Eugeniusz Moczydłowski

O sobie samym i najbliższych

Skad korekta.indd


Syn Henryka i Amelii z domu Zaremba, urodzony ósmego września 1949 roku w Czyżewie, tuż za rzeką Bug. Przodkowie po mieczu szczycą się  herbem Nowina. Zarembowie herbu Zaremba, to – jak pisał Długosz – ród niemiecki przebiegły i do skąpstwa skłonny.

Dawne zapisy mówią o Magnusie zwącym się Zaremba – staroście wrocławskim, który popadł w konflikt z Sieciechem hetmanem i wojewodą krakowskim za panowania Przemysława II i (jak w genealogicznych księgach czytamy): Magnus zaś do Mazowsza się udawszy i tam Pomorzanów zbiwszy, gdzie ich sześćset trupem położył, tysiąc dwieście w niewolą zabrał, w pokoju osiadł, gdzie, jako i w Podlasiu wiele jego potomstwa widziemy

W wiktorii grunwaldzkiej Zarembowie z ziemi kieleckiej wystawili własną chorągiew i ród to możny był wielce w Wielkopolsce. Na Mazowszu w zaściankach  gospodarzył na lichej ziemi, aż schłopiał zupełnie. Pozostały liczne wsie o nazwie Zaremby (Z. Krztęki, Z. Kościelne, Z. Skórki, Z. Kramki, Z. Kromki  itd. itd), które zamieszkują do dziś niemal wyłącznie rodziny Zarembów [1].

 

Henryk i Amelia pobrali się w stołecznym kościele św. Krzyża w 1947 r. Na majątek nowej rodziny składał się zdobyczny niemiecki rower, którym Ojciec wrócił z jenieckiej niewoli i pościelowa wyprawa Mamy. Oboje pochodzili z wielodzietnych rodzin, byli najmłodsi i mogli liczyć tylko na siebie. Założyli sklep wielobranżowy w pobliskim miasteczku i przez kilka lat, zanim socjalizm okrzepł na dobre,  zarobili grosz zupełnie przyzwoity, jak na owe czasy. Było tego sporo, gdyż starczyło na zakup własnej oficyny na pięknej działce w Wołominie pod Warszawą. Historia walki o przetrwanie rodziny w czasach komuny to osobna, wielka story, ale na inną okazję.
Rodzice wychowali i wykształcili na studiach wyższych trójkę dzieci wbrew wszelkim przeciwnościom systemowym i losowym przy pomocy niezbyt wyrafinowanej, chłopskiej zasady: jeśli masz problemy bytowe – musisz więcej pracować.

Najważniejsze przesłanie wyniesione z domu i rodzinne credo: primo – licz na siebie, secundo – wyciągaj rękę, by raczej dawać, a nie brać, gdyż taka postawa zapewnia konieczny do przetrwania, komfort psychiczny.

 

Edukacja w SP  nr 4 w Wołominie (obecnie imienia Marynarki Wojennej) i zapracowani rodzice w niewielkim tylko stopniu zakłócali moje wielkie obszary swobody i niezapomnianych przygód lat szczenięcych. Poligon wydarzeń odpowiedzialnych za mój późniejszy głód świata, zaczynał się w lasach Nasfettera, późniejszym rezerwacie  przyrody Grabicz [2],  z centrum w postaci wielohektarowego zbiornika wodnego, a kończył w Zielonce, z punktem tajemniczym, niebezpiecznym z racji lokalizacji na terenie wojskowym, tuż koło poligonu artyleryjskiego. Ze ściśniętym gardłem skradaliśmy się do  zrujnowanej kapliczki ks. Skorupki, z grobami gimnazjalistów, obrońców Warszawy w sierpniu 1920 roku [3]. Tam doświadczałem poznawania historii prawdziwej i nieosiągalnych gdzie indziej emocji, gdy spoglądałem na orła z cmentarnego pomnika, któremu pierś odstrzelił żołnierz-wyzwoliciel w 1944 r.

 

Brunatne od resztek  torfu wody  zbiornika rezerwatu Grabicz były moim pierwszym z siedmiu mórz. Można tam było  dryfować na  wyspach torfowych porośniętych trzciną jak na jeziorze Titicaca. Na tym akwenie sprawdzałem zdolności nautyczne ożaglowanej dętki traktorowej i zbudowanej w pokoju u sąsiada – żaglówki Myszka.

 

Pierwszą prawdziwą łódź żaglową zobaczyłem z  bliska jesienią 1964 r na przystani Harcerskiego Ośrodka Wodnego. Była to jedna z ostatnich w kraju łodzi klasy E. Irek Waś „Baryła”, zastępowy 165. Warszawskiej Drużyny Harcerzy pokazał mi ją w hangarze na Cyplu Czerniakowskim i wręczył zagięty, zaostrzony pilnik – skrobaczkę i krótko poinformował, że trzeba zeskrobać starą farbę. Skrobałem i szlifowałem „edkę” po szkole trzy razy w tygodniu oraz całe niedziele aż do czerwca roku następnego. Łódź została zwodowana, a ja miałem pewność, że jej rasowa sylwetka miała wyraźne ślady mojej stwórczej ręki. Byłem po prostu dumny i szczęśliwy. Ale świat wydał mi się wręcz cudowny, gdy „Baryła” zapowiedział mi, że w nagrodę płynę z drużyną do Szczecina na zlot harcerskich drużyn wodnych. Kiedy wsiadłem na „moją” łódkę, zastępowy i sternik Irek Waś zdecydował: będziesz Gienia. Przyjęło się dlatego, że znikł dylemat: Genek, czy Gienek, potem ktoś dorobił ideolo, że ksywka pochodzi z żeglarskiego slangu, w którym „gienią” nazywa się genuę – wielki przedni żagiel. Nie protestowałem.

Nigdy więcej nie byłem na tak ciężkim rejsie żeglarskim, jak ta trzytygodniowa wyprawa do Szczecina. Nie wszyscy dotrwali do końca nieudawanej walki o przetrwanie. Ale całe zmęczenie z pięciu rzek wyparowało, gdy jak przed Livingstonem jezioro Wiktoria, tak przed nami w końcu otworzyły się przestrzenie jeziora Dąbskiego.

 

Żeglowanie z harcerzami trwało przez cały czas edukacji w Technikum Mechanicznym nr 1 przy ul. Wiśniowej w Warszawie. Ale nigdy już nie pojechałem na obóz. Przeprowadzałem, czasem tylko we dwójkę, drużynowe „omegi” z Warszawy na Mazury, ale na prawdziwego harcerza się nie nadawałem – chyba wskutek przerostu indywidualizmu i wrodzonej niechęci do paramilitarnego porządku. Jeszcze z pokładu harcerskich szalup „Czerwonych Żagli” (1966 r.) zobaczyłem morski horyzont za helską kosą. Z harcerstwa pozostali do dnia dzisiejszego przyjaciele i dobre wspomnienia. Szkoła średnia i harcerstwo nauczyły mnie pracy bez perspektyw na beneficja. Dowiedziałem się jednak, że nawet taka praca może dostarczyć radości wynikającej z prostego faktu tworzenia.

Poznałem zalety działań zbiorowych dzięki czemu znacznie w cenie wzrosły u mnie przedsięwzięcia indywidualne. Na przykład grudniowy spływ kajakiem po Bugu w 1970 roku – moja pierwsza przygoda polarna i „polityczna” [4]. W harcerstwie, z marzeń chłopaka z Wołomina urodziła się doktryna życiowa: uznałem podświadomie żeglowanie za jedyną możliwą drogę w szeroki świat, mój kurs do wolności.

 

Wraz z nową szkołą – w 1968 roku zdałem egzaminy na Politechnikę Warszawską – pojawiły się barwne środowisko i zaskakujące możliwości, które nierozerwalnie wiązały się z WYC-em. Warszawski Yacht Club ZSP miał swoją siedzibę w narożnym pokoiku prawej strony bramy głównej Uniwersytetu Warszawskiego, przy Radzie Okręgowej ZSP. W tym pokoiku tłoczyły się jeszcze inne środowiskowe kluby: elitarny – jeździecki, rozrywkowy – przewodników beskidzkich. A także:  narciarze, speleolodzy, alpiniści i inne towarzystwa realizujące tu swoje ambicje poza-edukacyjne. Dla działaczy, ZSP było często przedsionkiem kariery partyjnej i zawodowej. Ale masy studenckie szukały i znajdowały w ZSP wsparcie formalne i często finansowe dla działań zupełnie niepolitycznych. Tysiące żaków odbywało przedziwne ekspedycje: motorowerem „komar” dookoła Morza Śródziemnego, traktorem do Turcji, i zwyczajne wyprawy górskie lub turystyczne do Afganistanu, Afryki i Ameryki Południowej.

Nie do końca znane są przesłanki, którymi kierowała się ówczesna władza pozwalając studentom na to, co było niedostępne dla reszty społeczeństwa. „Deputacja” WYC nie drążyła genezy tej sytuacji, tylko natężała swą inteligencję, by korzystną koniunkturę wykorzystać, mając na uwadze udokumentowany fakt, że dobry fart nie trwa długo, a i studia muszą się (niestety!) kiedyś skończyć. Za mojej kadencji  „ludzie z WYC-u” w ciągu trzech lat (1969-1971) zbudowali pierwszy jacht morski środowiska warszawskich studentów s/y Konstanty Maciejewicz i zorganizowali Pierwszą Studencką Wyprawę Oceaniczną Dookoła Ameryki Południowej. Stwierdzam z dumą, że miałem w tych przedsięwzięciach niebagatelny udział. Saga WYC czeka na swego bajkopisarza – ja swoją story o klubie i Macaju opisałem na prośbę Zdzisława Pieńkawy w książce Pokłon Hornowi [5]. Wyprawę na Macaju (1972/1973) z opłynięciem przylądka Horn ze wschodu na zachód, zrelacjonowałem w książce Pod żaglami i na cumach [6].

 

Do WYC trafiłem raczej przypadkiem, ale reszta życia układała się w łańcuch przyczynowo-skutkowy, którego pierwszym ogniwem był właśnie ten studencki klub. Raz trącony kamień wielkiej przygody wciągnął mnie w koryto, którym rwała lawina wydarzeń, o których nie śmiałem w młodości nawet marzyć. Po powrocie z rejsu dookoła Ameryki Południowej udało mi się skończyć studia (1974) na wydziale hydrologii i meteorologii technicznej PW. Znalazłem też fantastyczną w moim mniemaniu pracę – w Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie oraz świetną żeglarkę na towarzyszkę doli i niedoli – geologa, kapitana żeglugi bałtyckiej – Małgosię S. znaną raczej jako „Złotowłosa”. W WSM zajmowałem się optymalizacją drogi morskiej statku do czasu, gdy Darek Bogucki rozpoczął poszukiwania sprawdzonych żeglarzy na wyprawę s/y Gedania z zamiarem pokonania Przejścia Północno-Zachodniego. Protegował mnie Jurek Jaszczuk – mój oficer z Macaja, któremu się widocznie niezgorzej żeglowało w moim towarzystwie. Gedania Przejścia Północno-Zachodniego nie pokonała, ale może dzięki temu odbyliśmy epicki rejs, który – jak mniemam – opisałem wiernie acz z przymrużeniem oka w książce Pod żaglami do Arktyki i Antarktyki [7].

Powrót za biurko adiunkta po czternastomiesięcznym żeglowaniu był bolesny i kolejną „akcją” byłem zachwycony. Tym razem, jako jeden z nielicznych, którzy wówczas o Antarktyce wiedzieli cokolwiek, zostałem wezwany do pomocy w budowie Polskiej Stacji Antarktycznej na Wyspie Króla Jerzego (1976) przez obecnie profesora Stanisława Rakusę-Suszczewskiego. Przygoda w Zakładzie Badań Polarnych PAN trwała siedem lat. Na początek,  przez pół roku badałem kryla z pokładu przetwórni m/t Gemini łowiącej ryby na Oceanie Południowym w pobliżu Georgii Południowej i Południowych Orkadów (1977/1978).  Zaraz potem ożeniłem się ze Złotowłosą (1978). Razem budowaliśmy pełnomorski jacht, który miał nas nieść na podbój innego, lepszego świata w którym pensja naukowca starcza na coś więcej niż na papierosy i benzynę do „malucha”. Urlopy spędzaliśmy zarabiając na życie i naszą łódkę w Szwecji lub Finlandii. Jeden sezon przepracowaliśmy na farmie pod Uppsalą, która kiedyś należała do rodziny Wazów. Rodzina Lundborgów nie traktowała nas jak roboli, tylko raczej jak członków swojej małej społeczności. Może  w ramach późnych reparacji za Potop, a może dlatego, że pracowaliśmy w dobrach wspólnej dynastii?

 

Wartkie, ale dość już ustabilizowane życie zostało przerwane przez kolejne wyzwanie: Andrzej Myrcha zaproponował mi kierownictwo zimowej grupy IV Wyprawy Antarktycznej PAN na stację im. H. Arctowskiego. Małgorzata protestowała bez przekonania. Argument o szkodliwości rozstania nie mógł przeważyć nad argumentem wielkiej szansy i popłynąłem na siedemnaście miesięcy badać fizyczne warunki gniazdowania pingwinów z rodzaju Pygoscelis. Zimowanie na wyspie Króla Jerzego to była prawdziwie wielka rzecz. Odkrywałem tajniki kierowania zespołem w „warunkach ekstremalnych”, w duszę wlazło mi całe piękno tamtejszej przyrody, a umysł zaraził się ciekawością świata – wygląda na to, że na całą resztę życia.

Antarktyka byłą więc pasmem sukcesów, ale powrót znaczyły nieporozumienia, zagrożenie, a w domu czekała mnie prawdziwa katastrofa. Polska Akademia Nauk przysłała po zimowników IV Wyprawy Antarktycznej żaglowiec Pogoria. Dla żeglarzy było to wręcz wymarzone przedłużenie wspaniałej ekspedycji, prawie jak przedsięwzięcia Shackletona lub Amundsena. Pozostali odebrali pomysł jako karę niezasłużoną i dla cierpiących na chorobę morską, bardzo dotkliwą. Nieliczna załoga Pogorii pracowała ciężko i niezbyt łaskawym okiem spoglądała na nic nierobiących „pasażerów”. Musiałem wybierać pomiędzy lojalnością wobec zimowników i solidarnością z przyjaciółmi z załogi Pogorii. Nie wahałem się wybierając to pierwsze. Zadziwiało mnie niezamierzone być może antagonizowanie  załogi i pasażerów.  Rosła satysfakcja z tego, że antarktyczna ekipa, mimo różnic osobowości i naprawdę poważnych konfliktów, kończyła wyprawę jako rozumiejący się zespół w przyjaznej atmosferze.

Na rzece Elbie, przed Hamburgiem, Pogoria najechała na statek Gen. Stanisław Popławski. Była noc, mgła i cud, że obyło się bez ofiar. Pogoria straciła dwa maszty i bukszpryt – atmosfera na pokładzie zmieniła się z napiętej w pogrzebową [8]. Po powrocie do domu, żona oświadczyła mi, że takie jak dotychczas życie jest nie do przyjęcia i nasze małżeństwo musi być przedefiniowane. Najgorsze było jednak to, że Małgorzata nie potrafiła określić innego, strawnego dla obojga, modelu naszego związku.

A żyć trzeba dalej także wtedy, gdy krzywa życia opada na łeb skołatany i nadwyrężony nadmiarem wódy. Za pieniądze zarobione na wyprawie dokończyliśmy budować Vircę [9]. Napisałem i obroniłem doktorat w Instytucie Ekologii PAN (1983). Kraj pogrążony był w ponurym smutku stanu wojennego, małżeństwo praktycznie nie istniało. Nie czekając na pierwsze doświadczenia z delirium, podpisałem Małgorzacie papiery rozwodowe, rezygnację z mieszkania i w Gdyni oddałem cumy Virki, nie bardzo mając pomysł na to, co, jak i gdzie mam dalej robić ze swoim życiem na zakręcie. Wiadomo było tylko tyle i aż tyle, że jak jest łódka, to trzeba żeglować. Przed siebie [10].

 

Do Kielu żeglowaliśmy we trójkę z Hanią K. i Markiem S., potem tylko z Markiem przez jesienne Morze Północne i zatokę Biskajską. Pogoda była paskudna – pod Dover rozleciał się katamaran Wojtka Kaliskiego, jakiś carter zatonął na Biskajach. Virca okazała się być dzielnym stateczkiem, a kilka dni żeglugi „na motyla” wzdłuż Półwyspu Pirenejskiego było nagrodą za wytrwałość. W Lizbonie na przystanku koło portu, Marek wrzucił worek żeglarski do tramwaju jadącego na lotnisko. Jako jedyny żywiciel rodziny musiał wracać do domu – tak zostałem żeglarzem samotnikiem.

Las Palmas na Gran Canarii osiągnąłem z trudem, ale później atlantycki passat okazał się szczodrym i Virca pokazała swoją wielką klasę. Palmy kokosowe Barbadosu ukazały się już po 23 dobach serfowania po majestatycznych górach wodnych. Nic się nie popsuło, nie podarło i tak było przez resztę leniwej włóczęgi po Małych Antylach, Wyspach Dziewiczych, Abaco  i Bahamach [11].

Ale smakowałem te tropikalne raje umiarkowanie. Piłem rum lub piwo czasem w towarzystwie światowych łazików morskich i wagabundów lub miejscowych rybaków, ale najczęściej – sam. Byłem na własnym jachcie, w rejsie, który marzył się nam na pokładach MacajaGedanii, gdy żeglowało się w ciągłym pośpiechu, nieustannym dążeniu do wyznaczonych celów. Miałem więcej wolności niż ptaki oceanów, bo dom mój był ciągle ze mną. Dlaczego więc kłuło mnie w serce i głowę proste pytanie: co ja tutaj robię?

Samotność to wielka wygoda, niemal pełny komfort ducha. Może to być sposób na dobre życie, pod warunkiem, że nie ma do kogo i do czego tęsknić. Mnie było przerażająco smutno, bo tęskniłem – za moją nową rodziną: Ewą i jej córką Agnieszką, ale też za pracą i za krajem. Na rozum nie szło tego pojąć, ale chłonąc egzotyczny świat utwierdzałem się w przekonaniu, że moje miejsce na ziemi jest przy rodzinie, w tym sponiewieranym, biednym kraju nad Wisłą, w którym wszystko idzie nie tak. Polacy w Miami na Florydzie,  patrzyli na mnie podejrzliwie, gdy wykładałem zdaje się mało przekonywująco, że nie muszę dużo mieć, ale koniecznie muszę być i to raczej u siebie.

 

Sprzedałem Vircę, spakowałem pamiątki po rejsie, żeglarski dobytek i ruszyłem do Nowego Jorku. Byli tam moi rodzice, którzy dostąpili dobrodziejstw stanu wojennego, kiedy to emerytom wydawano swobodnie paszporty, a Amerykanie udzielali wiz tym nielicznym szczęściarzom na których władzy ludowej nie zależało. W ten sposób Ojciec i Matka zrealizowali swoje marzenie – by nareszcie cokolwiek w życiu mieć, zamiast być –  niewolnikiem systemu. Zderzały się moje i rodziców pomysły na życie, ale staruszkowie przywykli do moich dziwnych pomysłów od czasu, gdy zbudowałem swoją pierwszą łódkę. Trudno im było zrozumieć, dlaczego lekkomyślnie rezygnuję z 10 dolarów za godzinę smołowania dachów na Manhattanie. Ale nie protestowali, gdy postanowiłem wracać do domu – nikt nie musiał ich uczyć tolerancji – sama przychodziła bez trudu z szorstką, ale prawdziwą miłością.

 

W kraju domu wprawdzie nie było, ale była rodzina. Mój szef, prof. Stanisław Rakusa-Suszczewski ucieszył się z mojego prawie terminowego powrotu i zaproponował natychmiastowy roczny wyjazd na Antarktydę. Pokusa była ogromna, ale nie miałem wątpliwości, że rodzina może takiego eksperymentu nie przetrwać. Musiałem odmówić, a szef musiał mnie zwolnić – to było dość oczywiste. Bez domu, bez pracy – tak wyglądało moje miejsce na ziemi, wyśnione w samotne, tropikalne noce na morzu Karaibów.

Stał się jednak cud, który, jak to często z cudami bywa, miał zupełnie przyzwoite racjonalne umocowanie. Mój promotor, prof. Andrzej Myrcha organizował Zakład Biologii Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku i potrzebował pracowników naukowych. Wzięliśmy z Ewą ślub, a w prezencie ślubnym dostaliśmy przydział na M4, pracę dla mnie i dla Ewy. Agnieszka miała nareszcie własny pokój, kupiliśmy znakomity samochód. Kraj tkwił w gehennie kartkowo-policyjnych realiów życia codziennego, a my przeżyliśmy „na kresach” 10 spokojnych i dostatnich lat poza rzeczywistością (do 1994 r).  Wolni od uciążliwości systemu dzięki fortunce uzyskanej za Vircę.

 

W lutym 1986 roku urodził się Adam. Liczne sfery rodzinnego życia zostały podporządkowane potrzebom maleńkiego terrorysty, ale Ewa wyrobiła w Agnieszce i we mnie głębokie przekonanie, że jest to stan jak najbardziej naturalny. Tylko dalsza rodzina lekutko pukała się w głowę, gdy w gości przybywała karawana ze sprzętem, którego znikoma cząstka znana jako „osobne garnki Adasia” utrwaliła się w pysznej rodzinnej anegdocie. Do wyjątków, które małe, zachłanne życie nie wessało w swoją orbitę, była szkoła Agnieszki, moja praca i żeglowanie. Zaskoczyło mnie, że trzy miesiące po porodzie Ewa niemal nie oprotestowała trzymiesięcznego wypadu na Spitsbergen z wyprawą naukową Zakładu Biologii naszego oddziału UW.

 

 Żeglowanie od czasu uzyskania patentów kapitańskich, a szczególnie od samotnego żeglowania na Virce, straciło wiele ze swej intelektualnej atrakcyjności. Z podniecającej fazy poznawania sztuki i oswajania się z żywiołami, przeszło w nieco nudnawą rutynę. Jeszcze trudno było zrezygnować z takich „okazji” jak „Operacja Żagiel” w Lizbonie na Pogorii w 1982 r., czy wypad na „Operację Żagiel” w Australii w 1988 r. Ale głód świata i ludzi jako motyw zamorskich podróży nieubłaganie wypierało żeglowanie dla chleba i dla dzieci. Jak zwykle pieniądze wydawały się stanowczo za szybko, więc  zarabianie żeglowaniem stało się cennym darem losu, a właściwie – efektem stosownych znajomości.

Z Göteborga w Szwecji na hiszpański półwysep La Manga na Morzu Śródziemnym, przeprowadziłem rok po roku dwa jachty stoczni „Halberg Rassy” i było to wielkie przeżycie. To tak, jak przesiąść się z samochodu marki żuk do toyoty land cruiser. Trzy sezony woziłem zamożne i miłe towarzystwo po wodach Turcji i Grecji na pięćdziesieciopięciostopowym slupie Sun Odysey.

Agnieszka tylko raz  popłynęła ze mną na superjachcie Halberg-Rassy 55, ale pięciodniowy sztorm na Zatoce Biskajskiej wydatnie zredukował jej początkowy entuzjazm do żeglowania. Zresztą Agnieszka wdepnęła w dorosłe życie jeszcze jako dziecko i długo żeglowanie i inne przyjemności nie zaprzątały jej uwagi: po drugiej klasie liceum wyjechała do Nowego Jorku. W ciągu roku „zrobiła” dwa lata amerykańskiej High School, maturę i zdała do Baruch College, oczywiście pracując w międzyczasie.

 

W mojej pracy nauczyciela akademickiego, podobnie jak w sprawach bytowych,  gwiazda wolności świeciła jasno i obiecująco. Ale tylko do czasu, gdy po prostu zgasła jakby wybuchła supernowa. W Zakładzie Biologii Filii UW [12], pracownicy mieli dużo swobody i to było wspaniałe. Mój szef, prof. Andrzej Myrcha z wielką życzliwością przyglądał się moim projektom naukowym.

Obszar moich interdyscyplinarnych zainteresowań nie był biologom obcy, ale na  moje wyniki spoglądali nieufnie. Byłem zdziwiony tą rezerwą –  jeśli się mylę to pokażcie mi gdzie, a jeśli mam rację to oczekuję uznania i stosownych gratyfikacji. Byłem bardzo pewny swego. Miałem wrażenie, że habilitację mam w kieszeni. Wprawdzie mój dorobek naukowy mierzony ilością publikacji był nader skromny, ale byłem pewien, że w dążeniu do prawdy ważniejsza jest jakość niż ilość.

Bardzo się pomyliłem. We współczesnej nauce obowiązuje zasada publish or perish, publikuj lub giń. Pobrałem surową lekcję – także za granicą odrzucono moje wyniki w sposób irytujący: recenzenci moich prac po prostu napisali bez podania żadnych argumentów, że to nie może być prawda. Miałem satysfakcję – nikt nie podważył moich dokonań, ale wkrótce straciłem pracę. W końcu pojąłem, że po pierwsze: od prawdy ważniejszy jest autorytet. A ten osiąga się przez liczne, najłatwiej – bezpiecznie konformistyczne publikacje. Po drugie: reguły obowiązujące w nauce, nie konweniują z moimi wyobrażeniami o tym, czym powinna być nauka. Przede wszystkim należy przestrzegać przykazania: nie podnoś ręki na autorytet, jeśli sam nie jesteś autorytetem bez względu na to, czy masz rację. Toteż bez większego żalu przyjąłem decyzję uczelni o nie przedłużaniu umowy o pracę.

 

Nie bez wpływu na decyzję władz uczelni miał fakt mojego zainteresowania się kreacjonizmem.  Przypadkowo trafiłem na spór ewolucjonistów z profesorem Maciejem Giertychem. Poraziły mnie antynaukowe i nieetyczne ataki ewolucjonistów i rzeczowe, spokojne riposty. Uznałem, że naukowy świat musi mieć wgląd do takich materiałów. Założyłem wydawnictwo Megas i wydałem zbiór wypowiedzi szanownych antagonistów [13]. Środowisko nie kryło dezaprobaty dla mego skandalicznego zachowania i to był kolejny szok. Zwykła prezentacja stanowisk jest kamieniem obrazy dla nauki?  Mój szef w arkuszu oceniającym nieprzydatność mojej osoby dla uczelni napisał między innymi: „wydał książkę kreacjonistyczną”. Pod wyrokiem złożyło podpis jeszcze czterech innych profesorów. Nie dowiem się nigdy, czy wydanie za własne pieniądze zbioru wypowiedzi uczonych na temat fundamentalnego problemu nauki zostało mi poczytane jako zasługa, czy powód do wykluczenia mnie poza nawias oficjalnej nauki. 

Tak czy owak, zostałem członkiem i wkrótce przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Kreacjonistycznego [14]. Wydawnictwo Megas mozolnie gromadząc fundusze wydaje kolejne antyewolucyjne pozycje [15]. Tymczasem w środowisku uczonych, a także w mediach, neokreacjonizm rodem z Ameryki oparty na koncepcji tzw. inteligentnego projektu zajmuje coraz więcej miejsca. A moje naukowe osiągnięcia czekają na materializację w postaci książki p.t. Moja wielka przygoda naukowa – jak nie zostałem profesorem. Jest to moje najważniejsze zadanie na względnie nie odległą przyszłość.

Ad finem muszę koniecznie podkreślić, że nie czuję się sfrustrowanym uczonym, który nie zrobił kariery i ma żal do całego świata, tylko nie do siebie. Wprost przeciwnie! Moja przygoda z nauką dostarczyła mi wielkich przeżyć. Mam ogromną satysfakcję z moich wysiłków. Wciąż zajmuję się najbardziej fundamentalnymi zagadnieniami nauki, jak problem genezy życia i Wszechświata. Przybliżanie się do prawdy o rzeczywistości, szczególnie przyrodniczej, ekscytuje bardziej jeszcze niż zbliżanie się do lądu po przepłynięciu oceanu. W tym sensie uważam naukę za bardziej dojrzałą siostrę żeglarstwa  i niech mi wybaczą ci, dla których morze i żegluga są intelektualną ultima Thule.

 

Nigdy praca oficjalna nie była dla mnie wystarczającym do życia źródłem dochodów. Rok 1989 stworzył nieznane wcześniej możliwości – zwykły obywatel mógł założyć własną firmę. Założyłem. Byłbym  może dołączył do grona młodych tygrysów biznesu, ale pewien poznany na rejsie prominentny działacz gospodarczy wylądował w więzieniu i diabli wzięli obiecane 100 tys. zielonych kredytu. Miałem za to kupić transport benzyny w Amsterdamie i sprzedać w kraju ze stuprocentowym zyskiem. Musiałem zredukować apetyt na sukces: pożyczyłem od rodziców  5 tys. dolarów i zamówiłem u przyjaciela 2 samochody w USA. Z analizy wychodziło, że da się zarobić na tym tysiąc, a może nawet półtora tysiąca dolarów. Znajomy przyjaciela przysłał mi 4 samochody – liczył sobie bowiem po 200 dolców prowizji od sztuki i tak mu się lepiej kalkulowało. Ja go rozumiem. Auta były stare i w opłakanym stanie, toteż pozbycie się ich zajęło mi dwa lata. Byłem bardzo szczęśliwy, że dołożyłem do biznesu zaledwie 2 tysiące dolarów – czyli pierwsza lekcja biznesu nie była bardzo kosztowna. Zapamiętałem chyba na zawsze: bardzo ciężko jest lekko żyć.

 

Potem było już tylko lepiej. Pierwszy grosz zarobiłem pośrednicząc w handlu szwedzkim granitem. Na ten intratny biznes trafiłem w jednym z samochodowych komisów, w którym próbowałem się pozbyć „Polish dream – American cars”. W międzyczasie jeden z kolegów żeglarzy mieszkający w USA zaproponował mi przejęcie handlu gazowymi objętościowymi podgrzewaczami wody. Dotychczasowemu partnerowi interes się znudził, bo nie przynosił spodziewanych beneficjów. Czepiałem się wszystkiego, co rokowało choćby bardzo umiarkowany ale pozytywny efekt gospodarczy, więc dlaczego nie bojlery? I tak od piętnastu lat zaopatrujemy z Witkiem K. polskie i litewskie domowe gospodarstwa w gazowe objętościowe podgrzewacze wody. Pierwsze sto sztuk sprzedawałem przez dwa lata w garażu domu moich rodziców. Wiedziałem już, że w interesach trzeba być twardym, a nie miękkim. Klienci polecali nasz towar jedni drugim i sprzedaż rosła bardzo szybko.

W czasach współczesnego, polskiego NEP-u [16], czyli zanim ukaz brukselski nie schłodził krajowej gospodarki, zarobiliśmy przyzwoity grosz, który pozwolił mi zbudować podstawy logistyczne naszego interesu w postaci hali i pomieszczeń biurowych w podwarszawskiej Kobyłce. Postsocjalistyczna, pseudowolnorynkowa i biurokratyczna machina państwa nie ustaje w wysiłkach zlikwidowania naszego przedsiębiorstwa. Nie ma roku, by bankructwo lub kryminał nie straszyły po nocach mimo, że nasz interes jest prosty jak cep i przejrzysty dla każdej z licznych spontanicznych i generowanych donosami kontroli. Unijne rygory chroniące interesy UE wbrew interesom naszych klientów, mają znaczący udział w rzucaniu kłód pod nogi każdemu przedsiębiorcy, który chce zapewniać klientom dobry i tani produkt spoza eurosowietów.

Walka trwa i na razie wygrywamy na naszym małym poletku z europejskimi koncernami. Wciąż dostarczamy tańszy i lepszy produkt niż wielcy konkurenci. Wciąż nasz klient nie dał się oszukać reklamie. Wciąż mam z czego utrzymać rodzinę i ważne inicjatywy naukowe i społeczne. Nie opuszcza mnie nadzieja, że moloch, który ewidentnie od lat niemal codziennie mi zagraża, nie przejdzie w stan patologiczny i nie stanie się PRL-o podobny. Ale to nie jest wykluczone. Niestety.

Nie mam wątpliwości, że zdolność przetrwania, pielęgnowana i satysfakcjonująca droga kupiecka którą podążam, są mocno zakorzenione i silne zasadami wyniesionymi z żeglowania i sfery zachowań prawdziwych ludzi morza, często kupców i ryzykantów, a przede wszystkim osobników wytrwałych i pracowitych. A szkoła przetrwania w starej komunie sprawdza się w nowej nadzwyczajnie.

 

Żeglowanie nierozerwalnie jest powiązane z portami. Rejs zawsze jest „dokądś”. Nawet ci nieliczni dogmatycy żeglarstwa jak Ludomir Mączka czy Tristan Jones, którzy dosłownie „domem swym uczynili siedem  mórz”, musieli dopływać do portu, by kontynuować żeglugę. Ja mam za sobą bogatą historię żeglarskiej ewolucji: przez ponad 120 tysięcy morskich mil statki moje płynęły do wolności, do sławy i po przygodę, żeglowałem dla chleba czyli dla pieniędzy i dla dzieci – by pokazać im inny świat niż ten prozaiczny dzień powszedni. Ewolucja zwiększała moje wymagania i stawały przede mną przypadkowo lub kreowałem świadomie zadania bardziej wyrafinowane. Ostatnie rejsy mają charakter przede wszystkim naukowy [17].

Przebieg żeglarskiej ewolucji i nieuchronny upływ czasu dokonywały jakościowo-ilościowych przewartościowań w moim życiu: wartością samą w sobie stał się port. Pierwszy, który wybrałem na dłuższy postój w 1988 roku, to zrujnowana zagroda mazurska rozparta samotnie na skarpie jeziora Borowego. Żona Ewa nazwała ją „Kurzą Łapą”, bo przypominała w fazie początkowej siedlisko czarownicy z chatki na kurzej łapce, kryjącej swe tajemnice pośród dzikich chaszczy i niebotycznych pokrzyw. Po prawie dwudziestu latach jest skromnym, ale zadbanym portem z flotą małych, zabytkowych już nieco łodzi. Portem, w którym szklanka „żółtego płynu” z kostką lodu i widokiem na jezioro nabiera znaczenia symbolu – znaczy i smakuje jak wytchnienie po osiągnięciu portu, gdy za rufą rozpłynęły się żywioły.

 

Kiedy wróciliśmy z rodziną do Warszawy, okazało się, że potrzebuję portu blisko miejsca pracy. Pływając pontonem po Wiśle znalazłem „Parowę”. Prawobrzeżną skarpę Wisły pomiędzy Zakroczymem i Czerwińskiem przecinają głębokie parowy dla których miejscowa tradycja zarezerwowała określenie w rodzaju żeńskim: „ta parowa”,  zamiast gramatycznie poprawnej formy: „ten parów”. Chciałbym żeby „Parowa” – mój podwarszawski port – była moją ultima Thule. Tam brzeg wysoki jest jak w Dundee i chętnie właśnie z „Parowy” wypłynę w ostatni rejs do Hilo.

 

Przygoda z Hermandad de la Costa zaczęła się dla mnie w 1973 r. w Talcahuano i Valaparaiso. Mesa chilijska opiekowała się studencką załogą s/y Konstanty Maciejewicz jak przystało na „ojców założycieli” Bractwa i to robiło wielkie wrażenie. Nie zostaliśmy wtedy „Hermanos” z błahego powodu, a potem życie toczyło się zbyt wartkim strumieniem zdarzeń, by jakaś organizacyjna kotwica mogła je zatrzymać w miejscu, choć na krótką chwilę Zafarrancho. Dopiero po bardzo wielu latach Brat Bolek Kowalski (1) przekonał mnie, że żeglarski kosmos to również tradycja i organizacja, że także to pole wymaga uprawy i że to jest obowiązek ludzi morza i zaszczyt jednocześnie. Nie żałuję, że Mu uwierzyłem. Mesa Kaprów Polskich chociaż znaczona jest  czasem polskim piekłem, ale nosi chwałę i wielkość narodu, który może śmiałym okiem rozglądać się po meandrach historii nowożytnej, bez kompleksów wobec sąsiadów i aliantów. Zasilają Bractwo Wybrzeża ludzie wielkiego serca i rozumu, prawdziwi ludzie morza. Dobrze jest być razem z nimi, chętniej na dobre, ale jak trzeba, to i na złe.

 

Mesa Kaprów Polskich zaszczyciła mnie wyborem na Pierwszego Sztormana i Kapitana przez pełne kadencje. Sprawdzałem w Mesie Kaprów Polskich moje credo wyniesione z pokładów jachtów i zimowania w Antarktyce: stwórz warunki by podwładni pokazali jak wiele potrafią. […].

Z konkretów za moich kadencji: powstał zwarty zestaw praw i tradycji nazwany Ustanowienia, opracowano i wykonano nową Banderę Narodową MKP, zaczęła ukazywać sie Złota Seria MKP, powstała idea wydania Dykcjonarza MKP, zrobiono brackie krawaty i bandery, wprowadzono w życie ceremoniał pożegnania Braci odchodzących na wieczną wachtę, właściwą oprawę uzyskały ceremonie nadawania honorów. […].

Przewodzenie Mesie Kaprów Polskich to było wielkie przeżycie i doskonała szkoła przetrwania. Docenione w sposób aż nadto szczodry przez wielu Braci, których szacunek za moje wysiłki czuje zawsze, cenię sobie nadzwyczajnie i jestem im za to wdzięczny. Chciałbym, żeby wiedzieli, jak bardzo mi pomagali i jak wiele satysfakcji mi dostarczyli. Dzięki nim – było warto! Zostałem przez Braci uhonorowany czterema białymi i trzema czerwonymi Gwiazdami oraz Medalem Bractwa Wybrzeża. Jestem z tego bardzo dumny, ale przecież nie dla honorów pełni się służbę i stara się wypełniać obowiązki. Pozytywny efekt działań wszelakich jest najwspanialszą z nagród.

 

To by było na tyle. Starałem się nie przechwalać zbytnio, ale nie upieram się, że mi się to udało. Trudno. Jeśli wyszedł mi autopanegiryk, to mogę tylko wyjaśnić, że starałem się relacjonować moją prawdę o tym, co dane mi było w życiu zrobić. Nie pisałem o klęskach, z których składa się niemal całe życie, gdyż to by było sprzeczne z przesłaniem Dykcjonarza MKP i ogólnie – nie do wytrzymania. Wierzę głęboko, że wszystko co udało mi się osiągnąć zawdzięczam sobie w stopniu nader umiarkowanym. W życiu na co dzień, ale szczególnie  w niebezpieczeństwie, niewątpliwie miałem ogromne wsparcie z zewnątrz, które jedni nazywają przypadkowym fartem, a inni ukierunkowaną łaską. Nie ukrywam, że od lat znów zaliczam się do tych innych.

 

Eugeniusz Moczydłowski
Warszawa 3 grudnia 2005

Tekst pochodzi z:
Dykcjonarz Mesy Kaprów Polskich.
Knabe, Jerzy; Eugeniusz Moczydłowski [red.].
Warszawa : Megas, 2012; str. 219-232.

 



[1] Norman Davies w historii Wrocławia Mikrokosmos podaje, że istnieje źródło przypisujące Magnusowi pochodzenie od króla angielskiego Harolda II pobitego pod Hastings przez Wilhelma Zwycięzcę w 1066 r. Harold II był krewnym Kanuta Wielkiego, króla Danii, Norwegii i Anglii, syna Świętosławy, która była córka Mieszka I i Dobrawy.

[2] Rezerwat Grabicz, położony na zachód od Wołomina, to las mieszany wokół ostoi ptactwa wokół zbiorników wodnych powstałych po wydobyciu torfu. Obecnie miejsce uległo degradacji w wyniku obniżenia poziomu wód gruntowych i osuszenia terenu.

[3] Wokół odrestaurowanej kaplicy ks. Skorupki koło wsi Ossów odbywają się 15 sierpnia rocznicowe uroczystości z okazji Cudu nad Wisłą, często z udziałem naczelnych władz  państwowych.

[4] Właściwie władza wyciągnęła po mnie rękę po raz pierwszy we wsi Ossów, gdy miałem lat dwanaście. Miejscowy sołtys przesłuchał mnie na okoliczność fotografowania wierzy triangulacyjnej aparatem marki „Druh”. Prowadząc mnie na posterunek MO próbował koniecznie wybadać, kto zlecił mi to ambitne zadanie w strefie przypoligonowej. W marcu 1968 roku wychowawca internatu na ul. Raszyńskiej chciał mnie oddać w ręce MO za pisanie sobie i koledze podań o zezwolenie na wyjście z internatu. Nie podobała mu się ani forma, ani treść. (Na szczęście na maturze wypadłem nieźle – znalazłem się w gronie 100 najlepszych maturzystów stolicy odznaczonych Odznaką Tysiąclecia Państwa Polskiego). Dwudziestego siódmego grudnia 1970 r. o godzinie czwartej nad ranem, pod mostem kolejowym na Bugu otoczył nasz namiot oddział MO wsparty grupą ORMO z Siemiatycz. Pod lufami kałasznikowów, w tęgiej zadymce wyjmowaliśmy na śnieg części kajaka „Neptun”, konserwy i zupy w proszku. Następnego dnia koło południa, od wschodu przez most przejechał pociąg z radzieckimi czołgami. Te wydarzenia złożyły się nam w logiczną całość dopiero po powrocie do domu i wysłuchaniu wiadomości „Wolnej Europy” o wydarzeniach na Wybrzeżu w grudniu 1970 r.

[5] Zbierajewski, Janusz (red.). Pokłon Hornowi, Księga pamiątkowa wydana w dudziestopięciolecie Bractwa Kaphornowców.  Warszawa, Korporacja TIGOR S.A., Dom Wydawniczy „Morze”, 2000.

[6] Moczydłowski, Eugeniusz. Pod żaglami i na cumach. Warszawa : KAW, 1978.

[7] Moczydłowski, Eugeniusz. Pod żaglami do Arktyki i Antarktyki. Warszawa : MAW, 1980.

[8] Robak, Kazimierz. „Pogorią” na koniec świata. Gdańsk ; Wydawnictwo Morskie, 1983.

[9] Virca – od: Virgo i Cancer, znaków Zodiaku mojego i Małgorzaty.

[10] Przyjaciele zwrócili mi uwagę, że otrzymanie paszportu w stanie wojennym, to nie była bułka z masłem. Szczególnie, że na liście Wildsteina figuruje etatowy pracownik SB Eugeniusz Moczydłowski. IPN wydał mi zaświadczenie nr 659/06 z dnia 30.03.2006 r., że moje dane osobowe „ nie są tożsame z danymi osobowymi, które znajdują się w katalogu funkcjonariuszy, współpracowników, kandydatów na współpracowników organów bezpieczeństwa państwa oraz innych osób, udostępnionych w IPN od dnia 26 listopada 2004 r.

[11] Na Barbados i Saint Lucii spotkałem ludzi, którzy ciepło wspominali Leonida Teligę (Brat Wybrzeża z cyfrą ).  Czytałem Samotny rejs „Opty”, wchodziłem do opisanego tam baru, pytałem o ludzi z książki i…. „zaraz tu będzie!” – odpowiadał barman! Tak spotkałem Jimmy’ego Smitha na Barbados. W Castries na St. Lucii słuchałem opowieści Janusza i Zosi Messingów. Dom Messingów, z widokiem na zatokę Castries, był drogowskazem w poszukiwaniach życiowej przystani, jaką piętnaście lat później stała się nadwiślańska Parowa.

[12] Filia Uniwersytetu Warszawskiego, obecnie: Uniwersytet w Białymstoku.

[13] Moczydłowski, Eugeniusz (red.). Pan Bóg czy dobór naturalny. Białystok : Megas, 1994.
„MEGAS” nazwa firmy handlowej i wydawnictwa powstała z połączenia moich inicjałów i angielskiego rzeczownika „gas”, czyli „benzyna”, na sprzedaży której miałem zbić fortunę. Dopiero z lektur o megalitach Europy dowiedziałem się, że „megas” to po grecku „wielki”. Wyjaśniam, by zapobiec podejrzeniom o przesadną megalomanię. Firma prezentuje się na stronie: www.richmond.pl

[14] www.creationism.org.pl

[15] www.wydawnictwomegas.pl

[16] NEP – Nowaja ekonomiczeskaja politika: niemal wolnorynkowa gospodarka wprowadzona przez Lenina kilka lat po Rewolucji Październikowej (na X zjeździe RPK, marzec 1921). Uratował Rosję przed katastrofą głodu i nędzy, a bolszewików, przed zdmuchnięciem z kart historii przez kolejną, tym razem antybolszewicką rewolucję, która wisiała na włosku.

[17] W 2003 i w 2004 roku na jachtach NautiliusRoztocze na Spitsbergenie badałem zależność rozmieszczenia flory fauny od warunków środowiska. Dla nauki żeglowałem już wcześniej: w 1987/88 pracowałem jako ekolog na trawlerze-przetwórni m/t Gemini na wodach Oceanu Południowego.

 

 

 

 

 

 

Calendar

« July 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Czerwiec – szósty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od słowa „czerw” oznaczającego beznogą larwę błonkówek i muchówek; larwy te były (i są) wykorzystywane jako efektywny sposób oczyszczania ran.

W Słowniku etymologicznym Sławskiego nazwa miesiąca jest dopiero trzecim znaczeniem słowa „czerwiec”. Pierwsze to: czerwiec polski (Porphyrophora polonica) – „owad wytwarzający barwik czerwony”, drugie: „farba służąca do barwienia materiałów na czerwono, coccus, color coccinus”, a źródłosłowy idą we wczesne lata XV wieku. Czwarte zaś: Scleranthus anuus L. czyli czerwiec roczny – chwast rosnący na pastwiskach, ugorach i przydrożach.

Słownik wileński idzie dalej: w nim „miesiąc” jest dopiero n-tym znaczeniem słowa „czerwiec”. Wcześniej jest bowiem rodzaj i trzy gatunki pluskwiaka Coccus; tlenosiarczek antymonu, zwany też kermezytem, o pięknej wiśniowej barwie; rodzaj i dwa gatunki roślin z rodziny Scleranthus, w tym czerwiec trwały (Scleranthus perennis); amerykański kaktus Cactus chochenillifer; kolor szkarłatny lub karmazynowy i „drogi, przedni jedwab” oczywiście koloru czerwonego.

Dwie nazwy wytłuściłem nie bez powodu: w korzeniach czerwca-rośliny znajduje schronienie i pożywienie czerwiec-owad. Splatają się więc te czerwce ze sobą dość dokładnie.

Barwnik czerwony wyrabiany z czerwca-owada to koszenila (inaczej: kwas karminowy), która jest ciekawa sama w sobie. Rozpuszcza się w wodzie, co jest rzadkie wśród barwników organicznych. Jest bardzo trwała i odporna na działanie czasu, światła i ciepła, a więc nie blaknie, co było zaletą pierwszorzędną. Nie jest trująca (w nadmiarze), więc można nią barwić nie tylko tkaniny ale i potrawy oraz kosmetyki.
Tu jednak kłopot zaczynają mieć wegetarianie i weganie (którzy nie używają produktów pochodzących ze zwierząt) oraz np. ci wyznawcy judaizmu i islamu, dla których produkty z owadów nie są ani koszerne ani halal. Problem w tym, że współcześni ludzie na ogół nie wiedzą, iż koszenilę uzyskuje się z owadów (strona http://www.food-info.net podaje że dla uzyskania 1 kilograma koszenili trzeba zanurzyć we wrzątku – a później na różne sposoby wysuszyć, a potem zmielić – 150 tys. owadów). Ostatnio produkty zawierające koszelinę muszą być odpowiednio oznaczane.

Polski monopol na czerwca w znaczeniu „farba” (tytuł popularnej, stosunkowo niedawnej – 1992, publikacji Lewy czerwcowy, nabiera teraz zupełnie innej barwy…) złamał w XIV w. Meksyk.
Aztekowie znali i stosowali koszenilę od wieków, od nich nauczyli się tego konkwistadorzy. Żeby skrócić transport do Europy, owady meksykańskie (inne niż polskie: czerwce kaktusowe, Dactylopius coccus, rodzaj mszyc) zaczęto hodować na Wyspach Kanaryjskich. Ta sama www.food-info podaje, że tylko w roku 1868 wyeksportowano stamtąd 2800 ton (6 mln. funtów) koszenili uzyskanej z 420 miliardów owadów…

 

Pierwiastek „czerw” w nazwie szóstego miesiąca roku występuje też w innych językach naszej rodziny: białoruskim (чэрвень), czeskim (červen), kaszubskim (czerwińc), ukraińskim (червень).
Co by nie mówić, w większości języków słowiańskich (także w staropolszczyźnie) rzeczownik „czerw” znaczy „robak”, z czego wynika, że „czerwiec” znaczy tyle co „robaczywiec” lub „robacznik” (a kolor czerwony to kolor robaczywy). Tyz piyknie.

W staropolszczyźnie szósty miesiąc roku nazywany też był „ugornik” lub „zok” (konik polny lub – niestety – szarańcza), ale generalnie czerwie czyli robaki okazały się (słowotwórczo) silniejsze.

 

Łaciński Iunius zawiera w sobie imię żony Jupitera – Junony.

Owidiusz w ks. VI Fasti (8 r. n.e.), poematu o kalendarzu rzymskim, podaje dwie dodatkowe etymologie nazwy Iunius: od małżonki Jupitera – Junony i bogini młodości Iuventas (grecki pierwowzór: Hebe). Owidiusza – jako źródła – nie można jednak traktować poważnie, bo plótł co mu ślina na język przyniosła, a koniunktura dworska i polityczna podsuwała. W maju umizgał się do starców z senatu (maiores), więc w czerwcu pochlebiać zaczął młodym iuniores. Na czerwcu zresztą Fasti się skończyło, bo poeta dostał nagle dożywotni nakaz zesłania do Dacji – pruderyjni twierdzą, że za nieskromność Ars amatoria (celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu jeszcze w 1930), ale tak naprawdę nie wiemy za co.

Nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Pod koniec czerwca na półkuli północnej następuje letnie przesilenie Słońca: jest to najdłuższy dzień (i najkrótsza noc) w roku.
W 2014 solstycjum letnie wypada 21 czerwca. W tym dniu Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka i zaczyna się astronomiczne lato.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – na 52°13’ szerokości geograficznej północnej – wynosi 61°14’.

 

1 czerwca to Dzień Dziecka.

 

4 czerwca to w Polsce rocznica wolnych wyborów z 1989 roku.
W rzeczywistości były one pół-wolne, ale skutek był ten sam. Najkrócej zdefiniowała go Joanna Szczepkowska w ogólnokrajowym programie TV: „Ogłaszam koniec komunizmu w Polsce”.

 

12 czerwca 1967 – PRL zrywa stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Nie ona jedna. Po wojnie sześciodniowej (5-10 czerwca 1967), która – mimo że zaczepna – była obronną, bezczelnie przez Izrael wygranej, Czerwony Hegemon się zdenerwował. Nie tak miało być, zwłaszcza że Hegemon uzbrajał, szkolił i popierał Egipt. Poszedł więc przykład i rozkaz z Moskwy i cały blok zerwał z państwem żydowskim stosunki dyplomatyczne. Z jednym wyjątkiem: nie zerwała Rumunia. Niby, że taka niezależna i umiejąca się Sojuzowi postawić, defacto – potrzebna, bo zerwać stosunki można, ale pogadać czasem trzeba, więc jeśli już, to czemu nie przez Bukareszt, któremu opinia „niepokorny” bardzo pasowała, bo dawało się na nią kolejne kredyty z Zachodu wyciągać. A po RWPG poszedł później dowcip, przaśny, ale po linii: „– Wymień trzy państwa komunistyczne na ‘k’. – Kuba, Korea i..., i..., i ta Kurwa Rumunia.” Zerwanie stosunków i ujadanie propagandy jest prologiem do polskiego Marca ’68 (patrz: marzec).

 

23 czerwca to w Polsce tzw. wigilia św. Jana, którą kończy noc świętojańska, często używana obocznie z nazwą Sobótka.
Jest to schrystianizowana wersja słowiańskiego święta związanego z letnim przesileniem Słońca, obchodzonego w najkrótszą noc w roku, tzw. Noc Kupały, zwanego też (na południu Polski) sobótką lub palinocką. Było to święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości.
Słowo kupała pochodzi prawdopodobnie z indoeuropejskiego pierwiastka kump, oznaczającego grupę, gromadę, zbiorowość, z którego wywodzą się słowa takie jak kupa, skupić, kupić się (‘gromadzić’). Termin sobótka stworzony został prawdopodobnie przez Kościół i miał wydźwięk ujemny, bo znaczył tyle, co ‘mały sabat’.
W chrześcijaństwie obchody nocy kupalnej przeniesione zostały na specjalnie w tym celu ustanowioną przez Kościół 23 czerwca wigilię św. Jana.

W tym wypadku jednak zadziałał synkretyzm religijny: noc kupalna i wigilia św. Jana współegzystują w świadomości zbiorowej do dziś. Mają też liczne odzwierciedlenia w literaturze, z których – w piśmiennictwie polskim – najbardziej znanym jest Pieśń świętojańska o Sobótce Jana Kochanowskiego, rozpoczynająca się od słów:

Gdy słońce Raka zagrzewa
A słowik więcej nie śpiewa
Sobótkę (jako czas niesie),
Zapalono w Czarnym Lesie.

„Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” napisał Mickiewicz o roku 1812, ale oznaczenie jest niedokładne. Bowiem to, co ową „wiosnę” przyniosło, zaczęło się latem.

Wieczorem 23 czerwca 1812, około godziny 22, pierwsze korpusy – kawaleryjski marszałka Murata oraz korpusy marszałków Davout i Neya przekraczają Niemen.

Napoleon, którego idée fixe było rzucenie na kolana Wielkiej Brytanii, po serii porażek z Anglikami w bitwach morskich (i to jakich porażek! Abu Kir w 1798 i Trafalgar w 1805 to były mega klęski!) wymyślił blokadę handlową (więc teoretycznie i morską) Wysp Brytyjskich.

Rzecz jasna, wszyscy zainteresowani stawali na głowie, by to embargo ominąć, zwłaszcza, że blokada rujnowała sporo gospodarek państwowych. Poza tym zawsze w podobnych przypadkach opór bywa ogromny i praktycznie nie do pokonania: założę się, że Napoleon nie miał pojęcia, co to było „Ograbme”, bo jak większość Europejczyków z wyższością patrzył na Amerykę i do głowy mu nie wpadało, ze może się od niej wiele nauczyć.

Jednym z wyłamujących się z tego dyktatu była Rosja. Oczywiście car Aleksander oficjalnie się zgadzał, uśmiechał, toasty wznosił, pakty podpisywał – ale robił swoje. Darujmy sobie „skąd my to znamy?”, gdyż handel z Brytanią był dla rosyjskiej gospodarki alternatywą Hamleta.

Rację miał stary Maciek Dobrzyński sarkając, że „a on co? Pokój w Tylży zrobił!”, choć powody do gderania były inne.
Papier – papierem, a życie życiem. Napoleon wpadł więc na kolejny pomysł, by zmusić Rosję do respektowania postanowień z Tylży (1807) siłą. Znów nie odrobił lekcji z historii: nie doczytał, jak skończył Karol XII Szwedzki. A może po prostu myślał, że skoro ma Grande Armée, to da radę?

Najpierw jednak zebrał armię 600-tysięczną, nie tylko wielonarodową ale i multi-kulti, bo było w niej m.in. 300 tys. Francuzów, Włochów i Belgów, 180 tys. Niemców, 90 tys. Polaków (skąd wymyślił, że Niemcy będą się dzielnie bić dla Francuzów – trudno orzec, nie obiecywał im przecież nawet ułamka tego, co Polakom). Z tą armią przekroczył Niemen.

Zaczął z Księstwa Warszawskiego i po przejściu granicy wciąż poruszał się po terenach zamieszkałych przez Polaków, nic więc dziwnego, że propaganda Cesarza Francuzów przeszła samą siebie. Napoleon z bezprzykładnym cynizmem, godnym największych kosterów, nazwał swoją kampanię „drugą wojną polską”, a sejmowi Księstwa Warszawskiego nakazał zawiązać Konfederację Generalną Królestwa Polskiego i proklamować zmartwychwstanie Polski w dawnych granicach (Niemcy w szeregach armijnych, zwłaszcza ci z Prus, musieli się cieszyć niezwykle!).

Ale: nikt nie da ci więcej, niż obieca Napoleon!

I prawda. Zaczynając swą wojnę z Rosją o Brytanię, cesarz powiedział:

Jestem tu, aby raz na zawsze skończyć z tym barbarzyńskim kolosem Północy. Szpada została już dobyta. Trzeba ich zapędzić jak najdalej w ich lody, aby przez najbliższe 25 lat nie byli w stanie mieszać się w sprawy cywilizowanej Europy. Nawet za czasów Katarzyny Rosjanie prawie nie odgrywali żadnej roli w życiu politycznym Europy. Z cywilizacją zetknęli się dopiero przez rozbiór Polski. Nadszedł więc teraz czas, aby Polacy pokazali im, gdzie ich miejsce... Bezpowrotnie minęły czasy, kiedy Katarzyna dzieliła Polskę, chwiejny Ludwik XV drżał ze strachu w Wersalu, a caryca zachowywała się tak, że wychwalały ją wszystkie paryskie plotkary. Po spotkaniu w Erfurcie Aleksander zrobił się zbyt zarozumiały, a już zdobycie Finlandii zupełnie przewróciło mu w głowie. Jeżeli potrzebne mu są zwycięstwa, to niech się wyprawi na Persów, ale nie miesza się w sprawy Europy. Cywilizacja odrzuca tych dzikusów z Północy. Europa obejdzie się bez nich.

Jak to się skończyło – wiemy, a więcej przeczytacie o tym w grudniu.

Napoleon nie był jedyny. 129 lat później, z dokładnością jednodniową, bo 22 czerwca, powtórzył napoleoński manewr Hitler, nazywając to – też miał niezłych propagandzistów – „Operacja Barbarossa”. Skończył jak jego poprzednik, co niewiele nas pociesza, bo dla Polski skutki też były podobne.

Znaki Zodiaku w czerwcu:
Bliźnięta (♊) – do 20 czerwca (najweselszy i najpogodniejszy znak Zodiaku).
Rak (♋) – od 21 czerwca

Kwiaty czerwca :
róża (Rosa L.) – tu nie ma co wiele mówić, po prostu: królowa kwiatów.

Kamienie czerwca:
perła – co prawda to żaden kamień, tylko efekt mordęgi małża, ale w formie naturalnej błyskotka bardzo droga. Wymieniana jest – jako symbol wielkiej wartości – przez święte księgi hinduizmu, judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. W tradycji europejskiej perły uważano dawniej za łzy aniołów – przesąd, że jest to klejnot przynoszący łzy i troski pokutuje do dziś.

● aleksandryt – odmiana chryzoberylu, znana z tego, że zależnie od oświetlenia potrafi zmieniać kolor. Podobno znalazł go fiński geolog Nils Gustaf Nordenskiöld (1792-1866, ojciec znanego polarnika) po tym jak razem z całą Finlandią znalazł się pod panowaniem rosyjskich carów – nazwał więc kamień imieniem następcy tronu, przyszłego Aleksandra II Romanowa.
O carze tym mówi się jako o „demokratycznym reformatorze”, ale kiedy pomyślę, na co batiuszka Aleksandr Nikołajewicz zezwalał w Polsce po powstaniu styczniowym, to nawet sprzedaż Alaski Amerykanom nie jest w stanie sprawić, bym myślał o nim pozytywnie (jak zresztą o żadnym z Romanowów, ani o ich tzw. reformach).

● kamień księżycowy zwany też ortoklazem (którego jest odmianą) – starożytni wierzyli, że jest pochodzenia boskiego, bo wziął się z promieni księżyca.
Najcenniejsze ortoklazy można podobno znaleźć w Indiach i na Sri Lance, ale i my nie gorsi, bo występują też w okolicach Jeleniej Góry. Z czego wynika, że Ryszard Ochódzki wiedział, co czyni, gdy kamień z londyńskiego bruku podniesiony wręczył jako ten z Jeleniej Góry: chciał po prostu wcisnąć go Panu Janowi jako cenny okaz ortoklazu, zapominając, że nie o to chodziło.
Ciekawostką jest, że kamień księżycowy jest oficjalnym klejnotem stanu Floryda, co Florydianiom się wzięło po locie Apolla-11, który wystartował z Cape Canaveral i 20 lipca 1969 wylądował na Księżycu.

Napisałem, że z czerwcem bywa podobnie nieszczególnie jak z majem – „dlaczego” miało przyjść później, bo na początku miesiąca pisanie o tych wszystkich solstycjach, Kupałach, świętych księgach i Romanowych kapkę mnie (jak by powiedział Geograf) osłabiło.
Tak więc czerwiec, podobnie jak maj, jest miesiącem optymistycznym. Zero zdziwienia: oba przebiegają pod panowaniem najlepszego znaku Zodiaku, czyli Bliźniąt, więc – po prostu ten gwiazdozbiór rządzi i nie da się tego ukryć.

 

Śluby i wesela w czerwcu:
mogą być, ale wyłącznie na własne ryzyko.

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
szósty miesiąc roku to:

białoruskiчэрвень [czerwień]
bośniackijuni
bułgarskiюни [juni]
chorwackilipanj
czeskičerven
kaszubskiczerwińc
litewskibirželis
łatgalskivosorys
łużycki (dolny)smažki (też: smažnik, junij)
łużycki (górny)smažnik (też: junij)
łotewskijūnijs
macedońskiјуни [uni] albo житар [żytar]
prekmurskiivánšček (też: juniuš)
rosyjskiиюнь [ijuń]
serbskijун [jun]
słowackijún
słoweńskijunij (też: rožnik)
ukraińskiчервень [czerwień]
żmudzkibiržielis

 

Przysłowia związane
z czerwcem:

Czerwiec daje dni gorące,
kosa brzęczy już na łące.

Czerwiec gdy zagrzmi,
gdzie zorze zachodzą,
ryby się znacznie
i obficie zrodzą.

Czerwiec na maju
zwykle się wzoruje,
jego pluchy, pogody,
często naśladuje.

Czerwiec po deszczowym maju
często dżdżysty w naszym kraju.

Czerwiec – przerwiec, bo przerywa
gospodarkę aż do żniwa.

Czerwiec się czerwieni?
Będzie dość w kieszeni.

Czerwiec stały,
grudzień doskonały.

Czerwiec temu się zieleni,
kto do pracy się nie leni.

Gdy czerwiec chłodem i wodą szafuje,
to zwykle rok cały popsuje.

Grzmoty czerwca
rozweselają rolnikom serca.

Kiedy kwitnie w czerwcu bób,
to największy wtedy głód,
a kiedy mak,
to już nie tak.

Mokry czerwiec, chłodny maj
– wszystkim gburom prawy raj.

Od czerwca dużo zależy,
czy żniwa będą jak należy.

Pełnia czerwcowa – burza gotowa.

W czerwcu gorącego lata,
zdrowa więc bywa sałata,
wina jeśli być nie może,
piwo chłodne pij, niebożę.

W czerwcu grusze kwiat zrzucają,
czereśnie się zapalają.

W czerwcu pod czerwcem siedzi czerwiec.

W czerwcu się okaże,
co nam Bóg da w darze.

W czerwcu to się lęga,
ci się przedtym sprzęga.

 

Przysłowia na
św. Małgorzatę (10 VI):

Deszcz na św. Małgorzatę
jest orzechom na stratę.

Św. Małgorzata pierwsza żnarka.

W św. Małgorzatę skąd wiatr duje,
drogę po zboże toruje.

Ze św. Małgorzatą
zaczyna się lato.

 

Przysłowia na
św. Jana (24 VI):

Chrzest Jana
w deszczowej wodzie
trzyma zbiory na przeszkodzie.

Deszcz świętego Jana
obiecuje mokre żniwa.

Do świętego Jana
woła deszczu kania,
a po świętym Janie
chodzą po wodzie kanie.

Gdy bliżej święta Jana
gżegżółka zakuka,
nadzieja zbóż przedaży
pewnie nas oszuka.

Gdy Jan Chrzciciel skropi,
mokre będą kopy.

Gdy się deszcz w święto Jana
opuści obfity.
po nim w kilka dni,
wierz mi, bywa pozbyty.

Gdy się Jan Chrzciciel
w dżdżystej kąpie wodzie,
deszcze żniwom bywają
wtenczas na przeszkodzie.

Gdy się święty Jan rozczuli,
to go dopiero
Najświętsza Panna utuli.

Jak się Janek kąpie w wodzie,
żniwom deszcze na przeszkodzie.

Jak św. Jan się obwieści,
takich będzie dni trzydzieści.

Jana Chrzciciela
– już kwiecia wiela.

Jutro święty Janek,
puśćmy na wodę wianek.

Już Jan ochrzcił wszystkie wody,
odtąd wam nie będzie szkody.

Już świętego Jana,
ruszajmy do siana.

O św. Janie kwas w piwo,
robak w mięso,
diabeł w babę wstępuje.

Święty Jan
– jagód dzban.

Umilkł, jak kukułka na św. Jan.

 

Przysłowie na
sobótkę:

Gdzie sobótki zapalają,
tam grady nie przeszkadzają.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha