Ewa Bajerska

Urzekła mnie Skała

Czasami w życiu człowieka przychodzi taki okres, że trzeba spakować ostatnie 7 lat do kartonów, zalepić je taśmą klejąca, oddać klucze do niegdyś swojego mieszkania i przeprowadzić się na południe. W moim przypadku ta przeprowadzka była ze wschodniej Szkocji do południowo-zachodniej Anglii, ale wiodła przez Gibraltar i Afrykę, bo postanowiłam po drodze zaliczyć przygodę. Na morzu.

 

Zaczęło się od strony internetowej <http://www.wolna-koja.pl/>. Znalazłam tam jednostkę, która oferowała miejsce w jedynym odpowiadającym mi terminie. Wysłałam kapitanowi mejla, że jestem zainteresowana, on odpowiedział, że ma wolne miejsce, no i zaczęło się planowanie…

 

Aby spędzić tydzień na morzu musiałam nakreślić plan – tu przydało mi się doświadczenie logistyczne – a później go wykonać. W piątek rano, po ostatniej nocce w starej pracy, odebrałam z wypożyczalni w Dundee (tym samym, o którym szanta śpiewa: Brzeg wysoki jest w Dundee…) samochód typu kombi, zapakowałam do niego cały dobytek i pojechałam do Birmingham, aby tam zostawić wszystkie pudła, pudełeczka, gitarę, rower i kije do golfa w przechowalni. Birmingham, mimo że oddalone od mojego docelowego miejsca o ponad 100 mil, dawało mi szansę dojechania do przechowalni, zanim ją zamkną i dotarcia następnego ranka na lotnisko Heathrow.

01_DSC_0185L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

Po nieprzespanej nocy w wieloosobowej sali bardzo klimatycznego hostelu, na długo przed świtem, z bagażem podręcznym, ruszyłam na lotnisko.
Nie pamiętam, jak minął mi trzygodzinny lot, pamiętam natomiast, jak po raz kolejny moim oczom, tym razem z lotu ptaka a nie z morza, ukazała się ta wyjątkowa, majestatyczna skała – The Rock…

…i skomasowane na małej przestrzeni tankowce, kontenerowce, promy oraz inne mniejsze i większe statki. 

02_DSC_0188L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

03_DSC_0369L_Gibraltar_lev_fot_Ewa_Bajerska

Lądowanie, na wymagającym i trudnym dla pilotów lotnisku w Gibraltarze, obyło się bez niespodzianek. 

04_DSC_0336L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska05_DSC_0374L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska
Wesoły pan celnik sprawdzając mój paszport zażartował, że rzuca wszystko i też płynie.

W głównej sali lotniska, wśród ludzi czekajacych do odprawy stała grupka rozmawiająca po polsku, a w niej wysoki, szczupły mężczyzna w czerwonej kurtce Volvo Ocean Race z polską flagą. Podeszłam.
– Przepraszam, czy kapitan Adam? – spytałam.
– Tak.
– No to płynę z tobą – oznajmiłam. I za chwilę poznałam poprzednią załogę, która właśnie miała odlecieć do domu. Jak to wśród braci żeglarskiej bywa, zaraz zaczęło się snucie opowieści z zakończonego rejsu. Krótkich, ale wystarczających, bym już nie mogła się doczekać wypłynięcia.

06_DSC_0203L_fot_Ewa_Bajerska 

Gdy przeszliśmy za granicę – do Hiszpanii – w marinie Alcaidesa moim oczom ukazała się jednostka, na której miałam płynąć: jacht typu Elan 45 o nazwie Krill. Na nim poznałam dwóch kolejnych uczestników rejsu i zaokrętowałam się w koi dziobowej. No i zaczęło się… ćwiczenie cierpliwości. Nie chciałam stracić ani chwili żeglowania. Cały mój staż ponad czterech tysięcy mil na morzu był zdobyty na żaglow­cu Pogoria. Chciałam więc natychmiast wypłynąć po stawieniu się ostatniego załoganta, mimo że tak właś­ciwie nie miałam pojęcia, czego oczekiwać od takiej – według mnie małej, bo 45‑stopowej – łupin­ki w jesienno-zimowych warunkach na trudnej wodzie pływowej.
Dlatego też na początek spotkało  mnie wielkie rozczarowanie, bo zrozumiałam, że nie opuścimy mariny do jutra. Chwilę później sam fakt, że pod moimi stopami jest pokład, który kołysze się na wodzie, a przede mną – przygoda na morzu, dał mi tyle satysfakcji, że niecierpliwość zamieniła się w radosne oczekiwanie.

Dzień zleciał strasznie szybko. Najpierw trzeba było zająć się sprawami organizacyjnymi, np. posta­no­wie­niem, co będziemy jeść i zrobieniem zapasów na kilka dni żeglowania. Potem była okazja, aby razem usiąść, zrozumieć, kto ma jakie preferencje dotyczące żeglugi oraz portów i lepiej się poznać.
Spotkało się kilkoro niesamowitych ludzi. Pani Reporter, która niedawno zdobyła patent żeglarza i chcia­ła spróbować, jak to jest na morzu. Długowłosy z Warszawy, który postanowił zostawić pracę w firmie rodziców, aby zdobyć doświadczenie żeglarskie. Gitarzysta z Krakowa, który wziął kilkumiesięczny urlop w pracy biurowej, aby doskonalić swoje umiejętności żeglarskie i lepiej poznać samego siebie. Biznesmen z północy Polski z niesamowitym doświadczeniem, którego ciągnęło akurat na ten akwen. Płynęłam jeszcze ja, stęskniona za morzem Pani Manager, jak mnie później ochrzczono.
Dowodził nami Kapitan, dla którego prowadzenie rejsów i szkolenie żeglarzy stanowi chleb powszedni.

 

W końcu nastało jutro. Wypłynęliśmy. W mglisto-deszczowych warunkach, minęliśmy główki portu, żaglowiec na kotwicy oraz motorówki i blaszane kolosy na redzie. 07_DSC_0375L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

Wreszcie zaczęła się tak bardzo wyczekiwana przygoda na morzu. Dla mnie zaczęła się tradycyjnie: od karmienia ryb zawartością żołądka. Bardzo chciała dołączyć do mnie Pani Reporter, by choroba morska znalazła się na liście jej doświadczeń, więc Biznesmen, stary żeglarz, szybko dał jej dobrą radę – zeszła więc pod pokład do naszej koi dziobowej i zaczęła czytać książkę. Nie minęło kilka minut, gdy znów zjawiła się na pokładzie – metoda Biznesmena sprawdziła się w stu procentach. Długowłosy i Gitarzysta wpatrzeni w horyzont starali się trzymać dziarsko. Zdrowi natomiast byli Kapitan i Biznesmen – stare wilki morskie.

Majestatyczna Skała Gibraltaru oddalała się za naszymi plecami, …

08_DSC_0379L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

… a przed dziobem coraz dokładniej rysowała się Afryka.

W miarę zbliżania się do marokańskiego wybrzeża niebo się rozpogadzało, a moim oczom stopniowo ukazywał się ląd pokryty soczystą zielenią, całkiem inny od wypalonej jałowej ziemi, którą widziałam tu we wrześniu rok wcześniej z pokładu Pogorii. Morze było usłane mnóstwem niebieskich łódek wiosłowych z dwuosobowymi załogami, w których jedna osoba obsługiwała żyłki a druga wiosła. 09_DSC_0412L_miedzy_Ceuta_a_Smirem_lev_fot_Ewa_Bajerska

Widok był zarówno malowniczy jak i symboliczny. Pokazywał, że wkraczamy w inny świat. W zasięgu wzroku za rufą były jeszcze gigantyczne metalowe kolosy unoszące się na wodzie w okolicach Gibraltaru a przed nami małe drewniane łódki emanujące urzekającą prostotą i harmonią. Nasze dolegliwości minęły a humory dopisywały coraz bardziej.

 

Pierwszym portem, a właściwie mariną był marokański Smir. 10_DSC_0434L_Marina_Smir_fot_Ewa_Bajerska

Miejsce, czyste, kurortowe i z długą plażą, ale bez charakteru mimo, że budynek kapitanatu był w stylu mauretańskim. Czas trwania odprawy paszportowej przypomniał nam, że nie jesteśmy u siebie – w Unii Europejskiej, jednak jakość i liczba jachtów oraz motorówek niczym nie odbiegała od europejskich standardów. 11_DSC_0429L_Krill_w_marinie _Smir_fot_Ewa_Bajerska

Mimo iż sezon dawno się skończył, wiele kawiarenek i restauracji było otwartych. Bardzo szybko odkryliśmy, że za kilkoma rzędami kurortowej zabudowy jest szosa, a za nią kończy się cywilizacja i gorszej jakości droga biegnie w niewiadomym celu, którego nie było widać. Nie zdecydowaliśmy się go zgłębić. Natomiast odkrycie plaży z prysznicami zaraz przy jachcie sprawiło, że w asyście dzielnego Gitarzysty oraz gapiów w osobach Pani Reporter i Długowłosego poszłam się kąpać. Woda, trzeba przyznać, była zimniejsza niż się spodziewałam, niemniej jednak orzeźwiająca listopadowa kąpiel w morzu Śródziemnym była zaliczona. Wieczór spędziliśmy bardzo sympatycznie biesiadując z gitarą przy trunkach przywiezionych z Europy.

 

Nazajutrz, po czasochłonnej odprawie, podczas której celnik nie omieszkał wejść na jacht, popłynęliśmy dalej. Dzień był piękny, słoneczny ze świeżą bryzą. Znowu przez spory kawałek drogi towarzyszyło nam morze usłane marokańskimi rybakami. 12_DSC_0467L_lev_fot_Ewa_Bajerska

Około południa zdecydowałam się na kąpiel. Moja prośba o pozwolenie na wskoczenie do wody spotkała się ze zgodą kapitana. Jak się później okazało, niespodziewającego się, że mówię serio. Ja zaś najpierw wskoczyłam pod pokład po strój kąpielowy, następnie wyskoczyłam za burtę do rześkiej wody. Tymczasem jacht zaczął oddalać się ze znaczną prędkością. Już zaczynałam się zastanawiać, czy oni kiedykolwiek zwolnią i czy przyjdzie mi płynąć wpław ku brzegom marokańskim. Na szczęście Krill zdecydowanie zmniejszył prędkość. Dopłynęłam do niego i weszłam z powrotem na pokład. No i właśnie wtedy okazało się, że nikt nie myślał, że wyskoczę naprawdę.

Płynęliśmy dalej.
Po lewej stronie, jak na wyciągnięcie ręki, była Afryka. W zasięgu wzroku majestatycznie sterczała europejska Skała Gibraltaru i biegła linia brzegowa starego kontynentu. Przed dziobem radośnie zaczęły skakać delfiny, jakby ciesząc się z naszej obecności.13_DSC_0483L_miedzy_Smirem_a_Ceuta_fot_Ewa_Bajerska

 

Kilka godzin później minęliśmy przylądek Malabata i naszym oczom ukazał się arabski napis „Bóg, ojczyzna, król”, tak dobrze znany wszystkim, którzy zapuścili się w te okolice. 14_DSC_0601L_Bóg_ojczyzna_król_fot_Ewa_Bajerska

 

Płynęliśmy do Tangeru, zanim jednak tam dotarliśmy przemiły kontenerowiec zmienił kurs, aby ustąpić nam drogi, natura zachwyciła nas pięknym zachodem słońca, a Gitarzysta rozpieszczał graniem melancholijnych kawałków na pokładzie. Było niesamowicie.
Późnym wieczorem ujrzeliśmy światła główek portu oraz budynków stojących wzdłuż brzegu. Miasto zdecydowanie było podzielone na dwie części. Jedną – dla mnie zaskakującą – była część z blokowiskami na miarę miast aglomeracji śląskiej. 15_DSC_0748_L_Tanger_blokowisko_fot_Ewa_Bajerska

 

Druga – jak na stare afrykańskie miasto portowe przystało – była już bardziej chaotyczna, zabytkowa i zróżnicowana. Tam też udaliśmy się po zacumowaniu longside do jachtu sympatycznych Holendrów. Ale, aby wejść na betonowe nabrzeże, najpierw przydała się znajomość z marokańskim policjantem i mała dawka finansowej perswazji, potem trzeba było przejść chyba po sześciu innych jachtach, a na dodatek jeszcze wspiąć się na największą oponę od traktora, jaką można sobie wyobrazić. Po przebyciu tych wszystkich utrudnień poszliśmy zwiedzać Tanger – by night.

Najpierw spacerowaliśmy klimatycznymi i wyludnionymi, ze względu na późną porę, uliczkami zabytkowej Mediny. Potem, mimo obawy przed konsekwencjami zdrowotnymi, zdecydowaliśmy się usiąść w knajpce przy głównym placu tej części miasta. Nasze ryzyko opłaciło się. Marokańska gościnność została nam okazana w pełnej krasie. Wszyscy zamówiliśmy po jednym daniu, a znoszenie potraw i dodatków na stół nie miało końca. Gdy stół był już zastawiony prawie po brzegi, przyszły dania zamówione przez nas.
16_DSC_0641L_Tanger_fot_Ewa_Bajerska

 

Nie sposób było zjeść wszystko, chociaż się staraliśmy i jeszcze poprosiliśmy o zapakowanie części dla Długowłosego, który pilnował jachtu. Po zakończonym posiłku dostaliśmy rachunek, na którym były tylko dania i napoje zamówione. Potem oddaliśmy się dalszemu zwiedzaniu wąskich uliczek pnących się w górę i podziwianiu krajobrazu portowego poniżej, gdzie nieliczne światła oświetlały kutry rybackie i odbijały się tańczącymi refleksami na wodzie.
Po powrocie na jacht nie obyło się bez gitary, zapasu trunków przywiezionych z Europy i rozmów prawie aż po świt.

17_DSC_0736L_Tanger_port_rybacki_fot_Ewa_Bajerska 

Następnego dnia poszliśmy na miasto z misją specjalną: kupić zapasy jedzenia na następne kilka dni rejsu. Po przemierzeniu części Mediny, gdzie urzekały sklepy z nićmi, dywanami, strojami muzułmań­skimi…   18_DSC_0665L_Tanger_fot_Ewa_Bajerska

20_DSC_0671L_Tanger_medina_fot_Ewa_Bajerska

17_DSC_0675_L_Tanger_fot_Ewa_Bajerska21_DSC_0654L_Tanger_meczet_fot_Ewa_Bajerska

 

oraz zajrzeniu do anglikańskiego kościoła św. Andrzeja z modlitwą Ojcze nasz napisaną po arabsku nad ołtarzem, …

22_DSC_0721_L_Tanger_kosciól_angl_St_Andrew_fot_Ewa_Bajerska

… w okrojonym składzie udaliśmy się do części targowej.

23_DSC_0710L_Tanger_medina_fot_Ewa_Bajerska24_DSC_0706_L_Tanger_fot_Ewa_Bajerska
Ja, jak to ja, rzuciłam się na owoce i warzywa, ale potem zdobyłam się na odwagę i przeforsowałam decyzję, aby kupić coś na targu rybnym. 25_DSC_0713L_Tanger_targ_rybny_fot_Ewa_Bajerska

Dzięki ekspertyzie i fantazji kulinarnej Biznesmena stanęło na langustach, których nota bene nikt z nas nigdy wcześniej nie jadł, nie mówiąc o przyrządzaniu. 26_DSC_0712L_Tanger_targ_rybny_fot_Ewa_Bajerska

Gdy już posłaliśmy z powrotem na jacht Gitarzystę, objuczonego niczym wielbłąd na Saharze naszymi zdoby­cza­mi, jeszcze raz poszliśmy zagubić się w klimacie Mediny.
Ponieważ Biznesmen chciał kupić podarek swojej kobiecie, przyszło mi wchodzić do suków z biżuterią i kobiecymi dodatkami. Jako miłośniczka szali nie mogłam sobie odmówić zapytania o cenę jednego z nich. No i się zaczęło. W kraju muzułmańskim, gdy klient wyrazi zainteresowanie jakimkolwiek towa­rem, sprzedawca za sprawę honoru traktuje dobicie targu. Po długiej wymianie piłek, różnych podstępach z obu stron i zbiciu ceny z 250 dinarów za jeden szal do 3 szali za 150 dinarów oraz podarków, niby dla dzieci, w postaci długopisu i jednorazowego plastikowego płaszcza przeciwdeszczowego, uścisnęliśmy sobie dłonie i transakcja została zakończona. Tak naprawdę cena się nie liczyła – liczyło się bezcenne doświadczenie.
Prawie spóźnieni dotarliśmy na jacht i popłynęliśmy dalej.

 

Naszym kolejnym celem była Ceuta. Przyszło nam oddalić się od bledniejących w ostatnich promieniach słońca zabudowań na brzegu w Tangerze i udać do hiszpańskiego przyczółka w Afryce.

Żeglowało się znowu bardzo przyjemnie. Z dala od farwateru mogliśmy się napawać spokojem. Niebo na naszymi głowami stopniowo rozświetlało się coraz wyraźniej dywanem gwiazd. Muszę przyznać, że spokój i sielankowość udzieliły mi się tak bardzo, że obudzona zostałam dopiero, gdy jacht stał już spokojnie w marinie.
Oczywiście, mimo późnej pory, trzeba było „wyskoczyć na miasto”. Nie spacerowaliśmy daleko. Poszliśmy do jedynego otwartego na deptaku pubu. Posiedzieliśmy, pogawędziliśmy i wróciliśmy na jacht. Tam, mimo iż było po pierwszej w nocy, niezmordowany Biznesmen oświadczył, że pora na jedzenie, a że nikt nie zamierzał iść spać, rozsiedliśmy się z gitarą i czekaliśmy na ucztę. A było na co! Langusty na maśle w sosie pietruszkowo-czosnkowym były wyśmienite. Do tej pory się oblizuję, gdy o nich myślę lub oglądam zdjęcia. 27_DSC_0751L_fot_Ewa_Bajerska
Wieczór jak zwykle się przeciągnął przy opowieściach, wygłupach i śpiewie, bo załoga była przednia!

Rano poszliśmy zwiedzać Ceutę.

28_DSC_0849L_Ceuta_Casa_de_los_Dragones_fot_Ewa_Bajerska
 – Idziemy na górę z fortecą! – rzucił hasło Gitarzysta i pomaszerowaliśmy.
Najpierw przez centrum miasta, potem przez teren uniwersytetu i betonowe osiedle zaprojektowane chyba przez architekta-sympatyka więzień, bo całe bloki były okratowane. 29_DSC_0785L_Ceuta_budownictwo_wiezienne_fot_Ewa_Bajerska30_DSC_0786L_Ceuta_budownictwo_wiezienne_lev_fot_Ewa_Bajerska
W końcu zaczęliśmy się piąć pod górę.
– Przez ten rejs normę chodzenia mam wyrobioną na rok – oświadczył, stękając, Biznesmen.
Gdy dodrapaliśmy się do twierdzy, pocałowaliśmy klamkę gigantyczych drewnianych drzwi, ale to właściwie nie miało znaczenia bo z perspektywy budowli obronnej podziwialiśmy Ceutę oraz Morze Śródziemne i bezkres Atlantyku rozpościerające się pod nami.31_DSC_0803L_Ceuta_widok_spod_twierdzy_na_W_fot_Ewa_Bajerska32_DSC_0562L_Gibraltar_widziany_z_Afryki_fot_Ewa_Bajerska

Po uzupełnieniu zapasów mięsa, pieczywa i produktów pierwszej potrzeby wróciliśmy na jacht. Tam zastaliśmy niespokojnego Kapitana, który wiedział, że sztorm szalejący na Atlantyku zbliża się nieubłagalnie do Cieśniny Gibraltarskiej.

Gdy wypłynęliśmy w kierunku Puerto Sotogrande, od razu dało się odczuć, że zmiana pogody jest blisko. Znad oceanu nadciągały czarne, rozbudowane cumulusy, a rozkołys stawał się coraz większy. 33_DSC_0899L_lev_fot_Ewa_Bajerska

Przy odchodzącym szaro dniu delfiny postanowiły wynagrodzić nam, że byliśmy jedynych jachtem pływającym w zasięgu wzroku, a może nawet i wielu mil. Zaczęły pływać przy dziobie, przepływać pod jachtem, wyskakiwać z wody – w pełnej synchronizacji, połączone w pary, trójki i czwórki. Urządziły pokaz – i zniknęły.
Zaraz potem natarły bezlitośnie czarne chmury i piętrzyły się coraz bardziej, gdzie okiem nie sięgnąć. Co chwilę grzmiało i błyskało, ale – ku mojej wielkiej radości – nie padało. Obserwowaliśmy, z której strony wyładowanie atmosferyczne są najgorsze, aby się tam przypadkiem nie wpakować i dążyliśmy do portu.
Chwilę po tym, jak ujrzeliśmy światła główek, dzieląca nas od nich ściana deszczu pokazała, na co ją stać. Przemoczeni do suchej nitki dotarliśmy do wyludnionej mariny, w której tak kołysało, że kapitan miał pewne obawy, czy uda nam się znaleźć jakieś w miarę spokojne i bezpieczne miejsce na postój. W końcu zacumowaliśmy między dwoma większymi jednostkami. Zmęczeni, cieszyliśmy się, że pod pokładem jest sucho i ciepło oraz że jesteśmy w miarę bezpieczni.

Rano, mimo rzęsistego deszczu, wyszłam zobaczyć, co godnego uwagi jest w tej miejscowości. Przy marinie znajdował się snobistyczny kompleks wypoczynkowy z idealnie przystrzyżonymi drzewkami i trawnikami – dba o to pewnie obsługa niedaleko położonego pola golfowego.
Po wyjściu z labiryntu stosunkowo nowych i pomalowanych na intensywne kolory willi przekroczyłam jezdnię i udałam się w kierunku maleńkiej mieścinki po drugiej stronie drogi, w której toczyła się co­dzien­na egzystencja lokalnych ludzi. W stosunkowo skromnych warunkach odpoczywali oni od najazdu turystów, bo sezon dawno się skończył.
Zwiedzanie skończyło się szybko: chcieliśmy wrócić do portu przeznaczenia, po drugiej stronie Gibraltaru, zanim sztorm zacznie się przewalać przez cieśninę z pełnym impetem.

Morze przy brzegu przypominało górską rzekę po roztopach. Woda była brązowa, pełna gałęzi i innych śmieci, które najprawdopodobniej spłynęły rzeką Guadiaro.
Gdy wreszcie przepłynęliśmy żurowatą powierzchnię usłaną przeszkodami, stawaliśmy się coraz bardziej wyeksponowani na wiatr i fale. Na horyzoncie było widać cały rząd różnego rodzaju statków i łodzi stojących na redzie, my natomiast delektowaliśmy się żeglarstwem mimo fali i sporych podmuchów. Mieliśmy postawioną tylko jedną czwartą genui, ale to wystarczało, aby wspinać się na fale i stosunkowo szybko zmniejszać odległość do ostatniego portu tego rejsu. Ciągłe zwroty, woda waląca o burtę, piana rozbijająca się o jacht oraz niebo pokryte różnorodnymi chmurami – to był żeglarski raj.
Niestety, coraz wyraźniej rysująca się monumentalna skała i charakterystyczna czerwono-biała latarnia morska bezlitośnie przypominały, że już niedługo żeglarska przygoda dobiegnie końca.34_DSC_0988L_Gibraltar_lev_fot_Ewa_Bajerska35_DSC_0949L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

Z wielkim smutkiem asystowałam przy cumowaniu w marinie Alcaidesa. Nie mieliśmy już wypłynąć, ale za to byliśmy bezpieczni. Na okolicznych wodach szalał sztorm i burze. Cisza w eterze radia kilka razy została przerwana wezwaniami pomocy – Distress!, które przypominały, że z żywiołem nie ma żartów.
Dla mnie – mimo dramatu, który rozgrywał się niedaleko nas – była to noc magiczna: leżałam w mesie z otwartą zejściówką i zasypiałam wpatrzona w „moją” Skałę, której różne profile już tak dobrze znałam z widzenia. Niebo co chwilę rozdzierały błyskawice i co kilka sekund było widać majestat tego tworu przyrody skąpanego w strugach deszczu.

 

36_DSC_0010L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

 

Ogromne strategiczne znaczenie Gibraltaru i jego niesamowitej Skały, której Londyn przesyła pocałunki w postaci mgły, uzmysłowiłam sobie dopiero następnego dnia w jej głębi, podczas spaceru po tunelach.

Gdybyśmy go mieli i uczynili obronnym, czyż nie byłby zarówno ułatwieniem dla naszego handlu jak i utrapieniem dla Hiszpanów? – pytał o Gibraltar w 1656 roku Oliver Cromwell admirała Roberta Blake’a zwanego „ojcem Royal Navy”. – Czyż nie umożliwiłby nam, bez potrzeby utrzymywania wielkiej floty u tych wybrzeży, jakimiś sześcioma fregatami stacjonującymi tutaj, wyrządzić Hiszpanii większe szkody niż całą eskadrą i jednocześnie czyż nie ulżyłby w naszych wysiłkach?

Marzenie Cromwella spełniło sie dopiero pół wieku później: 4 sierpnia 1704, podczas wojny o sukcesję hiszpańską, połączone siły angielsko-holenderskie po czterodniowej bitwie, zajęły Gibraltar. Formalnie zaś Skała przypadła Brytanii na mocy pokoju zawartego w Utrechcie 13 lipca 1713.
301 lat temu!

37_DSC_0175L_Gibraltar_lev_fot_Ewa_Bajerska 

Ale rejs się skończył. Załodze nie pozostało nic innego, jak rozjechać się w różne strony świata, lub popłynąć na dalszą część przygody. Wsiadając do samolotu lecącego do Wielkiej Brytanii wiedziałam, że to dopiero kolejny etap zdobywania żeglarskiego doświadczenia, bo morza i oceany świata czekają na mnie z otwartymi ramionami.
Skała natomiast tak mnie urzekła, że obiecałam sobie wrócić tu jeszcze nie raz, by zgłębiać jej zakamarki i historię. Do zobaczenia!

38_DSC_0180L_Gibraltar_fot_Ewa_Bajerska

 

PS.
Dziękuję wszystkim członkom załogi. Szczególnie: Gitarzyście za klimatyczne wieczory, Kapitanowi za to, że mnie nie udusił i Biznesmenowi za to, że mnie narażał.
Największe podziękowania kieruję w stronę
Żeglujmy Razem, za zmobilizowanie mnie do napisania tego artykułu i przypomnienie, jaką satysfakcję może dawać proces twórczy.

tekst i zdjęcia: Ewa Bajerska
listopad 2014 / luty 2015

 Gibr_Strait_5

 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« April 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Kwiecień

Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień – spod ziemi
Martwej – wyciąga gałęzie bzu, miesza
Wspomnienie z pożądaniem, niepokoi
Wiosennym deszczem zdrętwiałe korzenie.
Zima nas ochraniała, otulała
Ziemię w śnieg zapomnienia, karmiąc
Tę resztkę życia suchymi bulwami.

Co ty, mamo, pooddychać chciałem kwietniem,
Gwiazdy świecą pełnym blaskiem, noc radosna,
Mamo, ja po prostu dyżur pełnię,
Przecież kwiecień, przecież wiosna
.

 

Nic tak nie oddaje natury kwietnia-pletnia, który wciąż zimę z latem przeplata, jak owe dwa cytaty. Poeci – ci to dopiero mają wyobraźnię! A proza – jak to proza:

Początek kwietnia, jeden z tych miesięcy, które służą za przejście między zimą i wiosną. Śnieg już zniknął, ale nie ukazała się jeszcze zieloność; drzewa są czarne, trawniki szare i niebo szare: wygląda jak marmur poprzecinany srebrnymi i złotawymi nitkami.

 

Kwiecień – czwarty miesiąc roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staro­pol­szczyz­ny – pochodzi od kwitnienia kwiatów; podobnie jest w języku ukraińskim (квітень) i czeskim, chociaż tam květen jest nazwą maja.

W staropolszczyźnie czwarty miesiąc roku nazywany był:
„łżykwiat” – od oszukiwania kwiatów, wywabianych za wcześnie z ziemi przez promienie słoneczne,
„dębień” – od zieleniejących dębów; po czesku kwiecień to właśnie duben,
„brzezień” – od zieleniejących brzóz; w cieplejszych od Polski Czechach i na Ukrainie nazwy březenберезень przyporządkowano marcowi.

Łaciński Aprilis pochodzi prawdopodobnie od czasownika aperio, aperire, apertus ‘otwierać’ – chodziło o otwarcie się Ziemi na procesy wegetacyjne.
Owidiusz w Fasti (8 r. n.e.), poemacie o kalendarzu rzymskim, nazywa miesiąc Aphrilis wywodząc to od Afrodyty, greckiej odpowiedniczki rzymskiej Wenus – bogini miłości, której czwarty miesiąc zreformowanego kalendarza rzymskiego był poświęcony. Owidiuszowi jednak – zważywszy, jak sobie etymologicznie poczynał z nazwami innych miesięcy (będzie!) – nie można ufać. Ot, pisał, co mu wyobraźnia i koniunktura podpowiadały.

Nazwa Aprilis została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Kwietniowe rocznice
(rocznic mało, ale tekstu dużo; wystarczy).

 

1 kwietnia to dzień żartów, zwany Prima aprilis (łac. pierwszy kwietnia) – zabawa zaczyna się wtedy, gdy rozmówca, czytelnik lub słuchacz w kłamstwo uwierzy, ale na ogół żadnych kataklizmów przez primaaprilisowe oszustwa nie odnotowano, choć media (i to nawet całkiem poważne) 2 kwietnia publikują sprostowania.
W krajach anglojęzycznych jest to All Fools’ Day (dzień wszystkich głupców).
We Francji jest to Jour du poisson d’avril (dzień kwietniowej ryby) – do pleców oszukanego przypina się kartkę z narysowaną z rybą.
W krajach hiszpańskojęzycznych odpowiednikiem Prima aprilis jest Día de los Santos Inocentes (dzień niewiniątek), obchodzony 28 grudnia.

Jednym z ciekawszych dowcipów primaaprilisowych jest informacja, którą we czwartek, 1 kwietnia 1976 ogłosił w porannym programie radia BBC Sir Patrick Moore:

o godz. 9:47 dojdzie do ustawienia jednej linii Ziemi, Jowisza i Plutona. Koniunkcja ta, z racji olbrzymiej masy obu odległych planet (sam Jowisz, odległy od Ziemi o 630 milionów kilometrów, jest ponad 2,5 raza cięższy od wszystkich pozostałych planet razem) zakłóci grawitację ziemską, doprowadzając do tak znacznego jej zmniejszenia, że ci, którzy w tym akurat momencie podskoczą, mogą mieć wrażenie fruwania.

Zaraz po 9:47 BBC otrzymało setki telefonów, w których słuchacze potwierdzali wystąpienie zapowiedzianego efektu. Jedna z dzwoniących opisała nawet, jak to ona i jej jedenaścioro przyjaciół zostało uniesionych z foteli i łagodnie poszybowali wokół pokoju.
Ja się słuchaczom nie dziwię: Sir Moore mimo braku formalnego wykształcenia miał tak olbrzymi autory­tet w dziedzinie astronomii, że pewnie sam bym mu uwierzył, a kto wie czy i – z pewną nadzieją na zmniejszenie grawitacji – nie podskoczył.

Sir Patrick Alfred Caldwell-Moore.
To dopiero była osobowość! Powinien zostać honorowym żeglarzem wszechczasów, bo od niemal od dzieciństwa żeglował po największym z oceanów – Oceanie Kosmicznym.
Ten astronom-amator (kiedyś powiedział, że chciałby być zapamiętany jako astronom-amator, który grał w krykieta i na ksylofonie) zyskał ogromną popularność dzięki comiesięcznemu autorskiemu programowi Niebo w nocy (The Sky at Night), mającemu światowy rekord jako najdłużej utrzymujący się na antenie program jednego autora: Moore prowadził go bez mała przez 56 lat: od 24 kwietnia 1957 do 7 stycznia 2013 (zmarł 9 grudnia 2012, ale nakręcił kilka programów z wyprzedzeniem), opuszczając tylko jedną audycję, w 2004, z powodu salmonellozy, która nawiasem mówiąc omal nie wyprawiła go na tamten świat.
Był popularyzatorem i ekspertem: jego mapy Księżyca były używane w ZSRR do korelowania zdjęć odwrotnej strony satelity zrobionych w 1959 przez sondę Łuna 3, a NASA zaprosiła go do współpracy przy opracowywaniu księżycowej mapy dla Programu Apollo.

Drugim powodem popularności były publikacje: tylko na temat astronomii Moore napisał ok. 70 książek, a ma na swoim koncie również historie poświęcone kotom. Otwórzcie tylko katalog księgarni Amazon na jego nazwisku, a sami zobaczycie.
Znakiem rozpoznawczym Sir Moore’a stał się monokl, który nosił zamiast okularów, fajka (Fajczarz Roku 1983) i mówienie z prędkością karabinu maszynowego: potrafił wypowiedzieć 300 słów na minutę utrzymując dobrą dykcję.

Jowiszowo-plutonowy efekt grawitacyjny nie jest jedynym radiowym żartem primaaprilisowym Sir Moore’a, ale o nich będzie przy innej okazji. Zaglądajcie!

 

1 kwietnia obchodzi imieniny Grażyna (drugi raz – 26 lipca). Świętej Grażyny (niestety?) nie ma, ale jest Grażyna Pierwsza, księżna litewska, małżonka księcia Litawora, bohaterka powieści poetyckiej Grażyna (1823) wchodzącej w skład Poezyi tomu drugiego Adama Mickiewicza. No i co z tego, że to tylko literatura, skoro bardzo szybko literaturą być przestało?

Adomas Mickevičius (jak go szeroko nad błękitnym Niemnem zowią) imię księżnej wymyślił ładnie: od litewskiego gražus, graži – piękny, piękna:

Była naonczas Książęciu zamężną
Córa na Lidzie możnego dziedzica,
Z cór nadniemeńskich pierwsza krasawica,
Zwana Grażyną, czyli piękną księżną;
A chociaż wiekiem od młodej jutrzenki
Pod lat niewieścich schodziła południe,
Oboje: dziewki i matrony wdzięki
Na jednym licu zespoliła cudnie.

Powagą zdziwi, a świeżością znęca:
Zda się, że lato oglądasz przy wiośnie;
Że kwiat młodego nie stracił rumieńca,
A razem owoc wnet pełni dorośnie.

Nie tylko licem nikt jej nie mógł sprostać,
Ona się jedna w dworze całym szczyci,
Że bohaterską Litawora postać
Wzrostem wysmukłej dorówna kibici.

Pod koniec opowieści księżna Grażyna, nie tylko piękna ale i mądra – spełniwszy najświętszy wobec ojczyzny obowiązek i chroniąc męża przez popełnieniem niewybaczalnego błędu – umiera w mężowskiej zbroi na polu walki, zabita kulą z piorunowej broni przez bardzo złego krzyżackiego komtura Dietricha von Kniprode.

Epitafium poeta wystawia jej wzniosłe:

Niewiasta, choć ją męska zbroja kryje,
Niewiasta z wdzięków a bohater z ducha;

zaś Dyterich z Kniprody stoi pod dębem i czeka na stryczek. Ale komtur był również narzędziem w ręku spra­wied­li­wości (już mniejsza z tym jakiej, ale że przymiotnik tu potrzebny do zatuszowania niespra­wied­li­wości, więc niech każdy sobie wstawi własny): niewiasta, która wmieszała się w męskie sprawy i męskie przywdziała szaty, musiała, dla zadość­uczy­nie­nia, umrzeć, a autor musiał jej jeszcze, dla pełnego grzechów odkupienia, pozwolić, by przed zgonem mogła wyszeptać: „Przebacz, mężu mój, pierwsza i ostatnia zdrada!”
Aż strach pomyśleć, co by z księżną działo się dziś – przecież ktoś w końcu by się zorientował, jakie niebez­pie­czeń­stwa i zagrożenia niesie postawa pozwalająca przekraczać granice dżenderu, nawet tak nieznacznie. Strach się bać!

Ciekawa rzecz: Mickiewicz umieszcza akcję swego poematu pod sam koniec XIV wieku. Niewiele później, bo w 1431, na stosie w Rouen Anglicy popełnili morderstwo sądowe na Joannie d'Arc. Jeden z zarzutów podnosił kwestię złamania przez Joannę prawa o odzieży: śmiała bowiem nosić szaty męskie i zbroję, jej płci nie przysługujące. Co by znaczyło, że plaga dżenderu znęca się nad wiernymi od wieków!

Imię Grażyna chwyciło. A że język litewski, nam krewny w grupie bałtosłowiańskiej, z tego samego indoeuropejskiego pnia wyrasta, więc i odniesienia ma Grażyna szerokie, angielskiej Grace, hiszpańskiej Gracieli i łacińskiej Gracji nie wyłączając.

Wszystkiego najlepszego!

 

24 kwietnia 1934 – opublikowany zostaje wniosek patentowy (U.S. Patent 1956350, złożony 19 stycznia 1934) na najwspanialszy instrument muzyczny XX wieku: organy elektryczne, które skonstruował Laurens Hammond.

 

30 kwietnia 1803 – Louisiana Purchase.
Thomas Jefferson był człowiekiem nie tylko mądrym, ale i ze zmysłem handlowym. Gdy w styczniu 1803 Napoleon zaproponował Amerykanom, by zamiast Nowego Orleanu kupili całe dorzecze Missisipi, mające 2.144.510 km kw. (828000 mil kw.) za 15 milionów dolarów (11,75 mln gotówką, reszta – umorzenie długu) prezydent Jefferson nie wahał się ani chwili.
Przy okazji Federaliści (opozycja) pożarli się z jeffersońską partią Demokratyczno-Republikańską. Opozycja – jak zwykle – podniosła larum i jazgot, że wbrew konstytucji, wbrew prawu, wbrew rozsądkowi (nic się nie zmienia!), ba – usiłowali nawet (wbrew faktom) dowieść, że sporne terytorium należy nie do Francji a do Hiszpanii.
Prezydenta, oprócz jego partii, poparli tylko plantatorzy z Południa przerażeni tym, co będzie, gdy Napoleon uwolni niewolników w Nowej Francji (czyli amerykańskiej Luizjanie).
Ale plantatorzy, jak to plantatorzy – mało orientowali się w niuansach polityki zagranicznej, z czego akurat skorzystał Jefferson. Napoleon nie miał bowiem zamiaru nikogo uwalniać, wręcz odwrotnie: w 1801 wysłał karną ekspedycję wojskową na San Domingo (dziś: Haiti), którego mieszkańcy nie chcieli zrozumieć, że hasła liberté, égalité, fraternité stosują się tylko do białych Monsieurs w Europie, a nie do czarnych niewolników w koloniach. W 1802 przyszły Cesarz Francuzów potwierdził utrzymanie niewolnictwa na Martynice i Gwadelupie.
Na Haiti armia francuska (a w niej dwie półbrygady, 113 i 114, polskiej Legii Naddunajskiej, razem ok. 5280 ludzi) ponosiła jednak dotkliwe straty (nie tyle od Haitańczyków, ile od chorób tropikalnych) i Bonaparte zdawał sobie sprawę, że wyspy nie utrzyma (San Domingo proklamowało niepodległość 1 stycznia 1804). A skoro tak – Nową Francję należało czym prędzej sprzedać, zwłaszcza że znalazł się kupiec i to poważny.
Cena 7 centów za hektar (po amerykańsku: 2,8ȼ za akr) była niewspółmiernie niska wobec kosztów, jakie Stany Zjednoczone musiałyby wydać w przyszłości na wojnę o te ziemie, gdyby jakiemukolwiek innemu państwu (tu pewnym kandydatem była Brytania, a następnym Hiszpania) zechciało się rościć pretensje do tego, w większości nietkniętego stopą białego człowieka, terenu.
Dziś by to było 236 milionów dolarów czyli 1,11 dolara za hektar (44,5ȼ za akr) – wciąż darmo!

Dla porównania:

  • za tereny obecnej Kalifornii, Nevady, Arizony i Utah plus kawałki Nowego Meksyku, Kolorado i Wyoming (razem: 1,36 mln. km kw.) Stany Zjednoczone w 1846 roku były gotowe zapłacić Meksykowi 30 mln. dolarów (po wygranej wojnie, w 1848, zapłaciły ok. 18 mln.);
  • w transakcji zwanej Zakup Gadsdena (Gadsden Purchase, 1853), za kawałeczek południowej Arizony i Nowego Meksyku (76.800 km kw.) Amerykanie zapłacili Meksykowi (a dokładnie prezydentowi tego kraju, gen. Santa Annie, co nie jest równoznaczne) 10 milionów;
  • Alaskę (1,7 mln km kw.) Stany kupiły w 1867 za jedne siedem milionów dwieście tysięcy.

Traktat kupna-sprzedaży luizjańskiej podpisali 30 kwietnia 1803 w Paryżu:
Robert Livingston (ambasador amerykański we Francji),
James Monroe (za 14 lat zostanie na dwie kadencje piątym prezydentem USA i wyda słynną Doktrynę)
i François Barbé-Marbois (dyrektor francuskiego Skarbu Państwa, który za udaną transakcję dostał od Pierwszego Konsula 152 tys. franków czyli ok. 34 tys. dolarów ówczesnych, a ponad pół miliona dzisiejszych).
„Żyjemy już długo, ale ten jest najszlachetniejszym z dokonań żywotów naszych. Dziś Stany Zjednoczone zajęły miejsce wśród najpierwszych mocarstw tego świata” – powiedział Livingston po złożeniu podpisów.
Rok i dwa tygodnie później (14 maja 1804) na penetrację nowozakupionych terytoriów wyruszyła z St. Louis ekspedycja, którą dowodzili Meriwether Lewis i William Clark. Wyprawa dotarła do Pacyfiku i wróciła do Saint Louis po dwóch latach, czterech miesiącach i dziesięciu dniach – 23 września 1806. To jest dopiero historia!

Ziemie zakupione od Francji stanowią prawie 25% powierzchni dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Leżą na nich (porządek prawie alfabetyczny): Arkansas; Dakota Południowa; Dakota Północna; Iowa; Kansas; Luizjana (na zachód od Mississippi, z Nowym Orleanem); Minnesota (na zachód od Mississippi); Missouri; Montana, Wyoming i Kolorado (na wschód od Gór Skalistych); Nebraska; Nowy Meksyk (część północno-wschodnia); Oklahoma; Teksas (część północna) i niewielkie kawałki dzisiejszych prowincji kanadyjskich Alberta i Saskatchewan.

 

Znaki Zodiaku w kwietniu:
Baran (♈) – do 20 kwietnia
Byk (♉) – od 21 kwietnia.

 

Kwiat kwietnia:
stokrotka (Bellis perennis L.) – jej łacińska nazwa znaczy ‘wieczne piękno’; w Anglii jest kwiatem dzieci i niewinności.

 

Kamień kwietnia:
diament – symbolizujący zwycięstwo, niezniszczalność.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
czwarty miesiąc roku to:

białoruskiкрасавік [krasavik]
bośniackiapril
bułgarskiaприл [aprił]
chorwackitravanj
czeskiduben
kaszubskiłżëkwiôt (też: kwietnik, aprël, kwiecéń)
litewskibalandis
łatgalskisulu
łużycki (dolny)jatšownik (też: apryl, nalětny)
łużycki (górny)jutrownik (też: apryl, haperleja)
łotewskiaprīlis
macedońskiaприл [aprił] albo тревен [triewien]
rosyjskiaпрель [apriel]
serbskiaприл [aprił]
słowackiapríl
słoweńskiapril
ukraińskiквітень [kviteń]
żmudzkibalondis

 

Przysłowia związane z kwietniem:

Choć już w kwietniu słonko grzeje,
nieraz pole śnieg zawieje.

Ciepłe deszcze w kwiecień
rokują godną jesień.

Deszcze częste w kwietniu wróżą,
że owoców będzie dużo.

Gdy w końcu kwietnia deszcz porosi,
błogosławieństwo polom przynosi.

Gdy w kwietniu pszczoły latają,
długie chłody się zapowiadają.

Grzmot, w kwietniu – dobra nowina,
już szron roślin nie pościna.

Jak przygrzeje słonko,
przejdzie kwiecień łąką.

Jeszcze w kwietniu zimno
i na żaby, i na baby, i na las,
a najwięcej na nas.

Kwiecień, co deszczem rosi,
wiele owoców przynosi.

Kwiecień, gdy jest suchy,
nie daje dobrej otuchy.

Kwiecień-plecień:
bo plecie
niby zimą, niby latem,
a przeplata wszystko kwiatem.

Kwiecień-plecień
wciąż przeplata
trochę zimy, trochę lata.

Na kwiecień
lada z czego wianek upleciem.

Pogody kwietniowe
– słoty majowe.

Przyjdzie kwiecień
– ostatek z gumna wymieciem.

Sprzyja nam rok, gdy wilgotny
kwiecień, gdy nie bardzo słotny.

Suchy kwiecień, mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

W kwietniu kwiatek – to gagatek,
ale w maju przebierają.

W kwietniu po brzegach lody
niosą, jęczmienia urody.

W kwietniu posusza,
nic z ziemi się nie rusza.

 

Przysłowia na
Prima Aprilis (1 IV):

Pierwszy kwietnia
– bajów pletnia.

Pierwszy kwietnia:
nie wierz – brednia.

Prima aprilis:
nie czytaj, nie słuchaj, bo się omylisz.

W pierwszy kwietnia się omylisz,
gdzie postąpisz, gdzie się schylisz.

 

Przysłowia na
św.
Franciszka (2 IV):

Na św. Franciszka
nieraz dobrze grzmi i łyska.

Na św. Franciszka zielenią się łany
i ze swego zimowiska wracają bociany.

Na świętego Franciszka
szuka ziarnek w polu myszka.

 

Przysłowia na
św.
Izydora (4 IV):

Na Świętego Izydora
dla bociana pora.

 

Przysłowia na
św.
Wincentego (5 IV):

Chociaż św. Wincenty,
jednak szczypie mróz w pięty.

Jak się Wincenty rozdeszczy,
źle chłopu wilga wieszczy.

Na św. Wincenty
nie chodź bosymi pięty,
bo nieraz mrozek cięty.

 

Przysłowia na
św.
Makarego (10 IV):

Dzień na święty Makary pewnie przepowiada,
czy we wrześniu pogoda, czy też ciągle pada.

 

Przysłowia na
św. Jerzego (23 IV):

Do świętego Jerzego paszy u każdego,
a na święty Jerzy gospodarz się jeży.

Kiedy Jerzy pogodą częstuje,
wnet się pogoda zepsuje.

Kiedy Jerzy skryje wronę w życie,
będzie zboża obficie.

Nabożny, jak koń św. Jerzego.

Na święty Jerzy
trawa się pierzy.

Na święty Jerzy
każdy chłop się jeży.

Na święty Jerzy rosa,
nie trzeba koniom owsa.

Na święty Jerzy
trawa się pierzy.

Św. Jerzy do kościoła,
a koń do karczmy.

 

Przysłowia na
św. Wojciecha (23 IV):

Gdy na Wojciecha rano plucha,
do połowy lata będzie ziemia sucha.

Gdy przed Wojciechem grzmi,
długo jeszcze zima śni.

Gdy Wojciech rano rosi,
pół lata posuchę nosi.

Ile dni przed św. Wojciechem
kukułka się odezwie, albo żaba zaskrzeczy,
tyle dni po św. Wojciechu będzie zimno.

Kiedy grzmi w święto Wojciecha,
roście rolnikom pociecha.

Kto sieje jarkę po św. Wojciechu,
to lepiej, żeby ją zatrzymał w miechu.

Licha pociecha koło świętego Wojciecha.

Na ile dni przed św. Wojciechem żaby rechcą,
tyle dni po Wojciechu zimna być zechcą.

Najadł się, jak wół trawy na święty Wojciech.

Na św. Wojciecha
dla roli pociecha.

Na św. Wojciecha naszego patrona,
już się w zbożu ukryje i zając, i wrona.

Na św. Wojciecha wrony z żyta nie widać,
możesz bydełku resztę suchej paszy wydać.

Na Wojciecha
sucha strzecha.

Św. Wojciech trawę sieje,
św. Marek zeń się śmieje.

 

Przysłowia na
św. Marka (25 IV):

Chodzisz na Marka bez koszuli,
w maju kożuchem się otulisz.

Co Marek zagrzeje,
Pankracy [12 V] wywieje.

Co na Marka się stanie,
to na ogrodników [12,13,14 V] odstanie.

Deszcz w święty Marek,
to ziemia w lecie jak skwarek.

Do św. Marka
nie ma żyta ani ziarnka.

Kiedy Marek skwarem zieje,
w maju kożuch nie dogrzeje.

Kucharka od św. Marka.
[licha, zła kucharka, sługa; jest to dawny termin zmiany służących]

Na św. Marka
siej lepiej groch do garnka.

Na św. Marek
w Sierpcu jarmarek.

Na św. Marka
nie ma co włożyć do garnka.

Przed dniem św. Marka, ile żaba kuka,
Tyle dni po nim, milcząc, spokojności szuka.

Sadź ziemniaki w wilję św. Marka,
to będzie pod krzakiem miarka

Święty Marek
poszedł na folwarek
oglądać żytko,
czy zeszło wszytko

Święty Marek
rzuci do wody ogarek.
[tj. światła w chatach już nie używają, gdyż wieczory są o tej porze krótsze znacznie]

 

Przysłowia na
św. Pawła (28 IV):

Jeśli w św. Paweł śnieg albo deszcz pada,
dobrych się urodzajów spodziewać wypada.

 

Przysłowia na
św. Piotra i Augustyna (29 IV):

Na świętego Augustyna
orka dobrze się poczyna.

Na św. Piotr suchy dzień,
suche lato, sucha jesień.

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Źródła trzech cytatów na wstępie:
T. S. Eliot – Ziemia jałowa (The Waste Land, 1922). Tłum. Krzysztof Boczkowski
Bułat Okudżawa – Kwietniowy dyżurny (Дежурный по апрелю, 1960) [autora przekładu nie udało mi się ustalić; producenci nagrań zapomnieli podać]
Bolesław Prus – Lalka (1890).

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha