Marek Słodownik

Kuba

Dla żeglarzy i sympatyków żeglarstwa jest postacią kultową, bo w epoce siermiężnego socjalizmu potrafił skutecznie rywalizować z najlepszymi żeglarzami na świecie, do tego na jachtach własnej konstrukcji i budowanych w Polsce. Od czasu jego największych sukcesów żaden z polskich żeglarzy nawet w marzeniach nie zbliżył się do sukcesów Kuby.
8 lipca 2015 mija 10. rocznica jego śmierci.

Kazimierz "Kuba" Jaworski, 1973Kazimierz „Kuba” Jaworski (1973)
fot.: Marek Czasnojć

Kazimierz Jaworski urodził się 17 października 1929 roku w miejscowości Augustowo pod Bydgoszczą. Z żaglami zetknął się tuż przed wojną, kiedy żeglował na jeziorze Głęboczek. Podczas wojny rodzinę wysiedlono: Jaworscy przenieśli się do Krakowa, ale zaraz po wyzwoleniu Kuba trafia do Gdyni. Żeglował w tamtejszym klubie Związku Walki Młodych „Zryw”, spotkał Juliusza Sieradzkiego, konstruktora Omegi, pracował w jego warsztacie remontowym. W roku 1946 przeprowadził się do Krakowa i został członkiem tamtejszego Jachtklubu „Szkwał”. Od roku 1948 był członkiem Jachtklubu „LPŻ”, w latach 50‑tych startował wielokrotnie w regatach, głównie w klasach Omega, H i Finn. W latach 1959‑60 był jednym z założycieli „SKS Cracovia” a także pierwszym prezesem i późniejszym sekretarzem Krakowskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego.

Żeglarstwo szybko stało się jego pasją, choć na wyniki musiał jeszcze poczekać. W tym czasie próbował pogodzić naukę ze sportem: studiował kolejno na Wydziale Prawa UJ, potem przeniósł się na rolnictwo, by studiować także na Politechnice. Żagle jednak wygrały.
Ciągnęło go nad morze i w roku 1960 przeniósł się do Szczecina. Po skończeniu kursu radiooficerów próbował zaciągnąć się na statek Przedsiębiorstwa Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich „Gryf” w Szczecinie, ale nie dostał pozwolenia na pracę ze strony tzw. czynników i pracował ostatecznie jako radiooperator w rozgłośni Szczecin‑Radio.
Nie był wielkim entuzjastą zmian ustrojowych po wojnie i nie krył się ze swymi poglądami, a to nie zawsze podobało się władzom. Szybko zdobył patent jachtowego kapitana żeglugi wielkiej i na przełomie lat 1961‑1964 pracował jako instruktor żeglarski w Zarządzie Wojewódzkim LOK, ponadto w latach 1964‑65 był kierownikiem szkolenia żeglarskiego w Centralnym Ośrodku Żeglarskim w Trzebieży. Znajomi z tamtego okresu wspominają Kubę jako szefa bardzo skrupulatnego, pilnującego z niezwykłą pieczołowitością regulaminów, ale zarazem człowieka o wielkim autorytecie wśród kadry i kursantów. Na rejsy zagraniczne wówczas nie pływał, bo miał stałe problemy z uzyskaniem paszportu.

W połowie lat sześćdziesiątych spotkał przypadkowo dyrektora stoczni jachtowej Edmunda Bąka i kontakt ten zaowocował propozycją pracy. Nie od razu jednak trafił do biura konstrukcyjnego; początkowo zajmował się szkoleniem zawodowym uczniów, następnie pracował w dziale kontroli jakości.
Czekał jednak spokojnie na swoją szansę, a kiedy ją dostał, nie odpuścił – zawsze taki był. Został ważną postacią zespołu projektantów kierowanego przez Czesława Gogołkiewicza, potrafił wkomponować się w zespół indywidualności, choć sam także był wielką osobowością.

Jako członek zespołu projektowego Stoczni Jachtowej im. Teligi zadziwiał śmiałością projektowanych rozwiązań, które jeszcze dziś, po tylu latach, uznawane są za awangardowe. Kształty dziobów, układ zsynchronizowanych płetw sterowych, kształt kadłuba, założenia ergonomiczne – dziś podobne rozwiązania spotkać możemy na wielu jachtach, ale prekursorem tych zmian był właśnie Kuba Jaworski.
Jako jeden z nielicznych współczesnych mu żeglarzy sam żeglował na jachtach, których był twórcą i każdorazowo miał okazję samodzielnie testować wyniki swojej pracy.
Łączył pracę zawodową ze startami regatowymi. Został Mistrzem Polski w klasie Folkboat, aby następnie przesiąść się na większe jednostki. Niespokojny duchem na co dzień, stale poszukiwał i nie zwalniał tempa, wciąż stawiał sobie nowe wyzwania. Przez kilka kolejnych sezonów jego nazwisko stale pojawiało się na czołowych miejscach w regatach morskich. Został Mistrzem Polski w klasie RORC w latach 1969 i 1970 na Enifie, Mistrzem Polski w klasie II IOR w latach 1971, 1973 i 1974 na Ogarze, Mistrzem Polski w klasie I IOR na Spanielu w 1976 i w 1977 roku. Aż ośmiokrotnie został Mistrzem Polski w klasach morskich.

Kazimierz 'Kuba' Jaworski i Jerzy Siudy, 1971 Kazimierz „Kuba” Jaworski i Jerzy Siudy (1971)
fot.: Marek Czasnojć

 

W roku 1972 zwodowano Poloneza dla Krzysztofa Baranowskiego, który startował w IV edycji regat OSTAR.

1970-te_sy_Polonez_Archiwum_PZZ_as/y Polonez
fot.: Arch. PZŻ

Kuba, będąc współkonstruktorem jachtu, płynął z nim na start do Plymouth, a podział prac na jachcie był bardzo czytelny. Krzysztof przygotowywał wszystkie posiłki, a Kuba pracowicie po nich zmywał. Na miejscu podglądał na miejscu rozwiązania techniczne rywali polskich żeglarzy i zdecydował, że w kolejnych regatach, w roku 1976, wystartuje także on – na jachcie swego projektu.
Stał się konstruktorem wiodącym nowego projektu – jachtu Spaniel.
Nazwano go Taurus S jako rozwinięcie projektu wcześniej budowanego seryjnie jachtu, ale tak naprawdę była to zupełnie nowa konstrukcja. Przyczyną takiego rozwiązania był zawiły system przepisów związanych z obrotem z krajami „drugiego obszaru płatniczego”, co oznaczało konieczność wyasygnowania na budowę licznych środków dewizowych. Dzięki takiemu zabiegowi jacht powstawał ze środków zgromadzonych na fundusz rozwoju w miejsce wdrożeń, co spowodowało, że ówczesnym gorsecie przepisów gospodarczych mógł w ogóle powstać. Była to jednostka bardzo zaawansowana technologicznie, a wiele z jej rozwiązań szczegółowych pojawia się na jachtach regatowych po dziś dzień.

Kuba wystartował w regatach OSTAR w roku 1976. Jego przeciwnikami byli m.in. Alain Colas na Club Méditerranée, Eric Tabarly na swym Pen Duicku VI, Mike Birch na trimaranie The Third Turtle i Tony Bullimore na Torii.
Po zażartej walce trwającej prawie 25 dni Kuba dotarł na metę w Newport jako czwarty, a w swojej klasie uległ tylko trimaranowi Bircha. Wówczas jachty jedno- i wielokadłubowe klasyfikowane były w jednej klasie, a wyróżnik stanowiła wyłącznie długość kadłuba. Tabarly, płynący na jachcie prawie dwukrotnie dłuższym, był nie do doścignięcia.

Kuba za rufą zostawił prawie 130 jachtów, ale w kraju nie wszyscy docenili jego sukces. Przecież nie wygrał… Za ten wyczyn otrzymał jednak tytuł „Żeglarz Roku 1976” i „Srebrny Sekstant”, w kraju fetowany był przez kilka kolejnych miesięcy i zdobył niezwykłą popularność. Podczas publicznych występów był nieco wycofany, co wielu obserwatorów przyjmowało jako wyniosłość. Kuba nie był przygotowany na taki sukces i jako osoba nieśmiała miał z tym problem. Po latach przyznał, że na swym jachcie stosował „tajną broń”: specjalne gumowe wysięgniki, do których pompował ręcznie wodę. Poprawiały one stateczność jachtu, a więc efektywność niesionego ożaglowania. Wykorzystał lukę w przepisach, ale nie chwalił się tym rozwiązaniem. W końcowej fazie regat, przy kanadyjskim brzegu zaryzykował i popłynął po płyciznach zamieniających się w miejsce do żeglowania tylko podczas przypływu. Z duszą na ramieniu, bo wody pod kilem było niewiele, żeglował oszczędzając dystansu pokonywanego przez rywali. Kuba nie bał się ryzyka, ale był świadomy zagrożenia. Gdyby mu się wówczas nie udało, zapewne byłby to jego ostatni start w dużych regatach.

Po powrocie do Polski był wielokrotnie pytany, czy popłynąłby w rejs dookoła świata. Zawsze zaprzeczał – dla niego ważna była rywalizacja i wynik, poza tym nie znosił samotności.
Kuba, doskonały gawędziarz, świetny kompan do rozmów, do snucia najbardziej niemożliwych planów z umiejętnością ich realizowania sam na jachcie w długim rejsie? To niemożliwe. Zawsze lubił rejsy załogowe, w pojedynkę startował niejako z konieczności.

W kolejnym sezonie, 1977, startuje w regatach Admiral’s Cup w składzie polskiej drużyny.
Jak twierdził, było to jego najgorsze doświadczenie w długoletniej karierze żeglarskiej. Ekipa polska zajęła siedemnaste miejsce na dziewiętnaście startujących, ale całość przygotowań i pomysł startu na takich jachtach (Spaniel, HajdukBumerang) uznać należało od początku jako niedorzeczny. Dość powiedzieć, że Polacy, jako jedyny zespół, mieszkali i gotowali na jachtach, a dodatkowe wyposażenie z łódek składowali na pomoście pod brezentem. Celem była promocja nowych jachtowych konstrukcji i zainteresowanie nimi tamtejszego rynku. Zakończyło się klapą, ale nie z winy żeglarzy.

Ten sam sezon 1977 przyniósł również start w pierwszej edycji regat Mini‑Transat na Atlantyku: w gronie osiemdziesięciu jachtów Kuba zajął drugie miejsce na jachcie Spanielek francuskiego konstruktora Gilberta Caroffa przy znaczącym współudziale Kuby.
Była to jednostka rewolucyjna pod względem koncepcji, pozbawiona grotżagla, co było powodem wielu żartów rywali na starcie. Kiedy Kuba na Teneryfę dotarł na miejscu 9., śmiechy ucichły, a w drugim etapie Polak pokazał, że w tych szerokościach żeglowanie bez grota nie jest złym pomysłem.
Spanielek pod dowództwem Kuby osiągnął znakomity rezultat. Regaty przegrał o 11 godzin, trzeciego na mecie wyprzedził o godzin 14. Francuska prasa podkreślała nieco szczęśliwe zwycięstwo Daniela Gilarda na Petit Dauphin, ale komplementowała niezwykle wyczyn nieznanego Polaka. Budowany w ekspresowym tempie jacht miał tak wiele nowatorskich rozwiązań, że jeszcze przez lata wiele z nich kopiowano. Był to jacht bez grota, z podwójnymi, sprzężonymi płetwami sterowymi, o charakterystycznych przekrojach części podwodnej kadłuba zbliżonych do koła i dużych slegach poprawiających stateczność kursową.
Za ten wyczyn Kuba uhonorowany został tytułem „Żeglarz Roku 1977” w plebiscycie Głosu Wybrzeża.
Nie wszystkim podobał się ten sukces. Narzekano, że to jacht francuski, chociaż Kuba żeglował pod polską banderą, że Kuba sprzedał się Francuzom, że wykorzystuje prywatnie sukcesy polskiego przemysłu jachtowego. Absurdalne zarzuty nie milkły, a tymczasem Jaworski robił dalej swoje. Zaciągnął się jako pierwszy jako I oficer na motorowy jacht Mazurka należący do amerykańskiego milionera, za co spadły na niego kolejne gromy. Zarabiał na życie, ale nieżyczliwi mu rozgłaszali wieść, że zrezygnował z przygotowań do kolejnych regat OSTAR, bo ważniejsze są dla niego zarabiane dolary.

Kolejny sezon poświęcił na przygotowanie nowego jachtu do kolejnych regat OSTAR, planowanych na rok 1980. Powstaje Spaniel II – najlepszy jacht regatowy, jaki dotychczas w Polsce zbudowano.

1979-08-25_Spaniel_II_stawianie_bandery

Wystartował w regatach i zajął w „generalce” szóste miejsce, ale wyprzedziły go tylko wielokadłubowce. W jednokadłubowcach był bezapelacyjnie najlepszy i to pomimo zawinięcia do Kanady z powodu awarii sztagu.
Spaniel II został sklasyfikowany jako 4 jacht w klasie Gipsy Moth (44‑56 stóp długości całkowitej). Po latach Kuba wspominał, że jako osoba nie lubiąca gotować na jachcie, przygotował jeszcze w porcie wielki gar spaghetti z sosem pomidorowym i to danie stanowiło podstawę żywienia przez prawie całe regaty. Sen odłożył na czas po regatach, toteż do Newport dotarł potwornie zmęczony, ale szczęśliwy. Uzyskał doskonały wynik, ale w Polsce oceniono, że znowu nie wygrał… Nagrody „Rejs Roku” nie dostał, uhonorowano nią Henryka Jaskułę za wokółziemski rejs non-stop.

Wydawało się, że Kuba ma wreszcie jacht, na którym najlepszy może być nie tylko w Polsce. Szwajcarzy wymyślili cykl imprez, które składać się miały na Mistrzostwa Świata. Co roku jedna ważna impreza, a dla zwycięzcy olbrzymia nagroda finansowa. Kuba miał szansę w tej rywalizacji odegrać czołową rolę. Wracając do kraju po OSTAR wpłacił wpisowe do kolejnej imprezy, planował niezbędny remont jachtu.

1980_Kazimierz_Kuba_Jaworski_po_powrocie_z_OSTAR_80_Archiwum_PZZKazimierz „Kuba” Jaworski po powrocie z OSTAR ’80
fot.: Archiwum PZŻ

Kiedy Spaniel II wrócił do Polski, na kei nie czekali jednak oficjele z kwiatami i gratulacjami, ale związkowa komisja inwentaryzacyjna, która sprawnie policzyła elementy wyposażenia i zaplombowała jacht. Spaniel II został wystawiony na sprzedaż – wbrew protestom Kuby, Polski Związek Żeglarski pozostał nieugięty, ponieważ pilnie potrzebował pieniędzy. Przez cały sezon 1981 Kuba walczył o prawo do startów, PZŻ szukał nabywcy, a jacht kiwał się bezczynnie na cumach. W końcu kupiec znalazł się w Związku Radzieckim, jacht sprzedano za milion dolarów, co – jak wówczas powiadano – uratowało finanse Związku.

2003_Spaniel_II_Gdynia_fot_Marek_SlodownikSpaniel II pod łotewską banderą (Gdynia, 2003)
fot.: Marek Słodownik

 

Spaniel II już nigdy nie stanął na starcie poważnych regat a Kuba został bez jachtu i bez nadziei na starty w kolejnych imprezach. Próbował walczyć, ale zbywano go. Szybko zrozumiał, że nie jest już potrzebny. Zajął się biznesem… Prowadził pod Szczecinem firmę produkującą elementy z żywic poliestrowych, głównie na eksport do Niemiec: pojemniki do segregacji odpadów, ale także zjeżdżalnie i urządzenia rekreacyjne. Z żeglarstwem kontaktu nie stracił, ale na starcie poważnych regat nigdy już nie stanął. Pływał wyłącznie turystycznie, w rodzinnym gronie bądź z przyjaciółmi. Wspierał dom dla dzieci niepełnosprawnych w Szczecinie, bywał na corocznych imprezach sportowych tam organizowanych. Od czasu do czasu pojawiał się na imprezach żeglarskich rozgrywanych w Polsce, zawsze budząc życzliwe zainteresowanie młodych adeptów żeglarstwa. Przez ostatnie lata zmagał się z chorobą nowotworową; walczył, ale nie miał szans, zmarł 8 lipca 2005 roku mając 76 lat.

Jaki Kuba był prywatnie?
Wspomina go żona, pani Elżbieta Modrzejewska‑Jaworska.

W domu nie opowiadał zbyt wiele o żeglarstwie. Wiedział, że domowników nie zawsze to interesuje. Otwierał się bardzo w towarzystwie swoich kolegów z którymi żeglował, wtedy opowieściom nie było końca. Lubił kobiety, miał do nich ogromny szacunek, ale na jachcie preferował mężczyzn. Oczywiście czasami zdarzało mi się z Nim żeglować, ale były to tylko rekreacyjne krótkie wyprawy i to tylko po jeziorze. Szanowany w środowisku żeglarskim za wiedzę i osiągnięcia. Był lubiany, myślę, że nie miał wrogów. Miał niesamowitą zdolność w dogadywaniu się z ludźmi w każdym wieku. Przyjaźnił się z żeglarzami, czytał książki, czasopisma żeglarskie. Śledził wszystko, co z tym było związane, tak w kraju jak i za granicą.
Wypoczywał czynnie, czyli żeglując – rok przed śmiercią żeglował w Chorwacji, wcześniej na Bornholm. Lubił północ Europy; Norwegia, Szwecja – tam spędzał wakacje upajając się widokiem norweskich fiordów.
Do końca jeździł na nartach, świetnie pływał. Generalnie interesowała go każda dziedzina sportu.
Pozostawił po sobie mnóstwo pamiątek, nagród, dyplomów, zdjęć, rysunków jachtów. Część tych zbiorów przekazałam do Książnicy Pomorskiej.
Napisał wspaniałą książkę „11.40 GMT – Newport, która pozostanie po nim na zawsze. Nie pamiętam, aby szczecińskie kluby wykorzystywały jego doświadczenie.

Jaworski_Kazimierz_Kuba_1140_GMT_Newport_1980

Jaworski_Kazimierz_Kuba_Zegluj_sam_1984_arch_Andrzej_Androchowicz

 

 

 

 

 

Jaworski, Kazimierz. 11. 40 GMT – Newport. Kraków : Wyd. Literackie, 1980.
Jaworski, Kazimierz. Żegluj sam. Szczecin : Szczecińskie Wyd. Prasowe : Redakcja „Morza i Ziemi”, 1985.

 

 

 

 

Kuba był dla mnie postacią wyjątkową. W dużej mierze dzięki niemu zainteresowałem się wielkimi regatami, bo kiedy zaczynałem żeglować on odnosił największe sukcesy. Byłem na spotkaniu w warszawskim klubie Empik na Ścianie Wschodniej, kiedy prezentował on slajdy z regat OSTAR. Ścisk panował niemiłosierny, każdy chciał zadać pytanie kapitanowi.
Osobiście poznałem go pod koniec lat 90‑tych, kiedy bywał co roku w Gdańsku na ceremonii wręczania nagród „Rejs Roku”. Miałem ogromną tremę, kiedy usiłowałem namówić go na długi wywiad. Zgodził się, umówiliśmy się w Szczecinie. Kiedy dotarłem na miejsce, poświęcił mi kilka godzin opowiadając różne historie ze swej żeglarskiej biografii i odsłaniając wiele tajemnic. Wszystko skrzętnie nagrałem, a kiedy skończyliśmy rozmowę, powiedział, że zgadza się na publikację rozmowy dopiero po swojej śmierci.

1999_Kazimierz_Kuba_Jaworski_fot_Marek_SlodownikKazimierz „Kuba” Jaworski (1999)
fot.: Marek Słodownik

Ostatni raz spotkaliśmy się w Szczecinie na ceremonii powitania jachtu Stary wracającego z rejsu dookoła Ameryki Południowej. Kuba miał problemy z poruszaniem się, ale wypłynął na jednym z jachtów na powitanie młodej załogi. Nie chciał zabrać głosu na uroczystości, był wycofany, skrępowany, ale wciąż bardzo życzliwy. Pamiętał o naszej rozmowie sprzed lat i umowie dotyczącej wywiadu.

Kazimierz_Kuba_Jaworski_&_Jerzy_Siudy_fot_Marek_SlodownikKazimierz „Kuba” Jaworski i Jerzy Siudy
fot.: Marek Słodownik

To zaskakujące, jak niewiele pozostało z jego dorobku. Stocznia im. Teligi przestała istnieć w 1997, pierwszy Spaniel zatonął z październiku 1981 na Morzu Północnym, drugi okazjonalnie przypływa do Polski na zloty żaglowców prezentując banderę łotewską, po Spanielku ślad się urwał.

 2003_Spaniel_II_pod_lotewska_bandera_zlot_zaglowcow_Gdynia_fot_Marek_SlodownikSpaniel II pod łotewską banderą (Gdynia, 2003)
fot.: Marek Słodownik

Dla pokolenia dzisiejszych 50‑latków i starszych Kuba pozostaje postacią legendarną. Młodzi często nie wiedzą, że już 40 lat temu mieliśmy w Polsce żeglarza, który bez kompleksów walczył z najlepszymi, jak równy z równym.

 

Marek Słodownik
Źródła zdjęć:
Archiwum PZŻ, Marek Czasnojć, Marek Słodownik


 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« May 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Maj

A w maju
Zwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia,
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, maju!

Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!...

Julian Tuwim – „Do krytyków” (1920)

 

Maj – piąty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury
i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od czasownika „maić” – ‘stroić, zdobić zielenią
i kwiatami’.

W staropolszczyźnie piąty miesiąc roku nazywany był „trawień” (tej nazwy używa język białoruski i ukraiński: травень ‘maj’, oraz chorwacki – travanj, ale tam tak nazywa się kwiecień) – wiadomo dlaczego.

 

Łaciński Maius zawiera
w sobie imię matki boga Merkurego – nimfy Mai.

 

Dwie dodatkowe etymologie nazwy Maius podaje Owidiusz w ks. V poematu Fasti (8 r. n.e.), traktującego o kalendarzu rzymskim.

Pierwsza wywodzi nazwę miesiąca od majestatu (Maiestas) – na przykład bogini, ale i cesarza, bo niech ktoś tylko spróbuje zaprzeczyć i powie, że cezar Majestatem nie jest!
Drugi owidiuszowski źródłosłów kieruje do starszych (maiores) – w tym wypadku senatorów rzymskich.

Na Owidiusza powołują się różne źródła i autorytety, ale jego wywody słowotwórcze mają tyle wspólnego
z językoznawstwem, co kamień węgielny z węglem kamiennym.

Owidiusz był poetą
i dworakiem – trudno powiedzieć, czym za swego życia bardziej. Boccaccio pisał, by się podobać damom, Owidiusz – by się podobać cesarzowi. Pierwszemu się udało, drugiemu – nie:
w dworactwie poeta nie miał szczęścia, bo inaczej nie dostałby wyroku wygnania (do dziś nikt nie wie, za co). Ale tworzył i wysysał
z palca, co mógł, byle tylko przypodobać się zwierzchności.

Maiestas – to oczywiste, bo bogini – boginią, ale podkadzenie imperatorowi zaszkodzić nie mogło, zwłaszcza że bogini daleko,
a cesarz – blisko.

Maiores – a czy źle było zaskarbić sobie niewinnym pochlebstewkiem życzliwość starców? Którzy – czy ich cesarz lubił czy nie – wciąż jeszcze coś mogli i o czymś tam decydowali.
Zresztą, na zasadzie świeczki i ogarka, Owidiusz nazwę następnego miesiąca, Iunius, w następnej księdze tego samego poematu wywodzi od słowa iuniores ‘młodzi’. Tak że Owidiuszem nie ma sobie co głowy zawracać.
Z równym powodzeniem moglibyśmy wywodzić nazwę „maj” od nazwiska Żemajska (i opiewać piękność obojga), gdyby tylko celem do sforsowania była dla nas twierdza piękności tejże damy. Albo – ogarnięci górnolotnym zapałem – moglibyśmy twierdzić, że z całą pewnością przodkowie nasi miesiąc „maj” nazwali od hasła „Trzymajmy się!”, co było nawiązaniem do szczytnych tradycji, woli przetrwania i misji dziejowej dającej nam pierwszeństwo nad innymi, a maj, jako symbol wiosny i odrodze-
nia… i tak dalej, i dalej.

 

Tak czy siak, nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

W drugiej dekadzie maja panują najchłodniejsze dni wiosenne, więc klimatycznie ten miesiąc też raczej zaprzecza swej symbolice
i w tym kontekście fraza
w w sercu ciągle maj brzmi co najmniej dwuznacznie, jak zresztą wszystko w poezji Jeremiego Wielkiego.

Ochłodzenie majowe jest zjawiskiem klimatycznym charakterystycznym dla całej Europy Środkowej: po okresie utrzymywania się wyżu barycznego nad Europą Środkową i Wschodnią następuje zmiana cyrkulacji atmosferycznej i przy słabnącym wyżu zaczyna – wraz z niżem barycznym – napływać zimne powietrze
z obszarów polarnych.

Według tradycji ludowej środek maja powinien być zimny, deszczowy, a czasem mroźny – jest to znakiem, że aż do jesieni nie powinno być przymrozków.

 

1 maja to Święto Pracy,
w Polsce święto państwowe.

We Francji 1 maja to, oprócz uroczystości organizowanych przez L’Humanité, święto konwalii (la fête du muguet).

 

Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, dzieje się w maju.

 

2 maja to w Polsce Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej.

 

3 maja jest w Polsce świętem państwowym, które oficjalnie nazywa się Święto Narodowe Trzeciego Maja. Ustanowiono je dla upamiętnienia uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Obojga Narodów (3 maja 1791).

…od razu się przyznam. Datownik maja mam niedokończony. Sporo tego, ale jakoś tak się składa, że
z tych wydarzeń, które do tej pory wziąłem na warsztat, większość związana jest
z Rosją. No a przecież, jeśli po Konstytucji – którą się
u nas czci prawie jak konkordat, a już na pewno jak Kościuszkę i Pułaskiego razem wziętych – dam rocznice wydarzeń spod Romanowych, z bolszewii lub z Putinogorska, to będzie wstyd i obraza Boska. Po TAKIEJ Konstytucji? Lepiej zatem poprzestanę na tym, co powyżej (na razie, bo praca trwa)…

 

Znaki Zodiaku w maju:
Byk (♉) – do 20 maja
Bliźnięta (♊) – od 21 maja (najweselszy
i najpogodniejszy znak Zodiaku).

Horoskopy Bliźnięta mają pomyślne w dowolnym układzie, nawet w czarnym PR.

Ludzie spod znaku Bliźniąt
w ogóle nie osiągają dojrzałości zarówno intelektualnej, jak
i uczuciowej.
Jedyne, co naprawdę potrafią, to raz w tygodniu wypełnić kupon gry liczbowej.
Niezdarnie to ukrywają, ale największą przyjemność sprawia im dłubanie w nosie.
Zapraszając takiego do domu należy pamiętać, że kradnie
i koniecznie przed wyjściem zrewidować.

Zauważcie, że nawet zawodowi hejterzy dają Bliźniętom pozytywną recenzję (co jest złego w grach liczbowych, dłubaniu w nosie – dla zdrowia przecież, albo
w zapobiegliwości?) – po prostu nie mają się do czego przyczepić!

Porównajcie z takim wczesnomajowym Bykiem, który ma:

wdzięk powiatowego Casanovy i skłonności dewiacyjne.
Niczym niezmącone przekonanie, że jest pępkiem świata.
Lubi mizdrzyć się zarówno przed lustrem jak i w pracy.
Najbliższą rodzinę terroryzuje od urodzenia do późnej starości.
Nigdy niczego nie czyta, choć o wszystkim ma z góry wyrobione zdanie.
Charakteryzuje go brak umiarkowanie w jedzeniu
i piciu.
Oderwać od rozkoszy stołu mogą go jedynie rozkosze łoża – przy czym i tu Byk będzie dążył do wyuzdanych uciech, nazywając je dla niepoznaki „wyższą sztuką”.
Lenistwo swoje i brak zainteresowania światem zewnętrznym Byki nazywają „dbaniem o domowe ognisko”, a brak wyższych uczuć „stąpaniem twardo po ziemi”.
Wreszcie swą ociężałość umysłową i skrajny konserwatyzm nazywają „przywiązaniem do tradycji” i „opieraniem się na sprawdzonych wzorcach”. Jednym słowem – to leniwi hedoniści, pogrążeni
w brudnej rozpuście
(no dobrze: „brudnej” możemy skreślić, bo znajomy Doktor obrazi się już na amen).

Albo z późnoczerwcowym Rakiem:

Urodzeni pod znakiem Raka oszukują na każdym kroku, zdradzają, uwielbiają podłożyć świnię.
Rakom nie można wierzyć nigdy i w niczym.
Jeśli np. Rak mówi „Cenię sobie twoją przyjaźń”, to można być pewnym, że przed godziną napisał na ciebie donos do szefa.
Raki stale komuś czegoś zazdroszczą, a po dwudziestym piątym roku życia łysieją, garbią się
i tracą zęby.
Słusznie zresztą.

No przecież szkoda słów, bo tu nie pomoże nawet oddział zamknięty.

A kolejne horoskopy są jeszcze gorsze (czytajcie, to się dowiecie), więc po prostu Bliźnięta – których i tak nawet czarny piar się nie ima – punktują z miesiąca na miesiąc.

 

Kwiaty maja:

Konwalia (Convallaria maialis L.) – bylina o kwiatach słodko pachnących, ale zdradziecka, bo silnie trująca; uznawana jest za kwiat szczęścia, pomyślności i młodości; ponieważ symbolizuje też czystość
i skromność, więc często wplatana jest w bukiety ślubne panien młodych (o symbolice toposu „trucizna pod słodyczą” etymologia ludowa jakoś milczy).

Niekontrolowana – konwalia staje się chwastem i to bardzo trudnym do usunięcia, ponieważ łatwo odrasta (ciekawe, czy ma to jakiś związek symboliczny
z owymi bukietami ślubnymi
i skromnością – może odrastają w sposób naturalny…).

Suszone, sproszkowane kwiaty konwalii dodawane są czasem do tabaki – w obliczu powszechnie znanych trujących właściwości substancji psychoaktywnych w tabace zawartych szczypta konwalii różnicy nie czyni.

Duże zastosowanie ma konwalia w medycynie
i zielarstwie, ale i tu ostrzega się przed zejściem wskutek przedawkowania.

W tzw. alfabecie kwietnym konwalie oznaczają nieśmiałość, co jest zrozumiałe: któż by, niewinnym będąc, do trucia jadem zabierał się śmiało?

Duże znaczenia ma konwalia w ikonografii maryjnej, ale to tematyka zbyt szeroka, by ją roztrząsać właśnie tu.

 

Głóg (Crataegus monogyna Jacq.), któremu botanicy dodają epitet „jednoszyjkowy” (co chyba nie jest obraźliwe); symbolizował on ostrożność i nadzieję, na szczęście bardzo dawno temu, bo
w średniowieczu; dziś tylko kłuje i nadaje się na nalewkę.

 

Kamień maja:

Szmaragd – symbolizujący miłość
i powodzenie.

 

W ogóle maj to miesiąc nijaki, coś takiego właśnie jak konwalia:

Maj jest dziwny. Dokładnie taki jak konwalia: trochę aromatu, ale zaraz jakieś przedawkowania i groźba zejścia. Nic dziwnego, że mądrość ludowa odradza zawierania małżeństw w maju (znam majowe
i szczęśliwe, ale być może to wyjątki potwierdzające regułę). I gdyby nie to, że jego ostatnia dekada przynosi najlepszy znak Zodiaku, czyli Bliźnięta, to ogólnie byłoby z majem kiepsko.

Kwiecień, na przykład, zaczyna się od primaaprilisowych wygłupów – i od razu jest weselej.
A popatrzcie, od czego startuje maj: od święta pracy, do której każdy chodzi, bo musi, więc to jest tak, jakby więźniowie obchodzili dzień św. Penitencji i cieszyli się, że jeszcze trochę posiedzą. To mogły wymyślić tylko Byki!
Na szczęście kogo jak kogo, ale ludzi pomysłowych u nas nie brakuje (a założę się, że większość z nich jest spod znaku Bliźniąt) – gdyby nie oni, to już by się w ogóle
w maju nie dało wytrzymać. Bowiem ludzie pomysłowi (zwłaszcza ci spod znaku Bliźniąt) połączyli „święto pracy” z innymi okolicznymi świętami, włączając w to weekendy z przodu i z tyłu,
i stworzyli jeden
z najdłuższych weekendów nowoczesnego świata; weekend, który – jak go dobrze ułożyć – może potrwać nawet 10 dni.
I nawet znajomego lekarza nie trzeba!
A gdy wreszcie, w co nie wątpię, za dzień święty zostanie uznane Święto Kanonizacji, to weekend majowy, podczas którego będzie można kompletnie zapomnieć o pracy, dojść może do dni szesnastu, a kto wie, czy nie więcej.

I ponieważ prawie zaraz po tym weekendzie przychodzą Bliźnięta, to maj daje się jakoś przetrzymać – mimo konwalii, szmaragdów, głogów jednoszyjkowych
i trzech ogrodników, których same imiona wywołują taki dreszcz, że nagłe chłody wcale nie są potrzebne.

Maj jednak rehabilituje się imieninami:
• Moniki;
• Stanisława – ale tylko częściowo, bo połowa Stachów uciekła od Szczepanowskiego do Kostki, tak że nigdy nie wiadomo, który kiedy obchodzi;
• Zofii (Zocha, przecież wiesz, że to o Tobie: wszystkiego najlepszego!)
• i Joanny – które już piękniejszego dnia na imieniny wybrać nie mogły!

 

Śluby i wesela w maju:
w żadnym wypadku! Ale zastrzegam jeszcze raz: tylko według mądrości ludu.

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
piąty miesiąc roku to:

białoruskiмай [maj], травень [trawień]
bośniackimaj
bułgarskiмай [maj]
chorwackimaj
czeskikvěten
kaszubskimôj (też: gòran, maj)
litewskigegužė
łatgalskiLopu (też: maja)
łużycki (dolny)rozhelony (też: rožownik, maj)
łużycki (górny)meja (też: róžownik)
łotewskimaijs
rosyjskiмай [maj]
macedońskiмај albo косар [kosar]
serbskimaj
słowackimáj
słoweńskimaj
ukraińskiтравень [trawień]
żmudzkigegožė

 

Przysłowia związane
z majem:

Chłodny maj,
dobry urodzaj.

Ciepły kwiecień, mokry maj
– będzie zboże jako gaj.

Częste w maju grzmoty
rozpraszają chłopom zgryzoty.

Deszcz majowy,
chleb gotowy.

Deszcz na pierwszym maju,
chyba w urodzaju.

Dużo chrabąszczów w maju,
proso będzie gdyby w maju.

Gdy kukułka w maju,
spodziewaj się urodzaju

Gdy maj jest przy pogodzie,
nie bywają siana w szkodzie.

Gdy się maj z grzmotem
odezwie na wschodzie,
rok sprzyja sianu
i zbożu w urodzie.

Gdy się w maju pszczoły roją,
takie roje w wielkiej cenie stoją.

Grzmot w maju
sprzyja urodzaju.

Jak pszczółki na wiosnę z ula
wcześnie wylatują,
to pewnie mróz na drzewa
w maju nam zwiastują.

Jak w maju zimno,
to w stodole ciémno.

Jeśli w maju grzmot,
rośnie wszystko w lot.

Kiedy lipa w maju kwitnie,
to w ulach miód zawiśnie.

Kiedy mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

Kiedy pierwszy maj płacze,
będą chude klacze.

Kto się w maju urodzi,
dobrze mu się powodzi.

Maj – wołom daj
i sam na piec uciekaj.

Na pierwszego maja szron
obiecuje dobry plon.

Na pierwszy maj
ostatek bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj:
w piecu sobie napal,
za niego się wal.

Nastał miesiąc maj,
kożdy o się dbaj.

Niedalekoć już do maja,
więc nie uchodź za mazgaja.

Nie zawsze na ziemi maj,
nie zawsze
ludzkiemu szczęściu raj.

Pierwszego maja deszcz,
nieurodzaju wieszcz.

Pierwszy maja poranek
jest tęskliwym dla kochanek.

Przyjdzie maj,
przedsię bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj.

Tyle przymrozków w maju,
ile ich było przed św. Michałem.

W maju…
Np. Zobaczymy się
w maju…

[tj. nie teraz, kiedyś może, nigdy]

W maju jak w gaju.

W maju szumne sosieneczki,
wonne puszczą ci chojneczki.

W maju wieje, trochę pada,
coraz bliżej listopada

Witaj nam maiczku
ze słowikiem w gaiczku.

Wody w maju stojące
szkodę przynoszą łące.

 

Przysłowia na
św. Stanisława (8 V):

Do św. Stanisława
z pastuchami sprawa.

Jak się len zasieje
w św. Stanisława
to tak urośnie, jako ława.

Na św. Stanisława
rośnie koniom trawa.

Na św. Stanisława
żytko kieby ława.

Św. Stanisław len sieje,
Zofija konopie,
A Urban jęczmień i owies
każe kończyć, chłopie.

Św. Stanisław –
pierwszy siew prosa,
a ostatni owsa.

 

Przysłowia na
św. Pankracego, Serwacego
i Bonifacego
(12, 13 i 14 V)
:

Jak się rozsierdzi Serwacy,
to wszystko zmrozi
i przeinaczy.

Jasny dzień Pankracego
przyczynia wina dobrego.

Pankracy, Serwacy, Bonifacy
– źli na ogrody chłopacy.

Przed Serwacjuszem nie trzeba
pewnego się lata spodziewać.

 

Przysłowia na
św. Zofię (15 V):

Dla świętej Zosi
kłos się podnosi

Na św. Zofiją
pola w kłos wybiją.

Niechaj mnie Zośka
o wiersze nie prosi

[oczywiście to nie przysłowie, tylko cytat ze Słowackiego]

Św. Zofija ciepło rozwija.

Św. Zofija kłosy wywija.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha