Europą Środkową i Wschodnią następuje zmiana cyrkulacji atmosferycznej i przy słabnącym wyżu zaczyna – wraz z niżem barycznym – napływać zimne powietrze z obszarów polarnych.
Według tradycji ludowej środek maja powinien być zimny, deszczowy, a czasem mroźny – jest to znakiem, że aż do jesieni nie powinno być przymrozków.

 

Majowe rocznice

 

1 maja to Święto Pracy, w Polsce święto państwowe.
We Francji 1 maja to, oprócz uroczystości organizowanych przez L’Humanité, święto konwalii (la fête du muguet).

 

Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, dzieje się w maju.

 

2 maja to w Polsce Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej.

 

3 maja jest w Polsce świętem państwowym, które oficjalnie nazywa się Święto Narodowe Trzeciego Maja. Ustanowiono je dla upamiętnienia uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Obojga Narodów (3 maja 1791).

Konstytucję Trzeciomajową czci się u nas prawie jak konkordat, a już na pewno jak Kościuszkę i Pułas­kiego razem wziętych. Zakładam więc, że – jak i w poprzednich przypadkach – cześć ta oddawana jest na podstawie wiedzy a nie wiary, że wszyscy tekst konstytucji (i konkordatu), czytali, przemyśleli i dopiero po tym na kolana padli. Nie ma więc co dalej o tym mówić.

 

4 maja – spośród wielu konotacji wybrałem cztery: trzy amerykańskie i jedną (ale za to jaką!) – krajową.

 

4 maja 1626 – Pieter Minuit, waloński przedsiębiorca, kupiec i wysokiej rangi urzędnik Holenderskich Kolonii Północnoamerykańskich przybywa na statku See Meeuw [morska mewa] do Nowej Holandii, by zostać jej dyrektorem.

Historia przypisuje mu zakup wyspy Manhattan. Minuit miał dokonać transakcji z wodzem Delawarów o imieniu Sey-Seys wręczając mu w ramach zapłaty paciorki o łącznej wartości 60 guldenów; w połowie XIX wieku równało się to sumie 23 dolarów, a dziś miałoby wartość ok. 1200 USD. Za teren mający 59 km2 to rzeczywiście niewiele, nawet jeśli zamiast przysło­wio­wych paciorków były to żelazne garnki, wełniane koce, siekiery, motyki, szydła, drumle (tak, takie do brzdąkania) i tym podobne sprzęty.

Gdy jednak nawet najdelikatniej poskrobać, lakier legendy odpada.

Po pierwsze – „Wyspa o Wielu Wzgórzach” (bo to właśnie znaczy „Manhattan” w dialekcie munsee algonkińskiego jezyka delaware) należała do plemienia Wappinger, z Delawarami spokrewnionego, ale odrębnego. Dla Europejczyków nie stanowiło to żadnego problemu, bo przecież nawet dziś żywa jest klasyfikacja etniczna, której najwybitniejszym przedstawicielem jest nasz Bartłomiej Słowik, z właściwym sobie wdziękiem uznający na przykład, że „Francuzy to także Niemcy, tylko ścierwa gorsze”.

Po drugie – i tu dla dzisiejszych moralistów zaczynają się prawdziwe schody – Sey-Seys żadnej wyspy nie sprzedawał i sprzedać nie mógł, bo coś takiego po prostu nie mieściło mu się w głowie. W pojęciu Indian bowiem ziemia, woda i powietrze należały do wszystkich i sprzedać ich (ani kupić) po prostu nie było można. Za to w Europie także i to nie stanowiło problemu: tam do dziś sprzedaje się wszystko, nawet powietrze (jeśli ktoś nie wierzy, niech najpierw zastanowi się, czym jest „opłata klimatyczna”, zwana również „opłatą miejscową” – Ustawa z 12 stycznia 1991 o podat­kach i opłatach lokalnych; Dz.U. 2017; poz. 1785 – a dopiero potem rzuci kamieniem).

Tak więc spotkanie Minuita z Sey-Seysem na pewno przebiegało w miłej i przyjaznej atmosfe­rze, przy obopólnym zadowoleniu, ale obie strony mówiły zupełnie o czym innym. O czym Sey-Seys i Delawarowie przekonali się poniewczasie.

 

4 maja 1961Freedom Riders czyli „pasażerowie wolności” rozpoczynają swą pierwszą autobusową podróż z Waszyngtonu D.C. do Nowego Orleanu. Chcą sprawdzić, jak w praktyce przestrzegany jest wyrok Sądu Najwyższego USA, który 5 grudnia 1960 orzekł, że segregacja rasowa w publicznym transporcie międzystanowym jest sprzeczna z prawem.
Dowiedzieli się o tym szybko: 14 maja w Alabamie, niedaleko miasteczka Anniston (chyba nawet dziś nie chciałbym tam mieszkać), członkowie Ku Klux Klanu autobus podpalili, a pasażerów – którym szczęśliwie udało się z niego wydostać – ciężko pobili. Klansmeni powtarzyli to jeszcze kilka razy, aż wreszcie autobusy wiozące Freedom Riders dostały ochronę Gwardii Narodowej. Dla pasażerów było to o tyle lepsze, że docierali bez uszczerbku do celu podróży, by tam zostać natychmiast aresztowanymi. Ruch Praw Obywatelskich w USA miał przed sobą długą drogę.

Jeśli ktoś woli to zobaczyć niż o tym czytać, niech obejrzy film Kamerdyner (Lee Daniels’ The Butler, 2013), z genialną – jak zwykle – rolą Foresta Whitakera. Ale uwaga: nie jest to film dla wszystkich, bo żeby go dobrze zrozumieć trzeba po obejrzeniu długo posiedzieć nad detalami historii USA. Ignoranci i aroganci, którzy ją lekceważą, lepiej niech włączą transmisję z jakiegoś meczu ligowego.

 

4 maja 1970 – jedno z najtragiczniejszych wydarzeń w USA z okresu wojny wietnamskiej: Gwardia Narodowa stanu Ohio otwiera ogień do nieuzbrojonych demonstrujących studentów uniwersytetu stanowego w Kent. Giną 4 osoby, dziewięć zostaje rannych. Sekcja wykazała, że gwardziści strzelali do demonstrantów będących w odwrocie.

Studenci protestowali przeciwko rozszerzeniu wojny na terytorium Kambodży.

Hołd zabitym złożył Neil Young w piosence „Ohio”, nagranej z grupą Crosby, Stills, Nash & Young 21 maja 1970. Po drugiej stronie singla znalazło się „Find the Cost of Freedom” Stephena Stillsa – napisane wcześniej, ale znakomicie uzupełniające utwór główny.

 

4 maja 1981 – premiera filmu Miś reżyserowanego przez Stanisława Bareję, ze scenariuszem Stanisława Tyma i Stanisława Barei.
Kiedyś była to komedia. Dziś to najlepszy podręcznik przedmiotu „Życie w realnym socjalizmie za późnego Gierka”.
Miś mógł wejść na ekrany tylko dlatego, że od września 1980 do 13 grudnia 1981 rola cenzury została zredukowana do minimum.
Rozpoczynając kręcenie filmu twórcy nie mogli tego przewidzieć. Po prostu: przechodzili przypadkiem… wiedząc o tym, że… w przyszłości…, z pewnością…

 

 

5 maja 1862 – „kot z domu – myszy harcują”. Tak najkrócej można określić przyczynę bitwy o miasto Puebla w Meksyku, w której armia meksykań­ska dowodzona przez Ignacio Zaragozę zatrzymała fran­cuski korpus ekspedycyjny.

Nieobecnym kotem były Stany Zjednoczone: 2 grudnia 1823 roku James Monroe, piąty prezydent USA, przedstawił Kongresowi tekst, który później zostanie nazwany Doktryną Monroe. Głosiła ona, że Stany Zjednoczone deklarują neutralność we wszelkich sporach i konfliktach europejskich, ale jednocześnie jakąkolwiek interwencję obcych mocarstw w Ameryce uważać będą za akt wrogi i postąpią odpowiednio. O tym, co znaczy owo „w Ameryce”, wiele już napisano, ale faktem jest, że nikt z USA, zwłaszcza po sojuszu amerykańsko-brytyjskim z Ghent (z 24 grudnia 1814), zaczynać się nie ośmielał.

Co nie znaczy, że nie chciał. Gdy tylko amerykański kot zajął się swoimi sprawami, a Wojna Secesyjna (1861-1865) była sprawą bardzo absorbującą, z okazji – jak widać – skorzystali Francuzi. Przegrana bit­wa pod Pueblą nie powstrzymała ich przed ustanowieniem w Meksyku swojego marionet­kowego ce­sar­stwa, które trwało, dopóki kot nie uporządkował spraw domowych. Najsmutniej skończyło się to dla biednego cesarza Maksymiliana, który był porządnym człowiekiem, ale nie pierwszy to i nie ostatni łat­wo­wierny wystawiony do wiatru w decydującym momencie przez sojusznika.

Édouard Manet, zawsze bezkompromisowy, nie bez przyczyny na ostatecznej wersji swego obrazu Rozstrzelanie cesarza Maksymiliana (1868) ubrał pluton egzekucyjny w mundury prawie francuskie (w rze­czy­wistości cesarza rozstrzelali żołnierze Juareza), a sierżan­towi, który – pozornie niezaangażowany – stoi z tyłu, dał twarz Napoleona III, władcy II Cesarstwa Fran­cuskiego.

Dziś już mało kto o Maksymilianie, poza Meksykiem, pamięta, ale w Meksyku wspominany jest on – o dziwo – bardzo dobrze.

Za to rocznica bitwy, nie wiedzieć czemu, stała się narodowym świętem Meksykanów mieszkających w USA. Pije się wtedy tequilę, tańczy salsę przy muzyce mariachis, je burritos, menudo lub pozole i krzyczy Salud, dinero y amor! I wszystko jest fajnie.

  

7 maja 1915 – niemiecki okręt podwodny U-20 torpeduje i zatapia brytyjski pasażerski statek linii Cunard RMS Lusitania. Ginie 1198 osób, w tym 128 obywa­teli USA. Ocalały zaledwie 764 osoby.
Dla porównania: trzy lata wcześniej, 14 kwietnia 1912, katastrofa Titanica spowodowała śmierć 1635 osób, przeżyło ok. 730 rozbitków.

Popularna wersja historii Lusitanii dopowiada, że neutralne dotąd Stany Zjednoczone przystąpiły wtedy do wojny z Niemcami. Co oczywiście jest nieprawdą.

Niemcy zasadzali się na Lusitanię już od dawna. Ich wywiad donosił, że statek – oprócz pasażerów – przewozi również materiały wojenne: amunicję i broń, dostarczane Brytanii z Ameryki. Brytyjczycy temu zaprzeczali – bo taki proceder automatycznie zmieniał status statku pasażerskiego na okręt wojenny – ale Niemcy wiedzieli swoje. Byli tak pewni tych informacji, że w kwietniu 1915 ambasada Cesarstwa Niemiec w Waszyngtonie zamieś­ciła płatny inserat w kilku największych dziennikach amerykańskich. Ostrzegała tam obywateli USA przed podróżowaniem Lusitanią, informowała, że statek łamie konwencje genewskie i uprzedzała, że może on zostać storpedowany.

Takie to były czasy. Zamachowiec-terrorysta nie rzucał bomby, bo w powozie obok tyrana jechały Bogu ducha winne damy. Ambasada ostrzega, co marynarka wojenna jej kraju ma zamiar storpedować. 

Gdy torpedy rzeczywiście zatopiły cel, amerykańska opinia publiczna się zagotowała, a prezydent Wilson zażądał od Niemiec natychmiastowego zaprzestania ataków przez okręty podwodne. Niemcy położyli uszy po sobie, przysłali noty dyplomatyczne, przeprosili i obiecali poprawę, chyba że...

„Chyba” nastąpiło w sierpniu. Niemiecka łódź podwodna storpedowała SS Arabic z brytyjskiej White Star Line, na którego pokładzie było trzech obywateli USA. Tu nie trzeba już było żadnej amerykańskiej interwencji. Niemcy sami z siebie wyprodukowali „Przyrzeczenie Arabic” (The Arabic Pledge). Zobowiązali się w nim do ograniczenia zasięgu wojny podwodnej prowadzonej przez sforę admirała von Holtzendorffa i do powiadamiania cywilnych statków o mającym nastąpić za 30 minut torpedowaniu, by wszyscy ludzie mogli bezpiecznie opuścić jednostkę.

„Przyrzeczenie Arabic” ulotniło się 24 marca 1916, kiedy to jeden z U-Bootów storpedował bez uprze­dze­nia francuski prom pasażerski Sussex na kanale La Manche. Zginęło wówczas ok. 50 osób, a choć nie było wśród nich Amerykanów, prezydent Wilson wysłał do Niemiec kolejną notę informującą,  że w razie kontynuacji takich działań Stany Zjednoczone zerwą z Cesarstwem Niemieckim stosunki dyplomatyczne.

14 maja 1916 strona niemiecka wystosowała następne pismo. Tym razem zwane jak? Oczywiście: „Przyrzeczenie Sussex” (The Sussex Pledge). Była w nim – a jakże: obietnica, że statki pasażerskie nie będą atakowane; obietnica, że statki handlowe będą zatapiane tylko wtedy, gdy zostanie im udowodnione – w razie ko­niecz­ności podczas przeszukania – przewożenie kontrabandy wojennej; obietnica, że przed zatopie­niem statku wszyscy ludzie otrzymają należną pomoc.

W międzyczasie Niemcy wcielali w życie inny plan. Winston Churchill nazwie go później „wszczepieniem Europie bakcyla komunizmu”. Polegało to na wywiezieniu ze szwajcarskiego azylu Lenina i jego wspólników, dostarczenie ich  w zaplombowanym wagonie do Hamburga a stamtąd – statkiem – do Helsinek, bo Lenin chciał najpierw wybadać sytuację w Piotrogrodzie.
Niemcy byli pewni, że to, plus pękaty worek niemieckich marek w złocie, pozwoli terrorystycznej partii bolszewickiej rozłożyć kruchy rosyjski demokratyczny Rząd Tymczasowy i przejąć władzę. Tym samym wyłączyć Rosję z sojuszu Ententy i zawrzeć z Niemcami separatystyczny pokój, zostawiając im zdobyte tereny.

Wtedy oddziały niemieckie zostałyby z frontu wschodniego przerzucone na front zachodni i na zachodzie wreszcie zaszłyby jakieś zmiany. Z korzyś­cią dla Niemiec oczywiście.

Tak rzeczywiście się stało. Bolszewicy wygrali i 18 marca 1918 podpisali w Brześciu Litewskim traktat pokojowy z Niemcami. Żołnierze Deutsches Heer zaczęli się pakować.

 

Niemcy popełnili jednak kilka błędów, a wśród nich największym było to, że się zbyt pewnie poczuli.

Jeszcze w 1917 roku, przekonani, że Ameryka się nie ruszy, a oni będą  mogli już wkrótce przełamać front zachodni i wreszcie wejść do Paryża, uznali „Przyrzeczenie Sussex” za passé i zaczęli swoją Pierwszą Bitwę o Atlantyk w nieograniczonej wojnie podwodnej.
U-Booty atakowały wszystko, co pływało po powierzchni i nie nosiło bandery Państw Centralnych lub ich sojuszników.

Amerykanie, pogrążeni w izolacjonizmie, może rzeczywiście, nie ruszyliby się i wtedy. W odpowiedzi na akcje niemieckie Woodrow Wilson wezwał do zwiększenia sił zbrojnych i dał rozkaz kapitanom US Navy, by strzelali do niemieckich okrętów podwodnych. Jednak opinia publiczna odpowie­działa na to antywojennymi demonstracjami jak Ameryka długa i szeroka.

I nagle zdarzyło się coś nie tylko niespodziewanego ale i nieprawdopodobnego.

16 stycznia 1917 r. Arthur Zimmermann, minister spraw zagranicznych Cesarstwa Niemieckiego, wysyła telegram do swego ambasadora w Mek­syku. Proponuje, by ambasador skłonił rząd meksykański do sojuszu z Niemcami, w zamian za co – po zwycięstwie – obiecuje Meksykanom zwrot ziem utraconych na rzecz USA w 1848 roku. Konkretnie „zwrócone” miały być stany: Teksas, Nowy Meksyk, Arizona, Kalifornia, Nevada, Utah i Kolorado. [o wojnie wojnie amerykańsko-meksykańskiej 1846-48 czytaj niżej, pod datą 13 maja].

Telegram był co prawda zaszyfrowany, ale przekazany został przez... Amerykanów, gdyż niemieckie łącza transatlantyckie były zerwane i Amery­kanie świadczyli Niemcom tego typu uprzejmości. Poza tym wiadomo było, że depesza pójdzie kablem podwodnym mającym stację przekaźnikową na Wyspach Brytyjskich (w pobliżu Land’s End).

Angielscy wywiadowcy oczywiście telegram przejęli, odcyfrowali i 5 lutego 1917 – po sprawdzeniu wiarygod­ności – przekazali Amerykanom.

28 lutego 1917 prezydent Wilson zawiado­mił o tym prasę.

Amerykanom też odjęło mowę. Jednak 3 marca 1917 sam Zimmerman w rozmowie z amerykańskim dziennika­rzem potwierdził prawdziwość depeszy, co powtórzył 29 marca 1917 w swym przemówieniu w Reichstagu.

Od 23 marca do 6 kwietnia 1917 niemieckie U-Booty zatopiły cztery amerykańskie frachtowce.

6 kwietnia 1917 Kongres USA wypowiedział wojnę Cesarstwu Niemieckiemu i tylko jemu.

Wojnę Austro-Węgrom Kongres wypowiedział dopiero 7 grudnia 1917. Mimo nalegań prezydenta Wilsona akt ten nie objął dwóch innych Państw Centralnych: osmańskiej Turcji i Bułgarii.

Mimo propagandy rządowej i wysiłków Komitetu Informacji Publicznej (Committee on Public Information) – rządowej agencji mającej wpływać na opinie społeczeństwa, Amerykanie wciąż woleli izolacjonizm.

Niemniej jednak amerykańskie oddziały zaczęły być przerzucane do Europy. Do maja 1918 korpus amerykański stacjonujący we Francji liczył blisko milion żołnierzy. Pierwsze strzały z amerykańskiej broni padły 21 października 1917, ale była to tylko drobna wymiana ogniowa. Poważnym chrztem bojowym amerykańskich dywizji była bitwa pod Cantigny, stoczona 28 maja 1918 i przez Amerykanów wygrana.

 

Tak więc Niemcy wzmocnili swe siły na Zachodzie tylko po to, by znów znaleźć sie w impasie.

O zawieszenie broni poprosili jednak dopiero 18 listopada 1918 roku, ale to już inny miesiąc i inna historia.

 

 

 

13 maja, 1846 – Kongres Stanów Zjednoczonych akceptuje życzenie prezydenta Jamesa K. Polka i wypowiada wojnę Meksykowi.

Sprawa ciągnęła się od dawna, bo po Zakupie Luizjany w 1803 roku ekspansja Stanów Zjednoczonych na zachód trwała nieprzerwanie.

Są w genezie tej wojny amerykańscy osadnicy, którzy w latach 20. I 30. XIX wieku, na życzenie rządu Meksyku, pojechali kolonizować meksykański Teksas. W Teksasie po paru latach (2 marca 1836) ogłosili niepodległość, za co Meksyk – natychmiast – wysłał przeciwko nim swą armię.
Armia, dowodzona przez gen. Antonio Lopeza de Santa Anna dokonała dwóch rzezi: w Alamo (6 marca 1836) i w Goliad (27 marca1836).
Następnie (21 kwietnia 1836) w 18 minut została starta w proch przez rozwścieczonych osadników w bitwie po San Jacinto.
29 grudnia 1845 Teksańczycy z entuzjazmem przemienili Kraj Samotnej Gwiazdy w 28. stan Unii Amerykańskiej.

 

Wojna amerykańsko-meksykańska wybuchła po tym, jak Meksykanie nie zechcieli nawet pogadać z facetem, którego w 1845-tym wysłał do miasta Meksyk prezydent Polk z propozycją kupienia za spore pieniądze ówczesnych ziem meksykańskich czyli Kalifornii i Nowego Meksyku.

Facet nazywał się John Slidell, był prawnikiem, przedsiębiorcą i politykiem. Rząd za samą Kalifornię pozwolił mu zapłacić 25 milionów dolarów, a ogółem dał mu do dyspozycji około 30 milionów (na owe czasy to była kosmiczna suma – Alaskę Stany kupiły w 1867 za jedne siedem milionów dwieście tysięcy).

Meksykańska strona rządowa mnożyła trudności uniemożliwiające jakiekolwiek oficjalne negocjacje, Slidell spędzał w Meksyku miłe chwile, generalnie zachwycony, bo Polkowi właśnie o to chodziło: skoro nie przemówiło złoto, miały zagrać armaty. I tak się stało.

Nad samą wojną Meksykanie powinni spuścić kurtynę miłosierdzia i to z kilku powodów.

Jednym z nich było to, że ich wojskami dowodził generał Santa Anna, który jako bohater byłby ozdobą każdego operetkowego libretta, gdyby nie to, że był największą tragedią swego kraju. Tego, co wyczyniał zarówno podczas wojny z Amerykanami jak i podczas swoich jedenastu rozpoczętych kadencji prezydenckich, nie spisać na wołowej skórze.

Drugim powodem był cud, jaki najpierw przydarzył się Ksenofontowi i wojskom greckim podczas anabasis w V w p.n.e., a później, na początku wieku XVI, Cortezowi i braciom Pizarro, którzy – dowodząc kilkusetosobowymi oddziałami – podbili imperia Azteków i Inków.

Tym razem, w marcu 1847, 10-tysięczny korpus gen. Winfielda Scotta, mając przeciwko sobie całą armię meksykańską, co najmniej 6-krotnie liczniejszą, wyokrętował pod Veracruz, przeszedł przez góry, doliny i wąwozy 400-kilometrowym spacerkiem do miasta Meksyk, miasto zdobył i jeszcze musiał czekać, aż znajdzie się urząd czy osoba mająca dość plenipotencji, by podpisać jakikolwiek dokument kończący jego podboje.

Na wojnę, a zwłaszcza na katabasis gen. Scotta, spuszczają też lekki woal zapomnienia Amerykanie, chyba dlatego, że generałowi zdarzyła się po drodze rzecz, która dziś uznana by była za zbrodnię wojenną: 12-dniowe oblężenie miasta Veracruz, którego fortecę generał zaatakował od strony cywilnych przedmieść. Wg Meyera i Shermana, autorów The Course of Mexican History (Oxford UP, 1983, str. 349), straty po stronie amerykańskiej wynosiły 67 zabitych i rannych, zaś w mieście zginęło ok. 1000-1500 Meksykanów, przy czym straty wśród cywilów były niemal dwukrotnie większe niż wśród żołnierzy. Chyba dlatego Hollywood za kampanię Scotta dotąd się nie złapał: dużo łatwiej fałszować historie wojenne z odległej Europy.

Ponieważ wymiana ratyfikacji owego dokumentu pokojowego między USA i Meksykiem nastąpiła 30 maja (1848), więc teraz w historii tej wojny będzie krótka przerwa na inne rocznice.

 

 

23 maja, 1954 – Wiosenna Wystawa Dzieł Malarzy Leningradzkich (Весенняя выставка произведений ленинградских художников 1954 года) – największa wystawa po śmierci (5 marca 1953) Stalina: ponad 500 prac 196 malarzy, rzeźbiarzy i grafików z Leningradu. Wiatr odnowy powiał w sztuce radzieckiej, choć żeby wywiał socrealizm – tego się nie da powiedzieć. Pustosząca kulturę żdanowszczyzna trzymała się mocno i nieśmiałe nawiązania do impresjonizmu naruszyć jej nie mogły, a przynajmniej nie od razu. W Polsce socrealizm trwał do 1956 i choć rozwiał się jak sen złoty, to jednak plakat Zakrzewskiego „Partia” powstał w 1964. Ale w Sojuzie nawet zadrapanie na socrealistycznym lakierze było wydarzeniem na miarę epoki.
Osiem lat później (1 grudnia 1962) Nikita Chruszczow pluł i rugał na malarskiej wystawie „Nowa rzeczywistość”, a artystów wyzywał od „przeklę­tych pederas­tów”.

Zaś gdy 20 lat później (dokładnie: 15 września 1974) malarze awangardowi wystawili swoje prace na moskiewskim skrzyżowaniu (bo gdzie indziej się nie dało), władza radziecka rozjechała obrazy spychaczami, a porucznik milicji krzyczał podobno: „Trzeba by was zastrzelić, tylko szkoda naboi!”

 

 

16 maja 1966 – Komunistyczna Partia Chin publikuje „Dyrektywę 16.05” wzywającą do rozgromienia burżuazji i przeciwników tow. Mao. Zaczyna się najbardziej tragiczny rozdział w historii ChRL: „rewolucja kulturalna”. Oddziały hunwejbinów – fanatycznych bojówkarzy o wypra­nych mózgach – przez 10 lat będą pustoszyć Chiny kulturalnie, ekonomicznie i emocjonalnie. Liczby sto milionów ofiar nie uważam za przesadzoną.

 

 

24 maja 1686 – w Gdańsku przychodzi na świat Daniel Gabriel Fahrenheit, przyszły niemiecki fizyk i inżynier, wynalazca skali temperatur.

Celsjusz przyjął za dwa główne punkty swojej skali dwie najbardziej znane temperatury, związane z najważniejszą dla życia substancją.
O czym myślał  Fahrenheit, kiedy koncypował swoją skalę – lepiej nie pytać, zwłaszcza jeśli chemia nie jest naszym hobby. W każdym razie temperatura zamarzania wody to 32°F.
Wzory na przeliczenie z Celsjusza na Fahrenheita i odwrotnie są takie, że można skonać od samego widoku:

°C =  (°F − 32) × 5⁄9
°F = °C × 9⁄5 + 32

Gdy się mieszka w USA, trzeba się jakoś nauczyć przeliczania, choćby dla potrzeb medycznych: według mnie, gdy mam 36,6°, dobrze się czuję; wg pani nurse z najbliższej kliniki jestem w stanie prehibernacyjnym.

Jak przeliczać z Fahrenheita na Celsjusza i odwrotnie, stosując współczynnik ciuta, przeczytacie tu.

 

 

29 maja, 1453 – pada Konstantynopol. Ostatniemu bastionowi supermocarstwa znanego jako Cesarstwo Wschodniorzymskie lub Bizancjum – poza Wenecją – nie przyszedł z pomocą żaden władca chrześci­jań­skiej Europy. W 54. dniu oblężenia miasto zajmują wojska sułtana tureckiego Mehmeda II Zdobywcy z dynastii Osmanów. Tego dnia w bitwie ginie ostatni bizantyjski cesarz Konstantyn XI Dragazes Paleolog, a Cesarstwo staje się pojęciem z przeszłości.

Mehmed II zadał Cesarstwu Wschodniorzymskiemu cios ostatecznie kończący powolny upadek. Równia pochyła zaczęła się od IV krucjaty: krzyżowcy, wmieszani w wewnętrzne rozgrywki bizantyjskie i wezwani przez jedną ze stron, zamiast stabilizacji przynieśli zgubę. Szturm za­chod­niego rycerstwa przypusz­czo­ny 12 kwietnia 1204 roku zakończył sie rzezią mieszkańców i blisko tygodniowym bezlitos­nym plądrowaniem i pusto­szeniem miasta. Po tej klęsce Bizan­cjum już nigdy nie podniosło się do daw­nej potęgi. 

Mehmed nakazał odbudowę miasta, nadał mu nazwę Istambuł i uczynił stolicą imperium osmańskiego. Ponieważ historię piszą zwycięzcy, Mehmed uznał, że naturalną koleją rzeczy przejął po Konstantynie XI godność cesarza rzymskiego. Kayser-i Rum [cezar Rzymu] nosili w oficjalnej tytulaturze wszyscy władcy Turcji do końca istnienia ich imperium (formalnie do 1 listopada 1922).

Reakcją na to było wprowadzenie tytułu car [царь, rosyjski odpowiednik tytułu caesar] na dwo­rze władcy rosyjskiego Iwana III Srogiego, Wielkie­go Księcia Wszechrusi, który panował w la­tach 1462-1505. Władca sygnalizował w ten sposób aspiracje do dziedziczenia tronu bizan­tyj­skiego. Potwierdzić też to miało jego małżeństwo (1472) z Zoe Paleolog, pochodzącą z ostatniej dynastii panującej w Bizancjum.
Oficjalnie tytuł cara po raz pierwszy przyjął w Rosji wnuk Iwana III, Iwan IV Groźny, koronując się w 1547 roku jako Car Wszechrusi [Царь Всея Руси].

Rosyjscy carowie nie byli pierwszymi w Słowiańszczyźnie; jako pierwsi tytuł ten mieli: wład­ca Bułgarii (Symeon I, od 913 r.) i wład­ca Serbii (Stefan Duszan, od 1346).)

 

 

30 maja 1848 – traktat pokojowy kończący wojnę amerykańsko-meksykańską podpisany został w Guadalupe Hidalgo 2 lutego 1848. Senat USA ratyfikował go 10 marca 1848, a senat meksykański 19 maja 1848.
30 maja tegoż roku oba rządy wymieniły między sobą dokumenty ratyfikacyjne dokonując przy okazji kolejnych poprawek i uzupełnień. 

Podręczniki historii piszą na ogół, jak to Meksyk, po podpisaniu traktatu w Guadalupe Hidalgo, stracił swe północne terytoria, które dziś są Kalifor­nią, Nevadą, Arizoną i Utah, a jeszcze kawałkiem Nowego Meksyku, Kolorado i Wyoming, czyli 1,36 mln km kw. (powierzchnia Alaski to 1,7 mln km kw.).

Trudniej się dokopać informacji, że po wygranej wojnie USA za owe terytoria zapłaciły 15 milionów dolarów gotówką (dziś to jest podobno pół miliarda), anulując do tego ponad 3 miliony dolarów meksykańskiego długu.

Przy okazji ustalona została granica Teksasu z Meksykiem, tak więc co od Teksasu się zaczęło, na Teksasie się skończyło.

Gen. Santa Anna nie były jednak sobą, gdyby nie dopisał do tej historii dalszego ciągu. Pięć lat później (1853) zaproponował Amerykanom „wyrównanie granicy” i za kolejne 10 milionów USD sprzedał im 77 tysięcy km kw. Meksyku, w transakcji nazwanej Zakup Gadsdena (Gadsden Purchase). O tym, co się stało z tymi pieniędzmi, już nawet nie warto wspominać.

 

 

Znaki Zodiaku
w maju:

Byk (♉) – do 20 maja
Bliźnięta (♊) – od 21 maja (najweselszy i najpogodniejszy znak Zodiaku).

Horoskopy Bliźnięta mają pomyślne w dowolnym układzie, nawet  w czarnym PR.

Ludzie spod znaku Bliźniąt w ogóle nie osiągają dojrzałości zarówno intelektualnej, jak i uczuciowej.
Jedyne, co naprawdę potrafią, to raz w tygodniu wypełnić kupon gry liczbowej.
Niezdarnie to ukrywają, ale największą przyjemność sprawia im dłubanie w nosie.
Zapraszając takiego do domu należy pamiętać, że kradnie i koniecznie przed wyjściem zrewidować.

Zauważcie, że nawet zawodowi hejterzy dają Bliźniętom pozytywną recenzję (co jest złego w grach liczbowych, dłubaniu w nosie – dla zdrowia przecież, albo w zapobiegliwości?) – po prostu nie mają się do czego przyczepić!
Porównajcie z takim wczesnomajowym Bykiem, który ma:

wdzięk powiatowego Casanovy i skłonności dewiacyjne. Niczym niezmącone przekonanie, że jest pępkiem świata. Lubi mizdrzyć się zarówno przed lustrem jak i w pracy. Najbliższą rodzinę terroryzuje od urodzenia do późnej starości. Nigdy niczego nie czyta, choć o wszystkim ma z góry wyrobione zdanie. Charakteryzuje go brak umiarkowanie w jedzeniu i piciu. Oderwać od rozkoszy stołu mogą go jedynie rozkosze łoża – przy czym i tu Byk będzie dążył do wyuzdanych uciech, nazywając je dla niepoznaki „wyższą sztuką”. Lenistwo swoje i brak zainteresowania światem zewnętrznym Byki nazywają „dbaniem o domowe ognisko”, a brak wyższych uczuć „stąpaniem twardo po ziemi”. Wreszcie swą ociężałość umysłową i skrajny konserwatyzm nazywają „przywiązaniem do tradycji” i „opieraniem się na sprawdzonych wzorcach”. Jednym słowem – to leniwi hedoniści, pogrążeni w brudnej rozpuście (no dobrze: „brudnej” możemy skreślić, bo znajomy Doktor obrazi się już na amen).

Albo z późnoczerwcowym Rakiem:

Urodzeni pod znakiem Raka oszukują na każdym kroku, zdradzają, uwielbiają podłożyć świnię. Rakom nie można wierzyć nigdy i w niczym. Jeśli np. Rak mówi „Cenię sobie twoją przyjaźń”, to można być pewnym, że przed godziną napisał na ciebie donos do szefa. Raki stale komuś czegoś zazdroszczą, a po dwudziestym piątym roku życia łysieją, garbią się i tracą zęby. Słusznie zresztą.

No przecież szkoda słów, bo tu nie pomoże nawet oddział zamknięty.

A kolejne horoskopy są jeszcze gorsze (czytajcie, to się dowiecie), więc po prostu Bliźnięta – których i tak nawet czarny piar się nie ima – punktują z miesiąca na miesiąc.

 

Kwiaty maja:

Konwalia (Convallaria maialis L.) – bylina o kwiatach słodko pachnących, ale zdradziecka, bo silnie trująca; uznawana jest za kwiat szczęścia, pomyślności i młodości; ponieważ symbolizuje też czystość i skromność, więc często wplatana jest w bukiety ślubne panien młodych  (o symbolice toposu „trucizna pod słodyczą” etymologia ludowa jakoś milczy).

Niekontrolowana – konwalia staje się chwastem i to bardzo trudnym do usunięcia, ponieważ łatwo odrasta (ciekawe, czy ma to jakiś związek symboliczny z owymi bukietami ślubnymi i skromnością – może odrastają w sposób naturalny…).

Suszone, sproszkowane kwiaty konwalii dodawane są czasem do tabaki – w obliczu powszechnie znanych trujących właściwości substancji psychoaktywnych w tabace zawartych szczypta konwalii różnicy nie czyni.

Duże zastosowanie ma konwalia w medycynie i zielarstwie, ale i tu ostrzega się przed zejściem wskutek przedawkowania.

W tzw. alfabecie kwietnym konwalie oznaczają nieśmiałość, co jest zrozumiałe: któż by, niewinnym będąc, do trucia jadem zabierał się śmiało?

Duże znaczenie ma konwalia  w ikonografii maryjnej, ale to tematyka zbyt szeroka, by ją roztrząsać właśnie tu.

 

Głóg (Crataegus monogyna Jacq.), któremu botanicy dodają epitet „jednoszyjkowy” (co chyba nie jest obraźliwe); symbolizował on ostrożność i nadzieję, na szczęście bardzo dawno temu, bo w średniowieczu; dziś tylko kłuje i nadaje się na nalewkę.

 

Kamień maja:

Szmaragd – symbolizujący miłość i powodzenie.

 

W ogóle maj to miesiąc dziwny. Dokładnie taki jak konwalia: trochę aromatu, ale zaraz jakieś przedawkowania i groźba zejścia. Nic dziwnego, że mądrość ludowa odradza zawierania małżeństw w maju (znam majowe i szczęśliwe, ale być może to wyjątki potwierdzające regułę). I gdyby nie to, że jego ostatnia dekada przynosi najlepszy znak Zodiaku, czyli Bliźnięta, to ogólnie byłoby z majem kiepsko. 

Kwiecień, na przykład, zaczyna się od primaaprilisowych wygłupów – i od razu jest weselej.
A popatrzcie, od czego startuje maj: od święta pracy, do której każdy chodzi, bo musi, więc to jest tak, jakby więźniowie obchodzili dzień św. Penitencji i cieszyli się, że jeszcze trochę posiedzą. To mogły wymyślić tylko Byki!  
Na szczęście kogo jak kogo, ale ludzi pomysłowych u nas nie brakuje (a założę się, że większość z nich jest spod znaku Bliźniąt) – gdyby nie oni, to już by się w ogóle w maju nie dało wytrzymać. Bowiem ludzie pomysłowi (zwłaszcza ci spod znaku Bliźniąt) połączyli „święto pracy” z innymi okolicznymi świętami, włączając w to weekendy z przodu i z tyłu, i stworzyli jeden z najdłuższych weekendów nowoczesnego świata; weekend, który – jak go dobrze ułożyć – może potrwać  nawet 10 dni. I nawet znajomego lekarza nie trzeba!
A gdy wreszcie, w co nie wątpię, za dzień święty zostanie uznane Święto Kanonizacji, to weekend majowy, podczas którego będzie można kompletnie zapomnieć o pracy, dojść może do dni szesnastu, a kto wie, czy nie więcej.

I ponieważ prawie zaraz po tym weekendzie przychodzą Bliźnięta, to maj daje się jakoś przetrzymać – mimo konwalii, szmaragdów, głogów jednoszyjkowych i trzech ogrodników, których same imiona wywołują taki dreszcz, że nagłe chłody wcale nie są potrzebne.

Maj jednak rehabilituje się imieninami:

• Moniki;
• Stanisława – ale tylko częściowo, bo połowa Stachów uciekła od Szczepanowskiego do Kostki, tak że nigdy nie wiadomo, który kiedy obchodzi;
• Zofii 
• i Joanny – które już piękniejszego dnia na imieniny wybrać nie mogły!

 

Śluby i wesela w maju: w żadnym wypadku! Ale zastrzegam jeszcze raz: tylko według mądrości ludu.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
piąty miesiąc roku to:

białoruskiмай [maj], травень [trawień]
bośniackimaj
bułgarskiмай [maj]
chorwackimaj
czeskikvěten
kaszubskimôj (też: gòran, maj)
litewskigegužė
łatgalskiLopu (też: maja)
łużycki (dolny)rozhelony (też: rožownik, maj)
łużycki (górny)meja (też: róžownik)
łotewskimaijs
rosyjskiмай [maj]
macedońskiмај albo косар [kosar]
serbskimaj
słowackimáj
słoweńskimaj
ukraińskiтравень [trawień]
żmudzkigegožė

 

Przysłowia...

... na maj:

Chłodny maj,
dobry urodzaj.

Ciepły kwiecień, mokry maj
– będzie zboże jako gaj.

Częste w maju grzmoty
rozpraszają chłopom zgryzoty.

Deszcz majowy,
chleb gotowy.

Deszcz na pierwszym maju,
chyba w urodzaju.

Dużo chrabąszczów w maju,
proso będzie gdyby w maju.

Gdy kukułka w maju,
spodziewaj się urodzaju

Gdy maj jest przy pogodzie,
nie bywają siana w szkodzie.

Gdy się maj z grzmotem
odezwie na wschodzie,

rok sprzyja sianu
i zbożu w urodzie.

Gdy się w maju pszczoły roją,
takie roje w wielkiej cenie stoją.

Grzmot w maju
sprzyja urodzaju.

Jak pszczółki na wiosnę
z ula
wcześnie wylatują,

to pewnie mróz na drzewa
w maju nam zwiastują.

Jak w maju zimno,
to w stodole ciémno.

Jeśli w maju grzmot,
rośnie wszystko w lot.

Kiedy lipa w maju kwitnie,
to w ulach miód zawiśnie.

Kiedy mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

Kiedy pierwszy maj płacze,
będą chude klacze.

Kto się w maju urodzi,
dobrze mu się powodzi.

Maj – wołom daj
i sam na piec uciekaj.

Na pierwszego maja szron
obiecuje dobry plon.

Na pierwszy maj
ostatek bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj:
w piecu sobie napal,
za niego się wal.

Nastał miesiąc maj,
kożdy o się dbaj.

Niedalekoć już do maja,
więc nie uchodź za mazgaja.

Nie zawsze na ziemi maj,
nie zawsze ludzkiemu szczęściu raj.

Pierwszego maja deszcz,
nieurodzaju wieszcz.

Pierwszy maja poranek
jest tęskliwym dla kochanek.

Przyjdzie maj,
przedsię bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj.

Tyle przymrozków w maju,
ile ich było przed św. Michałem.

W maju…
Np. Zobaczymy się w maju…
[tj. nie teraz, kiedyś może, nigdy]

W maju jak w gaju.

W maju szumne sosieneczki,
wonne puszczą ci chojneczki.

W maju wieje, trochę pada,
coraz bliżej listopada

Witaj nam maiczku
ze słowikiem w gaiczku.

Wody w maju stojące
szkodę przynoszą łące.

 

... na św. Stanisława
(8 V):

Do św. Stanisława
z pastuchami sprawa.

Jak się len zasieje
w św. Stanisława
to tak urośnie, jako ława.

Na św. Stanisława
rośnie koniom trawa.

Na św. Stanisława
żytko kieby ława.

Św. Stanisław len sieje,
Zofija konopie,

A Urban jęczmień i owies
każe kończyć, chłopie.

Św. Stanisław –
pierwszy siew prosa,
a ostatni owsa.

 

... na św. Pankracego,
Serwacego

i Bonifacego
(12, 13 i 14 V):

Jak się rozsierdzi Serwacy,
to wszystko zmrozi i przeinaczy.

Jasny dzień Pankracego
przyczynia wina dobrego.

Pankracy, Serwacy, Bonifacy
– źli na ogrody chłopacy.

Przed Serwacjuszem nie trzeba
pewnego się lata spodziewać.

 

... na św. św. Zofię
(15 V):

Dla świętej Zosi
kłos się podnosi

Na św. Zofiją
pola w kłos wybiją.

Niechaj mnie Zośka
o wiersze nie prosi

[oczywiście to nie przysłowie, tylko cytat ze Słowackiego]

Św. Zofija ciepło rozwija.

Św. Zofija kłosy wywija.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha