Zuzanna Jeglorz

Nie ma lekarstwa na Zawiszę

01_2014-07-09_DSCN2641_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek

Co pociąga nas w morzu najbardziej?

Ogromne, spienione fale przelewające się przez pokład? Wszechobecna wilgoć i słony posmak na ustach? Zachody i wschody słońca niczym z obrazów impresjonistów? Wiatr rozwiewający nam włosy? Prędkość, z jaką sunie żaglowiec rozbijając majestatycznie dziobem taflę wody? Widok białych żagli wypełnionych po brzegi wiatrem?

Czy żeglujemy dla tych pięknych widoków, czy może raczej z chęci przygody, podróży, zewu wolności?

Te pytania nie dawały mi spokoju. A nie kto inny odpowie mi na nie najlepiej, jak ten, kto tego morza po protu nie widzi.

Niewidomy żeglarz, czy to możliwe? – spytacie. I wielu innych pytało. Jednak – na szczęście – znaleźli się i tacy, dla których nie ma rzeczy niemożliwych. I tak – już po raz dziewiąty – Zawisza Czarny wypłynie w morze z załogą składającą się w połowie z ludzi niewidomych i niedowidzących. Wiedziałam już, gdzie szukać odpowiedzi. Tak więc: kierunek Gdynia!

 

Projekt „Zobaczyć Morze” to niesamowity pomysł znanego niewidomego szantymena Romana Roczenia. Zakochany w morzu, które znał tylko z piosenek, postanowił zrealizować swoje marzenie. Odbył kilka rejsów z kapitanem Januszem Zbierajewskim. Z każdego wracał z coraz większym doświadczeniem. Pojawiło się pytanie – dlaczego by nie wciągnąć w to więcej niewidomych? Sprawa nie była prosta, ale kapitan już był, znaleźli się i sponsorzy (głównym organizatorem jest Fundacja Gniazdo Piratów).

02_2014-07-10_DSCN2733_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

 W 2006 roku odbyła się pierwsza edycja „Zobaczyć Morze”. Zawisza Czarny wypłynął na Bałtyk z załogą w połowie niewidomą. Głównym założeniem było „każdy uczestnik jest samodzielny”. Zero przewodników, zero pomocnych lasek. Dla niewidomych było to spore wyzwanie, ale tego właśnie chcieli: poznać trudy pracy na żaglowcu, przekonać siebie i widzących, że bez wzroku też można sobie świetnie radzić.

 

„Zawiasa” w Gdyni znaleźć nie było trudno. W basenie portowym przy Skwerze Kościuszki, obok ORP Błyskawica wyróżniał się swoimi żółtymi masztami.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po wejściu na pokład, to dziwny układ pomieszczeń, który po chwili wywołał lekką panikę i zdziwienie niefunkcjonalnością (jak to: żeby dojść w nocy do toalety, muszę się ubrać w sztormiak i biec przez pokład?), by po kilku dniach być już tylko niezauważalnym szczegółem, dającym nawet mnóstwo zabawy (czy może być coś ciekawszego niż przeskakiwanie przez przelewające się przez pokład fale z wazą gorącej zupy w rękach?). Tak właśnie wyglądały nasze codzienne wycieczki z kambuza w nadbudówce, przez stromą zejściówkę do kubryku. Wszyscy bez wyjątku świetnie opanowali tę sztukę.

Przez pierwsze dni, zanim wszystkich poznałam, ciężko mi było stwierdzić, kto jest widzący, a kto nie. I muszę przyznać, że dość długo zajęło mi odkrycie tego (głupio było pytać wprost). W końcu na morzu każdy porusza się ostrożnie. Gdy buja, wszyscy łapią się lin, a osoby niewidome radziły sobie naprawdę świetnie. Na początku oprowadziliśmy ich raz po statku, zwracając uwagę, gdzie coś wystaje z pokładu, na co uważać. Wszystko dokładnie zapamiętali. Myślę, że pewnie nawet więcej razy potykałam się na tym osprzęcie niż oni. My – widzący nie zwracamy uwagi na takie drobnostki, myśląc, że je za każdym razem zobaczymy, później nie patrzymy pod nogi i … już leżymy na pokładzie!

W sobotę, 5 lipca – po zamustrowaniu i „zadomowieniu się” – mieliśmy spotkanie z kapitanem. Oczywiście był nim nie kto inny niż „Kapitan Zbieraj”. Są na świecie ludzie, którzy przy pierwszym poznaniu od razu nas denerwują, przerażają, zawstydzają. Są i tacy, którzy wzbudzają niewytłumaczalną sympatię i o których już po paru zdaniach myślimy „To jest ktoś!”. Kapitan Zbierajewski zdecydowanie zalicza się do tych drugich. Jestem osobą, która bardzo nie lubi wszelkich zakazów i regulaminów, dlatego też jego słynny regulamin o trzech paragrafach przypadł mi szczególnie do gustu!

Nie znacie? To też się nauczcie na pamięć: punkt pierwszy – ma być bezpiecznie; punkt drugi – ma być miło; punkt trzeci – koniec regulaminu.

03_2014-07-09_DSCN2689_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

 

W niedzielę, 6 lipca, pożegnaliśmy się ze stałym lądem, by przez kolejne dni mieć pod sobą tylko nieprzeniknioną toń morskiej wody. Przy wyjściu z portu honory oddały nam dwa wielkie polskie żaglowce – Dar PomorzaDar Młodzieży. I już za chwilę zaczęło się znów morskie życie, za którym tak tęskniłam przez ostatnie osiem miesięcy. Miałam akurat wachtę nawigacyjną. Trafiłam na „oko” i poczułam się szczęśliwa. Znów jestem na morzu, znów zaczyna się przygoda, i to jaka!

Jeśli o o mnie chodzi, wiem, co kocham w morzu najbardziej: wolność, którą mi daje i wiatr, przewiewający mnie na wskroś, tak że mam ochotę skryć się w łóżku pod ciepłą kołdrą, ale stoję niezmiennie w tym samym miejscu na pokładzie, oczarowana i zahipnotyzowana, wpatrując się w powolny ruch morskich fal.

04_2014-07-06_DSCN2602_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

Pierwszy dzień minął powoli i leniwie.

Po rejsie Pogorią w Szkole Pod Żaglami miałam wrażenie, że mam aż za dużo wolnego czasu. Z czasem zmieniło się to o 180 stopni: zastanawiałam się, jak to możliwe, że tam była szkoła i lekcje do odrobienia, a starczało mi jeszcze godzin na rozmowy z ludźmi i pisanie dziennika. Na razie jednak nie wiedziałam co robić, więc postanowiłam poznać bliżej załogę.

Część z załogantów to już prawdziwe wilki morskie. Niektórzy chcieli zobaczyć, jak funkcjonuje żaglowiec w porównaniu z kilkuosobowym jachtem. Byli też i tacy, którzy żeglowali po raz pierwszy, wcześniej nie mając w ogóle styku z żeglarstwem.

 05_2014-07-09_DSCN2657_fot_Jeglorz_&_Pisarek

Z późniejszych rozmów wiem, że większość „połknęła bakcyla”, aczkolwiek była też jedna – no, może dwie osoby, które stwierdziły, że to jednak nie dla nich.

Resztę dnia spędziłam słuchając muzyki – tej na żywo oczywiście – gdyż mieliśmy na pokładzie dwóch wspaniałych gitarzystów, dzięki którym cały „Zawias” rozbrzmiewał wciąż szantami i w niejedną noc siedziało się do rana śpiewając piosenki, jak to na rejsie przystało.

 06_wakacje_2014_lipiec_(11)_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 

Noce te były wyjątkowo jasne – płynęliśmy do Sztokholmu, coraz dalej na północ, w stronę dnia polarnego. Drogę wyznaczała nam nieznikająca jasna łuna nad horyzontem. Dni były bardzo długie, a słońcu coś się pomieszało i zamiast wschodzić na świtówce, wstawało już na „psiaku”.

Na wachtach było bardzo przyjemnie. W myśl głównej zasady – „każdy uczestnik jest samodzielny” – niewidomi także pełnili funkcje, oczywiście oprócz „oka”. Często to właśnie oni najwięcej sterowali – wychodziło im to bardzo dobrze. Z początku może się to wydawać dziwne – ktoś, kto nie widzi, ma kierować statkiem? Z drugiej jednak strony, ja, osoba widząca, sterując opierałam się głównie na kompasie pokazującym mi kurs i wychyleniu steru. Oni też mieli te dane – podawała im je przez słuchawki „gaduła”, czyli specjalne urządzenie. Dlaczego więc nie mieliby sterować? Z tego założenia wyszli też organizatorzy rejsu. Dla niewidomych było to nie lada przeżycie, podobnie jak ich wejścia na „bocianie gniazdo”. To robiło ogromne wrażenie, także na mnie – ktoś, kto nie widzi, wspina się na maszt, to tak jakby centymetr po centymetrze zbliżał się w stronę swoich marzeń, zostawiając wszystkie słabości w dole.

 

Podczas wacht najbardziej lubiłam przesiadywać w kabinie nawigacyjnej. Jest to dla mnie niejako mózg i serce statku w jednym. To tu leżą mapy, przyrządy, piętrzą się książki o nawigacji, radar ostrzega przed niebezpieczeństwami. To tu wykreśla się pozycję na mapie, uzupełnia dziennik pokładowy, to tu kapitan podejmuje decyzje o zmianie kursu, a w tle słychać tylko rozmowy innych statków przez radio. Na ekranie komputera widać dokładnie naszą przebytą, a także zaplanowaną trasę oraz wszystkie inne potrzebne informacje: prędkość naszą i innych statków, czas, w którym dopłyniemy do celu czy przetniemy kurs jakiegoś statku. Wszystko to jest podane jak na tacy, dlatego też niesamowity wydaje mi się fakt, że przecież takie udogodnienia mamy dopiero od kilkudziesięciu lat.

07_2014-07-09_DSCN2680_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

 Dopiero tutaj zdałam sobie sprawę jak naprawdę niebezpieczne były wyprawy wielkich odkrywców, gdy płynęli w nieznane, bez żadnej mapy, po prostu przed siebie. Dlatego też razem z koleżanką Kasią wypytywałyśmy o wszystko, by umieć poradzić sobie bez GPSa.

Nasz wspaniały oficer cierpliwie odpowiadał i uczył. I tak zrobiliśmy log, by zliczyć prędkość, obliczaliśmy odległość do horyzontu, wyznaczaliśmy pozycję za pomocą linijki, kompasu i latarni na brzegu… Bo, choć żyjemy w XXI wieku w dobie elektroniki, dostępu do internetu i coraz lepszych przyrządów pomiarowych, to na morzu nie trudno przecież o awarię, dlatego te umiejętności nigdy nie stracą na wartości.

 

Trzeciej nocy, z wtorku na środę, przy wschodnim wybrzeżu Gotlandii, zdarzyła się mała awaria. Rozmawialiśmy sobie właśnie, gdy nagle spostrzegliśmy, że księżyc krąży po niebie. Zmieniliśmy mocno kurs – pytanie tylko, dlaczego? Jak się okazało, jedna z załogantek miała problemy zdrowotne. Niestety, były na tyle poważne, że musieliśmy wezwać służby przybrzeżne. Dziewczyna została przewieziona na zachodnie wybrzeże do szpitala w Visby. My włączyliśmy silnik cała naprzód i zaczęliśmy opływać wyspę, by dotrzeć tam nazajutrz. Akurat zmywałam wtedy naczynia w pentrze, ale przed sobą miałam bulaje, przez które obserwowałam ląd. Bardzo to sympatyczny szczegół w kambuzie na „Zawiasie” : )

Do portu wpłynęliśmy we środę, 9 lipca, po obiedzie. Była krótka odprawa, a później mieliśmy wolne: można było iść zwiedzać miasteczko, które już z daleka wyglądało niezmiernie ciekawie. Byłam bardzo podekscytowana, bo był to mój pierwszy pobyt w Skandynawii.

Spacerowaliśmy ślicznymi uliczkami Visby, wśród starych budynków zarośniętych kwiatami i podpatrywaliśmy ludzi. Napisy na budynkach i język brzmiały dla mnie obco i dziwnie. Zupełnie inna to kultura niż nasza, a tym bardziej niż ludzi z południa. Jest raczej cicho i spokojnie. Miasto było piękne, choć wydawało się trochę sztuczne – aż za idealne, by było prawdziwe.

08_wakacje_2014_lipiec_(6)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

Wieczorem poszliśmy nad morze, gdzie całe rodziny spędzały czas podczas pikników na trawie. My wykąpaliśmy się w morzu – zabawne, że to ten sam Bałtyk co w Gdyni, a jednak wydawał się inny.

Kolejnego dnia wróciła na statek nasza chora załogantka – zmieniły się plany, będziemy płynąć do Karlskrony. Żałowaliśmy trochę Sztokholmu, ale co poradzić – podczas rejsów to przecież nie porty są najważniejsze.

Po wyjściu z portu kapitan zarządził, że „czas zmienić ten kuter rybacki w prawdziwy żaglowiec”. Nastąpił alarm do żagli. Podczas ich stawiania pracowali wszyscy – widzący i niewidomi. Fakt faktem, że osoby te nie mogły tak szybko jak my reagować na nieoczekiwane zmiany jakie następowały, gdy zmieniał się wiatr itd. Zawsze jednak czynnie uczestniczyli w alarmie i razem z innymi wybierali, luzowali, wiązali i rozwiązywali żagle. Tego dnia wreszcie pojawiło się trochę wiatru, bo do tej pory głównie płynęliśmy na silniku, słynnym zawiszowym silniku jak z U-boota, który miałam możliwość zobaczyć już pierwszego dnia. Dla mnie wyglądał niesamowicie i szalenie skomplikowanie.

 09_2014-07-09_DSCN2684_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek10_2014-07-09_DSCN2692_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 „Zawias” sunął na południe na grocie i bryfoku, który podobno rzadko jest używany, więc cieszę się, że mieliśmy okazję zobaczyć, jak pracuje na rei.

 

Po południu cumowaliśmy już w Karlskronie, tuż obok polskiego jachtu i dwóch (nie polskich, niestety) żaglowców.

 11_2014-07-10_DSCN2735_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 

Karlskrona to miasto położone na wielu wyspach w części zamieszkanych i zabudowanych kolorowymi, drewnianymi domami z białymi oknami, w części dzikich i porośniętych trawą lub skalistych. Zbudowane, by być dumą Królestwa Szwecji i jego główną stocznią, dokładnie przemyślane – z szerokimi alejami i prostymi kamienicami.

12_2014-07-10_DSCN2713_fot_Jeglorz_&_Pisarek13_2014-07-10_DSCN2719_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

  Ale to, co w nim najlepsze – mieści się w budynku Muzeum Marynarki Wojennej – skarbnicy wiedzy o żeglarstwie, morzu, marynarce w poprzednich wiekach i obecnie. Oryginalne galiony, drobny osprzęt ze statków, niesamowita łódź podwodna, dużo interaktywnych atrakcji, gdzie można się poczuć jak prawdziwy marynarz na osiemnastowiecznym statku. A przede wszystkim modele statków zgromadzone tam w drugiej połowie XVIII wieku z rozkazu króla Adolfa Fryderyka (po szwedzku: Adolf Fredrik). To wszystko zrobi ogromne wrażenie na każdym, a co dopiero na ludziach zakochanych w żeglarstwie.

 

Rejs był moim pierwszym bliższym spotkaniem z ludźmi niewidomymi. Oczywiście widywałam ich czasem gdzieś na ulicy, ale nie znałąm żadnego z nich bliżej. Tutaj przebywałam z nimi 24 godziny na dobę i odkrywałam ich świat. Na statku nie było osoby niewidomej od urodzenia (ciekawi mnie bardzo jak oni wyobrażają sobie świat, czy byliby go w stanie narysować) tylko osoby ociemniałe, które z czasem straciły wzrok. Myślę, że to jeszcze gorsze niż nie widzieć od urodzenia, bo oto nagle cały nasz świat znika. To tak jakbyśmy nagle zaczęli chodzić z opaskami na oczach… nowe wrażenia, doświadczenia, odczucia.

Dla tych, z którymi rozmawiałam, była to trudna zmiana. Musieli poświęcić dużo czasu by przyzwyczaić i pogodzić się z nową sytuacją. Udało im się jednak – czego dowodem jest udział w rejsie – i nieznikający z twarzy uśmiech. Są to ludzie zawsze z dobrym humorem, którzy potrafią śmiać się ze swojego kalectwa tak, że ja czułam się czasem zakłopotana. Na co dzień świetnie sobie radzą, pracują, uczestniczą w spotkaniach edukacyjnych o miejscu niewidomych w społeczeństwie, podróżują.

To ostatnie bardzo mnie zastanowiło – podróże? Oczywiście, czemu nie, tyle tylko, że większość z nas – turystów widzących odwiedza miejsca, by zobaczyć coś nowego: miasteczko, wodospad, widok, zabytek. Co więc mają z tego niewidomi?

Ważna jest sama podróż, przemieszczanie się, wyjście z domu. Przerwa w codzienności, możliwość spędzenia czasu z przyjaciółmi. Każde miejsce ma inną atmosferę, nowego zapachy, smaki. Uwielbiam kosztować lokalnych potraw, jak najwięcej rozmawiać z ludźmi, słuchać muzyki. Nie widzę, ale pozostały mi jeszcze inne zmysły, to właśnie dzięki nim „poznaję” podczas podróży. To fakt, nie zobaczę wodospadu, ale usłyszę odgłos wielu ton wody spadających w jednej sekundzie z ogromnej wysokości, poczuję zapach świeżości i kropelki wody na twarzy. I to musi mi wystarczyć. Korzystam też z wszelkich udogodnień dla niewidomych – w wielu miastach powstały już makiety zabytków w skali, które mogę sobie dokładnie „obejrzeć” dłońmi. Podobnie jest w muzeach, niestety nie wszystkich, dlatego tak ważne dla mnie jest, by wciąż przypominać innymi, że niewidomi to też ciekawi świata ludzie.

Po tak wyczerpującej odpowiedzi wiedziałam już – może nie wszystko, ale dużo.

 14_2014-07-09_DSCN2667_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 

 

Wieczorem w niedzielę, 13 lipca, udało nam się nareszcie wyjść z portu. Mieliśmy to zrobić już wcześniej, ale wiatr był niekorzystny, dopychający do kei, więc czekaliśmy. Tej nocy Zawisza zaczął w końcu przechylać się mocniej z jednej burty na drugą, wiatr niestety pozostawał tylko w granicach czwórki Beauforta. Część załogi wzięła od razu kurs na koje, by spokojnie przespać wszelkie bujanie i pojawiające się znienacka zawroty głowy. Ja za to spędziłam noc na pokładzie, mimo że miałam wachtę kambuzową. Szkoda było jednak marnować ten czas na spanie, gdy statek tak pięknie tańczy na falach, a po niebie przetaczają się chmury o dziwacznych kształtach. Spać będę w domu; tam nie ma takich widoków, niestety. Woda wlewała się na pokład, na szczęście nie na rufie, gdzie siedziałam, choć wiele razy wydawało mi się już, że będę mokra. To jednak tylko głupie złudzenie – pokład rufowy jest przecież wysoko nad wodą. Pomagałam osobom, które źle się czuły pod pokładem i przyszły zaczerpnąć świeżego powietrza. Mnie na szczęście choroba morska nie złapała, więc mogłam bez przeszkód cieszyć się chwilą i kontemplować tę piękną noc na morzu.

Nad ranem zrzuciliśmy żagle i kotwiczyliśmy przy skałach Bornholmu. Nad nami górowały majestatycznie ruiny zamku Hammershus, które poszliśmy zwiedzić. W międzyczasie mechanicy i kuk złowili ryby na obiad, więc po powrocie, jako wachta kambuzowa, zabrałam się do roboty.

Tymczasem zaczęło mocno padać, a my zbliżaliśmy się do miasteczka Rønne. Trzeba było poczekać, aż z portu wyjdzie prom, więc kręciliśmy ósemki na wodzie wśród rybackich bojek. Akurat stałam wtedy na sterze i choć z nieba lało mi się za kołnierz, to było wspaniałe. Lubię tak kręcić sterem – to ciekawsze niż na wachtach, gdy z reguły płynie się wciąż prosto przed siebie. Potem w końcu obraliśmy kurs na nabieżniki i wpłynęliśmy do portu. Tuż po nas przypłynął kolejny wielki prom, „pływająca szafa” rozwijająca prędkość 30 węzłów na otwartym morzu.

Spędziliśmy na Bornholmie jedną noc, rano wybraliśmy się jeszcze zwiedzić Rønne. Znów piękne miasto, stare, kolorowe, z pustymi uliczkami i zatłoczonym rynkiem.

Odpłynęliśmy przy pięknej, ale wietrznej pogodzie. Ostatnie stawianie żagli, bo zbliżaliśmy się już do końca rejsu. Ostatnia wachta, sterowanie, ostatnia noc na morzu. Mam nadzieję, że nie na długo się z nim pożegnam.

We wtorek, 15 lipca, rano wpłynęliśmy znów do portu w Gdyni.

Ten sam port, ta sama keja, a na niej już kolejna grupa zapaleńców – żeglarze drugiego etapu „Zobaczyć Morze”. Podekscytowani, bo ich dopiero czeka wspaniała przygoda.

15_2014-07-10_DSCN2734_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

Moja, póki co, już się kończyła – czas było wracać do domu. Wspomnienia jednak pozostają na zawsze, tak jak i przyjaźnie – podobno te zawiązane na morzu przetrwają wszystko. Bardzo się cieszę, że uczestniczyłam w tak śmiałym i niesamowitym przedsięwzięciu – dzięki niemu inaczej patrzę teraz na innych ludzi i zdobyłam ważne doświadczenie.

Na koniec kapitan zwołał jeszcze apel na rufie, dostaliśmy zaświadczenia, opinie i pamiątkowe koszulki. Nie mogło też zabraknąć zdjęcia całej załogi.

Na odchodne „Kapitan Zbieraj” powiedział nam:

– Do zobaczenia za… niedługo, bo Zawisza Czarny to nie żaglowiec – to choroba. Kto raz ją złapie, nie może o niej zapomnieć.

I, na szczęście, nie ma na nią żadnego lekarstwa.

Zuzanna Jeglorz
15 sierpnia 2014

 

25_2014-07-09_DSCN2693_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek 26_2014-07-10_DSCN2732_fot_Jeglorz_&_Pisarek 27_wakacje 2014 lipiec (1)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 28_wakacje 2014 lipiec (14)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 29_wakacje 2014 lipiec (15)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 30_wakacje 2014 lipiec (2)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 31_wakacje 2014 lipiec (22)_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek 32_wakacje 2014 lipiec (5)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 16_2014-07-06_DSCN2606_fot_Jeglorz_&_Pisarek 17_2014-07-06_DSCN2614_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek 18_2014-07-06_DSCN2615_fot_Jeglorz_&_Pisarek 19_2014-07-09_DSCN2645_fot_Jeglorz_&_Pisarek 20_2014-07-09_DSCN2648_fot_Jeglorz_&_Pisarek 21_2014-07-09_DSCN2649_fot_Jeglorz_&_Pisarek 22_2014-07-09_DSCN2655_fot_Jeglorz_&_Pisarek 23_2014-07-09_DSCN2661_fot_Jeglorz_&_Pisarek 24_2014-07-09_DSCN2688_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek

Foto: Zuzanna Jeglorz i Katarzyna Pisarek

 


Jeglorz_Zuzanna_2a

 

Zuzanna Jeglorz (urodzona i mieszkająca w Jastrzębiu-Zdrój) po rocznych kwalifikacjach  (2012/2013), będąc w trzeciej klasie gimnazjum, została uczennicą Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2013, polsko-rosyjska. Przepłynęła w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Gdańska do Civitavecchia (jej opinię o SzPŻ-2013 możecie przeczytać na naszej stronie). Obecnie uczy się w Liceum Ogólnokształcącym Towarzystwa Ewangelickiego w Cieszynie.

Pisarek_Katarzyna_2a

 

W rejsie Zawiszy Czarnego brała też udział Katarzyna Pisarek z Gołańczy, która po trwajacych przez cały rok szkolny eliminacjach również została uczenicą SzPŻ-2013. Obecnie uczennica jednego z liceów w Poznaniu.

 

 

Opinie pozostałych uczestniczek i uczestników SzPŻ-2013 – też na naszej stronie.

 

Żeglujmy Razem

Calendar

« November 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 
Jesień
– jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

•   Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

•   i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

•   Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

•   Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

•   Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

•   Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

•   Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

•   Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

•   Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

•   Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

•   Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

•   Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

•   Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

•   Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

•   Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

•   Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę polska.

•   Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

•   Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

•  Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
    Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
    A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

•   Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

•   Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

•   Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

•   Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

•   Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

•   Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

•   Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

•   Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

•   Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic na to nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.

Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią.
Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna  nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!
Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

Idzie jesień, a tu próżna kieszeń.

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień, brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień, ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę
z korca deszczu, garniec błota.

Pzdrwm_Robak

PS.
Za pocztówki dziękuję (w kolejności nadlatywania z czterech stron świata):

•   Kai (ze Shqipërii);
•   Kai, Mai i Witoldowi (z Finlandii, z rejsu Zaruskim);
•   Markowi (właśnie temu ze Świdnicy, a kartka była pantomimiczna z Wrocławia!);
•   Oli, Matyldzie, Mai, Strusiowi, Zuzi i Zuzi (skądże by, jak nie z Pogorii sześć pocztówek w jednej kopercie!);
•   Karolowi (z któregoś z rozlicznych festiwali);
•   Natalii (z Lidingo w Szwecji);
•   Łukaszowi (nie powiem, skąd);
•   Magdzie i Maszy (najpierw z Grecji, później ze Złotych Gór);
•   Oli (banan z Tennessee!);
•   Zuz-Ali (z Jastrzębia, ale i ze Zdroju);
•   Martynie (ciężko powiedzieć, skąd : );
•   Mirce i Stachowi (najpierw z Gruzji, a potem z Litwy);
•   Kasi (z jej rejsu na pokładzie jednostki czterokołowej Helena);
•   Krzysztofowi, znanemu jako "Kapitan" (z wędrówki po ostępach Montany i Yellowstone);
•   Ryśkowi (z rejsu, który prowadził dookoła Sycylii);
•   Kryspinowi (z Krakowa ale z Wieliczki);
•   Dorocie, Idze i Karolowi (z Kazimierza).

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

LISTOPAD...

Listopad to dla Polski niebezpieczna pora…

 

Cytat, jasne, kto pamięta – ten pamięta (prosimy o nienadsyłanie odpowiedzi), ale z tych, od których trudno się uwolnić.
Podobno nic tak nie cieszy, jak nieszczęście bliźniego, ale nie wiem, czy specjalnym pocieszeniem jest dla nas to, że innym listopad też dał się nieźle we znaki.

Wraca tu wspomnienie lektury (a dokładnie: słuchania – bo w samochodzie) wspomnień spisanych przez jednego z tuzów Polski przedwojennej.

Słuchanie mnie męczyło. Autor władał płynnie kilkoma językami, które nie przeszkadzały mu mówieniu i pisaniu, natomiast czytający aktor nie tylko nie znał żadnego z nich (więc można sobie wyobrazić, co wyprawiał na polu fonetycznym), ale zatrzymywał się przed co trudniejszymi (dla niego!) słowami jak np. Syłgudyszki, do tego z małopolska wymawiał „trz” jak „cz” (poczeba czeźwego czykrotnego począś­nię­cia), a jeszcze nie zawsze rozumiał, co czyta.
Treść jednak wynagradzała i zacierała wszelkie niedogodności.

Autorem jest kresowy ziemianin, z tytułem książęcym i genealogią, w której przewija się kilka domów królewskich, spokrewniony z… (łatwiej wymienić z kim nie), wysoki urzędnik w Rosji carskiej, równie wysoki w II Rzplitej, znający wszystkie jej najważniejsze postacie, znane z podręczników historii XX wieku.
Najkrócej scharakteryzować go można dwoma słowami (znów cytat): „Zabity arystokrata”. Nie bez powodu cytuję opinię Leonarda o hrabim Henryku, bo przy tej opowieści miałem cały czas wrażenie, że słucham przedłużonej kwestii tegoż Henryka właśnie, któremu nagle zabrakło Pankracego do dialogu.

Generalnie, postać to – dla mnie, tak po ludzku – niesympatyczna, o czym długo by mówić, ale jedno­cześ­nie obdarzona niezwykłym zmysłem obserwacji, doskonałym piórem i niebywałą inteligencją.
O ile, jak sądzę, nie do końca (jeśli w ogóle) rozumiał on procesy dziejące się wokół, jednak opisał je – i głównych ich aktorów – w sposób bezkonkurencyjny.
Jak najdalsza jest od niego polityczna poprawność. Charakteryzuje narody i ludzi w sposób taki, że dziś, gdy złodziejstwo nazywane jest „ekonomią alternatywną” (w zależności od tego, kto kradnie, rzecz jasna), a głupota – „mądrością à rebours” (w zależności od tego, czyja ona), sprocesowany by został – mimo majątku – do skarpetek za obrazę, krzywdzące stereotypy, anty- (tu by się sporo nazbierało), rasizm i różne takie.
Jak napisała zaprzyjaźniona Dama, która notabene mi tę lekturę poleciła: „arystokrata z krwi i kości, i z duszy. I ze wszystkimi swoimi wadami, jest jednak fascynujący, prawdziwy, intègre – ugryziesz i poczujesz mięso a nie galaretę. Czyta się jego relacje wspaniale. I wierzy się, że on tak naprawdę myślał. A czy słusznie myślał? To już inna para kaloszy. Czyli lubmy go za to, co zrobił: świetnie napisał swoje wspomnienia.”

Co to ma jednak wspólnego z listopadem?

Ano to, że jednym z najważniejszych wydarzeń dziejowych które ów pamiętnikarz opisuje jest bolszewicka rewolucja w Rosji, zwana październikową, ale której rocznicę obchodzono w listopadzie, bo w gnieździe carów zmienił się nie tylko despota, lecz i kalendarz (w końcu nie bez przyczyny podaję przy każdym miesiącu, że liczymy po gregoriańsku).

Opisy pierwszego etapu rewolucyjnego chaosu i terroru podnoszą włosy na głowie (tego w podręcznikach historii nie znajdziecie).
Autor spotyka (jakże by nie?) Lenina, Trockiego i Dzierżyńskiego i każdemu sporządza taki portret (podobnych nawet nie ma co szukać), że już tylko to mogłoby być powodem braterskiej interwencji dla podreperowania mentalności i moralności sąsiadów, którzy do dziś traktowani jako zagranica nie są. Dokładnie też opisuje przyczyny obu kataklizmów – I wojny światowej i rewolucji bolszewickiej – i jas­no wskazuje ich sprawcę: kajzerowskie Niemcy, opanowane przez militarystów w mundurach, owład­nięte żądzą podboju i rozszerzenia przestrzeni życiowej.

Te pamiętniki po prostu trzeba przeczytać. Korzystając, że wspomnienia te (trzy części wydano zbiorczo rok temu) nie zostały jeszcze wycofane z księgarni i bibliotek pod zarzutem obrazy, szargania, naruszania i podżegania. Ci od procesów widać jeszcze do nich nie dotarli… Nie chcąc ułatwiać im zadania, nazwis­ka nie powiem, nic to albowiem do rzeczy nie przyda. Kto chce – wyszuka.

 

Ale nie trzeba żadnych pamiętników (nawet spisanych przez tych, o których poeta pisał, że nie wszystko gra, gdy w ankiecie się „ziemianin były” ma), by wiedzieć, że listopad okazał się stokroć bardziej złonoś­ny dla Rosji niż dla Polski, choć i nas te wióry na dobre półwiecze zasypały. Słaba to więc pociecha.

Swoją drogą ciekawe, jak w tym roku obchodzono w Rosji ładną, okrągłą, setną  rocznicę wybuchu Wielikoj Oktiabrskoj, która – jak wszystko co bolszewickie – znaczy co innego niż napisane, bo jej rocznicę obchodzi się w listopadzie (o tym, dlaczego, przeczytacie w „Październiku”). Tym razem naczalstwo tego kraju nie beształo przywódców innych państw, może dlatego, że owi przywódcy dobrze pojęli wcześniejsze nauki i tym razem nikomu się nie wypsnęło, że dwa nieszczęścia nawiedziły Europę w XX wieku: bolszewizm i faszyzm.

Dość już jednak o tym, co – wciąż miejmy nadzieję – nie wróci.

My wróćmy do kalendarza.

 

 

Listopad – jedenasty miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

W sprawie etymologii rodzimej nie trzeba żadnego (z całym szacunkiem) Brücknera, by wywieść nazwę „listopad” od opadających liści (por. czes. listopad, ukr. листопад; chorw. listopad ‛październik’).

Etymologia łacińska nazwy używanej w większości krajów Unii jest znakomitą ilustracją dla sporej części unijnych procedur: nazwa miesiąca jedenastego November znaczy po łacinie „miesiąc dziewiąty”; (novem – dziewięć).
Nawet Grecy zdradzili dziedzictwo Homerowe i – mogąc wybierać między Pyanepsion (Πυανεψιών) i Maimakterion (Μαιμακτηριών) – używają zlatynizowanej nazwy Noembrios (Νοέμβριος). A później dziwią się, że pouczają ich Niemcy.
Można oczywiście mądrze tłumaczyć (co czynię już od września), że – od roku 46 p.n.e., gdy Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius) – stare nazwy liczebnikowe nie nadążyły za zmianami, ale nie zmienia to faktu, że „Jedenasty” nazywa się „Dziewiąty” i wszyscy się z tym zgadzają, nawet nie zauważając drobnej różnicy. Symbol czy przypadek? Przypadek czy hasło?
Ale i tak wolę już November od Brumaire’a, na którego podczas rewolucji Robespierre’a przypadała większość dni naszego listopada (jak pięknie słowo to brzmi…).

Opadły więc liście z drzew, laurów nie ma, a róże pomarły (znów cytat, prosimy o nienadsyłanie podpowiedzi).

 

Listopadowe rocznice

Noc z 31 października na 1 listopada to tzw. Halloween.
O co w tym chodzi – wiadomo i nie ma co opisywać, bo koń, jaki jest, każdy widzi. Pisanie, że jest to irlandzka z pochodzenia wigilia dnia Wszystkich Świętych jest bez sensu, bo i tak każdy wierzy, w co chce, najchętniej w to, co ksiądz z ambony powie. A bardzo tego święta nie lubią kościoły: katolicki, prawosławny i protestanckie – dziwnie w tym nielubieniu solidarne. Nic nowego. Kiedyś księża, popi i pastorzy tak samo nie lubili święta Dziadów.
A ileż uboższa byłaby nasza kultura i narodowa pamięć bez niego i tego, co z nim związane.

 

1 listopada w kościele rzymskokatolickim, anglikańskim i wielu kościołach protestanckich jest dniem Wszystkich Świętych (łac. festum omnium sanctorum) – odprawiane są wtedy msze za dusze wszystkich znanych i nieznanych świętych.
W Polsce i wielu innych krajach istnieje tradycja odwiedzana w tym dniu cmentarzy, palenia zniczy na grobach bliskich, ozdabiania ich kwiatami i modlenia się w intencji zmarłych. Zwyczaj ten ma charakter religijny, ale generalnie uznawany jest przez wszystkich jako dzień pamięci, czci i szacunku dla zmarłych.

W kościele prawosławnym, 1 listopada, wznoszone są modły w intencji zmarłych, gdy wierni idą odwiedzić groby swych bliskich. Jednak odpowiednik rzymskokatolickiego Dnia Wszystkich Świętych w kościele prawosławnym obchodzi się w pierwszą niedzielę po Pięćdziesiątnicy (Pentecoste, 50. dzień po zmartwychwstaniu Chrystusa, dzień zesłania Ducha Świętego na apostołów, w Polsce potocznie zwany Zielone Świątki) lub – według innych źródeł – w sobotę przed Pięćdziesiątnicą.

 

2 listopada to w kościele rzymskokatolickim Dzień Zaduszny (w Polsce zwany Zaduszkami) – dzień wspominania zmarłych.

 

3 listopada (1918) buntują się marynarze w Kilonii, co daje początek Rewolucji Listopadowej w Niemczech (część historyków uważa, że zaczęła się ona półtora tygodnia wcześniej, 29 października, buntem marynarzy z Wilhelmshaven).
Rewolucja doprowadza do abdykacji Wilhelma II i upadku Cesarstwa Niemieckiego (9 listopada 1918), zawieszenia broni kończącego I wojnę swiatową (11 listopada 1918) i powstania Republiki Weimarskiej, a trwa do 11 sierpnia 1919 – dnia podpisania konstytucji w Weimarze.
Zryw ten tak podekscytuje Trockiego i Lenina, że zechcą oni – „po trupie białej Polski” – rozszerzyć władzę Sowietów na Niemcy. Stalina ekscytowało to widać mniej i pewnie dlatego podziękować mu możemy za to, że Piłsudski przeprowadził swój manewr przez Wieprz bez przeszkód i ocalił Warszawę od hord prowadzonych (trzeba przyznać, że bardzo sprawnie) przez Tuchaczewskiego.

 

4 listopada przypada rocznica rzezi Pragi, dokonanej w 1794 przez wojska Suworowa. Rosjanie wymordowali ok. 20 tys. ludności cywilnej – tak Rosja utwierdzała swe stanowisko lidera Ligi Pansłowiańskiej.
Zachwycona postawą swego feldmarszałka i pogulanijem jego podkomendnych, niemiecka caryca prawosławnego imperium ustanowiła na cześć tego wydarzenia Крест за Прагу – Krzyż za Zdobycie Pragi z napisem „Za wysiłek i odwagę” (За труды и храбрость).

Jakimś cudem przemknęło to przez sita cenzury (nie lubili carów, ale w końcu to nie carowie wyrzynali praskie kobiety i dzieci tylko umundurowany lud) i przez cały okres PRL-u można było czytać u Mickiewicza, że najpierw Jasiński i Korsak

stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali
Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali

później, że Maciej Dobrzyński

sam jeden skoczył z wałów Pragi,
Bronić pana Pocieja, który, odbieżany
Na placu boju, dostał dwadzieście trzy rany

wreszcie zaś, że

wojna, atak, szturm, słychać wystrzały,
Jęk dzieci, płacze matek. – Tak mistrz doskonały
Wydał okropność szturmu, że wieśniaczki drżały,
Przypominając sobie ze łzami boleści
Rzeź Pragi, którą znały z pieśni i z powieści.

Jeśli ktoś zna rosyjski, niech koniecznie przeczyta relację Suworowa z bitwy praskiej przesłaną Piotrowi Aleksandrowiczowi Rumiancewowi, <http://wars175x.narod.ru/dc94_133.html>, w której opisane jest „znakomite zwycięstwo warszawskie” i nauczka, którą odebrała вероломная сия столица – „wiarołomna ta stolica”.

 

7 listopada (wg kalendarza gregoriańskiego; w juliańskim był to 25 października) 1917 rozpoczęła się w Rosji rewolucja bolszewicka, zwana później Październikową, Socjalistyczną lub Wielką (albo z wszystkimi epitetami naraz).
Wielką była, jeśli uwzględnić jej efekty, ale trwała zaledwie dwa dni, a wszelkie późniejsze opowieści o szturmach, walkach i bohaterstwie bolszewików („dokumentowane” fragmentami fabularnych filmów nakręconych kilka lat później) można między bajki włożyć.
Efekty? Co tu dużo mówić.
Norman Davies w Europie (str. 1328-9, wyd. ang. 1996) szacuje liczbę ofiar reżimu sowieckiego tylko w latach 1917-1953 na 54 miliony. Nie obejmuje to ofiar zabitych podczas II wojny światowej, które Davies ocenia na 8-9 mln. żołnierzy Armii Czerwonej (tamże), a Wiki na 8,7-13,8 mln.
Już tylko z zestawienia tych liczb z łączną liczbą poległych podczas II w. ś. w armiach amerykańskiej i brytyjskiej (Davies: 0,5 mln, Wiki: 0,8 mln), widać jasno, że rozkaz nr 227 z 28 lipca 1942 („Ani kroku wstecz!”, Ни шагу назад!) wydany przez Stalina był kolejnym aktem ludobójstwa, tym razem wobec własnych żołnierzy.

 

10 listopada urodziny obchodzi amerykański Korpus Piechoty Morskiej – U.S. Marine Corps – założony w roku 1775.

 

Urodziny obchodzą też państwa:

Polska (11 listopada 1918),
Angola (11 listopada 1975),
Łotwa (18 listopada 1918),
Liban (22 listopada 1943),
Surinam (25 listopada 1975),
Albania (28 listopada 1912).

11 listopada, w rocznicę zakończenia I wojny światowej, w USA obchodzony jest Dzień Weterana (Veterans Day) – święto honorujące wszystkich służących w Siłach Zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Jeśli 11 listopada wypada w weekend, dzień świąteczny przenoszony jest na piątek lub poniedziałek.

 

19 listopada (1493) wylądował w Portoryko Krzysztof Kolumb podczas swej drugiej transatlantyckiej podróży. Co dobrego przyniosło to plemionom zamieszkującym wyspę – odgadnijcie sami, jak pisał poeta, choć podobno zaczęło się od uratowania dwóch indiańskich kastratów.

 

W czwarty czwartek listopada Stany Zjednoczone świętują Dzień Dziękczynienia (w 2017 to 23.XI).
Historia sięga Pielgrzymów, czyli 102 osób płci obojga ze wspólnoty religijnej, która przybyła do Nowego Świata na statku Mayflower w 1620. Udało im się przeżyć rok prawdziwym cudem, bo jak inaczej nazwać to, że – gdy przybysze byli na skraju śmierci głodowej – z lasu wyszło dwóch Indian, którzy wszczęli konwersację po angielsku, wcześniej przedstawiwszy się jako Squanto i Samoset.
Gdy rok później, dzięki pomocy Indian, Pielgrzymom udało się zebrać pierwsze plony z pól – trudno się dziwić, że pierwsza wieczerza dziękczynna z indykami w roli głównej (konsumpcji oddawało się 53 białych i 90 Indian) trwała 3 dni.
Dwaj prostoduszni panowie S. nie zdawali sobie sprawy, że ich działalność charytatywna obróci się przeciwko nim, a owa uczta jest poniekąd stypą dla ich plemion – Wampanoagów i Wabanaków – i reszty Indian na kontynencie.
Formalnie Thanksgiving Day stał się świętem federalnym w 1863 za Lincolna, choć podobno pierwsze orędzie w tej sprawie podpisał Waszyngton.
Kanadyjczycy świętują Dziękczynienie (w Quebecu: Jour de l’Action de grâce) w drugi poniedziałek października.

Thanksgiving dinner jest dla Amerykanów tym, czym dla Polaków wieczerza wigilijna: robią wszystko, pokonują tysiące mil, by właśnie tego dnia zasiąść do rodzinnego stołu.
Zapytał mnie kiedyś amerykański znajomy, czy ja też obchodzę Thanksgiving. Odpowiedziałem, że to przede wszystkim jest święto moje i mnie podobnych pielgrzymów-imigrantów, którym udało się – lepiej lub gorzej – przetrwać kolejny rok, również dzięki pomocy takich jak on – dla nas będących współ­czes­ny­mi odpowiednikami Squanto i Samoseta. Pytający zdziwił się bardzo i zastygł był w zadumie na czas jakiś, po czym powiedział, że nigdy nie patrzył na to w ten sposób i że wiele w tym, co powie­dzia­łem, jest słuszności. Ile w tym, co powiedział, było poprawności politycznej – nie wiem.

Po dziękczynnym czwartku w USA następuje „czarny piątek” – Amerykanów ogarnia szał konsumpcji: sklepy organizują wyprzedaże, a kolejki (dobrze mówię: kolejki pod sklepami!) stoją czasem całą noc, co skądinąd jest okazją do zadzierzgania więzi towarzyskich. Nie są one jednak chyba zbyt trwałe, gdyż otwarcie sklepów nieodmiennie łączy się z szarżą tłumu i prawie co roku są ofiary śmiertelne (ale jest ich niewiele).

Zapamiętajcie rok
trzydziesty,
dzień dwudziesty dziewiąty
listopada:
dzień wzeszedł dla was, ta noc!

29/30 listopada 1830 rozpoczyna się polskie powstanie narodowe przeciw Rosji, zwane listopadowym.
Trwa do 21 października 1831.

Ujrzycie bohatery i karły,
i wojenniki, i gachy,
i dumne, pychą pojęte,
i podłe, jako gad liche,
i wyniosłe, i groźne, i ciche,
i zbrodnicze, i jako cud: święte.

Wyspiański powiedział. Nic dodać, nic ująć.
A jeśli ktoś chce zagłębiać się w szczegóły, niech zacznie od literatury i przeczyta Mariana Brandysa.

 

 

Znaki Zodiaku w listopadzie:
Skorpion (♏) – do 21 listopada
Strzelec (♐) – od 22 listopada.

Co czarny pijar mówi o Skorpionie, już było (w „Paździeniku) i nie było to przyjemne, oj nie! Ale Strzelce wszystkich dżenderów też niech się nie cieszą:

Osobnik spod tego znaku wykazuje dużo energii i pomysłowości – urodzony działacz społeczny. Oczywiście do czego się nie weźmie – to spieprzy. W dzieciństwie zabiera młodszym dzieciom cukierki. Ma skłonności do samogwałtu i podgląda w toalecie. Na starość pisuje wspomnienia, od początku do końca zmyślone.

Tu akurat CzPR przesadza, bo wszystkie wspomnienia, nie tylko Strzelców, są na ogół w większości zmyślone.
Ale prawdą jest, że swoim horoskopem cieszyć się mogą tylko Bliźnięta – najfajniejsza i najweselsza konstelacja w bloku.

 

Kwiat listopada (wielkiego wyboru nie ma) to:
chryzantema (Chrysanthemum indicum L.).
W Polsce (i sporej części Europy) kojarzy się ona tak jednoznacznie, że lepiej nie wspominać. Jedyna weselsza konotacja pochodzi z piosenki, ale też nie z oryginału a ludowej trawestacji: Chryzantemy złociste, przy nich pół litra czystej

Ciekawe, że w USA (poza Nowym Orleanem) chryzantema jest symbolem pogody ducha i optymizmu. Ale Nowy Orlean – wiadomo: parafie zamiast hrabstw, kilometry zamiast mil, dix zamiast ten i cmentarz Metairie. A na nim chryzantemy. Wszystko jasne.

 

Kamienie listopada:

topaz – symbol przyjaźni, ale również godności i bogactwa. Weźmy np. Biblię:

●   w Księdze Wyjścia (28:17) topaz był w pierwszym rzędzie drogich kamieni (razem z rubinem i szmaragdem) pektorału, który Mojżesz miał wykonac dla brata swego Aarona;
co to jest pektorał wszyscy wiedzą, ale dla porządku (za Słownikiem Doroszewskiego) przy­pom­nę, że był to napierśnik ozdobiony drogimi kamieniami noszony przez faraonów i ży­dow­skich arcykapłanów (od łacińskiego pectus = pierś);

●   w „Hymnie o mądrości” z Księgi Hioba (Hi 28:19), topaz jest wśród najdroższych klejnotów, za które mądrości kupić się nie da; nb. dokładny cytat brzmi „i topaz z Kusz nie dorówna”, co znaczy, że w najwyższej cenie były topazy z owej właśnie krainy (dziś jest to północny Sudan);

●   topaz jest jednym z atrybutów bogactwa i szczęśliwości króla Tyru, o czym posłyszał Ezechiel w swym widzeniu (Ez 28:13);

●   jest też topaz dziewiątą warstwą fundamentu miasta Jeruzalem czasów mesjańskich, przedstawianego przez Jana w Apokalipsie (Ap 21:20);

i cytryn – rzadka, makrokrystaliczna odmiana kwarcu.
Na temat cytrynu jeden z jubilerów pisze:

Wzmaga pewność siebie, silną wolę i kreatywność. Pomaga rozwiązywać problemy, zwiększa optymizm, entuzjazm i uczy, jak cieszyć się życiem. Rozprasza negatywną energią. Sprzyja osiągnięciu materialnego dobrobytu i powodzeniu w karierze zawodowej. Sprzyja leczeniu chorób serca, wątroby i nerek. Pomaga pozbyć się cellulitu. Przynosi ulgę przy wrzodach żołądka.

Czego to ludzie nie wymyślą, tylko żeby sprzedać… Ja bym jeszcze dodał „krawaty wiąże i przerywa ciąże”, bo jak już – to już. Swoją drogą, ciekawe na co (poza portfelem) działa kupiony w tym sklepie Swarovski?

W etymologie bawić się tym razem nie będziemy, bo zawędrujemy aż do sanskrytu, a to daleko, tak
w cza­sie jak i w przestrzeni.
Natomiast tu i teraz oba minerały występują w Polsce, w Sudetach oczywiście (Tatry są diamentem same w sobie) – w Górach Izerskich, Karkonoszach, Górach Sowich i Przedgórzu Sudeckim: Wzgórzach Strze­gom­skich i Strzelińskich

 

Imieniny w listopadzie obchodzą (między innymi, przecież nie mogę wymienić sześćdziesięciu imion!):

• Hubert (3 XI),
• Karolina (4 XI),
• Marcin (11 XI),
• Stanisław Choiński (13 XI),
• Elżbieta B. (19 XI),
• Katarzyna (25 XI),
• Andrzej (30 XI) – ale o andrzejkach nie będzie.

Najlepsze życzenia!

 

Urodziny
• Konrad, który urodził się w miesiącu listopadzie 1823 roku w Wilnie przy ulicy Ostrobramskiej, w klasztorze ks. ks. Bazylianów, przerobionym na więzienie stanu, w miejsce zmarłego właśnie Gustawa.
Więcej o urodzinach nie będzie. Za dużo się okazało chętnych i pominiętych, z czego tylko kłopot, ambaras i niesnaski.
Jubilatkom (czyżby damy obchodziły urodziny?) i jubilatom – wszystkiego najlepszego!

O ślubach też nie będzie – i tak każdy to robi na własne ryzyko.
W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
jedenasty miesiąc roku to:

białoruskiлістапад [listapad]
bośniackinovembar
bułgarskiноември [nojembri]
chorwackistudeni (chorwacki listopad to nasz październik)
czeskilistopad
kaszubskilëstopadnik (też: smùtan, lëstopad)
litewskilapkritis
łatgalskisolnys
łużycki (dolny)młośny (też: nowember)
łużycki (górny)nowember (też: nazymnik)
łotewskinovembris
macedońskiноември [nojembri] albo студен [studien]
rosyjskiноябрь [nojabr’]
serbskiновембар [novembar]
słowackinovember
słoweńskinovember (też: listopad)
ukraińskiлистопад [listopad]
żmudzkilapkrėtis

 

Przysłowia związane
z listopadem:

Czasem w listopad nie palisz
i rąbala precz oddalisz,
ale w grudniu –
musisz durniu.

Gdy w listopadzie
od południowego kraju grzmi,
znaczy niepłodność wszystkiego.

Jak na świętego Hieronima
jest deszcz, albo go nie ma,
to pod koniec listopada
pada, albo nie pada.

Jaka pogoda listopadowa,
taka i marcowa.

Jeszcze nie listopad,
a liść z drzewa opadł.

Listopada wiela wody,
na łąki wielkie wygody.

W listopadzie goło w sadzie.

W listopadzie grzmi,
rolnik dobrze śni.

W listopadzie
kapusty pełne kadzie.

W listopadzie
liście opadają,
a ludzie znicze
na grobach stawiają.

 

Przysłowia na
Wszystkich Świętych (1 XI)

We Wszystkich Świętych,
gdy się deszcz rozpada,
może słota potrzymać
do końca listopada.

Wszyscy Święci niezgodą,
wiatry ze śniegiem przywiodą.

Czasy niekiedy bywają,
że Wszyscy Święci w bieli przybywają.

Jeśli śnieg na Wszystkich Świętych zawiedzie,
to święty Marcin [11 listopada]
na białym koniu przyjedzie.

Na Wszystkich Świętych ziemia skrzepła,
to będzie zima ciepła,
a jak deszcz,
to trzeba będzie za piec wleźć.

Na Wszystkich Świętych mróz,
na Boże Narodzenie zima i susz.

 

Przysłowia na
św. Huberta (3 XI)

Kiedy swego czasu
goły las nastaje,
święty Hubert z lasu
cały obiad daje.

Jaki listopad trzeci,
taki marzec się kleci.

 

Przysłowia na
św. Marcina (11 XI)

Chmurny Marcin chętnie przyprowadza
łagodną zimę, mrozy straszne zgładza.

Gdy liście przed Marcinem nie opadają,
to mroźną zimę przepowiadają.

Gdy Marcin w śniegu przybieżał,
całą zimę będzie w nim leżał.

Gdy Marcinowa gęś po lodzie,
będzie Boże Narodzenie po wodzie.

Gdy mróz na świętego Marcina,
będzie tęga zima.

Jaki dzień na świętego Marcina,
taka będzie cała zima.

Jeśli na Marcina sucho,
to Gody (25 grudnia) z pluchą.

Jeśli na Marcina
wiatr z południa wieje,
lekkiej zimy daje nadzieje.

 

Przysłowia na
św. Stanisława (13 XI)

Na Stanisława Kostkę
ujrzysz śniegu drobnostkę,
a na Ofiarowanie [21 listopada]
przydadzą się sanie.

 

Przysłowia na
św. Marka (16 XI)

Deszcz w Marka,
ziemia w lecie jak skwarka.

 

Przysłowia na
św. Elżbiety (19 XI)

Zjawia to Elżbieta święta,
czy ta zima będzie cięta.

 

Przysłowia na
św. Katarzyny (25 XI)

Katarzyny dzień jaki,
cały grudzień taki.

Kiedy w świętą Katarzynę
lód nie stanie,
to gotuj sanie.

W Katarzynę z nieba nic nie spadnie,
będzie w przyszłym lutym
chyba jeszcze ładniej.

 

Przysłowia na
św. Zdzisława (28 XI)

Kiedy Zdzisiek rano szroni,
zima jest w zasięgu dłoni.

 

Przysłowia na
św. Andrzeja (30 XI)

Gdy święty Andrzej
ze śniegiem przybieży,
sto dni śnieg w polu leży.

Na św. Jędrzeja
trza kożucha dobrodzieja.

W wilją św. Andrzeja
jest dla dziewcząt nadzieja.

Zdybali się dwa Jędruchy:
jeden ślepy, drugi głuchy.

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

A jednak podam. Pamiętniki, o których piszę na początku tekstu, to:

Jałowiecki, Mieczysław. Na skraju Imperium i inne wspomnienia.
Warszawa : Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, [2000, 2003, 2005, 2012, 2013,  2014,  2015,  2017].
Liczba wznowień mówi sama za siebie. Niesamowita lektura!
Prawda: tylko dla dorosłych, ale nieposłuszna (a ciekawa) młodzież też może w nich znaleźć zadowolenie.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha