Zbigniew Studziński: Ffy

 

POSŁOWIE
(które, jak na epokę postmodernizmu przystało, znalazło się na początku)

Mają swoje losy książki. Czasem duże, czasem małe – i losy, i książki.
Los i historia opowiadań Zbigniewa Studzińskiego, które właśnie przedstawiliśmy, są – z mojego przynajmniej punktu widzenia – ciekawe.

Z ich bohaterami zetknąłem się po raz pierwszy na przełomie lat 1980-1981, na Pogorii, płynącej do antarktycznej stacji badawczej im. Henryka Arctowskiego na Wyspie Króla Jerzego w archipelagu Szetlandy Południowe. Rejsu, który ze wszech miar był niezwykły, opisywać tutaj nie będę; zrobiłem to dość dokładnie – i, jak mi się wydaje, dość uczciwie – w „Pogorią na koniec świata” (Gdańsk, Wyd. Morskie, 1983), zaś drugie spojrzenie na ten sam rejs przedstawił Sławek Szczepaniak w „Przygodzie na imię Pogoria” (Łódź, KAW, 1984).

Do niniejszej opowieści niech wystarczy fakt, że na Pogorii powstała wówczas gazetka „Głos z Kubryku”. Projekt rzucił właśnie Zbyszek, ale zrealizował go Wojtek Przybyszewski, pisząc wstępniak – zatem stawiając przed faktem dokonanym resztę „piszącej” załogi i tym samym zmuszając ją do działania.
Po wydaniu pierwszego numeru byliśmy przekonani, że na tym się skończy, ale „Głos”, o dziwo, przetrwał: podczas 132 dni żeglugi wydaliśmy osiem numerów.
„Wydaliśmy” ładnie brzmi – w rzeczywistości przepisywaliśmy teksty przez kalkę na Pogoriowej maszynie do pisania marki Łucznik w sześciu egzemplarzach, bo więcej do maszyny nie wchodziło. Jeden wędrował do Kapitana, cztery rozchodziły się wśród członków redakcji, zaś ostatni – przeznaczony do czytania ogólnego – rozklejany był na stole w tzw. mesie oficerskiej, której podczas tamtego rejsu praktycznie nikt nie używał. Dla ścisłości dodam, że numer piąty był wydaniem dźwiękowym, utrwalonym wyłącznie na kasecie wysłanej z Falklandów na Stację Arctowskiego do naszych przyjaciół – Stefana Misiaszka i Włodka Ławacza – polarników, których Pogoria na Stację przywiozła.
Więzy towarzyskie między uczestnikami rejsu antarktycznego nie ustały w chwili powrotu do Polski – ba: są żywe do dziś – zaś pisemko cieszyło się poczytnością wśród załogi, stąd dwa kolejne, lądowe numery „Głosu” napisane z okazji spotkań rocznicowych: w pierwszą i piętnastą rocznicę wypłynięcia z Gdyni.

„Głos”, jak każda przyzwoita gazeta, miał swoje działy i rubryki stałe. Kolejne numery przynosiły też krótkie, utrzymane w konwencji „piurblagizmu” opowiadania, autorstwa Zbyszka Studzińskiego.

Przygody poczwarnej czwórki stworów Ffy, Ggy, Hhy i Kky, zaczynające się (prawie) niezmiennie od zdania „Ffy wyszedł z szafy”, budziły wśród czytających różne reakcje. Najżarliwszego adwersarza miały w Kuku, który – jako że potrzeba, czy choćby wyczucie absurdu było mu obce – podejrzewał w nich aluzje nie tyle do siebie, ile do podawanych potraw.
Na szczęście wątpliwości Staszka Bojaruńca – Kuka, który powinien nosić przydomek Natchniony – rozwiał kapitan Krzysztof Baranowski. Kiedy bowiem Kuk na wszystkie strony starał się zanalizować, czy kolejny odcinek przygód Ffy i zwrotka o owsiance z najnowszej piosenki nie są przypadkiem potępieniem jego działalności, Kapitan usiadł obok niego, przeczytał opowiadanie, zanucił półgłosem piosenkę i powiedział: „Zobaczysz, Stasiu – przez te teksty przejdziemy do historii”.
Kapitańskie słowo – nie dym, więc od tej chwili to właśnie Staszek najgłośniej dopominał się u Zbyszka o kolejne odcinki przygód Ffy i jego kompanii.

Publikacja w „Głosie z Kubryku” była więc prapremierowym występem czwórki przyjaciół, niezbyt co prawda poważnym, bo nawet przy największej dozie dobrej woli trudno uznać „Głos”, przypominający bardziej scenariusz programu kabaretowego niż „gazetkę pokładową”, za wydawnictwo serio.
Sprawcą premiery – a więc występu poważnego, bo w książce – byłem ja. Jednym z opowiadań Zbyszka („Kuracja”, opublikowana oryginalnie 25 lutego 1981, tuż przed wejściem do Rio de Janeiro) próbowałem w „Pogorią na koniec świata” odpowiedzieć na pytanie postawione w rozdziale poprzednim „Jak liczyć za granicą na polskiego armatora i przeżyć?”

Po tym na wiele lat zapanowała cisza. Powieliliśmy wprawdzie „Głos z Kubryku”, by – zgodnie z obietnicą – każdy uczestnik rejsu miał swój egzemplarz, zamieniłem wszystkie numery na pliki pdf, ale nic więcej się nie działo.

I oto nagle, kilka miesięcy temu, na jednym z forów żeglarskich, ku swemu najwyższemu zdumieniu, przeczytałem: „Ma ktoś może gdzieś teksty o Ffy, Ggy, Kky i Hhy?”

Napisałem, że mam i spytałem Pytającego, co mu do głowy wpadło.
Odpisał:

Poziom abstrakcji wyzierający z tekstu zamieszczonego w książce jest mi bardzo bliski :) Mam zamiar poczytać je sobie, i, jeśli to nie kłopot, wydrukować i zabrać na skok przez Atlantyk – niech się załoga rozerwie intelektualnie.

Skoro znalazł się jeden – może znajdzie się więcej? Poprosiłem Autora o zgodę na publikację, a ten zbeształ mnie za krótką pamięć, bowiem ongi upoważnił mnie do czynienia z jego tekstami wedle mojej woli. Przy okazji jednak opowiedział co nieco o najdawniejszych dziejach Ffy i jego kolegów.

Datowanie będzie trudne. Pierwszy tekst napisałem gdzieś w roku 1973. Potem na pewno napisałem jeszcze kilka, ale zdaje się, że przepadły w odmętach niepamięci. Nie mogę wykluczyć, że któryś z GzK jest jednym z nich właśnie. Prawie na pewno jest to „Kuracja”. Zabrałem ze sobą zeszyty do robienia notatek z rejsu i w niezrozumiałym odruchu włożyłem w nie jakieś opowiadania o Ffy. Nie pamiętam, ile tego było.
Nie potrafię dzisiaj określić, które na pewno napisałem na „Pogorii”, dlatego, skoro już musisz, możesz przyjąć datowanie tak, jak to uczyniłeś.
Po rejsie napisałem chyba jeszcze kilka, tak dla siebie, żeby nie wyjść z wprawy, ale chyba trafiły one w końcu do śmietnika.
W szufladach nie mam nic. Nigdy specjalnie poważnie tego nie traktowałem. Taka pisanina – bardziej dla siebie, niż dla innych.
Dla mnie jest to rozdział szalenie miły, ale zamknięty. Ffy żył krótko, ale intensywnie. Skrzydła „Pogorii” tchnęły weń nowego ducha. Potem odszedł do swojego życia, a ja zapadłem się w szarzyźnie codzienności. Historia, jakich tysiące.

Co do ostatnich stwierdzeń, pozwolę sobie z Autorem się nie zgodzić.
Zwłaszcza dlatego, że od kiedy Ffy, Ggy, Hhy i Kky zaczęli żeglować razem z nami, pytania Czytelników, napływające w trakcie zawieszania opowiadań na naszej stronie www.zeglujmyrazem.com (na ogół w tonie „co tu jest grane i o co wam – do… cholery – chodzi?”), dowodzą, że nie utracili nic ze swego wigoru.

Kazimierz Robak
piątek, 13 lipca 2012

 * * *

 

WIOSNĄ RANO

Ffy wyszedł z szafy. Jeszcze długo słyszał bulgotanie spuszczonej wody. Ciężko podszedł do fortepianu i obmył opuchniętą twarz. Kiedy energicznie wycierał się w klawiaturę, obudził śpiącego w fortepianie Ggy. Ten przeciągnął się ociężale, podszedł do lustra i dokładnie je wylizał, mrucząc z zadowolenia. Wyjął pilnik i przystąpił do porannej toalety. Oporny zwykłe i twardy odwłok piłował się tego dnia wyjątkowo łatwo. Ggy zawył z bólu dopiłowawszy się zbyt głęboko. Jego ruchoma część podskoczyła, a reszta zadymiła i przybrała pomarańczowy kolor. Śpiący pod sufitem Hhy poczuł dym, poruszył trąbą i strącił maszynę do pisania, która wpadła wprost w rozchylone skrzela Ggy. Ten, rozwścieczony, chwycił mackami płetwy Hhy i zrzucił go na podłogę. Obrażony Hhy nie odezwał się do nikogo i rozrolował się. Włożył pomięte ciało pod prasę. Wyprasowany, nasmarował się resztkami kolacji i jak co roku o tej porze wydłubał z podłogi swego najlepszego przyjaciela Kky. Potem pracowicie pomagał mu pozaplatać wszystkie kończyny w gustowne warkoczyki, zgodnie z panującą modą. Obaj przyjaciele otwarli okno i wyskoczyli na spacer. Wrażliwy na przeciągi Ffy wydął podgardle, zaryczał i z wściekłością zatrzasnął się w fortepianie. Obłoki fioletowego dymu wydobywające się z nozdrzy Ggy nie wróżyły nic dobrego. Rozdrażnienie jego osiągnęło punkt wrzenia i Ggy zagotował się. Bulgocąc przekleństwa odpłynął cienkim, parującym strumyczkiem i zniknął pod drzwiami.

W całym domu znów zapanował spokój.

1981-01-09

 * * *

 

CHOROBA

Ffy wyszedł z szafy. Bulgotanie spuszczonej wody było dziś wyjątkowo denerwujące. Zresztą ogólnie był w dobrym nastroju. – Pewnie jestem chory – pomyślał.

Włożył ręce do gardła, delikatnie wyjął płuco i obejrzał je pod światło. Na długości półtora metra widać było pomarańczowe plamy Westchnąwszy ciężko, wetknął płuco na miejsce i gimnastykował się przez chwilę. Zasapał się jednak dość prędko, przeciągnął się więc jeszcze przez dziurkę od klucza – tam i z powrotem – i usiadł w akwarium. Przez chwilę przyglądał się swoim stopom. Usiłował je policzyć, ale ponieważ i tak zapomniał, ile ich było poprzedniego dnia, zrezygnował i przeniósł wzrok na leżącego pod sufitem Hhy.

– Hej, ty! – zawołał.

Hhy nie zareagował. Wyciągnął z kieszeni szpulkę i ostentacyjnie nawijał na nią trąbę. Nie odzywał się do Ffy już od osiemnastu lat, od ostatniej kłótni.

– Hej, ty! – powtórzył Ffy pojednawczo.

Dolna płetwa Hhy drgnęła nieznacznie. Ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Tylko oczy przesuwały się nerwowo po całym ciele. Właściwie zawsze bał się Ffy. Nie czuł się przy nim zbyt pewnie.

– Hej, ty! – szepnął Ffy ogłuszająco i rzucił w niego lodówką.

Hhy machnął płetwą i z półwoleja odbił lodówkę precyzyjnym dropshotem wprost w Ffy.

– Piętnaście do zera – mruknął i na wszelki wypadek schował się do wywietrznika.

Tymczasem wrócił ze spaceru Ggy. Stanął przed lustrem i udeptał sobie zwichrzone czułki.

– Ależ zmarzłem – rzucił.

Uruchomił reaktor, usiadł na nim i z zainteresowaniem przyglądał się, jak Ffy wydłubuje z siebie lodówkę przy pomocy młotka i dłuta.

– Znów przegrałeś, co? – powiedział i zadymił radośnie. Na żółto. Zlazł z reaktora, podszedł do Ffy, który położył się pod kafar i nacisnął włącznik.

– On musi być rzeczywiście chory – pomyślał Ggy i zadymił w kolorze ugier jasny. – Brać masaż o tej porze roku?!

1981-01-21

* * *

 

ODNOWA

Ffy wyszedł z szafy. Zaświstał w rytmie bulgotania spuszczonej wody. Niestety nie wyszło mu to zbyt melodyjnie. Słabo zamocowane zęby wysypały się na podłogę hałasując okropnie. Zgarnął je macką i wetknął je do kieszeni. Właściwie już się do tego zdążył przyzwyczaić. Ruszył więc dalej pogwizdując bez przeszkód. Był naprawdę w dobrym humorze. I chyba tylko dlatego nie powiedział ani słowa, gdy nadepnął na fortepian i przewrócił się. No, może również dlatego, że na skutek wstrząsu pękły mu przerdzewiałe struny głosowe.

Za to śpiący w fortepianie Ggy rozdarł się wszystkimi twarzami. Nigdy nie lubił, gdy budzono go z drzemki. A tym bardziej, gdy budził się rozdeptany i płaski. Jazgotał więc upychając równocześnie z powrotem, wysypujące się z fortepianu koła zębate i przekładnie. Zawsze był wygodnicki. Nie szło mu to jednak zbyt sprawnie. Zsypał więc wszystko na środek siebie, związał się w węzełek i poszedł do punktu skupu złomu.

Tymczasem Ffy dłubał niezgrabnie śrubokrętem usiłując wetknąć na miejsce ucho. Zdenerwował się w końcu i rzucił je drepczącym w kącie piraniom. Otrzepał ręce ze zniechęceniem. Pozbierał je. Ruszył dalej pogwizdując. Mimo wszystko był w niezłym nastroju. I tylko słaby się zrobił na stare lata, wygodnicki.

Rozsiadł się wygodnie na tosterze, wyciągnął nogi i postawił je pod oknem. Na głowę nacisnął bidet, włączył i zasłuchał się w tony kwartetów na flet i smyczki Mozarta. Po pewnym czasie poruszył się jednak nerwowo. Zafalował i błysnął. W dźwięki Andantino wmieszało się przeraźliwe burczenie. To głodny organizm domagał się swoich praw. Burczenie w brzuchu nie ustawało, mimo że Ffy podokręcał wszystkie zawory. Zmieniła się tylko tonacja. Burczenie przeszło w gwizd. Dopiero wepchnięta do dwunastnicy puchowa kołdra zdołała wytłumić drgania do kilku herców.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby Ffy nie zaczął się rozpadać. Najpierw od rozedrganego tułowia zaczęła odpadać skóra. Z cichym brzękiem opadała na podłogę. Potem zaczęły pojawiać się szczeliny i pęknięcia.

Ffy zadumał się. Doszedł w końcu do wniosku, że nadszedł już czas odnowy. Zebrał się byle jak do kupy, okręcił drutem i poszedł do najbliższego zakładu rzemieślniczego.

1981-02-05

*  *  *

 

KURACJA

Ffy wyszedł z szafy. Zrobił kilka kroków, zawrócił i małą łopatką zebrał bulgotanie spuszczonej wody, które za nim wyciekło. Udeptał je, przyklepał i wyrzucił przez okno. Spadło wprost na przejeżdżającą karetkę pogotowia, wlazło w klakson i znikło za rogiem zawodząc rozpaczliwie.

Ffy poszedł do łazienki. Wszedł pod stół i jak zwykle potknął się o stojący tam fortepian. Kopnął weń z wściekłością. Zabolało. Powtórzył eksperyment. Znów to samo.

– Ciekawe – pomyślał.

I już miał rozpocząć naukowe rozpracowanie problemu, gdy wzrok jego wlazł do zlewu. Ggy, Kky i Hhy siedzieli tam wygodnie i bawili się, aż woda pryskała na boki. Hhy machając płetwami robił falę, Ggy – warcząc dziwnie – wiatr, a Kky pływał w starej puszce z groźną miną. Ffy uśmiechnął się od ściany do ściany, rozmarzył. Wolno podszedł do szafy, rozwiesił się na wieszaku, wygładził fałdy i pogrążył we wspomnieniach.

Tymczasem w zlewie rozpętał się sztorm. Rozochocony Ggy stracił równowagę i zakrztusił się. Woda zalała elektroluks, który połknął był, nim zaczął robić wiatr. Zwarcie i wywołany wodą kaszel dały wspaniałe efekty. Kolorowe błyskawice łaziły po kranach. Potężne grzmoty obsiadły brzeg wanny i wyśpiewywały chorały gregoriańskie, na przemian z ariami w stylu country. Piekło!

Przerażona puszka zaczęła drżeć i szczękać zębami, podgryzając i podszczypując boleśnie Kky. Już po czterech dniach, szybko myślący Hhy podjął zdecydowaną akcję ratowniczą. Pewnym szarpnięciem macki otwarł odpływ wody. Z cichutkim smoktaniem Kky został przeciśnięty przez sitko i zniknął w rurze. Tylko oderwany ogonek skakał radośnie po dnie zlewu. Już od dawna miał ciągoty separatystyczne.

Rozpalony elektroluks przeżarł tymczasem pancerzyk Ggy i fuknąwszy groźnie zaczął wgryzać się w sufit zostawiając za sobą czarno świecącą dziurę. Hhy spoglądał za nim z wyraźnym zainteresowaniem, zaś Ggy walczył usilnie z męczącym go kaszlem. Najpierw pił ciekły hel, by zamrozić bulgoczącą we wszystkich płucach wodę. Nie pomogło. Tylko przy każdym kaszlnięciu tony śniegu kłębiły się dokoła. Na szczęście służby miejskie znów nie dały się zaskoczyć.

Sprawa zaczęła wyglądać jednak poważnie. Kiedy Hhy stwierdził, że poodmrażane oczy opadają mu ze słupków, przystąpił do leczenia przyjaciela. Zaczął standardowo – od sztucznego oddychania. Przykręcił trąbę Ggy do kompresora i włączył silnik. Już po kilku kaszlnięciach pacjenta kompresor odmówił posłuszeństwa. Złożył błagalnie uzwojenia i zahuczał cichutko. Kopnięty w głowicę pobiegł do kącika i wlazł za komodę.

Hhy wyrzucił do zsypu złamaną nogę i kontynuował kurowanie Ggy. Masował go, nacierał, elektrowstrząsał i nakłuwał. Wykorzystał całą wiedzę zawartą w „Poradniku wzorowej gospodyni”. I nic! Oblazło go zniechęcenie. Brutalnie pogłaskało po głowie i rozmazało na parapecie. Perliste łzy zadudniły o podłogę, odbiły się i pogięły świąteczne bamboszki Ffy. Zniechęcenie pęczniało triumfem.

Nagle w dziurze po elektroluksie coś zaszeleściło. Deszcz stuzłotówek zaczął wpadać do łazienki. Wolno przysypywał Ggy, okrywając go mięciutką kołderką. Skutek był zdumiewający. Wstrętny kaszel zebrał nogi w troki i poszedł precz.

Raz jeszcze okazało się, że zastrzyk gotówki jest lekarstwem uniwersalnym.

1981-02-25

 * * *

 

MECZ

Ffy wyszedł z szafy. Zabulgotała spuszczona woda, zahuczała i umilkła. A mimo to powietrze w pokoju drgało i wibrowało niepokojąco. Wszędzie wyczuwało się nerwowość i zniecierpliwienie.

Ffy szybkim krokiem podszedł do kredensu. Zdecydowanym ruchem wyrwał na oścież drzwiczki i wyciągnął szufladę. Szukał długo. Wciskał oko w każdy zakamarek. Przerzucał sterty rupieci. W końcu rozjaśnił się z zadowolenia. Wydobył długą, lśniącą szpilkę z perełką na końcu. Zastanowił się chwilę, co zrobić, żeby jej nie zgubić. Wbił ją sobie w końcu w kolano i ruszył dalej. Czekało go teraz najpoważniejsze zadanie. Musiał zająć sobie dobre miejsce i wygodnie je wymościć.

Rozejrzał się uważnie po mieszkaniu, węsząc i nasłuchując. Wreszcie cicho ruszył ku ścianie wschodniej. Szybkim ruchem języka wyciągnął spod stojącej na niej kanapy swego przyjaciela Kky i wrócił na upatrzone wcześniej miejsce. Szpilką z perełką przybił Kky do podłogi.

– Pilnuj miejsca – powiedział i pieszczotliwie oderwał mu jedną mackę.

– Przynieś mi chociaż trochę gazet. Jestem głodny – odpowiedział Kky trochę naburmuszony.

Zadowolony Ffy ruszył do kuchni.

– Jak ten czas szybko płynie – pomyślał mijając leżący na suficie barometr. – Trzeba się spieszyć.

Wbiegając do kuchni nadepnął na Ggy, potknął się, rozbił wannę i popatrzył na przyjaciela. Czułki Ggy drgały nerwowo, a odwłok mienił się wszystkimi odcieniami bieli.

– Pewnie znów podjada cement, łakomczuch – pomyślał Ffy. Rozerwał mu pancerzyk, zsypał cement z powrotem do piekarnika i zdjął z wieszaka szklankę. Podstawił ją pod lampą, odkręcił żarówkę i nalał do pełna. Wydobył zza kaloryfera swój przysmak – mrożoną smółkę uranową i ruszył z powrotem. Po drodze otwarł lodówkę i szperał w niej chwilę. Odrzucił mało strawne gazety codzienne i z plikiem kolorowych tygodników dla Kky wszedł do pokoju. Wszyscy czekali już usadowieni w półkole gawędząc leniwie. Tylko Ggy pracowicie kleił pancerzyk budyniem waniliowym.

– Już pora – pomyślał Ffy. Usiadł na Kky, wstał, wyrzucił szpilkę, usiadł wygodniej i raz jeszcze rozejrzał się dokoła.

– Wszystko w porządku – pomyślał i włączył telewizor.

1981-03-08

* * *

 

PEWNOŚĆ

Ffy wyszedł z szafy. Spuszczona woda bulgotała i szumiała jak zwykle. Dzień też był jak zwykle. Nic nowego, a jednak czuł wyraźnie, że czegoś mu brak. I musiał przyznać, że trochę mu ten stan przeszkadzał. Zaczął więc spacerować po pokoju: wolno, leniwie. Pełny relaks!

Tymczasem w kącie pod laserem leżał Ggy. Opalał się cierpliwie wachlując skrzelami.

– Czy mógłbyś mnie podrapać? Swędzi mnie łopatka – zaczepił przechodzącego Ffy.

Ten kiwnął głową, wyjął swędzącą łopatkę i podszedł do szlifierki,

– Jeszcze, jeszcze – pokrzykiwał Ggy z zadowoleniem.

Ffy odrzucił mu łopatkę i począł dalej spacerować po pokoju. Zupełnie nieświadomie robił to coraz bardziej nerwowo, coraz szybciej. Była to normalna reakcja na intensyfikację myślenia. A dręczący go problem był chyba wyjątkowo poważny. Myślał więc i chodził coraz szybciej i szybciej. Huknęło, gdy przekroczył barierę dźwięku, zatrzęsło całym domem. Posypały się cegły z sufitu i Hhy drzemiący w klimatyzatorze. Musiał być wściekły, sądząc po czekoladowo zabarwionej trąbie. Nie namyślając się zbyt długo chwycił ołowiany wzorzec megatony i postawił na drodze Ffy.

Ten zatrzymał się. Małym grzebykiem zeskrobał się z wzorca i podłączył do sprężarki. Z zadowoleniem pompował kolejno wszystkie segmenty i kończyny poświstując przy tym i pomrukując. Gdy skończył, postanowił jednak wziąć coś na uspokojenie. Wlazł do pojemnika na odpadki, odnalazł apteczkę i wyjął flaszkę z nitrogliceryną. Łyknął potężnie, potem jeszcze raz i podskoczył dla lepszego efektu.

Gdy opadł z powrotem, zastał Ggy i Hhy muzykujących z zapałem. Jeden dmuchał potężnie w korkociąg, drugi buczał do wtóru podłączywszy się do kontaktu. Jednocześnie obaj błyskali rytmicznie oczami.

Ffy zbyt dobrze znał swych przyjaciół, by ryzykować przerwanie im koncertu. Sięgnął więc do piekarnika i wyjął nauszniki. Niestety, nic nie pomogły. Odnalazł więc obcęgi i począł dokręcać nauszniki coraz mocniej. Gdy poczuł, że już zeszły się, a nic nie pomogły, zrezygnował i postanowił gdzieś to przeczekać. W pierwszej chwili pomyślał o fortepianie. Przypomniał sobie jednak, że już od miesiąca mieszkają tam mrówki z faraonem. Świntuchy! Pobiegł więc do kuchni i stanął przed wanną. Była pełna po brzegi. Zdziwił się trochę. Wysunął język, posmakował, zamyślił się.

– Woda królewska – pomyślał. – Może być.

Zanurkował. Gdy dopłynął do dna usiadł i rozejrzał się. Zaciekawił go nietypowy kształt korka zamykającego odpływ. Coś mu to przypominało. Powoli wracały zdarzenia sprzed kwartału. A więc choroba Ggy, konieczność natychmiastowego zatkania go i szczęśliwe dokonanie tego korkiem od wanny. A potem on, Ffy, nabrał ochoty na kąpiel. Zatkał więc wannę, jedną ze swoich nóg. I zapomniał o niej.

– No tak – pomyślał, wyciągając nogę z otworu. – Miałem jednak rację. Byłem pewien, że czegoś mi brak.

1981-03-21

* * *

 

 

ZAMIAR

Ffy wszedł do szafy.*)

 

 

__________________________________________

*)  I, jak na razie, nie ma zamiaru z niej wychodzić.

 

1981-12-05

*  *  *

WĄTPLIWOŚCI

Ffy wyszedł z szafy. Z niesmakiem i odrazą słuchał bulgotania spuszczonej wody. Po raz dwieście trzydziesty ósmy tego dnia. Czuł się źle. Bardzo. Po pierwsze bolał go brzuch. Bardzo. Jednak jeszcze bardziej dokuczał mu wewnętrzny niepokój. Dręczyło go, szarpało nerwy i trzewia bolesne uczucie niepewności, irytujące przeświadczenie, że coś wie, ale nie do końca. Czuł, wiedział prawie na pewno, że ma rację. Ale przecież do pełnego spełnienia, do absolutnego szczęścia brakowało mu tej małej kropeczki nad „i”.

A zaczęło się tak przyjemnie.

Jak każdego ranka zbudził się z głośnym chrzęstem. Serdecznie złamał kark małemu Ggy, który – też jak zwykle – pięć razy umierał ze śmiechu, nim jako tako poskładał się do kupy. Trochę niedokładnie tym razem, ale trudno. Ggy zawsze był bałaganiarzem.

Ffy poszedł do łazienki. Z góry już cieszył się na tę poranną przyjemność. Ślinka mu ciekła na samą myśl i powoli wsiąkała w dywan. Tego dnia Ffy był jednak w nastroju dobroczynnym. Przemoczony dywan wydał mu się bardzo nie na miejscu. Energicznie zwinął go więc w rulon i wycisnął przez okno. Z nostalgią popatrzył na wypadającego z długich, wełnianych frędzli wyżętego dywanu Kky.

– Osiemdziesiąt pięter – pomyślał wesoło – fajny lot.

Otrząsnął się z pustoty i ruszył do łazienki. Wszak tam czekała na niego poranna radość, uczta bogów i…  no właśnie. Jego. I tylko ten cholerny niepokój. Ta dręcząca myśl, z którą przebudził się tego ranka. Wiedział, że ma rację. Wiedział! Ale nie zupełnie. Dowód! Potrzebny mu był dowód. Tylko skąd go wziąć?

Człapiąc ociężale przeszedł przez korytarz. Wyjął ze ściany drzwi i wszedł do łazienki. Nawinął ogon na szpulę i wlazł do wanny. Czuł we wszystkich rurach i przewodach przyjemne palenie. Aromatyczny swąd spalenizny miłe łaskotał mu nozdrza.

– Oho, znowu się przegrzałem – pomyślał radośnie. – Ale będzie cyrk!

Układał się wygodnie, mościł, wiercił sapiąc z zadowoleniem. W końcu rozwarł paszczę i wytrenowanym ciosem płetwy urwał sterczący ze ściany kran. Lodowata woda królewska orzeźwiającym strumieniem runęła wprost w nadstawioną łakomie gardziel. Z wściekłym bulgotem gnała przez zakręty i zawijasy kiszek, gwiżdżąc i szumiąc na zakrętach, studząc przyjemnie rozpalone wnętrze. Gęste tumany pary natychmiast wypełniły ciasne wnętrze. Znowu kłopoty z wentylacją. Ffy oderwał sobie kawałek ramienia i cisnął w stronę drzemiącego na lampie Hhy. Trafiony w czoło przyjaciel zatrzepotał nerwowo powiekami i jęknął smutno. Wziął się jednak za oddychanie i już po kilku minutach stężenie oparów osiągnęło zwykły zabójczy poziom.

Ffy przeciągnął się i ułożył wygodniej. W otwartą paszczę szerokim strumieniem lał się ulubiony smakołyk. Rozkosz. Przyjemność. Cudownie… ale nie całkiem. Znów wróciły dręczące go od rana wątpliwości. Zamyślił się głęboko, zadumał. Jak dotrzeć do prawdy? Jak pozbyć się wątpliwości?

Myślał.

Po kilku godzinach wyrwało go z zamyślenia uczucie niezwykłej ociężałości. Wyciągnął łapę, wygrzebał spod wanny kosiarkę do trawy i zdrapał sobie powieki. Rozejrzał się wokół zaskoczony. Przyglądał się samemu sobie nie mogąc wyjść ze zdziwienia. Skąd taka zmiana? Co się stało? Zamiast zgrabnego, płaskiego brzuszka widział przed sobą potworny, monstrualny, żółty balon.

– Czy to ja, czy nie ja? – pomyślał.

Już po godzinie zrozumiał. Z radości ściągnął z lampy Hhy i prasnął nim o ścianę. Huk.

– Znowu trzeba będzie murować – pomyślał rozbawiony.

Najważniejsze, że już wszystko wiedział, zrozumiał. To tylko kilkanaście ton wody królewskiej wlało mu się do brzucha. Zamyślił się ponad miarę i oto skutki. Myślenie szkodzi. Pora więc kończyć poranne przyjemności. Z niezwykłą ociężałością wygramolił się z wanny i sennym wzrokiem spojrzał na walący z urwanego kranu strumień. Coś z tym trzeba zrobić. Odpiął guziki, wydłubał wątrobę i zaszpuntował dziurę w ścianie.

Ale ociężałość pozostała. No i ten brzuch. Przeszkadzał. Utrudniał patrzenie i oddychanie.

Poszedł do szafy. Stanął nad rurą kanalizacyjną. Z trudem sięgnął pod nabrzmiałe brzuszysko i odkręcił zawór. Chlusnęło, chlupotało… Długo. Miło. Co za ulga! Tylko porozciągane powłoki, jak stare szmaty, opadły na podłogę.

Wyszedł z szafy, usiadł na kominku i zamyślił się. Powoli dojrzewała w nim decyzja. Już czas. Pora myśl przekuć w czyn. Tylko empirycznie zdoła udowodnić samemu sobie, że jednak ma rację. Poderwał się energicznie, wybił okno i wyszedł. Zdrapał się z asfaltu, posklejał i ruszył do piwnicy.

Wielkie, wilgotne, betonowe wnętrze tonęło w półmroku. Ale przeogromny zbiornik nieczystości i ścieków widać było jak na dłoni. Ostrożnie, rozsuwając delikatnie na boki stada szczurów, Ffy ruszył przed siebie. Obszedł zbiornik i odnalazł króciec spustowy. Przykręcił się do końcówki i ostrożnie otworzył zawór. Poczuł, jak zawartość zbiornika wlewa mu się do wnętrza…

Na skutki nie musiał długo czekać. Tak naprawdę nie zdążył nawet odkręcić się od króćca. Potem było trochę lepiej – korzystał z szafy. Raz, drugi… dwusetny.

No i teraz dwieście trzydziesty ósmy.

Już go to trochę zmęczyło. Był zniechęcony i rozdrażniony. Czyżby cały wysiłek na nic?

I nagle! Eureka!

Coś prztyknęło mu w głowie i zrozumiał. Jasna jak kryształ, czysta i klarowna myśl rozjaśniła mu umysł. Oto znalazł potwierdzenie. To, co czuł podświadomie, czego spodziewał się intuicyjnie, teraz potwierdziło się z całą mocą. Aż do bólu brzucha.

Ta sama woda, nawet królewska, nigdy nie smakuje tak samo dwa razy.

1995-10-21


 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« September 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 
Jesień
– jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

•   Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

•   i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

•   Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

•   Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

•   Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

•   Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

•   Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

•   Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

•   Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

•   Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

•   Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

•   Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

•   Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

•   Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

•   Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

•   Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę polska.

•   Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

•   Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

•  Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
    Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
    A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

•   Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

•   Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

•   Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

•   Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

•   Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

•   Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

•   Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

•   Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

•   Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic na to nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.

Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią.
Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna  nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!
Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

Idzie jesień, a tu próżna kieszeń.

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień, brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień, ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę
z korca deszczu, garniec błota.

Pzdrwm_Robak

PS.
Za pocztówki dziękuję (w kolejności nadlatywania z czterech stron świata):

•   Kai (ze Shqipërii);
•   Kai, Mai i Witoldowi (z Finlandii, z rejsu Zaruskim);
•   Markowi (właśnie temu ze Świdnicy, a kartka była pantomimiczna z Wrocławia!);
•   Oli, Matyldzie, Mai, Strusiowi, Zuzi i Zuzi (skądże by, jak nie z Pogorii sześć pocztówek w jednej kopercie!);
•   Karolowi (z któregoś z rozlicznych festiwali);
•   Natalii (z Lidingo w Szwecji);
•   Łukaszowi (nie powiem, skąd);
•   Magdzie i Maszy (najpierw z Grecji, później ze Złotych Gór);
•   Oli (banan z Tennessee!);
•   Zuz-Ali (z Jastrzębia, ale i ze Zdroju);
•   Martynie (ciężko powiedzieć, skąd : );
•   Mirce i Stachowi (najpierw z Gruzji, a potem z Litwy);
•   Kasi (z jej rejsu na pokładzie jednostki czterokołowej Helena);
•   Krzysztofowi, znanemu jako "Kapitan" (z wędrówki po ostępach Montany i Yellowstone);
•   Ryśkowi (z rejsu, który prowadził dookoła Sycylii);
•   Kryspinowi (z Krakowa ale z Wieliczki);
•   Dorocie, Idze i Karolowi (z Kazimierza).

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

Wrzesień – dziewiąty miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 30 dni.

Teraz powinno być, jak słowo „wrzesień” wyjaśnia etymologicznie Aleksander Brückner (pamiętamy: 1856-1939, filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny). A jeszcze np. zgrabny cytacik z Lindego.
Ale nie będzie, bo to wyjaśni każdy. Nawet ten, kto o Brücknerze i Lindem nie słyszał w życiu, a nawet ten, dla kogo zaskoczeniem jest fakt istnienia słownika języka polskiego, bo przecież jeżeli słownik – to z jakiegoś na jakiś, a nie z naszego na nasze.

„Wrzesień” – bo wrzosy, według logiki Stacha Matysiaka:

że jest Polna – bo pole,
że jest Dolna – bo w dole,
a na Piwnej jest piwo,
a na Krzywej jest krzywo.

(czy ktoś jeszcze wie, o czym i o kim ja mówię?).
I tak już będzie z nazwami miesięcy do końca roku

Jednak Brückner i wrzosy swoją drogą, a mnie wrzesień kojarzy się ze szkołą (komu nie?), a jeszcze i z piosenką:

minął sierpień, minął wrzesień,
już październik i ta jesień…

Czemu akurat ten tekst klika mi na wrzesień, a nie na październik czy sierpień – nie wiem, ale to nie ma znaczenia: ma za to fakt, że większość mojej generacji jest z Przybory, a jak kto nie wie, o co chodzi – niech poszuka, to też będzie.

Staropolskie warianty nazwy dziewiątego miesiaca podaje Kopaliński: świętomichalski (od dnia św. Michała, 29 IX) i pajęcznik, od babiego lata.

Większość języków europejskich nazywa dziewiąty miesiąc roku wariantami wyrazu zapożyczonego z łaciny: September.
Z pozoru mało to logicznie, bo septem to po łacinie ‘siedem’ a septimus – ‘siódmy’, ale to nie błąd a archaizm: September był w kalendarzu rzymskim miesiącem siódmym, ale tylko do roku 46 p.n.e., kiedy to Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius) i cała numeracja cofnęła się o dwa oczka.

 

Cerkiew prawosławna obchodzi we wrześniu początek roku liturgicznego.

 

Rocznice wrześniowe

 

1 września „roku pamiętnego” wiadomo co było: „napadł wróg na Polskę z kraju sąsiedniego”.
Na czym się, niestety, nie skończyło.

 

 

3 września 1941 urodził się Stan Borys, wokalista, kompozytor, aktor i poeta.
Jako Stanisław Guzek był współzałożycielem legendarnej polskiej supergrupy Blackout (która po jego odejściu zmieniła nazwę na Breakout). Z Blackoutami Stan śpiewał takie przeboje jak „Anna” czy „Studnia bez wody”. Kto nie słyszał, jak kilkadziesiąt tysięcy ludzi zgromadzonych na stadionie na koncercie recytuje ze Stanem parlando z „Anny” (…kiedy wstępowaliśmy po schodach, kładłem pod twoje stopy poduszki dłoni, za poręcz miałaś moje ramiona i stawało się okno prosto w słońce; tekst: Bogdan Loebl) – ten niczego nie słyszał!
Później przyszła kariera solowa i megaprzeboje: „Jaskółka uwięziona” i „To Ziemia” – wersje oryginalne znajdziecie bez problemu na YouTubie. Jeśli kto powie, że podczas słuchania „Jaskółki” ciarki nie przelatywały mu po plecach – uwierzę tylko tym, dla których życie kulturalne poza piłką nożną nie istnieje.
Stan długo mieszkał w USA, ostatnio wrócił do Polski, ale koncertuje, komponuje i śpiewa po obu stronach oceanu.

Stan – ad multos annos!!!
Tobie i Twojej Annie!
I mega uściski!

 

 

6 września 1831 – podczas obrony Warszawy w powstaniu listopadowym wylatuje w powietrze fragment wolskich zachodnich fortyfikacji stolicy – Luneta Nr 54, a wraz z nią – wg Adama Mickiewicza – dowódca artylerii tzw. reduty, ppor. Konstanty Julian Ordon.

W rzeczywistości Ordon, poparzony podczas wybuchu, żył jeszcze 56 lat, dokonując czynów żołnierskich (walczył m.in. w oddziałach Garibaldiego) i pedagogicznych (był profesorem języków nowożytnych).
Historia zachichotała, gdy Ordon – wskutek niechęci innych ochotników – zrezygnował z wstąpienia do Legionu Mickiewicza, tworzonego we Włoszech przez poetę w 1848 i zaciągnął się do Legii Lombardzkiej.

Z Mickiewiczem Ordon spotkał się podobno raz – w 1855, w Burgas. Miał wtedy podejść do niego i powiedzieć: „Jam jest porucznik Ordon, któregoś pan na tamten świat wyprawił”.
W liście do Władysława Mickiewicza Ordon pisze, że „Adam się roześmiał” i obaj się uścisnęli. Ale czy to spotkanie, nigdzie indziej nie relacjonowane, rzeczywiście się odbyło – nie wiadomo.

Ordon popełnił samobójstwo we Florencji 4 maja 1887. Żył długo, ale nie przeżył romatycznie-patriotycznych fanatyków, którzy ucieszyli się z jego śmierci. Za życia bowiem wielokrotnie spotykał się z niechęcią i zdziwieniem: „Jakże to? Taki symbol, taki bohater, taki niezłomny, tak pięknie dla Ojczyzny się poświęcił – a żyje?”

Z wierszem Reduta Ordona (1832) wyniknął zaś galimatias dodatkowy. Utwór nosi podtytuł „Opowiadanie adiutanta”, gdyż Mickiewicz posłyszał całą historię od przyjaciela – Stefana Garczyńskiego, walczącego podczas obrony Warszawy i widzącego, choć z daleka, eksplozję reduty.
Mickiewicz posłyszał, zapisał i wydał.
Oto jednak rok później śmiertelnie chory Garczyński – też poeta i to dobry, bardzo przez Mickiewicza ceniony – poskarżył się przyjacielowi, iż został pominięty przy Reducie jako współautor, choć przecież rymy i obrazy były jego.
Jaką odpowiedź usłyszał – nie wiadomo, jednak do drugiego tomu poezji Garczyńskiego (1833) redagujący wydanie Mickiewicz Redutę Ordona dołączył z dopiskiem:

Wiersz ten, pisany pod wpływem opowiadań Garczyńskiego, umieszczam między dziełami przyjaciela jako wspólną naszą własność.

Na taką interpretację zżymał się syn i biograf poety, Władysław:

Uroił sobie p. Leonard Niedźwiecki, że Reduta Ordona jest pióra Garczyńskiego, nie Mickiewicza i od czasu do czasu wyrywa się z tem nieuzasadnionem twierdzeniem w różnych pismach polskich. Sama olbrzymia różnica formy w poezyach Adama i Garczyńskiego, byłaby dowodem dostatecznym, a przypuszczenie, że Adam okradł najlepszego przyjaciela z promyka należnéj mu chwały, upada samo przez się. […]
A sam Garczyński z Bazylei 17 Czerwca 1833 pisze do Turny: „Do drugiego (tomu) przyłączył Mickiewicz swoję Redutę Ordona.”
[Korespondencya Adama Mickiewicza wydanie 1872 r. t. II. str. 283.]

Zważywszy, że edytorem Korespondencji Adama był Władysław Mickiewicz, za owo „swoję” grosza bym nie dał. Artur Wołyński wszak pisał do niego otwarcie:

[…] Cię ludzie obwiniają, ze dokumenta fałszujesz przez obcinanie i przerabianie ustępów, które Ci się nie podobają, że […] właścicielowi oddajesz udatne facsimilia z nadwerężonym tekstem.

Do tego „różnica formy” nie zawsze (w odniesieniu do Reduty Ordona) jest aż tak wielka. Wreszcie, mając na uwadze jego stronniczość biografa-hagiografa, sarkanie owo – bo ojcowskiego dopisku już się nie dało usunąć ani zniszczyć – wydaje mi się sztuczne.

 

 

7 września 1824 – piorun kulisty zabija Augusta Bécu, pracownika naukowego i administracyjnego Uniwersytetu Wileńskiego. Zatrudniony w państwowej uczelni siłą rzeczy był po tej samej stronie barykady co władze rosyjskie i kurator wileńskiego okręgu szkolnego senator Nikołaj Nowosilcow. Nic dziwnego, że uwięzieni wówczas filomaci i filareci uważali dr. Bécu za zdrajcę i sprzedawczyka. Tak też przedstawił go – pod postacią Doktora – Mickiewicz w III Części Dziadów.
Prywatnie mąż Salomei primo voto Słowackiej i ojczym jej syna Juliusza, doktor (był chirurgiem i profesorem medycyny) Bécu nie byłby wart szczególnej tu wzmianki, gdyby nie użyty przy Wiośnie Mickiewiczowski cytat, w którym Nowosilcow stara się wytłumaczyć śmierć swego zausznika bez włączania czynników nadprzyrodzonych:

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.

Po raz kolejny widać, że Mickiewicz do dat i faktów specjalnej wagi nie przywiązywał. Co wolno wieszczowi…

 

 

8 września kościół katolicki obchodzi Narodzenie Najświętszej Maryji Panny, zwane w tradycji ludowej święto Matki Boskiej Siewnej, bo zaczynał się najlepszy czas do siewu ozimin.
Można by ogłosić konkurs: kto wie, co to jest „ozimina”? No to ogłaszam, tyle że proszę o nienadsyłanie odpowiedzi.
Lud wierzył także, że tego dnia jaskółki zagrzebują się w mule rzek i jezior, by tam przetrwać zimę.

 

 

11 września 2001 terroryści skasowali dwa wieżowce World Trade Center w Nowym Jorku i kilka samolotów. Skutki tego czujemy do dziś.

 

 

15 września 1974 – „wystawa spychaczowa” (Бульдозерная выставка), którą moskiewscy malarze awangardowi zorganizowali przy skrzyżowaniu ulic Profsojuznej i Ostrowitianowa w Bielajewie, na peryferiach Moskwy.

Gdy zerkniemy na to, co wówczas działo się w sztuce polskiej (a był to okres zwany „średni Gierek”), to wierzyć się nie chce, że za wschodnią granicą, w Sojuzie, w owym czasie obowiązywał wciąż (no dobrze: może nie tak do końca, ale...) socrealizm. Co prawda za odstępstwa od tej doktryny już nie rozstrzeliwano, ale na „pacykarzy i ich bohomazy” wysyłano spychacze na przykład. Tak właśnie jak w 1974 w Moskwie.

Wystawiający socrealizmu nie uznawali, w związku z czym jedynym miejscem, gdzie mogli zaprezentować swoja twórczość „masowemu odbiorcy” (Bułhakow w podobnym kontekście użył frazy зрительская масса), była ulica.

Warto wspomnieć nazwiska przynajmniej inicjatorów akcji, by czas ich nie zaćmił i niepamięć – jako że ryzykowali sporo (ponadto sporo nazwisk z tego grona to przyszłe tuzy malarstwa światowego):

Igor Cholin, Nadieżda Elskaja, Witalij Komar, Lidia Mastierkowa, Aleksander Mełamid, Władimir Niemuchin, Oskar Rabin i jego syn Aleksander Rabin, Jewgienij Ruchin, Wasilij Sitnikow, Boruch Sztejnberg, Walentin Worobjow, Jurij Żarkich oraz kolekcjoner sztuki Aleksander Glezer.

Przy okazji: wyguglujcie hasło „Komar & Melamid”! Gdy zobaczycie, co ten duet malował później, daję słowo: nie powstrzymacie się od śmiechu.

Do inicjatorów dołączyli inni, ale jest ich zbyt wielu, by tu wymieniać.

Wystawa przyciągnęła oczywiście okolicznych mieszkańców, ale organizatorzy mieli lepszy pomysł: zawiadomili o wydarzeniu korespondentów zagranicznych akredytowanych w Moskwie.

Władza – jak to władza, której sie wydaje, że może wszystko, a zwłaszcza władza sowiecka – zareagowała szybko, z gracją słonia w składzie porcelany i bezmyślnie: pół godziny po otwarciu przyjechały trzy spychacze, armatka wodna i ciężarówki z milicjantami – oczywiście w cywilu – podającymi się za ogrodników-aktywistów, którzy akurat w niedzielę i akurat w tym miejscu mieli porządkować tereny zielone (technika znana i opanowana do perfidii, patrz: polski Marzec 1968 i ORMO-wców przebranych za „robotniczy aktyw”).

Ogrodnicy, jako zdrowy element klasy przodującej, wystąpili w obronie wartości i pryncypiów. Było niszczenie obrazów, polewanie wodą, pałowanie (pałka – jak wiadomo – to nie tylko bijące serce Partii, ale i przedmiot codziennego użytku ogrodnika). Oberwali też dziennikarze, ale to chyba zagranicznych żurnalistów bardziej ucieszyło niż zmartwiło, bo w tej sytuacji materiał pisał się sam.

Były oczywiście aresztowania, a na komisariacie porucznik milicji (imię i nazwisko znane, ale nie będę go upamiętniał) powiedział: „Trzeba by was zastrzelić, tylko naboi żal!” (Стрелять вас надо! Только патронов жалко…).

W prasie zachodniej się zagotowało. Na tyle, by breżniewowski beton nieco skruszał i władze zgodziły się, by 29 września (tegoż 1974 roku) niepokorni artyści wystawili swoje prace na placu w Izmajłowie.

Skąd ta szybkość decyzji? Może partyjni czynownicy, przekonani o skuteczności działań swych sił porządkowych myśleli, że zniszczono wszystkie obrazy i w tak krótkim terminie malarze nie zdążą namalować nowych?

Wystawa izmajłowska trwała 4 godziny i zwiedziło ją około półtora tysiąca widzów, a zagraniczne media skwitowały to tytułami: „pół dnia wolności”.

To ostatnie nie powinno mylić: Zachód bardzo skrupulatnie przestrzegał ustalonego w Jałcie (luty 1945!) porządku; poczynania sowieckiego hegemona – tak w ZSRR jak i w państwach satelickich – nigdy nie spotykały się z czymś więcej niż z chwytliwymi, bo rozpaczliwymi, nagłówkami w zachodniej prasie.
Reakcja inna przyszła dopiero wtedy, gdy Gensek – przekonany o indolencji i pasywności Zachodu – posłał swą armię do Afganistanu, o którym w Jałcie (ani nigdzie indziej) mowy nie było.

„Spychaczowa wystawa” była kolejną w łańcuchu ekspozycji nieprawomyślnej sztuki, która w ZSRR nazywana była awangardową, a wg kryteriów zachodnich była zaledwie echem modernizmu.
Nie sposób nie westchąć: cóż za regres w porównaniu z latami 20-tymi XX wieku, gdy rosyjska awangarda artystyczna na wszystkich polach odsadzała Zachód o dziesięciolecia.

Pierwszą z serii „wystaw rozpędzonych” była ekspozycja „Nowa Rzeczywistość" w moskiewskim Maneżu, rozpędzona przez Nikitę Chruszczowa 1 grudnia 1962. Przeczytacie o tym w grudniu, tu tylko dodam, że wśród utrwalonych w piśmie i na taśmie określeń użytych przez Nikituszkę były słowa «дерьмо» (łajno), «говно» (gówno), «мазня» (bohomaz) i zdania: „Wy co: malować nie umiecie? Mój wnuk ładniej rysuje! Wy co: mężczyźni czy pederaści przeklęci? Macież wy sumienie? Zabronić! Skończyć z tym świństwem! Nakazuję! A zwolenników wyplenić, z radia, telewizji, prasy, wszystkich!”

Z Chruszczowa jednak było ludzkie panisko, bo mógł na przykład zrywać obrazy ze ścian i je deptać, a jednak świadkowie zgodnie twierdzą, że nie zrywał ani nie deptał.

I jeszcze jedno: realizm socjalistyczny przetrwał w ZSRR jako oficjalna doktryna artystyczna do lat 80-tych XX wieku.

 

 

16 września – Dzień Niepodległości Meksyku, ustanowiony dla upamiętnienia mowy zwanej „Wołanie z Dolores” (Grito de Dolores), którą tego dnia w 1810 r. wygłosił Miguel Hidalgo y Costilla, proboszcz parafii Dolores, rozpoczynając narodowe powstanie antyhiszpańskie.
Powstanie w sumie wygrało, ale wpierw (31 lipca 1811) Hiszpanie rozstrzelali księdza Hidalgo, a dla zapobieżenia herezji obcięli mu głowę i wystawili na widok publiczny, co – jako ludzie pobożni i dobrzy chrześcijanie – uczynili dopiero po egzekucji.

 

 

17 września „roku pamiętnego” napadł wróg na Polskę z drugiego kraju sąsiedniego, o czym przez prawie pół wieku wolno było mówić oficjalnie tylko jako o dobrosąsiedzkiej pomocy.
Gdyby wówczas było znane pojęcie „konwoju humanitarnego”, to z pewnością tak by się to nazywało.
Od 1991 polski Związek Sybiraków obchodzi w tym dniu Światowy Dzień Sybiraka.

 

 

18 września ­1970 – umiera Jimi Hendrix (ur. 27 listopada 1942), jeden z najbardziej wpływowych muzyków i kompozytorów wszechczasów. Nie podejmuję się opisać, i to jeszcze w krótkich słowach, czego dokonał, więc napiszę tylko, że bez niego muzyka dziś zdecydowanie nie byłaby taka sama.
Tym, którzy coś słyszeli, ale nie słuchali, radzę zacząć chocby od YouTube i zapisów dwóch utworów w wykonaniu Hendrixa: „Wild Thing” (festiwal Monterey Pop, 1967) i „Star Spangled Banner” czyli hymn amerykański (Woodstock, 1969) – koniecznie w tej kolejności!
A później najlepiej obejrzeć filmy z tych festiwali i przesłuchać wszystkie płyty, które Jimi nagrał za życia (ostatnia, Cry of Love, ukazała się po jego śmierci, ale zdążył ją skończyć).

 

 

19 września ­– członkowie Kościoła Latającego Potwora Spaghetti obchodzą Międzynarodowy Dzień Mówienia po Piracku. Można i tak, czemu nie – wśród ulubionych lektur nie tylko mojego dzieciństwa był Kapitan Blood, Wyspa Skarbów i Sokół morski. I Hornblower oczywiście, choć on nie pirat, a wręcz odwrotnie.

 

19 września 1985, 07:17:50 czasu lokalnego – trzęsienie Ziemi o sile 8,1 w skali Richtera zabija co najmniej 30 tysięcy ludzi w mieście Meksyk, a samo miasto demoluje: ponad 400 wielopiętrowych budynków rozpada się całkowicie, ponad 3 tysiące (w tym kilkanascie szpitali) jest poważnie uszkodzonych. Dane powyższe są zbliżone do oficjalnych, a trzeba pamiętać, że wg innych ocen liczby tu przedstawione trzeba popodwoić lub potroić (niektóre raporty mówią o ponad 50 tysiącach zabitych).
Wstrząsy trwały od 3 do 5 minut. Epicentrum znajdowało się pod dnem Pacyfiku, mn.w. 350 km od miasta.
Tragiczny wstrząs wrześniowy poprzedziło trzęsienie 28 maja (5,2), po nim nastąpiły dwa powstrząsy (20 września – 7,5 i 30 kwietnia 1986 – 7,0).

 

19 września 2017, 13:14:40 czasu lokalnego – trzęsienie Ziemi o sile 7,1 w skali Richtera wstrząsnęło miastami Meksyk i Puebla (tuż obok epicentrum). Agencje podają, że liczba ofiar to co najmniej 300 osób. Liczba uszkodzonych budynków idzie w setki. Najbardziej ucierpiała północna część stolicy, w okolicach międzynarodowego lotniska im. Benito Juareza.
Przyjaciel z Meksyku napisał w emailu zaraz po wstrząsach:

O 11:00 zawył alarm, żona woła „Pospiesz się, trzęsie!”. Wszyscy wyszli z domów, a tu nic… Okazało się, że to był próbny alarm, w rocznicę trzęsienia z 1985. Wróciliśmy do domu. Po pierwszej, właśnie miałem zacząć ćwiczyć na saksofonie, a tu…! Bez alarmu, bo epicentrum było tuż tuż. Żona nie mogła złapać psa, tynk leciał ze ścian, budynek trzeszczał, trudno było ustać i biec po schodach. Było krótko, ale zdrowo. Mówią, że 7,1. Później się okaże…

I nad ranem dnia następnego:

Nie śpimy. Zaraz po wysłaniu wiadomości do Ciebie poszło światło i wróciło dopiero przed chwilą.
Dzwoniła córka: „Nie mamy domu! Nie zawalił się, ale nie pozwalają tam wejść." Potem telefony ogłuchły, może rano dowiemy się czegoś więcej. Nie możemy do nich pojechać, bo miasto to jeden korek i chaos, komórki nie działają.

Wstrząsami poprzedzającymi była seria trzęsień w dniach 7-12 września 2017 (epicentra w stanach Chiapas i Oaxaca) o sile od 5,0 do 8,1 w skali Richtera.
Skutki najsilniejszego z tych wstrząśnięć (8,1 R), 7 września 2017 o godz. 23:49:18 (czas lok.), odczuły miasta Juchitán de Zaragoza (ucierpiało najbardziej), Meksyk, Oaxaca, Puebla, Acapulco, Colima, Guadalajara, Tabasco, Veracruz.

 

Wystarczy już tych rocznic.

 

We wrześniu wypada na półkuli północnej równonoc (ekwinokcjum) jesienna.
W roku 2017 dniem równonocy jest 22 września.
Słońce wstaje w tym dniu dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie.
Rozpoczyna się wtedy jesień, co rozpostrze melancholii mglisty woal.

 

Znaki Zodiaku we wrześniu:

Panna (♍) – do 21 września
Waga (♎) – od 22 września.

O złowieszczej perfekcyjności Panien już było, ale jeśli ktoś myśli, że Wagi są lepsze, to się myli:

Wagi mają krótką pamięć i wzrok, dwie lewe ręce, tępy słuch i dowcip, ambicje zawodowe i poczucie humoru w zaniku.
Nie mają natomiast szczęścia do pieniędzy, powodzenia w miłości, rozumu i zdrowia.

Czarny pijar jest nadzwyczaj dla Wag łagodny, bo – co tu kryć – trzeba więc mieć prawdziwego pecha, żeby urodzić się pod znakiem Wagi.
Dalej w Zodiaku będzie jeszcze gorzej, dopóki nie nastanie słoneczny i radosny miesiąc Bliźniąt, by w tym znaku mogły się urodzić osoby wyjątkowe i wybrane.

 

Kwiaty września:

niezapominajka (Myosotis L.) – po łacinie zwana „mysie ucho”, a po angielsku forget-me-not, co jest kalką z francuskiego ne m’oubliez pas i znaczy to samo: „nie zapomnij mnie”. Symbolizuje pamięć.
Kwiatek jest delikatny i ładny, ale nawet to nie przeszkadza rodzimym botanikom używać w jego opisie wyrazów, za które w pierwszym lepszym barze można zdrowo oberwać. No wpadłoby Wam do głowy używać wobec kogoś określeń takich jak: „krótko owłosiony”, „skrętoległy”, „skrętka”, „przysadka”, „osklepek”, „nitkowata szyjka”, „znamię słabo rozszerzone”, „rozłupnia”, „podługowatolancetowaty”, „skręcony w pączku”, „zalążnia” – i liczyć, że ten ktoś się nie obrazi?

Angielska Wiki przytacza średniowieczną legendę o rycerzu, który przed wyprawą poszedł ze swą donną na przechadzkę wzdłuż brzegu rzeki i zapragnął wręczyć jej bukiecik niebieskich kwiatuszków. Nie pomyślał jednak o wektorach i momentach: zbroja więc przeważyła, a rycerz wpadając do wody zdążył przed utonięciem tylko zawołać: „Ach, nie zapomnij mnie-e-e-e-e…!”
Wiki nie wartościuje (choć podaje, że był to rycerz niemiecki), ale sądzę, że gdyby to było dziś, topielec uzyskałby Nagrodę Darwina (tak, topielec, bo za życia można tę nagrodę dostać tylko w bardzo specyficznych okolicznościach): kto na randkę idzie zakuty w zbroję?

 

wilec (Ipomoea L.) – polska botanika też nie oszczędza go w opisie, ale tu już można ją bardziej zrozumieć: po prostu stara się być politycznie poprawna. Wilec ma bowiem kwiaty o pięknych barwach i kształcie, ale zawiera w sobie alkaloidy i to nie byle jakie, bo LSA i LSD, te zaś wywołują wiadomo co (ale biegunkę też).

 

aster (Aster L.) – piękna nazwa, bo od greckiego ἀστήρ astér czyli gwiazda. I piękny kwiat, oznajmiający nieuchronne nadejście jesieni.
Powiało poezją, nie? No to teraz proza:
była i Rewolucja Astrów, zwana tak właśnie od kwiatów noszonych przez rewolucjonistów.
Która rozpoczęła się 31 października 1918 na Węgrzech, trwała dwa tygodnie, a zakończyła się proklamowaniem Węgierskiej Republiki Demokratycznej.
Którą w marcu 1919 utopił we krwi Czerwony Terror rewolucji węgierskiego bolszewika Béli Kuna.
Którą w sierpniu tego samego roku utopił we krwi Biały Terror Miklósa Horthy’ego i interwenci z Rumunii.
Ale w wazonie astry wyglądają bardzo malowniczo.

 

Kamień września:

szafir – co tu dużo mówić. By przekonać się, jaki może być szafir, trzeba znaleźć fotografię (a najlepiej kilka) szafiru Logana (the Logan Sapphire) – broszy przechowywanej w Muzeum Historii Naturalnej Smithsonian w Waszyngtonie z szafirem wielkości kurzego jajka, o wadze 423 karatów (84,6 g), który znaleziono na Sri Lance. Jedna fotografia jest więcej warta niż tysiąc słów.
<http://geogallery.si.edu/index.php/10002687/logan-sapphire>
Ofiarowywany jest na 45. – szafirową – rocznicę ślubu, więc szanse dostania go z tej okazji są raczej nikłe. Ale jeśli ktoś mieszka lub przebywa w okolicach Karpacza, zwłaszcza w Kruczych Skałach nad Płomnicą, albo w Górach Izerskich – niech ma oczy szeroko otwarte i młotek (geologiczny) ze sobą.

W zeszłym miesiącu było o sardoniksie, który wg św. Jana zdobi piątą warstwę fundamentu pod murem Miasta Świętego – Jeruzalem, co zostało potwierdzone na piśmie w Apokalipsie (21:20). Szafir jest cenniejszy, bo ozdabia warstwę drugą (21:19) i trudno się spierać, skoro napisane.
Z kolei Juliusz Słowacki na tronie szafirów posadził samego Pana Boga (i to uśmiechniętego, choć złośliwie), więc skoro pisał (Kordian, akt III, sc. 4) – to musiał wiedzieć, a może nawet widzieć.

A na opis warstwy pierwszej fundamentu Jeruzalem musicie poczekać do marca.

 

Refleksje o wrześniu?

Trudno będzie…
W PRL były kiedyś plakaty (sam widziałem) „Nigdy więcej września”, co bez wymienienia roku brzmiało dość makabrycznie i natychmiast, wbrew wszystkiemu, stało się przedmiotem żartów.

Gdy sobie pomyślę, że publikując to wszystko w sieci jestem częścią „wiecznego września”, to mi się nie robi zbyt raźnie na duszy, bo nigdy nie lubiłem biegać w stadzie.
Śliwki węgierki są smaczne, ale zaraz zaczyna się jesień więc będzie plucha, ciemno, wietrzno, ponuro.
Jedno co było pozytywne, to początek roku szkolnego. Podstawówki nie pamiętam, ale w liceum chodziłem do klasy z taką ekipą, że żal było każdego opuszczonego dnia, bo wtedy zawsze umykało coś ciekawego, więc koniec wakacji wcale nie był taki smutny, jak w piosenkach.

 

Imieniny we wrześniu wymieniam wyłącznie z powodów prywatnych

• Stefan i Stefania (2 IX)
• Michał (29 IX)
Wszystkiego najlepszego!

 

Wrześniowe imprezy urodzinowe, na które mógłbym się załapać wyłącznie teoretycznie, urządzają:

• 15-go – Mietek, z którym, nie wyobrażam sobie, by mogło być smutno;
• 24-go – Wouter – mieszka za daleko, bym mógł wpaść;
• 25-go – pewna Bożena – mieszka jeszcze dalej, a poza nawet gdybym wpadł, to bym złożył życzenia imieninowe, bo urodzin damom się nie wypomina. Dlatego już żadnych innych urodzin nie wspomnę (a byłoby co wspominać! :)
Najserdeczniejsze życzenia!
Urodzinowe i imieninowe!
STO LAT!

 

Śluby i wesela we wrześniu:
mówią (a skoro mówią – to wiedzą), że miesiące dobre do żeniaczki mają mieć w środku „r” (dziąsłowe i wibrujące).
No cóż, nie ma co owijać w bawełnę: „rz” to jednak nie „r” – choć od niego pochodzi ale jest pochodne od „r” miękkiego. Na pewno nie jest to „ż”, bo – o czym niektórzy wiedzą – na ogół wymienia się na „r” jak nie w obrębie polszczyzny to innych języków słowiańskich (jak jest wrzesień po białorusku, bułgarsku i ukraińsku zobaczycie niżej). Czyli trochę tak, a trochę nie. Wasze ryzyko. Chyba, że komuś chce się jechać do Mińska, Lwowa czy Warny.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
dziewiąty miesiąc roku to:

białoruskiверасень [vierasień]
bośniackiseptembart
bułgarskicептември [septembri]
chorwackirujan
czeskizáří [zarzi]
kaszubskiséwnik (też: sewan, wrzesnik, wrzeséń)
litewskirugsėjis
łatgalskirudiņa
łotewskiseptembris
łużycki (dolny)požnjeńc
łużycki (górny)september (też: požnjenc)
macedońskicептември [septembri] albo гроздобер [grozdobier]
rosyjskiсентябрь [sientiabr’]
serbskicептембар [septembar]
słowackiseptember
słoweńskiseptember
ukraińskiвересень [vieriesień]
żmudzkisiejė

 

Przysłowia związane z wrześniem:

Gdy nadejdzie wrzesień,
wieśniak ma zawsze pełną stodołę i kieszeń.

Gdy we wrześniu się w ziemię
głęboko wgrzebują robaki,
sroga zima nadchodzi
i mróz nie byle jaki.
[bardzo to przysłowie lubię]

Gdy wrzesień bez deszczów będzie,
w zimie wiatrów pełno wszędzie.

Jaki pierwszy wrzesień,
taka będzie jesień.

Jeśli wrzesień będzie suchy,
październik nie oszczędzi nam pluchy.

Kiedy wrzesień przyniósł jesień,
to i zboże młócą;
jedni sobie trą na żarnach,
drudzy na targ włóczą.

Kiedy wrzesień, to już jesień,
wtedy jabłek pełna kieszeń.

Oto wrzesień, bliska jesień!

Skoro wrzesień, to już jesień,
ale jabłek pełna kieszeń.

Tego wrzesień nie doparzy,
czego sierpień nie dowarzy.

We wrześniu tak jak w sierpniu
tylko dni są krótsze.

We wrześniu tłuste ptaki,
mróz w zimie nie byle jaki.

Wrzesień – jesień.

Wrzesień chodzi po rosie,
zbiera grzyby we wrzosie.

Wrzesień przynosi jesień.

Wrzesień, a jaka kieszeń?

Wrzesień,
leniwiec wsadza ręce w kieszeń.

Wrzeszczy wrzesień, że jesień.

Wrześniowa słota:
miarka deszczu, korzec błota.

 

Przysłowia na:

św. Idziego (1 IX)

Gdy na św. Idzi ładnie,
śnieg na pewno późno spadnie.

Św. Idzi w polu nic nie widzi.

 

Matkę Boską Siewną (8 IX)

Gdy na Siewną błękitnie,
wtedy wrzos pięknie kwitnie

 

św. Nikodema (15 IX)

Pogoda na Nikodema
jest, albo jej nie ma.

[No jasne. Marynarze mają podobne:
Kiedy ptak na wodę siędzie, pogoda będzie, albo nie będzie.]

 

św. Franciszka (17 IX)

Na św. Franciszka
odlatuje pliszka.

Na św. Franciszka
szuka ziarenek w polu myszka.
[Jasne, że trudno tu być specjalnie wymagającym co do rymów, ale niektóre osłabiają…]

 

św. Stanisława Kostkę (21 IX)

Jak na Stanisława Kostkę
ujrzysz śniegu drobnostkę,
to na Ofiarowanie [21 XI]
przydadzą się i sanie.

 

św. Mateusza (21 IX)

Św. Mateusz dodaje chłodu
i raz ostatni odbiera miodu.

Na Mateusza słońce grzeje,
po Mateuszu wiatr ciepło rozwieje.

 

św. Teklę (23 IX)

W dzień Tekli
będziemy kartofle piekli.

 

św. Teodora (24 IX)

Św. Teodorek
wiezie jeszcze ziarna worek.

 

św. Michała (29 IX)

Św. Michał
miedze porozpychał.

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha