Andrzej Milik-Wiśniewski

Mgła

cokolwiek powiem może powiedzieć ktoś
inny jestem jak radio i gadam wieloma gło-
sami jestem próżnią przez którą przebiega-
ją fale może jestem czymś więcej ale nie
mam okazji

A. Ważyk

Jedziesz pociągiem wtulony w kąt przedziału i myślisz dobrze o całej podróży która zda ci się dobiega końca oglądasz migawki krajobrazu przeplatane budynkami dworców i stacyjek i czujesz po przyrodzie że jesteś już blisko miejsca urodzenia gdzie zostawiłeś wszystkie swoje grzechy i kruche wspomnienia pulsujące teraz coraz żywiej i rosnące szybko w miarę przesuwania się klatek okna wdychasz w siebie ostrość poranka i czujesz obecność rosy świeżej i pachnącej na ustach i unosisz się jakby niesiony muzyką lekko radośnie ku górze odrywasz się od miejsca przy oknie i wydaje ci się że płyniesz po nieznanym obrazy za oknem zbijają się w bezkształtną masę dziwisz się że lecisz nagle do tyłu pęd cię upaja lądujesz na podłodze brudnej i nieprzyjemnej w dotyku i patrzysz zdumiony na ludzi stłoczonych wokół ciebie stopniowo wyzwalasz swoje ciało z przygniatających cię walizek widzisz przed sobą białe światła dworca ściśnięty tłum na peronie blada twarz o rozwartych źrenicach z wyrazem zwierzęcego strachu uderzasz głową o ścianę przedziału słyszysz pomieszane krzyki które oddalają się coraz bardziej natrafiasz na otwarte drzwi i wychodzisz cały skulony na zewnątrz dotykasz gołej ściany jest zimna wokoło nie ma nikogo próbujesz sobie przypomnieć wszystko idziesz po schodach na górę nie wiedząc gdzie jesteś wita cię zgiełk miasta do którego przyjechałeś by rozpoznać siebie wśród ludzi dziwisz się ulicom pełnym wrzasku w głowie czujesz szum i masz świadomość czegoś co się wydarzyło bez twojego udziału
siadasz na ławce w alejce parkowej próbując się otrząsnąć z letargu liczysz mimowolnie szeregi drzew po jednej i drugiej stronie siebie zdaje ci się że jesteś sam pośród nieznanego ci krajobrazu między którym prześwitują fragmenty znane ci z opowiadań zdumiewa cię spokój i rytm pulsującego życia wokoło czujesz że stopniowo gubisz plan z jakim tu przyjechałeś aż zostają ci same niejasne pragnienia rzeczy których nie umiesz nazwać zrywasz się nagle wiedziony impulsem i z rękami w kieszeniach prześlizgujesz się przez ulice z gorączkową chęcią dotarcia pod nieznane lub zapomniane adresy prowokujące cię tajemnicą denerwujesz się widząc dookoła obojętny świat gdzie jesteś niezauważalny ze swoimi wielkimi czynami i myślisz tylko o wyrwaniu się z kotła w jakim się znalazłeś i w którym maleje twoja siła i możliwości chciałbyś wybiec szybko za miasto na peryferie przebiegasz pod wiaduktem pociąg przewala się nad tobą rozumiesz nagle że szukasz czegoś kogoś szukasz szukasz szukasz chciałbyś natychmiast dogonić odlatujący dźwięk chciałbyś znowu znaleźć się wśród ludzi ciąży ci samotność jak lata czujesz się rozbitkiem gwizd potężnieje w uszach rozsadza głowę trzymasz ją w rękach ciężką od nagłego bólu nagły spokój i cisza przypierają cię do muru i kołatają szeregiem pytań wobec których jesteś bezradny jak dziecko zbierasz rozproszone twierdzenia i definicje życiowe nieprzydatne w tej chwili chciałbyś coś powiedzieć krzyknąć głośno ale boisz się żeby byle kto nie usłyszał boisz się własnego głosu nie wiesz jakim odezwie się dźwiękiem siadasz na kupie żelastwa zapalasz desperacko papierosa i udajesz spokój nie podnosisz głowy by oglądać przechodzących ludzi na chwilę wiesz że było to fałszywe zadzierasz głowę nie widzisz nikogo ogarnia cię złość do samego siebie podrywasz się i prawie biegniesz przeskakując kałuże wymijając ludzi potrącając latarnie rośnie w tobie nienawiść i pogarda dla świata choć sam nie wiesz dlaczego chciałbyś teraz zanegować cały świat ale dobrze nie wiesz jaki on jest naprawdę i ta niewiedza cię przeraża gorączkowo rozważasz możliwości i czujesz że możesz nie zdążyć biegniesz coraz szybciej jakbyś chciał w jednej chwili przeniknąć schwytać w objęcia cały znienawidzony układ ziemski którego jesteś cząstką bardzo znaczącą dla samego siebie powoli zatracasz sens swojej wędrówki przez miasto starasz się skupić maksymalnie i pomyśleć o najważniejszym jednakże nic poza bezsilnością cię nie wypełnia wpadasz w jakiś nerwowy chichot i już wiesz że nie możesz myśleć racjonalnie przynajmniej na razie a tym bardziej działać poddajesz się więc emocjom chwili i szarpiesz się między ulicami niesiony niewiadomą siłą myśląc o kimś o czymś czego miałeś szukać kogo miałeś pytać o szereg rzeczy niejasnych które zatraciły dla ciebie kontury i zostały wspomnieniem mniej lub bardziej niesmacznym męczysz się więc coraz więcej aż stajesz pod znajomą ci skądinąd ścianą domu gdzie oparty o strzępy plakatów pierwszomajowych jesteś na kształt znudzonego pomnika jesteś nagle natarczywy jakbyś przebudził w sobie ukryte pragnienia pytasz monotonnym i beznamiętnym głosem wszystkich przechodzących o godzinę zaczepiasz młode kobiety pytając je dlaczego chodzą same o tej porze dajesz żebrakowi trochę drobnych śmiejąc się w duchu z tego gestu mówisz sobie że trzeba nisko upaść by się móc na nowo odrodzić delektujesz się wspomnieniem znanych ci upadków z których zrodziła się siła zawzięta na dnie której był strach i wstyd myślisz o sobie w kategoriach uniwersalnych choć wiesz że jesteś przypisany do swojego miejsca urodzenia do którego wracasz gdy oddalisz się zbyt daleko chciałbyś dokonać wielkiego czynu dającego ci gwarancję wartości i poczucia niezniszczalności zdaje ci się że zawsze w ostateczności przyparty do muru będziesz mógł powtórzyć czyn Raskolnikowa i uwolnić się od świata który cię wtedy określi i rozpozna nareszcie choć nie wiesz tego na pewno jak też nie wiesz czy potrafiłbyś oderwać się od wszystkich ziemskich zależności i stanąć boso i nago w obliczu innego wymiaru w którym liczyła by się sama istota człowieka
wchodzisz więc w nagłym postanowieniu na górę nieproszony przeświadczony o własnej racji i spotykasz życzliwe twarze zdziwione twoją długą nieobecnością siadasz przy stole zastawionym suto i nie protestujesz gdy stawiają przed tobą kieliszek słuchasz muzyki z zawieszonych na ścianie głośników muzyki której słuchałeś kiedyś i która teraz cieszy cię bardzo krótko czujesz że w tym zgiełku nie poznasz nikogo choć znasz wszystkich z imienia i nazwiska i wszyscy tak samo znają ciebie śmiejesz się sam do siebie na myśl że jesteś tu jeden trzeźwy wśród gromady pijanych unoszonych jakimś dziwnym rytmem splątanych ze sobą przewalających się różnobarwną plamą przed twoim horyzontem stół nakryty czerwoną serwetą pijesz kieliszek jeden po drugim nie wiedząc kto nalewa rozmawiasz z cieniami przepływającymi koło ciebie słuchasz propozycji o których wiesz że są iluzjami niczym nowym na przestrzeni kontaktów z tymi ludźmi o których myślisz że wiesz wszystko i nigdy się nie mylisz myśląc o nich powtarzasz sobie po raz nie wiadomo który że szukasz twardych silnych supermenów zdolnych do robienia wielkich rzeczy i po raz nie wiadomo który nie wiesz choć pytasz samego siebie czy sam jesteś taki powoli rośnie w tobie chęć mówienia do wszystkich zaczynasz opowiadać dowcipy i wcale się nie dziwisz że jesteś w centrum zainteresowania lubisz jak się inni śmieją zdajesz się przekonywać samego siebie że jest twoją funkcją dyrygować radościami ludzi nawet ulotnymi mówisz wszystkim i każdemu z osobna iż szczęście bliźnich jest także twoim szczęściem opowiadasz barwne historie z życia pełnego tajemnic nie dla ciebie lubujesz się w wywoływaniu silnych wrażeń i protestujesz gdy nazywają cię sensatem głosisz własne teorie o powstaniu świata i chciałbyś aby nie pokrywały się z innymi często cytujesz własne słowa przypisując je komu innemu i zmyślasz fakty wydarzenia opinie które przyjmowane są spokojnie bez większych zastrzeżeń i to cię właśnie denerwuje chciałbyś polemizować ale nie masz z kim i tak bowiem przekonałeś bez reszty wszystkich wtedy osądzasz ich nisko i już wiesz że nie masz tu nic do roboty zapominasz o czymś o czym wiesz że miałeś pamiętać pytasz wkoło wszystkich czy nie widzieli dziewczyny o bladej twarzy i blond włosach strącasz butelkę ze stołu która jednak nie spada dziwisz się że widzisz wszędzie wystraszone twarze ściśnięte bolesnym skurczem jakby coś co jeszcze się nie stało musi nastąpić lada chwila w uszach czujesz pęd pociągu dziwna muzyka ani na moment nie daje ci spokoju wchodzisz w butach na tapczan i depczesz ile sił dużą okładkę z napisem w języku angielskim wokoło widzisz przytulone do siebie postaci prawda rośnie ci w oczach i już nie możesz utrzymać jej wzrokiem chciałbyś mówisz sobie popełnić ot tak samobójstwo ale nie wiesz czy to jest jedyne wyjście dla podtrzymania przelotnego nastroju mówisz wszystkim tajemniczo to już ostatni nasz wieczór ściskasz ręce spocone długim oczekiwaniem czujesz że łza ci się kręci figlarnie w oku mówisz jeszcze coś myśląc inaczej i jeszcze długo mówisz inaczej myśląc wciąż tak samo trudno ci odejść choć zdajesz sobie sprawę iż niczego nie zapomniałeś przypominasz sobie wreszcie że miałeś o czymś pamiętać o czymś bardzo ważnym ciągle jednak nie możesz odejść i plączesz się w swym monologu jak w przydługich zeznaniach patrzysz na fotografię wiszącą w korytarzu przypomina ci kogoś o czym chciałbyś dobrze myśleć kogo chciałbyś szukać zanim tu przyszedłeś jeszcze wywołujesz pewną osobę z tłumu przy drzwiach która była ci kiedyś bardzo bliska jeszcze streszczasz jej w telegraficznym skrócie to wszystko co chciałbyś czego nie możesz słowa plączą się i łamią czujesz że wymyka ci się z rąk ostatnia szansa nawiązania kontaktu z porzuconym światem chwytasz się rękami przedmiotów konstatując swą dziwną ociężałość wracasz do stołu by wypić resztki z kieliszka pozostawionego na jego krawędzi
postacie z twoich snów stoją za twymi plecami nachylają się szepczą nie widzisz ich jedynie czujesz obecność tak wielu wywołujesz ich obrazy magicznym zaklęciem rudowłosy satyr z siekierą w ręku goni za tobą przeskakując nagie ciała kobiet leżące na łące uciekasz przed nimi aleją na końcu której stoi rudowłosy satyr z siekierą w ręku przeskakujesz przez rów z wodą i długo nie możesz dosięgnąć nogami przeciwległego brzegu na którym stoją nagie kobiety machając do ciebie wiotkimi dłońmi wyciągasz do nich ręce oddalają się starasz się chociaż rozpoznać twarze czujesz że lecisz w otchłań przygniatany niewiadomym ciężarem uderzasz mocno o dno pełne wystających korzeni drzew między którymi jesteś bezpieczny i schowany przed wszystkimi widzisz w górze niewyraźne twarze od nich niesie diabelski chichot kulisz się jak pod ciężarem lat dotykasz ręką ściany jest zimna ulica wita cię dzwonkami baniek z mlekiem płyniesz poprzez poranek w miasto zastygłe jak cmentarz wydaje ci się że szukasz czegoś kogoś a może zawsze ci się tak wydaje gdy nie masz przy sobie nikogo w uszach czujesz przeraźliwy świst pociągu przelatujące przez ciebie krzyki tłumu staje przed tobą jakaś postać z oczami wytrzeszczonymi z twarzą kredowo białą widzisz puste ławki w parku pełnym mokrej zieleni siadasz na jednej z nich zapalasz papierosa patrzysz osłupiały na zegarek wita cię zgiełk budzącego się miasta po którym pętasz się bez celu i szukasz czegoś kogoś zatrzymujesz niby znajomych zadajesz im niemądre pytania patrzą na ciebie jak na wariata widzisz ich nagle przed sobą wszystkich wyrosłych jak spod ziemi wśród których stoisz nie mogąc wydobyć z siebie głosu wydaje ci się że stoisz przed umarłymi myślisz o nich że są sędziami twojego czasu wyrafinowani surowi znający wszystko przed czym się uginasz i robi ci się nieswojo jakbyś zdjął całą bieliznę i wyszedł na scenę przed wszystkich znanych ci ludzi
schodzisz po schodach osowiały niosąc ze sobą gorycz i niesmak graniczący z obrzydzeniem jest późno może nawet bardzo późno wiesz o tym i idziesz naprzeciw światłom neonów prosto w zgiełk miasta przed siebie w noc ku jasnym punkcikom nadziei zawieszonym nad domami z których żaden nie jest twój choć tu jest prawdopodobnie twoje miejsce jesteś dziwnie spokojny jakbyś zażył większą ilość środków uśmierzających nie widzisz nic błądzisz jak ślepiec nie odróżniający dnia od nocy nie widzisz cieni wokół ciebie które zatrzymują cię na drodze i nie pozwalają na odwrót dziwisz się jeszcze bardziej znajdując się na ziemi w kałuży krwi wypełniającej ci także usta obrzękłe pełne słonego smaku podnosisz się i znowu upadasz rozumiejąc powoli co się mogło stać kwitujesz to śmiechem który przypomina raczej charkot ranionego zwierzęcia podnosisz się raz jeszcze i zataczając się jak pijany próbujesz dotrzeć do czegoś o co można by się oprzeć migotliwe światła mostu biegną ci naprzeciw idziesz tam na oślep prawie jak ćma do ognia potykając się o własne nogi które wyrzucasz przed siebie niezdarnie opierasz się o barierę i patrzysz tępo w dół na wodę płynącą spokojnie majestatycznie nie możesz się nie śmiać myśląc o swojej sytuacji o upadku z którego chciałbyś się wydźwignąć i odnowić jak po kąpieli w świętej rzece myślisz bezmyślnie o dziewczynie z rozwichrzonymi włosami z twarzą dziwnie bladą podchodzi do ciebie jak zjawa cała w czerni jakby się wybierała na pogrzeb nie starasz się jej odsunąć zresztą nie masz siły śmieje ci się w twarz zalotnie odchyla głowę do tyłu patrzysz zdziwiony w zygzaki tuszu pod oczami widzisz siebie w studni bez dna ocienionej sztucznymi rzęsami myślisz sobie że masz szczęście do kurew i ta myśl cię ponownie rozśmiesza bełkotliwie i nienaturalnie bierzesz ją zawadiacko pod rękę jak całą swoją przeszłość beztrosko i pewnie i słuchasz pieszczotliwych historii o bogatych kochankach alfonsach frajerach aż nagle masz ochotę uderzyć mocno w sam środek zniszczyć podeptać i odejść wyciągasz rękę i poprawiasz jej włosy ruchem zdecydowanym i tak delikatnym że spotykasz wzrok ogłupiały trwożliwy jakbyś obudził zły sen
czujesz szum w głowie ciążącej ci jak samo wspomnienie wypadku budzisz się w nieznanym pokoju i chciałbyś bardzo aby to rzeczywiście był wypadek zbieg okoliczności a nie jak ci się wydaje przeznaczenie rzucenie na kolana przed samym sobą czego nie jesteś w stanie do tej pory zrozumieć i płaczliwie zaprzeczasz konieczności tego wydarzenia patrzysz mrużąc oczy od światła które wpada przez okno na swoją siostrę miłosierdzia zmieniającą ci opatrunki i myślisz że chyba nigdy nie byłeś w podobnie absurdalnej sytuacji daleko od spraw wymagających załatwienia teraz już trochę nieważnych rozmawiasz z osobą doświadczoną spoglądającą na ciebie poprzez wspomnienia równie bolesne jak twoje bardzo dobrotliwie jakby rozumiała wszystkie rozterki niespełnione pragnienia i żądze należące do ciebie i stanowiące ów krąg z którego nie możesz się wyrwać i czujesz nagłą wdzięczność napływającą ci do serca nienaturalną miękkość i ciepło wypełniające cię i otępiające jeszcze bardziej wiesz że możesz się rozkleić zupełnie jak stara baba wypijasz skwapliwie przyniesiony przez nią alkohol nabierając niespodziewanie siły wstajesz gotowy do podjęcia walki przypominając sobie bezwiednie bohatera Cervantesa stoisz w ubraniu gotowy do wyjścia nie mogąc zrobić kroku wszędzie widzisz kocie oczy jakby pobłażliwie patrzące na twoje szamotanie czekasz jeszcze chwilę w nadziei na morały których byś musiał wysłuchać z ironią niepokoi cię brak słów tak ci potrzebnych i nadużywanych zawsze przez ciebie myślisz że dostateczne dużo rozumiesz z tej ciszy drażniącej zmysły i czujesz pewien wstyd i nie śmiesz podnieść oczu i odrzucasz myśl jakoby ta sytuacja cię poniżała kiwasz więc niezgrabnie ręką na pożegnanie i szybko zbiegasz po schodach ciągle widząc nieruchomą postać przy oknie z twarzą szczerą i prostą że nagle wątpisz w całą złożoność pewnych problemów biegniesz ulicą pełną ludzi roztrącasz ich i po raz nie wiadomo który zastanawiasz się w biegu przystając czasami dokąd biegniesz czego kogo szukasz znikasz między budynkami by wyjść po pewnym czasie z kina spokojny tamując wzruszenie jakim poddajesz się z rozkoszą omijasz tłum wielkim łukiem i idziesz przed siebie nic nie widząc dookoła po omacku choć jest biały dzień i deszcz pada mimo woli czujesz że przez chwilę stajesz się inny bogatszy o jeszcze jedną historię których dosyć przechwyciłeś i potraktowałeś jak swoje widzisz się na tle wielkiego gmachu nieokreślonego przeznaczenia wydającego dyspozycje głosem namaszczonym i znaczącym jesteś reżyserem własnych wcieleń choć przeczuwasz że to rozbija twoją jedność czy złożoność na kawałki jeszcze mniejsze i bardziej splątane przenikasz przez miasto jak neutralny fluid nie szkodzący nikomu dobrze ci w środku własnych dramatów przeistoczeń nie zwracasz uwagi gdy zaczepiają cię młode dziewczyny zdziadziały żebrak proszący o wsparcie biegniesz bo inni biegną przystajesz raptownie przed hamującym z trudem autem z którego wyłania się twarz widziana niedawno chciałbyś krzyknąć z taką siłą uprzytamniasz sobie coś wyjmujesz niespodziewanie dla samego siebie zapałki i podajesz ogień w kierunku okna nie czekasz aż wyciągnie papierosa upuszczasz zapałkę spada i gaśnie ogień płonie coraz wyraźniej widzisz poruszające się w nim postaci młodego mężczyznę który wynosi na rękach zemdloną kobietę widzisz jej ciało tak dokładnie jakbyś dotykał piersi włosów przypominasz sobie że miałeś załatwić bardzo ważną sprawę wymijasz szereg aut brzęczących przeciągle i wpadasz w otwarte drzwi czytelni bierzesz do ręki pierwszą z brzegu gazetę i wytrzeszczasz oczy widząc na pierwszej stronie wśród tłumu przerażonych ludzi na peronie bladą twarz dziewczyny okoloną jasnymi włosami o oczach nieruchomych i patrzących na ciebie z bólem i z wyrzutem pytasz siebie kiedy to było i mówisz sobie że wokoło dzieją się rzeczy dziwne
wleczesz się mokrym chodnikiem liczysz kafle przeskakujesz spękane w budce telefonicznej wykręcasz jakiś stary numer i patrzysz bezmyślnie w okno trzymając słuchawkę daleko od ucha słyszysz głos od którego myśli przewracają ci się w głowie chcesz nagie mówić czując ogromny chaos nie możesz powiedzieć nic sensownego słuchasz bezwiednie tamtego głosu spokojnego jakbyś nigdy nie słuchał go między czterema szybami podczas deszczu wieszasz słuchawkę wpół zdania stoisz długo podparty na rękach patrząc na miasto pełne życia tańczące w kolorach w oczach zamiera ci powoli wszelki ruch wychodzisz nie czując tego wcale zaglądasz w głąb wielkich okien na parterze kelner oparty o ścianę i serwetą w ręce fotografia sali rozgadanej i zaśmianej kinkiety abażury czerwono burdelowo otwierasz drzwi jak wrota lamusa gdzie wszyscy są jak umarli już dawno zabalsamowani w czasie mimo woli starasz się myśleć o tym o czym wiesz że jest najważniejsze choć nie masz zupełnie na to siły bujasz w mętnych obłokach w niezrozumiałym dla ciebie bełkocie wyobraźni siadasz przy stoliku jak starzec i przywołujesz tego który zasnął pad ścianą myślisz że wszystko można zacząć od nowa na początek zamawiasz kawę zastygając w fotelu nie widzisz nikogo siebie nie widzisz ale za to masz swój czas mierzony niepewnością i tak zwany ironiczny stosunek do życia nie wiadomo od kiedy i skąd oprócz tego gest jakim dysponują tylko straceńcy i całą głowę mgławic o których dobrze myślisz dziś jest dziś a jutro może mnie nie będzie nucisz sobie fałszywie choć wiesz że kochasz życie tak jak siebie samego więc flirtujesz z całą rzeszą fałszywych proroków jak równy z równym widząc że patrzą na ciebie ci na których nie możesz nawet spojrzeć zamawiasz całą butelkę wina i jak zwykle starasz się podsumować swoje życiorysy byłe i niebyłe wikłasz się jak wątki kryminalne by dojść do radosnych spostrzeżeń o których sądzisz że są ci bliskie jak dzieciństwo kredowo białe prześwietlone wyobrażeniem o sobie samym butelka spada lampiony matowieją korowód cieni przeciska się przez gardło drzwi jesteś bardzo bardzo zmęczony podnosisz butelkę cienie nie wracają wleczesz się ulicą białą od wspomnień omijasz kałuże po których żeglowałeś w szczenięctwie i już wiesz na pewno że nie jesteś takim jakim chciałeś być a jaki jesteś nie wiesz zostało ci może coś z aktora który wychodząc na scenę myli kwestie z innego dramatu wędrujesz jak w malignie po uśpionych dzielnicach myślisz o tych wszystkich których spotkałeś i których nie mogłeś spotkać palisz papierosa spoglądasz na zegarek z nie­do­wie­rza­niem i przerażeniem trzymasz głowę hardo mimo że dostałeś już po niej wątki ci się plączą myśli się kosmacą kelner przynosi ci rachunek o którym zapomniałeś wciskasz ręce w kieszenie i zostajesz pomnikiem o którym myślisz że jest nadbudową stajesz w miejscu jakbyś chciał przypatrzeć się życiu biegnącemu obok ciebie i całą siłą woli starasz się utulić skowyt podchodzący ci do gardła chciałbyś sobie wmówić że jesteś wariatem masz szczególne prawa z tego tytułu głos syreny przenikliwy ponury wyrywa cię z miejsca i niesie przed siebie potrącasz nielicznych przechodniów przeskakujesz kałuże goni cię przeciągły świst hamującego nagle pociągu wiesz już co nagle sobie uświadomiłeś że znasz doskonale dziewczynę o wy­stra­szo­nej twarzy z oczami przerażonymi w których tkwi przestrach całego świata i że teraz biegnie obok ciebie dziwnie wolno falując w powietrzu jak obłok nie starasz się jej pochwycić ręką bo boisz się by jej nie spłoszyć śmiejesz się z własnej wątpliwości biegniesz z pochyloną głową coraz szybciej nie zastanawiając się nad celem pogrążasz się stopniowo w mroku i nagle za­trzy­mu­jesz się na wyrosłym przed tobą murze obsuwasz się na ziemię i przypominasz sobie o czym myślałeś zanim tu dobiegłeś pociąg przejeżdża gdzieś blisko idziesz powoli w stronę gdzie łos­kot przetaczających wagonów jest coraz bardziej ogromny stajesz na wiadukcie czując drga­nie ziemi pod sobą krzycząc jak możesz najgłośniej nie słysząc ani słowa stopniowo łapiesz sens pojedynczych wyrazów głowa pęka ci od wysiłku cichniesz nagle jak człowiek który wydał ostatnie tchnienie chce ci się płakać widzisz nagle wyłaniających się z kłębów dymu ludzi całe tłumy podobne do ciebie biegną ci naprzeciw chce ci się krzyczeć wrzeszczeć z nagłego prze­ra­że­nia wychwytujesz dźwięki nieartykułowane są twoje własne wprawia cię to w go­rącz­ko­wą szamotaninę czujesz że jesteś na krawędzi czegoś co za chwilę przestanie być czymś i polecisz w pustkę zimną i nieprzeniknioną jesteś na granicy obłędu który za chwilę cię przerośnie para oczu wytrzeszczonych strachem patrzy na ciebie z mroku i zdaje się mrugać do ciebie odwracasz się zasłaniasz twarz rękami słyszysz głosy obok siebie które rosną w krzyk tłumu ktoś bierze cię za rękę czujesz ciepło i gorący oddech na skroni patrzysz nieśmiało przez palce widzisz twarz pretensjonalną sztuczną kocie oczy przymrużone kpiące myślisz sobie mam szczęście usta po­ru­sza­jące się to jeszcze nie koniec słyszysz bicie własnego serca mówisz że może zostać tylko i wy­łącz­nie nikt więcej myślisz koniec być może albo początek

Andrzej Milik-Wiśniewski
Warszawa, listopad 1971

Milik-Wisniewski_Mgla_OKLADKA_NWi_sm

 

 

 

Druk: Nowy Wyraz : miesięcznik literacki młodych. 1972, wrzesień, nr 4.
Warszawa : Państwowe Wydawnictwo „Iskry”.

 

 

 

 


powrót do strony poprzedniej


Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« June 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Czerwiec – szósty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od słowa „czerw” oznaczającego beznogą larwę błonkówek i muchówek; larwy te były (i są) wykorzystywane jako efektywny sposób oczyszczania ran.

W Słowniku etymologicznym Sławskiego nazwa miesiąca jest dopiero trzecim znaczeniem słowa „czerwiec”. Pierwsze to: czerwiec polski (Porphyrophora polonica) – „owad wytwarzający barwik czerwony”, drugie: „farba służąca do barwienia materiałów na czerwono, coccus, color coccinus”, a źródłosłowy idą we wczesne lata XV wieku. Czwarte zaś: Scleranthus anuus L. czyli czerwiec roczny – chwast rosnący na pastwiskach, ugorach i przydrożach.

Słownik wileński idzie dalej: w nim „miesiąc” jest dopiero n-tym znaczeniem słowa „czerwiec”. Wcześniej jest bowiem rodzaj i trzy gatunki pluskwiaka Coccus; tlenosiarczek antymonu, zwany też kermezytem, o pięknej wiśniowej barwie; rodzaj i dwa gatunki roślin z rodziny Scleranthus, w tym czerwiec trwały (Scleranthus perennis); amerykański kaktus Cactus chochenillifer; kolor szkarłatny lub karmazynowy i „drogi, przedni jedwab” oczywiście koloru czerwonego.

Dwie nazwy wytłuściłem nie bez powodu: w korzeniach czerwca-rośliny znajduje schronienie i pożywienie czerwiec-owad. Splatają się więc te czerwce ze sobą dość dokładnie.

Barwnik czerwony wyrabiany z czerwca-owada to koszenila (inaczej: kwas karminowy), która jest ciekawa sama w sobie. Rozpuszcza się w wodzie, co jest rzadkie wśród barwników organicznych. Jest bardzo trwała i odporna na działanie czasu, światła i ciepła, a więc nie blaknie, co było zaletą pierwszorzędną. Nie jest trująca (w nadmiarze), więc można nią barwić nie tylko tkaniny ale i potrawy oraz kosmetyki.
Tu jednak kłopot zaczynają mieć wegetarianie i weganie (którzy nie używają produktów pochodzących ze zwierząt) oraz np. ci wyznawcy judaizmu i islamu, dla których produkty z owadów nie są ani koszerne ani halal. Problem w tym, że współcześni ludzie na ogół nie wiedzą, iż koszenilę uzyskuje się z owadów (strona http://www.food-info.net podaje że dla uzyskania 1 kilograma koszenili trzeba zanurzyć we wrzątku – a później na różne sposoby wysuszyć, a potem zmielić – 150 tys. owadów). Ostatnio produkty zawierające koszelinę muszą być odpowiednio oznaczane.

Polski monopol na czerwca w znaczeniu „farba” (tytuł popularnej, stosunkowo niedawnej – 1992, publikacji Lewy czerwcowy, nabiera teraz zupełnie innej barwy…) złamał w XIV w. Meksyk.
Aztekowie znali i stosowali koszenilę od wieków, od nich nauczyli się tego konkwistadorzy. Żeby skrócić transport do Europy, owady meksykańskie (inne niż polskie: czerwce kaktusowe, Dactylopius coccus, rodzaj mszyc) zaczęto hodować na Wyspach Kanaryjskich. Ta sama www.food-info podaje, że tylko w roku 1868 wyeksportowano stamtąd 2800 ton (6 mln. funtów) koszenili uzyskanej z 420 miliardów owadów…

 

Pierwiastek „czerw” w nazwie szóstego miesiąca roku występuje też w innych językach naszej rodziny: białoruskim (чэрвень), czeskim (červen), kaszubskim (czerwińc), ukraińskim (червень).
Co by nie mówić, w większości języków słowiańskich (także w staropolszczyźnie) rzeczownik „czerw” znaczy „robak”, z czego wynika, że „czerwiec” znaczy tyle co „robaczywiec” lub „robacznik” (a kolor czerwony to kolor robaczywy). Tyz piyknie.

W staropolszczyźnie szósty miesiąc roku nazywany też był „ugornik” lub „zok” (konik polny lub – niestety – szarańcza), ale generalnie czerwie czyli robaki okazały się (słowotwórczo) silniejsze.

 

Łaciński Iunius zawiera w sobie imię żony Jupitera – Junony.

Owidiusz w ks. VI Fasti (8 r. n.e.), poematu o kalendarzu rzymskim, podaje dwie dodatkowe etymologie nazwy Iunius: od małżonki Jupitera – Junony i bogini młodości Iuventas (grecki pierwowzór: Hebe). Owidiusza – jako źródła – nie można jednak traktować poważnie, bo plótł co mu ślina na język przyniosła, a koniunktura dworska i polityczna podsuwała. W maju umizgał się do starców z senatu (maiores), więc w czerwcu pochlebiać zaczął młodym iuniores. Na czerwcu zresztą Fasti się skończyło, bo poeta dostał nagle dożywotni nakaz zesłania do Dacji – pruderyjni twierdzą, że za nieskromność Ars amatoria (celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu jeszcze w 1930), ale tak naprawdę nie wiemy za co.

Nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Pod koniec czerwca na półkuli północnej następuje letnie przesilenie Słońca: jest to najdłuższy dzień (i najkrótsza noc) w roku.
W 2014 solstycjum letnie wypada 21 czerwca. W tym dniu Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka i zaczyna się astronomiczne lato.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – na 52°13’ szerokości geograficznej północnej – wynosi 61°14’.

 

1 czerwca to Dzień Dziecka.

 

4 czerwca to w Polsce rocznica wolnych wyborów z 1989 roku.
W rzeczywistości były one pół-wolne, ale skutek był ten sam. Najkrócej zdefiniowała go Joanna Szczepkowska w ogólnokrajowym programie TV: „Ogłaszam koniec komunizmu w Polsce”.

 

12 czerwca 1967 – PRL zrywa stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Nie ona jedna. Po wojnie sześciodniowej (5-10 czerwca 1967), która – mimo że zaczepna – była obronną, bezczelnie przez Izrael wygranej, Czerwony Hegemon się zdenerwował. Nie tak miało być, zwłaszcza że Hegemon uzbrajał, szkolił i popierał Egipt. Poszedł więc przykład i rozkaz z Moskwy i cały blok zerwał z państwem żydowskim stosunki dyplomatyczne. Z jednym wyjątkiem: nie zerwała Rumunia. Niby, że taka niezależna i umiejąca się Sojuzowi postawić, defacto – potrzebna, bo zerwać stosunki można, ale pogadać czasem trzeba, więc jeśli już, to czemu nie przez Bukareszt, któremu opinia „niepokorny” bardzo pasowała, bo dawało się na nią kolejne kredyty z Zachodu wyciągać. A po RWPG poszedł później dowcip, przaśny, ale po linii: „– Wymień trzy państwa komunistyczne na ‘k’. – Kuba, Korea i..., i..., i ta Kurwa Rumunia.” Zerwanie stosunków i ujadanie propagandy jest prologiem do polskiego Marca ’68 (patrz: marzec).

 

23 czerwca to w Polsce tzw. wigilia św. Jana, którą kończy noc świętojańska, często używana obocznie z nazwą Sobótka.
Jest to schrystianizowana wersja słowiańskiego święta związanego z letnim przesileniem Słońca, obchodzonego w najkrótszą noc w roku, tzw. Noc Kupały, zwanego też (na południu Polski) sobótką lub palinocką. Było to święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości.
Słowo kupała pochodzi prawdopodobnie z indoeuropejskiego pierwiastka kump, oznaczającego grupę, gromadę, zbiorowość, z którego wywodzą się słowa takie jak kupa, skupić, kupić się (‘gromadzić’). Termin sobótka stworzony został prawdopodobnie przez Kościół i miał wydźwięk ujemny, bo znaczył tyle, co ‘mały sabat’.
W chrześcijaństwie obchody nocy kupalnej przeniesione zostały na specjalnie w tym celu ustanowioną przez Kościół 23 czerwca wigilię św. Jana.

W tym wypadku jednak zadziałał synkretyzm religijny: noc kupalna i wigilia św. Jana współegzystują w świadomości zbiorowej do dziś. Mają też liczne odzwierciedlenia w literaturze, z których – w piśmiennictwie polskim – najbardziej znanym jest Pieśń świętojańska o Sobótce Jana Kochanowskiego, rozpoczynająca się od słów:

Gdy słońce Raka zagrzewa
A słowik więcej nie śpiewa
Sobótkę (jako czas niesie),
Zapalono w Czarnym Lesie.

„Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” napisał Mickiewicz o roku 1812, ale oznaczenie jest niedokładne. Bowiem to, co ową „wiosnę” przyniosło, zaczęło się latem.

Wieczorem 23 czerwca 1812, około godziny 22, pierwsze korpusy – kawaleryjski marszałka Murata oraz korpusy marszałków Davout i Neya przekraczają Niemen.

Napoleon, którego idée fixe było rzucenie na kolana Wielkiej Brytanii, po serii porażek z Anglikami w bitwach morskich (i to jakich porażek! Abu Kir w 1798 i Trafalgar w 1805 to były mega klęski!) wymyślił blokadę handlową (więc teoretycznie i morską) Wysp Brytyjskich.

Rzecz jasna, wszyscy zainteresowani stawali na głowie, by to embargo ominąć, zwłaszcza, że blokada rujnowała sporo gospodarek państwowych. Poza tym zawsze w podobnych przypadkach opór bywa ogromny i praktycznie nie do pokonania: założę się, że Napoleon nie miał pojęcia, co to było „Ograbme”, bo jak większość Europejczyków z wyższością patrzył na Amerykę i do głowy mu nie wpadało, ze może się od niej wiele nauczyć.

Jednym z wyłamujących się z tego dyktatu była Rosja. Oczywiście car Aleksander oficjalnie się zgadzał, uśmiechał, toasty wznosił, pakty podpisywał – ale robił swoje. Darujmy sobie „skąd my to znamy?”, gdyż handel z Brytanią był dla rosyjskiej gospodarki alternatywą Hamleta.

Rację miał stary Maciek Dobrzyński sarkając, że „a on co? Pokój w Tylży zrobił!”, choć powody do gderania były inne.
Papier – papierem, a życie życiem. Napoleon wpadł więc na kolejny pomysł, by zmusić Rosję do respektowania postanowień z Tylży (1807) siłą. Znów nie odrobił lekcji z historii: nie doczytał, jak skończył Karol XII Szwedzki. A może po prostu myślał, że skoro ma Grande Armée, to da radę?

Najpierw jednak zebrał armię 600-tysięczną, nie tylko wielonarodową ale i multi-kulti, bo było w niej m.in. 300 tys. Francuzów, Włochów i Belgów, 180 tys. Niemców, 90 tys. Polaków (skąd wymyślił, że Niemcy będą się dzielnie bić dla Francuzów – trudno orzec, nie obiecywał im przecież nawet ułamka tego, co Polakom). Z tą armią przekroczył Niemen.

Zaczął z Księstwa Warszawskiego i po przejściu granicy wciąż poruszał się po terenach zamieszkałych przez Polaków, nic więc dziwnego, że propaganda Cesarza Francuzów przeszła samą siebie. Napoleon z bezprzykładnym cynizmem, godnym największych kosterów, nazwał swoją kampanię „drugą wojną polską”, a sejmowi Księstwa Warszawskiego nakazał zawiązać Konfederację Generalną Królestwa Polskiego i proklamować zmartwychwstanie Polski w dawnych granicach (Niemcy w szeregach armijnych, zwłaszcza ci z Prus, musieli się cieszyć niezwykle!).

Ale: nikt nie da ci więcej, niż obieca Napoleon!

I prawda. Zaczynając swą wojnę z Rosją o Brytanię, cesarz powiedział:

Jestem tu, aby raz na zawsze skończyć z tym barbarzyńskim kolosem Północy. Szpada została już dobyta. Trzeba ich zapędzić jak najdalej w ich lody, aby przez najbliższe 25 lat nie byli w stanie mieszać się w sprawy cywilizowanej Europy. Nawet za czasów Katarzyny Rosjanie prawie nie odgrywali żadnej roli w życiu politycznym Europy. Z cywilizacją zetknęli się dopiero przez rozbiór Polski. Nadszedł więc teraz czas, aby Polacy pokazali im, gdzie ich miejsce... Bezpowrotnie minęły czasy, kiedy Katarzyna dzieliła Polskę, chwiejny Ludwik XV drżał ze strachu w Wersalu, a caryca zachowywała się tak, że wychwalały ją wszystkie paryskie plotkary. Po spotkaniu w Erfurcie Aleksander zrobił się zbyt zarozumiały, a już zdobycie Finlandii zupełnie przewróciło mu w głowie. Jeżeli potrzebne mu są zwycięstwa, to niech się wyprawi na Persów, ale nie miesza się w sprawy Europy. Cywilizacja odrzuca tych dzikusów z Północy. Europa obejdzie się bez nich.

Jak to się skończyło – wiemy, a więcej przeczytacie o tym w grudniu.

Napoleon nie był jedyny. 129 lat później, z dokładnością jednodniową, bo 22 czerwca, powtórzył napoleoński manewr Hitler, nazywając to – też miał niezłych propagandzistów – „Operacja Barbarossa”. Skończył jak jego poprzednik, co niewiele nas pociesza, bo dla Polski skutki też były podobne.

Znaki Zodiaku w czerwcu:
Bliźnięta (♊) – do 20 czerwca (najweselszy i najpogodniejszy znak Zodiaku).
Rak (♋) – od 21 czerwca

Kwiaty czerwca :
róża (Rosa L.) – tu nie ma co wiele mówić, po prostu: królowa kwiatów.

Kamienie czerwca:
perła – co prawda to żaden kamień, tylko efekt mordęgi małża, ale w formie naturalnej błyskotka bardzo droga. Wymieniana jest – jako symbol wielkiej wartości – przez święte księgi hinduizmu, judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. W tradycji europejskiej perły uważano dawniej za łzy aniołów – przesąd, że jest to klejnot przynoszący łzy i troski pokutuje do dziś.

● aleksandryt – odmiana chryzoberylu, znana z tego, że zależnie od oświetlenia potrafi zmieniać kolor. Podobno znalazł go fiński geolog Nils Gustaf Nordenskiöld (1792-1866, ojciec znanego polarnika) po tym jak razem z całą Finlandią znalazł się pod panowaniem rosyjskich carów – nazwał więc kamień imieniem następcy tronu, przyszłego Aleksandra II Romanowa.
O carze tym mówi się jako o „demokratycznym reformatorze”, ale kiedy pomyślę, na co batiuszka Aleksandr Nikołajewicz zezwalał w Polsce po powstaniu styczniowym, to nawet sprzedaż Alaski Amerykanom nie jest w stanie sprawić, bym myślał o nim pozytywnie (jak zresztą o żadnym z Romanowów, ani o ich tzw. reformach).

● kamień księżycowy zwany też ortoklazem (którego jest odmianą) – starożytni wierzyli, że jest pochodzenia boskiego, bo wziął się z promieni księżyca.
Najcenniejsze ortoklazy można podobno znaleźć w Indiach i na Sri Lance, ale i my nie gorsi, bo występują też w okolicach Jeleniej Góry. Z czego wynika, że Ryszard Ochódzki wiedział, co czyni, gdy kamień z londyńskiego bruku podniesiony wręczył jako ten z Jeleniej Góry: chciał po prostu wcisnąć go Panu Janowi jako cenny okaz ortoklazu, zapominając, że nie o to chodziło.
Ciekawostką jest, że kamień księżycowy jest oficjalnym klejnotem stanu Floryda, co Florydianiom się wzięło po locie Apolla-11, który wystartował z Cape Canaveral i 20 lipca 1969 wylądował na Księżycu.

Napisałem, że z czerwcem bywa podobnie nieszczególnie jak z majem – „dlaczego” miało przyjść później, bo na początku miesiąca pisanie o tych wszystkich solstycjach, Kupałach, świętych księgach i Romanowych kapkę mnie (jak by powiedział Geograf) osłabiło.
Tak więc czerwiec, podobnie jak maj, jest miesiącem optymistycznym. Zero zdziwienia: oba przebiegają pod panowaniem najlepszego znaku Zodiaku, czyli Bliźniąt, więc – po prostu ten gwiazdozbiór rządzi i nie da się tego ukryć.

 

Śluby i wesela w czerwcu:
mogą być, ale wyłącznie na własne ryzyko.

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
szósty miesiąc roku to:

białoruskiчэрвень [czerwień]
bośniackijuni
bułgarskiюни [juni]
chorwackilipanj
czeskičerven
kaszubskiczerwińc
litewskibirželis
łatgalskivosorys
łużycki (dolny)smažki (też: smažnik, junij)
łużycki (górny)smažnik (też: junij)
łotewskijūnijs
macedońskiјуни [uni] albo житар [żytar]
prekmurskiivánšček (też: juniuš)
rosyjskiиюнь [ijuń]
serbskijун [jun]
słowackijún
słoweńskijunij (też: rožnik)
ukraińskiчервень [czerwień]
żmudzkibiržielis

 

Przysłowia związane
z czerwcem:

Czerwiec daje dni gorące,
kosa brzęczy już na łące.

Czerwiec gdy zagrzmi,
gdzie zorze zachodzą,
ryby się znacznie
i obficie zrodzą.

Czerwiec na maju
zwykle się wzoruje,
jego pluchy, pogody,
często naśladuje.

Czerwiec po deszczowym maju
często dżdżysty w naszym kraju.

Czerwiec – przerwiec, bo przerywa
gospodarkę aż do żniwa.

Czerwiec się czerwieni?
Będzie dość w kieszeni.

Czerwiec stały,
grudzień doskonały.

Czerwiec temu się zieleni,
kto do pracy się nie leni.

Gdy czerwiec chłodem i wodą szafuje,
to zwykle rok cały popsuje.

Grzmoty czerwca
rozweselają rolnikom serca.

Kiedy kwitnie w czerwcu bób,
to największy wtedy głód,
a kiedy mak,
to już nie tak.

Mokry czerwiec, chłodny maj
– wszystkim gburom prawy raj.

Od czerwca dużo zależy,
czy żniwa będą jak należy.

Pełnia czerwcowa – burza gotowa.

W czerwcu gorącego lata,
zdrowa więc bywa sałata,
wina jeśli być nie może,
piwo chłodne pij, niebożę.

W czerwcu grusze kwiat zrzucają,
czereśnie się zapalają.

W czerwcu pod czerwcem siedzi czerwiec.

W czerwcu się okaże,
co nam Bóg da w darze.

W czerwcu to się lęga,
ci się przedtym sprzęga.

 

Przysłowia na
św. Małgorzatę (10 VI):

Deszcz na św. Małgorzatę
jest orzechom na stratę.

Św. Małgorzata pierwsza żnarka.

W św. Małgorzatę skąd wiatr duje,
drogę po zboże toruje.

Ze św. Małgorzatą
zaczyna się lato.

 

Przysłowia na
św. Jana (24 VI):

Chrzest Jana
w deszczowej wodzie
trzyma zbiory na przeszkodzie.

Deszcz świętego Jana
obiecuje mokre żniwa.

Do świętego Jana
woła deszczu kania,
a po świętym Janie
chodzą po wodzie kanie.

Gdy bliżej święta Jana
gżegżółka zakuka,
nadzieja zbóż przedaży
pewnie nas oszuka.

Gdy Jan Chrzciciel skropi,
mokre będą kopy.

Gdy się deszcz w święto Jana
opuści obfity.
po nim w kilka dni,
wierz mi, bywa pozbyty.

Gdy się Jan Chrzciciel
w dżdżystej kąpie wodzie,
deszcze żniwom bywają
wtenczas na przeszkodzie.

Gdy się święty Jan rozczuli,
to go dopiero
Najświętsza Panna utuli.

Jak się Janek kąpie w wodzie,
żniwom deszcze na przeszkodzie.

Jak św. Jan się obwieści,
takich będzie dni trzydzieści.

Jana Chrzciciela
– już kwiecia wiela.

Jutro święty Janek,
puśćmy na wodę wianek.

Już Jan ochrzcił wszystkie wody,
odtąd wam nie będzie szkody.

Już świętego Jana,
ruszajmy do siana.

O św. Janie kwas w piwo,
robak w mięso,
diabeł w babę wstępuje.

Święty Jan
– jagód dzban.

Umilkł, jak kukułka na św. Jan.

 

Przysłowie na
sobótkę:

Gdzie sobótki zapalają,
tam grady nie przeszkadzają.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha