KTO JEST KIM:

WOJCIECH JACOBSON

Wojciech_Jacobson_cr_fot_Adrian_Larisz

 ur. 8 października 1929 w Toruniu
wykształcenie: mgr inż. chemii
zawód: chemik, nauczyciel akademicki
powołanie: żeglarz
j.k.ż.w.
członek Jacht Klubu AZS Szczecin
członek honorowy PZŻ (2005) i AZS (2004)
członek Bractwa Wybrzeża
instruktor żeglarski, sędzia regatowy 1 kl.
łączna liczba rejsów: 61 (261,5 tys. Mm)

 

Pochodzi z rodziny, w której żeglarstwo było tradycją: ojciec i starsi bracia żeglowali i mieli własny jacht mieczowy. Najstarszy brat był członkiem Akademickiego Związku Morskiego RP.

Żeglarstwo uprawiał w wielorakich formach: regaty, turystyka, rejsy szkoleniowe, wyprawy, zloty. Pływał na jachtach mieczowych, balastowych i na dużych żaglowcach. Jako instruktor prowadził szko­le­nia na kursach, obozach i w rejsach. Szkolił obcokrajowców w Centralnym Ośrodku Żeglarstwa PZŻ w Trzebieży, w Libii i na pokładach żaglowców PogoriaConcordia.

 

1949 – zaczął czynnie uprawiać żeglarstwo w Sekcji Żeglarskiej Akademickiego Związku Sportowego w Szczecinie (członkiem Jacht Klubu AZS Szczecin jest do dziś).
W klubie tym był: przewodniczący komisji szkolenia Sekcji Żeglarskiej, sędzią regatowym, przewodniczącym komisji egzaminacyjnych na stopnie sternika morskiego i kapitana jachtowego

1952 – dyplom inżyniera-chemika na Wydziale Chemicznym Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Szczecinie.

1955 – III miejsce na Żeglarskich Mistrzostwach Polski.

1960 – dyplom mgr inż., Politechnika Szczecińska, Wydział Technologii Chemicznej.

1961-1964 – w rejsach stażowych przed przystąpieniem do egzaminu na kapitana jachtowego pływa m.in. na jachtach: Swantewit (kpt. Kazimierz Haska), Jurand (kpt. Kazimierz Haska), Nadir (kpt. Aleksander Stefan Lewicki)[1a].

1964 – zdaje egzamin na stopień kapitana jachtowego przed Komisją PZŻ.

1965 – uzyskuje patent kapitana jachtowego / jachtowego kapitana żeglugi wielkiej (1965-05-11: nr patentu kpt. j. 247; 1975-01-30: zmieniony na  patent j.kpt.ż.w. nr 276; 1999-04-15: zmieniony na nr 477).

1970_Swantewit_Nadir_fot_Bogdan_Fijalkowski1970, Gdynia. Fot.: Bogdan Fijałkowski

Komentarz Wojciecha Jacobsona do zdjęcia:

Zapis klubowy pod „Nadir” podaje: 21.08 – 30.08.1970 X MTZG; NADIR w kl. II RORC 21/23; kpt. K. Baranowski, SWANTEWIT z W. Jacobsonem 2/23.

Krzysztof startował samotnie w regatach Międzynarodowego Tygodnia Zatoki Gdańskiej, które były też Mistrzostwami Polski. Dla Krzysztofa były to eliminacje krajowe do OSTAR 1972 i w tym sensie były to „regaty samotników”. Samotników było dwóch lub trzech. Nadira wypożyczył nasz klub (było w tym trochę mojego udziału – przedstawiałem sprawę zarządowi). Klub dostarczył jacht do Gdyni i tam odebrał. W trakcie imprezy nasze załogi pomagały też Krzysztofowi w porcie. Krzysztof startował b. ładnie, na krótkich biegach wielokrotnie prowadził przed jachtami z załogami wieloosobowymi. Tracił na długich dystansach.
W tym czasie ja startowałem na Swantewicie z załogą chyba 5 osób. W porcie (Gdynia) odbieraliśmy cumy od Nadira, i staliśmy blisko siebie.

1971 – II miejsce na Mistrzostwach Polski Jachtów Morskich.

1971 – I miejsce w regatach Ostseewoche.

Slide4_fot_Wojciech_Jacobson

 

1973, 6 września – 1974, 8 lipca – rejs z Ludomirem Mączką na Marii [1b], w pierwszej fazie jego wy­prawy dookoła świata na trasie Szczecin – Callao (Peru).

Załoga na etapie Szczecin – Callao (Peru), 1973-09-06 – 1974-07-08, 12 280 Mm:
Ludomir Mączka (kapitan i właściciel jachtu), Wojciech Jacobson, Jerzy Mańkowski (do Casablanki), Andrzej Marczak (od Santa Cruz de Tenerife).

Trasa: Szczecin, Świnoujście – Sassnitz – Kopenhaga – Kilonia – Dover – Vigo – Casablanca – Las Palmas, Santa Cruz, La Luz – Antigua, Martynika, Saint Lucia, St. Vincent, Bequia, Islas Testigos, Iguana, Los Frailes – Guanta, Chichiriviche – ABC (Aruba, Bonaire i Curaçao) – Guanta, Valencia, Canaima, Valencia, La Guaira – Kanał Panamski (24 maja 1974) – równik (4 czerwca 1974; imię Marisco) – Paita – Chimbote – Callao.

02_MAPA_sy_Maria_Jacobson_1973-1974Trasa Marii w pierwszej części wokółziemskiego rejsu 1974-1984, ze Szczecina do Callao.

1973_WJ_sy_Maria_fot_Andrzej_Marczak_arch_W_Jacobsona 1973: Wojciech Jacobson za sterem Marii
Fot.: Andrzej Marczak

 

03_sy_Maria

Wojciech Jacobson do­pły­nął do Callao. Żeglu­dze towa­rzy­szyły wy­pady lądowe w od­leg­łe miejsca do Wyżyny Gu­jań­skiej i w Andy.

Wspomnienia z tej pod­ró­ży zawarł w książ­ce Marią do Peru (Gdańsk, Wy­daw­nictwo Morskie, 1976).

 04_Jacobson_Maria_do_Peru

 

1976, 10 kwietnia – 10 lipca – płynie w załodze s/y Polonez[2] ze Szczecina do New Haven, CT (6672 Mm):
Krzysztof Baranowski (kapitan), Antoni „Toni” Brancewicz, Wojciech Jacobson, Jarosław Malejewski, Wiesław Słoboda, Marek Stryjecki, Mona Thorogood (od Teneryfy).
Od Plymouth do Newport (R.I.) Polonez płynie w dwuetapowych regatach The Cutty Sark Tall Ships’ Races (Operacja Żagiel) zorganizowanych z okazji 200-lecia
(Bicentennial) Sta­nów Zjednoczonych.
Na dystansie 6611 Mm. Polonez zajmuje  5 miejsce w klasie B.

05_1976_OP-Sail_mapa_wg_W_Jacobsona_21976: atlantycka trasa Poloneza
mapa wg Wojciecha Jacobsona

 


06_1976_041_sm_arch_Wojciech_Jacobson1976: załoga Poloneza w rejsie na Operację Żagiel:
od lewej: Krzysztof Baranowski, Wojciech Jacobson, Antoni Brancewicz,
Jarosław Malejewski, Wiesław Słoboda; klęczy: Marek Stryjecki

fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 


07_1976-06_F1010020_arch_Wojciech_Jacobson_sm1976: na pokładzie Poloneza (Wojciech Jacobson i Jarosław Malejewski)
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

 


08_1976-06_arch_Wojciech_Jacobson_sm1976-06: załoga Poloneza na mecie regat w Newport, R.I.
Dama w drugim rzędzie, jedyna bez „firmowej” koszulki, to Janka Bielak
[3]
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

Do Polski (Boston – Gdynia, 6 900 Mm)  wraca Darem Pomorza (kpt. Kazimierz Jurkiewicz), na którym dołącza do wachty studenckiej, by móc pracować na rejach.

 

1977

– II miejsce w Mistrzostwach Polski Jachtów Kilowych

Ostseewoche – I miejsce w Pokal Klasse / IOR – III miejsce.

– I miejsce w Bałtyckich Regatach Samotników o Puchar Poloneza w klasie HTC (Carter), III miejsce w klasyfikacji generalnej.
Na temat tych regat powstało opowiadanie „Wyścig” Zbigniewa Kosiorowskiego według audycji radiowej pod tym samym tytułem. Opowiadanie ukazało się w książce 13 w skali Beauforta (Szczecin : KAW, 1982). Na treść składają się relacje, które przekazują dwaj zaprzyjaźnieni konkurenci: Jerzy Madeja i Wojciech Jacobson.

 

1978-1979 – Wojciech Jacobson szkoli żeglarzy z Libii w Trzebieży i Bengazi.

Slide17_fot_arch_Wojciech_Jacobson Slide16_fot_arch_Wojciech_JacobsonSlide15_fot_arch_Wojciech_JacobsonFot. z archiwum Wojciecha Jacobsona

 

1980, wrzesień – Wojciech Jacobson, pomagając Irene­uszo­wi Gieblewiczowi[4] z Chicago, przeprowadza z nim jacht Dal[5] na trasie Świnoujście – Hel – Gdynia – Gdańsk (276 Mm), do Centralnego Muze­um Morskiego w Gdańsku. Był to ostatni rejs tego histo­rycz­nego jachtu.

 

09_1980-09-10 - Powitanie sy DAL w basenie JK AZS w Szczecinie1980-09-10: Powitanie s/y Dal w basenie JK AZS w Szczecinie
http://www.jkazs.szczecin.pl/archiwum/dal2/wdx.htm

 Slide19_fot_arch_Wojciech_JacobsonFot. z archiwum Wojciecha Jacobsona

1982, 12 lipca – 4 września – udział w The Cutty Sark Tall Ships’ Races (Operacja Żagiel) na STS Pogo­ria (kpt. Andrzej Marczak).
Wojciech Jacobson był II oficerem i – wraz z Bronisławem Tarnackim – opra­co­wy­wał taktykę regat, dzięki której Pogoria okazała się najszybszą wśród wielkich żaglowców w pierw­szym eta­pie, zajmując ostatecznie, po przelicznikach, trzecie miejsce.

 1982-07_049_lev_sm_fot_Heinz_Busch_Luebeck

10_1982-07_Pogoria_sm_arrow_WJ_fot_Heinz_Busch1982, lipiec: Pogoria i jej załoga w rejsie czarterowym na The Cutty Sark Tall Ships’ Races
Wojciech Jacobson – oznaczony strzałką

Fot.: Heinz Busch; arch. W. Jacobsona

1982-07_193_fot_Heinz_Busch_Luebeck1982, lipiec: Wojciech Jacobson na Pogorii w rejsie czarterowym na The Cutty Sark Tall Ships’ Races
Fot.: Heinz Busch; arch. W. Jacobsona

 

1983-84 – ponownie z Ludomirem Mączką na jachcie Maria: żegluga z Montevideo, wzdłuż wybrzeży Urugwaju, Brazylii i Gujany Francuskiej, do Le Havre (11 620 Mm).
Wpływają m. in. rzeką Comté w głąb dżungli do wioski Hmongów [patrz: Wojciech Jacobson – „Miasteczko na kotwicy”].


20_1984_Cayenne_W_Jacobson_L_Maczka_lev_fot_Janusz_Kurbiel1984, Cayenne, s/y Maria: Wojciech Jacobson i Ludomir Mączka
Fot.: Janusz Kurbiel

 

11_MAPA_sy_Maria_Jacobson_1973-1974_1983-84Trasa Marii w tych częściach wokółziemskiego rejsu 1974-1984, w których brał udział Wojciech Jacobson
Żegluga na etapie Cayenne – Le Havre trwała 76 dni.

Slide24_cr_fot_arch_Wojciech_Jacobson 1984, Le Havre: Ludomir Mączka (z prawej) i Wojciech Jacobson przygotowują Marię do dłuższego postoju.
Fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

1985 – Wojciech Jacobson dowodzi jachtem Vagabond II[6] w 7-miesięcznym rejsie z Le Havre przez Kanał Panamski do Vancouver w kanadyj­skiej prowincji Kolum­bia Brytyjska (12 520 Mm);
w trzyosobowej załodze, oprócz Ludomira Mączki, jest córka Wojtka – Magdalena.

Slide25_lev_fot_arch_Wojciech_Jacobson

Slide26_fot_arch_Wojciech_JacobsonFot. z arch Wojciecha Jacobsona

Właścicielem jachtu jest mieszka­jący na stałe we Francji pol­ski polarnik Janusz Kurbiel. Rejs do Van­cou­ve­r był wstępem do reali­zacji śmia­łego i bezpre­cedensowego zamie­rzenia: pierw­szego pokonania małym jach­tem Przejścia Północno-Zachodniego z za­cho­du na wschód.

Wyprawa Le Havre – Vancouver została w Polsce uznana za Rejs Roku 1985, a Wojciech Jacobson nagrodzony został Srebrnym Sekstantem.


12_1985_W_Jacobson_Vancouver_lev_sm_arch_W_Jacobson13_1985_Vagabond_II_North_Vancouver_fot_Jerzy_Kusmider1985 – Vagabond II w North Vancouver
Fot.: Jerzy Kuśmider

1985-1988 – arktyczny rejs na Vagabond II (bandera kanadyjska i francuska) zorganizowany przez Janusza Kurbiela.

 14_1985_Morze_Beauforta_fot_Janusz_Kurbiel

15_1985-05_Morze_Beauforta_W_Jacobson_praca_w_paku_lodowym_sm_fot_Janusz_Kurbiel1985, maj, Morze Beauforta: Wojciech Jacobson – praca w paku lodowym
Fot.: Janusz Kurbiel

 

1988Wojciech Jacobson przejmuje prowadzenie jachtu Vagabond II od Janusza Kurbiela i z Ludo­mi­rem Mączką z powodzeniem dopro­wa­dza rejs do końca.
Do Europy (Brest) żeglarze wrócili z Gren­landii, napotykając na Atlan­ty­ku trudne warunki pogodowe (huragan Helene o sile wiatru przekra­cza­jącej 12º w skali Beauforta).

1988-09_hurricane_Helene_x_21988, huragan Helene: po lewej – układ chmur 23 września ok. 1042 UTC; po prawej – trasa huraganu
Fot. NASA

W połowie Atlantyku napotkaliśmy sztorm tropikalny Helene, o sile huraganu (wiatr powyżej 12 B). Dnia 30 września, w krytycznej fazie sztormu, wysokie fale trzykrotnie położyły Vagabond’eux masztem pod wodę. Jacht doznał szeregu awarii tracąc znaczną część elektroniki, w tym wszystkie anteny masztowe i radar. Utrudniało to znacznie dalszą żeglugę.
Do Brestu dotarliśmy 16 października 1988 roku kończąc tym samym wyprawę wokół Ameryki Północnej.

Jacobson, Wojciech.
„Rejs jachtu Vagabond II przez Przejście Północno-Zachodnie; 1984 – 1988”.
Jacht Klub AZS Szczecin

1988-10_fot_Wojciech_JacobsonSzczątki radaru Vagabond’eux po wywrotce 30 września 1988 r.
Fot.: Wojciech Jacobson

Wojciech Jacobson i Ludomir Mączka jako jedyni uczestniczyli we wszystkich etapach tej kilkuletniej wyprawy, której trasa liczyła ok. 23 tys. Mm i pro­wa­dziła przez 86 portów i kotwicowisk. Przygotowując jednostkę do kolejnych prób przejścia arktycznej drogi spędzili około 6 miesięcy w wioskach Innuitów.
Etap przez Przejście Północno-Zachodnie (Vancouver, B.C. – Gjoa Haven N.T. – Brest) liczył 10 390 Mm.

16_1985-07-18 - na kole polarnym1985-07-18: Wojciech Jacobson i Ludomir Mączka podczas przekraczanie koła polarnego.
Fot. z archiwum Wojciecha Jacobsona

Wyczyn ten uhonorowany został tytułem Rejs Roku 1988, a Wojciech Jacobson wspólnie z Januszem Kurbielem i Ludomirem Mączką otrzymali Srebrne Sekstanty.

Pisze Wojciech Jacobson:

Inicjatorem, orga­nizatorem i realizatorem (jacht, finanse!) był Janusz Kurbiel. Do nas – Ludka Mączki i mnie – nale­ża­ło dopro­wa­dz­enie łódki z Francji do Vancou­ver, B.C., a potem prze­pro­wa­dzenie z powro­tem z serca Arktyki do Brestu. W samym Przejściu najtrud­niej­sze 80% trasy pro­wa­dził Janusz Kurbiel. Nam zostało mniej niż 20% i to pod zdal­nym nad­zo­rem Janu­sza, który był na in­nym jachcie, w tym samym rejonie (po dru­giej stro­nie dzia­łu wod­nego). W sumie wszys­cy byliś­my pierw­szymi Polakami przez NW Passage.  Ludek i ja – od Francji do Francji, Janusz Kurbiel – przez całą Arktykę.

Pokonanie przez Polaków Northwest Passage w końcu lat 80. dwudziestego wieku zasługuje na szcze­gólne uznanie, bowiem Kurbiel, Jacobson i Mączka musieli zmagać się w trakcie rejsu z niepo­rów­nanie cięższymi warunkami, niż panują tam obecnie.

W ciągu ostatnich lat ocieplenie klimatu poczyniło w Arktyce takie spustoszenia, że powtórzenie ich wyczynu – z zachowaniem skali trudności – jest już po prostu niemożliwe: otwarte są np. szlaki dawniej zamknięte zaporami lodowymi.


17_NW_Passage_W_Jacobsonj_J_Kurbiel_L_Maczka_arch_W_Jacobson_sm1986, sierpień, Amundsen Gulf, NW Passage
Wojciech Jacobson, Janusz Kurbiel, Ludomir Mączka

Fot.: Joelle Cochois-Kurbiel, arch. W. Jacobsona

 

1988-2001 – Wojciech Jacobson współpracuje z kanadyjską Class Afloat – szkołą pod żaglami organizowaną przez West Island College z Montrealu. Pływa w tym czasie – jako zastępca kapitana, starszy oficer, I lub II oficer –  na STS Pogoria i STS Concordia [7], m.in. przez Cieśninę Magellana (1993).

Pogoria:
1988 – Singapur – Gdynia (11 022 Mm)
1991 – Gdynia – Jamajka – Gdynia (20 200 Mm)
1992 – Gdynia – Cape Town – Trzebież (19 011 Mm)

Concordia:
1993 – Kadyks – Victoria, B.C. (28 128 Mm)
1994 – Jokohama – San Francisco, CA – Mombasa (38 487 Mm)
1996 – Durban – San Diego, CA (15 884 Mm)
1997 – Benoa (Bali) – Trzebież (12 530 Mm)
1998 – Montego Bay (Jamajka) – Tahiti – Lunenburg, N.S. (14 810 Mm)
1998 – Neapol – Miami (7 884 Mm)
2001 – Hanga Roa (Wyspa Wielkanocna) – Ushuaia (2 917 Mm)

 

18_1988_Pogoria_po_powrocie_Gdynia_sm_arch_W_Jacobson1988-05-30, Gdynia: Pogoria po powrocie z rejsu czarterowego z kanadyjską Class Afloat.
Wojciech Jacobson – pierwszy z prawej

arch. W. Jacobsona

Żeglując, zatrzymywał się w rzad­ko odwiedzanych przez podróżników miejscach, jak wyspy Saint Paul i Chagos na Oceanie Indyjskim; Pitcairn, Palmyra, Fanning, Galapagos, Wyspa Wielkanocna i wielu innych na Pacyfiku.

1999, październik, Darwin (Australia) – kończy oficjalne pływanie w barwach Class Afloat, uhonorowany tytułem Honorary First Mate.

 19_Concordia

Beagle_Channel_Canal_Beagle_PLBeagle channel

1993: Wojciech Jacobson na Concordii w Kanale Beagle
Fot. z archiwum Wojciecha Jacobsona

101-0108_arch_Zeszyty_Zeglarskie

20_1996_W_Jacobson_Concordia_a_arch_W_Jacobson1996: Wojciech Jacobson na wantach i rei Concordii
Fot. z archiwum Wojciecha Jacobsona

 

 

2001 – ponownie na STS Concordia (załoga gościnna – nawigator), w rejsie kanadyjskiego West Island College na trasie Hanga Roa (Wyspa Wielkanocna) – Ushuaia (2 917 Mm), wokół przylądka Horn, co pozwoliło mu w żeglarskim życiorysie zamknąć pętlę wokół obu Ameryk.

21_2001_Strab_Jacobson_Horn_sm2001-03-01, Cieśnina Drake’a, w tle przylądek Horn
(od lewej) Wojciech Jacobson, Andrzej Straburzyński (kapitan Concordii)

Fot. z archiwum Wojciecha Jacobsona

 

2007

12 maja – Wojciech Jacobson oraz Andrzej Piotrowski (dyrektor In­s­ty­tutu Geolo­gicz­nego w Szczecinie; pływał na Marii) odsła­niają w Jacht Klubie AZS pom­nik poświęco­ny Ludo­­miro­wi Mączce. Jest to dwumet­ro­wej wyso­koś­ci 8-tono­wy głaz (granit alandzki) przy­nie­siony przez lodo­wiec z okolic Wysp Alan­dz­kich w pobliże Barlinka.

Na nim wyry­to napis: Pamięci Ludo­mi­ra Mączki, żeglarza-geologa, który stąd wyruszał w świat. Koledzy i przyjaciele, maj 2007. Obok umieszczona jest tablica z życiorysem żeglarza, jego wize­run­kiem i sylwetką Marii.

22_2007-05-26 - glaz Ludojada 2a 

Napis i tablicę wykonał Marian Preiss, żeglarz-regatowiec ze Stargardu.

 

2008

czerwiec – publikacja albumu Mam na imię Ludomir wydanego wspól­nie z Maciejem Krzeptowskim (Szczecin, Oficyna In Plus, 2008).

 23_Mam na imię Ludomir

 

Wojciech Jacobson jest autorem materiałów szkoleniowych oraz artykułów w prasie fachowej, np.  nowelizacja i tłumaczenie skryptu „Instruction Aid Tables” na język angielski (Trzebież, 1978).
W swoim dorobku ma wiele nagród i wyróżnień związanych z żeglarstwem:

●  1962 – Zasłużony Działacz Żeglarstwa Polskiego

●  1985 – Srebrny Sekstant za rejs Le Havre – Kanał Panamski – Vancouver na s/y Vagabond II

●  1988 – Srebrny Sekstant, wspólnie z Januszem Kurbielem i Ludomirem Mączką, za pierwsze pokonanie arktycznego Przejścia Północno-Zachodniego z zachodu na wschód na s/y Vagabond II

●  1989 – nagroda Grotmaszta Bractwa Kaphornowców za „dobrą pracę w ciężkich warunkach sztor­mo­wych”.

●  1998Derek Zavitz Memorial Award. [Derek Zavitz był uczniem kanadyjskiej Class Afloat, który zginął w nieszczęśliwym wypadku w czasie rejsu. Ku jego pamięci ustanowiono medal, który na koniec roku szkolnego przyznają  studenci. Medal honoruje osoby, których postawa uznana została za godną naśladowania].

●  1999 – tytuł Honorary First Mate przyznany przez kanadyjską Class Afloat na zakończenie 11-let­niej pracy na żaglowcach tej organizacji.

●  2000-2010 – zasiada w Kapitule Kolosów[8]

●  2002 – medal PZŻ „Za Szczególne Zasługi dla Żeglarstwa Polskiego”

●  od 2008 – członek rady programowej Polskiej Fundacji Morskiej[9].

●  2010 – medal „65 lat Żeglarstwa Polskiego na Pomorzu Zachodnim”

●  2010, 6 marca – laureat nagrody Conrad 2009, przyznawanej przez Bałtyckie Bractwo Żeglarzy  indywidualnościom morskim w minionym roku.

●  2010, 22 maja – laureat nagrody „Chwała Mórz – Kaperski Topór Bojowy” przyznanej przez Bractwo Wybrzeża.

●  2011, 16 czerwca – uhonorowany przez Prezydenta Miasta Szczecin tytułem „Ambasador Szczecina”.

ambassador-wojciech_jacobson

●  2013, 2 maja – w Dniu Flagi Rzeczypospolitej Polskiej Prezydent RP wręcza mu  Banderę Prezydencką za osiągnięcia w dziedzinie żeglarstwa.

2013-05-02_dyplom OLYMPUS DIGITAL CAMERA

●  2016, luty – nagroda Super Kolos przyznana przez Kapitułę nagrody za całokształt dokonań i wybitny wkład w rozwój polskiego żeglarstwa. Wręczenie nastąpiło 13 marca 2016, podczas finału Kolosów (za rok) 2015.

11_2016-03-19_Kolosy_0515_670713_fot_Marek_Zwierz

W uzasadnieniu czytamy:

Co do Super Kolosa Kapituła była zgodna – statuetkę za całokształt dokonań i wybitny wkład w rozwój polskiego żeglarstwa otrzyma kpt. Wojciech Jacobson. Cieszymy się wyjątkowo, bo mało kto zasłużył sobie na tę nagrodę bardziej niż on.
Dla kilku pokoleń polskich żeglarzy kpt. Wojciech Jacobson to człowiek-instytucja. Pionierskie dokonania, ogromne doświadczenie, pedagogiczny talent, a przy tym – i to chyba dla wielu osób pierwsze z nim skojarzenie – wielkie serce. […]
Panie Kapitanie, gratulujemy!

 

Dołączamy się do tych gratulacji z największą radością!

 Kazimierz i Krzysztof, Żeglujmy Razem

 

24_MAPA_W_Jacobson_rejsy_calosc_sm2Mapa rejsów Wojciecha Jacobsona

Dodatkowo:

• Powrót s/y Dal (1980) – wywiad Zenona Szostaka z Wojciechem Jacobsonem. 

• Rejs jachtu Vagabond II przez Przejście Północno-Zachodnie (1984-1988).
Relacja Wojciecha Jacobsona.

• Kto jest kim: WOJCIECH JACOBSON

●  Wojciech Jacobson – „Cayenne”
●  Wojciech Jacobson – „Miasteczko na kotwicy”
●  Wojciech Jacobson – „Talizman z Salvadoru”
●  Wojciech Jacobson – „Morska procesja”
●  Wojciech Jacobson – „Ludomir w szalupie”
●  Wojciech Jacobson – „Matka Boska Gibraltarska”
●  Wojciech Jacobson i Zenon Szostak – „Conrad, Horn i żagle”
●  Zenon Szostak – „Wyspy Wojtka Jacobsona”

●  Jacobson, Wojciech (red.). Pogoria Manual. Cape Town : 1992.

●  Marek Słodownik – „Panie Kapitanie! Drogi Wojtku!”
(laudacja wygłoszona 2016-03-13 podczas uroczystosci wręczenia Superkolosa)

Opr. Kazimierz Robak
na podstawie korespondencji z Wojciechem Jacobsonem
i materiałów przez niego dostarczonych (dziękuję!),
w tym biogramu opracowanego przez Piotra Tomzę.
Podziękowania dla Zenona Szostaka za archiwalne dane jachtów AZS Szczecin
29 czerwca 2011
ostatnie uzupełnienie: 23 marca 2016
Portret na stronie tytułowej: Fot.: Adrian Larisz 

 


[1a] s/y Swantewit – rok budowy: 1930; materiał kadłuba: drewno; dł.: 11,20 m (36.8 ft); szer.:  2,10 m (6.9 ft); zanurz.: 1,71 m (5.6 ft), wyporność: 3,75 t (8267 lbs); pow. żagli: 47 m kw (506 sq. ft).
Regatowy jacht bardzo lekkiej konstrukcji (zbliżony do klasy R-6) zbudowany przez stocznię Abeking & Rasmussen, którą w 1907 roku w Lemwerder (w pobliżu Bremy) założyli dwaj – legendarni dziś – konstruktorzy: Henry Rasmussen i Georg Abeking.
W kwietniu 1945 s/y Swante zostaje opuszczony na nowowarpieńskiej mieliźnie przez właścicieli uciekających na zachód. Wrak z popękanymi dennikami i wręgami, zdjęty z 2,5-tonowego balastu, przydzielono w 1950 roku żeglarzom akademickim.
W I Regatach Przyjaźni w 1951 roku Swantewit wygrywa, choć remont i taklowanie jachtu trwało do ostatniej chwili. Następne lata to zwycięstwa w regatach i zdobywane „Błękitnej Wstęgi”; potwierdza się wysoka wartość regatowa jachtu. W 1956 roku Swantewit wygrywa w międzynarodowych regatach Rund um Rügen. W I Międzynarodowych Regatach Gryfa Pomorskiego w 1958 roku w pobliżu Ystad, w sztormie łamie maszt. Na prowizorycznie sporządzonym takielunku załoga przyprowadziła jacht do kraju.
Swantewit żeglował bez silnika i elektroniki.
[z archiwum Zenona Szostaka – serdeczne podziękowania za udostępnienie danych!]

s/y Jurand – kecz bermudzki, kadłub stalowy, maszty drewniane, jeden z serii „stuczterdziestek” – J-140 (jednostki bliźniacze: Joseph Conrad, Śmiały, Dar Opola, Otago, Jan z Kolna). Konstruktorzy: Henryk Kujawa, Włodzimierz Kuchta, Wojciech Samo­liński, Zdzisław Pieńkawa; wzorem były parametry techniczne stalowego kecza Peter von Danzig. Budowa: Stocznia Gdańska (1958). Armator: COŻ-PZŻ Trzebież. Port macierzysty: Trzebież. Dł.: 18,00 m (59 ft); szer.: 4,07 m (13.3 ft); zanurz.: 2,53 m (8.3 ft); pow. ożagl.: 144 m kw. (1550 sq ft); wysokość grotmasztu: 21 m (69 ft); wysokość bezanmasztu: 11 m (36.1 ft); szybkość: do 11 węzłów; silnik: ok. 54 KM, zbiorniki paliwa: 300 l (80 US gal.); zbiornik wody: 1000 l (264 US gal.). Nazwa „Jurand” była powtórzona po keczu gaflowym, zbudowanym w 1902 roku jako replika jachtu Spray Slocuma, który pod polską banderą pływał w latach 1930-1939.

s/y Nadir – drewniany slup balastowy, zbudowany w Szwecji ok. 1906, początkowo prze­zna­czo­ny do żeglugi zatokowej, pod koniec lat 1950. przebudowany i dostosowany do żeglugi pełnomorskiej. Dł.: 11,85 m (38.9 ft); szer.: 2,49 m (8.2 ft); zanurz.: 1,70 m (5.6 ft); pow. żagli: 47,5 m kw. (511 sq ft).
Jacht zatokowy zbudowany prawdopodobnie w Szwecji w 1906 r. Przekazany do Klubu w 1949 roku dzięki dyrektorowi Szkoły Morskiej w Szczecinie, legendarnemu Konstantemu Maciejewiczowi.
Szybka 50-tka skutecznie żeglowała w regatach i… zmieniała nazwy zgodnie z duchem czasów – Ewa, Aurora, Biały Słoń, Przodownik –  by wreszcie po 1956 roku przemianować się na obecnego Nadira. Wówczas to, pod koniec lat pięćdziesiątych, jacht został poważnie przebudowany (podniesiono burty, wykonano nową nadbudówkę, zwiększono zanurzenie, wyprostowano stewę dziobową, zmieniono takielunek) i przystosowany do żeglugi morskiej. Do dnia dzisiejszego pływa w Klubie.
[z archiwum Zenona Szostaka – serdeczne podziękowania za udostępnienie danych!]

[1b] s/y Maria – kecz-marconi; dł. kadłuba: 9,80 m (32.15 ft); dł. z bukszprytem: 11,20 m (36.75 ft); szer.: 3,20 m (10.50 ft), pow. ożagl.: 46 m kw. (495 sq. ft); silnik: Volvo Penta MD-2, 15 KM. Projekt: Wacław Liskiewicz, konstrukcja: Jerzy Mańkowski; materiał: szkielet dębowy, poszycie mahoniowe; miejsce budowy: Stocznia Gdańska; rok budowy: 1971. Kupiony i wy­re­mon­to­wa­ny przez Ludomira Mączkę w 1972 r.
Na Marii kpt. Mączka przez 11 lat (1973-1984) prowadził rejs dookoła świata liczący ponad 70 tys. Mm (w tym 1500-milowy etap przebyty sa­mot­nie). W sierpniu 1999, kpt. Mączka rozpoczął kolejny rejs Marią dookoła świata: trasa prowa­dzi­ła przez Atlantyk do Cieśniny Magellana i przez wyspy Pacyfiku do Auckland, Nowa Zelandia. Tam, w grudniu 2000, Ludomir Mączka opuścił jacht i udał się na leczenie do Kanady. Opiekę nad Marią przejął kpt. Maciej Krzeptowski.

[2]  s/y Polonez – drewniany kecz bermudzki typu Arcturus. Konstruktorzy: Edward Hoffman, Czesław Gogołkiewicz i Kazimierz Jaworski. Budowa (1970/71): Morska Stocznia Jachtowa im. Leonida Teligi w Szczecinie.
Kadłub: drewniany, z obłogów mahoniowych giętych na wręgach, klejony; wręgi i stępka – drewniane, poszycie – mahoń trzywarstwowy. Pokład: na pokładnikach sosnowych, poszycie ze sklejki pokrytej makietą z peroby. Dwa maszty stalowe, liny strunowe – nierdzewne, fały prowadzone wewnątrz masztu. Podczas rejsu Krzysztofa Baranowskiego dookoła świata, w Ho­bart (Australia; 21 grudnia 1972 – 10 stycznia 1973), zdjęty został bezanmaszt, zniszczony przez fale Oceanu In­dyj­skie­go. Silnik: Volvo Penta 14 KM (10,5 kW).
Dł. całk.: 13,80 m (45.3 ft); dł. linii wodnej: 10,65 m (35 ft); szer.: 3,80 m (12.5 ft); zanurz.: 2,20 m (7.2 ft); pow. ożagl.: po­mia­rowa – 73,5 m kw. (791 sq ft), rzeczywista – 88,0 m kw. (947 sq ft), maksymalna – 210,0 m (2260.5 sq ft). Komplet żagli – 21 sztuk; największy żagiel – 90 m kw. (969 sq ft).
[Baranowski, Krzysztof. „Polonezem” dookoła świata. Warszawa : KiW, 1973; s. 17 i 197-198]

 [3]  Janka Bielak – nieoficjalny ambasador morskiej i żeglarskiej Polski w Wielkiej Brytanii, jedna z najbardziej wpływowych osób dzia­ła­ją­cych społecznie w ramach Sail Training Association i jego róż­nych orga­ni­za­cyj­nych wcieleń (STI, ISTA). Jej cicha dy­plo­macja i umiejętność prze­ła­my­wa­nia lo­dów da­wa­ła zna­ne na zewnątrz efekty. M.in. dopro­wa­dzi­ła do udzia­łu Rosjan w re­ga­tach do Stanów Zjed­no­czo­nych w 1976 roku. Potem rosyjskie i polskie żaglowce były już stałymi uczestnikami imprez Cutty Sark.
[Knabe, Jerzy. „The Sea is our Bridge – Morze jest naszym mostem.” <http://www.pogoria.org/dzialy/sylwetki/S9.htm>]

[4] Ireneusz Gieblewicz – ur. 1935 w Łodzi; żeglarz, jachtowy sternik morski; w czasie wojny wywieziony wraz z rodziną do Niemiec; potem do Metz (okupowana Francja); we Francji, po wyzwoleniu, wskutek wypadku amputowano mu nogę; pracował, m. in. w Szcze­ciń­skim Urzę­dzie Morskim (ochro­na rybo­łówstwa); do USA wyjechał w 1966; w 1980 sprowadził jacht Dal do Polski.
[http://www.jkazs.szczecin.pl/archiwum/dal2/wdx.htm]

[5] s/y Dal – jacht zatokowy, slup, dł.: 8,5 m, szer.: 2,15 m, zanurz.: 1,3 m, pow. ożagl.: 45 m², na którym Andrzej Bohomolec, Jerzy Świechowski i Jan Witkowski (pow­ró­cił do Polski z Bermu­dów) przepłynęli w latach 1933-1934 Atlantyk, w rejsie z Gdyni do Nowego Jorku i Chicago.

[6] s/y Vagabond’eux (Vagabond II) – zbudowany w 1979 jako stalowy kecz; budowa kadłuba: stocznia Marcel Brument k. Paryża; dł. całk.: 15,00 m, szer.: 4,20 m, zanurz.: 1,10-2,50 m, pow. ożagl.: 120 m kw., ciężar całk.: 16 t, grubość blach w części dennej kadłuba: 10 mm. Zaprojektowany do żeglugi polarnej przez francuskiego konstruktora Gilberta Caroffa, wg pomysłu Janusza Kurbiela. W latach 1980-83 Kurbiel odbył na Vagabond II kilka rejsów arktycznych, m.in. do północnego bieguna magnetycznego. Przed nową wyprawą, w 1984, ożaglowanie i takielunek Vagabond II zostały zmienione z typu kecz na slup. W miejscu bezana stanęła metalowa „brama” pod­trzy­mu­ją­ca anteny i układ podnoszenia pontonu; na rufie zamocowano platformę wydłużającą pokład.
[W. Jacobson, <http://www.jkazs.szczecin.pl/archiwum/nwpas/wd.htm> i <http://www.jkazs.szczecin.pl/archiwum/jacobson/wd.htm>]

[7] Concordia, stalowa barkentyna, zbudowana w Szczecinie w 1991, przekazana armatorowi (West Island College z Montrealu) w kwietniu 1992. Dł.: 57,5 m (188 ft 8 in), szer. maks.: 9,44 m (31 ft 0 in), zanurz.: 4,0 m (13 ft 1 in), pow. ożagl.: 993 m2 (10,690 sq ft), wysokoprężny silnik pomocniczy MAN pozwalający osiągnąć prędkość 9 węzłów. Zatonęła 17 lutego 2010, 300 Mm SE od Rio de Janeiro.

[8] Kolosy – polskie nagrody podróżnicze przyznawane corocznie od 2000 roku za dokonania w kategoriach: podróże, alpinizm, żeglarstwo, speleologia, wyczyn roku oraz („Superkolos”) za całokształt osiągnięć lub za wybitne dokonanie zespołowe.
<http://www.kolosy.pl/>

Calendar

« July 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Czerwiec – szósty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od słowa „czerw” oznaczającego beznogą larwę błonkówek i muchówek; larwy te były (i są) wykorzystywane jako efektywny sposób oczyszczania ran.

W Słowniku etymologicznym Sławskiego nazwa miesiąca jest dopiero trzecim znaczeniem słowa „czerwiec”. Pierwsze to: czerwiec polski (Porphyrophora polonica) – „owad wytwarzający barwik czerwony”, drugie: „farba służąca do barwienia materiałów na czerwono, coccus, color coccinus”, a źródłosłowy idą we wczesne lata XV wieku. Czwarte zaś: Scleranthus anuus L. czyli czerwiec roczny – chwast rosnący na pastwiskach, ugorach i przydrożach.

Słownik wileński idzie dalej: w nim „miesiąc” jest dopiero n-tym znaczeniem słowa „czerwiec”. Wcześniej jest bowiem rodzaj i trzy gatunki pluskwiaka Coccus; tlenosiarczek antymonu, zwany też kermezytem, o pięknej wiśniowej barwie; rodzaj i dwa gatunki roślin z rodziny Scleranthus, w tym czerwiec trwały (Scleranthus perennis); amerykański kaktus Cactus chochenillifer; kolor szkarłatny lub karmazynowy i „drogi, przedni jedwab” oczywiście koloru czerwonego.

Dwie nazwy wytłuściłem nie bez powodu: w korzeniach czerwca-rośliny znajduje schronienie i pożywienie czerwiec-owad. Splatają się więc te czerwce ze sobą dość dokładnie.

Barwnik czerwony wyrabiany z czerwca-owada to koszenila (inaczej: kwas karminowy), która jest ciekawa sama w sobie. Rozpuszcza się w wodzie, co jest rzadkie wśród barwników organicznych. Jest bardzo trwała i odporna na działanie czasu, światła i ciepła, a więc nie blaknie, co było zaletą pierwszorzędną. Nie jest trująca (w nadmiarze), więc można nią barwić nie tylko tkaniny ale i potrawy oraz kosmetyki.
Tu jednak kłopot zaczynają mieć wegetarianie i weganie (którzy nie używają produktów pochodzących ze zwierząt) oraz np. ci wyznawcy judaizmu i islamu, dla których produkty z owadów nie są ani koszerne ani halal. Problem w tym, że współcześni ludzie na ogół nie wiedzą, iż koszenilę uzyskuje się z owadów (strona http://www.food-info.net podaje że dla uzyskania 1 kilograma koszenili trzeba zanurzyć we wrzątku – a później na różne sposoby wysuszyć, a potem zmielić – 150 tys. owadów). Ostatnio produkty zawierające koszelinę muszą być odpowiednio oznaczane.

Polski monopol na czerwca w znaczeniu „farba” (tytuł popularnej, stosunkowo niedawnej – 1992, publikacji Lewy czerwcowy, nabiera teraz zupełnie innej barwy…) złamał w XIV w. Meksyk.
Aztekowie znali i stosowali koszenilę od wieków, od nich nauczyli się tego konkwistadorzy. Żeby skrócić transport do Europy, owady meksykańskie (inne niż polskie: czerwce kaktusowe, Dactylopius coccus, rodzaj mszyc) zaczęto hodować na Wyspach Kanaryjskich. Ta sama www.food-info podaje, że tylko w roku 1868 wyeksportowano stamtąd 2800 ton (6 mln. funtów) koszenili uzyskanej z 420 miliardów owadów…

 

Pierwiastek „czerw” w nazwie szóstego miesiąca roku występuje też w innych językach naszej rodziny: białoruskim (чэрвень), czeskim (červen), kaszubskim (czerwińc), ukraińskim (червень).
Co by nie mówić, w większości języków słowiańskich (także w staropolszczyźnie) rzeczownik „czerw” znaczy „robak”, z czego wynika, że „czerwiec” znaczy tyle co „robaczywiec” lub „robacznik” (a kolor czerwony to kolor robaczywy). Tyz piyknie.

W staropolszczyźnie szósty miesiąc roku nazywany też był „ugornik” lub „zok” (konik polny lub – niestety – szarańcza), ale generalnie czerwie czyli robaki okazały się (słowotwórczo) silniejsze.

 

Łaciński Iunius zawiera w sobie imię żony Jupitera – Junony.

Owidiusz w ks. VI Fasti (8 r. n.e.), poematu o kalendarzu rzymskim, podaje dwie dodatkowe etymologie nazwy Iunius: od małżonki Jupitera – Junony i bogini młodości Iuventas (grecki pierwowzór: Hebe). Owidiusza – jako źródła – nie można jednak traktować poważnie, bo plótł co mu ślina na język przyniosła, a koniunktura dworska i polityczna podsuwała. W maju umizgał się do starców z senatu (maiores), więc w czerwcu pochlebiać zaczął młodym iuniores. Na czerwcu zresztą Fasti się skończyło, bo poeta dostał nagle dożywotni nakaz zesłania do Dacji – pruderyjni twierdzą, że za nieskromność Ars amatoria (celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu jeszcze w 1930), ale tak naprawdę nie wiemy za co.

Nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Pod koniec czerwca na półkuli północnej następuje letnie przesilenie Słońca: jest to najdłuższy dzień (i najkrótsza noc) w roku.
W 2014 solstycjum letnie wypada 21 czerwca. W tym dniu Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka i zaczyna się astronomiczne lato.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – na 52°13’ szerokości geograficznej północnej – wynosi 61°14’.

 

1 czerwca to Dzień Dziecka.

 

4 czerwca to w Polsce rocznica wolnych wyborów z 1989 roku.
W rzeczywistości były one pół-wolne, ale skutek był ten sam. Najkrócej zdefiniowała go Joanna Szczepkowska w ogólnokrajowym programie TV: „Ogłaszam koniec komunizmu w Polsce”.

 

12 czerwca 1967 – PRL zrywa stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Nie ona jedna. Po wojnie sześciodniowej (5-10 czerwca 1967), która – mimo że zaczepna – była obronną, bezczelnie przez Izrael wygranej, Czerwony Hegemon się zdenerwował. Nie tak miało być, zwłaszcza że Hegemon uzbrajał, szkolił i popierał Egipt. Poszedł więc przykład i rozkaz z Moskwy i cały blok zerwał z państwem żydowskim stosunki dyplomatyczne. Z jednym wyjątkiem: nie zerwała Rumunia. Niby, że taka niezależna i umiejąca się Sojuzowi postawić, defacto – potrzebna, bo zerwać stosunki można, ale pogadać czasem trzeba, więc jeśli już, to czemu nie przez Bukareszt, któremu opinia „niepokorny” bardzo pasowała, bo dawało się na nią kolejne kredyty z Zachodu wyciągać. A po RWPG poszedł później dowcip, przaśny, ale po linii: „– Wymień trzy państwa komunistyczne na ‘k’. – Kuba, Korea i..., i..., i ta Kurwa Rumunia.” Zerwanie stosunków i ujadanie propagandy jest prologiem do polskiego Marca ’68 (patrz: marzec).

 

23 czerwca to w Polsce tzw. wigilia św. Jana, którą kończy noc świętojańska, często używana obocznie z nazwą Sobótka.
Jest to schrystianizowana wersja słowiańskiego święta związanego z letnim przesileniem Słońca, obchodzonego w najkrótszą noc w roku, tzw. Noc Kupały, zwanego też (na południu Polski) sobótką lub palinocką. Było to święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości.
Słowo kupała pochodzi prawdopodobnie z indoeuropejskiego pierwiastka kump, oznaczającego grupę, gromadę, zbiorowość, z którego wywodzą się słowa takie jak kupa, skupić, kupić się (‘gromadzić’). Termin sobótka stworzony został prawdopodobnie przez Kościół i miał wydźwięk ujemny, bo znaczył tyle, co ‘mały sabat’.
W chrześcijaństwie obchody nocy kupalnej przeniesione zostały na specjalnie w tym celu ustanowioną przez Kościół 23 czerwca wigilię św. Jana.

W tym wypadku jednak zadziałał synkretyzm religijny: noc kupalna i wigilia św. Jana współegzystują w świadomości zbiorowej do dziś. Mają też liczne odzwierciedlenia w literaturze, z których – w piśmiennictwie polskim – najbardziej znanym jest Pieśń świętojańska o Sobótce Jana Kochanowskiego, rozpoczynająca się od słów:

Gdy słońce Raka zagrzewa
A słowik więcej nie śpiewa
Sobótkę (jako czas niesie),
Zapalono w Czarnym Lesie.

„Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” napisał Mickiewicz o roku 1812, ale oznaczenie jest niedokładne. Bowiem to, co ową „wiosnę” przyniosło, zaczęło się latem.

Wieczorem 23 czerwca 1812, około godziny 22, pierwsze korpusy – kawaleryjski marszałka Murata oraz korpusy marszałków Davout i Neya przekraczają Niemen.

Napoleon, którego idée fixe było rzucenie na kolana Wielkiej Brytanii, po serii porażek z Anglikami w bitwach morskich (i to jakich porażek! Abu Kir w 1798 i Trafalgar w 1805 to były mega klęski!) wymyślił blokadę handlową (więc teoretycznie i morską) Wysp Brytyjskich.

Rzecz jasna, wszyscy zainteresowani stawali na głowie, by to embargo ominąć, zwłaszcza, że blokada rujnowała sporo gospodarek państwowych. Poza tym zawsze w podobnych przypadkach opór bywa ogromny i praktycznie nie do pokonania: założę się, że Napoleon nie miał pojęcia, co to było „Ograbme”, bo jak większość Europejczyków z wyższością patrzył na Amerykę i do głowy mu nie wpadało, ze może się od niej wiele nauczyć.

Jednym z wyłamujących się z tego dyktatu była Rosja. Oczywiście car Aleksander oficjalnie się zgadzał, uśmiechał, toasty wznosił, pakty podpisywał – ale robił swoje. Darujmy sobie „skąd my to znamy?”, gdyż handel z Brytanią był dla rosyjskiej gospodarki alternatywą Hamleta.

Rację miał stary Maciek Dobrzyński sarkając, że „a on co? Pokój w Tylży zrobił!”, choć powody do gderania były inne.
Papier – papierem, a życie życiem. Napoleon wpadł więc na kolejny pomysł, by zmusić Rosję do respektowania postanowień z Tylży (1807) siłą. Znów nie odrobił lekcji z historii: nie doczytał, jak skończył Karol XII Szwedzki. A może po prostu myślał, że skoro ma Grande Armée, to da radę?

Najpierw jednak zebrał armię 600-tysięczną, nie tylko wielonarodową ale i multi-kulti, bo było w niej m.in. 300 tys. Francuzów, Włochów i Belgów, 180 tys. Niemców, 90 tys. Polaków (skąd wymyślił, że Niemcy będą się dzielnie bić dla Francuzów – trudno orzec, nie obiecywał im przecież nawet ułamka tego, co Polakom). Z tą armią przekroczył Niemen.

Zaczął z Księstwa Warszawskiego i po przejściu granicy wciąż poruszał się po terenach zamieszkałych przez Polaków, nic więc dziwnego, że propaganda Cesarza Francuzów przeszła samą siebie. Napoleon z bezprzykładnym cynizmem, godnym największych kosterów, nazwał swoją kampanię „drugą wojną polską”, a sejmowi Księstwa Warszawskiego nakazał zawiązać Konfederację Generalną Królestwa Polskiego i proklamować zmartwychwstanie Polski w dawnych granicach (Niemcy w szeregach armijnych, zwłaszcza ci z Prus, musieli się cieszyć niezwykle!).

Ale: nikt nie da ci więcej, niż obieca Napoleon!

I prawda. Zaczynając swą wojnę z Rosją o Brytanię, cesarz powiedział:

Jestem tu, aby raz na zawsze skończyć z tym barbarzyńskim kolosem Północy. Szpada została już dobyta. Trzeba ich zapędzić jak najdalej w ich lody, aby przez najbliższe 25 lat nie byli w stanie mieszać się w sprawy cywilizowanej Europy. Nawet za czasów Katarzyny Rosjanie prawie nie odgrywali żadnej roli w życiu politycznym Europy. Z cywilizacją zetknęli się dopiero przez rozbiór Polski. Nadszedł więc teraz czas, aby Polacy pokazali im, gdzie ich miejsce... Bezpowrotnie minęły czasy, kiedy Katarzyna dzieliła Polskę, chwiejny Ludwik XV drżał ze strachu w Wersalu, a caryca zachowywała się tak, że wychwalały ją wszystkie paryskie plotkary. Po spotkaniu w Erfurcie Aleksander zrobił się zbyt zarozumiały, a już zdobycie Finlandii zupełnie przewróciło mu w głowie. Jeżeli potrzebne mu są zwycięstwa, to niech się wyprawi na Persów, ale nie miesza się w sprawy Europy. Cywilizacja odrzuca tych dzikusów z Północy. Europa obejdzie się bez nich.

Jak to się skończyło – wiemy, a więcej przeczytacie o tym w grudniu.

Napoleon nie był jedyny. 129 lat później, z dokładnością jednodniową, bo 22 czerwca, powtórzył napoleoński manewr Hitler, nazywając to – też miał niezłych propagandzistów – „Operacja Barbarossa”. Skończył jak jego poprzednik, co niewiele nas pociesza, bo dla Polski skutki też były podobne.

Znaki Zodiaku w czerwcu:
Bliźnięta (♊) – do 20 czerwca (najweselszy i najpogodniejszy znak Zodiaku).
Rak (♋) – od 21 czerwca

Kwiaty czerwca :
róża (Rosa L.) – tu nie ma co wiele mówić, po prostu: królowa kwiatów.

Kamienie czerwca:
perła – co prawda to żaden kamień, tylko efekt mordęgi małża, ale w formie naturalnej błyskotka bardzo droga. Wymieniana jest – jako symbol wielkiej wartości – przez święte księgi hinduizmu, judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. W tradycji europejskiej perły uważano dawniej za łzy aniołów – przesąd, że jest to klejnot przynoszący łzy i troski pokutuje do dziś.

● aleksandryt – odmiana chryzoberylu, znana z tego, że zależnie od oświetlenia potrafi zmieniać kolor. Podobno znalazł go fiński geolog Nils Gustaf Nordenskiöld (1792-1866, ojciec znanego polarnika) po tym jak razem z całą Finlandią znalazł się pod panowaniem rosyjskich carów – nazwał więc kamień imieniem następcy tronu, przyszłego Aleksandra II Romanowa.
O carze tym mówi się jako o „demokratycznym reformatorze”, ale kiedy pomyślę, na co batiuszka Aleksandr Nikołajewicz zezwalał w Polsce po powstaniu styczniowym, to nawet sprzedaż Alaski Amerykanom nie jest w stanie sprawić, bym myślał o nim pozytywnie (jak zresztą o żadnym z Romanowów, ani o ich tzw. reformach).

● kamień księżycowy zwany też ortoklazem (którego jest odmianą) – starożytni wierzyli, że jest pochodzenia boskiego, bo wziął się z promieni księżyca.
Najcenniejsze ortoklazy można podobno znaleźć w Indiach i na Sri Lance, ale i my nie gorsi, bo występują też w okolicach Jeleniej Góry. Z czego wynika, że Ryszard Ochódzki wiedział, co czyni, gdy kamień z londyńskiego bruku podniesiony wręczył jako ten z Jeleniej Góry: chciał po prostu wcisnąć go Panu Janowi jako cenny okaz ortoklazu, zapominając, że nie o to chodziło.
Ciekawostką jest, że kamień księżycowy jest oficjalnym klejnotem stanu Floryda, co Florydianiom się wzięło po locie Apolla-11, który wystartował z Cape Canaveral i 20 lipca 1969 wylądował na Księżycu.

Napisałem, że z czerwcem bywa podobnie nieszczególnie jak z majem – „dlaczego” miało przyjść później, bo na początku miesiąca pisanie o tych wszystkich solstycjach, Kupałach, świętych księgach i Romanowych kapkę mnie (jak by powiedział Geograf) osłabiło.
Tak więc czerwiec, podobnie jak maj, jest miesiącem optymistycznym. Zero zdziwienia: oba przebiegają pod panowaniem najlepszego znaku Zodiaku, czyli Bliźniąt, więc – po prostu ten gwiazdozbiór rządzi i nie da się tego ukryć.

 

Śluby i wesela w czerwcu:
mogą być, ale wyłącznie na własne ryzyko.

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
szósty miesiąc roku to:

białoruskiчэрвень [czerwień]
bośniackijuni
bułgarskiюни [juni]
chorwackilipanj
czeskičerven
kaszubskiczerwińc
litewskibirželis
łatgalskivosorys
łużycki (dolny)smažki (też: smažnik, junij)
łużycki (górny)smažnik (też: junij)
łotewskijūnijs
macedońskiјуни [uni] albo житар [żytar]
prekmurskiivánšček (też: juniuš)
rosyjskiиюнь [ijuń]
serbskijун [jun]
słowackijún
słoweńskijunij (też: rožnik)
ukraińskiчервень [czerwień]
żmudzkibiržielis

 

Przysłowia związane
z czerwcem:

Czerwiec daje dni gorące,
kosa brzęczy już na łące.

Czerwiec gdy zagrzmi,
gdzie zorze zachodzą,
ryby się znacznie
i obficie zrodzą.

Czerwiec na maju
zwykle się wzoruje,
jego pluchy, pogody,
często naśladuje.

Czerwiec po deszczowym maju
często dżdżysty w naszym kraju.

Czerwiec – przerwiec, bo przerywa
gospodarkę aż do żniwa.

Czerwiec się czerwieni?
Będzie dość w kieszeni.

Czerwiec stały,
grudzień doskonały.

Czerwiec temu się zieleni,
kto do pracy się nie leni.

Gdy czerwiec chłodem i wodą szafuje,
to zwykle rok cały popsuje.

Grzmoty czerwca
rozweselają rolnikom serca.

Kiedy kwitnie w czerwcu bób,
to największy wtedy głód,
a kiedy mak,
to już nie tak.

Mokry czerwiec, chłodny maj
– wszystkim gburom prawy raj.

Od czerwca dużo zależy,
czy żniwa będą jak należy.

Pełnia czerwcowa – burza gotowa.

W czerwcu gorącego lata,
zdrowa więc bywa sałata,
wina jeśli być nie może,
piwo chłodne pij, niebożę.

W czerwcu grusze kwiat zrzucają,
czereśnie się zapalają.

W czerwcu pod czerwcem siedzi czerwiec.

W czerwcu się okaże,
co nam Bóg da w darze.

W czerwcu to się lęga,
ci się przedtym sprzęga.

 

Przysłowia na
św. Małgorzatę (10 VI):

Deszcz na św. Małgorzatę
jest orzechom na stratę.

Św. Małgorzata pierwsza żnarka.

W św. Małgorzatę skąd wiatr duje,
drogę po zboże toruje.

Ze św. Małgorzatą
zaczyna się lato.

 

Przysłowia na
św. Jana (24 VI):

Chrzest Jana
w deszczowej wodzie
trzyma zbiory na przeszkodzie.

Deszcz świętego Jana
obiecuje mokre żniwa.

Do świętego Jana
woła deszczu kania,
a po świętym Janie
chodzą po wodzie kanie.

Gdy bliżej święta Jana
gżegżółka zakuka,
nadzieja zbóż przedaży
pewnie nas oszuka.

Gdy Jan Chrzciciel skropi,
mokre będą kopy.

Gdy się deszcz w święto Jana
opuści obfity.
po nim w kilka dni,
wierz mi, bywa pozbyty.

Gdy się Jan Chrzciciel
w dżdżystej kąpie wodzie,
deszcze żniwom bywają
wtenczas na przeszkodzie.

Gdy się święty Jan rozczuli,
to go dopiero
Najświętsza Panna utuli.

Jak się Janek kąpie w wodzie,
żniwom deszcze na przeszkodzie.

Jak św. Jan się obwieści,
takich będzie dni trzydzieści.

Jana Chrzciciela
– już kwiecia wiela.

Jutro święty Janek,
puśćmy na wodę wianek.

Już Jan ochrzcił wszystkie wody,
odtąd wam nie będzie szkody.

Już świętego Jana,
ruszajmy do siana.

O św. Janie kwas w piwo,
robak w mięso,
diabeł w babę wstępuje.

Święty Jan
– jagód dzban.

Umilkł, jak kukułka na św. Jan.

 

Przysłowie na
sobótkę:

Gdzie sobótki zapalają,
tam grady nie przeszkadzają.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha