Aleksander Doba – dziennik postoju w Brazylii

ALEKSANDER DOBA w kajaku Olo samotnie przepły­nął Atlan­tyk. Doko­nał tego – jako pierw­szy Polak i trze­ci czło­wiek na świe­cie – w 99 dni, 7 go­dzin i 20 mi­nut, a trasa z Daka­ru do Brazy­lii liczy­ła 3352 mile (5394 km). Nie chce jednak na tym skoń­czyć i ma zamiar wios­ło­wać dalej, tym razem wzdłuż wschod­nie­go wybrze­ża obu Ameryk. Wyglą­da więc na to, że niedłu­go powi­ta­my go w por­tach Stanów Zjednoczonych.
Na razie wioślarz przygo­to­wu­je się do dru­gie­go eta­pu swej wypra­wy. Przygo­to­wa­nia te może­cie śledzić na bieżą­co czytając DZIEN­NIK  BRAZYLIJ­SKI  Aleksandra  Doby. ...Zobacz zdjęcia...

DZIENNIK  BRAZYLIJSKI

Relacje Aleksandra Doby z postoju w Brazylii i przygotowań do dalszego rejsu kajakiem Olo, do Ameryki Północnej.

Ze strony Aleksandra Doby.

15 lutego 2011, godz. 19:17 – mail od Olka

Czekam z niecierpliwością, kiedy mogę spodzie­wać się przylo­tu pracow­ni­ka z Polski z odsalar­ką i będzie­my mogli wspól­nie zacząć pra­ce przy kajaku.

W piątek 11 lutego rano, Magda podwiozła mnie do kanto­ru, gdzie wymie­ni­łem euro na brazy­lij­skie reale i już po kil­ku minu­tach zosta­wi­ła mnie w Jacht Klubie. Tam Hanna i ja czeka­li­śmy na zamó­wio­ny ze specja­lis­tycz­nej fir­my przewo­zo­wej samo­chód. Przyje­chał jakiś taki duży. Kierow­ca stwier­dził, że nie zmie­ści się w bra­mie. Pani Hanna uzys­ka­ła od niego infor­mac­je o typie okreś­la­ją­cym rodzaj i wiel­kość samo­cho­du mogą­ce­go przeje­chać przez bramę. W tej fir­mie mie­li taki, lecz zepsuty. W kil­ku kolej­nych fir­mach akurat te typy samo­cho­dów były zepsute. Ja pró­bo­wa­łem wcześ­niej znaleźć – i zna­laz­łem – na tere­nie Jacht Klubu lawety do przewo­zu łodzi. Wszyst­kie były pry­wat­ne, a uzys­kać zgo­dę właś­ci­cie­la, by skorzys­tać z jego lawe­ty, nie mog­łem – ochro­na danych; nie poda­dzą mi żad­nych informacji.

Przyjechał następ­ny samo­chód – zno­wu za duży. Następ­na fir­ma zapew­nia, że poda­ny typ samo­cho­du mają i już wysy­łają. Po przyjeź­dzie trze­cie­go, zno­wu za duże­go, ręce opadają. Dopie­ro czwar­ty, po kilku godzi­nach negocja­cji i czeka­niu, okazał się odpo­wiedni. Kierow­ca Alessandro bardzo spraw­nie manew­ro­wał w wąs­kiej bra­mie i alej­kach, by podje­chać pod kajak. Zała­du­nek odbył się spraw­nie przy pomo­cy pracow­ni­ków Jacht Klubu. Samo­chód użyty do trans­por­tu miał podno­szo­ną plat­for­mę z moż­li­woś­cią jej wysu­nię­cia i opusz­cze­nia koń­ca plat­for­my do pozio­mu gruntu. Zaopatrzo­ny był we wciągarkę.
Po załado­wa­niu i unieru­cho­mie­niu, kajak został przewie­zio­ny na przedmieś­cia Forta­le­zy do przecho­wal­ni łódek. Po spraw­nym ściąg­nię­ciu kajaka z plat­for­my zapła­ci­łem za trans­port; umó­wi­łem się z kierow­cą, że jego wez­wę po zakoń­cze­niu prac i przygo­to­wa­niu do wypły­nię­cia.

Właścicielo­wi przecho­wal­ni zapła­ci­łem za przecho­wa­nie kaja­ka przez mie­siąc, dokła­da­jąc kwotę udostęp­nia­ją­cą ich narzę­dzia elek­trycz­ne, wodę i prąd. Wiel­ką ulgę odczu­ła pani Hanna – i ja – że kajak jest w bezpiecz­nym miej­scu, a nie tam, gdzie go nie chcieli.

Następ­nego dnia, czyli w sobo­tę, opuści­łem gościn­ne miesz­ka­nie pani Magdy i Josego. Taksów­ką uda­łem się na dwo­rzec auto­bu­so­wy. Auto­bu­sem doje­cha­łem do miejs­co­woś­ci Beberibe, gdzie czeka­li już na mnie Ewa z Maćkiem. Pojecha­li­śmy już razem do rezy­den­cji pani Ewy w miejs­co­woś­ci Praia das Fontes (Plaża Fontann). Tutaj, wg zamie­rzeń pani Ewy, mam być pod­da­ny operac­ji tucze­nia, abym tro­chę ciała odzys­kał przed dal­szym eta­pem. Swo­je zamie­rze­nia reali­zu­je podstęp­nie, bo gdy ja już jes­tem naje­dzo­ny, to przyno­si coś tak smakowitego, że...

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

10 lutego 2011, godz. 13:48 – mail od Olka

Kajak stoi jesz­cze na terenie Jacht Klubu, lecz spra­wy się skom­pli­ko­wa­ły.
Załatwio­ne było bezpłat­ne przetrzy­ma­nie kajaka przez dwa tygod­nie. Gdy mog­łem wresz­cie zacząć porząd­ko­wać jego wnęt­rze, to w sposób niezro­zu­mia­ły i gwał­tow­ny powia­da­mia­ją mnie – za pośred­nic­twem pani Hanny, która załat­wia­ła przecho­wa­nie kajaka – że naru­szam warun­ki umo­wy. Tym narusze­niem mia­ło być rozło­że­nie mok­rych rze­czy (po przepłu­ka­niu z morskiej wo­dy w ich toale­cie) na beto­no­wym placu. Zają­łem około1/4 placu, czyli około 80 met­rów kwa­dra­to­wych. Podob­no jakie­muś człon­ko­wi eksklu­zyw­nego klu­bu to się nie spo­do­ba­ło. Do skar­gi doło­żył jesz­cze kłams­two, że kąpa­łem się w ich basenie.

Wszystko zwiną­łem i po godzi­nie opuś­ci­łem klub. Mia­łem się nie poka­zy­wać przez jeden dzień. Tak było. Na dzi­siaj byłem umó­wio­ny przy kaja­ku z cel­ni­ka­mi. Byłem przed cza­sem i rozwie­si­łem na pałą­kach trzy rzeczy, dosłow­nie: skafan­der, ręcz­nik i far­tuch kaja­ko­wy. Na pokła­dzie wyło­ży­łem dwie kari­ma­ty i kil­ka lin. Zakła­da­łem w środ­ku płó­cien­ne ścian­ki (wypra­ne w pral­ce przez panią Magdę, u której miesz­kam). Po zało­że­niu ścia­nek zdją­łem wszyst­kie rze­czy i poza­my­ka­łem w luku baga­żo­wym i w kabi­nie. Podłą­czy­łem wąż, nabra­łem do mis­ki (włas­nej) wodę słod­ką z kaja­ka i jedne­mu z kierow­ni­ków zade­mon­stro­wa­łem, że uży­wam włas­nej wody. Po umy­ciu góry kaja­ka zaczą­łem myć ster. Podszedł do mnie jeden z kierow­ni­ków i podał telefon. Dzwoni­ła pani Hanna z pretens­ja­mi, że naru­szy­łem warun­ki umo­wy i mam natych­miast opuś­cić teren klubu i zab­rać kajak. U niej interwe­nio­wa­ła mena­dżer­ka klubu, mówiąc, że jeśli kajak nie znik­nie, to ona stra­ci pracę. Wcześ­niej, tak jak poprzed­nio, nikt mi nie zwró­cił uwa­gi, że coś się komuś nie podo­ba; tylko od razu gwał­tow­na reak­cja „z grubej rury”.

Mimo prób wyjaś­nie­nia, że to chyba jakieś niepo­ro­zu­mie­nie, nic u mena­dżer­ki klu­bu, pani Fernan­dy, nie uzys­ka­łem. Poprzez panią Hannę dowie­dzia­łem się, że jeśli kajak nie znik­nie jutro, to będą nali­czać opła­ty za postój kaja­ka na ich tere­nie w wyso­koś­ci 500 reali za dobę. Aktual­nie 1 dolar ame­ry­kań­ski to około 1,6 reala.

Po takiej gwał­tow­nej „napaś­ci” na mnie przez pa­nią Fernan­dę, po 7 minu­tach (pocho­wa­łem wszyst­kie rze­czy i poza­my­ka­łem luki) próbo­wa­łem dostać się do niej osobiś­cie. Do takiej waż­nej oso­by nie jest łatwo się dostać i pona­wia­łem próby co 7-8 minut, bo tyle czasu ocze­ki­wa­nia wyzna­cza­ła mi sekre­tarka. W koń­cu po 23 minu­tach staną­łem przed obli­czem sro­giej mena­dżer­ki. Nie wyka­za­ła choćby odro­biny zrozu­mie­nia mo­jego wyjaś­nia­nia w języ­ku angiel­skim niepo­ro­zu­mie­nia, tylko uży­wa­jąc portu­gal­skie­go trzy­mała się wersji: mam natych­miast opuś­cic teren klu­bu i zab­rać kajak. Od jutra bę­dzie już nali­cza­ła opła­tę 500 reali/doba (około 850 złotych/doba).

Opuściłem teren klubu i odjecha­łem z Magdą, która zosta­ła przez panią Hannę powia­do­mio­na i przyje­cha­ła po mnie. Mieszka około 5 km od tego klubu, a rano tę trasę przeszed­łem pie­szo, by zrege­ne­ro­wać mięśnie nóg.

Wieczorem zadzwo­ni­ła bardzo opera­tyw­na pani Hanna z infor­mac­ją, że znalaz­ła przewoź­ni­ka z samo­cho­dem i lawe­tą oraz propo­zyc­ją przewie­zie­nia kaja­ka do rezy­den­cji pani Ewy, 80 km na S-E od Forta­le­zy. Poinfor­mo­wa­ła mnie, że koszt wynaję­cia przewoź­ni­ka to 1000 reali gotów­ką. Muszę szybko zorga­ni­zo­wać pieniadze.

W tej chwili dosta­łem infor­mac­ję, że z powo­du remon­tu wjazdu do rezy­den­cji pani Ewa nie może przyjąć kaja­ka na swój teren!!!
Następna infor­mac­ja w dynamicz­nie zmie­nia­ją­cej się rzeczy­wis­toś­ci to infor­mac­ja od bar­dzo opera­tyw­nej pani Hanny: znalaz­ła jakiś duży garaż na tere­nie Forta­le­zy i ten sam przewoź­nik może się zająć przewo­zem za mniej­szą opłatą: 400 reali. Przetrzy­ma­nie tam kaja­ka przez mie­siąc ma kosz­to­wać około 500 reali; płat­ne z góry. Muszę zaakcep­to­wać przedsta­wio­ne warun­ki. Prze­wóz kaja­ka ma się odbyć około 17:00 cza­su polskiego.

Od rana Fortaleza jest my­ta przez ulew­ne desz­cze (tropi­kal­ne oczywiście).

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

8 lutego 2011, godz. 17:05 – mail od Olka

Wczoraj wieczorem testo­wa­łem prób­ki liofi­li­zo­wa­nej żyw­noś­ci brazy­lij­skiej. Był to obiad mięs­ny dla dwóch osób. Przyrzą­dzi­łem całość, poczęs­to­wa­łem gospo­da­rzy i sam zjad­łem resz­tę (prawie wszyst­ko, bo oni zjed­li niewie­le). Moje obżars­two zosta­ło uka­ra­ne. W nocy cier­pia­łem na niestraw­noś­ci, a rano zwymio­to­wa­łem pra­wie wszyst­ko. Od rana nic nie jem, tylko popi­jam herba­tę miętową.

Rano pojechałem z Magdą (ona mnie wioz­ła samo­cho­dem) do cel­ni­ków, ale musie­liś­my jesz­cze cze­kać na doku­ment zastęp­czy. Umó­wio­ny zosta­łem do oglę­dzin kaja­ka na jut­ro rano. Z doku­men­tem zastęp­czym (właś­ciwy przygo­tu­ją po oglę­dzi­nach kaja­ka; nie wystar­czy im to, że widzie­li go i mnie w tele­wiz­ji) pojecha­liś­my do kapi­ta­na­tu. Tam rów­nież zbiera­łem gratu­lac­je (wystę­po­wa­łem już w wypra­nej przez Magdę służ­bo­wej koszu­li z mapą trasy na pier­siach). Przed­tem jesz­cze wizy­ta u ich służb sani­tar­nych. Służ­bo­wa koszul­ka i kompe­tent­ne wyjaś­nie­nia Magdy poma­ga­ły toczyć się formal­noś­ciom z – jak właś­ci­wie wszę­dzie – podzi­wem dla mego wyczy­nu i gratu­lac­jami. Wszę­dzie podkreś­lali, abym dwa dni przed opusz­cze­niem Brazy­lii odbył taką proces­ję wyjaz­do­wą po tych sa­mych urzę­dach, przezna­cza­jąc na to mini­mum dwa dni!!!

Pani Hania, która załatwiała zgodę na posta­wienie kaja­ka na placu Jacht Klubu, po inter­wenc­jach mena­dżer­ki suge­ro­wa­ła, bym nie poja­wiał się tam jakiś czas do żad­nych robót. Przejeż­dza­jąc koło tego klubu, otwo­rzy­łem właz do kabiny i po wło­że­niu do niego wypra­nych i wysu­szo­nych moich rzeczy i ścianek płó­cien­nych zamkną­łem właz i opuś­ci­łem plac.
W tym czasie Magda roz­ma­wia­ła z jed­nym z kierow­ników Jacht Klubu o moich „przewi­nie­niach wczo­raj­szych”. Okaza­ło się, że mo­ja ekspansja w susze­niu rze­czy przeszka­dza­ła jedne­mu z człon­ków klu­bu i to na jego życze­nie zwró­co­no mi uwagę. Potwier­dził rów­nież, że suge­ro­wa­nie mojej kąpie­li w ich base­nie to kłamstwo.

Moje dalsze prace przy kajaku to zamon­to­wa­nie ścia­nek płó­cien­nych (w Pols­ce robił to Rafał, więc tylko on może właś­ci­wie oce­nić, jaka to bę­dzie mordę­ga w upale), poukła­da­nie rzeczy za ścian­kami, umy­cie boków i dna kaja­ka (odrywa­nie małży-kacze­nic, których jest mnós­two), wypom­po­wa­nie reszty wody słod­kiej ze zbior­ni­ka (zosta­ło jesz­cze 70 lit­rów; woda zatan­ko­wa­na na stat­ku „Magda­le­na” w Dakarze).

Teraz, jako rekonwa­les­cent, mam czas, by – korzys­ta­jąc z gościn­noś­ci gospo­da­rzy – zająć się korespondencją.

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

8 lutego 2011, godz. 02:19 – mail od Olka

7 lutego, w poniedziałek pojechałem z Magdą z wyni­ka­mi badań do lekarza. Ogólnie nie jest źle po takim długim, wyczer­pu­ją­cym wysił­ku. Mam wypo­czy­wać, dobrze się odży­wiać, jeść dużo owo­ców, by trochę „nabrać ciała”. Z wyni­ków badań: jakis enzym mięś­nio­wy mam bar­dzo nis­ki i powi­nie­nem go odbu­do­wać przed dal­szym etapem. Serce też powin­no tro­chę odpo­cząć. Suge­ro­wa­ny odpo­czy­nek to mini­mum dwa tygod­nie. Czy ja przyty­ję w każdy dzień jeden kilogram? Niemoż­li­we, będę więc szczup­lej­szy niż w Dakarze.

Magda zawiozła mnie potem do porto­wej policji imigra­cyj­nej, aby zgło­sić oficjal­nie moje przypły­nię­cie do Brazy­lii. Kilku­nas­tu funkcjo­na­riu­szy ucieszy­ło się na mój widok, bo wyglą­da­łem pra­wie jak ten, które­go widzie­li w tele­wiz­ji. Wpisu­jąc miejs­ce zamiesz­ka­nia – Police – wywo­ła­łem nową falę oży­wie­nia, za co dosta­łem odzna­kę poli­cyj­ną. Jestem teraz bar­dziej poli­cyj­ny niż tylko jako Policza­nin. Potem wizyta u cel­ników. Znowu znajo­my z tele­wiz­ji. Niezbęd­na pomoc języ­ko­wa Magdy i jej urok pozwa­lał spraw­nie załat­wiać formal­noś­ci. Na jutro zosta­ła nam jesz­cze wizy­ta w ich sanepi­dzie i na ko­niec w kapita­na­cie. Taka piel­grzym­ka podtrzy­mu­je opi­nię o dużej biuro­kracji brazylijskiej.

Potem Magda zostawiła mnie pod bramą klubu jachto­wego, gdzie stoi mój kajak. Wreszcie mog­łem przystą­pić do prac przy nim. Umy­łem go od góry (pałą­ki, panel, pok­ład i kabi­nę). Burty i dno zosta­wi­łem na jutro. Z wnęt­rza wyjmo­wa­łem coraz wię­cej dobyt­ku. Niektó­re rzeczy płu­ka­łem w słod­kiej wo­dzie, by potem rozło­żyć na beto­nie do wysch­nięcia. W niektó­rych częś­ciach kajaka jeszcze stała sło­na woda. Suszą­ce się rzeczy zajmo­wały 1/3 placu (około 80 met­rów kwad­ra­towych).

Niestety, po wysu­szeniu pra­wie wszyst­kie­go przysz­ła pani mena­dżer klubu z pretens­ja­mi, że to eksklu­zyw­ny klub, a ja tu biwak urzą­dzam. Obieca­łem zwi­nię­cie wszyst­kiego w cią­gu godzi­ny. Mobili­zo­wa­ła mnie też do tego pani Hania, która załat­wia­ła zgodę na posta­wie­nie tam kaja­ka i pra­ce przy nim. Moja ekspan­sja w susze­niu rze­czy była chyba za duża; lecz za mała na skar­gę mena­dżer­ki do pani Hani, bo dołoży­ła jeszcze uwa­gę, że kąpa­łem się w ich base­nie. Cieka­wi mnie, jak ja się w tym base­nie kąpa­łem nie będąc do niego bliżej niż 10 m?
W dalszych pracach przy kajaku muszę być chyba niewidzialnym.

Interwencje mena­dżer­ki dotar­ły rów­nież do Magdy, któ­ra posta­no­wi­ła po mnie przyje­chać samo­cho­dem. Miałem w pla­nie pow­rót pieszy do ich domu (5 km), aby nogi praco­wa­ły, lecz tros­kli­wość roda­czek zmieni­ła to na wers­ję samo­cho­do­wą. Zdąży­łem jesz­cze wymon­to­wać z kaja­ka ścian­ki mate­ria­ło­we w kabi­nie. Teraz ścian­ki i moje rze­czy su­szą się po wypra­niu w pral­ce przez Magdę.

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

5 lutego 2011 – informacja od opiekuna medialnego Arsoba Travel

Brazylijczycy są zszokowani wyczy­nem Olka, pełni podzi­wu i szacunku. Nazywają go Dragão-do-mar –  porównują Go ze swoim historycznym bohaterem narodowym [„Smok morski”; taki przydo­mek otrzy­mał Francisco José do Nasci­mento (1839-1914), wybit­ny brazy­lij­ski abo­lic­jo­nis­ta ze sta­nu Ceará; przyp. www.zeglujmyrazem.com].

Fortaleza, stolica stanu Ceará, grubo ponad 2 mln miesz­kań­ców w samej Forta­le­zie, mała Polonia, kilka osób i grupa kitesur­fin­gow­ców, Pola­ków, którzy przyla­tu­ją na kil­ka miesię­cy od cza­su do czasu.
Olo robi sobie zdję­cia, jak wyglą­da – skóra na kościach, grube żyły na mięś­niach. Ma z tego radochę. Powoli będzie przybie­rał na wa­dze. Rozwa­ża różne warian­ty dalsze­go, drugie­go etapu swo­jej podróży. Jest bardzo rozsąd­ny: wie, że nie mo­że ryzy­ko­wać w związ­ku z sezo­nem hura­ga­nów. Gdy przyle­ci spon­sor, pan Armiński, będą to omawiać.

W piątek rano:
– pożeg­na­liś­my Pana Ambasa­do­ra, cudow­ne­go i bar­dzo uczyn­nego czło­wie­ka, który wrócił do stoli­cy;
– kontynu­o­wa­liś­my bada­nia lekars­kie Olka. Cały dzień zszedł nam na tym, bo to od leka­rza do labo­ra­to­rium jed­ne­go, potem do szpitala itp. Koniecz­ne były dokład­niej­sze bada­nia przemę­czo­ne­go dłu­gim wysił­kiem serca.

Wieczorem kilka godzin zajęło nam dotar­cie na prowincję, dokąd zapro­si­li Olka i mnie Ewa i Maciej. Jesteś­my ok. 80 km na wschód od Forta­le­zy w Praia das Fontes koło Beberibe. Posiad­łość, którą odku­pi­li od Włocha, 17 poko­jów z łazien­ka­mi, basen, ogród, mała hodow­la koni krwi arabs­kiej, w ogro­dzie pal­my koko­so­we, ogród koń­czy się furt­ką, z któ­rej wycho­dzi się pros­to na plażę. Tempe­ra­tu­ra wody w ocea­nie ok. 29 stopni, stała przez cały rok, jak rów­nież pogo­da. Jest to mała wios­ka, powsta­ła 20 lat temu, gdy u brze­gów zato­nął amery­kań­ski konte­ne­ro­wiec. Miejs­co­wi, gdy się dowie­dzie­li, zaczę­li tu ścią­gać, patro­szyć konte­ne­ry i posta­wi­li domy, powsta­ła mała wios­ka, jest klimatycznie.

Dziś po obfitym śnia­da­niu Olek poje­chał na wyciecz­kę po przepięk­nej i cieka­wej podob­no okoli­cy, ja zosta­łem w do­mu – cały dzień i pew­nie noc zej­dzie mi na opra­co­wy­wa­niu mate­ria­łów i wysył­ce w róż­ne miejs­ca; po połud­niu muszę zacząć nagry­wać pierw­sze wywia­dy z Olkiem, zamó­wio­ne przez poważ­ne czaso­pis­ma ze świata i z kraju.
Jutro koło połud­nia Polonia zawie­zie nas z powro­tem do Forta­le­zy, do klu­bu jachto­we­go gdzie stoi kajak. Tam wymon­tu­je­my zepsu­tą odsa­lar­kę, którą mam zab­rać do stocz­ni w Pols­ce, a Olek ma zro­bić szki­ce przeró­bek i napraw kajaka.

Podsumo­wu­jąc: Olek ma świetny nastrój, cieszy się swoim zwycięs­twem, ale jest jeszcze wycień­czo­ny, wychu­dzo­ny, chce tro­chę odpo­cząć, dużo je, by nab­rać sił i wagi, stara się dużo cho­dzić; cie­szy się spoko­jem, zwyk­ły­mi rzecza­mi, taki­mi jak jedze­nie pysznoś­ci do syta, kąpiel w słod­kiej wo­dzie w base­nie, opo­wia­da­nie o swojej wypra­wie wszyst­kim dooko­ła i spa­niem. Olek przypły­nął do Braz­ylii z wagą 64 kg, czyli stra­cił 14 kg wagi w 14 tygod­ni wyprawy.

Calendar

« February 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          

Zima

– Śnieg pada zimą. Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm…
– Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. Ale nawet do najlepszej odpowiedzi zawsze da się coś dodać. Nie odejmować, a dodać.

* * *

Od kiedy pamiętam, słowo „zima” wywołuje u mnie zawsze jedno skojarzenie: widzę wtedy obraz Myśliwi na śniegu (1565) Pietera Breughla Starszego.
Nie wiem, dlaczego. Ani nie jest to mój ulubiony obraz, ani nie chadzam na polowania, zima też (do przeprowadzki na Florydę) nie była moją ulubioną porą roku – ale fakt jest faktem, niezależnie od tego, jak bardzo bym się sam sobie dziwił.
Zdziwienie jest tym większe, że pamięć podsuwa detal, a nie jest nim ani biała płaszczyzna śniegu na pierwszym planie, ani skulone trzy sylwetki (z których jedna ledwo widać) łowców wracających z jednym marnym lisem i zmęczonymi, kulącymi ogony pod siebie psami, ani ludzie przy ogniu, ani nawet łyżwiarze na sadzawce. Detalem tym jest lecąca sroka, czarnym krzyżem nakładająca się na górski krajobraz.
Że to sroka – choć na drzewach siedzą wrony i być może kawki – wnioskuję po ogonie. I po innym obrazie Breughla Starszego – Pejzaż z szubienicą, mającego też inny tytuł: Sroka na szubienicy (1568). Sroki są tam nawet trzy: ta tytułowa siedzi na belce rusztowania, druga – na kamieniu obok, a trzecia leci. Sroki lubią towarzystwo. Breughel lubił sroki. Ja też je lubię.

„Schematyzm” – powiedział kolega po przeczytaniu tego fragmentu. – „Stereotypy. Jest zima, to musi być Breughel. Czterysta pięćdziesiąt lat, to co chcesz? Odwiecznych praw natury nikt nie zmieni.”

* * *
Zima – jedna z czterech podstawowych pór roku
w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Na półkuli północnej charakteryzuje się najniższymi temperaturami powietrza w skali roku, umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego, zazwyczaj zestaloną (zamarzniętą) formą opadu i osadu atmosferycznego,
a większość świata roślin i zwierząt przechodzi okres uśpienia.

Za zimę klimatyczną przyjmuje się okres roku (następujący po jesieni), w którym średnie dobowe temperatury powietrza spadają poniżej 0°C (32°F).
Zasadniczo zimę poprzedza jesień, jednak pomiędzy tymi okresami znajduje się klimatyczny etap przejściowy - przedzimie.

Zima astronomiczna na półkuli północnej rozpoczyna się
w momencie przesilenia zimowego (w 2016 – 21 grudnia)
i trwa do momentu równonocy wiosennej (w 2017 – 20 marca). Daty przesilenia i równonocy są zmienne, czasem wypadają dzień wcześniej lub dzień później,
a w roku przestępnym mogą być dodatkowo cofnięte o jeden dzień.
Podczas zimy astronomicznej dzienna pora dnia jest krótsza od pory nocnej, jednak z każdą kolejną dobą dnia przybywa,
a nocy ubywa.

W dniu przesilenia zimowego, przypadającym na grudzień, Słońce góruje w zenicie nad półkulą południową na szerokości zwrotnika Koziorożca. Na półkuli północnej jest to najdłuższa noc
(i najkrótszy dzień) w roku.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia zimowego w centrum Warszawy – na 52°14' szerokości geograficznej północnej – wynosi 14°20'.

Przesilenie zimowe w większości kultur było okazją do świętowania „odradzania się Słońca”.
W starożytnym Rzymie obchodzono Saturnalia, w Persji – narodziny Mitry, boga Słońca. Plemiona germańskie obchodziły Jul, Słowianie – Święto Godowe.
Chrześcijaństwo, od IV w., obchodzi zimą – 25 grudnia – dzień urodzin Jezusa. Dlaczego akurat 25 grudnia – różnie powiadają o tym, ale zamieszanie z datami zaczęło się dopiero po zastąpieniu niedokładnego (wobec Słońca i Księżyca) kalendarza juliańskiego nowocześniejszym kalendarzem gregoriańskim.
Na Zachodzie, gdzie kalendarz gregoriański przyjął się niemal od razu, pozostano przy nominale daty, bez względu jak się to miało do wyliczeń dawniejszych, zatem Boże Narodzenie wypada tam 25 grudnia. Na Wschodzie w liturgii obowiązuje starodawny kalendarz juliański, ale życie świeckie toczy się wg obowiązującego kalendarza gregoriańskiego. Stąd juliański 25 grudnia przypada na gregoriański dzień 7 stycznia.
Dwa tygodnie wielkiej różnicy nie czynią, świętować można podwójnie – grunt, że obie daty zimowe są.

Od czasów rzymskich, dokładnie od 46 r. p.n.e. w zimie, 1 stycznia, obchodzony jest również początek nowego roku.

W dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej, wypadającym w marcu, Słońce góruje w zenicie nad równikiem
i przechodzi przez punkt Barana. Na półkuli północnej zima się wtedy kończy i rozpoczyna się wiosna. Teoretycznie.
Istnieje bowiem nordycka przepowiednia o tym, że pewnego razu przyjdzie Wielka Zima trwająca trzy lata – Fimbulvinter, która poprzedzi zmierzch bogów – Ragnarök. Że przy okazji zginą ludzie, jest oczywiste, a Normanowie podali to dodatkowo we własnej stylistyce: głód nastanie tak straszny, że ludzie zjedzą się nawzajem, lądy najpierw spustoszy ogień, a później zaleje morze – czyli nastąpi koniec świata.
Czyli, wypisz wymaluj, Wikingowie stworzyli obraz termonuklearnej zimy.
Jest też co prawda akcent optymistyczny, a jakże: po tym wszystkim nastanie era szczęśliwości i nowy świat, bo ponoć jedna para ludzka ocaleje. Pozostaje tylko pytanie: i po co to wszystko?

Jeśli ktoś się chce utrzymać w klimacie i to bez happy endu, niech przeczyta powieść Nevila Shute'a Ostatni brzeg (1957), albo obejrzy jedną z dwóch jej adaptacji filmowych. Moim zdaniem ta starsza (1959), z Gregorym Peckiem, Avą Gardner i Anthonym Perkinsem, jest lepsza.

* * *

Zima to słowo wywodzące się niemal wprost z naszej językowej przeszłości.
Etymologicznie jego najbliższy krewniakiem jest słowo himā (हिमा) ‘mróz, chłód, śnieg’ (Himalaje to ‘dom chłodu / mrozu / śniegu’), które zachowało się w sanskrycie, najstarszym zapisanym (z należących do wspólnoty praindoeuropejskiej) języku, w wersji wedyjskiej sięgającym połowy drugiego tysiąclecia p.n.e.
W hindi himā to również ‘lód’.

Zima w językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
:

białoruskiзіма [zima]
bośniackizima
bułgarskiзима [zima]
chorwackizima
czeskizima
kaszubskizëma
litewskižiema
łatgalskizima
łużycki (dolny)zyma (też: zymje)
łużycki (górny)zyma
łotewskiziema
macedońskiзіма [zima]
rosyjskiзима [zima]
serbskiзима [zima]
słowackizima
słoweńskizima
ukraińskiзима [zima]
żmudzkižėima

Zadziwiająca jednomyślność!

Przysłowia związane
z zimą:

Będzie zima, będzie mróz,
będzie ptaszek jajka niósł.

Deszcze Michałowe
prawią w zimie powietrze zdrowe.

Gdy tęga zima nastanie
w pierwiotku adwentu,
ośmnaście tygodni
nie spocznie ani momentu.

Idzie zima, a tu butów nie ma.

Idzie zima,
a tu chleba nie ma;
mój Ty Panie z nieba,
daj nam chleba.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Jaka zima, takie lato.

Kafla z pieca, szybki z okna,
a tu zima, butów ni ma.
[t.j. zbytków mu się zachciewa, a butów nie ma]

Kiedy się liść gęsto trzyma,
nie tak prędko będzie zima.

Kiej w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto zimie próżnuje, ten lecie musi być leniwy.

Na modrzewiu zima
niedługo trzyma.
[Góralskie: śnieg, gdy spadnie zanim modrzew zrzuci igły, zniknie prędko, bo na nich nigdy nic leży długo.]

Na świętego Grzegorza [12 marca]
idzie zima do morza.

Połowa zimy, połowa pastwy.

Późna zima długo trzyma.

Słaba zima, kiepskie lato.

Spyta cię zima zarazem:
byłżeś w lecie gospodarzem?

W pierwszym tygodniu
pogoda stała,
będzie długo zima biała.

W zimie koła, w lecie sanie robić.

W zimie odkryte ucho,
to w lecie sucho.

W zimie: komin nam ojcem,
fajerka matką,
kożuch dobrodziej,
a zapiecek chatką.

Zima następuje tęga,
póki głowy twej nie sięga;
postaraj się o barana,
a chwal niebieskiego Pana.

Zima nie jednemu zajrzy pod napiętki.
[niejednemu dokuczy, da się we znaki]

Zima nie pyta, gdzie się lato podziało.

Zima, jak w psiarni.

Zimą to człek siedzi doma,
albo pije gdzie u kuma.

Zimę uśmierza wiosna,
wiosnę lato niszczy.

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

(na samej górze był Ionesco)

Jeszcze o zimie
(bez powodu, wybrane na chybił trafił):

Maria Konopnicka
Zła zima

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa...
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!

 

Maria Konopnicka
Ślizgawka

Równo, równo, jak po stole,
Na łyżewkach w dal...
Choć wyskoczy guz na czole,
Nie będzie mi żal!

Guza nabić – strach nieduży,
Nie stanie się nic;
A gdy chłopiec zawsze tchórzy,
Powiedzą, że fryc!

Jak powiedzą, tak powiedzą,
Pójdzie nazwa w świat;
Niech za piecem tchórze siedzą,
A ja jestem chwat!

 

Maria Konopnicka
Zmarźlak

A widzicie wy zmarźlaka,
Jak się to on gniewa;
W ręce chucha, pod nos dmucha,
Piosenek nie śpiewa.

— A czy nie wiesz, miły bracie,
Jaka na to rada,
Gdy mróz ściśnie, wicher świśnie,
Śnieg na ziemię pada?

Oj, nie w ręce wtedy dmuchaj,
Lecz serce zagrzewaj,
Stań do pracy, jak junacy,
I piosenkę śpiewaj!

 

Maria Konopnicka
Rzeka

Za tą głębią, za tym brodem,
Tam stanęła rzeka lodem;
Ani szumi, ani płynie,
Tylko duma w swej głębinie:

Gdzie jej wiosna,
Gdzie jej zorza?
Gdzie jej droga
Het, do morza?

Oj, ty rzeko, oj, ty sina,
Lody tobie nie nowina;
Co rok zima więzi ciebie,
Co rok wichry mkną po niebie.

Aż znów przyjdzie
Wiosna hoża
I popłyniesz
Het do morza.

Nie na zawsze słonko gaśnie,
Nie na zawsze ziemia zaśnie,
Nie na zawsze więdnie kwiecie,
Nie na zawsze mróz na świecie.

Przyjdzie wiosna,
Przyjdzie hoża,
Pójdą rzeki
Het do morza!
 
 
Jeremi Przybora
Na całej połaci śnieg

Na całej połaci śnieg.
W przeróżnej postaci śnieg.
Dla sióstr i dla braci
zimowy plakacik
– śnieg, śnieg.
 
Na naszą równinę – śnieg.
Na każdą roślinę – śnieg.
Na tłoczek przed kinem,
na ładną dziewczynę – śnieg, śnieg.

Na pociąg do Jasła,
na wzmiankę że zgasła,
na napis „Brak masła”
na starte dwa hasła,
na flaszki od wódki,
na tego złe skutki,
na puste ogródki,
na dzionek za krótki.

Na w sinej mgle dale – śnieg,
na kocham cię stale – śnieg,
na żale, że wcale
i na tak dalej
tak dalej, tak dalej
na tak dalej – śnieg
śnieg
 
Tekst ten, do muzyki Jerzego Wasowskiego, śpiewali w „Kabarecie Starszych Panów” Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.
Inne wykonania: Kalina Jędrusik, Anna Maria Jopek i Jeremi Przybora

LUTY

W lutym do wiosny jeszcze daleko,
bowiem u jego granic jaśnieje
tak wielki obszar bieli jak mleko,
że może zaćmić nawet zawieję.

Zamieć porusza nagie zarośla,
od jej uderzeń domy się chwieją,
a ponad nimi szaleje wiosna
i dorównuje siwiźnie bielą.

Josif Brodski, „Instrukcja dla więźnia” („В феврале далеко до весны”),
15 lutego 1964; przekład: Katarzyna Krzyżewska

Ponieważ wciąż jeszcze zdarzają się w Polszcze ludzie znający język Lermontowa i Bułhakowa, a ja uważam, że gdy można coś przeczytać w oryginale – to trzeba, więc dla tych, co zrozumieją, oryginał:

<А. А. А.>

(«В феврале далеко до весны»),

В феврале далеко до весны,
ибо там, у него на пределе,
бродит поле такой белизны,
что темнеет в глазах у метели.

И дрожат от ударов дома,
и трепещут, как роща нагая,
над которой бушует зима,
белизной седину настигая.

15 февраля 1964

 

Luty – drugi miesiąc w roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego.
Jest to także miesiąc najkrótszy w obu kalendarzach: luty gregoriański i luty juliański mają po 28, a w latach przestępnych po 29 dni.
I jest to trzeci miesiąc meteorologicznej zimy.

Nazwa powtarza się w dwóch sąsiednich językach wschodniej słowiańszczyzny: w ukraińskim (лютий) i białoruskim (люты).
Po etymologię trzeba jednak sięgnąć do Brücknera, albo przynajmniej do jakiegoś słownika staropolskiego, lub z odniesieniami do staropolszczyzny.
Słownik języka polskiego z lat 1960., w redakcji Witolda Doroszewskiego, podaje, że nazwa miesiąca wywodzi się od staropolskiego „luty” – ‘zimny’, ‘mroźny’, ‘srogi’, ‘okrutny’, ‘dziki’, ale że przymiotnik ten jest już tylko w użyciu książkowym. Dziś chyba tylko nieliczni skojarzą nazwę drugiego miesiąca ze srogością mrozów i dzikością puszczańskiego zwierza.

Ciekawe skojarzenie podsuwa Słownik wileński z 1861. Po haśle „luty” jest „Lutyca”: imię słowiańskiej jędzy piekielnéj, ob. Dracica.

Szukajmy więc dalej:

Dracica – słowiańska jędza. Jak Dydki męzkie, tak Dracice żeńskie wojsko piekielne, trapiące grzeszników na ziemi i w piekle. Przybierają postaci straszliwe. Znaczą wyrzuty sumienia. Odpowiadają greckim Eumenidom i łacińskim Furjom. Inne imiona ich: Ostudy, Lutyce, Tassany.

Dracz zaś, według tego samego słownika, znaczy „zdzieracz, łupieżca”, a dracza – „zdzieranie, zdzierstwo”. Do czego dołączony jest cytat ilustrujący, skądinąd bardzo do współczesności pasujący: Niech się ten wilk urzędnik tą draczą wspomoże.

Gdy sięgnąć do nazw miesięcy w Encyklopedii staropolskiej (1900-1903) Zygmunta Glogera, dojść można do wieku XIV, gdy luty nazywał się „strąpacz” (prawdopodobnie od strzępienia czyli ścinania szronem).
W staropolszczyźnie używany był też starosłowiański „sieczeń”, który w innych językach słowiańskich jest nazwą stycznia (po ukraińsku to січень, po chorwacku – siječanj).
Samuel Linde w swoim Słowniku (1807-1814), podaje jeszcze „świeżnik” i „drugnik” (od ‘drugi’). Kopaliński dodaje „gromnicznik” (od święta NMP Gromnicznej) i „mięsopustnik”, od mięsopustu – ostatnich trzech dni dni karnawału zwanych „ostatki”, które w dawnej Polsce obchodzono hucznie, z pijatykami, tańcami, kuligami i balami przebierańców.

Większość języków europejskich przejęła nazwę łacińską: Februarius. Rzeczownik ten oznaczał ostatni miesiąc kalendarza starorzymskiego, który przeznaczony był na obrzędy oczyszczające (łac. februa, l.poj. februum) przed początkiem nowego roku.
Zwyczaj zaczynania nowego roku od pierwszego dnia miesiąca Ianuarius wprowadził w reformie kalendarzowej Gajusz Juliusz Cezar w 45 r. p.n.e.

 

Rocznice lutego:

2 lutego
w kościele katolickim obchodzone jest Ofiarowanie Pańskie, w Polsce nazywane tradycyjnie świętem Matki Bożej gromnicznej.

Począwszy od IX wieku wierni przynoszą 2 lutego do kościoła świece do pobłogosławienia zwane gromnicami, zwane tak od słowa „grom”, bowiem zapalano je w czasie burzy i stawiano w oknie, gdy modlono się o oddalenie piorunów.
Angielskie tłumaczenie polskiej nazwy to Feast of Our Lady of Thunder Candles, ale w angielskiej terminologii katolickiej święto zwane jest Presentation of the Lord lub Purification of the Blessed Virgin Mary; święcenie gromnic to Candlemas lub Candle Mass.
W krajach hiszpańskojęzycznych, 2 lutego obchodzone jest święto Presentación de Jesús en el Templo (zaprezentowanie Jezusa w Świątyni), Purificación de la Virgen (oczyszczenie Dziewicy) lub La Virgen de la Candelaria (Dziewica z Candelarii). To ostatnie związane jest z obchodami święta Matki Boskiej – patronki Wysp Kanaryjskich, której figura znajduje się w Candelarii na Teneryfie (i to jest wielka osobna historia, o której może kiedy indziej).
W Meksyku 2 lutego wydają przyjęcia ci, którzy w dniu Trzech Króli znaleźli figurkę dzieciątka Jezus w swojej porcji ciasta Rosca de Reyes (‘ciasto Trzech Króli’ mające formę pierścienia).

Kościół prawosławny świętuje w lutym Spotkanie Pańskie (2 lutego wg kalendarza juliańskiego, obowiązującego w liturgii prawosławnej; 15 lutego wg kalendarza gregoriańskiego).

Tak się składa, że do końca drugiej dekady wieku XXI, w lutym wypada ostatni czwartek przed wielkim postem, rozpoczynający ostatni tydzień karnawału – Tłusty Czwartek (4 II 2016; 23 II 2017, 8 II 2018, 28 II 2019 i 20 II 2020).

Odpowiednikiem Tłustego Czwartku w niektórych krajach jest Mardi Gras ‘tłusty wtorek’ lub Pancake Tuesday ‘naleśnikowy wtorek’, obchodzony przed środą popielcową.
Od lat media, a teraz nawet Wikipedia, uporczywe lansują przesąd, że kto nie zje pączka w Tłusty Czwartek… itd., czyli dokładnie jak w łańcuszkach szczęścia. Co znaczy, że gdzieś w podziemiu działa lobby cukierników, które uprawia dywersję za pomocą kryptoreklamy. I dobrze – obyśmy nigdy gorszych lobby nie mieli!

 

14 lutego jest Dniem Zakochanych (Walentynki).
Dzień to z pewnością piękny, ale jeśli przypomnieć sobie śpiewkę:

To-morrow is Saint Valentine’s day,
All in the morning bedtime,
And I a maid at your window,
To be your Valentine.

Then up he rose and donn’d his clo’es
And dupp’d the chamber door,
Let in the maid, that out a maid
Never departed more.

czyli:

Dzisiaj świętego jest Walentego,
Słońce już stoi na niebie;
Ja drżącą ręką w twoje okienko
Stukam i czekam na ciebie.

Wdział prędko szatki i drzwi chatki
Rozwarł przed swoją jedyną;
Dziewczyna słodka weszła do środka,
Ale nie wyszła dziewczyną.

(Shakespeare, H, IV, 5, przekład Stanisław Barańczak)

i uświadomić, jak skończyła śpiewająca ją Ofelia, to już jakby trochę tego piękna mniej.

 

W rocznicach lutowych dziwnym trafem, jak refren, powtarza się I wszystko byłoby pięknie… No bo tak:

 

1 lutego 1411
Polska podpisuje w Toruniu pokój, który kończy Wielką Wojnę Polski i Litwy

z Zakonem Krzyżackim, zaczętą w 1409. Krzyżacy – niby rozbici pod Grunwaldem, ale wciąż z Malborkiem – oddali Żmudź, oddali Ziemię Dobrzyńską, zapłacili sporą grzywnę.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że cztery dekady później zaczęła się kolejna wojna z Zakonem, tym razem trzynastoletnia. Po niej też był pokój, też w Toruniu, w 1466.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie kolejna wojna, pół wieku później. Po której był pokój i hołd pruski w 1525, i zamiana państwa zakonnego w księstwo świeckie, i obraz Matejki (1882).
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nowe świeckie księstwo, które nazwało się Pruskie, już 176 lat później (1701) stało się królestwem, a za kolejne siedemdziesięciolecie tak dziarsko zaczęło dzielić z sąsiadami polsko-litewski tort, że w 1795 nie było już po tym torcie ani śladu. No ale bitwę pod Grunwaldem żeśmy wygrali, przynajmniej wg naszej wersji historii, bo znam kraje, w których uczą dzieci, że pod Grunwaldem zwyciężył zupełnie kto inny.
Na szczęście lekcje historii u nas już są raczej nieobowiązkowe, więc nie mamy z tym większego problemu.

2 lutego 1848
Amerykanie podpisują w Guadalupe Hidalgo traktat z Meksykanami, który kończy wojnę (1846-48) między oboma krajami.

Wojna wybuchła po tym, jak Meksykanie nie zechcieli nawet pogadać z facetem, którego w 1845-tym wysłał do miasta Meksyk amerykański prezydent James K. Polk z propozycją kupienia za spore pieniądze ówczesnych ziem meksykańskich czyli Kalifornii i Nowego Meksyku.
Facet nazywał się John Slidell i za samą Kalifornię mógł dać 25 milionów dolarów, a ogółem miał do dyspozycji coś około 30 milionów (na owe czasy to była kosmiczna suma; Alaskę Stany kupiły w 1867 za jedne siedem milionów dwieście tysięcy).

Meksykańska strona rządowa mnożyła trudności uniemożliwiające jakiekolwiek oficjalne negocjacje, Slidell spędzał w Meksyku miłe chwile, generalnie zachwycony, bo Polkowi właśnie o to chodziło: skoro nie przemówiło złoto, miały zagrać armaty. Tak też się stało.

Nad samą wojną Meksykanie powinni spuścić kurtynę miłosierdzia i to z kilku powodów.
Jednym z nich było to, że ich wojskami dowodził generał Santa Anna, który jako bohater byłby ozdobą każdego operetkowego libretta, gdyby nie to, że był największą tragedią swego kraju (w kategorii wszechczasów). Tego, co wyczyniał zarówno podczas wojny z Amerykanami, jak i podczas swoich jedenastu rozpoczętych kadencji prezydenckich, nie spisać na wołowej skórze.

Drugim powodem był cud, jaki najpierw przydarzył się Ksenofontowi i wojskom greckim podczas Anabasis w V w. p.n.e., a później, na początku wieku XVI, Cortezowi i braciom Pizarro, którzy dowodząc kilkusetosobowymi oddziałami podbili imperia Azteków i Inków.
Tym razem, w marcu 1847, 10-tysięczny korpus gen. Winfielda Scotta, mając przeciwko sobie całą armię meksykańską, co najmniej 6-krotnie liczniejszą, wyokrętował pod Veracruz, przeszedł przez góry, doliny
i wąwozy 400-kilometrowym spacerkiem do miasta Meksyk, miasto zdobył i jeszcze musiał czekać, aż znajdzie się urząd czy osoba mająca dość plenipotencji, by podpisać jakikolwiek dokument kończący jego podboje.
Podręczniki historii piszą na ogół, jak to Meksyk, po podpisaniu traktatu w Guadalupe Hidalgo, stracił swe północne terytoria, które dziś są Kalifornią, Nevadą, Arizoną i Utah, a jeszcze kawałkiem Nowego Meksyku, Kolorado i Wyoming, czyli 1,36 mln km kw. (powierzchnia Alaski to 1,7 mln km kw.). Trudniej się dokopać informacji, że po wygranej wojnie USA za owe terytoria zapłaciły
15 milionów dolarów gotówką (dziś to jest podobno pół miliarda), anulując do tego ponad 3 miliony dolarów meksykańskiego długu. Pięć lat później (1853), nie kto inny jak gen. Santa Anna zaproponował Amerykanom „wyrównanie granicy” i za kolejne 10 milionów USD opchnął im 77 tysięcy km kw. Meksyku, w transakcji nazwanej Zakup Gadsdena (Gadsden Purchase). O tym, co się stało z tymi pieniędzmi, już nawet nie warto wspominać.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że na wojnę, a zwłaszcza na katabasis gen. Scotta, spuszczają też lekki woal zapomnienia Amerykanie, chyba dlatego, że generałowi zdarzyła się po drodze rzecz, dziś podpadająca pod kategorię zbrodni wojennych: 12-dniowe oblężenie miasta Veracruz, którego fortecę Scott zaatakował od strony cywilnych przedmieść.
Wg Meyera i Shermana, autorów The Course of Mexican History (Oxford UP, 1983, str. 349), straty po stronie amerykańskiej wynosiły 67 zabitych i rannych, zaś w mieście zginęło ok. 1000-1500 Meksykanów, przy czym straty wśród cywilów były niemal dwukrotnie większe niż wśród żołnierzy. Chyba dlatego Hollywood za kampanię Scotta dotąd się nie złapał: dużo łatwiej fałszować historie wojenne z odległej Europy.

Żeby dopełnić temat cudów wspomnę jeszcze historię legionistów czeskich podczas I wojny światowej i wojny domowej w Rosji: przejechali oni przez Rosję z Europy do Azji, przebili się przez armie bolszewickie, mienszewickie i inne, po drodze w Kazaniu zagarnęli rezerwy złota Banku Rosji i z częścią tego złota (jaką? „nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem”) zniknęli w sinej dali Pacyfiku ewakuując się drogą morską.

14 lutego 1076
papież Grzegorz VII rzuca ekskomunikę na Henryka IV – króla niemieckiego a niebawem Świętego Cesarza Rzymskiego. Rok później król się pokajał, a że papież mieszkał wówczas w zamku Kanossa, więc już wiemy dokąd musiał boso i w worku pokutnym pójść Henryk.

Papież tryumfował, a Henryk, w 1105, abdykował.
I wszystko byłoby (dla papiestwa) pięknie, gdyby nie to, że syn i następca Henryka IV, Henryk oczywiście V (tak, ten co oblegał Głogów), kolejnego papieża pojmał i parafę na korzystnych dla siebie traktatach (chodziło o to, kto wyznacza biskupów) wymusił.
Nie na wiele mu się to zdało, bo kolejny papież ekskomunikował i jego, co następny papież odwołał (obaj Henrykowie, jak z tego widać, mieli szczęście do co drugiego papieża).
Jaka była dalsza historia papiestwa i Niemiec można sobie poczytać, ale nic szczególnie wesołego z tego nie wynikło, chociaż Watykan takim najgorszym miejscem zamieszkania chyba nie jest.

Było o „wyrównywaniu granicy” po amerykańsku, to teraz może coś dla przeciwwagi:
15 lutego 1951
przedstawiciele Polski podpisują umowę o „wyrównaniu granicy” z ZSRR.
PRL dostała 480 km kw. (a przynajmniej tak podaje Dziennik Ustaw 1952, nr 11, poz. 63.) w Bieszczadach, a hegemon przejął 480 km kw. Lubelszczyzny.

Za czasów najlepszego z ustrojów krążył dowcip o wymianie towarowej w krajach bloku: my Sojuzowi – wagon węgla, a Sojuz nam – dwa wagony butów. Do podzelowania. Précisément.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że uśmiechnąć się tu mogą tylko mieszkańcy Ustrzyk Dolnych i kilku okolicznych wsi, którym na mocy tej umowy udało się znaleźć po zachodniej stronie granicy.
Ale mieszkańcom Bełza, Krystynopola i okolic chyba jednak do śmiechu nie było i nie jest. Dziś Белз (Bełz), Червоноград (Czerwonograd czyli Krystynopol), Угнів (Ugniw czyli Uhnów), Варяж (Wariaż czyli Waręż) i Хоробрів (Chorobriw czyli Chorobrów) są częścią rejonu sokalskiego w obwodzie lwowskim.
Dla porównania: powierzchnia m.st. Warszawa liczy (w 2015) 517 km kw.

18 lutego 1916
Roman Dmowski składa obszerny memoriał na ręce Aleksandra Pietrowicza Izwolskiego – ambasadora Rosji w Paryżu. Dmowski wciąż jeszcze uporczywie wiąże nadzieje niepodległości Polski z Rosją.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Rosja – nie tyle uporczywie, co konsekwentnie od stuleci – uważa, że Polska żadną zagranicą nie jest i nie będzie.
Memoriał Dmowskiego opisywał, jakiego szczęścia zaznają w przyszłości niepodległe narody słowiańskie, w tym Polacy, pod rosyjską egidą. Jak carski aparat potraktował te opowieści łatwo przewidzieć.
Myślenie kategoriami imperialnego hegemona było zresztą w Rosji tak zakorzenione, że kilka lat później, walczący z bolszewikami „biali” wzruszyli ramionami na proponowaną przez Piłsudskiego pomoc w rozbiciu „czerwonych”, bo warunkiem było uznanie po zwycięstwie polskiej niepodległości. Czym to się dla nich skończyło – wiadomo i nawet można by powiedzieć „dobrze im tak”, gdyby nie to, że w sumie nam wyszło na jeszcze gorsze.

19 lutego 1594
Zygmunt II Waza jest koronowany w katedrze w Uppsali na króla Szwecji.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Zygmunt był fanatycznym katolikiem i do tego upartym.
Przez swój upór zaprzepaścił szanse swego syna Władysława na tron szwedzki (warunkiem było przejście Władysława na luteranizm) i na tron carów Rosji (warunkiem było przejście Władysława na prawosławie). Upór Zygmunta i jego synów, utrzymujących w tytulaturze miano „dziedziczny król Szwedów”, dawało Szwecji dobry pretekst do atakowania Polski, a potop szwedzki (1655-1660)
– i wcześniejsze (1648-1654) powstanie Chmielnickiego – stały się pierwszymi gwoździami do trumny Rzeczypospolitej.

21 lutego 1848
Karol Marks i Fryderyk Engels opublikowali Manifest der kommunistischen Partei, po naszemu Manifest komunistyczny.

Zgrabnie napisana broszura miała wszystko, co politycznemu pamfletowi potrzeba: chwytliwe hasło na początku (Widmo krąży po Europie – widmo komunizmu), chwytliwe hasło na końcu (Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!), a za temat – niesprawiedliwość społeczną i prostą na nią receptę – rewolucję.
I wszystko byłoby pięknie, bo przecież w demokracji panuje pluralizm i wolność słowa, gdyby za poglądy obu panów nie złapały się grupy, których dziś nie da się określić inaczej niż terrorystyczne.
Marksizm, w swych kolejnych edycjach nazywany od imion kolejnych liderów totalitarnych partii, stał się oficjalną ideologią państw opanowanych przez najbardziej ludobójczy system polityczny jaki dotąd zdołano wymyślić. Żeby nie było nieporozumień – NSDAP też zaczynała od marksizmu, w swojej oczywiście wersji.

Polska i tak ma szczęście – marksizm-leninizm i marksizm-stalinizm zaledwie ją musnęły, a przecież i tak jeszcze po tym muśnięciu nie może się pozbierać.

23 lutego 1917
wybucha w Rosji Rewolucja Lutowa (nazwa dotyczy daty juliańskej, bo w gregoriańskim kalendarzu Zachodu był wówczas 8 marca).

Jej rezultatem jest abdykacja Mikołaja II (2/15 marca 1917) i utworzenie pierwszego demokratycznego rządu w dziejach Rosji, nazwanego Rząd Tymczasowy (trudno o gorszą nazwę), którym początkowo kierował książę Gieorgij Jewgienjewicz Lwow, a później Aleksander Fiodorowicz Kiereński.
I może wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że trwała I wojna światowa, a nowy rząd, mimo klęsk bitewnych, chciał uporczywie utrzymać Rosję w Entencie i na froncie.
Wtedy do gry włączyły się Niemcy, grające pierwsze skrzypce w bloku Państw Centralnych.
Niemcy, jak to Niemcy – myśleli kategoriami niemieckimi (a niby jakimi mogli myśleć?) i wydało im się, że skoro w Rosji nastała demokracja, to nastanie też ordnung, co zagrozić mogło niemieckim interesom na Wschodzie.
Niemcom nie wpadło do głowy, że – zamiast ordnungu – w Rosji zrobił się bałagan jeszcze większy, niż był za cara. Więc zdecydowały, że najlepszym lekarstwem na demokratyczną Rosję jest przywódca terrorystycznej partii bolszewickiej Włodzimierz Uljanow ps. Lenin.

Lenina i jego wspólników wyciągnięto z bezpiecznego azylu w Szwajcarii i z workiem niemieckiego złota przetransportowano w zaplombowanym wagonie do Hamburga i dalej statkiem do Helsinek, czyli praktycznie do Petersburga.
Ceną za pomoc miał być separatystyczny pokój z bolszewicką Rosją (był, a jakże, podpisany w Brześciu Litewskim „traktat brzeski” z 3 marca 1918), dający Niemcom możliwość przerzucenia armii ze Wschodu na Zachód, by na Zachodzie przestało wreszcie być „bez zmian”. Co się – rzecz jasna – nie udało (znowu przez Amerykanów), ale to już historia zupełnie innych miesięcy.
Mnie tutaj męczy jedno: walka wewnętrzna chęci z niechęcią. Chęć podpowiada, by sprawdzić, czy dobrze pamiętam, że za komuny starano się nam wpoić, iż to bolszewicy obalili carat, by uszczęśliwić uciemiężone ludy najlepszym z ustrojów. Niechęć za wszelką cenę stara się uświadomić mi, że dla udowodnienia tego kłamstwa propagandy musiałbym przedzierać się przez gazetowe wstępniaki i podręczniki historii, na widok których dostawałem niegdyś wysypki. Chyba nawrotu tej wysypki boję się bardziej.

 

W lutym urodziło się kilka ciekawych osób, m.in.:

James Joyce (1882-02-02);
księżniczka Bona Sforza (1494-02-02) czyli ta „królowa Bona, która umarła” (1557-11-19);
Tadeusz Kościuszko (1746-02-04), którego nazwisko ma tyle samo liter co nazwisko prezydenta USA wybranego na urząd równo 43 lata później, 1789-02-04;
Charles Lindbergh (1902-02-04), który jako pierwszy przeleciał non stop nad Atlantykiem, a historia jego 72-letniego życia to co najmniej kilkanaście sensacyjnych powieści lub scenariuszy;
Ronald Reagan (1911-02-06), 40. prezydent USA;
Charles Dickens (1812-02-07);
Thomas Edison (1847-02-11);
Abraham Lincoln (1809-02-12), 16. prezydent USA ;
Mikołaj Kopernik (1473-02-19);
Jerzy Waszyngton (1732-02-22), 1. prezydent USA;

Wśród tych, którzy zmarli (w tym wypadku to takie ładne określenie morderstw sądowych), są m.in.:

Maria Stuart, królowa Szkocji, ścięta 1857-02-08 w zamku Fotheringhay;
Giordano Bruno, spalony 1600-02-17 za herezję na rzymskim Campo de’ Fiori.
289 lat później w miejscu egzekucji wzniesiono Giordanowi pomnik.

 

Znaki Zodiaku lutego:
Wodnik (♒) – do 18 lutego
Ryby (♓) – od 19 lutego.
O Wodnikach już było. A o Rybach Czarny Pijar mówi z politowaniem:

Ryba powoduje ciągłe nieporozumienia w pracy i w domu, prochu nie wymyśli, sprawdza się najlepiej jako kontroler biletów komunikacji miejskiej i pod żadnym pozorem nie należy jej dopuszczać do urządzeń bardziej skomplikowanych niż tłuczek do kartofli, bo popsuje.

Zaiste, smutno się robi na samą myśl, że maj i jego Bliźnięta są jeszcze tak daleko.

 

Kwiaty lutego:

fiołek (Viola L.) – kwiat zakochanych, symbolizujący niewinność, szczerość, prawdę, namiętność, piękno i stałość w uczuciach.
Jest też symbolem straty – np. w Australii symbolizuje pamięć o żołnierzach poległych w I wojnie światowej.

pierwiosnek (Primula vulgaris L.) – kwiat szlachetny, występujący jako godło herbowe, ulubiony kwiat premiera brytyjskiego Benjamina Disraeli (1804-1881), upamiętniający rocznicę jego śmierci zwaną Primrose Day (Dzień Pierwiosnka). Gdy dłużej pomyśleć, można dojść do wniosku, że nazwa ta była po myśli zarówno zwolenników jak i przeciwników earla Beaconsfield.

U nas wiersz o pierwiosnku napisał Mickiewicz, zaczynając:

Z niebieskich najrańszą piosnek
Ledwie zadzwonił skowronek,
Najrańszy kwiatek pierwiosnek
Błysnął ze złotych obsłonek.

Ja
Za wcześnie, kwiatku, za wcześnie,
Jeszcze północ mrozem dmucha,
Z gór białe nie zeszły pleśnie,
Dąbrowa jeszcze nie sucha.

Chyba cenił ten utwór, gdyż otworzył nim swój pierwszy tomik poezji, Ballady i romanse (1822), czyniąc niejako wstępem do następnej „Romantyczności”.

Zachwyty filomaty jakże inne były od uczuć, które 80 lat później wzbudził ten wiersz w demonicznym Waldemarze:

– Niech mi pani pokaże karnecik.
Stefcia podała mu seledynowy, malowany gracik z maciupcim ołówkiem tegoż koloru. Waldemar przeczytał na okładce:

Lepsza w kwietniu jedna chwilka
Niż w jesieni całe grudnie.

Uśmiechnął się i usiadł obok Stefci na krześle w ten sposób, że odgrodził ją od sali. […]
– Bardzo dobry aforyzm. Mickiewicz dla siebie go widać ułożył, bo jednak czasami jest inaczej. Na przykład u nas wiosenne chwile były złe, nieufne, drażliwe, słowem brzydkie! Dzisiaj są lepsze, a mamy jesień! [...]
Spojrzał jej w oczy z demoniczną pewnością siebie.

 

Kamień lutego:
ametyst – symbolizuje pobożność, pokorę, duchową mądrość i szczerość.
Podobno chroni przed opilstwem – po grecku bowiem améthystos (ἀμέθυστος) znaczy „nie opiły”.
Wzięło się to ponoć stąd, że ceniąca trzeźwość nimfa Amethis znieść nie mogła zalotów Dionizosa, wiecznie będącego pod dobrą datą. Artemis, bogini łowów, na prośbę nimfy zmieniła ją w klejnot, a że Dionizos urazy nie chował, więc dał mu moc przeciwstawiania się potędze trunku. Starożytni zdobili ametystami czary i puchary, a nasi ujęli rzecz krótko i z właściwą sobie bezpretensjonalnością: łagodzi kaca.
Najwięcej ametystów wydobywa się w Zambii (rocznie podobno ok. tysiąca ton) i w Brazylii. W Polsce – jak zwykle: klejnotonośne są Sudety i tam też, w okolicach Szklarskiej na przykład, daje się znaleźć ametysty.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
drugi miesiąc roku to:

białoruskiлюты [liuty]
bośniackifebruar
bułgarskiфевруари [februari]
chorwackiveljača
czeskiúnor
kaszubskigromicznik
litewskivasaris
łatgalskisvacainis
łużycki (dolny)swěckowny (też: februar)
łużycki (górny)februar (też: mały rožk)
łotewskifebruāris
macedońskiфевруари [februari] albo cечко [seczko]
rosyjskiфевраль [fievral]
serbskiфебруар [februar]
słowackifebruár
słoweńskifebruar
ukraińskiлютий [liutij]
żmudzkivasaris

 

Przysłowia związane z lutym:

Czasem luty ostro kuty,
czasem w luty same pluty.

Czasem luty się zlituje,
że człek niby wiosnę czuje;
ale czasem tak się zżyma,
że człek prawie nie wytrzyma.

Gdy bez wiatrów luty chodzi,
w kwietniu wicher nie zawodzi.

Gdy ciepło w lutym,
zimno w marcu bywa,
długo trwa zima,
to jest niewątpliwa.

Gdy mróz w lutym ostro trzyma,
tedy jest niedługa zima.

Idzie luty, podkuj buty.

Jeśli ci jeszcze nie dokuczył luty,
to pal dobrze w kominie
i miej kożuch suty.

Kiedy luty puści, to marzec wypiecze.

Kiedy luty schodzi,
człek po wodzie brodzi.

Kiedy luty, obuj buty.

Luty,
gdy wiatrów i mrozów nie daje,
prowadzi rok słotny
i nieurodzaje.

Luty w lód okuty.

Luty, napije się wół pluty.

Na stycznie i lute
trzeba mieć konie kute.

Spyta cię luty: masz-li buty?

W lutym gdy zagrzmi
od wschodniego boku,
burze i wiatry walne
są w tym roku.

W lutym wody wiele
– w lecie głodne nawet cielę.

 

Przysłowia na
Matkę Boską Gromniczną (2 II):

Gdy jasne słońce
w dzień gromniczny będzie,
więcej niż przed tym śniegu
spadnie wszędzie.

Gdy na Gromnice roztaje,
rzadkie będą urodzaje.

Gdy słońce
świeci jasno na Gromnice,
większych jak były mrozów
czyni lice.

Gdy w Gromnice słońce
świeci na śmiecisko,
niechże zachowa gospodarz
słomę wszystko.

Gdy w Gromniczną z dachu ciecze,
zima jeszcze się przewlecze.

Gromnica – zimy połowica.

Gromnice jasne i czyste,
zima potrwa zaiste.

Ile razy przed gromniczną Matką Boską z dachów kapie,
tyle razy przed Wniebowzięciem [15 sierpnia] burze.

Jak na Matkę Boską gromniczną,
tak na św. Józef [19 marca].

Jasny dzień podczas Gromnice
lnu przyczynia na przęślice.

Jeśli Gromnice
mają zielne kwiatki,
kwietną niedzielę śnieżną
mają dziatki.

Na Gromnice – łataj bracie rękawice.

Na Gromnice mróz
– ogryzki do gnoju włóż;
na Gromnice kałużki
– wybieraj z gnoju ogryzki.

Na Gromniczną mróz
– szykuj chłopie wóz.
Na Gromniczną lanie
– szykuj chłopie sanie.

Od Gromnic do Gromnic,
aż nie będzie nic.
[gdy kto kogo łudzi próżną obietnicą, mówią: od…]

Skowronek,
o ile przed Gromnicą śpiewa,
o tyle po tym milczy.

W dzień Panny gromnicznej
bywaj zdrów, mój śliczny.
[t.j. już za późno na zaloty, konkury, gdyż post bliski.]

W Gromnicę milszym w owczarni wilk jak słońce.
[gospodarze utrzymują, że słońce w dniu gromnicznym jest pewną przepowiednią słoty, zimna i zarazy na owoc.]

 

Przysłowia na
św. Agatę (5 II):

Chleb świętej Agaty
od ognia strzeże chaty.
[lud w dniu tym zwykł święcić chleb i sól, a w razie pożaru, szczególniej od pioruna wynikłego, obnosi je dokoła domu, a następnie rzuca w płomienie, wierząc, iż ogień zostanie stłumiony.]

Gdzie święta Jagata,
bezpieczna tam chata.

Po świętej Agacie
widzimy muchy w chacie.

Po św. Agacie
wyschnie bielizna na płocie.

W dzień św. Agaty,
jeśli słonko przez okienko zajrzy do chaty,
to wiosenka na świat pogląda
zza zimowej kraty

 

Przysłowia na
św. Dorotę (6 II):

Na dzień świętej Doroty
ma być śniegu nad płoty.

Po św. Dorocie
wyschną chusty na płocie.

Rzadki dzień św. Doroty
bez mrozu, zawiei, słoty.

Święta Dorotka
wypuszcza skowronka za wrotka.

Wedle świętej Doroty
naprawiaj człecze płoty.

 

Przysłowia na
św. Walentego (14 II):

Gdy na święty Walek deszcze,
mrozy wrócą jeszcze.

Na św. Walentego
bywa zwykle mróz niczego,
ale jak Walek się rozdeszcze,
pewne mrozy wrócą jeszcze.

Święty Walek tych powali,
co patronem go nie zwali.

Św. Walenty gdy odmrozi pięty,
na wyżywienie sprzedawaj sprzęty.

 

Przysłowia na
św. Macieja (24 II):

Gdy Maciej święty
cokolwiek lodu nie stopi,
będą długo chuchali
w zimne ręce chłopi.

Jeśli mróz w święto Macieja,
czterdzieści dni tegoż nadzieja.

Na św. Macieja
prędkiej wiosny nadzieja.

Na św. Maciejca
zniesie gęś pierwsze jejca.

Na święty Maciej lody
wróżą długie chłody,
a gdy płyną już strugą,
to i zimy niedługo.

Skoro po Macieju
drzewa się ogrzeją,
pobiegnij do sadu,
oczyść go z owadu.

Św. Maciej posłał do braci,
czy zimę stracić;
a bracia mu powiedzieli:
niech zaczeka do niedzieli.

Święty Maciej zimę straci,
albo ją zbogaci.

 

Przysłowia na Tłusty Czwartek
(4 II 2016; 23 II 2017, 8 II 2018 i 28 II 2019, 20 II 2020):

Gdy w tłusty czwartek
człek w jedzeniu pofolguje,
łaskawy Pan Bóg
grzech obżarstwa daruje.

Im bliższy czwartek tłusty,
tym weselsze zapusty.

Kto w tłusty czwartek
nie zje pączków kopy,
temu myszy zniszczą pole
i będzie miał pustki w stodole.

Nie zjesz pączka
w tłusty czwartek,
twoje życie mało warte.

Powiedział Bartek,
że dziś tłusty czwartek,
a Bartkowa uwierzyła,
dobrych pączków nasmażyła.

Od tłustego czwartku
do Zmartwychwstania
– ścisły post się kłania.

Tłusty czwartek pączkami fetuje,
a od Popielca ścisły post szykuje

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha