Alex Suchanek

Nie spać, zwiedzać!

XVI_Wyprawa_Peneplena_poster

Rusza XVI Szkolna Wyprawa Geograficzna. Jej cel to Indie i Nepal.

Sama podróż zaczęła się 13 lipca 2015, ale wyprawa rozpoczęła się dziewięć miesięcy wcześniej, gdy ok. 30 kan­dy­da­tów przyszło na pierwsze w tamtym roku szkolnym spotkanie koła geograficznego „Peneplena”, działającego przy I LO im. Juliusza Słowackiego w Chorzowie.
Czekało nas wiele pracy: organizowanie corocznego Peneplena Travel Festival, pozyskiwanie finansów od sponsorów, zarabianie pieniędzy w sklepie (pakowaliśmy zakupy do reklamówek) i szukanie patronów medialnych naszego wyjazdu.
Celem było nie tylko zorganizowanie pieniędzy i formalności związanych z Wyprawą, ale także udowodnienie, że stanowimy jeden zgrany zespół, który jest w stanie poradzić sobie w trudnych azjatyckich warunkach.
Ostatnie tygodnie upłynęły nam na przygotowywaniu prezentacji na różne tematy powiązane z Indiami i Nepalem.

W dzień wyjazdu, uczniowska grupa liczy 16 osób, a wśród opiekunów są: dyrektor Liceum Przemysław Fabjański i profesor Grażyna Kokott-Sikora.
Ruszamy w poniedziałek 13 lipca 2015 r. Od tego czasu plecaki będą nam służyły jako garderoby i spiżarnie. O godzinie 08:00 odjeżdżamy  spod „Słowaka” do Warszawy.
W stolicy łapiemy samolot do Dubaju, gdzie przesiadamy się na samolot do Delhi.

XVI_Wyprawa_Peneplena_mapa_1

Kiedy wychodzimy z Indira Gandhi International Airport, ciepłe powietrze bucha nam w twarz, a my po paru chwilach jesteśmy zlani potem. Taksówkami przemieszczamy się do naszej pierwszej kwatery, a jest to uwielbiony przez wyprawowiczów hotel Relax znajdujący się w targowej dzielnicy Delhi – Paharganj. Z taksówki zauważamy uderzające różnice kulturowe: splunięcie z głośnym chrząknięciem to tutaj normalna sprawa, tak samo jak wypuszczanie gazów bez względu na otwór układu pokarmowego.


image_01_Paharganj_sm2_fot_Alexander_SuchanekZgiełk na Paharganju. Widok z hotelu Relax

Każdemu z nas targ kojarzy się ze zgiełkiem i tłumem. Podobnie jest przed Relaxem, chociaż znajduje się 100 metrów od tzw. krowiego ronda czyli centrum całego targu. Trąbiące riksze przepychają się między krzyczącymi ludźmi, ludzie przepychają się między muczącymi krowami, krowy między szczekającymi psami, a te między śmieciami, których jest niezliczona ilość. A w samym środku my. Najpierw człowiek czuje się zagubiony wśród takiego natłoku nowych doświadczeń, z czasem uczy się podstaw działania tutejszego społeczeństwa, a kiedy się przyzwyczaja, nagle musi wracać do swojego starego świata i czuje się, jakby zabrali mu coś cennego.

04_2015-07-16_IMG_8385_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

 

W Delhi nie zatrzymujemy się na długo, ale udaje nam się zobaczyć dwa zabytki. Pierwszy to mauzoleum Humayuna –

 

05_2015-07-15_IMG_8185_mauzoleum_Humajuna_lev_sm2_arch_Alexander_Suchanek – drugiego króla Indii z dynastii Wielkich Mogołów, panującego mniej więcej wtedy, gdy u nas rządził Zygmunt Stary.

Drugim jest bahaistyczna Świątynia Lotosu. Na świecie jest ich tylko kilka, jednak mają specjalną właściwość: są przeznaczone dla wyznawców każdej religii, która istnieje.

 

Kierunek: południowy zachód, cel: Bikaner w stanie Rajastan. Na miejsce dostajemy się pociągami, w których spędzamy całą noc. Nasze wagony mają kuszetki, więc noc mija znośnie.
Chcemy zobaczyć Świątynię Szczurów w Deshnok. Na miejsce dostajemy się rikszami „tuk-tuk” na gaz. Dojazd wydaje się nie mieć końca. Żeby wejść do świątyni, należy zdjąć buty. Wielu musi przełamać wstręt, by wejść na bosaka do budynku, w którym roi się od szczurów. Legenda głosi, że tylko prawdziwy szczęśliwiec jest w stanie dostrzec białego szczura.

Jeszcze tego samego dnia łapiemy pociąg z Bikaneru do Jaisalmeru. Miasteczko otoczone wysu­szo­ny­mi terenami, słynie ze sprzedaży wyrobów ze skóry wielbłądziej.

 

image_02_Jaisalmer_sm2_fot_Alexander_SuchanekPustynne miasto Jaisalmer z fortem w tle

To właśnie w Jaisalmerze większość z nas zachoruje –  ja też.

 

Kolejnego dnia czeka nas kolejna przygoda. Dwa jeepy zabierają nas daleko od miasta, byśmy mogli dosiąść wielbłądów i na ich grzbietach przemierzać indyjską pustynię. Dodatkowo dane nam jest spędzenie nocy na tej pustyni i wysłuchanie tradycyjnych pieśni indyjskich w wykonaniu naszych przewodników. My także prezentujemy im kawałek polskiego dorobku muzycznego.

  image_03_Thar_sm2_fot_Mateusz_TrojanowskiSafari na wielbłądach na pustyni Thar to jedno z wielu niezapomnianych wspomnień
Fot. Mateusz Trojanowski

 

Kolejna noc spędzona w pociągu. Nadal pozostajemy w Rajastanie, ale tym razem w jego stolicy – Jaipurze, znanym także jako Różowe Miasto – od ulicy w centrum, gdzie budynki są pomalowane na kolor łososiowy. Zwiedzanie Jaipuru zaczynamy od Amer Fort – pierwsze budynki powstały w X wieku, ale to, co widzimy jest mniej więcej z wieku XVI.

2015-07-20_IMG_8842_Jaipur_Amer_Fort_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Później idziemy do zamieszkałej przez dziesiątki małp świątyni Galtaji. Kolejnym celem jest centrum astronomiczne Jantar Mantar i na koniec dnia – Pałac Wiatrów, Hava Mahal.

09_2015-07-20_IMG_8761_Jaipur_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Przemieszczamy się w nieco chłodniejsze regiony i docieramy do Kolkaty (niegdyś Kalkuty). Będzie to nasza najdłuższa podróż pociągiem, ponieważ zajmie prawie dwie doby. Kolej w pełni spełnia nasze wymagania, chociaż są one i tak niewielkie. Podróże po szynach nie są tylko po to, byśmy odpoczęli, choć znalazło się paru rekordzistów, którzy spali ponad 12 godzin. W indyjskim pociągu można zająć się poważnymi sprawami. Niektórzy czytają przewodniki, inni szlifują swoje prezentacje, jeszcze inni wdają się w krótkie pogawędki z współlokatorami przedziału. Nieraz jest tak, że grupa musi być podzielona, ponieważ miejsca są w różnych wagonach. Pewnego dnia podróżowałem z kilkoma przyjaciółmi w wagonie pełnym Indusów, gdy reszta grupy jechała osiem wagonów dalej.

image_04_kolej_sm2_fot_Alexander_SuchanekPociągi to najdogodniejszy środek transportu w Indiach

 Przejście z jednego miejsca na drugie zajmowało sporo czasu, biorąc pod uwagę to, że trzeba prze­dzie­rać się przez tłumy tubylców, konduktorów, osób sprzedających posiłki, napoje i inne drobiazgi. W pociągu indyjskim może wyniknąć wiele nieporozumień. Dostaliśmy bilety, jednak kiedy do­szliś­my do naszego przedziału, okazało się, że kilku Indusów postanowiło sobie przywłasz­czyć nasze miejsca. Wszyscy spali, więc trzeba ich było budzić. I tu kolejna niespodzianka: nie byli w stanie poro­zumieć się w języku angielskim. Próbowaliśmy coś im przekazać za pomocą rąk, ale nie wiedzieli – lub udawali, że nie wiedzieli – o co chodzi, aż przyszedł konduktor i całą sytuację wyjaśnił.

 

Docieramy do Kolkaty – stolicy Indii za czasów British Raj. Brytyjczycy pozostawili tutaj spory spadek architektoniczny w stylu wiktoriańskim. Mamy okazję zobaczyć katedrę św. Pawła, Victoria Memorial Hall, świątynię Kali. Później idziemy do kina na najnowszy hit Bollywood – „Bajrangi Bhaijaan”.

Naszym głównym celem nie jest jednak zwiedzanie, ale niesienie pomocy w domach starości, organizowanych przez zakon Misjonarki Miłości założony przez Matkę Teresę. Nie podoba mi się nazwa ‘hospicjum’, dlatego będę używał nazwy ‘dom’; podobnie w przypadku ‘pacjentów’ – będę ich określał mianem ‘domowników’.
Każdy dzień wolontariatu zaczyna się tak samo. Na godzinę 06:00 stawiamy się na nabożeństwo w do­mu Matki Teresy. Jemy symboliczne śniadanie: banany, suche tosty i kubek czaju (miejscowej herbaty z mlekiem i przyprawami). Teraz możemy ruszać do odległego o paręset metrów domu. Zasada jest prosta: mężczyźni do domu mężczyzn, a kobiety do domu kobiet lub dzieci. Bez względu na płeć to, czego tam doświadczymy, pozostanie w naszych głowach. Najpierw jednak opowiem o planie dnia.
Zawsze jest taki sam. Dzień jest podzielony na dwie szychty: ranną i popołudniową. Rano robimy pranie, potem trzeba zmyć podłogę i rozdać posiłki domownikom. Całość dzieje się na otwartej przestrzeni, by wszyscy mogli poczuć się lepiej oddychając świeżym powietrzem. Następny punkt z planu dnia sprawiał nam w pierwszych chwilach pewien kłopot, ale z czasem odnaleźliśmy się. Był to tak zwany czas wolny, kiedy mieliśmy się zająć domownikami. Wśród nich jest wielu niepeł­no­spraw­nych fizycznie lub umysłowo. Niektórzy potrzebują pomocy w jedzeniu, inni pomocy w goleniu lub obcinaniu paznokci, jeszcze inni potrzebują masażu różnych części ciała. Często trzeba opróżnić pełne nocniki, by znów mogły być użyte. Normalną sytuacją jest, gdy któryś z domowników załatwi się pod siebie. W takim wypadku bierze się go pod pachy i prowadzi do łazienki, by umyć i przebrać w nowe ubranie. W tym samym czasie ktoś sprząta nieczystości z podłogi. Po wszystkim odprowadza się domownika na miejsce.
Najbardziej zaskakuje mnie to, jakich innych wolontariuszy tam spotykam. Szczerze mówiąc, nie wiem, czego się spodziewałem, ale ci ludzie są młodzi, pełni życia i zawsze chętni, by pomóc. Na dodatek zewnętrznym wyglądem nie sprawiali wrażenia ludzi, którzy pracują w domu dla starszych osób. Moim zdaniem tak wyglądają surferzy z Australii. W każdym razie świetnie jest zobaczyć, że tak wiele osób chce nieść pomoc.

Po kilkudniowym wolontariacie w Kolkacie ruszamy dalej, w stronę Nepalu. Tam naszym głównym celem także będzie niesienie pomocy.

Po drodze czeka nas jeszcze jeden przystanek – Patna, najwygodniejszy punkt przesiadkowy na drodze Indie – Nepal. 11_2015-07-27_IMG_9072_Patna_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Jest to jedno z najstarszych miast świata, ale nie zwiedzanie zabytków nam w głowie: Mijamy pozostały po Brytyjczykach wielki spichlerz i idziemy nad rzekę: tu właśnie wszyscy po raz pierwszy zobaczyliśmy najświętsze miejsce w Indiach – Ganges.

Transport do Nepalu mamy o trzeciej nad ranem. Pożegnać Indie na granicy nepalskiej nie jest tak łatwo. Co najmniej cztery godziny spędzamy w skwarze, czekając na naszą kolej. Ostatni kilometr czy dwa musimy przejść sami. Najpierw meldujemy się na granicy indyjskiej, gdzie dokładnie sprawdzają nasze paszporty. Na szczęście zadbaliśmy, by było z nimi wszystko w porządku: wiza i ważność paszportu przez co najmniej pół roku do przodu to podstawy.
Idziemy dalej i dochodzimy do granicy nepalskiej, gdzie spędzimy kolejne dwie godziny wypełniając wnioski o wizy i czekając na nie.
To nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy będziemy musieli czekać na coś długo. Wielu może pomyśleć, że jest to strata czasu lub niepotrzebna biurokracja. Jednak właśnie takie czekanie pozwala nam poczuć magię miejsca. W Polsce, kiedy cały czas jest coś do roboty, nie zauważamy tego, co jest dookoła. W Indiach i Nepalu wszyscy mają czas. Trzeba przyzwyczaić się do lokalnego trybu życia a wtedy pozna się obyczaje miejsca. Najpierw bolą cię cztery litery od siedzenia na krawężniku i starasz się zająć czymś ‘produktywnym’. Z czasem przyzwyczajasz się do spokoju miejsca i zaczynasz obserwować otoczenie jak Indus. To jest doświadczenie, którego nie poznasz w naszych stronach.

2015-07-20_IMG_8886_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Gdy już wszyscy dostajemy nepalskie wizy, autobus rusza dalej. Do celu, którym jest Chitwan National Park, dojeżdżamy późnym wieczorem.
Kolejne miejsce – kolejne przygody. W ciągu następnych dwóch dni będziemy mieli okazję przejechać się na słoniu i w jeepie. Mimo, że oba te środki transportu mają napęd 4×4, jeden i drugi miał problemy w niektórych terenach.13_2015-07-30_IMG_9131_Chitwan_Park_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Jedziemy do Kathmandu. Mimo że Chitwan leży bardzo blisko stolicy, podróż zajmuje kilka godzin: Droga prowadzi przez wysokie góry i bus nie może się rozpędzać. Jednak to też ma swoje plusy, ponieważ możemy obserwować tutejszą florę, faunę i rzeźbę terenu, co robi ogromne wrażenie. 14_2015-07-31_IMG_9366_lev_sm_droga_do_Kathmandu_arch_Alexander_Suchanek
Na miejsce docieramy po siedmiu godzinach . Po relacjach telewizyjnych i artykułach w prasie wielu mogłoby spodziewać się miasta zrównanego z ziemią, które jest zupełnie opustoszałe. Prawda jest taka, że podczas naszego kilkudniowego pobytu dostrzegam tylko  jeden zawalony budynek. „Zniszczone miasto Kathmandu” to wytwór wyobraźni mediów, które robią złą reklamę Nepalowi, żyjącemu z turystyki. Kiedy nie ma turystów, zastraszonych przez media, wtedy kraj przeżywa prawdziwą katastrofę.


image_05_Kathmandu_sm2_fot_Alexander_Suchanek
Widok z nepalskiej szkoły na stolicę – Kathmandu

Na miejscu poznajemy Nepalczyka imieniem Mani. Jest organizatorem wycieczek do Polski, wielokrotnie był w naszych stronach, a na dodatek świetnie mówi po polsku. Proponuje, byśmy zaczęli kolejny dzień od górskiej wspinaczki. Nie jest to jednak typowa wspinaczka. Przed­się­wzię­cie nosi nazwę „Hike For Nepal”, jego założeniem jest wypromowanie Nepalu i pokazanie, że nie ma takiego zagrożenia, jak podają media. Po całodziennym wyjeździe w góry wracamy, by zobaczyć trochę miasta i ustalić plan na kolejne dni, które mieliśmy poświęcić charytatywnej pracy w szkole na przedmieściach stolicy.

Pierwszego dnia zostajemy ciepło powitani i ugoszczeni w gabinecie dyrektora. Dzielimy się na grupy, które rozchodzą się do różnych klas.
Mnie i paru chłopakom przypada klasa najmłodsza, w której średnia wieku dzieci wynosi cztery lata. Robimy wszystko, by dzieciaki dobrze zapamiętały naszą wizytę. Zaczynamy od polskich gier i plą­sów: ciuciubabka, „Stary niedźwiedź mocno śpi”, „Zasiali górale owies”. Dzieciom najbardziej podo­ba się zabawa w pociąg, a raczej w kraksę pociągu czyli moment, kiedy wszystkie wywracają się jedno na drugie. Maluchy tracą głowę dla piłeczek. Postanawiam im je sprezentować, ale nauczycielka nalega, bym je zabrał, ponieważ nie potrafi zapanować nad dziećmi, kiedy bawią się piłkami.

Ostatniego dnia pobytu rozgrywamy towarzyski mecz między uczniami naszej szkoły a Nepal­czy­ka­mi. Zwycięsko wychodzimy z tego spotkania, ale każdy jest szczęśliwy ze wspólnej zabawy.

 

  image_06_XVI_Dhungkharka_sm2_fot_Michal_CiolekXVI Szkolna Wyprawa Geograficzna w Dhungkharce
Fot. Michał Ciołek

 

W czwartym dniu naszego pobytu w Kathmandu jedziemy do miejscowości Dhungkharka. Choć w stolicy zniszczenia są niewielkie, to trzęsienie ziemi dało o sobie znać dużo bardziej w okolicach miasta. Świetnym tego przykładem jest Dhungkharka, wieś zamieszkała przez mniej więcej 4 000 osób, gdzie żyje się tradycyjnie, a sprzęty elektroniczne to rzadkość.
Kiedy dojeżdżamy również zostajemy gorąco przywitani: każdy z nas przed wejściem dostaje khatę – tradycyjny szal ceremonialny i wielki wieniec z kwiatów. Jednak bardziej niesamowite jest to, co stanie się za chwilę.
Wchodzimy na dziedziniec szkoły. Tam znajdują się wszyscy uczniowie Shree Parbati Higher Secondary School skandujący „Poland! Poland!”. Szkoła liczy ponad 600 uczniów, więc hałas był tak ogromny, jak nasze pozytywne zaskoczenie. Następnie zostajemy zaproszeni do gabinetu, by mogło nastąpić oficjalne przywitanie dwóch dyrektorów. Po wszystkich formalnych zabiegach zostajemy zaprowadzeni do naszego schronienia na noc.
Zaczynamy rozmowę z dyrektorem nepalskiej szkoły. Niezwykle miły i przyjazny znajduje czas, by porozmawiać z każdym z nas, a rozmowy te trwają do późnego wieczora.

Następnego dnia wstajemy bardzo wcześnie, by poznać okolicę. Spacer uświadamia mi, że można żyć tak, jak żyli nasi przodkowie. Praca w młynie napędzanym strumieniem rzeki to tutaj nie przestarzała czynność, ale coś, co daje pożywienie całej wiosce. Odwiedzamy jeden z domów: rodzina, która tam mieszka, nie ma telewizora, ogrzewania centralnego ani komputera i nie zauważyłem, by im tego brakowało.

Wracamy do szkoły. Wiek uczniów waha się od lat pięciu do osiemnastu. Podczas naszego pobytu na lekcjach wymieniamy się informacjami na temat państw, z których pochodzimy i naszych szkół. Czas biegnie nieubłagalnie i szybko: nim się rozkręciliśmy, trzeba było iść na szkolny apel.
Tam następuje wymiana kulturalna: zostaje odśpiewany hymn obu państw plus hymn naszej szkoły. Następnie jest prezentacja szkolnych talentów obu szkół. Szymon, Agnieszka i Magda to przodownicy tańca w różnych jego kategoriach, więc to oni występują na betonie dziedzińca.
Po pokazach jest czas na honorowe przekazanie funduszy zebranych na szkołę w Nepalu. Shree Parvati Higher Secondary School niestety ucierpiała w wyniku trzęsienia ziemi i należy ją gruntownie wyremontować.

 

image_07_szkola_Dhungkharka_sm2_fot_Michal_CiolekSzkoła w Dhungkharce wymaga gruntownej przebudowy
Fot. Michał Ciołek

Apel się kończy. Żegnamy się z uczniami i gronem pedagogicznym i wracamy do Kathmandu.


Ostatnie chwile spędzamy na zwiedzaniu. Oglądamy leżące tuż przy stolicy stare miasta: Bhaktapur i Lalitpur, a w nim plac centralny Patan Durbar Square. To tutaj jedna ze świątyń uległa całkowitej destrukcji, a pod jej gruzami zginęło wiele osób.

Przed wyjazdem rozgrywamy w stolicy jeszcze jeden mecz, ale tym razem przeciwna drużyna jest o wiele lepsza od nas. Z twarzą wychodzimy z gry zdobywając jednego gola na siedem drużyny przeciwnej! 18_2015-08-06

Z okazji meczu organizujemy sobie koszulki w barwach Polski, z numerami i ksywkami. Na imprezie obecne są tutejsze media i znany komik nepalski, który zabawnie komentuje cały mecz.

Żegnamy Nepal, który okazał się bardzo przyjaznym miejscem i wielu z nas zapamiętało go wspaniale.

 

Rozpoczyna się kolejny rozdział podróży, ponownie pełny hałasu, ciepła, dobrej zabawy i wrażeń. Jedno z miejsc, w którym trzeba zobaczyć Ganges to Varanasi, dawniej zwane Benares, tam się też kierujemy. Męcząca całonocna podróż w publicznym autobusie, z długą przerwą na wymianę przebitej dętki, wymusza na nas sen po przyjeździe. Po południu nadarza nam się kolejna okazja zobaczenia bollywoodzkiego hitu „Bahubali”.

Varanasi to stolica hinduizmu, o czym przekonujemy się wieczorem uczestnicząc w Pudży poświęconej bogom żywiołów. Całość odbywa się na świętej rzece. Uczestniczący siedzą na łodziach obserwując braminów odprawiających rytuały. W tym czasie większość puszcza na rzekę pływające świeczki ozdobione kwiatami. Odbieram Varanasi jako miejsce spotkania życia ze śmiercią. Wyrazem tego jest zabudowany od setek lat jeden z brzegów Gangesu i kompletna, jałowa pustka na drugim brzegu rzeki.

Następnego dnia odwiedzamy Sarnath – miejsce ważne dla buddystów ponieważ to tutaj Budda wygłosił swoje pierwsze kazanie. Znajduje się tu jeden z najwyższych posągów Buddy.
Dzień później odwiedzamy Uniwersytet Benares i Manikarnika Gat na brzegu Gangesu, gdzie dokonuje się uroczystych spaleń zwłok. Hinduiści wierzą, że zwłoki winny palić się ,póki nie pęknie czaszka zmarłego, co jest równoznaczne z uwolnieniem duszy. Jeśli do tego nie dojdzie, najstarszy syn powinien ją rozbić.

Wyprawa rusza dalej. Kolejny cel to Amritsar, czyli miasto, w którym znajduje się najważniejsze miejsce kultu Sikhów – Złota Świątynia, a w niej Sri Guru Granth Sahib czyli święta sikhijska księga, bez przerwy odczytywana. Zaskakuje nas fakt, że świątynia w Amritsarze wydaje dziennie do 20 000 posiłków dla potrzebujących i osób głodnych.

Kierunek kolejny to granica dwóch zwaśnionych od wielu lat państw czyli Indii i Pakistanu. Zanim dotrzemy na miejsce musimy parędziesiąt kilometrów przejechać jeepem, kolejne parę przejść i poddać się kilku inspekcjom nieufnych strażników. Ceremonia zamknięcia granicy rozpoczyna się wraz z zachodem słońca. Napiętą atmosferę czuć w powietrzu. Określiłbym całość jako zawody w przekrzykiwaniu się i pokazywaniu, kto jest lepszy i kto puści głośniej muzykę. Żeby pokazać swoją przewagę nad konkurentem obie strony wymachują flagami. Sytuacja zarazem poważna, śmieszna i dziecinna.

Następny etap to wyprawa do Kaszmiru i Ladakhu. Piękne są to rejony i tę część zapamiętam szczególnie. Najpierw jedziemy do Srinagaru, gdzie naszymi domami są mieszkalne łodzie unoszące się na wodach jeziora. 19_2015-08-14_IMG_9585_Srinagar_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Przepiękna górska sceneria w połączeniu z miastem zapada w pamięci. Nasz pobyt tutaj przeznaczamy na podróżowanie po jeziorze Dal drewnianymi łódkami wiosłowymi shikara, pełniącymi rolę taksówek wodnych. 20_2015-08-15_IMG_9696_Srinagar_sm2_arch_Alexander_Suchanek

To jest czas na zregenerowanie naszych sił, ale co dobre szybko się kończy.

 

Pora ruszać do Ladakh – Małego Tybetu.

image_08_Srinagar-Ladakh_sm2_fot_Alexander_SuchanekNiebezpieczne drogi na trasie Srinagar – Ladakh

Tutaj czekają mnie największe wrażenia. Odwiedzanie buddyjskich klasztorów i pałaców dawnych władców to coś, na co czekałem kilka miesięcy.

image_09_Ladakh_sm2_fot_Alexander_SuchanekLadakh, czyli miejsce gdzie nie wiesz, czy rozrzedzone powietrze czy widoki zapierają ci dech

 

 

25_2015-08-18_IMG_0268_Leh_sm2_arch_Alexander_Suchanek 26_2015-08-19_IMG_0655_Ladakh_sm2_arch_Alexander_Suchanek 27_2015-08-22_IMG_Ladakh_1003_sm2_arch_Alexander_Suchanek 23_2015-08-17_IMG_0166_Alchi_droga_do_Leh_sm2_arch_Alexander_Suchanek 24_2015-08-23_IMG_1081_Ladakh_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Jałowe góry i i zielona dolina Indusu między pasmami gór Karakorum a Himalajami zapiera dech w piersi, podobnie jak przejazd przełęczą na wysokości 5 000 m n.p.m. Słuchać można w nieskończoność buddyjskich legend o jeziorach zamieszkanych przez demony czy o historii himalaizmu.
W Ladakhu spędzamy noc nad Pangong Tso – jeziorem, którego większa część leży po stronie chińskiej. To jest niezapomniana noc. Niebo niezanieczyszczone światłem sztucznym to rzadkość w XXI w. Spadające gwiazdy nad Pangongiem to rzecz normalna.

 

 

Zjeżdżając z gór odwiedzamy miasteczka Kaza, Tabo, Nako, Sarahan. 30_2015-08-24_IMG_1120_Tabo_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Wraz z obniżaniem wysokości zmienia się flora: odzwyczajeni od zieloności możemy znowu nacieszyć się lasami.
Na ostatnim odcinku – niespodzianka. Na wąską drogę osunęły się tony ziemi i głazów, przez co zrobił się ogromny korek. Czekamy w miasteczku obok. Mija godzina jedna, druga, a kiedy w końcu wyczyszczono drogę i wszystkie pojazdy ruszyły, zrobił się kolejny korek. Do Sarahanu docieramy wieczorem.

O poranku, po krótkim zwiedzaniu, jedziemy do Shimli. 31_2015-08-29_IMG_1219_droga_do_Shimli_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Miasto jest typowo turystyczne. Markowe sklepy, europejskie restauracje.

Wyprawa powoli zmierza ku końcowi.32_2015-08-29_IMG_1228_Shimla_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Jeszcze odwiedzamy dawną stolicę Wielkich Mogołów – Fatehpur Sikri oraz Sikandrę – mauzoleum Akbara Wielkiego, władcy mogolskiego.

 

Ostatnim przystankiem przed Delhi jest Agra. Nadszedł wyczekiwany przez dwa miesiące moment: zwiedzanie Taj Mahal.

image_10_Taj_Mahal_sm2_fot_Mateusz_Trojanowski Jeden z największych grobowców świata – Taj Mahal
Fot. Mateusz Trojanowski

Naszym oczom ukazuje się idealna, biała jak śnieg budowla (nawet słynny Burj Khalifa, który mieliśmy później okazję zobaczyć w Dubaju, nie wydał nam się tak imponujący). W cieniu Taj Mahal. Spędzamy dobrych parę godzin, by nacieszyć oczy, a obserwując grobowiec z różnych perspektyw zauważamy, jak zmienia się kolor białego marmuru w zależności od kąta padania światła.

 

Wieczorem trzeba wracać do hotelu, a następnie ruszać dalej – do znanego już hotelu Relax.
Świetne to uczucie, gdy po dwóch miesiącach ciągłego przemieszczania jest się znowu w miejscu, w którym się już było. Wszystko wydaje się być inne. To dlatego, że poznaliśmy już nieco indyjską kulturę i zaczynamy ją pojmować. Jedno jest pewne. Żadne z nas nie może powiedzieć, że zna Indie. Tak naprawdę poznaliśmy tylko niewielki skrawek tego, co ten kraj ma do zaoferowania. Była to jedna z lekcji życia, z których możemy coś wyciągnąć.

Ostatnie dni poświęcamy na zwiedzanie stolicy. Dane jest nam zobaczyć India Gate, oraz miejsca związane z osobami ważnymi w historii Indii, jakimi byli Mahatma Gandhi i Indira Gandhi. Zwiedzamy też Qutub Minar, czyli miejsce, gdzie znajduje się najwyższy ceglany minaret w Indiach i na świecie.

Spakowani jedziemy na lotnisko. Wszystko biegnie zgodnie z planem. Kiedy ważymy nasze plecaki, okazuje się, że mój w ciągu całej wyprawy zrzucił osiem kilogramów. Początkowo ważył 21 kg, a skoń­czył na 13 kg, co czyniło go jednym z najlżejszych plecaków wśród bagaży innych uczest­ni­ków.
Wylatujemy. Przesiadka jest Dubaju, jak poprzednio. Pech – lub szczęście – chce, że spóźniamy się na kolejny samolot i musimy czekać 24 go­dziny. Zostajemy zakwaterowani w hotelu linii lotniczych Emirates, a wolny czas spędzamy na zwie­dzaniu miasta.
Udaje nam się zobaczyć Burj Khalifa – najwyższy wieżowiec na świecie, klimatyzowane chodniki i centrum handlowe, w którym znajduje się stok narciarski. Ale czy te naszpikowane elektroniką bajery robią na nas większe wrażenie niż widoki indyjskie? Po pewnym czasie mam już dość tego miasta z przepychem i cieszę się, że wracamy do hotelu.

Nad ranem przyjeżdża po nas busik i jedziemy na lotnisko. Bagażami nie musimy się przejmować, bo poleciały już do Polski.
Lot mija szybko, podobnie jak przejazd z Warszawy do Chorzowa. Tam na nas wszyscy czekają. Jednak wiemy, że to nie koniec Wyprawy. Za dwa dni spotkamy się w szkole i zno­wu będziemy ze sobą spędzać czas, i nadal będziemy członkami Koła Geograficznego „Peneplena”.

Alexander Suchanek
30 grudnia 2015
Zdjęcia: jeśli nie podpisano inaczej, autora lub z jego archiwum.

Skład wyprawy:
Uczennice i uczniowie:
Gustaw Błaszczyński, Emilia Burnat, Michał Ciołek, Martyna Dzik, Wiktoria Grabny, Barbara Józefowska, Szymon Kot, Karolina Kruszewska, Ruben Krystoń, Kaja Mierzwińska, Agnieszka Pająk, Magda Pokrywka, Oliwia Sowińska, Alexander Suchanek, Mateusz Trojanowski, Aleksandra Żukowska;

Opiekunowie: Przemysław Fabjański, Grażyna Kokott-Sikora, Marcin Malcher, Paulina Owsiak, Adrianna Suchanek.34_XVI_Wyprawa_Peneplena_mapa_5

 

= = = = =

2014-08-13_IMG_0191_cr_sm_arch_Alexander_SuchanekAlexander Suchanek mieszka w Świętochłowicach.
Po rocznych kwalifikacjach (2012/2013), będąc w trzeciej klasie gimnazjum, został uczniem Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2013, polsko-rosyjska. Przepłynął w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Gdańska do Civitavecchia.
Obecnie uczy się w I LO im. Juliusza Słowackiego w Chorzowie; uczestniczy tam m.in. w pracach Koła Geografów „Peneplena” (Koło to, prowadzone przez dyrektora szkoły i podróżnika Przemysława Fabjańskiego, jest członkiem The Young Explorers Trust przy The Royal Geographical Society w Londynie i National Geographic Society w Waszyngtonie).
Uprawia snowboard, żeglarstwo, narciarstwo.

Reportaż Alexa z rejsu na Bornholm znajdziecie tu:
► Alex Suchanek: Bornholmska przygoda

To, co Alex i reszta młodych ze SzPŻ-2013 napisali o rejsie Pogorią, znajdziecie tu:  
Szkoła Pod Żaglami 2013 – przez młodych opisana


 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« March 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

Zima

– Śnieg pada zimą. Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm…
– Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. Ale nawet do najlepszej odpowiedzi zawsze da się coś dodać. Nie odejmować, a dodać.

* * *

Od kiedy pamiętam, słowo „zima” wywołuje u mnie zawsze jedno skojarzenie: widzę wtedy obraz Myśliwi na śniegu (1565) Pietera Breughla Starszego.
Nie wiem, dlaczego. Ani nie jest to mój ulubiony obraz, ani nie chadzam na polowania, zima też (do przeprowadzki na Florydę) nie była moją ulubioną porą roku – ale fakt jest faktem, niezależnie od tego, jak bardzo bym się sam sobie dziwił.
Zdziwienie jest tym większe, że pamięć podsuwa detal, a nie jest nim ani biała płaszczyzna śniegu na pierwszym planie, ani skulone trzy sylwetki (z których jedna ledwo widać) łowców wracających z jednym marnym lisem i zmęczonymi, kulącymi ogony pod siebie psami, ani ludzie przy ogniu, ani nawet łyżwiarze na sadzawce. Detalem tym jest lecąca sroka, czarnym krzyżem nakładająca się na górski krajobraz.
Że to sroka – choć na drzewach siedzą wrony i być może kawki – wnioskuję po ogonie. I po innym obrazie Breughla Starszego – Pejzaż z szubienicą, mającego też inny tytuł: Sroka na szubienicy (1568). Sroki są tam nawet trzy: ta tytułowa siedzi na belce rusztowania, druga – na kamieniu obok, a trzecia leci. Sroki lubią towarzystwo. Breughel lubił sroki. Ja też je lubię.

„Schematyzm” – powiedział kolega po przeczytaniu tego fragmentu. – „Stereotypy. Jest zima, to musi być Breughel. Czterysta pięćdziesiąt lat, to co chcesz? Odwiecznych praw natury nikt nie zmieni.”

* * *
Zima – jedna z czterech podstawowych pór roku
w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Na półkuli północnej charakteryzuje się najniższymi temperaturami powietrza w skali roku, umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego, zazwyczaj zestaloną (zamarzniętą) formą opadu i osadu atmosferycznego,
a większość świata roślin i zwierząt przechodzi okres uśpienia.

Za zimę klimatyczną przyjmuje się okres roku (następujący po jesieni), w którym średnie dobowe temperatury powietrza spadają poniżej 0°C (32°F).
Zasadniczo zimę poprzedza jesień, jednak pomiędzy tymi okresami znajduje się klimatyczny etap przejściowy - przedzimie.

Zima astronomiczna na półkuli północnej rozpoczyna się
w momencie przesilenia zimowego (w 2016 – 21 grudnia)
i trwa do momentu równonocy wiosennej (w 2017 – 20 marca). Daty przesilenia i równonocy są zmienne, czasem wypadają dzień wcześniej lub dzień później,
a w roku przestępnym mogą być dodatkowo cofnięte o jeden dzień.
Podczas zimy astronomicznej dzienna pora dnia jest krótsza od pory nocnej, jednak z każdą kolejną dobą dnia przybywa,
a nocy ubywa.

W dniu przesilenia zimowego, przypadającym na grudzień, Słońce góruje w zenicie nad półkulą południową na szerokości zwrotnika Koziorożca. Na półkuli północnej jest to najdłuższa noc
(i najkrótszy dzień) w roku.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia zimowego w centrum Warszawy – na 52°14' szerokości geograficznej północnej – wynosi 14°20'.

Przesilenie zimowe w większości kultur było okazją do świętowania „odradzania się Słońca”.
W starożytnym Rzymie obchodzono Saturnalia, w Persji – narodziny Mitry, boga Słońca. Plemiona germańskie obchodziły Jul, Słowianie – Święto Godowe.
Chrześcijaństwo, od IV w., obchodzi zimą – 25 grudnia – dzień urodzin Jezusa. Dlaczego akurat 25 grudnia – różnie powiadają o tym, ale zamieszanie z datami zaczęło się dopiero po zastąpieniu niedokładnego (wobec Słońca i Księżyca) kalendarza juliańskiego nowocześniejszym kalendarzem gregoriańskim.
Na Zachodzie, gdzie kalendarz gregoriański przyjął się niemal od razu, pozostano przy nominale daty, bez względu jak się to miało do wyliczeń dawniejszych, zatem Boże Narodzenie wypada tam 25 grudnia. Na Wschodzie w liturgii obowiązuje starodawny kalendarz juliański, ale życie świeckie toczy się wg obowiązującego kalendarza gregoriańskiego. Stąd juliański 25 grudnia przypada na gregoriański dzień 7 stycznia.
Dwa tygodnie wielkiej różnicy nie czynią, świętować można podwójnie – grunt, że obie daty zimowe są.

Od czasów rzymskich, dokładnie od 46 r. p.n.e. w zimie, 1 stycznia, obchodzony jest również początek nowego roku.

W dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej, wypadającym w marcu, Słońce góruje w zenicie nad równikiem
i przechodzi przez punkt Barana. Na półkuli północnej zima się wtedy kończy i rozpoczyna się wiosna. Teoretycznie.
Istnieje bowiem nordycka przepowiednia o tym, że pewnego razu przyjdzie Wielka Zima trwająca trzy lata – Fimbulvinter, która poprzedzi zmierzch bogów – Ragnarök. Że przy okazji zginą ludzie, jest oczywiste, a Normanowie podali to dodatkowo we własnej stylistyce: głód nastanie tak straszny, że ludzie zjedzą się nawzajem, lądy najpierw spustoszy ogień, a później zaleje morze – czyli nastąpi koniec świata.
Czyli, wypisz wymaluj, Wikingowie stworzyli obraz termonuklearnej zimy.
Jest też co prawda akcent optymistyczny, a jakże: po tym wszystkim nastanie era szczęśliwości i nowy świat, bo ponoć jedna para ludzka ocaleje. Pozostaje tylko pytanie: i po co to wszystko?

Jeśli ktoś się chce utrzymać w klimacie i to bez happy endu, niech przeczyta powieść Nevila Shute'a Ostatni brzeg (1957), albo obejrzy jedną z dwóch jej adaptacji filmowych. Moim zdaniem ta starsza (1959), z Gregorym Peckiem, Avą Gardner i Anthonym Perkinsem, jest lepsza.

* * *

Zima to słowo wywodzące się niemal wprost z naszej językowej przeszłości.
Etymologicznie jego najbliższy krewniakiem jest słowo himā (हिमा) ‘mróz, chłód, śnieg’ (Himalaje to ‘dom chłodu / mrozu / śniegu’), które zachowało się w sanskrycie, najstarszym zapisanym (z należących do wspólnoty praindoeuropejskiej) języku, w wersji wedyjskiej sięgającym połowy drugiego tysiąclecia p.n.e.
W hindi himā to również ‘lód’.

Zima w językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
:

białoruskiзіма [zima]
bośniackizima
bułgarskiзима [zima]
chorwackizima
czeskizima
kaszubskizëma
litewskižiema
łatgalskizima
łużycki (dolny)zyma (też: zymje)
łużycki (górny)zyma
łotewskiziema
macedońskiзіма [zima]
rosyjskiзима [zima]
serbskiзима [zima]
słowackizima
słoweńskizima
ukraińskiзима [zima]
żmudzkižėima

Zadziwiająca jednomyślność!

Przysłowia związane
z zimą:

Będzie zima, będzie mróz,
będzie ptaszek jajka niósł.

Deszcze Michałowe
prawią w zimie powietrze zdrowe.

Gdy tęga zima nastanie
w pierwiotku adwentu,
ośmnaście tygodni
nie spocznie ani momentu.

Idzie zima, a tu butów nie ma.

Idzie zima,
a tu chleba nie ma;
mój Ty Panie z nieba,
daj nam chleba.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Jaka zima, takie lato.

Kafla z pieca, szybki z okna,
a tu zima, butów ni ma.
[t.j. zbytków mu się zachciewa, a butów nie ma]

Kiedy się liść gęsto trzyma,
nie tak prędko będzie zima.

Kiej w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto zimie próżnuje, ten lecie musi być leniwy.

Na modrzewiu zima
niedługo trzyma.
[Góralskie: śnieg, gdy spadnie zanim modrzew zrzuci igły, zniknie prędko, bo na nich nigdy nic leży długo.]

Na świętego Grzegorza [12 marca]
idzie zima do morza.

Połowa zimy, połowa pastwy.

Późna zima długo trzyma.

Słaba zima, kiepskie lato.

Spyta cię zima zarazem:
byłżeś w lecie gospodarzem?

W pierwszym tygodniu
pogoda stała,
będzie długo zima biała.

W zimie koła, w lecie sanie robić.

W zimie odkryte ucho,
to w lecie sucho.

W zimie: komin nam ojcem,
fajerka matką,
kożuch dobrodziej,
a zapiecek chatką.

Zima następuje tęga,
póki głowy twej nie sięga;
postaraj się o barana,
a chwal niebieskiego Pana.

Zima nie jednemu zajrzy pod napiętki.
[niejednemu dokuczy, da się we znaki]

Zima nie pyta, gdzie się lato podziało.

Zima, jak w psiarni.

Zimą to człek siedzi doma,
albo pije gdzie u kuma.

Zimę uśmierza wiosna,
wiosnę lato niszczy.

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

(na samej górze był Ionesco)

Jeszcze o zimie
(bez powodu, wybrane na chybił trafił):

Maria Konopnicka
Zła zima

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa...
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!

 

Maria Konopnicka
Ślizgawka

Równo, równo, jak po stole,
Na łyżewkach w dal...
Choć wyskoczy guz na czole,
Nie będzie mi żal!

Guza nabić – strach nieduży,
Nie stanie się nic;
A gdy chłopiec zawsze tchórzy,
Powiedzą, że fryc!

Jak powiedzą, tak powiedzą,
Pójdzie nazwa w świat;
Niech za piecem tchórze siedzą,
A ja jestem chwat!

 

Maria Konopnicka
Zmarźlak

A widzicie wy zmarźlaka,
Jak się to on gniewa;
W ręce chucha, pod nos dmucha,
Piosenek nie śpiewa.

— A czy nie wiesz, miły bracie,
Jaka na to rada,
Gdy mróz ściśnie, wicher świśnie,
Śnieg na ziemię pada?

Oj, nie w ręce wtedy dmuchaj,
Lecz serce zagrzewaj,
Stań do pracy, jak junacy,
I piosenkę śpiewaj!

 

Maria Konopnicka
Rzeka

Za tą głębią, za tym brodem,
Tam stanęła rzeka lodem;
Ani szumi, ani płynie,
Tylko duma w swej głębinie:

Gdzie jej wiosna,
Gdzie jej zorza?
Gdzie jej droga
Het, do morza?

Oj, ty rzeko, oj, ty sina,
Lody tobie nie nowina;
Co rok zima więzi ciebie,
Co rok wichry mkną po niebie.

Aż znów przyjdzie
Wiosna hoża
I popłyniesz
Het do morza.

Nie na zawsze słonko gaśnie,
Nie na zawsze ziemia zaśnie,
Nie na zawsze więdnie kwiecie,
Nie na zawsze mróz na świecie.

Przyjdzie wiosna,
Przyjdzie hoża,
Pójdą rzeki
Het do morza!
 
 
Jeremi Przybora
Na całej połaci śnieg

Na całej połaci śnieg.
W przeróżnej postaci śnieg.
Dla sióstr i dla braci
zimowy plakacik
– śnieg, śnieg.
 
Na naszą równinę – śnieg.
Na każdą roślinę – śnieg.
Na tłoczek przed kinem,
na ładną dziewczynę – śnieg, śnieg.

Na pociąg do Jasła,
na wzmiankę że zgasła,
na napis „Brak masła”
na starte dwa hasła,
na flaszki od wódki,
na tego złe skutki,
na puste ogródki,
na dzionek za krótki.

Na w sinej mgle dale – śnieg,
na kocham cię stale – śnieg,
na żale, że wcale
i na tak dalej
tak dalej, tak dalej
na tak dalej – śnieg
śnieg
 
Tekst ten, do muzyki Jerzego Wasowskiego, śpiewali w „Kabarecie Starszych Panów” Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.
Inne wykonania: Kalina Jędrusik, Anna Maria Jopek i Jeremi Przybora

Marzec

Przedwiośnie. Dla Polski to oznacza, że średnie temperatury dobowe są od 0 do 5°C.

Ale ja, Robak, mieszkam na Florydzie, gdzie zimą jest rześko, wilgotność spada do europejskiego poziomu (nawet mimo deszczu) i jest na ogół słonecznie. Dlatego florydzka zima to najpiękniejsza pora roku – dla mnie przynajmniej, bo rodowici florydianie chodzą w zimowych kurtkach, czapkach i butach. Z kolei wyczekiwane przez nich lato dla mnie jest nie do zniesienia – przede wszystkim przez wilgoć, wilgoć, wilgoć…
Ale na razie kwitną drzewka pomarańczowe, grejpfrutowe na nowy urodzaj i wszyscy czekają na deszcz.

 

Marzec – trzeci miesiąc w roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.
Słowniki twierdzą, że nazwę miesiąca wzięliśmy pośrednio od łacińskiego Martius z dawnego czeskiego marec/mařec/marcius, co było pochodną niemieckiego März.
Z pewnością tak jest, ale mnie bardziej podoba się etymologia ludowa, łącząca marzec z Marzanną, którą – na pohybel Zimie – umarzano w rzece, już nie marznącej.
W staropolszczyźnie używana była też nazwa „brzezień”, który do dziś mieszka w języku czeskim (březen) i ukraińskim (березень) – od brzóz, które wtedy zaczynały się zielenić. Są jednak czescy i słowaccy językoznawcy (Václav Machek, Igor Němec, Jan Horálek), którzy uważają, że nazwa miesiąca pochodzi od słowa březost (ʽciąża’): v ten čas drobný dobytek bývá březí, rodí mláďata (w tym czasie bydło jest w ciąży, rodzi młode).

Na Morawskiej Wołoszczyźnie (brzmi podobnie jak historyczna kraina Rumunii, ale to niewielki teren na północy Moraw, między miastami Nowy Jiczyn / Nový Jičín i Brumov-Bylnice, gdzie w XVI w. osiedlono wołoskich pasterzy) do dziś używa się słowa marčák, które może oznaczać ʽjęczmień siany w marcu’ lub ʽmarcujący zając’.

W polszczyźnie wyraz „marzec” miał dawno temu jeszcze jedno znaczenie: oznaczał piwo marcowe, czyli warzone w marcu. Brückner pisze o tym smacznie: „Piwo marzec albo dwuraźne (ʽdubeltowe’), w 16. i 17. wieku słynne krakowskie Märzenbier”.
Trunkową – choć nie piwną – konotację ma również lipiec, o czym będzie w odpowiednim czasie.

 

Łaciński Martius lub mensis Martius oznaczał ‘miesiąc [poświęcony] Marsowi’. Bardzo był przez to ważny, ponieważ Rzymianie uważali boga wojny Marsa za swego protoplastę, jako ojca Romulusa i Remusa (to ci spod wilczycy kapitolińskiej).
Martius – dla nas trzeci – dla Rzymian przez kilkaset lat był pierwszym miesiącem roku, póki Juliusz Cezar nie wprowadził reformy kalendarzowej w roku 46 p.n.e., po której pierwszeństwo objął Ianuarius (styczeń). Za co zresztą Martius zemścił się na Cezarze srogo, ale o tym za chwilę.
Nazwa Martius została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Marcowe rocznice:

 

1 marca 1893 – Nikola Tesla – inżynier-elektryk, wynalazca przez pewien czas współpracujący z Edisonem, później działający na własną rękę, zwany „czarodziejem elektryczności” – po raz pierwszy publicznie (w St. Louis, Missouri) demonstruje działanie fal radiowych. Pięć lat później, w nowojorskiej Madison Square Garden, pokazuje publiczności „teleautomaton” – zdalnie sterowaną łódkę. Część obecnych na pokazie była przekonana, że łodzią steruje ukryta w niej tresowana małpka. Wojskowi, którym Tesla zaproponował sterowane radiem torpedy, nie wyrazili zainteresowania.

 

1 marca – w Rosji, osoby, które wykorzystywane są przez koty do obsługi (a które, bez sensu, uważają, że są tychże kotów właścicielami), obchodzą Dzień Kota. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że reszta Europy obchodzi Światowy Dzień Kota 17 lutego, a International Fund for Animal Welfare ustanowiło Międzynarodowy Dzień Kota 8 sierpnia.
Zostaje więc jeszcze 6 terminów, bowiem – jak twierdzi sanskrycki Pięcioksiąg (Pańczatantra, III w. p.n.e.) – „natura dała kotu dziewięć żywotów zamiast jednego”. Nie mówiąc o tym, że nawet kwestia kocia wskazuje, iż Europa, świat i Rosja to trzy zupełnie inne punkty w czasoprzestrzeni.
A skoro o Rosji mowa:

 

3 marca 1918 – bolszewicy podpisali w Brześciu Litewskim traktat pokojowy z najważniejszymi z Państw Centralnych: Niemcami i Austro-Węgrami. Tym samym spłacali część długu, który zaciągnęli, gdy wywiad niemiecki dał Leninowi worek złota, wywiózł w zaplombowanym wagonie ze Szwajcarii i umożliwił przedostanie się do Rosji, by – jak to później określił Churchill – „zainfekować Europę bakcylem komunizmu”. Separatystyczny pokój z bolszewicką Rosją (właśnie ten w Brześciu Litewskim), miał być za ów manewr zapłatą. Niemcom zależało, bo chcieli przerzucić swe armie ze wschodu na zachód, by na Zachodzie przestało wreszcie być „bez zmian”. Armie przerzucili, ale znów nie zdobyli przewagi (tym razem przez Amerykanów – o tym już było w lutym). Bolszewikom też zależało, bo chcieli w spokoju w Rosji robić swoje.
A skoro o Rosji mowa:

 

5 marca 1953 – umiera Stalin. Na stanowisko sekretarza generalnego KC wśliznął się w 1922, jeszcze za życia Lenina. Po śmierci Uljanowa (prawdziwe nazwisko Lenina, gdyby co) w 1924, stworzył triumwirat z Kamieniewem (1936) i Zinowiewem (1936), którzy najpierw pomogli mu ukryć tzw. testament Lenina (sugerujący partyjnym towarzyszom wyrzucenie Stalina z politbiura), a później usunąć konkurentów: Bucharina (1938), Rykowa (1938), Tomskiego (1936) i Trockiego (1940).
Daty w nawiasach oznaczają rok fizycznej likwidacji czyli egzekucji (tylko Tomski popełnił samobójstwo tuż przed aresztowaniem), ale od władzy Stalin odsunął ich znacznie wcześniej – w roku 1929 był już w politbiurze, KC, partii i państwie (co w praktyce znaczyło to samo) samodzierżcą.
Jego śmierć przyniosła konsekwencje spore (o czym nie teraz), choć mniejsze niż można się było tego spodziewać.
W 2008 roku, w telewizyjnym (telewizja państwowa) plebiscycie na „Rosjanina wszech czasów” (50 milionów głosujących) zwyciężył Aleksander Newski, za nim był Piotr Stołypin (kto, na litość boską, go dziś pamięta, nawet w Rosji?!), na trzecim – Stalin. Być może to teoria spiskowa, ale trudno mi uwierzyć, że to nie Stalin zajął miejsce pierwsze, a wynik końcowy nie jest ukłonem „komisji wyborczej” w stronę politycznej poprawności, bo… (sorry, Winnetou!) jeszcze nie czas…
Tak czy siak dla rządu dzisiejszej Rosji Stalin jest mężem opatrznościowym.
Nie pożywiosz, lecz wiesz, że Stalin był zły / I wszystko już można dziś zwalić na niego – śpiewał Kaczmarski [List z Moskwy, 1987-08-13], co przekłada się na propagandową doktrynę: „ustrój sowiecki był wspaniały, a jeśli kto go wypaczył – to Stalin”.
Putin nie bez przyczyny powiedział, że „upadek Związku Sowieckiego był największą geopolityczną katastrofą XX wieku”. Z czego jasno wynika, że rezultatem tej katastrofy jest postkomunistyczna próba wprowadzenia do Rosji demokracji. Poza tym wypaczenia nie musiały być duże, skoro władze rosyjskie przychylnym okiem patrzą na wiece i uroczystości organizowane w rocznice urodzin i śmierci Dżugaszwilego-Koby-Stalina. Poszukajcie w wiadomościach pod tą datą, albo dzień później – na pewno znajdziecie.

 

7 marca 1876 – wreszcie mamy telefon! Alexander Graham Bell opatentował swój wynalazek!

 

8 marca to Międzynarodowy Dzień Kobiet, ongiś hucznie obchodzony w całym bloku.
W zakładach pracy kobietom przysługiwał goździk, a czasem jeszcze cukierki czy rajstopy, rzadziej premia pieniężna – koniecznie za pokwi­to­wa­niem w Radzie Zakładowej.
Były akademie ku czci i okolicznościowe programy telewizyjne.
W TVP najczęściej śpiewali wtedy („ja wam wszystko wyśpiewam!”): Adam Zwierz, Kazimierz Kowalski i Edward Hulewicz.
Z importu, od czasu do czasu, pojawiał się Iosif Kobzon.

 

8 marca 1968 – w Polsce zaczynają się tzw. wydarzenia marcowe: protest studentów, którzy – jak zwykle – żądali wolności słowa, zgromadzeń i sumienia. Brutalnie spacyfikowany przez milicję i tzw. aktyw robotniczy, czyli zbirów z pałami, którzy mieli tyle wspólnego z robotnikami co picie w Szczawnicy z węglem kamiennym.
Nigdy jednak nie ma tak źle, żeby nie mogło być gorzej: najtwardszy partyjny beton (chodzi o Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, przez którą realizowała się w PRL dyktatura proletariatu) w ramach represji doprowadził do wysiedlenia z Polski inteligencji pochodzenia żydowskiego – tzw. paszport w jedną stronę otrzymało ok. 20 tys. osób. Słowo „paszport” jest mylące, był to bowiem dokument podróży stwierdzający, że „okaziciel nie jest obywatelem PRL”. Co dla 35-milionowego kraju oznaczał wyjazd kilkunastu tysięcy osób z elity intelektualnej dodawać nie trzeba.
Pogrom marcowy nie był jednak zaskoczeniem: w czerwcu 1967, po wojnie sześciodniowej, która – mimo że zaczepna – była obronną, bezczelnie przez Izrael wygranej, hegemon i jego blok (z wyjątkiem Rumunii) zerwali z państwem żydowskim stosunki dyplomatyczne. Marzec ’68 i to, co działo się później, było tylko dalszym ciągiem serialu.
Nagranie wystąpienia ówczesnego szefa partii Władysława Gomułki podczas wiecu PZPR w Sali Kongresowej 19 marca 1968 jest jednym z najczęściej cytowanych dokumentów dźwiękowych epoki – nawet osobom, które słuchały tego przemówienia na żywo (ja słuchałem!), trudno dziś uwierzyć, że działo się to naprawdę. Dzień po wiecu oficyna Książka i Wiedza wydała broszurkę Stanowisko partii zgodne z wolą narodu : przemówienie wygłoszone na spotkaniu z warszawskim aktywem partyjnym 19 marca 1968 r. z pełnym tekstem przemówienia. Kupiłem, za całe 2 złote.
Cytat „utwór ten zawiera jednocześnie pornograficzne obrzydliwości, na jakie może zdobyć się tylko człowiek tkwiący w zgniliźnie rynsztoku, człowiek o moralności alfonsa” jest właśnie stamtąd, ale nie dotyczy – rzecz jasna, niestety – autora.

 

11 marca 1985 – sekretarzem generalnym KC KPZR zostaje Michaił Gorbaczow. Od niego się to wszystko zaczyna i żeby nie wiem jak nie lubić Andrzeja Rosiewicza, trzeba przyznać, że jego „Michaił, Michaił, ty postroisz nowyj mir”, śpiewane w 1988 podczas pląsów przed gensekiem odwiedzającym akurat Warszawę, było prorocze.
Gorbaczow to głasnost’ i pieriestrojka.
Ta pierwsza znaczyła, że przestał być aktualny dowcip o braku różnic w postrzeganiu swobód obywatelskich w ZSRR i USA, tak samo przestrzegających i respektujących wolność słowa (z drobną wprawdzie poprawką: w USA istniała dodatkowo wolność po słowie).
Ta druga znalazła swój finał 25 grudnia 1991 w podpisanym w Wiskulach układzie białowieskim o rozwiązaniu Sojuza, ale wcześniej była jeszcze „doktryna Sinatry”. 25 października 1989 rzecznik sowieckiego MSZ, Giennadij Gerasimow, zaskoczył tym terminem dziennikarza programu Good Morning America nazywając tak trend polityki Gorbaczowa wobec państw satelickich: zgodnie z tytułem piosenki My Way każde z nich może obrać własną drogę.
Mnie, od Sinatry, bliższy jest Kaczmarski:

– Towarzyszu Gorbaczow, wybaczcie mi,
Wiem, towarzysz czasu wiele dla mnie nie ma…
[…]
Towarzyszu, ja praszu was, pomagitie!
[…]

– Mieczisław Josifowicz, nie biezpakojties’:
My pamożem wam, kak smożem, no inacze
[…]
Smotriu ja na was siewodnia s biezpakojem.
No tiepier wam nada – kak umiejetie – żit’,
A szto budiet – budiet s etoj paranoju.

[Dwie rozmowy z Kremlem (1981-1989), 1989-08-24]

No cóż, Gorbaczowowi nie udało się to, czego dokonał Jiang Zemin: przewekslowanie gospodarki na tory ekonomii rynkowej i utrzymanie przy władzy mafii partii komunistycznej. Sowiecki beton partyjny był zbyt twardy i „Gorbi” mógł go usunąć tylko rozwalając całą konstrukcję…
No dobrze, wiadomo: filary nośne zostały, ale przynajmniej ściany i fasada zniknęły. Ale i tak chwała mu za to, że cokolwiek zostało ruszone, bo skorzystała na tym Polska i inne kraje satelickie. Przynajmniej czasowo.

 

13 marca 1848 – zaczyna się seria zbrojnych wystąpień przeciwko staremu porządkowi, zwana Rewolucją Marcową, która dała początek Wiośnie Ludów. Walczący domagali się swobód – politycznych i narodowych, a najubożsi – poprawy warunków bytowych.

Podczas Rewolucji Marcowej rozpoczęły się m.in.:

13 marca 1848 – powstania w Wiedniu i Berlinie. Protestującym chodziło o wolności polityczne, które dość szybko zostały zatwierdzone przez panujących.
Austriacki cesarz Ferdynand I Dobrotliwy (der Gütige) tego samego dnia zdymisjonował kanclerza Klemensa Metternicha – fanatycznego monarchistę i konserwatystę, tępiciela wszelkich przejawów demokracji, odpowiedzialnego za uczynienie z Austrii po Kongresie Wiedeńskim (1815) państwa policyjnego z wszechwładną cenzurą ingerującą we wszystkie dziedziny życia.
Konserwatywny Fryderyk Wilhelm IV Pruski również powołał liberalny rząd i nadał swemu królestwu konstytucję (5 grudnia 1848).

15 marca 1848 – powstanie węgierskie, które wybuchło w Peszcie. Rozpoczęli je radykałowie, którym przewodził poeta Sándor Petőfi, żądający niepodległości, demokracji i zniesienia pańszczyzny.
Austriakom ani w głowie było zezwalać Węgrom na separację. Stosując rzymską zasadę divide et impera (dziel i rządź) najpierw obrócili przeciw Węgrom mniejszości narodowe Królestwa Węgierskiego – Chorwatów, Rumunów, Rusinów, Serbów i Słowaków (notabene używając realnego straszaka, jakim była madziaryzacja propagowana nawet przez rząd Kossutha).
W grudniu 1848 na tron wstąpił Franciszek Józef I (ten sam, którego wiele lat później Czesi nazwali Starym Prochazką, a polscy językoznawcy „dobrotliwym staruszkiem” tak właśnie tłumacząc określenie „stary pierdoła”, by uratować autora tych słów przed plutonem egzekucyjnym za obrazę majestatu).
Kaiser Franz Josef nie bawił się w negocjacje i do pacyfikacji powstania wysłał wojsko. Nie mając wystarczających sił własnych, o braterską pomoc zwrócił się do cara Mikołaja I i tę otrzymał. Armia rosyjska pod wodzą feldmarszałka Paskiewicza, który wcześniej utopił we krwi powstanie listopadowe, wespół z korpusem austriackim dokonały swego.
Sen Węgier o niepodległości (ogłoszonej 19 kwietnia 1849) skończył się szybko: Petőfi poległ, lojalista Batthyány został rozstrzelany wcześniej przez Węgrów-radykałów, Kossuth i jego prawa (zbrojna) ręka, gen. Józef Bem, otrzymali azyl w Turcji, a mniejszości narodowe zamiast madziaryzacji dostały germanizację i to w tempie przyspieszonym.
Dla porządku trzeba dodać, że w końcu, gdy Austriacy dostali lanie od Prus, Węgrzy dopięli swego choć w części: w 1867 kompromis austriacko-węgierski przekształcił Cesarstwo Austriackie w monarchię podwójną – Austro-Węgry. Dla mniejszości narodowych Królestwa Węgierskiego skończyła się germanizacja a zaczęła madziaryzacja, czego skutki można zauważyć od czasu do czasu nawet przy lekturze dzisiejszej prasy.
Swego czasu, po krajach żyjących w najlepszym z ustrojów, krążył dowcip o pięciu filarach RWPG (kto nie wie, co to było, niech się cieszy): obok sowieckiego taktu, enerdowskiego poczucia humoru i kilku innych wyraźnie obraźliwych, jednym z najważniejszych była powszechna znajomość języka węgierskiego. Jak widać dla niektórych wcale nie była to taka abstrakcja. Geopolityka sprawia, że dowcipy polityczne tracą swe ostrze w najmniej oczekiwanych momentach.

Zwischenruf.
W połowie lat 1970-tych jedną z tras na długie wakacje była podróż do Afganistanu, Pakistanu i Indii przez ZSRR: za tanie pieniądze leciało się samolotem do tadżyckiego Duszanbe, stamtąd pociągiem do Termezu nad Amu-Darią, promem przez rzekę – i dalej, autostopem, jak daleko czas i powodzenie w handlu wymiennym pozwalały.

Jeździłem tak kilkakrotnie nawiązując po drodze znajomości i przyjaźnie. Gościnne domy czekały na mnie i współtowarzyszy podróży w Duszanbe, gdzie się jadło, piło, a najwięcej opowiadało, z dowcipami politycznymi (tak, antysowieckimi też) włącznie.
Któregoś razu przypomniał mi się dowcip, z którego w Polsce zarykiwali się wszyscy: polskiego geodetę, uczestnika ekspedycji sowieckiej pracującej w terenie, zapytał miejscowy kołchoźnik, co takiego mierzy. Bomba wybuchła następnego dnia, gdy ów chłop pojawił się w lokalnym urzędzie i zapytał, komu i ile zapłacić, by zostać po polskiej stronie, bo ponoć geodeci wytyczają granicę między Polską a Chinami.
Witz opowiedziałem i… zapadła cisza. Poczułem się nieswojo. Współbiesiadnicy byli na tyle uprzejmi, że wyjaśnili mi, iż w republice graniczącej bezpośrednio z ChRL, w dodatku w dobie nasilonej propagandowej antychińskiej histerii, historyjka ta ani trochę śmieszna nie jest.

18 marca 1848 – antyaustriackie powstanie w Mediolanie (tzw. pięć dni Mediolanu, wówczas w granicach Cesarstwa Austriackiego): powstańcy przejęli miasto zaczynając tym samym pierwszą włoską wojnę o niepodległość. Wojna skończyła się porażką Włochów; Zjednoczone Królestwo Włoch powstało dopiero w marcu (!), dokładnie: 17 marca, 1861.

Łączy się z tym wydarzenie z 25 marca 1848, kiedy na audiencji u Piusa IX pojawił się Adam Mickiewicz. Poeta chciał dostać (i dostał) od papieża błogosławieństwo dla tworzonego przez siebie Legionu Polskiego, któremu za cel pierwszy stawiał walkę z Austrią o niepodległość Włoch, a dalej – przejście na ziemie słowiańskie i wzniecenie tam powstania. To właśnie podczas tego spotkania Mickiewicz miał złapać biskupa Rzymu za rękę, potrząsnąć nią i zawołać: Wiedz, że duch boży jest dzisiaj w bluzach paryskiego ludu!.

 

15 marca – Idy marcowe (łac. Idus Martii) − rzymskie święto poświęcone Marsowi. Były parady i przeglądy wojsk. Podczas Idów Marcowych w 44 roku p.n.e. ponad 60-osobowa (jak twierdzi Eutropiusz) grupa zamachowców z Kasjuszem i Brutusem na czele zamordowała Juliusza Cezara.
Dictator perpetuo został 23 razy pchnięty sztyletem, co świadczy, że niektórzy z zamachowców chcieli być chytrzejsi od innych. Co i tak im nie pomogło, bo żaden ze spiskowców nie zmarł śmiercią naturalną. Można przy okazji obejrzeć, albo przeczytać szekspirowskiego Juliusza Cezara (1599) – dokładne to nie jest, ale robi wrażenie. W 1953 film z tej sztuki zrobił Joseph Mankiewicz (ten od Kleopatry), z Marlonem Brando w roli Antoniusza – mocna rzecz!

 

17 marca 1861 – powstaje Zjednoczone Królestwo Włoch (patrz wyżej).

 

17 marca 1921 – uchwalono w Polsce „konstytucję marcową” (obowiązywała do 23 kwietnia 1935, czyli do „konstytucji kwietniowej”). Była to pierwsza polska konstytucja nowoczesna (nie, „konstytucja majowa” z 1791 taką nie była): rządzić miał Naród (przez swoich przedstawicieli), władza – zgodnie z Monteskiuszem – miała być trójdzielna (prawodawcza, wykonawcza i sądownicza) i – żeby było równo – skasowane zostały przywileje stanowe i herby.
Pierwsze dwa punkty jakoś zadziałały, trzeci – podobno też, ale chyba tylko teoretycznie.

 

17 marca – dzień św. Patryka: irlandzkie święto narodowe i religijne. Ma być podczas niego zielono, koniczynowo i piwnie. Poeta stan ten ujął z właściwą sobie zwięzłością: Pełno radości i krzyku.
Święty Paddy, żyjący w V w., jest patronem Irlandii – porwany za młodu przez irlandzkich piratów i więziony przez 6 lat, powrócił na Szmaragdową Wyspę jako misjonarz, został pierwszym biskupem Irlandii i zyskał miano Irlandzkiego Apostoła. Biskup Patryk wygonił również z Irlandii wszystkie węże – podobno nie ma ich na tej wyspie po dziś dzień. Ewolucjoniści w zasługi Patryka na tym polu nie wierzą, ale oni w ogóle jacyś mało wierzący są.
A u nas tego dnia świętuje Zbigniew, który – przy całym dla Patryka szacunku – godniejszy jest i zacniejszy, bo za wężami po żadnych wyspach nie ganiał! Za to jeden królowi Jagielle żywot między Grunwaldem a Tannenbergiem ocalił, drugi Rotgiera zarąbał (bo było na śmierć, nie na niewolę), trzeci w zamku tegoż Rotgiera przerobionym na willę (z wygodami – byli i widzieli!) mieszka i pod chmurami lata, a czwarty z Latającym Holendrem żeglował, o czym się sami wkrótce przekonacie.

 

W nocy z 17 na 18 marca 1921 – Armia Czerwona dowodzona przez Michaiła Tuchaczewskiego ostatecznie rozgromiła powstańców z Kronsztadu – portu wojennego na niewielkiej (15 km2) wyspie Kotlin w Zatoce Fińskiej, położonej około 30 km na zachód od Petersburga.
Marynarze, robotnicy i mieszkańcy Kronsztadu, mimo poparcia udzielonego bolszewikom w latach 1917-1918, w marcu 1921 zaprotestowali przeciwko terrorowi i dyktaturze wprowadzonej przez rząd Lenina i Trockiego.
Atak armii bolszewickiej na Kronsztad ułatwił lód, po którym wówczas można się było dostać na wyspę.
Po jej zdobyciu, ci powstańcy, którym nie udało się zbiec do Finlandii (tych było ok. 8000), zostali zmasakrowani: ponad dwa tysiące osób zostało rozstrzelanych, niemal 20 tysięcy bolszewicy zesłali do łagrów, mordując po drodze co najmniej kolejne kilka tysięcy.
Prześladowania uczestników i ich rodzin trwały do późnych lat 60-tych. Dopiero w 1994, za prezydentury Borysa Jelcyna, powstańcy kronsztadzcy zostali rehabilitowani, a działania bolszewików uznano za sprzeczne z prawem.

 

17-19 marca 1915 – szósty i ostatni wypad (Sienkiewicz nazywał to „wycieczka”) podczas drugiego oblężenie Twierdzy Przemyśł (o pierwszym przeczytacie w październiku). Wojska austro-węgierskie próbowały się przedrzeć z Twierdzy przez pierscień oblegającej armii rosyjskiej. Akcja zakończyła się tragicznie: 5,5 tys. zabitych, rannych i zaginionych.

Rosjanie odpowiadaja atakiem na umocnienia – zostają odparci, ale oblegani obronili się ostatkiem sił.
Armeeoberkommando czyli Naczelne Dowództwo C.K. Armii szykuje już rozkaz zniszczenia twierdzy i poddania.

 

20 marca (przez wszystkie lata drugiej dekady XXI wieku, poza 2011) wypada dzień równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej: Słońce góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana. W tym dniu Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Na półkuli północnej rozpoczyna się wtedy wiosna.

 

22 marca 1895 – możemy już chodzić do kina! W Paryżu bracia Auguste i Louis Lumière pokazali tego dnia po raz pierwszy swoje „ruchome obrazki”. Do hollywódzkiego gwiazdozbioru jest już tylko jeden krok.

 

22 marca 1915 – detonacje wstrząsają Przemyślem: armia austro-węgierska wysadza w powietrze mosty na Sanie oraz forty i działa swojej największej twierdzy: Festung Przemysl.

 

23 marca 1915 – po 5 miesiącach największego w I wojnie światowej oblężenia kapituluje Festung Przemysl, trzecia co do wielkości twierdza w Europie (po Verdun i Antwerpii). Akt kapitulacji dostarczono do sztabu rosyjskiego o 6 rano.

Do niewoli poszło 9 C.K. generałów, prawie setka oficerów sztabowych, 2,5 tys. oficerów oraz 117 tys. podoficerów i żołnierzy. Wśród austro-węgierskich jeńców było prawie 30 tysięcy rannych i chorych.

Rosjanie zachowali się bardzo po rycersku, być może wiedząc, że skierowane są na nich oczy całej Europy (padła „twierdza nie do zdobycia”!). C.K. oficerowie mogli zostać przy szablach, żołnierze dostali żołd taki, jak w armii rosyjskiej. Później jeńców podzielono wg narodowości i zesłano do republik azjatyckich. Najlepiej miał Hermann von Kusmanek, generał i Festungskommandant: jeszcze przed końcem wojny wrócił do domu, a po 16 latach zasnął w Panu mając lat 74. Gdy był w niewoli dostał awans na generała obersta, po powrocie postawiono go co prawda przed sądem, ale – oczywiście – uniewinniono i tak przyschło pytanie, czemu wcześniej nie zgromadzono żywności, amunicji i środków medycznych na tyle, by twierdza była rzeczywiście nie do zdobycia. Ale tak już jest: a najdzielniej biją króle, a najgęściej giną chłopy.

Za to Rosjanie mieli bal: do Przemyśla przyjechał sam car i tak się cieszył, że żołnierze dostali po 5 rubli, a oficerowie po medalu.
Ale dalej już nie było im tak wesoło, bo 2 maja, tego samego 1915 roku, armia austro-węgierska odbiła Przemyśl i ruiny twierdzy. Jaki był los ludności cywilnej – strach nawet myśleć.
Austriacy sobie później i tak poszli, a ruiny zostały do dziś.

 

23 marca obchodzony jest dzień przyjaźni polsko-węgierskiej. Wciąż się lubimy!

 

25 marca – w kościele katolickim obchodzona jest uroczystość liturgiczna Zwiastowania Pańskiego, na 9 miesięcy przed uroczystością Bożego Narodzenia. Jeżeli 25 marca wypada w niedzielę, obchody przekładane są na następny dzień.
Tę samą datę (25 III) przyjmuje za dzień Zwiastowania Bogurodzicy kościół prawosławny; ponieważ liturgia prawosławna posługuje się kalendarzem juliańskim, w kalendarzu gregoriańskim wypada to 7 kwietnia.

 

25 marca 1807 – aprobatę królewską uzyskuje prawo zabraniające handlu niewolnikami (Slave Trade Act 1807) ustanowione przez parlament Zjednoczonego Królestwa.
W historii ludzkości niewiele jest aktów prawnych, wprowadzonych bez użycia siły, w których moralność i chęć ulżenia doli innych brałaby górę nad żądzą zysku. Akt z 1807 roku był – jak sądzę – pierwszym z nich. Do jego uchwalenia przyczynił się głównie William Wilberforce, przywódca brytyjskich abolicjonistów, wywodzących się z kręgów anglikańskich ewangelików i kwakrów. Niewolnictwo było dla nich sprzeczne z moralnością chrześcijańską, a kampanię przeciwko handlowi żywym towarem uważali za pierwszy etap walki z niewolnictwem; po jego wprowadzeniu niewolnictwo miało zniknąć w sposób samoistny.
Kampania podjęta została pod koniec lat 1780-tych, na forum parlamentarne trafiła w 1789.

Nigdy, przenigdy nie zaprzestaniemy naszych wysiłków, aż nie wymażemy tego skandalu z chrześcijańskiego imienia, aż nie uwolnimy się od ciężaru winy, pod którym obecnie się uginamy, aż nie położymy kresu wszelkim śladom tego znaczonego krwią handlu, w który przyszłe pokolenia, patrząc wstecz na historię naszego wieku oświecenia, nie będą mogły uwierzyć, że okrywał hańbą i niesławą nasz kraj aż tak długo[1] – mówił Wilberforce 18 kwietnia 1781 z parlamentarnej mównicy.

Projekt ustawy przepadał w głosowaniu kilkakrotnie, a do przeforsowania go przyczyniło się uchwalone w 1806 prawo zabraniające obywatelom brytyjskim udziału w handlu niewolnikami, chytrze podsunięte przez abolicjonistów jako etap pośredni. Zakaz handlu został uchwalony przez Parlament 23 lutego 1807.
W maju 1833 rząd przedłożył w Parlamencie projekt uchwały o zniesieniu niewolnictwa. Izba Gmin zatwierdziła ją 26 lipca 1833, trzy dni przed śmiercią Wilberforce’a. Ustawa weszła w życie 1 sierpnia 1834, nie objęła jednak terytoriów zarządzanych przez Kompanię Wschodnioindyjską, jako nie będących pod bezpośrednią kontrolą Korony. W historii ludzkości niewiele jest…

 

30 marca 1492 – katoliccy monarchowie Hiszpanii, Izabela Kastylijska i Ferdynand Aragoński, podpisali Edykt z Alhambry dający hiszpańskim żydom 4 miesiące na opuszczenie kraju lub chrzest. Karą za niewykonanie rozkazu była egzekucja bez procesu.
Zdecydowana większość wyemigrowała.
Historycy nie są zgodni co do liczby wypędzonych: waha się ona od 130 do 800 tysięcy. Z pomocą dla prześladowanych „Ludzi Księgi” pospieszył m.in. sułtan Bajazyd II, który wysłał jednostki wojenne, by przywiozły wypędzonych do Imperium Ottomańskiego.
Ci, którzy dokonali konwersji (ok. 50 000 osób), mieli tego wkrótce pożałować: kilka lat późnej większość conversos została uznana za kłamców i osadzona w lochach inkwizycji. Ich majątki skonfiskowano na rzecz państwa, po odliczeniu prowizji dla donosicieli, którzy wnieśli akt oskarżenia przeciwko „krypto-żydom” o religijne oszustwo.
Edykt z Alhambry był pierwszym gwoździem do trumny hiszpańskiej potęgi, ale o tym – nie teraz.
Formalnie, rząd hiszpański odwołał edykt 16 grudnia 1968 roku (za rządów Francisca Franco).
W 500. rocznicę wygnania (31 marca 1992), król Juan Carlos z kipą na głowie modlił się obok premiera izraelskiego Chaima Herzoga w madryckiej synagodze Beth Yaakow. Od 2012 potomkowie żydów wypędzonych w 1492 mogą uzyskać obywatelstwo hiszpańskie bez konieczności zamieszkania w Hiszpanii.

 

30 marca 1945 – urodził się Eric Clapton, uznany przez pismo Rolling Stone za drugiego (po Jimim Hendrixie) z najlepszych gitarzystów wszech czasów.

Pochodzący z Ripley w hrabstwie Surrey, Clapton karierę zaczynał z grupą The Yardbirds we wczesnych latach 60-tych, później na jakiś czas wessał go blues grany przez Johna Mayalla i The Bluesbreakers. W 1966, Clapton, Ginger Baker i Jack Bruce stworzyli legendarną supergrupę Cream. Dalej było wszystko: kolejne supergrupy, reggae, solówka w beatlesowskim przeboju While My Guitar Gently Weeps (1968), blues, złote płyty, alkohol, kokaina, heroina, miłość, śmierć syna.

W latach 60-tych jakiś graficiarz napisał na ścianie londyńskiego metra „Clapton is god” – Clapton jest bogiem. Slogan chwycił – był czas, że ten napis można było zobaczyć w Londynie wszędzie.

Sam Clapton nie dał się zwariować. Komentując w jednym z wywiadów najbardziej znane zdjęcie graffiti powiedział: „Na dole fotografii jest pies sikający na tę ścianę. Mam do tego mniej więcej taki sam stosunek”.

Polecam Autobiografię Claptona (wydanie polskie: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2009). Oczy okrągleją.

 

31 marca 1854 – Iesada, trzynasty siogun z rodu Tokugawa, zmuszony zostaje do podpisania Traktatu z Kanagawy (dziś część Jokohamy). Amerykański komandor Matthew Calbraith Perry, podczas drugiej „wizyty” w Japonii z eskadrą złożonej z ośmiu okrętów US Navy (za pierwszym razem, w 1853, pojawił się tylko w cztery okręty), wymusił na Japończykach otwarcie ich portów dla handlu ze Stanami Zjednoczonymi.
Wyłom dokonany w japońskim izolacjonizmie miał się okazać brzemienny w skutki, o czym pierwsza przekonała się Rosja w 1904-05, a podczas II wojny światowej – reszta Azji i świat anglosaski. Ale to będzie dużo później.
Oficjalnie dokument z Kanagawy nazywał się oczywiście „Traktat o pokoju i przyjaźni pomiędzy Japonią i Stanami Zjednoczonymi”.
Fakt – Perry grzecznie prosił, choć jako rozwiązanie alternatywne proponował obrócenie w perzynę jokohamskiego portu i miasta. Zupełnie jak nasz Gerwazy:

„Co za gwałty, rzekł Klucznik, tu nie ma napaści,
Wszak proszę Pana grzecznie; jeśli ciemno Waści,
To Scyzorykiem skrzesam ognia, że Waszeci
Zaraz w ślepiach jak w siedmiu kościołach zaświeci”.
[AM, PT (1834), VIII]

Stany Zjednoczone rozpoczynały właśnie gwałtowne poszukiwanie rynków zbytu dla swoich towarów i za wszelką cenę próbowały znaleźć choćby najwęższą furtkę do Azji. Kilka lat po kanonierkowej dyplomacji Perry’ego działania te zostaną przerwane przez Wojnę Secesyjną (1861-1865), ale pod koniec wieku wrócą ze zdwojoną siłą, kiedy to w wojnie z Hiszpanią „o wyzwolenie Kuby” najważniejszą okaże się bitwa w Zatoce Manilskiej (1 maja 1898). Już wiadomo dlaczego.

 

W końcówce drugiej dekady XXI wieku zawiodą się ci, którzy oczekiwaliby długiego karnawału trwającego aż do marca: zaledwie dwa ostatnie zabawowe wtorki są marcowe: w 2017 (1 marca) i w 2019 (6 marca). To jednak kwestia astronomii: Wielki Post zaczyna się bowiem na 46 dni kalendarzowych przed Wielkanocą – ta zaś przypada na pierwszą niedzielę po wiosennej pełni księżyca. W wiosennym miesiącu nisan – jak w powieści o Poncjuszu Piłacie pisał Mistrz.

 

 

Znaki Zodiaku w marcu:

Ryby (♓) – do 20 marca
Baran (♈) – od 21 marca.
O Rybach było w lutym, a Barany?
No cóż – przykro mi. Naprawdę. Bo czarny piar jest dla nich bezlitosny:

…tylko długotrwałym biciem można skłonić Barana do przyswojenia minimum wiedzy (tabliczka mnożenia, wyjątki na „rz”).
Ludzie spod tego znaku w pracy dezorganizują wszystko, dzięki czemu awansują szybko na wysokie stanowiska.
W kontaktach towarzyskich Barany są z reguły niezmiernie uciążliwe i z powodu najmniejszego pretekstu, a nierzadko i bez, wywołują karczemne burdy i bijatyki.

Maju, przybądź!

 

 

Kwiat marca:

narcyz (Narcissus poeticus L.) – kojarzony z Wielkanocą, ale również symbolizujący próżność (na Zachodzie) oraz bogactwo i szczęście (na Wschodzie). Prawda, jak prosto łączy się w tym kwiecie Wschód z Zachodem?

O Narcyzie napisano tomy, zarówno na półki z mitologią jak i psychologią, więc jeśli koniecznie chcecie się dowiedzieć, co, kto i dlaczego, to musicie tam sięgnąć.

Ci, co nie lubią czytać, niech popatrzą na obraz (wart co najmniej tysiąca słów) – najlepiej Waterhouse’a albo Westa, ale Caravaggio też może być (Dalí wykluczony), który można wyguglować w sekundę. A jeśli ktoś nie lubi ani czytać, ani wpatrywać się w nieruchome malowidła, polecam pierwszą lepszą telewizyjną debatę polityczną: zobaczycie tam stado Narcyzów w behawiorze naturalnym, więc niestety dziko rosnących. Jeśli traficie na spęd partii przeciwnej, to na pewno przyznacie mi rację.

Kwiat – cóż: ten biały, w łacinie zwany „poetyckim”, ma w sobie zieleń życia, złoto bogactwa, czerwień krwi oraz biel niewinności i śmierci. Dlatego – w dłoniach Kory przeniesiony – rośnie nad brzegami Styksu. W mowie kwiatów oznacza zazdrość i zachłanność, ale też tęsknotę.
Gdzieś znalazłem, że „narcyz to fantazja”, ale autor tego twierdzenia chyba słabo znał sie na kwiatach, bo troche dalej pisał o niebieskim kwiatku, który uporczywie nazywał „niezapominajek”…

 

Mitologia grecka łączy narcyz z dwoma mitami: historią samego Narcyza, w ten kwiat przemienionego i porwaniem Kory, którą Hades dopadł wtedy, gdy zrywała na łące narcyzy. Grecy te kwiaty składali na ołtarzach Hadesa i Kory-Persefony.

Z woli Dzeusa ten kwiat Hadesowi przychylna zrodziła
Gaja, godzien zachwytu; w zdumieniu patrzyli nań wszyscy
Ludzie śmiertelni, a także bogowie, co śmierci nie znają.
Z jego korzenia sto wyrastało łodyg kwitnących,
Cudnie też pachniał i wszystkich radował: niebo rozległe,
Całą też ziemię, a takoż i morza słonego odmęty.

[Do Demeter (ok. 640 p.n.e.), drugi hymn homerycki, przekład Włodzimierz Apel]

Kamienie marca:

akwamaryn – niebieska odmiana berylu i heliotrop – odmiana chalcedonu zwana też krwawnikiem.

Akwamaryn (od aqua marina – woda morska) jest kamieniem chroniącym żeglarzy i zapewniającym bezpieczną podróż (przez morza słonego odmęty :). Łagodny błękit klejnotu zapewniać ma właścicielowi łagodność charakteru, spokój i umiejętność chłodnej oceny sytuacji.

Krwawnik swą karierę rozpoczął w Babilonie – robiono z niego pieczęcie i amulety.
W chrześcijaństwie często nazywano go „kamieniem męczeństwa”, gdyż wierzono, że powstał z leżących pod krzyżem jaspisów, na które spłynęły krople krwi Chrystusa.

Oba kamienie symbolizują odwagę.

 

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
trzeci miesiąc roku to:

białoruskiсакавік [sakavik]
bośniackimart i ožujak
bułgarskiмарт [mart]
chorwackiožujak
czeskibřezen
kaszubskistrumiannik (też: strëmiannik, strumian, marc)
litewskikovas
łatgalskiavasara (też: marta)
łużycki (dolny)pózymski (też: nalětnik, měrc)
łużycki (górny)měrc (też: nalětnik)
łotewskimarts
macedońskiмарт [mart] albo цутар [cutar]
rosyjskiмарт [mart]
serbskiмарт [mart]
słowackimarec
słoweńskimarec albo sušec
ukraińskiберезень [bieriezień]
żmudzkikuovs

 

Przysłowia związane
z marcem:

Co marzec wypiecze,
to kwiecień wysiecze.

Czasami w marcu
zetnie wodę w garncu.

Czasem marzec tak się podsadzi,
że dwa kożuchy oblec nie zawadzi.

Gdy przyjdzie marzec,
umrze niejeden starzec.

Gdy w marcu
niebo od południa ryknie,
Rok wszego dobra
w żyzności uniknie.

Ile w marcu dni jasnych
ale z rana mglistych,
tyle w żniwa
czasów dżdżystych.

Kiedy starzec chory w marzec,
będzie zdrów;
lecz gdy baba w maju słaba,
pacierz zmów.

Kiedy twa ma rodzić rola,
to wóź w marcu gnój na pola.

Kiedy w marcu deszczu wiele,
nieurodzaj zboża ściele.

Kiedy w marcu wiele grzmoty
Nie ma w lato k’bur ochoty.

Marcowy loda rada,
majowa pogoda, ranny deszcz
– wszystko to nietrwałe.

Marzec dziwne broi fochy,
zmiata starce i junochy.

Marzec marzy, jak się zdarzy.

Marzec odmienia wiatry,
deszcz miesza z pogodą,
więc nie dziw, jeśli starzy
czują go ze szkodą.

Marzec uparty
stroi z pługiem żarty,
a kwiecień przychodzi
i w chlew go zawodzi.

Marzec zielony – niedobre plony.

Marzec, co z deszczem chadza,
mokry czerwiec sprowadza.

Marzec:
czy słoneczny, czy płaczliwy,

listopada obraz żywy.

Radował się starzec,
kiedy minął marzec;
nie baj baju, umrzesz w maju.

Słońce marcowe
owocom niezdrowe.

Suchy marzec,
kwiecień mokry,
maj przechłodny
– nie będzie rok głodny.

Suchy marzec, maj niechłodny,
kwiecień mokry – rok niegłodny.

Suchy marzec, mokry maj,
będzie żytko jako gaj.

W marcu jak w garncu.

W marcu, gdy są grzmoty,
urośnie zboże ponad płoty.

W marzec już dzień, gdyby ruski wół.

W marcu, kto siać nie zaczyna,
biednyć to gospodarzyna.

W marcu śnieżek sieje,
czasem słonko grzeje.

Źle się w marcu urodzić,
bo trudno takiemu dogodzić.

 

Przysłowia na
św. Albina (1 III)

Na świętego Albina,
rzadka u ludzi mina,
bo post się zaczyna.

 

Przysłowia na
św. Haliny (2 III)

W świętej Halszki dzionek
nuci już skowronek.

 

Przysłowia na
św. Kazimierza (4 III):

Dzień świętego Kazimierza
resztki zimy uśmierza.

Na świętego Kazimierza
zima do morza zmierza.

Na świętego Kazimiera
zima zamiera.

Na świętego Kazimierza
dzień się z nocą przymierza

Na świętego Kazimierza
pokój dla łowcy i zwierza.

Na świętego Kazimierza
wyjdzie skowronek spod pierza.

Na święty Kazimierz
dzień z nocą przymierz.

Na święty Kazimierz
wygnaj świnie na pyrz.

W dzień świętego Kazimierza
zima do morza zmierza.

 

Przysłowia na
św. Tomasza (7 III)

Na świętego Tomasza
wyrasta w polu pasza.

 

Przysłowia na
św. Franciszkę (9 III)

Gdy Franciszka z wichrem po polu hasa,
może sypnąć śniegiem powyżej pasa

 

Przysłowia na
Czterdziestu Męczenników
(10 III):

Czterdziestu Męczenników jakich,
czterdzieści dni po nich takich.

Gdy mróz w marcu dnia dziesiątego,
jeszcze czterdzieści dni mrozu takiego.

Kiedy na Czterdziestu
Męczenników marznie,
to jeszcze czterdzieści
nocy przymarznie.

Męczennicy, gdy mróz noszą,
czterdzieści dni mrozu głoszą.

Męczennicy jeśli psocą,
będzie dżdżysto Wielką Nocą,
a gdy kropla dżdżu nie spadnie,
przez sześć niedziel będzie ładnie.

 

Przysłowia na
św. Grzegorza (12 III):

Na świętego Grzegorza
zima idzie do morza.

Na św. Grzegorza
szuka kawka łoża.

Po świętym Grzegorzu
nie paś bydła ma zbożu.

Święty Grzegorz wielki spławnik,
nad wszystkimi rzeki ławnik;
grzeje więcej – lody płaczą,
rzeki warczą, brzegi znaczą.

 

Przysłowia na
św. Hilarego (16 III):

Hilary zapowiada,
jaka pogoda na Wielkanoc przypada.

 

Przysłowia na
św. Gertrudę (17 III):

Gdy na Gertrudy zjawią się bociany,
to wiosna już rychło nastanie.

Ogrodniku, św. Gertruda gdy słońcem błyśnie
zrobi cuda oczywiście.

 

Przysłowia na
św. Józefa (19 III):

Cóż święty Józef niesie?
Kaczka pierwsze jaja zniesie.

Jak na świętego Józefa chmurki,
to sadź ziemniaki gdzie górki,
a jak pogoda,
to sadź gdzie woda.

Gdy na świętego Józefa
bociek przybędzie,
to już śniegu nie będzie.

Na świętego Józefa pięknie,
zima prędko pęknie.

Na świętego Józwa
przez pole jest bruzda.

Na święty Józek
czasem śniegu wózek.

Na święty Józef pogoda,
będzie w polu uroda.

Oblubieniec pogodny,
rok będzie urodny.

Przyjdzie święty Józef z pomocą
– porówna dzień z nocą.

Święty Józef kiwnie brodą,
idzie zimno na dół z wodą.

Święty Józef laską w ziemię kole,
wyjeżdżajcie, chłopy, orać w pole.

Święty Józef pogodny,
będzie roczek wodny.

Święty Józek wiezie trawy wózek,
ale czasem smuci,
bo śniegiem przyrzuci.

W Józefa z zimy się śmiej
i na grządce kapustę siej.

 

Przysłowia na
św. Benedykta (21 III):

Jak po Benedykcie ciepło,
to i w lecie będzie piekło.

Benedykt groch w polu sieje,
Wojciech [23 IV] do owsa się śmieje.

 

Przysłowia na
Zwiastowanie (25 III):

Jakie Zwiastowanie,
takie Zmartwychwstanie.

Jasny świt na Zwiastowanie
znaczy czasy zdrowe, tanie.

Na Zwiastowanie,
kiedy mgła w zaranie,
chociaż słonko jasno wschodzi,
znak niechybnej to powodzi.

Na Zwiastowanie
zlatują się bocianie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.


 

[1] Never, never will we desist till we have wiped away this scandal from the Christian name, released ourselves from the load of guilt, under which we at present labour, and extinguished every trace of this bloody traffic, of which our posterity, looking back to the history of these enlightened times, will scarce believe that it has been suffered to exist so long a disgrace and dishonour to this country.

The Parliamentary History of England from the Earliest Period to the Year 1803, Volume XXIX. London : T.C. Hansard, 1817; str. 278.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha