Alex Suchanek

Nie spać, zwiedzać!

XVI_Wyprawa_Peneplena_poster

Rusza XVI Szkolna Wyprawa Geograficzna. Jej cel to Indie i Nepal.

Sama podróż zaczęła się 13 lipca 2015, ale wyprawa rozpoczęła się dziewięć miesięcy wcześniej, gdy ok. 30 kan­dy­da­tów przyszło na pierwsze w tamtym roku szkolnym spotkanie koła geograficznego „Peneplena”, działającego przy I LO im. Juliusza Słowackiego w Chorzowie.
Czekało nas wiele pracy: organizowanie corocznego Peneplena Travel Festival, pozyskiwanie finansów od sponsorów, zarabianie pieniędzy w sklepie (pakowaliśmy zakupy do reklamówek) i szukanie patronów medialnych naszego wyjazdu.
Celem było nie tylko zorganizowanie pieniędzy i formalności związanych z Wyprawą, ale także udowodnienie, że stanowimy jeden zgrany zespół, który jest w stanie poradzić sobie w trudnych azjatyckich warunkach.
Ostatnie tygodnie upłynęły nam na przygotowywaniu prezentacji na różne tematy powiązane z Indiami i Nepalem.

W dzień wyjazdu, uczniowska grupa liczy 16 osób, a wśród opiekunów są: dyrektor Liceum Przemysław Fabjański i profesor Grażyna Kokott-Sikora.
Ruszamy w poniedziałek 13 lipca 2015 r. Od tego czasu plecaki będą nam służyły jako garderoby i spiżarnie. O godzinie 08:00 odjeżdżamy  spod „Słowaka” do Warszawy.
W stolicy łapiemy samolot do Dubaju, gdzie przesiadamy się na samolot do Delhi.

XVI_Wyprawa_Peneplena_mapa_1

Kiedy wychodzimy z Indira Gandhi International Airport, ciepłe powietrze bucha nam w twarz, a my po paru chwilach jesteśmy zlani potem. Taksówkami przemieszczamy się do naszej pierwszej kwatery, a jest to uwielbiony przez wyprawowiczów hotel Relax znajdujący się w targowej dzielnicy Delhi – Paharganj. Z taksówki zauważamy uderzające różnice kulturowe: splunięcie z głośnym chrząknięciem to tutaj normalna sprawa, tak samo jak wypuszczanie gazów bez względu na otwór układu pokarmowego.


image_01_Paharganj_sm2_fot_Alexander_SuchanekZgiełk na Paharganju. Widok z hotelu Relax

Każdemu z nas targ kojarzy się ze zgiełkiem i tłumem. Podobnie jest przed Relaxem, chociaż znajduje się 100 metrów od tzw. krowiego ronda czyli centrum całego targu. Trąbiące riksze przepychają się między krzyczącymi ludźmi, ludzie przepychają się między muczącymi krowami, krowy między szczekającymi psami, a te między śmieciami, których jest niezliczona ilość. A w samym środku my. Najpierw człowiek czuje się zagubiony wśród takiego natłoku nowych doświadczeń, z czasem uczy się podstaw działania tutejszego społeczeństwa, a kiedy się przyzwyczaja, nagle musi wracać do swojego starego świata i czuje się, jakby zabrali mu coś cennego.

04_2015-07-16_IMG_8385_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

 

W Delhi nie zatrzymujemy się na długo, ale udaje nam się zobaczyć dwa zabytki. Pierwszy to mauzoleum Humayuna –

 

05_2015-07-15_IMG_8185_mauzoleum_Humajuna_lev_sm2_arch_Alexander_Suchanek – drugiego króla Indii z dynastii Wielkich Mogołów, panującego mniej więcej wtedy, gdy u nas rządził Zygmunt Stary.

Drugim jest bahaistyczna Świątynia Lotosu. Na świecie jest ich tylko kilka, jednak mają specjalną właściwość: są przeznaczone dla wyznawców każdej religii, która istnieje.

 

Kierunek: południowy zachód, cel: Bikaner w stanie Rajastan. Na miejsce dostajemy się pociągami, w których spędzamy całą noc. Nasze wagony mają kuszetki, więc noc mija znośnie.
Chcemy zobaczyć Świątynię Szczurów w Deshnok. Na miejsce dostajemy się rikszami „tuk-tuk” na gaz. Dojazd wydaje się nie mieć końca. Żeby wejść do świątyni, należy zdjąć buty. Wielu musi przełamać wstręt, by wejść na bosaka do budynku, w którym roi się od szczurów. Legenda głosi, że tylko prawdziwy szczęśliwiec jest w stanie dostrzec białego szczura.

Jeszcze tego samego dnia łapiemy pociąg z Bikaneru do Jaisalmeru. Miasteczko otoczone wysu­szo­ny­mi terenami, słynie ze sprzedaży wyrobów ze skóry wielbłądziej.

 

image_02_Jaisalmer_sm2_fot_Alexander_SuchanekPustynne miasto Jaisalmer z fortem w tle

To właśnie w Jaisalmerze większość z nas zachoruje –  ja też.

 

Kolejnego dnia czeka nas kolejna przygoda. Dwa jeepy zabierają nas daleko od miasta, byśmy mogli dosiąść wielbłądów i na ich grzbietach przemierzać indyjską pustynię. Dodatkowo dane nam jest spędzenie nocy na tej pustyni i wysłuchanie tradycyjnych pieśni indyjskich w wykonaniu naszych przewodników. My także prezentujemy im kawałek polskiego dorobku muzycznego.

  image_03_Thar_sm2_fot_Mateusz_TrojanowskiSafari na wielbłądach na pustyni Thar to jedno z wielu niezapomnianych wspomnień
Fot. Mateusz Trojanowski

 

Kolejna noc spędzona w pociągu. Nadal pozostajemy w Rajastanie, ale tym razem w jego stolicy – Jaipurze, znanym także jako Różowe Miasto – od ulicy w centrum, gdzie budynki są pomalowane na kolor łososiowy. Zwiedzanie Jaipuru zaczynamy od Amer Fort – pierwsze budynki powstały w X wieku, ale to, co widzimy jest mniej więcej z wieku XVI.

2015-07-20_IMG_8842_Jaipur_Amer_Fort_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Później idziemy do zamieszkałej przez dziesiątki małp świątyni Galtaji. Kolejnym celem jest centrum astronomiczne Jantar Mantar i na koniec dnia – Pałac Wiatrów, Hava Mahal.

09_2015-07-20_IMG_8761_Jaipur_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Przemieszczamy się w nieco chłodniejsze regiony i docieramy do Kolkaty (niegdyś Kalkuty). Będzie to nasza najdłuższa podróż pociągiem, ponieważ zajmie prawie dwie doby. Kolej w pełni spełnia nasze wymagania, chociaż są one i tak niewielkie. Podróże po szynach nie są tylko po to, byśmy odpoczęli, choć znalazło się paru rekordzistów, którzy spali ponad 12 godzin. W indyjskim pociągu można zająć się poważnymi sprawami. Niektórzy czytają przewodniki, inni szlifują swoje prezentacje, jeszcze inni wdają się w krótkie pogawędki z współlokatorami przedziału. Nieraz jest tak, że grupa musi być podzielona, ponieważ miejsca są w różnych wagonach. Pewnego dnia podróżowałem z kilkoma przyjaciółmi w wagonie pełnym Indusów, gdy reszta grupy jechała osiem wagonów dalej.

image_04_kolej_sm2_fot_Alexander_SuchanekPociągi to najdogodniejszy środek transportu w Indiach

 Przejście z jednego miejsca na drugie zajmowało sporo czasu, biorąc pod uwagę to, że trzeba prze­dzie­rać się przez tłumy tubylców, konduktorów, osób sprzedających posiłki, napoje i inne drobiazgi. W pociągu indyjskim może wyniknąć wiele nieporozumień. Dostaliśmy bilety, jednak kiedy do­szliś­my do naszego przedziału, okazało się, że kilku Indusów postanowiło sobie przywłasz­czyć nasze miejsca. Wszyscy spali, więc trzeba ich było budzić. I tu kolejna niespodzianka: nie byli w stanie poro­zumieć się w języku angielskim. Próbowaliśmy coś im przekazać za pomocą rąk, ale nie wiedzieli – lub udawali, że nie wiedzieli – o co chodzi, aż przyszedł konduktor i całą sytuację wyjaśnił.

 

Docieramy do Kolkaty – stolicy Indii za czasów British Raj. Brytyjczycy pozostawili tutaj spory spadek architektoniczny w stylu wiktoriańskim. Mamy okazję zobaczyć katedrę św. Pawła, Victoria Memorial Hall, świątynię Kali. Później idziemy do kina na najnowszy hit Bollywood – „Bajrangi Bhaijaan”.

Naszym głównym celem nie jest jednak zwiedzanie, ale niesienie pomocy w domach starości, organizowanych przez zakon Misjonarki Miłości założony przez Matkę Teresę. Nie podoba mi się nazwa ‘hospicjum’, dlatego będę używał nazwy ‘dom’; podobnie w przypadku ‘pacjentów’ – będę ich określał mianem ‘domowników’.
Każdy dzień wolontariatu zaczyna się tak samo. Na godzinę 06:00 stawiamy się na nabożeństwo w do­mu Matki Teresy. Jemy symboliczne śniadanie: banany, suche tosty i kubek czaju (miejscowej herbaty z mlekiem i przyprawami). Teraz możemy ruszać do odległego o paręset metrów domu. Zasada jest prosta: mężczyźni do domu mężczyzn, a kobiety do domu kobiet lub dzieci. Bez względu na płeć to, czego tam doświadczymy, pozostanie w naszych głowach. Najpierw jednak opowiem o planie dnia.
Zawsze jest taki sam. Dzień jest podzielony na dwie szychty: ranną i popołudniową. Rano robimy pranie, potem trzeba zmyć podłogę i rozdać posiłki domownikom. Całość dzieje się na otwartej przestrzeni, by wszyscy mogli poczuć się lepiej oddychając świeżym powietrzem. Następny punkt z planu dnia sprawiał nam w pierwszych chwilach pewien kłopot, ale z czasem odnaleźliśmy się. Był to tak zwany czas wolny, kiedy mieliśmy się zająć domownikami. Wśród nich jest wielu niepeł­no­spraw­nych fizycznie lub umysłowo. Niektórzy potrzebują pomocy w jedzeniu, inni pomocy w goleniu lub obcinaniu paznokci, jeszcze inni potrzebują masażu różnych części ciała. Często trzeba opróżnić pełne nocniki, by znów mogły być użyte. Normalną sytuacją jest, gdy któryś z domowników załatwi się pod siebie. W takim wypadku bierze się go pod pachy i prowadzi do łazienki, by umyć i przebrać w nowe ubranie. W tym samym czasie ktoś sprząta nieczystości z podłogi. Po wszystkim odprowadza się domownika na miejsce.
Najbardziej zaskakuje mnie to, jakich innych wolontariuszy tam spotykam. Szczerze mówiąc, nie wiem, czego się spodziewałem, ale ci ludzie są młodzi, pełni życia i zawsze chętni, by pomóc. Na dodatek zewnętrznym wyglądem nie sprawiali wrażenia ludzi, którzy pracują w domu dla starszych osób. Moim zdaniem tak wyglądają surferzy z Australii. W każdym razie świetnie jest zobaczyć, że tak wiele osób chce nieść pomoc.

Po kilkudniowym wolontariacie w Kolkacie ruszamy dalej, w stronę Nepalu. Tam naszym głównym celem także będzie niesienie pomocy.

Po drodze czeka nas jeszcze jeden przystanek – Patna, najwygodniejszy punkt przesiadkowy na drodze Indie – Nepal. 11_2015-07-27_IMG_9072_Patna_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Jest to jedno z najstarszych miast świata, ale nie zwiedzanie zabytków nam w głowie: Mijamy pozostały po Brytyjczykach wielki spichlerz i idziemy nad rzekę: tu właśnie wszyscy po raz pierwszy zobaczyliśmy najświętsze miejsce w Indiach – Ganges.

Transport do Nepalu mamy o trzeciej nad ranem. Pożegnać Indie na granicy nepalskiej nie jest tak łatwo. Co najmniej cztery godziny spędzamy w skwarze, czekając na naszą kolej. Ostatni kilometr czy dwa musimy przejść sami. Najpierw meldujemy się na granicy indyjskiej, gdzie dokładnie sprawdzają nasze paszporty. Na szczęście zadbaliśmy, by było z nimi wszystko w porządku: wiza i ważność paszportu przez co najmniej pół roku do przodu to podstawy.
Idziemy dalej i dochodzimy do granicy nepalskiej, gdzie spędzimy kolejne dwie godziny wypełniając wnioski o wizy i czekając na nie.
To nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy będziemy musieli czekać na coś długo. Wielu może pomyśleć, że jest to strata czasu lub niepotrzebna biurokracja. Jednak właśnie takie czekanie pozwala nam poczuć magię miejsca. W Polsce, kiedy cały czas jest coś do roboty, nie zauważamy tego, co jest dookoła. W Indiach i Nepalu wszyscy mają czas. Trzeba przyzwyczaić się do lokalnego trybu życia a wtedy pozna się obyczaje miejsca. Najpierw bolą cię cztery litery od siedzenia na krawężniku i starasz się zająć czymś ‘produktywnym’. Z czasem przyzwyczajasz się do spokoju miejsca i zaczynasz obserwować otoczenie jak Indus. To jest doświadczenie, którego nie poznasz w naszych stronach.

2015-07-20_IMG_8886_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Gdy już wszyscy dostajemy nepalskie wizy, autobus rusza dalej. Do celu, którym jest Chitwan National Park, dojeżdżamy późnym wieczorem.
Kolejne miejsce – kolejne przygody. W ciągu następnych dwóch dni będziemy mieli okazję przejechać się na słoniu i w jeepie. Mimo, że oba te środki transportu mają napęd 4×4, jeden i drugi miał problemy w niektórych terenach.13_2015-07-30_IMG_9131_Chitwan_Park_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Jedziemy do Kathmandu. Mimo że Chitwan leży bardzo blisko stolicy, podróż zajmuje kilka godzin: Droga prowadzi przez wysokie góry i bus nie może się rozpędzać. Jednak to też ma swoje plusy, ponieważ możemy obserwować tutejszą florę, faunę i rzeźbę terenu, co robi ogromne wrażenie. 14_2015-07-31_IMG_9366_lev_sm_droga_do_Kathmandu_arch_Alexander_Suchanek
Na miejsce docieramy po siedmiu godzinach . Po relacjach telewizyjnych i artykułach w prasie wielu mogłoby spodziewać się miasta zrównanego z ziemią, które jest zupełnie opustoszałe. Prawda jest taka, że podczas naszego kilkudniowego pobytu dostrzegam tylko  jeden zawalony budynek. „Zniszczone miasto Kathmandu” to wytwór wyobraźni mediów, które robią złą reklamę Nepalowi, żyjącemu z turystyki. Kiedy nie ma turystów, zastraszonych przez media, wtedy kraj przeżywa prawdziwą katastrofę.


image_05_Kathmandu_sm2_fot_Alexander_Suchanek
Widok z nepalskiej szkoły na stolicę – Kathmandu

Na miejscu poznajemy Nepalczyka imieniem Mani. Jest organizatorem wycieczek do Polski, wielokrotnie był w naszych stronach, a na dodatek świetnie mówi po polsku. Proponuje, byśmy zaczęli kolejny dzień od górskiej wspinaczki. Nie jest to jednak typowa wspinaczka. Przed­się­wzię­cie nosi nazwę „Hike For Nepal”, jego założeniem jest wypromowanie Nepalu i pokazanie, że nie ma takiego zagrożenia, jak podają media. Po całodziennym wyjeździe w góry wracamy, by zobaczyć trochę miasta i ustalić plan na kolejne dni, które mieliśmy poświęcić charytatywnej pracy w szkole na przedmieściach stolicy.

Pierwszego dnia zostajemy ciepło powitani i ugoszczeni w gabinecie dyrektora. Dzielimy się na grupy, które rozchodzą się do różnych klas.
Mnie i paru chłopakom przypada klasa najmłodsza, w której średnia wieku dzieci wynosi cztery lata. Robimy wszystko, by dzieciaki dobrze zapamiętały naszą wizytę. Zaczynamy od polskich gier i plą­sów: ciuciubabka, „Stary niedźwiedź mocno śpi”, „Zasiali górale owies”. Dzieciom najbardziej podo­ba się zabawa w pociąg, a raczej w kraksę pociągu czyli moment, kiedy wszystkie wywracają się jedno na drugie. Maluchy tracą głowę dla piłeczek. Postanawiam im je sprezentować, ale nauczycielka nalega, bym je zabrał, ponieważ nie potrafi zapanować nad dziećmi, kiedy bawią się piłkami.

Ostatniego dnia pobytu rozgrywamy towarzyski mecz między uczniami naszej szkoły a Nepal­czy­ka­mi. Zwycięsko wychodzimy z tego spotkania, ale każdy jest szczęśliwy ze wspólnej zabawy.

 

  image_06_XVI_Dhungkharka_sm2_fot_Michal_CiolekXVI Szkolna Wyprawa Geograficzna w Dhungkharce
Fot. Michał Ciołek

 

W czwartym dniu naszego pobytu w Kathmandu jedziemy do miejscowości Dhungkharka. Choć w stolicy zniszczenia są niewielkie, to trzęsienie ziemi dało o sobie znać dużo bardziej w okolicach miasta. Świetnym tego przykładem jest Dhungkharka, wieś zamieszkała przez mniej więcej 4 000 osób, gdzie żyje się tradycyjnie, a sprzęty elektroniczne to rzadkość.
Kiedy dojeżdżamy również zostajemy gorąco przywitani: każdy z nas przed wejściem dostaje khatę – tradycyjny szal ceremonialny i wielki wieniec z kwiatów. Jednak bardziej niesamowite jest to, co stanie się za chwilę.
Wchodzimy na dziedziniec szkoły. Tam znajdują się wszyscy uczniowie Shree Parbati Higher Secondary School skandujący „Poland! Poland!”. Szkoła liczy ponad 600 uczniów, więc hałas był tak ogromny, jak nasze pozytywne zaskoczenie. Następnie zostajemy zaproszeni do gabinetu, by mogło nastąpić oficjalne przywitanie dwóch dyrektorów. Po wszystkich formalnych zabiegach zostajemy zaprowadzeni do naszego schronienia na noc.
Zaczynamy rozmowę z dyrektorem nepalskiej szkoły. Niezwykle miły i przyjazny znajduje czas, by porozmawiać z każdym z nas, a rozmowy te trwają do późnego wieczora.

Następnego dnia wstajemy bardzo wcześnie, by poznać okolicę. Spacer uświadamia mi, że można żyć tak, jak żyli nasi przodkowie. Praca w młynie napędzanym strumieniem rzeki to tutaj nie przestarzała czynność, ale coś, co daje pożywienie całej wiosce. Odwiedzamy jeden z domów: rodzina, która tam mieszka, nie ma telewizora, ogrzewania centralnego ani komputera i nie zauważyłem, by im tego brakowało.

Wracamy do szkoły. Wiek uczniów waha się od lat pięciu do osiemnastu. Podczas naszego pobytu na lekcjach wymieniamy się informacjami na temat państw, z których pochodzimy i naszych szkół. Czas biegnie nieubłagalnie i szybko: nim się rozkręciliśmy, trzeba było iść na szkolny apel.
Tam następuje wymiana kulturalna: zostaje odśpiewany hymn obu państw plus hymn naszej szkoły. Następnie jest prezentacja szkolnych talentów obu szkół. Szymon, Agnieszka i Magda to przodownicy tańca w różnych jego kategoriach, więc to oni występują na betonie dziedzińca.
Po pokazach jest czas na honorowe przekazanie funduszy zebranych na szkołę w Nepalu. Shree Parvati Higher Secondary School niestety ucierpiała w wyniku trzęsienia ziemi i należy ją gruntownie wyremontować.

 

image_07_szkola_Dhungkharka_sm2_fot_Michal_CiolekSzkoła w Dhungkharce wymaga gruntownej przebudowy
Fot. Michał Ciołek

Apel się kończy. Żegnamy się z uczniami i gronem pedagogicznym i wracamy do Kathmandu.


Ostatnie chwile spędzamy na zwiedzaniu. Oglądamy leżące tuż przy stolicy stare miasta: Bhaktapur i Lalitpur, a w nim plac centralny Patan Durbar Square. To tutaj jedna ze świątyń uległa całkowitej destrukcji, a pod jej gruzami zginęło wiele osób.

Przed wyjazdem rozgrywamy w stolicy jeszcze jeden mecz, ale tym razem przeciwna drużyna jest o wiele lepsza od nas. Z twarzą wychodzimy z gry zdobywając jednego gola na siedem drużyny przeciwnej! 18_2015-08-06

Z okazji meczu organizujemy sobie koszulki w barwach Polski, z numerami i ksywkami. Na imprezie obecne są tutejsze media i znany komik nepalski, który zabawnie komentuje cały mecz.

Żegnamy Nepal, który okazał się bardzo przyjaznym miejscem i wielu z nas zapamiętało go wspaniale.

 

Rozpoczyna się kolejny rozdział podróży, ponownie pełny hałasu, ciepła, dobrej zabawy i wrażeń. Jedno z miejsc, w którym trzeba zobaczyć Ganges to Varanasi, dawniej zwane Benares, tam się też kierujemy. Męcząca całonocna podróż w publicznym autobusie, z długą przerwą na wymianę przebitej dętki, wymusza na nas sen po przyjeździe. Po południu nadarza nam się kolejna okazja zobaczenia bollywoodzkiego hitu „Bahubali”.

Varanasi to stolica hinduizmu, o czym przekonujemy się wieczorem uczestnicząc w Pudży poświęconej bogom żywiołów. Całość odbywa się na świętej rzece. Uczestniczący siedzą na łodziach obserwując braminów odprawiających rytuały. W tym czasie większość puszcza na rzekę pływające świeczki ozdobione kwiatami. Odbieram Varanasi jako miejsce spotkania życia ze śmiercią. Wyrazem tego jest zabudowany od setek lat jeden z brzegów Gangesu i kompletna, jałowa pustka na drugim brzegu rzeki.

Następnego dnia odwiedzamy Sarnath – miejsce ważne dla buddystów ponieważ to tutaj Budda wygłosił swoje pierwsze kazanie. Znajduje się tu jeden z najwyższych posągów Buddy.
Dzień później odwiedzamy Uniwersytet Benares i Manikarnika Gat na brzegu Gangesu, gdzie dokonuje się uroczystych spaleń zwłok. Hinduiści wierzą, że zwłoki winny palić się ,póki nie pęknie czaszka zmarłego, co jest równoznaczne z uwolnieniem duszy. Jeśli do tego nie dojdzie, najstarszy syn powinien ją rozbić.

Wyprawa rusza dalej. Kolejny cel to Amritsar, czyli miasto, w którym znajduje się najważniejsze miejsce kultu Sikhów – Złota Świątynia, a w niej Sri Guru Granth Sahib czyli święta sikhijska księga, bez przerwy odczytywana. Zaskakuje nas fakt, że świątynia w Amritsarze wydaje dziennie do 20 000 posiłków dla potrzebujących i osób głodnych.

Kierunek kolejny to granica dwóch zwaśnionych od wielu lat państw czyli Indii i Pakistanu. Zanim dotrzemy na miejsce musimy parędziesiąt kilometrów przejechać jeepem, kolejne parę przejść i poddać się kilku inspekcjom nieufnych strażników. Ceremonia zamknięcia granicy rozpoczyna się wraz z zachodem słońca. Napiętą atmosferę czuć w powietrzu. Określiłbym całość jako zawody w przekrzykiwaniu się i pokazywaniu, kto jest lepszy i kto puści głośniej muzykę. Żeby pokazać swoją przewagę nad konkurentem obie strony wymachują flagami. Sytuacja zarazem poważna, śmieszna i dziecinna.

Następny etap to wyprawa do Kaszmiru i Ladakhu. Piękne są to rejony i tę część zapamiętam szczególnie. Najpierw jedziemy do Srinagaru, gdzie naszymi domami są mieszkalne łodzie unoszące się na wodach jeziora. 19_2015-08-14_IMG_9585_Srinagar_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Przepiękna górska sceneria w połączeniu z miastem zapada w pamięci. Nasz pobyt tutaj przeznaczamy na podróżowanie po jeziorze Dal drewnianymi łódkami wiosłowymi shikara, pełniącymi rolę taksówek wodnych. 20_2015-08-15_IMG_9696_Srinagar_sm2_arch_Alexander_Suchanek

To jest czas na zregenerowanie naszych sił, ale co dobre szybko się kończy.

 

Pora ruszać do Ladakh – Małego Tybetu.

image_08_Srinagar-Ladakh_sm2_fot_Alexander_SuchanekNiebezpieczne drogi na trasie Srinagar – Ladakh

Tutaj czekają mnie największe wrażenia. Odwiedzanie buddyjskich klasztorów i pałaców dawnych władców to coś, na co czekałem kilka miesięcy.

image_09_Ladakh_sm2_fot_Alexander_SuchanekLadakh, czyli miejsce gdzie nie wiesz, czy rozrzedzone powietrze czy widoki zapierają ci dech

 

 

25_2015-08-18_IMG_0268_Leh_sm2_arch_Alexander_Suchanek 26_2015-08-19_IMG_0655_Ladakh_sm2_arch_Alexander_Suchanek 27_2015-08-22_IMG_Ladakh_1003_sm2_arch_Alexander_Suchanek 23_2015-08-17_IMG_0166_Alchi_droga_do_Leh_sm2_arch_Alexander_Suchanek 24_2015-08-23_IMG_1081_Ladakh_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Jałowe góry i i zielona dolina Indusu między pasmami gór Karakorum a Himalajami zapiera dech w piersi, podobnie jak przejazd przełęczą na wysokości 5 000 m n.p.m. Słuchać można w nieskończoność buddyjskich legend o jeziorach zamieszkanych przez demony czy o historii himalaizmu.
W Ladakhu spędzamy noc nad Pangong Tso – jeziorem, którego większa część leży po stronie chińskiej. To jest niezapomniana noc. Niebo niezanieczyszczone światłem sztucznym to rzadkość w XXI w. Spadające gwiazdy nad Pangongiem to rzecz normalna.

 

 

Zjeżdżając z gór odwiedzamy miasteczka Kaza, Tabo, Nako, Sarahan. 30_2015-08-24_IMG_1120_Tabo_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Wraz z obniżaniem wysokości zmienia się flora: odzwyczajeni od zieloności możemy znowu nacieszyć się lasami.
Na ostatnim odcinku – niespodzianka. Na wąską drogę osunęły się tony ziemi i głazów, przez co zrobił się ogromny korek. Czekamy w miasteczku obok. Mija godzina jedna, druga, a kiedy w końcu wyczyszczono drogę i wszystkie pojazdy ruszyły, zrobił się kolejny korek. Do Sarahanu docieramy wieczorem.

O poranku, po krótkim zwiedzaniu, jedziemy do Shimli. 31_2015-08-29_IMG_1219_droga_do_Shimli_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Miasto jest typowo turystyczne. Markowe sklepy, europejskie restauracje.

Wyprawa powoli zmierza ku końcowi.32_2015-08-29_IMG_1228_Shimla_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Jeszcze odwiedzamy dawną stolicę Wielkich Mogołów – Fatehpur Sikri oraz Sikandrę – mauzoleum Akbara Wielkiego, władcy mogolskiego.

 

Ostatnim przystankiem przed Delhi jest Agra. Nadszedł wyczekiwany przez dwa miesiące moment: zwiedzanie Taj Mahal.

image_10_Taj_Mahal_sm2_fot_Mateusz_Trojanowski Jeden z największych grobowców świata – Taj Mahal
Fot. Mateusz Trojanowski

Naszym oczom ukazuje się idealna, biała jak śnieg budowla (nawet słynny Burj Khalifa, który mieliśmy później okazję zobaczyć w Dubaju, nie wydał nam się tak imponujący). W cieniu Taj Mahal. Spędzamy dobrych parę godzin, by nacieszyć oczy, a obserwując grobowiec z różnych perspektyw zauważamy, jak zmienia się kolor białego marmuru w zależności od kąta padania światła.

 

Wieczorem trzeba wracać do hotelu, a następnie ruszać dalej – do znanego już hotelu Relax.
Świetne to uczucie, gdy po dwóch miesiącach ciągłego przemieszczania jest się znowu w miejscu, w którym się już było. Wszystko wydaje się być inne. To dlatego, że poznaliśmy już nieco indyjską kulturę i zaczynamy ją pojmować. Jedno jest pewne. Żadne z nas nie może powiedzieć, że zna Indie. Tak naprawdę poznaliśmy tylko niewielki skrawek tego, co ten kraj ma do zaoferowania. Była to jedna z lekcji życia, z których możemy coś wyciągnąć.

Ostatnie dni poświęcamy na zwiedzanie stolicy. Dane jest nam zobaczyć India Gate, oraz miejsca związane z osobami ważnymi w historii Indii, jakimi byli Mahatma Gandhi i Indira Gandhi. Zwiedzamy też Qutub Minar, czyli miejsce, gdzie znajduje się najwyższy ceglany minaret w Indiach i na świecie.

Spakowani jedziemy na lotnisko. Wszystko biegnie zgodnie z planem. Kiedy ważymy nasze plecaki, okazuje się, że mój w ciągu całej wyprawy zrzucił osiem kilogramów. Początkowo ważył 21 kg, a skoń­czył na 13 kg, co czyniło go jednym z najlżejszych plecaków wśród bagaży innych uczest­ni­ków.
Wylatujemy. Przesiadka jest Dubaju, jak poprzednio. Pech – lub szczęście – chce, że spóźniamy się na kolejny samolot i musimy czekać 24 go­dziny. Zostajemy zakwaterowani w hotelu linii lotniczych Emirates, a wolny czas spędzamy na zwie­dzaniu miasta.
Udaje nam się zobaczyć Burj Khalifa – najwyższy wieżowiec na świecie, klimatyzowane chodniki i centrum handlowe, w którym znajduje się stok narciarski. Ale czy te naszpikowane elektroniką bajery robią na nas większe wrażenie niż widoki indyjskie? Po pewnym czasie mam już dość tego miasta z przepychem i cieszę się, że wracamy do hotelu.

Nad ranem przyjeżdża po nas busik i jedziemy na lotnisko. Bagażami nie musimy się przejmować, bo poleciały już do Polski.
Lot mija szybko, podobnie jak przejazd z Warszawy do Chorzowa. Tam na nas wszyscy czekają. Jednak wiemy, że to nie koniec Wyprawy. Za dwa dni spotkamy się w szkole i zno­wu będziemy ze sobą spędzać czas, i nadal będziemy członkami Koła Geograficznego „Peneplena”.

Alexander Suchanek
30 grudnia 2015
Zdjęcia: jeśli nie podpisano inaczej, autora lub z jego archiwum.

Skład wyprawy:
Uczennice i uczniowie:
Gustaw Błaszczyński, Emilia Burnat, Michał Ciołek, Martyna Dzik, Wiktoria Grabny, Barbara Józefowska, Szymon Kot, Karolina Kruszewska, Ruben Krystoń, Kaja Mierzwińska, Agnieszka Pająk, Magda Pokrywka, Oliwia Sowińska, Alexander Suchanek, Mateusz Trojanowski, Aleksandra Żukowska;

Opiekunowie: Przemysław Fabjański, Grażyna Kokott-Sikora, Marcin Malcher, Paulina Owsiak, Adrianna Suchanek.34_XVI_Wyprawa_Peneplena_mapa_5

 

= = = = =

2014-08-13_IMG_0191_cr_sm_arch_Alexander_SuchanekAlexander Suchanek mieszka w Świętochłowicach.
Po rocznych kwalifikacjach (2012/2013), będąc w trzeciej klasie gimnazjum, został uczniem Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2013, polsko-rosyjska. Przepłynął w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Gdańska do Civitavecchia.
Obecnie uczy się w I LO im. Juliusza Słowackiego w Chorzowie; uczestniczy tam m.in. w pracach Koła Geografów „Peneplena” (Koło to, prowadzone przez dyrektora szkoły i podróżnika Przemysława Fabjańskiego, jest członkiem The Young Explorers Trust przy The Royal Geographical Society w Londynie i National Geographic Society w Waszyngtonie).
Uprawia snowboard, żeglarstwo, narciarstwo.

Reportaż Alexa z rejsu na Bornholm znajdziecie tu:
► Alex Suchanek: Bornholmska przygoda

To, co Alex i reszta młodych ze SzPŻ-2013 napisali o rejsie Pogorią, znajdziecie tu:  
Szkoła Pod Żaglami 2013 – przez młodych opisana


 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« January 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Zima

 

– Śnieg pada zimą. Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm…

– Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. Ale nawet do najlepszej odpowiedzi zawsze da się coś dodać. Nie odejmować, a dodać.

 

Od kiedy pamiętam, słowo „zima” wywołuje u mnie zawsze jedno skojarzenie: widzę wtedy obraz Myśliwi na śniegu (1565) Pietera Bruegela Starszego.

Nie wiem, dlaczego. Ani nie jest to mój ulubiony obraz, ani nie chadzam na polowania, zima też  nie była (do przeprowadzki na Florydę) moją ulubioną porą roku – ale fakt jest faktem, niezależnie od tego, jak bardzo bym się sam sobie dziwił.

Zdziwienie jest tym większe, że pamięć podsuwa detal, a nie jest nim ani biała płaszczyzna śniegu na pierwszym planie, ani skulone trzy sylwetki (z których jedną ledwo widać) łowców wracających z jednym marnym lisem i zmęczonymi, kulącymi ogony pod siebie psami, ani ludzie przy ogniu, ani łyżwiarze na sadzawce, ani nawet wpółoberwany szyld gospody. Detalem tym jest lecąca sroka, czarnym krzyżem nakładająca się na górski krajobraz.

Że to sroka  – choć na drzewach siedzą wrony i być może kawki – wnioskuję po ogonie. I po innym obrazie Bruegela Starszego – Pejzaż z szubienicą, mającego też tytuł Sroka na szubienicy (1568). Sroki są tam nawet trzy: ta tytułowa siedzi na belce rusztowania, druga – na kamieniu obok, a trzecia leci. Sroki lubią towarzystwo. Bruegel lubił sroki. Ja też je lubię.

„Schematyzm” – powiedział kolega po przeczytaniu tego fragmentu. – „Stereotypy. Jest zima, to musi być Bruegel. Czterysta pięćdziesiąt lat, więc co chcesz? Odwiecznych praw natury nikt nie zmieni.”

*  *   *

Zima – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego. Charakteryzuje się najniższymi temperaturami powietrza w skali roku, umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego, zazwyczaj zestaloną (zamarzniętą) formą opadu i osadu atmosferycznego, a większość świata roślin i zwierząt przechodzi okres uśpienia.

Mam wcześnie wstawać? - Ależ skąd!
Na samą myśl się zżyma
Gdy wzgórza w bieli śniegu śpią
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Za zimę klimatyczną przyjmuje się okres roku (następujący po jesieni), w którym średnie dobowe temperatury powietrza spadają poniżej 0°C (32°F).
Zimę poprzedza jesień (zasadniczo…), jednak pomiędzy tymi okresami znajduje się klimatyczny etap przejściowy – przedzimie.

Zima astronomiczna na półkuli północnej, która rozpoczyna się w momencie przesilenia zimowego Słońca (w 2017 – 21 grudnia) i trwa do momentu równonocy wiosennej (od 2012 do końca pierwszego ćwierćwiecza – 20 marca).
Daty przesilenia i równonocy są zmienne, czasem wypadają dzień wcześniej lub dzień później, a w roku przestępnym mogą być dodatkowo cofnięte o jeden dzień.

Podczas zimy astronomicznej dzienna pora dnia jest krótsza od pory nocnej, jednak z każdą kolejną dobą dnia przybywa, a nocy ubywa.

W dniu przesilenia zimowego, przypadającym na grudzień, Słońce góruje w zenicie nad półkulą południową na szerokości zwrotnika Koziorożca. Na półkuli północnej jest to najdłuższa noc (i najkrótszy dzień) w roku.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia zimowego w centrum Warszawy – na 52°14’ szerokości geograficznej północnej – wynosi 14°20’.

 

Przesilenie zimowe w większości kultur było okazją do świętowania „odradzania się Słońca”.

W starożytnym Rzymie obchodzono Saturnalia, w Persji – narodziny Mitry, boga Słońca.
Plemiona germańskie na przełomie grudnia i stycznia obchodziły Jul, Słowianie – Święto Godowe.

Chrześcijaństwo, od IV w., obchodzi zimą – 25 grudnia – dzień urodzin Jezusa. Dlaczego akurat 25 grudnia – różnie powiadają o tym, ale zamieszanie z datami zaczęło się dopiero po zastąpieniu niedokładnego (wobec Słońca i Księżyca) kalendarza juliańskiego nowocześniejszym kalendarzem gregoriańskim.

Na Zachodzie, gdzie kalendarz gregoriański przyjął się niemal od razu, pozostano przy nominale daty, nie patrząc jak się to miało do wyliczeń dawniejszych – zatem Boże Narodzenie wypada tam 25 grudnia.
Na Wschodzie w liturgii obowiązuje starodawny kalendarz juliański, choć życie świeckie toczy się według obowiązującego kalendarza gregoriańskiego.
Stąd juliański 25 grudnia przypada na gregoriański dzień 7 stycznia.

Dwa tygodnie wielkiej różnicy nie czynią, świętować można przecież podwójnie – zwłaszcza, że obie daty zimowe są – ale spróbujcie to powiedzieć ortodoksom, fanatycznym zwłaszcza. A ponieważ w odpowiedziach na pytanie „Jaka religia jest najlepsza?” panuje zadziwiająca jednomyślność – „Moja!” – więc sporów w tej materii było…
No cóż, Boże Narodzenie jest podobno świętem pojednania i pokoju, więc nie ma co wdawać się tu w szczegóły.

 

Równonoc. W wiosennym dniu ekwinokcjum, wypadającym w marcu, Słońce góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana. Na półkuli północnej zima się wtedy kończy i rozpoczyna się wiosna. Teoretycznie.

Istnieje bowiem nordycka przepowiednia o tym, że pewnego razu przyjdzie Wielka Zima trwająca trzy lata – Fimbulvinter, która poprzedzi zmierzch bogów – Ragnarök. Że przy okazji zginą ludzie, jest oczywiste, a Normanowie podali to dodatkowo we własnej stylistyce: głód nastanie tak straszny, że ludzie zjedzą się nawzajem, lądy najpierw spustoszy ogień, a później zaleje morze – czyli nastąpi koniec świata. Czyli, wypisz wymaluj, Wikingowie stworzyli obraz termonuklearnej zimy.

Jest też co prawda akcent optymistyczny, a jakże: po tym wszystkim nastanie era szczęśliwości i nowy świat, bo ponoć jedna para ludzka ocaleje. Pozostaje tylko pytanie: i po co to wszystko?

Jeśli ktoś się chce utrzymać w klimacie i to bez happy endu, niech przeczyta powieść Nevila Shute’a Ostatni brzeg (1957), albo obejrzy jedną z dwóch jej adaptacji filmowych. Moim zdaniem ta starsza (1959), z Gregorym Peckiem, Avą Gardner i Anthonym Perkinsem, jest lepsza.

 

* * *

 

Zima to słowo wywodzące się niemal wprost z naszej językowej przeszłości. Etymologicznie jego najbliższym krewniakiem jest słowo himā (हिमा) ‘mróz, chłód, śnieg’ (Himalaje, himālaya / हिमालय, to ‘dom chłodu / mrozu / śniegu’), które zachowało się w sanskrycie, najstarszym zapisanym (z należących do wspólnoty praindoeuropejskiej) języku, w wersji wedyjskiej sięgającym połowy drugiego tysiąclecia p.n.e. W hindi himā to również ‘lód’. Pewnie dlatego…

 

… w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
„zima” to:

białoruskiзіма [zima]
bośniackizima
bułgarskiзима [zima]
chorwackizima
czeskizima
kaszubskizëma
litewskižiema
łatgalskizima
łużycki (dolny)zyma (też: zymje)
łużycki (górny)zyma
łotewskiziema
macedońskiзіма [zima]
rosyjskiзима [zima]
serbskiзима [zima]
słowackizima
słoweńskizima
ukraińskiзима [zima]
żmudzkižėima

Zadziwiająca jednomyślność!

 

Była też postać związana z zimą, o której u nas ostatnio cicho się zrobiło, ale chyba tylko dlatego, że przez wiele lat było o niej za głośno:
Mróz – brat boga wiatrów Pogwizda, prawa ręka okrutnego Strzyboga, który jako smok każdego ranka z Jutrobohem i Juternicą walczy.

Był to Demon Śniegu, który w postaci starca jeździł saniami zaprzężonymi w białe konie i zwiastował czas Zimy. Przy okazji zamieniał w słup lodu napotkanych wędrowców i porywał małe dzieci wałęsające się samotnie, które pakował do wielkiego wora.
W święto Godów ofiarowano Groźnemu Starcowi Północy kaszę lub/i kisiel, a matki mogły wykupić porwane dzieci dając mu prezenty. Później prezenty zostawiano na wszelki wypadek.

Jeszcze później – ponieważ Mróz i Strzybog byli bóstwami wschodniej Słowiań­sz­czyz­ny – okazało się, że wszystko to było prawdą, ale:
– nie starzec a dziadek,
– nie porywał a doglądał,
– nie brał a dawał.

I tak narodził się Dziadek Mróz. W carskiej Rosji pisarz Ostrowski dodał mu za towarzyszkę zimowych wędrówek rozkoszną dziewczynkę Śnieżynkę (ros. Снегурочка, Snieguroczka), muzycznie opowiadali o nim Czajkowski i Rimskij-Korsakow, a Dieduszka Moroz rozdawał świąteczne prezenty dzieciom, których rodzice cieszyli się, że ich pociechami opiekuje się krzepki starzec, a nie jakiś tam wraży rachityczny staruszek Mikołaj czy Santa Claus wożony przez pijane renifery.

Kiedy przyszli bolszewicy Dziadek Mróz z początku nieco przystopował, ale później wypłynął na fali ateizacji: trudno było o lepszego kandydata na personifikację świąt i choinki, już nie bożonarodzeniowej a noworocznej.
Najlepiej wytłumaczył to w roku 1952 czeski bolszewik Antonín Zápotocký, premier komu­nis­tycz­nej Czechosłowacji, w świątecznym orędziu skierowanym do dzieci:

Jezusek wyrósł i się postarzał, wyrosła mu broda i stał się Dziadkiem Mrozem. Nie jest już nagi i obdarty, jest ładnie ubrany w baranicę i kożuch. Dziadek Mróz przyjeżdża do nas ze wschodu, a w drodze świecą mu różne gwiazdy, nie tylko betlejemska: cała seria czerwonych gwiazd na naszych kopalniach, hutach, fabrykach i budynkach.

Dziadek Mróz jeszcze kilka lat temu mieszkał niedaleko wsi Kamieniuki, w białoruskiej części Puszczy Białowieskiej. Nie od parady jest jednak i czarodziejem: wyczuł zawczasu wiatry z Zachodu i to, że w tym regionie może nie być zbyt bezpiecznie. Wyniósł się więc na wschód Rosji, do Wielkiego Ustiugu w obwodzie woło­godz­kim, nad rzeką Suchoną. Tam 7 stycznia (pamiętamy: juliańskie Boże Narodzenie!) 2007 r. odwiedził go Władimir Putin i tam corocznie poczta dostarcza ponad dwa miliony listów od czekających na prezenty dzieci.

 

 

 

Przysłowia związane z zimą:

Będzie zima, będzie mróz,
będzie ptaszek jajka niósł.

Deszcze Michałowe
prawią w zimie powietrze zdrowe.

Gdy tęga zima nastanie w pierwiotku adwentu,
ośmnaście tygodni nie spocznie ani momentu.

Idzie zima, a tu butów nie ma.

Idzie zima,
a tu chleba nie ma;
mój Ty Panie z nieba,
daj nam chleba.

Jaka zima, takie lato.

Kafla z pieca, szybki z okna,
a tu zima, butów ni ma.
[t.j. zbytków mu się zachciewa, a butów nie ma]

Kiedy się liść gęsto trzyma,
nie tak prędko będzie zima.

Kiej w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto zimie próżnuje,
ten lecie musi być leniwy.

Na modrzewiu zima niedługo trzyma.
[Góralskie: śnieg, gdy spadnie zanim modrzew zrzuci igły, zniknie prędko, bo na nich nigdy nic leży długo.]

Na świętego Grzegorza [12 marca]
idzie zima do morza.

Połowa zimy, połowa pastwy.

Późna zima długo trzyma.

Słaba zima, kiepskie lato.

Spyta cię zima zarazem:
byłżeś w lecie gospodarzem?

W pierwszym tygodniu pogoda stała,
będzie długo zima biała.

W zimie koła, w lecie sanie robić.

W zimie odkryte ucho,
to w lecie sucho.

W zimie: komin nam ojcem, fajerka matką,
kożuch dobrodziej, a zapiecek chatką.

Zima następuje tęga,
póki głowy twej nie sięga;
postaraj się o barana,
a chwal niebieskiego Pana.

Zima nie jednemu zajrzy pod napiętki.
[niejednemu dokuczy, da się we znaki]

Zima nie pyta, gdzie się lato podziało.

Zima, jak w psiarni.

Zimą to człek siedzi doma,
albo pije gdzie u kuma.

Zimę uśmierza wiosna,
wiosnę lato niszczy.

 

=  = = = = = =

 

Jeszcze o zimie
(bez powodu, wybrane na chybił trafił):

 

Robert Burns

Up In The Morning Early

Cauld blaws the wind frae east to west,
The drift is driving sairly;
Sae loud and shill's I hear the blast,
I'm sure it's winter fairly.

Chorus:
Up in the morning's no for me,
Up in the morning early;
When a' the hills are cover'd wi' snaw,
I'm sure it's winter fairly.

The birds sit chittering in the thorn,
A' day they fare but sparely;
And lang's the night frae e'en to morn-
I'm sure it's winter fairly.

Chorus:
Up in the morning's no for me,
Up in the morning early;
When a' the hills are cover'd wi' snaw,
I'm sure it's winter fairly.

1788

 

Wstawanie wczesnym rankiem

I chmura przestwór szarpie, rwie
Na niebie chmury wzywa
Z poświstem z rykiem dmie i dmie
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Mam wcześnie wstawać? - Ależ skąd!
Na samą myśl się zżyma
Gdy wzgórza w bieli śniegu śpią
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Ćwierkanie ptaków w głogach brzmi
Ich loty mróz powstrzyma
Noc wchłania w siebie krótkie dni
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Mam wcześnie wstawać? - Ależ skąd!
Na samą myśl się zżyma
Gdy wzgórza w bieli śniegu śpią
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Przekład wiersza Roberta Burnsa „Up In The Morning Early”: Zofia Kierszys (1971)
Wykonanie oryginalne: „Andrzej i Eliza”, 1971.

 

 

Maria Konopnicka
Zła zima

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa…
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!

 

Maria Konopnicka
Ślizgawka

Równo, równo, jak po stole,
Na łyżewkach w dal…
Choć wyskoczy guz na czole,
Nie będzie mi żal!

Guza nabić – strach nieduży,
Nie stanie się nic;
A gdy chłopiec zawsze tchórzy,
Powiedzą, że fryc!

Jak powiedzą, tak powiedzą,
Pójdzie nazwa w świat;
Niech za piecem tchórze siedzą,
A ja jestem chwat!

 

Maria Konopnicka
Zmarźlak

A widzicie wy zmarźlaka,
Jak się to on gniewa;
W ręce chucha, pod nos dmucha,
Piosenek nie śpiewa.

— A czy nie wiesz, miły bracie,
Jaka na to rada,
Gdy mróz ściśnie, wicher świśnie,
Śnieg na ziemię pada?

Oj, nie w ręce wtedy dmuchaj,
Lecz serce zagrzewaj,
Stań do pracy, jak junacy,
I piosenkę śpiewaj!

 

Maria Konopnicka
Rzeka

Za tą głębią, za tym brodem,
Tam stanęła rzeka lodem;
Ani szumi, ani płynie,
Tylko duma w swej głębinie:

Gdzie jej wiosna,
Gdzie jej zorza?
Gdzie jej droga
Het, do morza?

Oj, ty rzeko, oj, ty sina,
Lody tobie nie nowina;
Co rok zima więzi ciebie,
Co rok wichry mkną po niebie.

Aż znów przyjdzie
Wiosna hoża
I popłyniesz
Het do morza.

Nie na zawsze słonko gaśnie,
Nie na zawsze ziemia zaśnie,
Nie na zawsze więdnie kwiecie,
Nie na zawsze mróz na świecie.

Przyjdzie wiosna,
Przyjdzie hoża,
Pójdą rzeki
Het do morza!

= = = = = = = = = = = =

 

Jeremi Przybora
Na całej połaci śnieg

Na całej połaci śnieg.
W przeróżnej postaci śnieg.
Dla sióstr i dla braci
zimowy plakacik
– śnieg, śnieg.

 

Na naszą równinę – śnieg.
Na każdą roślinę – śnieg.
Na tłoczek przed kinem,
na ładną dziewczynę – śnieg, śnieg.

Na pociąg do Jasła,
na wzmiankę że zgasła,
na napis „Brak masła”
na starte dwa hasła,
na flaszki od wódki,
na tego złe skutki,
na puste ogródki,
na dzionek za krótki.

Na w mgle sinej dale – śnieg,
na kocham cię stale – śnieg,

na żale, że wcale
i na tak dalej
tak dalej, tak dalej
na tak dalej – śnieg
śnieg

 

Tekst ten, do muzyki Jerzego Wasowskiego, śpiewali w „Kabarecie Starszych Panów” (Wieczór IV: Zbyteczne żeberko-kaloryfeeria; styczeń 1960)
Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.

Inne wykonania: Kalina Jędrusik, Anna Maria Jopek, Jeremi Przybora.

Cytat #1 na wstępie to oczywiście Ionesco.
Cytat #2: Robert Burns „Up In The Morning Early” (1788) w przekładzie Zofii Kierszys („Wstawanie wczesnym rankiem”, 1971)

 

kr

STYCZEŃ...

Kalendarza nie wypada zaczynać inaczej, jak tylko od stycznia. Zwłaszcza, że trwa już zima.

Zima.
Stary rok się skończył.
Nowy się zaczyna.

Komu się skończył, temu się skończył, Chińczykom się rok w styczniu nie kończy. Sikhom też nie. Ani żydom. Ani Jezydom, ani Persom, ani Kurdom. A już na pewno nie kończył się Rzymianom republikańskim, o czym jeszcze będzie mowa i to kilka razy.

Nie jestem w tym myśleniu odosobniony. Kilka godzin przed nowo-tego-roczną północą wymieniłem e-maile z przyjacielem. Życzyłem (szczęścia, jak zwykle), a on mi na to:

Sylwester to nie moje święto (cały kulturalny świat święci Nowy Rok wtedy, kiedy faktycznie przypada – to jest w marcu, a dziś ni pies, ni wydra: nic się na niebie nie dzieje, przesilenia nie ma, to co to za nowy rok, phi).
Jezydzi świętują z kolei w kwietniu, kiedy już widać, że nowe z ziemi rośnie, a nie psie odchody na śniegu leżą.

Na co ja:

Toż to właśnie w tym cymes cały: żadnych znaków na niebie ni na ziemi, a my sobie świętujemy metafizycznie, metaforycznie, metabolicznie i na inne „meta-” sposoby.
Bo i cóż to za sztuka – z przesileniem!?
Ale zawsze mówiłem: „Cezar chciał być za chytry!” I przechytrzył. A wtedy marzec mu się odemścił!

Czyli: w naszej szerokości geograficznej najpewniejsze jest tylko stwierdzenie pierwsze: trwa wciąż zima. A o Cezarze będzie za chwilę.

 

Styczeń – pierwszy miesiąc w roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego ma 31 dni. W kalendarzu juliańskim też ma 31 dni.

Kalendarz juliański nie jest używany w Polsce od pięciuset lat z górą, po co więc o tym pisać? Ano na przykład po to, by dać podkład pod przyszłe wyjaśnienie jednego z nielicznych niezamierzonych przez zainteresowanych ściemnień historycznych, przez które np. rocznicę wybuchu „rewolucji paździer­ni­ko­wej” obchodzono (a w Rosji obchodzi się do dziś i to coraz huczniej) w listopadzie (o czym będzie w paź­dzier­niku, oczywiście).

Trzeba więc zacząć jakoś mądrzej. Może zatem od podstawowych zasad filologii językoznawczej i porów­nawczej języków neohiszpańskich…

[…] dla których macierzystym językiem jest hiszpański, z którego rozwinęły się wszystkie języki neohiszpańskie, a więc hiszpański, łacina, włoski, nasz francuski, portu­gal­ski, sardyjski czyli sardanapalski, hiszpań­ski i neohisz­pań­ski – a także, z pewnych względów, turecki, aczkolwiek ten jest bardziej zbliżony do greckiego, co jest całkowicie zrozumiałe, zważywszy że Turcja sąsiaduje z Grecją, zaś Grecja leży bez porównania bliżej Turcji, niż pani czy ja.

Tak. Słuszna obserwacja.

Większość powyższego akapitu jest cytatem z pewnego dramatu absurdalnego (autor i tytuł są wymienione, ale nie tu, tylko dalej i drobnym drukiem). Dramat, gdy mu się dobrze przyjrzeć, wcale aż takim absurdem nie jest, ale tu świadczy tylko o tym, że nie wszystko, co będzie dalej, jest zupełnie serio i choć raczej prawdziwe – ale tylko mniej więcej, co – w podobnych przypadkach – bywa zaopatrywane przypisem: „tekst niniejszy nie wyczerpuje wiedzy o …, ani też do tego nie pretenduje. Autor przedstawił w nim opinie własne. Nie jest to więc materiał dydaktyczny i nie może służyć do… ani jako…”

Na razie jednak zawołajmy razem z panem Jourdain „Niech żyje nauka!”, bo przez kilka następnych akapitów przemawiać będzie filologia, językoznawstwo, etymologia, fizyka (która przecież poucza o przyrodzie minerałów, kamieni i roślin) i w ogóle: nauka, przez wielkie „n”.

 

Aleksander Brückner (1856-1939) – filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny, wywodzi nazwę „styczeń” od słowa „tyka”: chłopi przygotowywali wtedy tyki używane wiosną i latem np. przy uprawie chmielu.

Etymolodzy wiążą też tę nazwę z czasownikiem „stykać”, gdyż styczeń występuje na styku kolejnych lat, o czym zaświadcza kaszubski stëcznik.

W staropolszczyźnie pierwszy miesiąc nazywano też „godnik” lub „ledzień”, od słowa „lód”, tak jak do dziś zachowany w języku czeskim leden.

 

Łacińska nazwa Ianuarius – przejęta przez większość języków europejskich – pochodzi od Janusa – boga wszelkiego początku, a także opiekuna drzwi (łac. ianua), bram, przejść, mostów, patrona umów i układów. Tradycyjnie przedstawiano go jako postać męską o dwóch obliczach.

Rzymianie szczycili się tym, że Janus jest ich bogiem oryginalnym, znaczy nie został adoptowany i adaptowany z mitologii greckiej. Można z tym polemizować, bo Etruskowie mieli boga bardzo podobnego – nie będę się tu jednak wdawał w detale.

W domach rzymskich Janusowi poświęcano drzwi, przy których zazwyczaj umieszczano jego posąg lub podobiznę.

Odwołał się do niego Adam Mickiewicz opisując rozmowę Tadeusza z Telimeną, którą oboje prowadzili stojąc w drzwiach dzielących dwie części izby biesiadnej:

[…] wszyscy się porwali
I tocząc się przeze drzwi na kształt bystrej fali,
Unieśli młodą parę stojącą na progu,
Podobną Janusowi, dwulicemu bogu.

Mickiewicz – w porządku: wieszcz, do tego narodowy. Ale we współczesności mogą się zacząć schody: ciekawi mnie, co poczną zwolennicy jedynego prawdziwego porządku, których denerwuje coś tak naturalnego jak tęcza, gdy dotrą do nich wieści o innych konotacjach Janusa, np. w Janus Society, albo (apage!) w Society of Janus i połączą świeżo zdobytą wiedzę z nazwą pierwszego miesiąca. Dobrze że u nas nazywa się on„styczeń”, bo January nie utrzymałby się długo. A ci, którzy tak mają na imię, obawialiby się legitymować publicznie, gdyby już zmieniono wszystko na dobre.

 

Nie da się jednak ukryć, że nazwa Ianuarius funkcjonuje w większości języków europejskich. Ciekawe jednak, jak długo, kto pierwszy i gdzie na to wpadnie, by zakazać.

 

W starożytności wszystko było proste. A przynajmniej prostsze.

Zwyczaj zaczynania nowego roku od dnia rozpoczynającego miesiąc Ianuarius, w którym Rzymianie czcili dzień Janusa, wprowadził w reformie kalendarzowej Gajusz Juliusz Cezar w 45 r. p.n.e.

Cezar nakazał – sprawa zakończona, więc przy Januarym nie ma się co rozpisywać – więcej będzie później, bo jeszcze skomplikuje się wszystko tak, że redukcja do absurdu, iż siedem to dziewięć, okaże się naturalna, niezauważalna i przyjęta przez większość bez szemrania.

 

Styczniowe rocznice:

 

1 stycznia przypada święto Nowy Rok. Jasne, proste, wiadome. Ale nie do końca.

1 stycznia to dawne kościelne święto Obrzezania Pańskiego. Jeszcze w 1861 Słownik Wileński definiował styczeń jako

miesiąc, którego piérwszym dniem jest dzień pamiątki obrzezania Chrystusowego czyli Nowy Rok; od niego rok liczyć się poczyna.

Kościół katolicki zamienił jednak Obrzezanie na Uroczystość Bożej Rodzicielki Maryi przeniesione w 1969 z 11 października na 1 stycznia. Czemu? Zrozumienie motywacji i objaśnień są dla mnie za trudne, więc dam sobie spokój z dywagacjami na ten temat, dodając jedynie że prawosławni i anglikanie przy Obrzezaniu pozostali.

Cezar tez nie miał z tym lekko. Promując Janusa i Ianuarius pozbawił w ten sposób pierwszeństwa miesiąc poświęcony Marsowi – Martius czyli Marzec, za co rok później bóg wojny ukarał go przykładnie, ale o tym przeczytacie w stosownym miesiącu.
Polskie Radio miało (ma?) dobry zwyczaj rozpoczynania Nowego Roku od mazura z Halki – tyleż narodowo, co rocznicowo:

 

1 stycznia 1848 –w wileńskim ratuszu Halka została wystawiona w pierwszej wersji – jeszcze dwuaktowej. Dziesięć lat później…

 

1 stycznia 1858 – premiera Halki w wersji 4-aktowej (ostatecznej) miała miejsce w Teatrze Wielkim w Warszawie. Libretto – Włodzimierz Wolski. Czy jest możliwe, by ktoś nie znał nazwiska kompozytora?

Przyznam uczciwie, że nie jest to moja ulubiona moniuszkowska opera. Za to na mojej ogólno-operowej liście pod numerem pierwszym jest Straszny dwór (1865, libretto Jan Chęciński). Już widzę jak krzywią się P.K.O. (Prawdziwi Koneserzy Sztuki Operowej). Ale tak jak Filip Merynos nie wstydził się swojej ignorancji w dziedzinie luksusu, tak ja nie widzę powodów do wstydu za moje niewyrafinowane operowe gusta.

Z dwóch powodów.

Raz – Straszny dwór dobrze się kończy, a ja tak lubię.
I tak się syćko fajnie po góralsku skońcyło, a nie tak, jako pote Grecy popisali – zakończył jedną z góralsko-greckich historii x. Tischner.
Tu bym tylko zmienił Greków na Włochów i Francuzów, bo co im przeszkadzało, żeby Violetta żyła sobie spokojnie z Alfredem (no, chyba że rozwód, ale to już byłby sequel), lub by Manon zeszła się z Des Grieuxem i żeby razem prowadzili dalej hulaszczy tryb życia, a nawet zostali celebrytami (i dobrze im tak!)? Dlatego, moim skromnym, Chęciński z Moniuszką na półce „libretto” – rządzą.

Dwa – Straszny dwór jest rewią polskich przebojów drugiej połowy XIX wieku. Ba – nie znam żadnej innej opery, w której co aria – to przebój, który nie tylko się pamięta, ale jeszcze można zanucić, zagrać i zaśpiewać. Pod tym względem niezła jest Carmen – z „Habanerą” czyli miłością, jak cygańskie dziecię i arią Toreadora – ale gdzie jej do Strasznego! Nie mówiąc o tym, że pod koniec Carmen staje się nieboszczką, bo Don José wyznaje jej miłość za pomocą sztyletu, zamiast – jak prawdziwy macho – ukatrupić bykobójcę i zawłaszczyć obiekt chuci na zasadzie przejęcia dóbr („cyraneczka – nie ptak, dziewczyna – nie ludzie”; przeciez to takie swojskie!); bez sensu!

Za to w Kalinowie opera się kończy wesoło, mimo że dalsze życie potoczy się wiadomo jak, a wszystko – niczym w musicalu – do wtóru kolejnych hitów epoki: pieśni chóralnej „Vivat semper wolny stan” o ślubach młodzieńczych, arii Cześnikowej o dbającej stryjence, arii lasek uziemionych przy obowiązkowym dzierganiu, dumki Jadwigi o słodyczach posiadania narzeczonego, dialogów sylwestrowych przy laniu wosku i odstawianiu Damazego do kąta, arii Miecznika o dziewkach, opowieści Skołuby o dziku, psach i sobie samym, arii tegoż z tabaką, arii Stefana z kurantem, arii Hanny o córach, arii Miecznika o zacnym dziadu, wreszcie – mazura. A wszystko przeplatane recytatywami, powtórzeniami, lejtmotywami. Mało kto to już wszystko zna – ale kiedyś Moniuszko rządził!

Ba, nawet nie tak dawno temu, bodajże w styczniu 1983, pod koniec stanu wojennego (odwołano go 22 lipca 1983), publiczność Teatru Narodowego przyklepywała z uciechy, gdy ze sceny (obsada była powalająca) śpiewano moniuszkowskie hity ze Śpiewnika domowego, również zakończone ognistym mazurem Hej, ha! Jest źle! Będzie jeszcze gorzej! Co prawda za długo tego dyrektorowi Hanuszkiewiczowi grać nie dali, ale takie to były czasy– władza nie lubiła, gdy się naród cieszył, bo cieszyć się mógł tylko z jednego: z myśli, że tę władzę niedługo szlag trafi. Dziś naród ten sam, tylko władza trochę inna.

Ale skoro o Strasznym dworze się zgadało...

...nie mogę się nie pochwalić, że widziałem wersję, którą reżyserował David Pountney, plastycznie oprawił Leslie Travers, a kostiumy do niej zaprojektowała Marie-Jean Lecca. Akcja przeniesiona została w Międzywojnie, więc bez kontuszy oczywiście (czamara Miecznika się nie liczy), za to najpierw w mundurach żołnierskich, a później... realizatorzy wymieszali wszystko postmodernistycznie.

W tym przypadku skończyło się na przedstawieniu akcji w klimatach trochę buffa, trochę rokoka, trochę „przedwiośniowej” Nawłoci (gdzie przecież też był stary Maciejunio), trochę moderny i dekadencji XX-lecia. W dworku szlacheckim braci dominującym elementem była przekątna ze schodów, jakby żywcem wzięta z dady, kubizmu czy suprematyzmu nawet – co w praktyce budowlanej usiłował połączyć Bauhaus, zaś sam dworek był makietą w skali 1:10 symbolizującą umowność wszystkiego.

Realizatorzy postmodernistycznie wymieszali to wszystko w jednym tyglu, a w sumie „pary narodowej” mocno upuścili.

Czy akurat tak powinno być i czy tak jest najwłaściwiej?
Nie wiem, ale coś z tym schizofrenicznym realizmem Moniuszkowsko-Chęcińskim trzeba było zrobić, bo przecież szlachetczyzna pieknie wyglada tylko w stereotypach. Bowiem hasło „jeden tylko jeden cud, z szlach­tą polską polski lud” mogło się urodzić tylko w głowie kogoś, kto – niezależnie od geniuszu ar­tys­tycz­nego – nie miał zielonego pojęcia o dawno już zaszłych wokół przemianach społecznych i eko­no­micz­nych, czyli: kompletnie był oderwany od rzeczywistości.
Lub w głowie librecisty, piszącego coś, co miało chwycić za serce i podkręcić emocje i poróżowić okula­ry – tu i teraz, czyli w wieku XIX pod zaborami. Dziś zaś, ukryć się nie da, starsi-śmy nieco.

Gdy więc dziś o tym wszystkim pomyśleć – a o Rzplitej szlacheckiej chyba wiemy (a przynajmniej wie­dzieć powinniśmy) dużo więcej i patrzymy na nią chyba inaczej niż za czasów Moniuszki i Sienkie­wicza – to poważne traktowanie Strasznego dworu jako manifestu polskości i tęsknoty za niepodległą Najjaś­niej­szą zakrawa na co najmniej lekką schizofrenię.

Zatem rozwiązanie angielskich twórców spektaklu, którzy z definicji patrzą na wszystko z perspektywy – czasowej geograficznej i historycznej – można przyjąć za pierwszy krok, nie zapominając, że maraton zaczyna się od jednego metra.

Jeśli by jednak takie ujęcia czyimś klasycznym i tradycyjnym poglądom zupełnie nie odpowiadały, to przecież zostawała jeszcze muzyka świetna (ach, cóż za melodysta niezrównany z tego Moniuszki!), bo ta nie tylko uszła cało, ale i podana została w obfitości, gdyż było jej na ponad 2,5 go­dzi­ny (dwa razy po 20 minut na przerwy odliczyłem).

Stwierdzenia „podobało mi się”, „nie podobało mi się” uważam za nieadekwatne. Ja po prostu bardzo się cieszę, że to widziałem.

 

To jeszcze – na pierwszego stycznia – nie koniec, bo dzień ten w rocznice obfity jest.

 

1 stycznia 1788 – londyński dziennik The Daily Universal Register zaczął wychodzić jako The Times. Co znaczy, że akcja dowcipu z refrenem „matka robi na drutach, synek bawi się żołnierzykami, córka odrabia lekcje, ojciec czyta Timesa” mogła się wydarzyć dopiero po tej dacie.

 

1 stycznia 1818 – narodził się Victor Frankenstein i jego potwór: tego dnia opublikowano powieść Mary Shelley Frankenstein, czyli nowy Prometeusz [Frankenstein; or, The Modern Prometheus].

There are more things in heaven and earth, Horatio, / Than are dreamt of in your philosophy („więcej jest rzeczy na niebie i ziemi, Horacjo, niż o nich śni twoja filozofia”; przekład mój) – historia Frankensteina ma motto zupełnie inne, lecz fraza, którą Hamlet zbeształ przyjaciela pasuje do niej i do całej romantyczności nawet lepiej niż do Dziadów wileńsko-kowieńskich.

Zanim Hollywood spłaszczył tę historię po swojemu, powieść Mary Shelley była drugim po Fauście wielkim krzykiem romantyków, że nauka to nie wszystko i że może wyprodukować potwora, którego nie będzie umiała opanować. Gdy pomyśleć o bombie atomowej, to romantyczni aż tak bardzo się nie pomylili.

Polscy badacze genezy powieści doszli do wniosku, że Ms. Shelley mogła się – nomen omen – dogrzebać do afery grabarzy z miasteczka Frankenstein, które dziś nosi nazwę Ząbkowice Śląskie.

Grabarze, oskarżeni w roku 1606, przyznali się do wszystkiego.

Czego?

Czy to nie wszystko jedno? Przecież przy ówczesnych metodach przesłuchania można było uzyskać wykrywalność stuprocentową.
W tym przypadku była to: profanacja zwłok, nekrofilia, nekrofagia, czary, rabunek i wywołanie czarnego moru – dżumy.

Oskarżonych spalono (żywcem oczywiście). Temu, co się przyznał do nekrofilii, przed śmiercią wyrwano rozpalonymi cęgami przyrodzenie, a wszystkim – kciuki, obcięto też kilka dłoni. Słowem: Iustitia wystąpiła w szerokim repertuarze.

Opisuje to augsburski dziennik Newe Zeyttung z 1606, później (1609) Bartholomeus Voigt w broszurce, której tytuł zaczyna się (a jakże!): Historia prawdziwa…, kronika miasta Annales Frankostenenses z 1655 (w Polsce zaczyna się wówczas potop szwedzki). Współcześnie pisze o tym badaczka Dolnego Śląska Joanna Lamparska w National Geographic – Polska i Jerzy Organiściak na stronie www.frankenstein.pl/.

Ząbkowice, zgodnie z najnowszym trendem, promują się jako miasto rodzinne Frankensteina: w piwnicach Izby Pamiątek Regionalnych jest Laboratorium Frankensteina, w maju odbywa się Weekend z Frankensteinem i parada potworów. Co kto lubi.

Pomysł napisania powieści „o czymś straszliwym” podrzucił Mary Shelley w swej willi nad Jeziorem Genewskim George Gordon Byron, zaraz po uwiedzeniu i zaciążeniu jej przyrodniej siostry.

Największy romantyk angielski, poeta i uwodziciel, był też człowiekiem czynu. Chromając od urodzenia na prawą stopę, świetnie pływał; w roku 1810 przepłynął z Europy do Azji przez Hellespont – na cześć wyczynu Byrona co roku w Turcji organizowany jest maraton pływacki z Eceabat do Çanakkale (po grecku: Dardanellia, stąd współczesna nazwa cieśniny).

A skoro o romantykach i Byronie:

 

1 stycznia 1822 – zrzucenie jarzma osmańskiego i niepodległość proklamowała (po półrocznych walkach) Grecja. Deklarować było łatwo, ale trzeba było jeszcze te walki zakończyć. W sprawę helleńskiej wolności zaangażował się właśnie Byron: w 1823 przyjechał do Grecji: przywiózł pożyczkę udzieloną przez rząd brytyjski, ale na oddziały powstańczego wojska łożył też z własnej szkatuły. Po kilku miesiącach zachorował. Byrona najpierw wycieńczyła sepsa po puszczaniu krwi, później dopadła malaria – poeta-powstaniec zmarł 19 kwietnia 1824.

Opłakiwała go Grecja, gdzie Byron jeszcze za życia uważany była za bohatera narodowego.
Śmierć poety odbiła się też szerokim echem na świecie i, paradoksalnie, przysporzyła sprawie greckiej popularności i zwolenników. Nie ma się jednak co oszukiwać – w podobnych grach karty zawsze rozdaje kto inny. W tym przypadku to Brytania potrzebowała niepodległej i podporządkowanej sobie Grecji, dla umocnienia dominacji we wschodniej części Morza Śródziemnego.

Pierwsza próba powołania Królestwa Grecji, 30 lutego 1830, spełzła na niczym (kandydat na króla odmówił). Ostatecznie, 27 maja 1832, królem greckim został bawarski książę Otton I Wittelsbach.

 

1 stycznia 1860 – pojawił się pierwszy znaczek pocztowy, patriotycznie nazwany „polskim”, ale tak naprawdę wypuszczony do obiegu przez pocztę Cesarstwa Rosyjskiego w Królestwie Polskim (pierwszy znaczek w ogóle, Penny Black, wydano w Wielkiej Brytanii w 1840).
W środku był carski dwugłowy orzeł, a pod spodem polski napis oznajmiał: za łót kop. 10.
Łut w Rosji, od 2 poł. XVIII do początku XX wieku miał 1⁄32 funta czyli 12,7972 gramów.
Kolejne znaczki miały nominały: za 2 łóty kop. 20 i za 3 łóty kop. 30.
A czy 10 kopiejek to było dużo czy mało? Chyba dużo, bo w sklepie Wokulskiego, w 1878, kalosze kosztowały 2 ruble 50 kopiejek, a miesięczne czesne za mansardę wynosiło wówczas dwanaście rubli kopiejek pięćdziesiąt.

I jeszcze dwa wydarzenia (prawie) współczesne.

 

1 stycznia 1959 – ucieka z Kuby Fulgencio Batista, dyktator będący marionetką w rękach amerykańskiej mafii i karteli.
Kuba była kolonią hiszpańską. W 1898 roku „wyzwolili” ją Amerykanie, którzy panowanie hiszpańskie zastąpili własnym – rzecz jasna przez podstawione rządy marionetkowe. Batista, rządzący wyspą w latach 1933 – 1944 i 1952 – 1959, doprowadził – poprzez korupcję i terror – większą część ludności do ruiny i skrajnego ubóstwa.
Reżim Batisty „był jedną z najbardziej krwawych i represyjnych dyktatur w całej historii Ameryki Łacińskiej” – powiedział 6 października 1960 senator John F. Kennedy, którego trudno posądzać o sympatię wobec Fidela Castro.
Batista uciekając zabiera ze sobą ok. 300 milionów dolarów osobistego majątku. Jego wspólnicy (a było ich w samolocie 180-ciu) czynią podobnie – razem podobno mieli na pokładzie 700 milionów dolarów w gotówce i dziełach sztuki. Samolot poleciał do Santo Domingo zwanego wówczas Ciudad Trujillo.
Dyktator Dominikany, Rafael Trujillo przetrzymał Batistę do sierpnia i – jak to między nami dyktatorami bywa – nie wypuścił, póki nie dostał czterech milionów.
Batista zapłacił, odfrunął do Portugalii i przejadał szczęśliwie swoją fortunkę przez całe życie aż do śmierci, czyli jeszcze przez 14 lat.
Trujillo został zastrzelony w maju 1961. Samo życie.

Na Kubie rządy objął Fidel Castro.
„Nie zgadzam się z komunizmem. Jesteśmy demokracją. Jesteśmy tylko przeciw wszelkim dyktaturom. Właśnie dlatego sprzeciwiamy się komunizmowi” – mówił Castro 25 kwietnia 1959 podczas swojej pierwszej wizyty zagranicznej w Nowym Jorku.
W Waszyngtonie miał mniej do gadania. Prezydent Eisenhower zamiast rozmowy z nim wolał obejrzeć mecz, bejsbolowy bodajże, a premiera Kuby przyjął wiceprezydent Nixon, który wówczas mógł tyle co nic. Do tego Fidel i Tricky Dicky podobno zapałali do siebie awersją od pierwszego wejrzenia.

Legendą oczywiście jest, że po powrocie, na hawańskim lotnisku czekał na Fidela z otwartymi ramionami ambasador sowiecki, ale – metaforycznie rzecz ujmując – tak właśnie było, bo rezultaty daleko od legendy nie odbiegły.
W maju 1959 rząd Kuby ogłosi reformę rolną, w lipcu stworzy Komitety Obrony Rewolucji (CDR – Comités de Defensa de la Revolución), w lutym 1960 podpisze pierwszą umowę handlową z ZSRR i dopiero po zerwaniu przez USA stosunków dyplomatycznych i kompromitującej akcji CIA w Zatoce Świń (17-19 kwietnia 1961), Castro ogłosi (1 maja 1961) Kubę państwem socjalistycznym, a siebie (2 grudnia 1961) – marksistą-leninistą. A tak mało brakowało…

Jednak, jak zauważył mój kolega, westchnienie to wzniosłem wyłącznie dlatego, że nie znam się na bejsbolu.

 

1 stycznia 1959 – Zarząd Główny Polskiego Związku Żeglarskiego tworzy Centralny Ośrodek Żeglarstwa im. Andrzeja Benesza w Trzebieży nad Zalewem Szczecińskim. Rola Ośrodka w rozwoju polskiego żeglarstwa – bezcenna.

 

Na sam koniec pierwszostyczniowych rocznic, wbrew chronologii lat, data ważna nie dla wydarzenia ani nawet dla osoby głównego bohatera, a dla zaskakujących meandrów, jakimi błądzi pamięć ludzka.

 

1 stycznia 898 – Karol III Prostak (syn Ludwika II Jąkały, praprawnuk Karola Wielkiego) zostaje królem Francji.
Paradoksem w notce jest to, że Karol III pod żadnym względem prostakiem nie był. Wręcz przeciwnie: był wykształcony i przede wszystkim prawy, uczciwy i szczery, czyli z tych, „co mają tak za tak – nie za nie”, jak mówił poeta. Osobę taką po łacinie określano simplex – prostolinijny. Co później języki francuski i angielski przerobiły na simple, a nasz – jak widać.
No cóż, czasy tak bardzo się nie zmieniają – czyż inaczej nazwano by dziś polityka, który jest prawy, uczciwy i szczery?

 

2 stycznia 1919 – polscy żandarmi mordują czterech (z pięciu) eskortowanych pod strażą do granicy członków misji Rosyjskiego Czerwonego Krzyża, wcześniej oskarżonych o działalność wywrotową i sądownie wydalonych z Polski. Zbrodnia nigdy nie została wyjaśniona do końca, a jej sprawcy nie zostali ukarani. Fatalnie za to przysłużyła się sprawie polskiej i być może o to właśnie chodziło, choć upatrywanie w tym prowokacji może byc z kolei tworzeniem teorii spiskowych.
W związku z tą informacją przejrzałem trochę materiałów z lat ostatnich – nic nowego nie doszło. Zawa­dzi­łem też o Internet, jak zawsze pouczający: głos dają tam osobnicy, którzy tę hańbę uspra­wied­li­wia­ją, próbują rozgrzeszyć i – jak sądzę z tenoru wypowiedzi – mają się w dodatku za uczciwych ludzi. Ciekawe, bardzo ciekawe…

 

3 stycznia 1925 – Benito Mussolini rozwiązał włoski parlament i ogłosił się dyktatorem.
Włochy stają się trzecim w XX wieku państwem totalitarnym w Europie. Wszyscy wiedzą, ale przypomnę: pierwszym była opanowana przez bolszewików Rosja (upadła w grudniu 1991), drugim – istniejąca 138 dni, oparta na modelu sowieckim Węgierska Republika Rad, którą 21 marca 1919 założył Béla Kun (upadła 6 sierpnia 1919). Czwartym były Niemcy (patrz: 30 stycznia 1933).

 

5 stycznia 1769 – zaraz będziemy mogli popłynąć parostatkiem i jeździć koleją: James Watt opatentował maszynę parową.

 

6 stycznia w kościele katolickim obchodzona jest uroczystość Objawienia Pańskiego, w Polsce nazywana potocznie świętem Trzech Króli. Ciekawostką jest to, że trzech króli prawdopodobnie nie było. Mateusz, jedyny ewangelista, których o nich wspomina (Mt. 2, 1-12), używa nazwy Mędrcy i nie wymienia ich liczby. Może jest to refleksja proroctwa z Księgi Psalmów: Królowi Tarszisz i wysp / przyniosą dary, / królowie Szeby i Saby / złożą daninę. / I oddadzą mu pokłon wszyscy królowie (Ps. 72, 10-11)?

Cerkiew prawosławna świętuje Objawienie Pańskie jako Epifanię 19 stycznia wg kalendarza gregoriańskiego, co odpowiada dacie 6 stycznia w kalendarzu juliańskim obowiązującym w liturgii prawosławnej.

 

6 stycznia jest dniem zakończenia okresu Godów (rozpoczętym w dniu Bożego Narodzenia) i początkiem karnawału.

 

7 stycznia 1953 – Prezydent Harry Truman oficjalnie ogłosił, że Stany Zjednoczone mają bombę termojądrową. Pierwsza eksplozja bomby H nastąpiła 1 listopada 1952 na atolu Enewetak, w Archipelagu Mariańskim – wybuch był 700 razy silniejszy od tego, który spopielił Hiroszimę.

Osiem miesięcy później, 12 sierpnia 1953, zachodnie sejsmografy wykryły eksplozję bomby wodorowej w ZSRR. „Car-bomba” – najpotężniejsza eksplodowana bomba H – to już zupełnie inna historia.

 

8 stycznia 1918 – prezydent Woodrow Wilson ogłasza swoje „Czternaście punktów” (łącznie 672 słowa), według których chciałby uporządkować świat po pierwszej wojnie światowej.

Pozostali alianci w mniej lub bardziej delikatny sposób wszystkie punkty Wilsona wyśmiali. Niestety: odejście od nich podczas konferencji pokojowej w Paryżu w 1919 było jedną z przyczyn decydujących o wybuchu drugiej części konfliktu – drugiej wojny światowej.

Wilson był jednym z tych – nielicznych – wielkich prezydentów Ameryki, którzy mieli wizję przyszłości. Jego była na tyle dalekosiężna, że niektóre z postulatów zaczęły wchodzić w życie dopiero niedawno. Jednocześnie Wilson – sztywny prezbiterianin z Południa – mimo, że jako jedyny z amerykańskich prezydentów miał stopień doktorski (nauki polityczne na Johns Hopkins University), był fatalnym akwizytorem. Podejrzewam, że gdyby zamiast prezydentury musiał chodzić po domach i sprzedawać, powiedzmy, odkurzacze, nie zarobiłby nawet na słoną wodę. Kongresu nie zdołał przekonać do Ligi Narodów i konieczności zaangażowania się w sprawy polityki światowej. Amerykanów nie zdołał przekonać, że there’s no bussiness like war business, mimo że to właśnie Stany Zjednoczone okazały się realnym zwycięzcą I w.ś. i prosperita gospodarcza w szalonych latach dwudziestych doszła do zenitu (by w 1929 zamienić go na nadir).

Świat podziękował Wilsonowi pokojową nagrodą Nobla, ale on sam niepowodzenia na forum krajowym przypłacił zawałem serca i przedwczesnym zejściem.

Polacy chowają go we wdzięcznej pamięci – i słusznie: punkt trzynasty w całości mówił o konieczności odbudowy państwa polskiego z dostępem do morza. Tylko czemu akurat trzynasty?!

 

9 stycznia 1839 – możemy już chodzić do fotografa! Na połączonym posiedzeniu francuskich akademii, Nauk i Sztuk Pięknych, ogłoszono, że Louis Daguerre wynalazł dagerotyp. Sam Daguerre, choć obecny, nie mówił nic z powodu bólu gardła. Gdyby mógł, to by pewnie dodał, że pierwsze dagerotypy robił już cztery lata wcześniej.
I tak narodziła się fotografia.

 

16 stycznia 1605 – wydana zostaje pierwsza część jednej z najważniejszych powieści Cywilizacji Zachodu – El ingenioso hidalgo don Quijote de la Mancha Miguela de Cervantesa. Część druga ukazała się drukiem w 1615.
Pierwszy przekład polski autorstwa Franciszka Aleksandra Podoskiego – Historya, czyli dzieie i przygody przedziwnego Don Quiszotta z Manszy. z hiszpanskiego na francuzkie a teraz na polskie przełożone – wyszedł w MDCCLXXXVI.
Polski przekład najnowszy, Wojciecha Charchalisa, opublikował Rebis w 2014: Przemyślny szlachcic don Kichot z Manczy. Tłumaczenie, które świetnie się czyta, zrywa z szablonem i dostosowuje tekst Cervantesa do polskiej rzeczywistości językowej. Dulcynea jest Cudenią, Rosynant – Cha­bet­tonem, a olbrzym Caraculiambro de Malindrania – Duppenlitzem von Fettor z Wredeocji. Ale – uwaga! – w 2014 ukazała się jedynie część pierwsza, o czym wydawca na okładce poin­for­mo­wać nie raczył. Część druga wydana została w roku 2016.

 

16 stycznia 1919 – Nebraska jako 36 (z 48) stan zgadza się uznać 18. Poprawkę do Konstytucji USA. Tym samym osiągnięta zostaje wymagana większość ¾ głosów stanowych i poprawka wejdzie w życie rok później, zakazując produkcji, handlu i sprzedaży alkoholu (choć nie samego picia).
Zanim 5 grudnia 1933 Poprawkę 18. w całości zniesie Poprawka 21., naród rozpije się podczas prohibicji, że aż hej!

 

17 stycznia 395 (trzycyfrowy rok nie jest pomyłką!): właśnie podzieliło się ostatecznie Imperium Rzymskie (które dziesięć lat wcześniej uznało chrześcijaństwo za religię państwową) na część wschodnią zwaną później Bizancjum i część zachodnią zwaną Cesarstwem Zachodniorzymskim.
Jest to jedno z tych wydarzeń, które uruchamiają efekt motyla na skalę globalną. Rezultaty zaobserwować można dziś porównując obie części Cywilizacji Zachodu. Jak słusznie zauważył Władimir Putin, po raz kolejny pouczając swego amerykańskiego kolegę: „wy macie swoją demokrację, a my swoją.”
Myśli mądrych ludzi wiecznie żywe.

 

18 stycznia 1654 – Bohdan Chmielnicki podpisuje w Perejasławiu ugodę oddającą Ukrainę pod władzę Rosji. W imieniu cara Aleksego I dokument podpisał Wasyl Buturlin. Co naprawdę podpisał Chmielnicki – nie wiadomo, bo oryginał przezornie się zgubił. Rzeczpospolita próbowała interweniować zbrojnie, ale jej – i tak niemrawe – działania przerwał potop szwedzki (1655).
Modyfikację aktu perejasławskiego przyniósł rozejm między Rzplitą a Rosją, podpisany 13 lat później w Andruszowie (30 stycznia 1667): Rosja dostała Ukrainę Zadnieprzańską czyli województwo czernihowskie i połowę województwa kijowskiego z Kijowem, a dodatkowo województwo smoleńskie. Osłodą dla Rzeczypospolitej miały być Inflanty.
Przez 105 lat był spokój (względny), potem przyszły rozbiory. O obecnych różnicach między Ukrainą Wschodnią a Ukrainą Zachodnią nie tu mówić, kto wie – ten wie.
Nie ma to jednak jak zagubione dokumenty (i martwi bohaterowie). Władze sowieckie ukochały ugodę perejasławską do tego stopnia, że w jej 300-lecie Chruszczow przekazał Krym Sowieckiej Republice Ukrainy. A ZSRR, w odróżnieniu od tysiącletniej Rzeszy, miał trwać wiecznie. Obiecanki-cacanki, a dziś kto dał, to odbiera.

 

21 stycznia 1919 – uprawnienia żołnierzy Wojska Polskiego nadał weteranom powstania styczniowego rozkazem specjalnym Józef Piłsudski, Naczelnik Państwa. Dnia tego (56. rocznica) doczekało 3644 byłych powstańców. Rocznicę 70. (1933) obchodziło ich już tylko 258-miu. Jakoś tak się dzieje, że wszystkie (poza dwoma) powstania polskie zwyciężają pół wieku – lub później – po ich faktycznej klęsce.

 

22 stycznia 1863Tymczasowy Rząd Narodowy wydaje manifest o rozpoczęciu powstania narodowego przeciwko Imperium Rosyjskiemu.
Powstanie styczniowe było serią partyzanckich bitew i potyczek (stoczono ich ok. 1200). Czyli rozgrywane było dokładnie według recepty Sędziego z roku 1811 (nic żeśmy nie zmądrzeli):

Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie
Ja z synowcem na czele, i – jakoś to będzie!

Powstanie trwało do grudnia 1864 – ostatnim walczącym oddziałem dowodził Stanisław Brzóska, ksiądz w stopniu generała.
„Jakoś to będzie”?
Tym razem nie było nawet jakoś. Straty i represje przeszły wszelkie oczekiwania.

▪ Rosyjska armia interwencyjna mordowała chorych i rannych.

▪ Na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej palone były wsie i dwory, na które padło podejrzenie o sprzyjanie powstańcom.

▪ Na Litwie szalał Murawiow „Wieszatiel”, z którego rozkazów wymordowano ¼ stanu szlacheckiego (w 1898 władze carskie wystawiły mu w Wilnie pomnik).

▪ W Królestwie nie było lepiej: kilka tysięcy stracono, kilkadziesiąt tysięcy zesłano na Syberię.

▪ Kilkudziesięciu tysiącom udało się wyemigrować.

▪ Liczba skonfiskowanych majątków szła w tysiące.

▪ Te, które pozostały w polskich rękach, rujnowane były kontrybucjami.

▪ Zaborcy pozamykali polskie szkoły, wprowadzili intensywną rusyfikację i zakaz używania języka polskiego w instytucjach państwowych.

▪ Królestwo Polskie utraciło resztki (i tak śladowej) autonomii i zdegradowane zostało do Priwislinskogo Kraja.

Po stronie „zysk” podręczniki odnotowują:

▪ uwłaszczenie chłopów (zadziwiające, bo przecież dokonał tego ukaz cara, gdyż władzom powstania jakoś uwłaszczenia nie udało się przeprowadzić)

▪ i „trwały ślad w polskiej literaturze i sztuce”, czego dowodem jest Nad Niemnem Orzeszkowej, Lalka Prusa, kilka tytułów Żeromskiego, kilka wierszy Norwida i Konopnickiej, Noce i dnie Dąbrowskiej oraz obrazy Grottgera, Gierymskiego, Chełmońskiego, Kossaka (Juliusza), Malczewskiego i jeden obraz (nawet ze wspomaganiem nie mogę sobie przypomnieć więcej) Matejki.

Chyba najbliższy prawdy był Żeromski, który sprawę styczniową porównał do Nike z Samotraki: bez głowy, bez ramion – tylko skrzydła i na nich pęd na oślep.
Tyle, że Nike stoi w Luwrze, a powstańcy?

Zachodnia Europa, uznała powstanie za wewnętrzną sprawę Rosji, ale współczuła Polakom. Współczuł także Juliusz Verne, francuski autor bestsellerów podróżniczo-fantastycznych: w rękopisie jego powieści Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi kapitan Nemo był Polakiem, powstańcem styczniowym zesłanym na Syberię, który po ucieczce… itd.

Detal ten jednak nigdy nie ujrzał światła dziennego. Wydawca nie chciał zadrażniać stosunków francusko-rosyjskich, a Verne pękł i zgodził się na zmianę (kto by się naprawdę jakąś tam Polską przejmował; w 1939 też nikomu na Zachodzie nie chciało się umierać za Gdańsk).

Ale powieść jest superciekawa – jeśli nie czytaliście, przeczytajcie. Kapitan Nemo jest w niej księciem Dakkar, synem radży Bundelkhand, jednym z dowódców powstania sipajów (1857-59), który nienawidzi Anglików. Za to wśród portretów „wielkich postaci historycznych, których życie było jednym pasmem poświęceń dla ludzkości”, wiszących w kabinie kapitańskiej Nautilusa, jest portret Kościuszki, padającego z okrzykiem „Finis Poloniae!”. I tyle w kwestii polskiej wystarczyło.

 

25 stycznia Noc Roberta Burnsa. W rocznicę urodzin swego narodowego poety Szkoci piją pod jego pomnikiem whisky, wznosząc toasty na cześć Dam, Panów i szkockiej potrawy haggis (jeden z wierszy Burnsa – oryginał i tłumaczenie – znajdziecie w „Zimie”).

Że też u nas nikt nie wpadł na ten pomysł! A Filareci śpiewali przecież „Pijmy zdrowie Mickiewicza, on nam słodkich chwil użycza!”

Bigos i flaszki schłodzonego „Pana Tadeusza 40%” pod pomnikami wieszcza na bruku Krakowskiego Przedmieścia i krakowskiego Rynku (uwaga: w Poznaniu Mickiewicz ma nawet dwa pomniki!)– oto uroczystość na miarę epoki! Kto zjadł i wypił, nawet czytać nie musi!

 

29 stycznia 1616 Eendracht, którym dowodził Willem Cornelisz Schouten, przepłynął – jako pierwszy żaglowiec europejski – obok skalistej wysepki leżącej u południowego krańca Ameryki Południowej. Schouten, uznając wyspę za część kontynentu, nazwał ją Kaap Hoorn, na cześć swego rodzinnego miasta i niedawno utraconego statku o tej samej nazwie.

Wyprawa szukała innej drogi do Wysp Korzennych niż wokół Przylądka Dobrej Nadziei i przez Cieśninę Magellana, na które monopol miała Holenderska Kompania Wschodnioindyjska.

Odkryć nowy szlak żeglarzom się udało, ale nic poza tym: droga wokół Hornu też została zawłaszczona przez Kompanię.

Na pociechę kapitan Schouten i jego wspólnik Jacob Le Maire zostali pierwszymi kaphornowcami, bo Magellan (1520), Jofre de Loaísa (1526) i Drake (1578) płynęli przez cieśniny patagońskie.

Zdając sobie sprawę z wagi swego dokonania, Schouten wydał drukiem w Amsterdamie Dziennik, albo opisanie cudownej podróży… (1618); niemal natychmiast zostało to przetłumaczone na angielski, francuski, niemiecki i łacinę.

A później?

O wyprawie wokół globu
Też fałszywe są pogłoski,
Pierwszy żaden tam Magellan,
Tylko Baranowski.

 

30 stycznia 1649 – w Londynie ścięty został Karol I Stuart, skazany przez Parlament (a raczej to, co z niego zostawił Oliver Cromwell) za to, że był „tyranem, zdrajcą i wrogiem ludu”. Anglia na 11 lat została republiką i dyktaturą (dyktatorom często się zdaje, że to jedno i to samo).

Karola II koronowano w 1660, ale początek jego panowania antydatowano na 1649. I pomyśleć, że to o Polsce Radziwiłł mniej więcej wtedy mówił „Ej, galimatias w tej waszej Rzeczypospolitej, galimatias…” Fakt, u nas był większy. Do tego chyba wciąż trwa.

 

Kolejne dwie daty nie mogą być (bo nie są) przypadkiem:

 

30 stycznia 1933 – Hitler (po wyborach wygranych przez jego partię NSDAP w roku poprzednim) zostaje kanclerzem Niemiec.

 

30 stycznia 1937 – Hitler ogłasza zerwanie przez Niemcy zobowiązań nałożonych Traktatem Wersalskim. Praktycznie zaczyna się druga wojna światowa, chociaż jeszcze nie strzelają.

15 marca 1939 podczas zajmowania Czech też (prawie) nikt nie strzelał.

A 1 września 1939 będą strzelać, ale tylko w Polsce.

 

30 stycznia 1969 – po raz ostatni występują razem The Beatles. Część koncertu na dachu Apple Records została zarejestrowana przez kamery i można to obejrzeć w filmie dokumentalnym Let It Be (reż. Michael Lindsay-Hogg). W 1970 John, Paul, George i Ringo dostali Oskara za najlepszą muzykę filmową z piosenkami.

 

 

Znaki Zodiaku przypadające na styczeń to:

Koziorożec (♑) – (od 22 grudnia) do 19 stycznia

i Wodnik (♒) – od 20 stycznia.

Przyjęło się, żeby horoskopy układać optymistyczne, bo przecież każdemu miło przeczytać o sobie, jaki to jest piękny i zdolny, że za chwile będzie jeszcze piękniejszy a na pewno bogaty. Czytelnicza masa tego właśnie oczekuje, a ponieważ płaci – więc wymaga. Ale spróbujmy tylko zdjąć różowe okulary, a zobaczymy, co bez nich ujrzymy. I to już takie bardzo optymistyczne nie jest. Jasne – taki horoskop można nazwać „czarnym piarem” czy zwykłym hejterstwem, ale czasem warto obejrzeć i drugą stronę medalu.

Nie mam nic przeciwko Koziorożcom, wręcz przeciwnie, dlatego zaczynać od nich nie chcę – zresztą zaczynają rządzić w grudniu i tam ich miejsce.

O Wodniku i jego epoce pięknie śpiewała w filmie Hair Renn Woods, której głos wart jest wszystkich znaków Zodiaku. Ale gdy spojrzeć właśnie od tej drugiej strony, to nagle okazuje się, że Wodnik nie daje swym dzieciom dobrych notowań:

Wodniki mają szalony pociąg do gastronomii czwartej kategorii i na ogół nie oddają pożyczonych pieniędzy. Mężczyźni spod tego znaku, wcześniej czy później, okazują się ekshi­bi­cjo­nis­tami, a kobiety nimfo­man­kami. W zakła­dzie peni­ten­cjar­nym czują się nieźle.

Powiedzmy to szczerze: jasne, że zawsze mogłoby być gorzej, ale z Wodnikami dobrze nie jest.

Najjaśniejszym, najbardziej optymistycznym i najweselszym zodiakalnym znakiem są Bliźnięta, lecz one rodzą się tylko przez jeden miesiąc w roku. I choć lepsze to niż nic, jednak proporcja jest słaba. Całe szczęście, że maj już bliżej niż dalej.

 

Kamień styczniowy to…

granat, symbolizujący stałość, na przykład w przyjaźni. Poza tym ma dawać siłę ducha i zabezpieczać przed złem i Złym. Podobno nosili go podróżnicy i odkrywcy wierząc, iż świeci w nocy i nawet Noe rozświetlał ciemności granatem (ładnie to brzmi…), by znaleźć właściwy kurs dla arki – ale od razu widać, że historyjkę wymyślili jubilerzy a nie żeglarze, bo przecież Noe nie miał pojęcia dokąd płynąć i w trudnych nawigacyjnie chwilach używał ptaków, a nie klejnotów.

Nazwa kamienia pochodzi od łacińskiego granatum – oznaczającego roślinę zwaną granatowcem lub granatem i jej owoc: kryształy granatu tworzą ziarniste skupienia, podobne do wnętrza owocu. Kolory tych kryształów mogą być różne – od czarnego, przez głęboką czerwień, do opalizującej zieleni – potrafią się też zmieniać w zależności od oświetlenia. Do tej pory nie znaleziono granatu niebieskiego i gemmo­lo­dzy twierdzą, że taki nie występuje. Jest więc tu dobry motyw do życzeń i porównań, które czyniąc należy pamiętać, że poeta – to ten, kto pierwszy porównał kobietę do kwiatu. Drugi w tej konkurencji był już tylko grafomanem.

Jako kamień ozdobny granat używany jest od epoki brązu – czasów, gdy krystalizowały się cywilizacje Mezopotamii i Egiptu.

Osadzony w oprawie ze złota granat, razem z szafirem i berylem, był w drugim rzędzie klejnotów zdobiących napierśnik, który – na rozkaz Mojżesza, instruowanego przez Pana – wykonali dla Aarona Izraelici na pustyni.

W Polsce występuje w Sudetach, ale tam jest tyle minerałów, że chyba łatwiej napisać, co w Sudetach nie występuje.

 

Styczniowy kwiat to…

przebiśnieg (Galanthus nivalis L.) – symbol czystości i panieńskiej cnoty. Nazwę w klasyfikacji Linneusza zawdzięcza połączeniu greckich słów gala (γάλα) ‘mleko’ i anthos (άνθος) ‘kwiat’ z łacińskim nix, nivium ‘śnieg’ i nivalis ‘śnieżny’.

W X pieśni Odysei, gdy Odyseusz rusza do pałacu Kirke, by wyzwolić swych towarzyszy z rzuconego przez nią zaklęcia, spotyka Hermesa, który mówi:

Dam ci czar, z którym możesz iść do niej bezpiecznie,
Gdyż moc jego od ciebie oddali cios wszelki.
[…]
Choć w jadło wmiesza trutkę, choć wino zaprawi
Przemienić cię nie zdoła, to ziółko cię zbawi
Od zdradzieckich jej czarów.
[…]

Tak rzekł Hermes i ziółka pokazał mi one
Z ziemi wyrwane, dawną mocą obdarzone:
Korzonki miało czarne, kwiat białości mleka,
Moly zwie się u bogów. Dotąd nie ma człeka,
Który by je wykopał. Wszystko w mocy bożéj!

Tu się zaczyna problem: moly (μῶλυ) – co to za ziółko? W tłumaczeniu angielskim moly to… moly, podobnie jest w wersji hiszpańskiej i niemieckiej.

Linneusz opowiedział się po stronie rośliny używanej w lecznictwie czyli czarach, która rośnie w krajach śródziemnomorskich, nawet po afrykańskiej stronie i nazwał ją Allium moly, po polsku: czosnek złocisty południowy. Jedynym problemem jest to, że owo Allium ma kwiaty żółte, a nie białe. Zasadniczo…, bo białawe się zdarzają.

Ma swoich popleczników Peganum harmala, poganek rutowaty, za którym przemawia też polski Dziennik Ustaw (poz. 520 nr 63, 2009), zaliczając go („rośliny żywe lub susz, nasiona, wyciągi oraz ekstrakty” – nieźle!) do roślin odurzających. Ten ma jednak kwiaty białe z zielonymi paskami, co raczej porównania z mlekiem nie nasuwa.

Jest też stronnictwo daltonistów, które popiera Atriplex halimus – łobodę solniskową o kwiatach zielonych (jak mleko?)

Półsenni żeglarze-lotofagowie Tennysona słodko spoczywają na łożach z szarłatów i moly właśnie:

But, propped on beds of amaranth and moly,
How sweet – while warm airs lull us, blowing lowly –
With half-dropped eyelids still,
Beneath a heaven dark and holy
[VII, 133-135]

Szarłat (bez „k”!), po łacinie to Amaranthus, ma kwiaty purpurowe lub czerwone, więc zestawienie kolorystyczne jest mocne: szkarłat i biel. Co wciąż nie wyjaśnia, czym jest moly.

Zostanę więc przy tym, że moly – z kwiatem o białości mleka i o własnościach czarodziejskich – to przebiśnieg.

 

W Polsce jest zwiastunem przedwiośnia.

W Rosji jedna ze skazek mówi, że – jako jedyny z kwiatów – przeciwstawił się Babie Zimie i Dziadowi Mrozowi, którzy nie chcieli wpuścić Wiosny.

Niemcy bają, że jest jedynym kwiatem, który podzielił się barwą ze śniegiem – i od tego czasu ci dwoje dobrze się ze sobą dogadują.

Anglicy opowiadają, że gdy w środku zimy karzący miecz archanioła wypędzał z raju Adama i Ewę, na śniegu zakwitł przebiśnieg, by przypomnieć, że nie na zawsze więdnie kwiecie, nie na zawsze mróz na świecie.

Jest więc kwiatem nadziei, zwiastunem tego, że będzie lepiej. Najpiękniejsze świadectwo tej interpretacji dało Stowarzyszenie Przyjaciół Chorych na Chłoniaki, nazywając się po prostu „Przebiśnieg”.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
pierwszy miesiąc roku to:

białoruskiстудзень [studzeń]
bośniackijanuar
bułgarskiянуари [januari]
chorwackisiječanj
czeskileden
kaszubskistëcznik (też: sticzéń)
litewskisausis
łatgalskijaunagods
łużycki (dolny)wezymski (też: januar)
łużycki (górny)wulki rožk (też: januar)
łotewskijanvāris
macedońskiјануари (januari) albo коложег [kołożeg]
rosyjskiянварь [janvar’]
serbskijануар [januar]
słowackijanuár
słoweńskijanuar (też: prosinec)
ukraińskiсічень [siczeń]
żmudzkisausis

 

 

Przysłowia związane ze styczniem:

Bój się w styczniu wiosny,
bo marzec zazdrosny.

Gdy styczeń z mgłą chodzi,
mokrą i wczesną wiosnę zrodzi.

Gdy w styczniu deszcz leje,
złe robi nadzieje.

Jak styczeń zachlapany,
to lipiec zapłakany.

Jeżeli pszczoła w styczniu z ula wylatuje,
rzadko pomyślny rok nam obiecuje.

Kiedy styczeń najostrzejszy,
wtedy roczek najpłodniejszy.

Kiedy w styczniu rośnie trawa,
licha w lecie jest potrawa.

Miesiąc styczeń – czas do życzeń.

Miesiąc styczeń, czas do życzeń:
a więc życzym pomyślności,
Boga, chleba, dobrych gości.

Styczeń bywa łagodny,
gdy październik śnieżny i chłodny.

Styczeń pogodny
wróży rok płodny.

W styczniu grzmoty,
częste słoty.

 

 

Przysłowia na Nowy Rok:

Na Nowy Rok
przybywa dnia na barani skok.

Nowy Rok jaki,
cały rok taki.

Rok nowy pogodny,
zbiór będzie dorodny.

 

Przysłowia na święto Trzech Króli (6 stycznia):

W dzień Trzech Króli
każdy się do pieca tuli.

W święto Trzech Króli
człek się w kożuch tuli.

 

Przysłowia na św. Pawła (25 stycznia):

Gdy na św. Paweł kropi,
radujcie się chłopi.

Gdy na św. Paweł leje,
dobrych zbiorów miej nadzieję.

Kiedy w Pawła jest pogoda,
to we żniwa jest pogoda.

Kiedy w Pawła jest pogoda,
to rolnikom jest wygoda;
ale kiedy w Pawła leje,
tedy rolnik zubożeje.

Kiedy w Pawła z nieba leje,
tedy zboże podrożeje.

Na św. Pawła
borsuk z jamy wylezie.

Na św. Pawła jagnięta się rodzą.

Na św. Pawła
połowa zimy, połowa pastwy.

Na św. Pawła
robak się na drugą stronę przewróci.
[ładne…]

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha