Eugeniusz Moczydłowski

O sobie samym i najbliższych

Skad korekta.indd


Syn Henryka i Amelii z domu Zaremba, urodzony ósmego września 1949 roku w Czyżewie, tuż za rzeką Bug. Przodkowie po mieczu szczycą się  herbem Nowina. Zarembowie herbu Zaremba, to – jak pisał Długosz – ród niemiecki przebiegły i do skąpstwa skłonny.

Dawne zapisy mówią o Magnusie zwącym się Zaremba – staroście wrocławskim, który popadł w konflikt z Sieciechem hetmanem i wojewodą krakowskim za panowania Przemysława II i (jak w genealogicznych księgach czytamy): Magnus zaś do Mazowsza się udawszy i tam Pomorzanów zbiwszy, gdzie ich sześćset trupem położył, tysiąc dwieście w niewolą zabrał, w pokoju osiadł, gdzie, jako i w Podlasiu wiele jego potomstwa widziemy

W wiktorii grunwaldzkiej Zarembowie z ziemi kieleckiej wystawili własną chorągiew i ród to możny był wielce w Wielkopolsce. Na Mazowszu w zaściankach  gospodarzył na lichej ziemi, aż schłopiał zupełnie. Pozostały liczne wsie o nazwie Zaremby (Z. Krztęki, Z. Kościelne, Z. Skórki, Z. Kramki, Z. Kromki  itd. itd), które zamieszkują do dziś niemal wyłącznie rodziny Zarembów [1].

 

Henryk i Amelia pobrali się w stołecznym kościele św. Krzyża w 1947 r. Na majątek nowej rodziny składał się zdobyczny niemiecki rower, którym Ojciec wrócił z jenieckiej niewoli i pościelowa wyprawa Mamy. Oboje pochodzili z wielodzietnych rodzin, byli najmłodsi i mogli liczyć tylko na siebie. Założyli sklep wielobranżowy w pobliskim miasteczku i przez kilka lat, zanim socjalizm okrzepł na dobre,  zarobili grosz zupełnie przyzwoity, jak na owe czasy. Było tego sporo, gdyż starczyło na zakup własnej oficyny na pięknej działce w Wołominie pod Warszawą. Historia walki o przetrwanie rodziny w czasach komuny to osobna, wielka story, ale na inną okazję.
Rodzice wychowali i wykształcili na studiach wyższych trójkę dzieci wbrew wszelkim przeciwnościom systemowym i losowym przy pomocy niezbyt wyrafinowanej, chłopskiej zasady: jeśli masz problemy bytowe – musisz więcej pracować.

Najważniejsze przesłanie wyniesione z domu i rodzinne credo: primo – licz na siebie, secundo – wyciągaj rękę, by raczej dawać, a nie brać, gdyż taka postawa zapewnia konieczny do przetrwania, komfort psychiczny.

 

Edukacja w SP  nr 4 w Wołominie (obecnie imienia Marynarki Wojennej) i zapracowani rodzice w niewielkim tylko stopniu zakłócali moje wielkie obszary swobody i niezapomnianych przygód lat szczenięcych. Poligon wydarzeń odpowiedzialnych za mój późniejszy głód świata, zaczynał się w lasach Nasfettera, późniejszym rezerwacie  przyrody Grabicz [2],  z centrum w postaci wielohektarowego zbiornika wodnego, a kończył w Zielonce, z punktem tajemniczym, niebezpiecznym z racji lokalizacji na terenie wojskowym, tuż koło poligonu artyleryjskiego. Ze ściśniętym gardłem skradaliśmy się do  zrujnowanej kapliczki ks. Skorupki, z grobami gimnazjalistów, obrońców Warszawy w sierpniu 1920 roku [3]. Tam doświadczałem poznawania historii prawdziwej i nieosiągalnych gdzie indziej emocji, gdy spoglądałem na orła z cmentarnego pomnika, któremu pierś odstrzelił żołnierz-wyzwoliciel w 1944 r.

 

Brunatne od resztek  torfu wody  zbiornika rezerwatu Grabicz były moim pierwszym z siedmiu mórz. Można tam było  dryfować na  wyspach torfowych porośniętych trzciną jak na jeziorze Titicaca. Na tym akwenie sprawdzałem zdolności nautyczne ożaglowanej dętki traktorowej i zbudowanej w pokoju u sąsiada – żaglówki Myszka.

 

Pierwszą prawdziwą łódź żaglową zobaczyłem z  bliska jesienią 1964 r na przystani Harcerskiego Ośrodka Wodnego. Była to jedna z ostatnich w kraju łodzi klasy E. Irek Waś „Baryła”, zastępowy 165. Warszawskiej Drużyny Harcerzy pokazał mi ją w hangarze na Cyplu Czerniakowskim i wręczył zagięty, zaostrzony pilnik – skrobaczkę i krótko poinformował, że trzeba zeskrobać starą farbę. Skrobałem i szlifowałem „edkę” po szkole trzy razy w tygodniu oraz całe niedziele aż do czerwca roku następnego. Łódź została zwodowana, a ja miałem pewność, że jej rasowa sylwetka miała wyraźne ślady mojej stwórczej ręki. Byłem po prostu dumny i szczęśliwy. Ale świat wydał mi się wręcz cudowny, gdy „Baryła” zapowiedział mi, że w nagrodę płynę z drużyną do Szczecina na zlot harcerskich drużyn wodnych. Kiedy wsiadłem na „moją” łódkę, zastępowy i sternik Irek Waś zdecydował: będziesz Gienia. Przyjęło się dlatego, że znikł dylemat: Genek, czy Gienek, potem ktoś dorobił ideolo, że ksywka pochodzi z żeglarskiego slangu, w którym „gienią” nazywa się genuę – wielki przedni żagiel. Nie protestowałem.

Nigdy więcej nie byłem na tak ciężkim rejsie żeglarskim, jak ta trzytygodniowa wyprawa do Szczecina. Nie wszyscy dotrwali do końca nieudawanej walki o przetrwanie. Ale całe zmęczenie z pięciu rzek wyparowało, gdy jak przed Livingstonem jezioro Wiktoria, tak przed nami w końcu otworzyły się przestrzenie jeziora Dąbskiego.

 

Żeglowanie z harcerzami trwało przez cały czas edukacji w Technikum Mechanicznym nr 1 przy ul. Wiśniowej w Warszawie. Ale nigdy już nie pojechałem na obóz. Przeprowadzałem, czasem tylko we dwójkę, drużynowe „omegi” z Warszawy na Mazury, ale na prawdziwego harcerza się nie nadawałem – chyba wskutek przerostu indywidualizmu i wrodzonej niechęci do paramilitarnego porządku. Jeszcze z pokładu harcerskich szalup „Czerwonych Żagli” (1966 r.) zobaczyłem morski horyzont za helską kosą. Z harcerstwa pozostali do dnia dzisiejszego przyjaciele i dobre wspomnienia. Szkoła średnia i harcerstwo nauczyły mnie pracy bez perspektyw na beneficja. Dowiedziałem się jednak, że nawet taka praca może dostarczyć radości wynikającej z prostego faktu tworzenia.

Poznałem zalety działań zbiorowych dzięki czemu znacznie w cenie wzrosły u mnie przedsięwzięcia indywidualne. Na przykład grudniowy spływ kajakiem po Bugu w 1970 roku – moja pierwsza przygoda polarna i „polityczna” [4]. W harcerstwie, z marzeń chłopaka z Wołomina urodziła się doktryna życiowa: uznałem podświadomie żeglowanie za jedyną możliwą drogę w szeroki świat, mój kurs do wolności.

 

Wraz z nową szkołą – w 1968 roku zdałem egzaminy na Politechnikę Warszawską – pojawiły się barwne środowisko i zaskakujące możliwości, które nierozerwalnie wiązały się z WYC-em. Warszawski Yacht Club ZSP miał swoją siedzibę w narożnym pokoiku prawej strony bramy głównej Uniwersytetu Warszawskiego, przy Radzie Okręgowej ZSP. W tym pokoiku tłoczyły się jeszcze inne środowiskowe kluby: elitarny – jeździecki, rozrywkowy – przewodników beskidzkich. A także:  narciarze, speleolodzy, alpiniści i inne towarzystwa realizujące tu swoje ambicje poza-edukacyjne. Dla działaczy, ZSP było często przedsionkiem kariery partyjnej i zawodowej. Ale masy studenckie szukały i znajdowały w ZSP wsparcie formalne i często finansowe dla działań zupełnie niepolitycznych. Tysiące żaków odbywało przedziwne ekspedycje: motorowerem „komar” dookoła Morza Śródziemnego, traktorem do Turcji, i zwyczajne wyprawy górskie lub turystyczne do Afganistanu, Afryki i Ameryki Południowej.

Nie do końca znane są przesłanki, którymi kierowała się ówczesna władza pozwalając studentom na to, co było niedostępne dla reszty społeczeństwa. „Deputacja” WYC nie drążyła genezy tej sytuacji, tylko natężała swą inteligencję, by korzystną koniunkturę wykorzystać, mając na uwadze udokumentowany fakt, że dobry fart nie trwa długo, a i studia muszą się (niestety!) kiedyś skończyć. Za mojej kadencji  „ludzie z WYC-u” w ciągu trzech lat (1969-1971) zbudowali pierwszy jacht morski środowiska warszawskich studentów s/y Konstanty Maciejewicz i zorganizowali Pierwszą Studencką Wyprawę Oceaniczną Dookoła Ameryki Południowej. Stwierdzam z dumą, że miałem w tych przedsięwzięciach niebagatelny udział. Saga WYC czeka na swego bajkopisarza – ja swoją story o klubie i Macaju opisałem na prośbę Zdzisława Pieńkawy w książce Pokłon Hornowi [5]. Wyprawę na Macaju (1972/1973) z opłynięciem przylądka Horn ze wschodu na zachód, zrelacjonowałem w książce Pod żaglami i na cumach [6].

 

Do WYC trafiłem raczej przypadkiem, ale reszta życia układała się w łańcuch przyczynowo-skutkowy, którego pierwszym ogniwem był właśnie ten studencki klub. Raz trącony kamień wielkiej przygody wciągnął mnie w koryto, którym rwała lawina wydarzeń, o których nie śmiałem w młodości nawet marzyć. Po powrocie z rejsu dookoła Ameryki Południowej udało mi się skończyć studia (1974) na wydziale hydrologii i meteorologii technicznej PW. Znalazłem też fantastyczną w moim mniemaniu pracę – w Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie oraz świetną żeglarkę na towarzyszkę doli i niedoli – geologa, kapitana żeglugi bałtyckiej – Małgosię S. znaną raczej jako „Złotowłosa”. W WSM zajmowałem się optymalizacją drogi morskiej statku do czasu, gdy Darek Bogucki rozpoczął poszukiwania sprawdzonych żeglarzy na wyprawę s/y Gedania z zamiarem pokonania Przejścia Północno-Zachodniego. Protegował mnie Jurek Jaszczuk – mój oficer z Macaja, któremu się widocznie niezgorzej żeglowało w moim towarzystwie. Gedania Przejścia Północno-Zachodniego nie pokonała, ale może dzięki temu odbyliśmy epicki rejs, który – jak mniemam – opisałem wiernie acz z przymrużeniem oka w książce Pod żaglami do Arktyki i Antarktyki [7].

Powrót za biurko adiunkta po czternastomiesięcznym żeglowaniu był bolesny i kolejną „akcją” byłem zachwycony. Tym razem, jako jeden z nielicznych, którzy wówczas o Antarktyce wiedzieli cokolwiek, zostałem wezwany do pomocy w budowie Polskiej Stacji Antarktycznej na Wyspie Króla Jerzego (1976) przez obecnie profesora Stanisława Rakusę-Suszczewskiego. Przygoda w Zakładzie Badań Polarnych PAN trwała siedem lat. Na początek,  przez pół roku badałem kryla z pokładu przetwórni m/t Gemini łowiącej ryby na Oceanie Południowym w pobliżu Georgii Południowej i Południowych Orkadów (1977/1978).  Zaraz potem ożeniłem się ze Złotowłosą (1978). Razem budowaliśmy pełnomorski jacht, który miał nas nieść na podbój innego, lepszego świata w którym pensja naukowca starcza na coś więcej niż na papierosy i benzynę do „malucha”. Urlopy spędzaliśmy zarabiając na życie i naszą łódkę w Szwecji lub Finlandii. Jeden sezon przepracowaliśmy na farmie pod Uppsalą, która kiedyś należała do rodziny Wazów. Rodzina Lundborgów nie traktowała nas jak roboli, tylko raczej jak członków swojej małej społeczności. Może  w ramach późnych reparacji za Potop, a może dlatego, że pracowaliśmy w dobrach wspólnej dynastii?

 

Wartkie, ale dość już ustabilizowane życie zostało przerwane przez kolejne wyzwanie: Andrzej Myrcha zaproponował mi kierownictwo zimowej grupy IV Wyprawy Antarktycznej PAN na stację im. H. Arctowskiego. Małgorzata protestowała bez przekonania. Argument o szkodliwości rozstania nie mógł przeważyć nad argumentem wielkiej szansy i popłynąłem na siedemnaście miesięcy badać fizyczne warunki gniazdowania pingwinów z rodzaju Pygoscelis. Zimowanie na wyspie Króla Jerzego to była prawdziwie wielka rzecz. Odkrywałem tajniki kierowania zespołem w „warunkach ekstremalnych”, w duszę wlazło mi całe piękno tamtejszej przyrody, a umysł zaraził się ciekawością świata – wygląda na to, że na całą resztę życia.

Antarktyka byłą więc pasmem sukcesów, ale powrót znaczyły nieporozumienia, zagrożenie, a w domu czekała mnie prawdziwa katastrofa. Polska Akademia Nauk przysłała po zimowników IV Wyprawy Antarktycznej żaglowiec Pogoria. Dla żeglarzy było to wręcz wymarzone przedłużenie wspaniałej ekspedycji, prawie jak przedsięwzięcia Shackletona lub Amundsena. Pozostali odebrali pomysł jako karę niezasłużoną i dla cierpiących na chorobę morską, bardzo dotkliwą. Nieliczna załoga Pogorii pracowała ciężko i niezbyt łaskawym okiem spoglądała na nic nierobiących „pasażerów”. Musiałem wybierać pomiędzy lojalnością wobec zimowników i solidarnością z przyjaciółmi z załogi Pogorii. Nie wahałem się wybierając to pierwsze. Zadziwiało mnie niezamierzone być może antagonizowanie  załogi i pasażerów.  Rosła satysfakcja z tego, że antarktyczna ekipa, mimo różnic osobowości i naprawdę poważnych konfliktów, kończyła wyprawę jako rozumiejący się zespół w przyjaznej atmosferze.

Na rzece Elbie, przed Hamburgiem, Pogoria najechała na statek Gen. Stanisław Popławski. Była noc, mgła i cud, że obyło się bez ofiar. Pogoria straciła dwa maszty i bukszpryt – atmosfera na pokładzie zmieniła się z napiętej w pogrzebową [8]. Po powrocie do domu, żona oświadczyła mi, że takie jak dotychczas życie jest nie do przyjęcia i nasze małżeństwo musi być przedefiniowane. Najgorsze było jednak to, że Małgorzata nie potrafiła określić innego, strawnego dla obojga, modelu naszego związku.

A żyć trzeba dalej także wtedy, gdy krzywa życia opada na łeb skołatany i nadwyrężony nadmiarem wódy. Za pieniądze zarobione na wyprawie dokończyliśmy budować Vircę [9]. Napisałem i obroniłem doktorat w Instytucie Ekologii PAN (1983). Kraj pogrążony był w ponurym smutku stanu wojennego, małżeństwo praktycznie nie istniało. Nie czekając na pierwsze doświadczenia z delirium, podpisałem Małgorzacie papiery rozwodowe, rezygnację z mieszkania i w Gdyni oddałem cumy Virki, nie bardzo mając pomysł na to, co, jak i gdzie mam dalej robić ze swoim życiem na zakręcie. Wiadomo było tylko tyle i aż tyle, że jak jest łódka, to trzeba żeglować. Przed siebie [10].

 

Do Kielu żeglowaliśmy we trójkę z Hanią K. i Markiem S., potem tylko z Markiem przez jesienne Morze Północne i zatokę Biskajską. Pogoda była paskudna – pod Dover rozleciał się katamaran Wojtka Kaliskiego, jakiś carter zatonął na Biskajach. Virca okazała się być dzielnym stateczkiem, a kilka dni żeglugi „na motyla” wzdłuż Półwyspu Pirenejskiego było nagrodą za wytrwałość. W Lizbonie na przystanku koło portu, Marek wrzucił worek żeglarski do tramwaju jadącego na lotnisko. Jako jedyny żywiciel rodziny musiał wracać do domu – tak zostałem żeglarzem samotnikiem.

Las Palmas na Gran Canarii osiągnąłem z trudem, ale później atlantycki passat okazał się szczodrym i Virca pokazała swoją wielką klasę. Palmy kokosowe Barbadosu ukazały się już po 23 dobach serfowania po majestatycznych górach wodnych. Nic się nie popsuło, nie podarło i tak było przez resztę leniwej włóczęgi po Małych Antylach, Wyspach Dziewiczych, Abaco  i Bahamach [11].

Ale smakowałem te tropikalne raje umiarkowanie. Piłem rum lub piwo czasem w towarzystwie światowych łazików morskich i wagabundów lub miejscowych rybaków, ale najczęściej – sam. Byłem na własnym jachcie, w rejsie, który marzył się nam na pokładach MacajaGedanii, gdy żeglowało się w ciągłym pośpiechu, nieustannym dążeniu do wyznaczonych celów. Miałem więcej wolności niż ptaki oceanów, bo dom mój był ciągle ze mną. Dlaczego więc kłuło mnie w serce i głowę proste pytanie: co ja tutaj robię?

Samotność to wielka wygoda, niemal pełny komfort ducha. Może to być sposób na dobre życie, pod warunkiem, że nie ma do kogo i do czego tęsknić. Mnie było przerażająco smutno, bo tęskniłem – za moją nową rodziną: Ewą i jej córką Agnieszką, ale też za pracą i za krajem. Na rozum nie szło tego pojąć, ale chłonąc egzotyczny świat utwierdzałem się w przekonaniu, że moje miejsce na ziemi jest przy rodzinie, w tym sponiewieranym, biednym kraju nad Wisłą, w którym wszystko idzie nie tak. Polacy w Miami na Florydzie,  patrzyli na mnie podejrzliwie, gdy wykładałem zdaje się mało przekonywująco, że nie muszę dużo mieć, ale koniecznie muszę być i to raczej u siebie.

 

Sprzedałem Vircę, spakowałem pamiątki po rejsie, żeglarski dobytek i ruszyłem do Nowego Jorku. Byli tam moi rodzice, którzy dostąpili dobrodziejstw stanu wojennego, kiedy to emerytom wydawano swobodnie paszporty, a Amerykanie udzielali wiz tym nielicznym szczęściarzom na których władzy ludowej nie zależało. W ten sposób Ojciec i Matka zrealizowali swoje marzenie – by nareszcie cokolwiek w życiu mieć, zamiast być –  niewolnikiem systemu. Zderzały się moje i rodziców pomysły na życie, ale staruszkowie przywykli do moich dziwnych pomysłów od czasu, gdy zbudowałem swoją pierwszą łódkę. Trudno im było zrozumieć, dlaczego lekkomyślnie rezygnuję z 10 dolarów za godzinę smołowania dachów na Manhattanie. Ale nie protestowali, gdy postanowiłem wracać do domu – nikt nie musiał ich uczyć tolerancji – sama przychodziła bez trudu z szorstką, ale prawdziwą miłością.

 

W kraju domu wprawdzie nie było, ale była rodzina. Mój szef, prof. Stanisław Rakusa-Suszczewski ucieszył się z mojego prawie terminowego powrotu i zaproponował natychmiastowy roczny wyjazd na Antarktydę. Pokusa była ogromna, ale nie miałem wątpliwości, że rodzina może takiego eksperymentu nie przetrwać. Musiałem odmówić, a szef musiał mnie zwolnić – to było dość oczywiste. Bez domu, bez pracy – tak wyglądało moje miejsce na ziemi, wyśnione w samotne, tropikalne noce na morzu Karaibów.

Stał się jednak cud, który, jak to często z cudami bywa, miał zupełnie przyzwoite racjonalne umocowanie. Mój promotor, prof. Andrzej Myrcha organizował Zakład Biologii Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku i potrzebował pracowników naukowych. Wzięliśmy z Ewą ślub, a w prezencie ślubnym dostaliśmy przydział na M4, pracę dla mnie i dla Ewy. Agnieszka miała nareszcie własny pokój, kupiliśmy znakomity samochód. Kraj tkwił w gehennie kartkowo-policyjnych realiów życia codziennego, a my przeżyliśmy „na kresach” 10 spokojnych i dostatnich lat poza rzeczywistością (do 1994 r).  Wolni od uciążliwości systemu dzięki fortunce uzyskanej za Vircę.

 

W lutym 1986 roku urodził się Adam. Liczne sfery rodzinnego życia zostały podporządkowane potrzebom maleńkiego terrorysty, ale Ewa wyrobiła w Agnieszce i we mnie głębokie przekonanie, że jest to stan jak najbardziej naturalny. Tylko dalsza rodzina lekutko pukała się w głowę, gdy w gości przybywała karawana ze sprzętem, którego znikoma cząstka znana jako „osobne garnki Adasia” utrwaliła się w pysznej rodzinnej anegdocie. Do wyjątków, które małe, zachłanne życie nie wessało w swoją orbitę, była szkoła Agnieszki, moja praca i żeglowanie. Zaskoczyło mnie, że trzy miesiące po porodzie Ewa niemal nie oprotestowała trzymiesięcznego wypadu na Spitsbergen z wyprawą naukową Zakładu Biologii naszego oddziału UW.

 

 Żeglowanie od czasu uzyskania patentów kapitańskich, a szczególnie od samotnego żeglowania na Virce, straciło wiele ze swej intelektualnej atrakcyjności. Z podniecającej fazy poznawania sztuki i oswajania się z żywiołami, przeszło w nieco nudnawą rutynę. Jeszcze trudno było zrezygnować z takich „okazji” jak „Operacja Żagiel” w Lizbonie na Pogorii w 1982 r., czy wypad na „Operację Żagiel” w Australii w 1988 r. Ale głód świata i ludzi jako motyw zamorskich podróży nieubłaganie wypierało żeglowanie dla chleba i dla dzieci. Jak zwykle pieniądze wydawały się stanowczo za szybko, więc  zarabianie żeglowaniem stało się cennym darem losu, a właściwie – efektem stosownych znajomości.

Z Göteborga w Szwecji na hiszpański półwysep La Manga na Morzu Śródziemnym, przeprowadziłem rok po roku dwa jachty stoczni „Halberg Rassy” i było to wielkie przeżycie. To tak, jak przesiąść się z samochodu marki żuk do toyoty land cruiser. Trzy sezony woziłem zamożne i miłe towarzystwo po wodach Turcji i Grecji na pięćdziesieciopięciostopowym slupie Sun Odysey.

Agnieszka tylko raz  popłynęła ze mną na superjachcie Halberg-Rassy 55, ale pięciodniowy sztorm na Zatoce Biskajskiej wydatnie zredukował jej początkowy entuzjazm do żeglowania. Zresztą Agnieszka wdepnęła w dorosłe życie jeszcze jako dziecko i długo żeglowanie i inne przyjemności nie zaprzątały jej uwagi: po drugiej klasie liceum wyjechała do Nowego Jorku. W ciągu roku „zrobiła” dwa lata amerykańskiej High School, maturę i zdała do Baruch College, oczywiście pracując w międzyczasie.

 

W mojej pracy nauczyciela akademickiego, podobnie jak w sprawach bytowych,  gwiazda wolności świeciła jasno i obiecująco. Ale tylko do czasu, gdy po prostu zgasła jakby wybuchła supernowa. W Zakładzie Biologii Filii UW [12], pracownicy mieli dużo swobody i to było wspaniałe. Mój szef, prof. Andrzej Myrcha z wielką życzliwością przyglądał się moim projektom naukowym.

Obszar moich interdyscyplinarnych zainteresowań nie był biologom obcy, ale na  moje wyniki spoglądali nieufnie. Byłem zdziwiony tą rezerwą –  jeśli się mylę to pokażcie mi gdzie, a jeśli mam rację to oczekuję uznania i stosownych gratyfikacji. Byłem bardzo pewny swego. Miałem wrażenie, że habilitację mam w kieszeni. Wprawdzie mój dorobek naukowy mierzony ilością publikacji był nader skromny, ale byłem pewien, że w dążeniu do prawdy ważniejsza jest jakość niż ilość.

Bardzo się pomyliłem. We współczesnej nauce obowiązuje zasada publish or perish, publikuj lub giń. Pobrałem surową lekcję – także za granicą odrzucono moje wyniki w sposób irytujący: recenzenci moich prac po prostu napisali bez podania żadnych argumentów, że to nie może być prawda. Miałem satysfakcję – nikt nie podważył moich dokonań, ale wkrótce straciłem pracę. W końcu pojąłem, że po pierwsze: od prawdy ważniejszy jest autorytet. A ten osiąga się przez liczne, najłatwiej – bezpiecznie konformistyczne publikacje. Po drugie: reguły obowiązujące w nauce, nie konweniują z moimi wyobrażeniami o tym, czym powinna być nauka. Przede wszystkim należy przestrzegać przykazania: nie podnoś ręki na autorytet, jeśli sam nie jesteś autorytetem bez względu na to, czy masz rację. Toteż bez większego żalu przyjąłem decyzję uczelni o nie przedłużaniu umowy o pracę.

 

Nie bez wpływu na decyzję władz uczelni miał fakt mojego zainteresowania się kreacjonizmem.  Przypadkowo trafiłem na spór ewolucjonistów z profesorem Maciejem Giertychem. Poraziły mnie antynaukowe i nieetyczne ataki ewolucjonistów i rzeczowe, spokojne riposty. Uznałem, że naukowy świat musi mieć wgląd do takich materiałów. Założyłem wydawnictwo Megas i wydałem zbiór wypowiedzi szanownych antagonistów [13]. Środowisko nie kryło dezaprobaty dla mego skandalicznego zachowania i to był kolejny szok. Zwykła prezentacja stanowisk jest kamieniem obrazy dla nauki?  Mój szef w arkuszu oceniającym nieprzydatność mojej osoby dla uczelni napisał między innymi: „wydał książkę kreacjonistyczną”. Pod wyrokiem złożyło podpis jeszcze czterech innych profesorów. Nie dowiem się nigdy, czy wydanie za własne pieniądze zbioru wypowiedzi uczonych na temat fundamentalnego problemu nauki zostało mi poczytane jako zasługa, czy powód do wykluczenia mnie poza nawias oficjalnej nauki. 

Tak czy owak, zostałem członkiem i wkrótce przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Kreacjonistycznego [14]. Wydawnictwo Megas mozolnie gromadząc fundusze wydaje kolejne antyewolucyjne pozycje [15]. Tymczasem w środowisku uczonych, a także w mediach, neokreacjonizm rodem z Ameryki oparty na koncepcji tzw. inteligentnego projektu zajmuje coraz więcej miejsca. A moje naukowe osiągnięcia czekają na materializację w postaci książki p.t. Moja wielka przygoda naukowa – jak nie zostałem profesorem. Jest to moje najważniejsze zadanie na względnie nie odległą przyszłość.

Ad finem muszę koniecznie podkreślić, że nie czuję się sfrustrowanym uczonym, który nie zrobił kariery i ma żal do całego świata, tylko nie do siebie. Wprost przeciwnie! Moja przygoda z nauką dostarczyła mi wielkich przeżyć. Mam ogromną satysfakcję z moich wysiłków. Wciąż zajmuję się najbardziej fundamentalnymi zagadnieniami nauki, jak problem genezy życia i Wszechświata. Przybliżanie się do prawdy o rzeczywistości, szczególnie przyrodniczej, ekscytuje bardziej jeszcze niż zbliżanie się do lądu po przepłynięciu oceanu. W tym sensie uważam naukę za bardziej dojrzałą siostrę żeglarstwa  i niech mi wybaczą ci, dla których morze i żegluga są intelektualną ultima Thule.

 

Nigdy praca oficjalna nie była dla mnie wystarczającym do życia źródłem dochodów. Rok 1989 stworzył nieznane wcześniej możliwości – zwykły obywatel mógł założyć własną firmę. Założyłem. Byłbym  może dołączył do grona młodych tygrysów biznesu, ale pewien poznany na rejsie prominentny działacz gospodarczy wylądował w więzieniu i diabli wzięli obiecane 100 tys. zielonych kredytu. Miałem za to kupić transport benzyny w Amsterdamie i sprzedać w kraju ze stuprocentowym zyskiem. Musiałem zredukować apetyt na sukces: pożyczyłem od rodziców  5 tys. dolarów i zamówiłem u przyjaciela 2 samochody w USA. Z analizy wychodziło, że da się zarobić na tym tysiąc, a może nawet półtora tysiąca dolarów. Znajomy przyjaciela przysłał mi 4 samochody – liczył sobie bowiem po 200 dolców prowizji od sztuki i tak mu się lepiej kalkulowało. Ja go rozumiem. Auta były stare i w opłakanym stanie, toteż pozbycie się ich zajęło mi dwa lata. Byłem bardzo szczęśliwy, że dołożyłem do biznesu zaledwie 2 tysiące dolarów – czyli pierwsza lekcja biznesu nie była bardzo kosztowna. Zapamiętałem chyba na zawsze: bardzo ciężko jest lekko żyć.

 

Potem było już tylko lepiej. Pierwszy grosz zarobiłem pośrednicząc w handlu szwedzkim granitem. Na ten intratny biznes trafiłem w jednym z samochodowych komisów, w którym próbowałem się pozbyć „Polish dream – American cars”. W międzyczasie jeden z kolegów żeglarzy mieszkający w USA zaproponował mi przejęcie handlu gazowymi objętościowymi podgrzewaczami wody. Dotychczasowemu partnerowi interes się znudził, bo nie przynosił spodziewanych beneficjów. Czepiałem się wszystkiego, co rokowało choćby bardzo umiarkowany ale pozytywny efekt gospodarczy, więc dlaczego nie bojlery? I tak od piętnastu lat zaopatrujemy z Witkiem K. polskie i litewskie domowe gospodarstwa w gazowe objętościowe podgrzewacze wody. Pierwsze sto sztuk sprzedawałem przez dwa lata w garażu domu moich rodziców. Wiedziałem już, że w interesach trzeba być twardym, a nie miękkim. Klienci polecali nasz towar jedni drugim i sprzedaż rosła bardzo szybko.

W czasach współczesnego, polskiego NEP-u [16], czyli zanim ukaz brukselski nie schłodził krajowej gospodarki, zarobiliśmy przyzwoity grosz, który pozwolił mi zbudować podstawy logistyczne naszego interesu w postaci hali i pomieszczeń biurowych w podwarszawskiej Kobyłce. Postsocjalistyczna, pseudowolnorynkowa i biurokratyczna machina państwa nie ustaje w wysiłkach zlikwidowania naszego przedsiębiorstwa. Nie ma roku, by bankructwo lub kryminał nie straszyły po nocach mimo, że nasz interes jest prosty jak cep i przejrzysty dla każdej z licznych spontanicznych i generowanych donosami kontroli. Unijne rygory chroniące interesy UE wbrew interesom naszych klientów, mają znaczący udział w rzucaniu kłód pod nogi każdemu przedsiębiorcy, który chce zapewniać klientom dobry i tani produkt spoza eurosowietów.

Walka trwa i na razie wygrywamy na naszym małym poletku z europejskimi koncernami. Wciąż dostarczamy tańszy i lepszy produkt niż wielcy konkurenci. Wciąż nasz klient nie dał się oszukać reklamie. Wciąż mam z czego utrzymać rodzinę i ważne inicjatywy naukowe i społeczne. Nie opuszcza mnie nadzieja, że moloch, który ewidentnie od lat niemal codziennie mi zagraża, nie przejdzie w stan patologiczny i nie stanie się PRL-o podobny. Ale to nie jest wykluczone. Niestety.

Nie mam wątpliwości, że zdolność przetrwania, pielęgnowana i satysfakcjonująca droga kupiecka którą podążam, są mocno zakorzenione i silne zasadami wyniesionymi z żeglowania i sfery zachowań prawdziwych ludzi morza, często kupców i ryzykantów, a przede wszystkim osobników wytrwałych i pracowitych. A szkoła przetrwania w starej komunie sprawdza się w nowej nadzwyczajnie.

 

Żeglowanie nierozerwalnie jest powiązane z portami. Rejs zawsze jest „dokądś”. Nawet ci nieliczni dogmatycy żeglarstwa jak Ludomir Mączka czy Tristan Jones, którzy dosłownie „domem swym uczynili siedem  mórz”, musieli dopływać do portu, by kontynuować żeglugę. Ja mam za sobą bogatą historię żeglarskiej ewolucji: przez ponad 120 tysięcy morskich mil statki moje płynęły do wolności, do sławy i po przygodę, żeglowałem dla chleba czyli dla pieniędzy i dla dzieci – by pokazać im inny świat niż ten prozaiczny dzień powszedni. Ewolucja zwiększała moje wymagania i stawały przede mną przypadkowo lub kreowałem świadomie zadania bardziej wyrafinowane. Ostatnie rejsy mają charakter przede wszystkim naukowy [17].

Przebieg żeglarskiej ewolucji i nieuchronny upływ czasu dokonywały jakościowo-ilościowych przewartościowań w moim życiu: wartością samą w sobie stał się port. Pierwszy, który wybrałem na dłuższy postój w 1988 roku, to zrujnowana zagroda mazurska rozparta samotnie na skarpie jeziora Borowego. Żona Ewa nazwała ją „Kurzą Łapą”, bo przypominała w fazie początkowej siedlisko czarownicy z chatki na kurzej łapce, kryjącej swe tajemnice pośród dzikich chaszczy i niebotycznych pokrzyw. Po prawie dwudziestu latach jest skromnym, ale zadbanym portem z flotą małych, zabytkowych już nieco łodzi. Portem, w którym szklanka „żółtego płynu” z kostką lodu i widokiem na jezioro nabiera znaczenia symbolu – znaczy i smakuje jak wytchnienie po osiągnięciu portu, gdy za rufą rozpłynęły się żywioły.

 

Kiedy wróciliśmy z rodziną do Warszawy, okazało się, że potrzebuję portu blisko miejsca pracy. Pływając pontonem po Wiśle znalazłem „Parowę”. Prawobrzeżną skarpę Wisły pomiędzy Zakroczymem i Czerwińskiem przecinają głębokie parowy dla których miejscowa tradycja zarezerwowała określenie w rodzaju żeńskim: „ta parowa”,  zamiast gramatycznie poprawnej formy: „ten parów”. Chciałbym żeby „Parowa” – mój podwarszawski port – była moją ultima Thule. Tam brzeg wysoki jest jak w Dundee i chętnie właśnie z „Parowy” wypłynę w ostatni rejs do Hilo.

 

Przygoda z Hermandad de la Costa zaczęła się dla mnie w 1973 r. w Talcahuano i Valaparaiso. Mesa chilijska opiekowała się studencką załogą s/y Konstanty Maciejewicz jak przystało na „ojców założycieli” Bractwa i to robiło wielkie wrażenie. Nie zostaliśmy wtedy „Hermanos” z błahego powodu, a potem życie toczyło się zbyt wartkim strumieniem zdarzeń, by jakaś organizacyjna kotwica mogła je zatrzymać w miejscu, choć na krótką chwilę Zafarrancho. Dopiero po bardzo wielu latach Brat Bolek Kowalski (1) przekonał mnie, że żeglarski kosmos to również tradycja i organizacja, że także to pole wymaga uprawy i że to jest obowiązek ludzi morza i zaszczyt jednocześnie. Nie żałuję, że Mu uwierzyłem. Mesa Kaprów Polskich chociaż znaczona jest  czasem polskim piekłem, ale nosi chwałę i wielkość narodu, który może śmiałym okiem rozglądać się po meandrach historii nowożytnej, bez kompleksów wobec sąsiadów i aliantów. Zasilają Bractwo Wybrzeża ludzie wielkiego serca i rozumu, prawdziwi ludzie morza. Dobrze jest być razem z nimi, chętniej na dobre, ale jak trzeba, to i na złe.

 

Mesa Kaprów Polskich zaszczyciła mnie wyborem na Pierwszego Sztormana i Kapitana przez pełne kadencje. Sprawdzałem w Mesie Kaprów Polskich moje credo wyniesione z pokładów jachtów i zimowania w Antarktyce: stwórz warunki by podwładni pokazali jak wiele potrafią. […].

Z konkretów za moich kadencji: powstał zwarty zestaw praw i tradycji nazwany Ustanowienia, opracowano i wykonano nową Banderę Narodową MKP, zaczęła ukazywać sie Złota Seria MKP, powstała idea wydania Dykcjonarza MKP, zrobiono brackie krawaty i bandery, wprowadzono w życie ceremoniał pożegnania Braci odchodzących na wieczną wachtę, właściwą oprawę uzyskały ceremonie nadawania honorów. […].

Przewodzenie Mesie Kaprów Polskich to było wielkie przeżycie i doskonała szkoła przetrwania. Docenione w sposób aż nadto szczodry przez wielu Braci, których szacunek za moje wysiłki czuje zawsze, cenię sobie nadzwyczajnie i jestem im za to wdzięczny. Chciałbym, żeby wiedzieli, jak bardzo mi pomagali i jak wiele satysfakcji mi dostarczyli. Dzięki nim – było warto! Zostałem przez Braci uhonorowany czterema białymi i trzema czerwonymi Gwiazdami oraz Medalem Bractwa Wybrzeża. Jestem z tego bardzo dumny, ale przecież nie dla honorów pełni się służbę i stara się wypełniać obowiązki. Pozytywny efekt działań wszelakich jest najwspanialszą z nagród.

 

To by było na tyle. Starałem się nie przechwalać zbytnio, ale nie upieram się, że mi się to udało. Trudno. Jeśli wyszedł mi autopanegiryk, to mogę tylko wyjaśnić, że starałem się relacjonować moją prawdę o tym, co dane mi było w życiu zrobić. Nie pisałem o klęskach, z których składa się niemal całe życie, gdyż to by było sprzeczne z przesłaniem Dykcjonarza MKP i ogólnie – nie do wytrzymania. Wierzę głęboko, że wszystko co udało mi się osiągnąć zawdzięczam sobie w stopniu nader umiarkowanym. W życiu na co dzień, ale szczególnie  w niebezpieczeństwie, niewątpliwie miałem ogromne wsparcie z zewnątrz, które jedni nazywają przypadkowym fartem, a inni ukierunkowaną łaską. Nie ukrywam, że od lat znów zaliczam się do tych innych.

 

Eugeniusz Moczydłowski
Warszawa 3 grudnia 2005

Tekst pochodzi z:
Dykcjonarz Mesy Kaprów Polskich.
Knabe, Jerzy; Eugeniusz Moczydłowski [red.].
Warszawa : Megas, 2012; str. 219-232.

 



[1] Norman Davies w historii Wrocławia Mikrokosmos podaje, że istnieje źródło przypisujące Magnusowi pochodzenie od króla angielskiego Harolda II pobitego pod Hastings przez Wilhelma Zwycięzcę w 1066 r. Harold II był krewnym Kanuta Wielkiego, króla Danii, Norwegii i Anglii, syna Świętosławy, która była córka Mieszka I i Dobrawy.

[2] Rezerwat Grabicz, położony na zachód od Wołomina, to las mieszany wokół ostoi ptactwa wokół zbiorników wodnych powstałych po wydobyciu torfu. Obecnie miejsce uległo degradacji w wyniku obniżenia poziomu wód gruntowych i osuszenia terenu.

[3] Wokół odrestaurowanej kaplicy ks. Skorupki koło wsi Ossów odbywają się 15 sierpnia rocznicowe uroczystości z okazji Cudu nad Wisłą, często z udziałem naczelnych władz  państwowych.

[4] Właściwie władza wyciągnęła po mnie rękę po raz pierwszy we wsi Ossów, gdy miałem lat dwanaście. Miejscowy sołtys przesłuchał mnie na okoliczność fotografowania wierzy triangulacyjnej aparatem marki „Druh”. Prowadząc mnie na posterunek MO próbował koniecznie wybadać, kto zlecił mi to ambitne zadanie w strefie przypoligonowej. W marcu 1968 roku wychowawca internatu na ul. Raszyńskiej chciał mnie oddać w ręce MO za pisanie sobie i koledze podań o zezwolenie na wyjście z internatu. Nie podobała mu się ani forma, ani treść. (Na szczęście na maturze wypadłem nieźle – znalazłem się w gronie 100 najlepszych maturzystów stolicy odznaczonych Odznaką Tysiąclecia Państwa Polskiego). Dwudziestego siódmego grudnia 1970 r. o godzinie czwartej nad ranem, pod mostem kolejowym na Bugu otoczył nasz namiot oddział MO wsparty grupą ORMO z Siemiatycz. Pod lufami kałasznikowów, w tęgiej zadymce wyjmowaliśmy na śnieg części kajaka „Neptun”, konserwy i zupy w proszku. Następnego dnia koło południa, od wschodu przez most przejechał pociąg z radzieckimi czołgami. Te wydarzenia złożyły się nam w logiczną całość dopiero po powrocie do domu i wysłuchaniu wiadomości „Wolnej Europy” o wydarzeniach na Wybrzeżu w grudniu 1970 r.

[5] Zbierajewski, Janusz (red.). Pokłon Hornowi, Księga pamiątkowa wydana w dudziestopięciolecie Bractwa Kaphornowców.  Warszawa, Korporacja TIGOR S.A., Dom Wydawniczy „Morze”, 2000.

[6] Moczydłowski, Eugeniusz. Pod żaglami i na cumach. Warszawa : KAW, 1978.

[7] Moczydłowski, Eugeniusz. Pod żaglami do Arktyki i Antarktyki. Warszawa : MAW, 1980.

[8] Robak, Kazimierz. „Pogorią” na koniec świata. Gdańsk ; Wydawnictwo Morskie, 1983.

[9] Virca – od: Virgo i Cancer, znaków Zodiaku mojego i Małgorzaty.

[10] Przyjaciele zwrócili mi uwagę, że otrzymanie paszportu w stanie wojennym, to nie była bułka z masłem. Szczególnie, że na liście Wildsteina figuruje etatowy pracownik SB Eugeniusz Moczydłowski. IPN wydał mi zaświadczenie nr 659/06 z dnia 30.03.2006 r., że moje dane osobowe „ nie są tożsame z danymi osobowymi, które znajdują się w katalogu funkcjonariuszy, współpracowników, kandydatów na współpracowników organów bezpieczeństwa państwa oraz innych osób, udostępnionych w IPN od dnia 26 listopada 2004 r.

[11] Na Barbados i Saint Lucii spotkałem ludzi, którzy ciepło wspominali Leonida Teligę (Brat Wybrzeża z cyfrą ).  Czytałem Samotny rejs „Opty”, wchodziłem do opisanego tam baru, pytałem o ludzi z książki i…. „zaraz tu będzie!” – odpowiadał barman! Tak spotkałem Jimmy’ego Smitha na Barbados. W Castries na St. Lucii słuchałem opowieści Janusza i Zosi Messingów. Dom Messingów, z widokiem na zatokę Castries, był drogowskazem w poszukiwaniach życiowej przystani, jaką piętnaście lat później stała się nadwiślańska Parowa.

[12] Filia Uniwersytetu Warszawskiego, obecnie: Uniwersytet w Białymstoku.

[13] Moczydłowski, Eugeniusz (red.). Pan Bóg czy dobór naturalny. Białystok : Megas, 1994.
„MEGAS” nazwa firmy handlowej i wydawnictwa powstała z połączenia moich inicjałów i angielskiego rzeczownika „gas”, czyli „benzyna”, na sprzedaży której miałem zbić fortunę. Dopiero z lektur o megalitach Europy dowiedziałem się, że „megas” to po grecku „wielki”. Wyjaśniam, by zapobiec podejrzeniom o przesadną megalomanię. Firma prezentuje się na stronie: www.richmond.pl

[14] www.creationism.org.pl

[15] www.wydawnictwomegas.pl

[16] NEP – Nowaja ekonomiczeskaja politika: niemal wolnorynkowa gospodarka wprowadzona przez Lenina kilka lat po Rewolucji Październikowej (na X zjeździe RPK, marzec 1921). Uratował Rosję przed katastrofą głodu i nędzy, a bolszewików, przed zdmuchnięciem z kart historii przez kolejną, tym razem antybolszewicką rewolucję, która wisiała na włosku.

[17] W 2003 i w 2004 roku na jachtach NautiliusRoztocze na Spitsbergenie badałem zależność rozmieszczenia flory fauny od warunków środowiska. Dla nauki żeglowałem już wcześniej: w 1987/88 pracowałem jako ekolog na trawlerze-przetwórni m/t Gemini na wodach Oceanu Południowego.

 

 

 

 

 

 

Calendar

« April 2019 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

WIOSNA

 

Dzisiaj rano niespodzianie
zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem
przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto,
posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało...
Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku  w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce Wiosna jest pierwszą z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, jest w kantacie Wiosna (1902) Rachmaninowa, w pieśni Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i w tegoż Strawińskiego Święcie wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym  kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) – i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak  we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy.
Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...] gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to „powieść reportażowa”. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomnia­łem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale „produkcyjniaki” pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za byłą panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

 

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego: i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach  1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, że podobno mają „wueskę” znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.

 

Piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne  występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę / Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje (Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej, / najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody / i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą / uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą, / i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną) wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...",  więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych  Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]
Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

(pani profesor bardzo dziękuję za pomoc w odnalezieniu oryginału wiersza)

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud: I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu ekwinokcjum – równonocy wiosennej

Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:

święcone,
wielkanocne śniadanie,
pisanki,
śmigus-dyngus,
wieszanie Judasza,
pogrzeb żuru i śledzia.

O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg. Cytat okazał się całkiem na czasie.
W 2018 roku na fali dekomunizacji „zniknięto” w Zamościu tablicę pamiątkową z domu, w którym się Róża Luksemburg urodziła.
To sygnał, że trzeba skupować PRL-owskie stuzłotowe banknoty z Waryńskim. Niedługo pewnie fala obejmie i jego, a wtedy zakup okaże się dobrą inwestycją.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

 

Marzec

Marzec. Przedwiośnie. Dla Polski to oznacza, że średnie temperatury dobowe są od 0 do +5°C.

Ale ja mieszkam na Florydzie, gdzie zimą jest rześko, wilgotność spada do europejskiego poziomu (nawet mimo deszczu) i jest na ogół słonecznie. Dlatego florydzka zima to najpiękniejsza pora roku – dla mnie przynajmniej, bo rodowici florydzianie chodzą w zimowych kurtkach, czapkach i butach. Z kolei wyczekiwane przez nich lato dla mnie jest nie do zniesienia – przede wszystkim przez wilgoć, wilgoć, wilgoć…
Na razie kwitną drzewka pomarańczowe i grejpfrutowe na nowy urodzaj, większość dni jest słoneczna, deszcz czasem pada, a czasem nie pada. W marcu jak w garncu.

Więc do rzeczy.

 

Marzec – trzeci miesiąc w roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.
Słowniki twierdzą, że nazwę miesiąca wzięliśmy pośrednio od łacińskiego Martius z dawnego czeskiego marec / mařec / marcius, co było pochodną niemieckiego März.
Z pewnością tak jest, ale mnie bardziej podoba się etymologia ludowa, łącząca marzec z Marzanną, którą – na pohybel Zimie – umarzano w rzece, już nie marznącej.
W staropolszczyźnie używana była też nazwa „brzezień”, który do dziś mieszka w języku czeskim (březen) i ukraińskim (березень) – od brzóz, które wtedy zaczynały się zielenić. Są jednak czescy i słowaccy językoznawcy (Václav Machek, Igor Němec, Jan Horálek), którzy uważają, że nazwa miesiąca pochodzi od słowa březost (ʽciąża’): v ten čas drobný dobytek bývá březí, rodí mláďata („w tym czasie bydło jest w ciąży, rodzi młode”).

 

Na Morawskiej Wołoszczyźnie (brzmi podobnie jak historyczna kraina Rumunii, ale to niewielki teren na północy Moraw, między miastami Nowy Jiczyn / Nový Jičín i Brumov-Bylnice, gdzie w XVI w. osiedlono wołoskich pasterzy) do dziś używa się słowa marčák, które może oznaczać ʽjęczmień siany w marcu’ lub ʽmarcujący zając’.

W polszczyźnie wyraz „marzec” miał dawno temu jeszcze jedno znaczenie: oznaczał piwo marcowe, czyli warzone w marcu. Brückner pisze o tym smacznie: „Piwo marzec albo dwuraźne (ʽdubeltowe’), w 16. i 17. wieku słynne krakowskie Märzenbier”.
Trunkową – choć nie piwną – konotację ma również lipiec, o czym będzie w odpowiednim czasie.

 

Łaciński Martius lub mensis Martius oznaczał ‘miesiąc [poświęcony] Marsowi’. Bardzo był przez to ważny, ponieważ Rzymianie uważali boga wojny Marsa za swego protoplastę, jako ojca Romulusa i Remusa (to ci spod wilczycy kapitolińskiej).
Martius – dla nas trzeci – dla Rzymian przez kilkaset lat był pierwszym miesiącem roku, póki Juliusz Cezar nie wprowadził reformy kalendarzowej w roku 46 p.n.e., po której pierwszeństwo objął Ianuarius (styczeń). Za co zresztą Martius zemścił się na Cezarze srogo, ale o tym za chwilę.
Nazwa Martius została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Marcowe rocznice:

 

1 marca 1893 – Nikola Tesla – inżynier-elektryk, wynalazca przez pewien czas współpracujący z Edisonem, później działający na własną rękę, zwany „czarodziejem elektryczności” – po raz pierwszy publicznie (w St. Louis, Missouri) demonstruje działanie fal radiowych. Pięć lat później, w nowojorskiej Madison Square Garden, pokazuje publiczności „teleautomaton” – zdalnie sterowaną łódkę. Część obecnych na pokazie była przekonana, że łodzią steruje ukryta w niej tresowana małpka. Wojskowi, którym Tesla zaproponował sterowane radiem torpedy, nie wyrazili zainteresowania.

 

1 marca – w Rosji, osoby, które wykorzystywane są przez koty do obsługi (a które, bez sensu, uważają, że są tychże kotów właścicielami), obchodzą Dzień Kota. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że reszta Europy obchodzi Światowy Dzień Kota 17 lutego, a International Fund for Animal Welfare ustanowiło Międzynarodowy Dzień Kota 8 sierpnia.
Zostaje więc jeszcze 6 terminów, bowiem – jak twierdzi sanskrycki Pięcioksiąg (Pańczatantra, III w. p.n.e.) – „natura dała kotu dziewięć żywotów zamiast jednego”. Nie mówiąc o tym, że nawet kwestia kocia wskazuje, iż Europa, świat i Rosja to zupełnie inne punkty w czasoprzestrzeni.
A skoro o Rosji mowa:

 

3 marca 1918 – bolszewicy podpisali w Brześciu Litewskim traktat pokojowy z najważniejszymi z Państw Centralnych: Niemcami i Austro-Węgrami. Tym samym spłacali część długu, który zaciągnęli, gdy wywiad niemiecki dał Leninowi worek złota, wywiózł w zaplombowanym wagonie ze Szwajcarii i umożliwił przedostanie się do Rosji, by – jak to później określił Churchill – „zainfekować Europę bakcylem komunizmu”. Separatystyczny pokój z bolszewicką Rosją (właśnie ten w Brześciu Litewskim), miał być za ów manewr zapłatą. Niemcom zależało, bo chcieli przerzucić swe armie ze wschodu na zachód, by na Zachodzie przestało wreszcie być „bez zmian”. Armie przerzucili, ale znów nie zdobyli przewagi (tym razem przez Amerykanów), ale o tym już było w lutym. Bolszewikom też zależało, bo chcieli w spokoju w Rosji robić swoje.
A skoro o Rosji mowa:

 

5 marca 1953 – umiera Stalin. Na stanowisko sekretarza generalnego KC wśliznął się w 1922, jeszcze za życia Lenina. Po śmierci Uljanowa (prawdziwe nazwisko Lenina, gdyby co) w 1924, stworzył triumwirat z Kamieniewem (1936) i Zinowiewem (1936), którzy najpierw pomogli mu ukryć tzw. testament Lenina (sugerujący partyjnym towarzyszom wyrzucenie Stalina z politbiura), a później usunąć konkurentów: Bucharina (1938), Rykowa (1938), Tomskiego (1936) i Trockiego (1940).
Daty w nawiasach oznaczają rok fizycznej likwidacji czyli egzekucji (tylko Tomski popełnił samobójstwo tuż przed aresztowaniem), ale od władzy Stalin odsunął ich znacznie wcześniej – w roku 1929 był już w politbiurze, KC, partii i państwie (co w praktyce znaczyło to samo) samodzierżcą.
Jego śmierć przyniosła konsekwencje spore (o czym nie teraz), choć mniejsze niż można się było tego spodziewać.
W 2008 roku, w telewizyjnym (telewizja państwowa) plebiscycie na „Rosjanina wszech czasów” (50 milionów głosujących) zwyciężył Aleksander Newski, za nim był Piotr Stołypin (kto, na litość boską, go dziś pamięta, nawet w Rosji?!), na trzecim – Stalin. Być może to teoria spiskowa, ale trudno mi uwierzyć, że to nie Stalin zajął miejsce pierwsze, a wynik końcowy nie jest ukłonem „komisji wyborczej” w stronę politycznej poprawności, bo… (sorry, Winnetou!) jeszcze nie czas…
Tak czy siak – dla rządu dzisiejszej Rosji Stalin jest mężem opatrznościowym.
Nie pożywiosz, lecz wiesz, że Stalin był zły / I wszystko już można dziś zwalić na niego – śpiewał Kaczmarski [„List z Moskwy”, 1987-08-13], co przekłada się na propagandową doktrynę: „ustrój sowiecki był wspaniały, a jeśli kto go wypaczył – to Stalin”.
Putin nie bez przyczyny powiedział, że „upadek Związku Sowieckiego był największą geopolityczną katastrofą XX wieku”. Z czego jasno wynika, że rezultatem tej katastrofy jest postkomunistyczna próba wprowadzenia do Rosji demokracji. Poza tym wypaczenia nie musiały być duże, skoro władze rosyjskie przychylnym okiem patrzą na wiece i uroczystości organizowane w rocznice urodzin i śmierci Dżugasz­wilego-Koby-Stalina. Poszukajcie w wiadomościach pod tą datą, albo dzień później – na pewno znajdziecie.

 

7 marca 1876 – wreszcie mamy telefon! Alexander Graham Bell opatentował swój wynalazek!

 

8 marca to Międzynarodowy Dzień Kobiet, ongiś hucznie obchodzony w całym bloku. W zakładach pracy kobietom przysługiwał goździk, a czasem jeszcze cukierki czy rajstopy, rzadziej premia pieniężna – koniecznie za pokwitowaniem w Radzie Zakładowej.
Były akademie ku czci i okolicznościowe programy telewizyjne.
W TVP najczęściej śpiewali wtedy („ja wam wszystko wyśpiewam!”): Adam Zwierz, Kazimierz Kowalski i Edward Hulewicz. Z importu, od czasu do czasu, pojawiał się Iosif Kobzon.

 

8 marca 1968 – w Polsce zaczynają się tzw. wydarzenia marcowe: protest studentów, którzy – jak zwykle – żądali wolności słowa, zgromadzeń i sumienia. Brutalnie spacyfikowany przez milicję i tzw. aktyw robotniczy, czyli zbirów z pałami, którzy mieli tyle wspólnego z robotnikami co picie w Szczawnicy z węglem kamiennym.
Nigdy jednak nie ma tak źle, żeby nie mogło być gorzej: najtwardszy partyjny beton (chodzi o Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, przez którą realizowała się w PRL dyktatura proletariatu) w ramach represji doprowadził do wysiedlenia z Polski inteligencji pochodzenia żydowskiego – tzw. paszport w jedną stronę otrzymało ok. 20 tys. osób. Słowo „paszport” jest mylące, był to bowiem dokument podróży stwierdzający, że „okaziciel nie jest obywatelem PRL”. Co, dla 35-milionowego kraju, oznaczał wyjazd kilkunastu tysięcy osób z elity intelektualnej – dodawać nie trzeba.
Trzeba za to użyć słowa „hańba”. Dotyczy ono co prawda tylko rządu (który został narzucony) i jego łajdackich klakierów (tacy znajdą się zawsze i wszędzie), ale – niestety – słaba to pociecha, bo plama zostaje.

Pogrom marcowy nie był jednak zaskoczeniem: w czerwcu 1967, po wojnie sześciodniowej, która – mimo że zaczepna – była obronną, bezczelnie przez Izrael wygranej, hegemon i jego blok (z wyjątkiem Rumunii) zerwali z państwem żydowskim stosunki dyplomatyczne. Marzec ’68 i to, co działo się później, było tylko dalszym ciągiem serialu.
Nagranie wystąpienia ówczesnego szefa partii Władysława Gomułki podczas wiecu PZPR w Sali Kongresowej 19 marca 1968 jest jednym z najczęściej cytowanych dokumentów dźwiękowych epoki – nawet osobom, które słuchały tego przemówienia na żywo (ja słuchałem!), trudno dziś uwierzyć, że działo się to naprawdę. Dzień po wiecu oficyna Książka i Wiedza wydała broszurkę Stanowisko partii zgodne z wolą narodu : przemówienie wygłoszone na spotkaniu z warszawskim aktywem partyjnym 19 marca 1968 r. z pełnym tekstem przemówienia i Gomułką jako autorem. Kupiłem, za całe 2 złote. Cytat „utwór ten zawiera jednocześnie pornograficzne obrzydliwości, na jakie może zdobyć się tylko człowiek tkwiący w zgniliźnie rynsztoku, człowiek o moralności alfonsa” jest właśnie stamtąd, ale nie dotyczy – niestety – autora.

 

11 marca 1985 – sekretarzem generalnym KC KPZR zostaje Michaił Gorbaczow. Od niego się to wszystko zaczyna i żeby nie wiem jak nie lubić Andrzeja Rosiewicza, trzeba przyznać, że jego Michaił, Michaił, ty postroisz nowyj mir, śpiewane w 1988 podczas pląsów przed gensekiem odwiedzającym akurat Warszawę, było prorocze.Nawyk pląsów przed liderami supermocarstw Rosiewiczowi został na długo, ale dar proroczy chyba się gdzieś zatracił, bo w 2017 ani on nie był „trendy Andy”, ani „trumping” nie było „jumping”.

Gorbaczow to głasnost’pieriestrojka.

Ta pierwsza znaczyła, że przestał być aktualny dowcip o braku różnic w postrzeganiu swobód obywa­telskich w ZSRR i USA, tak samo przestrzegających i respektujących wolność słowa (z drobną wpraw­dzie poprawką: w USA istniała dodatkowo wolność po słowie).

Ta druga znalazła swój finał 25 grudnia 1991 w podpisanym w Wiskulach układzie białowieskim o rozwiązaniu Sojuza.
Wcześniej w ramach pierestrojki znalazła się jeszcze „doktryna Sinatry”. 25 października 1989 rzecznik sowieckiego MSZ, Giennadij Gerasimow, zaskoczył tym terminem dziennikarza programu Good Morning America nazywając tak trend polityki Gorbaczowa wobec państw satelickich: zgodnie z tytułem piosenki „My Way” każde z nich mogło obrać własną drogę.

Mnie, od Sinatry, bliższy jest Kaczmarski:

– Towarzyszu Gorbaczow, wybaczcie mi,
Wiem, towarzysz czasu wiele dla mnie nie ma… 
[…]
Towarzyszu, ja praszu was, pomagitie! 
[…]

– Mieczisław Josifowicz, nie biezpakojties’:
My pamożem wam, kak smożem, no inacze 
[…]
Smotriu ja na was siewodnia s biezpakojem.
No tiepier wam nada – kak umiejetie – żit’,
A szto budiet – budiet s etoj paranoju.
[„Dwie rozmowy z Kremlem (1981-1989), 1989-08-24]

 

Gorbaczowowi nie udało się to, czego dokonał Jiang Zemin, który przewekslował chińską gospodarkę na tory ekonomii rynkowej i jednocześnie utrzymał przy władzy mafię partii komunistycznej. Sowiecki beton partyjny był zbyt twardy i „Gorbi” mógł go usunąć tylko rozwalając całą konstrukcję… No dobrze, wiadomo: filary nośne zostały, ale przynajmniej ściany i fasada zniknęły. Ale i tak chwała mu za to, że cokolwiek zostało ruszone, bo skorzystała na tym Polska i inne kraje satelickie. Przynajmniej czasowo.

 

12 marca 1938 – Rzesza Niemiecka (Deutsches Reich) dokonała bezprzykładnego aktu agresji i zaanek­to­wała Federalne Państwo Austriackie (Bundesstaat Österreich), wcielając je do Rzeszy, zwanej Trzecią, Wielką, a nawet Tysiącletnią.
Tej brutalnej demonstracji siły solidarnie sprzeciwiła się ludność Austrii, zwłaszcza Wiednia, w którym tylko nieliczne zdradzieckie elementy witały na ulicach wkraczające oddziały Wehrmachtu. W ogólno­na­ro­dowym plebiscycie prawie wszyscy głosujący opowiedzieli się przeciw faszyzmowi i związkom z na­zis­towską Rzeszą. Niestety, brunatny okupant utrzymał w mocy akt anszlusu i ogłosił stworzenie tzw. Wielkich Niemiec.
Austrię ogarnęła fala antyfaszyzmu, a wszyscy obywatele przystąpili do ruchu oporu. Oczywiście: poza tymi renegatami gorszego sortu, którym jednak nieludzki, totalitarny reżim się podobał, ale którzy – po ostatecznej wygranej ogólnonarodowego antyfa­szys­tow­skiego powstania i sił demokratycznych w 1945 roku – zostali sprawiedliwie osądzeni i potępieni. Na szczęście była ich garstka.

Że co? Że słyszeliście co innego? Przykro mi, zostaliście zdezinformowani. Pojedźcie do Austrii i pogadajcie z ludźmi, to się przekonacie, że mam rację.

 

13 marca 1848 – zaczyna się seria zbrojnych wystąpień przeciwko staremu porządkowi, zwana Rewolucją Marcową, która dała początek Wiośnie Ludów. Walczący domagali się swobód – politycznych i narodowych, a najubożsi – poprawy warunków bytowych.

Podczas Rewolucji Marcowej rozpoczęły się m.in.:

13 marca 1848 – powstania w Wiedniu i Berlinie. Protestującym chodziło o wolności polityczne, które dość szybko zostały zatwierdzone przez panujących.
Austriacki cesarz Ferdynand I Dobrotliwy (der Gütige) tego samego dnia zdymisjonował kanclerza Klemensa Metternicha – fanatycznego monarchistę i konserwatystę, tępiciela wszelkich przejawów demokracji, odpowiedzialnego za uczynienie z Austrii po Kongresie Wiedeńskim (1815) państwa policyjnego z wszechwładną cenzurą ingerującą we wszystkie dziedziny życia.
Konserwatywny Fryderyk Wilhelm IV Pruski również powołał liberalny rząd i nadał swemu królestwu konstytucję (5 grudnia 1848).

15 marca 1848 – powstanie węgierskie, które wybuchło w Peszcie. Rozpoczęli je radykałowie, którym przewodził poeta Sándor Petőfi, żądający niepodległości, demokracji i zniesienia pańszczyzny.
Austriakom ani w głowie było zezwalać Węgrom na separację. Stosując rzymską zasadę divide et impera (dziel i rządź) najpierw obrócili przeciw Węgrom mniejszości narodowe Królestwa Węgierskiego – Chorwatów, Rumunów, Rusinów, Serbów i Słowaków (notabene używając realnego straszaka, jakim była madziaryzacja propagowana nawet przez rząd Kossutha).
W grudniu 1848 na tron wstąpił Franciszek Józef I (ten sam, którego wiele lat później Czesi nazwali Starym Prochazką, a polscy językoznawcy „dobrotliwym staruszkiem” tak właśnie tłumacząc określenie „stary pierdoła”, by uratować autora tych słów przed plutonem egzekucyjnym za obrazę majestatu).
Kaiser Franz Josef nie bawił się w negocjacje i do pacyfikacji powstania wysłał wojsko. Nie mając wystarczających sił własnych, o braterską pomoc zwrócił się do cara Mikołaja I i tę otrzymał. Armia rosyjska pod wodzą feldmarszałka Paskiewicza, który wcześniej utopił we krwi powstanie listopadowe, wespół z korpusem austriackim dokonały swego.
Sen Węgier o niepodległości (ogłoszonej 19 kwietnia 1849) skończył się szybko: Petőfi poległ, lojalista Batthyány został rozstrzelany wcześniej przez Węgrów-radykałów, Kossuth i jego prawa (zbrojna) ręka – gen. Józef Bem otrzymali azyl w Turcji, a mniejszości narodowe zamiast madziaryzacji dostały germanizację i to w tempie przyspieszonym.
Dla porządku trzeba dodać, że w końcu, gdy Austriacy dostali lanie od Prus, Węgrzy dopięli swego choć w części: w 1867 kompromis austriacko-węgierski przekształcił Cesarstwo Austriackie w monarchię podwójną – Austro-Węgry. Dla mniejszości narodowych Królestwa Węgierskiego skończyła się germanizacja a zaczęła madziaryzacja, czego reperkusje można zauważyć od czasu do czasu nawet przy lekturze dzisiejszej prasy.
Swego czasu po krajach żyjących w najlepszym z ustrojów krążył dowcip o pięciu filarach RWPG (kto nie wie, co to było, niech się cieszy): obok sowieckiego taktu, enerdowskiego poczucia humoru i kilku innych wyraźnie obraźliwych, jednym z najważniejszych była powszechna znajomość języka węgierskiego. Jak widać dla niektórych wcale nie była to taka abstrakcja. Geopolityka sprawia, że dowcipy polityczne tracą swe ostrze w najmniej oczekiwanych momentach.

Zwischenruf.
W połowie lat 1970-tych jedną z tras na długie wakacje była podróż do Afganistanu, Pakistanu i Indii przez ZSRR: za tanie pieniądze leciało się samolotem do tadżyckiego Duszanbe, stamtąd pociągiem do Termezu nad Amu-Darią, promem przez rzekę – i dalej, autostopem, jak daleko czas i powodzenie w handlu wymiennym pozwalały.
Jeździłem tak kilkakrotnie nawiązując po drodze znajomości i przyjaźnie. Gościnne domy czekały na mnie i współtowarzyszy podróży w Duszanbe, gdzie się jadło, piło, a najwięcej opowiadało, z dowcipami politycznymi (tak, antysowieckimi też) włącznie.
Któregoś razu przypomniał mi się dowcip, z którego w Polsce zarykiwali się wszyscy: polskiego geodetę, uczestnika ekspedycji sowieckiej pracującej w terenie, zapytał miejscowy kołchoźnik, co takiego mierzy. Bomba wybuchła następnego dnia, gdy ów chłop pojawił się w lokalnym urzędzie i zapytał, komu i ile zapłacić, by zostać po polskiej stronie, bo ponoć geodeci wytyczają granicę między Polską a Chinami.
Witz opowiedziałem i… zapadła cisza. Poczułem się nieswojo. Współbiesiadnicy byli na tyle uprzejmi, że wyjaśnili mi, iż w republice graniczącej bezpośrednio z ChRL, w dodatku w dobie nasilonej propagandowej antychińskiej histerii, historyjka ta ani trochę śmieszna nie jest.

18 marca 1848 – antyaustriackie powstanie w Mediolanie (tzw. pięć dni Mediolanu, wówczas w granicach Cesarstwa Austriackiego): powstańcy przejęli miasto zaczynając tym samym pierwszą włoską wojnę o niepodległość. Wojna skończyła się porażką Włochów; Zjednoczone Królestwo Włoch powstało dopiero w marcu (!), dokładnie: 17 marca, 1861.

 

25 marca 1848  – Adam Mickiewicz po raz drugi pojawił się na audiencji u Piusa IX (pierwszy raz był 5 marca 1848). Poeta chciał dostać (i w końcu dostał) od papieża błogosławieństwo dla tworzonego przez siebie Legionu Polskiego, któremu za cel pierwszy stawiał walkę z Austrią o niepodległość Włoch, a dalej – przejście na ziemie słowiańskie i wzniecenie tam powstania. To właśnie podczas tego spotkania Mickiewicz miał złapać biskupa Rzymu za rękę, potrząsnąć nią i zawołać: Wiedz, że Duch Boży jest dzisiaj w bluzach paryskiego ludu!

Papież miał na to odpowiedzieć „Nie zapominaj, miły mój synu, do kogo mówisz”, a następnie palnął mowę z której wynikało, że ówczesna sytuacja Polski to pokuta za ciężkie grzechy, a wśród trzech najcięższych wymienił rozwody. „Jeśli Polska wróci do czystych obyczajów – mówił dalej Pius IX – takiej tylko Polsce i takim Polakom błogosławię!”

Wtedy Mickiewicz wykrzyknął: „Na taką Polskę i na taką wierność przysiegamy wszyscy!” a kiedy ukląkł, ujął za nogę Papieża tak silnie, że Ojciec św. musiał się aż o stół oprzeć. Audyencja sie skończyła.

Opis ten i cytat pochodzą z książkowej relacji wydanej w 1898 roku, a napisanej przez x. Pawła Smolikowskiego – generała zakonu Zgromadzenia Zmartwychwstańców. Jego członkowie opiekowali się wówczas emigrantami polskimi we Włoszech, a jeden z nich był uczestnikiem audiencji. Kto jak kto, ale rektor Papieskiego Kolegium Polskiego w Rzymie wie, co powiedział papież i przez przez kogo tak naprawdę Polska wtrącona została w polityczny niebyt. 

Gdy Mickiewicz łapał papieża jeszcze tylko za rękę i mówił o „ludzie paryskim”, miał prawdopodobnie na myśli uczestników francuskiej rewolucji lutowej 1848, w wyniku której powstała tzw. Druga Repub­lika. Uznał ją widać wydarzenie donioślejsze niż powstanie mediolań­skie. Ale z drugiej strony, kto go tam wie: skoro był wieszczem, mógł przeczuć, że powoły­wa­nie się na zbuntowanych Włochów wobec tego papieża jest strategią przegraną. W dodat­ku miałby rację: półtora miesiąca później, 29 kwiet­nia 1848, Pius IX wydał oświadczenie, w któ­rym odciął się od włos­kich ruchów zjednoczeniowych i wyco­fał wojska państwa kościelnego z frontu (by przypadkiem nie-ka­to­licy nie uzyskali przewagi w no­wych Włoszech), co było ważnym przyczyn­kiem do klęski pierwszej włoskiej wojny o niepod­ległość.

 

15 marca – Idy marcowe (łac. Idus Martii) − rzymskie święto poświęcone Marsowi. Były parady i przeglądy wojsk. Podczas Idów Marcowych w 44 roku p.n.e. ponad 60-osobowa (jak twierdzi Eutropiusz) grupa zamachowców, z Kasjuszem i Brutusem na czele, zamordowała Juliusza Cezara.
Dictator perpetuo został 23 razy pchnięty sztyletem, co świadczy, że niektórzy z zamachowców chcieli być chytrzejsi od innych. Co i tak im nie pomogło, bo żaden ze spiskowców nie zmarł śmiercią naturalną. Można przy okazji obejrzeć, albo przeczytać szekspirowskiego Juliusza Cezara (1599) – dokładne to nie jest, ale robi wrażenie. W 1953 film z tej sztuki zrobił Joseph Mankiewicz (ten od Kleopatry), z Marlonem Brando w roli Antoniusza – mocna rzecz!

 

17 marca 1861 – powstaje Zjednoczone Królestwo Włoch (patrz wyżej).

 

17 marca 1921 – uchwalono w Polsce „konstytucję marcową” (obowiązywała do 23 kwietnia 1935, czyli do „konstytucji kwietniowej”). Była to pierwsza polska konstytucja nowoczesna (nie, „konstytucja majowa” z 1791 taką nie była): rządzić miał Naród (przez swoich przedstawicieli), władza – zgodnie z Monteskiuszem – miała być trójdzielna (prawodawcza, wykonawcza i sądownicza) i – żeby było równo – skasowane zostały przywileje stanowe i herby.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ten – nie wiadomo po co – Monteskiusz. Na szczęście ostatnio przedstawiciele Narodu nadrobili zaległości – no, prawie nadrobili, ale już niewiele brakuje, cierpliwości
.

 

17 marca – dzień św. Patryka: irlandzkie święto narodowe i religijne. Ma być podczas niego zielono, koniczynowo i piwnie. Poeta stan ten ujął z właściwą sobie zwięzłością: Pełno radości i krzyku.
Święty Paddy, żyjący w V w., jest patronem Irlandii – porwany za młodu przez irlandzkich piratów i więziony przez 6 lat, powrócił na Szmaragdową Wyspę jako misjonarz, został pierwszym biskupem Irlandii i zyskał miano Irlandzkiego Apostoła. Biskup Patryk wygonił również z Irlandii wszystkie węże – podobno nie ma ich na tej wyspie po dziś dzień. Ewolucjoniści w zasługi Patryka na tym polu nie wierzą, ale oni w ogóle jacyś mało wierzący są.
A u nas tego dnia świętuje Zbigniew, który – przy całym dla Patryka szacunku – godniejszy jest i zacniejszy, bo za wężami po żadnych wyspach nie ganiał! Za to jeden królowi Jagielle żywot między Grunwaldem a Tannenbergiem ocalił, drugi Rotgiera toporem zarąbał (bo było na śmierć, nie na niewolę), trzeci w zamku tegoż Rotgiera przerobionym na willę (z wygodami – byli i widzieli!) mieszka i pod chmurami lata, a czwarty z Latającym Holendrem żeglował, o czym się sami wkrótce przekonacie – tylko czytajcie stronę Periplus!

 

W nocy z 17 na 18 marca 1921 – Armia Czerwona, dowodzona przez Michaiła Tuchaczewskiego, ostatecznie rozgromiła powstańców z Kronsztadu – portu wojennego na niewielkiej (15 km2) wyspie Kotlin w Zatoce Fińskiej, położonej około 30 km na zachód od Petersburga.
W latach 1917-1918 marynarze, robotnicy i mieszkańcy Kronsztadu poparli bolszewików.
Dwa lata trwało zanim doszło wreszcie do nich, co naprawdę popierali, toteż w marcu 1921 zaprotestowali przeciwko terrorowi i dyktaturze wprowadzonej przez rząd Lenina i Trockiego.
Atak armii bolszewickiej na Kronsztad ułatwił lód, po którym wówczas można było dostać się na wyspę.
Po jej zdobyciu, ci powstańcy, którym nie udało się zbiec do Finlandii (tych było ok. 8000), zostali zmasakrowani: ponad dwa tysiące osób zostało rozstrzelanych, niemal 20 tysięcy bolszewicy zesłali do łagrów, mordując po drodze co najmniej kolejne kilka tysięcy.
Prześladowania uczestników i ich rodzin trwały do późnych lat 60-tych. Dopiero w 1994, za prezydentury Borysa Jelcyna, powstańcy kronsztadzcy zostali rehabilitowani, a działania bolszewików uznano za sprzeczne z prawem.

 

17-19 marca 1915 – szósty i ostatni wypad (Sienkiewicz nazywał to „wycieczka”) podczas drugiego oblężenia Twierdzy Przemyśl (o pierwszym przeczytacie w październiku). Wojska austro-węgierskie próbowały się przedrzeć z twierdzy przez pierścień oblegającej armii rosyjskiej. Akcja zakończyła się tragicznie: 5,5 tys. zabitych, rannych i zaginionych.

Rosjanie odpowiedzieli atakiem na umocnienia – zostali odparci, ale oblegani obronili się ostatkiem sił. W związku z czym Armee­ober­kommando, czyli Naczelne Dowództwo C. K. Armii, zaczęło szykować rozkaz zniszczenia twierdzy i poddania. [patrz niżej: 22 i 23 mar­ca 1915].

 

20 marca (przez wszystkie lata drugiej dekady XXI wieku, poza 2011) wypada dzień równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej: Słońce góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana. W tym dniu Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Na półkuli północnej rozpoczyna się wtedy wiosna.

 

22 marca 1895 – możemy już chodzić do kina! W Paryżu bracia Auguste i Louis Lumière pokazali tego dnia po raz pierwszy swoje „ruchome obrazki”. Do hollywódzkiego gwiazdozbioru jest już tylko jeden krok.

 

22 marca 1915 – detonacje wstrząsają Przemyślem: armia austro-węgierska wysadza w powietrze mosty na Sanie oraz forty i działa swojej największej twierdzy: Festung Przemysl.

 

23 marca 1915 – po 5 miesiącach największego w I wojnie światowej oblężenia kapituluje Festung Przemysl, trzecia co do wielkości twierdza w Europie (po Verdun i Antwerpii). Akt kapitulacji dostarczono do sztabu rosyjskiego o 6 rano.

Do niewoli poszło dziewięciu C.K. generałów, prawie setka oficerów sztabowych, 2,5 tys. oficerów oraz 117 tys. podoficerów i żołnierzy. Wśród austro-węgierskich jeńców było prawie 30 tysięcy rannych i chorych.

Rosjanie zachowali się po rycersku, być może wiedząc, że skierowane są na nich oczy całej Europy (padła „twierdza nie do zdobycia”!). C.K. oficerowie mogli zostać przy szablach, żołnierze dostali żołd taki, jak w armii rosyjskiej. Później jeńców podzielono wg narodowości i zesłano do republik azjatyckich. Najlepiej miał Hermann von Kusmanek, generał i Festungskommandant: jeszcze przed końcem wojny wrócił do domu, a po 16 latach zasnął w Panu mając lat 74. Gdy był w niewoli dostał awans na generała obersta, po powrocie postawiono go co prawda przed sądem, ale – oczywiście – uniewinniono. I tak przyschło pytanie, czemu wcześniej nie zgromadzono żywności, amunicji i środków medycznych na tyle, by twierdza była rzeczywiście nie do zdobycia. Ale tak już jest, że najdzielniej biją króle, a najgęściej giną chłopy.

Za to Rosjanie mieli bal: do Przemyśla przyjechał sam car i tak się cieszył, że żołnierze dostali po 5 rubli, a oficerowie po medalu.
Ale dalej już nie było im tak wesoło, bo 3 czerwca, tego samego 1915 roku, armia austro-węgierska odbiła Przemyśl i ruiny twierdzy. Jaki był los ludności cywilnej – strach nawet myśleć.
Austriacy sobie później i tak poszli, a ruiny zostały do dziś.

 

23 marca obchodzony jest dzień przyjaźni polsko-węgierskiej. Wciąż się lubimy!

 

25 marca – w Kościele katolickim obchodzona jest uroczystość liturgiczna Zwiastowania Pańskiego, na 9 miesięcy przed uroczystością Bożego Narodzenia. Jeżeli 25 marca wypada w niedzielę, obchody przekładane są na następny dzień.
Tę samą datę (25 III) przyjmuje za dzień Zwiastowania Bogurodzicy kościół prawosławny; ponieważ liturgia prawosławna posługuje się kalendarzem juliańskim, w kalendarzu gregoriańskim wypada to 7 kwietnia.

 

25 marca 1807 – aprobatę królewską uzyskuje prawo zabraniające handlu niewolnikami (Slave Trade Act 1807) ustanowione przez parlament Zjednoczonego Królestwa.
W historii ludzkości niewiele jest aktów prawnych, wprowadzonych bez użycia siły, w których moralność i chęć ulżenia doli innych brałaby górę nad żądzą zysku. Akt z 1807 roku był – jak sądzę – jednym z pierwszych. Do jego uchwalenia przyczynił się głównie William Wilberforce, przywódca brytyjskich abolicjonistów, wywodzących się z kręgów anglikańskich ewangelików i kwakrów. Niewolnictwo było dla nich sprzeczne z moralnością chrześcijańską, a kampanię przeciwko handlowi żywym towarem uważali za pierwszy etap walki z niewolnictwem; po jego wprowadzeniu niewolnictwo miało zniknąć w sposób samoistny.
Kampania podjęta została pod koniec lat 1780-tych, na forum parlamentarne trafiła w 1789.

Nigdy, przenigdy nie zaprzestaniemy naszych wysiłków, aż nie wymażemy tego skandalu z chrześcijańskiego imienia, aż nie uwolnimy się od ciężaru winy, pod którym obecnie się uginamy, aż nie położymy kresu wszelkim śladom tego znaczonego krwią handlu, w który przyszłe pokolenia, patrząc wstecz na historię naszego wieku oświecenia, nie będą mogły uwierzyć, że okrywał hańbą i niesławą nasz kraj aż tak długo 

– mówił Wilberforce 18 kwietnia 1781 z parlamentarnej mównicy.

Projekt ustawy przepadał w głosowaniu kilkakrotnie, a do przeforsowania go przyczyniło się uchwalone w 1806 prawo zabraniające obywatelom brytyjskim udziału w handlu niewolnikami, chytrze podsunięte przez abolicjonistów jako etap pośredni. Zakaz handlu został uchwalony przez Parlament 23 lutego 1807.
W maju 1833 rząd przedłożył w Parlamencie projekt uchwały o zniesieniu niewolnictwa. Izba Gmin zatwierdziła ją 26 lipca 1833, trzy dni przed śmiercią Wilberforce’a. Ustawa weszła w życie 1 sierpnia 1834, nie objęła jednak terytoriów zarządzanych przez Kompanię Wschodnioindyjską, jako nie będących pod bezpośrednią kontrolą Korony. W historii ludzkości niewiele jest…

 

30 marca 1492 – katoliccy monarchowie Hiszpanii, Izabela Kastylijska i Ferdynand Aragoński, podpisali Edykt z Alhambry dający hiszpańskim żydom 4 miesiące na opuszczenie kraju lub chrzest. Karą za niewykonanie rozkazu była egzekucja bez procesu.
Zdecydowana większość wyemigrowała.
Historycy nie są zgodni co do liczby wypędzonych: waha się ona od 130 do 800 tysięcy. Z pomocą dla prześladowanych „Ludzi Księgi” pospieszył m.in. sułtan Bajazyd II, który wysłał jednostki wojenne, by przywiozły wypędzonych do Imperium Ottomańskiego.
Ci, którzy dokonali konwersji (ok. 50 000 osób), mieli tego wkrótce pożałować: kilka lat późnej większość conversos została uznana za kłamców i osadzona w lochach inkwizycji. Ich majątki skonfiskowano na rzecz państwa, po odliczeniu prowizji dla donosicieli, którzy wnieśli akt oskarżenia przeciwko „krypto-żydom” o religijne oszustwo.
Edykt z Alhambry był pierwszym gwoździem do trumny hiszpańskiej potęgi, ale o tym – nie teraz.
Formalnie, rząd hiszpański odwołał edykt 16 grudnia 1968 roku (za rządów Francisca Franco).
W 500. rocznicę wygnania (31 marca 1992), król Juan Carlos z kipą na głowie modlił się obok premiera izraelskiego Chaima Herzoga w madryckiej synagodze Beth Yaakow. Od 2012 potomkowie żydów wypędzonych w 1492 mogą uzyskać obywatelstwo hiszpańskie bez konieczności zamieszkania w Hiszpanii.

 

30 marca 1945 – urodził się Eric Clapton, uznany przez pismo Rolling Stone za drugiego (po Jimim Hendrixie) z najlepszych gitarzystów wszech czasów.

Pochodzący z Ripley w hrabstwie Surrey, Clapton karierę zaczynał z grupą The Yardbirds we wczesnych latach 60-tych, później na jakiś czas wessał go blues grany przez Johna Mayalla i The Bluesbreakers. W 1966 Clapton, Ginger Baker i Jack Bruce stworzyli legendarną supergrupę Cream. Dalej było wszystko: kolejne supergrupy, reggae, solówka w beatlesowskim przeboju While My Guitar Gently Weeps (1968), blues, złote płyty, alkohol, kokaina, heroina, miłość, śmierć syna. A ostatnio: solówki w dwóch bluesach na najnowszej płycie The Rolling StonesBlue & Lonesome (2016).

W latach 60-tych jakiś graficiarz napisał na ścianie londyńskiego metra „Clapton is god” – Clapton jest bogiem. Slogan chwycił – był czas, że ten napis można było zobaczyć w Londynie wszędzie.

Sam Clapton nie dał się zwariować. Komentując w jednym z wywiadów najbardziej znane zdjęcie tego graffiti powiedział: „Na dole fotografii jest pies sikający na tę ścianę. Mam do tego mniej więcej taki sam stosunek”.

Polecam Autobiografię Claptona (wydanie polskie: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2009). Oczy okrągleją.

 

31 marca 1854 – Iesada, trzynasty siogun z rodu Tokugawa, zmuszony zostaje do podpisania Traktatu z Kanagawy (dziś część Jokohamy). Amerykański komandor Matthew Calbraith Perry, podczas drugiej „wizyty” w Japonii z eskadrą złożonej z ośmiu okrętów US Navy (za pierwszym razem, w 1853, pojawił się tylko w cztery okręty), wymusił na Japończykach otwarcie ich portów dla handlu ze Stanami Zjednoczonymi.
Wyłom dokonany w japońskim izolacjonizmie miał się okazać brzemienny w skutki, o czym pierwsza przekonała się Rosja w 1904-05, a podczas II wojny światowej – reszta Azji i świat anglosaski. Ale to będzie dużo później.
Oficjalnie dokument z Kanagawy nazywał się oczywiście „Traktat o pokoju i przyjaźni pomiędzy Japonią i Stanami Zjednoczonymi”.
Fakt – Perry grzecznie prosił, choć jako rozwiązanie alternatywne proponował obrócenie w perzynę jokohamskiego portu i miasta. Zupełnie jak nasz Gerwazy:

„Co za gwałty, rzekł Klucznik, tu nie ma napaści,
Wszak proszę Pana grzecznie; jeśli ciemno Waści,
To Scyzorykiem skrzesam ognia, że Waszeci
Zaraz w ślepiach jak w siedmiu kościołach zaświeci”. 
[AM, PT (1834), VIII]

Stany Zjednoczone rozpoczynały właśnie gwałtowne poszukiwanie rynków zbytu dla swoich towarów i za wszelką cenę próbowały znaleźć choćby najwęższą furtkę do Azji. Kilka lat po kanonierkowej dyplomacji Perry’ego działania te zostaną przerwane przez Wojnę Secesyjną (1861-1865), ale pod koniec wieku wrócą ze zdwojoną siłą, kiedy to w wojnie z Hiszpanią „o wyzwolenie Kuby” najważniejszą okaże się bitwa w Zatoce Manilskiej (1 maja 1898). Już wiadomo dlaczego.

 

 

 

W końcówce drugiej dekady XXI wieku zawiodą się ci, którzy oczekiwaliby długiego karnawału trwającego aż do marca: zaledwie dwa ostatnie zabawowe wtorki są marcowe: w 2017 (1 marca) i w 2019 (6 marca). To jednak kwestia astronomii: Wielki Post zaczyna się bowiem na 46 dni kalendarzowych przed Wielkanocą – ta zaś przypada na pierwszą niedzielę po wiosennej pełni księżyca. W wiosennym miesiącu nisan – jak w powieści o Poncjuszu Piłacie pisał Mistrz.

 

Znaki Zodiaku w marcu:

Ryby (♓) – do 20 marca
Baran (♈) – od 21 marca.
O Rybach było w lutym, a Barany?
No cóż – przykro mi. Naprawdę. Bo czarny piar jest dla nich bezlitosny:

…tylko długotrwałym biciem można skłonić Barana do przyswojenia minimum wiedzy (tabliczka mnożenia, wyjątki na „rz”). Ludzie spod tego znaku w pracy dezorganizują wszystko, dzięki czemu awansują szybko na wysokie stanowiska. W kontaktach towarzyskich Barany są z reguły niezmiernie uciążliwe i z powodu najmniejszego pretekstu, a nierzadko i bez, wywołują karczemne burdy i bijatyki.

Maju, przybądź!

 

Kwiat marca:
narcyz
(Narcissus poeticus L.) – kojarzony z Wielkanocą, ale również symbolizujący próżność (na Zachodzie) oraz bogactwo i szczęście (na Wschodzie). Prawda, jak prosto łączy się w tym kwiecie Wschód z Zachodem?

O Narcyzie napisano tomy, zarówno na półki z mitologią jak i psychologią, więc jeśli koniecznie chcecie się dowiedzieć, co, kto i dlaczego, to musicie tam sięgnąć.

Ci, co nie lubią czytać, niech popatrzą na obraz (wart co najmniej tysiąca słów) – najlepiej Waterhouse’a albo Westa, ale Caravaggio też może być (Dalí wykluczony), który można wyguglować w sekundę. A jeśli ktoś nie lubi ani czytać, ani wpatrywać się w nieruchome malowidła, polecam pierwszą lepszą telewizyjną debatę polityczną: zobaczycie tam stado Narcyzów w behawiorze naturalnym, więc niestety dziko rosnących. Jeśli traficie na spęd partii przeciwnej, to na pewno przyznacie mi rację.

Kwiat – cóż: ten biały, w łacinie zwany „poetyckim”, ma w sobie zieleń życia, złoto bogactwa, czerwień krwi oraz biel niewinności i śmierci. Dlatego – w dłoniach Kory przeniesiony – rośnie nad brzegami Styksu. W mowie kwiatów oznacza zazdrość i zachłanność, ale też tęsknotę.
Gdzieś znalazłem, że „narcyz to fantazja”, ale autor tego twierdzenia chyba słabo znał się na kwiatach, bo trochę dalej pisał o niebieskim kwiatku, który uporczywie nazywał „niezapominajek”…

 

Mitologia grecka łączy narcyz z dwoma mitami: historią samego Narcyza, w ten kwiat przemienionego i porwaniem Kory, którą Hades dopadł wtedy, gdy zrywała na łące narcyzy. Grecy te kwiaty składali na ołtarzach Hadesa i Kory-Persefony.

Z woli Dzeusa ten kwiat Hadesowi przychylna zrodziła
Gaja, godzien zachwytu; w zdumieniu patrzyli nań wszyscy
Ludzie śmiertelni, a także bogowie, co śmierci nie znają.
Z jego korzenia sto wyrastało łodyg kwitnących,
Cudnie też pachniał i wszystkich radował: niebo rozległe,
Całą też ziemię, a takoż i morza słonego odmęty.
[Do Demeter (ok. 640 p.n.e.), drugi hymn homerycki, przekład Włodzimierz Apel]

 

 Kamienie marca: 
akwamaryn  niebieska odmiana berylu i heliotrop – odmiana chalcedonu zwana też krwawnikiem.

 

Akwamaryn (od aqua marina – woda morska) jest kamieniem chroniącym żeglarzy i zapewniającym bezpieczną podróż (przez morza słonego odmęty : ). Łagodny błękit klejnotu zapewniać ma właścicielowi łagodność charakteru, spokój i umiejętność chłodnej oceny sytuacji.

 

Krwawnik swą karierę rozpoczął w Babilonie – robiono z niego pieczęcie i amulety.
W chrześcijaństwie często nazywano go „kamieniem męczeństwa”, gdyż wierzono, że powstał z leżących pod krzyżem jaspisów, na które spłynęły krople krwi Chrystusa.

Oba kamienie symbolizują odwagę.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
trzeci miesiąc roku to:

białoruskiсакавік [sakavik]
bośniackimartožujak
bułgarskiмарт [mart]
chorwackiožujak
czeskibřezen
kaszubskistrumiannik (też: strëmiannik, strumian, marc)
litewskikovas
łatgalskiavasara (też: marta)
łużycki (dolny)pózymski (też: nalětnik, měrc)
łużycki (górny)měrc (też: nalětnik)
łotewskimarts
macedońskiмарт [mart] albo цутар [cutar]
rosyjskiмарт [mart]
serbskiмарт [mart]
słowackimarec
słoweńskimarec albo sušec
ukraińskiберезень [bieriezień]
żmudzkikuovs

 

Przysłowia…

…na marzec:

Co marzec wypiecze,
to kwiecień wysiecze.

Czasami w marcu
zetnie wodę w garncu.

Czasem marzec tak się podsadzi,
że dwa kożuchy oblec nie zawadzi.

Gdy przyjdzie marzec,
umrze niejeden starzec.

Gdy w marcu
niebo od południa ryknie,
Rok wszego dobra
w żyzności uniknie.

Ile w marcu dni jasnych
ale z rana mglistych,
tyle w żniwa
czasów dżdżystych.

Kiedy starzec chory w marzec,
będzie zdrów;
lecz gdy baba w maju słaba,
pacierz zmów.

Kiedy twa ma rodzić rola,
to wóź w marcu gnój na pola.

Kiedy w marcu deszczu wiele,
nieurodzaj zboża ściele.

Kiedy w marcu wiele grzmoty
Nie ma w lato k’bur ochoty.

Marcowy loda rada,
majowa pogoda, ranny deszcz
– wszystko to nietrwałe.

Marzec dziwne broi fochy,
zmiata starce i junochy.

Marzec marzy, jak się zdarzy.

Marzec odmienia wiatry,
deszcz miesza z pogodą,
więc nie dziw, jeśli starzy
czują go ze szkodą.

Marzec uparty
stroi z pługiem żarty,
a kwiecień przychodzi
i w chlew go zawodzi.

Marzec zielony – niedobre plony.

Marzec, co z deszczem chadza,
mokry czerwiec sprowadza.

Marzec:
czy słoneczny, czy płaczliwy,
listopada obraz żywy.

Radował się starzec,
kiedy minął marzec;
nie baj baju, umrzesz w maju.

Słońce marcowe
owocom niezdrowe.

Suchy marzec,
kwiecień mokry,
maj przechłodny
– nie będzie rok głodny.

Suchy marzec, maj niechłodny,
kwiecień mokry – rok niegłodny.

Suchy marzec, mokry maj,
będzie żytko jako gaj.

W marcu jak w garncu.

W marcu, gdy są grzmoty,
urośnie zboże ponad płoty.

W marzec już dzień, gdyby ruski wół.

W marcu, kto siać nie zaczyna,
biednyć to gospodarzyna.

W marcu śnieżek sieje,
czasem słonko grzeje.

Źle się w marcu urodzić,
bo trudno takiemu dogodzić.

 

na św. Albina (1 III)

Na świętego Albina,
rzadka u ludzi mina,
bo post się zaczyna.

 

na św. Halinę (2 III)

W świętej Halszki dzionek
nuci już skowronek.

 

na św. Kazimierza (4 III):

Dzień świętego Kazimierza
resztki zimy uśmierza.

Na świętego Kazimierza
zima do morza zmierza.

Na świętego Kazimiera
zima zamiera.

Na świętego Kazimierza
dzień się z nocą przymierza

Na świętego Kazimierza
pokój dla łowcy i zwierza.

Na świętego Kazimierza
wyjdzie skowronek spod pierza.

Na święty Kazimierz
dzień z nocą przymierz.

Na święty Kazimierz
wygnaj świnie na pyrz.

W dzień świętego Kazimierza
zima do morza zmierza.

 

na św. Tomasza (7 III)

Na świętego Tomasza
wyrasta w polu pasza.

 

na św. Franciszkę (9 III)

Gdy Franciszka z wichrem po polu hasa,
może sypnąć śniegiem powyżej pasa

 

na Czterdziestu Męczenników (10 III):

Czterdziestu Męczenników jakich,
czterdzieści dni po nich takich.

Gdy mróz w marcu dnia dziesiątego,
jeszcze czterdzieści dni mrozu takiego.

Kiedy na Czterdziestu
Męczenników marznie,
to jeszcze czterdzieści
nocy przymarznie.

Męczennicy, gdy mróz noszą,
czterdzieści dni mrozu głoszą.

Męczennicy jeśli psocą,
będzie dżdżysto Wielką Nocą,
a gdy kropla dżdżu nie spadnie,
przez sześć niedziel będzie ładnie.

 

na św. Grzegorza (12 III):

Na świętego Grzegorza
zima idzie do morza.

Na św. Grzegorza
szuka kawka łoża.

Po świętym Grzegorzu
nie paś bydła ma zbożu.

Święty Grzegorz wielki spławnik,
nad wszystkimi rzeki ławnik;
grzeje więcej – lody płaczą,
rzeki warczą, brzegi znaczą.

 

na św. Hilarego (16 III):

Hilary zapowiada,
jaka pogoda na Wielkanoc przypada.

 

na św. Gertrudę (17 III):

Gdy na Gertrudy zjawią się bociany,
to wiosna już rychło nastanie.

Ogrodniku, św. Gertruda gdy słońcem błyśnie
zrobi cuda oczywiście.

 

na św. Józefa (19 III):

Cóż święty Józef niesie?
Kaczka pierwsze jaja zniesie.

Jak na świętego Józefa chmurki,
to sadź ziemniaki gdzie górki,
a jak pogoda,
to sadź gdzie woda.

Gdy na świętego Józefa
bociek przybędzie,
to już śniegu nie będzie.

Na świętego Józefa pięknie,
zima prędko pęknie.

Na świętego Józwa
przez pole jest bruzda.

Na święty Józek
czasem śniegu wózek.

Na święty Józef pogoda,
będzie w polu uroda.

Oblubieniec pogodny,
rok będzie urodny.

Przyjdzie święty Józef z pomocą -
porówna dzień z nocą.

Święty Józef kiwnie brodą,
idzie zimno na dół z wodą.

Święty Józef laską w ziemię kole,
wyjeżdżajcie, chłopy, orać w pole.

Święty Józef pogodny,
będzie roczek wodny.

Święty Józek wiezie trawy wózek,
ale czasem smuci,
bo śniegiem przyrzuci.

W Józefa z zimy się śmiej
i na grządce kapustę siej.

 

na św. Benedykta (21 III):

Jak po Benedykcie ciepło,
to i w lecie będzie piekło.

Benedykt groch w polu sieje,
Wojciech [23 IV] do owsa się śmieje.

 

na Zwiastowanie (25 III):

Jakie Zwiastowanie,
takie Zmartwychwstanie.

Jasny świt na Zwiastowanie
znaczy czasy zdrowe, tanie.

Na Zwiastowanie,
kiedy mgła w zaranie,
chociaż słonko jasno wschodzi,
znak niechybnej to powodzi.

Na Zwiastowanie
zlatują się bocianie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha