Ewa Bajerska

Urzekła mnie Skała

Czasami w życiu człowieka przychodzi taki okres, że trzeba spakować ostatnie 7 lat do kartonów, zalepić je taśmą klejąca, oddać klucze do niegdyś swojego mieszkania i przeprowadzić się na południe. W moim przypadku ta przeprowadzka była ze wschodniej Szkocji do południowo-zachodniej Anglii, ale wiodła przez Gibraltar i Afrykę, bo postanowiłam po drodze zaliczyć przygodę. Na morzu.

 

Zaczęło się od strony internetowej <http://www.wolna-koja.pl/>. Znalazłam tam jednostkę, która oferowała miejsce w jedynym odpowiadającym mi terminie. Wysłałam kapitanowi mejla, że jestem zainteresowana, on odpowiedział, że ma wolne miejsce, no i zaczęło się planowanie…

 

Aby spędzić tydzień na morzu musiałam nakreślić plan – tu przydało mi się doświadczenie logistyczne – a później go wykonać. W piątek rano, po ostatniej nocce w starej pracy, odebrałam z wypożyczalni w Dundee (tym samym, o którym szanta śpiewa: Brzeg wysoki jest w Dundee…) samochód typu kombi, zapakowałam do niego cały dobytek i pojechałam do Birmingham, aby tam zostawić wszystkie pudła, pudełeczka, gitarę, rower i kije do golfa w przechowalni. Birmingham, mimo że oddalone od mojego docelowego miejsca o ponad 100 mil, dawało mi szansę dojechania do przechowalni, zanim ją zamkną i dotarcia następnego ranka na lotnisko Heathrow.

01_DSC_0185L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

Po nieprzespanej nocy w wieloosobowej sali bardzo klimatycznego hostelu, na długo przed świtem, z bagażem podręcznym, ruszyłam na lotnisko.
Nie pamiętam, jak minął mi trzygodzinny lot, pamiętam natomiast, jak po raz kolejny moim oczom, tym razem z lotu ptaka a nie z morza, ukazała się ta wyjątkowa, majestatyczna skała – The Rock…

…i skomasowane na małej przestrzeni tankowce, kontenerowce, promy oraz inne mniejsze i większe statki. 

02_DSC_0188L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

03_DSC_0369L_Gibraltar_lev_fot_Ewa_Bajerska

Lądowanie, na wymagającym i trudnym dla pilotów lotnisku w Gibraltarze, obyło się bez niespodzianek. 

04_DSC_0336L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska05_DSC_0374L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska
Wesoły pan celnik sprawdzając mój paszport zażartował, że rzuca wszystko i też płynie.

W głównej sali lotniska, wśród ludzi czekajacych do odprawy stała grupka rozmawiająca po polsku, a w niej wysoki, szczupły mężczyzna w czerwonej kurtce Volvo Ocean Race z polską flagą. Podeszłam.
– Przepraszam, czy kapitan Adam? – spytałam.
– Tak.
– No to płynę z tobą – oznajmiłam. I za chwilę poznałam poprzednią załogę, która właśnie miała odlecieć do domu. Jak to wśród braci żeglarskiej bywa, zaraz zaczęło się snucie opowieści z zakończonego rejsu. Krótkich, ale wystarczających, bym już nie mogła się doczekać wypłynięcia.

06_DSC_0203L_fot_Ewa_Bajerska 

Gdy przeszliśmy za granicę – do Hiszpanii – w marinie Alcaidesa moim oczom ukazała się jednostka, na której miałam płynąć: jacht typu Elan 45 o nazwie Krill. Na nim poznałam dwóch kolejnych uczestników rejsu i zaokrętowałam się w koi dziobowej. No i zaczęło się… ćwiczenie cierpliwości. Nie chciałam stracić ani chwili żeglowania. Cały mój staż ponad czterech tysięcy mil na morzu był zdobyty na żaglow­cu Pogoria. Chciałam więc natychmiast wypłynąć po stawieniu się ostatniego załoganta, mimo że tak właś­ciwie nie miałam pojęcia, czego oczekiwać od takiej – według mnie małej, bo 45‑stopowej – łupin­ki w jesienno-zimowych warunkach na trudnej wodzie pływowej.
Dlatego też na początek spotkało  mnie wielkie rozczarowanie, bo zrozumiałam, że nie opuścimy mariny do jutra. Chwilę później sam fakt, że pod moimi stopami jest pokład, który kołysze się na wodzie, a przede mną – przygoda na morzu, dał mi tyle satysfakcji, że niecierpliwość zamieniła się w radosne oczekiwanie.

Dzień zleciał strasznie szybko. Najpierw trzeba było zająć się sprawami organizacyjnymi, np. posta­no­wie­niem, co będziemy jeść i zrobieniem zapasów na kilka dni żeglowania. Potem była okazja, aby razem usiąść, zrozumieć, kto ma jakie preferencje dotyczące żeglugi oraz portów i lepiej się poznać.
Spotkało się kilkoro niesamowitych ludzi. Pani Reporter, która niedawno zdobyła patent żeglarza i chcia­ła spróbować, jak to jest na morzu. Długowłosy z Warszawy, który postanowił zostawić pracę w firmie rodziców, aby zdobyć doświadczenie żeglarskie. Gitarzysta z Krakowa, który wziął kilkumiesięczny urlop w pracy biurowej, aby doskonalić swoje umiejętności żeglarskie i lepiej poznać samego siebie. Biznesmen z północy Polski z niesamowitym doświadczeniem, którego ciągnęło akurat na ten akwen. Płynęłam jeszcze ja, stęskniona za morzem Pani Manager, jak mnie później ochrzczono.
Dowodził nami Kapitan, dla którego prowadzenie rejsów i szkolenie żeglarzy stanowi chleb powszedni.

 

W końcu nastało jutro. Wypłynęliśmy. W mglisto-deszczowych warunkach, minęliśmy główki portu, żaglowiec na kotwicy oraz motorówki i blaszane kolosy na redzie. 07_DSC_0375L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

Wreszcie zaczęła się tak bardzo wyczekiwana przygoda na morzu. Dla mnie zaczęła się tradycyjnie: od karmienia ryb zawartością żołądka. Bardzo chciała dołączyć do mnie Pani Reporter, by choroba morska znalazła się na liście jej doświadczeń, więc Biznesmen, stary żeglarz, szybko dał jej dobrą radę – zeszła więc pod pokład do naszej koi dziobowej i zaczęła czytać książkę. Nie minęło kilka minut, gdy znów zjawiła się na pokładzie – metoda Biznesmena sprawdziła się w stu procentach. Długowłosy i Gitarzysta wpatrzeni w horyzont starali się trzymać dziarsko. Zdrowi natomiast byli Kapitan i Biznesmen – stare wilki morskie.

Majestatyczna Skała Gibraltaru oddalała się za naszymi plecami, …

08_DSC_0379L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

… a przed dziobem coraz dokładniej rysowała się Afryka.

W miarę zbliżania się do marokańskiego wybrzeża niebo się rozpogadzało, a moim oczom stopniowo ukazywał się ląd pokryty soczystą zielenią, całkiem inny od wypalonej jałowej ziemi, którą widziałam tu we wrześniu rok wcześniej z pokładu Pogorii. Morze było usłane mnóstwem niebieskich łódek wiosłowych z dwuosobowymi załogami, w których jedna osoba obsługiwała żyłki a druga wiosła. 09_DSC_0412L_miedzy_Ceuta_a_Smirem_lev_fot_Ewa_Bajerska

Widok był zarówno malowniczy jak i symboliczny. Pokazywał, że wkraczamy w inny świat. W zasięgu wzroku za rufą były jeszcze gigantyczne metalowe kolosy unoszące się na wodzie w okolicach Gibraltaru a przed nami małe drewniane łódki emanujące urzekającą prostotą i harmonią. Nasze dolegliwości minęły a humory dopisywały coraz bardziej.

 

Pierwszym portem, a właściwie mariną był marokański Smir. 10_DSC_0434L_Marina_Smir_fot_Ewa_Bajerska

Miejsce, czyste, kurortowe i z długą plażą, ale bez charakteru mimo, że budynek kapitanatu był w stylu mauretańskim. Czas trwania odprawy paszportowej przypomniał nam, że nie jesteśmy u siebie – w Unii Europejskiej, jednak jakość i liczba jachtów oraz motorówek niczym nie odbiegała od europejskich standardów. 11_DSC_0429L_Krill_w_marinie _Smir_fot_Ewa_Bajerska

Mimo iż sezon dawno się skończył, wiele kawiarenek i restauracji było otwartych. Bardzo szybko odkryliśmy, że za kilkoma rzędami kurortowej zabudowy jest szosa, a za nią kończy się cywilizacja i gorszej jakości droga biegnie w niewiadomym celu, którego nie było widać. Nie zdecydowaliśmy się go zgłębić. Natomiast odkrycie plaży z prysznicami zaraz przy jachcie sprawiło, że w asyście dzielnego Gitarzysty oraz gapiów w osobach Pani Reporter i Długowłosego poszłam się kąpać. Woda, trzeba przyznać, była zimniejsza niż się spodziewałam, niemniej jednak orzeźwiająca listopadowa kąpiel w morzu Śródziemnym była zaliczona. Wieczór spędziliśmy bardzo sympatycznie biesiadując z gitarą przy trunkach przywiezionych z Europy.

 

Nazajutrz, po czasochłonnej odprawie, podczas której celnik nie omieszkał wejść na jacht, popłynęliśmy dalej. Dzień był piękny, słoneczny ze świeżą bryzą. Znowu przez spory kawałek drogi towarzyszyło nam morze usłane marokańskimi rybakami. 12_DSC_0467L_lev_fot_Ewa_Bajerska

Około południa zdecydowałam się na kąpiel. Moja prośba o pozwolenie na wskoczenie do wody spotkała się ze zgodą kapitana. Jak się później okazało, niespodziewającego się, że mówię serio. Ja zaś najpierw wskoczyłam pod pokład po strój kąpielowy, następnie wyskoczyłam za burtę do rześkiej wody. Tymczasem jacht zaczął oddalać się ze znaczną prędkością. Już zaczynałam się zastanawiać, czy oni kiedykolwiek zwolnią i czy przyjdzie mi płynąć wpław ku brzegom marokańskim. Na szczęście Krill zdecydowanie zmniejszył prędkość. Dopłynęłam do niego i weszłam z powrotem na pokład. No i właśnie wtedy okazało się, że nikt nie myślał, że wyskoczę naprawdę.

Płynęliśmy dalej.
Po lewej stronie, jak na wyciągnięcie ręki, była Afryka. W zasięgu wzroku majestatycznie sterczała europejska Skała Gibraltaru i biegła linia brzegowa starego kontynentu. Przed dziobem radośnie zaczęły skakać delfiny, jakby ciesząc się z naszej obecności.13_DSC_0483L_miedzy_Smirem_a_Ceuta_fot_Ewa_Bajerska

 

Kilka godzin później minęliśmy przylądek Malabata i naszym oczom ukazał się arabski napis „Bóg, ojczyzna, król”, tak dobrze znany wszystkim, którzy zapuścili się w te okolice. 14_DSC_0601L_Bóg_ojczyzna_król_fot_Ewa_Bajerska

 

Płynęliśmy do Tangeru, zanim jednak tam dotarliśmy przemiły kontenerowiec zmienił kurs, aby ustąpić nam drogi, natura zachwyciła nas pięknym zachodem słońca, a Gitarzysta rozpieszczał graniem melancholijnych kawałków na pokładzie. Było niesamowicie.
Późnym wieczorem ujrzeliśmy światła główek portu oraz budynków stojących wzdłuż brzegu. Miasto zdecydowanie było podzielone na dwie części. Jedną – dla mnie zaskakującą – była część z blokowiskami na miarę miast aglomeracji śląskiej. 15_DSC_0748_L_Tanger_blokowisko_fot_Ewa_Bajerska

 

Druga – jak na stare afrykańskie miasto portowe przystało – była już bardziej chaotyczna, zabytkowa i zróżnicowana. Tam też udaliśmy się po zacumowaniu longside do jachtu sympatycznych Holendrów. Ale, aby wejść na betonowe nabrzeże, najpierw przydała się znajomość z marokańskim policjantem i mała dawka finansowej perswazji, potem trzeba było przejść chyba po sześciu innych jachtach, a na dodatek jeszcze wspiąć się na największą oponę od traktora, jaką można sobie wyobrazić. Po przebyciu tych wszystkich utrudnień poszliśmy zwiedzać Tanger – by night.

Najpierw spacerowaliśmy klimatycznymi i wyludnionymi, ze względu na późną porę, uliczkami zabytkowej Mediny. Potem, mimo obawy przed konsekwencjami zdrowotnymi, zdecydowaliśmy się usiąść w knajpce przy głównym placu tej części miasta. Nasze ryzyko opłaciło się. Marokańska gościnność została nam okazana w pełnej krasie. Wszyscy zamówiliśmy po jednym daniu, a znoszenie potraw i dodatków na stół nie miało końca. Gdy stół był już zastawiony prawie po brzegi, przyszły dania zamówione przez nas.
16_DSC_0641L_Tanger_fot_Ewa_Bajerska

 

Nie sposób było zjeść wszystko, chociaż się staraliśmy i jeszcze poprosiliśmy o zapakowanie części dla Długowłosego, który pilnował jachtu. Po zakończonym posiłku dostaliśmy rachunek, na którym były tylko dania i napoje zamówione. Potem oddaliśmy się dalszemu zwiedzaniu wąskich uliczek pnących się w górę i podziwianiu krajobrazu portowego poniżej, gdzie nieliczne światła oświetlały kutry rybackie i odbijały się tańczącymi refleksami na wodzie.
Po powrocie na jacht nie obyło się bez gitary, zapasu trunków przywiezionych z Europy i rozmów prawie aż po świt.

17_DSC_0736L_Tanger_port_rybacki_fot_Ewa_Bajerska 

Następnego dnia poszliśmy na miasto z misją specjalną: kupić zapasy jedzenia na następne kilka dni rejsu. Po przemierzeniu części Mediny, gdzie urzekały sklepy z nićmi, dywanami, strojami muzułmań­skimi…   18_DSC_0665L_Tanger_fot_Ewa_Bajerska

20_DSC_0671L_Tanger_medina_fot_Ewa_Bajerska

17_DSC_0675_L_Tanger_fot_Ewa_Bajerska21_DSC_0654L_Tanger_meczet_fot_Ewa_Bajerska

 

oraz zajrzeniu do anglikańskiego kościoła św. Andrzeja z modlitwą Ojcze nasz napisaną po arabsku nad ołtarzem, …

22_DSC_0721_L_Tanger_kosciól_angl_St_Andrew_fot_Ewa_Bajerska

… w okrojonym składzie udaliśmy się do części targowej.

23_DSC_0710L_Tanger_medina_fot_Ewa_Bajerska24_DSC_0706_L_Tanger_fot_Ewa_Bajerska
Ja, jak to ja, rzuciłam się na owoce i warzywa, ale potem zdobyłam się na odwagę i przeforsowałam decyzję, aby kupić coś na targu rybnym. 25_DSC_0713L_Tanger_targ_rybny_fot_Ewa_Bajerska

Dzięki ekspertyzie i fantazji kulinarnej Biznesmena stanęło na langustach, których nota bene nikt z nas nigdy wcześniej nie jadł, nie mówiąc o przyrządzaniu. 26_DSC_0712L_Tanger_targ_rybny_fot_Ewa_Bajerska

Gdy już posłaliśmy z powrotem na jacht Gitarzystę, objuczonego niczym wielbłąd na Saharze naszymi zdoby­cza­mi, jeszcze raz poszliśmy zagubić się w klimacie Mediny.
Ponieważ Biznesmen chciał kupić podarek swojej kobiecie, przyszło mi wchodzić do suków z biżuterią i kobiecymi dodatkami. Jako miłośniczka szali nie mogłam sobie odmówić zapytania o cenę jednego z nich. No i się zaczęło. W kraju muzułmańskim, gdy klient wyrazi zainteresowanie jakimkolwiek towa­rem, sprzedawca za sprawę honoru traktuje dobicie targu. Po długiej wymianie piłek, różnych podstępach z obu stron i zbiciu ceny z 250 dinarów za jeden szal do 3 szali za 150 dinarów oraz podarków, niby dla dzieci, w postaci długopisu i jednorazowego plastikowego płaszcza przeciwdeszczowego, uścisnęliśmy sobie dłonie i transakcja została zakończona. Tak naprawdę cena się nie liczyła – liczyło się bezcenne doświadczenie.
Prawie spóźnieni dotarliśmy na jacht i popłynęliśmy dalej.

 

Naszym kolejnym celem była Ceuta. Przyszło nam oddalić się od bledniejących w ostatnich promieniach słońca zabudowań na brzegu w Tangerze i udać do hiszpańskiego przyczółka w Afryce.

Żeglowało się znowu bardzo przyjemnie. Z dala od farwateru mogliśmy się napawać spokojem. Niebo na naszymi głowami stopniowo rozświetlało się coraz wyraźniej dywanem gwiazd. Muszę przyznać, że spokój i sielankowość udzieliły mi się tak bardzo, że obudzona zostałam dopiero, gdy jacht stał już spokojnie w marinie.
Oczywiście, mimo późnej pory, trzeba było „wyskoczyć na miasto”. Nie spacerowaliśmy daleko. Poszliśmy do jedynego otwartego na deptaku pubu. Posiedzieliśmy, pogawędziliśmy i wróciliśmy na jacht. Tam, mimo iż było po pierwszej w nocy, niezmordowany Biznesmen oświadczył, że pora na jedzenie, a że nikt nie zamierzał iść spać, rozsiedliśmy się z gitarą i czekaliśmy na ucztę. A było na co! Langusty na maśle w sosie pietruszkowo-czosnkowym były wyśmienite. Do tej pory się oblizuję, gdy o nich myślę lub oglądam zdjęcia. 27_DSC_0751L_fot_Ewa_Bajerska
Wieczór jak zwykle się przeciągnął przy opowieściach, wygłupach i śpiewie, bo załoga była przednia!

Rano poszliśmy zwiedzać Ceutę.

28_DSC_0849L_Ceuta_Casa_de_los_Dragones_fot_Ewa_Bajerska
 – Idziemy na górę z fortecą! – rzucił hasło Gitarzysta i pomaszerowaliśmy.
Najpierw przez centrum miasta, potem przez teren uniwersytetu i betonowe osiedle zaprojektowane chyba przez architekta-sympatyka więzień, bo całe bloki były okratowane. 29_DSC_0785L_Ceuta_budownictwo_wiezienne_fot_Ewa_Bajerska30_DSC_0786L_Ceuta_budownictwo_wiezienne_lev_fot_Ewa_Bajerska
W końcu zaczęliśmy się piąć pod górę.
– Przez ten rejs normę chodzenia mam wyrobioną na rok – oświadczył, stękając, Biznesmen.
Gdy dodrapaliśmy się do twierdzy, pocałowaliśmy klamkę gigantyczych drewnianych drzwi, ale to właściwie nie miało znaczenia bo z perspektywy budowli obronnej podziwialiśmy Ceutę oraz Morze Śródziemne i bezkres Atlantyku rozpościerające się pod nami.31_DSC_0803L_Ceuta_widok_spod_twierdzy_na_W_fot_Ewa_Bajerska32_DSC_0562L_Gibraltar_widziany_z_Afryki_fot_Ewa_Bajerska

Po uzupełnieniu zapasów mięsa, pieczywa i produktów pierwszej potrzeby wróciliśmy na jacht. Tam zastaliśmy niespokojnego Kapitana, który wiedział, że sztorm szalejący na Atlantyku zbliża się nieubłagalnie do Cieśniny Gibraltarskiej.

Gdy wypłynęliśmy w kierunku Puerto Sotogrande, od razu dało się odczuć, że zmiana pogody jest blisko. Znad oceanu nadciągały czarne, rozbudowane cumulusy, a rozkołys stawał się coraz większy. 33_DSC_0899L_lev_fot_Ewa_Bajerska

Przy odchodzącym szaro dniu delfiny postanowiły wynagrodzić nam, że byliśmy jedynych jachtem pływającym w zasięgu wzroku, a może nawet i wielu mil. Zaczęły pływać przy dziobie, przepływać pod jachtem, wyskakiwać z wody – w pełnej synchronizacji, połączone w pary, trójki i czwórki. Urządziły pokaz – i zniknęły.
Zaraz potem natarły bezlitośnie czarne chmury i piętrzyły się coraz bardziej, gdzie okiem nie sięgnąć. Co chwilę grzmiało i błyskało, ale – ku mojej wielkiej radości – nie padało. Obserwowaliśmy, z której strony wyładowanie atmosferyczne są najgorsze, aby się tam przypadkiem nie wpakować i dążyliśmy do portu.
Chwilę po tym, jak ujrzeliśmy światła główek, dzieląca nas od nich ściana deszczu pokazała, na co ją stać. Przemoczeni do suchej nitki dotarliśmy do wyludnionej mariny, w której tak kołysało, że kapitan miał pewne obawy, czy uda nam się znaleźć jakieś w miarę spokojne i bezpieczne miejsce na postój. W końcu zacumowaliśmy między dwoma większymi jednostkami. Zmęczeni, cieszyliśmy się, że pod pokładem jest sucho i ciepło oraz że jesteśmy w miarę bezpieczni.

Rano, mimo rzęsistego deszczu, wyszłam zobaczyć, co godnego uwagi jest w tej miejscowości. Przy marinie znajdował się snobistyczny kompleks wypoczynkowy z idealnie przystrzyżonymi drzewkami i trawnikami – dba o to pewnie obsługa niedaleko położonego pola golfowego.
Po wyjściu z labiryntu stosunkowo nowych i pomalowanych na intensywne kolory willi przekroczyłam jezdnię i udałam się w kierunku maleńkiej mieścinki po drugiej stronie drogi, w której toczyła się co­dzien­na egzystencja lokalnych ludzi. W stosunkowo skromnych warunkach odpoczywali oni od najazdu turystów, bo sezon dawno się skończył.
Zwiedzanie skończyło się szybko: chcieliśmy wrócić do portu przeznaczenia, po drugiej stronie Gibraltaru, zanim sztorm zacznie się przewalać przez cieśninę z pełnym impetem.

Morze przy brzegu przypominało górską rzekę po roztopach. Woda była brązowa, pełna gałęzi i innych śmieci, które najprawdopodobniej spłynęły rzeką Guadiaro.
Gdy wreszcie przepłynęliśmy żurowatą powierzchnię usłaną przeszkodami, stawaliśmy się coraz bardziej wyeksponowani na wiatr i fale. Na horyzoncie było widać cały rząd różnego rodzaju statków i łodzi stojących na redzie, my natomiast delektowaliśmy się żeglarstwem mimo fali i sporych podmuchów. Mieliśmy postawioną tylko jedną czwartą genui, ale to wystarczało, aby wspinać się na fale i stosunkowo szybko zmniejszać odległość do ostatniego portu tego rejsu. Ciągłe zwroty, woda waląca o burtę, piana rozbijająca się o jacht oraz niebo pokryte różnorodnymi chmurami – to był żeglarski raj.
Niestety, coraz wyraźniej rysująca się monumentalna skała i charakterystyczna czerwono-biała latarnia morska bezlitośnie przypominały, że już niedługo żeglarska przygoda dobiegnie końca.34_DSC_0988L_Gibraltar_lev_fot_Ewa_Bajerska35_DSC_0949L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

Z wielkim smutkiem asystowałam przy cumowaniu w marinie Alcaidesa. Nie mieliśmy już wypłynąć, ale za to byliśmy bezpieczni. Na okolicznych wodach szalał sztorm i burze. Cisza w eterze radia kilka razy została przerwana wezwaniami pomocy – Distress!, które przypominały, że z żywiołem nie ma żartów.
Dla mnie – mimo dramatu, który rozgrywał się niedaleko nas – była to noc magiczna: leżałam w mesie z otwartą zejściówką i zasypiałam wpatrzona w „moją” Skałę, której różne profile już tak dobrze znałam z widzenia. Niebo co chwilę rozdzierały błyskawice i co kilka sekund było widać majestat tego tworu przyrody skąpanego w strugach deszczu.

 

36_DSC_0010L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

 

Ogromne strategiczne znaczenie Gibraltaru i jego niesamowitej Skały, której Londyn przesyła pocałunki w postaci mgły, uzmysłowiłam sobie dopiero następnego dnia w jej głębi, podczas spaceru po tunelach.

Gdybyśmy go mieli i uczynili obronnym, czyż nie byłby zarówno ułatwieniem dla naszego handlu jak i utrapieniem dla Hiszpanów? – pytał o Gibraltar w 1656 roku Oliver Cromwell admirała Roberta Blake’a zwanego „ojcem Royal Navy”. – Czyż nie umożliwiłby nam, bez potrzeby utrzymywania wielkiej floty u tych wybrzeży, jakimiś sześcioma fregatami stacjonującymi tutaj, wyrządzić Hiszpanii większe szkody niż całą eskadrą i jednocześnie czyż nie ulżyłby w naszych wysiłkach?

Marzenie Cromwella spełniło sie dopiero pół wieku później: 4 sierpnia 1704, podczas wojny o sukcesję hiszpańską, połączone siły angielsko-holenderskie po czterodniowej bitwie, zajęły Gibraltar. Formalnie zaś Skała przypadła Brytanii na mocy pokoju zawartego w Utrechcie 13 lipca 1713.
301 lat temu!

37_DSC_0175L_Gibraltar_lev_fot_Ewa_Bajerska 

Ale rejs się skończył. Załodze nie pozostało nic innego, jak rozjechać się w różne strony świata, lub popłynąć na dalszą część przygody. Wsiadając do samolotu lecącego do Wielkiej Brytanii wiedziałam, że to dopiero kolejny etap zdobywania żeglarskiego doświadczenia, bo morza i oceany świata czekają na mnie z otwartymi ramionami.
Skała natomiast tak mnie urzekła, że obiecałam sobie wrócić tu jeszcze nie raz, by zgłębiać jej zakamarki i historię. Do zobaczenia!

38_DSC_0180L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

 

PS.
Dziękuję wszystkim członkom załogi. Szczególnie: Gitarzyście za klimatyczne wieczory, Kapitanowi za to, że mnie nie udusił i Biznesmenowi za to, że mnie narażał.
Największe podziękowania kieruję w stronę
Żeglujmy Razem, za zmobilizowanie mnie do napisania tego artykułu i przypomnienie, jaką satysfakcję może dawać proces twórczy.

tekst i zdjęcia: Ewa Bajerska
listopad 2014 / luty 2015

 Gibr_Strait_5

 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« October 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 
Jesień
– jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

•   Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

•   i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

•   Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

•   Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

•   Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

•   Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

•   Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

•   Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

•   Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

•   Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

•   Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

•   Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

•   Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

•   Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

•   Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

•   Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę polska.

•   Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

•   Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

•  Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
    Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
    A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

•   Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

•   Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

•   Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

•   Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

•   Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

•   Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

•   Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

•   Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

•   Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic na to nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.

Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią.
Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna  nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!
Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

Idzie jesień, a tu próżna kieszeń.

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień, brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień, ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę
z korca deszczu, garniec błota.

Pzdrwm_Robak

PS.
Za pocztówki dziękuję (w kolejności nadlatywania z czterech stron świata):

•   Kai (ze Shqipërii);
•   Kai, Mai i Witoldowi (z Finlandii, z rejsu Zaruskim);
•   Markowi (właśnie temu ze Świdnicy, a kartka była pantomimiczna z Wrocławia!);
•   Oli, Matyldzie, Mai, Strusiowi, Zuzi i Zuzi (skądże by, jak nie z Pogorii sześć pocztówek w jednej kopercie!);
•   Karolowi (z któregoś z rozlicznych festiwali);
•   Natalii (z Lidingo w Szwecji);
•   Łukaszowi (nie powiem, skąd);
•   Magdzie i Maszy (najpierw z Grecji, później ze Złotych Gór);
•   Oli (banan z Tennessee!);
•   Zuz-Ali (z Jastrzębia, ale i ze Zdroju);
•   Martynie (ciężko powiedzieć, skąd : );
•   Mirce i Stachowi (najpierw z Gruzji, a potem z Litwy);
•   Kasi (z jej rejsu na pokładzie jednostki czterokołowej Helena);
•   Krzysztofowi, znanemu jako "Kapitan" (z wędrówki po ostępach Montany i Yellowstone);
•   Ryśkowi (z rejsu, który prowadził dookoła Sycylii);
•   Kryspinowi (z Krakowa ale z Wieliczki);
•   Dorocie, Idze i Karolowi (z Kazimierza).

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

PAŹDZIERNIK...

Jasne, że październik. Wystarczy spojrzeć w okno i widać. No, chyba że ktoś mieszka w tropikach, na przykład w Singapurze.

Październik – dziesiąty miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.
Jest najdłuższym miesiącem w roku kalendarzowym: ponieważ na październik przypada zmiana czasu letniego na zimowy jest on dłuższy o jedną godzinę od pozostałych 31-dniowych miesięcy.

Teraz powinno być, jak etymologię słowa „październik” wyjaśnia Aleksander Brückner (pamiętamy: 1856-1939, filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny) i jeszcze np. zgrabny cytacik z Lindego. Ale nie będzie, bo to wyjaśni każdy, nawet ci, co o Brücknerze i Lindem nie słyszeli w życiu, a nawet tacy, dla których zaskoczeniem jest fakt istnienia słownika języka polskiego, bo przecież jeżeli słownik – to z jakiegoś na jakiś, a nie z naszego na nasze.
„Wrzesień” – bo wrzosy, „listopad” – bo liście spadają, „grudzień” – bo gruda (tu już tak prosto nie jest, bo na własne uszy słyszałem, jak ktoś powiedział, że mu coś „idzie jak po grudzień”).

A „październik”? Tu też jest „trudniej”, bo chodzi o paździerze, od których jest też „płyta paździerzowa” (a nie na odwrót!) – odpadki z lnu lub konopi.
Dziś mało kto zna bajkę Konopnickiej Jak to ze lnem było, a tego, jak się obrabia len – poza specjalistami – dziś nie wie nikt, choć kiedyś była to jedna z podstawowych prac w każdym większym gospodarstwie. W bajce, jak to w bajce: był król – dobrotliwy, sprawiedliwy, ale bardzo nieszczęśliwy, ciągle bowiem był zmartwiony z racji takiej, że jego naród na grzbiet nie miał co włożyć. Dał mu starzec, przy drodze spotkany, worek nasion mówiąc, że złoto z nich wyrośnie – ale że nie wyrosło, więc król zielsko najpierw kazał wyrwać, później w rzece topić, później pod lasem rzucić. A gdy znów mu się przed oczy napatoczyło, zawołał:

– Hej tam! Zabrać mi to przeklęte zielsko i otłuc kijami, żeby aż z niego paździerze poszły!
I z wielką pasją do domu wracał, a z nim goście jego.
A pachołki tymczasem, one pęki łodyg porwawszy, zaczęli je kijami okładać tak, że aż z nich paździerze leciały.
Naleciał tych paździerzy okrutny pokład, a łodygi aż pobielały, jak z nich ta pierwsza surowizna zeszła.

Tymczasem starzec – którego król zdążył już w lochu uwięzić – nauczył dzieweczkę jedną, jak z łodyg lnianych nić wysnuć i płótno utkać, i królowi sztukę materiału w darze złożył, mówiąc:

Kazałeś go topić?
Dobrześ uczynił, bo jego łodyżki w wodzie odmięknąć muszą.
Kazałeś go z wody precz cisnąć?
Dobrześ uczynił, bo go trzeba suszyć.
Po moknięciu owym kazałeś go kijami z paździerzy obić?
Dobrześ uczynił, bo tę złą paździerz obić trzeba z łodygi, żeby ją uprawić.
Kazałeś je zaś powtórnie kijami obijać?
I toś dobrze uczynił, bo do trzeciej skóry len obić trzeba i kijem go wyłamać, żeby do włókna się dostać.
[…] Królewna niech każe po wsiach len siać i tak go sprawić z rozwagą i miłością, jakeś go ty królu, z gniewem sprawiał, a z płótna niech da koszule dla wszystkich sierot i niemocnych szyć, co jest więcej niż złoto, bo jest poratowanie ubóstwa i niedostatku.

I tak to się wszystko – jak pisał x. Tischner – fajnie po góralsku skończyło, hej!

 

Hen, drzewiej... [„hen” to wg słownika 'wzmocnienie okolicznika miejsca', „drzewiej” to 'dawniej' (a nie tryb rozkazujący)] dziesiąty miesiąc roku nazywano u nas również: paździerzec lub paździerzeń (od tych samych paździerzy), pościernik (od ściernisk jesienią pola pokrywających), a także winnik, co zbieżne było ze starogermańską nazwą października Weinmond, więc smacznie – bo od wina.

Łacińska nazwa October – „ósmy miesiąc” (octo to po łacinie osiem), zaczęła być używana od roku 46 p.n.e., kiedy to Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).
Nazwa ta została zapożyczona przez większość języków europejskich.

 

Październikowe rocznice

 

1 października 1800: trzeci traktat z San Ildefonso – Hiszpania oddaje Francji „Zachodnią Luizjanę”.

Cudzysłów dałem dlatego, że owa nazwa nie ma nic wspólnego z dzisiejszym stanem Luizjana, gdyż w owym czasie oznaczała terytorium stanowiące prawie 25% powierz­chni dzisiejszych Stanów Zjednoczonych.
Obejmowało ono – w całości – dzisiejsze stany (porządek alfabetyczny): Arkansas; Dakota Południowa; Iowa; Kansas; Missouri; Nebraska; Oklahoma; oraz mniejsze lub większe części stanów (porządek prawie alfabetyczny): Dakota Północna; Luizjana (na zachód od Missisipi, z Nowym Orleanem); Minnesota (na zachód od Missisipi); Montana, Wyoming i Kolorado (na wschód od Gór Skalistych); Nowy Meksyk (część północno-wschodnia); Teksas (część północna) i niewielkie kawałki dzisiejszych prowincji kanadyjskich Alberta i Saskatchewan.

Hiszpania oddała więc taki kawał kontynentu Francji w zamian za:

● obietnicę utworzenia królestwa na podbitym przez Napoleona Półwyspie Apenińskim (państwa „Włochy” wówczas nie było; powstanie dopiero w 1861 r.) którym władać miał bratanek hiszpańskiego króla – książę Parmy, Ludwik Franciszek Filibert Burbon-Parmeński;

● obietnicę Francji, że nie przekaże „Zachodniej Luizjany” żadnemu innemu państwu.

● Do tego Hiszpanie zgodzili się dołożyć sześć 74-działowych okrętów wojennych, które miały być przekazane po objęciu przyrzeczonego tronu przez Ludwika Franciszka Filiberta.

Trzeci traktat z San Ildefonso (ściśle tajny w momencie podpisania) ogłoszono miesiąc po uzgodnieniu. Ostateczna umowa podpisana została 21 marca 1801 r. w Aranjuez.

Napoleonowi, wojującemu z Anglią, zależało na sojuszu z Hiszpanią, więc Ludwik Franciszek Filibert, 21 marca 1801 r., został królem tzw. Etrurii, ze stolicą we Florencji (że pod kontrolą Francji, to jasne, prawda?). Panował krótko: dwa lata później zmarł, zostawiając na tronie 4-letniego syna.
Epizod Królestwa Etrurii trwał też krótko, bowiem Napoleon w 1807 roku włączył je w skład Cesarstwa Francuskiego.
I tak została wypełniona francuska obietnica pierwsza.

Karol IV Hiszpański ogłosił dekret królewski o przekazaniu „Zachodniej Luizjany” Cesarstwu Francji 15 października 1802. Trzy miesiące później Napoleon złożył, a Thomas Jefferson przyjął ofertę kupna/sprzedaży tego terytorium.
I tak została wypełniona francuska obietnica druga.

Okręty (Intrépido, Conquistador, Pelayo, San Genaro, AtlanteSan Antonio) zostały przekazane Francji, zgodnie z umową, w marcu 1801 r.

 

Jak było dokładnie ze sprzedażą „Zachodniej Luizjany” Stanom Zjednoczonym, przeczytacie przy dacie 30 kwietnia, bo właśnie tego dnia, w 1803 roku, podpisany został akt transakcji zwanej Louisiana Purchase. A w skrócie rzecz miała się tak.

Rewolucja francuska z 1789 roku (zwana Wielką) oparła się na trzech wyrazach-hasłach: liberté, égalitéfraternité, komunikując całemu światu, że wszyscy ludzie są wolni, równi i (sobie) braćmi. Ludzie prostoduszni przyjęli to bez zastrzeżeń, zapominając, że zawsze są ludzie bardziej wolni i bardziej równi niż inni, a braterstwo też może być różne, np. stryjeczne, cioteczne czy jeszcze dalsze.
Dosłownie pół godziny po napisaniu tych słów, otworzyła mi się (słowo daję: przypadkiem) jedna z książek na stronie z następującym cytatem:

Rewolucje proklamują szlachetne słownictwo, które przenika do mowy potocznej: nawet przeciwnicy wierzą w głębi serc, że zawarte w intencjach re­wo­luc­ji dobro i rozum wyeli­minują w końcu przemoc i absurd, wierzą w sło­wa, albowiem moc słów jest nieod­gad­nio­na, zaś na zużycie ich nie starczy stuleci.

Précisément.
Tacy właśnie prostoduszni ludzie zamieszkiwali kolonię francuską Saint-Domingue (zachodnia część wyspy Hispaniola, dziś: wyspa Haiti; po polsku kolonia ta zwana była z hiszpańska: San Domingo). Pojęli oni rewolucyjne hasła dosłownie i zażądali tego, co im się wydawało ich.
Sęk w tym, że byli to czarni niewolnicy z plantacji, którym do głowy nie wpadło, że gdy biali panowie w Europie robią demokratyczno-wolnościowe rewolucje, to czarnym do tego wara, bo mają pracować jeszcze więcej, gdyż rewolucja zawsze potrzebuje pieniędzy. Jednak niewolnicy – jak to niewolnicy – zaczęli powstanie.

Ekspedycje wojskowe wysłane do Saint-Domingue przez Hiszpanię, Wielką Brytanię i Napoleona, by spacyfikować buntowników (Legiony Polskie z armii napoleońskiej też pacyfikowały, a jakże) były dziesiątkowane zarówno przez powstańców, jak i choroby tropikalne. Ukaz z 1802 roku, który nadszedł z Paryża i oznajmiał utrzymanie niewolnictwa na Martynice i Gwadelupie także niewiele pomógł.

Napoleon zdał sobie sprawę, że Saint-Domingue nie utrzyma (i rzeczywiście: powstańcy ogłosili niepodległość 1 stycznia 1804 jako Haiti), a bez tej bazy wszelkie posiadłości francuskie na kontynencie północnoamerykańskim nie przetrwają długo. Najbardziej zaś potrzebne mu były pieniądze.

Jefferson z kolei zdawał sobie sprawę, że wkrótce pojawi się co najmniej dwóch pretendentów do „Zachodniej Luizjany” – Hiszpania i Anglia i że najtańsza wojna będzie wielokrotnie droższa od ceny wynegocjowanej z Francją. Francja zaś proponowała sprzedaż terytorium mającego 2.144.510 km2 (828.000 mil kw.) za 15 milionów dolarów (11,75 mln gotówką, reszta – przez umorzenie długu), czyli 7 centów za hektar (po amerykańsku: 2,8ȼ za akr). Dziś by to było ok. 236 milionów dolarów czyli 1,11 dolara za hektar (44,5ȼ za akr) – darmo!

Trzeba tu jeszcze dodać, że w owym czasie duża część ziem wchodzących w skład „Zachodniej Luizjany” mogłaby się reklamować jako „nietknięta stopą białego człowieka”.

 

 

14 października 1582 był dniem ciekawym, bo datą dnia poprzedniego był 4 października – czyli 10 dni wypadło z kalendarza. Stało się to za sprawą bulli Inter gravissimas [„Wśród najpoważniejszych (obowiązków pasterskich)"] wydanej przez Grzegorza XIII.
Papież zarządził zmianę, by dostosować daty obowiązującego do owej pory systemu juliańskiego do kalendarza solarnego czyli astronomicznego, bo np. przesunięcie Wielkiejnocy zaczęło być zbyt wielkie.
Kalendarz wprowadzony przez Juliusza Cezara w 45 r p.n.e. był postępem wobec tego, jak liczono daty w Rzymie wcześniej, ale miał i wady: m.in. w wyznaczaniu lat przestępnych, przez co spóźniał się wobec Słońca o 1 dzień na 128 lat.
Kalendarz Grzegorza zreformował naliczanie lat przestępnych (miał 1 dzień spóźnienia solarnego na 3322 lata), ale musiał też zniwelować różnicę (dokładnie: jej część), jaka narosła w systemie juliańskim, stąd właśnie ów przeskok o 10 dni.

Różne kraje przyjęły tę zmianę różnie.
Katolicy – Hiszpania, państwa włoskie czy Polska – przyjęli kalendarz gregoriański niemal natychmiast.
Wielka Brytania przyjęła go niemal 200 lat później (1752), Bułgaria – w 1916, Grecja – w 1923.

W Rosji było jeszcze dziwniej: kalendarz zmienił się tam w roku 1700 ale... z bizantyjskiego na juliański. Bizantyjski – wiadomo: otrzymany od Cesarstwa Wschodniorzymskiego i dumnie podtrzymywany, gdy po 1453 roku drugim Konstantynopolem – stolicą prawosławia – stał się Kijów, a później Moskwa.
Bizantyjczycy poszli na całość: żadne tam założenie miasta, czy nawet narodzenie Chrystusa, tylko stworzenie świata. Wyliczyli sobie, że akt kosmicznej kreacji wydarzył się (wg naszych ułomnych obliczeń) w 5508 r p.n.e. i w AD 691 zaczęli datować lata po swojemu, uznając ten rok za 6199.
W roku 7208 Piotr I, modernizując Rosję, chciał uczynić (i uczynił) to samo z jej kalendarzem. „Ciut mu się jednak – jak mawia mój przyjaciel, Geografem zwany, więc i na kalendarzach się znający – omskło.” I car Piotr zamiast gregoriańskiego wybrał kalendarz juliański, oznajmiając w dodatku, że niniejszym jest rok 1700, czyli początek wieku osiemnastego.
Z tym też mu się „omskło” (podobnie jak sto lat później Słowackiemu; a niektórzy nie mogą tego zrozumieć do dziś), bo lata zakończone na dwa zera kończą stary wiek, a nie są początkiem nowego. Ale wydaje się, że na Rusi nie było głupiego na tyle, żeby wytknąć błąd carowi – więc tak zostało.
Wreszcie przyszli bolszewicy i w roku 1918 przeszli na system gregoriański.
Aż dziw: bolszewicy przejęli system burżuazyjno-religiancki. Chyba tylko dlatego, że przyspieszał kalendarz: jeden dzień – a dziesięć dni władzy proletariatu więcej!

Ale w Rzeczypospolitej też łatwo było jedynie teoretycznie. W aktach obrad sejmowych, które rozpoczęły się w Warszawie w październiku 1582 odnotowano: wedle poprawy nowego kalendarza w dzień świętej Jadwigi (15 października) roku tysięcznego pięćsetnego osiemdziesiąt drugiego [Sejm] zaczęty i zagajony został.

Ciekawa rzecz: Stefan Batory, który początkowo nakazywał wprowadzenie nowego datowania w urzędach państwowych i całym państwie bez względu na wyznanie (nie zachował się żaden oryginał tego rozkazania), w roku następnym rozkaz złagodził i do hierarchów Kościoła Prawosławnego, 18 maja 1585, napisał:

postanowiliśmy dla wyznawców religii Greckiej, którzy w Wielkiem Księstwie Litewskiem zamieszkują,
udzielić wolne i spokojne wyznanie, odbywanie i zachowywanie w temże Księstwie
wszelkich obrządków i rytuałów podług dawnego kalendarza i przepisu.

W roku kolejnym (21 stycznia 1584) król powtórzył: ludzie greckiego zakonu do tej poprawy kalendarza nowego, bez przyzwolenia starszego patryjarchy swojego, gwałtem przymuszani być nie mają. Ten uniwersał był reakcją na zachowanie katolickich fundamentalistów, którzy we Lwowie, w Wilnie i Łucku wszczęli rozruchy, gdyż nie podobało im się, że prawosławni obchodzili święta kościelne dziesięć dni później. Dziesięć dni, jak widać, nie dym!

Ruszyli się nie tylko katolicy. Rewoltę antygregoriańską wszczęli ewangelicy w Inflantach; w Rydze zrobiło się groźnie do tego stopnia, że w styczniu 1585 ryska rada miejska musiała zagwarantować opozycji, iż stary kalendarz będzie obowiązywał tak w sferze kościelnej jak i świeckiej. I tak było.
Gdy nakaz datowania gregoriańskiego powtórzył w 1589 kolejny król, Zygmunt III, Ryga odmówiła, a w 1613 złożyła formalny protest na sejmiku – i zgoda na używanie dat juliańskich została jej przyznana.

Podobnie rzecz się miała w Prusach Książęcych, gdzie rozkazowi królewskiemu otwarcie zaoponowano. Bez szemrania za to daty gregoriańskie przyjęte zostały w 1612, gdy zadekretował je pruski książę-regent Johann Sigismund, opiekun prawny formalnego władcy Albrechta Friedricha, słabującego wówczas na umyśle.

Który to już raz chce się za podlaskimi adwersarzami Bogusława Radziwiłła powtórzyć: Omnis novitas in re publica periculosa est — Wszelka nowość w Rzeczypospolitej jest niebezpieczna.

Choć może bardziej pasowałby tu cytat Radziwiłła sienkiewiczowskiego: „Ej, galimatias w tej waszej Rzeczypospolitej, galimatias.”

 

Dużo się tego zrobiło, choć rocznice tylko dwie. Wobec tego:

 

Znaki Zodiaku
przypadające na październik

Waga (♎, do 22 października).

Skorpion (♏, od 23 października).

Wstyd nawet pisać. Pijar tzw. czarny (więc prawdziwy, bo bez kadzenia i komercyjnej chęci przypodobania się każdemu) jest po prostu bezlitosny O Wadze było we wrześniu, a Skorpion?

Ma manię prześladowczą.
Nic nie jest w stanie zmienić jego przekonania, że licznym, stałym niepowodzeniom Skorpiona
winien jest zawsze ktoś inny, a nie on sam.
Ze strachu atakuje pierwszy i to od tyłu.
Z przyjemnością dręczy zwierzęta i marzy o posadzie dozorcy w ZOO.

Maju, przybądź!

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich

dziesiąty miesiąc roku to:

białoruskiкастрычнік [kastrycznik]
bośniackioktobar
bułgarskioктомври [oktombri]
chorwackilistopad
czeskiříjen [rzijen]
kaszubskirujan (też: pajicznik, paklepnik, pazdzérznik, oktober)
litewskispalis
łatgalskileita
łużycki (dolny)oktober (też: winowc, winski)
łużycki (górny)oktober (też: winowc)
łotewskioktobris
macedońskioктомври [oktombri] albo листопад [listopad]
rosyjskioктябрь [oktiabr’]
serbskioктобар [oktobar]
słowackioktóber
słoweńskioktober
ukraińskiжовтень [żovtień]
żmudzkispalis

 

Przysłowia związane
z październikiem:

Gdy październik ciepło trzyma,
zwykle mroźna bywa zima.

Gdy październik ze śniegiem przybieży,
na wiosnę długo śnieg na polach leży.

Grzmot październikowy – niestatek zimowy.

Jeżeli październik jest wietrzny i mroźny,
to nie będzie za to styczeń, luty groźny.

Miesiąc październy,
marca obraz wierny.

Październik chodzi po kraju,
żenie ptastwo z gaju.

Październik, bo paździerze
baba z lnu cierlicą bierze.

Październik, gdy grzmot na wschodzie naprawi,
burz nas wielkich i wiatrów nabawi.

Pościernik, bo po ścierni,
pług rznąc skibę, rolą czerni.

W krótkie dzionki października
wszystko z pola, sadu znika.

W październiku jak na śmietniku

W październiku, jeśli liście z drzewa nie spadają,
będzie tęga i ostra zima.

W październiku myśli z ptakami na południe odlatują.

 

Przysłowia na


św. Franciszka (4.X)

Na św. Franciszka
chłop już w polu nic nie zyska.

Na św. Franciszka
odlatuje pliszka.

 

św. Brygidę (8.X)

O św. Brygidzie
babie lato przyjdzie.

 

św. Emila (11.X)

Na Emila
babskie lato się przesila.

 

św. Edwarda (13.X)

Na Edwarda – jesień twarda.

 

św.Teresę i Jadwigę (15.X)

Dobra Tereska,
kto z nią nie mieszka.

Każda Teresa
ma swe interesa.

Na św. Teresę
odziej się w bekieszę.

Do św. Jadwigi
pozbieraj jabłka, orzechy i figi.

Jadwiga rzepę kopie.

Kto sieje na Jadwigę,
ten zbiera figę.

Od św. Jadwigi
włóż na górę czepigi.
[można odłożyć na strych pługi i radła, bo to koniec orki]

Po św. Jadwidze
słodycz w marchew idzie.

 

św. Gawła (16.X)

Kiedy w św. Gaweł słota,
będzie w lecie dużo błota.

Św. Gaweł stoi na to,
jakie będzie przyszłe lato.

 

św. Łukasza (18.X)

Już minął św. Łukasz,
czego w polu szukasz?

 

św. Urszulę (21.X)

Od Urszuli
śnieżnej oczekuj koszuli.

Urszula do pieca przytula.

 

św. Kryspina (25 X)

Na świętego Kryspina
szewc przy świecy poczyna.

W świętego Kryspiniana
każda szewczyna pijana.
[św. Kryspin uważany jest za patrona szewców]

 

św. Szymona (28.X)

Kiepski rok zapowiada,
gdy na Szymona pada.

Na Szymona i Judę
trza opatrzeć budę.

Od Szymona i Judy
przeszły w polu trudy.

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytat wewnątrz tekstu:
Tyrmand, Leopold. Życie towarzyskie i uczuciowe.
Paryż : Instytut Literacki, 1967; str. 167.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha