Eugeniusz Moczydłowski

O sobie samym i najbliższych

Skad korekta.indd


Syn Henryka i Amelii z domu Zaremba, urodzony ósmego września 1949 roku w Czyżewie, tuż za rzeką Bug. Przodkowie po mieczu szczycą się  herbem Nowina. Zarembowie herbu Zaremba, to – jak pisał Długosz – ród niemiecki przebiegły i do skąpstwa skłonny.

Dawne zapisy mówią o Magnusie zwącym się Zaremba – staroście wrocławskim, który popadł w konflikt z Sieciechem hetmanem i wojewodą krakowskim za panowania Przemysława II i (jak w genealogicznych księgach czytamy): Magnus zaś do Mazowsza się udawszy i tam Pomorzanów zbiwszy, gdzie ich sześćset trupem położył, tysiąc dwieście w niewolą zabrał, w pokoju osiadł, gdzie, jako i w Podlasiu wiele jego potomstwa widziemy

W wiktorii grunwaldzkiej Zarembowie z ziemi kieleckiej wystawili własną chorągiew i ród to możny był wielce w Wielkopolsce. Na Mazowszu w zaściankach  gospodarzył na lichej ziemi, aż schłopiał zupełnie. Pozostały liczne wsie o nazwie Zaremby (Z. Krztęki, Z. Kościelne, Z. Skórki, Z. Kramki, Z. Kromki  itd. itd), które zamieszkują do dziś niemal wyłącznie rodziny Zarembów [1].

 

Henryk i Amelia pobrali się w stołecznym kościele św. Krzyża w 1947 r. Na majątek nowej rodziny składał się zdobyczny niemiecki rower, którym Ojciec wrócił z jenieckiej niewoli i pościelowa wyprawa Mamy. Oboje pochodzili z wielodzietnych rodzin, byli najmłodsi i mogli liczyć tylko na siebie. Założyli sklep wielobranżowy w pobliskim miasteczku i przez kilka lat, zanim socjalizm okrzepł na dobre,  zarobili grosz zupełnie przyzwoity, jak na owe czasy. Było tego sporo, gdyż starczyło na zakup własnej oficyny na pięknej działce w Wołominie pod Warszawą. Historia walki o przetrwanie rodziny w czasach komuny to osobna, wielka story, ale na inną okazję.
Rodzice wychowali i wykształcili na studiach wyższych trójkę dzieci wbrew wszelkim przeciwnościom systemowym i losowym przy pomocy niezbyt wyrafinowanej, chłopskiej zasady: jeśli masz problemy bytowe – musisz więcej pracować.

Najważniejsze przesłanie wyniesione z domu i rodzinne credo: primo – licz na siebie, secundo – wyciągaj rękę, by raczej dawać, a nie brać, gdyż taka postawa zapewnia konieczny do przetrwania, komfort psychiczny.

 

Edukacja w SP  nr 4 w Wołominie (obecnie imienia Marynarki Wojennej) i zapracowani rodzice w niewielkim tylko stopniu zakłócali moje wielkie obszary swobody i niezapomnianych przygód lat szczenięcych. Poligon wydarzeń odpowiedzialnych za mój późniejszy głód świata, zaczynał się w lasach Nasfettera, późniejszym rezerwacie  przyrody Grabicz [2],  z centrum w postaci wielohektarowego zbiornika wodnego, a kończył w Zielonce, z punktem tajemniczym, niebezpiecznym z racji lokalizacji na terenie wojskowym, tuż koło poligonu artyleryjskiego. Ze ściśniętym gardłem skradaliśmy się do  zrujnowanej kapliczki ks. Skorupki, z grobami gimnazjalistów, obrońców Warszawy w sierpniu 1920 roku [3]. Tam doświadczałem poznawania historii prawdziwej i nieosiągalnych gdzie indziej emocji, gdy spoglądałem na orła z cmentarnego pomnika, któremu pierś odstrzelił żołnierz-wyzwoliciel w 1944 r.

 

Brunatne od resztek  torfu wody  zbiornika rezerwatu Grabicz były moim pierwszym z siedmiu mórz. Można tam było  dryfować na  wyspach torfowych porośniętych trzciną jak na jeziorze Titicaca. Na tym akwenie sprawdzałem zdolności nautyczne ożaglowanej dętki traktorowej i zbudowanej w pokoju u sąsiada – żaglówki Myszka.

 

Pierwszą prawdziwą łódź żaglową zobaczyłem z  bliska jesienią 1964 r na przystani Harcerskiego Ośrodka Wodnego. Była to jedna z ostatnich w kraju łodzi klasy E. Irek Waś „Baryła”, zastępowy 165. Warszawskiej Drużyny Harcerzy pokazał mi ją w hangarze na Cyplu Czerniakowskim i wręczył zagięty, zaostrzony pilnik – skrobaczkę i krótko poinformował, że trzeba zeskrobać starą farbę. Skrobałem i szlifowałem „edkę” po szkole trzy razy w tygodniu oraz całe niedziele aż do czerwca roku następnego. Łódź została zwodowana, a ja miałem pewność, że jej rasowa sylwetka miała wyraźne ślady mojej stwórczej ręki. Byłem po prostu dumny i szczęśliwy. Ale świat wydał mi się wręcz cudowny, gdy „Baryła” zapowiedział mi, że w nagrodę płynę z drużyną do Szczecina na zlot harcerskich drużyn wodnych. Kiedy wsiadłem na „moją” łódkę, zastępowy i sternik Irek Waś zdecydował: będziesz Gienia. Przyjęło się dlatego, że znikł dylemat: Genek, czy Gienek, potem ktoś dorobił ideolo, że ksywka pochodzi z żeglarskiego slangu, w którym „gienią” nazywa się genuę – wielki przedni żagiel. Nie protestowałem.

Nigdy więcej nie byłem na tak ciężkim rejsie żeglarskim, jak ta trzytygodniowa wyprawa do Szczecina. Nie wszyscy dotrwali do końca nieudawanej walki o przetrwanie. Ale całe zmęczenie z pięciu rzek wyparowało, gdy jak przed Livingstonem jezioro Wiktoria, tak przed nami w końcu otworzyły się przestrzenie jeziora Dąbskiego.

 

Żeglowanie z harcerzami trwało przez cały czas edukacji w Technikum Mechanicznym nr 1 przy ul. Wiśniowej w Warszawie. Ale nigdy już nie pojechałem na obóz. Przeprowadzałem, czasem tylko we dwójkę, drużynowe „omegi” z Warszawy na Mazury, ale na prawdziwego harcerza się nie nadawałem – chyba wskutek przerostu indywidualizmu i wrodzonej niechęci do paramilitarnego porządku. Jeszcze z pokładu harcerskich szalup „Czerwonych Żagli” (1966 r.) zobaczyłem morski horyzont za helską kosą. Z harcerstwa pozostali do dnia dzisiejszego przyjaciele i dobre wspomnienia. Szkoła średnia i harcerstwo nauczyły mnie pracy bez perspektyw na beneficja. Dowiedziałem się jednak, że nawet taka praca może dostarczyć radości wynikającej z prostego faktu tworzenia.

Poznałem zalety działań zbiorowych dzięki czemu znacznie w cenie wzrosły u mnie przedsięwzięcia indywidualne. Na przykład grudniowy spływ kajakiem po Bugu w 1970 roku – moja pierwsza przygoda polarna i „polityczna” [4]. W harcerstwie, z marzeń chłopaka z Wołomina urodziła się doktryna życiowa: uznałem podświadomie żeglowanie za jedyną możliwą drogę w szeroki świat, mój kurs do wolności.

 

Wraz z nową szkołą – w 1968 roku zdałem egzaminy na Politechnikę Warszawską – pojawiły się barwne środowisko i zaskakujące możliwości, które nierozerwalnie wiązały się z WYC-em. Warszawski Yacht Club ZSP miał swoją siedzibę w narożnym pokoiku prawej strony bramy głównej Uniwersytetu Warszawskiego, przy Radzie Okręgowej ZSP. W tym pokoiku tłoczyły się jeszcze inne środowiskowe kluby: elitarny – jeździecki, rozrywkowy – przewodników beskidzkich. A także:  narciarze, speleolodzy, alpiniści i inne towarzystwa realizujące tu swoje ambicje poza-edukacyjne. Dla działaczy, ZSP było często przedsionkiem kariery partyjnej i zawodowej. Ale masy studenckie szukały i znajdowały w ZSP wsparcie formalne i często finansowe dla działań zupełnie niepolitycznych. Tysiące żaków odbywało przedziwne ekspedycje: motorowerem „komar” dookoła Morza Śródziemnego, traktorem do Turcji, i zwyczajne wyprawy górskie lub turystyczne do Afganistanu, Afryki i Ameryki Południowej.

Nie do końca znane są przesłanki, którymi kierowała się ówczesna władza pozwalając studentom na to, co było niedostępne dla reszty społeczeństwa. „Deputacja” WYC nie drążyła genezy tej sytuacji, tylko natężała swą inteligencję, by korzystną koniunkturę wykorzystać, mając na uwadze udokumentowany fakt, że dobry fart nie trwa długo, a i studia muszą się (niestety!) kiedyś skończyć. Za mojej kadencji  „ludzie z WYC-u” w ciągu trzech lat (1969-1971) zbudowali pierwszy jacht morski środowiska warszawskich studentów s/y Konstanty Maciejewicz i zorganizowali Pierwszą Studencką Wyprawę Oceaniczną Dookoła Ameryki Południowej. Stwierdzam z dumą, że miałem w tych przedsięwzięciach niebagatelny udział. Saga WYC czeka na swego bajkopisarza – ja swoją story o klubie i Macaju opisałem na prośbę Zdzisława Pieńkawy w książce Pokłon Hornowi [5]. Wyprawę na Macaju (1972/1973) z opłynięciem przylądka Horn ze wschodu na zachód, zrelacjonowałem w książce Pod żaglami i na cumach [6].

 

Do WYC trafiłem raczej przypadkiem, ale reszta życia układała się w łańcuch przyczynowo-skutkowy, którego pierwszym ogniwem był właśnie ten studencki klub. Raz trącony kamień wielkiej przygody wciągnął mnie w koryto, którym rwała lawina wydarzeń, o których nie śmiałem w młodości nawet marzyć. Po powrocie z rejsu dookoła Ameryki Południowej udało mi się skończyć studia (1974) na wydziale hydrologii i meteorologii technicznej PW. Znalazłem też fantastyczną w moim mniemaniu pracę – w Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie oraz świetną żeglarkę na towarzyszkę doli i niedoli – geologa, kapitana żeglugi bałtyckiej – Małgosię S. znaną raczej jako „Złotowłosa”. W WSM zajmowałem się optymalizacją drogi morskiej statku do czasu, gdy Darek Bogucki rozpoczął poszukiwania sprawdzonych żeglarzy na wyprawę s/y Gedania z zamiarem pokonania Przejścia Północno-Zachodniego. Protegował mnie Jurek Jaszczuk – mój oficer z Macaja, któremu się widocznie niezgorzej żeglowało w moim towarzystwie. Gedania Przejścia Północno-Zachodniego nie pokonała, ale może dzięki temu odbyliśmy epicki rejs, który – jak mniemam – opisałem wiernie acz z przymrużeniem oka w książce Pod żaglami do Arktyki i Antarktyki [7].

Powrót za biurko adiunkta po czternastomiesięcznym żeglowaniu był bolesny i kolejną „akcją” byłem zachwycony. Tym razem, jako jeden z nielicznych, którzy wówczas o Antarktyce wiedzieli cokolwiek, zostałem wezwany do pomocy w budowie Polskiej Stacji Antarktycznej na Wyspie Króla Jerzego (1976) przez obecnie profesora Stanisława Rakusę-Suszczewskiego. Przygoda w Zakładzie Badań Polarnych PAN trwała siedem lat. Na początek,  przez pół roku badałem kryla z pokładu przetwórni m/t Gemini łowiącej ryby na Oceanie Południowym w pobliżu Georgii Południowej i Południowych Orkadów (1977/1978).  Zaraz potem ożeniłem się ze Złotowłosą (1978). Razem budowaliśmy pełnomorski jacht, który miał nas nieść na podbój innego, lepszego świata w którym pensja naukowca starcza na coś więcej niż na papierosy i benzynę do „malucha”. Urlopy spędzaliśmy zarabiając na życie i naszą łódkę w Szwecji lub Finlandii. Jeden sezon przepracowaliśmy na farmie pod Uppsalą, która kiedyś należała do rodziny Wazów. Rodzina Lundborgów nie traktowała nas jak roboli, tylko raczej jak członków swojej małej społeczności. Może  w ramach późnych reparacji za Potop, a może dlatego, że pracowaliśmy w dobrach wspólnej dynastii?

 

Wartkie, ale dość już ustabilizowane życie zostało przerwane przez kolejne wyzwanie: Andrzej Myrcha zaproponował mi kierownictwo zimowej grupy IV Wyprawy Antarktycznej PAN na stację im. H. Arctowskiego. Małgorzata protestowała bez przekonania. Argument o szkodliwości rozstania nie mógł przeważyć nad argumentem wielkiej szansy i popłynąłem na siedemnaście miesięcy badać fizyczne warunki gniazdowania pingwinów z rodzaju Pygoscelis. Zimowanie na wyspie Króla Jerzego to była prawdziwie wielka rzecz. Odkrywałem tajniki kierowania zespołem w „warunkach ekstremalnych”, w duszę wlazło mi całe piękno tamtejszej przyrody, a umysł zaraził się ciekawością świata – wygląda na to, że na całą resztę życia.

Antarktyka byłą więc pasmem sukcesów, ale powrót znaczyły nieporozumienia, zagrożenie, a w domu czekała mnie prawdziwa katastrofa. Polska Akademia Nauk przysłała po zimowników IV Wyprawy Antarktycznej żaglowiec Pogoria. Dla żeglarzy było to wręcz wymarzone przedłużenie wspaniałej ekspedycji, prawie jak przedsięwzięcia Shackletona lub Amundsena. Pozostali odebrali pomysł jako karę niezasłużoną i dla cierpiących na chorobę morską, bardzo dotkliwą. Nieliczna załoga Pogorii pracowała ciężko i niezbyt łaskawym okiem spoglądała na nic nierobiących „pasażerów”. Musiałem wybierać pomiędzy lojalnością wobec zimowników i solidarnością z przyjaciółmi z załogi Pogorii. Nie wahałem się wybierając to pierwsze. Zadziwiało mnie niezamierzone być może antagonizowanie  załogi i pasażerów.  Rosła satysfakcja z tego, że antarktyczna ekipa, mimo różnic osobowości i naprawdę poważnych konfliktów, kończyła wyprawę jako rozumiejący się zespół w przyjaznej atmosferze.

Na rzece Elbie, przed Hamburgiem, Pogoria najechała na statek Gen. Stanisław Popławski. Była noc, mgła i cud, że obyło się bez ofiar. Pogoria straciła dwa maszty i bukszpryt – atmosfera na pokładzie zmieniła się z napiętej w pogrzebową [8]. Po powrocie do domu, żona oświadczyła mi, że takie jak dotychczas życie jest nie do przyjęcia i nasze małżeństwo musi być przedefiniowane. Najgorsze było jednak to, że Małgorzata nie potrafiła określić innego, strawnego dla obojga, modelu naszego związku.

A żyć trzeba dalej także wtedy, gdy krzywa życia opada na łeb skołatany i nadwyrężony nadmiarem wódy. Za pieniądze zarobione na wyprawie dokończyliśmy budować Vircę [9]. Napisałem i obroniłem doktorat w Instytucie Ekologii PAN (1983). Kraj pogrążony był w ponurym smutku stanu wojennego, małżeństwo praktycznie nie istniało. Nie czekając na pierwsze doświadczenia z delirium, podpisałem Małgorzacie papiery rozwodowe, rezygnację z mieszkania i w Gdyni oddałem cumy Virki, nie bardzo mając pomysł na to, co, jak i gdzie mam dalej robić ze swoim życiem na zakręcie. Wiadomo było tylko tyle i aż tyle, że jak jest łódka, to trzeba żeglować. Przed siebie [10].

 

Do Kielu żeglowaliśmy we trójkę z Hanią K. i Markiem S., potem tylko z Markiem przez jesienne Morze Północne i zatokę Biskajską. Pogoda była paskudna – pod Dover rozleciał się katamaran Wojtka Kaliskiego, jakiś carter zatonął na Biskajach. Virca okazała się być dzielnym stateczkiem, a kilka dni żeglugi „na motyla” wzdłuż Półwyspu Pirenejskiego było nagrodą za wytrwałość. W Lizbonie na przystanku koło portu, Marek wrzucił worek żeglarski do tramwaju jadącego na lotnisko. Jako jedyny żywiciel rodziny musiał wracać do domu – tak zostałem żeglarzem samotnikiem.

Las Palmas na Gran Canarii osiągnąłem z trudem, ale później atlantycki passat okazał się szczodrym i Virca pokazała swoją wielką klasę. Palmy kokosowe Barbadosu ukazały się już po 23 dobach serfowania po majestatycznych górach wodnych. Nic się nie popsuło, nie podarło i tak było przez resztę leniwej włóczęgi po Małych Antylach, Wyspach Dziewiczych, Abaco  i Bahamach [11].

Ale smakowałem te tropikalne raje umiarkowanie. Piłem rum lub piwo czasem w towarzystwie światowych łazików morskich i wagabundów lub miejscowych rybaków, ale najczęściej – sam. Byłem na własnym jachcie, w rejsie, który marzył się nam na pokładach MacajaGedanii, gdy żeglowało się w ciągłym pośpiechu, nieustannym dążeniu do wyznaczonych celów. Miałem więcej wolności niż ptaki oceanów, bo dom mój był ciągle ze mną. Dlaczego więc kłuło mnie w serce i głowę proste pytanie: co ja tutaj robię?

Samotność to wielka wygoda, niemal pełny komfort ducha. Może to być sposób na dobre życie, pod warunkiem, że nie ma do kogo i do czego tęsknić. Mnie było przerażająco smutno, bo tęskniłem – za moją nową rodziną: Ewą i jej córką Agnieszką, ale też za pracą i za krajem. Na rozum nie szło tego pojąć, ale chłonąc egzotyczny świat utwierdzałem się w przekonaniu, że moje miejsce na ziemi jest przy rodzinie, w tym sponiewieranym, biednym kraju nad Wisłą, w którym wszystko idzie nie tak. Polacy w Miami na Florydzie,  patrzyli na mnie podejrzliwie, gdy wykładałem zdaje się mało przekonywująco, że nie muszę dużo mieć, ale koniecznie muszę być i to raczej u siebie.

 

Sprzedałem Vircę, spakowałem pamiątki po rejsie, żeglarski dobytek i ruszyłem do Nowego Jorku. Byli tam moi rodzice, którzy dostąpili dobrodziejstw stanu wojennego, kiedy to emerytom wydawano swobodnie paszporty, a Amerykanie udzielali wiz tym nielicznym szczęściarzom na których władzy ludowej nie zależało. W ten sposób Ojciec i Matka zrealizowali swoje marzenie – by nareszcie cokolwiek w życiu mieć, zamiast być –  niewolnikiem systemu. Zderzały się moje i rodziców pomysły na życie, ale staruszkowie przywykli do moich dziwnych pomysłów od czasu, gdy zbudowałem swoją pierwszą łódkę. Trudno im było zrozumieć, dlaczego lekkomyślnie rezygnuję z 10 dolarów za godzinę smołowania dachów na Manhattanie. Ale nie protestowali, gdy postanowiłem wracać do domu – nikt nie musiał ich uczyć tolerancji – sama przychodziła bez trudu z szorstką, ale prawdziwą miłością.

 

W kraju domu wprawdzie nie było, ale była rodzina. Mój szef, prof. Stanisław Rakusa-Suszczewski ucieszył się z mojego prawie terminowego powrotu i zaproponował natychmiastowy roczny wyjazd na Antarktydę. Pokusa była ogromna, ale nie miałem wątpliwości, że rodzina może takiego eksperymentu nie przetrwać. Musiałem odmówić, a szef musiał mnie zwolnić – to było dość oczywiste. Bez domu, bez pracy – tak wyglądało moje miejsce na ziemi, wyśnione w samotne, tropikalne noce na morzu Karaibów.

Stał się jednak cud, który, jak to często z cudami bywa, miał zupełnie przyzwoite racjonalne umocowanie. Mój promotor, prof. Andrzej Myrcha organizował Zakład Biologii Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku i potrzebował pracowników naukowych. Wzięliśmy z Ewą ślub, a w prezencie ślubnym dostaliśmy przydział na M4, pracę dla mnie i dla Ewy. Agnieszka miała nareszcie własny pokój, kupiliśmy znakomity samochód. Kraj tkwił w gehennie kartkowo-policyjnych realiów życia codziennego, a my przeżyliśmy „na kresach” 10 spokojnych i dostatnich lat poza rzeczywistością (do 1994 r).  Wolni od uciążliwości systemu dzięki fortunce uzyskanej za Vircę.

 

W lutym 1986 roku urodził się Adam. Liczne sfery rodzinnego życia zostały podporządkowane potrzebom maleńkiego terrorysty, ale Ewa wyrobiła w Agnieszce i we mnie głębokie przekonanie, że jest to stan jak najbardziej naturalny. Tylko dalsza rodzina lekutko pukała się w głowę, gdy w gości przybywała karawana ze sprzętem, którego znikoma cząstka znana jako „osobne garnki Adasia” utrwaliła się w pysznej rodzinnej anegdocie. Do wyjątków, które małe, zachłanne życie nie wessało w swoją orbitę, była szkoła Agnieszki, moja praca i żeglowanie. Zaskoczyło mnie, że trzy miesiące po porodzie Ewa niemal nie oprotestowała trzymiesięcznego wypadu na Spitsbergen z wyprawą naukową Zakładu Biologii naszego oddziału UW.

 

 Żeglowanie od czasu uzyskania patentów kapitańskich, a szczególnie od samotnego żeglowania na Virce, straciło wiele ze swej intelektualnej atrakcyjności. Z podniecającej fazy poznawania sztuki i oswajania się z żywiołami, przeszło w nieco nudnawą rutynę. Jeszcze trudno było zrezygnować z takich „okazji” jak „Operacja Żagiel” w Lizbonie na Pogorii w 1982 r., czy wypad na „Operację Żagiel” w Australii w 1988 r. Ale głód świata i ludzi jako motyw zamorskich podróży nieubłaganie wypierało żeglowanie dla chleba i dla dzieci. Jak zwykle pieniądze wydawały się stanowczo za szybko, więc  zarabianie żeglowaniem stało się cennym darem losu, a właściwie – efektem stosownych znajomości.

Z Göteborga w Szwecji na hiszpański półwysep La Manga na Morzu Śródziemnym, przeprowadziłem rok po roku dwa jachty stoczni „Halberg Rassy” i było to wielkie przeżycie. To tak, jak przesiąść się z samochodu marki żuk do toyoty land cruiser. Trzy sezony woziłem zamożne i miłe towarzystwo po wodach Turcji i Grecji na pięćdziesieciopięciostopowym slupie Sun Odysey.

Agnieszka tylko raz  popłynęła ze mną na superjachcie Halberg-Rassy 55, ale pięciodniowy sztorm na Zatoce Biskajskiej wydatnie zredukował jej początkowy entuzjazm do żeglowania. Zresztą Agnieszka wdepnęła w dorosłe życie jeszcze jako dziecko i długo żeglowanie i inne przyjemności nie zaprzątały jej uwagi: po drugiej klasie liceum wyjechała do Nowego Jorku. W ciągu roku „zrobiła” dwa lata amerykańskiej High School, maturę i zdała do Baruch College, oczywiście pracując w międzyczasie.

 

W mojej pracy nauczyciela akademickiego, podobnie jak w sprawach bytowych,  gwiazda wolności świeciła jasno i obiecująco. Ale tylko do czasu, gdy po prostu zgasła jakby wybuchła supernowa. W Zakładzie Biologii Filii UW [12], pracownicy mieli dużo swobody i to było wspaniałe. Mój szef, prof. Andrzej Myrcha z wielką życzliwością przyglądał się moim projektom naukowym.

Obszar moich interdyscyplinarnych zainteresowań nie był biologom obcy, ale na  moje wyniki spoglądali nieufnie. Byłem zdziwiony tą rezerwą –  jeśli się mylę to pokażcie mi gdzie, a jeśli mam rację to oczekuję uznania i stosownych gratyfikacji. Byłem bardzo pewny swego. Miałem wrażenie, że habilitację mam w kieszeni. Wprawdzie mój dorobek naukowy mierzony ilością publikacji był nader skromny, ale byłem pewien, że w dążeniu do prawdy ważniejsza jest jakość niż ilość.

Bardzo się pomyliłem. We współczesnej nauce obowiązuje zasada publish or perish, publikuj lub giń. Pobrałem surową lekcję – także za granicą odrzucono moje wyniki w sposób irytujący: recenzenci moich prac po prostu napisali bez podania żadnych argumentów, że to nie może być prawda. Miałem satysfakcję – nikt nie podważył moich dokonań, ale wkrótce straciłem pracę. W końcu pojąłem, że po pierwsze: od prawdy ważniejszy jest autorytet. A ten osiąga się przez liczne, najłatwiej – bezpiecznie konformistyczne publikacje. Po drugie: reguły obowiązujące w nauce, nie konweniują z moimi wyobrażeniami o tym, czym powinna być nauka. Przede wszystkim należy przestrzegać przykazania: nie podnoś ręki na autorytet, jeśli sam nie jesteś autorytetem bez względu na to, czy masz rację. Toteż bez większego żalu przyjąłem decyzję uczelni o nie przedłużaniu umowy o pracę.

 

Nie bez wpływu na decyzję władz uczelni miał fakt mojego zainteresowania się kreacjonizmem.  Przypadkowo trafiłem na spór ewolucjonistów z profesorem Maciejem Giertychem. Poraziły mnie antynaukowe i nieetyczne ataki ewolucjonistów i rzeczowe, spokojne riposty. Uznałem, że naukowy świat musi mieć wgląd do takich materiałów. Założyłem wydawnictwo Megas i wydałem zbiór wypowiedzi szanownych antagonistów [13]. Środowisko nie kryło dezaprobaty dla mego skandalicznego zachowania i to był kolejny szok. Zwykła prezentacja stanowisk jest kamieniem obrazy dla nauki?  Mój szef w arkuszu oceniającym nieprzydatność mojej osoby dla uczelni napisał między innymi: „wydał książkę kreacjonistyczną”. Pod wyrokiem złożyło podpis jeszcze czterech innych profesorów. Nie dowiem się nigdy, czy wydanie za własne pieniądze zbioru wypowiedzi uczonych na temat fundamentalnego problemu nauki zostało mi poczytane jako zasługa, czy powód do wykluczenia mnie poza nawias oficjalnej nauki. 

Tak czy owak, zostałem członkiem i wkrótce przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Kreacjonistycznego [14]. Wydawnictwo Megas mozolnie gromadząc fundusze wydaje kolejne antyewolucyjne pozycje [15]. Tymczasem w środowisku uczonych, a także w mediach, neokreacjonizm rodem z Ameryki oparty na koncepcji tzw. inteligentnego projektu zajmuje coraz więcej miejsca. A moje naukowe osiągnięcia czekają na materializację w postaci książki p.t. Moja wielka przygoda naukowa – jak nie zostałem profesorem. Jest to moje najważniejsze zadanie na względnie nie odległą przyszłość.

Ad finem muszę koniecznie podkreślić, że nie czuję się sfrustrowanym uczonym, który nie zrobił kariery i ma żal do całego świata, tylko nie do siebie. Wprost przeciwnie! Moja przygoda z nauką dostarczyła mi wielkich przeżyć. Mam ogromną satysfakcję z moich wysiłków. Wciąż zajmuję się najbardziej fundamentalnymi zagadnieniami nauki, jak problem genezy życia i Wszechświata. Przybliżanie się do prawdy o rzeczywistości, szczególnie przyrodniczej, ekscytuje bardziej jeszcze niż zbliżanie się do lądu po przepłynięciu oceanu. W tym sensie uważam naukę za bardziej dojrzałą siostrę żeglarstwa  i niech mi wybaczą ci, dla których morze i żegluga są intelektualną ultima Thule.

 

Nigdy praca oficjalna nie była dla mnie wystarczającym do życia źródłem dochodów. Rok 1989 stworzył nieznane wcześniej możliwości – zwykły obywatel mógł założyć własną firmę. Założyłem. Byłbym  może dołączył do grona młodych tygrysów biznesu, ale pewien poznany na rejsie prominentny działacz gospodarczy wylądował w więzieniu i diabli wzięli obiecane 100 tys. zielonych kredytu. Miałem za to kupić transport benzyny w Amsterdamie i sprzedać w kraju ze stuprocentowym zyskiem. Musiałem zredukować apetyt na sukces: pożyczyłem od rodziców  5 tys. dolarów i zamówiłem u przyjaciela 2 samochody w USA. Z analizy wychodziło, że da się zarobić na tym tysiąc, a może nawet półtora tysiąca dolarów. Znajomy przyjaciela przysłał mi 4 samochody – liczył sobie bowiem po 200 dolców prowizji od sztuki i tak mu się lepiej kalkulowało. Ja go rozumiem. Auta były stare i w opłakanym stanie, toteż pozbycie się ich zajęło mi dwa lata. Byłem bardzo szczęśliwy, że dołożyłem do biznesu zaledwie 2 tysiące dolarów – czyli pierwsza lekcja biznesu nie była bardzo kosztowna. Zapamiętałem chyba na zawsze: bardzo ciężko jest lekko żyć.

 

Potem było już tylko lepiej. Pierwszy grosz zarobiłem pośrednicząc w handlu szwedzkim granitem. Na ten intratny biznes trafiłem w jednym z samochodowych komisów, w którym próbowałem się pozbyć „Polish dream – American cars”. W międzyczasie jeden z kolegów żeglarzy mieszkający w USA zaproponował mi przejęcie handlu gazowymi objętościowymi podgrzewaczami wody. Dotychczasowemu partnerowi interes się znudził, bo nie przynosił spodziewanych beneficjów. Czepiałem się wszystkiego, co rokowało choćby bardzo umiarkowany ale pozytywny efekt gospodarczy, więc dlaczego nie bojlery? I tak od piętnastu lat zaopatrujemy z Witkiem K. polskie i litewskie domowe gospodarstwa w gazowe objętościowe podgrzewacze wody. Pierwsze sto sztuk sprzedawałem przez dwa lata w garażu domu moich rodziców. Wiedziałem już, że w interesach trzeba być twardym, a nie miękkim. Klienci polecali nasz towar jedni drugim i sprzedaż rosła bardzo szybko.

W czasach współczesnego, polskiego NEP-u [16], czyli zanim ukaz brukselski nie schłodził krajowej gospodarki, zarobiliśmy przyzwoity grosz, który pozwolił mi zbudować podstawy logistyczne naszego interesu w postaci hali i pomieszczeń biurowych w podwarszawskiej Kobyłce. Postsocjalistyczna, pseudowolnorynkowa i biurokratyczna machina państwa nie ustaje w wysiłkach zlikwidowania naszego przedsiębiorstwa. Nie ma roku, by bankructwo lub kryminał nie straszyły po nocach mimo, że nasz interes jest prosty jak cep i przejrzysty dla każdej z licznych spontanicznych i generowanych donosami kontroli. Unijne rygory chroniące interesy UE wbrew interesom naszych klientów, mają znaczący udział w rzucaniu kłód pod nogi każdemu przedsiębiorcy, który chce zapewniać klientom dobry i tani produkt spoza eurosowietów.

Walka trwa i na razie wygrywamy na naszym małym poletku z europejskimi koncernami. Wciąż dostarczamy tańszy i lepszy produkt niż wielcy konkurenci. Wciąż nasz klient nie dał się oszukać reklamie. Wciąż mam z czego utrzymać rodzinę i ważne inicjatywy naukowe i społeczne. Nie opuszcza mnie nadzieja, że moloch, który ewidentnie od lat niemal codziennie mi zagraża, nie przejdzie w stan patologiczny i nie stanie się PRL-o podobny. Ale to nie jest wykluczone. Niestety.

Nie mam wątpliwości, że zdolność przetrwania, pielęgnowana i satysfakcjonująca droga kupiecka którą podążam, są mocno zakorzenione i silne zasadami wyniesionymi z żeglowania i sfery zachowań prawdziwych ludzi morza, często kupców i ryzykantów, a przede wszystkim osobników wytrwałych i pracowitych. A szkoła przetrwania w starej komunie sprawdza się w nowej nadzwyczajnie.

 

Żeglowanie nierozerwalnie jest powiązane z portami. Rejs zawsze jest „dokądś”. Nawet ci nieliczni dogmatycy żeglarstwa jak Ludomir Mączka czy Tristan Jones, którzy dosłownie „domem swym uczynili siedem  mórz”, musieli dopływać do portu, by kontynuować żeglugę. Ja mam za sobą bogatą historię żeglarskiej ewolucji: przez ponad 120 tysięcy morskich mil statki moje płynęły do wolności, do sławy i po przygodę, żeglowałem dla chleba czyli dla pieniędzy i dla dzieci – by pokazać im inny świat niż ten prozaiczny dzień powszedni. Ewolucja zwiększała moje wymagania i stawały przede mną przypadkowo lub kreowałem świadomie zadania bardziej wyrafinowane. Ostatnie rejsy mają charakter przede wszystkim naukowy [17].

Przebieg żeglarskiej ewolucji i nieuchronny upływ czasu dokonywały jakościowo-ilościowych przewartościowań w moim życiu: wartością samą w sobie stał się port. Pierwszy, który wybrałem na dłuższy postój w 1988 roku, to zrujnowana zagroda mazurska rozparta samotnie na skarpie jeziora Borowego. Żona Ewa nazwała ją „Kurzą Łapą”, bo przypominała w fazie początkowej siedlisko czarownicy z chatki na kurzej łapce, kryjącej swe tajemnice pośród dzikich chaszczy i niebotycznych pokrzyw. Po prawie dwudziestu latach jest skromnym, ale zadbanym portem z flotą małych, zabytkowych już nieco łodzi. Portem, w którym szklanka „żółtego płynu” z kostką lodu i widokiem na jezioro nabiera znaczenia symbolu – znaczy i smakuje jak wytchnienie po osiągnięciu portu, gdy za rufą rozpłynęły się żywioły.

 

Kiedy wróciliśmy z rodziną do Warszawy, okazało się, że potrzebuję portu blisko miejsca pracy. Pływając pontonem po Wiśle znalazłem „Parowę”. Prawobrzeżną skarpę Wisły pomiędzy Zakroczymem i Czerwińskiem przecinają głębokie parowy dla których miejscowa tradycja zarezerwowała określenie w rodzaju żeńskim: „ta parowa”,  zamiast gramatycznie poprawnej formy: „ten parów”. Chciałbym żeby „Parowa” – mój podwarszawski port – była moją ultima Thule. Tam brzeg wysoki jest jak w Dundee i chętnie właśnie z „Parowy” wypłynę w ostatni rejs do Hilo.

 

Przygoda z Hermandad de la Costa zaczęła się dla mnie w 1973 r. w Talcahuano i Valaparaiso. Mesa chilijska opiekowała się studencką załogą s/y Konstanty Maciejewicz jak przystało na „ojców założycieli” Bractwa i to robiło wielkie wrażenie. Nie zostaliśmy wtedy „Hermanos” z błahego powodu, a potem życie toczyło się zbyt wartkim strumieniem zdarzeń, by jakaś organizacyjna kotwica mogła je zatrzymać w miejscu, choć na krótką chwilę Zafarrancho. Dopiero po bardzo wielu latach Brat Bolek Kowalski (1) przekonał mnie, że żeglarski kosmos to również tradycja i organizacja, że także to pole wymaga uprawy i że to jest obowiązek ludzi morza i zaszczyt jednocześnie. Nie żałuję, że Mu uwierzyłem. Mesa Kaprów Polskich chociaż znaczona jest  czasem polskim piekłem, ale nosi chwałę i wielkość narodu, który może śmiałym okiem rozglądać się po meandrach historii nowożytnej, bez kompleksów wobec sąsiadów i aliantów. Zasilają Bractwo Wybrzeża ludzie wielkiego serca i rozumu, prawdziwi ludzie morza. Dobrze jest być razem z nimi, chętniej na dobre, ale jak trzeba, to i na złe.

 

Mesa Kaprów Polskich zaszczyciła mnie wyborem na Pierwszego Sztormana i Kapitana przez pełne kadencje. Sprawdzałem w Mesie Kaprów Polskich moje credo wyniesione z pokładów jachtów i zimowania w Antarktyce: stwórz warunki by podwładni pokazali jak wiele potrafią. […].

Z konkretów za moich kadencji: powstał zwarty zestaw praw i tradycji nazwany Ustanowienia, opracowano i wykonano nową Banderę Narodową MKP, zaczęła ukazywać sie Złota Seria MKP, powstała idea wydania Dykcjonarza MKP, zrobiono brackie krawaty i bandery, wprowadzono w życie ceremoniał pożegnania Braci odchodzących na wieczną wachtę, właściwą oprawę uzyskały ceremonie nadawania honorów. […].

Przewodzenie Mesie Kaprów Polskich to było wielkie przeżycie i doskonała szkoła przetrwania. Docenione w sposób aż nadto szczodry przez wielu Braci, których szacunek za moje wysiłki czuje zawsze, cenię sobie nadzwyczajnie i jestem im za to wdzięczny. Chciałbym, żeby wiedzieli, jak bardzo mi pomagali i jak wiele satysfakcji mi dostarczyli. Dzięki nim – było warto! Zostałem przez Braci uhonorowany czterema białymi i trzema czerwonymi Gwiazdami oraz Medalem Bractwa Wybrzeża. Jestem z tego bardzo dumny, ale przecież nie dla honorów pełni się służbę i stara się wypełniać obowiązki. Pozytywny efekt działań wszelakich jest najwspanialszą z nagród.

 

To by było na tyle. Starałem się nie przechwalać zbytnio, ale nie upieram się, że mi się to udało. Trudno. Jeśli wyszedł mi autopanegiryk, to mogę tylko wyjaśnić, że starałem się relacjonować moją prawdę o tym, co dane mi było w życiu zrobić. Nie pisałem o klęskach, z których składa się niemal całe życie, gdyż to by było sprzeczne z przesłaniem Dykcjonarza MKP i ogólnie – nie do wytrzymania. Wierzę głęboko, że wszystko co udało mi się osiągnąć zawdzięczam sobie w stopniu nader umiarkowanym. W życiu na co dzień, ale szczególnie  w niebezpieczeństwie, niewątpliwie miałem ogromne wsparcie z zewnątrz, które jedni nazywają przypadkowym fartem, a inni ukierunkowaną łaską. Nie ukrywam, że od lat znów zaliczam się do tych innych.

 

Eugeniusz Moczydłowski
Warszawa 3 grudnia 2005

Tekst pochodzi z:
Dykcjonarz Mesy Kaprów Polskich.
Knabe, Jerzy; Eugeniusz Moczydłowski [red.].
Warszawa : Megas, 2012; str. 219-232.

 



[1] Norman Davies w historii Wrocławia Mikrokosmos podaje, że istnieje źródło przypisujące Magnusowi pochodzenie od króla angielskiego Harolda II pobitego pod Hastings przez Wilhelma Zwycięzcę w 1066 r. Harold II był krewnym Kanuta Wielkiego, króla Danii, Norwegii i Anglii, syna Świętosławy, która była córka Mieszka I i Dobrawy.

[2] Rezerwat Grabicz, położony na zachód od Wołomina, to las mieszany wokół ostoi ptactwa wokół zbiorników wodnych powstałych po wydobyciu torfu. Obecnie miejsce uległo degradacji w wyniku obniżenia poziomu wód gruntowych i osuszenia terenu.

[3] Wokół odrestaurowanej kaplicy ks. Skorupki koło wsi Ossów odbywają się 15 sierpnia rocznicowe uroczystości z okazji Cudu nad Wisłą, często z udziałem naczelnych władz  państwowych.

[4] Właściwie władza wyciągnęła po mnie rękę po raz pierwszy we wsi Ossów, gdy miałem lat dwanaście. Miejscowy sołtys przesłuchał mnie na okoliczność fotografowania wierzy triangulacyjnej aparatem marki „Druh”. Prowadząc mnie na posterunek MO próbował koniecznie wybadać, kto zlecił mi to ambitne zadanie w strefie przypoligonowej. W marcu 1968 roku wychowawca internatu na ul. Raszyńskiej chciał mnie oddać w ręce MO za pisanie sobie i koledze podań o zezwolenie na wyjście z internatu. Nie podobała mu się ani forma, ani treść. (Na szczęście na maturze wypadłem nieźle – znalazłem się w gronie 100 najlepszych maturzystów stolicy odznaczonych Odznaką Tysiąclecia Państwa Polskiego). Dwudziestego siódmego grudnia 1970 r. o godzinie czwartej nad ranem, pod mostem kolejowym na Bugu otoczył nasz namiot oddział MO wsparty grupą ORMO z Siemiatycz. Pod lufami kałasznikowów, w tęgiej zadymce wyjmowaliśmy na śnieg części kajaka „Neptun”, konserwy i zupy w proszku. Następnego dnia koło południa, od wschodu przez most przejechał pociąg z radzieckimi czołgami. Te wydarzenia złożyły się nam w logiczną całość dopiero po powrocie do domu i wysłuchaniu wiadomości „Wolnej Europy” o wydarzeniach na Wybrzeżu w grudniu 1970 r.

[5] Zbierajewski, Janusz (red.). Pokłon Hornowi, Księga pamiątkowa wydana w dudziestopięciolecie Bractwa Kaphornowców.  Warszawa, Korporacja TIGOR S.A., Dom Wydawniczy „Morze”, 2000.

[6] Moczydłowski, Eugeniusz. Pod żaglami i na cumach. Warszawa : KAW, 1978.

[7] Moczydłowski, Eugeniusz. Pod żaglami do Arktyki i Antarktyki. Warszawa : MAW, 1980.

[8] Robak, Kazimierz. „Pogorią” na koniec świata. Gdańsk ; Wydawnictwo Morskie, 1983.

[9] Virca – od: Virgo i Cancer, znaków Zodiaku mojego i Małgorzaty.

[10] Przyjaciele zwrócili mi uwagę, że otrzymanie paszportu w stanie wojennym, to nie była bułka z masłem. Szczególnie, że na liście Wildsteina figuruje etatowy pracownik SB Eugeniusz Moczydłowski. IPN wydał mi zaświadczenie nr 659/06 z dnia 30.03.2006 r., że moje dane osobowe „ nie są tożsame z danymi osobowymi, które znajdują się w katalogu funkcjonariuszy, współpracowników, kandydatów na współpracowników organów bezpieczeństwa państwa oraz innych osób, udostępnionych w IPN od dnia 26 listopada 2004 r.

[11] Na Barbados i Saint Lucii spotkałem ludzi, którzy ciepło wspominali Leonida Teligę (Brat Wybrzeża z cyfrą ).  Czytałem Samotny rejs „Opty”, wchodziłem do opisanego tam baru, pytałem o ludzi z książki i…. „zaraz tu będzie!” – odpowiadał barman! Tak spotkałem Jimmy’ego Smitha na Barbados. W Castries na St. Lucii słuchałem opowieści Janusza i Zosi Messingów. Dom Messingów, z widokiem na zatokę Castries, był drogowskazem w poszukiwaniach życiowej przystani, jaką piętnaście lat później stała się nadwiślańska Parowa.

[12] Filia Uniwersytetu Warszawskiego, obecnie: Uniwersytet w Białymstoku.

[13] Moczydłowski, Eugeniusz (red.). Pan Bóg czy dobór naturalny. Białystok : Megas, 1994.
„MEGAS” nazwa firmy handlowej i wydawnictwa powstała z połączenia moich inicjałów i angielskiego rzeczownika „gas”, czyli „benzyna”, na sprzedaży której miałem zbić fortunę. Dopiero z lektur o megalitach Europy dowiedziałem się, że „megas” to po grecku „wielki”. Wyjaśniam, by zapobiec podejrzeniom o przesadną megalomanię. Firma prezentuje się na stronie: www.richmond.pl

[14] www.creationism.org.pl

[15] www.wydawnictwomegas.pl

[16] NEP – Nowaja ekonomiczeskaja politika: niemal wolnorynkowa gospodarka wprowadzona przez Lenina kilka lat po Rewolucji Październikowej (na X zjeździe RPK, marzec 1921). Uratował Rosję przed katastrofą głodu i nędzy, a bolszewików, przed zdmuchnięciem z kart historii przez kolejną, tym razem antybolszewicką rewolucję, która wisiała na włosku.

[17] W 2003 i w 2004 roku na jachtach NautiliusRoztocze na Spitsbergenie badałem zależność rozmieszczenia flory fauny od warunków środowiska. Dla nauki żeglowałem już wcześniej: w 1987/88 pracowałem jako ekolog na trawlerze-przetwórni m/t Gemini na wodach Oceanu Południowego.

 

 

 

 

 

 

Calendar

« September 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 
Jesień
– jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

•   Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

•   i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

•   Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

•   Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

•   Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

•   Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

•   Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

•   Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

•   Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

•   Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

•   Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

•   Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

•   Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

•   Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

•   Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

•   Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę polska.

•   Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

•   Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

•  Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
    Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
    A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

•   Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

•   Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

•   Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

•   Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

•   Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

•   Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

•   Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

•   Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

•   Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic na to nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.

Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią.
Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna  nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!
Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

Idzie jesień, a tu próżna kieszeń.

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień, brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień, ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę
z korca deszczu, garniec błota.

Pzdrwm_Robak

PS.
Za pocztówki dziękuję (w kolejności nadlatywania z czterech stron świata):

•   Kai (ze Shqipërii);
•   Kai, Mai i Witoldowi (z Finlandii, z rejsu Zaruskim);
•   Markowi (właśnie temu ze Świdnicy, a kartka była pantomimiczna z Wrocławia!);
•   Oli, Matyldzie, Mai, Strusiowi, Zuzi i Zuzi (skądże by, jak nie z Pogorii sześć pocztówek w jednej kopercie!);
•   Karolowi (z któregoś z rozlicznych festiwali);
•   Natalii (z Lidingo w Szwecji);
•   Łukaszowi (nie powiem, skąd);
•   Magdzie i Maszy (najpierw z Grecji, później ze Złotych Gór);
•   Oli (banan z Tennessee!);
•   Zuz-Ali (z Jastrzębia, ale i ze Zdroju);
•   Martynie (ciężko powiedzieć, skąd : );
•   Mirce i Stachowi (najpierw z Gruzji, a potem z Litwy);
•   Kasi (z jej rejsu na pokładzie jednostki czterokołowej Helena);
•   Krzysztofowi, znanemu jako "Kapitan" (z wędrówki po ostępach Montany i Yellowstone);
•   Ryśkowi (z rejsu, który prowadził dookoła Sycylii);
•   Kryspinowi (z Krakowa ale z Wieliczki);
•   Dorocie, Idze i Karolowi (z Kazimierza).

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

Wrzesień – dziewiąty miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 30 dni.

Teraz powinno być, jak słowo „wrzesień” wyjaśnia etymologicznie Aleksander Brückner (pamiętamy: 1856-1939, filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny). A jeszcze np. zgrabny cytacik z Lindego.
Ale nie będzie, bo to wyjaśni każdy. Nawet ten, kto o Brücknerze i Lindem nie słyszał w życiu, a nawet ten, dla kogo zaskoczeniem jest fakt istnienia słownika języka polskiego, bo przecież jeżeli słownik – to z jakiegoś na jakiś, a nie z naszego na nasze.

„Wrzesień” – bo wrzosy, według logiki Stacha Matysiaka:

że jest Polna – bo pole,
że jest Dolna – bo w dole,
a na Piwnej jest piwo,
a na Krzywej jest krzywo.

(czy ktoś jeszcze wie, o czym i o kim ja mówię?).
I tak już będzie z nazwami miesięcy do końca roku

Jednak Brückner i wrzosy swoją drogą, a mnie wrzesień kojarzy się ze szkołą (komu nie?), a jeszcze i z piosenką:

minął sierpień, minął wrzesień,
już październik i ta jesień…

Czemu akurat ten tekst klika mi na wrzesień, a nie na październik czy sierpień – nie wiem, ale to nie ma znaczenia: ma za to fakt, że większość mojej generacji jest z Przybory, a jak kto nie wie, o co chodzi – niech poszuka, to też będzie.

Staropolskie warianty nazwy dziewiątego miesiaca podaje Kopaliński: świętomichalski (od dnia św. Michała, 29 IX) i pajęcznik, od babiego lata.

Większość języków europejskich nazywa dziewiąty miesiąc roku wariantami wyrazu zapożyczonego z łaciny: September.
Z pozoru mało to logicznie, bo septem to po łacinie ‘siedem’ a septimus – ‘siódmy’, ale to nie błąd a archaizm: September był w kalendarzu rzymskim miesiącem siódmym, ale tylko do roku 46 p.n.e., kiedy to Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius) i cała numeracja cofnęła się o dwa oczka.

 

Cerkiew prawosławna obchodzi we wrześniu początek roku liturgicznego.

 

Rocznice wrześniowe

 

1 września „roku pamiętnego” wiadomo co było: „napadł wróg na Polskę z kraju sąsiedniego”.
Na czym się, niestety, nie skończyło.

 

 

3 września 1941 urodził się Stan Borys, wokalista, kompozytor, aktor i poeta.
Jako Stanisław Guzek był współzałożycielem legendarnej polskiej supergrupy Blackout (która po jego odejściu zmieniła nazwę na Breakout). Z Blackoutami Stan śpiewał takie przeboje jak „Anna” czy „Studnia bez wody”. Kto nie słyszał, jak kilkadziesiąt tysięcy ludzi zgromadzonych na stadionie na koncercie recytuje ze Stanem parlando z „Anny” (…kiedy wstępowaliśmy po schodach, kładłem pod twoje stopy poduszki dłoni, za poręcz miałaś moje ramiona i stawało się okno prosto w słońce; tekst: Bogdan Loebl) – ten niczego nie słyszał!
Później przyszła kariera solowa i megaprzeboje: „Jaskółka uwięziona” i „To Ziemia” – wersje oryginalne znajdziecie bez problemu na YouTubie. Jeśli kto powie, że podczas słuchania „Jaskółki” ciarki nie przelatywały mu po plecach – uwierzę tylko tym, dla których życie kulturalne poza piłką nożną nie istnieje.
Stan długo mieszkał w USA, ostatnio wrócił do Polski, ale koncertuje, komponuje i śpiewa po obu stronach oceanu.

Stan – ad multos annos!!!
Tobie i Twojej Annie!
I mega uściski!

 

 

6 września 1831 – podczas obrony Warszawy w powstaniu listopadowym wylatuje w powietrze fragment wolskich zachodnich fortyfikacji stolicy – Luneta Nr 54, a wraz z nią – wg Adama Mickiewicza – dowódca artylerii tzw. reduty, ppor. Konstanty Julian Ordon.

W rzeczywistości Ordon, poparzony podczas wybuchu, żył jeszcze 56 lat, dokonując czynów żołnierskich (walczył m.in. w oddziałach Garibaldiego) i pedagogicznych (był profesorem języków nowożytnych).
Historia zachichotała, gdy Ordon – wskutek niechęci innych ochotników – zrezygnował z wstąpienia do Legionu Mickiewicza, tworzonego we Włoszech przez poetę w 1848 i zaciągnął się do Legii Lombardzkiej.

Z Mickiewiczem Ordon spotkał się podobno raz – w 1855, w Burgas. Miał wtedy podejść do niego i powiedzieć: „Jam jest porucznik Ordon, któregoś pan na tamten świat wyprawił”.
W liście do Władysława Mickiewicza Ordon pisze, że „Adam się roześmiał” i obaj się uścisnęli. Ale czy to spotkanie, nigdzie indziej nie relacjonowane, rzeczywiście się odbyło – nie wiadomo.

Ordon popełnił samobójstwo we Florencji 4 maja 1887. Żył długo, ale nie przeżył romatycznie-patriotycznych fanatyków, którzy ucieszyli się z jego śmierci. Za życia bowiem wielokrotnie spotykał się z niechęcią i zdziwieniem: „Jakże to? Taki symbol, taki bohater, taki niezłomny, tak pięknie dla Ojczyzny się poświęcił – a żyje?”

Z wierszem Reduta Ordona (1832) wyniknął zaś galimatias dodatkowy. Utwór nosi podtytuł „Opowiadanie adiutanta”, gdyż Mickiewicz posłyszał całą historię od przyjaciela – Stefana Garczyńskiego, walczącego podczas obrony Warszawy i widzącego, choć z daleka, eksplozję reduty.
Mickiewicz posłyszał, zapisał i wydał.
Oto jednak rok później śmiertelnie chory Garczyński – też poeta i to dobry, bardzo przez Mickiewicza ceniony – poskarżył się przyjacielowi, iż został pominięty przy Reducie jako współautor, choć przecież rymy i obrazy były jego.
Jaką odpowiedź usłyszał – nie wiadomo, jednak do drugiego tomu poezji Garczyńskiego (1833) redagujący wydanie Mickiewicz Redutę Ordona dołączył z dopiskiem:

Wiersz ten, pisany pod wpływem opowiadań Garczyńskiego, umieszczam między dziełami przyjaciela jako wspólną naszą własność.

Na taką interpretację zżymał się syn i biograf poety, Władysław:

Uroił sobie p. Leonard Niedźwiecki, że Reduta Ordona jest pióra Garczyńskiego, nie Mickiewicza i od czasu do czasu wyrywa się z tem nieuzasadnionem twierdzeniem w różnych pismach polskich. Sama olbrzymia różnica formy w poezyach Adama i Garczyńskiego, byłaby dowodem dostatecznym, a przypuszczenie, że Adam okradł najlepszego przyjaciela z promyka należnéj mu chwały, upada samo przez się. […]
A sam Garczyński z Bazylei 17 Czerwca 1833 pisze do Turny: „Do drugiego (tomu) przyłączył Mickiewicz swoję Redutę Ordona.”
[Korespondencya Adama Mickiewicza wydanie 1872 r. t. II. str. 283.]

Zważywszy, że edytorem Korespondencji Adama był Władysław Mickiewicz, za owo „swoję” grosza bym nie dał. Artur Wołyński wszak pisał do niego otwarcie:

[…] Cię ludzie obwiniają, ze dokumenta fałszujesz przez obcinanie i przerabianie ustępów, które Ci się nie podobają, że […] właścicielowi oddajesz udatne facsimilia z nadwerężonym tekstem.

Do tego „różnica formy” nie zawsze (w odniesieniu do Reduty Ordona) jest aż tak wielka. Wreszcie, mając na uwadze jego stronniczość biografa-hagiografa, sarkanie owo – bo ojcowskiego dopisku już się nie dało usunąć ani zniszczyć – wydaje mi się sztuczne.

 

 

7 września 1824 – piorun kulisty zabija Augusta Bécu, pracownika naukowego i administracyjnego Uniwersytetu Wileńskiego. Zatrudniony w państwowej uczelni siłą rzeczy był po tej samej stronie barykady co władze rosyjskie i kurator wileńskiego okręgu szkolnego senator Nikołaj Nowosilcow. Nic dziwnego, że uwięzieni wówczas filomaci i filareci uważali dr. Bécu za zdrajcę i sprzedawczyka. Tak też przedstawił go – pod postacią Doktora – Mickiewicz w III Części Dziadów.
Prywatnie mąż Salomei primo voto Słowackiej i ojczym jej syna Juliusza, doktor (był chirurgiem i profesorem medycyny) Bécu nie byłby wart szczególnej tu wzmianki, gdyby nie użyty przy Wiośnie Mickiewiczowski cytat, w którym Nowosilcow stara się wytłumaczyć śmierć swego zausznika bez włączania czynników nadprzyrodzonych:

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.

Po raz kolejny widać, że Mickiewicz do dat i faktów specjalnej wagi nie przywiązywał. Co wolno wieszczowi…

 

 

8 września kościół katolicki obchodzi Narodzenie Najświętszej Maryji Panny, zwane w tradycji ludowej święto Matki Boskiej Siewnej, bo zaczynał się najlepszy czas do siewu ozimin.
Można by ogłosić konkurs: kto wie, co to jest „ozimina”? No to ogłaszam, tyle że proszę o nienadsyłanie odpowiedzi.
Lud wierzył także, że tego dnia jaskółki zagrzebują się w mule rzek i jezior, by tam przetrwać zimę.

 

 

11 września 2001 terroryści skasowali dwa wieżowce World Trade Center w Nowym Jorku i kilka samolotów. Skutki tego czujemy do dziś.

 

 

15 września 1974 – „wystawa spychaczowa” (Бульдозерная выставка), którą moskiewscy malarze awangardowi zorganizowali przy skrzyżowaniu ulic Profsojuznej i Ostrowitianowa w Bielajewie, na peryferiach Moskwy.

Gdy zerkniemy na to, co wówczas działo się w sztuce polskiej (a był to okres zwany „średni Gierek”), to wierzyć się nie chce, że za wschodnią granicą, w Sojuzie, w owym czasie obowiązywał wciąż (no dobrze: może nie tak do końca, ale...) socrealizm. Co prawda za odstępstwa od tej doktryny już nie rozstrzeliwano, ale na „pacykarzy i ich bohomazy” wysyłano spychacze na przykład. Tak właśnie jak w 1974 w Moskwie.

Wystawiający socrealizmu nie uznawali, w związku z czym jedynym miejscem, gdzie mogli zaprezentować swoja twórczość „masowemu odbiorcy” (Bułhakow w podobnym kontekście użył frazy зрительская масса), była ulica.

Warto wspomnieć nazwiska przynajmniej inicjatorów akcji, by czas ich nie zaćmił i niepamięć – jako że ryzykowali sporo (ponadto sporo nazwisk z tego grona to przyszłe tuzy malarstwa światowego):

Igor Cholin, Nadieżda Elskaja, Witalij Komar, Lidia Mastierkowa, Aleksander Mełamid, Władimir Niemuchin, Oskar Rabin i jego syn Aleksander Rabin, Jewgienij Ruchin, Wasilij Sitnikow, Boruch Sztejnberg, Walentin Worobjow, Jurij Żarkich oraz kolekcjoner sztuki Aleksander Glezer.

Przy okazji: wyguglujcie hasło „Komar & Melamid”! Gdy zobaczycie, co ten duet malował później, daję słowo: nie powstrzymacie się od śmiechu.

Do inicjatorów dołączyli inni, ale jest ich zbyt wielu, by tu wymieniać.

Wystawa przyciągnęła oczywiście okolicznych mieszkańców, ale organizatorzy mieli lepszy pomysł: zawiadomili o wydarzeniu korespondentów zagranicznych akredytowanych w Moskwie.

Władza – jak to władza, której sie wydaje, że może wszystko, a zwłaszcza władza sowiecka – zareagowała szybko, z gracją słonia w składzie porcelany i bezmyślnie: pół godziny po otwarciu przyjechały trzy spychacze, armatka wodna i ciężarówki z milicjantami – oczywiście w cywilu – podającymi się za ogrodników-aktywistów, którzy akurat w niedzielę i akurat w tym miejscu mieli porządkować tereny zielone (technika znana i opanowana do perfidii, patrz: polski Marzec 1968 i ORMO-wców przebranych za „robotniczy aktyw”).

Ogrodnicy, jako zdrowy element klasy przodującej, wystąpili w obronie wartości i pryncypiów. Było niszczenie obrazów, polewanie wodą, pałowanie (pałka – jak wiadomo – to nie tylko bijące serce Partii, ale i przedmiot codziennego użytku ogrodnika). Oberwali też dziennikarze, ale to chyba zagranicznych żurnalistów bardziej ucieszyło niż zmartwiło, bo w tej sytuacji materiał pisał się sam.

Były oczywiście aresztowania, a na komisariacie porucznik milicji (imię i nazwisko znane, ale nie będę go upamiętniał) powiedział: „Trzeba by was zastrzelić, tylko naboi żal!” (Стрелять вас надо! Только патронов жалко…).

W prasie zachodniej się zagotowało. Na tyle, by breżniewowski beton nieco skruszał i władze zgodziły się, by 29 września (tegoż 1974 roku) niepokorni artyści wystawili swoje prace na placu w Izmajłowie.

Skąd ta szybkość decyzji? Może partyjni czynownicy, przekonani o skuteczności działań swych sił porządkowych myśleli, że zniszczono wszystkie obrazy i w tak krótkim terminie malarze nie zdążą namalować nowych?

Wystawa izmajłowska trwała 4 godziny i zwiedziło ją około półtora tysiąca widzów, a zagraniczne media skwitowały to tytułami: „pół dnia wolności”.

To ostatnie nie powinno mylić: Zachód bardzo skrupulatnie przestrzegał ustalonego w Jałcie (luty 1945!) porządku; poczynania sowieckiego hegemona – tak w ZSRR jak i w państwach satelickich – nigdy nie spotykały się z czymś więcej niż z chwytliwymi, bo rozpaczliwymi, nagłówkami w zachodniej prasie.
Reakcja inna przyszła dopiero wtedy, gdy Gensek – przekonany o indolencji i pasywności Zachodu – posłał swą armię do Afganistanu, o którym w Jałcie (ani nigdzie indziej) mowy nie było.

„Spychaczowa wystawa” była kolejną w łańcuchu ekspozycji nieprawomyślnej sztuki, która w ZSRR nazywana była awangardową, a wg kryteriów zachodnich była zaledwie echem modernizmu.
Nie sposób nie westchąć: cóż za regres w porównaniu z latami 20-tymi XX wieku, gdy rosyjska awangarda artystyczna na wszystkich polach odsadzała Zachód o dziesięciolecia.

Pierwszą z serii „wystaw rozpędzonych” była ekspozycja „Nowa Rzeczywistość" w moskiewskim Maneżu, rozpędzona przez Nikitę Chruszczowa 1 grudnia 1962. Przeczytacie o tym w grudniu, tu tylko dodam, że wśród utrwalonych w piśmie i na taśmie określeń użytych przez Nikituszkę były słowa «дерьмо» (łajno), «говно» (gówno), «мазня» (bohomaz) i zdania: „Wy co: malować nie umiecie? Mój wnuk ładniej rysuje! Wy co: mężczyźni czy pederaści przeklęci? Macież wy sumienie? Zabronić! Skończyć z tym świństwem! Nakazuję! A zwolenników wyplenić, z radia, telewizji, prasy, wszystkich!”

Z Chruszczowa jednak było ludzkie panisko, bo mógł na przykład zrywać obrazy ze ścian i je deptać, a jednak świadkowie zgodnie twierdzą, że nie zrywał ani nie deptał.

I jeszcze jedno: realizm socjalistyczny przetrwał w ZSRR jako oficjalna doktryna artystyczna do lat 80-tych XX wieku.

 

 

16 września – Dzień Niepodległości Meksyku, ustanowiony dla upamiętnienia mowy zwanej „Wołanie z Dolores” (Grito de Dolores), którą tego dnia w 1810 r. wygłosił Miguel Hidalgo y Costilla, proboszcz parafii Dolores, rozpoczynając narodowe powstanie antyhiszpańskie.
Powstanie w sumie wygrało, ale wpierw (31 lipca 1811) Hiszpanie rozstrzelali księdza Hidalgo, a dla zapobieżenia herezji obcięli mu głowę i wystawili na widok publiczny, co – jako ludzie pobożni i dobrzy chrześcijanie – uczynili dopiero po egzekucji.

 

 

17 września „roku pamiętnego” napadł wróg na Polskę z drugiego kraju sąsiedniego, o czym przez prawie pół wieku wolno było mówić oficjalnie tylko jako o dobrosąsiedzkiej pomocy.
Gdyby wówczas było znane pojęcie „konwoju humanitarnego”, to z pewnością tak by się to nazywało.
Od 1991 polski Związek Sybiraków obchodzi w tym dniu Światowy Dzień Sybiraka.

 

 

18 września ­1970 – umiera Jimi Hendrix (ur. 27 listopada 1942), jeden z najbardziej wpływowych muzyków i kompozytorów wszechczasów. Nie podejmuję się opisać, i to jeszcze w krótkich słowach, czego dokonał, więc napiszę tylko, że bez niego muzyka dziś zdecydowanie nie byłaby taka sama.
Tym, którzy coś słyszeli, ale nie słuchali, radzę zacząć chocby od YouTube i zapisów dwóch utworów w wykonaniu Hendrixa: „Wild Thing” (festiwal Monterey Pop, 1967) i „Star Spangled Banner” czyli hymn amerykański (Woodstock, 1969) – koniecznie w tej kolejności!
A później najlepiej obejrzeć filmy z tych festiwali i przesłuchać wszystkie płyty, które Jimi nagrał za życia (ostatnia, Cry of Love, ukazała się po jego śmierci, ale zdążył ją skończyć).

 

 

19 września ­– członkowie Kościoła Latającego Potwora Spaghetti obchodzą Międzynarodowy Dzień Mówienia po Piracku. Można i tak, czemu nie – wśród ulubionych lektur nie tylko mojego dzieciństwa był Kapitan Blood, Wyspa Skarbów i Sokół morski. I Hornblower oczywiście, choć on nie pirat, a wręcz odwrotnie.

 

19 września 1985, 07:17:50 czasu lokalnego – trzęsienie Ziemi o sile 8,1 w skali Richtera zabija co najmniej 30 tysięcy ludzi w mieście Meksyk, a samo miasto demoluje: ponad 400 wielopiętrowych budynków rozpada się całkowicie, ponad 3 tysiące (w tym kilkanascie szpitali) jest poważnie uszkodzonych. Dane powyższe są zbliżone do oficjalnych, a trzeba pamiętać, że wg innych ocen liczby tu przedstawione trzeba popodwoić lub potroić (niektóre raporty mówią o ponad 50 tysiącach zabitych).
Wstrząsy trwały od 3 do 5 minut. Epicentrum znajdowało się pod dnem Pacyfiku, mn.w. 350 km od miasta.
Tragiczny wstrząs wrześniowy poprzedziło trzęsienie 28 maja (5,2), po nim nastąpiły dwa powstrząsy (20 września – 7,5 i 30 kwietnia 1986 – 7,0).

 

19 września 2017, 13:14:40 czasu lokalnego – trzęsienie Ziemi o sile 7,1 w skali Richtera wstrząsnęło miastami Meksyk i Puebla (tuż obok epicentrum). Agencje podają, że liczba ofiar to co najmniej 300 osób. Liczba uszkodzonych budynków idzie w setki. Najbardziej ucierpiała północna część stolicy, w okolicach międzynarodowego lotniska im. Benito Juareza.
Przyjaciel z Meksyku napisał w emailu zaraz po wstrząsach:

O 11:00 zawył alarm, żona woła „Pospiesz się, trzęsie!”. Wszyscy wyszli z domów, a tu nic… Okazało się, że to był próbny alarm, w rocznicę trzęsienia z 1985. Wróciliśmy do domu. Po pierwszej, właśnie miałem zacząć ćwiczyć na saksofonie, a tu…! Bez alarmu, bo epicentrum było tuż tuż. Żona nie mogła złapać psa, tynk leciał ze ścian, budynek trzeszczał, trudno było ustać i biec po schodach. Było krótko, ale zdrowo. Mówią, że 7,1. Później się okaże…

I nad ranem dnia następnego:

Nie śpimy. Zaraz po wysłaniu wiadomości do Ciebie poszło światło i wróciło dopiero przed chwilą.
Dzwoniła córka: „Nie mamy domu! Nie zawalił się, ale nie pozwalają tam wejść." Potem telefony ogłuchły, może rano dowiemy się czegoś więcej. Nie możemy do nich pojechać, bo miasto to jeden korek i chaos, komórki nie działają.

Wstrząsami poprzedzającymi była seria trzęsień w dniach 7-12 września 2017 (epicentra w stanach Chiapas i Oaxaca) o sile od 5,0 do 8,1 w skali Richtera.
Skutki najsilniejszego z tych wstrząśnięć (8,1 R), 7 września 2017 o godz. 23:49:18 (czas lok.), odczuły miasta Juchitán de Zaragoza (ucierpiało najbardziej), Meksyk, Oaxaca, Puebla, Acapulco, Colima, Guadalajara, Tabasco, Veracruz.

 

Wystarczy już tych rocznic.

 

We wrześniu wypada na półkuli północnej równonoc (ekwinokcjum) jesienna.
W roku 2017 dniem równonocy jest 22 września.
Słońce wstaje w tym dniu dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie.
Rozpoczyna się wtedy jesień, co rozpostrze melancholii mglisty woal.

 

Znaki Zodiaku we wrześniu:

Panna (♍) – do 21 września
Waga (♎) – od 22 września.

O złowieszczej perfekcyjności Panien już było, ale jeśli ktoś myśli, że Wagi są lepsze, to się myli:

Wagi mają krótką pamięć i wzrok, dwie lewe ręce, tępy słuch i dowcip, ambicje zawodowe i poczucie humoru w zaniku.
Nie mają natomiast szczęścia do pieniędzy, powodzenia w miłości, rozumu i zdrowia.

Czarny pijar jest nadzwyczaj dla Wag łagodny, bo – co tu kryć – trzeba więc mieć prawdziwego pecha, żeby urodzić się pod znakiem Wagi.
Dalej w Zodiaku będzie jeszcze gorzej, dopóki nie nastanie słoneczny i radosny miesiąc Bliźniąt, by w tym znaku mogły się urodzić osoby wyjątkowe i wybrane.

 

Kwiaty września:

niezapominajka (Myosotis L.) – po łacinie zwana „mysie ucho”, a po angielsku forget-me-not, co jest kalką z francuskiego ne m’oubliez pas i znaczy to samo: „nie zapomnij mnie”. Symbolizuje pamięć.
Kwiatek jest delikatny i ładny, ale nawet to nie przeszkadza rodzimym botanikom używać w jego opisie wyrazów, za które w pierwszym lepszym barze można zdrowo oberwać. No wpadłoby Wam do głowy używać wobec kogoś określeń takich jak: „krótko owłosiony”, „skrętoległy”, „skrętka”, „przysadka”, „osklepek”, „nitkowata szyjka”, „znamię słabo rozszerzone”, „rozłupnia”, „podługowatolancetowaty”, „skręcony w pączku”, „zalążnia” – i liczyć, że ten ktoś się nie obrazi?

Angielska Wiki przytacza średniowieczną legendę o rycerzu, który przed wyprawą poszedł ze swą donną na przechadzkę wzdłuż brzegu rzeki i zapragnął wręczyć jej bukiecik niebieskich kwiatuszków. Nie pomyślał jednak o wektorach i momentach: zbroja więc przeważyła, a rycerz wpadając do wody zdążył przed utonięciem tylko zawołać: „Ach, nie zapomnij mnie-e-e-e-e…!”
Wiki nie wartościuje (choć podaje, że był to rycerz niemiecki), ale sądzę, że gdyby to było dziś, topielec uzyskałby Nagrodę Darwina (tak, topielec, bo za życia można tę nagrodę dostać tylko w bardzo specyficznych okolicznościach): kto na randkę idzie zakuty w zbroję?

 

wilec (Ipomoea L.) – polska botanika też nie oszczędza go w opisie, ale tu już można ją bardziej zrozumieć: po prostu stara się być politycznie poprawna. Wilec ma bowiem kwiaty o pięknych barwach i kształcie, ale zawiera w sobie alkaloidy i to nie byle jakie, bo LSA i LSD, te zaś wywołują wiadomo co (ale biegunkę też).

 

aster (Aster L.) – piękna nazwa, bo od greckiego ἀστήρ astér czyli gwiazda. I piękny kwiat, oznajmiający nieuchronne nadejście jesieni.
Powiało poezją, nie? No to teraz proza:
była i Rewolucja Astrów, zwana tak właśnie od kwiatów noszonych przez rewolucjonistów.
Która rozpoczęła się 31 października 1918 na Węgrzech, trwała dwa tygodnie, a zakończyła się proklamowaniem Węgierskiej Republiki Demokratycznej.
Którą w marcu 1919 utopił we krwi Czerwony Terror rewolucji węgierskiego bolszewika Béli Kuna.
Którą w sierpniu tego samego roku utopił we krwi Biały Terror Miklósa Horthy’ego i interwenci z Rumunii.
Ale w wazonie astry wyglądają bardzo malowniczo.

 

Kamień września:

szafir – co tu dużo mówić. By przekonać się, jaki może być szafir, trzeba znaleźć fotografię (a najlepiej kilka) szafiru Logana (the Logan Sapphire) – broszy przechowywanej w Muzeum Historii Naturalnej Smithsonian w Waszyngtonie z szafirem wielkości kurzego jajka, o wadze 423 karatów (84,6 g), który znaleziono na Sri Lance. Jedna fotografia jest więcej warta niż tysiąc słów.
<http://geogallery.si.edu/index.php/10002687/logan-sapphire>
Ofiarowywany jest na 45. – szafirową – rocznicę ślubu, więc szanse dostania go z tej okazji są raczej nikłe. Ale jeśli ktoś mieszka lub przebywa w okolicach Karpacza, zwłaszcza w Kruczych Skałach nad Płomnicą, albo w Górach Izerskich – niech ma oczy szeroko otwarte i młotek (geologiczny) ze sobą.

W zeszłym miesiącu było o sardoniksie, który wg św. Jana zdobi piątą warstwę fundamentu pod murem Miasta Świętego – Jeruzalem, co zostało potwierdzone na piśmie w Apokalipsie (21:20). Szafir jest cenniejszy, bo ozdabia warstwę drugą (21:19) i trudno się spierać, skoro napisane.
Z kolei Juliusz Słowacki na tronie szafirów posadził samego Pana Boga (i to uśmiechniętego, choć złośliwie), więc skoro pisał (Kordian, akt III, sc. 4) – to musiał wiedzieć, a może nawet widzieć.

A na opis warstwy pierwszej fundamentu Jeruzalem musicie poczekać do marca.

 

Refleksje o wrześniu?

Trudno będzie…
W PRL były kiedyś plakaty (sam widziałem) „Nigdy więcej września”, co bez wymienienia roku brzmiało dość makabrycznie i natychmiast, wbrew wszystkiemu, stało się przedmiotem żartów.

Gdy sobie pomyślę, że publikując to wszystko w sieci jestem częścią „wiecznego września”, to mi się nie robi zbyt raźnie na duszy, bo nigdy nie lubiłem biegać w stadzie.
Śliwki węgierki są smaczne, ale zaraz zaczyna się jesień więc będzie plucha, ciemno, wietrzno, ponuro.
Jedno co było pozytywne, to początek roku szkolnego. Podstawówki nie pamiętam, ale w liceum chodziłem do klasy z taką ekipą, że żal było każdego opuszczonego dnia, bo wtedy zawsze umykało coś ciekawego, więc koniec wakacji wcale nie był taki smutny, jak w piosenkach.

 

Imieniny we wrześniu wymieniam wyłącznie z powodów prywatnych

• Stefan i Stefania (2 IX)
• Michał (29 IX)
Wszystkiego najlepszego!

 

Wrześniowe imprezy urodzinowe, na które mógłbym się załapać wyłącznie teoretycznie, urządzają:

• 15-go – Mietek, z którym, nie wyobrażam sobie, by mogło być smutno;
• 24-go – Wouter – mieszka za daleko, bym mógł wpaść;
• 25-go – pewna Bożena – mieszka jeszcze dalej, a poza nawet gdybym wpadł, to bym złożył życzenia imieninowe, bo urodzin damom się nie wypomina. Dlatego już żadnych innych urodzin nie wspomnę (a byłoby co wspominać! :)
Najserdeczniejsze życzenia!
Urodzinowe i imieninowe!
STO LAT!

 

Śluby i wesela we wrześniu:
mówią (a skoro mówią – to wiedzą), że miesiące dobre do żeniaczki mają mieć w środku „r” (dziąsłowe i wibrujące).
No cóż, nie ma co owijać w bawełnę: „rz” to jednak nie „r” – choć od niego pochodzi ale jest pochodne od „r” miękkiego. Na pewno nie jest to „ż”, bo – o czym niektórzy wiedzą – na ogół wymienia się na „r” jak nie w obrębie polszczyzny to innych języków słowiańskich (jak jest wrzesień po białorusku, bułgarsku i ukraińsku zobaczycie niżej). Czyli trochę tak, a trochę nie. Wasze ryzyko. Chyba, że komuś chce się jechać do Mińska, Lwowa czy Warny.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
dziewiąty miesiąc roku to:

białoruskiверасень [vierasień]
bośniackiseptembart
bułgarskicептември [septembri]
chorwackirujan
czeskizáří [zarzi]
kaszubskiséwnik (też: sewan, wrzesnik, wrzeséń)
litewskirugsėjis
łatgalskirudiņa
łotewskiseptembris
łużycki (dolny)požnjeńc
łużycki (górny)september (też: požnjenc)
macedońskicептември [septembri] albo гроздобер [grozdobier]
rosyjskiсентябрь [sientiabr’]
serbskicептембар [septembar]
słowackiseptember
słoweńskiseptember
ukraińskiвересень [vieriesień]
żmudzkisiejė

 

Przysłowia związane z wrześniem:

Gdy nadejdzie wrzesień,
wieśniak ma zawsze pełną stodołę i kieszeń.

Gdy we wrześniu się w ziemię
głęboko wgrzebują robaki,
sroga zima nadchodzi
i mróz nie byle jaki.
[bardzo to przysłowie lubię]

Gdy wrzesień bez deszczów będzie,
w zimie wiatrów pełno wszędzie.

Jaki pierwszy wrzesień,
taka będzie jesień.

Jeśli wrzesień będzie suchy,
październik nie oszczędzi nam pluchy.

Kiedy wrzesień przyniósł jesień,
to i zboże młócą;
jedni sobie trą na żarnach,
drudzy na targ włóczą.

Kiedy wrzesień, to już jesień,
wtedy jabłek pełna kieszeń.

Oto wrzesień, bliska jesień!

Skoro wrzesień, to już jesień,
ale jabłek pełna kieszeń.

Tego wrzesień nie doparzy,
czego sierpień nie dowarzy.

We wrześniu tak jak w sierpniu
tylko dni są krótsze.

We wrześniu tłuste ptaki,
mróz w zimie nie byle jaki.

Wrzesień – jesień.

Wrzesień chodzi po rosie,
zbiera grzyby we wrzosie.

Wrzesień przynosi jesień.

Wrzesień, a jaka kieszeń?

Wrzesień,
leniwiec wsadza ręce w kieszeń.

Wrzeszczy wrzesień, że jesień.

Wrześniowa słota:
miarka deszczu, korzec błota.

 

Przysłowia na:

św. Idziego (1 IX)

Gdy na św. Idzi ładnie,
śnieg na pewno późno spadnie.

Św. Idzi w polu nic nie widzi.

 

Matkę Boską Siewną (8 IX)

Gdy na Siewną błękitnie,
wtedy wrzos pięknie kwitnie

 

św. Nikodema (15 IX)

Pogoda na Nikodema
jest, albo jej nie ma.

[No jasne. Marynarze mają podobne:
Kiedy ptak na wodę siędzie, pogoda będzie, albo nie będzie.]

 

św. Franciszka (17 IX)

Na św. Franciszka
odlatuje pliszka.

Na św. Franciszka
szuka ziarenek w polu myszka.
[Jasne, że trudno tu być specjalnie wymagającym co do rymów, ale niektóre osłabiają…]

 

św. Stanisława Kostkę (21 IX)

Jak na Stanisława Kostkę
ujrzysz śniegu drobnostkę,
to na Ofiarowanie [21 XI]
przydadzą się i sanie.

 

św. Mateusza (21 IX)

Św. Mateusz dodaje chłodu
i raz ostatni odbiera miodu.

Na Mateusza słońce grzeje,
po Mateuszu wiatr ciepło rozwieje.

 

św. Teklę (23 IX)

W dzień Tekli
będziemy kartofle piekli.

 

św. Teodora (24 IX)

Św. Teodorek
wiezie jeszcze ziarna worek.

 

św. Michała (29 IX)

Św. Michał
miedze porozpychał.

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha