Aleksander Doba – dziennik postoju w Brazylii

ALEKSANDER DOBA w kajaku Olo samotnie przepły­nął Atlan­tyk. Doko­nał tego – jako pierw­szy Polak i trze­ci czło­wiek na świe­cie – w 99 dni, 7 go­dzin i 20 mi­nut, a trasa z Daka­ru do Brazy­lii liczy­ła 3352 mile (5394 km). Nie chce jednak na tym skoń­czyć i ma zamiar wios­ło­wać dalej, tym razem wzdłuż wschod­nie­go wybrze­ża obu Ameryk. Wyglą­da więc na to, że niedłu­go powi­ta­my go w por­tach Stanów Zjednoczonych.
Na razie wioślarz przygo­to­wu­je się do dru­gie­go eta­pu swej wypra­wy. Przygo­to­wa­nia te może­cie śledzić na bieżą­co czytając DZIEN­NIK  BRAZYLIJ­SKI  Aleksandra  Doby. …Zobacz zdjęcia…

DZIENNIK  BRAZYLIJSKI

Relacje Aleksandra Doby z postoju w Brazylii i przygotowań do dalszego rejsu kajakiem Olo, do Ameryki Północnej.

Ze strony Aleksandra Doby.

15 lutego 2011, godz. 19:17 – mail od Olka

Czekam z niecierpliwością, kiedy mogę spodzie­wać się przylo­tu pracow­ni­ka z Polski z odsalar­ką i będzie­my mogli wspól­nie zacząć pra­ce przy kajaku.

W piątek 11 lutego rano, Magda podwiozła mnie do kanto­ru, gdzie wymie­ni­łem euro na brazy­lij­skie reale i już po kil­ku minu­tach zosta­wi­ła mnie w Jacht Klubie. Tam Hanna i ja czeka­li­śmy na zamó­wio­ny ze specja­lis­tycz­nej fir­my przewo­zo­wej samo­chód. Przyje­chał jakiś taki duży. Kierow­ca stwier­dził, że nie zmie­ści się w bra­mie. Pani Hanna uzys­ka­ła od niego infor­mac­je o typie okreś­la­ją­cym rodzaj i wiel­kość samo­cho­du mogą­ce­go przeje­chać przez bramę. W tej fir­mie mie­li taki, lecz zepsuty. W kil­ku kolej­nych fir­mach akurat te typy samo­cho­dów były zepsute. Ja pró­bo­wa­łem wcześ­niej znaleźć – i zna­laz­łem – na tere­nie Jacht Klubu lawety do przewo­zu łodzi. Wszyst­kie były pry­wat­ne, a uzys­kać zgo­dę właś­ci­cie­la, by skorzys­tać z jego lawe­ty, nie mog­łem – ochro­na danych; nie poda­dzą mi żad­nych informacji.

Przyjechał następ­ny samo­chód – zno­wu za duży. Następ­na fir­ma zapew­nia, że poda­ny typ samo­cho­du mają i już wysy­łają. Po przyjeź­dzie trze­cie­go, zno­wu za duże­go, ręce opadają. Dopie­ro czwar­ty, po kilku godzi­nach negocja­cji i czeka­niu, okazał się odpo­wiedni. Kierow­ca Alessandro bardzo spraw­nie manew­ro­wał w wąs­kiej bra­mie i alej­kach, by podje­chać pod kajak. Zała­du­nek odbył się spraw­nie przy pomo­cy pracow­ni­ków Jacht Klubu. Samo­chód użyty do trans­por­tu miał podno­szo­ną plat­for­mę z moż­li­woś­cią jej wysu­nię­cia i opusz­cze­nia koń­ca plat­for­my do pozio­mu gruntu. Zaopatrzo­ny był we wciągarkę.
Po załado­wa­niu i unieru­cho­mie­niu, kajak został przewie­zio­ny na przedmieś­cia Forta­le­zy do przecho­wal­ni łódek. Po spraw­nym ściąg­nię­ciu kajaka z plat­for­my zapła­ci­łem za trans­port; umó­wi­łem się z kierow­cą, że jego wez­wę po zakoń­cze­niu prac i przygo­to­wa­niu do wypły­nię­cia.

Właścicielo­wi przecho­wal­ni zapła­ci­łem za przecho­wa­nie kaja­ka przez mie­siąc, dokła­da­jąc kwotę udostęp­nia­ją­cą ich narzę­dzia elek­trycz­ne, wodę i prąd. Wiel­ką ulgę odczu­ła pani Hanna – i ja – że kajak jest w bezpiecz­nym miej­scu, a nie tam, gdzie go nie chcieli.

Następ­nego dnia, czyli w sobo­tę, opuści­łem gościn­ne miesz­ka­nie pani Magdy i Josego. Taksów­ką uda­łem się na dwo­rzec auto­bu­so­wy. Auto­bu­sem doje­cha­łem do miejs­co­woś­ci Beberibe, gdzie czeka­li już na mnie Ewa z Maćkiem. Pojecha­li­śmy już razem do rezy­den­cji pani Ewy w miejs­co­woś­ci Praia das Fontes (Plaża Fontann). Tutaj, wg zamie­rzeń pani Ewy, mam być pod­da­ny operac­ji tucze­nia, abym tro­chę ciała odzys­kał przed dal­szym eta­pem. Swo­je zamie­rze­nia reali­zu­je podstęp­nie, bo gdy ja już jes­tem naje­dzo­ny, to przyno­si coś tak smakowitego, że…

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

10 lutego 2011, godz. 13:48 – mail od Olka

Kajak stoi jesz­cze na terenie Jacht Klubu, lecz spra­wy się skom­pli­ko­wa­ły.
Załatwio­ne było bezpłat­ne przetrzy­ma­nie kajaka przez dwa tygod­nie. Gdy mog­łem wresz­cie zacząć porząd­ko­wać jego wnęt­rze, to w sposób niezro­zu­mia­ły i gwał­tow­ny powia­da­mia­ją mnie – za pośred­nic­twem pani Hanny, która załat­wia­ła przecho­wa­nie kajaka – że naru­szam warun­ki umo­wy. Tym narusze­niem mia­ło być rozło­że­nie mok­rych rze­czy (po przepłu­ka­niu z morskiej wo­dy w ich toale­cie) na beto­no­wym placu. Zają­łem około1/4 placu, czyli około 80 met­rów kwa­dra­to­wych. Podob­no jakie­muś człon­ko­wi eksklu­zyw­nego klu­bu to się nie spo­do­ba­ło. Do skar­gi doło­żył jesz­cze kłams­two, że kąpa­łem się w ich basenie.

Wszystko zwiną­łem i po godzi­nie opuś­ci­łem klub. Mia­łem się nie poka­zy­wać przez jeden dzień. Tak było. Na dzi­siaj byłem umó­wio­ny przy kaja­ku z cel­ni­ka­mi. Byłem przed cza­sem i rozwie­si­łem na pałą­kach trzy rzeczy, dosłow­nie: skafan­der, ręcz­nik i far­tuch kaja­ko­wy. Na pokła­dzie wyło­ży­łem dwie kari­ma­ty i kil­ka lin. Zakła­da­łem w środ­ku płó­cien­ne ścian­ki (wypra­ne w pral­ce przez panią Magdę, u której miesz­kam). Po zało­że­niu ścia­nek zdją­łem wszyst­kie rze­czy i poza­my­ka­łem w luku baga­żo­wym i w kabi­nie. Podłą­czy­łem wąż, nabra­łem do mis­ki (włas­nej) wodę słod­ką z kaja­ka i jedne­mu z kierow­ni­ków zade­mon­stro­wa­łem, że uży­wam włas­nej wody. Po umy­ciu góry kaja­ka zaczą­łem myć ster. Podszedł do mnie jeden z kierow­ni­ków i podał telefon. Dzwoni­ła pani Hanna z pretens­ja­mi, że naru­szy­łem warun­ki umo­wy i mam natych­miast opuś­cić teren klubu i zab­rać kajak. U niej interwe­nio­wa­ła mena­dżer­ka klubu, mówiąc, że jeśli kajak nie znik­nie, to ona stra­ci pracę. Wcześ­niej, tak jak poprzed­nio, nikt mi nie zwró­cił uwa­gi, że coś się komuś nie podo­ba; tylko od razu gwał­tow­na reak­cja „z grubej rury”.

Mimo prób wyjaś­nie­nia, że to chyba jakieś niepo­ro­zu­mie­nie, nic u mena­dżer­ki klu­bu, pani Fernan­dy, nie uzys­ka­łem. Poprzez panią Hannę dowie­dzia­łem się, że jeśli kajak nie znik­nie jutro, to będą nali­czać opła­ty za postój kaja­ka na ich tere­nie w wyso­koś­ci 500 reali za dobę. Aktual­nie 1 dolar ame­ry­kań­ski to około 1,6 reala.

Po takiej gwał­tow­nej „napaś­ci” na mnie przez pa­nią Fernan­dę, po 7 minu­tach (pocho­wa­łem wszyst­kie rze­czy i poza­my­ka­łem luki) próbo­wa­łem dostać się do niej osobiś­cie. Do takiej waż­nej oso­by nie jest łatwo się dostać i pona­wia­łem próby co 7-8 minut, bo tyle czasu ocze­ki­wa­nia wyzna­cza­ła mi sekre­tarka. W koń­cu po 23 minu­tach staną­łem przed obli­czem sro­giej mena­dżer­ki. Nie wyka­za­ła choćby odro­biny zrozu­mie­nia mo­jego wyjaś­nia­nia w języ­ku angiel­skim niepo­ro­zu­mie­nia, tylko uży­wa­jąc portu­gal­skie­go trzy­mała się wersji: mam natych­miast opuś­cic teren klu­bu i zab­rać kajak. Od jutra bę­dzie już nali­cza­ła opła­tę 500 reali/doba (około 850 złotych/doba).

Opuściłem teren klubu i odjecha­łem z Magdą, która zosta­ła przez panią Hannę powia­do­mio­na i przyje­cha­ła po mnie. Mieszka około 5 km od tego klubu, a rano tę trasę przeszed­łem pie­szo, by zrege­ne­ro­wać mięśnie nóg.

Wieczorem zadzwo­ni­ła bardzo opera­tyw­na pani Hanna z infor­mac­ją, że znalaz­ła przewoź­ni­ka z samo­cho­dem i lawe­tą oraz propo­zyc­ją przewie­zie­nia kaja­ka do rezy­den­cji pani Ewy, 80 km na S-E od Forta­le­zy. Poinfor­mo­wa­ła mnie, że koszt wynaję­cia przewoź­ni­ka to 1000 reali gotów­ką. Muszę szybko zorga­ni­zo­wać pieniadze.

W tej chwili dosta­łem infor­mac­ję, że z powo­du remon­tu wjazdu do rezy­den­cji pani Ewa nie może przyjąć kaja­ka na swój teren!!!
Następna infor­mac­ja w dynamicz­nie zmie­nia­ją­cej się rzeczy­wis­toś­ci to infor­mac­ja od bar­dzo opera­tyw­nej pani Hanny: znalaz­ła jakiś duży garaż na tere­nie Forta­le­zy i ten sam przewoź­nik może się zająć przewo­zem za mniej­szą opłatą: 400 reali. Przetrzy­ma­nie tam kaja­ka przez mie­siąc ma kosz­to­wać około 500 reali; płat­ne z góry. Muszę zaakcep­to­wać przedsta­wio­ne warun­ki. Prze­wóz kaja­ka ma się odbyć około 17:00 cza­su polskiego.

Od rana Fortaleza jest my­ta przez ulew­ne desz­cze (tropi­kal­ne oczywiście).

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

8 lutego 2011, godz. 17:05 – mail od Olka

Wczoraj wieczorem testo­wa­łem prób­ki liofi­li­zo­wa­nej żyw­noś­ci brazy­lij­skiej. Był to obiad mięs­ny dla dwóch osób. Przyrzą­dzi­łem całość, poczęs­to­wa­łem gospo­da­rzy i sam zjad­łem resz­tę (prawie wszyst­ko, bo oni zjed­li niewie­le). Moje obżars­two zosta­ło uka­ra­ne. W nocy cier­pia­łem na niestraw­noś­ci, a rano zwymio­to­wa­łem pra­wie wszyst­ko. Od rana nic nie jem, tylko popi­jam herba­tę miętową.

Rano pojechałem z Magdą (ona mnie wioz­ła samo­cho­dem) do cel­ni­ków, ale musie­liś­my jesz­cze cze­kać na doku­ment zastęp­czy. Umó­wio­ny zosta­łem do oglę­dzin kaja­ka na jut­ro rano. Z doku­men­tem zastęp­czym (właś­ciwy przygo­tu­ją po oglę­dzi­nach kaja­ka; nie wystar­czy im to, że widzie­li go i mnie w tele­wiz­ji) pojecha­liś­my do kapi­ta­na­tu. Tam rów­nież zbiera­łem gratu­lac­je (wystę­po­wa­łem już w wypra­nej przez Magdę służ­bo­wej koszu­li z mapą trasy na pier­siach). Przed­tem jesz­cze wizy­ta u ich służb sani­tar­nych. Służ­bo­wa koszul­ka i kompe­tent­ne wyjaś­nie­nia Magdy poma­ga­ły toczyć się formal­noś­ciom z – jak właś­ci­wie wszę­dzie – podzi­wem dla mego wyczy­nu i gratu­lac­jami. Wszę­dzie podkreś­lali, abym dwa dni przed opusz­cze­niem Brazy­lii odbył taką proces­ję wyjaz­do­wą po tych sa­mych urzę­dach, przezna­cza­jąc na to mini­mum dwa dni!!!

Pani Hania, która załatwiała zgodę na posta­wienie kaja­ka na placu Jacht Klubu, po inter­wenc­jach mena­dżer­ki suge­ro­wa­ła, bym nie poja­wiał się tam jakiś czas do żad­nych robót. Przejeż­dza­jąc koło tego klubu, otwo­rzy­łem właz do kabiny i po wło­że­niu do niego wypra­nych i wysu­szo­nych moich rzeczy i ścianek płó­cien­nych zamkną­łem właz i opuś­ci­łem plac.
W tym czasie Magda roz­ma­wia­ła z jed­nym z kierow­ników Jacht Klubu o moich „przewi­nie­niach wczo­raj­szych”. Okaza­ło się, że mo­ja ekspansja w susze­niu rze­czy przeszka­dza­ła jedne­mu z człon­ków klu­bu i to na jego życze­nie zwró­co­no mi uwagę. Potwier­dził rów­nież, że suge­ro­wa­nie mojej kąpie­li w ich base­nie to kłamstwo.

Moje dalsze prace przy kajaku to zamon­to­wa­nie ścia­nek płó­cien­nych (w Pols­ce robił to Rafał, więc tylko on może właś­ci­wie oce­nić, jaka to bę­dzie mordę­ga w upale), poukła­da­nie rzeczy za ścian­kami, umy­cie boków i dna kaja­ka (odrywa­nie małży-kacze­nic, których jest mnós­two), wypom­po­wa­nie reszty wody słod­kiej ze zbior­ni­ka (zosta­ło jesz­cze 70 lit­rów; woda zatan­ko­wa­na na stat­ku „Magda­le­na” w Dakarze).

Teraz, jako rekonwa­les­cent, mam czas, by – korzys­ta­jąc z gościn­noś­ci gospo­da­rzy – zająć się korespondencją.

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

8 lutego 2011, godz. 02:19 – mail od Olka

7 lutego, w poniedziałek pojechałem z Magdą z wyni­ka­mi badań do lekarza. Ogólnie nie jest źle po takim długim, wyczer­pu­ją­cym wysił­ku. Mam wypo­czy­wać, dobrze się odży­wiać, jeść dużo owo­ców, by trochę „nabrać ciała”. Z wyni­ków badań: jakis enzym mięś­nio­wy mam bar­dzo nis­ki i powi­nie­nem go odbu­do­wać przed dal­szym etapem. Serce też powin­no tro­chę odpo­cząć. Suge­ro­wa­ny odpo­czy­nek to mini­mum dwa tygod­nie. Czy ja przyty­ję w każdy dzień jeden kilogram? Niemoż­li­we, będę więc szczup­lej­szy niż w Dakarze.

Magda zawiozła mnie potem do porto­wej policji imigra­cyj­nej, aby zgło­sić oficjal­nie moje przypły­nię­cie do Brazy­lii. Kilku­nas­tu funkcjo­na­riu­szy ucieszy­ło się na mój widok, bo wyglą­da­łem pra­wie jak ten, które­go widzie­li w tele­wiz­ji. Wpisu­jąc miejs­ce zamiesz­ka­nia – Police – wywo­ła­łem nową falę oży­wie­nia, za co dosta­łem odzna­kę poli­cyj­ną. Jestem teraz bar­dziej poli­cyj­ny niż tylko jako Policza­nin. Potem wizyta u cel­ników. Znowu znajo­my z tele­wiz­ji. Niezbęd­na pomoc języ­ko­wa Magdy i jej urok pozwa­lał spraw­nie załat­wiać formal­noś­ci. Na jutro zosta­ła nam jesz­cze wizy­ta w ich sanepi­dzie i na ko­niec w kapita­na­cie. Taka piel­grzym­ka podtrzy­mu­je opi­nię o dużej biuro­kracji brazylijskiej.

Potem Magda zostawiła mnie pod bramą klubu jachto­wego, gdzie stoi mój kajak. Wreszcie mog­łem przystą­pić do prac przy nim. Umy­łem go od góry (pałą­ki, panel, pok­ład i kabi­nę). Burty i dno zosta­wi­łem na jutro. Z wnęt­rza wyjmo­wa­łem coraz wię­cej dobyt­ku. Niektó­re rzeczy płu­ka­łem w słod­kiej wo­dzie, by potem rozło­żyć na beto­nie do wysch­nięcia. W niektó­rych częś­ciach kajaka jeszcze stała sło­na woda. Suszą­ce się rzeczy zajmo­wały 1/3 placu (około 80 met­rów kwad­ra­towych).

Niestety, po wysu­szeniu pra­wie wszyst­kie­go przysz­ła pani mena­dżer klubu z pretens­ja­mi, że to eksklu­zyw­ny klub, a ja tu biwak urzą­dzam. Obieca­łem zwi­nię­cie wszyst­kiego w cią­gu godzi­ny. Mobili­zo­wa­ła mnie też do tego pani Hania, która załat­wia­ła zgodę na posta­wie­nie tam kaja­ka i pra­ce przy nim. Moja ekspan­sja w susze­niu rze­czy była chyba za duża; lecz za mała na skar­gę mena­dżer­ki do pani Hani, bo dołoży­ła jeszcze uwa­gę, że kąpa­łem się w ich base­nie. Cieka­wi mnie, jak ja się w tym base­nie kąpa­łem nie będąc do niego bliżej niż 10 m?
W dalszych pracach przy kajaku muszę być chyba niewidzialnym.

Interwencje mena­dżer­ki dotar­ły rów­nież do Magdy, któ­ra posta­no­wi­ła po mnie przyje­chać samo­cho­dem. Miałem w pla­nie pow­rót pieszy do ich domu (5 km), aby nogi praco­wa­ły, lecz tros­kli­wość roda­czek zmieni­ła to na wers­ję samo­cho­do­wą. Zdąży­łem jesz­cze wymon­to­wać z kaja­ka ścian­ki mate­ria­ło­we w kabi­nie. Teraz ścian­ki i moje rze­czy su­szą się po wypra­niu w pral­ce przez Magdę.

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

5 lutego 2011 – informacja od opiekuna medialnego Arsoba Travel

Brazylijczycy są zszokowani wyczy­nem Olka, pełni podzi­wu i szacunku. Nazywają go Dragão-do-mar –  porównują Go ze swoim historycznym bohaterem narodowym [„Smok morski”; taki przydo­mek otrzy­mał Francisco José do Nasci­mento (1839-1914), wybit­ny brazy­lij­ski abo­lic­jo­nis­ta ze sta­nu Ceará; przyp. www.zeglujmyrazem.com].

Fortaleza, stolica stanu Ceará, grubo ponad 2 mln miesz­kań­ców w samej Forta­le­zie, mała Polonia, kilka osób i grupa kitesur­fin­gow­ców, Pola­ków, którzy przyla­tu­ją na kil­ka miesię­cy od cza­su do czasu.
Olo robi sobie zdję­cia, jak wyglą­da – skóra na kościach, grube żyły na mięś­niach. Ma z tego radochę. Powoli będzie przybie­rał na wa­dze. Rozwa­ża różne warian­ty dalsze­go, drugie­go etapu swo­jej podróży. Jest bardzo rozsąd­ny: wie, że nie mo­że ryzy­ko­wać w związ­ku z sezo­nem hura­ga­nów. Gdy przyle­ci spon­sor, pan Armiński, będą to omawiać.

W piątek rano:
– pożeg­na­liś­my Pana Ambasa­do­ra, cudow­ne­go i bar­dzo uczyn­nego czło­wie­ka, który wrócił do stoli­cy;
– kontynu­o­wa­liś­my bada­nia lekars­kie Olka. Cały dzień zszedł nam na tym, bo to od leka­rza do labo­ra­to­rium jed­ne­go, potem do szpitala itp. Koniecz­ne były dokład­niej­sze bada­nia przemę­czo­ne­go dłu­gim wysił­kiem serca.

Wieczorem kilka godzin zajęło nam dotar­cie na prowincję, dokąd zapro­si­li Olka i mnie Ewa i Maciej. Jesteś­my ok. 80 km na wschód od Forta­le­zy w Praia das Fontes koło Beberibe. Posiad­łość, którą odku­pi­li od Włocha, 17 poko­jów z łazien­ka­mi, basen, ogród, mała hodow­la koni krwi arabs­kiej, w ogro­dzie pal­my koko­so­we, ogród koń­czy się furt­ką, z któ­rej wycho­dzi się pros­to na plażę. Tempe­ra­tu­ra wody w ocea­nie ok. 29 stopni, stała przez cały rok, jak rów­nież pogo­da. Jest to mała wios­ka, powsta­ła 20 lat temu, gdy u brze­gów zato­nął amery­kań­ski konte­ne­ro­wiec. Miejs­co­wi, gdy się dowie­dzie­li, zaczę­li tu ścią­gać, patro­szyć konte­ne­ry i posta­wi­li domy, powsta­ła mała wios­ka, jest klimatycznie.

Dziś po obfitym śnia­da­niu Olek poje­chał na wyciecz­kę po przepięk­nej i cieka­wej podob­no okoli­cy, ja zosta­łem w do­mu – cały dzień i pew­nie noc zej­dzie mi na opra­co­wy­wa­niu mate­ria­łów i wysył­ce w róż­ne miejs­ca; po połud­niu muszę zacząć nagry­wać pierw­sze wywia­dy z Olkiem, zamó­wio­ne przez poważ­ne czaso­pis­ma ze świata i z kraju.
Jutro koło połud­nia Polonia zawie­zie nas z powro­tem do Forta­le­zy, do klu­bu jachto­we­go gdzie stoi kajak. Tam wymon­tu­je­my zepsu­tą odsa­lar­kę, którą mam zab­rać do stocz­ni w Pols­ce, a Olek ma zro­bić szki­ce przeró­bek i napraw kajaka.

Podsumo­wu­jąc: Olek ma świetny nastrój, cieszy się swoim zwycięs­twem, ale jest jeszcze wycień­czo­ny, wychu­dzo­ny, chce tro­chę odpo­cząć, dużo je, by nab­rać sił i wagi, stara się dużo cho­dzić; cie­szy się spoko­jem, zwyk­ły­mi rzecza­mi, taki­mi jak jedze­nie pysznoś­ci do syta, kąpiel w słod­kiej wo­dzie w base­nie, opo­wia­da­nie o swojej wypra­wie wszyst­kim dooko­ła i spa­niem. Olek przypły­nął do Braz­ylii z wagą 64 kg, czyli stra­cił 14 kg wagi w 14 tygod­ni wyprawy.

Calendar

« April 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Kwiecień

Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień – spod ziemi
Martwej – wyciąga gałęzie bzu, miesza
Wspomnienie z pożądaniem, niepokoi
Wiosennym deszczem zdrętwiałe korzenie.
Zima nas ochraniała, otulała
Ziemię w śnieg zapomnienia, karmiąc
Tę resztkę życia suchymi bulwami.

Co ty, mamo, pooddychać chciałem kwietniem,
Gwiazdy świecą pełnym blaskiem, noc radosna,
Mamo, ja po prostu dyżur pełnię,
Przecież kwiecień, przecież wiosna
.

 

Nic tak nie oddaje natury kwietnia-pletnia, który wciąż zimę z latem przeplata, jak owe dwa cytaty. Poeci – ci to dopiero mają wyobraźnię! A proza – jak to proza:

Początek kwietnia, jeden z tych miesięcy, które służą za przejście między zimą i wiosną. Śnieg już zniknął, ale nie ukazała się jeszcze zieloność; drzewa są czarne, trawniki szare i niebo szare: wygląda jak marmur poprzecinany srebrnymi i złotawymi nitkami.

 

Kwiecień – czwarty miesiąc roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staro­pol­szczyz­ny – pochodzi od kwitnienia kwiatów; podobnie jest w języku ukraińskim (квітень) i czeskim, chociaż tam květen jest nazwą maja.

W staropolszczyźnie czwarty miesiąc roku nazywany był:
„łżykwiat” – od oszukiwania kwiatów, wywabianych za wcześnie z ziemi przez promienie słoneczne,
„dębień” – od zieleniejących dębów; po czesku kwiecień to właśnie duben,
„brzezień” – od zieleniejących brzóz; w cieplejszych od Polski Czechach i na Ukrainie nazwy březenберезень przyporządkowano marcowi.

Łaciński Aprilis pochodzi prawdopodobnie od czasownika aperio, aperire, apertus ‘otwierać’ – chodziło o otwarcie się Ziemi na procesy wegetacyjne.
Owidiusz w Fasti (8 r. n.e.), poemacie o kalendarzu rzymskim, nazywa miesiąc Aphrilis wywodząc to od Afrodyty, greckiej odpowiedniczki rzymskiej Wenus – bogini miłości, której czwarty miesiąc zreformowanego kalendarza rzymskiego był poświęcony. Owidiuszowi jednak – zważywszy, jak sobie etymologicznie poczynał z nazwami innych miesięcy (będzie!) – nie można ufać. Ot, pisał, co mu wyobraźnia i koniunktura podpowiadały.

Nazwa Aprilis została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Kwietniowe rocznice
(rocznic mało, ale tekstu dużo; wystarczy).

 

1 kwietnia to dzień żartów, zwany Prima aprilis (łac. pierwszy kwietnia) – zabawa zaczyna się wtedy, gdy rozmówca, czytelnik lub słuchacz w kłamstwo uwierzy, ale na ogół żadnych kataklizmów przez primaaprilisowe oszustwa nie odnotowano, choć media (i to nawet całkiem poważne) 2 kwietnia publikują sprostowania.
W krajach anglojęzycznych jest to All Fools’ Day (dzień wszystkich głupców).
We Francji jest to Jour du poisson d’avril (dzień kwietniowej ryby) – do pleców oszukanego przypina się kartkę z narysowaną z rybą.
W krajach hiszpańskojęzycznych odpowiednikiem Prima aprilis jest Día de los Santos Inocentes (dzień niewiniątek), obchodzony 28 grudnia.

Jednym z ciekawszych dowcipów primaaprilisowych jest informacja, którą we czwartek, 1 kwietnia 1976 ogłosił w porannym programie radia BBC Sir Patrick Moore:

o godz. 9:47 dojdzie do ustawienia jednej linii Ziemi, Jowisza i Plutona. Koniunkcja ta, z racji olbrzymiej masy obu odległych planet (sam Jowisz, odległy od Ziemi o 630 milionów kilometrów, jest ponad 2,5 raza cięższy od wszystkich pozostałych planet razem) zakłóci grawitację ziemską, doprowadzając do tak znacznego jej zmniejszenia, że ci, którzy w tym akurat momencie podskoczą, mogą mieć wrażenie fruwania.

Zaraz po 9:47 BBC otrzymało setki telefonów, w których słuchacze potwierdzali wystąpienie zapowiedzianego efektu. Jedna z dzwoniących opisała nawet, jak to ona i jej jedenaścioro przyjaciół zostało uniesionych z foteli i łagodnie poszybowali wokół pokoju.
Ja się słuchaczom nie dziwię: Sir Moore mimo braku formalnego wykształcenia miał tak olbrzymi autory­tet w dziedzinie astronomii, że pewnie sam bym mu uwierzył, a kto wie czy i – z pewną nadzieją na zmniejszenie grawitacji – nie podskoczył.

Sir Patrick Alfred Caldwell-Moore.
To dopiero była osobowość! Powinien zostać honorowym żeglarzem wszechczasów, bo od niemal od dzieciństwa żeglował po największym z oceanów – Oceanie Kosmicznym.
Ten astronom-amator (kiedyś powiedział, że chciałby być zapamiętany jako astronom-amator, który grał w krykieta i na ksylofonie) zyskał ogromną popularność dzięki comiesięcznemu autorskiemu programowi Niebo w nocy (The Sky at Night), mającemu światowy rekord jako najdłużej utrzymujący się na antenie program jednego autora: Moore prowadził go bez mała przez 56 lat: od 24 kwietnia 1957 do 7 stycznia 2013 (zmarł 9 grudnia 2012, ale nakręcił kilka programów z wyprzedzeniem), opuszczając tylko jedną audycję, w 2004, z powodu salmonellozy, która nawiasem mówiąc omal nie wyprawiła go na tamten świat.
Był popularyzatorem i ekspertem: jego mapy Księżyca były używane w ZSRR do korelowania zdjęć odwrotnej strony satelity zrobionych w 1959 przez sondę Łuna 3, a NASA zaprosiła go do współpracy przy opracowywaniu księżycowej mapy dla Programu Apollo.

Drugim powodem popularności były publikacje: tylko na temat astronomii Moore napisał ok. 70 książek, a ma na swoim koncie również historie poświęcone kotom. Otwórzcie tylko katalog księgarni Amazon na jego nazwisku, a sami zobaczycie.
Znakiem rozpoznawczym Sir Moore’a stał się monokl, który nosił zamiast okularów, fajka (Fajczarz Roku 1983) i mówienie z prędkością karabinu maszynowego: potrafił wypowiedzieć 300 słów na minutę utrzymując dobrą dykcję.

Jowiszowo-plutonowy efekt grawitacyjny nie jest jedynym radiowym żartem primaaprilisowym Sir Moore’a, ale o nich będzie przy innej okazji. Zaglądajcie!

 

1 kwietnia obchodzi imieniny Grażyna (drugi raz – 26 lipca). Świętej Grażyny (niestety?) nie ma, ale jest Grażyna Pierwsza, księżna litewska, małżonka księcia Litawora, bohaterka powieści poetyckiej Grażyna (1823) wchodzącej w skład Poezyi tomu drugiego Adama Mickiewicza. No i co z tego, że to tylko literatura, skoro bardzo szybko literaturą być przestało?

Adomas Mickevičius (jak go szeroko nad błękitnym Niemnem zowią) imię księżnej wymyślił ładnie: od litewskiego gražus, graži – piękny, piękna:

Była naonczas Książęciu zamężną
Córa na Lidzie możnego dziedzica,
Z cór nadniemeńskich pierwsza krasawica,
Zwana Grażyną, czyli piękną księżną;
A chociaż wiekiem od młodej jutrzenki
Pod lat niewieścich schodziła południe,
Oboje: dziewki i matrony wdzięki
Na jednym licu zespoliła cudnie.

Powagą zdziwi, a świeżością znęca:
Zda się, że lato oglądasz przy wiośnie;
Że kwiat młodego nie stracił rumieńca,
A razem owoc wnet pełni dorośnie.

Nie tylko licem nikt jej nie mógł sprostać,
Ona się jedna w dworze całym szczyci,
Że bohaterską Litawora postać
Wzrostem wysmukłej dorówna kibici.

Pod koniec opowieści księżna Grażyna, nie tylko piękna ale i mądra – spełniwszy najświętszy wobec ojczyzny obowiązek i chroniąc męża przez popełnieniem niewybaczalnego błędu – umiera w mężowskiej zbroi na polu walki, zabita kulą z piorunowej broni przez bardzo złego krzyżackiego komtura Dietricha von Kniprode.

Epitafium poeta wystawia jej wzniosłe:

Niewiasta, choć ją męska zbroja kryje,
Niewiasta z wdzięków a bohater z ducha;

zaś Dyterich z Kniprody stoi pod dębem i czeka na stryczek. Ale komtur był również narzędziem w ręku spra­wied­li­wości (już mniejsza z tym jakiej, ale że przymiotnik tu potrzebny do zatuszowania niespra­wied­li­wości, więc niech każdy sobie wstawi własny): niewiasta, która wmieszała się w męskie sprawy i męskie przywdziała szaty, musiała, dla zadość­uczy­nie­nia, umrzeć, a autor musiał jej jeszcze, dla pełnego grzechów odkupienia, pozwolić, by przed zgonem mogła wyszeptać: „Przebacz, mężu mój, pierwsza i ostatnia zdrada!”
Aż strach pomyśleć, co by z księżną działo się dziś – przecież ktoś w końcu by się zorientował, jakie niebez­pie­czeń­stwa i zagrożenia niesie postawa pozwalająca przekraczać granice dżenderu, nawet tak nieznacznie. Strach się bać!

Ciekawa rzecz: Mickiewicz umieszcza akcję swego poematu pod sam koniec XIV wieku. Niewiele później, bo w 1431, na stosie w Rouen Anglicy popełnili morderstwo sądowe na Joannie d'Arc. Jeden z zarzutów podnosił kwestię złamania przez Joannę prawa o odzieży: śmiała bowiem nosić szaty męskie i zbroję, jej płci nie przysługujące. Co by znaczyło, że plaga dżenderu znęca się nad wiernymi od wieków!

Imię Grażyna chwyciło. A że język litewski, nam krewny w grupie bałtosłowiańskiej, z tego samego indoeuropejskiego pnia wyrasta, więc i odniesienia ma Grażyna szerokie, angielskiej Grace, hiszpańskiej Gracieli i łacińskiej Gracji nie wyłączając.

Wszystkiego najlepszego!

 

24 kwietnia 1934 – opublikowany zostaje wniosek patentowy (U.S. Patent 1956350, złożony 19 stycznia 1934) na najwspanialszy instrument muzyczny XX wieku: organy elektryczne, które skonstruował Laurens Hammond.

 

30 kwietnia 1803 – Louisiana Purchase.
Thomas Jefferson był człowiekiem nie tylko mądrym, ale i ze zmysłem handlowym. Gdy w styczniu 1803 Napoleon zaproponował Amerykanom, by zamiast Nowego Orleanu kupili całe dorzecze Missisipi, mające 2.144.510 km kw. (828000 mil kw.) za 15 milionów dolarów (11,75 mln gotówką, reszta – umorzenie długu) prezydent Jefferson nie wahał się ani chwili.
Przy okazji Federaliści (opozycja) pożarli się z jeffersońską partią Demokratyczno-Republikańską. Opozycja – jak zwykle – podniosła larum i jazgot, że wbrew konstytucji, wbrew prawu, wbrew rozsądkowi (nic się nie zmienia!), ba – usiłowali nawet (wbrew faktom) dowieść, że sporne terytorium należy nie do Francji a do Hiszpanii.
Prezydenta, oprócz jego partii, poparli tylko plantatorzy z Południa przerażeni tym, co będzie, gdy Napoleon uwolni niewolników w Nowej Francji (czyli amerykańskiej Luizjanie).
Ale plantatorzy, jak to plantatorzy – mało orientowali się w niuansach polityki zagranicznej, z czego akurat skorzystał Jefferson. Napoleon nie miał bowiem zamiaru nikogo uwalniać, wręcz odwrotnie: w 1801 wysłał karną ekspedycję wojskową na San Domingo (dziś: Haiti), którego mieszkańcy nie chcieli zrozumieć, że hasła liberté, égalité, fraternité stosują się tylko do białych Monsieurs w Europie, a nie do czarnych niewolników w koloniach. W 1802 przyszły Cesarz Francuzów potwierdził utrzymanie niewolnictwa na Martynice i Gwadelupie.
Na Haiti armia francuska (a w niej dwie półbrygady, 113 i 114, polskiej Legii Naddunajskiej, razem ok. 5280 ludzi) ponosiła jednak dotkliwe straty (nie tyle od Haitańczyków, ile od chorób tropikalnych) i Bonaparte zdawał sobie sprawę, że wyspy nie utrzyma (San Domingo proklamowało niepodległość 1 stycznia 1804). A skoro tak – Nową Francję należało czym prędzej sprzedać, zwłaszcza że znalazł się kupiec i to poważny.
Cena 7 centów za hektar (po amerykańsku: 2,8ȼ za akr) była niewspółmiernie niska wobec kosztów, jakie Stany Zjednoczone musiałyby wydać w przyszłości na wojnę o te ziemie, gdyby jakiemukolwiek innemu państwu (tu pewnym kandydatem była Brytania, a następnym Hiszpania) zechciało się rościć pretensje do tego, w większości nietkniętego stopą białego człowieka, terenu.
Dziś by to było 236 milionów dolarów czyli 1,11 dolara za hektar (44,5ȼ za akr) – wciąż darmo!

Dla porównania:

  • za tereny obecnej Kalifornii, Nevady, Arizony i Utah plus kawałki Nowego Meksyku, Kolorado i Wyoming (razem: 1,36 mln. km kw.) Stany Zjednoczone w 1846 roku były gotowe zapłacić Meksykowi 30 mln. dolarów (po wygranej wojnie, w 1848, zapłaciły ok. 18 mln.);
  • w transakcji zwanej Zakup Gadsdena (Gadsden Purchase, 1853), za kawałeczek południowej Arizony i Nowego Meksyku (76.800 km kw.) Amerykanie zapłacili Meksykowi (a dokładnie prezydentowi tego kraju, gen. Santa Annie, co nie jest równoznaczne) 10 milionów;
  • Alaskę (1,7 mln km kw.) Stany kupiły w 1867 za jedne siedem milionów dwieście tysięcy.

Traktat kupna-sprzedaży luizjańskiej podpisali 30 kwietnia 1803 w Paryżu:
Robert Livingston (ambasador amerykański we Francji),
James Monroe (za 14 lat zostanie na dwie kadencje piątym prezydentem USA i wyda słynną Doktrynę)
i François Barbé-Marbois (dyrektor francuskiego Skarbu Państwa, który za udaną transakcję dostał od Pierwszego Konsula 152 tys. franków czyli ok. 34 tys. dolarów ówczesnych, a ponad pół miliona dzisiejszych).
„Żyjemy już długo, ale ten jest najszlachetniejszym z dokonań żywotów naszych. Dziś Stany Zjednoczone zajęły miejsce wśród najpierwszych mocarstw tego świata” – powiedział Livingston po złożeniu podpisów.
Rok i dwa tygodnie później (14 maja 1804) na penetrację nowozakupionych terytoriów wyruszyła z St. Louis ekspedycja, którą dowodzili Meriwether Lewis i William Clark. Wyprawa dotarła do Pacyfiku i wróciła do Saint Louis po dwóch latach, czterech miesiącach i dziesięciu dniach – 23 września 1806. To jest dopiero historia!

Ziemie zakupione od Francji stanowią prawie 25% powierzchni dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Leżą na nich (porządek prawie alfabetyczny): Arkansas; Dakota Południowa; Dakota Północna; Iowa; Kansas; Luizjana (na zachód od Mississippi, z Nowym Orleanem); Minnesota (na zachód od Mississippi); Missouri; Montana, Wyoming i Kolorado (na wschód od Gór Skalistych); Nebraska; Nowy Meksyk (część północno-wschodnia); Oklahoma; Teksas (część północna) i niewielkie kawałki dzisiejszych prowincji kanadyjskich Alberta i Saskatchewan.

 

Znaki Zodiaku w kwietniu:
Baran (♈) – do 20 kwietnia
Byk (♉) – od 21 kwietnia.

 

Kwiat kwietnia:
stokrotka (Bellis perennis L.) – jej łacińska nazwa znaczy ‘wieczne piękno’; w Anglii jest kwiatem dzieci i niewinności.

 

Kamień kwietnia:
diament – symbolizujący zwycięstwo, niezniszczalność.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
czwarty miesiąc roku to:

białoruskiкрасавік [krasavik]
bośniackiapril
bułgarskiaприл [aprił]
chorwackitravanj
czeskiduben
kaszubskiłżëkwiôt (też: kwietnik, aprël, kwiecéń)
litewskibalandis
łatgalskisulu
łużycki (dolny)jatšownik (też: apryl, nalětny)
łużycki (górny)jutrownik (też: apryl, haperleja)
łotewskiaprīlis
macedońskiaприл [aprił] albo тревен [triewien]
rosyjskiaпрель [apriel]
serbskiaприл [aprił]
słowackiapríl
słoweńskiapril
ukraińskiквітень [kviteń]
żmudzkibalondis

 

Przysłowia związane z kwietniem:

Choć już w kwietniu słonko grzeje,
nieraz pole śnieg zawieje.

Ciepłe deszcze w kwiecień
rokują godną jesień.

Deszcze częste w kwietniu wróżą,
że owoców będzie dużo.

Gdy w końcu kwietnia deszcz porosi,
błogosławieństwo polom przynosi.

Gdy w kwietniu pszczoły latają,
długie chłody się zapowiadają.

Grzmot, w kwietniu – dobra nowina,
już szron roślin nie pościna.

Jak przygrzeje słonko,
przejdzie kwiecień łąką.

Jeszcze w kwietniu zimno
i na żaby, i na baby, i na las,
a najwięcej na nas.

Kwiecień, co deszczem rosi,
wiele owoców przynosi.

Kwiecień, gdy jest suchy,
nie daje dobrej otuchy.

Kwiecień-plecień:
bo plecie
niby zimą, niby latem,
a przeplata wszystko kwiatem.

Kwiecień-plecień
wciąż przeplata
trochę zimy, trochę lata.

Na kwiecień
lada z czego wianek upleciem.

Pogody kwietniowe
– słoty majowe.

Przyjdzie kwiecień
– ostatek z gumna wymieciem.

Sprzyja nam rok, gdy wilgotny
kwiecień, gdy nie bardzo słotny.

Suchy kwiecień, mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

W kwietniu kwiatek – to gagatek,
ale w maju przebierają.

W kwietniu po brzegach lody
niosą, jęczmienia urody.

W kwietniu posusza,
nic z ziemi się nie rusza.

 

Przysłowia na
Prima Aprilis (1 IV):

Pierwszy kwietnia
– bajów pletnia.

Pierwszy kwietnia:
nie wierz – brednia.

Prima aprilis:
nie czytaj, nie słuchaj, bo się omylisz.

W pierwszy kwietnia się omylisz,
gdzie postąpisz, gdzie się schylisz.

 

Przysłowia na
św.
Franciszka (2 IV):

Na św. Franciszka
nieraz dobrze grzmi i łyska.

Na św. Franciszka zielenią się łany
i ze swego zimowiska wracają bociany.

Na świętego Franciszka
szuka ziarnek w polu myszka.

 

Przysłowia na
św.
Izydora (4 IV):

Na Świętego Izydora
dla bociana pora.

 

Przysłowia na
św.
Wincentego (5 IV):

Chociaż św. Wincenty,
jednak szczypie mróz w pięty.

Jak się Wincenty rozdeszczy,
źle chłopu wilga wieszczy.

Na św. Wincenty
nie chodź bosymi pięty,
bo nieraz mrozek cięty.

 

Przysłowia na
św.
Makarego (10 IV):

Dzień na święty Makary pewnie przepowiada,
czy we wrześniu pogoda, czy też ciągle pada.

 

Przysłowia na
św. Jerzego (23 IV):

Do świętego Jerzego paszy u każdego,
a na święty Jerzy gospodarz się jeży.

Kiedy Jerzy pogodą częstuje,
wnet się pogoda zepsuje.

Kiedy Jerzy skryje wronę w życie,
będzie zboża obficie.

Nabożny, jak koń św. Jerzego.

Na święty Jerzy
trawa się pierzy.

Na święty Jerzy
każdy chłop się jeży.

Na święty Jerzy rosa,
nie trzeba koniom owsa.

Na święty Jerzy
trawa się pierzy.

Św. Jerzy do kościoła,
a koń do karczmy.

 

Przysłowia na
św. Wojciecha (23 IV):

Gdy na Wojciecha rano plucha,
do połowy lata będzie ziemia sucha.

Gdy przed Wojciechem grzmi,
długo jeszcze zima śni.

Gdy Wojciech rano rosi,
pół lata posuchę nosi.

Ile dni przed św. Wojciechem
kukułka się odezwie, albo żaba zaskrzeczy,
tyle dni po św. Wojciechu będzie zimno.

Kiedy grzmi w święto Wojciecha,
roście rolnikom pociecha.

Kto sieje jarkę po św. Wojciechu,
to lepiej, żeby ją zatrzymał w miechu.

Licha pociecha koło świętego Wojciecha.

Na ile dni przed św. Wojciechem żaby rechcą,
tyle dni po Wojciechu zimna być zechcą.

Najadł się, jak wół trawy na święty Wojciech.

Na św. Wojciecha
dla roli pociecha.

Na św. Wojciecha naszego patrona,
już się w zbożu ukryje i zając, i wrona.

Na św. Wojciecha wrony z żyta nie widać,
możesz bydełku resztę suchej paszy wydać.

Na Wojciecha
sucha strzecha.

Św. Wojciech trawę sieje,
św. Marek zeń się śmieje.

 

Przysłowia na
św. Marka (25 IV):

Chodzisz na Marka bez koszuli,
w maju kożuchem się otulisz.

Co Marek zagrzeje,
Pankracy [12 V] wywieje.

Co na Marka się stanie,
to na ogrodników [12,13,14 V] odstanie.

Deszcz w święty Marek,
to ziemia w lecie jak skwarek.

Do św. Marka
nie ma żyta ani ziarnka.

Kiedy Marek skwarem zieje,
w maju kożuch nie dogrzeje.

Kucharka od św. Marka.
[licha, zła kucharka, sługa; jest to dawny termin zmiany służących]

Na św. Marka
siej lepiej groch do garnka.

Na św. Marek
w Sierpcu jarmarek.

Na św. Marka
nie ma co włożyć do garnka.

Przed dniem św. Marka, ile żaba kuka,
Tyle dni po nim, milcząc, spokojności szuka.

Sadź ziemniaki w wilję św. Marka,
to będzie pod krzakiem miarka

Święty Marek
poszedł na folwarek
oglądać żytko,
czy zeszło wszytko

Święty Marek
rzuci do wody ogarek.
[tj. światła w chatach już nie używają, gdyż wieczory są o tej porze krótsze znacznie]

 

Przysłowia na
św. Pawła (28 IV):

Jeśli w św. Paweł śnieg albo deszcz pada,
dobrych się urodzajów spodziewać wypada.

 

Przysłowia na
św. Piotra i Augustyna (29 IV):

Na świętego Augustyna
orka dobrze się poczyna.

Na św. Piotr suchy dzień,
suche lato, sucha jesień.

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Źródła trzech cytatów na wstępie:
T. S. Eliot – Ziemia jałowa (The Waste Land, 1922). Tłum. Krzysztof Boczkowski
Bułat Okudżawa – Kwietniowy dyżurny (Дежурный по апрелю, 1960) [autora przekładu nie udało mi się ustalić; producenci nagrań zapomnieli podać]
Bolesław Prus – Lalka (1890).

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha