Ewa Bajerska

Urzekła mnie Skała

Czasami w życiu człowieka przychodzi taki okres, że trzeba spakować ostatnie 7 lat do kartonów, zalepić je taśmą klejąca, oddać klucze do niegdyś swojego mieszkania i przeprowadzić się na południe. W moim przypadku ta przeprowadzka była ze wschodniej Szkocji do południowo-zachodniej Anglii, ale wiodła przez Gibraltar i Afrykę, bo postanowiłam po drodze zaliczyć przygodę. Na morzu.

 

Zaczęło się od strony internetowej <http://www.wolna-koja.pl/>. Znalazłam tam jednostkę, która oferowała miejsce w jedynym odpowiadającym mi terminie. Wysłałam kapitanowi mejla, że jestem zainteresowana, on odpowiedział, że ma wolne miejsce, no i zaczęło się planowanie…

 

Aby spędzić tydzień na morzu musiałam nakreślić plan – tu przydało mi się doświadczenie logistyczne – a później go wykonać. W piątek rano, po ostatniej nocce w starej pracy, odebrałam z wypożyczalni w Dundee (tym samym, o którym szanta śpiewa: Brzeg wysoki jest w Dundee…) samochód typu kombi, zapakowałam do niego cały dobytek i pojechałam do Birmingham, aby tam zostawić wszystkie pudła, pudełeczka, gitarę, rower i kije do golfa w przechowalni. Birmingham, mimo że oddalone od mojego docelowego miejsca o ponad 100 mil, dawało mi szansę dojechania do przechowalni, zanim ją zamkną i dotarcia następnego ranka na lotnisko Heathrow.

01_DSC_0185L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

Po nieprzespanej nocy w wieloosobowej sali bardzo klimatycznego hostelu, na długo przed świtem, z bagażem podręcznym, ruszyłam na lotnisko.
Nie pamiętam, jak minął mi trzygodzinny lot, pamiętam natomiast, jak po raz kolejny moim oczom, tym razem z lotu ptaka a nie z morza, ukazała się ta wyjątkowa, majestatyczna skała – The Rock…

…i skomasowane na małej przestrzeni tankowce, kontenerowce, promy oraz inne mniejsze i większe statki. 

02_DSC_0188L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

03_DSC_0369L_Gibraltar_lev_fot_Ewa_Bajerska

Lądowanie, na wymagającym i trudnym dla pilotów lotnisku w Gibraltarze, obyło się bez niespodzianek. 

04_DSC_0336L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska05_DSC_0374L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska
Wesoły pan celnik sprawdzając mój paszport zażartował, że rzuca wszystko i też płynie.

W głównej sali lotniska, wśród ludzi czekajacych do odprawy stała grupka rozmawiająca po polsku, a w niej wysoki, szczupły mężczyzna w czerwonej kurtce Volvo Ocean Race z polską flagą. Podeszłam.
– Przepraszam, czy kapitan Adam? – spytałam.
– Tak.
– No to płynę z tobą – oznajmiłam. I za chwilę poznałam poprzednią załogę, która właśnie miała odlecieć do domu. Jak to wśród braci żeglarskiej bywa, zaraz zaczęło się snucie opowieści z zakończonego rejsu. Krótkich, ale wystarczających, bym już nie mogła się doczekać wypłynięcia.

06_DSC_0203L_fot_Ewa_Bajerska 

Gdy przeszliśmy za granicę – do Hiszpanii – w marinie Alcaidesa moim oczom ukazała się jednostka, na której miałam płynąć: jacht typu Elan 45 o nazwie Krill. Na nim poznałam dwóch kolejnych uczestników rejsu i zaokrętowałam się w koi dziobowej. No i zaczęło się… ćwiczenie cierpliwości. Nie chciałam stracić ani chwili żeglowania. Cały mój staż ponad czterech tysięcy mil na morzu był zdobyty na żaglow­cu Pogoria. Chciałam więc natychmiast wypłynąć po stawieniu się ostatniego załoganta, mimo że tak właś­ciwie nie miałam pojęcia, czego oczekiwać od takiej – według mnie małej, bo 45‑stopowej – łupin­ki w jesienno-zimowych warunkach na trudnej wodzie pływowej.
Dlatego też na początek spotkało  mnie wielkie rozczarowanie, bo zrozumiałam, że nie opuścimy mariny do jutra. Chwilę później sam fakt, że pod moimi stopami jest pokład, który kołysze się na wodzie, a przede mną – przygoda na morzu, dał mi tyle satysfakcji, że niecierpliwość zamieniła się w radosne oczekiwanie.

Dzień zleciał strasznie szybko. Najpierw trzeba było zająć się sprawami organizacyjnymi, np. posta­no­wie­niem, co będziemy jeść i zrobieniem zapasów na kilka dni żeglowania. Potem była okazja, aby razem usiąść, zrozumieć, kto ma jakie preferencje dotyczące żeglugi oraz portów i lepiej się poznać.
Spotkało się kilkoro niesamowitych ludzi. Pani Reporter, która niedawno zdobyła patent żeglarza i chcia­ła spróbować, jak to jest na morzu. Długowłosy z Warszawy, który postanowił zostawić pracę w firmie rodziców, aby zdobyć doświadczenie żeglarskie. Gitarzysta z Krakowa, który wziął kilkumiesięczny urlop w pracy biurowej, aby doskonalić swoje umiejętności żeglarskie i lepiej poznać samego siebie. Biznesmen z północy Polski z niesamowitym doświadczeniem, którego ciągnęło akurat na ten akwen. Płynęłam jeszcze ja, stęskniona za morzem Pani Manager, jak mnie później ochrzczono.
Dowodził nami Kapitan, dla którego prowadzenie rejsów i szkolenie żeglarzy stanowi chleb powszedni.

 

W końcu nastało jutro. Wypłynęliśmy. W mglisto-deszczowych warunkach, minęliśmy główki portu, żaglowiec na kotwicy oraz motorówki i blaszane kolosy na redzie. 07_DSC_0375L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

Wreszcie zaczęła się tak bardzo wyczekiwana przygoda na morzu. Dla mnie zaczęła się tradycyjnie: od karmienia ryb zawartością żołądka. Bardzo chciała dołączyć do mnie Pani Reporter, by choroba morska znalazła się na liście jej doświadczeń, więc Biznesmen, stary żeglarz, szybko dał jej dobrą radę – zeszła więc pod pokład do naszej koi dziobowej i zaczęła czytać książkę. Nie minęło kilka minut, gdy znów zjawiła się na pokładzie – metoda Biznesmena sprawdziła się w stu procentach. Długowłosy i Gitarzysta wpatrzeni w horyzont starali się trzymać dziarsko. Zdrowi natomiast byli Kapitan i Biznesmen – stare wilki morskie.

Majestatyczna Skała Gibraltaru oddalała się za naszymi plecami, …

08_DSC_0379L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

… a przed dziobem coraz dokładniej rysowała się Afryka.

W miarę zbliżania się do marokańskiego wybrzeża niebo się rozpogadzało, a moim oczom stopniowo ukazywał się ląd pokryty soczystą zielenią, całkiem inny od wypalonej jałowej ziemi, którą widziałam tu we wrześniu rok wcześniej z pokładu Pogorii. Morze było usłane mnóstwem niebieskich łódek wiosłowych z dwuosobowymi załogami, w których jedna osoba obsługiwała żyłki a druga wiosła. 09_DSC_0412L_miedzy_Ceuta_a_Smirem_lev_fot_Ewa_Bajerska

Widok był zarówno malowniczy jak i symboliczny. Pokazywał, że wkraczamy w inny świat. W zasięgu wzroku za rufą były jeszcze gigantyczne metalowe kolosy unoszące się na wodzie w okolicach Gibraltaru a przed nami małe drewniane łódki emanujące urzekającą prostotą i harmonią. Nasze dolegliwości minęły a humory dopisywały coraz bardziej.

 

Pierwszym portem, a właściwie mariną był marokański Smir. 10_DSC_0434L_Marina_Smir_fot_Ewa_Bajerska

Miejsce, czyste, kurortowe i z długą plażą, ale bez charakteru mimo, że budynek kapitanatu był w stylu mauretańskim. Czas trwania odprawy paszportowej przypomniał nam, że nie jesteśmy u siebie – w Unii Europejskiej, jednak jakość i liczba jachtów oraz motorówek niczym nie odbiegała od europejskich standardów. 11_DSC_0429L_Krill_w_marinie _Smir_fot_Ewa_Bajerska

Mimo iż sezon dawno się skończył, wiele kawiarenek i restauracji było otwartych. Bardzo szybko odkryliśmy, że za kilkoma rzędami kurortowej zabudowy jest szosa, a za nią kończy się cywilizacja i gorszej jakości droga biegnie w niewiadomym celu, którego nie było widać. Nie zdecydowaliśmy się go zgłębić. Natomiast odkrycie plaży z prysznicami zaraz przy jachcie sprawiło, że w asyście dzielnego Gitarzysty oraz gapiów w osobach Pani Reporter i Długowłosego poszłam się kąpać. Woda, trzeba przyznać, była zimniejsza niż się spodziewałam, niemniej jednak orzeźwiająca listopadowa kąpiel w morzu Śródziemnym była zaliczona. Wieczór spędziliśmy bardzo sympatycznie biesiadując z gitarą przy trunkach przywiezionych z Europy.

 

Nazajutrz, po czasochłonnej odprawie, podczas której celnik nie omieszkał wejść na jacht, popłynęliśmy dalej. Dzień był piękny, słoneczny ze świeżą bryzą. Znowu przez spory kawałek drogi towarzyszyło nam morze usłane marokańskimi rybakami. 12_DSC_0467L_lev_fot_Ewa_Bajerska

Około południa zdecydowałam się na kąpiel. Moja prośba o pozwolenie na wskoczenie do wody spotkała się ze zgodą kapitana. Jak się później okazało, niespodziewającego się, że mówię serio. Ja zaś najpierw wskoczyłam pod pokład po strój kąpielowy, następnie wyskoczyłam za burtę do rześkiej wody. Tymczasem jacht zaczął oddalać się ze znaczną prędkością. Już zaczynałam się zastanawiać, czy oni kiedykolwiek zwolnią i czy przyjdzie mi płynąć wpław ku brzegom marokańskim. Na szczęście Krill zdecydowanie zmniejszył prędkość. Dopłynęłam do niego i weszłam z powrotem na pokład. No i właśnie wtedy okazało się, że nikt nie myślał, że wyskoczę naprawdę.

Płynęliśmy dalej.
Po lewej stronie, jak na wyciągnięcie ręki, była Afryka. W zasięgu wzroku majestatycznie sterczała europejska Skała Gibraltaru i biegła linia brzegowa starego kontynentu. Przed dziobem radośnie zaczęły skakać delfiny, jakby ciesząc się z naszej obecności.13_DSC_0483L_miedzy_Smirem_a_Ceuta_fot_Ewa_Bajerska

 

Kilka godzin później minęliśmy przylądek Malabata i naszym oczom ukazał się arabski napis „Bóg, ojczyzna, król”, tak dobrze znany wszystkim, którzy zapuścili się w te okolice. 14_DSC_0601L_Bóg_ojczyzna_król_fot_Ewa_Bajerska

 

Płynęliśmy do Tangeru, zanim jednak tam dotarliśmy przemiły kontenerowiec zmienił kurs, aby ustąpić nam drogi, natura zachwyciła nas pięknym zachodem słońca, a Gitarzysta rozpieszczał graniem melancholijnych kawałków na pokładzie. Było niesamowicie.
Późnym wieczorem ujrzeliśmy światła główek portu oraz budynków stojących wzdłuż brzegu. Miasto zdecydowanie było podzielone na dwie części. Jedną – dla mnie zaskakującą – była część z blokowiskami na miarę miast aglomeracji śląskiej. 15_DSC_0748_L_Tanger_blokowisko_fot_Ewa_Bajerska

 

Druga – jak na stare afrykańskie miasto portowe przystało – była już bardziej chaotyczna, zabytkowa i zróżnicowana. Tam też udaliśmy się po zacumowaniu longside do jachtu sympatycznych Holendrów. Ale, aby wejść na betonowe nabrzeże, najpierw przydała się znajomość z marokańskim policjantem i mała dawka finansowej perswazji, potem trzeba było przejść chyba po sześciu innych jachtach, a na dodatek jeszcze wspiąć się na największą oponę od traktora, jaką można sobie wyobrazić. Po przebyciu tych wszystkich utrudnień poszliśmy zwiedzać Tanger – by night.

Najpierw spacerowaliśmy klimatycznymi i wyludnionymi, ze względu na późną porę, uliczkami zabytkowej Mediny. Potem, mimo obawy przed konsekwencjami zdrowotnymi, zdecydowaliśmy się usiąść w knajpce przy głównym placu tej części miasta. Nasze ryzyko opłaciło się. Marokańska gościnność została nam okazana w pełnej krasie. Wszyscy zamówiliśmy po jednym daniu, a znoszenie potraw i dodatków na stół nie miało końca. Gdy stół był już zastawiony prawie po brzegi, przyszły dania zamówione przez nas.
16_DSC_0641L_Tanger_fot_Ewa_Bajerska

 

Nie sposób było zjeść wszystko, chociaż się staraliśmy i jeszcze poprosiliśmy o zapakowanie części dla Długowłosego, który pilnował jachtu. Po zakończonym posiłku dostaliśmy rachunek, na którym były tylko dania i napoje zamówione. Potem oddaliśmy się dalszemu zwiedzaniu wąskich uliczek pnących się w górę i podziwianiu krajobrazu portowego poniżej, gdzie nieliczne światła oświetlały kutry rybackie i odbijały się tańczącymi refleksami na wodzie.
Po powrocie na jacht nie obyło się bez gitary, zapasu trunków przywiezionych z Europy i rozmów prawie aż po świt.

17_DSC_0736L_Tanger_port_rybacki_fot_Ewa_Bajerska 

Następnego dnia poszliśmy na miasto z misją specjalną: kupić zapasy jedzenia na następne kilka dni rejsu. Po przemierzeniu części Mediny, gdzie urzekały sklepy z nićmi, dywanami, strojami muzułmań­skimi…   18_DSC_0665L_Tanger_fot_Ewa_Bajerska

20_DSC_0671L_Tanger_medina_fot_Ewa_Bajerska

17_DSC_0675_L_Tanger_fot_Ewa_Bajerska21_DSC_0654L_Tanger_meczet_fot_Ewa_Bajerska

 

oraz zajrzeniu do anglikańskiego kościoła św. Andrzeja z modlitwą Ojcze nasz napisaną po arabsku nad ołtarzem, …

22_DSC_0721_L_Tanger_kosciól_angl_St_Andrew_fot_Ewa_Bajerska

… w okrojonym składzie udaliśmy się do części targowej.

23_DSC_0710L_Tanger_medina_fot_Ewa_Bajerska24_DSC_0706_L_Tanger_fot_Ewa_Bajerska
Ja, jak to ja, rzuciłam się na owoce i warzywa, ale potem zdobyłam się na odwagę i przeforsowałam decyzję, aby kupić coś na targu rybnym. 25_DSC_0713L_Tanger_targ_rybny_fot_Ewa_Bajerska

Dzięki ekspertyzie i fantazji kulinarnej Biznesmena stanęło na langustach, których nota bene nikt z nas nigdy wcześniej nie jadł, nie mówiąc o przyrządzaniu. 26_DSC_0712L_Tanger_targ_rybny_fot_Ewa_Bajerska

Gdy już posłaliśmy z powrotem na jacht Gitarzystę, objuczonego niczym wielbłąd na Saharze naszymi zdoby­cza­mi, jeszcze raz poszliśmy zagubić się w klimacie Mediny.
Ponieważ Biznesmen chciał kupić podarek swojej kobiecie, przyszło mi wchodzić do suków z biżuterią i kobiecymi dodatkami. Jako miłośniczka szali nie mogłam sobie odmówić zapytania o cenę jednego z nich. No i się zaczęło. W kraju muzułmańskim, gdy klient wyrazi zainteresowanie jakimkolwiek towa­rem, sprzedawca za sprawę honoru traktuje dobicie targu. Po długiej wymianie piłek, różnych podstępach z obu stron i zbiciu ceny z 250 dinarów za jeden szal do 3 szali za 150 dinarów oraz podarków, niby dla dzieci, w postaci długopisu i jednorazowego plastikowego płaszcza przeciwdeszczowego, uścisnęliśmy sobie dłonie i transakcja została zakończona. Tak naprawdę cena się nie liczyła – liczyło się bezcenne doświadczenie.
Prawie spóźnieni dotarliśmy na jacht i popłynęliśmy dalej.

 

Naszym kolejnym celem była Ceuta. Przyszło nam oddalić się od bledniejących w ostatnich promieniach słońca zabudowań na brzegu w Tangerze i udać do hiszpańskiego przyczółka w Afryce.

Żeglowało się znowu bardzo przyjemnie. Z dala od farwateru mogliśmy się napawać spokojem. Niebo na naszymi głowami stopniowo rozświetlało się coraz wyraźniej dywanem gwiazd. Muszę przyznać, że spokój i sielankowość udzieliły mi się tak bardzo, że obudzona zostałam dopiero, gdy jacht stał już spokojnie w marinie.
Oczywiście, mimo późnej pory, trzeba było „wyskoczyć na miasto”. Nie spacerowaliśmy daleko. Poszliśmy do jedynego otwartego na deptaku pubu. Posiedzieliśmy, pogawędziliśmy i wróciliśmy na jacht. Tam, mimo iż było po pierwszej w nocy, niezmordowany Biznesmen oświadczył, że pora na jedzenie, a że nikt nie zamierzał iść spać, rozsiedliśmy się z gitarą i czekaliśmy na ucztę. A było na co! Langusty na maśle w sosie pietruszkowo-czosnkowym były wyśmienite. Do tej pory się oblizuję, gdy o nich myślę lub oglądam zdjęcia. 27_DSC_0751L_fot_Ewa_Bajerska
Wieczór jak zwykle się przeciągnął przy opowieściach, wygłupach i śpiewie, bo załoga była przednia!

Rano poszliśmy zwiedzać Ceutę.

28_DSC_0849L_Ceuta_Casa_de_los_Dragones_fot_Ewa_Bajerska
 – Idziemy na górę z fortecą! – rzucił hasło Gitarzysta i pomaszerowaliśmy.
Najpierw przez centrum miasta, potem przez teren uniwersytetu i betonowe osiedle zaprojektowane chyba przez architekta-sympatyka więzień, bo całe bloki były okratowane. 29_DSC_0785L_Ceuta_budownictwo_wiezienne_fot_Ewa_Bajerska30_DSC_0786L_Ceuta_budownictwo_wiezienne_lev_fot_Ewa_Bajerska
W końcu zaczęliśmy się piąć pod górę.
– Przez ten rejs normę chodzenia mam wyrobioną na rok – oświadczył, stękając, Biznesmen.
Gdy dodrapaliśmy się do twierdzy, pocałowaliśmy klamkę gigantyczych drewnianych drzwi, ale to właściwie nie miało znaczenia bo z perspektywy budowli obronnej podziwialiśmy Ceutę oraz Morze Śródziemne i bezkres Atlantyku rozpościerające się pod nami.31_DSC_0803L_Ceuta_widok_spod_twierdzy_na_W_fot_Ewa_Bajerska32_DSC_0562L_Gibraltar_widziany_z_Afryki_fot_Ewa_Bajerska

Po uzupełnieniu zapasów mięsa, pieczywa i produktów pierwszej potrzeby wróciliśmy na jacht. Tam zastaliśmy niespokojnego Kapitana, który wiedział, że sztorm szalejący na Atlantyku zbliża się nieubłagalnie do Cieśniny Gibraltarskiej.

Gdy wypłynęliśmy w kierunku Puerto Sotogrande, od razu dało się odczuć, że zmiana pogody jest blisko. Znad oceanu nadciągały czarne, rozbudowane cumulusy, a rozkołys stawał się coraz większy. 33_DSC_0899L_lev_fot_Ewa_Bajerska

Przy odchodzącym szaro dniu delfiny postanowiły wynagrodzić nam, że byliśmy jedynych jachtem pływającym w zasięgu wzroku, a może nawet i wielu mil. Zaczęły pływać przy dziobie, przepływać pod jachtem, wyskakiwać z wody – w pełnej synchronizacji, połączone w pary, trójki i czwórki. Urządziły pokaz – i zniknęły.
Zaraz potem natarły bezlitośnie czarne chmury i piętrzyły się coraz bardziej, gdzie okiem nie sięgnąć. Co chwilę grzmiało i błyskało, ale – ku mojej wielkiej radości – nie padało. Obserwowaliśmy, z której strony wyładowanie atmosferyczne są najgorsze, aby się tam przypadkiem nie wpakować i dążyliśmy do portu.
Chwilę po tym, jak ujrzeliśmy światła główek, dzieląca nas od nich ściana deszczu pokazała, na co ją stać. Przemoczeni do suchej nitki dotarliśmy do wyludnionej mariny, w której tak kołysało, że kapitan miał pewne obawy, czy uda nam się znaleźć jakieś w miarę spokojne i bezpieczne miejsce na postój. W końcu zacumowaliśmy między dwoma większymi jednostkami. Zmęczeni, cieszyliśmy się, że pod pokładem jest sucho i ciepło oraz że jesteśmy w miarę bezpieczni.

Rano, mimo rzęsistego deszczu, wyszłam zobaczyć, co godnego uwagi jest w tej miejscowości. Przy marinie znajdował się snobistyczny kompleks wypoczynkowy z idealnie przystrzyżonymi drzewkami i trawnikami – dba o to pewnie obsługa niedaleko położonego pola golfowego.
Po wyjściu z labiryntu stosunkowo nowych i pomalowanych na intensywne kolory willi przekroczyłam jezdnię i udałam się w kierunku maleńkiej mieścinki po drugiej stronie drogi, w której toczyła się co­dzien­na egzystencja lokalnych ludzi. W stosunkowo skromnych warunkach odpoczywali oni od najazdu turystów, bo sezon dawno się skończył.
Zwiedzanie skończyło się szybko: chcieliśmy wrócić do portu przeznaczenia, po drugiej stronie Gibraltaru, zanim sztorm zacznie się przewalać przez cieśninę z pełnym impetem.

Morze przy brzegu przypominało górską rzekę po roztopach. Woda była brązowa, pełna gałęzi i innych śmieci, które najprawdopodobniej spłynęły rzeką Guadiaro.
Gdy wreszcie przepłynęliśmy żurowatą powierzchnię usłaną przeszkodami, stawaliśmy się coraz bardziej wyeksponowani na wiatr i fale. Na horyzoncie było widać cały rząd różnego rodzaju statków i łodzi stojących na redzie, my natomiast delektowaliśmy się żeglarstwem mimo fali i sporych podmuchów. Mieliśmy postawioną tylko jedną czwartą genui, ale to wystarczało, aby wspinać się na fale i stosunkowo szybko zmniejszać odległość do ostatniego portu tego rejsu. Ciągłe zwroty, woda waląca o burtę, piana rozbijająca się o jacht oraz niebo pokryte różnorodnymi chmurami – to był żeglarski raj.
Niestety, coraz wyraźniej rysująca się monumentalna skała i charakterystyczna czerwono-biała latarnia morska bezlitośnie przypominały, że już niedługo żeglarska przygoda dobiegnie końca.34_DSC_0988L_Gibraltar_lev_fot_Ewa_Bajerska35_DSC_0949L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

Z wielkim smutkiem asystowałam przy cumowaniu w marinie Alcaidesa. Nie mieliśmy już wypłynąć, ale za to byliśmy bezpieczni. Na okolicznych wodach szalał sztorm i burze. Cisza w eterze radia kilka razy została przerwana wezwaniami pomocy – Distress!, które przypominały, że z żywiołem nie ma żartów.
Dla mnie – mimo dramatu, który rozgrywał się niedaleko nas – była to noc magiczna: leżałam w mesie z otwartą zejściówką i zasypiałam wpatrzona w „moją” Skałę, której różne profile już tak dobrze znałam z widzenia. Niebo co chwilę rozdzierały błyskawice i co kilka sekund było widać majestat tego tworu przyrody skąpanego w strugach deszczu.

 

36_DSC_0010L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

 

Ogromne strategiczne znaczenie Gibraltaru i jego niesamowitej Skały, której Londyn przesyła pocałunki w postaci mgły, uzmysłowiłam sobie dopiero następnego dnia w jej głębi, podczas spaceru po tunelach.

Gdybyśmy go mieli i uczynili obronnym, czyż nie byłby zarówno ułatwieniem dla naszego handlu jak i utrapieniem dla Hiszpanów? – pytał o Gibraltar w 1656 roku Oliver Cromwell admirała Roberta Blake’a zwanego „ojcem Royal Navy”. – Czyż nie umożliwiłby nam, bez potrzeby utrzymywania wielkiej floty u tych wybrzeży, jakimiś sześcioma fregatami stacjonującymi tutaj, wyrządzić Hiszpanii większe szkody niż całą eskadrą i jednocześnie czyż nie ulżyłby w naszych wysiłkach?

Marzenie Cromwella spełniło sie dopiero pół wieku później: 4 sierpnia 1704, podczas wojny o sukcesję hiszpańską, połączone siły angielsko-holenderskie po czterodniowej bitwie, zajęły Gibraltar. Formalnie zaś Skała przypadła Brytanii na mocy pokoju zawartego w Utrechcie 13 lipca 1713.
301 lat temu!

37_DSC_0175L_Gibraltar_lev_fot_Ewa_Bajerska 

Ale rejs się skończył. Załodze nie pozostało nic innego, jak rozjechać się w różne strony świata, lub popłynąć na dalszą część przygody. Wsiadając do samolotu lecącego do Wielkiej Brytanii wiedziałam, że to dopiero kolejny etap zdobywania żeglarskiego doświadczenia, bo morza i oceany świata czekają na mnie z otwartymi ramionami.
Skała natomiast tak mnie urzekła, że obiecałam sobie wrócić tu jeszcze nie raz, by zgłębiać jej zakamarki i historię. Do zobaczenia!

38_DSC_0180L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

 

PS.
Dziękuję wszystkim członkom załogi. Szczególnie: Gitarzyście za klimatyczne wieczory, Kapitanowi za to, że mnie nie udusił i Biznesmenowi za to, że mnie narażał.
Największe podziękowania kieruję w stronę
Żeglujmy Razem, za zmobilizowanie mnie do napisania tego artykułu i przypomnienie, jaką satysfakcję może dawać proces twórczy.

tekst i zdjęcia: Ewa Bajerska
listopad 2014 / luty 2015

 Gibr_Strait_5

 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« July 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

LATO

 

– Ładnie dzisiaj… chociaż nie bardzo… No, jednak… Słowem, nie brzydko, a to najważniejsze… Tak. Nie pada deszcz, nie ma też śniegu.
– To byłoby dziwne, jest przecież lato.
– Proszę mi wybaczyć, właśnie to chciałem powiedzieć… chociaż dowie się pani, że można się wszystkiego spodziewać.
– Zapewne.
– Na tym świecie, proszę pani, niczego nie możemy być pewni.

 

* * *

Pyszne lato, paw olbrzymi,
stojący za parku kratą,
roztoczywszy wachlarz ogona,
który się czernią i fioletem dymi,
spogląda wkoło oczyma płowymi,
wzruszając złotą i błękitną rzęsą.
I z błyszczącego łona
wydaje krzepkie krzyki,
aż drży łopuchów zieleniste mięso,
trzęsą się wielkie serca rumbarbaru
i jaskry, które wywracają płatki
z miłości skwaru,
i rozśpiewane, więdnące storczyki.


O, siądź na moim oknie, przecudowne lato,
niech wtulę mocno głowę w twoje ciepłe pióra
korzennej woni,
na wietrze drżące — —
niech żółte słońce
gorącą ręką oczy mi przesłoni,
niech się z rozkoszy ma dusza wygina
jak poskręcany wąs dzikiego wina. —

 

= = = = = = =

Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego, na półkuli północnej najcieplejsza… bla-bla-bla.

Ponieważ to – było nie było – kalendarz, więc zbiór cytatów i silva rerum z cyklu „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie!”, nie od rzeczy będzie po raz kolejny „palnąć koncept z kalendarza”, czyli polecieć stereotypem. Ale miłym, bo któż z pokoleń pamiętających rok 1960 nie śpiewał:

Lato, lato, lato czeka,
Razem z latem czeka rzeka,
Razem z rzeką czeka las,
A tam ciągle nie ma nas .

Już za parę dni, za dni parę
Weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów, Pitagoras – bądźże zdrów ,
Do widzenia wam „canto, cantare”!

Dla tych, którzy nie pamiętają: to fragment piosenki z filmu Szatan z siódmej klasy – tego oryginalnego, z roku 1960, w reżyserii Marii Kaniew­skiej, w którym debiutowała na ekranie studentka polonistyki Pola Raksa (poróżniła nas, za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał – śpiewa od 1982 roku Grzegorz  Markowski z Perfectu tekstem Bogdana Olewicza). Co dodaję, bo jest też wersja tego filmu z roku 2006, której autorów wymieniać, przez grzeczność, nie będę.
Przez tę samą grzeczność (choć z innych pobudek) dodam, że tekst piosenki napisał Ludwik Jerzy Kern, muzykę – Witold Krzemieński, a wersję oryginalną zaśpiewała Halina Kunicka z Orkiestrą Taneczną PR pod dyrekcją Edwarda Czernego. Szacunek!

==========================

Lato astronomiczne rozpoczyna się od przesilenia letniego i kończy z równonocą jesienną.

Przesilenie letnie Słońca (solstycjum) na półkuli północnej wypada w dniu, kiedy Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – leżącym na północnym równoleżniku 52°13’ – wynosi 61°14’. Podczas przesilenia dzień jest najdłuższy (a noc najkrótsza) w roku.

Równonoc (ekwinokcjum) to dzień, w którym Słońce góruje w zenicie nad równikiem; zdarza się dwa razy w roku: jako początek wiosny (równonoc marcowa – wiosenna) i koniec lata (równonoc wrześniowa – jesienna). Podczas równonocy długość dnia równa jest długości nocy. W dniach równonocy Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Łatwo wtedy można obliczyć szerokość geograficzną miejsca obserwacji: wystarczy zmierzyć w stopniach wysokość górującego Słońca i odjąć tę wartość od 90º.
W centrum Warszawy (52°13’ szerokości geograficznej północnej) dokładny pomiar powinien wykazać właśnie 52°13’.

W pierwszym ćwierćwieczu XXI w. lato na półkuli północnej zaczyna się 21 czerwca (jedynym wyjątkiem jest rok 2024: 20 czerwca, ale 69 minut przed północą!) i trwa do równonocy jesiennej, czyli do 22 lub 23 września
(2018 – 23 IX).

Podczas lata astronomicznego dzień jest dłuższy od nocy, jednak z każdą dobą dnia ubywa, a nocy przybywa. Słońce wschodzi coraz później i góruje na coraz mniejszych wysokościach nad horyzontem.
Za miesiące letnie na półkuli północnej uznaje się czerwiec, lipiec i sierpień.
Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku: tam miesiące letnie to grudzień, styczeń i luty.

 

Lato klimatyczne to ten okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza przekraczają 15°C. Pomiędzy latem klimatycznym i sąsiednimi klimatycznymi porami roku nie ma etapów przejściowych, w przeciwieństwie do zimy poprzedzanej przedzimiem i następującym po niej przedwiośniem.

 

Rzeczownik „lato” w liczbie pojedynczej dawniej (a dziś w gwarach) znaczył „rok”.

Mąż z królem Bolesławem poszedł na Kijowiany
Lato za latem bieży, nie masz go z bojowiska

pisał Mickiewicz (w jakim utworze – wiadomo).
W języku ogólnopolskim przetrwał w tym znaczeniu do dziś: w liczbie mnogiej rzeczownika „rok”, jako jego forma supletywna. A i w gwarach ma się jak najlepiej: latoś znaczy tyle co ‘w tym roku’, a latosi – ‘tegoroczny’.

 

W terminologii kościelnej istnieje termin „miłościwe lato” oznaczający Rok Jubileuszowy lub Rok Święty (Annum Sanctum), połączony z odpustem, którego jednym z warunków jest odwiedzenie określonych kościołów: niegdyś tylko w Rzymie, dziś – na całym świecie.
Po raz pierwszy obchodzono go w roku 1300 za papieża Bonifacego VIII. Pierwotnie miał się powtarzać co 100 lat, ale zaraz Klemens IV skrócił ten okres o połowę, a Paweł II do 25 lat.
Do tego dochodzą „okazje specjalne”, np. Pius XI ogłosił rok 1933 Świętym dla przypomnienia 1900. rocznicy śmierci Chrystusa, a Benedykt XVI za Annum Sanctum uznał rok 2008, w drugie tysiąclecie od narodzin św. Pawła.

 

Latem, od V w., Kościół wschodnio-chrześcijański obchodził koimesis (gr. Κοίμησις, zaśnięcie) Najświętszej Maryi Panny w przeświadczeniu, że Maryja nie umarła jak zwykły człowiek, lecz została zabrana do Nieba.
W chrześcijaństwie zachodnim, kiedy w VII w. to święto zostało przyjęte w Rzymie, termin „zaśnięcie” został zastąpiony przez „wniebowzięcie”.
W Kościele katolickim, w roku 1950, Pius XII, ogłosił dogmat, stwierdzający, że Maryja, po zakończeniu ziemskiego życia, mocą Bożą została z ciałem i duszą wzięta do wiecznej chwały.

Cerkiew prawosławna obchodzi święto Zaśnięcie Bogurodzicy 15 sierpnia (28 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego).

Protestanci przeciwstawiają się dogmatowi o wniebowzięciu, podając jako argument brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat w Biblii.

W Polsce dzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia) jest wolny od pracy. Tego samego dnia obchodzone jest Święto Wojska Polskiego (przywrócone w 1992).

Święto Wniebowzięcia nazywane jest Świętem Matki Boskiej Zielnej, ponieważ w czasie obrzędów błogosławi się wiązanki ziół i kwiatów.
Według wiary ludowej pobłogosławiony bukiet nabiera cudownych, leczniczych właściwości. Wierni, wracając z kościoła, zostawiali go wśród upraw, gdzie miał przynieść szczęście w zbiorach. Po kilku dniach bukiet zabierany był do domu: najpierw obnoszono go po izbach, a później przechowywano w eksponowanym miejscu, które dawało pewność, że jego moc będzie działała.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
lato to:

białoruskiлетa [lieta]
bośniackiljeto
bułgarskiлято [liato]
chorwackiljeto
czeskiléto
kaszubskilato
litewskivasara
łużycki (dolny)lěśe
łużycki (górny)lěćo
łotewskivasara
macedońskiлетo [lieto]
rosyjski
летo [lieto]

serbskiлетo [lieto]
słowackileto
słoweńskipoletje
ukraińskiліто [lito]
żmudzkivasara

 

Przysłowia związane z latem:

Co się w lecie zarobi,
tym się w zimie żyje.

Co w lecie nogami,
to w zimie rękami.

Dobra nowina:
będzie lato, poszła zima.

Idą za szczęściem
iáko iáskołki zá látem.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto latem pracuje,
zimą głodu nie poczuje.

Kto latem w chłodzie,
ten w zimie o głodzie.

Kto w lecie nie zbiera,
w zimie przymiera.

Kto w lecie próżnuje,
w zimie nędzę czuje.

Latem zbiera baba grzyby,
a chłop w niedzielę
idzie z wędą na ryby.

Lecie mi go nie chłódź,
zimo mi go nie grzej.
[o człowieku, któremu dogodzić trudno, i tak mu źle i tak niedobrze]

Lepsze jedno lato niż dwie zimy.

Mnima káżdy iż wiecznie
Iuż ták ma być láto
.

[Rej, Wizerunk własny żywota człowieka poczciwego, 1558]

Na to jak na lato.
[wyrażenie oznaczające wielką ochotę, skwapliwą zgodę]

O, co bym ja dała za to,
gdyby zawsze było lato.

To pewna nowina:
bywszy lato, będzie zima.

Trzebá się rozmyśláć ná to
Iż nie iutro będzie láto.
[Rej, Zwierciadło, 1568]

W lecie bez roboty,
w zimie bez butów.

Za lata zbieraj na zimę.

 

Przysłowie na
Matkę Boską Szkaplerzną
(16 VII)

Wraz z Szkaplerzną Matką
na zagon, czeladko!

 

Przysłowia na
Wniebowzięcie N.M.P.
(15 VIII)

Do Marji Wniebowstąpienia
miej w stodole połowę mienia.

Gdy w pogodę do nieba Maria wstępuje,
wino Węgrom obfite jesień obiecuje.

Marji Wniebowstąpienie
czyni reszty zboża plenie.

Na Wniebowzięcie
pokończone żęcie.

Pogoda na Wniebowzięcie,
ciężkie ziarno wnet po sprzęcie

W Wniebowzięcie Panny Marji
słońce jasne,
będzie wino godnie kwaśne.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytaty na wstępie:
Ionesco, Eugène. Lekcja (La Leçon). (1950) Tłum. Jan Błoński.

Pawlikowska-Jasnorzewska, Maria. „Pyszne lato”. Niebieskie migdały (1922)

LIPIEC...

Lipiec – siódmy miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 31 dni.

W staropolszczyźnie i w gwarach siódmy miesiąc roku nazywano również lipień. Do dziś tę nazwę zachował język ukraiński (липень) i białoruski (ліпень).

Według Aleksandra Brücknera (1856-1939) – filologa i slawisty, historyka literatury i kultury polskiej, znawcy staropolszczyzny – nazwa pochodzi od kwitnących lip (po litewsku ‘lipiec’ i ‘lipa’ to liepa). Ponieważ lipy kwitną na przełomie czerwca i lipca, stąd nazwa tego drzewa w różnych językach słowiańskich może wchodzić do nazw każdego z tych miesięcy, np. w chorwackim lipanj to czerwiec (lipiec to srpanj, a sierpień – kolovoz).

Lipiec to również miód zbierany z kwiatu lipowego i napój alkoholowy robiony z tego miodu.
Jankiel, chcąc spacyfikować warchołów, wiedział, jak kusić patriarchę Dobrzyńskich:

Każę przynieść kozice, basetlę, dwie skrzypiec,
A pan Maciek Dobrodziej lubi stary lipiec
I nowego mazurka

Większość języków europejskich nazywa siódmy miesiąc roku wariantami nazwy łacińskiej obowiązującej od 46 roku p.n.e.: Iulius.
Wcześniej tenże okres nazywał się Quintilis – „piąty miesiąc”; (quinque to po łacinie pięć, quintus – piąty), ale właśnie w 46 p.n.e. Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).

Jeśli ktoś uważa, że w takim czy innym kraju różne organizacje przesadnie podmaślają się rządowi, to niech wie, że naprawdę może być gorzej: miesięcy od panujących premierów, prezydentów czy monarchów jeszcze się nie nazywa.

A w Rzymie (republikańskim!) i owszem: nazwa została nadana miesiącowi na cześć Juliusza Cezara (Gaius Iulius Caesar), który wtedy obchodził urodziny. Gdybyśmy już tak zupełnie poszli w ślady Rzymian, to ciekawie mogłyby się nazywać np. maj, czerwiec, sierpień i kilka innych.

Owidiusz, w poemacie o kalendarzu rzymskim, nie zdążył dojechać do lipca i zamącić w głowach potomnych swą wydumaną etymologią. Na nasze szczęście (i jego nieszczęście) prace nad Fasti (8 r. n.e., już cesarstwo) przerwał imperator Oktawian, dożywotnio zsyłając poetę do Dacji (kiedyś tam będzie Rumunia – napisał Kaczmarski). Rzekomo za nieskromność Ars amatoriaSztuki kochania, ale to wymyślili tzw. moraliści; tak naprawdę nie wiemy za co. Faktem jest jednak, że jeszcze w roku 1930 celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu.

 

 

4 lipca to w USA Święto Niepodległości obchodzone w rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości (4th of July).

Deklaracja to jednak nie to samo co uzyskanie niepodległości – 4 lipca 1776 zbuntowani koloniści opubliko­wali jedynie swe pobożne życzenie. Dziś mówi się o tym „wola narodu”, ale historię piszą zwycięzcy.  W momencie ogłoszenia Deklaracji trwała już Wojna Rewolucyjna (za jej początek przyjęło się uznawać 19 kwietnia 1775) między kolonistami i armią brytyjską, a jej koleje mogły potoczyć się różnie; jaki byłby los schwytanych rebeliantów w razie wygranej Imperium, lepiej nie wspominać. Ponieważ buntownicy wygrali – pozostali przy nazwie „Patrioci”, wielkodusznie przyznając miano „lojalistów” tym, którzy pod władzą Jerzego III chcieli zostać (a później dali nogę do Kanady).
Dziś w Polsce przeciwników politycznych nazywa się zupełnie inaczej – i chyba na tym też polega różnica. Różnica wobec czego? No jak to – nie wiecie, że wróbelek tym się różni, że ma jedną nóżkę bardziej od drugiej?

Formalnie, w świetle prawa międzynarodowego, USA zostały uznane za suwerenne państwo na mocy kończącego wojnę Pokoju Paryskiego, podpisanego 3 września 1783 w Wersalu, w którym Wielka Brytania uznała niepodległość Stanów Zjednoczonych.

 

6-14 lipca – w Pampelunie (Kraj Basków w granicach Hiszpanii) to dni poświęcone obchodom ku czci prawie mitycznego biskupa Fermina, żyjącego w III w., dziś świętego. Po hiszpańsku obchody nazywają się Sanfermines, a mają do siebie to, że wówczas każdy (no dobrze: prawie każdy) może sobie pobiegać po ulicach z bykami (co z kolei nazywa się encierro).

Encierro dosłownie znaczy „zamknięcie”, a chodzi o to, że w różnych miastach w krajach, gdzie corrida jeszcze jest dozwolona, byki przepędza się – ulicami miasta – z zagrody na stadion. Zwierzęta ktoś musi poganiać, nierzadko więc zdarza się, że buzujący testosteron nagle przemieszcza przepędzaczy zza byków przed byki.

Bycze gonitwy w Pampelunie zyskały międzynarodową sławę dlatego, że w powieści Słońce też wschodzi  (1926) opisał je Hemingway (wierzę, że właśnie dlatego, bo cenię Hemingwaya).

 

14 lipca – święto narodowe Francji w rocznicę zburzenia Bastylii w 1789.

W Bastylii siedziało wówczas siedmiu więźniów: czterej fałszerze, dwaj psychicznie chorzy i hrabia Hubert de Solage – zamknięty na życzenie rodziny, która twierdziła, że to za grzeszną miłość do siostry, ale jak zwykle chodziło o pieniądze i to wcale niemałe.

Dziesięć dni wcześniej przeniesiono z Bastylii do zakładu dla umysłowo chorych (wtedy mówiono „dom wariatów”) w Charenton markiza de Sade; rękopis jego Stu dwudziestu dni Sodomy został w Bastylii i – dzięki jej splądrowaniu przed zburzeniem – ocalał.

Przy okazji: kto nie widział filmu Marat/Sade (1967) w reżyserii Peter Brooka, według sztuki niemiec­kie­go dramatopisarza Petera Weissa – ten niewiele widział! Zamiast opowiadania o filmie wystarczy podać jego pełny tytuł: Prześladowanie i zabójstwo Jean-Paula Marata w wykonaniu pensjonariuszy zakładu dla obłąkanych w Charenton w reżyserii Markiza de Sade (The Persecution and Assassination of Jean-Paul Marat as Performed by the Inmates of the Asylum of Charenton Under the Direction of the Marquis de Sade).

Marat akurat tutaj pasuje, bo zmarł 13 lipca (1793, a wolę nawet nie patrzeć na datę jego urodzin), ale o tym monstrum rewolucji przeczytacie za rok. Dość okropieństw na teraz.

 

21 lipca 1969 (02:56:15 GMT, w USA był wciąż 20 lipca) Neil Armstrong wykonał na Księżycu mały krok człowieka, ale gigantyczny skok ludzkości.

Tak, wierzę w to, że naprawdę tam byli. W coś trzeba wierzyć!

 

22 lipca – święto państwowe w PRL, obchodzone na pamiątkę rocznicy ogłoszenia Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w 1944 r., zwanego Manifestem Lipcowym.

Jak to zawsze w sowietyzmie bywało: to prawda – ale taka sama jak w tym, że na Placu Czerwonym rozdawano samochody marki wołga.

 

Manifest PKWN został zatwierdzony i podpisany przez Stalina 20 lipca 1944 w Moskwie, tam wydruko­wany (co łatwo można stwierdzić oglądając krój czcionki użytej w oryginalnych egzemplarzach) i tam też – 22 lipca 1944 – ogłoszony, choć jako miejsce ogłoszenia podano Chełm. 

Nie był to pierwszy i nie ostatni przypadek, kiedy hegemon tworzył jakieś swoje satelickie państewko wokół rządu przyniesionego w teczce. 

Problem zaczyna się robić poważniejszy, gdy to państewko okazuje się być naszym, a pogłębia – gdy wychodzi na jaw, że ten państwowy kreacjonizm jest częścią planu zakrojonego na długie, długie lata.

Stalin – bez wątpienia najbardziej efektywny polityk pierwszej połowy XX wieku i jakiego kiedykolwiek miała Rosja (jeśli ktoś nie wierzy, niech sobie dokładnie obejrzy odpowiedni dział atlasu historycznego) – był o wiele ostrożniejszy niż jego zachodni uczeń, naśladowca i przez wiele laty przyjaciel Adolf Hitler: słów na wiatr nie rzucał. Głośno reklamowana „tysiącletnia rzesza” przetrwała lat zaledwie tuzin, a jakoś nie pamiętam, by propaganda sowiecka kiedykolwiek ujmowała okres istnienia imperium w jakieś limity czasowe. Wszyscy po prostu wiedzieli, że jest wieczne i kropka. To, że totalitarny moloch ZSRR przetrwał – w epoce błyskawicznych zmian XX wieku – bez mała 3/4 stulecia, jest fenomenem. Pobić ten wynik mogą tylko komunistyczne Chiny, ale dopiero za 5 lat.

 

PKWN był właśnie takim rządem przyniesionym w teczce z Moskwy. Złożony z marionetek wykonywał ruchy wymuszane przez sznurki pociągane przez Głównego Lalkarza.

Wszystko oczywiście – jak to zawsze w sowietyzmie bywało – przy pozorach zachowania wymogów demokracji obowiązujących w wolnym świecie.

Dziś, co młodszym i z mniejszą wyobraźnią polityczną, trudno uwierzyć, że w sowieckim systemie istniały żywiołowe kampanie wyborcze i najprawdziwsze wybory, podczas gdy wszystkich kandydatów (i kandy­datki) wystawiała jedna, jedyna partia. Wybrani zasiadali zaś w organach władzy i na ustawy wniesione przez ich partię głosowali tak, jak im ich partyjne sumienie nakazywało. A kiedy zdarzył się wśród nich jakiś bezpartyjny (tacy też bywali – miało być przecież „przy pozorach zachowania wymogów demokracji”), który czasem bohatersko wstrzymał się od głosu, naród go nosił na rękach i miał za bohatera.

 

Od 1 sierpnia 1944 r. siedzibą PKWN stał się Lublin i dlatego często zwano go Komitetem Lubelskim, a i odezwie z 22 lipca przyklejano czasem nazwę „Manifest lubelski”, choć niby wszyscy wiedzieli, że ogłoszono go... w Chełmie, oczywiście.

Lublin... No cóż, powie ktoś, że po prostu był po drodze i na to piękne miasto padło. Nie wierzę w to ani na deko, bo w propagandzie totalitarnej przypadków nie ma. Po prostu wystarczy przypomnieć sobie z jaką słynną unią kojarzony był Lublin przez 375 lat i wszystko stanie się jasne. Litwa mogła być tylko sowiecka, a Lublin – siedzibą pierwszego rządu wolnej Polski. Brzmi? Brzmi!

To, co głosił Manifest, było oczywiście istotne dla przyszłości tworzonego właśnie kraju, ale nie było w tym nic ani dziwnego, ani zaskakującego – przynajmniej dla tych, którzy wiedzieli.

 

„Trzy razy w ciągu ostatnich 150 lat zachodni najeźdźcy pustoszyli europejską część Rosji”.

Stalin powiedział to już w Teheranie, gdy w listopadzie 1943 spotykał się z Rooseveltem i Churchil­lem, by omówić strategię przeciwko hitlerowskim Niemcom – i tego się trzymał ustalając cenę za stwo­rzenie frontu wschodniego. Podczas spotkania w Jałcie, w lutym 1945, dni Trzeciej Rzeszy były już policzone, a żądania Stalina – konkretne.

Jak w Teheranie tak i w Jałcie przywódcy Zachodnich Demokracji okazywali mu pełne zrozumienie i po­par­cie.
Rooseveltowi chodziło, by po zamknięciu frontu europejskiego, Uncle Joe stworzył front azja­tycki przeciwko Japonii, co liczyło się bardziej niż głosy Polonii w wyborach.
Głowa bolała za to Churchilla: jak wytłumaczyć swoim wyborcom (i reszcie Brytyjczyków), czemu podpisuje się pod aktem sprzedaży totalitarnemu i ludobójczemu systemowi blisko 200 milionów ludzi z Europy Wschodniej i Środ­kowej. A największy headache miał z powodu Polski: sporo ludzi w Brytanii pamiętało pakty i wypo­wiedze­nie wojny w 1939, Bitwę o Anglię i naszywki Poland na rękawach brytyjskich wszak mundurów.

Obaj Strażnicy Demokracji Zachodnich za każdym więc razem prosili usilnie Lwa Kaukazu, by obiecał wszem i wobec, że pomoże odbudować nową, demokratyczną Polskę, urządzi demokratyczne wybory i że w ogóle będzie się zachowywał szlachetnie i po rycersku (tak mówił FDR i są na to dokumenty).

Stalin kiwał głową i potwierdzał, bo wiedział, że nie jest ważne, jak głosują ludzie, tylko kto liczy głosy.

Lecz uspokaja ich gospodarz,
Pożółkły dłonią głaszcząc wąs:
„Mój kraj pomocną dłoń im poda,
Potem niech rządzą się, jak chcą.”

napisał 40 lat później Jacek Kaczmarski, dając w swym wierszu lapidarne podsumowanie Jałty i dokonań XX-wiecznego triumwiratu.

Jak Polska mogła się rządzić do 1989 roku – wiadomo (i nie ma w tym żadnej aluzji do tego, jak rządzi sie teraz!), ale jeszcze Kaczmarski:

Nie miejcie żalu do Churchilla,
Nie on wszak za tym wszystkim stał,
Wszak po to tylko był Triumwirat,
By Stalin dostał to, co chciał.

Komu zależy na pokoju,
Ten zawsze cofnie się przed gwałtem –
Wygra, kto się nie boi wojen,
I tak rozumieć trzeba Jałtę.

[...]

Nie miejcie więc do Trójcy żalu,
Wyrok historii za nią stał
Opracowany w każdym calu –
Każdy z nich chronił, co już miał.

 

Jasne! Przecież Churchill tak pięknie rok później rozpaczał jeżdżąc po Ameryce i Brytanii, i lejąc przed tłumami krokodylowe łzy wołał [aż wstyd tłumaczyć na polski, więc zostawiam w oryginale]:

From Stettin in the Baltic to Trieste in the Adriatic an iron curtain has descended across the Continent. Behind that line lie all the capitals of the ancient states of Central and Eastern Europe. Warsaw, Berlin, Prague, Vienna, Budapest, Belgrade, Bucharest and Sofia; all these famous cities and the populations around them lie in what I must call the Soviet sphere, and all are subject, in one form or another, not only to Soviet influence but to a very high and in some cases increasing measure of control from Moscow.

Miał po stokroć rację, że nikt się nawet nie zająknie, iż to za jego podpisem zapadła „żelazna kurtyna”, bo najlepsza metoda złodziejskiej ucieczki to kręcenie się w kółko z okrzykiem „Łapaj złodzieja!”

 

Zachodni sojusznicy bez mrugnięcia okiem zgodzili się, by Armia Czerwona została tam, gdzie stąpnie stopa krasnoarmiejca. Stalin więc dostał nawet więcej niż chciał, bo dwie strefy buforowe. Po kilku przesunięciach były to:  Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, i Ukraina – wcielone do Imperium jako republiki oraz pas wpół niepodległych państw satelickich: Finlandia, Polska, NRD, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria.

W ostatnim momencie uniknęła sowietyzacji Austria, później Jugosławia i Albania (które wprowadziły własne wersje reżimu), a na końcu, w 1956, – wywinęła się jakoś Sowietom Finlandia (poczytajcie o Karim). Reszta mapy była aktualna do roku 1989.

Byłaby pewnie dalej, gdyby nie niewielkie stosunkowo państwo leżące na bezdrożach środkowej Azji… Afganistan. Ale to już jest zupełnie inna historia, a jej dalszy ciąg przeczytacie w grudniu.

 

I tak rozumieć trzeba Manifest PKWN.

A w lipcowe rocznice na ulicach pojawiały się stra­ga­ny (pańs­two­we) z kieł­ba­są, bale­ro­nem (– Wi­dzisz, synku? Tak wyglą­da baleron! – Aha!), wędzo­ny­mi makre­lami i szprotami, śledziami w słoikach i innymi niedostępnymi na co dzień w sklepach towarami. Później było trochę lepiej, bo makrele częściej bywały w sklepach, ale to i tak nie pomogło.

 

25 lipca – dzień św. Krzysztofa; w niektórych parafiach z tej okazji odbywa się autosacrum – poświęcenie pojazdów. Tego samego dnia, z inicjatywy m.in. Duszpasterstwa Kierowców, w polskim Kościele obchodzony jest Dzień Bezpiecznego Kierowcy.

Komendant Główny Policji, p. Jarosław Szymczyk , zachwycał się w 2018 roku (policja nie podała dokładnej daty zachwytu) tym, co było w Polsce na drogach rok wcześniej.
W podsumowaniu roku 2017 pan Komendant nie podał konkretnie liczby wypadków ani liczby zabitych na drogach.
Podał – i to jest stopień mistrzostwa w kamuflażu – dane liczbowe z roku… 2008. Zaś rok 2017 z właści­wym sobie wdziękiem ujął optymistycznie:

Liczba wypadków drogowych spadła o 1.142. W ich wyniku życie straciło około 220 osób mniej, zaś rannych było mniej o 1.599 osób. To najlepsze wyniki od roku 2008.

Starsze pokolenie pamięta – rok 1980, kabaret „Tey”, program „Z tyłu sklepu”:

– Nie mówi się „jedno koło zepsute”! Mówi się: „Traktor ma trzy koła dobre”!
– Przecież to to samo!
– Ale jak brzmi!

Jeśli ktoś nie wierzy – bo przecież pan Komendant nie występował w kabarecie, a do tego mówił o spra­wach tragicznych – może zajrzeć: Policja online, Biuletyn Informacji Publicznej: Statystyka.

Oczywiście dokładne dane policyjne można znaleźć, ale zupełnie gdzie indziej. Za to z podsumowania pana Komendanta widzimy, że wyniki są najlepsze (w domyśle pierwszym: „za rządów obecnych rządów”, w domyśle drugim: „za rządów pana Komendanta Szymczyka”). I o to chodzi! Brawo ten pan!

 

W liczbach bezwzględnych: w 2017 r. w Polsce doszło do 32 760 wypadków drogowych: na drogach zginęło 2831 osób, a rannych w wypadkach było 39 466 osób.

„Śmiertelność drogowa” (jak nazywa to prasa) w Polsce wynosiła w 2017 roku 79 osoby na milion, przy średniej unijnej 51.

W 2012 na polskich drogach zginęło 3571 ludzi, a ok. 45 tys. zostało rannych.

W 2014 w Polsce w 34 970 wypadkach drogowych zginęły 3202 osoby, a 42 545 zostało rannych.
Niewiele ponad 3000 mieszkańców mają np. Oleszyce (3039), Chorzele (3072), Pyzdry (3185), Zakroczym (3208), Biała Rawska (3212), Myszyniec (3389).

W 2015 w Polsce w 32701 wypadkach zginęły 2904 osoby, a 39 457 zostało rannych.

Mniej więcej 2900 mieszkańców mają: Ryn (2900), Łobżenica (2975), Złoty Stok (2844), Nowe Miasteczko (2842), Knyszyn (2821).

40 tysięcy mieszkańców mają: Mińsk Mazowiecki (40 383), Chojnice (40 004) i Świdnik (39 885).

 

Tak, to prawda, że w roku 2017 – w porównaniu do 2008 – liczba wypadków drogowych zmalała, podobnie jak liczba zabitych i rannych. Ale – podam jeszcze raz – zginęło 2831 ludzi, a rannych było 39 466.

2805 mieszkańców ma Wąchock.
Świdnik ma 39 885 mieszkańców, Nowa Sól – 39 258, Bolesławiec – 39 167.

I teraz wyobraźcie sobie, że w ciągu jednego roku znika w Polsce 3-tysięczne miasto, a wszyscy mieszkańcy 40-tysięcznej aglomeracji leżą w szpitalu.

Mimo to polska prasa się nasładza, że „na polskich drogach jest coraz bezpieczniej”, a kierowcy z resztą narodu pomstują na radary, ograniczające wolności obywatelskie.

Pewnie to myślenie antypaństwowe, ale sądzę, że na Polskę i pięciu św. Krzysztofów byłoby mało.

 

Ostatnia niedziela lipca – święto obchodzi rosyjska marynarka wojenna (Военно-Морской Флот России).

 

 

Znaki Zodiaku w lipcu:

Rak (♋) – do 21 lipca
Lew (♌) – od 22 lipca.

O Raku było przy omawianiu czerwca, więc nie ma co powtarzać. Ale po nim przychodzi Lew. Wiadomo: król, władca, moc, potęga, duma, szlachetność, szczodrość, wspaniałomyślność. Czyli: bla-bla-bla, bo przecież to napisały o sobie albo same Lwy (i Lwice), albo ci, którzy od nich czegoś chcieli. A gdy tylko nie owijać prawdy w bawełnę, to zaraz się to nazywa „czarny PR”.

No bo tak:

Urodzeni pod znakiem Lwa od najmłodszych lat mają skłonności do narkomanii, pijaństwa i najbardziej brutalnej rozpusty. Nie lubią się uczyć, z trudem kończą szkoły, nawet specjalne. Uwielbiają krzywoprzy­sięstwo, dlatego bardzo chętnie zeznają przed sądem. Zdemaskowani wywołują awantury i dantejskie sceny. W życiu rodzinnym Lwy na szczęście nie uczestniczą.

Nic dodać, nic ująć – i niech kto powie, że Bliźnięta nie są najlepsze!

 

Kwiaty lipca:

ostróżka (Delphinium L.) – bylina (na ogół) z tej samej rodziny co jaskier, często używana jako roślina ozdobna. W terminologii angielskiej nazywana larkspur (dosł. „skowrończy pazur”), która to nazwa używana jest również wobec ostróżeczki (Consolida Gray) – też jaskrowatej, ale już nie byliny. Wprowadza to pewne zamieszanie, ale tylko teoretyczne: obie rośliny są nie tylko podobne ale mocno trujące, znaczy: ludzie wiedzą, co gadają.

Szperając po znaczeniach tzw. alfabetu kwietnego wynalazłem, że ostróżki oznaczają głupie postępowanie, niedojrzałość. Ciekawe, czy ten, kto to wymyślił, chciał zasugerować, że zamiast, jak podrostek, dawać kwiaty z podtekstem, lepiej od razu otruć?

 

lilia wodna (Nymphea L.) nazywana też nenufarem (ciekawe, kto skojarzy sobie z tym kwiatem Józefa Toliboskiego?), mająca wspólnego przodka z lotosem, przez naukę nazywana – za przeproszeniem uszu dam (jak mawia Geograf) – „grzybieniem”. Dlatego, jeśli ktoś chce sobie przypomnieć, jak wyglądają lilie wodne, odsyłam do cyklu obrazów z liliami wodnymi Claude’a Moneta (Les Nymphéas), a nie do realistycznych fotografii, na których będą zwyczajne grzybienie.

Trzeba przyznać, że nasi botanicy, dając taką nazwę spokrewnionym z lotosami roślinom, których łacińskie nazwy nawiązują do nimf, ondyn, bogiń zwycięstwa czy potwornej ale pięknej gorgony Euriale, nie wykazali się nadmiarem poetyckiej wrażliwości.
Nie wpadłby na pomysł nazwania nenufarów „grzybieniami” Juan Ramón Jiménez, który swój drugi (1900) poetycki tomik zatytułował właśnie Ninfeas, ale gdyby szukał synonimów, w hiszpańskim miał wybór między „różą Wenus” a wziętym z języka guarani słowem aguapé – homonimem pięknego greckiego ἀγάπη, agápē, oznaczającego miłość w jej najwyższej formie.
A co powiedziałby pan Toliboski, gdyby się dowiedział, że wchodził do stawu nie po nenufary a po „grzybienie”?

W mowie kwiatów lilie oznaczają czystość.  

Co oznaczają lilie wodne? No cóż – kontekst wprowadzony przez przydawkę nazwową (płynność? kaskada? oddanie przez gotowość do zanurzenia?) sprawia, że wszystko zależy od interpretacji indywidualnej.

I nie chcę nawet myśleć, co symbolizować może coś o nazwie „grzybień”. 

 

Kamień lipca:

rubin – po prostu trójtlenek glinu (Al2O3) skombinowany z jonami chromu, ale bardzo szlachetny, bardzo rzadki, bardzo drogi i do tego symbolizujący zadowolenie.
Z najcenniejszych – najbliżej Polski znajduje się 250-karatowy rubin z korony św. Wacława, przechowywanej w katedrze św. Wita, Wacława i Wojciecha w Pradze.
We wczesnym chrześcijaństwie rubin symbolizował krew Chrystusa.
Rocznica rubinowa to 35 lat pozostawania w związku małżeńskim – lub jakimkolwiek.

 

Generalnie lipiec to bardzo porządny miesiąc i nie byłoby się już można do niczego w nim przyczepić, gdyby tylko jego znakiem zodiaku były Bliźnięta. Niestety (jego strata!) nie są.

Lipiec jednak rehabilituje się imieninami, które obchodzą:

Elżbieta (5 VII), ale tak znaczna część Elżbiet uciekła od św. Aragońskiej do św. Sprawiedliwej (23 IX), św. Heskiej (18 VI) czy rozlicznych swoich patronek listopadowych, że trudno się połapać, kiedy zaprzyjaźniona Ela imieniny wyprawia;

Olga (11 VII), które to imię ma rodowód skandynawski bo Olga Kijowska była z Waregów, a choć święta i chrześcijaństwo na Ruś przyniosła, to tacy Drewlanie jej nie lubili (gołębie i wróble też nie);

Krzysztof (25 VII) – wiadomo dlaczego, ale jeśli ktoś nie wie, dodamy, że to także patron żeglarzy, podróżników, flisaków, pielgrzymów, biegaczy, kierowców, a także mostów oraz miast położonych nad rzekami. Ostatnio pięknie znaczenie imienia wyraził (przy wzniosłej okazji!) po rosyjsku Oleg Biespałow: Под именем Кшиштоф ребёнка крестили – то есть «Возлюбивший Христа«.

Jakub (25 VII) – ale tego dnia solenizantami są tylko ci, którzy przyznają się do św. Jakuba Starszego Apostoła, tego od pielgrzymek do Santiago de Compostela i muszli; dla pozostałych imię Jakub powtarza się w kalendarzu 30 razy w roku.

Anna/Hanna (26 VII) – to najpopularniejsze imię żeńskie w Polsce (w obu wariantach plus jeszcze kilka innych :), zostawiające Marię (drugie miejsce) daleko w tyle!

Wszystkiego najlepszego!

 

W lipcu, dokładnie w pierwszej połowie lipca, konkretnie 5-go, urodził się Karol – najstarszy syn mojego przyjaciela, Bosmana (Pogorii rzecz jasna) Stanisława, a 12-go – pewna zaprzyjaźniona Antonia (tak naprawdę urodziła się 13-go, ale – mimo urody – jest przesądna, więc ściemnia), o czym informuję. Bo o tym, że w drugiej połowie lipca, konkretnie 17-go, w Małkini, urodził się pewien kaowiec informować (mamy nadzieję) nie trzeba.

Serdeczne życzenia dla damy i obu jubilatów!

 

Śluby i wesela w lipcu:
porażka z założenia, no po prostu drugi Grunwald (tyle że nie wiadomo, kto jest Jagiełłą, a kto von Jungingenem)!
Naprawdę już lepszy celibat albo wolna miłość.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
siódmy miesiąc roku to:

białoruskiліпень [lipień]
bośniackijuli
bułgarskiюли [juli]
chorwackisrpanj
czeskičervenec [czerwiec to po czesku červen, a obie nazwy od słowa červ – robak. Robaki rządzą!]
kaszubskilëpinc (też: miodownik, reżan, lipc)
litewskiliepa
łatgalskisīna (też: juļa)
łużycki (dolny)žnjojski
łużycki (górny)pražnik
łotewskisīna
macedońskijули [juli] albo златец [złatec]
rosyjskiиюль [ijul]
serbskijул [juł]
słowackijúl (w gwarach także „lipeň”)
słoweńskijulij
ukraińskiліпень [łypeń]
żmudzkilėipa

 

Przysłowia związane
z lipcem:

Czego lipiec i sierpień nie dowarzy,
tego wrzesień nie usmaży.

Gdy się grzmot w lipcu
od południa poda,
drzewom się znaczy
szwank i nieuroda.

Lipcowe deszcze
dla chłopa kleszcze,
a jak pogoda –
większa swoboda.

Lipiec,
ostatek mąki wypiecz.

Lipiec,
starego chleba z nowym przypiecz.

Od lip ciągnie wonny lipiec,
nie daj słonku kłosa przypiec.

W lipcu gniewne ziele,
jak się rozgniewa,
to się gniewa cztery niedziele
[dotyczy ludzi urodzonych w lipcu i skorych do gniewu, w gorącej wodzie kąpanych]

W lipcu kłos się korzy,
że niesie dar boży:
który prosto stoi,
dobrego się boi.

Kłos, co prosto stoi,
to z pustoty swojej.

Upały lipcowe
wróżą mrozy styczniowe.

W lipcowym skwarze
w Polsce jak na Saharze.

W lipcu się już kłosek korzy,
że niesie dar boży:
a najpierwsza Małgorzata
sierp w zboże założy.

W lipcu upały,
styczeń mroźny cały.

W lipcu upały,
wrzesień doskonały.

 

Przysłowia na
św. Annę/Hannę (26 VII)

Długo tam służył:
od świętego Jakóba [25 VII]
do świętej Anny [26 VII].

Na Jakóba [25 VII] – zatrzyj czuba,
a od świętej Hanki
toć chłodne poranki.

Na świętą Annę mrowiska –
szukaj w zimie ogniska.

Od świętej Anki
zimne poranki.

Od świętej Hanki
zimne wieczory i ranki.

Od świętej Anny
nie doczeka południa
deszcz poranny.

Święta Anka
da księżom baranka.

Święta Anna –
rola jak panna.

Święta Anno! Uproś wnuka,
niech ma każdy czego szuka.
[wnuk = Jezus]

Święta Hanna
to już jesienna panna.

 

Przysłowia na
św. Krzysztofa (25 VII)

Sztych od sztycha,
jak stąd do Krzycha.
[o złym, niedbałym, nieumiejętnym szyciu]

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha