Aleksander Doba – dziennik postoju w Brazylii

ALEKSANDER DOBA w kajaku Olo samotnie przepły­nął Atlan­tyk. Doko­nał tego – jako pierw­szy Polak i trze­ci czło­wiek na świe­cie – w 99 dni, 7 go­dzin i 20 mi­nut, a trasa z Daka­ru do Brazy­lii liczy­ła 3352 mile (5394 km). Nie chce jednak na tym skoń­czyć i ma zamiar wios­ło­wać dalej, tym razem wzdłuż wschod­nie­go wybrze­ża obu Ameryk. Wyglą­da więc na to, że niedłu­go powi­ta­my go w por­tach Stanów Zjednoczonych.
Na razie wioślarz przygo­to­wu­je się do dru­gie­go eta­pu swej wypra­wy. Przygo­to­wa­nia te może­cie śledzić na bieżą­co czytając DZIEN­NIK  BRAZYLIJ­SKI  Aleksandra  Doby. …Zobacz zdjęcia…

DZIENNIK  BRAZYLIJSKI

Relacje Aleksandra Doby z postoju w Brazylii i przygotowań do dalszego rejsu kajakiem Olo, do Ameryki Północnej.

Ze strony Aleksandra Doby.

15 lutego 2011, godz. 19:17 – mail od Olka

Czekam z niecierpliwością, kiedy mogę spodzie­wać się przylo­tu pracow­ni­ka z Polski z odsalar­ką i będzie­my mogli wspól­nie zacząć pra­ce przy kajaku.

W piątek 11 lutego rano, Magda podwiozła mnie do kanto­ru, gdzie wymie­ni­łem euro na brazy­lij­skie reale i już po kil­ku minu­tach zosta­wi­ła mnie w Jacht Klubie. Tam Hanna i ja czeka­li­śmy na zamó­wio­ny ze specja­lis­tycz­nej fir­my przewo­zo­wej samo­chód. Przyje­chał jakiś taki duży. Kierow­ca stwier­dził, że nie zmie­ści się w bra­mie. Pani Hanna uzys­ka­ła od niego infor­mac­je o typie okreś­la­ją­cym rodzaj i wiel­kość samo­cho­du mogą­ce­go przeje­chać przez bramę. W tej fir­mie mie­li taki, lecz zepsuty. W kil­ku kolej­nych fir­mach akurat te typy samo­cho­dów były zepsute. Ja pró­bo­wa­łem wcześ­niej znaleźć – i zna­laz­łem – na tere­nie Jacht Klubu lawety do przewo­zu łodzi. Wszyst­kie były pry­wat­ne, a uzys­kać zgo­dę właś­ci­cie­la, by skorzys­tać z jego lawe­ty, nie mog­łem – ochro­na danych; nie poda­dzą mi żad­nych informacji.

Przyjechał następ­ny samo­chód – zno­wu za duży. Następ­na fir­ma zapew­nia, że poda­ny typ samo­cho­du mają i już wysy­łają. Po przyjeź­dzie trze­cie­go, zno­wu za duże­go, ręce opadają. Dopie­ro czwar­ty, po kilku godzi­nach negocja­cji i czeka­niu, okazał się odpo­wiedni. Kierow­ca Alessandro bardzo spraw­nie manew­ro­wał w wąs­kiej bra­mie i alej­kach, by podje­chać pod kajak. Zała­du­nek odbył się spraw­nie przy pomo­cy pracow­ni­ków Jacht Klubu. Samo­chód użyty do trans­por­tu miał podno­szo­ną plat­for­mę z moż­li­woś­cią jej wysu­nię­cia i opusz­cze­nia koń­ca plat­for­my do pozio­mu gruntu. Zaopatrzo­ny był we wciągarkę.
Po załado­wa­niu i unieru­cho­mie­niu, kajak został przewie­zio­ny na przedmieś­cia Forta­le­zy do przecho­wal­ni łódek. Po spraw­nym ściąg­nię­ciu kajaka z plat­for­my zapła­ci­łem za trans­port; umó­wi­łem się z kierow­cą, że jego wez­wę po zakoń­cze­niu prac i przygo­to­wa­niu do wypły­nię­cia.

Właścicielo­wi przecho­wal­ni zapła­ci­łem za przecho­wa­nie kaja­ka przez mie­siąc, dokła­da­jąc kwotę udostęp­nia­ją­cą ich narzę­dzia elek­trycz­ne, wodę i prąd. Wiel­ką ulgę odczu­ła pani Hanna – i ja – że kajak jest w bezpiecz­nym miej­scu, a nie tam, gdzie go nie chcieli.

Następ­nego dnia, czyli w sobo­tę, opuści­łem gościn­ne miesz­ka­nie pani Magdy i Josego. Taksów­ką uda­łem się na dwo­rzec auto­bu­so­wy. Auto­bu­sem doje­cha­łem do miejs­co­woś­ci Beberibe, gdzie czeka­li już na mnie Ewa z Maćkiem. Pojecha­li­śmy już razem do rezy­den­cji pani Ewy w miejs­co­woś­ci Praia das Fontes (Plaża Fontann). Tutaj, wg zamie­rzeń pani Ewy, mam być pod­da­ny operac­ji tucze­nia, abym tro­chę ciała odzys­kał przed dal­szym eta­pem. Swo­je zamie­rze­nia reali­zu­je podstęp­nie, bo gdy ja już jes­tem naje­dzo­ny, to przyno­si coś tak smakowitego, że…

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

10 lutego 2011, godz. 13:48 – mail od Olka

Kajak stoi jesz­cze na terenie Jacht Klubu, lecz spra­wy się skom­pli­ko­wa­ły.
Załatwio­ne było bezpłat­ne przetrzy­ma­nie kajaka przez dwa tygod­nie. Gdy mog­łem wresz­cie zacząć porząd­ko­wać jego wnęt­rze, to w sposób niezro­zu­mia­ły i gwał­tow­ny powia­da­mia­ją mnie – za pośred­nic­twem pani Hanny, która załat­wia­ła przecho­wa­nie kajaka – że naru­szam warun­ki umo­wy. Tym narusze­niem mia­ło być rozło­że­nie mok­rych rze­czy (po przepłu­ka­niu z morskiej wo­dy w ich toale­cie) na beto­no­wym placu. Zają­łem około1/4 placu, czyli około 80 met­rów kwa­dra­to­wych. Podob­no jakie­muś człon­ko­wi eksklu­zyw­nego klu­bu to się nie spo­do­ba­ło. Do skar­gi doło­żył jesz­cze kłams­two, że kąpa­łem się w ich basenie.

Wszystko zwiną­łem i po godzi­nie opuś­ci­łem klub. Mia­łem się nie poka­zy­wać przez jeden dzień. Tak było. Na dzi­siaj byłem umó­wio­ny przy kaja­ku z cel­ni­ka­mi. Byłem przed cza­sem i rozwie­si­łem na pałą­kach trzy rzeczy, dosłow­nie: skafan­der, ręcz­nik i far­tuch kaja­ko­wy. Na pokła­dzie wyło­ży­łem dwie kari­ma­ty i kil­ka lin. Zakła­da­łem w środ­ku płó­cien­ne ścian­ki (wypra­ne w pral­ce przez panią Magdę, u której miesz­kam). Po zało­że­niu ścia­nek zdją­łem wszyst­kie rze­czy i poza­my­ka­łem w luku baga­żo­wym i w kabi­nie. Podłą­czy­łem wąż, nabra­łem do mis­ki (włas­nej) wodę słod­ką z kaja­ka i jedne­mu z kierow­ni­ków zade­mon­stro­wa­łem, że uży­wam włas­nej wody. Po umy­ciu góry kaja­ka zaczą­łem myć ster. Podszedł do mnie jeden z kierow­ni­ków i podał telefon. Dzwoni­ła pani Hanna z pretens­ja­mi, że naru­szy­łem warun­ki umo­wy i mam natych­miast opuś­cić teren klubu i zab­rać kajak. U niej interwe­nio­wa­ła mena­dżer­ka klubu, mówiąc, że jeśli kajak nie znik­nie, to ona stra­ci pracę. Wcześ­niej, tak jak poprzed­nio, nikt mi nie zwró­cił uwa­gi, że coś się komuś nie podo­ba; tylko od razu gwał­tow­na reak­cja „z grubej rury”.

Mimo prób wyjaś­nie­nia, że to chyba jakieś niepo­ro­zu­mie­nie, nic u mena­dżer­ki klu­bu, pani Fernan­dy, nie uzys­ka­łem. Poprzez panią Hannę dowie­dzia­łem się, że jeśli kajak nie znik­nie jutro, to będą nali­czać opła­ty za postój kaja­ka na ich tere­nie w wyso­koś­ci 500 reali za dobę. Aktual­nie 1 dolar ame­ry­kań­ski to około 1,6 reala.

Po takiej gwał­tow­nej „napaś­ci” na mnie przez pa­nią Fernan­dę, po 7 minu­tach (pocho­wa­łem wszyst­kie rze­czy i poza­my­ka­łem luki) próbo­wa­łem dostać się do niej osobiś­cie. Do takiej waż­nej oso­by nie jest łatwo się dostać i pona­wia­łem próby co 7-8 minut, bo tyle czasu ocze­ki­wa­nia wyzna­cza­ła mi sekre­tarka. W koń­cu po 23 minu­tach staną­łem przed obli­czem sro­giej mena­dżer­ki. Nie wyka­za­ła choćby odro­biny zrozu­mie­nia mo­jego wyjaś­nia­nia w języ­ku angiel­skim niepo­ro­zu­mie­nia, tylko uży­wa­jąc portu­gal­skie­go trzy­mała się wersji: mam natych­miast opuś­cic teren klu­bu i zab­rać kajak. Od jutra bę­dzie już nali­cza­ła opła­tę 500 reali/doba (około 850 złotych/doba).

Opuściłem teren klubu i odjecha­łem z Magdą, która zosta­ła przez panią Hannę powia­do­mio­na i przyje­cha­ła po mnie. Mieszka około 5 km od tego klubu, a rano tę trasę przeszed­łem pie­szo, by zrege­ne­ro­wać mięśnie nóg.

Wieczorem zadzwo­ni­ła bardzo opera­tyw­na pani Hanna z infor­mac­ją, że znalaz­ła przewoź­ni­ka z samo­cho­dem i lawe­tą oraz propo­zyc­ją przewie­zie­nia kaja­ka do rezy­den­cji pani Ewy, 80 km na S-E od Forta­le­zy. Poinfor­mo­wa­ła mnie, że koszt wynaję­cia przewoź­ni­ka to 1000 reali gotów­ką. Muszę szybko zorga­ni­zo­wać pieniadze.

W tej chwili dosta­łem infor­mac­ję, że z powo­du remon­tu wjazdu do rezy­den­cji pani Ewa nie może przyjąć kaja­ka na swój teren!!!
Następna infor­mac­ja w dynamicz­nie zmie­nia­ją­cej się rzeczy­wis­toś­ci to infor­mac­ja od bar­dzo opera­tyw­nej pani Hanny: znalaz­ła jakiś duży garaż na tere­nie Forta­le­zy i ten sam przewoź­nik może się zająć przewo­zem za mniej­szą opłatą: 400 reali. Przetrzy­ma­nie tam kaja­ka przez mie­siąc ma kosz­to­wać około 500 reali; płat­ne z góry. Muszę zaakcep­to­wać przedsta­wio­ne warun­ki. Prze­wóz kaja­ka ma się odbyć około 17:00 cza­su polskiego.

Od rana Fortaleza jest my­ta przez ulew­ne desz­cze (tropi­kal­ne oczywiście).

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

8 lutego 2011, godz. 17:05 – mail od Olka

Wczoraj wieczorem testo­wa­łem prób­ki liofi­li­zo­wa­nej żyw­noś­ci brazy­lij­skiej. Był to obiad mięs­ny dla dwóch osób. Przyrzą­dzi­łem całość, poczęs­to­wa­łem gospo­da­rzy i sam zjad­łem resz­tę (prawie wszyst­ko, bo oni zjed­li niewie­le). Moje obżars­two zosta­ło uka­ra­ne. W nocy cier­pia­łem na niestraw­noś­ci, a rano zwymio­to­wa­łem pra­wie wszyst­ko. Od rana nic nie jem, tylko popi­jam herba­tę miętową.

Rano pojechałem z Magdą (ona mnie wioz­ła samo­cho­dem) do cel­ni­ków, ale musie­liś­my jesz­cze cze­kać na doku­ment zastęp­czy. Umó­wio­ny zosta­łem do oglę­dzin kaja­ka na jut­ro rano. Z doku­men­tem zastęp­czym (właś­ciwy przygo­tu­ją po oglę­dzi­nach kaja­ka; nie wystar­czy im to, że widzie­li go i mnie w tele­wiz­ji) pojecha­liś­my do kapi­ta­na­tu. Tam rów­nież zbiera­łem gratu­lac­je (wystę­po­wa­łem już w wypra­nej przez Magdę służ­bo­wej koszu­li z mapą trasy na pier­siach). Przed­tem jesz­cze wizy­ta u ich służb sani­tar­nych. Służ­bo­wa koszul­ka i kompe­tent­ne wyjaś­nie­nia Magdy poma­ga­ły toczyć się formal­noś­ciom z – jak właś­ci­wie wszę­dzie – podzi­wem dla mego wyczy­nu i gratu­lac­jami. Wszę­dzie podkreś­lali, abym dwa dni przed opusz­cze­niem Brazy­lii odbył taką proces­ję wyjaz­do­wą po tych sa­mych urzę­dach, przezna­cza­jąc na to mini­mum dwa dni!!!

Pani Hania, która załatwiała zgodę na posta­wienie kaja­ka na placu Jacht Klubu, po inter­wenc­jach mena­dżer­ki suge­ro­wa­ła, bym nie poja­wiał się tam jakiś czas do żad­nych robót. Przejeż­dza­jąc koło tego klubu, otwo­rzy­łem właz do kabiny i po wło­że­niu do niego wypra­nych i wysu­szo­nych moich rzeczy i ścianek płó­cien­nych zamkną­łem właz i opuś­ci­łem plac.
W tym czasie Magda roz­ma­wia­ła z jed­nym z kierow­ników Jacht Klubu o moich „przewi­nie­niach wczo­raj­szych”. Okaza­ło się, że mo­ja ekspansja w susze­niu rze­czy przeszka­dza­ła jedne­mu z człon­ków klu­bu i to na jego życze­nie zwró­co­no mi uwagę. Potwier­dził rów­nież, że suge­ro­wa­nie mojej kąpie­li w ich base­nie to kłamstwo.

Moje dalsze prace przy kajaku to zamon­to­wa­nie ścia­nek płó­cien­nych (w Pols­ce robił to Rafał, więc tylko on może właś­ci­wie oce­nić, jaka to bę­dzie mordę­ga w upale), poukła­da­nie rzeczy za ścian­kami, umy­cie boków i dna kaja­ka (odrywa­nie małży-kacze­nic, których jest mnós­two), wypom­po­wa­nie reszty wody słod­kiej ze zbior­ni­ka (zosta­ło jesz­cze 70 lit­rów; woda zatan­ko­wa­na na stat­ku „Magda­le­na” w Dakarze).

Teraz, jako rekonwa­les­cent, mam czas, by – korzys­ta­jąc z gościn­noś­ci gospo­da­rzy – zająć się korespondencją.

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

8 lutego 2011, godz. 02:19 – mail od Olka

7 lutego, w poniedziałek pojechałem z Magdą z wyni­ka­mi badań do lekarza. Ogólnie nie jest źle po takim długim, wyczer­pu­ją­cym wysił­ku. Mam wypo­czy­wać, dobrze się odży­wiać, jeść dużo owo­ców, by trochę „nabrać ciała”. Z wyni­ków badań: jakis enzym mięś­nio­wy mam bar­dzo nis­ki i powi­nie­nem go odbu­do­wać przed dal­szym etapem. Serce też powin­no tro­chę odpo­cząć. Suge­ro­wa­ny odpo­czy­nek to mini­mum dwa tygod­nie. Czy ja przyty­ję w każdy dzień jeden kilogram? Niemoż­li­we, będę więc szczup­lej­szy niż w Dakarze.

Magda zawiozła mnie potem do porto­wej policji imigra­cyj­nej, aby zgło­sić oficjal­nie moje przypły­nię­cie do Brazy­lii. Kilku­nas­tu funkcjo­na­riu­szy ucieszy­ło się na mój widok, bo wyglą­da­łem pra­wie jak ten, które­go widzie­li w tele­wiz­ji. Wpisu­jąc miejs­ce zamiesz­ka­nia – Police – wywo­ła­łem nową falę oży­wie­nia, za co dosta­łem odzna­kę poli­cyj­ną. Jestem teraz bar­dziej poli­cyj­ny niż tylko jako Policza­nin. Potem wizyta u cel­ników. Znowu znajo­my z tele­wiz­ji. Niezbęd­na pomoc języ­ko­wa Magdy i jej urok pozwa­lał spraw­nie załat­wiać formal­noś­ci. Na jutro zosta­ła nam jesz­cze wizy­ta w ich sanepi­dzie i na ko­niec w kapita­na­cie. Taka piel­grzym­ka podtrzy­mu­je opi­nię o dużej biuro­kracji brazylijskiej.

Potem Magda zostawiła mnie pod bramą klubu jachto­wego, gdzie stoi mój kajak. Wreszcie mog­łem przystą­pić do prac przy nim. Umy­łem go od góry (pałą­ki, panel, pok­ład i kabi­nę). Burty i dno zosta­wi­łem na jutro. Z wnęt­rza wyjmo­wa­łem coraz wię­cej dobyt­ku. Niektó­re rzeczy płu­ka­łem w słod­kiej wo­dzie, by potem rozło­żyć na beto­nie do wysch­nięcia. W niektó­rych częś­ciach kajaka jeszcze stała sło­na woda. Suszą­ce się rzeczy zajmo­wały 1/3 placu (około 80 met­rów kwad­ra­towych).

Niestety, po wysu­szeniu pra­wie wszyst­kie­go przysz­ła pani mena­dżer klubu z pretens­ja­mi, że to eksklu­zyw­ny klub, a ja tu biwak urzą­dzam. Obieca­łem zwi­nię­cie wszyst­kiego w cią­gu godzi­ny. Mobili­zo­wa­ła mnie też do tego pani Hania, która załat­wia­ła zgodę na posta­wie­nie tam kaja­ka i pra­ce przy nim. Moja ekspan­sja w susze­niu rze­czy była chyba za duża; lecz za mała na skar­gę mena­dżer­ki do pani Hani, bo dołoży­ła jeszcze uwa­gę, że kąpa­łem się w ich base­nie. Cieka­wi mnie, jak ja się w tym base­nie kąpa­łem nie będąc do niego bliżej niż 10 m?
W dalszych pracach przy kajaku muszę być chyba niewidzialnym.

Interwencje mena­dżer­ki dotar­ły rów­nież do Magdy, któ­ra posta­no­wi­ła po mnie przyje­chać samo­cho­dem. Miałem w pla­nie pow­rót pieszy do ich domu (5 km), aby nogi praco­wa­ły, lecz tros­kli­wość roda­czek zmieni­ła to na wers­ję samo­cho­do­wą. Zdąży­łem jesz­cze wymon­to­wać z kaja­ka ścian­ki mate­ria­ło­we w kabi­nie. Teraz ścian­ki i moje rze­czy su­szą się po wypra­niu w pral­ce przez Magdę.

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =

5 lutego 2011 – informacja od opiekuna medialnego Arsoba Travel

Brazylijczycy są zszokowani wyczy­nem Olka, pełni podzi­wu i szacunku. Nazywają go Dragão-do-mar –  porównują Go ze swoim historycznym bohaterem narodowym [„Smok morski”; taki przydo­mek otrzy­mał Francisco José do Nasci­mento (1839-1914), wybit­ny brazy­lij­ski abo­lic­jo­nis­ta ze sta­nu Ceará; przyp. www.zeglujmyrazem.com].

Fortaleza, stolica stanu Ceará, grubo ponad 2 mln miesz­kań­ców w samej Forta­le­zie, mała Polonia, kilka osób i grupa kitesur­fin­gow­ców, Pola­ków, którzy przyla­tu­ją na kil­ka miesię­cy od cza­su do czasu.
Olo robi sobie zdję­cia, jak wyglą­da – skóra na kościach, grube żyły na mięś­niach. Ma z tego radochę. Powoli będzie przybie­rał na wa­dze. Rozwa­ża różne warian­ty dalsze­go, drugie­go etapu swo­jej podróży. Jest bardzo rozsąd­ny: wie, że nie mo­że ryzy­ko­wać w związ­ku z sezo­nem hura­ga­nów. Gdy przyle­ci spon­sor, pan Armiński, będą to omawiać.

W piątek rano:
– pożeg­na­liś­my Pana Ambasa­do­ra, cudow­ne­go i bar­dzo uczyn­nego czło­wie­ka, który wrócił do stoli­cy;
– kontynu­o­wa­liś­my bada­nia lekars­kie Olka. Cały dzień zszedł nam na tym, bo to od leka­rza do labo­ra­to­rium jed­ne­go, potem do szpitala itp. Koniecz­ne były dokład­niej­sze bada­nia przemę­czo­ne­go dłu­gim wysił­kiem serca.

Wieczorem kilka godzin zajęło nam dotar­cie na prowincję, dokąd zapro­si­li Olka i mnie Ewa i Maciej. Jesteś­my ok. 80 km na wschód od Forta­le­zy w Praia das Fontes koło Beberibe. Posiad­łość, którą odku­pi­li od Włocha, 17 poko­jów z łazien­ka­mi, basen, ogród, mała hodow­la koni krwi arabs­kiej, w ogro­dzie pal­my koko­so­we, ogród koń­czy się furt­ką, z któ­rej wycho­dzi się pros­to na plażę. Tempe­ra­tu­ra wody w ocea­nie ok. 29 stopni, stała przez cały rok, jak rów­nież pogo­da. Jest to mała wios­ka, powsta­ła 20 lat temu, gdy u brze­gów zato­nął amery­kań­ski konte­ne­ro­wiec. Miejs­co­wi, gdy się dowie­dzie­li, zaczę­li tu ścią­gać, patro­szyć konte­ne­ry i posta­wi­li domy, powsta­ła mała wios­ka, jest klimatycznie.

Dziś po obfitym śnia­da­niu Olek poje­chał na wyciecz­kę po przepięk­nej i cieka­wej podob­no okoli­cy, ja zosta­łem w do­mu – cały dzień i pew­nie noc zej­dzie mi na opra­co­wy­wa­niu mate­ria­łów i wysył­ce w róż­ne miejs­ca; po połud­niu muszę zacząć nagry­wać pierw­sze wywia­dy z Olkiem, zamó­wio­ne przez poważ­ne czaso­pis­ma ze świata i z kraju.
Jutro koło połud­nia Polonia zawie­zie nas z powro­tem do Forta­le­zy, do klu­bu jachto­we­go gdzie stoi kajak. Tam wymon­tu­je­my zepsu­tą odsa­lar­kę, którą mam zab­rać do stocz­ni w Pols­ce, a Olek ma zro­bić szki­ce przeró­bek i napraw kajaka.

Podsumo­wu­jąc: Olek ma świetny nastrój, cieszy się swoim zwycięs­twem, ale jest jeszcze wycień­czo­ny, wychu­dzo­ny, chce tro­chę odpo­cząć, dużo je, by nab­rać sił i wagi, stara się dużo cho­dzić; cie­szy się spoko­jem, zwyk­ły­mi rzecza­mi, taki­mi jak jedze­nie pysznoś­ci do syta, kąpiel w słod­kiej wo­dzie w base­nie, opo­wia­da­nie o swojej wypra­wie wszyst­kim dooko­ła i spa­niem. Olek przypły­nął do Braz­ylii z wagą 64 kg, czyli stra­cił 14 kg wagi w 14 tygod­ni wyprawy.

Calendar

« July 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Czerwiec – szósty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od słowa „czerw” oznaczającego beznogą larwę błonkówek i muchówek; larwy te były (i są) wykorzystywane jako efektywny sposób oczyszczania ran.

W Słowniku etymologicznym Sławskiego nazwa miesiąca jest dopiero trzecim znaczeniem słowa „czerwiec”. Pierwsze to: czerwiec polski (Porphyrophora polonica) – „owad wytwarzający barwik czerwony”, drugie: „farba służąca do barwienia materiałów na czerwono, coccus, color coccinus”, a źródłosłowy idą we wczesne lata XV wieku. Czwarte zaś: Scleranthus anuus L. czyli czerwiec roczny – chwast rosnący na pastwiskach, ugorach i przydrożach.

Słownik wileński idzie dalej: w nim „miesiąc” jest dopiero n-tym znaczeniem słowa „czerwiec”. Wcześniej jest bowiem rodzaj i trzy gatunki pluskwiaka Coccus; tlenosiarczek antymonu, zwany też kermezytem, o pięknej wiśniowej barwie; rodzaj i dwa gatunki roślin z rodziny Scleranthus, w tym czerwiec trwały (Scleranthus perennis); amerykański kaktus Cactus chochenillifer; kolor szkarłatny lub karmazynowy i „drogi, przedni jedwab” oczywiście koloru czerwonego.

Dwie nazwy wytłuściłem nie bez powodu: w korzeniach czerwca-rośliny znajduje schronienie i pożywienie czerwiec-owad. Splatają się więc te czerwce ze sobą dość dokładnie.

Barwnik czerwony wyrabiany z czerwca-owada to koszenila (inaczej: kwas karminowy), która jest ciekawa sama w sobie. Rozpuszcza się w wodzie, co jest rzadkie wśród barwników organicznych. Jest bardzo trwała i odporna na działanie czasu, światła i ciepła, a więc nie blaknie, co było zaletą pierwszorzędną. Nie jest trująca (w nadmiarze), więc można nią barwić nie tylko tkaniny ale i potrawy oraz kosmetyki.
Tu jednak kłopot zaczynają mieć wegetarianie i weganie (którzy nie używają produktów pochodzących ze zwierząt) oraz np. ci wyznawcy judaizmu i islamu, dla których produkty z owadów nie są ani koszerne ani halal. Problem w tym, że współcześni ludzie na ogół nie wiedzą, iż koszenilę uzyskuje się z owadów (strona http://www.food-info.net podaje że dla uzyskania 1 kilograma koszenili trzeba zanurzyć we wrzątku – a później na różne sposoby wysuszyć, a potem zmielić – 150 tys. owadów). Ostatnio produkty zawierające koszelinę muszą być odpowiednio oznaczane.

Polski monopol na czerwca w znaczeniu „farba” (tytuł popularnej, stosunkowo niedawnej – 1992, publikacji Lewy czerwcowy, nabiera teraz zupełnie innej barwy…) złamał w XIV w. Meksyk.
Aztekowie znali i stosowali koszenilę od wieków, od nich nauczyli się tego konkwistadorzy. Żeby skrócić transport do Europy, owady meksykańskie (inne niż polskie: czerwce kaktusowe, Dactylopius coccus, rodzaj mszyc) zaczęto hodować na Wyspach Kanaryjskich. Ta sama www.food-info podaje, że tylko w roku 1868 wyeksportowano stamtąd 2800 ton (6 mln. funtów) koszenili uzyskanej z 420 miliardów owadów…

 

Pierwiastek „czerw” w nazwie szóstego miesiąca roku występuje też w innych językach naszej rodziny: białoruskim (чэрвень), czeskim (červen), kaszubskim (czerwińc), ukraińskim (червень).
Co by nie mówić, w większości języków słowiańskich (także w staropolszczyźnie) rzeczownik „czerw” znaczy „robak”, z czego wynika, że „czerwiec” znaczy tyle co „robaczywiec” lub „robacznik” (a kolor czerwony to kolor robaczywy). Tyz piyknie.

W staropolszczyźnie szósty miesiąc roku nazywany też był „ugornik” lub „zok” (konik polny lub – niestety – szarańcza), ale generalnie czerwie czyli robaki okazały się (słowotwórczo) silniejsze.

 

Łaciński Iunius zawiera w sobie imię żony Jupitera – Junony.

Owidiusz w ks. VI Fasti (8 r. n.e.), poematu o kalendarzu rzymskim, podaje dwie dodatkowe etymologie nazwy Iunius: od małżonki Jupitera – Junony i bogini młodości Iuventas (grecki pierwowzór: Hebe). Owidiusza – jako źródła – nie można jednak traktować poważnie, bo plótł co mu ślina na język przyniosła, a koniunktura dworska i polityczna podsuwała. W maju umizgał się do starców z senatu (maiores), więc w czerwcu pochlebiać zaczął młodym iuniores. Na czerwcu zresztą Fasti się skończyło, bo poeta dostał nagle dożywotni nakaz zesłania do Dacji – pruderyjni twierdzą, że za nieskromność Ars amatoria (celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu jeszcze w 1930), ale tak naprawdę nie wiemy za co.

Nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Pod koniec czerwca na półkuli północnej następuje letnie przesilenie Słońca: jest to najdłuższy dzień (i najkrótsza noc) w roku.
W 2014 solstycjum letnie wypada 21 czerwca. W tym dniu Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka i zaczyna się astronomiczne lato.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – na 52°13’ szerokości geograficznej północnej – wynosi 61°14’.

 

1 czerwca to Dzień Dziecka.

 

4 czerwca to w Polsce rocznica wolnych wyborów z 1989 roku.
W rzeczywistości były one pół-wolne, ale skutek był ten sam. Najkrócej zdefiniowała go Joanna Szczepkowska w ogólnokrajowym programie TV: „Ogłaszam koniec komunizmu w Polsce”.

 

12 czerwca 1967 – PRL zrywa stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Nie ona jedna. Po wojnie sześciodniowej (5-10 czerwca 1967), która – mimo że zaczepna – była obronną, bezczelnie przez Izrael wygranej, Czerwony Hegemon się zdenerwował. Nie tak miało być, zwłaszcza że Hegemon uzbrajał, szkolił i popierał Egipt. Poszedł więc przykład i rozkaz z Moskwy i cały blok zerwał z państwem żydowskim stosunki dyplomatyczne. Z jednym wyjątkiem: nie zerwała Rumunia. Niby, że taka niezależna i umiejąca się Sojuzowi postawić, defacto – potrzebna, bo zerwać stosunki można, ale pogadać czasem trzeba, więc jeśli już, to czemu nie przez Bukareszt, któremu opinia „niepokorny” bardzo pasowała, bo dawało się na nią kolejne kredyty z Zachodu wyciągać. A po RWPG poszedł później dowcip, przaśny, ale po linii: „– Wymień trzy państwa komunistyczne na ‘k’. – Kuba, Korea i..., i..., i ta Kurwa Rumunia.” Zerwanie stosunków i ujadanie propagandy jest prologiem do polskiego Marca ’68 (patrz: marzec).

 

23 czerwca to w Polsce tzw. wigilia św. Jana, którą kończy noc świętojańska, często używana obocznie z nazwą Sobótka.
Jest to schrystianizowana wersja słowiańskiego święta związanego z letnim przesileniem Słońca, obchodzonego w najkrótszą noc w roku, tzw. Noc Kupały, zwanego też (na południu Polski) sobótką lub palinocką. Było to święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości.
Słowo kupała pochodzi prawdopodobnie z indoeuropejskiego pierwiastka kump, oznaczającego grupę, gromadę, zbiorowość, z którego wywodzą się słowa takie jak kupa, skupić, kupić się (‘gromadzić’). Termin sobótka stworzony został prawdopodobnie przez Kościół i miał wydźwięk ujemny, bo znaczył tyle, co ‘mały sabat’.
W chrześcijaństwie obchody nocy kupalnej przeniesione zostały na specjalnie w tym celu ustanowioną przez Kościół 23 czerwca wigilię św. Jana.

W tym wypadku jednak zadziałał synkretyzm religijny: noc kupalna i wigilia św. Jana współegzystują w świadomości zbiorowej do dziś. Mają też liczne odzwierciedlenia w literaturze, z których – w piśmiennictwie polskim – najbardziej znanym jest Pieśń świętojańska o Sobótce Jana Kochanowskiego, rozpoczynająca się od słów:

Gdy słońce Raka zagrzewa
A słowik więcej nie śpiewa
Sobótkę (jako czas niesie),
Zapalono w Czarnym Lesie.

„Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” napisał Mickiewicz o roku 1812, ale oznaczenie jest niedokładne. Bowiem to, co ową „wiosnę” przyniosło, zaczęło się latem.

Wieczorem 23 czerwca 1812, około godziny 22, pierwsze korpusy – kawaleryjski marszałka Murata oraz korpusy marszałków Davout i Neya przekraczają Niemen.

Napoleon, którego idée fixe było rzucenie na kolana Wielkiej Brytanii, po serii porażek z Anglikami w bitwach morskich (i to jakich porażek! Abu Kir w 1798 i Trafalgar w 1805 to były mega klęski!) wymyślił blokadę handlową (więc teoretycznie i morską) Wysp Brytyjskich.

Rzecz jasna, wszyscy zainteresowani stawali na głowie, by to embargo ominąć, zwłaszcza, że blokada rujnowała sporo gospodarek państwowych. Poza tym zawsze w podobnych przypadkach opór bywa ogromny i praktycznie nie do pokonania: założę się, że Napoleon nie miał pojęcia, co to było „Ograbme”, bo jak większość Europejczyków z wyższością patrzył na Amerykę i do głowy mu nie wpadało, ze może się od niej wiele nauczyć.

Jednym z wyłamujących się z tego dyktatu była Rosja. Oczywiście car Aleksander oficjalnie się zgadzał, uśmiechał, toasty wznosił, pakty podpisywał – ale robił swoje. Darujmy sobie „skąd my to znamy?”, gdyż handel z Brytanią był dla rosyjskiej gospodarki alternatywą Hamleta.

Rację miał stary Maciek Dobrzyński sarkając, że „a on co? Pokój w Tylży zrobił!”, choć powody do gderania były inne.
Papier – papierem, a życie życiem. Napoleon wpadł więc na kolejny pomysł, by zmusić Rosję do respektowania postanowień z Tylży (1807) siłą. Znów nie odrobił lekcji z historii: nie doczytał, jak skończył Karol XII Szwedzki. A może po prostu myślał, że skoro ma Grande Armée, to da radę?

Najpierw jednak zebrał armię 600-tysięczną, nie tylko wielonarodową ale i multi-kulti, bo było w niej m.in. 300 tys. Francuzów, Włochów i Belgów, 180 tys. Niemców, 90 tys. Polaków (skąd wymyślił, że Niemcy będą się dzielnie bić dla Francuzów – trudno orzec, nie obiecywał im przecież nawet ułamka tego, co Polakom). Z tą armią przekroczył Niemen.

Zaczął z Księstwa Warszawskiego i po przejściu granicy wciąż poruszał się po terenach zamieszkałych przez Polaków, nic więc dziwnego, że propaganda Cesarza Francuzów przeszła samą siebie. Napoleon z bezprzykładnym cynizmem, godnym największych kosterów, nazwał swoją kampanię „drugą wojną polską”, a sejmowi Księstwa Warszawskiego nakazał zawiązać Konfederację Generalną Królestwa Polskiego i proklamować zmartwychwstanie Polski w dawnych granicach (Niemcy w szeregach armijnych, zwłaszcza ci z Prus, musieli się cieszyć niezwykle!).

Ale: nikt nie da ci więcej, niż obieca Napoleon!

I prawda. Zaczynając swą wojnę z Rosją o Brytanię, cesarz powiedział:

Jestem tu, aby raz na zawsze skończyć z tym barbarzyńskim kolosem Północy. Szpada została już dobyta. Trzeba ich zapędzić jak najdalej w ich lody, aby przez najbliższe 25 lat nie byli w stanie mieszać się w sprawy cywilizowanej Europy. Nawet za czasów Katarzyny Rosjanie prawie nie odgrywali żadnej roli w życiu politycznym Europy. Z cywilizacją zetknęli się dopiero przez rozbiór Polski. Nadszedł więc teraz czas, aby Polacy pokazali im, gdzie ich miejsce... Bezpowrotnie minęły czasy, kiedy Katarzyna dzieliła Polskę, chwiejny Ludwik XV drżał ze strachu w Wersalu, a caryca zachowywała się tak, że wychwalały ją wszystkie paryskie plotkary. Po spotkaniu w Erfurcie Aleksander zrobił się zbyt zarozumiały, a już zdobycie Finlandii zupełnie przewróciło mu w głowie. Jeżeli potrzebne mu są zwycięstwa, to niech się wyprawi na Persów, ale nie miesza się w sprawy Europy. Cywilizacja odrzuca tych dzikusów z Północy. Europa obejdzie się bez nich.

Jak to się skończyło – wiemy, a więcej przeczytacie o tym w grudniu.

Napoleon nie był jedyny. 129 lat później, z dokładnością jednodniową, bo 22 czerwca, powtórzył napoleoński manewr Hitler, nazywając to – też miał niezłych propagandzistów – „Operacja Barbarossa”. Skończył jak jego poprzednik, co niewiele nas pociesza, bo dla Polski skutki też były podobne.

Znaki Zodiaku w czerwcu:
Bliźnięta (♊) – do 20 czerwca (najweselszy i najpogodniejszy znak Zodiaku).
Rak (♋) – od 21 czerwca

Kwiaty czerwca :
róża (Rosa L.) – tu nie ma co wiele mówić, po prostu: królowa kwiatów.

Kamienie czerwca:
perła – co prawda to żaden kamień, tylko efekt mordęgi małża, ale w formie naturalnej błyskotka bardzo droga. Wymieniana jest – jako symbol wielkiej wartości – przez święte księgi hinduizmu, judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. W tradycji europejskiej perły uważano dawniej za łzy aniołów – przesąd, że jest to klejnot przynoszący łzy i troski pokutuje do dziś.

● aleksandryt – odmiana chryzoberylu, znana z tego, że zależnie od oświetlenia potrafi zmieniać kolor. Podobno znalazł go fiński geolog Nils Gustaf Nordenskiöld (1792-1866, ojciec znanego polarnika) po tym jak razem z całą Finlandią znalazł się pod panowaniem rosyjskich carów – nazwał więc kamień imieniem następcy tronu, przyszłego Aleksandra II Romanowa.
O carze tym mówi się jako o „demokratycznym reformatorze”, ale kiedy pomyślę, na co batiuszka Aleksandr Nikołajewicz zezwalał w Polsce po powstaniu styczniowym, to nawet sprzedaż Alaski Amerykanom nie jest w stanie sprawić, bym myślał o nim pozytywnie (jak zresztą o żadnym z Romanowów, ani o ich tzw. reformach).

● kamień księżycowy zwany też ortoklazem (którego jest odmianą) – starożytni wierzyli, że jest pochodzenia boskiego, bo wziął się z promieni księżyca.
Najcenniejsze ortoklazy można podobno znaleźć w Indiach i na Sri Lance, ale i my nie gorsi, bo występują też w okolicach Jeleniej Góry. Z czego wynika, że Ryszard Ochódzki wiedział, co czyni, gdy kamień z londyńskiego bruku podniesiony wręczył jako ten z Jeleniej Góry: chciał po prostu wcisnąć go Panu Janowi jako cenny okaz ortoklazu, zapominając, że nie o to chodziło.
Ciekawostką jest, że kamień księżycowy jest oficjalnym klejnotem stanu Floryda, co Florydianiom się wzięło po locie Apolla-11, który wystartował z Cape Canaveral i 20 lipca 1969 wylądował na Księżycu.

Napisałem, że z czerwcem bywa podobnie nieszczególnie jak z majem – „dlaczego” miało przyjść później, bo na początku miesiąca pisanie o tych wszystkich solstycjach, Kupałach, świętych księgach i Romanowych kapkę mnie (jak by powiedział Geograf) osłabiło.
Tak więc czerwiec, podobnie jak maj, jest miesiącem optymistycznym. Zero zdziwienia: oba przebiegają pod panowaniem najlepszego znaku Zodiaku, czyli Bliźniąt, więc – po prostu ten gwiazdozbiór rządzi i nie da się tego ukryć.

 

Śluby i wesela w czerwcu:
mogą być, ale wyłącznie na własne ryzyko.

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
szósty miesiąc roku to:

białoruskiчэрвень [czerwień]
bośniackijuni
bułgarskiюни [juni]
chorwackilipanj
czeskičerven
kaszubskiczerwińc
litewskibirželis
łatgalskivosorys
łużycki (dolny)smažki (też: smažnik, junij)
łużycki (górny)smažnik (też: junij)
łotewskijūnijs
macedońskiјуни [uni] albo житар [żytar]
prekmurskiivánšček (też: juniuš)
rosyjskiиюнь [ijuń]
serbskijун [jun]
słowackijún
słoweńskijunij (też: rožnik)
ukraińskiчервень [czerwień]
żmudzkibiržielis

 

Przysłowia związane
z czerwcem:

Czerwiec daje dni gorące,
kosa brzęczy już na łące.

Czerwiec gdy zagrzmi,
gdzie zorze zachodzą,
ryby się znacznie
i obficie zrodzą.

Czerwiec na maju
zwykle się wzoruje,
jego pluchy, pogody,
często naśladuje.

Czerwiec po deszczowym maju
często dżdżysty w naszym kraju.

Czerwiec – przerwiec, bo przerywa
gospodarkę aż do żniwa.

Czerwiec się czerwieni?
Będzie dość w kieszeni.

Czerwiec stały,
grudzień doskonały.

Czerwiec temu się zieleni,
kto do pracy się nie leni.

Gdy czerwiec chłodem i wodą szafuje,
to zwykle rok cały popsuje.

Grzmoty czerwca
rozweselają rolnikom serca.

Kiedy kwitnie w czerwcu bób,
to największy wtedy głód,
a kiedy mak,
to już nie tak.

Mokry czerwiec, chłodny maj
– wszystkim gburom prawy raj.

Od czerwca dużo zależy,
czy żniwa będą jak należy.

Pełnia czerwcowa – burza gotowa.

W czerwcu gorącego lata,
zdrowa więc bywa sałata,
wina jeśli być nie może,
piwo chłodne pij, niebożę.

W czerwcu grusze kwiat zrzucają,
czereśnie się zapalają.

W czerwcu pod czerwcem siedzi czerwiec.

W czerwcu się okaże,
co nam Bóg da w darze.

W czerwcu to się lęga,
ci się przedtym sprzęga.

 

Przysłowia na
św. Małgorzatę (10 VI):

Deszcz na św. Małgorzatę
jest orzechom na stratę.

Św. Małgorzata pierwsza żnarka.

W św. Małgorzatę skąd wiatr duje,
drogę po zboże toruje.

Ze św. Małgorzatą
zaczyna się lato.

 

Przysłowia na
św. Jana (24 VI):

Chrzest Jana
w deszczowej wodzie
trzyma zbiory na przeszkodzie.

Deszcz świętego Jana
obiecuje mokre żniwa.

Do świętego Jana
woła deszczu kania,
a po świętym Janie
chodzą po wodzie kanie.

Gdy bliżej święta Jana
gżegżółka zakuka,
nadzieja zbóż przedaży
pewnie nas oszuka.

Gdy Jan Chrzciciel skropi,
mokre będą kopy.

Gdy się deszcz w święto Jana
opuści obfity.
po nim w kilka dni,
wierz mi, bywa pozbyty.

Gdy się Jan Chrzciciel
w dżdżystej kąpie wodzie,
deszcze żniwom bywają
wtenczas na przeszkodzie.

Gdy się święty Jan rozczuli,
to go dopiero
Najświętsza Panna utuli.

Jak się Janek kąpie w wodzie,
żniwom deszcze na przeszkodzie.

Jak św. Jan się obwieści,
takich będzie dni trzydzieści.

Jana Chrzciciela
– już kwiecia wiela.

Jutro święty Janek,
puśćmy na wodę wianek.

Już Jan ochrzcił wszystkie wody,
odtąd wam nie będzie szkody.

Już świętego Jana,
ruszajmy do siana.

O św. Janie kwas w piwo,
robak w mięso,
diabeł w babę wstępuje.

Święty Jan
– jagód dzban.

Umilkł, jak kukułka na św. Jan.

 

Przysłowie na
sobótkę:

Gdzie sobótki zapalają,
tam grady nie przeszkadzają.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha