KTO JEST KIM:

WOJCIECH JACOBSON

Wojciech_Jacobson_cr_fot_Adrian_Larisz

 ur. 8 października 1929 w Toruniu
wykształcenie: mgr inż. chemii
zawód: chemik, nauczyciel akademicki
powołanie: żeglarz
j.k.ż.w.
członek Jacht Klubu AZS Szczecin
członek honorowy PZŻ (2005) i AZS (2004)
członek Bractwa Wybrzeża
instruktor żeglarski, sędzia regatowy 1 kl.
łączna liczba rejsów: 61 (261,5 tys. Mm)

 

Pochodzi z rodziny, w której żeglarstwo było tradycją: ojciec i starsi bracia żeglowali i mieli własny jacht mieczowy. Najstarszy brat był członkiem Akademickiego Związku Morskiego RP.

Żeglarstwo uprawiał w wielorakich formach: regaty, turystyka, rejsy szkoleniowe, wyprawy, zloty. Pływał na jachtach mieczowych, balastowych i na dużych żaglowcach. Jako instruktor prowadził szko­le­nia na kursach, obozach i w rejsach. Szkolił obcokrajowców w Centralnym Ośrodku Żeglarstwa PZŻ w Trzebieży, w Libii i na pokładach żaglowców PogoriaConcordia.

 

1949 – zaczął czynnie uprawiać żeglarstwo w Sekcji Żeglarskiej Akademickiego Związku Sportowego w Szczecinie (członkiem Jacht Klubu AZS Szczecin jest do dziś).
W klubie tym był: przewodniczący komisji szkolenia Sekcji Żeglarskiej, sędzią regatowym, przewodniczącym komisji egzaminacyjnych na stopnie sternika morskiego i kapitana jachtowego

1952 – dyplom inżyniera-chemika na Wydziale Chemicznym Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Szczecinie.

1955 – III miejsce na Żeglarskich Mistrzostwach Polski.

1960 – dyplom mgr inż., Politechnika Szczecińska, Wydział Technologii Chemicznej.

1961-1964 – w rejsach stażowych przed przystąpieniem do egzaminu na kapitana jachtowego pływa m.in. na jachtach: Swantewit (kpt. Kazimierz Haska), Jurand (kpt. Kazimierz Haska), Nadir (kpt. Aleksander Stefan Lewicki)[1a].

1964 – zdaje egzamin na stopień kapitana jachtowego przed Komisją PZŻ.

1965 – uzyskuje patent kapitana jachtowego / jachtowego kapitana żeglugi wielkiej (1965-05-11: nr patentu kpt. j. 247; 1975-01-30: zmieniony na  patent j.kpt.ż.w. nr 276; 1999-04-15: zmieniony na nr 477).

1970_Swantewit_Nadir_fot_Bogdan_Fijalkowski1970, Gdynia. Fot.: Bogdan Fijałkowski

Komentarz Wojciecha Jacobsona do zdjęcia:

Zapis klubowy pod „Nadir” podaje: 21.08 – 30.08.1970 X MTZG; NADIR w kl. II RORC 21/23; kpt. K. Baranowski, SWANTEWIT z W. Jacobsonem 2/23.

Krzysztof startował samotnie w regatach Międzynarodowego Tygodnia Zatoki Gdańskiej, które były też Mistrzostwami Polski. Dla Krzysztofa były to eliminacje krajowe do OSTAR 1972 i w tym sensie były to „regaty samotników”. Samotników było dwóch lub trzech. Nadira wypożyczył nasz klub (było w tym trochę mojego udziału – przedstawiałem sprawę zarządowi). Klub dostarczył jacht do Gdyni i tam odebrał. W trakcie imprezy nasze załogi pomagały też Krzysztofowi w porcie. Krzysztof startował b. ładnie, na krótkich biegach wielokrotnie prowadził przed jachtami z załogami wieloosobowymi. Tracił na długich dystansach.
W tym czasie ja startowałem na Swantewicie z załogą chyba 5 osób. W porcie (Gdynia) odbieraliśmy cumy od Nadira, i staliśmy blisko siebie.

1971 – II miejsce na Mistrzostwach Polski Jachtów Morskich.

1971 – I miejsce w regatach Ostseewoche.

Slide4_fot_Wojciech_Jacobson

 

1973, 6 września – 1974, 8 lipca – rejs z Ludomirem Mączką na Marii [1b], w pierwszej fazie jego wy­prawy dookoła świata na trasie Szczecin – Callao (Peru).

Załoga na etapie Szczecin – Callao (Peru), 1973-09-06 – 1974-07-08, 12 280 Mm:
Ludomir Mączka (kapitan i właściciel jachtu), Wojciech Jacobson, Jerzy Mańkowski (do Casablanki), Andrzej Marczak (od Santa Cruz de Tenerife).

Trasa: Szczecin, Świnoujście – Sassnitz – Kopenhaga – Kilonia – Dover – Vigo – Casablanca – Las Palmas, Santa Cruz, La Luz – Antigua, Martynika, Saint Lucia, St. Vincent, Bequia, Islas Testigos, Iguana, Los Frailes – Guanta, Chichiriviche – ABC (Aruba, Bonaire i Curaçao) – Guanta, Valencia, Canaima, Valencia, La Guaira – Kanał Panamski (24 maja 1974) – równik (4 czerwca 1974; imię Marisco) – Paita – Chimbote – Callao.

02_MAPA_sy_Maria_Jacobson_1973-1974Trasa Marii w pierwszej części wokółziemskiego rejsu 1974-1984, ze Szczecina do Callao.

1973_WJ_sy_Maria_fot_Andrzej_Marczak_arch_W_Jacobsona 1973: Wojciech Jacobson za sterem Marii
Fot.: Andrzej Marczak

 

03_sy_Maria

Wojciech Jacobson do­pły­nął do Callao. Żeglu­dze towa­rzy­szyły wy­pady lądowe w od­leg­łe miejsca do Wyżyny Gu­jań­skiej i w Andy.

Wspomnienia z tej pod­ró­ży zawarł w książ­ce Marią do Peru (Gdańsk, Wy­daw­nictwo Morskie, 1976).

 04_Jacobson_Maria_do_Peru

 

1976, 10 kwietnia – 10 lipca – płynie w załodze s/y Polonez[2] ze Szczecina do New Haven, CT (6672 Mm):
Krzysztof Baranowski (kapitan), Antoni „Toni” Brancewicz, Wojciech Jacobson, Jarosław Malejewski, Wiesław Słoboda, Marek Stryjecki, Mona Thorogood (od Teneryfy).
Od Plymouth do Newport (R.I.) Polonez płynie w dwuetapowych regatach The Cutty Sark Tall Ships’ Races (Operacja Żagiel) zorganizowanych z okazji 200-lecia
(Bicentennial) Sta­nów Zjednoczonych.
Na dystansie 6611 Mm. Polonez zajmuje  5 miejsce w klasie B.

05_1976_OP-Sail_mapa_wg_W_Jacobsona_21976: atlantycka trasa Poloneza
mapa wg Wojciecha Jacobsona

 


06_1976_041_sm_arch_Wojciech_Jacobson1976: załoga Poloneza w rejsie na Operację Żagiel:
od lewej: Krzysztof Baranowski, Wojciech Jacobson, Antoni Brancewicz,
Jarosław Malejewski, Wiesław Słoboda; klęczy: Marek Stryjecki

fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 


07_1976-06_F1010020_arch_Wojciech_Jacobson_sm1976: na pokładzie Poloneza (Wojciech Jacobson i Jarosław Malejewski)
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

 


08_1976-06_arch_Wojciech_Jacobson_sm1976-06: załoga Poloneza na mecie regat w Newport, R.I.
Dama w drugim rzędzie, jedyna bez „firmowej” koszulki, to Janka Bielak
[3]
fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

Do Polski (Boston – Gdynia, 6 900 Mm)  wraca Darem Pomorza (kpt. Kazimierz Jurkiewicz), na którym dołącza do wachty studenckiej, by móc pracować na rejach.

 

1977

– II miejsce w Mistrzostwach Polski Jachtów Kilowych

Ostseewoche – I miejsce w Pokal Klasse / IOR – III miejsce.

– I miejsce w Bałtyckich Regatach Samotników o Puchar Poloneza w klasie HTC (Carter), III miejsce w klasyfikacji generalnej.
Na temat tych regat powstało opowiadanie „Wyścig” Zbigniewa Kosiorowskiego według audycji radiowej pod tym samym tytułem. Opowiadanie ukazało się w książce 13 w skali Beauforta (Szczecin : KAW, 1982). Na treść składają się relacje, które przekazują dwaj zaprzyjaźnieni konkurenci: Jerzy Madeja i Wojciech Jacobson.

 

1978-1979 – Wojciech Jacobson szkoli żeglarzy z Libii w Trzebieży i Bengazi.

Slide17_fot_arch_Wojciech_Jacobson Slide16_fot_arch_Wojciech_JacobsonSlide15_fot_arch_Wojciech_JacobsonFot. z archiwum Wojciecha Jacobsona

 

1980, wrzesień – Wojciech Jacobson, pomagając Irene­uszo­wi Gieblewiczowi[4] z Chicago, przeprowadza z nim jacht Dal[5] na trasie Świnoujście – Hel – Gdynia – Gdańsk (276 Mm), do Centralnego Muze­um Morskiego w Gdańsku. Był to ostatni rejs tego histo­rycz­nego jachtu.

 

09_1980-09-10 - Powitanie sy DAL w basenie JK AZS w Szczecinie1980-09-10: Powitanie s/y Dal w basenie JK AZS w Szczecinie
http://www.jkazs.szczecin.pl/archiwum/dal2/wdx.htm

 Slide19_fot_arch_Wojciech_JacobsonFot. z archiwum Wojciecha Jacobsona

1982, 12 lipca – 4 września – udział w The Cutty Sark Tall Ships’ Races (Operacja Żagiel) na STS Pogo­ria (kpt. Andrzej Marczak).
Wojciech Jacobson był II oficerem i – wraz z Bronisławem Tarnackim – opra­co­wy­wał taktykę regat, dzięki której Pogoria okazała się najszybszą wśród wielkich żaglowców w pierw­szym eta­pie, zajmując ostatecznie, po przelicznikach, trzecie miejsce.

 1982-07_049_lev_sm_fot_Heinz_Busch_Luebeck

10_1982-07_Pogoria_sm_arrow_WJ_fot_Heinz_Busch1982, lipiec: Pogoria i jej załoga w rejsie czarterowym na The Cutty Sark Tall Ships’ Races
Wojciech Jacobson – oznaczony strzałką

Fot.: Heinz Busch; arch. W. Jacobsona

1982-07_193_fot_Heinz_Busch_Luebeck1982, lipiec: Wojciech Jacobson na Pogorii w rejsie czarterowym na The Cutty Sark Tall Ships’ Races
Fot.: Heinz Busch; arch. W. Jacobsona

 

1983-84 – ponownie z Ludomirem Mączką na jachcie Maria: żegluga z Montevideo, wzdłuż wybrzeży Urugwaju, Brazylii i Gujany Francuskiej, do Le Havre (11 620 Mm).
Wpływają m. in. rzeką Comté w głąb dżungli do wioski Hmongów [patrz: Wojciech Jacobson – „Miasteczko na kotwicy”].


20_1984_Cayenne_W_Jacobson_L_Maczka_lev_fot_Janusz_Kurbiel1984, Cayenne, s/y Maria: Wojciech Jacobson i Ludomir Mączka
Fot.: Janusz Kurbiel

 

11_MAPA_sy_Maria_Jacobson_1973-1974_1983-84Trasa Marii w tych częściach wokółziemskiego rejsu 1974-1984, w których brał udział Wojciech Jacobson
Żegluga na etapie Cayenne – Le Havre trwała 76 dni.

Slide24_cr_fot_arch_Wojciech_Jacobson 1984, Le Havre: Ludomir Mączka (z prawej) i Wojciech Jacobson przygotowują Marię do dłuższego postoju.
Fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

 

1985 – Wojciech Jacobson dowodzi jachtem Vagabond II[6] w 7-miesięcznym rejsie z Le Havre przez Kanał Panamski do Vancouver w kanadyj­skiej prowincji Kolum­bia Brytyjska (12 520 Mm);
w trzyosobowej załodze, oprócz Ludomira Mączki, jest córka Wojtka – Magdalena.

Slide25_lev_fot_arch_Wojciech_Jacobson

Slide26_fot_arch_Wojciech_JacobsonFot. z arch Wojciecha Jacobsona

Właścicielem jachtu jest mieszka­jący na stałe we Francji pol­ski polarnik Janusz Kurbiel. Rejs do Van­cou­ve­r był wstępem do reali­zacji śmia­łego i bezpre­cedensowego zamie­rzenia: pierw­szego pokonania małym jach­tem Przejścia Północno-Zachodniego z za­cho­du na wschód.

Wyprawa Le Havre – Vancouver została w Polsce uznana za Rejs Roku 1985, a Wojciech Jacobson nagrodzony został Srebrnym Sekstantem.


12_1985_W_Jacobson_Vancouver_lev_sm_arch_W_Jacobson13_1985_Vagabond_II_North_Vancouver_fot_Jerzy_Kusmider1985 – Vagabond II w North Vancouver
Fot.: Jerzy Kuśmider

1985-1988 – arktyczny rejs na Vagabond II (bandera kanadyjska i francuska) zorganizowany przez Janusza Kurbiela.

 14_1985_Morze_Beauforta_fot_Janusz_Kurbiel

15_1985-05_Morze_Beauforta_W_Jacobson_praca_w_paku_lodowym_sm_fot_Janusz_Kurbiel1985, maj, Morze Beauforta: Wojciech Jacobson – praca w paku lodowym
Fot.: Janusz Kurbiel

 

1988Wojciech Jacobson przejmuje prowadzenie jachtu Vagabond II od Janusza Kurbiela i z Ludo­mi­rem Mączką z powodzeniem dopro­wa­dza rejs do końca.
Do Europy (Brest) żeglarze wrócili z Gren­landii, napotykając na Atlan­ty­ku trudne warunki pogodowe (huragan Helene o sile wiatru przekra­cza­jącej 12º w skali Beauforta).

1988-09_hurricane_Helene_x_21988, huragan Helene: po lewej – układ chmur 23 września ok. 1042 UTC; po prawej – trasa huraganu
Fot. NASA

W połowie Atlantyku napotkaliśmy sztorm tropikalny Helene, o sile huraganu (wiatr powyżej 12 B). Dnia 30 września, w krytycznej fazie sztormu, wysokie fale trzykrotnie położyły Vagabond’eux masztem pod wodę. Jacht doznał szeregu awarii tracąc znaczną część elektroniki, w tym wszystkie anteny masztowe i radar. Utrudniało to znacznie dalszą żeglugę.
Do Brestu dotarliśmy 16 października 1988 roku kończąc tym samym wyprawę wokół Ameryki Północnej.

Jacobson, Wojciech.
„Rejs jachtu Vagabond II przez Przejście Północno-Zachodnie; 1984 – 1988”.
Jacht Klub AZS Szczecin

1988-10_fot_Wojciech_JacobsonSzczątki radaru Vagabond’eux po wywrotce 30 września 1988 r.
Fot.: Wojciech Jacobson

Wojciech Jacobson i Ludomir Mączka jako jedyni uczestniczyli we wszystkich etapach tej kilkuletniej wyprawy, której trasa liczyła ok. 23 tys. Mm i pro­wa­dziła przez 86 portów i kotwicowisk. Przygotowując jednostkę do kolejnych prób przejścia arktycznej drogi spędzili około 6 miesięcy w wioskach Innuitów.
Etap przez Przejście Północno-Zachodnie (Vancouver, B.C. – Gjoa Haven N.T. – Brest) liczył 10 390 Mm.

16_1985-07-18 - na kole polarnym1985-07-18: Wojciech Jacobson i Ludomir Mączka podczas przekraczanie koła polarnego.
Fot. z archiwum Wojciecha Jacobsona

Wyczyn ten uhonorowany został tytułem Rejs Roku 1988, a Wojciech Jacobson wspólnie z Januszem Kurbielem i Ludomirem Mączką otrzymali Srebrne Sekstanty.

Pisze Wojciech Jacobson:

Inicjatorem, orga­nizatorem i realizatorem (jacht, finanse!) był Janusz Kurbiel. Do nas – Ludka Mączki i mnie – nale­ża­ło dopro­wa­dz­enie łódki z Francji do Vancou­ver, B.C., a potem prze­pro­wa­dzenie z powro­tem z serca Arktyki do Brestu. W samym Przejściu najtrud­niej­sze 80% trasy pro­wa­dził Janusz Kurbiel. Nam zostało mniej niż 20% i to pod zdal­nym nad­zo­rem Janu­sza, który był na in­nym jachcie, w tym samym rejonie (po dru­giej stro­nie dzia­łu wod­nego). W sumie wszys­cy byliś­my pierw­szymi Polakami przez NW Passage.  Ludek i ja – od Francji do Francji, Janusz Kurbiel – przez całą Arktykę.

Pokonanie przez Polaków Northwest Passage w końcu lat 80. dwudziestego wieku zasługuje na szcze­gólne uznanie, bowiem Kurbiel, Jacobson i Mączka musieli zmagać się w trakcie rejsu z niepo­rów­nanie cięższymi warunkami, niż panują tam obecnie.

W ciągu ostatnich lat ocieplenie klimatu poczyniło w Arktyce takie spustoszenia, że powtórzenie ich wyczynu – z zachowaniem skali trudności – jest już po prostu niemożliwe: otwarte są np. szlaki dawniej zamknięte zaporami lodowymi.


17_NW_Passage_W_Jacobsonj_J_Kurbiel_L_Maczka_arch_W_Jacobson_sm1986, sierpień, Amundsen Gulf, NW Passage
Wojciech Jacobson, Janusz Kurbiel, Ludomir Mączka

Fot.: Joelle Cochois-Kurbiel, arch. W. Jacobsona

 

1988-2001 – Wojciech Jacobson współpracuje z kanadyjską Class Afloat – szkołą pod żaglami organizowaną przez West Island College z Montrealu. Pływa w tym czasie – jako zastępca kapitana, starszy oficer, I lub II oficer –  na STS Pogoria i STS Concordia [7], m.in. przez Cieśninę Magellana (1993).

Pogoria:
1988 – Singapur – Gdynia (11 022 Mm)
1991 – Gdynia – Jamajka – Gdynia (20 200 Mm)
1992 – Gdynia – Cape Town – Trzebież (19 011 Mm)

Concordia:
1993 – Kadyks – Victoria, B.C. (28 128 Mm)
1994 – Jokohama – San Francisco, CA – Mombasa (38 487 Mm)
1996 – Durban – San Diego, CA (15 884 Mm)
1997 – Benoa (Bali) – Trzebież (12 530 Mm)
1998 – Montego Bay (Jamajka) – Tahiti – Lunenburg, N.S. (14 810 Mm)
1998 – Neapol – Miami (7 884 Mm)
2001 – Hanga Roa (Wyspa Wielkanocna) – Ushuaia (2 917 Mm)

 

18_1988_Pogoria_po_powrocie_Gdynia_sm_arch_W_Jacobson1988-05-30, Gdynia: Pogoria po powrocie z rejsu czarterowego z kanadyjską Class Afloat.
Wojciech Jacobson – pierwszy z prawej

arch. W. Jacobsona

Żeglując, zatrzymywał się w rzad­ko odwiedzanych przez podróżników miejscach, jak wyspy Saint Paul i Chagos na Oceanie Indyjskim; Pitcairn, Palmyra, Fanning, Galapagos, Wyspa Wielkanocna i wielu innych na Pacyfiku.

1999, październik, Darwin (Australia) – kończy oficjalne pływanie w barwach Class Afloat, uhonorowany tytułem Honorary First Mate.

 19_Concordia

Beagle_Channel_Canal_Beagle_PLBeagle channel

1993: Wojciech Jacobson na Concordii w Kanale Beagle
Fot. z archiwum Wojciecha Jacobsona

101-0108_arch_Zeszyty_Zeglarskie

20_1996_W_Jacobson_Concordia_a_arch_W_Jacobson1996: Wojciech Jacobson na wantach i rei Concordii
Fot. z archiwum Wojciecha Jacobsona

 

 

2001 – ponownie na STS Concordia (załoga gościnna – nawigator), w rejsie kanadyjskiego West Island College na trasie Hanga Roa (Wyspa Wielkanocna) – Ushuaia (2 917 Mm), wokół przylądka Horn, co pozwoliło mu w żeglarskim życiorysie zamknąć pętlę wokół obu Ameryk.

21_2001_Strab_Jacobson_Horn_sm2001-03-01, Cieśnina Drake’a, w tle przylądek Horn
(od lewej) Wojciech Jacobson, Andrzej Straburzyński (kapitan Concordii)

Fot. z archiwum Wojciecha Jacobsona

 

2007

12 maja – Wojciech Jacobson oraz Andrzej Piotrowski (dyrektor In­s­ty­tutu Geolo­gicz­nego w Szczecinie; pływał na Marii) odsła­niają w Jacht Klubie AZS pom­nik poświęco­ny Ludo­­miro­wi Mączce. Jest to dwumet­ro­wej wyso­koś­ci 8-tono­wy głaz (granit alandzki) przy­nie­siony przez lodo­wiec z okolic Wysp Alan­dz­kich w pobliże Barlinka.

Na nim wyry­to napis: Pamięci Ludo­mi­ra Mączki, żeglarza-geologa, który stąd wyruszał w świat. Koledzy i przyjaciele, maj 2007. Obok umieszczona jest tablica z życiorysem żeglarza, jego wize­run­kiem i sylwetką Marii.

22_2007-05-26 - glaz Ludojada 2a 

Napis i tablicę wykonał Marian Preiss, żeglarz-regatowiec ze Stargardu.

 

2008

czerwiec – publikacja albumu Mam na imię Ludomir wydanego wspól­nie z Maciejem Krzeptowskim (Szczecin, Oficyna In Plus, 2008).

 23_Mam na imię Ludomir

 

Wojciech Jacobson jest autorem materiałów szkoleniowych oraz artykułów w prasie fachowej, np.  nowelizacja i tłumaczenie skryptu „Instruction Aid Tables” na język angielski (Trzebież, 1978).
W swoim dorobku ma wiele nagród i wyróżnień związanych z żeglarstwem:

●  1962 – Zasłużony Działacz Żeglarstwa Polskiego

●  1985 – Srebrny Sekstant za rejs Le Havre – Kanał Panamski – Vancouver na s/y Vagabond II

●  1988 – Srebrny Sekstant, wspólnie z Januszem Kurbielem i Ludomirem Mączką, za pierwsze pokonanie arktycznego Przejścia Północno-Zachodniego z zachodu na wschód na s/y Vagabond II

●  1989 – nagroda Grotmaszta Bractwa Kaphornowców za „dobrą pracę w ciężkich warunkach sztor­mo­wych”.

●  1998Derek Zavitz Memorial Award. [Derek Zavitz był uczniem kanadyjskiej Class Afloat, który zginął w nieszczęśliwym wypadku w czasie rejsu. Ku jego pamięci ustanowiono medal, który na koniec roku szkolnego przyznają  studenci. Medal honoruje osoby, których postawa uznana została za godną naśladowania].

●  1999 – tytuł Honorary First Mate przyznany przez kanadyjską Class Afloat na zakończenie 11-let­niej pracy na żaglowcach tej organizacji.

●  2000-2010 – zasiada w Kapitule Kolosów[8]

●  2002 – medal PZŻ „Za Szczególne Zasługi dla Żeglarstwa Polskiego”

●  od 2008 – członek rady programowej Polskiej Fundacji Morskiej[9].

●  2010 – medal „65 lat Żeglarstwa Polskiego na Pomorzu Zachodnim”

●  2010, 6 marca – laureat nagrody Conrad 2009, przyznawanej przez Bałtyckie Bractwo Żeglarzy  indywidualnościom morskim w minionym roku.

●  2010, 22 maja – laureat nagrody „Chwała Mórz – Kaperski Topór Bojowy” przyznanej przez Bractwo Wybrzeża.

●  2011, 16 czerwca – uhonorowany przez Prezydenta Miasta Szczecin tytułem „Ambasador Szczecina”.

ambassador-wojciech_jacobson

●  2013, 2 maja – w Dniu Flagi Rzeczypospolitej Polskiej Prezydent RP wręcza mu  Banderę Prezydencką za osiągnięcia w dziedzinie żeglarstwa.

2013-05-02_dyplom OLYMPUS DIGITAL CAMERA

●  2016, luty – nagroda Super Kolos przyznana przez Kapitułę nagrody za całokształt dokonań i wybitny wkład w rozwój polskiego żeglarstwa. Wręczenie nastąpiło 13 marca 2016, podczas finału Kolosów (za rok) 2015.

11_2016-03-19_Kolosy_0515_670713_fot_Marek_Zwierz

W uzasadnieniu czytamy:

Co do Super Kolosa Kapituła była zgodna – statuetkę za całokształt dokonań i wybitny wkład w rozwój polskiego żeglarstwa otrzyma kpt. Wojciech Jacobson. Cieszymy się wyjątkowo, bo mało kto zasłużył sobie na tę nagrodę bardziej niż on.
Dla kilku pokoleń polskich żeglarzy kpt. Wojciech Jacobson to człowiek-instytucja. Pionierskie dokonania, ogromne doświadczenie, pedagogiczny talent, a przy tym – i to chyba dla wielu osób pierwsze z nim skojarzenie – wielkie serce. […]
Panie Kapitanie, gratulujemy!

 

Dołączamy się do tych gratulacji z największą radością!

 Kazimierz i Krzysztof, Żeglujmy Razem

 

24_MAPA_W_Jacobson_rejsy_calosc_sm2Mapa rejsów Wojciecha Jacobsona

Dodatkowo:

• Powrót s/y Dal (1980) – wywiad Zenona Szostaka z Wojciechem Jacobsonem. 

• Rejs jachtu Vagabond II przez Przejście Północno-Zachodnie (1984-1988).
Relacja Wojciecha Jacobsona.

• Kto jest kim: WOJCIECH JACOBSON

●  Wojciech Jacobson – „Cayenne”
●  Wojciech Jacobson – „Miasteczko na kotwicy”
●  Wojciech Jacobson – „Talizman z Salvadoru”
●  Wojciech Jacobson – „Morska procesja”
●  Wojciech Jacobson – „Ludomir w szalupie”
●  Wojciech Jacobson – „Matka Boska Gibraltarska”
●  Wojciech Jacobson i Zenon Szostak – „Conrad, Horn i żagle”
●  Zenon Szostak – „Wyspy Wojtka Jacobsona”

●  Jacobson, Wojciech (red.). Pogoria Manual. Cape Town : 1992.

●  Marek Słodownik – „Panie Kapitanie! Drogi Wojtku!”
(laudacja wygłoszona 2016-03-13 podczas uroczystosci wręczenia Superkolosa)

Opr. Kazimierz Robak
na podstawie korespondencji z Wojciechem Jacobsonem
i materiałów przez niego dostarczonych (dziękuję!),
w tym biogramu opracowanego przez Piotra Tomzę.
Podziękowania dla Zenona Szostaka za archiwalne dane jachtów AZS Szczecin
29 czerwca 2011
ostatnie uzupełnienie: 23 marca 2016
Portret na stronie tytułowej: Fot.: Adrian Larisz 

 


[1a] s/y Swantewit – rok budowy: 1930; materiał kadłuba: drewno; dł.: 11,20 m (36.8 ft); szer.:  2,10 m (6.9 ft); zanurz.: 1,71 m (5.6 ft), wyporność: 3,75 t (8267 lbs); pow. żagli: 47 m kw (506 sq. ft).
Regatowy jacht bardzo lekkiej konstrukcji (zbliżony do klasy R-6) zbudowany przez stocznię Abeking & Rasmussen, którą w 1907 roku w Lemwerder (w pobliżu Bremy) założyli dwaj – legendarni dziś – konstruktorzy: Henry Rasmussen i Georg Abeking.
W kwietniu 1945 s/y Swante zostaje opuszczony na nowowarpieńskiej mieliźnie przez właścicieli uciekających na zachód. Wrak z popękanymi dennikami i wręgami, zdjęty z 2,5-tonowego balastu, przydzielono w 1950 roku żeglarzom akademickim.
W I Regatach Przyjaźni w 1951 roku Swantewit wygrywa, choć remont i taklowanie jachtu trwało do ostatniej chwili. Następne lata to zwycięstwa w regatach i zdobywane „Błękitnej Wstęgi”; potwierdza się wysoka wartość regatowa jachtu. W 1956 roku Swantewit wygrywa w międzynarodowych regatach Rund um Rügen. W I Międzynarodowych Regatach Gryfa Pomorskiego w 1958 roku w pobliżu Ystad, w sztormie łamie maszt. Na prowizorycznie sporządzonym takielunku załoga przyprowadziła jacht do kraju.
Swantewit żeglował bez silnika i elektroniki.
[z archiwum Zenona Szostaka – serdeczne podziękowania za udostępnienie danych!]

s/y Jurand – kecz bermudzki, kadłub stalowy, maszty drewniane, jeden z serii „stuczterdziestek” – J-140 (jednostki bliźniacze: Joseph Conrad, Śmiały, Dar Opola, Otago, Jan z Kolna). Konstruktorzy: Henryk Kujawa, Włodzimierz Kuchta, Wojciech Samo­liński, Zdzisław Pieńkawa; wzorem były parametry techniczne stalowego kecza Peter von Danzig. Budowa: Stocznia Gdańska (1958). Armator: COŻ-PZŻ Trzebież. Port macierzysty: Trzebież. Dł.: 18,00 m (59 ft); szer.: 4,07 m (13.3 ft); zanurz.: 2,53 m (8.3 ft); pow. ożagl.: 144 m kw. (1550 sq ft); wysokość grotmasztu: 21 m (69 ft); wysokość bezanmasztu: 11 m (36.1 ft); szybkość: do 11 węzłów; silnik: ok. 54 KM, zbiorniki paliwa: 300 l (80 US gal.); zbiornik wody: 1000 l (264 US gal.). Nazwa „Jurand” była powtórzona po keczu gaflowym, zbudowanym w 1902 roku jako replika jachtu Spray Slocuma, który pod polską banderą pływał w latach 1930-1939.

s/y Nadir – drewniany slup balastowy, zbudowany w Szwecji ok. 1906, początkowo prze­zna­czo­ny do żeglugi zatokowej, pod koniec lat 1950. przebudowany i dostosowany do żeglugi pełnomorskiej. Dł.: 11,85 m (38.9 ft); szer.: 2,49 m (8.2 ft); zanurz.: 1,70 m (5.6 ft); pow. żagli: 47,5 m kw. (511 sq ft).
Jacht zatokowy zbudowany prawdopodobnie w Szwecji w 1906 r. Przekazany do Klubu w 1949 roku dzięki dyrektorowi Szkoły Morskiej w Szczecinie, legendarnemu Konstantemu Maciejewiczowi.
Szybka 50-tka skutecznie żeglowała w regatach i… zmieniała nazwy zgodnie z duchem czasów – Ewa, Aurora, Biały Słoń, Przodownik –  by wreszcie po 1956 roku przemianować się na obecnego Nadira. Wówczas to, pod koniec lat pięćdziesiątych, jacht został poważnie przebudowany (podniesiono burty, wykonano nową nadbudówkę, zwiększono zanurzenie, wyprostowano stewę dziobową, zmieniono takielunek) i przystosowany do żeglugi morskiej. Do dnia dzisiejszego pływa w Klubie.
[z archiwum Zenona Szostaka – serdeczne podziękowania za udostępnienie danych!]

[1b] s/y Maria – kecz-marconi; dł. kadłuba: 9,80 m (32.15 ft); dł. z bukszprytem: 11,20 m (36.75 ft); szer.: 3,20 m (10.50 ft), pow. ożagl.: 46 m kw. (495 sq. ft); silnik: Volvo Penta MD-2, 15 KM. Projekt: Wacław Liskiewicz, konstrukcja: Jerzy Mańkowski; materiał: szkielet dębowy, poszycie mahoniowe; miejsce budowy: Stocznia Gdańska; rok budowy: 1971. Kupiony i wy­re­mon­to­wa­ny przez Ludomira Mączkę w 1972 r.
Na Marii kpt. Mączka przez 11 lat (1973-1984) prowadził rejs dookoła świata liczący ponad 70 tys. Mm (w tym 1500-milowy etap przebyty sa­mot­nie). W sierpniu 1999, kpt. Mączka rozpoczął kolejny rejs Marią dookoła świata: trasa prowa­dzi­ła przez Atlantyk do Cieśniny Magellana i przez wyspy Pacyfiku do Auckland, Nowa Zelandia. Tam, w grudniu 2000, Ludomir Mączka opuścił jacht i udał się na leczenie do Kanady. Opiekę nad Marią przejął kpt. Maciej Krzeptowski.

[2]  s/y Polonez – drewniany kecz bermudzki typu Arcturus. Konstruktorzy: Edward Hoffman, Czesław Gogołkiewicz i Kazimierz Jaworski. Budowa (1970/71): Morska Stocznia Jachtowa im. Leonida Teligi w Szczecinie.
Kadłub: drewniany, z obłogów mahoniowych giętych na wręgach, klejony; wręgi i stępka – drewniane, poszycie – mahoń trzywarstwowy. Pokład: na pokładnikach sosnowych, poszycie ze sklejki pokrytej makietą z peroby. Dwa maszty stalowe, liny strunowe – nierdzewne, fały prowadzone wewnątrz masztu. Podczas rejsu Krzysztofa Baranowskiego dookoła świata, w Ho­bart (Australia; 21 grudnia 1972 – 10 stycznia 1973), zdjęty został bezanmaszt, zniszczony przez fale Oceanu In­dyj­skie­go. Silnik: Volvo Penta 14 KM (10,5 kW).
Dł. całk.: 13,80 m (45.3 ft); dł. linii wodnej: 10,65 m (35 ft); szer.: 3,80 m (12.5 ft); zanurz.: 2,20 m (7.2 ft); pow. ożagl.: po­mia­rowa – 73,5 m kw. (791 sq ft), rzeczywista – 88,0 m kw. (947 sq ft), maksymalna – 210,0 m (2260.5 sq ft). Komplet żagli – 21 sztuk; największy żagiel – 90 m kw. (969 sq ft).
[Baranowski, Krzysztof. „Polonezem” dookoła świata. Warszawa : KiW, 1973; s. 17 i 197-198]

 [3]  Janka Bielak – nieoficjalny ambasador morskiej i żeglarskiej Polski w Wielkiej Brytanii, jedna z najbardziej wpływowych osób dzia­ła­ją­cych społecznie w ramach Sail Training Association i jego róż­nych orga­ni­za­cyj­nych wcieleń (STI, ISTA). Jej cicha dy­plo­macja i umiejętność prze­ła­my­wa­nia lo­dów da­wa­ła zna­ne na zewnątrz efekty. M.in. dopro­wa­dzi­ła do udzia­łu Rosjan w re­ga­tach do Stanów Zjed­no­czo­nych w 1976 roku. Potem rosyjskie i polskie żaglowce były już stałymi uczestnikami imprez Cutty Sark.
[Knabe, Jerzy. „The Sea is our Bridge – Morze jest naszym mostem.” <http://www.pogoria.org/dzialy/sylwetki/S9.htm>]

[4] Ireneusz Gieblewicz – ur. 1935 w Łodzi; żeglarz, jachtowy sternik morski; w czasie wojny wywieziony wraz z rodziną do Niemiec; potem do Metz (okupowana Francja); we Francji, po wyzwoleniu, wskutek wypadku amputowano mu nogę; pracował, m. in. w Szcze­ciń­skim Urzę­dzie Morskim (ochro­na rybo­łówstwa); do USA wyjechał w 1966; w 1980 sprowadził jacht Dal do Polski.
[http://www.jkazs.szczecin.pl/archiwum/dal2/wdx.htm]

[5] s/y Dal – jacht zatokowy, slup, dł.: 8,5 m, szer.: 2,15 m, zanurz.: 1,3 m, pow. ożagl.: 45 m², na którym Andrzej Bohomolec, Jerzy Świechowski i Jan Witkowski (pow­ró­cił do Polski z Bermu­dów) przepłynęli w latach 1933-1934 Atlantyk, w rejsie z Gdyni do Nowego Jorku i Chicago.

[6] s/y Vagabond’eux (Vagabond II) – zbudowany w 1979 jako stalowy kecz; budowa kadłuba: stocznia Marcel Brument k. Paryża; dł. całk.: 15,00 m, szer.: 4,20 m, zanurz.: 1,10-2,50 m, pow. ożagl.: 120 m kw., ciężar całk.: 16 t, grubość blach w części dennej kadłuba: 10 mm. Zaprojektowany do żeglugi polarnej przez francuskiego konstruktora Gilberta Caroffa, wg pomysłu Janusza Kurbiela. W latach 1980-83 Kurbiel odbył na Vagabond II kilka rejsów arktycznych, m.in. do północnego bieguna magnetycznego. Przed nową wyprawą, w 1984, ożaglowanie i takielunek Vagabond II zostały zmienione z typu kecz na slup. W miejscu bezana stanęła metalowa „brama” pod­trzy­mu­ją­ca anteny i układ podnoszenia pontonu; na rufie zamocowano platformę wydłużającą pokład.
[W. Jacobson, <http://www.jkazs.szczecin.pl/archiwum/nwpas/wd.htm> i <http://www.jkazs.szczecin.pl/archiwum/jacobson/wd.htm>]

[7] Concordia, stalowa barkentyna, zbudowana w Szczecinie w 1991, przekazana armatorowi (West Island College z Montrealu) w kwietniu 1992. Dł.: 57,5 m (188 ft 8 in), szer. maks.: 9,44 m (31 ft 0 in), zanurz.: 4,0 m (13 ft 1 in), pow. ożagl.: 993 m2 (10,690 sq ft), wysokoprężny silnik pomocniczy MAN pozwalający osiągnąć prędkość 9 węzłów. Zatonęła 17 lutego 2010, 300 Mm SE od Rio de Janeiro.

[8] Kolosy – polskie nagrody podróżnicze przyznawane corocznie od 2000 roku za dokonania w kategoriach: podróże, alpinizm, żeglarstwo, speleologia, wyczyn roku oraz („Superkolos”) za całokształt osiągnięć lub za wybitne dokonanie zespołowe.
<http://www.kolosy.pl/>

Calendar

« September 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 
Jesień
– jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

•   Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

•   i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

•   Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

•   Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

•   Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

•   Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

•   Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

•   Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

•   Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

•   Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

•   Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

•   Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

•   Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

•   Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

•   Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

•   Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę polska.

•   Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

•   Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

•  Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
    Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
    A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

•   Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

•   Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

•   Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

•   Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

•   Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

•   Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

•   Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

•   Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

•   Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic na to nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.

Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią.
Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna  nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!
Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

Idzie jesień, a tu próżna kieszeń.

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień, brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień, ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę
z korca deszczu, garniec błota.

Pzdrwm_Robak

PS.
Za pocztówki dziękuję (w kolejności nadlatywania z czterech stron świata):

•   Kai (ze Shqipërii);
•   Kai, Mai i Witoldowi (z Finlandii, z rejsu Zaruskim);
•   Markowi (właśnie temu ze Świdnicy, a kartka była pantomimiczna z Wrocławia!);
•   Oli, Matyldzie, Mai, Strusiowi, Zuzi i Zuzi (skądże by, jak nie z Pogorii sześć pocztówek w jednej kopercie!);
•   Karolowi (z któregoś z rozlicznych festiwali);
•   Natalii (z Lidingo w Szwecji);
•   Łukaszowi (nie powiem, skąd);
•   Magdzie i Maszy (najpierw z Grecji, później ze Złotych Gór);
•   Oli (banan z Tennessee!);
•   Zuz-Ali (z Jastrzębia, ale i ze Zdroju);
•   Martynie (ciężko powiedzieć, skąd : );
•   Mirce i Stachowi (najpierw z Gruzji, a potem z Litwy);
•   Kasi (z jej rejsu na pokładzie jednostki czterokołowej Helena);
•   Krzysztofowi, znanemu jako "Kapitan" (z wędrówki po ostępach Montany i Yellowstone);
•   Ryśkowi (z rejsu, który prowadził dookoła Sycylii);
•   Kryspinowi (z Krakowa ale z Wieliczki);
•   Dorocie, Idze i Karolowi (z Kazimierza).

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

Wrzesień – dziewiąty miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 30 dni.

Teraz powinno być, jak słowo „wrzesień” wyjaśnia etymologicznie Aleksander Brückner (pamiętamy: 1856-1939, filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny). A jeszcze np. zgrabny cytacik z Lindego.
Ale nie będzie, bo to wyjaśni każdy. Nawet ten, kto o Brücknerze i Lindem nie słyszał w życiu, a nawet ten, dla kogo zaskoczeniem jest fakt istnienia słownika języka polskiego, bo przecież jeżeli słownik – to z jakiegoś na jakiś, a nie z naszego na nasze.

„Wrzesień” – bo wrzosy, według logiki Stacha Matysiaka:

że jest Polna – bo pole,
że jest Dolna – bo w dole,
a na Piwnej jest piwo,
a na Krzywej jest krzywo.

(czy ktoś jeszcze wie, o czym i o kim ja mówię?).
I tak już będzie z nazwami miesięcy do końca roku

Jednak Brückner i wrzosy swoją drogą, a mnie wrzesień kojarzy się ze szkołą (komu nie?), a jeszcze i z piosenką:

minął sierpień, minął wrzesień,
już październik i ta jesień…

Czemu akurat ten tekst klika mi na wrzesień, a nie na październik czy sierpień – nie wiem, ale to nie ma znaczenia: ma za to fakt, że większość mojej generacji jest z Przybory, a jak kto nie wie, o co chodzi – niech poszuka, to też będzie.

Staropolskie warianty nazwy dziewiątego miesiaca podaje Kopaliński: świętomichalski (od dnia św. Michała, 29 IX) i pajęcznik, od babiego lata.

Większość języków europejskich nazywa dziewiąty miesiąc roku wariantami wyrazu zapożyczonego z łaciny: September.
Z pozoru mało to logicznie, bo septem to po łacinie ‘siedem’ a septimus – ‘siódmy’, ale to nie błąd a archaizm: September był w kalendarzu rzymskim miesiącem siódmym, ale tylko do roku 46 p.n.e., kiedy to Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius) i cała numeracja cofnęła się o dwa oczka.

 

Cerkiew prawosławna obchodzi we wrześniu początek roku liturgicznego.

 

Rocznice wrześniowe

 

1 września „roku pamiętnego” wiadomo co było: „napadł wróg na Polskę z kraju sąsiedniego”.
Na czym się, niestety, nie skończyło.

 

 

3 września 1941 urodził się Stan Borys, wokalista, kompozytor, aktor i poeta.
Jako Stanisław Guzek był współzałożycielem legendarnej polskiej supergrupy Blackout (która po jego odejściu zmieniła nazwę na Breakout). Z Blackoutami Stan śpiewał takie przeboje jak „Anna” czy „Studnia bez wody”. Kto nie słyszał, jak kilkadziesiąt tysięcy ludzi zgromadzonych na stadionie na koncercie recytuje ze Stanem parlando z „Anny” (…kiedy wstępowaliśmy po schodach, kładłem pod twoje stopy poduszki dłoni, za poręcz miałaś moje ramiona i stawało się okno prosto w słońce; tekst: Bogdan Loebl) – ten niczego nie słyszał!
Później przyszła kariera solowa i megaprzeboje: „Jaskółka uwięziona” i „To Ziemia” – wersje oryginalne znajdziecie bez problemu na YouTubie. Jeśli kto powie, że podczas słuchania „Jaskółki” ciarki nie przelatywały mu po plecach – uwierzę tylko tym, dla których życie kulturalne poza piłką nożną nie istnieje.
Stan długo mieszkał w USA, ostatnio wrócił do Polski, ale koncertuje, komponuje i śpiewa po obu stronach oceanu.

Stan – ad multos annos!!!
Tobie i Twojej Annie!
I mega uściski!

 

 

6 września 1831 – podczas obrony Warszawy w powstaniu listopadowym wylatuje w powietrze fragment wolskich zachodnich fortyfikacji stolicy – Luneta Nr 54, a wraz z nią – wg Adama Mickiewicza – dowódca artylerii tzw. reduty, ppor. Konstanty Julian Ordon.

W rzeczywistości Ordon, poparzony podczas wybuchu, żył jeszcze 56 lat, dokonując czynów żołnierskich (walczył m.in. w oddziałach Garibaldiego) i pedagogicznych (był profesorem języków nowożytnych).
Historia zachichotała, gdy Ordon – wskutek niechęci innych ochotników – zrezygnował z wstąpienia do Legionu Mickiewicza, tworzonego we Włoszech przez poetę w 1848 i zaciągnął się do Legii Lombardzkiej.

Z Mickiewiczem Ordon spotkał się podobno raz – w 1855, w Burgas. Miał wtedy podejść do niego i powiedzieć: „Jam jest porucznik Ordon, któregoś pan na tamten świat wyprawił”.
W liście do Władysława Mickiewicza Ordon pisze, że „Adam się roześmiał” i obaj się uścisnęli. Ale czy to spotkanie, nigdzie indziej nie relacjonowane, rzeczywiście się odbyło – nie wiadomo.

Ordon popełnił samobójstwo we Florencji 4 maja 1887. Żył długo, ale nie przeżył romatycznie-patriotycznych fanatyków, którzy ucieszyli się z jego śmierci. Za życia bowiem wielokrotnie spotykał się z niechęcią i zdziwieniem: „Jakże to? Taki symbol, taki bohater, taki niezłomny, tak pięknie dla Ojczyzny się poświęcił – a żyje?”

Z wierszem Reduta Ordona (1832) wyniknął zaś galimatias dodatkowy. Utwór nosi podtytuł „Opowiadanie adiutanta”, gdyż Mickiewicz posłyszał całą historię od przyjaciela – Stefana Garczyńskiego, walczącego podczas obrony Warszawy i widzącego, choć z daleka, eksplozję reduty.
Mickiewicz posłyszał, zapisał i wydał.
Oto jednak rok później śmiertelnie chory Garczyński – też poeta i to dobry, bardzo przez Mickiewicza ceniony – poskarżył się przyjacielowi, iż został pominięty przy Reducie jako współautor, choć przecież rymy i obrazy były jego.
Jaką odpowiedź usłyszał – nie wiadomo, jednak do drugiego tomu poezji Garczyńskiego (1833) redagujący wydanie Mickiewicz Redutę Ordona dołączył z dopiskiem:

Wiersz ten, pisany pod wpływem opowiadań Garczyńskiego, umieszczam między dziełami przyjaciela jako wspólną naszą własność.

Na taką interpretację zżymał się syn i biograf poety, Władysław:

Uroił sobie p. Leonard Niedźwiecki, że Reduta Ordona jest pióra Garczyńskiego, nie Mickiewicza i od czasu do czasu wyrywa się z tem nieuzasadnionem twierdzeniem w różnych pismach polskich. Sama olbrzymia różnica formy w poezyach Adama i Garczyńskiego, byłaby dowodem dostatecznym, a przypuszczenie, że Adam okradł najlepszego przyjaciela z promyka należnéj mu chwały, upada samo przez się. […]
A sam Garczyński z Bazylei 17 Czerwca 1833 pisze do Turny: „Do drugiego (tomu) przyłączył Mickiewicz swoję Redutę Ordona.”
[Korespondencya Adama Mickiewicza wydanie 1872 r. t. II. str. 283.]

Zważywszy, że edytorem Korespondencji Adama był Władysław Mickiewicz, za owo „swoję” grosza bym nie dał. Artur Wołyński wszak pisał do niego otwarcie:

[…] Cię ludzie obwiniają, ze dokumenta fałszujesz przez obcinanie i przerabianie ustępów, które Ci się nie podobają, że […] właścicielowi oddajesz udatne facsimilia z nadwerężonym tekstem.

Do tego „różnica formy” nie zawsze (w odniesieniu do Reduty Ordona) jest aż tak wielka. Wreszcie, mając na uwadze jego stronniczość biografa-hagiografa, sarkanie owo – bo ojcowskiego dopisku już się nie dało usunąć ani zniszczyć – wydaje mi się sztuczne.

 

 

7 września 1824 – piorun kulisty zabija Augusta Bécu, pracownika naukowego i administracyjnego Uniwersytetu Wileńskiego. Zatrudniony w państwowej uczelni siłą rzeczy był po tej samej stronie barykady co władze rosyjskie i kurator wileńskiego okręgu szkolnego senator Nikołaj Nowosilcow. Nic dziwnego, że uwięzieni wówczas filomaci i filareci uważali dr. Bécu za zdrajcę i sprzedawczyka. Tak też przedstawił go – pod postacią Doktora – Mickiewicz w III Części Dziadów.
Prywatnie mąż Salomei primo voto Słowackiej i ojczym jej syna Juliusza, doktor (był chirurgiem i profesorem medycyny) Bécu nie byłby wart szczególnej tu wzmianki, gdyby nie użyty przy Wiośnie Mickiewiczowski cytat, w którym Nowosilcow stara się wytłumaczyć śmierć swego zausznika bez włączania czynników nadprzyrodzonych:

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.

Po raz kolejny widać, że Mickiewicz do dat i faktów specjalnej wagi nie przywiązywał. Co wolno wieszczowi…

 

 

8 września kościół katolicki obchodzi Narodzenie Najświętszej Maryji Panny, zwane w tradycji ludowej święto Matki Boskiej Siewnej, bo zaczynał się najlepszy czas do siewu ozimin.
Można by ogłosić konkurs: kto wie, co to jest „ozimina”? No to ogłaszam, tyle że proszę o nienadsyłanie odpowiedzi.
Lud wierzył także, że tego dnia jaskółki zagrzebują się w mule rzek i jezior, by tam przetrwać zimę.

 

 

11 września 2001 terroryści skasowali dwa wieżowce World Trade Center w Nowym Jorku i kilka samolotów. Skutki tego czujemy do dziś.

 

 

15 września 1974 – „wystawa spychaczowa” (Бульдозерная выставка), którą moskiewscy malarze awangardowi zorganizowali przy skrzyżowaniu ulic Profsojuznej i Ostrowitianowa w Bielajewie, na peryferiach Moskwy.

Gdy zerkniemy na to, co wówczas działo się w sztuce polskiej (a był to okres zwany „średni Gierek”), to wierzyć się nie chce, że za wschodnią granicą, w Sojuzie, w owym czasie obowiązywał wciąż (no dobrze: może nie tak do końca, ale...) socrealizm. Co prawda za odstępstwa od tej doktryny już nie rozstrzeliwano, ale na „pacykarzy i ich bohomazy” wysyłano spychacze na przykład. Tak właśnie jak w 1974 w Moskwie.

Wystawiający socrealizmu nie uznawali, w związku z czym jedynym miejscem, gdzie mogli zaprezentować swoja twórczość „masowemu odbiorcy” (Bułhakow w podobnym kontekście użył frazy зрительская масса), była ulica.

Warto wspomnieć nazwiska przynajmniej inicjatorów akcji, by czas ich nie zaćmił i niepamięć – jako że ryzykowali sporo (ponadto sporo nazwisk z tego grona to przyszłe tuzy malarstwa światowego):

Igor Cholin, Nadieżda Elskaja, Witalij Komar, Lidia Mastierkowa, Aleksander Mełamid, Władimir Niemuchin, Oskar Rabin i jego syn Aleksander Rabin, Jewgienij Ruchin, Wasilij Sitnikow, Boruch Sztejnberg, Walentin Worobjow, Jurij Żarkich oraz kolekcjoner sztuki Aleksander Glezer.

Przy okazji: wyguglujcie hasło „Komar & Melamid”! Gdy zobaczycie, co ten duet malował później, daję słowo: nie powstrzymacie się od śmiechu.

Do inicjatorów dołączyli inni, ale jest ich zbyt wielu, by tu wymieniać.

Wystawa przyciągnęła oczywiście okolicznych mieszkańców, ale organizatorzy mieli lepszy pomysł: zawiadomili o wydarzeniu korespondentów zagranicznych akredytowanych w Moskwie.

Władza – jak to władza, której sie wydaje, że może wszystko, a zwłaszcza władza sowiecka – zareagowała szybko, z gracją słonia w składzie porcelany i bezmyślnie: pół godziny po otwarciu przyjechały trzy spychacze, armatka wodna i ciężarówki z milicjantami – oczywiście w cywilu – podającymi się za ogrodników-aktywistów, którzy akurat w niedzielę i akurat w tym miejscu mieli porządkować tereny zielone (technika znana i opanowana do perfidii, patrz: polski Marzec 1968 i ORMO-wców przebranych za „robotniczy aktyw”).

Ogrodnicy, jako zdrowy element klasy przodującej, wystąpili w obronie wartości i pryncypiów. Było niszczenie obrazów, polewanie wodą, pałowanie (pałka – jak wiadomo – to nie tylko bijące serce Partii, ale i przedmiot codziennego użytku ogrodnika). Oberwali też dziennikarze, ale to chyba zagranicznych żurnalistów bardziej ucieszyło niż zmartwiło, bo w tej sytuacji materiał pisał się sam.

Były oczywiście aresztowania, a na komisariacie porucznik milicji (imię i nazwisko znane, ale nie będę go upamiętniał) powiedział: „Trzeba by was zastrzelić, tylko naboi żal!” (Стрелять вас надо! Только патронов жалко…).

W prasie zachodniej się zagotowało. Na tyle, by breżniewowski beton nieco skruszał i władze zgodziły się, by 29 września (tegoż 1974 roku) niepokorni artyści wystawili swoje prace na placu w Izmajłowie.

Skąd ta szybkość decyzji? Może partyjni czynownicy, przekonani o skuteczności działań swych sił porządkowych myśleli, że zniszczono wszystkie obrazy i w tak krótkim terminie malarze nie zdążą namalować nowych?

Wystawa izmajłowska trwała 4 godziny i zwiedziło ją około półtora tysiąca widzów, a zagraniczne media skwitowały to tytułami: „pół dnia wolności”.

To ostatnie nie powinno mylić: Zachód bardzo skrupulatnie przestrzegał ustalonego w Jałcie (luty 1945!) porządku; poczynania sowieckiego hegemona – tak w ZSRR jak i w państwach satelickich – nigdy nie spotykały się z czymś więcej niż z chwytliwymi, bo rozpaczliwymi, nagłówkami w zachodniej prasie.
Reakcja inna przyszła dopiero wtedy, gdy Gensek – przekonany o indolencji i pasywności Zachodu – posłał swą armię do Afganistanu, o którym w Jałcie (ani nigdzie indziej) mowy nie było.

„Spychaczowa wystawa” była kolejną w łańcuchu ekspozycji nieprawomyślnej sztuki, która w ZSRR nazywana była awangardową, a wg kryteriów zachodnich była zaledwie echem modernizmu.
Nie sposób nie westchąć: cóż za regres w porównaniu z latami 20-tymi XX wieku, gdy rosyjska awangarda artystyczna na wszystkich polach odsadzała Zachód o dziesięciolecia.

Pierwszą z serii „wystaw rozpędzonych” była ekspozycja „Nowa Rzeczywistość" w moskiewskim Maneżu, rozpędzona przez Nikitę Chruszczowa 1 grudnia 1962. Przeczytacie o tym w grudniu, tu tylko dodam, że wśród utrwalonych w piśmie i na taśmie określeń użytych przez Nikituszkę były słowa «дерьмо» (łajno), «говно» (gówno), «мазня» (bohomaz) i zdania: „Wy co: malować nie umiecie? Mój wnuk ładniej rysuje! Wy co: mężczyźni czy pederaści przeklęci? Macież wy sumienie? Zabronić! Skończyć z tym świństwem! Nakazuję! A zwolenników wyplenić, z radia, telewizji, prasy, wszystkich!”

Z Chruszczowa jednak było ludzkie panisko, bo mógł na przykład zrywać obrazy ze ścian i je deptać, a jednak świadkowie zgodnie twierdzą, że nie zrywał ani nie deptał.

I jeszcze jedno: realizm socjalistyczny przetrwał w ZSRR jako oficjalna doktryna artystyczna do lat 80-tych XX wieku.

 

 

16 września – Dzień Niepodległości Meksyku, ustanowiony dla upamiętnienia mowy zwanej „Wołanie z Dolores” (Grito de Dolores), którą tego dnia w 1810 r. wygłosił Miguel Hidalgo y Costilla, proboszcz parafii Dolores, rozpoczynając narodowe powstanie antyhiszpańskie.
Powstanie w sumie wygrało, ale wpierw (31 lipca 1811) Hiszpanie rozstrzelali księdza Hidalgo, a dla zapobieżenia herezji obcięli mu głowę i wystawili na widok publiczny, co – jako ludzie pobożni i dobrzy chrześcijanie – uczynili dopiero po egzekucji.

 

 

17 września „roku pamiętnego” napadł wróg na Polskę z drugiego kraju sąsiedniego, o czym przez prawie pół wieku wolno było mówić oficjalnie tylko jako o dobrosąsiedzkiej pomocy.
Gdyby wówczas było znane pojęcie „konwoju humanitarnego”, to z pewnością tak by się to nazywało.
Od 1991 polski Związek Sybiraków obchodzi w tym dniu Światowy Dzień Sybiraka.

 

 

18 września ­1970 – umiera Jimi Hendrix (ur. 27 listopada 1942), jeden z najbardziej wpływowych muzyków i kompozytorów wszechczasów. Nie podejmuję się opisać, i to jeszcze w krótkich słowach, czego dokonał, więc napiszę tylko, że bez niego muzyka dziś zdecydowanie nie byłaby taka sama.
Tym, którzy coś słyszeli, ale nie słuchali, radzę zacząć chocby od YouTube i zapisów dwóch utworów w wykonaniu Hendrixa: „Wild Thing” (festiwal Monterey Pop, 1967) i „Star Spangled Banner” czyli hymn amerykański (Woodstock, 1969) – koniecznie w tej kolejności!
A później najlepiej obejrzeć filmy z tych festiwali i przesłuchać wszystkie płyty, które Jimi nagrał za życia (ostatnia, Cry of Love, ukazała się po jego śmierci, ale zdążył ją skończyć).

 

 

19 września ­– członkowie Kościoła Latającego Potwora Spaghetti obchodzą Międzynarodowy Dzień Mówienia po Piracku. Można i tak, czemu nie – wśród ulubionych lektur nie tylko mojego dzieciństwa był Kapitan Blood, Wyspa Skarbów i Sokół morski. I Hornblower oczywiście, choć on nie pirat, a wręcz odwrotnie.

 

19 września 1985, 07:17:50 czasu lokalnego – trzęsienie Ziemi o sile 8,1 w skali Richtera zabija co najmniej 30 tysięcy ludzi w mieście Meksyk, a samo miasto demoluje: ponad 400 wielopiętrowych budynków rozpada się całkowicie, ponad 3 tysiące (w tym kilkanascie szpitali) jest poważnie uszkodzonych. Dane powyższe są zbliżone do oficjalnych, a trzeba pamiętać, że wg innych ocen liczby tu przedstawione trzeba popodwoić lub potroić (niektóre raporty mówią o ponad 50 tysiącach zabitych).
Wstrząsy trwały od 3 do 5 minut. Epicentrum znajdowało się pod dnem Pacyfiku, mn.w. 350 km od miasta.
Tragiczny wstrząs wrześniowy poprzedziło trzęsienie 28 maja (5,2), po nim nastąpiły dwa powstrząsy (20 września – 7,5 i 30 kwietnia 1986 – 7,0).

 

19 września 2017, 13:14:40 czasu lokalnego – trzęsienie Ziemi o sile 7,1 w skali Richtera wstrząsnęło miastami Meksyk i Puebla (tuż obok epicentrum). Agencje podają, że liczba ofiar to co najmniej 300 osób. Liczba uszkodzonych budynków idzie w setki. Najbardziej ucierpiała północna część stolicy, w okolicach międzynarodowego lotniska im. Benito Juareza.
Przyjaciel z Meksyku napisał w emailu zaraz po wstrząsach:

O 11:00 zawył alarm, żona woła „Pospiesz się, trzęsie!”. Wszyscy wyszli z domów, a tu nic… Okazało się, że to był próbny alarm, w rocznicę trzęsienia z 1985. Wróciliśmy do domu. Po pierwszej, właśnie miałem zacząć ćwiczyć na saksofonie, a tu…! Bez alarmu, bo epicentrum było tuż tuż. Żona nie mogła złapać psa, tynk leciał ze ścian, budynek trzeszczał, trudno było ustać i biec po schodach. Było krótko, ale zdrowo. Mówią, że 7,1. Później się okaże…

I nad ranem dnia następnego:

Nie śpimy. Zaraz po wysłaniu wiadomości do Ciebie poszło światło i wróciło dopiero przed chwilą.
Dzwoniła córka: „Nie mamy domu! Nie zawalił się, ale nie pozwalają tam wejść." Potem telefony ogłuchły, może rano dowiemy się czegoś więcej. Nie możemy do nich pojechać, bo miasto to jeden korek i chaos, komórki nie działają.

Wstrząsami poprzedzającymi była seria trzęsień w dniach 7-12 września 2017 (epicentra w stanach Chiapas i Oaxaca) o sile od 5,0 do 8,1 w skali Richtera.
Skutki najsilniejszego z tych wstrząśnięć (8,1 R), 7 września 2017 o godz. 23:49:18 (czas lok.), odczuły miasta Juchitán de Zaragoza (ucierpiało najbardziej), Meksyk, Oaxaca, Puebla, Acapulco, Colima, Guadalajara, Tabasco, Veracruz.

 

Wystarczy już tych rocznic.

 

We wrześniu wypada na półkuli północnej równonoc (ekwinokcjum) jesienna.
W roku 2017 dniem równonocy jest 22 września.
Słońce wstaje w tym dniu dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie.
Rozpoczyna się wtedy jesień, co rozpostrze melancholii mglisty woal.

 

Znaki Zodiaku we wrześniu:

Panna (♍) – do 21 września
Waga (♎) – od 22 września.

O złowieszczej perfekcyjności Panien już było, ale jeśli ktoś myśli, że Wagi są lepsze, to się myli:

Wagi mają krótką pamięć i wzrok, dwie lewe ręce, tępy słuch i dowcip, ambicje zawodowe i poczucie humoru w zaniku.
Nie mają natomiast szczęścia do pieniędzy, powodzenia w miłości, rozumu i zdrowia.

Czarny pijar jest nadzwyczaj dla Wag łagodny, bo – co tu kryć – trzeba więc mieć prawdziwego pecha, żeby urodzić się pod znakiem Wagi.
Dalej w Zodiaku będzie jeszcze gorzej, dopóki nie nastanie słoneczny i radosny miesiąc Bliźniąt, by w tym znaku mogły się urodzić osoby wyjątkowe i wybrane.

 

Kwiaty września:

niezapominajka (Myosotis L.) – po łacinie zwana „mysie ucho”, a po angielsku forget-me-not, co jest kalką z francuskiego ne m’oubliez pas i znaczy to samo: „nie zapomnij mnie”. Symbolizuje pamięć.
Kwiatek jest delikatny i ładny, ale nawet to nie przeszkadza rodzimym botanikom używać w jego opisie wyrazów, za które w pierwszym lepszym barze można zdrowo oberwać. No wpadłoby Wam do głowy używać wobec kogoś określeń takich jak: „krótko owłosiony”, „skrętoległy”, „skrętka”, „przysadka”, „osklepek”, „nitkowata szyjka”, „znamię słabo rozszerzone”, „rozłupnia”, „podługowatolancetowaty”, „skręcony w pączku”, „zalążnia” – i liczyć, że ten ktoś się nie obrazi?

Angielska Wiki przytacza średniowieczną legendę o rycerzu, który przed wyprawą poszedł ze swą donną na przechadzkę wzdłuż brzegu rzeki i zapragnął wręczyć jej bukiecik niebieskich kwiatuszków. Nie pomyślał jednak o wektorach i momentach: zbroja więc przeważyła, a rycerz wpadając do wody zdążył przed utonięciem tylko zawołać: „Ach, nie zapomnij mnie-e-e-e-e…!”
Wiki nie wartościuje (choć podaje, że był to rycerz niemiecki), ale sądzę, że gdyby to było dziś, topielec uzyskałby Nagrodę Darwina (tak, topielec, bo za życia można tę nagrodę dostać tylko w bardzo specyficznych okolicznościach): kto na randkę idzie zakuty w zbroję?

 

wilec (Ipomoea L.) – polska botanika też nie oszczędza go w opisie, ale tu już można ją bardziej zrozumieć: po prostu stara się być politycznie poprawna. Wilec ma bowiem kwiaty o pięknych barwach i kształcie, ale zawiera w sobie alkaloidy i to nie byle jakie, bo LSA i LSD, te zaś wywołują wiadomo co (ale biegunkę też).

 

aster (Aster L.) – piękna nazwa, bo od greckiego ἀστήρ astér czyli gwiazda. I piękny kwiat, oznajmiający nieuchronne nadejście jesieni.
Powiało poezją, nie? No to teraz proza:
była i Rewolucja Astrów, zwana tak właśnie od kwiatów noszonych przez rewolucjonistów.
Która rozpoczęła się 31 października 1918 na Węgrzech, trwała dwa tygodnie, a zakończyła się proklamowaniem Węgierskiej Republiki Demokratycznej.
Którą w marcu 1919 utopił we krwi Czerwony Terror rewolucji węgierskiego bolszewika Béli Kuna.
Którą w sierpniu tego samego roku utopił we krwi Biały Terror Miklósa Horthy’ego i interwenci z Rumunii.
Ale w wazonie astry wyglądają bardzo malowniczo.

 

Kamień września:

szafir – co tu dużo mówić. By przekonać się, jaki może być szafir, trzeba znaleźć fotografię (a najlepiej kilka) szafiru Logana (the Logan Sapphire) – broszy przechowywanej w Muzeum Historii Naturalnej Smithsonian w Waszyngtonie z szafirem wielkości kurzego jajka, o wadze 423 karatów (84,6 g), który znaleziono na Sri Lance. Jedna fotografia jest więcej warta niż tysiąc słów.
<http://geogallery.si.edu/index.php/10002687/logan-sapphire>
Ofiarowywany jest na 45. – szafirową – rocznicę ślubu, więc szanse dostania go z tej okazji są raczej nikłe. Ale jeśli ktoś mieszka lub przebywa w okolicach Karpacza, zwłaszcza w Kruczych Skałach nad Płomnicą, albo w Górach Izerskich – niech ma oczy szeroko otwarte i młotek (geologiczny) ze sobą.

W zeszłym miesiącu było o sardoniksie, który wg św. Jana zdobi piątą warstwę fundamentu pod murem Miasta Świętego – Jeruzalem, co zostało potwierdzone na piśmie w Apokalipsie (21:20). Szafir jest cenniejszy, bo ozdabia warstwę drugą (21:19) i trudno się spierać, skoro napisane.
Z kolei Juliusz Słowacki na tronie szafirów posadził samego Pana Boga (i to uśmiechniętego, choć złośliwie), więc skoro pisał (Kordian, akt III, sc. 4) – to musiał wiedzieć, a może nawet widzieć.

A na opis warstwy pierwszej fundamentu Jeruzalem musicie poczekać do marca.

 

Refleksje o wrześniu?

Trudno będzie…
W PRL były kiedyś plakaty (sam widziałem) „Nigdy więcej września”, co bez wymienienia roku brzmiało dość makabrycznie i natychmiast, wbrew wszystkiemu, stało się przedmiotem żartów.

Gdy sobie pomyślę, że publikując to wszystko w sieci jestem częścią „wiecznego września”, to mi się nie robi zbyt raźnie na duszy, bo nigdy nie lubiłem biegać w stadzie.
Śliwki węgierki są smaczne, ale zaraz zaczyna się jesień więc będzie plucha, ciemno, wietrzno, ponuro.
Jedno co było pozytywne, to początek roku szkolnego. Podstawówki nie pamiętam, ale w liceum chodziłem do klasy z taką ekipą, że żal było każdego opuszczonego dnia, bo wtedy zawsze umykało coś ciekawego, więc koniec wakacji wcale nie był taki smutny, jak w piosenkach.

 

Imieniny we wrześniu wymieniam wyłącznie z powodów prywatnych

• Stefan i Stefania (2 IX)
• Michał (29 IX)
Wszystkiego najlepszego!

 

Wrześniowe imprezy urodzinowe, na które mógłbym się załapać wyłącznie teoretycznie, urządzają:

• 15-go – Mietek, z którym, nie wyobrażam sobie, by mogło być smutno;
• 24-go – Wouter – mieszka za daleko, bym mógł wpaść;
• 25-go – pewna Bożena – mieszka jeszcze dalej, a poza nawet gdybym wpadł, to bym złożył życzenia imieninowe, bo urodzin damom się nie wypomina. Dlatego już żadnych innych urodzin nie wspomnę (a byłoby co wspominać! :)
Najserdeczniejsze życzenia!
Urodzinowe i imieninowe!
STO LAT!

 

Śluby i wesela we wrześniu:
mówią (a skoro mówią – to wiedzą), że miesiące dobre do żeniaczki mają mieć w środku „r” (dziąsłowe i wibrujące).
No cóż, nie ma co owijać w bawełnę: „rz” to jednak nie „r” – choć od niego pochodzi ale jest pochodne od „r” miękkiego. Na pewno nie jest to „ż”, bo – o czym niektórzy wiedzą – na ogół wymienia się na „r” jak nie w obrębie polszczyzny to innych języków słowiańskich (jak jest wrzesień po białorusku, bułgarsku i ukraińsku zobaczycie niżej). Czyli trochę tak, a trochę nie. Wasze ryzyko. Chyba, że komuś chce się jechać do Mińska, Lwowa czy Warny.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
dziewiąty miesiąc roku to:

białoruskiверасень [vierasień]
bośniackiseptembart
bułgarskicептември [septembri]
chorwackirujan
czeskizáří [zarzi]
kaszubskiséwnik (też: sewan, wrzesnik, wrzeséń)
litewskirugsėjis
łatgalskirudiņa
łotewskiseptembris
łużycki (dolny)požnjeńc
łużycki (górny)september (też: požnjenc)
macedońskicептември [septembri] albo гроздобер [grozdobier]
rosyjskiсентябрь [sientiabr’]
serbskicептембар [septembar]
słowackiseptember
słoweńskiseptember
ukraińskiвересень [vieriesień]
żmudzkisiejė

 

Przysłowia związane z wrześniem:

Gdy nadejdzie wrzesień,
wieśniak ma zawsze pełną stodołę i kieszeń.

Gdy we wrześniu się w ziemię
głęboko wgrzebują robaki,
sroga zima nadchodzi
i mróz nie byle jaki.
[bardzo to przysłowie lubię]

Gdy wrzesień bez deszczów będzie,
w zimie wiatrów pełno wszędzie.

Jaki pierwszy wrzesień,
taka będzie jesień.

Jeśli wrzesień będzie suchy,
październik nie oszczędzi nam pluchy.

Kiedy wrzesień przyniósł jesień,
to i zboże młócą;
jedni sobie trą na żarnach,
drudzy na targ włóczą.

Kiedy wrzesień, to już jesień,
wtedy jabłek pełna kieszeń.

Oto wrzesień, bliska jesień!

Skoro wrzesień, to już jesień,
ale jabłek pełna kieszeń.

Tego wrzesień nie doparzy,
czego sierpień nie dowarzy.

We wrześniu tak jak w sierpniu
tylko dni są krótsze.

We wrześniu tłuste ptaki,
mróz w zimie nie byle jaki.

Wrzesień – jesień.

Wrzesień chodzi po rosie,
zbiera grzyby we wrzosie.

Wrzesień przynosi jesień.

Wrzesień, a jaka kieszeń?

Wrzesień,
leniwiec wsadza ręce w kieszeń.

Wrzeszczy wrzesień, że jesień.

Wrześniowa słota:
miarka deszczu, korzec błota.

 

Przysłowia na:

św. Idziego (1 IX)

Gdy na św. Idzi ładnie,
śnieg na pewno późno spadnie.

Św. Idzi w polu nic nie widzi.

 

Matkę Boską Siewną (8 IX)

Gdy na Siewną błękitnie,
wtedy wrzos pięknie kwitnie

 

św. Nikodema (15 IX)

Pogoda na Nikodema
jest, albo jej nie ma.

[No jasne. Marynarze mają podobne:
Kiedy ptak na wodę siędzie, pogoda będzie, albo nie będzie.]

 

św. Franciszka (17 IX)

Na św. Franciszka
odlatuje pliszka.

Na św. Franciszka
szuka ziarenek w polu myszka.
[Jasne, że trudno tu być specjalnie wymagającym co do rymów, ale niektóre osłabiają…]

 

św. Stanisława Kostkę (21 IX)

Jak na Stanisława Kostkę
ujrzysz śniegu drobnostkę,
to na Ofiarowanie [21 XI]
przydadzą się i sanie.

 

św. Mateusza (21 IX)

Św. Mateusz dodaje chłodu
i raz ostatni odbiera miodu.

Na Mateusza słońce grzeje,
po Mateuszu wiatr ciepło rozwieje.

 

św. Teklę (23 IX)

W dzień Tekli
będziemy kartofle piekli.

 

św. Teodora (24 IX)

Św. Teodorek
wiezie jeszcze ziarna worek.

 

św. Michała (29 IX)

Św. Michał
miedze porozpychał.

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha