Zbigniew Studziński: Ffy

 

POSŁOWIE
(które, jak na epokę postmodernizmu przystało, znalazło się na początku)

Mają swoje losy książki. Czasem duże, czasem małe – i losy, i książki.
Los i historia opowiadań Zbigniewa Studzińskiego, które właśnie przedstawiliśmy, są – z mojego przynajmniej punktu widzenia – ciekawe.

Z ich bohaterami zetknąłem się po raz pierwszy na przełomie lat 1980-1981, na Pogorii, płynącej do antarktycznej stacji badawczej im. Henryka Arctowskiego na Wyspie Króla Jerzego w archipelagu Szetlandy Południowe. Rejsu, który ze wszech miar był niezwykły, opisywać tutaj nie będę; zrobiłem to dość dokładnie – i, jak mi się wydaje, dość uczciwie – w „Pogorią na koniec świata” (Gdańsk, Wyd. Morskie, 1983), zaś drugie spojrzenie na ten sam rejs przedstawił Sławek Szczepaniak w „Przygodzie na imię Pogoria” (Łódź, KAW, 1984).

Do niniejszej opowieści niech wystarczy fakt, że na Pogorii powstała wówczas gazetka „Głos z Kubryku”. Projekt rzucił właśnie Zbyszek, ale zrealizował go Wojtek Przybyszewski, pisząc wstępniak – zatem stawiając przed faktem dokonanym resztę „piszącej” załogi i tym samym zmuszając ją do działania.
Po wydaniu pierwszego numeru byliśmy przekonani, że na tym się skończy, ale „Głos”, o dziwo, przetrwał: podczas 132 dni żeglugi wydaliśmy osiem numerów.
„Wydaliśmy” ładnie brzmi – w rzeczywistości przepisywaliśmy teksty przez kalkę na Pogoriowej maszynie do pisania marki Łucznik w sześciu egzemplarzach, bo więcej do maszyny nie wchodziło. Jeden wędrował do Kapitana, cztery rozchodziły się wśród członków redakcji, zaś ostatni – przeznaczony do czytania ogólnego – rozklejany był na stole w tzw. mesie oficerskiej, której podczas tamtego rejsu praktycznie nikt nie używał. Dla ścisłości dodam, że numer piąty był wydaniem dźwiękowym, utrwalonym wyłącznie na kasecie wysłanej z Falklandów na Stację Arctowskiego do naszych przyjaciół – Stefana Misiaszka i Włodka Ławacza – polarników, których Pogoria na Stację przywiozła.
Więzy towarzyskie między uczestnikami rejsu antarktycznego nie ustały w chwili powrotu do Polski – ba: są żywe do dziś – zaś pisemko cieszyło się poczytnością wśród załogi, stąd dwa kolejne, lądowe numery „Głosu” napisane z okazji spotkań rocznicowych: w pierwszą i piętnastą rocznicę wypłynięcia z Gdyni.

„Głos”, jak każda przyzwoita gazeta, miał swoje działy i rubryki stałe. Kolejne numery przynosiły też krótkie, utrzymane w konwencji „piurblagizmu” opowiadania, autorstwa Zbyszka Studzińskiego.

Przygody poczwarnej czwórki stworów Ffy, Ggy, Hhy i Kky, zaczynające się (prawie) niezmiennie od zdania „Ffy wyszedł z szafy”, budziły wśród czytających różne reakcje. Najżarliwszego adwersarza miały w Kuku, który – jako że potrzeba, czy choćby wyczucie absurdu było mu obce – podejrzewał w nich aluzje nie tyle do siebie, ile do podawanych potraw.
Na szczęście wątpliwości Staszka Bojaruńca – Kuka, który powinien nosić przydomek Natchniony – rozwiał kapitan Krzysztof Baranowski. Kiedy bowiem Kuk na wszystkie strony starał się zanalizować, czy kolejny odcinek przygód Ffy i zwrotka o owsiance z najnowszej piosenki nie są przypadkiem potępieniem jego działalności, Kapitan usiadł obok niego, przeczytał opowiadanie, zanucił półgłosem piosenkę i powiedział: „Zobaczysz, Stasiu – przez te teksty przejdziemy do historii”.
Kapitańskie słowo – nie dym, więc od tej chwili to właśnie Staszek najgłośniej dopominał się u Zbyszka o kolejne odcinki przygód Ffy i jego kompanii.

Publikacja w „Głosie z Kubryku” była więc prapremierowym występem czwórki przyjaciół, niezbyt co prawda poważnym, bo nawet przy największej dozie dobrej woli trudno uznać „Głos”, przypominający bardziej scenariusz programu kabaretowego niż „gazetkę pokładową”, za wydawnictwo serio.
Sprawcą premiery – a więc występu poważnego, bo w książce – byłem ja. Jednym z opowiadań Zbyszka („Kuracja”, opublikowana oryginalnie 25 lutego 1981, tuż przed wejściem do Rio de Janeiro) próbowałem w „Pogorią na koniec świata” odpowiedzieć na pytanie postawione w rozdziale poprzednim „Jak liczyć za granicą na polskiego armatora i przeżyć?”

Po tym na wiele lat zapanowała cisza. Powieliliśmy wprawdzie „Głos z Kubryku”, by – zgodnie z obietnicą – każdy uczestnik rejsu miał swój egzemplarz, zamieniłem wszystkie numery na pliki pdf, ale nic więcej się nie działo.

I oto nagle, kilka miesięcy temu, na jednym z forów żeglarskich, ku swemu najwyższemu zdumieniu, przeczytałem: „Ma ktoś może gdzieś teksty o Ffy, Ggy, Kky i Hhy?”

Napisałem, że mam i spytałem Pytającego, co mu do głowy wpadło.
Odpisał:

Poziom abstrakcji wyzierający z tekstu zamieszczonego w książce jest mi bardzo bliski :) Mam zamiar poczytać je sobie, i, jeśli to nie kłopot, wydrukować i zabrać na skok przez Atlantyk – niech się załoga rozerwie intelektualnie.

Skoro znalazł się jeden – może znajdzie się więcej? Poprosiłem Autora o zgodę na publikację, a ten zbeształ mnie za krótką pamięć, bowiem ongi upoważnił mnie do czynienia z jego tekstami wedle mojej woli. Przy okazji jednak opowiedział co nieco o najdawniejszych dziejach Ffy i jego kolegów.

Datowanie będzie trudne. Pierwszy tekst napisałem gdzieś w roku 1973. Potem na pewno napisałem jeszcze kilka, ale zdaje się, że przepadły w odmętach niepamięci. Nie mogę wykluczyć, że któryś z GzK jest jednym z nich właśnie. Prawie na pewno jest to „Kuracja”. Zabrałem ze sobą zeszyty do robienia notatek z rejsu i w niezrozumiałym odruchu włożyłem w nie jakieś opowiadania o Ffy. Nie pamiętam, ile tego było.
Nie potrafię dzisiaj określić, które na pewno napisałem na „Pogorii”, dlatego, skoro już musisz, możesz przyjąć datowanie tak, jak to uczyniłeś.
Po rejsie napisałem chyba jeszcze kilka, tak dla siebie, żeby nie wyjść z wprawy, ale chyba trafiły one w końcu do śmietnika.
W szufladach nie mam nic. Nigdy specjalnie poważnie tego nie traktowałem. Taka pisanina – bardziej dla siebie, niż dla innych.
Dla mnie jest to rozdział szalenie miły, ale zamknięty. Ffy żył krótko, ale intensywnie. Skrzydła „Pogorii” tchnęły weń nowego ducha. Potem odszedł do swojego życia, a ja zapadłem się w szarzyźnie codzienności. Historia, jakich tysiące.

Co do ostatnich stwierdzeń, pozwolę sobie z Autorem się nie zgodzić.
Zwłaszcza dlatego, że od kiedy Ffy, Ggy, Hhy i Kky zaczęli żeglować razem z nami, pytania Czytelników, napływające w trakcie zawieszania opowiadań na naszej stronie www.zeglujmyrazem.com (na ogół w tonie „co tu jest grane i o co wam – do… cholery – chodzi?”), dowodzą, że nie utracili nic ze swego wigoru.

Kazimierz Robak
piątek, 13 lipca 2012

 * * *

 

WIOSNĄ RANO

Ffy wyszedł z szafy. Jeszcze długo słyszał bulgotanie spuszczonej wody. Ciężko podszedł do fortepianu i obmył opuchniętą twarz. Kiedy energicznie wycierał się w klawiaturę, obudził śpiącego w fortepianie Ggy. Ten przeciągnął się ociężale, podszedł do lustra i dokładnie je wylizał, mrucząc z zadowolenia. Wyjął pilnik i przystąpił do porannej toalety. Oporny zwykłe i twardy odwłok piłował się tego dnia wyjątkowo łatwo. Ggy zawył z bólu dopiłowawszy się zbyt głęboko. Jego ruchoma część podskoczyła, a reszta zadymiła i przybrała pomarańczowy kolor. Śpiący pod sufitem Hhy poczuł dym, poruszył trąbą i strącił maszynę do pisania, która wpadła wprost w rozchylone skrzela Ggy. Ten, rozwścieczony, chwycił mackami płetwy Hhy i zrzucił go na podłogę. Obrażony Hhy nie odezwał się do nikogo i rozrolował się. Włożył pomięte ciało pod prasę. Wyprasowany, nasmarował się resztkami kolacji i jak co roku o tej porze wydłubał z podłogi swego najlepszego przyjaciela Kky. Potem pracowicie pomagał mu pozaplatać wszystkie kończyny w gustowne warkoczyki, zgodnie z panującą modą. Obaj przyjaciele otwarli okno i wyskoczyli na spacer. Wrażliwy na przeciągi Ffy wydął podgardle, zaryczał i z wściekłością zatrzasnął się w fortepianie. Obłoki fioletowego dymu wydobywające się z nozdrzy Ggy nie wróżyły nic dobrego. Rozdrażnienie jego osiągnęło punkt wrzenia i Ggy zagotował się. Bulgocąc przekleństwa odpłynął cienkim, parującym strumyczkiem i zniknął pod drzwiami.

W całym domu znów zapanował spokój.

1981-01-09

 * * *

 

CHOROBA

Ffy wyszedł z szafy. Bulgotanie spuszczonej wody było dziś wyjątkowo denerwujące. Zresztą ogólnie był w dobrym nastroju. – Pewnie jestem chory – pomyślał.

Włożył ręce do gardła, delikatnie wyjął płuco i obejrzał je pod światło. Na długości półtora metra widać było pomarańczowe plamy Westchnąwszy ciężko, wetknął płuco na miejsce i gimnastykował się przez chwilę. Zasapał się jednak dość prędko, przeciągnął się więc jeszcze przez dziurkę od klucza – tam i z powrotem – i usiadł w akwarium. Przez chwilę przyglądał się swoim stopom. Usiłował je policzyć, ale ponieważ i tak zapomniał, ile ich było poprzedniego dnia, zrezygnował i przeniósł wzrok na leżącego pod sufitem Hhy.

– Hej, ty! – zawołał.

Hhy nie zareagował. Wyciągnął z kieszeni szpulkę i ostentacyjnie nawijał na nią trąbę. Nie odzywał się do Ffy już od osiemnastu lat, od ostatniej kłótni.

– Hej, ty! – powtórzył Ffy pojednawczo.

Dolna płetwa Hhy drgnęła nieznacznie. Ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Tylko oczy przesuwały się nerwowo po całym ciele. Właściwie zawsze bał się Ffy. Nie czuł się przy nim zbyt pewnie.

– Hej, ty! – szepnął Ffy ogłuszająco i rzucił w niego lodówką.

Hhy machnął płetwą i z półwoleja odbił lodówkę precyzyjnym dropshotem wprost w Ffy.

– Piętnaście do zera – mruknął i na wszelki wypadek schował się do wywietrznika.

Tymczasem wrócił ze spaceru Ggy. Stanął przed lustrem i udeptał sobie zwichrzone czułki.

– Ależ zmarzłem – rzucił.

Uruchomił reaktor, usiadł na nim i z zainteresowaniem przyglądał się, jak Ffy wydłubuje z siebie lodówkę przy pomocy młotka i dłuta.

– Znów przegrałeś, co? – powiedział i zadymił radośnie. Na żółto. Zlazł z reaktora, podszedł do Ffy, który położył się pod kafar i nacisnął włącznik.

– On musi być rzeczywiście chory – pomyślał Ggy i zadymił w kolorze ugier jasny. – Brać masaż o tej porze roku?!

1981-01-21

* * *

 

ODNOWA

Ffy wyszedł z szafy. Zaświstał w rytmie bulgotania spuszczonej wody. Niestety nie wyszło mu to zbyt melodyjnie. Słabo zamocowane zęby wysypały się na podłogę hałasując okropnie. Zgarnął je macką i wetknął je do kieszeni. Właściwie już się do tego zdążył przyzwyczaić. Ruszył więc dalej pogwizdując bez przeszkód. Był naprawdę w dobrym humorze. I chyba tylko dlatego nie powiedział ani słowa, gdy nadepnął na fortepian i przewrócił się. No, może również dlatego, że na skutek wstrząsu pękły mu przerdzewiałe struny głosowe.

Za to śpiący w fortepianie Ggy rozdarł się wszystkimi twarzami. Nigdy nie lubił, gdy budzono go z drzemki. A tym bardziej, gdy budził się rozdeptany i płaski. Jazgotał więc upychając równocześnie z powrotem, wysypujące się z fortepianu koła zębate i przekładnie. Zawsze był wygodnicki. Nie szło mu to jednak zbyt sprawnie. Zsypał więc wszystko na środek siebie, związał się w węzełek i poszedł do punktu skupu złomu.

Tymczasem Ffy dłubał niezgrabnie śrubokrętem usiłując wetknąć na miejsce ucho. Zdenerwował się w końcu i rzucił je drepczącym w kącie piraniom. Otrzepał ręce ze zniechęceniem. Pozbierał je. Ruszył dalej pogwizdując. Mimo wszystko był w niezłym nastroju. I tylko słaby się zrobił na stare lata, wygodnicki.

Rozsiadł się wygodnie na tosterze, wyciągnął nogi i postawił je pod oknem. Na głowę nacisnął bidet, włączył i zasłuchał się w tony kwartetów na flet i smyczki Mozarta. Po pewnym czasie poruszył się jednak nerwowo. Zafalował i błysnął. W dźwięki Andantino wmieszało się przeraźliwe burczenie. To głodny organizm domagał się swoich praw. Burczenie w brzuchu nie ustawało, mimo że Ffy podokręcał wszystkie zawory. Zmieniła się tylko tonacja. Burczenie przeszło w gwizd. Dopiero wepchnięta do dwunastnicy puchowa kołdra zdołała wytłumić drgania do kilku herców.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby Ffy nie zaczął się rozpadać. Najpierw od rozedrganego tułowia zaczęła odpadać skóra. Z cichym brzękiem opadała na podłogę. Potem zaczęły pojawiać się szczeliny i pęknięcia.

Ffy zadumał się. Doszedł w końcu do wniosku, że nadszedł już czas odnowy. Zebrał się byle jak do kupy, okręcił drutem i poszedł do najbliższego zakładu rzemieślniczego.

1981-02-05

*  *  *

 

KURACJA

Ffy wyszedł z szafy. Zrobił kilka kroków, zawrócił i małą łopatką zebrał bulgotanie spuszczonej wody, które za nim wyciekło. Udeptał je, przyklepał i wyrzucił przez okno. Spadło wprost na przejeżdżającą karetkę pogotowia, wlazło w klakson i znikło za rogiem zawodząc rozpaczliwie.

Ffy poszedł do łazienki. Wszedł pod stół i jak zwykle potknął się o stojący tam fortepian. Kopnął weń z wściekłością. Zabolało. Powtórzył eksperyment. Znów to samo.

– Ciekawe – pomyślał.

I już miał rozpocząć naukowe rozpracowanie problemu, gdy wzrok jego wlazł do zlewu. Ggy, Kky i Hhy siedzieli tam wygodnie i bawili się, aż woda pryskała na boki. Hhy machając płetwami robił falę, Ggy – warcząc dziwnie – wiatr, a Kky pływał w starej puszce z groźną miną. Ffy uśmiechnął się od ściany do ściany, rozmarzył. Wolno podszedł do szafy, rozwiesił się na wieszaku, wygładził fałdy i pogrążył we wspomnieniach.

Tymczasem w zlewie rozpętał się sztorm. Rozochocony Ggy stracił równowagę i zakrztusił się. Woda zalała elektroluks, który połknął był, nim zaczął robić wiatr. Zwarcie i wywołany wodą kaszel dały wspaniałe efekty. Kolorowe błyskawice łaziły po kranach. Potężne grzmoty obsiadły brzeg wanny i wyśpiewywały chorały gregoriańskie, na przemian z ariami w stylu country. Piekło!

Przerażona puszka zaczęła drżeć i szczękać zębami, podgryzając i podszczypując boleśnie Kky. Już po czterech dniach, szybko myślący Hhy podjął zdecydowaną akcję ratowniczą. Pewnym szarpnięciem macki otwarł odpływ wody. Z cichutkim smoktaniem Kky został przeciśnięty przez sitko i zniknął w rurze. Tylko oderwany ogonek skakał radośnie po dnie zlewu. Już od dawna miał ciągoty separatystyczne.

Rozpalony elektroluks przeżarł tymczasem pancerzyk Ggy i fuknąwszy groźnie zaczął wgryzać się w sufit zostawiając za sobą czarno świecącą dziurę. Hhy spoglądał za nim z wyraźnym zainteresowaniem, zaś Ggy walczył usilnie z męczącym go kaszlem. Najpierw pił ciekły hel, by zamrozić bulgoczącą we wszystkich płucach wodę. Nie pomogło. Tylko przy każdym kaszlnięciu tony śniegu kłębiły się dokoła. Na szczęście służby miejskie znów nie dały się zaskoczyć.

Sprawa zaczęła wyglądać jednak poważnie. Kiedy Hhy stwierdził, że poodmrażane oczy opadają mu ze słupków, przystąpił do leczenia przyjaciela. Zaczął standardowo – od sztucznego oddychania. Przykręcił trąbę Ggy do kompresora i włączył silnik. Już po kilku kaszlnięciach pacjenta kompresor odmówił posłuszeństwa. Złożył błagalnie uzwojenia i zahuczał cichutko. Kopnięty w głowicę pobiegł do kącika i wlazł za komodę.

Hhy wyrzucił do zsypu złamaną nogę i kontynuował kurowanie Ggy. Masował go, nacierał, elektrowstrząsał i nakłuwał. Wykorzystał całą wiedzę zawartą w „Poradniku wzorowej gospodyni”. I nic! Oblazło go zniechęcenie. Brutalnie pogłaskało po głowie i rozmazało na parapecie. Perliste łzy zadudniły o podłogę, odbiły się i pogięły świąteczne bamboszki Ffy. Zniechęcenie pęczniało triumfem.

Nagle w dziurze po elektroluksie coś zaszeleściło. Deszcz stuzłotówek zaczął wpadać do łazienki. Wolno przysypywał Ggy, okrywając go mięciutką kołderką. Skutek był zdumiewający. Wstrętny kaszel zebrał nogi w troki i poszedł precz.

Raz jeszcze okazało się, że zastrzyk gotówki jest lekarstwem uniwersalnym.

1981-02-25

 * * *

 

MECZ

Ffy wyszedł z szafy. Zabulgotała spuszczona woda, zahuczała i umilkła. A mimo to powietrze w pokoju drgało i wibrowało niepokojąco. Wszędzie wyczuwało się nerwowość i zniecierpliwienie.

Ffy szybkim krokiem podszedł do kredensu. Zdecydowanym ruchem wyrwał na oścież drzwiczki i wyciągnął szufladę. Szukał długo. Wciskał oko w każdy zakamarek. Przerzucał sterty rupieci. W końcu rozjaśnił się z zadowolenia. Wydobył długą, lśniącą szpilkę z perełką na końcu. Zastanowił się chwilę, co zrobić, żeby jej nie zgubić. Wbił ją sobie w końcu w kolano i ruszył dalej. Czekało go teraz najpoważniejsze zadanie. Musiał zająć sobie dobre miejsce i wygodnie je wymościć.

Rozejrzał się uważnie po mieszkaniu, węsząc i nasłuchując. Wreszcie cicho ruszył ku ścianie wschodniej. Szybkim ruchem języka wyciągnął spod stojącej na niej kanapy swego przyjaciela Kky i wrócił na upatrzone wcześniej miejsce. Szpilką z perełką przybił Kky do podłogi.

– Pilnuj miejsca – powiedział i pieszczotliwie oderwał mu jedną mackę.

– Przynieś mi chociaż trochę gazet. Jestem głodny – odpowiedział Kky trochę naburmuszony.

Zadowolony Ffy ruszył do kuchni.

– Jak ten czas szybko płynie – pomyślał mijając leżący na suficie barometr. – Trzeba się spieszyć.

Wbiegając do kuchni nadepnął na Ggy, potknął się, rozbił wannę i popatrzył na przyjaciela. Czułki Ggy drgały nerwowo, a odwłok mienił się wszystkimi odcieniami bieli.

– Pewnie znów podjada cement, łakomczuch – pomyślał Ffy. Rozerwał mu pancerzyk, zsypał cement z powrotem do piekarnika i zdjął z wieszaka szklankę. Podstawił ją pod lampą, odkręcił żarówkę i nalał do pełna. Wydobył zza kaloryfera swój przysmak – mrożoną smółkę uranową i ruszył z powrotem. Po drodze otwarł lodówkę i szperał w niej chwilę. Odrzucił mało strawne gazety codzienne i z plikiem kolorowych tygodników dla Kky wszedł do pokoju. Wszyscy czekali już usadowieni w półkole gawędząc leniwie. Tylko Ggy pracowicie kleił pancerzyk budyniem waniliowym.

– Już pora – pomyślał Ffy. Usiadł na Kky, wstał, wyrzucił szpilkę, usiadł wygodniej i raz jeszcze rozejrzał się dokoła.

– Wszystko w porządku – pomyślał i włączył telewizor.

1981-03-08

* * *

 

PEWNOŚĆ

Ffy wyszedł z szafy. Spuszczona woda bulgotała i szumiała jak zwykle. Dzień też był jak zwykle. Nic nowego, a jednak czuł wyraźnie, że czegoś mu brak. I musiał przyznać, że trochę mu ten stan przeszkadzał. Zaczął więc spacerować po pokoju: wolno, leniwie. Pełny relaks!

Tymczasem w kącie pod laserem leżał Ggy. Opalał się cierpliwie wachlując skrzelami.

– Czy mógłbyś mnie podrapać? Swędzi mnie łopatka – zaczepił przechodzącego Ffy.

Ten kiwnął głową, wyjął swędzącą łopatkę i podszedł do szlifierki,

– Jeszcze, jeszcze – pokrzykiwał Ggy z zadowoleniem.

Ffy odrzucił mu łopatkę i począł dalej spacerować po pokoju. Zupełnie nieświadomie robił to coraz bardziej nerwowo, coraz szybciej. Była to normalna reakcja na intensyfikację myślenia. A dręczący go problem był chyba wyjątkowo poważny. Myślał więc i chodził coraz szybciej i szybciej. Huknęło, gdy przekroczył barierę dźwięku, zatrzęsło całym domem. Posypały się cegły z sufitu i Hhy drzemiący w klimatyzatorze. Musiał być wściekły, sądząc po czekoladowo zabarwionej trąbie. Nie namyślając się zbyt długo chwycił ołowiany wzorzec megatony i postawił na drodze Ffy.

Ten zatrzymał się. Małym grzebykiem zeskrobał się z wzorca i podłączył do sprężarki. Z zadowoleniem pompował kolejno wszystkie segmenty i kończyny poświstując przy tym i pomrukując. Gdy skończył, postanowił jednak wziąć coś na uspokojenie. Wlazł do pojemnika na odpadki, odnalazł apteczkę i wyjął flaszkę z nitrogliceryną. Łyknął potężnie, potem jeszcze raz i podskoczył dla lepszego efektu.

Gdy opadł z powrotem, zastał Ggy i Hhy muzykujących z zapałem. Jeden dmuchał potężnie w korkociąg, drugi buczał do wtóru podłączywszy się do kontaktu. Jednocześnie obaj błyskali rytmicznie oczami.

Ffy zbyt dobrze znał swych przyjaciół, by ryzykować przerwanie im koncertu. Sięgnął więc do piekarnika i wyjął nauszniki. Niestety, nic nie pomogły. Odnalazł więc obcęgi i począł dokręcać nauszniki coraz mocniej. Gdy poczuł, że już zeszły się, a nic nie pomogły, zrezygnował i postanowił gdzieś to przeczekać. W pierwszej chwili pomyślał o fortepianie. Przypomniał sobie jednak, że już od miesiąca mieszkają tam mrówki z faraonem. Świntuchy! Pobiegł więc do kuchni i stanął przed wanną. Była pełna po brzegi. Zdziwił się trochę. Wysunął język, posmakował, zamyślił się.

– Woda królewska – pomyślał. – Może być.

Zanurkował. Gdy dopłynął do dna usiadł i rozejrzał się. Zaciekawił go nietypowy kształt korka zamykającego odpływ. Coś mu to przypominało. Powoli wracały zdarzenia sprzed kwartału. A więc choroba Ggy, konieczność natychmiastowego zatkania go i szczęśliwe dokonanie tego korkiem od wanny. A potem on, Ffy, nabrał ochoty na kąpiel. Zatkał więc wannę, jedną ze swoich nóg. I zapomniał o niej.

– No tak – pomyślał, wyciągając nogę z otworu. – Miałem jednak rację. Byłem pewien, że czegoś mi brak.

1981-03-21

* * *

 

 

ZAMIAR

Ffy wszedł do szafy.*)

 

 

__________________________________________

*)  I, jak na razie, nie ma zamiaru z niej wychodzić.

 

1981-12-05

*  *  *

WĄTPLIWOŚCI

Ffy wyszedł z szafy. Z niesmakiem i odrazą słuchał bulgotania spuszczonej wody. Po raz dwieście trzydziesty ósmy tego dnia. Czuł się źle. Bardzo. Po pierwsze bolał go brzuch. Bardzo. Jednak jeszcze bardziej dokuczał mu wewnętrzny niepokój. Dręczyło go, szarpało nerwy i trzewia bolesne uczucie niepewności, irytujące przeświadczenie, że coś wie, ale nie do końca. Czuł, wiedział prawie na pewno, że ma rację. Ale przecież do pełnego spełnienia, do absolutnego szczęścia brakowało mu tej małej kropeczki nad „i”.

A zaczęło się tak przyjemnie.

Jak każdego ranka zbudził się z głośnym chrzęstem. Serdecznie złamał kark małemu Ggy, który – też jak zwykle – pięć razy umierał ze śmiechu, nim jako tako poskładał się do kupy. Trochę niedokładnie tym razem, ale trudno. Ggy zawsze był bałaganiarzem.

Ffy poszedł do łazienki. Z góry już cieszył się na tę poranną przyjemność. Ślinka mu ciekła na samą myśl i powoli wsiąkała w dywan. Tego dnia Ffy był jednak w nastroju dobroczynnym. Przemoczony dywan wydał mu się bardzo nie na miejscu. Energicznie zwinął go więc w rulon i wycisnął przez okno. Z nostalgią popatrzył na wypadającego z długich, wełnianych frędzli wyżętego dywanu Kky.

– Osiemdziesiąt pięter – pomyślał wesoło – fajny lot.

Otrząsnął się z pustoty i ruszył do łazienki. Wszak tam czekała na niego poranna radość, uczta bogów i…  no właśnie. Jego. I tylko ten cholerny niepokój. Ta dręcząca myśl, z którą przebudził się tego ranka. Wiedział, że ma rację. Wiedział! Ale nie zupełnie. Dowód! Potrzebny mu był dowód. Tylko skąd go wziąć?

Człapiąc ociężale przeszedł przez korytarz. Wyjął ze ściany drzwi i wszedł do łazienki. Nawinął ogon na szpulę i wlazł do wanny. Czuł we wszystkich rurach i przewodach przyjemne palenie. Aromatyczny swąd spalenizny miłe łaskotał mu nozdrza.

– Oho, znowu się przegrzałem – pomyślał radośnie. – Ale będzie cyrk!

Układał się wygodnie, mościł, wiercił sapiąc z zadowoleniem. W końcu rozwarł paszczę i wytrenowanym ciosem płetwy urwał sterczący ze ściany kran. Lodowata woda królewska orzeźwiającym strumieniem runęła wprost w nadstawioną łakomie gardziel. Z wściekłym bulgotem gnała przez zakręty i zawijasy kiszek, gwiżdżąc i szumiąc na zakrętach, studząc przyjemnie rozpalone wnętrze. Gęste tumany pary natychmiast wypełniły ciasne wnętrze. Znowu kłopoty z wentylacją. Ffy oderwał sobie kawałek ramienia i cisnął w stronę drzemiącego na lampie Hhy. Trafiony w czoło przyjaciel zatrzepotał nerwowo powiekami i jęknął smutno. Wziął się jednak za oddychanie i już po kilku minutach stężenie oparów osiągnęło zwykły zabójczy poziom.

Ffy przeciągnął się i ułożył wygodniej. W otwartą paszczę szerokim strumieniem lał się ulubiony smakołyk. Rozkosz. Przyjemność. Cudownie… ale nie całkiem. Znów wróciły dręczące go od rana wątpliwości. Zamyślił się głęboko, zadumał. Jak dotrzeć do prawdy? Jak pozbyć się wątpliwości?

Myślał.

Po kilku godzinach wyrwało go z zamyślenia uczucie niezwykłej ociężałości. Wyciągnął łapę, wygrzebał spod wanny kosiarkę do trawy i zdrapał sobie powieki. Rozejrzał się wokół zaskoczony. Przyglądał się samemu sobie nie mogąc wyjść ze zdziwienia. Skąd taka zmiana? Co się stało? Zamiast zgrabnego, płaskiego brzuszka widział przed sobą potworny, monstrualny, żółty balon.

– Czy to ja, czy nie ja? – pomyślał.

Już po godzinie zrozumiał. Z radości ściągnął z lampy Hhy i prasnął nim o ścianę. Huk.

– Znowu trzeba będzie murować – pomyślał rozbawiony.

Najważniejsze, że już wszystko wiedział, zrozumiał. To tylko kilkanaście ton wody królewskiej wlało mu się do brzucha. Zamyślił się ponad miarę i oto skutki. Myślenie szkodzi. Pora więc kończyć poranne przyjemności. Z niezwykłą ociężałością wygramolił się z wanny i sennym wzrokiem spojrzał na walący z urwanego kranu strumień. Coś z tym trzeba zrobić. Odpiął guziki, wydłubał wątrobę i zaszpuntował dziurę w ścianie.

Ale ociężałość pozostała. No i ten brzuch. Przeszkadzał. Utrudniał patrzenie i oddychanie.

Poszedł do szafy. Stanął nad rurą kanalizacyjną. Z trudem sięgnął pod nabrzmiałe brzuszysko i odkręcił zawór. Chlusnęło, chlupotało… Długo. Miło. Co za ulga! Tylko porozciągane powłoki, jak stare szmaty, opadły na podłogę.

Wyszedł z szafy, usiadł na kominku i zamyślił się. Powoli dojrzewała w nim decyzja. Już czas. Pora myśl przekuć w czyn. Tylko empirycznie zdoła udowodnić samemu sobie, że jednak ma rację. Poderwał się energicznie, wybił okno i wyszedł. Zdrapał się z asfaltu, posklejał i ruszył do piwnicy.

Wielkie, wilgotne, betonowe wnętrze tonęło w półmroku. Ale przeogromny zbiornik nieczystości i ścieków widać było jak na dłoni. Ostrożnie, rozsuwając delikatnie na boki stada szczurów, Ffy ruszył przed siebie. Obszedł zbiornik i odnalazł króciec spustowy. Przykręcił się do końcówki i ostrożnie otworzył zawór. Poczuł, jak zawartość zbiornika wlewa mu się do wnętrza…

Na skutki nie musiał długo czekać. Tak naprawdę nie zdążył nawet odkręcić się od króćca. Potem było trochę lepiej – korzystał z szafy. Raz, drugi… dwusetny.

No i teraz dwieście trzydziesty ósmy.

Już go to trochę zmęczyło. Był zniechęcony i rozdrażniony. Czyżby cały wysiłek na nic?

I nagle! Eureka!

Coś prztyknęło mu w głowie i zrozumiał. Jasna jak kryształ, czysta i klarowna myśl rozjaśniła mu umysł. Oto znalazł potwierdzenie. To, co czuł podświadomie, czego spodziewał się intuicyjnie, teraz potwierdziło się z całą mocą. Aż do bólu brzucha.

Ta sama woda, nawet królewska, nigdy nie smakuje tak samo dwa razy.

1995-10-21


 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« July 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

LATO

 

– Ładnie dzisiaj… chociaż nie bardzo… No, jednak… Słowem, nie brzydko, a to najważniejsze… Tak. Nie pada deszcz, nie ma też śniegu.
– To byłoby dziwne, jest przecież lato.
– Proszę mi wybaczyć, właśnie to chciałem powiedzieć… chociaż dowie się pani, że można się wszystkiego spodziewać.
– Zapewne.
– Na tym świecie, proszę pani, niczego nie możemy być pewni.

 

* * *

Pyszne lato, paw olbrzymi,
stojący za parku kratą,
roztoczywszy wachlarz ogona,
który się czernią i fioletem dymi,
spogląda wkoło oczyma płowymi,
wzruszając złotą i błękitną rzęsą.
I z błyszczącego łona
wydaje krzepkie krzyki,
aż drży łopuchów zieleniste mięso,
trzęsą się wielkie serca rumbarbaru
i jaskry, które wywracają płatki
z miłości skwaru,
i rozśpiewane, więdnące storczyki.


O, siądź na moim oknie, przecudowne lato,
niech wtulę mocno głowę w twoje ciepłe pióra
korzennej woni,
na wietrze drżące — —
niech żółte słońce
gorącą ręką oczy mi przesłoni,
niech się z rozkoszy ma dusza wygina
jak poskręcany wąs dzikiego wina. —

 

= = = = = = =

Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego, na półkuli północnej najcieplejsza… bla-bla-bla.

Ponieważ to – było nie było – kalendarz, więc zbiór cytatów i silva rerum z cyklu „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie!”, nie od rzeczy będzie po raz kolejny „palnąć koncept z kalendarza”, czyli polecieć stereotypem. Ale miłym, bo któż z pokoleń pamiętających rok 1960 nie śpiewał:

Lato, lato, lato czeka,
Razem z latem czeka rzeka,
Razem z rzeką czeka las,
A tam ciągle nie ma nas .

Już za parę dni, za dni parę
Weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów, Pitagoras – bądźże zdrów ,
Do widzenia wam „canto, cantare”!

Dla tych, którzy nie pamiętają: to fragment piosenki z filmu Szatan z siódmej klasy – tego oryginalnego, z roku 1960, w reżyserii Marii Kaniew­skiej, w którym debiutowała na ekranie studentka polonistyki Pola Raksa (poróżniła nas, za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał – śpiewa od 1982 roku Grzegorz  Markowski z Perfectu tekstem Bogdana Olewicza). Co dodaję, bo jest też wersja tego filmu z roku 2006, której autorów wymieniać, przez grzeczność, nie będę.
Przez tę samą grzeczność (choć z innych pobudek) dodam, że tekst piosenki napisał Ludwik Jerzy Kern, muzykę – Witold Krzemieński, a wersję oryginalną zaśpiewała Halina Kunicka z Orkiestrą Taneczną PR pod dyrekcją Edwarda Czernego. Szacunek!

==========================

Lato astronomiczne rozpoczyna się od przesilenia letniego i kończy z równonocą jesienną.

Przesilenie letnie Słońca (solstycjum) na półkuli północnej wypada w dniu, kiedy Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – leżącym na północnym równoleżniku 52°13’ – wynosi 61°14’. Podczas przesilenia dzień jest najdłuższy (a noc najkrótsza) w roku.

Równonoc (ekwinokcjum) to dzień, w którym Słońce góruje w zenicie nad równikiem; zdarza się dwa razy w roku: jako początek wiosny (równonoc marcowa – wiosenna) i koniec lata (równonoc wrześniowa – jesienna). Podczas równonocy długość dnia równa jest długości nocy. W dniach równonocy Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Łatwo wtedy można obliczyć szerokość geograficzną miejsca obserwacji: wystarczy zmierzyć w stopniach wysokość górującego Słońca i odjąć tę wartość od 90º.
W centrum Warszawy (52°13’ szerokości geograficznej północnej) dokładny pomiar powinien wykazać właśnie 52°13’.

W pierwszym ćwierćwieczu XXI w. lato na półkuli północnej zaczyna się 21 czerwca (jedynym wyjątkiem jest rok 2024: 20 czerwca, ale 69 minut przed północą!) i trwa do równonocy jesiennej, czyli do 22 lub 23 września
(2018 – 23 IX).

Podczas lata astronomicznego dzień jest dłuższy od nocy, jednak z każdą dobą dnia ubywa, a nocy przybywa. Słońce wschodzi coraz później i góruje na coraz mniejszych wysokościach nad horyzontem.
Za miesiące letnie na półkuli północnej uznaje się czerwiec, lipiec i sierpień.
Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku: tam miesiące letnie to grudzień, styczeń i luty.

 

Lato klimatyczne to ten okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza przekraczają 15°C. Pomiędzy latem klimatycznym i sąsiednimi klimatycznymi porami roku nie ma etapów przejściowych, w przeciwieństwie do zimy poprzedzanej przedzimiem i następującym po niej przedwiośniem.

 

Rzeczownik „lato” w liczbie pojedynczej dawniej (a dziś w gwarach) znaczył „rok”.

Mąż z królem Bolesławem poszedł na Kijowiany
Lato za latem bieży, nie masz go z bojowiska

pisał Mickiewicz (w jakim utworze – wiadomo).
W języku ogólnopolskim przetrwał w tym znaczeniu do dziś: w liczbie mnogiej rzeczownika „rok”, jako jego forma supletywna. A i w gwarach ma się jak najlepiej: latoś znaczy tyle co ‘w tym roku’, a latosi – ‘tegoroczny’.

 

W terminologii kościelnej istnieje termin „miłościwe lato” oznaczający Rok Jubileuszowy lub Rok Święty (Annum Sanctum), połączony z odpustem, którego jednym z warunków jest odwiedzenie określonych kościołów: niegdyś tylko w Rzymie, dziś – na całym świecie.
Po raz pierwszy obchodzono go w roku 1300 za papieża Bonifacego VIII. Pierwotnie miał się powtarzać co 100 lat, ale zaraz Klemens IV skrócił ten okres o połowę, a Paweł II do 25 lat.
Do tego dochodzą „okazje specjalne”, np. Pius XI ogłosił rok 1933 Świętym dla przypomnienia 1900. rocznicy śmierci Chrystusa, a Benedykt XVI za Annum Sanctum uznał rok 2008, w drugie tysiąclecie od narodzin św. Pawła.

 

Latem, od V w., Kościół wschodnio-chrześcijański obchodził koimesis (gr. Κοίμησις, zaśnięcie) Najświętszej Maryi Panny w przeświadczeniu, że Maryja nie umarła jak zwykły człowiek, lecz została zabrana do Nieba.
W chrześcijaństwie zachodnim, kiedy w VII w. to święto zostało przyjęte w Rzymie, termin „zaśnięcie” został zastąpiony przez „wniebowzięcie”.
W Kościele katolickim, w roku 1950, Pius XII, ogłosił dogmat, stwierdzający, że Maryja, po zakończeniu ziemskiego życia, mocą Bożą została z ciałem i duszą wzięta do wiecznej chwały.

Cerkiew prawosławna obchodzi święto Zaśnięcie Bogurodzicy 15 sierpnia (28 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego).

Protestanci przeciwstawiają się dogmatowi o wniebowzięciu, podając jako argument brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat w Biblii.

W Polsce dzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia) jest wolny od pracy. Tego samego dnia obchodzone jest Święto Wojska Polskiego (przywrócone w 1992).

Święto Wniebowzięcia nazywane jest Świętem Matki Boskiej Zielnej, ponieważ w czasie obrzędów błogosławi się wiązanki ziół i kwiatów.
Według wiary ludowej pobłogosławiony bukiet nabiera cudownych, leczniczych właściwości. Wierni, wracając z kościoła, zostawiali go wśród upraw, gdzie miał przynieść szczęście w zbiorach. Po kilku dniach bukiet zabierany był do domu: najpierw obnoszono go po izbach, a później przechowywano w eksponowanym miejscu, które dawało pewność, że jego moc będzie działała.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
lato to:

białoruskiлетa [lieta]
bośniackiljeto
bułgarskiлято [liato]
chorwackiljeto
czeskiléto
kaszubskilato
litewskivasara
łużycki (dolny)lěśe
łużycki (górny)lěćo
łotewskivasara
macedońskiлетo [lieto]
rosyjski
летo [lieto]

serbskiлетo [lieto]
słowackileto
słoweńskipoletje
ukraińskiліто [lito]
żmudzkivasara

 

Przysłowia związane z latem:

Co się w lecie zarobi,
tym się w zimie żyje.

Co w lecie nogami,
to w zimie rękami.

Dobra nowina:
będzie lato, poszła zima.

Idą za szczęściem
iáko iáskołki zá látem.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto latem pracuje,
zimą głodu nie poczuje.

Kto latem w chłodzie,
ten w zimie o głodzie.

Kto w lecie nie zbiera,
w zimie przymiera.

Kto w lecie próżnuje,
w zimie nędzę czuje.

Latem zbiera baba grzyby,
a chłop w niedzielę
idzie z wędą na ryby.

Lecie mi go nie chłódź,
zimo mi go nie grzej.
[o człowieku, któremu dogodzić trudno, i tak mu źle i tak niedobrze]

Lepsze jedno lato niż dwie zimy.

Mnima káżdy iż wiecznie
Iuż ták ma być láto
.

[Rej, Wizerunk własny żywota człowieka poczciwego, 1558]

Na to jak na lato.
[wyrażenie oznaczające wielką ochotę, skwapliwą zgodę]

O, co bym ja dała za to,
gdyby zawsze było lato.

To pewna nowina:
bywszy lato, będzie zima.

Trzebá się rozmyśláć ná to
Iż nie iutro będzie láto.
[Rej, Zwierciadło, 1568]

W lecie bez roboty,
w zimie bez butów.

Za lata zbieraj na zimę.

 

Przysłowie na
Matkę Boską Szkaplerzną
(16 VII)

Wraz z Szkaplerzną Matką
na zagon, czeladko!

 

Przysłowia na
Wniebowzięcie N.M.P.
(15 VIII)

Do Marji Wniebowstąpienia
miej w stodole połowę mienia.

Gdy w pogodę do nieba Maria wstępuje,
wino Węgrom obfite jesień obiecuje.

Marji Wniebowstąpienie
czyni reszty zboża plenie.

Na Wniebowzięcie
pokończone żęcie.

Pogoda na Wniebowzięcie,
ciężkie ziarno wnet po sprzęcie

W Wniebowzięcie Panny Marji
słońce jasne,
będzie wino godnie kwaśne.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytaty na wstępie:
Ionesco, Eugène. Lekcja (La Leçon). (1950) Tłum. Jan Błoński.

Pawlikowska-Jasnorzewska, Maria. „Pyszne lato”. Niebieskie migdały (1922)

LIPIEC...

Lipiec – siódmy miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 31 dni.

W staropolszczyźnie i w gwarach siódmy miesiąc roku nazywano również lipień. Do dziś tę nazwę zachował język ukraiński (липень) i białoruski (ліпень).

Według Aleksandra Brücknera (1856-1939) – filologa i slawisty, historyka literatury i kultury polskiej, znawcy staropolszczyzny – nazwa pochodzi od kwitnących lip (po litewsku ‘lipiec’ i ‘lipa’ to liepa). Ponieważ lipy kwitną na przełomie czerwca i lipca, stąd nazwa tego drzewa w różnych językach słowiańskich może wchodzić do nazw każdego z tych miesięcy, np. w chorwackim lipanj to czerwiec (lipiec to srpanj, a sierpień – kolovoz).

Lipiec to również miód zbierany z kwiatu lipowego i napój alkoholowy robiony z tego miodu.
Jankiel, chcąc spacyfikować warchołów, wiedział, jak kusić patriarchę Dobrzyńskich:

Każę przynieść kozice, basetlę, dwie skrzypiec,
A pan Maciek Dobrodziej lubi stary lipiec
I nowego mazurka

Większość języków europejskich nazywa siódmy miesiąc roku wariantami nazwy łacińskiej obowiązującej od 46 roku p.n.e.: Iulius.
Wcześniej tenże okres nazywał się Quintilis – „piąty miesiąc”; (quinque to po łacinie pięć, quintus – piąty), ale właśnie w 46 p.n.e. Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).

Jeśli ktoś uważa, że w takim czy innym kraju różne organizacje przesadnie podmaślają się rządowi, to niech wie, że naprawdę może być gorzej: miesięcy od panujących premierów, prezydentów czy monarchów jeszcze się nie nazywa.

A w Rzymie (republikańskim!) i owszem: nazwa została nadana miesiącowi na cześć Juliusza Cezara (Gaius Iulius Caesar), który wtedy obchodził urodziny. Gdybyśmy już tak zupełnie poszli w ślady Rzymian, to ciekawie mogłyby się nazywać np. maj, czerwiec, sierpień i kilka innych.

Owidiusz, w poemacie o kalendarzu rzymskim, nie zdążył dojechać do lipca i zamącić w głowach potomnych swą wydumaną etymologią. Na nasze szczęście (i jego nieszczęście) prace nad Fasti (8 r. n.e., już cesarstwo) przerwał imperator Oktawian, dożywotnio zsyłając poetę do Dacji (kiedyś tam będzie Rumunia – napisał Kaczmarski). Rzekomo za nieskromność Ars amatoriaSztuki kochania, ale to wymyślili tzw. moraliści; tak naprawdę nie wiemy za co. Faktem jest jednak, że jeszcze w roku 1930 celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu.

 

 

4 lipca to w USA Święto Niepodległości obchodzone w rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości (4th of July).

Deklaracja to jednak nie to samo co uzyskanie niepodległości – 4 lipca 1776 zbuntowani koloniści opubliko­wali jedynie swe pobożne życzenie. Dziś mówi się o tym „wola narodu”, ale historię piszą zwycięzcy.  W momencie ogłoszenia Deklaracji trwała już Wojna Rewolucyjna (za jej początek przyjęło się uznawać 19 kwietnia 1775) między kolonistami i armią brytyjską, a jej koleje mogły potoczyć się różnie; jaki byłby los schwytanych rebeliantów w razie wygranej Imperium, lepiej nie wspominać. Ponieważ buntownicy wygrali – pozostali przy nazwie „Patrioci”, wielkodusznie przyznając miano „lojalistów” tym, którzy pod władzą Jerzego III chcieli zostać (a później dali nogę do Kanady).
Dziś w Polsce przeciwników politycznych nazywa się zupełnie inaczej – i chyba na tym też polega różnica. Różnica wobec czego? No jak to – nie wiecie, że wróbelek tym się różni, że ma jedną nóżkę bardziej od drugiej?

Formalnie, w świetle prawa międzynarodowego, USA zostały uznane za suwerenne państwo na mocy kończącego wojnę Pokoju Paryskiego, podpisanego 3 września 1783 w Wersalu, w którym Wielka Brytania uznała niepodległość Stanów Zjednoczonych.

 

6-14 lipca – w Pampelunie (Kraj Basków w granicach Hiszpanii) to dni poświęcone obchodom ku czci prawie mitycznego biskupa Fermina, żyjącego w III w., dziś świętego. Po hiszpańsku obchody nazywają się Sanfermines, a mają do siebie to, że wówczas każdy (no dobrze: prawie każdy) może sobie pobiegać po ulicach z bykami (co z kolei nazywa się encierro).

Encierro dosłownie znaczy „zamknięcie”, a chodzi o to, że w różnych miastach w krajach, gdzie corrida jeszcze jest dozwolona, byki przepędza się – ulicami miasta – z zagrody na stadion. Zwierzęta ktoś musi poganiać, nierzadko więc zdarza się, że buzujący testosteron nagle przemieszcza przepędzaczy zza byków przed byki.

Bycze gonitwy w Pampelunie zyskały międzynarodową sławę dlatego, że w powieści Słońce też wschodzi  (1926) opisał je Hemingway (wierzę, że właśnie dlatego, bo cenię Hemingwaya).

 

14 lipca – święto narodowe Francji w rocznicę zburzenia Bastylii w 1789.

W Bastylii siedziało wówczas siedmiu więźniów: czterej fałszerze, dwaj psychicznie chorzy i hrabia Hubert de Solage – zamknięty na życzenie rodziny, która twierdziła, że to za grzeszną miłość do siostry, ale jak zwykle chodziło o pieniądze i to wcale niemałe.

Dziesięć dni wcześniej przeniesiono z Bastylii do zakładu dla umysłowo chorych (wtedy mówiono „dom wariatów”) w Charenton markiza de Sade; rękopis jego Stu dwudziestu dni Sodomy został w Bastylii i – dzięki jej splądrowaniu przed zburzeniem – ocalał.

Przy okazji: kto nie widział filmu Marat/Sade (1967) w reżyserii Peter Brooka, według sztuki niemiec­kie­go dramatopisarza Petera Weissa – ten niewiele widział! Zamiast opowiadania o filmie wystarczy podać jego pełny tytuł: Prześladowanie i zabójstwo Jean-Paula Marata w wykonaniu pensjonariuszy zakładu dla obłąkanych w Charenton w reżyserii Markiza de Sade (The Persecution and Assassination of Jean-Paul Marat as Performed by the Inmates of the Asylum of Charenton Under the Direction of the Marquis de Sade).

Marat akurat tutaj pasuje, bo zmarł 13 lipca (1793, a wolę nawet nie patrzeć na datę jego urodzin), ale o tym monstrum rewolucji przeczytacie za rok. Dość okropieństw na teraz.

 

21 lipca 1969 (02:56:15 GMT, w USA był wciąż 20 lipca) Neil Armstrong wykonał na Księżycu mały krok człowieka, ale gigantyczny skok ludzkości.

Tak, wierzę w to, że naprawdę tam byli. W coś trzeba wierzyć!

 

22 lipca – święto państwowe w PRL, obchodzone na pamiątkę rocznicy ogłoszenia Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w 1944 r., zwanego Manifestem Lipcowym.

Jak to zawsze w sowietyzmie bywało: to prawda – ale taka sama jak w tym, że na Placu Czerwonym rozdawano samochody marki wołga.

 

Manifest PKWN został zatwierdzony i podpisany przez Stalina 20 lipca 1944 w Moskwie, tam wydruko­wany (co łatwo można stwierdzić oglądając krój czcionki użytej w oryginalnych egzemplarzach) i tam też – 22 lipca 1944 – ogłoszony, choć jako miejsce ogłoszenia podano Chełm. 

Nie był to pierwszy i nie ostatni przypadek, kiedy hegemon tworzył jakieś swoje satelickie państewko wokół rządu przyniesionego w teczce. 

Problem zaczyna się robić poważniejszy, gdy to państewko okazuje się być naszym, a pogłębia – gdy wychodzi na jaw, że ten państwowy kreacjonizm jest częścią planu zakrojonego na długie, długie lata.

Stalin – bez wątpienia najbardziej efektywny polityk pierwszej połowy XX wieku i jakiego kiedykolwiek miała Rosja (jeśli ktoś nie wierzy, niech sobie dokładnie obejrzy odpowiedni dział atlasu historycznego) – był o wiele ostrożniejszy niż jego zachodni uczeń, naśladowca i przez wiele laty przyjaciel Adolf Hitler: słów na wiatr nie rzucał. Głośno reklamowana „tysiącletnia rzesza” przetrwała lat zaledwie tuzin, a jakoś nie pamiętam, by propaganda sowiecka kiedykolwiek ujmowała okres istnienia imperium w jakieś limity czasowe. Wszyscy po prostu wiedzieli, że jest wieczne i kropka. To, że totalitarny moloch ZSRR przetrwał – w epoce błyskawicznych zmian XX wieku – bez mała 3/4 stulecia, jest fenomenem. Pobić ten wynik mogą tylko komunistyczne Chiny, ale dopiero za 5 lat.

 

PKWN był właśnie takim rządem przyniesionym w teczce z Moskwy. Złożony z marionetek wykonywał ruchy wymuszane przez sznurki pociągane przez Głównego Lalkarza.

Wszystko oczywiście – jak to zawsze w sowietyzmie bywało – przy pozorach zachowania wymogów demokracji obowiązujących w wolnym świecie.

Dziś, co młodszym i z mniejszą wyobraźnią polityczną, trudno uwierzyć, że w sowieckim systemie istniały żywiołowe kampanie wyborcze i najprawdziwsze wybory, podczas gdy wszystkich kandydatów (i kandy­datki) wystawiała jedna, jedyna partia. Wybrani zasiadali zaś w organach władzy i na ustawy wniesione przez ich partię głosowali tak, jak im ich partyjne sumienie nakazywało. A kiedy zdarzył się wśród nich jakiś bezpartyjny (tacy też bywali – miało być przecież „przy pozorach zachowania wymogów demokracji”), który czasem bohatersko wstrzymał się od głosu, naród go nosił na rękach i miał za bohatera.

 

Od 1 sierpnia 1944 r. siedzibą PKWN stał się Lublin i dlatego często zwano go Komitetem Lubelskim, a i odezwie z 22 lipca przyklejano czasem nazwę „Manifest lubelski”, choć niby wszyscy wiedzieli, że ogłoszono go... w Chełmie, oczywiście.

Lublin... No cóż, powie ktoś, że po prostu był po drodze i na to piękne miasto padło. Nie wierzę w to ani na deko, bo w propagandzie totalitarnej przypadków nie ma. Po prostu wystarczy przypomnieć sobie z jaką słynną unią kojarzony był Lublin przez 375 lat i wszystko stanie się jasne. Litwa mogła być tylko sowiecka, a Lublin – siedzibą pierwszego rządu wolnej Polski. Brzmi? Brzmi!

To, co głosił Manifest, było oczywiście istotne dla przyszłości tworzonego właśnie kraju, ale nie było w tym nic ani dziwnego, ani zaskakującego – przynajmniej dla tych, którzy wiedzieli.

 

„Trzy razy w ciągu ostatnich 150 lat zachodni najeźdźcy pustoszyli europejską część Rosji”.

Stalin powiedział to już w Teheranie, gdy w listopadzie 1943 spotykał się z Rooseveltem i Churchil­lem, by omówić strategię przeciwko hitlerowskim Niemcom – i tego się trzymał ustalając cenę za stwo­rzenie frontu wschodniego. Podczas spotkania w Jałcie, w lutym 1945, dni Trzeciej Rzeszy były już policzone, a żądania Stalina – konkretne.

Jak w Teheranie tak i w Jałcie przywódcy Zachodnich Demokracji okazywali mu pełne zrozumienie i po­par­cie.
Rooseveltowi chodziło, by po zamknięciu frontu europejskiego, Uncle Joe stworzył front azja­tycki przeciwko Japonii, co liczyło się bardziej niż głosy Polonii w wyborach.
Głowa bolała za to Churchilla: jak wytłumaczyć swoim wyborcom (i reszcie Brytyjczyków), czemu podpisuje się pod aktem sprzedaży totalitarnemu i ludobójczemu systemowi blisko 200 milionów ludzi z Europy Wschodniej i Środ­kowej. A największy headache miał z powodu Polski: sporo ludzi w Brytanii pamiętało pakty i wypo­wiedze­nie wojny w 1939, Bitwę o Anglię i naszywki Poland na rękawach brytyjskich wszak mundurów.

Obaj Strażnicy Demokracji Zachodnich za każdym więc razem prosili usilnie Lwa Kaukazu, by obiecał wszem i wobec, że pomoże odbudować nową, demokratyczną Polskę, urządzi demokratyczne wybory i że w ogóle będzie się zachowywał szlachetnie i po rycersku (tak mówił FDR i są na to dokumenty).

Stalin kiwał głową i potwierdzał, bo wiedział, że nie jest ważne, jak głosują ludzie, tylko kto liczy głosy.

Lecz uspokaja ich gospodarz,
Pożółkły dłonią głaszcząc wąs:
„Mój kraj pomocną dłoń im poda,
Potem niech rządzą się, jak chcą.”

napisał 40 lat później Jacek Kaczmarski, dając w swym wierszu lapidarne podsumowanie Jałty i dokonań XX-wiecznego triumwiratu.

Jak Polska mogła się rządzić do 1989 roku – wiadomo (i nie ma w tym żadnej aluzji do tego, jak rządzi sie teraz!), ale jeszcze Kaczmarski:

Nie miejcie żalu do Churchilla,
Nie on wszak za tym wszystkim stał,
Wszak po to tylko był Triumwirat,
By Stalin dostał to, co chciał.

Komu zależy na pokoju,
Ten zawsze cofnie się przed gwałtem –
Wygra, kto się nie boi wojen,
I tak rozumieć trzeba Jałtę.

[...]

Nie miejcie więc do Trójcy żalu,
Wyrok historii za nią stał
Opracowany w każdym calu –
Każdy z nich chronił, co już miał.

 

Jasne! Przecież Churchill tak pięknie rok później rozpaczał jeżdżąc po Ameryce i Brytanii, i lejąc przed tłumami krokodylowe łzy wołał [aż wstyd tłumaczyć na polski, więc zostawiam w oryginale]:

From Stettin in the Baltic to Trieste in the Adriatic an iron curtain has descended across the Continent. Behind that line lie all the capitals of the ancient states of Central and Eastern Europe. Warsaw, Berlin, Prague, Vienna, Budapest, Belgrade, Bucharest and Sofia; all these famous cities and the populations around them lie in what I must call the Soviet sphere, and all are subject, in one form or another, not only to Soviet influence but to a very high and in some cases increasing measure of control from Moscow.

Miał po stokroć rację, że nikt się nawet nie zająknie, iż to za jego podpisem zapadła „żelazna kurtyna”, bo najlepsza metoda złodziejskiej ucieczki to kręcenie się w kółko z okrzykiem „Łapaj złodzieja!”

 

Zachodni sojusznicy bez mrugnięcia okiem zgodzili się, by Armia Czerwona została tam, gdzie stąpnie stopa krasnoarmiejca. Stalin więc dostał nawet więcej niż chciał, bo dwie strefy buforowe. Po kilku przesunięciach były to:  Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, i Ukraina – wcielone do Imperium jako republiki oraz pas wpół niepodległych państw satelickich: Finlandia, Polska, NRD, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria.

W ostatnim momencie uniknęła sowietyzacji Austria, później Jugosławia i Albania (które wprowadziły własne wersje reżimu), a na końcu, w 1956, – wywinęła się jakoś Sowietom Finlandia (poczytajcie o Karim). Reszta mapy była aktualna do roku 1989.

Byłaby pewnie dalej, gdyby nie niewielkie stosunkowo państwo leżące na bezdrożach środkowej Azji… Afganistan. Ale to już jest zupełnie inna historia, a jej dalszy ciąg przeczytacie w grudniu.

 

I tak rozumieć trzeba Manifest PKWN.

A w lipcowe rocznice na ulicach pojawiały się stra­ga­ny (pańs­two­we) z kieł­ba­są, bale­ro­nem (– Wi­dzisz, synku? Tak wyglą­da baleron! – Aha!), wędzo­ny­mi makre­lami i szprotami, śledziami w słoikach i innymi niedostępnymi na co dzień w sklepach towarami. Później było trochę lepiej, bo makrele częściej bywały w sklepach, ale to i tak nie pomogło.

 

25 lipca – dzień św. Krzysztofa; w niektórych parafiach z tej okazji odbywa się autosacrum – poświęcenie pojazdów. Tego samego dnia, z inicjatywy m.in. Duszpasterstwa Kierowców, w polskim Kościele obchodzony jest Dzień Bezpiecznego Kierowcy.

Komendant Główny Policji, p. Jarosław Szymczyk , zachwycał się w 2018 roku (policja nie podała dokładnej daty zachwytu) tym, co było w Polsce na drogach rok wcześniej.
W podsumowaniu roku 2017 pan Komendant nie podał konkretnie liczby wypadków ani liczby zabitych na drogach.
Podał – i to jest stopień mistrzostwa w kamuflażu – dane liczbowe z roku… 2008. Zaś rok 2017 z właści­wym sobie wdziękiem ujął optymistycznie:

Liczba wypadków drogowych spadła o 1.142. W ich wyniku życie straciło około 220 osób mniej, zaś rannych było mniej o 1.599 osób. To najlepsze wyniki od roku 2008.

Starsze pokolenie pamięta – rok 1980, kabaret „Tey”, program „Z tyłu sklepu”:

– Nie mówi się „jedno koło zepsute”! Mówi się: „Traktor ma trzy koła dobre”!
– Przecież to to samo!
– Ale jak brzmi!

Jeśli ktoś nie wierzy – bo przecież pan Komendant nie występował w kabarecie, a do tego mówił o spra­wach tragicznych – może zajrzeć: Policja online, Biuletyn Informacji Publicznej: Statystyka.

Oczywiście dokładne dane policyjne można znaleźć, ale zupełnie gdzie indziej. Za to z podsumowania pana Komendanta widzimy, że wyniki są najlepsze (w domyśle pierwszym: „za rządów obecnych rządów”, w domyśle drugim: „za rządów pana Komendanta Szymczyka”). I o to chodzi! Brawo ten pan!

 

W liczbach bezwzględnych: w 2017 r. w Polsce doszło do 32 760 wypadków drogowych: na drogach zginęło 2831 osób, a rannych w wypadkach było 39 466 osób.

„Śmiertelność drogowa” (jak nazywa to prasa) w Polsce wynosiła w 2017 roku 79 osoby na milion, przy średniej unijnej 51.

W 2012 na polskich drogach zginęło 3571 ludzi, a ok. 45 tys. zostało rannych.

W 2014 w Polsce w 34 970 wypadkach drogowych zginęły 3202 osoby, a 42 545 zostało rannych.
Niewiele ponad 3000 mieszkańców mają np. Oleszyce (3039), Chorzele (3072), Pyzdry (3185), Zakroczym (3208), Biała Rawska (3212), Myszyniec (3389).

W 2015 w Polsce w 32701 wypadkach zginęły 2904 osoby, a 39 457 zostało rannych.

Mniej więcej 2900 mieszkańców mają: Ryn (2900), Łobżenica (2975), Złoty Stok (2844), Nowe Miasteczko (2842), Knyszyn (2821).

40 tysięcy mieszkańców mają: Mińsk Mazowiecki (40 383), Chojnice (40 004) i Świdnik (39 885).

 

Tak, to prawda, że w roku 2017 – w porównaniu do 2008 – liczba wypadków drogowych zmalała, podobnie jak liczba zabitych i rannych. Ale – podam jeszcze raz – zginęło 2831 ludzi, a rannych było 39 466.

2805 mieszkańców ma Wąchock.
Świdnik ma 39 885 mieszkańców, Nowa Sól – 39 258, Bolesławiec – 39 167.

I teraz wyobraźcie sobie, że w ciągu jednego roku znika w Polsce 3-tysięczne miasto, a wszyscy mieszkańcy 40-tysięcznej aglomeracji leżą w szpitalu.

Mimo to polska prasa się nasładza, że „na polskich drogach jest coraz bezpieczniej”, a kierowcy z resztą narodu pomstują na radary, ograniczające wolności obywatelskie.

Pewnie to myślenie antypaństwowe, ale sądzę, że na Polskę i pięciu św. Krzysztofów byłoby mało.

 

Ostatnia niedziela lipca – święto obchodzi rosyjska marynarka wojenna (Военно-Морской Флот России).

 

 

Znaki Zodiaku w lipcu:

Rak (♋) – do 21 lipca
Lew (♌) – od 22 lipca.

O Raku było przy omawianiu czerwca, więc nie ma co powtarzać. Ale po nim przychodzi Lew. Wiadomo: król, władca, moc, potęga, duma, szlachetność, szczodrość, wspaniałomyślność. Czyli: bla-bla-bla, bo przecież to napisały o sobie albo same Lwy (i Lwice), albo ci, którzy od nich czegoś chcieli. A gdy tylko nie owijać prawdy w bawełnę, to zaraz się to nazywa „czarny PR”.

No bo tak:

Urodzeni pod znakiem Lwa od najmłodszych lat mają skłonności do narkomanii, pijaństwa i najbardziej brutalnej rozpusty. Nie lubią się uczyć, z trudem kończą szkoły, nawet specjalne. Uwielbiają krzywoprzy­sięstwo, dlatego bardzo chętnie zeznają przed sądem. Zdemaskowani wywołują awantury i dantejskie sceny. W życiu rodzinnym Lwy na szczęście nie uczestniczą.

Nic dodać, nic ująć – i niech kto powie, że Bliźnięta nie są najlepsze!

 

Kwiaty lipca:

ostróżka (Delphinium L.) – bylina (na ogół) z tej samej rodziny co jaskier, często używana jako roślina ozdobna. W terminologii angielskiej nazywana larkspur (dosł. „skowrończy pazur”), która to nazwa używana jest również wobec ostróżeczki (Consolida Gray) – też jaskrowatej, ale już nie byliny. Wprowadza to pewne zamieszanie, ale tylko teoretyczne: obie rośliny są nie tylko podobne ale mocno trujące, znaczy: ludzie wiedzą, co gadają.

Szperając po znaczeniach tzw. alfabetu kwietnego wynalazłem, że ostróżki oznaczają głupie postępowanie, niedojrzałość. Ciekawe, czy ten, kto to wymyślił, chciał zasugerować, że zamiast, jak podrostek, dawać kwiaty z podtekstem, lepiej od razu otruć?

 

lilia wodna (Nymphea L.) nazywana też nenufarem (ciekawe, kto skojarzy sobie z tym kwiatem Józefa Toliboskiego?), mająca wspólnego przodka z lotosem, przez naukę nazywana – za przeproszeniem uszu dam (jak mawia Geograf) – „grzybieniem”. Dlatego, jeśli ktoś chce sobie przypomnieć, jak wyglądają lilie wodne, odsyłam do cyklu obrazów z liliami wodnymi Claude’a Moneta (Les Nymphéas), a nie do realistycznych fotografii, na których będą zwyczajne grzybienie.

Trzeba przyznać, że nasi botanicy, dając taką nazwę spokrewnionym z lotosami roślinom, których łacińskie nazwy nawiązują do nimf, ondyn, bogiń zwycięstwa czy potwornej ale pięknej gorgony Euriale, nie wykazali się nadmiarem poetyckiej wrażliwości.
Nie wpadłby na pomysł nazwania nenufarów „grzybieniami” Juan Ramón Jiménez, który swój drugi (1900) poetycki tomik zatytułował właśnie Ninfeas, ale gdyby szukał synonimów, w hiszpańskim miał wybór między „różą Wenus” a wziętym z języka guarani słowem aguapé – homonimem pięknego greckiego ἀγάπη, agápē, oznaczającego miłość w jej najwyższej formie.
A co powiedziałby pan Toliboski, gdyby się dowiedział, że wchodził do stawu nie po nenufary a po „grzybienie”?

W mowie kwiatów lilie oznaczają czystość.  

Co oznaczają lilie wodne? No cóż – kontekst wprowadzony przez przydawkę nazwową (płynność? kaskada? oddanie przez gotowość do zanurzenia?) sprawia, że wszystko zależy od interpretacji indywidualnej.

I nie chcę nawet myśleć, co symbolizować może coś o nazwie „grzybień”. 

 

Kamień lipca:

rubin – po prostu trójtlenek glinu (Al2O3) skombinowany z jonami chromu, ale bardzo szlachetny, bardzo rzadki, bardzo drogi i do tego symbolizujący zadowolenie.
Z najcenniejszych – najbliżej Polski znajduje się 250-karatowy rubin z korony św. Wacława, przechowywanej w katedrze św. Wita, Wacława i Wojciecha w Pradze.
We wczesnym chrześcijaństwie rubin symbolizował krew Chrystusa.
Rocznica rubinowa to 35 lat pozostawania w związku małżeńskim – lub jakimkolwiek.

 

Generalnie lipiec to bardzo porządny miesiąc i nie byłoby się już można do niczego w nim przyczepić, gdyby tylko jego znakiem zodiaku były Bliźnięta. Niestety (jego strata!) nie są.

Lipiec jednak rehabilituje się imieninami, które obchodzą:

Elżbieta (5 VII), ale tak znaczna część Elżbiet uciekła od św. Aragońskiej do św. Sprawiedliwej (23 IX), św. Heskiej (18 VI) czy rozlicznych swoich patronek listopadowych, że trudno się połapać, kiedy zaprzyjaźniona Ela imieniny wyprawia;

Olga (11 VII), które to imię ma rodowód skandynawski bo Olga Kijowska była z Waregów, a choć święta i chrześcijaństwo na Ruś przyniosła, to tacy Drewlanie jej nie lubili (gołębie i wróble też nie);

Krzysztof (25 VII) – wiadomo dlaczego, ale jeśli ktoś nie wie, dodamy, że to także patron żeglarzy, podróżników, flisaków, pielgrzymów, biegaczy, kierowców, a także mostów oraz miast położonych nad rzekami. Ostatnio pięknie znaczenie imienia wyraził (przy wzniosłej okazji!) po rosyjsku Oleg Biespałow: Под именем Кшиштоф ребёнка крестили – то есть «Возлюбивший Христа«.

Jakub (25 VII) – ale tego dnia solenizantami są tylko ci, którzy przyznają się do św. Jakuba Starszego Apostoła, tego od pielgrzymek do Santiago de Compostela i muszli; dla pozostałych imię Jakub powtarza się w kalendarzu 30 razy w roku.

Anna/Hanna (26 VII) – to najpopularniejsze imię żeńskie w Polsce (w obu wariantach plus jeszcze kilka innych :), zostawiające Marię (drugie miejsce) daleko w tyle!

Wszystkiego najlepszego!

 

W lipcu, dokładnie w pierwszej połowie lipca, konkretnie 5-go, urodził się Karol – najstarszy syn mojego przyjaciela, Bosmana (Pogorii rzecz jasna) Stanisława, a 12-go – pewna zaprzyjaźniona Antonia (tak naprawdę urodziła się 13-go, ale – mimo urody – jest przesądna, więc ściemnia), o czym informuję. Bo o tym, że w drugiej połowie lipca, konkretnie 17-go, w Małkini, urodził się pewien kaowiec informować (mamy nadzieję) nie trzeba.

Serdeczne życzenia dla damy i obu jubilatów!

 

Śluby i wesela w lipcu:
porażka z założenia, no po prostu drugi Grunwald (tyle że nie wiadomo, kto jest Jagiełłą, a kto von Jungingenem)!
Naprawdę już lepszy celibat albo wolna miłość.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
siódmy miesiąc roku to:

białoruskiліпень [lipień]
bośniackijuli
bułgarskiюли [juli]
chorwackisrpanj
czeskičervenec [czerwiec to po czesku červen, a obie nazwy od słowa červ – robak. Robaki rządzą!]
kaszubskilëpinc (też: miodownik, reżan, lipc)
litewskiliepa
łatgalskisīna (też: juļa)
łużycki (dolny)žnjojski
łużycki (górny)pražnik
łotewskisīna
macedońskijули [juli] albo златец [złatec]
rosyjskiиюль [ijul]
serbskijул [juł]
słowackijúl (w gwarach także „lipeň”)
słoweńskijulij
ukraińskiліпень [łypeń]
żmudzkilėipa

 

Przysłowia związane
z lipcem:

Czego lipiec i sierpień nie dowarzy,
tego wrzesień nie usmaży.

Gdy się grzmot w lipcu
od południa poda,
drzewom się znaczy
szwank i nieuroda.

Lipcowe deszcze
dla chłopa kleszcze,
a jak pogoda –
większa swoboda.

Lipiec,
ostatek mąki wypiecz.

Lipiec,
starego chleba z nowym przypiecz.

Od lip ciągnie wonny lipiec,
nie daj słonku kłosa przypiec.

W lipcu gniewne ziele,
jak się rozgniewa,
to się gniewa cztery niedziele
[dotyczy ludzi urodzonych w lipcu i skorych do gniewu, w gorącej wodzie kąpanych]

W lipcu kłos się korzy,
że niesie dar boży:
który prosto stoi,
dobrego się boi.

Kłos, co prosto stoi,
to z pustoty swojej.

Upały lipcowe
wróżą mrozy styczniowe.

W lipcowym skwarze
w Polsce jak na Saharze.

W lipcu się już kłosek korzy,
że niesie dar boży:
a najpierwsza Małgorzata
sierp w zboże założy.

W lipcu upały,
styczeń mroźny cały.

W lipcu upały,
wrzesień doskonały.

 

Przysłowia na
św. Annę/Hannę (26 VII)

Długo tam służył:
od świętego Jakóba [25 VII]
do świętej Anny [26 VII].

Na Jakóba [25 VII] – zatrzyj czuba,
a od świętej Hanki
toć chłodne poranki.

Na świętą Annę mrowiska –
szukaj w zimie ogniska.

Od świętej Anki
zimne poranki.

Od świętej Hanki
zimne wieczory i ranki.

Od świętej Anny
nie doczeka południa
deszcz poranny.

Święta Anka
da księżom baranka.

Święta Anna –
rola jak panna.

Święta Anno! Uproś wnuka,
niech ma każdy czego szuka.
[wnuk = Jezus]

Święta Hanna
to już jesienna panna.

 

Przysłowia na
św. Krzysztofa (25 VII)

Sztych od sztycha,
jak stąd do Krzycha.
[o złym, niedbałym, nieumiejętnym szyciu]

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha