Eugeniusz Moczydłowski

O sobie samym i najbliższych

Skad korekta.indd


Syn Henryka i Amelii z domu Zaremba, urodzony ósmego września 1949 roku w Czyżewie, tuż za rzeką Bug. Przodkowie po mieczu szczycą się  herbem Nowina. Zarembowie herbu Zaremba, to – jak pisał Długosz – ród niemiecki przebiegły i do skąpstwa skłonny.

Dawne zapisy mówią o Magnusie zwącym się Zaremba – staroście wrocławskim, który popadł w konflikt z Sieciechem hetmanem i wojewodą krakowskim za panowania Przemysława II i (jak w genealogicznych księgach czytamy): Magnus zaś do Mazowsza się udawszy i tam Pomorzanów zbiwszy, gdzie ich sześćset trupem położył, tysiąc dwieście w niewolą zabrał, w pokoju osiadł, gdzie, jako i w Podlasiu wiele jego potomstwa widziemy

W wiktorii grunwaldzkiej Zarembowie z ziemi kieleckiej wystawili własną chorągiew i ród to możny był wielce w Wielkopolsce. Na Mazowszu w zaściankach  gospodarzył na lichej ziemi, aż schłopiał zupełnie. Pozostały liczne wsie o nazwie Zaremby (Z. Krztęki, Z. Kościelne, Z. Skórki, Z. Kramki, Z. Kromki  itd. itd), które zamieszkują do dziś niemal wyłącznie rodziny Zarembów [1].

 

Henryk i Amelia pobrali się w stołecznym kościele św. Krzyża w 1947 r. Na majątek nowej rodziny składał się zdobyczny niemiecki rower, którym Ojciec wrócił z jenieckiej niewoli i pościelowa wyprawa Mamy. Oboje pochodzili z wielodzietnych rodzin, byli najmłodsi i mogli liczyć tylko na siebie. Założyli sklep wielobranżowy w pobliskim miasteczku i przez kilka lat, zanim socjalizm okrzepł na dobre,  zarobili grosz zupełnie przyzwoity, jak na owe czasy. Było tego sporo, gdyż starczyło na zakup własnej oficyny na pięknej działce w Wołominie pod Warszawą. Historia walki o przetrwanie rodziny w czasach komuny to osobna, wielka story, ale na inną okazję.
Rodzice wychowali i wykształcili na studiach wyższych trójkę dzieci wbrew wszelkim przeciwnościom systemowym i losowym przy pomocy niezbyt wyrafinowanej, chłopskiej zasady: jeśli masz problemy bytowe – musisz więcej pracować.

Najważniejsze przesłanie wyniesione z domu i rodzinne credo: primo – licz na siebie, secundo – wyciągaj rękę, by raczej dawać, a nie brać, gdyż taka postawa zapewnia konieczny do przetrwania, komfort psychiczny.

 

Edukacja w SP  nr 4 w Wołominie (obecnie imienia Marynarki Wojennej) i zapracowani rodzice w niewielkim tylko stopniu zakłócali moje wielkie obszary swobody i niezapomnianych przygód lat szczenięcych. Poligon wydarzeń odpowiedzialnych za mój późniejszy głód świata, zaczynał się w lasach Nasfettera, późniejszym rezerwacie  przyrody Grabicz [2],  z centrum w postaci wielohektarowego zbiornika wodnego, a kończył w Zielonce, z punktem tajemniczym, niebezpiecznym z racji lokalizacji na terenie wojskowym, tuż koło poligonu artyleryjskiego. Ze ściśniętym gardłem skradaliśmy się do  zrujnowanej kapliczki ks. Skorupki, z grobami gimnazjalistów, obrońców Warszawy w sierpniu 1920 roku [3]. Tam doświadczałem poznawania historii prawdziwej i nieosiągalnych gdzie indziej emocji, gdy spoglądałem na orła z cmentarnego pomnika, któremu pierś odstrzelił żołnierz-wyzwoliciel w 1944 r.

 

Brunatne od resztek  torfu wody  zbiornika rezerwatu Grabicz były moim pierwszym z siedmiu mórz. Można tam było  dryfować na  wyspach torfowych porośniętych trzciną jak na jeziorze Titicaca. Na tym akwenie sprawdzałem zdolności nautyczne ożaglowanej dętki traktorowej i zbudowanej w pokoju u sąsiada – żaglówki Myszka.

 

Pierwszą prawdziwą łódź żaglową zobaczyłem z  bliska jesienią 1964 r na przystani Harcerskiego Ośrodka Wodnego. Była to jedna z ostatnich w kraju łodzi klasy E. Irek Waś „Baryła”, zastępowy 165. Warszawskiej Drużyny Harcerzy pokazał mi ją w hangarze na Cyplu Czerniakowskim i wręczył zagięty, zaostrzony pilnik – skrobaczkę i krótko poinformował, że trzeba zeskrobać starą farbę. Skrobałem i szlifowałem „edkę” po szkole trzy razy w tygodniu oraz całe niedziele aż do czerwca roku następnego. Łódź została zwodowana, a ja miałem pewność, że jej rasowa sylwetka miała wyraźne ślady mojej stwórczej ręki. Byłem po prostu dumny i szczęśliwy. Ale świat wydał mi się wręcz cudowny, gdy „Baryła” zapowiedział mi, że w nagrodę płynę z drużyną do Szczecina na zlot harcerskich drużyn wodnych. Kiedy wsiadłem na „moją” łódkę, zastępowy i sternik Irek Waś zdecydował: będziesz Gienia. Przyjęło się dlatego, że znikł dylemat: Genek, czy Gienek, potem ktoś dorobił ideolo, że ksywka pochodzi z żeglarskiego slangu, w którym „gienią” nazywa się genuę – wielki przedni żagiel. Nie protestowałem.

Nigdy więcej nie byłem na tak ciężkim rejsie żeglarskim, jak ta trzytygodniowa wyprawa do Szczecina. Nie wszyscy dotrwali do końca nieudawanej walki o przetrwanie. Ale całe zmęczenie z pięciu rzek wyparowało, gdy jak przed Livingstonem jezioro Wiktoria, tak przed nami w końcu otworzyły się przestrzenie jeziora Dąbskiego.

 

Żeglowanie z harcerzami trwało przez cały czas edukacji w Technikum Mechanicznym nr 1 przy ul. Wiśniowej w Warszawie. Ale nigdy już nie pojechałem na obóz. Przeprowadzałem, czasem tylko we dwójkę, drużynowe „omegi” z Warszawy na Mazury, ale na prawdziwego harcerza się nie nadawałem – chyba wskutek przerostu indywidualizmu i wrodzonej niechęci do paramilitarnego porządku. Jeszcze z pokładu harcerskich szalup „Czerwonych Żagli” (1966 r.) zobaczyłem morski horyzont za helską kosą. Z harcerstwa pozostali do dnia dzisiejszego przyjaciele i dobre wspomnienia. Szkoła średnia i harcerstwo nauczyły mnie pracy bez perspektyw na beneficja. Dowiedziałem się jednak, że nawet taka praca może dostarczyć radości wynikającej z prostego faktu tworzenia.

Poznałem zalety działań zbiorowych dzięki czemu znacznie w cenie wzrosły u mnie przedsięwzięcia indywidualne. Na przykład grudniowy spływ kajakiem po Bugu w 1970 roku – moja pierwsza przygoda polarna i „polityczna” [4]. W harcerstwie, z marzeń chłopaka z Wołomina urodziła się doktryna życiowa: uznałem podświadomie żeglowanie za jedyną możliwą drogę w szeroki świat, mój kurs do wolności.

 

Wraz z nową szkołą – w 1968 roku zdałem egzaminy na Politechnikę Warszawską – pojawiły się barwne środowisko i zaskakujące możliwości, które nierozerwalnie wiązały się z WYC-em. Warszawski Yacht Club ZSP miał swoją siedzibę w narożnym pokoiku prawej strony bramy głównej Uniwersytetu Warszawskiego, przy Radzie Okręgowej ZSP. W tym pokoiku tłoczyły się jeszcze inne środowiskowe kluby: elitarny – jeździecki, rozrywkowy – przewodników beskidzkich. A także:  narciarze, speleolodzy, alpiniści i inne towarzystwa realizujące tu swoje ambicje poza-edukacyjne. Dla działaczy, ZSP było często przedsionkiem kariery partyjnej i zawodowej. Ale masy studenckie szukały i znajdowały w ZSP wsparcie formalne i często finansowe dla działań zupełnie niepolitycznych. Tysiące żaków odbywało przedziwne ekspedycje: motorowerem „komar” dookoła Morza Śródziemnego, traktorem do Turcji, i zwyczajne wyprawy górskie lub turystyczne do Afganistanu, Afryki i Ameryki Południowej.

Nie do końca znane są przesłanki, którymi kierowała się ówczesna władza pozwalając studentom na to, co było niedostępne dla reszty społeczeństwa. „Deputacja” WYC nie drążyła genezy tej sytuacji, tylko natężała swą inteligencję, by korzystną koniunkturę wykorzystać, mając na uwadze udokumentowany fakt, że dobry fart nie trwa długo, a i studia muszą się (niestety!) kiedyś skończyć. Za mojej kadencji  „ludzie z WYC-u” w ciągu trzech lat (1969-1971) zbudowali pierwszy jacht morski środowiska warszawskich studentów s/y Konstanty Maciejewicz i zorganizowali Pierwszą Studencką Wyprawę Oceaniczną Dookoła Ameryki Południowej. Stwierdzam z dumą, że miałem w tych przedsięwzięciach niebagatelny udział. Saga WYC czeka na swego bajkopisarza – ja swoją story o klubie i Macaju opisałem na prośbę Zdzisława Pieńkawy w książce Pokłon Hornowi [5]. Wyprawę na Macaju (1972/1973) z opłynięciem przylądka Horn ze wschodu na zachód, zrelacjonowałem w książce Pod żaglami i na cumach [6].

 

Do WYC trafiłem raczej przypadkiem, ale reszta życia układała się w łańcuch przyczynowo-skutkowy, którego pierwszym ogniwem był właśnie ten studencki klub. Raz trącony kamień wielkiej przygody wciągnął mnie w koryto, którym rwała lawina wydarzeń, o których nie śmiałem w młodości nawet marzyć. Po powrocie z rejsu dookoła Ameryki Południowej udało mi się skończyć studia (1974) na wydziale hydrologii i meteorologii technicznej PW. Znalazłem też fantastyczną w moim mniemaniu pracę – w Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie oraz świetną żeglarkę na towarzyszkę doli i niedoli – geologa, kapitana żeglugi bałtyckiej – Małgosię S. znaną raczej jako „Złotowłosa”. W WSM zajmowałem się optymalizacją drogi morskiej statku do czasu, gdy Darek Bogucki rozpoczął poszukiwania sprawdzonych żeglarzy na wyprawę s/y Gedania z zamiarem pokonania Przejścia Północno-Zachodniego. Protegował mnie Jurek Jaszczuk – mój oficer z Macaja, któremu się widocznie niezgorzej żeglowało w moim towarzystwie. Gedania Przejścia Północno-Zachodniego nie pokonała, ale może dzięki temu odbyliśmy epicki rejs, który – jak mniemam – opisałem wiernie acz z przymrużeniem oka w książce Pod żaglami do Arktyki i Antarktyki [7].

Powrót za biurko adiunkta po czternastomiesięcznym żeglowaniu był bolesny i kolejną „akcją” byłem zachwycony. Tym razem, jako jeden z nielicznych, którzy wówczas o Antarktyce wiedzieli cokolwiek, zostałem wezwany do pomocy w budowie Polskiej Stacji Antarktycznej na Wyspie Króla Jerzego (1976) przez obecnie profesora Stanisława Rakusę-Suszczewskiego. Przygoda w Zakładzie Badań Polarnych PAN trwała siedem lat. Na początek,  przez pół roku badałem kryla z pokładu przetwórni m/t Gemini łowiącej ryby na Oceanie Południowym w pobliżu Georgii Południowej i Południowych Orkadów (1977/1978).  Zaraz potem ożeniłem się ze Złotowłosą (1978). Razem budowaliśmy pełnomorski jacht, który miał nas nieść na podbój innego, lepszego świata w którym pensja naukowca starcza na coś więcej niż na papierosy i benzynę do „malucha”. Urlopy spędzaliśmy zarabiając na życie i naszą łódkę w Szwecji lub Finlandii. Jeden sezon przepracowaliśmy na farmie pod Uppsalą, która kiedyś należała do rodziny Wazów. Rodzina Lundborgów nie traktowała nas jak roboli, tylko raczej jak członków swojej małej społeczności. Może  w ramach późnych reparacji za Potop, a może dlatego, że pracowaliśmy w dobrach wspólnej dynastii?

 

Wartkie, ale dość już ustabilizowane życie zostało przerwane przez kolejne wyzwanie: Andrzej Myrcha zaproponował mi kierownictwo zimowej grupy IV Wyprawy Antarktycznej PAN na stację im. H. Arctowskiego. Małgorzata protestowała bez przekonania. Argument o szkodliwości rozstania nie mógł przeważyć nad argumentem wielkiej szansy i popłynąłem na siedemnaście miesięcy badać fizyczne warunki gniazdowania pingwinów z rodzaju Pygoscelis. Zimowanie na wyspie Króla Jerzego to była prawdziwie wielka rzecz. Odkrywałem tajniki kierowania zespołem w „warunkach ekstremalnych”, w duszę wlazło mi całe piękno tamtejszej przyrody, a umysł zaraził się ciekawością świata – wygląda na to, że na całą resztę życia.

Antarktyka byłą więc pasmem sukcesów, ale powrót znaczyły nieporozumienia, zagrożenie, a w domu czekała mnie prawdziwa katastrofa. Polska Akademia Nauk przysłała po zimowników IV Wyprawy Antarktycznej żaglowiec Pogoria. Dla żeglarzy było to wręcz wymarzone przedłużenie wspaniałej ekspedycji, prawie jak przedsięwzięcia Shackletona lub Amundsena. Pozostali odebrali pomysł jako karę niezasłużoną i dla cierpiących na chorobę morską, bardzo dotkliwą. Nieliczna załoga Pogorii pracowała ciężko i niezbyt łaskawym okiem spoglądała na nic nierobiących „pasażerów”. Musiałem wybierać pomiędzy lojalnością wobec zimowników i solidarnością z przyjaciółmi z załogi Pogorii. Nie wahałem się wybierając to pierwsze. Zadziwiało mnie niezamierzone być może antagonizowanie  załogi i pasażerów.  Rosła satysfakcja z tego, że antarktyczna ekipa, mimo różnic osobowości i naprawdę poważnych konfliktów, kończyła wyprawę jako rozumiejący się zespół w przyjaznej atmosferze.

Na rzece Elbie, przed Hamburgiem, Pogoria najechała na statek Gen. Stanisław Popławski. Była noc, mgła i cud, że obyło się bez ofiar. Pogoria straciła dwa maszty i bukszpryt – atmosfera na pokładzie zmieniła się z napiętej w pogrzebową [8]. Po powrocie do domu, żona oświadczyła mi, że takie jak dotychczas życie jest nie do przyjęcia i nasze małżeństwo musi być przedefiniowane. Najgorsze było jednak to, że Małgorzata nie potrafiła określić innego, strawnego dla obojga, modelu naszego związku.

A żyć trzeba dalej także wtedy, gdy krzywa życia opada na łeb skołatany i nadwyrężony nadmiarem wódy. Za pieniądze zarobione na wyprawie dokończyliśmy budować Vircę [9]. Napisałem i obroniłem doktorat w Instytucie Ekologii PAN (1983). Kraj pogrążony był w ponurym smutku stanu wojennego, małżeństwo praktycznie nie istniało. Nie czekając na pierwsze doświadczenia z delirium, podpisałem Małgorzacie papiery rozwodowe, rezygnację z mieszkania i w Gdyni oddałem cumy Virki, nie bardzo mając pomysł na to, co, jak i gdzie mam dalej robić ze swoim życiem na zakręcie. Wiadomo było tylko tyle i aż tyle, że jak jest łódka, to trzeba żeglować. Przed siebie [10].

 

Do Kielu żeglowaliśmy we trójkę z Hanią K. i Markiem S., potem tylko z Markiem przez jesienne Morze Północne i zatokę Biskajską. Pogoda była paskudna – pod Dover rozleciał się katamaran Wojtka Kaliskiego, jakiś carter zatonął na Biskajach. Virca okazała się być dzielnym stateczkiem, a kilka dni żeglugi „na motyla” wzdłuż Półwyspu Pirenejskiego było nagrodą za wytrwałość. W Lizbonie na przystanku koło portu, Marek wrzucił worek żeglarski do tramwaju jadącego na lotnisko. Jako jedyny żywiciel rodziny musiał wracać do domu – tak zostałem żeglarzem samotnikiem.

Las Palmas na Gran Canarii osiągnąłem z trudem, ale później atlantycki passat okazał się szczodrym i Virca pokazała swoją wielką klasę. Palmy kokosowe Barbadosu ukazały się już po 23 dobach serfowania po majestatycznych górach wodnych. Nic się nie popsuło, nie podarło i tak było przez resztę leniwej włóczęgi po Małych Antylach, Wyspach Dziewiczych, Abaco  i Bahamach [11].

Ale smakowałem te tropikalne raje umiarkowanie. Piłem rum lub piwo czasem w towarzystwie światowych łazików morskich i wagabundów lub miejscowych rybaków, ale najczęściej – sam. Byłem na własnym jachcie, w rejsie, który marzył się nam na pokładach MacajaGedanii, gdy żeglowało się w ciągłym pośpiechu, nieustannym dążeniu do wyznaczonych celów. Miałem więcej wolności niż ptaki oceanów, bo dom mój był ciągle ze mną. Dlaczego więc kłuło mnie w serce i głowę proste pytanie: co ja tutaj robię?

Samotność to wielka wygoda, niemal pełny komfort ducha. Może to być sposób na dobre życie, pod warunkiem, że nie ma do kogo i do czego tęsknić. Mnie było przerażająco smutno, bo tęskniłem – za moją nową rodziną: Ewą i jej córką Agnieszką, ale też za pracą i za krajem. Na rozum nie szło tego pojąć, ale chłonąc egzotyczny świat utwierdzałem się w przekonaniu, że moje miejsce na ziemi jest przy rodzinie, w tym sponiewieranym, biednym kraju nad Wisłą, w którym wszystko idzie nie tak. Polacy w Miami na Florydzie,  patrzyli na mnie podejrzliwie, gdy wykładałem zdaje się mało przekonywująco, że nie muszę dużo mieć, ale koniecznie muszę być i to raczej u siebie.

 

Sprzedałem Vircę, spakowałem pamiątki po rejsie, żeglarski dobytek i ruszyłem do Nowego Jorku. Byli tam moi rodzice, którzy dostąpili dobrodziejstw stanu wojennego, kiedy to emerytom wydawano swobodnie paszporty, a Amerykanie udzielali wiz tym nielicznym szczęściarzom na których władzy ludowej nie zależało. W ten sposób Ojciec i Matka zrealizowali swoje marzenie – by nareszcie cokolwiek w życiu mieć, zamiast być –  niewolnikiem systemu. Zderzały się moje i rodziców pomysły na życie, ale staruszkowie przywykli do moich dziwnych pomysłów od czasu, gdy zbudowałem swoją pierwszą łódkę. Trudno im było zrozumieć, dlaczego lekkomyślnie rezygnuję z 10 dolarów za godzinę smołowania dachów na Manhattanie. Ale nie protestowali, gdy postanowiłem wracać do domu – nikt nie musiał ich uczyć tolerancji – sama przychodziła bez trudu z szorstką, ale prawdziwą miłością.

 

W kraju domu wprawdzie nie było, ale była rodzina. Mój szef, prof. Stanisław Rakusa-Suszczewski ucieszył się z mojego prawie terminowego powrotu i zaproponował natychmiastowy roczny wyjazd na Antarktydę. Pokusa była ogromna, ale nie miałem wątpliwości, że rodzina może takiego eksperymentu nie przetrwać. Musiałem odmówić, a szef musiał mnie zwolnić – to było dość oczywiste. Bez domu, bez pracy – tak wyglądało moje miejsce na ziemi, wyśnione w samotne, tropikalne noce na morzu Karaibów.

Stał się jednak cud, który, jak to często z cudami bywa, miał zupełnie przyzwoite racjonalne umocowanie. Mój promotor, prof. Andrzej Myrcha organizował Zakład Biologii Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku i potrzebował pracowników naukowych. Wzięliśmy z Ewą ślub, a w prezencie ślubnym dostaliśmy przydział na M4, pracę dla mnie i dla Ewy. Agnieszka miała nareszcie własny pokój, kupiliśmy znakomity samochód. Kraj tkwił w gehennie kartkowo-policyjnych realiów życia codziennego, a my przeżyliśmy „na kresach” 10 spokojnych i dostatnich lat poza rzeczywistością (do 1994 r).  Wolni od uciążliwości systemu dzięki fortunce uzyskanej za Vircę.

 

W lutym 1986 roku urodził się Adam. Liczne sfery rodzinnego życia zostały podporządkowane potrzebom maleńkiego terrorysty, ale Ewa wyrobiła w Agnieszce i we mnie głębokie przekonanie, że jest to stan jak najbardziej naturalny. Tylko dalsza rodzina lekutko pukała się w głowę, gdy w gości przybywała karawana ze sprzętem, którego znikoma cząstka znana jako „osobne garnki Adasia” utrwaliła się w pysznej rodzinnej anegdocie. Do wyjątków, które małe, zachłanne życie nie wessało w swoją orbitę, była szkoła Agnieszki, moja praca i żeglowanie. Zaskoczyło mnie, że trzy miesiące po porodzie Ewa niemal nie oprotestowała trzymiesięcznego wypadu na Spitsbergen z wyprawą naukową Zakładu Biologii naszego oddziału UW.

 

 Żeglowanie od czasu uzyskania patentów kapitańskich, a szczególnie od samotnego żeglowania na Virce, straciło wiele ze swej intelektualnej atrakcyjności. Z podniecającej fazy poznawania sztuki i oswajania się z żywiołami, przeszło w nieco nudnawą rutynę. Jeszcze trudno było zrezygnować z takich „okazji” jak „Operacja Żagiel” w Lizbonie na Pogorii w 1982 r., czy wypad na „Operację Żagiel” w Australii w 1988 r. Ale głód świata i ludzi jako motyw zamorskich podróży nieubłaganie wypierało żeglowanie dla chleba i dla dzieci. Jak zwykle pieniądze wydawały się stanowczo za szybko, więc  zarabianie żeglowaniem stało się cennym darem losu, a właściwie – efektem stosownych znajomości.

Z Göteborga w Szwecji na hiszpański półwysep La Manga na Morzu Śródziemnym, przeprowadziłem rok po roku dwa jachty stoczni „Halberg Rassy” i było to wielkie przeżycie. To tak, jak przesiąść się z samochodu marki żuk do toyoty land cruiser. Trzy sezony woziłem zamożne i miłe towarzystwo po wodach Turcji i Grecji na pięćdziesieciopięciostopowym slupie Sun Odysey.

Agnieszka tylko raz  popłynęła ze mną na superjachcie Halberg-Rassy 55, ale pięciodniowy sztorm na Zatoce Biskajskiej wydatnie zredukował jej początkowy entuzjazm do żeglowania. Zresztą Agnieszka wdepnęła w dorosłe życie jeszcze jako dziecko i długo żeglowanie i inne przyjemności nie zaprzątały jej uwagi: po drugiej klasie liceum wyjechała do Nowego Jorku. W ciągu roku „zrobiła” dwa lata amerykańskiej High School, maturę i zdała do Baruch College, oczywiście pracując w międzyczasie.

 

W mojej pracy nauczyciela akademickiego, podobnie jak w sprawach bytowych,  gwiazda wolności świeciła jasno i obiecująco. Ale tylko do czasu, gdy po prostu zgasła jakby wybuchła supernowa. W Zakładzie Biologii Filii UW [12], pracownicy mieli dużo swobody i to było wspaniałe. Mój szef, prof. Andrzej Myrcha z wielką życzliwością przyglądał się moim projektom naukowym.

Obszar moich interdyscyplinarnych zainteresowań nie był biologom obcy, ale na  moje wyniki spoglądali nieufnie. Byłem zdziwiony tą rezerwą –  jeśli się mylę to pokażcie mi gdzie, a jeśli mam rację to oczekuję uznania i stosownych gratyfikacji. Byłem bardzo pewny swego. Miałem wrażenie, że habilitację mam w kieszeni. Wprawdzie mój dorobek naukowy mierzony ilością publikacji był nader skromny, ale byłem pewien, że w dążeniu do prawdy ważniejsza jest jakość niż ilość.

Bardzo się pomyliłem. We współczesnej nauce obowiązuje zasada publish or perish, publikuj lub giń. Pobrałem surową lekcję – także za granicą odrzucono moje wyniki w sposób irytujący: recenzenci moich prac po prostu napisali bez podania żadnych argumentów, że to nie może być prawda. Miałem satysfakcję – nikt nie podważył moich dokonań, ale wkrótce straciłem pracę. W końcu pojąłem, że po pierwsze: od prawdy ważniejszy jest autorytet. A ten osiąga się przez liczne, najłatwiej – bezpiecznie konformistyczne publikacje. Po drugie: reguły obowiązujące w nauce, nie konweniują z moimi wyobrażeniami o tym, czym powinna być nauka. Przede wszystkim należy przestrzegać przykazania: nie podnoś ręki na autorytet, jeśli sam nie jesteś autorytetem bez względu na to, czy masz rację. Toteż bez większego żalu przyjąłem decyzję uczelni o nie przedłużaniu umowy o pracę.

 

Nie bez wpływu na decyzję władz uczelni miał fakt mojego zainteresowania się kreacjonizmem.  Przypadkowo trafiłem na spór ewolucjonistów z profesorem Maciejem Giertychem. Poraziły mnie antynaukowe i nieetyczne ataki ewolucjonistów i rzeczowe, spokojne riposty. Uznałem, że naukowy świat musi mieć wgląd do takich materiałów. Założyłem wydawnictwo Megas i wydałem zbiór wypowiedzi szanownych antagonistów [13]. Środowisko nie kryło dezaprobaty dla mego skandalicznego zachowania i to był kolejny szok. Zwykła prezentacja stanowisk jest kamieniem obrazy dla nauki?  Mój szef w arkuszu oceniającym nieprzydatność mojej osoby dla uczelni napisał między innymi: „wydał książkę kreacjonistyczną”. Pod wyrokiem złożyło podpis jeszcze czterech innych profesorów. Nie dowiem się nigdy, czy wydanie za własne pieniądze zbioru wypowiedzi uczonych na temat fundamentalnego problemu nauki zostało mi poczytane jako zasługa, czy powód do wykluczenia mnie poza nawias oficjalnej nauki. 

Tak czy owak, zostałem członkiem i wkrótce przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Kreacjonistycznego [14]. Wydawnictwo Megas mozolnie gromadząc fundusze wydaje kolejne antyewolucyjne pozycje [15]. Tymczasem w środowisku uczonych, a także w mediach, neokreacjonizm rodem z Ameryki oparty na koncepcji tzw. inteligentnego projektu zajmuje coraz więcej miejsca. A moje naukowe osiągnięcia czekają na materializację w postaci książki p.t. Moja wielka przygoda naukowa – jak nie zostałem profesorem. Jest to moje najważniejsze zadanie na względnie nie odległą przyszłość.

Ad finem muszę koniecznie podkreślić, że nie czuję się sfrustrowanym uczonym, który nie zrobił kariery i ma żal do całego świata, tylko nie do siebie. Wprost przeciwnie! Moja przygoda z nauką dostarczyła mi wielkich przeżyć. Mam ogromną satysfakcję z moich wysiłków. Wciąż zajmuję się najbardziej fundamentalnymi zagadnieniami nauki, jak problem genezy życia i Wszechświata. Przybliżanie się do prawdy o rzeczywistości, szczególnie przyrodniczej, ekscytuje bardziej jeszcze niż zbliżanie się do lądu po przepłynięciu oceanu. W tym sensie uważam naukę za bardziej dojrzałą siostrę żeglarstwa  i niech mi wybaczą ci, dla których morze i żegluga są intelektualną ultima Thule.

 

Nigdy praca oficjalna nie była dla mnie wystarczającym do życia źródłem dochodów. Rok 1989 stworzył nieznane wcześniej możliwości – zwykły obywatel mógł założyć własną firmę. Założyłem. Byłbym  może dołączył do grona młodych tygrysów biznesu, ale pewien poznany na rejsie prominentny działacz gospodarczy wylądował w więzieniu i diabli wzięli obiecane 100 tys. zielonych kredytu. Miałem za to kupić transport benzyny w Amsterdamie i sprzedać w kraju ze stuprocentowym zyskiem. Musiałem zredukować apetyt na sukces: pożyczyłem od rodziców  5 tys. dolarów i zamówiłem u przyjaciela 2 samochody w USA. Z analizy wychodziło, że da się zarobić na tym tysiąc, a może nawet półtora tysiąca dolarów. Znajomy przyjaciela przysłał mi 4 samochody – liczył sobie bowiem po 200 dolców prowizji od sztuki i tak mu się lepiej kalkulowało. Ja go rozumiem. Auta były stare i w opłakanym stanie, toteż pozbycie się ich zajęło mi dwa lata. Byłem bardzo szczęśliwy, że dołożyłem do biznesu zaledwie 2 tysiące dolarów – czyli pierwsza lekcja biznesu nie była bardzo kosztowna. Zapamiętałem chyba na zawsze: bardzo ciężko jest lekko żyć.

 

Potem było już tylko lepiej. Pierwszy grosz zarobiłem pośrednicząc w handlu szwedzkim granitem. Na ten intratny biznes trafiłem w jednym z samochodowych komisów, w którym próbowałem się pozbyć „Polish dream – American cars”. W międzyczasie jeden z kolegów żeglarzy mieszkający w USA zaproponował mi przejęcie handlu gazowymi objętościowymi podgrzewaczami wody. Dotychczasowemu partnerowi interes się znudził, bo nie przynosił spodziewanych beneficjów. Czepiałem się wszystkiego, co rokowało choćby bardzo umiarkowany ale pozytywny efekt gospodarczy, więc dlaczego nie bojlery? I tak od piętnastu lat zaopatrujemy z Witkiem K. polskie i litewskie domowe gospodarstwa w gazowe objętościowe podgrzewacze wody. Pierwsze sto sztuk sprzedawałem przez dwa lata w garażu domu moich rodziców. Wiedziałem już, że w interesach trzeba być twardym, a nie miękkim. Klienci polecali nasz towar jedni drugim i sprzedaż rosła bardzo szybko.

W czasach współczesnego, polskiego NEP-u [16], czyli zanim ukaz brukselski nie schłodził krajowej gospodarki, zarobiliśmy przyzwoity grosz, który pozwolił mi zbudować podstawy logistyczne naszego interesu w postaci hali i pomieszczeń biurowych w podwarszawskiej Kobyłce. Postsocjalistyczna, pseudowolnorynkowa i biurokratyczna machina państwa nie ustaje w wysiłkach zlikwidowania naszego przedsiębiorstwa. Nie ma roku, by bankructwo lub kryminał nie straszyły po nocach mimo, że nasz interes jest prosty jak cep i przejrzysty dla każdej z licznych spontanicznych i generowanych donosami kontroli. Unijne rygory chroniące interesy UE wbrew interesom naszych klientów, mają znaczący udział w rzucaniu kłód pod nogi każdemu przedsiębiorcy, który chce zapewniać klientom dobry i tani produkt spoza eurosowietów.

Walka trwa i na razie wygrywamy na naszym małym poletku z europejskimi koncernami. Wciąż dostarczamy tańszy i lepszy produkt niż wielcy konkurenci. Wciąż nasz klient nie dał się oszukać reklamie. Wciąż mam z czego utrzymać rodzinę i ważne inicjatywy naukowe i społeczne. Nie opuszcza mnie nadzieja, że moloch, który ewidentnie od lat niemal codziennie mi zagraża, nie przejdzie w stan patologiczny i nie stanie się PRL-o podobny. Ale to nie jest wykluczone. Niestety.

Nie mam wątpliwości, że zdolność przetrwania, pielęgnowana i satysfakcjonująca droga kupiecka którą podążam, są mocno zakorzenione i silne zasadami wyniesionymi z żeglowania i sfery zachowań prawdziwych ludzi morza, często kupców i ryzykantów, a przede wszystkim osobników wytrwałych i pracowitych. A szkoła przetrwania w starej komunie sprawdza się w nowej nadzwyczajnie.

 

Żeglowanie nierozerwalnie jest powiązane z portami. Rejs zawsze jest „dokądś”. Nawet ci nieliczni dogmatycy żeglarstwa jak Ludomir Mączka czy Tristan Jones, którzy dosłownie „domem swym uczynili siedem  mórz”, musieli dopływać do portu, by kontynuować żeglugę. Ja mam za sobą bogatą historię żeglarskiej ewolucji: przez ponad 120 tysięcy morskich mil statki moje płynęły do wolności, do sławy i po przygodę, żeglowałem dla chleba czyli dla pieniędzy i dla dzieci – by pokazać im inny świat niż ten prozaiczny dzień powszedni. Ewolucja zwiększała moje wymagania i stawały przede mną przypadkowo lub kreowałem świadomie zadania bardziej wyrafinowane. Ostatnie rejsy mają charakter przede wszystkim naukowy [17].

Przebieg żeglarskiej ewolucji i nieuchronny upływ czasu dokonywały jakościowo-ilościowych przewartościowań w moim życiu: wartością samą w sobie stał się port. Pierwszy, który wybrałem na dłuższy postój w 1988 roku, to zrujnowana zagroda mazurska rozparta samotnie na skarpie jeziora Borowego. Żona Ewa nazwała ją „Kurzą Łapą”, bo przypominała w fazie początkowej siedlisko czarownicy z chatki na kurzej łapce, kryjącej swe tajemnice pośród dzikich chaszczy i niebotycznych pokrzyw. Po prawie dwudziestu latach jest skromnym, ale zadbanym portem z flotą małych, zabytkowych już nieco łodzi. Portem, w którym szklanka „żółtego płynu” z kostką lodu i widokiem na jezioro nabiera znaczenia symbolu – znaczy i smakuje jak wytchnienie po osiągnięciu portu, gdy za rufą rozpłynęły się żywioły.

 

Kiedy wróciliśmy z rodziną do Warszawy, okazało się, że potrzebuję portu blisko miejsca pracy. Pływając pontonem po Wiśle znalazłem „Parowę”. Prawobrzeżną skarpę Wisły pomiędzy Zakroczymem i Czerwińskiem przecinają głębokie parowy dla których miejscowa tradycja zarezerwowała określenie w rodzaju żeńskim: „ta parowa”,  zamiast gramatycznie poprawnej formy: „ten parów”. Chciałbym żeby „Parowa” – mój podwarszawski port – była moją ultima Thule. Tam brzeg wysoki jest jak w Dundee i chętnie właśnie z „Parowy” wypłynę w ostatni rejs do Hilo.

 

Przygoda z Hermandad de la Costa zaczęła się dla mnie w 1973 r. w Talcahuano i Valaparaiso. Mesa chilijska opiekowała się studencką załogą s/y Konstanty Maciejewicz jak przystało na „ojców założycieli” Bractwa i to robiło wielkie wrażenie. Nie zostaliśmy wtedy „Hermanos” z błahego powodu, a potem życie toczyło się zbyt wartkim strumieniem zdarzeń, by jakaś organizacyjna kotwica mogła je zatrzymać w miejscu, choć na krótką chwilę Zafarrancho. Dopiero po bardzo wielu latach Brat Bolek Kowalski (1) przekonał mnie, że żeglarski kosmos to również tradycja i organizacja, że także to pole wymaga uprawy i że to jest obowiązek ludzi morza i zaszczyt jednocześnie. Nie żałuję, że Mu uwierzyłem. Mesa Kaprów Polskich chociaż znaczona jest  czasem polskim piekłem, ale nosi chwałę i wielkość narodu, który może śmiałym okiem rozglądać się po meandrach historii nowożytnej, bez kompleksów wobec sąsiadów i aliantów. Zasilają Bractwo Wybrzeża ludzie wielkiego serca i rozumu, prawdziwi ludzie morza. Dobrze jest być razem z nimi, chętniej na dobre, ale jak trzeba, to i na złe.

 

Mesa Kaprów Polskich zaszczyciła mnie wyborem na Pierwszego Sztormana i Kapitana przez pełne kadencje. Sprawdzałem w Mesie Kaprów Polskich moje credo wyniesione z pokładów jachtów i zimowania w Antarktyce: stwórz warunki by podwładni pokazali jak wiele potrafią. […].

Z konkretów za moich kadencji: powstał zwarty zestaw praw i tradycji nazwany Ustanowienia, opracowano i wykonano nową Banderę Narodową MKP, zaczęła ukazywać sie Złota Seria MKP, powstała idea wydania Dykcjonarza MKP, zrobiono brackie krawaty i bandery, wprowadzono w życie ceremoniał pożegnania Braci odchodzących na wieczną wachtę, właściwą oprawę uzyskały ceremonie nadawania honorów. […].

Przewodzenie Mesie Kaprów Polskich to było wielkie przeżycie i doskonała szkoła przetrwania. Docenione w sposób aż nadto szczodry przez wielu Braci, których szacunek za moje wysiłki czuje zawsze, cenię sobie nadzwyczajnie i jestem im za to wdzięczny. Chciałbym, żeby wiedzieli, jak bardzo mi pomagali i jak wiele satysfakcji mi dostarczyli. Dzięki nim – było warto! Zostałem przez Braci uhonorowany czterema białymi i trzema czerwonymi Gwiazdami oraz Medalem Bractwa Wybrzeża. Jestem z tego bardzo dumny, ale przecież nie dla honorów pełni się służbę i stara się wypełniać obowiązki. Pozytywny efekt działań wszelakich jest najwspanialszą z nagród.

 

To by było na tyle. Starałem się nie przechwalać zbytnio, ale nie upieram się, że mi się to udało. Trudno. Jeśli wyszedł mi autopanegiryk, to mogę tylko wyjaśnić, że starałem się relacjonować moją prawdę o tym, co dane mi było w życiu zrobić. Nie pisałem o klęskach, z których składa się niemal całe życie, gdyż to by było sprzeczne z przesłaniem Dykcjonarza MKP i ogólnie – nie do wytrzymania. Wierzę głęboko, że wszystko co udało mi się osiągnąć zawdzięczam sobie w stopniu nader umiarkowanym. W życiu na co dzień, ale szczególnie  w niebezpieczeństwie, niewątpliwie miałem ogromne wsparcie z zewnątrz, które jedni nazywają przypadkowym fartem, a inni ukierunkowaną łaską. Nie ukrywam, że od lat znów zaliczam się do tych innych.

 

Eugeniusz Moczydłowski
Warszawa 3 grudnia 2005

Tekst pochodzi z:
Dykcjonarz Mesy Kaprów Polskich.
Knabe, Jerzy; Eugeniusz Moczydłowski [red.].
Warszawa : Megas, 2012; str. 219-232.

 



[1] Norman Davies w historii Wrocławia Mikrokosmos podaje, że istnieje źródło przypisujące Magnusowi pochodzenie od króla angielskiego Harolda II pobitego pod Hastings przez Wilhelma Zwycięzcę w 1066 r. Harold II był krewnym Kanuta Wielkiego, króla Danii, Norwegii i Anglii, syna Świętosławy, która była córka Mieszka I i Dobrawy.

[2] Rezerwat Grabicz, położony na zachód od Wołomina, to las mieszany wokół ostoi ptactwa wokół zbiorników wodnych powstałych po wydobyciu torfu. Obecnie miejsce uległo degradacji w wyniku obniżenia poziomu wód gruntowych i osuszenia terenu.

[3] Wokół odrestaurowanej kaplicy ks. Skorupki koło wsi Ossów odbywają się 15 sierpnia rocznicowe uroczystości z okazji Cudu nad Wisłą, często z udziałem naczelnych władz  państwowych.

[4] Właściwie władza wyciągnęła po mnie rękę po raz pierwszy we wsi Ossów, gdy miałem lat dwanaście. Miejscowy sołtys przesłuchał mnie na okoliczność fotografowania wierzy triangulacyjnej aparatem marki „Druh”. Prowadząc mnie na posterunek MO próbował koniecznie wybadać, kto zlecił mi to ambitne zadanie w strefie przypoligonowej. W marcu 1968 roku wychowawca internatu na ul. Raszyńskiej chciał mnie oddać w ręce MO za pisanie sobie i koledze podań o zezwolenie na wyjście z internatu. Nie podobała mu się ani forma, ani treść. (Na szczęście na maturze wypadłem nieźle – znalazłem się w gronie 100 najlepszych maturzystów stolicy odznaczonych Odznaką Tysiąclecia Państwa Polskiego). Dwudziestego siódmego grudnia 1970 r. o godzinie czwartej nad ranem, pod mostem kolejowym na Bugu otoczył nasz namiot oddział MO wsparty grupą ORMO z Siemiatycz. Pod lufami kałasznikowów, w tęgiej zadymce wyjmowaliśmy na śnieg części kajaka „Neptun”, konserwy i zupy w proszku. Następnego dnia koło południa, od wschodu przez most przejechał pociąg z radzieckimi czołgami. Te wydarzenia złożyły się nam w logiczną całość dopiero po powrocie do domu i wysłuchaniu wiadomości „Wolnej Europy” o wydarzeniach na Wybrzeżu w grudniu 1970 r.

[5] Zbierajewski, Janusz (red.). Pokłon Hornowi, Księga pamiątkowa wydana w dudziestopięciolecie Bractwa Kaphornowców.  Warszawa, Korporacja TIGOR S.A., Dom Wydawniczy „Morze”, 2000.

[6] Moczydłowski, Eugeniusz. Pod żaglami i na cumach. Warszawa : KAW, 1978.

[7] Moczydłowski, Eugeniusz. Pod żaglami do Arktyki i Antarktyki. Warszawa : MAW, 1980.

[8] Robak, Kazimierz. „Pogorią” na koniec świata. Gdańsk ; Wydawnictwo Morskie, 1983.

[9] Virca – od: Virgo i Cancer, znaków Zodiaku mojego i Małgorzaty.

[10] Przyjaciele zwrócili mi uwagę, że otrzymanie paszportu w stanie wojennym, to nie była bułka z masłem. Szczególnie, że na liście Wildsteina figuruje etatowy pracownik SB Eugeniusz Moczydłowski. IPN wydał mi zaświadczenie nr 659/06 z dnia 30.03.2006 r., że moje dane osobowe „ nie są tożsame z danymi osobowymi, które znajdują się w katalogu funkcjonariuszy, współpracowników, kandydatów na współpracowników organów bezpieczeństwa państwa oraz innych osób, udostępnionych w IPN od dnia 26 listopada 2004 r.

[11] Na Barbados i Saint Lucii spotkałem ludzi, którzy ciepło wspominali Leonida Teligę (Brat Wybrzeża z cyfrą ).  Czytałem Samotny rejs „Opty”, wchodziłem do opisanego tam baru, pytałem o ludzi z książki i…. „zaraz tu będzie!” – odpowiadał barman! Tak spotkałem Jimmy’ego Smitha na Barbados. W Castries na St. Lucii słuchałem opowieści Janusza i Zosi Messingów. Dom Messingów, z widokiem na zatokę Castries, był drogowskazem w poszukiwaniach życiowej przystani, jaką piętnaście lat później stała się nadwiślańska Parowa.

[12] Filia Uniwersytetu Warszawskiego, obecnie: Uniwersytet w Białymstoku.

[13] Moczydłowski, Eugeniusz (red.). Pan Bóg czy dobór naturalny. Białystok : Megas, 1994.
„MEGAS” nazwa firmy handlowej i wydawnictwa powstała z połączenia moich inicjałów i angielskiego rzeczownika „gas”, czyli „benzyna”, na sprzedaży której miałem zbić fortunę. Dopiero z lektur o megalitach Europy dowiedziałem się, że „megas” to po grecku „wielki”. Wyjaśniam, by zapobiec podejrzeniom o przesadną megalomanię. Firma prezentuje się na stronie: www.richmond.pl

[14] www.creationism.org.pl

[15] www.wydawnictwomegas.pl

[16] NEP – Nowaja ekonomiczeskaja politika: niemal wolnorynkowa gospodarka wprowadzona przez Lenina kilka lat po Rewolucji Październikowej (na X zjeździe RPK, marzec 1921). Uratował Rosję przed katastrofą głodu i nędzy, a bolszewików, przed zdmuchnięciem z kart historii przez kolejną, tym razem antybolszewicką rewolucję, która wisiała na włosku.

[17] W 2003 i w 2004 roku na jachtach NautiliusRoztocze na Spitsbergenie badałem zależność rozmieszczenia flory fauny od warunków środowiska. Dla nauki żeglowałem już wcześniej: w 1987/88 pracowałem jako ekolog na trawlerze-przetwórni m/t Gemini na wodach Oceanu Południowego.

 

 

 

 

 

 

Calendar

« October 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

JESIEŃ

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 

Jesień – jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę i polska.

Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie: kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego, choć deszczowego, europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.
Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By im życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią. Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

 

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!

Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

 

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień,
brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień,
ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni:
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę:
z korca deszczu, garniec błota.

 

Pzdrwm_Robak

PS.

W tym roku dziękuję:
– Młodym za doniesienia o działalności codziennej (co wg mnie jest wielkim pasmem sukcesów),
– a wszystkim za rozmowy, które pozwalają mi czerpać z mądrości moich Rozmówczyń i Rozmówców (kolejność absolutnie przypadkowa):

Henrykowi, Kazimierzowi i Piotrowi
Rudej Grecie
Maćkowi
Eli
i Maćkowi
panu Kazimierzowi
Konradowi, Krzyśkowi, Marcinowi
i Marcinowi
Juliuszowi
Robertowi
Piotrowi
i Wojtkowi
Peeterowi
Adasiowi
Jadzi i Włodkowi
Darkowi i jego Mamie
panu Radosławowi
Kai
panu Wojtkowi

Mai
Oli czyli Aleksandrze
Sylwii
Witkowi
Matyldzie
Martynie, Łucji i ich Rodzicom
Strusiowi
Zuzalowi
Zuzi ...zi
Szymonowi 5
Karolowi
Natalii
Łukaszowi
Filipowi
ekipie Oshee
Magdzie i Maszy
Anicie
Ewce-Konewce
Ewie z Gibraltaru i jej Rodzicom
Oliwii
Mirce i Stachowi
Anecie
Beacie
doktorowi Markowi i Mai
Leszkowi i Annie (przepraszam, że bez kwiatów :((
Kasi i Helenie
Ryśkowi
Kryspinowi
Dorocie, Idze i Karolowi
Wojtkowi ze Szczecina (podziękowania szczególne!)
Ziemowitowi (przecież wszyscy wiedzą, kto to!)
Krzysztofowi, znanemu jako „Kris”
Krzysztofowi, znanemu jako „Rzeźbiarz”
Krzysztofowi, znanemu najbardziej

... i wszystkim, których moja pamięć (dobra ale krótka) tu jeszcze nie przywołała

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

PAŻDZIERNIK 

Jasne, że październik. W takiej Warszawie na przykład: słoneczko jasne, niebo niebieskie, a na tym niebie – jeśli już coś – to pasą się, pasą barany wełniane, tak jak na patelni na niebieskiej łące… Żyć nie umierać. No, chyba że ktoś mieszka w tropikach, na przykład na Florydzie – tam leje, duje, huragany jeden za drugim – coś okropnego!

Październik – dziesiąty miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.
Jest najdłuższym miesiącem w roku kalendarzowym: ponieważ na październik przypada zmiana czasu letniego na zimowy jest on dłuższy o jedną godzinę od pozostałych 31-dniowych miesięcy.

Teraz powinno być, jak etymologię słowa „październik” wyjaśnia Aleksander Brückner (pamiętamy: 1856-1939, filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny) i jeszcze np. zgrabny cytacik z Lindego. Ale nie będzie, bo to wyjaśni każdy, nawet ci, co o Brücknerze i Lindem nie słyszeli w życiu, a nawet tacy, dla których zaskoczeniem jest fakt istnienia słownika języka polskiego, bo przecież jeżeli słownik – to z jakiegoś na jakiś, a nie z naszego na nasze.
„Wrzesień” – bo wrzosy, „listopad” – bo liście spadają, „grudzień” – bo gruda (tu już tak prosto nie jest, bo na własne uszy słyszałem, jak ktoś powiedział, że mu coś „idzie jak po grudzień”).

A „październik”? Tu też jest „trudniej”, bo chodzi o paździerze, od których jest też „płyta paździerzowa” (a nie na odwrót!) – odpadki z lnu lub konopi.
Dziś mało kto zna bajkę Konopnickiej Jak to ze lnem było, a tego, jak się obrabia len – poza specjalistami – dziś nie wie nikt, choć kiedyś była to jedna z podstawowych prac w każdym większym gospodarstwie. W bajce, jak to w bajce: był król – dobrotliwy, sprawiedliwy, ale bardzo nieszczęśliwy, ciągle bowiem był zmartwiony z racji takiej, że jego naród na grzbiet nie miał co włożyć. Dał mu starzec, przy drodze spotkany, worek nasion mówiąc, że złoto z nich wyrośnie – ale że nie wyrosło, więc król zielsko najpierw kazał wyrwać, później w rzece topić, później pod lasem rzucić. A gdy znów mu się przed oczy napatoczyło, zawołał:

– Hej tam! Zabrać mi to przeklęte zielsko i otłuc kijami, żeby aż z niego paździerze poszły!
I z wielką pasją do domu wracał, a z nim goście jego. A pachołki tymczasem, one pęki łodyg porwawszy, zaczęli je kijami okładać tak, że aż z nich paździerze leciały. Naleciał tych paździerzy okrutny pokład, a łodygi aż pobielały, jak z nich ta pierwsza surowizna zeszła.

Tymczasem starzec – którego król zdążył już w lochu uwięzić – nauczył dzieweczkę jedną, jak z łodyg lnianych nić wysnuć i płótno utkać, i królowi sztukę materiału w darze złożył, mówiąc:

Kazałeś go topić? Dobrześ uczynił, bo jego łodyżki w wodzie odmięknąć muszą. Kazałeś go z wody precz cisnąć? Dobrześ uczynił, bo go trzeba suszyć. Po moknięciu owym kazałeś go kijami z paździerzy obić? Dobrześ uczynił, bo tę złą paździerz obić trzeba z łodygi, żeby ją uprawić. Kazałeś je zaś powtórnie kijami obijać? I toś dobrze uczynił, bo do trzeciej skóry len obić trzeba i kijem go wyłamać, żeby do włókna się dostać. […] Królewna niech każe po wsiach len siać i tak go sprawić z rozwagą i miłością, jakeś go ty królu, z gniewem sprawiał, a z płótna niech da koszule dla wszystkich sierot i niemocnych szyć, co jest więcej niż złoto, bo jest poratowanie ubóstwa i niedostatku.

I tak to się wszystko – jak pisał x. Tischner – fajnie po góralsku skończyło, hej!

 

Hen, drzewiej... [„hen” to wg słownika 'wzmocnienie okolicznika miejsca', „drzewiej” to 'dawniej' (a nie tryb rozkazujący)] dziesiąty miesiąc roku nazywano u nas również: paździerzec lub paździerzeń (od tych samych paździerzy), pościernik (od ściernisk jesienią pola pokrywających), a także winnik, co zbieżne było ze starogermańską nazwą października Weinmond, więc smacznie – bo od wina.

Łacińska nazwa October – „ósmy miesiąc” (octo to po łacinie osiem), zaczęła być używana od roku 46 p.n.e., kiedy to Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).
Nazwa ta została zapożyczona przez większość języków europejskich.

 

Październikowe rocznice

 

1 października 1800:
trzeci traktat z San Ildefonso – Hiszpania oddaje Francji „Zachodnią Luizjanę”.

Cudzysłów dałem dlatego, że owa nazwa nie ma nic wspólnego z dzisiejszym stanem Luizjana, gdyż w owym czasie oznaczała terytorium stanowiące prawie 25% powierz­chni dzisiejszych Stanów Zjednoczonych.
Obejmowało ono – w całości – dzisiejsze stany (porządek alfabetyczny): Arkansas; Dakota Południowa; Iowa; Kansas; Missouri; Nebraska; Oklahoma; oraz mniejsze lub większe części stanów (porządek prawie alfabetyczny): Dakota Północna; Luizjana (na zachód od Missisipi, z Nowym Orleanem); Minnesota (na zachód od Missisipi); Montana, Wyoming i Kolorado (na wschód od Gór Skalistych); Nowy Meksyk (część północno-wschodnia); Teksas (część północna) i niewielkie kawałki dzisiejszych prowincji kanadyjskich Alberta i Saskatchewan.

Hiszpania oddała więc taki kawał kontynentu Francji w zamian za:

● obietnicę utworzenia królestwa na podbitym przez Napoleona Półwyspie Apenińskim (państwa „Włochy” wówczas nie było; powstanie dopiero w 1861 r.) którym władać miał bratanek hiszpańskiego króla – książę Parmy, Ludwik Franciszek Filibert Burbon-Parmeński;

● obietnicę Francji, że nie przekaże „Zachodniej Luizjany” żadnemu innemu państwu.

● Do tego Hiszpanie zgodzili się dołożyć sześć 74-działowych okrętów wojennych, które miały być przekazane po objęciu przyrzeczonego tronu przez Ludwika Franciszka Filiberta.

Trzeci traktat z San Ildefonso (ściśle tajny w momencie podpisania) ogłoszono miesiąc po uzgodnieniu. Ostateczna umowa podpisana została 21 marca 1801 r. w Aranjuez.

Napoleonowi, wojującemu z Anglią, zależało na sojuszu z Hiszpanią, więc Ludwik Franciszek Filibert, 21 marca 1801 r., został królem tzw. Etrurii, ze stolicą we Florencji (że pod kontrolą Francji, to jasne, prawda?). Panował krótko: dwa lata później zmarł, zostawiając na tronie 4-letniego syna.
Epizod Królestwa Etrurii trwał też krótko, bowiem Napoleon w 1807 roku włączył je w skład Cesarstwa Francuskiego.
I tak została wypełniona francuska obietnica pierwsza.

Karol IV Hiszpański ogłosił dekret królewski o przekazaniu „Zachodniej Luizjany” Cesarstwu Francji 15 października 1802. Trzy miesiące później Napoleon złożył, a Thomas Jefferson przyjął ofertę kupna/sprzedaży tego terytorium.
I tak została wypełniona francuska obietnica druga.

Okręty (Intrépido, Conquistador, Pelayo, San Genaro, Atlante i San Antonio) zostały przekazane Francji, zgodnie z umową, w marcu 1801 r.

 

Jak było dokładnie ze sprzedażą „Zachodniej Luizjany” Stanom Zjednoczonym, przeczytacie przy dacie 30 kwietnia, bo właśnie tego dnia, w 1803 roku, podpisany został akt transakcji zwanej Louisiana Purchase. A w skrócie rzecz miała się tak.

Rewolucja francuska z 1789 roku (zwana Wielką) oparła się na trzech wyrazach-hasłach: liberté, égalité i fraternité, komunikując całemu światu, że wszyscy ludzie są wolni, równi i (sobie) braćmi. Ludzie prostoduszni przyjęli to bez zastrzeżeń, zapominając, że zawsze są ludzie bardziej wolni i bardziej równi niż inni, a braterstwo też może być różne, np. stryjeczne, cioteczne czy jeszcze dalsze.
Dosłownie pół godziny po napisaniu tych słów, otworzyła mi się (słowo daję: przypadkiem) jedna z książek na stronie z następującym cytatem:

Rewolucje proklamują szlachetne słownictwo, które przenika do mowy potocznej: nawet przeciwnicy wierzą w głębi serc, że zawarte w intencjach rewolucji dobro i rozum wyeliminują w końcu przemoc i absurd, wierzą w słowa, albowiem moc słów jest nieodgadniona, zaś na zużycie ich nie starczy stuleci.

Précisément.
Tacy właśnie prostoduszni ludzie zamieszkiwali kolonię francuską Saint-Domingue (zachodnia część wyspy Hispaniola, dziś: wyspa Haiti; po polsku kolonia ta zwana była z hiszpańska: San Domingo). Pojęli oni rewolucyjne hasła dosłownie i zażądali tego, co im się wydawało ich.
Sęk w tym, że byli to czarni niewolnicy z plantacji, którym do głowy nie wpadło, że gdy biali panowie w Europie robią demokratyczno-wolnościowe rewolucje, to czarnym do tego wara, bo mają pracować jeszcze więcej, gdyż rewolucja zawsze potrzebuje pieniędzy. Jednak niewolnicy – jak to niewolnicy – zaczęli powstanie.

Ekspedycje wojskowe wysłane do Saint-Domingue przez Hiszpanię, Wielką Brytanię i Napoleona, by spacyfikować buntowników (Legiony Polskie z armii napoleońskiej też pacyfikowały, a jakże) były dziesiątkowane zarówno przez powstańców, jak i choroby tropikalne. Ukaz z 1802 roku, który nadszedł z Paryża i oznajmiał utrzymanie niewolnictwa na Martynice i Gwadelupie także niewiele pomógł.

Napoleon zdał sobie sprawę, że Saint-Domingue nie utrzyma (i rzeczywiście: powstańcy ogłosili niepodległość 1 stycznia 1804 jako Haiti), a bez tej bazy wszelkie posiadłości francuskie na kontynencie północnoamerykańskim nie przetrwają długo. Najbardziej zaś potrzebne mu były pieniądze.

Jefferson z kolei zdawał sobie sprawę, że wkrótce pojawi się co najmniej dwóch pretendentów do „Zachodniej Luizjany” – Hiszpania i Anglia i że najtańsza wojna będzie wielokrotnie droższa od ceny wynegocjowanej z Francją. Francja zaś proponowała sprzedaż terytorium mającego 2.144.510 km2 (828.000 mil kw.) za 15 milionów dolarów (11,75 mln gotówką, reszta – przez umorzenie długu), czyli 7 centów za hektar (po amerykańsku: 2,8ȼ za akr). Dziś by to było ok. 236 milionów dolarów czyli 1,11 dolara za hektar (44,5ȼ za akr) – darmo!

Trzeba tu jeszcze dodać, że w owym czasie duża część ziem wchodzących w skład „Zachodniej Luizjany” mogłaby się reklamować jako „nietknięta stopą białego człowieka”.

 

 

14 października 1582
był dniem ciekawym, bo datą dnia poprzedniego był 4 paź­dzier­nika – czyli 10 dni wypadło z kalendarza. Stało się to za sprawą bulli Inter gravissimas [„Wśród najpoważniejszych (obowiązków pasterskich)"] wydanej przez Grzegorza XIII.

Papież zarządził zmianę, by dostosować daty obowiązującego do owej pory systemu juliańskiego do kalendarza solarnego czyli astronomicznego, bo np. przesunięcie Wielkiejnocy zaczęło być zbyt wielkie.
Kalendarz wprowadzony przez Juliusza Cezara w 45 r p.n.e. był postępem wobec tego, jak liczono daty w Rzymie wcześniej, ale miał i wady: m.in. w wyznaczaniu lat przestępnych, przez co spóźniał się wobec Słońca o 1 dzień na 128 lat.
Kalendarz Grzegorza zreformował naliczanie lat przestępnych (miał 1 dzień spóźnienia solarnego na 3322 lata), ale musiał też zniwelować różnicę (dokładnie: jej część), jaka narosła w systemie juliańskim, stąd właśnie ów przeskok o 10 dni.

Różne kraje przyjęły tę zmianę różnie.

Katolicy – Hiszpania, państwa włoskie czy Polska – przyjęli kalendarz gregoriański niemal natychmiast.

Wielka Brytania przyjęła go niemal 200 lat później (1752), Bułgaria – w 1916, Grecja – w 1923.

W Rosji było jeszcze dziwniej: kalendarz zmienił się tam w roku 1700 ale... z bizantyjskiego na juliański. Bizantyjski – wiadomo: otrzymany od Cesarstwa Wschodniorzymskiego i dumnie podtrzymywany, gdy po 1453 roku drugim Konstantynopolem – stolicą prawosławia – stał się Kijów, a później Moskwa.
Bizantyjczycy poszli na całość: żadne tam założenie miasta, czy nawet narodzenie Chrystusa, tylko stworzenie świata. Wyliczyli sobie, że akt kosmicznej kreacji wydarzył się (wg naszych ułomnych obliczeń) w 5508 r p.n.e. i w AD 691 zaczęli datować lata po swojemu, uznając ten rok za 6199.
W roku 7208 Piotr I, modernizując Rosję, chciał uczynić (i uczynił) to samo z jej kalendarzem. „Ciut mu się jednak – jak mawia mój przyjaciel, Geografem zwany, więc i na kalendarzach się znający – omskło.” I car Piotr zamiast gregoriańskiego wybrał kalendarz juliański, oznajmiając w dodatku, że niniejszym jest rok 1700, czyli początek wieku osiemnastego.
Z tym też mu się „omskło” (podobnie jak sto lat później Słowackiemu; a niektórzy nie mogą tego zrozumieć do dziś), bo lata zakończone na dwa zera kończą stary wiek, a nie są początkiem nowego. Ale wydaje się, że na Rusi nie było głupiego na tyle, żeby wytknąć błąd carowi – więc tak zostało.
Wreszcie przyszli bolszewicy i w roku 1918 przeszli na system gregoriański.
Aż dziw: bolszewicy przejęli system burżuazyjno-religiancki. Chyba tylko dlatego, że przyspieszał kalendarz: jeden dzień – a dziesięć dni władzy proletariatu więcej!

Ale w Rzeczypospolitej też łatwo było jedynie teoretycznie. W aktach obrad sejmowych, które rozpoczęły się w Warszawie w październiku 1582 odnotowano:

wedle poprawy nowego kalendarza w dzień świętej Jadwigi (15 października) roku tysięcznego pięćsetnego osiemdziesiąt drugiego [Sejm] zaczęty i zagajony został.

Ciekawa rzecz: Stefan Batory, który początkowo nakazywał wprowadzenie nowego datowania w urzędach państwowych i całym państwie bez względu na wyznanie (nie zachował się żaden oryginał tego rozkazania), w roku następnym rozkaz złagodził i do hierarchów Kościoła Prawosławnego, 18 maja 1585, napisał:

postanowiliśmy dla wyznawców religii Greckiej, którzy w Wielkiem Księstwie Litewskiem zamieszkują, udzielić wolne i spokojne wyznanie, odbywanie i zachowywanie w temże Księstwie wszelkich obrządków i rytuałów podług dawnego kalendarza i przepisu.

W roku kolejnym (21 stycznia 1584) król powtórzył: ludzie greckiego zakonu do tej poprawy kalendarza nowego, bez przyzwolenia starszego patryjarchy swojego, gwałtem przymuszani być nie mają. Ten uniwersał był reakcją na zachowanie katolickich fundamentalistów, którzy we Lwowie, w Wilnie i Łucku wszczęli rozruchy, gdyż nie podobało im się, że prawosławni obchodzili święta kościelne dziesięć dni później. Dziesięć dni, jak widać, nie dym!

Ruszyli się nie tylko katolicy. Rewoltę antygregoriańską wszczęli ewangelicy w Inflantach; w Rydze zrobiło się groźnie do tego stopnia, że w styczniu 1585 ryska rada miejska musiała zagwarantować opozycji, iż stary kalendarz będzie obowiązywał tak w sferze kościelnej jak i świeckiej. I tak było.
Gdy nakaz datowania gregoriańskiego powtórzył w 1589 kolejny król, Zygmunt III, Ryga odmówiła, a w 1613 złożyła formalny protest na sejmiku – i zgoda na używanie dat juliańskich została jej przyznana.

Podobnie rzecz się miała w Prusach Książęcych, gdzie rozkazowi królewskiemu otwarcie zaoponowano. Bez szemrania za to daty gregoriańskie przyjęte zostały w 1612, gdy zadekretował je pruski książę-regent Johann Sigismund, opiekun prawny formalnego władcy Albrechta Friedricha, słabującego wówczas na umyśle.

Który to już raz chce się za podlaskimi adwersarzami Bogusława Radziwiłła powtórzyć: Omnis novitas in re publica periculosa est — wszelka nowość w Rzeczypospolitej jest niebezpieczna.

Choć może bardziej pasowałby tu cytat Radziwiłła sienkiewiczowskiego: „Ej, galimatias w tej waszej Rzeczypospolitej, galimatias.”

 

Dużo się tego zrobiło, choć rocznice tylko dwie. Wobec tego:

 

Znaki Zodiaku przypadające na październik

Waga (♎, do 22 października).

Skorpion (♏, od 23 października).

Wstyd nawet pisać. Pijar tzw. czarny (więc prawdziwy, bo bez kadzenia i komercyjnej chęci przypodobania się każdemu) jest po prostu bezlitosny. O Wadze było we wrześniu, a Skorpion?

Ma manię prześladowczą. Nic nie jest w stanie zmienić jego przekonania, że licznym, stałym niepowodzeniom Skorpiona winien jest zawsze ktoś inny, a nie on sam.
Ze strachu atakuje pierwszy i to od tyłu. Z przyjemnością dręczy zwierzęta i marzy o posadzie dozorcy w ZOO.

Maju, przybądź!

 

Kamienie października to opal i turmalin

Opal uważany był przez starożytnych za kamień szczęścia i pomyślności, symbol czystości i nadziei, spadający wprost z nieba. W czasach nowożytnych odnoszono się do niego mniej entuzjastycznie, ale wciąż z szacunkiem. Czarną legendę dorobił mu dopiero Walter Scott i od tego czasu opal zaczął być uważany za przynoszący śmierć.

Z czego płynie nauka: jeśli macie w domu jakiś opal, za nic nie czytajcie powieści Scotta Anna z Geierstein (1829), tylko strony jubilerów, najlepiej australijskich.

Australijczycy bowiem, którzy odkryli u siebie ogromne złoża opali, postanowili na tym zarobić: w roku 1924 zaprezentowali kolekcję czarnych opali w Londynie, w swoim pawilonie wystawy British Empire Exhibition. I tak czernią klejnotu pokonali czerń przesądu, w myśl twierdzenia, że nikt nie będzie im mówił, że czarne jest czarne (myśli mądrych ludzi wiecznie żywe): ceny opali znów poszły w górę (po bajaniach Walter Scotta spadły o ponad połowę!), bo nie ma takiej rzeczy, której dobra reklama ludziom nie wmówi, hej!

 

Turmalin to kolejna historia (ale o niej kiedy indziej) i kolejny trick marketingowy: jubilerscy ortodoksi uważają, że liczą się jedynie turmaliny z malutkiego brazylijskiego stanu Paraíba (1/6 powierzchni Polski). Tymczasem, gdy dobrze poskrobać, okazuje się, że większość „turmalinów z Paraiby” pochodzi z sąsiedniego stanu Rio Grande do Norte. Więc znowu – ponieważ nie wiadomo, o co chodzi – wiadomo o co chodzi. W ten sposób wypadają z rynku na przykład turmaliny z Polski, występujące w Sudetach jako czarny szerl (podobno „za popularne”). I biznes się kręci – nawet Prawdziwi Polacy na tym skorzystają, bo oto mają kolejnego wroga i kolejne antypolskie sprzysiężenie, do którego mogą spokojnie dołączyć jeszcze Sri Lankę (też turmalinowe mocarstwo). „Turmalin a sprawa polska” – to brzmi!

 

 

Kwiat października – nagietek (Calendula).

Jego odmiana – nagietek lekarski (Calendula officinalis L.) – jak sama nazwa wskazuje – ma właściwości lecznicze, np. przeciwzapalne i bakteriobójcze. W czasie amerykańskiej Wojny Domowej (1861-1865) kwiatów nagietka używano do powstrzymywania krwawienia, zapobiegania infekcjom i szybszego gojenia. Co prawda statystyka wskazuje, że nagietkowe możliwości były ograniczone (na 620 tysięcy ofiar tej wojny tylko jedna trzecia zmarła na bitewnych polach, pozostali umierali po bitwach z ran, zakażeń i głodu), ale tacy mądrzy możemy być dziś (nie wszyscy, nie wszyscy!), mając za sobą wielki przemysł chemiczno-farmaceutyczny

Z kwiatów nagietka robi się napary i wyciągi na alkoholu i oleju. Damom nie trzeba mówić, ale dżentelmeni mogą nie wiedzieć, że z nagietek jest składnikiem kremów, maseczek i najróżniejszych kosmetyków zwłaszcza na cerę suchą (wiem, bo spytałem).

Ponieważ wcześniej zachęcałem do nieczytania Waltera Scotta (mimo, że Sir), zatem – dla przeciwwagi – zachęta do czytania Hildegardy z Bingen (1098-1179). Nie dlatego że święta i doktor(ka?) Kościoła, a dlatego że w jej pismach (a sporo ich wydano ostatnimi czasy) są rzeczy, jakich gdzie indziej nie znaleźć. O zastosowaniu nagietka również.

 

Skoro o świętej: nagietek po angielsku często nazywany jest marigold, co jest odniesieniem do Maryi i pierwotnie brzmiało „Mary’s Gold” – złoto Marii. Kojarzy mi się ten rzeczownik niezbyt kościelnie i w poetyckim przetworzeniu:

The King of Marigold was in the kitchen
Cooking breakfast for the Queen
The Queen was in the parlor
Playing piano for the children of the King

 

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
dziesiąty miesiąc roku to:

białoruskiкастрычнік [kastrycznik]
bośniackioktobar
bułgarskioктомври [oktombri]
chorwackilistopad
czeskiříjen [rzijen]
kaszubskirujan (też: pajicznik, paklepnik, pazdzérznik, oktober)
litewskispalis
łatgalskileita
łużycki (dolny)oktober (też: winowc, winski)
łużycki (górny)oktober (też: winowc)
łotewskioktobris
macedońskioктомври [oktombri] albo листопад [listopad]
rosyjskioктябрь [oktiabr’]
serbskioктобар [oktobar]
słowackioktóber
słoweńskioktober
ukraińskiжовтень [żovtień]
żmudzkispalis

 

Przysłowia związane
z październikiem:

Gdy październik ciepło trzyma,
zwykle mroźna bywa zima.

Gdy październik ze śniegiem przybieży,
na wiosnę długo śnieg na polach leży.

Grzmot październikowy – niestatek zimowy.

Jeżeli październik jest wietrzny i mroźny,
to nie będzie za to styczeń, luty groźny.

Miesiąc październy,
marca obraz wierny.

Październik chodzi po kraju,
żenie ptastwo z gaju.

Październik, bo paździerze
baba z lnu cierlicą bierze.

Październik, gdy grzmot na wschodzie naprawi,
burz nas wielkich i wiatrów nabawi.

Pościernik, bo po ścierni,
pług rznąc skibę, rolą czerni.

W krótkie dzionki października
wszystko z pola, sadu znika.

W październiku jak na śmietniku

W październiku, jeśli liście z drzewa nie spadają,
będzie tęga i ostra zima.

W październiku myśli z ptakami na południe odlatują.

 

Przysłowia na
św. Franciszka (
4.X)

Na św. Franciszka
chłop już w polu nic nie zyska.

Na św. Franciszka
odlatuje pliszka.

 

św. Brygidę (8.X)

O św. Brygidzie
babie lato przyjdzie.

 

św. Emila (11.X)

Na Emila
babskie lato się przesila.

 

św. Edwarda (13.X)

Na Edwarda – jesień twarda.

 

św.Teresę i Jadwigę (15.X)

Dobra Tereska,
kto z nią nie mieszka.

Każda Teresa
ma swe interesa.

Na św. Teresę
odziej się w bekieszę.

Do św. Jadwigi
pozbieraj jabłka, orzechy i figi.

Jadwiga rzepę kopie.

Kto sieje na Jadwigę,
ten zbiera figę.

Od św. Jadwigi
włóż na górę czepigi.
[można odłożyć na strych pługi i radła, bo to koniec orki]

Po św. Jadwidze
słodycz w marchew idzie.

 

św. Gawła (16.X)

Kiedy w św. Gaweł słota,
będzie w lecie dużo błota.

Św. Gaweł stoi na to,
jakie będzie przyszłe lato.

 

św. Łukasza (18.X)

Już minął św. Łukasz,
czego w polu szukasz?

 

św. Urszulę (21.X)

Od Urszuli
śnieżnej oczekuj koszuli.

Urszula do pieca przytula.

 

św. Kryspina (25 X)

Na świętego Kryspina
szewc przy świecy poczyna.

W świętego Kryspiniana
każda szewczyna pijana.
[św. Kryspin uważany jest za patrona szewców]

 

św. Szymona (28.X)

Kiepski rok zapowiada,
gdy na Szymona pada.

Na Szymona i Judę
trza opatrzeć budę.

Od Szymona i Judy
przeszły w polu trudy.

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytat wewnątrz tekstu:
Tyrmand, Leopold. Życie towarzyskie i uczuciowe.
Paryż : Instytut Literacki, 1967; str. 167.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha