Alex Suchanek

Nie spać, zwiedzać!

XVI_Wyprawa_Peneplena_poster

Rusza XVI Szkolna Wyprawa Geograficzna. Jej cel to Indie i Nepal.

Sama podróż zaczęła się 13 lipca 2015, ale wyprawa rozpoczęła się dziewięć miesięcy wcześniej, gdy ok. 30 kan­dy­da­tów przyszło na pierwsze w tamtym roku szkolnym spotkanie koła geograficznego „Peneplena”, działającego przy I LO im. Juliusza Słowackiego w Chorzowie.
Czekało nas wiele pracy: organizowanie corocznego Peneplena Travel Festival, pozyskiwanie finansów od sponsorów, zarabianie pieniędzy w sklepie (pakowaliśmy zakupy do reklamówek) i szukanie patronów medialnych naszego wyjazdu.
Celem było nie tylko zorganizowanie pieniędzy i formalności związanych z Wyprawą, ale także udowodnienie, że stanowimy jeden zgrany zespół, który jest w stanie poradzić sobie w trudnych azjatyckich warunkach.
Ostatnie tygodnie upłynęły nam na przygotowywaniu prezentacji na różne tematy powiązane z Indiami i Nepalem.

W dzień wyjazdu, uczniowska grupa liczy 16 osób, a wśród opiekunów są: dyrektor Liceum Przemysław Fabjański i profesor Grażyna Kokott-Sikora.
Ruszamy w poniedziałek 13 lipca 2015 r. Od tego czasu plecaki będą nam służyły jako garderoby i spiżarnie. O godzinie 08:00 odjeżdżamy  spod „Słowaka” do Warszawy.
W stolicy łapiemy samolot do Dubaju, gdzie przesiadamy się na samolot do Delhi.

XVI_Wyprawa_Peneplena_mapa_1

Kiedy wychodzimy z Indira Gandhi International Airport, ciepłe powietrze bucha nam w twarz, a my po paru chwilach jesteśmy zlani potem. Taksówkami przemieszczamy się do naszej pierwszej kwatery, a jest to uwielbiony przez wyprawowiczów hotel Relax znajdujący się w targowej dzielnicy Delhi – Paharganj. Z taksówki zauważamy uderzające różnice kulturowe: splunięcie z głośnym chrząknięciem to tutaj normalna sprawa, tak samo jak wypuszczanie gazów bez względu na otwór układu pokarmowego.


image_01_Paharganj_sm2_fot_Alexander_SuchanekZgiełk na Paharganju. Widok z hotelu Relax

Każdemu z nas targ kojarzy się ze zgiełkiem i tłumem. Podobnie jest przed Relaxem, chociaż znajduje się 100 metrów od tzw. krowiego ronda czyli centrum całego targu. Trąbiące riksze przepychają się między krzyczącymi ludźmi, ludzie przepychają się między muczącymi krowami, krowy między szczekającymi psami, a te między śmieciami, których jest niezliczona ilość. A w samym środku my. Najpierw człowiek czuje się zagubiony wśród takiego natłoku nowych doświadczeń, z czasem uczy się podstaw działania tutejszego społeczeństwa, a kiedy się przyzwyczaja, nagle musi wracać do swojego starego świata i czuje się, jakby zabrali mu coś cennego.

04_2015-07-16_IMG_8385_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

 

W Delhi nie zatrzymujemy się na długo, ale udaje nam się zobaczyć dwa zabytki. Pierwszy to mauzoleum Humayuna –

 

05_2015-07-15_IMG_8185_mauzoleum_Humajuna_lev_sm2_arch_Alexander_Suchanek – drugiego króla Indii z dynastii Wielkich Mogołów, panującego mniej więcej wtedy, gdy u nas rządził Zygmunt Stary.

Drugim jest bahaistyczna Świątynia Lotosu. Na świecie jest ich tylko kilka, jednak mają specjalną właściwość: są przeznaczone dla wyznawców każdej religii, która istnieje.

 

Kierunek: południowy zachód, cel: Bikaner w stanie Rajastan. Na miejsce dostajemy się pociągami, w których spędzamy całą noc. Nasze wagony mają kuszetki, więc noc mija znośnie.
Chcemy zobaczyć Świątynię Szczurów w Deshnok. Na miejsce dostajemy się rikszami „tuk-tuk” na gaz. Dojazd wydaje się nie mieć końca. Żeby wejść do świątyni, należy zdjąć buty. Wielu musi przełamać wstręt, by wejść na bosaka do budynku, w którym roi się od szczurów. Legenda głosi, że tylko prawdziwy szczęśliwiec jest w stanie dostrzec białego szczura.

Jeszcze tego samego dnia łapiemy pociąg z Bikaneru do Jaisalmeru. Miasteczko otoczone wysu­szo­ny­mi terenami, słynie ze sprzedaży wyrobów ze skóry wielbłądziej.

 

image_02_Jaisalmer_sm2_fot_Alexander_SuchanekPustynne miasto Jaisalmer z fortem w tle

To właśnie w Jaisalmerze większość z nas zachoruje –  ja też.

 

Kolejnego dnia czeka nas kolejna przygoda. Dwa jeepy zabierają nas daleko od miasta, byśmy mogli dosiąść wielbłądów i na ich grzbietach przemierzać indyjską pustynię. Dodatkowo dane nam jest spędzenie nocy na tej pustyni i wysłuchanie tradycyjnych pieśni indyjskich w wykonaniu naszych przewodników. My także prezentujemy im kawałek polskiego dorobku muzycznego.

  image_03_Thar_sm2_fot_Mateusz_TrojanowskiSafari na wielbłądach na pustyni Thar to jedno z wielu niezapomnianych wspomnień
Fot. Mateusz Trojanowski

 

Kolejna noc spędzona w pociągu. Nadal pozostajemy w Rajastanie, ale tym razem w jego stolicy – Jaipurze, znanym także jako Różowe Miasto – od ulicy w centrum, gdzie budynki są pomalowane na kolor łososiowy. Zwiedzanie Jaipuru zaczynamy od Amer Fort – pierwsze budynki powstały w X wieku, ale to, co widzimy jest mniej więcej z wieku XVI.

2015-07-20_IMG_8842_Jaipur_Amer_Fort_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Później idziemy do zamieszkałej przez dziesiątki małp świątyni Galtaji. Kolejnym celem jest centrum astronomiczne Jantar Mantar i na koniec dnia – Pałac Wiatrów, Hava Mahal.

09_2015-07-20_IMG_8761_Jaipur_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Przemieszczamy się w nieco chłodniejsze regiony i docieramy do Kolkaty (niegdyś Kalkuty). Będzie to nasza najdłuższa podróż pociągiem, ponieważ zajmie prawie dwie doby. Kolej w pełni spełnia nasze wymagania, chociaż są one i tak niewielkie. Podróże po szynach nie są tylko po to, byśmy odpoczęli, choć znalazło się paru rekordzistów, którzy spali ponad 12 godzin. W indyjskim pociągu można zająć się poważnymi sprawami. Niektórzy czytają przewodniki, inni szlifują swoje prezentacje, jeszcze inni wdają się w krótkie pogawędki z współlokatorami przedziału. Nieraz jest tak, że grupa musi być podzielona, ponieważ miejsca są w różnych wagonach. Pewnego dnia podróżowałem z kilkoma przyjaciółmi w wagonie pełnym Indusów, gdy reszta grupy jechała osiem wagonów dalej.

image_04_kolej_sm2_fot_Alexander_SuchanekPociągi to najdogodniejszy środek transportu w Indiach

 Przejście z jednego miejsca na drugie zajmowało sporo czasu, biorąc pod uwagę to, że trzeba prze­dzie­rać się przez tłumy tubylców, konduktorów, osób sprzedających posiłki, napoje i inne drobiazgi. W pociągu indyjskim może wyniknąć wiele nieporozumień. Dostaliśmy bilety, jednak kiedy do­szliś­my do naszego przedziału, okazało się, że kilku Indusów postanowiło sobie przywłasz­czyć nasze miejsca. Wszyscy spali, więc trzeba ich było budzić. I tu kolejna niespodzianka: nie byli w stanie poro­zumieć się w języku angielskim. Próbowaliśmy coś im przekazać za pomocą rąk, ale nie wiedzieli – lub udawali, że nie wiedzieli – o co chodzi, aż przyszedł konduktor i całą sytuację wyjaśnił.

 

Docieramy do Kolkaty – stolicy Indii za czasów British Raj. Brytyjczycy pozostawili tutaj spory spadek architektoniczny w stylu wiktoriańskim. Mamy okazję zobaczyć katedrę św. Pawła, Victoria Memorial Hall, świątynię Kali. Później idziemy do kina na najnowszy hit Bollywood – „Bajrangi Bhaijaan”.

Naszym głównym celem nie jest jednak zwiedzanie, ale niesienie pomocy w domach starości, organizowanych przez zakon Misjonarki Miłości założony przez Matkę Teresę. Nie podoba mi się nazwa ‘hospicjum’, dlatego będę używał nazwy ‘dom’; podobnie w przypadku ‘pacjentów’ – będę ich określał mianem ‘domowników’.
Każdy dzień wolontariatu zaczyna się tak samo. Na godzinę 06:00 stawiamy się na nabożeństwo w do­mu Matki Teresy. Jemy symboliczne śniadanie: banany, suche tosty i kubek czaju (miejscowej herbaty z mlekiem i przyprawami). Teraz możemy ruszać do odległego o paręset metrów domu. Zasada jest prosta: mężczyźni do domu mężczyzn, a kobiety do domu kobiet lub dzieci. Bez względu na płeć to, czego tam doświadczymy, pozostanie w naszych głowach. Najpierw jednak opowiem o planie dnia.
Zawsze jest taki sam. Dzień jest podzielony na dwie szychty: ranną i popołudniową. Rano robimy pranie, potem trzeba zmyć podłogę i rozdać posiłki domownikom. Całość dzieje się na otwartej przestrzeni, by wszyscy mogli poczuć się lepiej oddychając świeżym powietrzem. Następny punkt z planu dnia sprawiał nam w pierwszych chwilach pewien kłopot, ale z czasem odnaleźliśmy się. Był to tak zwany czas wolny, kiedy mieliśmy się zająć domownikami. Wśród nich jest wielu niepeł­no­spraw­nych fizycznie lub umysłowo. Niektórzy potrzebują pomocy w jedzeniu, inni pomocy w goleniu lub obcinaniu paznokci, jeszcze inni potrzebują masażu różnych części ciała. Często trzeba opróżnić pełne nocniki, by znów mogły być użyte. Normalną sytuacją jest, gdy któryś z domowników załatwi się pod siebie. W takim wypadku bierze się go pod pachy i prowadzi do łazienki, by umyć i przebrać w nowe ubranie. W tym samym czasie ktoś sprząta nieczystości z podłogi. Po wszystkim odprowadza się domownika na miejsce.
Najbardziej zaskakuje mnie to, jakich innych wolontariuszy tam spotykam. Szczerze mówiąc, nie wiem, czego się spodziewałem, ale ci ludzie są młodzi, pełni życia i zawsze chętni, by pomóc. Na dodatek zewnętrznym wyglądem nie sprawiali wrażenia ludzi, którzy pracują w domu dla starszych osób. Moim zdaniem tak wyglądają surferzy z Australii. W każdym razie świetnie jest zobaczyć, że tak wiele osób chce nieść pomoc.

Po kilkudniowym wolontariacie w Kolkacie ruszamy dalej, w stronę Nepalu. Tam naszym głównym celem także będzie niesienie pomocy.

Po drodze czeka nas jeszcze jeden przystanek – Patna, najwygodniejszy punkt przesiadkowy na drodze Indie – Nepal. 11_2015-07-27_IMG_9072_Patna_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Jest to jedno z najstarszych miast świata, ale nie zwiedzanie zabytków nam w głowie: Mijamy pozostały po Brytyjczykach wielki spichlerz i idziemy nad rzekę: tu właśnie wszyscy po raz pierwszy zobaczyliśmy najświętsze miejsce w Indiach – Ganges.

Transport do Nepalu mamy o trzeciej nad ranem. Pożegnać Indie na granicy nepalskiej nie jest tak łatwo. Co najmniej cztery godziny spędzamy w skwarze, czekając na naszą kolej. Ostatni kilometr czy dwa musimy przejść sami. Najpierw meldujemy się na granicy indyjskiej, gdzie dokładnie sprawdzają nasze paszporty. Na szczęście zadbaliśmy, by było z nimi wszystko w porządku: wiza i ważność paszportu przez co najmniej pół roku do przodu to podstawy.
Idziemy dalej i dochodzimy do granicy nepalskiej, gdzie spędzimy kolejne dwie godziny wypełniając wnioski o wizy i czekając na nie.
To nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy będziemy musieli czekać na coś długo. Wielu może pomyśleć, że jest to strata czasu lub niepotrzebna biurokracja. Jednak właśnie takie czekanie pozwala nam poczuć magię miejsca. W Polsce, kiedy cały czas jest coś do roboty, nie zauważamy tego, co jest dookoła. W Indiach i Nepalu wszyscy mają czas. Trzeba przyzwyczaić się do lokalnego trybu życia a wtedy pozna się obyczaje miejsca. Najpierw bolą cię cztery litery od siedzenia na krawężniku i starasz się zająć czymś ‘produktywnym’. Z czasem przyzwyczajasz się do spokoju miejsca i zaczynasz obserwować otoczenie jak Indus. To jest doświadczenie, którego nie poznasz w naszych stronach.

2015-07-20_IMG_8886_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Gdy już wszyscy dostajemy nepalskie wizy, autobus rusza dalej. Do celu, którym jest Chitwan National Park, dojeżdżamy późnym wieczorem.
Kolejne miejsce – kolejne przygody. W ciągu następnych dwóch dni będziemy mieli okazję przejechać się na słoniu i w jeepie. Mimo, że oba te środki transportu mają napęd 4×4, jeden i drugi miał problemy w niektórych terenach.13_2015-07-30_IMG_9131_Chitwan_Park_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Jedziemy do Kathmandu. Mimo że Chitwan leży bardzo blisko stolicy, podróż zajmuje kilka godzin: Droga prowadzi przez wysokie góry i bus nie może się rozpędzać. Jednak to też ma swoje plusy, ponieważ możemy obserwować tutejszą florę, faunę i rzeźbę terenu, co robi ogromne wrażenie. 14_2015-07-31_IMG_9366_lev_sm_droga_do_Kathmandu_arch_Alexander_Suchanek
Na miejsce docieramy po siedmiu godzinach . Po relacjach telewizyjnych i artykułach w prasie wielu mogłoby spodziewać się miasta zrównanego z ziemią, które jest zupełnie opustoszałe. Prawda jest taka, że podczas naszego kilkudniowego pobytu dostrzegam tylko  jeden zawalony budynek. „Zniszczone miasto Kathmandu” to wytwór wyobraźni mediów, które robią złą reklamę Nepalowi, żyjącemu z turystyki. Kiedy nie ma turystów, zastraszonych przez media, wtedy kraj przeżywa prawdziwą katastrofę.


image_05_Kathmandu_sm2_fot_Alexander_Suchanek
Widok z nepalskiej szkoły na stolicę – Kathmandu

Na miejscu poznajemy Nepalczyka imieniem Mani. Jest organizatorem wycieczek do Polski, wielokrotnie był w naszych stronach, a na dodatek świetnie mówi po polsku. Proponuje, byśmy zaczęli kolejny dzień od górskiej wspinaczki. Nie jest to jednak typowa wspinaczka. Przed­się­wzię­cie nosi nazwę „Hike For Nepal”, jego założeniem jest wypromowanie Nepalu i pokazanie, że nie ma takiego zagrożenia, jak podają media. Po całodziennym wyjeździe w góry wracamy, by zobaczyć trochę miasta i ustalić plan na kolejne dni, które mieliśmy poświęcić charytatywnej pracy w szkole na przedmieściach stolicy.

Pierwszego dnia zostajemy ciepło powitani i ugoszczeni w gabinecie dyrektora. Dzielimy się na grupy, które rozchodzą się do różnych klas.
Mnie i paru chłopakom przypada klasa najmłodsza, w której średnia wieku dzieci wynosi cztery lata. Robimy wszystko, by dzieciaki dobrze zapamiętały naszą wizytę. Zaczynamy od polskich gier i plą­sów: ciuciubabka, „Stary niedźwiedź mocno śpi”, „Zasiali górale owies”. Dzieciom najbardziej podo­ba się zabawa w pociąg, a raczej w kraksę pociągu czyli moment, kiedy wszystkie wywracają się jedno na drugie. Maluchy tracą głowę dla piłeczek. Postanawiam im je sprezentować, ale nauczycielka nalega, bym je zabrał, ponieważ nie potrafi zapanować nad dziećmi, kiedy bawią się piłkami.

Ostatniego dnia pobytu rozgrywamy towarzyski mecz między uczniami naszej szkoły a Nepal­czy­ka­mi. Zwycięsko wychodzimy z tego spotkania, ale każdy jest szczęśliwy ze wspólnej zabawy.

 

  image_06_XVI_Dhungkharka_sm2_fot_Michal_CiolekXVI Szkolna Wyprawa Geograficzna w Dhungkharce
Fot. Michał Ciołek

 

W czwartym dniu naszego pobytu w Kathmandu jedziemy do miejscowości Dhungkharka. Choć w stolicy zniszczenia są niewielkie, to trzęsienie ziemi dało o sobie znać dużo bardziej w okolicach miasta. Świetnym tego przykładem jest Dhungkharka, wieś zamieszkała przez mniej więcej 4 000 osób, gdzie żyje się tradycyjnie, a sprzęty elektroniczne to rzadkość.
Kiedy dojeżdżamy również zostajemy gorąco przywitani: każdy z nas przed wejściem dostaje khatę – tradycyjny szal ceremonialny i wielki wieniec z kwiatów. Jednak bardziej niesamowite jest to, co stanie się za chwilę.
Wchodzimy na dziedziniec szkoły. Tam znajdują się wszyscy uczniowie Shree Parbati Higher Secondary School skandujący „Poland! Poland!”. Szkoła liczy ponad 600 uczniów, więc hałas był tak ogromny, jak nasze pozytywne zaskoczenie. Następnie zostajemy zaproszeni do gabinetu, by mogło nastąpić oficjalne przywitanie dwóch dyrektorów. Po wszystkich formalnych zabiegach zostajemy zaprowadzeni do naszego schronienia na noc.
Zaczynamy rozmowę z dyrektorem nepalskiej szkoły. Niezwykle miły i przyjazny znajduje czas, by porozmawiać z każdym z nas, a rozmowy te trwają do późnego wieczora.

Następnego dnia wstajemy bardzo wcześnie, by poznać okolicę. Spacer uświadamia mi, że można żyć tak, jak żyli nasi przodkowie. Praca w młynie napędzanym strumieniem rzeki to tutaj nie przestarzała czynność, ale coś, co daje pożywienie całej wiosce. Odwiedzamy jeden z domów: rodzina, która tam mieszka, nie ma telewizora, ogrzewania centralnego ani komputera i nie zauważyłem, by im tego brakowało.

Wracamy do szkoły. Wiek uczniów waha się od lat pięciu do osiemnastu. Podczas naszego pobytu na lekcjach wymieniamy się informacjami na temat państw, z których pochodzimy i naszych szkół. Czas biegnie nieubłagalnie i szybko: nim się rozkręciliśmy, trzeba było iść na szkolny apel.
Tam następuje wymiana kulturalna: zostaje odśpiewany hymn obu państw plus hymn naszej szkoły. Następnie jest prezentacja szkolnych talentów obu szkół. Szymon, Agnieszka i Magda to przodownicy tańca w różnych jego kategoriach, więc to oni występują na betonie dziedzińca.
Po pokazach jest czas na honorowe przekazanie funduszy zebranych na szkołę w Nepalu. Shree Parvati Higher Secondary School niestety ucierpiała w wyniku trzęsienia ziemi i należy ją gruntownie wyremontować.

 

image_07_szkola_Dhungkharka_sm2_fot_Michal_CiolekSzkoła w Dhungkharce wymaga gruntownej przebudowy
Fot. Michał Ciołek

Apel się kończy. Żegnamy się z uczniami i gronem pedagogicznym i wracamy do Kathmandu.


Ostatnie chwile spędzamy na zwiedzaniu. Oglądamy leżące tuż przy stolicy stare miasta: Bhaktapur i Lalitpur, a w nim plac centralny Patan Durbar Square. To tutaj jedna ze świątyń uległa całkowitej destrukcji, a pod jej gruzami zginęło wiele osób.

Przed wyjazdem rozgrywamy w stolicy jeszcze jeden mecz, ale tym razem przeciwna drużyna jest o wiele lepsza od nas. Z twarzą wychodzimy z gry zdobywając jednego gola na siedem drużyny przeciwnej! 18_2015-08-06

Z okazji meczu organizujemy sobie koszulki w barwach Polski, z numerami i ksywkami. Na imprezie obecne są tutejsze media i znany komik nepalski, który zabawnie komentuje cały mecz.

Żegnamy Nepal, który okazał się bardzo przyjaznym miejscem i wielu z nas zapamiętało go wspaniale.

 

Rozpoczyna się kolejny rozdział podróży, ponownie pełny hałasu, ciepła, dobrej zabawy i wrażeń. Jedno z miejsc, w którym trzeba zobaczyć Ganges to Varanasi, dawniej zwane Benares, tam się też kierujemy. Męcząca całonocna podróż w publicznym autobusie, z długą przerwą na wymianę przebitej dętki, wymusza na nas sen po przyjeździe. Po południu nadarza nam się kolejna okazja zobaczenia bollywoodzkiego hitu „Bahubali”.

Varanasi to stolica hinduizmu, o czym przekonujemy się wieczorem uczestnicząc w Pudży poświęconej bogom żywiołów. Całość odbywa się na świętej rzece. Uczestniczący siedzą na łodziach obserwując braminów odprawiających rytuały. W tym czasie większość puszcza na rzekę pływające świeczki ozdobione kwiatami. Odbieram Varanasi jako miejsce spotkania życia ze śmiercią. Wyrazem tego jest zabudowany od setek lat jeden z brzegów Gangesu i kompletna, jałowa pustka na drugim brzegu rzeki.

Następnego dnia odwiedzamy Sarnath – miejsce ważne dla buddystów ponieważ to tutaj Budda wygłosił swoje pierwsze kazanie. Znajduje się tu jeden z najwyższych posągów Buddy.
Dzień później odwiedzamy Uniwersytet Benares i Manikarnika Gat na brzegu Gangesu, gdzie dokonuje się uroczystych spaleń zwłok. Hinduiści wierzą, że zwłoki winny palić się ,póki nie pęknie czaszka zmarłego, co jest równoznaczne z uwolnieniem duszy. Jeśli do tego nie dojdzie, najstarszy syn powinien ją rozbić.

Wyprawa rusza dalej. Kolejny cel to Amritsar, czyli miasto, w którym znajduje się najważniejsze miejsce kultu Sikhów – Złota Świątynia, a w niej Sri Guru Granth Sahib czyli święta sikhijska księga, bez przerwy odczytywana. Zaskakuje nas fakt, że świątynia w Amritsarze wydaje dziennie do 20 000 posiłków dla potrzebujących i osób głodnych.

Kierunek kolejny to granica dwóch zwaśnionych od wielu lat państw czyli Indii i Pakistanu. Zanim dotrzemy na miejsce musimy parędziesiąt kilometrów przejechać jeepem, kolejne parę przejść i poddać się kilku inspekcjom nieufnych strażników. Ceremonia zamknięcia granicy rozpoczyna się wraz z zachodem słońca. Napiętą atmosferę czuć w powietrzu. Określiłbym całość jako zawody w przekrzykiwaniu się i pokazywaniu, kto jest lepszy i kto puści głośniej muzykę. Żeby pokazać swoją przewagę nad konkurentem obie strony wymachują flagami. Sytuacja zarazem poważna, śmieszna i dziecinna.

Następny etap to wyprawa do Kaszmiru i Ladakhu. Piękne są to rejony i tę część zapamiętam szczególnie. Najpierw jedziemy do Srinagaru, gdzie naszymi domami są mieszkalne łodzie unoszące się na wodach jeziora. 19_2015-08-14_IMG_9585_Srinagar_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Przepiękna górska sceneria w połączeniu z miastem zapada w pamięci. Nasz pobyt tutaj przeznaczamy na podróżowanie po jeziorze Dal drewnianymi łódkami wiosłowymi shikara, pełniącymi rolę taksówek wodnych. 20_2015-08-15_IMG_9696_Srinagar_sm2_arch_Alexander_Suchanek

To jest czas na zregenerowanie naszych sił, ale co dobre szybko się kończy.

 

Pora ruszać do Ladakh – Małego Tybetu.

image_08_Srinagar-Ladakh_sm2_fot_Alexander_SuchanekNiebezpieczne drogi na trasie Srinagar – Ladakh

Tutaj czekają mnie największe wrażenia. Odwiedzanie buddyjskich klasztorów i pałaców dawnych władców to coś, na co czekałem kilka miesięcy.

image_09_Ladakh_sm2_fot_Alexander_SuchanekLadakh, czyli miejsce gdzie nie wiesz, czy rozrzedzone powietrze czy widoki zapierają ci dech

 

 

25_2015-08-18_IMG_0268_Leh_sm2_arch_Alexander_Suchanek 26_2015-08-19_IMG_0655_Ladakh_sm2_arch_Alexander_Suchanek 27_2015-08-22_IMG_Ladakh_1003_sm2_arch_Alexander_Suchanek 23_2015-08-17_IMG_0166_Alchi_droga_do_Leh_sm2_arch_Alexander_Suchanek 24_2015-08-23_IMG_1081_Ladakh_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Jałowe góry i i zielona dolina Indusu między pasmami gór Karakorum a Himalajami zapiera dech w piersi, podobnie jak przejazd przełęczą na wysokości 5 000 m n.p.m. Słuchać można w nieskończoność buddyjskich legend o jeziorach zamieszkanych przez demony czy o historii himalaizmu.
W Ladakhu spędzamy noc nad Pangong Tso – jeziorem, którego większa część leży po stronie chińskiej. To jest niezapomniana noc. Niebo niezanieczyszczone światłem sztucznym to rzadkość w XXI w. Spadające gwiazdy nad Pangongiem to rzecz normalna.

 

 

Zjeżdżając z gór odwiedzamy miasteczka Kaza, Tabo, Nako, Sarahan. 30_2015-08-24_IMG_1120_Tabo_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Wraz z obniżaniem wysokości zmienia się flora: odzwyczajeni od zieloności możemy znowu nacieszyć się lasami.
Na ostatnim odcinku – niespodzianka. Na wąską drogę osunęły się tony ziemi i głazów, przez co zrobił się ogromny korek. Czekamy w miasteczku obok. Mija godzina jedna, druga, a kiedy w końcu wyczyszczono drogę i wszystkie pojazdy ruszyły, zrobił się kolejny korek. Do Sarahanu docieramy wieczorem.

O poranku, po krótkim zwiedzaniu, jedziemy do Shimli. 31_2015-08-29_IMG_1219_droga_do_Shimli_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Miasto jest typowo turystyczne. Markowe sklepy, europejskie restauracje.

Wyprawa powoli zmierza ku końcowi.32_2015-08-29_IMG_1228_Shimla_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Jeszcze odwiedzamy dawną stolicę Wielkich Mogołów – Fatehpur Sikri oraz Sikandrę – mauzoleum Akbara Wielkiego, władcy mogolskiego.

 

Ostatnim przystankiem przed Delhi jest Agra. Nadszedł wyczekiwany przez dwa miesiące moment: zwiedzanie Taj Mahal.

image_10_Taj_Mahal_sm2_fot_Mateusz_Trojanowski Jeden z największych grobowców świata – Taj Mahal
Fot. Mateusz Trojanowski

Naszym oczom ukazuje się idealna, biała jak śnieg budowla (nawet słynny Burj Khalifa, który mieliśmy później okazję zobaczyć w Dubaju, nie wydał nam się tak imponujący). W cieniu Taj Mahal. Spędzamy dobrych parę godzin, by nacieszyć oczy, a obserwując grobowiec z różnych perspektyw zauważamy, jak zmienia się kolor białego marmuru w zależności od kąta padania światła.

 

Wieczorem trzeba wracać do hotelu, a następnie ruszać dalej – do znanego już hotelu Relax.
Świetne to uczucie, gdy po dwóch miesiącach ciągłego przemieszczania jest się znowu w miejscu, w którym się już było. Wszystko wydaje się być inne. To dlatego, że poznaliśmy już nieco indyjską kulturę i zaczynamy ją pojmować. Jedno jest pewne. Żadne z nas nie może powiedzieć, że zna Indie. Tak naprawdę poznaliśmy tylko niewielki skrawek tego, co ten kraj ma do zaoferowania. Była to jedna z lekcji życia, z których możemy coś wyciągnąć.

Ostatnie dni poświęcamy na zwiedzanie stolicy. Dane jest nam zobaczyć India Gate, oraz miejsca związane z osobami ważnymi w historii Indii, jakimi byli Mahatma Gandhi i Indira Gandhi. Zwiedzamy też Qutub Minar, czyli miejsce, gdzie znajduje się najwyższy ceglany minaret w Indiach i na świecie.

Spakowani jedziemy na lotnisko. Wszystko biegnie zgodnie z planem. Kiedy ważymy nasze plecaki, okazuje się, że mój w ciągu całej wyprawy zrzucił osiem kilogramów. Początkowo ważył 21 kg, a skoń­czył na 13 kg, co czyniło go jednym z najlżejszych plecaków wśród bagaży innych uczest­ni­ków.
Wylatujemy. Przesiadka jest Dubaju, jak poprzednio. Pech – lub szczęście – chce, że spóźniamy się na kolejny samolot i musimy czekać 24 go­dziny. Zostajemy zakwaterowani w hotelu linii lotniczych Emirates, a wolny czas spędzamy na zwie­dzaniu miasta.
Udaje nam się zobaczyć Burj Khalifa – najwyższy wieżowiec na świecie, klimatyzowane chodniki i centrum handlowe, w którym znajduje się stok narciarski. Ale czy te naszpikowane elektroniką bajery robią na nas większe wrażenie niż widoki indyjskie? Po pewnym czasie mam już dość tego miasta z przepychem i cieszę się, że wracamy do hotelu.

Nad ranem przyjeżdża po nas busik i jedziemy na lotnisko. Bagażami nie musimy się przejmować, bo poleciały już do Polski.
Lot mija szybko, podobnie jak przejazd z Warszawy do Chorzowa. Tam na nas wszyscy czekają. Jednak wiemy, że to nie koniec Wyprawy. Za dwa dni spotkamy się w szkole i zno­wu będziemy ze sobą spędzać czas, i nadal będziemy członkami Koła Geograficznego „Peneplena”.

Alexander Suchanek
30 grudnia 2015
Zdjęcia: jeśli nie podpisano inaczej, autora lub z jego archiwum.

Skład wyprawy:
Uczennice i uczniowie:
Gustaw Błaszczyński, Emilia Burnat, Michał Ciołek, Martyna Dzik, Wiktoria Grabny, Barbara Józefowska, Szymon Kot, Karolina Kruszewska, Ruben Krystoń, Kaja Mierzwińska, Agnieszka Pająk, Magda Pokrywka, Oliwia Sowińska, Alexander Suchanek, Mateusz Trojanowski, Aleksandra Żukowska;

Opiekunowie: Przemysław Fabjański, Grażyna Kokott-Sikora, Marcin Malcher, Paulina Owsiak, Adrianna Suchanek.34_XVI_Wyprawa_Peneplena_mapa_5

 

= = = = =

2014-08-13_IMG_0191_cr_sm_arch_Alexander_SuchanekAlexander Suchanek mieszka w Świętochłowicach.
Po rocznych kwalifikacjach (2012/2013), będąc w trzeciej klasie gimnazjum, został uczniem Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2013, polsko-rosyjska. Przepłynął w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Gdańska do Civitavecchia.
Obecnie uczy się w I LO im. Juliusza Słowackiego w Chorzowie; uczestniczy tam m.in. w pracach Koła Geografów „Peneplena” (Koło to, prowadzone przez dyrektora szkoły i podróżnika Przemysława Fabjańskiego, jest członkiem The Young Explorers Trust przy The Royal Geographical Society w Londynie i National Geographic Society w Waszyngtonie).
Uprawia snowboard, żeglarstwo, narciarstwo.

Reportaż Alexa z rejsu na Bornholm znajdziecie tu:
► Alex Suchanek: Bornholmska przygoda

To, co Alex i reszta młodych ze SzPŻ-2013 napisali o rejsie Pogorią, znajdziecie tu:  
Szkoła Pod Żaglami 2013 – przez młodych opisana


 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« May 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Maj

A w maju
Zwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia,
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, maju!

Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!...

Julian Tuwim – „Do krytyków” (1920)

 

Maj – piąty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury
i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od czasownika „maić” – ‘stroić, zdobić zielenią
i kwiatami’.

W staropolszczyźnie piąty miesiąc roku nazywany był „trawień” (tej nazwy używa język białoruski i ukraiński: травень ‘maj’, oraz chorwacki – travanj, ale tam tak nazywa się kwiecień) – wiadomo dlaczego.

 

Łaciński Maius zawiera
w sobie imię matki boga Merkurego – nimfy Mai.

 

Dwie dodatkowe etymologie nazwy Maius podaje Owidiusz w ks. V poematu Fasti (8 r. n.e.), traktującego o kalendarzu rzymskim.

Pierwsza wywodzi nazwę miesiąca od majestatu (Maiestas) – na przykład bogini, ale i cesarza, bo niech ktoś tylko spróbuje zaprzeczyć i powie, że cezar Majestatem nie jest!
Drugi owidiuszowski źródłosłów kieruje do starszych (maiores) – w tym wypadku senatorów rzymskich.

Na Owidiusza powołują się różne źródła i autorytety, ale jego wywody słowotwórcze mają tyle wspólnego
z językoznawstwem, co kamień węgielny z węglem kamiennym.

Owidiusz był poetą
i dworakiem – trudno powiedzieć, czym za swego życia bardziej. Boccaccio pisał, by się podobać damom, Owidiusz – by się podobać cesarzowi. Pierwszemu się udało, drugiemu – nie:
w dworactwie poeta nie miał szczęścia, bo inaczej nie dostałby wyroku wygnania (do dziś nikt nie wie, za co). Ale tworzył i wysysał
z palca, co mógł, byle tylko przypodobać się zwierzchności.

Maiestas – to oczywiste, bo bogini – boginią, ale podkadzenie imperatorowi zaszkodzić nie mogło, zwłaszcza że bogini daleko,
a cesarz – blisko.

Maiores – a czy źle było zaskarbić sobie niewinnym pochlebstewkiem życzliwość starców? Którzy – czy ich cesarz lubił czy nie – wciąż jeszcze coś mogli i o czymś tam decydowali.
Zresztą, na zasadzie świeczki i ogarka, Owidiusz nazwę następnego miesiąca, Iunius, w następnej księdze tego samego poematu wywodzi od słowa iuniores ‘młodzi’. Tak że Owidiuszem nie ma sobie co głowy zawracać.
Z równym powodzeniem moglibyśmy wywodzić nazwę „maj” od nazwiska Żemajska (i opiewać piękność obojga), gdyby tylko celem do sforsowania była dla nas twierdza piękności tejże damy. Albo – ogarnięci górnolotnym zapałem – moglibyśmy twierdzić, że z całą pewnością przodkowie nasi miesiąc „maj” nazwali od hasła „Trzymajmy się!”, co było nawiązaniem do szczytnych tradycji, woli przetrwania i misji dziejowej dającej nam pierwszeństwo nad innymi, a maj, jako symbol wiosny i odrodze-
nia… i tak dalej, i dalej.

 

Tak czy siak, nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

W drugiej dekadzie maja panują najchłodniejsze dni wiosenne, więc klimatycznie ten miesiąc też raczej zaprzecza swej symbolice
i w tym kontekście fraza
w w sercu ciągle maj brzmi co najmniej dwuznacznie, jak zresztą wszystko w poezji Jeremiego Wielkiego.

Ochłodzenie majowe jest zjawiskiem klimatycznym charakterystycznym dla całej Europy Środkowej: po okresie utrzymywania się wyżu barycznego nad Europą Środkową i Wschodnią następuje zmiana cyrkulacji atmosferycznej i przy słabnącym wyżu zaczyna – wraz z niżem barycznym – napływać zimne powietrze
z obszarów polarnych.

Według tradycji ludowej środek maja powinien być zimny, deszczowy, a czasem mroźny – jest to znakiem, że aż do jesieni nie powinno być przymrozków.

 

1 maja to Święto Pracy,
w Polsce święto państwowe.

We Francji 1 maja to, oprócz uroczystości organizowanych przez L’Humanité, święto konwalii (la fête du muguet).

 

Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, dzieje się w maju.

 

2 maja to w Polsce Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej.

 

3 maja jest w Polsce świętem państwowym, które oficjalnie nazywa się Święto Narodowe Trzeciego Maja. Ustanowiono je dla upamiętnienia uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Obojga Narodów (3 maja 1791).

…od razu się przyznam. Datownik maja mam niedokończony. Sporo tego, ale jakoś tak się składa, że
z tych wydarzeń, które do tej pory wziąłem na warsztat, większość związana jest
z Rosją. No a przecież, jeśli po Konstytucji – którą się
u nas czci prawie jak konkordat, a już na pewno jak Kościuszkę i Pułaskiego razem wziętych – dam rocznice wydarzeń spod Romanowych, z bolszewii lub z Putinogorska, to będzie wstyd i obraza Boska. Po TAKIEJ Konstytucji? Lepiej zatem poprzestanę na tym, co powyżej (na razie, bo praca trwa)…

 

Znaki Zodiaku w maju:
Byk (♉) – do 20 maja
Bliźnięta (♊) – od 21 maja (najweselszy
i najpogodniejszy znak Zodiaku).

Horoskopy Bliźnięta mają pomyślne w dowolnym układzie, nawet w czarnym PR.

Ludzie spod znaku Bliźniąt
w ogóle nie osiągają dojrzałości zarówno intelektualnej, jak
i uczuciowej.
Jedyne, co naprawdę potrafią, to raz w tygodniu wypełnić kupon gry liczbowej.
Niezdarnie to ukrywają, ale największą przyjemność sprawia im dłubanie w nosie.
Zapraszając takiego do domu należy pamiętać, że kradnie
i koniecznie przed wyjściem zrewidować.

Zauważcie, że nawet zawodowi hejterzy dają Bliźniętom pozytywną recenzję (co jest złego w grach liczbowych, dłubaniu w nosie – dla zdrowia przecież, albo
w zapobiegliwości?) – po prostu nie mają się do czego przyczepić!

Porównajcie z takim wczesnomajowym Bykiem, który ma:

wdzięk powiatowego Casanovy i skłonności dewiacyjne.
Niczym niezmącone przekonanie, że jest pępkiem świata.
Lubi mizdrzyć się zarówno przed lustrem jak i w pracy.
Najbliższą rodzinę terroryzuje od urodzenia do późnej starości.
Nigdy niczego nie czyta, choć o wszystkim ma z góry wyrobione zdanie.
Charakteryzuje go brak umiarkowanie w jedzeniu
i piciu.
Oderwać od rozkoszy stołu mogą go jedynie rozkosze łoża – przy czym i tu Byk będzie dążył do wyuzdanych uciech, nazywając je dla niepoznaki „wyższą sztuką”.
Lenistwo swoje i brak zainteresowania światem zewnętrznym Byki nazywają „dbaniem o domowe ognisko”, a brak wyższych uczuć „stąpaniem twardo po ziemi”.
Wreszcie swą ociężałość umysłową i skrajny konserwatyzm nazywają „przywiązaniem do tradycji” i „opieraniem się na sprawdzonych wzorcach”. Jednym słowem – to leniwi hedoniści, pogrążeni
w brudnej rozpuście
(no dobrze: „brudnej” możemy skreślić, bo znajomy Doktor obrazi się już na amen).

Albo z późnoczerwcowym Rakiem:

Urodzeni pod znakiem Raka oszukują na każdym kroku, zdradzają, uwielbiają podłożyć świnię.
Rakom nie można wierzyć nigdy i w niczym.
Jeśli np. Rak mówi „Cenię sobie twoją przyjaźń”, to można być pewnym, że przed godziną napisał na ciebie donos do szefa.
Raki stale komuś czegoś zazdroszczą, a po dwudziestym piątym roku życia łysieją, garbią się
i tracą zęby.
Słusznie zresztą.

No przecież szkoda słów, bo tu nie pomoże nawet oddział zamknięty.

A kolejne horoskopy są jeszcze gorsze (czytajcie, to się dowiecie), więc po prostu Bliźnięta – których i tak nawet czarny piar się nie ima – punktują z miesiąca na miesiąc.

 

Kwiaty maja:

Konwalia (Convallaria maialis L.) – bylina o kwiatach słodko pachnących, ale zdradziecka, bo silnie trująca; uznawana jest za kwiat szczęścia, pomyślności i młodości; ponieważ symbolizuje też czystość
i skromność, więc często wplatana jest w bukiety ślubne panien młodych (o symbolice toposu „trucizna pod słodyczą” etymologia ludowa jakoś milczy).

Niekontrolowana – konwalia staje się chwastem i to bardzo trudnym do usunięcia, ponieważ łatwo odrasta (ciekawe, czy ma to jakiś związek symboliczny
z owymi bukietami ślubnymi
i skromnością – może odrastają w sposób naturalny…).

Suszone, sproszkowane kwiaty konwalii dodawane są czasem do tabaki – w obliczu powszechnie znanych trujących właściwości substancji psychoaktywnych w tabace zawartych szczypta konwalii różnicy nie czyni.

Duże zastosowanie ma konwalia w medycynie
i zielarstwie, ale i tu ostrzega się przed zejściem wskutek przedawkowania.

W tzw. alfabecie kwietnym konwalie oznaczają nieśmiałość, co jest zrozumiałe: któż by, niewinnym będąc, do trucia jadem zabierał się śmiało?

Duże znaczenia ma konwalia w ikonografii maryjnej, ale to tematyka zbyt szeroka, by ją roztrząsać właśnie tu.

 

Głóg (Crataegus monogyna Jacq.), któremu botanicy dodają epitet „jednoszyjkowy” (co chyba nie jest obraźliwe); symbolizował on ostrożność i nadzieję, na szczęście bardzo dawno temu, bo
w średniowieczu; dziś tylko kłuje i nadaje się na nalewkę.

 

Kamień maja:

Szmaragd – symbolizujący miłość
i powodzenie.

 

W ogóle maj to miesiąc nijaki, coś takiego właśnie jak konwalia:

Maj jest dziwny. Dokładnie taki jak konwalia: trochę aromatu, ale zaraz jakieś przedawkowania i groźba zejścia. Nic dziwnego, że mądrość ludowa odradza zawierania małżeństw w maju (znam majowe
i szczęśliwe, ale być może to wyjątki potwierdzające regułę). I gdyby nie to, że jego ostatnia dekada przynosi najlepszy znak Zodiaku, czyli Bliźnięta, to ogólnie byłoby z majem kiepsko.

Kwiecień, na przykład, zaczyna się od primaaprilisowych wygłupów – i od razu jest weselej.
A popatrzcie, od czego startuje maj: od święta pracy, do której każdy chodzi, bo musi, więc to jest tak, jakby więźniowie obchodzili dzień św. Penitencji i cieszyli się, że jeszcze trochę posiedzą. To mogły wymyślić tylko Byki!
Na szczęście kogo jak kogo, ale ludzi pomysłowych u nas nie brakuje (a założę się, że większość z nich jest spod znaku Bliźniąt) – gdyby nie oni, to już by się w ogóle
w maju nie dało wytrzymać. Bowiem ludzie pomysłowi (zwłaszcza ci spod znaku Bliźniąt) połączyli „święto pracy” z innymi okolicznymi świętami, włączając w to weekendy z przodu i z tyłu,
i stworzyli jeden
z najdłuższych weekendów nowoczesnego świata; weekend, który – jak go dobrze ułożyć – może potrwać nawet 10 dni.
I nawet znajomego lekarza nie trzeba!
A gdy wreszcie, w co nie wątpię, za dzień święty zostanie uznane Święto Kanonizacji, to weekend majowy, podczas którego będzie można kompletnie zapomnieć o pracy, dojść może do dni szesnastu, a kto wie, czy nie więcej.

I ponieważ prawie zaraz po tym weekendzie przychodzą Bliźnięta, to maj daje się jakoś przetrzymać – mimo konwalii, szmaragdów, głogów jednoszyjkowych
i trzech ogrodników, których same imiona wywołują taki dreszcz, że nagłe chłody wcale nie są potrzebne.

Maj jednak rehabilituje się imieninami:
• Moniki;
• Stanisława – ale tylko częściowo, bo połowa Stachów uciekła od Szczepanowskiego do Kostki, tak że nigdy nie wiadomo, który kiedy obchodzi;
• Zofii (Zocha, przecież wiesz, że to o Tobie: wszystkiego najlepszego!)
• i Joanny – które już piękniejszego dnia na imieniny wybrać nie mogły!

 

Śluby i wesela w maju:
w żadnym wypadku! Ale zastrzegam jeszcze raz: tylko według mądrości ludu.

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
piąty miesiąc roku to:

białoruskiмай [maj], травень [trawień]
bośniackimaj
bułgarskiмай [maj]
chorwackimaj
czeskikvěten
kaszubskimôj (też: gòran, maj)
litewskigegužė
łatgalskiLopu (też: maja)
łużycki (dolny)rozhelony (też: rožownik, maj)
łużycki (górny)meja (też: róžownik)
łotewskimaijs
rosyjskiмай [maj]
macedońskiмај albo косар [kosar]
serbskimaj
słowackimáj
słoweńskimaj
ukraińskiтравень [trawień]
żmudzkigegožė

 

Przysłowia związane
z majem:

Chłodny maj,
dobry urodzaj.

Ciepły kwiecień, mokry maj
– będzie zboże jako gaj.

Częste w maju grzmoty
rozpraszają chłopom zgryzoty.

Deszcz majowy,
chleb gotowy.

Deszcz na pierwszym maju,
chyba w urodzaju.

Dużo chrabąszczów w maju,
proso będzie gdyby w maju.

Gdy kukułka w maju,
spodziewaj się urodzaju

Gdy maj jest przy pogodzie,
nie bywają siana w szkodzie.

Gdy się maj z grzmotem
odezwie na wschodzie,
rok sprzyja sianu
i zbożu w urodzie.

Gdy się w maju pszczoły roją,
takie roje w wielkiej cenie stoją.

Grzmot w maju
sprzyja urodzaju.

Jak pszczółki na wiosnę z ula
wcześnie wylatują,
to pewnie mróz na drzewa
w maju nam zwiastują.

Jak w maju zimno,
to w stodole ciémno.

Jeśli w maju grzmot,
rośnie wszystko w lot.

Kiedy lipa w maju kwitnie,
to w ulach miód zawiśnie.

Kiedy mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

Kiedy pierwszy maj płacze,
będą chude klacze.

Kto się w maju urodzi,
dobrze mu się powodzi.

Maj – wołom daj
i sam na piec uciekaj.

Na pierwszego maja szron
obiecuje dobry plon.

Na pierwszy maj
ostatek bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj:
w piecu sobie napal,
za niego się wal.

Nastał miesiąc maj,
kożdy o się dbaj.

Niedalekoć już do maja,
więc nie uchodź za mazgaja.

Nie zawsze na ziemi maj,
nie zawsze
ludzkiemu szczęściu raj.

Pierwszego maja deszcz,
nieurodzaju wieszcz.

Pierwszy maja poranek
jest tęskliwym dla kochanek.

Przyjdzie maj,
przedsię bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj.

Tyle przymrozków w maju,
ile ich było przed św. Michałem.

W maju…
Np. Zobaczymy się
w maju…

[tj. nie teraz, kiedyś może, nigdy]

W maju jak w gaju.

W maju szumne sosieneczki,
wonne puszczą ci chojneczki.

W maju wieje, trochę pada,
coraz bliżej listopada

Witaj nam maiczku
ze słowikiem w gaiczku.

Wody w maju stojące
szkodę przynoszą łące.

 

Przysłowia na
św. Stanisława (8 V):

Do św. Stanisława
z pastuchami sprawa.

Jak się len zasieje
w św. Stanisława
to tak urośnie, jako ława.

Na św. Stanisława
rośnie koniom trawa.

Na św. Stanisława
żytko kieby ława.

Św. Stanisław len sieje,
Zofija konopie,
A Urban jęczmień i owies
każe kończyć, chłopie.

Św. Stanisław –
pierwszy siew prosa,
a ostatni owsa.

 

Przysłowia na
św. Pankracego, Serwacego
i Bonifacego
(12, 13 i 14 V)
:

Jak się rozsierdzi Serwacy,
to wszystko zmrozi
i przeinaczy.

Jasny dzień Pankracego
przyczynia wina dobrego.

Pankracy, Serwacy, Bonifacy
– źli na ogrody chłopacy.

Przed Serwacjuszem nie trzeba
pewnego się lata spodziewać.

 

Przysłowia na
św. Zofię (15 V):

Dla świętej Zosi
kłos się podnosi

Na św. Zofiją
pola w kłos wybiją.

Niechaj mnie Zośka
o wiersze nie prosi

[oczywiście to nie przysłowie, tylko cytat ze Słowackiego]

Św. Zofija ciepło rozwija.

Św. Zofija kłosy wywija.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha