Andrzej Milik-Wiśniewski

Mgła

cokolwiek powiem może powiedzieć ktoś
inny jestem jak radio i gadam wieloma gło-
sami jestem próżnią przez którą przebiega-
ją fale może jestem czymś więcej ale nie
mam okazji

A. Ważyk

Jedziesz pociągiem wtulony w kąt przedziału i myślisz dobrze o całej podróży która zda ci się dobiega końca oglądasz migawki krajobrazu przeplatane budynkami dworców i stacyjek i czujesz po przyrodzie że jesteś już blisko miejsca urodzenia gdzie zostawiłeś wszystkie swoje grzechy i kruche wspomnienia pulsujące teraz coraz żywiej i rosnące szybko w miarę przesuwania się klatek okna wdychasz w siebie ostrość poranka i czujesz obecność rosy świeżej i pachnącej na ustach i unosisz się jakby niesiony muzyką lekko radośnie ku górze odrywasz się od miejsca przy oknie i wydaje ci się że płyniesz po nieznanym obrazy za oknem zbijają się w bezkształtną masę dziwisz się że lecisz nagle do tyłu pęd cię upaja lądujesz na podłodze brudnej i nieprzyjemnej w dotyku i patrzysz zdumiony na ludzi stłoczonych wokół ciebie stopniowo wyzwalasz swoje ciało z przygniatających cię walizek widzisz przed sobą białe światła dworca ściśnięty tłum na peronie blada twarz o rozwartych źrenicach z wyrazem zwierzęcego strachu uderzasz głową o ścianę przedziału słyszysz pomieszane krzyki które oddalają się coraz bardziej natrafiasz na otwarte drzwi i wychodzisz cały skulony na zewnątrz dotykasz gołej ściany jest zimna wokoło nie ma nikogo próbujesz sobie przypomnieć wszystko idziesz po schodach na górę nie wiedząc gdzie jesteś wita cię zgiełk miasta do którego przyjechałeś by rozpoznać siebie wśród ludzi dziwisz się ulicom pełnym wrzasku w głowie czujesz szum i masz świadomość czegoś co się wydarzyło bez twojego udziału
siadasz na ławce w alejce parkowej próbując się otrząsnąć z letargu liczysz mimowolnie szeregi drzew po jednej i drugiej stronie siebie zdaje ci się że jesteś sam pośród nieznanego ci krajobrazu między którym prześwitują fragmenty znane ci z opowiadań zdumiewa cię spokój i rytm pulsującego życia wokoło czujesz że stopniowo gubisz plan z jakim tu przyjechałeś aż zostają ci same niejasne pragnienia rzeczy których nie umiesz nazwać zrywasz się nagle wiedziony impulsem i z rękami w kieszeniach prześlizgujesz się przez ulice z gorączkową chęcią dotarcia pod nieznane lub zapomniane adresy prowokujące cię tajemnicą denerwujesz się widząc dookoła obojętny świat gdzie jesteś niezauważalny ze swoimi wielkimi czynami i myślisz tylko o wyrwaniu się z kotła w jakim się znalazłeś i w którym maleje twoja siła i możliwości chciałbyś wybiec szybko za miasto na peryferie przebiegasz pod wiaduktem pociąg przewala się nad tobą rozumiesz nagle że szukasz czegoś kogoś szukasz szukasz szukasz chciałbyś natychmiast dogonić odlatujący dźwięk chciałbyś znowu znaleźć się wśród ludzi ciąży ci samotność jak lata czujesz się rozbitkiem gwizd potężnieje w uszach rozsadza głowę trzymasz ją w rękach ciężką od nagłego bólu nagły spokój i cisza przypierają cię do muru i kołatają szeregiem pytań wobec których jesteś bezradny jak dziecko zbierasz rozproszone twierdzenia i definicje życiowe nieprzydatne w tej chwili chciałbyś coś powiedzieć krzyknąć głośno ale boisz się żeby byle kto nie usłyszał boisz się własnego głosu nie wiesz jakim odezwie się dźwiękiem siadasz na kupie żelastwa zapalasz desperacko papierosa i udajesz spokój nie podnosisz głowy by oglądać przechodzących ludzi na chwilę wiesz że było to fałszywe zadzierasz głowę nie widzisz nikogo ogarnia cię złość do samego siebie podrywasz się i prawie biegniesz przeskakując kałuże wymijając ludzi potrącając latarnie rośnie w tobie nienawiść i pogarda dla świata choć sam nie wiesz dlaczego chciałbyś teraz zanegować cały świat ale dobrze nie wiesz jaki on jest naprawdę i ta niewiedza cię przeraża gorączkowo rozważasz możliwości i czujesz że możesz nie zdążyć biegniesz coraz szybciej jakbyś chciał w jednej chwili przeniknąć schwytać w objęcia cały znienawidzony układ ziemski którego jesteś cząstką bardzo znaczącą dla samego siebie powoli zatracasz sens swojej wędrówki przez miasto starasz się skupić maksymalnie i pomyśleć o najważniejszym jednakże nic poza bezsilnością cię nie wypełnia wpadasz w jakiś nerwowy chichot i już wiesz że nie możesz myśleć racjonalnie przynajmniej na razie a tym bardziej działać poddajesz się więc emocjom chwili i szarpiesz się między ulicami niesiony niewiadomą siłą myśląc o kimś o czymś czego miałeś szukać kogo miałeś pytać o szereg rzeczy niejasnych które zatraciły dla ciebie kontury i zostały wspomnieniem mniej lub bardziej niesmacznym męczysz się więc coraz więcej aż stajesz pod znajomą ci skądinąd ścianą domu gdzie oparty o strzępy plakatów pierwszomajowych jesteś na kształt znudzonego pomnika jesteś nagle natarczywy jakbyś przebudził w sobie ukryte pragnienia pytasz monotonnym i beznamiętnym głosem wszystkich przechodzących o godzinę zaczepiasz młode kobiety pytając je dlaczego chodzą same o tej porze dajesz żebrakowi trochę drobnych śmiejąc się w duchu z tego gestu mówisz sobie że trzeba nisko upaść by się móc na nowo odrodzić delektujesz się wspomnieniem znanych ci upadków z których zrodziła się siła zawzięta na dnie której był strach i wstyd myślisz o sobie w kategoriach uniwersalnych choć wiesz że jesteś przypisany do swojego miejsca urodzenia do którego wracasz gdy oddalisz się zbyt daleko chciałbyś dokonać wielkiego czynu dającego ci gwarancję wartości i poczucia niezniszczalności zdaje ci się że zawsze w ostateczności przyparty do muru będziesz mógł powtórzyć czyn Raskolnikowa i uwolnić się od świata który cię wtedy określi i rozpozna nareszcie choć nie wiesz tego na pewno jak też nie wiesz czy potrafiłbyś oderwać się od wszystkich ziemskich zależności i stanąć boso i nago w obliczu innego wymiaru w którym liczyła by się sama istota człowieka
wchodzisz więc w nagłym postanowieniu na górę nieproszony przeświadczony o własnej racji i spotykasz życzliwe twarze zdziwione twoją długą nieobecnością siadasz przy stole zastawionym suto i nie protestujesz gdy stawiają przed tobą kieliszek słuchasz muzyki z zawieszonych na ścianie głośników muzyki której słuchałeś kiedyś i która teraz cieszy cię bardzo krótko czujesz że w tym zgiełku nie poznasz nikogo choć znasz wszystkich z imienia i nazwiska i wszyscy tak samo znają ciebie śmiejesz się sam do siebie na myśl że jesteś tu jeden trzeźwy wśród gromady pijanych unoszonych jakimś dziwnym rytmem splątanych ze sobą przewalających się różnobarwną plamą przed twoim horyzontem stół nakryty czerwoną serwetą pijesz kieliszek jeden po drugim nie wiedząc kto nalewa rozmawiasz z cieniami przepływającymi koło ciebie słuchasz propozycji o których wiesz że są iluzjami niczym nowym na przestrzeni kontaktów z tymi ludźmi o których myślisz że wiesz wszystko i nigdy się nie mylisz myśląc o nich powtarzasz sobie po raz nie wiadomo który że szukasz twardych silnych supermenów zdolnych do robienia wielkich rzeczy i po raz nie wiadomo który nie wiesz choć pytasz samego siebie czy sam jesteś taki powoli rośnie w tobie chęć mówienia do wszystkich zaczynasz opowiadać dowcipy i wcale się nie dziwisz że jesteś w centrum zainteresowania lubisz jak się inni śmieją zdajesz się przekonywać samego siebie że jest twoją funkcją dyrygować radościami ludzi nawet ulotnymi mówisz wszystkim i każdemu z osobna iż szczęście bliźnich jest także twoim szczęściem opowiadasz barwne historie z życia pełnego tajemnic nie dla ciebie lubujesz się w wywoływaniu silnych wrażeń i protestujesz gdy nazywają cię sensatem głosisz własne teorie o powstaniu świata i chciałbyś aby nie pokrywały się z innymi często cytujesz własne słowa przypisując je komu innemu i zmyślasz fakty wydarzenia opinie które przyjmowane są spokojnie bez większych zastrzeżeń i to cię właśnie denerwuje chciałbyś polemizować ale nie masz z kim i tak bowiem przekonałeś bez reszty wszystkich wtedy osądzasz ich nisko i już wiesz że nie masz tu nic do roboty zapominasz o czymś o czym wiesz że miałeś pamiętać pytasz wkoło wszystkich czy nie widzieli dziewczyny o bladej twarzy i blond włosach strącasz butelkę ze stołu która jednak nie spada dziwisz się że widzisz wszędzie wystraszone twarze ściśnięte bolesnym skurczem jakby coś co jeszcze się nie stało musi nastąpić lada chwila w uszach czujesz pęd pociągu dziwna muzyka ani na moment nie daje ci spokoju wchodzisz w butach na tapczan i depczesz ile sił dużą okładkę z napisem w języku angielskim wokoło widzisz przytulone do siebie postaci prawda rośnie ci w oczach i już nie możesz utrzymać jej wzrokiem chciałbyś mówisz sobie popełnić ot tak samobójstwo ale nie wiesz czy to jest jedyne wyjście dla podtrzymania przelotnego nastroju mówisz wszystkim tajemniczo to już ostatni nasz wieczór ściskasz ręce spocone długim oczekiwaniem czujesz że łza ci się kręci figlarnie w oku mówisz jeszcze coś myśląc inaczej i jeszcze długo mówisz inaczej myśląc wciąż tak samo trudno ci odejść choć zdajesz sobie sprawę iż niczego nie zapomniałeś przypominasz sobie wreszcie że miałeś o czymś pamiętać o czymś bardzo ważnym ciągle jednak nie możesz odejść i plączesz się w swym monologu jak w przydługich zeznaniach patrzysz na fotografię wiszącą w korytarzu przypomina ci kogoś o czym chciałbyś dobrze myśleć kogo chciałbyś szukać zanim tu przyszedłeś jeszcze wywołujesz pewną osobę z tłumu przy drzwiach która była ci kiedyś bardzo bliska jeszcze streszczasz jej w telegraficznym skrócie to wszystko co chciałbyś czego nie możesz słowa plączą się i łamią czujesz że wymyka ci się z rąk ostatnia szansa nawiązania kontaktu z porzuconym światem chwytasz się rękami przedmiotów konstatując swą dziwną ociężałość wracasz do stołu by wypić resztki z kieliszka pozostawionego na jego krawędzi
postacie z twoich snów stoją za twymi plecami nachylają się szepczą nie widzisz ich jedynie czujesz obecność tak wielu wywołujesz ich obrazy magicznym zaklęciem rudowłosy satyr z siekierą w ręku goni za tobą przeskakując nagie ciała kobiet leżące na łące uciekasz przed nimi aleją na końcu której stoi rudowłosy satyr z siekierą w ręku przeskakujesz przez rów z wodą i długo nie możesz dosięgnąć nogami przeciwległego brzegu na którym stoją nagie kobiety machając do ciebie wiotkimi dłońmi wyciągasz do nich ręce oddalają się starasz się chociaż rozpoznać twarze czujesz że lecisz w otchłań przygniatany niewiadomym ciężarem uderzasz mocno o dno pełne wystających korzeni drzew między którymi jesteś bezpieczny i schowany przed wszystkimi widzisz w górze niewyraźne twarze od nich niesie diabelski chichot kulisz się jak pod ciężarem lat dotykasz ręką ściany jest zimna ulica wita cię dzwonkami baniek z mlekiem płyniesz poprzez poranek w miasto zastygłe jak cmentarz wydaje ci się że szukasz czegoś kogoś a może zawsze ci się tak wydaje gdy nie masz przy sobie nikogo w uszach czujesz przeraźliwy świst pociągu przelatujące przez ciebie krzyki tłumu staje przed tobą jakaś postać z oczami wytrzeszczonymi z twarzą kredowo białą widzisz puste ławki w parku pełnym mokrej zieleni siadasz na jednej z nich zapalasz papierosa patrzysz osłupiały na zegarek wita cię zgiełk budzącego się miasta po którym pętasz się bez celu i szukasz czegoś kogoś zatrzymujesz niby znajomych zadajesz im niemądre pytania patrzą na ciebie jak na wariata widzisz ich nagle przed sobą wszystkich wyrosłych jak spod ziemi wśród których stoisz nie mogąc wydobyć z siebie głosu wydaje ci się że stoisz przed umarłymi myślisz o nich że są sędziami twojego czasu wyrafinowani surowi znający wszystko przed czym się uginasz i robi ci się nieswojo jakbyś zdjął całą bieliznę i wyszedł na scenę przed wszystkich znanych ci ludzi
schodzisz po schodach osowiały niosąc ze sobą gorycz i niesmak graniczący z obrzydzeniem jest późno może nawet bardzo późno wiesz o tym i idziesz naprzeciw światłom neonów prosto w zgiełk miasta przed siebie w noc ku jasnym punkcikom nadziei zawieszonym nad domami z których żaden nie jest twój choć tu jest prawdopodobnie twoje miejsce jesteś dziwnie spokojny jakbyś zażył większą ilość środków uśmierzających nie widzisz nic błądzisz jak ślepiec nie odróżniający dnia od nocy nie widzisz cieni wokół ciebie które zatrzymują cię na drodze i nie pozwalają na odwrót dziwisz się jeszcze bardziej znajdując się na ziemi w kałuży krwi wypełniającej ci także usta obrzękłe pełne słonego smaku podnosisz się i znowu upadasz rozumiejąc powoli co się mogło stać kwitujesz to śmiechem który przypomina raczej charkot ranionego zwierzęcia podnosisz się raz jeszcze i zataczając się jak pijany próbujesz dotrzeć do czegoś o co można by się oprzeć migotliwe światła mostu biegną ci naprzeciw idziesz tam na oślep prawie jak ćma do ognia potykając się o własne nogi które wyrzucasz przed siebie niezdarnie opierasz się o barierę i patrzysz tępo w dół na wodę płynącą spokojnie majestatycznie nie możesz się nie śmiać myśląc o swojej sytuacji o upadku z którego chciałbyś się wydźwignąć i odnowić jak po kąpieli w świętej rzece myślisz bezmyślnie o dziewczynie z rozwichrzonymi włosami z twarzą dziwnie bladą podchodzi do ciebie jak zjawa cała w czerni jakby się wybierała na pogrzeb nie starasz się jej odsunąć zresztą nie masz siły śmieje ci się w twarz zalotnie odchyla głowę do tyłu patrzysz zdziwiony w zygzaki tuszu pod oczami widzisz siebie w studni bez dna ocienionej sztucznymi rzęsami myślisz sobie że masz szczęście do kurew i ta myśl cię ponownie rozśmiesza bełkotliwie i nienaturalnie bierzesz ją zawadiacko pod rękę jak całą swoją przeszłość beztrosko i pewnie i słuchasz pieszczotliwych historii o bogatych kochankach alfonsach frajerach aż nagle masz ochotę uderzyć mocno w sam środek zniszczyć podeptać i odejść wyciągasz rękę i poprawiasz jej włosy ruchem zdecydowanym i tak delikatnym że spotykasz wzrok ogłupiały trwożliwy jakbyś obudził zły sen
czujesz szum w głowie ciążącej ci jak samo wspomnienie wypadku budzisz się w nieznanym pokoju i chciałbyś bardzo aby to rzeczywiście był wypadek zbieg okoliczności a nie jak ci się wydaje przeznaczenie rzucenie na kolana przed samym sobą czego nie jesteś w stanie do tej pory zrozumieć i płaczliwie zaprzeczasz konieczności tego wydarzenia patrzysz mrużąc oczy od światła które wpada przez okno na swoją siostrę miłosierdzia zmieniającą ci opatrunki i myślisz że chyba nigdy nie byłeś w podobnie absurdalnej sytuacji daleko od spraw wymagających załatwienia teraz już trochę nieważnych rozmawiasz z osobą doświadczoną spoglądającą na ciebie poprzez wspomnienia równie bolesne jak twoje bardzo dobrotliwie jakby rozumiała wszystkie rozterki niespełnione pragnienia i żądze należące do ciebie i stanowiące ów krąg z którego nie możesz się wyrwać i czujesz nagłą wdzięczność napływającą ci do serca nienaturalną miękkość i ciepło wypełniające cię i otępiające jeszcze bardziej wiesz że możesz się rozkleić zupełnie jak stara baba wypijasz skwapliwie przyniesiony przez nią alkohol nabierając niespodziewanie siły wstajesz gotowy do podjęcia walki przypominając sobie bezwiednie bohatera Cervantesa stoisz w ubraniu gotowy do wyjścia nie mogąc zrobić kroku wszędzie widzisz kocie oczy jakby pobłażliwie patrzące na twoje szamotanie czekasz jeszcze chwilę w nadziei na morały których byś musiał wysłuchać z ironią niepokoi cię brak słów tak ci potrzebnych i nadużywanych zawsze przez ciebie myślisz że dostateczne dużo rozumiesz z tej ciszy drażniącej zmysły i czujesz pewien wstyd i nie śmiesz podnieść oczu i odrzucasz myśl jakoby ta sytuacja cię poniżała kiwasz więc niezgrabnie ręką na pożegnanie i szybko zbiegasz po schodach ciągle widząc nieruchomą postać przy oknie z twarzą szczerą i prostą że nagle wątpisz w całą złożoność pewnych problemów biegniesz ulicą pełną ludzi roztrącasz ich i po raz nie wiadomo który zastanawiasz się w biegu przystając czasami dokąd biegniesz czego kogo szukasz znikasz między budynkami by wyjść po pewnym czasie z kina spokojny tamując wzruszenie jakim poddajesz się z rozkoszą omijasz tłum wielkim łukiem i idziesz przed siebie nic nie widząc dookoła po omacku choć jest biały dzień i deszcz pada mimo woli czujesz że przez chwilę stajesz się inny bogatszy o jeszcze jedną historię których dosyć przechwyciłeś i potraktowałeś jak swoje widzisz się na tle wielkiego gmachu nieokreślonego przeznaczenia wydającego dyspozycje głosem namaszczonym i znaczącym jesteś reżyserem własnych wcieleń choć przeczuwasz że to rozbija twoją jedność czy złożoność na kawałki jeszcze mniejsze i bardziej splątane przenikasz przez miasto jak neutralny fluid nie szkodzący nikomu dobrze ci w środku własnych dramatów przeistoczeń nie zwracasz uwagi gdy zaczepiają cię młode dziewczyny zdziadziały żebrak proszący o wsparcie biegniesz bo inni biegną przystajesz raptownie przed hamującym z trudem autem z którego wyłania się twarz widziana niedawno chciałbyś krzyknąć z taką siłą uprzytamniasz sobie coś wyjmujesz niespodziewanie dla samego siebie zapałki i podajesz ogień w kierunku okna nie czekasz aż wyciągnie papierosa upuszczasz zapałkę spada i gaśnie ogień płonie coraz wyraźniej widzisz poruszające się w nim postaci młodego mężczyznę który wynosi na rękach zemdloną kobietę widzisz jej ciało tak dokładnie jakbyś dotykał piersi włosów przypominasz sobie że miałeś załatwić bardzo ważną sprawę wymijasz szereg aut brzęczących przeciągle i wpadasz w otwarte drzwi czytelni bierzesz do ręki pierwszą z brzegu gazetę i wytrzeszczasz oczy widząc na pierwszej stronie wśród tłumu przerażonych ludzi na peronie bladą twarz dziewczyny okoloną jasnymi włosami o oczach nieruchomych i patrzących na ciebie z bólem i z wyrzutem pytasz siebie kiedy to było i mówisz sobie że wokoło dzieją się rzeczy dziwne
wleczesz się mokrym chodnikiem liczysz kafle przeskakujesz spękane w budce telefonicznej wykręcasz jakiś stary numer i patrzysz bezmyślnie w okno trzymając słuchawkę daleko od ucha słyszysz głos od którego myśli przewracają ci się w głowie chcesz nagie mówić czując ogromny chaos nie możesz powiedzieć nic sensownego słuchasz bezwiednie tamtego głosu spokojnego jakbyś nigdy nie słuchał go między czterema szybami podczas deszczu wieszasz słuchawkę wpół zdania stoisz długo podparty na rękach patrząc na miasto pełne życia tańczące w kolorach w oczach zamiera ci powoli wszelki ruch wychodzisz nie czując tego wcale zaglądasz w głąb wielkich okien na parterze kelner oparty o ścianę i serwetą w ręce fotografia sali rozgadanej i zaśmianej kinkiety abażury czerwono burdelowo otwierasz drzwi jak wrota lamusa gdzie wszyscy są jak umarli już dawno zabalsamowani w czasie mimo woli starasz się myśleć o tym o czym wiesz że jest najważniejsze choć nie masz zupełnie na to siły bujasz w mętnych obłokach w niezrozumiałym dla ciebie bełkocie wyobraźni siadasz przy stoliku jak starzec i przywołujesz tego który zasnął pad ścianą myślisz że wszystko można zacząć od nowa na początek zamawiasz kawę zastygając w fotelu nie widzisz nikogo siebie nie widzisz ale za to masz swój czas mierzony niepewnością i tak zwany ironiczny stosunek do życia nie wiadomo od kiedy i skąd oprócz tego gest jakim dysponują tylko straceńcy i całą głowę mgławic o których dobrze myślisz dziś jest dziś a jutro może mnie nie będzie nucisz sobie fałszywie choć wiesz że kochasz życie tak jak siebie samego więc flirtujesz z całą rzeszą fałszywych proroków jak równy z równym widząc że patrzą na ciebie ci na których nie możesz nawet spojrzeć zamawiasz całą butelkę wina i jak zwykle starasz się podsumować swoje życiorysy byłe i niebyłe wikłasz się jak wątki kryminalne by dojść do radosnych spostrzeżeń o których sądzisz że są ci bliskie jak dzieciństwo kredowo białe prześwietlone wyobrażeniem o sobie samym butelka spada lampiony matowieją korowód cieni przeciska się przez gardło drzwi jesteś bardzo bardzo zmęczony podnosisz butelkę cienie nie wracają wleczesz się ulicą białą od wspomnień omijasz kałuże po których żeglowałeś w szczenięctwie i już wiesz na pewno że nie jesteś takim jakim chciałeś być a jaki jesteś nie wiesz zostało ci może coś z aktora który wychodząc na scenę myli kwestie z innego dramatu wędrujesz jak w malignie po uśpionych dzielnicach myślisz o tych wszystkich których spotkałeś i których nie mogłeś spotkać palisz papierosa spoglądasz na zegarek z nie­do­wie­rza­niem i przerażeniem trzymasz głowę hardo mimo że dostałeś już po niej wątki ci się plączą myśli się kosmacą kelner przynosi ci rachunek o którym zapomniałeś wciskasz ręce w kieszenie i zostajesz pomnikiem o którym myślisz że jest nadbudową stajesz w miejscu jakbyś chciał przypatrzeć się życiu biegnącemu obok ciebie i całą siłą woli starasz się utulić skowyt podchodzący ci do gardła chciałbyś sobie wmówić że jesteś wariatem masz szczególne prawa z tego tytułu głos syreny przenikliwy ponury wyrywa cię z miejsca i niesie przed siebie potrącasz nielicznych przechodniów przeskakujesz kałuże goni cię przeciągły świst hamującego nagle pociągu wiesz już co nagle sobie uświadomiłeś że znasz doskonale dziewczynę o wy­stra­szo­nej twarzy z oczami przerażonymi w których tkwi przestrach całego świata i że teraz biegnie obok ciebie dziwnie wolno falując w powietrzu jak obłok nie starasz się jej pochwycić ręką bo boisz się by jej nie spłoszyć śmiejesz się z własnej wątpliwości biegniesz z pochyloną głową coraz szybciej nie zastanawiając się nad celem pogrążasz się stopniowo w mroku i nagle za­trzy­mu­jesz się na wyrosłym przed tobą murze obsuwasz się na ziemię i przypominasz sobie o czym myślałeś zanim tu dobiegłeś pociąg przejeżdża gdzieś blisko idziesz powoli w stronę gdzie łos­kot przetaczających wagonów jest coraz bardziej ogromny stajesz na wiadukcie czując drga­nie ziemi pod sobą krzycząc jak możesz najgłośniej nie słysząc ani słowa stopniowo łapiesz sens pojedynczych wyrazów głowa pęka ci od wysiłku cichniesz nagle jak człowiek który wydał ostatnie tchnienie chce ci się płakać widzisz nagle wyłaniających się z kłębów dymu ludzi całe tłumy podobne do ciebie biegną ci naprzeciw chce ci się krzyczeć wrzeszczeć z nagłego prze­ra­że­nia wychwytujesz dźwięki nieartykułowane są twoje własne wprawia cię to w go­rącz­ko­wą szamotaninę czujesz że jesteś na krawędzi czegoś co za chwilę przestanie być czymś i polecisz w pustkę zimną i nieprzeniknioną jesteś na granicy obłędu który za chwilę cię przerośnie para oczu wytrzeszczonych strachem patrzy na ciebie z mroku i zdaje się mrugać do ciebie odwracasz się zasłaniasz twarz rękami słyszysz głosy obok siebie które rosną w krzyk tłumu ktoś bierze cię za rękę czujesz ciepło i gorący oddech na skroni patrzysz nieśmiało przez palce widzisz twarz pretensjonalną sztuczną kocie oczy przymrużone kpiące myślisz sobie mam szczęście usta po­ru­sza­jące się to jeszcze nie koniec słyszysz bicie własnego serca mówisz że może zostać tylko i wy­łącz­nie nikt więcej myślisz koniec być może albo początek

Andrzej Milik-Wiśniewski
Warszawa, listopad 1971

Milik-Wisniewski_Mgla_OKLADKA_NWi_sm

 

 

 

Druk: Nowy Wyraz : miesięcznik literacki młodych. 1972, wrzesień, nr 4.
Warszawa : Państwowe Wydawnictwo „Iskry”.

 

 

 

 


powrót do strony poprzedniej


Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« July 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

LATO

 

– Ładnie dzisiaj… chociaż nie bardzo… No, jednak… Słowem, nie brzydko, a to najważniejsze… Tak. Nie pada deszcz, nie ma też śniegu.
– To byłoby dziwne, jest przecież lato.
– Proszę mi wybaczyć, właśnie to chciałem powiedzieć… chociaż dowie się pani, że można się wszystkiego spodziewać.
– Zapewne.
– Na tym świecie, proszę pani, niczego nie możemy być pewni.

 

* * *

Pyszne lato, paw olbrzymi,
stojący za parku kratą,
roztoczywszy wachlarz ogona,
który się czernią i fioletem dymi,
spogląda wkoło oczyma płowymi,
wzruszając złotą i błękitną rzęsą.
I z błyszczącego łona
wydaje krzepkie krzyki,
aż drży łopuchów zieleniste mięso,
trzęsą się wielkie serca rumbarbaru
i jaskry, które wywracają płatki
z miłości skwaru,
i rozśpiewane, więdnące storczyki.


O, siądź na moim oknie, przecudowne lato,
niech wtulę mocno głowę w twoje ciepłe pióra
korzennej woni,
na wietrze drżące — —
niech żółte słońce
gorącą ręką oczy mi przesłoni,
niech się z rozkoszy ma dusza wygina
jak poskręcany wąs dzikiego wina. —

 

= = = = = = =

Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego, na półkuli północnej najcieplejsza… bla-bla-bla.

Ponieważ to – było nie było – kalendarz, więc zbiór cytatów i silva rerum z cyklu „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie!”, nie od rzeczy będzie po raz kolejny „palnąć koncept z kalendarza”, czyli polecieć stereotypem. Ale miłym, bo któż z pokoleń pamiętających rok 1960 nie śpiewał:

Lato, lato, lato czeka,
Razem z latem czeka rzeka,
Razem z rzeką czeka las,
A tam ciągle nie ma nas .

Już za parę dni, za dni parę
Weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów, Pitagoras – bądźże zdrów ,
Do widzenia wam „canto, cantare”!

Dla tych, którzy nie pamiętają: to fragment piosenki z filmu Szatan z siódmej klasy – tego oryginalnego, z roku 1960, w reżyserii Marii Kaniew­skiej, w którym debiutowała na ekranie studentka polonistyki Pola Raksa (poróżniła nas, za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał – śpiewa od 1982 roku Grzegorz  Markowski z Perfectu tekstem Bogdana Olewicza). Co dodaję, bo jest też wersja tego filmu z roku 2006, której autorów wymieniać, przez grzeczność, nie będę.
Przez tę samą grzeczność (choć z innych pobudek) dodam, że tekst piosenki napisał Ludwik Jerzy Kern, muzykę – Witold Krzemieński, a wersję oryginalną zaśpiewała Halina Kunicka z Orkiestrą Taneczną PR pod dyrekcją Edwarda Czernego. Szacunek!

==========================

Lato astronomiczne rozpoczyna się od przesilenia letniego i kończy z równonocą jesienną.

Przesilenie letnie Słońca (solstycjum) na półkuli północnej wypada w dniu, kiedy Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – leżącym na północnym równoleżniku 52°13’ – wynosi 61°14’. Podczas przesilenia dzień jest najdłuższy (a noc najkrótsza) w roku.

Równonoc (ekwinokcjum) to dzień, w którym Słońce góruje w zenicie nad równikiem; zdarza się dwa razy w roku: jako początek wiosny (równonoc marcowa – wiosenna) i koniec lata (równonoc wrześniowa – jesienna). Podczas równonocy długość dnia równa jest długości nocy. W dniach równonocy Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Łatwo wtedy można obliczyć szerokość geograficzną miejsca obserwacji: wystarczy zmierzyć w stopniach wysokość górującego Słońca i odjąć tę wartość od 90º.
W centrum Warszawy (52°13’ szerokości geograficznej północnej) dokładny pomiar powinien wykazać właśnie 52°13’.

W pierwszym ćwierćwieczu XXI w. lato na półkuli północnej zaczyna się 21 czerwca (jedynym wyjątkiem jest rok 2024: 20 czerwca, ale 69 minut przed północą!) i trwa do równonocy jesiennej, czyli do 22 lub 23 września
(2018 – 23 IX).

Podczas lata astronomicznego dzień jest dłuższy od nocy, jednak z każdą dobą dnia ubywa, a nocy przybywa. Słońce wschodzi coraz później i góruje na coraz mniejszych wysokościach nad horyzontem.
Za miesiące letnie na półkuli północnej uznaje się czerwiec, lipiec i sierpień.
Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku: tam miesiące letnie to grudzień, styczeń i luty.

 

Lato klimatyczne to ten okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza przekraczają 15°C. Pomiędzy latem klimatycznym i sąsiednimi klimatycznymi porami roku nie ma etapów przejściowych, w przeciwieństwie do zimy poprzedzanej przedzimiem i następującym po niej przedwiośniem.

 

Rzeczownik „lato” w liczbie pojedynczej dawniej (a dziś w gwarach) znaczył „rok”.

Mąż z królem Bolesławem poszedł na Kijowiany
Lato za latem bieży, nie masz go z bojowiska

pisał Mickiewicz (w jakim utworze – wiadomo).
W języku ogólnopolskim przetrwał w tym znaczeniu do dziś: w liczbie mnogiej rzeczownika „rok”, jako jego forma supletywna. A i w gwarach ma się jak najlepiej: latoś znaczy tyle co ‘w tym roku’, a latosi – ‘tegoroczny’.

 

W terminologii kościelnej istnieje termin „miłościwe lato” oznaczający Rok Jubileuszowy lub Rok Święty (Annum Sanctum), połączony z odpustem, którego jednym z warunków jest odwiedzenie określonych kościołów: niegdyś tylko w Rzymie, dziś – na całym świecie.
Po raz pierwszy obchodzono go w roku 1300 za papieża Bonifacego VIII. Pierwotnie miał się powtarzać co 100 lat, ale zaraz Klemens IV skrócił ten okres o połowę, a Paweł II do 25 lat.
Do tego dochodzą „okazje specjalne”, np. Pius XI ogłosił rok 1933 Świętym dla przypomnienia 1900. rocznicy śmierci Chrystusa, a Benedykt XVI za Annum Sanctum uznał rok 2008, w drugie tysiąclecie od narodzin św. Pawła.

 

Latem, od V w., Kościół wschodnio-chrześcijański obchodził koimesis (gr. Κοίμησις, zaśnięcie) Najświętszej Maryi Panny w przeświadczeniu, że Maryja nie umarła jak zwykły człowiek, lecz została zabrana do Nieba.
W chrześcijaństwie zachodnim, kiedy w VII w. to święto zostało przyjęte w Rzymie, termin „zaśnięcie” został zastąpiony przez „wniebowzięcie”.
W Kościele katolickim, w roku 1950, Pius XII, ogłosił dogmat, stwierdzający, że Maryja, po zakończeniu ziemskiego życia, mocą Bożą została z ciałem i duszą wzięta do wiecznej chwały.

Cerkiew prawosławna obchodzi święto Zaśnięcie Bogurodzicy 15 sierpnia (28 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego).

Protestanci przeciwstawiają się dogmatowi o wniebowzięciu, podając jako argument brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat w Biblii.

W Polsce dzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia) jest wolny od pracy. Tego samego dnia obchodzone jest Święto Wojska Polskiego (przywrócone w 1992).

Święto Wniebowzięcia nazywane jest Świętem Matki Boskiej Zielnej, ponieważ w czasie obrzędów błogosławi się wiązanki ziół i kwiatów.
Według wiary ludowej pobłogosławiony bukiet nabiera cudownych, leczniczych właściwości. Wierni, wracając z kościoła, zostawiali go wśród upraw, gdzie miał przynieść szczęście w zbiorach. Po kilku dniach bukiet zabierany był do domu: najpierw obnoszono go po izbach, a później przechowywano w eksponowanym miejscu, które dawało pewność, że jego moc będzie działała.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
lato to:

białoruskiлетa [lieta]
bośniackiljeto
bułgarskiлято [liato]
chorwackiljeto
czeskiléto
kaszubskilato
litewskivasara
łużycki (dolny)lěśe
łużycki (górny)lěćo
łotewskivasara
macedońskiлетo [lieto]
rosyjski
летo [lieto]

serbskiлетo [lieto]
słowackileto
słoweńskipoletje
ukraińskiліто [lito]
żmudzkivasara

 

Przysłowia związane z latem:

Co się w lecie zarobi,
tym się w zimie żyje.

Co w lecie nogami,
to w zimie rękami.

Dobra nowina:
będzie lato, poszła zima.

Idą za szczęściem
iáko iáskołki zá látem.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto latem pracuje,
zimą głodu nie poczuje.

Kto latem w chłodzie,
ten w zimie o głodzie.

Kto w lecie nie zbiera,
w zimie przymiera.

Kto w lecie próżnuje,
w zimie nędzę czuje.

Latem zbiera baba grzyby,
a chłop w niedzielę
idzie z wędą na ryby.

Lecie mi go nie chłódź,
zimo mi go nie grzej.
[o człowieku, któremu dogodzić trudno, i tak mu źle i tak niedobrze]

Lepsze jedno lato niż dwie zimy.

Mnima káżdy iż wiecznie
Iuż ták ma być láto
.

[Rej, Wizerunk własny żywota człowieka poczciwego, 1558]

Na to jak na lato.
[wyrażenie oznaczające wielką ochotę, skwapliwą zgodę]

O, co bym ja dała za to,
gdyby zawsze było lato.

To pewna nowina:
bywszy lato, będzie zima.

Trzebá się rozmyśláć ná to
Iż nie iutro będzie láto.
[Rej, Zwierciadło, 1568]

W lecie bez roboty,
w zimie bez butów.

Za lata zbieraj na zimę.

 

Przysłowie na
Matkę Boską Szkaplerzną
(16 VII)

Wraz z Szkaplerzną Matką
na zagon, czeladko!

 

Przysłowia na
Wniebowzięcie N.M.P.
(15 VIII)

Do Marji Wniebowstąpienia
miej w stodole połowę mienia.

Gdy w pogodę do nieba Maria wstępuje,
wino Węgrom obfite jesień obiecuje.

Marji Wniebowstąpienie
czyni reszty zboża plenie.

Na Wniebowzięcie
pokończone żęcie.

Pogoda na Wniebowzięcie,
ciężkie ziarno wnet po sprzęcie

W Wniebowzięcie Panny Marji
słońce jasne,
będzie wino godnie kwaśne.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytaty na wstępie:
Ionesco, Eugène. Lekcja (La Leçon). (1950) Tłum. Jan Błoński.

Pawlikowska-Jasnorzewska, Maria. „Pyszne lato”. Niebieskie migdały (1922)

LIPIEC...

Lipiec – siódmy miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 31 dni.

W staropolszczyźnie i w gwarach siódmy miesiąc roku nazywano również lipień. Do dziś tę nazwę zachował język ukraiński (липень) i białoruski (ліпень).

Według Aleksandra Brücknera (1856-1939) – filologa i slawisty, historyka literatury i kultury polskiej, znawcy staropolszczyzny – nazwa pochodzi od kwitnących lip (po litewsku ‘lipiec’ i ‘lipa’ to liepa). Ponieważ lipy kwitną na przełomie czerwca i lipca, stąd nazwa tego drzewa w różnych językach słowiańskich może wchodzić do nazw każdego z tych miesięcy, np. w chorwackim lipanj to czerwiec (lipiec to srpanj, a sierpień – kolovoz).

Lipiec to również miód zbierany z kwiatu lipowego i napój alkoholowy robiony z tego miodu.
Jankiel, chcąc spacyfikować warchołów, wiedział, jak kusić patriarchę Dobrzyńskich:

Każę przynieść kozice, basetlę, dwie skrzypiec,
A pan Maciek Dobrodziej lubi stary lipiec
I nowego mazurka

Większość języków europejskich nazywa siódmy miesiąc roku wariantami nazwy łacińskiej obowiązującej od 46 roku p.n.e.: Iulius.
Wcześniej tenże okres nazywał się Quintilis – „piąty miesiąc”; (quinque to po łacinie pięć, quintus – piąty), ale właśnie w 46 p.n.e. Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).

Jeśli ktoś uważa, że w takim czy innym kraju różne organizacje przesadnie podmaślają się rządowi, to niech wie, że naprawdę może być gorzej: miesięcy od panujących premierów, prezydentów czy monarchów jeszcze się nie nazywa.

A w Rzymie (republikańskim!) i owszem: nazwa została nadana miesiącowi na cześć Juliusza Cezara (Gaius Iulius Caesar), który wtedy obchodził urodziny. Gdybyśmy już tak zupełnie poszli w ślady Rzymian, to ciekawie mogłyby się nazywać np. maj, czerwiec, sierpień i kilka innych.

Owidiusz, w poemacie o kalendarzu rzymskim, nie zdążył dojechać do lipca i zamącić w głowach potomnych swą wydumaną etymologią. Na nasze szczęście (i jego nieszczęście) prace nad Fasti (8 r. n.e., już cesarstwo) przerwał imperator Oktawian, dożywotnio zsyłając poetę do Dacji (kiedyś tam będzie Rumunia – napisał Kaczmarski). Rzekomo za nieskromność Ars amatoriaSztuki kochania, ale to wymyślili tzw. moraliści; tak naprawdę nie wiemy za co. Faktem jest jednak, że jeszcze w roku 1930 celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu.

 

 

4 lipca to w USA Święto Niepodległości obchodzone w rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości (4th of July).

Deklaracja to jednak nie to samo co uzyskanie niepodległości – 4 lipca 1776 zbuntowani koloniści opubliko­wali jedynie swe pobożne życzenie. Dziś mówi się o tym „wola narodu”, ale historię piszą zwycięzcy.  W momencie ogłoszenia Deklaracji trwała już Wojna Rewolucyjna (za jej początek przyjęło się uznawać 19 kwietnia 1775) między kolonistami i armią brytyjską, a jej koleje mogły potoczyć się różnie; jaki byłby los schwytanych rebeliantów w razie wygranej Imperium, lepiej nie wspominać. Ponieważ buntownicy wygrali – pozostali przy nazwie „Patrioci”, wielkodusznie przyznając miano „lojalistów” tym, którzy pod władzą Jerzego III chcieli zostać (a później dali nogę do Kanady).
Dziś w Polsce przeciwników politycznych nazywa się zupełnie inaczej – i chyba na tym też polega różnica. Różnica wobec czego? No jak to – nie wiecie, że wróbelek tym się różni, że ma jedną nóżkę bardziej od drugiej?

Formalnie, w świetle prawa międzynarodowego, USA zostały uznane za suwerenne państwo na mocy kończącego wojnę Pokoju Paryskiego, podpisanego 3 września 1783 w Wersalu, w którym Wielka Brytania uznała niepodległość Stanów Zjednoczonych.

 

6-14 lipca – w Pampelunie (Kraj Basków w granicach Hiszpanii) to dni poświęcone obchodom ku czci prawie mitycznego biskupa Fermina, żyjącego w III w., dziś świętego. Po hiszpańsku obchody nazywają się Sanfermines, a mają do siebie to, że wówczas każdy (no dobrze: prawie każdy) może sobie pobiegać po ulicach z bykami (co z kolei nazywa się encierro).

Encierro dosłownie znaczy „zamknięcie”, a chodzi o to, że w różnych miastach w krajach, gdzie corrida jeszcze jest dozwolona, byki przepędza się – ulicami miasta – z zagrody na stadion. Zwierzęta ktoś musi poganiać, nierzadko więc zdarza się, że buzujący testosteron nagle przemieszcza przepędzaczy zza byków przed byki.

Bycze gonitwy w Pampelunie zyskały międzynarodową sławę dlatego, że w powieści Słońce też wschodzi  (1926) opisał je Hemingway (wierzę, że właśnie dlatego, bo cenię Hemingwaya).

 

14 lipca – święto narodowe Francji w rocznicę zburzenia Bastylii w 1789.

W Bastylii siedziało wówczas siedmiu więźniów: czterej fałszerze, dwaj psychicznie chorzy i hrabia Hubert de Solage – zamknięty na życzenie rodziny, która twierdziła, że to za grzeszną miłość do siostry, ale jak zwykle chodziło o pieniądze i to wcale niemałe.

Dziesięć dni wcześniej przeniesiono z Bastylii do zakładu dla umysłowo chorych (wtedy mówiono „dom wariatów”) w Charenton markiza de Sade; rękopis jego Stu dwudziestu dni Sodomy został w Bastylii i – dzięki jej splądrowaniu przed zburzeniem – ocalał.

Przy okazji: kto nie widział filmu Marat/Sade (1967) w reżyserii Peter Brooka, według sztuki niemiec­kie­go dramatopisarza Petera Weissa – ten niewiele widział! Zamiast opowiadania o filmie wystarczy podać jego pełny tytuł: Prześladowanie i zabójstwo Jean-Paula Marata w wykonaniu pensjonariuszy zakładu dla obłąkanych w Charenton w reżyserii Markiza de Sade (The Persecution and Assassination of Jean-Paul Marat as Performed by the Inmates of the Asylum of Charenton Under the Direction of the Marquis de Sade).

Marat akurat tutaj pasuje, bo zmarł 13 lipca (1793, a wolę nawet nie patrzeć na datę jego urodzin), ale o tym monstrum rewolucji przeczytacie za rok. Dość okropieństw na teraz.

 

21 lipca 1969 (02:56:15 GMT, w USA był wciąż 20 lipca) Neil Armstrong wykonał na Księżycu mały krok człowieka, ale gigantyczny skok ludzkości.

Tak, wierzę w to, że naprawdę tam byli. W coś trzeba wierzyć!

 

22 lipca – święto państwowe w PRL, obchodzone na pamiątkę rocznicy ogłoszenia Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w 1944 r., zwanego Manifestem Lipcowym.

Jak to zawsze w sowietyzmie bywało: to prawda – ale taka sama jak w tym, że na Placu Czerwonym rozdawano samochody marki wołga.

 

Manifest PKWN został zatwierdzony i podpisany przez Stalina 20 lipca 1944 w Moskwie, tam wydruko­wany (co łatwo można stwierdzić oglądając krój czcionki użytej w oryginalnych egzemplarzach) i tam też – 22 lipca 1944 – ogłoszony, choć jako miejsce ogłoszenia podano Chełm. 

Nie był to pierwszy i nie ostatni przypadek, kiedy hegemon tworzył jakieś swoje satelickie państewko wokół rządu przyniesionego w teczce. 

Problem zaczyna się robić poważniejszy, gdy to państewko okazuje się być naszym, a pogłębia – gdy wychodzi na jaw, że ten państwowy kreacjonizm jest częścią planu zakrojonego na długie, długie lata.

Stalin – bez wątpienia najbardziej efektywny polityk pierwszej połowy XX wieku i jakiego kiedykolwiek miała Rosja (jeśli ktoś nie wierzy, niech sobie dokładnie obejrzy odpowiedni dział atlasu historycznego) – był o wiele ostrożniejszy niż jego zachodni uczeń, naśladowca i przez wiele laty przyjaciel Adolf Hitler: słów na wiatr nie rzucał. Głośno reklamowana „tysiącletnia rzesza” przetrwała lat zaledwie tuzin, a jakoś nie pamiętam, by propaganda sowiecka kiedykolwiek ujmowała okres istnienia imperium w jakieś limity czasowe. Wszyscy po prostu wiedzieli, że jest wieczne i kropka. To, że totalitarny moloch ZSRR przetrwał – w epoce błyskawicznych zmian XX wieku – bez mała 3/4 stulecia, jest fenomenem. Pobić ten wynik mogą tylko komunistyczne Chiny, ale dopiero za 5 lat.

 

PKWN był właśnie takim rządem przyniesionym w teczce z Moskwy. Złożony z marionetek wykonywał ruchy wymuszane przez sznurki pociągane przez Głównego Lalkarza.

Wszystko oczywiście – jak to zawsze w sowietyzmie bywało – przy pozorach zachowania wymogów demokracji obowiązujących w wolnym świecie.

Dziś, co młodszym i z mniejszą wyobraźnią polityczną, trudno uwierzyć, że w sowieckim systemie istniały żywiołowe kampanie wyborcze i najprawdziwsze wybory, podczas gdy wszystkich kandydatów (i kandy­datki) wystawiała jedna, jedyna partia. Wybrani zasiadali zaś w organach władzy i na ustawy wniesione przez ich partię głosowali tak, jak im ich partyjne sumienie nakazywało. A kiedy zdarzył się wśród nich jakiś bezpartyjny (tacy też bywali – miało być przecież „przy pozorach zachowania wymogów demokracji”), który czasem bohatersko wstrzymał się od głosu, naród go nosił na rękach i miał za bohatera.

 

Od 1 sierpnia 1944 r. siedzibą PKWN stał się Lublin i dlatego często zwano go Komitetem Lubelskim, a i odezwie z 22 lipca przyklejano czasem nazwę „Manifest lubelski”, choć niby wszyscy wiedzieli, że ogłoszono go... w Chełmie, oczywiście.

Lublin... No cóż, powie ktoś, że po prostu był po drodze i na to piękne miasto padło. Nie wierzę w to ani na deko, bo w propagandzie totalitarnej przypadków nie ma. Po prostu wystarczy przypomnieć sobie z jaką słynną unią kojarzony był Lublin przez 375 lat i wszystko stanie się jasne. Litwa mogła być tylko sowiecka, a Lublin – siedzibą pierwszego rządu wolnej Polski. Brzmi? Brzmi!

To, co głosił Manifest, było oczywiście istotne dla przyszłości tworzonego właśnie kraju, ale nie było w tym nic ani dziwnego, ani zaskakującego – przynajmniej dla tych, którzy wiedzieli.

 

„Trzy razy w ciągu ostatnich 150 lat zachodni najeźdźcy pustoszyli europejską część Rosji”.

Stalin powiedział to już w Teheranie, gdy w listopadzie 1943 spotykał się z Rooseveltem i Churchil­lem, by omówić strategię przeciwko hitlerowskim Niemcom – i tego się trzymał ustalając cenę za stwo­rzenie frontu wschodniego. Podczas spotkania w Jałcie, w lutym 1945, dni Trzeciej Rzeszy były już policzone, a żądania Stalina – konkretne.

Jak w Teheranie tak i w Jałcie przywódcy Zachodnich Demokracji okazywali mu pełne zrozumienie i po­par­cie.
Rooseveltowi chodziło, by po zamknięciu frontu europejskiego, Uncle Joe stworzył front azja­tycki przeciwko Japonii, co liczyło się bardziej niż głosy Polonii w wyborach.
Głowa bolała za to Churchilla: jak wytłumaczyć swoim wyborcom (i reszcie Brytyjczyków), czemu podpisuje się pod aktem sprzedaży totalitarnemu i ludobójczemu systemowi blisko 200 milionów ludzi z Europy Wschodniej i Środ­kowej. A największy headache miał z powodu Polski: sporo ludzi w Brytanii pamiętało pakty i wypo­wiedze­nie wojny w 1939, Bitwę o Anglię i naszywki Poland na rękawach brytyjskich wszak mundurów.

Obaj Strażnicy Demokracji Zachodnich za każdym więc razem prosili usilnie Lwa Kaukazu, by obiecał wszem i wobec, że pomoże odbudować nową, demokratyczną Polskę, urządzi demokratyczne wybory i że w ogóle będzie się zachowywał szlachetnie i po rycersku (tak mówił FDR i są na to dokumenty).

Stalin kiwał głową i potwierdzał, bo wiedział, że nie jest ważne, jak głosują ludzie, tylko kto liczy głosy.

Lecz uspokaja ich gospodarz,
Pożółkły dłonią głaszcząc wąs:
„Mój kraj pomocną dłoń im poda,
Potem niech rządzą się, jak chcą.”

napisał 40 lat później Jacek Kaczmarski, dając w swym wierszu lapidarne podsumowanie Jałty i dokonań XX-wiecznego triumwiratu.

Jak Polska mogła się rządzić do 1989 roku – wiadomo (i nie ma w tym żadnej aluzji do tego, jak rządzi sie teraz!), ale jeszcze Kaczmarski:

Nie miejcie żalu do Churchilla,
Nie on wszak za tym wszystkim stał,
Wszak po to tylko był Triumwirat,
By Stalin dostał to, co chciał.

Komu zależy na pokoju,
Ten zawsze cofnie się przed gwałtem –
Wygra, kto się nie boi wojen,
I tak rozumieć trzeba Jałtę.

[...]

Nie miejcie więc do Trójcy żalu,
Wyrok historii za nią stał
Opracowany w każdym calu –
Każdy z nich chronił, co już miał.

 

Jasne! Przecież Churchill tak pięknie rok później rozpaczał jeżdżąc po Ameryce i Brytanii, i lejąc przed tłumami krokodylowe łzy wołał [aż wstyd tłumaczyć na polski, więc zostawiam w oryginale]:

From Stettin in the Baltic to Trieste in the Adriatic an iron curtain has descended across the Continent. Behind that line lie all the capitals of the ancient states of Central and Eastern Europe. Warsaw, Berlin, Prague, Vienna, Budapest, Belgrade, Bucharest and Sofia; all these famous cities and the populations around them lie in what I must call the Soviet sphere, and all are subject, in one form or another, not only to Soviet influence but to a very high and in some cases increasing measure of control from Moscow.

Miał po stokroć rację, że nikt się nawet nie zająknie, iż to za jego podpisem zapadła „żelazna kurtyna”, bo najlepsza metoda złodziejskiej ucieczki to kręcenie się w kółko z okrzykiem „Łapaj złodzieja!”

 

Zachodni sojusznicy bez mrugnięcia okiem zgodzili się, by Armia Czerwona została tam, gdzie stąpnie stopa krasnoarmiejca. Stalin więc dostał nawet więcej niż chciał, bo dwie strefy buforowe. Po kilku przesunięciach były to:  Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, i Ukraina – wcielone do Imperium jako republiki oraz pas wpół niepodległych państw satelickich: Finlandia, Polska, NRD, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria.

W ostatnim momencie uniknęła sowietyzacji Austria, później Jugosławia i Albania (które wprowadziły własne wersje reżimu), a na końcu, w 1956, – wywinęła się jakoś Sowietom Finlandia (poczytajcie o Karim). Reszta mapy była aktualna do roku 1989.

Byłaby pewnie dalej, gdyby nie niewielkie stosunkowo państwo leżące na bezdrożach środkowej Azji… Afganistan. Ale to już jest zupełnie inna historia, a jej dalszy ciąg przeczytacie w grudniu.

 

I tak rozumieć trzeba Manifest PKWN.

A w lipcowe rocznice na ulicach pojawiały się stra­ga­ny (pańs­two­we) z kieł­ba­są, bale­ro­nem (– Wi­dzisz, synku? Tak wyglą­da baleron! – Aha!), wędzo­ny­mi makre­lami i szprotami, śledziami w słoikach i innymi niedostępnymi na co dzień w sklepach towarami. Później było trochę lepiej, bo makrele częściej bywały w sklepach, ale to i tak nie pomogło.

 

25 lipca – dzień św. Krzysztofa; w niektórych parafiach z tej okazji odbywa się autosacrum – poświęcenie pojazdów. Tego samego dnia, z inicjatywy m.in. Duszpasterstwa Kierowców, w polskim Kościele obchodzony jest Dzień Bezpiecznego Kierowcy.

Komendant Główny Policji, p. Jarosław Szymczyk , zachwycał się w 2018 roku (policja nie podała dokładnej daty zachwytu) tym, co było w Polsce na drogach rok wcześniej.
W podsumowaniu roku 2017 pan Komendant nie podał konkretnie liczby wypadków ani liczby zabitych na drogach.
Podał – i to jest stopień mistrzostwa w kamuflażu – dane liczbowe z roku… 2008. Zaś rok 2017 z właści­wym sobie wdziękiem ujął optymistycznie:

Liczba wypadków drogowych spadła o 1.142. W ich wyniku życie straciło około 220 osób mniej, zaś rannych było mniej o 1.599 osób. To najlepsze wyniki od roku 2008.

Starsze pokolenie pamięta – rok 1980, kabaret „Tey”, program „Z tyłu sklepu”:

– Nie mówi się „jedno koło zepsute”! Mówi się: „Traktor ma trzy koła dobre”!
– Przecież to to samo!
– Ale jak brzmi!

Jeśli ktoś nie wierzy – bo przecież pan Komendant nie występował w kabarecie, a do tego mówił o spra­wach tragicznych – może zajrzeć: Policja online, Biuletyn Informacji Publicznej: Statystyka.

Oczywiście dokładne dane policyjne można znaleźć, ale zupełnie gdzie indziej. Za to z podsumowania pana Komendanta widzimy, że wyniki są najlepsze (w domyśle pierwszym: „za rządów obecnych rządów”, w domyśle drugim: „za rządów pana Komendanta Szymczyka”). I o to chodzi! Brawo ten pan!

 

W liczbach bezwzględnych: w 2017 r. w Polsce doszło do 32 760 wypadków drogowych: na drogach zginęło 2831 osób, a rannych w wypadkach było 39 466 osób.

„Śmiertelność drogowa” (jak nazywa to prasa) w Polsce wynosiła w 2017 roku 79 osoby na milion, przy średniej unijnej 51.

W 2012 na polskich drogach zginęło 3571 ludzi, a ok. 45 tys. zostało rannych.

W 2014 w Polsce w 34 970 wypadkach drogowych zginęły 3202 osoby, a 42 545 zostało rannych.
Niewiele ponad 3000 mieszkańców mają np. Oleszyce (3039), Chorzele (3072), Pyzdry (3185), Zakroczym (3208), Biała Rawska (3212), Myszyniec (3389).

W 2015 w Polsce w 32701 wypadkach zginęły 2904 osoby, a 39 457 zostało rannych.

Mniej więcej 2900 mieszkańców mają: Ryn (2900), Łobżenica (2975), Złoty Stok (2844), Nowe Miasteczko (2842), Knyszyn (2821).

40 tysięcy mieszkańców mają: Mińsk Mazowiecki (40 383), Chojnice (40 004) i Świdnik (39 885).

 

Tak, to prawda, że w roku 2017 – w porównaniu do 2008 – liczba wypadków drogowych zmalała, podobnie jak liczba zabitych i rannych. Ale – podam jeszcze raz – zginęło 2831 ludzi, a rannych było 39 466.

2805 mieszkańców ma Wąchock.
Świdnik ma 39 885 mieszkańców, Nowa Sól – 39 258, Bolesławiec – 39 167.

I teraz wyobraźcie sobie, że w ciągu jednego roku znika w Polsce 3-tysięczne miasto, a wszyscy mieszkańcy 40-tysięcznej aglomeracji leżą w szpitalu.

Mimo to polska prasa się nasładza, że „na polskich drogach jest coraz bezpieczniej”, a kierowcy z resztą narodu pomstują na radary, ograniczające wolności obywatelskie.

Pewnie to myślenie antypaństwowe, ale sądzę, że na Polskę i pięciu św. Krzysztofów byłoby mało.

 

Ostatnia niedziela lipca – święto obchodzi rosyjska marynarka wojenna (Военно-Морской Флот России).

 

 

Znaki Zodiaku w lipcu:

Rak (♋) – do 21 lipca
Lew (♌) – od 22 lipca.

O Raku było przy omawianiu czerwca, więc nie ma co powtarzać. Ale po nim przychodzi Lew. Wiadomo: król, władca, moc, potęga, duma, szlachetność, szczodrość, wspaniałomyślność. Czyli: bla-bla-bla, bo przecież to napisały o sobie albo same Lwy (i Lwice), albo ci, którzy od nich czegoś chcieli. A gdy tylko nie owijać prawdy w bawełnę, to zaraz się to nazywa „czarny PR”.

No bo tak:

Urodzeni pod znakiem Lwa od najmłodszych lat mają skłonności do narkomanii, pijaństwa i najbardziej brutalnej rozpusty. Nie lubią się uczyć, z trudem kończą szkoły, nawet specjalne. Uwielbiają krzywoprzy­sięstwo, dlatego bardzo chętnie zeznają przed sądem. Zdemaskowani wywołują awantury i dantejskie sceny. W życiu rodzinnym Lwy na szczęście nie uczestniczą.

Nic dodać, nic ująć – i niech kto powie, że Bliźnięta nie są najlepsze!

 

Kwiaty lipca:

ostróżka (Delphinium L.) – bylina (na ogół) z tej samej rodziny co jaskier, często używana jako roślina ozdobna. W terminologii angielskiej nazywana larkspur (dosł. „skowrończy pazur”), która to nazwa używana jest również wobec ostróżeczki (Consolida Gray) – też jaskrowatej, ale już nie byliny. Wprowadza to pewne zamieszanie, ale tylko teoretyczne: obie rośliny są nie tylko podobne ale mocno trujące, znaczy: ludzie wiedzą, co gadają.

Szperając po znaczeniach tzw. alfabetu kwietnego wynalazłem, że ostróżki oznaczają głupie postępowanie, niedojrzałość. Ciekawe, czy ten, kto to wymyślił, chciał zasugerować, że zamiast, jak podrostek, dawać kwiaty z podtekstem, lepiej od razu otruć?

 

lilia wodna (Nymphea L.) nazywana też nenufarem (ciekawe, kto skojarzy sobie z tym kwiatem Józefa Toliboskiego?), mająca wspólnego przodka z lotosem, przez naukę nazywana – za przeproszeniem uszu dam (jak mawia Geograf) – „grzybieniem”. Dlatego, jeśli ktoś chce sobie przypomnieć, jak wyglądają lilie wodne, odsyłam do cyklu obrazów z liliami wodnymi Claude’a Moneta (Les Nymphéas), a nie do realistycznych fotografii, na których będą zwyczajne grzybienie.

Trzeba przyznać, że nasi botanicy, dając taką nazwę spokrewnionym z lotosami roślinom, których łacińskie nazwy nawiązują do nimf, ondyn, bogiń zwycięstwa czy potwornej ale pięknej gorgony Euriale, nie wykazali się nadmiarem poetyckiej wrażliwości.
Nie wpadłby na pomysł nazwania nenufarów „grzybieniami” Juan Ramón Jiménez, który swój drugi (1900) poetycki tomik zatytułował właśnie Ninfeas, ale gdyby szukał synonimów, w hiszpańskim miał wybór między „różą Wenus” a wziętym z języka guarani słowem aguapé – homonimem pięknego greckiego ἀγάπη, agápē, oznaczającego miłość w jej najwyższej formie.
A co powiedziałby pan Toliboski, gdyby się dowiedział, że wchodził do stawu nie po nenufary a po „grzybienie”?

W mowie kwiatów lilie oznaczają czystość.  

Co oznaczają lilie wodne? No cóż – kontekst wprowadzony przez przydawkę nazwową (płynność? kaskada? oddanie przez gotowość do zanurzenia?) sprawia, że wszystko zależy od interpretacji indywidualnej.

I nie chcę nawet myśleć, co symbolizować może coś o nazwie „grzybień”. 

 

Kamień lipca:

rubin – po prostu trójtlenek glinu (Al2O3) skombinowany z jonami chromu, ale bardzo szlachetny, bardzo rzadki, bardzo drogi i do tego symbolizujący zadowolenie.
Z najcenniejszych – najbliżej Polski znajduje się 250-karatowy rubin z korony św. Wacława, przechowywanej w katedrze św. Wita, Wacława i Wojciecha w Pradze.
We wczesnym chrześcijaństwie rubin symbolizował krew Chrystusa.
Rocznica rubinowa to 35 lat pozostawania w związku małżeńskim – lub jakimkolwiek.

 

Generalnie lipiec to bardzo porządny miesiąc i nie byłoby się już można do niczego w nim przyczepić, gdyby tylko jego znakiem zodiaku były Bliźnięta. Niestety (jego strata!) nie są.

Lipiec jednak rehabilituje się imieninami, które obchodzą:

Elżbieta (5 VII), ale tak znaczna część Elżbiet uciekła od św. Aragońskiej do św. Sprawiedliwej (23 IX), św. Heskiej (18 VI) czy rozlicznych swoich patronek listopadowych, że trudno się połapać, kiedy zaprzyjaźniona Ela imieniny wyprawia;

Olga (11 VII), które to imię ma rodowód skandynawski bo Olga Kijowska była z Waregów, a choć święta i chrześcijaństwo na Ruś przyniosła, to tacy Drewlanie jej nie lubili (gołębie i wróble też nie);

Krzysztof (25 VII) – wiadomo dlaczego, ale jeśli ktoś nie wie, dodamy, że to także patron żeglarzy, podróżników, flisaków, pielgrzymów, biegaczy, kierowców, a także mostów oraz miast położonych nad rzekami. Ostatnio pięknie znaczenie imienia wyraził (przy wzniosłej okazji!) po rosyjsku Oleg Biespałow: Под именем Кшиштоф ребёнка крестили – то есть «Возлюбивший Христа«.

Jakub (25 VII) – ale tego dnia solenizantami są tylko ci, którzy przyznają się do św. Jakuba Starszego Apostoła, tego od pielgrzymek do Santiago de Compostela i muszli; dla pozostałych imię Jakub powtarza się w kalendarzu 30 razy w roku.

Anna/Hanna (26 VII) – to najpopularniejsze imię żeńskie w Polsce (w obu wariantach plus jeszcze kilka innych :), zostawiające Marię (drugie miejsce) daleko w tyle!

Wszystkiego najlepszego!

 

W lipcu, dokładnie w pierwszej połowie lipca, konkretnie 5-go, urodził się Karol – najstarszy syn mojego przyjaciela, Bosmana (Pogorii rzecz jasna) Stanisława, a 12-go – pewna zaprzyjaźniona Antonia (tak naprawdę urodziła się 13-go, ale – mimo urody – jest przesądna, więc ściemnia), o czym informuję. Bo o tym, że w drugiej połowie lipca, konkretnie 17-go, w Małkini, urodził się pewien kaowiec informować (mamy nadzieję) nie trzeba.

Serdeczne życzenia dla damy i obu jubilatów!

 

Śluby i wesela w lipcu:
porażka z założenia, no po prostu drugi Grunwald (tyle że nie wiadomo, kto jest Jagiełłą, a kto von Jungingenem)!
Naprawdę już lepszy celibat albo wolna miłość.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
siódmy miesiąc roku to:

białoruskiліпень [lipień]
bośniackijuli
bułgarskiюли [juli]
chorwackisrpanj
czeskičervenec [czerwiec to po czesku červen, a obie nazwy od słowa červ – robak. Robaki rządzą!]
kaszubskilëpinc (też: miodownik, reżan, lipc)
litewskiliepa
łatgalskisīna (też: juļa)
łużycki (dolny)žnjojski
łużycki (górny)pražnik
łotewskisīna
macedońskijули [juli] albo златец [złatec]
rosyjskiиюль [ijul]
serbskijул [juł]
słowackijúl (w gwarach także „lipeň”)
słoweńskijulij
ukraińskiліпень [łypeń]
żmudzkilėipa

 

Przysłowia związane
z lipcem:

Czego lipiec i sierpień nie dowarzy,
tego wrzesień nie usmaży.

Gdy się grzmot w lipcu
od południa poda,
drzewom się znaczy
szwank i nieuroda.

Lipcowe deszcze
dla chłopa kleszcze,
a jak pogoda –
większa swoboda.

Lipiec,
ostatek mąki wypiecz.

Lipiec,
starego chleba z nowym przypiecz.

Od lip ciągnie wonny lipiec,
nie daj słonku kłosa przypiec.

W lipcu gniewne ziele,
jak się rozgniewa,
to się gniewa cztery niedziele
[dotyczy ludzi urodzonych w lipcu i skorych do gniewu, w gorącej wodzie kąpanych]

W lipcu kłos się korzy,
że niesie dar boży:
który prosto stoi,
dobrego się boi.

Kłos, co prosto stoi,
to z pustoty swojej.

Upały lipcowe
wróżą mrozy styczniowe.

W lipcowym skwarze
w Polsce jak na Saharze.

W lipcu się już kłosek korzy,
że niesie dar boży:
a najpierwsza Małgorzata
sierp w zboże założy.

W lipcu upały,
styczeń mroźny cały.

W lipcu upały,
wrzesień doskonały.

 

Przysłowia na
św. Annę/Hannę (26 VII)

Długo tam służył:
od świętego Jakóba [25 VII]
do świętej Anny [26 VII].

Na Jakóba [25 VII] – zatrzyj czuba,
a od świętej Hanki
toć chłodne poranki.

Na świętą Annę mrowiska –
szukaj w zimie ogniska.

Od świętej Anki
zimne poranki.

Od świętej Hanki
zimne wieczory i ranki.

Od świętej Anny
nie doczeka południa
deszcz poranny.

Święta Anka
da księżom baranka.

Święta Anna –
rola jak panna.

Święta Anno! Uproś wnuka,
niech ma każdy czego szuka.
[wnuk = Jezus]

Święta Hanna
to już jesienna panna.

 

Przysłowia na
św. Krzysztofa (25 VII)

Sztych od sztycha,
jak stąd do Krzycha.
[o złym, niedbałym, nieumiejętnym szyciu]

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha