Szymon Piątek

Inny punkt widzenia

Moja przygoda ze Szkołą pod Żaglami różni się od pozostałych tylko trochę, choć jednocześnie bardzo wiele…

 

O SzPŻ dowiedziałem się od Mamy. Zaproponowała mi, żebym się zapisał i tak zrobiłem. Jednak przez pierwsze dwa miesiące od rejestracji nie uczyniłem w tej sprawie praktycznie nic. Szczerze mówiąc, na początku nawet mi na niej nie zależało, gdyż tak naprawdę nie wiedziałem, o co w niej chodzi. Do sprawy wróciłem dopiero w listopadzie 2014 roku, gdy któregoś wieczora usiadłem przed komputerem i zacząłem czytać o historii SzPŻ i o tym, czym tak naprawdę jest.

Dopiero wtedy zacząłem swoją przygodę w rzeczywistości. Pomoc w świetlicy środowiskowej i w Caritasie, to tylko jedna strona medalu, ponieważ oprócz tego trzeba było jeszcze popracować nad kondycją, co wcale nie było sprawą prostą. Owszem, od czasu do czasu zdarzał się dzień, gdy czułem się pełen energii i z zawziętością brałem się do ćwiczeń, lecz w pozostałe dni było to duże wyzwanie związane z walką ze zmęczeniem i lenistwem.

 

Tak czy siak, gdy przyjechałem na eliminacje sportowe do Giżycka, czułem się jednocześnie pełen nadziei i wątpliwości. Same eliminacje przebiegały w bardzo fajnym klimacie, gdyż czas między konkurencjami spędziłem – razem z innymi członkami mojej grupy – na grze w karty, co pomogło nam się poznać oraz częściowo odstresować.
Niestety, eliminacje skończyły się dla mnie niepowodzeniem. Po niewyczytaniu mojego nazwiska wśród „szczęśliwej szesnastki” zwyczajnie pogodziłem się ze swoją porażką. Gdy już właściwie miałem iść, postanowiłem zerknąć na tabelę wyników i przekonać się, który dokładnie byłem. I właśnie wtedy dowiedziałem się, że byłem pierwszy pod kreską…
Moją pierwszą reakcją było zaniemówienie. Które później zamieniło się już tylko w poczucie gorzkiej porażki. Lecz i z tym, z czasem, zdążyłem się pogodzić. Zresztą miłą niespodzianką okazał się dla mnie fakt, iż każdy z uczestników mógł popłynąć na tygodniowy rejs na Mazurach, o czym dowiedziałem się dopiero w Giżycku.

 

Rejs ten był dla mnie wspaniałą przygodą. Poznałem dzięki niemu wiele ciekawych osób i jednocześnie zwiedziłem spory kawałek Mazur, na których nigdy wcześniej nie byłem. Na koniec rejsu zostałem zakwalifikowany do ekipy rezerwowej rejsu Pogorią. Było to dla mnie duże wyróżnienie i dawało mi nadzieję na wzięcie udziału w rejsie, choć zdawałem sobie sprawę, że szansa na coś takiego jest bardzo mała. Właściwie już wtedy byłem przekonany, że warto było wziąć udział w SzPŻ.W końcu dzięki niej spędziłem wspaniały tydzień na Mazurach!!!

 

Lecz prawdziwa niespodzianka miała mnie dopiero spotkać…

 

To był zwykły dzień w szkole – chyba poniedziałek. Jak zwykle te same nudne lekcje. I nagle na jednej z przerw zadzwonił do mnie Tata. Mówił, że dostał telefon od jakiegoś oficera ze Szkoły pod Żaglami. Na początku w ogóle nie mogłem skojarzyć, o co chodzi, gdyż moje nadzieje na dostanie się na rejs już prawie całkiem umarły. Były już ponad trzy tygodnie od jego rozpoczęcia, a kto by tam chciał się zastanawiać nad tym, jak fajnie mają Ci, którym się udało.

Następne dwa dni spędziłem na załatwianiu dokumentów i pakowaniu się.

We środę rano Tata odwiózł mnie do Berlina i po chwili leciałem samolotem do Lizbony.

Gdy wylądowałem, odebrałem swój bagaż i przy wyjściu odebrał mnie pan oficer Bosek. Jechaliśmy do portu ponad godzinę, ponieważ znajdował się na drugim końcu miasta. Gdy ujrzałem Pogorię byłem zaszokowany. Teoretycznie znałem jej wymiary, ale gdy ją zobaczyłem i tak była większa, niż ją sobie wyobrażałem. Po przywitaniu się z panem Kapitanem i oficerami skierowano mnie do mojej nowej koi.
Idąc po statku czułem się dziwnie. Na ogół nie mam problemów z poznawaniem nowych osób, ponieważ jestem osobą dosyć otwartą, lecz tamtego dnia czułem się jak ktoś obcy, widząc innych załogantów zajętych codziennymi sprawami, takimi jak wachta, lekcje lub odsypianie. Każdy z nich był czymś zajęty i nagle wszyscy naraz podeszli do mnie zasypując mnie swoimi imionami, których nie sposób było zapamiętać. Na szczęście to uczucie minęło szybko i już po tygodniu czułem się, jak wśród swoich. Być może nastąpiłoby to jeszcze szybciej, gdyby nie mały szkopuł zwany chorobą morską, która dręczyła mnie przez moje pierwsze trzy dni rejsu.

 

Kolejne dni spędziłem na uczeniu się wszystkich nazw i obowiązków, co na początku wydawało się bardzo trudne. Było to dość specyficzne i zapewne zabawne dla pozostałych załogantów, którzy przeżyli to samo trzy tygodnie wcześniej. I tak, gdy ja po raz pierwszy wspinałem się na maszt, oni biegali po nim, jak gdyby robili to całe życie. Ale z każdym dniem było coraz lepiej. Niestety, oprócz zaległości w wiedzy praktycznej musiałem także nadrabiać wszystko, co reszta zrobiła w pokładowej szkole. A trochę tego było… więc gdy już wywiązałem się ze wszystkich obowiązków związanych z wachtą i odrobiłem wszystkie zadania domowe, brałem się za naukę na zaległe sprawdziany : ) .

 

W moim odczuciu życie na statku jest zarazem bardzo męczące i cudowne. Wstawanie o różnych dziwnych godzinach, mało snu i wielka odpowiedzialność, ale jednocześnie piękne widoki, niezapomniane chwile z wspaniałymi ludźmi i oczywiście porty czyli miejsca spełniające wszystkie chwilowe marzenia. W porcie zmęczeni mogą odespać, spragnieni cukru najeść się słodyczy, ciekawi zwiedzać itd.

 

I tak w mgnieniu oka minęło pięć tygodni spędzonych na codziennej harówce pełnej przygód i kilku niezapomnianych dniach w portach…

 

Gdy wróciłem do domu, pierwszym co zrobiłem po przywitaniu się z rodziną, był długi sen. Później zaczęły się opowieści i wdrażanie w codzienność.
Reakcja mojej klasy oraz nauczycieli była dla mnie wręcz zaskakująco miła. Spodziewałem się ze strony moich kolegów zazdrości i podobnych zachowań, lecz spotkałem się jedynie z pełnymi ciekawości pytaniami, ciepłymi słowami i pomocą w nadrabianiu zaległości. Muszę jednak przyznać, że z tymi ostatnimi nie było już tak kolorowo. Mimo pomocy kolegów nadrabianie skończyłem dopiero jakieś dwa miesiące po powrocie. Chociaż przywiozłem z Pogorii zaświadczenie pełne ocen, większość nauczycieli wolała, żebym zaliczył u nich te sprawdziany jeszcze raz. Na kilku przedmiotach udało mi się po prostu przepisać oceny z zaświadczenia, lecz w większości przypadków albo nie pokrywał się zrealizowany materiał, albo nauczyciel wolał osobiście przekonać się o moich umiejętnościach.

 

Po powrocie nie odnosiłem wrażenia, żeby coś zmieniło się w moim otoczeniu. Za to zauważyłem zmianę w sobie. Oczywiście nie była to jakaś radykalna zmiana i jestem pewien, że do ideału jeszcze bardzo, ale to bardzo daleko. Lecz uważam, że dzięki SzPŻ nabrałem trochę więcej odpowiedzialności i choć trochę poskromiłem swoją pewność siebie (wręcz zarozumiałość), przez którą tak często się kompromitowałem. Czego w szczególności doświadczył nasz Bosman, pan Henryk, który kilka razy dziennie musiał poskramiać moje nieodpowiednie zachowania, które na szczęście mi wybaczał.

 

Wszystkim, którzy wiedzą o Szkole Pod Żaglami Kapitana Baranowskiego, ale się wahają, mogę powiedzieć:

►   jest bardzo wiele powodów, dla których warto wziąć udział w SzPŻ;
►   nawet jeśli nie interesujesz się żeglugą, zapisz się, choćby po to, by poznać nowych ludzi i pracować nad swoimi wadami;
►   mogę Ci zagwarantować, że nie znam nikogo, kto nie chciałby przeżyć tej przygody jeszcze raz.

Szymon Piątek
wachta III

  2015-09-21_Porto_Santo_120340_Pano_sm_arch_Szymon_Piatek 2015-09-22_Porto_Santo_125938_sm_arch_Szymon_Piatek 2015-09-26_Atlantyk_zachod_194646_sm_arch_Szymon_Piatek 2015-10-02_Gibraltar_114221_sm_arch_Szymon_Piatek 2015-10-02_Gibraltar_114406_Pano_sm_arch_Szymon_Piatek 2015-10-04_Malaga_151318_Pano_sm_arch_Szymon_Piatek 2015-10-15_Porto_San_Stefano_162229_lev_sm_arch_Szymon_Piatek 2015-10-17_Civitavecchia_094121_sm_arch_Szymon_Piatek 2015-10-17_Civitavecchia_094658_sm_arch_Szymon_Piatek

Wybór zdjęć z własnego archiwum: Szymon Piątek

 

 

Piatek_Szymon_DSC08698_sm_fot_Zbigniew_BosekSzymon Piątek mieszka w Gorzowie Wielkopolskim. Po rocznych kwalifikacjach (2014/2015), będąc w trzeciej klasie gimnazjum, został uczniem Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2015, polsko-rosyjska. Przepłynął w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Cascais (przez Porto Santo, Gibraltar, Malagę, Baleary, Bonifacio, Porto Santo Stefano) do Civitavecchia.
Ukończył Szkołę Muzyczną I stopnia na klarnecie. Uczy się grać na gitarze. Śpiewa i tańczy w Zespole Tańca Ludowego „Mali Gorzowiacy”. Dużo czyta. Hobby: pociągi (trainspotting). W czasie wolnym uprawia sport na poziomie amatorskim. Jest laureatem lubuskich olimpiad: matematycznej (2015 i 2016) i fizycznej (2016). Fot.: Zbigniew Bosek

  


powrót do: Młodzi o SzPŻ-2015

Calendar

« June 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Czerwiec – szósty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od słowa „czerw” oznaczającego beznogą larwę błonkówek i muchówek; larwy te były (i są) wykorzystywane jako efektywny sposób oczyszczania ran.

W Słowniku etymologicznym Sławskiego nazwa miesiąca jest dopiero trzecim znaczeniem słowa „czerwiec”. Pierwsze to: czerwiec polski (Porphyrophora polonica) – „owad wytwarzający barwik czerwony”, drugie: „farba służąca do barwienia materiałów na czerwono, coccus, color coccinus”, a źródłosłowy idą we wczesne lata XV wieku. Czwarte zaś: Scleranthus anuus L. czyli czerwiec roczny – chwast rosnący na pastwiskach, ugorach i przydrożach.

Słownik wileński idzie dalej: w nim „miesiąc” jest dopiero n-tym znaczeniem słowa „czerwiec”. Wcześniej jest bowiem rodzaj i trzy gatunki pluskwiaka Coccus; tlenosiarczek antymonu, zwany też kermezytem, o pięknej wiśniowej barwie; rodzaj i dwa gatunki roślin z rodziny Scleranthus, w tym czerwiec trwały (Scleranthus perennis); amerykański kaktus Cactus chochenillifer; kolor szkarłatny lub karmazynowy i „drogi, przedni jedwab” oczywiście koloru czerwonego.

Dwie nazwy wytłuściłem nie bez powodu: w korzeniach czerwca-rośliny znajduje schronienie i pożywienie czerwiec-owad. Splatają się więc te czerwce ze sobą dość dokładnie.

Barwnik czerwony wyrabiany z czerwca-owada to koszenila (inaczej: kwas karminowy), która jest ciekawa sama w sobie. Rozpuszcza się w wodzie, co jest rzadkie wśród barwników organicznych. Jest bardzo trwała i odporna na działanie czasu, światła i ciepła, a więc nie blaknie, co było zaletą pierwszorzędną. Nie jest trująca (w nadmiarze), więc można nią barwić nie tylko tkaniny ale i potrawy oraz kosmetyki.
Tu jednak kłopot zaczynają mieć wegetarianie i weganie (którzy nie używają produktów pochodzących ze zwierząt) oraz np. ci wyznawcy judaizmu i islamu, dla których produkty z owadów nie są ani koszerne ani halal. Problem w tym, że współcześni ludzie na ogół nie wiedzą, iż koszenilę uzyskuje się z owadów (strona http://www.food-info.net podaje że dla uzyskania 1 kilograma koszenili trzeba zanurzyć we wrzątku – a później na różne sposoby wysuszyć, a potem zmielić – 150 tys. owadów). Ostatnio produkty zawierające koszelinę muszą być odpowiednio oznaczane.

Polski monopol na czerwca w znaczeniu „farba” (tytuł popularnej, stosunkowo niedawnej – 1992, publikacji Lewy czerwcowy, nabiera teraz zupełnie innej barwy…) złamał w XIV w. Meksyk.
Aztekowie znali i stosowali koszenilę od wieków, od nich nauczyli się tego konkwistadorzy. Żeby skrócić transport do Europy, owady meksykańskie (inne niż polskie: czerwce kaktusowe, Dactylopius coccus, rodzaj mszyc) zaczęto hodować na Wyspach Kanaryjskich. Ta sama www.food-info podaje, że tylko w roku 1868 wyeksportowano stamtąd 2800 ton (6 mln. funtów) koszenili uzyskanej z 420 miliardów owadów…

 

Pierwiastek „czerw” w nazwie szóstego miesiąca roku występuje też w innych językach naszej rodziny: białoruskim (чэрвень), czeskim (červen), kaszubskim (czerwińc), ukraińskim (червень).
Co by nie mówić, w większości języków słowiańskich (także w staropolszczyźnie) rzeczownik „czerw” znaczy „robak”, z czego wynika, że „czerwiec” znaczy tyle co „robaczywiec” lub „robacznik” (a kolor czerwony to kolor robaczywy). Tyz piyknie.

W staropolszczyźnie szósty miesiąc roku nazywany też był „ugornik” lub „zok” (konik polny lub – niestety – szarańcza), ale generalnie czerwie czyli robaki okazały się (słowotwórczo) silniejsze.

 

Łaciński Iunius zawiera w sobie imię żony Jupitera – Junony.

Owidiusz w ks. VI Fasti (8 r. n.e.), poematu o kalendarzu rzymskim, podaje dwie dodatkowe etymologie nazwy Iunius: od małżonki Jupitera – Junony i bogini młodości Iuventas (grecki pierwowzór: Hebe). Owidiusza – jako źródła – nie można jednak traktować poważnie, bo plótł co mu ślina na język przyniosła, a koniunktura dworska i polityczna podsuwała. W maju umizgał się do starców z senatu (maiores), więc w czerwcu pochlebiać zaczął młodym iuniores. Na czerwcu zresztą Fasti się skończyło, bo poeta dostał nagle dożywotni nakaz zesłania do Dacji – pruderyjni twierdzą, że za nieskromność Ars amatoria (celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu jeszcze w 1930), ale tak naprawdę nie wiemy za co.

Nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Pod koniec czerwca na półkuli północnej następuje letnie przesilenie Słońca: jest to najdłuższy dzień (i najkrótsza noc) w roku.
W 2014 solstycjum letnie wypada 21 czerwca. W tym dniu Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka i zaczyna się astronomiczne lato.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – na 52°13’ szerokości geograficznej północnej – wynosi 61°14’.

 

1 czerwca to Dzień Dziecka.

 

4 czerwca to w Polsce rocznica wolnych wyborów z 1989 roku.
W rzeczywistości były one pół-wolne, ale skutek był ten sam. Najkrócej zdefiniowała go Joanna Szczepkowska w ogólnokrajowym programie TV: „Ogłaszam koniec komunizmu w Polsce”.

 

12 czerwca 1967 – PRL zrywa stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Nie ona jedna. Po wojnie sześciodniowej (5-10 czerwca 1967), która – mimo że zaczepna – była obronną, bezczelnie przez Izrael wygranej, Czerwony Hegemon się zdenerwował. Nie tak miało być, zwłaszcza że Hegemon uzbrajał, szkolił i popierał Egipt. Poszedł więc przykład i rozkaz z Moskwy i cały blok zerwał z państwem żydowskim stosunki dyplomatyczne. Z jednym wyjątkiem: nie zerwała Rumunia. Niby, że taka niezależna i umiejąca się Sojuzowi postawić, defacto – potrzebna, bo zerwać stosunki można, ale pogadać czasem trzeba, więc jeśli już, to czemu nie przez Bukareszt, któremu opinia „niepokorny” bardzo pasowała, bo dawało się na nią kolejne kredyty z Zachodu wyciągać. A po RWPG poszedł później dowcip, przaśny, ale po linii: „– Wymień trzy państwa komunistyczne na ‘k’. – Kuba, Korea i..., i..., i ta Kurwa Rumunia.” Zerwanie stosunków i ujadanie propagandy jest prologiem do polskiego Marca ’68 (patrz: marzec).

 

23 czerwca to w Polsce tzw. wigilia św. Jana, którą kończy noc świętojańska, często używana obocznie z nazwą Sobótka.
Jest to schrystianizowana wersja słowiańskiego święta związanego z letnim przesileniem Słońca, obchodzonego w najkrótszą noc w roku, tzw. Noc Kupały, zwanego też (na południu Polski) sobótką lub palinocką. Było to święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości.
Słowo kupała pochodzi prawdopodobnie z indoeuropejskiego pierwiastka kump, oznaczającego grupę, gromadę, zbiorowość, z którego wywodzą się słowa takie jak kupa, skupić, kupić się (‘gromadzić’). Termin sobótka stworzony został prawdopodobnie przez Kościół i miał wydźwięk ujemny, bo znaczył tyle, co ‘mały sabat’.
W chrześcijaństwie obchody nocy kupalnej przeniesione zostały na specjalnie w tym celu ustanowioną przez Kościół 23 czerwca wigilię św. Jana.

W tym wypadku jednak zadziałał synkretyzm religijny: noc kupalna i wigilia św. Jana współegzystują w świadomości zbiorowej do dziś. Mają też liczne odzwierciedlenia w literaturze, z których – w piśmiennictwie polskim – najbardziej znanym jest Pieśń świętojańska o Sobótce Jana Kochanowskiego, rozpoczynająca się od słów:

Gdy słońce Raka zagrzewa
A słowik więcej nie śpiewa
Sobótkę (jako czas niesie),
Zapalono w Czarnym Lesie.

„Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” napisał Mickiewicz o roku 1812, ale oznaczenie jest niedokładne. Bowiem to, co ową „wiosnę” przyniosło, zaczęło się latem.

Wieczorem 23 czerwca 1812, około godziny 22, pierwsze korpusy – kawaleryjski marszałka Murata oraz korpusy marszałków Davout i Neya przekraczają Niemen.

Napoleon, którego idée fixe było rzucenie na kolana Wielkiej Brytanii, po serii porażek z Anglikami w bitwach morskich (i to jakich porażek! Abu Kir w 1798 i Trafalgar w 1805 to były mega klęski!) wymyślił blokadę handlową (więc teoretycznie i morską) Wysp Brytyjskich.

Rzecz jasna, wszyscy zainteresowani stawali na głowie, by to embargo ominąć, zwłaszcza, że blokada rujnowała sporo gospodarek państwowych. Poza tym zawsze w podobnych przypadkach opór bywa ogromny i praktycznie nie do pokonania: założę się, że Napoleon nie miał pojęcia, co to było „Ograbme”, bo jak większość Europejczyków z wyższością patrzył na Amerykę i do głowy mu nie wpadało, ze może się od niej wiele nauczyć.

Jednym z wyłamujących się z tego dyktatu była Rosja. Oczywiście car Aleksander oficjalnie się zgadzał, uśmiechał, toasty wznosił, pakty podpisywał – ale robił swoje. Darujmy sobie „skąd my to znamy?”, gdyż handel z Brytanią był dla rosyjskiej gospodarki alternatywą Hamleta.

Rację miał stary Maciek Dobrzyński sarkając, że „a on co? Pokój w Tylży zrobił!”, choć powody do gderania były inne.
Papier – papierem, a życie życiem. Napoleon wpadł więc na kolejny pomysł, by zmusić Rosję do respektowania postanowień z Tylży (1807) siłą. Znów nie odrobił lekcji z historii: nie doczytał, jak skończył Karol XII Szwedzki. A może po prostu myślał, że skoro ma Grande Armée, to da radę?

Najpierw jednak zebrał armię 600-tysięczną, nie tylko wielonarodową ale i multi-kulti, bo było w niej m.in. 300 tys. Francuzów, Włochów i Belgów, 180 tys. Niemców, 90 tys. Polaków (skąd wymyślił, że Niemcy będą się dzielnie bić dla Francuzów – trudno orzec, nie obiecywał im przecież nawet ułamka tego, co Polakom). Z tą armią przekroczył Niemen.

Zaczął z Księstwa Warszawskiego i po przejściu granicy wciąż poruszał się po terenach zamieszkałych przez Polaków, nic więc dziwnego, że propaganda Cesarza Francuzów przeszła samą siebie. Napoleon z bezprzykładnym cynizmem, godnym największych kosterów, nazwał swoją kampanię „drugą wojną polską”, a sejmowi Księstwa Warszawskiego nakazał zawiązać Konfederację Generalną Królestwa Polskiego i proklamować zmartwychwstanie Polski w dawnych granicach (Niemcy w szeregach armijnych, zwłaszcza ci z Prus, musieli się cieszyć niezwykle!).

Ale: nikt nie da ci więcej, niż obieca Napoleon!

I prawda. Zaczynając swą wojnę z Rosją o Brytanię, cesarz powiedział:

Jestem tu, aby raz na zawsze skończyć z tym barbarzyńskim kolosem Północy. Szpada została już dobyta. Trzeba ich zapędzić jak najdalej w ich lody, aby przez najbliższe 25 lat nie byli w stanie mieszać się w sprawy cywilizowanej Europy. Nawet za czasów Katarzyny Rosjanie prawie nie odgrywali żadnej roli w życiu politycznym Europy. Z cywilizacją zetknęli się dopiero przez rozbiór Polski. Nadszedł więc teraz czas, aby Polacy pokazali im, gdzie ich miejsce... Bezpowrotnie minęły czasy, kiedy Katarzyna dzieliła Polskę, chwiejny Ludwik XV drżał ze strachu w Wersalu, a caryca zachowywała się tak, że wychwalały ją wszystkie paryskie plotkary. Po spotkaniu w Erfurcie Aleksander zrobił się zbyt zarozumiały, a już zdobycie Finlandii zupełnie przewróciło mu w głowie. Jeżeli potrzebne mu są zwycięstwa, to niech się wyprawi na Persów, ale nie miesza się w sprawy Europy. Cywilizacja odrzuca tych dzikusów z Północy. Europa obejdzie się bez nich.

Jak to się skończyło – wiemy, a więcej przeczytacie o tym w grudniu.

Napoleon nie był jedyny. 129 lat później, z dokładnością jednodniową, bo 22 czerwca, powtórzył napoleoński manewr Hitler, nazywając to – też miał niezłych propagandzistów – „Operacja Barbarossa”. Skończył jak jego poprzednik, co niewiele nas pociesza, bo dla Polski skutki też były podobne.

Znaki Zodiaku w czerwcu:
Bliźnięta (♊) – do 20 czerwca (najweselszy i najpogodniejszy znak Zodiaku).
Rak (♋) – od 21 czerwca

Kwiaty czerwca :
róża (Rosa L.) – tu nie ma co wiele mówić, po prostu: królowa kwiatów.

Kamienie czerwca:
perła – co prawda to żaden kamień, tylko efekt mordęgi małża, ale w formie naturalnej błyskotka bardzo droga. Wymieniana jest – jako symbol wielkiej wartości – przez święte księgi hinduizmu, judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. W tradycji europejskiej perły uważano dawniej za łzy aniołów – przesąd, że jest to klejnot przynoszący łzy i troski pokutuje do dziś.

● aleksandryt – odmiana chryzoberylu, znana z tego, że zależnie od oświetlenia potrafi zmieniać kolor. Podobno znalazł go fiński geolog Nils Gustaf Nordenskiöld (1792-1866, ojciec znanego polarnika) po tym jak razem z całą Finlandią znalazł się pod panowaniem rosyjskich carów – nazwał więc kamień imieniem następcy tronu, przyszłego Aleksandra II Romanowa.
O carze tym mówi się jako o „demokratycznym reformatorze”, ale kiedy pomyślę, na co batiuszka Aleksandr Nikołajewicz zezwalał w Polsce po powstaniu styczniowym, to nawet sprzedaż Alaski Amerykanom nie jest w stanie sprawić, bym myślał o nim pozytywnie (jak zresztą o żadnym z Romanowów, ani o ich tzw. reformach).

● kamień księżycowy zwany też ortoklazem (którego jest odmianą) – starożytni wierzyli, że jest pochodzenia boskiego, bo wziął się z promieni księżyca.
Najcenniejsze ortoklazy można podobno znaleźć w Indiach i na Sri Lance, ale i my nie gorsi, bo występują też w okolicach Jeleniej Góry. Z czego wynika, że Ryszard Ochódzki wiedział, co czyni, gdy kamień z londyńskiego bruku podniesiony wręczył jako ten z Jeleniej Góry: chciał po prostu wcisnąć go Panu Janowi jako cenny okaz ortoklazu, zapominając, że nie o to chodziło.
Ciekawostką jest, że kamień księżycowy jest oficjalnym klejnotem stanu Floryda, co Florydianiom się wzięło po locie Apolla-11, który wystartował z Cape Canaveral i 20 lipca 1969 wylądował na Księżycu.

Napisałem, że z czerwcem bywa podobnie nieszczególnie jak z majem – „dlaczego” miało przyjść później, bo na początku miesiąca pisanie o tych wszystkich solstycjach, Kupałach, świętych księgach i Romanowych kapkę mnie (jak by powiedział Geograf) osłabiło.
Tak więc czerwiec, podobnie jak maj, jest miesiącem optymistycznym. Zero zdziwienia: oba przebiegają pod panowaniem najlepszego znaku Zodiaku, czyli Bliźniąt, więc – po prostu ten gwiazdozbiór rządzi i nie da się tego ukryć.

 

Śluby i wesela w czerwcu:
mogą być, ale wyłącznie na własne ryzyko.

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
szósty miesiąc roku to:

białoruskiчэрвень [czerwień]
bośniackijuni
bułgarskiюни [juni]
chorwackilipanj
czeskičerven
kaszubskiczerwińc
litewskibirželis
łatgalskivosorys
łużycki (dolny)smažki (też: smažnik, junij)
łużycki (górny)smažnik (też: junij)
łotewskijūnijs
macedońskiјуни [uni] albo житар [żytar]
prekmurskiivánšček (też: juniuš)
rosyjskiиюнь [ijuń]
serbskijун [jun]
słowackijún
słoweńskijunij (też: rožnik)
ukraińskiчервень [czerwień]
żmudzkibiržielis

 

Przysłowia związane
z czerwcem:

Czerwiec daje dni gorące,
kosa brzęczy już na łące.

Czerwiec gdy zagrzmi,
gdzie zorze zachodzą,
ryby się znacznie
i obficie zrodzą.

Czerwiec na maju
zwykle się wzoruje,
jego pluchy, pogody,
często naśladuje.

Czerwiec po deszczowym maju
często dżdżysty w naszym kraju.

Czerwiec – przerwiec, bo przerywa
gospodarkę aż do żniwa.

Czerwiec się czerwieni?
Będzie dość w kieszeni.

Czerwiec stały,
grudzień doskonały.

Czerwiec temu się zieleni,
kto do pracy się nie leni.

Gdy czerwiec chłodem i wodą szafuje,
to zwykle rok cały popsuje.

Grzmoty czerwca
rozweselają rolnikom serca.

Kiedy kwitnie w czerwcu bób,
to największy wtedy głód,
a kiedy mak,
to już nie tak.

Mokry czerwiec, chłodny maj
– wszystkim gburom prawy raj.

Od czerwca dużo zależy,
czy żniwa będą jak należy.

Pełnia czerwcowa – burza gotowa.

W czerwcu gorącego lata,
zdrowa więc bywa sałata,
wina jeśli być nie może,
piwo chłodne pij, niebożę.

W czerwcu grusze kwiat zrzucają,
czereśnie się zapalają.

W czerwcu pod czerwcem siedzi czerwiec.

W czerwcu się okaże,
co nam Bóg da w darze.

W czerwcu to się lęga,
ci się przedtym sprzęga.

 

Przysłowia na
św. Małgorzatę (10 VI):

Deszcz na św. Małgorzatę
jest orzechom na stratę.

Św. Małgorzata pierwsza żnarka.

W św. Małgorzatę skąd wiatr duje,
drogę po zboże toruje.

Ze św. Małgorzatą
zaczyna się lato.

 

Przysłowia na
św. Jana (24 VI):

Chrzest Jana
w deszczowej wodzie
trzyma zbiory na przeszkodzie.

Deszcz świętego Jana
obiecuje mokre żniwa.

Do świętego Jana
woła deszczu kania,
a po świętym Janie
chodzą po wodzie kanie.

Gdy bliżej święta Jana
gżegżółka zakuka,
nadzieja zbóż przedaży
pewnie nas oszuka.

Gdy Jan Chrzciciel skropi,
mokre będą kopy.

Gdy się deszcz w święto Jana
opuści obfity.
po nim w kilka dni,
wierz mi, bywa pozbyty.

Gdy się Jan Chrzciciel
w dżdżystej kąpie wodzie,
deszcze żniwom bywają
wtenczas na przeszkodzie.

Gdy się święty Jan rozczuli,
to go dopiero
Najświętsza Panna utuli.

Jak się Janek kąpie w wodzie,
żniwom deszcze na przeszkodzie.

Jak św. Jan się obwieści,
takich będzie dni trzydzieści.

Jana Chrzciciela
– już kwiecia wiela.

Jutro święty Janek,
puśćmy na wodę wianek.

Już Jan ochrzcił wszystkie wody,
odtąd wam nie będzie szkody.

Już świętego Jana,
ruszajmy do siana.

O św. Janie kwas w piwo,
robak w mięso,
diabeł w babę wstępuje.

Święty Jan
– jagód dzban.

Umilkł, jak kukułka na św. Jan.

 

Przysłowie na
sobótkę:

Gdzie sobótki zapalają,
tam grady nie przeszkadzają.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha