Alex Suchanek

Nie spać, zwiedzać!

XVI_Wyprawa_Peneplena_poster

Rusza XVI Szkolna Wyprawa Geograficzna. Jej cel to Indie i Nepal.

Sama podróż zaczęła się 13 lipca 2015, ale wyprawa rozpoczęła się dziewięć miesięcy wcześniej, gdy ok. 30 kan­dy­da­tów przyszło na pierwsze w tamtym roku szkolnym spotkanie koła geograficznego „Peneplena”, działającego przy I LO im. Juliusza Słowackiego w Chorzowie.
Czekało nas wiele pracy: organizowanie corocznego Peneplena Travel Festival, pozyskiwanie finansów od sponsorów, zarabianie pieniędzy w sklepie (pakowaliśmy zakupy do reklamówek) i szukanie patronów medialnych naszego wyjazdu.
Celem było nie tylko zorganizowanie pieniędzy i formalności związanych z Wyprawą, ale także udowodnienie, że stanowimy jeden zgrany zespół, który jest w stanie poradzić sobie w trudnych azjatyckich warunkach.
Ostatnie tygodnie upłynęły nam na przygotowywaniu prezentacji na różne tematy powiązane z Indiami i Nepalem.

W dzień wyjazdu, uczniowska grupa liczy 16 osób, a wśród opiekunów są: dyrektor Liceum Przemysław Fabjański i profesor Grażyna Kokott-Sikora.
Ruszamy w poniedziałek 13 lipca 2015 r. Od tego czasu plecaki będą nam służyły jako garderoby i spiżarnie. O godzinie 08:00 odjeżdżamy  spod „Słowaka” do Warszawy.
W stolicy łapiemy samolot do Dubaju, gdzie przesiadamy się na samolot do Delhi.

XVI_Wyprawa_Peneplena_mapa_1

Kiedy wychodzimy z Indira Gandhi International Airport, ciepłe powietrze bucha nam w twarz, a my po paru chwilach jesteśmy zlani potem. Taksówkami przemieszczamy się do naszej pierwszej kwatery, a jest to uwielbiony przez wyprawowiczów hotel Relax znajdujący się w targowej dzielnicy Delhi – Paharganj. Z taksówki zauważamy uderzające różnice kulturowe: splunięcie z głośnym chrząknięciem to tutaj normalna sprawa, tak samo jak wypuszczanie gazów bez względu na otwór układu pokarmowego.


image_01_Paharganj_sm2_fot_Alexander_SuchanekZgiełk na Paharganju. Widok z hotelu Relax

Każdemu z nas targ kojarzy się ze zgiełkiem i tłumem. Podobnie jest przed Relaxem, chociaż znajduje się 100 metrów od tzw. krowiego ronda czyli centrum całego targu. Trąbiące riksze przepychają się między krzyczącymi ludźmi, ludzie przepychają się między muczącymi krowami, krowy między szczekającymi psami, a te między śmieciami, których jest niezliczona ilość. A w samym środku my. Najpierw człowiek czuje się zagubiony wśród takiego natłoku nowych doświadczeń, z czasem uczy się podstaw działania tutejszego społeczeństwa, a kiedy się przyzwyczaja, nagle musi wracać do swojego starego świata i czuje się, jakby zabrali mu coś cennego.

04_2015-07-16_IMG_8385_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

 

W Delhi nie zatrzymujemy się na długo, ale udaje nam się zobaczyć dwa zabytki. Pierwszy to mauzoleum Humayuna –

 

05_2015-07-15_IMG_8185_mauzoleum_Humajuna_lev_sm2_arch_Alexander_Suchanek – drugiego króla Indii z dynastii Wielkich Mogołów, panującego mniej więcej wtedy, gdy u nas rządził Zygmunt Stary.

Drugim jest bahaistyczna Świątynia Lotosu. Na świecie jest ich tylko kilka, jednak mają specjalną właściwość: są przeznaczone dla wyznawców każdej religii, która istnieje.

 

Kierunek: południowy zachód, cel: Bikaner w stanie Rajastan. Na miejsce dostajemy się pociągami, w których spędzamy całą noc. Nasze wagony mają kuszetki, więc noc mija znośnie.
Chcemy zobaczyć Świątynię Szczurów w Deshnok. Na miejsce dostajemy się rikszami „tuk-tuk” na gaz. Dojazd wydaje się nie mieć końca. Żeby wejść do świątyni, należy zdjąć buty. Wielu musi przełamać wstręt, by wejść na bosaka do budynku, w którym roi się od szczurów. Legenda głosi, że tylko prawdziwy szczęśliwiec jest w stanie dostrzec białego szczura.

Jeszcze tego samego dnia łapiemy pociąg z Bikaneru do Jaisalmeru. Miasteczko otoczone wysu­szo­ny­mi terenami, słynie ze sprzedaży wyrobów ze skóry wielbłądziej.

 

image_02_Jaisalmer_sm2_fot_Alexander_SuchanekPustynne miasto Jaisalmer z fortem w tle

To właśnie w Jaisalmerze większość z nas zachoruje –  ja też.

 

Kolejnego dnia czeka nas kolejna przygoda. Dwa jeepy zabierają nas daleko od miasta, byśmy mogli dosiąść wielbłądów i na ich grzbietach przemierzać indyjską pustynię. Dodatkowo dane nam jest spędzenie nocy na tej pustyni i wysłuchanie tradycyjnych pieśni indyjskich w wykonaniu naszych przewodników. My także prezentujemy im kawałek polskiego dorobku muzycznego.

  image_03_Thar_sm2_fot_Mateusz_TrojanowskiSafari na wielbłądach na pustyni Thar to jedno z wielu niezapomnianych wspomnień
Fot. Mateusz Trojanowski

 

Kolejna noc spędzona w pociągu. Nadal pozostajemy w Rajastanie, ale tym razem w jego stolicy – Jaipurze, znanym także jako Różowe Miasto – od ulicy w centrum, gdzie budynki są pomalowane na kolor łososiowy. Zwiedzanie Jaipuru zaczynamy od Amer Fort – pierwsze budynki powstały w X wieku, ale to, co widzimy jest mniej więcej z wieku XVI.

2015-07-20_IMG_8842_Jaipur_Amer_Fort_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Później idziemy do zamieszkałej przez dziesiątki małp świątyni Galtaji. Kolejnym celem jest centrum astronomiczne Jantar Mantar i na koniec dnia – Pałac Wiatrów, Hava Mahal.

09_2015-07-20_IMG_8761_Jaipur_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Przemieszczamy się w nieco chłodniejsze regiony i docieramy do Kolkaty (niegdyś Kalkuty). Będzie to nasza najdłuższa podróż pociągiem, ponieważ zajmie prawie dwie doby. Kolej w pełni spełnia nasze wymagania, chociaż są one i tak niewielkie. Podróże po szynach nie są tylko po to, byśmy odpoczęli, choć znalazło się paru rekordzistów, którzy spali ponad 12 godzin. W indyjskim pociągu można zająć się poważnymi sprawami. Niektórzy czytają przewodniki, inni szlifują swoje prezentacje, jeszcze inni wdają się w krótkie pogawędki z współlokatorami przedziału. Nieraz jest tak, że grupa musi być podzielona, ponieważ miejsca są w różnych wagonach. Pewnego dnia podróżowałem z kilkoma przyjaciółmi w wagonie pełnym Indusów, gdy reszta grupy jechała osiem wagonów dalej.

image_04_kolej_sm2_fot_Alexander_SuchanekPociągi to najdogodniejszy środek transportu w Indiach

 Przejście z jednego miejsca na drugie zajmowało sporo czasu, biorąc pod uwagę to, że trzeba prze­dzie­rać się przez tłumy tubylców, konduktorów, osób sprzedających posiłki, napoje i inne drobiazgi. W pociągu indyjskim może wyniknąć wiele nieporozumień. Dostaliśmy bilety, jednak kiedy do­szliś­my do naszego przedziału, okazało się, że kilku Indusów postanowiło sobie przywłasz­czyć nasze miejsca. Wszyscy spali, więc trzeba ich było budzić. I tu kolejna niespodzianka: nie byli w stanie poro­zumieć się w języku angielskim. Próbowaliśmy coś im przekazać za pomocą rąk, ale nie wiedzieli – lub udawali, że nie wiedzieli – o co chodzi, aż przyszedł konduktor i całą sytuację wyjaśnił.

 

Docieramy do Kolkaty – stolicy Indii za czasów British Raj. Brytyjczycy pozostawili tutaj spory spadek architektoniczny w stylu wiktoriańskim. Mamy okazję zobaczyć katedrę św. Pawła, Victoria Memorial Hall, świątynię Kali. Później idziemy do kina na najnowszy hit Bollywood – „Bajrangi Bhaijaan”.

Naszym głównym celem nie jest jednak zwiedzanie, ale niesienie pomocy w domach starości, organizowanych przez zakon Misjonarki Miłości założony przez Matkę Teresę. Nie podoba mi się nazwa ‘hospicjum’, dlatego będę używał nazwy ‘dom’; podobnie w przypadku ‘pacjentów’ – będę ich określał mianem ‘domowników’.
Każdy dzień wolontariatu zaczyna się tak samo. Na godzinę 06:00 stawiamy się na nabożeństwo w do­mu Matki Teresy. Jemy symboliczne śniadanie: banany, suche tosty i kubek czaju (miejscowej herbaty z mlekiem i przyprawami). Teraz możemy ruszać do odległego o paręset metrów domu. Zasada jest prosta: mężczyźni do domu mężczyzn, a kobiety do domu kobiet lub dzieci. Bez względu na płeć to, czego tam doświadczymy, pozostanie w naszych głowach. Najpierw jednak opowiem o planie dnia.
Zawsze jest taki sam. Dzień jest podzielony na dwie szychty: ranną i popołudniową. Rano robimy pranie, potem trzeba zmyć podłogę i rozdać posiłki domownikom. Całość dzieje się na otwartej przestrzeni, by wszyscy mogli poczuć się lepiej oddychając świeżym powietrzem. Następny punkt z planu dnia sprawiał nam w pierwszych chwilach pewien kłopot, ale z czasem odnaleźliśmy się. Był to tak zwany czas wolny, kiedy mieliśmy się zająć domownikami. Wśród nich jest wielu niepeł­no­spraw­nych fizycznie lub umysłowo. Niektórzy potrzebują pomocy w jedzeniu, inni pomocy w goleniu lub obcinaniu paznokci, jeszcze inni potrzebują masażu różnych części ciała. Często trzeba opróżnić pełne nocniki, by znów mogły być użyte. Normalną sytuacją jest, gdy któryś z domowników załatwi się pod siebie. W takim wypadku bierze się go pod pachy i prowadzi do łazienki, by umyć i przebrać w nowe ubranie. W tym samym czasie ktoś sprząta nieczystości z podłogi. Po wszystkim odprowadza się domownika na miejsce.
Najbardziej zaskakuje mnie to, jakich innych wolontariuszy tam spotykam. Szczerze mówiąc, nie wiem, czego się spodziewałem, ale ci ludzie są młodzi, pełni życia i zawsze chętni, by pomóc. Na dodatek zewnętrznym wyglądem nie sprawiali wrażenia ludzi, którzy pracują w domu dla starszych osób. Moim zdaniem tak wyglądają surferzy z Australii. W każdym razie świetnie jest zobaczyć, że tak wiele osób chce nieść pomoc.

Po kilkudniowym wolontariacie w Kolkacie ruszamy dalej, w stronę Nepalu. Tam naszym głównym celem także będzie niesienie pomocy.

Po drodze czeka nas jeszcze jeden przystanek – Patna, najwygodniejszy punkt przesiadkowy na drodze Indie – Nepal. 11_2015-07-27_IMG_9072_Patna_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Jest to jedno z najstarszych miast świata, ale nie zwiedzanie zabytków nam w głowie: Mijamy pozostały po Brytyjczykach wielki spichlerz i idziemy nad rzekę: tu właśnie wszyscy po raz pierwszy zobaczyliśmy najświętsze miejsce w Indiach – Ganges.

Transport do Nepalu mamy o trzeciej nad ranem. Pożegnać Indie na granicy nepalskiej nie jest tak łatwo. Co najmniej cztery godziny spędzamy w skwarze, czekając na naszą kolej. Ostatni kilometr czy dwa musimy przejść sami. Najpierw meldujemy się na granicy indyjskiej, gdzie dokładnie sprawdzają nasze paszporty. Na szczęście zadbaliśmy, by było z nimi wszystko w porządku: wiza i ważność paszportu przez co najmniej pół roku do przodu to podstawy.
Idziemy dalej i dochodzimy do granicy nepalskiej, gdzie spędzimy kolejne dwie godziny wypełniając wnioski o wizy i czekając na nie.
To nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy będziemy musieli czekać na coś długo. Wielu może pomyśleć, że jest to strata czasu lub niepotrzebna biurokracja. Jednak właśnie takie czekanie pozwala nam poczuć magię miejsca. W Polsce, kiedy cały czas jest coś do roboty, nie zauważamy tego, co jest dookoła. W Indiach i Nepalu wszyscy mają czas. Trzeba przyzwyczaić się do lokalnego trybu życia a wtedy pozna się obyczaje miejsca. Najpierw bolą cię cztery litery od siedzenia na krawężniku i starasz się zająć czymś ‘produktywnym’. Z czasem przyzwyczajasz się do spokoju miejsca i zaczynasz obserwować otoczenie jak Indus. To jest doświadczenie, którego nie poznasz w naszych stronach.

2015-07-20_IMG_8886_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Gdy już wszyscy dostajemy nepalskie wizy, autobus rusza dalej. Do celu, którym jest Chitwan National Park, dojeżdżamy późnym wieczorem.
Kolejne miejsce – kolejne przygody. W ciągu następnych dwóch dni będziemy mieli okazję przejechać się na słoniu i w jeepie. Mimo, że oba te środki transportu mają napęd 4×4, jeden i drugi miał problemy w niektórych terenach.13_2015-07-30_IMG_9131_Chitwan_Park_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Jedziemy do Kathmandu. Mimo że Chitwan leży bardzo blisko stolicy, podróż zajmuje kilka godzin: Droga prowadzi przez wysokie góry i bus nie może się rozpędzać. Jednak to też ma swoje plusy, ponieważ możemy obserwować tutejszą florę, faunę i rzeźbę terenu, co robi ogromne wrażenie. 14_2015-07-31_IMG_9366_lev_sm_droga_do_Kathmandu_arch_Alexander_Suchanek
Na miejsce docieramy po siedmiu godzinach . Po relacjach telewizyjnych i artykułach w prasie wielu mogłoby spodziewać się miasta zrównanego z ziemią, które jest zupełnie opustoszałe. Prawda jest taka, że podczas naszego kilkudniowego pobytu dostrzegam tylko  jeden zawalony budynek. „Zniszczone miasto Kathmandu” to wytwór wyobraźni mediów, które robią złą reklamę Nepalowi, żyjącemu z turystyki. Kiedy nie ma turystów, zastraszonych przez media, wtedy kraj przeżywa prawdziwą katastrofę.


image_05_Kathmandu_sm2_fot_Alexander_Suchanek
Widok z nepalskiej szkoły na stolicę – Kathmandu

Na miejscu poznajemy Nepalczyka imieniem Mani. Jest organizatorem wycieczek do Polski, wielokrotnie był w naszych stronach, a na dodatek świetnie mówi po polsku. Proponuje, byśmy zaczęli kolejny dzień od górskiej wspinaczki. Nie jest to jednak typowa wspinaczka. Przed­się­wzię­cie nosi nazwę „Hike For Nepal”, jego założeniem jest wypromowanie Nepalu i pokazanie, że nie ma takiego zagrożenia, jak podają media. Po całodziennym wyjeździe w góry wracamy, by zobaczyć trochę miasta i ustalić plan na kolejne dni, które mieliśmy poświęcić charytatywnej pracy w szkole na przedmieściach stolicy.

Pierwszego dnia zostajemy ciepło powitani i ugoszczeni w gabinecie dyrektora. Dzielimy się na grupy, które rozchodzą się do różnych klas.
Mnie i paru chłopakom przypada klasa najmłodsza, w której średnia wieku dzieci wynosi cztery lata. Robimy wszystko, by dzieciaki dobrze zapamiętały naszą wizytę. Zaczynamy od polskich gier i plą­sów: ciuciubabka, „Stary niedźwiedź mocno śpi”, „Zasiali górale owies”. Dzieciom najbardziej podo­ba się zabawa w pociąg, a raczej w kraksę pociągu czyli moment, kiedy wszystkie wywracają się jedno na drugie. Maluchy tracą głowę dla piłeczek. Postanawiam im je sprezentować, ale nauczycielka nalega, bym je zabrał, ponieważ nie potrafi zapanować nad dziećmi, kiedy bawią się piłkami.

Ostatniego dnia pobytu rozgrywamy towarzyski mecz między uczniami naszej szkoły a Nepal­czy­ka­mi. Zwycięsko wychodzimy z tego spotkania, ale każdy jest szczęśliwy ze wspólnej zabawy.

 

  image_06_XVI_Dhungkharka_sm2_fot_Michal_CiolekXVI Szkolna Wyprawa Geograficzna w Dhungkharce
Fot. Michał Ciołek

 

W czwartym dniu naszego pobytu w Kathmandu jedziemy do miejscowości Dhungkharka. Choć w stolicy zniszczenia są niewielkie, to trzęsienie ziemi dało o sobie znać dużo bardziej w okolicach miasta. Świetnym tego przykładem jest Dhungkharka, wieś zamieszkała przez mniej więcej 4 000 osób, gdzie żyje się tradycyjnie, a sprzęty elektroniczne to rzadkość.
Kiedy dojeżdżamy również zostajemy gorąco przywitani: każdy z nas przed wejściem dostaje khatę – tradycyjny szal ceremonialny i wielki wieniec z kwiatów. Jednak bardziej niesamowite jest to, co stanie się za chwilę.
Wchodzimy na dziedziniec szkoły. Tam znajdują się wszyscy uczniowie Shree Parbati Higher Secondary School skandujący „Poland! Poland!”. Szkoła liczy ponad 600 uczniów, więc hałas był tak ogromny, jak nasze pozytywne zaskoczenie. Następnie zostajemy zaproszeni do gabinetu, by mogło nastąpić oficjalne przywitanie dwóch dyrektorów. Po wszystkich formalnych zabiegach zostajemy zaprowadzeni do naszego schronienia na noc.
Zaczynamy rozmowę z dyrektorem nepalskiej szkoły. Niezwykle miły i przyjazny znajduje czas, by porozmawiać z każdym z nas, a rozmowy te trwają do późnego wieczora.

Następnego dnia wstajemy bardzo wcześnie, by poznać okolicę. Spacer uświadamia mi, że można żyć tak, jak żyli nasi przodkowie. Praca w młynie napędzanym strumieniem rzeki to tutaj nie przestarzała czynność, ale coś, co daje pożywienie całej wiosce. Odwiedzamy jeden z domów: rodzina, która tam mieszka, nie ma telewizora, ogrzewania centralnego ani komputera i nie zauważyłem, by im tego brakowało.

Wracamy do szkoły. Wiek uczniów waha się od lat pięciu do osiemnastu. Podczas naszego pobytu na lekcjach wymieniamy się informacjami na temat państw, z których pochodzimy i naszych szkół. Czas biegnie nieubłagalnie i szybko: nim się rozkręciliśmy, trzeba było iść na szkolny apel.
Tam następuje wymiana kulturalna: zostaje odśpiewany hymn obu państw plus hymn naszej szkoły. Następnie jest prezentacja szkolnych talentów obu szkół. Szymon, Agnieszka i Magda to przodownicy tańca w różnych jego kategoriach, więc to oni występują na betonie dziedzińca.
Po pokazach jest czas na honorowe przekazanie funduszy zebranych na szkołę w Nepalu. Shree Parvati Higher Secondary School niestety ucierpiała w wyniku trzęsienia ziemi i należy ją gruntownie wyremontować.

 

image_07_szkola_Dhungkharka_sm2_fot_Michal_CiolekSzkoła w Dhungkharce wymaga gruntownej przebudowy
Fot. Michał Ciołek

Apel się kończy. Żegnamy się z uczniami i gronem pedagogicznym i wracamy do Kathmandu.


Ostatnie chwile spędzamy na zwiedzaniu. Oglądamy leżące tuż przy stolicy stare miasta: Bhaktapur i Lalitpur, a w nim plac centralny Patan Durbar Square. To tutaj jedna ze świątyń uległa całkowitej destrukcji, a pod jej gruzami zginęło wiele osób.

Przed wyjazdem rozgrywamy w stolicy jeszcze jeden mecz, ale tym razem przeciwna drużyna jest o wiele lepsza od nas. Z twarzą wychodzimy z gry zdobywając jednego gola na siedem drużyny przeciwnej! 18_2015-08-06

Z okazji meczu organizujemy sobie koszulki w barwach Polski, z numerami i ksywkami. Na imprezie obecne są tutejsze media i znany komik nepalski, który zabawnie komentuje cały mecz.

Żegnamy Nepal, który okazał się bardzo przyjaznym miejscem i wielu z nas zapamiętało go wspaniale.

 

Rozpoczyna się kolejny rozdział podróży, ponownie pełny hałasu, ciepła, dobrej zabawy i wrażeń. Jedno z miejsc, w którym trzeba zobaczyć Ganges to Varanasi, dawniej zwane Benares, tam się też kierujemy. Męcząca całonocna podróż w publicznym autobusie, z długą przerwą na wymianę przebitej dętki, wymusza na nas sen po przyjeździe. Po południu nadarza nam się kolejna okazja zobaczenia bollywoodzkiego hitu „Bahubali”.

Varanasi to stolica hinduizmu, o czym przekonujemy się wieczorem uczestnicząc w Pudży poświęconej bogom żywiołów. Całość odbywa się na świętej rzece. Uczestniczący siedzą na łodziach obserwując braminów odprawiających rytuały. W tym czasie większość puszcza na rzekę pływające świeczki ozdobione kwiatami. Odbieram Varanasi jako miejsce spotkania życia ze śmiercią. Wyrazem tego jest zabudowany od setek lat jeden z brzegów Gangesu i kompletna, jałowa pustka na drugim brzegu rzeki.

Następnego dnia odwiedzamy Sarnath – miejsce ważne dla buddystów ponieważ to tutaj Budda wygłosił swoje pierwsze kazanie. Znajduje się tu jeden z najwyższych posągów Buddy.
Dzień później odwiedzamy Uniwersytet Benares i Manikarnika Gat na brzegu Gangesu, gdzie dokonuje się uroczystych spaleń zwłok. Hinduiści wierzą, że zwłoki winny palić się ,póki nie pęknie czaszka zmarłego, co jest równoznaczne z uwolnieniem duszy. Jeśli do tego nie dojdzie, najstarszy syn powinien ją rozbić.

Wyprawa rusza dalej. Kolejny cel to Amritsar, czyli miasto, w którym znajduje się najważniejsze miejsce kultu Sikhów – Złota Świątynia, a w niej Sri Guru Granth Sahib czyli święta sikhijska księga, bez przerwy odczytywana. Zaskakuje nas fakt, że świątynia w Amritsarze wydaje dziennie do 20 000 posiłków dla potrzebujących i osób głodnych.

Kierunek kolejny to granica dwóch zwaśnionych od wielu lat państw czyli Indii i Pakistanu. Zanim dotrzemy na miejsce musimy parędziesiąt kilometrów przejechać jeepem, kolejne parę przejść i poddać się kilku inspekcjom nieufnych strażników. Ceremonia zamknięcia granicy rozpoczyna się wraz z zachodem słońca. Napiętą atmosferę czuć w powietrzu. Określiłbym całość jako zawody w przekrzykiwaniu się i pokazywaniu, kto jest lepszy i kto puści głośniej muzykę. Żeby pokazać swoją przewagę nad konkurentem obie strony wymachują flagami. Sytuacja zarazem poważna, śmieszna i dziecinna.

Następny etap to wyprawa do Kaszmiru i Ladakhu. Piękne są to rejony i tę część zapamiętam szczególnie. Najpierw jedziemy do Srinagaru, gdzie naszymi domami są mieszkalne łodzie unoszące się na wodach jeziora. 19_2015-08-14_IMG_9585_Srinagar_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Przepiękna górska sceneria w połączeniu z miastem zapada w pamięci. Nasz pobyt tutaj przeznaczamy na podróżowanie po jeziorze Dal drewnianymi łódkami wiosłowymi shikara, pełniącymi rolę taksówek wodnych. 20_2015-08-15_IMG_9696_Srinagar_sm2_arch_Alexander_Suchanek

To jest czas na zregenerowanie naszych sił, ale co dobre szybko się kończy.

 

Pora ruszać do Ladakh – Małego Tybetu.

image_08_Srinagar-Ladakh_sm2_fot_Alexander_SuchanekNiebezpieczne drogi na trasie Srinagar – Ladakh

Tutaj czekają mnie największe wrażenia. Odwiedzanie buddyjskich klasztorów i pałaców dawnych władców to coś, na co czekałem kilka miesięcy.

image_09_Ladakh_sm2_fot_Alexander_SuchanekLadakh, czyli miejsce gdzie nie wiesz, czy rozrzedzone powietrze czy widoki zapierają ci dech

 

 

25_2015-08-18_IMG_0268_Leh_sm2_arch_Alexander_Suchanek 26_2015-08-19_IMG_0655_Ladakh_sm2_arch_Alexander_Suchanek 27_2015-08-22_IMG_Ladakh_1003_sm2_arch_Alexander_Suchanek 23_2015-08-17_IMG_0166_Alchi_droga_do_Leh_sm2_arch_Alexander_Suchanek 24_2015-08-23_IMG_1081_Ladakh_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Jałowe góry i i zielona dolina Indusu między pasmami gór Karakorum a Himalajami zapiera dech w piersi, podobnie jak przejazd przełęczą na wysokości 5 000 m n.p.m. Słuchać można w nieskończoność buddyjskich legend o jeziorach zamieszkanych przez demony czy o historii himalaizmu.
W Ladakhu spędzamy noc nad Pangong Tso – jeziorem, którego większa część leży po stronie chińskiej. To jest niezapomniana noc. Niebo niezanieczyszczone światłem sztucznym to rzadkość w XXI w. Spadające gwiazdy nad Pangongiem to rzecz normalna.

 

 

Zjeżdżając z gór odwiedzamy miasteczka Kaza, Tabo, Nako, Sarahan. 30_2015-08-24_IMG_1120_Tabo_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Wraz z obniżaniem wysokości zmienia się flora: odzwyczajeni od zieloności możemy znowu nacieszyć się lasami.
Na ostatnim odcinku – niespodzianka. Na wąską drogę osunęły się tony ziemi i głazów, przez co zrobił się ogromny korek. Czekamy w miasteczku obok. Mija godzina jedna, druga, a kiedy w końcu wyczyszczono drogę i wszystkie pojazdy ruszyły, zrobił się kolejny korek. Do Sarahanu docieramy wieczorem.

O poranku, po krótkim zwiedzaniu, jedziemy do Shimli. 31_2015-08-29_IMG_1219_droga_do_Shimli_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Miasto jest typowo turystyczne. Markowe sklepy, europejskie restauracje.

Wyprawa powoli zmierza ku końcowi.32_2015-08-29_IMG_1228_Shimla_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Jeszcze odwiedzamy dawną stolicę Wielkich Mogołów – Fatehpur Sikri oraz Sikandrę – mauzoleum Akbara Wielkiego, władcy mogolskiego.

 

Ostatnim przystankiem przed Delhi jest Agra. Nadszedł wyczekiwany przez dwa miesiące moment: zwiedzanie Taj Mahal.

image_10_Taj_Mahal_sm2_fot_Mateusz_Trojanowski Jeden z największych grobowców świata – Taj Mahal
Fot. Mateusz Trojanowski

Naszym oczom ukazuje się idealna, biała jak śnieg budowla (nawet słynny Burj Khalifa, który mieliśmy później okazję zobaczyć w Dubaju, nie wydał nam się tak imponujący). W cieniu Taj Mahal. Spędzamy dobrych parę godzin, by nacieszyć oczy, a obserwując grobowiec z różnych perspektyw zauważamy, jak zmienia się kolor białego marmuru w zależności od kąta padania światła.

 

Wieczorem trzeba wracać do hotelu, a następnie ruszać dalej – do znanego już hotelu Relax.
Świetne to uczucie, gdy po dwóch miesiącach ciągłego przemieszczania jest się znowu w miejscu, w którym się już było. Wszystko wydaje się być inne. To dlatego, że poznaliśmy już nieco indyjską kulturę i zaczynamy ją pojmować. Jedno jest pewne. Żadne z nas nie może powiedzieć, że zna Indie. Tak naprawdę poznaliśmy tylko niewielki skrawek tego, co ten kraj ma do zaoferowania. Była to jedna z lekcji życia, z których możemy coś wyciągnąć.

Ostatnie dni poświęcamy na zwiedzanie stolicy. Dane jest nam zobaczyć India Gate, oraz miejsca związane z osobami ważnymi w historii Indii, jakimi byli Mahatma Gandhi i Indira Gandhi. Zwiedzamy też Qutub Minar, czyli miejsce, gdzie znajduje się najwyższy ceglany minaret w Indiach i na świecie.

Spakowani jedziemy na lotnisko. Wszystko biegnie zgodnie z planem. Kiedy ważymy nasze plecaki, okazuje się, że mój w ciągu całej wyprawy zrzucił osiem kilogramów. Początkowo ważył 21 kg, a skoń­czył na 13 kg, co czyniło go jednym z najlżejszych plecaków wśród bagaży innych uczest­ni­ków.
Wylatujemy. Przesiadka jest Dubaju, jak poprzednio. Pech – lub szczęście – chce, że spóźniamy się na kolejny samolot i musimy czekać 24 go­dziny. Zostajemy zakwaterowani w hotelu linii lotniczych Emirates, a wolny czas spędzamy na zwie­dzaniu miasta.
Udaje nam się zobaczyć Burj Khalifa – najwyższy wieżowiec na świecie, klimatyzowane chodniki i centrum handlowe, w którym znajduje się stok narciarski. Ale czy te naszpikowane elektroniką bajery robią na nas większe wrażenie niż widoki indyjskie? Po pewnym czasie mam już dość tego miasta z przepychem i cieszę się, że wracamy do hotelu.

Nad ranem przyjeżdża po nas busik i jedziemy na lotnisko. Bagażami nie musimy się przejmować, bo poleciały już do Polski.
Lot mija szybko, podobnie jak przejazd z Warszawy do Chorzowa. Tam na nas wszyscy czekają. Jednak wiemy, że to nie koniec Wyprawy. Za dwa dni spotkamy się w szkole i zno­wu będziemy ze sobą spędzać czas, i nadal będziemy członkami Koła Geograficznego „Peneplena”.

Alexander Suchanek
30 grudnia 2015
Zdjęcia: jeśli nie podpisano inaczej, autora lub z jego archiwum.

Skład wyprawy:
Uczennice i uczniowie:
Gustaw Błaszczyński, Emilia Burnat, Michał Ciołek, Martyna Dzik, Wiktoria Grabny, Barbara Józefowska, Szymon Kot, Karolina Kruszewska, Ruben Krystoń, Kaja Mierzwińska, Agnieszka Pająk, Magda Pokrywka, Oliwia Sowińska, Alexander Suchanek, Mateusz Trojanowski, Aleksandra Żukowska;

Opiekunowie: Przemysław Fabjański, Grażyna Kokott-Sikora, Marcin Malcher, Paulina Owsiak, Adrianna Suchanek.34_XVI_Wyprawa_Peneplena_mapa_5

 

= = = = =

2014-08-13_IMG_0191_cr_sm_arch_Alexander_SuchanekAlexander Suchanek mieszka w Świętochłowicach.
Po rocznych kwalifikacjach (2012/2013), będąc w trzeciej klasie gimnazjum, został uczniem Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2013, polsko-rosyjska. Przepłynął w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Gdańska do Civitavecchia.
Obecnie uczy się w I LO im. Juliusza Słowackiego w Chorzowie; uczestniczy tam m.in. w pracach Koła Geografów „Peneplena” (Koło to, prowadzone przez dyrektora szkoły i podróżnika Przemysława Fabjańskiego, jest członkiem The Young Explorers Trust przy The Royal Geographical Society w Londynie i National Geographic Society w Waszyngtonie).
Uprawia snowboard, żeglarstwo, narciarstwo.

Reportaż Alexa z rejsu na Bornholm znajdziecie tu:
► Alex Suchanek: Bornholmska przygoda

To, co Alex i reszta młodych ze SzPŻ-2013 napisali o rejsie Pogorią, znajdziecie tu:  
Szkoła Pod Żaglami 2013 – przez młodych opisana


 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« July 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

LATO

 

– Ładnie dzisiaj… chociaż nie bardzo… No, jednak… Słowem, nie brzydko, a to najważniejsze… Tak. Nie pada deszcz, nie ma też śniegu.
– To byłoby dziwne, jest przecież lato.
– Proszę mi wybaczyć, właśnie to chciałem powiedzieć… chociaż dowie się pani, że można się wszystkiego spodziewać.
– Zapewne.
– Na tym świecie, proszę pani, niczego nie możemy być pewni.

 

* * *

Pyszne lato, paw olbrzymi,
stojący za parku kratą,
roztoczywszy wachlarz ogona,
który się czernią i fioletem dymi,
spogląda wkoło oczyma płowymi,
wzruszając złotą i błękitną rzęsą.
I z błyszczącego łona
wydaje krzepkie krzyki,
aż drży łopuchów zieleniste mięso,
trzęsą się wielkie serca rumbarbaru
i jaskry, które wywracają płatki
z miłości skwaru,
i rozśpiewane, więdnące storczyki.


O, siądź na moim oknie, przecudowne lato,
niech wtulę mocno głowę w twoje ciepłe pióra
korzennej woni,
na wietrze drżące — —
niech żółte słońce
gorącą ręką oczy mi przesłoni,
niech się z rozkoszy ma dusza wygina
jak poskręcany wąs dzikiego wina. —

 

= = = = = = =

Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego, na półkuli północnej najcieplejsza… bla-bla-bla.

Ponieważ to – było nie było – kalendarz, więc zbiór cytatów i silva rerum z cyklu „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie!”, nie od rzeczy będzie po raz kolejny „palnąć koncept z kalendarza”, czyli polecieć stereotypem. Ale miłym, bo któż z pokoleń pamiętających rok 1960 nie śpiewał:

Lato, lato, lato czeka,
Razem z latem czeka rzeka,
Razem z rzeką czeka las,
A tam ciągle nie ma nas .

Już za parę dni, za dni parę
Weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów, Pitagoras – bądźże zdrów ,
Do widzenia wam „canto, cantare”!

Dla tych, którzy nie pamiętają: to fragment piosenki z filmu Szatan z siódmej klasy – tego oryginalnego, z roku 1960, w reżyserii Marii Kaniew­skiej, w którym debiutowała na ekranie studentka polonistyki Pola Raksa (poróżniła nas, za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał – śpiewa od 1982 roku Grzegorz  Markowski z Perfectu tekstem Bogdana Olewicza). Co dodaję, bo jest też wersja tego filmu z roku 2006, której autorów wymieniać, przez grzeczność, nie będę.
Przez tę samą grzeczność (choć z innych pobudek) dodam, że tekst piosenki napisał Ludwik Jerzy Kern, muzykę – Witold Krzemieński, a wersję oryginalną zaśpiewała Halina Kunicka z Orkiestrą Taneczną PR pod dyrekcją Edwarda Czernego. Szacunek!

==========================

Lato astronomiczne rozpoczyna się od przesilenia letniego i kończy z równonocą jesienną.

Przesilenie letnie Słońca (solstycjum) na półkuli północnej wypada w dniu, kiedy Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – leżącym na północnym równoleżniku 52°13’ – wynosi 61°14’. Podczas przesilenia dzień jest najdłuższy (a noc najkrótsza) w roku.

Równonoc (ekwinokcjum) to dzień, w którym Słońce góruje w zenicie nad równikiem; zdarza się dwa razy w roku: jako początek wiosny (równonoc marcowa – wiosenna) i koniec lata (równonoc wrześniowa – jesienna). Podczas równonocy długość dnia równa jest długości nocy. W dniach równonocy Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Łatwo wtedy można obliczyć szerokość geograficzną miejsca obserwacji: wystarczy zmierzyć w stopniach wysokość górującego Słońca i odjąć tę wartość od 90º.
W centrum Warszawy (52°13’ szerokości geograficznej północnej) dokładny pomiar powinien wykazać właśnie 52°13’.

W pierwszym ćwierćwieczu XXI w. lato na półkuli północnej zaczyna się 21 czerwca (jedynym wyjątkiem jest rok 2024: 20 czerwca, ale 69 minut przed północą!) i trwa do równonocy jesiennej, czyli do 22 lub 23 września
(2018 – 23 IX).

Podczas lata astronomicznego dzień jest dłuższy od nocy, jednak z każdą dobą dnia ubywa, a nocy przybywa. Słońce wschodzi coraz później i góruje na coraz mniejszych wysokościach nad horyzontem.
Za miesiące letnie na półkuli północnej uznaje się czerwiec, lipiec i sierpień.
Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku: tam miesiące letnie to grudzień, styczeń i luty.

 

Lato klimatyczne to ten okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza przekraczają 15°C. Pomiędzy latem klimatycznym i sąsiednimi klimatycznymi porami roku nie ma etapów przejściowych, w przeciwieństwie do zimy poprzedzanej przedzimiem i następującym po niej przedwiośniem.

 

Rzeczownik „lato” w liczbie pojedynczej dawniej (a dziś w gwarach) znaczył „rok”.

Mąż z królem Bolesławem poszedł na Kijowiany
Lato za latem bieży, nie masz go z bojowiska

pisał Mickiewicz (w jakim utworze – wiadomo).
W języku ogólnopolskim przetrwał w tym znaczeniu do dziś: w liczbie mnogiej rzeczownika „rok”, jako jego forma supletywna. A i w gwarach ma się jak najlepiej: latoś znaczy tyle co ‘w tym roku’, a latosi – ‘tegoroczny’.

 

W terminologii kościelnej istnieje termin „miłościwe lato” oznaczający Rok Jubileuszowy lub Rok Święty (Annum Sanctum), połączony z odpustem, którego jednym z warunków jest odwiedzenie określonych kościołów: niegdyś tylko w Rzymie, dziś – na całym świecie.
Po raz pierwszy obchodzono go w roku 1300 za papieża Bonifacego VIII. Pierwotnie miał się powtarzać co 100 lat, ale zaraz Klemens IV skrócił ten okres o połowę, a Paweł II do 25 lat.
Do tego dochodzą „okazje specjalne”, np. Pius XI ogłosił rok 1933 Świętym dla przypomnienia 1900. rocznicy śmierci Chrystusa, a Benedykt XVI za Annum Sanctum uznał rok 2008, w drugie tysiąclecie od narodzin św. Pawła.

 

Latem, od V w., Kościół wschodnio-chrześcijański obchodził koimesis (gr. Κοίμησις, zaśnięcie) Najświętszej Maryi Panny w przeświadczeniu, że Maryja nie umarła jak zwykły człowiek, lecz została zabrana do Nieba.
W chrześcijaństwie zachodnim, kiedy w VII w. to święto zostało przyjęte w Rzymie, termin „zaśnięcie” został zastąpiony przez „wniebowzięcie”.
W Kościele katolickim, w roku 1950, Pius XII, ogłosił dogmat, stwierdzający, że Maryja, po zakończeniu ziemskiego życia, mocą Bożą została z ciałem i duszą wzięta do wiecznej chwały.

Cerkiew prawosławna obchodzi święto Zaśnięcie Bogurodzicy 15 sierpnia (28 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego).

Protestanci przeciwstawiają się dogmatowi o wniebowzięciu, podając jako argument brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat w Biblii.

W Polsce dzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia) jest wolny od pracy. Tego samego dnia obchodzone jest Święto Wojska Polskiego (przywrócone w 1992).

Święto Wniebowzięcia nazywane jest Świętem Matki Boskiej Zielnej, ponieważ w czasie obrzędów błogosławi się wiązanki ziół i kwiatów.
Według wiary ludowej pobłogosławiony bukiet nabiera cudownych, leczniczych właściwości. Wierni, wracając z kościoła, zostawiali go wśród upraw, gdzie miał przynieść szczęście w zbiorach. Po kilku dniach bukiet zabierany był do domu: najpierw obnoszono go po izbach, a później przechowywano w eksponowanym miejscu, które dawało pewność, że jego moc będzie działała.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
lato to:

białoruskiлетa [lieta]
bośniackiljeto
bułgarskiлято [liato]
chorwackiljeto
czeskiléto
kaszubskilato
litewskivasara
łużycki (dolny)lěśe
łużycki (górny)lěćo
łotewskivasara
macedońskiлетo [lieto]
rosyjski
летo [lieto]

serbskiлетo [lieto]
słowackileto
słoweńskipoletje
ukraińskiліто [lito]
żmudzkivasara

 

Przysłowia związane z latem:

Co się w lecie zarobi,
tym się w zimie żyje.

Co w lecie nogami,
to w zimie rękami.

Dobra nowina:
będzie lato, poszła zima.

Idą za szczęściem
iáko iáskołki zá látem.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto latem pracuje,
zimą głodu nie poczuje.

Kto latem w chłodzie,
ten w zimie o głodzie.

Kto w lecie nie zbiera,
w zimie przymiera.

Kto w lecie próżnuje,
w zimie nędzę czuje.

Latem zbiera baba grzyby,
a chłop w niedzielę
idzie z wędą na ryby.

Lecie mi go nie chłódź,
zimo mi go nie grzej.
[o człowieku, któremu dogodzić trudno, i tak mu źle i tak niedobrze]

Lepsze jedno lato niż dwie zimy.

Mnima káżdy iż wiecznie
Iuż ták ma być láto
.

[Rej, Wizerunk własny żywota człowieka poczciwego, 1558]

Na to jak na lato.
[wyrażenie oznaczające wielką ochotę, skwapliwą zgodę]

O, co bym ja dała za to,
gdyby zawsze było lato.

To pewna nowina:
bywszy lato, będzie zima.

Trzebá się rozmyśláć ná to
Iż nie iutro będzie láto.
[Rej, Zwierciadło, 1568]

W lecie bez roboty,
w zimie bez butów.

Za lata zbieraj na zimę.

 

Przysłowie na
Matkę Boską Szkaplerzną
(16 VII)

Wraz z Szkaplerzną Matką
na zagon, czeladko!

 

Przysłowia na
Wniebowzięcie N.M.P.
(15 VIII)

Do Marji Wniebowstąpienia
miej w stodole połowę mienia.

Gdy w pogodę do nieba Maria wstępuje,
wino Węgrom obfite jesień obiecuje.

Marji Wniebowstąpienie
czyni reszty zboża plenie.

Na Wniebowzięcie
pokończone żęcie.

Pogoda na Wniebowzięcie,
ciężkie ziarno wnet po sprzęcie

W Wniebowzięcie Panny Marji
słońce jasne,
będzie wino godnie kwaśne.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytaty na wstępie:
Ionesco, Eugène. Lekcja (La Leçon). (1950) Tłum. Jan Błoński.

Pawlikowska-Jasnorzewska, Maria. „Pyszne lato”. Niebieskie migdały (1922)

LIPIEC...

Lipiec – siódmy miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 31 dni.

W staropolszczyźnie i w gwarach siódmy miesiąc roku nazywano również lipień. Do dziś tę nazwę zachował język ukraiński (липень) i białoruski (ліпень).

Według Aleksandra Brücknera (1856-1939) – filologa i slawisty, historyka literatury i kultury polskiej, znawcy staropolszczyzny – nazwa pochodzi od kwitnących lip (po litewsku ‘lipiec’ i ‘lipa’ to liepa). Ponieważ lipy kwitną na przełomie czerwca i lipca, stąd nazwa tego drzewa w różnych językach słowiańskich może wchodzić do nazw każdego z tych miesięcy, np. w chorwackim lipanj to czerwiec (lipiec to srpanj, a sierpień – kolovoz).

Lipiec to również miód zbierany z kwiatu lipowego i napój alkoholowy robiony z tego miodu.
Jankiel, chcąc spacyfikować warchołów, wiedział, jak kusić patriarchę Dobrzyńskich:

Każę przynieść kozice, basetlę, dwie skrzypiec,
A pan Maciek Dobrodziej lubi stary lipiec
I nowego mazurka

Większość języków europejskich nazywa siódmy miesiąc roku wariantami nazwy łacińskiej obowiązującej od 46 roku p.n.e.: Iulius.
Wcześniej tenże okres nazywał się Quintilis – „piąty miesiąc”; (quinque to po łacinie pięć, quintus – piąty), ale właśnie w 46 p.n.e. Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).

Jeśli ktoś uważa, że w takim czy innym kraju różne organizacje przesadnie podmaślają się rządowi, to niech wie, że naprawdę może być gorzej: miesięcy od panujących premierów, prezydentów czy monarchów jeszcze się nie nazywa.

A w Rzymie (republikańskim!) i owszem: nazwa została nadana miesiącowi na cześć Juliusza Cezara (Gaius Iulius Caesar), który wtedy obchodził urodziny. Gdybyśmy już tak zupełnie poszli w ślady Rzymian, to ciekawie mogłyby się nazywać np. maj, czerwiec, sierpień i kilka innych.

Owidiusz, w poemacie o kalendarzu rzymskim, nie zdążył dojechać do lipca i zamącić w głowach potomnych swą wydumaną etymologią. Na nasze szczęście (i jego nieszczęście) prace nad Fasti (8 r. n.e., już cesarstwo) przerwał imperator Oktawian, dożywotnio zsyłając poetę do Dacji (kiedyś tam będzie Rumunia – napisał Kaczmarski). Rzekomo za nieskromność Ars amatoriaSztuki kochania, ale to wymyślili tzw. moraliści; tak naprawdę nie wiemy za co. Faktem jest jednak, że jeszcze w roku 1930 celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu.

 

 

4 lipca to w USA Święto Niepodległości obchodzone w rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości (4th of July).

Deklaracja to jednak nie to samo co uzyskanie niepodległości – 4 lipca 1776 zbuntowani koloniści opubliko­wali jedynie swe pobożne życzenie. Dziś mówi się o tym „wola narodu”, ale historię piszą zwycięzcy.  W momencie ogłoszenia Deklaracji trwała już Wojna Rewolucyjna (za jej początek przyjęło się uznawać 19 kwietnia 1775) między kolonistami i armią brytyjską, a jej koleje mogły potoczyć się różnie; jaki byłby los schwytanych rebeliantów w razie wygranej Imperium, lepiej nie wspominać. Ponieważ buntownicy wygrali – pozostali przy nazwie „Patrioci”, wielkodusznie przyznając miano „lojalistów” tym, którzy pod władzą Jerzego III chcieli zostać (a później dali nogę do Kanady).
Dziś w Polsce przeciwników politycznych nazywa się zupełnie inaczej – i chyba na tym też polega różnica. Różnica wobec czego? No jak to – nie wiecie, że wróbelek tym się różni, że ma jedną nóżkę bardziej od drugiej?

Formalnie, w świetle prawa międzynarodowego, USA zostały uznane za suwerenne państwo na mocy kończącego wojnę Pokoju Paryskiego, podpisanego 3 września 1783 w Wersalu, w którym Wielka Brytania uznała niepodległość Stanów Zjednoczonych.

 

6-14 lipca – w Pampelunie (Kraj Basków w granicach Hiszpanii) to dni poświęcone obchodom ku czci prawie mitycznego biskupa Fermina, żyjącego w III w., dziś świętego. Po hiszpańsku obchody nazywają się Sanfermines, a mają do siebie to, że wówczas każdy (no dobrze: prawie każdy) może sobie pobiegać po ulicach z bykami (co z kolei nazywa się encierro).

Encierro dosłownie znaczy „zamknięcie”, a chodzi o to, że w różnych miastach w krajach, gdzie corrida jeszcze jest dozwolona, byki przepędza się – ulicami miasta – z zagrody na stadion. Zwierzęta ktoś musi poganiać, nierzadko więc zdarza się, że buzujący testosteron nagle przemieszcza przepędzaczy zza byków przed byki.

Bycze gonitwy w Pampelunie zyskały międzynarodową sławę dlatego, że w powieści Słońce też wschodzi  (1926) opisał je Hemingway (wierzę, że właśnie dlatego, bo cenię Hemingwaya).

 

14 lipca – święto narodowe Francji w rocznicę zburzenia Bastylii w 1789.

W Bastylii siedziało wówczas siedmiu więźniów: czterej fałszerze, dwaj psychicznie chorzy i hrabia Hubert de Solage – zamknięty na życzenie rodziny, która twierdziła, że to za grzeszną miłość do siostry, ale jak zwykle chodziło o pieniądze i to wcale niemałe.

Dziesięć dni wcześniej przeniesiono z Bastylii do zakładu dla umysłowo chorych (wtedy mówiono „dom wariatów”) w Charenton markiza de Sade; rękopis jego Stu dwudziestu dni Sodomy został w Bastylii i – dzięki jej splądrowaniu przed zburzeniem – ocalał.

Przy okazji: kto nie widział filmu Marat/Sade (1967) w reżyserii Peter Brooka, według sztuki niemiec­kie­go dramatopisarza Petera Weissa – ten niewiele widział! Zamiast opowiadania o filmie wystarczy podać jego pełny tytuł: Prześladowanie i zabójstwo Jean-Paula Marata w wykonaniu pensjonariuszy zakładu dla obłąkanych w Charenton w reżyserii Markiza de Sade (The Persecution and Assassination of Jean-Paul Marat as Performed by the Inmates of the Asylum of Charenton Under the Direction of the Marquis de Sade).

Marat akurat tutaj pasuje, bo zmarł 13 lipca (1793, a wolę nawet nie patrzeć na datę jego urodzin), ale o tym monstrum rewolucji przeczytacie za rok. Dość okropieństw na teraz.

 

21 lipca 1969 (02:56:15 GMT, w USA był wciąż 20 lipca) Neil Armstrong wykonał na Księżycu mały krok człowieka, ale gigantyczny skok ludzkości.

Tak, wierzę w to, że naprawdę tam byli. W coś trzeba wierzyć!

 

22 lipca – święto państwowe w PRL, obchodzone na pamiątkę rocznicy ogłoszenia Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w 1944 r., zwanego Manifestem Lipcowym.

Jak to zawsze w sowietyzmie bywało: to prawda – ale taka sama jak w tym, że na Placu Czerwonym rozdawano samochody marki wołga.

 

Manifest PKWN został zatwierdzony i podpisany przez Stalina 20 lipca 1944 w Moskwie, tam wydruko­wany (co łatwo można stwierdzić oglądając krój czcionki użytej w oryginalnych egzemplarzach) i tam też – 22 lipca 1944 – ogłoszony, choć jako miejsce ogłoszenia podano Chełm. 

Nie był to pierwszy i nie ostatni przypadek, kiedy hegemon tworzył jakieś swoje satelickie państewko wokół rządu przyniesionego w teczce. 

Problem zaczyna się robić poważniejszy, gdy to państewko okazuje się być naszym, a pogłębia – gdy wychodzi na jaw, że ten państwowy kreacjonizm jest częścią planu zakrojonego na długie, długie lata.

Stalin – bez wątpienia najbardziej efektywny polityk pierwszej połowy XX wieku i jakiego kiedykolwiek miała Rosja (jeśli ktoś nie wierzy, niech sobie dokładnie obejrzy odpowiedni dział atlasu historycznego) – był o wiele ostrożniejszy niż jego zachodni uczeń, naśladowca i przez wiele laty przyjaciel Adolf Hitler: słów na wiatr nie rzucał. Głośno reklamowana „tysiącletnia rzesza” przetrwała lat zaledwie tuzin, a jakoś nie pamiętam, by propaganda sowiecka kiedykolwiek ujmowała okres istnienia imperium w jakieś limity czasowe. Wszyscy po prostu wiedzieli, że jest wieczne i kropka. To, że totalitarny moloch ZSRR przetrwał – w epoce błyskawicznych zmian XX wieku – bez mała 3/4 stulecia, jest fenomenem. Pobić ten wynik mogą tylko komunistyczne Chiny, ale dopiero za 5 lat.

 

PKWN był właśnie takim rządem przyniesionym w teczce z Moskwy. Złożony z marionetek wykonywał ruchy wymuszane przez sznurki pociągane przez Głównego Lalkarza.

Wszystko oczywiście – jak to zawsze w sowietyzmie bywało – przy pozorach zachowania wymogów demokracji obowiązujących w wolnym świecie.

Dziś, co młodszym i z mniejszą wyobraźnią polityczną, trudno uwierzyć, że w sowieckim systemie istniały żywiołowe kampanie wyborcze i najprawdziwsze wybory, podczas gdy wszystkich kandydatów (i kandy­datki) wystawiała jedna, jedyna partia. Wybrani zasiadali zaś w organach władzy i na ustawy wniesione przez ich partię głosowali tak, jak im ich partyjne sumienie nakazywało. A kiedy zdarzył się wśród nich jakiś bezpartyjny (tacy też bywali – miało być przecież „przy pozorach zachowania wymogów demokracji”), który czasem bohatersko wstrzymał się od głosu, naród go nosił na rękach i miał za bohatera.

 

Od 1 sierpnia 1944 r. siedzibą PKWN stał się Lublin i dlatego często zwano go Komitetem Lubelskim, a i odezwie z 22 lipca przyklejano czasem nazwę „Manifest lubelski”, choć niby wszyscy wiedzieli, że ogłoszono go... w Chełmie, oczywiście.

Lublin... No cóż, powie ktoś, że po prostu był po drodze i na to piękne miasto padło. Nie wierzę w to ani na deko, bo w propagandzie totalitarnej przypadków nie ma. Po prostu wystarczy przypomnieć sobie z jaką słynną unią kojarzony był Lublin przez 375 lat i wszystko stanie się jasne. Litwa mogła być tylko sowiecka, a Lublin – siedzibą pierwszego rządu wolnej Polski. Brzmi? Brzmi!

To, co głosił Manifest, było oczywiście istotne dla przyszłości tworzonego właśnie kraju, ale nie było w tym nic ani dziwnego, ani zaskakującego – przynajmniej dla tych, którzy wiedzieli.

 

„Trzy razy w ciągu ostatnich 150 lat zachodni najeźdźcy pustoszyli europejską część Rosji”.

Stalin powiedział to już w Teheranie, gdy w listopadzie 1943 spotykał się z Rooseveltem i Churchil­lem, by omówić strategię przeciwko hitlerowskim Niemcom – i tego się trzymał ustalając cenę za stwo­rzenie frontu wschodniego. Podczas spotkania w Jałcie, w lutym 1945, dni Trzeciej Rzeszy były już policzone, a żądania Stalina – konkretne.

Jak w Teheranie tak i w Jałcie przywódcy Zachodnich Demokracji okazywali mu pełne zrozumienie i po­par­cie.
Rooseveltowi chodziło, by po zamknięciu frontu europejskiego, Uncle Joe stworzył front azja­tycki przeciwko Japonii, co liczyło się bardziej niż głosy Polonii w wyborach.
Głowa bolała za to Churchilla: jak wytłumaczyć swoim wyborcom (i reszcie Brytyjczyków), czemu podpisuje się pod aktem sprzedaży totalitarnemu i ludobójczemu systemowi blisko 200 milionów ludzi z Europy Wschodniej i Środ­kowej. A największy headache miał z powodu Polski: sporo ludzi w Brytanii pamiętało pakty i wypo­wiedze­nie wojny w 1939, Bitwę o Anglię i naszywki Poland na rękawach brytyjskich wszak mundurów.

Obaj Strażnicy Demokracji Zachodnich za każdym więc razem prosili usilnie Lwa Kaukazu, by obiecał wszem i wobec, że pomoże odbudować nową, demokratyczną Polskę, urządzi demokratyczne wybory i że w ogóle będzie się zachowywał szlachetnie i po rycersku (tak mówił FDR i są na to dokumenty).

Stalin kiwał głową i potwierdzał, bo wiedział, że nie jest ważne, jak głosują ludzie, tylko kto liczy głosy.

Lecz uspokaja ich gospodarz,
Pożółkły dłonią głaszcząc wąs:
„Mój kraj pomocną dłoń im poda,
Potem niech rządzą się, jak chcą.”

napisał 40 lat później Jacek Kaczmarski, dając w swym wierszu lapidarne podsumowanie Jałty i dokonań XX-wiecznego triumwiratu.

Jak Polska mogła się rządzić do 1989 roku – wiadomo (i nie ma w tym żadnej aluzji do tego, jak rządzi sie teraz!), ale jeszcze Kaczmarski:

Nie miejcie żalu do Churchilla,
Nie on wszak za tym wszystkim stał,
Wszak po to tylko był Triumwirat,
By Stalin dostał to, co chciał.

Komu zależy na pokoju,
Ten zawsze cofnie się przed gwałtem –
Wygra, kto się nie boi wojen,
I tak rozumieć trzeba Jałtę.

[...]

Nie miejcie więc do Trójcy żalu,
Wyrok historii za nią stał
Opracowany w każdym calu –
Każdy z nich chronił, co już miał.

 

Jasne! Przecież Churchill tak pięknie rok później rozpaczał jeżdżąc po Ameryce i Brytanii, i lejąc przed tłumami krokodylowe łzy wołał [aż wstyd tłumaczyć na polski, więc zostawiam w oryginale]:

From Stettin in the Baltic to Trieste in the Adriatic an iron curtain has descended across the Continent. Behind that line lie all the capitals of the ancient states of Central and Eastern Europe. Warsaw, Berlin, Prague, Vienna, Budapest, Belgrade, Bucharest and Sofia; all these famous cities and the populations around them lie in what I must call the Soviet sphere, and all are subject, in one form or another, not only to Soviet influence but to a very high and in some cases increasing measure of control from Moscow.

Miał po stokroć rację, że nikt się nawet nie zająknie, iż to za jego podpisem zapadła „żelazna kurtyna”, bo najlepsza metoda złodziejskiej ucieczki to kręcenie się w kółko z okrzykiem „Łapaj złodzieja!”

 

Zachodni sojusznicy bez mrugnięcia okiem zgodzili się, by Armia Czerwona została tam, gdzie stąpnie stopa krasnoarmiejca. Stalin więc dostał nawet więcej niż chciał, bo dwie strefy buforowe. Po kilku przesunięciach były to:  Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, i Ukraina – wcielone do Imperium jako republiki oraz pas wpół niepodległych państw satelickich: Finlandia, Polska, NRD, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria.

W ostatnim momencie uniknęła sowietyzacji Austria, później Jugosławia i Albania (które wprowadziły własne wersje reżimu), a na końcu, w 1956, – wywinęła się jakoś Sowietom Finlandia (poczytajcie o Karim). Reszta mapy była aktualna do roku 1989.

Byłaby pewnie dalej, gdyby nie niewielkie stosunkowo państwo leżące na bezdrożach środkowej Azji… Afganistan. Ale to już jest zupełnie inna historia, a jej dalszy ciąg przeczytacie w grudniu.

 

I tak rozumieć trzeba Manifest PKWN.

A w lipcowe rocznice na ulicach pojawiały się stra­ga­ny (pańs­two­we) z kieł­ba­są, bale­ro­nem (– Wi­dzisz, synku? Tak wyglą­da baleron! – Aha!), wędzo­ny­mi makre­lami i szprotami, śledziami w słoikach i innymi niedostępnymi na co dzień w sklepach towarami. Później było trochę lepiej, bo makrele częściej bywały w sklepach, ale to i tak nie pomogło.

 

25 lipca – dzień św. Krzysztofa; w niektórych parafiach z tej okazji odbywa się autosacrum – poświęcenie pojazdów. Tego samego dnia, z inicjatywy m.in. Duszpasterstwa Kierowców, w polskim Kościele obchodzony jest Dzień Bezpiecznego Kierowcy.

Komendant Główny Policji, p. Jarosław Szymczyk , zachwycał się w 2018 roku (policja nie podała dokładnej daty zachwytu) tym, co było w Polsce na drogach rok wcześniej.
W podsumowaniu roku 2017 pan Komendant nie podał konkretnie liczby wypadków ani liczby zabitych na drogach.
Podał – i to jest stopień mistrzostwa w kamuflażu – dane liczbowe z roku… 2008. Zaś rok 2017 z właści­wym sobie wdziękiem ujął optymistycznie:

Liczba wypadków drogowych spadła o 1.142. W ich wyniku życie straciło około 220 osób mniej, zaś rannych było mniej o 1.599 osób. To najlepsze wyniki od roku 2008.

Starsze pokolenie pamięta – rok 1980, kabaret „Tey”, program „Z tyłu sklepu”:

– Nie mówi się „jedno koło zepsute”! Mówi się: „Traktor ma trzy koła dobre”!
– Przecież to to samo!
– Ale jak brzmi!

Jeśli ktoś nie wierzy – bo przecież pan Komendant nie występował w kabarecie, a do tego mówił o spra­wach tragicznych – może zajrzeć: Policja online, Biuletyn Informacji Publicznej: Statystyka.

Oczywiście dokładne dane policyjne można znaleźć, ale zupełnie gdzie indziej. Za to z podsumowania pana Komendanta widzimy, że wyniki są najlepsze (w domyśle pierwszym: „za rządów obecnych rządów”, w domyśle drugim: „za rządów pana Komendanta Szymczyka”). I o to chodzi! Brawo ten pan!

 

W liczbach bezwzględnych: w 2017 r. w Polsce doszło do 32 760 wypadków drogowych: na drogach zginęło 2831 osób, a rannych w wypadkach było 39 466 osób.

„Śmiertelność drogowa” (jak nazywa to prasa) w Polsce wynosiła w 2017 roku 79 osoby na milion, przy średniej unijnej 51.

W 2012 na polskich drogach zginęło 3571 ludzi, a ok. 45 tys. zostało rannych.

W 2014 w Polsce w 34 970 wypadkach drogowych zginęły 3202 osoby, a 42 545 zostało rannych.
Niewiele ponad 3000 mieszkańców mają np. Oleszyce (3039), Chorzele (3072), Pyzdry (3185), Zakroczym (3208), Biała Rawska (3212), Myszyniec (3389).

W 2015 w Polsce w 32701 wypadkach zginęły 2904 osoby, a 39 457 zostało rannych.

Mniej więcej 2900 mieszkańców mają: Ryn (2900), Łobżenica (2975), Złoty Stok (2844), Nowe Miasteczko (2842), Knyszyn (2821).

40 tysięcy mieszkańców mają: Mińsk Mazowiecki (40 383), Chojnice (40 004) i Świdnik (39 885).

 

Tak, to prawda, że w roku 2017 – w porównaniu do 2008 – liczba wypadków drogowych zmalała, podobnie jak liczba zabitych i rannych. Ale – podam jeszcze raz – zginęło 2831 ludzi, a rannych było 39 466.

2805 mieszkańców ma Wąchock.
Świdnik ma 39 885 mieszkańców, Nowa Sól – 39 258, Bolesławiec – 39 167.

I teraz wyobraźcie sobie, że w ciągu jednego roku znika w Polsce 3-tysięczne miasto, a wszyscy mieszkańcy 40-tysięcznej aglomeracji leżą w szpitalu.

Mimo to polska prasa się nasładza, że „na polskich drogach jest coraz bezpieczniej”, a kierowcy z resztą narodu pomstują na radary, ograniczające wolności obywatelskie.

Pewnie to myślenie antypaństwowe, ale sądzę, że na Polskę i pięciu św. Krzysztofów byłoby mało.

 

Ostatnia niedziela lipca – święto obchodzi rosyjska marynarka wojenna (Военно-Морской Флот России).

 

 

Znaki Zodiaku w lipcu:

Rak (♋) – do 21 lipca
Lew (♌) – od 22 lipca.

O Raku było przy omawianiu czerwca, więc nie ma co powtarzać. Ale po nim przychodzi Lew. Wiadomo: król, władca, moc, potęga, duma, szlachetność, szczodrość, wspaniałomyślność. Czyli: bla-bla-bla, bo przecież to napisały o sobie albo same Lwy (i Lwice), albo ci, którzy od nich czegoś chcieli. A gdy tylko nie owijać prawdy w bawełnę, to zaraz się to nazywa „czarny PR”.

No bo tak:

Urodzeni pod znakiem Lwa od najmłodszych lat mają skłonności do narkomanii, pijaństwa i najbardziej brutalnej rozpusty. Nie lubią się uczyć, z trudem kończą szkoły, nawet specjalne. Uwielbiają krzywoprzy­sięstwo, dlatego bardzo chętnie zeznają przed sądem. Zdemaskowani wywołują awantury i dantejskie sceny. W życiu rodzinnym Lwy na szczęście nie uczestniczą.

Nic dodać, nic ująć – i niech kto powie, że Bliźnięta nie są najlepsze!

 

Kwiaty lipca:

ostróżka (Delphinium L.) – bylina (na ogół) z tej samej rodziny co jaskier, często używana jako roślina ozdobna. W terminologii angielskiej nazywana larkspur (dosł. „skowrończy pazur”), która to nazwa używana jest również wobec ostróżeczki (Consolida Gray) – też jaskrowatej, ale już nie byliny. Wprowadza to pewne zamieszanie, ale tylko teoretyczne: obie rośliny są nie tylko podobne ale mocno trujące, znaczy: ludzie wiedzą, co gadają.

Szperając po znaczeniach tzw. alfabetu kwietnego wynalazłem, że ostróżki oznaczają głupie postępowanie, niedojrzałość. Ciekawe, czy ten, kto to wymyślił, chciał zasugerować, że zamiast, jak podrostek, dawać kwiaty z podtekstem, lepiej od razu otruć?

 

lilia wodna (Nymphea L.) nazywana też nenufarem (ciekawe, kto skojarzy sobie z tym kwiatem Józefa Toliboskiego?), mająca wspólnego przodka z lotosem, przez naukę nazywana – za przeproszeniem uszu dam (jak mawia Geograf) – „grzybieniem”. Dlatego, jeśli ktoś chce sobie przypomnieć, jak wyglądają lilie wodne, odsyłam do cyklu obrazów z liliami wodnymi Claude’a Moneta (Les Nymphéas), a nie do realistycznych fotografii, na których będą zwyczajne grzybienie.

Trzeba przyznać, że nasi botanicy, dając taką nazwę spokrewnionym z lotosami roślinom, których łacińskie nazwy nawiązują do nimf, ondyn, bogiń zwycięstwa czy potwornej ale pięknej gorgony Euriale, nie wykazali się nadmiarem poetyckiej wrażliwości.
Nie wpadłby na pomysł nazwania nenufarów „grzybieniami” Juan Ramón Jiménez, który swój drugi (1900) poetycki tomik zatytułował właśnie Ninfeas, ale gdyby szukał synonimów, w hiszpańskim miał wybór między „różą Wenus” a wziętym z języka guarani słowem aguapé – homonimem pięknego greckiego ἀγάπη, agápē, oznaczającego miłość w jej najwyższej formie.
A co powiedziałby pan Toliboski, gdyby się dowiedział, że wchodził do stawu nie po nenufary a po „grzybienie”?

W mowie kwiatów lilie oznaczają czystość.  

Co oznaczają lilie wodne? No cóż – kontekst wprowadzony przez przydawkę nazwową (płynność? kaskada? oddanie przez gotowość do zanurzenia?) sprawia, że wszystko zależy od interpretacji indywidualnej.

I nie chcę nawet myśleć, co symbolizować może coś o nazwie „grzybień”. 

 

Kamień lipca:

rubin – po prostu trójtlenek glinu (Al2O3) skombinowany z jonami chromu, ale bardzo szlachetny, bardzo rzadki, bardzo drogi i do tego symbolizujący zadowolenie.
Z najcenniejszych – najbliżej Polski znajduje się 250-karatowy rubin z korony św. Wacława, przechowywanej w katedrze św. Wita, Wacława i Wojciecha w Pradze.
We wczesnym chrześcijaństwie rubin symbolizował krew Chrystusa.
Rocznica rubinowa to 35 lat pozostawania w związku małżeńskim – lub jakimkolwiek.

 

Generalnie lipiec to bardzo porządny miesiąc i nie byłoby się już można do niczego w nim przyczepić, gdyby tylko jego znakiem zodiaku były Bliźnięta. Niestety (jego strata!) nie są.

Lipiec jednak rehabilituje się imieninami, które obchodzą:

Elżbieta (5 VII), ale tak znaczna część Elżbiet uciekła od św. Aragońskiej do św. Sprawiedliwej (23 IX), św. Heskiej (18 VI) czy rozlicznych swoich patronek listopadowych, że trudno się połapać, kiedy zaprzyjaźniona Ela imieniny wyprawia;

Olga (11 VII), które to imię ma rodowód skandynawski bo Olga Kijowska była z Waregów, a choć święta i chrześcijaństwo na Ruś przyniosła, to tacy Drewlanie jej nie lubili (gołębie i wróble też nie);

Krzysztof (25 VII) – wiadomo dlaczego, ale jeśli ktoś nie wie, dodamy, że to także patron żeglarzy, podróżników, flisaków, pielgrzymów, biegaczy, kierowców, a także mostów oraz miast położonych nad rzekami. Ostatnio pięknie znaczenie imienia wyraził (przy wzniosłej okazji!) po rosyjsku Oleg Biespałow: Под именем Кшиштоф ребёнка крестили – то есть «Возлюбивший Христа«.

Jakub (25 VII) – ale tego dnia solenizantami są tylko ci, którzy przyznają się do św. Jakuba Starszego Apostoła, tego od pielgrzymek do Santiago de Compostela i muszli; dla pozostałych imię Jakub powtarza się w kalendarzu 30 razy w roku.

Anna/Hanna (26 VII) – to najpopularniejsze imię żeńskie w Polsce (w obu wariantach plus jeszcze kilka innych :), zostawiające Marię (drugie miejsce) daleko w tyle!

Wszystkiego najlepszego!

 

W lipcu, dokładnie w pierwszej połowie lipca, konkretnie 5-go, urodził się Karol – najstarszy syn mojego przyjaciela, Bosmana (Pogorii rzecz jasna) Stanisława, a 12-go – pewna zaprzyjaźniona Antonia (tak naprawdę urodziła się 13-go, ale – mimo urody – jest przesądna, więc ściemnia), o czym informuję. Bo o tym, że w drugiej połowie lipca, konkretnie 17-go, w Małkini, urodził się pewien kaowiec informować (mamy nadzieję) nie trzeba.

Serdeczne życzenia dla damy i obu jubilatów!

 

Śluby i wesela w lipcu:
porażka z założenia, no po prostu drugi Grunwald (tyle że nie wiadomo, kto jest Jagiełłą, a kto von Jungingenem)!
Naprawdę już lepszy celibat albo wolna miłość.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
siódmy miesiąc roku to:

białoruskiліпень [lipień]
bośniackijuli
bułgarskiюли [juli]
chorwackisrpanj
czeskičervenec [czerwiec to po czesku červen, a obie nazwy od słowa červ – robak. Robaki rządzą!]
kaszubskilëpinc (też: miodownik, reżan, lipc)
litewskiliepa
łatgalskisīna (też: juļa)
łużycki (dolny)žnjojski
łużycki (górny)pražnik
łotewskisīna
macedońskijули [juli] albo златец [złatec]
rosyjskiиюль [ijul]
serbskijул [juł]
słowackijúl (w gwarach także „lipeň”)
słoweńskijulij
ukraińskiліпень [łypeń]
żmudzkilėipa

 

Przysłowia związane
z lipcem:

Czego lipiec i sierpień nie dowarzy,
tego wrzesień nie usmaży.

Gdy się grzmot w lipcu
od południa poda,
drzewom się znaczy
szwank i nieuroda.

Lipcowe deszcze
dla chłopa kleszcze,
a jak pogoda –
większa swoboda.

Lipiec,
ostatek mąki wypiecz.

Lipiec,
starego chleba z nowym przypiecz.

Od lip ciągnie wonny lipiec,
nie daj słonku kłosa przypiec.

W lipcu gniewne ziele,
jak się rozgniewa,
to się gniewa cztery niedziele
[dotyczy ludzi urodzonych w lipcu i skorych do gniewu, w gorącej wodzie kąpanych]

W lipcu kłos się korzy,
że niesie dar boży:
który prosto stoi,
dobrego się boi.

Kłos, co prosto stoi,
to z pustoty swojej.

Upały lipcowe
wróżą mrozy styczniowe.

W lipcowym skwarze
w Polsce jak na Saharze.

W lipcu się już kłosek korzy,
że niesie dar boży:
a najpierwsza Małgorzata
sierp w zboże założy.

W lipcu upały,
styczeń mroźny cały.

W lipcu upały,
wrzesień doskonały.

 

Przysłowia na
św. Annę/Hannę (26 VII)

Długo tam służył:
od świętego Jakóba [25 VII]
do świętej Anny [26 VII].

Na Jakóba [25 VII] – zatrzyj czuba,
a od świętej Hanki
toć chłodne poranki.

Na świętą Annę mrowiska –
szukaj w zimie ogniska.

Od świętej Anki
zimne poranki.

Od świętej Hanki
zimne wieczory i ranki.

Od świętej Anny
nie doczeka południa
deszcz poranny.

Święta Anka
da księżom baranka.

Święta Anna –
rola jak panna.

Święta Anno! Uproś wnuka,
niech ma każdy czego szuka.
[wnuk = Jezus]

Święta Hanna
to już jesienna panna.

 

Przysłowia na
św. Krzysztofa (25 VII)

Sztych od sztycha,
jak stąd do Krzycha.
[o złym, niedbałym, nieumiejętnym szyciu]

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha