Henryk Jaskuła

Dziennik osobisty

z rejsu solo non stop dookoła świata 1979-1980 jachtem „Dar Przemyśla”

TOM IV (od 6 II do 19 V 1980)

TOM IV

(od 6 II do 19 V 1980)

 

 

Dzień 241, 6 II 80, środa

Wiatr poszedł nieco w prawo i zelżał, o północy postawiłem kliwer I (zrzuciłem KL III) i zdjąłem jeden ref z grota. Jacht skoczył do przodu 6 węzłów, potykając się trochę o znaczną jeszcze falę z prawego bajdewindu.

Rano, po ósmej, Słońce wyjrzało zza chmur, ocean rozjaśnił ultramaryną, jacht przechylony na lewą burtę pokonywał nierówności wielbłądzim galopem.

Gdy robiłem śniadanie, przyszła mi go głowy myśl o następnym rejsie solo non stop, w przeciwną stronę. Dzisiaj odpowiedź brzmi „tak” i chciałbym na zakończenie cyklu w „Życiu Przemyskim” napisać ostatni rozdział p. t. „Co dalej?”

Już wieczór odpowiedź jest „NIE”. Dzień ciężki, męczący. Silny wiatr z SE 6°B. W południe długie chwile spędziłem na pokładzie w Słońcu, z gołą głową. Teraz mnie boli, zażyłem dwie aspiryny. Najpierw założyłem drugi ref na grocie, potem postawiłem KL III, zrzuciłem KL I i na forsztagu nad KL I wpiętym, wpiąłem na dłuższym stropie KL II i postawiłem go. Idziemy szybko, ale duża fala z prawej burty czyni żeglugę denerwującą.

Kwadrans przed północą usłyszałem w koi mocne, głuche, z oddźwiękiem metalicznym uderzenie. Myślałem, że jakaś stalówka trzasła. Skontrolowałem wszystko. Czyżby fala tak uderzyła?

19.00. – Ø = 34°30’S. Trawers Buenos Aires, odległość 1475 mil.

 

 

Dzień 242, 7 II 80, czwartek

Spałem dobrze. Wiatr przez noc trzymał kierunek i zelżał. Do południa zaczął iść w prawo, z S na SSW i SW. Wymogło to inny układ żagli. 23-cia rocznica urodzin młodszej córki Oleńki.

Próbowałem zrobić potencjometr z drutu na bezpieczniki. Nie ma oporności, nic z tego nie wyszło. Ładuję na starym potencjometrze, z przełożonymi końcówkami. Są trudności, żarzy na styku, węgielek wypada przy regulacji.

Zajęcia nie pozwoliły mi ugotować ryżu na czas, toteż zrobiłem ziemniaki purée, ale bez mleka. Ohydne. Za to sałatka dunajska wspaniała. Wszystkie makarony, jakie jeszcze zostały, wyrzucam za burtę (nie było ich wiele, 4-5 paczek). Spleśniałe. Jadałem spleśniałe i nie miałem boleści żołądka, ale teraz pleśń jest gęstsza.

Po południu słaby fordewind, jacht z trudem trzyma kurs, wlecze się. Jest pochmurno. Jak mało jest dni w rejsie, o których by można powiedzieć, że fair żegluga. Aż trudno uwierzyć, jak ten jacht trafia do celu myszkując po oceanie jak pijany zając. Tak jest zawsze przy słabym wietrze pod samosterem.

 

 

Dzień 243, 8 II 80, piątek

Minęła spokojna noc, słaby wiatr, przebieg marny. Wiatr skręcił na NW, jacht rano szedł na E. Też dobrze, przy takiej szybkości żaden kurs nie jest zły, najważniejsze że jacht idzie sam. Zdjąłem spinakerbom z KL I i postawiłem grota.

Dzień piękny na 33°S, słoneczny, wiatr tylko 2°B. Michał udaje, że prowadzi jacht, tymczasem idzie on pełnym bajdewindem na SN (samosterowność naturalna). Chodzę po domu i po dworze rozebrany, już i grube dessous zaczynają ciążyć, więc i one poszły w odstawkę. Wyciągnąłem z mesy na pół zgniłe słomiane sombrero. Suszy się, może coś będzie z niego. Na pokładzie trzeba uważać na głowę i na czoło, czuć kłujące promienie Słońca.

Znów, jak codziennie, gdy jest Słońce, wywiesiłem do suszenia koszule i kufajki. Po południu zdejmuję je suche, rano znów są wilgotne. Tak można w nieskończoność.

Za 3 dni kończę 8 miesięcy rejsu non stop. Przez osiem miesięcy nie wychodziłem z domu, choć nie byłem chory. W południe usunąłem wszystko z kingstonu, reszta puszek z mlekiem (niektóre już puste) powędro­wała za burtę, parówki w puszkach umyłem i sztauowałem w szafkach przy kambuzie. Wszystkich, łącznie z kilkoma podejrzanymi o bombaż, jest 50. Nie starczy na śniadania, będę jadał 4 śniadania w tygodniu z parówkami, 3 z rybami.

Zrobiłem kąpiel, aż 3,5 kubka wody, ciepłej. Lekkie chmury pokrywają Słońce, nie ma upału, a jest ciepło, 23,5° na pokładzie (godz. 16.00), 26° pod dekiem. Chodzę na golasa po jachcie. Do szczęścia trzeba mi tylko dziewczyny i flaszki wina. Ale… dziś piątek, trudno, rezygnuję z dziewczyny i z wina…

W radio najlepiej odbiera się BBC, to i dobrze, mam sygnał, mam wiadomości, nam trochę muzyki. Radiem brazylijskim (Radio Globo São Paulo) jestem rozczarowany. Ten sam głupi sposób prowadzenia audycji co i w radio francuskim. Łączą się tylko z kobietami, po czym schematyczne pytania. Ilu ludzi ma w domu, ile dzieci, co sądzi o takiej czy innej sprawie.

Doprawdy o ile przyjemniej byłoby tu w towarzystwie dobrej, miłej, zaprzyjaźnionej załogi. Marzę o rejsie do Argentyny z załogą, z przyjaciółmi, bo wszyscy oni są mi przyjaciółmi. Ja się napatrzyłem do syta na oceany, chciałbym je pokazać innym.

Tymczasem ogarnia mnie smutek: do końca „Życia Chopina” tylko 69 stron, znów zbliża się rozstanie z kimś, do kogo człowiek przywiązał się na tych pustkowiach.

Wieczór usiadłem w zejściówce podziwiając spokojny i pogodny Atlantyk, szybkość 4 węzły zupełnie wystarczająca. Niebo wyglądało, jak gdyby Guliwer grubą miotłą niedbale pozamiatał je z chmur, tu i ówdzie pozostały rozwleczone ich strzępy.

Wczoraj ktoś inny staranniej pozamiatał niebo. Było czyste, usiane tysiącami gwiazd. W dole, w wodzie, głównie koło jachtu też rozbłyskiwały punkciki, jak gwiazdy na niebie. Był to plankton, świecące żyjątka wszechoceanu.

 

 

Dzień 244, 9 II 80, sobota

Drugi dzień ciepła i stroju zerowego.

Po południu wiatr skręcił na WSW, uciążliwy fordewind. Przestawiłem kliwra I na motyla na spinakerbomie.

Ogarnia mnie smutek, sam nie wiem dlaczego. Śnił mi się ojciec, matka i siostra. Odwiedziłem ich w naszym dawnym domu w Radziszowie. Z ojcem nie widziałem się od 1946 roku. Trzymał się dobrze, nie postarzał się. Przy powitaniu popłakaliśmy się. Byłem w Radziszowie samochodem, z kierowcą (widocznie służbowo), tłumaczyłem mu, że ta droga wychodzi spod Solvayu w Krakowie i łączy się z szosą zakopiańską w Głogoczowie. Okazało się, że oba te rozwidlenia znał. Nasz dom w Radziszowie był teraz trochę inny, wsadzony głębiej w ziemię, a nad ziemią wokół domu biegł pas oszklony, przez który jednak do mieszkań nie było widać. Obiad był gotowy, zamierzaliśmy siadać do stołu.

 

 

Dzień 245, 10 II 80, niedziela

Rano i dopołudnia nigdy nie ma smutku. Zaczynamy nowy dzień od polowania na Słońce. Na pokładzie znalazłem kalmara długości 15 cm (z wąsami). Jak się tam znalazł? Fala nie wchodziła na pokład.

W nocy wstawałem kilka razy, dwa razy Michał zrobił zwrot, a o 2.30 jacht szedł na NNW, gdyż wiatr skręcił na SSE. Zrobiłem zwrot, zdjąłem spinakerbom. Michał prowadzi jacht jak początkujący sternik, 45° w lewo, 45° w prawo od kursu. Wąż na takim kilwaterze połamałby sobie grzbiet. Czy nie można iść lepiej? Można: wyłączyć samoster i siąść samemu za sterem. Dziękuję, wróciłem do koi.

W południe wykonałem piękny zestaw łowczy na ryby 3 kg i wydałem za burtę. Po obiedzie zestaw ściągnąłem, nie byłem już głodny, a niepotrzebnie hamował jacht. Nie wiem, czy tu są ryby, od kilku dni nie ma ptaków. A kalmar?

Po długich targach jacht idzie prawidłowo. Z ostatnim rozdziałem „Życia Chopina” ulokowałem się na pokładzie w pustym jeszcze pontonie, który dzisiaj napompowałem. Umarł Chopin. Z trudem, mając oczy pełne łez, doczytałem do końca „Życie Chopina” Kazimierza Wierzyńskiego. Znów zostałem sam.

Po południu spod stołu nawigacyjnego wyciągnąłem parę książek: Albert Camus „Książka o mojej matce”, Paweł Jasienica „Myśli o dawnej Polsce”, Antoni Skąpski, Antoni Filipowski i Stanisław Krzyżanowski „Nadziei promienie – trzy pamiętniki”, Zaruski „Sonety morskie”. Chciałem przeczytać „Książkę o mojej matce”. Ale pierwsze w niej zdanie „Każdy człowiek jest samotny…” chwyciło mnie za gardło. To za wcześnie, tak zaraz po „Życiu Chopina”. Przerzuciłem „Sonety” i zacząłem czytać – choć już ją przeczytałem – Teresy Remiszewskiej „Z goryczy soli moja radość”.

– Teresy tu trzeba, ona by się cieszyła może bardziej niż ja tym rejsem… – westchnąłem.

A radio Deutsche Welle informuje po hiszpańsku, że „Dług Polski wobec Zachodu wynosi już 20 miliardów dolarów”.

 

 

Dzień 246, 11 II 80, poniedziałek

Spokojnie minęła noc, raz tylko przestawiłem samoster, gdy wiatr poszedł na ESE (o 22-giej). Noce coraz dłuższe, o 19-tej zapada zmrok. Rano zestaw łowczy poszedł za butę, ale do śniadania nie złapało się nic. Nie ma ptaków… należałoby z tego sądzić, że i nie ma ryb.

Nie rozumiem, jak to się dzieje: gdy idę – myślę – 035°, wychodzi, że szedłem 023°. Przecież prądy są w prawo, na wschód. No nic, do zamknięcia pętli wokół Ziemi około 90 mil. Gdyby tak szło, jak idzie, to jutro.

Dziś znów przeciąłem linię komunikacyjną Rio – CapeTown, to trzecia, a nawet czwarta na Południowym Atlantyku (licząc tę koło Hornu) i nie widziałem żadnego statku.

Po południu wiatr osłabł do 1-2°B, jak tak będzie dłużej, to jutro nie zamknę pętli. Chciałbym, żeby to było jutro tylko dlatego, że będzie równo 8 miesięcy od startu 12 czerwca.

Zastanawiałem się, czy nie zrzucić żagli i założyć nowy forsztag. No, jest dość późno, a zmrok zapada wcześnie.

 

 

Dzień 247, 12 II 80, wtorek

Flauta trwała do rana. Rano zabrałem się do robót przygotowania do wyjścia na maszt celem założenia nowego forsztagu. Dmuchała „jedynka” a jacht przechylał się głęboko na burty. Postanowiłem wyrzucić dryfkotwę z dziobu, miałem nadzieję, że utrzyma dziobem jacht na falę i zmniejszą się boczne przechyły.

Dryfkotwa trzymała się burty. Na silniku cofnąłem, aż dryfkotwa wybrała całą swoją linę (około 20 m). Owszem, otworzyła się i ustawiła niemal prostopadle do diametralnej, ale jacht ciągle tkwił burtą do nieznacznej fali. Wtedy przyszła ciemna chmura z mżawką, dmuchnęło ESE 3°B, wyciągnąłem dryfkotwę i postawiłem GR i KL I. Ruszyliśmy.

Nie na długo: przeszła mżawka, wiatr zdechł do zera. Zrzuciłem żagle i ponownie zabrałem się do przygoto­wań. Na fale grota podniosłem szot. Po chwili dmuchnęła „dwójka” z NE. Postawiłem żagle i idziemy kursem N. Człapiemy.

Teoria, że tam gdzie nie ma ptaków, nie ma ryb, jest niezgodna z prawdą. Na własne oczy widziałem, jak przed jachtem wyskoczyła ryba. A wczoraj delfiny co tu robiły? Przyszły tu, żeby pościć? Wydałem za burtę zestaw łowczy na ryby do 3 kg.

Wiatr złośliwie kręci w lewo, na NE, NNE, spychając mnie na NNW. Jakby wiedział, że na NNE mam najkrócej do przecięcia kursu z sierpnia i zamknięcia pętli – 56 mil.

Na śniadanie po raz trzeci pod rząd miałem szynkę. Gdy to jem, czuję ukłucie w sercu na myśl, że w kraju luzie stoją w kolejce za kawałkiem ochłapa, którego nie dostaną. Gierek rzekomo powiedział, że Polacy przez kilka lat będą musieli docisnąć pasa.

Na pokład aż strach wychodzić z gołą skórą, Słońce razi rozżarzonymi igłami. Nasmarowałem plecy i ramiona oliwą, mimo to czuję poparzenia, już od kilku dni.

Ponadto zły jestem na siebie, że tak się pieprzę z tym forsztagiem. Kiwa na boki? Przy najspokojniejszym oceanie jacht nigdy nie będzie stał nieruchomo, oddech oceanu przechyla jacht do 25°, a nawet 30°, na boki, i trzeba wychodzić na maszt, a nie rozczulać się. Asekuracja z prusika na szocie podwieszonym na fale grota powinna zapewnić bezpieczeństwo.

O 17-tej znów przyflauciło. Przygotowałem wszystko do wyjścia na maszt. O 18-tej wyszedłem na top. Mimo mocnych przechyłów na boki szło się nie najgorzej. Na topie dłuższą chwilę szamotałem się z zawleczką sworznia starego zacisku Norsemana (górny koniec urwanego forsztagu). Nie dałem rady jej wybić ani wyciągnąć. Czułem, że ręce zaczynają mieć dość, uznałem, że trzeba zejść i przygotować jakiś patent do wyciągnięcia tej nieszczęsnej zawleczki.

Gdy zszedłem i zdemontowałem linę na fale grota oraz forsztag na fale kliwra, zapadł zmrok. Równocześnie dmuchnęło lekko z czarnych i groźnych chmur NNE 2-3°B. Postawiłem KL I, po chwili grota, już po ciemku. Idziemy SN kursem 000°.

Wieczorem Spidola nie działa. Co się znów stało? (nie było styku na bateriach.

 

 

Dzień 248, 13 II 80, środa

Niewiele spałem, wiatr zmienny i kapryśny. Jacht szedł SN. O północy dmuchnęło. Dwa razy zrobił zwrot, stał w dryfie. O 3-ciej przerwał się strop kliwra, na zgięciu. Bez zrzucania żagla – lekko poluzowałem na fale – założyłem nowy.

Tak mało brakuje do zamknięcia pętli wokół świata, a i dziś do kulminacji nie zamknąłem jej, brakło 35 mil. Miałem nadzieję wczoraj, że ją zamknę równo po 8 miesiącach, ale te 90 mil trzeba wałkować dwie doby, abym broń Boże nie pobił jakiegoś rekordu.

O 16-tej idąc kursem N, do zamknięcia pętli 23 mile. W cieniu żagla położyłem się z Teresą.

Doprawdy, ja bym nie podołał tylu awariom, ile ta dziewczyna miała na „Komodorze”.

BBC: Olimpic International Committee decided unanimously: the Olympiad 1980 will took place in Moscow. Lord Killanin: „The Committee can’t solve international problems, the powers must do it themselves. ” Bez komentarza, bo szkoda nerwów.

Godz. 22.00. (GMT 24.00). – Zamknięto pętlę na pozycji: Ø = 27°50’S, λ = 24°20’W.

W tym punkcie jacht był 25. VIII. 1979 o godz. 05.00 GMT. Pętlę wokół świata zamknięto w czasie 173 dni (4147 godzin).

 

 

Dzień 249, 14 II 80, czwartek

Jacht szedł całą noc SN (samosterowność naturalna) i to kursem dobrym oraz niezłą szybkością. Rano po pierwszym wertykale widzę, że przecięliśmy zeszłoroczną linię kursu, czyli pętla wokół świata zamknięta. Po obliczeniu pozycji w kulminacji okazało się, że pętla została zamknięta wczoraj o 22-giej czasu strefowego, czyli 24.00 GMT, po 173 dniach.

Na przechyle dostrzegam duże kolonie skorupiaków na linii wodnej na prawej burcie. Zdrapałem je łopatką z plexi na wiośle. Przy tej okazji odkryłem stado rybek płynące pod jachtem. Prawdopodobnie podgryzały jachtowe kaczenice. Na mały haczyk na parówkę za parę minut złowiłem jedną długości 23 cm. Okazało się, że to ryba pilot. Atlas powiada, że towarzyszą rekinom, żywią się odpadami z ich żeru (a nie ich ekskrementami, jak pisze Knox Johnston). Usmażyłem ją i zjadłem na obiad z ryżem i sałatą z papryki.

Po południu złowiłem dalsze dwie na ich własne mięso. Po oprawieniu zasoliłem je do jutra. Oprawiając jedną, znalazłem w jej przewodzie pokarmowym całego maleńkiego kalmara i mikroskopijną rybeczkę 4-milimetrową.

Radio VOA: The death of President Tito is imminent. Umiera kolejny Bóg komunizmu.

 

 

Dzień 250, 15 II 80, piątek

Jacht w nocy szedł SN, bez kłopotów. Kurs i szybkość dobra. Rano mocno bolał prawy bark. Czy to reumatyzm? Wydałem za burtę dwa haczyki. Linia na pierwszym wertykale, potem druga. Jest pozycja. Podgrzałem wczorajszą rybę, nie zepsuła się Czytam dalej Teresę. Podziwiam ją za ten ciągły klar na jachcie, za ten czysty kambuz. Nie to co u mnie… Mało kto lubi czystość tak, jak ja, ale też mało komu tak trudno ją utrzymać, jak mnie. Trudno, tego nie zmienię już w sobie.

Golenie. Klar lewego pasażu przy hundkoi, żeby się dostać do akumulatorów. Odkryłem drugi karton (12 słoików) sałaty z zielonej papryki. Noc czysta, gwiazdy jak brylanty. Wiatr słaby. Michał kilka razy zrobił zwrot. Wyłączyłem go, jacht przeszedł na SN.

Są wiadomości BBC z Polski: „70 years old Jaroszewicz has been dropped from the Politburo. Has also resigned as prime minister” – 70-letni Jaroszewicz został usunięty z Politbiura. Również zrezygnował z funkcji premiera. O, kurcze! No, no!

I jeszcze jedna: „The Eighth Polish Communist Party Congress ended today”– dziś zakończył się ósmy zjazd Polskiej Partii Komunistycznej.

 

 

Dzień 251, 16 II 80, sobota

Z utęsknieniem czekam na flautę, żeby wyjść na maszt i założyć forsztag. O 16-tej przyflauciło, zrzuciłem grota, podniosłem na fale grota linę do autoasekuracji. Zrzuciłem kliwra i wtedy za dwie minuty pojawił się wiatr, który szybko urósł do 5°B. Dziś na maszt już nie wyjdę. Postawiłem zaraz kliwra, a gdy szkwał przeszedł, grota.

Przed południem przeszły dwa szkwały, trzeba było sterować ręcznie. Do wszystkich akumulatorów dolałem wody destylowanej, z dziobowego wyprowadziłem istniejący obwód do gniazdka w nawigacyjnej na 12 V (do Rygi), z rufowego sprawdziłem obwód do żarówki przy kompasie wewnętrznym. Świeci. Skończyłem czytać Teresę. Dzielna!

Mimo gorąca otworzyłem puszkę golonki, dokończę ją jutro na śniadanie i obiad. Przejadłem się. Rybek pod jachtem dziś ani wczoraj nie było widać. Czy odeszły?

BBC: Babiuch prime minister. Cie choroba! Total eclipse of the Sun. Ale gdzie?

Przed 23-cią, gdy wstałem, by zerknąć na świat, 6 rumbów z lewej dostrzegłem światło statku, rozstawione topowe + zielone. Szedł kursem NE-ENE i po pół godzinie przeciął mój kurs w odległości ok. 1 mili. Najpierw włączyłem top, choć sytuacji kolizyjnej nie było. Następnie wywołałem go („all vessels”) na kanale 16. Nie odpowiadał. Więc kluczem nadałem topowym sygnał K9 („pragnę nawiązać z wami łączność radiotelefonem na kanale 16”). Nadawałem wiele razy. Nie odpowiadał. Już pokazywał rufowe. Znów wywoływałem przez UKF, bez skutku. Poszedł. Ciekawe co za statek, tu nie ma żadnej linii komunikacyjnej.

Jest to pierwszy statek zaoczony na Atlantyku, w 34 dniu żeglugi od Hornu.

 

 

Dzień 252, 17 II 80, niedziela

Spałem źle. Gdy już zasypiałem postanowiłem jeszcze raz zobaczyć na zewnątrz. To mnie wybiło ze snu. Rano dosypiałem po pierwszym wertykale.

Niebo czyste, Słońce leje żar z góry. Ochlapałem się w basenie. Michała wyłączyłem, przy słabym wietrze prowadził jacht krętą linią od brzegów Afryki po brzegi Ameryki i z powrotem. Jacht w bajdewindzie idzie SN. Na nadbudówce założyłem tent (tę płachtę z cienkiego dakronu, którą Stocznia zrobiła jako łapacz deszczówki).

Golonka w garnku na pokładzie nie tylko, że nie zepsuła się, ale podpieczona promieniami Słońca pachniała jak wędzona.

Przerzuciłem wszystkie mapy w poszukiwaniu Routeing Chart North Atlantic, March. Okazuje się, że na Północny Atlantyk mam Routeing Chart na wszystkie miesiące, za wyjątkiem marca. Och, planowanie. Przy okazji sklarowałem mapy na kanał La Manche, Morze Północne, Cieśniny Duńskie i Bałtyk.

Po ósmej rano jacht przekroczył Zwrotnik Koziorożca, jesteśmy więc w tropikach. A gdzie przysługujący przydział wina? Jeszcze jedno kółeczko wiatrów zmiennych i złapiemy pasat SE. Przejście przez równik przesunąłem na 28°W (z 26°30”). Dobrze, że dzisiaj nie flauci, nie miałbym sił, żeby wychodzić na maszt.

Zacząłem czytać „Nadziei promienie

W nocy śniło mi się, że po powrocie amputowano mi prawą rękę, aż po pachę, na skutek bolejącego barku. Zastanawiałem się, ile dostanę odszkodowania od Warty; za trwałe kalectwo przysługuje 200.000 zł. Żałowałem, że to prawa ręka i że będę się musiał nauczyć robić wszystko lewą.

 

 

Dzień 253, 18 II 80, poniedziałek

W nocy przed zaśnięciem długo siedziałem w zejściówce podziwiając świat. Niebo pełne gwiazd, które czyniły jasną bezksiężycową noc. W koi bardo bolało prawe ramię, jak nigdy, a prowadzony palec od barku wzdłuż żyły do nadgarstka macał linię bólu. Czy to zapalenie żyły, czy nerwu?

Wczoraj po południu i w nocy wiatr zmienny co do siły zmuszał do kilkakrotnego wyłączenia samosteru. Gdy w nocy zrobił trzy zwroty, wyłączyłem go ostatecznie o 1.30. Rano o 5.30 dmuchała czwórka, włączyłem samoster i szedł pięknie cały dzień.

Dzień pracowity. Wymyłem kingston, rozebrałem dwa pojemniki w mesie myjąc starannie burtę i całe to miejsce. Za burtę poszły dwa worki herbatników San, do których od góry dostała się woda. Na deskach pojemników było setki larw muszek. Sklarowałem również i wymyłem kambuz. Muszki wykończą się z braku pożywienia.

Codziennie muszę coś robić z listy. Jacht idzie pięknie, przebieg dobowy 92 mile wyprowadził w pobliże granicy wiatrów zmiennych. Za 2-3 dni spodziewam się złapać pasat SE. Dzień słoneczny, upał nie przytłacza choć w południe pociłem się przy pracy. Z utęsknieniem wyglądam statku. Bardzo bym chciał przesłać wieści Gdyni Radio.

Ze względu na upał obiadu nie gotowałem. Na obiad zjadłem puszkę makreli z sucharami plus herbata i nie przejedzony czuję się doskonale.

Patrząc na Routeing Chart widzę, że nie łapię pasatu SE, który dmucha znacznie na wschód od mojej trasy, dopiero na szerokości około 10°S wysuwa się bardziej na zachód. Niemniej jednak mam przed sobą obszary o wiatrach z sektora ENE-ESE, również dobre jak pasat. Dzisiejszy wiatr ENE wygląda mi na ten, którego oczekuję.

W nocy śnił mi się prezydent Carter. Mimo że rejs trwał, w jego ostatnim etapie atlantyckim znalazłem się na lądzie, w Stanach Zjednoczonych. Spotkałem się z Carterem, który szedł do Białego Domu (dom ten wyglądał inaczej) i rozmawialiśmy o rejsie. Powiedział, że da mi swoją wypowiedź na temat żeglarstwa dla umieszczenia jej w mojej książce, którą napiszę. Rzeczywiście, po chwili znów spotkaliśmy się i dał mi arkusz papieru pisany ręcznie. Pytał, czy przeczytam jego pismo; po angielsku czytałem z trudem. Wobec tego – powiedział – da mi to przepisane na maszynie. Przy trzecim spotkaniu dał mi.

Cieszyłem się, że poznałem Cartera, wobec czego znam już obu prezydentów. Okazało się, że z Breżniewem się znałem (o ile Breżniewa można nazwać prezydentem).

 

 

Dzień 254,19 II 80, wtorek

Niestety, nie był to trade wind. Nie spałem przez niego całą noc. Skręcił na ESE. Przestawiłem samoster, wyluzowałem żagle. Wtedy wiatr odkręcił na NE. Z powrotem żagle i samoster na pozycję poprzednią.

Niedługo się tak szło. Po pierwszej z chmury spadł szkwał 8°B. Myślałem, że przetrzymam na żaglach. Jacht wyłożył się mocno, grot telepał na wolnym liku. Musiałem go zrzucić. Przy zrzucaniu spadł deszcz. Byłem w samej koszuli, zmokła.

Po godzinie wiatr zmalał do zera, zrzuciłem kliwra I. Zaraz zerwał się wiatr, najpierw łagodny, szybko tężejąc do 6°B. Nie stawiałem nic, wiatr po chwili zdechł. Jacht mocno kiwał się na martwej fali kłapiąc bezanem. Zrzuciłem i bezana. Wyłączyłem samoster i podniosłem fletner, żeby się nie tłukł. Było po trzeciej. Poszedłem do koi.

Zbudziłem się o piątej, dmuchała „trójka” z NE. Postawiłem żagle, wiatr stabilny. Spałem do 9-tej, lecz nie wyspałem się. W południe znalazłem na pokładzie przy maszcie dość dużego kalmara, dług. 23 cm. Usmażyłem go. Zwija się w trąbkę, trzeba było pociąć go w pasy. Wydaje się, że lepszy byłby ugotowany, miększy. Smażony, choć dobry i smaczny, był nieco za twardy. Zjadłem go z szynką podsmażaną (śniadanie).

Znów problem z potencjometrem. I ten drugi, zapasowy, przepalony również z drugiego końca. Przekon­stru­owałem go, zrobiłem zacisk z dwóch deseczek, dociskających przewód na wyjściu, tuż za przepaleniem. Działa, lecz styk węgielka ze spiralą rozgrzewa się i żarzy.

Obiadu znów nie gotuję. Wieczorem zjadłem pół konserwy turystycznej, sałatka dunajska, suchary.

 

 

Dzień 255, 20 II 80, środa

Zdaje się, że tu jest regułą, by noce nie były spokojne. Najpierw szkwał, trzeba zrzucać grota, a po postawieniu go po przejściu szkwału, flauta. Po północy dmuchnęła dwójka, ruszyłem na SN. O 5-tej włączyłem samoster, wyłączając go i włączają kilkakrotnie. Znów jestem niewyspany, zmęczony po nocy.

Przez dzień wiatr stały i dobry, czyżby to już był pasat SE? Na mapie świata wyrysowałem trasę do dziś. Pod wieczór zaczęły się szkwały. Pierwszy o 18.30 przetrzymałem na żaglach.

 

 

Dzień 256, 21 II 80, czwartek

Szkwał o 2.30 zmusił mnie do zrzucenia grota, którego postawiłem 45 minut później. Resztę nocnych szkwałów przetrzymałem na żaglach.

Żegluga jest szybsza, dziś 115 mil, wczoraj 103. Od dzisiaj składam się lekko na West, tak aby łukiem dojść do równika i przeciąć go między 28°W a 30°W. Tam pas ciszy równikowej jest najwęższy.

Po południu miałem bardzo dziwną awarię, która, gdyby się zdarzyła w nocy i przy silnym i wzrastającym wietrze, sprawiłaby mi wiele kłopotu, jako nierozpoznana. Przywiał szkwał, postanowiłem zrzucić grota i założyć mu choć jeden ref. Grot opadł 2-3 metry i dalej ani rusz. Tam, na górze, topenanta była omotana jakimś dziwnym sznurkiem z górnym pełzaczem. Odpiąłem topenantę na noku bomu, po założeniu na tym jej końcu długiej linki (kontrtopenanty). Grota opuściłem razem z topenantą. Skąd się ten juzing tam wziął? Jego długość 1 m, ф 3 mm. O tej średnicy na jachcie nie ma juzingów. Topenanta było owinięta wielo­krotnie tym juzingiem, którego końce wplątały się i omotały górny pełzacz. Sklarowałem to wszystko. Grota postawiłem na 1 refie. Jacht półwiatrem ciągnie 6 węzłów.

Istnienie tego juzingu i oplątanie topenanty z pełzaczem, tak, aby nie można było zrzucić grota, pozostaje nierozwiązaną tajemnicą.

Zmieniłem czas na GMT –1. Od wczoraj jestem w tej strefie czasowej, lecz składając się łukiem w lewo, a potem, za równikiem, pod wpływem pasatu NE zejdę aż pod granicę strefy GMT –3, będę się trzymał czasu GMT –1.

Dzień nieco pochmurny, dzięki czemu upał nie dokucza. Ten stary grot jest już tak wybrzuszony, bez kieszeni na listwy, na ostrych kursach łopocze tym bezlistewnym wolnym likiem, chciałem go donieść do Hornu, a potem zamienić na nowy. Przedłużyłem mu służbę do równika. W pasacie NE będzie pracował nowy grot.

W południe przeciąłem linię Recife – Cape Town. Żadnego statku nie dostrzegłem.

 

 

Dzień 257, 22 II 80, piątek

Minęła szkwalista noc, od 21-szej do 1-szej odnotowałem w „Dzienniku” 6 szkwałów. Z grotem na jednym refie jacht brał je z marszu. Byłem potwornie śpiący, waliłem się z nóg, z braku snu czułem jakby mdłości – a zasnąć nie mogłem. Zasnąłem nad ranem, jestem niewyspany.

Fala dość duża jak na tutejsze zwyczaje, gdy stałem przy kambuzie podniosło jacht, pośliznąłem się i upadłem łokciem do czajnika na kuchence. Na szczęście woda była jeszcze chłodna, inaczej poparzyłbym się. Z trudem zjadłem puszkę makreli z sucharami, gdy jestem niewyspany nie mam apetytu. Lecz jacht idzie żwawo.

W nocy obliczałem kiedy zawinę do Gdyni. Może by przyjąć 10 maja? Wówczas zostałoby jeszcze 79 dni, a to jest naprawdę mało w porównaniu z 256 minionymi. Czyżby rejs dobiegał końca? Kiedyż wreszcie prześlę jakieś wieści do kraju, od pięciu miesięcy nic o mnie nie wiedzą.

Koło północy, gdy w czasie jednego ze szkwałów stałem pod bezanmasztem w podartych w kroku dresach, ogarnął mnie strach, że mogę się nabawić zapalenia jąder (przypomniałem sobie tamtych dwóch w szpitalu). Z czego to się bierze? Może z zawiania, zimna? To już wiele razy powinienem to mieć. Ktoś bożny mówił, że z grzesznych myśli. Hmm… też bym to miał, a nie mam.

W ślad za strachliwą myślą poczułem strzyknięcia. Zaczyna się! Na wszelki wypadek zażyłem dwie aspiryny, chociaż aspiryna to nie antybiotyk. Gdy rozluźniłem się w koi, urojone strachy przeszły i śmiałem się z siebie.

Po południu woda stała się miększa, jakby oleista, jacht sunął cicho a szybko, piana odkosu w milczeniu układała się w białą skibę, tylko co parę chwil spod burty wydobywało się coś jak sapnięcie, westchnienie zdrożonego jachtu w starciu z większa falą. Siedziałem w fotelu patrząc na zachodzące Słońce na trawersie, z „Nadziei promieniami” na kolanach.

Gdy wrócę… Strzeżcie panowie swoich żon! Pilnujcie chłopaki swoich dziewczyn! Wydaje mi się, że jak Attyla przelecę burzą przez osłupiały kraj, od Bałtyku po Karpaty.

Choć dmucha East, to przecież składowa pasatu SE. Na tym wietrze dojdę do równika.

 

 

Dzień 258, 23 II 80, sobota

Nie narzekałbym na bezsenne godziny nocne, gdyby nie to, że mi się potwornie chce spać, a zasnąć nie mogę. Dzień za to minął szybko, jak każdy dzień. Pochmurny, na deku chłodno w samej własnej skórce, choć Słońce aż 2°49’ od zenitu.

Przepisałem do końca dla PZŻ i Wojewody „Horarium Rejsu”, wczoraj pozycje w południe od początku rejsu. Zabrałem się do naprawy lewej lampy pozycyjnej, która ma wyrwany cały dół, z cokołem. Doszed­łem do wniosku, że najlepiej będzie ten dół zdjąć z lampy silnikowej na maszcie, której nie używam.

Muszę wyraźnie ograniczyć jedzenie, choć trochę zmniejszyłem dania obiadowe, ciągle jest za dużo i nie czuję się dobrze po obiedzie.

 

Lewa strona.

Napisałem wiersz o rejsie (na melodię „Maszerują strzelcy, maszerują”):

 

„Dar Przemyśla” płynie przez ocean,
białe żagle nikną pośród fal
od miesięcy pustka dookoła,
tylko wschody Słońca mierzą dal.

Atlantyk, Atlantyk, Atlantyk,
za kręgiem twych wód ciągle krąg,
daleko, daleko do Polski wciąż jest;
gdzie kres naszej drogi, gdzie dom.

Za rufą pozostał Cape Agulhas,
za trawersem również Leeuwin Cape,
Ocean Indyjski zimą, wiosną,
ocean burzliwy i dziki,
od krańca do krańca przeszliśmy go wzdłuż,
od zimy Południowej Afryki.

Od Tasmanii ciągnął się Pacyfik
aż po zimne wody Passage Drake;
wzdłuż granicy lodów jacht żeglował
po linii wyjących „pięćdziesiąt” S.

Pacyfik, Pacyfik, Pacyfik,
największy, potężny, wspaniały,
 kusiłeś urokiem tysiąca swych wysp,
lecz szliśmy uparcie, samotni.

Tam na krańcach świata, gdzie ścierają
fale dwóch oceanów siłę swą,
trzynastego stycznia ukazał się
nieprzejednany Przylądek Horn.

Horn gniewny, Horn dumny, Horn piękny,
pod Krzyżem Południa na straży,
Ty czuwasz nad grobem poległych,
i liczysz zwycięskich żeglarzy.

 

 

Dzień 259, 24 II 80, niedziela

Była 4-ta, jeszcze nie spałem. Była 9-ta, wolałem wstać niż kontynuować nieprzyjemny sen, jakieś komplikacje z jachtem. Wieczorem długo siedziałem w zejściówce, podziwiając świat, połówka Księżyca zręcznie żeglowała wśród chmur.

Na pokład wpadła latająca mikro-ryba, długości 45 mm, a wokół jachtu widzę pojedyncze latające ryby. Dostrzegłem również „żeglarza portugalskiego”.

Wielokrotnie zażywałem kąpieli w swoim basenie. Trzeba było przejść na pełniejszy kurs, zrzuciłem KL I, szybkość znacznie zmalała. Podwiesiłem pod salingiem sygnał K9 („Pragnę nawiązać z wami łączność na UKF kanał 16”) Flagi uległy poplamieniu, do worka plastikowego pod stołem nawigacyjnym dostała się woda. Trzeba będzie kupić nowe.

W nocy rosnący półksiężyc z czystego nieba jaskrawo oświetlał ocean, gwiazdy jak złote ćwieki wbite w granatowy firmament.

 

 

Dzień 260, 25 II 80, poniedziałek

W nocy trudno było zasnąć ze względu na głębokie kołysanie na boki. Zrobiłem sobie legowisko w poprzek na pace silnika, potem na podłodze. Też nie zasnąłem. Wróciłem do koi i spałem.

Alarmujący jest ból w barkach, głównie w prawym, rozchodzący się aż do dłoni. Bolą również nogi, dotkliwie bolało lewe kolano. To nie z przepracowania, niewiele robię ostatnio. Czy to reumatyzm? Po trapie wychodzę kulejąc. Jak wyjdę na maszt? Spróbowałem ze dwa szczeble. Dziwne to, wychodząc na maszt, gdy trzeba się mocno wyciągać – szczeble są mocno oddalone od siebie – nic nie boli.

Rano, mimo że uznałem się za wyspanego, wstałem rozbity, zmęczony.

W kulminacji Słońce niemal w zenicie, odległość zenitalna 14,5’. Jeszcze po północnej stronie. Z początku myślałem, że pójdzie w prawo, za bezana, na S, co by znaczyło, że jeśli go prześcigniemy, będzie Ø mniejsze od δ (nasza szerokość mniejsza od deklinacji Słońca). Lecz poszło na N, na dziób. Wodząc sekstantem po horyzoncie, na dużym łuku Słońce było styczne z horyzontem. Przejście przez pierwszy wertykał E miało miejsce 1 h 14 min przed kulminacją.

Po południu zachmurzyło się i przeszedł szkwał z mżawką. Postawiłem KL III z zamiarem zrzucenia grota, lecz szot szedł źle, od wewnątrz jednej wanty, a na sklarowanie tego niedbalstwa nie było czasu, Szkwał przeszedł i zrzucenie grota nie było potrzebne.

Pod żaglem na dziobie znalazłem latającą rybę. Nie wiem kiedy wpadła, nie śmierdziała. Usmażyłem ją i zjadłem. Potem, wyciągając zestaw łowczy, wyciągnąłem przyklejoną do puszki-depresora małą czarną rybkę. Umieściłem ją w pudełku plastikowym z wodą, pływała rozpaczliwie z drgającymi płetwami, tuż przy głowie. Nie znalazłem jej w Atlasie. Choć nie była to złota rybka, darowałem jej życie i wrzuciłem do morza.

Dziwna wczorajsza awaria przedniego akumulatora – napięcie na woltomierzu siadało, gdy włączyło się oświetlenie wnętrza. Może gdzieś zwarcie?

 

 

Dzień 261, 26 II 80, wtorek

Minęła niespokojna noc. Gdy sen po północy rozmywał świadomość, wiatr zaczął swoje nocne harce, kręcenie, twist. Lało. Od niepamiętnych czasów ubrałem się w sztormiak. Podwiesiłem wiadro pod grotem. Pełne wiadro przeniosłem pod dek i z pomocą rurki przelałem deszczówkę do kanistra – dziurawego. Straciłem całą nałapaną wodę.

Wiatr słabł, postawiłem jacht w dryf i poszedłem spać. Skoro świt, dość późno, ustawiłem go na kursie, dmuchało 4 z E. Dzień bezchmurny, pierwszego wertykału dziś nie będzie, Słońce mamy już na południu, δ jest większe od Ø (deklinacja od szerokości).

Wiatr słaby, rozkołys duży, kurs pełny, szybkość mała, przechyły dokuczliwe.

Temp. wody zaburtowej 28°C.

Moje marzenia są syte, marzę więc o rejsie non stop Bs. As. Teresy. O moim w przeciwną stronę nie zawsze chce mi się marzyć. Siedząc w basenie pomyślałem, że kliwer na motyla na spinakerbomie pracowałby przy tym kursie. Ale po co go stawiać? Po co się śpieszyć? Tyle mojej przyjemności co tu, w tropikach. Od dzisiejszej pozycji do równika (przy λ = 29°W) jest 600 mil. Według założeń, mam tam być 4 marca, za 7 dni.

Podejrzewając, że dolegliwości mięśniowe mogą występować na skutek braku witamin, od dziś zwięk­szam ich zażywanie: 1 x C, 1 x multiwitaminę, 1 x visolvit.

Ryż gotowałem dawniej na 3 dni, teraz gotuję porcję na 2 dni. Lecz porcja, na drugi dzień, budzi zastrze­żenia. Przez jakiś czas nie będę gotował na zapas.

BBC donosi: Tito won’t survive more than a few days (po amputacji nogi, serce, nerki, zapalenie płuc)

 

 

Dzień 262, 27 II 80, środa

Było jeszcze ciemno, mozolnie i uparcie łapałem sekstantem jakiś bliżej niesprecyzowany punkt na horyzoncie, punkt wschodu Słońca? Po każdej takiej czynności pełen wątpliwości tłumaczyłem sobie, że to jest niezgodne z praktyką, że tak już nie należy określać pozycji, lecz po chwili zapominałem o dobrych radach i od nowa wychodziłem z sekstantem do zejściówki w ciemną noc.

Gdy myśli stały się bardziej przejrzyste i skoordynowane uznałem, że takie bzdurne czynności mogłem wykonywać tylko we śnie, co znaczyło, że spałem, skoro śniłem. Uznałem się więc za wyspanego i ochoczo wyskoczyłem z koi.

Ponadto śnili mi się X-owie, na Alicję miałem smak, szkoda że nawet we śnie zachowuję się przyzwoicie, mogłem się był bez konsekwencji targnąć na nią.

Zerknąłem na świat, na swoje gospodarstwo, kompas niezmiennie trzymał kurs, Atlantyk pogodny, nieliczne białe grzywacze określały stan morza 3. Powiedziałem wszystkim dzień dobry i wyszedłem na pokład po rybę na śniadanie.

Jak nigdy, pokład zasypany był latającymi rybami, wszędzie znajdowałem je. W pierwszym rzucie uzbie­rałem 17, potem znalazłem jeszcze 3. Niestety, były to przeważnie mikro-rybki, a pozostałe mini-ryby. Tylko jedna, przy dobrych chęciach, nadawała się na patelnię. Był z niej tylko jeden skromny kęs. Na śniadanie miałem więc parówki, a pod jedną parówką moja rybka. Kąpiąc się w swoim basenie na dziobie znalazłem jeszcze jedną, 21-szą latającą mini-rybkę.

Wieczór, aż do północy, kiedy się zachmurzyło, identyfikowałem gwiazdy, odświeżałem znane. Wieczór „gołębiec” siadł na koszu rufowym, gdzie przesiedział noc, po starannym wyczesaniu się dziobem (latał cicho jak nietoperz).

 

 

Dzień 263, 28 II 80, czwartek

Spałem dość dobrze. Śniło mi się, a potem rozmyślałem nad tym – i znów mi się śniło, że aplikuję sobie zastrzyk antybiotyku, aby uśmierzyć ból w mięśniach.

Rano polało, wykąpałem się pod deszczem, ale spłukać się z mydła musiałem już w wodzie morskiej. Ryby piloty (70 cm) wytrwale idą koło jachtu. Próbowałem złowić, haczyk wbił się w burtę jachtu, na śniadanie miałem więc szynkę.

Po południu sklarowałem haczyk i założyłem rybkę latającą na przynętę. Ta większa chwyciła, poczułem napięcie żyłki, usłyszałem chrobot i ryba odgryzła trzyramienny haczyk, przegryzając stalową przeponę. Dobre ząbki ma, nie ma co! Założyłem grubszą przeponę, ale już nie brały. Na obiad zjadłem więc puszkę makreli.

Radio France International: Le Marechal Tito est dans le coma d’hier. (Od wczoraj Tito jest w agonii)

Ulewny deszcz po południu, ponownie wykąpałem się. Pofalowane morze z przyduszonymi falami przez deszcz wyglądało jak ośnieżone pofałdowane pole w czasie zamieci śnieżnej.

Po deszczu założyłem rynnę na bom grota (!). W południe przeciąłem kolejną linię komunikacyjną Curaçao from Luanda (ósma już na Atlantyku), żadnego statku nie widziałem.

 

 

Dzień 264, 29 II 80, piątek

Zdawało mi się, że spałem dość dobrze, ale rano byłem słaby jak mało kiedy. Wróciłem na chwilę do koi, zdrzemnąłem się.

Moje dwie ryby idą z jachtem. Na przeponie z grubej stalowej linki (ф 1 mm) podwiesiłem błyszcz z kotwiczką. Zarzuciłem, chwyciła za pierwszym rzutem, pociągnąłem, poczułem silny opór – i nic. Myślałem, że się zerwała, tymczasem odgryzła jedno z trzech ramion kotwiczki. A niech ją licho! Nie chciałbym się z nią spotkać w wodzie. Następne rzuty nie brały.

Po południu uruchomiłem magnetofon, zasilając go wprost z akumulatora i pierwsze co przesłuchałem to kasetę Teresy i Jurka, wigilijnie sylwestrową. Potem wyciągnąłem swoje taśmy i oto mam piękną muzykę w kabinie.

W nocy zabawa z gwiazdami. Na końcu, półtorej godziny po północy, zidentyfikowałem Antares. Gdy przypatrzyłem się na nią przez lornetę, przypomniał mi się mój statek kosmiczny w zeszłym roku w drodze na południe: mienił się czerwonym, zielonym i białym, obawiałem się, że to UFO. To Antares.

 

 

Dzień 265, 1 III 80, sobota

Noc nie przespana, bezsenność. Wiatr słabnie, jacht idzie coraz wolniej. Michał zrobił parę zwrotów. Nad ranem wiatr skręcił na ENE, przestawiłem samoster o dwa otwory.

Gdy się zbudziłem o 9-tej, dmuchał z powrotem ESE, 3°B.

Wymyśliłem nowy wariant w naszych rejsach. W rejsach łańcuchowych w kilka jachtów, jeden z nich – „Dar Przemyśla” – pozostaje przez cały okres – zima – w tropikach na Atlantyku. Załogi, bądź to wychodząc z Las Palmas, bądź to w drodze na Karaiby, zmieniają się; ta na „Darze Przemyśla”, po dostarczeniu zaopatrzenia, pozostaje na jachcie w rejsie po tropikach aż do następnej wymiany, po około trzech tygodniach. Ja na „Darze” pozostaję na stałe.

Zniosło mnie bardziej na zachód niż chciałem. Choć do nieoświetlonych skał Penedos de São Pedro e São Paulo jeszcze daleko (330 mil), już mi one wyraźnie zawadzają i muszę je mieć ciągle na uwadze. A pod wieczór wiatr począł kręcić, przeszedł deszcz spod ciężkich chmur, nałapałem do pełna do reszty kanistrów (razem 50 litrów). Wydawało mi się, że wiatr ustalił się na WbN, postawiłem KL I. Za chwilę oczywiście wiatr zdechł, a jego reszta nie mogła się zdecydować co do kierunku. KL I w dół.

Po południu w pocie czoła dodrapałem się w forpiku do naftowych lamp pozycyjnych, Czerwona i zielona były pod podłogą. Musiałem wszystko odwalić, żeby móc podnieść podłogi. Pod podłogami mleko w puszkach, oczywiście zepsute, częściowo puszki puste. Smród i bagno. Wyrzuciłem za burtę kilkadziesiąt puszek.

Klaru forpiku nie skończyłem. Kotwicę przeniosłem do kingstonu, kule i reflektory radarowe, składane, odłożyłem na bok. Będzie to potrzebne przy wejściu na wody europejskie.

Trzy ryby kręcą się koło jachtu, po południu wszystkie trzy zobaczyłem razem.

 

 

Dzień 266, 2 III 80, niedziela

Od wczoraj wiatr począł słabnąć. To zrzucałem, to stawiałem KL I. Wreszcie o 21-ej zrzuciłem kliwra, stanąłem w dryfie i poszedłem spać. O 2.30 dmuchnęło, postawiłem KL I. Gdy szedłem do leżącego pod masztem kliwra, zerwał się „gołębiec”, który tam spędzał noc, na dziobie, w żaglach.

Niedługo trwała moja radość, po pół godzinie ledwo dmuchało 2° z ENE. Wyłączyłem samoster. O 9-tej i ten wiatr zdechł. Dryf, spanie do 10-tej.

O 10-tej KL I w górę, z początku ciągnął Michał, lecz gdy wiatr osłabł poniżej 3°, wyłączyłem go i sterowałem ręcznie. Jedna tylko istnieje przyczyna, dla której zależy mi, żeby iść. Wczoraj miałem 197 mil do równika, w założeniach mam równik przewidziany na 4 marca. Byłoby pięknie, gdyby idealnie trafić w termin.

Wystarczy, że sobie o tym pomyślałem, wiatr zaczyna grymasić. Za to deszcze chodzą obfite. W nocy padało dalej, a wszystkie kanistry były pełne. Przelałem je do zbiornika moknąc dokładnie: 70 litrów. Dziś nałapałem i wlałem dalsze 100 litrów. A deszcz co chwila popaduje napełniając kanistry.

Zdaję sobie sprawę, że będę musiał przesterować ręcznie cały niemal odcinek aż po pasat NE. Dziś z trudem zjadłem śniadanie, Michał przerzucał fletner po wyostrzeniu, ale po odpadnięciu było mu już za mało wiatru, by obrócić fletner. Przywiązałem więc do dolnego zewnętrznego rogu statecznika linkę, którą poprowadziłem do zejściówki. Gdy jacht odpadł wystarczająco (kliwer zaczynał szarpać za szot), pociągałem linkę, statecznik obracał fletner i rumpel przechodził na drugą stronę, ostrząc.

Pomyślałem sobie, że idealny samoster to – zamiast statecznika – poprzeczka przymocowana do głowicy fletnera, na jej końcach dwie linki, a za każdą z nich trzymałby z drugiej strony ukryty gdzieś Murzyn. Trzeci Murzyn, na deku, dawałby komendy tamtym dwom, do pociągania za linkę.

Robię wszystko, aby nie trafić w Penedos de São Pedro e São Paulo, wszystkie natomiast siły, wiatry i prądy, kierują jacht precyzyjnie na te nieoświetlone skały. Przebieg dobowy marny, tylko 35 mil, ale na WNW. Stąd kurs jest N i na 28°W przeciąłbym równik. Wiatr, gdy dmuchnie, trzyma się natomiast ćwiartki NE-NNE, spychając mnie w lewo, na skały.

Do licha! Ale gdybym celował na nie i chciał na nie trafić, byłyby trudności z wiatrem, akurat tam nie pozwalałby iść.

 

 

Dzień 267, 3 III 80, poniedziałek

Próg. Znów próg na drodze. Cały rejs to nie kończąca seria progów. Od śniadania sterowałem ręcznie do czwartej rano. Chwilami jacht szedł SN. Do trzeciej nad ranem siedziałem w kokpicie oglądając gwiazdy i czerwono-zielono mrugającego Arkturusa. To on jest tym UFO z zeszłego roku, nie Antares.

W pewnej chwili, o 23.30, usłyszałem strzał artyleryjski, głośny, suchy, dość bliski. Noc bardzo jasna, Księżyc w pełni. W kręgu horyzontu pusto.

O 3-ciej przyszła ciężka chmura, spodziewałem się szkwału, zrzuciłem grota. Chmura przyniosła tylko obfity deszcz. Sterowałem spod deku. O 4-tej wiatr był bardzo słaby, deszcz zmienił się w mżawkę, padałem ze snu. Zrzuciłem KL I i poszedłem spać, po wypompowaniu 155 pomp z zęzy.

Po deszczu wiatr zamarł całkiem. Od 9 do 11 szyłem grota. Flauta trwała. Myślałem o wyjściu na maszt dla założenia forsztagu, ale rozkołys był bardzo duży, dużo większy niż rozkołys w sztilu.

Jest pochmurno, chwilami mży. Wody mam wystarczającą ilość, wlałem do zbiorników 200 litrów. Po 2,5 l/dobę starczy mi na 62 dni.

Po południu zabrałem się do konstrukcji potencjometru elektrolitycznego. Gdy miałem wszystko gotowe, wyszedłem na zewnątrz. Wiatr zamarł do zera, rozkołys normalny. Przygotowałem wszystko do wyjścia na maszt. Dochodziła 17-ta. Powędrowałem na maszt z odpowiednimi narzędziami. Tam wyciągnąłem zawleczkę, zdjąłem stary zacisk Norsemana (schowałem go do tylnej kieszeni). Lecz gdy chciałem założyć końcówkę nowego forsztagu, okazało się, że nie wchodzi w widełki. Założyłem ją prowizorycznie od zewnątrz widełek, a szkoda, że tak zrobiłem. Po zejściu zmierzyłem suwmiarką starą końcówkę i tę na drugim końcu nowego forsztagu. Były jednakowe, po 14 mm. Natomiast tamta na górze – a taka sama jest na dole na przednim forsztagu – ma 17 mm.

O Bożę! O Boże!! O Boże!!! Któż mógł wiedzieć, że końcówki nie są jednakowe? Dlaczego, wreszcie, mając pół na pół szanse trafić na właściwą końcówkę, trafiłem na niewłaściwą?

Zastanawiałem się, czy wejść natychmiast ponownie na maszt, aby przynajmniej odpiąć założony forsztag. Ręce były zmęczone, wiatr zaczął dmuchać, rozkołys wzrósł. Rozkołys już wzrastał, gdy jeszcze byłem na maszcie.

Forsztag wpiąłem w jego ściągacz, żeby się nie majdał. Tylko zawadza, jako że do zwrotów sztaksla na przednim forsztagu trzeba przenosić. Ale przy następnej flaucie skończę wreszcie z tym nieszczęsnym forsztagiem.

Teraz, po sklarowaniu tej operacji, postawiłem grot i KL I, ruszyliśmy pod „trójką” z ESE. Michał został poproszony o współpracę. Źle mu było przekręcać fletner po odpadnięciu, jako że tu wiatr pozorny jest słabszy niż przy przeciwnym zwrotnięciu fletnerem, po wyostrzeniu. Cienki sznureczek przywiązany do dolnego zewnętrznego rogu statecznika idzie prostopadle do jego płaszczyzny, na rufę przechodzi przez bloczek i tu obciążam go kilkoma ciężarkami (karabinki – 5 szt.), co stanowi ten wstępny naciąg wyrównujący słabszy po tej stronie wiatr pozorny. To tylko przy „trójce”, przy silniejszych wiatrach statecznik ma dostateczną siłę. Samoster jest teraz czuły na wiatr 2°B. Nazwałem ten układ „wspomaganiem różnicowym”. Samoster teraz działa przy wietrze 2°B.

Przed wychodzeniem na top – gdy jeszcze o tym nie myślałem – wychodziłem pod saling zdjąć lampę silnikową, którą użyję do naprawy lewej lampy pozycyjnej. Teraz, wieczór, byłbym szczęśliwy, gdyby ten forsztag był założony jak należy. Trudno, tak widocznie musi być. To co trudne, to czego nie lubię, muszę robić wielokrotnie. A teraz będzie więcej roboty tam na górze, bo trzeba odpiąć, zdjąć i opuścić jeden koniec, założyć i zapiąć drugi.

Pochmurno, noc czarna, Księżyca jeszcze nie ma. Pompując zęzę w kokpicie dostrzegłem na prawym bajdewindzie biały okręt wojenny, bez świateł, ukazał się jak zjawa, burty i nadbudówki doskonale widoczne, jakby obdarzone własną poświatą na tle czarnego horyzontu. Gdy brałem lornetę, serce zabiło mi mocniej. Okazało się, że to rozdarcie czarnych chmur na horyzoncie, w kształcie okrętu wojennego, przez który prześwieca Księżyc, jeszcze pod horyzontem.

 

 

Dzień 268, 4 III 80, wtorek

Ne spałem całą noc, nawet gdy jacht szedł SN. Trzy gołąbce spędziły noc na pokładzie, jeden na nadbudówce – mogłem go złapać ręką, z dołu – drugi na koszu rufowym, gdzie siadł trzeci. Ten drugi napadał na trzeciego i zmusił go do zejścia na pokład rufowy, aby z góry, w powietrzu nad nim skrzeczeć rozłoszczony. Ich mowa podobna jest do skrzeczenia wrony.

O szóstej przyszedł silniejszy wiatr 5°B z NNE, gołąbce opuściły jacht. Kurs parszywy, na NW. Spałem jeszcze godzinę, do 9-tej. Wiatr osłabł, aż w południe, wiejąc słabiutko z N, zdechł. W „Dzienniku” zapisałem: „KL I w dół (wiatr 0°B zmienny i przeciwny)”

Mimo że w nocy szedłem na NNE, kurs wypadkowy średniodobowy wypadł 326,5° (jest to kurs na skały). Od południa jacht w dryfie. W oddali latają gołąbce. W słodkiej wodzie w pontonie, gdzie uzbierało się trochę deszczówki, wykąpałem się i wymyłem. Szykuję się do wyjścia na maszt, czekam, aż rozkołys trochę zmaleje.

20.30. – Niestety rozkołys nie zmalał, pobudzany słabiutkim wiatrem. Zabrałem się więc do agregatu. Najpierw kłopoty z pompą paliwa. Nie podawała. Rozebrałem ją, zalałem olejem (po jakie licho?). Przyczyna była inna: trójnik plastikowy pod pompą był przygnieciony rakietami.

Przy uruchamianiu agregatu znów manetka była w pozycji „stop”, przez co namęczyłem się kręcąc korbą niepotrzebnie. Po uruchomieniu potencjometru elektrolitycznego pracował zadowalająco, ładując 20 amperami.

Agregat chodził godzinę, po czym zmienił ton. Szyłem grota na deku, gdy doszedłem do niego nienormal­nie trząsł się i chciał stanąć. Potencjometr nie miał z tym nic wspólnego, bo gdy go wyłączy­łem, nic to nie zmie­niło. Zatrzymałem agregat, inaczej sam by stanął. Przypuszczam, że to olej w paliwie jest tego przyczyną.

Po uruchomieniu agregatu o 18.15 chodził normalnie, równocześnie zobaczyłem statek, tankowiec. Szedł pusty kursem E, przeszedł w odległości ok. 1,5 mili. Gdyby nie terkot agregatu, może bym próbował połączyć się z nim.

Muszę zwrócić uwagę na ten potencjometr elektrolityczny. Jest to najbardziej fachowa ze wszystkich moich konstrukcji rejsowych, dziwne jest tylko, że jako zawodowy elektryk, byłem bezradny nie posiadając drutu oporowego, a nie przyszło mi do głowy, że woda morska, choć nie jest drutem, jest przewodnikiem posiadającym dużą oporność. Blaszaną puszkę po biskwitach podłączyłem jednym przewodem do agregatu, drugi przewód agregatu do luźnego metalu (była to stara szekla). Puszkę napełniłem do 2/3 wodą morską. Przy agregacie na chodzie, zanurzając szeklę w puszce, płynął prąd ładowania. Im głębiej szekla, tym większy prąd. Przewód podłączony do szekli owinąłem kilka razy wokół ołówka, który został położony w poprzek na puszce. Kręcąc nim można było zanurzać stopniowo szeklę i ustalić prąd ładowania z dokładnością do ampera. Gdy amperomierz wskazał 20 A, układ pracował godzinami, bez zająknień. W czasie ładowania w puszcze zachodziła elektroliza, po kilku godzinach woda wyglądała jak brudna zupa. Wylewało się ją, a do następnego ładowania nabierało się świeżej. Woda bałtycka, choć o dużo mniejszym zasoleniu, posiadała wystarczającą oporność dla funkcjonowania potencjometru.

Bardzo rozbolało mnie lewe kolano. Z trudem chodzę. Tak jeszcze nigdy nie bolało. Kończę się i ja. Dmucha 0-0,5°. Do równika 112 mil. Według założeń dziś wypadł równik. Trzeba uwzględnić, że w założeniach start był ustalony na 3 czerwca, a nastąpił 12-go.

 

 

Dzień 269, 5 III 80, środa

Agregat zepsuł mi humor, zamiast się rozkoszować futurystyczną i nowatorską konstrukcją potencjometru elektrolitycznego, jakiego nie posiada i nigdy nie posiadał żaden jacht w świecie. Przenosząc się myślami w inny świat, poszedłem spać. Spałem długo i dobrze, do 8-mej rano. Ostatnia czynność wieczorem to wypompowanie zęzy o 22-giej, wtedy zrzuciłem KL I, jako że flauta czyniła żeglugę iluzoryczną. Wtedy dostrzegłem światła statku. Najpierw myślałem, że to gwiazda. Przeszedł kursem E w odległości ok. 1,5 mili.

Śniła mi się rodzina Zagałów. Wojtek indagował mnie, kiedy jest mi dobrze u nich.

Odpowiedziałem, że jest mi dobrze zarówno, gdy jest cisza, jak i hałas. Potem śniła mi się dziewczyna, a była mi bardzo przychylna i miła. Z twarzy podobna do Krystyny Cz. z „Karaki”. Najdłuższy sen był bolesny. Jako żołnierz, z drugim żołnierzem uciekaliśmy przed Niemcami, którzy nas osaczyli w jakiejś miejscowości i tropili. Udało mi się wymknąć i wpaść do lasu, szukając w dalszym ciągu schronienia.

Rano zastałem pogodny dzień, „jedynka” z NE, miałem wrażenie, że to niedziela. Pod jachtem ryby jak konie, to te moje duże piloty. Z obrzydzeniem odwracają się od haka, widzę to wyraźnie, woda jest przezroczysta.

Zamierzałem wyjść na maszt, mimo bowiem wiaterku rozkołys jest normalny. Lecz gdy zobaczyłem, że wiatr jest z NE i pozwoli iść na N, a gdy przy tym dotkliwie zabolało mnie kolano, postawiłem KL I i ruszyliśmy SN. Szybkość 1 w, kurs na Penedos de São Pedro e São Paulo. Innego się nie da trzymać.

Noga w kolanie boli bardzo, przy każdym zgięciu, przy schodzeniu czy wchodzeniu trapem. Nie wiem jak i czym to leczyć. Będę zażywał przez parę dni po 3 aspiryny Bayer dziennie. Radio La Voz de Estados Unidos: „13 ambasadorów pośród zakładników w ambasadzie Dominikany w Bogocie, w rękach partyzantów marksistowskich, którzy żądają uwolnienia 311 więźniów politycznych i 50 milionów dolarów”.

 

 

Dzień 270, 6 III 80, czwartek. Równik

Noc przespana, wiatr – dmuchający od wczorajszego popołudnia pachnie wyraźnie pasatem NE – pozwolił iść pod samosterem. Przebieg dobowy wyniósł 101 mil. Tuż przed kulminacją, o 12.45 (GMT 13.45) przecięliśmy równik na długości 28°03’W. Czyli tak jak chciałem, a chciałem na 28°W. Po kulminacji wiatr NNE spycha nas na Penedos. Wyłączyłem samoster, żeby iść ostrzej. Od Równika do kanału La Manche – 4040 mil po rucie.

Szkwalistość zmusiła mnie do zrzucenia grota. Wykąpałem się w deszczu, który skończył się nagle, gdy miałem namydloną twarz i czy. Coś jeszcze ściekało z żagli, dla spłukania mydła z oczu. Tuż przed południem na kursie zobaczyłem statek, szedł kursem SW, przeszedł po mojej lewej w odległości 1 mili. Nazwy nie dałem rady odczytać. Żółto-pomarańczowy komin z czerwoną gwiazdą. Wołałem przez UKF, nie byli na nasłuchu.

Jachtowi złożyłem gratulacje za jego drugie przejście równika. Jeżeli to jest pasat NE, to od 1 marca do 5 marca włącznie – 4 dni – był pas ciszy równikowej, przesunięty na południe, gdyż w tym miejscu i w tym miesiącu normalnie ciągnie się od równika do 1° N. Zobaczymy.

Pod wieczór ogarnia mnie jakiś smętek. Coś się skończyło, coś się znów skończyło. Południowy Atlantyk pozostał za rufą. Słońce za rufą, ciepło za rufą. Codziennie będzie chłodniej. Za etapem Północnego Atlantyku – ostatni oceaniczny – Europa. Radość powrotu, a potem znów samotność wśród ludzi, znów tęsknota za samotnością na oceanach. Każdy człowiek jest samotny. Uczucia żyjące w sercu utkną na progu ust, cofną się spod powiek i pozostaną w sercu. Nikt nie zliczy nieujawnionych uczuć zabranych do grobu, bądź dlatego, że ktoś nie umiał ich wypowiedzieć, bądź też dlatego, że umiał je przemilczeć.

Tak jak kończy się każdy rejs, tak kończy się każde życie. I w życiu, i w rejsach bywały burze i sztormy, pasaty i sztile, świeciły gwiazdy i wisiały chmury.

Baltica idzie zadumana, wiatr słabnie, gwiazdy ukazują się na niebie. W kokpicie siedzi zadumany człowiek. Słucha szumu fali pod burtą. Jego życie też wkroczyło w ostatni etap; Słońce życia za rufą.

 

 

Dzień 271, 7 III 80, piątek

Noc zleciała spokojnie, choć czujnie. Wiatr osłabł do 2°B, dwa razy Michał z robił zwrot – tak za jednym jak i za drugim razem zbudziłem się, gdy jacht stał w dryfie i nie wiem jak długo. Wyłączyłem go, włączając ster wewnętrzny. Wiatr pozwalał iść kursem zbliżonym do N, zatem Penedos zostały w bezpiecznej odległości.

Noc jasna, Księżyc na ¾ oświetlał ocean. Dzień wstał apatyczny, wiatry słabe i zmienne co do siły, co zmusza do częstej korekty steru.

Po południu zmontowałem i założyłem lampy pozycyjne. Czerwoną, która miała wydarty cały dół wraz z cokołem, uzupełniłem dołem i cokołem lampy silnikowej zdjętej z masztu, której nie używałem. Lampa zielona, od której na skutek korozji odpadł przewód zasilający, miała kompletnie skorodowane elementy metalowe cokołu, co uniemożliwiało podłączenie przewodu. Cokół dałem z lampy kotwicznej.

Wyczyściłem i naoliwiłem rakietnicę.

BBC: „Tankowiec złamany na pół w ciężkim sztormie in the English Channel”.

 

 

Dzień 272, 8 III 80, sobota

Nęka mnie niedobry wiatr N – NNW, spychając mocniej na W niż to przyjęte. Przez całą noc jacht szedł na SN, lecz na skutek zmiany siły wiatru trzeba było korygować kurs (raz ustawił się na WSW). Dowiaduję się z niemal pełnego kanistra pod masztem, że w nocy dobrze lało.

Grot bez listew łopocze przy ostrym wietrze, toteż w południe założyłem mu jeden ref.

Wiatr NNW-NbW 4°B. Przebieg w południe ładny, 116 mil, kurs nie za bardzo.

Po południu ostrzygłem się do skóry, to już ostatnie strzyżenie. Do dwóch miesięcy wyrosną ładne, krótkie włosy, nierówności i schodki zatrą się. Również ogoliłem się.

Dzień pochmurny, barometr spadł, wiatr silny. Skończyłem klar w forpiku, za burtę poszła stamtąd ostatnia partia mleka, około 30 puszek, niektóre puste.

W nocy przez 4,5 godziny świeciłem top, aż do Księżyca. Wiatr słabł, jacht odpadał, więc przesuwałem zaczep samosteru o jedno ogniwo łańcuszka. Samoster był wyłączony, ale pracował tylko na jedną stronę (nie mógł odpaść).

 

 

Dzień 273, 9 III 80, niedziela

Dzień wstał spokojny, wiatr umiarkowany, raczej słaby. Chmury pochłaniają promienie Słońca, odsłaniając je tyle, ile potrzeba do zrobienia linii. Nie jest gorąco.

Po 3-dniowej kuracji, aspiryny dziś nie zażywam. Kolano dalej bolące, może nieco mniej.

Tylko czas wyleczy je, albo ziemia wyciągnie chorobę. Ale to dopiero po powrocie.

W ostatnich dwóch dniach przeciąłem trzy ważne linie komunikacyjne. Bardzo liczyłem na te linie, zwłaszcza na dwie pierwsze. Są to linie, po których chodzą również polskie statki. Liczyłem nawet na polski statek. Niestety, nie spotkałem żadnego.

Ciągle mi się wydaje, że mam bardzo dużo rzeczy do zrobienia i tym większe ogarnia mnie lenistwo. Wszelako zabrałem się do opracowania tablic pływów dla Dover, na kwiecień b. r. Posiadając „Tablice Pływów” 1978 i 1979 wyprowadziłem pływy dla kwietnia. Ale czy to będzie zgodne z rzeczywistością, nie mam gwarancji, toteż mogę się nimi posługiwać dla zabawy.

Po południu zrobiło się całkiem szaro. Wiatr poszedł na NNE i wzrósł do 4°B. Uruchomiłem samoster. Smutek wkrada się do serca. Czym się zająć, aby go nie dopuścić? Samoster kradnie co najmniej 10% myszkując obficie. Nie mogę sobie na to pozwolić, wyłączyłem go, raczej zasprzęgliłem go na takim ogniwie, że nie może odpaść.

Skończyłem czytać „Nadziei promienie…”, zacząłem „Myśli o dawnej Polsce” Jasienicy.

W nocy śniło mi się, że zmarł Tito. Potem, już rano, śniło mi się, że słuchając wiadomości nie było nic o Ticie, toteż uznałem w tym śnie, że tamto było snem.

 

 

Dzień 274, 10 III 80, poniedziałek

W nocy nie świeciłem topowego. Jestem poza rutami, nastawiałem budzik na co 1,5 godziny aż do ukazania się Księżyca o 3-ciej. Był już dość wysoko, za chmurami, sierp, maleje. Sypiam dobrze. Nad ranem na prześcieradło naciągnąłem jeszcze koc. Gdy wstałem w nocy poczułem ostre kłucie w lewym kolanie. Rano to się nie powtórzyło. Dzień wstał pochmurny, chłodnawy (22,5°C), na pokład wyszedłem w koszuli i dresach. Jacht mocno przechylony na lewą burtę, szybkość 5 w. Zastanawiałem się, czy nie niosę za dużo żagla (KL I, GR(1), B), przez chwilę trawił mnie lęk przed awarią. Nie, nie mam się co oszczędzać, jacht musi wytrzymać do kraju, do niczego nie prowadzi zwalnianie, pieszczenie się. Jednak w południe założyłem drugi ref na grocie. Za duże salta wykonywał.

W linach w kokpicie odkryłem latającą rybę, była sucha, ale nie zepsuta. Może w nocy wpadła? Usmażyłem ją i zjadłem. Pod wieczór zrzuciłem KL I i postawiłem KL II. Szybkość 5 węzłów. Na co mi więcej, nie jestem w regatach. Jacht idzie dużo spokojniej, choć czasem wpadnie w dół.

Wieczór za rufą zobaczyłem światło statku, które po 20 minutach zniknęło.

 

 

Dzień 275, 11 III 80, wtorek

W nocy do 1-szej nastawiałem budzik, potem zapaliłem top do 7-mej. Spałem. O 9-tej, gdy wychodziłem na dek z sekstantem, będą na trapie, potężna fala wpadła mi na plecy (byłem w koszuli). Na deku dwie latający ryby (śniadanie)

Ocean jest wzburzony ponad miarę, jak na pasat. Jacht wykonuje karkołomne skoki i ewolucje, trudno ustać, nawet trzymając się, a już naprawdę niebezpiecznie jest stać w kambuzie – w stroju Adama – pod wrzątkiem na herbatę i skwierczącym tłuszczem do smażenia ryb.

W południe wiatr zelżał do 4°B NNE, do służby wszedł fok 11 m², postawiony na sztagu, szot przez kipę na szynie wewnętrznej prowadzony między takielunkiem a masztem. Ładnie foczek wygląda wybrany na ostry kurs. Oj, będzie on częściej używany na kursach ostrych.

 

 

Dzień 276, 12 III 80, środa

Metodą przestawiania budzika dotrwałem do 2.30 po północy, kiedy to zaświeciłem top i ułożyłem się na dobre do spania. Przechył był tak duży, że nie sposób było spać, leżąc na sztormdesce. Nie jest to rozwiązanie idealne, będę próbował układać złożone koce wzdłuż, aby nieco wyrównać poziom materaca.

Rano znów dobra piątka z NNE, jacht pędził jak dziki, czasem z trzaskiem wpadał głucho w próżnię po fali. Zrzuciłem KL II, a na jego miejsce postawiłem na przednim forsztagu KL III. Żegluga na wiatr nie jest spokojna, ocean bieli się od grzywaczy. Za silny jest ten pasat. Musiałem nieco odpaść, dając Michałowi pełną swobodę operowania rumplem.

Naprawiłem światło punktowe przy stole nawigacyjnym. Następnie naprawiłem światło na kompasie w kokpicie. Przewody (oba) były oderwane korozją od żaróweczek, ponadto w tych przewodach też nie było prądu. Przylutowałem nowe przewody, które podłączyłem do gniazdka na kolumnie steru. Zasilanie do niego jest przez wyłącznik „kompas” na tablicy.

Dałem tylko jedną żaróweczkę, drugą myślę użyć do kompasu wewnętrznego. Przy grzaniu lutownicy często gasł palnik. Zamierzałem zastąpić go nowym. Nie mam pojęcia, gdzie mam palniki zapasowe. Szukałem w różnych miejscach… aż wreszcie…

CUD: w szafce w mesie znalazłem dwie butelki „Polish Gin” od Teresy i Jurka. Nic o nich nie wiedziałem. Palniki też znalazłem. Uczta!

 

 

Dzień 277, 13 III 80, czwartek

Boli głowa. Wczoraj wytrąbiłem niemal całą butelkę, gdy już wpadłem w głęboki nałóg abstynencji. Wiatr osłabł, po kulminacji zmieniłem KL III na KL I. Dzień mija leniwie. Po południu dostrzegłem brak na pokładzie statecznika samosteru, nadłamanego na Pacyfiku. Przekopując kiedyś kokpit wydobyłem go, gdyż zawadzał, a fala nie chodziła po pokładzie.

Ostatni sprawny palnik w kuchence – duży – zaczyna niedomagać, często gaśnie prychając.

Wieczór dostrzegłem POLARIS (Gwiazdę Polarną), 10° nad horyzontem. Przedtem Merah Dubbe wskazywała mi ją.

 

 

Dzień 278, 14 III 80, piątek

Na śniadanie dwie latające ryby. Przedtem zamieniłem KL I na KL II. Przebieg ładny: 127 mil. Po południu i wieczór ładowanie akumulatorów. Potencjometr elektrolityczny pracuje doskonale. Zacząłem majstrować koło składanych reflektorów radarowych, najpierw trzeba naprawić morsowski.

Złe wiadomości. Radio France: Pod Warszawą eksploduje 100 m nad ziemią samolot pasażerski Nowy Jork – War­szawa. Na pokładzie drużyna amatorska pięściarzy amerykańskich, która miała się spotkać z pięścia­rzami polskimi.

Głos Ameryki: Polski odrzutowiec – zginęli wszyscy, tj. 87 osób, w tym 22 osoby ekipy bokserskiej.

Radio VOA: Polish airliner crashed today 4 km from the Warsaw airport. No survivors.

A mnie się przypomina Anna Jantar: „Tylko mnie poproś do tańca, w którym się życie zatrzyma…”

 

 

Dzień 279, 15 III 80, sobota

Do drugiej wstawałem na budzik, ostatnio zasypiałem. Lecz gdy o drugiej włączyłem top i nastawiłem budzik na 6-tą, nie mogłem zasnąć. O szóstej budzika nie słyszałem, zbudziłem się 45 minut później i wyłączyłem top.

Dzień wstał sino-pochmurny, trochę mży. Temp. 19,5°. W stroju zerowym nie sposób chodzić po pokładzie, a i wewnątrz trzeba się ubierać. I to na 15°N! Cóż to za tropiki? Że zima na półkuli północnej? Ale Słońce ma tylko 2° deklinacji S. Za kilka dni będzie wiosna.

15.00. – Czy aby nie tonę? Czasem mi się wydaje, że przepompowuję Atlantyk. Dziś już 500 pomp wypompowałem z zęzy. Żegluga nieprzyjemna, jachtem ciska, często z hukiem wpada jacht jakby na piach.

Czy ten ból w lewym kolanie – to nie łąkotka? Gdyby mi się chociaż śniło, że jechałem na nartach…

Po wielu wahaniach zrzuciłem KL II. Pod F i B to prawie dryf. Ale co można zrobić? Rozbić jacht? A tak sobie marzyłem wczoraj, że dzisiaj pod wieczór napiję się „Polish Gin”. Wiatr mocny, 7°, potem 6°B. O 19-tej postawiłem KL II. Jacht pędzi 6 w. Przed północą dostawiłem GR(2).

 

 

Dzień 280, 16 III 80, niedziela

Serdeczne życzenia urodzinowe składam Zońce! Wszystkiego najlepszego! Many happy returns of the Day!

W nocy chodziły szkwały, też po piątej, ubrałem się na sztormowo, żeby zrzucić grota, ale szkwał przeszedł. Na rufie latająca ryba. Po jednej dziennie?

W czasie ostatniej doby przeciąłem ważną linię New York – Cape Town. Żadnego statku nie dostrzegłem.

Historyczna lektura już mnie nudzi. Zostawiłem „Myśli o dawnej Polsce”, zabrałem się do przerwanej przed rejsem książki „Rozmowy z katem” Kazimierza Moczarskiego.

 

 

Dzień 281, 17 III 80, poniedziałek

Noc minęła niezbyt spokojnie, czyżby to był początek końca pasatu NE? (NNE?). Najpierw przydmuchało 6°B, jachtem tłukło, zwaliłem grota (2) o 22.15. Przy tej okazji znalazłem rybę latającą w linach w kokpicie.

Grota postawiłem ponownie o 0.15. O 5-tej wiatr zamarł niemal do zera, gdy się zbudziłem jacht stał w dryfie po zwrocie. Po pół godzinie wiatr wrócił, włączyłem z powrotem samoster i wróciłem do koi.

Dzień wstał pogodny, słoneczny, wiatr słaby. Radośnie postawiłem KL I, lecz po 0,5 godzinie przydmuchało 6°B, musiałem go zrzucić, aby go postawić po dalszej 0,5 godzinie, gdy wiatr znów osłabł do 2-3°B. Przy zrzucaniu kliwer zmęczył mnie jak nigdy… Słaby jestem, nic już nie mogę robić na siłę.

Wiatr osłabł, postawiłem KL I. Niedługo jechaliśmy fair, wiatr wzrósł do szóstki, szybko musiałem go zrzucić. Po kulminacji postawiłem KL II. Dmuchało 5°B. Ładnie zaczął pracować, ale wiatr momentalnie zamarł do 2-3, a potem do 0-1.

Tego było już za wiele.

– Kielicha! – ryknąłem, a ryk mój jeszcze dzisiaj, po raz ostatni, może się doczekać realizacji.

– Za pasat, który minął. Sto lat, Jurek! Zdrowia, Teresa!

Po dwugodzinnej ciszy dmuchnęło o 16-tej z ENE od razu czwórką.

Śnił mi się Jurek Damsz. Jak po każdej libacji, mieliśmy kończyć dyskusję po francusku, pamiętałem dosko­nale to zakończenie:

Et pour finir notre soirée, parlons en français! – powiedziałem do Jurka. – Et chantons la Marseillaise!

Ale co się zabierałem do „Marsylianki”, wychodziło mi „Chevaliers de la table ronde”. Z wysiłku, żeby sobie przypomnieć melodię „Marsylianki”, zbudziłem się.

 

 

Dzień 282, 18 III 80, wtorek

Noc była niespokojna. Wiatr niezbyt silny, 3°B, na którym jacht pod KL I, F, GR1 i B szedł ładnie, co chwila zakłócony szkwałami z licznych chmur. Szkwały nie były silne, do 5°B, ale o 4.30 silniejszy zmusił mnie do zrzucenia grota na 20 minut. Wiatr po tym szkwale skręcił na ENE, przestawiłem samoster o jeden otwór i wyluzowałem żagle, aby po chwili wrócić do stanu poprzedniego. Wiatr najpierw NE, rano NNE.

W nocy bardziej niż zwykle bolał prawy bark. Gdy się zbudziłem o 9.30, jacht stał w dryfie po zwrocie. Wiatr nierówny, od 2 do 5°B.

Kiedy bombaż i jaki bombaż w konserwie jest niebezpieczny? Puszka parówek miała lekki bombaż i tylko z jednej strony. Zjadłem, nic mi nie jest. Gdy nie śmierdzi, bombaż jest fair.

Śliczny dzień. Pięknie tu jest. Chciałoby się tu wybudować sztuczną wyspę, zastanawiam się nad techniczną stroną. Byłaby to wyspa o większej średnicy niż głębokość oceanu w tym miejscu. Zakotwiczona.

Wreszcie mam ciekawe zajęcie: projektuję sztuczną wyspę! Ale kto by to ewentualnie zrealizował? Do PZŻ nie mam się co z tym zwracać, niechętnie słuchają tam o moich rejsach, cóż dopiero o wyspie. Minister­stwo Żeglugi nie odpowiedziało w ogóle na mój projekt radiostacji przekaźnikowych na jachtach, w łańcu­chu 2 lub 3 jachtów, pokrywających cały północny Atlantyk. Tylko Wojewoda przemyski może się tym projek­tem zainteresować i wykonać go z nadwyżek budżetowych. Kesony żelbetowe, z których będzie się składać wyspa, wyprodukuje się w przemyskim Elbudzie (kesony 300 x 50 m, h = 30 m).

 

 

Dzień 283, 19 III 80, środa

Pasat skończył się zdecydowanie na około Ø = 22°N. Do 3-ciej rano ciągnęliśmy z trudem, gdy dmuchnęło z jakiejś chmurki podłączyłem Michała. Wiatr słabł, Michał robił zwroty, wstawałem, ochrzaniałem go, ustawiałem jacht, przełączałem na ster wewnętrzny. Do 3-ciej wchodziłem do koi skokami, z budzikiem nastawionym na co godzinę Od 3-ciej flauta lub nieskoordynowane podmuchy. Życzenia imieninowe Józkowi Kowalikowi.

Wstałem zmęczony, niewyspany. O wyjściu na maszt w tym stanie nie mogło być mowy. Wróciłem do koi, żeby dospać choć pół godziny. Była 9-ta. Zacząłem smacznie zasypiać, gdy przez okienko w kokpicie Słońce wpadało mi wprost w oczy. Na haku nad okienkiem powiesiłem koszulę. Zabierałem się z powrotem do spania, przez szparę koło koszuli Słońce dalej drażniło. Rękawem koszuli usiłowałem zatkać tę szparę, wieszając część koszuli na drugim haku. Ale Słońce znalazło sobie szparkę koło rękawa, celując promieniami prosto w oczy. Z worka wyciągnąłem drugą koszulę, powiesiłem ją na trzecim haku obok okienka, a jej połę na haku po przeciwnej stronie okienka. Tym sposobem zakryłem okienko całkowicie przed promieniami Słońca. Lecz równocześnie wybiłem się ze snu, o spaniu nie mogło już być mowy. Wstałem.

Zrobiłem linię pozycyjną. Zrobiłem i zjadłem śniadanie (parówki). Lekkie podmuchy marszczyły wodę, za słaby był jednak ten wiatr do żeglugi. Ale rozkołys nie był większy niż przy całkowitej flaucie, co chwila jacht wpadał w rezonans z falą wykonując wtedy głębokie skłony na bok, do 25° wg przechyłomierza.

Ale czy ja jestem w stanie wyjść na maszt przy bolącym kolanie? Z trudem chodzę po trapie, uważając, aby najpierw prawą nogą stawać na wyższym szczeblu przy wchodzenie, a przy schodzeniu lewą na niższy. Bo na lewym kolanie nie mogę się podźwignąć, boli, również boli, a nawet bardziej, przy najmniejszym skręcie.

Bez przekonania ubrałem trampki, aby spróbować, czy dam radę wychodzić na maszt. Okazało się, że mogę wychodzić, przy tej czynności kolano nie boli, nie doznaję urazowych skrętów ani zgięć.

 

Zacząłem więc przygotowania do wyjścia, nie będąc pewny, czy znów coś nie stanie na przeszkodzie, czy wiatr nie dmuchnie. Beznamiętnie zrzuciłem żagle, na fale grota podniosłem szot do autoasekuracji. Wypiąłem tylny forsztag ze ściągacza i podwiązałem do fału kliwra, na którym był już wpięty kontrafał. Aby się nie majdał, założyłem pętlę na niego na końcu linki idącej z pokładu, pętla wszeklowana do przedniego forsztagu.

Podniosłem pod top ten koniec forsztagu. Ubrałem się: tenisówki, farmerki, koszula. Pas bezpieczeństwa na szelkach z linki, małe kombinerki i młotek na linkach przywiązanych do pasa bezpieczeństwa, do pasa spodni nóż myśliwski w skórzanej pochwie. W kieszeni zapasowy sworzeń, zawleczka spiralna i zawleczka prosta.

W pętlę Prusika wpiąłem szot na maszcie i przywiązałem do dwóch małych szekielek na pasie bezpie­czeństwa.

Rozpocząłem wspinaczkę. Na salingu odpocząłem chwilę. Następnym zrywem doszedłem do topu. Szedłem bez większego wysiłku, nawet przy zwiększonych rozkołysach jachtu nie zawsze przerywałem wspinaczkę. Szedłem twarzą do dziobu.

Na topie tylko lewa noga w szczeblu, prawą ruchem żmijowatym oplotłem topwantę i przytrzymałem końcem tenisówki szczebla. Ręce miałem jako tako wolne. Pasem bezpieczeństwa opasałem maszt i zapiąłem go na uchwycie przy lewym boku.

Podwiązałem krawatem końcówkę forsztagu do szekli przy fale, bez trudu wyjąłem zawleczkę, nieco wysiłku włożyłem przy wyjmowaniu sworznia. Koniec forsztagu zawisł na fale.

Ten drugi koniec był nieco za wysoko, poluzowałem krawat, którym był przywiązany do fału, wsadziłem go w widełki, założyłem sworzeń, założyłem nową zawleczkę, prostą, wyginając jej końce. Odwiązałem krawat z tego końca i schowałem go do kieszeni. Było po robocie.

Tu odpoczywać nie można było. Odpiąłem pas bezpieczeństwa i począłem schodzić, teraz dopiero czując, że ręce są zmęczone, że niewiele brakuje im do omdlenia. Krótką chwilę odpocząłem na salingu, po czym zszedłem na dół. Zmęczyłem się, ale bardzo pozytywnie, co per saldo bardzo mnie wzmacniało.

Schodząc dostrzegłem urwany jeden drut tuż przy samym górnym zacisku Norsemana na prawej tylnej wancie kolumnowej. Trzeba będzie ją wymienić przy następnej flaucie. Jest to bardzo łatwe, poniżej salingu.

Kontrafałem ściągnąłem luźny koniec forsztagu, wpiąłem go w ściągacz na dziobie. Dochodziła kulminacja. Rozebrałem się i z sekstantem wyszedłem na dek. Dziś sekstant wydawał się cięższy niż zwykle. Ale ja byłem szczęśliwy spoglądając na założony forsztag.

– Kochana moja, śliczna Balti – powiedziałem wzruszony do jachtu – zagoiłem swoją ranę!

Po kulminacji dociągnąłem ściągacz napinając forsztag, sklarowałem wszystkie akcesoria, kliwra I przeniosłem na świeżo założony tylny forsztag.

Flauta trwała. Trawiło mnie pragnienie. Wypiłem cały słoik kompotu z wodą.

Przebieg za ostatnią dobę marny, 42 mile. Ale mnie to nie martwi. Ta flauta została wykorzystana na założenie zerwanego forsztagu, tym samem zasklepiłem jakby otwartą ranę w swoim sercu. To znakomicie poprawia mój stan psychiczny. Choć jacht na pewno doszedłby do Gdyni na jednym forsztagu, brak tego drugiego odczuwałem jako swoją słabość, swoją przegraną.

Słabe podmuchy po południu zamarły do zera, nastała piękna, stuprocentowa flauta. Rozkołys ustał, ocean oddychał wolno, niczym śpiący olbrzym. W kokpicie czytałem – po raz drugi – „Rozmowy z katem” Moczarskiego, od czasu do czasu rzucając okiem na nowy forsztag. Zanosi się na to, że w nocy będzie flauta, czekam więc by zaświecić kotwiczną lampę naftowa, jako światło postojowe, i spać spokojnie całą noc. Wyciągnąłem tę lampę – biała 360°, wydobyłem z niej nagą lampę. Okazuje się, że to piękna lampa na szerokiej, statecznej podstawie, która jest zbiornikiem nafty. Wlałem butelkę 0,7 l. nafty. Obudowę podwiesiłem na fale apsla na stenwancie bezanmasztu, a lampę zapaliłem i póki nie idę spać, trzymam ją na stole i piszę przy niej, słuchając muzyki z radia. Szkoda, że wcześniej nie wiedziałem o tej lampie. 0,7 litra nafty to 30 godzin świecenia, czyli 1 litr nafty to 42 godziny świecenia.

Niebo rozgwieżdżone, długą chwilę leżałem w kokpicie wpatrzony w kopułę firmamentu. Zrobiłem parę slajdów przy zachodzie Słońca oraz Księżyca z Wenus w nocy. Księżyc młody (druga noc) jako leżący poziomo sierp, świeci jaskrawo. Ocean pusty, aż dziw ogarnia, że tam, na lądzie, ludzie tłoczą się w nieprawdopodobnym zagęszczeniu, a tu miesiącami można podróżować, przemierzyć setki i tysiące mi, nie spotkając człowieka, statku.

Gdy ocean wzdycha, gdy nadchodzi ten głębszy oddech, rozkołys jest taki duży, że trudno usiedzieć przy stole, trzeba się mocno zapierać, aby nie spaść ze stołka. Myślę wtedy, jak tam na górze, na topie, kilkanaście metrów nad pokładem, utrzyma się człowiek w tych warunkach. A jednak utrzymuje się i nie spada, a w dodatku pracuje.

 

 

Dzień 284, 20 III 80, czwartek

O 22-giej podwiesiłem lampę kotwiczną na stenwancie i poszedłem spać. W tej sytuacji miałem spać spokojnie, bez konieczności wstawania dla sprawdzenia, czy horyzont pusty. Ale sen nie przychodził, ostatni raz, gdy wstałem i wpisałem dane do „Dziennika”, była 3-cia.

A o 7-mej, przed budzikiem, było już jasno, wstałem i zgasiłem lampę. Ocean jak lustro, powierzchnia wody gładka, tylko głębokie oddechy oceanu wznoszą pagórki. To głębokie kiwanie również utrudnia spanie. Niebo bezchmurne. Zanosi się na upalny dzień, jak wczoraj. Jestem już całkiem pewny, że moje stany słabości i osłabienia wynikają wyłącznie z braku snu. Przez kilka dni ze wzrastającym deficytem snu chodzę po jachcie coraz słabszy, aż nadchodzi noc krytyczna, kiedy nie słyszę budzika i śpię twardo. Co piąta lub szósta jest taka noc, po której znów jestem wyspany, a cykl bezsenności zaczyna się od nowa.

O godz. 10.12 (GMT 11.12) Słońce przekroczyło równik. Robiłem linię, moment wypadł 6,5 minuty przed tą chwilą, deklinacja była jeszcze S 0°00, 1’.

W radio, jak co rano ostatnio, Radio France International. Śpiewa Marcelle Bordeaux i Tino Rossi. A La Voz de los EEUU informuje po hiszpańsku: Guerra bacteriológica – wojna bakteriologiczna, rok temu w Swierdłowsku, gdzie magazynowano zarazki w celach militarnych wydarzyła się eksplozja, zginęły setki ludzi. Te zarazki to antrax – wąglik.

Zmontowałem pomost zaburtowy, po południu czyszczenie kadłuba z kaczenic, prawa i lewa burta od śródokręcia do dziobu. Kaczenic, wydaje się, nie ma dużo. Sporo ich jest puste, chyba wyjedzone przez ryby. Właśnie odkryłem pod jachtem rybki piloty.

Później, po południu, pojawiło się stado kilkanaście sztuk większych, prawdopodobnie to koryfeny. Łowy nie przyniosły rezultatu, choć podniecały się haczykiem i przynętą.

21.00. 42 godziny w dryfie, bez wiatru. Miło tu jest, mógłbym tu spędzić dłuższy czas mając ciekawą i obfitą lekturę i pod dostatkiem wina. Lektura kończy mi się, a wina od dawna nie ma ani kropli. Przyszła mi do głowy myśl: wyprodukować wino. Mam pod dostatkiem cukru, ryżu i rodzynek. Choć nie mam drożdży, na rodzynkach powinna się zacząć fermentacja. Nie znam proporcji, przyjąłbym rozsądne. Techniczne rzecz łatwa do wykonania: do kanistra plastikowego 20 l. rurka plastikowa wygięta w pętlę.

Do otrzymania wina potrzeba 4 tygodnie, czyli miałbym wino około 20 kwietnia. Na najwyżej dwa tygodnie – czy się opłaca? Ach, dlaczego nie pomyślałem o tym około 40°S, na południowym Atlantyku? Teraz bym miał wino. Mimo to, może by jutro rozpocząć produkcję?

Na noc podwieszam po raz drugi naftową lampę kotwiczną. Chcę wiedzieć, ile godzin świeci 0,7 l. nafty.

 

 

Dzień 285, 21 III 80, piątek

Spałem dobrze po trudnościach z założeniem do środka, do obudowy, lampy naftowej, po jej podwieszeniu o 23-ciej. Zasnąłem szybko, spałem długo. O 6.30 budzik, jakby nierealny dźwięk zza świata, zbudził mnie. Było jeszcze ciemnawo, gwiazdy świeciły, ale wiedziałem, że za pół godziny będzie jasno. Z łatwością wykręciłem lampę z obudowy, zgasiłem, odłożyłem na kuchenkę i poszedłem spać dalej. Wstałem tuż przed 10-tą.

Imponujące flaucisko trwa nadal. Ani jednego podmuchu. Wieczorem coś tam próbowało dmuchnąć, powstały małe zmarszczki na wodzie, ale że były to podmuchy z N, nie zachęcałem ich do rozrostu. Takiej długiej flauty non stop jeszcze nie miałem, ani w tym rejsie, ani w żadnym.

Ciekawe, że nie ponosi mnie niecierpliwość. Czas pracuje dla mnie. Wczoraj rozpoczęła się wiosna na półkuli północnej, warunki żeglugowe w Europie będą się poprawiać z biegiem czasu. Człowiek tak się urządza, jakby miał żyć wiecznie. Więc i tu, zachęcony długim sztilem i nie kalkulując, kiedy zawinę do Gdyni, spróbuję wyprodukować kilkanaście litrów wina (a co innego zrobił Noe po ocaleniu z potopu? A gdy wyprodukował, schlał się w trupa, poły chałatu odsłoniły goliznę, syn Cham, wchodząc do namiotu, zaśmiał się widząc goliznę ojca, więc, został chamem. Syn Sem, wchodząc tyłem, nie patrząc, zasłonił ojca. Nim ja doczekam na swoje wino, będę już w Gdyni, a w chałacie nie chodzę.

Mam wszystko przygotowane, najpierw trzeba ożywić kulturę bakterii winnych. Zrobię to w słoiku: syrop rodzynek. Jeśli ożyją, produkcja ruszy.

Z trudem wyciągnąłem z achterpiku tylną wantę kolumnową. Trzeba było z pojemnika wyciągnąć wszystkie liny, stalowe, achtersztag, stenwantę, forsztag przedni, kolumnową przednią. Kolumnowa tylna była na samym spodzie.

– Ładnie tu jest! – wzdycham często wychodząc na dek i wracam myślami do sztucznej wyspy.

Miałem się dzisiaj w dalszym ciągu zajmować kaczenicami, pomyślałem jednak, że pilniejsza jest wymiana wanty, póki sztil. Mimo że do salingu niedaleko, wychodziłem z autoasekuracją z prusika na szocie. Nauczony doświadczeniem, w nowej wancie zmierzyłem suwmiarką oba zaciski; były jednakowe (12,3 mm). Ale najgorszy problem wyszedł ze sworzniem górnego zaczepu: nie wchodził do otworów zacisków Norsemana wanty zapasowej. Innego sworznia tej wielkości nie miałem. Pozostało mozolne piłowanie sworznia, aż rozgrzewał się, z trudem zdejmowałem go z imadła. Również rozpiłowywałem otwór w zacisku.

Trzecie wyjście z wantą przywiązaną krawatem do pasa. Znów problem: grubszy zacisk nie chciał wejść w widełki zaczepu, ale ponieważ są one typu blachowego, wbiłem go młotkiem, z trudem wsadziłem sworzeń. Wtedy bowiem, gdy udało mi się zgrać otwory zacisku z zaczepem, jacht rozpoczynał wzmożony taniec na rozkołysie. Musiałem przerwać pracę, trzymać się mocno, zacisk wzruszył mi się, otwory przesunęły się. Tak kilka razy. Gdy wreszcie wsadziłem i wbiłem sworzeń, otwór w sworzniu dla zawleczki nie odsłonił się cały po drugiej stronie, stąd następny problem: zawleczka nie mogła wejść. Rozgiąłem ją i wsadziłem pojedynczo.

Czwarte wyjście, nadprogramowe – laso taśmą owinąłem sworzeń w zaczepie jako dodatkowe zabezpie­cze­nie przed jego wypadnięciem.

Potem w „Dzienniku” „pochwaliłem” Stocznię: „Tego rodzaju niespodzianki konstrukcyjno-stoczniowe znakomicie podwyższają rangę rejsu, zwielokrotniając jego elementy wyczynowe”. Nie byłoby tego, gdyby praca Stoczni była precyzyjna w każdym detalu.

W starej wancie tylko jeden drucik był przerwany przy samym zacisku Norsemana. Tak się chyba zaczyna awaria wanty. Czy reszta takielunku wytrzyma do kraju?

Zachmurzyło się późnym popołudniem, ocean zmarszczył się pod lekkim podmuchem 0,5°B z sektora S. W kokpicie przy lekturze Marczewskiego, rozpostarty na materacu, zjadłem puszkę śledzi z sałatką z papryki i herbatą z biskwitami.

O 16-tej nastawiłem syrop z rodzynkami w słoiku. Czy ożyją bakterie fermentacji? Do dwóch dni powinno się okazać.

Koło jachtu kręcą się (przypuszczalnie) koryfeny. Widać je również wieczór przy półmroku księżyca. Narzucałem się haka z błyszczem, nie biorą.

W tym półmroku księżyca spacerowałem po jachcie, od dziobu do nadbudówki. Stanąłem pod grotmasztem – tam mieści się rozum Balti – i oparty o bom opowiedziałem jachtowi o przyszłych rejsach. Słuchała uważnie.

O 23.30 w namiarze 210° dostrzegłem wynurzające się zza horyzontu światło topowe statku. Z początku myślałem, że to gwiazda, ale parę razy, rzadko, wynurzyło się przednie topowe. Statek idzie kursem na W, mnie ma na trawersie.

 

 

Dzień 286, 22 III 80, sobota

02.30. – Dostrzeżono światła statku w namiarze 110°. Przednie topowe kryje się za horyzontem. Idzie kurzem W-SW. Po pół godzinie był w namiarze S. Od 20 minut widoczne dobrze oba topowe i zielone. Wywoływałem topowym AA AA AA oraz K9. Wystrzeliłem dwie białe flary. Po każdej rakiecie wywoływałem topem. Wywoływałem też na kanale 16. Nie reagując przeszedł. O 3.15 widać już tylko rufowe światło statku. Był w odległości około 3 mil. A ryby kręcą się koło jachtu.

Pojawiają się jakieś podmuchy z SSE. Nie mogę spać. Była 5.30, jeszcze nie spałem. Budzika o 6.30 (do zgaszenia światła) nie słyszałem, zbudziłem się sam i zgasiłem lampę o 7.15.

Koło 9-tej przyszedł wiatr 5°B z Nordu. Zastanawiałem się co postawić. Wpiąłem KL II na przedni forsztag. Tymczasem wiatr osłabł do 4°B. Postawiłem B, GR(2), KL I. Wiatr osłabł skręcając na NNE. Zdjąłem jeden ref z grota. Jacht się wlecze 2 węzły.

O 16-tej stary grot poszedł na zasłużoną emeryturę po 29.450 milach. Do służby wszedł nowy grot.

O 23-ciej przed dziobem przechodził statek kursem na E. Na wywołanie AA AA odpowiedział TTTT. Ale na sygnał K9 nie odpowiedział ani aldisem, ani na kanale 16. Gdy wyjrzałem za chwilę po wyłączeniu UKF-ki, dostrzegłem resztkę jego sygnału aldisem. Znów nadałem K9 – statek pokazał rufowe – pobiegłem do UKF-ki. Znów wywołałem kilka razy. Ogarnęły mnie wątpliwości, czy UKF-ka działa.

 

 

Dzień 287, 23 III 80, niedziela

Noc zleciała spokojnie, z początku próbowałem włączyć Michała, gdy nieco mocniej przydmuchało, rychło wiatr osłabł i przeszedłem z kokpitu na ster wewnętrzny. Jacht szedł SN. Lampę kotwiczną podwiesiłem na fale apsla, na stenwancie bezana. O 1-szej starałem się zasnąć. Zbudziłem się o 6.30, było jeszcze ciemno, gwiazdy świeciły. Przestawiłem budzik na siódmą. Nie słyszałem go, zbudziłem się 15 minut po siódmej (może nie by nakręcony?) Przy wyciąganiu lampy z obudowy wypadło szkło. Cokół został w lampie, komin spadł na pokład.

Wróciłem do koi i spałem do 9.40. Linia pozycyjna, śniadanie. Przy śniadaniu „Rozmowy z Katem”. Zapominam kompletnie o tym, że jestem na morzu. Jacht SN idzie spokojnie z szybkością skromnej „czwórki”. Dmucha z NE lekka „trójka”; dzień słoneczny, bezchmurny.

Po śniadaniu następna linia, krystalizuje się pozycja jachtu. Obliczenie czasu kulminacji.

Będzie jeszcze trzecia linia przed kulminacją. Tak schodzi dopołudnie. Do prac biorę się po południu. Na dziś: przygotowanie naftowych lamp pozycyjnych, przelanie nafty do flaszek, usztywnienie deseczkami reflektora radarowego (składanego).

Zastanawiam się, czy łatwo mi będzie dostosować się do życia lądowego. Sądzę, że nie znajdę sobie miejsca, że będę nadal myślał o rejsie non stop w przeciwną stronę. Budowa nowego jachtu, o jakim marzę, wydaje się nierealna, wysiłek znów przewyższyłby kilkakrotnie ciężar samego rejsu. Wydaje się, że jedynym możliwym i realnym wyjściem będzie odbycie tego rejsu na „Darze Przemyśla”.

Rozmawiałem z jachtem stojąc przy grotmaszcie, o przyszłym rejsie.

– I co Balti? Wybrałabyś się znów dookoła świata non stop? – zapytałem i wyczułem zachwyt na dziobie, żagle nieco drgnęły, sztagi i wanty napięły się, a Balti pokraśniała kiwając dziobem od góry do dołu kilka razy.

– Tak!! – była odpowiedź jachtu.

PODEJMUJĘ DECYZJĘ: REJS DOOKOŁA ŚWIATA SOLO NON STOP ZE WSCHODU NA ZACHÓD NA „DARZE PRZEMYŚLA”.

Na pokładzie radość! Ucałowałem Balti, obejmowałem i ściskałem za grotmaszt! Krzyczałem oznajmiając wszem wobec o naszym zamiarze.

– Znów tu będziemy, Kochana. Znów odwiedzimy stare kąty tego świata, spotkamy się z Pacyfikiem i z Indyjskim, znów otrzemy się o Horn! Po raz trzeci.

Start z Gdyni 15 sierpnia… 1981. Najpóźniej 1982. Horn wypadnie – po 4 miesiącach – około połowy grudnia.

 

 

Dzień 288, 24 III 80, poniedziałek

Noc bezsenną uzupełniałem rano. Dzień szkwalisty, dużo chmur, po szkwale z ulewnym deszczem – zdążyłem zrzucić grota – wiatr skręcił na SSW. Kursem zbliżonym do fordewindu (zrobiłem zwrot) KL I pracował źle, postawiłem grot zrzucając KL I. Jachtem kołysze na boki czyniąc życie uprzykrzone. I ja się wybieram w następny rejs non stop i solo…

Trochę pochłodniało, otworzyłem na obiad puszkę golonki. Będzie jeszcze jutro na śniadanie i na obiad, a może i pojutrze na śniadanie.

Wczoraj skończyłem czytać „Rozmowy z katem” Moczarskiego.

 

 

Dzień 289, 25 III 80, wtorek

Wieczór nie sposób uleżeć w koi, takie przechyły na boki miał jacht. Chodziły chmury po niebie, potem się rozpogodziło, Księżyc świecił całą mocą swojej połówki, gwiazdy pomagały. O 2-giej zapaliłem lampy i postawiłem KL II. Szybkość znakomita. Poszedłem spać.

O 7-mej zgasiłem lampy, wiatr mocny 5°B, ale spałem dalej, do 10-tej. Pochmurno. Z trudem złapałem Słońce. Wiatr tężał do 6°B. Po długich namysłach (!! Czemy się namyślałem, po jakim doświadczeniu tak można marudzić?) zrzuciłem grota. W sama porę. Za parę chwil spadł gwałtowny szkwał 12°B, aż się zakotłowało, jacht się wyłożył, ulewny deszcz uczynił kurtynę wody. Mimo kursu baksztagowego (pod KL II i B) jacht wyostrzył, bezan zaczął wściekle szarpać. A miałem przed chwilą zrzucić również bezana, lecz biłem się z myślami i zostawiłem go. Toteż teraz bez żalu wypędziłem się na dek, w ten deszcz, do jego zrzucenia. Nim zdążyłem go zrzucić szkwał przeszedł.

Wiatr potem malał, postawiłem grota na jednym refie, i foka. Rozpogodziło się, Słońce radośnie zaświeciło. Sądzę, że zdziczałem, ulegam bowiem wyraźnie nastrojem warunkom zewnętrznym, głównie Słońcu. Gdy Słońce świeci, mój nastrój jest majorowy, gdy jest pochmurno, w mojej duszy robi się minorowo, smutno.

Po południu ciąłem trójkątne wstawki do reflektora radarowego. Po 17-tej jacht zrobił zwrot. Byłem zdziwiony, przecież był wiatr. Gdy ochrzaniałem Michała wracając rumplem na kurs, dostrzegłem statecznik oparty na koszu rufowym. Został ścięty sworzeń wiążący go z pionową rurą-osią. Sworzeń ścięło na jednym końcu, reszta, to co w rurze, została wygięta tak, że sworznia nie można było wyjąć. Przeciąłem go piłką.

Pewny, że nie mam już zapasowych sworzni – ostatnie użyłem do przeciwwagi na fletnerze – założyłem prowizorycznie marszpikel. Z wielkim trudem, gdyż trudno było spasować otwór na ramieniu statecznika z otworem w rurze. Aby marszpikel nie wypadł, owinąłem go taśmą. Po 25 minutach od awarii samoster został włączony do pracy.

Szukałem czegoś, co by zastąpiło sworzeń, a było lepsze niż marszpikel. I znalazłem dwa ostatnie zapasowe sworznie. Nie czekając na lepszą okazję i na flautę, zabrałem się do roboty. Statecznik z osią zdjąłem na pokład. Z trudem wybiłem prowizorycznie włożony marszpikel. Nasadziłem sworzeń i zabezpieczyłem go przed wysunięciem. Najtrudniej było nasadzić z powrotem statecznik z osią na swoje miejsce. Po 35 minutach od chwili zabrania się do pracy statecznik został włączony, po naprawie.

 

 

Dzień 290, 26 III 80, środa

Ocean od wczoraj, a szczególnie dziś, nie wygląda jak na strefę subtropikalną. Fala duża. Jacht, pod KL II, F, GR(2), B, idzie półwiatrem z szybkością 6 W. Ożaglowanie w sam raz. Spałem długo.

Po zgaszeniu lamp o 7-mej zajmowałem koję do 10-tej.

Śniadanie zjadłem późno, obiad jeszcze później niż zwykle, bo o 19.30. Ładowałem akumulatory, a to odrzucało mi apetyt. Trzy godziny oświetleniowy, dwie godziny rufowe. Te naładuję jeszcze dodatkowo, solidnie. Chcę je mieć gwarantowane do łączności.

Przebieg ładny, znów 120 mil. Wiatr zachodzi… a takiego raczej nie ma tu na Routeing Chart. Ale dobrze, że taki mi się trafił, może przelecę te końskie szerokości. Dziś w południe było Ø = 28°10’N. Wieczór zdjąłem jeden ref z grota, wiatr osłabł do lekkiej czwórki.

W południe napędził mi stracha wieloryb. Wyszedłem pod maszt, żeby zrobić zdjęcie roślin sargasowych, gdy na kursie w odległości 80 m. zobaczyłem grzbiet. Wynurzył się dwa razy. W pierwszej chwili pomyślałem, że to orka, ale inaczej to się zachowywało i wyglądało. Był to niewątpliwie wieloryb; nie mogłem określić gdzie ma głowę, a gdzie ogon, czy idzie, czy leży. Po dobrze widocznym kciuku grzbietowym nie mogłem się zorientować, gdzie przód, a gdzie tył. Pobiegłem na rufę i wyłączyłem samoster oraz wyostrzyłem rumplem, sądziłem bowiem, że wieloryb szedł w prawo. Zniknął pod wodą i więcej się nie pokazał. Po 5 minutach włączyłem samoster. Serce mi zabiło mocniej, gdy go zobaczyłem. Kolizja z wielorybem na ogół źle się kończy dla jachtu.

 

 

Dzień 291, 27 III 80, czwartek

Dzień brzydki, nieładnie tu. Wstałem późno (10.30), nie było Słońca. Potem pokazywało się na krótko zza chmur, tyle co do sekstantu. Wnet przywiało 6°B, musiałem zrzucić grota, a potem i bezana. Fala duża, stan morza 6. Barometr spadł do 1001 mb (o 15-tej). Chłodno.

Po obliczeniu pozycji po kulminacji zamknąłem zejściówkę na głucho, aby jakaś większa fala z baksztagu nie wpadła do mieszkania. Do piątej rano było jasno od Księżyca, niebo bezchmurne. O 5-tej, na 2 godziny, nie chciało mi się zapalać trzech lamp, zapaliłem kotwiczną i podwiesiłem na stenwancie bezanmasztu.

W południe rozdmuchało się na dobre, a po południu sztorm 8°B z SW, potem WSW. Duża fala. Zrzuciłem grota na dwóch refach i bezana. Szedłem pod samym KL II. Potem, aby go trochę odciążyć, postawiłem foka.

W lampie rufowej zepsuła się maszynka. Połowę mięsa, wołowiny z wczorajszej konserwy (nota bene – znakomita), włożyłem w dwóch kawałkach do małego słoika, pod bezanmasztem. Dziś po południu (19-ta), gdy zabierałem się do obiadu, poszedłem po konserwę. Słoik zniknął, natomiast oba kawałki leżały na pokładzie koło rumpla. Zjadłem je, ale nie mogę zrozumieć, jak to się stało, że nie wypadły ze słoikiem, tylko wyszły z niego i zostały na pokładzie. Odebrałem to jako dowód lojalności.

 

 

Dzień 292, 28 III 80, piątek

Dzień brzydki, wiatr niezbyt silny, ale pochmurno, mży. Wstrząśnięty jestem katastrofą norweskiej platformy na polach Ekofisk. Liczbę zaginionych szacuje się na 69 osób. Nieznane są przyczyny (Radio Exterior de España). A BBC o 22-ej podała, że ofiar jest 130, a wydobyto 28 zwłok.

Padał deszcz. Co chwila siąpi. Wiatr idzie w prawo, ostrzę. Stanął grot na dwóch refach. Kulminacji nie miałem, tylko jedną linię przed południem. Patrząc na Routeing Chart i widzę, że to już niedaleko do Polski, 40 dni? Do Kanału będzie nie więcej niż 2000 mil, w sumie 3500 mil do Gdyni. Myśl, że mogę być na lądzie w tak niedalekiej przyszłości, wydaje mi się nierealna. Od trzech dni w koi przykrywam się dwoma kocami, od dziś po domu chodzę w swetrze. Od wczoraj zejściówka zamknięta. Ocean szary, załzawiony, bure chmury wiszą nisko, skotłowane.

W domu przytulnie, radio gra, sucho. Chodzę w skarpetkach. Wypiłem kawę, obiadu dziś nie gotuje. Nie chce mi się nic robić, a muszę się wziąć do reflektorów radarowych. Również i do światła na kompasie wewnętrznym, to wszystko co mam jeszcze do zrobienia, nie licząc takich drobiazgów, jak demontaż pomostu do czyszczenia kadłuba z kaczenic, który zawadza na pokładzie, a więcej nie będzie używany (tak zadecydowano na górze).

Po południu, po deszczu, flauta. Wczoraj sztormiło, dziś flauta, a pod wieczór siąpi. Stoję na środku Atlantyku, czuję się nieco chory, bardziej niż zwykle bolą mnie mięśnie, a i głowa jakoś nie swoja. Łyknąłem aspirynę, wieczór do koi łyknę drugą. Jak czułby się tutaj człowiek nawet mocny, gdyby nie miał żagli? A ja sobie – aspirynę, i niczym innym się nie przejmuję.

Gdy deszcz się kończył, przed flautą, na krótko wśród chmur pokazało się Słońce. Zrobiłem trzy linie. Wszystkie się zgadzają. Z przedpołudniową linią otrzymałem w kulminacji pozycję i ładny przebieg dobowy, 123 mile Skąd się aż tyle wzięło? Liczyłem na sto. Ja spałem, a jacht szedł szybciej niż się wydawało.

Przed zmrokiem dmuchnęło z SSW, pełnym baksztagiem, który Michał słyszał. Ruszyliśmy. O 21-jej zapaliłem lampy naftowe. Przy mocowaniu rufowej chwila niebezpieczeństwa: wywróciła się lampa. Podniosłem ją szybko. Świeci nadal. Otworzyłem obudowę, żeby zobaczyć, czy w środku wszystko jest na miejscu. Niestety, nafta się wylała i lampa była w płomieniach. Wyciągnąłem ją palącą się, dmuchałem energicznie nie mogąc ugasić płomieni. Już myślałem, żeby ją wyrzucić za burtę, rozlana nafta na lampie wypaliła się, knot wygasiłem łatwo. W lampie zielonej cylinder popękany, kawałki leżały koło lampy. Cylinder, w lampie rufowej, w zepsutej maszynce, nie dość że jest czarny, nie do zmycia, dół ma odpęknięty. Na lampę zieloną założyłem ostatni posiadany cylinder. Lampa kotwiczna nie ma już ani maszynki, ani szkła. Czy dojdę do kraju na tych lampach? Nafty mi starczy, ale te drobne klęski, jak cylindry i maszynka, przygnębiają mnie.

Tłumię rachunek sumienia: dlaczego ja, zawodowy elektryk, preferuję lampy naftowe, mając sprawny agregat prądotwórczy i sprawne akumulatory? Jaka to działa anomalia mentalna? Skrajna oszczędność energii elektrycznej, by jak najmniej uruchamiać ładowanie? Znam przypadek, kiedy samotny żeglarz, młody Włoch, który wybrał się w rejs solo dookoła świata, z powodu zapalenia się nafty stracił jacht. A ja się zabawiam z naftą, mając prąd.

22.00. – Mży nadal, barometr nisko, 995. Radio gra, przy świeczce przytulnie (nafta, świeczka i elektryk), ale ta pogoda działa przygnębiająco. Na 32°N takie warunki? Co będzie dalej?

Zapiski„Rozmów z katem”:

Frau Gräfin hatte einen Lokai, er hatte nur ein einziges Ei.
Es geht alles vorüber, es geht alles vorbei – wszystko przechodzi, wszystko przemija.

 

 

Dzień 293, 29 III 80, sobota

Wczoraj wieczór, gdy dmuchnęło, z początku nie więcej niż 4, miałem niejakie obiekcje, że idę na grocie na dwóch refach. Parę razy zrywałem się, żeby zdjąć choć jeden ref i tyleż razy hamowałem się.

– Gdzie ci się pieszy? Jesteś w regatach? Patrz na chmury, patrz na barometr!

I nie żałowałem, że nie zwiększyłem powierzchni żagla. Dmuchnęło mocniej, zrzuciłem nawet bezana, żeby nie nosiło rufy na boki. Koło północy rozdmuchało się z SSW, najpierw 6, a potem 7 i 8. Raz – wido­cz­nie jakaś fala przekręciła jacht – Michał zrobił zwrot (szliśmy pełnym baksztagiem do fordewindu). Wróciłem na kurs, przestawiłem samoster o jeden otwór na ostrzej. Spałem do rana, parę razy tylko wychodząc.

O 4-tej rano wypogodziło się, chmury zniknęły, na czystym niebie jasno świecił Księżyc bliski pełni. Śniło mi się, że poszedłem w Tatry Słowackie. W schronisku za Lodową Przełęczą – Teryho Chata, była Zońka. Choć cel mojego pobytu w Tatrach był inny, przy okazji chciałem wejść na Lodowy Szczyt, droga po grani wyglądała łatwo. Poszliśmy z Zońką do kuchni – Zońka w innej sprawie, a ja – poprosić o zostawienie teczki na czas, kiedy będę szedł na Lodowy.

– Nie! – warknęła jedna z trzech pań, ta, do której się zwróciłem. Wtedy pomyślałem, że przecież teczkę mogłem był zostawić u Zońki, która miała miejsce w tym schronisku. Równocześnie uzmysłowiłem sobie, że zbliża się wieczór, w Smokowcu nie dostanę noclegu, a nie zabrałem ze sobą nawet śpiwora, w którym mógłbym przespać w byle kolibie.

Wstałem o 9.30, zrobiłem Słońce i postawiłem KL II i F, a GR zrzuciłem. Jacht wydaje się iść równiej, a przy tym szybciej. Parę razy ogarnęły mnie wątpliwości, czy nie idę za wariacko, gdy Michał kręcił w lewo na wiatr i gwizdało w olinowaniu.

– Czego się boisz, gwizdu? – dyskutowałem z sobą analizując sytuację.

Nie zamieniłem KL II na KL III. O 12.40 nagle jakby wiatr osłabł. Może mi się zdaje? Fala jeszcze jest, szybkość ta sama, ale jakby spokojniej. Zobaczymy.

Nad ranem naciągnąłem trzeci koc na siebie, a w dzień ubrałem dresy pod spodnie. A do przylądka Ciepłych Gaci (Cabo São Vicente, Ø = 37°N) ponad 3°.

Sztorm rzeczywiście osłabł, o 16-tej dmuchało 6°B, ale fala parę razy wpadła na pokład. Zejściówka zamknięta na głucho odkąd przed południem jedna fala wpadła do środka.

 

 

Dzień 294, 30 III 80, niedziela

Noc minęła spokojnie. O północy zapaliłem lampy, Księżyc wtedy na dłuższą chwilę skrywał się za chmurami. Spałem dobrze. O siódmej zgasiłem lampy, pospałem do 10-tej. Wiatr skręcił na W. Mając ostry baksztag postawiłem GR(2) oraz B. Po kulminacji zdjąłem jeden ref z grota.

Niedziela mija spokojnie. Dmucha „czwóreczka” z W-WNW, idziemy już pełnym bajdewindem. Do śniadania brakło gazu, butla nie zapaliła. Wymieniłem. Śniadanie było tuż przed kulminacją, która przy czasie GMT  –1 wypada o 13.30.

Koło jachtu pojawiły się delfiny biało-łaciate. A myślałem, że takie żyją tylko na południowym Pacyfiku i Atlantyku w rejonie Hornu. Zabierałem się do zdjęcia refu z grota, gdy się pojawiły na dwie krótkie chwile.

Wojna z kaczenicami zakończona, zdemontowałem pomost. Zresztą niewiele ich zostało, a większość z nich to puste woreczki, jakby wyssane. Może przez ryby-piloty? Po południu pod wpływem Słońca zdjąłem jeden ref z grota.

Skończyła się multiwitamina w podręcznym słoiczku. Dziś wsypałem 40 groszków, gdy to zjem, będę w Polsce. Podnieca mnie liczenie dni do końca. Od Kanału do Gdyni 1400 mil, przyjmuję 20 dni po 70 mil na dobę. Do Kanału mam 1685 mil.

Michał ślicznie trzyma kurs, pochwaliłem go kilka razy i wczoraj i dziś.

– Balti kochana! Idziemy ładnie! Do Polski niedaleko! Miesiąc z haczykiem.

W jednej z piwnic coś śmierdziało. Wydobyłem konserwy, 8 puszek golonki z bombażem, jedna rozsadzona. To ona śmierdziała.

Jacht mknie. Lubię słuchać ten jego oddech, tarcie o falę, oddech długodystansowego biegacza.

20.00. – Przed 19-tą wyszedłem na pokład i zobaczyłem statek idący na zbliżenie, do przecięcia mojego kontrkursu. Szedł kursem W. Gdy był w odległości ok. 1 mili, udało mi się odczytać nazwę „CALEDONIA”. Natychmiast zacząłem go wywoływać na kanale 16 i zaraz się odezwał. Powiedziałem w jakim rejsie jestem i poprosiłem o wysłanie depeszy Gdyni Radio. Z początku słyszalność była beznadziejna, trzaski, kilkakrotnie literowałem systemem interco­ nazwę jachtu, a po 3-krotnym podyktowaniu depeszy nie mogli jej zapisać ze względu na trzaski.

Gdy już straciłem nadzieję na wysłanie całej depeszy, a chodziło mi tylko, żeby podali, że spotkali jacht „Dar Przemyśla”, słyszalność się poprawiła. Wtedy zapisali całą depeszę. obiecując wysłać ją this night. Długo rozmawialiśmy z oficerem, może to był kapitan, 0,5 godziny. Pytał o wiek, powiedziałem, że mam 56 i że jestem dziadkiem. Pytał o wodę, o paliwo, o elektryczność. Czy czegoś nie potrzebuję.

I have all, thank you. I only haven’t got whiskey and a nice girl.

Śmiał się, kilkakrotnie życzył all the best. Powiedział, że mogą dostarczyć butelkę whisky. Odpowie­działem, że regulamin tego rejsu nie pozwala przyjmować żadnej dostawy.

Pytał, czym się zajmuję. Powiedziałem, że jestem inżynierem.

God bless you! – powiedziałem w podziękowaniu.

God bless you! – odpowiedział.

Podał mi nazwę swojego portu; Androz, coś wymienił Norfolk i Reek. Bandera grecka.

Gdy skończyliśmy rozmawiać wyszedłem na dek myśląc, że „Caledonia” będzie już na horyzoncie. Tymczasem statek zawrócił i szedł wolno w odległości 100 m po mojej lewej, zawietrznej burcie. Z mostku pokazali flagę grecką. Ja oddałem salut banderą.

Gdy statek wyprzedzał, ryknął syreną 3-krotnie. Znów oddałem honor banderą. Następnie statek wrócił na swój kurs W, a po pół godzinie zniknął za horyzontem.

Treść depeszy: YACHT DAR PRZEMYSLA HAS DOUBLED CAPE OF GOOD HOPE SEPTEMBER 17TH, CAPE LEEUWIN NOVEMBER 15TH, NEW ZEALAND DECEMBER 3RD, MERIDIAN 180° DECEMBER 8TH, CAPE HORN JANUARY 14TH, CLOSED ROUND THE WORLD CIRCUIT FEBRUARY 13TH ON POSITION 28°S and 24°W AFTER 173 DAYS. THE RADIOSTATION IS OUT OF ORDER. MY POSITION TODAY … REGARDS. HENRY JASKULA.

Noc dzisiejsza należy do takich, kiedy nie chce się spać, a tylko by się patrzyło na morze i na niebo. Księżyc w pełni, szeroka aleja mieniąca się srebrem i złotem ściele ocean od horyzontu po burtę jachtu. Wiatr 4°B, stan morza 3°, niebo 1, jacht idzie pełnym bajdewindem z szybkością 6 węzłów pod KL II, F GR(1) i B, lekko pochylony na prawą burtę. Na lewym bajdewindzie gwiazda polarna, weszliśmy w łuk okrążający od zachodu Azory, aby na północ od nich zbliżać się do kursu E i do wejścia w kanał La Manche.

 

 

Dzień 295, 31 III 80, poniedziałek

Księżyc świecił w pełni, niebo bezchmurne, stałem godzinami wpatrzony do późnej nocy w srebrną aleję na oceanie i rozmawiałem na głos z kapitanem „Caledonii”. Nie mogłem spać, zasnąłem gdzieś około szóstej rano, gdy za pół godziny trzeba było wstać, żeby zgasić lampy, które zaświeciłem o 2-giej. Nie słyszałem budzika, zbudziłem się o 7.15.

Ciągle sobie wyobrażam drogę wieści o mnie w kraju, do różnych ludzi. Zońka przestanie się martwić, córki będą zachwycone, przyjaciele uśmiechną się z zadowoleniem.

Dziś flauci, ładuję akumulatory radiowe. Żaróweczka przy kompasie kokpitowym spalona. Nic mi się nie chce robić, w głowie huczy agregat. Zielona gumka znów zginęła. Przekopałem wszystko, nie ma jej. Byłem coraz bardziej wściekły na nią.

– Niech cię znajdę, przywiążę jak sukę!

Gdy przetrząsnąłem wszystko łącznie z kocem pod nogami, gumka leżała sobie na środku podłogi śmiejąc się ze mnie. Nie darowałem, przywiązałem sznurkiem cholerę.

Flauci. I chce mi się spać. Czasem idą podmuchy, ale z Nordu. O 21.30 zapaliłem lampę postojową (muszę przekładać maszynkę ze szkłem z rufowej) i poszedłem do koi. Księżyc w pełni, ale i chmury chodzą po niebie.

BBC: In Arizona died Owens at the age of 66 years. To ten biegacz, Murzyn, który zdobył cztery złote medale na Olimpiadzie w Berlinie w 1936 roku, ku zgorszeniu Hitlera. Nie podał mu ręki.

Do Kanału 1580 mil, do kraju 2980.

 

 

Dzień 296, 1 IV 80, wtorek

Flauta. Jacht w dryfie przez całą noc. Spałem jak suseł, zbudziłem się o 7-mej (bez budzika), aby zgasić lampę postojową. Dospałem do 9-tej, nadal flauta. Pogoda w sercu i na świecie. Słoneczko świeci radośnie. Zacząłem czytać Alaina Colasa „Dookoła świata po zwycięstwo”. Znów rozmyślam o przyszłym rejsie non stop w drugą stronę. Całym sercem, duszą i myślą pragnę tego rejsu. Na „Darze Przemyśla”. Byłoby jawnym marnotrawstwem nie wykorzystać do tego ostatniego wyczynu posiadanego przeze mnie doświadczenia.

A jeżeli by mierzyć ten wyczyn miarą światową, to teraz dopiero ten drugi rejs, będzie pierwszym w świecie, kiedy ten sam człowiek opłynął świat non stop w obie strony na tym samym jachcie. Ten jacht jest mój, a ja jestem własnością tego jachtu. Oderwać mnie od tego jachtu to okaleczyć jacht i unieszczęśliwić mnie.

W południe dmuchnęło lekko z SSE, 2-2,5°B. Wyluzowałem grota, włączyłem Michała. Dziwne, ale słyszał ten wiatr. Tak byłem zamyślony przyszłym rejsem, że przy robieniu kawy, gdy postawiłem kubek z zimną wodą na gazie, od razy wsypałem kawę. Skutki okazały się fatalne: gdy kawa zagotowała się, natychmiast wykipiała wielkim strumieniem, jak piwo i zgasiła gaz. Zdenerwowałem się, użyłem niecenzuralnego słowa, a przecież ostatnio dbam o czystość języka, w kubku zostało zaledwie połowę zawartości, chlusnąłem to z pasją do zlewu, za mocno, bo rozprysk dosięgnął mi twarzy i ręki. Z kawy na razie nic, trzeba było czekać, aż palik wystygnie, aby wybrać wokół niego wykipiałą kawę.

Czytam Colesa. Nie lubię czytać w morzu książek żeglarskich, straszą mnie. Większe wrażenie robią na mnie cudze sztormy, niż moje własne. Dla „Życia” napisałem „M/s Caledonia-Androz”.

O 20.40 (GMT 21.40) oglądałem przez lornetę przepiękny, surrealistyczny wschód Księżyca, w wąskiej, węższej od średnicy Księżyca szczelinie bezchmurnej przy horyzoncie. W połowie szczeliny wyglądał dokładnie kształtem i kolorem jak główka sera szwajcarskiego.

BBC, Edition the World Today: In East Europe the people who are responsible for the economy are politicians and bureaucrates, not businessmen. W rzeczy samej.

 

 

Dzień 297, 2 IV 80, środa

Nad ranem wiatr przybrał na sile do 4°B SSE. Nie spałem niemal całą noc. Rano przy gaszeniu lampy (6.00) rozpadł się cylinder lampy zielonej. Zrobiłem zwrot. Po paru godzinach zrzuciłem bezana, dmuchało już 5°B. Potem zamieniłem KL II za grota.

Dzień pochmurnawy, Słońce za warstwą chmur, trudno uchwytne. W południe mżawka, wiatr do 6°B SSW. W kulminacji Słońca nie miałem. Ale w tym czasie kursem na W szedł statek na przecięcie mi kursu. W odpowiedniej chwili skręcił przechodząc mi pół mili za rufą. Na burcie napis „cnan”, na dziobie napis po arabsku, rufy nie odczytałem. Byłem zdumiony, gdy po przejściu zaczął mi sygnalizować aldisem AA AA. Włączyłem klucz i odpowiedziałem światłem topowym TTTTT, po czym począłem wołać na kana­le 16. Trzaski. Połączyliśmy się. Dwukrotnie literowałem systemem interco nazwę jachtu. Zrozumiałem, że statek jest algierski i idzie do Montrealu, i że chief oficer chce ze mną rozmawiać. Był to Polak, ale nie­wie­le go usłyszałem, „polski jacht”, następnie „dziesiątka”. Przełączyłem się na kanał 10, trzaski nadal uniemożliwiały łączność.

Potem próbowałem pogrzebać w UKF-ce. Niczego nie odkryłem.

Dziś jestem bez humoru, ta pogoda mnie przygnębia. Nie ma mgły, ale widzialność jest ograniczona. Ponadto od samego rana dobił mnie rozpryśnięty cylinder lampy naftowej. Wiedziałem, że nie mam już zapasowych, na wszelki wypadek, pogrzebałem w torbie w szafce i znów cud: był jeszcze jeden, to już naprawdę ostatni. Jak się z nimi obchodzić, żeby nie pękały? Może nie wolno ich otwierać i gasić na wietrze? Zimne powietrze uderzając w gorące szkło… itd. Będę je teraz znosił na dół do gaszenia. Trzeba im wobec tego znaleźć jakieś miejsce. Chyba będą stać między stołem nawigacyjnym a kambuzem.

Delfiny dugo płynęły z jachtem, nie wychodziłem na zewnątrz, mżyło cały czas. Im to nie przeszkadza. Po południu skończyłem montaż składanego reflektora radarowego, osiem trójkątów ze sklejki wzmacnia i usztywnia jego blachy, nic lepszego nie skombinuję. Trzeba je będzie podnieść, oba.

Pogoda arcyparszywa. Dmucha 7-ka, duża fala, widzialność do 2 mil. Taka pogoda nie raduje, nie cieszy. Czekam kiedy barometr osiągnie swoje dno, liczę na to, że wiatr skręci w prawo. Teraz idę 340° pełnym baksztagiem, nie chcę robić jeszcze zwrotu ze względu na Azory po prawej. Dzisiejsza pozycja robiona była w ciężkich warunkach.

22.30. – To przecież normalny sztorm, co najmniej 8°B, a ja piszę 7. Rychło w czas zrobiłem zwrot, o 21,30, kurs 010°. Trzeba to było zrobić dużo wcześniej. Zamieniłem KL II na F (11 m2) Gaz – 5 węzłów.

Radio France International: Le maréchal Tito n’a qu’une vie végétable. Życie wegetatywne.

Do Kanału 1450 mil, do Gdyni 2855.

 

 

Dzień 298, 3 IV 80, czwartek

Sztorm gnębił mnie aż do południa. Osiągnął 10°B skręcając na NW. Mimo halsowania (o 21.30 wieczór zrobiłem zwrot na KD = 010°, o 10.00 rano znów zwrot, przebieg dobowy bobry, 124 mile. (Ø = 40°40’N), Azory za trawersem (wczoraj o 20.00 trawers Flores w odległości 100 mil).

Po południu przepiąłem KL II na tylny forsztag, żeby móc nim halsować (wpięty jest nad KL I), a na przednim forsztagu wpiąłem i postawiłem KL III. Na trzech sztagach mam wpięte 4 sztaksle.

Ile jeszcze progów i trudu przede mną? (2 progi – kanał La Manche i Cieśniny Duńskie). Tłumaczę sobie: ile jeszcze szczęścia przede mną, które nastaje po pokonaniu progów?

Nie ma co marudzić, od 40°N pogoda wszędzie będzie parszywa, zatem trzeba dać batem po żaglach i gnać. Lata się nie doczekamy tutaj. Po południu zamieniłem KL III na KL II, postawiłem GR(2) i B. Szybkość 6 węzłów. Wiatr zresztą słabnie. Aż do następnego niżu. Noc nastała niemal bezchmurna, jest zimno, 7°C o 21-szej, gdy wiązałem lampy na pokładzie. Czapka uszatka znów w użyciu.

Dziwnie zachowuje się UKF-ka. Po włączeniu trzaski. Ale widełkami, naciskając, można je skasować. Jednak, gdy naciśnie się przycisk mikrotelefonu, najczęściej się pojawiają. Nie zawsze.

MORZE JEST NAJBARDZIEJ WYMAGAJĄCĄ KOCHANKĄ.

Ktoś to powiedział. Ja o tym wiem.

Do Kanału 1320 mil, do Gdyni 2720.

 

 

Dzień 299, 4 IV 80, piątek

Wczoraj wieczór byłem śpiący i zmęczony. O 21-szej zapaliłem lampy i poszedłem do koi. Jacht szedł pięknie, noc pogodna. Podniecała mnie myśl, że tak blisko do Kanału i do kraju. Nie mogłem zasnąć. Wiatr nieco osłabł do 3,5°B. O północy wstałem, ubrałem się i zdjąłem drugi ref z grota. Przestawiłem samoster o jeden otwór na ostrzej. Szybkość znów 6-7 węzłów.

11.00. – Spałem dobrze. Zbudziłem się przed budzikiem o 6-tej, zdjąłem i zgasiłem lampy. W zielonej cylinder odpęknięty, górna połowa odpadła, ale lampa świeciła nadal. Spałem do 9-tej.

FLAUTA.

Duża martwa fala mocno kołysze jachtem Słonecznie, ale zimno, 10°C na pokładzie, 14° w domu.

Czuję się bardzo słaby. W koi bardzo bolały mięśnie prawego barku, teraz bolą mnie obie ręce, nogi, w głowie stan awaryjny, ni to ból, ni to brak snu, ni to grypa. Skąd by tu się grypa wzięła?

Przyjmując średnią jak w założeniach, tj. 90 M/d dla Atlantyku, 70 dla Morza północnego i Bałtyku, do kraju 34 dni, wejście do Gdyni 8 maja. Na razie stoimy i kiwamy się. Po południu zażyłem aspirynę. Przepisałem dla „Życia” „M/s Caledonia-Androz”.

Podniosłem dwa reflektory radarowe. Przed wieczorem dmuchnęła dwójka z E. Postawiłem żagle, idziemy.

 

 

Dzień 300, 5 IV 80, sobota

Miałem nadzieję, że na lampach naftowych dopłynę do Polski. W nocy w obu kolorowych lampach cylindry potrzaskały (w zielonej ten kikut). Ciekawe, że zielona świeciła bez cylindra. Widocznie te lampy nie mogą pracować na dużym przechyle.

Dzień wstał pochmurnawy, wiatr ze wschodu. O 6-tej zarefowałem grota na dwa refy (EbS4°B), o 10-tej zrzuciłem go (ENE 5°B)

Aspiryny pomogły, dolegliwości mięśniowe z grubsza ustąpiły. Po kulminacji zamieniłem KL II na KL III. To już właściwie niemal sztormowanie. Dmucha 5° z ENE. Żegluga trudna. Za to widoczność dobra. Słońce pokazuje się.

Kartka od Adama. Dopisuję życzenia świąteczne do listów. Ogoliłem się, zostawiłem wąs.

Znów wyglądam inaczej.

Coś mi się dziwnie wydawało, żeby „piątka” zmuszała mnie do tak znacznej redukcji żagli. Zmierzyłem wiatr: 6-7°B. No tak, teraz nie ma się co dziwić. Taki dzień należy uznać za stracony, idę niemal na N z żółwią szybkością. Ciężko mi na sercu, muszę sobie tłumaczyć, że przecież niejeden dzień był stracony w rejsie i niejeden jeszcze będzie. Należy iść cierpliwie do przodu.

Barometr stoi na 1020. Ile jeszcze potrwa ten 6-7°B z NE?

Próbowałem skonstruować cylindry do lamp naftowych, ze słoików 0,8 l. po kompocie, z flaszek 0,7 l. po winie. Problem był z odcięciem dna. Słoik jest za szeroki, szkło jasne. Z flaszki może wyszedłby cylinder, ale szkło jest zielonkawe.

Przy takiej szybkości jak dzisiaj mogę spokojnie podwiesić lampę kotwiczną i spać. A od Kanału nie będzie już można spać w biegu, tylko trzeba będzie do spania stawać w dryfie. Do tego starczy jedno światło białe 360°. I tak będzie aż do Gdyni.

19.00. – Dmucha 8°B. Nawet na KL III iść na wiatr to straszna walka. KL III w dół. Szybkość pod F i B spadła do 1 węzła; trudno, strata usprawiedliwiona.

Ot, zaczynają się święta… Niech chociaż dobrze i spokojnie będzie tym, którzy spędzają je w domach. Sercem i duszą jestem z nimi.

O 7-mej rano zęza 120 pomp, o 19.30 – 204! Już myślałem, że pompa zepsuta. A ta wewnętrzna chodzi dużo ciężej niż kokpitowa.

BBC: Mija 155 dni uwięzienia przez Irańczyków zakładników w amerykańskiej ambasadzie w Teheranie.

 

 

Dzień 301, 6 IV 80, Wielka Niedziela

Sztorm trwa, 8°B z ENE skręcał na NE. Kręci bardzo pomału, toteż minie jeszcze sporo godzin nim otworzy mi drogę na NE. O 21-szej podniosłem białą lampę i poszedłem spać. Sen nie chciał zaskoczyć, jak zwykle, ale gdy zaskoczył spałem świetnie. Zbudziłem się przed budzikiem o 6-tej, ścignąłem lampę, po czym spałem dalej, do 10-tej.

Wolna Europa nadała piękną audycję muzyczną o roku 1930. Ze smutkiem pomyślałem, dlaczego Polacy tak się gniewają na siebie, nieprzejednanie i zawzięcie, jak wróg z wrogiem. Zawsze podzieleni, zawsze rozdarci.

Na śniadanie szynka, sałatka z czerwonej papryki, biskwity, herbata i Alain Colas „Dookoła świata po zwycięstwo”.

Sposób stania w dryfie pod fokiem 11m² i bezanem daje złudzenie płynięcia. Jacht nie kiwa się na boki jak bez żagli, trzyma kurs pełny bajdewindowy – pod samosterem. A że stoimy? No cóż, w każdej kalkulacji należy uwzględnić straty.

To dlatego, że liczyłem, kiedy zawinę do Gdyni. Trudno nie liczyć będąc zaledwie 2500 mil od kraju, będę liczył nadal. Mimo kaprysów wiatrów moje liczenie jest realniejsze niż amerykańskich zakładników w Teheranie, którym wybiło 155 dni „rejsu na uwięzi” i nie wiedzą, kiedy się on zakończy. Jest to jakby równoległy „rejs” z moim, zaczął się bodaj, gdy byłem na Indyjskim.

Pod pokładem nastrój świąteczny, radio gra, do śniadania przyświecało Słońce. W południe zachmurzyło się na całego. W Czadzie tłuką się i leje się krew. Podzielili się i stanęli zbrojnie naprzeciwko siebie Prezydent i Minister wojny.

Na pokładzie 8°C, pod pokładem 15. Ubrałem trzecią parę skarpet, ale buty gumowe stoją w szeregu pod trapem. Doczekam tu lata, co prawda wolałbym czekać w tropikach. Tam miałem wiatr, tu go nie mam.

– A tamte 80 godzin we flaucie?

– To było dawno.

Radio France International informuje o katastrofie francuskiego trimarana, który miał pobić rekord Atlantyku. Wywrócił się.

13.00. – Kulminacji nie miałem, chmury pokryły całe niebo. W Polsce jest godzina 15.00. W niektórych domach zasiadają do stołu świątecznego. W większości za godzinę, dwie. Będę wszystkim towarzyszył przy składaniu sobie życzeń. Jestem pewny, że wiele ust wypowie życzenie „za powrót Jaskuły”.

16.00. – Pokazało się Słońce, mam pozycję. Odchyliło kurs na NNW. Mój kurs stąd jest 063°, wiatr 7°B z kierunku 060°. Co robić? Na razie zostawiam rzeczy tak, jak stoją.

Na obiad miałem golonkę z ryżem i sałatą z papryki. Golonka była dobra, puszka nie zbombażowana, a jednak pies o dobrym węchu mógłby się dowąchać nieświeżości mięsa. Kompot truskawkowy z zardzewiałej puszki.

Jakiś realniejszy zysk drogi pod „siódemką” to iluzja. Poczekamy na inny wiatr, tę noc prześpię pod latarnią postojową. Napiszę parę kartek świątecznych.

Dzień mija w tym dziwnym półdryfie. Bardzo by się przydała flaszka wina. Nie będę grzebał za nią, wiele razy już przeszukiwałem, nie mogąc się pogodzić z błędem w obliczeniach. Na pewno jej nie ma.

W rejonie gdzie się znajduję – 300 mil na NNW od Azorów – najmniej procentowo jest wiatru, który trzyma mnie od dwóch dni. To jest antyszczęście! Przed północą wysłuchałem z Warszawy na 47 m audycję „Dla tych co na morzu”, dla marynarzy PLO, PŻM i Dalmoru. O żeglarzach nie było ani słowa.

Do Kanału 1080 mil, do Gdyni 2480. 32 dni.

 

 

Dzień 302, 7 IV 80, poniedziałek

Wrota do Europy nadal zamknięte dla „Daru Przemyśla”. Rano „siódemka” z ENE, koło południa – tak, jakby te wrota lekko się uchyliły i powstała szpara, ale jacht przez nią nie przejdzie. Wiatr bardzo nieznacznie poszedł w prawo. Przebieg dobowy 53 mile, ale odległość do Kanału taka sama jak wczoraj, gdyż nasz kurs 337° był niemal prostopadły do kursu na Kanał. Na razie dalej człapiemy gdzieś ku północy.

Nie rozpaczam, źle mi tu nie jest, prócz wina – na co mam wielki smak – mam wszystko. Czas, jeśli chodzi o pogodę, pracuje dla mnie. Na karku mam lato, a nie zimę ani jesień. Tylko czekać, a powinno być lepiej. ETA (Expected Time od Arrival) przesunęło się z 8 na 9 maja. Wczoraj do Gdyni 32 dni według ETA. Never mind! Wysypiam się za to wspaniale, po 10 godzin. I tak jeszcze mam 5 dni fora w stosunku do planowanego ETA na 14 maja.

 

Od trzech pełny dni dmucha wiatr, który tu istnieje w najmniejszym procencie o tej porze roku. Blokuje mnie skutecznie. Barometr poszedł wysoko na 1029,5. Jest to wyż, ale bezsłoneczny. Czy ten wiatr wreszcie skręci? Byłoby to za proste. Raczej zdechnie, a potem nastanie flauta. Aż przyjdzie niż z wiatrem sztormowym i mgłą. Oby moja przepowiednia nie sprawdziła się.

Czy jest inny sposób rozwiązania obecnego problemu żeglarskiego? Dmucha 6°B z EbN.

Halsować pod nią na KL II i GR(2)… Nie! Zatem pozostaje pełzać pod F i B i czekać.

Na obiad ryż z trzecią, ostatnią częścią puszki golonki. Sałata z czerwonej papryki i fasolki, kompot z truskawek.

20.00. – Mierzę wiatr wiatromierzem: 6-7°B. Brzydko, pochmurno, ponuro, wiatr jęczy na linach nisko, żałośnie. Podbudowuję się psychicznie, aby się nie poczuć zagubiony w tych uporczywych przeciwnościach.

Zapada dziwny wieczór. Na wschodzie, w zenicie, normalne zachmurzenie, natomiast zachodni nieboskłon aż do połowy wypełnia sino-ołowiany woal jednej olbrzymiej, ciężkiej chmury.

21.00. – Gdy zapada noc nie lubię zostawiać jachtu bez częstego sprawdzania horyzontu. Toteż chętnie zapalam szybko lampę (biała 360°) i zamykam się, odcinam się od brzydkiego oceanu i groźnego otoczenia. Zasiadam przy świeczce i radiu, mapie i swoim myślach. Krzywa – łuk na generalce, która wiodła mnie do kanału La Manche, jest paskudnie wygięta w górę, w lewo.

Radio Canada: President Carter decided to expel all Iranian diplomates from the US. Ayatollah Khomeini decided that the hostages have to remain in the hands of militant students. All export to Iran is prohibited, even food and medicine.

 

 

Dzień 303, 8 IV 80, wtorek

Wrota do Europy nadal szczelnie zamknięte, dmucha ciągle ENE 6-7°B. Idziemy wolniutko pod fokiem i bezanem prostopadle do żądanego kursu. Znów 50 mil na NNW, co nic nie przybliża do Kanału. Wszedłem jedynie w zimową strefę Load Line.

O 14.30 zrobiłem zwrot. KD ok. 140°. To chyba Wyż Azorski tak mnie przygwoździł? Ale skąd wobec tego tak silny wiatr ENE? Muszę się podbudowywać nawigacyjnie patrząc na Routeing Chart jak sroka w kość i powtarzać sobie, że w kwietniu ten wiatr występuje w NAJMNIEJSZYM procencie. Inaczej ogarniała mnie obawa, czy dobrze zrobiłem dokonując zwrotu i wracając na SE, bliżej środka wyżu, czy nie lepiej byłoby pchać się na NNW, aż do złapania zachodniego wiatru?

Na mapie 4011 wyrysowałem, w oparciu o „The World Sailing Ship Routes” (5308), kanał o szerokości 60 mil, prowadzący stąd do kanału La Manche, którego powinienem się trzymać.

Zatkałem deklami 4 otwory wywietrzników, od dziobu po kambuz. Po południu wykonałem nowe oświetlenie nie oślepiające kompasu wewnętrznego. Przy akumulatorze na mostku ołowianym (2 V) przylutowałem końcówkę (poprzednia przykręcona blachowkrętem kompletnie skorodowała. Do cokołu żaróweczki również przylutowałem końcówki. Żaróweczki w reflektorku, reflektorek przymocowany taśmą do giętkiego ramienia lampy punktowej. Oświetlenie sterowane wyłącznikiem kołyskowym.

Do Kanału 1060 mil, do Gdyni 2460, 32 dni. ETA 11 maja.

 

 

Dzień 304, 9 IV 80, środa

E 5-6°B. Spałem po zgaszeniu lampy od 6-tej do 11-tej. Dzień pochmurny choć dość jasny. Po kulminacji (z trudem, Słońce za chmurami) z barierki przy maszcie zdjąłem bosakiem koniec flaglinki, na której został oderwany pierścień od reflektora radarowego.

Przebieg mały, 21 mil, ale ciekawy jest KD śr = 106°. Najbardziej optymistyczny mógł być 140-135°. To prąd zniósł mnie na E poprawiając KD.

Co robić? Czy zrobić zwrot, postawić KL II? I GR(2)? I pchać się pod E 5-6°? W najlepszym wypadku osiągnę KD = 030°. Czy czekać dalej? Aż przynajmniej wiatr osłabnie do 4°B? Barometr bardzo pomału idzie w dół, jest na 1023,5 (przed 24 godzinami był na 1028).

17.00. – Ruszyliśmy! O 16.30 zrobiłem zwrot, postawiłem KL II i GR(2). Idzie 4 węzły, KD ok. 035°. Wiatr siadł do 5° E. Na wschodzie, skąd dmucha, sine chmury.

Czytając książkę podziwiam Colesa, gdy „Pen Duikiem IV” przechodził Biskaje. Miał chłop zdrowie i ten olbrzymi ładunek woli. U mnie na wyjściu ten ładunek też był olbrzymi, teraz wydaje mi się, że jestem wyczerpany. Idę coraz bardziej ostrożnie, coraz wcześniej zrzucam żagle. Coraz częściej posługuję się wiatromierzem, a czasami i jemu nie wierzę, wydaje mi się, że przesadza, gdy to, co czuję na twarzy, oceniam na 3, wiatromierz pokazuje 5.

21.30. – O 21.00 zapalając lampę zobaczyłem na lewym baksztagu mały statek (1 topowe) + zielone. Zaświeciłem topowe. Skręcił pokazując czerwone i przeszedł za rufą. Topowym wywołałem go, potem nadałem trzy razy K9. Na UKF był. Prosiłem o pływy na Dover od 15 do 30 kwietnia. Miał szalone trudności z angielskim. Dwa razy usiłował podać mi pozycję, której nie zrozumiałem, trzaski w mojej UKF-ce przerywały mi słyszalność. Trzykrotnie przeliterowałem nazwę jachtu z prośbą o podanie pozycji Gdyni Radio. Nie mam nadziei. W pewnej chwili spytałem jakim językiem wolałby mówić, ale już nie odpowiedział. Szedł kursem E.

O 23.30 złapałem Warszawę na 19,65 m. Odbiór zakłócony przez sąsiednie stacje.

 

 

Dzień 305, 10 IV 80, czwartek

Skończyło się wylegiwanie w koi. Jest północ. Siedzę. Lampa naftowa 360° świeci zawieszona na prawej stenwancie bezana, mimo to co 15 minut wyglądam. Noc jest czarna, bez gwiazd, ale widoczność dobra.

O 00.10 chwyciłem Papieża mówiącego po hiszpańsku. Poznałem go po głosie. Jest to w programie RAI para América Latina.

20.00. – Dzień minął pracowicie: do 11-tej przespałem go, po kulminacji – jacht stanął we flaucie – nała­do­wałem akumulatory (4 godziny terkotu), wykonałem nowe oświetlenie kompasu w kokpicie. Mała żaróweczka znów się odłączyła, przylutowany przewód do niej odpadł. Kilka razy próbowałem go przylu­to­wać, bezskutecznie, za precyzyjna robota jak na te narzędzia. Do podłużnej żarówki 12 V przylu­to­wa­łem dwa przewody, które poprzez wyłącznik kołyskowy idą do gniazda wtykowego na kolumnie steru. Jest OK. Można świecić i gasić bezpośrednio przy kompasie.

Wymieniłem stary bezan na nowy. Ale ten nowy wcale nie jest nowy. Może to z pierwszych rejsów jachtu? W każdym razie ma kieszenie, dałem mu listwy. Zestawy łowcze sprzątnąłem, tylko zawadzały. Może na Północnym pokuszę się o makrelę? Obiad zjadłem, gdy zapadał zmrok. Flauta trwa. Chyba się wyśpię w nocy.

Wyż Azorski jest niebezpieczny, Najpierw blokował mnie przez 5 dni wschodnimi wiatrami, teraz przytrzyma mnie flautą. Ano, przetrzymamy i flautę. Nie przejmuję się tym, że stoję. Jest pogodnie, czas pracuje dla mnie, wiosna wkracza dużymi krokami na północny Atlantyk, na Morze Północne, na Bałtyk.

Przy świeczce, z lupą w ręce, skończyłem czytać Colesa oraz komentarz Jula. Ciekawe było.

Do Kanału 1000 mil, do Gdyni 2400, 31 dni. ETA 11 maja.

 

 

Dzień 306, 11 IV 80, piątek

Noc przespałem spokojnie. O 5.30 budzik nakazał gasić lampę. Dostrzegłem lekki powiew z W. Gdy sklarowałem lampę, dmuchało już 2°B. Postawić KL I? Poprowadzi Michał? Nie bardzo o tym przekonany, postawiłem KL I, zdecydowany sterować ręcznie, gdyby samoster nie słyszał wiatru. Wiatr wzrósł do 3°B i Michał sobie radził. Spałem jeszcze 3 godziny.

Przed południem stanął GR(1), szybkość 7 węzłów. Idziemy! Chyba ETA nie będzie się już przesuwać, opóźniać.

DZIŚ KOŃCZĘ 10 MIESIĘCY REJSU. Do Gdyni, wg ETA, jest jeszcze miesiąc, 31 dni.

22.00. – Noc czarna, co parę chwil przechodzą wały ciężkich, sinych, ołowianych chmur niosąc szkwały. Tylko zwały zalegają w różnych miejscach horyzontu.

23.00. – NNW 8°B. Chwilami folguje do 7. O 22.30 KL I w dół. Najpierw myślałem postawić KL II, potem KL III. Wreszcie postawiłem foka. Gdy wiązałem KL I na baku, duża fala wyrżnęła w jacht zalewając dziób. Dostrzeg­łem ją w ostatniej chwili, padłem plackiem na żagle, aby mnie nie wypłukała. Cholera! Znów trzeba ubierać podwójny sztormiak.

Dlaczego przedni akumulator słabo świeci? Ogarnia mnie senność. Dookoła pusto, wyglądam co 15 minut, chyba pójdę spać. W koi nie jest zimno, ale i nie jest ciepło pod trzema kocami na śpiworze. O 2.30 zagrzałem wody, przeprosiłem się z termoforem. Tych termoforów trzeba by mieć więcej: jeden na nogi, jeden na ręce, jeden na kolana itd.

Od dziś nie pijam kawy. ETA 12 maja.

 

 

Dzień 307, 12 IV 80, sobota

Trudna żegluga, albo sztile, albo sztormy. Dmucha regularnie 7°B z NW, częste szkwały do 9°B. Niebo zmienne, od pokrytego groźnymi chmurami, do świecącego Słońca. To rzadziej. Śniadanie (golonka) zjadłem dopiero o 13.30, po obliczeniu i naniesieniu pozycji, wściekle głodny.

Przebieg 122 mile podniósł mnie na duchu. Przebieg na kursie właściwym. Ogarnęło mnie zdumienie, że taka mała powierzchnia żagli (F – GR(2) – B) wyciąga średnią 5 węzłów. Nad palnikiem przesuszyłem rękawy koszuli, którą miałem wczoraj przy zrzucaniu KL I, następnie buty, powieszone na lince. Gaz śmierdzi, suwklapa lekko uchylona. Jak dotąd (14.00) ani jedna fala nie trafiła w tę szparę.

Zimno, 3,5°C w południe (w nocy było +1°C), najniższa zarejestrowana temperatura w rejsie.

BBC jak zwykle w sobotę i niedzielę beznadziejna. Głowa mi puchnie od ich futbolu. Z niecierpliwością oczekuję wieści o decyzji amerykańskiego Komitetu Olimpijskiego, czy będzie zgodna z zaleceniami Cartera? Jeszcze nigdy przez tak długi czas nie nasłuchałem się tyle dzienników w różnych językach z różnych rozgłośni. Jestem super au courant sytuacji światowej.

Widoczność jest dobra, na tym mi najbardziej zależy w Kanale. Ale kto może wiedzieć, co będzie za 9 dni? Na generalkę Atlantyku oraz na mapę świata naniosłem pozycje do dziś. Imponująco wygląda generalka świata z linią biegnącą przez oceany i zbliżającą się do Kanału.

You’ve nearly done it old fellow! – wykrzyknąłem patrząc na mapę świata.

Nowością ekscytującą jest to, że reszty drogi nie liczę już w miesiącach, tylko w dniach. Dziś ETA przewiduje 29 dni do Gdyni – przybycie 11 maja, niedziela.

Po południu wielki klar żagli na baku. Przygotowałem do postawienia w pierwszej kolejności KL III, w drugiej KL II. Oba te żagle były na przeciwnych halsach (na lewej burcie), poprzeplatane z baleronem KL I, jak kiszki w brzuchu. Wykonałem tę pracę w dwóch etapach, przerwa była na przywrócenie czucia palcom, które zmarzły na kość.

Korciło mnie, żeby postawić choć KL III, ale pomijając siłę wiatru i wysokość fal – szybkość jachtu 6 węzłów pod fokiem, GR(2) i B nie wymagała więcej żagli jak na razie. Szkwały do 8-10°B szaleją. W czasie takiego jednego, widząc że Michał nie może odpaść, zrzuciłem bezana. Szybkość ku memu zdumieniu spada z 7 do 4. To szkwał przeszedł i po nim nastąpiło 1,5 godziny słabego wiatru.

Wykorzystałem tę przerwę, żeby postawić KL III, a zrzucić F i GR(2). Gdy kończyłem wiązać grota (19.05) spadł następny szkwał 10°B z deszczem i gradem. Przemarzłem. Wziąłem 2 aspiryny. O 20.30 zapaliłem lampę, o 21-szej poszedłem do koi.

Gwizd wiatru, szalony bieg jachtu, wpadanie w wykroty, gwałtowne skręty od fal nie pozwalały zasnąć. Wstałem, zacząłem się ubierać z zamiarem zastąpienia KL II czymś mniejszym. Wtedy gwizdy nieco przycichły. Uznałem, że sztorm słabnie, wróciłem do koi. I byłbym spał, choć dmuchało 10°B, lecz po kontroli kursu zobaczyłem, że wiatr poszedł w prawo na NNW (z WNW). Trzeba wyostrzyć do półwiatru, a KL II będzie miał za ciężko. Postawiłem F, zrzuciłem KL II, wyostrzyłem aż o dwa otwory. Idziemy swoim kursem, choć znacznie wolniej. Ale i spokojniej.

O 23-ciej wracam do koi. Głowa mnie pobolewa. Wezmę termofor, bo znów zmarzłem. Akcent amery­kań­ski: four – fłor, more – młore, report – repłort.

 

 

Dzień 308, 13 IV 80, niedziela

Noc pracowita, w zimnie, choć tak chciałem się wygrzać po dwóch aspirynach. Przed północą sztorm się przesilił akordem NNW 10°B, kiedy musiałem zamieniać KL II na F. O 2-giej wiatr osłabł do 8-7°, postawiłem KL II, zrzucając F. Kilkakrotnie korygowałem kurs, wiatr wahał się NNW-NW-WNW.

TRAGEDIA: O 5-tej wstałem, żeby zgasić lampę. Pod dekiem, wyciągając jak zwykle lampę z obudowy, uderzyłem cylindrem wewnątrz obudowy. Cylinder się zbił. Ostatni. Ogarnął mnie taki żal, że się rozryczałem, głośno, ze łzami ściekającymi po twarzy.

Ale potem pomyślałem sobie, że widocznie tak musiało być, widocznie muszę świecić tylko światła elektryczne. Może lampa naftowa spowodowałaby pożar? I pogodziłem się z losem.

O 10.30 dmuchała „piątka”, postawiłem B i GR(2). Chwilami chodzą szkwały, co nie pozwala rozrefować grota. Przed 14-tą rozrefowałem go, szkwałów nie ma. Barometr idzie w górę, osiągnął 1015 mb.

Po południu ładowanie przedniego dziobowego akumulatora. Napięcie w nim spadało o 1 V po włączeniu żarówki. Przeczyściłem mu styki, napięcie trochę poprawiło się.

Wiatr spadł do 4-ki. Zamieniłem KL II na KL I. Tu już nie ma co zwlekać i czekać lata, jestem na 47°N i trzeba gnać, im szybciej (w granicach raisonnable) tym lepiej, tym mniej męki.

Dzień słoneczny, ale zimny. To zimno mnie dobija. Na agregacie suszę buty, koszulę, skarpety. Po czterech godzinach terkotania agregatu, na jachcie cisza. Ach, jak ja nie lubię tego terkotu. No ale elektryk będzie się musiał pogodzić ze światłami elektrycznymi.

24.00. – Flauta od 23-ciej. TUTAJ ALBO SZTORMY, ALBO SZTILE.

 

 

Dzień 309, 14 IV 80, poniedziałek

Wiatr słabł, siedziałem za sterem wewnętrznym, aż o 23-ciej zamarł do zera. Zrzuciłem KL I, aby się nie tłukł i poszedłem spać, zapaliwszy o północy światło topowe.

O 2-giej dmuchnęło 3°B z S, włączyłem samoster. Spałem dalej. Budzik dzwonił o 4-tej dla zgaszenia topu. Nie słyszałem, zbudziłem się o 7-mej. Trzy godziny top świecił bez potrzeby. 6 Ah zmarnowane.

O 9-tej KL w górę, szybkość podskoczyła do 6, a potem do 7 węzłów. Dzień do południa pogodny, kurs i szybkość doskonałe, wiatr taki jak trzeba, widzialność idealna. Mimo, że trzy dni temu zakazałem sobie picia kawy, wczoraj i dziś piłem.

Po południu dmuchała „piątka” z S, jacht pędził 7 węzłów, nawet nie szedł za ciężko. zastanawiałem się, czy w ogóle zarefować grota, i czy na 1 czy na 2 refy. Zwyciężył rozsądek, założyłem 2 refy. Mało tego, zamieni­łem KL I na KL II. Jacht pędzi 6 do 7 węzłów. Teraz się naigrawam z siebie:

– Nie trzeba było refować, co? Ty pipo!

Grzebałem przedtem z zasilaniem 12 V Rygi. Skonstruowałem specjalną wtyczkę z drewna, wyłączającą boczny styk. Nie wiedziałem gdzie +, gdzie –. Spaliłem ze 4 bezpieczniki na tablicy i dałem sobie spokój. Znalazłem jeszcze 9 baterii R20, założyłem je. Słabe były kompletnie, zgniłe, obawiałem się, że aparat nie odżyje. Coś tam złapał na krótkich, mnie chodziło o długie, dla Forecast for sailing, jako że Spidola milczy na długich. Spróbuję złapać BBC w nocy.

Po obiedzie – późnym, jak codziennie, o 18-tej – usiadłem na fotelu patrząc na odkos fali przy burcie, na szybkość 6-7 węzłów.

– Ach, tu mieć przyjaciół! – westchnąłem.

Chociaż znoszę samotność nie najgorzej, brak mi przyjaciół, ciągle myślę o nich, o naszych spotkaniach, o rozmowach, o chwilach radosnej wspólnoty wynikającej z samego faktu przebywania z sobą. Rano, siedząc na koszu rufowym, uciąłem sobie rozmowę z Michałem:

– Jesteś bohaterem Michał. W Polsce, po powrocie, będziesz mocno wychwalany. Nie wyobrażam sobie, jak by to było bez ciebie – powiedziałem mu otwarcie, a on tylko kiwał głowicą, raz w prawo, raz w lewo.

21.00. – Ryga gra na wszystkich zakresach, ale BBC na 200 kHz nie odbiera, stacje francuskie na długich tak. Dlaczego?

Noc pochmurna, jacht pędzi w ciemną dal. Co 15 minut wyglądam. Przed chwilą minęliśmy się ze statkiem dość daleko, na prawym trawersie, idącym kontrkursem. Wnętrze jachtu jest mi tak bliskie, tak długo tu mieszkałem przed rejsem, że czuję się wewnątrz jak w swoim domu, odcinam się od wrogiego i groźnego żywiołu, mam poczucie bezpieczeństwa.

Śnił mi się Jurek Damsz, swoim Mosquito bombardował redyk, który po nocach przeprowadzałem przez tropiki. z północy na południe. Te tropiki miały kształt gór. W pierwszą noc udało mi się przeprowadzić 30 owiec, w drugą 50, a w trzecią 56 tysięcy.

 

 

Dzień 310, 15 IV 80, wtorek

Wczorajszy dzień, choć pochmurny, był jednym z tych dni, które cieszą. Szybkość, kierunek wiatru, kurs, wszystko grało. Przebieg dobowy wypadł ładnie, 145 mil.

Spałem dobrze, aby usłyszeć budzik o czwartej, wziąłem go do poduszki. Rzeczywiście, gdy zadzwonił, to tak, że o mało mi bębenki nie rozsadziło. Lecz o 4-tej było jeszcze ciemno, więc przestawiłem go na 4,30, kiedy zgasiłem top.

Dziś na odmianę wiatr słabnie. Śniadanie zjadłem dopiero po kulminacji, wściekle głodny.

Szynka z resztą wczorajszej wołowiny, podsmażane, sałata z czerwonej papryki.

Lusterko stałe w sekstancie nr 2 jest ta skorodowane, że z trudem robię pomiar, gdy Słońce nie jest jasne. Czuję się coraz bardziej szczęśliwy, to wpływ bliskości kraju. Słuchając w dzienniku o kolejnym gwałcie terrorystów, tym razem w Paryżu, przyszło mi do głowy, że tym ludziom tylko ocean może pomóc, mają za dużo energii, dla której nie ma sensownego ujścia. Wniosek: budować jachty i puszczać kozaków na morze. Wtedy na lądzie będzie spokój.

W powietrzu wisi wiosna.

16.00. – Dmucha „dwójka”, Słońce za cienkim woalem chmur. Spokój. Michał odpoczywa, siedzę za sterem w fotelu i zaczynam odczuwać żal, że rejs się kończy. WIEM, ŻE BĘDZIE MI BRAK OCEANU. Znów myślę o następnym rejsie non stop.

20.00. – Stoję w dryfie. Flauta. No i co daje przebieg 145 mil, skoro następny dzień zepsuje średnią? Cierpliwości. Już blisko. Wczoraj tak pięknie szedł jacht, dziś stoi bezradnie, zdumiony własną niemocą.

Barometr za 5 godzin poszedł w górę 6 mb. Cisza bez wiatru. Jako to się dzieje, że ciśnienie zmienia się tak szybko bez wiatru?

Do Kanału 460 mil, do Gdyni 1866. ETA 11 maja.

 

 

Dzień 311, 16 IV 80, środa

11.00. – Flauta trwa. Spałem za to 11 godzin z przerwami fizjologicznymi. Wiosnę czuć w powietrzu. Morze spokojne, Słońce dyskretnie zza muślinu z chmur daje się ująć w sekstant. Na śniadanie parówki.

Ha, znów stoimy. Jedyny powód, dla którego ta flauta nie jest mi na rękę: chciałbym wejść do Kanału 21 kwietnia, tak jak jest przewidziane w założeniach. Podoba mi się dokładność planowania, wprost niesamowita. Tak jest, średnie przebiegi planuje się nie tylko na podstawie osiągnięć jachtu, ale i uwzględ­niając mocno warunki na morzu, kaprysy wiatrów i złośliwości aury. Wtedy wszystko wyjdzie dokładnie.

O 4.30 znów nie słyszałem budzika, był na półce nad stołem. Zbudziłem się godzinę później. Było już całkiem jasno. Zgasiłem top, 2 amperogodziny zmarnowane, 7 dodatkowych minut ładowania akumu­latora.

W południe z WNW przyszła „jedynka”. Wyluzowałem żagle i steruję ręcznie spod deku. Zejściówka otwarta. Rozmyślałem o rejsie non stop w przeciwną stronę, marzę też o rejsie na Oceanię: Tahiti, Tuamotu, Samoa, Fidżi, itp. Posieję tę myśl w Przemyślu, po kilku latach wykiełkuje ziarno i wyjdziemy na Oceanię. Byłby to rejs dookoła świata drogą Teligi, z dłuższym zatrzymaniem na Oceanii. Chciałbym to połączyć z nakręceniem filmu, wydaniu albumu, napisaniem książki. Książka, w której żagle byłyby tłem życia i spraw tamtejszych wysp. Filmy dwa: jeden lądowo-morski o życiu na wyspach z żaglem jako tło, drugi podwodny. W drodze powrotnej jacht wracałby przez Morze Czerwone, gdzie również zatrzymałby się dla celów nurkowania i filmowania pod wodą oraz zbierania i preparowania fauny i flory.

O 17-tej „dwójeczka” z NNW pozwoliła przekazać ster Michałowi, jednak z zastosowaniem ciężarka różnicowego, wspomagającego przekręcić fletner po odpadnięciu, kiedy wiatr pozorny jest za słaby.

Śniło mi się, że byłem w Ustrzykach Dolnych. Już miałem wracać, zająłem miejsce w PKS-ie, dwa siedzenia dalej siedział Władek Tajchman. Ponieważ do odjazdu była jeszcze chwila, z Władkiem poszliśmy do bufetu przy bramie dworca PKS kupić kanapki. Teczkę i płaszcz zostawiłem na siedzeniu. Władek kupił dwie kanapki i wrócił do autobusu, natomiast mnie sprzedawca zaczął robić trudności. Trwało to dobrą chwilę, ale się nie przejmowałem, liczyłem, że Władek zawoła mnie, gdy autobus będzie miał ruszyć. Gdy wyszedłem z bufetu PKS-u już nie było, odjechał. Zapadła noc, marzłem bez płaszcza.

Umarł Jean Paul Sartre. Nagroda Nobla w 1964 roku. Dziś mija 165-ty dzień przetrzymywania zakładników amerykańskich w Teheranie.

 

 

Dzień 312, 17 IV 80, czwartek

W nocy, aż do 3-ciej, wstawałem co pół godziny, słaby wiatr i samoster z ciężarkiem wspomagająco-różnicowym wymagał częstej obserwacji, przy tej okazji obserwowałem również morze. Puste. Światło zaświeciłem o 3-ciej na 1 godzinę. Rano wiatr się wzmógł do 4-5° z NNE ku NE. Pochmurno. Koło południa chmury częściowo ustąpiły.

Przebieg dobowy mimo słabego wczoraj wiatru – 94 mile. Dobrze, że nie stanąłem w dryfie, gdy wiatr osłabł do jedynki, ale sterowałem ręcznie, aż do 23-ciej (od 20.30).

Czuję rozkoszne podniecenie bliskością Europy i Kanału. Oby tylko nie było mgły, nie mam przecież tablic pływów na 1980. Liczę również na to, że uda mi się wywołać na UKF Dover Radio i przesłać depesze do Gdyni oraz pozdrowić Dicka i Toma. Po południu założyłem nowe baterie R6 w echosondzie (działa), w radio­namierniku (działa) i w logu (nie działa) oraz wysuszyłem desekatory. Również wyciągnąłem z achter­piku krótszy kawałek łańcucha kotwicznego (18 m), który zamierzam sklarować do kotwicy, przedłużając go liną.

Przed zmrokiem zamieniłem KL I na KL II. Przygotowałem również spis sygnałów radiowych (Radio Signals, Vol. 2, Navigational Aids) Chyba zapomniałem, że nie mam sprawnej łączności radiowej!

Television film „Death of a Princess” obraził Arabię Saudyjską, która zastosowała sankcje gospodarcze wobec W. Brytanii. Wycofano ambasadora. Film był emitowany przez brytyjską telewizję. „Śmierć Księżniczki” zrealizowana została wedle scenariusza angielskiego pisarza Antoniego Thomasa i oparta na autentycznych wydarzeniach, które rozegrały się w roku 1977 w Arabii Saudyjskiej. 23-letnia księżniczka Mishaal, małżonka księcia Mahomeda Ibn Abdula Asisa, zakochała się w studencie nazwiskiem Musieg al-Shaar. Romans obojga został wykryty. Uznano, że księżniczka nie tylko zhańbiła ród królewski zadając się ze zwykłym obywatelem, ale że zarówno ona jak i jej kochanek zgrzeszyli ciężko przeciwko przepisom Koranu. Oboje skazani więc zostali na śmierć: najpierw na oczach księżniczki zastrzelono jej ukochanego, potem – publicznie – ścięto nieszczęsną Mishaal.

Zanim film został pokazany publicznie, dwór saudyjski próbował przekupić sumą 10 milionów dolarów autora scenariusza. Antoni Thomas nie zgodził się jednak na wycofanie filmu. Po ukazaniu się „Śmierci Księż­nicz­ki” na ekranach, ambasador W. Brytanii musiał opuścić Arabię Saudyjską, zaś 400 osób spokrew­nio­nych z saudyjską rodziną królewską, a przebywających w Londynie, demonstracyjnie wyjechało ze stolicy Anglii.

„Młoda aktorka Suzanne Taleb, z pochodzenia Egipcjanka, jest w najtragiczniejszej sytuacji: zagrożono jej, że zostanie zamordowana za to, że ośmieliła się zagrać grzeszną księżniczkę”. [„Kobieta i Życie”, nr 24, 15. VI 1980.]

A ja się martwię wiatrem, że za słaby, albo nie z tego kierunku, tak jakby wiatr był czynnikiem stałym.

– Oczywiście, wiatr jest niestały, ale też nikt, żaden żeglarz, nie dostał takiej dawki wiatrów przeciwnych, co ty, my old friend, nie zapominaj o tym! Allah cię karze!

– Cha, cha, cha! Cha cha cha cha!

 

 

Dzień 313, 18 IV 80, piątek

Robin Knox Johnston: 313 dni, Falmouth – Falmouth. Tylko nie wiem, jakie on dni liczy, kalendarzowe czy dni rejsu, których jest o jeden więcej. Załóżmy, że kalendarzowe, zatem taki rekord żeglugi solo non stop jest wyrównany dzisiaj, a jutro będzie przekroczony.

Spałem dobrze. Wiatr osłabł, rano zamieniłem KL II na KL I, w południe Rozrefowałem grota. Kurs do La Rochelle. Czy wiatr odkręci w lewo i zrobi mi przejście do Kanału? Ładowanie akumulatorów i wymiana oleju, czynność, której najbardziej nie lubię.

16.00. – Agregat pyrczy, potencjometr elektrolityczny stabilny, trzyma równo 20 A. Dmucha 3-4°, wiatr wykazuje tendencję do skręcania w lewo. Chwilami idę 080°. Mój żądany kurs 070°, w środek wejścia do Kanału. 080° też prowadzi w Kanał. To kurtuazyjne skręcanie wiatru w lewo rozczuliło mnie niemal do łez.

21.00. – Wiatr rzeczywiście skręcił w lewo, idę 070°. Wymiana oleju po 4 godzinach ładowania. Przedniego, oświetleniowego, bez bólu. Technologia jest już doskonała, narzędzia ulepszone. Zamierzałem dać jeszcze po pół godzinie akumulatorom rufowym. Gdy uruchomiłem agregat, na luzie, zaiskrzyło w rejonie wiszącego potencjometru, po czym agregat odmówił ładowania. Zapadał zmrok, trudno było mi się w tym grzebać. Zostawiłem sprawę na jutro. Co się mogło stać? Znów zmartwienie.

Tymczasem jacht żwawo idzie pod „czwóreczkę” w bajdewindzie, prosto na Kanał, z szybkością 6 węzłów. Znów zachmurzyło się całkowicie, sierp młodego Księżyca niewiele pooglądał ocean.

Do Kanału 255 mil, do Gdyni – 1655, 23 dni. ETA 11 maja.

 

 

Dzień 314, 19 IV, sobota

Modus vivendi na wodach europejskich zaczyna krystalizować: po prostu nie śpię w nocy. Tu już zaczyna się zagęszczenie ruchu, po północy widziałem 3 statki równocześnie. Nosić samo topowe jest niebez­piecz­­nie, wezmą go za rufowe. O północy szedł z lewej mały statek (jedno topowe), widziałem jego zielone. Kursy zbieżne, namiar się nie zmieniał, szedł na zderzenie. Gdy był daleko zaświeciłem top, potem pozycyjne, wygasiwszy top. Nic go to nie wzruszało. Gdy odległość zaczynała być za mała, zrobi­łem zwrot przez sztag i poczekałem w dryfie 10 minut, aż przeszedł. Chyba nie słyszał, co krzyczałem pod jego adresem. I jak tu spać, nawet świecąc pozycyjne? Pójdę spać o świcie. A w Kanale do spania trzeba będzie stawać w dryfie, co zresztą uwzględnione jest w założeniach, 70 mil na dobę.

03.00. – Złapałem BBC na długich. Będę miał Forecast.

11.00. – O 4-tej poszedłem do koi, była szósta, jeszcze nie spałem. Termofor w nogach wystygł, parę razy wstawałem korygować samoster. Wstałem o 10-tej. Pochmurno. Wiatr osłabł. Michał zrobił zwrot. Wyłączyłem go. Ryga odbiera BBC na długich, czyściuteńko, głośno. Ale oni tylko gadają i gadają. Na N Scotland – gale.

Ryga nagle wysiadła na długich. Forecast o 12.55 GMT odebrałem na radionamierniku. Prognoza przeraziła mnie. Sztormy do 10 na północy (Fair Isle) i na Morzu Północnym (Dogger, Fisher, German Bight), 8° NWy w Dover i Wight. Miejsce, gdzie znajduje się jacht, jest jakby na ogonie układu sztormowego, tutaj N-NE 5 locally 6, fair, good.

Układ sztormowy przejdzie na wschód, Kanał będzie spokojny – pocieszam się.

Agregat ładuje! Naprawiłem. Poluzowane połączenie przewodów. Ze względu na duży przechył ładowa­łem tylko po 15 minut akumulatory rufowe.

Przeszedłem na czas GMT, choć do strefy zero-półtora stopnia.

O 17-tej zamierzałem się przespać do 20-tej. Sen już, już miał przyjść, ale potok rozhukanych myśli odpę­dził go. Jestem podekscytowany bliskością Europy i Kanału. Drugą noc będę czuwał.

O 21.30 z prawej przechodził kontrkursem statek. Wywołałem go szczytówką, odpowiedział aldisem. Na sygnał K9 odpowiedział T. Wielokrotnie wołałem na kanale 16, bez skutku. A chodziło mi o uzyskanie od niego pływów na Dover od 22 br. do końca miesiąca.

Noc bezchmurna, sierp Księżyca oświetla ocean, wiatr słabnie, dmucha 3° z NNE. Od dziś naprawdę nie piję kawy.

BBC: Norway is to boycott Moscow Olimpic Games.

 

 

Dzień 315, 20 IV 80, niedziela

W nocy wiatr nie osłabł, jak się obawiałem. Wzrósł do 7°B z NNE. Gdy dmuchało 5°, o 3-ciej, zarefowałem grota na 2 refy, zamieniłem KL I na KL II. Zmarzłem. Wiatr rósł w oczach, gdy stawiałem KL II o 4.30, już miałem wątpliwości. W koi z termoforem ogrzałem się nieco, ale jachtem na wiatr pod 7°B bardzo tłukło. O 6-tej zrzuciłem GR (2) i KL II, stawiając foka. Przeszliśmy na sztormowanie. Wróciłem do koi.

O 10-tej jedna linia, Słońce tylko na parę sekund pokazało się zza ciemnej warstwy chmur. O 11-tej druga. Forecast o 10.55 nie było. Kulminację miałem.

W nocy marzłem, kompletnie ubrany, tylko bez butów, wszedłem do koi pod 3 koce. Budzik koło głowy, przestawiany co 15 minut. W tej sytuacji miałem pełny obraz stanu na morzu, nie świeciłem topowego. Widziałem parę statków, na jednym rozpoznałem światła rybackie. Pojawili się moi przyjaciele, to znaczy, że już nie ma mowy o spaniu, w biegu. Zastanawiałem się, czy pół godziny drzemki byłoby dopuszczalne. Sztormując do południa spałem około 4-5 godzin. Nie wiem, czy spałem, ale tyle godzin byłem w koi.

Do Kanału – linii łączącej Bishop Rock z Île d’Ouessant, od dzisiejszej pozycji w kulminacji, 50 mil. Czy wiatr puści mnie? Czy nie zagrodzi drogi? W tym miejscu byłoby to bardzo niewygodne.

Rekord świata w długości przebywania na morzu non stop w rejsie samotnym. Knox Johnston – 313 dni, rejsowych czy kalendarzowych, dlatego dziś ogłaszam rekord: 315 dni jachtowych, a 314 kalen­da­rzowych.

Buty gumowe przemakają. W nocy szeklując KL II, gdy fala przeszła przez pokład natychmiast miałem mokro w butach. Jak pięknie by się szło – widzialność doskonała – gdyby ten wiatr nie był tak bajdewindowy, gdyby dmuchało z NNW-NW. Marznąc w nocy na dziobie pomyślałem sobie, że jest ciężko, ale przecież muszę wytrzymać te trzy tygodnie. Na Morzu Północnym nie będę się szamotał i walczył o mile, ale Kanał muszę przejść możliwie szybko i wykorzystać istniejącą dobrą widzialność.

16.50. – Shipping Forecast obiecuje odejście wiatru na N, 5°B. No to OK, pójdziemy pełnym bajdewindem. Jeżeli nic nie zajdzie, jest szansa być o północy w Kanale, za linią Bishop Rock – Île d’Ouessant. Sztormy jeszcze trwają, ale będą zanikać, zatem o 17.30 przestawiłem samoster o jeden otwór na pełniejszy kurs, zagrzałem wody do termofora i dałem z nim nura do koi.

Dziś wszedłem na mapę English Channel Western Sheet Nr L(D1)2649.

BBC Radio One: Na Morzu Północnym ciężkie sztormy. Dwa statki w kłopotach, helikopterami ewaku­owano pasażerów.

 

Lewa strona.

Rekord świata w długości przebywania na morzu solo non stop:

1) R. Knox Johnston, „Suhaili”, 313 dni z Falmouth do Falmouth (16 VI 68 – 22 IV 69)

2) Moitessier, „Joshua”, 307 dni z Plymouth do Tahiti

3) Chay Blyth, „British Steel”, 292 dni z Humble do Humble (18 X 70 – 6 VIII 71).

 

 

Dzień 316, 21 IV 80, poniedziałek. Kanał La Manche

W nocy dwa razy wyłączałem samoster sterując ręcznie z kokpitu. Rybacy. Pierwszy szedł kursem zbieżnym z prawej. Po 15 minutach przeszedł w sporej odległości przed dziobem. Włączyłem samoster, postałem chwilę, zmarzłem, wszedłem pod dek. Po paru minutach wyjrzałem, rybak zawrócił i szedł z lewej kursem zbieżnym. Widocznie na całym Atlantyku ryby są tylko tam gdzie ja jestem. Znów sterowałem ręcznie z kok­pitu. Rybak nie przeciął mi kursu lecz przez chwilę szedł równolegle ze mną, po lewej, w odległości ok. 200 m. Następny szedł z lewej, ale w dużej odległości, przeciął mi kurs i poszedł. A ja chodziłem do koi na 5 mi­nut, żeby nie zamarznąć na kość; potem, gdy ocean był pusty, na pół godziny.

O 6-tej zamieniłem KL II na KL I, zdjąłem 1 ref z grota. Wiatr słabł. Michał wykonał zwrot, wykorzystałem ten zwrot. Spałem dwa razy po jednej godzinie. Do południa 1-2°B, w południe rzeczywiście z N, ale słaba „dwójka”. Steruję ręcznie, tu trzeba walczyć o każdą milę. O 15.30 po prawej wyprzedza z bliska s/m „Snow Crystal”. Zajęty sterowaniem nie mogę wywoływać o pływy.

A więc jesteśmy w kanale La Manche. Dokładność daty przecięcia linii Bishop Rock – Île d’Ouessant: 21 VII godz. 00.00 – tak jak w założeniach – przeraża mnie samego. Czary? Ktoś, jakiś zawistny złośliwiec powie, że naciągam? Dla świętego spokoju wolałbym, żeby nie było tak dokładnie, bo staje się podejrzli­we. Nie ma tu sił nieczystych – apage Satanas!

Idę kursem na wyspę Wight. Nie zamierzam nigdzie kotwiczyć, ale sklarowałem kotwicę i 60 m łańcu­cha, na baku. Wyszeklowałem KL III z przedniego forsztagu, nie bywa używany, na jego miejsce wszeklowa­łem KL II, który ciągle bywał wpinany i wypinany nad KL I na tylnym forsztagu.

Słyszałem Naomi James przez radio. Nie słuchałem od początku, toteż nie wiem dokładnie, ale chodziło o jej męża, który płynie – w rejonie Hornu? Ma ciężkie sztormy i huragany przeplatane ciszami. Czy samotnie? Czy non stop? Tego nie wiem.

Od popołudnia jacht idzie żwawo, 5-6 węzłów. Siedzę, obserwuję. Jest zimno – 4,5°, wewnątrz 11°. Mój ubiór: 4 pary podkolanówek, w tym jedna wełniana pończocha z kompletu nurkowego, 2 pary gaci, w tym jedne wełniane, nurkowe, dół dresów, spodnie kufajkowe z podpinką, podkoszulka, 2 koszule, 2 swetry, czapka futrzana. Po domu chodzę bez butów, żadne buty nie wejdą na tyle skarpet. Gdy trzeba było wychodzić na wilgotny i mokry dek dla korekty samosteru, owijałem stopy folią plastikową, ale ślizgam się w niej. Skonstruowałem zatem specjalne obuwie: z pary butów gumowych o dwa numery większe, z których jeden ma dziurę, a drugi cieknie, przeciąłem nożem cholewy od góry po podbicie stopy, w dwie pary otworów wprowadzając sznurowadła. Doskonałe, już i po domu chodzę w nich, aby oszczędzić czas na ich ubieranie.

Do Gdyni 1275 mil. Po 70 dziennie – 18 dni. ETA 10 maja.

 

 

Dzień 317, 22 IV 80, wtorek

Czyste niebo zachmurzyło się o północy. Wołałem topem przechodzący statek, chciałem odpisać sobie pływy, godziny wysokiej wody na Dover na parę następnych dni. Nie odezwał się. O 3-ciej przyflauciło do 1, zrzuciłem KL I i F i z zapalonym topem poszedłem spać. Ciekawe, byłem nie wyspany, a jednak nie mogłem zasnąć. Tak minęły dwie zmarnowane godziny. O 6-tej powiało 2° z WNW, wstałem, ubrałem się, wyluzo­wa­łem żagle i włączyłem samoster. Trzymał. Był już dzień. Na morzu nikogo. Wróciłem do koi na półgo­dzin­ne i półtoragodzinne odcinki, ze względu na małą szybkość. O 9-tej budzik dzwonił koło ucha, nie słysza­łem, nie zbudziłem się.

Słońce z łaski dało się złapać dwa razy. Z trudem zrobiło się 86 mil. BBC zapowiada 3-4°NW. Po południu dmucha 2, czasem 2,5. Michał sobie nie radzi, jakoś po kulminacji zjadłem śniadanie, potem wykonałem linię zasilającą zewnętrzną światła kompasowego kokpitu. Przy włączeniu rozleciała się żarówka. Przylutowałem nową.

Zabrałem się do naprawy latarek, obie wysiadły, były to zwykłe latarki. Jedną uruchomiłem podkładając patyczek pod boczny styk.

O 1-szej dostrzegłem zza horyzontu światło latarni Start Point, pierwszy znak lądowy od Wyspy Stanów. 10 minut potem w NR = 085 (z prawej), dostrzegłem drugie światło, okres Fl 15 s. Nie mam takiego światła na mapie. Jacht wlecze się z szybkością 3 węzły. Zobaczyłem przed dziobem maleńki okręt podwodny, chyba krótszy od jachtu. Szliśmy na zbliżenie, lecz pierzchnął na północ, w kierunku Portland.

Przez cały dzień i noc, gdy czuwam, gra mi Radio One. Dużo muzyki. Na średnich. Radio Four na długich nadaje Forecast, które odbieram radionamiernikiem.

O 19.30 światło Portland Bill. Za 7 godzin 24 mile.

 

 

Dzień 318, 23 IV 80, środa

Noc minęła pracowicie, sterując ręcznie, wykorzystując słaby wiatr 2 do 3° z N-NE. Sen łamał, wystawiałem wtedy głowę, oprócz tego często wyglądałem lustrując wodę dookoła.

Świeciłem top, rzadko pozycyjne. Dziwny kuterek zmusił mnie do godzinnego świecenia pozycyjnych (6 Ah!) Szedł z przeciwka, parę mil przede mną skręcił i… stanął. Miałem go minąć po nawietrznej, lecz zorientowałem się, że pomaleńku zachodzi mi drogę. O, k…! Przypomniała mi się historia nagonki na Morzu Północnym. Ubrałem buty, wyszedłem na pokład i przełączyłem ster na kokpit, z zamiarem zrobienia zwrotu. Zwrotu nie zrobiłem, kuterek przeciął mi kurs skośnie.

Zszedłem pod dek, zdjąłem buty, światła pozycyjne zamieniłem na topowe. Po chwili okazało się, że kuter zmienił kurs na równoległy do mojego i szedł w niewielkiej odległości po prawej, około 3 kable.

– Ki diabeł? – myślę – Kontroler czy pederasta? Na kontrolera za prymitywny, więc…

 

Zaświeciłem znów pozycyjne na dalsze pół godziny, aż kuterek został mi na prawym baksztagu, a odległość zwiększała się (łódka długości ok. 15 m z nadbudówką z tyłu i masztem na przedzie; żadnych świateł rybackich nie pokazywał).

Doczekałem świtu, zgasiłem top o 4-tej, a 15 minut potem dałem nura do koi z budzikiem przy głowie nastawionym na dzwonienie za pół godziny. Jacht szedł SN pod 2-3°B.

Tak kilkakrotnie wychodziłem rzucić okiem i zrobić siusiu, za każdym razem jak pies pod każdym drzewkiem wzdłuż drogi, i znowu do koi, przestawiając budzik. Widocznie zasypiałem, sądząc po niemal natychmias­towym dzwonieniu po przyłożeniu głowy do poduszki. O 10-tej wiatr zdechł, stanąłem w dryfie ze skrzyżo­wa­nymi żaglami i kontynuowałem spanie, tym razem przesuwając dzwonienie o 1,5 godziny.

Wczoraj BBC zapowiadało nadejście wyżu spod Islandii, który w godzinach popołudniowych miał osiągnąć zachodni obszar Sole. Dziś określono go jako wyż stacjonarny.

No tak, jestem 14 mil na S od wyspy Wight, tu w tamtą stronę przez trzy dni trzymał mnie wyż stacjonarny. Zaczarowana wyspa! W zeszłym roku byłem bliżej niej, między torem a brzegiem i co wieczór oglądałem jej światła. Torów tutaj nie ma, a Separation Zone zaczyna się za Beachy Head.

A więc przez całą dobę z dużym wysiłkiem i poświęceniem zrobiłem 66 mil, a w założeniach jest 70. Można wytrzymać, ETA dalej na 10 maja, do Gdyni 17 dni. Ile dni przytrzyma mnie tu? Jestem w połowie Kanału, 191 mil od Atlantyku, 150 do wyjścia z Kanału po trawers N. Foreland, na Morze Północne.

Gdy się rozwidniło, uderzył mnie jasnozielony kolor wody, odwykłem od takiego, pomyślałem sobie nawet, czy nie zabłądziłem i płynę po płyciźnie. Dopiero jakiś statek za mgiełką, bliżej lądu, uspokoił mnie, ale głębokości macałem echosondą.

 

 

Dzień 319, 24 IV 80, czwartek

Wczoraj o 17-tej ruszyłem na silniku sterując ręcznie cały czas. Do północy Księżyc – połówka – świecił z bezchmurnego nieba, przez godzinę sterowałem z kokpitu, ale zmarzłem. Potem się zachmurzyło całkowicie. Zamierzałem o północy skontrolować paliwo, później odłożyłem tę operację do rozwidlenia. O 5.15 silnik stanął 3 mile przed Beachy Head. Przelałem dwa kanistry, 40 litrów. Wiedziałem, że to nie ujdzie mi na sucho, że silnik się zapowietrzył, a tego silnika nigdy nie odpowietrzałem, gdyż się nie zapowietrzał. Ale nie przypuszczałem, że zapowietrzy się cały układ paliwowy. Co odpowietrzyłem partię, startowałem bez skutku. Dopiero gdy odpowietrzyłem dopływ do pompki Boscha, zapalił. Była 6.30, gdy ruszyłem, teraz na mniejszych obrotach (na 1650 wyciągał 3 węzły), aby oszczędzić paliwo.

W nocy podziwiałem pięknie oświetlony Brighton. Pława „Greenwich” biła mocno błyskami 5 sec. W chmury. Najpóźniej ukazało się światło Beachy Head. Po minięciu „Royal Sovereign” stanąłem w dryfie.

Gdy opisałem to wszystko, naniosłem pozycję i sklarowałem coś niecoś, przed pójściem spać – a pada­łem ze snu – chciałem jeszcze sprawdzić jaki tu jest prąd pływowy. Na sznurku spuściłem do dna prze­cinak. Okazało się, że znosi nas mocno w kierunku Beachy Head. Zamierzałem odejść 6 mil dalej na silniku, gdy pojawiła się „jedynka” z SbW. Postawiłem grota, potem KL I i idziemy pod prąd w kierunku Dungeness. Ciągniemy 2 węzły.

Pływ syzygijny daje prąd, który wynosi 9,4 mili, a pływ kwadraturowy 5,9 mili.

Od 12-tej pociągniemy do 17-tej, aby wysłuchać Forecast. Padam ze snu, aż mi się słabo robi koło serca. O 17-tej zrzuciłem żagle. Staję w dryfie i idę spać.

Wiatry słabe, nęcąca sytuacja, by przejść na silniku resztę Kanału, spod Dungeness jest 75 mil do rejonu „W. Hinder”, gdzie można spać w dryfie nie zawadzając nikomu. Skontrolowałem paliwo w pozostałych zbiornikach (tam bagnety są wyskalowane). W środkowym o pojemności 190 l. jest 110, w tylnym o pojem­ności 160 l. jest 100. Przełączyłem zasilanie silnika na zbiornik środkowy. Nie zapowietrzyła się rurka? Zastartowałem silnik, chodził dobrze chwilę na luzie, pali dobrze, paliwo dochodzi.

Ogarnęła mnie radość, chciałem natychmiast gnać na Morze Północne. Postanowiłem się przespać 3-4 go­dzi­ny. Jacht znosił prąd 068°, nie na cypel Hastings, ale dziób był wycelowany w cypel. Może on minimalnie płynie do przodu pod tym słabym wiatrem? Trzeba go obrócić, żeby dziób miał na otwartą wodę Przekręciłem kluczykiem, żeby uruchomić silnik. Starter klapnął, ale nie obrócił. Przez 2 godziny, do zmroku, nie doszukałem się przyczyny.

O 21-szej poszedłem spać. Rozmyślając o tym, jakim sposobem można by uruchomić 35-konny silnik wysokoprężny bez startera, który w dodatku nie posiada przystosowania do rozkręcania korbą, zasnąłem.

 

 

Dzień 320, 25 IV 80, piątek

O 4-tej rano, gdy budzik przypomniał o zgaszeniu topu, stwierdziłem, że sznurek za burtą z ciężarkiem na dnie napięty jest w kierunku brzegu Hastings. Prąd 068, ale wiatr EbN 2°B, wypadkowa na ląd. Myślałem, że po zgaszeniu topu wrócę do ciepłej koi, lecz trzeba było stąd odejść. Postawiłem KL I, zrobiłem zwrot, postawiłem GR. Odszedłem od brzegu.

O 5.30 Forecast: variable 3 or less. Co robić? Z takim wiatrem, halsując, na tych prądach w Cieśninie Dover, nie przejdę. A gdy stąd ruszę, nie wolno mi się zatrzymać bliżej jak 80 mil od Dungeness, w rejonie W. Hinder, za rozwidleniem torów na Morzu Północnym. Do tego miejsca musi starczyć wiatru i czasu.

Szukając czapki futrzanej wbijam sobie w palec hak kotwiczki na ryby.

Stanąłem w dryfie w pobliżu Dungeness. O 8-mej zszedłem pod dek, do mojego małego przytulnego domu. Nad lądem ciemne, sine chmury przysłaniają Hastings, wiatr z EbN skręcił na NEbE, dobra „trój­ka”, zimno. Na śniadanie będzie makrela w puszce i herbata. Dziś nie gotuję. Myję zęby, zau­wa­żyłem, że u mnie abnegacja zaczyna się od tego, że przestaję myć zęby. Wtedy, gdy jadę na przetrwanie, gdy w cięż­kiej sytuacji nurkuję na bezdechu. Nie, jeszcze będę mył zęby, jeszcze nie jest źle.

Jest zimniej niż mi się wydaje: 5° na zewnątrz, 10 pod pokładem. Radio One gra wesoło, ale na jachcie panuje milczenie, nikt nie śpiewa, nikt nie pokrzykuje. W milczeniu robię zwroty, stawiam, zrzucam żagle. W milczeniu odwracam jacht, gdy – idąc samosterownie pod wpływem prądu – robi zwrot. Dziś nie wymy­ślam linom, gdy się plączą, nie besztam kliwra, gdy szarpie się i łopocze. Dziś jest smutno, bo jesteśmy w pułapce, bo droga do domu jest zamknięta, 16 dni, które jeszcze wczoraj dzieliło mnie od kraju wg ETA – po 319 dniach rejsu – nie będzie ubywać. A tak niewiele mi potrzeba, wiatru z każdej innej ćwiartki, tylko nie z tej, z której dmucha.

O 9-tej poszedłem do koi, dospać, doładować swój akumulator, bo nie wiadomo – gdy przyjdzie wiatr – ile godzin trzeba będzie obejść się bez snu. Koja – łóżko, to najbardziej prywatne mikromiejsce czło­wie­ka. Tu, w cieple, pod czterema kocami, z zamkniętymi oczyma, odcina się od świata, choć ten świat w postaci wartko płynącego prądu pływowego miotającego się po Kanale, jest tuż za burtą, kilka cen­ty­met­rów od tej głowy, która chce o nim zapomnieć. Tu, pod kocami, przywołuje najmilsze wspom­nienia i wyobrażenia i na ich kojącym fluidzie świadomość ulatuje w nieznane, a tu, na chybot­liwej sko­rupce omijanej przez statki, pozostaje niewrażliwy, oddychający głęboko ochłap ludzki. I śni, w tym innym świecie, do którego odszedł świadomie.

Spałem 4 godziny, co z siedmioma przespanymi w nocy daje 11. Dungeness już nie widać, prąd widocz­nie jest w kierunku Beachy Head, którego też nie widać. Natomiast widać dobrze wysoki klif koło Hastings. Jestem więc w połowie długości wąskiej zatoki Rye. Słońce świeci nieśmiało, wiatr zamarł niemal do zera, skąpe powiewy nadchodzą z E. Tam na E, niedaleko stąd, 4 mile przez północny tor płyną statki w kierunku Atlantyku. Ale wiele z nich płynie tą strefą, między torem a brzegiem, określaną na mapie jako Inshore Traffic Zone. Właśnie zbliża się statek, ale że jest zimno, schodzę szybko pod dek, nie interesując się więcej nim, czy mnie wyminie, czy najedzie na jacht.

Tkwimy w pułapce, a ja marzę o wietrze z NW o sile 5°B, pod którym Balti pruje, nie licząc się z kierun­kiem pływu, z szybkością 7 węzłów i wychodzi na Morze Północne, na wolność, skąd będzie ubywać dni do powrotu.

Na silniku, gdybym go miał, szedłbym w tej flaucie allegro cantabile z szybkością 5 węzłów i nie zatrzymałbym się aż za West Hinder, 80 mil stąd, za 16 godzin. Widzialność jest, żegluga byłaby łatwa.

A radio niemal codziennie przynosi frapujące wieści. Dziś o akcji amerykańskiej dla uwolnienia zakładników w Teheranie. Akt wojenny na akt piractwa. Do czego ten świat doszedł? Ale czego chcą Irańczycy, sam już nie wiem. Przecież szacha już nie ma w Stanach ani w Panamie, jest w Egipcie, dlaczego zatem nie okupują ambasady egipskiej, z jej personelem jako zakładnikami?

Również niepoważna jest obraza dostojników arabskich na W. Brytanię za film „Śmierć Księżniczki”, nakręcony przecież przez niezależną wytwórnię.

Po południu ładuję akumulatory. Agregat co jakiś czas dostaje konwulsji, wpada w arytmiczny chód z wstrząsami. To chyba woda w paliwie. Chcę ją spuścić ze zbiornika rozchodowego, zawór spustowy nie działa. Odkręcony do oporu, woda spływa cienką niteczką. Przetkałem drutem od spodu i woda z brudem odpłynęła.

Widzę na mapie Newhaven to Calais nr 2451, że jestem w obszarze radarowej kontroli ruchu w Cieśninie Dover, który sięga od SW, od „Royal Sovereign” i Basurelle, po N. Goodwin i Dyck od NE. W więc widzą mnie w postaci błyszczącego punkciku, chodzącego tam i z powrotem z pływem po Rye Bay, a mnie to krępuje.

18.00. – O 16.50 BBC zapowiedziała na mój rejon – Dover oraz na następny, gdzie mam iść – Thames, na następne 24 godziny NW lub N 3-4, widoczność umiarkowana do dobrej. Czekam. O 18-tej wiatr jest niemal zero. Agregat pyrczy czwartą godzinę. Popracuje 5 godzin: cztery na zadni akumulator, jedną na przedni, to co mu zabrało światło topowe przez 8 godzin nocnych.

21.00. – Wiatr zero, stan morza zero. Tak jak w tamtą stronę Wight, tak teraz – drugi już wieczór – oglądam światła Hastings. Idę spać.

 

 

Dzień 321, 26 IV 80, sobota. Cieśnina Dover

Długo nie mogłem zasnąć. Wkrótce, gdy zasnąłem, poczułem wiatr. Pasaż między kokpitem a burtą działa jak skrzynka rezonansowa, toteż w koi słyszę lepiej wiatr, niż gdziekolwiek indziej pod pokładem. Wstałem, dmuchała „trójeczka” z Nordu. Czy się utrzyma, czy to tylko chwilowy wiatr? To jest ważne, gdy bowiem opuszczę Rye Bay, w której mogę bezpiecznie dryfować przez 6 godzin 9 mil w kierunku Dungeness, a przez następne 6 w kierunku przeciwnym, na Beachy Head, też 9 mil, i tak cyklicznie, nie wolno mi będzie zatrzymać się i dać się nosić prądom pływowym.

Nie wolno mi dać się znieść ani na tor statków, ani na mielizny. Gdyby po wyjściu stąd wiatr zamarł, byłaby to klęska, choć jeszcze nie katastrofa. Między Dungeness a Dover prąd pływowy jest mniej więcej równoległy do toru.

Odebrana prognoza o 16.50 utwierdziła mnie w decyzji wyjścia. Postawiłem żagle, o 1-szej jacht szedł rześko z szybkością 4 węzłów pod „trójką” z N przez cichą i pustą Rye Bay na światło latarni Dungeness. Światła Hastings zacierały się.

Chwilami wiatr słabł i szybkość spadała do 2 węzłów. To nieważne, i ta szybkość starczy mi, żeby się oprzeć prądom, najważniejsze, żeby wiatr nie zamarł całkiem. Dungeness zbliżało się. O 4.15 mijałem cypel w niewielkiej odległości. Chwilę później przełączyłem ster na wewnętrzny, aby nie marznąć. Tu gorąca herbata, radio, śniadanie z golonką.

Prognoza o 5.30 również była korzystna: wiatry NWy 4 (North-Westerly), miejscami 5, deszcz, widocz­ność umiarkowana. Wiatr był ciągle z N, zaraz za Dungeness zaczęła się sprawdzać druga część prognozy: deszcz. Spod deku widoczność była marna, bulaje zamazane deszczem. Przełączyłem ster na zewnętrzny i sterowałem z kokpitu w zimnie i deszczu.

Właśnie w tym dniu przy Dungeness zarejestrowałem najniższą temperaturę w całym rejsie: +0,5°C o 4-tej. O 6-tej rano było już 1,5°C.

O godzinie 8.15 mijałem Dover w odległości 1 mili. I teraz widoczne były we mgiełce główki wejściowe, zamek na wzgórzu, zabudowania portowe.

Hallo Dick, hallo Tom! – darłem się na cały głos – See you shortly!

Dover rychło zamazało się za mgłą. Szedłem na latarniowiec „S Goodwin”, aby przy nim zmienić kurs bardziej na E i przeciąć tor idąc w kierunku latarniowca „Sandettié”.

O 9-tej rano byłem pod „S. Goodwin”. Wiatr tężał, po wychyleniu się za wysoki klif N Foreland dmuchnęła dobra piątka. O 11.30 miałem latarniowiec „Sandettié”. GR i KL I w dół, KL III w górę, po czym jacht szedł spokojnie prowadzony przez Michała.

Wiatr północny, teraz już niekorzystny, spychał mnie na płycizny na SE od „W Hinder”. Przed dojściem do tego latarniowca o 14.45 zrobiłem zwrot, aby nabrać wysokości i następnym długim halsem wyjść pod „N Hinder”.

O 17.30 zwrot. Zamierzałem iść całą noc i cały dzień, aby jak najdalej wyjść na północ leja wchodzącego do Cieśniny Dover. Ugotowałem obiad, a jedząc go zachłannie pomyślałem sobie, że widocznie jeszcze nie jestem wyczerpany, skoro jestem głodny.

Wiatr wkrótce skręcił na NNE, zagradzając mi drogę i spychając do miejsca, z którego przed paroma godzinami szedłem. Ogarnęła mnie apatia, senność.

– Zrzucę żagle i pójdę spać!

Wtedy kuter rybacki zaczął mi deptać po piętach. Był daleko, chciałem odejść jeszcze dalej od niego, aby mi zniknął w tej rzadkiej mgle i położyć się w dryf. Kuter zmienił kurs w moim kierunku. Zrobiłem zwrot. Kuter za mną. Jego szybkość była taka marna jak i moja, w tej sytuacji mogliśmy się ścigać całą noc. Zrzuciłem żagle, ciekawy, czy mnie rozjedzie; kuter przeszedł blisko za rufą. Zagrzałem wody do termoforu, najpierw ogrzałem ręce i kolana, potem jeszcze raz zagrzałem przestygłą wodę i poszedłem z workiem do koi.

 

 

Dzień 322, 27 IV 80, niedziela. Morze Północne

O czwartej budzik przy głowie wyrwał mnie ze snu. Zgasiłem top, na zewnątrz pusto, dmuchała lekka „dwójka” z NE. Wiatr słaby, przeciwny, nie jestem nim zainteresowany – orzekłem i wróciłem do koi.

O 9-tej dmuchała „trójka” z NNE, z mgiełki wyłoniła się czerwona pława. Przez lornetę odczytałem „Sandettié EST”. Zniosło mnie na południe aż 8 mil od miejsca, gdzie stanąłem w dryfie.

– I wiatry i prądy zagradzają mi drogę do domu, ale dojdę!

Przez chwilę zastanawiałem się, który hals jest gorszy, poszedłem kursem NW. Po śniadaniu wziąłem aspirynę. Jestem rozbity, obolały, zlodowaciały. Przypomniałem sobie o pasie od Izy i Andrzeja Zamoyskich; wydobyłem go z worka i owinąłem wokół nerek, które wczoraj tak zmarzły, że w koi czułem jakbym miał w nie powbijane oszronione szpile.

Jacht człapał z szybkością niespełna 2 węzłów, siedziałem w fotelu spisując wczorajsze zajścia, gdy przed dziobem wyłoniła mi się jak zjawa czerwona pława. To Sandettié SW. Przeszedłem 30 m. koło niej, zobaczyłem przy okazji, że prąd pływowy ma kierunek NE (tak przechylał pławę, tak na nią nacierał), wynosi mnie w tym kierunku. Wiatr tymczasem skręcił w lewo, na N, zagradzając mi drogę. Złośliwość niemal żywej istoty. Jak iść dalej?

Dzięki pławie Sandettié NW mam znów dokładną pozycję. W południe zysk drogi od wczorajszego południa – 7 mil.

O 13-tej słaby wiatr począł zamierać, o 14-tej była flauta. A więc wiatru starczyło mi na tyle, aby przejść Cieśninę Dover do rejonu ławicy Sandettié. Dzięki i za to.

Miejsce nie jest wprawdzie zbyt dogodne do dryfowania, jestem na torze statków, choć ten tor jest tutaj bardzo szeroki, ma około 10 mil, a ponadto jestem poza zasięgiem radaru kontroli ruchu w Cieśninie Dover.

Wczoraj w Forecast BBC podało niż stacjonarny nad Niemcami. Czyżby to jego wpływ powodował brak wiatru tutaj? Wszystko możliwe, z Niemcami od zawsze każdy ma problemy w Europie. W każdym razie nie lubię układów stacjonarnych.

Od wielu miesięcy, chyba od wyjścia na Atlantyk w lipcu ubiegłego roku, posiłków nie spożywam w fotelu, z widokiem na morze. Wolę siedzieć przy stole nawigacyjnym z książką przed oczami, i nie widzieć wtedy otaczającego mnie morza.

Ławicy Sandettié nie obawiam się, najmniejsza głębokość wynosi 4,30 m poniżej zera mapy. Wczoraj przeszedłem przez nią, przez pół minuty echosonda spadała do 10 metrów.

17.00. – BBC zapowiada na Humber wiatry północne 3°, wzrastające do 4-5, deszcz, widzialność umiarko­waną z polami mgły (fog patches). A więc w dalszym ciągu północne… Droga zamknięta, częściowo. Bo mój kurs w kierunku Hanstholm jest 030°.

22.30. – Flauta trwa. Zrzuciłem KL I i GR, idę spać. Przed chwilą przeszedł przed dziobem, za blisko jachtu, statek „Kukido”, jeśli dobrze odczytałem nazwę. Nie dalej jak 30 metrów. Teraz wystrzeliłem białą flarę, aż 5 statków idzie w moim kierunku, u trzech widziałem oba kolorowe. Rozstąpiły się.

O 22.45 znów statek przechodzi za blisko, jakieś 40 metrów. Starałem się odczytać nazwę, na kominie dostrzegłem rysunek PŻM. Zacząłem wołać na kanale 16 i ku mojemu zdumieniu odezwał się. To „Rysy II”. Obiecali podać zaraz Gdyni Radio moją pozycję. Podałem, że mam spalony starter i że za 2 tygodnie spodziewam się być w kraju. HURRA!

A wstałem z koi, gdy usłyszałem stukot ich silnika.

 

 

Dzień 323, 28 IV 80, poniedziałek

Najszczęśliwsze dni na jachcie to te, kiedy udaje mi się podać wiadomość do kraju. Ciekawe jakby to wyglądało, gdyby mój Falcon łączył mnie z Gdynią. Żałowałem, że nie podałem więcej wiadomości, kalendarium rejsu, a przecież mam taką depeszę napisaną i tkwi przed oczami. Podam następnemu statkowi. Jeżeli statki mają włączone UKF-ki, to bardzo bobrze, będę często wywoływał po polsku, bez konieczności rozpoznawania statku.

W nocy kilkakrotnie wyglądałem, flauta trwa. Dopiero o 6.30 poczułem wiatr. Szybko wstałem z koi zadając sobie pytanie ekscytujące: jaki? Wiatrów jest tyle, ile rumbów ma róża wiatru, ale wiatr przeciwny jest tylko jeden. I ten jeden dmuchał teraz gruźliczo słabą „trójką” NE.

– To nic, pójdę na Nord – pomyślałem i postawiłem żagle.

Było mglisto, widoczność do pół mili. Na śniadanie parówki i Robinson. Ostatecznie kurs nie był najgorszy, ten hals miał wyraźną przewagę nad przeciwnym, oddalał mnie od leja Cieśniny Dover. Ale wiatr zaczął kręcić w lewo, na NNE, tak aby i ten hals był tak samo niekorzystny jak i przeciwny. A przy tym osłabł do chudej „dwójki”.

Nieoczekiwanie pokazało się w chmurach parę razy Słońce. Zrobiłem kilka linii. Przebieg dobowy marny, 20 mil, ale za to po kursie. O 14.30 miałem latarniowiec „Noord Hinder”. Zobaczyłem go za mgłą, poszedłem w lewo, żeby podejść i odczytać go. Zginął mi we mgle, miałem wątpliwości, czy go rzeczywiście widziałem, czy to nie był statek, w końcu ukazała się… pława z dwoma stożkami wierzchołkami w dół, którą zobaczyłem przed latarniowcem, wprowadziła mnie w dezorientację, taka bowiem pława jest na mapie przed „West Hinderem”. Dmuchała już dobra czwórka, zachmurzyło się, mżawka zamazała bulaje, widzial­ność spadała chwilami do 200 metrów.

Od „Noord Hinder” dmucha „cztery”, niestety ciągle z Nordu. Chwilę szło się kursem 030°, wiatr był NWbN, ale znów poszedł prawiej.

O zmroku dostrzegłem na kursie światła, czy to platforma wiertnicza naprzeciw Hook van Holland? Zrobiłem zwrot. Na mapie zobaczyłem, że to kotwicowisko dla statków o dużym zanurzeniu. Dwie godziny poszedłem na WNW pod sam tor i znów zwrot na 050°.

Zechciało mi się poszukać Warszawy na długich, radionamiernikiem. Znalazłem ją. Podawano wiadomości sportowe (u mnie była 21.10, w Polsce 23.10). Na zakończenie spiker podał informację:

„Kpt. Henryk Jaskuła na jachcie „Dar Przemyśla” jest już na Morzu Północnym. Wiadomość tę otrzymaliśmy od Gdyni Radio, przekazaną przez statek „Rysy II”, który spotkał jacht. Kpt. Jaskuła wyruszył w swój rejs 12 czerwca. Pętlę wokół świata zamknął 13 lutego na południowym Atlantyku. Kpt. Henryk Jaskuła jest czwartym w świecie, który opłynął kulę ziemską bez zawijania do portów. Kontynuuje żeglugę non stop do Gdyni, gdzie zamierza dopłynąć za dwa tygodnie. Byłaby to najdłuższa trasa przepłynięta non stop przez samotnego żeglarza. ”

Jestem bardzo wdzięczny „Rysom II” za przesłanie depeszy, jak i kapitanowi „Caledonii”, bo informację o pętli to on przesłał.

Jacht pracuje ciężko na fali w ostrym bajdewindzie pod dużym kliwrem, fokiem, pełnym grocie i bezanie. Czy ten wiatr północny nigdy się nie zmieni? Będę szedł długimi halsami, podchodząc co kilkadziesiąt mil do linii 030° Noord Hinder – Hanstholm. Aż zmieni się wiatr. Pójdę całą noc i cały dzień, jutro stanę gdzieś na nocleg.

 

 

Dzień 324, 29 IV 80, wtorek

Po północy minąłem szerokość Hook van Holland. Ruch tutaj duży, statki z wszystkich stron ściągają tam jak do Mekki. Jestem poza torami, ale i tu kręcą się statki, oczywiście rzadziej. Mogę sobie pozwolić na to, żeby usiąść przy stole i pisać przy świeczce, wyglądając co 10 minut. Przedtem trzeba było patrzeć non stop, widzialność była kiepska. Miałem zagrychę z rybakiem, zaraz po zmroku. Szedł z lewej kursem zderzeniowym, nigdzie indziej nie ma ryb tylko na moim kursie. Przez dłuższą chwilę sterowałem z kokpitu, ostrząc do łopotu, hamując, aby mi przeszedł przed dziobem.

06.00. – Przemęczyłem noc. O 5.30 BBC zapowiada N-NE 4-5 i 6. Coraz gorzej. To będzie idealnie przeciwny.

11.00. – Wiatr rzeczywiście przekroczył „czwórkę”, po kulminacji postanowiłem zarefować grota na dwa refy i zamienić KL I na KL II. Gdy zrzuciłem grota i zabierałem się do refowania zobaczyłem statek o znajomej sylwetce: polski. Grota uwiązałem prowizorycznie i pobiegłem po lornetę. Odczytałem „Połczyn Zdrój”. Machania rękami. Dałem znak, że będę rozmawiał przez radiotelefon. Połączyliśmy się choć u mnie trzaski. Gratulowali rejsu, prosiłem o zapisanie depeszy. W trakcie dyktowania, gdy równocześnie statek się oddalał, łączność się urwała.

Skończyłem z żaglami. Z prawej rybak szedł kursem prostopadłym, gdyby tak szedł dalej, przeszedłby mi za rufą. Więc skręcił skośnie do mojego kursu, na przecięcie przed dziobem w punkcie zderzeniowym. Przełączyłem ster na kokpit i stamtąd sterując ostrzyłem aż do łopotu, hamując, aż przeszedł.

Po dwóch godzinach drugi wyłonił się z mgły przed dziobem i twardo szedł na zderzenie. Zrobiłem obrót jachtu sterem wewnętrznym, a gdy przeszedł, wróciłem na kurs. Nie rozumiem skąd to upodobanie rybaków droczyć się z żeglarzami stwarzaniem sytuacji kolizyjnych.

Halsuję. I pada.

BBC: Died Hitchcock at the age of 80.

Padam z braku snu. Nie wiem, czy tym stylem żeglugi nadrobię cokolwiek. Gdy sobie obliczyłem, ile godzin nie spałem, przeraziłem się. Jak tylko skończę ładowanie akumulatora, jak tylko zapadnie zmrok, staję w dryfie i śpię. Ten kurs nie prowadzi donikąd, ani jeden ani drugi hals. Dmucha NNE (a mój kurs jest 030°)

Prognoza o 16.50 załamała mnie: Northerly becoming NE. Nigdy nie dopłynę do kraju. O 19-tej zrzuciłem żagle i poszedłem spać.

 

 

Dzień 325, 30 IV 80, środa

Śnił mi się Tom Walder z Dover.

W nocy nic się nie działo, opodal kręcił się rybak. O świcie wiatr dmuchał trójeczką z E. OK. ! Ubrałem się, ogrzałem odzież trzymając ją 5 minut pod ciepłymi kocami. Postawiłem żagle, idziemy kursem 030°, naszym, szybkość 4 węzły.

O 9-tej chuda trójka dmuchała z NE. Idziemy na N, lub blisko N. Słońce wyszło zza mgły, ale jest bardzo zimno. W nocy, gdy wstawałem – a spałem pod trzema kocami w długich inexprimables, podkola­nów­kach, dwóch koszulach z rękawami oraz wełnianej czapce naciągniętej na uszy – zimno było tak przej­mu­jące, że aż bolało fizycznie. W głowie mam ubity gwałtownym snem mózg, jak śnieg wiatrem na stoku, mięśnie i barki bolą, jak w grypie. Zażyłem aspirynę, zostały jeszcze dwie bayerowskie. Kubka kawy z mle­kiem z tubki też sobie nie pożałuję.

Po podładowaniu wczoraj akumulatorów radiowych (po 0,5 godziny każdy), dziś UKF-ka nie trzeszczy. Przygotowałem obszerną depeszę do Gdyni Radio, będę wołał polskie statki.

Od „Noord Hinder” przedwczoraj nie miałem żadnego znaku. Idę na astro, Słońce przeziera przez mgłę, lecz horyzont jest zamglony. Nie mniej jednak pozycję mam, biorę wysokość z czuciem uwzględniając warstwę mgły na horyzoncie.

LM – Logmila (zwana również Halsmilą) – to, co pokazuje log, faktycznie przebyta droga.

TM – Twarda mila – to mila na prostej łączącej pozycje w dwóch kolejnych kulminacjach.

ZM – Złota mila – jest to rzut Twardej mili TM na linię żądanego kursu.

Przebieg za ostatnią dobę: 46 LM / 33 TM / 21 ZM.

Przy robieniu kulminacji ręce zmarzły do bólu. Przydałaby się teraz szklanka gorącej herbaty z rumem. Cóż, kiedy na jachcie nie ma szklanek (nie ma i rumu, a herbata jest nieco przypleśniała).

Pół minuty przed 13-tą dostałem w pysk od kapitana za to, że przegapiłem Forecast o 12.50. Gdy włączyłem radio, spiker był już przy Scilly. Nastawiłem budzik na 16.50.

Wiatr NE nie był mimo wszystko tym najgorszym, jeszcze miałem hals korzystny. Więc skręcił na NNE, teraz tak, jest on najgorszy z 32 z róży wiatrów, idealnie przeciwny. Idę spać.

W południe o 13.25 z mgły wyłoniło się coś pokracznego, myślałem, że to statek załadowany drewnem, jak chłopska furmanka. Była to wieża naftowa K13-A. Miałem ją 2 rumby na nawietrznej, wolałem jednak odpaść i minąć ja po zawietrznej, prawą burtą. Po 15 minutach miałem ją na trawersie. I jak tu spać, nawet skokami po pół godziny? Tych wież spodziewałem się, ale rybak może stać w dryfie. Po chwili dostrzegłem dalsze dwie po prawej i jedną K13-B po lewej. Przeszedłem między nimi.

Wtedy, po kontroli pozycji na mapie i wpisaniu do wszystkich rejestrów, zabrałem się do obiadu. Coś nowego: barszcz na boczku z ryżem, czosnkiem w proszku, pietruszką suszoną od Włodka. Dobre.

Chcąc spokojnie zjeść obiad tuż przed przystąpieniem do stołu, wyjrzałem. Coś trzy rumby w prawo przez lornetę rozpoznałem statek pasażerski idący na przecięcie mi kursu.

– Ten to przejdzie szybko, mogę jeść spokojnie, chyba żeby szedł na zwolnionych obrotach – pomyślałem.

To chyba… W połowie barszczu odłożyłem garnek i lekturę i wyjrzałem. Włosy stanęły mi dęba na głowie! To nie był pasażer tylko statek układający kabel, przeciął mi kurs idąc bardziej skośnie do mojego, teraz miałem go 4 rumby z lewej w odległości 1,5 kabla. Za blisko, uwzględniając mój dryf. Jeszcze była szansa zrobić zwrot i odejść na SE. No ale przeszedł mi w bezpiecznej odległości. Widziałem jak kabel schodzi mu z rufy do wody (dwa, jeden nad drugim, dlaczego?).

Tutaj nawet jeść nie można spokojnie!

 

Zamierzałem iść tym kursem 345° do 16-tej, po czym stanąć w dryfie i przespać się. O 17-tej zapadła mgła, widzialność spadła do 30 metrów. Siedząc w zejściówce w dwóch swetrach i dwóch czapkach i w ręka­wicz­kach, wpatrywałem się w tę maź. Gdzieś przed dziobie miałem znowu wieże wiertnicze. Nie, w tej mgle mogę nie dostrzec na czas przeszkody, toteż gdy zapadał zmrok o 20-tej zrzuciłem żagle i po wyrysowaniu pętli prądów pływowych z „North Sea pocket Tidal Stream Atlas”, aby sprawdzić, czy prąd nie wynosi mnie na wieże, poszedłem spać.

 

 

Dzień 326, 1 V 80, czwartek

Była pierwsza po północy, gdy wyjrzałem. Księżyc oświetla morze, mgła ustąpiła. Zadowolony wróciłem do koi obiecując sobie żeglugę o czwartej, na którą nastawiłem budzik. Lecz o czwartej morze zalegała gęsta mgła, do 30 metrów widzialności. Spałem do siódmej, wyglądając co jakiś czas. Zjadłem śniadanie. Mgła trwa. Co robić? Minęła ósma, 12 godzin dryfu. Nie odważę się iść w tej gęstej mgle, nie będę miał szans zrobienia zwrotu, gdy coś pojawi się na kursie. Czekam, aż przetrze się trochę, aż widzialność poprawi się chociaż do stu metrów.

Czekać bezczynnie? Zdecydowałem postawić żagle i siedzieć w kokpicie za sterem. Niemal natychmiast po ruszeniu mgła cofnęła się, a widzialność poprawiła się do 500 metrów. Równocześnie zza górnych warstw mgły przebiło nieśmiało blade Słoneczko.

ETA przesunął się o jeden dzień, na 13 maja. Jeszcze 12 dni, o ile będę robił 70 mil na dobę, a złotych mil 66 dziennie.

Z dzisiejszej pozycji KDŻ = 045° (żądany), wiatr również skręcił na NEbE, dmucha z kierunku 045°. Do Hanstholm 276 mil, Forecast 0 12.55 obiecuje, że ten NE skręci na E. Szybko więc zmieniłem hals, póki jeszcze nie skręcił. Jadę 110°. Gdy skręci zrobię zwrot. Wczoraj nie wiedziałem, płakać czy śmiać się z tego uporczywego zagradzającego mi drogę wiatru, dziś chce mi się tylko płakać.

Wykonałem długi hals od 13.15 do 22.30, niekorzystny, licząc na skręcenie wiatru na E. Nie skręcił. O 23.15, gdy zrobiłem zwrot na północ, radio zapowiada: NE or E 4 or 5. Mimo wszystko ten hals był korzystny (010°), będę ciągnął do upadłego, cały dzień.

 

 

Dzień 327, 2 V 80, piątek

W nocy sen łamał okrutnie. Wytrzymałem. O 3-ciej dniało, zgasiłem top (w nocy mijałem coś mocno oświetlone, statek, ale bez kolorowych, to chyba pływający burdel; przez niego zmarzłem, gdyż przełą­czy­łem ster na kokpit, nim doskoczyłem, jacht zrobił zwrot przez sztag. Wiatr tężał, o 5.30 zapowiadano do 7°B, a o 12.55 do 8. „Ósemkę” ja już miałem o dziesiątej. Pod F, GR2 i B jacht szedł pomału na wiatr, odwa­ży­łem się wejść do koi i skokami dospałem parę godzin.

Niebo bezchmurne, pozycja (o 6,35 – niemal – pierwszy wertykał, o 11.41 kulminacja) dokładna. Przebieg 106 LM / 66 ZM. Dobre i to. Ale jakim wysiłkiem zrobione.

Do Gdyni 11 dni, o ile mnie nie przyhamuje jeszcze mocniej. Wiatr słabł, po kolei zamieniałem KL II na KL I i zdją­łem z grota najpierw drugi ref, potem pierwszy. Szybkość tylko 4 węzły, kurs 000. Noc nastała bez­chmur­na, o 22-giej zza horyzontu wyszedł czerwony Księżyc, który najpierw przestraszył mnie, że to coś płynie, a szedłem bez świateł. Zdaje się, że dokonałem doniosłego odkrycia: PASAT NE na MORZU PÓŁNOCNYM.

Ale ten „pasat” przeciwny czyni, że droga do Polski jest daleka i bardzo powoli ubywa jej.

 

 

Dzień 328, 3 V 80, sobota

Noc. Minęła 1-sza, sen mnie nie łamie, wyspałem się w południe. Na morzu spokój, ten rejon nie jest często uczęszczany. Idę bez świateł, jest jasno od Księżyca tuż po pełni, widoczność doskonała. Na stole radio Luksemburg. Co godzinę mam komunikat o sytuacji w ambasadzie irańskiej w Londynie. Zdumiała mnie odpowiedź Ajatollaha Chomeiniego: „Niech raczej zakładnicy irańscy zostaną zabici, niż Iran miałby iść na ustępstwa wobec terrorystów”.

Pod dekiem 7°C. Aż trzy pary gaci ubrałem (2 pary nurkowych wełnianych), na to dresy, 3 koszule, 2 swetry, 3 pary pończoch, jedne wełniane nurkowe, czapka futrzana z klapami na uszy (futro syntetycz­ne), długi szalik moherowy dwa razy owinięty wokół szyi.

Studiuję właściwości odkrytego pasatu na Morzu Północnym (nagroda Nobla murowana).

Jest to pasat stały tylko co do kierunku, natomiast bardzo zmienny na sile (od 0 do 8°B).

Słaby wiatr do 3-ciej rano, 2°B, upoważnił mnie do pójścia do koi dla dosypiania skokami. W kulminacji słaby przebieg. Zmieniłem hals. ETA wskazuje termin przybycia do Gdyni na 13 maja. Czasem myślę, że jak Żyd wieczny tułacz będę do końca świata płynął do Gdyni w nieskończonych halsach, które będą mnie ciągle zbliżać do niej jak loksodroma zbliża się spiralnie do bieguna, nigdy go nie osiągając.

 

 

Dzień 329, 4 V 80, niedziela

Od trzech dni nie sypiam normalnie, tylko z doskoku. Gdy wiatr słabnie i szybkość staje się mała, idę do koi z budzikiem przy głowie na krótkie spanie, pół godziny, godzinę, 15 minut, w zależności od warunków.

W nocy widziałem swoje zeszłoroczne wrota do piekieł. Po północy wiatr przez dwie godziny skręcił na N, szedłem swoim kursem i cieszyłem się, że jacht kręci wyłącznie złote mile. Szybko wiatr skręcił na NE i w zależności od mojego halsu szedł dwa rumy w prawo lub w lewo, tak, aby skutecznie zagradzać drogę.

Noce są krótkie jak w pobliżu koła podbiegunowego. O 22-giej zaświeciłem top, ruchu nie było, ale bałem się, że zaskoczy mnie jakiś statek pojawiający się jak zjawa nie wiadomo skąd. O 2-giej zgasiłem.

Zimno przejmujące, gryzące ręce, dokucza. Od 7-mej dosypiałem skokami do 11-tej, wiatr był słaby. Oczywiście nie wyspałem się, zaległości snu wzrastają. Potem częste zwroty w miarę kręcenia wiatru, wahania się wokół swojego zaczarowanego NE.

Zaczynam pisać kartki „Kalendarium Rejsu”. Ile ich zdążę napisać? Pięć dziennie?

Od 17-tej flauta, na 2,5 godziny, do zmroku. Mimo to 1,5 godziny nie mogę zasnąć, choć jestem śpiący i brak mi su. Jestem bliski rozstroju nerwowego.

Wstałem, ubrałem się. Bandera powiewała, zamierzałem postawić kliwra i iść. Niestety, dla jachtu to za mało. A BBC o 16.50 zapowiada dla Fisher N-NE 4-5.

Radio Exterior de España: Murió Tito (umarł Tito).

 

 

Dzień 330, 5 V 80, poniedziałek

O 2-giej po północy wiatr osłabł do 1°, szybkość ledwo co, poszedłem więc do koi pospać długimi skokami. Rano wiatr odkręcił na N, a w południe wzrósł do 3, potem do 4°B. Jacht pędzi na Hanstholm KD = 050°, od 13-tej z szybkością 5 węzłów. Radość w sercu, ale i obawa, żeby ten wiatr nie osłabł lub nie skręcił w prawo. Ładuję akumulatory, agregat pyrczy. Dzień słoneczny, wiosenny. ETA przesunęła się na 14 maja (jak w założeniach), trzeba robić po 70 mil (złotych) dziennie, wówczas za 9 dni będziemy w Gdyni.

 

 

Dzień 331, 6 V 80, wtorek

Wiatr niestety osłabł jeszcze przed północą. Przedtem, gdy szedłem, jakaś jednostka – nie rybak – oświetlił mnie z bliska, długo zatrzymując reflektor na numerze na żaglu. W tym czasie miałem zapalone światła pozycyjne, które zaraz, gdy odszedł, zamieniłam na topowe, lepiej widoczne z daleka.

Zmieniłem żagle i poszedłem spać, a chciało się bardzo spać. Rano usłyszałem brzęczyk przechodzącego blisko statku, myślałem, że to polski statek przechodzi koło mnie i wywołuje. Zrywając się z koi, zaspany, odczytałem w dźwięku brzęczyka „D”, co znaczy „Manewruję z trudnością, trzymajcie się z dala ode mnie”.

– Bodajby cię cholera! – wrzasnąłem wyjrzawszy przez zejściówkę, widząc jak rybak przechodzi 3 metry od dziobu jachtu – Ty leziesz na mnie, kretynie, a chcesz, żebym się trzymał z daleka od ciebie! Nie widzisz, baranie, że stoję w dryfie ze zrzuconymi żaglami?

Rybak ciągnął linę za rufą, która odwijała się z bębna na baku, wykonywał łuk, jakby chciał opleść nią kil jachtu.

– Nigdzie na morzu nie ma ryb tylko tu, gdzie ja stoję! Bodajbyś nie złapał ani jednej!

Była mgła, widzialność do 100 metrów, rybak musiał się zagapić i z zaskoczenia ujrzał wyłaniający zza mgły stojący jacht. Mają radary, widzę, jak się im kręcą, Czemu w czasie mgły nie patrzy w ekran jak sroka w kość? Po chwili mgła ustąpiła.

Pospałem jeszcze dwie godziny. Do 9-tej miałem dwie linie w odstępie 2-godzinym. Wstałem, obliczyłem pozycję. 34 mile do trawersu Hanstholm (w nocy ją miałem na radionamierniku). 51 mile zrobiliśmy od wczorajszej kulminacji, złotych.

ETA, licząc od dzisiaj tylko po prostej linii – trzeba zrobić dziennie 70 złotych mil. Jeszcze 8 dni, 14 maja. Pod warunkiem, że ruszymy stąd. Zrobiłem klar w kambuzie.

11.00. – Powiew 0,5 z NE. Jęknąłem jak ranny wilk.

O 14-tej postawiłem żagle pod słabiutkim wiaterkiem N-NbE. 3 węzły. Wszedłem na mapę Skagerraku.

Szedłem. O 20-tej zobaczyłem światło Hanstholm na prawym bajdewindzie. Przeszedłem. Wtedy wiatr skręcił na NE pchając mnie na ląd. Zrobiłem zwrot. Wtedy wiatr zdechł. Zrzuciłem żagle. Widzę latarnię Hanstholm i Lodbjærg, widzę światła miejskie. Serce zaczyna mnie boleć. Na morzu dużo światełek statków i rybaków. Świecę top. Idę spać. Na radionamierniku Warszawa I. Zrobiłem tylko 17 mil. Do trawersu Hanstholm tyle samo.

 

 

Dzień 322, 7 V 80, środa. Skagerrak

O 5-tej usłyszałem wiatr. Było to jakby śruba i maszyny przechodzącego opodal statku. Gdy za długo – parę minut – trwała ta praca maszyn, a statek się nie oddalał, rozbudziłem się na dobre i wyjrzałem. Statku żadnego nie było, to „dwójka” pobudzała jacht do tego dźwięku.

Ubrałem się, postawiłem żagle. Dmucha ESE2, idziemy swoim kursem 055° z szybkością 3 węzłów.

BBC o 5.30 zapowiada dla Fisher N or NE 4 or 5.

Wiatr szybko, za godzinę skręcał w lewo, na NE, swój tradycyjny już kierunek. Po kulminacji – a szedłem 350° – zrobiłem zwrot na 100°.

BBC o 12.55 zapowiedziała dla Fisher NbyNW 4-5. Co za ironia, gdy opuściłem Morze Północne ten ryglujący mnie NE ustępuje. Równocześnie dla Skagerraku zapowiadany jest na jutro niż idący znad Holandii.

Halsuję w Skagerraku. O 14.20 zachodzący drogę rybak zmusił mnie do zmiany halsu. Udało mi się złapać prognozę Warnemünde o 15.50 (175 m).

21.00. – Stoję. Wiatr zmienny, z NE skręcił na SSW, WSW. Jedynka. Żagle w dół. Idę spać.

 

 

Dzień 333, 8 V 80, czwartek

Spałem całą noc. Nad ranem, gdy wypełzłem spod czterech koców, żeby zobaczył krąg wokół jachtu, dmuchała dwójka z E. Pomyślałem sobie, że Warnemünde miało rację i że wobec tego pośpię jeszcze 2 godziny. Po tym czasie wiatr o sile 1° dmuchnął z W. Postawiłem żagle, jacht ruszył z „powolnością” 1 węzła. Jest pochmurno. Mżawkowo. To niż znad Holandii ogarnia Skagerrak. Tylko gdzie są jego wiatry?

Znalazły się! O 18-tej dmuchnęła „trójka” i rosła do 6. Przed Skagen (Histhals był w NR = 130° o 20.40) duży ruch. Najpierw światło zza horyzontu. Wyłączyłem Michała i sterowałem z kokpitu.

 

 

Dzień 334, 9 V 80, piątek. Kattegat

O 1-szej trawers Skagen (NR = 180). Nie znalazłem latarniowca. Nie mogłem na dłużej odejść od steru, żeby konsultować mapę. Na intuicję wziąłem to wszystko prawą burtą w odpowiedniej odległości i położyłem się na kurs najpierw 140°, a potem 130. Włączyłem Michała, gdy się rozwidniło.

Wiatr nieco skręcił na W nie pozwalając iść 130, potem nawet 120°. Wreszcie ustalił się na NW 6, pod wieczór NNW 4. Szybkość 6 węzłów, widzialność idealna, dmucha szóstka. Kattegat jest biały od piany. Pogodnie, zachmurzenie 1 (jest 6.30).

12.30. – Jacht gna pod jednym kliwrem I 6-7 węzłów. Nadrobiłem stracony dzień, do Gdyni 5 dni, ETA na 14 maja. Dmucha „szóstka” Zadziwiające, jaki ten Kattegat jest pusty, jaki tu mały ruch. Michał prowadzi sprawnie. Ładuję akumulatory.

O 17.30 trawers latarniowca „Anholt”. Pójdę 4 godziny – 20 mil i stanę na nocleg, aby skoro świt ruszyć w Sund. Cieszę się, że jestem tak blisko domu, a z drugiej strony trochę mi żal, że rejs się kończy.

O 21.20, gdy namiar na Kullen wynosił NR = 115°, zszedłem nieco na wschód od linii statków, zrzuciłem grota i kliwra i po zapaleniu topu poszedłem spać. Byłem zdziwiony, że będąc tak bardzo śpiący, po 36 godzinach na nogach, nie mogłem szybko zasnąć. O północy wyjrzałem, dostrzegłem w różnych miejscach światełka statków. Zapaliłem dodatkowo światło na bezanmaszcie. Trudno się liczyć z kilkoma amperogodzinami. W pobliżu kraju życie jest droższe.

 

 

Dzień 335, 10 V 80, sobota. Sund, Bałtyk

O 3-ciej budzik wyrwał mnie ze snu, zgasiłem światła i wróciłem do koi na godzinę. O 4-tej wstałem, ubrałem się i wróciłem do koi na 10 minut, trzęsąc się z zimna pod czterema kocami, żeby ogrzać stertę odzieży na sobie.

Dmuchał NW z fordewindu, na wejściu do Sundu. Postawiłem KL I, przekazałem jacht Michałowi. Do śniadania zabrałem się przed szóstą. Jakżeż zmieniły się czasy, odkąd człowiek jest w swoich stronach. W innych częściach świata często śniadanie zjadałem po kulminacji Słońca.

Po szóstej ukazały się brzegi Danii (wzgórze Kullen w Szwecji było widoczne o piątej), jacht kierował się w sam środek szerokiego leja gardzieli Sundu. Jeszcze prowadzi Michał, gdy będziemy bliżej przejmę od niego ster.

Po śniadaniu wytrzepałem ostatnią multiwitaminę z małego podręcznego słoika, do którego na 30-kilka dni temu przed ETA wsypałem 40 pigułek z przekonaniem, że starczy ich do kraju, po jednej dziennie, i jeszcze zostanie.

20.00. – JESTEM NA BAŁTYKU.

Falsterborev co prawda jeszcze przede mną, ale Drogden za mną. Sund przeszedłem z duszą na ramieniu. Wiatr był słaby, bałem się, że przyflauci w miejscu nieodpowiednim do dryfowania. Chwilami dmuchała dobra trójka, później coraz rzadziej, za to często wiatr słabł do 2. A przy tym kręcił. W Sund wszedłem na motyla KL i i GR. Wiatr skręcił na N. Przed Middelgrunds Fort stała zawalidroga – statek na kotwicy. Przerzuciłem kliwra ze spinakerbomu na prawą burtę, grota na lewą. Nie uszedłem 5 minut – statek chciałem ominąć lewą burtą – wiatr skręcił momentalnie na NW. W Sundzie był prąd wnoszący (ok. 1-1,5 węzła).

Błyskawicznie sprzątnąłem spinakerbom i przerzuciłem kliwra na lewą burtę (Przed Middelgrunds Fort szedłem na samym kliwrze I na spinakerbomie na prawej burcie i bezanie, paręset metrów przed statkiem postawiłem grota i przerzucając kliwra, aby wykorzystać do maksimum słaby wiatr.

Jakoś odcinki między znakami pokonywałem dużo szybciej niż wynosiła moja szybkość, która chwilami spadała do 2 węzłów. To prąd wnoszący pomagał mi znakomicie. Bezpieczny poczułem się dopiero za Drogden. Pięć minut przed osiągnięciem tej stawy mijał, mnie idąc w Sund, prom „Wawel”. Chyba mnie rozpoznali. Ze względu na sterowanie ręczne nie mogłem łączyć się przez UKF. Machałem rękami, dawałem znaki kręcenia i pokazując w stronę Gdyni. Czy przekażą wieść o mnie Gdyni Radio? Byłem wzruszony, gdy prom przeszedł.

Za Drogden włączyłem Michała – ze wspomaganiem. Nie na długo, wiatr osłabł do 1°. Przełączyłem na wewnętrzny z zamiarem obejścia Falsterborev i dotarcia do rejonu jakieś 10 mil na SE od stawy, choćby przyszło iść do 4-tej rano – i tam stanąć dla przespania się.

Ale o 20.00 wiatr zdechł niemal do zera. Wybrałem żagle i tę resztkę, bajdewindem, odszedłem na W od toru, poniżej miejsca, gdzie w tamtą stronę stałem noc w dryfie.

Barometr poszedł wysoko, na 1030, wyż i flauta. Tu jest spokojnie, tu się prześpię. Stąd 260 mil do Gdyni. Mam tu aż 4 latarnie dla określenia się: Drogden, Falsterborev, Falsterbo i Stevns Klint.

Gdy byłem 3 mile na W od toru, wiatr zamarł do zera. Była 20.30. Zrzuciłem KL i GR i po zapaleniu topu poszedłem spać.

Moja troska o wiatr począwszy od Van była zatem trafna. Starczyło go zaledwie na dojście tutaj, w najbliższe bezpieczne miejsce.

 

 

Dzień 336, 11 V 80, niedziela

Budzik nastawiłem na 1-szą dla sprawdzenia all around, po czym miałem go przestawić na 3-cią, dla zgaszenia świateł i sprawdzenia sytuacji. Spałem jak przy kei, jacht stał bez ruchu na gładkiej wodzie. Budzika przy głowie nie słyszałem. Zbudziłem się sam. Zgasiłem top. Flauta trwa.

Gdy po raz drugi – a była 9-ta – wyjrzałem, zobaczyłem statek podobny do kutra idący dość blisko jachtu. Rybak? Nie rybak? „Zenit” – odczytałem gołym okiem. Pozdrowiłem ręką, oni tez machali. Oni chórem wykrzykiwali „Hurra! Hurra! Hurra!”. Wycieczka – pomyślałem, i w tym jakieś przeczucie zaczęło mnie nurtować. Nazwy „Zenit” nie skojarzyłem ze statkiem szkolnym Szkoły Morskiej. Usiłowałem dostrzec znak na kominie, który zasłaniały mi inne części statku. Dostrzegłem rąbek i ten mały skrawek znaku rozjaśnił w głowie: przecież to polski „Zenit”. Inna rzecz, że byłem zaspany, a spałem twardo, tak jak się śpi, gdy morze jest spokojne.

Nie mogłem wyjść cały na zewnątrz, byłem w inexprimables. Powiedzieli mi, że „Horyzont” i TV z Teresą Remiszewską czekają na mnie kilkanaście mi dalej, I to z trudem dotarło do mojej świadomości. Co, gdzie, jak? Oficer na skrzydle krzyknął, żebym ich wołał na UKF, na kanale 16.

– Halo „Horyzont”, tu „Dar Przemyśla”, czy słyszycie mnie? – zawołałem.

Natychmiast odpowiedzieli. Rozmawialiśmy, i z Teresą, i z Jurkiem, i z Andrzejem Markowskim, i z Jurkiem Fijką. Upewniłem się, że rejs do Argentyny jest zgłoszony w PZŻ. Będą szli ze mną do Gdyni.

– Ha, trzeba się ogolić i ubrać w co lepsze – pomyślałem.

Ogoliłem się, jak do telewizji, z ubraniem się w co lepsze poczekam, rejs jeszcze jest w stanie bojowym, choć dziś flauta, jutro może być sztorm. To Bałtyk, znam go dobrze.

Po chwili pełną mocą podeszła do jachtu jednostka Duńskiej Straży Przybrzeżnej, czy coś takiego, z numerem taktycznym P535 na burcie. Co się stało? O co chodzi? Widocznie oni zadawali sobie to samo pytanie, najprawdopodobniej zaalarmowani rozmową w eterze na ich wodach i obecnością trzech polskich niehandlowych jednostek. Pokiwałem ręką; z trudem, jakby ich ręce ważyły pół tony, jeden odpowiedział takim podniesieniem ręki.

„Trzeba im wyjaśnić” – pomyślałem i dałem znak ręką kręcenia korbą, co po polsku znaczy, że będę wołał na UKF. Licho wie, czy to coś znaczy po duńsku, bo choć wołałem na kanale 16, nikt nie odpowiada. Stali dłuższą chwile w pobliżu jachtu. Zaniepokoiłem się. Czym? Że zechcą mnie wyciągnąć stąd na holu, a mnie nie wolno holować. Postawiłem żagle choć flauta była stuprocentowa. Ruchem bezradnym rąk pokazałem, że nie ma wiatru. Chłopaki na rufie powtórzyli ten ruch, oficerowie na mostku śledzili – i fotografowali, czy filmowali – jacht. Odeszli, zabrałem się do śniadania.

O 12-tej dmuchnęła jedynka, ruszyłem powoli. Wiatr SE z kierunku Falsterborev, dokąd chcę iść. Halsuję. Ubrałem jednak świeżą koszulę i nowy sweter do telewizji.

 

 

Dzień 337, 12 V 80, poniedziałek

Wczoraj wieczór przy spotkaniu z „Horyzontem”, poza wodami Danii, dokąd dowlokłem się o 22-giej, spuszczono szalupę wiosłową. Przekazałem pocztę. Ja otrzymałem ustne depesze od trzech gazet. Słaby ESE, halsuję cały czas, Horyzont płynie w mojej asyście, co jakiś czas rozmawiamy na UKF. Duży ruch okrętów, szwedzki kuter przybrzeżny podszedł węszyć, wyjaśniłem przez tubę cel i rodzaj rejsu. Trzy polskie okręty przechodziły, prom Skandynawia okrążył jacht z flagą spuszczoną w salucie. Zaczyna się!

Teresa sygnalizuje o przygotowaniach do powitania, truchleję. Dowiedziałem się od niej o śmierci Walentina Manewa. Wypadł z jachtu i utopił się, na Morzu Egejskim, gdy z załogą wracał do Burgas na zakupionym w Polsce jachcie. Ciało znaleziono po trzech dniach. Atak serca, gdy poszedł sikać na rufę.

 

 

Dzień 338, 13 V 80, wtorek

W nocy o 22-giej przyflauciło. Poszedłem spać.

O 1.30 zbudził mnie „Horyzont”, że jest wiatr. Dmuchała „dwójka” z ENE.

– Według prognozy wyż trwa uporczywie – powiedziano z „Horyzontu” – Trzeba brać to co jest.

Postawiłem KL I. Ruszyliśmy. Pod Arkoną zwrot, przechodziłbym za blisko lądu, wśród licznych tam statków. Dosypiałem, jacht człapał, aż przyflauciło. Spałem dalej.

Znów zbudził mnie „Horyzont”, dmuchała „dwójka”, wg nich to chyba „trójka”.

Koło jachtu przeszedł statek „Nareda” salutując syreną. Następnie „Kopalnia Szombierki” okrążyła jacht, salutując syreną. Oddałem salut banderą, rozmawiałem z kapitanem na kanale 10. Gratulacje itd.

– Przygotowaliśmy dla pana jedzenie i flachę, ale z „Horyzontu” mówią nam, że regulamin nie pozwala podawać panu niczego.

Wzruszyli mnie tą flachą. Wzruszyło mnie również wołanie przez kobiecy głos „Heniek!”, zielona suknia i blond włosy oraz gołe ręce kobiety machające z rufy. W marzeniach całuję te ręce i te włosy, i obejmuję zieloną suknię, wypijam „flachę”. Jest to 338 dzień rejsu. Po co to dokładne liczenie? Liczmy miesiące, minęło ich 11. A do Gdyni nie mogę dopłynąć. Przeciwny wiatr, słaby, flauty. Jałowe halsy zbliżyły mnie do niej tylko o 12 mil za ostatnią dobę. To już nie rozpacz, to rezygnacja, apatia, milczenie. Wstyd mnie przed „Horyzontem” za to ślamazarne pełzanie. A barometr lezie dalej w górę, 1032 mb.

Pod wieczór na bączku wiosłowym (bo silniczek zepsuł się w próbnej jeździe tuż przy mojej burcie) przypłynęła dwójka dziennikarzy, Grażyna Murawska z magnetofonem oraz Andrzej. Bączka prowadziło dwóch ludzi na wiosłach.

Podałem cała swoją pocztę, być może „Horyzont” dopłynie wcześniej, chociaż parę dni wyprzedzi mnie.

 

 

Dzień 339, 14 V 80, środa

W nocy sterczałem halsując. O wczesnym świcie poszedłem ubrany do koi na doskonałe 1-godzinne spanie, uprzedzając o tym oficera wachtowego z „Horyzontu”.

O 8-mej rano, tak jak zapowiedział mi wczoraj kpt. Witkowski z „Horyzontu”, ściągnięto mnie z koi trzema krótkimi dźwiękami syreny. Tzn. według naszej umowy: „Proszę do UKF” (Jeden długi: „Proszę natychmiast na dek”).

Miała podpłynąć pod burtę jachtu ekipa TV. Stanąłem w dryfie pod żaglami. Aż trzy razy podpływał bączek z trzema różnymi 2-osobowymi ekipami. Bączek prowadził chief Mielczarek, dziennikarze: Kazimierz Robak.

Dostarczono mi prognozę: zła. Uporczywy, stacjonarny wyż na Bałtyku. W dalszym ciągu wiatry z sektora E.

Sytuacja baryczna: Znad ZSRR idzie niż. Jutro popołudniu osiągnie wschodni Bałtyk.

Przyniesie wiatry N-NW 5-6°B.

Podobno jacht „Albatros” wyszedł ze Szczecina na moje spotkanie z TV. Szkoda żeśmy się nie spotkali.

O 15-tej opuścił mnie „Horyzont”. Przedtem rozmawiałem z kapitanem Witkowskim (to syn Witkowskiego z „Dali”). Potem z Teresą. Radziła, żeby przemilczeć na konferencji prasowej i w najbliż­szym czasie sprawę tratwy (brak tratwy ratunkowej na jachcie). Ewentualnie dopiero w książce będzie można to wyjawić. OK.

Wiatr skręca na NNE, idę kursem 080°. Nowy zastrzyk zapału, wymieniłem KL I na genuę. Szybkość 2,5 węzła, ale po kursie, złote mile. Krótko to trwało, wiatr poszedł na swój E spychając mnie na coraz bardziej południowy kurs. O 23.30 zrobiłem zwrot.

Po odejściu „Horyzontu” z przyjaciółmi, na Bałtyku zrobiło się bardzo pusto i smutno. Już się przyzwyczaiłem do obecności tego małego, miłego stateczku. Gdy rozglądałem się spod nadbudówki, zawsze najpierw szukałem mojego anioła stróża, często mi się ukrywał to za bezanmasztem, to za kliwrem, znajdowałem go za rufą, przed dziobem, z lewej, z prawej. Ot, chodził sobie swobodnie, to oddalając się, to przybliżając do jachtu. A czasem stawał, gdy i jacht stał bez wiatru.

 

 

Dzień 340, 15 V 80, czwartek

Po północy wiatr i szybkość stały się niewymierne w spiralnym zbliżaniu się do zera. Zrzuciłem genuę jak za dawnych lat (ależ ona duża jest!) i poszedłem spać.

Od 7-mej jedynka z E. Postawiłem genuę, ruszyliśmy w kierunku Bornholmu. Tymczasem dosypiałem skokami po pół godziny. I tak bym chyba dosypiał cały Boży dzień, lecz koło 11-tej zdenerwowało mnie to ciągłe wyłażenie i włażenie do koi. Wstałem na dobre.

Słońce świeciło, dlaczego by nie zrobić linii? Przecież nie ma lądów ani „Horyzontu”, który mi podawał pozycję kiedy chciałem. A więc powrót do astronawigacji, na Bałtyku czy na Atlantyku Słońce jest to samo, a linia astronomiczna, byle doskonała, da doskonałą pozycję. Jak latarnia, jak pława. Nie, ze Słońca nie zrezygnujemy tak szybko.

Cień smutku, jaki zapadł po odejściu „Horyzontu”, rozwiał się. Już dobrze. Znów jestem sam, Balti i ja. Znów wróciłem do rozmów z jachtem, z żaglami, z szotami. Wyciągnąłem genuę, noszę najwięcej żagla, tyle ile można.

Na śniadanie szynka, herbata, Chay Blyth do lektury. Usłyszałem z Warszawy I, że ta wiosna jest wyjątkowo zimna. Och, czuję to od samego Atlantyku!

Po kulminacji dosypiałem. Śniła mi się Zońka, Lidka i Oleńka. Statkiem pojechały na Bornholm, gdzie przesiadły się na asystujący mi „Horyzont”. Potem płynąłem Sanem, już do Przemyśla, prąd niósł mnie, szybkość była dobra. Koło rzeki, na brzegu był przystanek, taka buda. Zońka, Lidka i Oleńka zaglądały tam do środka, a ja pokrzykiwałem z jachtu.

Pod wieczór wiatr słabnie do jedynki. Płakać się chce. Trzymam się w garści. Tam wszyscy czekają na mnie, najpierw gorąca, gorąca, gorąca sauna, potem uściski, powitania. Rodzina czeka na mnie i przyjaciele i znajomi. Polska czeka, Przemyśl czeka. A ja się tu telepię na Bałtyku, sto kilkadziesiąt mil od Gdyni.

Wieczór flauta, genua w dół i dryf. Poszedłem spać.

 

 

Dzień 341, 16 V 80, piątek

Spałem kompletnie ubrany, gotowy do natychmiastowego ruszenia. A poza tym, gdy wychodzę z koi dla zlustrowania sytuacji, lepiej już być ubranym, bo jest bardzo zimno. O 7-mej z WNW jedynka. Ruszyliśmy. 1 węzeł. Na tym kursie pełny baksztag. Jestem przykuty do steru. Dla jednej nędznej mili na godzinę.

Do Gdyni za ostatnią dobę jacht zbliżył się o 25 mil. Jeszcze 152. W takim tempie to jeszcze 6 dni. W południe helikopter filmował jacht. Zbliżała się kulminacja, lecz wystrzegałem się trzymać sekstant, gdy przelatywał nade mną, aby nie pomyśleli, że pozuję.

Po 17-tej na „Konstelacji” z Urzędu Morskiego z Gdyni przybyła Lidka, Janek, Józek Werstler i Staszek Ląg.

 

 

Dzień 342, 17 V 80, sobota

Noc spędziłem w dryfie, „Konstelacja” też, w pobliżu. Rano ruszyliśmy. Rozmowa z Lidką. Przed południem pojawił się „Kontroler 30” z Darłowa. Ich pontonem z silnikiem podpłynęli pod burtę Lidka, Józek Werstler i Staszek Ląg. Dowiaduję się, że jacht przeszedł na własność Przemyskiego OZŻ. Będzie finansowany przez Województwo.

Idę dalej na astro, nie wypada mi – choć nie wiem dlaczego – pytać „Konstelację” o pozycję. Wiatr troszkę ożył, prędkość 4 węzły. Oby tylko nie sflauciło, to się zmieszczę.

O 13-tej w poniedziałek – pojutrze – mam wchodzić do portu. Ani wcześniej, ani później. Wolę być wcześniej na Zatoce i poczekać w pobliżu basenu jachtowego.

 

 

Dzień 343, 18 V 80, niedziela

Miałem szczerą nadzieję, że na tym wietrze dojdę do Gdyni. Niestety, osłabł i zdechł. O 3.30 poszedłem spać. Spałem do 11-tej z małymi przerwami. Flauta idealna. Wrócił „Zenit” z Teresą, ale bez Jurka. Andrzej jest.

Zaczęły się jakieś awantury, jedno stronnictwo na „Konstelacji”, drugie na „Zenicie”, jedni i drudzy uważają, że to oni mają prawo eskortować mnie, a ten drugi statek jest intruzem. Pojawia się brzydkie podejrzenie, że na tym ucierpię tylko ja. Z nikim nie chcę zrywać, żadnego stronnictwa nie chcę być zwolennikiem, chcę wszystkich rozumieć, i Teresę żeglarkę i Czecha sekretarza. Każdy ma swoje racje. Ale wiatr jest niezależny i mimo najszczerszych chęci, trzyma mnie w odległości tak niewielu mil od Gdyni.

„Całe powitanie i zapał rozpłynie się między palcami” – lamentuje mój przyjaciel Józek Werstler. Strasznie mi będzie przykro. Może są tacy, którzy uważają, że rejs właściwie skończył się i można mnie na holu pociągnąć więc ten kawałeczek. Niestety, rejs kończy się w główkach portu jachtowego w Gdyni, za główkami przyjmę każdą pomoc, hol, linę, motorówkę, wszystko.

Sekretarz partii Zenon Czech i władze chcieli urządzić powitanie jutro o 13-tej. Musiało by mi teraz, godz. 20.00, dmuchnąć 4-5°B, to dolecę. Ale jest flauta. Oni już rozumieją moją sytuację, Staszek Ląg poinformował mnie, że sekretarz Czech odpuścił z poniedziałku i poddał się woli wiatru. „Tylko żebym nie wchodził w środę, bo coś tam im wypada. Na Zatoce, przed główkami, mogę stać, ile tylko zechcę, lub wchodzić nawet przy jedynce”.

Czy do środy dojdę? Bardzo rozległy wyż objął Bałtyk i nie ma nadziei na wiatr. Będziemy musieli wszyscy czekać na nasze spotkanie, na uściski, na pocałunki.

23.00. – Flauta trwa. Walka o rozrusznik prawie ustała. Kapitan „Konstelacji” Rysio krzyknął: „Dawajcie ten rozrusznik tu”. Może pojadą z nim gdzieś? Do Ustki, do Władka?

Nie piszę do nikogo dziś. Boję się wszystkich. Wolę być sam, całkiem. Te trzy jednostki w pobliżu obciążają moją szalę psychiczną. Gdybym jeszcze raz wychodził w daleki rejs, zastrzegłbym sobie na wyjściu z Gdyni, że: „Nie chcę, aby ktokolwiek wychodził naprzeciw mnie dalej niż do trawersu Rozewia”.

Wypytuję o wszystko. Jednego pytania boję się zadać: CZY MOJA MATKA ŻYJE?

 

 

Dzień 344, 19 V 80, poniedziałek

Spałem dobrze. Około 9-tej dmuchnęło słabo z NE, postawiłem genuę i ruszyłem. Jacht szedł sam. Trwały prace przy rozruszniku. Byłem przekonany, że jest spalony. Rozmawiając, nie pamiętam z kim, powiedziano mi, żeby go starannie wyczyścić. Tak zrobiłem. Zamontowałem go. Miała to być ostatnia próba uruchomie­nia silnika. Prosiłem Boga o sprawienie cudu. Silnik zapalił. Stan paliwa w środkowym zbiorniku 83 litry. Jeżeli starczy paliwa do Gdyni i obejdzie się bez przedniego zbiornika (w tylnym mam 100 litrów), to sprawa będzie prosta. Ale jeżeli trzeba będzie przełączyć zbiornik – i zatrzymać silnik – może znów nie zapalić.

23.00. – Na Zatoce. Paliwa starczyło, od 21,30 spalił 30 litrów, w zbiorniku jest jeszcze 55 litrów. Zostawiam silnik na chodzie całą noc.

O 18.45 trawers Helu (gdy zobaczyłem Rozewie na trawersie, łzy stanęły mi w oczach). Jest jeszcze dzień, pod genuą, bezanem i silnikiem pruję prosto do Gdyni i postanawiam wejść do portu. „Konstelacja” za Helem poszła gdzieś w kierunku Jastarni. Minąłem stojącego „Zenita”. Okręt wojenny, patrolowiec, podszedł na pełnym gazie; wymiana salutów.

Syreną woła mnie „Konstelacja”. Nic nie słyszę w słuchawce, bo silnik warczy, ale mówię, że będę wchodził do Gdyni zaraz. Dogania mnie „Konstelacja”, Józek Werstler i Staszek Ląg krzyczą prze tubę, że nie wolno wchodzić.

– Chcecie trzymać mnie tu przez całą noc, przed portem? Wejdę, a jutro wyjdę, żeby wejść do powitania – proponuję.

– Nie, nie można, jest ustalone, że masz wchodzić jutro o 11-tej.

Zerwałem wszelkie rozmowy, wyłączyłem UKF-kę. Stałem za sterem i widziałem tylko Gdynię przed sobą, dokąd ciągnęła mnie nieprzeparta siła. Nie reagowałem na sygnały syreną „Konstelacji”.

Dogonili mnie, zbliżyli się na odległość głosową. Józek przez tubę krzyczy do mnie:

– Heniu, wytrzymałeś tyle, wytrzymaj jeszcze tę ostatnią noc.

To mi przemówiło. Zwolniłem. Poddałem się. Odeszliśmy milę w kierunku Jastarni, aby zejść z toru, „Kon­ste­lacja” stanęła na kotwicy, ja za nią, w dryfie. Zrzuciłem żagle, ale silnik chodził całą noc na biegu jałowym.

 

 

Dzień 345, 20 V 80, wtorek

Tego zapisu nie ma w „Dzienniku osobistym”, który urywa się na dniu 344.

Całą noc, za rufą „Konstelacji” nieco z boku, żeby mi nie zasłaniała widoku, przesiedziałem w kopicie, wpatrzony w światła Gdyni, tego portu, z którego wyszedłem przed rokiem, a do którego gnałem ze wszystkich sił najdłuższą istniejącą drogą, dookoła całego świata. A teraz nie pozwalają mi wejść z marszu, bo taki jest program powitania. Jasne, rozumiem to, nie mam pretensji ani żalu.

Przed zapadnięciem zmroku Mietek Nyczek, z rufy „Konstelacji” udzielał mi obszernych informacji o planowanym przyjęciu, z telewizją i oficjelami na czele. Słuchałem cierpliwie, nic mi to nie przeszkadzało. Wszelako było to coś jak dalsza część locji, z którą trzeba się zapoznać przed wejściem do poru. Do mojej Gdyni wchodzę bez locji o każdej porze i w każdych warunkach, w głowie i w sercu mam locję Gdyni, ale teraz wejście obramowane jest nieistniejącymi w nawigacji znakami i mieliznami. Więc słuchałem uważnie. Absolutnie spokojny. Ja już byłem w Gdyni, tylko moja skóra, w kokpicie, i jacht czekaliśmy na zielone światło.

O godzinie 13.20, na kliwrze II i bezanie, jacht wszedł w główki portu jachtowego w Gdyni, o 13.25 podałem cumy do rąk dwóm przygotowanym marynarzom i stanęliśmy przy kei naprzeciw Szkoły Morskiej. W „Dzienniku jachtowym” figurowało, że był to 345 dzień, ale kalendarzowych było 344.

KONIEC

 


Już na Bałtyku, ostatnie dni rejsu.

 


► wstecz: TOM III (od 22 XI 1979 do 5 II 1980)

► Powrót do Spisu treści

Calendar

« May 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

WIOSNA

 

Dzisiaj rano niespodzianie
zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem
przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto,
posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało...
Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku  w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce Wiosna jest pierwszą z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, jest w kantacie Wiosna (1902) Rachmaninowa, w pieśni Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i w tegoż Strawińskiego Święcie wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym  kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) – i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak  we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy.
Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...] gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to „powieść reportażowa”. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomnia­łem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale „produkcyjniaki” pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za byłą panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

 

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego: i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach  1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, że podobno mają „wueskę” znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.

 

Piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne  występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę / Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje (Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej, / najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody / i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą / uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą, / i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną) wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...",  więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych  Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]
Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

(pani profesor bardzo dziękuję za pomoc w odnalezieniu oryginału wiersza)

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud: I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu ekwinokcjum – równonocy wiosennej

Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:

święcone,
wielkanocne śniadanie,
pisanki,
śmigus-dyngus,
wieszanie Judasza,
pogrzeb żuru i śledzia.

O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg. Cytat okazał się całkiem na czasie.
Akurat na fali dekomunizacji „zniknięto” w Zamościu tablicę pamiątkową z domu, w którym się urodziła.
To sygnał, że trzeba skupować PRL-owskie stuzłotowe banknoty z Waryńskim. Niedługo pewnie fala obejmie i jego, a wtedy zakup okaże się dobrą inwestycją.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

 

MAJ...

A w maju
Zwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia,
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, maju!

Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!...

Julian Tuwim – „Do krytyków” (1920)

 

Maj – piąty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od czasownika „maić” – ‘stroić, zdobić zielenią i kwiatami’.

W staropolszczyźnie piąty miesiąc roku nazywany był „trawień” (tej nazwy używa język białoruski i ukraiński: травень ‘maj’, oraz chorwacki – travanj, ale tam tak  nazywa się kwiecień) – wiadomo dlaczego.

 

Łaciński Maius zawiera w sobie imię matki boga Merkurego – nimfy Mai.

 

Dwie dodatkowe etymologie nazwy Maius podaje Owidiusz w ks. V poematu Fasti (8 r. n.e.), traktującego o kalendarzu rzymskim.

Pierwsza wywodzi nazwę miesiąca od majestatu (Maiestas) – na przykład bogini, ale i cesarza, bo niech ktoś tylko spróbuje zaprzeczyć i powie, że cezar Majestatem nie jest!
Drugi owidiuszowski źródłosłów kieruje do starszych (maiores) – w tym wypadku senatorów rzymskich.
Na Owidiusza powołują się różne źródła i autorytety, ale jego wywody słowotwórcze mają tyle wspólnego z językoznawstwem, co kamień węgielny z węglem kamiennym.
Owidiusz był poetą i dworakiem – trudno powiedzieć, czym za swego życia bardziej. Boccaccio pisał, by się podobać damom, Owidiusz – by się podobać cesarzowi. Pierwszemu się udało, drugiemu – nie: w dworactwie poeta nie miał szczęścia, bo inaczej nie dostałby wyroku wygnania (do dziś nikt nie wie, za co). Ale tworzył i wysysał z palca, co mógł, byle tylko przypodobać się zwierzchności.
Maiestas – to oczywiste, bo bogini – boginią, ale podkadzenie imperatorowi zaszkodzić nie mogło, zwłaszcza że bogini daleko, a cesarz – blisko.
Maiores – a czy źle było zaskarbić sobie niewinnym pochlebstewkiem życzliwość starców? Którzy – czy ich cesarz lubił czy nie – wciąż jeszcze coś mogli i o czymś tam decydowali.
Zresztą, na zasadzie świeczki i ogarka, Owidiusz nazwę następnego miesiąca, Iunius, w następnej księdze tego samego poematu wywodzi od słowa iuniores ‘młodzi’. Tak że Owidiuszem nie ma sobie co głowy zawracać.
Z równym powodzeniem moglibyśmy wywodzić nazwę „maj” od nazwiska Żemajska (i opiewać piękność obojga), gdyby tylko celem do sforsowania była dla nas twierdza piękności tejże damy. Albo – ogarnięci górnolotnym zapałem – moglibyśmy twierdzić, że z całą pewnością przodkowie nasi miesiąc „maj” nazwali od hasła „Trzymajmy się!”, co było nawiązaniem do szczytnych tradycji, woli przetrwania i misji dziejowej dającej nam pierwszeństwo nad innymi, a maj, jako symbol wiosny i odrodzenia… i tak dalej, i dalej.

 

Tak czy siak, nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Druga dekada maja jest na ogół bardzo chłodna, więc klimatycznie ten miesiąc też raczej zaprzecza swej symbolice i w tym kontekście fraza a w sercu ciągle maj brzmi co najmniej dwuznacznie, jak zresztą wszystko w poezji Jeremiego Wielkiego.
Ochłodzenie majowe jest zjawiskiem klimatycznym charakterystycznym dla całej Europy Środkowej: po okresie utrzymywania się wyżu barycznego nad Europą Środkową i Wschodnią następuje zmiana cyrkulacji atmosferycznej i przy słabnącym wyżu zaczyna – wraz z niżem barycznym – napływać zimne powietrze z obszarów polarnych.
Według tradycji ludowej środek maja powinien być zimny, deszczowy, a czasem mroźny – jest to znakiem, że aż do jesieni nie powinno być przymrozków.

 

Majowe rocznice

 

1 maja to Święto Pracy, w Polsce święto państwowe.
We Francji 1 maja to, oprócz uroczystości organizowanych przez L’Humanité, święto konwalii (la fête du muguet).

 

Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, dzieje się w maju.

 

2 maja to w Polsce Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej.

 

3 maja jest w Polsce świętem państwowym, które oficjalnie nazywa się Święto Narodowe Trzeciego Maja. Ustanowiono je dla upamiętnienia uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Obojga Narodów (3 maja 1791).

Konstytucję Trzeciomajową czci się u nas prawie jak konkordat, a już na pewno jak Kościuszkę i Pułas­kiego razem wziętych. Zakładam więc, że – jak i w poprzednich przypadkach – cześć ta oddawana jest na podstawie wiedzy a nie wiary, że wszyscy tekst konstytucji (i konkordatu), czytali, przemyśleli i dopiero po tym na kolana padli. Nie ma więc co dalej o tym mówić.

 

4 maja – spośród wielu konotacji wybrałem cztery: trzy amerykańskie i jedną (ale za to jaką!) – krajową.

 

4 maja 1626 – Pieter Minuit, waloński przedsiębiorca, kupiec i wysokiej rangi urzędnik Holenderskich Kolonii Północnoamerykańskich przybywa na statku See Meeuw [morska mewa] do Nowej Holandii, by zostać jej dyrektorem.

Historia przypisuje mu zakup wyspy Manhattan. Minuit miał dokonać transakcji z wodzem Delawarów o imieniu Sey-Seys wręczając mu w ramach zapłaty paciorki o łącznej wartości 60 guldenów; w połowie XIX wieku równało się to sumie 23 dolarów, a dziś miałoby wartość ok. 1200 USD. Za teren mający 59 km2 to rzeczywiście niewiele, nawet jeśli zamiast przysło­wio­wych paciorków były to żelazne garnki, wełniane koce, siekiery, motyki, szydła, drumle (tak, takie do brzdąkania) i tym podobne sprzęty.

Gdy jednak nawet najdelikatniej poskrobać, lakier legendy odpada.

Po pierwsze – „Wyspa o Wielu Wzgórzach” (bo to właśnie znaczy „Manhattan” w dialekcie munsee algonkińskiego jezyka delaware) należała do plemienia Wappinger, z Delawarami spokrewnionego, ale odrębnego. Dla Europejczyków nie stanowiło to żadnego problemu, bo przecież nawet dziś żywa jest klasyfikacja etniczna, której najwybitniejszym przedstawicielem jest nasz Bartłomiej Słowik, z właściwym sobie wdziękiem uznający na przykład, że „Francuzy to także Niemcy, tylko ścierwa gorsze”.

Po drugie – i tu dla dzisiejszych moralistów zaczynają się prawdziwe schody – Sey-Seys żadnej wyspy nie sprzedawał i sprzedać nie mógł, bo coś takiego po prostu nie mieściło mu się w głowie. W pojęciu Indian bowiem ziemia, woda i powietrze należały do wszystkich i sprzedać ich (ani kupić) po prostu nie było można. Za to w Europie także i to nie stanowiło problemu: tam do dziś sprzedaje się wszystko, nawet powietrze (jeśli ktoś nie wierzy, niech najpierw zastanowi się, czym jest „opłata klimatyczna”, zwana również „opłatą miejscową” – Ustawa z 12 stycznia 1991 o podat­kach i opłatach lokalnych; Dz.U. 2017; poz. 1785 – a dopiero potem rzuci kamieniem).

Tak więc spotkanie Minuita z Sey-Seysem na pewno przebiegało w miłej i przyjaznej atmosfe­rze, przy obopólnym zadowoleniu, ale obie strony mówiły zupełnie o czym innym. O czym Sey-Seys i Delawarowie przekonali się poniewczasie.

 

4 maja 1961Freedom Riders czyli „pasażerowie wolności” rozpoczynają swą pierwszą autobusową podróż z Waszyngtonu D.C. do Nowego Orleanu. Chcą sprawdzić, jak w praktyce przestrzegany jest wyrok Sądu Najwyższego USA, który 5 grudnia 1960 orzekł, że segregacja rasowa w publicznym transporcie międzystanowym jest sprzeczna z prawem.
Dowiedzieli się o tym szybko: 14 maja w Alabamie, niedaleko miasteczka Anniston (chyba nawet dziś nie chciałbym tam mieszkać), członkowie Ku Klux Klanu autobus podpalili, a pasażerów – którym szczęśliwie udało się z niego wydostać – ciężko pobili. Klansmeni powtarzyli to jeszcze kilka razy, aż wreszcie autobusy wiozące Freedom Riders dostały ochronę Gwardii Narodowej. Dla pasażerów było to o tyle lepsze, że docierali bez uszczerbku do celu podróży, by tam zostać natychmiast aresztowanymi. Ruch Praw Obywatelskich w USA miał przed sobą długą drogę.

Jeśli ktoś woli to zobaczyć niż o tym czytać, niech obejrzy film Kamerdyner (Lee Daniels’ The Butler, 2013), z genialną – jak zwykle – rolą Foresta Whitakera. Ale uwaga: nie jest to film dla wszystkich, bo żeby go dobrze zrozumieć trzeba po obejrzeniu długo posiedzieć nad detalami historii USA. Ignoranci i aroganci, którzy ją lekceważą, lepiej niech włączą transmisję z jakiegoś meczu ligowego.

 

4 maja 1970 – jedno z najtragiczniejszych wydarzeń w USA z okresu wojny wietnamskiej: Gwardia Narodowa stanu Ohio otwiera ogień do nieuzbrojonych demonstrujących studentów uniwersytetu stanowego w Kent. Giną 4 osoby, dziewięć zostaje rannych. Sekcja wykazała, że gwardziści strzelali do demonstrantów będących w odwrocie.

Studenci protestowali przeciwko rozszerzeniu wojny na terytorium Kambodży.

Hołd zabitym złożył Neil Young w piosence „Ohio”, nagranej z grupą Crosby, Stills, Nash & Young 21 maja 1970. Po drugiej stronie singla znalazło się „Find the Cost of Freedom” Stephena Stillsa – napisane wcześniej, ale znakomicie uzupełniające utwór główny.

 

4 maja 1981 – premiera filmu Miś reżyserowanego przez Stanisława Bareję, ze scenariuszem Stanisława Tyma i Stanisława Barei.
Kiedyś była to komedia. Dziś to najlepszy podręcznik przedmiotu „Życie w realnym socjalizmie za późnego Gierka”.
Miś mógł wejść na ekrany tylko dlatego, że od września 1980 do 13 grudnia 1981 rola cenzury została zredukowana do minimum.
Rozpoczynając kręcenie filmu twórcy nie mogli tego przewidzieć. Po prostu: przechodzili przypadkiem… wiedząc o tym, że… w przyszłości…, z pewnością…

 

 

5 maja 1862 – „kot z domu – myszy harcują”. Tak najkrócej można określić przyczynę bitwy o miasto Puebla w Meksyku, w której armia meksykań­ska dowodzona przez Ignacio Zaragozę zatrzymała fran­cuski korpus ekspedycyjny.

Nieobecnym kotem były Stany Zjednoczone: 2 grudnia 1823 roku James Monroe, piąty prezydent USA, przedstawił Kongresowi tekst, który później zostanie nazwany Doktryną Monroe. Głosiła ona, że Stany Zjednoczone deklarują neutralność we wszelkich sporach i konfliktach europejskich, ale jednocześnie jakąkolwiek interwencję obcych mocarstw w Ameryce uważać będą za akt wrogi i postąpią odpowiednio. O tym, co znaczy owo „w Ameryce”, wiele już napisano, ale faktem jest, że nikt z USA, zwłaszcza po sojuszu amerykańsko-brytyjskim z Ghent (z 24 grudnia 1814), zaczynać się nie ośmielał.

Co nie znaczy, że nie chciał. Gdy tylko amerykański kot zajął się swoimi sprawami, a Wojna Secesyjna (1861-1865) była sprawą bardzo absorbującą, z okazji – jak widać – skorzystali Francuzi. Przegrana bit­wa pod Pueblą nie powstrzymała ich przed ustanowieniem w Meksyku swojego marionet­kowego ce­sar­stwa, które trwało, dopóki kot nie uporządkował spraw domowych. Najsmutniej skończyło się to dla biednego cesarza Maksymiliana, który był porządnym człowiekiem, ale nie pierwszy to i nie ostatni łat­wo­wierny wystawiony do wiatru w decydującym momencie przez sojusznika.

Édouard Manet, zawsze bezkompromisowy, nie bez przyczyny na ostatecznej wersji swego obrazu Rozstrzelanie cesarza Maksymiliana (1868) ubrał pluton egzekucyjny w mundury prawie francuskie (w rze­czy­wistości cesarza rozstrzelali żołnierze Juareza), a sierżan­towi, który – pozornie niezaangażowany – stoi z tyłu, dał twarz Napoleona III, władcy II Cesarstwa Fran­cuskiego.

Dziś już mało kto o Maksymilianie, poza Meksykiem, pamięta, ale w Meksyku wspominany jest on – o dziwo – bardzo dobrze.

Za to rocznica bitwy, nie wiedzieć czemu, stała się narodowym świętem Meksykanów mieszkających w USA. Pije się wtedy tequilę, tańczy salsę przy muzyce mariachis, je burritos, menudo lub pozole i krzyczy Salud, dinero y amor! I wszystko jest fajnie.

  

7 maja 1915 – niemiecki okręt podwodny U-20 torpeduje i zatapia brytyjski pasażerski statek linii Cunard RMS Lusitania. Ginie 1198 osób, w tym 128 obywa­teli USA. Ocalały zaledwie 764 osoby.
Dla porównania: trzy lata wcześniej, 14 kwietnia 1912, katastrofa Titanica spowodowała śmierć 1635 osób, przeżyło ok. 730 rozbitków.

Popularna wersja historii Lusitanii dopowiada, że neutralne dotąd Stany Zjednoczone przystąpiły wtedy do wojny z Niemcami. Co oczywiście jest nieprawdą.

Niemcy zasadzali się na Lusitanię już od dawna. Ich wywiad donosił, że statek – oprócz pasażerów – przewozi również materiały wojenne: amunicję i broń, dostarczane Brytanii z Ameryki. Brytyjczycy temu zaprzeczali – bo taki proceder automatycznie zmieniał status statku pasażerskiego na okręt wojenny – ale Niemcy wiedzieli swoje. Byli tak pewni tych informacji, że w kwietniu 1915 ambasada Cesarstwa Niemiec w Waszyngtonie zamieś­ciła płatny inserat w kilku największych dziennikach amerykańskich. Ostrzegała tam obywateli USA przed podróżowaniem Lusitanią, informowała, że statek łamie konwencje genewskie i uprzedzała, że może on zostać storpedowany.

Takie to były czasy. Zamachowiec-terrorysta nie rzucał bomby, bo w powozie obok tyrana jechały Bogu ducha winne damy. Ambasada ostrzega, co marynarka wojenna jej kraju ma zamiar storpedować. 

Gdy torpedy rzeczywiście zatopiły cel, amerykańska opinia publiczna się zagotowała, a prezydent Wilson zażądał od Niemiec natychmiastowego zaprzestania ataków przez okręty podwodne. Niemcy położyli uszy po sobie, przysłali noty dyplomatyczne, przeprosili i obiecali poprawę, chyba że...

„Chyba” nastąpiło w sierpniu. Niemiecka łódź podwodna storpedowała SS Arabic z brytyjskiej White Star Line, na którego pokładzie było trzech obywateli USA. Tu nie trzeba już było żadnej amerykańskiej interwencji. Niemcy sami z siebie wyprodukowali „Przyrzeczenie Arabic” (The Arabic Pledge). Zobowiązali się w nim do ograniczenia zasięgu wojny podwodnej prowadzonej przez sforę admirała von Holtzendorffa i do powiadamiania cywilnych statków o mającym nastąpić za 30 minut torpedowaniu, by wszyscy ludzie mogli bezpiecznie opuścić jednostkę.

„Przyrzeczenie Arabic” ulotniło się 24 marca 1916, kiedy to jeden z U-Bootów storpedował bez uprze­dze­nia francuski prom pasażerski Sussex na kanale La Manche. Zginęło wówczas ok. 50 osób, a choć nie było wśród nich Amerykanów, prezydent Wilson wysłał do Niemiec kolejną notę informującą,  że w razie kontynuacji takich działań Stany Zjednoczone zerwą z Cesarstwem Niemieckim stosunki dyplomatyczne.

14 maja 1916 strona niemiecka wystosowała następne pismo. Tym razem zwane jak? Oczywiście: „Przyrzeczenie Sussex” (The Sussex Pledge). Była w nim – a jakże: obietnica, że statki pasażerskie nie będą atakowane; obietnica, że statki handlowe będą zatapiane tylko wtedy, gdy zostanie im udowodnione – w razie ko­niecz­ności podczas przeszukania – przewożenie kontrabandy wojennej; obietnica, że przed zatopie­niem statku wszyscy ludzie otrzymają należną pomoc.

W międzyczasie Niemcy wcielali w życie inny plan. Winston Churchill nazwie go później „wszczepieniem Europie bakcyla komunizmu”. Polegało to na wywiezieniu ze szwajcarskiego azylu Lenina i jego wspólników, dostarczenie ich  w zaplombowanym wagonie do Hamburga a stamtąd – statkiem – do Helsinek, bo Lenin chciał najpierw wybadać sytuację w Piotrogrodzie.
Niemcy byli pewni, że to, plus pękaty worek niemieckich marek w złocie, pozwoli terrorystycznej partii bolszewickiej rozłożyć kruchy rosyjski demokratyczny Rząd Tymczasowy i przejąć władzę. Tym samym wyłączyć Rosję z sojuszu Ententy i zawrzeć z Niemcami separatystyczny pokój, zostawiając im zdobyte tereny.

Wtedy oddziały niemieckie zostałyby z frontu wschodniego przerzucone na front zachodni i na zachodzie wreszcie zaszłyby jakieś zmiany. Z korzyś­cią dla Niemiec oczywiście.

Tak rzeczywiście się stało. Bolszewicy wygrali i 18 marca 1918 podpisali w Brześciu Litewskim traktat pokojowy z Niemcami. Żołnierze Deutsches Heer zaczęli się pakować.

 

Niemcy popełnili jednak kilka błędów, a wśród nich największym było to, że się zbyt pewnie poczuli.

Jeszcze w 1917 roku, przekonani, że Ameryka się nie ruszy, a oni będą  mogli już wkrótce przełamać front zachodni i wreszcie wejść do Paryża, uznali „Przyrzeczenie Sussex” za passé i zaczęli swoją Pierwszą Bitwę o Atlantyk w nieograniczonej wojnie podwodnej.
U-Booty atakowały wszystko, co pływało po powierzchni i nie nosiło bandery Państw Centralnych lub ich sojuszników.

Amerykanie, pogrążeni w izolacjonizmie, może rzeczywiście, nie ruszyliby się i wtedy. W odpowiedzi na akcje niemieckie Woodrow Wilson wezwał do zwiększenia sił zbrojnych i dał rozkaz kapitanom US Navy, by strzelali do niemieckich okrętów podwodnych. Jednak opinia publiczna odpowie­działa na to antywojennymi demonstracjami jak Ameryka długa i szeroka.

I nagle zdarzyło się coś nie tylko niespodziewanego ale i nieprawdopodobnego.

16 stycznia 1917 r. Arthur Zimmermann, minister spraw zagranicznych Cesarstwa Niemieckiego, wysyła telegram do swego ambasadora w Mek­syku. Proponuje, by ambasador skłonił rząd meksykański do sojuszu z Niemcami, w zamian za co – po zwycięstwie – obiecuje Meksykanom zwrot ziem utraconych na rzecz USA w 1848 roku. Konkretnie „zwrócone” miały być stany: Teksas, Nowy Meksyk, Arizona, Kalifornia, Nevada, Utah i Kolorado. [o wojnie wojnie amerykańsko-meksykańskiej 1846-48 czytaj niżej, pod datą 13 maja].

Telegram był co prawda zaszyfrowany, ale przekazany został przez... Amerykanów, gdyż niemieckie łącza transatlantyckie były zerwane i Amery­kanie świadczyli Niemcom tego typu uprzejmości. Poza tym wiadomo było, że depesza pójdzie kablem podwodnym mającym stację przekaźnikową na Wyspach Brytyjskich (w pobliżu Land’s End).

Angielscy wywiadowcy oczywiście telegram przejęli, odcyfrowali i 5 lutego 1917 – po sprawdzeniu wiarygod­ności – przekazali Amerykanom.

28 lutego 1917 prezydent Wilson zawiado­mił o tym prasę.

Amerykanom też odjęło mowę. Jednak 3 marca 1917 sam Zimmerman w rozmowie z amerykańskim dziennika­rzem potwierdził prawdziwość depeszy, co powtórzył 29 marca 1917 w swym przemówieniu w Reichstagu.

Od 23 marca do 6 kwietnia 1917 niemieckie U-Booty zatopiły cztery amerykańskie frachtowce.

6 kwietnia 1917 Kongres USA wypowiedział wojnę Cesarstwu Niemieckiemu i tylko jemu.

Wojnę Austro-Węgrom Kongres wypowiedział dopiero 7 grudnia 1917. Mimo nalegań prezydenta Wilsona akt ten nie objął dwóch innych Państw Centralnych: osmańskiej Turcji i Bułgarii.

Mimo propagandy rządowej i wysiłków Komitetu Informacji Publicznej (Committee on Public Information) – rządowej agencji mającej wpływać na opinie społeczeństwa, Amerykanie wciąż woleli izolacjonizm.

Niemniej jednak amerykańskie oddziały zaczęły być przerzucane do Europy. Do maja 1918 korpus amerykański stacjonujący we Francji liczył blisko milion żołnierzy. Pierwsze strzały z amerykańskiej broni padły 21 października 1917, ale była to tylko drobna wymiana ogniowa. Poważnym chrztem bojowym amerykańskich dywizji była bitwa pod Cantigny, stoczona 28 maja 1918 i przez Amerykanów wygrana.

 

Tak więc Niemcy wzmocnili swe siły na Zachodzie tylko po to, by znów znaleźć sie w impasie.

O zawieszenie broni poprosili jednak dopiero 18 listopada 1918 roku, ale to już inny miesiąc i inna historia.

 

 

 

13 maja, 1846 – Kongres Stanów Zjednoczonych akceptuje życzenie prezydenta Jamesa K. Polka i wypowiada wojnę Meksykowi.

Sprawa ciągnęła się od dawna, bo po Zakupie Luizjany w 1803 roku ekspansja Stanów Zjednoczonych na zachód trwała nieprzerwanie.

Są w genezie tej wojny amerykańscy osadnicy, którzy w latach 20. I 30. XIX wieku, na życzenie rządu Meksyku, pojechali kolonizować meksykański Teksas. W Teksasie po paru latach (2 marca 1836) ogłosili niepodległość, za co Meksyk – natychmiast – wysłał przeciwko nim swą armię.
Armia, dowodzona przez gen. Antonio Lopeza de Santa Anna dokonała dwóch rzezi: w Alamo (6 marca 1836) i w Goliad (27 marca1836).
Następnie (21 kwietnia 1836) w 18 minut została starta w proch przez rozwścieczonych osadników w bitwie po San Jacinto.
29 grudnia 1845 Teksańczycy z entuzjazmem przemienili Kraj Samotnej Gwiazdy w 28. stan Unii Amerykańskiej.

 

Wojna amerykańsko-meksykańska wybuchła po tym, jak Meksykanie nie zechcieli nawet pogadać z facetem, którego w 1845-tym wysłał do miasta Meksyk prezydent Polk z propozycją kupienia za spore pieniądze ówczesnych ziem meksykańskich czyli Kalifornii i Nowego Meksyku.

Facet nazywał się John Slidell, był prawnikiem, przedsiębiorcą i politykiem. Rząd za samą Kalifornię pozwolił mu zapłacić 25 milionów dolarów, a ogółem dał mu do dyspozycji około 30 milionów (na owe czasy to była kosmiczna suma – Alaskę Stany kupiły w 1867 za jedne siedem milionów dwieście tysięcy).

Meksykańska strona rządowa mnożyła trudności uniemożliwiające jakiekolwiek oficjalne negocjacje, Slidell spędzał w Meksyku miłe chwile, generalnie zachwycony, bo Polkowi właśnie o to chodziło: skoro nie przemówiło złoto, miały zagrać armaty. I tak się stało.

Nad samą wojną Meksykanie powinni spuścić kurtynę miłosierdzia i to z kilku powodów.

Jednym z nich było to, że ich wojskami dowodził generał Santa Anna, który jako bohater byłby ozdobą każdego operetkowego libretta, gdyby nie to, że był największą tragedią swego kraju. Tego, co wyczyniał zarówno podczas wojny z Amerykanami jak i podczas swoich jedenastu rozpoczętych kadencji prezydenckich, nie spisać na wołowej skórze.

Drugim powodem był cud, jaki najpierw przydarzył się Ksenofontowi i wojskom greckim podczas anabasis w V w p.n.e., a później, na początku wieku XVI, Cortezowi i braciom Pizarro, którzy – dowodząc kilkusetosobowymi oddziałami – podbili imperia Azteków i Inków.

Tym razem, w marcu 1847, 10-tysięczny korpus gen. Winfielda Scotta, mając przeciwko sobie całą armię meksykańską, co najmniej 6-krotnie liczniejszą, wyokrętował pod Veracruz, przeszedł przez góry, doliny i wąwozy 400-kilometrowym spacerkiem do miasta Meksyk, miasto zdobył i jeszcze musiał czekać, aż znajdzie się urząd czy osoba mająca dość plenipotencji, by podpisać jakikolwiek dokument kończący jego podboje.

Na wojnę, a zwłaszcza na katabasis gen. Scotta, spuszczają też lekki woal zapomnienia Amerykanie, chyba dlatego, że generałowi zdarzyła się po drodze rzecz, która dziś uznana by była za zbrodnię wojenną: 12-dniowe oblężenie miasta Veracruz, którego fortecę generał zaatakował od strony cywilnych przedmieść. Wg Meyera i Shermana, autorów The Course of Mexican History (Oxford UP, 1983, str. 349), straty po stronie amerykańskiej wynosiły 67 zabitych i rannych, zaś w mieście zginęło ok. 1000-1500 Meksykanów, przy czym straty wśród cywilów były niemal dwukrotnie większe niż wśród żołnierzy. Chyba dlatego Hollywood za kampanię Scotta dotąd się nie złapał: dużo łatwiej fałszować historie wojenne z odległej Europy.

Ponieważ wymiana ratyfikacji owego dokumentu pokojowego między USA i Meksykiem nastąpiła 30 maja (1848), więc teraz w historii tej wojny będzie krótka przerwa na inne rocznice.

 

 

23 maja, 1954 – Wiosenna Wystawa Dzieł Malarzy Leningradzkich (Весенняя выставка произведений ленинградских художников 1954 года) – największa wystawa po śmierci (5 marca 1953) Stalina: ponad 500 prac 196 malarzy, rzeźbiarzy i grafików z Leningradu. Wiatr odnowy powiał w sztuce radzieckiej, choć żeby wywiał socrealizm – tego się nie da powiedzieć. Pustosząca kulturę żdanowszczyzna trzymała się mocno i nieśmiałe nawiązania do impresjonizmu naruszyć jej nie mogły, a przynajmniej nie od razu. W Polsce socrealizm trwał do 1956 i choć rozwiał się jak sen złoty, to jednak plakat Zakrzewskiego „Partia” powstał w 1964. Ale w Sojuzie nawet zadrapanie na socrealistycznym lakierze było wydarzeniem na miarę epoki.
Osiem lat później (1 grudnia 1962) Nikita Chruszczow pluł i rugał na malarskiej wystawie „Nowa rzeczywistość”, a artystów wyzywał od „przeklę­tych pederas­tów”.

Zaś gdy 20 lat później (dokładnie: 15 września 1974) malarze awangardowi wystawili swoje prace na moskiewskim skrzyżowaniu (bo gdzie indziej się nie dało), władza radziecka rozjechała obrazy spychaczami, a porucznik milicji krzyczał podobno: „Trzeba by was zastrzelić, tylko szkoda naboi!”

 

 

16 maja 1966 – Komunistyczna Partia Chin publikuje „Dyrektywę 16.05” wzywającą do rozgromienia burżuazji i przeciwników tow. Mao. Zaczyna się najbardziej tragiczny rozdział w historii ChRL: „rewolucja kulturalna”. Oddziały hunwejbinów – fanatycznych bojówkarzy o wypra­nych mózgach – przez 10 lat będą pustoszyć Chiny kulturalnie, ekonomicznie i emocjonalnie. Liczby sto milionów ofiar nie uważam za przesadzoną.

 

 

24 maja 1686 – w Gdańsku przychodzi na świat Daniel Gabriel Fahrenheit, przyszły niemiecki fizyk i inżynier, wynalazca skali temperatur.

Celsjusz przyjął za dwa główne punkty swojej skali dwie najbardziej znane temperatury, związane z najważniejszą dla życia substancją.
O czym myślał  Fahrenheit, kiedy koncypował swoją skalę – lepiej nie pytać, zwłaszcza jeśli chemia nie jest naszym hobby. W każdym razie temperatura zamarzania wody to 32°F.
Wzory na przeliczenie z Celsjusza na Fahrenheita i odwrotnie są takie, że można skonać od samego widoku:

°C =  (°F − 32) × 5⁄9
°F = °C × 9⁄5 + 32

Gdy się mieszka w USA, trzeba się jakoś nauczyć przeliczania, choćby dla potrzeb medycznych: według mnie, gdy mam 36,6°, dobrze się czuję; wg pani nurse z najbliższej kliniki jestem w stanie prehibernacyjnym.

Jak przeliczać z Fahrenheita na Celsjusza i odwrotnie, stosując współczynnik ciuta, przeczytacie tu.

 

 

29 maja, 1453 – pada Konstantynopol. Ostatniemu bastionowi supermocarstwa znanego jako Cesarstwo Wschodniorzymskie lub Bizancjum – poza Wenecją – nie przyszedł z pomocą żaden władca chrześci­jań­skiej Europy. W 54. dniu oblężenia miasto zajmują wojska sułtana tureckiego Mehmeda II Zdobywcy z dynastii Osmanów. Tego dnia w bitwie ginie ostatni bizantyjski cesarz Konstantyn XI Dragazes Paleolog, a Cesarstwo staje się pojęciem z przeszłości.

Mehmed II zadał Cesarstwu Wschodniorzymskiemu cios ostatecznie kończący powolny upadek. Równia pochyła zaczęła się od IV krucjaty: krzyżowcy, wmieszani w wewnętrzne rozgrywki bizantyjskie i wezwani przez jedną ze stron, zamiast stabilizacji przynieśli zgubę. Szturm za­chod­niego rycerstwa przypusz­czo­ny 12 kwietnia 1204 roku zakończył sie rzezią mieszkańców i blisko tygodniowym bezlitos­nym plądrowaniem i pusto­szeniem miasta. Po tej klęsce Bizan­cjum już nigdy nie podniosło się do daw­nej potęgi. 

Mehmed nakazał odbudowę miasta, nadał mu nazwę Istambuł i uczynił stolicą imperium osmańskiego. Ponieważ historię piszą zwycięzcy, Mehmed uznał, że naturalną koleją rzeczy przejął po Konstantynie XI godność cesarza rzymskiego. Kayser-i Rum [cezar Rzymu] nosili w oficjalnej tytulaturze wszyscy władcy Turcji do końca istnienia ich imperium (formalnie do 1 listopada 1922).

Reakcją na to było wprowadzenie tytułu car [царь, rosyjski odpowiednik tytułu caesar] na dwo­rze władcy rosyjskiego Iwana III Srogiego, Wielkie­go Księcia Wszechrusi, który panował w la­tach 1462-1505. Władca sygnalizował w ten sposób aspiracje do dziedziczenia tronu bizan­tyj­skiego. Potwierdzić też to miało jego małżeństwo (1472) z Zoe Paleolog, pochodzącą z ostatniej dynastii panującej w Bizancjum.
Oficjalnie tytuł cara po raz pierwszy przyjął w Rosji wnuk Iwana III, Iwan IV Groźny, koronując się w 1547 roku jako Car Wszechrusi [Царь Всея Руси].

Rosyjscy carowie nie byli pierwszymi w Słowiańszczyźnie; jako pierwsi tytuł ten mieli: wład­ca Bułgarii (Symeon I, od 913 r.) i wład­ca Serbii (Stefan Duszan, od 1346).)

 

 

30 maja 1848 – traktat pokojowy kończący wojnę amerykańsko-meksykańską podpisany został w Guadalupe Hidalgo 2 lutego 1848. Senat USA ratyfikował go 10 marca 1848, a senat meksykański 19 maja 1848.
30 maja tegoż roku oba rządy wymieniły między sobą dokumenty ratyfikacyjne dokonując przy okazji kolejnych poprawek i uzupełnień. 

Podręczniki historii piszą na ogół, jak to Meksyk, po podpisaniu traktatu w Guadalupe Hidalgo, stracił swe północne terytoria, które dziś są Kalifor­nią, Nevadą, Arizoną i Utah, a jeszcze kawałkiem Nowego Meksyku, Kolorado i Wyoming, czyli 1,36 mln km kw. (powierzchnia Alaski to 1,7 mln km kw.).

Trudniej się dokopać informacji, że po wygranej wojnie USA za owe terytoria zapłaciły 15 milionów dolarów gotówką (dziś to jest podobno pół miliarda), anulując do tego ponad 3 miliony dolarów meksykańskiego długu.

Przy okazji ustalona została granica Teksasu z Meksykiem, tak więc co od Teksasu się zaczęło, na Teksasie się skończyło.

Gen. Santa Anna nie były jednak sobą, gdyby nie dopisał do tej historii dalszego ciągu. Pięć lat później (1853) zaproponował Amerykanom „wyrównanie granicy” i za kolejne 10 milionów USD sprzedał im 77 tysięcy km kw. Meksyku, w transakcji nazwanej Zakup Gadsdena (Gadsden Purchase). O tym, co się stało z tymi pieniędzmi, już nawet nie warto wspominać.

 

 

Znaki Zodiaku
w maju:

Byk (♉) – do 20 maja
Bliźnięta (♊) – od 21 maja (najweselszy i najpogodniejszy znak Zodiaku).

Horoskopy Bliźnięta mają pomyślne w dowolnym układzie, nawet  w czarnym PR.

Ludzie spod znaku Bliźniąt w ogóle nie osiągają dojrzałości zarówno intelektualnej, jak i uczuciowej.
Jedyne, co naprawdę potrafią, to raz w tygodniu wypełnić kupon gry liczbowej.
Niezdarnie to ukrywają, ale największą przyjemność sprawia im dłubanie w nosie.
Zapraszając takiego do domu należy pamiętać, że kradnie i koniecznie przed wyjściem zrewidować.

Zauważcie, że nawet zawodowi hejterzy dają Bliźniętom pozytywną recenzję (co jest złego w grach liczbowych, dłubaniu w nosie – dla zdrowia przecież, albo w zapobiegliwości?) – po prostu nie mają się do czego przyczepić!
Porównajcie z takim wczesnomajowym Bykiem, który ma:

wdzięk powiatowego Casanovy i skłonności dewiacyjne. Niczym niezmącone przekonanie, że jest pępkiem świata. Lubi mizdrzyć się zarówno przed lustrem jak i w pracy. Najbliższą rodzinę terroryzuje od urodzenia do późnej starości. Nigdy niczego nie czyta, choć o wszystkim ma z góry wyrobione zdanie. Charakteryzuje go brak umiarkowanie w jedzeniu i piciu. Oderwać od rozkoszy stołu mogą go jedynie rozkosze łoża – przy czym i tu Byk będzie dążył do wyuzdanych uciech, nazywając je dla niepoznaki „wyższą sztuką”. Lenistwo swoje i brak zainteresowania światem zewnętrznym Byki nazywają „dbaniem o domowe ognisko”, a brak wyższych uczuć „stąpaniem twardo po ziemi”. Wreszcie swą ociężałość umysłową i skrajny konserwatyzm nazywają „przywiązaniem do tradycji” i „opieraniem się na sprawdzonych wzorcach”. Jednym słowem – to leniwi hedoniści, pogrążeni w brudnej rozpuście (no dobrze: „brudnej” możemy skreślić, bo znajomy Doktor obrazi się już na amen).

Albo z późnoczerwcowym Rakiem:

Urodzeni pod znakiem Raka oszukują na każdym kroku, zdradzają, uwielbiają podłożyć świnię. Rakom nie można wierzyć nigdy i w niczym. Jeśli np. Rak mówi „Cenię sobie twoją przyjaźń”, to można być pewnym, że przed godziną napisał na ciebie donos do szefa. Raki stale komuś czegoś zazdroszczą, a po dwudziestym piątym roku życia łysieją, garbią się i tracą zęby. Słusznie zresztą.

No przecież szkoda słów, bo tu nie pomoże nawet oddział zamknięty.

A kolejne horoskopy są jeszcze gorsze (czytajcie, to się dowiecie), więc po prostu Bliźnięta – których i tak nawet czarny piar się nie ima – punktują z miesiąca na miesiąc.

 

Kwiaty maja:

Konwalia (Convallaria maialis L.) – bylina o kwiatach słodko pachnących, ale zdradziecka, bo silnie trująca; uznawana jest za kwiat szczęścia, pomyślności i młodości; ponieważ symbolizuje też czystość i skromność, więc często wplatana jest w bukiety ślubne panien młodych  (o symbolice toposu „trucizna pod słodyczą” etymologia ludowa jakoś milczy).

Niekontrolowana – konwalia staje się chwastem i to bardzo trudnym do usunięcia, ponieważ łatwo odrasta (ciekawe, czy ma to jakiś związek symboliczny z owymi bukietami ślubnymi i skromnością – może odrastają w sposób naturalny…).

Suszone, sproszkowane kwiaty konwalii dodawane są czasem do tabaki – w obliczu powszechnie znanych trujących właściwości substancji psychoaktywnych w tabace zawartych szczypta konwalii różnicy nie czyni.

Duże zastosowanie ma konwalia w medycynie i zielarstwie, ale i tu ostrzega się przed zejściem wskutek przedawkowania.

W tzw. alfabecie kwietnym konwalie oznaczają nieśmiałość, co jest zrozumiałe: któż by, niewinnym będąc, do trucia jadem zabierał się śmiało?

Duże znaczenie ma konwalia  w ikonografii maryjnej, ale to tematyka zbyt szeroka, by ją roztrząsać właśnie tu.

 

Głóg (Crataegus monogyna Jacq.), któremu botanicy dodają epitet „jednoszyjkowy” (co chyba nie jest obraźliwe); symbolizował on ostrożność i nadzieję, na szczęście bardzo dawno temu, bo w średniowieczu; dziś tylko kłuje i nadaje się na nalewkę.

 

Kamień maja:

Szmaragd – symbolizujący miłość i powodzenie.

 

W ogóle maj to miesiąc dziwny. Dokładnie taki jak konwalia: trochę aromatu, ale zaraz jakieś przedawkowania i groźba zejścia. Nic dziwnego, że mądrość ludowa odradza zawierania małżeństw w maju (znam majowe i szczęśliwe, ale być może to wyjątki potwierdzające regułę). I gdyby nie to, że jego ostatnia dekada przynosi najlepszy znak Zodiaku, czyli Bliźnięta, to ogólnie byłoby z majem kiepsko. 

Kwiecień, na przykład, zaczyna się od primaaprilisowych wygłupów – i od razu jest weselej.
A popatrzcie, od czego startuje maj: od święta pracy, do której każdy chodzi, bo musi, więc to jest tak, jakby więźniowie obchodzili dzień św. Penitencji i cieszyli się, że jeszcze trochę posiedzą. To mogły wymyślić tylko Byki!  
Na szczęście kogo jak kogo, ale ludzi pomysłowych u nas nie brakuje (a założę się, że większość z nich jest spod znaku Bliźniąt) – gdyby nie oni, to już by się w ogóle w maju nie dało wytrzymać. Bowiem ludzie pomysłowi (zwłaszcza ci spod znaku Bliźniąt) połączyli „święto pracy” z innymi okolicznymi świętami, włączając w to weekendy z przodu i z tyłu, i stworzyli jeden z najdłuższych weekendów nowoczesnego świata; weekend, który – jak go dobrze ułożyć – może potrwać  nawet 10 dni. I nawet znajomego lekarza nie trzeba!
A gdy wreszcie, w co nie wątpię, za dzień święty zostanie uznane Święto Kanonizacji, to weekend majowy, podczas którego będzie można kompletnie zapomnieć o pracy, dojść może do dni szesnastu, a kto wie, czy nie więcej.

I ponieważ prawie zaraz po tym weekendzie przychodzą Bliźnięta, to maj daje się jakoś przetrzymać – mimo konwalii, szmaragdów, głogów jednoszyjkowych i trzech ogrodników, których same imiona wywołują taki dreszcz, że nagłe chłody wcale nie są potrzebne.

Maj jednak rehabilituje się imieninami:

• Moniki;
• Stanisława – ale tylko częściowo, bo połowa Stachów uciekła od Szczepanowskiego do Kostki, tak że nigdy nie wiadomo, który kiedy obchodzi;
• Zofii 
• i Joanny – które już piękniejszego dnia na imieniny wybrać nie mogły!

 

Śluby i wesela w maju: w żadnym wypadku! Ale zastrzegam jeszcze raz: tylko według mądrości ludu.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
piąty miesiąc roku to:

białoruskiмай [maj], травень [trawień]
bośniackimaj
bułgarskiмай [maj]
chorwackimaj
czeskikvěten
kaszubskimôj (też: gòran, maj)
litewskigegužė
łatgalskiLopu (też: maja)
łużycki (dolny)rozhelony (też: rožownik, maj)
łużycki (górny)meja (też: róžownik)
łotewskimaijs
rosyjskiмай [maj]
macedońskiмај albo косар [kosar]
serbskimaj
słowackimáj
słoweńskimaj
ukraińskiтравень [trawień]
żmudzkigegožė

 

Przysłowia związane z majem:

Chłodny maj,
dobry urodzaj.

Ciepły kwiecień, mokry maj
– będzie zboże jako gaj.

Częste w maju grzmoty
rozpraszają chłopom zgryzoty.

Deszcz majowy,
chleb gotowy.

Deszcz na pierwszym maju,
chyba w urodzaju.

Dużo chrabąszczów w maju,
proso będzie gdyby w maju.

Gdy kukułka w maju,
spodziewaj się urodzaju

Gdy maj jest przy pogodzie,
nie bywają siana w szkodzie.

Gdy się maj z grzmotem
odezwie na wschodzie,

rok sprzyja sianu
i zbożu w urodzie.

Gdy się w maju pszczoły roją,
takie roje w wielkiej cenie stoją.

Grzmot w maju
sprzyja urodzaju.

Jak pszczółki na wiosnę
z ula
wcześnie wylatują,

to pewnie mróz na drzewa
w maju nam zwiastują.

Jak w maju zimno,
to w stodole ciémno.

Jeśli w maju grzmot,
rośnie wszystko w lot.

Kiedy lipa w maju kwitnie,
to w ulach miód zawiśnie.

Kiedy mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

Kiedy pierwszy maj płacze,
będą chude klacze.

Kto się w maju urodzi,
dobrze mu się powodzi.

Maj – wołom daj
i sam na piec uciekaj.

Na pierwszego maja szron
obiecuje dobry plon.

Na pierwszy maj
ostatek bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj:
w piecu sobie napal,
za niego się wal.

Nastał miesiąc maj,
kożdy o się dbaj.

Niedalekoć już do maja,
więc nie uchodź za mazgaja.

Nie zawsze na ziemi maj,
nie zawsze ludzkiemu szczęściu raj.

Pierwszego maja deszcz,
nieurodzaju wieszcz.

Pierwszy maja poranek
jest tęskliwym dla kochanek.

Przyjdzie maj,
przedsię bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj.

Tyle przymrozków w maju,
ile ich było przed św. Michałem.

W maju…
Np. Zobaczymy się w maju…
[tj. nie teraz, kiedyś może, nigdy]

W maju jak w gaju.

W maju szumne sosieneczki,
wonne puszczą ci chojneczki.

W maju wieje, trochę pada,
coraz bliżej listopada

Witaj nam maiczku
ze słowikiem w gaiczku.

Wody w maju stojące
szkodę przynoszą łące.

 

Przysłowia na
św. Stanisława
(8 V):

Do św. Stanisława
z pastuchami sprawa.

Jak się len zasieje
w św. Stanisława
to tak urośnie, jako ława.

Na św. Stanisława
rośnie koniom trawa.

Na św. Stanisława
żytko kieby ława.

Św. Stanisław len sieje,
Zofija konopie,

A Urban jęczmień i owies
każe kończyć, chłopie.

Św. Stanisław –
pierwszy siew prosa,
a ostatni owsa.

 

Przysłowia na
św. Pankracego,
Serwacego

i Bonifacego
(12, 13 i 14 V):

Jak się rozsierdzi Serwacy,
to wszystko zmrozi i przeinaczy.

Jasny dzień Pankracego
przyczynia wina dobrego.

Pankracy, Serwacy, Bonifacy
– źli na ogrody chłopacy.

Przed Serwacjuszem nie trzeba
pewnego się lata spodziewać.

 

Przysłowia na
św. Zofię
(15 V):

Dla świętej Zosi
kłos się podnosi

Na św. Zofiją
pola w kłos wybiją.

Niechaj mnie Zośka
o wiersze nie prosi

[oczywiście to nie przysłowie, tylko cytat ze Słowackiego]

Św. Zofija ciepło rozwija.

Św. Zofija kłosy wywija.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha