Alex Suchanek

Bodø – Nordkapp

Od zawsze marzyłem o podróży na północ naszej wielkiej kuli…

Svalbard to miejsce, które od dłuższego czasu pojawia się w mojej głowie i snach. Wiadomo jednak, że słonia się je po kawałku, więc postanowiłem na początek wrzucić na patelnię coś mniejszego. Wybrałem trasę Bodø – Nordkapp.

28.07 – 30.07. 2016

Zbiórka przy Dworcu Głównym we Wrocławiu – stąd zaczyna się nasza podróż na północ przez Niemcy, Danię, Szwecję i Norwegię. Tutaj także poznaję większość swoich kompanów w podróży. Resztę spotkamy w Bodø. Są to osoby dużo starsze ode mnie, ale wiem, że zasymiluję się z nimi bardzo dobrze.
Busem jedziemy w sześć osób, w tym kapitan – Mirek Siudak. Obawa, że w busiku będzie mało miejsca okazała się niepotrzebna. Każdy ma tyle miejsca, że może znaleźć komfortową pozycję. Wspólna podróż jest świetną okazją do integracji. Od pierwszej chwili znajdujemy w sobie wspaniałych kompanów wyprawy – i bardzo dobrze, bo na tak małej powierzchni, na jakiej będziemy przebywać, jest mało miejsca na niesnaski.

 

30.07

Po długiej i wykańczającej podróży docieramy do Bodø. Czuję się, jakbym siedział przez ostatnie 30 dni i zastanawiam się, co czują w takim razie osoby, które prowadziły samochód, ale wolę nie pytać.

Jest 0400, więc musimy czekać na jakąś ludzką godzinę, by obudzić poprzednią załogę, która zapewne nie poszła wczoraj wcześnie spać. Postanawiam zamknąć oczy na 5 minut, ale coś poszło nie tak i budzę się po 3 godzinach.

Przeprowadzka z busika na jacht przebiega sprawnie. Ok. 1600 przyjeżdża trójka pozostałych załogantów. Na spotkaniu organizacyjnym w pełnej załodze następuje przydział wacht. Wybór oficerów przebiega na podstawie doświadczenia żeglarskiego. Podział wygląda następująco:

Kapitan:   Mirosław Siudak
I wachta: Michał Chybicki (oficer), Gosia Krasicka-Mockałło
II wachta: Paweł Wyszomirski (oficer), Julia Wyszomirska
III wachta: Alexander Suchanek (oficer), Adam Machna
IV wachta: Sebastian Kołodziej (oficer), Kasia Sosulska

Jacht to 14-metrowy Bahia Sol, typu Gib Sea 444, konstrukcji francuskiej. Przeznaczony jest dla 12 osób, więc będziemy mieć dużo miejsca. Nasza krypa ma grota, genuę oraz kliwra.

Fot. https://www.morskierejsy.pl

Jestem w wachcie z Adamem. Będziemy tworzyć zgrany duet, ponieważ obaj wychowywaliśmy się na Śląsku. Dodam jeszcze, że Adam miał najwięcej czasu z całej załogi, by posmakować życia.
Załoga przygotowuje się na kolejną sesję integracyjną. Tym razem ze środkami wspomagającymi.

 

31.07

O 1200 oddajemy cumy i kierujemy dziób na pierwszą wyspę z archipelagu Lofotów – Varøya.

Fot. https://www.morskierejsy.pl

Nie spodziewam się choroby morskiej, ale może być różnie. Mimo że znajdujemy się za kołem podbiegunowym, nie jest zimno. Szczerze mówiąc, wczoraj byłem pod prysznicem w krótkich spodenkach i klapkach.

Pogodę mamy korzystną pod względem wiatru – gdy mocniej przywieje, licznik wskazuje nawet ponad 8 węzłów. Na zewnątrz trochę siąpi, ale jest to do przeżycia.

O 2000 do dziennika jachtowego została wpisana informacja o przycumowaniu. Na miejscu poznajemy przyjacielskiego Norwega, który wraz z żoną rejsuje po Morzu Norweskim.

 

01.08

Idziemy do sklepu. Norwegia to nie jest tani kraj, ale zaopatrzenie znajdujące się na statku nie zaspokaja w pełni naszych potrzeb. Kierujemy kroki do centrum miasteczka, a rozpoznajemy je po wieży kościoła. Kilka metrów przed sklepem zauważamy punkt informacyjny: tam dowiadujemy się, że warto wybrać się na najwyższy szczyt wyspy.

Mimo że pogoda nie jest wycieczkowa, postanawiamy wejść na górkę. Ścieżka nie jest długa, natomiast jest stroma. Prowadzi do bazy NATO, która znajduje się na samej górze. Aby tam się dostać, musimy przejść przez nieoświetlony tunel, przed którym stoi znak informujący o zakazie przejścia pod groźbą utraty zdrowia lub życia. Ryzykujemy. Ścieżka się wije po zboczu góry, a następnie wychodzi na płaskowyż, po którym dochodzimy do bazy NATO. Jest mgliście i wietrznie, a do tego siąpi, więc czym prędzej schodzimy w dół patrząc na przysłoniętą mgłą wyspę. Po powrocie do mariny oddajemy cumy i ruszamy do następnego portu.

O 2100 docieramy do Reine, największego portu drugiej wyspy Lofotów – Moskenesøya.

 

02.08

Reine, co widzimy za dnia, jest bardzo podobne do miasteczka na Varøya, ale jest trochę większe. Na obrzeżach miast i wiosek często można dostrzec drewniane rusztowania – to miejsca, gdzie suszy się ryby, głównie dorsze. W silnym wietrze, nawet niesolone, suszą się bardzo szybko. Norwedzy mówią na to ‘Stokkfish’.

Później spotykamy się ze znajomą kapitana – Aliną, która mieszka tu od dłuższego czasu i opowiada nam co nieco o tych rejonach.

 
Reine – typowa wioska norweska z czerwonymi domkami i kutrami zacumowanymi do kei

Fot. Alex Suchanek

O 1200 opuszczamy tę piękną mieścinę. Kolejny cel to znowu niewielka miejscowość Henningsvær. O wietrze mogę powiedzieć tyle, że jest. Wystarczający na pociągnięcie jachtu, ale niewystarczający na rozwinięcie dobrej szybkości, by dotrzeć na miejsce tego samego dnia.

Zaciekawiony tematem nawigacji podpytuję kapitana o to i owo. Nabieram wiedzy w wyznaczaniu kursów kompasowych, kursów nad drogą oraz w obliczaniu różnego rodzaju poprawek, deklinacji i dewiacji.

Bramy Henningsvær mamy na trawersie o godzinie 2400.

W drodze z Reine 
Fot. Alex Suchanek

 

03.08

Oprócz cudownych widoków, które możemy obserwować dniem i nocą, nie ma tutaj nic ciekawego, więc ruszamy w drogę przed południem. Noc to tylko formalne pojęcie. Wieczny dzień na północy w okresie letnim może zdezorientować człowieka i zmylić jego organizm nieprawdopodobnie. Mimo wczorajszego, a w sumie to dzisiejszego, przybicia nikt nie odczuwał zmęczenia mimo wielkiego wysiłku. Domyślam się, że to sprawka hormonu snu, którego najwięcej wydziela się o zmroku. Jedyny sensowny podział doby, jaki nam pozostaje, to system wachtowy. I tego będę się trzymał.

Wiatr mamy dobry – płyniemy od 4 węzłów wzwyż. Po drodze do Trollfjordu zahaczamy o stolicę Lofotów – Svolvær. Nasz przystanek tutaj ma się ograniczyć do jednego celu – wykąpania się. To dlatego, że od Bodø, nie widzieliśmy prysznica i każdy z chęcią spotka się z nim znowu.

W centrum Svolvær odbywa się zjazd harleyowców z okolic. Głośna muzyka walczy z rykiem motocykli w bitwie o głośność. Można tutaj zobaczyć motocykle stare i nowe, wyczyszczone i brudne, ładne i brzydkie.

O 1700 odbijamy od kei, a po pięciu godzinach żeglugi dopływamy do Trollfjordu.

 

04.08

Fiord Trolli – Trollfjord (Trollfjorden) – to bardzo atrakcyjne miejsce pod względem turystycznym. Wąskie przejście i głębokie przejście pomiędzy dwoma stromymi, niemal pionowymi brzegami porośniętymi zielenią bardzo dobrze komponuje się z dwoma typowymi, norweskimi domkami znajdującymi się na brzegu.

Po zatankowaniu wody pod korek ruszamy dalej. O 1100, ku uciesze Michała, zatrzymujemy się na ryby. W swoim życiu tak rzadko miałem do czynienia z wędkowaniem, że prawie wcale.

W drodze do Finnsnes
Fot. Alex Suchanek

Michałowi udaje się schwytać kilka niewielkich dorszy i makreli, które trafiają na patelnię. Trudno o świeższą rybę. Na dzisiaj zaplanowany jest pierwszy nocny przelot. Akurat wtedy, gdy trafia mi się psiak.

 

05.08

Julia budzi mnie kilkanaście minut przed północą. Trzeba wstawać i się ubierać. Pukam do Adama, by upewnić się, że i on już jest na nogach. Chwilę przed północą wychodzę na pokład, by przejąć wachtę i poznać cenne uwagi tych, co schodzą.
Mgła jest gęsta jak mleko, a wiatr gaśnie. Używamy wszystkich zmysłów, by kontrolować, czy żadna inna jednostka nie zbliża się w naszą stronę. Do tego nadajemy co jakiś czas sygnał mgłowy (jeden dźwięk długi i dwa krótkie).
Po godzinie uruchamiamy silnik i kierujemy się do najbliższego brzegu, gdzie rzucamy kotwicę. Czyli: 3 godziny sprawdzania przemieszczania się jachtu na podstawie namiarów robionych na ląd. Wydaje się być to proste i zresztą jest, ale mgła, z której wypłynęliśmy, weszła na ląd. Teraz nam zostaje tylko ploter. Ostatnie godziny wachty kotwicznej z Adamem szybko nam mijają na rozmowie.

O 0400, po przekazaniu wszystkich istotnych informacji Sebie, można wrócić do śpiwora.

Rano mgła schodzi i ruszamy w kierunku Finnsnes. Gdy dopływamy jestem już w półśnie.

 

06.08

Rano okazuje się, że jedyną atrakcją tutaj jest prysznic. Wszyscy chętnie go zwiedzają. Cena za wejście 20 koron (ok. 10 zł czyli 2,5 dolara). Wszyscy muszą się dokładnie umyć, bo kolejny przystanek to wielkie Tromsø.

Droga do Tromsø jest piękna jak każda, ale dla nas ma też zaletę żeglarską: jej najdłuższy odcinek udaje nam się przepłynąć na jednym halsie. Płyniemy w okresie niskiej wody, więc prądy są dla nas niekorzystne, a do tego silne. Musimy więc uruchomić silnik parę mil przed miastem.

O 0100 jesteśmy gotowi iść na zwiad. Tromsø okazuje się być typowo europejskim miastem. Głośna muzyka w lokalach i klubach, młodzi ludzie na ulicy i dużo sklepów. Już trochę odzwyczailiśmy się od takiego widoku. Na jacht wracamy dosyć późno, a raczej dość wcześnie.

 

07.08

Wstajemy późno, ale planujemy także późno wypłynąć, więc mamy czas, żeby zobaczyć to, czego wczoraj nie widzieliśmy. Naszym głównym celem jest „Polaria” czyli nowoczesne muzeum polarne. Tam mamy okazję zobaczyć najlepiej zachowany statek żaglowy, który służył do polowania na foki. Bardzo podoba mi się budowa tego statku i rozmyślne rozstawienie wszystkich kajut i innych pomieszczeń. W głównej części „Polarii” znajduje się fokarium oraz akwaria z przeróżnymi gatunkami zwierząt morskich. Pytam jednego z pracowników o ewentualny wolontariat, ale on proponuje tylko sponsoring fok. Wiadomo – najłatwiej jest dać (i wziąć) pieniądze. Ja szukam czegoś więcej i już wiem, że w „Polarii” tego nie znajdę.

Z Tromsø wyruszamy o 1800, czyli szykuje się kolejny nocny skok. Tym razem zmierzamy do portu zwanego Hasvik.

III wachta ma dzisiaj służbę od 2000 do 2400, czyli – moim zdaniem – najlepszą, jaka może się trafić na tym rejsie. Jest tak, ponieważ ok. 2300 słońce schodzi bardzo blisko horyzontu i niebo zaczyna przyjmować barwy pomarańczowo-fioletowo-różowe.

Tym razem wiatr wieje nam w twarz więc musimy halsować, ale w cztery godziny udaje nam się zdobyć dość dobrą wysokość. Teraz tylko sen, sen, sen.

Trzecia wachta
Fot. Alex Suchanek

 

Dochodzi północ
Fot. Alex Suchanek

 

08.08

Do Hasviku dopływamy po 2200.

Dzisiejszy dzień uważam za bardzo udany. Po długiej walce udało mi się wyciągnąć prawie 4-kilogramowego dorsza. Jeśli zebrać wszystkie ryby, które do tej pory złowiłem, nie ważyłyby one więcej niż ten dorsz, tak że mogę być chyba z siebie dumny.

Przy wejściu do Hasviku spotykamy dwie dziewczyny. Mówią, że zrobiły nam zdjęcia, gdy wpływaliśmy i chętnie się nimi podzielą.

Wpływamy do Hasviku
Fot. Andrine Vestgard

 

Miasteczko jest, jak zazwyczaj, niewielkie, ale to, co je wyróżnia, to niewielka pół-piaszczysta plaża, z czym się jeszcze nie spotkaliśmy.

Hasvik późnym wieczorem
Fot. Alex Suchanek

 

09.08

Po śniadaniu dostrzegamy na kei dwoje dzieci. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego oprócz tego, że miały wędki, a ich technika łowienia, pozornie bardzo prosta, była bardzo skuteczna: w tym samym momencie, w którym przynęta zanurzała się w wodzie, na haczyku magicznie pojawiała się ryba, gotowa by ją z wody wyjąć. Po 10 minutach wiadro jest pełne. Jeden z chłopców przynosi wielką skrzynkę, do której obaj wsypują zawartość wiadra – to nie koniec połowu. Widok niecodzienny, ale miły dla oka.

O 1100 ruszamy do Hammerfestu. Nie jest to daleko i o 1900 jesteśmy już przycumowani. To tutaj zostało założone pierwsze oświetlenie elektryczne w Norwegii. W Hammerfeście poznaję wolontariuszy z Médecins Sans Frontières i spędzam z nimi dużo czasu rozmawiając na temat tego, co się dzieje w różnych państwach oraz na temat wolontariatu. Po długich godzinach konwersacji okazało się, że raczej nie będę mógł pomóc ponieważ wiek rekrutacyjny zaczyna się od 25 lat. Postanawiam jednak napisać do biura tej organizacji i zapytać o moją sytuację.

 

10.08

Do Nordkappu coraz bliżej. Może uda nam się go zdobyć dzisiaj w nocy. Mamy jeszcze sporo mil przed sobą, ale przy dobrym wietrze opłyniemy Przylądek Północny.

Wiatr okazuje się być za dobry. Jego prędkość przekracza czasem 40 węzłów, co czyni naszą pogodę sztormową. Idziemy tylko na zrefowanym kliwrze, a i tak osiągamy prędkość 8-9 węzłów. Zwijamy się do Havøysund, gdzie przenocujemy.

 

11.08

Rano łapiemy ryby. Połowy okazują się być bardzo owocne, ponieważ złapaliśmy ich prawie 60. Są co prawda małe, ale nie ustępują smakiem swoim większym współlokatorom morza. W Havøysund nadarza się kolejna okazja do kąpieli, z czego wszyscy chętnie korzystają.

O 1400 wypływamy z nadzieją na zobaczenie Nordkappu za parę godzin.

Znowu mi się trafia wachta od 2000 do 2400. I dobrze, bo wtedy będziemy opływać wyspę Magerøya z Przylądkiem Północnym, znanym jako najbardziej wysunięty na północ punkt Europy.

 

Chwile przed zdobyciem Północnego Przylądka
Fot. Adam Machna

 

O 2000 Nordkapp chowa się jeszcze za lądem, ale – w miarę jak halsujemy – widzimy go na trawersie prawej burty.

Szybko zmykamy do najbliższego portu w okolicy – Skarsvåg, też na wyspie Magerøya. Ma to być przedostatni port naszej podróży. Po dopłynięciu wszyscy pędzą do spania, bo następnego dnia zobaczymy Nordkapp od strony lądu.

Nordkapp na horyzoncie
Fot. Alex Suchanek

 

12.08

Na miejsce zawozi nas Polak mieszkający tutaj od dłuższego czasu. Ma na imię Adam i pochodzi z Tychów. Podróż autem jest bardzo atrakcyjna: mijamy stada reniferów, których do tej pory nie widzieliśmy.

Na Nordkappie idziemy prosto w stronę popularnego globusa.

Metalowy szkielet globusa – znak rozpoznawczy Nordkappu
Fot. Alex Suchanek

 

Pogoda nam dopisuje, więc możemy spodziewać się dobrych zdjęć. Widać stąd Knivskjelodden, czyli rzeczywisty najbardziej wysunięty na północ punkt Europy, leżący na tej samej wyspie Magerøya.

Nordkapp jest jednak słynniejszy, bo ze względu na swoją budowę jest dużo bardziej atrakcyjny turystycznie. Płaskowyż, kończący się 300-metrowym klifem, który spada prosto do morza, wygląda znacznie lepiej niż cypel znajdujący się obok. Do tego znacznie lepiej prezentuje się na kartkach pocztowych.

Każdy ma już zdjęcie z globusem, więc idziemy w kierunku siedmiu kamienno-glinianych kręgów. Zrobiły je wiele lat temu losowo wybrane dzieci z różnych kontynentów w celu pokazania, że wszyscy możemy żyć razem w zgodzie.

Dyski – podpisane przez dzieci, które je zrobiły – stoją tutaj od ponad 30 lat
Fot. Alex Suchanek

 

Niedaleko znajduje się budynek, w którym można zwiedzić muzeum tajskie (w 1907 roku gościł tu król Tajlandii), wejść do kaplicy oraz zobaczyć w kinie panoramicznym film o otaczającym nas rejonie Norwegii. Zaliczamy wszystko. Teraz trzeba się zbierać na jacht. Po drodze widzimy jeszcze więcej reniferów niż poprzednio.

Po dotarciu do Skarsvåg wybieramy się jeszcze w pieszą wędrówkę, by zobaczyć kamienną bramę wyrzeźbioną przez setki lat przez wiatr.

Jednak zostajemy w Skarsvåg na kolejną noc, czyli właśnie stąd rozpoczniemy naszą podróż do domu. Po kolacji Kapitan zaprasza nas „godzinę kapitańską” – podsumowanie rejsu. Rozdając opinie z rejsu chwali załogę jako zespół oraz każdego z osobna. Wszystkim robi się miło ale i smutno, ponieważ już jutro znajdziemy się setki kilometrów stąd.

Uścisk dłoni z kapitanem przy rozdawaniu opinii z rejsu
Fot. Sebastian Kołodziej

 

13-15.08

Rano sprzątamy Bahię Sol, bo przyjechała już kolejna ekipa. Musimy się sprężyć, jeśli chcemy wyjechać wcześnie. Przed 1000 jesteśmy już w autobusie. Po drodze podwozimy jeszcze Julię, Pawła i Sebę na lotnisko do Alty.

Po przejechaniu 3300 kilometrów jesteśmy znowu we Wrocławiu, skąd każdy z nas jedzie w swoją stronę. Podróż była jeszcze bardziej męcząca, bo mieliśmy kilkaset dodatkowych kilometrów do zrobienia. O 2000 jestem już domu, w Chorzowie.


Fot. Adam Machna                                                 Fot. Michał Chybicki

Alexander Suchanek
25 sierpnia 2016

 


Alexander Suchanek mieszka w Świętochłowicach. Po rocznych kwalifikacjach (2012/2013), będąc w trzeciej klasie gimnazjum, został uczniem Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2013, polsko-rosyjska. Przepłynął w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Gdańska do Civitavecchia.
Uprawia snowboard, żeglarstwo, narciarstwo.
Uczy się w I LO im. Juliusza Słowackiego w Chorzowie; uczestniczy tam m.in. w pracach Koła Geografów „Peneplena”. Koło, prowa­dzo­ne przez dyrektora szkoły i podróżnika Przemysława Fabjańskiego, jest członkiem The Young Explorers Trust przy The Royal Geographical Society w Londynie i National Geographic Society w Waszyngtonie.
W 2015 r. brał udział w trwającej 54 dni XVI Szkolnej Wyprawie Geograficznej „Penepleny” do Indii i Nepalu: ► Alex Suchanek: Nie spać, zwiedzać!
Reportaż Alexa z rejsu na Bornholm znajdziecie tu: ► Alex Suchanek: Bornholmska przygoda.
To, co absolwenci i absolwentki SzPŻ-2013 (wśród nich Alex) napisali o rejsie Pogorią, znajdziecie tu: ► Szkoła Pod Żaglami 2013 – przez młodych opisana.
Zobaczyć Alexa możecie na filmie „Studniówka 2017”.


 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« July 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

LATO

 

– Ładnie dzisiaj… chociaż nie bardzo… No, jednak… Słowem, nie brzydko, a to najważniejsze… Tak. Nie pada deszcz, nie ma też śniegu.
– To byłoby dziwne, jest przecież lato.
– Proszę mi wybaczyć, właśnie to chciałem powiedzieć… chociaż dowie się pani, że można się wszystkiego spodziewać.
– Zapewne.
– Na tym świecie, proszę pani, niczego nie możemy być pewni.

 

* * *

Pyszne lato, paw olbrzymi,
stojący za parku kratą,
roztoczywszy wachlarz ogona,
który się czernią i fioletem dymi,
spogląda wkoło oczyma płowymi,
wzruszając złotą i błękitną rzęsą.
I z błyszczącego łona
wydaje krzepkie krzyki,
aż drży łopuchów zieleniste mięso,
trzęsą się wielkie serca rumbarbaru
i jaskry, które wywracają płatki
z miłości skwaru,
i rozśpiewane, więdnące storczyki.


O, siądź na moim oknie, przecudowne lato,
niech wtulę mocno głowę w twoje ciepłe pióra
korzennej woni,
na wietrze drżące — —
niech żółte słońce
gorącą ręką oczy mi przesłoni,
niech się z rozkoszy ma dusza wygina
jak poskręcany wąs dzikiego wina. —

 

= = = = = = =

Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego, na półkuli północnej najcieplejsza… bla-bla-bla.

Ponieważ to – było nie było – kalendarz, więc zbiór cytatów i silva rerum z cyklu „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie!”, nie od rzeczy będzie po raz kolejny „palnąć koncept z kalendarza”, czyli polecieć stereotypem. Ale miłym, bo któż z pokoleń pamiętających rok 1960 nie śpiewał:

Lato, lato, lato czeka,
Razem z latem czeka rzeka,
Razem z rzeką czeka las,
A tam ciągle nie ma nas .

Już za parę dni, za dni parę
Weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów, Pitagoras – bądźże zdrów ,
Do widzenia wam „canto, cantare”!

Dla tych, którzy nie pamiętają: to fragment piosenki z filmu Szatan z siódmej klasy – tego oryginalnego, z roku 1960, w reżyserii Marii Kaniew­skiej, w którym debiutowała na ekranie studentka polonistyki Pola Raksa (poróżniła nas, za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał – śpiewa od 1982 roku Grzegorz  Markowski z Perfectu tekstem Bogdana Olewicza). Co dodaję, bo jest też wersja tego filmu z roku 2006, której autorów wymieniać, przez grzeczność, nie będę.
Przez tę samą grzeczność (choć z innych pobudek) dodam, że tekst piosenki napisał Ludwik Jerzy Kern, muzykę – Witold Krzemieński, a wersję oryginalną zaśpiewała Halina Kunicka z Orkiestrą Taneczną PR pod dyrekcją Edwarda Czernego. Szacunek!

==========================

Lato astronomiczne rozpoczyna się od przesilenia letniego i kończy z równonocą jesienną.

Przesilenie letnie Słońca (solstycjum) na półkuli północnej wypada w dniu, kiedy Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – leżącym na północnym równoleżniku 52°13’ – wynosi 61°14’. Podczas przesilenia dzień jest najdłuższy (a noc najkrótsza) w roku.

Równonoc (ekwinokcjum) to dzień, w którym Słońce góruje w zenicie nad równikiem; zdarza się dwa razy w roku: jako początek wiosny (równonoc marcowa – wiosenna) i koniec lata (równonoc wrześniowa – jesienna). Podczas równonocy długość dnia równa jest długości nocy. W dniach równonocy Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Łatwo wtedy można obliczyć szerokość geograficzną miejsca obserwacji: wystarczy zmierzyć w stopniach wysokość górującego Słońca i odjąć tę wartość od 90º.
W centrum Warszawy (52°13’ szerokości geograficznej północnej) dokładny pomiar powinien wykazać właśnie 52°13’.

W pierwszym ćwierćwieczu XXI w. lato na półkuli północnej zaczyna się 21 czerwca (jedynym wyjątkiem jest rok 2024: 20 czerwca, ale 69 minut przed północą!) i trwa do równonocy jesiennej, czyli do 22 lub 23 września
(2018 – 23 IX).

Podczas lata astronomicznego dzień jest dłuższy od nocy, jednak z każdą dobą dnia ubywa, a nocy przybywa. Słońce wschodzi coraz później i góruje na coraz mniejszych wysokościach nad horyzontem.
Za miesiące letnie na półkuli północnej uznaje się czerwiec, lipiec i sierpień.
Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku: tam miesiące letnie to grudzień, styczeń i luty.

 

Lato klimatyczne to ten okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza przekraczają 15°C. Pomiędzy latem klimatycznym i sąsiednimi klimatycznymi porami roku nie ma etapów przejściowych, w przeciwieństwie do zimy poprzedzanej przedzimiem i następującym po niej przedwiośniem.

 

Rzeczownik „lato” w liczbie pojedynczej dawniej (a dziś w gwarach) znaczył „rok”.

Mąż z królem Bolesławem poszedł na Kijowiany
Lato za latem bieży, nie masz go z bojowiska

pisał Mickiewicz (w jakim utworze – wiadomo).
W języku ogólnopolskim przetrwał w tym znaczeniu do dziś: w liczbie mnogiej rzeczownika „rok”, jako jego forma supletywna. A i w gwarach ma się jak najlepiej: latoś znaczy tyle co ‘w tym roku’, a latosi – ‘tegoroczny’.

 

W terminologii kościelnej istnieje termin „miłościwe lato” oznaczający Rok Jubileuszowy lub Rok Święty (Annum Sanctum), połączony z odpustem, którego jednym z warunków jest odwiedzenie określonych kościołów: niegdyś tylko w Rzymie, dziś – na całym świecie.
Po raz pierwszy obchodzono go w roku 1300 za papieża Bonifacego VIII. Pierwotnie miał się powtarzać co 100 lat, ale zaraz Klemens IV skrócił ten okres o połowę, a Paweł II do 25 lat.
Do tego dochodzą „okazje specjalne”, np. Pius XI ogłosił rok 1933 Świętym dla przypomnienia 1900. rocznicy śmierci Chrystusa, a Benedykt XVI za Annum Sanctum uznał rok 2008, w drugie tysiąclecie od narodzin św. Pawła.

 

Latem, od V w., Kościół wschodnio-chrześcijański obchodził koimesis (gr. Κοίμησις, zaśnięcie) Najświętszej Maryi Panny w przeświadczeniu, że Maryja nie umarła jak zwykły człowiek, lecz została zabrana do Nieba.
W chrześcijaństwie zachodnim, kiedy w VII w. to święto zostało przyjęte w Rzymie, termin „zaśnięcie” został zastąpiony przez „wniebowzięcie”.
W Kościele katolickim, w roku 1950, Pius XII, ogłosił dogmat, stwierdzający, że Maryja, po zakończeniu ziemskiego życia, mocą Bożą została z ciałem i duszą wzięta do wiecznej chwały.

Cerkiew prawosławna obchodzi święto Zaśnięcie Bogurodzicy 15 sierpnia (28 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego).

Protestanci przeciwstawiają się dogmatowi o wniebowzięciu, podając jako argument brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat w Biblii.

W Polsce dzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia) jest wolny od pracy. Tego samego dnia obchodzone jest Święto Wojska Polskiego (przywrócone w 1992).

Święto Wniebowzięcia nazywane jest Świętem Matki Boskiej Zielnej, ponieważ w czasie obrzędów błogosławi się wiązanki ziół i kwiatów.
Według wiary ludowej pobłogosławiony bukiet nabiera cudownych, leczniczych właściwości. Wierni, wracając z kościoła, zostawiali go wśród upraw, gdzie miał przynieść szczęście w zbiorach. Po kilku dniach bukiet zabierany był do domu: najpierw obnoszono go po izbach, a później przechowywano w eksponowanym miejscu, które dawało pewność, że jego moc będzie działała.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
lato to:

białoruskiлетa [lieta]
bośniackiljeto
bułgarskiлято [liato]
chorwackiljeto
czeskiléto
kaszubskilato
litewskivasara
łużycki (dolny)lěśe
łużycki (górny)lěćo
łotewskivasara
macedońskiлетo [lieto]
rosyjski
летo [lieto]

serbskiлетo [lieto]
słowackileto
słoweńskipoletje
ukraińskiліто [lito]
żmudzkivasara

 

Przysłowia związane z latem:

Co się w lecie zarobi,
tym się w zimie żyje.

Co w lecie nogami,
to w zimie rękami.

Dobra nowina:
będzie lato, poszła zima.

Idą za szczęściem
iáko iáskołki zá látem.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto latem pracuje,
zimą głodu nie poczuje.

Kto latem w chłodzie,
ten w zimie o głodzie.

Kto w lecie nie zbiera,
w zimie przymiera.

Kto w lecie próżnuje,
w zimie nędzę czuje.

Latem zbiera baba grzyby,
a chłop w niedzielę
idzie z wędą na ryby.

Lecie mi go nie chłódź,
zimo mi go nie grzej.
[o człowieku, któremu dogodzić trudno, i tak mu źle i tak niedobrze]

Lepsze jedno lato niż dwie zimy.

Mnima káżdy iż wiecznie
Iuż ták ma być láto
.

[Rej, Wizerunk własny żywota człowieka poczciwego, 1558]

Na to jak na lato.
[wyrażenie oznaczające wielką ochotę, skwapliwą zgodę]

O, co bym ja dała za to,
gdyby zawsze było lato.

To pewna nowina:
bywszy lato, będzie zima.

Trzebá się rozmyśláć ná to
Iż nie iutro będzie láto.
[Rej, Zwierciadło, 1568]

W lecie bez roboty,
w zimie bez butów.

Za lata zbieraj na zimę.

 

Przysłowie na
Matkę Boską Szkaplerzną
(16 VII)

Wraz z Szkaplerzną Matką
na zagon, czeladko!

 

Przysłowia na
Wniebowzięcie N.M.P.
(15 VIII)

Do Marji Wniebowstąpienia
miej w stodole połowę mienia.

Gdy w pogodę do nieba Maria wstępuje,
wino Węgrom obfite jesień obiecuje.

Marji Wniebowstąpienie
czyni reszty zboża plenie.

Na Wniebowzięcie
pokończone żęcie.

Pogoda na Wniebowzięcie,
ciężkie ziarno wnet po sprzęcie

W Wniebowzięcie Panny Marji
słońce jasne,
będzie wino godnie kwaśne.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytaty na wstępie:
Ionesco, Eugène. Lekcja (La Leçon). (1950) Tłum. Jan Błoński.

Pawlikowska-Jasnorzewska, Maria. „Pyszne lato”. Niebieskie migdały (1922)

LIPIEC...

Lipiec – siódmy miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 31 dni.

W staropolszczyźnie i w gwarach siódmy miesiąc roku nazywano również lipień. Do dziś tę nazwę zachował język ukraiński (липень) i białoruski (ліпень).

Według Aleksandra Brücknera (1856-1939) – filologa i slawisty, historyka literatury i kultury polskiej, znawcy staropolszczyzny – nazwa pochodzi od kwitnących lip (po litewsku ‘lipiec’ i ‘lipa’ to liepa). Ponieważ lipy kwitną na przełomie czerwca i lipca, stąd nazwa tego drzewa w różnych językach słowiańskich może wchodzić do nazw każdego z tych miesięcy, np. w chorwackim lipanj to czerwiec (lipiec to srpanj, a sierpień – kolovoz).

Lipiec to również miód zbierany z kwiatu lipowego i napój alkoholowy robiony z tego miodu.
Jankiel, chcąc spacyfikować warchołów, wiedział, jak kusić patriarchę Dobrzyńskich:

Każę przynieść kozice, basetlę, dwie skrzypiec,
A pan Maciek Dobrodziej lubi stary lipiec
I nowego mazurka

Większość języków europejskich nazywa siódmy miesiąc roku wariantami nazwy łacińskiej obowiązującej od 46 roku p.n.e.: Iulius.
Wcześniej tenże okres nazywał się Quintilis – „piąty miesiąc”; (quinque to po łacinie pięć, quintus – piąty), ale właśnie w 46 p.n.e. Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).

Jeśli ktoś uważa, że w takim czy innym kraju różne organizacje przesadnie podmaślają się rządowi, to niech wie, że naprawdę może być gorzej: miesięcy od panujących premierów, prezydentów czy monarchów jeszcze się nie nazywa.

A w Rzymie (republikańskim!) i owszem: nazwa została nadana miesiącowi na cześć Juliusza Cezara (Gaius Iulius Caesar), który wtedy obchodził urodziny. Gdybyśmy już tak zupełnie poszli w ślady Rzymian, to ciekawie mogłyby się nazywać np. maj, czerwiec, sierpień i kilka innych.

Owidiusz, w poemacie o kalendarzu rzymskim, nie zdążył dojechać do lipca i zamącić w głowach potomnych swą wydumaną etymologią. Na nasze szczęście (i jego nieszczęście) prace nad Fasti (8 r. n.e., już cesarstwo) przerwał imperator Oktawian, dożywotnio zsyłając poetę do Dacji (kiedyś tam będzie Rumunia – napisał Kaczmarski). Rzekomo za nieskromność Ars amatoriaSztuki kochania, ale to wymyślili tzw. moraliści; tak naprawdę nie wiemy za co. Faktem jest jednak, że jeszcze w roku 1930 celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu.

 

 

4 lipca to w USA Święto Niepodległości obchodzone w rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości (4th of July).

Deklaracja to jednak nie to samo co uzyskanie niepodległości – 4 lipca 1776 zbuntowani koloniści opubliko­wali jedynie swe pobożne życzenie. Dziś mówi się o tym „wola narodu”, ale historię piszą zwycięzcy.  W momencie ogłoszenia Deklaracji trwała już Wojna Rewolucyjna (za jej początek przyjęło się uznawać 19 kwietnia 1775) między kolonistami i armią brytyjską, a jej koleje mogły potoczyć się różnie; jaki byłby los schwytanych rebeliantów w razie wygranej Imperium, lepiej nie wspominać. Ponieważ buntownicy wygrali – pozostali przy nazwie „Patrioci”, wielkodusznie przyznając miano „lojalistów” tym, którzy pod władzą Jerzego III chcieli zostać (a później dali nogę do Kanady).
Dziś w Polsce przeciwników politycznych nazywa się zupełnie inaczej – i chyba na tym też polega różnica. Różnica wobec czego? No jak to – nie wiecie, że wróbelek tym się różni, że ma jedną nóżkę bardziej od drugiej?

Formalnie, w świetle prawa międzynarodowego, USA zostały uznane za suwerenne państwo na mocy kończącego wojnę Pokoju Paryskiego, podpisanego 3 września 1783 w Wersalu, w którym Wielka Brytania uznała niepodległość Stanów Zjednoczonych.

 

6-14 lipca – w Pampelunie (Kraj Basków w granicach Hiszpanii) to dni poświęcone obchodom ku czci prawie mitycznego biskupa Fermina, żyjącego w III w., dziś świętego. Po hiszpańsku obchody nazywają się Sanfermines, a mają do siebie to, że wówczas każdy (no dobrze: prawie każdy) może sobie pobiegać po ulicach z bykami (co z kolei nazywa się encierro).

Encierro dosłownie znaczy „zamknięcie”, a chodzi o to, że w różnych miastach w krajach, gdzie corrida jeszcze jest dozwolona, byki przepędza się – ulicami miasta – z zagrody na stadion. Zwierzęta ktoś musi poganiać, nierzadko więc zdarza się, że buzujący testosteron nagle przemieszcza przepędzaczy zza byków przed byki.

Bycze gonitwy w Pampelunie zyskały międzynarodową sławę dlatego, że w powieści Słońce też wschodzi  (1926) opisał je Hemingway (wierzę, że właśnie dlatego, bo cenię Hemingwaya).

 

14 lipca – święto narodowe Francji w rocznicę zburzenia Bastylii w 1789.

W Bastylii siedziało wówczas siedmiu więźniów: czterej fałszerze, dwaj psychicznie chorzy i hrabia Hubert de Solage – zamknięty na życzenie rodziny, która twierdziła, że to za grzeszną miłość do siostry, ale jak zwykle chodziło o pieniądze i to wcale niemałe.

Dziesięć dni wcześniej przeniesiono z Bastylii do zakładu dla umysłowo chorych (wtedy mówiono „dom wariatów”) w Charenton markiza de Sade; rękopis jego Stu dwudziestu dni Sodomy został w Bastylii i – dzięki jej splądrowaniu przed zburzeniem – ocalał.

Przy okazji: kto nie widział filmu Marat/Sade (1967) w reżyserii Peter Brooka, według sztuki niemiec­kie­go dramatopisarza Petera Weissa – ten niewiele widział! Zamiast opowiadania o filmie wystarczy podać jego pełny tytuł: Prześladowanie i zabójstwo Jean-Paula Marata w wykonaniu pensjonariuszy zakładu dla obłąkanych w Charenton w reżyserii Markiza de Sade (The Persecution and Assassination of Jean-Paul Marat as Performed by the Inmates of the Asylum of Charenton Under the Direction of the Marquis de Sade).

Marat akurat tutaj pasuje, bo zmarł 13 lipca (1793, a wolę nawet nie patrzeć na datę jego urodzin), ale o tym monstrum rewolucji przeczytacie za rok. Dość okropieństw na teraz.

 

21 lipca 1969 (02:56:15 GMT, w USA był wciąż 20 lipca) Neil Armstrong wykonał na Księżycu mały krok człowieka, ale gigantyczny skok ludzkości.

Tak, wierzę w to, że naprawdę tam byli. W coś trzeba wierzyć!

 

22 lipca – święto państwowe w PRL, obchodzone na pamiątkę rocznicy ogłoszenia Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w 1944 r., zwanego Manifestem Lipcowym.

Jak to zawsze w sowietyzmie bywało: to prawda – ale taka sama jak w tym, że na Placu Czerwonym rozdawano samochody marki wołga.

 

Manifest PKWN został zatwierdzony i podpisany przez Stalina 20 lipca 1944 w Moskwie, tam wydruko­wany (co łatwo można stwierdzić oglądając krój czcionki użytej w oryginalnych egzemplarzach) i tam też – 22 lipca 1944 – ogłoszony, choć jako miejsce ogłoszenia podano Chełm. 

Nie był to pierwszy i nie ostatni przypadek, kiedy hegemon tworzył jakieś swoje satelickie państewko wokół rządu przyniesionego w teczce. 

Problem zaczyna się robić poważniejszy, gdy to państewko okazuje się być naszym, a pogłębia – gdy wychodzi na jaw, że ten państwowy kreacjonizm jest częścią planu zakrojonego na długie, długie lata.

Stalin – bez wątpienia najbardziej efektywny polityk pierwszej połowy XX wieku i jakiego kiedykolwiek miała Rosja (jeśli ktoś nie wierzy, niech sobie dokładnie obejrzy odpowiedni dział atlasu historycznego) – był o wiele ostrożniejszy niż jego zachodni uczeń, naśladowca i przez wiele laty przyjaciel Adolf Hitler: słów na wiatr nie rzucał. Głośno reklamowana „tysiącletnia rzesza” przetrwała lat zaledwie tuzin, a jakoś nie pamiętam, by propaganda sowiecka kiedykolwiek ujmowała okres istnienia imperium w jakieś limity czasowe. Wszyscy po prostu wiedzieli, że jest wieczne i kropka. To, że totalitarny moloch ZSRR przetrwał – w epoce błyskawicznych zmian XX wieku – bez mała 3/4 stulecia, jest fenomenem. Pobić ten wynik mogą tylko komunistyczne Chiny, ale dopiero za 5 lat.

 

PKWN był właśnie takim rządem przyniesionym w teczce z Moskwy. Złożony z marionetek wykonywał ruchy wymuszane przez sznurki pociągane przez Głównego Lalkarza.

Wszystko oczywiście – jak to zawsze w sowietyzmie bywało – przy pozorach zachowania wymogów demokracji obowiązujących w wolnym świecie.

Dziś, co młodszym i z mniejszą wyobraźnią polityczną, trudno uwierzyć, że w sowieckim systemie istniały żywiołowe kampanie wyborcze i najprawdziwsze wybory, podczas gdy wszystkich kandydatów (i kandy­datki) wystawiała jedna, jedyna partia. Wybrani zasiadali zaś w organach władzy i na ustawy wniesione przez ich partię głosowali tak, jak im ich partyjne sumienie nakazywało. A kiedy zdarzył się wśród nich jakiś bezpartyjny (tacy też bywali – miało być przecież „przy pozorach zachowania wymogów demokracji”), który czasem bohatersko wstrzymał się od głosu, naród go nosił na rękach i miał za bohatera.

 

Od 1 sierpnia 1944 r. siedzibą PKWN stał się Lublin i dlatego często zwano go Komitetem Lubelskim, a i odezwie z 22 lipca przyklejano czasem nazwę „Manifest lubelski”, choć niby wszyscy wiedzieli, że ogłoszono go... w Chełmie, oczywiście.

Lublin... No cóż, powie ktoś, że po prostu był po drodze i na to piękne miasto padło. Nie wierzę w to ani na deko, bo w propagandzie totalitarnej przypadków nie ma. Po prostu wystarczy przypomnieć sobie z jaką słynną unią kojarzony był Lublin przez 375 lat i wszystko stanie się jasne. Litwa mogła być tylko sowiecka, a Lublin – siedzibą pierwszego rządu wolnej Polski. Brzmi? Brzmi!

To, co głosił Manifest, było oczywiście istotne dla przyszłości tworzonego właśnie kraju, ale nie było w tym nic ani dziwnego, ani zaskakującego – przynajmniej dla tych, którzy wiedzieli.

 

„Trzy razy w ciągu ostatnich 150 lat zachodni najeźdźcy pustoszyli europejską część Rosji”.

Stalin powiedział to już w Teheranie, gdy w listopadzie 1943 spotykał się z Rooseveltem i Churchil­lem, by omówić strategię przeciwko hitlerowskim Niemcom – i tego się trzymał ustalając cenę za stwo­rzenie frontu wschodniego. Podczas spotkania w Jałcie, w lutym 1945, dni Trzeciej Rzeszy były już policzone, a żądania Stalina – konkretne.

Jak w Teheranie tak i w Jałcie przywódcy Zachodnich Demokracji okazywali mu pełne zrozumienie i po­par­cie.
Rooseveltowi chodziło, by po zamknięciu frontu europejskiego, Uncle Joe stworzył front azja­tycki przeciwko Japonii, co liczyło się bardziej niż głosy Polonii w wyborach.
Głowa bolała za to Churchilla: jak wytłumaczyć swoim wyborcom (i reszcie Brytyjczyków), czemu podpisuje się pod aktem sprzedaży totalitarnemu i ludobójczemu systemowi blisko 200 milionów ludzi z Europy Wschodniej i Środ­kowej. A największy headache miał z powodu Polski: sporo ludzi w Brytanii pamiętało pakty i wypo­wiedze­nie wojny w 1939, Bitwę o Anglię i naszywki Poland na rękawach brytyjskich wszak mundurów.

Obaj Strażnicy Demokracji Zachodnich za każdym więc razem prosili usilnie Lwa Kaukazu, by obiecał wszem i wobec, że pomoże odbudować nową, demokratyczną Polskę, urządzi demokratyczne wybory i że w ogóle będzie się zachowywał szlachetnie i po rycersku (tak mówił FDR i są na to dokumenty).

Stalin kiwał głową i potwierdzał, bo wiedział, że nie jest ważne, jak głosują ludzie, tylko kto liczy głosy.

Lecz uspokaja ich gospodarz,
Pożółkły dłonią głaszcząc wąs:
„Mój kraj pomocną dłoń im poda,
Potem niech rządzą się, jak chcą.”

napisał 40 lat później Jacek Kaczmarski, dając w swym wierszu lapidarne podsumowanie Jałty i dokonań XX-wiecznego triumwiratu.

Jak Polska mogła się rządzić do 1989 roku – wiadomo (i nie ma w tym żadnej aluzji do tego, jak rządzi sie teraz!), ale jeszcze Kaczmarski:

Nie miejcie żalu do Churchilla,
Nie on wszak za tym wszystkim stał,
Wszak po to tylko był Triumwirat,
By Stalin dostał to, co chciał.

Komu zależy na pokoju,
Ten zawsze cofnie się przed gwałtem –
Wygra, kto się nie boi wojen,
I tak rozumieć trzeba Jałtę.

[...]

Nie miejcie więc do Trójcy żalu,
Wyrok historii za nią stał
Opracowany w każdym calu –
Każdy z nich chronił, co już miał.

 

Jasne! Przecież Churchill tak pięknie rok później rozpaczał jeżdżąc po Ameryce i Brytanii, i lejąc przed tłumami krokodylowe łzy wołał [aż wstyd tłumaczyć na polski, więc zostawiam w oryginale]:

From Stettin in the Baltic to Trieste in the Adriatic an iron curtain has descended across the Continent. Behind that line lie all the capitals of the ancient states of Central and Eastern Europe. Warsaw, Berlin, Prague, Vienna, Budapest, Belgrade, Bucharest and Sofia; all these famous cities and the populations around them lie in what I must call the Soviet sphere, and all are subject, in one form or another, not only to Soviet influence but to a very high and in some cases increasing measure of control from Moscow.

Miał po stokroć rację, że nikt się nawet nie zająknie, iż to za jego podpisem zapadła „żelazna kurtyna”, bo najlepsza metoda złodziejskiej ucieczki to kręcenie się w kółko z okrzykiem „Łapaj złodzieja!”

 

Zachodni sojusznicy bez mrugnięcia okiem zgodzili się, by Armia Czerwona została tam, gdzie stąpnie stopa krasnoarmiejca. Stalin więc dostał nawet więcej niż chciał, bo dwie strefy buforowe. Po kilku przesunięciach były to:  Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, i Ukraina – wcielone do Imperium jako republiki oraz pas wpół niepodległych państw satelickich: Finlandia, Polska, NRD, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria.

W ostatnim momencie uniknęła sowietyzacji Austria, później Jugosławia i Albania (które wprowadziły własne wersje reżimu), a na końcu, w 1956, – wywinęła się jakoś Sowietom Finlandia (poczytajcie o Karim). Reszta mapy była aktualna do roku 1989.

Byłaby pewnie dalej, gdyby nie niewielkie stosunkowo państwo leżące na bezdrożach środkowej Azji… Afganistan. Ale to już jest zupełnie inna historia, a jej dalszy ciąg przeczytacie w grudniu.

 

I tak rozumieć trzeba Manifest PKWN.

A w lipcowe rocznice na ulicach pojawiały się stra­ga­ny (pańs­two­we) z kieł­ba­są, bale­ro­nem (– Wi­dzisz, synku? Tak wyglą­da baleron! – Aha!), wędzo­ny­mi makre­lami i szprotami, śledziami w słoikach i innymi niedostępnymi na co dzień w sklepach towarami. Później było trochę lepiej, bo makrele częściej bywały w sklepach, ale to i tak nie pomogło.

 

25 lipca – dzień św. Krzysztofa; w niektórych parafiach z tej okazji odbywa się autosacrum – poświęcenie pojazdów. Tego samego dnia, z inicjatywy m.in. Duszpasterstwa Kierowców, w polskim Kościele obchodzony jest Dzień Bezpiecznego Kierowcy.

Komendant Główny Policji, p. Jarosław Szymczyk , zachwycał się w 2018 roku (policja nie podała dokładnej daty zachwytu) tym, co było w Polsce na drogach rok wcześniej.
W podsumowaniu roku 2017 pan Komendant nie podał konkretnie liczby wypadków ani liczby zabitych na drogach.
Podał – i to jest stopień mistrzostwa w kamuflażu – dane liczbowe z roku… 2008. Zaś rok 2017 z właści­wym sobie wdziękiem ujął optymistycznie:

Liczba wypadków drogowych spadła o 1.142. W ich wyniku życie straciło około 220 osób mniej, zaś rannych było mniej o 1.599 osób. To najlepsze wyniki od roku 2008.

Starsze pokolenie pamięta – rok 1980, kabaret „Tey”, program „Z tyłu sklepu”:

– Nie mówi się „jedno koło zepsute”! Mówi się: „Traktor ma trzy koła dobre”!
– Przecież to to samo!
– Ale jak brzmi!

Jeśli ktoś nie wierzy – bo przecież pan Komendant nie występował w kabarecie, a do tego mówił o spra­wach tragicznych – może zajrzeć: Policja online, Biuletyn Informacji Publicznej: Statystyka.

Oczywiście dokładne dane policyjne można znaleźć, ale zupełnie gdzie indziej. Za to z podsumowania pana Komendanta widzimy, że wyniki są najlepsze (w domyśle pierwszym: „za rządów obecnych rządów”, w domyśle drugim: „za rządów pana Komendanta Szymczyka”). I o to chodzi! Brawo ten pan!

 

W liczbach bezwzględnych: w 2017 r. w Polsce doszło do 32 760 wypadków drogowych: na drogach zginęło 2831 osób, a rannych w wypadkach było 39 466 osób.

„Śmiertelność drogowa” (jak nazywa to prasa) w Polsce wynosiła w 2017 roku 79 osoby na milion, przy średniej unijnej 51.

W 2012 na polskich drogach zginęło 3571 ludzi, a ok. 45 tys. zostało rannych.

W 2014 w Polsce w 34 970 wypadkach drogowych zginęły 3202 osoby, a 42 545 zostało rannych.
Niewiele ponad 3000 mieszkańców mają np. Oleszyce (3039), Chorzele (3072), Pyzdry (3185), Zakroczym (3208), Biała Rawska (3212), Myszyniec (3389).

W 2015 w Polsce w 32701 wypadkach zginęły 2904 osoby, a 39 457 zostało rannych.

Mniej więcej 2900 mieszkańców mają: Ryn (2900), Łobżenica (2975), Złoty Stok (2844), Nowe Miasteczko (2842), Knyszyn (2821).

40 tysięcy mieszkańców mają: Mińsk Mazowiecki (40 383), Chojnice (40 004) i Świdnik (39 885).

 

Tak, to prawda, że w roku 2017 – w porównaniu do 2008 – liczba wypadków drogowych zmalała, podobnie jak liczba zabitych i rannych. Ale – podam jeszcze raz – zginęło 2831 ludzi, a rannych było 39 466.

2805 mieszkańców ma Wąchock.
Świdnik ma 39 885 mieszkańców, Nowa Sól – 39 258, Bolesławiec – 39 167.

I teraz wyobraźcie sobie, że w ciągu jednego roku znika w Polsce 3-tysięczne miasto, a wszyscy mieszkańcy 40-tysięcznej aglomeracji leżą w szpitalu.

Mimo to polska prasa się nasładza, że „na polskich drogach jest coraz bezpieczniej”, a kierowcy z resztą narodu pomstują na radary, ograniczające wolności obywatelskie.

Pewnie to myślenie antypaństwowe, ale sądzę, że na Polskę i pięciu św. Krzysztofów byłoby mało.

 

Ostatnia niedziela lipca – święto obchodzi rosyjska marynarka wojenna (Военно-Морской Флот России).

 

 

Znaki Zodiaku w lipcu:

Rak (♋) – do 21 lipca
Lew (♌) – od 22 lipca.

O Raku było przy omawianiu czerwca, więc nie ma co powtarzać. Ale po nim przychodzi Lew. Wiadomo: król, władca, moc, potęga, duma, szlachetność, szczodrość, wspaniałomyślność. Czyli: bla-bla-bla, bo przecież to napisały o sobie albo same Lwy (i Lwice), albo ci, którzy od nich czegoś chcieli. A gdy tylko nie owijać prawdy w bawełnę, to zaraz się to nazywa „czarny PR”.

No bo tak:

Urodzeni pod znakiem Lwa od najmłodszych lat mają skłonności do narkomanii, pijaństwa i najbardziej brutalnej rozpusty. Nie lubią się uczyć, z trudem kończą szkoły, nawet specjalne. Uwielbiają krzywoprzy­sięstwo, dlatego bardzo chętnie zeznają przed sądem. Zdemaskowani wywołują awantury i dantejskie sceny. W życiu rodzinnym Lwy na szczęście nie uczestniczą.

Nic dodać, nic ująć – i niech kto powie, że Bliźnięta nie są najlepsze!

 

Kwiaty lipca:

ostróżka (Delphinium L.) – bylina (na ogół) z tej samej rodziny co jaskier, często używana jako roślina ozdobna. W terminologii angielskiej nazywana larkspur (dosł. „skowrończy pazur”), która to nazwa używana jest również wobec ostróżeczki (Consolida Gray) – też jaskrowatej, ale już nie byliny. Wprowadza to pewne zamieszanie, ale tylko teoretyczne: obie rośliny są nie tylko podobne ale mocno trujące, znaczy: ludzie wiedzą, co gadają.

Szperając po znaczeniach tzw. alfabetu kwietnego wynalazłem, że ostróżki oznaczają głupie postępowanie, niedojrzałość. Ciekawe, czy ten, kto to wymyślił, chciał zasugerować, że zamiast, jak podrostek, dawać kwiaty z podtekstem, lepiej od razu otruć?

 

lilia wodna (Nymphea L.) nazywana też nenufarem (ciekawe, kto skojarzy sobie z tym kwiatem Józefa Toliboskiego?), mająca wspólnego przodka z lotosem, przez naukę nazywana – za przeproszeniem uszu dam (jak mawia Geograf) – „grzybieniem”. Dlatego, jeśli ktoś chce sobie przypomnieć, jak wyglądają lilie wodne, odsyłam do cyklu obrazów z liliami wodnymi Claude’a Moneta (Les Nymphéas), a nie do realistycznych fotografii, na których będą zwyczajne grzybienie.

Trzeba przyznać, że nasi botanicy, dając taką nazwę spokrewnionym z lotosami roślinom, których łacińskie nazwy nawiązują do nimf, ondyn, bogiń zwycięstwa czy potwornej ale pięknej gorgony Euriale, nie wykazali się nadmiarem poetyckiej wrażliwości.
Nie wpadłby na pomysł nazwania nenufarów „grzybieniami” Juan Ramón Jiménez, który swój drugi (1900) poetycki tomik zatytułował właśnie Ninfeas, ale gdyby szukał synonimów, w hiszpańskim miał wybór między „różą Wenus” a wziętym z języka guarani słowem aguapé – homonimem pięknego greckiego ἀγάπη, agápē, oznaczającego miłość w jej najwyższej formie.
A co powiedziałby pan Toliboski, gdyby się dowiedział, że wchodził do stawu nie po nenufary a po „grzybienie”?

W mowie kwiatów lilie oznaczają czystość.  

Co oznaczają lilie wodne? No cóż – kontekst wprowadzony przez przydawkę nazwową (płynność? kaskada? oddanie przez gotowość do zanurzenia?) sprawia, że wszystko zależy od interpretacji indywidualnej.

I nie chcę nawet myśleć, co symbolizować może coś o nazwie „grzybień”. 

 

Kamień lipca:

rubin – po prostu trójtlenek glinu (Al2O3) skombinowany z jonami chromu, ale bardzo szlachetny, bardzo rzadki, bardzo drogi i do tego symbolizujący zadowolenie.
Z najcenniejszych – najbliżej Polski znajduje się 250-karatowy rubin z korony św. Wacława, przechowywanej w katedrze św. Wita, Wacława i Wojciecha w Pradze.
We wczesnym chrześcijaństwie rubin symbolizował krew Chrystusa.
Rocznica rubinowa to 35 lat pozostawania w związku małżeńskim – lub jakimkolwiek.

 

Generalnie lipiec to bardzo porządny miesiąc i nie byłoby się już można do niczego w nim przyczepić, gdyby tylko jego znakiem zodiaku były Bliźnięta. Niestety (jego strata!) nie są.

Lipiec jednak rehabilituje się imieninami, które obchodzą:

Elżbieta (5 VII), ale tak znaczna część Elżbiet uciekła od św. Aragońskiej do św. Sprawiedliwej (23 IX), św. Heskiej (18 VI) czy rozlicznych swoich patronek listopadowych, że trudno się połapać, kiedy zaprzyjaźniona Ela imieniny wyprawia;

Olga (11 VII), które to imię ma rodowód skandynawski bo Olga Kijowska była z Waregów, a choć święta i chrześcijaństwo na Ruś przyniosła, to tacy Drewlanie jej nie lubili (gołębie i wróble też nie);

Krzysztof (25 VII) – wiadomo dlaczego, ale jeśli ktoś nie wie, dodamy, że to także patron żeglarzy, podróżników, flisaków, pielgrzymów, biegaczy, kierowców, a także mostów oraz miast położonych nad rzekami. Ostatnio pięknie znaczenie imienia wyraził (przy wzniosłej okazji!) po rosyjsku Oleg Biespałow: Под именем Кшиштоф ребёнка крестили – то есть «Возлюбивший Христа«.

Jakub (25 VII) – ale tego dnia solenizantami są tylko ci, którzy przyznają się do św. Jakuba Starszego Apostoła, tego od pielgrzymek do Santiago de Compostela i muszli; dla pozostałych imię Jakub powtarza się w kalendarzu 30 razy w roku.

Anna/Hanna (26 VII) – to najpopularniejsze imię żeńskie w Polsce (w obu wariantach plus jeszcze kilka innych :), zostawiające Marię (drugie miejsce) daleko w tyle!

Wszystkiego najlepszego!

 

W lipcu, dokładnie w pierwszej połowie lipca, konkretnie 5-go, urodził się Karol – najstarszy syn mojego przyjaciela, Bosmana (Pogorii rzecz jasna) Stanisława, a 12-go – pewna zaprzyjaźniona Antonia (tak naprawdę urodziła się 13-go, ale – mimo urody – jest przesądna, więc ściemnia), o czym informuję. Bo o tym, że w drugiej połowie lipca, konkretnie 17-go, w Małkini, urodził się pewien kaowiec informować (mamy nadzieję) nie trzeba.

Serdeczne życzenia dla damy i obu jubilatów!

 

Śluby i wesela w lipcu:
porażka z założenia, no po prostu drugi Grunwald (tyle że nie wiadomo, kto jest Jagiełłą, a kto von Jungingenem)!
Naprawdę już lepszy celibat albo wolna miłość.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
siódmy miesiąc roku to:

białoruskiліпень [lipień]
bośniackijuli
bułgarskiюли [juli]
chorwackisrpanj
czeskičervenec [czerwiec to po czesku červen, a obie nazwy od słowa červ – robak. Robaki rządzą!]
kaszubskilëpinc (też: miodownik, reżan, lipc)
litewskiliepa
łatgalskisīna (też: juļa)
łużycki (dolny)žnjojski
łużycki (górny)pražnik
łotewskisīna
macedońskijули [juli] albo златец [złatec]
rosyjskiиюль [ijul]
serbskijул [juł]
słowackijúl (w gwarach także „lipeň”)
słoweńskijulij
ukraińskiліпень [łypeń]
żmudzkilėipa

 

Przysłowia związane
z lipcem:

Czego lipiec i sierpień nie dowarzy,
tego wrzesień nie usmaży.

Gdy się grzmot w lipcu
od południa poda,
drzewom się znaczy
szwank i nieuroda.

Lipcowe deszcze
dla chłopa kleszcze,
a jak pogoda –
większa swoboda.

Lipiec,
ostatek mąki wypiecz.

Lipiec,
starego chleba z nowym przypiecz.

Od lip ciągnie wonny lipiec,
nie daj słonku kłosa przypiec.

W lipcu gniewne ziele,
jak się rozgniewa,
to się gniewa cztery niedziele
[dotyczy ludzi urodzonych w lipcu i skorych do gniewu, w gorącej wodzie kąpanych]

W lipcu kłos się korzy,
że niesie dar boży:
który prosto stoi,
dobrego się boi.

Kłos, co prosto stoi,
to z pustoty swojej.

Upały lipcowe
wróżą mrozy styczniowe.

W lipcowym skwarze
w Polsce jak na Saharze.

W lipcu się już kłosek korzy,
że niesie dar boży:
a najpierwsza Małgorzata
sierp w zboże założy.

W lipcu upały,
styczeń mroźny cały.

W lipcu upały,
wrzesień doskonały.

 

Przysłowia na
św. Annę/Hannę (26 VII)

Długo tam służył:
od świętego Jakóba [25 VII]
do świętej Anny [26 VII].

Na Jakóba [25 VII] – zatrzyj czuba,
a od świętej Hanki
toć chłodne poranki.

Na świętą Annę mrowiska –
szukaj w zimie ogniska.

Od świętej Anki
zimne poranki.

Od świętej Hanki
zimne wieczory i ranki.

Od świętej Anny
nie doczeka południa
deszcz poranny.

Święta Anka
da księżom baranka.

Święta Anna –
rola jak panna.

Święta Anno! Uproś wnuka,
niech ma każdy czego szuka.
[wnuk = Jezus]

Święta Hanna
to już jesienna panna.

 

Przysłowia na
św. Krzysztofa (25 VII)

Sztych od sztycha,
jak stąd do Krzycha.
[o złym, niedbałym, nieumiejętnym szyciu]

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha