Henryk Jaskuła

Dziennik osobisty

z rejsu solo non stop dookoła świata 1979-1980 jachtem „Dar Przemyśla”

TOM I (od 12 VI do 16 VIII 1979)

 

Bałtyk:                                           5 dni
Sund i Kattegat                            4 dni
Skagerrak                                      2 dni
Morze Północne                          7 dni
Kanał La Manche                         9 dni
RAZEM:                                       27 dni

 

 

Dzień 1, 12 VI 1979, wtorek

12.07 (GMT 10.07). Główki Basenu Jachtowego w Gdyni.

14.20. Hel w zasięgu ręki. Morze uczy tęsknić i kochać. Wszystkich kocham, absolutnie wszystkich.

Jestem szczęśliwy, bo nie ma w moim sercu ani krzty nienawiści. Jeżeli jeszcze wczoraj, czy przedwczoraj odgrażałem się, że kogoś obsmaruję, tak dziś, dwie godziny po wyjściu z Gdyni, wszystko poszło w niepa­mięć, wszystko poszło za burtę serca i jachtu.

Jestem szczęśliwy, bo mam tak bardzo dużo prawdziwych przyjaźni, chyba nie ma w tym kraju drugiego takiego zwykłego człowieka, który by miał tyle serc do konsumpcji.

Napiję się dziś, ale dopiero po trawersie Helu, żebym przypadkiem nie zarył dziobem w ten półwysep, który jest tak charakterystyczny, jedyny dla mapy Polski.

Nie, nie ma obawy, mój okręt idzie sam, kpiąc sobie z samosteru, zna drogę, osiem razy przyglądał się tej latarni.

22.00. Rozewie, kiedy cię zobaczę znów? Ty najmilsza polska latarnio, stojąca na najpiękniejszym wzgó­rzu, zawsze łatwo rozpoznawalna z morza.

Pierwszy wieczór na morzu przyniósł krótkie chwile roztkliwienia, toteż sięgnąłem po butelkę brandy, którą przyjazna ręka przy pożegnaniu wetknęła do koi.

Po 22-giej wiatr zamarł do zera, na silniku odskoczyłem dalej od Rozewia, stanąłem w dryfie pod samym bezanem i poszedłem spać, zapaliwszy przedtem białe światło na topie.

Dziś pierwsza rocznica urodzin wnuczki Alinki. Aha, to za nią tęskniłem.

 

 

Dzień 2, 13 VI 79, środa

Przez sen dostrzegłem dzień i nie przerywając sobie snu, zgasiłem światło topowe. Flauta trwała do 10-tej rano. Wstałem późno, po ósmej. Kubek kwaśnego mleka, trzy jaja na cebulce zjadłem bez większego apetytu.

O 10-tej pojawił się wiatr 3°B z Westu. Oh, dear! Halsówa przez cały Bałtyk. Ano, nie ma rady, cierpli­woś­ci. Pustą skorupę tratwy przeniosłem na rufę, żeby mi nie zasłaniała widoku przed dziobem. Na rufie też zawadza. Muszę ją rozbić, może nieco dalej od Polski, za Sundem? Na razie zdrapałem numer, który na skorupie wymalowałem w Gdyni, ten jaki mam w ateście.

Jak sobie zorganizować życie? Śniadanie o 9-tej, obiad o 15-tej, skromna kolacja ok. 20-tej.

Przede wszystkim wstrzemięźliwość i umiar we wszystkim, nie obżerać się!

Trochę mi smutno chwilami. Flaszkę brandy wyjąłem z buta i schowałem do trzeciej piwnicy.

Czuję się bardzo zmęczony i słaby. Na jachcie zadomowił się mały, żółtawy ptaszek. A więc nie płynę solo. Patrząc w swój diagram biorytmów sprawności, sporządzony przez komputer widzę, że wszystkie trzy rytmy, sprawności fizycznej, psychicznej i intelektualnej, idą w dół. Najgorzej będzie podobno 18 VI, kiedy dwa ostatnie rytmy osiągną równocześnie krytyczne dno, zaś dno fizyczne nastąpi 22 VI.

Po południu ptaszek wleciał pod pokład i uważnie zwiedzał wszystkie kąty. Czasem siadał mi na kolanach, gdy w fotelu czytałem książkę, czasem na samej książce. Za pierwszą dobę mam skandalicznie mały przebieg, tylko 47 mil. Ano, nic dziwnego, skoro jacht stał 10 godzin w sztilu.

Zginął mi zeszyt, w którym miałem prowadzić dziennik chronometrów. Przekopałem trzy szafki, bezskutecznie. Miałem w nim pokratkowane rubryki dla czterech chronometrów.

Główny chronometr marki Glasshütte, do którego Dick z Dover przysłał mi cztery bateryjki E-20 Ever Ready. Jedną parą tych doskonałych baterii uruchomiłem chronometr. Pozostałe trzy, to nie chronometry zawodowe, tylko pełnią rolę chronometrów, ustawione są na czas GMT.

Zacząłem czytać Pawła Jasienicę, „Polska Piastów”. Ptaszek zniknął, chyba odfrunął. Brak mi go. Na dnie serca leży jakiś smutek, chyba tęsknota objawia się w ten sposób, tęsknota i żal za tymi, od których odpły­nąłem.

Pod wieczór dramat: rozpruła się genua na górnym brycie i nie wiem gdzie mam igły. Znalazłem tylko te z MCZ (Morska Centrala Zaopatrzenia), bardzo grube. Genuę zszyłem igłą z podręcznej, turystycznej reperaturki. Boże, gdzie ja mogłem scho­wać te igły?

Tak tragicznie nie jest, do tej małej igiełki nitka do szycia żagli wchodzi w ucho. Nie tylko igieł brak, nie ma wiadra metalowego, nie ma łopatki do śmieci. To już sprawa tych, którzy mi pomagali. Oj, chłopaki!

C. d. po latach: Parę lat po rejsie wyszło na jaw, że wiadro zostawił na kei Wojtek Szubra, który przelewał paliwo z becz­ki do kanistrów. Przyznał się.

 

 

Dzień 3, 14 VI 79, czwartek

Gdy kładłem się spać po północy, dalej dmuchał West, słaby i niekorzystny. Noc była spokojna, w kręgu horyzontu nikogo. Co godzinę wstawałem, bez budzika, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Po trzeciej było na tyle jasno, że zgasiłem światło topowe. W sumie spałem do ósmej, tymczasem wiatr skręcił na SW, a jacht poszedł za nim, idąc wreszcie właściwym kursem.

W trzecim dniu żeglugi osady żalu i tęsknoty rozpłynęły się. Zaczynam się wczuwać w to życie morskie i wcale nie przeraża mnie myśl, że takie życie będę wiódł przez rok. Wczoraj jeszcze myślałem, że komuś czegoś nie dopowiedziałem, że czegoś komuś nie napisałem. Dziś zapominam o co to właściwie chodziło. Dziś bardziej interesuje mnie kiedy Bornholm ukaże się na horyzoncie.

Tymczasem jacht wlecze się pomału poprzez nie taki znów mały Bałtyk, z szybkością trzech węzłów, czasem dwóch, czasem czterech, rzadko pięć. Od wczesnych godzin rannych idziemy wreszcie na West. Właściwie jacht cierpliwie idzie sam, samoster zdecydowanie odmówił współpracy nie tylko w bak­szta­gu, ale i w bajdewindzie. Był zawsze tępy, teraz jest durny. Może dlatego, że jacht jest przeciążony, że jest zanurzony 12 cm powyżej linii wodnej. Sam widzę jak dziób ryje w wodzie, choć w porcie na postoju był wytrybowany na równej linii z rufą.

I jacht sam radzi sobie mimo przeładowania, z prowadzeniem kursu, w bajdewindzie, wystarczy mu trochę moich słów, jedna prośba, parę dotknięć szotów i steru, którego koło jest zablokowane hamulcem. Jest to samosterowność naturalna (SN), działa tylko w bajdewindzie.

Ten samoster, którego kiedyś pieszczotliwie nazwałem Michałem, jest pierwszy w mojej praktyce żeglarskiej. Od dawna nie miałem do niego serca, zamówiony przez Stocznię w Anglii, reprezentuje stary typ samosteru Haslera, w którym statecznik, poddawany działaniu wiatru, obraca się w osi pionowej.

Nowsze typy samosteru, jak angielski Aries i francuski Atoms mają stateczniki wiatrowe obracające się wokół osi poziomej. Daje to około ośmiokrotnie większą siłę przenoszenia przez statecznik.

Ariesa mieli w regatach TARS 72 Teresa Remiszewska i Krzysztof Baranowski. Różnice działania oraz wady i zalety jednego i drugiego typu opisał na pięciu stronach swej książki, wydanej również w Polsce „Moje Pen Duicki” czołowy żeglarz francuski Eric Tabarly.

Gdy po doświadczeniach zeszłorocznych z tym samosterem i po przeanalizowaniu opisu Tabarly’ego spytałem mojego kolegę, również żeglarza i inżyniera, pracownika biura konstrukcyjnego Stoczni, dlacze­go taki niefortunny samoster wytypowano do zamówienia w świetle analizy Tabarly’ego, odparł z roz­bra­jającą szczerością:

– Tabarly’ego czytałem, lecz te pięć stron opuściłem, bo mnie to nie interesowało.

Wiozę więc to urządzenie raczej w charakterze dekoracji i dociążenia rufy, a waży ono około stu kilo. Zresztą, kto wie, od pewnego czasu zaczynam w to wierzyć, że nieposiadanie samosteru stanowi siłę sukcesu. Samoster to mimo wszystko urządzenie dość delikatne, z dwóch samotnych rejsów jesiennych wróciłem z wyłamanym statecznikiem. Fale szybko rozprawiły się z takim czymś, znam rejsy, które zała­mały się z powodu awarii samosteru, choćby start w regatach dookoła świata solo non stop Chay Blytha na „Dytiscusie” w 1968 r.

Ja nie mam samosteru, nigdy go nie miałem, statecznik został wyłamany w sztormach jesiennych nie dlatego, że pracował, gdyż samoster nie był włączony, tylko dlatego, że istniał. I od początku staram się dogadać z jachtem i jego żaglami, żeby szedł samosterownie. Stan, kiedy jacht idzie sam, określam w „Dzienniku” symbolem SN, co znaczy „samosterowność naturalna”. Mnie awaria samosteru nie zasko­czy, bo i nie grozi mi. Nie mniej jednak dziwi mnie beztroska znakomitego skądinąd inżyniera i żeglarza.

Na radiostację też nie mam potrzeby narzekać, w warunkach jachtowych psują się nagminnie. Na jachcie, w przeciwieństwie do statków, nie ma oddzielnego, specjalnego pomieszczenia dla aparatury radiowej. Na oceanie w silnych sztormach pył wodny, tak jak piasek na pustyni, przenika wszędzie i dostaje się do aparatu, pozostawiając na jego złączach osad przewodzący z soli morskiej, co powoduje awarie. Moja radiostacja nie zepsuje się, bo nie działa. W czasie rejsów czy regat etapowych dookoła świata prawie wszystkim i to kilkakrotnie psuły się aparaty nadawczo-odbiorcze, dlaczego mnie nie ma się psuć?

Radiotelefonem nie żegluje się, tylko żaglami, nie mnie jest potrzebny ten aparat, tylko tym, którzy zostali w kraju. To z myślą o nich zrobiłem przed laty, oprócz świadectwa normalnego radiotelefonisty, również licencję amatorską. Lecz mój znak wywoławczy SP8HIS/MM będzie milczał, gdyż wytypowanych przeze mnie dziewięć kryształów w pasmach amatorskich, głównie na paśmie 14 MHz – aż sześć, nie zostały uwzględnione i zamówione. Cena jednego kryształu to 10 funtów.

Chciałem zamontować na jachcie oddzielny aparat nadawczo-odbiorczy, pracujący tylko w pasmach ama­torskich, choćby tylko 20-watowy. Byłem bardziej przekonany do tego ostatniego, jako że ruch amatorski krótkofalarski pokrywa całą kulę ziemską, poprzez stacje amatorskie można łańcuchowo osiągnąć dowolny punkt i stację na świecie, nawet przy małej mocy aparatu. Lecz i z tymi staraniami nic nie wyszło.

Najbardziej z tego wszystkiego martwię się tym, że genua przy bajdewindach ostrych ociera o saling, co powoduje wytarcie szwów na brycie i prucie się żagla. „Każ zrobić kotki na salingu”. Kotki to takie wło­chat­­ki, które chronią żagiel przed ocieraniem o metalowe okucie salingu.

Trudno, żeglarz żeglarza nie rozumie, tak w Stoczni jak i w PZŻ, a tymi niezgodami karmi się Urząd Mors­ki, który coraz bardziej zaciska pętlę na szyi polskiego żeglarstwa, coraz ostrzejsze i bezwzględne stosuje przepisy. W imię bezpieczeństwa żeglugi! Kiedy mi mówiono: „robimy to, i jeszcze to, i jeszcze tamto, po to, aby mieć czyste sumienie”, pomyślałem: „Chcecie mnie wykończyć tu, na lądzie, aby mieć czyste sumie­nie, że nie zginę na morzu”.

A jaki mam za to spokój teraz, tu, dookoła siebie. Bałtyk u schyłku trzeciego dnia żeglugi jest spokojny, stan morza „dwa”, co prawda dmucha „trójka”, ale z SW, jacht co prawda wlecze się z szybkością trzech węzłów, ale kursem W, i sam. W południe była gęsta mgła, siadłem w kokpicie, potem ległem i zasnąłem ukołysany pluskiem fali o burtę. Gdy się zbudziłem, z mgły ani śladu.

Przed południem szukałem starannie igieł, lecz w miejscach, gdzie mogłyby być, nie było ich. Szukałem też wiadra i śmieciarki. Nie ma, nie zabrane. Te dwa plastikowe wiaderka będą teraz na wagę złota, a mała igiełka na wagę platyny. Przez jedną igłę, choć jest ona stokroć ważniejsza dla mnie niż radiostacja, nie będę się wracał do kraju i przerywał rejsu. Choćbym nie miał igły, szydłem, jak szewc, będę szył nitką niczym dratwą. A genuę przy pierwszej sposobności ochronię przed ocieraniem o saling. Wyjdę na maszt i założę na końcach salingu kotki ze starych dresów.

Piszę te słowa przy resztkach światła dziennego, wygodnie usadowiony w fotelu pod nadbudówką. Dostrzegłem błysk latarni, okres 5 sekund, to Christiansø. Wiatr słaby, ledwo się wleczemy, toteż bez namysłu zrzuciłem genuę i grota, jacht stanął w dryfie. Gdy klarowałem żagle, podpłynął dość blisko duński kuter rybacki H210, skoczyłem po rakietnicę i rakiety, ale nie spali, zrobili unik blisko mnie i poszli w kierunku Bornholmu.

Dwójka z S zapewnia mi tu bezpieczne legowisko, bo tutaj poleżę w dryfie do rana. Chyba, żeby morze chciało inaczej.

 

 

Dzień 4, 15 VI 79, piątek

Nigdy nie jest bezpiecznie przy lądzie. Mimo że Christiansø nie leżała na mojej zawietrznej, dryfowałem na skały wynurzone na E od głównej wyspy. O 2.45 postawiłem żagle i poszedłem w kierunku Hammerodde, na Bornholmie. Widzialność kiepska, do dwóch mil.

Od dziś w obliczeniach wprowadzam nową, nieznaną w nawigacji poprawkę „pf”, co znaczy „poprawka na fuszera”. Odkryłem bowiem, że mój kompas jest źle ustawiony: nie w diametralnej jachtu, lecz o 5 stop­ni w lewo. O taki też kąt muszę korygować każdy odczyt, jako że fuszer ustawił ten kompas.

Żeglowaliśmy kursem na zachód, aż do 13-tej, kiedy wiatr osłabł. Zrzuciłem żagle, położyłem się spać. Spałem tylko godzinę. Nowy wiatr powiał trójką z Westu. Oh dear, znów halsowanie! Przed 16-tą posta­wiłem żagle i rozpocząłem halsowanie.

Zrobiłem sobie rumianku, czuję przeziębienie pęcherza.

I ten wiatr nie wytrzymał długo, kręcił, aż zdechł. Znów w dryfie. Wykorzystałem to dla szycia wolnego liku genui, którego szwy przecierają się na wysokości salingu. Mimo falowania zdecydowałem się założyć kotki. Zrobiłem je ze starego koca; dwukrotnie wychodziłem na maszt, aby je przywiązać do topwanty na koń­cach salingu. Od masztu nie sięgnę ręką do topwanty, trzeba było się kłaść na salingu. Zmęczyłem się okrutnie.

Wiatr 1 do 2° z NW, postoję zatem w dryfie i wyśpię się solidnie. Może jutro wejdę w Sund? Na północy widać brzegi Szwecji. Jestem 40 mil od Falsterborev, lecz gdyby jutro był pomyślny wiatr, zapewniający szybkość 5 węzłów, wejdę w Sund z marszu.

Od początku rejsu nie gotuję obiadów ani kolacji, zastępując je suchym prowiantem. Poprzednie dwa dni zrobiłem jajecznicę na śniadanie, dzisiaj natomiast urządziłem post. Początkowo zamierzałem pościć dwa dni w tygodniu, wtorki i piątki. Żołądek też potrzebuje odpoczynku, tym bardziej przy ciężkim pożywieniu konserwowym i na pewno więcej służy mu przegłodzenie, niż przejedzenie. Po namyśle wybrałem tylko jeden dzień w tygodniu, piątek.

 

 

Dzień 5, 16 VI 79, sobota

W czwartą noc na morzu pojawiły się marzenia senne. Miałem we śnie różne kłopoty, ale miałem też pomoc. Tej ostatniej – zresztą drobnostka – podanie mi buta, który przy przełażeniu przez przeszkody spadł mi z nogi, udzielił mi Zbyszek Szpetulski, kumpel z AKM-AZS, który nigdy niczego mi nie odmówił. Doznałem we śnie pewnego wzruszenia, gdy spojrzałem na niego, jak podawał mi zwykłą, brudną, może śmierdzącą tenisówkę, po którą nie byłem w stanie wrócić się.

– Myślisz, że bym ci nie podał? – rzekł z uśmiechem.

Kłopoty miałem z palaczami. Rozmawiałem z Wojtkiem Zagałą, na to wszedł Józek Rybczyński z papie­ro­sem. Ciekawe, w rzeczywistości Józek nie pali. Wyszedłem z pokoju, na dworze był tłum kolegów, więk­szość paląca papierosy. Slalomując między nimi powiedziałem im:

– Wiecie dlaczego żegluję solo? Dlatego, że nigdy nie udało mi się skompletować załogę w stu procen­tach nie palącej.

– I to nie jest zgodnie z prawdą, raz bowiem miałem taką załogę, w pierwszym załogowym rejsie „Daru” w listopadzie ub. roku.

W nocy wiał słabiutki NW, lecz o czwartej, gdy wstałem, dmuchała trójeczka z Nordu.

– OK, na niej polecimy pod Falsterborev! A potem wiatr skręci na W i pójdziemy w górę, w Sund i Kattegat!

Po wczorajszej głodówce, zresztą nie całkowitej, gdyż jadłem owoce, pomidory i piłem mleko, apetyt dziś dopisywał i o szóstej zjadłem trzy jajka smażone na maśle, duży kubek kwaśnego mleka i dwie kromki chleba z masłem.

Przy stawianiu grota, jego fał zaplątał się w bloczek nad sztagiem. Trzeba było wychodzić na maszt. Jak to dobrze, że ten maszt ma szczeble.

Na jachcie doszło do pierwszej, niegroźnej zresztą, awantury. Jeden, ten który myśli (myśli, że myśli), ubliżył w niecenzuralnych słowach drugiemu – temu, który pracuje. Musiałem interweniować ja, ten który pisze i chyba sprawuje pieczę nad nimi, i pohamować nerwusa. Zresztą postanowiłem wytępić plugawe słowa z pokładu jachtu. Na jachcie, chyba od dwóch dni, rozmawia się na głos. Myśli się na głos. Milczenie na jachcie wygląda, jakbyśmy się gniewali. Gdy słychać głos ludzki, czuje się, że na jachcie jest życie.

Po śniadaniu zdecydowałem się wreszcie opatrzyć dwie rany na rękach, jedna z nich, która ciągle się odnawia i krwawi, na lewym kciuku, to lądowa. Jak ślusarz, zacząłem od śrubokręta. Ano, od tego narzę­dzia zaczynam czynności medyczne. Apteczkę mam w czterech niebieskich skrzynkach ponu­me­ro­wa­nych. Skrzynki wykonano w Stoczni. Ponieważ wyposażenia aptecznego mam stanowczo za dużo, jak na moje zdrowie i umiejętności medyczne, postanowiłem mieć w jednej skrzynce, nr 1, to co naprawdę jest potrzebne, jak: witaminy, środki opatrunkowe itp. Prosiłem więc, żeby ta skrzynka miała wieczko na zawia­sach i była zamykana na zamek. Z resztą skrzynek nie grymasiłem, mogły mieć wieczka przykręcone na głucho wkrętami. Na dobrą sprawę wszystkie skrzynki powinny mieć wieka na zawiasach, lecz skoro zrobiłem ustępstwo dla jednej, uznano to za kaprys i w tej jednej też, jak w pozostałych, wieko przy­mo­co­wane jest wkrętami. Miałem ochotę recytować za poetą, pozostało na własnych słowach: „Jednej skrzynki, na zawiasach, tak mało, tak mało mi trzeba, lecz widzę, że żądam za wiele”.

Wiele jest takich drobiazgów, choćby te kotki na salingu, o które nie stanąłem do walki w pancerzu, z ra­pie­rem w garści, w myśl maksymy „nie pora chronić róż, gdy płoną lasy”. Ale o flagsztok na bezanie – tak!

Po drodze zobaczyłem nie opodal na nawietrznej coś, co żeglarze nazywają obijaczem, a rybacy pływakiem. Już chciałem zrobić zwrot i podejść, nie wiedziałem, czy jest zerwany, czy przywiązany do czegoś na dnie. Było to na wodach szwedzkich.

– Stop! Bałtyk jest morzem pokoju! Żadnych mi tu aktów korsarstwa!

I minąłem piękny obijacz.

NNW pozwolił podjąć kurs w kierunku stawy Falsterborev, strzegącej od południa wejście do Sundu. Szło się różnie: czwórką, trójką, nawet piątką. Wiedziałem, że ten wiatr nie puści mnie w Cieśninę, lecz mar­twi­łem się, gdy zanikał, słałem pocałunki w górę, do którejś tam z chmur, gdy wzmagał się.

Widocznie moje pieszczoty rozczuliły Eola, gdyż zesłał dobrą szóstkę. Morze zapieniło się, jacht nie bacząc na to, że przeładowany, zerwał się do lotu, niskiego, ciężkiego, jak ten spasiony albatros, który sto metrów biegnie po wodzie i macha skrzydłami, nim zdoła wzbić się w powietrze.

Zastanawiałem się, czy nie forsuję genui I, ale przecież była już w takich terminach, co prawda poszedł wtedy szot i rozpruł się bryt. Teraz szoty mam mocniejsze, ф 10 mm. Jak burza minęliśmy lewą burtą stawę Blenheim; Falsterborev była już widoczna. Zapytywałem się, co robić dalej, tam za Falsterborev, przecież w Sund mnie nie puści. Pierwsza myśl, to podejść pod Stevens Klint i tam zakotwiczyć.

Po trawersie Falsterborev zostawiłem jacht sam z kursem ostro na wiatr, a sam zagłębiłem się w mapę. Kotwiczyć? Czyli wytaskać z achterpiku 160 kg łańcucha, najpierw do kambuza, potem do kokpitu, następ­nie na burtę, a wreszcie na dziób. 160 x 4 = 640 kg. A potem to wszystko sztauować, czyli w sumie 1280 kg do przerzucenia. Trzeba wiedzieć, że nie mam otworu dla łańcucha w pokładzie nad komorą kotwiczną na dziobie, i tego żałuję. Ale takie były moje założenia: im mniej dziur w pokładzie, tym mniej przecieków.

Zresztą nie jestem zwolennikiem kotwiczenia, a zdecydowanie w tym rejsie. Dlaczego nie mam czynić tak jak ptak morski, który dla przeczekania czy odpoczynku siada na wodzie ze złożonymi skrzydłami? Wiele godzin, całe dnie i noce spędziłem w dryfie na tym jachcie w lekkich sztormach jesiennych, gdy NW nie puszczał dalej, a brakło sił i ochoty do dalszego szamotania się. Zamykałem się wtedy na głucho w jachcie, na topie zapalałem białe światło 360°, w kambuzie zapalałem wszystkie trzy fajerki kuchenki i szybko robiło się 15°C. Wtedy Stefan Wysocki słał swoje „wita was Polska”, a ja sporządzałem koktajle, słuchałem muzyki i pisałem listy, takie szczere i prawdziwe, że zaraz na drugi dzień, bez znaczka i koperty, przesyłałem je pocztą morską via fale.

Doszedłem do wniosku, zważywszy na wczesną godzinę, tuż po 13-tej, doskonałe wyspanie, dość spie­niony tu stan wody, że lepiej będzie podhalsować pod samą wyspę Amager, na której leży Kopen­haga i tam, pod jej osłoną od północy i tuż u wejścia do najwęższego miejsca cieśniny, przeczekać na korzyst­niejszy wiatr. Idea była piękna, toteż wynagrodziłem jej autora dwiema półlitrowymi butel­kami „żywca”.

W drodze na miejsce postoju, jacht oczywiście szedł sam, zabrałem się do obiadu, pierwszego goto­wa­nego w tym rejsie (5-ty dzień): domowy barszcz z trzema jajkami gotowanymi, kiełbasą i czosnkiem.

Wtedy gołąb siadł na rufie, potem podszedł do kokpitu i osłonił się od wiatru koło nadbudówki. Nawet zwroty mu nie przeszkadzały, choć szoty grota miał tuż nad głową, a kabestan tuż za ogonem. Musiałem wychodzić, nic sobie z tego nie robił, wreszcie stanął w zejściówce, tak, że musiałem go przepraszać, gdy chciałem wyjść. Gdy byłem na pokładzie, wskoczył do środka i usadowił się pod siedzeniem w nawiga­cyj­nej.

Wreszcie cieszy mnie to życie na morzu, nawigacja była dokładna, co zawsze daje duże zadowolenie; jeszcze czuję na szyi ciasny uścisk Bałtyku, lecz oto stoję tu, pięć mil na W od stawy Drogden, która waruje od strony Bałtyku przed najciaśniejszym zwężeniem Sundu przy Kopenhadze. Niech tylko wiatr zmieni kierunek, atakuję klucz numer jeden w drodze na Atlantyk.

Żadnego sztormu tu się nie boję, przy każdym solidniejszym wietrze z ćwiartki północnej, siedzę cicho, podchodząc od czasu do czasu na początkowe miejsce dryfowania. Przy każdym innym wietrze, łącznie ze sztormami ze wszelkich innych ćwiartek, stawiam skrzydła i pruję w Sund i Kattegat.

Tymczasem wiatr słabnie, przez pierwszą godzinę dryfowałem 0,6 Mm/h, przez drugą 0,3 Mm/h, co widzę dokładnie z namiarów na Drogden. Przy okazji odkryłem beznamiarową metodę określania szybkości dryfowania: wypić flaszkę piwa i wrzucić ją przed dziób lub za rufę. Wiatr na nią nie działa, zostaje w miejscu, a szybkość oddalania się jachtu od niej jest szybkością dryfowania.

W ciągu pięciu dni życia na morzu człowiek tak kompletnie zdziczał, że zapomniał nawet o porcie, z którego wyszedł. Otóż to jest ten smak długich rejsów. Co mi tam 5 dni miotać się po Bałtyku, co mi tam choćby i dwa dni na czatach, tu, pod Amager, skoro mam cały rok do dyspozycji. Żaden rejs miesięczny nie uczyni człowieka tym, co 5 dni, ale w rejsie rocznym.

 

Lewa strona.

(W skoroszycie „Dziennika osobistego” pisałem tylko na prawej stronie. Lewa pozostawała czysta, a pisa­ło się na niej nie koniecznie na temat bieżący. Luźne notatki, rysunki, myśli, obliczenia, a i bzdury. Z braku „lewej strony”, to co było na lewej będzie wpisywane pod oznaczeniem „Lewa strona”).

Na kotwicy pod Nivaa Flak, w Sundzie (18 VI 79). Chciałbym, żeby został ustanowiony międzynarodowy znak żeglarza samotnego, w postaci flagi, jako ewentualne uzupełnienie MKS. Jeżeli początkujący kie­row­ca może przykleić sobie do szyby obrazek zielonego liścia klonowego, a w Anglii literę L (Learner), i oczekuje pobłażania i zrozumienia, samotny żeglarz też powinien podnosić sygnał flagowy, aby wszyscy wiedzieli, że jest sam na jachcie i należy mu się trochę zrozumienia.

 

 

Dzień 6, 17 VI 79, niedziela

Ten rejs ma posmak prawdziwego rejsu. Lubię żeglować i żyć na morzu, lecz bełtanie Bałtyku, tak jak to robią rybacy, z tą tylko różnicą, że bez sieci czy włoku, nie jest pasjonujące.

 

Trzyma NNW 5°B, o 14-tej sfolgowało do 4°. Postawiłem żagle, na sztram, i z pomocą silnika wszedłem na tor, idąc bardzo ostro do wiatru. O 16.08 trawers Kopenhagi, o 16.40 trawers Middelgrunds Fort i wyjście z toru na szersze wody Północnego Sundu. Halsowanie do 20-tej, o 20.40 staję na kotwicy w zato­ce Nivaa Flak na głębokości 4,5 metra, w odległości 3 kabli od brzegu Danii między Sletten a Humlebæk.

Przy tym wietrze nie chcę halsować w zwężeniu przy wejściu w Kattegat. Tu poczekam na zmianę wiatru, starannie osłonięty przez wysoki brzeg od wiatrów z sektora północnego i zachodniego. O 20-tej obiad: barszcz z czterema jajkami, kiełbasą i czosnkiem.

Gołębia – nieobrączkowany, młody, bo piszczał – musiałem wzbić w powietrze i wyekspediować na brzeg, gdyż przy każdej okazji pchał się pod dek i zanieczyszczał wnętrze. Dwukrotnie zawracał na jacht, nie pozwalałem mu siadać.

 

 

Dzień 7, 18 VI 79, poniedziałek

Cały dzień postój na kotwicy. Wiatr ciągle NNW4. Gołąb wrócił. Pozwoliłem mu siąść, bo serce mi się krajało. Ale jest już nieufny, siedzi na rufie. Dwóm młodym chłopakom, przepływającym maleńką motorówką pod szwedzką flagą, podałem wcześnie przygotowaną pocztę, w worku plastikowym, z flaszką spirytusu – za nadanie poczty.

Na przepływający jachcik – o 19-tej, tatuś z córeczką – podałem kartkę do Mamy. Obiad taki sam jak wczoraj.

 

Lewa strona.

Na kotwicy. W sumie nic nie robię, tylko żyję i dojrzewam do następnego etapu. Na razie jest NNW4, jeszcze tę drugą noc prześpię na ankrze, skoro tyle wysiliłem się z tym cholernym łańcuchem.

Potem zacznę analizować Kattegat. Ten obecny kierunek wiatru odpowiadałby mi, ale dopiero w Skager­raku. No cóż, mam przeciwny wiatr i stoję na kotwicy. Tak Palec Boży kieruje moim okrętem, a niezba­dane są jego wyroki.

Z tą kotwicą… tak, nie ma co ukrywać, posłużyłem się. Po raz drugi. Pierwszy raz rzuciłem ją na „Eurosie” w drodze non stop z Buenos Aires do Helu. Tu, po minięciu Kronborgu, nastał przeciwny wiatr, prąd wypychający, mgła. Halsując traciłem z prawej duński brzeg, a rysunek halsów na mapie był tak ciasny, że się zlewał. Więc zdecydowałem się na kotwiczenie. Po dwóch godzinach sprawa się wyjaśniła, pojawił się korzystniejszy wiatr.

Teraz, po raz drugi, stoję na ankrze i to prawie w tym samym miejscu – Nivaa Flak, 4 mile na S od Kronborgu. I żyję, i cieszę się życiem. Nawet pocztę posłałem na ląd, dałem facetom z tej małej moto­rówki pod szwedzką flagą pół litra spirytusu.

 

Och, jak mi dobrze! Chciałbym tak żyć całe życie, Ale sumienie jutro każe mi zejść z kotwicy i iść dalej, niezależnie od kierunku wiatru. Więc chyba przehalsuję Kattegat, bo z sumieniem nie poradzę sobie.

Cieszę się życiem. Co mi tam sprawy. Więc jestem szczęśliwy, tu, na kotwicy pod Nivaa Flak. Jak Conrad, bo jego pseudo przyjąłem, wychylam mnogie puchary. Niech sobie tam Carter i Breżniew omawiają SALT II, ja wiem, że oba oszukują. Chciałbym dysponować takimi argumentami, żeby najpierw zlikwidować wszystkie bez wyjątku głowice atomowe. A potem rozkazał w imię ludzkości rozbrojenie, ale nie takie jak SALT, pół na pół, w sumie nic, tylko absolutne. Po prostu nic by nie działało w tych odpalaczach.

Nie uznaję linii Curzona, bo nie uznaję rozbiorów Polski. Jako syn tej Ojczyzny nigdy się nie pogodzę z sytuacją, która wynikała z przemocy. Linia polska jest ta, która istniała przed pierwszy rozbiorem Polski, wszystko, co było potem, to infiltracja rosyjska.

 

Lewa strona.

DO ZROBIENIA NA JACHCIE PO REJSIE (zapisy w czasie całego rejsu):

1) Pilers po prawej stronie fotela.

2) Na lewej ściance koło fotela kieszeń na książkę itp.

3) Uszczelnić otwory przewodów pod kieszenią suwklapy

4) Zamocować tratwę ratunkową na rufie

5) Otwór na łańcuch kotwiczny nad komorą łańcuchową w dziobie

6) Koło trapu skrzynka (wyścielana) na lornetę (kryta)

7) Na lewej desce agregatu uchwyt-kieszeń na markizę

8) Lampa pozycyjna sektorowa na topie grotmasztu, 25 W, + białe 360° nad nią

9) Prostownik do ładowania z kei

10) Wskaźnik napięcia na każdym akumulatorze

11) Log i echosondę zasilić z akumulatora (6 V) (poprzez gniazdka)

12) Stół w mesie

13) Dwie koje w mesie

14) Dwie koje w forpiku

15) Fał sztagu z windy (po prawej masztu) umieścić na kabestan (po lewej), fał przedniego forsztagu (z kabestanu) przenieść na windę (niekoniecznie)

16) Kieszenie na koła ratunkowe

17) Zdemontować (?) szafki burtowe w mesie

18) Dostawić koje (składane) przy hundkach

19) Uchwyty do wędek

20) Fletnery pomalować farbą antyfouling

21) 4 kabestany do baksztagów (patrz p. 45)

22) 2 knagi do kontraszotów

23) Zabezpieczyć zaczepy baksztagów grota przed haczeniem

24) Kotki na salingu oraz na linkach ocierających, i na sztormrelingach koło dziobu

25) 2 kipy przy tylnych szynach

26) Karabinki w sztakslach wymienić na typ „duży”

27) Przy kojach szalunek, blachy podwięzi wantowych przykryć (cieknie)

28) Potencjometr agregatu zamontować poza agregatem (przeciwwstrząsowo)

29) Założyć zerwany płaskownik na progu zejściówki

30) Uruchomić normalne ładowanie akumulatorów dziobowych

31) Usunąć zwarcie w światłach salingowych grotmasztu

32) Zamontować i zabezpieczyć kapturem zdarte gniazdko przy grotmaszcie

33) Zamontować zdejmowaną osłonę mechaniczną manetki gazu w kokpicie

34) Uruchomić nieczynne 4 kabestany 2-biegowe w kokpicie

35) Wykonać podświetlenie kompasu wewnętrznego

36) Uszczelnić opętnik przy grotmaszcie

37) Kotwicę pomalować. Zamontować przed grotmasztem

38) Wzmocnić zawiasy schowka przy silniku

39) Lejki, rurki i pojemniki do spuszczania oleju i napełniania

40) Naprawić złamany narożnik przy kambuzie

41) Poszerzyć stół nawigacyjny

42) Na piwnicach zamontować trasę jachtu dookoła świata

43) Haczyk do trapu

44) Naprawić światło kompasu w kokpicie.

45) Zlikwidować baksztagi grotmasztu

46) Oparcie zawieszane przy krześle nawigacyjnym

47) Uchwyty na lampy naftowe na koszach

47) Przy trapie pod haczykami dodatkowe uchwyty na krawaty

48) Wymienić wszystkie fały (fał genui jest zerwany)

49) Gniazdo 6 V w nawigacyjnej dla: logu, echosondy, radionamiernika

50) Uruchomić nieczynne przyrządy: wskaźniki siły wiatru, kierunku wiatru.

 

DLA REJSU SOLO:

51) Na topie, nad lampą sektorową, światło białe 360° sterowane przekaźnikiem, nadające „D” co 20 sekund (sygnał „solo” podczas spania)

52) Pilersy (2) w kambuzie osłonić okładziną drewnianą

53) Założyć zerwaną linkę w spinakerbomie

54) Naprawić nieświecące lampy

 

 

Dzień 8, 19 VI 79, wtorek

Wiatr niestety nie skręcił, z NNW zrobił się NW i to wszystko. Po 36 godzinach na kotwicy, straciłem cier­pli­wość, a ponieważ dwie noce przespałem całe, postanowiłem przehalsować Kattegat. Najpierw zabra­łem się do kotwicy, wiar skręcił na E, bardzo się tym ucieszyłem. Lecz wiatr skręcił na N i jeszcze w Sun­dzie trzeba było halsować. Dmuchało nawet 5, lecz w Kattegacie, gdy się już ustalił na NW, spadł do 3°B.

No i wleczemy się przez Kattegat z szybkością 2 węzły, czasem 3. Pogoda za to jest piękna, słoneczna, 17°C na zewnątrz. Ładuję akumulatory. Z początku coś złego działo się z agregatem, dławił się, a dym z rury wydechowej buchał gęsty, biały. Dwa razy miało miejsce złe spalanie, nie rozumiem jaka mogła być przyczyna.

Jakiś smętek zaczął się wkradać do serca, zawsze tak bywa, gdy wiatr jest kiepski i nie mogę iść swoim kursem. Zrobiłem sobie więc koktajl. Gdyby nie Adam Stafiej, nie miałbym ani kropli alkoholu, nie licząc piwa i wina, to ostatnie przeznaczam na tropiki. Adam jest fajny chłop, niejednokrotnie zaskakiwał mnie tym, że pomyślał o czymś, o czym ja nie pomyślałem. Sporo mam tu rzeczy z inicjatywy Adama.

Wczoraj na kotwicy urządziłem sobie cocktai-party, koktajle oczywiście na spirytusie Adama. Pomyśla­łem sobie, że chyba przejdzie koło mnie jakiś jacht i byłaby okazja przesłać pocztę. Zacząłem więc pisać, do Teresy, do domu, do Wojewody. Naklejałem polskie znaczki i podbijałem koperty czy kartki pieczątką „Dar Przemyśla” oraz „Posted at High Sea”.

Przygotowałem torbę plastikową, włożyłem do niej butelkę piwa i – jak do skrzynki pocztowej – ładowa­łem listy i kartki. Gdyby nikt nie szedł, umyśliłem powiesić torbę z pocztą na tyczce rybackiej na pływaku, która kiwała się 40 m ode mnie.

I oto, jak na zawołanie, zjawiła się maleńka motorówka pod szwedzką flagą z dwoma młodymi mężczyznami. Przywołałem ich ręką i na bosaku podałem torbę.

What is it? – spytali.

My post, put it please in the letter box.

Odpłynęli w kierunku brzegu oddalonego o trzy kable. Wtedy pomyślałem, że znów będzie okazja i zacząłem namiętnie pisać kartki. Do następnej torby włożyłem butelkę spirytusu. I rzeczywiści, ci sami znów podpłynęli. Tym razem mniej zgrabnie odbywało się przekazywanie poczty, z mojego bosaka zdejmowali swoim bosakiem. I chyba się ucho urwało, bo torba poszła do wody. Rozpaczliwym ruchem wyciągnęli ja z wody bosakiem, lecz spadła po raz drugi i poszła na dno. Ano trudno, najgorsze z tego wszystkiego, że – poza paroma pozycjami – nie wiem, do kogo była poczta w tej pierwszej torbie, a do kogo w tej drugiej. Jeżeli ktoś z moich przyjaciół nie otrzymał ode mnie kartki, znaczy, że ta kartka była w tej drugiej torbie.

Kattegat wygląda jak tafla pomarszczona, dmucha „dwójeczka” z NW, jacht pełznie z szybkością 1,5 węzła, ale za to sam. Wiatr odszedł nieco w lewo, idziemy już 345°. Ale czy to warto rozczulać się nad kursem przy takiej szybkości? Gdy szybkość mała, nawet gdyby jacht szedł przeciwnym kursem, strata nie byłaby wielka. Jeżeli jachcisko będzie chciało tak iść, to w nocy położę się spać w kokpicie, w śpiworze.

Jest to pierwszy ciepły dzień w rejsie. Zdjąłem sweter, cisnąłem czapkę wełnianą. Znów myślałem, że polski statek mnie wyprzedza. Statki polskie rozpoznaję po sylwetce i budowie. Lecz najczęściej, tak jak i teraz, noszą flagę radziecką. Ten co mnie wyprzedził to „Siemion Roszal”.

Uboga fryzura rozkoszuje się wiatrem, nie czeszę się od tygodnia; dla kogo, komu się podobać? Mój gołąb Duńczyk chciał płynąć ze mną, jemu się tu wszystko podobało. Gdy zszedłem z kotwicy wyperswa­do­wałem mu, żeby został w swoim kraju. Musiał się ze mną zgodzić. Krzywdy mu żadnej nie zrobiłem, dałem ryżu, wody, jadł moje truskawki, ba, siedział w tych koszyczkach, tak że potem musiałem je zwo­dować. Do brze­gu swojego ojczystego miał tylko 3 kable. Gołębie mają tę jedną wadę, że strasznie obsry­wają jacht. Pocztowca, daleko od lądu, rozumiem i mam dla niego sentyment. Ale przy brzegu? Nie, jacht nie gołębnik. Ten gołąb był pierwszy nieobrączkowany, który usiadł mi na jachcie, wszystkie poprzednie miały obrączki.

Kattegatem idę szósty raz.

Ugotuję sobie cztery jajka na miękko i poczytam Pawła Jasienicy „Polskę Piastów”.

 

Lewa strona:

Dwie rzeczy najbardziej interesują mnie i cieszą:

– gdy jacht idzie sam,
– znajomość mojej pozycji.

 

 

Dzień 9, 20 VI 79, środa

O północy tak przyflauciło, że zrzuciłem żagle i spokojnie poszedłem spać, z jednym światełkiem na topie. Wstałem o 4-tej, postawiłem żagle. Niestety wiatr był za słaby, więc włączyłem silnik z zamiarem dotarcia do latarniowca Anholt. Widoczność pogorszyła się do dwóch mil, nie byłem pewny pozycji, gdyż nie wiem gdzie mnie zdryfowało czy zniosło podczas 4 godzin snu.

Problematyczne byłoby trafić w tych warunkach na latarniowiec. Położona na W od latarniowca wyspa Anholt wysuwa w jego kierunku pięciomilowej długości jęzor płycizn do 1,2 m. Włączyłem echosondę. Gdy głębokość zaczęła gwałtowne spadać, wiedziałem, gdzie jestem. Na głębokości 12 metrów zmieni­łem kurs na E, osiągnąwszy izobatę 20 m szedłem nią wiedząc, że tym sposobem trafię na latar­nio­wiec. I rzeczywiście, po 1,5 mili „nawigacji dennej” dostrzegłem we mgle latarniowiec. Oczywiś­cie, gdybym nie miał sprawnej i wypróbowanej echosondy, nigdy bym nie szedł kursem na mieliznę. Wtedy minąłbym w sporej odległości latarniowiec lewą burtą, bez konieczności zobaczenia go.

Trzy mile za Anholt odstawiłem silnik, trzeba oszczędzać paliwo, choć zabrałem dodatkowo 100 litrów w kanistrach. Flauciło, zrzuciłem genuę i ugotowałem obiad, po raz trzeci to samo: barszcz z jajkami i kiełbasą oraz czosnkiem. Nie mam, jak na razie, żadnej inwencji w dziedzinie kulinarnej. Robię to, co najprostsze, najszybsze, a zarazem dobre, czyli barszcz.

Pilnując steru czytam „Polskę Piastów”.

Po obiedzie wyprzedził mnie polski statek, tym razem była to „Huta Lenina” PŻM Szczecin. Odległość średnia, a widzialność nienadzwyczajna, nie dostrzegli mnie, nikt nie wyszedł na skrzydło mostku.

Po obiedzie zacząłem analizować sytuację: tu stać, mając od południa mielizny wyspy Anholt, a od NNW wyspy Lasœ, będąc na torze przewijającym się koło latarniowca Anholt, to stanowczo niewy­god­nie. Niech po tej flaucie przyjdzie wiatr północny, widzialność kiepska, przykro będzie wtedy halso­wać w takich warunkach. Nie, tu nie mogę zostać, trudno się liczyć z paliwem. Uruchomiłem silnik, przy 1650 obrotach na tej spokojnej wodzie jacht wyciągał 5 węzłów (9,26 km/h – 1 węzeł = 1 mila/h = 1852 m/h)

Chwilę po starcie zapadła gęsta mgła, widzialność do 100 m. Statki porykiwały z prawej i lewej, lecz wszys­cy szliśmy kursami równoległymi. Nie denerwowałem się i nie lękałem się niczego; dokładnie na podstawie dwóch kolejnych dźwięków syreny określałem kurs statku. Po każdym przejściu niewidzial­nego statku jacht był przez chwilę mocno kiwany przez wywołaną fale.

Moim celem było wydostanie się za wszelką cenę na północ od latarniowca Lasœ, który został zastąpio­ny stawą, i również na północ od toru wiodącego od tej stawy do latarniowca Skagen. Tam mogłem uznać się poza Kattegatem i poza ruchem statków. Trasę 40 mil pokonałem w ciągu ośmiu godzin, o pół­nocy byłem na wysokości nie widocznej we mgle stawy.

Teraz należało przeciąć tor statków na Skagen i oddalić się od niego na bezpieczną odległość. Jeszcze godzina na silniku, po rykach statków uznałem, że jestem wystarczająco daleko. Odstawiłem silnik, staną­łem w dryfie. Noc była dziwna, jasna, to najkrótsza noc w roku. Wydobyłem butelkę brandy, żeby uczcić osiągnięcie dnia dzisiejszego, jakim jest pozostawienie Kattegatu za sobą. Wtem usłyszałem dość blisko syrenę statku.

– A ty co tu robisz poza torem, też przyszedłeś, by lec w dryfie i przespać się?

Następny ryk już całkiem blisko. Z rakietnicy odpaliłem w górę, w jego kierunku, białą flarę, która pięknie i długo oświetlała zasnute mgłą morze i prześwietlała jej białe strzępy. Po trzecim ryku ustaliłem kurs statku, zamknąłem zejściówkę i zasiadłem do stołu nawigacyjnego z maleńkim metalowym kieliszkiem w ręku – prezent od Zygmunta Kościeleckiego – z bursztynową zawartością koniaku.

Po trzecim kieliszku – dochodziła druga – już dniało; ze zdumieniem dostrzegłem dość rozległy widok na morzu, mgła ustępowała, pozostała jedynie ograniczona do 2 mil widzialność. Nie mogło to się stać wcześniej, gdy przecinałem tor statków? Ale nie ma co narzekać, jestem w miejscu, gdzie chciałem, a ponadto zachwyca mnie myśl, że takie bezbłędne rozpoznanie kursu statków na podstawie ich sygna­łów dźwiękowych we mgle, świadczy chyba o słuchu muzykalnym.

Po skromnej zakąsce, przebrany w piżamę, ułożyłem się do koi na zasłużony i spokojny sen. Wiatr z połud­nia o sile 3°B dryfował mnie na północ, a zatem bezpiecznie. Kończył się dziewiąty dzień od wyjścia z Gdyni, tyle potrzebowałem dni, żeby w niesprzyjających warunkach pokonać Bałtyk, Cieśniny Duńskie i Kattegat, 405 mil włączając w to halsowanie, które dodaje mil, ale nie dodaje drogi.

 

 

Dzień 10, 21 VI 79, czwartek

Spałem 5,5 godziny, wczoraj tylko 4. Zbudziłem się pół godziny przed budzikiem nastawionym na ósmą, w nocy wstawałem tylko raz zobaczyć, czy wiatr nie zmienił kierunku. Miałem w planie dopełnić z kanis­trów zbiornik paliwa przed ruszeniem, lecz pomyślny choć słaby wiatr S3 zachęcił mnie do natychmias­to­wego postawienia żagli i odejścia stąd, jeszcze jak by nie było to Kattegat. Widzialność 1-0,5 mili.

Muszę koniecznie zrobić staranny klar pod dekiem, tak w kambuzie, pomyć naczynie, pozamiatać i wy­myć podłogi, jak i w mesie. Nic tu nie jest przygotowane na sztorm, a poza tym bałagan, czego nie lubię. Na razie muszę czuwać przy sterze. Nie musi się trzymać koła non stop przy kursach baksztago­wych, lecz trzeba często korygować. Przy tym czytam Jasienicę i piszę niniejszy zeszyt.

Rejs właściwy zacznie się na Atlantyku, Bałtyk i Morze Północne muszę przejść choćby jak niewolnik, siedząc przy sterze. Zresztą są to akweny specyficzne, trudne, wymagające nieustannego skupienia. Nie tu miejsce na próbowanie różnych układów żagli celem osiągnięcia samosterowności naturalnej na wszyst­kich kursach i przy każdej sile wiatru.

Zmieniłem kurs na W wcześniej niż by to wyglądało z mapy. Po prostu instynkt mi tak dyktował, przecież w nocy w ciągu tych 6 godzin postoju musiało mnie zdryfować co najmniej dwie mile na N. A zatem jestem powyżej Skagens Rev. Tym mniej pełnym kursem (dalej dmucha S) jacht szedł chętniej i dużo szyb­ciej, sięgał nawet pod 5 węzłów, normalnie – 4. Tylko wymagał mojej obecności na deku. Chwilami dawał się usypiać i szedł sam, wierzyłem nawet, że pójdzie.

Zabrałem się szybko do roboty, odwaliłem wszystko z mesy i podniósłszy podłogę sprawdziłem bagne­tem poziom paliwa w zbiorniku silnika głównego. O Boże, 17 cm, a zważywszy, że przy dnie zbiornik zwęża się wraz z zęzą, przepaliłem cholernie dużo. Wczoraj skrupulatnie czytałem instrukcję firmową i nigdzie nie ma powiedziane, ile ten silnik pali na godzinę.

No trudno, na ten cel wziąłem przecież dodatkowo 5 kanistrów paliwa, 100 litrów, teraz trzeba to wlać do zbiornika. Ale jak? Lejek co prawda jest tam, gdzie był, przez niego wlewa się do wlewu z pokładu. Gdy wziąłem do ręki lejek i 20 litrowy kanister, zorientowałem się natychmiast, że to nie będzie łatwe. Wlewać z wysokości pół metra do sterczącego lejka w wlewie, na chybotliwym pokładzie, to raczej gwa­ran­cja, że większość pójdzie na pokład i za burtę. A paliwo u mnie ceni się teraz bardziej niż w świe­cie, który jeszcze sobie jakoś radzi, u mnie natomiast dopływ zamknięty.

Wtedy zawołał mnie jacht i nie pozwolił zająć się na dłużej czymś innym.

– OK, nie będę się z Tobą spierał, zrobię to, gdy zechcesz iść sama.

Na razie zrobiłem sobie koktajl, usiadłem w kokpicie, aby ciągle korygować ster i zacząłem marzyć o tym następnym, dużym rejsie załogowym do Argentyny, za półtora roku. Jak by to pięknie szło: nie ja, to Andrzej by pisał o morzu, nie ja, to Artur by sterował, nie ja, to Władek z Bogdanem wlewaliby paliwo.

Żeglując w myślach w następnym rejsie, bo marzyć można tylko o tym, co będzie, nie o tym, co jest, weszliśmy do Dover, jako goście Royal Cinque Ports Yacht Club. Nie będę opisywał pierwszego wieczoru, u nas na jachcie, tylko następny wieczór, u nich w Klubie. Wygłaszałem prelekcję o obecnym rejsie…

I tak się zapędziłem, że prelekcję wygłaszałem na głos: „Ladies and gentlemen, I have the pleasure to remind all over that our friendship dates from 1970, when coming back on a Polish yacht Chrobry from the Canary Islands, I stopped here with a letter of certain fellow called Ian Murray to another one well known here – Dick Davidson…”

Wtedy, wygłaszając swoją mowę, zauważyłem zdumiony, że jacht trzyma kurs bez korygowania go przeze mnie. Tak jakby się zasłuchał w tej nieznanej mu do tej pory mowie, lecz czując instynktownie, że będzie ją musiał znać, bo choć ma tylko trzy porty, Gdynię, Jastarnię i Górki Zachodnie, jego szlaki mają prowadzić w świat.

Wówczas przestałem wygłaszać mowę w Dover, wziąwszy leżący obok zeszyt, zapisałem to wydarzenie. Słońce tymczasem przebiło zwały mgły, grzeje, zdjąłem kufajkę, gumowe oficerki, założyłem ciemne okulary. Lecz wiatr skręcił na SE, znów mam pełny baksztag, jacht nie może sobie poradzić sam.

– Ty niedobra, ty bezradna jak to dziecko, nie dasz mi pisać, nie dasz mi czytać. Czy pozwolisz zrobić koktajl? No to trzymaj przez chwilę ten kurs, lub jaki chcesz, aby tylko gdzieś prowadził. Will you?

W lot chwyta angielskie słowa, jakby się zamyślała, wtedy zamiera na swoim kursie. Mają te statki i te jachty duszę, czy też to tylko nasze złudzenie i mrzonki? Lecz skoro człowiek ma duszę, dlaczego statek nie mógłby mieć kawałek ludzkiej duszy? Może by to inaczej trzeba wyrazić: nie tyle mają duszę, ile podlegają duszy, są jej siedliskiem, jak to ciało ludzkie. Może to bioprądy człowieka nasycają jacht. Wola należy do człowieka, jego dusza mieszka częściowo w jego ciele, częściowo w statku.

Ach, kiedy to człowiek będzie mógł powiedzieć: Idź mój jachcie gdzie chcesz, mnie każdy kurs odpo­wiada. Wszędzie mi jednakowo dobrze, byle z tobą i na morzu.

I tak mija dzień za dniem, dzisiejszy jest dziesiąty od wyjścia. Każdy dzień na morzu ma swoje własne, inne problemy, tak jak i człowiek na lądzie. Tu też trzeba pracować, najgorzej ze spaniem, nie ma 8 go­dzin pracy. I tak jak na lądzie dąży się do czegoś, np. do odłożenia 80 tysięcy na „malucha”, tu identycz­nie, z tym, że tutaj ten maluch wczoraj był dla mnie Morzem Północnym, lecz gdy spłaciłem te trzy raty – Bałtyk, Sund i Kattegat, mój maluch – bo tamtego już nie chcę, nieciekawy kolor – jest na Atlantyku. Następne trzy raty: Morze Północne, Cieśnina Dover i kanał La Manche. Gdzie będzie wtedy mój maluch, na Indyjskim?

O godz. 17 zmieniłem kurs 20° w prawo, dlatego, że grot zasłaniał mi Słońce.

Nie żałuję, że wyszedłem w ten rejs. Dziesiąty dzień mija, nie mam co prawda tej przyjemności, jaką ocze­kiwałem, lecz przecież założyłem, że Bałtyk i Morze Północne należy przejść cierpliwie i w skupieniu. Tak właśnie robię, nawiguję precyzyjnie, wykorzystuję wszystko, czym dysponuję. Choć jeszcze nie wszyst­ko: ani razu nie chwyciłem za radionamiernik. Służy głównie we mgle, lecz wczoraj we mgle szed­łem jak po Krupówkach, bez przyrządów.

Rozkoszy żeglarskiej oczekuję dopiero na Atlantyku, lecz nie zaraz po wyjściu z kanału La Manche. Dalej, dalej, gdzie dokładnie, sam nie wiem. Jeżeli jacht będzie szedł tak, jak idzie w tej chwili, sam, mimo że ma pełny baksztag 30° od rufy, będę miał zawsze rozkosz żeglarską. Tego jednego pragnę, żeby mój jacht chodził sam, bez samosteru, żebym nauczył się załatwić mu to ustawieniem żagli. Nie chcę być przykuty do steru, nie chcę mieć tych kajdan na rękach. Jacht jest moim domem, nie moim więzieniem.

Przed chwilą miałem przygodę z mewą. Ktoś mi tam wrzeszczy z góry” „Eu, eu”. Patrzę, mewa. O co ci chodzi?

– Eu, eu! – zacząłem jej odpowiadać, prawie dokładnie jej akcentem.

I wtedy mewa przeraziła się – może coś złego powiedziałem przez nieznaczną zmianę akcentu? – w pop­ło­chu zabrała skrzydła za pas i odleciała w prawy bejdewind.

Teraz bym mógł wlać paliwo do zbiornika, jacht idzie sam. Ale teraz jestem niezbyt sprawny, a i obawiam się, że gdybym się zabrał do innej, szarej roboty, jacht przestałby iść sam. Ona (bo to jest dziewczyna), mój jacht, lubi taką atmosferę szczęścia i beztroski.

– To jest Skagerrak, teraz idziemy kursem 245° na Hirsthals, potem pójdziemy na Hanstholm, a potem, już na Morzu Północnym, powiem ci, jak dalej.

Zadziwiające: po tych słowach jacht trzyma 245°. Nic nie zrobiłem, tylko zablokowałem ster, który w cza­sie pisania trzymałem kolanem.

Tylko do czasu. Wystarczyło nie wiem jakie małe skupienie uwagi na czymś innym, i jacht zaczyna iść własnymi kursami.

– Nie, Moja Droga, masz iść tak, 245, nie inaczej! No, nie obrażaj się, nie odpadaj, ja znam drogę, ty jeszcze tu nie byłaś; zaufaj mi, nie kombinuj sama. Ja ci ufam bezgranicznie, ale nawigację zostaw mnie, na tym na pewno nie stracisz.

– Mnie nie zależy pięć stopni w prawo, czy piętnaście w lewo, aby tylko morze było przed nami. Dzieci też nie chodzą na sznureczku, a wyrastają z nich ludzie.

Czasem mi się wydaje, że mój okręt ma swój własny rozum i instynkt morski i niejednokrotnie z onieś­mie­leniem zmieniam obrany przez niego kurs. Miałem kilka dowodów słuszności jego decyzji morskich w sztormach jesiennych.

Obecnie mojej zdziczałej Amazonce nie mogę wytłumaczyć, że czasy się zmieniły, że jacht nie tylko jest po to, żeby walczył ze sztormami, że są inne morza i oceany, cieplejsze, że tamto było tylko próbą, testem, sprawdzianem. Cóż, ona słucha tylko w sztormach, oczywiście nie na samosterze, to indywidualność, a jak się jej nie podoba nie ma na to lekarstwa.

– Co, Mała? O tobie piszę. Tak, jesteś szelmą, chodzisz własnymi kursami.

W końcu, jeżeli ktoś myli, że jachty będą same chodziły, a my tylko obliczać astronomicznie pozycję, ten się myli. Jacht wymaga więcej od człowieka, niż najbardziej wymagająca kochanka. Dla żadnej kochanki, najpiękniejszej, nie zerwałby się człowiek bez dyskusji o każdej godzinie nocy i tak ochoczo, z przekona­niem, jak dla tej jednej – jachtu na morzu.

Słońce zachodzi na NW, horyzont jak koło. Żadnej ziemi nie widzę i nie pragnę widzieć. Określić się? Wiem, gdzie jestem. Jeżeli takim łukiem mijam Skagen, a potem z daleka Hirsthals i Hanstholm, to tylko po to, żeby nie dać się zaskoczyć we mgle na liniach komunikacyjnych. Stąd słyszę od czasu do czasu ich ryki czy motory, lądu nie muszę widzieć.

W nocy wysłuchałem taśmy Teresy i Jurka. Muszę ją przesłuchać jeszcze raz, jest tam sporo rad kulinar­nych. Ech, kochani, kochani, kiedy was zobaczę? Dopiero jestem w Skagerraku.

 

Lewa strona.

Dopóki nie widzę lądów i nie ma ich w pobliżu, żegluję spokojnie, moja nerwówka zaczyna się, gdy mam blisko brzeg, albo szlaki statków. Teraz, w Skagerraku, Słońce świeci mi w twarz, niech więc świeci, nim zajdzie, po to nawet zmieniłem kurs jachtu. Kocham na morzu wolność, swobodę, beztroskę, ale tu trzeba niestety opierać się rękami i nogami (na mapie) o jeden czy drugi brzeg (kawałek dalej po prawej to Norwegia). Można też penetrować w dół, czy płytko, czy głęboko.

A takie właśnie dziwne pragnienia: „zejdź w prawo na 280°, żebym miał słońce na twarzy”, jacht wydaje się słyszeć i sam trzyma ten kurs.

Myślałem, że napiszę traktat filozofii morskiej. Na to trzeba mieć talent. Ja tylko pracą i wytrwałością dochodzę do czegoś. Tym się jednak nie martwię, okręt mam, płynę na nim, wrócę do kraju, a wtedy ci, którzy posiadają talent, będą tu grać pierwsze skrzypce. Już mam polskiego Conrada II, Andrzeja Markowskiego. Pisze dobrze, z polotem, umie pisać. Jak na razie idzie po manowcach, zajmuje się bowiem filmem, czyli fikcją. Napisał ładnie o Zanussim, zna doskonale produkcję Wajdy. Sam mi powiedział, że marzy o morzu. Wezmę go w rejs, morzu będzie służył swoim piórem i talentem, a jaki jest ten talent, pokażą jego książki.

 

C. d. po latach: po rejsie dookoła świata, w październiku 1980 roku wziąłem Markowskiego na rejs do Argentyny. I owszem, pisał, donosy na mnie do Tołwińskiego, do PZŻ. A po rejsie ja napisałem o nim niewydaną książeczkę „Antyprzyjaciel”, podtytuł „Studium pasożyta”. To była moja relacja z rejsu do Argentyny, do Mamy, którego przyjemność zepsuł mi ten człowiek.

 

Gdy ktoś mnie mija, ciągle patrzę, czy bandera u mnie powiewa na maszcie i czy dumnie powiewa. Ona po swojemu, nosi swoje „biało-czerwone”, ale wrażliwa i uczulona jest na wiatr. Jej powiewanie w strugach wiatru tylko ja rozumiem. Ona powiewa przede wszystkim dla mnie, swojego.

 

 

Dzień 11, 22 VI 79, piątek

O piątej rano padłem. Dosłownie, padłem, z braku snu. Wiatr zamarł do 1°B, postawiłem jacht w dryfie pod skrzyżowanymi żaglami i poszedłem spać. Ze snu zbudził mnie silny szkwał i deszcz. Wiatr do 5°B, choć wyglądało na więcej. Na piżamę ubrałem kombinezon sztormowy i zrzuciłem genuę i grota. Spałem chyba do 9-tej.

Wiatru nie było, wykorzystałem sztil do prac. A więc przede wszystkim przestankowanie paliwa. Przela­łem do zbiornika trzy kanistry, to jest 60 litrów. Zbiornik znów jest pełny. Przed napełnieniem wskaźnik bagnetowy zanurzał się 18 cm. Coś mi się nie wydaje, żeby w nim mieściło się 200 litrów, przecież część w zęzie jest dużo węższa, niż górna.

Potem zrobiłem klar w kambuzie, pomyłem naczynia, pozamiatałem podłogi. Kwiaty, już zwiędłe, wrzu­ciłem uroczyście w wody Skagerraku.

Po ukończeniu tej pracy dmuchnęła trójeczka z W, więc hals na północ, następny w kierunku Hanstholm. Nim postawiłem żagle podszedł blisko duński kuter rybacki, pokazując mi dużą rybę. Chyba chciał ją zamie­nić na piwo. Miałem wielki smak na smażoną rybę, lecz niestety, odmówiłem. Regulamin rejsu non stop nie pozwala.

Potem, idąc ostro do wiatru na Hansholm, miałem nieprzyjemne zdarzenie: kuter rybacki stanął mi na kursie. Musiałem zrobić zwrot.

Na obiad ugotowałem ziemniaki, które podałem z dwoma jajkami sadzonymi, z cebulką. Sałata z ogórka, pomidora i cebuli. Herbata. Piwo przed i po obiedzie. Koncert życzeń z Warszawy I. Przemówienie Gierka w Nowej Hucie.

Po incydencie z rybakiem jacht zgodził się iść sam. Dmucha czwórka z WbN, KD=230. Od czasu do czasu biorę radionamiar na Hanstholm. Późnym popołudniem widoczność poprawiła się, tak jak i wczoraj. Wczoraj w nocy zobaczyłem światła Hirsthals, pierwszy ląd od wyjścia z Sundu. Całą resztę ukryła mgła.

Czytam Jasienicę. Mam ochotę na koktajl, walczę z sobą od godziny, żeby nie sięgnąć po szklaneczkę. Już miałem sięgnąć, lecz przypomniało mi się, że dziś piątek. Wobec tego soczek z czarnej porzeczki.

Aż miło żyć w czystym jachcie. Od wczoraj ster mam przełożony na wewnętrzny. Siedzę w fotelu, czytam, spozieram na kompas, wodzę wzrokiem po morzu.

Po północy – próba nawiązania łączności z Gdynia Radio na kanale 824. Nie ma odpowiedzi.

 

Lewa strona.

PALIWO: 60 litrów spalił silnik za 24 godziny pracy, to jest 2,5 l/h. Paliwo zasysałem rurką plastikową do wlewu w pokładzie, z podniesionego kanistra na barierce przy grotmaszcie.

 

 

Dzień 12, 23 VI 79, sobota

W nocy niecierpliwiłem się i wyglądałem ukazania się latarni Hanstholm. Często robiłem radionamiary na nią. Wiatr spychał mnie w lewo, nie byłem pewny, czy ją minę tym halsem. Wreszcie o północy ukazała się na lewym bajdewindzie, odległość oceniłem ostrożnie na 10 mil. Jacht szedł pięknie i sam. Postano­wi­łem się zdrzemnąć w fotelu i lustrować co pewien czas morze.

Widać kilka świateł statków i rybaków, tędy przewija się linia komunikacyjna. Drzemanie takie nie przy­no­siło zadowolenia, postanowiłem położyć się i wstawać co pół godziny na budzik. Lecz wcześniej pod­wie­siłem pod bezanmasztem światła awaryjne.

– A co! Wy też uważajcie! – rzekłem w myślach do widocznych światełek oraz i do tych niewidocznych.

Sęk w tym, że tych moich świateł awaryjnych nie widać ze wszystkich stron, na lewym bajdewindzie zasłaniają je grot i genua, na lewym baksztagu – bezan. Toteż co pół godziny wstawałem spojrzeć, czy nie ma sytuacji kolizyjnej.

Po 2-giej wiatr zamarł do takiego, że jacht sam nie radził sobie z kursem. Zwrotem przez sztag bez luzo­wania szotu nawietrznego genui i po przecięciu linii wiatr skontrowania sterem na nawietrzną i zablo­ko­waniem steru, stanąłem w dryfie (ze skrzyżowanymi żaglami) Próbowałem nawiązać łączność z Gdynia Radio na kanale 824 (pasmo 8 MHz). Wołałem kilka razy, nikt nie odpowiadał, nikt też na tym kanale nie rozmawiał. Wróciłem do koi, po wygaszeniu świateł nawigacyjnych, a postawieniu tylko awaryjnych. Gdy się rozwidniło i te zgasiłem.

O 5-tej zbudził mnie inny stan sytuacji, pojawił się wiaterek, śliczna piątka z W. Zszedłem z dryfu i na­tych­miast podjąłem drogę, jacht bez problemów szedł sam. Toteż wróciłem do koi nastawiając budzik na co pół godziny lub trzy kwadranse. Po każdym powrocie do koi szybko zasypiałem i ciągle mi się coś śniło, za każdym powrotem co innego. Pamiętam tylko, że śnił mi się Jurek Jaszczuk w jakiejś tajemniczej sekwencji.

Nie wiedziałem kiedy uznać się za wyspanego, jako że nie wiedziałem ile w sumie godzin spałem. O 9-tej ubrałem się, była śliczna pogoda, Słońce na bezchmurnym niebie, widzialność doskonała. Zrobiłem śnia­danie, jajka sadzone z wczorajszymi ziemniakami, herbata z mlekiem, herbatniki z dżemem śliw­ko­wym. Następnie pozamiatałem jacht i zabrałem się do astro, czym bawiłem się do obiadu. Obiad był taki jak wczoraj, z dodatkiem kubka surowego barszczu z czosnkiem (barszcz rozcieńczony wodą).

Potem wiatr spuchł, a jacht przykuł mnie do steru. W kambuzie i pod dekiem w dalszym ciągu piękny klar, wszystko myję zaraz po konsumpcji, nawet patelnię, choć filozofia kawalera podaje, że patelni nie myje się.

Wczoraj i dziś do południa radio trzeszczało. Po przełączeniu akumulatora trzaski ustały. Jaki to może mieć związek, przecież obwód jest tylko z jednego akumulatora?

Ach, żeby taką widoczność i Słońce mieć do końca tego akwenu, Morza Północnego i kanału La Manche! Dziś czuję się szczęśliwy lub prawie szczęśliwy. Wiem od czego zależy moje samopoczucie: od tego, czy jacht idzie swoim kursem, czyli od wiatru. Odkrył to Hubert, gdy wracaliśmy „Eurosem” z Argentyny w 1973 roku, z tym, że według niego to objaw negatywny.

Do Cieśniny Dover mam 420 mil po linii prostej. Za ostatnią dobę, od południa do południa, pobity został rekord przebiegu – 80 mil. A ja zakładałem, bardzo zresztą ostrożnie, średnią dobową 70 mil aż po wyjś­cie na Atlantyk. Czyli mam około tydzień żeglugi do Cieśniny Dover. Po południu, po zrobieniu Słońca na zachodniej części pierwszego wertykały, siedzę w fotelu, czytam „Polskę Piastów”, popijam piwem, zag­ry­zam razowiakiem z masłem, czosnkiem i kiełbasą, jacht pomaleńku z szybkością 1 węzła idzie kursem na W, gdyż wiatr – o ile to można nazwać wiatrem – skręcił na SW i pchało mnie na Danię (na Horns Rev i Blåvandshuk, brrr!). Gdzieś daleko na horyzoncie był jakiś punkt. I jest to rybak, blisko i tuż na moim kursie.

O Boże, żeby na całym wielkim morzu był tylko jeden rybak i jeden jacht, mój, zawsze musimy się spot­kać w sytuacji kolizyjnej. ! Wszędzie dookoła pusto, my obaj tu, w tym punkcie. Czy jakaś klątwa wisi nade mną?

O 21.30 wiatr zamarł, zrzuciłem tylko genuę i stanąłem w dryfie, do spania.

 

 

Dzień 13, 24 VI 79, niedziela

Wczoraj koło 21-szej, jeszcze za dnia, wiatr zamarł do nieopłacalnej szybkości. Zrzuciłem genuę, postawi­łem go w dryfie i poszedłem spać, z budzikiem nastawionym za godzinę, kiedy zacznie zapadać zmrok, żeby zapalić światło topowe. Potem z powrotem do koi. Spałem szybko. Po północy poczułem, że coś dmucha, wstałem, był to SE4. Wróciłem do koi, ale sumienie nie dało mi leżeć: pomyślnych wiatrów nie wolno marnować, wstałem, o 1-szej postawiłem genuę i ru­szy­liśmy. Jacht dał się ustawić na SN (samosterowność naturalna), toteż wracałem do koi na godzinne uzu­pełnienie snu.

Miałem piękny sen: mała dziewczynka (wymiarami, nie wiekiem) podleciała mi i szliśmy zgodnym kursem w krzaki. Och, jak mało brakowało, nie wiem, po co się zbudziłem. O 9-tej uznałem się za wyspanego, wstałem, zrobiłem śniadanie (ziemniaki podsmażane z surową cebulą, pomidorem i czosnkiem).

Pogoda paskudna, zamglenia, wiatr wzrósł do 6 z SE, szedłem ostrym baksztagiem, więc nie bałem się o ge­nuę. Najpierw zrobiłem Słońce, gdy przechodziło przez wschodnią część pierwszego wertykału, jesz­cze wi­dzial­ność była możliwa. Potem stawałem dwa razy w dryfie, raz dla obliczenia jakiejś pozycji, potem czeka­jąc na kulminację; niestety, Słońce nie pokazało się. Zaczęło mżyć, potem deszcz. Zorien­to­wa­łem się, że przechodzi front chłodny i że wobec tego wiatr będzie skręcał w prawo. Toteż wyostrzyłem z 225 na 180, jacht natychmiast poszedł na SN (Samosterowność naturalna). Zapadła gęsta mgła, widzial­ność do 50 m.

Zrobiłem obiad: makaron z koncentratem pomidorowym i jarzynami. Nie, oczu nie świdrowałem we mgłę. Inni mają lepsze możliwości czuwania i lepiej mogą coś zobaczyć, Niech oni uważają. Mają radary, pełnią wachty. Liczę na nich.

Po obiedzie wypogodziło się. Wypiłem (przed obiadem) stercząc za sterem wewnętrznym parę koniaków. Warszawę I słychać coraz gorzej, przeszedłem więc na BBC Radio Two, na długich. I od razu usłyszałem o 17.50 prognozę: piździ 7 w wielu miejscach.

Wiatr rzeczywiście skręcił w prawo, a uczynił to bardzo szybko. Dmucha już z SW, a mnie zepchnął na 290°. Trzeba będzie zrobić zwrot. I halsować. Oh, dear! Pójdę na 160°. Zdaje się, że będę musiał przehal­sować całe Morze Północne! Może wreszcie usiądę do Jasienicy? Mam dogodny hals na fotelu (przechył ciała na burtę, nie trzeba się zapierać nogami jak przy przechyle na prawą burtę, kiedy nie ma się na czym oprzeć) Więc piwo z sokiem i co dalej po Krzywoustym?

Z BBC wróciłem na Warszawę I, arcynudny tam program, tu koncert życzeń i dużo więcej muzyki niż tam. Póki dam radę będę się trzymał Warszawy.

Czy naprawdę wyszedłem wreszcie w ten rejs? Naprawdę przez rok będę tak żył? Jeszcze się nie rozczu­lam, wszystko tu znajome i bliskie, ale za 2-3 dni mógłbym z Dickiem pić whisky w Dover, a za dalsze 3 – z Pawłem w Plymouth, a za dalsze kilka z milionem kumpli w Vigo, a potem odwiedzić znajomy klub w Casablance, następnie popasać w Polsuardiaz na Kanarach w Las Palmas, aby wreszcie zacumować na dłużej w Buenos Aires, najmilszym mi porcie, bo tam żyje moja Matka, która czeka na mnie.

Nieznajome zacznie się dopiero, gdy zacznę iść kursem na Przylądek Dobrej Nadziei, Indyjski w paskud­nym okresie, trawers Australii i Nowej Zelandii, zachodni Pacyfik. A potem wszystko będzie swojskie i znajome, łącznie z Hornem.

Miałem nadzieję, że po tylu trudach lądowych na morzu, dostanę rekompensatę. A tu wiatr od początku niezbyt korzystny, teraz rygluje mnie na Morzu Północnym, dmucha idealnie z tego kierunku, w jakim zamierzałem iść. Było też trochę pomyślnego, lecz z baksztagu, tak że musiałem siedzieć za sterem.

Myślałem, że ten SW będzie kręcił, lecz nie: stanął, bo tam jest mój kurs 215°, więc i tu będę musiał halsować. O tempora!

Godzina 21-sza. Słońce jeszcze nad horyzontem. Nikogo od dłuższego czasu nie widzę.

Jacht idzie sam, pójdę spać.

 

Lewa strona.

DO ZROBIENIA:

1) Owinąć przednią część górnej linki sztormrelingów.

2) Obszyć dolny lik genui w pobliżu rogu halsowego.

3) Osłonę z folii na sekstant.

4) Wyciągnąć cały łańcuch (jest 40 m + kawałek z 20)

5) Skorupę tratwy przenieść.

6) Na koszu dziobowym linki.

7) Projekt rynien deszczowych.

8) Listy.

9) Ładować akumulatory.

 

Uwagi do jachtu (do uwzględnienia przy remoncie porejsowym:

1) Uszczelnić otwory przewodów pod kieszenią suwklapy.

2) Zamocować tratwę ratunkową na rufie.

3) Otwór na łańcuch kotwiczny nad komorą łańcuchową w dziobie.

4) Koło trapu skrzynka (wyścielona) na lornetę (kryta).

5) Na prawej desce (lewej?) agregatu, uchwyt-kieszeń na markizę.

6) Lampa pozycyjna sektorowa na topie 25W + białe 360° nad nią.

7) Prostownik do ładowania z kei.

8) Wskaźnik napięcia na każdy akumulator.

 

Nigdy nie wiem jak spędzę noc, czy w koi, czy za sterem. Rano spałem, a jacht szedł. Potem widziałem stojących rybaków Taki przecież nie zejdzie z drogi. Mewa czy albatrosy też siadają na wodzie dla odpo­czyn­ku, nie bacząc na to, że ryba z dołu pożre je. I tak się rzeczywiście zdarza, a słyszałem o mewach z odgryzionymi łapami.

 

 

Dzień 14, 25 VI 79, poniedziałek

Z tym spaniem nigdy nic nie wiadomo. Najpierw wstałem na budzik, zaświeciłem światła pozycyjne. W którymś kolejnym wstaniu dostrzegłem czerwone światło w sektorze przed dziobem. Pomyślałem, że to żaglowiec. Był z mojej lewej. Potem zobaczyłem światła statku, jednego, drugiego, trzeciego, tak jakby w tym miejscu prowadziła linia komunikacyjna. Lecz światła statków były o wiele skromniejsze od tego czerwonego.

– Ki diabeł? Wrota piekieł, czy co?

A jacht, który tak źle idzie prawym halsem przy słabym wietrze, ciągnęło nieodparcie w to tajemnicze, wielkie, czerwone, stałe światło. Na mapie miałem wieżę wiertniczą w tym rejonie, ale nie widziałem świateł pław przy niej.

Wiatr był słaby, szybkość przestała być opłacalna, a żegluga wymagała mojej obecności.

– Parę godzin snu jest cenniejsze niż te kilka pracochłonny mil – pomyślałem ustanawiając pewne prawo ekonomiczne w żegludze.

Postawiłem jacht w dryfie i o 1.30 poszedłem spać, budząc się co godzinę, co dwie, aby sprawdzić, czy mnie nie wsysa w te wrota piekieł. O 3-ciej zgasiłem światło topowe. O 5.30 dmuchało 4°B, niestety z SW. Trudno, zszedłem z dryfu i podjąłem żeglugę kursem na SSE.

Jacht szedł sam, więc wypróbowaną już metodą dosypiałem po godzince. Śniła mi się Baśka, jechała w pociągu do Rzeszowa z facetem, którego znam, lecz nie potrafię go zidentyfikować. Widzę tę twarz. Jechali niby to na wykłady.

Wreszcie uznałem się za wyspanego, obliczyłem czas przejścia Słońca przez wschodnią część pierwszego wertykału i zrobiłem pięć pomiarów w ciągu 10 minut, w dość trudnych warunkach, gdyż chmury ciągle zakrywały Słońce, a horyzont był zamazany, raz na skutek odblasku, raz na skutek mgiełki.

Potem zabrałem się do liczenia seryjnie tych pięciu linii pozycyjnych. A jacht szedł sam. Gdy obliczyłem i narysowałem wszystkie na plottingu – a trwało to dobre pół godziny – wyjrzałem i ogarnęło nie przerażenie. Oto nieświadomie mijałem wrota do piekieł, jacht przechodził po ich nawietrznej w odleg­łości około 2-3 mil. Pierwszą wieżę miałem już za trawersem, a więc mógłbym się wpakować w nią, zaabsorbowany liczeniem. Druga, główna, stoi w odległości paru kabli na SE. Sterczy w niej wysoka rura, z której nieustannie bucha płomień. To ten właśnie płomień świecił w nocy na czerwono, to gaz.

Zrobiłem temu zdjęcie, gdy Słońce już zakrywała gruba warstwa ciemnych, ołowianych chmur. Opiep­rzy­łem się za zdjęcie, czyli za zmarnowanie okazji do zrobienia linii pozycyjnej, jako że na razie nie byłem pewny, czy te znaki na mapie to wieża. Niestety, Słońce się już nie pokazało.

Wtedy w przeciągu 15 sekund wiatr z czwóreczki skoczył do siódemki, polał deszcz.

– Szkwał – pomyślałem – Za pół godziny przejdzie, to nowy, zimny front przechodzi nad nami.

Morze natychmiast wzburzyło się, a ja pod pełną genuą i pełnym grotem. Wytrzymałem tych parę go­dzin. Front rzeczywiście przeszedł, wyszło Słońce, barometr idzie w górę chwilami z szybkością 1 milibara na godzinę.

Przed kulminacją zrzuciłem genuę, zresztą i tak miała być zrzucona dla zeszycia drącego się dolnego liku przy rogu halsowym, na skutek ocierania o sztormreling. Postawiłem kliwra II. Chciałem postawić kliw­ra I, ale dopiero jak taskałem go na pokład, zorientowałem się, że to kliwer II. No i nie żałuję, chwila­mi jest to normalny sztorm, taka słaba ósemka.

Część genui mam w kokpicie, część do szycia – pod dekiem. Odpocznę, wypiję piwo, obliczę kulminację i zapiszę komunikat meteo BBC, może coś zjem, i popołudnie spędzę nie z Jasienicą w ręce, tylko z igłą.

Fala gęsto chodzi po jachcie, czasem z hukiem zwala się na nadbudówkę. Wypompowałem 100 pomp z zęzy. Idziemy ostro na wiatr. W radio słucham na przemian Warszawę I i BBC Radio 6. W konfrontacji obu stacji widzę, że Anglicy są nudni. Dowiedziałem się od nich o zamachu na gen. Aleksandra, dużo rozwodzili się nad prześladowaniem chrześcijaństwa przez Idi Amina w Ugandzie. Sztormik jest wyżowy, Słońce świeci, morze ma kolor błękitny. A my idziemy ostro do wiatru, gdy log dochodzi do 5 węzłów.

Przy galopie jachtu na falę, suwklapa odsuwa się sama i woda wlewa się również do wnętrza. Skonstru­owałem narzędzie, rodzaj listewki, które nazwałem „patyczkiem” i nim, zwykłym klinowaniem, zapobiegam otwieraniu się suwklapy.

 

 

Dzień 15, 26 VI 78, wtorek

Ani razu wczoraj nie wziąłem Jasienicy do ręki. Połowę genui upchałem w kokpicie, to do szycia pod dekiem, przy fotelu. Szyłem cierpliwie swoją małą igiełką dwie godziny, aż coś trzeba było zjeść, jako że wczorajszy obiad był suchy (nie licząc trzech piw i kubka barszczu). Potem szyłem aż do zmroku. No, została obszyta.

Kurs prowadził donikąd, zrobiłem zwrot na W, przynajmniej przy Weście dawało mi wysokość. Znów zo­ba­czy­łem z daleka wieżę wiertniczą, której nie mam na mapie (to nie wieża, to statek buchający dymem).

Położyłem się spać w piżamie, nastawiając budzik na co godzinę. Lecz w ciągu godziny tyle może się zdarzyć… takie czuwanie to iluzja. I rzeczywiście, jacht sam podjął decyzję: o 1-szej po północy zrobił zwrot, skontrowałem go sterem i tak zostało. Zbudziłem się o 3.30 po to, aby zgasić światło topowe i spałem do 8-mej. Aż 6 godzin.

Rano sprzątnąłem kliwra II, który przy tym wietrze nie bardzo wiedział, o co chodzi. Bronił się, łapał wiatr, chciał lecieć, czepiał się wszystkiego.

– Do worka, mój drogi, trzeba było produkować się tam, na górze, na forsztagu!

Genua I poszła do pracy i obraliśmy kurs południowy, na 170° KD. Przegapiłem pierwszy wertykał wschod­ni. Kilka razy potem, jak z karabinu maszynowego, strzeliłem Słońce. Nie z gorliwości, tylko z roz­pa­czy. Gdy nie strzelasz celnie, zamiast oddać jeden strzał kropimy całą serię. A mnie coś nie wycho­dziło, linie były rozstrzelone, niepewność zaczęła się wkradać na mapę. Horyzont, choć widzę gołym okiem, że jest czysty, w lunecie mam zamazany, przymglony. A Słońce jakby za lisią czapą. Czy mój wzrok aż tak się popsuł, czy lusterka w sekstancie są zapocone? Oczyszczenie nic nie pomagało. Aż wreszcie natchnienie spłynęło na mnie.

– Okular! Czy okular jest dobrze nastawiony do mojego oka?

– Ach, ty! Do oka wrony siedzącej na krzaku pod Winną Górą masz nastawiony okular sekstantu.

I natychmiast horyzont stał się ostrą linią, a Słońce wyrysowane precyzyjnie. Wielki ciężar spadł mi z serca, odzyskałem Słońce, odzyskałem pozycję i wiarę. Dopóki będzie Słońce nie zgubię się na morzach. I mam na plottingu pierwszą linię astronomiczną, w którą wierzę; czekam na kulminację, będzie druga linia i pewna pozycja.

Martwi mnie tylko wiatr, ciągle uporczywie przeciwny SW. Kiedy przehalsuję to Morze Północne? Każde morze staje się ogromne, gdy wiatr jest przeciwny! W prostej linii mam 240 mil do Cieśniny Dover, do trzech dni byłbym tam. Strategia będzie taka: halsami lub wprost, jeżeli wiatr puści, dojść do latarniowca „Outer Gabbard” na ф = 52°N i λ =2°E. Koło niego, w zależności od sytuacji, albo kotwiczyć, jest tam taka łacha do 5,5 fth, czyli łańcucha jak na 11 m. I wyczekać tam na korzystne warunki, tak jeżeli chodzi o kierunek wiatru jak i widzialność. Albo, jeżeli warunki będą korzystne, iść wprost w Cieśninę. Od „Outer Gabbard” jest 60 mil do trawersu Dover.

 

Lewa strona.

Od 26 VI ABSTYNENCJA DO ATLANTYKU zaordynowała góra. Mądrze!

 

 

Dzień 16, 27 VI 79, środa

Od dawna wiem, że mój nastrój na jachcie zależy od wiatru. Słaby wiatr wygasza mi uśmiech na twarzy, zaś dno desperacji to być przykuty do steru, przy słabym i przeciwnym wietrze. Nawet gdy wiatr słaby, a jacht idzie sam, trzy czwarte udręki mniej. Widać nie urodziłem się na sternika, bo gdy tylko siądę za sterem, z miejsca próbuję się dogadać z jachtem i przekonać go, żeby zechciał iść sam. Te refleksje dotyczą obecnej chwili.

Do północy i po północy pisałem do Teresy, mając jakąś nadzieję, że w Kanale La Manche uda się podać pocztę na jakiś jacht.

Dniało, gdy poszedłem do koi, mimo to zapaliłem swoje światła pozycyjne, lecz o dziwo, nie mogłem zasnąć. Kawy nie pijam, nie wypiłem ani jednej w tym rejsie, żeby sobie nie zakłócać krótkich godzin snu, Chyba ten list podziałał jak kawa. Wstałem niewyspany, wiatr zaczął kręcić pomaleńku w prawo, zrobiłem zwrot i oto właściwym kursem szedłem w kierunku latarniowca „Outer Gabbard”, chwilami 4, chwilami 5 węzłów. Dzień pogodny, Słońce na bezchmurnym niebie.

Do południa odd jobs. Wykonałem wszystko, co zaplanowałem, za wyjątkiem przepisania na maszynie listu do Teresy i projektu rynien z płótna żaglowego pod bomy, do zbierania deszczówki. Cieszyła mnie praca, spenetrowałem forpik, zrobiłem obiad, ryż z pierwszą konserwą mięsną.

Niewyspanie objawiało się dotkliwie przy obliczeniach linii astro, myliłem się gęsto bądź w dodawaniu, bądź we wchodzeniu do Almanachu na 14 zamiast na 16. I wtedy, gdy miałem zamiar zdrzemnąć się po obiedzie, a potem przepisać list do Teresy, wiatr zdechł, osłabł i jacht stał się bezradny. Chwilę sterowałem z kokpitu, w Słońcu, wreszcie zrzuciłem genuę i postawiłem jacht w dryfie, a sam ułożyłem się w kocach w kokpicie i przespałem godzinę. Teraz się wleczemy, do „Outer Gabbard” 100 mil, idziemy z szybkością 2,5 węzła. Strzeliłbym kielicha, ale przyrzekłem sobie nie tknąć nawet piwa, aż dopiero na Atlantyku. Wobec tego kawę inkę i keksy z dżemem w kokpicie. Czuję, że stanę się abstynentem, bo chyba nigdy nie wydostanę się z tego Morza Północnego. Zwłaszcza, że wiatr odkręca i z Westu chce przejść na SW.

 

 

Dzień 17, 28 VI 79, czwartek

Nim przeszedł na SW osłabł tak, że jacht z trudem wyciągał 2 węzły, a przy tym trzeba było pracować kręcąc nieustannie kołem.

Dość! W rejsie światowym szybkość 2 węzły nadaje się tylko do spania, z czego będzie nieporównywalna większa korzyść niż z przebytej drogi – powiedziałem na głos, zrzuciłem genuę i stanąłem w dryfie. Naj­pierw zrobiłem obiadokolację: ryż z pierwszą w tym rejsie konserwą (zeszłoroczną), sporo koncen­tra­tu pomidorowego, czosnku, cebuli, ogórków. Poszedłem spać. Było jeszcze jasno, nastawiłem budzik na 22-gą, aby zaświecić światło topowe. Dochodziła 22-ga, gdy usłyszałem pracę maszyn. Wysko­czy­łem z koi, zmrok zapadał, około dwóch kabli ode mnie zastopował parowiec, świecąc reflektorem w moim kie­run­ku. Nie stałem na ich kursie, mieli mnie nieco przed trawersem. Błyskawicznie zaświe­ciłem topowe, statek zaś ruszył dalej, nakrywając się grzywą czarnego dymu z komina. Dawno nie widziałem parowca.

O piątej rano wypełzłem z koi i spojrzałem na kompas. Widok załamał mnie całkowicie: dmuchał SSW, dokładnie z kierunku 200°, a mój kurs jest właśnie 200. Wróciłem do koi i spałem do 6-tej.

Navigare necesse est! – postawiłem genuę i ruszyłem w drogę z postanowieniem przehalsowania całego morza. Zdążyłem jeszcze złapać Słońce na wschodniej części pierwszego wertykału, po czym Słońce zniknęło, pojawiła się mgła, najpierw do 200 metrów, za chwilę do 100, wreszcie do 50. Szedłem na West, w kierunku wschodnich brzegów brytyjskich, dość odległych jeszcze. Lecz mgła ma to do siebie, że wszystko przybliża w wyobraźni. Zrobiłem zwrot, jak ścigany przez ogary zając odbiłem skokiem w bok, i nagle poczułem się strasznie zmęczony.

– Do licha, czy muszę uciekać? Gdzie, przed kim? Czy jestem w regatach, czy żegluję na akord? Stop! Vivere też necesse est!

Zrzuciłem genuę, postawiłem jacht w dryfie pod grotem i bezanem i poszedłem pod pokład, w miłe zacisze domowe.

– Jeżeli idę, muszę uważać, a przecież nie prześwidruję oczami tej mgły; jeżeli natomiast stoję, to niech uważają ci, którzy idą – wytłumaczyłem słownie to, co instynkt mi dyktował.

Pod dekiem ciepło, przytulnie, radio gra, przygotowałem smaczne śniadanie. Najchętniej jadam na fotelu widząc morze dookoła, lecz w tę białą maź nie mogłem patrzeć, śniadanie zjadłem spokojnie przy stole nawigacyjnym i jak za dobrych czasów, z książką przed patelnią („Polska Piastów”). Potem pisałem listy na wypadek, gdyby była okazja w kanale La Manche podać je na jakiś jacht.

Lecz na morzu nic nie trwa długo, za wyjątkiem tego uporczywego SW, gęsta mgła ustąpiła, widoczność poprawiła się do dwóch mil. Sklarowałem lepiej światła awaryjne na przednim forsztagu, owijając taśmą zwisający między lampami przewód, żeby nie zaczepiał o raksy genui, postawiłem genuę i ruszyliśmy na SE. Jacht poszedł sam. Nastrój poprawił się, nawet zachodziłem w głowę, jak mogłem się tak załamać rano, z powodu trzech zaledwie czynników: mgła, przeciwny wiatr i incydent z parowcem? Kurs był logicz­ny, halsami, które wyrysowałem na mapie, dojdę pod „Outer Gabbard”. Tam się zaczyna lej wejścia w Cieśninę Dover, na rozpostartej na stole półgeneralce Morza Północnego to miejsce odczuwam jako pierścień dociskający mi się na szyi.

– Zaraz będzie szerszy, dojdź tylko do równoleżnika 52°15’ a przejdziesz na mapę 1408, ten lejek wypełni ci cały stół!

– Dowcipny jesteś, ale rzeczywiście tamta mapa nie robi wrażenia, jakby ściskała za gardło w tym miejscu. Dopiero tam, na wysokości Ramsgate…

– Wtedy przejdziesz na mapę 1406 i znów będziesz miał morza na cały blat stołu.

– Ech, nie rób sobie ze mnie hecy! Dałbym ci butelkę piwa za dobry nastrój, lecz rzekło się: dopiero na Atlantyku.

Zbliżała się godzina kulminacji Słońca. Ciekawe, czy wyjdzie coś przy braku wyraźnego horyzontu? Na górze przetarło się na tyle, że Słońce przebijało przez mgłę. Przy tej widoczności do dwóch mil uwzględ­nia­łem patrząc w okular sekstantu warstwę mgły i ulokowałem Słońce stycznie do niewidzial­nego, lecz istniejącego troszeczkę wyżej, ponad podstawą mgły horyzontu. I linia wyszła logicznie, a potem miało się sprawdzić, że i dokładnie.

Umyśliłem, że warto by dokonać kiedyś pomiarów, najlepiej w porcie, przy znanej pozycji, wysokość Słońca do podstawy mgły, przy różnych zasięgach widoczności, i sporządzić tabelkę korekcyjną, okreś­la­ją­cą ile minut kątowych trzeba dodać do otrzymanego pomiaru przy określonej widoczności. Po powro­cie zajmę się tym.

Uczułem przemożną potrzebę kąpieli i higieny. Muszę się kąpać w słodkiej wodzie, na ten cel przydzie­lam sobie szklankę (250 g) wody dwa razy w tygodniu, Jeden głęboki talerz emaliowany przeznaczyłem na wannę, podgrzałem swoją porcję wody i wykąpałem się, na razie tylko jedną połowę, od pasa w dół. Potem użyłem przeróżnych śmietanek kosmetycznych (od Teresy) i kremów do nóg i rąk. Pachnę jak lowelas.

W nawigacji zgadza mi się wszystko, co jest podstawowym warunkiem dobrego samopoczucia. Z mgły wyłoniła się wieża wiertnicza K-13B, następnie, widoczna zza woalu tylko przez szkła, i to jako zjawa, wieża 13A. To mnie utwierdza w przekonaniu, że przy zamglonym horyzoncie, również można otrzymać dobre linie astronomiczne, trzeba tylko na wyczucie ulokować Słońce odpowiednio ponad podstawę mgły. Kompasy mam bardzo ciekawe, ten na górze, w kokpicie, Sestrel, ustawiony 5° w lewo do diamet­ral­nej, idąc prawym halsem kasuje mi dryf (jako że wtedy „pf” ma tę samą wartość, lecz przeciwny znak niż „dryf”). Natomiast ten dolny, polski szalupowy, mający niezbadaną dewiację (jest blisko silnika), różni się wskazaniami o 10° od górnego skorygowanego o „pf”, zatem idąc prawym halsem, tu na Morzu Pół­noc­nym, gdzie deklinacja jest –5°, całkuje mi obie poprawki, na deklinację i dryf, i daje gotową odpo­wiedź. Czasem ryczę ze śmiechu z tych kompasów.

O 20-tej zdumiewająco paskudne zachował się holenderski rybak (nazwa portu: w drugim słowie „Zee”, „HD” na kominie). Szedł z prawej na przecięcie kursu, obaj telepaliśmy się pomału, ja ostro do wiatru z szybkością 3 węzłów, on z wiatrem. Namiary zmieniały się, więc przeciął mi kurs jakieś 3 kable przed dziobem. Siedziałem w fotelu, ster miałem włączony na koło wewnętrzne. Zabrałem się ponownie za lekturę, lecz gdy po chwileczce rzuciłem okiem, ogarnęło mnie zdumienie: stanął mi na kursie, dosłownie na kursie i zapalił światła na pokładzie, choć jeszcze było całkiem jasno. Co robić? Odpaść? A jeżeli on idzie, nie przejdę mu przed dziobem. Wyostrzyć? Idę przecie bardzo ostro. Z trudem wydusiłem z jachtu te 10°, idąc na pograniczu łopotu, 30° do wiatru, i przeszedłem mu kilkadziesiąt metrów za rufą, upew­niwszy się przedtem, że nic nie wlecze, tylko łowi sieciami na wysięgnikach burtowych. Nie łowił, sieci nie były spuszczone.

Zrobiło mi się przykro. Dlaczego ten rybak stanął mi na kursie? Może nienawidzi moją banderę? Może to zwolennik Mentena? Za chwilę, gdy przeszedłem, ruszył. I oto zaszła rzecz niesamowita: zmienił kurs, naj­pierw na równoległy do mojego, potem na przecięcie z moim. Byliśmy w odległości 3-4 kabli. Zapali­łem światła pozycyjne, choć jeszcze był dzień. Namiary nie zmieniały się, a kuter był coraz bliżej. Był to kurs kolizyjny.

O 20.25 zrobiłem zwrot i poszedłem kursem 275° KD (przedtem szedłem KD 165°). Nie do wiary! Lecz niedługo trwał mój spokój, niebawem zobaczyłem na kursie światełko, przez lornetę rozpoznałem charakterystyczny dla rybaka łabędziowaty układ białych świateł, kolorowych rybackich nie dostrzegłem.

Wziąłem go na namiar. Namiar się nie zmieniał. Stał mi na kursie, jakby czekając na mnie.

– Może to wspólnik tamtego, który go poinformował UKF-ką o tym, że idę w jego kierunku? – pomyś­la­łem niedowierzająco.

– Dobrze, zrobię zwrot w sporej odległości od niego, lecz jeżeli polują na mnie, na tym się nie skończy.

W pośpiechu, może za dużym jak na opanowanego żeglarza, wydobyłem rakietnicę z szuflady i trzy pacz­ki rakiet, razem 15 sztuk, szesnastą, luźną, załadowałem do lufy. Z kambuza wyciągnąłem nóż, naj­więk­szy, na razie nie do obrony, tylko do cięcia sznurków wiążących paczki rakiet i do prucia tych paczek. Rów­nocześ­nie podniosłem i odstawiłem do mesy podłogę, między stołem nawigacyjnym a stoł­kiem, gdzie mam cały arsenał rakiet.

Są to rakiety spadochronowe, długie na całą lufę rakietnicy, biją z niesłychaną siłą. W tak bogaty arsenał broni rakietowej wyposażył mnie przemyski WOP, za co im teraz dzięki. Co prawda były pomyślane do celów oświetleniowych, ale nie chciałbym stanąć przed lufą naładowanej rakietnicy.

– To nie do wiary! Tu, w Europie, w XX wieku?!

– Wszystko jest do wiary! A co się dzieje na Karaibach, ile tam jachtów poginęło, ile załóg wyrżnięto tylko po to, aby przeładować na jacht ładunek narkotyku i zawieźć go do portu amerykańskiego, jako że jachty bywają poza podejrzeniem. A akty piractwa, normalnego abordażu w nocy na statki stojące na redzie w Lagos i w portach Kolumbii?

– No tak, jeżeli jest ich tu kilku, dojdzie do starcia. Oni na pewno mają lepszą broń i użyją jej. Ale najpierw strzelę ja w twarz pierwszemu, który się zbliży, z odległości 10 metrów.

– Petardy! Gdzie są moje petardy?

– To broń mniej groźna od rakiet.

– Benzyna! Och, nie mam benzyny. Zresztą nie przećwiczyłem robienia „koktaili Mołotowa”.

35 minut po poprzednim zwrocie, jakieś 7 kabli przed następnym rybakiem, zrobiłem zwrot. Nerwy już grały, wybierany w pośpiechu lewy szot genui zahaczył o kotwicę, leżącą w miejscu tratwy przed masz­tem. Wybiegłem na dziób, genua tymczasem złapała wiatr i napięła szot. Drę go ze wszystkich sił, bez kabestana wybrałem pracujący żagiel i odhaczyłem szot.

Jacht znów ustawiłem na samosterowność, na kursie 170 i poszedłem pod dek, zgrzany i spocony, chyba więcej z wrażenia niż z wysiłku. Była godzina 21.00 GMT, noc. Tym kursem zamierzałem iść 14 mil, tak aby po zwrocie trafić nad ranem na latarniowiec „Smith Knoll”. Lecz i tu nie dane mi było zaznać spokoju, niebawem dwa rumby z prawej zobaczyłem światełko, przez szkła rozpoznałem światła rybackie, zielone nad białym. Był burtą do mnie, jak wynikało z układu innych świateł i ustawiony w kierunku mojego kursu. Przez dłuższą chwilę obserwowałem go, trzymając go na namiarze. Namiar się nie zmieniał, a więc nie stoi, tylko idzie i to kursem dokładnie na zderzenie.

Ubrałem sweter i wyszedłem do kokpitu, obłożyć prawy kabestan luźnym szotem genui i założyłem korbę. Byłem gotowy do zwrotu. Wtedy dokładnie na kursie, nieco dalej, zobaczyłem światełko, przez szkła roz­poz­nałem rybaka.

– Osaczają mnie – pomyślałem.

Włączyłem jeszcze oświetlenie przyrządów i kompasu w kokpicie, aby się nie zgubić po zwrocie, zapisa­łem log i godzinę i zrobiłem zwrot. Kurs znów 275°.

– Czy to koniec już tego polowania na mnie? Czy naprawdę polują na mnie?

Zlustrowałem spod nadbudówki ciemne morze przed sobą i już zacząłem myśleć o tym, by zrobić sobie coś do zjedzenia, gdy na kursie zobaczyłem światełko. Dopadłem lornetę i nie ubierając swetra wybieg­łem na zewnątrz. Nie widzę światła, genua mi go zasłania. Wybiegłem do dziobu, na lewą burtę, wychy­li­łem się za wanty, żeby jak najdalej zobaczyć z prawej przed genuą, co groziło mi ochlapaniem falą odko­su dziobowego. Światła nie dostrzegłem. Pobiegłem koło bezanmasztu, na prawą burtę zawisłem na achter­­sztagu, za sztormrelingiem, nad czarną, bulgocącą wodą, z lornetą przy oczach. Światła nie dos­trzegłem.

– Ki diabeł? Po ciemku będzie czekał na mnie? Przecież spod deku widziałem go!

Gdy wszedłem pod dek zobaczyłem go znowu! Lecz gdy się lepiej przyjrzałem okazało się, że jest to odbicie na stalowej rurze kosza dziobowego mojego własnego światła pozycyjnego.

– Czy ty aby nie jesteś przewrażliwiony?

Z tym ostatnim zgoda, ale tamte były i to rozstawione tak, jak figury na szachownicy, zawsze na moim kursie.

Sam jestem ciekawy, ile w tej przygodzie mojej fantazji, ile przewrażliwienia, a ile obiektywnej, smutnej prawdy? Reasumując jak najchłodniej, mogę się zgodzić z następującą wersją: ten pierwszy rybak z lite­rami „HD” na kominie, który mi stanął przed dziobem, a potem nękał mnie dalej, to niewątpliwie gangster lub pociotek Mentena, natomiast pozostali i ich ustawienie, tak niekorzystne dla mnie, to przypadek.

Ledwie zdążyłem napisać te słowa i zjeść kromkę chleba z herbatą, zobaczyłem przez bulaj demoniczną sylwetkę rybaka, obramowaną światłem nieczystym. Był tuż przed trawersem, dość daleko, sytuacja nie wydała mi się kolizyjna. Lecz o oto po chwili widzę go pod tym samym kątem, przed trawersem, lecz o wiele wyraźniej, o wiele bliżej. Wziąłem go na namiar, namiar się nie zmieniał. Szedł kursem zderze­nio­wym, szedł na mnie i był już blisko. W pewnej chwili wydało mi się, że jakby nieco poszedł do przodu, jakby miał przejść mi przed dziobem.

– Znam ten numer, zastopujesz mi na kursie!

Do zwrotu miałem wszystko przygotowane, łącznie ze światłem na kompasie i swetrem na grzbiecie. W sandałach. Robiąc zwrot urwałem pasek lewego sandała.

– Nie można powiedzieć, żebyś był bardzo spokojny – przypiło mi „drugie ja”.

– Sandał do luftu, sam żeś szył wczoraj ten pasek! – odciąłem się złośliwie.

Po zwrocie znów sytuacja kolizyjna: z prawej statek pasażerski na kursie zbieżnym. Robię co mogę z tym jachtem, ostrzę aż do łopotu, wytracam szybkość, aby tylko przeszedł. Przeszedł przed dziobem, nie rozje­chałem go.

– O Boże! Gdzie ja jestem, na jakim świecie? Czy to są znane mi kiedyś morza i świat ludzi życzliwych, zbra­tanych niebezpieczeństwem żywiołu, gotowych iść z pomocą jeden drugiemu w każdej sytuacji? O tempora! O mores! A my żeglarze właśnie rybaków wśród wszystkich innych trzymamy na najwyższym piedestale w sercach…

To jest fantazja, to jest przewrażliwienie? Przecież to wyglądało jak prawdziwa bitwa morska, na mapie 1408 mam wyrysowane zygzaki zwrotów, a przy każdym punkcie zwrotnym ułamek z czasem GMT w licz­niku i stanie logu w mianowniku, a w „Dzienniku jachtowym”, który jest dokumentem oficjalnym, lako­nicz­ne wpisy: czas, zwrot, przyczyna zwrotu, kąt drogi, log.

Na razie mam przed sobą czarno, nie widać nic, ani morza, ani nieba, ani żadnego światła, tylko biały odkos piany przy burcie kotłuje się, mknie jak oszalały do tyłu, rozszerza się i zamiera za rufą. Miałbym ochotę wygasić swoje światła pozycyjne i stopić się z czarnym morzem i czarnym niebem w tę ciemną noc, być niewidzialny dla nikogo, i tak nikt mi nie ustępuje drogi, ba, jeszcze nachodzą na mnie.

W tę noc nie może być mowy o spaniu, nawet w dryfie. Spałem wystarczająco ostatnie dwie noce, zatem z sennością nie będzie problemów. Wyłączyłem radio, włączyłem magnetofon. Jeżeli ktoś w kraju powie mi, że Warszawa nadaje nudny program, będzie miał ze mną na pieńku. Tu dopiero można się przekonać jak nudne są audycje BBC, zarówno Radio Two jak i Radio Four, głupie dowcipy (World Service jest do rzeczy). Jedyne, co z ciekawością słucham w BBC, to Shipping Forecast – prognoza meteo dla żeglugi. Słu­cham i notuję. Zapowiedzieli właśnie, że ten SW będzie w moim rejonie skręcał na W. Od dziś Warsza­wa jest nieosiągalna na długich dla mojej Seleny.

– Góralu, czy ci nie żaaal…. Góralu wracaj do haaal.

– Na Atlantyku dostaniesz solidny koktajl na Adamowym płynie, wtedy zaśpiewasz na całe gardło, na razie żegluj precyzyjnie, bo jak widzisz tu nie ma przelewek.

Termometr zewnętrzny wskazuje 13°C, wewnętrzny 16. To ja sobą ogrzewam wnętrze, ja i świeczka, która świeci się przy stole nawigacyjnym. W odpowiedni zapas świec wyposażył mnie z kolei przemyski Metal-Chem. Nad stołem tyka szybkościomierz, jeden „tyk” to 18,5 m przebiegu jachtu (jedna dziesiąta kabla). Radionamiernika używam tylko wtedy, gdy żegluję we mgle, a chcę się określić na jakąś radiolatarnię.

Między logiem a radionamiernikiem wetknięty jest bukiecik sztucznych konwalii, które wręczył mi w Gdyni nieznany starszy pan z Zakopanego. Nad radionamiernikiem jest zdjęcie Alinki, wnuczki, gdy miała trzy miesiące (w dniu mojego wyjścia z Gdyni kończyła roczek). Śpi rozkosznie z rozłożonymi rącz­ka­mi. To zdjęcie jest w tym miejscu od pierwszego rejsu tego jachtu i ma jakiś uspokajający wpływ na mnie. W najcięższych sztormach jesiennych ona zawsze spała ufnie, nie obawiając się niczego, i ten spokój udziela się mnie.

Z lewej jest echosonda z fosforyzującą wskazówką, ma dwa zakresy, do 12 i do 60 metrów głębokości. Włączam ją tylko wtedy, gdy chcę wiedzieć, ile mam wody pod sobą, czy głębokość zgadza się z głębo­koś­cią podaną na mapie, lub gdy żegluję w niepewnej sytuacji i mogę się spodziewać brzegu lub płycizny.

Nad głośnikiem radionamiernika kolorowa pocztówka z polskim Papieżem, z rozpostartymi ramionami. W środku u góry aneroid wskazujący ciśnienie atmosferyczne, bardzo ważny dla mnie przyrząd, którego wskazania zapisuje się w „Dzienniku” co godzinę, a ja prawie co godzinę. Na górze z prawej – zegar czasu lokalnego, który u mnie, na oceanach, jest zawsze czasem strefowym. Z boku stołu nawigacyjnego, w stu­dzience przy lewej burcie, jest zamknięty chronometr Glasshütte, nastawiony na czas GMT.

 

 

Dzień 18, 29 VI 79, piątek

Nie warto obliczać za ile godzin będę tam. Jutro nad ranem byłbym pod Dover, ale wiatr zdechł, włączy­łem silnik na godzinę, ale nawet na tej małej falce maszyna sobie nie poradzi. Szybkość 3 do 3,5 węzła. Szkoda paliwa. Silnik zatem chodził w ramach okresowego uruchamiania go, żeby nie zardzewiał.

Odstawiłem silnik, zrobiłem kulminację i poszedłem spać w piżamie, jako że podobno lepiej się wysypia. O 15-tej wstałem, dmuchało coś NW, po czym koło jachtu aż furczało. Znów liczyłem… i znów wiatr zdechł. Stanąłem w dryfie tym razem pod żaglami i poszedłem spać. Po godzinie odezwał się wiatr z Westu, jacht znów ochoczo skoczył do przodu…. nie liczę nic. Do Dover mam 60 mil.

 

Za to widoczność dziś fantastyczna, oby taka była pod Dover. Wspominałem dziś wszystkie spotkania z kumplami z Dover, a zwłaszcza ostatnie sprzed dwóch lat. Zastanawiałem się, jak tutaj pomieścić tylu gości; w mesie trzeba będzie zrobić stół.

Dziś poszczę, zjadłem tylko jabłko i pomidora, już ostatniego, piję dowolnie.

 

 

Dzień 19, 30 VI 79, sobota

A jednak dziś rano byłem pod Dover. Ten ostatni wiatr utrzymał się, czasem słabł, czasem wzmagał na sile, doszedł nawet do 6°B. Jacht nie mógł iść sam, sterowałem całą noc, oczywiście sterem wewnęt­rznym. Było pochmurno, zimno, lecz co najważniejsze, widoczność doskonała. Minąłem swój „Outer Gabbard”, przy którym zamierzałem się czaić, minąłem Galloper, z lewej widoczne było światło North Hinder, na kursie pojawił się latarniowiec Falls. Szedłem na niego, nie robiąc już żadnych namiarów. Aż na końcu, już za dnia, „East Goodwin” i „South Goodwin” zamknęły listę latarniowców.

Trawers Dover miałem o godzinie 8,30 GMT (taki mam czas pokładowy). Zrobiło mi się smutno, mam tam kumpli, Dick Davidson, Tom Walder, port w zasięgu ręki, a wejść nie mogę. Najpierw myślałem kotwiczyć gdzieś pod Dover, lecz zaniechałem tych myśli, gdyż Dover wyraźnie rozklejał mnie. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że to nie tęsknota za kumplami tak działa na mnie. Tu dopiero odczułem namacalnie, że idę w świat olbrzymi, że tu zostawiam Europę i świat, w którym żyłem, że to ostatnie miasto, które z tak bliska widzę, w dodatku dobrze znane mi miasto. Teraz będzie już tylko woda i pustka.

Po minięciu Dungeness wiatr zamarł, co jeszcze bardziej przygnębiło mój smutek. A widzę, że w moim diagramie biorytmów wszystkie sprawności idą w górę, zbliżają się do formy szczytowej, zaś sprawność psychiczna pierwsza osiąga punkt szczytowy, pojutrze. Co by to było, gdyby była na dnie krytycznym? Obiadu nie chciało mi się robić. Najchętniej napiłbym się kielicha, ale jest nakaz, że dopiero na Atlantyku.

Chciałem się położyć spać, lecz gdy zrzuciłem genuę zobaczyłem, że odwiązał się jeden karabińczyk. Flautę trzeba było również wykorzystać, żeby założyć łatę w miejscu, gdzie saling przetarł płótno. Szyłem dwie godziny siedząc na dziobie, ściegiem zygzakowatym. Przy następnej flaucie trzeba będzie z drugiej strony założyć nieco większą łatę. Przy pracy nastrój wyraźnie poprawił się.

Gdy szyłem, przechodził obok na silniku mały holenderski jacht z dwoma chłopakami; zawołałem ich i podałem w siatce na bosaku pocztę. Pytali gdzie idę, powiedziałem, że „round the Word”. Życzyli pomyślności.

Przewracałem się ze snu. Postawiłem genuę i pod lekką dwójeczką wyhalsowałem się w kierunku Beachy Head, kalkulując tak, żeby mnie prądy pływowe, które starannie przeanalizowałem w tym miejscu, nie zniosły tam gdzie nie chciałem, ani też wiatr nie zdryfował. Podwiesiłem i zapaliłem lampę kotwiczną i światło topowe. Spałem sześć godzin, do 3-ciej rano, trzy razy zrywając się bez budzika, żeby sprawdzić stan i sytuację. Znów jestem wyspany.

 

 

Dzień 20, 1 VII 79, niedziela

O 4-tej rano postawiłem dwa główne żagle i ruszyłem w drogę. Najwyższy czas, gdyż o 3-ciej rozpoczęła się wysoka woda w Dover i prąd pływowy zaczął mnie znosić w głąb zatoki Rye Bay, a ponieważ dmuchało z NW, wypadkowa znosu i dryfu prowadziła na cypel Dungeness.

 

Drugi błąd orientacji w tym rejsie: widoczny na zachodzie cypel wziąłem za Beachy Head, a był to tylko mały cypelek Fairlight (pierwszy błąd: wczoraj wieże w głębi południowo-zachodniej części zatoki wziąłem za latarnię na cyplu Dungeness, a sam cypel Dungeness za jakiś nasyp wiertniczy, usypany w Kanale prosto­padle do lądu. To chyba na skutek braku kompasu namiarowego z prawdziwego zdarzenia (może i niewys­pa­nia?). W przyszłości trzeba taki kompas zakupić za granicą i zamontować na kolumnie sterowej, w kokpi­cie, zaś istniejący Sestrel przenieść do steru wewnętrznego (obecny szalupowy wymaga czytania przez oku­lary, nie posiada oświetlenia własnego, a lampka oślepia i nie pozwala widzieć w ciemności na zewnątrz).

Po trawersie Beachy Head pierwsza w tym rejsie kawa prawdziwa, według mojego starego zwyczaju ocea­nicz­nego, z mlecznym kremem słodzonym z tubki, z sezamkami. Na lądzie nie pijam kawy codziennie, nigdy po południu, a tym bardziej wieczór. Kawa na mnie działa. Na morzu między 9 a 10 rano z rozko­szą wypi­jam kawę. Natomiast w rejsie wyczerpującym, jaki był ten do tej pory, wystrzegam się kawy, a już nigdy nie pijam jej, żeby przezwyciężyć sen.

W pewnym instytucie, po dostarczeniu komputerowi wszystkich posiadanych informacji, zapytano go, jak zwalczyć raka. „Zabić człowieka”, odpowiedział komputer. Kawa zabija sen zabijając człowieka. Sen jest instynktem nie do zabicia i to najsilniejszym ze wszystkich instynktów. Tak samo padnie z braku snu ten, który nie pije kawy, jaki ten, który pije. Z tą różnicą, że ten pierwszy zapadnie w sen i zregeneruje się, natomiast ten drugi, mając zatruty, rozstrojony używką układ nerwowy, nie zapadnie w zdrowy, regenerujący sen. Zresztą nie ja wymyśliłem, że sen jest instynktem, według mnie jest to raczej czynność fizjologiczna, co nie zmienia działania kawy.

Choć mam jeszcze paręset mil do Atlantyku, nie sądzę, by dalsza część żeglugi kanałem La Manche była wyczerpująca. Kanał La Manche, począwszy od linii łączącej cypel Dungeness w Anglii z Cap Gris-Nez we Francji, rozszerza się gwałtownie w kierunku zachodnim i właściwie przestaje być kanałem, a staje się jakby nowym morzem, długim na 300 mil, a szerokim na 60 i więcej.

Żeglugowo jest łatwiejszy zarówno od Morza Północnego jak i od Bałtyku. Ten olbrzymi strumień ponad tysiąc statków na dobę, widoczny w Cieśninie Dover, ginie w dalszej części kanału. Ruch wzdłuż Kanału jest uporządkowany, prawostronny, odbywa się w dwóch torach, w Cieśninie Dover torem bliższym Anglii idzie strumień statków na zachód, bliższym Francji – na wschód. Między nimi jest strefa separacji, tak, aby we mgle, gdy przypadkowo statek zejdzie ze swego toru, nie wpadł na przeciwny strumień statków idący w przeciwnym kierunku.

W Kanale mamy tylko trzy dobrze oznakowane tory: tor z Morza Północnego przez Cieśninę Dover, jedyny ważny dla nas, oraz dwa wychodzące z Kanału na Atlantyk, północny wokół południowych wybrzeży Irlandii i południowy wokół północno zachodnich wybrzeży Francji. Te tory nas nie interesują, na Atlantyk wychodzimy środkiem Kanału.

 

Moja technika przechodzenia Kanału: nie wchodzę w żaden tor, począwszy od „South Goodwin” trzymam się widoczności brzegów angielskich, tak w jedną jak i w drugą stronę, dużo bezpieczniejszych od francuskich, doskonale rozpoznawalnych. Pływy w Kanale są precyzyjnie określone, w każdej chwili i w każdym punkcie można wiedzieć w jakim kierunku i z jaką szybkością płynie prąd pływowy pod jachtem.

Pływy w Kanale dostarczają ciekawego zajęcia. Głównym sprawcą pływów jest Księżyc, jako najbliższe Ziemi ciało niebieskie, na drugim miejscu Słońce. Te dwa ciała siłą grawitacji podnoszą poziom wody na dużych akwenach. Największy skok występuje, gdy oba te ciała ustawione są w jednej linii z Ziemią – wtedy ich siły nakładają się. Taki pływ nazywa się syzygijny. Najmniejszy – gdy te ciała są ustawione pod kątem prostym, taki pływ nazywa się kwadraturowy. Pozostałe – to pośrednie. W Dover najwyższy skok wynosi ponad 6 metrów. Pływy wywołują prądy pływowe, na zmianę w przeciwnych kierunkach, w Cieśninie Dover z szybkością do 3 węzłów.

Po południu pomyślny wiatr NW skończył się. Godzinną przerwę na podjęcie decyzji przez wiatr wykorzystałem, żeby się przespać. Gdy wstałem, dmuchała dwójka, ale z SW. Znów halsowanie. Więc najpierw w kierunku lądu, jacht szedł bardzo ostro, 30° do wiatru, sam, fala znikoma. Dostrzegłem Owers, już nie latarniowiec, tylko stawa świecąca (gr. 3, okres 20 sek.) i bucząca wysokim tonem trzy długie (litera O w Morsie), całą dobę. Namiary na Owers dały mi dokładną pozycję; milę przed Owers zrobiłem zwrot w głąb Kanału, KD = 190°.

Wiatry dalej nie sprzyjają mi. Nie bardzo mnie to przejmuje, przehalsowałem dwa morza, przehalsuję i Kanał. Samopoczucie dzisiaj doskonałe, z wczorajszego smutku ani śladu.

Dziś wyciągnąłem mapy na cały Atlantyk. O godzinie 11.00 przecięliśmy południk zerowy, Greenwich. Obyło się bez uroczystości, gdyż fakt ten stwierdziłem dopiero po godzinie. Przed wieczorem, przy kawie inka z mlekiem słodzonym i herbatnikami z dżemem, czytałem Jasienicę. Jacht idzie sam. Żałuję, że czytając „Polskę Piastów” nie zapisywałem drzewa genealogicznego książąt i królów, teraz nie chce mi się wracać.

 

Lewa strona.

Jeden z celów wyjścia z polskiego portu: oddemonizować te akweny. Mają one swój określony, specyficzny stopień trudności, jednak w granicach rutynowanego żeglarza.

W Komisji Morskiej PZŻ demonizowano również stosunek Anglików do żeglugi na torach wodnych. W dniu kiedy przechodziłem koło Dover, a była to sobota, widziałem regaty małych jachcików. Szły ławą również torem wodnym, oczywiście nie pod włos. Co innego jest żeglować, nawet halsować, co innego przeszka­dzać, lub stwarzać sytuacje kolizyjne, czy choćby tylko nerwowe. Jeżeli nikogo nie ma w zasięgu halsu, nikt tego halsu nie weźmie za złe. Rozumie się, że we mgle nie wolno halsować, jako że nie widać statków.

Polska ma takie wyjście na oceany, a nie inne, i to wyjście musi być opanowane przez polskie żagle, nie tylko w rejsach załogowych, ale i samotnych, jako część składową i logiczną większego rejsu samotnego. Wystarczy przejść parę razy Cieśniny Duńskie, aby się przekonać, jak łatwe nawigacyjnie te Cieśniną są.

 

 

Dzień 21, 2 VII 79, poniedziałek

W żeglarstwie jest tak, jak w ekonomii przemysłowej: produkuje się, gdy produkcja się opłaca. W żeglarstwie produkuje się mile, lecz nie te, które wystukuje log, tylko ich rzut na linię będącą kursem rejsu, czyli planem produkcyjnym.

Produkcja wieczorem przestała się opłacać. Tak jak cały świat cierpi obecnie na brak paliwa (shortage), cierpię i ja, choć moje paliwo to wiatr. Rzut kreślonych w rejonie wyspy Wight mil na strategiczną linie kursu, był znikomy; postawiłem jacht w dryf, zapaliłem topowe, wygaszając pozycyjne i poszedłem spać. Agregat pracował do 1-szej. Spałem długo, z co paru godzinnymi rzutami oka na sytuację, aż do 9-tej rano. Wiatr ciągle gruźliczy, do południa regularny sztil.

Zabrałem się do roboty według wcześniej opracowanego programu. Przerażał mnie ogrom pracy, ale sumienie nie pozwalało mi zwlekać z tym, a tę flautę należało wykorzystać.

– Gdy się robi, to się zrobi.

I rzeczywiści, w ciągu pięciu godzin dokonałem gigantycznego dzieła. Odciążyłem dziób, wszystko co ciężkie z forpiku usztauowałem w mesie, a to: 5 kanistrów nafty (100 litrów), 2 kanistry oleju (40 l.), 2 kanistry pali­wa (40 l.), 2 kanistry wody destylowanej (30 l.), wszystkie zwoje lin, ciężkie jak diabli (widzę teraz, że mam za dużo tego). Mesę od nawigacyjnej odgrodziłem deskami tak, że nic nie będzie wypadać stamtąd.

W forpiku można teraz poruszać się swobodnie. Miałem nadzieję, że znajdę tam wiadro metalowe, niestety, któryś z chłopaków utopił je. Ale dlaczego nie powiedział? Przecież bez trudu zaopatrzyłbym się w następne. To drugie, potrzebne do inspekcji, jako zbędne, przeniosłem do magazynu Klubu.

Opróżniłem pół kingstonu. Znalazłem karton soku pomidorowego. Mleka i kompoty wypełniły pustą prawą przednią szafkę w mesie. Łańcuch kotwiczny, 60 m – 120 kg, z leża tratwy przed grotmasztem powędrował do achterpiku. Kotwica z tego samego miejsca przeniosła się na rufę.

O godzinie 14-tej wypiłem w kokpicie swoją kawę z mlekiem z tubki i sezamkami. Jest słonecznie, 18°C, wiatr WSW2.

– Nie dość, że przeciwny, to w dodatku słaby – westchnąłem.

– Wolałbyś mocny przeciwny? – spytało na głos drugie „ja”.

– Wolałbym piątkę z każdego kierunku, tylko nie z sektora SSW-NW, wiesz?

– Trudno, jedziemy. Navigare necesse est!

Gdzie jesteśmy? Wczoraj widać było światła St. Catherine’s Point, nawet światła miejskie na wyspie Wight, lecz po 15 godzinach na łasce prądów, pozycja jest oczywiście inna. Lądu nie widać.

– Na West, na West, my friend!

Nawet w halsówce świat jest piękny! Jacht idzie sam, ster mam na kole w kokpicie. Słońce świeci, lecz chłodno (15°). Gotuję obiad: świetny barszcz Zońki z ziemniakami i dwoma jajkami. Nim się woda zago­tuje, przejdę się z rozkoszą po swoim gospodarstwie. Ta dzisiejsza praca dała mi duże zadowolenie.

 

Wczoraj wieczór widziałem wyspę Wight i dziś wieczór ją widzę, tyle, że jestem wyżej, dalej na zachód, tuż pod nią. Tuż pod Wight zrobiłem zwrot, wiatr zamarł do 1°B. Nec Hercules contra plures. Zrzuciłem genuę, stanąłem w dryfie. Za 6 godzin będzie wysoka woda w Dover, za te 6 godzin więc do 5 rano zniesie mnie 10 mil do tyłu, zaledwie 6 mil od miejsca gdzie wczoraj o północy stałem, nieco bardziej na zachód.

Gdybym przeczekał dalsze 6 godzin, po wysokiej wodzie w Dover, prąd pływowy przywiódłby mnie z pow­ro­tem tutaj. Kto wie, czy tak się nie stanie, BBC przed chwilą zapowiedziało na jutro, na ten akwen, wiatry zmienne 2-3.

Wykąpałem się (w szklance wody, cały). O północy odstawiam agregat i idę spać. Spałem do 9-tej, raz tylko wstając o 4-tej, żeby wygasić światła.

Dziś skończył się chleb. Niespodziewanie, gdyż ostatni bochenek był spleśniały w środku.

 

 

Dzień 22, 3 VII 79, wtorek

Zaczynamy trzeci tydzień. Prąd pływowy rzeczywiście przywiódł mnie z powrotem pod Wight; przez wiele godzin w południe, szyjąc drugą łatę na genui (po drugiej stronie przetarcia), oglądam wyspę. Po południu znów mnie wynosił. Wiatr był bowiem zerowy. Było upalnie, po kolei zdejmowałem dres, paradując najpierw w stroju Gandhiego, potem koszulę. W końcu zrzuciłem i tę resztę, paradując w stroju Adama przez parę godzin.

Po szyciu genui zrobiłem obiad, makaron z dwoma jajkami sadzonymi, koncentrat pomidorowy, obficie wszystko posypane cebulą, czosnkiem i ogórkiem. Martwi mnie koncentrat, choć trzymam go w słoiku, zaczyna pleśnieć i fermentować.

Godzina 17-ta, flauta i pogoda trwa. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby to było na Atlantyku, chodzi przecież głównie o życie na morzu, lecz ciasnota kanału La Manche i to nieustanne sąsiedztwo wyspy Wight, która to się oddala, to znów przybliża, nie pozwala czuć się swobodnie.

Od rana pyrczy agregat, 7 godzin ładowałem dziobowy akumulator, 4,5 będę ładował ten drugi. Światła pozycyjne mają po 25 W, 3 x 25 = 75 W, przy 12 V pobierają 6 A. Przez 5 godzin świecenia pobór jest 30 Ah. Akumulator ładuję prądem 20 A, zatem codziennie każdy pracujący akumulator powinien być ładowany 1,5 godziny. Czyli co drugi dzień agregat musi pracować po 3 godziny Oh, dear! I pomyśleć, że są lampy sektorowe, montowane na topie grotmasztu, jest w nich tylko jedna żarówka i daje wszystkie trzy światła: zielone, czerwone i białe. Trzykrotne mniejsze zużycie energii, dużo większy zasięg widzialności, jako że zamontowana jest 15 metrów nad wodą, a nie 1,7 m, jak moje, na koszach dziobowym i rufowym. W przyszłości taką lampę muszę zdobyć. Muszę obliczyć dokładnie, ile pali mój agregat na godzinę, według wstępnych obliczeń wypada 0,6 l/h.

Zaczarowana wyspa Wight, trzeci wieczór oglądam jej światła oraz błyski jej latarni St. Catherine’s Pt. O 19-tej ruszyłem. Z kierunku WSW, czyli idealnie przeciwnego, dmuchnęło jakieś tchnienie. Halsuję. Tchnienie dogorywa, morze gładkie, ani zmarszczki, a jacht idzie z szybkością 1,5 węzła nie swoim kursem. Znów próg? Znów próba? Tyle, że nic tu się ode mnie nie wymaga, prócz cierpliwości.

O 21-szej znów flauta, genua w dół i znów w dryfie. Gdzieś tam za warstwą mgły warczy okręt wojenny Royal Navy, noszący numer taktyczny D II 8. O 19.40 jak zjawa wyłonił mi się z mgły 4 rumby z prawej i otworzył ogień z działka. Zasnuł się dymem, zachłysnął, lecz padających pocisków nigdzie nie zauwa­żyłem. Przez szkła zobaczyłem, że idzie kursem zbieżnym. Przewaga uzbrojenia zdecydowanie po jego stronie, moja jedyna siła to moja bandera. Nie zszedłem mu z kursu, przeszedł mi za rufą, wtedy go zidentyfikowałem. Chyba się im działko dziobowe zepsuło, z którego strzelali, gdyż grupa marynarzy majstrowała coś przy lufie, a grupa oficerów obserwowała pracę. Na rufie siedział helikopter z napisem Royal Navy. Spojrzałem na swoją rufę; czy tu by się nie zmieścił maleńki helikopter? Trudno byłoby go tu umieścić, ale na dziobie mógłbym mieć takie działko jak D II 8, oczywiście dużo mniejsze. A tam światła Wight. Wczoraj wieczór byłem 6 mil do przodu w stosunku do przedwczorajszego wieczoru, dziś jestem w tym samym miejscu co wczoraj. Dwa dni stracone. Przyczyna: wyż stacjonarny.

 

 

Dzień 23, 4 VII 79, środa

Nie skończyło się na warczeniu wojaka, Niebawem wyszedł zza mgły i począł mnie okrążać. Niósł jaskra­wo czerwone światło, chwilami świecił nim na stałe, chwilami wprowadzał je w błyski migawkowe. Niekie­dy miał niżej jeszcze zielone. Przypomniała mi się scena z kurnika, jak kogut pręży się, nadyma, puszy, pilnując swojego stada. D II 8 pilnował granic, zaniepokojony uporczywą obecnością obcej, milczącej jednostki.

Z tym milczeniem nie całkiem się zgadzało: przez 12 godzin pyrczał z kolei mój agregat, aż uszy puchły. Może ich detektory dźwiękowe zarejestrowały podejrzane warczenie pod pokładem polskiej jednostki? Silnik pracuje, a jacht nie płynie, co jest?

Byłem już w piżamie szykując się do spokojnego spędzenia nocy, przy świeczce pisałem list do Teresy i słuchałem Warszawy I, od czasu do czasu lustrując krąg wokół jachtu, gdy instynkt podpowiedział mi, że szykuje się starcie.

– Oni nie są zachwyceni twoją tu obecnością, w końcu Kanał La Manche to nie Lasek Wolski do spędzania weekendów w dryfie, jak na kocu, w jednym miejscu – zaczęła się wewnętrzna konferencja.

– Na czym mam żeglować? Czy na swoich westchnieniach?

Lecz oto powiała jedynka z NW. Ubrałem się, podniosłem genuę i ruszyłem, zamieniając światło topowe na pozycyjne. On był na moim kursie, jakby chciał wskazać mi drogę, którą mam się wynosić stąd. Teraz świecił białym światłem, przenikliwym. Przed długą chwilę trzymałem na niego, na lewo drugi kurs wskazywała mi szeroka linia oświetlona zachodzącym na zachodzie półksiężycem.

Lecz oto dzielny wojak zszedł mi z kursu w lewo, jakby robiąc mi miejsce w kierunku ujścia Kanału na Atlantyk. I stanął z boku w ciemności nocy, uspokojony opuszczaniem powierzonego mu pod pieczę akwenu wyspy Wight przez tą tajemniczą polską jednostkę.

Długo trwało opuszczenie akwenu, z prawej ciągle widziałem światła Wight i błyski St. Catherine’s Pt., z lewej jego czujne, przenikliwe białe światło, przybite do czarnej ściany nocy. Namiar się nie zmieniał, ale zmieniała się odległość: odchodził na południe, oddalał się. O północy i ten marny wiatr zdechł. Nie było innej rady, zwaliłem genuę i poszedłem spać.

Starciu zapobiegniemy układami – pomyślałem zasypiając.

Budzik dzwonił o 3.30, nie budząc się wstałem i zgasiłem światło topowe. W kręgu nic się nie działo. Wstałem przed ósmą, bardziej zmęczony niż wyspany. Dmuchał West 1°B.

– To jest szkoła cierpliwości, tej najprzedniejszej, najwyższej jakości. Cierpliwości i pokory.

Po wyjściu na Atlantyk zmierzałem urządzić huczny koktajl, radośnie oblać zwycięstwo nad dwoma morzami, dwiema cieśninami i jednym kanałem. Lecz oto tu, w Kanale, radość rozpłynie się w jałowych godzinach sztilu, okrzyk zwycięstwa zastąpi refleksja, hardo uniesiona głowa opadnie na pierś.

– Jeżeli to był wiatr, to wiatr zdechł. A szkoda, bo szliśmy swoim kursem. Teraz stoimy na kursie, to też cieszy, gdy kompas wskazuje to, co się chce. Mniej człowiek cierpi, gdy jacht stoi na kursie, albo może cierpienie jest to samo, tylko nieco znieczulone właściwym wskazaniem kompasu.

– Masz kawę, bracie Henryku. W szklance.

– Dziękuję ci, Bracie. Lubię kawę w szklance.

Jeśli to jest wiatr, to on rzeczywiście kręci na NE, tak jak przed północą zapowiadała BBC. Idziemy baksztagiem z szybkością 0,2 węzła. To jest 350 metrów na godzinę.

– Tyle co ode mnie z domu do mostu.

– A te 350 metrów – bywało – pokonywałeś całymi godzinami, beztrosko, halsując z kolegami od Fryca do Skubisza.

Stop it, please… To nie ja, to mój brat, bliźniak, z wyglądu łudząco do mnie podobny, lecz charakterem całkiem odmienny. Mieszka w Teksasie na Dzikim Zachodzie, czasem, niespodziewanie, przyjeżdża pod­szy­wając się pode mnie.

– Każdy Jekyll ma swojego Hyde’a.

Dziś obowiązuje biały, lekki strój, białe slipy, biały podkoszulek, sandały. Obiadu nie chciało mi się gotować, dzień taki spokojny i leniwy… Ugotowałem i otworzyłem pierwszą puszkę chleba, nawet dobry. Kromki tego chleba z masłem lub smalcem i czosnkiem oraz inką zastąpiły obiad. (Jest to chleb wojskowy, w dwuki­lo­wych puszkach, o trwałości dwóch lat. Przed otwarciem puszkę gotuje się przez 10 minut.)

Zaczynam naukę języka włoskiego.

O 15.45 wyprzedził mnie po prawej statek PLO „Generał Stanisław Popławski”. Mimo że odległość była niewielka, 1 kabel, nie zauważyli mnie, nikt nie wyszedł na skrzydło mostku. Wołałem go kilka razy przez UKF na kanale 16, nikt nie odpowiadał. Statek szedł bez flagi, mojej powiewającej na tym słabym wietrze bandery nie dostrzegli, nie odczytali również wypisane wielkimi, czarnymi znakami na grocie PZ-1012. Po prostu przeszli obojętnie i po 10 minutach zniknęli za haze (mgiełką). A byłaby piękna okazja podać przez nich pozycję jachtu Gdyni Radio.

I znów zaszła niesamowita historia. Zaledwie 20 minut po przejściu „Popławskiego”, z lewej wyprzedził mnie statek „C. Mehmet” Istambul. Szedł pusty, pod czarnymi literami nazwy na dziobie przebijała stara nazwa, zamalowana na szaro, jak i burta, lecz wykonana z liter przyspawanych. Ostatnie słowo tej starej nazwy to „Schelde”. Patrzałem przez szkła na górę wody, jaką podnosiła przed dziobem zapewne gruszka dziobowa, przeniosłem lornetę na mostek, dwóch czarnych Turków tam wyszło. Pomachałem ręką temu pierwszemu, nie dostrzegłem odpowiedzi, podał lornetkę temu drugiemu.

Gdy mnie wyprzedzał zatrąbił syreną, jeden krótki. I zwolnił, po czym zaczął kręcić w prawo, na kontrkurs.

– Coś mu się stało? – pomyślałem.

Lecz oto statek kręci dalej. Wlokłem się z szybkością 0,5 węzła, nie miałem żadnej zdolności manewrowej przy tej szybkości. Błyskawicznie uruchomiłem silnik.

– To niemożliwe! Chce mnie staranować? Czy pomachanie Turkowi ręką to zła wróżba dla niego?

Lecz tak, kręci w moim kierunku! Zwiększyłem gaz na ¾, począłem umykać z tego miejsca, gdzie się telepałem i gdzie kierował się statek.

– Nie dorwie mnie! Jestem stokroć zwrotniejszy od niego!

I rzeczywiście, wydał znów jeden ryk i po chwili przechodził kilkadziesiąt metrów za moją rufą, w tym miejscu gdzie bym był, gdybym nie włączył silnika.

Przez dłuższą chwilę miałem się na baczności, zwolniłem szybkość, ale silnika nie odstawiłem. Wyprzedził mnie znowu. po lewej i poszedł na W. Wiatr zdechł do reszty, zrzuciłem genuę i odstawiłem silnik, w dal­szym ciągu nie mogąc zrozumieć, co zaszło, czemu to przypisać, co to miało znaczyć i czym to było, to okrą­żenie przez 30-tysięcznik. Przyznam, że serce zabiło mi mocniej, gdy skręcał na mnie.

Czy nigdy nie dopcham się do Atlantyku, jak najdalej od tego tłoku, mgieł, mgiełek, sztilów i ciasnoty? A sytuacja baryczna jest niekorzystna, na południu Wysp Brytyjskich utworzył się wyż, który będzie się przesuwał w kierunku Hiszpanii. BBC znów zapowiedziało „fog patches”, pola mgłowe. Widoczność już teraz do mili. Czuję się zmęczony tym wszystkim. Do Atlantyku jeszcze 200 mil. Rozjadą mnie.

– Obwieś się reflektorami radarowymi!

Idąc w te mgliste strony zawsze biorę z sobą dwa składane reflektory radarowe, które skonstruowano mi w Przemyślu w Zakładach Mera-Polna, z blach aluminiowych. Woziłem je jeszcze przed wejściem w życie obowiązku posiadania przez każdy jacht takiego reflektora. Tak też zrobiłem, zmontowałem je i podwie­si­łem na obu flaglinkach pod salingiem grotmasztu.

 

 

Dzień 24, 5 VII 79, czwartek

Satysfakcjonuje mnie szybkość nawet 2 węzły, byle było na kursie. Spałem świetnie, o 4-tej zgasiłem światła (zaraz zadzwonił budzik). O 6.30 podniosłem genuę i ruszyliśmy. Dmuchała dwójeczka z WbN. Pierwsze płatki owsiane na śniadanie z mlekiem Instant.

 

Warszawa I osiągalna jest wieczorami jeszcze tu, za południkiem Greenwich. Z przyjemnością nastawiam odbiornik na Warszawę, wczoraj na Wagnera nie miałem nastroju, toteż poszedłem spać bez żalu. Anglicy i Francuzi gadają cały dzień. Jedni i drudzy lubują się w kwizach, przypisuję to dążeniu radia do uzupełnienia wiedzy obywateli, co by świadczyło o tym, że społeczności te nie posiadają jej w nadmiarze.

Anglicy kilka razy dziennie nadają sztuki teatralne. Potrafią tak godzinami. Żeby wiedzieć o co chodzi, trzeba by cały czas słuchać. Wiadomo, że mało kto jest w stanie siedzieć kołkiem przy odbiorniku, ja tutaj, choć dalej niż 10 metrów nie mogę stąd odejść, tracę wątek, a nawet nie usiłuję śledzić akcji.

Założenia BBC zatem to nie sama sztuka, sądzę, lecz jej gra. A ta jest wspaniała. Warto słuchać tego języka przez radio, bowiem tylko przez radio jest piękny i angielski. Nie mam zatem wątpliwości, jaki jest cel tego nadmiernego w naszym pojęciu gadania: BBC usiłuje nauczyć Anglików mówić po angielsku. Teoretycznie jest to możliwe, choć Anglicy, tak jak Francuzi i Hiszpanie pozbawieni są naturalnych zdol­ności lingwistycznych, to jednak spotykałem w Anglii Anglików mówiących ładnie po angielsku. Czyli nauczyć Anglika mówić po angielsku nie jest niemożliwe. Mimo to nie wierzę, żeby w Anglii przyjął się język angielski, ten jeden uniwersalny, którym mówi BBC i którego uczą na całym świecie.

Nie spotkałem bowiem Anglika, który by, nawet dla dobra lepszego porozumienia się ze mną, zrezygno­wał ze swojego dialektu, przeważnie paskudnego, i chciał ze mną mówić tym angielskim, który rozumiem i którym mówię ja – Standard English lub BBC English, jak kto woli. Bywa też nazywany Middle Class English.

Być może we Francji jest podobny problem. Niewątpliwie i tam istnieją dialekty, lecz wszyscy Francuzi potrafią otworzyć gębę w oficjalnym francuskim języku, tak samo jak i Polacy w oficjalnym polskim, za wyjątkiem starych górali, a z młodszych – Józka Bobaka z Hali Gąsienicowej.

Dzisiejszy strój jest pośredni między Adamowym a „białym komplecikiem” noszonym wczoraj.

Z kulminacji widzę, że jestem bliżej Francji niż Anglii. Statki, które mnie wyprzedzają, to te, które pójdą torem przy latarni Casquets. Więc zwrot, choć szybkość tylko 1 w, będziemy twardo halsować, choćby cały rok przyszło nam tu spędzić.

– Idź sama, Kochana, muszę ugotować obiad!

Ziemniaki nastawione, cebula i ogórek pokrojone, czosnek utarty. Rzucam okiem na kompas, kurs trzyma pięknie mimo wszawego wiatru.

– Ślicznie idzie Dziewczynka! Pięknie! – chwalę na głos, ona to lubi, całuję, gdzie popadnie, najczęściej w koło sterowe.

O 21.30 dostrzeżono światło Portland Bill. Po 23.00 podszedł na odległość 3 kable okręt wojenny (surveyor?). Wygasił kolorowe pozycyjne, na topie miał dwa czerwone w poziomie, pulsujące co parę sekund. Oświetlił krótko reflektorem, następnie długo trzymał jacht w świetle reflektora. Nie dziwię się, żeby odczytać i zapisać tę nazwę na burcie, Anglik potrzebuje sporo czasu.

Wieczór robi się chłodno, ubieram się, zamykam jacht suwklapą i markizą. Napisałem kartki.

 

 

Dzień 25, 6 VII 79, piątek

Czy i żywioły, na wzór niektórych ludzi, sprzysięgły się przeciwko mnie? Szedłem te 2-2,5 węzła swoim kursem, lecz i to odebrano mi, flauta z WSW i to marne pełzanie udaremniono. Zrzuciłem genuę i po­szed­łem spać. Przespałem kulminację. Wstałem i postawiłem genuę, wiatr słaby, przeciwny. Zrzuciłem ją. Zabrałem się do obszywania jej; już i te szwy, które ja założyłem, przecierają się.

Chciało mi się płakać, normalnie płakać, czułem się załamany, Szedł statek pasażerski „Earl Godwin” linii Sealink z Londynu, wprost na mnie. Myślałem, że mnie rozjedzie. Nie rozjechał, z mostku oficer pomachał ręką. Poczułem ochotę powiesić się na salingu, to prostsze niż wpaść do wody i utopić się.

– O Boże, zapomniałeś o mnie? Czy nigdy nie wydostanę się Kanału La Manche, czy nigdy nie pokonam tych ostatnich 150 mil do oceanu?

Tak chyba czuje się ptak w klatce, całe swoje życie tłukąc się o jej pręty w poszukiwaniu drogi do wolności, a jego śpiew jest płaczem rozpaczy, co tak się ludziom podoba.

– Tak blisko – jestem już na generalce zachodniej części Kanału, wczoraj wieczór i w nocy oglądałem światła Portland, cztery błyski w grupach co 20 sekund to latarnia Portland Bill. Tylko dwie zatoki, Lyme i Plymouth i dwa cyple – Prawle i Lizard, a za nimi ostatnia latarnia Bishop Rock, i klatka stanie otworem; tam dalej to niezmierne przestrzenie Atlantyku.

Stąd już „widać” Ocean, z punktu, w którym stoję, wyprowadza na Atlantyk już nie tylko prosta linia, lecz stożek o 30-stopniowym kącie wierzchołkowym. I w ten stoźek dmucha z Atlantyku słaby wiatr. Rozwar­tość stożka od 226° do 268°. Każdy kurs w nim jest moim kursem, ale ten kierunek jest zablokowany.

O 9.15 bardzo nisko nad jachtem przeleciał helikopter Royal Navy. Boją się mnie – i mnie się ktoś boi, i to mocarstwo! Za tajemniczo wyglądam, za ślamazarnie posuwam się na zachód. Czyli podejrzanie. Gdyby to było na wschodnim Bałtyku, blisko lądu, oj miałbym za swoje!

– Siedem dni tłukę się w tym Kanale, tyle, ile w również niesprzyjających warunkach miotałem się po Morzu Północnym!

Odłączyłem pod masztem obwód świateł salingowych, tam najprawdopodobniej jest upływ i to było przyczyną wczorajszego świecenia sztormrelingu na styku z topwantą. Radio trzeszczało, gdy odłączyłem gniazdko świateł salingowych, trzaski znikały, Gdy włączałem, pojawiały się. Zwarcie w tym obwodzie powstało w zeszłym roku w jesieni, światła czasem same się zapalały, żarząc. O tym zwarciu napisałem w protokole porejsowym, teraz widzę, że nic nie zrobiono, żeby je usunąć.

Jak lubię angielski i francuski, tak teraz z trudem znoszę te dwa języki, od nadmiernego pustego gadania, zresztą każde gadanie, jeżeli w nadmiarze, rozstraja. Idę znów żółwią szybkością 2,5 węzła kursem donikąd. Wiatr słabnie i skręca spychając mnie na S. Znów stoję w dryfie. Wiatr był tak słaby, że sik na nawietrzną był dłuższy, niż na zawietrzną.

Wyż we wschodniej części akwenu Sole przesuwa się na SE. Analiza ta wykazuje, że wiatr będzie kręcił na SW, potem na S. Jeżeli idzie z szybkością 10 węzłów, to za 20 godzin będę go miał na S – odkręci w lewo o blisko 90°.

– Spokój, mój chłopcze, nie rozpaczaj! Utknąłeś na 150-milowym progu? Te 1300, które masz za sobą od Gdyni, pokonywałeś – uwzględniając to wszystko, co było przedtem – kilkanaście lat i niemal do ostat­nich chwili, do wieczora 11 czerwca, nie byłeś pewny, czy zacznie ci ich ubywać. Dokonałeś tytanicznego dzieła, ja ci to uznaję; doprowadziłeś do budowy drogiego jachtu, zorganizowałeś rejs, uporałeś się z przesz­koda­mi zdawałoby się nie do pokonania, choć mieszkałeś na dalekiej prowincji, choć nie miałeś wujków ani zna­jomych w ministerstwie, choć byłeś solą w oku PZŻ, gdzie ci zarzucano, że nie jesteś dy­plo­matą, gdzie ciągle miano do ciebie pretensje, gdzie nigdy nie byli z ciebie zadowoleni, gdzie nie usły­szałeś przyjaznego słowa, gdzie ciągle ci się odgrażano. Tam, wśród ludzi przetrwałeś i postawiłeś na swo­im, a tu rozpaczasz, tu – wobec tego morza, które jest bezosobowe, ani wrogie, ani okrutne, ani przyjazne; przecież to jasne, że w takim układzie barycznym takie wiatry muszą dmuchać. Przecież sam wiesz, że bywają to inne wiatry, niedaleko stąd, bo pod Lizard Point wybiło ci 20 tysięcy mil na „Karaweli” w sztormie wschodnim 11°B, gdy w 1971 wracałeś z Hiszpanii.

– Och, mieć ten sztorm teraz! Pod kliwrem III i śpiewając allegro poleciałbym ponad falami kursem na Ocean!

– Nie wywołuj wilka z lasu, jeszcze zapłaczesz w sztormach i będziesz prosił Boga o przetrwanie! Nim będziesz gotów do sztormów południowego Oceanu, długi i żmudny kurs musisz przejść z jachtem na Atlantyku. Czy dzieje ci się tu jakaś krzywda, prócz tego, ż e nie przybywa mil? Wysypiasz się każdą noc, nie mokniesz, nie marzniesz, masz czas na czytanie i pisanie i gotowanie i na wszelkie prace na jachcie.

– Rozumiem. Halsować mogę tym obładowanym jachtem dopiero przy dobrej trójce, przy słabszych wiatrach stoję cierpliwie i zażywam morskich wczasów. I mam wierzyć, że wiatr się zmieni. I mam nie narzekać, ani się niecierpliwić, ani denerwować, ani rozpaczać, ani bluźnić, tylko cieszyć się, że jestem już tu, u samych wrót do Atlantyku.

– No! Dogadaliśmy się!

Słońce tymczasem chyliło się do morza, jaskrawe, ciepłe, morze lekko pomarszczone widoczne było aż po horyzont. Zapowiadane przez BBC „fog patches” jak dotąd ominęły akwen między Portland a Prawle Point. Nie mniej jednak, jak cygański wóz, poobwieszany garnkami, jacht stał z podniesionymi aż trzema reflekto­rami radarowymi, dwoma czerwonymi światłami awaryjnymi („nie odpowiadam za swoje ruchy”) i jednym białym kotwicznym.

Poczułem się ozdrowieńcem. Przyszła mi ochota na koniak, lecz 200 mil oddziela mnie od stojącej w szafce butelki. Zjadłem ostatnie jabłko.

 

 

Dzień 26, 7 VII 79, sobota

Rano sytuacja beznadziejna, tak jak wczoraj, tyle że wiatr nieco silniejszy, ale idealnie przeciwny, z WSW. Lecz wczorajsze rozumowanie, że nie linia (255°) jest moim kursem, tylko stożek o kącie wierzchołko­wym 32°, między 226°, prowadzącym na tor wokół Île d’Ouessant, a 258°, łączącym ostatnie cyple Kornwalii, niejako rozweseliło mnie.

O 7.30 postawiłem genuę, ruszyłem najpierw kursem NW. Potem zmieniłem hals na SSW. Każdy z tych kursów był poza moim stożkiem. Wiatr powoli skręcał w lewo, o 10.30 szedłem już 185°. Dmucha 4°B z WSW.

Cztery godziny popracuje agregat. Wyrządzono mi ciężką krzywdę montując trzy lampy pozycyjne, zamiast jednej sektorowej na topie. Naprawdę nie zdzierżę energetycznie. Pięć godzin świecenia to 1,5 godziny ładowania. A noce będą dłuższe im bliżej równika, gdzie noc i dzień mają jednakowo po 12 godzin. Wydaje mi się, że będę nosił tylko jedno, topowe, białe światło 360°. Od dziś przestaję wpisy­wać do „Dziennika jachtowego” takie pozycje jak śniadanie, obiad, pozycje kambuzowe. Zaprowa­dzam w tym celu oddzielny zeszyt-dziennik.

Dmucha 5 z WSW, jacht idzie sam z szybkością 4-4,5 węzła. Pierwszy wertykał E oraz kulminacja dały mi duże zadowolenie, dobrą pozycję. Jestem 17 mil od francuskiej latarni Casquets, koło której przewijają się dwa tory. Pójdę tak 2 godziny, osiągnę tor idący na SW i zrobię zwrot w kierunku Bolt Head (Prawle Pt) i Zatoce Plymouth.

Gdy jacht ma jakąś uczciwą szybkość – te 4 węzły – wtedy można mówić nawet o halsowaniu.

Nie, nie szedłem tak 2 godziny, BBC bowiem nadało, że wiatr będzie kręcił na NW, zatem postanowiłem na istniejącym WSW zrobić hals pod Anglię. Po drodze odkryłem latarniowiec nieistniejący na moich mapach: czy to „Channel Light Vessel”, poz. ф =49°55;N, λ = 2°49’W? Gdy podchodziłem pod Anglię, wiatr rzeczywiście skręcał, na razie na W i spychał mnie w Lyme Bay. W odległości 17 mil na ESE od Prawle Pt zrobiłem zwrot.

Tym halsem, gdyby się wiatr utrzymał, wychodzę na Atlantyk, stąd tylko 115 mil!

Muszę coś wymyślić z jedzeniem: mimo, że nie solę makaronu, jest tak ohydnie słony, plus koncentrat pomidorowy fermentujący, że po takim obiedzie aż pali w żołądku i chce się pić. Spróbuję gotować makaron na parze w garnku hermetycznym.

Wieczorem orzeźwiająca kąpiel w talerzu.

 

 

Dzień 27, 8 VII 79, niedziela

Hals na południe rozpocząłem od kursu 230, wiatr powoli zastępował mi drogę skręcając z W na WSW i SW, aż zepchnął mnie do nieopłacalnego 195. Zrobiłem zwrot, kąt drogi wynosił 300°. Nie minęła godzi­na, wiatr konsekwentnie zawrócił zastępując mi drogę i spychając na 330°. Czy nie można się rozpłakać ze smutku? Pod sercem czuję ucisk, tak jakbym zjadł coś niestrawnego.

W miarę zbliżania się do Atlantyku wychodzi z ukrycia, gdzie siłą była zapchana, nowa troska: jak opanu­ję ten jacht? Jak rozwiążę jego samosterowanie na pełnych kursach? Jak przy słabych wiatrach, a jak przy silnych i w sztormach? Wiem, że mój samoster nie będzie działał.

Mam jedynie ogólnikowe koncepcje, jak je urzeczywistnić Nie wyobrażam sobie, żebym musiał większą część rocznego rejsu przesiedzieć przykuty do steru. A jak ze spaniem wtedy? Czy dam radę rozwiązać ten problem? Wiem o rejsach, które się załamały z powodu awarii samosteru, czyli że moi poprzednicy nie rozwiązali problemu samosterowności, bez samosteru. Szczęśliwy będę dopiero wtedy, gdy rozwiążę ten problem.

 

 

Dzień 28, 9 VII 79, poniedziałek Wyjście na Atlantyk

Nie tyle przeciwny wiatr jest utrapieniem, ile brak wiatru. Wczoraj dmuchało do 5°B, jacht we wspania­łych rajdach pod pełnymi żaglami orał w poprzek najszerszy fragment Kanału La Manche, spod Start Pt po Francję, następnie Lizard Pt, którą zobaczyłem o północy. Następny hals wyprowadził mnie na Atlantyk.

Dzisiaj o godz. 12.00 GMT, równo po 27 dobach żeglugi od Gdyni, jacht przeciął linię łączącą Bishop Rock z Île d’Ouessant, w odległości 46 mil od tej ostatniej. Nie było fanfar, nie było strzelania rakiet na powitanie Neptuna. O samym fakcie dowiedziałem się po czasie, po zrobieniu pozycji astro (drugiej linii z kulminacji).

Poczułem pewne zadowolenie, lecz przede wszystkim odczułem zmęczenie i brak snu. Nie spałem do 3-ciej, potem do 7-mej dosypiałem z doskoku. A więc Europę mam za sobą.

Przed południem chmury rozstąpiły się, pokazało się Słońce i świeciło cały dzień. Zrobiłem jedną linię, potem kulminację, wreszcie pierwszy wertykał. I zabrałem się ochoczo do życia atlantyckiego. Założyłem sztag. Najpierw postawiłem na nim kliwra II, ale się nie mieścił. Stanął więc kliwer III. Jutro postawię apsla.

Ziemniaki gotowałem dziś w szybkowarze, w pół szklance słodkiej wody. Wreszcie jadalne. Poznaję ten ocean, woda w Słońcu ma kolor ultramaryny. Kiedy powitają mnie bracia delfiny? Tęsknię za nimi. Jutro przejdę na plottingi.

Dziś wielkie święto narodowe Argentyny, 9 de Julio, el día de la Indepencencia. W 1816 roku w Tucumán – 6 lat wcześniej zrzuciwszy łańcuchy przynależności do Hiszpanii, 25 maja 1810 – podpisano z Hiszpanią akt niepodległości. Te dwa święta – 25 maja i 9 lipca – obchodziliśmy w szkole bardzo uroczyście. Najbar­dziej pilni uczniowie nosili flagę biało-niebieską na pochodach przyszkolnych; bywało, że i ja nosiłem.

Do połowy trasy, aż po antypody, za Nową Zelandią, na Pacyfiku, nie będę mógł tęsknić, wyglądać kraju, liczyć dni ani miesiące do powrotu, bo będę się oddalał, kraj będę miał za rufą, tęsknotę z tyłu serca (na grzbiecie serca). Dopiero tam, gdy będzie bliżej niż dalej, pozwolę sercu zatęsknić, pomarzyć, oczekiwać, wyglądać, liczyć dni i cieszyć się powrotem.

 

 

Dzień 29, 10 VII 79, wtorek

Grafik rytmów sprawności wykazuje, że moja sprawność intelektualna idzie w dół, a jutro będzie jej kry­tycz­ne dno. Może by zawiesić pisanie „Dziennika”?

Spałem całą noc, 10 godzin, rzadko wstając dla zobaczenia kursu, Jacht szedł, jak chciał, jak najbardziej odpowiadał mu kurs Westowy i zrobił pracowicie za ten czas 33 mile. I tylko pod jednym światłem topowym. To istna pszczółka do robienia mil. Nie chcę ścinać przez Biskaje, tylko odejść na zachód i łukiem minąć ten burzliwy akwen. Spałem spokojnie i miałem wiele snów, z których nic nie pamiętam. Spałbym dalej, lecz przyflauciło, żagle się denerwowały. Zrzuciłem oba sztaksle, kliwra i genuę. Na dworze 18°, relak­sowo. Flauta jest również relaksowa. Po śniadaniu zabrałem się do klarowania apsla. Trzeba było wycho­dzić na bezanmaszt, żeby sklarować jego fał, który szedł splątany: linka stalowa z linką miękką idącą w dół. I to dwa razy, za pierwszym razem zapomniałem go odwiązać u dołu. Po kulminacji poszedłem drugi raz na maszt i rozplątałem go. Bezanmaszt nie ma szczebli.

Potem założyłem antenę w Selenie, trzeba było radio i magnetofon rozmontować z łoża. Antenę telesko­po­wą wyciągnąłem, ponadto założyłem drut do wtyku anteny, który podłączyłem do anteny Falcona. Rozpocząłem również pracę na plottingach.

O 15.20 przechodził w odległości dwóch kabli radziecki statek „Skulptor Golubkina” Baltgulf Line z Lenin­gradu. Przyszło mi do głowy, żeby go wywołać na UKF, kanał 16. Ku mojemu zdziwieniu natychmiast odpo­wiedział, czyli miał UKF-kę włączoną na kanał 16. Prosiłem o podanie Gdyni Radio mojej pozycji oraz to, że po 27 dniach osiągnąłem Atlantyk, a nie mam łączności na swojej radiostacji. Obiecał podać informację Gdyni Radio. Bardzo mnie to ucieszyło. Jutro Teresa dowie się o mnie, a pojutrze gazety podadzą moją pozycję, moi przyjaciele odetchną z ulgą.

 

C. d. po latach: dowiedziałem się, że podał pozycję, ale ta pozycja była na lądzie, na północ od Londynu.

 

Cieszę się też z tego, że znalazłem Hiszpanię, Radio Nacional, na średnich falach, choć Radio One, które też dziś odkryłem, jest znośniejsze niż pozostałe angielskie. Zgoliłem brodę i wąsy. Z lustra spojrzał na mnie nie­znajomy, o szczupłej gębie młodzieniec. Ostatni raz goliłem się 24 kwietnia 1973 roku, u Mamy w Argen­ty­nie, od tego czasu pozwoliłem rosnąć brodzie. Broda miała za cel wchłanianie łez tęsknoty za Mamą, którą zostawiłem na kei w Buenos Aires. Przyznam się, że przez pierwsze dwa tygodnie po wyjściu „Eurosem” z Bs. As. ryczałem jak bóbr, nakrywałem głowę kocem, poduszka była przemoczona jak gąbka, nie nadawała się do spania. Nie jeden raz, stojąc w ciemności nocy za sterem „Eurosa”, potoczyła się parząca łza na młodą brodę, nie jeden raz padła na szkło kompasu.

Skończyłem czytać „Polskę Piastów”, zacząłem „Polskę Jagiellonów”. Od dziś wprowadza się racjonowanie herbatników przemyskiej wytwórni SAN, do czterech przy kawie inka, podwieczorku lub deserze.

 

 

Dzień 30, 11 VII 79, środa

Przedtem przeciwne wiatry, teraz baksztagowe, na których jacht nie pójdzie sam. Sterowałem do 23-ciej, aż osłabł tak, że szybkość stała się nieekonomiczna. Stanąłem w dryfie i poszedłem spać. Przez dwie godziny, do 2-giej, nie mogłem zasnąć. To chyba wpływ kawy, muszę ograniczyć.

Rano pełny baksztag. Prace nad ustawieniem jachtu na samosterowność naturalną. Układ I: genua I, grot, kliwer III. Postawiłem kliwra II, na wytyku (spinakerbom) na nawietrznej. Jako tako trzyma, lecz trzeba pilnować i korygować. Wiatr dalej słaby. Troszkę polało. Pierwszy wertykał i jeszcze jedna linia i odnalazłem się. To ciągłe szukanie się rano…

W Hiszpanii żyją dzisiaj dwoma problemami: czy szczątki Skylabu nie spadną im na głowę i skasowanie w telewizji nadawania meczów piłkarskich. Zapewniono ich, że Skylab spadnie dzisiaj na Południowym Atlantyku (przy okazji i ja odetchnąłem z ulgą, gdyż odłamki mogłyby mi podziurawić żagle), natomiast decyzja o zaniechaniu transmisji meczów wyszła od klubów piłkarskich, celem podwyższenia frekwencji na trybunach, a bilety wstępu są podobno dość słone. Radio cytowało dziesiątki wypowiedzi różnych ludzi, 99% to oczywiście przeciwko tej absurdalnej decyzji. Podoba mi się ten kraj, dlatego że tam też są durnie, jak w moim, stąd rodzi się nić zrozumienia.

Samosterowności nie rozwiązałem, lecz poczyniłem już pierwszy krok. Gdyby wiatr był silniejszy, może by to trzymało kurs? Jeszcze ani razu nie stanąłem w dryfie przy dobrym wietrze, aby spać; przeważnie wiatr zdychał, albo – gdy trzeba było sterować ręcznie – sterowałem, aż padłem i wiatr też zdechł. Ale co będzie dalej, jeżeli wiatr nie zdechnie, a ja padnę? Jeden z samotników, gdy nie było samosterów, Alain Gerbault, stawiał spokojnie jacht w dryfie i szedł spać. On miał czas, ja mam określony termin powrotu i nie mogę tracić 7 godzin codziennie na spanie.

Na Atlantyku nie ma tych problemów, które trapiły mnie przedtem, nie czuję tu żadnego ucisku, żadnej pętli na szyi, nie czuję się jak ścigany zając. Tu występuje inny problem, chyba większy od tamtych: problem samo­sterowności jachtu. Moje życie przez rok nie będzie łatwe, jeżeli tego problemu nie rozwiążę.

W sytuacji, kiedy jestem przykuty do steru, kiedy tylko ukradkiem mogę robić coś innego, czytać, pisać, liczyć pozycję lub gotować, uciekam w marzenia. Marzę o jachcie doskonałym i spisuję założenia do nas­tępnego rejsu – nie do rejsu załogowego do Argentyny, bo z tym problemów nie ma – lecz do rejsu dookoła świata solo non-top, ze wschodu na zachód, w przeciwnym kierunku.

Założenia obejmują dwa zagadnienia: jacht oraz organizację. Od dzisiaj będę je spisywał i stopniowo uzu­peł­niał. A obecny rejs potraktuję jako treningowy, mający na celu zdobycie doświadczenia i materiału do następnego.

Pełny baksztag, 30° do diametralnej od rufy, niosę układ I. Gdy dmuchnie ponad 10 węzłów, jacht ma ochotę trzymać kurs. Nie mogę odejść od steru na dłużej. Zrobiłem parę linii, ugotowałem obiad, wyli­czy­łem, zjadłem, i tak żyć jakoś można w tej sytuacji, tylko nie można spać. Po południu wiatr słabnie.

Dowiaduję się, że Skylab spadł na Oceanie Indyjskim (76 ton). Na wschodzie mam Biskaje, idę w odleg­łoś­ci 90 mil na W, równolegle do linii łączącej Île d’Ouessant i Cabo Villano w Hiszpanii, i 30 mil na zachód od linii komunikacyjnych. W szybkowarze można gotować ziemniaki w wodzie morskiej. To rady od Teresy. Również Teresa napędziła mi stracha swoją kasetą, że mogę się odwodnić. Od paru dni pro­wa­dzę zeszyt konsumpcji i podliczam każdy wypity płyn. Myślę, że 2 litry dziennie nie odwodnią orga­niz­mu. Od czterech dni robię przysiady, żeby mięśnie nóg nie zwiotczały.

Kompasy pokazują, co chcą. Tego górnego, który nie ma dewiacji, nie mam czasu ciągle konsultować sterując spod deku. Dolny ma niezbadaną dewiację, znam ją orientacyjnie przez porównanie z górnym. Zresztą sterując ręcznie, przy równoczesnych innych zajęciach, jacht chodzi jak pijany zając i trudno zgadnąć jaki trzyma kurs wypadkowy, Dopiero pozycje astro dają dokładne pojęcie o kierunku. Od jutra w „Dzienniku jachtowym” KD (kurs drogi) będę wpisywał ołówkiem, długopisem dopiero po otrzymaniu z astro właściwy KD. Kto wie, może i mój „Dziennik” będzie skrupulatnie analizowany przez bardzo mądrych ludzi, którzy zechcą znaleźć w nim jakąś dziurę, tak jak „Dziennik” Teresy był analizowany na polecenie PZŻ przez kpt. Pierożka, który udowodnił, że Teresa płynęła do tyłu (w regatach OSTAR). Ciekawe, że dopłynęła do Newport. Muszę się mieć na baczności! Samotny żeglarz nieraz prowadzi chaotycznie „Dziennik”, a na tym żerują przeintelektualizowane hieny (overeducated sons of a bitch).

Miesiąc zleciał, pierwszy miesiąc, a mnie się wydaje jakbym wczoraj wyszedł z Gdyni. Bardziej pamiętam ten moment odejścia, niż wiele innych, późniejszych szczegółów na Bałtyku czy Morzu Północnym.

 

 

Dzień 31, 12 VII 79, czwartek

Gorzki dzień. Rozczarowanie, rozterka, zalążek rozpaczy w sercu. Po południu po raz pierwszy postawi­łem jacht w dryfie, mając wiatr i to korzystny, choć trudny.

Sen: spałem 4 godziny, miałem nieprzyjemne sny. Jakiś Niemiec miał być zakatrupiony, mówiono, że on jako drugi wszedł do zdobytego Westerplatte. Wyrok na nim wykonano: został zelektrokutowany. Mimo to, wstał po chwili i rzucił się na żołnierza, ten wyciągnął pistolet i oddał kilka strzałów do Niemca, rów­no­cześnie doskoczył drugi żołnierz i też z odległości jednego metra wpakował do niego cztery pociski. Stałem obok.

O 7-mej zszedłem z dryfu, szybkość do 6 węzłów, ale ja przykuty do steru. Wiatr z baksztagu 5°B. Posta­nowiłem wypróbować układ dwóch sztaksli: kliwer II na przednim forsztagu, na zawietrznej, kliwer III na sztagu na wytyku ze spinakerbomu, na nawietrznej. Genuę, grota i bezana zrzuciłem.

Bardzo na ten układ liczyłem. Z początku wydawało się, że będzie trzymał kurs. Niestety, jest to układ również niestabilny, przez chwilę, czasem dłuższą, waha się w położeniu neutralnym, aby powoli ruszyć na nawietrzną lub zawietrzną.

Namęczyłem się okrutnie, o głodzie i pragnieniu, po to tylko, aby się przekonać, że to nie rozwiązuje żad­nego problemu. Myślałem, że się załamię. Zapragnąłem śmierci, już tu, aby zaoszczędzić sobie masę cierpienia, nim padnę z wyczerpania. Zaczynam bowiem dostrzegać, że i ja nie rozwiążę problemu samo­ste­rowności na kursach pełnych i pozostanie mi przesterować ręcznie cały świat.

– Cały świat nie, na Południowym Atlantyku będziesz miał pasat bajdewindowy, a następnie na Północ­nym Atlantyku – podszepnęło drugie ja.

– Tak, najwyżej 2 tysiące mil na 30 tysięcy. Wielka pociecha!

– W każdym razie, jeśli ginąć, to jeszcze nie teraz: masz 60 flaszek wina i jesteś na Atlantyku, najprzyjem­niej­szym z oceanów.

– Racja. Więc pójdę na południe sterując ręcznie, tam gdzie cieplejszy klimat. Może coś się jeszcze wymyśli. A jak nie, to trudno, trzeba będzie przesiedzieć rok przy sterze.

– Przyjmując 6 godzin na spanie, masz prawo przedłużyć rejs o ¼. to jest o 3 miesiące. I wrócisz przed jesienią!

– Ale ta niewola przy sterze przekreśla wszystkie założenia. Szedłem w rejs dla przyjemności, tymczasem będzie to rzeczywiście rejs wyczynowy.

– Są tylko dwie możliwości: albo się wycofać, albo przejść świat sterując ręcznie.

– W jakiż to sposób można się wycofać? Wejść do pierwszego lepszego portu, do którego zresztą też ręcznie trzeba sterować, i co tam robić? Natychmiast powstaną nowe problemy. Owszem, wycofuję się, lecz nie wejdę do byle jakiego portu, tylko do Gdyni. Kursu nie będę zawracał, bo idąc, tak jak idę, też dopłynę do Gdyni.

– Pojutrze dostaniesz podwójny koktajl!

Na wschodzie jedna trzecia Zatoki Biskajskiej została poza trawersem. Po południu zobaczyłem pierw­szego mieszkańca tych wód – było to znacznie większe niż delfin, niemrawe, tylko grzbiet z płetwą wynurzało, szare jak delfin. Duży rekin? Mały wieloryb? Przeszedł w odległości 30 metrów od jachtu.

 

 

Dzień 32, 13 VII 79, piątek

W nocy spałem, jacht szedł sam przy słabym wietrze. Ale zrobił mi psikusa: zwrot i dryf. Nie wiem, ile godzin tak stał. W południe wybiło 87 mil za ostatnią dobę. Jacht dziś jest nieznośny. Kurs niezbyt trudny, półwiatr – ostry baksztag. Nie da mi odejść od steru, natychmiast zadziwiająco szybko schodzi z kursu.

– Ty nieznośna! Ty niedobra!

Nie wiem, czy taki rodzaj żeglugi na dłuższą metę nie będzie ponad moje siły, w każdym razie obrzydzi mi życie. Robiąc kulminację w południe zobaczyłem z lewej pierwsze stado delfinów z dość daleka. O 17.10 drugie stado podeszło na odległość 20 m. Powitałem je gromkimi okrzykami.

Przykuty do steru nie mogę czytać, z trudem piszę te słowa. Pozostaje tylko myśleć. Uciekam wtedy w ma­rzenia. Najchętniej przenoszę się myślami w dwa inne rejsy, raz będzie to rejs załogowy na „Darze Prze­myśla” do Argentyny, w innych chwilach rejs solo dookoła świata non stop ze wschodu na zachód, lecz na jachcie posiadającym doskonały samoster i wszystkie dezyderaty spisane dwa dni temu w założeniach.

Chcę żyć na morzu, chcę żeglować dla przyjemności, nie dla udręki, czym jest nieustanne siedzenie przy sterze. Dziś, tak jak i wczoraj, próbowałem ustawić samoster. Niestety, jest bezradny. Żegluga jest przykra, słaby wiatr z baksztagu, falowanie wywołuje bocznym kiwaniem własne wiatry na żaglach, na przechyłach żagle majdają się na nawietrzną. Statecznik samosteru też podlega chaotycznemu kiwaniu.

O 22-giej sytuacja była tak podła, że zrzuciłem oba sztaksle i stanąłem w dryfie. Blisko widnokręgu mia­łem światełko rybackie, tylko to trzymało mnie na nogach. Rybak zginął mi za widnokręgiem, wyszedłem, żeby zrzucić grota i wtedy ogarnęło mnie zabobonne przerażenie: na topie świeciło się światło. A przecie na pewno nie zapalałem je.

Strach wynikły z niezrozumienia sytuacji szybko został zastąpiony przez dezaprobatę i złość do samego siebie: nad ranem o 4-tej nie zgasiłem światła topowego.

– Tak oszczędzasz energię, a tu takie marnotrawstwo. 18 godzin razy 2 ampery to 36 amperogodzin, 2 godziny ładowania! Ale przecież słyszałem budzik o czwartej, wiem, że wstałem zaspany, wiem, że nie patrząc odliczyłem od prawej piąty i wyłączyłem.

– Śniło ci się. Trzeba natychmiast wpisywać tę czynność do „Dziennika”.

W nocy długo nie mogłem zasnąć. O 2-giej nie spałem, choć kawy dziś nie piłem. Ogarniała mnie despe­racja, że marnuję cenne godziny, że nie śpię, a rano może być wiatr i trzeba będzie zejść z dryfu i iść swoim kursem.

 

 

Dzień 33, 14 VII 79, sobota

Rano niestety nie było wiatru, w dodatku to gruźlątko co udawało, że dmucha, czyniło to z NNE, kierun­ku idealnie z tyłu mojego kursu, czyli fordewindu.

Dzień dzisiejszy mógłby być jednym ze smutniejszych, lecz dzięki właściwemu znakowi interpretacji, stał się jednym z przyjemniejszych. Zacząłem od owsianki, sześć łyżek w pół szklance wody, potem dwa jajka, herbata. Zabrałem się do roboty. Słońce świeciło pięknie, choć gdzie niegdzie szare kłęby usiłowały utrudnić zrobienie pierwszego wertykału. Nigdy nie zdarzyło mi się tyle razy brać wysokości Słońca dla jednej pożądanej linii astronomicznej. Ta linia dlatego jest tak upragniona, że w chwili przejścia Słońca przez pierwszy wertykał, azymut jest 90° lub 270°, a linia jest południkiem, czyli dokładną długością geograficzną, tak jak w kulminacji linia jest równoleżnikiem i dokładną szerokością geograficzną.

Wyliczyłem moment przejścia Słońca przez wschodnią część pierwszego wertykału, 7.35. Po wyliczeniu linii okazało się, że azymutowi brakuje aż 10 stopni do 90°, Dziesięć razy co 10 minut strzelałem Słońce, natychmiast obliczając, aż dopiero o 8.20 miałem azymut 90,1°. Dlaczego? Tę stronę w zeszycie oznaczę wyraźnie i po powrocie pokaże kpt. Zbigniewowi Szczepanikowi, znakomitemu autorowi „Zadań z Astro­na­wigacji” i „Nawigacji”, którego miałem zaszczyt i przyjemność poznać w przeddzień wyjścia w rejs, kiedy przyszedł służyć mi pomocą, obejrzeć moje sekstanty, skorygować błąd lusterek i zorientowawszy się w moich pomocach nawigacyjnych, uzupełnić je cennymi pozycjami.

– Czas lokalny to moment przejścia Słońca przez pierwszy wertykał, a ty baranie obliczałeś według GMT! Nie trzeba się nikogo pytać, tylko stuknąć się w czoło!

Następnie, zamiast się martwić flautą i brakiem mil, pomyślałem sobie, że trzeba się właśnie cieszyć pięk­nym dniem, a flautę wykorzystać. Od paru dni rozmyślałem o uszyciu dakronowej rynny pod bom, do łapa­nia deszczówki z grota. Teraz przystąpiłem do realizacji pomysłu. Robota była żmudna, ale cieszyła mnie.

Kazałem sobie zaserwować szklankę wina pół na pół z wodą sodową, potem drugą. Na horyzoncie poja­wiło się dwóch rybaków, jeden z nich zbliżył się wyraźnie. Pomyślałem o poczcie, listy i kartki oraz trzy flaszki piwa włożyłem do siatki – również naładowałem rakietnicę i obok niej na fotelu położyłem otwar­te pudełko rakiet oraz ubrałem spodenki. Rybak przeszedł dość blisko, miał wędy na wysięgnikach po obu burtach, nie było sensu prosić go o podejście.

Uszyłem piękną rynnę, która otrzymała techniczną nazwę „DRBnD typ Dar Przemyśla”, co znaczy: Dakronowa Rynna Bomowa na Deszczówkę”. Równocześnie flaszka Pinot Noir opustoszała.

Ugotowałem ryż na sypko, rychło w czas przypomniałem sobie o tym; po dwóch godzinach miałem smaczny obiad, do którego zaserwowałem „koktajl Adama” Stoję spokojnie, nigdzie się nie spieszę, żyję szczęśliwie, dobrze mi jest. Wiem, że nie jestem regatowcem. Regatowiec chce był lepszy od innych, ja nie, wiem, że jestem taki jak inni, nikomu nie zamierzam udowodnić jakiejkolwiek swojej przewagi, takowej nie ma, udowodniłem jedynie, że każdy, najprzeciętniejszy człowiek w tym kraju, tak jak ja, dokona wszystkiego, o ile tylko naprawdę uweźmie się i przyłoży do sprawy. Trzeba też niewątpliwie mieć trochę szczęścia.

W rocznicę zdobycia Bastylii, o czym od rana przypomina mi Radio Monte Carlo, rozprawiłem się ze skoru­pą tratwy. Na razie tylko z jedną połową, tą z dziurką na linkę bezpieczeństwa, tę drugą zachowam na deszczówkę aż po sztormy Południowego Atlantyku. Myślałem rozbić skorupę na kawałki, a te zacho­wać, aby potem pisać na nich dedykacje przyjaciołom. Najpierw targnąłem się na nią młotkiem. Niestety młotek odbijał się jak od ciała sprężystego. Przyniosłem topór. Rąbnąłem, wlazł w fibry skorupiaka, wiele wysiłku kosztowało wydobycie go ze szczeliny. Nie, skorupa nie jest krucha, nie rozbije się, trzeba by ją ciąć piłką.

– Za burt! Ty czyste sumienie komandora Kunde! – i poszła, lecz choć tylko skorupa, a nie tratwa, pływała jak pianka, cała na powierzchni. Była to połowa skorupy bez napisów i numerów, numer atestu zresztą na tej drugiej jest zdrapany.

– Nigdy, przenigdy nie wrócę na tratwie do kraju! Albo na swoim okręcie, albo na dno! Tylko Wasze sumie­nie pozostanie czyste, nie splamione uczciwością czy przyjaźnią, tylko wegetujące w osłonie przepisów!

Od ponad godziny obserwuję duży statek idący za mną, na prawym baksztagu. Idzie z szybkością nie wiele większą niż moja, a ta wynosi tylko 2 węzły. Włączyłem UKF, wyłączyłem Monte Carlo, nadzieja na podanie pozycji Gdyni Radio. Lecz dlaczego tak pomału idzie? Napis na dziobie tak mały, że nie mogę odczytać przez szkła. Kadłub czerwony, ok. 10-tysięcznik, bez bomów, jakby zbiornikowiec.

Podejrzanie pomału idzie, jakby czekał na zapadnięcie zmroku, aby mnie drapnąć, czyli dwie godziny. Mam prawie fordewind, idziemy na zbliżenie, aż do otarcia burt. Znów wyciągnąłem rakietnicę i paczkę rakiet. Ale i zrobiłem zwrot przez rufę, teraz idziemy lekko na oddalenie. Wołałem go na UKF na kanale 16. „Hallo, red vessel going slowly, Polish jacht calling, do you listen to me?” Nie odpowiada. Z trudem usiłuję odczytać nazwę na dziobie: „Sea …”

W tym jakieś syk, sapnięcie koło jachtu i 20-metrowe wielorybisko wynurza się i zanurza w odległości 15 metrów.

Więc… „Sea Symphony”, tak ładnie nazywa się ten podobny do pirata statek. Idzie całkiem pusty, nawet pióro steru wystaje mu znad wody.

I znów wieloryb to samo, głębokie sapnięcie, w tym samym miejscu wynurzył swój grzbiet.

– Co robić? Wyostrzyć na NE? To by znaczyło, że się naprawdę boję statku? Nie, na takim statku, zbior­nikowcu, nie podejmuje się aktów pirackich. Idę swoim kursem, choć nie swoim, bo na lewym halsie.

Jest 20.14, Słońce nad horyzontem, tuż za nim. Zawołałem go znów, tym razem po nazwie „Sea Sympho­ny”, i odpowiedział! Powiedziałem, kim jestem, gdzie idę, że nie mam łączności z Gdynią i prosiłem o poda­nie informacji o spotkaniu i pozycji Gdyni Radio. Obiecał, że przekaże to radiooficerowi.

Nie wyłączyłem radiotelefonu UKF, zajęty byłem wielorybem, który podejrzanie blisko kręcił się i sapał koło mnie. Po chwili usłyszałem wołanie, z czego zrozumiałem tylko „Sea Symphony”, lecz nie wiedzia­łem, kogo woła, jakiegoś „Dapamila”. Po drugim wołaniu założyłem, że to mnie woła („Dapamila” to „Dar Przemyśla”) i odpowiedziałem. Przeszliśmy – na jego wniosek – z kanału 16 (który jest wywoławczy) na kanał 12, roboczy. Wtedy powiedział mi, ze nie może spełnić mojej prośby, przekazać Gdyni Radio pozycji, gdyż jest to statek handlowy – merchant vessel – a nie maritime service, i radził, żeby połączyć się z Radio La Coruña w tej sprawie. Odpowiedziałem, że zasięg mojego radiotelefonu jest 200 metrów, i że wobec tego dziękuję.

Wieloryb znów zaczął mnie niepokoić; czy on się zaleca do Balti? Sapie, zbliża się, chce się otrzeć, czy co? Fe! To namiętny samiec, a – jak każdy wieloryb – ma słaby wzrok, wziął Balti za piękną wielorybkę, i smali do niej cholewy. Tego tu mi jeszcze brakowało!

– Nie Bracie, ty od mojej Balti odwal się! – gdy się wynurzył oddałem strzał z rakietnicy, białą flarą, w jego kierunku. Nie po to, żeby go trafić, tylko po to, by go zniechęcić. do amorów. Natychmiast naładowałem drugą, po następnym wynurzeniu, znów ognia, i jeszcze raz. Zamanifestowałem mu niechęć do karesów i bliższej znajomości z panną Balti.

Wieloryb zrozumiał, że ta dziewczyna jest mu niechętna i dostrzegł nawet jej męża, ciskającego jakimś dziwnym, hałasującym ogniem, czego wieloryby nie lubią.

Po dłuższej chwili koło jachty zapanował spokój. „Sea Symphony” daleko na horyzoncie świeci rufowym, wieloryb odwalił się od Balti. Zapadł zmrok, pogodny, zapaliłem świeczkę i zrobiłem sobie koktajl. Radio Monte Carlo tak przyjemnie grało, tak przyjemnie jak nigdy. Stanąłem w dryfie, spokojnie, bez zrzucania płócien, bez szamotania się. Po prostu wybrałem grota i bezana i dałem ster lekko na nawietrzną. Sztaksle zrzucone, jako że w pełnym baksztagu więcej w nich hałasu i przecierania szwów niż pożytku.

Życie moje prywatne, życie moje szczęśliwe. To dobrze, że od pierwszej chwili nie mam łączności z Gdynią Radio, narzuca się inny styl żeglugi. Nikt się nie będzie martwił o mnie, gdy przez tygodnie lub miesiące nie będzie o mnie wieści. Już wiedzą, że z łącznością jest coś nie tak. Oczywiście, będę korzystał z wszelkich możliwości, żeby przekazać wieści o jachcie, jutro rzeczywiście poszukam La Coruñii, tylko nie na UKF, ale na 2182 kHz. Jaki problem? Łączność płatna przez Gdynię Radio, a Gdyni Radio zrefunduje Wojewoda przemyski. Czy mam oszczędzać? Od jutra będę operował wartościami płatniczymi.

Warszawa słyszalna doskonale.

 

 

Dzień 34, 15 VII 79, niedziela

Jestem zdechły, ale szczęśliwy. Do roboty! Do produkcji mil! Niewiele ich wyprodukuję przy tym NNE, idealnie fordewindowym i słabym.

Nie wyprodukowałem. Padłem. Wstałem. Postawiłem genuę na motyla. Potem zwrot, żagle na prawą burtę. Zniechęcenie. Zdaje się, że to wszystko przerasta moje siły. Trzeba będzie dać skórę. Tylko jak? Jak ta śmierć nastąpi? Bo jacht nie tonie i nie ma takiego zamiaru. W tej sytuacji śmierć mnie nie wyzwoli. Wolałbym mieć idealnie przeciwny wiatr niż idealnie fordewindowy. Tu też muszę halsować, na wiatr przynajmniej jacht szedłby sam.

Mam to co chciałem. No mam. Gdzie to szczęście? Samoster przekreślił wszystko. Chciałbym już wracać do domu, dlatego ten kurs południowy nie przynosi szczęścia, gdyż tylko oddala mnie od kraju. Za Afryką kurs wschodni będzie logiczniejszy, w jakiś sposób zbliżający mnie do swoich.

Radio Nacional de España niejako podtrzymuje mnie na duchu, słucham wszystkich ich wieści, czuję się tak, jakbym był w Hiszpanii, wszystkie ich drobnostki interesują mnie. No, pożar w Saragosie w hotelu La Corona de Aragón i ponad 70 ofiar to już nie drobnostka. Czasem też mnie nudzą, ale teraz, kiedy nie mam nic dookoła, stali mi się bliscy. Kocham ich mowę, kocham ich kraj, ich wszystkich, Hiszpanów. Sam jestem poniekąd pół Hiszpanem, ten język to mój życiowy język, obok polskiego, a przez wiele lat był moim głównym językiem, polski zaś trudny, dalszy, uboższy w słowa i zwroty.

Oprócz Polski, tak naprawdę to tylko dwa kraje kocham: Argentynę, bo dała nam chleb i Hiszpanię, którą odkryłem w 1970 roku w rejsie na „Chrobrym”. Wtedy poznałem różnice językową, jaka istnieje między Argentyną a Hiszpanią, nie pochwalam i nie bronię dewiacji argentyńskich.

Mówią dziejopisarze, że „Polak i Węgier dwa bratanki”. Na Węgrzech też o tym wiedzą i rzeczywiście traktują Polaka jak kuzyna. Ale według moich wieloletnich obserwacji jest tylko jeden kraj na świecie najbardziej podobny do nas, tak pod względem mentalności, jak i psychiki oraz sposobu bycia. To Hiszpania. Ten sam honor, może przesadny, niepotrzebny, ta sama szczerość i przyjaźń, ten sam brak zakłamania i wyrachowania, to samo serce i ta sama dusza, to samo uwielbienie Ojczyzny i Wolności.

Płaczę, piję i płaczę. I płynę, bo nie mam innego wyjścia. Po co na Boga biliśmy ich pod Somosierrą? Dla Napoleona, dla złudzenia odzyskania wolnej ojczyzny. Nigdy więcej Polak nie podniesie szpady na Hiszpana! Bo Hiszpan i Polak to dwaj bracia bliźniacy.

O 18.10 pojawiły się dwa jaskulce (tak na „Eurosie” nazywaliśmy nawałniki burzowe).

Dziś nie zrobiłem żadnej linii. W kulminacji nie było Słońca, na pierwszym wertykale popołudniowym nie chciało mi się. Jest mi wszystko jedno, sto mil w prawo, czy sto mil w lewo. Do najbliższego lądu mam 5 kilometrów, w dół, tyle co z Przemyśla do Żurawicy.

Rybak – kursy zbieżne. Bez konfliktu, przeszedł mi za rufą. Niech ci Bóg napełni sieci rybami, życzę ci. Polak nie powinien umierać, tylko ginąć! – pięknie to wymyśliłem, nie ma co. Jedyne prawo, jedyna wartość, to sen. Wszystko inne nie liczy się, nawet śmierć. Sen jest najważniejszy ze wszystkiego.

 

 

Dzień 35, 16 VII 79, poniedziałek

Nie chce mi się żyć. Ten uporczywy fordewind wykończył mnie. Ale żyję, opamiętałem się, nawet nie zapłakałem. Męczące jest to sterowanie, ale przynajmniej mile lecą. Od 7-mej rano do 20.30 wytrzaskałem 71 mil. Obliczyłem średni przebieg na Atlantyku: 59 mil, zamiast 90. Jestem opóźniony o 180 mil. Powiedzmy: o dwa dni, a tego nie nadrobię. Na równiku mam być 15 sierpnia, za 36 dni. Chciałbym, mimo stawania w dryfie 7 godzin dziennie, przebyć dziennie 90 mil. Przy wietrze jak dzisiaj to byłoby możliwe.

 

 

Dzień 36, 17 VII 79, wtorek

Wczoraj dmuchała dobra szóstka z NW, szedłem SW, nie można było takiego wiatru marnować, siedzia­łem 22 godziny za sterem, od 7 rano wczoraj do 5 rano dzisiaj. Wykręciłem 128 mil. Poszedłem spać o 6-tej, choć sen już mnie opuszczał. Najpierw zamierzałem stanąć w dryfie pod skrzyżowanymi żaglami o 2-giej. Noc była ciemna i chmurna, wiatr siódemką wył na wantach, okręt mocno pracował. W tym ukła­dzie zmieniłem zdanie i pożeglowałem dalej. Rano było 6°B.

Spałem tylko 4 godziny, wstałem, napracowałem się przy żaglach. Postawiłem kliwra II na wytyku ze spinakerbomu, genui dałem drugi spinakerbom jako wytyk, niebawem zrzuciłem grota i bezana.

Układ ciekawy, szybkość dobra, spinakerbom genui rył czasem w fali, zrzuciłem go. Mimo wszystko układ jest tak samo niestabilny jak i inne, trzeba nieprzerwanie trzymać rękę na sterze. Ugotowanie czy podgrza­nie czegokolwiek, to obłęd, to zwrot za zwrotem. Wszystko temu jachtowi przeszkadza, gdy liczę pozycję, choć trzymam to wszystko na fotelu i jednym okiem patrzę na kompas, natychmiast wypada z kursu w jedną albo w drugą stronę, o kilkadziesiąt stopni. Boczne przechyły i tłuczenie wyrwały pojem­niki w lewej hundkoi, które się zawaliły na pasaż koło koi, i tłukąc wysypują puszki. Teraz nie mogę się tym bawić, muszę korzystać z wiatru, gdy przyjdzie flauta zrobię klar.

Listwy grota połamane, naddarły kieszenie. Mało co jadłem, bo i kiedy? Zryw, wiem, że to zryw, bo jest wiatr, potem znów przyjdzie upadek. Co to jest jednodniowy przebieg 128 mil, wobec 33 tysięcy? Dopiero wybiło dwa tysiące od Gdyni.

„Se me acabó el mundo cuando de mi te fuiste” śpiewa Alicia Juárez w Radio de Vigo (skończył mi się świat, gdy odszedłeś ode mnie), a jacht, nim zdążyłem to zapisać, zrobił zwrot przez rufę. Sądzę, że dla kogoś, kto odchodzi, nie warto śpiewać, tylko milczenie może pokryć ślady pamięci. Odchodzi się tylko dla kogoś innego, w poszukiwaniu innego szczęścia, bo obecne się przejadło. Takiego absolutnie nie wzruszą listy, wiersze, pieśni, melodie, tęsknoty porzuconej osoby. Tylko innym te pieśni podobają się, mnie też wzruszają.

Łzy to mycie oczu najlepszym płynem ze wszystkich. Do mycia oczu przywiązywałem dużą wagę. Codziennie rano przemywałem oczy wacikiem zamoczonym w rumianku. Zaparzona torebka rumianku w garnuszku służyła przez kilka dni.

Gdy dmucha taki wiatr jak dziś, wydaje się – lecz tylko za dnia – że w ogóle nie będę spał, że sen to nic. Gdy nadchodzi noc, ciemna, nudna, światło kompasu oślepia, co parę chwil odsuwam suwklapę i lustruję ocean, czy nie ma jakiegoś światła, jako że idę po ciemku, dla oszczędności energii elektrycznej.

Oby taki wiatr dmuchał ciągle, niech będzie pełny, na nim za 20 godzin wykręcę 120 mil, a 4 godziny starczy mi na spanie. Taka żegluga mnie cieszy, 6 węzłów na swoim kursie, Nic innego się nie liczy, nie ma spania! Ale ten wiatr nie będzie tak ciągle wiał, wobec tego nie będę sypiał, dopóki ten wiatr z baksztagu będzie dmuchał, choćby czwórką, choćby trójką. Teraz jest 4. Nie lubię nocy, bo nic nie widzę.

 

 

Dzień 37, 18 VII 79, środa

Od dziś do piątku przyszłego tygodnia okres abstynencji. Wolno tylko wypić piwo, nie więcej niż dwie butelki w jednym dniu. Źle się czuję po tych codziennych koktajlach.

Napracowałem się, postawiłem kliwra III na prawą burtę, nawietrzną, na wytyku, genuę na lewą. Idę na Maderę, KD = 203°. O 13-ej jacht przeciął równoleżnik Vigo w odległości 163 mile od tego miasta.

O 19-tej próba łączności z Radio La Coruña na 2182 kHz. Bez powodzenia. Przedtem, po północy, próba nawiązania łączności z Gdynia Radio w pasmach 20 i 8 MHz. Bez skutku.

 

 

Dzień 38, 19 VII 79, czwartek. Uruchomienie samosteru.

Sen mnie zmógł. Pół godziny po północy zrzuciłem oba sztaksle, o 1-szej poszedłem spać. Myślałem, że zaraz zapadnę w sen. Była 3.30 gdy ostatni raz wstałem. Nie mogłem zasnąć, jachtem beż żagli kiwało mocno, wszystko się tłukło, wstawałem wiele razy wyciszać (najpierw szukać) źródła hałasu.

O 5-tej zgasiłem światło topowe, o 7.30 stawiałem od nowa żagle. Apetyt bardzo powoli powraca, zjadłem owsiankę na dwie raty. Jeszcze nie czuję się dobrze. Nie wolno mi w żadnym wypadku nigdy wypić więcej niż dwa koktajle, to trucizna! To zabija! Nic dziwnego, cztery dni pod rząd każdego zabije. Ponadto wczoraj piłem kawę, samą, gorzką, żeby się postawić na nogi. Skutek: zwaliłem się z nóg. Kawę też mocno ograniczę.

Przez dwa dni nie widziałem żadnego statku, wczoraj nawet stworzenia, nawet ptaka. Dziś przed południem kontrkursem jakieś 1,5 mili z prawej przeszedł dwumasztowy jacht, kadłub zielony, nie nosił bandery. Podładuję akumulatory rufowe, wieczór będę wołał Lizbonę. Okazuje się, że piwa nie ma już, gdańskie skwaśniało, całą resztę – 12 butelek – wyrzuciłem za burtę.

Po południu przyflauciło, pogoda słoneczna. Stanąłem w dryfie, dokonałem tytanicznej pracy: sklarowa­łem ładownię lewej hundkoi. Zdemontowałem (rozbiłem toporem) górną część ładowni, całość przeszta­uo­wałem. Dalej flauciło, wyczerpany położyłem się do koi, żeby wykorzystać czas na spanie. Niestety, nie zasnąłem, choć kawy nie piłem, a w nocy spałem nie więcej niż 3 godziny.

Ształując hundkoję, gdzie były zapasy Zakładów Mleczarskich z Przemyśla, odkryłem, że nie mam mleka w proszku (instant). Dotkliwy to cios, nie będzie już płatków owsianych, jęczmiennych, kukurydzianych. Do tej pory gotowałem na zapasach instant zeszłorocznych, ale tego niewiele. Na mleku z puszek – słod­kim – nie są tak dobrze jak z mlekiem o prawdziwym smaku.

Po flaucie nie ma fali, idealne warunki dla samosteru. Ustawiłem go więc – trzyma pełny baksztag! Zoba­czy­my jak długo. Pójdę spać, 1,5 węzła nie jest szybkością kosmiczną, jednak za 7 godzin będzie 10 mil.

 

 

Dzień 39, 20 VII 79, piątek

Niepamiętna sytuacja: spałem całą noc, jacht człapał pod samosterem i trzymał kurs w baksztagowym wietrze. Po północy wiatr poszedł w prawo, jacht też, ale to nic. Rano zrobiłem zwrot, samoster dalej trzymał kurs. W nocy świeciłem tylko topowe.

Do Lizbony nie chciało mi się dobijać. Może dziś? Śniły mi się dziewczyny, oddzielne sytuacje. Z jedną awersja, czymś jej podpadłem, patrzyła na mnie z dziką nienawiścią. Gdzieś staliśmy w tłumie, w kolejce do windy na drapacz chmur, tu coś zaszło. Natomiast druga, blondynka, była mi nadzwyczaj przychylna. Z ramienia PKP załatwiała wczasy rodzinne i ja się zapisałem, choć nie zamierzałem początkowo jechać na te wczasy. Z kolei ja ją namawiałem na żeglarstwo. Obiecywałem załatwić książeczkę żeglarską, potem rejsy.

O 5-tej, o brzasku zbudziłem się sam, żeby zgasić topowe; budzik nie zadzwonił. Zdarzają mi się dziwne pomyłki: np. zamiast 57 minut piszę 52, potem jestem zdumiony, gdy linia wychodzi nielogicznie. Albo wskazówkę godzinną biorę za minutową przy odczycie chronometru.

Rzecz niesłychana, jacht cały dzień, od wczoraj wieczór idzie baksztagiem na samosterze. Stan morza 2°, do południa 1°. Czy rzeczywiście pociągnie?

W związku z tym odwaliłem dziś sporo roboty:

  1. a) Ustaliłem strategię żeglugi przez Atlantyk, aż po Przylądek Dobrej Nadziei; wszystko starannie wyryso­wa­ne na generalce Atlantyku. Kawałek od obecnej pozycji, po najbardziej zachodniej z wysp Zielonego Przy­lądka popłynę nieznacznie na wschód od ruty z „Ocean Pasages for the World”; chcę bowiem zoba­czyć, choć z daleka, zachodnie brzegi Madery.
  2. b) Wyprowadziłem z lewego akumulatora rufowego obwód o obniżonym napięciu (2 V) dla oświetlenia kompasu wewnętrznego. Napięcie to zasila zwykłą, płaską latarkę na baterię 4,5 V, lecz bez baterii. Daje to słabe światło, które nie oślepia, nie razi, a doskonale pozwala widzieć skalę kompasu.

Miałem trudności z przewodem, odciąłem parę metrów z lampy kotwicznej. Jeden jedyny blachowkręt dał mi elektryk ze Stoczni, znalazłem go i wkręciłem w ołów mostka na akumulatorze dla wyprowadzenia obwodu.

Była to robota na parę godzin, z wierceniem otworów, wkręceniem wkrętów; została fachowo zrobiona. Przy okazji dolałem wody destylowanej do dwóch celek, gdzie stan był za niski.

Trzeba było znów opróżnić część pasażu przy lewej hundkoi. Przy tej okazji, choć wszystko to klarowałem wcześniej i przesztauowałem, odkryłem dwa kartony piwa żywiec, razem 8 flaszek. Nie do wiary! Dzisiaj oczywiście nie wypiję ani jednej – jem skromnie, poszcząc.

Jak zupełnie inaczej wygląda życie, gdy samoster pracuje i jacht idzie pod jego wodzą.

Wszystko wtedy można zrobić, pochodzić po jachcie, pooglądać wszystko, policzyć, wykreślić, ugotować. Przed wieczorem siadłem w kokpicie, było 19°C, patrząc jak dzień zamiera nad Atlantykiem.

Boję się wierzyć, że samoster będzie pracował, gdy warunki zmienią się. Teraz, już noc, idziemy z szyb­koś­cią 4 węzłów. Mam tylko dwa słabe wiadra plastikowe, wody zza burty oczywiście nie można nimi nabrać, bo urwie się ucho. Jedno dla osłony stało w kokpicie. Wczoraj w nocy wpadłem na przechyle do kokpitu wprost do wiadra i wydusiłem mu dno. Dziś wypadła mi szuflada z narzędziami i rozbiła pokrywę drugiego wiadra, używanego na śmieci.

Gdy zapadła noc wypróbowałem światło oświetlania kompasu wewnętrznego. Działa znakomicie, oświe­t­la kompas oraz pozwala widzieć wskazania przyrządów siły wiatru i kierunku. Światło jest słabe, nie ośle­pia, pozwala widzieć morze przez okna.

 

 

Dzień 40, 21 VII 79, sobota

Odczuwam dziś niejaką apatię. Spałem źle, długo, długo nie mogłem zasnąć, północ minęła, pierwsza… Słuchałem Warszawy I z koi, lecz muzyka była niezbyt ciekawa, toteż bez żalu zgasiłem radio. Czuję jakby cień bólu głowy, ociężałość. Może z braku snu, może z braku witamin…? Od dziś rozpoczynam spożywanie witamin, na pierwszy ogień poszła multiwitamina.

Michał ciągnie pracowicie. Tym imieniem nazywam samoster. Zaczynam czuć do niego sympatię. Może go nie rozumiałem przedtem? Bo jest fala, mocno kołysze jachtem, a on trzyma w tych swoich pewnych granicach, w baksztagu.

Czterdziesty dzień rejsu, tyle ile „Eurosem” z Valparaiso wokół Hornu do Buenos Aires w 1973. W połud­nie przecinam równoleżnik przylądka Ciepłych Gaci (Cabo São Vicente w Portugalii). Tutaj, idąc na południe polscy marynarze zdejmują gacie, a idąc na północ ubierają je. Upałów jeszcze nie ma, morski wiatr jest zawsze orzeźwiający, ale to wszystko tak brudne i przepocone, że wolę chodzić nago.

Wpadłem na pomysł, żeby gotować seryjnie, raz na kilka dni. Dziś obrałem ziemniaki na trzy dni i wsta­wi­łem do szybkowaru. Jadam bez większego apetytu, ot tak jak wielu ludzi, bez wydzielania żrących soków trawiennych zgłodniałego wilka. Schudłem, z czego się cieszę. Z głodu nie umrę, lecz w kambuzie nie szukam i nie znajduję szczęścia. Nie marzę jeszcze o żadnej szczególnej potrawie, nawet o zimnym koktajlu kwaśnego mleka z pomidorem. Po prostu głód niejako przycichł, zszedł na jedno z ostatnich miejsc na jachcie. Tak jak higiena.

Podstawa bytu to pozycja. Oczywiście na Oceanie nie jestem tak uzależniony i przybity do niej, jak na Morzu Północnym i Bałtyku. Moje pełne szczęście jest wtedy, gdy mam trzy linie astronomiczne: rano –  gdy Słońce przechodzi przez pierwszy wertykał, w południowej kulminacji, i popołudniu – gdy przechodzi przez zachodnią część pierwszego wertykału. Gdy mam te trzy, nie bawię się innymi pośrednimi, jako że mam dwa południki i jeden równoleżnik.

Na logu – który ciągle działa, zliczenie mil, co daje mi przebytą drogę. Wiem zawsze gdzie jestem i nie na tym polega mój problem, tylko na tym, żeby pozycje w południe były idealnie na linii strategicznej, wyry­so­wanej na generalce Atlantyku. Chciałbym, żeby linia łącząca pozycje jachtu w południowej kulminacji była płynna. Niestety, nie zawsze mi się to udaje, bo choć do tej pory na Atlantyku mam wiatry pełne, to najczęściej za pełne, za bardzo fordewindowe, czyli od rufy, i znów zachodzi sytuacja halsowania, tym razem z wiatrem, lecz jednak halsowania.

Żeby jacht szedł jako tako spokojnie, musi mieć wiatr od rufy pod kątem nie mniejszym niż 35° do dia­met­ralnej. Rzuciłem okiem na kompas w kokpicie: stało 220°. Podszedłem do Michała i ucałowałem go siarczyście dwa razy w różne części – głowica fletnera i statecznik. Żałuję, że nie dałem mu żeńskiego imienia, lepiej by się go całowało.

– Przepraszam cię Stary, może byłem niewyrozumiały do ciebie? Nie gniewaj się.

Nie wiem, czy tak łatwo dał się udobruchać, bowiem gdy wracałem z tego spotkania na rufie, kabestan wyrżnął mnie w kolano.

Ostrzygłem włosy nożyczkami, jak najkrócej dałem radę, do skóry. Aparycja i elegancja nie są tu potrzebne.

 

 

Dzień 41, 22 VII 79, niedziela

O północy słuchałem Warszawy I, jako że nie mogłem zasnąć, lecz potem spałem dobrze. Dziś szał stawia­nia żagli, szedłem nawet pod sześcioma: fok pasatowy na wytyku na prawej burcie, genua I na wtyku na lewej, kliwer III na sztagu, grot I, apsel, bezan.

Rano odkryłem nową fantastyczną stację „Radio Atlántico” Las Palmas. Owszem, nadają reklamy, lecz poza tym grają cały dzień. Ostatnia stacja hiszpańska Sevilla, coraz gorzej słyszalna. Cieszę się, że przez jakiś czas będę miał dużo muzyki z Las Palmas.

Po obiedzie urządziłem kąpiel. Michał pracuje niezmordowanie. Nie wiem, jak będzie przy silnych wiatrach, lecz dzięki mu za to, że cały Atlantyk, w obie strony, mam z głowy (o ile szlag go nie trafi na południowych oceanach).

Tak oto jak dziś wyobrażam sobie życie na Atlantyku. Słońce, ciepło, ale nie upał, wiaterek, woda błękit­na, niebo czyste, gdzie niegdzie jakaś chmurka. Czekam na wizytę delfinów.

Na głowie wielkie słomiane sombrero, strój dowolny. Wyciągnąłem czyste, bielutkie slipy i taki podko­szu­lek. Kiedy będzie deszcz, żeby się wykąpać i poprać brudy?

 

 

Dzień 42, 23 VII 79, poniedziałek

Rano gniewałem się trochę na siebie. Otóż wczoraj wieczór pod pretekstem ogarniającej mnie chandry sięgnąłem po kieliszek. Miałem wypić jedynie dwa kieliszki winiaku, wydoiłem całą flaszkę i marudziłem do 3-ciej w nocy. O tej godzinie zaświeciłem światło topowe i poszedłem spać, a o 5-tej nie zbudziłem się, żeby je zgasić, świeciło się do 7-mej.

W nocy, idącemu kontrkursem, w odległości mili statkowi, nadałem morsem szczytówką dwukrotnie „Polish yacht Dar Przemysla Gdynia” Liczyłem na to, że jeżeli to polski statek, na pewno zareagują. Próbowałem wołać na UKF 16, nie odpowiadali. Gdy przeszli, po dłuższej chwili, gdy już zgasiłem topowe, dostrzegłem, że nadawali aldisem, były to niestety ostatnie znaki.

Dzień pochmurny, z trudem zrobiłem kulminację. W nocy spodziewam się zobaczyć Maderę, latarnię Ponta do Pargo, na głównej wyspie oraz Ilheu de Cima na wyspie de Porto Santo. Obie mają potężny zasięg, 44 i 43 mile.

Jestem w pasacie NE (34°N), już i na Routeing Chart widać to wyraźnie. A więc mam 1800 mil takiej żeglugi. W nocy tak dobrze mi się popijało, gdyż obmyśliłem koncepcję napisania książki. Jej tytuł miał być „Listy z morza” i miała się składać rzeczywiście z listów do różnych przyjaciół i nie tylko, w których byłaby mowa o sytuacji w rejsie oraz innych sprawach, jak przygotowania do rejsu itp. Dziś ta idea nie wydaje mi się mądra. W ogóle nie mam ochoty pisać żadnych listów.

Najchętniej przesypiałbym 12 godzin na dobę, żałuję, że sen nie trzyma się mnie, choć mam czas na to. „Polska Jagiellonów” nie frapuje mnie tak, jak „Polska Piastów”. Byłem zdezorientowany, brakowało mi Jagiełły, Grunwaldu, roku 1410. Wczoraj zorientowałem się, że „Polska Jagiellonów” zawiera dwa tomy, a ja mam właśnie drugi.

Z tą chandrą to jednak nie pozory, ciągle na dnie serca leży osad – tęsknoty? żalu? oddalenia? wyobcowania? obawy przed Oceanem Południa? przed awariami? Człowiek zdaje sobie sprawę, że ciągle oddala się od kraju, że całymi miesiącami będzie się oddalał, będzie szedł w coraz to cięższe warunki, w złe i rozszalałe oceany.

Na lądzie uciekało się myślami i sercem na ocean, w życie na oceanie. Trochę inaczej to wygląda. Ne ma tej beztroski, niefrasobliwości, które były pointą marzeń. Tu ważne są mile, nie jest wcale obojętne, czy się będzie dłużej, czy krócej na danym akwenie. Tu w pasatach jest pięknie i spokojnie. Lecz człowiek ulega przygnębieniu, gdy dobowy przebieg jest marny, a cieszy się, gdy przekracza 100 mil.

Nie, okazuje się, że nie wyszedłem w rejs po to, żeby się byczyć i żyć na oceanie przez rok, tylko po to, żeby za rok przepłynąć oceany, świat i wrócić do kraju, na ląd, do swoich, do ludzi. Teraz widzę jak bardzo jestem przywiązany do ludzi, jak bardzo potrzeba mi kolegów, przyjaciół, znajomych, rodziny, otoczenia.

Tak pragnąłem tej samotności na oceanach, a tak niewiele daje mi to szczęścia. „Dom na oceanie” wyobrażałem sobie jako tytuł swojej książki. Widzę, że ten dom jest kruchy, tu genua przeciera się w oczach, szoty strzępią się, elektronika tylko czeka na gorsze warunki, żeby się poddać. Właśnie wskaźnik siły wiatru wczoraj nad ranem przestał działać, dziś pogrzebałem w skrzynce łączącej pod masztem i chodzi, gdzieś nie było styku. Radiostacja nie działa.

Za 20 dni przejdę ten rozkoszny pasat NE, za dalsze 3, 4, 5, pas ciszy równikowej, potem pasat SE na południowym Atlantyku, a tam dalej – zima, sierpień, to co u nas luty. Tam się zacznie prawdziwa żegluga. Od zeszłorocznych samotnych rejsów jesiennych nie znoszę zimna.

Stanowczo wygląda na to, że nie dla przyjemności wyszedłem w rejs, jak sobie to wyobrażałem. Wszyscy we mnie zainwestowali i oczekują efektów. Zarówno Wojewoda przemyski, który wpakował miliony w ten rejs, jak i społeczeństwo, a zwłaszcza żeglarze i przyjaciele, którzy założyli moralny kapitał w mój rejs. Będąc więc tu, gdzie chciałem być, tu, gdzie najprzyjemniej i najspokojniej, w pasacie NE Atlantyku na szerokościach Madery i Wysp Kanaryjskich, nie szukam euforii, zależy mi tylko na milach, aby szybciej, aby prędzej pokonać całą trasę.

 

Szczęście będzie po powrocie, szczęście będzie powiedzieć Wojewodzie „Melduję pomyślne ukończenie rejsu dookoła świata solo non stop Gdynia – Gdynia”, szczęście będzie znaleźć się wśród kumpli, uśmie­chać się, być uściśnięty przez każdego, szczęście będzie świadomość, że nie zdefraudowałem zaufania. I wreszcie szczęście będzie organizować następny rejs, rejs do Argentyny, z pozycji obecnego nie będzie tych dzikich trudności, wszyscy będą się ze mną liczyć, większość zresztą tych, którzy otarli się załatwia­niem o obecny rejs, to moi przyjaciele lub bliscy mi ludzie. Tak jest w Marwoju w Gdyni, tak w Baltonie, tak w MCZ (Morska Centrala Zaopatrzenia).

Mimo że do Madery 60 mil, wziąłem lornetę, żeby poszperać po horyzoncie w spodziewanym namiarze. Wysokie lądy bywają widoczne ze znacznych odległości. I oto dostrzegłem ląd, za dnia. o 19-tej GMT. Widać tylko zarys, za dwie godziny zapadnie mrok, będę widział tylko światło latarni.

Chociaż człowiek jest pewny swojej nawigacji, przecież sprawia przyjemność, gdy ukazanie się wyspy w określonym miejscu i czasie potwierdza dokładność nawigacji. A przy tym jest to test dla sekstantu. Mogą być bowiem ukryte, stałe błędy, prócz błędu indeksu, tak jak np. złe ustawienie kompasu, co zostało odkryte i skompensowane poprawką „pf”. Teraz wiem, że mój sekstant, prócz błędu indeksu wynoszącego obecnie 0,3’, innych błędów nie ma.

 

 

Dzień 43, 24 VII 79, wtorek

Trawers Madery potwierdził nieprawdopodobne odległości, z jakich dostrzegło się ląd, jak i światło latarni. 1,5 godziny po dostrzeżeniu lądu, który z tej odległości wyglądał jak leżąca w morzu dnem do góry miednica z chmury, o 20.30 zza horyzontu przebiły błyski latarni Ponta do Pargo, z odległości 55 mil. Jest to światło błyskowe w grupach po trzy, okres 20 sekund.

Niebawem dostrzegłem przebłyski zza wyspy Porto Santo latarni Ilha de Cima znacznie z lewej od Ponta do Pargo.

Z odległości kilkunastu mil doskonale było widać na wyspie tysiące świateł, również w innych skupiskach, jak i na wyspie Porto Santo. Stolicy Madery Funchal nie było widać, gdyż położona jest od południa.

O 8-mej rano miałem Maderę w namiarze E, w odległości 15 mil. Było pochmurno, wyspę gęsto obsiadły ciężkie chmury. Wkrótce ta chmurna odwrócona dnem do góry miednica zlała się z chmurnym otocze­niem, Madera rozpłynęła się w oceanie.

Do następnego lądu – wyspy Santo Antão w Archipelagu Zielonego Przylądka 1000 mil. Na tej trasie spodzie­wam się spotkać polski statek, celowo zbliżam się do linii Recife – Bishop Rock.

Piękny pasat, dmucha spokojnie piątka, jacht wyciąga 6-6,5 węzła, Michał pracuje wytrwale, jestem wys­pa­ny. Dziś rekordowy przebieg 123 Mm ,to według wskazania logu, a naprawdę 130 TM, tj. „twar­dych mil”. Pojęcie „twardej mili” wprowadziłem na Eurosie w 1973 roku na Atlantyku; jest to odległość mię­dzy dwoma kolejnymi pozycjami w kulminacji Słońca. Jacht myszkuje, halsuje, czasem idzie tak, jak pijak – od rowu do rowu. Twarde mile to te, które liczą drogę po prostej, między pozycjami astro­no­micz­nymi. Na ogół jest mniej TM niż Mm, dziś odwrotnie: 130 TM przy 123 Mm. To prąd kanaryjski dodał te kilka.

Rano znalazłem na pokładzie małą kałamarnicę długości 16 cm razem z ramionami. To mnie zmobilizo­wa­ło do zabrania się za haki i linki, które dał mi wspaniałomyślnie pracownik MIR-u (Morski Instytut Ry­bo­­łóstwa) w Gdyni. Skonstruowałem to wszystko, nie tak co prawda jak w jego szkicach, ale to na razie. Kalmara użyłem jako przynęty, oprócz niego trochę kolorowych wstążek. Wszystko to wlecze się 60 m za rufą.

Ryż na sypko od paru godzin dochodzi w koi pod kocami, tymczasem parę piw posłużyło dla uczczenia wspaniałego przebiegu. Po smacznym obiedzie, ryż, dwa jajka sadzone, pasta pomidorowa, sałatka papryko-cebulo-ogórkowa i świeża cebula, zrobiłem drugi, bardzo fachowy zestaw łowczy, z materiałów i szkiców ofiarowanych przez inżyniera z MIR. Dwie liny wloką się za jachtem, na razie nie ma efektów, ale i nie ma się co dziwić, jacht pruje z szybkością 6 węzłów, żadna ryba nie może dogonić haków.

Obecną sytuację na jachcie można określić tak: „Jaskuła złapał wiatr! Będzie pruł, pruł, nikt go nie dogoni”.

Śliczny jest en świat. Wczoraj w nocy leżałem godzinę na dziobie, wsłuchując się w szum fali odkosu i wpa­tru­jąc się w światełka bełtanego planktonu. Przy okazji odkryłem awarię: przednia lewa wanta kolumnowa przepiłowała spinakerbom. Oh, dear! W porę zapobiegłem awarii, choć wanta werżnęła się do wnętrza aluminiowej rury. Nigdy spinakerbom nie może dotykać żadnej linki takielunku, ani niczego. Pamiętaj!

Dziś cieszy mnie życie! Ten szum piany, ta niedoganiająca mnie fala, te 6 węzłów na logu, oto co potrze­ba do szczęścia! Muzyka hiszpańska z Radio Atlántico Las Palmas, wiele swoich kompozycji wygry­wał na gitarze i śpiewał Atahualpa Yupanqui. To świecenie bełtanego planktonu, to skon­cen­tro­wa­na rozkosz. Nie wiem, gdzie przebywać: pod dekiem wydaje mi się, że stoimy, bo nie widać szybkości, tu nie słychać szumu piany, nie widać ognia planktonu; na górze szum fali zagłusza muzykę. Bywam na zmianę raz tu, raz tam.

 

 

Dzień 44, 25 VII 79, środa

Wspaniały przebieg 136 Mm, a twardych mil 148. Ta różnica to nie koniecznie tylko prąd Kanaryjski, może na to wpływać również niedokładne wskazania logu, który w miarę wyczerpywania się baterii jakby zwalniał, aż jego wskazania staną się rażąco niskie.

Angielskie baterie Mallory typ ZM9 (4 szt. x 1,4 volt) komplet 4 sztuk starcza na 3000 mil. Obecne, zakła­dane już w rejsie, mają dopiero 1700 mil. W zapasie mam 80 szt., czyli na 20 zmian (po 4 szt. w komple­cie). Jeżeliby rzeczywiście wszystkie pracowały po 1700 mil, starczyłoby na 34 tysiące. Ale baterie ulegają samowyładowaniu, im starsze tym niższa ich pojemność. Sam się zastanawiam, dlaczego tak mało zaku­pi­łem tych baterii R-6 (palcowych), których cena jest przecież groszowa.

Efekty połowów na razie żadne, lecz na rufie przy bezanmaszcie leży podbierak (hak) do wyciągania ryby oraz młotek, do zabicia jej, jako że na duży hak spodziewam się dużej ryby. Dziś, po przekroczeniu rów­no­leżnika 30°N, rozpocząłem konsumpcję wina do obiadu, jedna flaszka na cztery dni, wino z syfonem. Michał dostaje tytuł „Pierwszego Lorda Admi ralicji”. W fordewindzie też trzyma!

Zapada kolejny dzień na oceanie, Słońce już zaszło, świeci firmament, a nawet popielate zwały chmur nad horyzontem. Miotam się w lekturze „Polski Jagiellonów” – tom II, bez pierwszego, wytrąciło mnie z tej tematyki. Przedwczoraj zacząłem Demela „Życie morza”. Historię oceanografii, aczkolwiek ciekawa, z trudem łykam, wolałbym wejść od razu w sedno życia w morzu. Albo przeskoczę te początki i wgłębię się w wybrane zagadnienia, albo odłożę książkę. Dziś wydobyłem nowe: „Podstawy nawigacji Meteoro­lo­gicz­nej”, „Sztormy, lody i powroty”, „English for Ships Officers”. Chyba najpierw wgłębię się w tę mete­o­ro­­logię, gdyż to mi najbliżej skóry. Jak na razie, w resztkach światła dziennego, poczytam swoich kumpli Olka i Zbyszka.

 

 

Dzień 45, 26 VII 79, czwartek

Dziś jacht pobił swój rekord przebiegu dobowego: 150 mil twardych. Log wskazał 136, jest jasne, że to mocno zaniżony przebieg. Baterie wyczerpane? Pomaga nam Prąd Kanaryjski, ale nie aż tyle.

W południe, w kulminacji, szerokość wynosiła równo 28°N. Jest to szerokość Las Palmas, które mijamy w odległości 250 mil, od zachodu. To stąd miałem wyjść w rejs wg antypolskiego, antypatriotycznego nakazu sekretarza generalnego PZŻ Stanisława Tołwińskiego. Jak to dobrze, że przeforsowałem swój pogląd i zacząłem rejs w Gdyni; choć tyle było trudów na tej trasie, przecież mam je wszystkie za sobą, a te, które czają się na dalszej trasie, są niezależne od miejsca startu.

Wieczorami, a właściwie w nocy lubię przebywać na dziobie, wsłuchiwać się w szum prutej wody i wpa­try­wać się w świecący, bełtany falą odkosu plankton. Wczoraj ubrałem się cieplej i położyłem się na dziobie ze szklaneczką koktajlu. Jacht szedł po ciemku. Wtem zobaczyłem na wschodnim widnokręgu białą rakietę spadochronową, żadnego statku, żadnych innych świateł. Kto to był? Ani mi się śniło zapalić topowe! Tu lepiej nikomu nie ufać, nikomu nie pokazywać się bez potrzeby.

Czynię sobie wyrzuty, że nic nie robię. A co mam robić? Jacht idzie, mil przybywa. Przy pierwszej flaucie spuszczę ponton i sprawdzę czystość kadłuba na dnie, ewentualnie wyczyszczę szczotką ryżową na patyku.

Zacząłem pisać artykuły do „Życia Przemyskiego”. Pierwszy, pt. „Wyjście”, gotowy.

 

 

Dzień 46, 27 VII 79, piątek

Trzy wydarzenia transcendentalne uczyniły, że dzień dzisiejszy był ciekawy. Przed południem zobaczyłem nad falami latającą rybę; pomyślałem kiedy pierwsza spadnie mi na pokład. Wtedy zauważyłem leżącą przy falszburcie wyschniętą przez Słońce rybę. Musiała wpaść w nocy. Usmażyłem ją i zjadłem jako cały obiad, jako że dziś wstrzymuję się od jedzenia. Niewiele tego było, tyle co dla kota.

Głowę ryby użyłem jako przynętę i nadziałem na hak z kolorowymi nitkami. Wybierając linkę okazało się, że złapała się piękna, złota ryba. Z drżącym sercem i pewną obawą, gdyż nie należała do małych, wyciąg­ną­łem ją na pokład i cisnąłem do kokpitu. Zrobiłem jej zdjęcie slajdem. Piękny złoty kolor na bokach począł szybko blednąć, natomiast wielka, długa na cały korpus płetwa grzbietowa miała intensywny, granatowy kolor. Zmierzyłem jej długość: 77 cm, waga około 3 kg. Znalazłem ją w „Atlasie Ryb Atlan­tyc­kich”: koryfena.

Zjadłem na obiad sześć dzwonów – dwie patelnie, drugie tyle usmażyłem na jutro, a 1/3 złupiłem ze skóry (część od ogona) i włożyłem do garnka z wodą morską, jutro ugotuję i będzie na pojutrze.

Trzecie wydarzenie: po znakomitym przebiegu dobowym 143 TM, średnia z 18 dni na Atlantyku osiągnęła wartość 90 mil na dobę, tyle ile zakładałem przed rejsem, a którą kilka dni z kiepskim wiatrem tak hanieb­nie obniżyły.

 

 

Dzień 47, 28 VII 79, sobota

Oh, dear! I ryby nie dają mi spokoju! Lubię rybę smażoną, lecz pierwszą koryfenę, obżerając się, będę jadł trzy dni. Ostatni kawałek, który całą noc był na pokładzie w garnku z wodą morską, ugotowałem dziś na jutro, jako że na dziś miałem smażoną, na śniadanie i na obiad. Rano zobaczyłem, że linki łowcze poplątały się. Mozolnie rozplątałem je. Tę dłuższą z dużym hakiem zostawiłem na pokładzie, nie chcąc dużych ryb, gdyż ich nie zjem; zastanawiałem się, czy rzucić tę drugą. Rybacki przesąd mówi, że hak musi się wymoczyć, by ryba wzięła, kazał mi rzucić go za rufę.

Następnie postanowiłem sprawdzić elektrolit w akumulatorach. Zacząłem od dziobowych, oświetlenio­wych. Trzeba było najpierw ciężko kopiąc, dokopać się do nich. A więc dwa worki, następnie ciasno wkli­no­wany zwój lin, potem 50-kilowy worek ryżu. To ryż zakupiony w zeszłym roku, taki sam worek świeże­go ryżu mam w jednej z piwnic przy kambuzie, nie wiem po jakie licho zabrałem ten stary. Coś się w nim zaczęło dziać, dno worka jest nadgniłe, wewnątrz wyhodowały się ćmy ryżówki. Worek jest co prawda w drugim, szczelniejszym worku plastikowym, lecz liczne przeprowadzki nadwyrężyły opakowanie.

Postanowiłem ten worek oddać Neptunowi. Z trudem wyciągnąłem go i poprzez zwoje lin przeniosłem do mesy. Tutaj najtrudniejszy problem: jak wynieść go na pokład? Od dołu śliski, lepki, rwie się; właz stro­my, wysoki i wąski. Niczym ciężarowiec podniosłem go na pierś, lecz gdy zamierzałem drugim rzutem wepchnąć go w otwór zejściówki, gwałtowny przechył jachtu rzucił mnie razem z workiem na prawą burtę. Plastik rozleciał się.

Chwyciłem resztę ostrożnie wiedząc, że z małych otworów sypie się ryż i niosłem resztką sił. Worek nie wytrzymał, rozdarł się i sporo ryżu zasypało dokumentnie podłogę pod nadbudówką, pod trapem.

– Gdyby to Chińczycy widzieli! – pomyślałem ze zgrozą. – Tyle ryżu zmarnowanego!

Nie zważając na wysypujące się ziarno ani na obrzydliwe, oślizłe i śmierdzące dno worka, wytargałem po stromym trapie na zewnątrz, przeniosłem na pokład i uniosłem nad sztormrelingiem. O mało byłbym razem z nim wyleciał za burtę.

Wtedy zobaczyłem, że jakoś dziwnie podskakuje depresor na lince wleczonej za rufą.

– Czyżby ryba? O, do licha, jeszcze wczorajszej nie zjadłem!

Rzeczywiście, pięknym złotem jeszcze z wody zameldowała mi się jako koryfena, na szczęście o wiele mniej­sza. Choćby była legendarną „złotą rybką”, bo złotą była naprawdę, nie mógłbym jej oddać morzu, pysk miała rozdarty aż po skrzela, z taką bowiem szybkością darł ją jacht za rufą. Zmierzyłem: 40 cm, waga nieco mniej niż pół kilo. Może jakoś ją zjem, ugotowane na jutro kawałki wczorajszej wyrzuciłem za to do morza.

Na obiad miałem wczoraj usmażone dzwona, dzisiejsza będzie na jutro, lecz muszę ją usmażyć dzisiaj, żeby się nie zepsuła.

– Co jest, czy jestem skazany na koryfenę? I to codziennie mam je jadać?

Tym razem linka z hakiem ozdobionym kolorowymi nitkami pozostała na pokładzie. W dodatku dziś też znalazłem przy burcie latającą rybę, która została dokooptowana przy obiedzie do koryfeny.

– A może by wprowadzić system gospodarczy magazynowania żywych ryb? W tej połówce skorupy tratwy ratunkowej?

Po południu, tzn. po kulminacji, po obiedzie i po pierwszym wertykale zachodnim, wypuściłem z lewej burty linkę ze średnim hakiem, jak na niedużą rybę. Więcej zachodu miałem natomiast z połówką skorupy, leżącej na rufie przy prawej burcie, dociskana szotem bezana, bo mu zawadza.

– Choć nie jesteś tratwą, a tylko skorupą i to połówką, wszędzie będziesz zawadzać na tym jachcie! – bo rzeczywiście, albo linki pracowitego Michała ocierają o nią, albo rumpel zawadza przy wychyleniu.

Wreszcie po wielu przymiarkach, a było nawet koło nadbudówki, na pokładzie, gdzie nie tylko blokowała ruch po tej stronie jachtu, lecz czyniłaby z pewnością „traffic jam” z szotami, w nocnych ciemnościach przy wymuszonym przez sytuacją manewrze, a przy tym upodobniało jacht do cygańskiego wozu, znalazłem jej miejsce – przed bezanmasztem w poprzek, tak gdzie siedzi sternik, i przymocowałem ją linkami do bezanmasztu, zamierzałem poszyć górę juzingiem zaczepionym o krawędzie po obu stronach skorupy, tak, aby ryba, pływając w wypełnionej do połowy skorupy, nie wzbiła się i nie wyskoczyła do morza, mając nad głową rodzaj siatki.

– Po co aż tak? – odezwało się „ja satyryka”, to od kpienia ze wszystkich. – Ryby po prostu przywiąże się za ogony krawatami do bezanmasztu, nie wyskaczą! – podsunęło pomysł racjonalizatorski. Na tym skończyły się zachody gospodarcze magazynowanie świeżej ryby. Słońce już dawno przecięło zachodnią część pierwszego wertykału i konsekwentnie zmierzało do granicy tej drugiej półkuli, tej gdzie mnie nie ma, gdy usłyszałem znienacka cierpką uwagę:

– Ty zawsze lubisz robić to co nie jest najbardziej konieczne. – odczułem, że ktoś kpi sobie ze mnie, rychło pojąłem, że sam z siebie robię pajaca, wymyślając głupie pomysły.

Sorry, sir – wyszeptałem potulnie.

– Kiedy wreszcie zabierzesz się do akumulatorów, kiedy uszyjesz rynnę na deszczówkę pod bom bezana, kiedy pomyślisz nad wykonaniem obwody 6 V z akumulatora dla zasilenia logu?

Mañana, sir.

Mañana es la mentira piadosa con que se engañan las voluntades enfermas. (jutro to łaskawe kłam­stwo, którym oszukują się schorzałe wole).

– Nie tylko, sir: Never put off till tomorrow, what you can do the day after tomorrow (nigdy nie odkładaj na jutro to, co możesz zrobić pojutrze).

– Ty bloody! Ze wszystkich nacji przyswajasz sobie to, co najgorsze.

Beg your pardon, ale ten cholerny worek ryżu naprawdę obstoi na dziś, tak dał mi popalić!

Zrobiłem koktajl, usiadłem w kokpicie w wielkim słomianym sombrero na głowie i kusych slipach, i zamyśliłem się.

– Kiedy ja wreszcie będę szczęśliwy, kiedy wreszcie nie będę miał nikogo nad sobą i będę mógł robić to, co najbardziej lubię, a nie robić to, czego nie lubię?

– … Nigdy… – załkała ponurym dyszkantem jedna z większych fal od rufy, jedna z miliarda tych, które cały czas na Atlantyku gonią mój jacht, czyli przygodnych, czyli pomyślnych.

O godzinie 15-tej przeciąłem Zwrotnik Raka. Znaleźliśmy się w tropikach.

BBC World Service powiada, że w Polsce benzyna podrożała o 15%, a ropa o 20. Skończyło się Radio Nacional de España, skończyło się Radio Atlántico Las Palmas. Dziwne, w nocy po 23-ciej odbierałem Warszawę I. Przez dzień, albo arabskie śpiewo-jęki, albo na krótkich news-reel, financial newskind of World problems, które mnie nie interesują. Wyłączyłem Selenę i skończyłem z political crisis.

 

 

Dzień 48, 29 VII 79, niedziela

Jestem pod głębokie wrażeniem snu, jaki miałem nad ranem. Piękna dziewczyna w stroju bikini w moich gorących objęciach, lawina obustronnych żarliwych pocałunków i słów o miłości.

– Co zrobimy? – spytałem, mając na myśli mój skrępowany stan cywilny.

– Opróżnię jeden z trimaranów i będziemy mieć miejsce na spotkania – odparła rzeczowo.

Gdy się budziłem, zapadałem z powrotem w sen, w ten sam sen. Wstałem dopiero o 10-tej.

Może czasem spełniają się komuś sny, ten wszakże mnie się nie spełni. Na pokładzie znalazłem sześć lata­jących ryb; na obiad dziś też zatem będą ryby.

Na śniadanie smażona koryfena z jajkiem sadzonym, na obiad sześć latających rybek smażonych na maśle, które nie bardzo nadaje się do smarowania czegokolwiek, natomiast do smażenia – tak.

Przez dzień chodzę jak mucha w maśle, raczej w miodzie, zamyślony, ciężkie westchnienia, jak tego wieloryba sprzed dwóch tygodni, zasnuwają oczy wizją kwiatów i zieleni, czasem szum lasu zastępuje szum wody w otępiałym słuchu, czasem w rozkojarzonej źrenicy zamiast żagla załopocze przewiewna, letnia suknia dziewczyny.

Między przejściem Słońca przez wschodnią część pierwszego wertykału a kulminacją poszedłem do koi szukać tamtego zagubionego, beznadziejnego snu. Zasnąłem, lecz moja dziewczyna, której imienia nawet nie znam, nie wróciła. Muszę stwierdzić, że nie była to żadna z tych, które znam lub kiedykolwiek znałem.

– Żeby takie sny mieć codziennie…

Dziś Słońce było od zenitu tylko 2°07,1’, może jutro do południa nie przegonię go, lecz pojutrze na pewno. Skończą się wtedy również pierwsze wertykały, gdyż szerokość geograficzna będzie mniejsza od deklinacji Słońca i słoneczko nie dojdzie do pierwszego wertykału. Na półkuli południowej, gdy moja szerokość będzie większa od deklinacji Słońca, też nie zaobserwuję jego przejścia, gdyż przejdzie przez pierwszy wertykał pod horyzontem. Dopiero gdy jego deklinacja stanie się S, czyli gdy przejdzie przez równik na półkulę południową, ale to będzie dopiero 23 września… w przepastnych oddalach przyszłości.

Co to jest ten pierwszy wertykał, o którym żaden żeglarz nigdy nie napisał w żadnej swojej książce? Jest to koło wierzchołkowe tworzące z miejscowym południkiem niebieskim kąt prosty.

Miejscowy południk niebieski jest to koło wielkie przechodzące przez bieguny niebieskie oraz przez zenit i nadir. Południk niebieski jest rzutem południka miejscowego, czyli południka geograficznego przecho­dzą­cego przez punkt obserwatora.

Koło wierzchołkowe to koło wielkie przechodzące przez zenit i nadir. Koła wielkie są to koła powstałe z przecięcia powierzchni kuli ziemskiej (kuli niebieskiej) płaszczyzną przechodzącą przez środek Ziemi.

Za ostatnią dobę był rekordowy przebieg: 166 TM. Skontrolowałem akumulatory, dolałem wody destylowanej do prawego rufowego, wymyłem mokrą szmatą podłogi jako ostateczny klar po wysypaniu się ryżu. Ogoliłem się, uruchomiłem powtórnie wskaźnik siły wiatru; skorupę tratwy, połówkę, która zawadzała pod bezanmasztem, przeniosłem na jej oryginalne miejsce przed grotmasztem. Jest o połowę niższa od całej tratwy, poza tym tak rzadko wyglądam, że nie zasłania mi widoku.

Dziwię się tylko, że od całych dni nie widać statków, a przecież idę wzdłuż linii komunikacyjnej Rio de la Plata, Rio de Janeiro, Recife, Santo Antão – Bishop Rock.

Przed zmrokiem trzeba zamknąć jacht, zasunąć suwklapę i założyć markizę, zapada bowiem taka wilgoć, że pokład jest mokry. Pod dekiem jest parno, lecz wilgoć nie wdziera się drzwiami i oknami.

W radio nie ma już Hiszpanii, Radio Atlántico. Przeszedłem na krótkie, no i oczywiście BBC World Service. Mam znów sygnał czasu, muzyki nie, natomiast dużo ciekawego gadania, które mnie nie za bardzo interesuje, chyba iż to, że w Polsce podniesiono cenę paliwa.

Niezachowanie przepisów MPZZ zostało niejako zaprogramowane na tym jachcie: niemożliwość niesie­nia w tym rejsie wszystkich świateł pozycyjnych. Więc chodzę pod topowym 360° i śpię niby spokojnie, choć przecież to światło nie chroni mnie. Czy nie prościej nie nosić nic i liczyć tylko na rachunek praw­do­po­dobieństwa? Na tych przestrzeniach trafić na statek to tak, jak trafić w 5-tkę w Toto Lotka. Nigdy mi się to nie zdarzyło.

 

 

Dzień 49, 30 VII 79, poniedziałek

Dzień zleciał pracowicie, choć niczego w zasadzie nie dokonałem. Pozycja w kulminacji wykazała, że przeszedłem za daleko od Santo Antão, poza tym wiatr osłabł, jacht wlókł się 3 węzły.

Postanowiłem sprawdzić i ewentualnie wyczyścić dno jachtu. Nadmuchałem ponton, podłogi, przygo­to­wałem fajkę, maskę, szoty. Wtedy wiatr ożył nieco, jacht szedł 4 węzły. Odłożyłem sprawdzanie na inną fluatową okazje.

Sprzątnąłem fok pasatowy, genua poszła na prawą burtę, grot również, stanął bezan. I idziemy ostrym baksztagiem na Santo Antão.

Wstałem o 10-tej, przedtem znalazłem tylko dwie latające ryby na pokładzie. Były na obiad z dwoma jajkami i sałatką paprykowo-ogórkowo-cebulową. Byłem głodny, smakowały. Parę razy wyciągałem linkę z hakiem z zamiarem dosmażenia kawałek ryby. Niestety, nic.

Po południu zrobiłem drugie zestaw łowczy z haka na niezbyt wielkie ryby (ciężki sprzęt sklarowałem i scho­wałem). Jutro wypuszczę go na bosaku, dziś zastał mnie zmrok przy tej robocie.

W kulminacji Słońce po raz ostatni bawiło się w chowanego, z lewej burty przeszło mi przed dziobem i wyszło po prawej, zza foka pasatowego. Miałem je zaledwie 47’ od zenitu. Jutro będzie za bezanem, na północy.

Temperatura pod pokładem o 16-tej wynosiła 31°C. Na pokładzie, w cieniu żagla, gdy dmucha co najmniej 3°B, jest przyjemnie, upał nie dokucza. W dalszym ciągu nie widzę statków, nie ma również delfinów. Co się dzieje na tym Oceanie?

 

 

Dzień 50, 31 VII 79, wtorek

To jeszcze jakby wczorajszy dzień, tyle że jest 25 minut po 12-tej w nocy. Flauta. Ale teraz nie zejdę pod dno, po ciemku nic nie zobaczę. Więc siedzę przy świeczce, popijam Adamowy koktajl, dopisuję do listów po parę zdań, a wokół ciemna noc, żadnego światła statku.

Wołałem uporczywie Gdynię Radio na 8 i na 12 (na obu 12-stkach). Na drugiej 12-ce słyszę tylko traffic list po włosku. Najbardziej żal mi tej energii – 2 A na godzinę, którą wyświecam na topowym, gdy śpię. Nikogo, absolutnie nikogo tu nie ma! Komu pokazuję to światło?

 

 

Dzień 51, 1 VIII 79, środa

Dzień wczorajszy był nieciekawy, słabe wiatry. Przebieg dopołudnia 97 mil, z tego 13 darowanych przez prąd. Chciałem przejść w widoczności Santo Antão, od popołudnia wypatruję. W nocy spałem z budzi­kiem na co godzinę, od 24 aż po 7-mą rano. Świateł na wyspie żadnych. Nad ranem zobaczyłem światło statku. Czyżby mnie prąd zniósł tak daleko na West? Zresztą ten kurs przy słabych wiatrach był bardzo rozmaity. Dopiero o 7 rano, gdy już był dzień, zobaczyłem w namiarze 60° zarys bezbarwny potężnego kolosu wyspy. Była oddalona o około 40 mil. Gdy wstałem na dobre o 9-tej, tylko sam czubek szczytu o wysokości 1979 m. wystawał znad warstwy chmur. Cała już nie pokazała się. Po południu zrobiłem parę zdjęć.

Od 9-tej kompletna flauta. Zrzuciłem genuę i grota, spuściłem ponton i przesiadłem się na niego, z maską. Zanurzając głowę pod wodę widziałem doskonale dno. Jest czyste, nie ma kaczenic, nie ma też wodoros­tów. Z pływaniem na pontonie wcale nie jest tak prosto. Jacht przechyla się na boki na martwej fali, ponton wciąga czasem pod jacht, trudno się na nim utrzymać. Najlepiej byłoby wejść do wody z fajką i maską. Wró­ciłem w płetwach, żeby popływać koło jachtu. Bałem się… rekinów! Wróciłem na jacht i wtedy przyszła mi odwaga i wielka ochota na kąpiel. Uwiązałem się linką bezpieczeństwa, założyłem maskę i fajkę i zszed­łem po szczeblach na rufie. Jacht wierzgnął, o mało nie wpadłem do wody – umoczyłem tylko tyłek, i des­pe­racko wygramoliłem się z powrotem na pokład. Bałem się, że potem mogę nie dać rady wspiąć się z sa­mej wody, mimo szczebli, trzeba przecież podciągnąć się na rękach? Nie wiem czego dokładnie się bałem.

Wyciągnąłem ponton, umieściłem go na dziobie, wymyłem starannie wiaderko na śmieci, napełniłem ponton wodą oceaniczną. No i miałem wspaniałą kąpiel w wodach oceanu, i to kilkakrotnie, żeby sobie dogodzić. W kąpieli wypiłem flaszkę piwa z sokiem. Słońce parzy, chodziłem w chusteczce na krawacie wokół bioder (żeby nie poparzyć najczulszego miejsca, tam gdzie nie ma skórki)

Myłem pokład, nadbudówkę, spłukałem resztki ryżu spomiędzy gretingów w kokpicie. Zrobiłem pranie: do wiadra z morską wodą nasypałem cypiska i zamoczyłem brudy do jutra. Zobaczymy.

Po 16-tej, gdy klarowałem mapy i szukałem Cape Verde, Fortaleza (nr 367), dmuchnęło. Z fordewindu! Postawiłem genuę, przeniosłem ją na motyla na lewą burtę na spinakerbom. Stanął z wytykiem ze spinakerbomu fok pasatowy na prawej, grot na prawej, bezan w dół. I idziemy.

LĄDU JUŻ WNET NIE ZOBACZYMY!

Na obiad ryż z konserwą. Smakował. W nocy, skoro wstawałem i lustrowałem morze co godzinę (pilnie wypatrując Santo Antão) wcale nie świeciłem topu.

 

 

Dzień 52, 2 VIII 79, czwartek

Wstaję rozbity, słaby, zmęczony; 28° pod dekiem i na górze w cieniu. Z trudem robię owsiankę.

O 5-tej rano zerwało mnie z koi tłuczenie na pokładzie. Wyskoczyłem nago i boso z latarką, rozpięła się sznaps-szekla brasu foka pasatowego przy spinakerbomie, Spuściłem trochę foka, założyłem bras z powro­tem, umocowałem dodatkowo krawatem, postawiłem, sklarowałem wszystko. Wróciłem do koi nieco wychłodzony.

Wczoraj spróbowałem spać w kokpicie. O 22-giej urządziłem sobie legowisko na kocu, pod głową materace pontonu. W piżamie. Myślałem, że to wystarczy. Potem przyniosłem koc, żeby się przykryć, potem płócienną czapeczkę. Sen nie przychodził. Księżyc świecił w połówce rosnącej, mocno poziomy, jak miska, gwiazdy świeciły. Długo patrzyłem na nie, po czym znowu zamykałem oczy, aby po chwili znów patrzyć na niebo.

Wtem usłyszałem jakieś świńskie pomruki za burtą i zobaczyłem podejrzane postacie w świetle księżyca. Najpierw ogarnął mnie niepokój, może to orki? Nie, to były delfiny, ale płynęły jakoś dziwnie, nie wyskakiwały całe z wody, jak zwykle, lecz wystawiały na powierzchnię płetwę grzbietową, wtedy wydając pomruk oddechu. Płynęły chwilę wzdłuż jachtu, po obu stronach. Po pół godzinie jeszcze kilka sztuk przeszło koło jachtu. Przy okazji wędrówki delfinów na moich oczach wpadła na pokład latająca ryba.

Wróciłem do koi. W nocy śnił mi się Bartek Pisz. Wleczemy się. Słabiutki wiatr z fordewindu wykończył mnie. Ręce bolą od pracy, inne mięsnie sflaczałe i ciężkie. W sercu brak życia, brak ochoty do czego­kol­wiek. Szklanka kawy sztucznie pobudza serce, lecz nie wykrzesa z niego energii.

Przed południem wybrałem hak, ten drugi, wspaniały zestaw łowczy, w którym tyle nadziei pokładałem. Hak był odgryziony razem z 2-metrową stalówką. Został tylko depresor z resztką linki stylonowej, nie ścięty, lecz jakby przetarty, kończący się coraz cieńszym strzępkiem (linka grubości 2 mm, z motka zaku­pio­nego w ZDG w Gdyni).

Coś to wszystko nie jasne i niewyraźne. Co się działo w nocy? Czyżby delfiny narozrabiały, a gdy jeden wziął hak drugi mu przegryzł i przetarł linkę stylonową, tuż za stalówką? Ale gdyby 100-kilowe stwo­rzenie chwyciło hak i szarpnęło się na nim, prędzej by urwało stalówkę lub złamało bosak, użyty jako wytyk prostopadle do jachtu.

A więc straciłem jeden hak i jeden krętlik, kutasika kolorowego dorobię. Zabrałem się do tej roboty, która trwała parę godzin. Przerwałem ją tylko na dwie linie pozycyjne i kulminację. Pozycja zdumie­wa­jąca! Zupełnie gdzie indziej szedłem niż trzeba. Zamiast 180°, no – 170°, wyszło 140°! W kierunku wyspy.

Oh, dear! Natychmiast skorygowałem Michała i o dziwo, posłuchał. Inna rzecz, że nieco mocniej dmuch­nęło. Wypuściłem za burtę starannie i fachowo wykonany zestaw 3, prócz depresora dałem jeszcze gumę z ekspandora. Wyprałem zamoczoną wczoraj bieliznę, nawet ujdzie; wypłukałem ją wlokąc przez dwie godziny na linie, po czym powiesiłem.

Tymczasem zażyłem kilkakrotnie wspaniałej kąpieli w „Pokładowym Basenie Kąpielowym marki Zefir, Grudziądzkich Zakładów ‘Stomil’”. Po każdej kąpieli plażowanie na pokładzie w stroju dwuczęściowym: sombrero i ciemne okulary. Minimalna szybkość 4 węzły i właściwy kurs, to podstawa zadowolenia na jachcie.

Mimo wczesnej godziny – 17.00, zrobiłem sobie koktajl, aby jak najbardziej upodobnić ten luksus do tego, jaki widziałem na Playa Imperial na Gran Canaria, gdzie wzdłuż plaży, równolegle do linii morza, po przeciwnej stronie ulicy stały stoliki pod parasolami, obsługiwane przez barmanów. Koktajl był ciepły, tak jak temperatura pod dekiem, rzędu 30°, więc szklankę owinąłem mokrą ścierką, Parująca woda, po kilku okładach, obniżyła temperaturę płynu o kilka stopni.

Dla dodania sobie znaczenia, rozmaiłem po angielsku z piękną dziewczyną obok:

What about having a drink and a diving in our splendid ocean-basin, Darling?

With you always, Hen, but care about me, because I don’t swim.

Do you enjoy the travel, my nice and beautiful Princess?

Like never before, my Sailor.

Jakie to piękne wszystko: 4,5 węzła, kurs 180°, księżniczka, basen kąpielowy, szerokość 15°N, Atlantyk dookoła, Michał pełni wachtę za sterem non stop, ryż ugotowany na sypko. Tylko że kraj, ten prawdziwy, realny, mam ciągle za rufą, a przed dziobem południowy Ocean zimą i wiosną, na zakończenie Horn, nazywany Nieprzejednanym Przylądkiem, który raz opłynąłem, w zespole, poznałem i nie lekceważę.

My dearest one, my Princess, let’s go to have a lunch.

Na obiad był ryż z curry, na maśle, z konserwą, obfitą ilością czosnku, cebulką i sałatką papryko-ogór­ko­wo-cebulową.

Noc księżycowa, znów wizyta delfinów, tym razem tylko kilka sztuk (Ściągnąłem na godzinę oba zestawy łowcze). O 22-giej poszedłem do koi z budzikiem na 24.00, następnie na 03.00. Ponieważ było pochmur­no, księżyc niewidoczny, zapaliłem topowe.

 

 

Dzień 53, 3 VIII 79, piątek

O 6.30, choć jeszcze ciemno, zgasiłem topowe. Wstałem o 9-tej. Wiatr skręcił na ENE, jacht szedł byle gdzie, w amazońskie krzaki. Sprzątnąłem foka pasatowego, grot i genua poszły na prawą burtę, stanął bezan no i idziemy na S, z początku nieśmiało 3 węzły, wkrótce, gdy wiatr wzrósł do 4° – szybkość wzrosła do 4,5 a nawet do 5 w.

Kąpiel w basenie, owsianka, visolvit (pierwsza dziś), pozycja, znów kąpiel. Na obiad resztka ryżu z czosnkiem, OSTATNIĄ CEBULKĄ i curry. Ale dobre! Po południu zrobiłem zestaw łowczy na kalmary (łowy nocne). Po 21-szej próbowałem tych łowów, świecąc latarką koło rufy. Nie mam widać wędkarskiej cierpliwości, po 15 minutach znudziła mi się zabawa. Gdybym wiedział na pewno, jak to należy robić, bawiłbym się dłużej. Czy kalmar dogoni jacht idący 4 węzły? Ruchy pionowe narzędzia są iluzoryczne, choć obciążony przecinakiem, zabierany jest szybko przez prąd. Trzeba to inaczej wymyśleć i chyba łowić przy szybkości nie większej niż 2 węzły.

Około 21-szej przeszła nad jachtem duża czarna chmura deszczowa. Przygotowałem się na łapanie deszczu z rynny, nawet wąż doprowadzony był do kanistra. Myślałem też wykąpać się, mydło też było pod ręką. Niestety, z chmury nie spadła ani kropla.

Zacząłem czytać „Księgę z San Michele” Axela Munthe’a. Zabrałem się równocześnie do szycia rynny pod bom bezana. Może jutro skończę. Parę razy przed i po południu zażywałem kąpieli w basenie jachto­wym.

 

 

Dzień 54, 4 VIII 79, sobota

Nie mogę spać po nocach. Była czwarta, gdy ostatni raz wstawałem. Zaświeciłem topowe. Wstaję ciągle, łażę po jachcie, ustawiam Michała, sprawdzam kurs i wybieram liny łowcze. Na zestawie kalmarowym coś było, myślałem, że to strzępy, ramiona kalmara, zdjąłem z wielohaka i rzuciłem do wiaderka. Po sprawdzeniu za dnia okazało się, że to dwa ramiona – po 12,5 cm – małej ośmiornicy. Jej odrosną, a te zjem ja. Ośmiornicę można by hodować jak szczypiorniak, co jakiś czas odcinać ramię i konsumować.

Gdy zasnąłem, budzik zerwał mnie przed 7-mą, żeby zgasić światło. Zasnąłem ponownie, wstało Słońce i pojawiła się mucha, uporczywa, dokuczliwa, zbudziła mnie ostatecznie. Wydałem jej wojnę.

– Choćbym nic innego dzisiaj miał nie zrobić, ciebie upoluję!

I upolowałem.

11.45. – Na kursie (kursem na W) tanker, odl. 3 Mm. Szyłem lejek do rynny bezana, kawa mnie chyba dobiła. „Hiszpan nie pije piwa przed południem, ale wino tak”. Zrobiłem sobie szklaneczkę pół na pół z syfonem. Ugotowałem ryż na sypko.

Wielka chmura niosła deszcz (i wiatr). Do nałapania deszczu przygotowałem ponton, skorupę, wiadro pod bezanmaszt i tent przed bezanmasztem (rynna pod bomem grota z kanistrem była wcześniej przygo­towana). Ten wiatr najpierw skręcił na S i wzmógł na sile. Tent zaczął szaleć.

– Ot, dakronowa szmata, a miał to być patent Stoczni do łapania deszczu! – i zdjąłem to z dezaprobatą.

Z wielkiej chmury mały deszcz, mżawka, nawet zmoknąć nie dało rady, a cóż dopiero wykąpać się. Z kanistra przywiązanego do grotmasztu uzbierało się 4,5 litra wody, z wiadra pod bezanem 1 litr. Zlałem to do małych, 5-cio litrowych kanistrów, woda ma trochę smak soli (żagle nie było dobrze spłukane). Tamte 4,5 zużyję do gotowania makaronu, ten litr posłuży do świetnej kąpieli.

Nie wiedziałem, kiedy te znikome dwa ramionka ośmiornicy skonsumować. Ugotowałem je w małym garnuszku. Gotowałem pół godziny, były twarde; okazuje się, że ośmiornicę, niezależnie od wieku, należy gotować co najmniej 1,5 godziny. Potem podsmażyłem to na masełku i użyłem jako zagrychy pod koktajl. Owszem dobre, tylko za twarde.

Przy ostrym wietrze wyłączam Michała, jacht przechodzi na SN (samosterowność naturalna). Gdy sytuacja wróciła do stanu wyjściowego, włączyłem Michała.

Oddalam się od Słońca, idę ku zimie. Przed zmrokiem siadłem w kokpicie z „Książką z San Michele”, ale już w dresach. Było pochmurno, Księżyc w azymucie Esterly, po lewej burcie, jak miska do góry dnem, nieco skośna.

Dziś w 54 dniu skończyła się woda pitna, zabrana do kanistrów plastikowych, 75 litrów, co daje 1,4 l/dzień.

Refleksja po słuchaniu BBC World Service: Narody odpowiadają za swoje okrucieństwa. Zmiana ustroju, prezydenta czy partii, nie zmaże winy narodu.

 

 

Dzień 55, 5 VIII 79, niedziela

Noc była tak jasna, że poszedłem spać bez światła topowego (zaświeciłem o 3.30). O 24.00 wpisałem stan logu, sprawdziłem zestawy łowcze i do koi. Zbudził mnie deszcz, przez otwarte okno kokpitowe lało na mnie. Zamknąłem okno, zasunąłem suwklapę i założyłem markizę. Wróciłem do koi. Pod grotmasz­tem przytwierdzony był 20-litrowy kanister z wprowadzoną rurką z rynny.

Znów się zbudziłem. Snop światła latarki na kanister poderwał mnie, był pełny, a deszcz jeszcze nie był ulewny. Szybko wymieniłem kanister, deszcz rychło ustał. Rano spróbowałem wodę, doskonała, bez smaku. Uzdatniłem więc 20 l deszczówki tabletkami Sal Vichy. Po południu skończyłem szycie rynny pod bom bezana.

Przed południem w deszczówce zebranej w pontonie (niewiele) urządziłem kąpiel. Do wody zebranej w skorupie wlałem tę z pontonu, dodałem cypiska i zamoczyłem resztę brudnej bielizny i pościeli. W zestawie nr 2 został odgryziony hak razem ze stalówką.

Od dziś rozpoczynam konsumować wodę pitną ze zbiorników jachtowych, mieszając ją z uzdatnioną deszczówką.

Po robocie, po południu, siadam z książką, goły, w kokpicie, lecz po zapadnięciu zmroku robi się chłodno, W dzień Słońce już nie praży. Piękny jest świat, gdy jest niespokojny. Morze i góry – morze oglądane z pokładu pasażerskiego statku jest to samo co góry widziane z balkonu schroniska. Dopiero gdy się dotknie skalnego chwytu i zobaczy próżnię pod sobą, góry nabierają smaku ostrego, a ich piękno zamie­nia się w chleb. Dopiero gdy się człowiek znajdzie na pokładzie małego jachtu żaglowego, w dodatku sam na bezkresach oceanów, gdy miesiąc za miesiącem mija, a przed dziobem ciągle te trzy przylądki, leżący na dnie duszy niepokój okrasza mijające dni i noce.

Nigdy jeszcze nie byłem 55 dni sam na morzu, najwyżej 6. Lubię się wpatrywać w generalkę Atlantyku, teraz już widać przebytą drogę wykreśloną krótkimi kreseczkami. Przekroczyłem 4 tysiące mil, 2,5 razy więcej niż miałem ich przedtem w żegludze samotnej. Porównania są tak niewymierne, jakby dotyczyły innych wartości, 5 dni a 55 dni. Człowiek zrobi tyle, na ile się nastawi i 55 czy 355 w samotnej żegludze nie wyczerpie go bardziej niż 5 dni. Mam na myśli pierwszy rejs na „Darze” w październiku 78.

No tak, teraz nie mam awarii, wszystko zostało zabezpieczone, ściągacze powiązane drutami przed rozkręcaniem. Ale awarie mogą przyjść, czego się najbardziej obawiam.

 

 

Dzień 56, 6 VIII 79, poniedziałek

Nie boję się śmierci, tak mi się przynajmniej wydaje, lecz pragnę żyć, bardzo pragnę. Ten rejs jest jedno z zadań mojego życia, które muszę i chcę wykonać. Może przyjdzie kiedyś taki rejs, z którego nie będzie mi zależało wrócić. Ale będzie to rejs na jachcie małym, wielokrotnie tańszym od tego, na którym płynę. Nie dla mnie trumna za 7 milionów.

Pierwszy tropikalny deszcz! Wiatr 6. Nie zrzuciłem, ani nie skróciłem żagli, gdy ocean był sieczony przez deszcz. Z grota, z rurki spod rynny lało się jak z kranu, napełniłem pozostałe dwa kanistry 20-litrowe oraz dwa 5-litrowe. Wszystko jest pełne, mam 80 litrów deszczówki. Bieliznę w skorupie przepłukałem obficie w dwóch wodach. Sam się wykąpałem z mydłem pod naturalnym prysznicem. Gdy myłem głowę, uszy i twarz namydlone, przyszło mi do głowy pytanie: co by było, gdyby w tej chwili przestało padać, a wiatr stężał do sztormu? Jak zrzuciłbym genuę?

– Z pamięci, please don’t worry about.

Tak, poznaję ten Ocean, widziałem takie gwałtowne deszcze tropikalne, kąpałem się w nich, łapaliśmy wodę. Teraz łapię ją na skalę przemysłową. „Dakronowa rynna typu ’Dar Przemyśla’” wejdzie na wyposażenie wszystkich polskich długich rejsów.

Gdy byłem sternikiem jachtowym, szliśmy na „Jurandzie” pod Wojtkiem Michalskim przez Duży Bełt. Była noc, zza chmur wyjrzał Księżyc. Wojtek wziął gitarę, uderzył w struny, zaśpiewał. Za sterem stała Dobrowolska. Ktoś przyniósł pół litra. Na wschodzie majaczyły w cieniu księżycowego światła lasy Sjœlandu. Wypiłem kieliszek i poszedłem na dziób, aby być sam i pomarzyć. Ta ciemna linia majaczącego lądu… mogła być również brzegiem Tahiti…

Dziś Santo Antão czy Madera służą mi do namiarów, Księżyc do oszczędzania akumulatorów. Księżyc nie wzbudza tęsknot, obserwuję go jak lekarz, gdy z sierpa zmienia się w miskę, kładzie się śmiesznie w tropikach, aż przewraca się na plecy po drugiej stronie kuli ziemskiej. Na półkuli północnej, u nas, gdy ma kształt litery D, znaczy, że „dobiera”, rośnie, idzie ku pełni, rogi ma na zachód.

Tymczasem w Argentynie uczono nas w szkole o Księżycu: „cuernos al oriente, cuarto creciente” (rogi na wschód, ćwiartka rosnąca). Odwrotnie niż w Europie. Co za kontrast, ocean stał się ziemisty, beżowo-popielaty, a niebo, na dwie godziny przed zmrokiem, koloru ultramaryny. Ale tylko nad zachodnim horyzontem, wyżej jest wyblakłe, spłowiałe, mętne. Na wschodzie cięższe od innych nimbusowate cumulusy grawitują nad horyzontem i niemal dotykają kręgu, wczepione pierzastymi mackami w wyższe partie kopuły.

Jacht idzie mlaskając na S pod „dwójką” z W. Kończy się pasat NE (ф = 8°N). Tutaj waruje dużo wiatrów z S. Zobaczymy.

 

 

Dzień 57, 7 VIII 79, wtorek

Skończył się pasat NE. Wczorajsza wielogodzinna flauta, a następnie SW i SSW to sygnał zakończenia tamtego etapu. Teraz pas ciszy równikowej. Na razie spycha mnie mocno na E, tak zresztą jak na mapie „Ocean Passages for the World”. Olbrzymi kawałek oceanu muszę przemierzyć prawym halsem, kursem na Afrykę, aby gdzieś na szerokościach 4°N położyć się na lewy hals, pod SSE, aż po równik. Załatwiłem również sprawę obwodu 6 V do logu – zrezygnowałem z jego wykonania i to nie z lenistwa. Można przecież ratować się jeszcze płaskimi bateriami (dodając jedno ogniwo do baterii).

Michał pracuje w bajdewindzie. Kiedy to wszystko zacznie się psuć? Aż trzy statki zobaczyłem w południe. Ostatniego, który przechodził najbliżej (ok. 3 mil), wołałem na kanale 16 (red vessel). Nie słuchano.

W nocy nie spałem chyba do 5-tej, nie mogłem zasnąć. Noc była tak jasna, księżycowa, że wcale nie świe­ciłem topowego. O 20-tej szybkość zero, lecz kurs doskonały. Trudno wymagać od jachtu efektu, gdy nie ma napędu.

O 21-szej pruję 5 w., dmucha 4°B, życie znów cieszy. „Secret service” kończy BBC: „That’s why we hate spys and admire Intelligence” (oto dlaczego nienawidzimy szpiegów, a podziwiamy własny wywiad). A to jest to samo, różnica tylko – z której strony widziany. Swój – to wywiad, obcy – to szpieg.

 

 

Dzień 58, 8 VIII, 79, środa

Miło jest zasypiać ze świadomością, że idzie się dobrym kursem, w świeżej, pachnącej wiatrem i czystoś­cią pościeli.

Rano, około 6-tej, przebudził mnie szum: deszcz i silniejszy wiatr, jacht szedł 6 węzłów.

– Deszcz, silniejszy wiatr skręcający w prawo, jacht pójdzie na S, po czym wszystko wróci do stanu po­przed­niego – pomyślałem na pół śpiąc. Wstałem, rzuciłem okiem na kompas, rzeczywiście 180°. Zasną­łem spokojnie.

Gdy około 9-tej popatrzyłem znowu, jacht szedł na E, jakieś 100°. Zrobiłem zwrot, poszedł na W. Po go­dzi­nie znowu zwrot. Jak przebrnąć te kilka stopni, do 5°N? Tam powinienem mieć SE i lewym halsem dojść do równika. Teraz rozumiem ten zakręt w kierunku Afryki na mapie Sailing Ship Routes, docho­dzą­cy na szerokości 5°N aż do 18°30’W. A ja chciałem to ściąć… i skrócić trasę!

A więc znów duża doza cierpliwości. Ponieważ w takich sytuacjach człowiek zbyt często zagląda do szklanki, wydałem sobie zakaz konsumpcji napojów alkoholowych aż po równik (za wyjątkiem pół szklanki wina do obiadu).

Ponton był pełny deszczówki. Rano mycie, w południe kąpiel w słodkiej wodzie, ot luksus!

Dalej „Księga San Michele”. Niestety, rozczarowuje mnie, nie tego oczekiwałem od niej, jak dotąd. Na razie są to tylko przygody lekarza, często dość pyszałkowate.

Następny rejs tego typu, jaki bym chciał wymyślić, to np. „rok lub dwa na Atlantyku”. Nigdzie się nie spieszyć, chodzić jak wiatr poprowadzi, tylko w tropikach, szwendając się od jednego krańca po drugi Atlantyku. Rejs na długość permanencji non stop na morzu.

Nie odczuwam zniecierpliwienia w tym obszarze ciszy oraz przeciwnych wiatrów. Jest mi dobrze, gdzie się spieszyć? Do ryczących czterdziestek? Do zimy i dzikich oraz zimnych sztormów?

 

 

Dzień 59, 9 VIII 79, czwartek

Zmieniają się czasy, dawno nie widziałem tak gniewnego morza jak dziś. Wczoraj przed północą przyflau­ciło, zrzuciłem genuę i poszedłem spać. Zbudziłem się, gdy przyszedł wiatr. O 2-giej postawiłem genuę i poszedłem spać. Gdy za dnia spojrzałem na ocean, był ponury, rozdmuchany do 5 (z bajdewindu), z falą, mruczał w takielunku. Potem zrobiło się 6. Kilkakrotnie zastanawiałem się nad zamianą genui na coś mniejszego. Zdublowałem jej szot i na tym stanęło).

Kulminacji nie miałem, chmury. Lecz o 15-tej pokazało się Słońce i zrobiłem linię. Idziemy na Afrykę 120°. Tak trzeba, niestety. W nocy wstawałem kilka razy ubierają się w sztormowy kombinezon. Mżawka, deszcz. A wokół śruby czy steru zaplątała się linka, powodując drgające uderzenia w kadłub. Wibracje usunąłem, lecz linki nie dałem rady odplątać.

Trzy zegary pełniące rolę zapasowych chronometrów (wszystkie na GMT) ująłem w karby dziennika. Uzupełniłem również kartotekę prowiantu wpisując ilości oraz dodatkowe pozycje z faktur Baltony.

W końcu wolę ten wiatr z S niż flautę.

 

 

Dzień 60, 10 VIII 79, piątek

O 6-tej rano szedłem 110°, więc zmieniłem hals. Mamy SSE, czy to początek pasatu SE? (ф = 5°20’N). Tym kursem doszedłbym do równika.

Trzy jaskulce latały długi czas koło jachtu. Nie czuję się dobrze.

 

 

Dzień 61, 11 VIII 79, sobota

11 godzin w koi. Wczoraj, z kurami poszedłem spać, jeszcze się nie ściemniło dobrze. Tylko dwa razy wstawałem, żeby zobaczyć w Almanachu, o której wyjdzie Księżyc, drugi raz, nad ranem, o 3.30. Noc jasna, bezchmurna, kurs fantastyczny – 200°. Sprawdziłem na mapie, jestem na szerokości 3°50’N. Spodziewałem się, że od 4°N będę miał SSW-SW, rzeczywistość była lepsza, mam go od 5°25’N. Skoro trwa, to chyba jest to już pasat SE?

Śniło mi się, że mam dodatkowy, piąty akumulator, który leży w kokpicie. Chciałem go koniecznie łado­wać, a ponieważ nie ma dla niego obwodu, grzebanie w przewodach i przełączanie, z czym miałem wiele kłopotu i niepokoju, że źle coś połączę.

Od pozycji ustalonej dwiema liniami przedpołudniowymi oraz linią z kulminacji, na jachcie nastąpiło pod­nie­cenie: mamy tylko 2°29,4’ do równika! Wykręciliśmy 146 TM. Z różnicy wskazań logu tylko 108, ta różnica chwilowo napędza mi trochę niepokoju. No cóż, Słońce i sekstant są ważniejsze i wiary­god­niej­sze, nie wiem dlaczego log tak zwalnia, baterie jeszcze nie powinny być wyczerpane.

Z mapy nr 367 „Cape Verde to Forlaleza” zorientowałem się dzisiaj, że miejsce gdzie wczoraj o 6 rano zro­biłem zwrot, a potem zapytywałem się, czy to już pasat SE, leży rzeczywiście na linii opisanej „Average Boundary of South-Westerly Winds in August”. Czyli to jest pasat SE!

Jeżeli tak pójdzie, jutro pod wieczór mogę być na równiku. Postawiłem kliwra III, niech i on ciągnie. Na obiad ostatnie ziemniaki, ugotowałem je w deszczówce, z konserwą wieprzową, czosnkiem, papryką konserwową były wspaniałe.

Selena zaczyna fiksować, jakby czasem nie było styku.

Po południu pisałem dla „Życia Przemyskiego”. Bandera, która ani razy nie była zdjęta, wypłowiała i mocno wystrzępiła się na wolnym liku. Dlaczego? Przecież nie było sztormów! Czy cztery i pół tysiąca mil wystarczy, aby wykończyć banderę?

– Eh, Bandero! Gdyby każdy Twój syn miał się kończyć po czterech tysiącach mil, nie starczyło by Ci narodu! Wytrzymaj jeszcze trochę, zamienię Cię na nową na południowym Atlantyku, w zimie!

 

 

Dzień 62, 12 VIII 79, niedziela. Równik

Wyraźny niepokój ogarnia człowieka, gdy dwie dane nie zgadzają się z sobą. Pozycja dzisiejsza, z trzech linii przedpołudniowych, w tym jednej z Księżyca, który świecił za dnia, równocześnie z liniami ze Słońca, z kul­minacji, oraz linia popołudniową ze Słońca, jest niezbita: ф = 0°48,5’N. Za ostatnią dobę jacht przebył 119 mil. Natomiast według logu przebieg wynosi 89 mil. 30 mil różnicy, to 25%. Patrząc na Routeing Chart nie widzę prądów, które dodawałyby przebiegu. Prądy są, ale boczne.

Co się więc dzieje? Krasnoludki ciągną mnie w nocy, gdy śpię? Delfiny pchają?

Kontrolowałem skrupulatnie błąd indeksu, jest taki jaki był. Czas mam dokładny, radiowy sygnał czasu odbieram kilkakrotnie dziennie, prowadzę oddzielną rubrykę dla każdego z czterech chronometrów (z których tylko jeden jest prawdziwy, trzy – to pomocnicze zegary). Mimo to wierzę w pozycję astro­no­micz­ną. Albo są jakieś prywatne prądy, które mnie niosą, albo log rozkalibrował się i wskazuje mniej… mniej ponad milę na godzinę?

Ładowanie akumulatorów. W południe wymieniłem olej w agregacie. Niesłychana papranina.

20.30. – KRZYŻ POŁUDNIA! I to wysoko, α Crux = 13°43’ nad horyzontem! Gdzie ja miałem oczy wcześniej? Rozpoznałem również α Centauri z konstelacji (Proxima lub Tolimak) oraz β Centauri.

23.00. – RÓWNIK – λ = 24°00’ W.

 

 

Dzień 63, 13 VIII 79, poniedziałek

Według tych orientacyjnych wskazań logu wyliczyłem, że o 4-tej dzisiaj będzie równik. Nastawiłem budzik na 4-tą i poszedłem spać. O 4-tej wystrzeliłem rakietę (białą spadochronową) w stronę Księżyca.

Dopiero po paru liniach astronomicznych, w tym z kulminacji, wyszło, że log jak zwykle wskazuje za mało. Równik przecięliśmy wczoraj o godzinie 23.00 na długości λ = 24°00’W. Przebieg dobowy wynosił 147 TM. Według logu 99 mil, na oko widać, że mocno zaniżony. Jacht pruje, poluzowałem trochę żagle, postawiłem kliwra III. Log wskazuje 5,5 węzła, na oko widać, że idziemy 6,5, do 7 węzłów.

Trudno powiedzieć, czy Atlantyk Południowy uszczęśliwił mnie. Na tej półkuli tylko jeden fakt jest miły i bliski sercu, ze tu żyje moja Matka, wszystko inne na tych oceanach, zwłaszcza o tej porze roku, choć dopiero dalej na południu, jest groźne, złe i niegościnne. Człowiek spieszy się tylko, gdy idzie ze złego w dobre, nie zaś gdy z dobrego w złe.

O 17-tej obiad, makaron z curry i czosnkiem, na szynce, z papryką konserwową – wspaniały. Ze szklanką wina z syfonem urządziłem chrzest równikowy, Gratulowałem jachtowi przebytej drogi, życzyłem dalszej szczęśliwej żeglugi i nadałem mu imię Baltica.

– Nadaję ci imię Baltica, co znaczy „bałtycka”, gdyż jesteś pięknością bałtycką. Zdrobniale będę cię wołał Balti.

– A ja ciebie chrzczę…

– Co? Ja byłem aż dwa razy chrzczony na równiku, a przekraczałem go cztery razy.

– Ale nie byłeś chrzczony przez jacht.

– Od kiedy to jachty chrzczą swoich żeglarzy?

– Od kiedy żeglarze chrzczą swoje jachty.

– Dobrze Balti, działaj.

– Nadaję ci imię Hen.

– Hen? Od Henryka czy od dali?

– Od dali.

Potem wycałowaliśmy się serdecznie. A siebie skarciłem za defetyzm odnośnie półkuli południowej.

– Na Bałtyku w październiku też były dzikie sztormy, a szliśmy samotnie, było zimno, śnieg i grad, nawigacja była trudna w mgłach i ciasnocie Bałtyku, a przeszliśmy. Zimniej nie będziesz miał niż jesienią na Bałtyku, sztormów nie będziesz miał większych, niż te, które poznałeś przed Hornem w 1973 roku. Fal nie będziesz miał większych od 20 m, które też tam poznałeś. Wytrzymamy! Balti i Hen, idźcie śmiało! Kochacie się!

 

 

Dzień 64, 14 VIII 79, wtorek

Wstałem słaby jak nigdy, choć spałem świetnie, na swoim halsu (lewym, gdy przechył jest na prawą burtę, przy której mam koję, który tuli mnie do burty). Przepisałem sobie od dziś po jednej łyżce glukozy. Rzeczywiście, po zażyciu jednej łyżki odzyskałem siły. Lecz nie ochotę do pracy, werwę i ruchliwość. Trzeba zrobić depresor i założyć nowy hak do zestawu łowczego. Depresor to puszka po konserwie z wyciętymi denkami. Przy każdej krawędzi robi się otwór na linkę, przy przednim u góry, przy tylnym u dołu. Sprawia to, że gdy zestaw jest ciągnięty, depresor zanurza się głębiej, tak że końcowa część z hakiem jest pod wodą, a nie na powierzchni.

– Trzeba zrobić obwód 6 V do logu, trzeba…

– Mañana…

Oburzony tym wykrętem zerwałem się i wykonałem:

– osłonę z rury gumowej na ramię suportu samosteru, gdzie przy maksymalnych wychyleniach fletnera uderzał jego ołowiany przeciwciężar,

– z dwóch gąbek osłonę na wystającą (i częściowo złamaną) krawędź drewnianą przy kambuzie, o którą można się było skaleczyć.

Dziś rekordowy przebieg dobowy: 167 TM. Pasat SE jest stanowczy, 5°B non stop. Wydaje mi się, że jadę za ostro, nie wiatr mam na myśli, gdyż do wiatru idę 60°, tylko że za bardzo na S (KDśr = 196° za ostatnią dobę). Ale taki przecież mam wiatr, więcej nie mogę luzować i odpadać, stanowczo sobie tego zabroniłem.

Szybkość jest rzeczywiście fascynująca, nawet niemrawy log wskazuje 6 węzłów, a jest 7. Często rozbita fala nakrywa jacht. Cieknie mocno koło grotmasztu, każda fala strugą po maszcie wchodzi do środka.

Słyszę w BBC o sztormie w regatach Fastnet, że co najmniej trzech ludzi straciło życie, pięciu jest zaginio­nych. Sztorm dorwał ich w pobliżu Scilly Isles. Kilkanaście jachtów porzuconych, największa akcja ratun­kowa, 90 ludzi w akcji i helikoptery Royal Navy.

A tutaj taki piękny jest świat, zwłaszcza gdy zapada zmrok i później w nocy, gdy gwiazdy zapalają się na niebie, że nie mam czasu na nic innego, na pisanie i czytanie, tylko podziwiam to piękno wokół siebie. A jest ono tym śliczniejsze, ponieważ jacht idzie sam, a idzie z szybkością 7 węzłów.

– No jak tego nie przeżywać? Jak być na to obojętny? To niemożliwe, godzinami wpatruję się, wiem, że jutro o tym zapomnę, jutro będzie inaczej. Ale dzisiaj, teraz, bo tylko TERAZ się liczy, jest pięknie. Krzyż Południa ukrywa mi się za genuą, Proxima jest z lewej od forsztagu, widzę po gwiazdach, że mój kurs jest rzędu 190-195°. No i dobrze, widocznie tak musi być.

Oto co potrzebuje mój organizm: 6-7 węzłów, oceany, pasat, tropik. Cieszy mnie ta szybkość, choć wiem, że zbliża mnie do zimy. Za kilkanaście dni będę miał ZIMĘ. Szybka żegluga to najbezpieczniejsza żegluga. Im szybciej wszystko przejdziemy, tym łatwiej wrócimy do Gdyni. A gdzie moje założenia: „współżycie z morzami”?

Tratwa? Mam czyste sumienie. Brak jej to superlojalność wobec jachtu. Rodzinie ani Ojczyźnie nie robię żadnej krzywdy. Zarówno Rodzina jak Ojczyzna, przyjaciele i rodacy wolą mieć poległego syna niż żyjącego tchórza.

 

 

 

Dzień 65, 15 VIII 79, środa

Słaby jestem, fizycznie słaby. Nic mi się nie chce robić. Przebieg znów fantastyczny; 167 mil, tych twardych. Ogarniają mnie lęki: co będzie jeżeli zepsuje się samoster? Czy nie będzie ponad moje siły sterować ręcznie?

Dalsze tragiczne wieści o Fastnet Race: 15 żeglarzy straciło życie, 20 jachtów zatonęło lub zostało porzuconych, 136 uratowały róże jednostki, o wielu jeszcze brak wieści. Było 10°B. Regaty Fastnet liczą sobie 55 lat. Byli tam moi koledzy z Gdyni, Gdańska i Szczecina. Martwię się o nich.

Dziś czuję się tak słaby jak nigdy. Po większej części leżę.

 

 

Dzień 66, 16 VIII 79, czwartek

Wczoraj przed zmrokiem, czyli około 20-tej poszedłem spać, tak słabo się czułem. W koi pocę się niesa­mo­wicie, jest to oznaka braku kondycji, czyli osłabienia. No, tropiki dokładają swoje, ale tu nie jest już tak gorąco. W kulminacji Słońce było aż 20°48’ na N od zenitu. 18 lipca, tak mniej więcej, oddalone było od zenitu tylko na południe, a wtedy byłem dzień poza trawersem Vigo, lecz temperatury były tam sporo niższe.

Dziś wstałem o 9-tej, wydaje mi się, że czuję się lepiej. Śniła mi się szczupła blondynka, zaprowadziłem ją do chaty, miała piegi na ciele i ogolone włosy.

Selena dziś nie zastartowała, nie pomogły żadne manipulacje. Rozmontowałem Grundiga i Selenę, pogrze­bałem trochę w tej ostatniej, bez skutku. Nie przejmowałem się zbytnio, mam przecież w rezerwie jeszcze trzy aparaty.

Wyciągnąłem Okean – nie działa, grzebałem w nim, gałka zmiany stacji w ogóle nie chciała się kręcić, odpadła wskazówka położenia stacji. Radio nawet nie trzeszczy.

Wyciągnąłem Rygę – nie działa choć trzeszczy. Nic w niej nie grzebałem. W głowie tymczasem kłębiły się myśli, jak żeglować przez cały świat, przez 10 miesięcy bez sygnału czasu? Mam co prawda cztery chronometry (tylko jeden prawdziwy), lecz każdy chodzi inaczej. Ten prawdziwy, najdroższy (15.600 zł) to Glasshütte. Od wyjścia z Polski do 29 lipca przyśpieszył 14,5 sekundy. Od tego czasu idzie wolniej, dziś śpieszy tylko sekundę, tzn. że od 30 lipca do 16 sierpnia spóźnił 10,5 sekundy. Pół sekundy dziennie daje za 10 miesięcy 2,5 minuty, a to jest katastrofalne. Kiedy zacznie znów przyśpieszać? Gdy będę uwzględ­niał chód dobowy pół sekundy, a chronometr zmieni znak, wtedy błąd będzie jeszcze większy.

– O Boże! – jęknąłem – to początek zagłady.

Dziwne, ale byłem spokojny, dużo spokojniejszy niż wczoraj i przedwczoraj, kiedy nachodziły mnie czarne myśli: co będzie jeżeli samoster nawali?

– No cóż, w średniowieczu też nie mieli sygnału czasu, czyli dokładnego czasu. Szerokość geograficzną będę miał z kulminacji Słońca, w Afrykę, Australię ani w Amerykę nie wjadę, w Antarktydę również. Na Atlantyku w drodze powrotnej pasaty wyprowadzą mnie aż po 30°N, potem złapię West i wejdę bez problemów w kanał La Manche, mając zawsze szerokość geograficzną. A stamtąd już widać Polskę.

– Nie, brak sygnału czasu to nie jest jeszcze zagładą, do cholery!

Człowiek niepokoi się coraz bardziej, gdy wszystko działa. Gdy natomiast wszystko, albo coś zaczyna się psuć, przychodzi spokój, następuje jakby stan wojenny, gotowość do walki, do każdego działania.

– Skóry jeszcze nie dam, z dwojga bardzo potrzebnego wolę samoster niż sygnał czasu – pomyślałem, i strach mnie ogarnął, gdyż znaczyło to, że aby mnie wypróbować w tym rejsie, los odbierze mi i samo­ster. Na razie samoster pracuje bez zarzutu, tylko radioodbiorniki nawalają hurtowo.

Na koi, jak trupy, układałem jeden obok drugiego aparaty-trupy. Poszedłem po szósty i ostatni, najlip­niejszy ze wszystkich, najstarszy: Spidola. Miałem jej nie brać, została już wycofana. Wziąłem z litości. Włączyłem… nie działa. Acha, w niej nie było baterii. Przyniosłem baterie i założyłem. Działa! Spidola działa!

Z BBC ani śladu, złapałem natomiast Waszyngton w audycji po hiszpańsku: „Na wodach Peru okręty podwodne USA będą podchodziły do granicy 3 mil, nie uznając 200-milowego pasa wód terytorialnych”.

– Dobra, dobra, sygnał czasu, Amigos! – zbliżała się 13.00 GMT. O 13-tej spiker zapowiedział słownie „son las nueve en Washington” (w Waszyngtonie jest dziewiąta), a wtedy ja, w tym samym języku hiszpańskim rzuciłem tak ciężkie i długie przekleństwo pod jego adresem i jego okrętów podwodnych, że aż jacht przechylił się o 15 stopni na sterbord.

Spidolę jak delikatne i nadtłuczone jajko przeniosłem na leże z najlepszego i najsuchszego koca. O 15-tej zna­laz­łem BBC na 16,8 m i odebrałem sygnał czasu. Glasshütte za ostatnią dobę opóźnił pół sekundy, śpieszy już tylko 4 sekundy. Po pół sekundy to on spóźnia od 8 dni, na przestrzeni poprzednich 19 dni spóźniał po 0,6 se­kun­dy dziennie, przedtem przez 5 dni, od 22 do 28 lipca, szedł równo, a od 23 czerwca, kiedy założyłem „Dzien­nik chronometrów”, do 21 lipca, tj. 28 dni, przyśpieszał średnio 0,3 sekundy na dzień.

Od chronometru nie wymaga się by chodził dokładnie. Dobry chronometr to ten, który śpieszy lub spóź­nia jednakowo codziennie, czyli żeby miał stały „chód dobowy”. Takich niestety nie ma. W warun­kach jachtowych chronometr reaguje na klimat, na zmianę temperatury. Przy temperaturach powyżej swojej „temperatury pokojowej” spóźnia, w chłodniejszych przyśpiesza. Przyśpieszenia i opóźnienia są bardzo małe, lecz na przestrzeni 10 miesięcy, gdy nie będzie sygnału czasu, mogą dać duże różnice w czasie, a zatem i w pozycji (przy pomiarze wysokości Słońca zapisuje się czas z dokładnością do 1 sekundy).

Po południu, po przeschnięciu, ruszyła Ryga, tylko na 25 metrach łapie BBC, wystarczy. Ulokowałem ją w miejscu Seleny.

Ech, dopóki okręt nie leży na dnie, nie ma co myśleć o tragedii, śmierci, katastrofie, zagładzie! Naprzód, z taką aparaturą i urządzeniami, jakie się ma, a potem – bez nich. Trafimy do Gdyni via Horn, znamy tę drogę.


► dalej: TOM II (od 17 VIII do 21 XI 1979)

► wstecz: WSTĘP

► Powrót do Spisu treści

Calendar

« May 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

WIOSNA

 

Dzisiaj rano niespodzianie
zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem
przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto,
posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało...
Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku  w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce Wiosna jest pierwszą z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, jest w kantacie Wiosna (1902) Rachmaninowa, w pieśni Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i w tegoż Strawińskiego Święcie wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym  kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) – i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak  we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy.
Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...] gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to „powieść reportażowa”. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomnia­łem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale „produkcyjniaki” pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za byłą panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

 

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego: i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach  1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, że podobno mają „wueskę” znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.

 

Piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne  występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę / Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje (Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej, / najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody / i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą / uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą, / i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną) wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...",  więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych  Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]
Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

(pani profesor bardzo dziękuję za pomoc w odnalezieniu oryginału wiersza)

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud: I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu ekwinokcjum – równonocy wiosennej

Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:

święcone,
wielkanocne śniadanie,
pisanki,
śmigus-dyngus,
wieszanie Judasza,
pogrzeb żuru i śledzia.

O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg. Cytat okazał się całkiem na czasie.
Akurat na fali dekomunizacji „zniknięto” w Zamościu tablicę pamiątkową z domu, w którym się urodziła.
To sygnał, że trzeba skupować PRL-owskie stuzłotowe banknoty z Waryńskim. Niedługo pewnie fala obejmie i jego, a wtedy zakup okaże się dobrą inwestycją.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

 

MAJ...

A w maju
Zwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia,
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, maju!

Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!...

Julian Tuwim – „Do krytyków” (1920)

 

Maj – piąty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od czasownika „maić” – ‘stroić, zdobić zielenią i kwiatami’.

W staropolszczyźnie piąty miesiąc roku nazywany był „trawień” (tej nazwy używa język białoruski i ukraiński: травень ‘maj’, oraz chorwacki – travanj, ale tam tak  nazywa się kwiecień) – wiadomo dlaczego.

 

Łaciński Maius zawiera w sobie imię matki boga Merkurego – nimfy Mai.

 

Dwie dodatkowe etymologie nazwy Maius podaje Owidiusz w ks. V poematu Fasti (8 r. n.e.), traktującego o kalendarzu rzymskim.

Pierwsza wywodzi nazwę miesiąca od majestatu (Maiestas) – na przykład bogini, ale i cesarza, bo niech ktoś tylko spróbuje zaprzeczyć i powie, że cezar Majestatem nie jest!
Drugi owidiuszowski źródłosłów kieruje do starszych (maiores) – w tym wypadku senatorów rzymskich.
Na Owidiusza powołują się różne źródła i autorytety, ale jego wywody słowotwórcze mają tyle wspólnego z językoznawstwem, co kamień węgielny z węglem kamiennym.
Owidiusz był poetą i dworakiem – trudno powiedzieć, czym za swego życia bardziej. Boccaccio pisał, by się podobać damom, Owidiusz – by się podobać cesarzowi. Pierwszemu się udało, drugiemu – nie: w dworactwie poeta nie miał szczęścia, bo inaczej nie dostałby wyroku wygnania (do dziś nikt nie wie, za co). Ale tworzył i wysysał z palca, co mógł, byle tylko przypodobać się zwierzchności.
Maiestas – to oczywiste, bo bogini – boginią, ale podkadzenie imperatorowi zaszkodzić nie mogło, zwłaszcza że bogini daleko, a cesarz – blisko.
Maiores – a czy źle było zaskarbić sobie niewinnym pochlebstewkiem życzliwość starców? Którzy – czy ich cesarz lubił czy nie – wciąż jeszcze coś mogli i o czymś tam decydowali.
Zresztą, na zasadzie świeczki i ogarka, Owidiusz nazwę następnego miesiąca, Iunius, w następnej księdze tego samego poematu wywodzi od słowa iuniores ‘młodzi’. Tak że Owidiuszem nie ma sobie co głowy zawracać.
Z równym powodzeniem moglibyśmy wywodzić nazwę „maj” od nazwiska Żemajska (i opiewać piękność obojga), gdyby tylko celem do sforsowania była dla nas twierdza piękności tejże damy. Albo – ogarnięci górnolotnym zapałem – moglibyśmy twierdzić, że z całą pewnością przodkowie nasi miesiąc „maj” nazwali od hasła „Trzymajmy się!”, co było nawiązaniem do szczytnych tradycji, woli przetrwania i misji dziejowej dającej nam pierwszeństwo nad innymi, a maj, jako symbol wiosny i odrodzenia… i tak dalej, i dalej.

 

Tak czy siak, nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Druga dekada maja jest na ogół bardzo chłodna, więc klimatycznie ten miesiąc też raczej zaprzecza swej symbolice i w tym kontekście fraza a w sercu ciągle maj brzmi co najmniej dwuznacznie, jak zresztą wszystko w poezji Jeremiego Wielkiego.
Ochłodzenie majowe jest zjawiskiem klimatycznym charakterystycznym dla całej Europy Środkowej: po okresie utrzymywania się wyżu barycznego nad Europą Środkową i Wschodnią następuje zmiana cyrkulacji atmosferycznej i przy słabnącym wyżu zaczyna – wraz z niżem barycznym – napływać zimne powietrze z obszarów polarnych.
Według tradycji ludowej środek maja powinien być zimny, deszczowy, a czasem mroźny – jest to znakiem, że aż do jesieni nie powinno być przymrozków.

 

Majowe rocznice

 

1 maja to Święto Pracy, w Polsce święto państwowe.
We Francji 1 maja to, oprócz uroczystości organizowanych przez L’Humanité, święto konwalii (la fête du muguet).

 

Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, dzieje się w maju.

 

2 maja to w Polsce Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej.

 

3 maja jest w Polsce świętem państwowym, które oficjalnie nazywa się Święto Narodowe Trzeciego Maja. Ustanowiono je dla upamiętnienia uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Obojga Narodów (3 maja 1791).

Konstytucję Trzeciomajową czci się u nas prawie jak konkordat, a już na pewno jak Kościuszkę i Pułas­kiego razem wziętych. Zakładam więc, że – jak i w poprzednich przypadkach – cześć ta oddawana jest na podstawie wiedzy a nie wiary, że wszyscy tekst konstytucji (i konkordatu), czytali, przemyśleli i dopiero po tym na kolana padli. Nie ma więc co dalej o tym mówić.

 

4 maja – spośród wielu konotacji wybrałem cztery: trzy amerykańskie i jedną (ale za to jaką!) – krajową.

 

4 maja 1626 – Pieter Minuit, waloński przedsiębiorca, kupiec i wysokiej rangi urzędnik Holenderskich Kolonii Północnoamerykańskich przybywa na statku See Meeuw [morska mewa] do Nowej Holandii, by zostać jej dyrektorem.

Historia przypisuje mu zakup wyspy Manhattan. Minuit miał dokonać transakcji z wodzem Delawarów o imieniu Sey-Seys wręczając mu w ramach zapłaty paciorki o łącznej wartości 60 guldenów; w połowie XIX wieku równało się to sumie 23 dolarów, a dziś miałoby wartość ok. 1200 USD. Za teren mający 59 km2 to rzeczywiście niewiele, nawet jeśli zamiast przysło­wio­wych paciorków były to żelazne garnki, wełniane koce, siekiery, motyki, szydła, drumle (tak, takie do brzdąkania) i tym podobne sprzęty.

Gdy jednak nawet najdelikatniej poskrobać, lakier legendy odpada.

Po pierwsze – „Wyspa o Wielu Wzgórzach” (bo to właśnie znaczy „Manhattan” w dialekcie munsee algonkińskiego jezyka delaware) należała do plemienia Wappinger, z Delawarami spokrewnionego, ale odrębnego. Dla Europejczyków nie stanowiło to żadnego problemu, bo przecież nawet dziś żywa jest klasyfikacja etniczna, której najwybitniejszym przedstawicielem jest nasz Bartłomiej Słowik, z właściwym sobie wdziękiem uznający na przykład, że „Francuzy to także Niemcy, tylko ścierwa gorsze”.

Po drugie – i tu dla dzisiejszych moralistów zaczynają się prawdziwe schody – Sey-Seys żadnej wyspy nie sprzedawał i sprzedać nie mógł, bo coś takiego po prostu nie mieściło mu się w głowie. W pojęciu Indian bowiem ziemia, woda i powietrze należały do wszystkich i sprzedać ich (ani kupić) po prostu nie było można. Za to w Europie także i to nie stanowiło problemu: tam do dziś sprzedaje się wszystko, nawet powietrze (jeśli ktoś nie wierzy, niech najpierw zastanowi się, czym jest „opłata klimatyczna”, zwana również „opłatą miejscową” – Ustawa z 12 stycznia 1991 o podat­kach i opłatach lokalnych; Dz.U. 2017; poz. 1785 – a dopiero potem rzuci kamieniem).

Tak więc spotkanie Minuita z Sey-Seysem na pewno przebiegało w miłej i przyjaznej atmosfe­rze, przy obopólnym zadowoleniu, ale obie strony mówiły zupełnie o czym innym. O czym Sey-Seys i Delawarowie przekonali się poniewczasie.

 

4 maja 1961Freedom Riders czyli „pasażerowie wolności” rozpoczynają swą pierwszą autobusową podróż z Waszyngtonu D.C. do Nowego Orleanu. Chcą sprawdzić, jak w praktyce przestrzegany jest wyrok Sądu Najwyższego USA, który 5 grudnia 1960 orzekł, że segregacja rasowa w publicznym transporcie międzystanowym jest sprzeczna z prawem.
Dowiedzieli się o tym szybko: 14 maja w Alabamie, niedaleko miasteczka Anniston (chyba nawet dziś nie chciałbym tam mieszkać), członkowie Ku Klux Klanu autobus podpalili, a pasażerów – którym szczęśliwie udało się z niego wydostać – ciężko pobili. Klansmeni powtarzyli to jeszcze kilka razy, aż wreszcie autobusy wiozące Freedom Riders dostały ochronę Gwardii Narodowej. Dla pasażerów było to o tyle lepsze, że docierali bez uszczerbku do celu podróży, by tam zostać natychmiast aresztowanymi. Ruch Praw Obywatelskich w USA miał przed sobą długą drogę.

Jeśli ktoś woli to zobaczyć niż o tym czytać, niech obejrzy film Kamerdyner (Lee Daniels’ The Butler, 2013), z genialną – jak zwykle – rolą Foresta Whitakera. Ale uwaga: nie jest to film dla wszystkich, bo żeby go dobrze zrozumieć trzeba po obejrzeniu długo posiedzieć nad detalami historii USA. Ignoranci i aroganci, którzy ją lekceważą, lepiej niech włączą transmisję z jakiegoś meczu ligowego.

 

4 maja 1970 – jedno z najtragiczniejszych wydarzeń w USA z okresu wojny wietnamskiej: Gwardia Narodowa stanu Ohio otwiera ogień do nieuzbrojonych demonstrujących studentów uniwersytetu stanowego w Kent. Giną 4 osoby, dziewięć zostaje rannych. Sekcja wykazała, że gwardziści strzelali do demonstrantów będących w odwrocie.

Studenci protestowali przeciwko rozszerzeniu wojny na terytorium Kambodży.

Hołd zabitym złożył Neil Young w piosence „Ohio”, nagranej z grupą Crosby, Stills, Nash & Young 21 maja 1970. Po drugiej stronie singla znalazło się „Find the Cost of Freedom” Stephena Stillsa – napisane wcześniej, ale znakomicie uzupełniające utwór główny.

 

4 maja 1981 – premiera filmu Miś reżyserowanego przez Stanisława Bareję, ze scenariuszem Stanisława Tyma i Stanisława Barei.
Kiedyś była to komedia. Dziś to najlepszy podręcznik przedmiotu „Życie w realnym socjalizmie za późnego Gierka”.
Miś mógł wejść na ekrany tylko dlatego, że od września 1980 do 13 grudnia 1981 rola cenzury została zredukowana do minimum.
Rozpoczynając kręcenie filmu twórcy nie mogli tego przewidzieć. Po prostu: przechodzili przypadkiem… wiedząc o tym, że… w przyszłości…, z pewnością…

 

 

5 maja 1862 – „kot z domu – myszy harcują”. Tak najkrócej można określić przyczynę bitwy o miasto Puebla w Meksyku, w której armia meksykań­ska dowodzona przez Ignacio Zaragozę zatrzymała fran­cuski korpus ekspedycyjny.

Nieobecnym kotem były Stany Zjednoczone: 2 grudnia 1823 roku James Monroe, piąty prezydent USA, przedstawił Kongresowi tekst, który później zostanie nazwany Doktryną Monroe. Głosiła ona, że Stany Zjednoczone deklarują neutralność we wszelkich sporach i konfliktach europejskich, ale jednocześnie jakąkolwiek interwencję obcych mocarstw w Ameryce uważać będą za akt wrogi i postąpią odpowiednio. O tym, co znaczy owo „w Ameryce”, wiele już napisano, ale faktem jest, że nikt z USA, zwłaszcza po sojuszu amerykańsko-brytyjskim z Ghent (z 24 grudnia 1814), zaczynać się nie ośmielał.

Co nie znaczy, że nie chciał. Gdy tylko amerykański kot zajął się swoimi sprawami, a Wojna Secesyjna (1861-1865) była sprawą bardzo absorbującą, z okazji – jak widać – skorzystali Francuzi. Przegrana bit­wa pod Pueblą nie powstrzymała ich przed ustanowieniem w Meksyku swojego marionet­kowego ce­sar­stwa, które trwało, dopóki kot nie uporządkował spraw domowych. Najsmutniej skończyło się to dla biednego cesarza Maksymiliana, który był porządnym człowiekiem, ale nie pierwszy to i nie ostatni łat­wo­wierny wystawiony do wiatru w decydującym momencie przez sojusznika.

Édouard Manet, zawsze bezkompromisowy, nie bez przyczyny na ostatecznej wersji swego obrazu Rozstrzelanie cesarza Maksymiliana (1868) ubrał pluton egzekucyjny w mundury prawie francuskie (w rze­czy­wistości cesarza rozstrzelali żołnierze Juareza), a sierżan­towi, który – pozornie niezaangażowany – stoi z tyłu, dał twarz Napoleona III, władcy II Cesarstwa Fran­cuskiego.

Dziś już mało kto o Maksymilianie, poza Meksykiem, pamięta, ale w Meksyku wspominany jest on – o dziwo – bardzo dobrze.

Za to rocznica bitwy, nie wiedzieć czemu, stała się narodowym świętem Meksykanów mieszkających w USA. Pije się wtedy tequilę, tańczy salsę przy muzyce mariachis, je burritos, menudo lub pozole i krzyczy Salud, dinero y amor! I wszystko jest fajnie.

  

7 maja 1915 – niemiecki okręt podwodny U-20 torpeduje i zatapia brytyjski pasażerski statek linii Cunard RMS Lusitania. Ginie 1198 osób, w tym 128 obywa­teli USA. Ocalały zaledwie 764 osoby.
Dla porównania: trzy lata wcześniej, 14 kwietnia 1912, katastrofa Titanica spowodowała śmierć 1635 osób, przeżyło ok. 730 rozbitków.

Popularna wersja historii Lusitanii dopowiada, że neutralne dotąd Stany Zjednoczone przystąpiły wtedy do wojny z Niemcami. Co oczywiście jest nieprawdą.

Niemcy zasadzali się na Lusitanię już od dawna. Ich wywiad donosił, że statek – oprócz pasażerów – przewozi również materiały wojenne: amunicję i broń, dostarczane Brytanii z Ameryki. Brytyjczycy temu zaprzeczali – bo taki proceder automatycznie zmieniał status statku pasażerskiego na okręt wojenny – ale Niemcy wiedzieli swoje. Byli tak pewni tych informacji, że w kwietniu 1915 ambasada Cesarstwa Niemiec w Waszyngtonie zamieś­ciła płatny inserat w kilku największych dziennikach amerykańskich. Ostrzegała tam obywateli USA przed podróżowaniem Lusitanią, informowała, że statek łamie konwencje genewskie i uprzedzała, że może on zostać storpedowany.

Takie to były czasy. Zamachowiec-terrorysta nie rzucał bomby, bo w powozie obok tyrana jechały Bogu ducha winne damy. Ambasada ostrzega, co marynarka wojenna jej kraju ma zamiar storpedować. 

Gdy torpedy rzeczywiście zatopiły cel, amerykańska opinia publiczna się zagotowała, a prezydent Wilson zażądał od Niemiec natychmiastowego zaprzestania ataków przez okręty podwodne. Niemcy położyli uszy po sobie, przysłali noty dyplomatyczne, przeprosili i obiecali poprawę, chyba że...

„Chyba” nastąpiło w sierpniu. Niemiecka łódź podwodna storpedowała SS Arabic z brytyjskiej White Star Line, na którego pokładzie było trzech obywateli USA. Tu nie trzeba już było żadnej amerykańskiej interwencji. Niemcy sami z siebie wyprodukowali „Przyrzeczenie Arabic” (The Arabic Pledge). Zobowiązali się w nim do ograniczenia zasięgu wojny podwodnej prowadzonej przez sforę admirała von Holtzendorffa i do powiadamiania cywilnych statków o mającym nastąpić za 30 minut torpedowaniu, by wszyscy ludzie mogli bezpiecznie opuścić jednostkę.

„Przyrzeczenie Arabic” ulotniło się 24 marca 1916, kiedy to jeden z U-Bootów storpedował bez uprze­dze­nia francuski prom pasażerski Sussex na kanale La Manche. Zginęło wówczas ok. 50 osób, a choć nie było wśród nich Amerykanów, prezydent Wilson wysłał do Niemiec kolejną notę informującą,  że w razie kontynuacji takich działań Stany Zjednoczone zerwą z Cesarstwem Niemieckim stosunki dyplomatyczne.

14 maja 1916 strona niemiecka wystosowała następne pismo. Tym razem zwane jak? Oczywiście: „Przyrzeczenie Sussex” (The Sussex Pledge). Była w nim – a jakże: obietnica, że statki pasażerskie nie będą atakowane; obietnica, że statki handlowe będą zatapiane tylko wtedy, gdy zostanie im udowodnione – w razie ko­niecz­ności podczas przeszukania – przewożenie kontrabandy wojennej; obietnica, że przed zatopie­niem statku wszyscy ludzie otrzymają należną pomoc.

W międzyczasie Niemcy wcielali w życie inny plan. Winston Churchill nazwie go później „wszczepieniem Europie bakcyla komunizmu”. Polegało to na wywiezieniu ze szwajcarskiego azylu Lenina i jego wspólników, dostarczenie ich  w zaplombowanym wagonie do Hamburga a stamtąd – statkiem – do Helsinek, bo Lenin chciał najpierw wybadać sytuację w Piotrogrodzie.
Niemcy byli pewni, że to, plus pękaty worek niemieckich marek w złocie, pozwoli terrorystycznej partii bolszewickiej rozłożyć kruchy rosyjski demokratyczny Rząd Tymczasowy i przejąć władzę. Tym samym wyłączyć Rosję z sojuszu Ententy i zawrzeć z Niemcami separatystyczny pokój, zostawiając im zdobyte tereny.

Wtedy oddziały niemieckie zostałyby z frontu wschodniego przerzucone na front zachodni i na zachodzie wreszcie zaszłyby jakieś zmiany. Z korzyś­cią dla Niemiec oczywiście.

Tak rzeczywiście się stało. Bolszewicy wygrali i 18 marca 1918 podpisali w Brześciu Litewskim traktat pokojowy z Niemcami. Żołnierze Deutsches Heer zaczęli się pakować.

 

Niemcy popełnili jednak kilka błędów, a wśród nich największym było to, że się zbyt pewnie poczuli.

Jeszcze w 1917 roku, przekonani, że Ameryka się nie ruszy, a oni będą  mogli już wkrótce przełamać front zachodni i wreszcie wejść do Paryża, uznali „Przyrzeczenie Sussex” za passé i zaczęli swoją Pierwszą Bitwę o Atlantyk w nieograniczonej wojnie podwodnej.
U-Booty atakowały wszystko, co pływało po powierzchni i nie nosiło bandery Państw Centralnych lub ich sojuszników.

Amerykanie, pogrążeni w izolacjonizmie, może rzeczywiście, nie ruszyliby się i wtedy. W odpowiedzi na akcje niemieckie Woodrow Wilson wezwał do zwiększenia sił zbrojnych i dał rozkaz kapitanom US Navy, by strzelali do niemieckich okrętów podwodnych. Jednak opinia publiczna odpowie­działa na to antywojennymi demonstracjami jak Ameryka długa i szeroka.

I nagle zdarzyło się coś nie tylko niespodziewanego ale i nieprawdopodobnego.

16 stycznia 1917 r. Arthur Zimmermann, minister spraw zagranicznych Cesarstwa Niemieckiego, wysyła telegram do swego ambasadora w Mek­syku. Proponuje, by ambasador skłonił rząd meksykański do sojuszu z Niemcami, w zamian za co – po zwycięstwie – obiecuje Meksykanom zwrot ziem utraconych na rzecz USA w 1848 roku. Konkretnie „zwrócone” miały być stany: Teksas, Nowy Meksyk, Arizona, Kalifornia, Nevada, Utah i Kolorado. [o wojnie wojnie amerykańsko-meksykańskiej 1846-48 czytaj niżej, pod datą 13 maja].

Telegram był co prawda zaszyfrowany, ale przekazany został przez... Amerykanów, gdyż niemieckie łącza transatlantyckie były zerwane i Amery­kanie świadczyli Niemcom tego typu uprzejmości. Poza tym wiadomo było, że depesza pójdzie kablem podwodnym mającym stację przekaźnikową na Wyspach Brytyjskich (w pobliżu Land’s End).

Angielscy wywiadowcy oczywiście telegram przejęli, odcyfrowali i 5 lutego 1917 – po sprawdzeniu wiarygod­ności – przekazali Amerykanom.

28 lutego 1917 prezydent Wilson zawiado­mił o tym prasę.

Amerykanom też odjęło mowę. Jednak 3 marca 1917 sam Zimmerman w rozmowie z amerykańskim dziennika­rzem potwierdził prawdziwość depeszy, co powtórzył 29 marca 1917 w swym przemówieniu w Reichstagu.

Od 23 marca do 6 kwietnia 1917 niemieckie U-Booty zatopiły cztery amerykańskie frachtowce.

6 kwietnia 1917 Kongres USA wypowiedział wojnę Cesarstwu Niemieckiemu i tylko jemu.

Wojnę Austro-Węgrom Kongres wypowiedział dopiero 7 grudnia 1917. Mimo nalegań prezydenta Wilsona akt ten nie objął dwóch innych Państw Centralnych: osmańskiej Turcji i Bułgarii.

Mimo propagandy rządowej i wysiłków Komitetu Informacji Publicznej (Committee on Public Information) – rządowej agencji mającej wpływać na opinie społeczeństwa, Amerykanie wciąż woleli izolacjonizm.

Niemniej jednak amerykańskie oddziały zaczęły być przerzucane do Europy. Do maja 1918 korpus amerykański stacjonujący we Francji liczył blisko milion żołnierzy. Pierwsze strzały z amerykańskiej broni padły 21 października 1917, ale była to tylko drobna wymiana ogniowa. Poważnym chrztem bojowym amerykańskich dywizji była bitwa pod Cantigny, stoczona 28 maja 1918 i przez Amerykanów wygrana.

 

Tak więc Niemcy wzmocnili swe siły na Zachodzie tylko po to, by znów znaleźć sie w impasie.

O zawieszenie broni poprosili jednak dopiero 18 listopada 1918 roku, ale to już inny miesiąc i inna historia.

 

 

 

13 maja, 1846 – Kongres Stanów Zjednoczonych akceptuje życzenie prezydenta Jamesa K. Polka i wypowiada wojnę Meksykowi.

Sprawa ciągnęła się od dawna, bo po Zakupie Luizjany w 1803 roku ekspansja Stanów Zjednoczonych na zachód trwała nieprzerwanie.

Są w genezie tej wojny amerykańscy osadnicy, którzy w latach 20. I 30. XIX wieku, na życzenie rządu Meksyku, pojechali kolonizować meksykański Teksas. W Teksasie po paru latach (2 marca 1836) ogłosili niepodległość, za co Meksyk – natychmiast – wysłał przeciwko nim swą armię.
Armia, dowodzona przez gen. Antonio Lopeza de Santa Anna dokonała dwóch rzezi: w Alamo (6 marca 1836) i w Goliad (27 marca1836).
Następnie (21 kwietnia 1836) w 18 minut została starta w proch przez rozwścieczonych osadników w bitwie po San Jacinto.
29 grudnia 1845 Teksańczycy z entuzjazmem przemienili Kraj Samotnej Gwiazdy w 28. stan Unii Amerykańskiej.

 

Wojna amerykańsko-meksykańska wybuchła po tym, jak Meksykanie nie zechcieli nawet pogadać z facetem, którego w 1845-tym wysłał do miasta Meksyk prezydent Polk z propozycją kupienia za spore pieniądze ówczesnych ziem meksykańskich czyli Kalifornii i Nowego Meksyku.

Facet nazywał się John Slidell, był prawnikiem, przedsiębiorcą i politykiem. Rząd za samą Kalifornię pozwolił mu zapłacić 25 milionów dolarów, a ogółem dał mu do dyspozycji około 30 milionów (na owe czasy to była kosmiczna suma – Alaskę Stany kupiły w 1867 za jedne siedem milionów dwieście tysięcy).

Meksykańska strona rządowa mnożyła trudności uniemożliwiające jakiekolwiek oficjalne negocjacje, Slidell spędzał w Meksyku miłe chwile, generalnie zachwycony, bo Polkowi właśnie o to chodziło: skoro nie przemówiło złoto, miały zagrać armaty. I tak się stało.

Nad samą wojną Meksykanie powinni spuścić kurtynę miłosierdzia i to z kilku powodów.

Jednym z nich było to, że ich wojskami dowodził generał Santa Anna, który jako bohater byłby ozdobą każdego operetkowego libretta, gdyby nie to, że był największą tragedią swego kraju. Tego, co wyczyniał zarówno podczas wojny z Amerykanami jak i podczas swoich jedenastu rozpoczętych kadencji prezydenckich, nie spisać na wołowej skórze.

Drugim powodem był cud, jaki najpierw przydarzył się Ksenofontowi i wojskom greckim podczas anabasis w V w p.n.e., a później, na początku wieku XVI, Cortezowi i braciom Pizarro, którzy – dowodząc kilkusetosobowymi oddziałami – podbili imperia Azteków i Inków.

Tym razem, w marcu 1847, 10-tysięczny korpus gen. Winfielda Scotta, mając przeciwko sobie całą armię meksykańską, co najmniej 6-krotnie liczniejszą, wyokrętował pod Veracruz, przeszedł przez góry, doliny i wąwozy 400-kilometrowym spacerkiem do miasta Meksyk, miasto zdobył i jeszcze musiał czekać, aż znajdzie się urząd czy osoba mająca dość plenipotencji, by podpisać jakikolwiek dokument kończący jego podboje.

Na wojnę, a zwłaszcza na katabasis gen. Scotta, spuszczają też lekki woal zapomnienia Amerykanie, chyba dlatego, że generałowi zdarzyła się po drodze rzecz, która dziś uznana by była za zbrodnię wojenną: 12-dniowe oblężenie miasta Veracruz, którego fortecę generał zaatakował od strony cywilnych przedmieść. Wg Meyera i Shermana, autorów The Course of Mexican History (Oxford UP, 1983, str. 349), straty po stronie amerykańskiej wynosiły 67 zabitych i rannych, zaś w mieście zginęło ok. 1000-1500 Meksykanów, przy czym straty wśród cywilów były niemal dwukrotnie większe niż wśród żołnierzy. Chyba dlatego Hollywood za kampanię Scotta dotąd się nie złapał: dużo łatwiej fałszować historie wojenne z odległej Europy.

Ponieważ wymiana ratyfikacji owego dokumentu pokojowego między USA i Meksykiem nastąpiła 30 maja (1848), więc teraz w historii tej wojny będzie krótka przerwa na inne rocznice.

 

 

23 maja, 1954 – Wiosenna Wystawa Dzieł Malarzy Leningradzkich (Весенняя выставка произведений ленинградских художников 1954 года) – największa wystawa po śmierci (5 marca 1953) Stalina: ponad 500 prac 196 malarzy, rzeźbiarzy i grafików z Leningradu. Wiatr odnowy powiał w sztuce radzieckiej, choć żeby wywiał socrealizm – tego się nie da powiedzieć. Pustosząca kulturę żdanowszczyzna trzymała się mocno i nieśmiałe nawiązania do impresjonizmu naruszyć jej nie mogły, a przynajmniej nie od razu. W Polsce socrealizm trwał do 1956 i choć rozwiał się jak sen złoty, to jednak plakat Zakrzewskiego „Partia” powstał w 1964. Ale w Sojuzie nawet zadrapanie na socrealistycznym lakierze było wydarzeniem na miarę epoki.
Osiem lat później (1 grudnia 1962) Nikita Chruszczow pluł i rugał na malarskiej wystawie „Nowa rzeczywistość”, a artystów wyzywał od „przeklę­tych pederas­tów”.

Zaś gdy 20 lat później (dokładnie: 15 września 1974) malarze awangardowi wystawili swoje prace na moskiewskim skrzyżowaniu (bo gdzie indziej się nie dało), władza radziecka rozjechała obrazy spychaczami, a porucznik milicji krzyczał podobno: „Trzeba by was zastrzelić, tylko szkoda naboi!”

 

 

16 maja 1966 – Komunistyczna Partia Chin publikuje „Dyrektywę 16.05” wzywającą do rozgromienia burżuazji i przeciwników tow. Mao. Zaczyna się najbardziej tragiczny rozdział w historii ChRL: „rewolucja kulturalna”. Oddziały hunwejbinów – fanatycznych bojówkarzy o wypra­nych mózgach – przez 10 lat będą pustoszyć Chiny kulturalnie, ekonomicznie i emocjonalnie. Liczby sto milionów ofiar nie uważam za przesadzoną.

 

 

24 maja 1686 – w Gdańsku przychodzi na świat Daniel Gabriel Fahrenheit, przyszły niemiecki fizyk i inżynier, wynalazca skali temperatur.

Celsjusz przyjął za dwa główne punkty swojej skali dwie najbardziej znane temperatury, związane z najważniejszą dla życia substancją.
O czym myślał  Fahrenheit, kiedy koncypował swoją skalę – lepiej nie pytać, zwłaszcza jeśli chemia nie jest naszym hobby. W każdym razie temperatura zamarzania wody to 32°F.
Wzory na przeliczenie z Celsjusza na Fahrenheita i odwrotnie są takie, że można skonać od samego widoku:

°C =  (°F − 32) × 5⁄9
°F = °C × 9⁄5 + 32

Gdy się mieszka w USA, trzeba się jakoś nauczyć przeliczania, choćby dla potrzeb medycznych: według mnie, gdy mam 36,6°, dobrze się czuję; wg pani nurse z najbliższej kliniki jestem w stanie prehibernacyjnym.

Jak przeliczać z Fahrenheita na Celsjusza i odwrotnie, stosując współczynnik ciuta, przeczytacie tu.

 

 

29 maja, 1453 – pada Konstantynopol. Ostatniemu bastionowi supermocarstwa znanego jako Cesarstwo Wschodniorzymskie lub Bizancjum – poza Wenecją – nie przyszedł z pomocą żaden władca chrześci­jań­skiej Europy. W 54. dniu oblężenia miasto zajmują wojska sułtana tureckiego Mehmeda II Zdobywcy z dynastii Osmanów. Tego dnia w bitwie ginie ostatni bizantyjski cesarz Konstantyn XI Dragazes Paleolog, a Cesarstwo staje się pojęciem z przeszłości.

Mehmed II zadał Cesarstwu Wschodniorzymskiemu cios ostatecznie kończący powolny upadek. Równia pochyła zaczęła się od IV krucjaty: krzyżowcy, wmieszani w wewnętrzne rozgrywki bizantyjskie i wezwani przez jedną ze stron, zamiast stabilizacji przynieśli zgubę. Szturm za­chod­niego rycerstwa przypusz­czo­ny 12 kwietnia 1204 roku zakończył sie rzezią mieszkańców i blisko tygodniowym bezlitos­nym plądrowaniem i pusto­szeniem miasta. Po tej klęsce Bizan­cjum już nigdy nie podniosło się do daw­nej potęgi. 

Mehmed nakazał odbudowę miasta, nadał mu nazwę Istambuł i uczynił stolicą imperium osmańskiego. Ponieważ historię piszą zwycięzcy, Mehmed uznał, że naturalną koleją rzeczy przejął po Konstantynie XI godność cesarza rzymskiego. Kayser-i Rum [cezar Rzymu] nosili w oficjalnej tytulaturze wszyscy władcy Turcji do końca istnienia ich imperium (formalnie do 1 listopada 1922).

Reakcją na to było wprowadzenie tytułu car [царь, rosyjski odpowiednik tytułu caesar] na dwo­rze władcy rosyjskiego Iwana III Srogiego, Wielkie­go Księcia Wszechrusi, który panował w la­tach 1462-1505. Władca sygnalizował w ten sposób aspiracje do dziedziczenia tronu bizan­tyj­skiego. Potwierdzić też to miało jego małżeństwo (1472) z Zoe Paleolog, pochodzącą z ostatniej dynastii panującej w Bizancjum.
Oficjalnie tytuł cara po raz pierwszy przyjął w Rosji wnuk Iwana III, Iwan IV Groźny, koronując się w 1547 roku jako Car Wszechrusi [Царь Всея Руси].

Rosyjscy carowie nie byli pierwszymi w Słowiańszczyźnie; jako pierwsi tytuł ten mieli: wład­ca Bułgarii (Symeon I, od 913 r.) i wład­ca Serbii (Stefan Duszan, od 1346).)

 

 

30 maja 1848 – traktat pokojowy kończący wojnę amerykańsko-meksykańską podpisany został w Guadalupe Hidalgo 2 lutego 1848. Senat USA ratyfikował go 10 marca 1848, a senat meksykański 19 maja 1848.
30 maja tegoż roku oba rządy wymieniły między sobą dokumenty ratyfikacyjne dokonując przy okazji kolejnych poprawek i uzupełnień. 

Podręczniki historii piszą na ogół, jak to Meksyk, po podpisaniu traktatu w Guadalupe Hidalgo, stracił swe północne terytoria, które dziś są Kalifor­nią, Nevadą, Arizoną i Utah, a jeszcze kawałkiem Nowego Meksyku, Kolorado i Wyoming, czyli 1,36 mln km kw. (powierzchnia Alaski to 1,7 mln km kw.).

Trudniej się dokopać informacji, że po wygranej wojnie USA za owe terytoria zapłaciły 15 milionów dolarów gotówką (dziś to jest podobno pół miliarda), anulując do tego ponad 3 miliony dolarów meksykańskiego długu.

Przy okazji ustalona została granica Teksasu z Meksykiem, tak więc co od Teksasu się zaczęło, na Teksasie się skończyło.

Gen. Santa Anna nie były jednak sobą, gdyby nie dopisał do tej historii dalszego ciągu. Pięć lat później (1853) zaproponował Amerykanom „wyrównanie granicy” i za kolejne 10 milionów USD sprzedał im 77 tysięcy km kw. Meksyku, w transakcji nazwanej Zakup Gadsdena (Gadsden Purchase). O tym, co się stało z tymi pieniędzmi, już nawet nie warto wspominać.

 

 

Znaki Zodiaku
w maju:

Byk (♉) – do 20 maja
Bliźnięta (♊) – od 21 maja (najweselszy i najpogodniejszy znak Zodiaku).

Horoskopy Bliźnięta mają pomyślne w dowolnym układzie, nawet  w czarnym PR.

Ludzie spod znaku Bliźniąt w ogóle nie osiągają dojrzałości zarówno intelektualnej, jak i uczuciowej.
Jedyne, co naprawdę potrafią, to raz w tygodniu wypełnić kupon gry liczbowej.
Niezdarnie to ukrywają, ale największą przyjemność sprawia im dłubanie w nosie.
Zapraszając takiego do domu należy pamiętać, że kradnie i koniecznie przed wyjściem zrewidować.

Zauważcie, że nawet zawodowi hejterzy dają Bliźniętom pozytywną recenzję (co jest złego w grach liczbowych, dłubaniu w nosie – dla zdrowia przecież, albo w zapobiegliwości?) – po prostu nie mają się do czego przyczepić!
Porównajcie z takim wczesnomajowym Bykiem, który ma:

wdzięk powiatowego Casanovy i skłonności dewiacyjne. Niczym niezmącone przekonanie, że jest pępkiem świata. Lubi mizdrzyć się zarówno przed lustrem jak i w pracy. Najbliższą rodzinę terroryzuje od urodzenia do późnej starości. Nigdy niczego nie czyta, choć o wszystkim ma z góry wyrobione zdanie. Charakteryzuje go brak umiarkowanie w jedzeniu i piciu. Oderwać od rozkoszy stołu mogą go jedynie rozkosze łoża – przy czym i tu Byk będzie dążył do wyuzdanych uciech, nazywając je dla niepoznaki „wyższą sztuką”. Lenistwo swoje i brak zainteresowania światem zewnętrznym Byki nazywają „dbaniem o domowe ognisko”, a brak wyższych uczuć „stąpaniem twardo po ziemi”. Wreszcie swą ociężałość umysłową i skrajny konserwatyzm nazywają „przywiązaniem do tradycji” i „opieraniem się na sprawdzonych wzorcach”. Jednym słowem – to leniwi hedoniści, pogrążeni w brudnej rozpuście (no dobrze: „brudnej” możemy skreślić, bo znajomy Doktor obrazi się już na amen).

Albo z późnoczerwcowym Rakiem:

Urodzeni pod znakiem Raka oszukują na każdym kroku, zdradzają, uwielbiają podłożyć świnię. Rakom nie można wierzyć nigdy i w niczym. Jeśli np. Rak mówi „Cenię sobie twoją przyjaźń”, to można być pewnym, że przed godziną napisał na ciebie donos do szefa. Raki stale komuś czegoś zazdroszczą, a po dwudziestym piątym roku życia łysieją, garbią się i tracą zęby. Słusznie zresztą.

No przecież szkoda słów, bo tu nie pomoże nawet oddział zamknięty.

A kolejne horoskopy są jeszcze gorsze (czytajcie, to się dowiecie), więc po prostu Bliźnięta – których i tak nawet czarny piar się nie ima – punktują z miesiąca na miesiąc.

 

Kwiaty maja:

Konwalia (Convallaria maialis L.) – bylina o kwiatach słodko pachnących, ale zdradziecka, bo silnie trująca; uznawana jest za kwiat szczęścia, pomyślności i młodości; ponieważ symbolizuje też czystość i skromność, więc często wplatana jest w bukiety ślubne panien młodych  (o symbolice toposu „trucizna pod słodyczą” etymologia ludowa jakoś milczy).

Niekontrolowana – konwalia staje się chwastem i to bardzo trudnym do usunięcia, ponieważ łatwo odrasta (ciekawe, czy ma to jakiś związek symboliczny z owymi bukietami ślubnymi i skromnością – może odrastają w sposób naturalny…).

Suszone, sproszkowane kwiaty konwalii dodawane są czasem do tabaki – w obliczu powszechnie znanych trujących właściwości substancji psychoaktywnych w tabace zawartych szczypta konwalii różnicy nie czyni.

Duże zastosowanie ma konwalia w medycynie i zielarstwie, ale i tu ostrzega się przed zejściem wskutek przedawkowania.

W tzw. alfabecie kwietnym konwalie oznaczają nieśmiałość, co jest zrozumiałe: któż by, niewinnym będąc, do trucia jadem zabierał się śmiało?

Duże znaczenie ma konwalia  w ikonografii maryjnej, ale to tematyka zbyt szeroka, by ją roztrząsać właśnie tu.

 

Głóg (Crataegus monogyna Jacq.), któremu botanicy dodają epitet „jednoszyjkowy” (co chyba nie jest obraźliwe); symbolizował on ostrożność i nadzieję, na szczęście bardzo dawno temu, bo w średniowieczu; dziś tylko kłuje i nadaje się na nalewkę.

 

Kamień maja:

Szmaragd – symbolizujący miłość i powodzenie.

 

W ogóle maj to miesiąc dziwny. Dokładnie taki jak konwalia: trochę aromatu, ale zaraz jakieś przedawkowania i groźba zejścia. Nic dziwnego, że mądrość ludowa odradza zawierania małżeństw w maju (znam majowe i szczęśliwe, ale być może to wyjątki potwierdzające regułę). I gdyby nie to, że jego ostatnia dekada przynosi najlepszy znak Zodiaku, czyli Bliźnięta, to ogólnie byłoby z majem kiepsko. 

Kwiecień, na przykład, zaczyna się od primaaprilisowych wygłupów – i od razu jest weselej.
A popatrzcie, od czego startuje maj: od święta pracy, do której każdy chodzi, bo musi, więc to jest tak, jakby więźniowie obchodzili dzień św. Penitencji i cieszyli się, że jeszcze trochę posiedzą. To mogły wymyślić tylko Byki!  
Na szczęście kogo jak kogo, ale ludzi pomysłowych u nas nie brakuje (a założę się, że większość z nich jest spod znaku Bliźniąt) – gdyby nie oni, to już by się w ogóle w maju nie dało wytrzymać. Bowiem ludzie pomysłowi (zwłaszcza ci spod znaku Bliźniąt) połączyli „święto pracy” z innymi okolicznymi świętami, włączając w to weekendy z przodu i z tyłu, i stworzyli jeden z najdłuższych weekendów nowoczesnego świata; weekend, który – jak go dobrze ułożyć – może potrwać  nawet 10 dni. I nawet znajomego lekarza nie trzeba!
A gdy wreszcie, w co nie wątpię, za dzień święty zostanie uznane Święto Kanonizacji, to weekend majowy, podczas którego będzie można kompletnie zapomnieć o pracy, dojść może do dni szesnastu, a kto wie, czy nie więcej.

I ponieważ prawie zaraz po tym weekendzie przychodzą Bliźnięta, to maj daje się jakoś przetrzymać – mimo konwalii, szmaragdów, głogów jednoszyjkowych i trzech ogrodników, których same imiona wywołują taki dreszcz, że nagłe chłody wcale nie są potrzebne.

Maj jednak rehabilituje się imieninami:

• Moniki;
• Stanisława – ale tylko częściowo, bo połowa Stachów uciekła od Szczepanowskiego do Kostki, tak że nigdy nie wiadomo, który kiedy obchodzi;
• Zofii 
• i Joanny – które już piękniejszego dnia na imieniny wybrać nie mogły!

 

Śluby i wesela w maju: w żadnym wypadku! Ale zastrzegam jeszcze raz: tylko według mądrości ludu.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
piąty miesiąc roku to:

białoruskiмай [maj], травень [trawień]
bośniackimaj
bułgarskiмай [maj]
chorwackimaj
czeskikvěten
kaszubskimôj (też: gòran, maj)
litewskigegužė
łatgalskiLopu (też: maja)
łużycki (dolny)rozhelony (też: rožownik, maj)
łużycki (górny)meja (też: róžownik)
łotewskimaijs
rosyjskiмай [maj]
macedońskiмај albo косар [kosar]
serbskimaj
słowackimáj
słoweńskimaj
ukraińskiтравень [trawień]
żmudzkigegožė

 

Przysłowia związane z majem:

Chłodny maj,
dobry urodzaj.

Ciepły kwiecień, mokry maj
– będzie zboże jako gaj.

Częste w maju grzmoty
rozpraszają chłopom zgryzoty.

Deszcz majowy,
chleb gotowy.

Deszcz na pierwszym maju,
chyba w urodzaju.

Dużo chrabąszczów w maju,
proso będzie gdyby w maju.

Gdy kukułka w maju,
spodziewaj się urodzaju

Gdy maj jest przy pogodzie,
nie bywają siana w szkodzie.

Gdy się maj z grzmotem
odezwie na wschodzie,

rok sprzyja sianu
i zbożu w urodzie.

Gdy się w maju pszczoły roją,
takie roje w wielkiej cenie stoją.

Grzmot w maju
sprzyja urodzaju.

Jak pszczółki na wiosnę
z ula
wcześnie wylatują,

to pewnie mróz na drzewa
w maju nam zwiastują.

Jak w maju zimno,
to w stodole ciémno.

Jeśli w maju grzmot,
rośnie wszystko w lot.

Kiedy lipa w maju kwitnie,
to w ulach miód zawiśnie.

Kiedy mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

Kiedy pierwszy maj płacze,
będą chude klacze.

Kto się w maju urodzi,
dobrze mu się powodzi.

Maj – wołom daj
i sam na piec uciekaj.

Na pierwszego maja szron
obiecuje dobry plon.

Na pierwszy maj
ostatek bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj:
w piecu sobie napal,
za niego się wal.

Nastał miesiąc maj,
kożdy o się dbaj.

Niedalekoć już do maja,
więc nie uchodź za mazgaja.

Nie zawsze na ziemi maj,
nie zawsze ludzkiemu szczęściu raj.

Pierwszego maja deszcz,
nieurodzaju wieszcz.

Pierwszy maja poranek
jest tęskliwym dla kochanek.

Przyjdzie maj,
przedsię bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj.

Tyle przymrozków w maju,
ile ich było przed św. Michałem.

W maju…
Np. Zobaczymy się w maju…
[tj. nie teraz, kiedyś może, nigdy]

W maju jak w gaju.

W maju szumne sosieneczki,
wonne puszczą ci chojneczki.

W maju wieje, trochę pada,
coraz bliżej listopada

Witaj nam maiczku
ze słowikiem w gaiczku.

Wody w maju stojące
szkodę przynoszą łące.

 

Przysłowia na
św. Stanisława
(8 V):

Do św. Stanisława
z pastuchami sprawa.

Jak się len zasieje
w św. Stanisława
to tak urośnie, jako ława.

Na św. Stanisława
rośnie koniom trawa.

Na św. Stanisława
żytko kieby ława.

Św. Stanisław len sieje,
Zofija konopie,

A Urban jęczmień i owies
każe kończyć, chłopie.

Św. Stanisław –
pierwszy siew prosa,
a ostatni owsa.

 

Przysłowia na
św. Pankracego,
Serwacego

i Bonifacego
(12, 13 i 14 V):

Jak się rozsierdzi Serwacy,
to wszystko zmrozi i przeinaczy.

Jasny dzień Pankracego
przyczynia wina dobrego.

Pankracy, Serwacy, Bonifacy
– źli na ogrody chłopacy.

Przed Serwacjuszem nie trzeba
pewnego się lata spodziewać.

 

Przysłowia na
św. Zofię
(15 V):

Dla świętej Zosi
kłos się podnosi

Na św. Zofiją
pola w kłos wybiją.

Niechaj mnie Zośka
o wiersze nie prosi

[oczywiście to nie przysłowie, tylko cytat ze Słowackiego]

Św. Zofija ciepło rozwija.

Św. Zofija kłosy wywija.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha