Kazimierz Robak

Periplus czyli antyczna locja

Oldze

Śledzenie nielicznych – niestety – dokumentów związanych z antycz­ną żeglugą  jest zajęciem fascynującym.
Starożytni żeglowali po całym świecie. Morze było ich domeną i często dawało im większe poczucie bezpieczeństwa niż ląd. Kilka tysięcy Greków nie bez powodu wrzeszczało w bez­gra­nicz­nej radości „Thálatta! Thálatta! – Morze! Morze!”, gdy po rocznej wyczerpującej wyprawie wreszcie ujrzało zbawcze Morze Czarne  (o czym przeczytacie na naszej stronie zaglądając do omówienia Wyprawy Cyrusa Ksenofonta.

Ateńczycy u Tukidydesa nie bez powodu chełpili się tym, co podbili i dumni byli ze swej talassokracji. Za którą to nadmierną pychę – hybris – zostali przykładnie ukarani, bo wojnę peloponeską (431-404 p.n.e.)  przegrali.

Podobnie pisze w V w. p.n.e. anonimowy autor zwany Starym Oligarchą w Ustroju Ateńczyków:

II-3. Z miast, które na lądzie są opanowane przez Ateńczyków, wielkie podporządkowują się im ze strachu, małe – przeważnie dla korzyści. Nie istnieje bowiem żadne miasto, które nie musi niczego sprowadzać czy wysyłać – nie będzie więc mogło tego czynić, jeżeli nie będzie posłuszne panom morza.

II-4. Ponadto władcy morza mogą robić to, co czynią niekiedy rządzący na lądzie: pustoszyć ziemię silniejszych. Są bowiem w stanie płynąć wzdłuż brzegu tam, gdzie nie ma żadnych sił nieprzyjacielskich lub są nieliczne, jeśliby zaś nadeszły, to wsiąść na okręty i odpłynąć. Działając w ten sposób lepiej panują nad sytuacją od tych, którzy przybiegają pieszo na odsiecz.

II-5. Poza tym władający na morzu są w stanie wypłynąć na wyprawę ze swego kraju, jak daleko tylko zechcą, podczas gdy włodarze lądu nie mogą oddalić się ze swej siedziby na wielodniową podróż. Marsze są bowiem powolne, a podróżujący pieszo nie może mieć pożywienia na długi czas; piechur musi podróżować przez przyjazne terytoria lub zwyciężać w walce, płynący zaś okrętem może zejść z niego tam, gdzie jest silniejszy, a gdzie nie ma przewagi – może tam nie schodzić na ląd, lecz płynąć wzdłuż brzegu, dopóki nie dotrze na przyjazną ziemię lub na teren słabszego.

II-6. Ponadto ci, którzy są najsilniejsi na lądzie, ciężko znoszą zarazy plonów zsyłane przez Zeusa, zaś najpotężniejsi na morzu – lekko. Zaraza nie dotyka bowiem równocześnie całej ziemi, dlatego z nieskażonego terenu dociera żywność dla władców morza.

II-7. A jeśli potrzeba wspomnieć i o mniej istotnych faktach, to po pierwsze dzięki panowaniu nad morzem – obcując jedni z drugimi – odkryli różne rodzaje uciech. Cokolwiek przyjemnego można znaleźć czy to na Sycylii, w Italii, na Cyprze, w Egipcie, Lidii, Poncie, na Peloponezie, czy gdziekolwiek indziej, to wszystko zostało zebrane w jednym miejscu dzięki władzy na morzu.

Artur Rodziewicz. Ustrój Ateńczyków i jego nieznany autor.
[tłumaczenie tekstu greckiego
Artur Rodziewicz].
Meander. 3-4 (61), 2006; s: 195-212.

 

Panowanie „władców morza” rozcią­gało się na morza Śród­ziemne i Czarne, których wody i wy­brze­ża ludy Śród­ziem­no­mo­rza znały dobrze. Co innego – akweny dalsze, rozcią­ga­jące się na zachód od fretum Gaditanum, dzisiej­szej Cieś­niny Gibral­tar­skiej. Tamtej­szych odkryć śród­ziem­no­morscy żeglarze starali się nie rozgłaszać, gdyż były to przede wszystkim tajem­nice: jedno­cześnie handlowe i państwowe.

Dlatego właśnie o wyprawach starożytnych poza basen śródziemnomorski wiemy mało.

O żegludze egipskiej – nie wiemy prawie nic.
Budowę kanału łączącego Nil (a więc i Morze Śródziemne) z Morzem Czerwonym rozpoczął w XIX w. p.n.e. faraon Senuseret II, ale o użyciu tej drogi wodnej wiemy mniej niż mało.

zr_01_egypt_kanal_faraonow_pl_sm3

Prawdopodobnie płynęły nim w XV w. p.n.e. egipskie statki wysłane przez królową Hatszepsut do krainy Punt.

ZR_02_EGYPT_Hatshepsut_smHatszepsut
(ok. 1465 r. p.n.e.; rzeźba, granit, wys. 170 cm; znaleziona w Deir el-Bahari, Egipt;
obecnie: Narodowe Muzeum Starożytności, Rijksmuseum van Oudheden, Lejda/Leiden, Holandia)

 

Ta wielka morska wyprawa jest wprawdzie opisana i zilustrowana przez współczesnych, ale tak, że najwięksi uczeni do dziś spierają się o to, gdzie był Punt.

ZR_03_EGYPT_Hatshepsut_Fleet_to_Punt_2_smRozładunek jednego ze statków flotylli egipskiej po powrocie z Puntu.
Relief ze świątyni grobowej królowej Hatszepsut w Deir el-Bahari.

Rycina za: Mariette‐Bey, Auguste. DeirelBahari: documents topographiques, historiques et ethnographiques recueillis dans ce temple.
Leipzig : J. C. Hinrichs, 1877, tabl. 6.

 

Później kanał (ten sam? nowy?) starał się utrzymać w stanie nadającym się do użytku perski król Dariusz I (V w. p.n.e.).
W 270 r. p.n.e. otworzył go ponownie (jak długo był zamknięty?) Ptolemeusz II Filadelfos, ale wiemy, że ostatnia dorosła władczyni tej dynastii, Kleopatra (zmarła w 30 r. p.n.e) już nie brała pod uwagę „kanału faraonów” w swych działaniach strategicznych.

Żeglowność kanału zapewniły rozporządzenia cesarza Trajana (panującego 98-117 n.e.).
Zamknął go dopiero w 767 r. Dżafar al-Mansur, kalif z dynastii Abbasydów.

 

Dokąd, poza tradycyjnymi handlowymi szlakami Śródziemnomorza, pływali „władcy mórz” z Krety, póki w 1450 r. p.n.e. ich stolicy i państwa nie podbili Achajowie – nie wiemy dosłownie nic.

 

Fenicjanie mieli doraźny interes w tym, by reszta świata wierzyła, że Ziemia jest płaska, za Słupami Mel­karta (które dla Greków były Słupami Heraklesa) kończy się morze i świat, a statki wpadają tam w otch­łań. Gdy w IX w. p.n.e. założyli Kartaginę, która szybko opano­wała zachod­nią część Śród­ziem­no­mo­rza, potrzeba od­stra­sza­nia kon­ku­ren­cji od najbar­dziej zyskow­nych szlaków w obli­czu ekspan­sji greckiej, a póź­niej rzym­skiej – stała się ważnym elementem ich strategii.

 

MAPA_kolonie_greckie_i_fenickie_558_pne_4_sm

W VI w. p.n.e. Kartagińczyk Hannon Żeglarz dotarł do dzisiej­szej Zatoki Gwinejskiej. Podobno jego wyprawa trwała rok, brało w niej udział 60 okrętów i 30 tysię­cy żeglarzy (tak przynajmniej twierdził dowódca ekspedycji; współcześni badacze zatrzymują się raczej na licz­bie 5000). Podobno – bo opis tej wyprawy, który znamy tylko z greckiego tłumaczenia skróconej wersji tekstu z tablicy zawieszonej w świą­tyni Isztar, zawiera jedynie 18 krótkich akapitów: nawet jeśli w ory­gi­nale było ich dwa razy tyle, to nie możemy zarzucić autorowi rozlewności stylu. Poza tym wciąż pozostaje niejasne, co Hannon napraw­dę w tej podróży osiągnął, co miał osiągnąć, do­kąd naprawę dotarł i co w jego relacji zostało zafałszowane. Pliniusz Starszy (I w. n.e.) twierdzi wręcz, że Hannon opłynął Afrykę od Gibraltaru aż do Półwyspu Arabskiego.

ZR_06_Hanno_smCodex Heidelbergensis: strona z manuskryptu periplusu Hannona z X w. (najstarszy, jedyny ocalały egzemplarz)
ze zbiorów Biblioteki Uniwersyteckiej w Heidelbergu

 

W tym samym czasie drugi kartagiński żeglarz, Himilkon, badał atlantyckie wybrzeże Europy zachodniej i dopłynął – podobno – do Bretanii i Brytanii. Znów „podobno”, bo relacja Himilkona się nie zachowała, choć to, co wiemy z relacji późniejszych pisarzy (w tym tegoż Pliniusza Starszego), czyni ją skrajnie niewiarygodną: były tam morskie potwory, morza ciemności i tego typu odstraszające historie.

I tak dobrze, że dwaj najwięksi kartagińscy podróżnicy opublikowali cokolwiek. W owym czasie Kartagina miała inną metodę niż straszenie konkurencji słowami: morską blokadę. Najpierw nie do przebrnięcia była linia Kartagina – Sardynia – Korsyka. Po wybuchu pierwszej wojny punickiej  (264-241 p.n.e.), gdy ich flotę przepędzili stamtąd Rzymianie, Kartagińczycy zamknęli przejście z Morza Śródziemnego na Atlantyk, czyli dzisiejszą Cieśninę Gibraltarską.

MAPA_KARTAGINA_264_pne_2Zachodnia część Morza Śródziemnego w roku wybuchu pierwszej wojny punickiej

 

Kartagińczycy trzymali także w tajem­nicy odkry­cie Maka­ro­nezji – Wysp Szczę­śli­wych, gdyż szyko­wali tam sobie bez­piecz­ne miejsce, gdyby wojny punickie przy­niosły im przegraną, bo nie mieli wątpli­woś­ci, że zwy­cięs­two Rzymu dla nich będzie ozna­czało zagładę. Wiemy, że to właśnie nastąpiło w roku 146 p.n.e., nie wiemy jednak, czy Maka­ro­nezja speł­niła swoje zadanie, bo ludzie bogaci między innymi dlatego są bogaci, że potra­fią milczeć wtedy, gdy trzeba.

 

Grecy przyjęli strategię podobną: roz­pow­szech­niali prze­ra­ża­jące historie o tym, co dzieje się za fretum Gaditanum, choć Eratostenes (III w. p.n.e.) obliczył przy pomocy pionu, kąto­mierza i ekierki obwód kuli ziem­skiej z błę­dem nieprze­kra­cza­jącym 2% i wiedział, że żeglując wciąż na zachód dopłynie się do Indii.

Żyjący w IV w. p.n.e. Pyteasz pisał wprawdzie otwarcie o swoich odkryciach na Morzu Północnym, ale były one tak niepraw­do­po­dobne – dzień trwający 20 godzin, Księżyc powo­dujący przypływy i odpływy, zamar­zające morze zmie­nia­jące się w lodową kaszę – że nie tylko współ­cześni, ale i żyjący długo po nim (np. o trzysta lat młodszy w czasie Strabon) uwa­żali jego relacje za żeglarskie bajdy. I przy okazji: Pyteasz twierdzi, że prześlizgnął się przez blokadę kartagińską w Cieśninie, ale wiadomo, że była ona tak szczelna, iż są badacze, którzy uważają, że grecki żeglarz dostał się na Atlantyk rzekami Galii.

 

Rzymianie – po wygraniu trzeciej wojny punickiej (146 p.n.e.), która skoń­czyła się zbu­rze­niem i zao­ra­niem miasta Karta­gina – zagar­nęli zachod­nią część Morza Śród­ziem­nego wraz z oko­li­cami na włas­ność. W ciągu następnych stu lat Rzym opanował całość akwenu i problemy z kon­ku­ren­cją zagra­nicz­ną się skoń­czyły: Mons Calpe, dzisiejsza Skała Gibraltarska, była dla rzymskich żeg­la­rzy już tylko jednym z punk­tów orientacyjnych.

 

Z dwóch, znanych antycznym astronomom, systemów kosmicznych wybrano geo­cen­trycz­ny, z nieru­cho­mą Ziemią w środku. A czyż uczący astronawigacji nie zaczynają od słów:
Zapomnijmy o heliocentryzmie i spójrzmy wokół: Ziemia jest nieruchoma, a nad nami poruszają się ciała niebieskie, które – poza Gwiazdą Polarną – regu­lar­nie wscho­dzą i za­cho­dzą, i dlatego z ich poło­żenia możemy wyliczyć naszą pozycję.
Rok temu miałem zaszczyt i przy­jem­ność żeg­lo­wać na jednym pokładzie z Marianem Mańkowskim, który sprawił mi niebywałą radość, tak właśnie roz­po­czy­na­jąc swój wykład z astro­na­wi­gacji!

 

 

Tajemnica – tajemnicą, ale same tylko przekazy ustne nie wystarczały, by żeglować bezpiecznie, a więc – również – zyskownie. Spisy­wano zatem infor­macje ułatwiające żeglugę. A ponieważ praw­dzi­wym niebez­pie­czeńs­twem dla statku, zwłaszcza w warunkach krytycznych, jest ląd, dlatego autorzy skupiali się na opisach brzegów, wód przybrzeżnych, estuariów, a także ludzi zamieszkujących pobrzeża, którzy mogli być bardziej niebez­pieczni od podwod­nych skał i mielizn. Podawano odległości między poszczególnymi punktami, informacje o portach i kotwicowiskach i mnóstwo innych wiadomości praktycznych.

Opis ten nazywał się po grecku periplus, co dosłownie znaczy „opłynięcie”, a dziś nosi miano „locja”.

 

Co to jest locja, wie – albo przynajmniej powinien wiedzieć – każdy, kto ukończył jakiekolwiek kursy żeglarskie, nie mówiąc o tych, co już żeglują.

Na takich właśnie kursach (dawno temu) trafił mi się instruktor-wykładowca, który nie tylko pytał „Co to jest periplus?”, ale jeszcze „Co to jest aflaston?”.
Na „giełdzie” (a jakże, była!) krążyła kartka ze spisanymi odpowiedziami. Pierwsze z pytań tu wymie­nio­nych zaliczało się krótkim: „antyczna locja”; odpowiedzi na drugie nie zdradzę. Nie trafiło mi się żadne z nich (poległem za to w pierwszym podejściu na Wagnerze, bo nie pa­mię­ta­łem, czy swoich Zjaw miał trzy czy cztery, z czym po roku 1983, gdy przemianowano Szkwał na Zjawę IV, kłopotu bym nie miał).

Później periplusaflaston przewijały się czasami w rozmowach, żartach (zwłaszcza z począt­ku­ją­cych, którzy wiedząc, iż polecenie „przynieś kilo kilwateru” to żart, myśleli, że wiedzą wszystko), a przede wszystkim w lek­tu­rach, bo bez znajo­mości antycznej historii żeglowania nie sposób pojąć antycznego rozumienia świata, który morza i oceany łączyły, a nie dzieliły.

 

W czasach nowożytnych periplus przywołał do życia szwedzko-fiński uczony i podróżnik Adolf Erik Nordenskiöld (1832-1901). Z wykształcenia geolog, mineralog, chemik i matematyk, z po­wo­łania odkrywca, żeglarz i historyk, światowy rozgłos zyskał po zakończeniu ekspedycji, którą zorganizował na żag­lo­pa­rowym barku Vega[1] (1878-1880, kapitanem statku był Louis Palander) i jako pierwszy opłynął Eurazję, w tym Przejście Północnowschodnie ze wschodu na zachód.

Jedną z pasji Nordenskiölda była historia kartografii. Kopie map, które kolekcjonował, opublikował w roku 1889 jako Facsimile-Atlas to the Early History of Cartography with Reproductions of the Most Important Maps Printed in the XV and XVI Centuries.

W 1897 Nordenskiöld wydał fundamentalne dla historii kartografii i nawigacji dzieło: Periplus. An Essay on the Early History of Charts and Sailing-Directions[2].

ZR_08_Nordenskiold_Periplus_2_sm

Pierwsze trzy rozdziały dotyczą kartografii i locji starożytnych: „I. Kartografia grecka i rzymska przed Ptolemeuszem”, „II. Periplus Skylaksa”, „III. Mapy i locje od wieku II n.e. do czasów krucjat”.

 

ZR_09_Nordenskiold_Periplus_title_SV_smA. E. Nordenskiöld – Periplus. Karta tytułowa wydania szwedzkiego.
Sztokholm : P. A. Nordestedt & Söner, 1897.

 

Później były już tylko locje. Periplusy zostawiono Antykowi.
Jedną z takich antycznych locji omawia i analizuje Joanna Porucznik.

 

OKLADKA_Porucznik_Periplus

 

 

 

 

Joanna Porucznik. Anonimowy periplus Morza Czarnego.
Wrocław : Wyd. Quaestio, 2013.

 

 

 

 

Nie ma co streszczać – niżej znajdziecie odnośniki do fragmentów tego tekstu. A jest on niezwykle ciekawy: sam tylko krótki przegląd podob­nych prac, które dotrwały do naszych czasów często ułamkowo lub we wzmiankach, daje panoramiczny obraz zasięgu wiedzy i podróży antycznych żeglarzy Śródziemnomorza.

 

Ciekawostka: szperając ostatnio w Sieci, odnotowałem szczególną dyskusję: grono ludzi o wykształceniu wysoko ponad średnią i – jak sądzę – z cenzusami naukowymi, natrząsało się z książki, o której tu mowa. Powodem było… użycie przez autorkę słowa „periplus”, co – zdaniem dyskutantów – zanieczyściło polszczyznę, gdyż powinno się użyć pięknego prze­cież słowa „opłynięcie”.

Z puryzmem językowym i gramatyką nakazową nigdy nie było mi po drodze. Co w takim razie języ­kowi orto­doksi, kompleksami podszyci, naka­za­liby zrobić z „triremą”, „epejsodionem”, „kogą” czy „bukszprytem” – też tłumaczyć do­słow­nie? Zaskoczyło mnie jednak co innego: otóż żaden z ognistych dyskutantów nie użył słowa „locja”. Ci ludzie o czymś takim jak „locja” nie słyszeli w życiu!

Wróciłem więc do lektury książki (prawdziwą przyjemność daje jej czytanie połączone ze śledzeniem map – dawnych i współczesnych) i zdumiałem się po raz drugi: Joanna Porucznik też ani razu słowa „locja” nie użyła. To oczywiście nie umniejsza wartości jej pracy, choć świadczy (razem z innymi drobiazgami), że z praktyką żeglarską wiele wspólnego do tej pory nie miała.

 

Istnieją jednak wartości nie tylko ponadczasowe ale i ponaddyscyplinarne.
Anonimowy periplus Morza Czarnego powinni przeczytać nie tylko badacze Antyku, ale i żeglarze, zwłaszcza ci, którzy mogą mieć okazję żeglo­wa­nia – proszę wybaczyć bombastyczność – „szlakiem Argonautów”.

Dla przykładu pozwalam sobie zamieścić fragmenty czterech rozdziałów tej książki.

 

Ramka_01_I_Wstęp

Ramka_02_IV_Czym_jest_periplus

Ramka_03_V_Morze_Czarne_antyk

Ramka_04_Tresc_i_struktura

Nie są to cytaty in extenso.

  Dla ułatwienia lektury usunąłem z nich przypisy bibliograficzne przydatne wyłącznie specjalistom, którzy i tak – w razie potrzeby – sięgną do oryginału.

▪  Dokonałem nieznacznych skrótów, co zaznaczałem wielokropkiem w nawiasie kwadratowym.

▪  Dodałem przypis dotyczący Pyteasza z Massalii uznając, że temu niezwykłemu podróżnikowi i odkrywcy, jednemu z najwybitniejszych geografów starożytności i dziejów, należy się – na naszym portalu przynajmniej – więcej niż skromne trzy zdania w tekście cytowanej pracy.

▪  Kilka razy dokonałem wtrąceń zawsze w nawiasach kwadratowych.

▪  Wybrałem i dołączyłem do tekstu ilustracje wraz z podpisami – na moją tylko odpowie­dzial­ność. Dwie czarno-białe mapki (ryc. 1 i ryc. 2), do których odwołuje się Autorka w tekście, zostały przeze mnie zastąpione mapami kolorowymi. Źródeł ilustracji (tym razem) nie podaję – łatwo je znaleźć w Internecie.

▪  Dokonałem także niezbędnej korekty i poprawek redakcyjnych, próbując w ten sposób zniwelować najsłabszy element omawianej pracy – adiustację, za który jednak nie sposób winić Autorki, oddającej tekst w ręce – wydawałoby się – profesjonalistów. Zmian tych nie zaznaczałem w żaden sposób.

Niestety, wszystko to dokonane zostało bez wiedzy i zgody P.T. Autorki, którą przepraszam, licząc na Jej uprzejmą wyrozumiałość.

Kazimierz Robak
11/23 lipca 2016

PS. Serdecznie w tym miejscu dziękuję dr. Arturowi Rodziewiczowi za zwrócenie mojej uwagi na książkę p. Porucznik, za niezwykle cenne infor­macje i komen­tarze, a także za nasze e-mailowe dyskusje, które zadają kłam twier­dze­niom pesy­mist­ów o upadku sztuki episto­larnej i erystycznej.

 


[1] Bark zbudowany w stoczni F. W. Wencke w Geestemünde (Bremerhaven), wodowany w styczniu 1873 jako Jan Mayen, z przeznaczeniem na statek wielorybniczy operujący w rejonach arktycznych. Kadłub i maszty – drewniane; dł. (po pokładzie): 43,40 m (142.4 ft.); dł. linii wodnej: 39,7 m (130.2 ft.); szer. maks.: 8,4 m (27.5 ft.), zanurz.: 4,8 m (15.8 ft.), wyporność: 355 BRT; silnik parowy potrójnego rozprężania 60 PS (44 kW); całodobowe użycie wymagało 7,2 m3 (5,4 t) węgla. Prędkość pod żaglami: 9-10 węzłów.
Zakupiony w 1877 przez A. E. Nordenskiölda dla potrzeb jego ekspedycji i przemianowany na SS Vega, został przebudowany w stoczni Królewskiej Marynarki Wojennej w Karlskronie.
Po ekspedycji sprzedany firmie wielorybniczej. Zatonął w lodach Zatoki Melville’a (Grenlandia), 1903-05-31.

[2] Format: 420 mm x 330 mm (17×13 cali). 208 stron + 60 tablic. Zawiera 60 map całostronicowych, dwie mapy dwustronicowe w kolorze i 100 map mniejszych rozmiarów. Ceny egzemplarzy pierwszego wydania są w granicach 4-6 tys. USD.
Wersja angielska ukazała się równolegle z wersją szwedzką: Periplus.Utkast till Sjökortens och Sjöböckernas äldsta historia. Med talrika afbildningar af sjökort och kartor.

 


Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« May 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Maj

A w maju
Zwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia,
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, maju!

Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!...

Julian Tuwim – „Do krytyków” (1920)

 

Maj – piąty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury
i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od czasownika „maić” – ‘stroić, zdobić zielenią
i kwiatami’.

W staropolszczyźnie piąty miesiąc roku nazywany był „trawień” (tej nazwy używa język białoruski i ukraiński: травень ‘maj’, oraz chorwacki – travanj, ale tam tak nazywa się kwiecień) – wiadomo dlaczego.

 

Łaciński Maius zawiera
w sobie imię matki boga Merkurego – nimfy Mai.

 

Dwie dodatkowe etymologie nazwy Maius podaje Owidiusz w ks. V poematu Fasti (8 r. n.e.), traktującego o kalendarzu rzymskim.

Pierwsza wywodzi nazwę miesiąca od majestatu (Maiestas) – na przykład bogini, ale i cesarza, bo niech ktoś tylko spróbuje zaprzeczyć i powie, że cezar Majestatem nie jest!
Drugi owidiuszowski źródłosłów kieruje do starszych (maiores) – w tym wypadku senatorów rzymskich.

Na Owidiusza powołują się różne źródła i autorytety, ale jego wywody słowotwórcze mają tyle wspólnego
z językoznawstwem, co kamień węgielny z węglem kamiennym.

Owidiusz był poetą
i dworakiem – trudno powiedzieć, czym za swego życia bardziej. Boccaccio pisał, by się podobać damom, Owidiusz – by się podobać cesarzowi. Pierwszemu się udało, drugiemu – nie:
w dworactwie poeta nie miał szczęścia, bo inaczej nie dostałby wyroku wygnania (do dziś nikt nie wie, za co). Ale tworzył i wysysał
z palca, co mógł, byle tylko przypodobać się zwierzchności.

Maiestas – to oczywiste, bo bogini – boginią, ale podkadzenie imperatorowi zaszkodzić nie mogło, zwłaszcza że bogini daleko,
a cesarz – blisko.

Maiores – a czy źle było zaskarbić sobie niewinnym pochlebstewkiem życzliwość starców? Którzy – czy ich cesarz lubił czy nie – wciąż jeszcze coś mogli i o czymś tam decydowali.
Zresztą, na zasadzie świeczki i ogarka, Owidiusz nazwę następnego miesiąca, Iunius, w następnej księdze tego samego poematu wywodzi od słowa iuniores ‘młodzi’. Tak że Owidiuszem nie ma sobie co głowy zawracać.
Z równym powodzeniem moglibyśmy wywodzić nazwę „maj” od nazwiska Żemajska (i opiewać piękność obojga), gdyby tylko celem do sforsowania była dla nas twierdza piękności tejże damy. Albo – ogarnięci górnolotnym zapałem – moglibyśmy twierdzić, że z całą pewnością przodkowie nasi miesiąc „maj” nazwali od hasła „Trzymajmy się!”, co było nawiązaniem do szczytnych tradycji, woli przetrwania i misji dziejowej dającej nam pierwszeństwo nad innymi, a maj, jako symbol wiosny i odrodze-
nia… i tak dalej, i dalej.

 

Tak czy siak, nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

W drugiej dekadzie maja panują najchłodniejsze dni wiosenne, więc klimatycznie ten miesiąc też raczej zaprzecza swej symbolice
i w tym kontekście fraza
w w sercu ciągle maj brzmi co najmniej dwuznacznie, jak zresztą wszystko w poezji Jeremiego Wielkiego.

Ochłodzenie majowe jest zjawiskiem klimatycznym charakterystycznym dla całej Europy Środkowej: po okresie utrzymywania się wyżu barycznego nad Europą Środkową i Wschodnią następuje zmiana cyrkulacji atmosferycznej i przy słabnącym wyżu zaczyna – wraz z niżem barycznym – napływać zimne powietrze
z obszarów polarnych.

Według tradycji ludowej środek maja powinien być zimny, deszczowy, a czasem mroźny – jest to znakiem, że aż do jesieni nie powinno być przymrozków.

 

1 maja to Święto Pracy,
w Polsce święto państwowe.

We Francji 1 maja to, oprócz uroczystości organizowanych przez L’Humanité, święto konwalii (la fête du muguet).

 

Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, dzieje się w maju.

 

2 maja to w Polsce Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej.

 

3 maja jest w Polsce świętem państwowym, które oficjalnie nazywa się Święto Narodowe Trzeciego Maja. Ustanowiono je dla upamiętnienia uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Obojga Narodów (3 maja 1791).

…od razu się przyznam. Datownik maja mam niedokończony. Sporo tego, ale jakoś tak się składa, że
z tych wydarzeń, które do tej pory wziąłem na warsztat, większość związana jest
z Rosją. No a przecież, jeśli po Konstytucji – którą się
u nas czci prawie jak konkordat, a już na pewno jak Kościuszkę i Pułaskiego razem wziętych – dam rocznice wydarzeń spod Romanowych, z bolszewii lub z Putinogorska, to będzie wstyd i obraza Boska. Po TAKIEJ Konstytucji? Lepiej zatem poprzestanę na tym, co powyżej (na razie, bo praca trwa)…

 

Znaki Zodiaku w maju:
Byk (♉) – do 20 maja
Bliźnięta (♊) – od 21 maja (najweselszy
i najpogodniejszy znak Zodiaku).

Horoskopy Bliźnięta mają pomyślne w dowolnym układzie, nawet w czarnym PR.

Ludzie spod znaku Bliźniąt
w ogóle nie osiągają dojrzałości zarówno intelektualnej, jak
i uczuciowej.
Jedyne, co naprawdę potrafią, to raz w tygodniu wypełnić kupon gry liczbowej.
Niezdarnie to ukrywają, ale największą przyjemność sprawia im dłubanie w nosie.
Zapraszając takiego do domu należy pamiętać, że kradnie
i koniecznie przed wyjściem zrewidować.

Zauważcie, że nawet zawodowi hejterzy dają Bliźniętom pozytywną recenzję (co jest złego w grach liczbowych, dłubaniu w nosie – dla zdrowia przecież, albo
w zapobiegliwości?) – po prostu nie mają się do czego przyczepić!

Porównajcie z takim wczesnomajowym Bykiem, który ma:

wdzięk powiatowego Casanovy i skłonności dewiacyjne.
Niczym niezmącone przekonanie, że jest pępkiem świata.
Lubi mizdrzyć się zarówno przed lustrem jak i w pracy.
Najbliższą rodzinę terroryzuje od urodzenia do późnej starości.
Nigdy niczego nie czyta, choć o wszystkim ma z góry wyrobione zdanie.
Charakteryzuje go brak umiarkowanie w jedzeniu
i piciu.
Oderwać od rozkoszy stołu mogą go jedynie rozkosze łoża – przy czym i tu Byk będzie dążył do wyuzdanych uciech, nazywając je dla niepoznaki „wyższą sztuką”.
Lenistwo swoje i brak zainteresowania światem zewnętrznym Byki nazywają „dbaniem o domowe ognisko”, a brak wyższych uczuć „stąpaniem twardo po ziemi”.
Wreszcie swą ociężałość umysłową i skrajny konserwatyzm nazywają „przywiązaniem do tradycji” i „opieraniem się na sprawdzonych wzorcach”. Jednym słowem – to leniwi hedoniści, pogrążeni
w brudnej rozpuście
(no dobrze: „brudnej” możemy skreślić, bo znajomy Doktor obrazi się już na amen).

Albo z późnoczerwcowym Rakiem:

Urodzeni pod znakiem Raka oszukują na każdym kroku, zdradzają, uwielbiają podłożyć świnię.
Rakom nie można wierzyć nigdy i w niczym.
Jeśli np. Rak mówi „Cenię sobie twoją przyjaźń”, to można być pewnym, że przed godziną napisał na ciebie donos do szefa.
Raki stale komuś czegoś zazdroszczą, a po dwudziestym piątym roku życia łysieją, garbią się
i tracą zęby.
Słusznie zresztą.

No przecież szkoda słów, bo tu nie pomoże nawet oddział zamknięty.

A kolejne horoskopy są jeszcze gorsze (czytajcie, to się dowiecie), więc po prostu Bliźnięta – których i tak nawet czarny piar się nie ima – punktują z miesiąca na miesiąc.

 

Kwiaty maja:

Konwalia (Convallaria maialis L.) – bylina o kwiatach słodko pachnących, ale zdradziecka, bo silnie trująca; uznawana jest za kwiat szczęścia, pomyślności i młodości; ponieważ symbolizuje też czystość
i skromność, więc często wplatana jest w bukiety ślubne panien młodych (o symbolice toposu „trucizna pod słodyczą” etymologia ludowa jakoś milczy).

Niekontrolowana – konwalia staje się chwastem i to bardzo trudnym do usunięcia, ponieważ łatwo odrasta (ciekawe, czy ma to jakiś związek symboliczny
z owymi bukietami ślubnymi
i skromnością – może odrastają w sposób naturalny…).

Suszone, sproszkowane kwiaty konwalii dodawane są czasem do tabaki – w obliczu powszechnie znanych trujących właściwości substancji psychoaktywnych w tabace zawartych szczypta konwalii różnicy nie czyni.

Duże zastosowanie ma konwalia w medycynie
i zielarstwie, ale i tu ostrzega się przed zejściem wskutek przedawkowania.

W tzw. alfabecie kwietnym konwalie oznaczają nieśmiałość, co jest zrozumiałe: któż by, niewinnym będąc, do trucia jadem zabierał się śmiało?

Duże znaczenia ma konwalia w ikonografii maryjnej, ale to tematyka zbyt szeroka, by ją roztrząsać właśnie tu.

 

Głóg (Crataegus monogyna Jacq.), któremu botanicy dodają epitet „jednoszyjkowy” (co chyba nie jest obraźliwe); symbolizował on ostrożność i nadzieję, na szczęście bardzo dawno temu, bo
w średniowieczu; dziś tylko kłuje i nadaje się na nalewkę.

 

Kamień maja:

Szmaragd – symbolizujący miłość
i powodzenie.

 

W ogóle maj to miesiąc nijaki, coś takiego właśnie jak konwalia:

Maj jest dziwny. Dokładnie taki jak konwalia: trochę aromatu, ale zaraz jakieś przedawkowania i groźba zejścia. Nic dziwnego, że mądrość ludowa odradza zawierania małżeństw w maju (znam majowe
i szczęśliwe, ale być może to wyjątki potwierdzające regułę). I gdyby nie to, że jego ostatnia dekada przynosi najlepszy znak Zodiaku, czyli Bliźnięta, to ogólnie byłoby z majem kiepsko.

Kwiecień, na przykład, zaczyna się od primaaprilisowych wygłupów – i od razu jest weselej.
A popatrzcie, od czego startuje maj: od święta pracy, do której każdy chodzi, bo musi, więc to jest tak, jakby więźniowie obchodzili dzień św. Penitencji i cieszyli się, że jeszcze trochę posiedzą. To mogły wymyślić tylko Byki!
Na szczęście kogo jak kogo, ale ludzi pomysłowych u nas nie brakuje (a założę się, że większość z nich jest spod znaku Bliźniąt) – gdyby nie oni, to już by się w ogóle
w maju nie dało wytrzymać. Bowiem ludzie pomysłowi (zwłaszcza ci spod znaku Bliźniąt) połączyli „święto pracy” z innymi okolicznymi świętami, włączając w to weekendy z przodu i z tyłu,
i stworzyli jeden
z najdłuższych weekendów nowoczesnego świata; weekend, który – jak go dobrze ułożyć – może potrwać nawet 10 dni.
I nawet znajomego lekarza nie trzeba!
A gdy wreszcie, w co nie wątpię, za dzień święty zostanie uznane Święto Kanonizacji, to weekend majowy, podczas którego będzie można kompletnie zapomnieć o pracy, dojść może do dni szesnastu, a kto wie, czy nie więcej.

I ponieważ prawie zaraz po tym weekendzie przychodzą Bliźnięta, to maj daje się jakoś przetrzymać – mimo konwalii, szmaragdów, głogów jednoszyjkowych
i trzech ogrodników, których same imiona wywołują taki dreszcz, że nagłe chłody wcale nie są potrzebne.

Maj jednak rehabilituje się imieninami:
• Moniki;
• Stanisława – ale tylko częściowo, bo połowa Stachów uciekła od Szczepanowskiego do Kostki, tak że nigdy nie wiadomo, który kiedy obchodzi;
• Zofii (Zocha, przecież wiesz, że to o Tobie: wszystkiego najlepszego!)
• i Joanny – które już piękniejszego dnia na imieniny wybrać nie mogły!

 

Śluby i wesela w maju:
w żadnym wypadku! Ale zastrzegam jeszcze raz: tylko według mądrości ludu.

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
piąty miesiąc roku to:

białoruskiмай [maj], травень [trawień]
bośniackimaj
bułgarskiмай [maj]
chorwackimaj
czeskikvěten
kaszubskimôj (też: gòran, maj)
litewskigegužė
łatgalskiLopu (też: maja)
łużycki (dolny)rozhelony (też: rožownik, maj)
łużycki (górny)meja (też: róžownik)
łotewskimaijs
rosyjskiмай [maj]
macedońskiмај albo косар [kosar]
serbskimaj
słowackimáj
słoweńskimaj
ukraińskiтравень [trawień]
żmudzkigegožė

 

Przysłowia związane
z majem:

Chłodny maj,
dobry urodzaj.

Ciepły kwiecień, mokry maj
– będzie zboże jako gaj.

Częste w maju grzmoty
rozpraszają chłopom zgryzoty.

Deszcz majowy,
chleb gotowy.

Deszcz na pierwszym maju,
chyba w urodzaju.

Dużo chrabąszczów w maju,
proso będzie gdyby w maju.

Gdy kukułka w maju,
spodziewaj się urodzaju

Gdy maj jest przy pogodzie,
nie bywają siana w szkodzie.

Gdy się maj z grzmotem
odezwie na wschodzie,
rok sprzyja sianu
i zbożu w urodzie.

Gdy się w maju pszczoły roją,
takie roje w wielkiej cenie stoją.

Grzmot w maju
sprzyja urodzaju.

Jak pszczółki na wiosnę z ula
wcześnie wylatują,
to pewnie mróz na drzewa
w maju nam zwiastują.

Jak w maju zimno,
to w stodole ciémno.

Jeśli w maju grzmot,
rośnie wszystko w lot.

Kiedy lipa w maju kwitnie,
to w ulach miód zawiśnie.

Kiedy mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

Kiedy pierwszy maj płacze,
będą chude klacze.

Kto się w maju urodzi,
dobrze mu się powodzi.

Maj – wołom daj
i sam na piec uciekaj.

Na pierwszego maja szron
obiecuje dobry plon.

Na pierwszy maj
ostatek bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj:
w piecu sobie napal,
za niego się wal.

Nastał miesiąc maj,
kożdy o się dbaj.

Niedalekoć już do maja,
więc nie uchodź za mazgaja.

Nie zawsze na ziemi maj,
nie zawsze
ludzkiemu szczęściu raj.

Pierwszego maja deszcz,
nieurodzaju wieszcz.

Pierwszy maja poranek
jest tęskliwym dla kochanek.

Przyjdzie maj,
przedsię bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj.

Tyle przymrozków w maju,
ile ich było przed św. Michałem.

W maju…
Np. Zobaczymy się
w maju…

[tj. nie teraz, kiedyś może, nigdy]

W maju jak w gaju.

W maju szumne sosieneczki,
wonne puszczą ci chojneczki.

W maju wieje, trochę pada,
coraz bliżej listopada

Witaj nam maiczku
ze słowikiem w gaiczku.

Wody w maju stojące
szkodę przynoszą łące.

 

Przysłowia na
św. Stanisława (8 V):

Do św. Stanisława
z pastuchami sprawa.

Jak się len zasieje
w św. Stanisława
to tak urośnie, jako ława.

Na św. Stanisława
rośnie koniom trawa.

Na św. Stanisława
żytko kieby ława.

Św. Stanisław len sieje,
Zofija konopie,
A Urban jęczmień i owies
każe kończyć, chłopie.

Św. Stanisław –
pierwszy siew prosa,
a ostatni owsa.

 

Przysłowia na
św. Pankracego, Serwacego
i Bonifacego
(12, 13 i 14 V)
:

Jak się rozsierdzi Serwacy,
to wszystko zmrozi
i przeinaczy.

Jasny dzień Pankracego
przyczynia wina dobrego.

Pankracy, Serwacy, Bonifacy
– źli na ogrody chłopacy.

Przed Serwacjuszem nie trzeba
pewnego się lata spodziewać.

 

Przysłowia na
św. Zofię (15 V):

Dla świętej Zosi
kłos się podnosi

Na św. Zofiją
pola w kłos wybiją.

Niechaj mnie Zośka
o wiersze nie prosi

[oczywiście to nie przysłowie, tylko cytat ze Słowackiego]

Św. Zofija ciepło rozwija.

Św. Zofija kłosy wywija.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha