Andrzej Milik-Wiśniewski

Mgła

cokolwiek powiem może powiedzieć ktoś
inny jestem jak radio i gadam wieloma gło-
sami jestem próżnią przez którą przebiega-
ją fale może jestem czymś więcej ale nie
mam okazji

A. Ważyk

Jedziesz pociągiem wtulony w kąt przedziału i myślisz dobrze o całej podróży która zda ci się dobiega końca oglądasz migawki krajobrazu przeplatane budynkami dworców i stacyjek i czujesz po przyrodzie że jesteś już blisko miejsca urodzenia gdzie zostawiłeś wszystkie swoje grzechy i kruche wspomnienia pulsujące teraz coraz żywiej i rosnące szybko w miarę przesuwania się klatek okna wdychasz w siebie ostrość poranka i czujesz obecność rosy świeżej i pachnącej na ustach i unosisz się jakby niesiony muzyką lekko radośnie ku górze odrywasz się od miejsca przy oknie i wydaje ci się że płyniesz po nieznanym obrazy za oknem zbijają się w bezkształtną masę dziwisz się że lecisz nagle do tyłu pęd cię upaja lądujesz na podłodze brudnej i nieprzyjemnej w dotyku i patrzysz zdumiony na ludzi stłoczonych wokół ciebie stopniowo wyzwalasz swoje ciało z przygniatających cię walizek widzisz przed sobą białe światła dworca ściśnięty tłum na peronie blada twarz o rozwartych źrenicach z wyrazem zwierzęcego strachu uderzasz głową o ścianę przedziału słyszysz pomieszane krzyki które oddalają się coraz bardziej natrafiasz na otwarte drzwi i wychodzisz cały skulony na zewnątrz dotykasz gołej ściany jest zimna wokoło nie ma nikogo próbujesz sobie przypomnieć wszystko idziesz po schodach na górę nie wiedząc gdzie jesteś wita cię zgiełk miasta do którego przyjechałeś by rozpoznać siebie wśród ludzi dziwisz się ulicom pełnym wrzasku w głowie czujesz szum i masz świadomość czegoś co się wydarzyło bez twojego udziału
siadasz na ławce w alejce parkowej próbując się otrząsnąć z letargu liczysz mimowolnie szeregi drzew po jednej i drugiej stronie siebie zdaje ci się że jesteś sam pośród nieznanego ci krajobrazu między którym prześwitują fragmenty znane ci z opowiadań zdumiewa cię spokój i rytm pulsującego życia wokoło czujesz że stopniowo gubisz plan z jakim tu przyjechałeś aż zostają ci same niejasne pragnienia rzeczy których nie umiesz nazwać zrywasz się nagle wiedziony impulsem i z rękami w kieszeniach prześlizgujesz się przez ulice z gorączkową chęcią dotarcia pod nieznane lub zapomniane adresy prowokujące cię tajemnicą denerwujesz się widząc dookoła obojętny świat gdzie jesteś niezauważalny ze swoimi wielkimi czynami i myślisz tylko o wyrwaniu się z kotła w jakim się znalazłeś i w którym maleje twoja siła i możliwości chciałbyś wybiec szybko za miasto na peryferie przebiegasz pod wiaduktem pociąg przewala się nad tobą rozumiesz nagle że szukasz czegoś kogoś szukasz szukasz szukasz chciałbyś natychmiast dogonić odlatujący dźwięk chciałbyś znowu znaleźć się wśród ludzi ciąży ci samotność jak lata czujesz się rozbitkiem gwizd potężnieje w uszach rozsadza głowę trzymasz ją w rękach ciężką od nagłego bólu nagły spokój i cisza przypierają cię do muru i kołatają szeregiem pytań wobec których jesteś bezradny jak dziecko zbierasz rozproszone twierdzenia i definicje życiowe nieprzydatne w tej chwili chciałbyś coś powiedzieć krzyknąć głośno ale boisz się żeby byle kto nie usłyszał boisz się własnego głosu nie wiesz jakim odezwie się dźwiękiem siadasz na kupie żelastwa zapalasz desperacko papierosa i udajesz spokój nie podnosisz głowy by oglądać przechodzących ludzi na chwilę wiesz że było to fałszywe zadzierasz głowę nie widzisz nikogo ogarnia cię złość do samego siebie podrywasz się i prawie biegniesz przeskakując kałuże wymijając ludzi potrącając latarnie rośnie w tobie nienawiść i pogarda dla świata choć sam nie wiesz dlaczego chciałbyś teraz zanegować cały świat ale dobrze nie wiesz jaki on jest naprawdę i ta niewiedza cię przeraża gorączkowo rozważasz możliwości i czujesz że możesz nie zdążyć biegniesz coraz szybciej jakbyś chciał w jednej chwili przeniknąć schwytać w objęcia cały znienawidzony układ ziemski którego jesteś cząstką bardzo znaczącą dla samego siebie powoli zatracasz sens swojej wędrówki przez miasto starasz się skupić maksymalnie i pomyśleć o najważniejszym jednakże nic poza bezsilnością cię nie wypełnia wpadasz w jakiś nerwowy chichot i już wiesz że nie możesz myśleć racjonalnie przynajmniej na razie a tym bardziej działać poddajesz się więc emocjom chwili i szarpiesz się między ulicami niesiony niewiadomą siłą myśląc o kimś o czymś czego miałeś szukać kogo miałeś pytać o szereg rzeczy niejasnych które zatraciły dla ciebie kontury i zostały wspomnieniem mniej lub bardziej niesmacznym męczysz się więc coraz więcej aż stajesz pod znajomą ci skądinąd ścianą domu gdzie oparty o strzępy plakatów pierwszomajowych jesteś na kształt znudzonego pomnika jesteś nagle natarczywy jakbyś przebudził w sobie ukryte pragnienia pytasz monotonnym i beznamiętnym głosem wszystkich przechodzących o godzinę zaczepiasz młode kobiety pytając je dlaczego chodzą same o tej porze dajesz żebrakowi trochę drobnych śmiejąc się w duchu z tego gestu mówisz sobie że trzeba nisko upaść by się móc na nowo odrodzić delektujesz się wspomnieniem znanych ci upadków z których zrodziła się siła zawzięta na dnie której był strach i wstyd myślisz o sobie w kategoriach uniwersalnych choć wiesz że jesteś przypisany do swojego miejsca urodzenia do którego wracasz gdy oddalisz się zbyt daleko chciałbyś dokonać wielkiego czynu dającego ci gwarancję wartości i poczucia niezniszczalności zdaje ci się że zawsze w ostateczności przyparty do muru będziesz mógł powtórzyć czyn Raskolnikowa i uwolnić się od świata który cię wtedy określi i rozpozna nareszcie choć nie wiesz tego na pewno jak też nie wiesz czy potrafiłbyś oderwać się od wszystkich ziemskich zależności i stanąć boso i nago w obliczu innego wymiaru w którym liczyła by się sama istota człowieka
wchodzisz więc w nagłym postanowieniu na górę nieproszony przeświadczony o własnej racji i spotykasz życzliwe twarze zdziwione twoją długą nieobecnością siadasz przy stole zastawionym suto i nie protestujesz gdy stawiają przed tobą kieliszek słuchasz muzyki z zawieszonych na ścianie głośników muzyki której słuchałeś kiedyś i która teraz cieszy cię bardzo krótko czujesz że w tym zgiełku nie poznasz nikogo choć znasz wszystkich z imienia i nazwiska i wszyscy tak samo znają ciebie śmiejesz się sam do siebie na myśl że jesteś tu jeden trzeźwy wśród gromady pijanych unoszonych jakimś dziwnym rytmem splątanych ze sobą przewalających się różnobarwną plamą przed twoim horyzontem stół nakryty czerwoną serwetą pijesz kieliszek jeden po drugim nie wiedząc kto nalewa rozmawiasz z cieniami przepływającymi koło ciebie słuchasz propozycji o których wiesz że są iluzjami niczym nowym na przestrzeni kontaktów z tymi ludźmi o których myślisz że wiesz wszystko i nigdy się nie mylisz myśląc o nich powtarzasz sobie po raz nie wiadomo który że szukasz twardych silnych supermenów zdolnych do robienia wielkich rzeczy i po raz nie wiadomo który nie wiesz choć pytasz samego siebie czy sam jesteś taki powoli rośnie w tobie chęć mówienia do wszystkich zaczynasz opowiadać dowcipy i wcale się nie dziwisz że jesteś w centrum zainteresowania lubisz jak się inni śmieją zdajesz się przekonywać samego siebie że jest twoją funkcją dyrygować radościami ludzi nawet ulotnymi mówisz wszystkim i każdemu z osobna iż szczęście bliźnich jest także twoim szczęściem opowiadasz barwne historie z życia pełnego tajemnic nie dla ciebie lubujesz się w wywoływaniu silnych wrażeń i protestujesz gdy nazywają cię sensatem głosisz własne teorie o powstaniu świata i chciałbyś aby nie pokrywały się z innymi często cytujesz własne słowa przypisując je komu innemu i zmyślasz fakty wydarzenia opinie które przyjmowane są spokojnie bez większych zastrzeżeń i to cię właśnie denerwuje chciałbyś polemizować ale nie masz z kim i tak bowiem przekonałeś bez reszty wszystkich wtedy osądzasz ich nisko i już wiesz że nie masz tu nic do roboty zapominasz o czymś o czym wiesz że miałeś pamiętać pytasz wkoło wszystkich czy nie widzieli dziewczyny o bladej twarzy i blond włosach strącasz butelkę ze stołu która jednak nie spada dziwisz się że widzisz wszędzie wystraszone twarze ściśnięte bolesnym skurczem jakby coś co jeszcze się nie stało musi nastąpić lada chwila w uszach czujesz pęd pociągu dziwna muzyka ani na moment nie daje ci spokoju wchodzisz w butach na tapczan i depczesz ile sił dużą okładkę z napisem w języku angielskim wokoło widzisz przytulone do siebie postaci prawda rośnie ci w oczach i już nie możesz utrzymać jej wzrokiem chciałbyś mówisz sobie popełnić ot tak samobójstwo ale nie wiesz czy to jest jedyne wyjście dla podtrzymania przelotnego nastroju mówisz wszystkim tajemniczo to już ostatni nasz wieczór ściskasz ręce spocone długim oczekiwaniem czujesz że łza ci się kręci figlarnie w oku mówisz jeszcze coś myśląc inaczej i jeszcze długo mówisz inaczej myśląc wciąż tak samo trudno ci odejść choć zdajesz sobie sprawę iż niczego nie zapomniałeś przypominasz sobie wreszcie że miałeś o czymś pamiętać o czymś bardzo ważnym ciągle jednak nie możesz odejść i plączesz się w swym monologu jak w przydługich zeznaniach patrzysz na fotografię wiszącą w korytarzu przypomina ci kogoś o czym chciałbyś dobrze myśleć kogo chciałbyś szukać zanim tu przyszedłeś jeszcze wywołujesz pewną osobę z tłumu przy drzwiach która była ci kiedyś bardzo bliska jeszcze streszczasz jej w telegraficznym skrócie to wszystko co chciałbyś czego nie możesz słowa plączą się i łamią czujesz że wymyka ci się z rąk ostatnia szansa nawiązania kontaktu z porzuconym światem chwytasz się rękami przedmiotów konstatując swą dziwną ociężałość wracasz do stołu by wypić resztki z kieliszka pozostawionego na jego krawędzi
postacie z twoich snów stoją za twymi plecami nachylają się szepczą nie widzisz ich jedynie czujesz obecność tak wielu wywołujesz ich obrazy magicznym zaklęciem rudowłosy satyr z siekierą w ręku goni za tobą przeskakując nagie ciała kobiet leżące na łące uciekasz przed nimi aleją na końcu której stoi rudowłosy satyr z siekierą w ręku przeskakujesz przez rów z wodą i długo nie możesz dosięgnąć nogami przeciwległego brzegu na którym stoją nagie kobiety machając do ciebie wiotkimi dłońmi wyciągasz do nich ręce oddalają się starasz się chociaż rozpoznać twarze czujesz że lecisz w otchłań przygniatany niewiadomym ciężarem uderzasz mocno o dno pełne wystających korzeni drzew między którymi jesteś bezpieczny i schowany przed wszystkimi widzisz w górze niewyraźne twarze od nich niesie diabelski chichot kulisz się jak pod ciężarem lat dotykasz ręką ściany jest zimna ulica wita cię dzwonkami baniek z mlekiem płyniesz poprzez poranek w miasto zastygłe jak cmentarz wydaje ci się że szukasz czegoś kogoś a może zawsze ci się tak wydaje gdy nie masz przy sobie nikogo w uszach czujesz przeraźliwy świst pociągu przelatujące przez ciebie krzyki tłumu staje przed tobą jakaś postać z oczami wytrzeszczonymi z twarzą kredowo białą widzisz puste ławki w parku pełnym mokrej zieleni siadasz na jednej z nich zapalasz papierosa patrzysz osłupiały na zegarek wita cię zgiełk budzącego się miasta po którym pętasz się bez celu i szukasz czegoś kogoś zatrzymujesz niby znajomych zadajesz im niemądre pytania patrzą na ciebie jak na wariata widzisz ich nagle przed sobą wszystkich wyrosłych jak spod ziemi wśród których stoisz nie mogąc wydobyć z siebie głosu wydaje ci się że stoisz przed umarłymi myślisz o nich że są sędziami twojego czasu wyrafinowani surowi znający wszystko przed czym się uginasz i robi ci się nieswojo jakbyś zdjął całą bieliznę i wyszedł na scenę przed wszystkich znanych ci ludzi
schodzisz po schodach osowiały niosąc ze sobą gorycz i niesmak graniczący z obrzydzeniem jest późno może nawet bardzo późno wiesz o tym i idziesz naprzeciw światłom neonów prosto w zgiełk miasta przed siebie w noc ku jasnym punkcikom nadziei zawieszonym nad domami z których żaden nie jest twój choć tu jest prawdopodobnie twoje miejsce jesteś dziwnie spokojny jakbyś zażył większą ilość środków uśmierzających nie widzisz nic błądzisz jak ślepiec nie odróżniający dnia od nocy nie widzisz cieni wokół ciebie które zatrzymują cię na drodze i nie pozwalają na odwrót dziwisz się jeszcze bardziej znajdując się na ziemi w kałuży krwi wypełniającej ci także usta obrzękłe pełne słonego smaku podnosisz się i znowu upadasz rozumiejąc powoli co się mogło stać kwitujesz to śmiechem który przypomina raczej charkot ranionego zwierzęcia podnosisz się raz jeszcze i zataczając się jak pijany próbujesz dotrzeć do czegoś o co można by się oprzeć migotliwe światła mostu biegną ci naprzeciw idziesz tam na oślep prawie jak ćma do ognia potykając się o własne nogi które wyrzucasz przed siebie niezdarnie opierasz się o barierę i patrzysz tępo w dół na wodę płynącą spokojnie majestatycznie nie możesz się nie śmiać myśląc o swojej sytuacji o upadku z którego chciałbyś się wydźwignąć i odnowić jak po kąpieli w świętej rzece myślisz bezmyślnie o dziewczynie z rozwichrzonymi włosami z twarzą dziwnie bladą podchodzi do ciebie jak zjawa cała w czerni jakby się wybierała na pogrzeb nie starasz się jej odsunąć zresztą nie masz siły śmieje ci się w twarz zalotnie odchyla głowę do tyłu patrzysz zdziwiony w zygzaki tuszu pod oczami widzisz siebie w studni bez dna ocienionej sztucznymi rzęsami myślisz sobie że masz szczęście do kurew i ta myśl cię ponownie rozśmiesza bełkotliwie i nienaturalnie bierzesz ją zawadiacko pod rękę jak całą swoją przeszłość beztrosko i pewnie i słuchasz pieszczotliwych historii o bogatych kochankach alfonsach frajerach aż nagle masz ochotę uderzyć mocno w sam środek zniszczyć podeptać i odejść wyciągasz rękę i poprawiasz jej włosy ruchem zdecydowanym i tak delikatnym że spotykasz wzrok ogłupiały trwożliwy jakbyś obudził zły sen
czujesz szum w głowie ciążącej ci jak samo wspomnienie wypadku budzisz się w nieznanym pokoju i chciałbyś bardzo aby to rzeczywiście był wypadek zbieg okoliczności a nie jak ci się wydaje przeznaczenie rzucenie na kolana przed samym sobą czego nie jesteś w stanie do tej pory zrozumieć i płaczliwie zaprzeczasz konieczności tego wydarzenia patrzysz mrużąc oczy od światła które wpada przez okno na swoją siostrę miłosierdzia zmieniającą ci opatrunki i myślisz że chyba nigdy nie byłeś w podobnie absurdalnej sytuacji daleko od spraw wymagających załatwienia teraz już trochę nieważnych rozmawiasz z osobą doświadczoną spoglądającą na ciebie poprzez wspomnienia równie bolesne jak twoje bardzo dobrotliwie jakby rozumiała wszystkie rozterki niespełnione pragnienia i żądze należące do ciebie i stanowiące ów krąg z którego nie możesz się wyrwać i czujesz nagłą wdzięczność napływającą ci do serca nienaturalną miękkość i ciepło wypełniające cię i otępiające jeszcze bardziej wiesz że możesz się rozkleić zupełnie jak stara baba wypijasz skwapliwie przyniesiony przez nią alkohol nabierając niespodziewanie siły wstajesz gotowy do podjęcia walki przypominając sobie bezwiednie bohatera Cervantesa stoisz w ubraniu gotowy do wyjścia nie mogąc zrobić kroku wszędzie widzisz kocie oczy jakby pobłażliwie patrzące na twoje szamotanie czekasz jeszcze chwilę w nadziei na morały których byś musiał wysłuchać z ironią niepokoi cię brak słów tak ci potrzebnych i nadużywanych zawsze przez ciebie myślisz że dostateczne dużo rozumiesz z tej ciszy drażniącej zmysły i czujesz pewien wstyd i nie śmiesz podnieść oczu i odrzucasz myśl jakoby ta sytuacja cię poniżała kiwasz więc niezgrabnie ręką na pożegnanie i szybko zbiegasz po schodach ciągle widząc nieruchomą postać przy oknie z twarzą szczerą i prostą że nagle wątpisz w całą złożoność pewnych problemów biegniesz ulicą pełną ludzi roztrącasz ich i po raz nie wiadomo który zastanawiasz się w biegu przystając czasami dokąd biegniesz czego kogo szukasz znikasz między budynkami by wyjść po pewnym czasie z kina spokojny tamując wzruszenie jakim poddajesz się z rozkoszą omijasz tłum wielkim łukiem i idziesz przed siebie nic nie widząc dookoła po omacku choć jest biały dzień i deszcz pada mimo woli czujesz że przez chwilę stajesz się inny bogatszy o jeszcze jedną historię których dosyć przechwyciłeś i potraktowałeś jak swoje widzisz się na tle wielkiego gmachu nieokreślonego przeznaczenia wydającego dyspozycje głosem namaszczonym i znaczącym jesteś reżyserem własnych wcieleń choć przeczuwasz że to rozbija twoją jedność czy złożoność na kawałki jeszcze mniejsze i bardziej splątane przenikasz przez miasto jak neutralny fluid nie szkodzący nikomu dobrze ci w środku własnych dramatów przeistoczeń nie zwracasz uwagi gdy zaczepiają cię młode dziewczyny zdziadziały żebrak proszący o wsparcie biegniesz bo inni biegną przystajesz raptownie przed hamującym z trudem autem z którego wyłania się twarz widziana niedawno chciałbyś krzyknąć z taką siłą uprzytamniasz sobie coś wyjmujesz niespodziewanie dla samego siebie zapałki i podajesz ogień w kierunku okna nie czekasz aż wyciągnie papierosa upuszczasz zapałkę spada i gaśnie ogień płonie coraz wyraźniej widzisz poruszające się w nim postaci młodego mężczyznę który wynosi na rękach zemdloną kobietę widzisz jej ciało tak dokładnie jakbyś dotykał piersi włosów przypominasz sobie że miałeś załatwić bardzo ważną sprawę wymijasz szereg aut brzęczących przeciągle i wpadasz w otwarte drzwi czytelni bierzesz do ręki pierwszą z brzegu gazetę i wytrzeszczasz oczy widząc na pierwszej stronie wśród tłumu przerażonych ludzi na peronie bladą twarz dziewczyny okoloną jasnymi włosami o oczach nieruchomych i patrzących na ciebie z bólem i z wyrzutem pytasz siebie kiedy to było i mówisz sobie że wokoło dzieją się rzeczy dziwne
wleczesz się mokrym chodnikiem liczysz kafle przeskakujesz spękane w budce telefonicznej wykręcasz jakiś stary numer i patrzysz bezmyślnie w okno trzymając słuchawkę daleko od ucha słyszysz głos od którego myśli przewracają ci się w głowie chcesz nagie mówić czując ogromny chaos nie możesz powiedzieć nic sensownego słuchasz bezwiednie tamtego głosu spokojnego jakbyś nigdy nie słuchał go między czterema szybami podczas deszczu wieszasz słuchawkę wpół zdania stoisz długo podparty na rękach patrząc na miasto pełne życia tańczące w kolorach w oczach zamiera ci powoli wszelki ruch wychodzisz nie czując tego wcale zaglądasz w głąb wielkich okien na parterze kelner oparty o ścianę i serwetą w ręce fotografia sali rozgadanej i zaśmianej kinkiety abażury czerwono burdelowo otwierasz drzwi jak wrota lamusa gdzie wszyscy są jak umarli już dawno zabalsamowani w czasie mimo woli starasz się myśleć o tym o czym wiesz że jest najważniejsze choć nie masz zupełnie na to siły bujasz w mętnych obłokach w niezrozumiałym dla ciebie bełkocie wyobraźni siadasz przy stoliku jak starzec i przywołujesz tego który zasnął pad ścianą myślisz że wszystko można zacząć od nowa na początek zamawiasz kawę zastygając w fotelu nie widzisz nikogo siebie nie widzisz ale za to masz swój czas mierzony niepewnością i tak zwany ironiczny stosunek do życia nie wiadomo od kiedy i skąd oprócz tego gest jakim dysponują tylko straceńcy i całą głowę mgławic o których dobrze myślisz dziś jest dziś a jutro może mnie nie będzie nucisz sobie fałszywie choć wiesz że kochasz życie tak jak siebie samego więc flirtujesz z całą rzeszą fałszywych proroków jak równy z równym widząc że patrzą na ciebie ci na których nie możesz nawet spojrzeć zamawiasz całą butelkę wina i jak zwykle starasz się podsumować swoje życiorysy byłe i niebyłe wikłasz się jak wątki kryminalne by dojść do radosnych spostrzeżeń o których sądzisz że są ci bliskie jak dzieciństwo kredowo białe prześwietlone wyobrażeniem o sobie samym butelka spada lampiony matowieją korowód cieni przeciska się przez gardło drzwi jesteś bardzo bardzo zmęczony podnosisz butelkę cienie nie wracają wleczesz się ulicą białą od wspomnień omijasz kałuże po których żeglowałeś w szczenięctwie i już wiesz na pewno że nie jesteś takim jakim chciałeś być a jaki jesteś nie wiesz zostało ci może coś z aktora który wychodząc na scenę myli kwestie z innego dramatu wędrujesz jak w malignie po uśpionych dzielnicach myślisz o tych wszystkich których spotkałeś i których nie mogłeś spotkać palisz papierosa spoglądasz na zegarek z nie­do­wie­rza­niem i przerażeniem trzymasz głowę hardo mimo że dostałeś już po niej wątki ci się plączą myśli się kosmacą kelner przynosi ci rachunek o którym zapomniałeś wciskasz ręce w kieszenie i zostajesz pomnikiem o którym myślisz że jest nadbudową stajesz w miejscu jakbyś chciał przypatrzeć się życiu biegnącemu obok ciebie i całą siłą woli starasz się utulić skowyt podchodzący ci do gardła chciałbyś sobie wmówić że jesteś wariatem masz szczególne prawa z tego tytułu głos syreny przenikliwy ponury wyrywa cię z miejsca i niesie przed siebie potrącasz nielicznych przechodniów przeskakujesz kałuże goni cię przeciągły świst hamującego nagle pociągu wiesz już co nagle sobie uświadomiłeś że znasz doskonale dziewczynę o wy­stra­szo­nej twarzy z oczami przerażonymi w których tkwi przestrach całego świata i że teraz biegnie obok ciebie dziwnie wolno falując w powietrzu jak obłok nie starasz się jej pochwycić ręką bo boisz się by jej nie spłoszyć śmiejesz się z własnej wątpliwości biegniesz z pochyloną głową coraz szybciej nie zastanawiając się nad celem pogrążasz się stopniowo w mroku i nagle za­trzy­mu­jesz się na wyrosłym przed tobą murze obsuwasz się na ziemię i przypominasz sobie o czym myślałeś zanim tu dobiegłeś pociąg przejeżdża gdzieś blisko idziesz powoli w stronę gdzie łos­kot przetaczających wagonów jest coraz bardziej ogromny stajesz na wiadukcie czując drga­nie ziemi pod sobą krzycząc jak możesz najgłośniej nie słysząc ani słowa stopniowo łapiesz sens pojedynczych wyrazów głowa pęka ci od wysiłku cichniesz nagle jak człowiek który wydał ostatnie tchnienie chce ci się płakać widzisz nagle wyłaniających się z kłębów dymu ludzi całe tłumy podobne do ciebie biegną ci naprzeciw chce ci się krzyczeć wrzeszczeć z nagłego prze­ra­że­nia wychwytujesz dźwięki nieartykułowane są twoje własne wprawia cię to w go­rącz­ko­wą szamotaninę czujesz że jesteś na krawędzi czegoś co za chwilę przestanie być czymś i polecisz w pustkę zimną i nieprzeniknioną jesteś na granicy obłędu który za chwilę cię przerośnie para oczu wytrzeszczonych strachem patrzy na ciebie z mroku i zdaje się mrugać do ciebie odwracasz się zasłaniasz twarz rękami słyszysz głosy obok siebie które rosną w krzyk tłumu ktoś bierze cię za rękę czujesz ciepło i gorący oddech na skroni patrzysz nieśmiało przez palce widzisz twarz pretensjonalną sztuczną kocie oczy przymrużone kpiące myślisz sobie mam szczęście usta po­ru­sza­jące się to jeszcze nie koniec słyszysz bicie własnego serca mówisz że może zostać tylko i wy­łącz­nie nikt więcej myślisz koniec być może albo początek

Andrzej Milik-Wiśniewski
Warszawa, listopad 1971

Milik-Wisniewski_Mgla_OKLADKA_NWi_sm

 

 

 

Druk: Nowy Wyraz : miesięcznik literacki młodych. 1972, wrzesień, nr 4.
Warszawa : Państwowe Wydawnictwo „Iskry”.

 

 

 

 


powrót do strony poprzedniej


Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« December 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 
Jesień
– jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

•   Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

•   i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

•   Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

•   Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

•   Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

•   Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

•   Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

•   Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

•   Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

•   Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

•   Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

•   Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

•   Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

•   Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

•   Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

•   Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę polska.

•   Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

•   Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

•  Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
    Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
    A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

•   Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

•   Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

•   Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

•   Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

•   Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

•   Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

•   Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

•   Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

•   Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic na to nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.

Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią.
Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna  nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!
Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

Idzie jesień, a tu próżna kieszeń.

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień, brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień, ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę
z korca deszczu, garniec błota.

Pzdrwm_Robak

PS.
Za pocztówki dziękuję (w kolejności nadlatywania z czterech stron świata):

•   Kai (ze Shqipërii);
•   Kai, Mai i Witoldowi (z Finlandii, z rejsu Zaruskim);
•   Markowi (właśnie temu ze Świdnicy, a kartka była pantomimiczna z Wrocławia!);
•   Oli, Matyldzie, Mai, Strusiowi, Zuzi i Zuzi (skądże by, jak nie z Pogorii sześć pocztówek w jednej kopercie!);
•   Karolowi (z któregoś z rozlicznych festiwali);
•   Natalii (z Lidingo w Szwecji);
•   Łukaszowi (nie powiem, skąd);
•   Magdzie i Maszy (najpierw z Grecji, później ze Złotych Gór);
•   Oli (banan z Tennessee!);
•   Zuz-Ali (z Jastrzębia, ale i ze Zdroju);
•   Martynie (ciężko powiedzieć, skąd : );
•   Mirce i Stachowi (najpierw z Gruzji, a potem z Litwy);
•   Kasi (z jej rejsu na pokładzie jednostki czterokołowej Helena);
•   Krzysztofowi, znanemu jako "Kapitan" (z wędrówki po ostępach Montany i Yellowstone);
•   Ryśkowi (z rejsu, który prowadził dookoła Sycylii);
•   Kryspinowi (z Krakowa ale z Wieliczki);
•   Dorocie, Idze i Karolowi (z Kazimierza).

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

GRUDZIEŃ...

... to oczywiście święta: Wigilia i Boże Narodzenie, a później sylwestrowe tańce i hulanki, choć niekoniecznie swawole.

Dlatego wszystkim życzymy

Wesołych, zdrowych, spokojnych Świąt!

Co prawda prof. Jacek Hołówka (etyk z UW) radzi, by życzyć sobie odwagi, rozwagi, powściągliwości, bo tylko w takich życzeniach nie ma retoryki ani przesady, ale co to za życie z powściągliwością, bez przesady i retoryki?
Pozostańmy zatem przy tradycyjnym zestawie, odkładając filozofowanie na inne okazje.

 

* * *

Gdy się jednak w ten grudzień wgryźć trochę mocniej, to wcale tak świątecznie nie jest, a czasem to i włosy dębem staną.

 

* * *

Rację ma przysłowie:

Grudniu, grudniu – nie pozyjes,
Ledwoś przyseł, juz se idzies.

Bo i prawda. Na początku grudnia była jesień, później nagle zrobiła się zimaświętasylwesterijuż – jeśli tę zbitkę przeczytać odpowiednio szybko, to właśnie tak wygląda.

Trzeba więc szybko zaczynać, żeby nas koniec nie zaskoczył.

 

Grudzień – dwunasty (i ostatni) miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nie potrzeba żadnych (z całym szacunkiem) Brücknerów, słowników Lindego, Doroszewskiego czy Stanisława Dubisza, by etymologię nazwy miesiąca wywieść od grud, które tworzy zmarznięta ziemia, choć pewnie niedługo bez podręczników się nie obejdzie, bo ostatnio grudnie jakoś bardziej „po wodzie” niż „po lodzie”. A i „gruda” odchodzi powoli do językowego lamusa: na własne uszy słyszałem, jak ktoś powiedział, że mu coś „idzie jak po grudzień”.
Tę samą grudę, jako podstawę, zachował język ukraiński: грудень [grudień] i – niby od słowiańskich nieco dalsze, ale z tej samej wielkiej bałtosłowiańskiej wspólnoty językowej się wywodzące – litewski: gruodis i żmudzki: groudis.

W staropolszczyźnie (i tu już Brückner się przydaje) używane były starosłowiańskie nazwy „godnik” (od Godów, czyli Bożego Narodzenia) oraz „prosień” lub „prosiniec”; do dziś zachowane w językach czeskim (prosinec) i chorwackim (prosinac).

Etymologia tego słowa nie jest jasna, a językoznawcy czescy podają kilka możliwych wyrazów podstawowych:

●  prosiněti „przebłysnąć” (nawiązanie do przesilenia zimowego i wydłużenia jasności dnia);
●  siný „niebieskawy”, „siwy”;
● 
prase „świnia” (nawiązanie do świniobicia – czy to na starosłowiańskie Gody, czy na Boże Narodzenie);
● 
prosit „prosić” (nawiązanie do kolędowania i kolędników dopraszających się datków też wydaje się wyjaśnieniem achronologicznym, ale kto wie – może Prasłowianie też piosenkami datki zbierali, by Jaryło prędzej na świat powrócił, Marzannę pognębił i wiosnę przyniósł).

I tak żeśmy doszli do prasłowiańszczyzny. A jeśli poszperać w słownikach, to dojść można do rzeczy zgoła przerażających. Na przykład:

Gruden – słowiański bóg czarny, od którego pochodzi nazwa miesiąca Grudnia, znaczy tyle, co Hładoléj, Hludan, lub Czyślboh.
Jest to siła grudy, lub ściąganie płynu w ciało stałe. To przeciwnik Swicza.
Jako Swicz, lubi światło i ciepło, rozdyma, tak Gruden, lubi ciemność i zimno, ściąga rzeczy.
Jako Swicz cielesność najpiérwsza, przestrzeń zajmująca, tak Gruden Czas, Siła Duch, tyle, co litewski Prygirdyt.

Ale Hładoléj vel Hładolet jeszcze od Grudena jest straszniejszy, gdyż bezpośrednio podlega Czernobohowi – bogowi ciemności i złego, szafarzowi nicości, sprawcy i panu Śmierci, władcy wszystkich bogów czarnych, czyli potęg złych.

Na szczęście Gruden – Hładoléj – Czyślbog panuje tylko do wiosny. Z nią przychodzi zwycięstwo sił dobra, rządzonych przez Biełboha – boga światłości i dobra, szafarza istnienia, którego wysłannikiem jest właśnie Świcz, co znaczy tyle, co litewski Znicz: rozciągłość, przestrzeń, świetlana, lub najpiérwsza cielesność, a stąd pierwiastek widzialnego świata.

I tak to przez rok cały walczą ze sobą Biełboh i Czernoboh. I byliby się wzajemnie pozabijali zatracając przy okazji wszystko dokoła, gdyby nie trzecie wcielenie Trygława – Hamboh, zwany też Ham lub Hem, bóg czerwony, którego zadaniem jest hamować walczących władców światła i ciemności i tworzenie z tych przeciwieństw świata takiego, jakim jest. A wystarczy tylko się rozejrzeć, by zobaczyć, jak zło i dobro mieszają się w nim – czyli wokół nas – bezustannie.

 

Łacińska nazwa December – „dziesiąty miesiąc” (decem to po łacinie dziesięć), zaczęła być używana od roku 46 p.n.e., kiedy Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).
W ten sposób „december” dopełnia czwórkę trzeciego trymestu roku, w której nazwy łacińskie znaczą zupełnie co innego niż przynależne im desygnaty (september to „siódmy” ale dziewiąty, october – „ósmy” ale dziesiąty, november – dziewiąty ale jedenasty.)

Nazwa December została przejęta przez większość języków europejskich.
Nie uległa wpływom łaciny polszczyzna i kilka innych języków z naszej rodziny: miesiąc zimowego przesilenia po białorusku to снежань (snieżań), po kaszubsku: gòdnik, gòdan albo grëdzéń, po łatgalsku: zīmys, na Łużycach: zymski albo hodownik, a w Macedonii może być снежник (snieżnik).

 

Chwała słowiańszczyźnie, że zachowała te piękne nazwy, ale nie poddali się również Celtowie: odrzucili december na rzecz dùbhlachd gaeliccy Szkoci, a Irlandczycy używający nazwy nollaig. Także nieindoeuropejscy Baskowie, którzy – mimo że mają w swym euskara mnóstwo latynizmów – wytrwali przy własnych nazwach miesięcy (złamali się tylko na kwietniu – apiril), dwunasty nazywając abendu.

 

Na półkuli północnej grudzień jest pierwszym miesiącem astronomicznej zimy, która rozpoczyna się w momencie przesilenia zimowego Słońca (w 2017 – 21 grudnia) i trwa do momentu równonocy wiosennej (od 2012 do końca pierwszego ćwierćwiecza – 20 marca).

 

Teraz będzie coś kompletnie poplątanego, czyli próba rozwikłania zaszłości po kalendarzu juliańskim, wprowadzonym w 46 p.n.e. na polecenie Cezara (to właśnie wtedy zaczęła się owa niekonsekwencja nazwowa, gdy „siódmy” zaczął znaczyć „dziewiąty”).

Teoretycznie Iulianum, po szesnastu stuleciach z górą, zastąpiony został w 1582 kalendarzem gregoriańskim. Ale nie wszędzie i nie do końca.

Wg kalendarza juliańskiego, na początku naszej ery przesilenie wypadało 25 grudnia, stąd pierwsi chrześcijanie połączyli datę święta Bożego Narodzenia z jednym z czterech najważniejszych astronomicznie dni w roku. Nie upieram się przy tej przyczynie (znam co najmniej dwie osoby, które uznają ją za heretycką i bluźnierczą), ale jakaś możliwość, że tak właśnie było, istnieje.

Tak czy owak, w chrześcijaństwie zachodnim data 25 grudnia jako Dzień Narodzenia Pańskiego została utrzymana nawet po przejściu na kalendarz gregoriański i trwa do dziś.
Chrześcijaństwo obrządku wschodniego (m.in. Cerkiew Greckokatolicka i Kościół Prawosławny) też święci Boże Narodzenie 25 grudnia, tyle że nadal celebruje liturgię według kalendarza juliańskiego, zatem juliański 25 grudnia to gregoriański 7 stycznia.

Czyli: 25 grudnia, ale tak naprawdę 22 grudnia albo 7 stycznia. Nawet wiem dlaczego: bo dziesiąty to dwunasty, foki mają małe pyszczki, a ptaki latają kluczem.

Czyli zupełnie, jak w polskiej ortografii, gdzie Słownik (przez wielkie „S”) informuje, że:

Partykułę nie jako wykładnik zaprzeczenia piszemy łącznie z imiesłowami przymiotnikowymi, niezależnie od tego, czy użyte są w znaczeniu przymiotnikowym, czy czasownikowym,

a zaraz po tym dodaje:

Nowa zasada dopuszcza jako oboczną rozdzielną pisownię imiesłowów w użyciu czasownikowym.

I słusznie, bo hasło jest inne, a zasady są proste, albo się umie bawić, albo się nie umie, albo się zna hasło, albo się nie zna, a jak nie, to niech się nie zaczyna.

 

Grudzień to jednak nie tylko święta i mikołajki, w Polsce obchodzone 6 grudnia, w dzień św. Mikołaja – patrona dzieci i dawcy prezentów.

Przypada na ten miesiąc mnóstwo świąt narodowych:

1 grudnia – Dzień Republiki w Republice Środkowoafrykańskiej
1 grudnia – Wielkie Zjednoczenie Rumunii
2 grudnia – Zjednoczone Emiraty Arabskie
6 grudnia – Dzień Niepodległości w Finlandii
6 grudnia – Dzień Konstytucji w Hiszpanii
12 grudnia – Dzień Republiki (Jamhuri Day) w Kenii
16 grudnia – Święto Niepodległości (oderwanie się od Pakistanu) w Bangladeszu
17 grudnia – święto narodowe Bhutanu
26 grudnia – Dzień Niepodległości i Zjednoczenia w Słowenii.

 

1 grudnia 1962 – sowiecki przywódca Nikita Chruszczow udał się do Maneżu, budynku zbudowanego w Moskwie niedaleko Kremla, na cześć zwycięstwa nad Napoleonem, ustanowionego od 1957 roku główną salą wystawową Moskwy.
W Maneżu odbywała się akurat wystawa „Nowa rzeczywistość”, zorganizowana z okazji 30-lecia Związku Malarzy ZSRR.
Przywódca obejrzał i się wyraził.
Wśród utrwalonych w piśmie i na taśmie określeń Genseka były słowa «дерьмо» (łajno), «говно» (gówno), «мазня» (bohomaz) i zdania: „Wy co, malować nie umiecie? Mój wnuk ładniej rysuje! Wy co, mężczyźni czy pederaści przeklęci? Macież wy sumienie? Zabronić! Skończyć z tym świństwem! Nakazuję! A zwolenników wyplenić, z radia, telewizji, prasy, wszystkich!”
Konstruktywna krytyka pierwszego sekretarza miała jednak swoje granice. Świadkowie zgodnie zaprzeczają doniesieniom prasy zachodniej, wg której Chruszczow miał zrywać obrazy ze ścian i je deptać. 

Więcej o sztuce w tej części świata przeczytacie pod datą 17 grudnia.
W innych dziedzinach tzw. dorobku ludzkości działy się rzeczy wręcz przerażające.

 

7 grudnia 1942 – lotnictwo Cesarstwa Japonii zaatakowało bez wypowiedzenia wojny amerykański port wojenny w Pearl Harbor. Z 98 okrętów stac­jonujących tego dnia w bazie, dwa (z dziewięciu) pancerniki (USS Arizona, USS Oklahoma i USS Utah) poszły na dno, a sześć innych zostało uszko­dzonych, do tego 11 mniejszych okrętów, od krążowników do minowców, zostało zatopionych lub na długo wyłączonych ze służby. Z 402 samo­lo­tów tylko 55 mogło latać po ataku. Na okrętach i na lądzie zginęło blisko 2500 osób, a prawie 1200 było rannych.
Następnego dnia Kongres USA ogłosił stan wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Japonią, co 11 grudnia 1941 spowodowało wypowiedzenie wojny Ameryce przez Niemcy i Włochy. Ponieważ pół roku wcześniej, 22 czerwca 1941, Niemcy zaatakowały swego najlepszego sojusznika – ZSRR, po jednej stronie barykady znalazła się późniejsza teherańsko-jałtańsko-poczdamska Wielka Trójka. Czym się to skończyło dla nas, przeczytacie w lutym, przy okazji rocznicy konferencji w Jałcie.

 

11 grudnia 1994 – wojska rosyjskie wkroczyły do Czeczenii, rozpoczynając pierwszą wojnę czeczeńską. Zakończył ją rozejm zawarty 31 sierpnia 1996 roku w Chasawjurcie. Druga wojna zaczęła się w 1999 i trwała lat dziesięć, a niektórzy twierdzą, że trwa do dziś.
Jak tę wojnę opisać, by zmieścić się w formule tego kalendarza – jeszcze nie wiem. Przeczytajcie książkę Zachara Prilepina Patologie: w przekładzie Małgorzaty Buchalik (Wołowiec : Wydawnictwo Czarne 2010), albo w oryginale (Захар Прилепин, Патологии; 2004). „Krew, pot i łzy, rozmyte przez wódkę, zagłuszone wolą życia”, „szaleństwo, bezhołowie, narastający absurd, orgia zabijania” piszą o niej krytycy i mają rację.
Pisał o wojnie czeczeńskiej Arkadij Babczenko, ale jego Dziesięć kawałków o wojnie. Rosjanin w Czeczenii (Warszawa : W.A.B. 2009) polecam z rezerwą, bo ta proza przemawia do mnie mniej.

 

13 grudnia 1981 – Wojciech Jaruzelski wczesnym rankiem ogłosił, że on i jego koledzy wprowadzili właśnie w Polsce stan wojenny. Poprzedniego dnia świętowałem wieczór kawalerski przyjaciela (w zaprzyjaźnionych kręgach zwanego Wuj od Pe) i gdy wraz z kolegami w połowie nocy opuściliśmy praską mansardę, nie mogliśmy się nadziwić, że nie ma ani jednej taksówki i na lewy brzeg Wisły drałowaliśmy pieszo wznosząc pieśni masowe i żeglarskie, na Poniatoszczaku zwłaszcza, bo tam była najlepsza akustyka. Padał śnieg i miasto było jak wymarłe. O przyczynach dowiedziałem się dość późno, zbudzony przez Mamę, która chciała, bym zobaczył, co jest z telewizorem, bo nie ma drugiego programu, a w tym co jest, nawija na okrągło Spawacz.
Tak się skończył sen o demokracji, trwający od września 1980, krótki – ale piękny. Metaforycznie mógłbym powtórzyć za poetą „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu”.
O stanie wojennym wiadomo dziś wszystko… no, prawie wszystko, bo nie ma wciąż twardych dowodów, by rozstrzygnąć, czy było to proste przejęcie władzy przez juntę, czy ocalenie przed braterską pomocą Wielkiego Brata (patrz niżej: 24-25-26-27 grudnia 1979). Ale ta „wiosna”… Kiedy nagle znikła cenzura, kiedy z zapartym tchem oglądało się festiwal opolski a na nim Kaczmarskiego, Gintrowskiego i Łapińskiego w „Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego”, kiedy na bazarach bukiniści sprzedawali (niemal) otwarcie wydawnictwa „drugiego obiegu”, kiedy w kinach pojawił się Miś
„Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu”…

 

14-22 grudnia 1970 – robotnicze protesty, zwane Polski Grudzień, albo Grudzień 1970, głównie w Gdańsku, Gdyni, Szczecinie i Elblągu. To o tych wydarzeniach Ballada o Janku Wiśniewskim mówiła, że partia strzela do robotnika, co najdokładniej oddawało sens i charakter grudniowych protestów. Oficjalne dane podają, że zabitych zostało wówczas 41 osób.
Ballada uczyniła symbolem wydarzeń grudniowych zastrzelonego przez milicję demonstranta: Za chleb i wolność, i nową Polskę – Janek Wiśniewski padł!. Na drzwiach rzeczywiście ponieśli go gdyńską Świętojańską, a zabity – nieznany z nazwiska autorowi (Krzysztof Dowgiałło, dziś architekt trójmiejski) pisanej na gorąco piosenki – nazywał się Zbigniew Godlewski. Godlewskiego, który w chwili śmierci miał 18 lat, uhonorowano pośmiertnie odznaczeniami państwowymi, jego imieniem ponazywano ulice. Nikt z władz odpowiedzialnych za masakrę protestujących, mimo śledztw, postępowań i procesów, nie poniósł żadnej odpowiedzialności.

 

15 grudnia – świętują esperantyści, gdyż tego dnia (w 1859) urodził się Ludwik Zamenhof, twórca lingvo internacia, który miał zjednoczyć i pojednać ludzi na całym świecie. Nie zjednoczył, nie pojednał, ale się przyjął – dziś może nim mówić nawet 2 miliony osób, a ok. tysiąca osób może o nim mówić jako o języku rodzimym: są to dzieci różnojęzycznych rodziców, mówiących między sobą w esperanto. Jednym z takich dzieci był laureat medycznej nagrody Nobla z 1957, Daniel Bovet.
Ale w ZSRR były czasy, w których za uczenie się esperanto wysyłano do gułagu – bo  niby z kim i o czym chciał rozmawiać radziecki obywatel, kiedy wszystko było wiadomo, a ciekawy cudzoziemiec mógł być tylko szpiegiem.

 

15-16 grudnia 1864 – pod Nashville odbyła się jedna z największych bitew amerykańskiej Wojny Secesyjnej. Zwyciężyła armia Unii (ok. 55 tys. żołnierzy), którą dowodził gen. George H. Thomas.
30‑tysięczna armia konfederacka, której dowódcą był gen. John Bell Hood, praktycznie przestała istnieć jako licząca się siła zbrojna.

Wojna jednak zakończyła się formalnie dopiero 9 maja 1865. Przez pół roku po przegranej pod Nashville Konfederaci ponosili już same klęski. Miedzy innymi przegrali:

– 21 marca bitwę pod Bentonville w Karolinie Północnej, w której obie strony straciły ok. 3000 zabitych i rannych;

– 1 kwietnia 1865 w bitwie pod Five Forks w Wirginii, zwanej „konfederackim Waterloo” (ok. 4000 poleg­łych i rannych po obu stronach);

– 2 kwietnia pod wirginijskim Petersburgiem (łącznie ok. 10 tys.);

– 3 kwietnia stracili Richmond – stolicę Stanów Skonfederowanych (tego dnia do miasta wszedł XXV Kor­pus Armii Unii, niemal w całości złożony z czarnoskórych żołnierzy);

– 6 kwietnia, też w Wirginii, przegrali pod Sayler’s Creek (ok. 8-10 tys.);

– 8 kwietnia bitwę pod Appomattox Station w Wirginii (liczba ofiar nieznana; po obu stronach walczyło ok. 7 tys. żołnierzy);

– 9 kwietnia bitwę pod Appomattox Court House (ok. 500-800).

Gen. Robert Lee poddał swoją armię 9 kwietnia.
Jeśli wziąć pod uwagę datę klęski pod Nashville, trzeba tu dodać partykułę „dopiero”.
Ale Lee nie był odosobniony w uporze: gen. Joseph Johnston poddał się miesiąc później (13 maja), a ostatnie lądowe oddziały konfederackie, którymi dowodził gen. Stand Watie, złożyły broń 23 czerwca 1865. Prezydent Konfederacji, Jefferson Davis, został schwytany 10 maja. 

Poddanie po klęsce naszwilskiej ocaliłoby życie i zdrowie co najmniej 25 tys. żołnierzy, ale politycy i wojskowi są niereformowalni – to właśnie dlatego „najdzielniej biją króle, a najgęściej giną chłopy”.

Nie jest to przytyk wobec Amerykanów – ludobójcze w efekcie działania polityków i generałów są ponadnarodowe: gdyby Japonia (która od końca 1944 roku nie miała już żadnych szans) poddała się po lub w trakcie bombardowań Tokio czyli na początku 1945-go…

Przy okazji nie mogę nie dodać: Stand Watie to postać, o której powinno się kręcić filmy sensacyjne: Indianin z plemienia Czirokezów (Cherokee), ewangelik z Kościoła Braci Morawskich, publicysta, polityk, plantator i właściciel niewolników, naczelny wódz Czirokezów, generał kawalerii w armii konfederackiej. Mało?

 

16 grudnia 1944 – rozpoczęła się niemiecka kontrofensywa w Ardenach – ostatnia duża operacja wojsk Trzeciej Rzeszy na froncie zachodnim. Jest to kolejna ilustracja tezy postawionej przy rocznicy poprzed­niej: działania polityków i generałów w czasie wojen (oby tylko!) są w efekcie ludobójcze. W pierwszej fazie ofensywy w Ardenach Niemcy zwyciężali, ale nie trzeba było eksperta, by wiedzieć, że w skali ogólnej nie mają żadnych szans. 20 tys. poległych po stronie alianckiej, ok. 60 tys. (dane niepewne) poległych po stronie niemieckiej. Jeśli doliczyć do tego poległych po trzech stronach (Alianci, Niemcy i Armia Czerwona) do 9 maja 1945, bilans staje się niewyobrażalny. Nawet jeśli uwzględnić, że dwie ze stron były nakręcane przez dwa największe ludobójcze systemy totalitarne, dla których „jednostka – zerem, jednostka – bzdurą; jednostka – co komu po niej?!”

 

16 grudnia 1989 – w Rumunii wybuchło powstanie przeciw komunistycznemu dyktatorowi Nicolae Ceauşescu. Dyktator wówczas nosił jeszcze miano Sekretarza Generalnego Rumuńskiej Partii Komunis­tycznej i Prezydenta Rumunii.
Jak skończył – przeczytacie pod datą 25 grudnia.

 

17 grudnia 1898 – w Moskiewskim Teatrze Artystycznym (Московский Художественный театр – przymiotnik „Akademicki / академический” dodany zostanie w 1919)  odbyła się premiera Mewy (Чайка,  1896) Antoniego Czechowa. Reżyserowali: Konstantin Stanisławski i Władimir Niemirowicz-Danczenko. Irenę Arkadinę zagrała Olga Knipper (od 1901 żona Czechowa), Borysa Trigorina – sam Stanisławski, a Konstantego Trieplewa – Wsiewołod Meyerhold.

Bez osób wymienionych w poprzednim akapicie nie byłoby teatru współczesnego.
Przedstawienie Mewy jeszcze nie było rewolucją, ale Stanisławski i Meyerhold – wystawiając kolejne sztuki Czechowa i tworząc aktorskie studia – już za kilka lat wstrząsną teatrem Rosji i świata.

W latach 30-tych sowiecka dyktatura rozbije te reformy niemal doszczętnie – na przykład dokonania Meyerholda zostaną obłożone zapisem cenzury na następne kilkadziesiąt lat, a on sam, 65-letni, zostanie aresztowany w 1939, traktowany jako „przestępca szczególnie niebezpieczny” (особо опасный преступник), skatowany na Łubiance i w Butyrkach, zmuszony do podpisania, że był agentem japońskiego i brytyjskiego wywiadu (on! nauczyciel i mistrz Eisensteina!) i rozstrzelany 2 lutego 1940.

Ich dokonania jednak przetrwają i wprowadzą teatr w nowe stulecia, bo Wachtangow, Artaud, Brecht, Brook, Littlewood, Grotowski, Beck i Malina, Chaikin, Schumann, Mnouchkine – oni wszyscy są z MchATu.

 

25 grudnia 1989 – wykonano wyrok śmierci na Nicolae Ceauşescu i jego żonie Elenie.
Cokolwiek by nie rzec o reżimie, w jakim owa para trzymała Rumunię, ta egzekucja, o której mówi się, że „wykonano ją na mocy wyroku wydanego po krótkim procesie” najbardziej przypomina lincz – jeśli kto nie wierzy, niech sobie obejrzy na YouTube.
Nie, nie mówię, że zasłużyli, czy nie zasłużyli, bo nie moja to sprawa orzekać, choć generalnie karze śmierci jestem przeciwny. Skoro egzekucja była w Rumunii wyrokiem najwyższym – Rumunów to sprawa. Ale nie tak! Słońce i Księżyc Karpat powinni mieć uczciwy proces, długi, drobiazgowy, ze świadkami – nie tylko oskarżenia, bo i obrona by się znalazła, z  transmisjami, komentarzami, żeby cały świat się dowiedział, jak Wolna Rumunia karze za zbrodnie popełnione na jej obywatelach. I egzekucja, jeśli już, odbyć się winna przy biciu dzwonów, w majestacie państwa i prawa (więc bez telewizji, bo to nie cyrk) – a nie po pięciu minutach bełkotu jakichś urzędasów w zdemolowanej izbie, gdzieś pod murem, z rękoma związanymi szpagatem,  dokonana przez kilku mundurowych z kałachami.
Ja to wszystko rozumiem… Ja rozumiem, że jak jest zima to musi być zimno! Takie jest odwieczne prawo natury! I rozumiem, że oboje Ceauşescu musieli zniknąć jak najszybciej, bo komuś, a może i wielu ludziom, bardzo się z tym spieszyło i trzeba było sprawę załatwić jak najszybciej, więc na żadne sądy czasu nie było. Rozumiem też, że gdy nie wiadomo o co chodzi, na pewno chodzi o pieniądze. Ale mimo wszystko żal, bo po prostu: nie ten styl.

 

24-25-26-27 grudnia 1979 „Wielki Brat” wkracza do Afganistanu – z braterską pomocą oczywiście. Zaczęło się podręcznikowo: od opanowania lotnisk w Kabulu i Bagramie (odpowiednio 24 i 25 grudnia) przez komandosów Specnazu.

26 grudnia jednostki lądowe armii sowieckiej przeprawiają się przez graniczną rzekę Amu Darię, między Termezem (dziś Uzbekistan) a Hajratanem (12 maja 1982 otwarty tam zostanie most kolejowo-drogowy, umożliwiający transport sprzętu ciężkiego, nazwany – jakże by inaczej – „Most Przyjaźni”).

27 grudnia przeprowadzona zostaje Operacja „Sztorm-333”: oddział Specnazu „Alfa” opanował pałac prezydencki w Kabulu, zabijając prezydenta Hafizullaha Amina, uznawanego na Kremlu za agenta CIA. Operacja „Sztorm-333” jest uważana za początek sowieckiej interwencji zbrojnej w Afganistanie. Wojna miała trwać moment. I – jak to zawsze w takich przypadkach bywało – ciągnęła się bez mała przez 10 krwawych lat.

Tu polecam nie rosyjski film 9 kompania (reż. Fiodor Bondarczuk, 2005), a książkę Swietłany Aleksije­wicz (literacka nagroda Nobla 2015) Cynkowi chłopcy: w przekładzie Jerzego Czecha (Wołowiec : Wyd. Czarne 2015), albo w oryginale (Светлана Алексиевич, Цинковые мальчики; 1989).
A także film Wojna Charliego Wilsona (Charlie Wilson’s War, reż. Mike Nichols 2007, z Tomem Hanksem i Julią Roberts), o tym, kto naprawdę wygrał tę wojnę. Nie wiem, jak w Polsce, ale na DVD w USA był dodany filmowy wywiad z prawdziwym Charlie Wilsonem – i to było, po ciekawym filmie, najciekawsze.

 

Lejzorek Rojtszwaniec miał rację:

Kiedy po ulicach spaceruje stuprocentowa historia, to zwykłemu człowiekowi nie pozostaje nic innego, tylko śmierć z kompletnym zachwytem w oczach.

 

Z rocznic bardziej optymistycznych, gdyż wydarzenia wówczas zaistniałe otworzyły bez mała nowe ery w dziejach, przypomnę:

 

18 grudnia 1943: urodził się Keith Richards, gitarzysta i kompozytor grupy The Rolling Stones, współautor (z Mickiem Jaggerem) niezliczonych przebojów, w tym dwóch hymnów generacji: (I Can’t Get no) SatisfactionStreet Fightin’ Man.

Niestety, 64 lata wcześniej, tego samego dnia (i to według nowego stylu) urodził się Josif Dżugaszwili. Na pociechę dla Keitha dodam, że po wstąpieniu na kremlowski tron Stalin zaczął podawać, że urodził się… 21 grudnia  (jasne!, w przesilenie zimowe!, czyż to nie genialne pociągnięcie propagandowe? Hitler na to nie wpadł!) – i to w tym dniu postępowa ludzkość z Kraju Rad i ruszonej z posad bryły świata święciła urodziny Słońca Kaukazu.

 

31 grudnia 1879: Thomas Alva Edison zaprezentował publicznie oświetlenie elektryczne: w Menlo Park w stanie New Jersey, gdzie mieściło się laboratorium Edisona, cała Christie Street została oświetlona żarówkami Edisona, zasilanymi prądem z elektrowni pomysłu Edisona.
Żarówki były wówczas najnowszym wynalazkiem – te wyprodukowane w październiku 1879 świeciły non stop przez 13,5 godziny. Żarówki grudniowe świeciły już 40 godzin.
Przy okazji tego pokazu Edison miał powiedzieć: „Wyprodukujemy elektryczność tak tanio, że tylko boga­czy stać będzie na świece”.
Pierwszym kontrahentem Edisona był Henry Villard – magnat kolejowy i żeglugowy, obecny na syl­wes­tro­wym pokazie nowego oświetlenia. W maju 1880 Edison i jego współpracownicy zainstalowali oświet­lenie elektryczne na Columbii – najnowszym parowcu Villarda.

 

31 grudnia obchodzone jest święto zwane w Polsce Sylwester (na ten dzień przypadają imieniny Sylwestra – a więc i natchnionego kuka z Pogorii: Sylwku – wszystkiego najlepszego!).
W krajach anglojęzycznych nazywa się ten dzień New Year’s Eve („wigilia Nowego Roku”), frankofońskich – Réveillon de la Saint-Sylvestre („czuwanie w św. Sylwestra”), a dla używających castellanoNoche vieja („stara noc”). Wszystkim chodzi o to samo: napić się i pobalować na pożegnanie starego i powitanie nowego roku – wg kalendarza gregoriańskiego, oczywiście.

Szczęśliwego Nowego Roku!

 

 

Znaki Zodiaku przypadające na grudzień to:
Strzelec (♐) – do 21 grudnia
i Koziorożec (♑) – od 22 grudnia.

Co czarny pijar mówi o Strzelcu – było w listopadzie, teraz więc czas na Koziorożca.
Znak, w gruncie rzeczy, całkiem porządny, nad którym stawiający horoskopy za pieniądze rozpływają się w pochwałach, że taki porządny, dokładny, pracowity i samodzielny. No, złego słowa nie dałoby się powiedzieć, gdyby nie to, że ci, którzy nie liczą na zyski, piszą:

Koziorożec, najczęściej deprawuje, dokonuje aktów gwałtu, a w życiu rodzinnym przeważnie bije, na ogół z poczucia własnej bezsilności. Ograniczony, ponury, o ciasnych horyzontach, najlepiej sprawdza się przy kopaniu rowów, a i to pod nadzorem, bo lada kamień może być dla niego przeszkodą nie do pokonania. W trosce o dobrze pojęty rozwój każde zdrowe społeczeństwo powinno osoby spod znaku Koziorożca natychmiast izolować.

Jakiż to kontrast z – ot, weźmy pierwszy z brzegu przykład, powiedzmy – Bliźniętami: kreatywnymi, pełnymi radości i kompatybilnymi do tego stopnia, że znane są (choć rzadkie) ich związki z Kozioroż­cami, podobno całkiem udane.

 

Kwiat grudnia to:

narcyz (Narcissus poeticus L.).

O narcyzie napisano tomy, zarówno na półki z mitologią jak i psychologią, więc jeśli koniecznie chcecie się dowiedzieć, co, kto i dlaczego, to musicie tam sięgnąć.
Ci, co nie lubią czytać, niech popatrzą na obraz (wart co najmniej tysiąca słów) – najlepiej Waterhouse’a albo Westa, ale Caravaggio też może być (Dalí wykluczony), który można wyguglować w sekundę. A jeśli ktoś nie lubi ani czytać, ani wpatrywać się w nieruchome malowidła, polecam pierwszą lepszą telewizyjną debatę polityczną: zobaczycie tam samych Narcyzów w behawiorze naturalnym, więc niestety dziko rosnących. Jeśli traficie na spęd partii przeciwnej, na pewno przyznacie mi rację.

Kwiat narcyza, w łacinie zwanego „poetyckim”, ma w sobie zieleń życia, złoto bogactwa, czerwień krwi i biel – niewinności i śmierci. Dlatego – w dłoniach Kory przeniesiony – rośnie nad brzegami Styksu.
W mowie kwiatów oznacza zazdrość i zachłanność, ale też tęsknotę.
Gdzieś w Sieci znalazłem, że narcyz to fantazja, ale że na tej samej stronie był kwiat nazwany „niezapominajek”, więc autora trudno traktować poważnie.

 

Pod grudzień da się też podłączyć:

poinsecja – wilczomlecz nadobny, gwiazda betlejemska (Euphorbia pulcherrima Willd. ex Klotzsch), u Indian będąca symbolem czystości, najpiękniejsze nazwy nosząca po hiszpańsku: pastora, corona del Incaflor del Inca, flor de noche buena (kwiat świętej nocy wigilijnej), estrella federal – brzmi to pięknie i bez tłumaczenia. Ponieważ gwiaździsty układ liści poinsecji kojarzony był z Gwiazdą Betlejemską, a kolor czerwony z krwią, dlatego symbolizuje ona również ofiarę Jezusa na krzyżu – stąd po hiszpańsku zwana jest również pascuero flor de pascua.

jemioła (Viscum album L.) – pasożyt ale leczniczy (CardiosanNeocardinę robi się właśnie z jemioły), w dodatku zapewniający szczęście domowi, w którym ją zawieszono. Kiedyś można się było pod nią bezkarnie (tzn. przedmałżeńsko) całować, ale dziś można się całować wszędzie, więc rola jemioły jakby zmalała.

ostrokrzew kolczasty (Ilex aquifolium L.) – drzewo święte dla Rzymian (więc pewnie i Etrusków),  Celtów, wczesnych chrześcijan i średniowiecznych rycerzy – bo w heraldyce symbolizowało prawdę, nad którą (podobno) nic cenniejszego w kodeksie rycerskim nie było. Drewno ostrokrzewu cenione było przez snycerzy i rzeźbiarzy – białe i delikatne wciąż jest idealnym materiałem do inkrustacji i odtwa­rza­nia precyzyjnych detali. Lud zaś uważał ostrokrzewy za obronę przed piorunami i złymi czarami i sadził je w pobliżu domostw. Pewnie dlatego różdżka Harry’ego Pottera zrobiona była z ostrokrzewu.

 

Kamienie dla urodzonych w grudniu są trzy:

turkus – tradycyjnie ma zapewniać dobre notowania u Fortuny. Używany – i aż nadużywany – od tysiącleci w zdobnictwie (wysadzana turkusami jest np. pogrzebowa maska Tutenchamona).

Anglicy i Amerykanie wiążą go z 11-tą rocznicą ślubu, Francuzi – z rocznicą 18-tą, Hiszpanie – z 44-tą (!), a my z żadną.
I słusznie, bo „idź złoto do złota, my Polacy w żelezie się ino kochamy”: rocznica 11. to u nas stalowa.

Ten sam jubiler, który twierdzi, że cytryn sprzedawany w jego sklepie pomaga się pozbyć cellulitu i przynosi ulgę przy wrzodach żołądka, wymyślił, że kupowane u niego turkusy sprzyjają precyzyjnemu formułowaniu myśli i zrozumiałemu stylowi wypowiedzi, inspirują do szczerości wobec siebie samego, wpływają na błędnik (prawda o sobie może zachwiać?), łagodzą bóle reumatyczne, stosowane są przy nadkwasocie (jak – tego, niestety, nie podaje), pomagają przy zwalczaniu infekcji wirusowych, problemów żołądkowych (zauważmy, że cytryn jest tylko na wrzody), wzmacniają serce (facet powinien przerobić stary slogan na „prędzej pęknie ci serce… jeśli nie kupisz u mnie topazu”), płuca i układ oddechowy.
Wciąż nie mogę nic znaleźć o wpływie na wiązanie krawatów i utrzymanie ciąży.

 

cyrkon – w średniowieczu symbol bogactwa, honoru i wiedzy, jako klejnot rozprasza światło prawie tak samo jak diament, choć dużo trudniej go oszlifować, bo jest nad wyraz kruchy.

Autorzy strony <http://www.mindat.org/min-4421.html> podają o cyrkonie mnóstwo bardzo mądrych informacji, wykresów, diagramów, wzorów, struktur, liczb i symboli, nawet to, jak minerał ten nazywa się po węgiersku, serbsku i szwedzku („cyrkon”). Ale nie piszą ani słowa, na co działa, ani co symbolizuje. Jest więc miejsce dla mnie: myślę, że cyrkon powinien być kamieniem nawigatorów (bo cyrk-iel) i meteorologów (bo cyrk-ulacja), więc ogólnie: żeglarzy, którzy muszą wyznawać się na cyrk-lach i cyrk-ulacjach w jak najszerszym zakresie. I to by się zgadzało, bo gdzieś tam wyczytałem, że cyrkon wzmaga w swoim posiadaczu poczucie honoru i mądrość. Wypisz wymaluj, cechy żeglarza-dżentelmena lub lady-żeglarki.

Cyrkon występuje głównie w Indochinach, na Sri Lance i w Indiach; u nas – jak zwykle – koło Szklarskiej Poręby, a dla amatorów-detalistów – w piaskach plażowych nad Bałtykiem.

Nie mylić z cyrkonią, która jest kamieniem syntetycznym, czyli fałszywką.

 

tanzanit – tu znów pachnie komercją. Minerał został odkryty (w Tanzanii, to jasne) w 1967, wpro­wa­dzo­ny na rynek przez Tiffany’ego, a rozsławiony przez Elizabeth Taylor.

Największy na świecie naturalny tanzanit, wydobyty w 2005, waży 16839 karatów czyli 3,38 kg (7.46 lb).

Na klejnot grudnia wybrało tanzanit w 2002 Amerykańskie Stowarzyszenie Handlu Kamieniami Szlachetnymi (American Gem Trade Association) i był to pierwszy klejnot dodany do listy kamieni związanych z datą urodzin od roku 1912. Takich list było (jest) kilka, wszystkie są ustalane przez jubilerów i hurtowników klejnotami. Niech zgadnę dlaczego…

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
dwunasty miesiąc roku to:

białoruskiснежань [snieżań]
bośniackidecembar
bułgarskiдекември [dekembri]
chorwackiprosinac
czeskiprosinec
kaszubskigòdnik (też: gòdan, grëdzéń)
litewskigruodis
łatgalskizīmys
łużycki (dolny)zymski (też: december)
łużycki (górny)december (też: hodownik)
łotewskidecembris
macedońskiдекември [diekiembri] albo снежник [snieżnik]
rosyjskiдекабрь [diekabr’]
serbskiдецембар [decembar]
słowackidecember
słoweńskidecember (też: gruden)
ukraińskiгрудень [grudeń]
żmudzkigroudis

 

Przysłowia związane
z grudniem:

Gdy zamarznie pierwszego grudnia,
wyschnie niejedna studnia.

Grudzień – łudzień.

Grudzień – studzień.

Grudzień – trudzień.

Grudzień ziemię grudzi
dla zwierząt i ludzi.

Grudzień ziemię grudzi,
a izdebki studzi.

Jeśli w grudniu często dmucha,
w marcu, kwietniu będzie plucha.

Miesiąc grudzień wielki żmudzień
i nie lada izb wystudzień.

Mroźny grudzień i wiele śniegu
– żyzny roczek będzie w biegu.

Suchy grudzień – sucha wiosna i suche lato.

W grudniu po południu.
W grudniu, w dniu zielonych świątek…
[np. oddam ci w grudniu… t.j. nigdy]

Z grudniem,
kto ziemi pod łąki nie gnoił,
już w marcu późno
i będzie się boił.

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 

PS.

Pisząc przysłowie otwierające grudzień zawahałem się przez chwilę, czy by go nie podać w ogól­no­pol­skiej wersji językowej, bo kto tam dziś zrozumie takie coś jak „pozyjes”, „przyseł” czy „idzies” (jakoś o niezrozumiałości „se” sobie nie pomyślałem :).
Ale wahanie trwało mgnienie. Traf bowiem chciał, że w ostatnich dniach robiłem korektę i dodawałem zdjęcia do czterech tekstów związanych ze Szkołą Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego.
Korekta polegała na tym, że dostawiłem kilka kropek i przecinków, trochę polskich ogonów (tak, wiem, że to się nazywa „znaki diakrytyczne”), tu i ówdzie wyrzuciłem zbędny spójnik, poprawiłem jakąś nazwę. I już. Więcej nic do roboty nie było.

Powie ktoś – normalka, o czym tu pisać? Fakt, o niczym, gdyby nie to, że te teksty pisały osoby 15- i 16-letnie. A jeśli tak piszą nastolatki (prawda: nieprzeciętne, bo z elitarnej grupy absolwentów SzPŻ), to znaczy, że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej.

Napisał mi niedawno znajomy, w wieku paralelnym do mojego: „jesteś z innej epoki, nikt nie czyta długich mejli”. Co mnie ucieszyło, bo właśnie e-mailami dyskutowałem z ową czwórką o czytanych akurat książkach, o organizowanych wyprawach (dwumiesięczne wojaże transazjatyckie, więc nie fraszka!), o kwestiach edytorskich – jak co złamać i jak wciąć.

E-maile najkrótsze nie były, więc jeszcze raz się potwierdziło: to nie kwestia epoki a formacji. Tych z galaktyki Gutenberga zawsze było mniej, a pozostali (no cóż – w większości) zawsze reagowali jedynie na teksty kilkuwyrazowe, najlepiej w trybie rozkazującym. Więc kwestia nie w tym, ile osób czyta, ale by ilość nie zawładnęła jakością. Co – mimo sporadycznych (i czasem tragicznych) zawirowań – jakoś od wielu tysięcy lat się nie zdarza. Są ci, co czytają i ci, co kopią. I ci, co robią jedno i drugie. I tak jest dobrze.

kr

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha