Henryk Jaskuła

Mówi chronometr

W czasie całego rejsu[1] był na jachcie żywy świadek, który pozostawił po sobie niezatarte ślady z każdego dnia rejsu. Jego serce biło co pół sekundy i reagowało na zmianę klimatu. To chronometr.

Profesjonalny chronometr marki Glasshütte, zakupiony w Morskiej Centrali Zaopatrzenia w Gdyni, to elektryczny przyrząd kwarcowy na dwie baterie R-20. Postarałem się o niezawodne, niecieknące, przysłali mi je koledzy z Royal Cinque Ports Yacht Club Dover.

01_Marine_chronometer_Glashütte_1736_Quartz_005Chronometr statkowy Glasshütte; prod. NRD, lata 1970-te.
(zdjęcie powyższe i trzy następne)

 

Żaden chronometr nie chodzi dokładnie i nie tego wymaga się od dobrego chronometru. Dobry chronometr to ten, którego chód dobowy jest stały.

 

Stan chronometru.

Stanem chronometru (St) nazywamy aktualną różnicę między czasem gryniczowskim (TU) a wskazaniem chronometru (Ch).

St = TUCh    (Stan = Czas Uniwersalny minus wskazania chronometru)

Gdy Ch<TU, to St ma znak plus (St trzeba dodać do wskazań chronometru, aby otrzymać prawdziwy czas GMT).

Gdy Ch>TU, to St ma znak minus (St trzeba odjąć od wskazań chronometru, aby otrzymać prawdziwy czas GMT).

TU = Ch + (±St)

 

Chód dobowy chronometru.

Chodem dobowym (ω) chronometru nazywamy wartość, o jaką ten chronometr przyspieszył lub opóźnił w ciągu jednej doby.

Gdy chronometr spieszy, „ω” ma znak minus, a gdy spóźnia – znak plus. Chód dobowy i stan chronometru wpisuje się codziennie do Dziennika Chronometru.

02_Marine_chronometer_Glashütte_1736_Quartz_011 

W czasie rejsu codziennie odbierałem radiowy sygnał czasu i wpisywałem do Dziennika tylko „Stan”.

Rubryki „Chód dobowy” nie wypełniałem – wielkość ta byłaby potrzebna, gdybym z jakichś powodów nie mógł odbierać radiowego sygnału czasu, np. gdyby przestał działać odbiornik radiowy.
Wówczas, aby otrzymać stan chronometru na dany dzień, do każdego dnia od ostatniego sygnału czasu dodawałbym algebraicznie chód dobowy chronometru. Może taki chronometr – elektryczny, na statku, w klimatyzowanej i ciepłej kabinie nawigacyjnej, suchej i o stałej temperaturze – miałby stały chód dobowy, ale w warunkach jachtowych chronometr styka się bezpośrednio z klimatem i reaguje na zmiany temperatury i klimatu.

 

Chód dobowy jest zmienny, nawet zmienia znak, więc jest nieprzydatny, natomiast stan chronometru (ujawniając swoje przyspieszenia i opóźnienia oraz swój chód dobowy) staje się wiarygodnym świadkiem przebytej trasy jachtu przez oceany w różnych porach roku i w różnych klimatach (Dziennik Chrono­met­rów załączony jest dalej).

 

Z Gdyni wyszedłem 12 czerwca 1979 roku, w końcowe dni wiosny. Na wyjściu stan chronometru był –4,5 (chronometr spieszył 4,5 sek.).

23 lipca [1979] stan chronometru wynosił już –14: przez 11 dni chronometr przyspieszył 9,5 sek. Jego śred­ni chód dobowy wynosił zatem –0,86 sek. (o tyle chronometr przyspieszał średnio każdego dnia w tym okre­sie).

 

ω śr   =     =    =    =  –0,86 sek.

gdzie

St – stan początkowy
St’ – stan po upływie n dni
n – liczba dni

 

22 lipca [1979], w pełni lata na półkuli północnej, jacht był na szerokości 35,5°N i zbliżał się do strefy tro­pi­kalnej. Od tego dnia chód dobowy chronometru stał się zero – przez 7 dni chronometr nie przyspieszył ani nie opóźnił, jego stan był jednakowy: –14, aby od 30 lipca [1979], gdy jacht był na szerokości 19,5°N, już w tropikach, chód dobowy zmienił swój znak, począł rosnąć ze znakiem plus – chronometr zaczął spóźniać.

Stan chronometru codziennie malał, aż 23 sierpnia [1979], kiedy jacht był na szerokości 25,5°S, wyszedł już ze strefy tropikalnej i wszedł w zimę na półkuli południowej. W tym dniu stan chronometru wyniósł –2 (chronometr spieszył już tylko 2 sek.).

Średni chód dobowy w tym okresie wyniósł:

ω śr =     = +0,48 sek.

Przez kolejne 6 dni chód dobowy wynosił zero – chronometr nie spóźniał ani nie spieszył, aż 29 sierpnia [1979] zaczął przyspieszać – jacht szedł w coraz zimniejszy klimat, był już na szerokości 29°S.

03_Marine_chronometer_Glashütte_1736_Quartz_008 

Trasa jachtu aż po Horn – choć na Indyjskim nastała wiosna, a na Pacyfiku lato – wiodła przez niskie tem­pe­ra­tury panujące na tych szerokościach. Najniższe temperatury na oceanach południa na szero­koś­ciach 50°S notowałem w grudniu i styczniu, w lecie półkuli południowej: były rzędu kilku stopni powyżej zera (najniższa to +2°C w pobliżu Hornu w środku lata, ale blisko Antarktydy, a najniższa w całym rejsie to +0,5°C koło przylądka Dungeness w kanale La Manche 26 kwietnia 1980 o godzinie 04.00 – ta wiosna w Europie była szczególnie zimna).

04_Henryk_Jaskula_Rejs_dookola_swiata_non_stop_mapaTrasa wokółziemskiego rejsu non stop kpt. Henryka Jaskuły na Darze Przemyśla;
12 czerwca 1979 – 20 maja 1980

 

Od 29 sierpnia [1979], gdy jacht był na szerokości 29°S na Południowym Atlantyku i szedł ciągle na południe w zimniejszy klimat, chód dobowy chronometru zmienił się na ujemny: chronometr zaczął spieszyć.
I tak od stanu –2 w dniu 28 sierpnia [1979] (spieszył 2 sek.) przyspieszył do 76,5 sek. w dniu 11 lutego 1980, gdy jacht po okrążeniu Hornu był na Południowym Atlantyku na szerokości 29,5°S, szedł na północ, zbliżał się do strefy tropikalnej i robiło się ciepło.

Tutaj chód dobowy znów przez kilka dni był zero: chronometr nie spieszył ani nie spóźniał. Dopiero 14 lu­tego [1980], gdy jacht był na szerokości 27°S, zaledwie 3,5 stopnia od Zwrotnika Koziorożca i tro­pi­ków, chód dobowy począł rosnąć ze znakiem plus. Chronometr zaczął spóźniać, jego minusowy stan był codziennie mniejszy i zmalał do –60,5 w dniu 24 marca 1980. Jacht był wtedy na szerokości 24°N, tuż na północ od Zwrotnika Raka, pół stopnia poza tropikami, w pierwszych dniach wiosny na półkuli północnej.

Przez 7 dni chód był zero, chronometr znów szedł idealnie, przez tydzień miał niezmienny stan –60,5 (tyle spieszył w stosunku do GMT).

31 marca [1980], gdy jacht był na szerokości 37°N, 13,5 stopnia poza tropikami i szedł na północ, w zim­niej­szy klimat, chronometr zaczął przyspieszać: jego minusowy stan był codziennie większy, chód dobowy zmienił znak na ujemny i rósł.

Wiosna w roku 1980 była wyjątkowo zimna. Chód dobowy był cały czas ujemny, stan chronometru, ujem­ny, rósł. Chronometr spieszył do końca rejsu, osiągając 17 maja 1980 roku –79 sek., już na Bałtyku.

To jest mowa chronometru, który mówi wyraźnie: w ciepłym klimacie zwalniam, w zimnym przy­spie­szam.

 

W ciągu rejsu chód dobowy chronometru cztery razy zmieniał znak:

1) Na wyjściu chód był ujemny, chronometr spieszył, od 22 do 29 lipca [1979] chód był zero, chronometr chodził dokładnie, po czym od 30 lipca [1979] chód dobowy zmienił znak, począł rosnąć ze znakiem plus, chronometr zaczął spóźniać.

2) Od 23 do 28 sierpnia 1979 chód był zero, chronometr chodził dokładnie, aby od 29 sierp­nia [1979] chód począł rosnąć ze znakiem ujemnym, a chronometr zaczął spieszyć.

3) Od 8 do 11 lutego 1980 chód znowu był zero, chronometr chodził dokładnie, lecz od 12 lutego [1980] chód począł rosnąć ze znakiem dodatnim, chronometr zaczął zwalniać.

4) Od 24 do 30 marca [1980] chód był znowu zero, chronometr szedł dokładnie, ale od 31 mar­ca [1980] chód zaczął rosnąć ze znakiem ujemnym, chronometr spóźniał.

 05_Marine_chronometer_Glashütte_4243_Quarz_2 

Chronometr najpewniej ma swoją „temperaturę pokojową”, przy której ani nie spieszy, ani nie spóźnia, a jego chód dobowy jest zero. Wiedząc, że poniżej tej temperatury chodzi szybciej, a powyżej wolniej, warto spojrzeć na roczny bilans chodu dobowego, co uwidacznia stan chronometru:

12 czerwca 1979, na wyjściu, chronometr spieszył 4,5 sek.,
17 maja 1980, po powrocie, spieszył 79 se­kund.

Pomimo dwukrotnych opóźnień, gdy jacht przechodził przez gorące tropiki, bilans zdecydowanie wskazuje na przeważający zimny klimat, na temperatury niższe od jego „pokojowej”: w rejsie chronometr przy­spie­szył 74,5 sek.

Gdyby jacht „zaszył się” na Atlantyku – jak sugerował pewien nieszczęsny komandor w Gdyni, sekun­do­wany przez jego żałosnych i zawistnych sykofantów – żeglując w tropikach, roczny bilans chronometru musiałby wykazać przeważające ciepłe temperatury, po roku chronometr spóźniłby kilkadziesiąt sekund w stosunku do stanu wyjściowego.

W czasie 344 dni rejsu na jachcie zdecydowanie przeważało zimno, ciepło było rzadkością. Chronometr wykazał to bilansem przyspieszenia aż 74,5 sek. .

Po tym obrończym zeznaniu chronometru Glasshütte sprawa procesowa powinna się zakończyć, Glass­hütte, jako jedyny chronometr, jest najpoważniejszym świadkiem przebytej trasy przez jacht i na nim należałoby poprzestać.

 

Ale… Przed rejsem myślałem: co zrobię, jeżeli z jakichś przyczyn chronometr Glasshütte przestanie chodzić?
Postanowiłem stworzyć rezerwowe chronometry ze zwykłych czasomierzy elektrycznych. Chodziły dob­rze, dlatego nadałem im rangę chronometrów zapasowych, ustawiając je na czasie GMT, a ich wska­zania od 9 sierpnia 1979 wprowadziłem do Dziennika Chronometrów, łapiąc dla każdego z nich oddzielnie radio­wy sygnał czasu.
Były to:

1) Zegarek na rękę Unitra Warel, z ciemną tarczą: świecił, pokazując czas, tylko przy naciś­nięciu bocznego przycisku, co dawało dużą oszczędność energii: bateryjka-guziczek 2x ZD-CLA10-SR43-1,5V starczyła do końca.

06_Unitra_Warel_LED_smZegarek Unitra Warel LED

2) i 3) Zegary kwarcowe Mera Poltik na baterie R-16.

07_Zegar_Mera-Poltik_vintageDwubateryjny zegar kwarcowy Mera-Poltik z lat 1970-tych

Jednakowe, różniły się tylko kolorem tarczy, jedna była niebieska – zegar został nazwany Blue, druga czarna – zegar nazwałem Black.

Ich chody dobowe były różne. Chód dobowy Unitry Warel nie był zgodny z chodem dobowym Glasshütte. Można to było wytłumaczyć inną budową zegarka, jego innymi właściwościami fizycznymi, ale w zdumienie wpra­wiła mnie różnica chodów dobowych jednakowych zegarów Mera Poltik.

Zadziwiająco spisywał się Black: od 22 sierpnia [1979] przez 27 dni miał chód dobowy zero, chodził do­kład­nie, jego stan wynosił niezmiennie +2 (spóźniał 2 sek.).

W tym samym czasie chód dobowy zegara Blue miał znak minus: zegar przyspieszał, zresztą bardzo nie­wiele.

Wydawało się, że te zegary są bardziej stabilne od profesjonalnego chronometru Glasshütte. Po zmianie baterii w Blue 27 listopada 1979, zegar przestał chodzić (bateria była zwykła), natomiast Black, bez, zmia­ny baterii, wytrzymał do 13 marca 1980, po czym oszalał: ze stanu +5 podskoczył w jednym dniu do +85, więc został wyłączony. Te zegary, gdy chodziły, chodziły dobrze.

Jedyny rezerwowy chronometr, który wytrzymał do końca rejsu i w razie awarii Glasshütte mógłby go zastąpić, to zegarek Unitra Warel. Jego stan początkowy 9 sierpnia [1979] wynosił –3 (spieszył 3 sek.), a stan końcowy 17 maja 1980 to +33,5 (spóźniał 33,5 sek.). W tym okresie spóźnił 36,5 sek. – można by go śmiało polecić jako prawdziwy chronometr.

Ale dlaczego ich chody dobowe były tak różne od Glasshütte?
Nie podejmuję się rozwikłać tych niezgodnych ze sobą zależności. To nie były chronometry zawodowe tylko zwykłe zegary, jako świadkowie mówiły swoim żargonem, którego nie muszę rozumieć. Komu zależy na rozwikłaniu ich mowy, niech próbuje doszukać się reguł w ich wskazaniach.

 

Ponieważ główny chronometr Glasshütte chodził bez zarzutu przez cały rejs, „chronometry” rezerwowe nie były wykorzystane. Niemniej pozostawiły swój ślad na trasie rejsu, reagując po swojemu na kolejne zmia­ny klimatu. Mogą więc być świadkami rezerwowymi, gdyby ktoś chciał skomplikować proces.

Henryk Jaskuła
Obrona konieczna. T. II.

Przemyśl : nakład własny autora, 2004-2004; str. 128-131

Fotografie nie przedstawiają chronometrów używanych przez kpt. Jaskułę na Darze Przemyśla.

 

08_Henryk_Jaskula_Dar_Przemysla_Baltyk_maj_1980_fot_Jerzy_FijkaHenryk Jaskuła i Dar Przemyśla; Bałtyk, maj 1980
Fot.: Jerzy Fijka

 

Kim jest i czego dokonał kpt. Henryk Jaskuła, żeglarzom wyjaśniać nie trzeba, ale przypomnieć zawsze warto, odsyłamy więc do artykułu kpt. Janusza Charkiewicza i do Wikipedii.

Dwa pierwsze rozdziały Obrony koniecznej znajdziecie na naszej stronie  http://www.zeglujmyrazem.com/?page_id=4596

 


[1] Mowa o samotnym rejsie, w którym kpt. Henryk Jaskuła, jako pierwszy Polak i trzeci samotny żeglarz w historii, bez zawijania do portów okrążył Ziemię. Kpt. Jaskuła płynął na jachcie Dar Przemyśla.
Rejs trwał 344 dni, od 12 czerwca 1979 do 20 maja 1980; trasa z Gdyni do Gdyni prowadziła wokół trzech przylądków: Dobrej Nadziei, Leeuwin i Horn.

 


 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« May 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Maj

A w maju
Zwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia,
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, maju!

Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!...

Julian Tuwim – „Do krytyków” (1920)

 

Maj – piąty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury
i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od czasownika „maić” – ‘stroić, zdobić zielenią
i kwiatami’.

W staropolszczyźnie piąty miesiąc roku nazywany był „trawień” (tej nazwy używa język białoruski i ukraiński: травень ‘maj’, oraz chorwacki – travanj, ale tam tak nazywa się kwiecień) – wiadomo dlaczego.

 

Łaciński Maius zawiera
w sobie imię matki boga Merkurego – nimfy Mai.

 

Dwie dodatkowe etymologie nazwy Maius podaje Owidiusz w ks. V poematu Fasti (8 r. n.e.), traktującego o kalendarzu rzymskim.

Pierwsza wywodzi nazwę miesiąca od majestatu (Maiestas) – na przykład bogini, ale i cesarza, bo niech ktoś tylko spróbuje zaprzeczyć i powie, że cezar Majestatem nie jest!
Drugi owidiuszowski źródłosłów kieruje do starszych (maiores) – w tym wypadku senatorów rzymskich.

Na Owidiusza powołują się różne źródła i autorytety, ale jego wywody słowotwórcze mają tyle wspólnego
z językoznawstwem, co kamień węgielny z węglem kamiennym.

Owidiusz był poetą
i dworakiem – trudno powiedzieć, czym za swego życia bardziej. Boccaccio pisał, by się podobać damom, Owidiusz – by się podobać cesarzowi. Pierwszemu się udało, drugiemu – nie:
w dworactwie poeta nie miał szczęścia, bo inaczej nie dostałby wyroku wygnania (do dziś nikt nie wie, za co). Ale tworzył i wysysał
z palca, co mógł, byle tylko przypodobać się zwierzchności.

Maiestas – to oczywiste, bo bogini – boginią, ale podkadzenie imperatorowi zaszkodzić nie mogło, zwłaszcza że bogini daleko,
a cesarz – blisko.

Maiores – a czy źle było zaskarbić sobie niewinnym pochlebstewkiem życzliwość starców? Którzy – czy ich cesarz lubił czy nie – wciąż jeszcze coś mogli i o czymś tam decydowali.
Zresztą, na zasadzie świeczki i ogarka, Owidiusz nazwę następnego miesiąca, Iunius, w następnej księdze tego samego poematu wywodzi od słowa iuniores ‘młodzi’. Tak że Owidiuszem nie ma sobie co głowy zawracać.
Z równym powodzeniem moglibyśmy wywodzić nazwę „maj” od nazwiska Żemajska (i opiewać piękność obojga), gdyby tylko celem do sforsowania była dla nas twierdza piękności tejże damy. Albo – ogarnięci górnolotnym zapałem – moglibyśmy twierdzić, że z całą pewnością przodkowie nasi miesiąc „maj” nazwali od hasła „Trzymajmy się!”, co było nawiązaniem do szczytnych tradycji, woli przetrwania i misji dziejowej dającej nam pierwszeństwo nad innymi, a maj, jako symbol wiosny i odrodze-
nia… i tak dalej, i dalej.

 

Tak czy siak, nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

W drugiej dekadzie maja panują najchłodniejsze dni wiosenne, więc klimatycznie ten miesiąc też raczej zaprzecza swej symbolice
i w tym kontekście fraza
w w sercu ciągle maj brzmi co najmniej dwuznacznie, jak zresztą wszystko w poezji Jeremiego Wielkiego.

Ochłodzenie majowe jest zjawiskiem klimatycznym charakterystycznym dla całej Europy Środkowej: po okresie utrzymywania się wyżu barycznego nad Europą Środkową i Wschodnią następuje zmiana cyrkulacji atmosferycznej i przy słabnącym wyżu zaczyna – wraz z niżem barycznym – napływać zimne powietrze
z obszarów polarnych.

Według tradycji ludowej środek maja powinien być zimny, deszczowy, a czasem mroźny – jest to znakiem, że aż do jesieni nie powinno być przymrozków.

 

1 maja to Święto Pracy,
w Polsce święto państwowe.

We Francji 1 maja to, oprócz uroczystości organizowanych przez L’Humanité, święto konwalii (la fête du muguet).

 

Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, dzieje się w maju.

 

2 maja to w Polsce Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej.

 

3 maja jest w Polsce świętem państwowym, które oficjalnie nazywa się Święto Narodowe Trzeciego Maja. Ustanowiono je dla upamiętnienia uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Obojga Narodów (3 maja 1791).

…od razu się przyznam. Datownik maja mam niedokończony. Sporo tego, ale jakoś tak się składa, że
z tych wydarzeń, które do tej pory wziąłem na warsztat, większość związana jest
z Rosją. No a przecież, jeśli po Konstytucji – którą się
u nas czci prawie jak konkordat, a już na pewno jak Kościuszkę i Pułaskiego razem wziętych – dam rocznice wydarzeń spod Romanowych, z bolszewii lub z Putinogorska, to będzie wstyd i obraza Boska. Po TAKIEJ Konstytucji? Lepiej zatem poprzestanę na tym, co powyżej (na razie, bo praca trwa)…

 

Znaki Zodiaku w maju:
Byk (♉) – do 20 maja
Bliźnięta (♊) – od 21 maja (najweselszy
i najpogodniejszy znak Zodiaku).

Horoskopy Bliźnięta mają pomyślne w dowolnym układzie, nawet w czarnym PR.

Ludzie spod znaku Bliźniąt
w ogóle nie osiągają dojrzałości zarówno intelektualnej, jak
i uczuciowej.
Jedyne, co naprawdę potrafią, to raz w tygodniu wypełnić kupon gry liczbowej.
Niezdarnie to ukrywają, ale największą przyjemność sprawia im dłubanie w nosie.
Zapraszając takiego do domu należy pamiętać, że kradnie
i koniecznie przed wyjściem zrewidować.

Zauważcie, że nawet zawodowi hejterzy dają Bliźniętom pozytywną recenzję (co jest złego w grach liczbowych, dłubaniu w nosie – dla zdrowia przecież, albo
w zapobiegliwości?) – po prostu nie mają się do czego przyczepić!

Porównajcie z takim wczesnomajowym Bykiem, który ma:

wdzięk powiatowego Casanovy i skłonności dewiacyjne.
Niczym niezmącone przekonanie, że jest pępkiem świata.
Lubi mizdrzyć się zarówno przed lustrem jak i w pracy.
Najbliższą rodzinę terroryzuje od urodzenia do późnej starości.
Nigdy niczego nie czyta, choć o wszystkim ma z góry wyrobione zdanie.
Charakteryzuje go brak umiarkowanie w jedzeniu
i piciu.
Oderwać od rozkoszy stołu mogą go jedynie rozkosze łoża – przy czym i tu Byk będzie dążył do wyuzdanych uciech, nazywając je dla niepoznaki „wyższą sztuką”.
Lenistwo swoje i brak zainteresowania światem zewnętrznym Byki nazywają „dbaniem o domowe ognisko”, a brak wyższych uczuć „stąpaniem twardo po ziemi”.
Wreszcie swą ociężałość umysłową i skrajny konserwatyzm nazywają „przywiązaniem do tradycji” i „opieraniem się na sprawdzonych wzorcach”. Jednym słowem – to leniwi hedoniści, pogrążeni
w brudnej rozpuście
(no dobrze: „brudnej” możemy skreślić, bo znajomy Doktor obrazi się już na amen).

Albo z późnoczerwcowym Rakiem:

Urodzeni pod znakiem Raka oszukują na każdym kroku, zdradzają, uwielbiają podłożyć świnię.
Rakom nie można wierzyć nigdy i w niczym.
Jeśli np. Rak mówi „Cenię sobie twoją przyjaźń”, to można być pewnym, że przed godziną napisał na ciebie donos do szefa.
Raki stale komuś czegoś zazdroszczą, a po dwudziestym piątym roku życia łysieją, garbią się
i tracą zęby.
Słusznie zresztą.

No przecież szkoda słów, bo tu nie pomoże nawet oddział zamknięty.

A kolejne horoskopy są jeszcze gorsze (czytajcie, to się dowiecie), więc po prostu Bliźnięta – których i tak nawet czarny piar się nie ima – punktują z miesiąca na miesiąc.

 

Kwiaty maja:

Konwalia (Convallaria maialis L.) – bylina o kwiatach słodko pachnących, ale zdradziecka, bo silnie trująca; uznawana jest za kwiat szczęścia, pomyślności i młodości; ponieważ symbolizuje też czystość
i skromność, więc często wplatana jest w bukiety ślubne panien młodych (o symbolice toposu „trucizna pod słodyczą” etymologia ludowa jakoś milczy).

Niekontrolowana – konwalia staje się chwastem i to bardzo trudnym do usunięcia, ponieważ łatwo odrasta (ciekawe, czy ma to jakiś związek symboliczny
z owymi bukietami ślubnymi
i skromnością – może odrastają w sposób naturalny…).

Suszone, sproszkowane kwiaty konwalii dodawane są czasem do tabaki – w obliczu powszechnie znanych trujących właściwości substancji psychoaktywnych w tabace zawartych szczypta konwalii różnicy nie czyni.

Duże zastosowanie ma konwalia w medycynie
i zielarstwie, ale i tu ostrzega się przed zejściem wskutek przedawkowania.

W tzw. alfabecie kwietnym konwalie oznaczają nieśmiałość, co jest zrozumiałe: któż by, niewinnym będąc, do trucia jadem zabierał się śmiało?

Duże znaczenia ma konwalia w ikonografii maryjnej, ale to tematyka zbyt szeroka, by ją roztrząsać właśnie tu.

 

Głóg (Crataegus monogyna Jacq.), któremu botanicy dodają epitet „jednoszyjkowy” (co chyba nie jest obraźliwe); symbolizował on ostrożność i nadzieję, na szczęście bardzo dawno temu, bo
w średniowieczu; dziś tylko kłuje i nadaje się na nalewkę.

 

Kamień maja:

Szmaragd – symbolizujący miłość
i powodzenie.

 

W ogóle maj to miesiąc nijaki, coś takiego właśnie jak konwalia:

Maj jest dziwny. Dokładnie taki jak konwalia: trochę aromatu, ale zaraz jakieś przedawkowania i groźba zejścia. Nic dziwnego, że mądrość ludowa odradza zawierania małżeństw w maju (znam majowe
i szczęśliwe, ale być może to wyjątki potwierdzające regułę). I gdyby nie to, że jego ostatnia dekada przynosi najlepszy znak Zodiaku, czyli Bliźnięta, to ogólnie byłoby z majem kiepsko.

Kwiecień, na przykład, zaczyna się od primaaprilisowych wygłupów – i od razu jest weselej.
A popatrzcie, od czego startuje maj: od święta pracy, do której każdy chodzi, bo musi, więc to jest tak, jakby więźniowie obchodzili dzień św. Penitencji i cieszyli się, że jeszcze trochę posiedzą. To mogły wymyślić tylko Byki!
Na szczęście kogo jak kogo, ale ludzi pomysłowych u nas nie brakuje (a założę się, że większość z nich jest spod znaku Bliźniąt) – gdyby nie oni, to już by się w ogóle
w maju nie dało wytrzymać. Bowiem ludzie pomysłowi (zwłaszcza ci spod znaku Bliźniąt) połączyli „święto pracy” z innymi okolicznymi świętami, włączając w to weekendy z przodu i z tyłu,
i stworzyli jeden
z najdłuższych weekendów nowoczesnego świata; weekend, który – jak go dobrze ułożyć – może potrwać nawet 10 dni.
I nawet znajomego lekarza nie trzeba!
A gdy wreszcie, w co nie wątpię, za dzień święty zostanie uznane Święto Kanonizacji, to weekend majowy, podczas którego będzie można kompletnie zapomnieć o pracy, dojść może do dni szesnastu, a kto wie, czy nie więcej.

I ponieważ prawie zaraz po tym weekendzie przychodzą Bliźnięta, to maj daje się jakoś przetrzymać – mimo konwalii, szmaragdów, głogów jednoszyjkowych
i trzech ogrodników, których same imiona wywołują taki dreszcz, że nagłe chłody wcale nie są potrzebne.

Maj jednak rehabilituje się imieninami:
• Moniki;
• Stanisława – ale tylko częściowo, bo połowa Stachów uciekła od Szczepanowskiego do Kostki, tak że nigdy nie wiadomo, który kiedy obchodzi;
• Zofii (Zocha, przecież wiesz, że to o Tobie: wszystkiego najlepszego!)
• i Joanny – które już piękniejszego dnia na imieniny wybrać nie mogły!

 

Śluby i wesela w maju:
w żadnym wypadku! Ale zastrzegam jeszcze raz: tylko według mądrości ludu.

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
piąty miesiąc roku to:

białoruskiмай [maj], травень [trawień]
bośniackimaj
bułgarskiмай [maj]
chorwackimaj
czeskikvěten
kaszubskimôj (też: gòran, maj)
litewskigegužė
łatgalskiLopu (też: maja)
łużycki (dolny)rozhelony (też: rožownik, maj)
łużycki (górny)meja (też: róžownik)
łotewskimaijs
rosyjskiмай [maj]
macedońskiмај albo косар [kosar]
serbskimaj
słowackimáj
słoweńskimaj
ukraińskiтравень [trawień]
żmudzkigegožė

 

Przysłowia związane
z majem:

Chłodny maj,
dobry urodzaj.

Ciepły kwiecień, mokry maj
– będzie zboże jako gaj.

Częste w maju grzmoty
rozpraszają chłopom zgryzoty.

Deszcz majowy,
chleb gotowy.

Deszcz na pierwszym maju,
chyba w urodzaju.

Dużo chrabąszczów w maju,
proso będzie gdyby w maju.

Gdy kukułka w maju,
spodziewaj się urodzaju

Gdy maj jest przy pogodzie,
nie bywają siana w szkodzie.

Gdy się maj z grzmotem
odezwie na wschodzie,
rok sprzyja sianu
i zbożu w urodzie.

Gdy się w maju pszczoły roją,
takie roje w wielkiej cenie stoją.

Grzmot w maju
sprzyja urodzaju.

Jak pszczółki na wiosnę z ula
wcześnie wylatują,
to pewnie mróz na drzewa
w maju nam zwiastują.

Jak w maju zimno,
to w stodole ciémno.

Jeśli w maju grzmot,
rośnie wszystko w lot.

Kiedy lipa w maju kwitnie,
to w ulach miód zawiśnie.

Kiedy mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

Kiedy pierwszy maj płacze,
będą chude klacze.

Kto się w maju urodzi,
dobrze mu się powodzi.

Maj – wołom daj
i sam na piec uciekaj.

Na pierwszego maja szron
obiecuje dobry plon.

Na pierwszy maj
ostatek bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj:
w piecu sobie napal,
za niego się wal.

Nastał miesiąc maj,
kożdy o się dbaj.

Niedalekoć już do maja,
więc nie uchodź za mazgaja.

Nie zawsze na ziemi maj,
nie zawsze
ludzkiemu szczęściu raj.

Pierwszego maja deszcz,
nieurodzaju wieszcz.

Pierwszy maja poranek
jest tęskliwym dla kochanek.

Przyjdzie maj,
przedsię bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj.

Tyle przymrozków w maju,
ile ich było przed św. Michałem.

W maju…
Np. Zobaczymy się
w maju…

[tj. nie teraz, kiedyś może, nigdy]

W maju jak w gaju.

W maju szumne sosieneczki,
wonne puszczą ci chojneczki.

W maju wieje, trochę pada,
coraz bliżej listopada

Witaj nam maiczku
ze słowikiem w gaiczku.

Wody w maju stojące
szkodę przynoszą łące.

 

Przysłowia na
św. Stanisława (8 V):

Do św. Stanisława
z pastuchami sprawa.

Jak się len zasieje
w św. Stanisława
to tak urośnie, jako ława.

Na św. Stanisława
rośnie koniom trawa.

Na św. Stanisława
żytko kieby ława.

Św. Stanisław len sieje,
Zofija konopie,
A Urban jęczmień i owies
każe kończyć, chłopie.

Św. Stanisław –
pierwszy siew prosa,
a ostatni owsa.

 

Przysłowia na
św. Pankracego, Serwacego
i Bonifacego
(12, 13 i 14 V)
:

Jak się rozsierdzi Serwacy,
to wszystko zmrozi
i przeinaczy.

Jasny dzień Pankracego
przyczynia wina dobrego.

Pankracy, Serwacy, Bonifacy
– źli na ogrody chłopacy.

Przed Serwacjuszem nie trzeba
pewnego się lata spodziewać.

 

Przysłowia na
św. Zofię (15 V):

Dla świętej Zosi
kłos się podnosi

Na św. Zofiją
pola w kłos wybiją.

Niechaj mnie Zośka
o wiersze nie prosi

[oczywiście to nie przysłowie, tylko cytat ze Słowackiego]

Św. Zofija ciepło rozwija.

Św. Zofija kłosy wywija.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha