Aleksander Doba: kajakiem z Ameryki Południowej do Północnej

Rejs Aleksandra Doby kajakiem Olo.

Na podstawie strony: http://www.aleksanderdoba.pl/

Dziennik

Etap II: Brazylia – Peru – Brazylia

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-07-12:

Witam Moi Drodzy!

Wykorzystałem polecaną znajomość znajomych pana Ambasadora. Nie poznałem osobiście (jeszcze) Komen­danta Portów Belém, pana Francisa, lecz jego podwład­ni bardzo mi pomogli.
Wczoraj (ponie­dzia­łek) o umó­wionej godzi­nie 15:00 (20:00 czas polski) podpły­nęło do kata­ma­rana „Rondônia” pięciu umun­du­ro­wanych i uzbro­jo­nych funkcjo­na­riu­szy Capitanii. Ich wizyta zrobiła odpo­wied­nie wraże­nie na zało­dze stat­ku i szybko został kajak opusz­czony na wodę.

Podziękowałem załodze za gościnę, umawiając się, że jeszcze dwie noce mogę na ich pokładzie przespać. Kajak na holu został przetrans­por­to­wa­ny około 12 kilo­met­rów od cent­rum do Base Naval de Val-de-Cães (Patromoria). Kajak został przycu­mo­wa­ny do niskiej tratwy pływa­jącej. Baza jest tere­nem mili­tar­nym, pilno­wa­nym przez całą dobę przez uzbro­jo­nych żołnierzy. Przyjęli mnie tam ser­decz­nie (oprócz, podobno przy­jaz­nego, psa). Czy będę tam mógł mieć swo­bod­ny dostęp do kajaka (wstęp na teren bazy), jeszcze nie wiem. Wczoraj odwie­ziono mnie do miasta kutrem Capitanii wraz z innymi osobami. Następnym razem muszę jakoś sam tam dotrzeć. Przepustki żad­nej mi nie wyro­bili i mogę mieć duże proble­my z wejś­ciem na teren bazy. Autobusy miejs­kie dojeż­dża­ją kilka kilo­met­rów od bazy. Potem pieszo w kierunku wody.

Po powrocie z bazy do centrum nie zastałem już w biurze pana Eduardo.

Znalezienie bezpiecznego miejsca dla kajaka na dłużej to był jeden z moich dużych problemów. Dobrze, że wyko­rzys­ta­łem znajo­mości znajo­mych pana Amba­sa­dora Polski w Bra­zylii, bo pano­wie Eduardo i Pedro nie mają takich moż­li­wości, by zna­leźć bezpiecz­ne miejsce dla kajaka.

Na pożegnalny wieczór zostałem zaproszony przez niezwykle sympa­tycz­ną parę młodych Niemców z Kolonii do hotelu „Ama­zo­nas”, w którym oni mieli pokój. Christina i Hans płynęli z Manaus do Belém tym samym statkiem co ja. Kończą oni swoją kilku­mie­sięcz­ną podróż dookoła świata. Jeszcze z Belém do São Luis, Forta­lezy, São Paulo i Rio de Janeiro. Potem samo­lo­tem do Londy­nu (tam zaczęli swoją podróż na bilet lotni­czy dooko­ła świata) i do Kolonii w Niemczech.

Hans lubi pichcić i zrobił pyszną kolację. Dzisiaj (we wtorek) mieli lecieć dalej.

Dzisiaj rano chciałem o godzinie 09:00 wejść do biura pana Eduardo. Jakże się zdziwiłem, gdy wcześnie rano (około godzi­ny 07:00) kata­ma­ran „Rondô­nia”, na którym jeszcze byłem, odpły­nął od nabrzeża. Rejs był krótki, bo niecałe 2 kilo­met­ry, lecz trwał przeszło cztery godziny. Przepro­wa­dza­no jakieś testy na wodzie, lecz ja byłem „wywie­zio­ny” bez mojej wiedzy :(((

Dotarłem do biura pana Eduardo przed 12:00. Powiadomiłem go o przetrans­por­to­wa­niu kajaka do Base Naval. Skomento­wał, że to bar­dzo dobre i bezpieczne miejsce. Umówi­łem się z nim na godzi­nę 14:00 – po przer­wie na lunch. Poszliśmy razem do biura Servimpex Ltda (około 400 met­rów). Nie zasta­liś­my pana Pedro, lecz rozmo­wę z równo­rzęd­nym pracow­nikiem prowa­dził pan Eduardo po portugalsku. Jest to biuro brokerskie, w którym przygo­to­wują różne papie­ry wyma­gane przez biuro­krację.
Umówiłem się, że jutro mam dostar­czyć kopie ważnych stron pasz­por­tu oraz kopie doku­men­tów wwozo­wych kajaka do Brazylii. Muszę dotrzeć do Base Naval i przywieźć te doku­menty. Z biura Servimpexu mają je dostar­czyć do agencji dyspo­nu­ją­cej statkami. Dopiero od tam­tej agencji za pośred­nic­twem brokera dowiem się o warun­kach i kosz­tach przewo­zu kaja­ka do USA. Ma być przewie­zio­ny konte­nerowcem na płas­kiej, odkry­tej plat­for­mie konte­ne­rowej. Innej moż­li­wości podob­no nie ma, lecz prosił­em o próbę znale­zienia takie opcji (tań­szej z pewnością). Ja nie mógł­bym płynąć tym samym statkiem.

To tyle z bieżących informacji.

Pozdrawiam z upalnego Belém,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-07-11:

Witajcie Moi Drodzy!

Dzisiaj o 10:00 (15:00 czas polski) dopłynąłem na pokładzie statku-katamarana „Rondônia” do Belém. Statek odpły­wa [z powro­tem] do Manaus we środę 13 lipca. Najpóź­niej we wtorek 12 lipca mam opuścić wraz z kajakiem statek.

Próbowałem zainicjować spotkanie z jedyną polecaną mi osobą w Belém – Komen­dan­tem Capitanii Portów, panem Francisem. W Capitanii zastałem jedy­nie ofice­rów dyżurnych. Po zapoz­na­niu się z moją spra­wą umówili mnie na audien­cję do Komen­dan­ta Francisa na jutro, na godzi­nę 09:00.

Piotr Chmieliński przesłał mi informacje o jego inten­syw­nych poszu­ki­wa­niach moż­li­wości mojej ewaku­acji z Bra­zylii wraz z kajakiem. Dalsze infor­macje jutro. Dziękuję, Piotrze, za Twoje starania. Ja mam problemy z porozu­mie­niem się z kim­kol­wiek w obcym języku przez telefon (nie mam zresztą żadnego). Jeśli będę znał adres brokera, lub agenta w Belém, to pojadę do nich i osobiście wyjaśnię wszelkie sprawy.

Dotarła do mnie tragiczna informacja o zamordowaniu w Peru Celiny Mróz i Jarosława Frąckiewicza. Znałem ich od dawna – bar­dzo smut­na wiadomość.

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-07-06:

Chyba niepotrzebnie uruchomiłem na oceanie odsalarkę. Byłem tak ciekawy, czy pracuje, że jednak ją urucho­mi­łem (z dala od portu i brzegów). Pracowała bar­dzo dobrze. W instrukcji piszą, że na uży­wa­nej membra­nie w warun­kach tropi­kal­nych rozwi­ja­ją się różne mikro­organizmy. Po wyłącze­niu odsa­larki kilka miesięcy temu, nie włącza­łem jej już oczywiście.

Dzisiaj o 18:00 (24:00 czas polski) katamaran „Rondônia” wraz z kajakiem i kilkuset pasażerami (ze mną też) powi­nien wypły­nąć z Manaus do Belém.

Rejs ma trwać cztery doby. Z Belém chciałbym wysłać kajak statkiem do USA jako towar (cargo). Wtedy ja, stat­kiem pasa­żer­skim lub samo­lo­tem, powi­nie­nem dotrzeć do por­tu doce­lowego, gdzie ma być wyła­do­wany kajak. Jakie możli­wości trans­por­to­we będą – nie wiem. Tutaj trudno mi zdobyć infor­macje. Odsyła­ny jestem do Belém.

Pozdrawiam ze stolicy stanu Amazonas, Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-07-30:

Wczoraj pan konsul Szwajcarii Duno Gerber zawiózł mnie do restauracji rybnej. Właściciel chwalił się, że gościł kiedyś papieża Jana Pawła II, a teraz przywi­tał jego rodaka. Czekał na nas pan Moura. Potem przy­szedł jego syn José i prof. Paulo Renan. W bardzo serdecz­nej rozmo­wie panowie wypy­ty­wali mnie o różne spra­wy ze szcze­gól­nym uwzględ­nieniem napadów. Jedynie pan Moura nie mówił po angielsku. Głównie rozma­wia­łem z panem profesorem.
Okazało się, że znajomi pana Ambasadora (szczegól­nie pan Moura) mają różne – i ważne dla mnie – kontakty. Rozważaliśmy różne warian­ty pomo­cy. jaką mi oferowali. Po wspania­łej kolacji (różnie przyrzą­dzo­ne różne ryby jedliśmy) pan Moura odwiózł mnie do portu.

Następnego dnia, czyli dzisiaj – we czwartek, przyszed­łem do konsu­latu szwaj­car­skiego (mieści się w centrum miasta), gdzie o godzi­nie 10:00 miał zjawić się asystent Guber­na­tora, pan Orlan. Zjawił się mocno spóź­niony, lecz powie­dział (pan konsul tłu­maczył), że mam się zaokrę­to­wać na statek-kata­ma­ran „Rondô­nia”, który stoi w porcie. Plano­we wypły­nięcie do Belém to środa 06 lipca o 18:00 (24:00 czas polski).
Poinformował też, że być może koszty transportu kajaka do Belém pokryje urząd gubernatora, lecz to jeszcze nie jest pewne. Za transport kajaka z Belém do Manaus zapła­ciłem 800 reali (około 1600 złotych).

Miałem dzisiaj udać się do kapitanatu w sprawie pomocy przy załadunku. Bardzo uprzejmy pan konsul zasko­czył mnie: jedzie­my tam razem. Pojecha­liśmy i kilka bramek kontrolnych przeszliśmy, a pan konsul tłuma­czył do kogo i w jakiej sprawie się udajemy.

Sam komendant, pan Odilon, był gdzieś w terenie. Przyjął nas komendant Jacomo. W rozmowie z nim dowie­dzia­łem się, że wie­dzą o moich przygo­dach dużo. Potem pozna­liś­my jesz­cze komen­danta Claudio.
Na wizytę u głów­nego kapita­na portów, pana Odilona (znajo­me­go pana Moury), poszliś­my z panem Jacomo.
Pan Odilon przywitał nas serdecznie i krótko powiedział, że zna moją historię. Spytał, kiedy urucho­miłem alarmowy sygnał EPIRB-em. Wyjaśni­łem, że po pół godzinie (trzygo­dzin­nego rabun­ku) wysłałem alarmo­wy sygnał SPOT-em. Alarm EPIRB-em urucho­mili – nieświa­domi tego, co robią – bandyci w wiosce. gdy przeglądali łupy.

Pan Odilon na moją prośbę dał mi namiary na swojego kolegę – komendanta portów w Belém. Obiecał zadzwo­nić do niego z prośbą, by pomógł mi znaleźć statek na Karaiby i w transpor­cie kajaka. Komendant polecił panu Jacomo, by pomógł mi przy zała­dun­ku kaja­ka na katamaran.

Nie ma to jak armia i mundur. Zastępca komendanta Jacomo, jeden oficer, kierowca i ja pojecha­liśmy do portu. Wcześniej jesz­cze wyro­biono mi specjal­ną przepustkę na wejście do portu (wchodzi­łem w zasadzie niele­gal­nie, po wielu wyjaśnieniach).

Na katamaranie wizyta oficerów poruszyła wszystkich z kapitanem włącznie. Poproszono mnie, abym podpły­nął do rufy katamaranu. Na kajaku zamo­co­wałem dwie liny obej­mu­jące kadłub od dna i przepły­nąłem około 200 met­rów między stat­kiem „Manoel Monteiro” a kata­ma­ranem „Rondônia”. Przy pomocy dwóch ręcz­nych wcią­garek na rufie kajak został podnie­sio­ny 3 metry w górę i posta­wiony na pokładzie rufo­wym w miejscu, gdzie kiedyś stał. Po załadunku kajaka wojs­kowi odje­chali – podzię­ko­wałem im serdecz­nie, bo ich obec­ność bar­dzo uspraw­niła całą akcję. Zabezpieczyłem jesz­cze z załogą kajak przed przechyłami.

Najważniejsza sprawa obecnie: załadu­nek kaja­ka na statek do Belém – załatwiony. Za pośred­nict­wem pana konsula Duny będę dzięko­wał wszyst­kim zaanga­żo­wa­nym w pomoc.

Tak szybka i skuteczna pomoc była możliwa dzięki uruchomieniu swoich znajomych i odpo­wied­nich władz przez pana Amba­sa­dora Polski.

Dziękuję bardzo, panie Ambasadorze.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie,
Olek Doba

2011-06-30 – wiadomość druga

Telefonu żadnego nie mam.

Dzisiaj będę jakiś czas w konsulacie szwajcarskim. Konsul, pan Duno Gerber, mówi po portugalsku, niemiecku i angiels­ku; pomógł mi bardzo.

Jestem tam umówiony z panem Moura – znajomym pana ambasadora Jacka Junoszy Kisielewskiego. Pan Moura zapro­sił mnie na kolację. Poznam go dopiero tam. Pan Moura nie mó­wi po angielsku a ja nie mówię po portugalsku. Pogadamy sobie?!!! Tak.

Jutro mam ponownie spotkać się w konsulacie szwajcarskim z panem Orlandem Guimarães – asystentem gubernatora. Spotka­łem się z nim dzisiaj w konsulacie.

Te kontakty, a również do kapitanatu (zamierzam tam dotrzeć jutro) mam dzięki panu amba­sa­do­rowi pols­kie­mu w Brazylii. Dziękuję, Panie Ambasadorze.

Ja chyba spróbuje zaokrętować się na statek do Belém odpływający w piątek. Następna możliwość to czwartek.

Rozmawiałem w firmie Skyline Blue AG De Cargas Intl. W sprawie przewozu kajaka jako towaru. Mają mi jutro podać warunki (ceny) na trzy ofero­wane trasy: Panama, Puerto Rico lub poblis­kie wyspy, Floryda. Transport tylko kajaka. Moja pod­róż to cał­kiem odręb­na sprawa.

W konsulacie mam być za 50 minut.

Kończę i pozdrawiam,
Olek.

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-30 – wiadomość pierwsza

W ostatnich dobach płynięcia najbezpieczniej czułem się na rzece nocą (od około pół godziny po zacho­dzie słońca do świtu). Cisza, spokój, bardzo romantycznie. Wiosło­wa­łem sobie nie narze­kając na upał. Niewygoda na pokła­dzie wymu­szała budze­nie się co pół godziny (gdy spałem w drugiej części nocy); określa­łem położe­nie wzglę­dem brzegów (stara­łem się płynąć środ­kiem głów­nego nurtu) – i dalej lulu na drugim boku.

Przy płynięciu w dzień, po pierwszym napadzie każda zmieniająca kurs łódź „peck peck” budziła mój niepokój. Wiele łodzi specjal­nie podpły­wało do ory­gi­nal­nej jednostki pły­wa­jącej, by przyj­rzeć się z bliska. Były to przyjazne wizyty. Niestety kajak przycią­gnął też bandytów. Nie życzę nikomu takich sytuacji. Za pierw­szym razem zrabo­wano mi bardzo dużo cen­nych rzeczy (rabu­nek trwał trzy godziny). Za drugim razem w ciągu pół godziny rabu­sie wyczyś­cili mi następ­ne dobra coraz mniej cenne. Co byłoby przy następ­nym ewen­tu­al­nym razie, gdyby bandyci byli nieza­do­woleni z łupu?

Po konsultacji z panem Andrzejem Armińskim wybrałem wariant przepłynięcia do Belém statkiem z kajakiem. W Belém będę szukał możli­wości trans­por­tu na Karaiby (np. Puerto Rico) lub USA.

Po pierwszym napadzie, stałem cztery doby na terenie Petrobras – Consórcio Solimões przed Coari napra­wia­jąc kajak, usu­wa­jąc wodę z niego i susząc rzeczy. Tam miałem bezpieczne miejsce i życz­li­wych ludzi. W drugim napadzie nie uszko­dzili kajaka. Kajak jest zdol­ny do DUUUUUUŻEJ wyprawy, lecz nie na Amazonce.

Oczywiście przed wyprawą oceaniczną muszę uzupełnić niezbędny sprzęt. Nie mam zamiaru pływać po oceanie teraz, dopiero po sezo­nie hura­ga­nów, czyli dopiero w grudniu.

Mój zamiar rozpoczęcia wyprawy transoceanicznej z zachodu na wschód przez Atlantyk na początku maja 2012, przez te ban­dyc­kie napady nie został odwołany!!!!

Skąd start i  miejsce docelowe? Sam jeszcze nie wiem. Będę konsultował czas i miejsce akcji z kompetentnymi osobami.

Moja sytuacja jest jasna i wiadomości czasem przesyłam.
Zaginieni w Peru Celina Mróz i Jarosław Frąckiewicz – bardzo smutna wiadomość. Mój niepokój o Celinę i Jarka powo­do­wał to, że od około 5 czerw­ca najpierw w inter­ne­cie szuka­łem wiado­mości od nich. Wpisy o zanie­po­ko­jeniu pojawiły się dopiero dużo później. Znałem ich bardzo dawno (Jarka od 1984 roku, Celinę chyba od 1998 roku), serdeczni, życzliwi, pogodni. Niestety tak długi brak wiado­mości o nich nie daje podstaw do dobrych rokowań.

Pozdrawiam serdecznie z Manaus,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-29

Moi Drodzy.

Dopłynąłem do Manaus szczęśliwie. Dobiłem do przyjaznego mi statku „Manuel Monteiro”. To na nim płynąłem z Manaus do Tabatingi. W czasie spły­wa­nia spotkałem się z nimi w Tonantins. Bardzo serdeczna i współ­czu­jąca mi załoga. Zosta­wiłem kajak przycu­mo­wany do ich łodzi przy burcie statku stoją­cego w głów­nym porcie. Statek ten pływa na trasie Manaus – Tabatinga – Manaus. Wypływa z portu w piątek o 18:00 (24:00 – czas polski).

Połowę dnia szukałem szpitala, gdzie mógłbym kontynuować leczenie kolana. Odsyłali mnie z jednego szpitala do drugiego. Potem do polikli­niki. Wreszcie dotar­łem do szpi­tala São Raimundo. Tu wiekowy już lekarz orto­pe­da zlecił wyko­na­nie dwóch zdjęć rentge­nows­kich. Z góry i z boku kolana. Po obejrzeniu zdjęć posta­wił diag­nozę: reumatyzm. Wydał mi środki do dwóch iniekcji (jedna zaraz na miejscu w gabi­necie zabie­go­wym; druga do ręki z zale­ce­niem iniekcji za dwa tygodnie). Dostałem też tabletki z apli­kacją na tydzień. Tutaj też, podob­nie jak poprzed­nio, nie pobrano ode mnie żadnych opłat.

Przechodziłem obok portu São Raimundo. To z niego wypływają statki w górę rzeki Rio Negro aż do miejsco­wości São Gabriel da Cachoeira.
Przed napadami planowałem wstępnie, że z Manaus zrobię sobie boczną wycieczkę na Rio Negro. Na statku o naz­wie „Tanaka” wynegoc­jo­wałem wstępnie warunki przewozu mnie i kajaka. Za mój bilet chcieli 240 reali; za kajak 250 reali. Wypły­wa ten statek w piątek o 18:00 (24:00 – czas polski). Płynie trzy doby w górę rzeki do São Gabriel da Cachoeira.

Pasażerami tego statku zamierza być para z Niemiec – państwo Werner. Powiedziałem im o napadach na mnie. Współczuli mi i powie­dzieli, że powi­nie­nem udać się do telewizji i opowie­dzieć o napa­dach – jeszcze zaro­bię na tym. Nie sądzi­łem że z napadów moż­na skorzystać finan­sowo ( jak to jednak inna nacja podcho­dzi do takich spraw).

Policjant w Manacapuru mówił mi, że konieczna jest moja wizyta na policji federalnej w Manaus. Dotarłem do ich siedziby na dru­gim krańcu miasta niż szpital.

Tutaj od razu poinformowano mnie, że czas oczekiwania na rozmowę z policjantami to około trzy godziny. Szybko zorien­to­wałem się, że wszyscy (chyba) czekają na wydanie paszportów. Zaintere­so­wa­łem jednego z policjantów moją niety­po­wą sprawą napadów. Po około pół godzi­nie zapro­wa­dzono mnie do dwóch policjan­tów mówią­cych trochę po angielsku. Po przedsta­wieniu mojej sytuacji i wyjaś­nieniu, że wizytę u nich, jako konieczną, zalecił mi polic­jant w Manacapuru, wyjaś­nili mi, że moja wizyta u nich jest niepotrzebna. Dokumenty mam w porządku, napady opisa­ne poprzed­nio i mogę sobie iść.
Pytałem jak oce­niają trasę mojej plano­wa­nej dalszej wyprawy na trasie Parintins – Santarém – Macapá. Niestety nie jest bezpiecz­niej­sza niż powyżej Manaus. Współczuli mi mojej sytu­acji i życzyli dalszej szczęś­li­wej drogi.

Autobusem wróciłem do centrum. Udałem się do odległej około 2 kilometrów od portu salki internetowej i nadaję.

Moi Drodzy, jest takie powiedzenie: do trzech razy sztuka. Ja mówiłem, że życie jest dla mnie bardzo cen­ne i nie zamie­rzam łatwo nim szafować. Biorę pod uwagę bardzo poważ­nie sugestię najdroż­szej Małżonki i Pana Amba­sa­dora. Oświad­czam Wam, że bar­dzo poważnie biorę pod uwagę zmianę planów. Kajak ten – świetny na ocean – czułem się w nim bezpiecznie; tutaj jednak ze względu na swój ory­gi­nal­ny wyg­ląd stano­wi dla mnie zagrożenie.

Na razie zostaje w Manaus. Będę szukał możliwości bezpiecznego cumowania kajaka, gdy „Manuel Monteiro” odpłynie. Jest to trudne i niezbyt pewne zadanie.

Będę szukał możliwości transportu kajaka w dół Amazonki.

Mam na razie wstępnie do rozważenia różne możliwości.

1. Płynę statkiem z kajakiem do ostatniej miejscowości, gdzie statek skręca w prawo do Belém. Wyokrętuję się tam i płynę dalej kaja­kiem na trasie Macapá, północ­no-zachod­nie krańce Brazylii do Guja­ny Fran­cuskiej. Tam zosta­wiam w bezpiecz­nym miejscu w porcie kajak na kilka miesięcy (chyba Cayenne w Guja­nie Francuskiej) i udaję się na kilka miesięcy do USA. Wracam po sezo­nie hura­ga­nów i konty­nuuje wypra­wę przez Wyspy Karaibskie do USA. W maju 2012 zamie­rzam rozpo­cząć powrót przez Atlantyk do Europy lub Afryki Północnej.

2. Płynę statkiem do Belém. Stamtąd statkiem na Karaiby lub do Gujany Francuskiej. Nie wiem, czy z Belém pływają statki w tam­tych kieru­nkach

3. Płynę statkiem do Belém. Z Belém kajakiem wypływam na ocean, by dopłynąć do Gujany Francuskiej.

4. Płynę statkiem do portu Macapá. Z Macapy do Gujany Francuskiej. (plany przedstawiam „na gorąco”). Nie wiem, czy z Manaus pły­wają statki do Macapy.

Dla mnie planowane (przeze mnie) przepłynięcie Atlantyku kajakiem z zachodu na wschód było i jest nadal głów­nym celem transat­lan­tyc­kiej wyprawy. Wyprawa na Amazonkę to nieplanowana wcześniej „boczna wycieczka” – bardzo interesująca.

Do maja przyszłego roku uzupełnienie zrabowanego, lub niesprawnego sprzętu potrzebnego do przepły­nię­cia Atlantyku to inna sprawa – przyszłościowa. To wyposa­że­nie, które mam pozwala mi na dopły­nię­cie do Gujany Francuskiej z Macapy.
Amazonka niesie tyle zawiesin, że wybrzeże do Gujany Francuskiej bardziej przypomina warunki zalewo­we (daleko od brzegu głębo­kości są kilku­met­ro­we – podob­ne miałem przed São Luís. Mógłbym tam plano­wać zawi­nięcia do licz­nych (wg mapy) portów i wypły­wać dalej przy sprzy­ja­jącej pogodzie (wiatry).

Powyższe plany piszę na gorąco bez mapy, której nie wziąłem ze sobą (cała Brazylia w skali 1:4.000.000).

Niestety, w minorowym nastroju jestem i wysyłam tę wiadomość do Was (wymuszona decyzja o przer­wa­niu wypra­wy nie jest moją ulubioną).

Mimo wszystko pozdrawiam Was serdecznie,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-27

Witajcie z Manacapuru.

Wczoraj około godziny 17:00 (11:00 – czas miejscowy) zostałem napadnięty przez trzech bandytów z kara­bi­nem, rewol­we­rem i maczetą. Napad trwał około pół godziny. Zrabowali mi zega­rek ręczny, dwie latarki, kami­zel­kę ratun­ko­wą, narzę­dzia, słody­cze, ubra­nia pola­rowe, spod­nie oddychające. Podpłynęli do mnie łodzią moto­rową, gdy byłem około kilo­met­ra od brzegu. Kazali mi być cicho, bo nieda­leko przepły­wały łodzie i statki. Musiałem usiąść na podło­dze ich łodzi. Jeden cały czas mie­rzył w moją głowę rewolwerem. Drugi z tyłu dźgał mnie lufą karabinu. Trzeci buszo­wał w kajaku wyrzu­cając część rzeczy do wody. Rozerwał kilka tore­bek z jedze­niem liofili­zo­wanym i wyrzucił. Znalazł część pienię­dzy – 552,25 reali (około 1000 zło­tych). Pytali o  narko­tyki i pieniądze.

Nie wiem, czy rewolwer był nabity. To sześcioko­mo­rowa broń. W bocznych czterech, widocz­nych, nie było naboi. Po zakoń­cze­niu rabun­ku odpłynęli.

Płynąłem dalej i nocą dopłynąłem do Manacapuru. Tu szukałem policji. Zatrzy­ma­łem się przy stacji wynaj­mu­jącej łodzie. Właściciel zadzwo­nił na policję militarną. Przyjechał patrol dwuoso­bowy. Zawieźli mnie na policję. Po przesłu­chaniu i odeb­raniu proto­kołu popro­si­łem o dostęp do inter­netu – nie mają. Jeden funkcjo­na­riusz urucho­mił mi swój laptop i z niego piszę.

Jestem cały i prawie zdrowy (kolano bez zmian – mam zaleconą wizytę w szpitalu w Manaus).

Muszę coś zjeść na mieście i wypły­wam do Manaus. Nie wiem, czy dopłynę tam dzisiaj, czy dopiero jutro. Pomocy żad­nej nie potrzebuję.

Pozdrawiam was serdecznie,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-24 – wiadomość druga

Witam Moi Drodzy.

Rano opuściłem gościnny teren Petrobrasu (dziękuje Pani Konsul za przesłane podziękowania dla wielce mi pomoc­nego pana George’a Texeiry).

W Coari przed południem zgłosiłem się do policji militarnej. Nie znali tam policjanta Duglasa, który miał zająć się moją sprawą (taka infor­ma­cje otrzy­małem od Pana Amba­sa­dora wraz z nume­rem tele­fonu do tego policjanta).
Pojechałem do Polícia civil. Tam też taki policjant nie był znany. Próba dodzwonienia się do niego – bezsku­teczna. Zajęli się moim zgło­sze­niem napadu.

Pojechałem z dwoma policjantami do portowej restauracji przy której zacumowałem kajak. Obejrzeli go i wróci­liś­my na posterunek. Tam złożyłem szcze­gó­łowy raport (korzy­sta­jąc ze słow­nika polsko-portu­galskie­go od Ewy W.). Pokazałem im na mojej mapie stanu Amazo­nas miejsce napadu. Na pytanie, jak nazywa się ta ostat­nia wioska, gdzie zaczęli mnie zacze­piać, odpo­wie­dzia­łem, że nie wiem.
„Pokażcie dokładniejsza mapę, to powiem wam nazwę wioski.”
Niestety nie mieli dokładniejszej mapy od mojej, ku mojej konsternacji.

Napisany został protokół z napadu, z uwzględnieniem strat, jakie poniosłem. Otrzymałem jeden egzem­plarz tego doku­men­tu i zosta­łem odwie­zio­ny pod restau­rac­ję z kajakiem.

W kościele katolickim polski biskup (Marek Marian Piątek – informacja od Rafała) ma być mniej więcej za miesiąc. Teraz jest w terenie.

Zrobię jeszcze zakupy żywności na dalszą trasę i jeszcze dzisiaj mam zamiar popłynąć dalej. Na dalszej trasie przed Manaus jest tylko jedno więk­sze miasto – Manacapuru. Czy w mniej­szych będzie internet ogólno­dos­tępny – nie wiem. Będę starał się wysłać wiado­mości, gdy tylko będę mógł.

Czuje się dobrze ( kolano bez zmian – łykam tabletki).

Nastrój mam dobry, samopoczucie też.

Pozdrawiam wszystkich z Coari,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-24 – wiadomość pierwsza

Moi Drodzy, witam z przyjaznego mi miejsca postoju.

Właśnie dzisiaj równo z końcem dnia, no może dwadzieścia minut później, zakończyłem załadunek kajaka ostat­nimi rzeczami. Doszu­ku­jąc się czegoś dob­rego w złej sytu­acji – znalazłem!

W kajaku jest teraz luź­niej, łatwiej się zapa­ko­wać, bo i rzeczy ubyło (ha,ha,ha....)

Zameldowałem już mojemu duchowi opiekuńczemu tutaj, panu George’owi Texteirze, że zakończyłem suszenie, porząd­ko­wa­nie i napra­wę kajaka. Jutro rano wypły­wam do Coari. Pierwszą wizytę mam zamiar zło­żyć w policji militarnej. Niestety odzna­kę policji fede­ral­nej (otrzy­maną w Forta­lezie) też mi zrabowano.

Teraz już wiem co mi zrabowano, a co zostało. Podroż mogę kontynuować.

Na przyszłą wyprawę przez Atlantyk i tak zmuszony byłem uzupełnić sprzęt elektroniczny. Teraz wyjaś­niło się, co bę­dzie potrzebne. Aha, filmów też nie będzie, bo kamerę też zabrali. Został mi tylko zardze­wiały statyw.

Na wysłanego przeze mnie maila do ambasadora polskiego w Brazylii otrzymałem odpowiedź, że jakąś inter­wen­cję podjęli.

A tak próbując ocenić: skuteczność pomocy w przypadku alarmu wg systemu SPOT – nikła. Przez cztery dni, gdy poda­łem miejsce pobytu, nikt się ze mną z zew­nątrz nie kontak­tował. A gdybym gdzieś na brzegu faktycz­nie teraz potrze­bował pomocy, to co?

Cieszę się, że przesłane przeze mnie kopie 16 GB zdjęć dotarło. Zdjęć jest mnóstwo. Ja nie miałem czasu ich przejrzeć. Wiele jest do skaso­wania, lecz mam proś­bę, zacho­waj­cie wszyst­kie do mojego powrotu, szcze­gól­nie gdy polo­wałem na delfiny. Do ewentu­alnej obróbki i wyko­rzys­tania może­cie zrobić kopie i je udostęp­niać, zgod­nie z moją decyzją, bezpłat­nie zainteresowanym.

Na specjalne życzenie kolegów stoczniowców pan George zrobił zdjęcia uszkodzeń kajaka i przesłał je do Polski. Zdjęcia ja robi­łem jego apara­tem, bo jego akurat pil­nie gdzieś wezwali. Korek zamy­ka­jący wlew do zbior­nika został wyrzu­cony (nie przeze mnie oczywiście) – zaśle­pi­łem otwór koł­kiem drew­nia­nym i zama­lo­wałem żywicą.

Miejsca uszkodzeń kadłuba i komory akumulatora zalaminowałem żywicą i matami szklanymi – zżelo­wało prawidłowo.

Wiem o zaginięciu w Peru Celiny i Jarka. Znałem ich bardzo dobrze. Niestety, ostatnia wiadomość od nich jest z 26 maja. Nie wróży to dobrze.

Mam nadzieję, że z Coari coś Wam wyślę po wizycie na policji.

Pozdrawiam serdecznie, w dobrym nastroju,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-22

Witam Moi Drodzy.

Jestem w bardzo dobrym miejscu i doprowadzam kajak, wyposażenie i wszystko, co mi zostało, do przyzwoitego stanu. Petrobras to najwięk­sza kompa­nia nafto­wa w Brazylii. W miejscu, gdzie jestem, są dwa porty. W jednym pom­pu­ją na statki ropę, a w dru­gim (bliżej mnie) pompu­ją gaz na statki gazowe (LPG).
Od pierwszego dnia zajął się mną serdecznie George z inżynierii Petrobrasu. On, jako jeden z nielicz­nych, zna język angiel­ski i może­my się poro­zu­mieć. Bardzo ważne było dla mnie nada­nie jak najszyb­ciej wiado­moś­ci, co zrobi­łem dwukrot­nie, następ­nego dnia po napaści. Każdy ma jakiegoś szefa, George też. Jego szef nie zgadzał się, abym korzystał u nich z internetu. George mówił, że będzie starał się przekonać jednak szefa w mojej wyjąt­ko­wej sprawie. Dzisiaj wieczorem mogłem znowu zasiąść przed kompu­terem. Wcześniej już zaczą­łem pisać druko­wa­nymi lite­rami tekst, który miałby wysłać George.

Moi Drodzy, przeżyłem kilka godzin wyjątkowej bardzo sytuacji, której nikomu nie życzę (sobie też). Życie dla mnie najważ­niej­sze i w czasie napa­du stara­łem się jakoś trzy­mać fason i tono­wać ich agresywność.

Jeśli uratowałem to, co najważniejsze, to napiszę Wam, że ta sytuacja przystopowała mnie na kilka dni, ale planów nie zamie­rzam zmieniać. Morale wcale mi nie siadło. Czuję się wspa­niale (jedynie kolano bez zmian, ale tabletki łykam).

Tutaj kajak mam przycumowany przy placówce, na której dyżur pełni kilku ludzi przez całą dobę. Jest to pływa­ją­ca platforma. Do niej dopły­wają różne łodzie przywo­żące i odwo­żące pracow­ni­ków Petrobras – Consórcio Solimões. Pracownicy są serdecz­ni, życzliwi. Wodę pitną (chło­dzo­ną ) mam cały czas. Jedze­nie dowo­żą dla mnie jak dla załoganta.

Opiszę teraz zniszczenia kajaka. Nie są tak duże, jak to wynika z Waszych pytań, gdyż hamowałem agresję, prosząc, by nie nisz­czyli kajaka.

Kadłub uszkodzony jest poważnie (na wylot) w jednym miejscu. Obok tylnego włazu komory bagażowej z lewej strony. Kilka pchnięć maczetą na wylot.
Cały czas natarczywie domagali się, bym pokazał, gdzie mam narkotyki – kokainę. Chcieli rozwalać wiele miejsc (pałąki też), lecz moje spokoj­ne prośby i wyjaśnianie, że nie mam żad­nych narko­tyków odniosły skutek taki, że w kilku miejs­cach dziab­nęli macze­tami, lecz tylko uszka­dza­jąc farbę, a nie konstrukcję. W czasie tych trzech godzin akcji wszyst­kie, nawet najmniej­sze zakąt­ki przejrzeli, wyrzu­ca­jąc rzeczy na swoją łódź, część od razu do wody. Na koniec część rzeczy wrzu­cili mi na powrót do kajaka – totalne wymie­sza­nie wszystkiego.

Właz do kabiny – mocne cięcie maczetą wytrzymał, został głęboki ślad.

Na okienku też dziabnięcie maczetą (ślad tylko).

Z tylnej komory bagażowej chcieli dostać się do akumulatora (tam kokaina!). Kilkanaście pchnięć maczetą uszko­dziło górę boksu akumu­la­tora, lecz samego akumu­la­tora dosięg­nął jeden cios lekko zaryso­wu­jąc konstrukcje – aku­mu­la­tor cały!!!! Nad aku­mu­la­to­rem przekład­ka gru­bości około 40 milimet­rów uchro­niła akumulator.

Wnętrze przedniej komory bagażowej. Uniwersalnym narzędziem – maczetą została naruszona przednia ścianka, mocu­jąca aku­mu­lator. Uszkodzony został przełącznik (on -off). Elektryka nie dzia­łała. Dzisiaj elektryk dyżur­ny kilka godzin spraw­dzał, szu­kał, znalazł uszko­dze­nie i naprawił.

Oświetlenie zewnętrzne siadało mi już dłuższy czas i teraz tylko jedna dioda ledwo świeci.

W kabinie świecą dwie diody z trzech (już dłuższy czas). Światło nawigacyjne działa normalnie. Zasila­nie odsa­lar­ki też działa. Czy w gnieź­dzie zapal­nicz­ki jest napięcie? – chyba tak, lecz nie chcia­łem męczyć już elektryka, który w upale, w cias­nych pomiesz­cze­niach wytrwa­le dzia­łał (dzięku­ję tobie, Jozefacie).

Przecięte zostały macze­tami wszyst­kie lin­ki zamk­nięć, chociaż ofero­wa­łem otwo­rze­nie kluczem wszystkiego. Wczoraj elektry­cy napra­wili mi linki. Połą­czyli obcięte koń­ce zakle­pu­jąc je w alumi­nio­wej końców­ce przewodów. Wiem jednak, że takie zamk­nię­cie to tylko uspo­ko­je­nie mojej psy­chi­ki, że jakoś mój doby­tek zabezpieczyłem.

To wszystkie uszkodzenia kajaka. Jeśli spodziewaliście się większych, to wybaczcie, lecz starałem się swoim zacho­wa­niem i deli­kat­ny­mi proś­ba­mi do „amigos”, by nie nisz­czyli kajaka.

Ja teraz na spokojnie dziwię się sobie, że w takiej sytuacji zachowałem spokój, nie sprzeciwiałem się im, pozwa­la­łem zabrać wszyst­ko, co chcieli, jedy­nie czasem uprzej­mie prosząc, by coś zosta­wili, bo to się im nie przyda. Nie wszystko obro­niłem, lecz stara­łem się nie pro­sić natręt­nie (z wyjąt­kiem SPOTA). Liny od dryfko­tew poobci­nali i zabrali. Zabrali też pas aseku­ra­cyjny z liną – bo ładny?

Gdy rozwinęli transparent z mapą wyprawy przez Atlantyk, to prosiłem, by go zosta­wili, bo to moja podróż i pamiątka. Niestety, zabrali go – na pamiątkę, by wie­dzieli kogo obrabowali.

Część narzędzi zabrali, wszystkie zapasowe bezpieczniki (płaskie i rurkowe).

Jestem tu już trzecią dobę. Pierwszego i drugiego dnia suszyłem mapy, książki, słowniki, instrukcje (ogólnie: papiery). Suszenie urozma­icało mi alar­mo­we zawo­łanie, że deszcz będzie zaraz padał.

Codziennie kilka takich alarmów uniemożliwiało mi wyjęcie z kajaka większej ilości mokrych przedmio­tów do suszenia. Po miesięcz­nym spły­wie Huallaga, Marañon, Amazonas, Solimões mogę powiedzieć, że takie miejsce, jak to gdzie jestem, jest wyjątkowe. Zamierzam tutaj wszystko wysu­szyć, napra­wić i ... dalej, zgod­nie z wcześ­niej­szym planem.

W czasie ostatniego miesiąca często siadałem przed komputerem i opisywałem dokładnie przebieg wyprawy. Niestety, teraz nie będzie moż­na śledzić wypra­wy na bieżąco na mapie, bo SPOTA nie mam i chyba nie odzyskam.

Na policję militarną (taka odpowiada za wodę) zgłoszę się w Coari, gdy tam dopłynę (może jutro lub pojutrze). Do Coari mam około 20 kilo­metrów. Jest to jedno z więk­szych miast w stanie Amazonas.

Dziwiłem się, że nie dorwali się do moich doku­men­tów i dwóch kart banko­wych, ale ten buszu­jący w kabi­nie w tym rozgar­dia­szu znajdo­wał co chwilę różne wspa­nia­łości, nie przykła­dając się do rzeczy­wiś­cie dokład­nego przetrząś­nięcia wszystkiego.

Mam nadzieję napisać z Coari już po zgłoszeniu napadu na policji.

Co do nadania sygnału alarmowego przez SPOTA. W instrukcji piszą, że przycisk alarmowy nie ma funkcji testo­wej, lecz tylko alarmową. Włączyć alarm można w przypadku zagro­żenia życia. Czy ktokol­wiek może powie­dzieć, że ja nadu­ży­łem tego sygnału? Przy pierwszej moż­li­wej okazji nada­łem sygnał, że żyję i ogólnie w porządku. Jeśli była podjęta jakaś akcja, to wyjąt­kowo nieskuteczna. Odnaleźć mnie z kaja­kiem w odleg­łości kilku­dzie­się­ciu kilo­met­rów w dół rzeki od miejsca nada­nia sygnału nie powinno spra­wiać problemów. Pracow­nicy widzieli w ponie­dzia­łek niety­po­wo lata­jący helikop­ter wojskowy.

Nie powiem, że to wszyst­ko spły­nęło po mnie jak po kaczce. Zapewniam Was jednak, że psychicznie i fizycz­nie czuję się dobrze. Nie próbuj­cie nama­wiać mnie do przer­wania wyprawy. Będę spokoj­nie konty­nu­ował dotych­cza­sową, bardzo cieka­wą podróż.

Ze sprzętu, to na rzekę muszę zakupić aparat fotograficzny. Inny sprzęt, potrzebny na ocean, to odległa przysz­łość (kil­ka miesięcy).

Pozdrawiam Was serdecznie z Petrobrasu,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-21

Moi Drodzy, witam z Porto Quebra.

Przesłałem Wam zdjęcia wykonane przez inżyniera z Petrobras Brazil jego aparatem. Na zdjęciach jest piękna pogoda i widać rozło­żone „papie­ry” w celu suszenia. Niestety po połud­niu była seria deszczy, nawet inten­syw­nych, tak że nie mogłem nic suszyć. Tutaj spotka­łem się ze zrozu­mie­niem mojej wyjąt­ko­wej sytuacji i otrzy­muję pomoc od życz­li­wych ludzi. Dzisiaj miałem wyży­wie­nie przez cały dzień. Mogłem korzys­tać z inter­netu i wys­łać pierw­sze wiado­mości ze zdjęciami.

Planuję zostać tutaj tak długo, aż uda mi się wszystko wysu­szyć (potem mogę mieć z tym wielkie problemy).
W kajaku jest woda – przy rabunku, na kajaku było czasem trzech rabusi i kajak wywracał się nabierając wody.
Nie wiem, co z instalacją elektryczną, ale nic nie działa.

Dopóki wszystkich komór nie opróżnię i nie poukładam rzeczy na nowo, przeglądając i zapamiętując, co mi zostało, nie zamie­rzam wypły­wać dalej. Do dużego miasta – Coari (65 tys. miesz­kań­ców) mam kilkanaś­cie kilometrów. Tam zamie­rzam dopiero zgło­sić rabunek na policji militar­nej, która odpo­wiada za bezpie­czeń­stwo na wodzie. Odzyskania czegoś raczej się nie spo­dzie­wam, ale zgłosić rabu­nek muszę.

Na zdjęciach widać, że zatrzy­małem się w miniza­toczce z jakimś placem. Teren Petro­brasu jest duży, pracuje tu wielu ludzi. Po połud­niu przepły­ną­łem 300 metrów w górę rzeki (z trudem – silny prąd) i teraz kajak mam przycu­mo­wany do pływa­ją­cej plat­for­my z dyżur­ny­mi pracow­ni­kami mają­cymi całodo­bową służbę.

Jeśli będę miał problemy z „elektryką”, to poproszę o pomoc tutej­szego „elektricistę”.

Ogólnie biorąc Brazylia jest niebezpiecz­nym krajem, co słysza­łem od wielu ludzi. W telewizji często poka­zują akcje policji spekta­ku­lar­nie odno­szą­cej sukcesy. Niestety, policji najczęś­ciej nie ma tam i wtedy, gdy jest potrzebna.

Mój kajak, jako oryginalna konstrukcja, wywo­łuje u ludzi chęć obej­rze­nia i czasem dotknięcia go. Niestety – złych ludzi też interesuje.

Z Iquitos wysłałem kartę pamięci z 16 GB zdjęć. Nie mam infor­macji, czy przesyłka dotarła. Jeśli nie, to z całej mojej wędrów­ki od Fortalezy nie będzie zdjęć, bo orygi­na­ły mi zrabowali.

Ogólnie biorąc, cieszę się, że jestem cały i zdrowy (oprócz kolana, które bez zmian jest nabrzmiałe – tablet­ki ocalały) i samopo­czu­cie, o dziwo, mam cał­kiem dobre; jestem chyba rzeczywiś­cie optymistą, nasta­wio­nym pozytyw­nie na świat.

Pozdrawiam Was serdecznie z Porto Quebra,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-20

Witam Moi Drodzy!

Wczoraj (niedziela) od godziny 20:30 do 23:30 (czas polski) byłem poddany presji pięciu bandytów z kara­bi­nem i maczetami. Udało mi się w trak­cie napa­du nadać syg­nał alarmowy.

W wyniku totalnego, brutalnego przeszukiwania mojego kajaka zrabowano mi wiele cennych rzeczy. Chcieli się chyba przed samy­mi sobą pokazać, jacy są hardzi, bo prześ­ci­gali się w tym, kto lepiej znisz­czy kajak.

Zaczęło się wszystko od tego, że wpłynąłem w mały, długi (na 40 km kanał). Najczęściej przy takich małych ramio­nach mog­łem z blis­ka obser­wo­wać życie miesz­kań­ców, foto­gra­fo­wać ich domos­twa i lepiej pozna­wać przyrodę.
Niestety, tym razem pod koniec tego ramienia rzeki Solimões miałem przykrości.

Podpłynęło do mnie kilka łodzi, gdy przepły­wa­łem koło wioski. Byli to młodzi ludzie. Straszyli mnie, że płynię­cie dalej jest niebez­piecz­ne, bo tam są bandyci, co strze­lają z pisto­letów w głowę. Radzili wrócić do wioski, przecze­kać u nich do rana, a potem będą mnie eskor­to­wać przez niebez­pieczny teren.

Najbardziej aktywnymi byli, określający siebie jako „amigos”, przyszli bandyci. Ich przekaz informacji był „propozyc­ją nie do odrzu­cenia”: ja już wpad­łem w ich łapy. Zgodzi­łem się wró­cić do wioski.
Zawróciliśmy i holowali mnie swoją łodzią „peck peck”, mając kajak przy burcie.
W czasie płynięcia jeden z nich próbował otworzyć luk bagażowy. Na mój protest przerwał.
Po dopłynięciu do wioski zapraszali mnie na jedzenie, a kajak miałem zostawić przy brzegu uwiązany na linie. Wyjąłem kłódki i linki i zamkną­łem wszyst­kie włazy. Okazało się, że to wśród „przyja­ciół” nie uchodzi i zepchnęli mnie na wodę.

Potem, gdy płynąłem dalej sam i minąłem wioskę wypływając na szerokie wody Solimões, „przyjaciele” dopły­nęli do mnie na szyb­kiej moto­ro­wej łodzi. Było ich pięciu.
Jeszcze straszyli mnie bandytami, ale powiedzia­łem, że jak oni są przyjaciółmi, to do widzenia, a ja płynę do bandytów.
Wtedy okazało się, że nie muszę do bandytów płynąć, bo oni wyjęli karabin i maczety i mówili: – Płyniemy razem do brzegu.
Tam nie chcieli, bym otworzył luki, lecz walili po nich maczetami, linki też przecięli maczetami. Zaczęli walić macze­tami i wios­łem po kaja­ku, wtedy prosi­łem, by go nie niszczyli. Kazali mi wysiąść na brzeg, a sami rabo­wali kajak przez trzy godziny. Co chwilę mierzyli do mnie z kara­bi­nu i wyma­chi­wali maczetą. Ja zacho­wy­wałem się spokojnie, by ich podnie­cenie i radość z rabun­ku nie przenio­sła się bar­dziej na mnie. Do brutalnego otwie­rania wszyst­kiego używali maczet. Część rzeczy wyrzucali do wody; gdy próbo­wa­łem protestować – jeszcze bar­dziej robili mi na złość.

Podsumowując, z grubsza, bo jeszcze dokładnie nie wiem, co mi zostało, a co zrabowali.

Na pewno zrabowali mi: dwa telefony satelitarne, dwa telefony komórkowe, dwa GPS-y, SPOT-a, UKF, dwa apara­ty foto­gra­ficz­ne, dwa zegarki, kompas zapa­sowy, dwie latarki, lornetkę, dwie przetwor­nice napię­cia, wiele baterii, rzeczy osobiste, liny, beczkę wodo­szczel­ną Prijona, dwie karty banko­we, karty pamięci z nagra­nymi zdję­ciami (2 x 8 GB) i kilka nowych 16 GB i 8 GB, różne łado­warki, EPIRB-a.

Chcieli zabrać dwie odsalarki ręczne, lecz wytłu­ma­czyłem im spokojnie, że to na wodę morską i tu się nie przyda – zostawili mi je.

Próbowali dostać się i próbować żywność liofilizowaną, lecz tylko ponisz­czyli kilkanaście paczek, część po prostu wyrzu­cając do wody.

Cały czas pytali i szukali narko­tyków uszka­dza­jąc kajak maczetami.

W końcu kazali mi odpłynąć, lecz ja się na wodzie kręciłem, w cofce wyławiając różne rzeczy. Prosiłem, by oddali SPOTa, bo im się nie przyda – na próżno. Odpłynęli. Ja, krótko przed końcem dnia, też odpły­ną­łem, wyła­wia­jąc po drodze różne rzeczy.

Rano dopłynąłem do wielkiej rafinerii. Tu na brzegu suszę rzeczy. Zostanę na noc. Załoga serdecznie mi współ­czuje i opie­kuje się mną. Korzystam z ich internetu.

Jestem cały i prawie zdrowy (kolano).

Pozdrawiam z Porto Quebra,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-18

Witam z Tefé.

W ciągu ostatnich dwóch dni miałem dwie kontrole policji federalnej. Dwa dni temu zaskoczyły mnie dwie szybkie łodzie, gdy byłem w kabinie. Wyjrzałem na zew­nątrz prosto w lufy karabinów skiero­wa­nych we mnie. Na obu łodziach było sied­miu policjan­tów w mun­du­rach i kami­zel­kach kulo­od­pornych. Dowodzący łodziami mierzyli do mnie z pisto­letów trzy­ma­nych obu­rącz; pozostali z broni długiej (karabiny). Wynurzyłem się na zew­nątrz wpierw poka­zu­jąc puste dłonie. Po krót­kiej wymia­nie zdań, kim jestem i co tu robię, spytali, czy mam jakieś problemy. Odpowie­dzia­łem, że nie mam proble­mów (przecież nie będę im zawra­cał głów kolanem). Życzyli coś dobrego na drogę i odpłynęli.

Wczoraj jedna łódź policyjna z trzema umun­du­ro­wanymi i uzbro­jo­nymi policjan­tami dopły­nęła do mnie z impe­tem ude­rza­jąc lek­ko swoim dziobem w mój kad­łub koło pałąka kabiny.
Opierniczyłem ich za taką napaść i odepchnąłem wiosłem.
Dowódca łodzi z pistoletu; a dwaj pozostali z karabinów mierzyli do mnie cały czas. Poważnej sytuacji ja nie trakto­wa­łem poważ­nie, lecz groteskowo. Jeden, nieuzbro­jony cywil na pokła­dzie (siedzia­łem w kok­pi­cie z wios­łem w ręku) i trzech mierzą­cych do mnie policjantów. Ani przez moment nie pomyś­la­łem, że reak­cją na moje ich opierni­czanie (po pols­ku oczywiś­cie) mogą być strzały.
Potem gestem przywołałem ich bliżej, ale nadając znaki, by zbliżali się powoli, do zetknięcia jednostek. Po krótkiej indagacji, kim jestem i co tu robię, zaży­czyli sobie obejrzeć mój paszport.
Wyciągnąłem go z kabiny i poda­łem do przeglądu.
Wszystko w porządku. Mogę płynąć dalej.
Mogę wam zrobić zdjęcie?
Nie.
No to zrobiłem jak się oddalali.

Tefé, to większe miasto na trasie. Specjalnie zboczyłem w rozlewiska rzeki Tefé, aby zapoznać następ­nego doktora z moim kolanem. Dojecha­łem z moto­taksis­tą na skraj miasta do szpitala. Tutaj, po około dwóch godzi­nach, zosta­łem przyjęty przez pana doktora Edwarda Soplina, który przepi­sał mi iniekcje oraz tablet­ki (inne niż poprzednie). Zalecił zgłosze­nie się w Manaus do szpi­tala, zrobie­nie badań labo­ra­to­ryj­nych i odpo­wied­nią kurację.

W aptece szpitalnej tabletki wydano mi na receptę bezpłatnie, Iniekcja oraz cała wizyta nic mnie nie kosz­to­wała oprócz czasu. Wystarczyło podzię­ko­wa­nie; upew­nia­łem się, czy aby na pewno dobrze zrozumiałem.

Kolano już 10 dni mam „w odmiennym stanie”. Różne kuracje na razie bezskuteczne.

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-15

Witam z Jutaí!

Zaledwie dwa dni mijają, a ja znów nadaję.

Po nowej porcji kuracji kolana – brak postępów w ustępowaniu obrzęku.

Ostatnie dwie noce to u mnie coś całkiem nowego. Nieskuteczność całkowitego zabez­pie­czenia się przed ataka­mi moski­tek oraz niesa­mo­wity upał w kabi­nie w cza­sie mojego snu, przerywa­nego częstym budze­niem się z powo­du upa­łu i ata­ków nowych moski­tek, zmusiły mnie do spró­bo­wania czegoś innego.
Jeśli w środku kabiny panuje taki upał, to może spróbuję pospać na zewnątrz. Ja niestety w pozycji siedzą­cej nie mogę spać; muszę leżeć. Położyłem się na pokła­dzie na pokry­wach luków bagażo­wych; nogami w stronę rufy. Wspaniałe miejsce, upał wnęt­rza kabiny załatwiony.

Ujemną stroną takiego nagrze­wania kabiny jest bardzo duża koncen­tracja wody z mojego potu.
Od zewnątrz chłodno, od środka gorąco i cały sufit, ściany, i wszystko wew­nątrz nasyca się wilgocią, która skrapla się i ścieka po ścian­kach kabiny. Często, właści­wie codzien­nie, muszę usu­wać skroplo­ną wodę z zaka­mar­ków zęzowych.

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-13

Witajcie Moi Drodzy!

Tak często przesyłam korespondencje, że ostatnia z Leticii w Kolumbii jeszcze nie jest zamieszczona.

Tak cieszyłem się z nabycia przetwor­nicy z napięcia 12 V prądu stałego na 220 V prądu zmiennego, że kupi­łem jeszcze jedną taką. Sprawdzi­łem już ich działa­nie w kaja­ku: pracują zgod­nie z założeniami.

Ostatni wieczór przed powrotem do Brazylii spędziłem w Kolumbii. Zaszalałem w restauracji w centrum miasta delek­tu­jąc się rybą z Amazonki i zapi­ja­jąc zim­nym piwem.

Miłe są wieczory w tych rejonach. Upału nie ma już, lecz jest bardzo ciepło, czasem lekki wietrzyk uprzyjem­nia wieczor­ny spacer lub posiedzonko.

W Leticii popularne są minitaksówki o napędzie elektrycznym. Energię do jazdy czerpią z akumulatorów. Zabie­rają dwie osoby na miejsca pasa­że­rów za kierowcą. Mają dach i są bez drzwi, bo tutaj jest ciepło, lecz deszcze są częste.

Ostatnia łódź z Kolumbii (Leticia) do Peru (Santa Rosa) uciekła mi. Pojechałem zatem mototak­sów­ką do Brazylii (Tabatinga) i stam­tąd na ostat­nią noc do Peru.

Tutaj okazało się, że dłuższy czas „czatował na mnie” urzędnik SUNATU (służba celna peruwiańska). Omyłkowo dał mi ory­gi­nał doku­men­tu, wysta­wio­nego kiedyś w Iquitos. Po przywi­ta­niu mnie poprosił o zamia­nę kopii na oryginał. Nie robi­łem proble­mów. Do wymiany doszło. Ciekawe, że tutaj też przy wypeł­nia­niu tego doku­men­tu ja, obok swojego podpisu, musia­łem jesz­cze odcisk swojego prawego palca wskazu­ją­cego zamieś­cić – dla waż­ności dokumentu.

Rano zrobiłem zakupy jedzenia na trasę (bułki, słodkie platany, jakieś nieznane mi owoce – lecz bardzo smacz­ne, picie). Wydałem wszyst­kie pienią­dze peru­wiań­skie i kolum­bijskie, nasta­wia­jąc się teraz na brazy­lijskie reale.

Odprawy granicznej dokonałem dzień wcześniej, więc teraz tylko odpłynąłem.

Długo płynąłem jeszcze w nocy, bo połówka księżyca świeciła dość jasno. Czasami migały mocno świe­cące świet­liki, przela­tu­jące blis­ko kajaka.

Ta pora po zmierzchu, gdy płynę ogromną rzeką, widząc jedynie zarysy lądu lub wysp z lewej lub prawej strony, dla mnie jest najprzy­jem­niejsza. Nie muszę wtedy nosić ubrania dla ochro­ny przed słońcem. Jest miło, ciepło, lecz nie upalnie. Roman­tyzm takich godzin przeży­wam z reguły do czwar­tej – piątej rano (pols­kie­go czasu). Moskitki nie doku­cza­ją wtedy, bo jestem dale­ko od ich rejo­nu działania.

Niestety, gdy zamie­rzam zatrzy­mać się na noc, to „zaczy­nają się schody”. Wyszukać po ciemku dobre miejsce na nocleg na całko­wi­cie niezna­nej trasie to wiel­ka niewiadoma. Kończy się to różnie. Czasem miejsce jest dobre, spokojny nurt (najczęś­ciej na końcu wyspy).
Moje zjawienie się tam powoduje alarm i chmary moskitek przylatują szybko i radośnie na moje przywi­tanie. Oczywiś­cie z ich radości ja się nie cieszę. Staram się szybko zacumo­wać lub zakot­wi­czyć kajak i daję nura do kabiny zacią­ga­jąc za sobą moskitierę.
Potem, w środku, rzeź moskitek, wysła­nie sygnału do sztabu, że kończę płynięcie i krótkie spanie.

Tak nagrze­wam malut­ką kabi­nę, że budzę się zlany potem.
Zapalam latarkę i dziwię się bardzo, którędy się te moskitki dostały. Przecież wszelkie możliwe szpary zatkałem. Okazuje się jed­nak, że te, około 2-3 razy mniej­sze, kuzyn­ki naszych koma­rów znaj­du­ją sobie drogę do wnęt­rza kabiny. Budząc się kilka razy w nocy z gorąca, wytłu­ku­ję wszel­kie moskitki, jakie dostrzegę. Podejrze­wam, że przecis­ka­ją się one jed­nak przez oczka moskitiery.
Ostatniej nocy upał wnętrza kabiny tak mi dokuczył, że wypełzłem na zewnątrz, by się ochłodzić wachlu­jąc kape­lu­szem od pani Ewy z Praia das Fontes. Ewo, dziękuję Tobie za bar­dzo uży­tecz­ny (nie tylko do wach­lo­wania) kapelusz. Oryginal­ność jego kształ­tu przebi­li mi jed­nak policjan­ci kolum­bijscy patro­lu­jący wieczo­rem miasto – jak konni­ca kanadyjska.

Drugiego dnia w Brazylii dopłynąłem do puebla Belém. Jest to indiańska wioska położona na lewym, wyso­kim klifo­wym i gli­nias­tym brzegu rzeki. Na poziomie wody kilka platform, na których dziew­czy­ny prały rzeczy, kąpały dzieci i siebie.
Na górę klifu prowadziły schody. Po zacumo­waniu kajaka wszed­łem do góry.
Chyba tam-tamy nadały wiadomość: dziwna łódź z białym człowiekiem płynie. Kilkuset mieszkańców (głównie dzieci) wyszło na brzeg, a potem szło ze mną w procesji do środ­ka miejscowości.
Pytałem o możliwość zjedzenia czegoś na śniadanie; o jakiś bar, czy restauracje, lub targ. Niestety, nic z tych rzeczy. Z małej budki ulicz­nej zjadłem jedynie ryż w cieniut­kim cieście – wielkoś­ci to wszyst­ko jak nasze pierogi. Mojemu posila­niu się przyglą­dało się kilkadzie­siąt dzieci.
Naczelnik wioski (alcaide) przysiadł do stołu, przy którym posilałem się. Wypytał, jak długo tu będę i dokąd się udaję. Po informacji, że jak skoń­czę tego rogala, to odcho­dzę i odpły­wam, poprosił, abym podał mu swoje imię i nazwisko. Zapisał je w ksią­żecz­ce, którą miał ze sobą. Był to modli­tew­nik. Czyżbym był rzeczy­wiś­cie takim rzad­kim goś­ciem, lub oryginalnym?
Odprowadzały mnie do brzegu znowu tłumy.
Gliniasty brzeg koloru czerwonawego ciągnął się przez kilka kilometrów.

W niedzielę rano z przyjemnością zaobserwowałem, że obrzęk kolana bardzo się zmniejszył. Niestety przyjem­noś­ci czasem są mi zabie­rane i zamie­niane na... Po połud­niu zauwa­ży­łem obrzęk, szybko powięk­sza­ją­cy się do poprzed­nich rozmia­rów, lecz chyba płynu zebrało się więcej, bo obrzęk był twardszy i lekko boles­ny przy dotyku.
O ho, ho. Kuracja zaczęta w Peru będzie musiała być kontynuowana w Brazylii.

Trochę większa miejscowość na trasie w poniedziałek, czyli dzisiaj, to Amaturá.
Na nocleg zatrzymałem się około 7 kilo­met­rów przed Amaturą. Przed świtem ponag­lany przez moskitki i wypło­szo­ny z kabiny przez upał, wypły­ną­łem na trasę.
Do miasta dopły­ną­łem bardzo wcześ­nie, przed otwar­ciem targo­wiska. Wobec tego na czczo udałem się do hospitala. Był już czynny. Dużo ludzi czekało w róż­nych kolejkach. Ja, pokazując kola­no pani rejestra­tor­ce, zostałem popro­szo­ny o zajęcie miejsca na ławce i skaza­ny na czekanie na dottore.

Po około godzinie oczekiwania zjawiła się pani doktor, obejrzała moje nabrzmiałe kolano oraz recepty leków peru­wiańskich. Zorien­to­wa­łem się, że takich samych leków nie mają, lecz zastosują inne.
Mniej więcej po 20 minutach oczekiwania na dalszy rozwój sytuacji zostałem poproszony przez panią doktor do gabi­netu zabiegowego. Tam mia­łem położyć się na kozetce na brzuchu i wypiąć się na nią. No cóż, w Peru iniekcje dosta­łem w prawe ramię. W Brazylii zosta­łem zaata­ko­wany w lewy pośladek.
Potem pani doktor wręczyła mi zestaw tabletek na pięć dni wraz z przebiegiem zażywania. Zapisała nazwę leku poda­ne­go w iniek­cji oraz naz­wy table­tek dla ewentu­al­nego dal­sze­go postę­po­wania medycz­nego (histo­ria choroby w skrócie).
Podziękowałem za zastosowane leczenie i tabletki, zapytując o koszt całego procesu (badanie, iniekcja, tabletki). Z niedo­wie­rza­niem upew­nia­łem się, czy dob­rze rozumiem. Zapłatą było tylko moje podzię­kowanie. Żadnych kosztów nie pokrywałem.

Wyszedłem z przychodni. Na targu zjadłem śniadanie.

Jestem na bieżąco z relacjami, bo w salce internetowej opisałem wszystko obszernie.
Tutaj klawiatura komputera działa prawie normalnie, lecz opłaty są wyższe niż w Peru i Kolumbii.

Oczywiście pozdrawiam gorąco już z rzeki Solimões (aż do ujścia Rio Negro koło Manaus taką nazwę ma ta część Amazonki),
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-10

Witajcie moi Drodzy.

Jestem teraz w Kolumbii w Leticii. Jedno z trzech miast granicznych: Leticia (Kolumbia), Tabatinga (Brazylia) i Pueblo Santa Rosa (Peru).

Z Caballocochy wypłynąłem późno, bo około 18:00 (polskiego czasu), 11:00 (czas w Peru).
Rano zrobiłem zakupy owoców na targu (banany, słodkie platany, mandarynki, pomarańcze, papaje i jakiś niezna­ny mi owoc na próbę). Bułki jeszcze miałem. Ostatnio często posila­łem się „a la Małysz” – bułki z bananami. Jakoś można przeżyć.
Zakupy na targu robiłem rano, bo wtedy jest największy wybór. W porze południowej ruch zamiera na około dwie godziny. Sklepy zamy­kają, targo­wis­ko pustoszeje. Czynne są nieliczne stragany.

Niestety jeszcze „wysiadł mi” jeden z zegarków ręcznych. Serwisman zegarkowy uliczny zawyrokował: uszkodzo­na taka część (wyjął pudełko i pokazał mi, co wysiad­ło i daje takie objawy). Naprawiać nie warto, bo cena przekro­czy wartość nowego zegarka, a on nie ma takiej dobrej części. Oczywiście zaofero­wał mi kupno nowego zegarka wodoodpornego.
Jak na taką ofertę nie do odrzucenia mogłem zareagować? Kupiłem nowy zegarek.
Bateria w starym była dobra, bo już drugą dobę pulsuje światłem jak w nocy.

Jeszcze przypomnę, że kiedyś, z powodu usterki technicznej, „wysiadł mi” główny, dobry GPS.

Potem kilkugodzinna sesja internetowa (znowu egzotyczna klawiatura i szwankujące, wolne połączenie). Po nadaniu wiado­moś­ci do Was – szyko­wa­nie się do odpły­nięcia, tym razem przy dobrej pogodzie.

Jak zwykle żegnał mnie tłumek ciekawskich. Porobi­łem zdjęcia im i domom na palach na wodzie – ciekawe scenki. Dla mnie malow­nicze, lecz żyć tak stale :-(((.
Przy ujściu rzeki Caballocochy do jednego z ramion Amazonki „czekały” na mnie delfiny szare i jeden różowy, dając się podpat­ry­wać przez kilkanaś­cie minut. Najbliższe wynu­rze­nie to 10 met­rów od kajaka. Niestety niere­gu­lar­ność poka­zów utrud­niała robie­nie zdjęć, ale coś da się wybrać.

Tym wąskim – jak na Amazonkę – jej fragmentem (przez kilka kilometrów szerokim na 100 metrów, potem około 500 metrów) pły­ną­łem kilka godzin, bo powrót na główny nurt to kilka moż­li­wości, lecz wszyst­kie z kilku­kilo­metro­wym płynię­ciem pod prąd.
Ten oceaniczny, wielki i ciężki kajak do płynięcia pod prąd, a także pod wiatr nie nadaje się, gdyż jest to bardzo ciężkie a czasem niemoż­liwe zadanie.

Na główny nurt wpłynąłem już późną nocą po fascynującym spektaklu, jaki dawała przez dwie godziny burza przede mną. Zanim się zbliży­liś­my do kolizji – burza stra­ciła swoją energię i zamarła w rozpadzie.
Trasę oświetlała połówka księżyca. Było bardzo przyjemnie i romantycznie. Nie było upału, płynąc środkiem dość szybko nie dawa­łem szans moskitkom, by mnie wyczuły i dogoniły.

Gdy wypłynąłem na główny nurt, jego prawa część (peru­wiańska, bo lewa to kolum­bijska) wciągnęła mnie stop­nio­wo i niezauwa­żal­nie na rozleg­łe mokradła i zmusiła do wygrze­by­wania się z roślin­ności wod­nej, którą zacze­pia­ła się o skeg chroniący ster. Przebiłem się w końcu przez to, pogania­ny przez moskitki wyko­rzys­tu­ją­ce moje zaplą­tanie i wolniej­sze płynięcie.

Płynąłem potem bliżej brzegów kolumbijskich. Widząc już światła Leticii, Tabatingi i poświatę Santa Rosy szukałem moż­li­woś­ci zatrzy­mania się na noc.

Santa Rosa leży na wyspie i ewentualne przepłynięcie [obok niej] inną trasą bardzo by mi skom­pli­ko­wało spra­wy graniczne. Wolałem zatrzy­mać się, przespać i za dnia wypytać o właściwą trasę (i słusznie, bo właś­ciwa trasa nie była wcale czytel­na z wody). Mapy dobrej do nawi­gacji oczywiś­cie nie mia­łem i nie mam!!!
Zanocowałem w gęstych przybrzeżnych szuwarach przywiązując się do nich linami, by czasem wiatr mnie nie wywiał niele­gal­nie przez granicę. Było już późno, około 07:00 rano (czas polski). Nie zabez­pie­czy­łem włazu dodat­ko­wą moski­tie­rą i ranna zmiana moskitek wyko­rzys­tała to, dosta­jąc się chma­rami do środ­ka przez napraw­dę małe szparki!!! Zmobi­li­zo­wany przez te bestyjki do szyb­kie­go wypły­nięcia z szuwa­rów na otwartą przestrzeń, zdążyłem „w biegu” nadać sygnały SPOTEM, a dopie­ro w pewnej odleg­łoś­ci od lądu zaczą­łem wybi­jać lokator­ki kokpitu.

Wypytując o trasę do Santa Rosy dostawałem podobne i prawdziwe informacje. By wpłynąć we właściwą „strugę wody” (nie wiem jak nazy­wać takie części tej samej rzeki przedzie­lone wys­pa­mi – powinienem się wstydzić, co niniej­szym czynię i pro­szę o podpowiedź), musiałem przepły­nąć w poprzek jednej z takich strug. Wykonywałem klasycz­ne promo­wa­nie pod prąd szero­kiej na około 2 kilo­metry „strugi” Amazonki. Niestety silny prąd pod koniec zmu­sił mnie do pły­nięcia w dół wyspy i pcha­nie się pod prąd jak najbli­żej brzegu, gdzie nurt jest najbar­dziej spowalniany. To było tylko 500 metrów pod prąd przy brzegu. Lecz końcowe 20 metrów do cypla wyspy, która rozdzie­lała silny nurt, to był maksy­mal­ny wysiłek z prawie wcale nie posuwa­ją­cym się kajakiem.
Ufff, nareszcie minąłem garbek rozdzielający nurty i dałem się porwać w żąda­nym kierunku :-))).

Do placówek granicz­nych miałem już tylko 1 kilometr.

Znowu kołomyjka. SUNAT – służba celna chce, bym wpierw załatwił sprawę w Emigrations (Inmigración), potem kopię pasz­por­tu z nowym stemplem (i nie tylko tej strony, lecz inne ważne) miałem zrobić i im dostarczyć.
Miesiąc wcześniej podobnie chcieli i musiałem płynąć łodzią do innego kraju – czyli Tabatingi w Brazylii – by zrobić odbit­ki ksero i dowieźć znowu do PERU.
Teraz zaprotestowałem przeciwko takiej procedurze mówiąc, że ja stempel mam w paszporcie, że opusz­czam Peru i żad­nych in­nych papie­rów nie potrze­buję. Jak oni potrze­bują, to niech sobie kopiują strony pasz­por­tu sprzed miesiąca.
Urzędnik powiedział: – Chodźmy razem.
Poszliśmy do urzędu naczelnika puebla (alcaldía). Tam mieli ksero, o czym mnie nie powiadomili wcześ­niej odsy­ła­jąc do Brazylii.
Tutaj pozwoliłem skopiować jeszcze raz pewne strony mego paszportu. Wiedziałem, że stempel opusz­cze­nia Peru był świe­żutki i tej aktual­nej stro­ny nie mieli. O dziwo: za skopio­wa­nie paszpor­tu do ich celów urzęd­nik SUNATU sam zapłacił. Poprzed­nio wszel­kie koszty – kopio­wa­nia i dwukrot­nego przepły­wa­nia Amazonki oraz przejazd z moto­taksis­tą od portu do ksero i z powro­tem – ja ponosiłem.
Wróciliśmy do biura SUNATU i urzędnik wypełnił dokument wysta­wiony w Iquitos dla kajaka i jego dwie kopie. Na koniec musiałem – podob­nie jak w Iquitos – obok podpisu złożyć odcisk opuszki mojego prawego wskazu­ją­cego palca.
Oryginał z Iquitos dostałem na pamiątkę.
Na tym procedura opuszczenia legalnie Peru została zakończona.

Kajak mam przycumowany do prowizorycznej kładki z desek (długość kładki to około 30 metrów), prowa­dzą­cej do pły­wa­jącej stacji paliw czyn­nej całodobowo.
Stan wody Amazonki jest teraz około 1,5 metra niższy niż miesiąc temu. Wtedy główny chodnik był zalany na wyso­kość około 300 milimetrów. Teraz można było spacerować suchą stopą.
Zostawiłem kajak pod czujną opieką i popłynąłem do Tabatingi w Brazylii łodzią. Wizyta na posterunku policji – i mam nowy stempel upraw­nia­jący do legal­nego poby­tu w Brazylii przez 90 dni.
Rozległość Tabatingi zmusiła mnie do korzystania z usług mototaksisty (motocykl-taksówka). W Peru były riksze, a tu moto-taxi.

Po załatwieniu spraw na policji inny mototaksista zawiózł mnie do Leticii w Kolumbii. Te dwa miasta przedziela grani­ca, lecz kontro­le są rzad­kie i przeje­cha­liś­my bez zatrzy­my­wa­nia się.

Dojechałem pod sklep „Elektro Japon”, który polecił mi elektricista z Caballocochy. Niestety, tranzy­sto­rów nie mieli. Odesłali mnie do poblis­kiego serwisu, lecz tam była specja­li­zacja w telewizorach. Poinformo­wa­no mnie, że w Leticii nie ma takie­go serwisu, gdzie mógł­bym przetwor­nicę (adapter ) naprawić.

Potwierdziła się informacja o lepszym zaopatrzeniu w Kolumbii niż w Peru i w Brazylii.
Nabyłem tutaj 5 kompletów baterii litowych AA produkcji USA zalecanych do SPOTA!!!
Wyciągnięto mi z półek kilka adapterów. O dziwo: jeden, wyprodukowany na Tajwanie, spełniał moje oczekiwania. Nabyłem przetwor­nicę napię­cia z 12 V (prąd stały) na 220 V (prąd zmienny).
Hura, coś ważnego udało mi się zdobyć!
Namyślam się nad kupnem jeszcze jednej, chociaż w instrukcji piszą między innymi, że sprzęt należy chronić przed wil­gocią. Trudne zada­nie w tropi­ku i w kajaku, lecz muszę się jakoś zabezpieczyć.

Ze względu na kończący się tutaj dzień chyba zostanę w Peru do jutra i dopiero rano wypłynę w dalszą trasę woda­mi Amazonki, lecz – odtąd do Manaus – nazy­wanej Rio Solimões, dalej znowu Rio Amazonas – dziwne co?

Pozdrawiam Was serdecznie z Leticii w Kolumbii,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-09

Witajcie Moi Drodzy

W Peru jeszcze mam 7 godzin różnicy czasu z Polską. W zachodniej Brazylii będzie 6 godzin.

Przy wypływaniu z Iquitos na nabrzeżu portu ENAPU zgromadziło się kilkudziesięciu kibiców oglądając odpły­nię­cie tak egzo­tycz­nej jednostki.

Na wypłynięciu miałem słoneczną pogodę, prawie bezwietrzną. Przy ujściu rzeki Itaya porwał mnie nurt Amazonki ze swoim cienko-kawo­wym kolo­rem, tak bardzo róż­nym od ciemnych wód Itayi.
Po około kilometrze – lewy dopływ Amazonki, znowu rzeka [Río Nanay] z ciemną barwą, przejrzystawą. Na granicy wód tych rzek kręciły się łodzie z turys­tami poka­zu­jąc im te atrakcje zlewa­ją­cych się i wirują­cych wód dwóch rzek.
Potem znowu utrudnienia spowodowane wiatrem przeciwnobocznym aż do nocy kiedy to z reguły wiatry słab­ną lub zanikają.
Prawie każdej nocy rozgrywa się w górze spektakl burzowy. Kilka burz na raz daje o sobie znać z róż­nych kierunków. Gdy błyska bliżej, to jest fascy­nu­jące wido­wisko, bo częs­totli­wość błys­ków jest duża: co kilkanaś­cie sekund błysk. Z tych bliskich burz docie­ra­ją do mnie grzmoty. Najczęściej burze są dla mnie tylko spektaklem. Oczywiście zdarzają się kolizje naszych tras i wtedy staram się zna­leźć jakieś schro­nie­nie przy brzegu, co po ciemku nie jest łatwe.

Następnego dnia po kąpieli siebie (na pokładzie oczywiście, czego dokonuję kilka razy dziennie ze wzglę­du na upał) zrobi­łem pranie (też częste) i rozwie­si­łem rzeczy na pałąkach.

Po południu, gdy nie wiosłowałem z powodu upału, zobaczyłem doganiającą mnie tratwę. Płynięcie pod wiatr mojego kajaka jest przez niego spowalniane. Naturalna tratwa złożona z drzew, gałęzi, roślin – długa na 15 metrów, szero­ka 5 met­rów, mało wysta­jącą nad wodę – dla mnie ideal­ny ciągnik.
Wbiłem się w tratwę i poddałem jej marszrucie.
Tratwa płynęła nurtem omijając wyspy i trzyma­jąc się w dobrej odleg­łoś­ci od brzegów.
Dobra nasza, tylko jej nie przeszka­dzać, a mogę zająć się innymi sprawami.
Oglądałem mijane miejscowości (wioski, wioseczki, pojedyn­cze chaty). Pozdra­wia­łem ludzi płyną­cych łodziami „peck peck” lub canoami.

Blisko zachodu słońca mijałem jakąś jednostkę wojskową i potem wioskę z łodziami policyjnymi. Przepływałem około 200 metrów od brzegu. Gdy już byłem za nimi około 300 metrów, jakiś policjant zauwa­żył mnie i zrobił się jakiś ruch, który potem zanikł.
W „naszym zespole” (tratwa i kajak) płynęliśmy szybko, niesieni nurtem. Po kilku kilometrach dogoniła nas moto­rów­ka prywat­na z kilko­ma ludź­mi. Jeden miał mun­dur policyjny. Poinfor­mo­wali mnie, że minąłem grani­cę bez zatrzy­ma­nia się i chcieli pasz­port obejrzeć. Nie zdąży­łem go wyciąg­nąć, gdy zapadła decyzja: płynie­my razem na posterunek.
Wpierw kajak trzymany był z boku łodzi, jednak potem wzięli go na hol na linie. Ja siedziałem w kajaku – nie chciałem go opuś­cić mimo żądań. Płynąc pod silny prąd chciałem mieć kontrolę nad kajakiem i nie dopuś­cić do kolizji z jakimś drzewem płynącym.
Była to słuszna decyzja, gdyż motorówka płynęła zygzakiem i musiałem szybko reagować na takie manew­ry, chociaż protes­to­wałem i wskazy­wałem gestami, aby płynęli prosto. Liczne przeszko­dy niesio­ne prą­dem zmu­sza­ły nasz zes­pół do omi­jania ich. Chciałem tylko, by były to łagod­ne zakręty, lecz niewiele to dawało.

Płynęliśmy pod prąd około pół godziny do puebla Chimbote.
Jest tam placówka graniczna. Na wysokości tej miejscowości lewy brzeg Amazonki to już Kolumbia i placów­ka w Chimbote kontro­luje ruch na rzece w tym rejonie.
Po zacumowaniu kajaka do łodzi policyjnej na brzegu przy zapadającym zmroku udałem się na przesłu­cha­nie do kapi­ta­na policji. Obejrzał mój paszport i doku­ment podróży wysta­wio­ny onegdaj w Iquitos.
Wszystko w porządku, lecz dlaczego się nie zatrzymałem do kontroli?
A czy ktoś mi powiedział, że tutaj jest kontrola graniczna?

Wyjaśniałem, że w Iquitos poinformowali mnie, że do granicy w Santa Rosie mam trasę wolną i mam koniecz­nie w Santa Rosie do placówki granicznej zgłosić się.
Jeszcze pytanie: czy mam kokainę? Odpowiedziałem, że mam tylko pustą już butelkę po coca coli. Jaki przemytnik powie: „Tak, mam pełno kokainy na pokładzie”?
Jeszcze pytania o kajak i plany oraz o miejsce spania – i życzyli mi miłej nocy, bo powiedziałem, że rano będę odpływał.
Jak to zwykle w Peru znali tylko język miejscowy, czyli hiszpański. Nasza konwersacja była urozmaicona różnymi języ­kami i gesta­mi, lecz skutecz­na, jak mnie­mam. Żal mi było tego wspania­łego ciąg­nika w postaci tratwy, który tak niespo­dzie­wa­nie musiałem opuścić.

Spacer po tym pueblu, gdzie prąd był włączany po zmroku i wytwa­rzany przez spali­no­we agregaty prądo­twór­cze, był urokliwy.
Idąc głównym chodnikiem betonowym widziałem wnętrza chat oświetlanych najczęściej świeczkami lub lamp­ka­mi na jakiś olej. Dawało to mile, ciepłe światło, lecz bardzo nikłe. W nielicz­nych sklepach był prąd i światło.

Zjadłem posiłek i – o dziwo – popiłem zimnym piwem z lodówki. Piwo tutaj dostępne jest w butelkach o pojem­noś­ci 650 ml. Chłodzone jest całkiem dobre.

Obserwowałem jeszcze załadunek lanchy, który trwał około godziny. Pod jej pokładem pełno ludzi. Tłok niesamowity. Hamaki były cias­no rozwieszone. Część ludzi podró­żo­wała na dachu. Było tam chłodniej (przyjem­niej) niż w środku. Ta lancha była długa na około 20 metrów; szeroka na 4 metry; jeden pokład z dachem.

W tej wiosce (podobnie jak w wielu innych) funkcjonowała mała piekarnia wypiekająca na bieżąco pieczy­wo i ciasto podob­ne do babek.

Rano odpłynąłem dalej i po kilku kilometrach włączyłem się do doganiającego mnie zespołu kilku drzew płyną­cych razem. Ten zespół nieste­ty nie był taki spraw­ny jak wczoraj­sza tratwa i mniej więcej po dwóch godzi­nach wpły­nął na mieliz­ny, gdzie utknął.
Popłynąłem dalej samodzielnie, starając się trzymać blisko prawego brzegu, z zamiarem zawinięcia do stolicy prowin­cji Mariscal Ramón Castilla i jedno­cześ­nie stoli­cy dystryktu Ramón Castilla – Caballocochy, leżą­cej nad rzeką Caballococha, prawym dopły­wem Amazonki.

Przy ujściu tej ostatniej rzeki, niosącej przejrzyste, ciemne wody do Amazonki, oglądałem przez kilkanaś­cie minut spek­takl delfinowy.
Delfiny wynurzały się co kilkanaście sekund: pojedynczo, parami, a nawet raz czwórką w zespole. Wynurze­nia były na tyle niere­gu­lar­ne czaso­wo i miejs­co­wo, że trudno było mi zrobić im dobre zdjęcie. Najbliżej mnie wynu­rzyły się w odleg­łości 10 metrów.
Były to delfiny szare. Długość ich to mniej więcej 2,5 metra.

Płynięcie pod prąd rzeki Caballococha, dwa kilometry do centrum miasta, ułatwiał mi wiatr w plecy.
O dziwo, znowu tuż przed moim dopłynięciem zaczęło się mycie miasta (rzeki też) przez deszcz, coraz silniejszy. Przy moim dobi­ja­niu do pomostu res­taurac­ji był to już sil­ny deszcz. Zacumowałem szybko kajak i uda­łem się na obiad. Restauracja, to szum­na naz­wa wypi­sana na tablicy. Był to zespół kilkunastu samo­dziel­nych mini­jad­ło­dajni. Typowy obiad, jaki zjadłem, to ryż z ciem­ną fasolą w sosie, kawa­łek mięsa kurczaka. Popitka to jakiś sok owoco­wy rozcieńczony wodą.

Po przeczekaniu deszczu udałem się na spacer do miasta.
Zlokalizowałem lokal z internetem. Dowiedziałem się o godzinach otwarcia.

Potem zająłem się sobą, czyli to, co opisałem wcześniej. Wizyta na pogotowiu, w aptekach i kuracja kolana po iniekcji. Teraz zaży­wam tabletki. Obrzęk jeszcze nie ustę­puje, ale to jeszcze niecała doba od początku kuracji.

Zrobiłem przegląd sprzętu elektronicznego po przeszło 7 miesiącach eksploatacji.

Przetwornica 12/220 V po awarii, naprawiana nieskutecznie w Naucie. Sprawdziłem sam: na wyjściu 0 V. Tutaj w warszta­cie elek­trycz­nym „elektri­cista” po dłuż­szym szuka­niu znalazł niespraw­ny tranzystor. Nie miał takiego i tu nie moż­na takiego kupić. Zalecił poszu­ki­wa­nie w Leticii w Kolumbii.
Niesprawna przetwornica skutkuje niemożnością użycia telefonu satelitarnego w kajaku. Ewentualnie z zasila­nia obcego, czego jesz­cze nie wypróbowałem.

Drugi telefon od EPY zastrajkował skutecznie – nie działa.

Radiotelefon UKF – ładowarka przestała działać; sygnał: słaba bateria i koniec pracy.

Kamera filmowa – niesprawna ładowarka akumulatorów lub przewody zasilające (próbowałem różnych, nawet w salo­nie fotogra­ficz­nym). Efekt: nieczyn­na kamera.

Aparat fotograficzny – wysiadła mi możliwość robienia zdjęć z lampą błyskową.

Mam jeszcze (chyba sprawne) dwa aparaty telefoniczne komórkowe, polski i brazylijski. Będę musiał naładować im bate­rie w Brazylii. W Peru często gniazda były na płaskie wtyczki. W Brazylii powszech­ne są gniazda uniwer­sal­ne na wtyczki płas­kie lub okrągłe (jak polskie).

Jak widać, warunki tropikalne z wysoką wilgotnością działają destrukcyjnie na elektronikę.

Prześlę Wam jeszcze odpowiedź pana Dariusza Gawla na moje pytanie o sposób działania z telefonem satelitarnym.

Czy uda mi się załatwić naprawę przetwornicy napięcia? Mało prawdopodobne. Próbowałem jeszcze w Brazylii i w Peru nabyć nową taką. Niestety, nigdzie takich lub podob­nych nie mieli.

Ważna dla mnie jest sprawna przetwornica 12/220 V. Chyba nie jest to drogi sprzęt.

Sprzęt elektroniczny „siadał mi” stopniowo.
Moje zdrowie było bez zarzutu. Teraz pierwsza dolegliwość – kolano – jest kuracja. Zacząłem kurację w Peru, dokoń­czę już w Brazy­lii, dokąd mam zamiar dzi­siaj jesz­cze dopłynąć.

Humor i chęć podróży u mnie na wysokim poziomie (ha, ha, ha) :-)))

Pozdrawiam serdecznie z PERU!!!,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-09

Witajcie Moi Drodzy.

Piszę z Caballocochy. To już ostatnie dni w PERU. Na Amazonce lewy brzeg to Kolumbia. Jest już późno, za pół godziny zamy­ka­ją sal­kę internetowa.

Napiszę tylko, że zrobiłem przegląd sprzętu i siebie, i są problemy.

Trzy dni temu zauważyłem jakby obrzęk prawego kolana. Na drugi dzień powiększył się, osiągając obję­tość około 200 mililit­rów [ok. 6.8 oz]. Jakiś płyn zebrał mi się pod skórą na kolanie z przodu. Nie pamię­tam żadnego ude­rze­nia w kolano.

Przypłynąłem do Caballocochy – stolicy prowincji Mariscal Ramón Castilla.
W aptece spytałem, co zrobić z takim kolanem?
„Pięć ulic dalej jest hospital” – poradziła pani farmaceutka.

Doszedłem do „emergencii” – pogotowie.
Przyjęli mnie i pan doktor w asyście kilku osób obejrzał kolano, wypisał receptę, i zalecił wrócić po wyku­pie­niu medy­ka­men­tów do iniekcji. Objecha­łem trzy apteki na rikszy moto­ro­wej, by wyku­pić wszystko. Tu na szczęś­cie nie zabie­rają recept, jak w Polsce i z tymi dwie­ma recep­ta­mi wyku­piłem wszystko zalecane.

Położyłem się na kozetce i pan doktor polecił pielęgniarzowi wykonać iniekcję. Kilka minut trwało poda­wa­nie leków w pra­we ramię. Wszystko pod czuj­nymi spojrze­nia­mi kilku osób (praktykanci?).

Po iniekcji leżałem około pół godziny pod ich spojrzeniami.
Pan doktor podał mi jeszcze receptę na wykupienie tabletek, które mam zażywać przez trzy dni.
Wykupiłem tabletki i już zażyłem. Następne co 8 godzin.
„Powinno być wszystko dobrze”, zapewnił mnie pan doktor. Tam mówili tylko po hiszpańsku. Sądzę, że porozu­mie­liśmy się dobrze.

Kończę, bo zaraz zamykają.

Pozdrawiam,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-06.

Witajcie Moi Drodzy.

Opiszę chronologicznie, co było dalej.

Obudziłem się rano około świtu. Zdziwiłem się, że jestem prawie na środku rzeki Amazonki, szerokiej tu na mniej więcej 3 kilometry. Przecież przed nadcią­ga­ją­cą bu­rzą wpłyną­łem do miniza­toczki i zarzu­ciłem „kotwicę”, która wyraź­nie spoczę­ła na dnie na głębo­kości około 3 metrów.

Gdy płynąłem przez Atlantyk, kotwica była zbędnym balastem, lecz nie na rzekach i płyciznach, jakie miałem przed São Luís. Tam kawał znalezio­nego złomu służył mi (bardzo dobrze) jako kotwica. Była to chyba jakaś mocno pordze­wia­ła część czerpa­ka pogłę­biar­ki lub coś podobnego. Masa tego to około 10 kilogramów.
Bez kotwicy na płynących wodach o różnicy poziomów pływowych dochodzących do 6,5 metra byłoby o wiele bar­dziej uciąż­liwe zatrzy­my­wa­nie się na dłużej w jednym miejscu. Brnięcie po czarnej mazi błota i tak mnie nie omija­ło, lecz było tego mniej.
Wielkie zdziwienie i uśmiechy wywoływała moja „kotwica”, lecz starałem się to jakoś z humorem wytłu­ma­czyć: elegancki kajak i kawał zło­mu przytwier­dzo­ny na pokładzie.
Podczas kilkudniowego postoju w São Luís wypatrzyłem „wolny” kołnierz zaśle­pia­jący o śred­nicy zewnętrz­nej około 300 milimet­rów; masa jego to około 7 kilogramów.
Leży sobie taka „kotwica” na pokładzie przywiązana do niego oraz lina kotwiczna do węzła kluczki z innej liny na dziobie. Linę tę tak umoco­wa­łem, że z pokła­du przy wła­zie kabi­ny mogę węzeł kluczki przyciąg­nąć do siebie i podcią­gać „kotwicę” z dna. Opis tego może nie jest dla wszyst­kich jasny, ale zapew­niam: wszystko działa według założeń.
Wszystko? Okazało się, że jednak nie wszystko.
Moja „kotwica” nie trzyma kajaka tak solidnie, jak prawdziwa kotwica o tej samej masie. Kołnierz przecież jest płaski i okrągły. Widocz­nie z tej minizatocz­ki wiatr mnie wywiał i prąd rzeki poniósł nocą. Jeśli obudziłem się na środku rzeki, oznacza to, że omi­nęły mnie statki i nie wpły­nąłem na jakąś przeszko­dę przy brzegu. Anioł stróż znowu się spisał i obudzi­łem się cało.
Wniosek na przyszłość: muszę staranniej wybierać kotwicowisko, o co w nocy jest trudno.

Noce są długie, około 12 godzin. Na sen powinno mi starczyć 6-7-8 godzin. Co robić z resztą czasu nocnego?
Wraz ze zbliżającym się zmrokiem uaktywniają się moskitki. Celem ich jest zdobycie kropli krwi umożli­wia­jącej rozwój następ­nego poko­le­nia moskitów. Zjawie­nie się tak wiel­kie­go ciała, jak moje, zostaje wyczute z dużej odleg­łości i całe chmary moski­tek chcą skorzys­tać z mojej krwi. Gdyby ten proces pobie­ra­nia krwi nie był tak bolesny i dokucz­liwy dla ofiary, to pewno tak bym się przed ich inwazją nie bronił.
Najczęściej płynę jeszcze kilka godzin po zmroku. Gdy noc jest pogodna, jest wtedy bardzo roman­tycz­nie. Liczne gwiazdy mogę wypa­try­wać na niebie. Obser­wo­wać mogę inne, niedostęp­ne do obser­wacji w Europie gwiaz­do­zbio­ry np. Krzyż Południa – najmniej­szy z gwiaz­do­zbio­rów, lecz poży­teczny w określa­niu kierun­ku południowego. Obecnie przez całą noc widocz­ny jest Wielki Wóz, lecz jakby wywró­cony kołami do góry. W Europie też przecież go można obserwować.
Gdy w nocy jest pochmurno, płynie się gorzej. A już paskudnie się robi, gdy w nocy pada deszcz. Intere­su­jące są burze, które właści­wie codzien­nie i co noc występują. Czasami kilka burz w różnych kierun­kach jednocześnie. Wtedy „wróżę”, czy spotkam się bezpośred­nio z jakąś, czy uda się je ominąć. Wróżenie spowo­do­wa­ne jest brakiem dokład­nych map (mam taką w skali 1:4 000 000, czyli: 1 mm na mapie to 4 km w terenie) oraz bardzo meandru­ją­cymi rzekami.

Obudziłem się już dawno i teraz trzeba było zorientować się, gdzie jestem. Na górę kabiny wsunąłem w specjalny uchwyt busolę. Zakręty i kieru­nek pły­nię­cia Amazon­ki już dają się odpowied­nio skon­fron­to­wać z mapą bez sięga­nia po pomoc GPS-u. Odnalazłem się, gdzie jestem i na śnia­da­nie wylą­do­wałem w leżącej na prawym, wyso­kim brzegu stoli­cy dystryk­tu, miejsco­wości ... (nie mam przy sobie mapy i ewen­tu­al­nie póź­niej tę naz­wę uzu­pełnię). Odległość do Iquitos pozwa­lała mi brać pod uwagę możli­wość dopły­nięcia tam przed porą snu.

Podczas płynięcia w górę Amazonki (i innych rzek też) wypatrywałem miejsc do ewentualnego przysz­łego przycu­mo­wa­nia kaja­ka zapew­nia­ją­cego jego bezpiecz­ne zosta­wie­nie na kil­ka godzin.

W Iquitos miałem takie miejsce w pamięci. Byłem zdecydowany dopłynąć tam nawet w nocy, zabezpie­czyć kajak i udać się do salki interne­to­wej (nazwa „kafej­ka interne­to­wa” nie odpo­wiada tutej­szej rzeczy­wis­toś­ci, bo najczęś­ciej nic nie można zamó­wić, nie mówiąc o tytu­ło­wej kawie; najczęstszy­mi nazwami są: Internet, Cyber; teraz z takiej korzystam – czyn­na całodo­bo­wo na central­nym placu, oczywiś­cie, Plaza de Armas).
Miejscem tym była mała, pływająca platforma bosmanki w porcie: ENAPU – port fiskalno-celny.

Bosmanka czyn­na całodo­bo­wo, dob­rze oświet­lo­na i – co oczywiste – pilnowana. Miejsce posto­jo­we jak marze­nie, ale czy dozwo­lone dla mnie?

Ja do tego portu i tak musiałem dopłynąć do odprawy celnej (wewnątrzkrajowej). Gdy płynąłem w górę rzeki, wysta­wia­nie dokumen­tów (tylko im potrzeb­nym), oglę­dzi­ny kaja­ka, opłaty zajęły kilka godzin. Poprzez tłumaczkę (z hiszpań­skiego na angielski) pouczo­no mnie, abym w dro­dze powrot­nej koniecz­nie ich odwiedził.

Wiatr spychał mnie do prawego brzegu. Musiałem przepromować się do lewego brzegu, bo Iquitos leży w wid­łach lewych dopły­wów Amazonki, rzek Itaya i Nanay. Kilka portów (także ten ENAPU, do którego zmie­rzałem) usytu­owa­ne są nad rzeką Itaya. Zanosiło się na to, że dopłynę o zmroku.

Niestety, chyba zaskoczyłem Iquitos wcześniejszym przypłynięciem, niż się spodziewali. Zaczęli go myć. Wpierw desz­czem drob­nym, prawie mżawką. Potem coraz solid­niej­szym. Coraz ciem­niej­sze chmury całko­wi­cie zakryły niebo. Gwałtowność „mycia” miasta przez desz­cze spowo­do­wa­ła wzrost prędkości wiatru do około 3º B. Wiatr oczywiście niesprzy­ja­ją­cy mojemu kierun­kowi pły­nięcia – przeciwno-bocz­ny, od strony miasta.
Ten deszcz i silny wiatr gnębiły mnie przez trzy godziny, zanim dopłynąłem do dawno wybra­nego miejs­ca posto­jo­wego. Dopłyną­łem tam już nocą. Wiatr wydłu­żył bar­dzo moje pły­nię­cie pod prąd rzeki Itaya.

Wody Amazonki niosą wiele zawiesin i są barwy cieniut­kiej kawy z mlekiem. Wyraźnie jeszcze (tuż przed zmro­kiem) zaobser­wo­wa­łem ciem­ne, z małą iloś­cią zawie­sin, wody rzeki Itaya. Czekało mnie jeszcze kilka kilomet­rów płynię­cia w górę rzeki walcząc z przeciwno-bocz­nym wiatrem. Chowałem się przed jego podmu­cha­mi za przycu­mo­wa­ny­mi na tra­sie różny­mi jednost­kami pływającymi.
Napotkałem kilkadziesiąt tratw przycumowanych do brzegu, na którym czekały na nie maszyny tartaku. „Moja” tratwa też tam chyba była.

Dopłynąłem w końcu na miejsce docelowe. Bosman zgodził się na moje przycu­mo­wa­nie na „jego podwórku”. Zabez­pie­czy­łem pałą­ki kaja­ka odbija­cza­mi przed uszko­dze­niem (zacumo­wa­łem do wysokiej stalo­wej ściany rucho­mego pomostu).

Jak na Peru, było dość wcześnie.
Ubrałem się odpowiednio do padającego ciągle deszczu i wyszedłem z portu, meldując strażnikom przy bramie, że za kilka godzin wrócę, by mnie zapamiętali. Przecież żad­nych doku­men­tów, że jestem tam legal­nie, nie miałem.

Przed bramą portu stały riksze motorowe. Zażyczyłem sobie trasę na Plaza de Armas do znajomej salki internetowej.
Od razu pytam o ce­nę przejazdu.
Pada odpo­wiedź: cztery sole.
Ja na to: dziękuję pójdę do innej rikszy.
Rikszarz gestem jednak zapra­sza do środka.
Mówię mu: półtora sola.
Trochę się skrzywił, ale dobrze – i pojechaliśmy.

Riksza motorowa to motocykl z kanapą na dwie osoby mogące siedzieć obok siebie za kierowcą. Często w rikszy widzia­łem nawet po pięć osób, ale to specjal­ność peruwiańska. Tak przeła­do­wa­ne riksze i liczne motocykle, wiozące nawet cztery osoby na raz (oczywiś­cie wszys­cy bez kasków), to widok dość częsty. Jedynie policja drogo­wa (często panie) nosiła na głowie kaski.

Do kajaka wróciłem w ciągle padającym deszczu.

W dniu następnym, czyli we czwartek 2 czerwca, chciałem załatwić kilka spraw. Obawia­łem się, że wszystkie będą czaso­chłon­ne i na zwie­dza­nie lub bycze­nie się na mieście nie będzie czasu.

Najpierw obowiązek.
Wziąłem dokumenty i udałem się do biura SUNAT – służby celnej. Tym razem poszło szybciej. Załatwie­nie mnie trwało dwie godziny. Wiele chodze­nia z moimi papie­rami kilku osób. Rozmowa przez „znajo­mą” tłumaczkę. Efekt widocz­ny dla mnie: zrobi­li kopię doku­men­tu, który mi wysta­wili poprzed­nio i pouczy­li, abym koniecz­nie w Santa Rosie (miejsco­wość granicz­na) oddał ten doku­ment w tamtej­szej placówce cel­nej (SUNAT). Podzięko­wa­łem – i do miasta rikszą.

Ciągle padał deszczyk . Rikszarze przed deszczem chronią się zakładając przed sobą podwią­za­ną do dachu rikszy (osła­nia­ją­cego pasa­żera) i przo­du moto­cykla płachtę z folii. Gdy nie pada, zwija­ją ją na dwa patyki wsunię­te w górny i dol­ny tune­lik płachty. Jest to prosty i dość skutecz­ny spo­sób ochro­ny przed deszczem.

Rikszarz dowiózł mnie na targ centralny (mercado central) według mojego życzenia. Tam, po przeglą­dzie stano­wisk, zjad­łem śniada­nie najbar­dziej mi odpowia­da­jące z ofert. Ryż, jajko sadzone, pałeczka uda kurczaka, trochę fasoli ciem­nej, podlane to sosem. Do picia jakiś rozcień­czony sok owocowy. Potem na innym stano­wis­ku zażyczy­łem sobie kogel-mogel i lepsze picie, bo z pulpy owocowej.

Szukałem możliwości zrobie­nia kopii zdjęć z mojego aparatu. Znalazłem odpowiedni zakład foto­gra­ficz­ny. Dwie karty pamięci, po 8 GB każda, skopio­wa­no do kompu­tera, a z niego – na zaku­pio­ną przeze mnie kartę 16 GB. Trwało to w sumie prawie dwie godziny, ale efekt się liczył.

Zakupiłem widokówki z Iquitos i po ich wypełnieniu udałem się na pocztę z zamiarem wysła­nia kores­pon­den­cji do kraju. Jeszcze kołomyjka z koper­tami: musia­łem iść na miasto, bo na poczcie ich nie mieli.
Kartę pamięci 16 GB ze zdjęciami etapu Brazylia – Peru zapakowałem w opakowanie, w którym je sprze­dano, a to – w dwie koperty.
Przy okienku, gdy dowiedziałem się o cenie, to prosiłem o wysłanie tylko koperty z kartą. Suma opłat przewyższyła moje oczekiwania i nie mia­łem wystar­cza­jąco wiele gotówki. Na poczcie płacić można było tylko gotów­ką, żad­nych kart nie akceptowali.
Udałem się na poszukiwanie bankomatu. Niestety, w Peru są one rzadkie. Najczęściej w bankach lub przy nich. W dwóch bankomatach nie chciano mi zaakceptować karty, dopiero w innym banku zadziałało.
Wróciłem na pocztę i opłaciłem znaczki gotówką.
Kartę pamięci ze zdjęciami wysłałem na adres żony i mam nadzieję, że poinformuje mnie o nadejściu takiej przesyłki z całą masą różnych zdjęć.

Znowu się rozpisałem, ale cały dzień zajęło mi załatwianie kilku spraw i na internet zostały późne godziny.
Iquitos zajęło mi cały dzień. Jutro zamierzam popłynąć dalej.

Życzę miłego dnia,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-03

Witajcie Moi Drodzy.
Dorwałem się do internetu w Iquitos – stolicy regionu Loreto.

Przed wypłynięciem z Nauty poszedłem na targowisko i na kilku stanowiskach kucharskich „ładowałem się energią” w postaci róż­nych śniadań i smakołyków. Nie śpieszy­łem się, bo w Naucie smutno było, że odpływam i padał deszcz, jakby chlipali gdzieś w górze widząc, że jednak chcę wypłynąć.

Na moje obżarstwo złożyło się na pierwszym stanowisku: bułka przełożona jajkiem sadzonym i druga z jajecz­nicą z jed­ne­go jajka z mały­mi kawał­kami mięsa. Do picia – pyszny koktajl zrobio­ny w mikse­rze z pulpy świe­żych owo­ców, jajka całego suro­we­go (oczywiś­cie bez sko­rup­ki), mleka skon­den­so­wa­ne­go, cukru. Mogłem sobie zaży­czyć wielu jeszcze dodat­ków smakowych. Klasycz­na porcja napoju to dwie szklanki.

Na drogę kupiłem chyba znormalizowaną potrawę. Zawiniętą w dwa duże liście i zawiązaną jakby kulka. W środku był goto­wa­ny ryż, malutki kawa­łek mięsa (najczęś­ciej kur­czaka), jedna oliwka ciemna. Do tego doda­wa­na była oddziel­nie połówka goto­wa­nego platano (z rodziny bananów). Takie zawiniątka widziałem na całej trasie od Yurimaguas (normalizacja?).

Na innym stanowisku zobaczyłem jak pani zawzięcie i zamaszyście ubija w wielkiej misie odpowiedniej wiel­kości ubijacz­ką białko jajek. Po ubiciu na sztyw­no – lub prawie – doda­wa­ny był cukier i różne dodatki sma­kowe wg życze­nia klienta, wlewa­ne żółtka i serwo­wane w miseczce. Na pytanie pani, czy życzę sobie dolania kawy, kiwnąłem twier­dzą­co potwier­dza­jąc to gestem ręki. Pani dolała mi trochę cieniut­kiej kawy (tu pow­szech­nie piją bardzo słabą kawę).

Wyszedłem z hali targowej. Płacz z chmur nie ustawał. Było prawie bezwietrznie i nie było widać końca ogromnej chmu­ry desz­czo­wej – nimbostratusa.

Wróciłem do hali na przegląd stanowisk. Bardzo wielka i urozmaicona oferta przeróżnych ryb. Czasami obok żywych jesz­cze ryb leżały mart­we już kroko­dyle różnej wielkości.
Nauta leży na lewym brzegu rzeki Marañón. Jej prawy brzeg to jeszcze granica ogromnego rezerwatu przyrody Pacaya Samiria (ponad 2 milio­ny hek­ta­rów powierz­chni). Ile gadów (kroko­dyli, żółwi), ryb i ptaków zosta­ło przywie­zio­nych z rezerwatu?

Stoiska z owocami i warzywami oraz różnymi roślinami zawalone były przeróżnymi odmianami kolo­ro­wych płodów tej ziemi. Ziem­nia­ki też były (przecież do Europy przywiózł je po raz pierw­szy, właśnie z Ame­ryki Połud­nio­wej, Krzysz­tof Kolumb). Z płodów ziemi – juka, przyrzą­dza­na na różne sposoby, sma­kowała mi.

Wyjrzałem znowu na zewnątrz - pada. Z cukru nie jestem, ale nieprzyjemnie startować w takiej pogodzie. Wróci­łem do hali. Spróbo­wa­łem koktajlu ubija­nego z jajek na in­nym stano­wis­ku. Inne przypra­wy i poda­ne w wyso­kich z gru­be­go szkła szklankach. Do picia koktajl owo­co­wo-jajecz­ny – pycha.

Znowu spacer z przeglądem innych stanowisk. Wyjrzałem na zewnątrz – jest nadzieja. Przecierało się.

Wróciłem pod dach i zjadłem na jeszcze innym stanowisku bułkę przeło­żoną serem twardym, żółtym z sałat­ką i majo­ne­zem. Potem oczywiś­cie koktajl owo­co­wo-jajecz­ny – znowu pysz­ności lecz o in­nym smaku.

Obżarty i opity doczekałem się wreszcie tylko mżawki bez deszczu.

Zakupiłem na trasę jeszcze dwie bułki przełożone sadzonymi jajkami. Kupiłem dwie jakby fasole dłu­gości 0,7 m na przekąskę. Po rozcię­ciu takiej „fasoli” wydłu­buje się nasio­na dłu­gie na około 30-50 mm, śred­nicy około 15 mm. Cała „fasola” ma śred­nicę około 40-80 mm. Nie je się tych wiel­kich nasion tylko osłonkę, w którą są jakby owinięte. Te osłonki są słodkie – jakby cukierki.

Na przystani szybko się załadowałem, podziękowałem za gościnny pomost i pilnowanie, i odpłynąłem.

Na ten dzień zapla­no­wałem dopły­nięcie do ujścia rzeki Ucayali (prawa, źródłowa rzeka) rzeką Marañón (lewa źród­ło­wa rzeka), by zoba­czyć i sfoto­gra­fo­wać miejsce, w którym wody tych rzek zlewają się i płyną, odtąd pod naz­wą miejs­cową Río Amazonas (my nazy­wa­my ją Amazonka).
Szybko płynącą Marañón musiałem przepłynąć z lewego na prawy brzeg, by nie przegapić Ucayali.
Nie przegapiłem. Ucayali wyglądała skromnie przy Marañón. Miała wg mnie wielkość rzeki Huallaga – prawe­go dopły­wu Marañón, którą płyną­łem wcześniej. Woda w niej miała w sobie mniej zawiesin i była bar­dziej przej­rzys­ta od wód Marañón. To tak jak w Polsce, tylko z drugiej strony: niosące więcej zawiesin wody Popradu wle­wają się do Dunajca. Tutaj, jeszcze kilka kilo­met­rów po połą­cze­niu się tych rzek można było płynąć woda­mi jednej tylko rzeki.

Drugim celem zaplanowanym na ten dzień było dopłynięcie do miejscowości Grau, gdzie jest specjalnie dla turystów zbudo­wa­na wieża wyso­kości 30 metrów, by można było zobaczyć teren, gdzie oficjalnie zaczy­na swój bieg Amazonka. Problem pole­gał na tym, że miejsco­wość z wieżą leży na lewym brzegu Ama­zonki; kilka kilo­met­rów poniżej jej początku. Nie miałem mapy pokazu­ją­cej ten teren dość dokładnie. Z ujścia Ucayali widzia­łem długą wyspę, kończą­cą się jakby daleko poniżej wieży (widocz­nej już stamtąd).
Zdecydowałem się przepromować pod prąd Marañón i opłynąć wyspę od góry rzeki. Decyzja ta w sumie była bardzo męcząca. Włoży­łem wiel­ki wysi­łek i zajęło mi to prawie trzy godziny. Promo­wa­nie i płynię­cie pod prąd przy wyspie. Wysiłek wielki, lecz cel osiągnąłem.
Dopłynąłem do miejscowości Grau i wszedłem na wieżę, płacąc dwa razy tyle za wejście jako cudzo­ziemiec.
Lubię popatrzeć na ziemię z innej perspektywy niż piechur – warto było; polecam.

Po zaliczeniu dziennych zadań, sfotografowałem się z dziećmi, które prawie zawsze lubiły się foto­gra­fo­wać. Miałem też przypad­ki, że dzieciar­nia widząc, że wycią­gam z kiesze­ni aparat foto­gra­ficz­ny, po prostu uciekała.
Na spoczynek zdecydowałem się wcześniej niż zwykle, ponaglany przez nadciągającą burzę z piorunami.

Zrobiło się już późno: 06:12 czas polski, 23:12 czas miejscowy.
Dokończę opis [podróży] do Iquitos mañana.

Pozdrawiam,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-01 [wieczorem]

Witajcie ponownie z Nauty.

Kajak przycumowałem do pływającego pomostu dla małych łodzi motorowych. Mają tam dyżur całodo­bo­wy i sądzę, że kajak jest tam bezpieczny. Od rana szukałem tu „elektricisty” – czyli elektryka. Zaprowadził mnie do niego życz­li­wy Peruwiańczyk z przystani.

Warsztat elektryka mieścił się w małym pokoju, około 500 metrów od przystani. Poszedłem do niego z przetwor­nicą napię­cia 12V/220V. Kilka dni temu, po jej uru­cho­mie­niu w celu doła­do­wa­nia baterii apa­ratu foto­gra­ficz­ne­go, usłysza­łem cichy, dziw­ny dźwięk i lek­ki zapach spalenizny. Wyłączy­łem zasila­nie na tabli­cy rozdzielczej. Zrobi­łem to chyba parę sekund za późno, bo przepalił się bezpiecz­nik przy akumulatorze.

Elektryk, w którego warsztacie było kilka telewi­zo­rów, radii, telefonów itd do naprawy, zajął się moją przetwornicą. Po jej rozebra­niu i oczysz­cze­niu w środku, zrobił kilka pomia­rów i złożył ją ponow­nie z pole­ce­niem: mam iść do kajaka i włą­czyć urządzenie.
Problemem było to, że elektryk nie dysponował akumulatorem 12-woltowym, ani nie miał przetwor­ni­cy 220/12V, aby w warszta­cie doko­nać próby popraw­nego działania.

W kajaku musiałem dostać się do umieszczonego daleko od włazu bezpiecznika. Wymagało to wypako­wa­nia częś­ci baga­żu z komo­ry pod pilny­mi ocza­mi wielu kibiców.
Wymieniłem przepalony bezpiecznik 15A (o tej samej wartości bezpiecznik rurkowy w tablicy w kabinie był jednak moc­niej­szy i wytrzy­mał więk­sze obciążenie).
Po podłączeniu samej tylko przetwornicy – bez odbioru prądu – przepalił się następny bezpiecznik, też przy aku­mu­la­to­rze; widocz­nie ten rurko­wy, brazy­lijski ma przepuś­cić moc­niej­szy amperaż, niż nomi­nal­nie jest na nim napisane.

Wyjęcie przepalonego bezpiecznika przy rozładowanej komorze było łatwiejsze.

Elektryk trochę zdziwił się, że przetwornica nie działa. Rozebrał ją ponownie i po wielu pomiarach znalazł część niesprawną. To chyba jakiś kondensator. Przyniósł z zaplecza dwa podobne.
Elektryk działał chyba trochę na ślepo, bo wymontował niesprawną wg niego część i sprawną , lecz zamon­to­wa­ną obok. Potem zamon­to­wał spraw­ną część i zaczął skła­dać przetwornicę. Spyta­łem go, co z tą drugą częścią – zaczął ją montować. Po zakoń­cze­niu montażu „napra­wił mi” przepa­lony bezpiecz­nik, zapewniając przepływ prądu poprzez doluto­wa­ny przez niego drucik.

Kolejna próba w kajaku – bezpiecznik wytrzymuje, przetwornica „działa” – lecz przy palącej się diodzie czerwo­nej zamiast zielonej. To chyba znaczy, że coś nie jest w porządku. Nie wiem, czy łado­wanie działa.
Spróbuję jutro sam dokonać pomiarów tego, co jest na „wyjściu” z przetwornicy.

Zameldowałem elektrykowi o rezultacie jego pracy – jest ciut lepiej, ale nie dobrze. Problem z tym, że nie miał on odpo­wied­niego źród­ła zasi­la­nia (aku­mu­la­tora 12V), by w warszta­cie spraw­dzić rezul­tat swojej pracy. Widząc sposo­by jego działa­nia i rezulta­ty, podzię­ko­wa­łem mu za jego trud i zapła­ci­łem żądaną kwotę.

Przetwornica jest dla mnie bardzo ważnym urządzeniem. Od niej zależy działanie telefonu satelitarnego. Ładuję przez nią bate­rie do apara­tu foto­gra­ficz­nego i UKF oraz do zapa­so­wego apa­ratu foto­gra­ficz­nego i tele­fo­nu komór­ko­wego (brazylijskiego).

Muszę zrobić przegląd działania wszystkich moich urządzeń po przeszło siedmiu miesiącach pobytu w warun­kach tropi­kal­nych przy wyso­kich tempe­ra­tu­rach i bar­dzo wiel­kiej wilgot­ności (w tym cztery miesią­ce na oceanie).

Perypetie z przetwornicą (próbowałem pytać o taką w sklepach) sprawiły, że zostałem w Naucie dłużej niż myślałem.

Na posiłek poszedłem na targowisko. Z reguły potrawy tam przygotowywane – na bardzo wielu mini kuch­niach – są najtań­sze i bar­dzo uroz­maicone. Przecho­dzę i patrzę, co jest do jedze­nia, co jedzą miejscowi.

Na grillu zauważyłem głowę małego krokodyla. Niedawno w rezerwacie widziałem żywe gady, a tu legal­nie mam go opie­kanego. Lepszą dewizą jest zjeść gada, niż być zjedzo­nym przez niego. Zaży­czy­łem sobie porcję gadziny z plantano. Na stole były rów­nież różne przyprawy (prawie zawsze ostre). Nie przypra­wia­łem sobie gada niczym, by poczuć smak jego pieczo­nego mięsa. Dosta­łem duży (chciano mi dać ogromny) kawał mięsa z łapą. Gad nie był obdarty ze skóry, tak że miałem pieczo­ną skórę też. Jej nie zjadłem, jak rów­nież kości. Mięso bardzo smacz­ne, delikatne, trochę przypo­mi­na­jące kurczaka. Do popicia serwują chło­dzo­ne napoje z róż­nych soków owo­co­wych, często mocno rozcieńczone.

Pora aktywności moskitów minęła - czas kończyć i iść spać.

Założyłem specjalną siatkę, przeciwmoskitową ponoć, na ramkę włazu. Wszystko kompatybilne, tej samej fir­my Lewmar. Niestety, moskitki wykorzy­sty­wały każdą szparę, by się dostać do mojej kabiny. Ze względu na upał w niej panu­jący kładę się spać goły przy uchylonym włazie. Mało uchylony, gdy spodzie­wam się desz­czu, więcej – gdy przewi­duję pogodną noc.
W tak małej kabinie ja jestem wielkim grzejnikiem. Budzę się kilkakrotnie w nocy cały mokry od potu – gorąco. Na zewnątrz nie sposób się wychy­lić, bo całe chmary moskitek tylko na taką okazję czatują.
Przed położe­niem się spać zamykam wszyst­ko i robię rzeź moskitek. Staram się wytłuc wszyst­kie, głów­nie na suficie. Wypła­szam je z najdal­szych zakątków.
Po obudzeniu się stwierdziłem obecność kilkudziesięciu moskitek – znowu rzeź. Którędy się dostajecie do środka? Chyba przez wywietrznik. Dobrze – myślę – jutro, na noc, zakryję dokład­nie wlot wywietrznika.

Niestety: następnej nocy (w tych kilkugodzinnych ratach, które przesypiałem) stwierdzałem po przebu­dze­niu obec­ność kilkudzie­się­ciu nowych za każ­dym razem moskitek. Mała szpara – ale chyba tamtędy włażą? – była między ramką siatki a ramą do jej mocowania. Następnej nocy uszczel­ni­łem tę szparę ręka­wicz­ka­mi przeciwsło­necz­nymi. Moskitek było mniej, lecz widzia­łem, jak wła­ziły – „po trupach”, dosłownie. Pchały się przez małe szpary, a ja je tam dusiłem.

Krytyczna noc była wtedy, gdy około trzeciej nad ranem (polskiego czasu, a ósmej wieczór wg tutejszego czasu) zbliżała się do mnie burza. Przycu­mo­wa­łem obok dżungli w małej zatoczce (nie groziło mi stara­no­wa­nie przez statek) do miejs­co­wych trzcin (mniej więcej trzy razy więk­sze i silniej­sze niż nasze). Była to jeszcze pora dużej aktyw­ności krwiożąd­nych samic moskitów. Ich gwał­tow­ne ataki – zanim scho­wa­łem się w kabi­nie, zapią­łem siatkę z uszczel­nia­czami i mog­łem zająć się tylko nimi, wytłu­ku­jąc je jak najszyb­ciej – zapamię­tam na długo. Plamy na suficie sfoto­gra­fo­wałem potem „dla potomnych”.

Kończy się właśnie pora deszczowa, moskity będą miały gorsze warunki rozmnażania i będzie ich mniej, ale kiedy to będzie?!!!
Teraz jest ich najwięcej w roku, a ja planuje dopłynąć do Amazonki i przebywać na niej trzy miesiące (tak mówię pyta­ją­cym mnie o plany).

Po tej moskitowej nocy zdecydowałem: muszę kupić moskitierę i zabezpieczyć się skuteczniej przed tymi krwiożer­czy­mi bestiami. W kilku wios­kach pyta­łem o moskitiery. Wreszcie jest! W Santa Rita de Castilla naby­łem klasycz­ną moskitierę.
Pierwsza noc z nowym zabezpieczeniem – jest lepiej, inwazja była mniejsza.
Następnej nocy staranniej i grubiej ułożyłem moskitierę w strategicznych miejscach. Wreszcie ulga: mam zaporę prawie nieprze­nik­li­wą dla moskitek!!!!

Nie ma róży bez kolców. Ta moja skuteczna bariera również skuteczniej blokuje mi dostęp świeżego powiet­rza – w nocy w kabi­nie mam niesa­mo­wi­ty upał. Często czuję się jak ugotowany.

Teraz w Polsce ludzie zaczynają pracę (szósta rano) lub wstają do pracy na siódmą.
Tu w Peru minęła 11 wieczór. Jest przyjemniej, bo nie tak gorąco jak za dnia.

Życzę zatem miłego dnia,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-06-01 [rano]

Witajcie Moi Drodzy.

Jestem w Naucie – jednym z większych miast prowincji i regionu Loreto (powierzchnia regionu Loreto jest więk­sza od Polski).
Za mną pierwszy tydzień spływu.

Zacząłem tydzień temu z Yurimaguas. Rzeką Huallaga, prawym dopływem rzeki Marañón, trzeciego dnia wpły­ną­łem na Marañón. Obie rzeki są wiel­kie, niosą masę wody.

Huallaga miała szerokość od 0,8 do 2 kilo­metrów. Marañón była szeroka od 1 do około 3 kilometrów. Piszę: „Marañón”, gdyż Nauta leży na jej lewym brzegu w odleg­łości około 20 km od miejsca spot­ka­nia się Marañón i Ucayali. Od ich połączenia rzeka przyjmu­je nazwę Río Amazonas (do granicy Peru z Brazylią), dalej płynie jako Río Solimões.
Tak wiec okazuje się, że ja po tygodniu spływu jeszcze kajakiem po Amazonce nie płynąłem! Proszę to w opisach poprawić.

Jak się płynie takimi rzekami? Gdy nie ma wiatru, prąd wody niesie kajak w dół rzeki z różną prędkością, zależy w jakim miejscu rzeki się znajduje. Rzeka Huallaga jest rzeką bardzo mean­dru­jącą; z zakrętu wypły­wa­jąc wpły­wa w następ­ny zakręt. Odcinki proste są krótkie (do kilku kilomet­rów długości). Bardzo często koryto rzeki uroz­maico­ne jest wyspami. Wyspy są najczęś­ciej podłuż­ne i dłu­gie na kilka, kilometrów.

Jak w klasyce locji kajakowej: zewnętrzne brzegi rzeki są strome, podmywane przez płynącą przy nich szybko wodę. Teraz stan wody jest mniej więcej o 2 metry niższy niż był przy najwyż­szej wodzie. Wyraź­nie widać niszczące działanie wody na brzegi zewnętrzne. Strome, często pionowe brzegi z licz­ny­mi obry­wa­mi i osu­wis­kami ziemi, wraz z rosną­cy­mi na nich drze­wami lub przeróż­nymi roślinami. Większe drzewa tkwią w szybkim nurcie stanowiąc nierucho­mą przesz­ko­dę koniecz­ną do ominię­cia już z więk­szej odległości.
Brzegi wewnętrzne rzeki były łagodne, z wolnym nurtem i spłyceniami (odsypiska, przymuliska) wystę­pu­ją­cymi daleko od brzegów.

Statki płynące w górę i w dół rzeki płyną w odległości 30-200 metrów od brzegów zewnętrznych. W tych miejs­cach jest najgłę­biej i prąd jest najszyb­szy – nawet pod prąd tak płyną).

Gdy rzeka zmienia kierunek płynięcia, dość często za zewnętrznym zakrętem występują cofki. Woda wtedy za zakrę­tem płynie blisko brzegu w kierun­ku przeciw­nym do głów­nego nurtu rzeki. Długość cofek to kilkadzie­siąt do kilku­set metrów. Ich szero­kość to z reguły kilkadzie­siąt metrów. Kuda do tych rozmia­rów cofek, cofkom ćwiczo­nym na szko­le­niach kajakowych!!! Taka masa wody, zmuszona do zmiany kierunku płynię­cia, reagu­je gwałtownie. Tworzą się wiry, kilku-, kilkunasto- a nawet kilkudzie­się­cio­met­ro­wej średnicy. W środku wiru tworzy się lej, wokół którego wiruje woda.
Głębokości takich lejów sięgają około metra. Mniejsze łodzie ostrożnie omijają takie miejsca.

Czasami ciekawie jest w miejscu, w którym nurty tej samej rzeki, lecz rozdzielone wyspą, łączą się. Gdy końco­wa część mniej­szego (objętoś­cio­wo) nurtu, płyną­cego nad tward­szym podło­żem, przyspie­sza gwałtownie. Spotkanie takich mas wody to walka żywiołu wodnego z wielki­mi, gwał­tow­nymi wirami; wodą kotłu­ją­cą się w swojej masie.
Przepływanie takich miejsc to dla mnie rzeczywista atrakcja, gdyż mój kajak jest tak wielką i stabilną jednostką, że jedynie z cieka­woś­cią obser­wuję te zja­wiska groź­ne dla mniej­szych jednostek.

Inaczej płynie mi się, gdy jest wiatr. Niestety najczęściej są tu wiatry wschod­nie i połud­nio­wo-wschodnie. Mój ogólny kieru­nek płynię­cia jest wschodni. Wiatry są z reguły przeciw­ne do mojej trasy. Przy wietrze powy­żej 2º Beau­for­ta mam poważ­ne proble­my, by utrzy­mać kieru­nek płynię­cia pod wiatr. Chwila przerwy w wiosło­wa­niu i już wiatr obraca mi kajak tyłem do zamie­rzo­nego kierun­ku płynięcia. Wiatr najczęś­ciej usta­wia mi kajak w łożu wiatru wiejąc od rufy. Występuje wtedy walka dwóch żywiołów: wody i powietrza. Prąd rzeki niesie mnie na wschód, a wiatr pcha na zachód.

Bywało, że blisko brzegu, do którego chciałem dobić i wysiąść w wiosce, wiatr obracał mnie i nie mog­łem powró­cić do pły­nię­cia przodem. Wyglą­dało to może dziw­nie z brzegu, lecz czasem lądo­wa­łem wiosłując do tyłu.

Moje lądowanie w wiosce zawsze budziło sensacje. Na brzegu wiele dzieci i dorosłych zaciekawionych niesa­mo­witą jednostką pływającą.
Tutaj w powszechnym użyciu są łodzie zwane „canoe”. Wykonane z jednego pnia drzewa o niskich bur­tach, jedno- lub dwu-, a nawet cztero­oso­bowe. Wiosłuje się tu paga­jami o charak­te­rys­tycz­nym kształcie (spiczasty koniec pióra).
Często na sucho demonstrowałem sposób wiosłowania w kajaku. Wyjaśniałem często na migi lub prymi­tyw­nym języ­kiem hisz­pań­skim, którego się z trudem uczę. Nie mam żad­nego nauczy­cie­la i łapię sens róż­nych słów od przypad­kowych ludzi.

Od Piotra Chmielińskiego (jedynego człowieka, który spłynął nie tylko całą Amazonką, lecz zaczął od źródeł jej najdal­szego stru­mienia, płynąc różnymi coraz więk­szy­mi rzekami do począt­ku rzeki o nazwie Amazonka – spotka­nie rzek Marañón i Ucayali poni­żej Nauty) wiem, że dobrze jest spytać o naczel­nika wioski, by zostać niejako oficjal­nym goś­ciem danej społeczności. Pytam więc: ¿Donde estas alcalde? Okazuje się, że ta cenna rada działa. Dziękuje Tobie Piotrze.

Ortodoksi mogą się docze­pić do Amazonki. Zdaję sobie sprawę, że w oficjalnym pomiarze i wyjaśnieniu, że najdłuż­szą rzeką świa­ta jest jed­nak Amazonka a nie Nil, brali udział nasi rodacy. To jednak te źródło­we rzeki mają inne nazwy niż Amazonka.

Nie chcę tu podważać w żadnym wypadku ekspedycji Andrzeja Piętowskiego, dokonującej pomiarów źródło­wych strumie­ni rzek dają­cych począ­tek AMAZONCE; wiem, że wyniki Waszych pomia­rów zostały oficjal­nie przyjęte za miarodajne.

Rozpisałem się tu bardzo po zapoznaniu się z odrębnością miejscowej klawiatury. Logując się do poczty w Peru, hasło wpisuje się pod contraseña; w Brazylii pod seña. Ta różnica to drobiazg.

Wczoraj rano zauważyłem kilkakrotnie wynurzające się delfiny różowe. Najbliżej kajaka były odlegle o około 30 metrów. Wynurze­nie było niespo­dzie­wane i krótkie, nie zdążyłem zrobić dobrego zdjęcia. Mimo czaje­nia się z apara­tem kilkanaś­cie minut, zawsze mnie zaskakiwały (dwa delfiny). Delfiny szare, albo srebrne widzia­łem wcześ­niej kilka razy.

Wczoraj, podczas przeciwnego wiatru bez wiosłowania byłem cofany przez wiatr względem prądu rzeki. Płynące w większym zanu­rze­niu pnie drzew wyprze­dzały mnie, nawet wielkie kępy roślin­ności też były szybsze ode mnie. Czasem dla odpo­czyn­ku, po wiosło­wa­niu pod wiatr, wbija­łem się dzio­bem w taką wiel­ką kępę i w sumie płyną­łem trochę szyb­ciej w chwi­lach odpoczynku.

Późnym popołudniem dostrzegłem doganiającą mnie wielką tratwę z bali drewnianych. Z wielkim trudem po kilku manew­rach, by obrócić kajak skutecz­nie pod wiatr (około 3ºB), dokona­łem abordażu tratwy. Było to kilkadzie­siąt pni drzew o średnicy 0,7-1,5 metra, powiąza­nych lin­ami stalo­wymi i taśma­mi parcianymi. Połazi­łem po tratwie robiąc zdjęcia.
Po jakimś czasie dopłynęły do tratwy dwie łodzie z pięcioma flisakami. Przywitaliśmy się. Przekazałem im dowo­dzenie tratwą. Oni popłynęli do mijanej wioski po żywność. Pozwo­lili mi płynąć z nimi pod stale przeciwny, silny wiatr. Gdy tratwa zmierzała do brzegu i groziło utknięcie lub uderzenie w brzeg, to flisacy urucha­miali silniki łodzi przywią­zanych do niej i „piło­wali” kilka, kilkanaś­cie minut odpy­chając tratwę od zbliża­ją­cego się brzegu. Oni płynęli tak już trzy doby z rejonu Lagunas. Zamie­rzali zdać pnie drzew do tartaku w Iquitos.
Ja pozostałem z nimi do kilku kilometrów od Nauty. Oddaliłem się, by przycumować na nocleg przy brzegu. Chciałem wylą­do­wać za dnia w Naucie, zrobić zakupy, trochę popisać i wysłać pozdro­wienia, co niniejszym czynię.

Następną korespondencję mam zamiar wysłać z Iquitos.

Pozdrawiam,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-05-22 [niedziela, wieczorem czasu lokalnego]

Witajcie moi Drodzy.

Tutaj muszę elastycznie podchodzić do planów i na bieżąco je uaktualniać. Ma to oczywiście swoje złe i dobre strony. Dobrą jest to, że nie odczu­wam presji braku czasu, że mu­szę się spieszyć.

Dzisiaj rano spędziłem kilka godzin przy kompu­terze pisząc opo­wia­danie. Napisałem tam, że dzisiaj wypły­wam po zrobie­niu zakupów.
Niestety, gdy rano wyszedłem do miasta i na targowisko miejskie, ruch był jak w dzień powszedni, kiedy tak trwało zwykle do wieczora. Wysnułem błędny wniosek, że w niedzielę też targo­wisko i sklepy będą otwarte do wieczora. Po zakoń­cze­niu sesji inter­ne­to­wej wyszed­łem do miasta w celu zjedze­nia posił­ku i zrobie­nia zakupów. Ze zdzi­wie­niem patrzyłem na prawie puste ulice, poza­my­kane sklepy i ekipy sprzą­ta­jące śmieci.
Czynnych było kilka sklepów, lecz nie te z artykułami żywnoś­cio­wymi. Po rozez­na­niu możliwości zrobienia jednak zaku­pów żywności na kilka dni (chociażby, aby starczyło do Lagunas, bo przed Lagunas nie dostrzeg­łem żadnej możli­wości zaku­po­wej płynąc tą trasą już trzy razy) zdecy­do­wa­łem się zostać do ponie­dział­ku [23 maja 2011] i dopiero z począt­kiem tygodnia po zaku­pach i śniada­niu na targo­wis­ku (tanio, razem z „loka­le­sami”), popija­jąc świetne soki ze świe­żych owoców przygo­to­wy­wane często na oczach klienta, wypły­nąć wresz­cie na Huallagę.

Dzisiaj w Yurimaguas przejeżdżała ulicami w otwartym samochodzie bez dachu pani Keiko Fujimori – kandy­dat­ka na prezy­den­ta Peru (kobieta jeszcze tutaj nie była prezy­den­tem). W związ­ku z tą wizy­tą był tu wielki ruch, dużo policji, nagłoś­nio­na kampa­nia rekla­mowa. Bardzo powszechne tu riksze moto­rowe ustro­jo­ne były trans­pa­ren­tami i flaga­mi kandydatów.

W Yurimaguas rzeka Huallaga, którą mam zacząć płynąć, jest już wielką rzeką z masą wody. Szerokość rzeki tutaj to oko­ło 800 metrów. Prąd jest szyb­ki (około 2 m/sek.), czyli około 7 km/godz. Woda ma kolor kawy z mlekiem. Często płyną nią drze­wa i krze­wy oraz różna roślinność.
Poziom wody w rzece, teraz pod koniec pory deszczowej, jest wysoki, lecz niższy już od maksy­mal­nego tego­rocz­nego o około 2 metry. Odsła­nia­ne są już plaże wyglą­da­jące na piaszczyste. Brzegi na zewnątrz zakoli bardzo tu mean­dru­jącej rzeki są strome, prawie pionowe z licz­ny­mi widocz­nymi świeżymi obsu­nię­ciami gruntu do wody. Częstymi widokami są plantacje bana­nów lub planta­nów, które nisz­czo­ne są przez wodę obry­wa­jącą ziemię z tymi roślinami.
Plantano to roślina z rodziny bananów. Są one kilka razy większe od bananów. Spożywa się je nie na suro­wo, lecz jako goto­wa­ne lub sma­żo­ne czy pra­żo­ne na ruszcie. Stanowią tutaj – wraz z ryżem, makaronem i juką – podsta­wę miejs­co­wych posiłków.
Z mięs bardzo popularne są tu kurczaki, których wielkie ilości przewozi się statkami.
Posiłki tutejsze urozmaica się różnymi przyprawami, najczęś­ciej ostrymi, podawanymi jako gęsty płyn do indywi­du­al­nego dopra­wie­nia sobie posiłku.

Bardzo popularny w Brazylii maniok, serwo­wany często w granul­kach, tutaj jest rzadko spotykany.

No cóż, znowu się rozpisałem, lecz chyba moskity zakończyły swoją wielką aktywność i uda mi się zasnąć. Muszę wyciąg­nąć i zasto­so­wać spec­jal­ną siat­kę przeciw moski­tom zakła­da­ną na ram­kę wokół włazu wejś­cio­wego do kabiny.

Kończę po raz kolejny i oczywiście pozdrawiam.
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-05-22 [niedziela, późny ranek czasu lokalnego]

Witam, moi Drodzy, serdecznie.

Z powodu trudności językowych trochę inaczej przebiegało moje wypłynięcie na eskapadę do dżungli niż zro­zu­mia­łem wcześ­niej. Przewodnik z biura podroży towa­rzy­szył mi tylko podczas jaz­dy motokarem (riksza moto­ro­wa – bardzo popu­lar­ny tu śro­dek loko­mocji) do portu. Tam przeka­zał mi worek z jedze­niem na cały czas poby­tu w dżungli i życzył szczęśli­wej eskapady.

Mały statek, zwany tutaj lancha [czyt. „lanczia”] , pełen był ludzi i przeróżnych towarów. Lancha o nazwie „Kilomay IV” mogła zabrać 158 pasaże­rów, lecz było ich z pewnoś­cią więcej – tłok jak zwykle. Zaraz po zaokrę­to­wa­niu wszyscy rozwie­szają hamaki na specjal­nie zamon­to­wa­nych w tym celu rurach (ja też oczywiście).
Lancha, zamiast o 8:30 rano, odpłynęła 1,5 godziny później, jak tu zwykle bywa. Chociaż i tak jeden pasażer dogo­nił nas po pół godzinie szyb­ką motorów­ką, bo na spóź­nione odpły­nięcie nie zdążył. Bardzo dużo czasu zajmuje za- i wyła­du­nek przeróż­nych towarów.

Yurimaguas to ostatnie miasto od strony stolicy Peru – Limy (a zresztą w ogóle z całego Peru), do które­go jest droga w stronę Iquitos. Dalej już tylko trans­port lotniczy i wodny. Taką arterią komu­ni­ka­cyj­ną jest właśnie trasa wodna rzeka­mi Huallaga, Marañon Amazonka.

Lancha pływa tylko na trasie Yurimaguas – Lagunas i z powrotem. Zatrzymuje się w wielu miejscach, czasem tylko dla jedne­go pasażera. Większe stat­ki zatrzy­mują się rzadziej.
Statek podpły­wa po prostu do brzegu i pasaże­ro­wie jakoś z niego wycho­dzą i wchodzą. To „jakoś” czasem ułatwia decha przerzu­cona ze statku na ląd. Często nie zrzucają dechy, lecz pasa­że­ro­wie nawzajem wcią­ga­ją siebie i towary. Jako, że pora desz­czo­wa kończy się, lecz jest jeszcze wysoki stan wody i błoto króluje, nie jest to łatwe.

Dopłynęliśmy do docelowego Lagunas późno wieczorem (było bardzo ciemno). Miałem napisane na kartce nazwisko przewod­ni­ka, numer telefo­nu do niego i nazwę agencji turys­tycz­nej, w której załatwia­łem eskapadę.

Mój wygląd jest na tyle różny od „lokalesów” (na „Kilomay IV” nie dostrzegłem żadnego Europejczyka – sami tutejsi o śniadej cerze), że przewod­nik bez trudu sam mnie odnalazł i tasz­czył worek z jedzeniem.
Ja miałem skromny bagaż – tylko jedną torbę. Zgodnie z zale­ce­niami miałem długie spodnie, skarpety, koszule z długimi i krótkimi ręka­wami, pelery­nę przeciw­desz­czo­wą, hamak, kapelusz, repe­lenty przeciw moskitom.
Wziąłem też oczywiście aparat fotogra­ficzny, SPOTa i część ważnego wyposażenia elektronicznego.

Mój przewodnik na moje pytanie, jak się nazywa, odpowiedział: Me llamo Alexander Meza García, lecz powie­dział, abym do niego mówił Micho. Jak się póź­niej dowie­dzia­łem od niego, „Micho”to „moto­rista” – jest kierowcą rikszy moto­ro­wej w Lagunas.

Zapakowałem się z bagażami do jego rikszy i Micho zawiózł nas do domu – bazy wypadowej w dżunglę.
Na miejscu, razem z innym przedstawicielem agencji turystycznej, przejrzał worek z żywnością i – jak sądzę – obaj uzgod­nili, co jesz­cze trzeba dokupić rano.
Ja nie wiedziałem dokładnie, co worek żywnościowy zawiera – dowiadywałem się na trasie, że to lub tamto kończy się. Zrobi­łem wtedy przeg­ląd towarów i pilno­wa­łem bardziej racjo­nal­nej gospo­darki zapa­sami, niż „na żywioł” przewodnika.

Rozwiesiłem swój hamak i – ostrzegany przed mnóstwem moskitów – przemę­czy­łem się w hamaku do rana. Mimo wielu nocy spędzo­nych w hama­ku nie mogę się do takiego sposo­bu spania przyzwy­czaić, chociaż zno­szę to coraz lepiej.

Ranek pochmurny z deszczem.
Zjadłem na miejscu śniadanie przygotowane przez gospodynię. Ryż, dwa jajka sadzone, bułka z mar­ga­ry­ną i kawa z mlekiem.

Po zrobieniu zakupów przez przewodnika i dobraniu butów gumowych dla mnie zapakowano wszystko na rik­szę osobo­wo-towa­rową. Oprócz „motoristy” wsiadłem ja, przewod­nik, agent z biu­ra podró­ży i jakiś facet – ich znajomy.

Kilkukilometrowa jazda tą rikszą, początkowo po drodze szutrowej, a potem po rozjeżdżonej „drodze” grunto­wej, to ciekawe przeżycie. Podziwiałem kierowcę, jak przez te głębokie koleiny w czasie desz­czu (przydała się już pele­ryna, bo dachu nie było) przejeżdżał. Czasem zatrzy­my­wał się i na nowo ukła­dał rozje­chane belki czy deski.

Dojechaliśmy do bazy „Reserva Nacional Pacaya Samiria”.
Pacaya – to rzeka przepływająca przez rezerwat i mająca ujście w rzece Ucayali.
Samiria – to rzeka przepływająca przez rezerwat i mająca ujście w rzece Marañon.
Rezerwat zajmuje ogromny obszar w widłach rzek Marañon i Ucayali. Trasy turystyczne zajmują tylko niewiel­kie frag­men­ty tej tropi­kal­nej dżungli – „lasów deszczowych”.

Zostałem wpisany do specjalnej księgi osób wpływających do rezerwatu. Agent biura podróży i gapowicz z „moto­ristą” odje­chali po wypa­ko­wa­niu naszych bagaży.

Przewodnik zapakował nasze bagaże do „kanu” – tak tutaj nazywają łodzie, którymi pływa się w rezer­wacie. Nie ma tam żadnych dróg, jedynie trans­port wodny takimi „kanu”. Łodzie te najczęściej wyko­ny­wa­ne są z jed­ne­go pnia drzewa (nasza też). Są bardzo zużyte i mocno cieknące.
W rezerwacie mieszkają też Indianie, lecz dalej niż trasa turystyczna, chyba że wielodniowa.

Pierwszego dnia (na szczęście tylko pierwszego) płynęliśmy kilka godzin w deszczu z prądem rzeki Tibilo (jedno z dwóch źród­ło­wych ramion rzeki Samiria).

Po kilku godzinach dopłynęliśmy do bazy noclegowej „Poza Gloria”. Jest to zbudowany na palach drew­nia­ny budy­nek, jednopo­zio­mowy. W nim jest kilka (chyba z osiem) pomiesz­czeń różnej wielkości. Ja miałem do dyspo­zycji jedno z dwoma łóż­ka­mi pojedynczymi. Nad łóż­ka­mi rozwie­szone były moski­tiery. Były też więk­sze pomiesz­czenia na 5 i 6 łóżek.
W bazie były lampy z żarówkami, lecz nie włączali agregatu i wieczorem zapalali świeczki, co stwarzało cieka­wy nastrój. Poru­sza­nie się po bazie turyści ułat­wiali sobie świecąc latarkami.
W bazie spotkałem parę z Australii, lecz oni byli tylko na trzydniowym wypadzie. Był tam również Holen­der, dwie Francuz­ki, Angielka.

Płynąc pierwszego dnia obserwowałem przeróżną roślinność, wiele ptaków z papugami ara na czele. Staraliśmy się jak najszyb­ciej dopły­nąć do bazy, gdyż pły­nię­cie w desz­czu nie było naszą ulu­bioną czynnością.

Ameryka, to – z różnych powodów – inny świat. Ja jako kajakarz ze zdziwieniem patrzałem, jak odmien­nie niż w Europie pływa się łódkami. Tutaj sternik łodzi (kapitan) siedzi z przodu (nawet jeśli płynie sam). Pasażer – czyli ja – siedzi w środku łodzi i się gapi wokoło. Ja od razu złapa­łem wiosło i stara­łem się wiosło­wać, z czym nie mia­łem proble­mów, chociaż było niewygodnie bo siedzia­łem nisko, a łódka w miejscu mego siedze­nia była najszersza. W następne dni siedzia­łem już na desce z tyłu łodzi i wiosło­wa­nie było łatwiejsze.
Wiosła to wyciosane z jednego kawałka drewna ciężkie klapy o charakterystycznym kształcie (spiczasty koniec pióra). Czasa­mi ich powierzch­nia (a zatem i ciężar) były pokaźne.

Gdy próbowałem samodzielnie płynąć łodzią, na ich i na europejski sposób, szukałem istoty odmienności pozyc­ji, jej zalet lub wad. Jednak euro­pej­ski sposób płynię­cia (sternik siedzi z tyłu) zdecy­do­wanie dla mnie ma więcej zalet i jest bardziej użyteczny. Przecież w Ameryce mają też odmienny system oznaczeń w nawi­gacji mor­skiej – IALA-B.

Mój przewodnik znał tylko język hiszpański (oficjalny w Peru), którego ja nie znam. Porozumiewaliśmy się czasem na migi. Przewod­nik znał bar­dzo dob­rze rezerwat. Jego specjal­noś­cią było chyba wyszu­ki­wa­nie skrótów w bardzo mean­dru­jącej rzece Tibilo, a później w Samirii. Często wpły­wa­liśmy w wąski tunel i ocie­rając się jedno­cześ­nie oboma burtami przemiesz­cza­liś­my się – początkowo z prądem, a pod prąd w ostat­nie dni. Powrót był tą samą trasą.

Przewodnik po dopłynięciu do bazy zajmował się przygotowaniem jedzenia. Duże palenisko położone było zwykle na skraju tarasu na palach. Były to belki wyło­żone gliną. Na tym kilka cegieł jako ścianki pale­niska, na nich pręty stalowe (zbroje­nio­we najczęściej). Paliwo to oczywiś­cie gałęzie. Na pale­nisku stawia­no kociołki, garnki, patelnie. W bazie „Poza Gloria” patelnie stawiano na kołach łańcu­cho­wych od motocykla. Wodę pitną wieź­liś­my ze sobą w plasti­ko­wym pojem­niku 25-litro­wym z krani­kiem upustowym.

Posiłki to najczęściej ryż, makaron, jajka sadzone. Do picia – kawa z cukrem i mlekiem zgęsz­czonym z puszki. Począt­ko­wo – przez drugi i trzeci dzień – płynęli koło nas miejs­cowi ludzie i łowili ryby na wędkę lub czasem sieciami.
Mój przewodnik to bardzo towarzyski i sympatyczny człowiek. Wymieniał się żywnością z miejs­co­wymi. Oni nam świeże ryby, a my ich często­wa­liś­my naszym jedzeniem. Kawę rozpusz­czal­ną mieliśmy w saszet­kach po 10 gramów. Gdy ja wsypałem do mojego kubka połowę, zosta­wiając drugą dla przewod­nika, to czasem tą drugą połówką często­wało się jeszcze pięciu „lokalesów”. Podobnie z małymi pusz­ka­mi z mlekiem, którego potem zabrakło.
Częstowanie się cudzymi kawami czy mlekiem, oczywiście bez pytania o zgodę właściciela, to była rzecz normal­na, choć nie dla mnie. Zaglądanie w torby cudze i nawet grzeba­nie w nich też zaobser­wo­wa­łem (w moich rze­czach też).

Z bazy „Poza Gloria” wypłynęliśmy w pogodny ranek.
Obserwowałem kilka gatunków małp. Najbliżej pozwalały na podpłynięcie kapucynki, urządzające istne harce i skoki na drzewach. Były bardzo szybkie i cza­sem zamiast małpki sfoto­gra­fo­wałem zieleń. Zieleń tu we wszel­kich odcieniach. Świeże i jedno­cześ­nie zamie­ra­jące liście – na tym samym drzewie.
Łatwo było fotografować leniwce, gdyż te małpy najczęściej spały wisząc na gałęziach. Gdy przewodnik pogwiz­dując budził je, poru­szały się – oczywiś­cie bardzo wolno.

Dopłynęliśmy do miejsca odpoczynkowego na trasie – i oczywiście posiłek. Przewodnik do sałatki kapuś­ciano-pomido­ro­wej z cebulą dodał dużo świe­żego soku wyciś­nię­tego z owocu zerwa­nego z drzewa. Owoc – podob­ny do grape­fruita, lecz bardzo kwaśny – do sałatki bardzo pasował.
Sok dodany do wody z cukrem był dobrym napojem w czasie upału, który nastał.

Zaobserwowaliśmy krokodyla przepływającego w poprzek rzeki, 100 metrów od nas.
Z tego miejsca Australijczycy (obsługiwani przez dwóch przewodników) wyruszyli na godzinny spacer po dżungli.

Na naszej dalszej trasie zaobserwowaliśmy wiele żółwi wygrzewających się na drzewach, leżących w wodzie. Te więk­sze nie pozwa­lały podpły­nąć bliżej niż 10 metrów. Malutkiego, przewodnik zasko­czył i wyciąg­nął z wody; mogłem go wziąć do ręki.

Dopłynęliśmy po południu do bazy „PV-Camotal”. Na tablicy były dane jej geograficznej pozycji: 5°14'49'' S, 75°22'56'' W.
Baza, oczywiście na palach, mniejsza od poprzedniej. Spaliśmy na matach, zabranych przez przewodnika z Lagunas. Nad mata­mi rozwie­si­liśmy moskitiery. Moskity są bardzo aktywne o zmierz­chu i nad ranem. Pod koniec pory desz­czo­wej jest ich bardzo wiele. Mimo różnych sposobów ochrony przed nimi, nie sposób unik­nąć zupeł­nie ich ataków. Są mniej­sze niż nasze komary, lecz mogą przeno­sić różne choroby. Podob­no tutej­sze mos­kity teraz nie przeno­szą malarii, lecz czasa­mi inną chorobę – dengę.
Posiłki tutaj również przygotowywał przewodnik na podobnym palenisku jak poprzednio.

Następnego dnia popłynęliśmy dalej, by przyjrzeć się największym pływającym liściom. Były to okrągłe liście, nawet o średni­cy około 2 metrów, ze ścian­ką dookoła na obrze­żu, wysoką na 70 milimetrów. Od spodu te ogrom­ne liście miały ostre kolce. Ich nazwa to chyba Regina Gloria.

Dopłynęliśmy do początku ścieżki turystycznej.
Zostawiliśmy łódź i poszliśmy w dżunglę.
Ubrany byłem w długie spodnie, buty gumowe, koszulę z długimi rękawami, kapelusz.
Trasa zajęła nam dwie godziny w jedną stronę i dwie na powrót.
Bardzo ciekawe różne rośliny. Drzewa rosnące jakby na szczudłach. Niektóre drzewa bardzo wysokie z cieka­wy­mi korze­niami częś­ciowo wysta­ją­cymi ponad ziemię. Stojąc przy drzewie o średnicy około 3 met­rów, czło­wiek jest bar­dzo malutki. Drzewa często oplecione są różnymi lianami. Niektóre wyglą­dają jak liny, inne – jak cienkie drzewa opla­ta­jące inne; galimatias przeróżnej roślinności.
Górą po gałęziach skaczą różne małpy.
W bardzo błotnistej ścieżce przewodnik wypatrzył świeże ślady stóp jaguara.
Dobrnęliśmy do miejsca, gdzie wysoki poziom wody uniemożliwił nam dalsza wędrówkę i musieliśmy wracać. W wodzie były pijawki podobne do naszych.

W pewnym momencie przewodnik zastygł w bezruchu, po chwili dał mi znak, abym był cicho i przykuc­nął. „Jaguar!” – wskazał ręką. On miał świetny słuch – usły­szał jaguara w dżungli. Ja z moim niedosłu­chem oczywiś­cie nic nie słyszałem. On pokazy­wał czasa­mi ręką kieru­nek, z którego sły­szy jaguara. Sądziłem, że to tylko przedsta­wie­nie dla mnie, chociaż jego napię­cie i maczeta trzy­ma­na do obrony (chyba mnie – bo mia­łem być bezpieczny) wyglą­dały na autentyczne. Wskazał ręką ścieżkę, którą mieliśmy iść, żebym patrzał tam. Rzeczywiście: po chwili, około 25 met­rów od nas, prze­szedł w poprzek ścieżki jaguar. To nie było przedsta­wienie, lecz prawda!
Kilka minut jeszcze trwaliśmy w ciszy i bezruchu zanim ruszyliśmy powoli dalej.

W tej bazie spotkałem Niemca Ivo z Hamburga wraz z Morgan z Kanady. Na ich pięciodniowej eskapa­dzie wyprze­dza­li mnie o jeden dzień.

Na nocną wycieczkę by wypatrzeć krokodyle wypłynęliśmy wczesną nocą zanim księżyc (w pełni) rozjaśni noc. Ivo z Morgan nie zoba­czy­li krokodyla – było za jasno, powie­dział ich przewodnik.

Mój przewodnik miał latarkę o mocnym świetle (podłużna, na okrągłe baterie, przymo­co­wy­wana z boku głowy jako – chyba – „uchówka”) i oświetlał brzegi wypatru­jąc świecą­cych oczu krokodyli. Udało mu się w sumie wypat­rzeć trzy krokodyle. Wypatrzył rów­nież węża na gałęzi oraz ptaki śpiące też na gałęziach. Bardzo cieka­wą i emocjo­nu­jącą wypra­wę „na kroko­dyle” zakoń­czy­liśmy po 1,5 godzinie.

Przed wpisaniem się do księgi pamiątkowej bazy wypatrzyłem wpisy dwojga Polaków oraz pojedynczy – Polki. Mój wpis poniżej trójki roda­ków był czwar­tym – w ciągu sied­miu lat od czasu prowa­dze­nia tej księ­gi – wpi­sem polskim.

Po dwóch nocach spędzonych w bazie Camotal wypłynęliśmy na trasę powrotną w górę rzeki Samiria.

Na miejscu odpoczynkowym spotkaliśmy dwie Niemki z Berlina: Katie i Berthę. Bertha, niestety, miała jakieś niedys­po­zycje żołąd­kowe: nic nie jadła, tylko leżała odpoczywając. One, podczas trzy­dnio­wego wypadu do dżungli, miały w tym miejscu zapla­no­wany godzin­ny spacer po dżungli.
Mój przewodnik zapro­po­no­wał mi dodat­kowy spacer w in­nym miejscu dżungli, zamiast niedys­po­no­wa­nej Niemki. Zgo­dzi­łem się chętnie.
Obie Niemki pracowały już kilka miesięcy jako wolontariuszki w Peru i znały dobrze język hiszpański. Przewod­nik dużo opowia­dał o róż­nych drze­wach, rośli­nach, owa­dach. Ja, niestety, tylko obser­wo­wałem. Spacer w tej części dżungli był mniej uroz­maicony niż ten, który wcześniej zaliczyłem, lecz byłem z niego zado­wo­lony, bo siedzieć i cze­kać na posi­łek to była gorsza wersja.

Dopłynęliśmy, już we dwie łodzie razem, do bazy „Poza Gloria”.
Ostatnia noc w dżungli. W nocy wyszed­łem na pomost z latarką i sam wypatrzy­łem dwa krokodyle. Poprosi­łem przewod­nika, by swoją mocniej­szą latar­ką oświet­lił te gady, czatu­jące 20 metrów od nas; gdy to zrobił – potwier­dził: to są dwa krokodyle.

Ostatniego dnia wracaliśmy również zespołowo. Nasza łódź najczęściej z przodu: było na niej dwóch wiosłu­jących. Druga łódź to również dwóch wios­łu­jących, lecz jeszcze dwie pasażerki.

Mój przewodnik wypatrzył krokodyla na gałęziach nad wodą i małą anakondę, też na drzewie.

Dopłynęliśmy do bazy startowej rezerwatu. Spędziłem w nim cztery noce i pięć dni. Wywiozłem masę niesa­mo­wi­tych wrażeń. Swój pobyt w dżungli, chociaż na turys­tycz­nych szlakach, uważam za bardzo udany.
Płynąc rzekami Huallaga, Marañon i Amazonka nie będę miał możliwości zajrzenia w głąb dżungli i zoba­cze­nia egzo­tycz­nych stwo­rzeń w ich natu­ral­nym środowisku.

Z bazy wróciliśmy do Lagunas czekająca już na nas rikszą. Trasa – z kilkoma miejscami trudno przejezd­ny­mi, lecz w peł­nym słońcu.

Po dojechaniu do Lagunas miałem około dwóch godzin do odpłynięcia statku do Yurimaguas.

Tym razem płynąłem statkiem „Eduardo II”. Nominalnie statek dla 400 pasażerów, lecz chyba było dwa razy tyle. Najbar­dziej zatłoczony statek, jakim płynąłem. Statek płynął już kilka dni z Iquitos.
Z Lagunas odpłynął po południu. Do Yurimaguas dopłynęliśmy późnym rankiem wczoraj, czyli w sobotę.

Na statku było niewielu Europejczyków. Rozmawiałem ze Szwaj­car­ką i Angielką, podró­żu­ją­cymi razem od jakie­goś czasu. Zwie­dzi­ły już Boliwię, Ekwa­dor, Kolumbię. Teraz eksplo­rują Peru. Mają ogólne plany na kil­ka miesię­cy poby­tu w Ame­ryce Południowej.

Z wielką radością stwierdziłem, że kajak jest przycumowany w miejscu, gdzie go zostawiłem. Były na nim liczne ślady łażących po nim dzieci i dorosłych, lecz nie ma żadnych włamań.

Sobota wczorajsza to dzień wyborów prezydenta Peru. Hałaśliwa kampania reklamowa i koncert na głównym placu miasta to urozmaicenie mojego zwiedzania miasta.

Dzisiaj w niedzielę były uroczystości przypominające mi czasy komuny w Polsce. Na głów­nym placu przed urzędem miejskim obserwowałem to z kafejki internetowej. Wiele kolumn ludzi – ubra­nych w mun­dury lub jedna­kowe koszule – ze sztan­da­rami, mło­dzież szkolna. Wszyscy słuchali długiego przemó­wienia chyba nowo wybra­nego prezydenta. Uroczys­toś­ci zakłó­ciły dwa przelotne deszcze.


Napisałem powyżej długie opowiadanie, jakby na zapas. Następną możliwość kores­pon­dencji będę miał chyba dopiero z Iquitos. Muszę zrobić zakupy żyw­ności na kilka dni.

Teraz po tych deszczach jest tutaj bardzo przyjemny późny ranek. Niedługo, niestety, znowu zapanuje upał.

Przesyłam Wam bardzo gorące życzenia ze stolicy stanu Alto Amazonas – Yurimaguas,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-05-15, wieczorem

Rano byłem gotowy do wypłynięcia łodzią do rezerwatu, lecz powiedziano mi, że są jakieś kłopoty i popłynę w ponie­dzia­łek. Gdy szukałem informacji, jak zagospodarować te dwa wolne dni, przyszedł przewodnik Miguel i powiedział, że on będzie ze mną płynął do Lagunas. Wyjaśnił, że możliwe jest odpły­nię­cie w niedzie­lę i tak się umówiliśmy: na niedzielę rano, 08:30 (czas lokal­ny; 15:30 czas polski). Rozmowę tłuma­czył student z Kolumbii, Alfredo, który znał trochę angielski.

Przewodnik pokazał mi na mapie trasę w dżungli i objaśnił przebieg wyprawy.

Mapa wg: http://www.geog.ucsb.edu/img/news/2010/Amazonriverbasin_basemap.png

Wybrałem się na małą wędrówkę lewym brzegiem rzeki Paranapura. Tam przepra­wia­ją się ludzie, by zbierać dziko ros­ną­ce kwia­ty i sprzeda­wać je na targo­wisku. Ja zerwałem trzy dziko rosną­ce grape­fruity i dwie papaje.
Ze wzniesień po raz pierwszy zobaczyłem w oddali majesta­tycz­ne grzbiety Andów, częścio­wo pokryte płatami śniegu.

Po raz pierwszy od długiego czasu próbo­wałem zasnąć w kajaku. Z początku było to niemoż­li­we, gdyż w środku pano­wał upał i masa moski­tów czato­wała na mnie. Poszedłem na długo trwa­jący, lecz krótko­dys­tan­sowy spacer na Plaza de Armas – główny plac miasta odległy od kajaka około 300 m. Tam po dłuż­szym czasie skutecz­nie ochło­dziłem się. Próbo­wa­łem nawet, jak bezdomni, zasnąć na ławce, lecz świado­mość i widok biega­ją­cych szczurów uniemoż­li­wiały mi sen.

Wreszcie około 6 rano czasu pols­kiego położy­łem się w kajaku i zasnąłem.

Rezerwat Pacaya Samiria, do którego się wybieram, ma ponad dwa miliony hektarów. Jest jednym z najwięk­szych w świecie. Mam nadzie­ję na fascy­nu­jącą wyprawę.

Pozdrawiam Was serdecznie z upalnego Peru,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-05-15, rano

Witajcie z Yurimaguas!

Bliżej stąd do Pacyfiku niż do Atlantyku. Wyżej nie pływają już duże statki. Wybrałem tę trasę, bo – jak pamiętam – głów­ny szlak Amazon­ki wyty­czo­ny jest wzdłuż rzeki Marañon, a nie Ucayali. Duże statki skrę­cają przed Lagunas w rzekę Huallaga (wyma­wia się jak „Ładziaga”), a Marañon nie płyną. Rzeką Ucayali mog­łem dopły­nąć do miasta Pucallpa.
Poprzednio pisałem o bardzo wysokim stanie wody. Obecnie jestem świadkiem szybkiego obni­ża­nia się pozio­mu wody. Teraz jest około 3 m poniżej maksi­mum, które było kilka dni temu.

Być w Rzymie i nie widzieć papieża!!! Być na Amazonce i nie być w dżungli!!!!
Nurtowało mnie to bardzo. Szukałem możliwości zrealizowania tego.
Płynąc koło ogromnego rezerwatu Pacaya Samiria zbiera­łem infor­macje o najdo­god­niej­szych miejscach aby tam „wysko­czyć” do dżungli. Najlep­szym miejs­cem na to jest Lagunas. Niestety, przepły­wa­jąc obok nie widzia­łem żad­nej moż­li­wości bezpiecz­nego zosta­wie­nia kaja­ka na kil­ka dni, by eksplo­ro­wać dżunglę.

W Yurimaguas znalazłem agencję organizującą wyprawy w dżunglę. Koło siedziby agencji YACURUNA zacu­mo­wa­łem kajak. Zapew­niają mnie, że to bezpiecz­ne miejsce. Również miesz­ka­ją­cy obok męż­czyzna zapew­nił mnie o tym. W porcie nie mia­łem możli­wości zosta­wienia kajaka.

Już byłem umówiony, że kajak zostawię przycumowany przy pływającej stacji benzynowej, lecz okazało się, że w nocy jest nieczynna – i klops. Pewien doker oferował mi, że będzie siedział w kokpicie kajaka i go pilno­wał za cenę 100 soli/noc (ok. 150 zł/noc), lecz była to bardzo niepew­na oferta i odrzu­ciłem ją.

Zdecydowałem się na eskapadę w dżunglę. Jutro rano mam wypłynąć małą łodzią „peck-peck” do Lagunas. Tam przej­mu­je mnie oficjal­ny przewod­nik Parku Pacaya Samiria. Pod jego opieką mam spędzić w dżungli kilka dób (minimum trzy).
Negocjując ceny wybrałem opcję 5 dób w dżungli: 8 godzin ma zająć dopłyniecie do Lagunas (z prądem); 24 godzi­ny pow­rót z Lagunas do Yurimaguas (pod prąd).

Mam jeszcze uszykować sprzęt foto (ładuję baterie). Nie mogę doładować baterii kamery; nie wiem, czy będzie działać. Ogrom­na stała wilgot­ność i tempe­ra­tu­ra są zabój­cze dla elektro­niki. Ze względu na zabezpie­cze­nie chcę wziąć ze sobą cały sprzęt elektro­nicz­ny ze SPOT-em włącznie. Hamak, odpowied­nie ubranie (długie spod­nie i koszu­le z dłu­gimi ręka­wami, repelen­ty przeciw moskitom itd). Od siedziby agencji do interne­tu (centrum miasta) mam około 300 m.

O dziwo, tutaj tylko pod innymi przycis­kami są różne znaki w kompu­terze, lecz połą­cze­nie jest szybsze.

Po szczęśli­wym (mam nadzieję) powro­cie zdam relację z dżungli.

Gdy płynąłem coraz wyżej rzeką, widoki na dżunglę były coraz ciekaw­sze. Również rzeka zwęziła się do 1 km a czasami do 500 m. Prąd bardzo wyraźny – jak w Polsce na górskich rzekach. Dzisiaj płynąłem około 1,5 km pod prąd i miałem co robić.

Na ostatnim statku „Linares III” były inne zwycza­je przy wyda­wa­niu posiłków, lecz to opiszę kiedy indziej.

Nie mogłem nigdzie kupić mapy Peru (Iquitos, Yurimaguas). W urzędzie miejskim wypy­tano mnie dokład­nie, jaką mapę potrze­bu­ję, zapła­ci­łem za jej wydru­ko­wanie i potem zapro­wa­dzo­no do pracow­ni kompu­te­ro­wej, gdzie zamó­wio­ną mapę mi wydru­kowano. Jest to mapa poli­tyczna stanu Loreto. Obejmu­je zasię­giem cały szlak, jaki mam do przepły­nię­cia w Peru: od Yurimaguas do Santa Rosa rzekami Huallaga, Marañon, Amazonka.

To tyle relacji z ostatniego miasta, do którego prowadzi droga lądowa w stronę Iquitos – dalej tylko trasa wodna lub samolo­towa. Tutaj również na uli­cach królują riksze motorowe.

Pozdrawiam z ostatniego miejsca przed wyprawą w dżunglę,
Olek.

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-05-11

Witam z Iquitos.

Przypłyneliśmy dzisiaj w nocy. Wyładowali mój kajak na nabrzeże i statek [„Carlos Antonio”] odpłynął w trzecie miejsce w Iquitos.

Rzeka coraz ciekawsza, choć nadal ogromna: szerokość około 2-3 km. Jest koniec pory deszczowej i stan wody jest bar­dzo wyso­ki (około 10 m ponad stan pory suchej).

Dowiedziałem się o możliwości płynięcia wyżej. Formalności, jakie musiałem załatwiać w porcie, głównie w urzę­dzie cel­nym, trwa­ły 3 godziny. W rezulta­cie zabrali mi dwa papie­ry wypro­du­ko­wa­ne w Santa Rosie, a wyda­li jeden bardzo ważny formatu A4. Oprócz celników musia­łem zapłacić w jesz­cze jednym urzę­dzie za zajmo­wa­nie miejsca na nabrze­żu przez kilka godzin.

Miałem szczęście, bo tuż koło mojego kajaka zacumował na kilka godzin statek „Limares III” – zdąży­łem załat­wić formal­ności i kajak zała­do­wa­no mi na ten statek. W ciągu 5 dni ma dopły­nąć do Yurimaguas (nad dopły­wem rzeki Marañon, głów­nej źródło­wej rzeki Amazonki). Wyżej już podobno nie będę mógł się dostać i tam chyba zacz­nę wresz­cie moją samodzielną podróż.

Do momentu, kiedy mam się zgłosić na „Limares III”, mam jeszcze godzinę. Zażyczyli sobie, abym był na statku mini­mum 1,5 godzi­ny przed odpły­nięciem. Odpływa o 18:30 (czas w Peru; 7 godzin róż­nicy z Polską).

W Santa Rosa spotkałem parę z Irlandii oraz Niemca, płynęliśmy jednym statkiem. W poży­czo­nym od nich przewod­niku wyczy­ta­łem sporo waż­nych dla mnie infor­macji. Mapy Peru nie mog­łem kupić, mam jedynie w pamię­ci trochę z przewod­nika. Chyba nie zabłą­dzę, bo przecież chcę płynąć w dół, zgodnie z prądem.

W tym rejonie jest masa informacji o różnych możliwościach wypraw w dżunglę. Jeśli znajdę bezpieczne miejs­ce dla kaja­ka i wypra­wę nie nasta­wio­ną na luksus, to może wybiorę się na jakąś bocz­ną eska­padę w egzo­tycz­ne miejsca.

Na statki tu pływające ładują przeróżne towary. Amazonka to jedyna możliwość transportu towarów. Na statek „Carlos Antonio” załado­wano byka, stado świń, masę ryb w skrzy­niach z lodem i inne towary.
Iquitos to największe w świecie miasto, do którego nie ma dróg. Można się tu dostać jedy­nie samolo­tem lub trasą wodną. W tym mieś­cie królują riksze moto­ro­we, które biorą 2, 3, 4 pasażerów. Do portu mam około 3 km i muszę wynająć rikszę.
Statki mają kształt podwodnej części dziobu jak desan­to­we okręty wojenne. Dopły­wają do brzegu w dowol­nym miejscu, opusz­cza­ją deskę z nabi­ty­mi poprzecz­nymi desecz­ka­mi i tak odbywa się wyła­du­nek i załadunek.
W Santa Rosie, by dostać się na statek, podróżni musieli brnąć po kolana w wodzie z bagażami. W wielu miejs­cach podpły­wają do statku łodzie i przeła­do­wują towary lub ludzi. Na „Carlos Antonio” był mały żuraw z wciąg­ni­kiem łańcu­cho­wym i tak mi wciąg­nęli kajak z wody. W Iquitos wyładu­nek – i po kilku godzi­nach zała­dunek – to praca ręcz­na około 10 ludzi. Oczywiś­cie za każ­dym razem negoc­jacje cenowe.

Na ostatnim statku standard był o wiele niższy niż poprzednio. Jedzenie też o wiele skromniejsze. Im wyżej, tym gorzej. Na statku „Linares III” mana­ge­rem jest – o dziwo – pani, która – co jeszcze dziw­niej­sze – mówi trochę po angielsku. Poma­gała mi przy kilku negocja­cjach biurokratycznych.

Odprawę celną w Iquitos miałem jak na granicy zew­nętrz­nej, bardzo biuro­kra­tycz­ny kraj i masa kontroli. Między Santa Rosa a Iquitos miałem dwie oficjal­ne kontrole – jakieś ich granice.

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-05-07

Witajcie z Peru!

Niesamowicie wolny komputer; trzeba walić w klawiaturę, bo znaki nie wyświetlają się.
Z wielkim trudem (i kosztami – zabu­liłem 300 reali; około 600 zł) za wyładu­nek ze statku do wody. Potem wzięli mnie na hol łodzią na drugi brzeg do Santa Rosa w Peru. Na koniec zażądali zapłaty za paliwo 200 reali, a ja sądzi­łem, że proponują hol z uprzejmości – naiwniak. Tutaj wszędzie żyłu­ją mnie strasz­nie. Zapłaciłem w końcu 100 reali.
Uzgodniłem wczoraj, że dzisiaj o 23:00 (15:00 czas w Peru) załadują kajak na statek „Carlos Antonio”. Odpływam do Iquitos.
Formalności graniczne strasznie biurokratyczne. Załatwia­łem wczoraj i dzisiaj. Aby zrobić odbitki ksero, musia­łem łodzią płynąć do Taba­tingi w Brazylii.
Najgorszy komputer jaki spotkałem!!!

Pozdrawiam Was serdecznie, Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-05-06

Wysłałem szybko część maila, bo był komunikat, że za 1 minutę przerwie mi połączenie.
Statki szybkie są małe i płyną do Iquitos 12 godzin (drogie) i niemożliwe jest załadować na nie mój kajak.
Są też wolne statki, które płyną do Iquitos 2-3 dni i do jednego z takich się przymierzam. Nie widziałem takiego statku i nie wiem, czy będą mogli wziąć kajak na pokład, czy ciągnąć go za sobą na linie.
Tutaj pieniądze brazylijskie i kolumbijskie są równorzędnie traktowane. Nie są natomiast tolerowane pieniądze peru­wiańskie. Pieniędzmi tylko peru­wiań­skimi można płacić od Iquitos do około 80 km od Taba­tingi; poniżej, do Tabatingi, toleru­ją pienią­dze trzech państw.

Doprawdy nie wiem, czy będę mógł zabrać się wyżej Amazonką, do Iquitos. Niepewny jest dla mnie transport kaja­ka (czy w ogóle jest możliwy?). Pieczątkę w pasz­por­cie na opuszcze­nie Brazylii uzyskałem na dzień przed upływem ważności wizy. Oficjalnie wpłyną­łem do Brazylii 7 lutego, kiedy to zjawi­łem się na poste­run­ku policji fede­ral­nej w porcie w Fortalezie. Obecnie mam tylko niewiele czasu, by opuścić Brazylię i uzyskać stempel wpłynięcia do Peru. To tyle informacji bieżących.
Muszę załatwić wyładunek kajaka na nabrzeże i jego wodowanie. Potem przeprawa przez Rio Solimoes, szeroką tu na około 1 kilometr. Woda płynie tu szybko, jak w przeło­mie Dunajca. Promo­wanie moim kajakiem będzie sporym wysiłkiem.
Gdybym nie mógł płynąć wyżej do Iquitos, to zamierzam zostać jeden lub dwa dni w Peru (Santa Rosa) i znowu zgło­sić się w Tabatin­dze na poste­run­ku policji fede­ral­nej, by uzyskać stempel wpłynię­cia do Brazylii. Czekałoby mnie to i tak przy spływa­niu z Iquitos. Będę miał wtedy problem, gdzie zacumo­wać bezpiecz­nie kajak, by go opuścić na pewien czas.
No cóż, czas skończyć lenistwo na pokładzie statku i do dzieła!!!

Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie z dalekiej Kolumbii,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-05-05 [jest to odtworzenie opisu trzeciego strandowania na pustyni – zaginionego fragmentu pierwszej korespondencji, datowanej 2011-04-21]

Witam ponownie, dzielę korespondencję z obawy na jej utratę. Ten komputer działa bardzo wolno.
Kiedyś opisałem moje trzecie, przymusowe lądowanie na pustyni, lecz utraciłem je przed wysłaniem.

Po nocnym, niespodziewanym i bardzo przykrym w konsekwencji lądowaniu na pustyni (drugie przymu­sowe lądo­wa­nie, już opisane) wypłyną­łem znowu nie znajdu­jąc możli­woś­ci wydosta­nia się drogą lądową.
Niestety moje nadzieje na słaby wiatr, który był rano, rozwiały się z coraz mocniejszym wiatrem z E, odchy­la­ją­cym się na N-E; czyli spycha­ją­cym mnie do brzegu. Całodzien­ne usilne wysiłki – by przepły­nąć jak najdalej na zachód, by minąć pusty­nię i dostać się do urozma­iconej linii brzego­wej, a jednocześ­nie by oddalić się od brzegu – nie były tak efektywne, jak chciałbym.
Wiedząc, że nie mogę dłużej płynąc ze względu na kończący się dzień i bliskość brzegu, szukałem dogod­nego miejs­ca do lądo­wania. Zobaczy­łem na brzegu dwie łodzie rybackie odkryto­pok­ła­do­we, stoją­ce na brzegu poza zasię­giem fal w odleg­łości około 500 m od siebie. Był przypływ i ewen­tualne skały, bardzo często wystę­pu­jące na tych brzegach, były zakryte wodą. Łodzie z pewnoś­cią stoją w miejscach, gdzie nie ma skał.
Przymierzałem się do lądowania koło drugiej z kolei łodzi. Wiatr wtedy był około 4 stopni Beauforta N-E, skoś­nie do brzegu. Wiosło miałem jak zwykle przywią­zane do kajaka. Sam miałem zało­żony pas aseku­ra­cyj­ny przywią­zany liną do kajaka. Wszystko miałem przygo­to­wane do lądowania.
Przy tej sile i kierunku wiatru na tym odcinku wybrzeża fale przybojowe tworzyły się już około 300 m od brzegu i było ich pięć. Wysokie na około 3 m, strome, zała­mu­jące się fale.
Starałem się rozpędzić kajak i utrzymać kierunek prostopadły do nadpływających z tyłu fal (były szybsze ode mnie).
Kajak, aczkolwiek bardzo dzielny, ze względu na swą masę jest bardzo mało sterowny. Bardzo wolno reaguje na działa­nie steru i napęd wiosłami.
Pierwsza duża fala przybojowa, która przewaliła się przeze mnie, skręciła kajak o około 30 stopni w pra­wo. Przed następ­ną falą nie zdąży­łem usta­wić kajaka prosto­padle do niej. Odchyłka była niewielka - może około 10 stopni, lecz to wystar­czyło. Ta fala była chyba najmoc­niej­sza z serii fal przybo­jowych. Obróciła kajak szybko ruchem śrubo­wym równo­legle do niej i dookoła osi podłuż­nej kajaka.
Siła załamującego się grzbietu fali wymyła mnie z kokpitu i miotała mną jak rzeczą w pralce. Lina aseku­ra­cyj­na napięła się między mną a kajakiem i przecięła mi skórę na prawym ramie­niu w okolicy łokcia, a na lewej nodze, na podudziu w pobliżu kostki, wytarła mi głęboką ranę (obie rany już się zagoiły).
Po wypłynięciu na powierzchnię wody złapałem kajak za kokpit i przyjąłem następną falę. Po jej przepły­nię­ciu stwier­dzi­łem. że trzy­mam tylko lewą połówkę wiosła. Wiosło zostało przeła­ma­ne na środku na złączce. Straci­łem całkowicie prawą połówkę (nie znalazłem jej więcej).
Następne fale były już coraz słabsze. Doholowałem kajak do brzegu z przechyłem na lewą burtę. Jeszcze przez około godzinę stara­łem się wciąg­nąć kajak jak najwyżej na ląd przy więk­szych falach. Potem odpływ oddalił wodę od kajaka.
Pół godziny po mym lądowaniu zjawił się jakiś mężczyzna z chaty na pustyni. Cztery chaty (może duże namioty) stały około 2 km ode mnie. Przywołał on potem ludzi z tych chat, lecz ja podzię­ko­wałem im za wszel­ką pomoc. Prosi­łem jedynie, by zorgani­zo­wali mi na następny dzień jakiś trans­port lądowy poza pusty­nię, najlepiej do São Luís. Sam przechy­liłem mocno kajak na lewy bok. Wykopałem dół pod mieczem i wyciąg­ną­łem go, potem mog­łem wypros­to­wać kajak, a miecz ułożyłem na dnie kabiny.
Niestety transportu lądowego nie mogłem załatwić. Sympatyczni mieszkańcy pustyni byli jednak bardzo spryt­ny­mi złodzie­jami i ukrad­li mi wiele różnych rzeczy.
Po kilku dniach odpłynąłem stamtąd, ale ten etap już opisałem.

Pozdrawiam serdecznie z dalekiej Brazylii,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-05-05

Witam Moi Drodzy!

Zgodnie z planem (tylko 1,5 godz. opóźnienia) przypłynęliśmy do Tabatingi około 13:30 (07:30 czas lokal­ny). Statek przy nabrzeżu stał około pół godziny, aby pasażerowie mogli wysiąść i odpłynął kilka­naś­cie kilo­met­rów w bok, do Benjamin Constant. Ja zosta­łem z kaja­kiem na statku. Odpływa­my jutro rano do Tabatingi. Uzgodni­łem moje wyokrę­to­wa­nie na jutro w Tabatindze.

Uzyskiwałem różne informacje o możliwości dostania się z kajakiem do Iquitos w Peru. Wiele mało precy­zyj­nych i sprzecz­nych (trud­ności języ­kowe) – sprawdzę jutro.

Na statku w Manaus ostatniej nocy i w ciągu dnia poprzemieszczali towary i upychali je tak, że jak wróci­łem z miasta, pokład pasażer­ski był bez towarów, lecz pełen pasażerów. Ja, jako pierwszy pasażer, nie miałem miejsca, bo nie pilnowałem „swojego” placyku. Byłem znowu jedynym z karimatą. Ułożyłem się pod hamakami.
Na statku było około 300 pasażerów i pełno różnych towarów. Wyładunki w poszcze­gólnych portach trwa­ły od 2 do 8 godzin. Wszystko prace ręczne. Dużo ludzi zaanga­żo­wa­nych jest przy rozładunku i załadunku statku. Często dźwigają duże ciężary. Głównie na trasie statek był rozła­do­wy­wany; towary ze stolicy stanu Amazonas – Manaus przewo­żone są w górę Amazonki.
Nikt z załogi nie znał innego języka niż portugalski. Ciekawy jestem, czy zostały przesłane do Polski zdję­cia z kata­ma­ranu „Rondônia”. Obiecała mi to pozna­na na trasie Belém – Santarém hiszpańska dziennikarka.
Na statku „Manuel Manteiro” pozna­łem czterech Hindusów. Jeden jest obecnie obywate­lem kana­dyjskim i dużo podró­żuje; trzech pozosta­łych to obywa­tele Sri Lanki. Z nimi rozma­wia­łem po angielsku, bo z załogą i innymi podróż­nymi nie znając portugalskiego było to niemożliwe. Obiecali przesłać zdjęcia do Polski po powrocie do Sri Lanki. Załoga sympa­tyczna – zadawali mi wiele pytań; ja dużo odpowia­dałem, ale zrozu­mienie było bardzo niekompletne.
Dzisiaj w Brazylii jest jakieś święto, lecz nie zrozumiałem jakie. Sklepy są czynne normalnie. Targo­wisko miejskie i uliczne bardzo kolorowe, zapchane przeróż­nymi towarami. Salkę interne­tową z trudem znalaz­łem (jest tu chyba jedyna taka). Oprócz liter chyba wszystkie znaki są pod innymi przycis­kami niż zwykle i oczywiś­cie niezgodne z opisem na nich. Czasem, aby użyć właściwy znak, „macam” różne i znaj­duję w nieprze­wi­dy­wanym miejscu. Przedłuża to oczywiście czas pisania.
Kapitan statku – starszy pan – w czasie podróży był bardzo zajęty. Głównie przeglądaniem kilkudzie­się­ciu arbu­zów, które rozło­żone były pod ławkami wzdłuż burt statku na pokła­dzie pasa­żer­skim. Przeliczał je kilka razy dziennie, przeglą­dał; czasem jakiś sprze­dał pasa­żerom; czasami musiał wyrzucić za burtę psują­cego się arbuza. Oferował do sprzedaży również mango i poma­rańcze, które wywiesił w siatkach blisko wejścia na statek.
Amazonka, to bardzo wielka rzeka; płynie nią masa wody. Maj to ostatni miesiąc z sezonu desz­czo­wego. Widać czasem było jak woda wlewa się do przybrzeż­nych lasów (dżungli). Domy w wioskach z reguły budo­wane są na palach. Prawie cały czas kolor wody nie zmienia się, może nieco rozcień­czony jest jak cieniutka kawa z mlekiem.
Na statku wyżywienie było w cenie biletu. Na śniadanie jedna bułka (można było dobrać drugą a nawet trzecią; z możli­wością posma­ro­wania słoną margaryną. Popić można było bardzo słodką kawą z mlekiem. Obiad i kolacja wyglądały tak samo. Ryż, makaron, mięso (kurczaki; niekiedy woło­wina); czasem trochę mieszanki warzyw. Jedzenie każdy sam sobie nakładał – nie można było narzekać, że mało. Popić można było wodą chłodzoną. Ubikacje z możli­woś­cią skorzystania z prysznica - wspólne i czasem kolejki do nich. Na górnym pokła­dzie statku bar ze słody­czami i napojami. Najwięk­sze powo­dzenie miało piwo. Wybo­ru nie było, tylko piwo marki „Skol”.
Na statku były dwa ogólnie dostępne telewizory (odbierały tylko jeden kanał poprzez antenę satelitarną) - dużo trans­misji piłki nożnej. Statek płynął z szybkoś­cią około 16 km/godz.
To tyle o płynięciu statkiem na tym etapie. Nie wiem, czy będę mógł coś napisać z Tabatingi lub Leticii.

Pozdrawiam serdecznie, Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

Etap I: Fortaleza – Belém

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =


2011-04-29

Witajcie jeszcze raz. Jestem w kafejce internetowej, około 2 km od statku (tutaj internet jest rzadkością). Już powi­nie­nem wracać na statek.
Jest pora deszczowa (jeszcze miesiąc) i od godziny jest ulewa. Próbuję ją przeczekać. Tutaj w ciągu roku spada około 2,3 m wody. Czasem ulewy są bardzo inten­syw­ne, jakby ktoś lał wodę z hydrantu.
Temperatura minimalna roczna to 21 stopni. Maksymalna – 44 stopnie. Wilgotność bardzo duża. Rzeczy prane schną długo. Dużo piję, ale dużo wypacam.

Na statku „Manuel Monteiro” może płynąć 250 pasażerów. Załadowano mnóstwo towarów. Dla pasaże­rów mało miejsc. Kajak mój jest obło­żony całko­wi­cie towa­rami. Stara­łem się dopil­no­wać, aby na niego kładli lżej­sze towary (chrupki, kołdry, styro­pian). Uprosi­łem, aby zosta­wili mi małą dziuplę, bym mógł otwo­rzyć właz do kabiny. Panel słonecz­ny zabez­pie­czo­ny jest kołdrami.
Dwie karimaty do spania podwie­si­łem pod sufitem na pokładzie pasażerskim. Na noc je rozkładam na podło­dze metalo­wej. Na kata­ma­ranie byłem jedynym pasa­że­rem korzysta­jącym z karimat, a nie z hamaka – oglądali to ze zdziwieniem.

W Manaus bardzo barwny i ruchliwy jest rynek. Wiele ryb o różnej wielkości oglądałem z zaciekawieniem po raz pierwszy . Mnóstwo przeróżnych owoców. Na ulicach króluje handel w mini stoiskach. Kilka razy delektowałem się przyrządzanym na oczach klienta napojem „Guarana” – specjalnością Amazonii. Jest to gesty napój przygotowywany z różnych składników i miksowany z lodem w mikserze – pyszny i bardzo kaloryczny oraz bomba witaminowa.

Moskity – tutejsze komary – mniejsze od naszych drani. Tutejsze moskity podobno nie są malaryczne, lecz mogą przenosić chorobę dengue. Nie orientuje się za bardzo w istocie tej choroby, lecz jest wiele plakatów z tematem dengue, że walczą z nią.
[denga – choroba wirusowa; objawia się silną gorączką, silnymi bólami głowy i stawów, wysypką i bólem gałek ocznych , przenoszona przez komary, może być śmiertelna.– przyp. www.ZeglujmyRazem.com].

Rio Negro – wielka rzeka; port Manaus jest położony nad nią około 10 km od ujścia do Amazonki. Kolor wody jest rzeczywiście czarny. Amazonka to jakby rozcieńczona kawa z mlekiem. Płynie nią mnóstwo roślinności, drzew, gałęzi. Statki płynąc nocą przeszukują trasę przed sobą reflektorami – szperaczami – skutecznie oświetlającymi trasę nawet do 1 km.

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-04-29

Za transport kajaka z São Luís do Belém zapłaciłem 2000 reali, dzięki załatwieniu sprawy transportu przez szefa firmy Maritimo.
[1 USD to ok. 1,5 BRL, reala brazylijskiego – przyp. www.ZeglujmyRazem.com]
Za bilet mój na rejs między Belém a Manaus u agenta przed portem w Belém zapłaciłem 180 reali – bilet otrzymałem.
Spać w kajaku nie będę mógł, muszę wykupić miejsce na hamak za 400 reali – zapłaciłem, lecz nie dostałem kwitu.
Za transport kajaka do Manaus agent od transportu żądał 1000 reali. Zakwestionowałem tę cenę – ostatecznie jutro uzgodnię z managerem na statku cenę przewozu.
Za pozwolenie wjazdu do portu i przeładunek kajaka agent zażądał 500 reali. Nie zapłacę – samochód nie wjedzie. Musiałem zapłacić jako zaliczkę za przewóz do Manaus – tak mówił agent.
Samochód z agentem i kajakiem wjechał do portu. Ja zostałem przed bramą.
Mimo usilnych starań o specjalne pozwolenie na wejście do portu – nie uzyskałem takiego; musiałem czekać przed bramą.
Po pół godzinie wyszło dwóch dokerów i zażądało dodatkowo 100 reali, bo kajak jest ciężki i dużo ludzi trzeba do przeładunku. Wcześniej przy oględzinach kajaka powiedziałem agentowi o specjalnym zabezpieczeniu steru.
Po około dwóch godzinach samochód wyjechał. Kierowca zapewnił mnie, że wszystko w porządku. Zapłaciłem mu drugą ratę opłaty (całość 2000 reali). Nocleg załatwiłem w hotelu na mieście. Kajak obejrzałem na statku następnego dnia. Był na rufie statku, w miejscu gdzie nie było innych towarów, lecz tylko cumy i inne urządzenia statkowe.
Manager statkowy po odpłynięciu z Belém zażądał ode mnie zapłaty za transport kajaka w wysokości 1000 reali. Ja mówiłem mu, że zaliczkę wpłaciłem agentowi. Papieru nie miałem i kwestionowano moją wersję. Dzwonili do agenta – ten mówił, że pieniędzy nie wziął.
Okazało się, że 400 reali za hamak wziął do swojej kieszeni pierwszy agent (uprzejmy, bardzo sympatyczny, lecz orżnął mnie na 400 reali).
Agent od transportu naciągnął mnie na 500 reali, dokerzy na 100 reali – razem wyciągnęli ode mnie 1000 reali. Nieznajomość procedur i języka niestety drogo mnie kosztowała.

Na katamaranie „Rondônia” (około 500 pasażerów i mnóstwo towarów) załoga była bardzo sympatyczna i serdeczna. Kapitan znał tylko jedno wyrażenie angielskie: OK.

Bardzo emocjonujący był pierwszy dzień płynięcia katamaranem. Płynęliśmy wąskim na około 500 m jednym z ramion ujściowych Amazonki. Zamieszkujący tam Indianie podpływali z boku do katamarana i długimi na około 2 m prętami metalowymi zaczepiali się za opony chroniące burty statku. Potem przywiązywali swoje łodzie do statku i handlowali różnymi owocami.
Na jednej łodzi był mężczyzna i dwie kobiety karmiące dzieci piersią. Woda wlewała się do łódek z tyłu, a oni czekali na podarunki. Wszystko to przy pełnej prędkości statku (około 20 km/godz.). Niektóre kobiety lub dzieci podpływały blisko katamarana z boków i czekały na zrzuty. Ludzie rzucali do wody żywność w torbach foliowych. Widać było, że to powszechne zajęcia.

W Manaus szukałem transportu do Tabatingi. Stały w porcie trzy statki do Tabatingi. Ceny przewozu kajaka wahały się od 2000 do 1000 reali.
Wybrałem najtańszą wersję.
Przeładunek kajaka z „Rondônii” na „Manuel Monteiro” opłaciłem 7 dokerom w wysokości 300 reali.
Za mój bilet z Manaus do Tabatingi zapłaciłem 340 reali – ma być w tym wyżywienie.
Na „Rondônii” za wyżywienie trzeba było płacić na bieżąco na statku w wysokości 16 reali za dwa posiłki (obiad i kolacja). Śniadania (w cenie biletu) to jedna bułka z możliwością posmarowania margaryną i bardzo lurowata kawa z mlekiem; za to bardzo słodka.

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-04-29

Teraz historia.
Gdy wreszcie dopłynąłem do São Luís do portu, szukałem statku do Belém. Nie ma takich rejsów [regu­lar­nych, tyl­ko] kilka w roku. Stara­łem się o trans­port lądo­wy. Zatrzy­ma­łem się przy fir­mie mającej kil­ka statków piloto­wych i pracu­ją­cej całą dobę. Szefa­mi są dwaj Filipiń­czy­cy. Bardzo mili i sympa­tycz­ni ludzie. Zapewni­li mi całodo­bo­we wyży­wie­nie i pracow­ni­ków do napra­wy kajaka.
Firma to SÃO MARCOS TRANSPORTE MARÍTIMO.
Szczególne podzię­ko­wa­nia dla GENIUSA i NELSONA za naprawę instalacji elektrycznej.
Serdeczne podzię­ko­wa­nia dla JAGUARA za naprawę uszko­dzeń kadłuba.
Serdeczne podzię­ko­wa­nia za pomoc i życzli­wość dla RAIMUNDO i LUIZA.

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-04-28, statek „Manuel Monteiro”

Święto (tutaj jeden dzień) spędzi­łem na statku. Ten dzień jakoś się nie wyróż­niał (niedziela).

Tutaj dostęp do interne­tu mam częs­to, bo statek pły­nie szybko.

Ubiegłej nocy statek (katamaran „Rondônia”) dopły­nął do Manaus. W ciągu dnia pertrak­to­wa­łem z kapita­na­mi kilku stat­ków w spra­wie przewo­zu kaja­ka i mnie do Tabatingi; w górę Amazon­ki (na tym odcin­ku ma nazwę Rio Solimões). Tabatinga to 47-tysięcz­ne mias­to tuż przy grani­cy z Kolum­bią i Peru. Chciał­bym się dostać jeszcze wyżej, do Iquitos w Peru, lecz nie wiem, czy będzie to możli­we. Duże statki tam już podob­no nie pły­wają. Zobaczę na miejscu w Tabatindze.

Kajak mam załado­wa­ny na statek n/m „Manuel Monteiro”. Statek wypły­wa z Manaus w piątek 29 kwiet­nia, plano­wo o 20:00 czasu pols­kiego (14:00 czas lokal­ny). Rejs do Tabatingi trwa 6,5 doby. Plano­we przypły­nię­cie do Tabatingi – 5 maja.

Ostatnio miałem problemy z telefo­nem sateli­tar­nym z EPY. Z powo­du wilgo­ci i wszechobec­nej soli mam proble­my ze sprzę­tem elektro­nicz­nym. W telefo­nie włą­cza­nie zaska­kuje z trudem. Karta SIM ma częścio­wo uszko­dzo­ne styki. Podejrze­wam, że w kiesze­ni, w którą wsuwa się kartę, też są uszko­dzenia.

Moje plany: dotarcie jak najwyżej Amazon­ki, potem spłynię­cie do ujścia, lub w pobliże.

Pozdrawiam serdecz­nie ze stoli­cy stanu Amazonas znad Rio Negro – Manaus,
Olek

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-04-22, SMS z katamaranu „Rondônia”

Drugą dobę płynę z Belém do Manaus kata­ma­ra­nem „Rondônia”. Jest pora desz­czo­wa, częste deszcze i ulewy. W Manaus chcę zmienić statek – i dalej.

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

2011-04-21

Pojawiły się pewne niedogodności przy organizowaniu transportu lądowego kajaka do Belém, a perspek­ty­wa samot­nego oczeki­wa­nia na odlu­dziu była dla mnie bardzo real­na i niebez­piecz­na. Wybra­łem trasę wodną.

Tym razem chyba wpad­łem z desz­czu pod rynnę. Tak kiedyś oczeki­wa­ne przeze mnie wiatry z N-E tym razem bardzo mnie gnę­biły. Nie mog­łem oddalić się na bezpiecz­ną odleg­łość od brzegu. Stałe wiatry o róż­nej sile, lecz wieją­ce w stronę lądu wymu­siły na mnie trzykrot­ne, niepla­no­wa­ne lądo­wa­nia (strandowanie).

Niestety – jedno z nich [przytra­fiło się] w nocy, gdy spałem z uchylo­nym lukiem ze względu na słabą wen­ty­lację (drugie od wypły­nię­cia z Fortalezy). Położy­łem się spać bardzo zmęczo­ny w odleg­łoś­ci około 10 km od brzegu. Wyda­wało mi się, że to bezpiecz­na odleg­łość, którą z trudem wyrobi­łem przez cały dzień. Wiatr jednak zwięk­szył swoją pręd­kość i przyg­na­ło mnie do brzegu. Obudziło mnie chluś­nięcie falą przybo­jo­wą na głowę. Następ­na fala obró­ciła kajak (ustawio­ny już bokiem do fal) o 360 stopni, wlewa­jąc się do kabiny. Przy następ­nej fali byłem już na zew­nątrz i stara­łem się jakoś chronić kajak. Był wtedy przypływ, tam – około 2,6 m. Plaża piasz­czys­ta z wielo­ma skała­mi piasko­wymi. Trochę skrzywił się miecz i w dwóch miejscach lek­kie wgnie­ce­nia: jedno w kadłu­bie około 2 m od dzio­bu pod linią wodną, drugie na lewym pałą­ku z przodu (napra­wio­ne potem w porcie w São Luís).
Niestety – zalanie wnętrza kajaka wodą oceanicz­ną uszko­dziło insta­lację elektrycz­ną. Została napra­wio­na w porcie São Luís. Zamiast bezpiecz­ni­ków automa­tycz­nych mam tylko dwa topi­ko­we: dla odsalar­ki i gniaz­da zapalniczki. Wszyst­kie światła działają. Jedy­nie [światło] w kabinie i oświetlenie pokładowe, po dwie diody, zgasły już wcześniej.
Lądowanie miałem na pustyni – park narodowy.

Trzecie lądowanie, wymu­szo­ne sil­nym wiatrem dopycha­ją­cym do brzegu, miałem pod koniec dnia. Z poprzed­niego miejsca nie mogłem załat­wić transpor­tu lądowego.

Tym razem lądowa­łem na piasz­czys­tej plaży koło łodzi wiosło­wej – cały czas pustynia. Tutaj również nie znalaz­łem trans­por­tu lądowego.

Po kolejnym odpły­nię­ciu udało mi się wresz­cie minąć pustynię i po płyt­szych wodach, kręty­mi trasami kiero­wa­łem się do São Luís.

Miałem wiel­kie proble­my z nawigacją. Wysiadł mi cał­ko­wi­cie zasad­niczy GPS (miał dość dokład­ną mapę świata GPS 78Sx). Miałem mapę całej Brazylii w skali 1 : 4 000 000 – niewystar­cza­ją­cą do nawi­gac­ji w takim terenie. Płyną­łem, pyta­jąc ryba­ków o kieru­nek na São Luís. Dopły­ną­łem wresz­cie tam do portu.
Statki z São Luís nie pły­wają do Belém. Musia­łem znaleźć trans­port lądowy.

Wczoraj [2011-04-20] przyjecha­łem z kaja­kiem do portu w Belém. Po długim ocze­ki­wa­niu załado­wa­no kajak na statek do Manaus (nie pozwo­lo­no mi być przy zała­dun­ku). Dopie­ro dzisiaj, trzy godziny przed odpły­nię­ciem statku, mogę wejść na pokład i dotknąć kajaka. Noc przespa­łem w hote­lu na mieście. Statek wypły­wa o 23:00 cza­su pols­kie­go (5 godzin róż­ni­cy czasu obecnie). Do Manaus ma przypły­nąć w ponie­dzia­łek wielka­noc­ny.
Za wszel­ki trans­port kajaka wymu­szają na mnie duże opłaty. Nie wiem, jak będzie w Manaus, czy będę mógł płynąć wyżej.

Mam nadzieję, że z Manaus prześlę następną korespon­den­cję mailo­wą. Ostrze­ga­ją mnie tutaj przed wielo­ma zagro­że­nia­mi – głów­nie ze strony ludzi.

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

Calendar

« February 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          

Zima

– Śnieg pada zimą. Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm…
– Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. Ale nawet do najlepszej odpowiedzi zawsze da się coś dodać. Nie odejmować, a dodać.

* * *

Od kiedy pamiętam, słowo „zima” wywołuje u mnie zawsze jedno skojarzenie: widzę wtedy obraz Myśliwi na śniegu (1565) Pietera Breughla Starszego.
Nie wiem, dlaczego. Ani nie jest to mój ulubiony obraz, ani nie chadzam na polowania, zima też (do przeprowadzki na Florydę) nie była moją ulubioną porą roku – ale fakt jest faktem, niezależnie od tego, jak bardzo bym się sam sobie dziwił.
Zdziwienie jest tym większe, że pamięć podsuwa detal, a nie jest nim ani biała płaszczyzna śniegu na pierwszym planie, ani skulone trzy sylwetki (z których jedna ledwo widać) łowców wracających z jednym marnym lisem i zmęczonymi, kulącymi ogony pod siebie psami, ani ludzie przy ogniu, ani nawet łyżwiarze na sadzawce. Detalem tym jest lecąca sroka, czarnym krzyżem nakładająca się na górski krajobraz.
Że to sroka – choć na drzewach siedzą wrony i być może kawki – wnioskuję po ogonie. I po innym obrazie Breughla Starszego – Pejzaż z szubienicą, mającego też inny tytuł: Sroka na szubienicy (1568). Sroki są tam nawet trzy: ta tytułowa siedzi na belce rusztowania, druga – na kamieniu obok, a trzecia leci. Sroki lubią towarzystwo. Breughel lubił sroki. Ja też je lubię.

„Schematyzm” – powiedział kolega po przeczytaniu tego fragmentu. – „Stereotypy. Jest zima, to musi być Breughel. Czterysta pięćdziesiąt lat, to co chcesz? Odwiecznych praw natury nikt nie zmieni.”

* * *
Zima – jedna z czterech podstawowych pór roku
w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Na półkuli północnej charakteryzuje się najniższymi temperaturami powietrza w skali roku, umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego, zazwyczaj zestaloną (zamarzniętą) formą opadu i osadu atmosferycznego,
a większość świata roślin i zwierząt przechodzi okres uśpienia.

Za zimę klimatyczną przyjmuje się okres roku (następujący po jesieni), w którym średnie dobowe temperatury powietrza spadają poniżej 0°C (32°F).
Zasadniczo zimę poprzedza jesień, jednak pomiędzy tymi okresami znajduje się klimatyczny etap przejściowy - przedzimie.

Zima astronomiczna na półkuli północnej rozpoczyna się
w momencie przesilenia zimowego (w 2016 – 21 grudnia)
i trwa do momentu równonocy wiosennej (w 2017 – 20 marca). Daty przesilenia i równonocy są zmienne, czasem wypadają dzień wcześniej lub dzień później,
a w roku przestępnym mogą być dodatkowo cofnięte o jeden dzień.
Podczas zimy astronomicznej dzienna pora dnia jest krótsza od pory nocnej, jednak z każdą kolejną dobą dnia przybywa,
a nocy ubywa.

W dniu przesilenia zimowego, przypadającym na grudzień, Słońce góruje w zenicie nad półkulą południową na szerokości zwrotnika Koziorożca. Na półkuli północnej jest to najdłuższa noc
(i najkrótszy dzień) w roku.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia zimowego w centrum Warszawy – na 52°14' szerokości geograficznej północnej – wynosi 14°20'.

Przesilenie zimowe w większości kultur było okazją do świętowania „odradzania się Słońca”.
W starożytnym Rzymie obchodzono Saturnalia, w Persji – narodziny Mitry, boga Słońca. Plemiona germańskie obchodziły Jul, Słowianie – Święto Godowe.
Chrześcijaństwo, od IV w., obchodzi zimą – 25 grudnia – dzień urodzin Jezusa. Dlaczego akurat 25 grudnia – różnie powiadają o tym, ale zamieszanie z datami zaczęło się dopiero po zastąpieniu niedokładnego (wobec Słońca i Księżyca) kalendarza juliańskiego nowocześniejszym kalendarzem gregoriańskim.
Na Zachodzie, gdzie kalendarz gregoriański przyjął się niemal od razu, pozostano przy nominale daty, bez względu jak się to miało do wyliczeń dawniejszych, zatem Boże Narodzenie wypada tam 25 grudnia. Na Wschodzie w liturgii obowiązuje starodawny kalendarz juliański, ale życie świeckie toczy się wg obowiązującego kalendarza gregoriańskiego. Stąd juliański 25 grudnia przypada na gregoriański dzień 7 stycznia.
Dwa tygodnie wielkiej różnicy nie czynią, świętować można podwójnie – grunt, że obie daty zimowe są.

Od czasów rzymskich, dokładnie od 46 r. p.n.e. w zimie, 1 stycznia, obchodzony jest również początek nowego roku.

W dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej, wypadającym w marcu, Słońce góruje w zenicie nad równikiem
i przechodzi przez punkt Barana. Na półkuli północnej zima się wtedy kończy i rozpoczyna się wiosna. Teoretycznie.
Istnieje bowiem nordycka przepowiednia o tym, że pewnego razu przyjdzie Wielka Zima trwająca trzy lata – Fimbulvinter, która poprzedzi zmierzch bogów – Ragnarök. Że przy okazji zginą ludzie, jest oczywiste, a Normanowie podali to dodatkowo we własnej stylistyce: głód nastanie tak straszny, że ludzie zjedzą się nawzajem, lądy najpierw spustoszy ogień, a później zaleje morze – czyli nastąpi koniec świata.
Czyli, wypisz wymaluj, Wikingowie stworzyli obraz termonuklearnej zimy.
Jest też co prawda akcent optymistyczny, a jakże: po tym wszystkim nastanie era szczęśliwości i nowy świat, bo ponoć jedna para ludzka ocaleje. Pozostaje tylko pytanie: i po co to wszystko?

Jeśli ktoś się chce utrzymać w klimacie i to bez happy endu, niech przeczyta powieść Nevila Shute'a Ostatni brzeg (1957), albo obejrzy jedną z dwóch jej adaptacji filmowych. Moim zdaniem ta starsza (1959), z Gregorym Peckiem, Avą Gardner i Anthonym Perkinsem, jest lepsza.

* * *

Zima to słowo wywodzące się niemal wprost z naszej językowej przeszłości.
Etymologicznie jego najbliższy krewniakiem jest słowo himā (हिमा) ‘mróz, chłód, śnieg’ (Himalaje to ‘dom chłodu / mrozu / śniegu’), które zachowało się w sanskrycie, najstarszym zapisanym (z należących do wspólnoty praindoeuropejskiej) języku, w wersji wedyjskiej sięgającym połowy drugiego tysiąclecia p.n.e.
W hindi himā to również ‘lód’.

Zima w językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
:

białoruskiзіма [zima]
bośniackizima
bułgarskiзима [zima]
chorwackizima
czeskizima
kaszubskizëma
litewskižiema
łatgalskizima
łużycki (dolny)zyma (też: zymje)
łużycki (górny)zyma
łotewskiziema
macedońskiзіма [zima]
rosyjskiзима [zima]
serbskiзима [zima]
słowackizima
słoweńskizima
ukraińskiзима [zima]
żmudzkižėima

Zadziwiająca jednomyślność!

Przysłowia związane
z zimą:

Będzie zima, będzie mróz,
będzie ptaszek jajka niósł.

Deszcze Michałowe
prawią w zimie powietrze zdrowe.

Gdy tęga zima nastanie
w pierwiotku adwentu,
ośmnaście tygodni
nie spocznie ani momentu.

Idzie zima, a tu butów nie ma.

Idzie zima,
a tu chleba nie ma;
mój Ty Panie z nieba,
daj nam chleba.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Jaka zima, takie lato.

Kafla z pieca, szybki z okna,
a tu zima, butów ni ma.
[t.j. zbytków mu się zachciewa, a butów nie ma]

Kiedy się liść gęsto trzyma,
nie tak prędko będzie zima.

Kiej w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto zimie próżnuje, ten lecie musi być leniwy.

Na modrzewiu zima
niedługo trzyma.
[Góralskie: śnieg, gdy spadnie zanim modrzew zrzuci igły, zniknie prędko, bo na nich nigdy nic leży długo.]

Na świętego Grzegorza [12 marca]
idzie zima do morza.

Połowa zimy, połowa pastwy.

Późna zima długo trzyma.

Słaba zima, kiepskie lato.

Spyta cię zima zarazem:
byłżeś w lecie gospodarzem?

W pierwszym tygodniu
pogoda stała,
będzie długo zima biała.

W zimie koła, w lecie sanie robić.

W zimie odkryte ucho,
to w lecie sucho.

W zimie: komin nam ojcem,
fajerka matką,
kożuch dobrodziej,
a zapiecek chatką.

Zima następuje tęga,
póki głowy twej nie sięga;
postaraj się o barana,
a chwal niebieskiego Pana.

Zima nie jednemu zajrzy pod napiętki.
[niejednemu dokuczy, da się we znaki]

Zima nie pyta, gdzie się lato podziało.

Zima, jak w psiarni.

Zimą to człek siedzi doma,
albo pije gdzie u kuma.

Zimę uśmierza wiosna,
wiosnę lato niszczy.

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

(na samej górze był Ionesco)

Jeszcze o zimie
(bez powodu, wybrane na chybił trafił):

Maria Konopnicka
Zła zima

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa...
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!

 

Maria Konopnicka
Ślizgawka

Równo, równo, jak po stole,
Na łyżewkach w dal...
Choć wyskoczy guz na czole,
Nie będzie mi żal!

Guza nabić – strach nieduży,
Nie stanie się nic;
A gdy chłopiec zawsze tchórzy,
Powiedzą, że fryc!

Jak powiedzą, tak powiedzą,
Pójdzie nazwa w świat;
Niech za piecem tchórze siedzą,
A ja jestem chwat!

 

Maria Konopnicka
Zmarźlak

A widzicie wy zmarźlaka,
Jak się to on gniewa;
W ręce chucha, pod nos dmucha,
Piosenek nie śpiewa.

— A czy nie wiesz, miły bracie,
Jaka na to rada,
Gdy mróz ściśnie, wicher świśnie,
Śnieg na ziemię pada?

Oj, nie w ręce wtedy dmuchaj,
Lecz serce zagrzewaj,
Stań do pracy, jak junacy,
I piosenkę śpiewaj!

 

Maria Konopnicka
Rzeka

Za tą głębią, za tym brodem,
Tam stanęła rzeka lodem;
Ani szumi, ani płynie,
Tylko duma w swej głębinie:

Gdzie jej wiosna,
Gdzie jej zorza?
Gdzie jej droga
Het, do morza?

Oj, ty rzeko, oj, ty sina,
Lody tobie nie nowina;
Co rok zima więzi ciebie,
Co rok wichry mkną po niebie.

Aż znów przyjdzie
Wiosna hoża
I popłyniesz
Het do morza.

Nie na zawsze słonko gaśnie,
Nie na zawsze ziemia zaśnie,
Nie na zawsze więdnie kwiecie,
Nie na zawsze mróz na świecie.

Przyjdzie wiosna,
Przyjdzie hoża,
Pójdą rzeki
Het do morza!
 
 
Jeremi Przybora
Na całej połaci śnieg

Na całej połaci śnieg.
W przeróżnej postaci śnieg.
Dla sióstr i dla braci
zimowy plakacik
– śnieg, śnieg.
 
Na naszą równinę – śnieg.
Na każdą roślinę – śnieg.
Na tłoczek przed kinem,
na ładną dziewczynę – śnieg, śnieg.

Na pociąg do Jasła,
na wzmiankę że zgasła,
na napis „Brak masła”
na starte dwa hasła,
na flaszki od wódki,
na tego złe skutki,
na puste ogródki,
na dzionek za krótki.

Na w sinej mgle dale – śnieg,
na kocham cię stale – śnieg,
na żale, że wcale
i na tak dalej
tak dalej, tak dalej
na tak dalej – śnieg
śnieg
 
Tekst ten, do muzyki Jerzego Wasowskiego, śpiewali w „Kabarecie Starszych Panów” Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.
Inne wykonania: Kalina Jędrusik, Anna Maria Jopek i Jeremi Przybora

LUTY

W lutym do wiosny jeszcze daleko,
bowiem u jego granic jaśnieje
tak wielki obszar bieli jak mleko,
że może zaćmić nawet zawieję.

Zamieć porusza nagie zarośla,
od jej uderzeń domy się chwieją,
a ponad nimi szaleje wiosna
i dorównuje siwiźnie bielą.

Josif Brodski, „Instrukcja dla więźnia” („В феврале далеко до весны”),
15 lutego 1964; przekład: Katarzyna Krzyżewska

Ponieważ wciąż jeszcze zdarzają się w Polszcze ludzie znający język Lermontowa i Bułhakowa, a ja uważam, że gdy można coś przeczytać w oryginale – to trzeba, więc dla tych, co zrozumieją, oryginał:

<А. А. А.>

(«В феврале далеко до весны»),

В феврале далеко до весны,
ибо там, у него на пределе,
бродит поле такой белизны,
что темнеет в глазах у метели.

И дрожат от ударов дома,
и трепещут, как роща нагая,
над которой бушует зима,
белизной седину настигая.

15 февраля 1964

 

Luty – drugi miesiąc w roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego.
Jest to także miesiąc najkrótszy w obu kalendarzach: luty gregoriański i luty juliański mają po 28, a w latach przestępnych po 29 dni.
I jest to trzeci miesiąc meteorologicznej zimy.

Nazwa powtarza się w dwóch sąsiednich językach wschodniej słowiańszczyzny: w ukraińskim (лютий) i białoruskim (люты).
Po etymologię trzeba jednak sięgnąć do Brücknera, albo przynajmniej do jakiegoś słownika staropolskiego, lub z odniesieniami do staropolszczyzny.
Słownik języka polskiego z lat 1960., w redakcji Witolda Doroszewskiego, podaje, że nazwa miesiąca wywodzi się od staropolskiego „luty” – ‘zimny’, ‘mroźny’, ‘srogi’, ‘okrutny’, ‘dziki’, ale że przymiotnik ten jest już tylko w użyciu książkowym. Dziś chyba tylko nieliczni skojarzą nazwę drugiego miesiąca ze srogością mrozów i dzikością puszczańskiego zwierza.

Ciekawe skojarzenie podsuwa Słownik wileński z 1861. Po haśle „luty” jest „Lutyca”: imię słowiańskiej jędzy piekielnéj, ob. Dracica.

Szukajmy więc dalej:

Dracica – słowiańska jędza. Jak Dydki męzkie, tak Dracice żeńskie wojsko piekielne, trapiące grzeszników na ziemi i w piekle. Przybierają postaci straszliwe. Znaczą wyrzuty sumienia. Odpowiadają greckim Eumenidom i łacińskim Furjom. Inne imiona ich: Ostudy, Lutyce, Tassany.

Dracz zaś, według tego samego słownika, znaczy „zdzieracz, łupieżca”, a dracza – „zdzieranie, zdzierstwo”. Do czego dołączony jest cytat ilustrujący, skądinąd bardzo do współczesności pasujący: Niech się ten wilk urzędnik tą draczą wspomoże.

Gdy sięgnąć do nazw miesięcy w Encyklopedii staropolskiej (1900-1903) Zygmunta Glogera, dojść można do wieku XIV, gdy luty nazywał się „strąpacz” (prawdopodobnie od strzępienia czyli ścinania szronem).
W staropolszczyźnie używany był też starosłowiański „sieczeń”, który w innych językach słowiańskich jest nazwą stycznia (po ukraińsku to січень, po chorwacku – siječanj).
Samuel Linde w swoim Słowniku (1807-1814), podaje jeszcze „świeżnik” i „drugnik” (od ‘drugi’). Kopaliński dodaje „gromnicznik” (od święta NMP Gromnicznej) i „mięsopustnik”, od mięsopustu – ostatnich trzech dni dni karnawału zwanych „ostatki”, które w dawnej Polsce obchodzono hucznie, z pijatykami, tańcami, kuligami i balami przebierańców.

Większość języków europejskich przejęła nazwę łacińską: Februarius. Rzeczownik ten oznaczał ostatni miesiąc kalendarza starorzymskiego, który przeznaczony był na obrzędy oczyszczające (łac. februa, l.poj. februum) przed początkiem nowego roku.
Zwyczaj zaczynania nowego roku od pierwszego dnia miesiąca Ianuarius wprowadził w reformie kalendarzowej Gajusz Juliusz Cezar w 45 r. p.n.e.

 

Rocznice lutego:

2 lutego
w kościele katolickim obchodzone jest Ofiarowanie Pańskie, w Polsce nazywane tradycyjnie świętem Matki Bożej gromnicznej.

Począwszy od IX wieku wierni przynoszą 2 lutego do kościoła świece do pobłogosławienia zwane gromnicami, zwane tak od słowa „grom”, bowiem zapalano je w czasie burzy i stawiano w oknie, gdy modlono się o oddalenie piorunów.
Angielskie tłumaczenie polskiej nazwy to Feast of Our Lady of Thunder Candles, ale w angielskiej terminologii katolickiej święto zwane jest Presentation of the Lord lub Purification of the Blessed Virgin Mary; święcenie gromnic to Candlemas lub Candle Mass.
W krajach hiszpańskojęzycznych, 2 lutego obchodzone jest święto Presentación de Jesús en el Templo (zaprezentowanie Jezusa w Świątyni), Purificación de la Virgen (oczyszczenie Dziewicy) lub La Virgen de la Candelaria (Dziewica z Candelarii). To ostatnie związane jest z obchodami święta Matki Boskiej – patronki Wysp Kanaryjskich, której figura znajduje się w Candelarii na Teneryfie (i to jest wielka osobna historia, o której może kiedy indziej).
W Meksyku 2 lutego wydają przyjęcia ci, którzy w dniu Trzech Króli znaleźli figurkę dzieciątka Jezus w swojej porcji ciasta Rosca de Reyes (‘ciasto Trzech Króli’ mające formę pierścienia).

Kościół prawosławny świętuje w lutym Spotkanie Pańskie (2 lutego wg kalendarza juliańskiego, obowiązującego w liturgii prawosławnej; 15 lutego wg kalendarza gregoriańskiego).

Tak się składa, że do końca drugiej dekady wieku XXI, w lutym wypada ostatni czwartek przed wielkim postem, rozpoczynający ostatni tydzień karnawału – Tłusty Czwartek (4 II 2016; 23 II 2017, 8 II 2018, 28 II 2019 i 20 II 2020).

Odpowiednikiem Tłustego Czwartku w niektórych krajach jest Mardi Gras ‘tłusty wtorek’ lub Pancake Tuesday ‘naleśnikowy wtorek’, obchodzony przed środą popielcową.
Od lat media, a teraz nawet Wikipedia, uporczywe lansują przesąd, że kto nie zje pączka w Tłusty Czwartek… itd., czyli dokładnie jak w łańcuszkach szczęścia. Co znaczy, że gdzieś w podziemiu działa lobby cukierników, które uprawia dywersję za pomocą kryptoreklamy. I dobrze – obyśmy nigdy gorszych lobby nie mieli!

 

14 lutego jest Dniem Zakochanych (Walentynki).
Dzień to z pewnością piękny, ale jeśli przypomnieć sobie śpiewkę:

To-morrow is Saint Valentine’s day,
All in the morning bedtime,
And I a maid at your window,
To be your Valentine.

Then up he rose and donn’d his clo’es
And dupp’d the chamber door,
Let in the maid, that out a maid
Never departed more.

czyli:

Dzisiaj świętego jest Walentego,
Słońce już stoi na niebie;
Ja drżącą ręką w twoje okienko
Stukam i czekam na ciebie.

Wdział prędko szatki i drzwi chatki
Rozwarł przed swoją jedyną;
Dziewczyna słodka weszła do środka,
Ale nie wyszła dziewczyną.

(Shakespeare, H, IV, 5, przekład Stanisław Barańczak)

i uświadomić, jak skończyła śpiewająca ją Ofelia, to już jakby trochę tego piękna mniej.

 

W rocznicach lutowych dziwnym trafem, jak refren, powtarza się I wszystko byłoby pięknie… No bo tak:

 

1 lutego 1411
Polska podpisuje w Toruniu pokój, który kończy Wielką Wojnę Polski i Litwy

z Zakonem Krzyżackim, zaczętą w 1409. Krzyżacy – niby rozbici pod Grunwaldem, ale wciąż z Malborkiem – oddali Żmudź, oddali Ziemię Dobrzyńską, zapłacili sporą grzywnę.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że cztery dekady później zaczęła się kolejna wojna z Zakonem, tym razem trzynastoletnia. Po niej też był pokój, też w Toruniu, w 1466.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie kolejna wojna, pół wieku później. Po której był pokój i hołd pruski w 1525, i zamiana państwa zakonnego w księstwo świeckie, i obraz Matejki (1882).
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nowe świeckie księstwo, które nazwało się Pruskie, już 176 lat później (1701) stało się królestwem, a za kolejne siedemdziesięciolecie tak dziarsko zaczęło dzielić z sąsiadami polsko-litewski tort, że w 1795 nie było już po tym torcie ani śladu. No ale bitwę pod Grunwaldem żeśmy wygrali, przynajmniej wg naszej wersji historii, bo znam kraje, w których uczą dzieci, że pod Grunwaldem zwyciężył zupełnie kto inny.
Na szczęście lekcje historii u nas już są raczej nieobowiązkowe, więc nie mamy z tym większego problemu.

2 lutego 1848
Amerykanie podpisują w Guadalupe Hidalgo traktat z Meksykanami, który kończy wojnę (1846-48) między oboma krajami.

Wojna wybuchła po tym, jak Meksykanie nie zechcieli nawet pogadać z facetem, którego w 1845-tym wysłał do miasta Meksyk amerykański prezydent James K. Polk z propozycją kupienia za spore pieniądze ówczesnych ziem meksykańskich czyli Kalifornii i Nowego Meksyku.
Facet nazywał się John Slidell i za samą Kalifornię mógł dać 25 milionów dolarów, a ogółem miał do dyspozycji coś około 30 milionów (na owe czasy to była kosmiczna suma; Alaskę Stany kupiły w 1867 za jedne siedem milionów dwieście tysięcy).

Meksykańska strona rządowa mnożyła trudności uniemożliwiające jakiekolwiek oficjalne negocjacje, Slidell spędzał w Meksyku miłe chwile, generalnie zachwycony, bo Polkowi właśnie o to chodziło: skoro nie przemówiło złoto, miały zagrać armaty. Tak też się stało.

Nad samą wojną Meksykanie powinni spuścić kurtynę miłosierdzia i to z kilku powodów.
Jednym z nich było to, że ich wojskami dowodził generał Santa Anna, który jako bohater byłby ozdobą każdego operetkowego libretta, gdyby nie to, że był największą tragedią swego kraju (w kategorii wszechczasów). Tego, co wyczyniał zarówno podczas wojny z Amerykanami, jak i podczas swoich jedenastu rozpoczętych kadencji prezydenckich, nie spisać na wołowej skórze.

Drugim powodem był cud, jaki najpierw przydarzył się Ksenofontowi i wojskom greckim podczas Anabasis w V w. p.n.e., a później, na początku wieku XVI, Cortezowi i braciom Pizarro, którzy dowodząc kilkusetosobowymi oddziałami podbili imperia Azteków i Inków.
Tym razem, w marcu 1847, 10-tysięczny korpus gen. Winfielda Scotta, mając przeciwko sobie całą armię meksykańską, co najmniej 6-krotnie liczniejszą, wyokrętował pod Veracruz, przeszedł przez góry, doliny
i wąwozy 400-kilometrowym spacerkiem do miasta Meksyk, miasto zdobył i jeszcze musiał czekać, aż znajdzie się urząd czy osoba mająca dość plenipotencji, by podpisać jakikolwiek dokument kończący jego podboje.
Podręczniki historii piszą na ogół, jak to Meksyk, po podpisaniu traktatu w Guadalupe Hidalgo, stracił swe północne terytoria, które dziś są Kalifornią, Nevadą, Arizoną i Utah, a jeszcze kawałkiem Nowego Meksyku, Kolorado i Wyoming, czyli 1,36 mln km kw. (powierzchnia Alaski to 1,7 mln km kw.). Trudniej się dokopać informacji, że po wygranej wojnie USA za owe terytoria zapłaciły
15 milionów dolarów gotówką (dziś to jest podobno pół miliarda), anulując do tego ponad 3 miliony dolarów meksykańskiego długu. Pięć lat później (1853), nie kto inny jak gen. Santa Anna zaproponował Amerykanom „wyrównanie granicy” i za kolejne 10 milionów USD opchnął im 77 tysięcy km kw. Meksyku, w transakcji nazwanej Zakup Gadsdena (Gadsden Purchase). O tym, co się stało z tymi pieniędzmi, już nawet nie warto wspominać.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że na wojnę, a zwłaszcza na katabasis gen. Scotta, spuszczają też lekki woal zapomnienia Amerykanie, chyba dlatego, że generałowi zdarzyła się po drodze rzecz, dziś podpadająca pod kategorię zbrodni wojennych: 12-dniowe oblężenie miasta Veracruz, którego fortecę Scott zaatakował od strony cywilnych przedmieść.
Wg Meyera i Shermana, autorów The Course of Mexican History (Oxford UP, 1983, str. 349), straty po stronie amerykańskiej wynosiły 67 zabitych i rannych, zaś w mieście zginęło ok. 1000-1500 Meksykanów, przy czym straty wśród cywilów były niemal dwukrotnie większe niż wśród żołnierzy. Chyba dlatego Hollywood za kampanię Scotta dotąd się nie złapał: dużo łatwiej fałszować historie wojenne z odległej Europy.

Żeby dopełnić temat cudów wspomnę jeszcze historię legionistów czeskich podczas I wojny światowej i wojny domowej w Rosji: przejechali oni przez Rosję z Europy do Azji, przebili się przez armie bolszewickie, mienszewickie i inne, po drodze w Kazaniu zagarnęli rezerwy złota Banku Rosji i z częścią tego złota (jaką? „nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem”) zniknęli w sinej dali Pacyfiku ewakuując się drogą morską.

14 lutego 1076
papież Grzegorz VII rzuca ekskomunikę na Henryka IV – króla niemieckiego a niebawem Świętego Cesarza Rzymskiego. Rok później król się pokajał, a że papież mieszkał wówczas w zamku Kanossa, więc już wiemy dokąd musiał boso i w worku pokutnym pójść Henryk.

Papież tryumfował, a Henryk, w 1105, abdykował.
I wszystko byłoby (dla papiestwa) pięknie, gdyby nie to, że syn i następca Henryka IV, Henryk oczywiście V (tak, ten co oblegał Głogów), kolejnego papieża pojmał i parafę na korzystnych dla siebie traktatach (chodziło o to, kto wyznacza biskupów) wymusił.
Nie na wiele mu się to zdało, bo kolejny papież ekskomunikował i jego, co następny papież odwołał (obaj Henrykowie, jak z tego widać, mieli szczęście do co drugiego papieża).
Jaka była dalsza historia papiestwa i Niemiec można sobie poczytać, ale nic szczególnie wesołego z tego nie wynikło, chociaż Watykan takim najgorszym miejscem zamieszkania chyba nie jest.

Było o „wyrównywaniu granicy” po amerykańsku, to teraz może coś dla przeciwwagi:
15 lutego 1951
przedstawiciele Polski podpisują umowę o „wyrównaniu granicy” z ZSRR.
PRL dostała 480 km kw. (a przynajmniej tak podaje Dziennik Ustaw 1952, nr 11, poz. 63.) w Bieszczadach, a hegemon przejął 480 km kw. Lubelszczyzny.

Za czasów najlepszego z ustrojów krążył dowcip o wymianie towarowej w krajach bloku: my Sojuzowi – wagon węgla, a Sojuz nam – dwa wagony butów. Do podzelowania. Précisément.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że uśmiechnąć się tu mogą tylko mieszkańcy Ustrzyk Dolnych i kilku okolicznych wsi, którym na mocy tej umowy udało się znaleźć po zachodniej stronie granicy.
Ale mieszkańcom Bełza, Krystynopola i okolic chyba jednak do śmiechu nie było i nie jest. Dziś Белз (Bełz), Червоноград (Czerwonograd czyli Krystynopol), Угнів (Ugniw czyli Uhnów), Варяж (Wariaż czyli Waręż) i Хоробрів (Chorobriw czyli Chorobrów) są częścią rejonu sokalskiego w obwodzie lwowskim.
Dla porównania: powierzchnia m.st. Warszawa liczy (w 2015) 517 km kw.

18 lutego 1916
Roman Dmowski składa obszerny memoriał na ręce Aleksandra Pietrowicza Izwolskiego – ambasadora Rosji w Paryżu. Dmowski wciąż jeszcze uporczywie wiąże nadzieje niepodległości Polski z Rosją.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Rosja – nie tyle uporczywie, co konsekwentnie od stuleci – uważa, że Polska żadną zagranicą nie jest i nie będzie.
Memoriał Dmowskiego opisywał, jakiego szczęścia zaznają w przyszłości niepodległe narody słowiańskie, w tym Polacy, pod rosyjską egidą. Jak carski aparat potraktował te opowieści łatwo przewidzieć.
Myślenie kategoriami imperialnego hegemona było zresztą w Rosji tak zakorzenione, że kilka lat później, walczący z bolszewikami „biali” wzruszyli ramionami na proponowaną przez Piłsudskiego pomoc w rozbiciu „czerwonych”, bo warunkiem było uznanie po zwycięstwie polskiej niepodległości. Czym to się dla nich skończyło – wiadomo i nawet można by powiedzieć „dobrze im tak”, gdyby nie to, że w sumie nam wyszło na jeszcze gorsze.

19 lutego 1594
Zygmunt II Waza jest koronowany w katedrze w Uppsali na króla Szwecji.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Zygmunt był fanatycznym katolikiem i do tego upartym.
Przez swój upór zaprzepaścił szanse swego syna Władysława na tron szwedzki (warunkiem było przejście Władysława na luteranizm) i na tron carów Rosji (warunkiem było przejście Władysława na prawosławie). Upór Zygmunta i jego synów, utrzymujących w tytulaturze miano „dziedziczny król Szwedów”, dawało Szwecji dobry pretekst do atakowania Polski, a potop szwedzki (1655-1660)
– i wcześniejsze (1648-1654) powstanie Chmielnickiego – stały się pierwszymi gwoździami do trumny Rzeczypospolitej.

21 lutego 1848
Karol Marks i Fryderyk Engels opublikowali Manifest der kommunistischen Partei, po naszemu Manifest komunistyczny.

Zgrabnie napisana broszura miała wszystko, co politycznemu pamfletowi potrzeba: chwytliwe hasło na początku (Widmo krąży po Europie – widmo komunizmu), chwytliwe hasło na końcu (Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!), a za temat – niesprawiedliwość społeczną i prostą na nią receptę – rewolucję.
I wszystko byłoby pięknie, bo przecież w demokracji panuje pluralizm i wolność słowa, gdyby za poglądy obu panów nie złapały się grupy, których dziś nie da się określić inaczej niż terrorystyczne.
Marksizm, w swych kolejnych edycjach nazywany od imion kolejnych liderów totalitarnych partii, stał się oficjalną ideologią państw opanowanych przez najbardziej ludobójczy system polityczny jaki dotąd zdołano wymyślić. Żeby nie było nieporozumień – NSDAP też zaczynała od marksizmu, w swojej oczywiście wersji.

Polska i tak ma szczęście – marksizm-leninizm i marksizm-stalinizm zaledwie ją musnęły, a przecież i tak jeszcze po tym muśnięciu nie może się pozbierać.

23 lutego 1917
wybucha w Rosji Rewolucja Lutowa (nazwa dotyczy daty juliańskej, bo w gregoriańskim kalendarzu Zachodu był wówczas 8 marca).

Jej rezultatem jest abdykacja Mikołaja II (2/15 marca 1917) i utworzenie pierwszego demokratycznego rządu w dziejach Rosji, nazwanego Rząd Tymczasowy (trudno o gorszą nazwę), którym początkowo kierował książę Gieorgij Jewgienjewicz Lwow, a później Aleksander Fiodorowicz Kiereński.
I może wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że trwała I wojna światowa, a nowy rząd, mimo klęsk bitewnych, chciał uporczywie utrzymać Rosję w Entencie i na froncie.
Wtedy do gry włączyły się Niemcy, grające pierwsze skrzypce w bloku Państw Centralnych.
Niemcy, jak to Niemcy – myśleli kategoriami niemieckimi (a niby jakimi mogli myśleć?) i wydało im się, że skoro w Rosji nastała demokracja, to nastanie też ordnung, co zagrozić mogło niemieckim interesom na Wschodzie.
Niemcom nie wpadło do głowy, że – zamiast ordnungu – w Rosji zrobił się bałagan jeszcze większy, niż był za cara. Więc zdecydowały, że najlepszym lekarstwem na demokratyczną Rosję jest przywódca terrorystycznej partii bolszewickiej Włodzimierz Uljanow ps. Lenin.

Lenina i jego wspólników wyciągnięto z bezpiecznego azylu w Szwajcarii i z workiem niemieckiego złota przetransportowano w zaplombowanym wagonie do Hamburga i dalej statkiem do Helsinek, czyli praktycznie do Petersburga.
Ceną za pomoc miał być separatystyczny pokój z bolszewicką Rosją (był, a jakże, podpisany w Brześciu Litewskim „traktat brzeski” z 3 marca 1918), dający Niemcom możliwość przerzucenia armii ze Wschodu na Zachód, by na Zachodzie przestało wreszcie być „bez zmian”. Co się – rzecz jasna – nie udało (znowu przez Amerykanów), ale to już historia zupełnie innych miesięcy.
Mnie tutaj męczy jedno: walka wewnętrzna chęci z niechęcią. Chęć podpowiada, by sprawdzić, czy dobrze pamiętam, że za komuny starano się nam wpoić, iż to bolszewicy obalili carat, by uszczęśliwić uciemiężone ludy najlepszym z ustrojów. Niechęć za wszelką cenę stara się uświadomić mi, że dla udowodnienia tego kłamstwa propagandy musiałbym przedzierać się przez gazetowe wstępniaki i podręczniki historii, na widok których dostawałem niegdyś wysypki. Chyba nawrotu tej wysypki boję się bardziej.

 

W lutym urodziło się kilka ciekawych osób, m.in.:

James Joyce (1882-02-02);
księżniczka Bona Sforza (1494-02-02) czyli ta „królowa Bona, która umarła” (1557-11-19);
Tadeusz Kościuszko (1746-02-04), którego nazwisko ma tyle samo liter co nazwisko prezydenta USA wybranego na urząd równo 43 lata później, 1789-02-04;
Charles Lindbergh (1902-02-04), który jako pierwszy przeleciał non stop nad Atlantykiem, a historia jego 72-letniego życia to co najmniej kilkanaście sensacyjnych powieści lub scenariuszy;
Ronald Reagan (1911-02-06), 40. prezydent USA;
Charles Dickens (1812-02-07);
Thomas Edison (1847-02-11);
Abraham Lincoln (1809-02-12), 16. prezydent USA ;
Mikołaj Kopernik (1473-02-19);
Jerzy Waszyngton (1732-02-22), 1. prezydent USA;

Wśród tych, którzy zmarli (w tym wypadku to takie ładne określenie morderstw sądowych), są m.in.:

Maria Stuart, królowa Szkocji, ścięta 1857-02-08 w zamku Fotheringhay;
Giordano Bruno, spalony 1600-02-17 za herezję na rzymskim Campo de’ Fiori.
289 lat później w miejscu egzekucji wzniesiono Giordanowi pomnik.

 

Znaki Zodiaku lutego:
Wodnik (♒) – do 18 lutego
Ryby (♓) – od 19 lutego.
O Wodnikach już było. A o Rybach Czarny Pijar mówi z politowaniem:

Ryba powoduje ciągłe nieporozumienia w pracy i w domu, prochu nie wymyśli, sprawdza się najlepiej jako kontroler biletów komunikacji miejskiej i pod żadnym pozorem nie należy jej dopuszczać do urządzeń bardziej skomplikowanych niż tłuczek do kartofli, bo popsuje.

Zaiste, smutno się robi na samą myśl, że maj i jego Bliźnięta są jeszcze tak daleko.

 

Kwiaty lutego:

fiołek (Viola L.) – kwiat zakochanych, symbolizujący niewinność, szczerość, prawdę, namiętność, piękno i stałość w uczuciach.
Jest też symbolem straty – np. w Australii symbolizuje pamięć o żołnierzach poległych w I wojnie światowej.

pierwiosnek (Primula vulgaris L.) – kwiat szlachetny, występujący jako godło herbowe, ulubiony kwiat premiera brytyjskiego Benjamina Disraeli (1804-1881), upamiętniający rocznicę jego śmierci zwaną Primrose Day (Dzień Pierwiosnka). Gdy dłużej pomyśleć, można dojść do wniosku, że nazwa ta była po myśli zarówno zwolenników jak i przeciwników earla Beaconsfield.

U nas wiersz o pierwiosnku napisał Mickiewicz, zaczynając:

Z niebieskich najrańszą piosnek
Ledwie zadzwonił skowronek,
Najrańszy kwiatek pierwiosnek
Błysnął ze złotych obsłonek.

Ja
Za wcześnie, kwiatku, za wcześnie,
Jeszcze północ mrozem dmucha,
Z gór białe nie zeszły pleśnie,
Dąbrowa jeszcze nie sucha.

Chyba cenił ten utwór, gdyż otworzył nim swój pierwszy tomik poezji, Ballady i romanse (1822), czyniąc niejako wstępem do następnej „Romantyczności”.

Zachwyty filomaty jakże inne były od uczuć, które 80 lat później wzbudził ten wiersz w demonicznym Waldemarze:

– Niech mi pani pokaże karnecik.
Stefcia podała mu seledynowy, malowany gracik z maciupcim ołówkiem tegoż koloru. Waldemar przeczytał na okładce:

Lepsza w kwietniu jedna chwilka
Niż w jesieni całe grudnie.

Uśmiechnął się i usiadł obok Stefci na krześle w ten sposób, że odgrodził ją od sali. […]
– Bardzo dobry aforyzm. Mickiewicz dla siebie go widać ułożył, bo jednak czasami jest inaczej. Na przykład u nas wiosenne chwile były złe, nieufne, drażliwe, słowem brzydkie! Dzisiaj są lepsze, a mamy jesień! [...]
Spojrzał jej w oczy z demoniczną pewnością siebie.

 

Kamień lutego:
ametyst – symbolizuje pobożność, pokorę, duchową mądrość i szczerość.
Podobno chroni przed opilstwem – po grecku bowiem améthystos (ἀμέθυστος) znaczy „nie opiły”.
Wzięło się to ponoć stąd, że ceniąca trzeźwość nimfa Amethis znieść nie mogła zalotów Dionizosa, wiecznie będącego pod dobrą datą. Artemis, bogini łowów, na prośbę nimfy zmieniła ją w klejnot, a że Dionizos urazy nie chował, więc dał mu moc przeciwstawiania się potędze trunku. Starożytni zdobili ametystami czary i puchary, a nasi ujęli rzecz krótko i z właściwą sobie bezpretensjonalnością: łagodzi kaca.
Najwięcej ametystów wydobywa się w Zambii (rocznie podobno ok. tysiąca ton) i w Brazylii. W Polsce – jak zwykle: klejnotonośne są Sudety i tam też, w okolicach Szklarskiej na przykład, daje się znaleźć ametysty.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
drugi miesiąc roku to:

białoruskiлюты [liuty]
bośniackifebruar
bułgarskiфевруари [februari]
chorwackiveljača
czeskiúnor
kaszubskigromicznik
litewskivasaris
łatgalskisvacainis
łużycki (dolny)swěckowny (też: februar)
łużycki (górny)februar (też: mały rožk)
łotewskifebruāris
macedońskiфевруари [februari] albo cечко [seczko]
rosyjskiфевраль [fievral]
serbskiфебруар [februar]
słowackifebruár
słoweńskifebruar
ukraińskiлютий [liutij]
żmudzkivasaris

 

Przysłowia związane z lutym:

Czasem luty ostro kuty,
czasem w luty same pluty.

Czasem luty się zlituje,
że człek niby wiosnę czuje;
ale czasem tak się zżyma,
że człek prawie nie wytrzyma.

Gdy bez wiatrów luty chodzi,
w kwietniu wicher nie zawodzi.

Gdy ciepło w lutym,
zimno w marcu bywa,
długo trwa zima,
to jest niewątpliwa.

Gdy mróz w lutym ostro trzyma,
tedy jest niedługa zima.

Idzie luty, podkuj buty.

Jeśli ci jeszcze nie dokuczył luty,
to pal dobrze w kominie
i miej kożuch suty.

Kiedy luty puści, to marzec wypiecze.

Kiedy luty schodzi,
człek po wodzie brodzi.

Kiedy luty, obuj buty.

Luty,
gdy wiatrów i mrozów nie daje,
prowadzi rok słotny
i nieurodzaje.

Luty w lód okuty.

Luty, napije się wół pluty.

Na stycznie i lute
trzeba mieć konie kute.

Spyta cię luty: masz-li buty?

W lutym gdy zagrzmi
od wschodniego boku,
burze i wiatry walne
są w tym roku.

W lutym wody wiele
– w lecie głodne nawet cielę.

 

Przysłowia na
Matkę Boską Gromniczną (2 II):

Gdy jasne słońce
w dzień gromniczny będzie,
więcej niż przed tym śniegu
spadnie wszędzie.

Gdy na Gromnice roztaje,
rzadkie będą urodzaje.

Gdy słońce
świeci jasno na Gromnice,
większych jak były mrozów
czyni lice.

Gdy w Gromnice słońce
świeci na śmiecisko,
niechże zachowa gospodarz
słomę wszystko.

Gdy w Gromniczną z dachu ciecze,
zima jeszcze się przewlecze.

Gromnica – zimy połowica.

Gromnice jasne i czyste,
zima potrwa zaiste.

Ile razy przed gromniczną Matką Boską z dachów kapie,
tyle razy przed Wniebowzięciem [15 sierpnia] burze.

Jak na Matkę Boską gromniczną,
tak na św. Józef [19 marca].

Jasny dzień podczas Gromnice
lnu przyczynia na przęślice.

Jeśli Gromnice
mają zielne kwiatki,
kwietną niedzielę śnieżną
mają dziatki.

Na Gromnice – łataj bracie rękawice.

Na Gromnice mróz
– ogryzki do gnoju włóż;
na Gromnice kałużki
– wybieraj z gnoju ogryzki.

Na Gromniczną mróz
– szykuj chłopie wóz.
Na Gromniczną lanie
– szykuj chłopie sanie.

Od Gromnic do Gromnic,
aż nie będzie nic.
[gdy kto kogo łudzi próżną obietnicą, mówią: od…]

Skowronek,
o ile przed Gromnicą śpiewa,
o tyle po tym milczy.

W dzień Panny gromnicznej
bywaj zdrów, mój śliczny.
[t.j. już za późno na zaloty, konkury, gdyż post bliski.]

W Gromnicę milszym w owczarni wilk jak słońce.
[gospodarze utrzymują, że słońce w dniu gromnicznym jest pewną przepowiednią słoty, zimna i zarazy na owoc.]

 

Przysłowia na
św. Agatę (5 II):

Chleb świętej Agaty
od ognia strzeże chaty.
[lud w dniu tym zwykł święcić chleb i sól, a w razie pożaru, szczególniej od pioruna wynikłego, obnosi je dokoła domu, a następnie rzuca w płomienie, wierząc, iż ogień zostanie stłumiony.]

Gdzie święta Jagata,
bezpieczna tam chata.

Po świętej Agacie
widzimy muchy w chacie.

Po św. Agacie
wyschnie bielizna na płocie.

W dzień św. Agaty,
jeśli słonko przez okienko zajrzy do chaty,
to wiosenka na świat pogląda
zza zimowej kraty

 

Przysłowia na
św. Dorotę (6 II):

Na dzień świętej Doroty
ma być śniegu nad płoty.

Po św. Dorocie
wyschną chusty na płocie.

Rzadki dzień św. Doroty
bez mrozu, zawiei, słoty.

Święta Dorotka
wypuszcza skowronka za wrotka.

Wedle świętej Doroty
naprawiaj człecze płoty.

 

Przysłowia na
św. Walentego (14 II):

Gdy na święty Walek deszcze,
mrozy wrócą jeszcze.

Na św. Walentego
bywa zwykle mróz niczego,
ale jak Walek się rozdeszcze,
pewne mrozy wrócą jeszcze.

Święty Walek tych powali,
co patronem go nie zwali.

Św. Walenty gdy odmrozi pięty,
na wyżywienie sprzedawaj sprzęty.

 

Przysłowia na
św. Macieja (24 II):

Gdy Maciej święty
cokolwiek lodu nie stopi,
będą długo chuchali
w zimne ręce chłopi.

Jeśli mróz w święto Macieja,
czterdzieści dni tegoż nadzieja.

Na św. Macieja
prędkiej wiosny nadzieja.

Na św. Maciejca
zniesie gęś pierwsze jejca.

Na święty Maciej lody
wróżą długie chłody,
a gdy płyną już strugą,
to i zimy niedługo.

Skoro po Macieju
drzewa się ogrzeją,
pobiegnij do sadu,
oczyść go z owadu.

Św. Maciej posłał do braci,
czy zimę stracić;
a bracia mu powiedzieli:
niech zaczeka do niedzieli.

Święty Maciej zimę straci,
albo ją zbogaci.

 

Przysłowia na Tłusty Czwartek
(4 II 2016; 23 II 2017, 8 II 2018 i 28 II 2019, 20 II 2020):

Gdy w tłusty czwartek
człek w jedzeniu pofolguje,
łaskawy Pan Bóg
grzech obżarstwa daruje.

Im bliższy czwartek tłusty,
tym weselsze zapusty.

Kto w tłusty czwartek
nie zje pączków kopy,
temu myszy zniszczą pole
i będzie miał pustki w stodole.

Nie zjesz pączka
w tłusty czwartek,
twoje życie mało warte.

Powiedział Bartek,
że dziś tłusty czwartek,
a Bartkowa uwierzyła,
dobrych pączków nasmażyła.

Od tłustego czwartku
do Zmartwychwstania
– ścisły post się kłania.

Tłusty czwartek pączkami fetuje,
a od Popielca ścisły post szykuje

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha