STS Pogoria – bibliografia adnotowana

Robak, Kazimierz. „Pogorią” na koniec świata.

Glosy

Pogoria
jest w tej opowieści najważniejsza, co widzę zwłaszcza po latach.

POGORIA_Fot_Artur_GladyszFot.: Artur Gładysz

„Żeś z żaglowców najpiękniejsza i od dziewczyn stu wierniejsza, tak śpiewaliśmy ci przez dni sto trzydzieści” – głosi jeden z tekstów napisanych podczas rejsu. Dni było naprawdę sto trzydzieści dwa (od 7 grudnia 1980 do 17 kwietnia 1981), ale z całej relacji wynika, że reszta jest prawdziwa.
Nie bez przyczyny żartowaliśmy – a czasem te żarty były gorzkie – że Pogoria ma najwyższy współczynnik rozwodów w polskiej flocie; myślę że niezłe miejsce zajęłaby też w konkurencji międzynarodowej.

 

Rejs
o mały włos skończyłby się tragicznie dla wszystkich i tylko dzięki refleksowi Kapitana i jego komendzie wydanej w krytycznym momencie stał się tragedią jedynie dla niego, na szczęście tylko na kilka lat. Ja i chyba wszyscy pozostali wspomnienia z tej żeglugi mamy jednak optymistyczne i radosne, bo rzadko się zdarza pozytywne połączenie takich elementów jak wysiłek, piękno i dobrana grupa ludzi. Relacja z tych kilku miesięcy jest obszerna, może nawet za obszerna. Ale, jak zwykle…

„najciekawsze jest to, czego w tej relacji nie ma”

 Przede wszystkim – i to jest wg mnie moja największa wina i nieustający mimo lat wyrzut sumienia: brakuje w niej postaci jednego z kolegów. Nie wiem czemu, przy pisaniu umknęła mi całkowicie osoba, która sama tylko byłaby doskonałym tematem osobnej książki.

 

Wojtek Sławiński – „Meteor”
ze swoim sarkastycznym poczuciem humoru, inteligencją, ironią, wyczuciem absurdu i wiedzą fachową, jest klasyczną ilustracją powiedzenia, że gdyby go zabrakło, to wszystko byłoby inaczej. Z wykształcenia meteorolog, na Pogorii miał olbrzymie pole do popisu zawodowego, ale obecny był wszędzie – m.in. również jako filar gazetki „Głos z kubryku”, będącej w gruncie rzeczy zbiorem tekstów surrealistycznych i absurdalnych. Kilka lat po rejsie Wojtek przysłał mi komputerowy atlas chmur swego autorstwa. Dziś nie do odtworzenia, choć mam go na flopach, ale nie wątpię że model działa, ku pożytkowi przyszłych generacji. Tak jak teraz działa Meteor, który napisał do mnie niedawno:

W czasie rejsu na Pogorii pracowicie przepisałem dziennik godzina po godzinie. Po wprowadzeniu do komputera utworzyła się baza danych o rejsie. Robiąc statystyki można było utworzyć „wirtualny model Pogorii” i uzyskać odpowiedzi na różne pytania: jakie żagle są stawiane w danych warunkach, jaka jest charakterystyka prędkości, o której godzinie zmieniane są żagle, ile godzin pracował silnik, jakie jest wykorzystanie poszczególnych żagli w czasie rejsu itp.

Zapyta ktoś: po co?, przecież wiadomo.
Otóż nie. Wojtek prowadzi zajęcia informatyczne dla dzieci, ucząc je m.in. Excela. Wychodząc ze słusznego założenia, że takie dane z rejsu zachęcą do nauki i połączą świat realny z wiedzą, napisał – razem z dzieciakami – program komputerowy „Dziennik żaglowca Fryderyk Chopin”, w którym decyzje kapitana wspomagane są informacjami statystycznymi z poprzednich rejsów.

Od kapitan Dyrcza otrzymałem odpis dziennika z rejsu ORP Iskra do Ameryki. Zwracałem się z prośbą do armatora Fryderyka Chopina i innych ludzi o udostępnienie danych z dziennika, ale nie uzyskałem sensownej odpowiedzi . Chyba wstydzą się tego, co tam jest powypisywane.

No, cały Wojtek. 

                      01_1981_PNKS 313 (color rest, backlight corr)_lev_cr_fot_Kazimierz_RobakFot.: Kazimierz Robak

 

Meteor stał się za to bohaterem krótkometrażowego filmu Krzysztofa Baranowskiego, nakręconego podczas rejsu[1]. Co nie zdejmuje ze mnie ani krzty odpowiedzialności za popełnioną gafę.

Wojtek – jak to on – z filozoficznym spokojem mi wybaczył, ale sam sobie wybaczyć tego gapiostwa nie mogę.

 

Nie ma „Głosu”,
a dokładnie nie ma przedruków z „podpokładowego nieregularnika Głos z Kubryku”, bowiem namowom i poku­som dałem stanowczy odpór. Wydawnictwo i tak okrasiło mi książkę WSZYSTKIMI ułożonymi na pokładzie tekstami do śpiewania, mimo że przed wypłynięciem w kolejny rejs błagałem: „tylko, jeśli zdecydujecie się na osobny zeszyt”.

W książce jest co prawda o tym, jak „Głos” powstawał i charakterystyka jego twórców, ale niewiele więcej. Dlatego teraz – korzystając ze swobodnej formy glosy – mogę kilka słów dopowiedzieć.

Osiem numerów „Głosu” powstało podczas rejsu, w tym jeden w wersji audio: była to kaseta, którą nagraliśmy jako Nr 5, dla naszych dwóch kolegów-polarników, którzy zostali na Stacji i przekazaliśmy załodze r/v Profesor Siedlecki na Falklandach. Dwa kolejne numery wydaliśmy z okazji spotkań w rocznice (pierwszą i piętnastą) wypłynięcia w rejs.

Większość tekstów z „Głosu” zdezaktualizowała się z biegiem dni i lat. Nawet numer 2., wypełniony podręcznikiem astro, w dobie GPS (i GLONASS:) ma status zabytku kopalnego, oczywiście dopóki komuś na jachcie nie padnie (odpukać!) elektronika. Wtedy dopiero (gdyby ten akurat numer GzK był pod ręką) okaże się, że jest to jeden z lepszych i prostszych (z tych, które znam) instruktaży brania namiarów z ciał niebieskich i określania pozycji. Fachowcy kręcili nosem, ale instrukcje autorstwa Jana Kłossowskiego działają – i o to chodzi.

_GzK #02-1a_sm

Były też w GzK perełki ponadczasowe: krótkie, utrzymane w konwencji „piurblagizmu” opowiadania, autorstwa Zbyszka Studzińskiego, o przygodach poczwarnej czwórki stworów…

 

…Ffy, Ggy, Hhy i Kky.
Zaczynały się (prawie) niezmiennie od zdania „Ffy wyszedł z szafy”, dziś mającego znaczenie zupełnie inne („Gdybym był wiedział, że kiedyś nadejdzie taki czas, zabiłbym szafę gwoździami” – napisał mi niedawno Autor), ale i wtedy budziły wśród czytających różne reakcje. Najżarliwszego adwersarza miały w Kuku, który – jako że potrzeba, czy choćby wyczucie absurdu były mu obce – podejrzewał w nich aluzje nie tyle do siebie, ile do podawanych potraw.

Na szczęście wątpliwości Staszka Bojaruńca, który powinien nazywać się Kuk Stanisław Wielki – rozwiał Kapitan. Kiedy bowiem Staszek na wszystkie strony starał się zanalizować, czy kolejny odcinek przygód Ffy i zwrotka o owsiance z najnowszej piosenki nie są przypadkiem potępieniem jego działalności, Krzysztof usiadł obok niego, przeczytał opowiadanie, zanucił półgłosem piosenkę i powiedział: „Zobaczysz, Stasiu – przez te teksty przejdziemy do historii”. Kapitańskie słowo – nie dym, więc od tej chwili to właśnie Staszek najgłośniej dopominał się u Zbyszka o kolejne odcinki przygód Ffy i jego kompanii.

Po tym na wiele lat zapanowała cisza. I oto nagle, w 2012, na jednym z forów żeglarskich przeczytałem: Ma ktoś może gdzieś teksty o Ffy, Ggy, Kky i Hhy?
Odpisałem, że mam i spytałem Pytającego, co mu do głowy wpadło.
Odpisał: Poziom abstrakcji wyzierający z tekstu zamieszczonego w książce jest mi bardzo bliski : ) Mam zamiar poczytać je sobie, i, jeśli to nie kłopot, wydrukować i zabrać na skok przez Atlantyk – niech się załoga rozerwie intelektualnie.

Ffy

Skoro znalazł się jeden – może znajdzie się więcej? Poprosiłem Autora o zgodę na publikację i na stronie Żeglujmy Razem zamieściliśmy zbiorek „Ffy”. Kto ciekawy, niech czyta.

 

Rysiek Mokrzycki
w książce jest, ale ponieważ o nim nigdy dosyć – tak barwna to postać – więc jeszcze słów kilka.

To on miał największe zasługi w szantowym zintegrowaniu załogi antarktycznej i wszystkich kolejnych, z jakimi pływał. Rozśpiewał nawet – jako bosman i nauczyciel informatyki w Międzynarodowej Szkole Pod Żaglami 1988/89 – towarzystwo tak trudne, jak grupa złożona z Amerykanów, Rosjan, Polaków i Estończyka.

W rejsie antarktycznym, gdy tylko przeszedł pierwszy paw, mimo że grudniowy Bałtyk i Morze Północne wciąż dawały nam równo w kość, było wiadomo, że spora cześć załogi gra i śpiewa, lub przynajmniej tylko śpiewa, i nawet jeśli tego nie umie – to lubi.
Rysiek zainicjował więc pierwsze piosenkowe posiady i podczas nich uporczywie lansował szanty tradycyjne: „Pagajowego bluesa”, „Ingę barmankę”, „Pod sztokfiszem”, „Stary bryg”, „Kolorowych mórz mozaikę”, „Kliper Marzenie”, a przede wszystkim „Starego ślamazarę Ranzo”, od czego poszedł jego pierwszy pokładowy przydomek. W Szkole Międzynarodowej do repertuaru doszła „Yellow Submarine”, „Podmoskownyje wieczera” i inne szlagiery międzynarodowe, ale nie czas o tym.

02_1981-05-08_2171802-R1-E075_cr_sm_fot_Kazimierz_RobakFot.: Kazimierz Robak

Wszystkich tekstów, numerów i żartów Ryśka nie spisać na wołowej skórze. Nie będzie więc tu historii o tym, czemu Rysiek przyjeżdżając do Warszawy nocował w hotelach, przy jakim jego dowcipie panie ambasadorowe trzech krajów płakały ze śmiechu żywymi łzami (i nie tylko) ku zakłopotaniu swych mężów, jak poznał Krzysztofa Grubeckiego – współtwórcy tej strony i obecnego kapitana Pogorii, jakiej porady udzielił w Bonifacio dwóm siwowłosym kapitanom udającym się do miasta, ani żadnej podobnej historii.

Dziś Rysiek piastuje poważne stanowisko kierownika Studium Języków Obcych w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej im. Stanisława Staszica w Pile. Nie zmienił się jednak wcale, choć niedawno mi powiedział z pewnym smutkiem: „Wiesz co? Chyba mi siada tolerancja.” Spytałem, czy na coś konkretnego, czy tak w ogóle, a Rysiek odpowiedział: „Na głupotę”.

 

Pan Stachu

Stach Choiński jakoś też umknął z mojej opowieści, choć może to akurat mniej powinno dziwić, bo ku­mo­terstwo między nami nie jest przenośnią, a stanem faktycznym. Wspólni znajomi zwracają uwagę na co innego: oto przez niemal 10 lat Stach i ja prowadziliśmy wspólne „biznesy”, a jednak nie tylko nie bie­gamy za sobą z noża­mi, ale przyjaźnimy się nieprzerwanie i do tego zadzierzgnęliśmy nawet swoiste wię­zy rodzinne.

Stach od czasów rejsu antarktycznego niewiele się zmienił, jeśli nie liczyć działalności tych lat, które nie wiadomo skąd wzięły się między dniem dzisiejszym a tamtą wyprawą.

 

1980-12-25_PNKS 240_fot_Kazimierz_Robak1980-12-25: pierwsza Gwiazdka na Pogorii
Od prawej: Krzysztof Baranowski, Dariusz Bogucki, Stanisław Choiński

Fot.: Kazimierz Robak

Spokojny, małomówny, wśród żeg­larzy, speleologów, nurków znany z tego, że gdy spory wśród kolegów osiągały poziom niebez­piecz­ny, ktoś nagle pytał: „A ty, Stachu, co na to?” Wtedy Stach mówił, co sądzi i sprawa nagle okazywała się niewarta dalszych dyskusji.

Po rejsie do Stacji im. Arctowskiego, Stachu był jednym z „antarktycznej piątki” organizującej i płynącej z pierwszą Szkołą Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego. Na pokładzie był bosmanem.

Zagle_01_sm_fot_K_RobakFot.: Kazimierz Robak

Któregoś dnia wprawił w zdumienie uczniów stwierdzając, że jest najbardziej leniwym człowiekiem pod słońcem. Wyjaśnienie tej oczywistej nieprawdy – Bo jeżeli już coś robię, muszę to zrobić tak dobrze i tak dokład­nie, żebym później, gdy skończę, nie musiał do tego wracać i piętnaście razy poprawiać – już mniej przypadło młodzieży do gustu, ale taki właśnie był Pan Stachu.
To podejście do życia podobało się za to Kapitanowi, z którym Stach popłynął – też jako bosman – na Szkołę drugą, tę z „Papugami” z ro­ku 1985 i na inaugu­ra­cyj­ny etap kana­dyj­skiej Class Afloat.

Bosman_Stach_01_sm_fot_Valerie_LintottFot.: Valerie Lintott

 

Stach zawsze wie, co i dlaczego działa (częściej: nie działa), potrafi naprawić, zapobiec, usprawnić. Sam o sobie mówi, że jest niespotykanie spokojnym człowiekiem, więc chyba jestem jedyną osobą, która tak wyprowadziła go z równowagi, że nie odzywał się do mnie ze dwa dni. W jakimś porcie umówiliśmy się, że pójdziemy na reję i tam zrobimy robotę, wymagającą czte­rech rąk. Na górze okazało się, że potrzebna jest dodatkowa para kombinerek (skąd ja to pamiętam po tylu latach?). Stach siedział na noku, więc na dół poszedłem ja. I na dole dopadła mnie jakaś pomrocz­ność ciemna: przyszedł ktoś z biura portowego, trzeba było zanieść tam jakiś papierek, więc ja – zamiast odłożyć sprawę do następnego dnia, wziąć kombinerki i wrócić na maszt – przebrałem się i po­ma­sze­ro­wa­łem na miasto. Stach, widząc mnie ubranego wyjściowo i schodzącego z trapu, ani pisnął, zszedł po kombinerki i sam zrobił, co było do zrobienia, a mnie zaczął traktować jak powietrze. Nie chcę nawet wspominać, jak się wtedy czułem, ale na szczęście po dwóch dniach wszystko wróciło do normy. Bo taki właśnie jest Pan Stachu.

1988_fot_Stanislaw_Choinski1988– Gdynia
Fot.: Stanisław Choiński

Po wspólnym pływaniu przyszła kolej na wspólną pracę w zespole wysokościowym, wspólne firmy, wspólne „saksy” na Islandii, wreszcie wspólne wyprawy do Singapuru po komputery, które wspólnie sprzedawaliśmy mafii w Leningradzie. Sporo tego było, ale i tak, gdy teraz siądziemy ze szklaneczkami, więcej w naszych rozmowach jest projektów na przyszłość niż wspomnień. W czym sekunduje nam pokolenie młodsze, jako że Stach jest ojcem czterech Synów-Jak-Dębów i jednej Córki-Jak-Róża, a cała piątka mówi do mnie z sza­cun­kiem „Wuju”.

2015-07-05_0-05-3A_cr2_sm2015-07-05: …„jeśli nie liczyć tych lat, które nie wiadomo skąd wzięły się
między dniem dzisiejszym a tamtą wyprawą.”
Fot.: Karol Choiński

 

To Stach kiedyś powiedział, że zamocować linę, na której ma zjeżdżać, może tylko on sam, ale po chwili dodał, że pozwoliłby na to jeszcze może dwóm-trzem osobom, którym na tyle ufa. Mnie Stachu taką linę moco­wał kilka razy.

 

Recenzje
zebrałem na ogół pozytywne, choć Pogorią na koniec świata wydrukowano na szarym papierze z nieczytelnymi zdjęciami (a część nakładu w ogóle bez zdjęć), słowem: tak fatalnie, że uważam to za najgorzej wydaną książkę PRL-u. Z czego powinienem się cieszyć, bo zawsze jest to JAKIEŚ pierwsze miejsce.

W 1999 na forum internetowym, książkę zjechał od góry do dołu dr Tomasz Chodnik: świetny przykład koszszmarnie [sic!] napisanej książki żeglarskiej; styl: „hej, my bohaterscy żeglarze” – w takt marsza z „Zemsty Nietoperza”.

Atmosfera na pokładzie była rzeczywiście właśnie taka (choć marsz zamieniłbym raczej na polkę‑galopkę), więc skoro to widać z tekstu – znaczy: reportaż mi się udał.
Dr Chodnik krytykuje na ogół wszystko i zawsze (w roku 2007 napisał: ja mam [prawie] ZAWSZE chandrę), ale znając jego żeglarski życiorys (warto poznać, postać to bowiem nieprzeciętna, choć niestety za mało znana), mogę tylko za Ryszardem Ochódzkim powtórzyć: „z tobą przegrać, to jak wygrać” i cieszyć się, że książkę mimo wszystko odnotował. Dobrze czy źle – byle pisali…
A to, że oprócz Stacha jeszcze kilka innych osób z antarktycznego rejsu też mogłoby zamocowywać moją zjazdówkę (nawet jeśli nie jestem pewien wzajemności), chyba o czymś świadczy.

 


[1] Meteorolog. Scen., reż. i zdjęcia: Krzysztof Baranowski.TVP – Poltel, 1981.

Kazimierz Robak
22 grudnia 2015


Powrót do: ► Robak, Kazimierz. „Pogorią” na koniec świata.

 

Powrót do: STS Pogoria – bibliografia adnotowana – spis wydawnictw zwartych

Calendar

« September 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

LATO

 

– Ładnie dzisiaj… chociaż nie bardzo… No, jednak… Słowem, nie brzydko, a to najważniejsze… Tak. Nie pada deszcz, nie ma też śniegu.
– To byłoby dziwne, jest przecież lato.
– Proszę mi wybaczyć, właśnie to chciałem powiedzieć… chociaż dowie się pani, że można się wszystkiego spodziewać.
– Zapewne.
– Na tym świecie, proszę pani, niczego nie możemy być pewni.

 

* * *

Pyszne lato, paw olbrzymi,
stojący za parku kratą,
roztoczywszy wachlarz ogona,
który się czernią i fioletem dymi,
spogląda wkoło oczyma płowymi,
wzruszając złotą i błękitną rzęsą.
I z błyszczącego łona
wydaje krzepkie krzyki,
aż drży łopuchów zieleniste mięso,
trzęsą się wielkie serca rumbarbaru
i jaskry, które wywracają płatki
z miłości skwaru,
i rozśpiewane, więdnące storczyki.


O, siądź na moim oknie, przecudowne lato,
niech wtulę mocno głowę w twoje ciepłe pióra
korzennej woni,
na wietrze drżące — —
niech żółte słońce
gorącą ręką oczy mi przesłoni,
niech się z rozkoszy ma dusza wygina
jak poskręcany wąs dzikiego wina. —

 

= = = = = = =

Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego, na półkuli północnej najcieplejsza… bla-bla-bla.

Ponieważ to – było nie było – kalendarz, więc zbiór cytatów i silva rerum z cyklu „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie!”, nie od rzeczy będzie po raz kolejny „palnąć koncept z kalendarza”, czyli polecieć stereotypem. Ale miłym, bo któż z pokoleń pamiętających rok 1960 nie śpiewał:

Lato, lato, lato czeka,
Razem z latem czeka rzeka,
Razem z rzeką czeka las,
A tam ciągle nie ma nas .

Już za parę dni, za dni parę
Weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów, Pitagoras – bądźże zdrów ,
Do widzenia wam „canto, cantare”!

Dla tych, którzy nie pamiętają: to fragment piosenki z filmu Szatan z siódmej klasy – tego oryginalnego, z roku 1960, w reżyserii Marii Kaniew­skiej, w którym debiutowała na ekranie studentka polonistyki Pola Raksa (poróżniła nas, za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał – śpiewa od 1982 roku Grzegorz  Markowski z Perfectu tekstem Bogdana Olewicza). Co dodaję, bo jest też wersja tego filmu z roku 2006, której autorów wymieniać, przez grzeczność, nie będę.
Przez tę samą grzeczność (choć z innych pobudek) dodam, że tekst piosenki napisał Ludwik Jerzy Kern, muzykę – Witold Krzemieński, a wersję oryginalną zaśpiewała Halina Kunicka z Orkiestrą Taneczną PR pod dyrekcją Edwarda Czernego. Szacunek!

==========================

Lato astronomiczne rozpoczyna się od przesilenia letniego i kończy z równonocą jesienną.

Przesilenie letnie Słońca (solstycjum) na półkuli północnej wypada w dniu, kiedy Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – leżącym na północnym równoleżniku 52°13’ – wynosi 61°14’. Podczas przesilenia dzień jest najdłuższy (a noc najkrótsza) w roku.

Równonoc (ekwinokcjum) to dzień, w którym Słońce góruje w zenicie nad równikiem; zdarza się dwa razy w roku: jako początek wiosny (równonoc marcowa – wiosenna) i koniec lata (równonoc wrześniowa – jesienna). Podczas równonocy długość dnia równa jest długości nocy. W dniach równonocy Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Łatwo wtedy można obliczyć szerokość geograficzną miejsca obserwacji: wystarczy zmierzyć w stopniach wysokość górującego Słońca i odjąć tę wartość od 90º.
W centrum Warszawy (52°13’ szerokości geograficznej północnej) dokładny pomiar powinien wykazać właśnie 52°13’.

W pierwszym ćwierćwieczu XXI w. lato na półkuli północnej zaczyna się 21 czerwca (jedynym wyjątkiem jest rok 2024: 20 czerwca, ale 69 minut przed północą!) i trwa do równonocy jesiennej, czyli do 22 lub 23 września
(2018 – 23 IX).

Podczas lata astronomicznego dzień jest dłuższy od nocy, jednak z każdą dobą dnia ubywa, a nocy przybywa. Słońce wschodzi coraz później i góruje na coraz mniejszych wysokościach nad horyzontem.
Za miesiące letnie na półkuli północnej uznaje się czerwiec, lipiec i sierpień.
Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku: tam miesiące letnie to grudzień, styczeń i luty.

 

Lato klimatyczne to ten okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza przekraczają 15°C. Pomiędzy latem klimatycznym i sąsiednimi klimatycznymi porami roku nie ma etapów przejściowych, w przeciwieństwie do zimy poprzedzanej przedzimiem i następującym po niej przedwiośniem.

 

Rzeczownik „lato” w liczbie pojedynczej dawniej (a dziś w gwarach) znaczył „rok”.

Mąż z królem Bolesławem poszedł na Kijowiany
Lato za latem bieży, nie masz go z bojowiska

pisał Mickiewicz (w jakim utworze – wiadomo).
W języku ogólnopolskim przetrwał w tym znaczeniu do dziś: w liczbie mnogiej rzeczownika „rok”, jako jego forma supletywna. A i w gwarach ma się jak najlepiej: latoś znaczy tyle co ‘w tym roku’, a latosi – ‘tegoroczny’.

 

W terminologii kościelnej istnieje termin „miłościwe lato” oznaczający Rok Jubileuszowy lub Rok Święty (Annum Sanctum), połączony z odpustem, którego jednym z warunków jest odwiedzenie określonych kościołów: niegdyś tylko w Rzymie, dziś – na całym świecie.
Po raz pierwszy obchodzono go w roku 1300 za papieża Bonifacego VIII. Pierwotnie miał się powtarzać co 100 lat, ale zaraz Klemens IV skrócił ten okres o połowę, a Paweł II do 25 lat.
Do tego dochodzą „okazje specjalne”, np. Pius XI ogłosił rok 1933 Świętym dla przypomnienia 1900. rocznicy śmierci Chrystusa, a Benedykt XVI za Annum Sanctum uznał rok 2008, w drugie tysiąclecie od narodzin św. Pawła.

 

Latem, od V w., Kościół wschodnio-chrześcijański obchodził koimesis (gr. Κοίμησις, zaśnięcie) Najświętszej Maryi Panny w przeświadczeniu, że Maryja nie umarła jak zwykły człowiek, lecz została zabrana do Nieba.
W chrześcijaństwie zachodnim, kiedy w VII w. to święto zostało przyjęte w Rzymie, termin „zaśnięcie” został zastąpiony przez „wniebowzięcie”.
W Kościele katolickim, w roku 1950, Pius XII, ogłosił dogmat, stwierdzający, że Maryja, po zakończeniu ziemskiego życia, mocą Bożą została z ciałem i duszą wzięta do wiecznej chwały.

Cerkiew prawosławna obchodzi święto Zaśnięcie Bogurodzicy 15 sierpnia (28 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego).

Protestanci przeciwstawiają się dogmatowi o wniebowzięciu, podając jako argument brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat w Biblii.

W Polsce dzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia) jest wolny od pracy. Tego samego dnia obchodzone jest Święto Wojska Polskiego (przywrócone w 1992).

Święto Wniebowzięcia nazywane jest Świętem Matki Boskiej Zielnej, ponieważ w czasie obrzędów błogosławi się wiązanki ziół i kwiatów.
Według wiary ludowej pobłogosławiony bukiet nabiera cudownych, leczniczych właściwości. Wierni, wracając z kościoła, zostawiali go wśród upraw, gdzie miał przynieść szczęście w zbiorach. Po kilku dniach bukiet zabierany był do domu: najpierw obnoszono go po izbach, a później przechowywano w eksponowanym miejscu, które dawało pewność, że jego moc będzie działała.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
lato to:

białoruskiлетa [lieta]
bośniackiljeto
bułgarskiлято [liato]
chorwackiljeto
czeskiléto
kaszubskilato
litewskivasara
łużycki (dolny)lěśe
łużycki (górny)lěćo
łotewskivasara
macedońskiлетo [lieto]
rosyjski
летo [lieto]

serbskiлетo [lieto]
słowackileto
słoweńskipoletje
ukraińskiліто [lito]
żmudzkivasara

 

Przysłowia związane z latem:

Co się w lecie zarobi,
tym się w zimie żyje.

Co w lecie nogami,
to w zimie rękami.

Dobra nowina:
będzie lato, poszła zima.

Idą za szczęściem
iáko iáskołki zá látem.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto latem pracuje,
zimą głodu nie poczuje.

Kto latem w chłodzie,
ten w zimie o głodzie.

Kto w lecie nie zbiera,
w zimie przymiera.

Kto w lecie próżnuje,
w zimie nędzę czuje.

Latem zbiera baba grzyby,
a chłop w niedzielę
idzie z wędą na ryby.

Lecie mi go nie chłódź,
zimo mi go nie grzej.
[o człowieku, któremu dogodzić trudno, i tak mu źle i tak niedobrze]

Lepsze jedno lato niż dwie zimy.

Mnima káżdy iż wiecznie
Iuż ták ma być láto
.

[Rej, Wizerunk własny żywota człowieka poczciwego, 1558]

Na to jak na lato.
[wyrażenie oznaczające wielką ochotę, skwapliwą zgodę]

O, co bym ja dała za to,
gdyby zawsze było lato.

To pewna nowina:
bywszy lato, będzie zima.

Trzebá się rozmyśláć ná to
Iż nie iutro będzie láto.
[Rej, Zwierciadło, 1568]

W lecie bez roboty,
w zimie bez butów.

Za lata zbieraj na zimę.

 

Przysłowie na
Matkę Boską Szkaplerzną
(16 VII)

Wraz z Szkaplerzną Matką
na zagon, czeladko!

 

Przysłowia na
Wniebowzięcie N.M.P.
(15 VIII)

Do Marji Wniebowstąpienia
miej w stodole połowę mienia.

Gdy w pogodę do nieba Maria wstępuje,
wino Węgrom obfite jesień obiecuje.

Marji Wniebowstąpienie
czyni reszty zboża plenie.

Na Wniebowzięcie
pokończone żęcie.

Pogoda na Wniebowzięcie,
ciężkie ziarno wnet po sprzęcie

W Wniebowzięcie Panny Marji
słońce jasne,
będzie wino godnie kwaśne.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytaty na wstępie:
Ionesco, Eugène. Lekcja (La Leçon). (1950) Tłum. Jan Błoński.

Pawlikowska-Jasnorzewska, Maria. „Pyszne lato”. Niebieskie migdały (1922)

SIERPIEŃ – ósmy miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 31 dni.

Według Aleksandra Brücknera (1856-1939; chyba już zapamiętaliście, że był to filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny) nazwa pochodzi od sierpa żniwnego, tak samo jak w czeskim (srpen), ukraińskim (серпень) i chorwackim (srpanj ‛lipiec’).
A Samuel Bogumił Linde napisał w swoim Słowniku (1812): „sierpień od sierpa rzeczon, bowiem tego miesiąca iuż wszelkie zboża sierpa a źniwa potrzebują”.

 

W Rzymie, przed 46 p.n.e., miesiąc odpowiadający czasowo naszemu sierpniowi był szósty w kalendarzu i nazywał się Sextilis (jeśli ktoś myśli, że to znaczy to, na co wygląda, to nie wnoszę sprzeciwu: już/jeszcze mamy demokrację i każdemu wolno kojarzyć, co z czym chce).

W 46 p.n.e. Juliusz Cezar zarządził reformę kalendarza, wg której pierwszym miesiącem roku stał się Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).

Mimo że już nie szósty a ósmy, Sextilis utrzymał swą nazwę do 8 roku p.n.e., kiedy to – jak twierdzi Swetoniusz (De Vita Caesarum; Divus Augustus, 31.2) – wybrał go na „swój” miesiąc Oktawian August (Octavianus Divi Filius Augustus), pierwszy władca Imperium Rzymskiego (panował od 27 p.n.e. do 14 n.e.).
Nazwa miała upamiętniać zwycięstwa Oktawiana w Egipcie, zamienionym w 30 r p.n.e. w prowincję rzymską.
Ceną tego była m.in. samobójcza śmierć Marka Antoniusza (wcześniej uciekł z pola bitwy pod Akcjum, więc nie żałuję), Kleopatry (której żałuję, bo to nie była aż tak zła kobieta) i śmierć 17-letniego Cezariona (syn Kleopatry i Juliusza Cezara), uduszonego na specjalny rozkaz Oktawiana, któremu pewien filozof-doradca powiedział „Nie jest dobrze, gdy na świecie jest zbyt wielu Cezarów” (no, słów brak!).
Egipt, jak widać, nie zawsze był krainą bajek, a wszystkie te zgony miały miejsce w sierpniu – miesiącu Oktawiana!

Historię piszą zwycięzcy. Dziś większość języków europejskich nazywa ósmy miesiąc roku właśnie wariantami słowa zapożyczonego z łaciny: Augustus. Nawet Grecy używają Αύγουστος, choć mają piękne nazwy historyczne: delficki βουκάτιος (Boukatios), lacedemoński Καρνεῖος (Karneios), delijski Μεταγειτνιών (Metageitnion), beocki Ἱπποδρόμιος (Ippodromios) czy cypryjski Ἔσθιος (Esthios). Ale cóż – wiadomo: na wyspie Cypr mówią, że myszy jedzą żelazo.

 

1 sierpnia – święto państwowe w Polsce: Narodowy Dzień Pamięci Powstania Warszawskiego.

 

2 sierpnia – w Polsce: Dzień Pamięci o Porajmos – Zagładzie Romów i Sinti dokonanej przez III Rzeszę Niemiecką i zaplanowanej na szczeblu państwowym.

Hitlerowskie Niemcy za jedną z podstaw swej ideologii przyjęły czystość rasową i supremację ludu ger­mań­skiego – najczystszej gałęzi rasy aryjskiej.
Jak było z Żydami i żydami – wiadomo: obcy rasowo Semici (co ciekawe, przedstawiciele rasy panów z Arabami jakoś się dogadywali) zostali uznani za podludzi, pasożytów i element niepożądany.
„Naukowy rasizm” (notabene wymyślony nie przez Niemców) nie mógł sobie jednak poradzić z prostym faktem, że w Europie jedynymi bezpośrednimi potomkami Ariów byli właśnie Cyganie. Do tego koczowniczy tryb życia Romów utrudniał ich kontrolę przez państwo totalitarne, stąd w III Rzeszy zostali oni uznani za „element aspołeczny”.
Oba te czynniki, podczas rozpatrywania Zigeunerfrage („kwestii cygańskiej” – jak to eufemistycznie określił reżim), zdecydowały o „eliminacji” czyli wydaniu wyroku śmierci na cały naród usankcjonowanego przez system prawny państwa. Za Rzeszą poszły kraje wasalne, m.in. Rumunia, Chorwacja, Słowacja, Węgry. W przypadkach jednostkowych nazywa się to „morderstwo sądowe”. Wobec zbiorowości jest to ludobójstwo.
Nie ma dokładnych danych dotyczących tej zbrodni. Ocenia się, że w podbitej lub zdominowanej przez nazizm Europie, z liczącej ok. miliona osób populacji Romów, zginęło od 200 do 500 tysięcy ludzi, a prof. Zbigniew Brzeziński uważa, że liczba ofiar Porajmosu sięga 800 tysięcy (Out of Control: Global Turmoil on the Eve of the Twenty-First Century. New York, NY : Simon & Schuster, 1994).

Romowie nie mieli swego Szymona Wiesenthala ani państwa, które by się za nimi ujęło. Nie mieli swego Pabla Picassa, który uświadomiłby światu, że dokonano na nich ludobójstwa.  O Holokauście czy o zbrodni popełnionej na mieście Guernica świat wie prawie wszystko. O Porajmosie – mimo odosobnionych zadośćuczynień – niewiele, prawie nic.
Odpowiedzmy sami sobie: co wiem o nim ja?

 

15 sierpnia
kościelne święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (w Polsce – dzień wolny od pracy) – patrz wyżej w okienku LATO.

święto Wojska Polskiego, obchodzone w rocznicę zwycięskiej bitwy warszawskiej w 1920, stoczonej w czasie wojny polsko-sowieckiej (1919-1921).

 

 

Trzeci weekend sierpnia – Międzynarodowy Weekend Latarni Morskiej i Latarniowca (International Lighthouse and Lightship Weekend) – święto zainicjowane w 1997 r. przez dwóch Szkotów dla upamiętnienia pierwszej ustawy o latarniach morskich, uchwalonej przez Kongres USA w 1789 roku.
Święto obchodzone jest na całym świecie głównie przez radioamatorów, którzy w ten weekend muszą nadawać (i odbierać) z najbliższej latarni morskiej. Jednym z celów święta jest ochrona i renowacja zabytkowych latarni morskich i latarniowców. Zajrzyjcie na: https://illw.net/index.php
Rekordowy był rok 2014: radioamatorzy z 56 krajów zajęli 544 latarnie.
W tym (2018) roku ILLW trwa 48 godzin: od 0001 GMT 18 sierpnia do 2400 GMT 19 sierpnia.
W roku ubiegłym krótkofalarze z 47 krajów nadawali podczas Latarniowego Weekendu z 453 latarni morskich. Wśród nich było tylko trzech nadawców z Polski. Co na to SP-5 ATV MM?

 

 

23 sierpnia 1989

2 miliony obywateli krajów bałtyckich utworzyło żywy łańcuch mający ponad 600 km długości, łączący Litwę, Łotwę i Estonię (wówczas pod okupacją sowiecką, jako republiki ZSRS).
Było to w 50. rocznicę podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow, którego tajny protokół oddawał pół Polski Hitlerowi a drugie pół i państwa bałtyckie – Stalinowi.

w 2008 Parlament Europejski ustanowił w tym dniu Europejski Dzień Pamięci Ofiar Stalinizmu i Nazizmu.

Międzynarodowy Dzień Pamięci o Handlu Niewolnikami i jego Zniesieniu, ustanowiony w 1998 przez ONZ w rocznicę wybuchu powstania niewolników na Santo Domingo (dziś Haiti). Od 1803 roku w tłumieniu powstania wzięły udział – przykro mówić – oddziały polskie z Legionów Dąbrowskiego wysłane tam przez Napoleona. Na szczęście dla Haitańczyków (i naszej reputacji) przegrały, a wojska Pierwszego Konsula musiały ewakuować się z wyspy.
1 stycznia 1804 Haiti uzyskało niepodległość jako drugie niezawisłe państwo po zachodniej stronie Atlantyku, chociaż to, co się tam działo później, to osobna (i koszmarna) historia.

 

 

30-31 sierpnia 1980 (oraz: 3 i 11 września) – cztery komitety strajkowe (w Szczecinie, Gdańsku, Jastrzębiu-Zdroju i Dąbrowie Górniczej) podpisują porozumienia z rządem PRL. Kończy to okres zwany „wydarzenia sierpnia 1980”. Na podstawie jednego tych porozumień zarejestrowano w listopadzie 1980 NSZZ Solidarność.

 

 

Znaki Zodiaku w sierpniu:

Lew (♌) – do 22 sierpnia.
Panna (♍) – od 23 sierpnia.

Samochwalstwo Lwów (i Lwic) zdemaskowane zostało w poprzednim odcinku.
A Panny? Czyżby były dużo lepsze?
Oficjalnie – oczywiście, przecież inaczej nikt by horoskopów nie czytywał, ani (tym bardziej) nie kupował. A jednak:

…bardziej osobiste wiązanie się z ludźmi urodzonymi pod tym znakiem to rzecz beznadziejna, bo Panna – zarówno rodzaju męskiego, jak i żeńskiego – jako partner (we wszystkich aspektach) wykazuje wdzięk słonia i pomysłowość królika. Dzieci ze związku Panny z jakimkolwiek innym znakiem kończą na ogół w klinikach dla nerwicowców.

Nawet Wiki, zazwyczaj bardzo układna, podaje że Pannom przypisywana jest „refleksyjność" (a nie jest to bezmyślność?), „podatność na poglądy innych osób” („mądrość ludowa nazywa takiego „kurek na kościele”, czyli „skąd wiatr powieje…”), nadmierna wrażliwość, mała odporność na krytykę i „nadmiernie zamartwianie się o perfekcyjność”.
Zwłaszcza to ostatnie, choć ładnie opakowane w słowa, budzi grozę – przypomnijcie sobie film Sypiając z wrogiem (Sleeping with the Enemy, 1991) z Julią Roberts: tak poukładać ręczniki w szafie mógł tylko osobnik spod znaku Panny.
Truizmem będzie dodanie, że w zodiakalnej układance rządzą Bliźnięta.

 

Kwiaty sierpnia:

mieczyk (Gladiolus L.) – piękny i magiczny. Daje się go zwłaszcza osobom obchodzącym 40-tą rocznicę (w tradycji francuskiej to rocznica szmaragdowa; w anglosaskiej – rubinowa) ślubu, lub czegokolwiek.

mak (Papaver somniferum L.) – symbol pokoju, snu i śmierci. Nie będzie żadnych detali na temat tego, co się robi z makówek, makowego soku i nasion, bo raz – wszyscy wiedzą, dwa – po co nam te kłopoty gdyby co. Wystarczy wspomnieć, że znajoma tłumaczyła się gęsto amerykańskim celnikom, iż mak, który wiezie z Polski, wykorzysta tylko do produkcji makowca. Nie wwiozła – zabrali. Z czego wynika, że makowiec – groźna rzecz. Strach się bać!

 

Kamienie sierpnia:

perydot – jeśli o takim nie słyszeliście, to może Wam coś wyjaśni informacja, że jest to szlachetna odmiana oliwinów. Też nic? Mnie też nic.
Więc: wikipedia. Jak zawsze swojska, bo wyjaśnia, że perydot nazywano szmaragdem ubogich i że noszono go, by uspokoić nerwy, pozbyć się złości, depresji oraz na dobry humor. Mądrzej się nie zrobiło, ale trochę weselej, prawda?

sardoniks – czyli rodzaj onyksu, który z kolei, podobnie jak heliotrop czy karneol, jest odmianą chalcedonu. Tu już cieplej, bo właśnie w chalcedonie rzeźbione są najcenniejsze antyczne gemmy: kamee i intaglia.
Jeśli jesteście w Polsce, możecie zobaczyć bizantyjską gemmę z heliotropu w Muzeum Narodowym Ziemi Przemyskiej w Przemyślu, albo gemmę Gordiana III z karneolu (są tylko dwa takie medaliony na świecie, drugi jest w British Museum) w Międzyrzeczu (woj. lubuskie) – na ogół pokazują tam tylko kopię, bo nie mają pieniędzy na stałych strażników; a nie lepiej gemmę sprzedać i strażników zatrudnić? Nie byłoby czego pilnować (więc skuteczność stuprocentowa), ale ludzie by sobie trochę zarobili.
Sardoniks to odmiana onyksu z warstwami o dominujących odcieniach czerwieni, klejnot ten zdobi piątą warstwę fundamentu pod murem Miasta Świętego – Jeruzalem. Tak twierdzi św. Jan w Apokalipsie (21:20) i chyba najbezpieczniej to przyjąć na wiarę.

 

Z sierpniem – tak naprawdę – nie wiadomo, jak jest.
Niby porządny, bo jeszcze wakacyjny (plus), ale wakacje kończący (minus).
Niby długi, bo 31 dni (plus), ale ci, co na etacie, pracują więcej za te same pieniądze (minus).
Niby ciepły, bo lato (plus), ale pod koniec w rowie się nie prześpisz (minus).
Niby się ładnie nazywa po polsku (plus), ale sierp zbyt dobrze (od 1917) się nam nie kojarzy (minus).
Niby się ładnie nazywa po polsku (plus), ale jego łacińska i zlatynizowana nazwa to krańcowy przykład oportunizmu wobec władzy (minus).
Niby miesiąc Cudu nad Wisłą (plus), ale gdy się głębiej zastanowić, czemu tę wygraną bitwę nazwano „cudem”, to… (minus).
Sierpień 2014 zapunktował specjalnie: miał 5 piątków, 5 sobót i 5 niedziel (plus, bo pracy mniej). Ale niewiele z tego wynika, bo poprzedni taki miesiąc był w roku 1191, a następny będzie w 2837 – podobno, bo komu by się chciało sprawdzać…
Tak więc w 2014 minusy mogły nie przesłaniać nam plusów, ale w inne lata? Lepiej nie myśleć…

 

Imieniny w sierpniu są ciekawe:

  • Dorota (7 VIII) – bo tak miała na imię żona Kochanowskiego, który pisał do niej:

Nieprzepłacona Doroto,
Co między pieniędzmi złoto,
co miesiąc między gwiazdami,
Toś ty jest między dziewkami!
[…]
Szyja pełna, okazała,
Piersi jawne, ręka biała.
[…]
A kiedy cię pocałuję,
Trzy dni w gębie cukier czuję!

Pisze dziś kto tak o żonie?

  • Romuald i Roman (9 VIII) – bo kto nie wie, czy to jest pytanie czy hasło, to wie niewiele o polskich zespołach kultowych;
  • Jacek (17 VII) – bo tak ma na imię przyjaciel, z którym chodziłem do jednej klasy od pierwszej podstawowej do matury i przyjaźnię się przez całe życie; a chociaż dwa lata temu odpłynął do Hilo, odbieram go w czasie teraźniejszym, bo nie umiem inaczej;
  • Maria (15 VIII) – bo Maria; piękne imię i piękny dzień; mimo, że tego samego dnia obchodzi imieniny Napoleon;
  • Męcimir (21 VIII) – bo już chyba nikt nie nosi tego imienia i na mirnym polu semantycznym pozostał tylko Kazimierz.

Wszystkiego najlepszego!

 

Urodziny w sierpniu – tu jest kłopot, bo uważam, że Damy mogą obchodzić maksymalnie 20-te urodziny, a dalej mają tylko imieniny (nawet kilka razy w roku). Tak więc sierpniowe imprezy urodzinowe (Dżentelmeni) i imieninowe (Damy) urządzają:

•   10-go – Dama niezwykła, która nie tylko wie, co to jest bartyzana, kroksztyn, loksodroma i funkcja przesunięta o wektor długości, ale też docenia znaczenie zapałek i to, że muszą one leżeć zawsze na swoim miejscu, co rokuje jak najlepiej rejsom przez Nią prowadzonym i tym, w których bierze udział;

•   11-go – kapitan i pilot (latający, nie portowy) zwany Krzysztofem Młodszym, jedyny kapitan żaglowców pochodzący z Piotrkowa Trybunalskiego; jeśli nie wiecie, o kim mowa, to zobaczcie, kto dostał wyróżnienie w konkursie Rejs Roku za kapitanowanie Pogorią ze SzPŻ-2016 i kto jest współredaktorem strony www.ZeglujmyRazem.com

•   13-go – pewna Dama, do której żywię ogromną atencję, a jeszcze bardziej jestem wdzięczny za… (już ona wie za co);

•   26-go – inna Dama, pochodząca z Kuby, bardzo mądra, o innych przymiotach nie wspominając.

¡Damas y Caballeros!
Najserdeczniejsze życzenia!

 

 

Śluby i wesela w sierpniu:
no cóż, skoro ktoś musi…
Filozof powiedział kiedyś, że czy zrobisz tak, czy tak – i tak będziesz żałować (myśli mądrych ludzi wiecznie żywe).
A jedna z osób mi znajomych akurat się rozwodzi…

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
ósmy miesiąc roku to:

białoruskiжнівень [żniwień]
bośniackiaugust
bułgarskiавгуст [avgust]
chorwackikolovoz
czeskisrpen
kaszubskizélnik (też: zelan, august, sërpiń)
litewskirugpjūtis
łatgalskilabeibys (też: augusta)
łotewskilabeibys
łużycki (dolny)jacmjeński (też: awgust)
łużycki (górny)žnjenc
macedońskiaвгуст [avgust] lub жетвар [żetvar]
rosyjskiaвгуст [avgust]
serbskiaвгуст [avgust]
słowackiaugust
słoweńskiavgust
ukraińskicерпень [serpień]
żmudzkirogpjūtis

 

Przysłowia związane z sierpniem:

Czego sierpień nie uwarzy,
wrzesień tego nie upiecze.

Kiedy sierpień następuje
resztki zboża koszą,
albo sierpem dożynają
i przepiórki płoszą.

Lekarstwo często nie służy
w sierpniu, jeśliś zdrów i duży;
nie skąp sobie, nie cierp głodu,
wypij spory kufel miodu.

Od głodnych cierpień –
najlepsze lekarstwo sierpień

Sierpień pogodny
winom przygodny.

Sierpień,
ten spoczynku nie chce dać,
bo każe orać i siać.

W sierpień sierpuj,
z prac nie cierpuj.

W sierpniu,
gdy zagrzmi strony północnymi
ryb klęska
i co czołga się po ziemi.

W sierpniu mgły na górach
– mroźne Gody
mgły w dolinach
– dla pogody.

W sierpniu przewodzi sierp,
mitręgi nie cierp.

W sierpniu wszelki zbytek
nie idzie w pożytek.

Z sierpem w ręku witać sierpień:
wieleć uciech, wiele cierpień.

Zima nie przynosi pożytku,
ale bez niej nic nie zbiera Sierpień.

 

Przysłowia na
św. Dominika
(4 VIII)

Na świętego Dominika
zboże z pola do gumn zmyka.

Na święty Dominik
kopy z pola myk, myk.

Gdy ciepło na Dominika,
ostra zima nas dotyka.

 

Przysłowia na
św.
Kajetana (7 VIII)

Św. Kajetanie, strzeż od deszczu zboża zebranie.
Św. Kajetanie, strzeż od deszczu sprzątanie.

 

Przysłowia na
św.
Wawrzyńca (10 VIII)

Gdy na Wawrzyńca orzechy obrodzą,
to w zimie mrozy dogodzą.

Gdy na Wawrzyńca słota trzyma,
do Gromnic lekka zima.

Wawrzyniec pokazuje,
jaka jesień następuje.

Przez przyczynę Wawrzyńca męczennika
chroń Boże pszczółki od szkodnika.
[na południu Polski św. Wawrzyniec uważany jest za patrona pszczelarzy, dlatego w dniu jego święta święci się miód odmawiając przy tym tę modlitwę]

 

Przysłowia na
św. Rocha
(16 VIII)

Na św. Roch
w stodole groch.

Od św. Rocha
na polu socha
[czyli zaczynają się jesienne orki]

 

Przysłowia na
św. Jacka
(17 VIII)

Z jaką pogodą Jacek przybywa,
taka jesień bywa.

Jeśli na Jacka nie panuje plucha,
to pewnie zima będzie sucha.

Na świętego Jacka
najecie się placka.

Na święty Jacek
z nowej pszenicy placek.

O, święty Jacku z pierogami!
Święty Jacku z pierogami, zmiłuj się nad nami!
[To nie żart! Poszukajcie historii św. Jacka Odrowąża, a przekonacie się sami!]

 

Przysłowia na
św.
Bartłomieja (24 VIII)

Od Bartłomieja
lepsza w stodole nadzieja.

Po Bartłomieju
jedz kluski na oleju.

Na święty Bartłomiej
śmiało żyto siej.

Przyszedł św. Bartłomiej –
żytko na zimę siej.

Jak Bartłomiej nie zasieje,
nie pokropi św. Idzi (1.IX),
 to się żyta w polu nie uwidzi.

Bartłomiej zwiastuje,
jaka jesień następuje.

Bartłomieja cały wrzesień
naśladuje i z nim jesień.

 

Przysłowia na
św.
Augustyna (28 VIII)

Na św. Augustyna
orka dobrze się poczyna.

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha