Henryk Jaskuła

Dziennik osobisty

z rejsu solo non stop dookoła świata 1979-1980 jachtem „Dar Przemyśla”

TOM II (od 17 VIII do 21 XI 1979)

Dzień 67, 17 VIII 79, piątek

W tych ostatnich dniach muszę nieustannie mobilizować się i podtrzymywać na duchu. Za kilkanaście dni będę miał zimę na Południowym Atlantyku i ten fakt często działa na mnie przygnębiająco. Wszystkie moje marzenia to sceny powitań, spotkań z rodziną i przyjaciółmi. Powielam na różne sposoby wejście do portu jachtowego w Gdyni. O żadnych specjalnych potrawach, smakach, napojach, jeszcze nie marzę, tylko o samym spotkaniu z ludźmi.

Czułbym się o wiele lepiej, gdyby wiedziano o mnie w Polsce Ciekawy jestem, czy na Indyjskim połączę się z Gdynia Radio. Przy próbach Falcona zachodziła obawa, że antena nie jest zestrojona na częstotliwoś­ciach atlantyckich 12 MHz. Ale dlaczego nie odbierają mnie na 8 MHz?

Poszedłem spać z kurami, nim zapadła noc.

 

 

Dzień 68, 18 VIII 79, sobota

Noc zleciała spokojnie, wstawałem kilka razy by skorygować samoster i żagle, ostatni raz Księżyc – leżący sierp – stał wysoko, a dzisiaj wstaje około 4-tej, musiało być koło szóstej. Wstałem na dobre przed 10-tą, wiatr był słaby, jacht szedł wolniej swoi kursem, około 185°.

Jestem blisko 300 mil na wschód od trasy, którą sobie wyrysowałem na generalce Atlantyku w wyniku analizy ruty wiatrów z „Sailing Ship Routes for the World” (mapa 5308). Nie wiem jeszcze, czy to dobrze, czy to źle. Skracam znacznie drogę ścinając ten wielki łuk wychodzący pod Brazylię, nie wiem natomiast, jakie wiatry spotkam poniżej szerokości 20°S, do 30°S. Ten pas to jakby odpowiednik „końskich szero­kości” Północnego Atlantyku. Będę tam miał słabe i zmienne wiatry.

Na śniadanie miałem ochotę na pasztet, toteż otworzyłem puszkę (300 g). Przy herbacie i chlebie z pasz­te­tem „Express Wieczorny” – z kwietnia, ale nie czytany. Aby się pasztet nie zepsuł, musiałem go zjeść na obiad. Zrobiłem po raz pierwszy ziemniaki purée. Owszem, bardzo dobre to było, ziemniaczki przypra­wiałem czosnkiem i papryką do potraw i sałatką ze słoika, jednak jedna torebka to za dużo na jednego.

Spidolę przeniosłem do stołu nawigacyjnego i obłożyłem torebkami silicagel (higroskopijne).

O 20.30 zapada zmrok, brzask o 7.15.

 

 

Dzień 69, 19 VIII 79, niedziela

W nocy prawie nie spałem. Nie mogłem zasnąć, często wstawałem, aby skorygować Michała (już w bluz­ce sztormowej i butach gumowych). Dzień był obfity w wydarzenia. Najpierw założyłem w logu płaską baterie z dodatkiem jednego ogniwa tak, aby napięcie było 6 V. Log znów odżył, a fakt, że płaskich baterii mam pod dostatkiem, pozwoli mi na częstą ich wymianę.

Zaraz z rana przeszedł krótki szkwał 6°B z deszczem. Przetrzymałem. Lecz w południe szkwał 8°B zmusił mnie do zrzucenia genui. Czynność to nieprosta. W normalnych warunkach zrzucam genuę po zwrocie przez sztag, nie wyluzowawszy szotu nawietrznego, sama i cała spada na pokład. Dziś, ponieważ niosłem kliwra III i szedłem na samosterze, postanowiłem ją zrzucić będącej na zawietrznej.

Boże, co się działo! Szalała, to nurzając się w wodzie, to pracując i szarpiąc w postaci kiełbasy tuż nad wodą. Darłem ją ze wszystkich sił po kawałku na pokład, ona mnie do morza, co chwila potężne uderze­nia fali od tyłu, podnosiło mnie grożąc spłukaniem do wody. Nie byłem przywiązany.

Genuę wyciągnąłem wiążąc ją po kawałku do pokładu. Przemokłem kompletnie, tylko jedną podkoszulkę miałem na sobie pod sztormiakiem. Gdy wreszcie uporałem się z nią i kończyłem wiązać ostatni krawat, szkwał minął. Nadpruł się górny bryt. Nadszedł więc czas, żeby obszyć wszystkie przetarte miejsca.

Na forsztagu postawiłem kliwra I. I tu nie obyło się bez niepotrzebnej szamotaniny: za trzecim razem dopa­sowałem właściwej długości strop. Okazuje się, że kliwer I ma przedni lik tej samej długości co genua I. Gdyby Stocznia wyposażyła żagle w odmierzone stropy… Ech, szkoda rozpamiętywać. Mogłem ja to zrobić też, mogłem, tylko kiedy? Gdyby w Stoczni pomyśleli z troską o jachcie i rejsie, miałbym o połowę roboty mniej. Ale czy można tego oczekiwać od Stoczni?

Stwierdziłem natomiast w czasie obiadu, że sałatka z marchewki (w puszkach) jest wyśmienita, nie jest przesycona octem, jak inne. Stawiam ją na pierwszym miejscu obok sałatki z papryki (w słoikach).

Z sygnałem czasu bywa dramatycznie. Spidola ma takie częstotliwości, że BBC trzeba szukać jak igły w stogu siana. Za każdym razem wyciągam aparat, szukam, często odkładam z niczym. Durne brazylijskie stacje, które odbieram w Rydze, nie nadają sygnału czasu. Z Rygi niewielka zresztą pociecha, głównie odbiera w paśmie 25 m, a to jest opanowane w większości przez Ruskich, którzy w różnych językach nadają dla Afryki swoją propagandę, sygnału czasu również – jak inne prymitywne ludy – nie używają.

W czasie obiadu czytałem „Express” z wizyty Papieża. Przedłużyło mi to siedzenie przy stole, toteż do obszywania genui zabiorę się jutro.

Przypominam sobie, co mi się śniło w czasie krótkiego snu nad ranem. W łóżku pod pierzyną, lecz w nogach, miałem Baśkę. Zońka chodziła po domu nie wiedząc o tym. Wstałem, Zońka weszła do pokoju, Baśka się salwowała pod pierzynę. Poszedłem do kuchni, aby odciągnąć Zońkę, lecz ona zaczęła ubijać pierzynę właśnie od strony Baśki i… odkryła ją. Z płaczem przyszła do kuchni. „Nie masz się co awantu­rować, to koleżanka, przyjechała, dom zamknięty, miała nocować na ławeczce w parku? Poprosiłem ją do nas, spała w nogach, nic się nie stało”.

Jestem na szerokości 6,5°S. Za 7 stopni wejdę w zimę, po przekroczeniu Zwrotnika Koziorożca. Wiosna tam zacznie się dopiero 23 września o godz. 15.20.

Przed 18, 20, 21 pod rząd wydobywałem Spidolę, aby złapać sygnał czasu dla chronometru „Blue”, a te… nie nadali go w tych godzinach. Soczysta wiązanka pod adresem BBC, Anglii i całego ich imperium posy­pała się po polsku.

Jeżeli się czegokolwiek boję, to tylko dwóch awarii: 1) że wysiądzie mi samoster, 2) że wysiądą Spidola i Ryga i zostanę bez sygnału czasu. Groźniejsza dla mnie byłaby awaria samosteru, bez sygnału czasu, gdy dojdę do „czterdziestek” i ustali się w tych temperaturach chód dobowy chronometrów, poradzę sobie. Natomiast bez samosteru, teraz – kiedy od miesiąca zastępuje mnie na sterze i przyzwyczaiłem się do innego życia, stanę się kaleką, niewolnikiem, więźniem, a rejs będzie ułomny.

Wieczorem koktajl, słucham transmisji meczu America – Flamenco z Brazylii. Sposób transmisji jest pasjo­nujący, jakby się widziało i przeżywało. Nie znam nikogo z zawodników, ale czuję chwilami jakbym tam był i gorąco się przejmował grą. Po dłuższej chwili dostrzegłem, że sposób transmisji jest perfidny, przebicie, jakby echo czyni wrażenie, że spiker mówi dwa razy szybciej, ale to nie wpływa na zrozumienie treści.

Flamenco dois – America zero.

 

 

Dzień 70, 20 VIII 79, poniedziałek

Chłodno, pochmurno, Od rana chodzą szkwały 7°B. Dobrze, że w takich sytuacjach nie ma genui. Prze­szedł krótki deszcz, nałapałem 12 litrów dobrej wody.

W południe wiatr się wahał, zanikał, kluczył, potem się zdeklarował jako w dalszym ciągu pasat SE. Jeszcze dzień, dwa i coś się musi z nim stać. Po południu, aż do zmroku, szyłem genuę.

1/5 rejsu mam za sobą, dziś przekroczyłem 6 tysięcy mil (1/5 trasy) oraz dziś jest 70-ty dzień rejsu (1/5 czasu). W południe przeciąłem równoleżnik 19°S, za dwa dni będę miał zimę.

 

 

Dzień 71, 21 VIII 79, wtorek

Jeszcze nie zaczynałem wpisu do „Dziennika” w głuchą i ciemną noc o pitej rano. Czekam na herbatę z rumem, przemokłem – miałem tylko górę sztormiaka i buty, blisko godzinę szamotałem się na deku.

Szkwał 8°B z NNE nie dał Michałowi odpaść. Zrzuciłem kliwra I, wydarłem go zza burty i przymocowałem solidnie do pokładu. Walka na dziobie podobna była do tej, jaka toczyła się przy zrzucaniu genui przed­wczoraj, z tą tylko różnicą, że dziś po ciemku – i bez portek. Woda oceanu jest ciepła, wiatr tylko oziębia ciało. No i kliwer I łatwiej daje się wciągnąć na pokład niż te 56 m² genui I.

A więc skończył się pasat SE, wygląda na to. Przede mną 10 stopni czyli 600 mil różnych wiatrów. Idziemy baksztagiem na SSE. Wracam do koi raczej po to, żeby się ogrzać, nie odszukać przerwane i wymyte za burtę sny. Po godzinie, gdy się rozgrzałem, znów trzeba było wstać i przestawić Michała oraz wybrać żagle do półwiatru. Wiatr skręcił, dmucha ESE. Dalej pasat?

Wstałem około 9-tej, było mi ciepło w koi i spałem smacznie. „Patyczek” (jak to nazywał Wojtek Michalski) zmusił mnie do wyjścia na dek za małą potrzebą. Dzień pracowity, zaraz po śniadaniu (owsianka) i dwóch liniach pozycyjnych, zabrałem się do szycia genui. Szyłem również po obiedzie. To rozprucie – przetarcie szwów na dolnym liku przy rogu halsowym – jest pracochłonne. Dakron tam, w kilku warstwach, jest gruby i twardy, żadną igłą tego nie przebije. Znalazłem sposób: dziury robię szydłem i po tych dziurach przewlekam igłę z nitką. Pomału, ale idzie i wychodzi starannie.

Szyjąc popołudniu (17.30) pomyślałem o statku, że mógłbym zobaczyć statek. Siedząc bokiem na fotelu z częścią genui na kolanach podniosłem wzrok i… przez prawy przedni bulaj dostrzegłem coś na horyzon­cie. To był statek i szedł w moim kierunku, sprecyzowałem przez szkła. Ubrałem slipy i przestawiłem Michała w kierunku na zbliżenie.

Był to niewielki, zardzewiały trawler rufowiec z Murmańska, „Gletczner”. Z odległości 60 m. dałem znak ręką, ze będę dzwonił. I rzeczywiście, na 16-tym kanale pogadaliśmy. Obiecali podać pozycję Gdyni Radio, dwukrotnie literowałem systemem Interco nazwę jachtu, choć mogli ją odczytać gołym okiem – za trudna.

Wtedy poprosiłem – a mówiliśmy po naszemu, ja po polsku, tamten kapitan po rosyjsku – żeby z naj­bliż­szego portu wysłali dziewięć moich pozycji na adres Teresy. Dużo roboty było z napisaniem trudnego Remiszewska i trudnej ul. Kraszewskiego.

– Więc prześlijcie na Gdynia Radio. – podyktowałem 9 pozycji od wyjścia na Atlantyk.

– Zapisaliście?

Nie zapisali niczewo! Tak od nowa – odpowiedział kapitan.

– Może podyktuję Wam po angielsku?

Pa polski budiet lepiej – odpowiedział kapitan.

Jeszcze raz, starannie, powoli i wyraźnie podałem daty, szerokości i długości.

– Zapisaliście teraz?

Nie nada, niczewo nie napisali. Tak zawracam, napiszcie to wsio na karteczce.

– Wspaniale! – pomyślałem sobie, podam całą pocztę.

Zrzuciłem kliwra I, kliwra III i grota I. Uruchomiłem silnik. Oni zawrócili i szli w moim kierunku.

– Co zamierzacie robić? – wołam znów przez UKF. – Do waszej burty podejść nie mogę, bo połamię maszty.

Coś mi wytłumaczył, czego nie zrozumiałem, że on pomaleńku podejdzie do mnie.

– Nie, nie, kochany, ani ty do mnie, ani ja do ciebie nie podejdę – pomyślałem. Jedno twoje lekkie dotknięcie rozbije mnie. Raczej zrezygnuję z podania poczty, a zadowolę się, gdy podadzą Gdyni Radio moją dzisiejszą pozycję.

Zrobiłem kółeczko na ich zawietrznej. Coś tam grupa ludzi robiła przy bomie po lewej burcie.

– Co chcecie robić? Czy spuszczacie szalupę? – spytałem przez radio.

Nie wie, co to szalupa.

A boat! Chcecie spuścić a boat na wodę? – Po angielsku rozumie jeszcze gorzej niż po polsku.

Rękami pokazałem jak kiwa jachtem na fali, jak maszty przechylają się na boki, że przy ich burcie jedno uderzenie złamie je, że nie mogę podejść do samej burty.

– Nie, nie! – odkrzyknął kapitan ze skrzydła mostku. – „Maleczkij” – przypomniałem sobie, że coś takiego usłyszałem od niego przez radio. Może to szalupa?

Listy zakleiłem suchym językiem. Miałem je już w siatce, a bosak odwiązany i pod ręką. Pomny doświad­czenia spod Nivaa Flak, wskoczyłem pod dek i wyciągnąłem wielki worek plastikowy, w który na pokła­dzie, na ich oczach, włożyłem paczkę i starannie wielokrotnie owinąłem, a dopiero tak zabezpieczoną włożyłem do siatki.

Kapitan dał znać, że będzie „charaszo”.

– Spuszczą szalupę – pomyślałem.

Wpadłem pod dek po odbijacze w achterpiku. Jacht z silnikiem na luzie stał w bezpiecznej odległości od statku.

Gdy wyszedłem z odbijaczami – ba, przed wyjściem! – przez bulaj zobaczyłem nad sobą burtę statku. Jacht nie szedł na statek, tylko resztą inercji ustawił się dziobem do nich. Lecz oni, będąc w dryfie burtą do wiatru i fali, szli bokiem na mnie. Jak mogłem o tym nie pomyśleć, że ta masa o dużej, bocznej po­wierz­chni dryfuje szybciej ode mnie, że fakt, iż statek jest na mojej nawietrznej, to właśnie jest niebez­pie­czeństwem dla mnie? Dlatego to kapitan spuścił szalupę z lewej, nawietrznej dla siebie burcie. Nawietrzny ląd jest dla mnie bezpieczny, bo się nie rusza, nie dryfuje, ale nie statek!

Błyskawicznie dałem całą wstecz. Do statku 20 metrów, na jego bardzo wysokiej – z mojego pokładu – burcie, tłum ludzi z rękami wyciągniętymi do odepchnięcia masztów. Czyżby tu się miał skończyć mój rejs? Odległość już 10 metrów. I tu się skończyła krzywa zbliżenia. Po pianie koło burty widziałem, że idę do tyłu, odległość zwiększyła się. Na twarzach ludzi na wysokiej burcie dostrzegłem westchnienie ulgi.

Jacht obrócił się bokiem, dałem małą naprzód, aby wyjść statkowi przed dziób i zejść z jego linii dryfu. Wtedy zobaczyłem… szalupę? Skąd! To coś nie wiele większego od bączka z trzema marynarzami wycho­dzi zza lewej burty statku. Odbijacze powiesiłem na prawej burcie, oni zamierzali zbliżyć się do mojej lewej, nawietrznej. Ręką pokazałem, żeby podeszli od zawietrznej. Błąd, w tym wypadku ja jestem większy i dryfuję szybciej i ja będę na nich zdmuchiwany. Ale to nic groźnego, tu rękami można się odepchnąć. Do samej burty jednak nie doszli.

Na bosaku podałem siatkę, opalony, sympatyczny młody rybak chwycił ją, szarpnął, lecz zahaczona na haku bosaka spadła do wody. Błyskawicznie bosakiem wydobyłem ją. Szalupa była teraz bliżej.

– Bierz! Bierz! – wrzasnąłem.

Wtedy ten, co siedział prze sterze, chwycił siatkę i zdjął z bosaka.

– A coś nie imiejesz do picia? – zapytał jeden.

Wodka? Poczekaj! – podałem znak ręką.

Wpadłem pod pokład i przyniosłem flaszkę spirytusu. Szalupa zrobiła kółko. Podchodzą. Pokazuję, że rzucę ją, gdy będą blisko, trzy metry ode mnie.

Podeszli ostrożnie, źle, za daleko, nie chwycą. Lecz oto odległość zmniejszyła się, to mnie dryfuje na nich.

– Łap! – i rzuciłem wprost, w rozczapierzone ręce tego, co stał.

– Zejdź! Zejdź! Gazu! – rozpaczliwie daję gesty słowno-ręczne, bo widzę, że ich wezmę pod burtę, oni zaś, mając pół litra spirytusu w garści, jakby ich sparaliżowało, zapomnieli o wszystkim innym.

I rzeczywiście, szalupa jest już tuż pode mną. Bosakiem odpycham ją, teraz dopiero rybak z Murmańska wrócił do rzeczywiście i dodał gazu, szalupa przeszła dalej w prawo od jachtu.

– Sto lat, chłopcy! Dokąd idziecie? – krzyknąłem.

– Murmańsk!

– W Gdyni nie będziecie? – ale to pytanie zamarło w pół zdania, gdzie bowiem Gdynia, a gdzie Murmańsk. Szalupa oddaliła się i zniknęła za lewą burtą statku.

Chwyciłem za korbę i postawiłem szybko po kolei kliwra I, kliwra III – wtedy usłyszałem syrenę statku, żegnali się – i grota. Włączyłem Michała i podjąłem kurs na południe. Dopiero uświadomiłem sobie wszystko. Nie mam syreny, banderą nie ma co salutować, bo oni swojej nie niosą. Wyciągnąłem rakiet­nicę, dwie białe flary i wypaliłem na salut.

Po chwili, gdy zszedłem pod pokład, usłyszałem w niewyłączonej UKF-e głos kapitana, czy wsio charaszo. Czyżby zrozumieli inaczej moje białe rakiety?

Wsio charaszo, spasiba, dziękuję bardzo. Posłałem wam flaszkę spirytusu na zdrowie! – przekazałem przez radio.

W odpowiedzi usłyszałem coś niezrozumiałego, a gniewliwego, jakby kapitan był zły za coś, czego nie mogłem pojąć. Chciałem zapomnieć o tym zdenerwowaniu kapitana, bo czułem się bardzo szczęśliwy, że moja poczta zostanie wysłana do kraju z jakiegoś portu.

Dopiero po dłuższej chwili zrozumiałem, dlaczego kapitan był zły, gdy mu powiedziałem, że przesłałem mu flaszkę spirytusu. Dlatego, bo widocznie tej flaszki nie dostał, ci trzej wypili ją na tym kil­ku­dzie­się­cio­met­ro­wym odcinku od jachtu do lewej, niewidocznej z tej strony burty statku. A to był czysty spirytus. Pół litra spirytusu w ciągu dziesięciu minut, we trzech. Ale ja żyłem swoim szczęściem. W nocy ciemnej wyszedłem na pokład. Krzyż Południa, prawie leżąc, wskazał mi niebieski biegun południowy. Potem długo, długo nie mogłem wrócić do rzeczywistości. Przekazanie poczty, to skromne przesłanie wieści do kraju, o sobie, daje mi takie szczęście, że nalałem sobie drinka, a genuę – wiadomo – przestałem szyć na dziś.

Największym szczęściem dla mnie jest to, żeby o mnie wiedziano w Kraju.

O 22.30 Krzyż Południa przechylił się, wskazuje mi, że Biegun Południowy jest już powyżej niego. A ja myśla­łem, że Krzyż Południa, widziany z jakiegokolwiek miejsca na półkuli południowej, stoi pionowo, jak w Argentynie.

 

 

Dzień 72, 22 VIII 79, środa

Wstałem bardzo późno, koło 11-stej. Dzień osowiały. Kasza z konserwą na obiad smakowała wyśmie­ni­cie. Wczoraj po raz pierwszy ugotowałem kaszę na sypko i okazuje się, że jej nie doceniałem, jest dobra jak ryż. Będę ją często gotował.

Po południu – szycie dolnego liku genui, z pomocą szydła. Poszedłem spać z kurami, tuż po zmroku. Dziś przekroczyłem (o 09.20) Zwrotnik Koziorożca. Tym samym wyszedłem z tropików i wszedłem w zimę, odpowiednik lutego na półkuli północnej.

 

 

Dzień 73, 23 VIII 79, czwartek

Brzask o 7.30, wstałem wyspany o 8-mej. Jak na zimę przystało, ubrałem slipy, podkoszulek bez ręka­wów, dresy góra i dół, buty gumowe i czapeczka wełniana, i tak dopiero wyszedłem na pokład. Jest tylko 18° na zewnątrz. W koi, nad ranem, trzeba było sięgnąć po drugi koc.

Tak jest najlepiej, wcześniej chodzić spać i wcześniej wstawać. Wieczorami koja zamiast koktajl! Dziś czuję się doskonale! Dzisiejszy przebieg nieszczególny, 95 mil, ale jestem przecież w pasie słabych i zmiennych wiatrów. Pod wieczór dmuchnęło ESE4 i jacht podskoczył do 5,5 węzła (po korekcie będzie 6). Zastana­wiam się, czy to ciągle pasat SE? Jestem skłonny uważać, że to nie pasat, że pasat się skończył, a jest to jeden z tutejszych wiatrów. Składam się w łuk do punktu 30°S i 23°W, dalej na punkt 35°S i 9°W, skąd wprost pod Cape Town i przylądek Agulhas.

Wiele godzin, przed i po południu, aż światło dzienne pozwoliło, tj. do 19.30, szyłem genuę I. Założyłem długą łatę na dolny lik, gdzie przeciera się o kosz i sztormreling. NASTĘPNA GENUA musi być o 40 cm krót­sza na przednim liku od dołu.

Wieczór, przy świeczce i lampce punktowej (na giętkiej rurce), rozpocząłem nową serię listów i kartek, to już czwarta (pierwsza poszła pod Nivaa Flak, druga w Kanale La Manche z Dungeness, trzecia przedwczo­raj, ze statkiem rybackim „Gletczner”).

 

 

Dzień 74, 24 VII 79, piątek

Dzień osowiały, pogodny, skończyłem szyć genuę i postawiłem ją w miejsce kliwra I, w którym rozwiązało się 6 karabinków pod rząd, założonych w Stoczni (jest to nowy żagiel).

O północy słuchałem w brazylijskim Radio Globo meczu piłkarskiego między Brazylią i Argentyną o „Puchar America”, rozegranego na stadionie River Plate w Bs. As. Skończyło się remisem 2:2.

Idę spać przed kurami, bo za dnia, o 19-tej. Zacząłem czytać „Sąsiedzi i inni”.

 

 

Dzień 75, 25 VIII 79, sobota

W nocy wiatr przeszedł na NE, jacht poszedł na E. Ustawiłem Michała na baksztag. Nad ranem zerwał mnie harmider, myślałem, że to tylko szkwał, był to rzeczywiście szkwał 6°B z NE, ale Michał przestawił się na bajdewind. Skorygowałem go, wkrótce szkwał minął. Deszcze, mżawki, ot jak w zimie. O 7-mej było tylko 15° na zewnątrz. Markiza zasunięta, przed deszczem.

W szkwale zalało mi kambuz przez zlewozmywak; wieczór było tak spokojnie, że nie zakręciłem zaworu odpływowego. Wstałem o 8.30; nie licząc wyjść z koi, spędziłem w niej 13,5 godziny.

Miałem zamiar ślicznie sklarować wnętrze, kambuz i podłogę. Cóż, typowo zimowy dziś obraz na Oceanie, szkwał za szkwałem, deszcze. Dwa razy wyłączyłem Michała, raz przed szkwałem 8°B, drugi raz w czasie szkwału. Na morzu jakby pył wodny, ale to nie z wiatru, tylko deszczu. Nałapałem 25 litrów, a jeden kanister – 20 litrów – wlałem do zbiornika jachtowego. Wszystkie kanistry mam pełne deszczówki.

Pochmurno. Między szkwałami wiatry słabe z pełnego baksztagu. Nie miałem kulminacji, ani żadnej linii, Słońce za chmurami. Wiatr skręcił w lewo, aż poprzez N przeszedł na W. Zrobiłem zwrot przez rufę. Wieczorem dmuchał z SW. My idziemy 150°.

Jakaś draka na lotnisku Kennedy’ego z Ludmiłą Własową z Teatru Bolszoj: chce, czy nie chce wrócić do ZSRR? Jest tam też Aleksander Godunow.

Wykąpałem się w dużym garnku w ciepłej deszczówce. Wielokrotnie wychodziłem na deszcz i w ogóle. Herbata z rumem, potem kubek grzanego wina podgrzały organizm. Narobiłem się dzisiaj, zrzuciłem genuę, postawiłem kliwra I, zrzuciłem go (szarpał się w baksztagu, jak i genua), wreszcie na nowym, lewym halsie pod wieczór postawiłem kliwra III. Woda tak silnie chlupocze o prawą burtę, koło koi, że nie da zasnąć. Wieczór się wypogodziło, niebo czyste, Księżyc – jak pozioma miska z rogami do góry – zachodzi przed 22-gą. Po 22-giej błyskawice na horyzoncie na ENE, na zawietrznej. Czy ta noc będzie spokojna?

Noc bezsenna. W pół do trzeciej, nie śpię, nie mogę zasnąć. Kołysze na boki martwa fala, wiatr tylko 2°, jacht wlecze się z szybkością 2,5 węzła.

 

 

Dzień 76, 26 VIII 79, niedziela

Nad ranem, około 4-tej, zasnąłem. Pomyślałem przedtem, że jak tylko się rozwidni, postawię genuę, nawet miałem wyrzuty sumienia, że nie robię tego zaraz. O 8-mej wstałem, wiatr skręcił na SSW, jacht szedł bardziej na wschód. Postawiłem genuę, wyostrzyłem. Kliwer III nie chciał iść tak ostro, zrzuciłem go.

Parę linii z trudem zrobiłem na ciskającym się jachcie. Czekam na kulminację, za 20 minut (13.32). Po braku pozycji obserwowanej wczoraj, jest to chwila pełna ciekawości i emocji.

A więc za dwa ostatnie dni przebyliśmy 210 mil. Na obiad golonka z makaronem, doskonała. Puszka golonki starcza na trzy dni. Zobaczymy, czy trzecia porcja nie zepsuje się. Trzymam ją w słoiku na pokładzie, przy­wią­zaną. Po obiedzie Express, co czyni obiad jeszcze smaczniejszy.

Jestem w pobliżu punktu D na południowym Atlantyku, w którym występuje zakręt w kierunku Przylądka Dobrej Nadziei. Założenia przewidywały ten punkt na 25 sierpnia. Czyli mniej więcej nadrobiłem opóźnie­nie 9 dni w wyjściu. Odtąd średnie przebiegi dobowe mają być po 110 mil.

Dochodzi 19.30, ostatnie światło dzienne, niedziela mija spokojnie. Rano, gdy zapytałem Ocean, co to miały znaczyć te wczorajsze harce, szkwały, deszcze ulewne, tworzące jakby mgłę na morzu, odpowie­dział, że o niczym nie wie. „Ja? Skąd!”. No tak, śniło mi się i chyba uwierzyłbym, że to był sen albo że to było dawno, gdyby nie wpisy do „Dziennika”, przemoczone dresy, buty, sztormiak.

Tutaj, nawet gdy Słońce świeci, bywa co parę godzin przesłaniane gęstą chmurą, a ciężkie ich zwały ciągle gdzieś wiszą, wyłażą zza horyzontu, tworzą się same z niczego.

Przez trzy dni pod rząd kręci się koło jachtu pstrokaty ptak mewopodobny. Wczoraj obserwowałem go w szkwałach, jak walczył, jak spadał mi przed kursem, jakby w cieniu żagli było choć odrobinę osłony przed wiatrem. Jak ptak to przeżywa? Nigdzie się nie może schronić, a przecież jest do takich warunków przystosowany i spotyka je często.

Porównałem wtedy jacht do ptaka. Każdy musi przetrwać, każdy czyni to inaczej.

 

 

Dzień 77, 27 VIII 79, poniedziałek

Porównanie jachtu do ptaka morskiego bardzo na miejscu, dziś mamy sztorm 8°B i idziemy na przetrwanie. Około szóstej, jeszcze była noc, usłyszałem trzask i zaraz potem wściekły łopot genui. Myślałem, że to w sa­mosterze coś trzasło, jacht wyostrzył do pół wiatru i genua łopocze. Strzelił szot genui, a myślałem w nocy, żeby założyć drugi jak tylko się rozwidni. Teraz ten został wyszorowany i wlókł się za jachtem. Zrzuciłem genuę, wybrałem ją z wody, również szot. Postawiłem kliwra III.

Wiatr rósł, dmuchało już dobre 8°, zrzuciłem grota, Po raz pierwszy zastosowałem pas bezpieczeństwa, który wpinałem do linki na prawej burcie. Sztorm jest z S, czyli z bajdewindu. Idziemy więc na E półwiat­rem, jachtem miącha, fala zrobiła się duża. Przy tym świeci Słońce.

17.00. Sztorm trwa. Makaron z durszlaka wyrzuciło na podłogę, pozbierałem. Golonka na pokładzie w Słońcu była zalana. Wylałem wodę, obiad był smaczny.

Nic nie można robić, próbuje spać, zasypiam na krótko i znów wstaję. Gdy jacht idzie baksztagiem jest nawet znośnie, ale na NNE? Przestawiłem znów na pełny bajdewind, 60-70° do wiatru. Kulminacji nie robiłem, szkoda mi sekstantu, byłoby nas zalało na pokładzie. Jacht zamknięty na głucho, znalazłem listewkę do blokowania suwklapy.

Gdyby ten sztorm był z W, gnalibyśmy swoim kursem 140° allegro cantabile, a tak musimy się męczyć, sztormować. Pstrokatka krąży nieopodal jachtu, raz wśród fal, nisko, to znów wzbija się wyżej. Jest ich dziś kilka, cztery. W południe pojawił się nawet petrel.

Do obiadu 1,5 szklanki wina. Po południu ten sztorm męczył mnie psychicznie, więc zrobiłem solidny koktajl. Marzę wtedy… ochotnie chcę się poddać marzeniom, aby się nie rozchorować, to dopiero 77 dzień rejsu, a będzie ich co najmniej dwa razy tyle tych cięższych, na południowym Oceanie.

Chciałbym być teraz u Włodka w Wapowcach, siedzielibyśmy sobie przy kominku ze szklanicami w rękach, w miłej pogawędce. Z lasów zza Sanem dochodziłyby pomruki byków na rykowisku. A sztormy lepiej wspominać niż je przeżywać.

No nie, jedyne co mam za złe temu sztormowi, to nie korzystny dla mnie jego kierunek. Z Westu by mi odpowiadał i cieszyło by mnie wszystko, nawet kulminacje i pozycję bym zrobił.

19.00. Sztorm słabnie. Wiatr jeszcze wspina się wściekle po oktawach dźwięku, ale fala już nie ta. Zamiera wyraźnie przy lukach w sile wiatru. Zrobię sobie jeszcze jeden koktajl.

20.00. Jaka będzie ta noc? Dopiero co firmament wokół zenitu był czysty, pokazał się sierp Księżyca z rogami zwróconymi na wschód (na półkuli południowej to ćwiartka rosnąca), a już niebo jest całkowicie zachmurzone i wiatr przybrał na sile. Przed pół godziną, póki dzień, chciałem znów wyjść na rufę (tylko w bluzce sztormowej i butach), żeby wyostrzyć Michała, gdyż zeszliśmy do półwiatru, a nawet poza, gdy dmuchnęło i Michał sam wyostrzył. Zdjąłem sztormiak, ubrałem z powrotem piżamę i byty na po domu, suche.

 

 

Dzień 78, 28 VIII 79, wtorek

Przed północą dmuchała już regularna „dziewiątka”, mały kliwer III wpadał w drgawki, które wstrząsały całym jachtem. Zrzuciłem kliwra III (przy tym związałem się). Od północy jacht stoi w dryfie, a raczej płynie w dryfie. Jeszcze wstawałem kilka razy i w sztormiaku wychodziłem na pokład, najwięcej roboty zajęło mi przewleczenie szota na klamrze na fletnerze, tuż nad wodą. Szotem przymocowałem solidnie fletner, dociśnięty do prawego ogranicznika, tak że fala nie tłucze i nie bije nim między ogranicznikami.

Mimo dużej chwiejby na boki zasnąłem i spałem dobrze między jednym a drugim wyjściem. Dziś od rana „ósemka”, tylko w porywach do 9, więc i fala już nie ta. Wiatr skręcił na SE, jest idealnie przeciwny naszemu kursowi, więc będziemy dalej leżeć w dryfie.

Pozycję mam, przy kulminacji zalało mnie i trochę sekstant. Sklarowałem wnętrze. Puszka z buraczkami ćwikłowymi, które wczoraj były jako sałatka do makarony z golonką, znów – tak jak wczoraj – wystrzeliła i zalała podłogę czerwonym płynem. Tak wczoraj jak i dziś wyglądało to, jak gdyby tu miało miejsce mor­der­stwo nożem lub siekierą. Chyba trzeba będzie ustanowić regułę; „W sztormie nie używać barszczu ani buraczków ćwikłowych”. Resztę z puszki przelałem do słoika.

Jak bardzo trzeba polegać na „Dzienniku”, a jak mało na pamięci… Pierwszy sztorm – 10°B – jaki uderzył „Eurosa” na Pacyfiku w lutym 1973 roku, był idealnie przeciwny, tak jak i ten z SE. Staliśmy wtedy w dryfie 36 godzin. Wstając dziś rano miałem wyliczone w głowie, że oto przekraczam 36 godzin w dryfie, a wieczór będzie 48 godzin. Tymczasem okazuję się, że dopiero od północy stoję w dryfie. Skąd taka płynność czasu w pamięci? Czy czas rzeczywiście nie istnieje?

Po obiedzie życie w rozkosznych pieleszach domowych. Sztorm słabnie, a nie rośnie, nie ma powodów do troski. Coś mnie cieszy, sam nie wiem co. Mimo że tracę czas leżąc w dryfie, jestem zadowolony z życia. Przy obiedzie poczytałem „Express Wieczorny”.

O 17.50 zdjąłem banderę nr 1, wysłużoną, już Orzeł zaczyna się strzępić. Zamieniłem ją, na pozostały odcinek Atlantyku, na banderę Janka Okoniewskiego, którą mu zwrócę po rejsie. Bandera nr 2 stanie przed trawersem Południowej Afryki, do służby na Oceanie Indyjskim.

20.00. Noc. Piękna noc, niebo czyste, gdzie niegdzie kępy chmur wiszą w przestworzach, niedaleko zenitu. Księżyc jak wycięty rożek z czystego złota. Dmucha 6 hucząc na wantach. Byłaby to idealna noc, żeby tylko ten wiatr był z baksztagu, albo nawet z połówki. Czekając na zmianę chodzę po domu, po pokładzie jak najmniej, bo tam często chlapnie, a przy tym jest zimno, 15°. Chodzę z kąta w kąt popijam koktajl choć wiem, że jutro będę miał odium do siebie, śpiewam czasem swój ubogi repertuar, wspomi­nam… Dzisiaj, patrząc w Krzyż Południa, wspominałem Carmen, pierwszą dziewczynę, którą pocałowa­łem, którą kochałem, z którą myślałem, że się ożenię. A miałem wtedy 19 lat i kończyłem dopiero liceum w Azul. Wiem, że nie wyszła za mąż, gdy w następnym rejsie popłynę do Argentyny, do Mamy, muszę odnaleźć i odwiedzić Carmen. Zaśpiewałem jej z „Cumparsity”: Quien sabe si supieras, que nunca te he olvidado, olviendo a tu pasado, te acordarás de mí – kto wie, gdybyś wiedziała, że nigdy cię nie zapom­niałem, wracając do swej przeszłości, przypomnisz sobie o mnie.

Jakoż tej pierwszej miłości, platonicznej, dziecinnej według dzisiejszych kryteriów, nie zapomina się, bo nie została skonsumowana, zerwana, wydarta jak kwiat z ziemi, tylko z czcią i żalem jej wspomnienie było kultywowane przez lata. Carmen się postarzała, ma tyle lat ile ja, ale ta miłość ma zawsze 19 lat, toteż nie oczekuję od Carmen urody, chcę tylko jeszcze raz usłyszeć dziwnie czule i wzruszająco wyma­wiane przez nią moje imię Enrique.

Nie wiedziałem wtedy, dopiero po wielu latach, w Polsce, zrozumiałem, jakie to piękne imię – Carmen, nigdy więcej nie spotkałem tego imienia w swoim życiu, toteż Carmen pozostała jedyną. W Polsce to imię jest nieznane, prócz tej z opery Bizeta. Carmen musi być czarnowłosa i czarnooka, o czerwonych ustach (boca de fresa – usta jak truskawka).

Najdłużej pamięta się tę miłość, która została rozbita przez ludzi nie umiejących jej rozumieć.

 

 

Dzień 79, 29 VIII 79, środa

Uff! Nie czuję rąk! Dziś napracowałem się okrutnie, zawalczyłem z Oceanem. Rano zelżało nieco, posta­no­wiłem iść. Przez trzy godziny klarowałem to wszystko, zdjąłem genuę – znów ma rozprucia na wolnym liku, zarefowałem grota na dwa refy, postawiłem kliwra I i grota na dwóch refach. Sklarowałem samoster i włą­czyłem go. Szło. Nie długo. Wiatr wzrósł do 8°B, jachtem tłukło niesamowicie, a szliśmy jakieś 50-60 stop­ni do wiatru. Ubrałem się, zrzuciłem kliwra I, postawiłem kliwra III. Znów szło jako tako. O 19-tej znów się ubra­łem, bo część kliwra I zwisała pod koszem.

I tu się zaczęło! To co zwisało było pełne wody, ważyło ze sto kilo, kilka razy udało mi się wyciągnąć ten kawałek żagla, lecz gwałtowna fala wydzierała mi go. Chwilami byłem pod wodą na dziobie, raz myśla­łem, że się utopię, gdyż nie miałem już czym oddychać. Istne piekło na dziobie, dmuchało już 9°B.

Zrzuciłem kliwra III, ściemniło się, sierp Księżyca wysoko, gdy wychylał się zza chmur oświetlał mi pokład. Wreszcie wydarłem żagiel, zdjąłem go z forsztagu i sklarowałem. Była 20.30. Wypompowałem wodę z zęzy, 105 pomp. Muszę pompować pompą w kokpicie, wewnętrzna znów ciężko chodzi, tak jak w rejsach próbnych. Był to jeden z punktów protokołu porejsowego.

Rozebrałem się i wypiłem szklankę wina z wodą, aby przepłukać słony i gorzki smak wody morskiej w ustach. Z rufy doszły mnie uderzenia. To fletner, na fali, uderzał, a przecież wydawało mi się przedtem, że będzie pracował spokojnie.

Znów się ubrałem, wyłączyłem samoster, przywiązałem fletner, podwiązałem rumpel na nawietrzną. Tak, znów dryfujemy, szybkość żadna, tylko że pod zarefowanym grotem nie kiwa tak na boki.

Kiedy to się skończy? Czy nie ma tu innych wiatrów? Przecież i na tym sztormie szło by się pięknie, gdyby dmuchał z baksztagu. No cóż, cierpliwości.

Atmosfera na jachcie robi się ciężka, mil nie przybywa, nie tylko, że stoimy, ale cofa nas, tracimy mile. Nie jadłem śniadania, nie było czasu.

Gdy kończyłem pisać te słowa, suchy, odgrzany, dosłyszałem chrobot steru. Wyjrzałem: rzeczywiście rumpel się odwiązał. Nie mogłem wchodzić znów w te mokre i zimne łachy; w samej koszuli i butach wyskoczyłem, skląłem go i przywiązałem solidnie. Nie tyle solidnie, ile przemyślnie.

 

 

Dzień 80, 30 VIII 79, czwartek

Skoro świt – o 7-mej – wstałem. Dzień budził się ponury, zamazany, wyjący. Ale jakby trochę słabiej. Ubrałem się na sztormowo z zamiarem postawienia foka sztormowego. Wiatr 7-8°B.

O 7.30 postawiłem kliwra III. Przy tej okazji przemoczyłem drugi komplet odzieży. Zjadłem śniadanie: herbatę i biskwity szalupowe, i zabrałem się do uruchomienia lampy naftowej dla przesuszenia odzieży i wilgotnego wnętrza. Jest to lampa Tilley Stormlight. Długo studiowałem instrukcję, z pietyzmem i tro­chę ze strachem, żeby nie spowodować eksplozji i pożaru.

Następnie przetankowałem z kanistra naftę do dwóch flaszek po winie, starannie wypłukanych i wysu­szo­nych. Nie obeszło się bez nabrania nafty do ust, gdy przetankowywałem rurką. I tak trochę się rozlało, jako że zbyt gwałtownie szła nafta. Trochę czuć naftę, gdy się wejdzie z zewnątrz.

Zrobiłem zawieszenie, napełniłem lampę naftą, przygotowałem azbestowy koc, rozłożyłem na obudowie silnika oraz zdjąłem gaśnicę i postawiłem pod ręką. Zapaliłem lampę, najpierw knot nasiąknięty denatu­ra­tem na specjalnej miseczce. Po dwóch minutach podpompowałem. Zdjąłem knot, który się jeszcze palił. Lampa poczęła pukać i gasnąć. Wsadziłem knot z powrotem. Dopompowałem. Knot zgasł, lampa znów poczęła pukać. Dokręciłem lepiej pompkę i zawór na „osi”, dopompowałem, lampa zapaliła pięknie.

Najwięcej obawy przy montażu miałem z koszulką. Nie znalazłem instrukcji jej montażu. Założyłem polską koszulkę, mam 9 zapasowych. I wtedy znalazłem kopertę zawierającą instrukcję i oryginalną koszulkę. Ma ona pierścień metalowy. Zdjąłem tamtą, założyłem tę, z pierścieniem.

Do lampy wlałem 0,8 l nafty. Chcę wiedzieć ile godzin pali na tej ilości nafty. Wokół lampy suszę mokre dresy i koszule.

Wiatr przed południem wzrósł do 9°B. Zrzuciłem kliwra i postawiłem na tylnym forsztag foka sztormowe­go. A to niewiele większe od chusteczki! Ale ciągnął do 4 węzłów. Po obiedzie wiatr osłabł do 7-8°B. Postawiłem dodatkowo kliwra III.

Jest 18-sta, czekam z utęsknieniem na wieczór – za dwie godziny – aby zobaczyć jak moja lampa świeci.

20.15. Lampa wisi teraz koło stołu nawigacyjnego. Świeci pięknie. Wysuszyłem dresy. Nafty mam pod dostatkiem, 100 litrów. Natomiast w instrukcji pisze, że „vaporiser”, czyli rozpylacz należy wymieniać co 500 godzin pracy. Czyli muszę oszczędzać – nie naftę, tylko godziny.

A potrzebowałbym jej na 5 miesięcy, od września do stycznia. I w kwietniu by się przydała…

Wysiadł nagle – o 19-stej, log. Trzeba będzie jutro zajrzeć do studzienki propelera, bo wymiana baterii nic nie dała. Coś musiało zaplątać się w propeler pod dnem.

Pod dekiem jest przytulnie, wycie wiatru i harmider z zewnątrz dochodzą przytłumione. Po południu usiadłem w fotelu, wydawało mi się, że można by zrzucić foka sztormowego i postawić na jego miejscu kliwra I, tego, który tak wymęczył mnie wczoraj wieczór.

– Siedź spokojnie! Pamiętaj swoją własną zasadę: „Jeżeli masz wątpliwości, czy zrzucić żagiel, zrzucaj! jeżeli masz wątpliwości, czy stawiać żagiel, nie stawiaj!”

Lecz o 18-tej, przy resztkach dnia, nie wytrzymałem, ubrałem się w dopiero co wysuszone łachy i sztor­miak, i wybiegłem na pokład, żeby zmienić foka sztormowego na kliwra I. Potężny strumień wody zalał mnie od stóp do głowy i ostudził moje zapędy. Wróciłem, przebrałem się. Idziemy pod fokiem sztormo­wym na tylnym forsztagu, sztormkliwrem (kliwer III) na sztagu, grocie na dwóch refach i bezanie. I ciska jachtem niemiłosiernie, a koło grotmasztu wlewa się woda strumieniem do mesy.

Księżyc bliski połówki, wysoko, oświetla zimnym światłem skotłowany Ocean. Dziś, mimo że Słońce było, nie robiłem kulminacji ani żadnych linii. Wczoraj mnie zalało, szkoda sekstantu. Dokładna pozycja, tu gdzie jestem, na samym środku Południowego Atlantyku, nie jest dla mnie istotna.

 

 

Dzień 81, 31 VIII 79, piątek

Spałem dobrze, choć niewygodnie, o ile można to nazwać spaniem, ciągłe tarmoszenie i zrzucanie w wąskiej koi i ciasnym śpiworze. W nocy kilkakrotnie oglądałem pusty ocean i kryjący się księżyc w połówce za zwałem chmur, na zachodzie.

Gdy wstałem rano, dalej bez zmian i ciągle ten sam SSE 7 do 8°B (według wskaźnika siły wiatru), w pory­wach sięgał 9. Zabrałem się do pompowania zęzy pompą kokpitową (bo wewnętrzna działa tak samo źle jak w rejsach próbnych). Żeby się dostać do pompy, trzeba odgrzebać kawał genui złożonej w kokpicie do szycia. Myślałem, że nic więcej dziś nie będzie do roboty.

Gdy kończyłem pompować – nawet przed końcem – dostrzegłem rozprucie na brycie górnym kliwra III. Musiało się to stać w tej chwili. Zostawiłem pompę i nie patrząc na to, że pod sztormiakiem mam domo­we łachy, zrzuciłem kliwra III. Oczywiście zmokłem. Kliwra III ściągnąłem pod dek i zabrałem się do szycia. Lecz szkoda mi było szybkości. Ubrałem się ponownie, zrzuciłem foka sztormowego i na jego miejscu (na tylnym forsztagu) postawiłem kliwra I. I poszliśmy pięknie.

Z rozpędu zabrałem się do logu. Z wielką trwogą wykręciłem propeller ze studzienki w dnie koło grot­masz­tu. Świecąca woda buchnęła do wnętrza (dlaczego świeciła, w dzień?), lecz szybko zakręciłem dwu­calowy otwór deklem, który leżał przywiązany obok. Miłe zdziwienie, że gwint zaskoczył natychmiast, a to dlatego, że był bardzo drobny.

Skrzydełka propellera obracały się z trudem. Na ośce była nawinięta „pajęczyna morska” – cieńsza od jedwabiu niebieska niteczka. Po wyczyszczeniu i ponownym założeniu (znów buchnęła woda spod dna i znów natychmiast gwint zaskoczył), log działa. Wielkie zadowolenie – pierwszy raz robiłem taką operację, z odkręcaniem otworu grubo poniżej linii wodnej, w „siódemce” – jest związane z emocją.

Zrobiłem dwie linie przed południem, oczywiście zalało sekstant i mnie. Gdy go starannie wytarłem powiedziałem sobie, że stop, szkoda sekstantu. Ale na kulminację wyszedłem, i znów nas zalało.

Paskudnie wygląda na mapie linia z ostatnich czterech dni, do 27 VIII było OK, potem odrzuciło mnie na północ. I dalej nie idziemy dobrze, jakieś 080-075°. Czy ten cholerny SSE nie ma końca? Niech go nagła…

Po południu szyłem kliwra III. Szycie uspokaja, nawet lubię szyć. (Naprawdę?) Szyłem do 19-tej, do kiedy światło dnia pozwoliło. Potem z przerażeniem zobaczyłem – a szliśmy z szybkością 6,5 węzła – że 3 dolne raksy pod rząd kliwra I odwiązały się.

O Boże! Szybko się ubrałem, żeby wykorzystać światło ostatnich minut dnia, zrzuciłem kliwra I. W miejsce raks zakładałem szekle. Lecz wiatr zabrał mi żagiel, pod koszem, do morza, a ten zaczął się wypełniać wodą, tak jakby nie był płaskim żaglem, tylko workiem. Nie byłem związany, wychylony za kosz, drąc z wody żagiel, stercząc nad wodą – wystarczyła jedna fala z tyłu, z nawietrznej burty, żeby mnie przerzucić do morza. Pomyślałem o tej dziewczynce, (czy chłopcu) w Stoczni, która tak niedbale wiązała raksy. Już sześć w nowym żaglu rozwiązało się.

– Gdyby ona wiedziała, że to niedbalstwo postawiło mnie na skraju życia… Nie, to nie ona jest winna, winny jest szef żaglowni Rysiek Szumowski. Gdzie nadzór? Gdzie odpowiedzialność? Gdzie kontrola? O inspektorze nadzoru Ryszardzie Grablisie nie wspominam teraz, poruszę ten „nadzór” kiedy indziej.

Znów idziemy 6,5 węzła gdzieś do Afryki. O 20.00 zapaliłem lampę i jest OK, mam tu także stację, mówią po francusku, ale i grają. Na jacht walą się co chwila potopy, ale to wina fali, nie jachtu. Wypiłem dziś z tego wszystkiego aż dwie flaszki Gamzy.

A Alinka, wnuczka, na tym zdjęciu nad stołem nawigacyjnym ciągle śpi, słodko i ufnie.

 

 

Dzień 82, 1 IX 79, sobota

A więc zdecydowanie koniec sztormu. W nocy zbudziło mnie kilka szkwałów, w których jacht gwałtownie przyśpieszał, ale były krótkie, a fale nie waliły w jacht. Noc minęła spokojnie. Śnił mi się wujek Antek Krupnik (nieżyjący), coś razem załatwialiśmy. A i wczoraj śnił mi się inny nieboszczyk, Marcin Zamróz, były kolega z Biura Projektów.

Od rana terkocze agregat i tak będzie przez 9 godzin. 20 dni było spokoju, nie używając świateł pozycyj­nych, ani topowego, zużycie energii jest znikome.

Szósty dzień dmucha SSE i spycha mnie w lewo, idę około 080°. Zaczyna mnie to niepokoić. W Polsce rozpo­czy­na się dzisiaj rok szkolny (a może w poniedziałek?) i wspomina się napaść niemiecką z 1939 roku. Pamiętam i ja tamten 1 września, w Azul, miałem 16 lat, słyszałem rano wycie syren, a idąc do szkoły wyczytałem na tablicy ściennej dziennika „El Tiempo”, że Niemcy przerwały granicę w pięciu punktach i wtargnęli do Polski. Równo 40 lat temu. Ani przez chwilę nie wątpiłem w to, że Niemcy przegrają wojnę i Polska odzyska niepodległość.

Godz. 20.30. Zapaliłem lampę (świeciła 9 godzin po wlaniu 0,9 litra nafty, lecz nie spalając wszystkiego, gaśnie.

DYLEMAT:

od sześciu dni dmucha z sektora SSE, zostałem zepchnięty ok. 400 mil na Nord ruty. Czy iść dalej na E i czekać na zmianę kierunku wiatru, czy zmienić hals i iść na SSW, lecz w kierunku ruty?

Mam takie odczucie, jak gdybym był w pułapce. Gdybym jutro zmienił hals, szedłbym 220° i za trzy dni byłbym na rucie (360 mil), w punkcie zaledwie 180 mil do przodu od pozycji z dnia 27 VIII. Czyli byłaby to strata 7 dni.

Gdyby iść tym kursem ok. 085° przez trzy dni, licząc po 120 mil na dobę, doszedłbym do miejsca o zdecy­dowanej przewadze wiatrów z WSW, a nawet sztormów z tego sektora. Stamtąd pod takim sztormem można by spokojnie iść kursem 135° w kierunku skośnym i na zbliżenie do ruty. Odległość od tego punktu do ruty – tym kursem – ok. 700 mil, tj. 5-6 dni. Byłbym w punkcie P –powrotu na rutę – 10 wrześ­nia, 1200 mil od pozycji z 27 VIII, kiedy zostałem wytrącony z ruty, Za te 14 dni dałoby to przebieg „po trasie” 86 mil na dobę.

Jestem w pułapce. Nie wiem na ile starczy mi cierpliwości, nie wiem, czy i kiedy zmieni się ten wiatr. Jedno postanawiam, patrząc na Routeing Chart: dłużej niż 3 dni tym kursem pójść nie mogę. Jeżeli się nic nie zmieni – w krańcowym wypadku – 4 IX zmieniam hals i idę na SSW. Będę desperacko halsował w sekto­rze SW – SE, aż wydostanę się z tego impasu.

O 23.30 wyszedłem na dek. Bez zmian. Wiatr nie ma zamiaru skręcać, zachowuje się jak pasat. A jacht skacze piękne 5,5 węzła, a że taki kurs, to nie jego wina.

– Co robić? Co robić!

Jutro skończę szyć genuę i postawię swoje figury na takielunku, ale gdzie na Boga iść, w którym kierunku? W prawo czy w lewo? Tak źle i tak niedobrze. Na oceanach myśli się inaczej, nie „hals korzystny”, lecz „obszar meteorologicznie korzystny”. Moje zdanie dzisiaj jest takie: iść tym kursem najdłużej 3 dni, może się coś zmieni w tym czasie. Powinno się zmienić! Mój obszar meteorologicznie korzystny to 35°40’S. Tam, nie ma wątpliwości, i tam trzeba się dostać. Ale jak?

 

 

Dzień 83, 2 IX 79, niedziela

Brutalne zdarcie z koi, ni z tego, ni z owego, nagle 7-8°B z tego samego zaklętego kierunku SSE. Zrzuciłem grota. O 9-tej po złapaniu sygnału czasu BBC usłyszałem, że w Polsce powstała nowa partia, czy grupa polityczna, Confederation of Independent Poland, Konfederacja Polski Niepodległej, utworzona przez dysydentów i nacjonalistów. Utworzył ją dziennikarz Leszek Moczulski, autor książki „Wojna polska 1939”.

Nic tak człowieka nie męczy jak beznadziejny i niepotrzebny wysiłek. Te mile prowadzą donikąd. Znów sekstant zalany. Żyć mi się odechciewa.

 

 

Dzień 84, 3 IX 79, poniedziałek

Wczoraj powiedziałem sobie, że mam wszystko w d… i postanowiłem się spić. Wypiłem 3 albo 4 koktajle, przy tym szyłem najpierw grota, potem genuę, aż do pierwszej po północy, przy lampce, na fotelu. Ciekawe, że efekt wypitego alkoholu czuję dopiero dziś, wczoraj byłem „normalny”.

O 18-tej wiatr, słaby, skręcił na E, zrobiłem zwrot, szedłem swoim kursem około 140-150°, skośnie na zbliżenie do ruty. Decyzji koktajlowej, mimo zmiany kierunku wiatru, nie odwołałem. „Jeden mam język w gębie, jedno mam słowo!” (jak mawiał Kmicic)

Koło północy dmuchało już 4° i szliśmy dość ładnie. Co za odkrycie: wystarczy mieć wszystko w d… i spić się! Gdybym znał lepiej meteorologię, przecież tydzień wcześniej bym zastosował tę metodę!

SKOŃCZYŁ się pierwszy tom „Dziennika jachtowego”. Otworzyłem drugi.

Spałem długo, pijackim snem, do 11-tej. Zwlokłem się, aby zrobić pozycję, oblało mi sekstant, dmuchało 6-7°B. W strasznych słowach zwymyślałem morze:

– Ty k… mokro! – jak ten górnik, Grabski, na kopalni Jaworzno, sklinał odrywające się bloki węgla ze stropu chodnika po odstrzale: „Ty k… corno!”

Wróciłem do koi na 20 minut. Wstałem, zrobiłem kulminację. No tak, prawie o 1 stopień jesteśmy niżej niż wczoraj. Samopoczucie od razu pozytywne.

Na śniadanie wczorajszy ryż z parówkami, czosnkiem i curry, pod Express. Po kulminacji i lepszym przywiązaniu kliwra III oraz wypompowania zęzy, szklanka herbaty z dolewką adamówki. Znów człowieka cieszy życie.

– Michał, nadaję ci godność lorda!

– Sir Michael, mianuję cię Pierwszym Lordem Admiralicji!

20.00. – Idę kursem SE 145° na wietrze 4-5°, którego nie ma na Routeing Chart. Nieważne. Po tych siedmiu dniach niekorzystnego wiatru czuję się jak rekonwalescent po ciężkiej chorobie, słaby, zmęczony, ale szczęśliwy.

Po południu postawiłem grota. Wypiłem flaszkę Gamzy. Zjadłem ryż z puszką wołowiny w sosie grzybowym i paroma parówkami.

Spać. Księżyc idący ku pełni oświetla drogę mojemu okrętowi.

 

 

Dzień 85, 4 IX 79, wtorek

Boli mnie pod lewą łopatą. Może od leżenia, jako że przeleżałem w koi 12 godzin? Zmieniłem kliwra I na genuę I, dmucha ciągle lekka czwóreczka z E, pogoda słoneczna. Potężny biały albatros pojawił się koło jachtu, ciemne skrzydła. Nie miałem apetytu, przed 12-tą zjadłem płatki kukurydziane z mlekiem.

Barometr poszedł bardzo wysoko, na 1032 milibary. Kiedyś w „Expressie”, a dziś w „Nowinach” (z 3 V), przy obiedzie, znalazłem artykuł o swoim rejsie.

19.30. – Dzień dobiega końca, zapadła noc, zaświeciłem lampę naftową. Dziś naftę przestankowałem na pokładzie do trzech flaszek, aby nie było smrodu wewnątrz (tankowanie z kanistra przez rurkę metodą zasysania).

Czuję przesyt Atlantyku, chciałbym już być na innym oceanie. Tymczasem do przylądka Agulhas w prostej linii jest 1500 mil, trawers Afryki dalsze 500. Indyjski zaczyna się od przylądka Agulhas (Igielny). Dziś po raz drugi przeciąłem równoleżnik 30°S, po pierwszym razie sztorm z S i SSE odrzucił mnie na północ.

Po południu szyłem raksy do kliwra I. Nie mam czasu na czytanie, jeszcze sporo roboty czeka na załatwienie.

 

Lewa strona.

Do zrobienia:

1) Siatka na koszu dziobowym,
2) Klar kingstonu,
3) Obwód 6 V dla logu.

 

 

Dzień 86, 5 IX 79, środa

Rano zbudził mnie samoster tłukący fletnerem o ograniczniki. Myślałem, że to we flaucie tak tłucze. Tymcza­sem jacht stał ustawiony na kontrkurs, na N, oczywiście statecznik, jak i żagle w chaosie. Ustawi­łem jacht na kursie. Wróciłem do koi.

Śnił mi się Piotr Kiełb i nasza praktyka w hucie Stalowa Wola w 1948 roku oraz Mietek Dopierała z klubu Stal-Stocznia. Miałem jacht na rejs, lecz to był samolot, a całą dolną prawą część tego samolotu pod skrzyd­łami zajmował hangar, w którym stał czołg. Po co mi taki ciężar? Żałowałem, że zabrałem czołg na rejs.

Wykonałem siatkę na koszu dziobowym, żeby mi zrzucony żagiel nie uciekał do morza.

Lusterko ruchome w sekstancie powiększyło swoje gnicie, podobny przykład mieliśmy na „Eurosie” w dro­dze z Bs. As. do Helu. Postanowiłem go wykręcić i zdrapać powiększające się skażenie, i tak jak na „Eurosie”, tak i teraz ukręciła się jedna z trzech śrubek (dolna). Rozpacz, gdyż lusterko nie zachowywało pionu.

Przymocowałem je taśmą przezroczystą (paskiem) i zrobiłem pozycję. Linia wypadła daleko od znanej pozycji z kulminacji. Lusterko nie było dobrze dociśnięte. Zamiast dolnej sprężynki założyłem zacisk do wieszania bielizny, zrobiłem dwie linie w odstępie paru minut jednym i drugim sekstantem. Były blisko siebie, w odległości trzech mil jedna od drugiej, co jest dopuszczalne. Inna próba na pionowość lusterka ruchomego (według „Astronawigacji” Jurdzińskiego i Szczepanka, str. 142 rys. 94) wypadła pomyślnie.

Wiatr słaby 1-2, wleczemy się, barometr wysoko, dzień słoneczny. Przekroczyliśmy 31°S. Po południu wykąpałem się i ogoliłem.

Wczoraj przed północą, po 22.30, miałem zabawne zdarzenie. Zgasiłem lampę i zabierałem się do pójścia do koi, gdy jedna z gwiazd, na lewym bajdewindzie, zwróciła moją uwagę swą jasnością i jakby migota­niem. Czy to była gwiazda? – pomyślałem. Była na wysokości jakieś 20°. Popatrzyłem na nią przez lornetę i zobaczyłem wyraźnie dwa kolory, zielony i czerwony, migocące, jak w samolocie. Lecz pozycja była ciągle ta sama, a te migotanie nieregularne.

– Może to UFO? – i obleciał mnie lekki strach.

Poszedłem do koi, po chwili wstałem, była w tym samym miejscu i tak samo można było widzieć przez szkła czerwone i zielone, migocące nieregularnie. Jacht kiwał, trudno było utrzymał lornetę nieruchomo. W końcu doszedłem do wniosku, że to gwiazda.

Godz. 22.30. – Flauci. Przed dwoma godzinami była korzystna flauta. W takiej sytuacji pragnę sztormów, lecz z kierunków pomyślnych. Oby dalej na południe, tam spotkamy Wielki Zachodni. Pragnę go!

 

Lewa strona.

Today the funeral of Lord Louis Mountbatten.

3000 Soviet Combat Forces in Cuba? Vance says the USA won’t tolerate it. Soviet ambassador in the USA has to go to the USSR to discuss. Ciekawa sprawa.

 

 

Dzień 87, 6 IX 79, czwartek

W nocy o 2.15 widziałem światła statku, rufowe. Szedł jakby do Cape Town. Dzień osowiały, pochmurno od rana, kulminacji nie miałem, udało mi się zrobić dwie linie przed kulminacją, jedna po drugiej obyd­wo­ma sekstantami, takie same dwie po kulminacji Pozycję mam. Między pozycjami obu sekstantów jest różnica 6 mil. Za dwie ostatnie doby przebiegi po 85 mil.

Po południu zrobiłem zapasowe sterociągi do samosteru oraz 0,7 litra miodówki.

Coś mi się dzieje, ogarnia mnie jakby apatia, depresja, melancholia… Jacht co prawda idzie swoim kursem, ale się wlecze. Do trawersu Agulhas 1440 mil.

Nie chce mi się pisać, nie chce mi się czytać. Horyzont w tym sektorze, do którego idę, jest siny i wiszą nad nim ciężkie zwały również sinych chmur o odcieniu ołowianym od spodu. Wolę, jak zapadnie wieczór, jak się ściemni; zapalam lampę naftową i życie koncentruje się przy stole nawigacyjnym. Jakby z dala od oceanu i od jego bezdennej pustki.

22.30. – Pisałem dla „Życia Przemyskiego”, skosztowałem miodówki – aż pół flaszki. Teraz idziemy 6 w. Ryga na 31 odbiera BBC nicely, ale tylko wieczór, gdzieś od 18-tej.

Dwóch różnych jest na jachcie: jeden, który pociąga z kieliszka wieczorami, drugi – który przez dzień ubolewa nad tym i martwi się całością sprawy.

 

 

Dzień 88, 7 IX 79, piątek

Jacht skręcał na E, ostrzył, wstawałem kilka razy, żeby ustawić Michała. Chciałem poleżeć dłużej w koi, wziąłem trzeci koc, lecz szkwały zmusiły mnie wstać. Dwie linie i kulminację zrobiłem obydwoma sekstan­tami. Różnica w pozycji 8 Mm, S1 w kierunku 030° od pozycji S2. Nie jest to aż tak istotne, lecz psuje smak. Przekroczyłem 33°S. Barometr powoli idzie w dół.

O 19-tej napędziła mi stracha groźnie wyglądająca, czarna, na pół firmamentu chmura, która wyszła zza horyzontu, za rufą i dogoniła jacht. Nie zrzuciłem żagli, jacht tylko przyśpieszył do 7 węzłów, przez chwi­leczkę pokropiło, chmura przeszła.

O 19.30 zapaliłem lampę, zdjąłem buty i siedziałem przy stole. Ciekawa jest ta zima, rano termometr wskazuje 14°, wyciągnąłem z szafek skórkę na nerki (i założyłem ją sobie) oraz kalesony i dresy.

 

 

Dzień 89, 8 IX 79, sobota

Niewiele spałem w nocy. Michał „wyskakiwał” z baksztagu i ostrzył, grot wtedy łopotał, a zaczynało się zawsze, gdy zdążyłem się rozgrzać i miałem zasypiać. O 7-mej, gdy było już jasno, zrzuciłem grota, trochę się sytuacja poprawiła, lecz samoster też „wypadał”. Podwiązałem krawatem kółko tak, aby nie wyskaki­wało z koła zębatego. Poprawiło się.

Przebieg dobowy 175 mil, jest to rekordowy jak do tej pory. Ciągle marzę o ludziach, o powrocie, o rodzi­nie i przyjaciołach, o kraju. Pytanie, czy bym się jeszcze raz wybrał w taki rejs, w odwrotnym kierunku: tak, ale pod warunkiem, że rejs, jacht i jego wyposażenie będzie starannie przygotowane. W obecnym rejsie mój największy wysiłek nie szedł w kierunku zapewnienia sukcesu rejsowi, tylko w kierunku wyjś­cia rejsu. W wielu istotnych dla rejsu sprawach ustępowałem w myśl zasady „nie pora ratować róże, gdy lasy płoną”. Gdybym się uparł, że to lub tamto mi nie odpowiada, np. samoster, że chcę np. kuchenkę naftową, nie wyszedłbym w rejs. PZŻ i Urząd Morski szli w kierunku zabezpieczenia samych siebie, obsta­wiając się dokumentami, protokołami inspekcji itp. papierami. Przemyśl nie ingerował, stał na uboczu, od początku powiedziano, że dewiz na ten cel jest niewiele, natomiast nie ograniczał wydatków złotów­ko­wych. Stocznia szła po linii najmniejszego oporu, odwalić robotę i pozbyć się mnie, moje postulaty były krytykowane i niechętnie wykonywane.

O nie, w taki rejs więcej bym nie szedł. Dlaczego mam dred o samoster, że się zepsuje, o aparat radiowy, że wysiądzie, tak jak wysiadły trzy i zostanę bez sygnału czasu? O sekstant, że ten jeden sprawny też może ulec skażeniu lusterka? Jeżeli w tych warunkach jeden sekstant służy 4 miesiące, trzeba zabrać trzy sekstan­ty. Dlaczego mam oszczędzać wodę i pić deszczówkę, dlatego że nie wiem, ile mam wody w zbior­nikach? Dlaczego mam mieć takie monotonne jedzenie, puszki golonki 0,8 kg, chleb 1,5 kg? Jeszcze nigdy nie zjadłem całego chleba, nawet połowy, reszta pleśniała. Jedzenie powinno być specjalnie puszkowane, w puszkach małych, jednorazowych. Obfitość i urozmaicenie płynów. Dlaczego mam tęsknić za ludźmi i martwić się, że nie mają o mnie wieści?

Czy nie mogę mieć sprawnej radiostacji, łączącej mnie z krajem z każdego punktu ziemi? Dwa razy w ty­god­niu mógłbym porozmawiać z dowolnym numerem w Polsce. Liskiewicz wiedział, że antena nie jest zestrojona na częstotliwości kilkunastu megaherców, obiecywał kilkakrotnie przysłać na jacht spec­ja­listów. Nikt nie przyszedł. Obawiam się, że i z Oceanu Indyjskiego i Pacyfiku, na częstotliwościach 22 MHz też nie połączę się z Gdynią.

Taki rejs jest wielkim ryzykiem, nie tylko dla jachtu i mojego życia, ale dla samej sprawy rejsu, prestiżu rejsu i bandery. Poszedłbym w rejs na jachcie starannie wykonanym, większym, wyposażonym według spisanych przeze mnie założeń. Sił i energii nie będę miał, żeby się o taki rejs bić. Nie chcę się więcej bić o nic, sprawa nie jest moją prywatną, jest to sprawa polskiego żeglarstwa, polskiej bandery. Ktoś na bardzo wysokim szczeblu, myślę, że GKKFiT, musiałby zdecydowanie wspierać organizację rejsu.

Koło masztu cieknie tak, jak ciekło w rejsach próbnych, szafki są mokre, tak jak były (wszystko w nich pako­wałem do worków plastikowych, suwdeski z szafek wypadają, tak jak wypadały, pompa zęzowa w kambuzie działa tak kiepsko, jak działała, światła salingowe mają zwarcie, tak jak miały, więc są wyłą­czone, w nocy zrzucam żagle po ciemku.

Dlaczego mam chodzić bez świateł pozycyjnych i narażać się na rozjechanie? Nie wydolę ze świeceniem trzech żarówek po 25 W każda, dlaczego nie dano na topie lampy sektorowej? Itd., itp. Zbliżam się do pierwszego przylądka – Dobrej Nadziei i jestem podekscytowany. Locje i mapy przestrzegają przed strasznymi sztormami, szczególnie w miesiącach zimowych, sierpień i wrzesień. Do przylądka Agulhas mam 1200 mil, stamtąd dalszych 500 to trawers Afryki, po czym będzie można wyjść na cieplejsze i mniej burzliwe szerokości, gdzieś między 30 a 35°. Jak dotąd tylko jeden 5-dniowy sztorm gnębił mnie i powykrzywiał mi trasę od 27 sierpnia, tylko dlatego, że nie był z pomyślnego kierunku, inaczej leciałbym na nim swoim kursem.

Kto wie, czy nie ma w tym mojej winy – za wcześnie, idąc na południe koło Brazylii, złożyłem się na kurs ku południowej Afryce. Gdyby się szło jeszcze ze cztery, albo nawet pięć dni dalej na południe, koło Brazylii, trafiłoby się na Wielki Zachodni, ten wiatr, który króluje na Oceanie Południa. Pamiętam, wahałem się, iść już na SE, czy jeszcze nie? poniosła mnie niecierpliwość.

Słońce niemrawo zbliża się do równika z szybkością 1 stopień na 3 dni. Czekam z utęsknieniem na wiosnę, choć wiosna w tych rejonach, a szczególnie na Indyjskim, również jest groźna.

Gdy wejdę na Indyjski, znajdę sobie właściwą szerokość do żeglugi, nie muszę iść w strefie sztormów, w „czter­dziestkach”. Gdy wyjdę na Indyjski spadnie mi wielki ciężar z serca. 1700 mil, przy dobrych warun­kach – bez przeciwnych wiatrów, to najwyżej dwa tygodnie. Na razie psychika niewątpliwie jest pod pewnym napięciem, które od dłuższego czasu, jeszcze od tropików, narasta.

Dzisiaj przekroczyłem równoleżnik Buenos Aires – 34°30’S, równoleżnik, na którym żyje i czeka na mnie moja Matka, która w tym miesiącu, 23-go, ukończy 79 lat. Stąd do Bs. As. jest 2800 mil w prostej linii, do Cape Town tylko 1000.

Do 1-szej po północy dopisywałem do listów przy koktajlu. Jacht idzie 6 węzłów, fali nie ma, wiatr jest dobry, choć go nie słychać, nie wiem tylko dlaczego jacht tak się kołysze na boki.

 

 

Dzień 90, 9 IX 78, niedziela

Mój najdłuższy pobyt non stop na morzu wynosił właśnie 90 dni, w rejsie „Eurosem” Bs. As. – Hel. Dzisiaj w południe przecięliśmy południk Greenwich. Dzień jest pochmurny, mżawka. Przeciąłem również rów­no­leżnik 35°S.

Od dziś stopuję z koktajlami i winem, aż do Oceanu Indyjskiego (Druga abstynencja).

O 2.15 po północy opuściłem banderę do pół masztu na cześć polskiego żeglarza Wojtka Białego, który na jachcie „Rozumek” zginął na tych wodach, idąc w rejsie samotnym z Cape Town w kierunku Rio de Janeiro, i wystrzeliłem trzy białe flary. Zostało to wpisane do „Dziennika”.

Do trawersu Agulhas od dzisiejszej pozycji w południe mam 960 mil + 500 trawers Afryki = 1460 mil.

Gdy wieczór nadchodzi zawsze robi mi się smutno i zbiera na płacz.

Przeczytałem fragment książki Knox Johnstona „Mój własny świat”, o trawersie Płd. Afryki. Też przecho­dził we wrześniu, wcześniej niż ja. Szedł nisko, poza 40-tkami i miał sporo sztormów. Poczytałem również „Africa Pilot” i „Ocean Passages for the World”. Pójdę na 37°S.

Z mżawki nałapałem z bezana do wiadra 10 l. pitnej wody i 5 l. do kąpieli i gotowania makaronu. Dziś czuję się rozbity. Noc pochmurna i ciemna, tak ciemnej jeszcze nigdy nie było. Do 23-ciej przy lampie czytałem „Tyle hałasu o jeden rejs”.

 

 

Dzień 91, 10 IX 79, poniedziałek

Spałem świetnie, tylko dwa razy wstawałem, żeby sprawdzić kurs. Trochę mi było żal, że nie niosę grota, postanowiłem postawić go rano. Tak też zrobiłem, choć szybkość była dobra, 5,5 węzła. I dobrze zrobiłem, wiatr później osłabł.

Najpierw zaspokoiłem głód linii pozycyjnych. Z 8-mej i 9-tej dały mi pozycję. Wczoraj nie było Słońca, dziś jest, choć liczne chmury wędrują po niebie z krańca na kraniec. Kilkanaście ptaków wielkości mewy, z białymi deseniami jakby orła polskiego na jasno beżowych skrzydłach, lata koło jachtu. Na ogonach tego samego koloru podobny deseń. Brzuchy mają białe, głowy czarne. Szukałem u Demela w „Życiu Morza”, lecz tam nie ma ptaków. Jak je nazwać? Mewińce. Duży biały albatros też się kręci koło jachtu, zrobiłem mu parę zdjęć (mewińca też sfotografowałem), ostatnio doszedł ciemny petrel.

Śniadanie: chleb z szynką, herbata „Ex”. Dzień bardzo pracowity. Do południa zabrałem się do wykonania nowego zestawu łowczego, jutro go skończę. Po kulminacji – jestem na E od południka Greenwich. Obiad (makaron z trzecią porcją golonki – BEZ WINA. Dolałem wody destylowanej do wszystkich celek w akumulatorach. Na skrzynię rufowych założyłem pasy.

Obwód 8 V z akumulatora oświetleniowego dla magnetofonu i Seleny przełączyłem na 6 V, będę miał dla logu. Przetankowałem z kanistra naftę do 7 flaszek, teraz poszło to bardzo sprawnie. To wszystko odbyło się przy szybkości 7 węzłów w ostrym baksztagu.

Do Indyjskiego nie piję nic, a potem będzie racjonowanie, dopóki starczy. Wino, które jest w skrzynce drew­nianej, zostanie na tropiki w drodze powrotnej. Pozostałe wino muszę zinwentaryzować i też racjo­nować: pół szklanki do obiadu. Z dzisiejszej pozycji mam 840 mil do trawersu przylądka Agulhas. Licząc po 120 mil na dobę, za 7 dni byłbym na trawersie, a za dalsze 4 – poza trawersem Afryki. Mam piękny SW od wczoraj, na którym jacht idzie 6-7 węzłów. Taki wiatr przez 11 dni i jestem na Indyjskim.

Dziś jest najzimniejszy dzień w rejsie, najniższa temperatura na zewnątrz wynosiła 8°C o 18-tej (wew­nątrz w tym czasie 15°). Czuć oddech zimy. Słońce w kulminacji było aż 41°11’ od zenitu.

Wieczór, gdy lampa troszkę podniosła temperaturę wnętrza, zagrzałem do garnka 4 kubki wczorajszej deszczówki (gat. II) i wykąpałem się wspaniale, łącznie z myciem głowy. Po kąpieli gorąca herbata – nie, nie!: bez rumu, bez spirytusu. Z soczkiem cytrynowym.

Dmucha do 7, chwilami wskazówka logu dochodzi do 8 węzłów, wtedy z góry dochodzi wyższy ton.

Noc czarna, pochmurna.

Czy coś nie strzeli? Idziemy ostrym baksztagiem. Może zrzucić grota? Hmm.

– Przecież jacht idzie gładko, nie szarpie, nie rzuca, idziemy z falą. A że szybko idziemy, tym słabiej uderza nas pełny wiatr.

Jednak jestem niespokojny, czytam przy lampie „Tyle hałasu o jeden rejs”, ryczę chwilami ze śmiechu, lecz często rzucam okiem na log, a uchem do góry, często też zaglądam przez zejściówkę. Zrzucać, nie zrzucać? Szybkość piękna.

– Nie będzie gorsza po zrzuceniu grota!

Ale kiedy zrzucać? Gdy przydmucha lepiej, z rzucaniem jest za trudno, gdy sfolguje, wydaje się, że nie ma sensu. Przeczekam do 24-tej. 7°B, czy aby nie jestem przewrażliwiony?

Fali nie widać, jest czarno dookoła, trudno ocenić stan morza. Czasem, gdy wyostrzy do półwiatru, fala chlaśnie na jacht. Idziemy swoim kursem, genuę mam na dwóch szotach. Poczekam do 23-ciej.

22.30. – Szkoda moich nerwów. Rozebrałem się do naga, zdjąłem wszystko suche i ciepłe z siebie, a ubra­łem wilgotną koszulę i wilgotne dresy, na to sztormiak, przypiąłem pas bezpieczeństwa i zapaliłem światło na bezanmaszcie (salingowe na grotmaszcie są wyłączone, gdyż – tak jak w rejsach próbnych – mają zwarcie) i zrzuciłem grota, a tak sprawnie szło, że nawet nie wpinałem do linki pasa bezpieczeń­stwa.

Szybkość? Nie widać, żeby jacht szedł wolniej, może jakiś ułamek węzła, ale za to niesiemy o wiele mniej płótna. „Masz wątpliwość, zrzucać żagiel, czy nie zrzucać – zrzucaj!” – to przecież moja maksyma.

O 1-szej po północy zza arcyczarnej chmury, leżącej w morzu (zasłaniającej 1/3 nieba, ale na zawietrznej ukazał się Księżyc. Barometr zaczął z wolna iść w dół, pół milibara. To chyba ten front przeszedł nad nami. Poszedłem spać, właśnie skończyłem czytać książkę.

 

 

Dzień 92, 11 IX 79, wtorek

Nie spałem nic, tak miąchało jachtem. Rano, gdy zacząłem zasypiać, rozdmuchało się na dobre do 8°B. Wstałem, wlazłem w mokre i zimne ciuchy robocze i w sztormiak i o 7.30 zrzuciłem genuę metodą do wody. Dziś jest najzimniejszy dzień rejsu, o 7-mej było 7°C.

Zmarzłem, poszedłem do koi, ale spać się nie dało. Wyszło Słońce, wstawałem, zrobiłem dwie linie i kul­mi­nację, w czasie której zalało mi sekstant nr 1 dwa razy. Bardzo dobry przebieg: 174 mile. Stąd 675 mil do przylądka Agulhas.

Przed obiadem postawiłem drugiego kliwra III na przednim forsztagu, a więc idę na dwóch sztorm­kliw­rach i bezanie. Szybkość 5-6 węzłów. A więc walka o pierwszy przylądek zaczęła się!

Sfolgowało do 7°B, o 17.30 zarefowałem grota na dwa refy i w ostatnim świetle dnia postawiłem go. Prędkość wspaniała 6-7 węzłów.

Zaglądałem do Chichestera i Blytha, szybko to odłożyłem, nie mogę czytać jak wszystko im się psuje, wtedy wydaje mi się, że i mnie powinno się psuć. Cóż, przeszedłem dopiero 1/3 drogi i to w ulgowych warunkach, co będzie przez następne 2/3?

Wiatr znów wzrósł, słychać jego wycie mimo, że radio gra, jacht pędzi oszalały z szybkością dochodzącą chwi­la­mi do 8 węzłów, w czarną jak tusz noc. Wypogodziło się, widać gwiazdy, Księżyc dziś wstanie około północy.

Jestem zmęczony, niewyspany. Pod dekiem zimno, było 13°, teraz po dwóch godzinach palenia się lampy temperatura wzrosła do 16°. Zejściówka musi być lekko otwarta ze względu na spalanie tlenu, więc zimno przenika z zewnątrz. Wypiłem gorący kubek mleka z puszki pół na pół z wodą. Jest lepsze, nie tak słodkie i gęste.

Dziś do koi biorę coś ciepłego: termofor. Można temu dać imię żeńskie i udawać, że się z kimś śpi.

Lewa strona.

Południki: Szczecin – 14°30’E; Gdynia – 18°30’E; Warszawa – 21° E; Przemyśl – 22°45’E.

 

 

Dzień 93, 12 IX 79, środa

Nie znoszę morskiej wody w koi nawet w termoforze, toteż do gumowego worka wlałem deszczówkę, z kiedysiejszej mżawki. Całe szczęście, gdy bowiem wszedłem do koi, gdzie chwilę przedtem włożyłem termofor, znalazłem kałużę, termofor był źle zakręcony i trochę wody wylało się. Zmieniłem prześciera­dło i koc na materacu. Po słodkiej wodzie wyschną bez śladu.

Śniło mi się, że adoptowałem dwóch braci, dwóch miłych chłopaków z domu dziecka, jeden rzędu 3 lat, drugi 4,5.

O 2-giej w nocy Michał szedł fordewindem na N. Równocześnie awaria: oderwało się ucho uchwytu szotów grota na noku bomu. Ucho zostało na pokładzie. Zrobiłem zastępcze z krawata, przywróciłem porządek i poszedłem spać, po zdjęciu sztormiaka i pasa bezpieczeństwa, gdyż aby ściągnąć luźny bom wiązałem się.

Rano Michał szedł na ENE. Przywróciłem go do porządku. Dmuchała lekka „czwórka”, zamieniłem kliwra III na genuę i rozrefowałem grota. Wiatr skręcił dalej na SbE. Czyżby mi chciał zagrodzić drogę? Barometr poszedł wysoko na 1028.

Blyth napędził mi stracha swoimi przygodami kolizyjnymi, toteż w nocy zapaliłem topowe, gdy poszedłem spać o 21-szej, lecz nastawiłem budzik, aby je zgasić jak wstanie Księżyc. Zgasiłem o 1-szej po północy.

Z dzisiejszej pozycji mam 530 mil do Agulhas. Barometr b. wysoko – 1028. Patrzę w „Dzienniku” na po­przed­ni skok barometru w górę: 5 dni potem przyszedł sztorm 9-10°. Ha, tu wypadłoby pod samą Afryką.

Na południowym Atlantyku zapada wczesny zimowy wieczór, o 17.30 zmrok. Choć mój czas pokładowy to GMT, jestem na zachodnim skraju pierwszej wschodniej strefy czasowej λ=8°54’E (granica między strefą zerową Greenwich, a pierwszą, to 7°30’). Przekroczyliśmy szerokość 37°S.

18.30. – Myślałem, że dostrzegłem światła statku za rufą, gdy sięgałem po puszkę szynki w kokpicie („lodów­ce”). To lampiony pod powierzchnią wody, pojedyncze duże światła jak lampy, świecą w kilwa­terze.

20.30. – Noc czarna, ani jednej gwiazdy. Nie ma wiatru, nędzne podmuchy próbują się ustalić. Poszedłbym spać, ale czekam, aż pokaże się stały wiatr, żeby ustawić jacht. Barometr poszedł na 1031,5! Siedzę przy lampie z Wańkowiczem, „Szczenięce lata”, chwilami zdaje mi się, że jestem – nie na południowym Atlantyku, niżej od Afryki – tylko w Nowotrzebach, w przepięknej dolinie Niewiaży, o szesnaście wiorst od Kowna.

 

 

Dzień 94, 13 IX 79, czwartek

Chciałem przejść szybko, jak najszybciej ten Pierwszy Przylądek. Jest on groźny, zaboli, jak szczypce dentystyczne… Liczyłem mile i dni….

Tymczasem od wczoraj wieczór flauta. W nocy wstawałem wiele razy, a to wyłączyć samoster i zrzucić genuę, bo wiatr nie przychodził, a to uwiązać rumpel. To znowu zdawało się, że wiatr jest, że te nędzne podmuchy to początek ukierunkowanego wiatru. Najpierw były z Westu, ruszyłem, ustawiłem żagle, chciałem iść. Wiatr mnie wykpił, nic z tego. Po paru godzinach byłem niemal pewny, że będzie dmuchać, tym razem z Nordu. Postawiłem genuę, wystawiłem żagle na lewy hals, ruszyłem. Okazało się, że to z Westu dmucha, przestawiłem żagle. Wtedy okazało się, że nie dmucha znikąd. Zrzuciłem genuę i poszedłem, już nie wiem po raz który, spać.

Widocznie po to, abym miał głębsze przeżycia, tu mnie przytrzyma, tuż pod Afryką, mając nieomal w zasię­gu ręki Przylądek, tak jak w poczekalni u dentysty, kiedy człowiek zdecydował się iść i skończyć ze sprawą, musi czekać, aż przejdą starsi, a swoją sprawę odczuwać i karmić się utrapieniem. Jeżeli się boję Przylądka, mam się bać jak najdłużej. Do popołudnia dalej flauta, przy tym pochmurno, choć nie wilgotno. Słońca nie ma, nie mam ani jednej linii, nie mam kulminacji.

O północy, gdy ustawiałem coś na jachcie przy świetle lampy bezanmasztu, dostrzegłem w wodzie obfitość życia, jakby ryby przesuwały się leniwie koło jachtu, niektóre świeciły. Siatką z rufy wydobyłem cztery takie… co? Przeźroczyste rurki chropowate, szerszy koniec z otworem, długość do 20 cm, ф ok. 4 cm. Włożyłem je do wiaderka z wodą morską. W ciemnościach wiaderko świeciło.

Barometr idzie powoli w dół. O 12-tej w południe udało mi się złapać Słońce, niezachmurzone aż do 13-tej. Od wczoraj przez dzień nastawiam Rygą Południową Afrykę na 25 m. Sporo muzyki, czasem mówią po angielsku. Wieczorem od 18-tej przechodzę rygą na 31 m na BBC. Sygnałów czasu znów mam pod dostatkiem; nie wyciągam Spidoli.

O 15-tej ruszyliśmy nieśmiało na wietrze z SW. Przelot dobowy – nędzny, 22 mile, dziwne, bo z różnicy logu wychodzi 42 mile. Czyżby jacht szedł na W, gdy spałem?

Jestem w strefie wyżu południowoatlantyckiego. Nad punkcikiem mojej pozycji rozpościera się aż po samą górę mapy olbrzymi kolos Afryki. Ja się pcham pod nią, jakby pod nogę słonia, która mnie zmiażdży, wdusi do morza. Cape Town i Przylądek Dobrej Nadziei to jakby pazury tej olbrzymiej nogi słonia.

19.30. Przeszedłem na czas GMT +1 (na pierwszą wschodnią strefę czasową). Mój dzisiejszy dzień jest krótszy o godzinę. Cała doba zmarnowana, teraz wydaje się, że ruszamy, pod SW-tem idziemy bakszta­giem na wschód. Barometr pomału idzie w dół.

 

 

Dzień 95, 14 IX 79, piątek

Od pozycji w południe (Ø=37°38’S, λ=10°57’E) 420 mil do południka Agulhas (λ=20°E). Skromny przelot 82 mile, ale dobre i to po przedwczorajszej flaucie. Barometr za ostatnią dobę spadł 4,5 mb.

O 14-tej przywiało S 6°B, grot łopotał na wolnym liku, postanowiłem go zarefować. O 15-tej przystąpiłem do pracy po uprzedniej kompletnej zmianie wszystkiego na sobie. Wolę wleźć w wilgotną koszulę, gacie i dresy, aby potem, po pracy, przebrać się na sucho.

Gdy zarefowałem grota na dwa refy (znów te wątpliwości, jeden ref, czy dwa), puściło płótno rogu fałowe­go na przednim liku genui I, róg żagla osunął się o jakieś 20 cm i łopotał. Zrzuciłem genuę, zataskałem ją do kokpitu, wyniosłem kliwra I (a dzisiaj przeniosłem go z kokpitu do mesy) i postawiłem. Też zaczął mu się odwiązywać od kauszy róg fałowy, przywiązałem grubym juzingiem. Robota trwała 1 godzinę i 20 minut.

Jeszcze zęza, jeszcze dwa dekle na nawiewnikach rufowych, i do domu. Przebrałem się, ugotowałem herbaty, gorący kubek z sokiem wiśniowym od Wilusza smakował niczym z rumem.

Za cały dzień zjadłem puszkę filetów z makreli z chlebem. Zrobiłem generalne porządki w kambuzie, klar piękny, klar SZTORMOWY. Równie flaszki z naftą, dżemy w lewej hundkoi, rzeczy za listwą nad piwnica­mi, itp. Jestem na szerokości 37°38’S.

Dziś ubrałem pas przeciwreumatyczny otrzymany od Andrzeja i Izabeli Zamojskich. Oni chyba razem wchodzili do niego? Z pomocą agrafek leży dobrze. Do robót na pokładzie pas oczywiście też zdejmuję.

Zaczyna się podwójne życie, jako że mam podwójny czas na jachcie. Wg GMT robi się pozycje, prowadzi się „Dziennik chronometru”, a według strefowego sypia się i jada.

Odbieram na średnich po angielsku radio Johannesburg. Grają cały czas, mało co mówią. Karmiłem chlebem „mewińce”.

Przed południem i wieczór klarowałem wnętrze na sztormowo. Sklarowałem 38 tubek mleka. I znów sztorm, do 9°B. O 21.30 musiałem zrzucić kliwra I, postawiłem sztormkliwra III. Teraz, 23-cia, zastana­wiam się, czy nie niosę za dużo żagla.

Sztorm bajdewindowy, z SSE. Idziemy na wiatr. Czuję, że spycha nas na jakieś 80-75°. Oh, dear!

 

 

Dzień 96, 15 IX 79, sobota

Sztorm się wydmuchał w nocy, ale ja prawie nie spałem, choć byłem dobrej myśli i obmyśliłem co zrobię, jeżeli zepchnie mnie pod samą Afrykę. Po prostu zmienię hals i pójdę na SSW dla nabrania wysokości. Lecz byłem raczej zdania, że na przestrzeni tych 400 mil dzielących mnie od południka 20°E – Agulhas, dużo się zmieni.

Rano zabrałem się do naprawiania genui. Płótno było ściągnięte na przednim liku ponad 50 cm ze stalówki. Próbowałem to przesuwać pod pokładem w kierunku rogu fałowego – nie pójdzie. Zmarszczki były na całej długości przedniego liku. Wyciągnąłem genuę na pokład, róg halsowy przywiązałem do kosza rufowego, róg fałowy wytransportowałem aż na dziób i próbowałem ciągnąć za płótno. Jeszcze trochę dmuchało, genua łapała wiatr czym tylko mogła. Nic z tej roboty, trzeba by ciągnąć traktorem.

 

Wreszcie wpadłem na pomysł: po prostu postawiłem genuę na forsztagu, z tym, że fał przymocowałem do remizki na płótnie w rogu fałowym, a nie do stalówki. Żeby mi fał nie uciekł w wypadku, gdyby się remizka rozdarła z płótnem, fał przyszeklowałem dodatkowo do stalówki. I naciągnęła się. Zrzuciłem ją, remizkę dwiema szeklami przytwierdziłem do kauszy fału i genua pracuje.

Rozrefowałem grota. Po tej robocie, niewyspany, dosłownie słaniałem się na nogach. Wiatr osłabł do 2°. Jesteśmy prawie na równoleżniku 38°S. Jednak ostatnie sztormy nie zepchnęły nas, KD śr = 97,5°.

300 mil do Agulhas. Nie śpieszę się, nie podniecam się już. Do czego się śpieszyć, skoro nie wiem, na jakie tam trafię warunki? Sztormy? Widzę, że tutejsze sztormy są krótkie.

Nie wiem co jest, przebieg dobowy 115 mil, a z logu wynika 120. Gdzie ten przeciwny prąd? Czyżby prąd Agulhas, przeciwny, aż tutaj sięgał? Od dzisiejszej pozycji w kulminacji mam równo 60 mil do południka Szczecina (14°30’E).

19.30. – Do południka Szczecina 30 mil. Przetniemy go w nocy. Poczytam chwilę Wańkowicza i pójdę spać. Bez świateł, tu nikt nie chodzi. Świat się skończył gdzieś na 35°S.

 

 

Dzień 97, 16 IX 78, niedziela

Ledwie skończył się jeden sztorm, mamy już następny. Od samego rana, tym razem baksztagowy (pierw­szy w rejsie baksztagowy sztorm!), z Westu, 8°B. Zrzuciłem genuę, gdyż źle pracowała w pełnym bakszta­gu, na jej miejsce, na tylnym forsztagu postawiłem kliwra III. Też nie pracuje nadzwyczajnie, ale tak nie szarpie jak genua, gdy łapała wiatr. Bezan, oczywiście, pierwszy został zrzucony. Szybkość ok. 6 w.

Przekroczyliśmy 38°S, myślałem, że dużo więcej, tymczasem tylko o 5’. Ale największa niespodzianka i nie­wiadoma, to różnica między przebiegiem z obserwacji, a przebiegiem według logu. Ten ostatni wska­zuje 124 mile, a faktycznie jest 97. Dlaczego aż 27 mil różnicy na niekorzyść tu, gdzie istnieją prądy pomyślne między 0,5 a 1 węzłem? Tego nie rozumiem. No ale mam 4 linie, dwie przed kulminacją, jedną po. Stąd 220 mil do trawersu Agulhas.

Pracując rano przy zmianie sztaksli zobaczyłem małe stado delfinów, pierwsze na półkuli południowej; płynęły cały czas w zanurzeniu, nie wyskakiwały do zaczerpnięcia powietrza. Były krótko, może 5-10 mi­nut.

Słoik z 2/3 puszki golonki wpadł do kokpitu i rozbił się. Szkła wyrzuciłem za burtę, golonkę pozbie­ra­łem do garnka. Michał, gdy jeszcze stała genua, zrobił dwa razy rufę, człowiekowi też się to zdarza. Do pierw­szej wyskoczyłem w piżamie.

O 4-tej rano przecięliśmy południk Szczecina na szerokości 38°00’S. Od niepamiętnych czasów wszedłem na mapę drogową (nr 2095 – „Cape of Good Hope from Hondeklip Bay to Durban”). O 15-tej byłem już na niej, co prawda jeszcze poza lewym obrzeżem, na marginesie, u samego dołu. Przy tej okazji odkryłem, że Gdynia położona jest dokładnie na tym samym południku co Cape of Good Hope (Przylądek Dobrej Nadziei), 18°30’E.

Radio Five Johannesburg na średnich (740 kHz) gra cały dzień, a mówią po angielsku. Zresztą tylko reklamy, reszta music. O 17-tej skończyłem czytać Wańkowicza, na fotelu, na szerokości 38°S, 190 mil przed trawer­sem Agulhas.

O 18.00 GMT, czas pokładowy 19.00. Przechodzę na BBC na 31 m Rygą.

 

 

Dzień 98, 17 IX 79, poniedziałek

Dzień brzemienny w wydarzenia! W nocy nie spałem nic, woda za burtą czyniła niesamowity hałas. Zasną­łem tuż przed świtem.

Wiatr w nocy tak mnie wypchał na NE, a ponieważ sztorm sfolgował do 7, o 3-ciej rano przeszedłem do bajdewindu, co w kulminacji dało mi szerokość 38°08’S (kulminacji co prawda nie było, chmury, ale miałem szereg linii przed i jedną po).

O 8-mej postawiłem bezana, o 10-tej sztormkliwra III. Lecz o 14-tej trzeba było zarefować grota, jako że zaczął się następny sztorm.

O 14-tej zdjąłem banderę Okoniewskiego, a postawiłem służbową nr 2.

O 12.00 (GMT 11.00) przeciąłem południk Przylądka Dobrej Nadziei (18°30’S) i zarazem Gdyni. Odległość od Cape of Good Hope 227 mil.

Fala była duża, wiatr nieregularny, porywisty, Michał nie mógł sobie poradzić, nie mógł utrzymać ostrego baksztagu, tuż przy półwietrze, wypadał i wchodził w pełny baksztag. O 16-tej postanowiłem sterować ręczne, aż do rana, sterem wewnętrznym. Oh, dear! Po dwóch nieprzespanych nocach nie byłoby to łatwe.

W dzień: fale duże, dużo większe niż wycie wiatru wskazywałoby. Może ogłuchłem na wiatr? A może to dlatego, że idziemy baksztagiem, choć ostrym? Wiatr słychać w całej krasie dopiero przy wyostrzeniu do bajdewindu.

Siedząc przy sterze, w nocy fal nie widać, lecz od czasu do czasu jakaś potężna – tony wody, walą się na jacht, nie wiadomo skąd i dlaczego. To nie bałtycka fala, która spryska jacht – to masa wody.

Wiatr trochę zelżał, tak że o 22-giej z wielką ulgą oddałem ster Michałowi, który trzyma lepiej ode mnie, lecz często „wypada”. Wolę chodzić co parę chwil na rufę i ustawić go, niż siedzieć non stop przy kole.

O godz. 22-giej mam 23 mile do południka 20°E, czyli do trawersu przylądka Agulhas, do granicy między Atlantykiem a Indyjskim.

Nie wiem dlaczego, ale ten trawers Afryki odczuwam instynktownie jako cieśninę, choć cieśniną nie jest, ograniczoną od góry lądem i przeciwnym prądem Agulhas oraz Agulhas Bank, od południa zaś obszarem dzikich sztormów.

 

 

Dzień 99, 18 IX 79, wtorek Indyjski.

Znów nieprzespana noc. Poszedłem spać o 1-szej. Do 6.20 aż 8 razy trzeba było iść na rufę i ustawić Michała. Odpadał prawie do fordewindu, ja chciałem, żeby trzymał ostry baksztag. Nie wiem kto miał rację, może on? Dzisiaj okazało się, że zeszliśmy daleko na południe, aż na 39° równoleżnik (38°52,2’S).

Może poszliśmy za daleko, chodziło mi o plac na zawietrznej, gdyby mnie przydusił sztorm z południa. Nie szkodzi. Natomiast szokujący jest przebieg: 95 mil, a według logu 129. Gdzie się podziały 34 mile? Tu, gdzie mamy korzystny prąd? Nic z tego nie rozumiem.

Trawers przylądka Agulhas wypadł o 8-mej rano. A więc pierwszy z trzech przylądków mamy za sobą. Teraz chcę się tylko wydostać stąd, spod cienia Afryki. Czyli jeszcze 480 mil.

Fala nieproporcjonalnie duża do siły wiatru. Wiatr słaby, duży rozkołys z południa. Musiało tam dobrze sztormić. Boczna fala mocno kiwa jachtem na boki.

 

Lewa strona.

Ocean Atlantycki jacht przebył za 70 dni.
Południowy Atlantyk – 36 dni.

Cały Atlantyk – 7678 Mm.
Południowy Atlantyk – 4285 Mm.

 

 

Dzień 100, 19 IX 79, środa

Setny dzień w rejsie. Wyspałem się doskonale, poszedłem spać wcześniej, o 20-tej, ale dopiero za drugim zawrotem, o 21-szej, po zjedzeniu paru sucharów szalupowych z pasztetem (i zażyciem aspiryny Bayer – coś miałem jakby zabity nos), zastartowałem.

Rano zamieniłem kliwra III na genuę I, a kliwra III postawiłem na sztagu, szliśmy najpierw półwiatrem (S 3°B), wiatr skręcił na SE. Kliwer III w dół, a szliśmy ostro do wiatru i to KD=075°. Spycha nas mocno na północ.

13.30. – Tak, niestety, po ustaleniu pozycji okazało się, że nas zepchnęło sporo na północ, z 38°52,2’S na 38°26,6’S, tj. 25,6 mili. Przypomniałem sobie, że jak wstałem, jacht szedł na NE, kto wie jak długo? To nie tragedia, smuci mnie natomiast kiepski przebieg: 85 mil (według logu 98)

W kulminacji przyflauciło, polało i pojawił się przeciwny wiatr EbS, 6-7°B. Oh, dear! Zmiana halsu, idę na SSE. Widocznie taka jest wola Neptuna, przytrzymać mnie tu, w tym arcyniesympatycznym miejscu i pobawić się, poigrać sobie ze mną.

Jestem już na mapie Oceanu Indyjskiego nr 748A i halsuję na wiatr E, idę jakieś 150°. Jestem szczęśliwy, ale mam łzy w oczach. Tłumaczę sobie: zleciało 100 dni, zleci i 70, a wtedy – jako że będzie połowa rejsu, będzie można liczyć dni do końca.

Nie wiem ile świat ma końców, znam dwa: pod Hornem i tutaj, na styku Atlantyku z Indyjskim. A ten kurs prowadzący donikąd, przytrzymujący mnie na tym obszarze, działa przygnębiająco.

 

Lewa strona.

Jeden stopień długości na szerokości 37,5° ma 47 mil.

Od λ = 20°E po λ = 110°E: 90° x 47 = 4230 mil.

 

 

Dzień 101, 20 IX 79, czwartek

Czuję się jak po ciężkim sztormie, a przecież to nie był ciężki sztorm, tylko 8°B. Tak, ale – gdy się idzie na wiatr, forsując żagle – to był sztorm wschodni, przeciwny. Wieczór przy lampie Tilley dopisywałem parę zdań do paru listów, napisałem kartkę do Zygmunta Kościeleckiego, potem czytałem „Kozietulskiego”.

Jacht pracował ciężko, było 7°B i szliśmy ostro, 40° na wiatr. Poszedłem spać przed 22-gą, z dużym niepo­ko­jem w sercu, grot pracował niespokojnie. Nie mogłem wytrzymać, postanowiłem go zarefować i za­mie­rzałem wstać. Wtedy któryś z żagli zaczął mocno łopotać, myślałem, że to grot, że Michał wyostrzył za bardzo.

Okazało się, że genua rozpruła się na całą szerokość na górnym brycie. Była północ, gdy ją zrzuciłem, rozdarcie paskudne, nie tylko bryt, ale i wzdłuż stalówki, będzie parę dni szycia.

Zniosłem ją do kokpitu, postawiłem kliwra III, którego trzeba było przenieść ze sztagu na forsztag, jako że na sztagu nie może za ostro pracować, gdyż ociera o wanty wolnym likiem. Następnie zarefowałem grota na jeden ref. Wiatr tymczasem wzrósł do 8°B (wskaźnik pokazuje).

O 1-szej po północy znów wyszedłem z koi i zrzuciłem grota. Zostaliśmy pod sztormkliwrem i bezanem, szybkość marna, ale tu nie chodziło o drogę, tylko o sztormowanie na wiatr. Jacht człapał na SE kursem 140°.

Rano długo nie mogłem wstać, kilkakrotnie zbierałem się do wstawania i tyleż razy obracałem się na drugi bok i zasypiałem w ciepłej koi. Wiatr był w dalszym ciągu przeciwny EbN (trochę zmalał na sile, do 6°B), co nie mobilizowało do działania na „kursie donikąd”. Wreszcie sprężyłem się i zdecydowałem ostatecznie wyjść z koi, a była godzina 9.30 (GMT 8.30), gdy usłyszałem całkiem z bliska ryk syreny. Nim wyskoczyłem z koi, drugi ryk, gdy wychylałem się w zejściówce, trzeci ryk. Był to radziecki rybak rufowiec, który zwolnił do mojej szybkości i szedł równolegle na zawietrznej w odległości 80 m.

Nie wiedziałem co najpierw zrobić: ubrać się, byłem bowiem w piżamie, boso, czy nawiązać łączność. Postanowiłem nawiązać łączność. Na pół wychylony w zejściówce dałem im znak ręką, kręcenia koło ucha, rychło zorientowałem się, że nie znam jego nazwy i nie wiem jak go wołać. Wziąłem lornetę i znów wychyliłem się w zejściówce. „FIOLENT” – odczytałem napis na mostku naszym alfabecie. Przy lewej burcie stała grupka ludzi.

 

Wywołałem ich na kanale 16, za drugim razem odezwali się. Powiedziałem, że idę dookoła świata solo non stop i że wyszedłem z Gdyni 12 czerwca. Nie wiem, czy mnie zrozumieli,, mówiłem gorączkowo. Prosiłem o podanie pozycji Gdyni Radio.

– A jaką macie pozycję? zapytałem.

– 39°15’, 23°34’ – odpowiedział po chwili kapitan.

– Mam pocztę, czy nie moglibyście spuścić szalupę? Morze jest niespokojne…

Niespakoine! – odpowiedział kapitan.

Straciłem nadzieję na przekazanie poczty. Stan morza był 5°, trudno mieć za to żal do nich.

– Podajcie radiogram! – zaproponował kapitan.

W głowie zrobiło się pusto. Do kogo, co, jak? W jakich słowach opisać moje oderwanie od świata, jakie dobrać słowa, żeby mnie zrozumiał, ja mówiłem po polsku, on po rosyjsku, a rozmowa ta nie szła nam zbyt łatwo.

– Gdyni Radio proszę podać moją pozycję i że rejs przebiega pomyślnie, a za chwilę podyktuję radiogram do żony – odpowiedziałem.

„Jestem na Indyjskim. Brak łączności z Gdynia Radio. Jestem zdrowy. Myślę o Was. Do zobaczenia” – podyktowałem kapitanowi wraz z adresem.

Pisząc „myślę o Was” odczuwałem to jako „Tęsknię za Wami”, obawiałem się, że kapitan nie zrozumie słowa „tęsknie”. Dyktując ten fragment głos lekko mi się załamał. Sporo było trudności z adresem, gdyż kapitan wszystko brał za Gdynię.

– Przemyśl.

Gdynia, da?

– Nie, Przemyśl to jest miasto, na trasie do Lwowa – ugryzłem się w język, skąd ma znać takie szczegóły, kto wie, skąd on jest.

– A jaki jest wasz port? – zapytałem.

Kiercz – z kolei ja nie miałem pojęcia gdzie to leży, czy na Pacyfiku, Oceanie Arktycznym, czy Morzu Czarnym, ale nie pytałem o to, odczułem, że gdzieś bardzo daleko.

Pożegnaliśmy się serdecznie, życząc sobie nawzajem szczęśliwej drogi. Tymczasem ubrałem się i stanąłem na pokładzie z lornetą. „Fiolent” na pożegnanie zaryczał trzy razy syreną, ja machałem ręką, statek dał naprzód i powoli oddalił się.

Idą na północ, w kierunku Afryki – patrzyłem na kompas. – Idą może do domu.

Kto wie, rybak żyje ciągle poza domem, ich dom jest tak daleko jak i mój, a ich droga do domu może być jeszcze dłuższa, niż moja.

Potem postawiłem grota na jednym refie, tymczasem „Fiolent” roztapiał się w nicość na horyzoncie, aż znikł, pozostawiając tylko w moim sercu ślad wdzięczności i szczęścia.

Pokazało się Słońce. Nie miałem ochoty robić pozycji, przecież ją mam od rybaka. Gdy wyciągnąłem sekstant, ogarnął mnie niespodziewanie niepokój: a jeżeli moja pozycja będzie się bardzo różnić od jego i okaże się, że mam jakiś stały błąd w sekstancie?

Zrobiłem trzy linie co pół godziny. Okazało się, że w chwili spotkania mój apozycja różniła się od podanej przez niego o 7,6 mili w kierunku 110°. Czyli w porządku, różnica nieznaczna. On też nie robił pozycji w chwili spotkania, podał ostatnią, jaką miał. Poprzednim sprawdzianem pozycji była wyspa Santo Antão w archipe­la­gu Zielonego Przylądka, 50 dni temu. Ciekawe, że gdy spotkałem poprzednio statek „Gletczner”, nie przyszło mi do głowy spytać o pozycję, jako że nigdy nie miałem najmniejszych wątpliwości co do swojej.

Po tym spotkaniu czuję się znów rozbity, szczęśliwy, ale ze łzami w oczach. Jutro będą o mnie wiedzieć w Kraju. Niech tak będzie, niech co 50 dni spotykam statek, który poda do kraju wieści o mnie, niczego więcej nie pragnę. Eh, gdyby morze było spokojne, 2°, tyle cennej poczty poszło by do Polski.

Później obleciał mnie strach: więc po tych wodach ktoś jednak żegluje, a idąc w nocy bez świateł można zostać rozjechanym. Trzeba będzie świecić topowe, przynajmniej w godzinach, gdy śpię.

W atlasie znalazłem Kercz: nad Morzem Azowskim, bocznym Morza Czarnego.

Jutro zabiorę się do szycia genui, chciałbym, żeby wytrzymała pół trasy, nim wyciągnę nową. Barometr tymczasem szybko spada, 10 hektopaskali za 14 godzin, wiatr jęczy na linach, dzień zbliża się ku schyłkowi, szczęśliwy i smutny zarazem; szczęśliwy dlatego, że podałem swoim wieść o sobie, smutny, gdyż serce zawyło z tęsknoty za swoimi, tak ponuro i żałośnie, jak ten wiatr w żaglach na takielunku.

Nie chciałbym osiągnąć „czterdziestek” przed Australią. Lecz gdzie mam iść, skoro dmucha z Eastu? Pod brzegi Afryki? Za nic. Wolę iść w „czterdziestki”. W południe byłem na szerokości 39°20’S (λ = 23°45’E). 40 mil do równoleżnika „czterdzieści”.

Na marginesie dzisiejszego spotkania: nie przypuszczałem, że język rosyjski może być do czegoś potrzeb­ny, dzisiaj żałowałem, że nie nauczyłem się przynajmniej liczyć, wiedziałbym, że tridcat’ diewiat’ to trzy­dzieści dziewięć, a nie trzysta dziewięć, jak zrozumiałem, gdy podawał mi pozycję i włosy stanęły mi ma głowie. Żałuję, że nie nauczyłem się na pamięć kilku zdań po rosyjsku, a głównie, że jestem w rejsie dookoła świata solo non stop, że wyszedłem z Gdyni, itd. Zmieniłem czas na GMT +2, zresztą jestem już w drugiej strefie czasowej E, zmrok zapada teraz o 19-tej. Zapaliłem lampę, Beznadziejny „kurs donikąd” czyni mnie osowiałym, biorę się w garść, aby nie jęczeć. Idę pomału na SE, czekam na zmianę kierunku wiatru, wtedy znów dam batem po żaglach kursem na wschód.

 

C.d. po 37 latach (przy przepisywaniu „Dziennika osobistego”, 1 VI 2016 r.):

O spotkaniu na Indyjskim prasa polska, radio i TV milczały, napisały o tym tylko dwa dzienniki regionalne: katowicka „Trybuna Robotnicza” i rzeszowskie „Nowiny”. Po dłuższym czasie dowiedziałem się, że „Głos Szczeciński” podał tę informację. Kapitan „Fiolenta” informację o spotkaniu przesłał do Szczecin Radio, ale żadna gazeta centralna nie podała tej informacji. Przypadek? Wiele wskazuje na to, że ta informacja została celowo zablokowana. Przez kogo? Wiele wskazuje na to, że przez ówczesnego sekretarza gene­ral­nego PZŻ Stanisława Tołwińskiego. Ten rejs nie miał innego otwartego wroga.

 

Pomny tego, że na tym odludziu jednak chodzą statki, wyglądam przez zejściówkę, czy nie ma jakiegoś światła statku. Jest nów, pochmurno, ani jednej gwiazdy na niebie. Za burtą dół i góra zlewają się w jedną nieprzeniknioną czerń. Wiatr skomli smętnie w olinowaniu, czasem fala chlapnie na pokład, biała piana odkosu układa się wzdłuż burty. Jacht idzie jak po zagonach olbrzymiego kartofliska, wspi­nając się na skiby i wpadającego w bruzdy.

– To musi być przyjemnie, tak żeglować – usłyszę z wielu ust po powrocie.

– Oj musi być, musi! Nie ma innej rady.

 

Przygotowania do ciężkiego sztormu.

Mapa nr 2095 „Good Hope and adjacent coast from Hondeklip Bay to Durban” zawiera długą adnotację o przeważających sztormach na zewnątrz południowych wybrzeży Afryki i Agulhas Bank. Po ostrzeże­niach o ciężkich sztormach w tym rejonie, dodaje: „Jeżeli ciśnienie barometryczne w lecie spadnie do 999 mb, a w zimie do 1007 mb, należy spodziewać się złej pogody”.

Byłem spokojny o to, mój barometr ciągle bujał w okolicach 1020 mb, a najniższe ciśnienia nie spadały poniżej 1012. Dziś leci na zbity łeb, od 2-giej po północy z 1021 spadł za 14 godzin 10 mb. Jeszcze się tym nie przejmowałem; w nocy był sztorm 8°B, minął, wiatr słabnie, barometr – liczyłem – zatrzyma się, po czym pójdzie w górę.

Gdy o 22-giej podniosłem wzrok znad „Kozietulskiego”, zdumiałem się okrutnie: barometr wskazywał właśnie 1007 mb.

– Nie ma co, trzeba się przygotować!

Dmuchała trójka z NE, jacht wlókł się pod sztormkliwrem, grotem na 1 refie i bezanem z szybkością 2 węzłów na SE. Nie śpieszyło mi się w tym kierunku, toteż nie stawiałem więcej żagli, czekając na zmianę kierunku wiatru.

Zrzuciłem grota, założyłem mu drugi ref i zawiązałem go na bomie, sklarowanego do postawienia. Jaka różnica: poprzedniej nocy zakładałem pierwszy refy w sztormie 8, szamotałem się z wiatrem, teraz spokoj­nie, bez szarpania, zakładam drugi. Jeszcze mi się nie zdarzyło na morzu, żeby przy „trójce” refować grota na dwa refy, w dodatku zostawiłem go obłożonego na bomie.

Mało tego: nie zdarzyło mi się nigdy, żebym stawiał foka sztormowego w innych warunkach niż w dzikim sztormie. Dzisiaj postawiłem go na sztagu, jacht również pomału wlecze się pod sztorm kliwrem, fokiem sztormowym i bezanem. Na pokładzie wszystko sklarowane, szoty przygotowane na oba halsy, nawet wiaderko zostało usunięte pod dek.

Pod pokładem również wszystko sklarowane. W nocnym sztormie zbiła się trzecia szklanka, następną schowałem do pudełka w szafce, zbędne słoiki wyrzuciłem za burtę, odpływ zlewozmywaka zamknięty, śmieci wyrzucone, zęza wypompowana, minęła północ, barometr jest na 1005,5, ja czekam. Wiatr wzrósł do 4°B. Dochodzi pierwsza, nie dzieje się nic.

Poszedłem spać nastawiając budzik na dzwonienie co godzinę. Wstawałem, żeby zapisać stan barometru i popatrzeć na świat. Barometr spadał, nic się nie działo. Za to ja jestem niewyspany.

 

 

Dzień 102, 21 IX 79, piątek

Straszny sztorm jeszcze nie nadszedł, barometr dalej idzie w dół. O 15-tej był na 1000. Rano postawiłem grota na 1 refie, kliwra I i kliwra III. Idziemy 080°. Przekroczyłem 40°S, teraz wracam na cieplejsze szero­kości. Do szycia genui nie mogę się zabrać.

O 16.20 przeciąłem południk 25°E. Kiedy ten sztorm przyjdzie? Gdy depresja dojdzie do dna i zacznie się wypełniać? Trochę padało, teraz świeci Słońce.

Wieczór flauci, żagle tłuką się na martwej fali, trudno wytrzymać. Idę pod kliwrem I, pełnym grotem, no i bezanem, który nie wiele znaczy.

 

 

Dzień 103, 22 IX 79, sobota

Za to barometr szedł dalej w dół. O 21.30 było 990 mb, zanotowałem to w „Dzienniku” z wykrzyknikiem. Po 22-giej poszedłem spać, wiatr skręcił na N, szliśmy pełnym bajdewindem, żaglami nie tłukło. Zasną­łem szybko.

Nie na długo, wiatr wzmagał na sile. O 2.45 zrzuciłem grota. Wróciłem do koi. Zagrzałem się. O 3.30 łopot i szarpanie kliwra, myślałem ze samoster wyostrzył, tymczasem kliwer I fruwał w powietrzu, odpięły się wszystkie bez wyjątku raksy. Nie miałem czasu ubrać się porządnie, kliwer czynił piekło. Na gołe ciało ubrałem mokre dresy, wskoczyłem w buty i w czapeczce wełnianej wyskoczyłem, aby go zrzucić.

Oczywiście poszedł do wody, róg fałowy pływał, z fałem koło kokpitu. Fala chlusnęła raz na mnie, zawyłem, z grubsza wydobyłem z wody przednią część żagla i przywiązałem do topwanty. Fala zalała mnie drugi raz. Woda jest potwornie zimna. Nie, w tych warunkach nie dam rady pracować. Wskoczyłem pod dek i ubra­łem sztormiak na mokry dres oraz zydwestkę. Ukończyłem klarowanie kliwra, zniosłem go pod dek. Gdy to skończyłem – była 4.30 – zrzuciłem bezana. Fał kliwra przywiązałem do knagi w kokpicie.

Rano dmuchało już 10°B. Wstałem, ubrałem sztormiak, ustawiłem samoster na pełny baksztag, wiatr bowiem skręcał na NW; fał przeniosłem na dziób i zamocowałem szeklą pod masztem.

Wróciłem do koi. Pokazało się Słońce, nim się wygrzebałem, jako tako opatuliłem i wybiegłem z sekstan­tem, zaszło za chmury; zdążyło mnie natomiast zalać z sekstantem. Oczywiście wziąłem sekstant nr 1.

Wróciłem do koi. Po dłuższej chwili znów pokazało się Słońce, tym razem zrobiłem bardzo przybliżoną linię ze względu na dużą falę. Kulminacja też jako tako i jeszcze jedna linia po kulminacji. Pozycję mam jako taką. To nie żegluga, to walka o przetrwanie.

15.00 – było 8°B. Nagle, jak jastrząb z nieba, spadł szkwał 11°B, wskazówka wiatromierza wychyliła się do końca. Równocześnie deszcz, ryk, wycie. Jacht no dobitkę wyostrzył. Szybko narzuciłem sztormiak, wyłączyłem samoster i przełączyłem na koło wewnętrzne. Jacht niemal leży na wodzie. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem w tym rejsie. Po pół godzinie przeszło, włączyłem samoster.

Nie na długo; zdjąłem sztormiak i zapisałem powyższe linie, uderzyło znów 11°, znów deszcz, ryk, gwizd, pył na falach. Błyskawicznie ubrałem sztormiak i wyłączyłem samoster, chwilę sterowałem z wewnątrz, aż szkwał przeszedł. Teraz, do sztormiaka, na stałe nałożyłem spodnie, które najwięcej czasu wymagają do ubrania.

16.00. Barometr 983! Czy to już dno? Ten przedostatni dzień zimy jest najtrudniejszy. Nie chcę iść „czter­dziest­kami”. Co z tego, że tu sztormy są pomyślnego kierunku? Teraz taki mam i pod jednym małym sztorm­kliwrem wlokę się 4 w., dopiero gdy przydmucha 8 szybkość wzrasta do 5,5. Nic więcej nie mogę postawić. Właśnie zaraz po obiedzie zacząłem się ubierać, żeby postawić kliwra I i grota na jednym refie, gdy przyszedł ten dziki szkwał 11°B. Nadchodzi tak szybko, tak niespodziewanie, w jednej minucie na świecie robi się piekło. Nie mogę w tej sytuacji nieść więcej żagla.

Ta sytuacja nie jest normalna, taki katastrofalny spadek barometru nie wróży nic dobrego, prawdziwego sztormu należy dopiero oczekiwać, gdy barometr osiągnie dno i ruszy do góry, gdy depresja zacznie się wypełniać. Ciekawy jestem, ile to dni potrwa, im bowiem szybciej wypełni się, tym gwałtowniejszy będzie sztorm. W tym wszystkim pociesza mnie tylko to, że sztormując idę swoim kursem, powoli, ale idę w kierunku domu. Idę na skos, na ENE, na cieplejsze szerokości. Zobaczę, może się ustawię na 36°S? Jutro kończy się zima, ale przecież to nie przyniesie natychmiastowego rozwiązania ciężkiej sytuacji.

Dziś po raz pierwszy w rejsie spuściłem banderę do bomu, bałem się, że mi wyłamie sztycę na bezanmaszcie.

 

 

Dzień 104, 23 IX 79, niedziela

Sterowałem ręcznie 24 godziny, od 15-tej do 15-tej.

Sztorm, który o 18-tej osiągnął 12°B, skończył się. O 17-tej wczoraj barometr doszedł do 982, dziś o 17-tej był już na 1002 i dalej rośnie. Ostatni dzień zimy, deklinacja Słońca = 0. Idę spać.

 

 

Dzień 105, 24 IX 79, poniedziałek

Przed północą awaria samosteru, przetarła się linka samosteru. Groziło mi siedzenie przy kółku drugą noc. Podwiązałem. Po jakimś czasie rozwiązała się, przywiązałem lepiej. W nocy wielokrotnie wychodzi­łem ustawiać samoster, który ostrzył i kręcił do Afryki.

Rano spiętrzenie prac. Wymieniłem linkę samosteru. Chciałem postawić grota, okazało się, że brak jednej listwy. Zrobiłem listwę, okazało się, że tamta wypadła, bo kieszeń rozpruła się przy liku. Zaszyłem. Okazało się, że wypruło się 10 cm brytu, na górze (przetarcie). Zaszyłem. Postawiłem grota.

Tymczasem zrobiłem dwie linie. Zbliżała się godzina kulminacji. Zrobiłem kulminację. Pompowanie zęzy. Obliczyłem pozycję. Bez jedzenia. Osłabłem. Obiad z golonki i ziemniaków purée nie przywrócił sił. Czuję się przygnębiony.

Zmieniłem hals, idę kursem 100°, lecz wieczór wiatr zdycha i spadamy do 3 w. Co jakiś czas jakaś samotna fala uderza w jacht, przechodzi nad nim. Jedna wpadła do środka przez na chwilę otwartą suwklapę i zalała fotel.

W radio na średnich ucichła Południowa Afryka (RPA), odbieram Mozambik po portugalsku.

Nie mam rąk do pracy, pokaleczone, podrapane, bolą, krwawią. Hemostin nie poradzi; przyklejam plaster koło plastra.

 

 

Dzień 106, 25 IX 79, wtorek

04.00. – Pierwsze 10.000 mil w rejsie. Średnia dobowa 94,5 Mm/dobę. Wyspałem się dobrze, Michał trzymał kurs. Dzień pracowity, a i tak nie zrobiłem tego, co zaplanowałem. O 8-mej postawiłem bezana. Dzień był słoneczny i ciepły, tak jak powinien wyglądać wiosenny dzień. Wyniosłem i rozwiesiłem mokrą i wilgotną odzież do suszenia. Popadał deszcz, zmoczył ją, następnie Słońce znowu wysuszyło.

No grocie dostrzegłem rozprucia górnych brytów, w miejscach gdzie żagiel dotyka takielunku przy pełnych wiatrach. Flauciło, skorzystałem, aby zrzucić grota i zaszyć te dwa rozprucia. Podszyłem wylot jednej kieszeni, uzupełniłem listwy i postawiłem grota. Po tym pozycję i kulminację.

Po południu ładowanie akumulatorów. Z trudem uruchomiłem agregat, po odpowietrzeniu go, choć pęcherzy powietrza nie było widać. W ostatnich promieniach Słońca postawiłem kliwra I. Idziemy półwiatrem na E, wiatr N 4°B. OK. Dziś strzelę koktajl, do obiadu miałem kubek wina (szklanek już nie mam, ostatnią zbił sztorm 22 b.m.).

23.00. – Wiatr N 6-7°B. Idziemy. Wypiłem dwa koktajle, dopisałem parę zdań do kilku listów, kartkę do Andrzeja Betki („U Was pewnie jesień już nastała”). Idziemy swoim kursem E. Ubrałem sztormiak, bo mnie coś niepokoiło. Nic się nie działo, tak trzeba iść, 7 węzłów to OK, nie ma refowania ani zrzucania czegokolwiek na SWOIM KURSIE!!!

Najpiękniejszy widok, w który najbardziej lubię patrzeć, to mapa z naniesionymi krótkimi kreseczkami przebiegów dobowych. Kreślone pracowicie, z pietyzmem i przejęciem, zaprowadzą mnie wreszcie do kraju mojego, do domu, do swoich. Choć mam ich jeszcze więcej przed sobą niż za sobą, przecież widzę, że ich przybywa, tych kreseczek; zmieniam mapy, wyszedłem z Atlantyku, a kreseczki cierpliwie, pomału, dokładają się jedna do drugiej, czasem zygzakują, ale trzymają kierunek uporczywie; gdy sztorm lub przeciwny wiatr wypchnie je, odrzuci w prawo lub w lewo, wracają na kurs, i prą, prą, ciągle do przodu, aż skończą się w Gdyni.

Wypiłem pół szklaneczki rumu Polar, a na dnie flaszki zostało najwyżej na jeden kieliszek. Kto dał mi tę butelkę? To coś fantastycznego, uścisnę przyjaciela.

 

C. d. po rejsie: dowiedziałem się, że tym przyjacielem był Kazek Śmigielski.

 

 

Dzień 107, 26 IX 79, środa

Dzień wczorajszy był tak piękny, wiosenny, iż byłem przekonany, że noc zleci spokojnie. Na Indyjskim słowo „spokój” nie ma użytku, bo to jest Dziki Ocean. Po 1-szej zerwała się burza z błyskawicami, przeszedł szkwał 10°B. Wstałem ze smacznego snu, na gołe, ciepłe ciało ubrałem tylko dresy, buty, na to sztormiak. Zrzuciłem grota. Żadnej ulgi. Zrzuciłem kliwra I, dalej szalony pęd jachtu. Jednak zostałem pod sztormkliwrem i bezanem, szkwał zelżał. Przed 3-cią znów wstawałem, samoster miał problemy. Linka się naciągnęła, trzeba było wybrać luz. Na topie świeciłem od północy do 5-tej. Gdy wstałem rano jacht szedł kursem N. Wiatr N poszedł na SW, a jacht za nim. Postawiłem grota, idziemy znów swoim kursem. Pomału, ale w żeglarstwie nie szybkość jest najważniejszym elementem, tylko kurs.

W nocy wymyśliłem (wymarzyłem) ciekawą sytuację (z dziewczyną): stoję w Gdyni przy kei, zrywa się ulewny deszcz, dziewczyna pędzi, deszcz się wzmaga, zapraszam ją na jacht. Wpada zdyszana, lecz już przemokła. Włączam grzejnik, zdejmuję mokre szatki, suszę, dziewczynie do koi podaję gorącej herbaty. Okazuje się, że ja też zmokłem przechodząc ze Stali, gdzie się prażyłem w saunie, do jachtu, i też muszę się przebrać… i rozgrzać w koi. Mała nie protestuje, przecież widzi, jaka jest sytuacja. A o pokład jachtu i nad nadbudówkę wali huraganowy deszcz, wiatr wyje, błyskawice rozdzierają niebiosa. Nam jest dobrze…

20.00. – Zleciał dzień pogodny, słoneczny i ciepły, słabe wiatry. Teraz wyraźnie flauci. Co będzie w nocy? Czy tak ma być, czy też jestem za wysoko, na 37°S, a należałoby zejść do „czterdziestek”? Nie, nie flauci, idziemy prawie 4 w.

 

 

Dzień 108, 27 IX 79, czwartek

Na Indyjskim wszystkie zmiany i niespodzianki zachodzą w nocy. Spałem snem człowieka sprawiedliwego, nie wiem co wyrwało mnie po 2-giej ze snu. Wstałem i zobaczyłem, że jacht idzie na S. Wiatr skręcił na NW. Zrobiłem zwrot. Potem wielokrotnie wstawałem, żeby skorygować samoster, który ciągle ostrzył. Wiatr tężał. O 4-tej zrozumiałem, że Michał jest bezradny, wyłączyłem go włączając ster wewnętrzny. Mam tylko dwie drogi: jedną naprzód, drugą w dół, na dno.

Piękny wschód Słońca o 05.10 dał mi cp = –20° (całkowitą poprawkę). Wiatr wzrósł do siły sztormu 8°B. O 5.30 zrzuciłem kliwra III i I, gdyż w baksztagu więcej się szarpały niż pracowały. Oberwałem trochę od fali, ale nie przemokłem.

Co któraś fala jest nieproporcjonalnie duża w stosunku do siły wiatru. Właśnie widziałem taką nad sobą, spadającą z lewego baksztagu, pomyślałem, czy aby nie będzie wywrotki, gdyż fala była agresywna, groźna. Jacht wyłożyło na prawą burtę, strat i uszkodzeń nie było żadnych. Siusiu do puszek po soku porzeczkowym, kupkę do puszki po sucharach, gwałtowny przechył wytrącił mi, ech, fe!

Śniadanie, herbata i suchary szalupowe z szynką, potem kawa. O 10.20 wiatr zelżał do 6°B, włączyłem samoster. Zrobiłem linię sekstantem nr 1, a kulminacje – nr 2. Wyszła mi pozycja i przebieg 230 mil, ogarnęło mnie przerażenie. Dopiero następne dwie linie sekstantem nr 2 dały właściwą pozycję i przebieg, również zdumiewający, bo aż 168 mil. Bóg zapłać, ale to nie moja zasługa.

Na stole mam złożoną na pół generalkę oceanu Indyjskiego. Od dzisiejszej pozycji do zagięcia mam 36 cm, a od zagięcia do przylądka Leeuwin 62 cm (dzisiejszy przebieg wynosił 4,5 cm)

 

 

Dzień 109, 28 IX 79, piątek

Wczoraj wieczór pisałem list do p. Olszewskiej, w nocy spałem świetnie, ani razu nie wychodziłem na pokład, kilka razy tylko, na dzwonek budzika, sprawdzałem kurs. Jacht idzie spokojnie pod grotem i bezanem, bez sztaksli, które w baksztagu tylko tłuką.

Przebieg 133 mile (z gruźliczego Słońca zza chmur). Makrelka z puszki na śniadanie, na zewnątrz pochmur­no i szaro, mży. 6-tka z NW, z baksztagu. Na dworze 13°, pod dekiem 20. Gra radio Mozambik (aria Nadira z „Poławiaczy pereł”, na przemian z murzyńskimi rytmami). Nie chce mi się nic robić.

Zmienię czas, od wczoraj jestem przecież w 3-ciej strefie czasowej E. Nie będzie godziny 14-tej: po 13-tej – 15-ta. Wczoraj chciałem pisać do „Życia Przemyskiego” rozdział o Morzu Północnym. Zginął mi skoroszyt nr 1. Szukałem wszędzie, nie ma. Co za czary?

 

 

Dzień 110, 29 IX 79, sobota

Dzień zapowiadał się słoneczny. Wiatr skręcił na N, więc postawiłem kliwra I, jako że teraz szliśmy w półwietrze. Rozdmuchało się solidnie, o 12-tej musiałem zrzucić grota, a nawet biłem się z myślami, czyby nie zamienić kliwra I na III. W końcu trzeba iść, a nie marudzić!

Wiatr stężał do 8°B, przyszedł deszcz. To chyba przejście frontu, barometr spada. Przetrzymałem. Desperackie szukanie skoroszytu nr 1. Opróżniłem cała szafkę pod radiostacją – nie ma. Podejrzewałem, że po ostatnim sztormie (12°B), gdy wyrzuciłem za burtę parę przemoczonych gazet, mógł się wśród nich znaleźć przemoczony skoroszyt. Wtedy dostrzegłem coś w szafce: mój skoroszyt! Teraz będę go trzymał w szufladzie nawigacyjnej.

13.30. – Sytuacja nie jest wyjaśniona, barometr idzie dalej w dół, wiatr po krótkim odpoczynku wzmaga się.

16.00. – Barometr spadł do 1007. Postanowiłem zamienić kliwra I na III. Postawiłem najpierw kliwra III i… czy wiatr nieco zelżał? czy kliwer III odciążył częściowo kliwra I, dość że jacht idzie jakby nieco spokojniej. Na razie zostawiłem oba sztaksle. Barometr 1006.

18.00. – Barometr 1004.

19.00. – Wiatr 9°B. Nie wytrzymałem nerwowo i choć szkoda mi było szybkości 7-8 w., zrzuciłem kliwra I (po zmroku). Teraz herbata z kapką spirytusu. Jacht idzie ze dwa węzły wolniej, ale bezpieczniej. Cóż znaczy 20 albo 30 mil wobec ponad 20 tysięcy czekających na mnie? Piano, piano si va lontano!

22.30. – Madagaskar przepięknie gra, sporo tangos argentinos. Trzecia herbata zakrapiana, napisałem do Adama. Na zagrychę boczek w południe gotowany, teraz podsmażany, z sucharami.

Dwa razy wychodziłem w sztormiaku na rufę, żeby ustawić Michała, te złe fale wybijały go z pantałyku i ostrzył. Szparka uchylona jest w suwklapie, a często fala przechodzi górą, nie zawsze przez suwklapę, ale czasem, wtedy wlewa się woda do środka. Ale lampa musi mieć odpływ spalin,, inaczej bym się zatruł. Barometr spadł do 1000. Czy to już koniec?

Samoster znów się rozkalibrował, znów ubieranie sztormiaka i wychodzenie. Linka znów luźna, naciąg­nię­ta jak sflaczała guma. Okręcając ją wokół pręta, diabli mnie brali, gdy myślałem o inżynierach Stoczni.
Szef produkcji Ostrowski: „Zabraniam, nie pozwalam”.
Pelcer: „Na co ci to?”
Tarnacki: „O, k…, zaczyna się”.
Graczyk: „Szef nie pozwala”.
Liskiewicz – wiecznie nieobecny.

Teraz was, każdego oddzielnie i po kolei, chciałbym tu widzieć. Nie mam kawałka tej liny nierozciągliwej, nie mam ani jednego małego ściągacza typu sztormrelingowego, aby go założyć na lince i wybierać luzy.

O mojej 23-ciej, czyli 20.00 GMT Madagaskar odegrał Marsyliankę i zamilkł.

Na środkowym palcu prawej ręki, od strony serdecznego, mam ranę zakażoną. Od dłuższego czasu trwa, wytworzyła się ropa, boli. Idę spać.

 

 

Dzień 111, 30 IX 79, niedziela

Ocean się uspokoił, rano postawiłem kliwra I, potem grota. Szliśmy pięknie swoim kursem, dzień pogodny choć chłodny, Lecz po południu wiatr osłabł. Teraz, wieczór, flauci. Półksiężyc w zenicie niczym lampa rtę­cio­wa zawieszona nade mną, oświetla czarną taflę oceanu.

W południe wołałem Gdynię Radio, bez skutku. Wieczór również bez skutku. Radio Madagaskar gra. Stoimy, flauta. Chce mi się spać, ale nie chce mi się iść do koi. Pisałbym do kogoś, tylko nie wiem do kogo i co.

 

 

Dzień 112, 1 X 79, poniedziałek

Całą noc słaby wiatr, samoster nie mógł utrzymać kursu, wyłączyłem go wieczór o 22-giej i włączyłem ster wewnętrzny, na którym jacht szedł SN (samosterowność naturalna). Zdarzyło się co prawda, że dwa razy zrobił zwrot, wstawałem, nastawiałem z powrotem na kurs. O 5-tej rano dmuchało 3°NNE, włączyłem samoster. Po południu wiatr przybrał na sile, a szliśmy pełnym bajdewindem, do pół wiatru. Wanty bezana zdarły mi z głowy drugą czapeczkę, kupioną w Gdyni, którą używałem jako szlafmycy. Poszła do wody.

O 14.40 zrzuciłem grota. Miałem szczere chęci zabrania się do szycia genui, wniosłem ją z kokpitu do środka, ale przy takim przechyle… Położyłem się do koi na krótki sen.

Czułem się przygnębiony, jacht szedł za wolno, jakieś 4 węzły. Postawiłem grota na 1 refie, trochę mi ulżyło. Madagaskar zostaje za trawersem, za tydzień przestanę ich odbierać, po Australię nie będę miał nic regionalnego. Prażenie sylicagelu. Chciałem pisać dla „Życia”, nic mi się nie chce, tylko Zońce dopisałem trochę do listu.

 

 

Dzień 113, 2 X 79, wtorek

Jacht szedł równo przez całą noc. Dwukrotnie wstawałem z zamiarem skorygowania samosteru, wyda­wa­ło mi się bowiem, że odpadł. Lecz rzut oka na kompas uspokajał mnie co do kursu i wracałem do koi. Zwlokłem się o 9-tej. Po śniadaniu zza zwałów chmur zaczęło na krótko, na parę sekund, pokazywać się Słońce. Zrobiłem linię. Przed kulminacją zabawa w chowanego ze Słońcem. Zrobiłem kilka linii blisko siebie.

I oto o mało bym się nie zabił, w najlepszym wypadku połamał sekstant nr 2 albo złamał rękę. Stałem pod zejściówką z gotowym sekstantem, gdyby odsłoniło się Słońce, a było parę minut do kulminacji. Gdy zamierzałem wyjść i stanąć w zejściówce, niespodziewany gwałtowny przechył jachtu rzucił mnie na prawą burtę, uderzenie wziąłem na prawą rękę, wyrżnąłem głową o prawy handreling i spadałem w pasaż między silnikiem a piwnicami. Sekstant był cały, ledwie jedną łapką uderzyłem lekko o bulaj, Ale ręka, myślałem, złamana. Na szczęście oprócz bólu innych konsekwencji nie było.

Po kulminacji, której nie miałem, ale pozycję mam: piękny jest ten świat! No pewne – 160 mil przebiegu dobowego, jak nie ma być piękny? Mimo, że pochmurno, ponuro, ocean szaro-beżowy, brudny mglistymi chmurami, ale jacht idzie żwawo swoim kursem, ostrym baksztagiem – półwiatrem. Chciałem zdjąć ten jeden ref z grota, ale się powstrzymałem. Muszę to zresztą robić co jakiś czas, gdyż przychodzi mi chęć rozrefowania.

– Po co? Pół węzła więcej? Jacht idzie równo, nie wykłada się za często, siedź na d. jak ci dobrze. Log na osłabionych bateriach wskazuje tylko 4, ale idziemy 6 węzłów.

Piękne dni w rejsie to nie te, w których świeci Słońce, jest ciepło i wiatr ulgowy; piękne dni to te, kiedy przebieg dobowy jest piękny. Lubię te dni kiedy jacht pędzi do przodu swoim kursem z szybkością 6-7 węzłów, choćby było pochmurno, ponuro, ocean szary, horyzont zamglony, a nie te, kiedy Słońce radośnie rozświetla ocean nadając mu pięknej ciemno-niebieskiej barwy, lecz jacht idzie pomału lub nie swoim kursem.

O 13-tej nie mogłem wytrzymać; ubrałem sztormiak i wyszedłem na dek z zamiarem rozrefowania grota. Fala jednak jest, białe grzywacze znaczą gęsto szarzyznę oceanu. Człowiek głuchnie na wiatr, ślepnie na szybkość, zmysły tępieją, wydaje się, że wiatr jest słaby, szybkość za mała.

– Masz wątpliwość, czy stawiać żagiel, czy nie, nie stawiaj! – i zawróciłem pod dek.

A jednak o 14.30 postawiłem… kliwra III, ale co do niego nie miałem wątpliwości. Na generalce świata (Time Zone Chart nr 5006) wyrysowałem trasę od 9 VII po 1 X, oczywiście pozycje co 5 dni. Na tej mapie można ogarnąć jednym spojrzeniem cały świat, tu widzę Polskę z każdego położenia.

Wieczór, przy lampie, zaprowadziłem nowy zeszyt kulminacji, tamten mi się rozsypywał. Zagotowałem kawę inka. Kubek tej kawy stał oparty o listwę na stole w kambuzie. Fala uderzyła w jacht, kubek z kawą frunął do zlewozmywaka.

Tu życie jest ciągle niespokojne, napięte nerwy, czułe na każdy silniejszy, czy inny podmuch. Teraz przywiewa.

19.10 (GMT 15.10). 11.000 Mm = 1/3 TRASY.

 

 

Dzień 114, 3 X 79, środa

Sztormu w nocy nie było, a czuję się rozbity jak po ciężkim sztormie. Do 2-giej nie zasnąłem. Następny budzik o 4-tej wyrwał mnie z zaczętego snu. Zasnąłem ponownie, lecz o 5-tej musiałem wstać, na pokładzie piekło, wszystko się tłukło. Wiatr osłabł, a przy tym skręcił na WNW. Koło południa na W. „Bodaj cię skazano na kursy fordewindowe!” – to bardzo źle komuś życzyć.

A przy tym to utrapione kiwanie, głębokie przechyły na obie burty, trudno się poruszać, leżeć, siedzieć, cokolwiek robić. Przy słabym wietrze Michał „chadza” po morzu, 30° w jedną, tyleż w drugą stronę.

– Mam dość tej żeglugi! – zakląłem w pasji.

Z koi wstaję zgrzany, mokry własnym potem i wilgocią pościeli, natychmiast przenikliwy chłód obejmuje plecy, barki, całe ciało. Prawy bark boli od wczorajszego uderzenia.

– Jeżeli ma się dość żeglugi, to tu, na środku Oceanu Indyjskiego jedyne rozwiązanie to podwiesić sobie kotwicę do szyi i cisnąć się za burtę – spokojnie wyjaśniło któreś tam „ja”, to od spokojnego myślenia.

– Ile by się człowiek męczył? Parę sekund! – zastanowiło się inne „ja”, to od zastanawiania się.

Sklinam, okropnie sklinam. Sklinam ocean, wymyślam mu od zacofanych, dzikich, niekulturalnych, bez ogłady. Wyjaśniam mu z pasją, że ja europejczyk, żeby się odchrzani ode mnie. Sklinam na Michała, na szoty, na żagle, na każdą rzecz, która mi staje w poprzek. A wszystko staje mi w poprzek, wszystko zacho­wuje się tak jak koza Mamy w Radziszowie, na przekór, na złość, aby dokuczyć, utrudnić, przeszkadzać! Tylko na jacht, na Balti, nigdy nie sklinam i nie podnoszę głosu.

Sklinam z pasją na całe gardło, używając pełnego, wzmocnionego o rozpaczliwe wykrzykniki słownika. Ja, który chciałem wyplenić plugawe słowa z pokładu. Czasem i mnie się oberwie, dostanie dosadny epitet. TU SIĘ SKLINA, ALBO SIĘ PŁACZE.

Mógłby być dzisiaj piękny przebieg, jak wczoraj, rzędu 160 mil, tymczasem od 5-tej rano to strata czasu, no i wyszło 119 mil. Dobre i to co prawda, ale mogło być lepiej. W południe uzmysłowiłem sobie, że warto wykorzystać to Słońce do suszenia; wyniosłem, porozwieszałem i porozścielałem na pokładzie koce, odzież, materace, sztormiaki, buty. Z koperty prześcieradła zrobiłem balon, który „ciągnie”.

Wczoraj w kulminacji byłem na 37°S, dzisiaj na 36°40’ Dlaczego? Myślę, że mógłbym się był utrzymać na kursie E. Wszelako to niewielka strata, idąc na E byłbym tylko 3 mile dalej (KD śr = 079°)

Tymczasem do rozstroju doprowadza mnie łomot grota i bezana na przechyłach przy fordewindzie, choć bomy są na kontraszotach, lecz płótno strzela na obie strony. Sztaksle zrzuciłem o 5-tej rano.

Jacht przeszedł bardzo blisko dwóch siedzących na wodzie albatrosów. Ależ to wielkie ptaszyska, jak struś. Natomiast inne, za rufą, siedząc stadem na wodzie, ćwierkały, wydając krótkie, szybkie „cir-cir-cir-cir”. Zaczynam mieć tego Indyjskiego po wyżej uszu… Uprzykrzony kurs. Nic tak nie obrzydza życia jak kurs fordewindowy.

Dziś na pokładzie, rozwieszając łachy do suszenia, ryczałem na cały głos: „Gdzie jest mój dom jedyny, gdzie jest mój dom szczęśliwy?”

I wreszcie, w tym uprzykrzonym gruźliczym, słabym fordewindzie, radosny okrzyk! Myślałem, że piję ostatnią flaszkę wina, nie licząc skrzynki z kilkunastoma butelkami, które przeznaczam na tropiki w drodze przez Atlantyk, których nie wolno tknąć. Korzystając z tego, że pościel i materace są na deku, podniosłem deski koi, aby zobaczyć, czy nie ma tam nic. I oto znalazło się jeszcze 8 flaszek Pinot Noir, które jest lepsze od Gamzy. Nie mogę mówić, że nie mam szczęścia!

Do nowego skoroszytu, w którym prowadzę dziennik chronometru, pozycje i kulminacje Słońca, zacząłem przepisywać wszystko ze starego zeszytu, który się rozpadał. Od dzisiaj prowadzę na bieżąco, zaległości będą przepisywane stopniowo. Robię to mozolnie, a jacht co chwila, po pół minuty żeglugi spokojnej, wydziwia, wpada w rezonans z durnymi falami, kiwa na boki coraz bardziej, łomocząc przy tym żaglami.

Nie wytrzymałem, porwałem rakietnicę i paczkę rakiet, nożem rozprułem ją i wybiegłem na pokład, żeby wystrzelać aż do uspokojenia nerwów. Odpaliłem jedną białą flarę w górę, zapaliła jak drugie Słońce, ale rakietnica tak mnie kopnęła, że ręka mi zdrętwiała i na tej jednej poprzestałem.

Zabrałem się do roboty. Po chwili to samo, fala podbiła jacht i rogiem ekierki rozdarłem kartkę. Ten Ocean Indyjski doprowadza mnie do pasji, wykańcza mnie nerwowo, rozsadzę go, rozwalę, rozstrzelam. Znów porwałem rakietnicę z obłędem w oczach i z paczkę rakiet wybiegłem na dek. Wymierzyłem w fale i wystrzeliłem. Rakieta odbiła się o falę jak kaczka rzucona kamieniem, zadymiła, wzbiła się i wpadła w następną falę.

– Do licha ze mną! Czy powariowałem? – pomyślałem. – Czy tak ma wyglądać moja teoria współżycia z morzem?

 

 

Dzień 115, 4 X 79, czwartek

Noce są straszne, Najpierw nie mogę zasnąć. Budzik dzwoni o 24-tej, następnie o 2-giej. Nie śpię. Gdy dzwoni o 4-tej, zdążyłem zasnąć. O 8-mej postawiłem kliwra I, wiatr skręcił na SSW, idziemy ostrym baksztagiem.

Zimno, czuć mroźny wiatr spod Antarktydy. Jest +10°C. W ciągu dnia trzykrotnie próbowałem przespać się, skokami. Chodzę apatyczny, niewyspany, bez ochoty do żadnej pracy. Gdybym na kolanach szybciej doszedł, szedłbym na kolanach do Polski.

Otworzyłem flaszkę spirytusu, przydział na październik. Zdjęcia zawierające zatrute wspomnienia – 4 paź­dziernika – wyrzuciłem do morza. Księżyc w pełni jeszcze za dnia świeci wysoko. Ostatnia noc była jasna, jak księżycowy dzień. Deklinacja Księżyca wynosi już –35°.

Nie chcę myśleć o tym, że to jeszcze tyle miesięcy do kraju, dwa razy tyle drogi, ile było dotąd, bo mnie to przygnębia i załamuje. Mój cel na razie to dopłynąć do zagięcia generalki Indyjskiego i obrócić ja na drugą stronę. Powinno to nastąpić za 5 dni. Będzie akurat połowa drogi od Agulhas do Leeuwin. Na drugiej połowie mapy, na prawym krańcu, widać zachodnie wybrzeża Australii. Następny cel to trawers Australii z Nową Zelandią i wyjście na szeroki Pacyfik. Ponad 1,5 miesiąca żeglugi…

 

 

Dzień 116, 5 X 79, piątek

Wczoraj nie świeciłem lampy, poszedłem spać razem z mrokiem, choć takowego nie było, jako że Księżyc w pełni świecił całą mocą. O 19-tej byłem w koi, długo nie mogłem zasnąć, lecz gdy budzik dzwonił o północy, spałem. O 4-tej również.

Rano stwierdziłem, że wiatr skręcił na SSE, a jacht ostrym baksztagiem idzie na NW. Wstałem pośpiesznie, o 8.15 zrzuciłem grota, wyostrzyłem. Z trudem idziemy 080° pełnym bajdewindem, gdyż przywiało do 7°B.

Czuć zimne powietrze antarktyczne, które niesie południowy wiatr, na zewnątrz temperatura +7°C, najniż­sza jak do tej pory, tylko raz była taka na południu Atlantyku. Pod pokładem było 12° rano, teraz – godz. 10.00 – jest 14°.

Dziś ubrałem koszulę ze skórką króliczą na ramionach oraz dwie pary długich kalesonów. Na mapy na stole kapie woda z kondensacji. Najbiedniejszy jest arkusz plottingu 36°-42°, od wielu, wielu dni nie zmieniany. Nie wiem, czy wytrzyma, innego nie mam na te szerokości, trzeba będzie chyba narysować na odwrocie jakiejś mapy.

Od dziś będę oceniał warunki pod kątem żeglugi W PRZECIWNĄ STRONĘ, w skali 0 do 5 (od niemożliwej do doskonałej. Cofnę się aż po Atlantyk, przed trawersem Cape of Good Hope.

Gdy rano przeszliśmy do bajdewindu, zdumiony Jach oscylował między 60 a 90° do wiatru, Jacht odwykł od ostrych kursów.

– Cóż to moja mała Balti? Zapomniałaś kursy 35, a nawet 30°? Pamiętasz jak nieraz, idąc najostrzej – 30°, wolnym likiem grota muskałaś granicę łopotu, tak jak te albatrosy, końcem skrzydła na wirażu muskają powierzchnię fali?

– Wtedy nie było fali, szłam równo jak po tafli… – usprawiedliwia się jacht.

– No tak, przy tym stanie morza 5° nie damy rady iść ostrzej niż 50°. Idź jak możesz, tylko nie wpadaj w łopot, bo to mi rozstraja nerwy.

Zastanawiałem się, czy by nie podejść na odległość wzrokową do jednej z wysp, Amsterdam albo St. Paul (Amsterdam przy dobrej pogodzie widoczna jest z odległości 60 mil). Po przeczytaniu w Locji, że w tym rejonie bywają silne sztormy w październiku, odeszła mi ochota zobaczenia ich. Przejdę górą (Amster­dam leży na Ø = 37°40’S, St. Paul Ø = 38°40’S, λ = 77°35’E)

Routeing Chart okazuje się, że takiego wiatru jaki mam teraz SE-ESE 6-7°B tu w ogóle nie ma. Chyba 1%. Idziemy pod 2 refami na grocie, bezanie i kliwrze I na NE, i tego kliwra trochę za dużo. Utrapienie: wiatr ESE spycha mnie w lewo, prąd większy od 0,5 węzła, w lewo, deklinacja aż 38°W.

21.30. – Oh, dear! Znów sztorm, teraz przeciwny, z EbS. A przy tym miałem paskudną i groźną przygodę. O 19.45 zrzuciłem kliwra I z zamiarem postawienia kliwra III. Zdarza się ostatnio, że po zluzowaniu windy, żagiel leci nadając windzie obrót w lewo szybszy niż luzowanie fału, co powoduje plątanie się lin na samej windzie. Tym razem… fał nie owinął się na windzie, wyluzował się gwałtownie i zaplątał na maszcie, jakieś 2 m nad salingiem.

Zobaczyłem to z pokładu, noc bowiem, choć pochmurna, jest jasna, zza chmurami jest Księżyc w pełni. Nie było sposobu, aby to rozplątać z dołu, żagiel zrzucony do połowy – ani w górę, ani w dół – łopotał wściekle. Trzeba było natychmiast wychodzić na maszt.

Odpiąłem pas bezpieczeństwa, zdjąłem buty gumowe, które nie mieszczą się w szczeblach i ubrałem tenisówki.

Wpisałem do „Dziennika” zajście oraz konieczność wyjścia na maszt, mimo rozkołysu. Pierwszy raz odpocząłem pod salingiem. Fał owinął się wokół masztu od tyłu, zaczepił o szczebel z prawej strony, następnie o róg fałowy grota, który stojąc na dwóch refach był jakieś 2 m nad salingiem.

W dalszej kolejności docisnął się do topwanty nad lewym salingiem, biegnąc poziomo, skąd biegł lekko na skos w dół do rogu fałowego kliwra na forsztagu.

Rozplątałem. Gdy odhaczyłem ze szczebla i rogu fałowego grota, z topwanty spadł sam. Zszedłem dygocąc z wysiłku. Szczeble są za rzadko rozstawione jak na mój wzrost, z trudem trafiałem w nie. Co innego, gdy jacht stoi równo, a co innego na fali.

Zdjąłem tenisówki, ubrałem buty, dokończyłem klaru kliwra I. Postawiłem kliwra III. Dmucha EbS 8°B (wskaźnik siły wiatru ożył). Sztormujemy na wiatr 60°. Kurs paskudny, KD = 20-40°. Trudno. Lepsze to niż stać w dryfie, bo stać to cofać się z wiatrem, na West.

 

Lewa strona.

SKALA DLA ŻEGLUGI E-W:

0 – żegluga niemożliwa
1 – żegluga b. trudna
2 – żegluga trudna
3 – żegluga średnio łatwa
4 – żegluga łatwa
5 – żegluga doskonała

 

 

Dzień 117, 6 X 79, sobota

A jednak musiałem stanąć w dryfie. O północy zrzuciłem grota na dwóch refach, pod kliwrem III i beza­nem sztormowałem na wiatr 50-60° do wiatru. KD = ok. 010°, v = 2,5 w.

Od 23-ciej dmuchało 9° z E, od 3-ciej 10-tka, od 7-mej 11-stka. O 5.30 musiałem zrzucić nawet sztorm­kliwra i stanąć w dryfie. Coś potwornego. Jacht jednak radził sobie z falami, pod bezanem oscylował od 45° do 100°. Aż raz uderzyła potężna fala w burtę, widziałem ją; wiele rzeczy w jachcie ruszyło z posad, szkód nie było. Ta fala zmartwiła mnie, nie czułem się już pewny. Mogła rozbić jacht. Tylko jedna taka w tym sztormie. Przecież w sztormie nie staje się w dryfie!

Spać nie było można, wsłuchiwałem się w upiorne wycie wiatru, a tę siłę potwierdzała wskazówka wskaźnika siły wiatru. Byłem bezradny, co robić? Czy stanąć na dryfkotwie z dziobu? Czy postawić foka sztormowego, zrzucić bezana i iść z wiatrem pełnym baksztagiem? To byłoby najbezpieczniejsze, ale tracić tyle mil… Tymi myślami biłem się, zapisując co godzinę lecącego na łeb barometru, Bywało, że spadał 4 mb za 1 godzinę.

Statecznik samosteru był wysprzęglony, fletner zasprzęglony z rumplem, gdyż obaj zachowywały się spokojniej. Aż pękła linka (ta, którą założyłem) blokująca rumpel, który wychylił się na burtę, jacht zrobił zwrot. Co jakiś czas ubierałem sztormiak, aby coś poprawić. Podniosłem fletner i podwiązałem, przywią­załem rumpel. Nawet banderę opuściłem, żeby nie złamała sztycy.

Koło południa nastąpiło przesilenie, a o 15-tej postawiłem kliwra III i grota na 1 refie i ruszyliśmy z Micha­łem przy sterze. Kilka cennych rzeczy mam mokrych, dwie pary gaci i koszula z futerkiem.

Jestem potwornie zmęczony, niewyspany, ale wiem, że nie zasnę jeżeli się położę. Nie jadłem nic dzisiaj, ale nie czuję głodu. Apatia. Indyjski jest arcyparszywy ocean, tego sztormu wschodniego, nietypowego, nie zapomnę mu. Zmarnowałem dzień, wymęczyłem się, straciłem smak żeglugi. Nie jestem przekonany, że to co zrobiłem było najbezpieczniejsze dla jachtu. Najbezpieczniej było iść z wiatrem pełnym bakszta­giem pod samym fokiem sztormowym. Czyli cofać się, uciekać.

Zabrałem się do obiadu. Dziś nie świecę lampy, ze zmrokiem idę spać. Jacht idzie jako tako, parę razy trzeba było wyjść, bo ostrzył.

 

 

Dzień 118, 7 X 79, niedziela

Jacht ostrzy, gdy wzrasta siła wiatru. O 1.30 przeszedł szkwał, wstałem, wysprzęgliłem linki z rumpla i ręcznie naprowadziłem jacht na kurs. Udało się to z trudem, taki był napór wody na pióro steru, przy tym rumpel był mocno wychylony. Nic dziwnego, że Michał sobie nie poradzi.

To kliwer I dawał taką szybkość napędzany wiatrem. Postanowiłem go zrzucić. Robiłem to ostrożnie, trzymając rękawicą fał nad windą, pomny wczorajszej ucieczki fału. Żagiel spadł trochę i zaciął się. Nie dałem rady ciągnąć go ze wszystkich sił. W górę szedł kawałek, znów się zacinał, nie dochodząc do samej góry. W świetle księżyca trudno było dostrzec co się tam dzieje na górze. Najprostsze rozwiązanie było wyjść na top masztu, zobaczyć co tam się stało, jeżeli to uszkodzenie forsztagu, odpiąć forsztag z widełek na topie i spuścić go na pokład dziobowy razem z kliwrem. Na pokładzie dałoby się naprawić awarię, lub wymienić forsztag na nowy.

W nocy byłoby to niemożliwe, należało więc owinąć kliwer wokół forsztagów, aby nie strzelał, a wyjście ma maszt odłożyć do rana. Wychodzenie na maszt w warunkach sztormowych nie było łatwe, wyglądało na ryzykowne, Nie znalazłem odwagi. Zastosowałem siłowe ściąganie kliwra, zdzierając go z forsztagu.

Z dwóch podwójnych bloczków i szota zrobiłem talię, którą przymocowałem do knagi na dziobie. Wokół najniższej osiągalnej szekli liku kliwra podwiązałem górny bloczek talii. Z trudem szło na dół. Zdarłem go tak kilka metrów, mając już drugą szeklę nad koszem dziobowym. Parę razy mnie chlapło, wlało się wody za kark i do butów, mimo sztormiaka.

Żagiel zaciął się definitywnie. Własnym ciężarem, skacząc po lince napiętej od talii do kosza, nie opusz­cza­łem już żagla. Zabezpieczyłem go tak, że nie strzelał.

Poszedłem do koi i spałem do rana, starając się nie myśleć o tej paskudnej awarii. Wstałem tylko raz nad ranem, żeby skorygować samoster. Dniało. W szarzyźnie brzasku dostrzegłem pod rogiem fałowym kliwra jakieś paprochy, ponawijane nici, nie nici? Ponadto dostrzegłem, że fał nad żaglem jest luźny, co znaczyło, że nie fał się zaciął.

Wstałem o 8-mej, ubrałem się i z lornetą poszedłem pod grotmaszt. Więc ten zwój poowijany na forszta­gu między pierwszą od góry szeklą a rogiem fałowym żagla, to drut. Skąd się wziął? Jest to drut z linki strunowej forsztagu, widać przez szkła, wyżej, spiralę.

Słyszałem o pękaniu linek strunowych, jakoby dzieje się to bez sygnalizowania (tak pisało w „Żaglach”, co nie jest prawdą), ale nie słyszałem o przerwaniu się i odwinięciu jednego z drutów liny strunowej.

Miałem zamiar po nocnych wysiłkach skonstruować talię z 4-ch podwójnych bloczków, a linę od talii przeprowadzić przez trójbiegowy kabestan w kokpicie. Teraz, skoro linę. Ø 14 prowadzę na 3-biegowy kabestan, wstrzymałem się z talią 4-blokową. Szekle wypiąłem z forsztagu, wpinałem strop stalowy (operowałem jednym krótkim i jednym dłuższym) i ściągałem żagiel.

Dmuchało 7, stan morza 6-7. Co parę chwil przychodziły szkwały 8°B z deszczem, samoster wtedy ostrzył, fale zalewały jacht i mnie, zresztą już byłem parę razy przemoczony, przez kołnierz i przez buty. Wtedy przerywałem robotę, wyłączałem samoster, włączając ster wewnętrzny. Stąd sterowałem pijąc łapczywie soki z czarnej porzeczki. Tak bywa, gdy jestem wykończony, nie czuję głodu, tylko pragnienie. Dziś się nie żegluje, dziś się walczy. Dziś cieszyłem się, że Matka, żona, nikt z przyjaciół nie widzi mnie. Płakaliby.

Za dużo było tych szkwałów 8°B, o 12-tej więc zrzuciłem grota, Michał lepiej trzymał przy silniejszych uderzeniach wiatru.

Potem opór ściąganego żagla był tak duży, że z trudem kręciłem kabestanem na 3-cim biegu, aż w końcu rwały się remizki. Urwała się jedna, zdążyłem chwycić następną szeklę, wychodząc na kosz dziobowy. Wiele razy wychodziłem na kosz. Czasem się przypinałem pasem do forsztagu, najczęściej nie miałem pasa. I ta szekla zerwała się, róg fałowy kliwra był metr poniżej salingu. Ponad nią jeszcze tylko trzy szekle – i róg.

Dobiegała 10-ta, odczuwałem zmęczenie, nic nie jadłem od szybkiego śniadania. Byłem przemoknięty. Z największym trudem zdarłem kliwra. Dwa druty strunowego tylnego forsztagu były zerwane. Mimo to forsztag mógł pracować, jednak był słabszy. Miałem komplet zapasowego takielunku, obiecałem sobie zamienić ten osłabiony, na nowy, jak tylko warunki pozwolą wychodzić na top grotmasztu.

Dmuchało już 8°B, jacht ostrzył do półwiatru. Zrzuciłem bezana, wreszcie Michał szedł te 120° do wiatru, średnim baksztagiem, taki zresztą był nasz kurs. Wypompowałem zęzę marząc już na głos o kubku grza­nego wina. Zniosłem pod dek odrobinę deszczówki nałapanej z bezana do wiadra (na niej ugoto­wa­łem makaron i jeszcze starczyło na kąpie) i poszedłem do domu. Gdy spojrzałem na barometr, jęknąłem: 985 mb! Tak niskiego ciśnienia jeszcze nie było w rejsie.

Uruchomiłem agregat, aby wysuszyć na nim mokre łachy (a tak zależało mi na tej koszuli z futerkiem i tych dwóch parach dobrych gaci!) i zagłuszyć hałas zewnętrzny. Ugotowałem makron i zjadłem z golonką na rozum, choć smaczne to było. Gdyby nie to, że tracę siły, nie jadłbym.

Mimo tej pracy zrobiłem dwie pozycje (ani wczoraj, ani dziś nie wyliczone) Przy drugim razie, gdy już miałem schodzić, z boku wyskoczyła z piekła rodem mała falka, prosto na sekstant. Po raz pierwszy sekstant nr 2 został oblany. Chciało mi się płakać, przerwałem pracę i starannie wycierałem go dużym ręcznikiem. Cóż, kiedy i to nie jest suche. Jak mogłem najlepiej, wysuszyłem go podkoszulką, najsuchsze co miałem.

Gdyby człowiek mógł znaleźć się nad pustym oceanem, w sztormie, tylko swymi uszami, słyszałby jedynie szum i ryk przewalających się fal. Im wyżej, dalej od powierzchni oceanu, tym ciszej powinno być. Wiatr jest niemy, wiatr nie wyje ani gwiżdże sam w sobie, tak jak nie wyda dźwięku dmuchający trębacz, bez trąby. To jacht jest tym instrumentem, na którym wiatr gra, zawodzi, wyje, gwiżdże. Jest to jedyny instrument dmuchano strunowy; takich człowiek nie używa, brakło by mu tchu, Człowiek dmucha w wibrujące elementy, przeważnie metalowe, w struny uderza.

Na jachcie każda lina takielunku jest struną, każda ma inną tonację, a wszystkie razem tworzą symfonię sztormową, upiorną, przejmującą, patetyczną. Tej symfonii nie można nagrać, choćby na najlepszym hi-fi sprzęcie i odtworzyć, ta symfonia jest tylko taka, żywa, władcza, gdy się jej słucha na morzu na sztormującym jachcie.

Moje stado albatrosów, petreli i mewińców musiało być zdumione: czemu to ten wielki ptak, który bezustannie sunął po wodzie – widocznie machając łapami pod wodą, choć podniesione miał wielkie, białe skrzydła, teraz rozpaczliwie i bez przerwy macha jedynym z tych skrzydeł, jakby chciał się wzbić w powietrze, a nie mógł.

 

 

Dzień 119, 8 X 79, poniedziałek

W nocy spałem dobrze, choć nie od razy zasnąłem. O północy, przy bezchmurnym niebie i Księżycu w pełni, wiatr zelżał do 5-6°B. Rano zrobiłem dwie wysokości Słońca, przy drugim łapaniu spod bezanmasztu, przyszła z lewego baksztagu ta „charakterna”. Skoczyła niespodziewanie, aż mnie podniosła, a co gorsze, kompletnie zalała sekstant. Drugi raz sekstant nr 2 jest zalany. Fala napełniła kokpit do połowy. Myślałem, że się rozpłaczę. Zająłem się sekstantem. Papierem toaletowym, bo nic innego nie miałem suchego, starannie wysuszyłem sekstant.

Wiatr kręcił w lewo, szedłem już na NE pod samym kliwrem III. Zrobiłem zwrot, a raczej Michał. Ale obiad zjadłem z apetytem. Dmucha SW 5-6, jacht leci z szybkością 6 w. swoim kursem, barometr idzie w górę, może będzie spokój?

 

 

Dzień 120, 9 X 79, wtorek

Wczoraj – obolały i zmęczony jak nigdy, ale nieco zadowolony – poszedłem spać przed zmrokiem. Byłem w koi ponad 12 godzin, większość czasu spałem. Śniło mi się sporo. Dzisiejszy dzień zimny, ale spokojny i słoneczny, wyliczyłem zaległe linie i pozycje. Ciekawe, że baty, jakie człowiek bierze od czasu do czasu, działają na psychikę jak lekarstwo: człowiek się czuje szczęśliwszy po tym wszystkim, zdecydowany na następny rejs solo non stop, pełen animuszu, beztroski. Przypisuje sobie batalię za wygraną. Tylko mięśnie jeszcze bolą od długotrwałej pracy, na zimnie.

Dziś skończyła się pierwsza butla (11 kg) gazu. Skończyła się w dobrym momencie, bo przy obiedzie w dobrych warunkach atmosferycznych. Człowiek się czuje jak po chorobie, uleczony, znów chętny do życia. Słońce świeci i choć zimno, dodaje ciepła sercu. Z jachtem leci moje stado petreli, ze dwa, trzy albatrosy i kilka mewińców oraz gołąbków morskich. Ciągle liczą, że coś dostaną z jachtu, rzucają się i siadają na wodzie, jak tylko coś wyrzucę. Myślą, że ten wielki ptak łowi, a skoro taki wielki, to wie, gdzie łowić, zatem trzymają się w pobliżu przekonane, że tu jest najlepszy żer.

O północy dzwonił budzik, nie słyszałem.

 

 

Dzień 121, 10 X 79, środa

Wczoraj poszedłem do koi o zmroku, nie świecąc lampy. Pogoda się pogorszyła, pod samym pełnym grotem jacht szedł równo i spokojnie, ale gdy i wiatr dmuchał równo, gdy przywiało Michał ostrzył. Wstawałem kilkakrotnie naprowadzać na kurs. Rano, gdy się zbudziłem, jacht szedł na NW. Postawiłem sztorm kliwra i zrzuciłem grota, który przy szkwałach ostrzył. Nawet ręcznie trudno było utrzymać jacht na kursie.

Teraz Michał trzyma, ale szybkość spada do 4 węzłów. Dwa razy wychodziłem, żeby postawić grota, za drugim razem zarefowałem go na dwa refy, lecz gdy zacząłem ciągnąć do góry, przyszedł szkwał do 8°B. Zostawiłem jacht pod samym kliwrem III, ważniejszy jest spokój niż kilkanaście mil za cenę szarpania, wychodzenia, itp.

Barometr idzie w dół. Choć mam 420 mil do trawersu wysp Amsterdam i St. Paul, w rejonie, w którym panują uciążliwe warunki meteo, zdaje się, że już jestem w zasięgu tego rejonu. A jego koniec to 85°E, czyli 780 mil od dzisiejszej pozycji. Tydzień… Wiatr wyje tak upiornie, że działa to przygnębiająco. Dzisiaj w tym wyciu pojawił się nowy odgłos, jakby buczenie samolotu.

Doniosłe wydarzenie zaszło dzisiaj w moim życiu: generalkę oceanu Indyjskiego, złożoną na pół – jako że rozłożona nie mieści się na stole – odwróciłem na drugą stronę. Nie widzę już uprzykrzonego widoku Afryki z lewej, natomiast z prawej pojawił się widok Australii.

O 15-tej zmiana czasu, przejście na czas piątej strefy E, GMT +5. O 22-giej barometr spadł do 1002. Wiatr szkwalisty od 7 do 9°B, wyciem i gwizdem stwarza ponury nastrój. Noc czarna jak smoła, czasem fala przeleci przez jacht, czasem pod jachtem z potwornym szumem.

 

 

Dzień 122, 11 X 79, czwartek

Wyspałem się. Gdy budzik dzwonił o 4-tej, nie wstałem, błysnąłem latarką po przyrządach, wszystko było bez zmian. Przez sen słyszałem uciszenie się wiatru, w jednej krótkiej chwili, gdy wstałem o 9-tej, słabiutki wiatr skręcił aż na S, a myśmy szli na N. Niesłusznie ochrzaniłem Michała. Zrobił zwrot, postawiłem grota na dwóch refach (był zarefowany od wczoraj), zastanawiałem się, czy by go od razu nie rozrefować z jednego refu. Jak tylko go postawiłem miałem zaraz 6-7 S, szkwalisty, nierównomierny, tak jak wczoraj. Mżawka.

Niespodziewanie wyszło Słońce, zrobiłem dwie linie, potem kulminację. Nie wierzyłem w tak piękny przebieg, jak na nasz wkład pracy: 115 mil. Zatem po kulminacji zrobiłem jeszcze jedną linię, która potwierdziła dokładność posiadanej pozycji.

Cieszy coś takiego, co się dostało, a wydaje się, że się na to nie zasłużyło. Na samym kliwrze III? Zdumie­wające. Z rozkoszą patrzę na mapę i na nową kreseczkę. Do trawersu wyspy Amsterdam 300 mil, minę ją daleko, ponad 100 mil, od północy. A na Routeing Chart widzę, że za nią, na 85°E, kończy się tu obszar sztormowy. To jeszcze 660 mil, 6 dni. Tymczasem fale biją w prawą burtę, garnki latają, ale najbardziej zdenerwowało mnie, gdy czajnik frunął i wylało się 1,5 litry wody. Zupa na kuchence wylewa się, choć kuchenka wisi na kardanie.

Dzień mija spokojnie, nic się nie działo, zimny wiatr z południa nieco osłabł pod wieczór, lecz grota nie rozrefuję.

Kończę dzisiaj 4 miesiące rejsu. Z trudem mogę uwierzyć, że od półtora miesiąca żegluję po Oceanie Południa, zimą i wczesną wiosną. Obawiałem się, że na tej przestrzeni na środku Indyjskiego, nie odbiorę żadnych stacji na średnich falach. Tymczasem jest ich sporo, po francusku i po angielsku.

Ale… zaczyna nawalać potencjometr w Rydze! To nie potencjometr, to okresowy brak styku w antenie.

 

 

Dzień 123, 12 X 79, piątek

Biłem się z myślami wieczór, czy rozrefować grota. Nie rozrefowałem, nie postawiłem bezana. Spałem dobrze. Rano wiatr bardzo słaby, a jacht zrobił zwrot, Strata niewielka przy tym wietrze. Rozrefowałem grota, stanął bezan. Wiatr S 2, potem 1. Michał bezradny, głuchy. Słyszy wiatry dopiero od 3°B. Sterowałem ręcznie. Wreszcie wiatr 0

Na tylnym forsztagu. zdarte są dwa druty. Nie wiem jaki jest tego początek na górze tej liny strunowej, na wszelki wypadek nie zakładam w sztakslu szekli na remizce przy rogu fałowym. Kto wie, czy to nie ta górna szekla spowodowała zacięcie i przerwanie drutów?

Przebieg dobowy słaby, 85 mil. Kergueleny na trawersie, ale Amsterdam i St. Paul – przed. A tu flauta, barometr stoi na 1024. Skąd przyjdzie nowy wiatr?

Opróżniłem częściowo kingston. 39 puszek chleba na straty. Wczoraj z szafki nad kambuzem wypadła flaszeczka guajazylu i zbiła się. Mimo wytarcia, na podłodze ślizgawica. Dziś zlałem wodą z dodatkiem ludwika.

W Argentynie dziś obchodzony jest El día de la raza (dzień rasy), a jest to rocznica odkrycia Ameryki przez Kolumba, 12 października 1492 roku.

 

 

Dzień 124, 13 X 79, sobota

Ten dziki, nieokrzesany, niekulturalny Ocean nie wie o tym, że sobota jest dniem o króconej liczbie godzin pracy, a w krajach przodujących w ogóle wolna od pracy. Wczoraj, po 22-giej, gdy dmuchnęło po flaucie troszeczkę z N, postawiłem grota i kliwra III i włączyłem Michała, nie licząc na to, że będzie szedł długo.

Położyłem się do koi w ubraniu, tylko bez butów, przygotowany na natychmiastową interwencję. Tymcza­sem ku mojemu zdziwieniu, na tej trójeczce z półwiatru Michał trzymał. Rozebrałem się do piżamy, nastawiłem budzik i zasnąłem. Nocne kontrole wypadły pomyślnie o 2-giej i o 4-tej. O 4-tej dmuchała już „piątka” z N.

No oczywiście, o 7-mej było już 5-6 z NNW, Michał przyostrzył. Co robić? Zrzucić bezana i grota i zostawić jacht na samym kliwrze III? A w najlepszym wypadku z grotem na dwóch refach? Nie, szkoda mi szybkości, a muszę jak najszybciej mieć za trawersem te cholerne wyspy Amsterdam i St. Paul, oraz cały ten zasyfiony obszar. Wyłączyłem Michała i siadłem do steru. Szło pięknie, rozdmuchało się do 7-8°B, gaz był śliczny, 7 w. O 10-tej obliczyłem, że do trawersu wysp mam 200 mil, w zasięgu półtorej doby.

Na późne śniadanie z trudem zagotowałem herbatę, jako że po paru sekundach zejścia ze steru jacht wybierał kurs do Indii albo na Antarktydę; otworzyłem puszkę parówek i sucharów szalupowych. Na obiado-kolację późno po południu w ostatnich promieniach dnia chciałem zrobić to samo. Wtedy, biorąc szybko suchary z puszki, przeciąłem głęboko, ostrym jak brzytwa brzegiem folii puszki, palec serdeczny prawej ręki. Poczułem ostre cięcie brzytwy, trysnęła krew. Jacht zaczął wybierać kurs do Indii, trudno, zostawiłem go, żagle zaczęły łopotać, ranę spryskałem hemostinem i mimo cieknącej krwi owinąłem palec kilka razy plastrem. Wróciłem do steru, straciłem smak i apetyt, Jednak zjadłem to, co przygo­to­wałem, niektóre suchary były okrwawione.

Cieszyła mnie szybkość i liczyłem mile do trawersu. Lecz koło północy, po 16 godzinach siedzenia, kiedy dzień zgasł, nic na zewnątrz nie było widać, oślepiony lampką wewnętrzną widziałem tylko kompas, przyrządy, wnętrze, w bulajach odbicie steru i swoich rąk na nim. Gdy stacje powyłączały się, a te, które jeszcze nie, charczały, musiałem wyłączyć Rygę i pozostać z melodią wiatru, a wiatr dziś na odmianę nie wył ani nie gwizdał, tylko ziajał, jakby wychodził z dużej dyszy odrzutowca, a ktoś trzymał nogę na gazie dociskając do dechy i zwalniając, a gdy wiatr przestawał ziać, znów noga dociskała do dechy. Wtedy zmęczenie poczęło mnie ogarniać.

Dwukrotnie, raz po południu, drugi raz po 22-giej wydawało mi się, że wiatr zelżał na tyle, że Michał utrzyma. Włączyłem samoster. Mowy nie było. Dopiero pół godziny po północy Michał utrzymał kurs, bardzo pełny baksztag. Zszedłem pod dek, zdjąłem sztormiak. Zaraz przyszedł szkwał 8°B z poziomym deszczem. Wyłączyłem samoster. O 1.30 włączyłem go znów, bezan i kliwer w dół, bezan głupiał, a kliwer tylko się szamotał.

Zrobiłem sobie koktajl, sącząc go opisałem wydarzenia dnia. Idę do koi, jestem spocony, choć przebie­ra­łem koszule, zmarznięty. Kicham. Może to nie na katar?

 

 

Dzień 125, 14 X 79, niedziela

Dzień słoneczny, pogodny, spokojny, bezwietrzny. Staliśmy parę godzin ze zrzuconymi żaglami, petrel przy jachcie zjadł pół puszki pasztetu mazowieckiego i jeszcze chciał więcej. Zrobiłem mu zdjęcie.

Dziś weszła do służby GENUA II, stanęła na tylnym forsztagu. Po południu chciałem się przespać, nic z tego, sen nie przychodzi. Od pozycji w południe 17 mil do trawersu wyspy Amsterdam w odległości 150 mil. Stąd kurs 098° pod Australię, na trawers przylądka Leeuwin. Miałem ochotę na piękny wieczór, lecz wolałem pójść spać przed zmrokiem, jako że miałem zaległości w spaniu, a nie widomo co będzie jutro.

Trawers wyspy Amsterdam nastąpił o godz. 15.00 (λ = 77°30’E)

 

 

Dzień 126, 15 X 79, poniedziałek

Wczoraj wieczór do 3°B, Michał był głuchy, udało się jednak ustawić jacht sterem wewnętrznym na SN. Jakoś szło. Spałem. Wyspałem się.

Dziś znów bardzo słabe wiatry. Pogoda wczasowa. Teraz mi się śpieszy. Jeżeli na Atlantyku taki pośpiech nie naglił mnie, jako że im wcześniej pod Agulhas, tym ciężej, tym głębsza zima, tak teraz, im później pod Hornem, tym gorzej, tym dalej od optymalnego okresu połowy stycznia.

 

Île d’Amsterdam mam za trawersem. Piję ostatnią butelkę wina, skrzyneczka, która została w lewym pasażu hundkoi, będzie na tropiki na Atlantyku. Nie ruszę wcześniej (chyba, żebym tonął) [Nie tonąłem, a ruszyłem!]

Dziś czekają mnie dwie niemiłe roboty: wymiana oleju w agregacie i napełnienie flaszek naftą. Pogoda jest sprzyjająca, trzeba to zrobić. Michał wyłączony. Ster wewnętrzny kontroluje kurs, z SN też trudności, za słaby wiatr. Koryguję co parę chwil.

17.30. – Olej w agregacie wymieniony. To gorsza robota niż wielkie pranie albo malowanie w domu. Najgorzej to przelewanie z kanistra 20-litrowego do 2-litrowego. Siedem flaszek napełniłem naftą.

Od kulminacji za 6 godzin przebieg 9 mil, ale jacht idzie sam; niby Michał włączony, lecz nie pracuje, jacht idzie na SN. Wieczór dopisywanie do listów.

Po północy; zamiast iść swoim kursem 098°, idę idiotycznym 060, bo samoster przy 3°B z baksztagu jest głuchy (wiatr pozorny jest mniejszy od 3°). Jacht idzie SN. Szybkość 3 w. O 1-szej idę spać.

 

Lewa strona.

Życie nie jest aż tak ważne, żeby go tak desperacko bronić.

 

 

Dzień 127, 16 X 79, wtorek

Dziś wreszcie dmuchnęło żwawiej NW4°, Michał przejął służbę. Idziemy pomału. Z dzisiejszej pozycji mamy 1700 mil do trawersu Leeuwin, na szerokości 40°S. Do 31 X, planowanego terminu trawersu, jest 16 dni, daje to średni przebieg 106 mil. Całkiem realny. KD = 100°. Trzyma. Nie ma wina, nie mam apetytu.

Jednak zdecydowałem się na zupę z parówkami. Przed obiadem, jako że mnie smętek chwytał za pierś, zrobiłem sobie kieliszek wody po śliwkach ze spirytusem. Ten jeden kielich rozweselił mnie, w lustrze zobaczyłem uśmiechniętą gębę i poczułem sympatię do odbitego tam faceta.

– Heniu… – odezwałem się przymilnie i serdecznie, czule.

Postać w lustrze spoważniała, skrzywiła się i warknęła:

– Tylko nie „Heniu”, bez spoufalania proszę.

Poszedłem do stołu, utkwiłem wzrok w mapie. Potem wyciągnąłem gazety, to chyba już ostatnie. Zająłem się obiadem. Nie lubię takich przepisów „gotować aż do miękkości składników”. Chcę, żeby mi powiedziano precyzyjnie: gotować 20, 30, 40 minut. Pojęcie „miękkie” też jest względne, zależy od apetytu, zębów, wymagań.

Na zewnątrz kurs dobry, szybkość kiepska, wiatr słabnie do 3°. W gazecie artykuł pod dużym tytułem „Być matką”. Ech, tego nie będę czytał, w tych warunkach odosobnienia nie tylko matką, ale i ojcem nie mam szans zostać.

 

 

Dzień 128 17 X 79, środa

Sypiam dobrze, za dobrze. Dwa razy dzwonił budzik, o północy i o 3-ciej, nie słyszałem. Wstaję w innych godzinach, nie rzadziej. Ale dlaczego nie słyszę tego budzika? Michał pracuje dobrze, o 2-giej dmuchało 6°B z NW, pod grotem i bezanem wyostrzył. Zrzuciłem bezana. Sprowadziłem jacht na kurs. Trzyma.

O 09.15 siedziałem na koszu rufowym, dostrzegłem, że lewa linka samosteru przeciera się przy bloczku na pokładzie, na moich oczach. Wtedy w przeciągu dwóch minut rozlał się deszcz, wiatr z NW skręcił na SW. Najpierw pośpiesznie „skończyłem swoje”, potem wymieniłem linkę, następnie zrobiłem zwrot, przestawiłem samoster, postawiłem genuę II. Szybkość 6 w., kurs dobry 100°.

Nałapałem ok. 7 litrów deszczówki, wieczór urządziłem obfitą kąpiel. Tragedia z lampą Tilley: wymagała wymiany koszulki. Wymieniłem lecz nie świeci już tak jasno jak poprzednia, oryginalna z pierścieniem metalowym. Daleko jej do komfortu pierwszej.

O 15-tej zmiana czasu na GMT +6.

Wychodząc na pokład przez zmrokiem przestraszyłem się zobaczywszy olbrzymie stworzenie blisko jachtu, niemal na kursie. Było to ptaszysko wielkości małego strusia, siedziało na wodzie, nie bało się przechodzą­cego jachtu. Albatros? Białe, szyja nakrapiana różowo-beżowymi centkami, plecy jasno brązowe. Takich albatrosów nie ma. Potem zobaczyłem kolejne jeszcze dwa siedzące na wodzie obok kursu.

 

 

Dzień 129, 18 X 79, czwartek

Przez noc jacht szedł sam. Rano zrobił zwrot przez rufę, wstałem. Naprowadziłem go, wybrałem luz na nowej lince samosteru. Do południa wiatr wzrastał do 6°B.

O mało, a miałbym przetrąconą rękę. Dmuchało 7°B, rzuciłem grota. Wtedy zauważyłem, że 3 karabinki (typu małego) na genui odpięły się (jeden z nich całkiem się odwiązał). Postanowiłem zrzucić genuę, wpiąć dwa karabinki, a w miejsce trzeciego założyć szeklę.

Aby uniknąć kłębowiska fału przy windzie, przy luzowaniu hamulca obroty kontroluje korbą. Gdy lewą ręką zluzowałem hamulec nastąpiło tak gwałtowne szarpnięcie, że wyrwało mi korbę z prawej ręki, która obra­ca­jąc się wyrżnęła mnie w lewą rękę między nadgarstkiem, a łokciem. Uderzenie było tak silne, iż pomyśla­łem, że została przetrącona. Ręka krwawiła. Natychmiast sprawdziłem prawą, czy lewa jest złamana. Ból był mocny, z genuą dokończyłem, na przedramieniu został szeroki siniec. Ręka boli, ale pęknięcia kości, mam nadzieję, nie ma, jako że nie spuchła.

Po południu wiatr wzrósł do 7-8°, idziemy ostrym baksztagiem, naszym kursem 100°. Szybkość 6-7 węzłów. Fala czasem uderza w burtę. Ale na nerwy działa wycie wiatru, to „ziajanie”, „dyszenie”. Siedziałem w fote­lu czytając „Kozietulskiego”, widok męczył mnie, poszedłem do koi. Wycie słychać wszędzie, nierówno­mier­ne, zawodzące, nękające.

Lubię tę szybkość, muszę iść szybko, ale boję się awarii. A co się może stać? Zrzucić genuę i zostawić na dziobie tylko kliwra III? Przecież nie idziemy na wiatr. Ech, zdaje się, że moje nerwy wyczerpują się.

Minąwszy wyspę Amsterdam składam się pod Australię. A do domu ciągle dalej niż bliżej. Wiatr południo­wo-zachodni przyniósł zimno, na pokładzie jest 8°C, pod dekiem 15.

Lampa tak kiepsko świeci, że nie ma mowy o czytaniu czy pisaniu przy niej, a przy tym kopci. Gdy się ją pod­pom­puje, płomień przechodzi przez koszulkę, rozgrzewając niebezpiecznie górę. Zgasiłem ją, zapaliłem świecz­kę. Nie ma już pod dekiem tej przytulnej, domowej atmosfery, dalekiej od morza. Smutny, słaby pło­mień świeczki pozwala pisać z trudem, ale nie ogrzewa atmosfery, nie daje radości. A przy tym jest zimno.

 

 

Dzień 130, 19 X 79, piątek

Barometr powędrował wysoko, aż na 1033,5, po słabe wiatry. Tu w niczym nie ma umiaru. Po niezłym prze­bie­gu 127 mil. telepiemy się teraz. Michał nie słyszy wiatru, często robi zwroty. Pozbyłem się wreszcie widoku genui I. Po rozdarciu zajmowała najpierw kokpit, blokując dojście do pompy zęzowej. Po jakimś czasie przerzuciłem ją do mesy, wypełniła sobą cały pasaż. Szukając denaturatu upchałem ją z powrotem w kok­picie. Dziś powiązałem w długi tłumok (4 razy zgięta rolada) i ulokowałem w achterpiku, za lewym pasażem.

Po południu kompletna flauta, Zrzuciłem GE II, za bardzo tłukła. Kilkadziesiąt petreli rozsiadło się dookoła jachtu. Karmiłem je parówkami. Rwetes. Wsadzają łeb pod wodę, żeby widzieć co tam jest. Czasem nurkują. Ciekawe, ani kropli wody nie widać na ich piórach, woda się ich nie czepia.

Założyłem trzecią z rzędu koszulkę w lampie. Nic nie pomaga, lampa świeci słabiej od świeczki. Nie można za dużo pompować, bo płomień pojawia się na zewnątrz koszulki. Koszulka nie żarzy do białości, tylko w niektórych miejscach.

W koi lepka, zimna wilgoć. To jest jeszcze wilgotna pościel, czy już mokra? Gdy się ogrzeje ciałem, człowiek czuje się jak w eterycznej, lekkiej kąpieli. Grzejąc swoją wilgoć w koi wspominałem o łazience i wannie z gorącą wodą oraz o moim łóżku w domu.

 

 

Dzień 131, 20 X 79, sobota

Kilka razy wstawałem w nocy z nadzieją, że pojawi się wiatr i ruszymy. Dopiero o 5-tej było go 3°B, włączy­łem samoster i ruszyliśmy wolniutko pełnym baksztagiem. Dosypiałem w koi. Sen: poznałem dziewczynę w Kołobrzegu, a miałem 27 lat, ona 22. Od pierwszego wejrzenia… Zaokrętowałem ją na jachcie, trzeba było zmienić listę załogi, z czym Pierwszy pojechał do Gdyni.

Dmuchała 4-ka, jak pięknie by się szło, gdyby dmuchała z NNW, a nie z W. Czy ja nie mogę mieć dobrych, pomyślnych wiatrów? Albo są przeciwne, albo, gdy półwiatr, to taki mocny, że trudno iść półwiatrem, na którym tylko na pograniczu możliwości można iść swoim kursem.

Dzień pochmurny, zwykły dzień pochmurny, dzień jak co dzień, zwykły dzień jak co dzień, wiatr na wantach swą symfonię gra.

Dokładnie: mój kurs jest 100°, wiatr dmucha z kierunku 280°, idealny fordewind. Skąd on wie, że ja chcę iść 100° i tak dokładnie mi w tym przeszkadza?

Zaczynam zdaje się odczuwać pewne podniecenie na skutek zbliżania się do Drugiego Przylądka, do Austra­lii, tak jak gdy się zbliżałem do Afryki. Wszelako minął miesiąc na Oceanie Indyjskim, koniec zimy i pierwszy miesiąc wiosny – a więc najcięższy okres. Cóż zatem może mi grozić? Że zejdę do 49°S? Ale Słońce będzie wyżej niż było w czasie, gdy znajdowałem się na 40°S. Gdy wyjdę na Pacyfik zostanie mi tylko jeden próg, Horn. Jeżeli nie będę miał poważnej awarii, przeżyję ten rejs. Chcę przeżyć, ciągle myślę o swo­im domu. I choć byłem przygotowany na to, że mogę zginąć, ogarnia mnie rozpacz na samą myśl, jak to będzie kiedyś, w przyszłości, po latach, kiedy naturalną kolejnością rzeczy trzeba będzie rozstać się z życiem.

Po długiej przerwie w rybołówstwie, zrobiłem dziś następny zestaw łowczy i wlokłem za rufą przez dwie godziny, ściągając go na noc Wywołuje on podniecenie ptaków, boję się, żeby się któryś nie złapał w dzień.

Szkwał 8°B zmusił mnie do zrzucenia bezana. Idziemy pod samym grotem, a i to jest niepewne jeżeli by wiatr wzrósł. Do 23-ciej przepisywałem dla „Życia Przemyskiego”, mam napisane po Kattegat włącznie. Z żalem lampę Tilley usztauowałem jako niedziałającą. Tylko oryginalna koszulka, z pierścieniem, wydaje się być właściwa.

Przed obiadem przyszło mi do głowy, żeby starannie przeszukać środkową piwnicę, gdzie włożyłem wszystkie pozostałe flaszki wina spod koi (nie licząc skrzynki w lewym pasażu), w płonnej nadziei, że może jeszcze coś jest. Oczywiście byłem pewny, że nie ma już nic, tymczasem ku swemu największemu zasko­czeniu znalazłem pod kilkoma konserwami przerzuconymi z kingstonu, flaszkę Pinot Noir.

 

 

Dzień 132, 21 X 79, niedziela

Minęła noc ciężka. Od wieczora wiatr stopniowo rósł aż do 7°B. Po północy szkwały 8°B wytrącały samoster, jacht ostrzył. Wyłączyłem samoster, sterowałem z wewnątrz, jachtem tak nosiło, że zrobiłem parę ruf. To było przyczyną, że grot rozpruł się na górnym brycie. Włączyłem samoster, zrzuciłem grota, postawiłem sztormkliwra. I szło się spokojnie przez jakiś czas.

W koi położyłem się pod samymi kocami, prześcieradło i piżama są wiecznie mokre. Spałem w koszuli flanelowej i kalesonach. Co jakiś czas statecznik zostawał wybity, jacht ostrzył do półwiatru, wstawałem, ubierałem się i korygowałem samoster. Przy tym marzłem.

O 4.30 nie mogłem go ustawić, wtedy zobaczyłem, że przetarła się lewa linka na pierwszym bloczku. Podwiązałem, węzeł wchodził w bloczek. Podwiązałem jeszcze raz przy samej głowicy. Jaka wielka szkoda, że nie mam zapasowych linek do samosteru, a przynajmniej tego rodzaju linki nierozciągliwej, twardej. Elanobawełna naciąga się jak guma i szybko się przeciera.

O 6.15 myślałem, że będzie wywrotka, jacht doznał potężne uderzenie w lewą burtę i z hukiem poleciał, leżąc, na prawą. Nie było uszkodzeń, trochę wody wlało się do środka przez szparę suwklapy. Dmuchało 9°B, w porywach do 10. A barometr maszeruje wytrwale w dół. Słońce czasem wychodzi zza chmur, pozycji nie robię.

Chodzę ubrany w dół sztormiaka, aby mniej było do ubierania przy wychodzeniu do samosteru. Jakoż ciągle wychodzę. Wyłączyłbym samoster i sterował ręcznie, okazuje się jednak, że mnie to gorzej wychodzi niż Michałowi. Skuteczniej jest korygować samoster. Michał pracuje zdecydowanie, rumpel w prawo, rumpel w lewo, on jest szybszy ode mnie, słyszy bezpośredni wiatr, ja dopiero widzę wiatr na wskaźniku, a kurs na kompasie, wszystko z opóźnieniem i ze swoim własnym współczynnikiem sprawności, bezwładności, stateczności itp. naleciałościami.

Jednak nie uchroniłem się przed wzięciem sekstantu do ręki. Słońce dość odważnie wyszło zza chmur, właśnie minął czas kulminacji, postanowiłem złapać wysokość. będzie linia zbliżona do poziomej, jako że blisko kulminacji i przynajmniej będę wiedział gdzie mnie wyniosło w tę noc.

– Obyś nie żałował! – przestrzegałem siebie wyciągając sekstant.

Od chwili jakby się nieco uspokoiło, fale nie wpadały na pokład, a wiatr wydawał się łapać następny oddech. Bez bluzki sztormiaka i bez zydwestki, w swetrze i czapeczce wełnianej otworzyłem suwklapę i wyszedłem na trzeci stopień trapu. Wtedy, jakby przyczajona, parszywa, zjadliwa niewielka fala wysko­czyła spod burty prosto na moją głowę wlewając się na kołnierz koszuli i cieknąc po plecach. Sekstant ucierpiał stosunkowo najmniej, jeszcze nie zdążyłem go wynieść na górę.

– Ty wściekły psie! – rzuciłem w jej stronę, gdy złapałem oddech, zdawało mi się bowiem, że się topię, tak dokładnie opasała mnie swym zimnym, mokrym i słonym welonem.

Przebrałem się, dziś druga już zmoknięta koszula, w dodatku sweter i czapeczka. Z koszuli i swetra wykrę­ciłem wodę i powiesiłem je na handrelingu pod nadbudówką.

– Jest surowy zakaz wychodzenia w sztormową pogodę z sekstantem nr 2. Dlaczego nie przestrzegasz zakazu, chcesz zniszczyć i ten drugi, ostatni? Czy mam ci napisać wielkim afiszem przed oczami: „NIE WYCHODZIĆ Z SEKSTANTEM NR 2 W SZTORMOWĄ, A NAWET W PODSZTORMOWĄ POGODĘ!”? Jesteś daleko od wszelkich lądów, nie ma istotnej potrzeby posiadania dokładnej pozycji.

– Jeżeli jeszcze raz wybiorę się w rejs dookoła świata solo non stop, będę najdurniejszym facetem w Polsce! – bluźnię, choć zdaję sobie sprawę natychmiast, że jak tylko minie opresja i życie wróci do normy, będę znów snuł plany o tym rejsie pod włos, a tym bardziej, gdy pożyję jakiś czas na lądzie.

Już niejeden raz w tym rejsie zażegnywałem się przed tym drugim i tyleż razy potem, gdy rany się zaleczyły, odzież wyschła, Słońce spojrzało w oczy, wiatr pięknie wypełnił żagle, a odkos fali dziobowej swym szumem pieścił słuch, wracałem myślami do rejsu w przeciwną stronę.

W moich marzeniach ten następny jacht jest prawie że czarodziejski, chroni mnie skutecznie od tych wszelkich uciążliwych sytuacji. Rzecz w nim niezawodna to oczywiście samoster, a nawet rozmyślam nad rodzajem kopuły – może podnoszonej – spod której bezpiecznie można by operować sekstantem.

Sztorm szczytował o 11-tej. W sztormie życie człowieka dewaluuje się, jest mnie warte. Barometr stanął na 1001,5, po godzinie ruszył w górę. Wiatr zelżał do 6-stki i skręcił w lewo na SW. Na morzu potężna martwa fala. Zrobiłem zwrot.

Mija rzadko spotykany obrzydliwy i przygnębiający dzień. Awarie (rozdarcie grota i przetarcie linki samo­steru) oraz przemoknięcia też się do tego przyczyniają.

 

 

Dzień 133, 22 X 79, poniedziałek

56-te urodziny obchodziłem pracowicie. Przed 5-tą skoro świt zrzuciłem genuę, w której odpięły się niemal wszystkie karabinki. Postawiłem kliwra III. Potem mozolne szukanie się na mapie, zjechałem aż na 37°20’S, sam nie wiem jak się to stało, co prawda tak chciałem, ale wydawało mi się, że mnie spycha na północ. Po południu szycie grota. Zeszyłem rozpruty bryt i zafastrygowałem rozdarcie (oba na górze, na całej szero­koś­ci). Jutro założę łatę.

Idziemy pod genuą, kliwrem III i bezanem. Barometr zjechał aż do 994, nic jednak się nie dzieje, Słońce świeciło choć parę razy przeszła mżawka i było całkowite zachmurzenie.

Spałem w suchej koi: wyrzuciłem koperty i prześcieradła wiecznie wilgotne oraz również wiecznie wilgotną piżamę. Śpię w koszuli flanelowej i kalesonach oraz cienkich podkolanówkach, wszystko dziewicze, nigdy nie zamoknięte. Na głowę zakładam podkoszulek (z długimi rękawami), czapeczki wełniane gryzą.

Radio Australia odbieram na średnich falach. Ciekawy byłem, jaki to jest ten ich akcent. Mówią właściwym angielskim, lecz jakby mieli bardzo gorącego ziemniaka w ustach, połykają ostatnie sylaby, mówią mono­ton­nie, bez angielskiej melodii.

Skonstruowałem patent przeciw wybijaniu statecznika samosteru. Wiercę otwory w fibrowym kole zęba­tym i wkładam w nie przetyczki z drutu miedzianego, tuż przy stałym ramieniu tylnym, o które drut się oprze i nie pozwoli przekręcić koła. Oczywiście trzeba wywiercić dużo otworów, na razie zrobiłem cztery do dwóch pozycji pełnobaksztagowych, na jednym i na drugim halsie.

Projektant samosteru myślał logicznie, ale brak mu było praktyki. Nowy samoster można było ustawiać z kokpitu, widząc kurs na kompasie i mając właściwie ustawione żagle, pociągając sznurkiem, co kręciło fibrowym, poziomym kołem zębatym, a zastopowanie zesprzegnięciem mechanizmu małym fibrowym kółkiem zębatym, z tym większym. Wszystko jest logiczne. Małe kółko dociska dość słabo do większego, kopniaki fali na fletner właśnie na styku tych dwóch fibrowych kół zębatych wywołują naprężenia. Zęby jednego koła nie utrzymują zębów drugiego, zęby fibrowe dużego koła ścierają się w oczach, zazębienie przestaje działać, koła zębate ślizgają się. Pierwsze co wyeliminowałem, to ustawianie samosteru sznur­kiem z kokpitu. To techniczna utopia. Dziwę się jak renomowana firma mogła wypuścić coś takiego, co działał tylko w teorii, a przy próbach tylko na bardzo spokojnej wodzie.

Mój patent miał za zadanie zablokować obracanie się dużego koła po każdym mocniejszym kopnięciu fali we fletner. Szybko całe duże koło było nawiercone małymi otworkami ф = 2 mm, w które wchodził drut miedziany. Rzecz polegała na tym, żeby nie przesztywnić blokady, wówczas coś innego musiałoby pęknąć. Drut miedziany, dość miękki, ograniczał siłę blokady, ale nie usztywniał.

Do trawersu Leeuwin 1000 mil. Wieczór, przy świeczce, koktajl. Tylko jeden, aż dziw. Bez życzeń. Wiem, że Zońka myśli o mnie codziennie, lecz dziś i jutro szczególnie, dziś urodziny, jutro 31-sza rocznica ślubu.

Ciągle zimno. Wieczór dostrzegłem, że coś błyszczy pod gretingiem. Gdy podniosłem greting, okazało się, że to świeci mój kalmar, ten, który kilkanaście dni temu znalazł się na pokładzie, a którego suszę na Słońcu i powietrzu. A on ciągle świeci, mimo że dawno nie żyje.

 

Lewa strona.

Do trawersu N. Zelandii                                 1000 + 2500 = 3500 mil.
Jest to połowa rejsu:                                      13.000 + 3500 = 16.500 mil.
Czasowo:                                                          0,5 x 346 = 173 dni.
173 – 133 = 40 dni do trawersu N. Zelandii.
Za 40 dni mam zrobić 3500 mil, co jest możliwe. (87,5 Mm/dobę do 1 XII)

 

 

Dzień 134, 23 X 79, wtorek

„Zońka Kochana, wszystkiego najlepszego w 31 rocznicę naszego ślubu! Sto lat szczęścia domowego i ro­dzin­nego!” Te życzenia złożyłem Zońce przed obiadem.

Mój patent na samoster okazał się za słaby, drut miedziany ф 2mm wygięło. Zastosowałem gwóźdź mie­dzia­ny, twardszy. Też wygięło. Wsadziłem cienki śrubokręt stalowy, zaczęło wyginać, wsadziłem grubszy. Trochę się obawiam, w końcu coś musi puścić, a nie chciałbym zniszczyć urządzenia.

Szukając pasty do zębów znalazłem w tym worku dwie tubki kremu do golenia. Majątek! A ja się goliłem ostatnio (na Atlantyku) zwykłym mydłem, oszczędzając mojej jedynej tubki. Kto mi te kremy kupił, Teresa czy Zońka?

 

 

Dzień 135, 24 X 79, środa. Pierwszy z Czarnych dni na Indyjskim

Po północy wiatr ustał, flauta – pogodna – cały dzień. Od rana do ostatnich godzin światła dziennego szyłem grota i skończyłem. Była to największa łata ze wszystkich jak dotąd.

Nie wiem dlaczego, ale dzisiejsza flauta nie przygnębiła mnie. Do trawersu Leeuwin 900 mil. Lecz dzień jest stracony.

 

 

Dzień 136, 25 X 78, czwartek. 2 czarny dzień

O 3-ciej dmuchnęło 3-4, ale z E. Spałem dalej. O 5-tej, gdy się już rozwidniło, było 4° ESE. Postawiłem genuę i grota na 1 refie. O 8-tej było już ESE 5°, KD ok. 050°. Zrobiłem zwrot, zrzuciłem genuę, postawiłem kliwra III. KD = 170°. O Boże!, a wiatrów wschodnich według Routeing Chart NIE MA tu w tym i następnym miesiącu! Nie posunę się do przodu; przeczekałem flautę, teraz muszę przeczekać wschodni wiatr.

Kulminacja: przebieg dobowy 25 mil. Dno! Rozpacz. Co prawda nie spodziewałem się lepszego, liczyłem jednak na to, że dziś polecę. Wiatr wzrastał do 6°B ESE. Buczy na takielunku jak samolot, pulsujący. Bu-u-u u-u, czasem ciszej, jakby samolot oddalał się i chował za chmury, czasem głośniej, wzrastająco, jakby się zbliżał nad cel, nad jacht.

A według Routeing Chart nr 5126 (10) w październiku w tym rejonie w ogóle nie ma wiatrów wschodnich z sektora ENE-SSE, Najbliższe to 3°B z NE (6%) i z S (3%).

Jak to rozumieć? Jak to przeżyć? Pozostaje tylko wychylić kielicha na złą aurę. Zrobiłem koktajl przed obia­dem. Jak to dobrze, że nie przeżyłem bombardowań, nie mam urazu do jęku nadlatującego bombowca, inaczej to buczenie samolotu doprowadziłoby mnie do rozstroju nerwowego.

Pod dekiem spokojnie, idziemy szybkością do 3 w. 50° na wiatr, KD = 045° (lepsze niż 170 na przeciwnym halsie. Ptactwo dużymi grupami siada koło jachtu, na zawietrznej podlatując w miarę oddalania się jachtu. Michał pracuje cierpliwie, tylko z gumowym kagańcem, bez żelaznych szczęk. Fletner na kursie bajdewin­do­wym nie wybija statecznika, nie uderza o ograniczniki.

Prócz tego, że nie idziemy kursem, jakim chcemy i szybkości zadowalającej na nim, nie ma co narzekać, nic złego nie dzieje się, jest względny spokój, barometr nie szaleje, waha się od godzin koło 1026. Ocean Indyjski nie wykończył nas siłą, teraz usiłuje to zrobić psychicznie. Hamuje, przytrzymuje, przeszkadza, doku­cza, a Leeuwin w zasięgu ręki. Gdy na Routeing Chart położę rozłożoną prawą dłoń, na końcu palca wskazującego mam dzisiejszą pozycje, koniec palca serdecznego dotyka przylądka Leeuwin.

Ptaki, najwięcej petreli i trochę albatrosów, towarzyszące mi dużym stadem, to moje wielkie towarzystwo i atrakcja. Zastanawiałem się, czy jest to ciągle to samo stado. Jednego albatrosa wszelako rozpoznałem, towarzyszył mi przez około tydzień; wydawał się bardzo stary, prócz tego, że był duży, miał jakby garb, jak staruszek, z tym że siwizna staruszka odpowiadała tu wyjaśnieniem na jasno-beżowo rysów na głowie koło oczu i dziobu. Aż prosił się o okulary, stetryczały starzec.

Jest wiosna, właśnie skończył się jej pierwszy miesiąc. Kiedy one udadzą się na gody? Wczoraj pod wieczór stojąc we flaucie długo obserwowałem swoje stado rozsiadłe koło jachtu. Petrellki wszczynają między sobą kłótnie; szeroko rozwartymi dziobami, centymetry jeden od drugiego, krzyczą na siebie zawzięcie i szybko cia-cia-cia-cia. Któryś wreszcie musi ustąpić. To chyba samce wszczynają awantury o samice. Wnerwia to albatrosy, kilka razy widziałem jak siedzący w pobliżu albatros porwał się z dziobem na awanturującego się głośno petrelka i przegonił go. Albatrosy wydają głosy jak przy otwieraniu starych, skrzypiących drzwi. Oddają również inne głosy, zdumiewająco podobne tonacją do ludzkich reakcji: „Au!” – gdy któryś jest uderzony znienacka dziobem przez innego, „Eeeu” – pełne zniechęcenie, jak zaspany chłop, którego baba budzi do roboty. Czasem beczą jak barany. Dzioby mają zakończone mocną, czarną końcówką – widia ze stopów spiekanych. Niektóre mają te końce dziobu całkiem czarne, a u innych – większości – żółty pasek na górze dziobu przeciąga się jako różowy do samego końca, przez nakładkę widiową.

Petrele świetnie nurkują, często wsadzają łeb pod wodę, żeby widzieć co tam jest, tak samo jak człowiek przy ruchliwej powierzchni wody nie widzi głębi, dopiero gdy w masce zanurzy głowę.

Przedwczoraj, gdy wypuściłem hak z bukietem kolorowych wstążek, albatrosy starały się go upolować (linka była zwinięta,, hak, żeby się nie plątał na jachcie, wleczony był 4 m za rufą). Jeden chwycił to w dziób, musiałem hak ściągnąć na pokład, aby się ptak nie złapał.

Potem pomyślałem: a gdyby tak pieczeń z albatrosa? A rozłożyste skrzydła i głowa z pięknym dziobem oraz łapy jako trofeum? Lecz gdy widziałem ich jak parami siadają koło siebie, zrobiło mi się żal i pozostałem przy swoich nieciekawych konserwach.

Gotuję makaron na małym palniku. Wystarczy mocniejsze uderzenie fali, wstrząs, a palnik gaśnie. Na szczęście czyni to z „prychem”, co mnie ostrzega, inaczej jacht napełniłby się gazem. Do kuchenek naftowych, których nota bene przedtem nie widziałem na oczy, zraził mnie nie kto inny tylko Krzysztof Baranowski w swojej książce „Kapitan kuk”, kiedy – jako kuk na „Śmiałym” w rejsie wokół Ameryki Połud­niowej – ciągle ją rozbierał i czyścił.

Być może po paru latach nastąpiło udoskonalenie tych kuchenek.

Tymczasem u mnie to nie żegluga, a sztormowanie na wiatr. Wiatr jest E 6°B. Zrobiłem zwrot, KD ok. 160°. Samolotu nie ma już, wiatr zieje, dyszy. Długo zastanawiałem się przed zwrotem, który hals jest gorszy, na którym dalej do mojego kursu 100°? Rysowałem, liczyłem. Stracony dzień.

Ten przeciwny wiatr dodany do wczorajszej flauty przygnębił mnie mocno. Wydaje mi się, że nigdy – w takim stanie rzeczy – nie dopłynę do Polski.

 

 

Dzień 137, 26 X 79, piątek. 3 czarny dzień

Dziś na jachcie smutno jak po pogrzebie, nikt nic nie mówi, milczenie. Dalej dmucha E, zelżał do 5°B, w nocy było chyba 7°B sądząc po wyciu. Dwa dni pod rząd stracone, takiej klęski jeszcze nie było. A co będzie dalej, jako ze w dalszym ciągu nie posuwamy się do przodu, bo szybkość 1,5 w. i kurs 160° trudno nazwać żeglugą. Dalej sztormujemy, barometr na 1031, potem znów będzie flauta. Żyć się nie chce. Owsianka na śniadanie była gorzka.

Poczytam „Kozietulskiego”. Aż prosi się, żeby zrobić klar w kambuzie, nic mi się nie chce. Jest zimno, mokre zimno. Czuję się jak na głuchej stacji czekając na pociąg, ba – gorzej, tu nie wiem kiedy mój pociąg przyjedzie.

Po południu 5°E, parę razy zrywałem się, żeby coś postawić, grota na dwóch refach, genuę. Niestety, pod tą „piątką” nie pójdę szybciej, fala jest duża. Piszę dla „Życia Przemyskiego”, przypomina mi się, że na Morzu Północnym moja cierpliwość była u kresu wytrzymałości, tam dopiero miałem uporczywie przeciwne wiatry. Przeczekam do jutra, może się zmieni ten wiatr. A jeżeli się nie zmieni, będę czekał dalej.

Dzień minął, dmucha nadal E 5°B, silny, może 6°B, to mnie zaczyna poważnie martwić. Ile jeszcze będzie tego ryglującgo mnie wiatru? Ile jeszcze dni mam tu tracić? Tracę trzeci dzień pod rząd, pierwszy z powodu flauty, dwa na skutek przeciwnego wiatru.

O 23-ciej Radio Australia nadało ostrzeżenie o sztormie E, niestety nie znam ich akwenów, więc nie wiem gdzie ten sztorm wystąpi.

 

 

Dzień 138, 27 X 79, sobota. 4 czarny dzień

Niezmiennie E, trochę słabszy. Wieczór 3°, po północy zdechł i stoimy w dryfie.

W dzień ładowanie akumulatorów i wymiana potencjometru, który się spalił. Jest to ten sam potencjo­metr, wymiana polega na tym, że podłączam odwrotnie.

 

 

Dzień 139, 28 X 78, niedziela. 5 czarny dzień

„Nie oczekuję dziś nikogo,
dzień dobry nikt nie powie mi…”

Chyba tylko te albatrosy siedzące koło jachtu, dałem im tłuszczu z boczku konserwowego.

1°E, stoimy, który to już dzień? Lecz za ostatnią dobę cofnęliśmy się 11,5 mili (z λ=98°00’ na λ=97°45’E)

Zakładając siatkę na koszu dziobowym zauważyłem brak stropu przy rogu halsowym genui. Co się stało? Szekla starannie wykręcona (nie pamiętam, czy była jedna, czy dwie), wszystko wyjęte i zabrane.

– Hej wy, albatrosy! Może to wasza robota? – krzyknąłem do siedzącej w pobliżu grupki 7 ptaków. – Bo pióra z kupra powyrywam!

Założyłem nowy strop, szeklę dokręciłem mocno, tak jak i poprzednio. Fakt zniknięcia stropu trochę mnie przestraszył, jak każdy niejasny fakt, graniczący z czarami.

Flauta trwa cały dzień.

CZWARTY DZIEŃ STRACONY.

OGŁASZAM STAN KLĘSKI ŻYWIOŁOWEJ.

Dzień jednak spędziłem pracowicie. Zaszyłem górną kieszeń grota, zrobiłem listwę, wykonałem szereg otworów na fibrowym kole zębatym dla sworznia blokującego – na całym obwodzie koła mam otwory; wykonałem nową linkę ze ściągaczem dla samosteru, którą jednak musiałem zdemontować, jako nieudaną. Ściągacz nie może być przy łańcuszku, bo wysprzęglony sztorcuje w rumpel, linka jest jednak za gruba. Zrobię z cieńszej stylonowej. Zanurzyłem wszystkie kombinerki w nafcie, dla odrdzewienia.

Obiad, trochę szczuplejszy, gdyż połowę boczku dałem albatrosom, zjadłem późno, bez większego apetytu. W południe piłem kawę.

Dwa razy dyskretnie zajrzałem na dziób, czy strop przy genui jest. W tej flaucie można oszaleć. Wieczór piszę dla „Życia Przemyskiego”, zapominam wtedy o klęsce żywiołowej. Naruszyłem następną butelkę Adama. Trudno, równowaga między zdrowiem fizycznym a psychicznym to też sztuka.

Żeby sobie ulżyć, wystrzelałem dwie paczki rakiet. Przy okazji badałem widoczność, jako że od północy jest mglisto i mży.

Dziś wsłuchałem się w akcent australijski. Ma się on tak do angielskiego, jak przemyski do polskiego.

 

 

Dzień 140, 29 X 79, poniedziałek, 6 czarny dzień

Flauta trwa. Koło południa lekkie tchnienie z W. Jacht przesunął się do przodu za całą dobę 16 mil, na prądzie (KD = 087,5°)

Po kulminacji ruszyliśmy pod 2°B z W.

Wieczorem znów flauta, jacht stoi pod żaglami. Dzisiejszy wpis akwenu – INDYJSKI – do „Dziennika”, na czarno. Wypiłem parę koktajli, po czym poszedłem spać.

 

 

Dzień 141, 30 X 79, wtorek. 7 czarny dzień

O 3-ciej zbudziła mnie obecność wiatru. Dmuchała lekka „czwórka” z ESE! Postawiłem genuę i halsujemy. KD = 060°.

Jednak atmosfera na jachcie inna, pojawiła się od dawna nie notowana szybkość 5 w.

Lecz wiatr jest zdecydowanie przeciwny, za ostatnie 6 dni zysk drogi tylko 140 mil do przodu. Jestem załamany, to jest niesprawiedliwość losu. Po kulminacji zrobiłem zwrot, kurs wypadł jeszcze gorszy, gdzieś 170°. Wróciłem na 060.

Tak mało jest przyjemnych dni, kiedy odpowiadają wiatr, kurs, szybkość. Tak mało… Wykonałem linki zapasowe do samosteru, stylonowe, pod ściągacze.

 

 

Dzień 142, 31 X 79, środa. 8 czarny dzień

Niesamowita rzecz: wiatr E 4°B. Czy tu jest zaczarowany rejon? Czy nie przebrnę przez ten próg? Czy tu się mam skończyć?

Halsuję. Przez noc z ENE wiatr poszedł na E, spychając mnie jeszcze bardziej na południe. Rano zrobiłem zwrot, idziemy 145°, jachtem tłucze na fali, ogarnia mnie strach przed awarią. Zrzuciłem grota. Po kulminacji postawiłem go na dwóch refach. Chociaż się halsuje – to się idzie! I na mapie to nawet widać. Nie ma się co łamać, dopóki można halsować! Przehalsujemy resztę Indyjskiego!

Pod wieczór KD =125-130°, wiatr lekko skręcił w lewo, na EbN. Dobre i to.

Marznę częściej i łatwiej niż dawniej, może dlatego, że nic naprawdę suchego nie mam na sobie. Ciągle czuję wilgotne zimno. Gorąca herbata rozgrzewa mnie na chwilę. Naprawdę ciepło i sucho jest tylko w koi.

O 20.30 idę do koi. Długo patrzyłem w jasną noc na odkos fali, przy pięciu węzłach wyciąganych przez jacht. Idziemy w kierunku „czterdziestek” ostrym bajdewindem. Księżyc, mimo że za chmurami, czyni noc jasną.

Skończyłem czytać „Kozietulskiego”.

 

 

Dzień 143, 1 XI 79, czwartek. 9 czarny dzień

Miałem nadzieję, że wiatr pójdzie w lewo, w koi marzyłem o luzowani żagli. Zdjąłem tylko oba refy, rano jeden, w południe drugi. KD okazał się gorszy od przypuszczeń: 145° (myślałem, że będzie 125-130). Prąd musiał się do tego przyczynić. Przebyta droga za ostatnią dobę 115 Mm, zysk tylko 85 TM (twardych mil – jako rzut halsu 115 na żądany kurs 105°). Nie rozpaczam, przeforsuję, przehalsuję resztę tego cholernego Indyjskiego.

Moje stado od wczoraj nieobecne. Jeden duży petrel krąży czasem, jeden gołębiec rano, obce ptaki, nie znamy się.

W Polsce święto zmarłych, groby zapłoną tysiącami zniczów. Ciekawe co sobie o mnie niektórzy pomyślą, wszelako zaliczam się jeszcze do żywych.

Dziewiąty dzień przeciwnych warunków. Pod wieczór wiatr, przeciwny, osłabł do 1,5°B, jacht jeszcze utrzy­muje STR, lecz żagle zaczynają się denerwować.

Po 20-tej flauta. Zrzuciłem genuę. Stoimy. Halsując szło się, we flaucie stoi się. Może po tej trzeciej flaucie dmuchnie coś innego niż E?

Radio Australia gra na ludowo, co jeszcze bardziej rozstraja nerwy.

 

 

Dzień 144, 2 XI 79, piątek. 10 czarny dzień

Rano słabiutki wiatr, podniosłem genuę i szliśmy wolniutko. Po południu przy pięknej słonecznej i ciepłej pogodzie, flauta. Stoimy.

Kontrola błędu indeksu sekstantów. Wymiana lewej linki samosteru – na stylonową ze ściągaczem. Próba złapania albatrosa na parówki. Miałem wyrzuty sumienia, toteż cieszyłem się, gdy zgrabnie odczepiał każdy kawałek parówki z haka i zjadał ze smakiem.

PO LEEUWIN ABSTYNENCJA! Może tym sposobem przebłagam przeciwne mi Siły Wyższe?

Za ostatnią dobę przepłynęliśmy 35 mil, ale kursem 147,5°. Zysk drogi tylko 23 TM (twarde mile). Średnia dobowa na Indyjskim spadła do 97.5. Do trawersu Leeuwin 550 mil.

Po południu golenie i strzyżenie. Na Indyjskim broda, niegolona, urosła.

Jednak jestem barbarzyńcą; zapolowałem na ptaka. Na mały haczyk i cienką żyłkę, na parówkę chwycił się albatros, lecz zerwał się, gdy go podciągnąłem do burty. Ale potem chwycił się petrelek, tego nigdzie nie podciągałem, tylko od razu wyciągnąłem do góry, chwyciłem za szyję i pod dek. Nie chciałem mu na widoku innych ukręcić łba. Bronił się łapami, wydawał stęknięcia, rzężenie, widziałem zdumienie w jego oczach, że leci bez machania skrzydłami. Żal mi go było okrutnie.

– Ja cię bardzo przepraszam! Ja cię bardzo przepraszam! – powtarzałem bez przerwy taszcząc go pod pokład.

Nie męczył się, szybko ukręciłem i odciąłem mu łeb. O Boże! Ale to przecież ptak, jak kurczak, i wiele większy nie jest, może mieć pół kilo. To jak kaczka – usprawiedliwiałem się. Oskubałem go, zadziwiający był gęsty puch, którym pokryty był pod upierzeniem. Gasł dzień, gdy na pokładzie kończyłem go skubać, pióra rzucając do morza. Wszystkie ptaki odleciały, wtem zobaczyłem, że jeden z nich krąży nisko nad wodą, desperacko szukając tego, którego pióra fruwały. Zrozumiałem, że popełniłem wandalizm, zabiłem jednego z pary, a ten drugi poszukuje go, i zrobiło mi się bardzo przykro.

– To kaczka, nic innego – tłumaczyłem sobie, tak jakby zabijanie kaczek było usprawiedliwieniem.

Miałem nadzieję, że jako morski ptak, mięso będzie śmierdzieć tranem. co zniechęci mnie do dalszego polowania. Po oskubaniu, zapadł zmrok, opaliłem mech na gazie, oprawiłem i wstawiłem go garnka. Zna­laz­łem zasuszone, sprasowane jarzyny. Zacząłem gotował z tymi jarzynami. Smaczny zapach świeżyzny roznosił się po pokładzie.

Chmury tymczasem ustąpiły, Księżyc w pełni oświetla mocno płaski, spokojny ocean. Przeszedłem się po pokładzie podziwiając nocny krajobraz, ale przede wszystkim swój okręt, który jest mi coraz bliższy i droż­szy, zawsze piękny.

– Śliczna jesteś, Balti, cudna! – stwierdziłem na głos.

 

 

Dzień 145, 3 XI 79, sobota. 11 czarny dzień

Czy to promesa abstynencji wpłynęła na poprawę? Poczułem wiatr, zbudziłem się. Była siódma rano. Wiatr 3°B z SE. Genua w górę, idziemy kursem 090°. Pod jachtem znów słychać radosny szum szybkości, choć ciągniemy tylko 4,5 węzła. Obawiam się, czy to aby nie przedwczesna radość, wiatr lekko skręcił w lewo na ESE, idziemy ostro 080°. Czy będzie dalej kręcił?

Trosk w rejsie nie ma końca, oto nowa, poważna troska: na przechyłach dostrzegłem pod linią wodną na prawej burcie liczne KACZENICE, główne skupiska na wysokości podwięzi wantowych bezana i grota. Wielkie, odhodowane, długie jak środkowy palec u ręki. Wijące się, oślizłe, wstrętne.

Próbowałem zedrzeć to szczotką ryżową na patyku, bezskutecznie, trzymają się mocno. Następnie na długim kiju przywiązałem sztorcem duży nóż, jak kosynier. Trochę ich ściąłem, obawiam się uszkodzić lakier, co mogłoby być jeszcze groźniejsze ze względu na korniki.

Na razie poprzestałem na tych dwóch próbach, muszę wymyślić coś lepszego i skuteczniejszego. Boże, co za plaga, co za ohyda! Pamiętam dno „Eurosa” po rejsie z Bs. As., całe poniżej linii wodnej pokryte gęsto wisiorami kaczenic. To bardzo hamuje szybkość. A przede mną ponad pół świata…

Z tylnej podłogi przy hundkoi skonstruowałem pomost do zawieszania za burtą, nad wodą, skąd będzie można dobrać się do kaczenic. Do tej pracy potrzebny mi jest sztil i spokojne morze, bez fali, takie jak było wczoraj. Jaka szkoda, że nie dostrzegłem tego wcześniej.

Ptak kilka razy dręczył moje sumienie, ciągle mi się przypominało jego rozpaczliwe rzężenie i obrona. Miałem nadzieję, że mięso będzie niedobre, śmierdzące tranem i że wobec tego więcej nie będę polował. Lecz mięso było wspaniałe, co prawda gotowałem aż 4 godziny, krótko podsmażyłem, było miękkie, ciemne jak u dziczyzny. Zaprawiłem czosnkiem, jadłem z ryżem.

To trochę uspokoiło moje sumienie, zdobycz jest zdobyczą, obojętnie, czy to ryba, czy ptak. A taki ptak to dwa wspaniałe obiady! Więc będę polował bez skrupułów. Takie jest prawo natury: silniejszy zjada słab­szego.

Po obiedzie, gdy chwilę siedziałem na fotelu, żeby poczytać książkę, ogarnął mnie niezrozumiały smutek. Położyłem się na krótko. Potem wykonałem kilka narzędzi do zdzierania kaczenic. Najbardziej obiecujące: na końcu wiosła (półwiosła) z kajaka przykręciłem śrubami moją śmieciarkę, arkusz plexi. Próbowałem zdzierać z pokładu – to narzędzie chyba będzie skuteczne, zdziera je. Pozdzierałem tylko te, które osiągną­łem z pokładu, muszę się bardzo wychylać, od pasa popod sztormrelingiem za burtę.

Z wiatrem nie wesoło, skręcił na ESE, idziemy 060°. W dalszym ciągu halsowanie. Aż przykro patrzeć na mapę, zygzaki trasy od 24 października. Chyba się rozpłaczę… albo wypiję koktajl, choć zawsze piję z ra­doś­ci, nigdy ze smutku. Ciągle mam te ohydne kaczenice przed oczami, nie wiem ile ich jest, jaką powierzch­nię dna zajęły. Nieustannie obmyślam sposób zdzierania je. Czepiły się gładkich i ślicznych burt mojego okrętu… i rosną, tuczą się… A mówili mi w Stoczni, że ta farba antyfouling jest znakomita.

Wieczór, pisząc, wychodzę co jakiś czas, aby podziwiać swój okręt, który tak pięknie idzie bajdewindem, prując fale Indyjskiego. Marznę, muszę wracać pod dek.

 

Lewa strona.

Z listu do Teresy Remiszewskiej:

Od wczoraj czuję się jak barbarzyńca, a od dzisiaj jak kanibal. Wczoraj zapolowałem na swoich towarzyszy, na te miłe ptaki, które mi towarzyszą. Na haczyk z parówką złapałem petrelka, z żalem ukręciłem mu łeb. Ugotowałem. Miałem nadzieję, że mięso będzie niesmaczne, przesiąknięte tranem. Niestety, jest wyśmie­nite. Tłumaczę sobie, że to kaczka… łapy ma takie same, tylko czarne. Mam na dwa obiady, że palce lizać.

Stałem się kanibalem, będę polował na ptactwo, chyba to dlatego, że z rybami nie mam sukcesów. Po dwóch pięknych koryfenach (większa 3 kg) złowionych na Atlantyku, wszystkie następne haki zostały odgry­zione na stalowej przeponie. Teraz też ciągnę hak z kolorowymi tasiemkami, założyłem go wczoraj w miejsce odgryzionego. Kaczki zawsze lubiłem, bardziej niż ryby. Nazywając petrela kaczką chcę uspokoić swoje sumienie. W głębi serca czuję to jak zdziczenie, odczłowieczenie.

Myśli:

Życie nie mierzy się latami, tylko sprawami. Gdy liczy się sprawa, lata się nie liczą, czas liczy się inaczej.

Pisać tak, aby się wywyższyć, strasząc innych? Czy pisać prawdę i ośmielić innych? Prawdę! Oceany są dla ludzi, dla każdego, skoro mnie nie złamały – i daleko było do tego!

 

 

Dzień 146, 4 XI 79, niedziela. 12 czarny dzień

Tracę ochotę do życia, wiatr E wzrósł do 6°B. Musiałem zrzucić grota o 4 rano, a o 8-mej genuę i postawić sztormkliwra. W południe postawiłem grota na dwóch refach, bardzo tłucze, a KD = 040°! Dwunasty dzień tej złej passy. Za 11 dni przebyliśmy tylko 420 mil do przodu. Do trawersu Leeuwin 460.

17.00. – Mżawka, ponuro, wiatr E 6-7°B, duża fala, tłucze jachtem. Zrzucić grot, choć jest na dwóch refach? Ten stan męczy mnie potwornie, zaczynam się obawiać o swój stan psychiczny. Przecież można oszaleć.

Zimno. Dwa razy wlała mi się fala za kark, nie dużo, ale wystarczy, żeby mi było zimno.

– Czy ja wrócę do domu? Boże, czy ja wrócę do domu?

Mógłbym powiedzieć: Wrócę, bo mnie na to stać. Ale bliższe prawdy będzie, gdy powiem: Wrócę, bo nie mam innego wyjścia.

 

 

Dzień 147, 5 XI 79, poniedziałek. 13 czarny dzień

Dalej dmucha silny wiatr wschodni 6°B. O 5-tej zrobiłem zwrot, a idziemy jakieś KD = 150°. Duża fala bardzo tłucze jachtem. W nocy długo nie mogłem zasnąć wsłuchując się w ponure wycie wiatru, nasłuchując choćby najlżejszych niższych tonów, mówiących o słabnięciu wiatru. W tym wyciu zasnąłem i spałem z przer­wami do 9-tej.

Ostro do wiatru jacht bierze dużo wody, co parę godzin pompuję kilkadziesiąt pomp (jedna pompa to jedno machnięcie lewarka w górę i w dół). Zlewozmywak zamknięty, inaczej zalało by jacht przez odpływ. Lecz i tak przez pompkę wody zaburtowej przy głębszym i gwałtowniejszym przechyle na prawą burtę wy­cieka woda do zlewozmywaka, skąd co jakiś czas trzeba ją wybierać garnuszkiem do garnka i wylewać za burtę.

Za dobę zrobiliśmy 105 mil, odległość zaś między pozycjami w kulminacji (nie licząc halsu o 5-tej) wynosi 64 mile, a zysk drogi, jako ich rzut na kurs 100° – 38 mil. Do Leeuwin 420 mil.

Po południu dmucha 5° z E, ale fala jest duża. Myślę, że w nocy wiatr siądzie. Co potem? Sztil? A po nim? Jest to już trzecia seria przeciwnego wiatru, może wreszcie wyczerpałem swój przydział przeciwności?

Na wodzie po gotowaniu petrela, z jarzynami, ugotowałem świetną zupę pieczarkową, do której dodałem ryżu.

20.00. – Wyjrzałem na zewnątrz, czy można by już postawić genuę. dmucha dobra piątka z E, duża fala. Właśnie dostrzegłem taką większą, która chciała wtargnąć na jacht i na czas skryłem się pod nadbudówką. Fala rzeczywiście przeszła górą, wtedy natychmiast wystawiłem głowę, przecież fala nie dysponuje podwój­nym ciosem.

– Ty k… mokro! – zdążyłem powiedzieć, gdy szybki – ten drugi cios – zalał mi głowę.

Błyskawicznie dałem nura pod dek, uderzając dotkliwie brodą o zejściówkę i przycinając sobie język.

– Ty kulwo moklo! – wysepleniłem zdrętwiałym językiem.

O 22.30 ubrałem sztormiak i poszedłem na dek, aby postawić genuę. Wycie wiatru, gdy stałem pod grotmasztem, i wpadające na pokład fale, mimo małej szybkości jachtu, wyperswadowały mi ten zamiar.

– Niechbym nawet zyskał te 14 mil do rana, psu to na buty, po pierwsze nie będzie ich 14, tylko, po dewa­lu­acji, około 10, po drugie szturm genui na fale pozbawi mnie spokoju przez całą noc.

O 23-ciej (17.00 GMT) Radio Australia zapowiedziała na jutro wiatry wschodnie do 5°B. O k…. Nie ma końca! Tym kursem mogę iść więc na południe, aż do skutku. Choćbym miał trafić na lody Antarktydy. Chyba nie na całym świecie wieją wiatry wschodnie?

 

Lewa strona.

DEWALUACJA MILI: Idąc kursem 150°, halsując, jedna mila na tym kursie = 0,78 mili na żądanym kursie 108° czyli dewaluacja jest blisko 25%.

 

 

Dzień 148, 6 XI 79, wtorek. 14 czarny dzień

Jak było do przewidzenia, wiatr E 5°B. Dobrze, że wieczorem nie postawiłem genui, wiatr w nocy wzrósł do 6°B. Przez cały dzień dmucha piątka, jest pochmurno, zimno, ponuro.

Zalało mi sekstant dwa razy, Nie, żeby wielka fala chodziła po jachcie – był to taki szprycer precyzyjnie wymierzony w sekstant, nie o mnie chodziło, ja byłem w sztormiaku, zatem nieciekawy dla morza. Na szczęście używałem sekstantu nr 1, tego, który ma nadgniłe lusterko ruchome i urwaną śrubkę, a którego lusterko stałe zaczyna gnić. Ale morze o tym nie wiedziało.

 

 

Dzień 149, 7 XI 79, środa. 15 czarny dzień

Wycie wschodniego wiatru kołysze mnie do snu, rano wschodni wiatr wita mnie do kolejnego dnia na morzu. Który to już dzień tych przeciwnych wiatrów? Piętnasty…

Trzeba się pogodzić z losem, od dziś przestaję przeklinać, przestaję niecierpliwić się i denerwować. Wiosna idzie dużymi krokami, jest już drugi jej miesiąc, choć nie czuć jej ciepła, ciągle jest zimno i ponuro, lato przed nami.

Jeden jedyny problem to Horn, to obawa przez to opóźnienie minąć optymalny okres w połowie stycznia. Trudno, widocznie tam na mnie poczeka sobie ocean. Całe popołudnie padał deszcz. Założyłem rynnę na bom bezana (nie jest zbyt udana) i włączyłem ją do kanistra. Przepisałem na czysto dla „Życia Prze­mys­kiego” artykuł p. t. „Samoster”.

Po odstawieniu agregatu i przepaleniu silnika usiadłem na fotelu z Mortonem w ręku („Apassionata”). Krople deszczu uderzały o nadbudówkę nad moją głową. Czytając z tym stukotem kropel w tle, szybko wyłączyłem się z otoczenia, zapomniałem, gdzie jestem. Lubię deszcz, gdy jestem w domu. Nieraz obiecywałem sobie wzmocnić jego efekty dźwiękowe przez dobudowanie parapetów blaszanych za oknem, a dla wiatru, w którego wycie wsłuchiwałem się z upodobaniem, szereg lin i strun.

Tu mam – w tym swoim przytulnym pokoju – jeszcze jeden efekt: kiwanie. Byłoby to naprawdę urocze, gdyby nie to, że za prawdziwe.

Wiatr zelżał do 4, lecz fala nadal 5. Postawić genuę? Nieraz muszę sobie zadawać pytanie: czy czegoś nie robię dlatego, że mi się nie chce, czy dlatego, że nie potrzeba tego robić? Nic przeciw temu nie miałbym, gdybym nie robił czegoś, bo mi się nie chce. Ale muszę wiedzieć.

Zdarzyło się, że robiłem coś, np. stawiałem żagiel, aby nie móc sobie wyrzucić, że mi się nie chciało, a wkrótce musiałem go zrzucać, bo albo za silny wiat, albo za słaby.

Teraz – gdzież mi się śpieszy na tym kursie 150°? Na Antarktydę? Och, gdybym mógł utrzymać swój kurs, nie wahałbym się. Jeżeli wiat słabnie – a powinien zdechnąć nim przyjdzie inny, ten, na który czekam – to i genua nie będzie pracować, tyko tłuc na przechyłach na martwej fali. W tej chwili jednak za duża fala, aby pruć w nią. Znów będzie taranowanie jachtu, skoki i wpadanie jakby z dwóch metrów, całym ciężarem jachtu, na kamienny bruk.

Australię odbieram dobrze, coraz lepiej, na średnich, nawet po południu. Lecz oni całe popołudnia transmitują posiedzenia parlamentu, czy oszaleli? To jeszcze nudniejsze niż angielskie teatry i francuskie dzwonienie po domach. Jedno dobre, co ma Radio Australia: nadają sygnał czasu, choć nie co godzinę, ale mam wszystkie swoje cztery chronometry na bieżąco. Dopiero wieczór grają jak należy.

Senator Evans rozprawia o cenie stali. Bywają ciekawe audycje (np. The Famous Records). Dziś po raz pier­w­szy usłyszałem Marlenę Dietrich (in Rio). No cóż, wolę naszą Sławę Przybylską. 0 20.00 audycja Round the Horn, ale to audycja rozrywkowa.) 21.00 (u mnie 22.00) Armstrong – Ambassador. Armstrong śpiewa C’est si bon.

 

 

Dzień 150, 8 XI 79, czwartek. 16 czarny dzień

Ani ten wiatr się nie skończył, ani nie zmienił kierunku, dalej dmucha dobra „czwórka” z E. Zaczyna się więc 16 czarny dzień. Wiatr skręcił w prawo, szliśmy już 170°. Ten hals przestał być opłacalny. O 11-tej zrobiłem zwrot, postawiłem genuę i zrzuciłem kliwra III.

Po południu – a szedłem pod GE, GR (2) i B – gdy stan morza przekraczał 4, wiatr bardzo pomału począł zachodzić w prawo, o 17-stej szliśmy KD = 067°. Barometr również pomału szedł w dół i przekraczał 1000 mb.

Jest ponuro, przygnębiająco, pochmurno, na horyzoncie mgiełka. Dziś, tak jak i wczoraj, tylko raz udało mi się złapać Słońce zza chmur i mgły.

 

 

Dzień 151, 9 XI 79, piątek. 17 czarny dzień

Wczoraj przed północą wiatr zamarł do zera, zaledwie zrobiliśmy 40 mil na tym halsie, który był tylko 30° gorszy od kursu (szło się 060°). Zrzuciłem genuę i spałem do rana.

Idealna flauta cały dzień, należało ją wykorzystać do oczyszczenia dna z kaczenic. Wywiesiłem pomost z podłogi za burtę, przygotowałem wszystko. Po śniadaniu zacząłem naciągać na siebie skafander dla płetwonurków. Była to praca ponad moje siły. Z największym trudem ubrałem spodnie, o zapięciu zamka błyskawicznego u dołu nogawek nie było mowy. Z wielkim trudem również ubrałem buty, z takim samym nadludzkim wysiłkiem bluzkę, w której po tytanicznych zmaganiach zapiąłem zamek. Czapkę naciągnąłem bez większego trudu, lecz dusiła mnie, trzymała mnie za gardło niczym garść Guliwera. Zdjąłem ją i mimo zimna, pozostałem z gołą głową.

Po ubraniu skafandra byłem wyczerpany. Odpocząłem chwilę – jest w nim ciepło – i poszedłem za burtę ze swoim wiosłem z łopatką z plexi. Łopatka zdzierała wyśmienicie, całymi płatami, a dno jest całe porośnięte, nie tylko na linii wodnej. Lecz przechyły jachtu były duże (na przechyłomierzu dochodziło do 30°), morze chciało mi utrudniać zdzieranie swoich sojuszników. Zanurzyło mnie parę razy, leżącego na pomoście, woda wlała się do skafandra, na gołe ciało. Zimno nie było, bo cienka warstwa wody natychmiast się ogrzewa od ciała. Tylko myślałem, że się utopię.

Nadmuchałem ponton i spuściłem go, z pomostem tym razem w charakterze podłogi. Praca z pontonu okazała się niemożliwa na skutek głębokich przechyłów jachtu. Albo wciąga, wdusza ponton pod jacht, gdy się go trzyma tuż przy burcie, albo go odbija od jachtu, gdy się go poluzuje. Wyciągnąłem go, ponownie zawiesiłem pomost.

Trzy razy zmieniałem stanowisko zawieszenia pomostu na prawej burcie. Przy dziobie było najgorzej, tam kształt burty jest skośny, pomost jakby wciągało pod jacht. Zmęczyłem się okrutnie, doszedłem do wnios­ku, że pomost trzeba ulepszyć przez zamocowanie mu dwóch belek dystansowych, żeby go odsunąć od burty.

Przy rozbieraniu się ze skafandra myślałem, że padnę, albo będę go musiał ciąć nożem. Najpierw, ściągając bluzkę, zostałem unieruchomiony z rękami wykręconymi do tyłu, niezdolny do żadnego nimi ruchu. Ubieranie i zdejmowanie takiego skafandra to nadludzka praca.

Znalazłem dwie belki, śruby, wiertło. Było już popołudnie, zamierzałem się zabrać do tej roboty, choć na dzisiaj nie planowałem dalszego wychodzenia za burtę.

Koło jachtu rozsiadło się ptactwo. Postanowiłem zapolować. Po chwili miałem już petrela na haczyku, zniosłem go pod dek i ukręciłem mu łeb. Ponieważ gotują się długo, do 4 godzin, kalkuluje się gotować dwa na raz. Zapolowałem na drugiego i po chwili wciągałem drugiego pod dek. Nim mu ukręciłem łeb, poorał mi prawą rękę ostrymi pazurami. Polała się moja krew. Dzielny był!

Oskubałem je, opaliłem mech, który jest jak sierść królika, oprawiłem. Teraz, wieczór, gotują się z suszo­nymi jarzynami, Mógłbym zapolować na trzeciego, czwartego, ptactwo nie ucieka. Upolowałem tylko tyle, ile zjem. Czyli – jestem szlachetny. Hmm… (Dwa dni temu kanibal, a dzisiaj szlachetny. Czy szlachetny kanibal?) Nie zabijam dla przyjemności, za braci to ja mam ptaki, ale nie ptaki mnie.

Na kaczenice zapadł wyrok! Nie dałem im rady dzisiaj, ale będę je zwalczał do końca, aż pozdzieram z jachtu, to świństwo, te krosty, tego świerzba. Dam radę! Jeśli nie jutro, to przy następnej flaucie, aż do skutku. Bo to robota iście nie na pół godziny, tylko na wiele godzin i wiele dni.

Na zewnątrz jest 9°C.

23.00. – Australia na jutro zapowiada „westerly winds becoming SW to S in the afternoon.

 

 

Dzień 152, 10 XI 79, sobota. 18 czarny dzień

O 7-mej rano dmuchnęło 2°B SE, aby zaraz skręcić na ESE, a potem na E. Tylko 4 godziny, o 11-tej tylko „jedynka” z E, o 12-tej flauta.

Na obiad cały ptak z ryżem. Obżarłem się. Po południu skończyłem pomost, do którego dorobiłem belki dystansowe. Na wychodzenie za burtę było już za późno.

Tu chyba umrę ze starości. Przed zmrokiem, w pobliżu jachtu, siedziało 20 petreli i 5 albatrosów oraz jedno wielkie ptaszysko.

 

 

Dzień 153, 11 XI 79, niedziela. 19 czarny dzień

Codziennie mam nadzieję, że jutro zmieni się wiatr, ileż ten nieustępliwy stan może trwać? Natomiast w sztilu mam niemal pewność, że po nim przyjdzie inny wiatr niż E.

O 7-mej rano dmuchało… z Eastu, najpierw 2° z NE, postawiłem żagle (przed postawieniem dostrzegłem wieloryba, tylko jego kciuk grzbietowy i fontanny, które sobie puszczał co kilkanaście sekund, jakby pykał fajeczkę, był w odległości 2 kable z prawej burty, nawietrznej, szedł na oddalenie, co mi sprawiło ulgę). Po chwili dmuchało już 3°B z E, KD = 140°.

W koi, rano, myślałem o kaczenicach i byłem nastawiony na zdzieranie ich. Obecność wiatru nie martwiła mnie, jeżeli bowiem czegoś bardzo nie lubię, to wychodzenia za burtę. Przeraża mnie również ubieranie skafandra, bez niego chyba nie podołałbym tej pracy, jest za zimno.

Kończę dziś pięć miesięcy rejsu. Tylko przez cztery miesiące, gdy zapadał zmrok, zbierało mnie na smutek, a z serca jakby się łzy pchały do oczu. W piątym miesiącu nie odczuwam tej przykrej chwili, może dlatego, że na prawym skraju generalki dostrzegam półmetek, odkąd zacznie być bliżej do kraju niż dalej.

Ta zła passa, która wciąż trwa – a to już 19 dzień – wywoływała rozpacz. Teraz nie umiem nawet rozpaczać, przyjmuję to zjawisko niemal obojętnie. To nie jest anomalia meteorologiczna, to nie jest przypadek; to jest wyższa siła, to Palec Boży przytrzymał mnie tutaj dla siebie tylko wiadomych celów. Najpierw myślałem, że po to, aby tu dokonało się jakieś przełamanie w mojej psychice, abym się tu stał kimś innym. Lecz nie, nie po to tu mnie przytrzymuje, widzę bowiem, że nic się nie łamie w mojej psychice, ba – nawet coraz spokojniejszy jestem, tak mi się przynajmniej wydaje.

Przyjmuję zatem z pokorą ten dyktat, choć go nie rozumiem, choć wydaje mi się niesprawiedliwy. Widocznie tak musi być. Pogoda często zmienia się z kwadrą Księżyca. W tym czasie kilka kwadr nastąpiło po sobie, ale oto dziś kończy się następna: półksiężyc, od jutra zacznie maleć idąc ku nowiu. Może teraz zmieni się ten wiatr?

Pogoda dzisiaj jest piękna, Słońce świeci radośnie choć chłodno (+10°C), stan morza 2, ptaki śledzą wleczony hak za rufą, zejściówka otwarta, jachtu nie zalewa. Tak można żyć.

Na kursie 135° moja mila ma tylko 7,5 kabla. Zdewaluowana o 25%. Też można żyć. Pod wieczór na głos roześmiałem się ze zdumienia: pięć miesięcy w rejsie! Pięć miesięcy bez ludzi, sam, w nieustannym borykaniu się z morzem! To nie do wiary! To wprost nie do wiary!

– Kielicha!

Tymczasem mój okręt, lekko pochylony na prawą burtę, idzie sobie wolno swoim wielbłądzim galopem przez ten ocean.

– Tobie to nic! No pewnie, czujesz się jak ryba w wodzie, jak te albatrosy i petrele, w swoim żywiole!

Ale ja, chłop rolnik z dziada pradziada?!

 

 

Dzień 154, 12 XI 79, poniedziałek. 20 czarny dzień

Zaczynamy szósty miesiąc żeglugi. Wiatr E 6°B. Najpierw zrzuciłem genuę i postawiłem kliwra III, potem sprzątnąłem grota. Sztormujemy.

Przy zrzucaniu grota, napęczniałego wiatrem, pomyślałem o tym, że trzeba bardzo mocno trzymać korbę w prawej ręce, luzując lewą hamulec windy. Mimo to szarpnięcie było tak silne, że mi ją wyrwało i oberwałem nią po obu rękach, które aczkolwiek nie przetrącone, są teraz obolałe.

Dwudziesty dzień przeciwności. Czy to się nigdy nie skończy? Czy zostałem zapomniany przez Boga, wyklęty, skazany na zagładę? Nie wiem, naprawdę nie rozumiem dlaczego tak jest, o co chodzi? Tu gdzie wiatrów wschodnich wcale nie ma w tych dwóch miesiącach według publikacji Admiralicji, przez 20 dni pod rząd mam tylko takie, przeplatane sztilami.

Dzisiejszy dzień jest pochmurny, mglisty, z wyciem wiatru w takielunku i falami zalewającymi jacht.

– Kielicha! – i zaserwowałem sobie na czczo koktajl, po którym ogarnął mnie śmiech pusty i zaśpiewałem piosenkę (nie nadającą się do zacytowania) [my j…, nie prapali, my j…, nie prapadiom]

I dopiero teraz, po pięciu miesiącach rejsu, dostrzegłem damę w swoim jachcie: stoi na samym środku między stołem nawigacyjnym, a kambuzem. To pilers, dwucalowa rura, ale wygląda na smukłą, chudą, wysoką dziewczynę. Objąłem ją do tańca, a tańczy dobrze, trzyma mnie mocno, żebym nie upadł, i zaśpiewałem jej tango argentyńskie:

Sola, fané, descangayada,
la vi esta madrugada
salir de un cabaret;
flaca, dos cuartas de cogote
y una percha en el escote
bajo la nuez …

(Sama, sucha i rozmamłana / widziałem ją nad ranem / wychodzącą z kabaretu / chuda, zaledwie dwie piędzi karku / i wieszak w miejsce dekoltu / pod grdyką …)

Bo ona jest rzeczywiście chuda, za chuda, za cienka, sztywna… ale jest!

Po południu:

– Miarkuję teraz, że ta passa musi trwać nie jedną kwadrę Księżyca, ale cały cykl księżycowy: 28 dni. Bo to dla mnie specjalna trudność, nagroda i wyróżnienie. A więc jeszcze tydzień.

Wypiłem do dna (w przeciągu trzech dni), czwartą od końca flaszkę. Zostały trzy, jedna musi zostać na lekarstwo, czyli dwie do konsumpcji. Na pół roku! Ot do czego doprowadziła nieprzemyślana, rabunkowa gospodarka.

 

 

Dzień 155, 13 XI 79, wtorek. 21 czarny dzień

Przez noc jacht człapał sam na SN (samosterowność naturalna), z włączonym sterem wewnętrznym. Zbudziłem się po czwartej, ESE zelżał do „czwórki”. Zrzuciłem sztormkliwra, postawiłem genuę i rozre­fowałem grota. Wiatr osłabł do 3, idziemy wolno. Jest bardzo zimno, o 5-tej rano było 7°C, u mnie 18.

18.00. – Po raz pierwszy od 20 dni idę swoim kursem… nie, nie idę, pełzam z szybkością 1 węzła.

Wiatr SSE 1-2°B. Siedzę przy sterze, żagle lekko wyluzowane.

22.00. – Prognoza Radia ABC: South westerly winds, moderate.

 

 

Dzień 156, 14 XI 79, środa

O północy dmuchała już dobra „trójka”. Michał ją słyszał i mógł sterować. Dmuchało najpierw z S skręcają do rana na SW. Po raz pierwszy od trzech tygodni idziemy pełnym wiatrem. Czyżby koniec złej passy?

Rano przerzuciłem genuę na motyla, z wytykiem ze spinakerbomu na prawej burcie, idziemy fordewindem, swoim kursem. Zbliżam się do końca z „Apassionatą” Mortona i robi mi się żal, do książki przywiązuję się jak do kogoś żywego, a gdy ją skończyłem, to tak, jakby ten ktoś odszedł i zostałem sam, bardzo sam.

Do południka Leeuwin 57 mil.

17.50. – Skończyłem książkę. Zbliża się zmierzch. Wiatr słabnie. Michał jeszcze go słyszy, jeszcze reaguje, jeszcze głowica fletnera to w prawo, to w lewo, a rumpel, połączony linkami z głowicą, naprowadza jacht na kurs. Ale jeszcze trochę i samoster ogłuchnie. Jak mi smutno, jak smutno.

Jest mglisto, drobna mżawka zrasza pokład i bulaje nadbudówki. Za mało mam książek tego typu co „Apassionata”, które by potrafiły lekkością i akcją zainteresować, odciągnąć od tego świata pustki. W ogóle nie mam już takich książek, inne są za poważne.

Wyciągnąłem i napocząłem trzecią od końca flaszkę C2H5OH. Jutro spodziewam się trawersu drugiego przylądka: LEEUWIN. Lecz dla mnie nie Leeuwin jest kluczem do Pacyfiku, tylko South Cape na wyspie Stewart, na południu Nowej Zelandii. Dopiero za South Cape rozciągają się przestrzenie Pacyfiku, dopiero za tym przylądkiem można będzie ustawić się na odpowiednim równoleżniku przecinającym Pacyfik.

Od Leeuwin po South Cape to jakby inny ocean, to trawers Australii i przejście Morza Tasmana. A gdzie właściwie jest granica między Indyjskim, a Pacyfikiem? Chyba na South East Cape na Tasmanii. Południowe brzegi Australii leżą nad Indyjskim, a wschodnie nad Pacyfikiem.

 

 

Dzień 157, 15 XI 79, czwartek

Od rana fair żegluga, wiatr skręcił na NNW, idziemy ostrym baksztagiem na E. Zdjąłem spinakerbom z genui, grota przerzuciłem na prawą burtę (zwrot). Szybkość 5 węzłów. Czy definitywnie skończyła się zła passa? O piątej rano czasu strefowego jacht przeciął południk przylądka Leeuwin (115°E) w odległości 522 mil od Przylądka. DRUGI PRZYLĄDEK.

O zmroku długo patrzyłem przez bulaj na umykający do tyłu odkos, zafascynowany przemiłym widokiem, jacht szedł swoim kursem na wschód z szybkością 7 węzłów, półwiatrem.

– Piękna jesteś! Ślicznie idziesz! – chwaliłem na głos i podziwiałem jacht.

 

 

Dzień 158, 16 XI 79, piątek

O szóstej skorygowałem Michała, który nieco ostrzył, wypompowałem zęzę i poszedłem z powrotem do koi. Jacht szedł 6 węzłów. Miałem okropny sen. Śniło mi się, że wszedłem do portu australijskiego, Ba, nawet nie do portu, tylko do jakiegoś osiedla, i to polskiego, wśród olbrzymich drzew. Wszedłem bez potrzeby, przez roztargnienie. Nie stałem przy żadnej kei, tak jakby na kotwicy w pobliżu brzegu, w ujściu małej rzeczki. Ale ja nie byłem na lądzie, rozmawiałem z ludźmi, łowiłem ryby, Nie traktowałem swojego wejścia jako wejście, ale w końcu zaczęło mnie to nurtować. No bo Chichester wszedł też tylko do Australii i rejs nie był non stop, dlaczego mój miałby nie zostać przekreślony, jako non stop? Otaczała mnie grupka chłopaków, wszyscy mówili po polsku. Wypytywałem ich o różne rzeczy.

– Czy u was jest czysty angielski, czy macie jakieś dialekty?

– Najczyściejszy, jak kanadyjski – odparł jeden.

– No pewnie, w Parlamencie – dodał drugi, zgadując moje myśli – gdzie mówią jak przez zaciśnięte zęby, język staje się mniej zrozumiały.

Wiedzieli, że jestem w rejsie non stop, na niektórych twarzach widziałem dezaprobatę, za wejście.

– Znajdzie się ktoś, kto ciśnie ci regulaminem w twarz i unieważni rejs – rzedł czarny, krępy i przysadzisty chłopak, ze złym spojrzeniem w oczach.

– Czy bym miał od nowa zaczynać rejs? Mając bez mała pół świata przepłynięte? – myślałem z narastającą rozpaczą – To niemożliwe.

– Nikt mi rejsu nie unieważni – odparłem – bo to jest… sen! – dodałem w jakimś nadludzkim natchnieniu, choć dobrze wiedziałem, że to nie sen.

– Ładny mi sen! – krzyknął jeden z nich – A my to co, też sen? Nie istniejemy?

– Wy istniejecie w mojej wyobraźni – powiedziałem im, choć bardzo w to wątpiłem.

– No nic, chłopaki – dodałem – po powrocie do Polski przypłynę tu z kolegami, już oficjalnie, może na tym jachcie, może na większym.

– Szkoda, że nie widziałem kangurów zwierzyłem się po chwili.

– Nie dalej jak wczoraj, – powiada blondyn – gdy przyjechałem pick-upem, trafiłem na całe stado pod lasem.

– O, tu jest kangur! – wykrzyknął pokazując jasną plamę pod potężnym drzewem na samym skraju olbrzymiego, dzikiego parku, koło którego staliśmy.

Przyjrzałem się uważnie, rzeczywiście był to kangur, miał krótkie przednie łapy, stał pod drzewem i obgryzał korę. Był żółty jak tygrys i miał, również jak tygrys, pręgi. Dojrzał nas, że patrzymy na niego, wyszczerzył pysk po tygrysiemu i odskoczył kilka drzew dalej, gdzie, zerkając podejrzliwie, z kocim fuczeniem w naszą stronę, zabrał się do obgryzania kory.

Z tym kangurem na oczach zbudziłem się… Nie mogłem zrozumieć, gdzie jestem. Nad głową jakieś belki, ale odczułem mocne kołysanie jachtu, pojąłem, że jestem na jachcie, na pełnym morzu, a nie na brzegu Australii.

– A jednak to był sen! A jednak byliście tylko w mojej wyobraźni, i choć szkoda, chłopaki, że was nie ma, to i lepiej, bo straszny kłopot spadł mi z głowy! – pomyślałem.

Nowy problem: spostrzegłem, że nie mam żadnej mapy z liniami magnetycznymi (deklinacje) od Leeuwin po Tasmanię. Na przestrzeni 1200 mil. Generalka Indyjskiego nr 748A kończy się na długości Leeuwin, a generalka South Pacific Ocean Western Sheet nr 788 zaczyna się od Tasmanii. Te mapy posiadają krzywe magnetyczne, natomiast generalka Pacyfiku nr 2683 obejmująca całą Australię, nie posiada krzywych. I to właśnie na południu Australii deklinacja zmienia znak, przechodząc z W na E. Agona przecina Australię od NW Cape… dalej narysowałem sam, w przybliżeniu.

Niespotykany od dawna przebieg: 165 mil! I to na kursie 094°. Inna rzecz, że pod „szóstką” idziemy na pełnych żaglach półwiatrem. Jeszcze można, ale to już granica.

Czasem dusza na ramieniu, żegluga jest rudna, wiatr skręcił na NNE, idziemy pełnym bajdewindem. Jazda kawaleryjska.

Radio Australia (ABC) śle ostrzeżenia przed spożyciem mięsa solonego (konserwowego? corned meat), które zostało potraktowane substancją chemiczną, konserwującą, która jest trująca. Ostrzeżenie dotyczy południowej Australii.

 

Lewa strona.

Strefa czasowa GMT +8. Za 21 dni, od 24 V do 14 XI, zysk drogi wyniósł 820 mil (na KD = 112°), co daje średni przebieg dobowy 39 Mm. (Takie przebiegi, w normalnych warunkach, robiłem w jednym tygodniu. Czysta strata dwóch tygodni.

 

 

Dzień 159, 17 XI 79, sobota

Piękny dzień! Wiatr dobry, najpierw co prawda fordewind, ale tym się nie przejmuję, stawiam genuę na motyla ze spinakerbomem i jedziemy. Potem skręcił na NW, a przed wieczorem na NNW. Lecimy ostrym baksztagiem pod genuą (już bez spinakerbomu, bez wytyku), kliwrem III, pełnym grotem i bezanem. Szybkość 6-7 węzłów. A przy tym rano wypogodziło się i Słońce świeciło do popołudnia.

W „Dzienniku jachtowym” nowa rubryka: trawers Australii, a obejmuje to odcinek 2400 Mm od południ­ka Leeuwin (115°E) do południka 170°E, łącznie z przejściem Morza Tasmana i trawersem Nowej Zelandii, po South Cape.

Sprecyzowałem kilka pojęć:

1) Granica między Indyjskim a Pacyfikiem to południk SE Cape na Tasmanii: 147°E (bez groszy).
2) Półmetek to południk 180°
3) Antypody Gdyni: Długość geograficzna Gdyni jest 18°30’E,
zatem jej antypołudnik: 180° – 18°30 = 161°30W
4) Wykreśliłem sobie również na mapie antypołudnik Przemyśla: 180 – 22°45’ = 157°15’W.
(λ Przemyśla = 22°45’E)

Zatem do Pacyfiku (od południka Leeuwin jest 1350 mil. Od dzisiejszej pozycji w kulminacji mam 1033 mile, a do półmetka 1650 mil.

Noc jest piękna, bezchmurna, a choć i bez Księżyca, jest jasna, gwiazdy świecą jak brylanty, na prawym trawersie Krzyż Południa do góry nogami. Jacht pędzi z szybkością 7 węzłów, ostrym baksztagiem i wietrze NNW 4°B.

 

 

Dzień 160, 18 XI 79, niedziela

Idąc spać wczoraj byłem przekonany, że noc będzie spokojna, barometr – choć nisko, bo na 995 – stał w miejscu, i taki też udzielał się nastrój.

Tymczasem barometr po północy ponownie poszedł w dół, spadając do 988. Rozdmuchało się 5 (może 6°B?), a ja pod pełnymi żaglami 7-8 węzłów. Biłem się z myślami, co robić? Zrzucić coś? Szkoda było tej szybkości. Zastanawiałem się, czy jestem przewrażliwiony, ewentualnie co ryzykuję.

Szedłem tak, lecz po czwartej dmuchała dobra „szóstka” (a może siódemka?) Musiałem zrzucić grota. Po siódmej przeszedł gwałtowny szkwał 8°B z ulewnym deszczem, jako ostatni akord tego wiatru, potem uspo­koiło się do „piątki”.

Tylko jedną linię zrobiłem, Słońce ciągle za chmurami, mżawka. Szkoda, bo przebieg dzisiejszy musi być piękny. Przyjąłem ze zliczenia 170 mil.

Do południa czuję lekki ból głowy. Czy na skutek niskiego ciśnienia (988), czy po wczorajszych trzech koktajlach po południu? Chyba niskiego ciśnienia.

Czuję przesyt Indyjskim, coraz częściej zaglądam do następnych map, za trawersem Tasmanii, na Pacyfik.

A jednak zza chmur łaskawie ukazało się na krótko zamglone Słońce, to wystarczyło. Mam pozycję i prze­bieg rzeczywiście 170 mil. Zażyłem drugą tabletkę od bólu głowy, niestety dalej boli.

Od niepamiętnych czasów – na północnym Atlantyku – zrobiłem dzisiaj pierwszy wertykał W. Wysokość Słońca 28°, co jest już całkiem dogodne. Właśnie przechodząc przez zachodnią część pierwszego wertykału ukazało się Słońce. Wynik i potwierdzenie długości λz z dokładnością do milimetra!

Czuję się źle. Zażyję aspirynę Bayer, a do koi drugą. Ile razy biorę aspirynę bajerowską do ręki, z rozczu­le­niem wspominam Armanda, który mi ją przysłał z Włoch.

O 21.35. W namiarze 140° dostrzeżono łunę za horyzontem.

22.10. Z prawej statek – czerwone.

22.15. Pokazał zielone. Przeszedł za rufą.

22.25. Wołam go na kanale 16. Bez skutku. Skąd ma wiedzieć, że to o niego chodzi, a jego nazwy nie znam. Dałbym wiele, żeby nawiązać z nim łączność, poprosić o przekazanie Gdyni Radio informacji o spotkaniu i pozycję.

Jak to się stało, że zobaczyłem światło? Leżałem w koi, wstałem, ubrałem się i wyszedłem na górę, żeby skorygować samoster, który bardzo odpadał. Na morzu gdzieniegdzie błyskały światełka, zapewne rybaków. Na południu dostrzegłem łunę, wyglądało to jak światło na lądzie. W sercu ukłucie alarmu; skąd tu ląd, jakaż tu wyspa? Tu nie powinno być nic, po Antarktydę. Czyżbym zabłądził?

Oczywiście nie był to ląd, tylko białe światło statku, dziwnie ukształtowane w przemokniętej atmosferze. Po 35 minutach ukazało się jego burtowe, czerwone. A miałem go z prawej burty, na której nosi się zielone światło. Kursy zbieżne. Najpierw zapaliłem topowe, potem światła żaglowca „red over green” na grotmaszcie, topowe zgasiłem. On wtedy po krótkiej chwili zmienił kurs, pokazał zielone i po kilkunastu minutach przeszedł mi za rufą. I śpij tu spokojnie! Skąd on szedł? Kursem N.

 

 

Dzień 161, 19 XI 79, poniedziałek. Wywrotka

Po zażyciu dwóch aspiryn i gorącej herbaty do koi, bardzo mi zależało, żeby mieć noc spokojną i wygrzać się, tudzież wykurować. Stało się akurat odwrotnie, dwa statki, kilkakrotna korekta samosteru, jako że wiatr kręcił w lewo, zrzucenie bezana i grota.

Zasnąłem wreszcie niemal rano, dziś mimo to czuję się zdrowy. Dmucha 8°B z fordewindu. Genua z kliwrem na jednej burcie kolidowała. Mimo sztormu do 10°B i dużej fali, przerzuciłem sztormkliwra z wytykiem na lewą burtę.

– Czy mało ci ta szybkość, chcesz jeszcze szybciej?

Nie o szybkość głównie chodziło, w tym układzie jacht idzie o wiele spokojniej, bez szarpania, a przy tym szybciej, do 7 w. Lecz jazda jest niespokojna, pełna napięcia. A barometr stoi na 991,5.

 

WYWROTKA.

Rozdmuchało się do 10°B, ale jacht szedł pięknie. Stałem pod nadbudówką na pace silnika, koło trapu i obserwowałem ocean. Nagle – ta jedna właśnie fala – zobaczyłem ją jakieś 15 metrów za rufą, od lewej, doganiającą jacht. To fala harpagon, która pędzi jak kilkumetrowej wysokości pionowy taran. Wiedziałem już, że coś się stanie.

Jacht poleciał na prawą burtę, żeby nie upaść, odwrócony znów twarzą do kierunku biegu, oparłem prawą nogę na mocno pochylonej burcie. Rozległ się potworny huk, jakby jacht spadł na piach. Równocześnie cały strumień rzeczy z nawigacyjnej, spod uniesionego blatu stołu, pofrunął wielkim łukiem do kambuza na prawej burcie. Jacht wstał. Zastanawiałem się jaki był przechył. Zmysły oceniały na około 90°, może nieco więcej, a że maszty nie znalazły się w wodzie, to dlatego, że tam wody nie było. Była dolina fali. Inaczej oceniały nogi: fakt, że prawą nogę stałem na pochylonej burcie, a lewą na obudowie sinika, oznaczało, że przechył nie przekraczał 70°.

Wyskoczyłem na dek tak jak stałem, bez sztormiaka i bez czapki. Jacht ustawił się burtą do fali, do pół­wiatru. Statecznik wiatrowy przestawiony do bajdewindu; w pierwszej sekundzie myślałem, że zdarło cały dół samosteru, w drugiej sekundzie, skoro to wszystko było, że wyłamało fletner. Ale i fletner był. Wygięło śrubokręt, który był użyty jako blokada poziomego koła samosteru przed wyskakiwaniem przy mocniej­szym uderzeniu fali we fletner. Koło przeszło ponad zgiętym na pół od góry i od dołu śrubokrętem. Chlap­nęło mnie raz i drugi, ale odgiąłem go na tyle, w palcach, że można go było wyjąć. Ustawiłem statecznik z powrotem w swojej pozycji, odpadłem rumplem i zasprzęgliłem samoster, Pobiegłem na dół i młotkiem na imadle wyprostowałem śrubokręt i założyłem ponownie. Na górze innych uszkodzeń nie było.

Za to pod dekiem… Ze stołu nawigacyjnego – blat się podniósł – wypadły listy, kartki, zegarek Unitra i inne rzeczy. Spidola na szczęście nie, była zaklinowana z prawej, gdzie blat nie sięgał. Wszystko to pofrunęło na podłogę przy kambuzie.

Ze stołu w kambuzie, z pudła wypadł słoik dżemu i uderzył w górną szafkę nad kuchenką, rozbił się, brudząc listy i zdjęcia. Listy, kartki i zdjęcia wyczyściłem papierem toaletowym. Stało się to o 14.10 na nowy czas.

Równo po godzinie – pompowałem zęzę wewnątrz – nastąpiła druga wywrotka, mniej głęboka niż pierwsza. Ze samosterem ta sama historia i śrubokręt wygięty. Naprostowałem go ponownie. Pod pokładem nic już nie fruwało.

Wcześniej, o 14-tej, zmieniłem czas na GMT +9. Dzisiaj deklinacja zmieniła znak W na E.

Do Pacyfiku 713 mil, do trawersu Nowej Zelandii 1695 mil.

 

 

Dzień 162, 20 XI 79, wtorek

Zapowiadała się ciężka noc. Siedziałem ubrany w sztormiaku, gotowy do natychmiastowego wyskakiwania, by sprowadzić jacht na kurs i naprawić samoster po następnym niszczącym taranie dużej fali. Sztorm zelżał do 9°B, nic się nie działo. Oczy kleiły się przy stole. Zdejmowałem po kolei części sztormiaka, wreszcie, zbyt przemarznięty, zdjąłem buty i ubrany wpełzłem pod koce. Ubranie, koszule, dresy, miałem mokre, lecz nie chciałem ubierać suchych rzeczy, aby je nie przemoczyć przy konieczności następnego wyskoczenia na dek.

Dalej nic się nie działo, wiatr tylko wył nieco niższym tonem, dmuchało już 8°B. W koi po kolei zdejmowa­łem wilgotną odzież, ubierając suchą. Najpierw koszulę, aż w końcu ubrałem ciepłe, suche gatki i z czapką wełnianą na uszach zasnąłem. Od 21-szej świeciłem światło topowe.

Rano dmuchała „ósemka” z Westu, jacht szedł na ENE-NE, do Melbourne, do którego mamy około 600 mil. Trzeba będzie zrobić zwrot, a to dość skomplikowane: najpierw zdjąć spinakerbom z kliwra III, zrzucić kliwra III, zrobić zwrot, założyć spinakerbom na prawej burcie, postawić kliwer III. Ale to dopiero po kulminacji.

Jest bardzo zimno. Rano było 6°, wczoraj w południe nawet 4°, a przez dzień 5°, przedwczoraj 6° i 7°. Są to najzimniejsze dni w całym rejsie.

Słońca jak na lekarstwo, zrobiłem parę linii i mam dobrą pozycję. Zaraz po kulminacji zabrałem się do zwrotu. Wtedy przyszedł szkwał z deszczem. Przeczekałem ten deszcz i do roboty.

Sztormkliwer nie dał się odpiąć od spinakerbomu, darłem za linkę, nic nie pomagało, dopiero gdy wyluzo­wa­łem szota. Spinakerbom latał jak wariat, puścił zaczep rogu szotowego. Sklarowałem spinaker­bom i kliwer III. Zrobiłem zwrot. Szybkość również wspaniała. Żałuję, że zwrotu nie zrobiłem rano. Wiatr skręcił na SW.

Chwilami, gdy folgowało, brała mnie ochota, żeby postawić kliwra III, już bez spinakerbomu. Wreszcie nie wytrzymałem i postawiłem go. Jacht pędzi na złamany kark, cieszy mnie to wszystko, kurs jest dobry. Uciążliwe to życie w sztormie, ale efekty się liczą: przebieg domowy 171 mil. Po 5 dni zrobiliśmy 831 mil od Leeuwin.

Mimo że zimno, ponuro, cieszy mnie znów życie, bo jacht pędzi. Dobiega 18-ta, jeszcze dzień. Mimo kufajki na swetrze, dwóch koszul, mimo dwóch par gaci i dwóch par dresów, zimno mi.

– Nie ma co marznąć, idź do koi i ubierz się w suche łachy, weź sobie koktajl do graby i oddaj się marzeniom o powrocie i o następnych rejsach.

– Wreszcie słyszę ludzkie słowo w tym rejsie…

Na zewnątrz jest 5°C. pod dekiem 12. Po raz pierwszy żal mi, że sztorm zamiera.

Poleżałem w koi. Ale gdy po zmroku zerknąłem okiem, zobaczyłem 2 rumby z prawej łunę, dalej w prawo drugą i trzecią. Po godzinie wyostrzyłem.

0 22.30 mijałem lewą burtą ten pierwszy statek. Dziwny: na środku na górze miał czerwone światło nad białym, innych kolorów nie pokazywał prócz świateł białych, jaskrawych. Rybak!

– Mają chłopy zdrowie, w taka pogodę, na takich parszywych wodach! – pomyślałem, wyglądając następ­nego.

Zagotowałem herbatę (brud z dna zbiornika zepsuł mi jej smak) i wyszedłem. Stałem pod bezanmasztem z lornetą przy oczach, wypatrując rybackich statków, gdy nagle dosłyszałem szum i zaraz zobaczyłem potężną falę idącą z prawej. Zdążyłem się chwycić obiema rękami bezanmasztu, objąć go ze wszystkich sił, wtem fala przeszła przez jacht. Przez dwie sekundy byłem cały w wodzie. A temperatura na pokładzie jest +4°C, najniższa z zarejestrowanych w rejsie.

O 22.50 mijałem drugiego rybaka prawą burtą, po chwili miałem go za rufą. Zabierałem się do spania, gdy 4 rumby z prawej dostrzegłem łunę, a drugą 6 rumbów z lewej. Ta ostatnia to był ten trzeci dostrzeżony z początku. Trzeba będzie czuwać jeszcze trochę.

 

 

Dzień 163, 21 XI 79, środa

Rybacy zostali w tyle, poszedłem spać. O 2-giej, gdy budzik zadzwonił, przestawiłem go na 3.15, o której to godzinie zgasiłem topowe.

Na pierwszy wertykał o 7.10 wstałem akuratnie. Dospałem do 9-tej. Następnie postawiłem pełnego grota. Szybkość, która spadła przy wietrze 5-6°B, znów wzrosła, ale przy szkwałach jazda jest nieco kawalerska.

Śniadania nie jadłem, zajęty nawigacją. Zimno potworne. Jestem w stanie ciągłego napięcia, czuję nad głową ciężar całej Australii. Ten Southern Ocean jest rzeczywiście ponury, posępny, niegościnny, burzliwy. Wydaje mi się, że za trawersem Nowej Zelandii zmieni się na lepsze, że będzie cieplej i ocean łaskawszy. A do trawersu jeszcze 1,5 razy tyle drogi co od Leeuwin.

Tymczasem chcę się dostać na generalkę 288 (Południowy Pacyfik, część zachodnia), zaczyna się od 143°E. Tam są krzywe deklinacji i widać wyjście na szerokie wody za Nową Zelandią. Do trawersu Nowej Zelandii 1389 mil.


► dalej: TOM III (od 22 XI 1979 do 5 II 1980)

► wstecz: TOM I (od 12 VI do 16 VIII 1979)

► Powrót do Spisu treści

 

 

Calendar

« November 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

JESIEŃ

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 

Jesień – jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę i polska.

Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie: kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego, choć deszczowego, europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.
Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By im życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią. Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

 

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!

Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

 

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień,
brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień,
ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni:
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę:
z korca deszczu, garniec błota.

 

Pzdrwm_Robak

PS.

W tym roku dziękuję:
– Młodym za doniesienia o działalności codziennej (co wg mnie jest wielkim pasmem sukcesów),
– a wszystkim za rozmowy, które pozwalają mi czerpać z mądrości moich Rozmówczyń i Rozmówców (kolejność absolutnie przypadkowa):

Henrykowi, Kazimierzowi i Piotrowi
Rudej Grecie
Maćkowi
Eli
i Maćkowi
panu Kazimierzowi
Konradowi, Krzyśkowi, Marcinowi
i Marcinowi
Juliuszowi
Robertowi
Piotrowi
i Wojtkowi
Peeterowi
Adasiowi
Jadzi i Włodkowi
Darkowi i jego Mamie
panu Radosławowi
Kai
panu Wojtkowi

Mai
Oli czyli Aleksandrze
Sylwii
Witkowi
Matyldzie
Martynie, Łucji i ich Rodzicom
Strusiowi
Zuzalowi
Zuzi ...zi
Szymonowi 5
Karolowi
Natalii
Łukaszowi
Filipowi
ekipie Oshee
Magdzie i Maszy
Anicie
Ewce-Konewce
Ewie z Gibraltaru i jej Rodzicom
Oliwii
Mirce i Stachowi
Anecie
Beacie
doktorowi Markowi i Mai
Leszkowi i Annie (przepraszam, że bez kwiatów :((
Kasi i Helenie
Ryśkowi
Kryspinowi
Dorocie, Idze i Karolowi
Wojtkowi ze Szczecina (podziękowania szczególne!)
Ziemowitowi (przecież wszyscy wiedzą, kto to!)
Krzysztofowi, znanemu jako „Kris”
Krzysztofowi, znanemu jako „Rzeźbiarz”
Krzysztofowi, znanemu najbardziej

... i wszystkim, których moja pamięć (dobra ale krótka) tu jeszcze nie przywołała

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

LISTOPAD 

Listopad to dla Polski niebezpieczna pora…

Cytat, jasne, kto pamięta – ten pamięta (proszę o nienadsyłanie odpowiedzi), ale z tych, od których trudno się uwolnić.

Podobno nic tak nie cieszy, jak nieszczęście bliźniego, ale nie wiem, czy specjalnym pocieszeniem jest dla nas to, że innym listopad też dał się nieźle we znaki.

Wraca tu wspomnienie lektury (a dokładnie: słuchania – bo w samochodzie) wspomnień z przełomu wieków, które spisał Mieczysław Pieriejasławski-Jałowiecki.

Słuchanie mnie męczyło. Autor władał płynnie kilkoma językami, które nie przeszkadzały mu mówieniu i pisaniu, natomiast czytający aktor nie tylko nie znał żadnego z nich (więc można sobie wyobrazić, co wyprawiał na polu fonetycznym), ale zatrzymywał się przed co trudniejszymi (dla niego!) słowami jak np. Syłgudyszki, do tego z małopolska wymawiał „trz” jak „cz” (poczeba czeźwego czykrotnego począś­nię­cia), a jeszcze nie zawsze rozumiał, co czyta.
Treść jednak wynagradzała i zacierała wszelkie niedogodności.

Autor wspomnień to kresowy ziemianin, z tytułem książęcym i genealogią, w której przewija się kilka domów królewskich, spokrewniony z… (łatwiej wymienić z kim nie), wysoki urzędnik w Rosji carskiej, równie wysoki w II Rzplitej, znający wszystkie jej najważniejsze postacie, znane z podręczników historii XX wieku.
Najkrócej scharakteryzować go można dwoma słowami (znów cytat): „Zabity arystokrata”. Nie bez powodu cytuję opinię Leonarda o hrabim Henryku, bo przy tej opowieści miałem cały czas wrażenie, że słucham przedłużonej kwestii tegoż Henryka właśnie, któremu nagle zabrakło Pankracego do dialogu.

Generalnie, postać to – dla mnie, tak po ludzku – niesympatyczna, o czym długo by mówić, ale jedno­cześ­nie obdarzona niezwykłym zmysłem obserwacji, doskonałym piórem i niebywałą inteligencją.
O ile, jak sądzę, nie do końca (jeśli w ogóle) rozumiał on procesy dziejące się wokół, jednak opisał je – i głównych ich aktorów – w sposób bezkonkurencyjny.
Jak najdalsza jest od niego polityczna poprawność. Charakteryzuje narody i ludzi w sposób taki, że dziś, gdy złodziejstwo nazywane jest „ekonomią alternatywną” (w zależności od tego, kto kradnie, rzecz jasna), a głupota – „mądrością à rebours” (w zależności od tego, czyja ona), sprocesowany by został – mimo majątku – do skarpetek za obrazę, krzywdzące stereotypy, anty- (tu by się sporo nazbierało), rasizm i różne takie.
Jak napisała zaprzyjaźniona Dama, która notabene mi tę lekturę poleciła: „arystokrata z krwi i kości, i z duszy. I ze wszystkimi swoimi wadami, jest jednak fascynujący, prawdziwy, intègre – ugryziesz i poczujesz mięso a nie galaretę. Czyta się jego relacje wspaniale. I wierzy się, że on tak naprawdę myślał. A czy słusznie myślał? To już inna para kaloszy. Czyli lubmy go za to, co zrobił: świetnie napisał swoje wspomnienia.”

Co to ma jednak wspólnego z listopadem?

Ano to, że jednym z najważniejszych wydarzeń dziejowych które ów pamiętnikarz opisuje jest bolszewicka rewolucja w Rosji, zwana paździer­nikową, ale której rocznicę obchodzono w listopadzie, bo w gnieździe carów zmienił się nie tylko despota, lecz i kalendarz (w końcu nie bez przyczyny podaję przy każdym miesiącu, że liczymy po gregoriańsku).

Opisy pierwszego etapu rewolucyjnego chaosu i terroru podnoszą włosy na głowie (tego w podręcznikach historii nie znajdziecie).
Autor spotyka (jakże by nie?) Lenina, Trockiego i Dzierżyńskiego i każdemu sporządza taki portret (podobnych nawet nie ma co szukać), że już tylko to mogłoby być powodem braterskiej interwencji dla podreperowania mentalności i moralności sąsiadów, którzy do dziś traktowani jako zagranica nie są. Dokładnie też opisuje przyczyny obu kataklizmów – I wojny światowej i rewolucji bolszewickiej – i jas­no wskazuje ich sprawcę: kajzerowskie Niemcy, opanowane przez militarystów w mundurach, owład­nięte żądzą podboju i rozszerzenia przestrzeni życiowej.

Te pamiętniki (trzy części wydano zbiorczo rok temu) po prostu trzeba przeczytać. Korzystając, że nie zostały jeszcze wycofane z księgarni i bibliotek pod zarzutem obrazy, szargania, naruszania i podżegania. Ci od procesów widać jeszcze do nich nie dotarli… 

 

Ale nie trzeba żadnych pamiętników (nawet spisanych przez tych, o których poeta pisał, że nie wszystko gra, gdy w ankiecie się „ziemianin były” ma), by wiedzieć, że listopad okazał się stokroć bardziej złonoś­ny dla Rosji niż dla Polski, choć i nas te wióry na dobre półwiecze zasypały. Słaba to więc pociecha.

Swoją drogą ciekawe, jak w tym roku obchodzono w Rosji ładną, okrągłą, setną  rocznicę wybuchu Wielikoj Oktiabrskoj, która – jak wszystko co bolszewickie – znaczy co innego niż napisane, bo jej rocznicę obchodzi się w listopadzie (o tym, dlaczego, przeczytacie w „Październiku”). Tym razem naczalstwo tego kraju nie beształo przywódców innych państw, może dlatego, że owi przywódcy dobrze pojęli wcześniejsze nauki i tym razem nikomu się nie wypsnęło, że dwa nieszczęścia nawiedziły Europę w XX wieku: bolszewizm i faszyzm.

Dość już jednak o tym, co – wciąż miejmy nadzieję – nie wróci.

My wróćmy do kalendarza.

Listopad – jedenasty miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

W sprawie etymologii rodzimej nie trzeba żadnego (z całym szacunkiem) Brücknera, by wywieść nazwę „listopad” od opadających liści (por. czes. listopad, ukr. листопад; chorw. listopad ‛październik’).

Etymologia łacińska nazwy używanej w większości krajów Unii jest znakomitą ilustracją dla sporej części unijnych procedur: nazwa miesiąca jedenastego November znaczy po łacinie „miesiąc dziewiąty”; (novem – dziewięć).
Nawet Grecy zdradzili dziedzictwo Homerowe i – mogąc wybierać między Pyanepsion (Πυανεψιών) i Maimakterion (Μαιμακτηριών) – używają zlatynizowanej nazwy Noembrios (Νοέμβριος). A później dziwią się, że pouczają ich Niemcy.
Można oczywiście mądrze tłumaczyć (co czynię już od września), że – od roku 46 p.n.e., gdy Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius) – stare nazwy liczebnikowe nie nadążyły za zmianami, ale nie zmienia to faktu, że „Jedenasty” nazywa się „Dziewiąty” i wszyscy się z tym zgadzają, nawet nie zauważając drobnej różnicy. Symbol czy przypadek? Przypadek czy hasło?
Ale i tak wolę już November od Brumaire’a, na którego podczas rewolucji Robespierre’a przypadała większość dni naszego listopada (jak pięknie słowo to brzmi…).

Opadły więc liście z drzew, laurów nie ma, a róże pomarły (znów cytat, proszę o nienadsyłanie podpowiedzi).

 

Listopadowe rocznice

Noc z 31 października na 1 listopada to tzw. Halloween.
O co w tym chodzi – wiadomo i nie ma co opisywać, bo koń, jaki jest, każdy widzi. Pisanie, że jest to irlandzka z pochodzenia wigilia dnia Wszystkich Świętych jest bez sensu, bo i tak każdy wierzy, w co chce, najchętniej w to, co ksiądz z ambony powie. A bardzo tego święta nie lubią kościoły: katolicki, prawosławny i protestanckie – dziwnie w tym nielubieniu solidarne. Nic nowego. Kiedyś księża, popi i pastorzy tak samo nie lubili święta Dziadów.

A ileż uboższa byłaby nasza kultura i narodowa pamięć bez niego i tego, co z nim związane. Dobrze, że Mickiewicza (ani Słowackiego) nikt nie czyta, tylko się wie, że on (i Słowacki) wielkim poetą był. Inaczej obaj z list lektur szkolnych przeniesieni by zostali na listę ksiąg zakazanych, obok Harry Pottera. Już choćby za ten fragment:

GUSTAW
No, przyznaj się szczerze,
Czy wierzysz w piekło; w czyściec?...

KSIĄDZ
Ja we wszystko wierzę,
Cokolwiek w Piśmie Świętym Chrystus nam ogłasza
I w co zaleca wierzyć Kościół, matka nasza.

GUSTAW
I w co twoje pobożne wierzyły pradziady?
Ach! najpiękniejsze święto, bo święto pamiątek,
Za cóż zniosłeś dotychczas obchodzone Dziady?

KSIĄDZ
Ta uroczystość ciągnie z pogaństwa początek;
Kościół mnie rozkazuje i nadaje władzę
Oświecać lud, wytępiać reszty zabobonu.

GUSTAW (pokazując na ziemię)
Jednak proszą przeze mnie, i ja szczerze radzę,
Przywróć nam Dziady. Tam, u Wszechmocnego tronu,
Kędy nasz żywot ścisłe odważają szale,
Tam większym jest ciężarem łza jednego sługi,
Którą szczerze wyleje nad tobą u zagonu,
Niż kłamliwe po drukach rozgłaszane żale,
Płatny orszak i kirem powleczone cugi.

[…]

KSIĄDZ
Ani słowa. Lecz Dziady, te północne schadzki
Po cerkwiach, pustkach lub ziemnych pieczarach,
Pełen guślarstwa obrzęd świętokradzki,
Pospólstwo nasze w grubej utwierdza ciemnocie
Stąd dziwaczne powieści, zabobonów krocie
O nocnych duchach, upiorach i czarach.

GUSTAW
Więc żadnych nie ma duchów?
(z ironią)
Świat ten jest bez duszy?
Żyje, lecz żyje tylko jak kościotrup nagi,
Który lekarz tajemną sprężyną rozruszy
[…]

 

1 listopada w kościele rzymskokatolickim, anglikańskim i wielu kościołach protestanckich jest dniem Wszystkich Świętych (łac. festum omnium sanctorum) – odprawiane są wtedy msze za dusze wszystkich znanych i nieznanych świętych.
W Polsce i wielu innych krajach istnieje tradycja odwiedzana w tym dniu cmentarzy, palenia zniczy na grobach bliskich, ozdabiania ich kwiatami i modlenia się w intencji zmarłych. Zwyczaj ten ma charakter religijny, ale generalnie uznawany jest przez wszystkich jako dzień pamięci, czci i szacunku dla zmarłych.

W kościele prawosławnym, 1 listopada, wznoszone są modły w intencji zmarłych, gdy wierni idą odwiedzić groby swych bliskich. Jednak odpowiednik rzymskokatolickiego Dnia Wszystkich Świętych w kościele prawosławnym obchodzi się w pierwszą niedzielę po Pięćdziesiątnicy (Pentecoste, 50. dzień po zmartwychwstaniu Chrystusa, dzień zesłania Ducha Świętego na apostołów, w Polsce potocznie zwany Zielone Świątki) lub – według innych źródeł – w sobotę przed Pięćdziesiątnicą.

 

1 listopada 1956 – węgierski premier Imre Nagy ogłosił neutralność Węgier i ich wystąpienie z Układu Warszawskiego. Wcześniej (28 października 1956) stwierdził, że powstanie węgierskie nie jest kontrrewolucją, a narodowym zrywem i zażądał wycofania wojsk sowieckich z Węgier.

Nagy nie zważał na to, że cztery dni wcześniej sowieckie czołgi obsadziły Budapeszt. Czyżby sądził, że Sowieci odpuszczą, jak w Polsce? Decyzje węgierskiego premiera poprzedziły bowiem wydarzenia w Warszawie z 24 października 1956, kiedy podczas wiecu (kilkaset tysięcy ludzi!) na placu Defilad przed Pałacem Kultury, Władysław Gomułka powiedział tłumom o najnowszej decyzji Chruszczowa.

Chruszczow –  a wraz z nim Mołotow, Mikojan i Kaganowicz (współczesna wersja czterech jeźdźców Apokalipsy: ta czwórka miała na koncie krew milionów) – przyleciał do Warszawy niespodziewanie 19 paździer­nika 1956, by zastraszyć i rozgonić nową ekipę polskiej partyjnej wierchuszki. Na lotnisku sowiecki gensek wygrażał pięściami, w czasie spotkania walił pięścią w stół, groził: „Ten numer wam się nie uda, jesteśmy gotowi do aktywnej interwencji!” Jakimś cudem – odpuścił (jednym z wytłumaczeń tego cudu miał być sprzeciw Chin, z którymi Chruszczow zadzierać nie chciał).

Tak więc Gomułka na Placu Defilad oznajmił, że bratni Kraj Rad nie wystąpi z pomocą, której błądzącej Polsce miałaby w jego imieniu udzielić armia sowiecka [więcej o wydarzeniach październikowych 1956 w Warszawie znajdziesz w „Październiku”].

Gomułka jednak obiecał, że Polska nie zejdzie z drogi do komunizmu, nie wystąpi z Paktu Warszaw­skie­go i w ogóle będzie realizować wszelkie założenia marksizmu-leninizmu (np. kolektywizacja rolnictwa, ateizacja, obsiewanie kukurydzą wszystkich pól, łąk i lasów), tyle że na swój sposób i w swoim tempie, nie zawsze zgodnym z tempem przodującego we wszystkim – więc niedoścignionego – Kraju Rad.

Tymczasem Węgrzy poszli krok dalej. To, że hegemon odpuścił wielkiej i centralnie położonej Polsce, dało im nadzieję, że ich maleńki terytorialnie, niespełna 10-milionowy kraj może sobie pozwolić na więcej. Stąd deklaracje Nagy'ego z 28 października i 1 listopada 1956. Niestety – dalej było już tylko gorzej.

Bratnią pomoc węgierskim komunistom (przeciwko faszystowskiej hydrze, a jakże!) poniosło 30 tys. żołnierzy i ponad 1100 czołgów spod znaku sierpa i młota.

Tu – podobno – tow. Mao zadziałał odwrotnie niż w przypadku Polski: zażądał od Chruszczowa zdecydowanego rozprawienia się z węgierską kontrrewolucją. [co było dalej, przeczytasz pod datą 4 listopada 1956]

 

2 listopada to w kościele rzymskokatolickim Dzień Zaduszny (w Polsce zwany Zaduszkami) – dzień wspominania zmarłych.

 

3 listopada 1918 – buntują się marynarze w Kilonii, co daje początek Rewolucji Listopadowej w Niemczech (część historyków uważa, że zaczęła się ona półtora tygodnia wcześniej, 29 października, buntem marynarzy z Wilhelmshaven).
Rewolucja doprowadza do abdykacji Wilhelma II i upadku Cesarstwa Niemieckiego (9 listopada 1918), zawieszenia broni kończącego I wojnę światową (11 listopada 1918) i powstania Republiki Weimarskiej, a trwa do 11 sierpnia 1919 – dnia podpisania konstytucji w Weimarze.
Zryw ten tak podekscytuje Trockiego i Lenina, że zechcą oni – „po trupie białej Polski” – rozszerzyć władzę Sowietów na Niemcy. Stalina ekscytowało to widać mniej i pewnie dlatego podziękować mu możemy za to, że w sierpniu 1920 Piłsudski przeprowadził swój manewr przez Wieprz bez przeszkód i ocalił Warszawę od hord prowadzonych (trzeba przyznać, że bardzo sprawnie) przez Tuchaczewskiego.

 

4 listopada przypada rocznica rzezi Pragi, dokonanej w 1794 przez wojska Suworowa. Rosjanie wymordowali ok. 20 tys. ludności cywilnej – tak Rosja utwierdzała swe stanowisko lidera Ligi Pansłowiańskiej.
Zachwycona postawą swego feldmarszałka i pogulanijem jego podkomendnych, niemiecka caryca prawosławnego imperium ustanowiła na cześć tego wydarzenia Крест за Прагу – Krzyż za Zdobycie Pragi z napisem „Za wysiłek i odwagę” (За труды и храбрость).

Jakimś cudem przemknęło to przez sita cenzury (nie lubili carów, ale w końcu to nie carowie wyrzynali praskie kobiety i dzieci tylko umundurowany lud) i przez cały okres PRL-u można było czytać u Mickiewicza, że najpierw Jasiński i Korsak

stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali
Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali

później, że Maciej Dobrzyński

sam jeden skoczył z wałów Pragi,
Bronić pana Pocieja, który, odbieżany
Na placu boju, dostał dwadzieście trzy rany

wreszcie zaś, że

wojna, atak, szturm, słychać wystrzały,
Jęk dzieci, płacze matek. – Tak mistrz doskonały
Wydał okropność szturmu, że wieśniaczki drżały,
Przypominając sobie ze łzami boleści
Rzeź Pragi, którą znały z pieśni i z powieści.

Jeśli ktoś zna rosyjski, niech koniecznie przeczyta relację Suworowa z bitwy praskiej przesłaną Piotrowi Aleksandrowiczowi Rumiancewowi, <http://wars175x.narod.ru/dc94_133.html>, w której opisane jest „znakomite zwycięstwo warszawskie” i nauczka, którą odebrała вероломная сия столица – „wiarołomna ta stolica”.

 

4 listopada 1956 – początek interwencji zbrojnej ZSRR na Węgrzech. Pacyfikacja Węgier zakończyła (formalnie) sześć dni później, 10 listopada. Represje trwały jeszcze latami, gdyż rewolucyjny terror podtrzymywał nowy rząd Węgier. Źródła podają dziś, że represjonowano (sąd i więzienie) ok. 40 tys. osób, ale w takich wypadkach dane z reguły bywają zaniżane. A choćby nawet i nie – pamiętajmy, że mówimy o kraju, który w 1956 roku miał 9,87 mln. ludności – 40 tys. osób stanowiło więc 0,4% populacji (w skali dzisiejszej Polski to ok. 150 tys. ludzi).

Powstanie węgierskie zostało utopione we krwi. Oficjalne liczby to 3000 zabitych i 13 tysięcy rannych po stronie węgierskiej. Emigrowało co najmniej 200 tysięcy Węgrów, czyli 2% ludności (dziś w Polsce odpowiadałoby to 760 tysiącom ludzi).

János Kádár, który „wraz z węgierskimi patriotami pomagał zdławić kontrrewolucyjny pucz faszystowsko-kapitalistyczny”, a później z nadania hegemona przejął węgierskie stery, srożył się mniej więcej sześć lat. Imre Nagy został w tajnym procesie oskarżony o zdradę i – na żądanie Chruszczowa, jako przykład dla ewentualnych przyszłych liderów-buntowszczyków – zamordowany 16 czerwca 1958. Terror jednak stopniowo słabł. W roku 1963 większość uwięzionych została wypuszczona (choć kardynał József Midszenty korzystał z politycznego azylu na terenie ambasady USA w Budapeszcie do 1971 roku).

Później władza nieformalnie zaoferowała węgierskiemu społeczeństwu układ następujący: my wam pozwolimy na nieco kapitalizmu (czyli na trochę gospodarki rynkowej), a wy nie będziecie się wtrącać do polityki. Zupełnie jak w gulaszu – trochę tego i trochę owego, dlatego system panujący na Węgrzech od połowy lat 60-tych do roku 1989 nazwano „komunizmem gulaszowym”. Trochę w tym przewrotności, a trochę czarnego humoru, bo wcześniej główny stalinista węgierski Mátyás Rákosi swą politykę eksterminacji opozycji nazywał „taktyka salami” – że niby odcina się plasterek po plasterku (nb. Rákosi i jego następca na stanowisku genseka, Ernő Gerő – ten, który wezwał Sowietów na pomoc, zostali przez armię sowiecką ewakuowani do ZSRR).

Zachód oczywiście nie kiwnął palcem, poza krzykliwymi tytułami w gazetach, wstrząsającymi reportażami w radiu i telewizji i pomocą humanitarną organizowaną na ogół przez szarych obywateli (pomoc, którą Węgrzy otrzymali z Polski, szacowana na 2 mln dolarów, przewyższyła pomoc amerykańską). Między rządami obowiązywała umowa jałtańsko-poczdamska i nic nie miało jej zakłócić, póki obie strony respektowały ustalony podział świata. Podobnie było podczas tłumienia Praskiej Wiosny w 1968. Prawdopodobnie ta samo by było z kontrrewolucją polskiej Solidarności w 1980-1981, gdyby sytuacja międzynarodowa się nie zmieniła: tolerancja Zachodu wobec sowieckiej „polityki wewnętrznej” ustała, gdy rozzuchwalona dotychczasową bezkarnością Moskwa zdecydowała się granice pojałtańskie zignorować i w grudniu 1979 wysłała sowiecką armię na drugi brzeg Amu Darii, rozpoczynając inwazję na Afganistan. O którym ani w Jałcie, ani w Poczdamie mowy nie było.

 

7 listopada (wg kalendarza gregoriańskiego; w juliańskim był to 25 października) 1917 rozpoczęła się w Rosji rewolucja bolszewicka, zwana później Październikową, Socjalistyczną lub Wielką (albo z wszystkimi epitetami naraz).
Wielką była, jeśli uwzględnić jej efekty, ale trwała zaledwie dwa dni, a wszelkie późniejsze opowieści o szturmach, walkach i bohaterstwie bolszewików („dokumentowane” fragmentami fabularnych filmów nakręconych kilka lat później) można między bajki włożyć.
Efekty? Co tu dużo mówić.
Norman Davies w Europie (str. 1328-9, wyd. ang. 1996) szacuje liczbę ofiar reżimu sowieckiego tylko w latach 1917-1953 na 54 miliony. Nie obejmuje to ofiar zabitych podczas II wojny światowej, które Davies ocenia na 8-9 mln. żołnierzy Armii Czerwonej (tamże), a Wiki na 8,7-13,8 mln.
Już tylko z zestawienia tych liczb z łączną liczbą poległych podczas II w. ś. w armiach amerykańskiej i brytyjskiej (Davies: 0,5 mln, Wiki: 0,8 mln), widać jasno, że rozkaz nr 227 z 28 lipca 1942 („Ani kroku wstecz!”, Ни шагу назад!) wydany przez Stalina był kolejnym aktem ludobójstwa, tym razem wobec własnych żołnierzy.

 

10 listopada urodziny obchodzi amerykański Korpus Piechoty Morskiej – U.S. Marine Corps – założony w roku 1775.

 

Urodziny obchodzą też państwa:

Polska (11 listopada 1918),
Angola (11 listopada 1975),
Łotwa (18 listopada 1918),
Liban (22 listopada 1943),
Surinam (25 listopada 1975),
Albania (28 listopada 1912).

 

11 listopada, w rocznicę zakończenia I wojny światowej, w USA obchodzony jest Dzień Weterana (Veterans Day) – święto honorujące wszystkich służących w Siłach Zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Jeśli 11 listopada wypada w weekend, dzień świąteczny przenoszony jest na piątek lub poniedziałek.

 

19 listopada (1493) wylądował w Portoryko Krzysztof Kolumb podczas swej drugiej transatlantyckiej podróży. Co dobrego przyniosło to plemionom zamieszkującym wyspę – odgadnijcie sami, jak pisał poeta, choć podobno zaczęło się od uratowania dwóch indiańskich kastratów.

 

W czwarty czwartek listopada Stany Zjednoczone świętują Dzień Dziękczynienia (w 2018 to 22.XI).
Historia sięga Pielgrzymów, czyli 102 osób płci obojga ze wspólnoty religijnej, która przybyła do Nowego Świata na statku Mayflower w 1620. Udało im się przeżyć rok prawdziwym cudem, bo jak inaczej nazwać to, że – gdy przybysze byli na skraju śmierci głodowej – z lasu wyszło dwóch Indian, którzy wszczęli konwersację po angielsku, wcześniej przedstawiwszy się jako Squanto i Samoset.
Gdy rok później, dzięki pomocy Indian, Pielgrzymom udało się zebrać pierwsze plony z pól – trudno się dziwić, że pierwsza wieczerza dziękczynna z indykami w roli głównej (konsumpcji oddawało się 53 białych i 90 Indian) trwała 3 dni.
Dwaj prostoduszni panowie S. nie zdawali sobie sprawy, że ich działalność charytatywna obróci się przeciwko nim, a owa uczta jest poniekąd stypą dla ich plemion – Wampanoagów i Wabanaków – i reszty Indian na kontynencie.
Formalnie Thanksgiving Day stał się świętem federalnym w 1863 za Lincolna, choć podobno pierwsze orędzie w tej sprawie podpisał Waszyngton.
Kanadyjczycy świętują Dziękczynienie (w Quebecu: Jour de l’Action de grâce) w drugi poniedziałek października.

Thanksgiving dinner jest dla Amerykanów tym, czym dla Polaków wieczerza wigilijna: robią wszystko, pokonują tysiące mil, by właśnie tego dnia zasiąść do rodzinnego stołu.
Zapytał mnie kiedyś amerykański znajomy, czy ja też obchodzę Thanksgiving. Odpowiedziałem, że to przede wszystkim jest święto moje i mnie podobnych pielgrzymów-imigrantów, którym udało się – lepiej lub gorzej – przetrwać kolejny rok, również dzięki pomocy takich jak on – dla nas będących współ­czes­ny­mi odpowiednikami Squanto i Samoseta. Pytający zdziwił się bardzo i zastygł był w zadumie na czas jakiś, po czym powiedział, że nigdy nie patrzył na to w ten sposób i że wiele w tym, co powie­dzia­łem, jest słuszności. Ile w tym, co powiedział, było poprawności politycznej – nie wiem.

Po dziękczynnym czwartku w USA następuje „czarny piątek” – Amerykanów ogarnia szał konsumpcji: sklepy organizują wyprzedaże, a kolejki (dobrze mówię: kolejki pod sklepami!) stoją czasem całą noc, co skądinąd jest okazją do zadzierzgania więzi towarzyskich. Nie są one jednak chyba zbyt trwałe, gdyż otwarcie sklepów nieodmiennie łączy się z szarżą tłumu i prawie co roku są ofiary śmiertelne (ale jest ich niewiele).

 

Zapamiętajcie rok
trzydziesty,
dzień dwudziesty dziewiąty
listopada:
dzień wzeszedł dla was, ta noc!

29/30 listopada 1830 rozpoczyna się polskie powstanie narodowe przeciw Rosji, zwane listopadowym.
Trwa do 21 października 1831.

Ujrzycie bohatery i karły,
i wojenniki, i gachy,
i dumne, pychą pojęte,
i podłe, jako gad liche,
i wyniosłe, i groźne, i ciche,
i zbrodnicze, i jako cud: święte.

Wyspiański powiedział. Nic dodać, nic ująć.
A jeśli ktoś chce zagłębiać się w szczegóły, niech zacznie od literatury i przeczyta Mariana Brandysa.

 

 

Znaki Zodiaku w listopadzie:
Skorpion (♏) – do 21 listopada
Strzelec (♐) – od 22 listopada.

Co czarny pijar mówi o Skorpionie, już było (w „Październiku”) i nie było to przyjemne, oj nie! Ale Strzelce wszystkich dżenderów też niech się nie cieszą:

Osobnik spod tego znaku wykazuje dużo energii i pomysłowości – urodzony działacz społeczny. Oczywiście do czego się nie weźmie – to spieprzy. W dzieciństwie zabiera młodszym dzieciom cukierki. Ma skłonności do samogwałtu i podgląda w toalecie. Na starość pisuje wspomnienia, od początku do końca zmyślone.

Tu akurat CzPR przesadza, bo wszystkie wspomnienia, nie tylko Strzelców, są na ogół w większości zmyślone.
Ale prawdą jest, że swoim horoskopem cieszyć się mogą tylko Bliźnięta – najfajniejsza i najweselsza konstelacja w bloku.

 

Kwiat listopada (wielkiego wyboru nie ma) to:

chryzantema (Chrysanthemum indicum L.).
W Polsce (i sporej części Europy) kojarzy się ona tak jednoznacznie, że lepiej nie wspominać. Jedyna weselsza konotacja pochodzi z piosenki, ale też nie z oryginału a ludowej trawestacji: Chryzantemy złociste, przy nich pół litra czystej

Ciekawe, że w USA (poza Nowym Orleanem) chryzantema jest symbolem pogody ducha i optymizmu. Ale Nowy Orlean – wiadomo: parafie zamiast hrabstw, kilometry zamiast mil, dix zamiast ten i cmentarz Metairie. A na nim chryzantemy. Wszystko jasne.

 

Kamienie listopada:

topaz – symbol przyjaźni, ale również godności i bogactwa. Weźmy np. Biblię:

w Księdze Wyjścia (28:17) topaz był w pierwszym rzędzie drogich kamieni (razem z rubinem i szmaragdem) pektorału, który Mojżesz miał wykonać dla brata swego Aarona;
co to jest pektorał wszyscy wiedzą, ale dla porządku (za Słownikiem Doroszewskiego) przy­pom­nę, że był to napierśnik ozdobiony drogimi kamieniami noszony przez faraonów i ży­dow­skich arcykapłanów (od łacińskiego pectus = pierś);

w „Hymnie o mądrości” z Księgi Hioba (Hi 28:19), topaz jest wśród najdroższych klejnotów, za które mądrości kupić się nie da; nb. dokładny cytat brzmi „i topaz z Kusz nie dorówna”, co znaczy, że w najwyższej cenie były topazy z owej właśnie krainy (dziś jest to północny Sudan);

topaz jest jednym z atrybutów bogactwa i szczęśliwości króla Tyru, o czym posłyszał Ezechiel w swym widzeniu (Ez 28:13);

jest też topaz dziewiątą warstwą fundamentu miasta Jeruzalem czasów mesjańskich, przedstawianego przez Jana w Apokalipsie (Ap 21:20);

cytryn – rzadka, makrokrystaliczna odmiana kwarcu.
Na temat cytrynu jeden z jubilerów pisze:

Wzmaga pewność siebie, silną wolę i kreatywność. Pomaga rozwiązywać problemy, zwiększa optymizm, entuzjazm i uczy, jak cieszyć się życiem. Rozprasza negatywną energią. Sprzyja osiągnięciu materialnego dobrobytu i powodzeniu w karierze zawodowej. Sprzyja leczeniu chorób serca, wątroby i nerek. Pomaga pozbyć się cellulitu. Przynosi ulgę przy wrzodach żołądka.

Czego to ludzie nie wymyślą, tylko żeby sprzedać… Ja bym jeszcze dodał „krawaty wiąże i przerywa ciąże”, bo jak już – to już. Swoją drogą, ciekawe na co (poza portfelem) działa kupiony w tym sklepie Swarovski?

W etymologie bawić się tym razem nie będziemy, bo zawędrujemy aż do sanskrytu, a to daleko, tak w cza­sie jak i w przestrzeni.
Natomiast tu i teraz oba minerały występują w Polsce, w Sudetach oczywiście (Tatry są diamentem same w sobie) – w Górach Izerskich, Karkonoszach, Górach Sowich i Przedgórzu Sudeckim: Wzgórzach Strze­gom­skich i Strzelińskich

 

Imieniny w listopadzie obchodzą (między innymi, przecież nie mogę wymienić sześćdziesięciu imion!):

• Hubert (3 XI),
• Karolina (4 XI),
• Marcin (11 XI),
• Stanisław Choiński (13 XI),
• Elżbieta B. (19 XI),
• Katarzyna (25 XI),
• Andrzej (30 XI) – ale o andrzejkach nie będzie.
Najlepsze życzenia!

 

Urodziny
• Konrad, który urodził się w miesiącu listopadzie 1823 roku w Wilnie przy ulicy Ostrobramskiej, w klasztorze ks. ks. Bazylianów, przerobionym na więzienie stanu, w miejsce zmarłego właśnie Gustawa, o którym było na początku.
Więcej o urodzinach nie będzie. Za dużo się okazało chętnych i pominiętych, z czego tylko kłopot, ambaras i niesnaski.
Jubilatkom (czyżby damy obchodziły urodziny?) i jubilatom – wszystkiego najlepszego!

O ślubach też nie będzie – i tak każdy to robi na własne ryzyko.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
jedenasty miesiąc roku to:

białoruskiлістапад [listapad]
bośniackinovembar
bułgarskiноември [nojembri]
chorwackistudeni (chorwacki listopad to nasz październik)
czeskilistopad
kaszubskilëstopadnik (też: smùtan, lëstopad)
litewskilapkritis
łatgalskisolnys
łużycki (dolny)młośny (też: nowember)
łużycki (górny)nowember (też: nazymnik)
łotewskinovembris
macedońskiноември [nojembri] albo студен [studien]
rosyjskiноябрь [nojabr’]
serbskiновембар [novembar]
słowackinovember
słoweńskinovember (też: listopad)
ukraińskiлистопад [listopad]
żmudzkilapkrėtis

 

Przysłowia związane
z listopadem:

Czasem w listopad nie palisz
i rąbala precz oddalisz,
ale w grudniu –
musisz durniu.

Gdy w listopadzie
od południowego kraju grzmi,
znaczy niepłodność wszystkiego.

Jak na świętego Hieronima
jest deszcz, albo go nie ma,
to pod koniec listopada
pada, albo nie pada.

Jaka pogoda listopadowa,
taka i marcowa.

Jeszcze nie listopad,
a liść z drzewa opadł.

Listopada wiela wody,
na łąki wielkie wygody.

W listopadzie goło w sadzie.

W listopadzie grzmi,
rolnik dobrze śni.

W listopadzie
kapusty pełne kadzie.

W listopadzie
liście opadają,
a ludzie znicze
na grobach stawiają.

 

Przysłowia na
Wszystkich Świętych (1 XI)

We Wszystkich Świętych,
gdy się deszcz rozpada,
może słota potrzymać
do końca listopada.

Wszyscy Święci niezgodą,
wiatry ze śniegiem przywiodą.

Czasy niekiedy bywają,
że Wszyscy Święci w bieli przybywają.

Jeśli śnieg na Wszystkich Świętych zawiedzie,
to święty Marcin [11 listopada]
na białym koniu przyjedzie.

Na Wszystkich Świętych ziemia skrzepła,
to będzie zima ciepła,
a jak deszcz,
to trzeba będzie za piec wleźć.

Na Wszystkich Świętych mróz,
na Boże Narodzenie zima i susz.

 

Przysłowia na
św. Huberta (3 XI)

Kiedy swego czasu
goły las nastaje,
święty Hubert z lasu
cały obiad daje.

Jaki listopad trzeci,
taki marzec się kleci.

 

Przysłowia na
św. Marcina (11 XI)

Chmurny Marcin chętnie przyprowadza
łagodną zimę, mrozy straszne zgładza.

Gdy liście przed Marcinem nie opadają,
to mroźną zimę przepowiadają.

Gdy Marcin w śniegu przybieżał,
całą zimę będzie w nim leżał.

Gdy Marcinowa gęś po lodzie,
będzie Boże Narodzenie po wodzie.

Gdy mróz na świętego Marcina,
będzie tęga zima.

Jaki dzień na świętego Marcina,
taka będzie cała zima.

Jeśli na Marcina sucho,
to Gody [25 grudnia] z pluchą.

Jeśli na Marcina
wiatr z południa wieje,
lekkiej zimy daje nadzieje.

 

Przysłowia na
św. Stanisława (13 XI)

Na Stanisława Kostkę
ujrzysz śniegu drobnostkę,
a na Ofiarowanie [21 listopada]
przydadzą się sanie.

 

Przysłowia na
św. Marka (16 XI)

Deszcz w Marka,
ziemia w lecie jak skwarka.

 

Przysłowia na
św. Elżbiety (19 XI)

Zjawia to Elżbieta święta,
czy ta zima będzie cięta.

 

Przysłowia na
św. Katarzyny (25 XI)

Katarzyny dzień jaki,
cały grudzień taki.

Kiedy w świętą Katarzynę
lód nie stanie,
to gotuj sanie.

W Katarzynę z nieba nic nie spadnie,
będzie w przyszłym lutym
chyba jeszcze ładniej.

 

Przysłowia na
św. Zdzisława (28 XI)

Kiedy Zdzisiek rano szroni,
zima jest w zasięgu dłoni.

 

Przysłowia na
św. Andrzeja (30 XI)

Gdy święty Andrzej
ze śniegiem przybieży,
sto dni śnieg w polu leży.

Na św. Jędrzeja
trza kożucha dobrodzieja.

W wilją św. Andrzeja
jest dla dziewcząt nadzieja.

Zdybali się dwa Jędruchy:
jeden ślepy, drugi głuchy.

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Pamiętniki, o których piszę na początku tekstu, to:

Jałowiecki, Mieczysław. Na skraju Imperium i inne wspomnienia.
Warszawa : Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, [2000, 2003, 2005, 2012, 2013,  2014,  2015,  2017].
Liczba wznowień mówi sama za siebie. Niesamowita lektura!
Prawda: tylko dla dorosłych, ale nieposłuszna (a ciekawa) młodzież też może w nich znaleźć zadowolenie.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha