Alex Suchanek

Bodø – Nordkapp

Od zawsze marzyłem o podróży na północ naszej wielkiej kuli…

Svalbard to miejsce, które od dłuższego czasu pojawia się w mojej głowie i snach. Wiadomo jednak, że słonia się je po kawałku, więc postanowiłem na początek wrzucić na patelnię coś mniejszego. Wybrałem trasę Bodø – Nordkapp.

28.07 – 30.07. 2016

Zbiórka przy Dworcu Głównym we Wrocławiu – stąd zaczyna się nasza podróż na północ przez Niemcy, Danię, Szwecję i Norwegię. Tutaj także poznaję większość swoich kompanów w podróży. Resztę spotkamy w Bodø. Są to osoby dużo starsze ode mnie, ale wiem, że zasymiluję się z nimi bardzo dobrze.
Busem jedziemy w sześć osób, w tym kapitan – Mirek Siudak. Obawa, że w busiku będzie mało miejsca okazała się niepotrzebna. Każdy ma tyle miejsca, że może znaleźć komfortową pozycję. Wspólna podróż jest świetną okazją do integracji. Od pierwszej chwili znajdujemy w sobie wspaniałych kompanów wyprawy – i bardzo dobrze, bo na tak małej powierzchni, na jakiej będziemy przebywać, jest mało miejsca na niesnaski.

 

30.07

Po długiej i wykańczającej podróży docieramy do Bodø. Czuję się, jakbym siedział przez ostatnie 30 dni i zastanawiam się, co czują w takim razie osoby, które prowadziły samochód, ale wolę nie pytać.

Jest 0400, więc musimy czekać na jakąś ludzką godzinę, by obudzić poprzednią załogę, która zapewne nie poszła wczoraj wcześnie spać. Postanawiam zamknąć oczy na 5 minut, ale coś poszło nie tak i budzę się po 3 godzinach.

Przeprowadzka z busika na jacht przebiega sprawnie. Ok. 1600 przyjeżdża trójka pozostałych załogantów. Na spotkaniu organizacyjnym w pełnej załodze następuje przydział wacht. Wybór oficerów przebiega na podstawie doświadczenia żeglarskiego. Podział wygląda następująco:

Kapitan:   Mirosław Siudak
I wachta: Michał Chybicki (oficer), Gosia Krasicka-Mockałło
II wachta: Paweł Wyszomirski (oficer), Julia Wyszomirska
III wachta: Alexander Suchanek (oficer), Adam Machna
IV wachta: Sebastian Kołodziej (oficer), Kasia Sosulska

Jacht to 14-metrowy Bahia Sol, typu Gib Sea 444, konstrukcji francuskiej. Przeznaczony jest dla 12 osób, więc będziemy mieć dużo miejsca. Nasza krypa ma grota, genuę oraz kliwra.

Fot. https://www.morskierejsy.pl

Jestem w wachcie z Adamem. Będziemy tworzyć zgrany duet, ponieważ obaj wychowywaliśmy się na Śląsku. Dodam jeszcze, że Adam miał najwięcej czasu z całej załogi, by posmakować życia.
Załoga przygotowuje się na kolejną sesję integracyjną. Tym razem ze środkami wspomagającymi.

 

31.07

O 1200 oddajemy cumy i kierujemy dziób na pierwszą wyspę z archipelagu Lofotów – Varøya.

Fot. https://www.morskierejsy.pl

Nie spodziewam się choroby morskiej, ale może być różnie. Mimo że znajdujemy się za kołem podbiegunowym, nie jest zimno. Szczerze mówiąc, wczoraj byłem pod prysznicem w krótkich spodenkach i klapkach.

Pogodę mamy korzystną pod względem wiatru – gdy mocniej przywieje, licznik wskazuje nawet ponad 8 węzłów. Na zewnątrz trochę siąpi, ale jest to do przeżycia.

O 2000 do dziennika jachtowego została wpisana informacja o przycumowaniu. Na miejscu poznajemy przyjacielskiego Norwega, który wraz z żoną rejsuje po Morzu Norweskim.

 

01.08

Idziemy do sklepu. Norwegia to nie jest tani kraj, ale zaopatrzenie znajdujące się na statku nie zaspokaja w pełni naszych potrzeb. Kierujemy kroki do centrum miasteczka, a rozpoznajemy je po wieży kościoła. Kilka metrów przed sklepem zauważamy punkt informacyjny: tam dowiadujemy się, że warto wybrać się na najwyższy szczyt wyspy.

Mimo że pogoda nie jest wycieczkowa, postanawiamy wejść na górkę. Ścieżka nie jest długa, natomiast jest stroma. Prowadzi do bazy NATO, która znajduje się na samej górze. Aby tam się dostać, musimy przejść przez nieoświetlony tunel, przed którym stoi znak informujący o zakazie przejścia pod groźbą utraty zdrowia lub życia. Ryzykujemy. Ścieżka się wije po zboczu góry, a następnie wychodzi na płaskowyż, po którym dochodzimy do bazy NATO. Jest mgliście i wietrznie, a do tego siąpi, więc czym prędzej schodzimy w dół patrząc na przysłoniętą mgłą wyspę. Po powrocie do mariny oddajemy cumy i ruszamy do następnego portu.

O 2100 docieramy do Reine, największego portu drugiej wyspy Lofotów – Moskenesøya.

 

02.08

Reine, co widzimy za dnia, jest bardzo podobne do miasteczka na Varøya, ale jest trochę większe. Na obrzeżach miast i wiosek często można dostrzec drewniane rusztowania – to miejsca, gdzie suszy się ryby, głównie dorsze. W silnym wietrze, nawet niesolone, suszą się bardzo szybko. Norwedzy mówią na to ‘Stokkfish’.

Później spotykamy się ze znajomą kapitana – Aliną, która mieszka tu od dłuższego czasu i opowiada nam co nieco o tych rejonach.

 
Reine – typowa wioska norweska z czerwonymi domkami i kutrami zacumowanymi do kei

Fot. Alex Suchanek

O 1200 opuszczamy tę piękną mieścinę. Kolejny cel to znowu niewielka miejscowość Henningsvær. O wietrze mogę powiedzieć tyle, że jest. Wystarczający na pociągnięcie jachtu, ale niewystarczający na rozwinięcie dobrej szybkości, by dotrzeć na miejsce tego samego dnia.

Zaciekawiony tematem nawigacji podpytuję kapitana o to i owo. Nabieram wiedzy w wyznaczaniu kursów kompasowych, kursów nad drogą oraz w obliczaniu różnego rodzaju poprawek, deklinacji i dewiacji.

Bramy Henningsvær mamy na trawersie o godzinie 2400.

W drodze z Reine 
Fot. Alex Suchanek

 

03.08

Oprócz cudownych widoków, które możemy obserwować dniem i nocą, nie ma tutaj nic ciekawego, więc ruszamy w drogę przed południem. Noc to tylko formalne pojęcie. Wieczny dzień na północy w okresie letnim może zdezorientować człowieka i zmylić jego organizm nieprawdopodobnie. Mimo wczorajszego, a w sumie to dzisiejszego, przybicia nikt nie odczuwał zmęczenia mimo wielkiego wysiłku. Domyślam się, że to sprawka hormonu snu, którego najwięcej wydziela się o zmroku. Jedyny sensowny podział doby, jaki nam pozostaje, to system wachtowy. I tego będę się trzymał.

Wiatr mamy dobry – płyniemy od 4 węzłów wzwyż. Po drodze do Trollfjordu zahaczamy o stolicę Lofotów – Svolvær. Nasz przystanek tutaj ma się ograniczyć do jednego celu – wykąpania się. To dlatego, że od Bodø, nie widzieliśmy prysznica i każdy z chęcią spotka się z nim znowu.

W centrum Svolvær odbywa się zjazd harleyowców z okolic. Głośna muzyka walczy z rykiem motocykli w bitwie o głośność. Można tutaj zobaczyć motocykle stare i nowe, wyczyszczone i brudne, ładne i brzydkie.

O 1700 odbijamy od kei, a po pięciu godzinach żeglugi dopływamy do Trollfjordu.

 

04.08

Fiord Trolli – Trollfjord (Trollfjorden) – to bardzo atrakcyjne miejsce pod względem turystycznym. Wąskie przejście i głębokie przejście pomiędzy dwoma stromymi, niemal pionowymi brzegami porośniętymi zielenią bardzo dobrze komponuje się z dwoma typowymi, norweskimi domkami znajdującymi się na brzegu.

Po zatankowaniu wody pod korek ruszamy dalej. O 1100, ku uciesze Michała, zatrzymujemy się na ryby. W swoim życiu tak rzadko miałem do czynienia z wędkowaniem, że prawie wcale.

W drodze do Finnsnes
Fot. Alex Suchanek

Michałowi udaje się schwytać kilka niewielkich dorszy i makreli, które trafiają na patelnię. Trudno o świeższą rybę. Na dzisiaj zaplanowany jest pierwszy nocny przelot. Akurat wtedy, gdy trafia mi się psiak.

 

05.08

Julia budzi mnie kilkanaście minut przed północą. Trzeba wstawać i się ubierać. Pukam do Adama, by upewnić się, że i on już jest na nogach. Chwilę przed północą wychodzę na pokład, by przejąć wachtę i poznać cenne uwagi tych, co schodzą.
Mgła jest gęsta jak mleko, a wiatr gaśnie. Używamy wszystkich zmysłów, by kontrolować, czy żadna inna jednostka nie zbliża się w naszą stronę. Do tego nadajemy co jakiś czas sygnał mgłowy (jeden dźwięk długi i dwa krótkie).
Po godzinie uruchamiamy silnik i kierujemy się do najbliższego brzegu, gdzie rzucamy kotwicę. Czyli: 3 godziny sprawdzania przemieszczania się jachtu na podstawie namiarów robionych na ląd. Wydaje się być to proste i zresztą jest, ale mgła, z której wypłynęliśmy, weszła na ląd. Teraz nam zostaje tylko ploter. Ostatnie godziny wachty kotwicznej z Adamem szybko nam mijają na rozmowie.

O 0400, po przekazaniu wszystkich istotnych informacji Sebie, można wrócić do śpiwora.

Rano mgła schodzi i ruszamy w kierunku Finnsnes. Gdy dopływamy jestem już w półśnie.

 

06.08

Rano okazuje się, że jedyną atrakcją tutaj jest prysznic. Wszyscy chętnie go zwiedzają. Cena za wejście 20 koron (ok. 10 zł czyli 2,5 dolara). Wszyscy muszą się dokładnie umyć, bo kolejny przystanek to wielkie Tromsø.

Droga do Tromsø jest piękna jak każda, ale dla nas ma też zaletę żeglarską: jej najdłuższy odcinek udaje nam się przepłynąć na jednym halsie. Płyniemy w okresie niskiej wody, więc prądy są dla nas niekorzystne, a do tego silne. Musimy więc uruchomić silnik parę mil przed miastem.

O 0100 jesteśmy gotowi iść na zwiad. Tromsø okazuje się być typowo europejskim miastem. Głośna muzyka w lokalach i klubach, młodzi ludzie na ulicy i dużo sklepów. Już trochę odzwyczailiśmy się od takiego widoku. Na jacht wracamy dosyć późno, a raczej dość wcześnie.

 

07.08

Wstajemy późno, ale planujemy także późno wypłynąć, więc mamy czas, żeby zobaczyć to, czego wczoraj nie widzieliśmy. Naszym głównym celem jest „Polaria” czyli nowoczesne muzeum polarne. Tam mamy okazję zobaczyć najlepiej zachowany statek żaglowy, który służył do polowania na foki. Bardzo podoba mi się budowa tego statku i rozmyślne rozstawienie wszystkich kajut i innych pomieszczeń. W głównej części „Polarii” znajduje się fokarium oraz akwaria z przeróżnymi gatunkami zwierząt morskich. Pytam jednego z pracowników o ewentualny wolontariat, ale on proponuje tylko sponsoring fok. Wiadomo – najłatwiej jest dać (i wziąć) pieniądze. Ja szukam czegoś więcej i już wiem, że w „Polarii” tego nie znajdę.

Z Tromsø wyruszamy o 1800, czyli szykuje się kolejny nocny skok. Tym razem zmierzamy do portu zwanego Hasvik.

III wachta ma dzisiaj służbę od 2000 do 2400, czyli – moim zdaniem – najlepszą, jaka może się trafić na tym rejsie. Jest tak, ponieważ ok. 2300 słońce schodzi bardzo blisko horyzontu i niebo zaczyna przyjmować barwy pomarańczowo-fioletowo-różowe.

Tym razem wiatr wieje nam w twarz więc musimy halsować, ale w cztery godziny udaje nam się zdobyć dość dobrą wysokość. Teraz tylko sen, sen, sen.

Trzecia wachta
Fot. Alex Suchanek

 

Dochodzi północ
Fot. Alex Suchanek

 

08.08

Do Hasviku dopływamy po 2200.

Dzisiejszy dzień uważam za bardzo udany. Po długiej walce udało mi się wyciągnąć prawie 4-kilogramowego dorsza. Jeśli zebrać wszystkie ryby, które do tej pory złowiłem, nie ważyłyby one więcej niż ten dorsz, tak że mogę być chyba z siebie dumny.

Przy wejściu do Hasviku spotykamy dwie dziewczyny. Mówią, że zrobiły nam zdjęcia, gdy wpływaliśmy i chętnie się nimi podzielą.

Wpływamy do Hasviku
Fot. Andrine Vestgard

 

Miasteczko jest, jak zazwyczaj, niewielkie, ale to, co je wyróżnia, to niewielka pół-piaszczysta plaża, z czym się jeszcze nie spotkaliśmy.

Hasvik późnym wieczorem
Fot. Alex Suchanek

 

09.08

Po śniadaniu dostrzegamy na kei dwoje dzieci. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego oprócz tego, że miały wędki, a ich technika łowienia, pozornie bardzo prosta, była bardzo skuteczna: w tym samym momencie, w którym przynęta zanurzała się w wodzie, na haczyku magicznie pojawiała się ryba, gotowa by ją z wody wyjąć. Po 10 minutach wiadro jest pełne. Jeden z chłopców przynosi wielką skrzynkę, do której obaj wsypują zawartość wiadra – to nie koniec połowu. Widok niecodzienny, ale miły dla oka.

O 1100 ruszamy do Hammerfestu. Nie jest to daleko i o 1900 jesteśmy już przycumowani. To tutaj zostało założone pierwsze oświetlenie elektryczne w Norwegii. W Hammerfeście poznaję wolontariuszy z Médecins Sans Frontières i spędzam z nimi dużo czasu rozmawiając na temat tego, co się dzieje w różnych państwach oraz na temat wolontariatu. Po długich godzinach konwersacji okazało się, że raczej nie będę mógł pomóc ponieważ wiek rekrutacyjny zaczyna się od 25 lat. Postanawiam jednak napisać do biura tej organizacji i zapytać o moją sytuację.

 

10.08

Do Nordkappu coraz bliżej. Może uda nam się go zdobyć dzisiaj w nocy. Mamy jeszcze sporo mil przed sobą, ale przy dobrym wietrze opłyniemy Przylądek Północny.

Wiatr okazuje się być za dobry. Jego prędkość przekracza czasem 40 węzłów, co czyni naszą pogodę sztormową. Idziemy tylko na zrefowanym kliwrze, a i tak osiągamy prędkość 8-9 węzłów. Zwijamy się do Havøysund, gdzie przenocujemy.

 

11.08

Rano łapiemy ryby. Połowy okazują się być bardzo owocne, ponieważ złapaliśmy ich prawie 60. Są co prawda małe, ale nie ustępują smakiem swoim większym współlokatorom morza. W Havøysund nadarza się kolejna okazja do kąpieli, z czego wszyscy chętnie korzystają.

O 1400 wypływamy z nadzieją na zobaczenie Nordkappu za parę godzin.

Znowu mi się trafia wachta od 2000 do 2400. I dobrze, bo wtedy będziemy opływać wyspę Magerøya z Przylądkiem Północnym, znanym jako najbardziej wysunięty na północ punkt Europy.

 

Chwile przed zdobyciem Północnego Przylądka
Fot. Adam Machna

 

O 2000 Nordkapp chowa się jeszcze za lądem, ale – w miarę jak halsujemy – widzimy go na trawersie prawej burty.

Szybko zmykamy do najbliższego portu w okolicy – Skarsvåg, też na wyspie Magerøya. Ma to być przedostatni port naszej podróży. Po dopłynięciu wszyscy pędzą do spania, bo następnego dnia zobaczymy Nordkapp od strony lądu.

Nordkapp na horyzoncie
Fot. Alex Suchanek

 

12.08

Na miejsce zawozi nas Polak mieszkający tutaj od dłuższego czasu. Ma na imię Adam i pochodzi z Tychów. Podróż autem jest bardzo atrakcyjna: mijamy stada reniferów, których do tej pory nie widzieliśmy.

Na Nordkappie idziemy prosto w stronę popularnego globusa.

Metalowy szkielet globusa – znak rozpoznawczy Nordkappu
Fot. Alex Suchanek

 

Pogoda nam dopisuje, więc możemy spodziewać się dobrych zdjęć. Widać stąd Knivskjelodden, czyli rzeczywisty najbardziej wysunięty na północ punkt Europy, leżący na tej samej wyspie Magerøya.

Nordkapp jest jednak słynniejszy, bo ze względu na swoją budowę jest dużo bardziej atrakcyjny turystycznie. Płaskowyż, kończący się 300-metrowym klifem, który spada prosto do morza, wygląda znacznie lepiej niż cypel znajdujący się obok. Do tego znacznie lepiej prezentuje się na kartkach pocztowych.

Każdy ma już zdjęcie z globusem, więc idziemy w kierunku siedmiu kamienno-glinianych kręgów. Zrobiły je wiele lat temu losowo wybrane dzieci z różnych kontynentów w celu pokazania, że wszyscy możemy żyć razem w zgodzie.

Dyski – podpisane przez dzieci, które je zrobiły – stoją tutaj od ponad 30 lat
Fot. Alex Suchanek

 

Niedaleko znajduje się budynek, w którym można zwiedzić muzeum tajskie (w 1907 roku gościł tu król Tajlandii), wejść do kaplicy oraz zobaczyć w kinie panoramicznym film o otaczającym nas rejonie Norwegii. Zaliczamy wszystko. Teraz trzeba się zbierać na jacht. Po drodze widzimy jeszcze więcej reniferów niż poprzednio.

Po dotarciu do Skarsvåg wybieramy się jeszcze w pieszą wędrówkę, by zobaczyć kamienną bramę wyrzeźbioną przez setki lat przez wiatr.

Jednak zostajemy w Skarsvåg na kolejną noc, czyli właśnie stąd rozpoczniemy naszą podróż do domu. Po kolacji Kapitan zaprasza nas „godzinę kapitańską” – podsumowanie rejsu. Rozdając opinie z rejsu chwali załogę jako zespół oraz każdego z osobna. Wszystkim robi się miło ale i smutno, ponieważ już jutro znajdziemy się setki kilometrów stąd.

Uścisk dłoni z kapitanem przy rozdawaniu opinii z rejsu
Fot. Sebastian Kołodziej

 

13-15.08

Rano sprzątamy Bahię Sol, bo przyjechała już kolejna ekipa. Musimy się sprężyć, jeśli chcemy wyjechać wcześnie. Przed 1000 jesteśmy już w autobusie. Po drodze podwozimy jeszcze Julię, Pawła i Sebę na lotnisko do Alty.

Po przejechaniu 3300 kilometrów jesteśmy znowu we Wrocławiu, skąd każdy z nas jedzie w swoją stronę. Podróż była jeszcze bardziej męcząca, bo mieliśmy kilkaset dodatkowych kilometrów do zrobienia. O 2000 jestem już domu, w Chorzowie.


Fot. Adam Machna                                                 Fot. Michał Chybicki

Alexander Suchanek
25 sierpnia 2016

 


Alexander Suchanek mieszka w Świętochłowicach. Po rocznych kwalifikacjach (2012/2013), będąc w trzeciej klasie gimnazjum, został uczniem Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2013, polsko-rosyjska. Przepłynął w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Gdańska do Civitavecchia.
Uprawia snowboard, żeglarstwo, narciarstwo.
Uczy się w I LO im. Juliusza Słowackiego w Chorzowie; uczestniczy tam m.in. w pracach Koła Geografów „Peneplena”. Koło, prowa­dzo­ne przez dyrektora szkoły i podróżnika Przemysława Fabjańskiego, jest członkiem The Young Explorers Trust przy The Royal Geographical Society w Londynie i National Geographic Society w Waszyngtonie.
W 2015 r. brał udział w trwającej 54 dni XVI Szkolnej Wyprawie Geograficznej „Penepleny” do Indii i Nepalu: ► Alex Suchanek: Nie spać, zwiedzać!
Reportaż Alexa z rejsu na Bornholm znajdziecie tu: ► Alex Suchanek: Bornholmska przygoda.
To, co absolwenci i absolwentki SzPŻ-2013 (wśród nich Alex) napisali o rejsie Pogorią, znajdziecie tu: ► Szkoła Pod Żaglami 2013 – przez młodych opisana.
Zobaczyć Alexa możecie na filmie „Studniówka 2017”.


 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« October 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 
Jesień
– jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

•   Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

•   i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

•   Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

•   Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

•   Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

•   Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

•   Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

•   Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

•   Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

•   Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

•   Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

•   Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

•   Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

•   Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

•   Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

•   Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę polska.

•   Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

•   Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

•  Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
    Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
    A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

•   Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

•   Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

•   Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

•   Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

•   Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

•   Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

•   Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

•   Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

•   Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic na to nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.

Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią.
Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna  nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!
Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

Idzie jesień, a tu próżna kieszeń.

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień, brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień, ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę
z korca deszczu, garniec błota.

Pzdrwm_Robak

PS.
Za pocztówki dziękuję (w kolejności nadlatywania z czterech stron świata):

•   Kai (ze Shqipërii);
•   Kai, Mai i Witoldowi (z Finlandii, z rejsu Zaruskim);
•   Markowi (właśnie temu ze Świdnicy, a kartka była pantomimiczna z Wrocławia!);
•   Oli, Matyldzie, Mai, Strusiowi, Zuzi i Zuzi (skądże by, jak nie z Pogorii sześć pocztówek w jednej kopercie!);
•   Karolowi (z któregoś z rozlicznych festiwali);
•   Natalii (z Lidingo w Szwecji);
•   Łukaszowi (nie powiem, skąd);
•   Magdzie i Maszy (najpierw z Grecji, później ze Złotych Gór);
•   Oli (banan z Tennessee!);
•   Zuz-Ali (z Jastrzębia, ale i ze Zdroju);
•   Martynie (ciężko powiedzieć, skąd : );
•   Mirce i Stachowi (najpierw z Gruzji, a potem z Litwy);
•   Kasi (z jej rejsu na pokładzie jednostki czterokołowej Helena);
•   Krzysztofowi, znanemu jako "Kapitan" (z wędrówki po ostępach Montany i Yellowstone);
•   Ryśkowi (z rejsu, który prowadził dookoła Sycylii);
•   Kryspinowi (z Krakowa ale z Wieliczki);
•   Dorocie, Idze i Karolowi (z Kazimierza).

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

PAŹDZIERNIK...

Jasne, że październik. Wystarczy spojrzeć w okno i widać. No, chyba że ktoś mieszka w tropikach, na przykład w Singapurze.

Październik – dziesiąty miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.
Jest najdłuższym miesiącem w roku kalendarzowym: ponieważ na październik przypada zmiana czasu letniego na zimowy jest on dłuższy o jedną godzinę od pozostałych 31-dniowych miesięcy.

Teraz powinno być, jak etymologię słowa „październik” wyjaśnia Aleksander Brückner (pamiętamy: 1856-1939, filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny) i jeszcze np. zgrabny cytacik z Lindego. Ale nie będzie, bo to wyjaśni każdy, nawet ci, co o Brücknerze i Lindem nie słyszeli w życiu, a nawet tacy, dla których zaskoczeniem jest fakt istnienia słownika języka polskiego, bo przecież jeżeli słownik – to z jakiegoś na jakiś, a nie z naszego na nasze.
„Wrzesień” – bo wrzosy, „listopad” – bo liście spadają, „grudzień” – bo gruda (tu już tak prosto nie jest, bo na własne uszy słyszałem, jak ktoś powiedział, że mu coś „idzie jak po grudzień”).

A „październik”? Tu też jest „trudniej”, bo chodzi o paździerze, od których jest też „płyta paździerzowa” (a nie na odwrót!) – odpadki z lnu lub konopi.
Dziś mało kto zna bajkę Konopnickiej Jak to ze lnem było, a tego, jak się obrabia len – poza specjalistami – dziś nie wie nikt, choć kiedyś była to jedna z podstawowych prac w każdym większym gospodarstwie. W bajce, jak to w bajce: był król – dobrotliwy, sprawiedliwy, ale bardzo nieszczęśliwy, ciągle bowiem był zmartwiony z racji takiej, że jego naród na grzbiet nie miał co włożyć. Dał mu starzec, przy drodze spotkany, worek nasion mówiąc, że złoto z nich wyrośnie – ale że nie wyrosło, więc król zielsko najpierw kazał wyrwać, później w rzece topić, później pod lasem rzucić. A gdy znów mu się przed oczy napatoczyło, zawołał:

– Hej tam! Zabrać mi to przeklęte zielsko i otłuc kijami, żeby aż z niego paździerze poszły!
I z wielką pasją do domu wracał, a z nim goście jego.
A pachołki tymczasem, one pęki łodyg porwawszy, zaczęli je kijami okładać tak, że aż z nich paździerze leciały.
Naleciał tych paździerzy okrutny pokład, a łodygi aż pobielały, jak z nich ta pierwsza surowizna zeszła.

Tymczasem starzec – którego król zdążył już w lochu uwięzić – nauczył dzieweczkę jedną, jak z łodyg lnianych nić wysnuć i płótno utkać, i królowi sztukę materiału w darze złożył, mówiąc:

Kazałeś go topić?
Dobrześ uczynił, bo jego łodyżki w wodzie odmięknąć muszą.
Kazałeś go z wody precz cisnąć?
Dobrześ uczynił, bo go trzeba suszyć.
Po moknięciu owym kazałeś go kijami z paździerzy obić?
Dobrześ uczynił, bo tę złą paździerz obić trzeba z łodygi, żeby ją uprawić.
Kazałeś je zaś powtórnie kijami obijać?
I toś dobrze uczynił, bo do trzeciej skóry len obić trzeba i kijem go wyłamać, żeby do włókna się dostać.
[…] Królewna niech każe po wsiach len siać i tak go sprawić z rozwagą i miłością, jakeś go ty królu, z gniewem sprawiał, a z płótna niech da koszule dla wszystkich sierot i niemocnych szyć, co jest więcej niż złoto, bo jest poratowanie ubóstwa i niedostatku.

I tak to się wszystko – jak pisał x. Tischner – fajnie po góralsku skończyło, hej!

 

Hen, drzewiej... [„hen” to wg słownika 'wzmocnienie okolicznika miejsca', „drzewiej” to 'dawniej' (a nie tryb rozkazujący)] dziesiąty miesiąc roku nazywano u nas również: paździerzec lub paździerzeń (od tych samych paździerzy), pościernik (od ściernisk jesienią pola pokrywających), a także winnik, co zbieżne było ze starogermańską nazwą października Weinmond, więc smacznie – bo od wina.

Łacińska nazwa October – „ósmy miesiąc” (octo to po łacinie osiem), zaczęła być używana od roku 46 p.n.e., kiedy to Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).
Nazwa ta została zapożyczona przez większość języków europejskich.

 

Październikowe rocznice

 

1 października 1800: trzeci traktat z San Ildefonso – Hiszpania oddaje Francji „Zachodnią Luizjanę”.

Cudzysłów dałem dlatego, że owa nazwa nie ma nic wspólnego z dzisiejszym stanem Luizjana, gdyż w owym czasie oznaczała terytorium stanowiące prawie 25% powierz­chni dzisiejszych Stanów Zjednoczonych.
Obejmowało ono – w całości – dzisiejsze stany (porządek alfabetyczny): Arkansas; Dakota Południowa; Iowa; Kansas; Missouri; Nebraska; Oklahoma; oraz mniejsze lub większe części stanów (porządek prawie alfabetyczny): Dakota Północna; Luizjana (na zachód od Missisipi, z Nowym Orleanem); Minnesota (na zachód od Missisipi); Montana, Wyoming i Kolorado (na wschód od Gór Skalistych); Nowy Meksyk (część północno-wschodnia); Teksas (część północna) i niewielkie kawałki dzisiejszych prowincji kanadyjskich Alberta i Saskatchewan.

Hiszpania oddała więc taki kawał kontynentu Francji w zamian za:

● obietnicę utworzenia królestwa na podbitym przez Napoleona Półwyspie Apenińskim (państwa „Włochy” wówczas nie było; powstanie dopiero w 1861 r.) którym władać miał bratanek hiszpańskiego króla – książę Parmy, Ludwik Franciszek Filibert Burbon-Parmeński;

● obietnicę Francji, że nie przekaże „Zachodniej Luizjany” żadnemu innemu państwu.

● Do tego Hiszpanie zgodzili się dołożyć sześć 74-działowych okrętów wojennych, które miały być przekazane po objęciu przyrzeczonego tronu przez Ludwika Franciszka Filiberta.

Trzeci traktat z San Ildefonso (ściśle tajny w momencie podpisania) ogłoszono miesiąc po uzgodnieniu. Ostateczna umowa podpisana została 21 marca 1801 r. w Aranjuez.

Napoleonowi, wojującemu z Anglią, zależało na sojuszu z Hiszpanią, więc Ludwik Franciszek Filibert, 21 marca 1801 r., został królem tzw. Etrurii, ze stolicą we Florencji (że pod kontrolą Francji, to jasne, prawda?). Panował krótko: dwa lata później zmarł, zostawiając na tronie 4-letniego syna.
Epizod Królestwa Etrurii trwał też krótko, bowiem Napoleon w 1807 roku włączył je w skład Cesarstwa Francuskiego.
I tak została wypełniona francuska obietnica pierwsza.

Karol IV Hiszpański ogłosił dekret królewski o przekazaniu „Zachodniej Luizjany” Cesarstwu Francji 15 października 1802. Trzy miesiące później Napoleon złożył, a Thomas Jefferson przyjął ofertę kupna/sprzedaży tego terytorium.
I tak została wypełniona francuska obietnica druga.

Okręty (Intrépido, Conquistador, Pelayo, San Genaro, AtlanteSan Antonio) zostały przekazane Francji, zgodnie z umową, w marcu 1801 r.

 

Jak było dokładnie ze sprzedażą „Zachodniej Luizjany” Stanom Zjednoczonym, przeczytacie przy dacie 30 kwietnia, bo właśnie tego dnia, w 1803 roku, podpisany został akt transakcji zwanej Louisiana Purchase. A w skrócie rzecz miała się tak.

Rewolucja francuska z 1789 roku (zwana Wielką) oparła się na trzech wyrazach-hasłach: liberté, égalitéfraternité, komunikując całemu światu, że wszyscy ludzie są wolni, równi i (sobie) braćmi. Ludzie prostoduszni przyjęli to bez zastrzeżeń, zapominając, że zawsze są ludzie bardziej wolni i bardziej równi niż inni, a braterstwo też może być różne, np. stryjeczne, cioteczne czy jeszcze dalsze.
Dosłownie pół godziny po napisaniu tych słów, otworzyła mi się (słowo daję: przypadkiem) jedna z książek na stronie z następującym cytatem:

Rewolucje proklamują szlachetne słownictwo, które przenika do mowy potocznej: nawet przeciwnicy wierzą w głębi serc, że zawarte w intencjach re­wo­luc­ji dobro i rozum wyeli­minują w końcu przemoc i absurd, wierzą w sło­wa, albowiem moc słów jest nieod­gad­nio­na, zaś na zużycie ich nie starczy stuleci.

Précisément.
Tacy właśnie prostoduszni ludzie zamieszkiwali kolonię francuską Saint-Domingue (zachodnia część wyspy Hispaniola, dziś: wyspa Haiti; po polsku kolonia ta zwana była z hiszpańska: San Domingo). Pojęli oni rewolucyjne hasła dosłownie i zażądali tego, co im się wydawało ich.
Sęk w tym, że byli to czarni niewolnicy z plantacji, którym do głowy nie wpadło, że gdy biali panowie w Europie robią demokratyczno-wolnościowe rewolucje, to czarnym do tego wara, bo mają pracować jeszcze więcej, gdyż rewolucja zawsze potrzebuje pieniędzy. Jednak niewolnicy – jak to niewolnicy – zaczęli powstanie.

Ekspedycje wojskowe wysłane do Saint-Domingue przez Hiszpanię, Wielką Brytanię i Napoleona, by spacyfikować buntowników (Legiony Polskie z armii napoleońskiej też pacyfikowały, a jakże) były dziesiątkowane zarówno przez powstańców, jak i choroby tropikalne. Ukaz z 1802 roku, który nadszedł z Paryża i oznajmiał utrzymanie niewolnictwa na Martynice i Gwadelupie także niewiele pomógł.

Napoleon zdał sobie sprawę, że Saint-Domingue nie utrzyma (i rzeczywiście: powstańcy ogłosili niepodległość 1 stycznia 1804 jako Haiti), a bez tej bazy wszelkie posiadłości francuskie na kontynencie północnoamerykańskim nie przetrwają długo. Najbardziej zaś potrzebne mu były pieniądze.

Jefferson z kolei zdawał sobie sprawę, że wkrótce pojawi się co najmniej dwóch pretendentów do „Zachodniej Luizjany” – Hiszpania i Anglia i że najtańsza wojna będzie wielokrotnie droższa od ceny wynegocjowanej z Francją. Francja zaś proponowała sprzedaż terytorium mającego 2.144.510 km2 (828.000 mil kw.) za 15 milionów dolarów (11,75 mln gotówką, reszta – przez umorzenie długu), czyli 7 centów za hektar (po amerykańsku: 2,8ȼ za akr). Dziś by to było ok. 236 milionów dolarów czyli 1,11 dolara za hektar (44,5ȼ za akr) – darmo!

Trzeba tu jeszcze dodać, że w owym czasie duża część ziem wchodzących w skład „Zachodniej Luizjany” mogłaby się reklamować jako „nietknięta stopą białego człowieka”.

 

 

14 października 1582 był dniem ciekawym, bo datą dnia poprzedniego był 4 października – czyli 10 dni wypadło z kalendarza. Stało się to za sprawą bulli Inter gravissimas [„Wśród najpoważniejszych (obowiązków pasterskich)"] wydanej przez Grzegorza XIII.
Papież zarządził zmianę, by dostosować daty obowiązującego do owej pory systemu juliańskiego do kalendarza solarnego czyli astronomicznego, bo np. przesunięcie Wielkiejnocy zaczęło być zbyt wielkie.
Kalendarz wprowadzony przez Juliusza Cezara w 45 r p.n.e. był postępem wobec tego, jak liczono daty w Rzymie wcześniej, ale miał i wady: m.in. w wyznaczaniu lat przestępnych, przez co spóźniał się wobec Słońca o 1 dzień na 128 lat.
Kalendarz Grzegorza zreformował naliczanie lat przestępnych (miał 1 dzień spóźnienia solarnego na 3322 lata), ale musiał też zniwelować różnicę (dokładnie: jej część), jaka narosła w systemie juliańskim, stąd właśnie ów przeskok o 10 dni.

Różne kraje przyjęły tę zmianę różnie.
Katolicy – Hiszpania, państwa włoskie czy Polska – przyjęli kalendarz gregoriański niemal natychmiast.
Wielka Brytania przyjęła go niemal 200 lat później (1752), Bułgaria – w 1916, Grecja – w 1923.

W Rosji było jeszcze dziwniej: kalendarz zmienił się tam w roku 1700 ale... z bizantyjskiego na juliański. Bizantyjski – wiadomo: otrzymany od Cesarstwa Wschodniorzymskiego i dumnie podtrzymywany, gdy po 1453 roku drugim Konstantynopolem – stolicą prawosławia – stał się Kijów, a później Moskwa.
Bizantyjczycy poszli na całość: żadne tam założenie miasta, czy nawet narodzenie Chrystusa, tylko stworzenie świata. Wyliczyli sobie, że akt kosmicznej kreacji wydarzył się (wg naszych ułomnych obliczeń) w 5508 r p.n.e. i w AD 691 zaczęli datować lata po swojemu, uznając ten rok za 6199.
W roku 7208 Piotr I, modernizując Rosję, chciał uczynić (i uczynił) to samo z jej kalendarzem. „Ciut mu się jednak – jak mawia mój przyjaciel, Geografem zwany, więc i na kalendarzach się znający – omskło.” I car Piotr zamiast gregoriańskiego wybrał kalendarz juliański, oznajmiając w dodatku, że niniejszym jest rok 1700, czyli początek wieku osiemnastego.
Z tym też mu się „omskło” (podobnie jak sto lat później Słowackiemu; a niektórzy nie mogą tego zrozumieć do dziś), bo lata zakończone na dwa zera kończą stary wiek, a nie są początkiem nowego. Ale wydaje się, że na Rusi nie było głupiego na tyle, żeby wytknąć błąd carowi – więc tak zostało.
Wreszcie przyszli bolszewicy i w roku 1918 przeszli na system gregoriański.
Aż dziw: bolszewicy przejęli system burżuazyjno-religiancki. Chyba tylko dlatego, że przyspieszał kalendarz: jeden dzień – a dziesięć dni władzy proletariatu więcej!

Ale w Rzeczypospolitej też łatwo było jedynie teoretycznie. W aktach obrad sejmowych, które rozpoczęły się w Warszawie w październiku 1582 odnotowano: wedle poprawy nowego kalendarza w dzień świętej Jadwigi (15 października) roku tysięcznego pięćsetnego osiemdziesiąt drugiego [Sejm] zaczęty i zagajony został.

Ciekawa rzecz: Stefan Batory, który początkowo nakazywał wprowadzenie nowego datowania w urzędach państwowych i całym państwie bez względu na wyznanie (nie zachował się żaden oryginał tego rozkazania), w roku następnym rozkaz złagodził i do hierarchów Kościoła Prawosławnego, 18 maja 1585, napisał:

postanowiliśmy dla wyznawców religii Greckiej, którzy w Wielkiem Księstwie Litewskiem zamieszkują,
udzielić wolne i spokojne wyznanie, odbywanie i zachowywanie w temże Księstwie
wszelkich obrządków i rytuałów podług dawnego kalendarza i przepisu.

W roku kolejnym (21 stycznia 1584) król powtórzył: ludzie greckiego zakonu do tej poprawy kalendarza nowego, bez przyzwolenia starszego patryjarchy swojego, gwałtem przymuszani być nie mają. Ten uniwersał był reakcją na zachowanie katolickich fundamentalistów, którzy we Lwowie, w Wilnie i Łucku wszczęli rozruchy, gdyż nie podobało im się, że prawosławni obchodzili święta kościelne dziesięć dni później. Dziesięć dni, jak widać, nie dym!

Ruszyli się nie tylko katolicy. Rewoltę antygregoriańską wszczęli ewangelicy w Inflantach; w Rydze zrobiło się groźnie do tego stopnia, że w styczniu 1585 ryska rada miejska musiała zagwarantować opozycji, iż stary kalendarz będzie obowiązywał tak w sferze kościelnej jak i świeckiej. I tak było.
Gdy nakaz datowania gregoriańskiego powtórzył w 1589 kolejny król, Zygmunt III, Ryga odmówiła, a w 1613 złożyła formalny protest na sejmiku – i zgoda na używanie dat juliańskich została jej przyznana.

Podobnie rzecz się miała w Prusach Książęcych, gdzie rozkazowi królewskiemu otwarcie zaoponowano. Bez szemrania za to daty gregoriańskie przyjęte zostały w 1612, gdy zadekretował je pruski książę-regent Johann Sigismund, opiekun prawny formalnego władcy Albrechta Friedricha, słabującego wówczas na umyśle.

Który to już raz chce się za podlaskimi adwersarzami Bogusława Radziwiłła powtórzyć: Omnis novitas in re publica periculosa est — Wszelka nowość w Rzeczypospolitej jest niebezpieczna.

Choć może bardziej pasowałby tu cytat Radziwiłła sienkiewiczowskiego: „Ej, galimatias w tej waszej Rzeczypospolitej, galimatias.”

 

Dużo się tego zrobiło, choć rocznice tylko dwie. Wobec tego:

 

Znaki Zodiaku
przypadające na październik

Waga (♎, do 22 października).

Skorpion (♏, od 23 października).

Wstyd nawet pisać. Pijar tzw. czarny (więc prawdziwy, bo bez kadzenia i komercyjnej chęci przypodobania się każdemu) jest po prostu bezlitosny O Wadze było we wrześniu, a Skorpion?

Ma manię prześladowczą.
Nic nie jest w stanie zmienić jego przekonania, że licznym, stałym niepowodzeniom Skorpiona
winien jest zawsze ktoś inny, a nie on sam.
Ze strachu atakuje pierwszy i to od tyłu.
Z przyjemnością dręczy zwierzęta i marzy o posadzie dozorcy w ZOO.

Maju, przybądź!

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich

dziesiąty miesiąc roku to:

białoruskiкастрычнік [kastrycznik]
bośniackioktobar
bułgarskioктомври [oktombri]
chorwackilistopad
czeskiříjen [rzijen]
kaszubskirujan (też: pajicznik, paklepnik, pazdzérznik, oktober)
litewskispalis
łatgalskileita
łużycki (dolny)oktober (też: winowc, winski)
łużycki (górny)oktober (też: winowc)
łotewskioktobris
macedońskioктомври [oktombri] albo листопад [listopad]
rosyjskioктябрь [oktiabr’]
serbskioктобар [oktobar]
słowackioktóber
słoweńskioktober
ukraińskiжовтень [żovtień]
żmudzkispalis

 

Przysłowia związane
z październikiem:

Gdy październik ciepło trzyma,
zwykle mroźna bywa zima.

Gdy październik ze śniegiem przybieży,
na wiosnę długo śnieg na polach leży.

Grzmot październikowy – niestatek zimowy.

Jeżeli październik jest wietrzny i mroźny,
to nie będzie za to styczeń, luty groźny.

Miesiąc październy,
marca obraz wierny.

Październik chodzi po kraju,
żenie ptastwo z gaju.

Październik, bo paździerze
baba z lnu cierlicą bierze.

Październik, gdy grzmot na wschodzie naprawi,
burz nas wielkich i wiatrów nabawi.

Pościernik, bo po ścierni,
pług rznąc skibę, rolą czerni.

W krótkie dzionki października
wszystko z pola, sadu znika.

W październiku jak na śmietniku

W październiku, jeśli liście z drzewa nie spadają,
będzie tęga i ostra zima.

W październiku myśli z ptakami na południe odlatują.

 

Przysłowia na


św. Franciszka (4.X)

Na św. Franciszka
chłop już w polu nic nie zyska.

Na św. Franciszka
odlatuje pliszka.

 

św. Brygidę (8.X)

O św. Brygidzie
babie lato przyjdzie.

 

św. Emila (11.X)

Na Emila
babskie lato się przesila.

 

św. Edwarda (13.X)

Na Edwarda – jesień twarda.

 

św.Teresę i Jadwigę (15.X)

Dobra Tereska,
kto z nią nie mieszka.

Każda Teresa
ma swe interesa.

Na św. Teresę
odziej się w bekieszę.

Do św. Jadwigi
pozbieraj jabłka, orzechy i figi.

Jadwiga rzepę kopie.

Kto sieje na Jadwigę,
ten zbiera figę.

Od św. Jadwigi
włóż na górę czepigi.
[można odłożyć na strych pługi i radła, bo to koniec orki]

Po św. Jadwidze
słodycz w marchew idzie.

 

św. Gawła (16.X)

Kiedy w św. Gaweł słota,
będzie w lecie dużo błota.

Św. Gaweł stoi na to,
jakie będzie przyszłe lato.

 

św. Łukasza (18.X)

Już minął św. Łukasz,
czego w polu szukasz?

 

św. Urszulę (21.X)

Od Urszuli
śnieżnej oczekuj koszuli.

Urszula do pieca przytula.

 

św. Kryspina (25 X)

Na świętego Kryspina
szewc przy świecy poczyna.

W świętego Kryspiniana
każda szewczyna pijana.
[św. Kryspin uważany jest za patrona szewców]

 

św. Szymona (28.X)

Kiepski rok zapowiada,
gdy na Szymona pada.

Na Szymona i Judę
trza opatrzeć budę.

Od Szymona i Judy
przeszły w polu trudy.

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytat wewnątrz tekstu:
Tyrmand, Leopold. Życie towarzyskie i uczuciowe.
Paryż : Instytut Literacki, 1967; str. 167.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha