Eduardo Gudiño Kieffer

Żeby cię lepiej zjeść

SEBASTIAN
GLADYS LATTARULO

Tamtą posadę w redakcji „La República” Sebastian dostał dzięki znajomościom Anny. To Anna polecała, prowadziła rozmowy, umawiała się na nudne, niemniej jednak (według niej) konieczne spotkania. To Anna była głucha na protesty Sebastiana (ale kto ci powiedział, że mam ochotę pracować, zostaw mnie w spokoju). To wreszcie Anna zmusiła go, by spotkał się z naczelnym dziennika. A Sebastian zgodził się, bardziej wskutek inercji niż jakiegoś większego zainteresowania.

Była to pobieżna konwersacja, polegająca na szeregu szybkich pytań i równie szybkich odpowiedzi, dwóch szybkich papierosach i dwóch pośpiesznych kawach. Zakończył stwierdzeniem „zaczyna pan w poniedziałek o ósmej”. Więc Sebastian zaczął w poniedziałek o ósmej. Potwornie zaspany i kompletnie zdezorientowany. O dziesiątej był już śmiertelnie znudzony. Nic mu nie dali do roboty. O jedenastej kazali wciągnąć do archiwum jakieś listy. Po południowym posiłku Redaktor Naczelny wezwał go do gabinetu.

— Niech pan zamknie drzwi. Doszły mnie słuchy, że sprytny z pana gość. Robił pan kiedy wywiad?

— Ależ oczywiście — odpowiedział Sebastian, myśląc jednocześnie o tym, że jeśli ktoś kłamie, niezawodnie wyrośnie mu garb.

— Doskonale! Więc ma pan okazję sprawdzenia się. Trzeba zrobić wywiad z Gladys Lattarulo.

— Kto to jest Gladys Lattarulo?

— Dziewczyna, która wczoraj wieczorem zdobyła pierwszą nagrodę w konkursie kremu piękności „Piel Dulce”. Jednym słowem Miss Słodka Skóra 1967.

— I co mam robić?

— No, jakże, synu… Cokolwiek, byle jej nie napastować… — Naczelny zaśmiał się z własnego inteligentnego dowcipu. I dodał:

— Musi pan z nią pogadać. Wypytać o różne rzeczy. Niech pan nie zmarnuje okazji, bo to pierwszy wywiad, na który się zgodziła. Prawdziwe wyróżnienie dla dziennika. To może być sensacja… Już załatwiłem spotkanie, o drugiej po południu. Tu ma pan adres. Niech pan siada w taksówkę, a rachunek prześle potem do kasy. Aha! Niech pan powie, że fotograf przyjdzie koło piątej…

Sebastian wyszedł. Gladys Lattarulo mieszkała w okolicach Coghlan. Do drugiej brakowało jeszcze prawie godziny. Dzięki metro dostał się do Retiro, a dalej pociągiem (mógłby przedłożyć rachunek o trzy lub cztery stówy wyższy).

Punkt druga dzwonił do drzwi Miss Piel Dulce Gladys Lattarulo, Miss Dulce Gladys Piel de Lattarulo, Dulce en Latta, Dulce de Rulo, Piel de Latta. Otworzono drzwi. Pokazała się jakaś twarz, nic słodkiego w każdym bądź razie. Jakaś osoba chrząkała, miauczała, krakała, rechotała, skomlała, chlipała, gdakała, ciamkała i beczała. Istne zoo wokalne.

— Z gazety „La República”, proszę pani.

Drzwi otworzyły się na oścież, twarz nabrała promiennego wyrazu. Wokalizowała, ćwierkała, gruchała, popiskiwała, kląskała, kwiliła i świergoliła:

— Achhhhh! Ochhhhh! Niech pan wejdzie, proszę, niech pan się czuje swobodnie… Chce pan mówić z małą? Proszę wejść, proszę, jak u siebie w domu. Pirucha to moja córka. No tak, Gladys, teraz kiedy jest sławna, wszyscy znają ją jako Gladys. Ale ja, od takiego mówię do niej Pirucha, Piruchita, Piru. Tak to już jest z matkami. Zawsze nam się wydaje, że dzieci ciągle są dziećmi, prawda? Chwileczkę, proszę. Zaraz ją zawołam, właśnie zdejmuje maseczkę z kremu „Piel Dulce”… Chwileczkę, proszę…

Kobieta zniknęła za ognistoczerwoną pluszową kotarą o białych frędzelkach, a Sebastian usiadł na sofie, obitej również pluszem, ale koloru morskiego, nogi zsunięte, ledwie dotykające podłogi z flexiplastu, imitacji szarego marmuru o różowych i żółtych żyłkach. Spojrzał (nie bez pewnej niezdrowej satysfakcji) na ogromny bukiet sztucznych dalii stojących sztywno na środku stołu. Uśmiechnął się mimowolnie, lecz uśmiech zgasł natychmiast, gdy tylko wzrok padł na posępne twarze przodków, Lattarulas i Lattarulos, którzy patrzyli nań z przeciwległej ściany, zamknięci w swych owalnych ramach z ciemnego drewna. Sebastian opuścił oczy.

Miss Piel Dulce zwlekała i zwlekała. Pewnie usuwa ze skóry słodycze kremu. Usuwa słodki krem. Usuwa maseczkę z „Piel Dulce”. „Dzięki Piel Duuuulce… twa skóra stanie się… mmmmm, marzeniem.” Ospałe, niewidzialne spikerki, muzyka André Kostelanetza, Henri René, Raya Coniffa. „Jeśli użyjesz «Piel Dulce».,. on będzie miał ochotę popróbować twej skóry.” A Gladys Lattarulo nie przychodziła. Aby nie widzieć portretów z przeciwnej ściany, Sebastian zamknął oczy i nucił in mente slogany „Piel Dulce”. Nagle przypomniał sobie, że wypełnia tu „misję prasową”. Wyciągnął notes i zanotował niektóre podstawowe pytania, z nich, gdy wywiad się rozwinie, wynikną następne. Sprawa mogła być interesująca. Jaką też minę może mieć Miss Piel Dulce?

Miss dała odpowiedź osobiście. Pojawiła się nagle, teatralnie unosząc czerwoną kurtynę z białymi frędzlami. Ubrana była w długi, zwiewny deshabillé z różowej gazy, bez wątpienia kupiony na tę okazję w którejś z galerii Once. O małym nosku, wielkich niebieskich oczach, policzkach z dołeczkami, blond włosach i porcelanowej cerze. Turandot, nic tylko Turandot, pomyślał Sebastian widząc, jak przepływa w swym królewskim deshabillé. Aniołeczek z obrazka, pomyślał. Anieliszcze z obrazu, pomyślał. Miss Piel Dulce, pomyślał Sebastian. Wstał, przedstawił się, powiedział: „Dzień dobry, mam zaszczyt.” Gladys Lattarulo nadchodziła jak sarenka, jak dumny łabędź, jak fregata pod pełnymi żaglami. Przysiadła na sofie morskiego koloru, układając wokół siebie szeleszczące chmury różowej gazy. Uśmiechnęła się olśniewającym, jak z reklamy pasty do zębów, hollywoodzkim, mentolowo-chlorofilowym uśmiechem. Skrzywiła swe usteczka, usteczka Gladys Jean Lattarulo Harlow i rzuciła cztery słowa, które bujały w powietrzu jak rozbawione baranki i działały na uszy Sebastiana niczym muzyka taczek: „Powiada pan, panie dziennikarzu.” Sebastian odchrząknął, przez moment zawahał się i włączył magnetofon, by zarejestrować swój pierwszy wywiad, wywiad z Gladulce Lattapiel Dysrrulo.

SEBASTIAN — Imię?

MISS PIEL DULCE — Lattarulo, Gladys Semiramis. Po babce. Ale niech pan da Gladys del Carmen. Bę­dzie lepiej. Dobrze?

SEBASTIAN — Wiek?

MISS PIEL DULCE — Dwadzieścia.

SEBASTIAN — Wymiary?

MISS PIEL DULCE — Dziewięćdziesiątdwapięćdziesiątczterydziewięćdziesiątjeden, wzrost jedensiedemdziesiątjeden, waga pięćdziesiąttrzy, numer buta trzydzieści siedem.

SEBASTIAN — Studiowała pani coś?

MISS PIEL DULCE — No pewnie! Co pan sobie myśli!

SEBASTIAN — Co pani studiowała?

MISS PIEL DULCE — No cóż, kiedy byłam mała, podstawówkę, a potem księ­gowość, powiedzmy handel. Ale po trzech latach porzu­ciłam dla sztuki. Handel nie daje kultury, nie uważa pan? A wtedy zajęłam się dekla­macją, pianinem, tańcami hiszpańskimi i klasycznymi. W tamtym roku zdobyłam medal w Klubie Dzielnico­wym „Ruben Dario.

SEBASTIAN — Recytowała pani „Marsz Triumfalny”?

MISS PIEL DULCE — Ach, wy dziennikarze wiecie wszystko!

 

SEBASTIAN — Pani o tym nie wiedziała?

MISS PIEL DULCE — Znam też języki. Rozumiem wszystko po włosku, dziad­kowie byli z południa, z Kalabrii. No i angielski, ze szkoły, ale niech pan o tym nie pisze, bo prawie tyle co nic. Gud morning, to wszy­stko. Teraz będę chodzić na kurs audiowizualny, po­wiedzmy na wypadek, gdy­bym została Miss Argentyny i musiała jechać do Miami, do USA. Tam się mówi dużo po angielsku.

 SEBASTIAN — Oczywiście, oczywiście… Niech mi pani powie: ma pani narzeczonego?

MISS PIEL DULCE — Już mi mówili, że wy dzien­nikarze jesteście bardzo wścibscy. Ale na to pytanie nie odpowiem. Moje życie prywatne należy wyłącznie do mnie.

SEBASTIAN — Stokrotnie przepraszam. Nie nalegam. Co pani sądzi o młodzieży?

MISS PIEL DULCE — Ach, jakby to… nie trzymam ani z młodą, ani ze starą fa­lą. Jestem, powiedzmy, czymś pośrodku.

SEBASTIAN — Zechce pani wytłumaczyć to „coś pośrodku”.

MISS PIEL DULCE — No… nie podobają mi się tańce nowoczesne, te wszyst­kie lekkie… Ani polka!

SEBASTIAN — Kojarzy pani młodzież z tań­cem?

MISS PIEL DULCE — Jasne, a pan nie?

SEBASTIAN — Jako że nie lubi pani muzy­ki nowoczesnej ani polek, co pani lubi?

MISS PIEL DULCE — Ach! Jazz, jazz…

SEBASTIAN — Hot, Cool, Nowoorleański?

MISS PIEL DULCE — Co takiego?

SEBASTIAN — Jaki rodzaj jazzu.

MISS PIEL DULCE — Renecospitojegofortepianirytmy. Wiem, że to nieno­woczesne, ale właśnie dlatego. A, jeszcze Doris Day…

SEBASTIAN — A Palito Ortega?

MISS PIEL DULCE — Ach, jakby tu powiedzieć, Palito nie. Jest bardzo po­spolity. Wolę wszystko co z importu, choćby z Bra­zylii…

SEBASTIAN — Co pani sądzi o sobie?

MISS PIEL DULCE — … bo wszystko co zagraniczne jest bardziej subtelne. Mówił pan coś?

SEBASTIAN — Co pani sądzi o sobie samej?

MISS PIEL DULCE — O sobie? Nie wiem… Myślę, że jestem szczęśliwą dziew­czyną, bo osiągnęłam-sukces-w-kwiecie-mego-życia.

SEBASTIAN — A co pani sądzi o sukcesie?

MISS PIEL DULCE — Że jeśli ktoś na to zasługuje, to w porządku. Ale nie moż­na dopuścić, żeby uderzył do głowy. Zarozumiałość to coś bardzo złego.

SEBASTIAN — Jak układają się pani sto­sunki z rodzicami?

MISS PIEL DULCE — Cooo?

SEBASTIAN — Nic, nieważne. Co pani są­dzi o miłości?

MISS PIEL DULCE — Że to uczucie cudowne i szlachetne.

SEBASTIAN — A o seksie?

MISS PIEL DULCE — Tu mnie pan złapał nieprzy­gotowaną. Jak to o seksie?

SEBASTIAN — No… tak… o seksie.

MISS PIEL DULCE — Ma pan na myśli różnicę miedzy kobietą a mężczy­zną?

SEBASTIAN — Właśnie.

MISS PIEL DULCE — Proszę mi wyjaśnić pytanie.

SEBASTIAN — Proszę. Co pani sądzi o sto­sunkach przedmałżeńskich?

MISS PIEL DULCE — Ach, widzi pan… Ja osobi­ście się z tym nie godzę. Ale ponieważ jestem tolerancyj­na, uważam, że skoro istnie­ją… to istnieją. Tak, myślę, że stosunki małżeńskie są lepsze.

SEBASTIAN — Co pani sądzi o kontroli na­rodzin?

MISS PIEL DULCE — W rodzinach, gdzie nie moż­na wyżywić wielu dzieci, tak jest nawet lepiej, bo unika się w ten sposób niewiniątek cierpiących głód i zimno. Ale uważam, że w sytuacji ekonomicznej, powiedzmy, lepszej, zaży­wanie pigułki to duża po­myłka.

SEBASTIAN — Zmieńmy temat. Czyta pani?

MISS PIEL DULCE — Ach tak! Masę! Uwielbiam czytać!

SEBASTIAN — Pani ulubieni autorzy?

MISS PIEL DULCE — Klasycy, klasycy… Tołstoj, Manzoni. „Narzeczeni”, czy­tał pan?

SEBASTIAN — Nie czytuje pani pisarzy argentyńskich?

MISS PIEL DULCE — Widzi pan, panie dziennika­rzu: nie czytam pisarzy argentyńskich ani nie oglą­dam filmów argentyńskich, tak samo jak nie lubię śpie­waków argentyńskich. Bo nie warto.

SEBASTIAN — Skąd pani wie, jeśli pani nie czyta?

MISS PIEL DULCE — Pan jest jak Święty Tomasz! Musi pan zobaczyć, żeby uwierzyć! A ja nie. Są rze­czy, co do których jestem przekonana i nie muszę oglą­dać. Ani czytać.

SEBASTIAN — No tak… Na co zamierza pani przeznaczyć pieniądze z nagrody?

MISS PIEL DULCE — Chcę jeszcze raz pojechać do Europy. Byłam już raz, wie pan, we Włoszech, u dziad­ków. Byliśmy ze trzy mie­siące, strasznie się wynu­dziłam, nie mogłam się do­czekać powrotu do Buenos Aires. Ale znów mam ocho­tę pojechać, poznać Paryż, Londyn… Podróżować jest bosko. Więcej się można na­uczyć jeżdżąc niż czytając, panie dziennikarzu.

SEBASTIAN — Co pani sądzi o mężczyznach?

MISS PIEL DULCE — Ach, jaki pan ciekawski! Ostrzegali, żebym się strze­gła dziennikarzy. No dobrze, o mężczyznach myślę, że wszyscy powinni być tacy jak mój ojciec, uczciwi i pra­cowici. Otóż to.

SEBASTIAN — Niech mi pani powie, wierzy pani w horoskopy, w chiro­mancję, w astrologię?

MISS PIEL DULCE — Widzi pan: w horoskopy, chiromancję i te inne spra­wy czarowników nie wierzę. Ale co się tyczy astrologii, powiedzmy ciał astralnych, Jowisza, planet i tego… oczarowują mnie! To przedmiot, który najbardziej lubiłam w szkole. Zawsze miałam dobre oceny z astrologii.

SEBASTIAN — Aha, doskonale! I cóż pani, jako dobry astrolog, sądzi o aktualnej sytuacji?

MISS PIEL DULCE — O jakiej sytuacji?

SEBASTIAN — Krajowej.

MISS PIEL DULCE — A, tak. Myślę, że kraj-prze-chodzi-przez-kryzys-z-które-go-wydobyć-się-może-zbio-rowym-wysiłkiem-wszyst­kich.

SEBASTIAN — A o polityce?

MISS PIEL DULCE — Polityka to podstawa kraju. Dobrze prowadzona, rzecz jasna. Z dobrym politykiem albo osobą, która umie za­rządzać, dojdzie się do wszy­stkiego.

SEBASTIAN — Wszystkiego… Czego wszystkiego?

MISS PIEL DULCE — Myślę o postępie i tych rzeczach.

SEBASTIAN — Ma pani jakieś sprecyzowane ideały polityczne?

MISS PIEL DULCE — Widzi pan, nie należę do żadnej partii. Nie jestem ani przeciw, ani za nikim. Powiedzmy, tak pośrodku. Neutralnie.

SEBASTIAN — Co pani sądzi na temat wojny w Wietnamie?

MISS PIEL DULCE — Wietnam… To tak daleko! Ale myślę, że to biedni ludzie. Dzieci, co o niczym nie wiedzą, cierpią najbardziej. Ale to w końcu dla ich dobra.

SEBASTIAN — Jak to, dla ich dobra?

MISS PIEL DULCE — Jasne, bo gdyby Amerykanie ich nie bronili, już by trzymali z komunistami.

SEBASTIAN — Co pani sądzi o partyzantach?

MISS PIEL DULCE — A, tamci też są biedni. Wierzą, że walczą o jakieś ideały, ale gdyby znali prawdę, siedzieliby w domu.

SEBASTIAN — Jaką prawdę?

MISS PIEL DULCE — Jak to jaką? Prawda jest tylko jedna, czy ja wiem…

SEBASTIAN — Co pani sądzi o Che Guevarze?

MISS PIEL DULCE — Bardzo przystojny chłopak. Lepiej by zrobił, gdyby pracował tutaj jako lekarz i ożenił się z jakąś dziewczyną z dobrego domu.

SEBASTIAN — Co pani myśli o konflikcie na Bliskim Wschodzie?

MISS PIEL DULCE — Ach, męczy mnie pan z tą polityką. Widzi pan, ja na polityce za bardzo się nie znam. To w końcu nie jest ważne. Prawie nic o tym nie czytałam. Już przecież mówiłam, że czytam klasyków.

SEBASTIAN — Szekspira?

MISS PIEL DULCE — Tego od „Romea i Julii”?

SEBASTIAN — Tak.

MISS PIEL DULCE — Nie czytałam, ale widziałam „Romea i Julię” w telewizji, z Evangeliną Salazar i Rodolfem Bebán. Co za miłość, prawda?

SEBASTIAN — Szekspir?

MISS PIEL DULCE — Nie, Rodolfo Bebán. No, Szekspir chyba też.

SEBASTIAN — Ale wspominała pani, że nie ogląda pani filmów argentyńskich?

MISS PIEL DULCE — Telewizja to co innego.

SEBASTIAN — Chciałaby pani pracować w telewizji?

MISS PIEL DULCE — Nie, to taki sztuczny świat. Jak pan widzi, jestem realistką. Trzeba znać świat, w którym się żyje. Chociaż tak, przyznam się, że miałam już pewne kontakty z telewizją. Dwa lata temu zostałam Miss Wróżką!

SEBASTIAN — Ach, tak? I jaką nagrodę przyznali?

MISS PIEL DULCE — Zabiegi odchudzające w Instytucie Piękności. Z elektrycznym masażem i wszystkim. Przedtem byłam trochę grubsza, wie pan? Ale niech pan o tym nie pisze w dzienniku, mogłoby mi zaszkodzić…

SEBASTIAN — A więc to nie pierwszy pani sukces?

MISS PIEL DULCE — Nie, oczywiście, że nie. Poza tym, kiedy wracaliśmy z Europy, wybrali mnie „Syreną Morza”. Na uroczystości przekroczenia równika, wie pan? Było bosko. Zaprosili mnie do pierwszej klasy i siedziałam przy kapitańskim stole i częstowali mnie szampanem. Uwielbiam szampana, chyba już mówiłam? Oczywiście importowanego. A potem dali mi dyplom. Jest tutaj, obok tej dziewczynki od pierwszej komunii.

SEBASTIAN — Ta dziewczynka to pani?

MISS PIEL DULCE — Tak. To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Ale jeszcze szczęśliwszy będzie ten, gdy założę inny biały strój. Wie pan o czym mówię, prawda?

SEBASTIAN — Przypuszczam, że o dniu swego ślubu. A propos, co pani sądzi o małżeństwie?

MISS PIEL DULCE — Że to cudowne!

SEBASTIAN — Skąd pani wie, jeśli pani nie jest mężatką?

MISS PIEL DULCE — Niech ramie pan nie nabiera i nie będzie niedowiarkiem. Małżeństwo jest cudowne, ponieważ jest-urzeczywist-nieniem-kobiety-we-wszyst-kich-jej-aspektach.

SEBASTIAN — Według tej teorii każde zamążpójście będzie sukcesem?

MISS PIEL DULCE — Dla mnie… tak.

SEBASTIAN — A kto pani zdaniem zdołał osiągnąć sukces w pełni?

MISS PIEL DULCE — No, Chaplin. Potem Tołstoj. Dlaczego pan tak patrzy? Oczywiście, myślę, że Szekspir też. Przecież wszyscy go znają. Wydaje mi się, że „Romeo i Julia” szli nawet w kinie. Ale Chaplina zna cały świat, temu pan nie zaprzeczy. Był postacią, która zawsze sprawiała radość dzieciom. I dorosłym. Teraz wyświetlają „Hrabinę z Hong Kongu”, widział pan?

SEBASTIAN — Widziałem. Czego by pani pragnęła, żeby nastąpiło?

MISS PIEL DULCE — Ach, wy dziennikarze! Moim największym pragnieniem jest mieć rodzinę, dzieci… To właśnie.

SEBASTIAN — A męża?

MISS PIEL DULCE — No pewnie! Przecież nie wyjdę za mąż za ścianę, nie?

SEBASTIAN — No cóż, ja bym na pani miejscu próbował.

MISS PIEL DULCE — Jak? Nie rozumiem.

SEBASTIAN — Nic, nic. To wszystko. Dziękuję. Bardzo dziękuję. Stokrotne dzięki.

MISS PIEL DULCE — Nie zrobi pan zdjęcia?

SEBASTIAN — Fotograf przyjdzie około piątej.

MISS PIEL DULCE — Oj, tak późno…! A ja tak wcześnie się przygotowałam! Cóż, cierpliwości. Ze sławą tak już jest.

SEBASTIAN — Do widzenia i jeszcze raz dziękuję.

MISS PIEL DULCE — Chwileczkę! To wyjdzie w dzienniku, tak?

SEBASTIAN — W „La República”.

MISS PIEL DULCE — Byłby pan tak uprzejmy przesłać mi dwadzieścia egzemplarzy?

SEBASTIAN — Czemu nie?

MISS PIEL DULCE — Dziękuję… Niech pan poczekaaa! Niech pan jeszcze nie wychodzi. Mama chciała pana poczęstować kieliszkiem wiśniówki.

SEBASTIAN — Wolałbym wiśniówkiem kieliszki.

MISS PIEL DULCE — Ach, nie, whisky i tych innych dziwnych rzeczy nie mamy. Może anyżówki?

SEBASTIAN — Nie, dziękuję. Muszę wracać do pracy.

MISS PIEL DULCE — Ależ się panu spieszy! Niech pan chwilę zaczeka. Chcę coś panu dać. Proszę.

SEBASTIAN — A co to takiego?

MISS PIEL DULCE — Słoiczek „Piel Dulce”, kremu na cerę. Jedyne dla zachowania urody i młodości. Może pan zaufać mojemu doświadczeniu. Niech pan podaruje narzeczonej.

SEBASTIAN — Jestem do głębi wzruszony. Jeszcze raz dziękuję. Adiós.

MISS PIEL DULCE — Adiós, panie dziennikarzu. I niech pan nie zapomni przesłać mi dwudziestu egzemplarzy dziennika. Potem podaruję panu zdjęcie z autografem. Adióóóóós!

 

Gudiño Kieffer, Eduardo. (1935-2002). Żeby cię lepiej zjeść (Para comerte mejor; 1968).
Przekład: Andrzej Nowak. Kraków : Wydawnictwo Literackie, 1973; str. 120-130.


  ►  wejdź na Stopień Trzeci…

Calendar

« July 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

LATO

 

– Ładnie dzisiaj… chociaż nie bardzo… No, jednak… Słowem, nie brzydko, a to najważniejsze… Tak. Nie pada deszcz, nie ma też śniegu.
– To byłoby dziwne, jest przecież lato.
– Proszę mi wybaczyć, właśnie to chciałem powiedzieć… chociaż dowie się pani, że można się wszystkiego spodziewać.
– Zapewne.
– Na tym świecie, proszę pani, niczego nie możemy być pewni.

 

* * *

Pyszne lato, paw olbrzymi,
stojący za parku kratą,
roztoczywszy wachlarz ogona,
który się czernią i fioletem dymi,
spogląda wkoło oczyma płowymi,
wzruszając złotą i błękitną rzęsą.
I z błyszczącego łona
wydaje krzepkie krzyki,
aż drży łopuchów zieleniste mięso,
trzęsą się wielkie serca rumbarbaru
i jaskry, które wywracają płatki
z miłości skwaru,
i rozśpiewane, więdnące storczyki.


O, siądź na moim oknie, przecudowne lato,
niech wtulę mocno głowę w twoje ciepłe pióra
korzennej woni,
na wietrze drżące — —
niech żółte słońce
gorącą ręką oczy mi przesłoni,
niech się z rozkoszy ma dusza wygina
jak poskręcany wąs dzikiego wina. —

 

= = = = = = =

Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego, na półkuli północnej najcieplejsza… bla-bla-bla.

Ponieważ to – było nie było – kalendarz, więc zbiór cytatów i silva rerum z cyklu „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie!”, nie od rzeczy będzie po raz kolejny „palnąć koncept z kalendarza”, czyli polecieć stereotypem. Ale miłym, bo któż z pokoleń pamiętających rok 1960 nie śpiewał:

Lato, lato, lato czeka,
Razem z latem czeka rzeka,
Razem z rzeką czeka las,
A tam ciągle nie ma nas .

Już za parę dni, za dni parę
Weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów, Pitagoras – bądźże zdrów ,
Do widzenia wam „canto, cantare”!

Dla tych, którzy nie pamiętają: to fragment piosenki z filmu Szatan z siódmej klasy – tego oryginalnego, z roku 1960, w reżyserii Marii Kaniew­skiej, w którym debiutowała na ekranie studentka polonistyki Pola Raksa (poróżniła nas, za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał – śpiewa od 1982 roku Grzegorz  Markowski z Perfectu tekstem Bogdana Olewicza). Co dodaję, bo jest też wersja tego filmu z roku 2006, której autorów wymieniać, przez grzeczność, nie będę.
Przez tę samą grzeczność (choć z innych pobudek) dodam, że tekst piosenki napisał Ludwik Jerzy Kern, muzykę – Witold Krzemieński, a wersję oryginalną zaśpiewała Halina Kunicka z Orkiestrą Taneczną PR pod dyrekcją Edwarda Czernego. Szacunek!

==========================

Lato astronomiczne rozpoczyna się od przesilenia letniego i kończy z równonocą jesienną.

Przesilenie letnie Słońca (solstycjum) na półkuli północnej wypada w dniu, kiedy Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – leżącym na północnym równoleżniku 52°13’ – wynosi 61°14’. Podczas przesilenia dzień jest najdłuższy (a noc najkrótsza) w roku.

Równonoc (ekwinokcjum) to dzień, w którym Słońce góruje w zenicie nad równikiem; zdarza się dwa razy w roku: jako początek wiosny (równonoc marcowa – wiosenna) i koniec lata (równonoc wrześniowa – jesienna). Podczas równonocy długość dnia równa jest długości nocy. W dniach równonocy Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Łatwo wtedy można obliczyć szerokość geograficzną miejsca obserwacji: wystarczy zmierzyć w stopniach wysokość górującego Słońca i odjąć tę wartość od 90º.
W centrum Warszawy (52°13’ szerokości geograficznej północnej) dokładny pomiar powinien wykazać właśnie 52°13’.

W pierwszym ćwierćwieczu XXI w. lato na półkuli północnej zaczyna się 21 czerwca (jedynym wyjątkiem jest rok 2024: 20 czerwca, ale 69 minut przed północą!) i trwa do równonocy jesiennej, czyli do 22 lub 23 września
(2018 – 23 IX).

Podczas lata astronomicznego dzień jest dłuższy od nocy, jednak z każdą dobą dnia ubywa, a nocy przybywa. Słońce wschodzi coraz później i góruje na coraz mniejszych wysokościach nad horyzontem.
Za miesiące letnie na półkuli północnej uznaje się czerwiec, lipiec i sierpień.
Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku: tam miesiące letnie to grudzień, styczeń i luty.

 

Lato klimatyczne to ten okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza przekraczają 15°C. Pomiędzy latem klimatycznym i sąsiednimi klimatycznymi porami roku nie ma etapów przejściowych, w przeciwieństwie do zimy poprzedzanej przedzimiem i następującym po niej przedwiośniem.

 

Rzeczownik „lato” w liczbie pojedynczej dawniej (a dziś w gwarach) znaczył „rok”.

Mąż z królem Bolesławem poszedł na Kijowiany
Lato za latem bieży, nie masz go z bojowiska

pisał Mickiewicz (w jakim utworze – wiadomo).
W języku ogólnopolskim przetrwał w tym znaczeniu do dziś: w liczbie mnogiej rzeczownika „rok”, jako jego forma supletywna. A i w gwarach ma się jak najlepiej: latoś znaczy tyle co ‘w tym roku’, a latosi – ‘tegoroczny’.

 

W terminologii kościelnej istnieje termin „miłościwe lato” oznaczający Rok Jubileuszowy lub Rok Święty (Annum Sanctum), połączony z odpustem, którego jednym z warunków jest odwiedzenie określonych kościołów: niegdyś tylko w Rzymie, dziś – na całym świecie.
Po raz pierwszy obchodzono go w roku 1300 za papieża Bonifacego VIII. Pierwotnie miał się powtarzać co 100 lat, ale zaraz Klemens IV skrócił ten okres o połowę, a Paweł II do 25 lat.
Do tego dochodzą „okazje specjalne”, np. Pius XI ogłosił rok 1933 Świętym dla przypomnienia 1900. rocznicy śmierci Chrystusa, a Benedykt XVI za Annum Sanctum uznał rok 2008, w drugie tysiąclecie od narodzin św. Pawła.

 

Latem, od V w., Kościół wschodnio-chrześcijański obchodził koimesis (gr. Κοίμησις, zaśnięcie) Najświętszej Maryi Panny w przeświadczeniu, że Maryja nie umarła jak zwykły człowiek, lecz została zabrana do Nieba.
W chrześcijaństwie zachodnim, kiedy w VII w. to święto zostało przyjęte w Rzymie, termin „zaśnięcie” został zastąpiony przez „wniebowzięcie”.
W Kościele katolickim, w roku 1950, Pius XII, ogłosił dogmat, stwierdzający, że Maryja, po zakończeniu ziemskiego życia, mocą Bożą została z ciałem i duszą wzięta do wiecznej chwały.

Cerkiew prawosławna obchodzi święto Zaśnięcie Bogurodzicy 15 sierpnia (28 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego).

Protestanci przeciwstawiają się dogmatowi o wniebowzięciu, podając jako argument brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat w Biblii.

W Polsce dzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia) jest wolny od pracy. Tego samego dnia obchodzone jest Święto Wojska Polskiego (przywrócone w 1992).

Święto Wniebowzięcia nazywane jest Świętem Matki Boskiej Zielnej, ponieważ w czasie obrzędów błogosławi się wiązanki ziół i kwiatów.
Według wiary ludowej pobłogosławiony bukiet nabiera cudownych, leczniczych właściwości. Wierni, wracając z kościoła, zostawiali go wśród upraw, gdzie miał przynieść szczęście w zbiorach. Po kilku dniach bukiet zabierany był do domu: najpierw obnoszono go po izbach, a później przechowywano w eksponowanym miejscu, które dawało pewność, że jego moc będzie działała.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
lato to:

białoruskiлетa [lieta]
bośniackiljeto
bułgarskiлято [liato]
chorwackiljeto
czeskiléto
kaszubskilato
litewskivasara
łużycki (dolny)lěśe
łużycki (górny)lěćo
łotewskivasara
macedońskiлетo [lieto]
rosyjski
летo [lieto]

serbskiлетo [lieto]
słowackileto
słoweńskipoletje
ukraińskiліто [lito]
żmudzkivasara

 

Przysłowia związane z latem:

Co się w lecie zarobi,
tym się w zimie żyje.

Co w lecie nogami,
to w zimie rękami.

Dobra nowina:
będzie lato, poszła zima.

Idą za szczęściem
iáko iáskołki zá látem.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto latem pracuje,
zimą głodu nie poczuje.

Kto latem w chłodzie,
ten w zimie o głodzie.

Kto w lecie nie zbiera,
w zimie przymiera.

Kto w lecie próżnuje,
w zimie nędzę czuje.

Latem zbiera baba grzyby,
a chłop w niedzielę
idzie z wędą na ryby.

Lecie mi go nie chłódź,
zimo mi go nie grzej.
[o człowieku, któremu dogodzić trudno, i tak mu źle i tak niedobrze]

Lepsze jedno lato niż dwie zimy.

Mnima káżdy iż wiecznie
Iuż ták ma być láto
.

[Rej, Wizerunk własny żywota człowieka poczciwego, 1558]

Na to jak na lato.
[wyrażenie oznaczające wielką ochotę, skwapliwą zgodę]

O, co bym ja dała za to,
gdyby zawsze było lato.

To pewna nowina:
bywszy lato, będzie zima.

Trzebá się rozmyśláć ná to
Iż nie iutro będzie láto.
[Rej, Zwierciadło, 1568]

W lecie bez roboty,
w zimie bez butów.

Za lata zbieraj na zimę.

 

Przysłowie na
Matkę Boską Szkaplerzną
(16 VII)

Wraz z Szkaplerzną Matką
na zagon, czeladko!

 

Przysłowia na
Wniebowzięcie N.M.P.
(15 VIII)

Do Marji Wniebowstąpienia
miej w stodole połowę mienia.

Gdy w pogodę do nieba Maria wstępuje,
wino Węgrom obfite jesień obiecuje.

Marji Wniebowstąpienie
czyni reszty zboża plenie.

Na Wniebowzięcie
pokończone żęcie.

Pogoda na Wniebowzięcie,
ciężkie ziarno wnet po sprzęcie

W Wniebowzięcie Panny Marji
słońce jasne,
będzie wino godnie kwaśne.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytaty na wstępie:
Ionesco, Eugène. Lekcja (La Leçon). (1950) Tłum. Jan Błoński.

Pawlikowska-Jasnorzewska, Maria. „Pyszne lato”. Niebieskie migdały (1922)

LIPIEC...

Lipiec – siódmy miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 31 dni.

W staropolszczyźnie i w gwarach siódmy miesiąc roku nazywano również lipień. Do dziś tę nazwę zachował język ukraiński (липень) i białoruski (ліпень).

Według Aleksandra Brücknera (1856-1939) – filologa i slawisty, historyka literatury i kultury polskiej, znawcy staropolszczyzny – nazwa pochodzi od kwitnących lip (po litewsku ‘lipiec’ i ‘lipa’ to liepa). Ponieważ lipy kwitną na przełomie czerwca i lipca, stąd nazwa tego drzewa w różnych językach słowiańskich może wchodzić do nazw każdego z tych miesięcy, np. w chorwackim lipanj to czerwiec (lipiec to srpanj, a sierpień – kolovoz).

Lipiec to również miód zbierany z kwiatu lipowego i napój alkoholowy robiony z tego miodu.
Jankiel, chcąc spacyfikować warchołów, wiedział, jak kusić patriarchę Dobrzyńskich:

Każę przynieść kozice, basetlę, dwie skrzypiec,
A pan Maciek Dobrodziej lubi stary lipiec
I nowego mazurka

Większość języków europejskich nazywa siódmy miesiąc roku wariantami nazwy łacińskiej obowiązującej od 46 roku p.n.e.: Iulius.
Wcześniej tenże okres nazywał się Quintilis – „piąty miesiąc”; (quinque to po łacinie pięć, quintus – piąty), ale właśnie w 46 p.n.e. Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).

Jeśli ktoś uważa, że w takim czy innym kraju różne organizacje przesadnie podmaślają się rządowi, to niech wie, że naprawdę może być gorzej: miesięcy od panujących premierów, prezydentów czy monarchów jeszcze się nie nazywa.

A w Rzymie (republikańskim!) i owszem: nazwa została nadana miesiącowi na cześć Juliusza Cezara (Gaius Iulius Caesar), który wtedy obchodził urodziny. Gdybyśmy już tak zupełnie poszli w ślady Rzymian, to ciekawie mogłyby się nazywać np. maj, czerwiec, sierpień i kilka innych.

Owidiusz, w poemacie o kalendarzu rzymskim, nie zdążył dojechać do lipca i zamącić w głowach potomnych swą wydumaną etymologią. Na nasze szczęście (i jego nieszczęście) prace nad Fasti (8 r. n.e., już cesarstwo) przerwał imperator Oktawian, dożywotnio zsyłając poetę do Dacji (kiedyś tam będzie Rumunia – napisał Kaczmarski). Rzekomo za nieskromność Ars amatoriaSztuki kochania, ale to wymyślili tzw. moraliści; tak naprawdę nie wiemy za co. Faktem jest jednak, że jeszcze w roku 1930 celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu.

 

 

4 lipca to w USA Święto Niepodległości obchodzone w rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości (4th of July).

Deklaracja to jednak nie to samo co uzyskanie niepodległości – 4 lipca 1776 zbuntowani koloniści opubliko­wali jedynie swe pobożne życzenie. Dziś mówi się o tym „wola narodu”, ale historię piszą zwycięzcy.  W momencie ogłoszenia Deklaracji trwała już Wojna Rewolucyjna (za jej początek przyjęło się uznawać 19 kwietnia 1775) między kolonistami i armią brytyjską, a jej koleje mogły potoczyć się różnie; jaki byłby los schwytanych rebeliantów w razie wygranej Imperium, lepiej nie wspominać. Ponieważ buntownicy wygrali – pozostali przy nazwie „Patrioci”, wielkodusznie przyznając miano „lojalistów” tym, którzy pod władzą Jerzego III chcieli zostać (a później dali nogę do Kanady).
Dziś w Polsce przeciwników politycznych nazywa się zupełnie inaczej – i chyba na tym też polega różnica. Różnica wobec czego? No jak to – nie wiecie, że wróbelek tym się różni, że ma jedną nóżkę bardziej od drugiej?

Formalnie, w świetle prawa międzynarodowego, USA zostały uznane za suwerenne państwo na mocy kończącego wojnę Pokoju Paryskiego, podpisanego 3 września 1783 w Wersalu, w którym Wielka Brytania uznała niepodległość Stanów Zjednoczonych.

 

6-14 lipca – w Pampelunie (Kraj Basków w granicach Hiszpanii) to dni poświęcone obchodom ku czci prawie mitycznego biskupa Fermina, żyjącego w III w., dziś świętego. Po hiszpańsku obchody nazywają się Sanfermines, a mają do siebie to, że wówczas każdy (no dobrze: prawie każdy) może sobie pobiegać po ulicach z bykami (co z kolei nazywa się encierro).

Encierro dosłownie znaczy „zamknięcie”, a chodzi o to, że w różnych miastach w krajach, gdzie corrida jeszcze jest dozwolona, byki przepędza się – ulicami miasta – z zagrody na stadion. Zwierzęta ktoś musi poganiać, nierzadko więc zdarza się, że buzujący testosteron nagle przemieszcza przepędzaczy zza byków przed byki.

Bycze gonitwy w Pampelunie zyskały międzynarodową sławę dlatego, że w powieści Słońce też wschodzi  (1926) opisał je Hemingway (wierzę, że właśnie dlatego, bo cenię Hemingwaya).

 

14 lipca – święto narodowe Francji w rocznicę zburzenia Bastylii w 1789.

W Bastylii siedziało wówczas siedmiu więźniów: czterej fałszerze, dwaj psychicznie chorzy i hrabia Hubert de Solage – zamknięty na życzenie rodziny, która twierdziła, że to za grzeszną miłość do siostry, ale jak zwykle chodziło o pieniądze i to wcale niemałe.

Dziesięć dni wcześniej przeniesiono z Bastylii do zakładu dla umysłowo chorych (wtedy mówiono „dom wariatów”) w Charenton markiza de Sade; rękopis jego Stu dwudziestu dni Sodomy został w Bastylii i – dzięki jej splądrowaniu przed zburzeniem – ocalał.

Przy okazji: kto nie widział filmu Marat/Sade (1967) w reżyserii Peter Brooka, według sztuki niemiec­kie­go dramatopisarza Petera Weissa – ten niewiele widział! Zamiast opowiadania o filmie wystarczy podać jego pełny tytuł: Prześladowanie i zabójstwo Jean-Paula Marata w wykonaniu pensjonariuszy zakładu dla obłąkanych w Charenton w reżyserii Markiza de Sade (The Persecution and Assassination of Jean-Paul Marat as Performed by the Inmates of the Asylum of Charenton Under the Direction of the Marquis de Sade).

Marat akurat tutaj pasuje, bo zmarł 13 lipca (1793, a wolę nawet nie patrzeć na datę jego urodzin), ale o tym monstrum rewolucji przeczytacie za rok. Dość okropieństw na teraz.

 

21 lipca 1969 (02:56:15 GMT, w USA był wciąż 20 lipca) Neil Armstrong wykonał na Księżycu mały krok człowieka, ale gigantyczny skok ludzkości.

Tak, wierzę w to, że naprawdę tam byli. W coś trzeba wierzyć!

 

22 lipca – święto państwowe w PRL, obchodzone na pamiątkę rocznicy ogłoszenia Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w 1944 r., zwanego Manifestem Lipcowym.

Jak to zawsze w sowietyzmie bywało: to prawda – ale taka sama jak w tym, że na Placu Czerwonym rozdawano samochody marki wołga.

 

Manifest PKWN został zatwierdzony i podpisany przez Stalina 20 lipca 1944 w Moskwie, tam wydruko­wany (co łatwo można stwierdzić oglądając krój czcionki użytej w oryginalnych egzemplarzach) i tam też – 22 lipca 1944 – ogłoszony, choć jako miejsce ogłoszenia podano Chełm. 

Nie był to pierwszy i nie ostatni przypadek, kiedy hegemon tworzył jakieś swoje satelickie państewko wokół rządu przyniesionego w teczce. 

Problem zaczyna się robić poważniejszy, gdy to państewko okazuje się być naszym, a pogłębia – gdy wychodzi na jaw, że ten państwowy kreacjonizm jest częścią planu zakrojonego na długie, długie lata.

Stalin – bez wątpienia najbardziej efektywny polityk pierwszej połowy XX wieku i jakiego kiedykolwiek miała Rosja (jeśli ktoś nie wierzy, niech sobie dokładnie obejrzy odpowiedni dział atlasu historycznego) – był o wiele ostrożniejszy niż jego zachodni uczeń, naśladowca i przez wiele laty przyjaciel Adolf Hitler: słów na wiatr nie rzucał. Głośno reklamowana „tysiącletnia rzesza” przetrwała lat zaledwie tuzin, a jakoś nie pamiętam, by propaganda sowiecka kiedykolwiek ujmowała okres istnienia imperium w jakieś limity czasowe. Wszyscy po prostu wiedzieli, że jest wieczne i kropka. To, że totalitarny moloch ZSRR przetrwał – w epoce błyskawicznych zmian XX wieku – bez mała 3/4 stulecia, jest fenomenem. Pobić ten wynik mogą tylko komunistyczne Chiny, ale dopiero za 5 lat.

 

PKWN był właśnie takim rządem przyniesionym w teczce z Moskwy. Złożony z marionetek wykonywał ruchy wymuszane przez sznurki pociągane przez Głównego Lalkarza.

Wszystko oczywiście – jak to zawsze w sowietyzmie bywało – przy pozorach zachowania wymogów demokracji obowiązujących w wolnym świecie.

Dziś, co młodszym i z mniejszą wyobraźnią polityczną, trudno uwierzyć, że w sowieckim systemie istniały żywiołowe kampanie wyborcze i najprawdziwsze wybory, podczas gdy wszystkich kandydatów (i kandy­datki) wystawiała jedna, jedyna partia. Wybrani zasiadali zaś w organach władzy i na ustawy wniesione przez ich partię głosowali tak, jak im ich partyjne sumienie nakazywało. A kiedy zdarzył się wśród nich jakiś bezpartyjny (tacy też bywali – miało być przecież „przy pozorach zachowania wymogów demokracji”), który czasem bohatersko wstrzymał się od głosu, naród go nosił na rękach i miał za bohatera.

 

Od 1 sierpnia 1944 r. siedzibą PKWN stał się Lublin i dlatego często zwano go Komitetem Lubelskim, a i odezwie z 22 lipca przyklejano czasem nazwę „Manifest lubelski”, choć niby wszyscy wiedzieli, że ogłoszono go... w Chełmie, oczywiście.

Lublin... No cóż, powie ktoś, że po prostu był po drodze i na to piękne miasto padło. Nie wierzę w to ani na deko, bo w propagandzie totalitarnej przypadków nie ma. Po prostu wystarczy przypomnieć sobie z jaką słynną unią kojarzony był Lublin przez 375 lat i wszystko stanie się jasne. Litwa mogła być tylko sowiecka, a Lublin – siedzibą pierwszego rządu wolnej Polski. Brzmi? Brzmi!

To, co głosił Manifest, było oczywiście istotne dla przyszłości tworzonego właśnie kraju, ale nie było w tym nic ani dziwnego, ani zaskakującego – przynajmniej dla tych, którzy wiedzieli.

 

„Trzy razy w ciągu ostatnich 150 lat zachodni najeźdźcy pustoszyli europejską część Rosji”.

Stalin powiedział to już w Teheranie, gdy w listopadzie 1943 spotykał się z Rooseveltem i Churchil­lem, by omówić strategię przeciwko hitlerowskim Niemcom – i tego się trzymał ustalając cenę za stwo­rzenie frontu wschodniego. Podczas spotkania w Jałcie, w lutym 1945, dni Trzeciej Rzeszy były już policzone, a żądania Stalina – konkretne.

Jak w Teheranie tak i w Jałcie przywódcy Zachodnich Demokracji okazywali mu pełne zrozumienie i po­par­cie.
Rooseveltowi chodziło, by po zamknięciu frontu europejskiego, Uncle Joe stworzył front azja­tycki przeciwko Japonii, co liczyło się bardziej niż głosy Polonii w wyborach.
Głowa bolała za to Churchilla: jak wytłumaczyć swoim wyborcom (i reszcie Brytyjczyków), czemu podpisuje się pod aktem sprzedaży totalitarnemu i ludobójczemu systemowi blisko 200 milionów ludzi z Europy Wschodniej i Środ­kowej. A największy headache miał z powodu Polski: sporo ludzi w Brytanii pamiętało pakty i wypo­wiedze­nie wojny w 1939, Bitwę o Anglię i naszywki Poland na rękawach brytyjskich wszak mundurów.

Obaj Strażnicy Demokracji Zachodnich za każdym więc razem prosili usilnie Lwa Kaukazu, by obiecał wszem i wobec, że pomoże odbudować nową, demokratyczną Polskę, urządzi demokratyczne wybory i że w ogóle będzie się zachowywał szlachetnie i po rycersku (tak mówił FDR i są na to dokumenty).

Stalin kiwał głową i potwierdzał, bo wiedział, że nie jest ważne, jak głosują ludzie, tylko kto liczy głosy.

Lecz uspokaja ich gospodarz,
Pożółkły dłonią głaszcząc wąs:
„Mój kraj pomocną dłoń im poda,
Potem niech rządzą się, jak chcą.”

napisał 40 lat później Jacek Kaczmarski, dając w swym wierszu lapidarne podsumowanie Jałty i dokonań XX-wiecznego triumwiratu.

Jak Polska mogła się rządzić do 1989 roku – wiadomo (i nie ma w tym żadnej aluzji do tego, jak rządzi sie teraz!), ale jeszcze Kaczmarski:

Nie miejcie żalu do Churchilla,
Nie on wszak za tym wszystkim stał,
Wszak po to tylko był Triumwirat,
By Stalin dostał to, co chciał.

Komu zależy na pokoju,
Ten zawsze cofnie się przed gwałtem –
Wygra, kto się nie boi wojen,
I tak rozumieć trzeba Jałtę.

[...]

Nie miejcie więc do Trójcy żalu,
Wyrok historii za nią stał
Opracowany w każdym calu –
Każdy z nich chronił, co już miał.

 

Jasne! Przecież Churchill tak pięknie rok później rozpaczał jeżdżąc po Ameryce i Brytanii, i lejąc przed tłumami krokodylowe łzy wołał [aż wstyd tłumaczyć na polski, więc zostawiam w oryginale]:

From Stettin in the Baltic to Trieste in the Adriatic an iron curtain has descended across the Continent. Behind that line lie all the capitals of the ancient states of Central and Eastern Europe. Warsaw, Berlin, Prague, Vienna, Budapest, Belgrade, Bucharest and Sofia; all these famous cities and the populations around them lie in what I must call the Soviet sphere, and all are subject, in one form or another, not only to Soviet influence but to a very high and in some cases increasing measure of control from Moscow.

Miał po stokroć rację, że nikt się nawet nie zająknie, iż to za jego podpisem zapadła „żelazna kurtyna”, bo najlepsza metoda złodziejskiej ucieczki to kręcenie się w kółko z okrzykiem „Łapaj złodzieja!”

 

Zachodni sojusznicy bez mrugnięcia okiem zgodzili się, by Armia Czerwona została tam, gdzie stąpnie stopa krasnoarmiejca. Stalin więc dostał nawet więcej niż chciał, bo dwie strefy buforowe. Po kilku przesunięciach były to:  Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, i Ukraina – wcielone do Imperium jako republiki oraz pas wpół niepodległych państw satelickich: Finlandia, Polska, NRD, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria.

W ostatnim momencie uniknęła sowietyzacji Austria, później Jugosławia i Albania (które wprowadziły własne wersje reżimu), a na końcu, w 1956, – wywinęła się jakoś Sowietom Finlandia (poczytajcie o Karim). Reszta mapy była aktualna do roku 1989.

Byłaby pewnie dalej, gdyby nie niewielkie stosunkowo państwo leżące na bezdrożach środkowej Azji… Afganistan. Ale to już jest zupełnie inna historia, a jej dalszy ciąg przeczytacie w grudniu.

 

I tak rozumieć trzeba Manifest PKWN.

A w lipcowe rocznice na ulicach pojawiały się stra­ga­ny (pańs­two­we) z kieł­ba­są, bale­ro­nem (– Wi­dzisz, synku? Tak wyglą­da baleron! – Aha!), wędzo­ny­mi makre­lami i szprotami, śledziami w słoikach i innymi niedostępnymi na co dzień w sklepach towarami. Później było trochę lepiej, bo makrele częściej bywały w sklepach, ale to i tak nie pomogło.

 

25 lipca – dzień św. Krzysztofa; w niektórych parafiach z tej okazji odbywa się autosacrum – poświęcenie pojazdów. Tego samego dnia, z inicjatywy m.in. Duszpasterstwa Kierowców, w polskim Kościele obchodzony jest Dzień Bezpiecznego Kierowcy.

Komendant Główny Policji, p. Jarosław Szymczyk , zachwycał się w 2018 roku (policja nie podała dokładnej daty zachwytu) tym, co było w Polsce na drogach rok wcześniej.
W podsumowaniu roku 2017 pan Komendant nie podał konkretnie liczby wypadków ani liczby zabitych na drogach.
Podał – i to jest stopień mistrzostwa w kamuflażu – dane liczbowe z roku… 2008. Zaś rok 2017 z właści­wym sobie wdziękiem ujął optymistycznie:

Liczba wypadków drogowych spadła o 1.142. W ich wyniku życie straciło około 220 osób mniej, zaś rannych było mniej o 1.599 osób. To najlepsze wyniki od roku 2008.

Starsze pokolenie pamięta – rok 1980, kabaret „Tey”, program „Z tyłu sklepu”:

– Nie mówi się „jedno koło zepsute”! Mówi się: „Traktor ma trzy koła dobre”!
– Przecież to to samo!
– Ale jak brzmi!

Jeśli ktoś nie wierzy – bo przecież pan Komendant nie występował w kabarecie, a do tego mówił o spra­wach tragicznych – może zajrzeć: Policja online, Biuletyn Informacji Publicznej: Statystyka.

Oczywiście dokładne dane policyjne można znaleźć, ale zupełnie gdzie indziej. Za to z podsumowania pana Komendanta widzimy, że wyniki są najlepsze (w domyśle pierwszym: „za rządów obecnych rządów”, w domyśle drugim: „za rządów pana Komendanta Szymczyka”). I o to chodzi! Brawo ten pan!

 

W liczbach bezwzględnych: w 2017 r. w Polsce doszło do 32 760 wypadków drogowych: na drogach zginęło 2831 osób, a rannych w wypadkach było 39 466 osób.

„Śmiertelność drogowa” (jak nazywa to prasa) w Polsce wynosiła w 2017 roku 79 osoby na milion, przy średniej unijnej 51.

W 2012 na polskich drogach zginęło 3571 ludzi, a ok. 45 tys. zostało rannych.

W 2014 w Polsce w 34 970 wypadkach drogowych zginęły 3202 osoby, a 42 545 zostało rannych.
Niewiele ponad 3000 mieszkańców mają np. Oleszyce (3039), Chorzele (3072), Pyzdry (3185), Zakroczym (3208), Biała Rawska (3212), Myszyniec (3389).

W 2015 w Polsce w 32701 wypadkach zginęły 2904 osoby, a 39 457 zostało rannych.

Mniej więcej 2900 mieszkańców mają: Ryn (2900), Łobżenica (2975), Złoty Stok (2844), Nowe Miasteczko (2842), Knyszyn (2821).

40 tysięcy mieszkańców mają: Mińsk Mazowiecki (40 383), Chojnice (40 004) i Świdnik (39 885).

 

Tak, to prawda, że w roku 2017 – w porównaniu do 2008 – liczba wypadków drogowych zmalała, podobnie jak liczba zabitych i rannych. Ale – podam jeszcze raz – zginęło 2831 ludzi, a rannych było 39 466.

2805 mieszkańców ma Wąchock.
Świdnik ma 39 885 mieszkańców, Nowa Sól – 39 258, Bolesławiec – 39 167.

I teraz wyobraźcie sobie, że w ciągu jednego roku znika w Polsce 3-tysięczne miasto, a wszyscy mieszkańcy 40-tysięcznej aglomeracji leżą w szpitalu.

Mimo to polska prasa się nasładza, że „na polskich drogach jest coraz bezpieczniej”, a kierowcy z resztą narodu pomstują na radary, ograniczające wolności obywatelskie.

Pewnie to myślenie antypaństwowe, ale sądzę, że na Polskę i pięciu św. Krzysztofów byłoby mało.

 

Ostatnia niedziela lipca – święto obchodzi rosyjska marynarka wojenna (Военно-Морской Флот России).

 

 

Znaki Zodiaku w lipcu:

Rak (♋) – do 21 lipca
Lew (♌) – od 22 lipca.

O Raku było przy omawianiu czerwca, więc nie ma co powtarzać. Ale po nim przychodzi Lew. Wiadomo: król, władca, moc, potęga, duma, szlachetność, szczodrość, wspaniałomyślność. Czyli: bla-bla-bla, bo przecież to napisały o sobie albo same Lwy (i Lwice), albo ci, którzy od nich czegoś chcieli. A gdy tylko nie owijać prawdy w bawełnę, to zaraz się to nazywa „czarny PR”.

No bo tak:

Urodzeni pod znakiem Lwa od najmłodszych lat mają skłonności do narkomanii, pijaństwa i najbardziej brutalnej rozpusty. Nie lubią się uczyć, z trudem kończą szkoły, nawet specjalne. Uwielbiają krzywoprzy­sięstwo, dlatego bardzo chętnie zeznają przed sądem. Zdemaskowani wywołują awantury i dantejskie sceny. W życiu rodzinnym Lwy na szczęście nie uczestniczą.

Nic dodać, nic ująć – i niech kto powie, że Bliźnięta nie są najlepsze!

 

Kwiaty lipca:

ostróżka (Delphinium L.) – bylina (na ogół) z tej samej rodziny co jaskier, często używana jako roślina ozdobna. W terminologii angielskiej nazywana larkspur (dosł. „skowrończy pazur”), która to nazwa używana jest również wobec ostróżeczki (Consolida Gray) – też jaskrowatej, ale już nie byliny. Wprowadza to pewne zamieszanie, ale tylko teoretyczne: obie rośliny są nie tylko podobne ale mocno trujące, znaczy: ludzie wiedzą, co gadają.

Szperając po znaczeniach tzw. alfabetu kwietnego wynalazłem, że ostróżki oznaczają głupie postępowanie, niedojrzałość. Ciekawe, czy ten, kto to wymyślił, chciał zasugerować, że zamiast, jak podrostek, dawać kwiaty z podtekstem, lepiej od razu otruć?

 

lilia wodna (Nymphea L.) nazywana też nenufarem (ciekawe, kto skojarzy sobie z tym kwiatem Józefa Toliboskiego?), mająca wspólnego przodka z lotosem, przez naukę nazywana – za przeproszeniem uszu dam (jak mawia Geograf) – „grzybieniem”. Dlatego, jeśli ktoś chce sobie przypomnieć, jak wyglądają lilie wodne, odsyłam do cyklu obrazów z liliami wodnymi Claude’a Moneta (Les Nymphéas), a nie do realistycznych fotografii, na których będą zwyczajne grzybienie.

Trzeba przyznać, że nasi botanicy, dając taką nazwę spokrewnionym z lotosami roślinom, których łacińskie nazwy nawiązują do nimf, ondyn, bogiń zwycięstwa czy potwornej ale pięknej gorgony Euriale, nie wykazali się nadmiarem poetyckiej wrażliwości.
Nie wpadłby na pomysł nazwania nenufarów „grzybieniami” Juan Ramón Jiménez, który swój drugi (1900) poetycki tomik zatytułował właśnie Ninfeas, ale gdyby szukał synonimów, w hiszpańskim miał wybór między „różą Wenus” a wziętym z języka guarani słowem aguapé – homonimem pięknego greckiego ἀγάπη, agápē, oznaczającego miłość w jej najwyższej formie.
A co powiedziałby pan Toliboski, gdyby się dowiedział, że wchodził do stawu nie po nenufary a po „grzybienie”?

W mowie kwiatów lilie oznaczają czystość.  

Co oznaczają lilie wodne? No cóż – kontekst wprowadzony przez przydawkę nazwową (płynność? kaskada? oddanie przez gotowość do zanurzenia?) sprawia, że wszystko zależy od interpretacji indywidualnej.

I nie chcę nawet myśleć, co symbolizować może coś o nazwie „grzybień”. 

 

Kamień lipca:

rubin – po prostu trójtlenek glinu (Al2O3) skombinowany z jonami chromu, ale bardzo szlachetny, bardzo rzadki, bardzo drogi i do tego symbolizujący zadowolenie.
Z najcenniejszych – najbliżej Polski znajduje się 250-karatowy rubin z korony św. Wacława, przechowywanej w katedrze św. Wita, Wacława i Wojciecha w Pradze.
We wczesnym chrześcijaństwie rubin symbolizował krew Chrystusa.
Rocznica rubinowa to 35 lat pozostawania w związku małżeńskim – lub jakimkolwiek.

 

Generalnie lipiec to bardzo porządny miesiąc i nie byłoby się już można do niczego w nim przyczepić, gdyby tylko jego znakiem zodiaku były Bliźnięta. Niestety (jego strata!) nie są.

Lipiec jednak rehabilituje się imieninami, które obchodzą:

Elżbieta (5 VII), ale tak znaczna część Elżbiet uciekła od św. Aragońskiej do św. Sprawiedliwej (23 IX), św. Heskiej (18 VI) czy rozlicznych swoich patronek listopadowych, że trudno się połapać, kiedy zaprzyjaźniona Ela imieniny wyprawia;

Olga (11 VII), które to imię ma rodowód skandynawski bo Olga Kijowska była z Waregów, a choć święta i chrześcijaństwo na Ruś przyniosła, to tacy Drewlanie jej nie lubili (gołębie i wróble też nie);

Krzysztof (25 VII) – wiadomo dlaczego, ale jeśli ktoś nie wie, dodamy, że to także patron żeglarzy, podróżników, flisaków, pielgrzymów, biegaczy, kierowców, a także mostów oraz miast położonych nad rzekami. Ostatnio pięknie znaczenie imienia wyraził (przy wzniosłej okazji!) po rosyjsku Oleg Biespałow: Под именем Кшиштоф ребёнка крестили – то есть «Возлюбивший Христа«.

Jakub (25 VII) – ale tego dnia solenizantami są tylko ci, którzy przyznają się do św. Jakuba Starszego Apostoła, tego od pielgrzymek do Santiago de Compostela i muszli; dla pozostałych imię Jakub powtarza się w kalendarzu 30 razy w roku.

Anna/Hanna (26 VII) – to najpopularniejsze imię żeńskie w Polsce (w obu wariantach plus jeszcze kilka innych :), zostawiające Marię (drugie miejsce) daleko w tyle!

Wszystkiego najlepszego!

 

W lipcu, dokładnie w pierwszej połowie lipca, konkretnie 5-go, urodził się Karol – najstarszy syn mojego przyjaciela, Bosmana (Pogorii rzecz jasna) Stanisława, a 12-go – pewna zaprzyjaźniona Antonia (tak naprawdę urodziła się 13-go, ale – mimo urody – jest przesądna, więc ściemnia), o czym informuję. Bo o tym, że w drugiej połowie lipca, konkretnie 17-go, w Małkini, urodził się pewien kaowiec informować (mamy nadzieję) nie trzeba.

Serdeczne życzenia dla damy i obu jubilatów!

 

Śluby i wesela w lipcu:
porażka z założenia, no po prostu drugi Grunwald (tyle że nie wiadomo, kto jest Jagiełłą, a kto von Jungingenem)!
Naprawdę już lepszy celibat albo wolna miłość.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
siódmy miesiąc roku to:

białoruskiліпень [lipień]
bośniackijuli
bułgarskiюли [juli]
chorwackisrpanj
czeskičervenec [czerwiec to po czesku červen, a obie nazwy od słowa červ – robak. Robaki rządzą!]
kaszubskilëpinc (też: miodownik, reżan, lipc)
litewskiliepa
łatgalskisīna (też: juļa)
łużycki (dolny)žnjojski
łużycki (górny)pražnik
łotewskisīna
macedońskijули [juli] albo златец [złatec]
rosyjskiиюль [ijul]
serbskijул [juł]
słowackijúl (w gwarach także „lipeň”)
słoweńskijulij
ukraińskiліпень [łypeń]
żmudzkilėipa

 

Przysłowia związane
z lipcem:

Czego lipiec i sierpień nie dowarzy,
tego wrzesień nie usmaży.

Gdy się grzmot w lipcu
od południa poda,
drzewom się znaczy
szwank i nieuroda.

Lipcowe deszcze
dla chłopa kleszcze,
a jak pogoda –
większa swoboda.

Lipiec,
ostatek mąki wypiecz.

Lipiec,
starego chleba z nowym przypiecz.

Od lip ciągnie wonny lipiec,
nie daj słonku kłosa przypiec.

W lipcu gniewne ziele,
jak się rozgniewa,
to się gniewa cztery niedziele
[dotyczy ludzi urodzonych w lipcu i skorych do gniewu, w gorącej wodzie kąpanych]

W lipcu kłos się korzy,
że niesie dar boży:
który prosto stoi,
dobrego się boi.

Kłos, co prosto stoi,
to z pustoty swojej.

Upały lipcowe
wróżą mrozy styczniowe.

W lipcowym skwarze
w Polsce jak na Saharze.

W lipcu się już kłosek korzy,
że niesie dar boży:
a najpierwsza Małgorzata
sierp w zboże założy.

W lipcu upały,
styczeń mroźny cały.

W lipcu upały,
wrzesień doskonały.

 

Przysłowia na
św. Annę/Hannę (26 VII)

Długo tam służył:
od świętego Jakóba [25 VII]
do świętej Anny [26 VII].

Na Jakóba [25 VII] – zatrzyj czuba,
a od świętej Hanki
toć chłodne poranki.

Na świętą Annę mrowiska –
szukaj w zimie ogniska.

Od świętej Anki
zimne poranki.

Od świętej Hanki
zimne wieczory i ranki.

Od świętej Anny
nie doczeka południa
deszcz poranny.

Święta Anka
da księżom baranka.

Święta Anna –
rola jak panna.

Święta Anno! Uproś wnuka,
niech ma każdy czego szuka.
[wnuk = Jezus]

Święta Hanna
to już jesienna panna.

 

Przysłowia na
św. Krzysztofa (25 VII)

Sztych od sztycha,
jak stąd do Krzycha.
[o złym, niedbałym, nieumiejętnym szyciu]

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha