Alex Suchanek

Nie spać, zwiedzać!

XVI_Wyprawa_Peneplena_poster

Rusza XVI Szkolna Wyprawa Geograficzna. Jej cel to Indie i Nepal.

Sama podróż zaczęła się 13 lipca 2015, ale wyprawa rozpoczęła się dziewięć miesięcy wcześniej, gdy ok. 30 kan­dy­da­tów przyszło na pierwsze w tamtym roku szkolnym spotkanie koła geograficznego „Peneplena”, działającego przy I LO im. Juliusza Słowackiego w Chorzowie.
Czekało nas wiele pracy: organizowanie corocznego Peneplena Travel Festival, pozyskiwanie finansów od sponsorów, zarabianie pieniędzy w sklepie (pakowaliśmy zakupy do reklamówek) i szukanie patronów medialnych naszego wyjazdu.
Celem było nie tylko zorganizowanie pieniędzy i formalności związanych z Wyprawą, ale także udowodnienie, że stanowimy jeden zgrany zespół, który jest w stanie poradzić sobie w trudnych azjatyckich warunkach.
Ostatnie tygodnie upłynęły nam na przygotowywaniu prezentacji na różne tematy powiązane z Indiami i Nepalem.

W dzień wyjazdu, uczniowska grupa liczy 16 osób, a wśród opiekunów są: dyrektor Liceum Przemysław Fabjański i profesor Grażyna Kokott-Sikora.
Ruszamy w poniedziałek 13 lipca 2015 r. Od tego czasu plecaki będą nam służyły jako garderoby i spiżarnie. O godzinie 08:00 odjeżdżamy  spod „Słowaka” do Warszawy.
W stolicy łapiemy samolot do Dubaju, gdzie przesiadamy się na samolot do Delhi.

XVI_Wyprawa_Peneplena_mapa_1

Kiedy wychodzimy z Indira Gandhi International Airport, ciepłe powietrze bucha nam w twarz, a my po paru chwilach jesteśmy zlani potem. Taksówkami przemieszczamy się do naszej pierwszej kwatery, a jest to uwielbiony przez wyprawowiczów hotel Relax znajdujący się w targowej dzielnicy Delhi – Paharganj. Z taksówki zauważamy uderzające różnice kulturowe: splunięcie z głośnym chrząknięciem to tutaj normalna sprawa, tak samo jak wypuszczanie gazów bez względu na otwór układu pokarmowego.


image_01_Paharganj_sm2_fot_Alexander_SuchanekZgiełk na Paharganju. Widok z hotelu Relax

Każdemu z nas targ kojarzy się ze zgiełkiem i tłumem. Podobnie jest przed Relaxem, chociaż znajduje się 100 metrów od tzw. krowiego ronda czyli centrum całego targu. Trąbiące riksze przepychają się między krzyczącymi ludźmi, ludzie przepychają się między muczącymi krowami, krowy między szczekającymi psami, a te między śmieciami, których jest niezliczona ilość. A w samym środku my. Najpierw człowiek czuje się zagubiony wśród takiego natłoku nowych doświadczeń, z czasem uczy się podstaw działania tutejszego społeczeństwa, a kiedy się przyzwyczaja, nagle musi wracać do swojego starego świata i czuje się, jakby zabrali mu coś cennego.

04_2015-07-16_IMG_8385_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

 

W Delhi nie zatrzymujemy się na długo, ale udaje nam się zobaczyć dwa zabytki. Pierwszy to mauzoleum Humayuna –

 

05_2015-07-15_IMG_8185_mauzoleum_Humajuna_lev_sm2_arch_Alexander_Suchanek – drugiego króla Indii z dynastii Wielkich Mogołów, panującego mniej więcej wtedy, gdy u nas rządził Zygmunt Stary.

Drugim jest bahaistyczna Świątynia Lotosu. Na świecie jest ich tylko kilka, jednak mają specjalną właściwość: są przeznaczone dla wyznawców każdej religii, która istnieje.

 

Kierunek: południowy zachód, cel: Bikaner w stanie Rajastan. Na miejsce dostajemy się pociągami, w których spędzamy całą noc. Nasze wagony mają kuszetki, więc noc mija znośnie.
Chcemy zobaczyć Świątynię Szczurów w Deshnok. Na miejsce dostajemy się rikszami „tuk-tuk” na gaz. Dojazd wydaje się nie mieć końca. Żeby wejść do świątyni, należy zdjąć buty. Wielu musi przełamać wstręt, by wejść na bosaka do budynku, w którym roi się od szczurów. Legenda głosi, że tylko prawdziwy szczęśliwiec jest w stanie dostrzec białego szczura.

Jeszcze tego samego dnia łapiemy pociąg z Bikaneru do Jaisalmeru. Miasteczko otoczone wysu­szo­ny­mi terenami, słynie ze sprzedaży wyrobów ze skóry wielbłądziej.

 

image_02_Jaisalmer_sm2_fot_Alexander_SuchanekPustynne miasto Jaisalmer z fortem w tle

To właśnie w Jaisalmerze większość z nas zachoruje –  ja też.

 

Kolejnego dnia czeka nas kolejna przygoda. Dwa jeepy zabierają nas daleko od miasta, byśmy mogli dosiąść wielbłądów i na ich grzbietach przemierzać indyjską pustynię. Dodatkowo dane nam jest spędzenie nocy na tej pustyni i wysłuchanie tradycyjnych pieśni indyjskich w wykonaniu naszych przewodników. My także prezentujemy im kawałek polskiego dorobku muzycznego.

  image_03_Thar_sm2_fot_Mateusz_TrojanowskiSafari na wielbłądach na pustyni Thar to jedno z wielu niezapomnianych wspomnień
Fot. Mateusz Trojanowski

 

Kolejna noc spędzona w pociągu. Nadal pozostajemy w Rajastanie, ale tym razem w jego stolicy – Jaipurze, znanym także jako Różowe Miasto – od ulicy w centrum, gdzie budynki są pomalowane na kolor łososiowy. Zwiedzanie Jaipuru zaczynamy od Amer Fort – pierwsze budynki powstały w X wieku, ale to, co widzimy jest mniej więcej z wieku XVI.

2015-07-20_IMG_8842_Jaipur_Amer_Fort_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Później idziemy do zamieszkałej przez dziesiątki małp świątyni Galtaji. Kolejnym celem jest centrum astronomiczne Jantar Mantar i na koniec dnia – Pałac Wiatrów, Hava Mahal.

09_2015-07-20_IMG_8761_Jaipur_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Przemieszczamy się w nieco chłodniejsze regiony i docieramy do Kolkaty (niegdyś Kalkuty). Będzie to nasza najdłuższa podróż pociągiem, ponieważ zajmie prawie dwie doby. Kolej w pełni spełnia nasze wymagania, chociaż są one i tak niewielkie. Podróże po szynach nie są tylko po to, byśmy odpoczęli, choć znalazło się paru rekordzistów, którzy spali ponad 12 godzin. W indyjskim pociągu można zająć się poważnymi sprawami. Niektórzy czytają przewodniki, inni szlifują swoje prezentacje, jeszcze inni wdają się w krótkie pogawędki z współlokatorami przedziału. Nieraz jest tak, że grupa musi być podzielona, ponieważ miejsca są w różnych wagonach. Pewnego dnia podróżowałem z kilkoma przyjaciółmi w wagonie pełnym Indusów, gdy reszta grupy jechała osiem wagonów dalej.

image_04_kolej_sm2_fot_Alexander_SuchanekPociągi to najdogodniejszy środek transportu w Indiach

 Przejście z jednego miejsca na drugie zajmowało sporo czasu, biorąc pod uwagę to, że trzeba prze­dzie­rać się przez tłumy tubylców, konduktorów, osób sprzedających posiłki, napoje i inne drobiazgi. W pociągu indyjskim może wyniknąć wiele nieporozumień. Dostaliśmy bilety, jednak kiedy do­szliś­my do naszego przedziału, okazało się, że kilku Indusów postanowiło sobie przywłasz­czyć nasze miejsca. Wszyscy spali, więc trzeba ich było budzić. I tu kolejna niespodzianka: nie byli w stanie poro­zumieć się w języku angielskim. Próbowaliśmy coś im przekazać za pomocą rąk, ale nie wiedzieli – lub udawali, że nie wiedzieli – o co chodzi, aż przyszedł konduktor i całą sytuację wyjaśnił.

 

Docieramy do Kolkaty – stolicy Indii za czasów British Raj. Brytyjczycy pozostawili tutaj spory spadek architektoniczny w stylu wiktoriańskim. Mamy okazję zobaczyć katedrę św. Pawła, Victoria Memorial Hall, świątynię Kali. Później idziemy do kina na najnowszy hit Bollywood – „Bajrangi Bhaijaan”.

Naszym głównym celem nie jest jednak zwiedzanie, ale niesienie pomocy w domach starości, organizowanych przez zakon Misjonarki Miłości założony przez Matkę Teresę. Nie podoba mi się nazwa ‘hospicjum’, dlatego będę używał nazwy ‘dom’; podobnie w przypadku ‘pacjentów’ – będę ich określał mianem ‘domowników’.
Każdy dzień wolontariatu zaczyna się tak samo. Na godzinę 06:00 stawiamy się na nabożeństwo w do­mu Matki Teresy. Jemy symboliczne śniadanie: banany, suche tosty i kubek czaju (miejscowej herbaty z mlekiem i przyprawami). Teraz możemy ruszać do odległego o paręset metrów domu. Zasada jest prosta: mężczyźni do domu mężczyzn, a kobiety do domu kobiet lub dzieci. Bez względu na płeć to, czego tam doświadczymy, pozostanie w naszych głowach. Najpierw jednak opowiem o planie dnia.
Zawsze jest taki sam. Dzień jest podzielony na dwie szychty: ranną i popołudniową. Rano robimy pranie, potem trzeba zmyć podłogę i rozdać posiłki domownikom. Całość dzieje się na otwartej przestrzeni, by wszyscy mogli poczuć się lepiej oddychając świeżym powietrzem. Następny punkt z planu dnia sprawiał nam w pierwszych chwilach pewien kłopot, ale z czasem odnaleźliśmy się. Był to tak zwany czas wolny, kiedy mieliśmy się zająć domownikami. Wśród nich jest wielu niepeł­no­spraw­nych fizycznie lub umysłowo. Niektórzy potrzebują pomocy w jedzeniu, inni pomocy w goleniu lub obcinaniu paznokci, jeszcze inni potrzebują masażu różnych części ciała. Często trzeba opróżnić pełne nocniki, by znów mogły być użyte. Normalną sytuacją jest, gdy któryś z domowników załatwi się pod siebie. W takim wypadku bierze się go pod pachy i prowadzi do łazienki, by umyć i przebrać w nowe ubranie. W tym samym czasie ktoś sprząta nieczystości z podłogi. Po wszystkim odprowadza się domownika na miejsce.
Najbardziej zaskakuje mnie to, jakich innych wolontariuszy tam spotykam. Szczerze mówiąc, nie wiem, czego się spodziewałem, ale ci ludzie są młodzi, pełni życia i zawsze chętni, by pomóc. Na dodatek zewnętrznym wyglądem nie sprawiali wrażenia ludzi, którzy pracują w domu dla starszych osób. Moim zdaniem tak wyglądają surferzy z Australii. W każdym razie świetnie jest zobaczyć, że tak wiele osób chce nieść pomoc.

Po kilkudniowym wolontariacie w Kolkacie ruszamy dalej, w stronę Nepalu. Tam naszym głównym celem także będzie niesienie pomocy.

Po drodze czeka nas jeszcze jeden przystanek – Patna, najwygodniejszy punkt przesiadkowy na drodze Indie – Nepal. 11_2015-07-27_IMG_9072_Patna_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Jest to jedno z najstarszych miast świata, ale nie zwiedzanie zabytków nam w głowie: Mijamy pozostały po Brytyjczykach wielki spichlerz i idziemy nad rzekę: tu właśnie wszyscy po raz pierwszy zobaczyliśmy najświętsze miejsce w Indiach – Ganges.

Transport do Nepalu mamy o trzeciej nad ranem. Pożegnać Indie na granicy nepalskiej nie jest tak łatwo. Co najmniej cztery godziny spędzamy w skwarze, czekając na naszą kolej. Ostatni kilometr czy dwa musimy przejść sami. Najpierw meldujemy się na granicy indyjskiej, gdzie dokładnie sprawdzają nasze paszporty. Na szczęście zadbaliśmy, by było z nimi wszystko w porządku: wiza i ważność paszportu przez co najmniej pół roku do przodu to podstawy.
Idziemy dalej i dochodzimy do granicy nepalskiej, gdzie spędzimy kolejne dwie godziny wypełniając wnioski o wizy i czekając na nie.
To nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy będziemy musieli czekać na coś długo. Wielu może pomyśleć, że jest to strata czasu lub niepotrzebna biurokracja. Jednak właśnie takie czekanie pozwala nam poczuć magię miejsca. W Polsce, kiedy cały czas jest coś do roboty, nie zauważamy tego, co jest dookoła. W Indiach i Nepalu wszyscy mają czas. Trzeba przyzwyczaić się do lokalnego trybu życia a wtedy pozna się obyczaje miejsca. Najpierw bolą cię cztery litery od siedzenia na krawężniku i starasz się zająć czymś ‘produktywnym’. Z czasem przyzwyczajasz się do spokoju miejsca i zaczynasz obserwować otoczenie jak Indus. To jest doświadczenie, którego nie poznasz w naszych stronach.

2015-07-20_IMG_8886_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Gdy już wszyscy dostajemy nepalskie wizy, autobus rusza dalej. Do celu, którym jest Chitwan National Park, dojeżdżamy późnym wieczorem.
Kolejne miejsce – kolejne przygody. W ciągu następnych dwóch dni będziemy mieli okazję przejechać się na słoniu i w jeepie. Mimo, że oba te środki transportu mają napęd 4×4, jeden i drugi miał problemy w niektórych terenach.13_2015-07-30_IMG_9131_Chitwan_Park_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Jedziemy do Kathmandu. Mimo że Chitwan leży bardzo blisko stolicy, podróż zajmuje kilka godzin: Droga prowadzi przez wysokie góry i bus nie może się rozpędzać. Jednak to też ma swoje plusy, ponieważ możemy obserwować tutejszą florę, faunę i rzeźbę terenu, co robi ogromne wrażenie. 14_2015-07-31_IMG_9366_lev_sm_droga_do_Kathmandu_arch_Alexander_Suchanek
Na miejsce docieramy po siedmiu godzinach . Po relacjach telewizyjnych i artykułach w prasie wielu mogłoby spodziewać się miasta zrównanego z ziemią, które jest zupełnie opustoszałe. Prawda jest taka, że podczas naszego kilkudniowego pobytu dostrzegam tylko  jeden zawalony budynek. „Zniszczone miasto Kathmandu” to wytwór wyobraźni mediów, które robią złą reklamę Nepalowi, żyjącemu z turystyki. Kiedy nie ma turystów, zastraszonych przez media, wtedy kraj przeżywa prawdziwą katastrofę.


image_05_Kathmandu_sm2_fot_Alexander_Suchanek
Widok z nepalskiej szkoły na stolicę – Kathmandu

Na miejscu poznajemy Nepalczyka imieniem Mani. Jest organizatorem wycieczek do Polski, wielokrotnie był w naszych stronach, a na dodatek świetnie mówi po polsku. Proponuje, byśmy zaczęli kolejny dzień od górskiej wspinaczki. Nie jest to jednak typowa wspinaczka. Przed­się­wzię­cie nosi nazwę „Hike For Nepal”, jego założeniem jest wypromowanie Nepalu i pokazanie, że nie ma takiego zagrożenia, jak podają media. Po całodziennym wyjeździe w góry wracamy, by zobaczyć trochę miasta i ustalić plan na kolejne dni, które mieliśmy poświęcić charytatywnej pracy w szkole na przedmieściach stolicy.

Pierwszego dnia zostajemy ciepło powitani i ugoszczeni w gabinecie dyrektora. Dzielimy się na grupy, które rozchodzą się do różnych klas.
Mnie i paru chłopakom przypada klasa najmłodsza, w której średnia wieku dzieci wynosi cztery lata. Robimy wszystko, by dzieciaki dobrze zapamiętały naszą wizytę. Zaczynamy od polskich gier i plą­sów: ciuciubabka, „Stary niedźwiedź mocno śpi”, „Zasiali górale owies”. Dzieciom najbardziej podo­ba się zabawa w pociąg, a raczej w kraksę pociągu czyli moment, kiedy wszystkie wywracają się jedno na drugie. Maluchy tracą głowę dla piłeczek. Postanawiam im je sprezentować, ale nauczycielka nalega, bym je zabrał, ponieważ nie potrafi zapanować nad dziećmi, kiedy bawią się piłkami.

Ostatniego dnia pobytu rozgrywamy towarzyski mecz między uczniami naszej szkoły a Nepal­czy­ka­mi. Zwycięsko wychodzimy z tego spotkania, ale każdy jest szczęśliwy ze wspólnej zabawy.

 

  image_06_XVI_Dhungkharka_sm2_fot_Michal_CiolekXVI Szkolna Wyprawa Geograficzna w Dhungkharce
Fot. Michał Ciołek

 

W czwartym dniu naszego pobytu w Kathmandu jedziemy do miejscowości Dhungkharka. Choć w stolicy zniszczenia są niewielkie, to trzęsienie ziemi dało o sobie znać dużo bardziej w okolicach miasta. Świetnym tego przykładem jest Dhungkharka, wieś zamieszkała przez mniej więcej 4 000 osób, gdzie żyje się tradycyjnie, a sprzęty elektroniczne to rzadkość.
Kiedy dojeżdżamy również zostajemy gorąco przywitani: każdy z nas przed wejściem dostaje khatę – tradycyjny szal ceremonialny i wielki wieniec z kwiatów. Jednak bardziej niesamowite jest to, co stanie się za chwilę.
Wchodzimy na dziedziniec szkoły. Tam znajdują się wszyscy uczniowie Shree Parbati Higher Secondary School skandujący „Poland! Poland!”. Szkoła liczy ponad 600 uczniów, więc hałas był tak ogromny, jak nasze pozytywne zaskoczenie. Następnie zostajemy zaproszeni do gabinetu, by mogło nastąpić oficjalne przywitanie dwóch dyrektorów. Po wszystkich formalnych zabiegach zostajemy zaprowadzeni do naszego schronienia na noc.
Zaczynamy rozmowę z dyrektorem nepalskiej szkoły. Niezwykle miły i przyjazny znajduje czas, by porozmawiać z każdym z nas, a rozmowy te trwają do późnego wieczora.

Następnego dnia wstajemy bardzo wcześnie, by poznać okolicę. Spacer uświadamia mi, że można żyć tak, jak żyli nasi przodkowie. Praca w młynie napędzanym strumieniem rzeki to tutaj nie przestarzała czynność, ale coś, co daje pożywienie całej wiosce. Odwiedzamy jeden z domów: rodzina, która tam mieszka, nie ma telewizora, ogrzewania centralnego ani komputera i nie zauważyłem, by im tego brakowało.

Wracamy do szkoły. Wiek uczniów waha się od lat pięciu do osiemnastu. Podczas naszego pobytu na lekcjach wymieniamy się informacjami na temat państw, z których pochodzimy i naszych szkół. Czas biegnie nieubłagalnie i szybko: nim się rozkręciliśmy, trzeba było iść na szkolny apel.
Tam następuje wymiana kulturalna: zostaje odśpiewany hymn obu państw plus hymn naszej szkoły. Następnie jest prezentacja szkolnych talentów obu szkół. Szymon, Agnieszka i Magda to przodownicy tańca w różnych jego kategoriach, więc to oni występują na betonie dziedzińca.
Po pokazach jest czas na honorowe przekazanie funduszy zebranych na szkołę w Nepalu. Shree Parvati Higher Secondary School niestety ucierpiała w wyniku trzęsienia ziemi i należy ją gruntownie wyremontować.

 

image_07_szkola_Dhungkharka_sm2_fot_Michal_CiolekSzkoła w Dhungkharce wymaga gruntownej przebudowy
Fot. Michał Ciołek

Apel się kończy. Żegnamy się z uczniami i gronem pedagogicznym i wracamy do Kathmandu.


Ostatnie chwile spędzamy na zwiedzaniu. Oglądamy leżące tuż przy stolicy stare miasta: Bhaktapur i Lalitpur, a w nim plac centralny Patan Durbar Square. To tutaj jedna ze świątyń uległa całkowitej destrukcji, a pod jej gruzami zginęło wiele osób.

Przed wyjazdem rozgrywamy w stolicy jeszcze jeden mecz, ale tym razem przeciwna drużyna jest o wiele lepsza od nas. Z twarzą wychodzimy z gry zdobywając jednego gola na siedem drużyny przeciwnej! 18_2015-08-06

Z okazji meczu organizujemy sobie koszulki w barwach Polski, z numerami i ksywkami. Na imprezie obecne są tutejsze media i znany komik nepalski, który zabawnie komentuje cały mecz.

Żegnamy Nepal, który okazał się bardzo przyjaznym miejscem i wielu z nas zapamiętało go wspaniale.

 

Rozpoczyna się kolejny rozdział podróży, ponownie pełny hałasu, ciepła, dobrej zabawy i wrażeń. Jedno z miejsc, w którym trzeba zobaczyć Ganges to Varanasi, dawniej zwane Benares, tam się też kierujemy. Męcząca całonocna podróż w publicznym autobusie, z długą przerwą na wymianę przebitej dętki, wymusza na nas sen po przyjeździe. Po południu nadarza nam się kolejna okazja zobaczenia bollywoodzkiego hitu „Bahubali”.

Varanasi to stolica hinduizmu, o czym przekonujemy się wieczorem uczestnicząc w Pudży poświęconej bogom żywiołów. Całość odbywa się na świętej rzece. Uczestniczący siedzą na łodziach obserwując braminów odprawiających rytuały. W tym czasie większość puszcza na rzekę pływające świeczki ozdobione kwiatami. Odbieram Varanasi jako miejsce spotkania życia ze śmiercią. Wyrazem tego jest zabudowany od setek lat jeden z brzegów Gangesu i kompletna, jałowa pustka na drugim brzegu rzeki.

Następnego dnia odwiedzamy Sarnath – miejsce ważne dla buddystów ponieważ to tutaj Budda wygłosił swoje pierwsze kazanie. Znajduje się tu jeden z najwyższych posągów Buddy.
Dzień później odwiedzamy Uniwersytet Benares i Manikarnika Gat na brzegu Gangesu, gdzie dokonuje się uroczystych spaleń zwłok. Hinduiści wierzą, że zwłoki winny palić się ,póki nie pęknie czaszka zmarłego, co jest równoznaczne z uwolnieniem duszy. Jeśli do tego nie dojdzie, najstarszy syn powinien ją rozbić.

Wyprawa rusza dalej. Kolejny cel to Amritsar, czyli miasto, w którym znajduje się najważniejsze miejsce kultu Sikhów – Złota Świątynia, a w niej Sri Guru Granth Sahib czyli święta sikhijska księga, bez przerwy odczytywana. Zaskakuje nas fakt, że świątynia w Amritsarze wydaje dziennie do 20 000 posiłków dla potrzebujących i osób głodnych.

Kierunek kolejny to granica dwóch zwaśnionych od wielu lat państw czyli Indii i Pakistanu. Zanim dotrzemy na miejsce musimy parędziesiąt kilometrów przejechać jeepem, kolejne parę przejść i poddać się kilku inspekcjom nieufnych strażników. Ceremonia zamknięcia granicy rozpoczyna się wraz z zachodem słońca. Napiętą atmosferę czuć w powietrzu. Określiłbym całość jako zawody w przekrzykiwaniu się i pokazywaniu, kto jest lepszy i kto puści głośniej muzykę. Żeby pokazać swoją przewagę nad konkurentem obie strony wymachują flagami. Sytuacja zarazem poważna, śmieszna i dziecinna.

Następny etap to wyprawa do Kaszmiru i Ladakhu. Piękne są to rejony i tę część zapamiętam szczególnie. Najpierw jedziemy do Srinagaru, gdzie naszymi domami są mieszkalne łodzie unoszące się na wodach jeziora. 19_2015-08-14_IMG_9585_Srinagar_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Przepiękna górska sceneria w połączeniu z miastem zapada w pamięci. Nasz pobyt tutaj przeznaczamy na podróżowanie po jeziorze Dal drewnianymi łódkami wiosłowymi shikara, pełniącymi rolę taksówek wodnych. 20_2015-08-15_IMG_9696_Srinagar_sm2_arch_Alexander_Suchanek

To jest czas na zregenerowanie naszych sił, ale co dobre szybko się kończy.

 

Pora ruszać do Ladakh – Małego Tybetu.

image_08_Srinagar-Ladakh_sm2_fot_Alexander_SuchanekNiebezpieczne drogi na trasie Srinagar – Ladakh

Tutaj czekają mnie największe wrażenia. Odwiedzanie buddyjskich klasztorów i pałaców dawnych władców to coś, na co czekałem kilka miesięcy.

image_09_Ladakh_sm2_fot_Alexander_SuchanekLadakh, czyli miejsce gdzie nie wiesz, czy rozrzedzone powietrze czy widoki zapierają ci dech

 

 

25_2015-08-18_IMG_0268_Leh_sm2_arch_Alexander_Suchanek 26_2015-08-19_IMG_0655_Ladakh_sm2_arch_Alexander_Suchanek 27_2015-08-22_IMG_Ladakh_1003_sm2_arch_Alexander_Suchanek 23_2015-08-17_IMG_0166_Alchi_droga_do_Leh_sm2_arch_Alexander_Suchanek 24_2015-08-23_IMG_1081_Ladakh_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Jałowe góry i i zielona dolina Indusu między pasmami gór Karakorum a Himalajami zapiera dech w piersi, podobnie jak przejazd przełęczą na wysokości 5 000 m n.p.m. Słuchać można w nieskończoność buddyjskich legend o jeziorach zamieszkanych przez demony czy o historii himalaizmu.
W Ladakhu spędzamy noc nad Pangong Tso – jeziorem, którego większa część leży po stronie chińskiej. To jest niezapomniana noc. Niebo niezanieczyszczone światłem sztucznym to rzadkość w XXI w. Spadające gwiazdy nad Pangongiem to rzecz normalna.

 

 

Zjeżdżając z gór odwiedzamy miasteczka Kaza, Tabo, Nako, Sarahan. 30_2015-08-24_IMG_1120_Tabo_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Wraz z obniżaniem wysokości zmienia się flora: odzwyczajeni od zieloności możemy znowu nacieszyć się lasami.
Na ostatnim odcinku – niespodzianka. Na wąską drogę osunęły się tony ziemi i głazów, przez co zrobił się ogromny korek. Czekamy w miasteczku obok. Mija godzina jedna, druga, a kiedy w końcu wyczyszczono drogę i wszystkie pojazdy ruszyły, zrobił się kolejny korek. Do Sarahanu docieramy wieczorem.

O poranku, po krótkim zwiedzaniu, jedziemy do Shimli. 31_2015-08-29_IMG_1219_droga_do_Shimli_sm2_arch_Alexander_Suchanek

Miasto jest typowo turystyczne. Markowe sklepy, europejskie restauracje.

Wyprawa powoli zmierza ku końcowi.32_2015-08-29_IMG_1228_Shimla_sm2_arch_Alexander_Suchanek

 

Jeszcze odwiedzamy dawną stolicę Wielkich Mogołów – Fatehpur Sikri oraz Sikandrę – mauzoleum Akbara Wielkiego, władcy mogolskiego.

 

Ostatnim przystankiem przed Delhi jest Agra. Nadszedł wyczekiwany przez dwa miesiące moment: zwiedzanie Taj Mahal.

image_10_Taj_Mahal_sm2_fot_Mateusz_Trojanowski Jeden z największych grobowców świata – Taj Mahal
Fot. Mateusz Trojanowski

Naszym oczom ukazuje się idealna, biała jak śnieg budowla (nawet słynny Burj Khalifa, który mieliśmy później okazję zobaczyć w Dubaju, nie wydał nam się tak imponujący). W cieniu Taj Mahal. Spędzamy dobrych parę godzin, by nacieszyć oczy, a obserwując grobowiec z różnych perspektyw zauważamy, jak zmienia się kolor białego marmuru w zależności od kąta padania światła.

 

Wieczorem trzeba wracać do hotelu, a następnie ruszać dalej – do znanego już hotelu Relax.
Świetne to uczucie, gdy po dwóch miesiącach ciągłego przemieszczania jest się znowu w miejscu, w którym się już było. Wszystko wydaje się być inne. To dlatego, że poznaliśmy już nieco indyjską kulturę i zaczynamy ją pojmować. Jedno jest pewne. Żadne z nas nie może powiedzieć, że zna Indie. Tak naprawdę poznaliśmy tylko niewielki skrawek tego, co ten kraj ma do zaoferowania. Była to jedna z lekcji życia, z których możemy coś wyciągnąć.

Ostatnie dni poświęcamy na zwiedzanie stolicy. Dane jest nam zobaczyć India Gate, oraz miejsca związane z osobami ważnymi w historii Indii, jakimi byli Mahatma Gandhi i Indira Gandhi. Zwiedzamy też Qutub Minar, czyli miejsce, gdzie znajduje się najwyższy ceglany minaret w Indiach i na świecie.

Spakowani jedziemy na lotnisko. Wszystko biegnie zgodnie z planem. Kiedy ważymy nasze plecaki, okazuje się, że mój w ciągu całej wyprawy zrzucił osiem kilogramów. Początkowo ważył 21 kg, a skoń­czył na 13 kg, co czyniło go jednym z najlżejszych plecaków wśród bagaży innych uczest­ni­ków.
Wylatujemy. Przesiadka jest Dubaju, jak poprzednio. Pech – lub szczęście – chce, że spóźniamy się na kolejny samolot i musimy czekać 24 go­dziny. Zostajemy zakwaterowani w hotelu linii lotniczych Emirates, a wolny czas spędzamy na zwie­dzaniu miasta.
Udaje nam się zobaczyć Burj Khalifa – najwyższy wieżowiec na świecie, klimatyzowane chodniki i centrum handlowe, w którym znajduje się stok narciarski. Ale czy te naszpikowane elektroniką bajery robią na nas większe wrażenie niż widoki indyjskie? Po pewnym czasie mam już dość tego miasta z przepychem i cieszę się, że wracamy do hotelu.

Nad ranem przyjeżdża po nas busik i jedziemy na lotnisko. Bagażami nie musimy się przejmować, bo poleciały już do Polski.
Lot mija szybko, podobnie jak przejazd z Warszawy do Chorzowa. Tam na nas wszyscy czekają. Jednak wiemy, że to nie koniec Wyprawy. Za dwa dni spotkamy się w szkole i zno­wu będziemy ze sobą spędzać czas, i nadal będziemy członkami Koła Geograficznego „Peneplena”.

Alexander Suchanek
30 grudnia 2015
Zdjęcia: jeśli nie podpisano inaczej, autora lub z jego archiwum.

Skład wyprawy:
Uczennice i uczniowie:
Gustaw Błaszczyński, Emilia Burnat, Michał Ciołek, Martyna Dzik, Wiktoria Grabny, Barbara Józefowska, Szymon Kot, Karolina Kruszewska, Ruben Krystoń, Kaja Mierzwińska, Agnieszka Pająk, Magda Pokrywka, Oliwia Sowińska, Alexander Suchanek, Mateusz Trojanowski, Aleksandra Żukowska;

Opiekunowie: Przemysław Fabjański, Grażyna Kokott-Sikora, Marcin Malcher, Paulina Owsiak, Adrianna Suchanek.34_XVI_Wyprawa_Peneplena_mapa_5

 

= = = = =

2014-08-13_IMG_0191_cr_sm_arch_Alexander_SuchanekAlexander Suchanek mieszka w Świętochłowicach.
Po rocznych kwalifikacjach (2012/2013), będąc w trzeciej klasie gimnazjum, został uczniem Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2013, polsko-rosyjska. Przepłynął w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Gdańska do Civitavecchia.
Obecnie uczy się w I LO im. Juliusza Słowackiego w Chorzowie; uczestniczy tam m.in. w pracach Koła Geografów „Peneplena” (Koło to, prowadzone przez dyrektora szkoły i podróżnika Przemysława Fabjańskiego, jest członkiem The Young Explorers Trust przy The Royal Geographical Society w Londynie i National Geographic Society w Waszyngtonie).
Uprawia snowboard, żeglarstwo, narciarstwo.

Reportaż Alexa z rejsu na Bornholm znajdziecie tu:
► Alex Suchanek: Bornholmska przygoda

To, co Alex i reszta młodych ze SzPŻ-2013 napisali o rejsie Pogorią, znajdziecie tu:  
Szkoła Pod Żaglami 2013 – przez młodych opisana


 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« August 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

– Ładnie dzisiaj… chociaż nie bardzo… No, jednak… Słowem, nie brzydko, a to najważniejsze… Tak. Nie pada deszcz, nie ma też śniegu.
– To byłoby dziwne, jest przecież lato.
– Proszę mi wybaczyć, właśnie to chciałem powiedzieć… chociaż dowie się pani, że można się wszystkiego spodziewać.
– Zapewne.
– Na tym świecie, proszę pani, niczego nie możemy być pewni.

 
Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego, na półkuli północnej najcieplejsza.

==========================
Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku… bla-bla-bla.

Ponieważ to – było nie było – kalendarz, więc zbiór cytatów i silva rerum z cyklu „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie!”, nie od rzeczy będzie po raz kolejny „palnąć koncept z kalendarza”, czyli polecieć stereotypem. Ale miłym, bo któż z pokoleń pamiętających rok 1960 nie śpiewał:

 

Lato, lato, lato czeka,
Razem z latem czeka rzeka,
Razem z rzeką czeka las,
A tam ciągle nie ma nas .

Już za parę dni, za dni parę
Weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów, Pitagoras – bądźże zdrów ,
Do widzenia wam „canto, cantare”!

 

Dla tych, którzy nie pamiętają: to kawałek piosenki z filmu Szatan z siódmej klasy – tego oryginalnego, z roku 1960, w reżyserii Marii Kaniewskiej, w którym debiutowała na ekranie studentka polonistyki Pola Raksa (poróżniła nas, za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał – śpiewa od 1982 roku Grzegorz Markowski z Perfectu tekstem Bogdana Olewicza). Co dodaję, bo jest też wersja tego filmu z roku 2006, której autorów wymieniać, przez grzeczność, nie będę.
Przez tę samą grzeczność (choć z innych pobudek) dodam, że tekst piosenki napisał Ludwik Jerzy Kern, muzykę – Witold Krzemieński, a wersję oryginalną zaśpiewała Halina Kunicka z Orkiestrą Taneczną PR pod dyrekcją Edwarda Czernego. Szacunek!

==========================

Lato astronomiczne rozpoczyna się od przesilenia letniego i trwa do równonocy jesiennej.
W 2017 na półkuli północnej to okres pomiędzy 21 czerwca a 22 września.

Przesilenie letnie Słońca (ang. summer solstice) na półkuli północnej wypada w dniu, kiedy Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – na 52°13’ szerokości geograficznej północnej – wynosi 61°14’. Podczas przesilenia dzień jest najdłuższy (a noc najkrótsza) w roku.

Równonoc (ekwinokcjum, ang. equinox), to dzień, w którym Słońce góruje w zenicie nad równikiem; zdarza się dwa razy w roku: jako początek wiosny (równonoc marcowa – wiosenna) i koniec lata (równonoc wrześniowa – jesienna). Podczas równonocy długość dnia równa jest długości nocy. W dniach równonocy Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Łatwo wtedy można obliczyć szerokość geograficzną miejsca obserwacji: wystarczy zmierzyć w stopniach wysokość górującego Słońca i odjąć tę wartość od 90º.
W centrum Warszawy, leżącej na 52°13’ szerokości geograficznej północnej, dokładny pomiar powinien wykazać właśnie 52°13’.

 

Podczas lata astronomicznego dzień jest dłuższy od nocy, jednak z każdą dobą dnia ubywa, a nocy przybywa. Słońce wschodzi coraz później i góruje na coraz mniejszych wysokościach nad horyzontem.
Za miesiące letnie na półkuli północnej uznaje się czerwiec, lipiec i sierpień.
Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku: tam miesiące letnie to grudzień, styczeń i luty.

 

Lato klimatyczne to ten okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza przekraczają 15°C. Pomiędzy latem klimatycznym i sąsiednimi klimatycznymi porami roku nie ma etapów przejściowych, w przeciwieństwie do zimy poprzedzanej przedzimiem i następującym po niej przedwiośniem.

 

Rzeczownik „lato” w liczbie pojedynczej dawniej (a dziś w gwarach) znaczył „rok”.
Mąż z królem Bolesławem poszedł na Kijowiany / Lato za latem bieży, nie masz go z bojowiska
pisał Mickiewicz (w jakim utworze – wiadomo).

W języku ogólnopolskim przetrwał w tym znaczeniu do dziś: w liczbie mnogiej rzeczownika „rok”, jako jego forma supletywna. A i w gwarach ma się jak najlepiej: latoś znaczy tyle co ‘w tym roku’, a latosi – ‘tegoroczny’.

 

W terminologii kościelnej istnieje termin „miłościwe lato” oznaczający Rok Jubileuszowy lub Rok Święty (Annum Sanctum), połączony z odpustem, którego jednym z warunków jest odwiedzenie określonych kościołów: niegdyś tylko w Rzymie, dziś – na całym świecie.
Po raz pierwszy obchodzono go w roku 1300 za papieża Bonifacego VIII. Pierwotnie miał się powtarzać co 100 lat, ale zaraz Klemens IV skrócił ten okres o połowę, a Paweł II do 25 lat.
Do tego dochodzą „okazje specjalne”, np. Pius XI ogłosił rok 1933 Świętym dla przypomnienia 1900. rocznicy śmierci Chrystusa, a Benedykt XVI za Annum Sanctum uznał rok 2008, w drugie tysiąclecie od narodzin św. Pawła.

 

Latem, od V w., Kościół wschodnio-chrześcijański obchodził koimesis (gr. Κοίμησις, zaśnięcie) Najświętszej Maryi Panny w przeświadczeniu, że Maryja nie umarła jak zwykły człowiek, lecz została zabrana do Nieba.
W chrześcijaństwie zachodnim, kiedy w VII w. to święto zostało przyjęte w Rzymie, termin „zaśnięcie” został zastąpiony przez „wniebowzięcie”.
W Kościele katolickim, w roku 1950, Pius XII, ogłosił dogmat, stwierdzający, że Maryja, po zakończeniu ziemskiego życia, mocą Bożą została z ciałem i duszą wzięta do wiecznej chwały.

Cerkiew prawosławna obchodzi święto Zaśnięcie Bogurodzicy 15 sierpnia (28 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego).

Protestanci przeciwstawiają się dogmatowi o wniebowzięciu, podając jako argument brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat w Biblii.

W Polsce dzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia) jest wolny od pracy. Tego samego dnia obchodzone jest Święto Wojska Polskiego (przywrócone w 1992).

Święto Wniebowzięcia nazywane jest Świętem Matki Boskiej Zielnej, ponieważ w czasie obrzędów błogosławi się wiązanki ziół i kwiatów.
Według wiary ludowej pobłogosławiony bukiet nabiera cudownych, leczniczych właściwości. Wierni, wracając z kościoła, zostawiali go wśród upraw, gdzie miał przynieść szczęście w zbiorach. Po kilku dniach bukiet zabierany był do domu: najpierw obnoszono go po izbach, a później przechowywano w eksponowanym miejscu, które dawało pewność, że jego moc będzie działała.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
lato to:

białoruskiлетa [lieta]
bośniackiljeto
bułgarskiлято [liato]
chorwackiljeto
czeskiléto
kaszubskilato
litewskivasara
łużycki (dolny)lěśe
łużycki (górny)lěćo
łotewskivasara
macedońskiлетo [lieto]
rosyjski
летo [lieto]

serbskiлетo [lieto]
słowackileto
słoweńskipoletje
ukraińskiліто [lito]
żmudzkivasara

 

Przysłowia związane z latem:

Co się w lecie zarobi,
tym się w zimie żyje.

Co w lecie nogami,
to w zimie rękami.

Dobra nowina:
będzie lato, poszła zima.

Idą za szczęściem
iáko iáskołki zá látem.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto latem pracuje,
zimą głodu nie poczuje.

Kto latem w chłodzie,
ten w zimie o głodzie.

Kto w lecie nie zbiera,
w zimie przymiera.

Kto w lecie próżnuje,
w zimie nędzę czuje.

Latem zbiera baba grzyby,
a chłop w niedzielę
idzie z wędą na ryby.

Lecie mi go nie chłódź,
zimo mi go nie grzej.
[o człowieku, któremu dogodzić trudno, i tak mu źle i tak niedobrze]

Lepsze jedno lato niż dwie zimy.

Mnima káżdy iż wiecznie
Iuż ták ma być láto
.

[Rej, Wizerunk własny żywota człowieka poczciwego, 1558]

Na to jak na lato.
[wyrażenie oznaczające wielką ochotę, skwapliwą zgodę]

O, co bym ja dała za to,
gdyby zawsze było lato.

To pewna nowina:
bywszy lato, będzie zima.

Trzebá się rozmyśláć ná to
Iż nie iutro będzie láto.
[Rej, Zwierciadło, 1568]

W lecie bez roboty,
w zimie bez butów.

Za lata zbieraj na zimę.

 

Przysłowie na
Matkę Boską Szkaplerzną
(16 VII)

Wraz z Szkaplerzną Matką
na zagon, czeladko!

 

Przysłowia na
Wniebowzięcie N.M.P.
(15 VIII)

Do Marji Wniebowstąpienia
miej w stodole połowę mienia.

Gdy w pogodę do nieba Maria wstępuje,
wino Węgrom obfite jesień obiecuje.

Marji Wniebowstąpienie
czyni reszty zboża plenie.

Na Wniebowzięcie
pokończone żęcie.

Pogoda na Wniebowzięcie,
ciężkie ziarno wnet po sprzęcie

W Wniebowzięcie Panny Marji
słońce jasne,
będzie wino godnie kwaśne.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Sierpień
– ósmy miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 31 dni.

Według Aleksandra Brücknera (1856-1939; chyba już zapamiętaliście, że był to filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny) nazwa pochodzi od sierpa żniwnego, tak samo jak w czeskim (srpen), ukraińskim (серпень) i chorwackim (srpanj ‛lipiec’).

A Samuel Bogumił Linde napisał w swoim Słowniku (1812): „sierpień od sierpa rzeczon, bowiem tego miesiąca iuż wszelkie zboża sierpa a źniwa potrzebują”.

 

W Rzymie, przed 46 p.n.e., miesiąc odpowiadający czasowo naszemu sierpniowi był szósty w kalendarzu i nazywał się Sextilis (jeśli ktoś myśli, że to znaczy to, na co wygląda, to nie wnoszę sprzeciwu: już/jeszcze mamy demokrację i każdemu wolno kojarzyć, co z czym chce).

W 46 p.n.e. Juliusz Cezar zarządził reformę kalendarza, wg której pierwszym miesiącem roku stał się Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).

Mimo że już nie szósty a ósmy, Sextilis utrzymał swą nazwę do 8 roku p.n.e., kiedy to – jak twierdzi Swetoniusz (De Vita Caesarum; Divus Augustus, 31.2) – wybrał go na „swój” miesiąc Oktawian August (Octavianus Divi Filius Augustus), pierwszy władca Imperium Rzymskiego (panował od 27 p.n.e. do 14 n.e.).
Nazwa miała upamiętniać zwycięstwa Oktawiana w Egipcie, zamienionym w 30 r p.n.e. w prowincję rzymską.
Ceną tego była m.in. samobójcza śmierć Marka Antoniusza (wcześniej uciekł z pola bitwy pod Akcjum, więc nie żałuję), Kleopatry (której żałuję, bo to nie była aż tak zła kobieta) i śmierć 17-letniego Cezariona (syn Kleopatry i Juliusza Cezara), uduszonego na specjalny rozkaz Oktawiana, któremu pewien filozof-doradca powiedział „Nie jest dobrze, gdy na świecie jest zbyt wielu Cezarów” (no, słów brak!).
Egipt, jak widać, nie zawsze był krainą bajek, a wszystkie te zgony miały miejsce w sierpniu – miesiącu Oktawiana!

Historię piszą zwycięzcy. Dziś większość języków europejskich nazywa ósmy miesiąc roku właśnie wariantami słowa zapożyczonego z łaciny: Augustus. Nawet Grecy używają Αύγουστος, choć mają piękne nazwy historyczne: delficki βουκάτιος (Boukatios), lacedemoński Καρνεῖος (Karneios), delijski Μεταγειτνιών (Metageitnion), beocki Ἱπποδρόμιος (Ippodromios) czy cypryjski Ἔσθιος (Esthios).
Ale cóż – wiadomo: na wyspie Cypr mówią, że myszy jedzą żelazo.

 

1 sierpnia – święto państwowe w Polsce: Narodowy Dzień Pamięci Powstania Warszawskiego.

 

2 sierpnia – w Polsce: Dzień Pamięci o Porajmos – Zagładzie Romów i Sinti dokonanej przez
III Rzeszę Niemiecką i zaplanowanej na szczeblu państwowym.

Hitlerowskie Niemcy za jedną z podstaw swej ideologii przyjęły czystość rasową i supremację ludu ger­mań­skiego – najczystszej gałęzi rasy aryjskiej.
Jak było z Żydami i żydami – wiadomo: obcy rasowo Semici (co ciekawe, przedstawiciele rasy panów z Arabami jakoś się dogadywali) zostali uznani za podludzi, pasożytów i element niepożądany.
„Naukowy rasizm” (notabene nie wymyślony przez Niemców) nie mógł sobie jednak poradzić z prostym faktem, że w Europie jedynymi bezpośrednimi potomkami Ariów byli właśnie Cyganie. Do tego koczowniczy tryb życia Romów utrudniał ich kontrolę przez państwo totalitarne, stąd w III Rzeszy zostali oni uznani za „element aspołeczny”.
Oba te czynniki, podczas rozpatrywania Zigeunerfrage (kwestii cygańskiej), zdecydowały o „eliminacji” czyli wydaniu wyroku śmierci na cały naród usankcjonowanego przez system prawny państwa. Za Rzeszą poszły kraje wasalne, m.in. Rumunia, Chorwacja, Słowacja, Wegry. W przypadkach jednostkowych nazywa się to „morderstwo sądowe”. Wobec zbiorowości jest to ludobójstwo.
Nie ma dokładnych danych dotyczących tej zbrodni. Ocenia się, że w podbitej lub zdominowanej przez nazizm Europie, z liczącej ok. miliona osób populacji Romów, zginęło od 200 do 500 tysięcy ludzi, a prof. Zbigniew Brzeziński uważa, że liczba ofiar Porajmosu sięga 800 tysięcy (Out of Control: Global Turmoil on the Eve of the Twenty-First Century. New York, NY : Simon & Schuster, 1994).

Romowie nie mieli swego Szymona Wiesenthala ani państwa, które by się za nimi ujęło. Nie mieli swego Pabla Picassa, który uświadomiłby światu, że dokonano na nich ludobójstwa.
O Holokauście czy o zbrodni popełnionej na mieście Guernica świat wie prawie wszystko.
O Porajmosie – mimo odosobnionych zadośćuczynień – niewiele, prawie nic.

Odpowiedzmy sami sobie: co wiem o nim ja?

15 sierpnia
kościelne święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
(w Polsce – dzień wolny od pracy) – patrz wyżej w okienku LATO.

święto Wojska Polskiego, obchodzone w rocznicę zwycięskiej bitwy warszawskiej w 1920, stoczonej w czasie wojny polsko-sowieckiej (1919-1921).

 

 

Trzeci weekend sierpnia – Międzynarodowy Weekend Latarni Morskiej i Latarniowca (International Lighthouse and Lightship Weekend) – święto zainicjowane w 1997 r. przez dwóch Szkotów dla upamiętnienia pierwszej ustawy o latarniach morskich, uchwalonej przez Kongres USA w 1789 roku.
Święto obchodzone jest na całym świecie głównie przez radioamatorów, którzy w ten weekend muszą nadawać (i odbierać) z najbliższej latarni morskiej. Jednym z celów święta jest ochrona i renowacja zabytkowych latarni morskich i latarniowców. Zajrzyjcie na: https://illw.net/index.php
Rekordowy był rok 2014: radioamatorzy z 56 krajów zajęli 544 latarnie.
W tym (2017) roku ILLW trwa 48 godzin: od 0001 GMT 19 sierpnia do 2400 GMT 20 sierpnia.
Krótkofalarze z 41 krajów nadawać w tym czasie będą z 340 latarni morskich. Wśród nich będzie tylko jeden nadawca z Polski.
Co na to SP-5 ATV MM?

 

 

23 sierpnia 1989

2 miliony obywateli krajów bałtyckich utworzyło żywy łańcuch mający ponad 600 km długości, łączący Litwę, Łotwę i Estonię (wówczas pod okupacją sowiecką, jako republiki ZSRS).
Było to w 50. rocznicę podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow, którego tajny protokół oddawał pół Polski Hitlerowi a drugie pół i państwa bałtyckie – Stalinowi.

w 2008 Parlament Europejski ustanowił w tym dniu Europejski Dzień Pamięci Ofiar Stalinizmu i Nazizmu.

Międzynarodowy Dzień Pamięci o Handlu Niewolnikami i jego Zniesieniu, ustanowiony w 1998 przez ONZ w rocznicę wybuchu powstania niewolników na Santo Domingo (dziś Haiti). Od 1803 roku w tłumieniu powstania wzięły udział – przykro mówić – oddziały polskie z Legionów Dąbrowskiego wysłane tam przez Napoleona. Na szczęście dla Haitańczyków (i naszej reputacji) przegrały, a wojska Pierwszego Konsula musiały ewakuować się z wyspy.
1 stycznia 1804 Haiti uzyskało niepodległość jako drugie niezawisłe państwo po zachodniej stronie Atlantyku, chociaż to, co się tam działo później, to osobna
(i koszmarna) historia.

 

 

30-31 sierpnia 1980 (oraz: 3 i 11 września) – cztery komitety strajkowe (w Szczecinie, Gdańsku, Jastrzębiu-Zdroju i Dąbrowie Górniczej) podpisują porozumienia z rządem PRL. Kończy to okres zwany „wydarzenia sierpnia 1980”. Na podstawie jednego tych porozumień zarejestrowano w listopadzie 1980 NSZZ Solidarność.

 

 

Znaki Zodiaku
w sierpniu:

Lew (♌) – do 22 sierpnia.
Panna (♍) – od 23 sierpnia.

Samochwalstwo Lwów (i Lwic) zdemaskowane zostało w poprzednim odcinku.
A Panny? Czyżby były dużo lepsze?
Oficjalnie – oczywiście, przecież inaczej nikt by horoskopów nie czytywał, ani (tym bardziej) nie kupował. A jednak:

…bardziej osobiste wiązanie się z ludźmi urodzonymi pod tym znakiem to rzecz beznadziejna, bo Panna – zarówno rodzaju męskiego, jak i żeńskiego – jako partner (we wszystkich aspektach) wykazuje wdzięk słonia i pomysłowość królika. Dzieci ze związku Panny z jakimkolwiek innym znakiem kończą na ogół w klinikach dla nerwicowców.

Nawet Wiki, zazwyczaj bardzo układna, podaje że Pannom przypisywana jest „refleksyjność" (a nie jest to bezmyślność?), „podatność na poglądy innych osób” („mądrość ludowa nazywa takiego „kurek na kościele”, czyli „skąd wiatr powieje…”), nadmierna wrażliwość, mała odporność na krytykę i „nadmiernie zamartwianie się o perfekcyjność”.
Zwłaszcza to ostatnie, choć ładnie opakowane w słowa, budzi grozę – przypomnijcie sobie film Sypiając z wrogiem (Sleeping with the Enemy, 1991) z Julią Roberts: tak poukładać ręczniki w szafie mógł tylko osobnik spod znaku Panny.
Truizmem będzie dodanie, że w zodiakalnej układance rządzą Bliźnięta.

 

Kwiaty sierpnia:

mieczyk (Gladiolus L.) – piękny i magiczny. Daje się go zwłaszcza osobom obchodzącym 40-tą rocznicę (w tradycji francuskiej to rocznica szmaragdowa; w anglosaskiej – rubinowa) ślubu, lub czegokolwiek.

mak (Papaver somniferum L.) – symbol pokoju, snu i śmierci. Nie będzie żadnych detali na temat tego, co się robi z makówek, makowego soku i nasion, bo raz – wszyscy wiedzą, dwa – po co nam te kłopoty gdyby co. Wystarczy wspomnieć, że znajoma tłumaczyła się gęsto amerykańskim celnikom, iż mak, który wiezie z Polski, wykorzysta tylko do produkcji makowca. Nie wwiozła – zabrali. Może i dobrze, bo inna amerykańska znajoma twierdzi, że po spożyciu kilku kawałków makowca, dosolili jej za jazdę pod wpływem. Strach się bać!

 

Kamienie sierpnia:

perydot – jeśli o takim nie słyszeliście, to może Wam coś wyjaśni informacja, że jest to szlachetna odmiana oliwinów. Też nic? Mnie też nic.
Więc: wikipedia. Jak zawsze swojska, bo wyjaśnia, że perydot nazywano szmaragdem ubogich i że noszono go, by uspokoić nerwy, pozbyć się złości, depresji oraz na dobry humor. Mądrzej się nie zrobiło, ale trochę weselej, prawda?

sardoniks – czyli rodzaj onyksu, który z kolei, podobnie jak heliotrop czy karneol, jest odmianą chalcedonu. Tu już cieplej, bo właśnie w chalcedonie rzeźbione są najcenniejsze antyczne gemmy: kamee i intaglia.
Jeśli jesteście w Polsce, możecie zobaczyć bizantyjską gemmę z heliotropu w Muzeum Narodowym Ziemi Przemyskiej w Przemyślu, albo gemmę Gordiana III z karneolu (są tylko dwa takie medaliony na świecie, drugi jest w British Museum) w Międzyrzeczu (woj. lubuskie) – na ogół pokazują tam tylko kopię, bo nie mają pieniędzy na stałych strażników; a nie lepiej gemmę sprzedać i strażników zatrudnić? Nie byłoby czego pilnować (więc skuteczność stuprocentowa), ale ludzie by sobie trochę zarobili.
Sardoniks to odmiana onyksu z warstwami o dominujących odcieniach czerwieni, klejnot ten zdobi piątą warstwę fundamentu pod murem Miasta Świętego – Jeruzalem. Tak twierdzi św. Jan w Apokalipsie (21:20) i chyba najbezpieczniej to przyjąć na wiarę.

 

Z sierpniem – tak naprawdę – nie wiadomo, jak jest.
Niby porządny, bo jeszcze wakacyjny (plus), ale wakacje kończący (minus).
Niby długi, bo 31 dni (plus), ale ci, co na etacie, pracują więcej za te same pieniądze (minus).
Niby ciepły, bo lato (plus), ale pod koniec w rowie się nie prześpisz (minus).
Niby się ładnie nazywa po polsku (plus), ale sierp zbyt dobrze (od 1917) się nam nie kojarzy (minus).
Niby się ładnie nazywa po polsku (plus), ale jego łacińska i zlatynizowana nazwa to krańcowy przykład oportunizmu wobec władzy (minus).
Niby miesiąc Cudu nad Wisłą (plus), ale gdy się głębiej zastanowić, czemu tę wygraną bitwę nazwano „cudem”, to… (minus).
Sierpień 2014 zapunktował specjalnie: miał 5 piątków, 5 sobót i 5 niedziel (plus, bo pracy mniej). Ale niewiele z tego wynika, bo poprzedni taki miesiąc był w roku 1191, a następny będzie w 2837 – podobno, bo komu by się chciało sprawdzać…
Tak więc w 2014 minusy mogły nie przesłaniać nam plusów, ale w inne lata? Lepiej nie myśleć…

 

Imieniny w sierpniu
są ciekawe:

  • Dorota (7 VIII) – bo tak miała na imię żona Kochanowskiego, który pisał do niej:

Nieprzepłacona Doroto,
Co między pieniędzmi złoto,
co miesiąc między gwiazdami,
Toś ty jest między dziewkami!
[…]
Szyja pełna, okazała,
Piersi jawne, ręka biała.
[…]
A kiedy cię pocałuję,
Trzy dni w gębie cukier czuję!

Pisze dziś kto tak o żonie?

  • Romuald i Roman (9 VIII) – bo kto nie wie, czy to jest pytanie czy hasło, to wie niewiele o polskich zespołach kultowych;
  • Jacek (17 VII) – bo tak ma na imię przyjaciel, z którym chodziłem do jednej klasy od pierwszej podstawowej do matury i przyjaźnię się przez całe życie; a chociaż odpłynął w ubiegłym roku do Hilo, wciąż odbieram go w czasie teraźniejszym;
  • Maria (15 VIII) – bo Maria; piękne imię i piękny dzień; mimo, że tego samego dnia obchodzi imieniny Napoleon;
  • Męcimir (21 VII) – bo już chyba nikt nie nosi tego imienia i na bitewnym polu semantycznym pozostał tylko Kazimierz.

Wszystkiego najlepszego!

 

Urodziny w sierpniu
– tu jest kłopot, bo uważam, że Damy mogą obchodzić maksymalnie 20-te urodziny, a dalej mają tylko imieniny (nawet kilka razy w roku).
Tak więc sierpniowe imprezy urodzinowe (Dżentelmeni) i imieninowe (Damy) urządzają:

• 10-go – Dama niezwykła, która nie tylko wie, co to jest bartyzana, kroksztyn, loksodroma i funkcja przesunięta o wektor długości, ale też docenia znaczenie zapałek i to, że muszą one leżeć zawsze na swoim miejscu, co rokuje jak najlepiej rejsom przez Nią prowadzonym i tym, w których bierze udział;

• 11-go – kapitan i pilot (latający, nie portowy) zwany Krzysztofem Młodszym, jedyny kapitan żaglowców pochodzący z Piotrkowa Trybunalskiego; jeśli nie wiecie, o kim mowa, to zobaczcie, kto dostał wyróżnienie w konkursie Rejs Roku za kapitanowanie Pogorią ze SzPŻ-2016 i kto jest współredaktorem strony www.ZeglujmyRazem.com

• 13-go – pewna Dama, do której żywię ogromną atencję, a jeszcze bardziej jestem wdzięczny za… (już ona wie za co);

• 26-go – inna Dama, pochodząca z Kuby, bardzo mądra, o innych przymiotach nie wspominając.

¡Damas y Caballeros!
Najserdeczniejsze życzenia!

 

 

Śluby i wesela
w sierpniu:

no cóż, skoro ktoś musi…
Filozof powiedział kiedyś, że czy zrobisz tak, czy tak – i tak będziesz żałować (myśli mądrych ludzi wiecznie żywe).
A dwóch moich przyjaciół akurat się rozwodzi…

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
ósmy miesiąc roku to:

białoruskiжнівень [żniwień]
bośniackiaugust
bułgarskiавгуст [avgust]
chorwackikolovoz
czeskisrpen
kaszubskizélnik (też: zelan, august, sërpiń)
litewskirugpjūtis
łatgalskilabeibys (też: augusta)
łotewskilabeibys
łużycki (dolny)jacmjeński (też: awgust)
łużycki (górny)žnjenc
macedońskiaвгуст [avgust] lub жетвар [żetvar]
rosyjskiaвгуст [avgust]
serbskiaвгуст [avgust]
słowackiaugust
słoweńskiavgust
ukraińskicерпень [sierpień]
żmudzkirogpjūtis

 

Przysłowia związane z sierpniem:

Czego sierpień nie uwarzy,
wrzesień tego nie upiecze.

Kiedy sierpień następuje
resztki zboża koszą,
albo sierpem dożynają
i przepiórki płoszą.

Lekarstwo często nie służy
w sierpniu, jeśliś zdrów i duży;
nie skąp sobie, nie cierp głodu,
wypij spory kufel miodu.

Od głodnych cierpień –
najlepsze lekarstwo sierpień

Sierpień pogodny
winom przygodny.

Sierpień,
ten spoczynku nie chce dać,
bo każe orać i siać.

W sierpień sierpuj,
z prac nie cierpuj.

W sierpniu,
gdy zagrzmi strony północnymi
ryb klęska
i co czołga się po ziemi.

W sierpniu mgły na górach
– mroźne Gody
mgły w dolinach
– dla pogody.

W sierpniu przewodzi sierp,
mitręgi nie cierp.

W sierpniu wszelki zbytek
nie idzie w pożytek.

Z sierpem w ręku witać sierpień:
wieleć uciech, wiele cierpień.

Zima nie przynosi pożytku,
ale bez niej nic nie zbiera Sierpień.

 

Przysłowia na
św. Dominika
(4 VIII)

Na świętego Dominika zboże z pola do gumn zmyka.
Na święty Dominik kopy z pola myk, myk.
Gdy ciepło na Dominika, ostra zima nas dotyka.

 

Przysłowia na
św.
Kajetana (7 VIII)

Św. Kajetanie, strzeż od deszczu zboża zebranie.
Św. Kajetanie, strzeż od deszczu sprzątanie.

 

Przysłowia na
św.
Wawrzyńca (10 VIII)

Gdy na Wawrzyńca orzechy obrodzą,
to w zimie mrozy dogodzą.

Gdy na Wawrzyńca słota trzyma,
do Gromnic lekka zima.

Wawrzyniec pokazuje,
jaka jesień następuje.

Przez przyczynę Wawrzyńca męczennika
chroń Boże pszczółki od szkodnika.
[na południu Polski św. Wawrzyniec uważany jest za patrona pszczelarzy, dlatego w dniu jego święta święci się miód odmawiając przy tym tę modlitwę]

Przysłowia na
św. Rocha
(16 VIII)

Na św. Roch
w stodole groch.

Od św. Rocha
na polu socha
[czyli zaczynają się jesienne orki]

 

Przysłowia na
św. Jacka
(17 VIII)

Z jaką pogodą Jacek przybywa,
taka jesień bywa.

Jeśli na Jacka nie panuje plucha,
to pewnie zima będzie sucha.

Na świętego Jacka
najecie się placka.

Na święty Jacek
z nowej pszenicy placek.

O, święty Jacku z pierogami!
Święty Jacku z pierogami, zmiłuj się nad nami!
[To nie żart! Poszukajcie historii św. Jacka Odrowąża, a przekonacie się sami!]

 

Przysłowia na
św.
Bartłomieja (24 VIII)

Od Bartłomieja
lepsza w stodole nadzieja.

Po Bartłomieju
jedz kluski na oleju.

Na święty Bartłomiej
śmiało żyto siej.

Przyszedł św. Bartłomiej –
żytko na zimę siej.

Jak Bartłomiej nie zasieje,
nie pokropi św. Idzi (1.IX),
to się żyta w polu nie uwidzi.

Bartłomiej zwiastuje,
jaka jesień następuje.

Bartłomieja cały wrzesień
naśladuje i z nim jesień.

 

Przysłowia na
św.
Augustyna (28 VIII)

Na św. Augustyna
orka dobrze się poczyna.

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha