Eduardo Gudiño Kieffer

Żeby cię lepiej zjeść

SEBASTIAN
GLADYS LATTARULO

Tamtą posadę w redakcji „La República” Sebastian dostał dzięki znajomościom Anny. To Anna polecała, prowadziła rozmowy, umawiała się na nudne, niemniej jednak (według niej) konieczne spotkania. To Anna była głucha na protesty Sebastiana (ale kto ci powiedział, że mam ochotę pracować, zostaw mnie w spokoju). To wreszcie Anna zmusiła go, by spotkał się z naczelnym dziennika. A Sebastian zgodził się, bardziej wskutek inercji niż jakiegoś większego zainteresowania.

Była to pobieżna konwersacja, polegająca na szeregu szybkich pytań i równie szybkich odpowiedzi, dwóch szybkich papierosach i dwóch pośpiesznych kawach. Zakończył stwierdzeniem „zaczyna pan w poniedziałek o ósmej”. Więc Sebastian zaczął w poniedziałek o ósmej. Potwornie zaspany i kompletnie zdezorientowany. O dziesiątej był już śmiertelnie znudzony. Nic mu nie dali do roboty. O jedenastej kazali wciągnąć do archiwum jakieś listy. Po południowym posiłku Redaktor Naczelny wezwał go do gabinetu.

— Niech pan zamknie drzwi. Doszły mnie słuchy, że sprytny z pana gość. Robił pan kiedy wywiad?

— Ależ oczywiście — odpowiedział Sebastian, myśląc jednocześnie o tym, że jeśli ktoś kłamie, niezawodnie wyrośnie mu garb.

— Doskonale! Więc ma pan okazję sprawdzenia się. Trzeba zrobić wywiad z Gladys Lattarulo.

— Kto to jest Gladys Lattarulo?

— Dziewczyna, która wczoraj wieczorem zdobyła pierwszą nagrodę w konkursie kremu piękności „Piel Dulce”. Jednym słowem Miss Słodka Skóra 1967.

— I co mam robić?

— No, jakże, synu… Cokolwiek, byle jej nie napastować… — Naczelny zaśmiał się z własnego inteligentnego dowcipu. I dodał:

— Musi pan z nią pogadać. Wypytać o różne rzeczy. Niech pan nie zmarnuje okazji, bo to pierwszy wywiad, na który się zgodziła. Prawdziwe wyróżnienie dla dziennika. To może być sensacja… Już załatwiłem spotkanie, o drugiej po południu. Tu ma pan adres. Niech pan siada w taksówkę, a rachunek prześle potem do kasy. Aha! Niech pan powie, że fotograf przyjdzie koło piątej…

Sebastian wyszedł. Gladys Lattarulo mieszkała w okolicach Coghlan. Do drugiej brakowało jeszcze prawie godziny. Dzięki metro dostał się do Retiro, a dalej pociągiem (mógłby przedłożyć rachunek o trzy lub cztery stówy wyższy).

Punkt druga dzwonił do drzwi Miss Piel Dulce Gladys Lattarulo, Miss Dulce Gladys Piel de Lattarulo, Dulce en Latta, Dulce de Rulo, Piel de Latta. Otworzono drzwi. Pokazała się jakaś twarz, nic słodkiego w każdym bądź razie. Jakaś osoba chrząkała, miauczała, krakała, rechotała, skomlała, chlipała, gdakała, ciamkała i beczała. Istne zoo wokalne.

— Z gazety „La República”, proszę pani.

Drzwi otworzyły się na oścież, twarz nabrała promiennego wyrazu. Wokalizowała, ćwierkała, gruchała, popiskiwała, kląskała, kwiliła i świergoliła:

— Achhhhh! Ochhhhh! Niech pan wejdzie, proszę, niech pan się czuje swobodnie… Chce pan mówić z małą? Proszę wejść, proszę, jak u siebie w domu. Pirucha to moja córka. No tak, Gladys, teraz kiedy jest sławna, wszyscy znają ją jako Gladys. Ale ja, od takiego mówię do niej Pirucha, Piruchita, Piru. Tak to już jest z matkami. Zawsze nam się wydaje, że dzieci ciągle są dziećmi, prawda? Chwileczkę, proszę. Zaraz ją zawołam, właśnie zdejmuje maseczkę z kremu „Piel Dulce”… Chwileczkę, proszę…

Kobieta zniknęła za ognistoczerwoną pluszową kotarą o białych frędzelkach, a Sebastian usiadł na sofie, obitej również pluszem, ale koloru morskiego, nogi zsunięte, ledwie dotykające podłogi z flexiplastu, imitacji szarego marmuru o różowych i żółtych żyłkach. Spojrzał (nie bez pewnej niezdrowej satysfakcji) na ogromny bukiet sztucznych dalii stojących sztywno na środku stołu. Uśmiechnął się mimowolnie, lecz uśmiech zgasł natychmiast, gdy tylko wzrok padł na posępne twarze przodków, Lattarulas i Lattarulos, którzy patrzyli nań z przeciwległej ściany, zamknięci w swych owalnych ramach z ciemnego drewna. Sebastian opuścił oczy.

Miss Piel Dulce zwlekała i zwlekała. Pewnie usuwa ze skóry słodycze kremu. Usuwa słodki krem. Usuwa maseczkę z „Piel Dulce”. „Dzięki Piel Duuuulce… twa skóra stanie się… mmmmm, marzeniem.” Ospałe, niewidzialne spikerki, muzyka André Kostelanetza, Henri René, Raya Coniffa. „Jeśli użyjesz «Piel Dulce».,. on będzie miał ochotę popróbować twej skóry.” A Gladys Lattarulo nie przychodziła. Aby nie widzieć portretów z przeciwnej ściany, Sebastian zamknął oczy i nucił in mente slogany „Piel Dulce”. Nagle przypomniał sobie, że wypełnia tu „misję prasową”. Wyciągnął notes i zanotował niektóre podstawowe pytania, z nich, gdy wywiad się rozwinie, wynikną następne. Sprawa mogła być interesująca. Jaką też minę może mieć Miss Piel Dulce?

Miss dała odpowiedź osobiście. Pojawiła się nagle, teatralnie unosząc czerwoną kurtynę z białymi frędzlami. Ubrana była w długi, zwiewny deshabillé z różowej gazy, bez wątpienia kupiony na tę okazję w którejś z galerii Once. O małym nosku, wielkich niebieskich oczach, policzkach z dołeczkami, blond włosach i porcelanowej cerze. Turandot, nic tylko Turandot, pomyślał Sebastian widząc, jak przepływa w swym królewskim deshabillé. Aniołeczek z obrazka, pomyślał. Anieliszcze z obrazu, pomyślał. Miss Piel Dulce, pomyślał Sebastian. Wstał, przedstawił się, powiedział: „Dzień dobry, mam zaszczyt.” Gladys Lattarulo nadchodziła jak sarenka, jak dumny łabędź, jak fregata pod pełnymi żaglami. Przysiadła na sofie morskiego koloru, układając wokół siebie szeleszczące chmury różowej gazy. Uśmiechnęła się olśniewającym, jak z reklamy pasty do zębów, hollywoodzkim, mentolowo-chlorofilowym uśmiechem. Skrzywiła swe usteczka, usteczka Gladys Jean Lattarulo Harlow i rzuciła cztery słowa, które bujały w powietrzu jak rozbawione baranki i działały na uszy Sebastiana niczym muzyka taczek: „Powiada pan, panie dziennikarzu.” Sebastian odchrząknął, przez moment zawahał się i włączył magnetofon, by zarejestrować swój pierwszy wywiad, wywiad z Gladulce Lattapiel Dysrrulo.

SEBASTIAN — Imię?

MISS PIEL DULCE — Lattarulo, Gladys Semiramis. Po babce. Ale niech pan da Gladys del Carmen. Bę­dzie lepiej. Dobrze?

SEBASTIAN — Wiek?

MISS PIEL DULCE — Dwadzieścia.

SEBASTIAN — Wymiary?

MISS PIEL DULCE — Dziewięćdziesiątdwapięćdziesiątczterydziewięćdziesiątjeden, wzrost jedensiedemdziesiątjeden, waga pięćdziesiąttrzy, numer buta trzydzieści siedem.

SEBASTIAN — Studiowała pani coś?

MISS PIEL DULCE — No pewnie! Co pan sobie myśli!

SEBASTIAN — Co pani studiowała?

MISS PIEL DULCE — No cóż, kiedy byłam mała, podstawówkę, a potem księ­gowość, powiedzmy handel. Ale po trzech latach porzu­ciłam dla sztuki. Handel nie daje kultury, nie uważa pan? A wtedy zajęłam się dekla­macją, pianinem, tańcami hiszpańskimi i klasycznymi. W tamtym roku zdobyłam medal w Klubie Dzielnico­wym „Ruben Dario.

SEBASTIAN — Recytowała pani „Marsz Triumfalny”?

MISS PIEL DULCE — Ach, wy dziennikarze wiecie wszystko!

 

SEBASTIAN — Pani o tym nie wiedziała?

MISS PIEL DULCE — Znam też języki. Rozumiem wszystko po włosku, dziad­kowie byli z południa, z Kalabrii. No i angielski, ze szkoły, ale niech pan o tym nie pisze, bo prawie tyle co nic. Gud morning, to wszy­stko. Teraz będę chodzić na kurs audiowizualny, po­wiedzmy na wypadek, gdy­bym została Miss Argentyny i musiała jechać do Miami, do USA. Tam się mówi dużo po angielsku.

 SEBASTIAN — Oczywiście, oczywiście… Niech mi pani powie: ma pani narzeczonego?

MISS PIEL DULCE — Już mi mówili, że wy dzien­nikarze jesteście bardzo wścibscy. Ale na to pytanie nie odpowiem. Moje życie prywatne należy wyłącznie do mnie.

SEBASTIAN — Stokrotnie przepraszam. Nie nalegam. Co pani sądzi o młodzieży?

MISS PIEL DULCE — Ach, jakby to… nie trzymam ani z młodą, ani ze starą fa­lą. Jestem, powiedzmy, czymś pośrodku.

SEBASTIAN — Zechce pani wytłumaczyć to „coś pośrodku”.

MISS PIEL DULCE — No… nie podobają mi się tańce nowoczesne, te wszyst­kie lekkie… Ani polka!

SEBASTIAN — Kojarzy pani młodzież z tań­cem?

MISS PIEL DULCE — Jasne, a pan nie?

SEBASTIAN — Jako że nie lubi pani muzy­ki nowoczesnej ani polek, co pani lubi?

MISS PIEL DULCE — Ach! Jazz, jazz…

SEBASTIAN — Hot, Cool, Nowoorleański?

MISS PIEL DULCE — Co takiego?

SEBASTIAN — Jaki rodzaj jazzu.

MISS PIEL DULCE — Renecospitojegofortepianirytmy. Wiem, że to nieno­woczesne, ale właśnie dlatego. A, jeszcze Doris Day…

SEBASTIAN — A Palito Ortega?

MISS PIEL DULCE — Ach, jakby tu powiedzieć, Palito nie. Jest bardzo po­spolity. Wolę wszystko co z importu, choćby z Bra­zylii…

SEBASTIAN — Co pani sądzi o sobie?

MISS PIEL DULCE — … bo wszystko co zagraniczne jest bardziej subtelne. Mówił pan coś?

SEBASTIAN — Co pani sądzi o sobie samej?

MISS PIEL DULCE — O sobie? Nie wiem… Myślę, że jestem szczęśliwą dziew­czyną, bo osiągnęłam-sukces-w-kwiecie-mego-życia.

SEBASTIAN — A co pani sądzi o sukcesie?

MISS PIEL DULCE — Że jeśli ktoś na to zasługuje, to w porządku. Ale nie moż­na dopuścić, żeby uderzył do głowy. Zarozumiałość to coś bardzo złego.

SEBASTIAN — Jak układają się pani sto­sunki z rodzicami?

MISS PIEL DULCE — Cooo?

SEBASTIAN — Nic, nieważne. Co pani są­dzi o miłości?

MISS PIEL DULCE — Że to uczucie cudowne i szlachetne.

SEBASTIAN — A o seksie?

MISS PIEL DULCE — Tu mnie pan złapał nieprzy­gotowaną. Jak to o seksie?

SEBASTIAN — No… tak… o seksie.

MISS PIEL DULCE — Ma pan na myśli różnicę miedzy kobietą a mężczy­zną?

SEBASTIAN — Właśnie.

MISS PIEL DULCE — Proszę mi wyjaśnić pytanie.

SEBASTIAN — Proszę. Co pani sądzi o sto­sunkach przedmałżeńskich?

MISS PIEL DULCE — Ach, widzi pan… Ja osobi­ście się z tym nie godzę. Ale ponieważ jestem tolerancyj­na, uważam, że skoro istnie­ją… to istnieją. Tak, myślę, że stosunki małżeńskie są lepsze.

SEBASTIAN — Co pani sądzi o kontroli na­rodzin?

MISS PIEL DULCE — W rodzinach, gdzie nie moż­na wyżywić wielu dzieci, tak jest nawet lepiej, bo unika się w ten sposób niewiniątek cierpiących głód i zimno. Ale uważam, że w sytuacji ekonomicznej, powiedzmy, lepszej, zaży­wanie pigułki to duża po­myłka.

SEBASTIAN — Zmieńmy temat. Czyta pani?

MISS PIEL DULCE — Ach tak! Masę! Uwielbiam czytać!

SEBASTIAN — Pani ulubieni autorzy?

MISS PIEL DULCE — Klasycy, klasycy… Tołstoj, Manzoni. „Narzeczeni”, czy­tał pan?

SEBASTIAN — Nie czytuje pani pisarzy argentyńskich?

MISS PIEL DULCE — Widzi pan, panie dziennika­rzu: nie czytam pisarzy argentyńskich ani nie oglą­dam filmów argentyńskich, tak samo jak nie lubię śpie­waków argentyńskich. Bo nie warto.

SEBASTIAN — Skąd pani wie, jeśli pani nie czyta?

MISS PIEL DULCE — Pan jest jak Święty Tomasz! Musi pan zobaczyć, żeby uwierzyć! A ja nie. Są rze­czy, co do których jestem przekonana i nie muszę oglą­dać. Ani czytać.

SEBASTIAN — No tak… Na co zamierza pani przeznaczyć pieniądze z nagrody?

MISS PIEL DULCE — Chcę jeszcze raz pojechać do Europy. Byłam już raz, wie pan, we Włoszech, u dziad­ków. Byliśmy ze trzy mie­siące, strasznie się wynu­dziłam, nie mogłam się do­czekać powrotu do Buenos Aires. Ale znów mam ocho­tę pojechać, poznać Paryż, Londyn… Podróżować jest bosko. Więcej się można na­uczyć jeżdżąc niż czytając, panie dziennikarzu.

SEBASTIAN — Co pani sądzi o mężczyznach?

MISS PIEL DULCE — Ach, jaki pan ciekawski! Ostrzegali, żebym się strze­gła dziennikarzy. No dobrze, o mężczyznach myślę, że wszyscy powinni być tacy jak mój ojciec, uczciwi i pra­cowici. Otóż to.

SEBASTIAN — Niech mi pani powie, wierzy pani w horoskopy, w chiro­mancję, w astrologię?

MISS PIEL DULCE — Widzi pan: w horoskopy, chiromancję i te inne spra­wy czarowników nie wierzę. Ale co się tyczy astrologii, powiedzmy ciał astralnych, Jowisza, planet i tego… oczarowują mnie! To przedmiot, który najbardziej lubiłam w szkole. Zawsze miałam dobre oceny z astrologii.

SEBASTIAN — Aha, doskonale! I cóż pani, jako dobry astrolog, sądzi o aktualnej sytuacji?

MISS PIEL DULCE — O jakiej sytuacji?

SEBASTIAN — Krajowej.

MISS PIEL DULCE — A, tak. Myślę, że kraj-prze-chodzi-przez-kryzys-z-które-go-wydobyć-się-może-zbio-rowym-wysiłkiem-wszyst­kich.

SEBASTIAN — A o polityce?

MISS PIEL DULCE — Polityka to podstawa kraju. Dobrze prowadzona, rzecz jasna. Z dobrym politykiem albo osobą, która umie za­rządzać, dojdzie się do wszy­stkiego.

SEBASTIAN — Wszystkiego… Czego wszystkiego?

MISS PIEL DULCE — Myślę o postępie i tych rzeczach.

SEBASTIAN — Ma pani jakieś sprecyzowane ideały polityczne?

MISS PIEL DULCE — Widzi pan, nie należę do żadnej partii. Nie jestem ani przeciw, ani za nikim. Powiedzmy, tak pośrodku. Neutralnie.

SEBASTIAN — Co pani sądzi na temat wojny w Wietnamie?

MISS PIEL DULCE — Wietnam… To tak daleko! Ale myślę, że to biedni ludzie. Dzieci, co o niczym nie wiedzą, cierpią najbardziej. Ale to w końcu dla ich dobra.

SEBASTIAN — Jak to, dla ich dobra?

MISS PIEL DULCE — Jasne, bo gdyby Amerykanie ich nie bronili, już by trzymali z komunistami.

SEBASTIAN — Co pani sądzi o partyzantach?

MISS PIEL DULCE — A, tamci też są biedni. Wierzą, że walczą o jakieś ideały, ale gdyby znali prawdę, siedzieliby w domu.

SEBASTIAN — Jaką prawdę?

MISS PIEL DULCE — Jak to jaką? Prawda jest tylko jedna, czy ja wiem…

SEBASTIAN — Co pani sądzi o Che Guevarze?

MISS PIEL DULCE — Bardzo przystojny chłopak. Lepiej by zrobił, gdyby pracował tutaj jako lekarz i ożenił się z jakąś dziewczyną z dobrego domu.

SEBASTIAN — Co pani myśli o konflikcie na Bliskim Wschodzie?

MISS PIEL DULCE — Ach, męczy mnie pan z tą polityką. Widzi pan, ja na polityce za bardzo się nie znam. To w końcu nie jest ważne. Prawie nic o tym nie czytałam. Już przecież mówiłam, że czytam klasyków.

SEBASTIAN — Szekspira?

MISS PIEL DULCE — Tego od „Romea i Julii”?

SEBASTIAN — Tak.

MISS PIEL DULCE — Nie czytałam, ale widziałam „Romea i Julię” w telewizji, z Evangeliną Salazar i Rodolfem Bebán. Co za miłość, prawda?

SEBASTIAN — Szekspir?

MISS PIEL DULCE — Nie, Rodolfo Bebán. No, Szekspir chyba też.

SEBASTIAN — Ale wspominała pani, że nie ogląda pani filmów argentyńskich?

MISS PIEL DULCE — Telewizja to co innego.

SEBASTIAN — Chciałaby pani pracować w telewizji?

MISS PIEL DULCE — Nie, to taki sztuczny świat. Jak pan widzi, jestem realistką. Trzeba znać świat, w którym się żyje. Chociaż tak, przyznam się, że miałam już pewne kontakty z telewizją. Dwa lata temu zostałam Miss Wróżką!

SEBASTIAN — Ach, tak? I jaką nagrodę przyznali?

MISS PIEL DULCE — Zabiegi odchudzające w Instytucie Piękności. Z elektrycznym masażem i wszystkim. Przedtem byłam trochę grubsza, wie pan? Ale niech pan o tym nie pisze w dzienniku, mogłoby mi zaszkodzić…

SEBASTIAN — A więc to nie pierwszy pani sukces?

MISS PIEL DULCE — Nie, oczywiście, że nie. Poza tym, kiedy wracaliśmy z Europy, wybrali mnie „Syreną Morza”. Na uroczystości przekroczenia równika, wie pan? Było bosko. Zaprosili mnie do pierwszej klasy i siedziałam przy kapitańskim stole i częstowali mnie szampanem. Uwielbiam szampana, chyba już mówiłam? Oczywiście importowanego. A potem dali mi dyplom. Jest tutaj, obok tej dziewczynki od pierwszej komunii.

SEBASTIAN — Ta dziewczynka to pani?

MISS PIEL DULCE — Tak. To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Ale jeszcze szczęśliwszy będzie ten, gdy założę inny biały strój. Wie pan o czym mówię, prawda?

SEBASTIAN — Przypuszczam, że o dniu swego ślubu. A propos, co pani sądzi o małżeństwie?

MISS PIEL DULCE — Że to cudowne!

SEBASTIAN — Skąd pani wie, jeśli pani nie jest mężatką?

MISS PIEL DULCE — Niech ramie pan nie nabiera i nie będzie niedowiarkiem. Małżeństwo jest cudowne, ponieważ jest-urzeczywist-nieniem-kobiety-we-wszyst-kich-jej-aspektach.

SEBASTIAN — Według tej teorii każde zamążpójście będzie sukcesem?

MISS PIEL DULCE — Dla mnie… tak.

SEBASTIAN — A kto pani zdaniem zdołał osiągnąć sukces w pełni?

MISS PIEL DULCE — No, Chaplin. Potem Tołstoj. Dlaczego pan tak patrzy? Oczywiście, myślę, że Szekspir też. Przecież wszyscy go znają. Wydaje mi się, że „Romeo i Julia” szli nawet w kinie. Ale Chaplina zna cały świat, temu pan nie zaprzeczy. Był postacią, która zawsze sprawiała radość dzieciom. I dorosłym. Teraz wyświetlają „Hrabinę z Hong Kongu”, widział pan?

SEBASTIAN — Widziałem. Czego by pani pragnęła, żeby nastąpiło?

MISS PIEL DULCE — Ach, wy dziennikarze! Moim największym pragnieniem jest mieć rodzinę, dzieci… To właśnie.

SEBASTIAN — A męża?

MISS PIEL DULCE — No pewnie! Przecież nie wyjdę za mąż za ścianę, nie?

SEBASTIAN — No cóż, ja bym na pani miejscu próbował.

MISS PIEL DULCE — Jak? Nie rozumiem.

SEBASTIAN — Nic, nic. To wszystko. Dziękuję. Bardzo dziękuję. Stokrotne dzięki.

MISS PIEL DULCE — Nie zrobi pan zdjęcia?

SEBASTIAN — Fotograf przyjdzie około piątej.

MISS PIEL DULCE — Oj, tak późno…! A ja tak wcześnie się przygotowałam! Cóż, cierpliwości. Ze sławą tak już jest.

SEBASTIAN — Do widzenia i jeszcze raz dziękuję.

MISS PIEL DULCE — Chwileczkę! To wyjdzie w dzienniku, tak?

SEBASTIAN — W „La República”.

MISS PIEL DULCE — Byłby pan tak uprzejmy przesłać mi dwadzieścia egzemplarzy?

SEBASTIAN — Czemu nie?

MISS PIEL DULCE — Dziękuję… Niech pan poczekaaa! Niech pan jeszcze nie wychodzi. Mama chciała pana poczęstować kieliszkiem wiśniówki.

SEBASTIAN — Wolałbym wiśniówkiem kieliszki.

MISS PIEL DULCE — Ach, nie, whisky i tych innych dziwnych rzeczy nie mamy. Może anyżówki?

SEBASTIAN — Nie, dziękuję. Muszę wracać do pracy.

MISS PIEL DULCE — Ależ się panu spieszy! Niech pan chwilę zaczeka. Chcę coś panu dać. Proszę.

SEBASTIAN — A co to takiego?

MISS PIEL DULCE — Słoiczek „Piel Dulce”, kremu na cerę. Jedyne dla zachowania urody i młodości. Może pan zaufać mojemu doświadczeniu. Niech pan podaruje narzeczonej.

SEBASTIAN — Jestem do głębi wzruszony. Jeszcze raz dziękuję. Adiós.

MISS PIEL DULCE — Adiós, panie dziennikarzu. I niech pan nie zapomni przesłać mi dwudziestu egzemplarzy dziennika. Potem podaruję panu zdjęcie z autografem. Adióóóóós!

 

Gudiño Kieffer, Eduardo. (1935-2002). Żeby cię lepiej zjeść (Para comerte mejor; 1968).
Przekład: Andrzej Nowak. Kraków : Wydawnictwo Literackie, 1973; str. 120-130.


  ►  wejdź na Stopień Trzeci…

Calendar

« June 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Czerwiec – szósty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od słowa „czerw” oznaczającego beznogą larwę błonkówek i muchówek; larwy te były (i są) wykorzystywane jako efektywny sposób oczyszczania ran.

W Słowniku etymologicznym Sławskiego nazwa miesiąca jest dopiero trzecim znaczeniem słowa „czerwiec”. Pierwsze to: czerwiec polski (Porphyrophora polonica) – „owad wytwarzający barwik czerwony”, drugie: „farba służąca do barwienia materiałów na czerwono, coccus, color coccinus”, a źródłosłowy idą we wczesne lata XV wieku. Czwarte zaś: Scleranthus anuus L. czyli czerwiec roczny – chwast rosnący na pastwiskach, ugorach i przydrożach.

Słownik wileński idzie dalej: w nim „miesiąc” jest dopiero n-tym znaczeniem słowa „czerwiec”. Wcześniej jest bowiem rodzaj i trzy gatunki pluskwiaka Coccus; tlenosiarczek antymonu, zwany też kermezytem, o pięknej wiśniowej barwie; rodzaj i dwa gatunki roślin z rodziny Scleranthus, w tym czerwiec trwały (Scleranthus perennis); amerykański kaktus Cactus chochenillifer; kolor szkarłatny lub karmazynowy i „drogi, przedni jedwab” oczywiście koloru czerwonego.

Dwie nazwy wytłuściłem nie bez powodu: w korzeniach czerwca-rośliny znajduje schronienie i pożywienie czerwiec-owad. Splatają się więc te czerwce ze sobą dość dokładnie.

Barwnik czerwony wyrabiany z czerwca-owada to koszenila (inaczej: kwas karminowy), która jest ciekawa sama w sobie. Rozpuszcza się w wodzie, co jest rzadkie wśród barwników organicznych. Jest bardzo trwała i odporna na działanie czasu, światła i ciepła, a więc nie blaknie, co było zaletą pierwszorzędną. Nie jest trująca (w nadmiarze), więc można nią barwić nie tylko tkaniny ale i potrawy oraz kosmetyki.
Tu jednak kłopot zaczynają mieć wegetarianie i weganie (którzy nie używają produktów pochodzących ze zwierząt) oraz np. ci wyznawcy judaizmu i islamu, dla których produkty z owadów nie są ani koszerne ani halal. Problem w tym, że współcześni ludzie na ogół nie wiedzą, iż koszenilę uzyskuje się z owadów (strona http://www.food-info.net podaje że dla uzyskania 1 kilograma koszenili trzeba zanurzyć we wrzątku – a później na różne sposoby wysuszyć, a potem zmielić – 150 tys. owadów). Ostatnio produkty zawierające koszelinę muszą być odpowiednio oznaczane.

Polski monopol na czerwca w znaczeniu „farba” (tytuł popularnej, stosunkowo niedawnej – 1992, publikacji Lewy czerwcowy, nabiera teraz zupełnie innej barwy…) złamał w XIV w. Meksyk.
Aztekowie znali i stosowali koszenilę od wieków, od nich nauczyli się tego konkwistadorzy. Żeby skrócić transport do Europy, owady meksykańskie (inne niż polskie: czerwce kaktusowe, Dactylopius coccus, rodzaj mszyc) zaczęto hodować na Wyspach Kanaryjskich. Ta sama www.food-info podaje, że tylko w roku 1868 wyeksportowano stamtąd 2800 ton (6 mln. funtów) koszenili uzyskanej z 420 miliardów owadów…

 

Pierwiastek „czerw” w nazwie szóstego miesiąca roku występuje też w innych językach naszej rodziny: białoruskim (чэрвень), czeskim (červen), kaszubskim (czerwińc), ukraińskim (червень).
Co by nie mówić, w większości języków słowiańskich (także w staropolszczyźnie) rzeczownik „czerw” znaczy „robak”, z czego wynika, że „czerwiec” znaczy tyle co „robaczywiec” lub „robacznik” (a kolor czerwony to kolor robaczywy). Tyz piyknie.

W staropolszczyźnie szósty miesiąc roku nazywany też był „ugornik” lub „zok” (konik polny lub – niestety – szarańcza), ale generalnie czerwie czyli robaki okazały się (słowotwórczo) silniejsze.

 

Łaciński Iunius zawiera w sobie imię żony Jupitera – Junony.

Owidiusz w ks. VI Fasti (8 r. n.e.), poematu o kalendarzu rzymskim, podaje dwie dodatkowe etymologie nazwy Iunius: od małżonki Jupitera – Junony i bogini młodości Iuventas (grecki pierwowzór: Hebe). Owidiusza – jako źródła – nie można jednak traktować poważnie, bo plótł co mu ślina na język przyniosła, a koniunktura dworska i polityczna podsuwała. W maju umizgał się do starców z senatu (maiores), więc w czerwcu pochlebiać zaczął młodym iuniores. Na czerwcu zresztą Fasti się skończyło, bo poeta dostał nagle dożywotni nakaz zesłania do Dacji – pruderyjni twierdzą, że za nieskromność Ars amatoria (celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu jeszcze w 1930), ale tak naprawdę nie wiemy za co.

Nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Pod koniec czerwca na półkuli północnej następuje letnie przesilenie Słońca: jest to najdłuższy dzień (i najkrótsza noc) w roku.
W 2014 solstycjum letnie wypada 21 czerwca. W tym dniu Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka i zaczyna się astronomiczne lato.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – na 52°13’ szerokości geograficznej północnej – wynosi 61°14’.

 

1 czerwca to Dzień Dziecka.

 

4 czerwca to w Polsce rocznica wolnych wyborów z 1989 roku.
W rzeczywistości były one pół-wolne, ale skutek był ten sam. Najkrócej zdefiniowała go Joanna Szczepkowska w ogólnokrajowym programie TV: „Ogłaszam koniec komunizmu w Polsce”.

 

12 czerwca 1967 – PRL zrywa stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Nie ona jedna. Po wojnie sześciodniowej (5-10 czerwca 1967), która – mimo że zaczepna – była obronną, bezczelnie przez Izrael wygranej, Czerwony Hegemon się zdenerwował. Nie tak miało być, zwłaszcza że Hegemon uzbrajał, szkolił i popierał Egipt. Poszedł więc przykład i rozkaz z Moskwy i cały blok zerwał z państwem żydowskim stosunki dyplomatyczne. Z jednym wyjątkiem: nie zerwała Rumunia. Niby, że taka niezależna i umiejąca się Sojuzowi postawić, defacto – potrzebna, bo zerwać stosunki można, ale pogadać czasem trzeba, więc jeśli już, to czemu nie przez Bukareszt, któremu opinia „niepokorny” bardzo pasowała, bo dawało się na nią kolejne kredyty z Zachodu wyciągać. A po RWPG poszedł później dowcip, przaśny, ale po linii: „– Wymień trzy państwa komunistyczne na ‘k’. – Kuba, Korea i..., i..., i ta Kurwa Rumunia.” Zerwanie stosunków i ujadanie propagandy jest prologiem do polskiego Marca ’68 (patrz: marzec).

 

23 czerwca to w Polsce tzw. wigilia św. Jana, którą kończy noc świętojańska, często używana obocznie z nazwą Sobótka.
Jest to schrystianizowana wersja słowiańskiego święta związanego z letnim przesileniem Słońca, obchodzonego w najkrótszą noc w roku, tzw. Noc Kupały, zwanego też (na południu Polski) sobótką lub palinocką. Było to święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości.
Słowo kupała pochodzi prawdopodobnie z indoeuropejskiego pierwiastka kump, oznaczającego grupę, gromadę, zbiorowość, z którego wywodzą się słowa takie jak kupa, skupić, kupić się (‘gromadzić’). Termin sobótka stworzony został prawdopodobnie przez Kościół i miał wydźwięk ujemny, bo znaczył tyle, co ‘mały sabat’.
W chrześcijaństwie obchody nocy kupalnej przeniesione zostały na specjalnie w tym celu ustanowioną przez Kościół 23 czerwca wigilię św. Jana.

W tym wypadku jednak zadziałał synkretyzm religijny: noc kupalna i wigilia św. Jana współegzystują w świadomości zbiorowej do dziś. Mają też liczne odzwierciedlenia w literaturze, z których – w piśmiennictwie polskim – najbardziej znanym jest Pieśń świętojańska o Sobótce Jana Kochanowskiego, rozpoczynająca się od słów:

Gdy słońce Raka zagrzewa
A słowik więcej nie śpiewa
Sobótkę (jako czas niesie),
Zapalono w Czarnym Lesie.

„Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” napisał Mickiewicz o roku 1812, ale oznaczenie jest niedokładne. Bowiem to, co ową „wiosnę” przyniosło, zaczęło się latem.

Wieczorem 23 czerwca 1812, około godziny 22, pierwsze korpusy – kawaleryjski marszałka Murata oraz korpusy marszałków Davout i Neya przekraczają Niemen.

Napoleon, którego idée fixe było rzucenie na kolana Wielkiej Brytanii, po serii porażek z Anglikami w bitwach morskich (i to jakich porażek! Abu Kir w 1798 i Trafalgar w 1805 to były mega klęski!) wymyślił blokadę handlową (więc teoretycznie i morską) Wysp Brytyjskich.

Rzecz jasna, wszyscy zainteresowani stawali na głowie, by to embargo ominąć, zwłaszcza, że blokada rujnowała sporo gospodarek państwowych. Poza tym zawsze w podobnych przypadkach opór bywa ogromny i praktycznie nie do pokonania: założę się, że Napoleon nie miał pojęcia, co to było „Ograbme”, bo jak większość Europejczyków z wyższością patrzył na Amerykę i do głowy mu nie wpadało, ze może się od niej wiele nauczyć.

Jednym z wyłamujących się z tego dyktatu była Rosja. Oczywiście car Aleksander oficjalnie się zgadzał, uśmiechał, toasty wznosił, pakty podpisywał – ale robił swoje. Darujmy sobie „skąd my to znamy?”, gdyż handel z Brytanią był dla rosyjskiej gospodarki alternatywą Hamleta.

Rację miał stary Maciek Dobrzyński sarkając, że „a on co? Pokój w Tylży zrobił!”, choć powody do gderania były inne.
Papier – papierem, a życie życiem. Napoleon wpadł więc na kolejny pomysł, by zmusić Rosję do respektowania postanowień z Tylży (1807) siłą. Znów nie odrobił lekcji z historii: nie doczytał, jak skończył Karol XII Szwedzki. A może po prostu myślał, że skoro ma Grande Armée, to da radę?

Najpierw jednak zebrał armię 600-tysięczną, nie tylko wielonarodową ale i multi-kulti, bo było w niej m.in. 300 tys. Francuzów, Włochów i Belgów, 180 tys. Niemców, 90 tys. Polaków (skąd wymyślił, że Niemcy będą się dzielnie bić dla Francuzów – trudno orzec, nie obiecywał im przecież nawet ułamka tego, co Polakom). Z tą armią przekroczył Niemen.

Zaczął z Księstwa Warszawskiego i po przejściu granicy wciąż poruszał się po terenach zamieszkałych przez Polaków, nic więc dziwnego, że propaganda Cesarza Francuzów przeszła samą siebie. Napoleon z bezprzykładnym cynizmem, godnym największych kosterów, nazwał swoją kampanię „drugą wojną polską”, a sejmowi Księstwa Warszawskiego nakazał zawiązać Konfederację Generalną Królestwa Polskiego i proklamować zmartwychwstanie Polski w dawnych granicach (Niemcy w szeregach armijnych, zwłaszcza ci z Prus, musieli się cieszyć niezwykle!).

Ale: nikt nie da ci więcej, niż obieca Napoleon!

I prawda. Zaczynając swą wojnę z Rosją o Brytanię, cesarz powiedział:

Jestem tu, aby raz na zawsze skończyć z tym barbarzyńskim kolosem Północy. Szpada została już dobyta. Trzeba ich zapędzić jak najdalej w ich lody, aby przez najbliższe 25 lat nie byli w stanie mieszać się w sprawy cywilizowanej Europy. Nawet za czasów Katarzyny Rosjanie prawie nie odgrywali żadnej roli w życiu politycznym Europy. Z cywilizacją zetknęli się dopiero przez rozbiór Polski. Nadszedł więc teraz czas, aby Polacy pokazali im, gdzie ich miejsce... Bezpowrotnie minęły czasy, kiedy Katarzyna dzieliła Polskę, chwiejny Ludwik XV drżał ze strachu w Wersalu, a caryca zachowywała się tak, że wychwalały ją wszystkie paryskie plotkary. Po spotkaniu w Erfurcie Aleksander zrobił się zbyt zarozumiały, a już zdobycie Finlandii zupełnie przewróciło mu w głowie. Jeżeli potrzebne mu są zwycięstwa, to niech się wyprawi na Persów, ale nie miesza się w sprawy Europy. Cywilizacja odrzuca tych dzikusów z Północy. Europa obejdzie się bez nich.

Jak to się skończyło – wiemy, a więcej przeczytacie o tym w grudniu.

Napoleon nie był jedyny. 129 lat później, z dokładnością jednodniową, bo 22 czerwca, powtórzył napoleoński manewr Hitler, nazywając to – też miał niezłych propagandzistów – „Operacja Barbarossa”. Skończył jak jego poprzednik, co niewiele nas pociesza, bo dla Polski skutki też były podobne.

Znaki Zodiaku w czerwcu:
Bliźnięta (♊) – do 20 czerwca (najweselszy i najpogodniejszy znak Zodiaku).
Rak (♋) – od 21 czerwca

Kwiaty czerwca :
róża (Rosa L.) – tu nie ma co wiele mówić, po prostu: królowa kwiatów.

Kamienie czerwca:
perła – co prawda to żaden kamień, tylko efekt mordęgi małża, ale w formie naturalnej błyskotka bardzo droga. Wymieniana jest – jako symbol wielkiej wartości – przez święte księgi hinduizmu, judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. W tradycji europejskiej perły uważano dawniej za łzy aniołów – przesąd, że jest to klejnot przynoszący łzy i troski pokutuje do dziś.

● aleksandryt – odmiana chryzoberylu, znana z tego, że zależnie od oświetlenia potrafi zmieniać kolor. Podobno znalazł go fiński geolog Nils Gustaf Nordenskiöld (1792-1866, ojciec znanego polarnika) po tym jak razem z całą Finlandią znalazł się pod panowaniem rosyjskich carów – nazwał więc kamień imieniem następcy tronu, przyszłego Aleksandra II Romanowa.
O carze tym mówi się jako o „demokratycznym reformatorze”, ale kiedy pomyślę, na co batiuszka Aleksandr Nikołajewicz zezwalał w Polsce po powstaniu styczniowym, to nawet sprzedaż Alaski Amerykanom nie jest w stanie sprawić, bym myślał o nim pozytywnie (jak zresztą o żadnym z Romanowów, ani o ich tzw. reformach).

● kamień księżycowy zwany też ortoklazem (którego jest odmianą) – starożytni wierzyli, że jest pochodzenia boskiego, bo wziął się z promieni księżyca.
Najcenniejsze ortoklazy można podobno znaleźć w Indiach i na Sri Lance, ale i my nie gorsi, bo występują też w okolicach Jeleniej Góry. Z czego wynika, że Ryszard Ochódzki wiedział, co czyni, gdy kamień z londyńskiego bruku podniesiony wręczył jako ten z Jeleniej Góry: chciał po prostu wcisnąć go Panu Janowi jako cenny okaz ortoklazu, zapominając, że nie o to chodziło.
Ciekawostką jest, że kamień księżycowy jest oficjalnym klejnotem stanu Floryda, co Florydianiom się wzięło po locie Apolla-11, który wystartował z Cape Canaveral i 20 lipca 1969 wylądował na Księżycu.

Napisałem, że z czerwcem bywa podobnie nieszczególnie jak z majem – „dlaczego” miało przyjść później, bo na początku miesiąca pisanie o tych wszystkich solstycjach, Kupałach, świętych księgach i Romanowych kapkę mnie (jak by powiedział Geograf) osłabiło.
Tak więc czerwiec, podobnie jak maj, jest miesiącem optymistycznym. Zero zdziwienia: oba przebiegają pod panowaniem najlepszego znaku Zodiaku, czyli Bliźniąt, więc – po prostu ten gwiazdozbiór rządzi i nie da się tego ukryć.

 

Śluby i wesela w czerwcu:
mogą być, ale wyłącznie na własne ryzyko.

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
szósty miesiąc roku to:

białoruskiчэрвень [czerwień]
bośniackijuni
bułgarskiюни [juni]
chorwackilipanj
czeskičerven
kaszubskiczerwińc
litewskibirželis
łatgalskivosorys
łużycki (dolny)smažki (też: smažnik, junij)
łużycki (górny)smažnik (też: junij)
łotewskijūnijs
macedońskiјуни [uni] albo житар [żytar]
prekmurskiivánšček (też: juniuš)
rosyjskiиюнь [ijuń]
serbskijун [jun]
słowackijún
słoweńskijunij (też: rožnik)
ukraińskiчервень [czerwień]
żmudzkibiržielis

 

Przysłowia związane
z czerwcem:

Czerwiec daje dni gorące,
kosa brzęczy już na łące.

Czerwiec gdy zagrzmi,
gdzie zorze zachodzą,
ryby się znacznie
i obficie zrodzą.

Czerwiec na maju
zwykle się wzoruje,
jego pluchy, pogody,
często naśladuje.

Czerwiec po deszczowym maju
często dżdżysty w naszym kraju.

Czerwiec – przerwiec, bo przerywa
gospodarkę aż do żniwa.

Czerwiec się czerwieni?
Będzie dość w kieszeni.

Czerwiec stały,
grudzień doskonały.

Czerwiec temu się zieleni,
kto do pracy się nie leni.

Gdy czerwiec chłodem i wodą szafuje,
to zwykle rok cały popsuje.

Grzmoty czerwca
rozweselają rolnikom serca.

Kiedy kwitnie w czerwcu bób,
to największy wtedy głód,
a kiedy mak,
to już nie tak.

Mokry czerwiec, chłodny maj
– wszystkim gburom prawy raj.

Od czerwca dużo zależy,
czy żniwa będą jak należy.

Pełnia czerwcowa – burza gotowa.

W czerwcu gorącego lata,
zdrowa więc bywa sałata,
wina jeśli być nie może,
piwo chłodne pij, niebożę.

W czerwcu grusze kwiat zrzucają,
czereśnie się zapalają.

W czerwcu pod czerwcem siedzi czerwiec.

W czerwcu się okaże,
co nam Bóg da w darze.

W czerwcu to się lęga,
ci się przedtym sprzęga.

 

Przysłowia na
św. Małgorzatę (10 VI):

Deszcz na św. Małgorzatę
jest orzechom na stratę.

Św. Małgorzata pierwsza żnarka.

W św. Małgorzatę skąd wiatr duje,
drogę po zboże toruje.

Ze św. Małgorzatą
zaczyna się lato.

 

Przysłowia na
św. Jana (24 VI):

Chrzest Jana
w deszczowej wodzie
trzyma zbiory na przeszkodzie.

Deszcz świętego Jana
obiecuje mokre żniwa.

Do świętego Jana
woła deszczu kania,
a po świętym Janie
chodzą po wodzie kanie.

Gdy bliżej święta Jana
gżegżółka zakuka,
nadzieja zbóż przedaży
pewnie nas oszuka.

Gdy Jan Chrzciciel skropi,
mokre będą kopy.

Gdy się deszcz w święto Jana
opuści obfity.
po nim w kilka dni,
wierz mi, bywa pozbyty.

Gdy się Jan Chrzciciel
w dżdżystej kąpie wodzie,
deszcze żniwom bywają
wtenczas na przeszkodzie.

Gdy się święty Jan rozczuli,
to go dopiero
Najświętsza Panna utuli.

Jak się Janek kąpie w wodzie,
żniwom deszcze na przeszkodzie.

Jak św. Jan się obwieści,
takich będzie dni trzydzieści.

Jana Chrzciciela
– już kwiecia wiela.

Jutro święty Janek,
puśćmy na wodę wianek.

Już Jan ochrzcił wszystkie wody,
odtąd wam nie będzie szkody.

Już świętego Jana,
ruszajmy do siana.

O św. Janie kwas w piwo,
robak w mięso,
diabeł w babę wstępuje.

Święty Jan
– jagód dzban.

Umilkł, jak kukułka na św. Jan.

 

Przysłowie na
sobótkę:

Gdzie sobótki zapalają,
tam grady nie przeszkadzają.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha