Zuzanna Jeglorz

Nie ma lekarstwa na Zawiszę

01_2014-07-09_DSCN2641_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek

Co pociąga nas w morzu najbardziej?

Ogromne, spienione fale przelewające się przez pokład? Wszechobecna wilgoć i słony posmak na ustach? Zachody i wschody słońca niczym z obrazów impresjonistów? Wiatr rozwiewający nam włosy? Prędkość, z jaką sunie żaglowiec rozbijając majestatycznie dziobem taflę wody? Widok białych żagli wypełnionych po brzegi wiatrem?

Czy żeglujemy dla tych pięknych widoków, czy może raczej z chęci przygody, podróży, zewu wolności?

Te pytania nie dawały mi spokoju. A nie kto inny odpowie mi na nie najlepiej, jak ten, kto tego morza po protu nie widzi.

Niewidomy żeglarz, czy to możliwe? – spytacie. I wielu innych pytało. Jednak – na szczęście – znaleźli się i tacy, dla których nie ma rzeczy niemożliwych. I tak – już po raz dziewiąty – Zawisza Czarny wypłynie w morze z załogą składającą się w połowie z ludzi niewidomych i niedowidzących. Wiedziałam już, gdzie szukać odpowiedzi. Tak więc: kierunek Gdynia!

 

Projekt „Zobaczyć Morze” to niesamowity pomysł znanego niewidomego szantymena Romana Roczenia. Zakochany w morzu, które znał tylko z piosenek, postanowił zrealizować swoje marzenie. Odbył kilka rejsów z kapitanem Januszem Zbierajewskim. Z każdego wracał z coraz większym doświadczeniem. Pojawiło się pytanie – dlaczego by nie wciągnąć w to więcej niewidomych? Sprawa nie była prosta, ale kapitan już był, znaleźli się i sponsorzy (głównym organizatorem jest Fundacja Gniazdo Piratów).

02_2014-07-10_DSCN2733_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

 W 2006 roku odbyła się pierwsza edycja „Zobaczyć Morze”. Zawisza Czarny wypłynął na Bałtyk z załogą w połowie niewidomą. Głównym założeniem było „każdy uczestnik jest samodzielny”. Zero przewodników, zero pomocnych lasek. Dla niewidomych było to spore wyzwanie, ale tego właśnie chcieli: poznać trudy pracy na żaglowcu, przekonać siebie i widzących, że bez wzroku też można sobie świetnie radzić.

 

„Zawiasa” w Gdyni znaleźć nie było trudno. W basenie portowym przy Skwerze Kościuszki, obok ORP Błyskawica wyróżniał się swoimi żółtymi masztami.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po wejściu na pokład, to dziwny układ pomieszczeń, który po chwili wywołał lekką panikę i zdziwienie niefunkcjonalnością (jak to: żeby dojść w nocy do toalety, muszę się ubrać w sztormiak i biec przez pokład?), by po kilku dniach być już tylko niezauważalnym szczegółem, dającym nawet mnóstwo zabawy (czy może być coś ciekawszego niż przeskakiwanie przez przelewające się przez pokład fale z wazą gorącej zupy w rękach?). Tak właśnie wyglądały nasze codzienne wycieczki z kambuza w nadbudówce, przez stromą zejściówkę do kubryku. Wszyscy bez wyjątku świetnie opanowali tę sztukę.

Przez pierwsze dni, zanim wszystkich poznałam, ciężko mi było stwierdzić, kto jest widzący, a kto nie. I muszę przyznać, że dość długo zajęło mi odkrycie tego (głupio było pytać wprost). W końcu na morzu każdy porusza się ostrożnie. Gdy buja, wszyscy łapią się lin, a osoby niewidome radziły sobie naprawdę świetnie. Na początku oprowadziliśmy ich raz po statku, zwracając uwagę, gdzie coś wystaje z pokładu, na co uważać. Wszystko dokładnie zapamiętali. Myślę, że pewnie nawet więcej razy potykałam się na tym osprzęcie niż oni. My – widzący nie zwracamy uwagi na takie drobnostki, myśląc, że je za każdym razem zobaczymy, później nie patrzymy pod nogi i … już leżymy na pokładzie!

W sobotę, 5 lipca – po zamustrowaniu i „zadomowieniu się” – mieliśmy spotkanie z kapitanem. Oczywiście był nim nie kto inny niż „Kapitan Zbieraj”. Są na świecie ludzie, którzy przy pierwszym poznaniu od razu nas denerwują, przerażają, zawstydzają. Są i tacy, którzy wzbudzają niewytłumaczalną sympatię i o których już po paru zdaniach myślimy „To jest ktoś!”. Kapitan Zbierajewski zdecydowanie zalicza się do tych drugich. Jestem osobą, która bardzo nie lubi wszelkich zakazów i regulaminów, dlatego też jego słynny regulamin o trzech paragrafach przypadł mi szczególnie do gustu!

Nie znacie? To też się nauczcie na pamięć: punkt pierwszy – ma być bezpiecznie; punkt drugi – ma być miło; punkt trzeci – koniec regulaminu.

03_2014-07-09_DSCN2689_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

 

W niedzielę, 6 lipca, pożegnaliśmy się ze stałym lądem, by przez kolejne dni mieć pod sobą tylko nieprzeniknioną toń morskiej wody. Przy wyjściu z portu honory oddały nam dwa wielkie polskie żaglowce – Dar PomorzaDar Młodzieży. I już za chwilę zaczęło się znów morskie życie, za którym tak tęskniłam przez ostatnie osiem miesięcy. Miałam akurat wachtę nawigacyjną. Trafiłam na „oko” i poczułam się szczęśliwa. Znów jestem na morzu, znów zaczyna się przygoda, i to jaka!

Jeśli o o mnie chodzi, wiem, co kocham w morzu najbardziej: wolność, którą mi daje i wiatr, przewiewający mnie na wskroś, tak że mam ochotę skryć się w łóżku pod ciepłą kołdrą, ale stoję niezmiennie w tym samym miejscu na pokładzie, oczarowana i zahipnotyzowana, wpatrując się w powolny ruch morskich fal.

04_2014-07-06_DSCN2602_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

Pierwszy dzień minął powoli i leniwie.

Po rejsie Pogorią w Szkole Pod Żaglami miałam wrażenie, że mam aż za dużo wolnego czasu. Z czasem zmieniło się to o 180 stopni: zastanawiałam się, jak to możliwe, że tam była szkoła i lekcje do odrobienia, a starczało mi jeszcze godzin na rozmowy z ludźmi i pisanie dziennika. Na razie jednak nie wiedziałam co robić, więc postanowiłam poznać bliżej załogę.

Część z załogantów to już prawdziwe wilki morskie. Niektórzy chcieli zobaczyć, jak funkcjonuje żaglowiec w porównaniu z kilkuosobowym jachtem. Byli też i tacy, którzy żeglowali po raz pierwszy, wcześniej nie mając w ogóle styku z żeglarstwem.

 05_2014-07-09_DSCN2657_fot_Jeglorz_&_Pisarek

Z późniejszych rozmów wiem, że większość „połknęła bakcyla”, aczkolwiek była też jedna – no, może dwie osoby, które stwierdziły, że to jednak nie dla nich.

Resztę dnia spędziłam słuchając muzyki – tej na żywo oczywiście – gdyż mieliśmy na pokładzie dwóch wspaniałych gitarzystów, dzięki którym cały „Zawias” rozbrzmiewał wciąż szantami i w niejedną noc siedziało się do rana śpiewając piosenki, jak to na rejsie przystało.

 06_wakacje_2014_lipiec_(11)_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 

Noce te były wyjątkowo jasne – płynęliśmy do Sztokholmu, coraz dalej na północ, w stronę dnia polarnego. Drogę wyznaczała nam nieznikająca jasna łuna nad horyzontem. Dni były bardzo długie, a słońcu coś się pomieszało i zamiast wschodzić na świtówce, wstawało już na „psiaku”.

Na wachtach było bardzo przyjemnie. W myśl głównej zasady – „każdy uczestnik jest samodzielny” – niewidomi także pełnili funkcje, oczywiście oprócz „oka”. Często to właśnie oni najwięcej sterowali – wychodziło im to bardzo dobrze. Z początku może się to wydawać dziwne – ktoś, kto nie widzi, ma kierować statkiem? Z drugiej jednak strony, ja, osoba widząca, sterując opierałam się głównie na kompasie pokazującym mi kurs i wychyleniu steru. Oni też mieli te dane – podawała im je przez słuchawki „gaduła”, czyli specjalne urządzenie. Dlaczego więc nie mieliby sterować? Z tego założenia wyszli też organizatorzy rejsu. Dla niewidomych było to nie lada przeżycie, podobnie jak ich wejścia na „bocianie gniazdo”. To robiło ogromne wrażenie, także na mnie – ktoś, kto nie widzi, wspina się na maszt, to tak jakby centymetr po centymetrze zbliżał się w stronę swoich marzeń, zostawiając wszystkie słabości w dole.

 

Podczas wacht najbardziej lubiłam przesiadywać w kabinie nawigacyjnej. Jest to dla mnie niejako mózg i serce statku w jednym. To tu leżą mapy, przyrządy, piętrzą się książki o nawigacji, radar ostrzega przed niebezpieczeństwami. To tu wykreśla się pozycję na mapie, uzupełnia dziennik pokładowy, to tu kapitan podejmuje decyzje o zmianie kursu, a w tle słychać tylko rozmowy innych statków przez radio. Na ekranie komputera widać dokładnie naszą przebytą, a także zaplanowaną trasę oraz wszystkie inne potrzebne informacje: prędkość naszą i innych statków, czas, w którym dopłyniemy do celu czy przetniemy kurs jakiegoś statku. Wszystko to jest podane jak na tacy, dlatego też niesamowity wydaje mi się fakt, że przecież takie udogodnienia mamy dopiero od kilkudziesięciu lat.

07_2014-07-09_DSCN2680_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

 Dopiero tutaj zdałam sobie sprawę jak naprawdę niebezpieczne były wyprawy wielkich odkrywców, gdy płynęli w nieznane, bez żadnej mapy, po prostu przed siebie. Dlatego też razem z koleżanką Kasią wypytywałyśmy o wszystko, by umieć poradzić sobie bez GPSa.

Nasz wspaniały oficer cierpliwie odpowiadał i uczył. I tak zrobiliśmy log, by zliczyć prędkość, obliczaliśmy odległość do horyzontu, wyznaczaliśmy pozycję za pomocą linijki, kompasu i latarni na brzegu… Bo, choć żyjemy w XXI wieku w dobie elektroniki, dostępu do internetu i coraz lepszych przyrządów pomiarowych, to na morzu nie trudno przecież o awarię, dlatego te umiejętności nigdy nie stracą na wartości.

 

Trzeciej nocy, z wtorku na środę, przy wschodnim wybrzeżu Gotlandii, zdarzyła się mała awaria. Rozmawialiśmy sobie właśnie, gdy nagle spostrzegliśmy, że księżyc krąży po niebie. Zmieniliśmy mocno kurs – pytanie tylko, dlaczego? Jak się okazało, jedna z załogantek miała problemy zdrowotne. Niestety, były na tyle poważne, że musieliśmy wezwać służby przybrzeżne. Dziewczyna została przewieziona na zachodnie wybrzeże do szpitala w Visby. My włączyliśmy silnik cała naprzód i zaczęliśmy opływać wyspę, by dotrzeć tam nazajutrz. Akurat zmywałam wtedy naczynia w pentrze, ale przed sobą miałam bulaje, przez które obserwowałam ląd. Bardzo to sympatyczny szczegół w kambuzie na „Zawiasie” : )

Do portu wpłynęliśmy we środę, 9 lipca, po obiedzie. Była krótka odprawa, a później mieliśmy wolne: można było iść zwiedzać miasteczko, które już z daleka wyglądało niezmiernie ciekawie. Byłam bardzo podekscytowana, bo był to mój pierwszy pobyt w Skandynawii.

Spacerowaliśmy ślicznymi uliczkami Visby, wśród starych budynków zarośniętych kwiatami i podpatrywaliśmy ludzi. Napisy na budynkach i język brzmiały dla mnie obco i dziwnie. Zupełnie inna to kultura niż nasza, a tym bardziej niż ludzi z południa. Jest raczej cicho i spokojnie. Miasto było piękne, choć wydawało się trochę sztuczne – aż za idealne, by było prawdziwe.

08_wakacje_2014_lipiec_(6)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

Wieczorem poszliśmy nad morze, gdzie całe rodziny spędzały czas podczas pikników na trawie. My wykąpaliśmy się w morzu – zabawne, że to ten sam Bałtyk co w Gdyni, a jednak wydawał się inny.

Kolejnego dnia wróciła na statek nasza chora załogantka – zmieniły się plany, będziemy płynąć do Karlskrony. Żałowaliśmy trochę Sztokholmu, ale co poradzić – podczas rejsów to przecież nie porty są najważniejsze.

Po wyjściu z portu kapitan zarządził, że „czas zmienić ten kuter rybacki w prawdziwy żaglowiec”. Nastąpił alarm do żagli. Podczas ich stawiania pracowali wszyscy – widzący i niewidomi. Fakt faktem, że osoby te nie mogły tak szybko jak my reagować na nieoczekiwane zmiany jakie następowały, gdy zmieniał się wiatr itd. Zawsze jednak czynnie uczestniczyli w alarmie i razem z innymi wybierali, luzowali, wiązali i rozwiązywali żagle. Tego dnia wreszcie pojawiło się trochę wiatru, bo do tej pory głównie płynęliśmy na silniku, słynnym zawiszowym silniku jak z U-boota, który miałam możliwość zobaczyć już pierwszego dnia. Dla mnie wyglądał niesamowicie i szalenie skomplikowanie.

 09_2014-07-09_DSCN2684_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek10_2014-07-09_DSCN2692_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 „Zawias” sunął na południe na grocie i bryfoku, który podobno rzadko jest używany, więc cieszę się, że mieliśmy okazję zobaczyć, jak pracuje na rei.

 

Po południu cumowaliśmy już w Karlskronie, tuż obok polskiego jachtu i dwóch (nie polskich, niestety) żaglowców.

 11_2014-07-10_DSCN2735_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 

Karlskrona to miasto położone na wielu wyspach w części zamieszkanych i zabudowanych kolorowymi, drewnianymi domami z białymi oknami, w części dzikich i porośniętych trawą lub skalistych. Zbudowane, by być dumą Królestwa Szwecji i jego główną stocznią, dokładnie przemyślane – z szerokimi alejami i prostymi kamienicami.

12_2014-07-10_DSCN2713_fot_Jeglorz_&_Pisarek13_2014-07-10_DSCN2719_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

  Ale to, co w nim najlepsze – mieści się w budynku Muzeum Marynarki Wojennej – skarbnicy wiedzy o żeglarstwie, morzu, marynarce w poprzednich wiekach i obecnie. Oryginalne galiony, drobny osprzęt ze statków, niesamowita łódź podwodna, dużo interaktywnych atrakcji, gdzie można się poczuć jak prawdziwy marynarz na osiemnastowiecznym statku. A przede wszystkim modele statków zgromadzone tam w drugiej połowie XVIII wieku z rozkazu króla Adolfa Fryderyka (po szwedzku: Adolf Fredrik). To wszystko zrobi ogromne wrażenie na każdym, a co dopiero na ludziach zakochanych w żeglarstwie.

 

Rejs był moim pierwszym bliższym spotkaniem z ludźmi niewidomymi. Oczywiście widywałam ich czasem gdzieś na ulicy, ale nie znałąm żadnego z nich bliżej. Tutaj przebywałam z nimi 24 godziny na dobę i odkrywałam ich świat. Na statku nie było osoby niewidomej od urodzenia (ciekawi mnie bardzo jak oni wyobrażają sobie świat, czy byliby go w stanie narysować) tylko osoby ociemniałe, które z czasem straciły wzrok. Myślę, że to jeszcze gorsze niż nie widzieć od urodzenia, bo oto nagle cały nasz świat znika. To tak jakbyśmy nagle zaczęli chodzić z opaskami na oczach… nowe wrażenia, doświadczenia, odczucia.

Dla tych, z którymi rozmawiałam, była to trudna zmiana. Musieli poświęcić dużo czasu by przyzwyczaić i pogodzić się z nową sytuacją. Udało im się jednak – czego dowodem jest udział w rejsie – i nieznikający z twarzy uśmiech. Są to ludzie zawsze z dobrym humorem, którzy potrafią śmiać się ze swojego kalectwa tak, że ja czułam się czasem zakłopotana. Na co dzień świetnie sobie radzą, pracują, uczestniczą w spotkaniach edukacyjnych o miejscu niewidomych w społeczeństwie, podróżują.

To ostatnie bardzo mnie zastanowiło – podróże? Oczywiście, czemu nie, tyle tylko, że większość z nas – turystów widzących odwiedza miejsca, by zobaczyć coś nowego: miasteczko, wodospad, widok, zabytek. Co więc mają z tego niewidomi?

Ważna jest sama podróż, przemieszczanie się, wyjście z domu. Przerwa w codzienności, możliwość spędzenia czasu z przyjaciółmi. Każde miejsce ma inną atmosferę, nowego zapachy, smaki. Uwielbiam kosztować lokalnych potraw, jak najwięcej rozmawiać z ludźmi, słuchać muzyki. Nie widzę, ale pozostały mi jeszcze inne zmysły, to właśnie dzięki nim „poznaję” podczas podróży. To fakt, nie zobaczę wodospadu, ale usłyszę odgłos wielu ton wody spadających w jednej sekundzie z ogromnej wysokości, poczuję zapach świeżości i kropelki wody na twarzy. I to musi mi wystarczyć. Korzystam też z wszelkich udogodnień dla niewidomych – w wielu miastach powstały już makiety zabytków w skali, które mogę sobie dokładnie „obejrzeć” dłońmi. Podobnie jest w muzeach, niestety nie wszystkich, dlatego tak ważne dla mnie jest, by wciąż przypominać innymi, że niewidomi to też ciekawi świata ludzie.

Po tak wyczerpującej odpowiedzi wiedziałam już – może nie wszystko, ale dużo.

 14_2014-07-09_DSCN2667_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 

 

Wieczorem w niedzielę, 13 lipca, udało nam się nareszcie wyjść z portu. Mieliśmy to zrobić już wcześniej, ale wiatr był niekorzystny, dopychający do kei, więc czekaliśmy. Tej nocy Zawisza zaczął w końcu przechylać się mocniej z jednej burty na drugą, wiatr niestety pozostawał tylko w granicach czwórki Beauforta. Część załogi wzięła od razu kurs na koje, by spokojnie przespać wszelkie bujanie i pojawiające się znienacka zawroty głowy. Ja za to spędziłam noc na pokładzie, mimo że miałam wachtę kambuzową. Szkoda było jednak marnować ten czas na spanie, gdy statek tak pięknie tańczy na falach, a po niebie przetaczają się chmury o dziwacznych kształtach. Spać będę w domu; tam nie ma takich widoków, niestety. Woda wlewała się na pokład, na szczęście nie na rufie, gdzie siedziałam, choć wiele razy wydawało mi się już, że będę mokra. To jednak tylko głupie złudzenie – pokład rufowy jest przecież wysoko nad wodą. Pomagałam osobom, które źle się czuły pod pokładem i przyszły zaczerpnąć świeżego powietrza. Mnie na szczęście choroba morska nie złapała, więc mogłam bez przeszkód cieszyć się chwilą i kontemplować tę piękną noc na morzu.

Nad ranem zrzuciliśmy żagle i kotwiczyliśmy przy skałach Bornholmu. Nad nami górowały majestatycznie ruiny zamku Hammershus, które poszliśmy zwiedzić. W międzyczasie mechanicy i kuk złowili ryby na obiad, więc po powrocie, jako wachta kambuzowa, zabrałam się do roboty.

Tymczasem zaczęło mocno padać, a my zbliżaliśmy się do miasteczka Rønne. Trzeba było poczekać, aż z portu wyjdzie prom, więc kręciliśmy ósemki na wodzie wśród rybackich bojek. Akurat stałam wtedy na sterze i choć z nieba lało mi się za kołnierz, to było wspaniałe. Lubię tak kręcić sterem – to ciekawsze niż na wachtach, gdy z reguły płynie się wciąż prosto przed siebie. Potem w końcu obraliśmy kurs na nabieżniki i wpłynęliśmy do portu. Tuż po nas przypłynął kolejny wielki prom, „pływająca szafa” rozwijająca prędkość 30 węzłów na otwartym morzu.

Spędziliśmy na Bornholmie jedną noc, rano wybraliśmy się jeszcze zwiedzić Rønne. Znów piękne miasto, stare, kolorowe, z pustymi uliczkami i zatłoczonym rynkiem.

Odpłynęliśmy przy pięknej, ale wietrznej pogodzie. Ostatnie stawianie żagli, bo zbliżaliśmy się już do końca rejsu. Ostatnia wachta, sterowanie, ostatnia noc na morzu. Mam nadzieję, że nie na długo się z nim pożegnam.

We wtorek, 15 lipca, rano wpłynęliśmy znów do portu w Gdyni.

Ten sam port, ta sama keja, a na niej już kolejna grupa zapaleńców – żeglarze drugiego etapu „Zobaczyć Morze”. Podekscytowani, bo ich dopiero czeka wspaniała przygoda.

15_2014-07-10_DSCN2734_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

Moja, póki co, już się kończyła – czas było wracać do domu. Wspomnienia jednak pozostają na zawsze, tak jak i przyjaźnie – podobno te zawiązane na morzu przetrwają wszystko. Bardzo się cieszę, że uczestniczyłam w tak śmiałym i niesamowitym przedsięwzięciu – dzięki niemu inaczej patrzę teraz na innych ludzi i zdobyłam ważne doświadczenie.

Na koniec kapitan zwołał jeszcze apel na rufie, dostaliśmy zaświadczenia, opinie i pamiątkowe koszulki. Nie mogło też zabraknąć zdjęcia całej załogi.

Na odchodne „Kapitan Zbieraj” powiedział nam:

– Do zobaczenia za… niedługo, bo Zawisza Czarny to nie żaglowiec – to choroba. Kto raz ją złapie, nie może o niej zapomnieć.

I, na szczęście, nie ma na nią żadnego lekarstwa.

Zuzanna Jeglorz
15 sierpnia 2014

 

25_2014-07-09_DSCN2693_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek 26_2014-07-10_DSCN2732_fot_Jeglorz_&_Pisarek 27_wakacje 2014 lipiec (1)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 28_wakacje 2014 lipiec (14)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 29_wakacje 2014 lipiec (15)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 30_wakacje 2014 lipiec (2)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 31_wakacje 2014 lipiec (22)_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek 32_wakacje 2014 lipiec (5)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 16_2014-07-06_DSCN2606_fot_Jeglorz_&_Pisarek 17_2014-07-06_DSCN2614_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek 18_2014-07-06_DSCN2615_fot_Jeglorz_&_Pisarek 19_2014-07-09_DSCN2645_fot_Jeglorz_&_Pisarek 20_2014-07-09_DSCN2648_fot_Jeglorz_&_Pisarek 21_2014-07-09_DSCN2649_fot_Jeglorz_&_Pisarek 22_2014-07-09_DSCN2655_fot_Jeglorz_&_Pisarek 23_2014-07-09_DSCN2661_fot_Jeglorz_&_Pisarek 24_2014-07-09_DSCN2688_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek

Foto: Zuzanna Jeglorz i Katarzyna Pisarek

 


Jeglorz_Zuzanna_2a

 

Zuzanna Jeglorz (urodzona i mieszkająca w Jastrzębiu-Zdrój) po rocznych kwalifikacjach  (2012/2013), będąc w trzeciej klasie gimnazjum, została uczennicą Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2013, polsko-rosyjska. Przepłynęła w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Gdańska do Civitavecchia (jej opinię o SzPŻ-2013 możecie przeczytać na naszej stronie). Obecnie uczy się w Liceum Ogólnokształcącym Towarzystwa Ewangelickiego w Cieszynie.

Pisarek_Katarzyna_2a

 

W rejsie Zawiszy Czarnego brała też udział Katarzyna Pisarek z Gołańczy, która po trwajacych przez cały rok szkolny eliminacjach również została uczenicą SzPŻ-2013. Obecnie uczennica jednego z liceów w Poznaniu.

 

 

Opinie pozostałych uczestniczek i uczestników SzPŻ-2013 – też na naszej stronie.

 

Żeglujmy Razem

Calendar

« July 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

LATO

 

– Ładnie dzisiaj… chociaż nie bardzo… No, jednak… Słowem, nie brzydko, a to najważniejsze… Tak. Nie pada deszcz, nie ma też śniegu.
– To byłoby dziwne, jest przecież lato.
– Proszę mi wybaczyć, właśnie to chciałem powiedzieć… chociaż dowie się pani, że można się wszystkiego spodziewać.
– Zapewne.
– Na tym świecie, proszę pani, niczego nie możemy być pewni.

 

* * *

Pyszne lato, paw olbrzymi,
stojący za parku kratą,
roztoczywszy wachlarz ogona,
który się czernią i fioletem dymi,
spogląda wkoło oczyma płowymi,
wzruszając złotą i błękitną rzęsą.
I z błyszczącego łona
wydaje krzepkie krzyki,
aż drży łopuchów zieleniste mięso,
trzęsą się wielkie serca rumbarbaru
i jaskry, które wywracają płatki
z miłości skwaru,
i rozśpiewane, więdnące storczyki.


O, siądź na moim oknie, przecudowne lato,
niech wtulę mocno głowę w twoje ciepłe pióra
korzennej woni,
na wietrze drżące — —
niech żółte słońce
gorącą ręką oczy mi przesłoni,
niech się z rozkoszy ma dusza wygina
jak poskręcany wąs dzikiego wina. —

 

= = = = = = =

Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego, na półkuli północnej najcieplejsza… bla-bla-bla.

Ponieważ to – było nie było – kalendarz, więc zbiór cytatów i silva rerum z cyklu „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie!”, nie od rzeczy będzie po raz kolejny „palnąć koncept z kalendarza”, czyli polecieć stereotypem. Ale miłym, bo któż z pokoleń pamiętających rok 1960 nie śpiewał:

Lato, lato, lato czeka,
Razem z latem czeka rzeka,
Razem z rzeką czeka las,
A tam ciągle nie ma nas .

Już za parę dni, za dni parę
Weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów, Pitagoras – bądźże zdrów ,
Do widzenia wam „canto, cantare”!

Dla tych, którzy nie pamiętają: to fragment piosenki z filmu Szatan z siódmej klasy – tego oryginalnego, z roku 1960, w reżyserii Marii Kaniew­skiej, w którym debiutowała na ekranie studentka polonistyki Pola Raksa (poróżniła nas, za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał – śpiewa od 1982 roku Grzegorz  Markowski z Perfectu tekstem Bogdana Olewicza). Co dodaję, bo jest też wersja tego filmu z roku 2006, której autorów wymieniać, przez grzeczność, nie będę.
Przez tę samą grzeczność (choć z innych pobudek) dodam, że tekst piosenki napisał Ludwik Jerzy Kern, muzykę – Witold Krzemieński, a wersję oryginalną zaśpiewała Halina Kunicka z Orkiestrą Taneczną PR pod dyrekcją Edwarda Czernego. Szacunek!

==========================

Lato astronomiczne rozpoczyna się od przesilenia letniego i kończy z równonocą jesienną.

Przesilenie letnie Słońca (solstycjum) na półkuli północnej wypada w dniu, kiedy Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – leżącym na północnym równoleżniku 52°13’ – wynosi 61°14’. Podczas przesilenia dzień jest najdłuższy (a noc najkrótsza) w roku.

Równonoc (ekwinokcjum) to dzień, w którym Słońce góruje w zenicie nad równikiem; zdarza się dwa razy w roku: jako początek wiosny (równonoc marcowa – wiosenna) i koniec lata (równonoc wrześniowa – jesienna). Podczas równonocy długość dnia równa jest długości nocy. W dniach równonocy Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Łatwo wtedy można obliczyć szerokość geograficzną miejsca obserwacji: wystarczy zmierzyć w stopniach wysokość górującego Słońca i odjąć tę wartość od 90º.
W centrum Warszawy (52°13’ szerokości geograficznej północnej) dokładny pomiar powinien wykazać właśnie 52°13’.

W pierwszym ćwierćwieczu XXI w. lato na półkuli północnej zaczyna się 21 czerwca (jedynym wyjątkiem jest rok 2024: 20 czerwca, ale 69 minut przed północą!) i trwa do równonocy jesiennej, czyli do 22 lub 23 września
(2018 – 23 IX).

Podczas lata astronomicznego dzień jest dłuższy od nocy, jednak z każdą dobą dnia ubywa, a nocy przybywa. Słońce wschodzi coraz później i góruje na coraz mniejszych wysokościach nad horyzontem.
Za miesiące letnie na półkuli północnej uznaje się czerwiec, lipiec i sierpień.
Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku: tam miesiące letnie to grudzień, styczeń i luty.

 

Lato klimatyczne to ten okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza przekraczają 15°C. Pomiędzy latem klimatycznym i sąsiednimi klimatycznymi porami roku nie ma etapów przejściowych, w przeciwieństwie do zimy poprzedzanej przedzimiem i następującym po niej przedwiośniem.

 

Rzeczownik „lato” w liczbie pojedynczej dawniej (a dziś w gwarach) znaczył „rok”.

Mąż z królem Bolesławem poszedł na Kijowiany
Lato za latem bieży, nie masz go z bojowiska

pisał Mickiewicz (w jakim utworze – wiadomo).
W języku ogólnopolskim przetrwał w tym znaczeniu do dziś: w liczbie mnogiej rzeczownika „rok”, jako jego forma supletywna. A i w gwarach ma się jak najlepiej: latoś znaczy tyle co ‘w tym roku’, a latosi – ‘tegoroczny’.

 

W terminologii kościelnej istnieje termin „miłościwe lato” oznaczający Rok Jubileuszowy lub Rok Święty (Annum Sanctum), połączony z odpustem, którego jednym z warunków jest odwiedzenie określonych kościołów: niegdyś tylko w Rzymie, dziś – na całym świecie.
Po raz pierwszy obchodzono go w roku 1300 za papieża Bonifacego VIII. Pierwotnie miał się powtarzać co 100 lat, ale zaraz Klemens IV skrócił ten okres o połowę, a Paweł II do 25 lat.
Do tego dochodzą „okazje specjalne”, np. Pius XI ogłosił rok 1933 Świętym dla przypomnienia 1900. rocznicy śmierci Chrystusa, a Benedykt XVI za Annum Sanctum uznał rok 2008, w drugie tysiąclecie od narodzin św. Pawła.

 

Latem, od V w., Kościół wschodnio-chrześcijański obchodził koimesis (gr. Κοίμησις, zaśnięcie) Najświętszej Maryi Panny w przeświadczeniu, że Maryja nie umarła jak zwykły człowiek, lecz została zabrana do Nieba.
W chrześcijaństwie zachodnim, kiedy w VII w. to święto zostało przyjęte w Rzymie, termin „zaśnięcie” został zastąpiony przez „wniebowzięcie”.
W Kościele katolickim, w roku 1950, Pius XII, ogłosił dogmat, stwierdzający, że Maryja, po zakończeniu ziemskiego życia, mocą Bożą została z ciałem i duszą wzięta do wiecznej chwały.

Cerkiew prawosławna obchodzi święto Zaśnięcie Bogurodzicy 15 sierpnia (28 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego).

Protestanci przeciwstawiają się dogmatowi o wniebowzięciu, podając jako argument brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat w Biblii.

W Polsce dzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia) jest wolny od pracy. Tego samego dnia obchodzone jest Święto Wojska Polskiego (przywrócone w 1992).

Święto Wniebowzięcia nazywane jest Świętem Matki Boskiej Zielnej, ponieważ w czasie obrzędów błogosławi się wiązanki ziół i kwiatów.
Według wiary ludowej pobłogosławiony bukiet nabiera cudownych, leczniczych właściwości. Wierni, wracając z kościoła, zostawiali go wśród upraw, gdzie miał przynieść szczęście w zbiorach. Po kilku dniach bukiet zabierany był do domu: najpierw obnoszono go po izbach, a później przechowywano w eksponowanym miejscu, które dawało pewność, że jego moc będzie działała.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
lato to:

białoruskiлетa [lieta]
bośniackiljeto
bułgarskiлято [liato]
chorwackiljeto
czeskiléto
kaszubskilato
litewskivasara
łużycki (dolny)lěśe
łużycki (górny)lěćo
łotewskivasara
macedońskiлетo [lieto]
rosyjski
летo [lieto]

serbskiлетo [lieto]
słowackileto
słoweńskipoletje
ukraińskiліто [lito]
żmudzkivasara

 

Przysłowia związane z latem:

Co się w lecie zarobi,
tym się w zimie żyje.

Co w lecie nogami,
to w zimie rękami.

Dobra nowina:
będzie lato, poszła zima.

Idą za szczęściem
iáko iáskołki zá látem.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto latem pracuje,
zimą głodu nie poczuje.

Kto latem w chłodzie,
ten w zimie o głodzie.

Kto w lecie nie zbiera,
w zimie przymiera.

Kto w lecie próżnuje,
w zimie nędzę czuje.

Latem zbiera baba grzyby,
a chłop w niedzielę
idzie z wędą na ryby.

Lecie mi go nie chłódź,
zimo mi go nie grzej.
[o człowieku, któremu dogodzić trudno, i tak mu źle i tak niedobrze]

Lepsze jedno lato niż dwie zimy.

Mnima káżdy iż wiecznie
Iuż ták ma być láto
.

[Rej, Wizerunk własny żywota człowieka poczciwego, 1558]

Na to jak na lato.
[wyrażenie oznaczające wielką ochotę, skwapliwą zgodę]

O, co bym ja dała za to,
gdyby zawsze było lato.

To pewna nowina:
bywszy lato, będzie zima.

Trzebá się rozmyśláć ná to
Iż nie iutro będzie láto.
[Rej, Zwierciadło, 1568]

W lecie bez roboty,
w zimie bez butów.

Za lata zbieraj na zimę.

 

Przysłowie na
Matkę Boską Szkaplerzną
(16 VII)

Wraz z Szkaplerzną Matką
na zagon, czeladko!

 

Przysłowia na
Wniebowzięcie N.M.P.
(15 VIII)

Do Marji Wniebowstąpienia
miej w stodole połowę mienia.

Gdy w pogodę do nieba Maria wstępuje,
wino Węgrom obfite jesień obiecuje.

Marji Wniebowstąpienie
czyni reszty zboża plenie.

Na Wniebowzięcie
pokończone żęcie.

Pogoda na Wniebowzięcie,
ciężkie ziarno wnet po sprzęcie

W Wniebowzięcie Panny Marji
słońce jasne,
będzie wino godnie kwaśne.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytaty na wstępie:
Ionesco, Eugène. Lekcja (La Leçon). (1950) Tłum. Jan Błoński.

Pawlikowska-Jasnorzewska, Maria. „Pyszne lato”. Niebieskie migdały (1922)

LIPIEC...

Lipiec – siódmy miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 31 dni.

W staropolszczyźnie i w gwarach siódmy miesiąc roku nazywano również lipień. Do dziś tę nazwę zachował język ukraiński (липень) i białoruski (ліпень).

Według Aleksandra Brücknera (1856-1939) – filologa i slawisty, historyka literatury i kultury polskiej, znawcy staropolszczyzny – nazwa pochodzi od kwitnących lip (po litewsku ‘lipiec’ i ‘lipa’ to liepa). Ponieważ lipy kwitną na przełomie czerwca i lipca, stąd nazwa tego drzewa w różnych językach słowiańskich może wchodzić do nazw każdego z tych miesięcy, np. w chorwackim lipanj to czerwiec (lipiec to srpanj, a sierpień – kolovoz).

Lipiec to również miód zbierany z kwiatu lipowego i napój alkoholowy robiony z tego miodu.
Jankiel, chcąc spacyfikować warchołów, wiedział, jak kusić patriarchę Dobrzyńskich:

Każę przynieść kozice, basetlę, dwie skrzypiec,
A pan Maciek Dobrodziej lubi stary lipiec
I nowego mazurka

Większość języków europejskich nazywa siódmy miesiąc roku wariantami nazwy łacińskiej obowiązującej od 46 roku p.n.e.: Iulius.
Wcześniej tenże okres nazywał się Quintilis – „piąty miesiąc”; (quinque to po łacinie pięć, quintus – piąty), ale właśnie w 46 p.n.e. Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).

Jeśli ktoś uważa, że w takim czy innym kraju różne organizacje przesadnie podmaślają się rządowi, to niech wie, że naprawdę może być gorzej: miesięcy od panujących premierów, prezydentów czy monarchów jeszcze się nie nazywa.

A w Rzymie (republikańskim!) i owszem: nazwa została nadana miesiącowi na cześć Juliusza Cezara (Gaius Iulius Caesar), który wtedy obchodził urodziny. Gdybyśmy już tak zupełnie poszli w ślady Rzymian, to ciekawie mogłyby się nazywać np. maj, czerwiec, sierpień i kilka innych.

Owidiusz, w poemacie o kalendarzu rzymskim, nie zdążył dojechać do lipca i zamącić w głowach potomnych swą wydumaną etymologią. Na nasze szczęście (i jego nieszczęście) prace nad Fasti (8 r. n.e., już cesarstwo) przerwał imperator Oktawian, dożywotnio zsyłając poetę do Dacji (kiedyś tam będzie Rumunia – napisał Kaczmarski). Rzekomo za nieskromność Ars amatoriaSztuki kochania, ale to wymyślili tzw. moraliści; tak naprawdę nie wiemy za co. Faktem jest jednak, że jeszcze w roku 1930 celnicy amerykańscy nie wpuścili tego dzieła w angielskim tłumaczeniu.

 

 

4 lipca to w USA Święto Niepodległości obchodzone w rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości (4th of July).

Deklaracja to jednak nie to samo co uzyskanie niepodległości – 4 lipca 1776 zbuntowani koloniści opubliko­wali jedynie swe pobożne życzenie. Dziś mówi się o tym „wola narodu”, ale historię piszą zwycięzcy.  W momencie ogłoszenia Deklaracji trwała już Wojna Rewolucyjna (za jej początek przyjęło się uznawać 19 kwietnia 1775) między kolonistami i armią brytyjską, a jej koleje mogły potoczyć się różnie; jaki byłby los schwytanych rebeliantów w razie wygranej Imperium, lepiej nie wspominać. Ponieważ buntownicy wygrali – pozostali przy nazwie „Patrioci”, wielkodusznie przyznając miano „lojalistów” tym, którzy pod władzą Jerzego III chcieli zostać (a później dali nogę do Kanady).
Dziś w Polsce przeciwników politycznych nazywa się zupełnie inaczej – i chyba na tym też polega różnica. Różnica wobec czego? No jak to – nie wiecie, że wróbelek tym się różni, że ma jedną nóżkę bardziej od drugiej?

Formalnie, w świetle prawa międzynarodowego, USA zostały uznane za suwerenne państwo na mocy kończącego wojnę Pokoju Paryskiego, podpisanego 3 września 1783 w Wersalu, w którym Wielka Brytania uznała niepodległość Stanów Zjednoczonych.

 

6-14 lipca – w Pampelunie (Kraj Basków w granicach Hiszpanii) to dni poświęcone obchodom ku czci prawie mitycznego biskupa Fermina, żyjącego w III w., dziś świętego. Po hiszpańsku obchody nazywają się Sanfermines, a mają do siebie to, że wówczas każdy (no dobrze: prawie każdy) może sobie pobiegać po ulicach z bykami (co z kolei nazywa się encierro).

Encierro dosłownie znaczy „zamknięcie”, a chodzi o to, że w różnych miastach w krajach, gdzie corrida jeszcze jest dozwolona, byki przepędza się – ulicami miasta – z zagrody na stadion. Zwierzęta ktoś musi poganiać, nierzadko więc zdarza się, że buzujący testosteron nagle przemieszcza przepędzaczy zza byków przed byki.

Bycze gonitwy w Pampelunie zyskały międzynarodową sławę dlatego, że w powieści Słońce też wschodzi  (1926) opisał je Hemingway (wierzę, że właśnie dlatego, bo cenię Hemingwaya).

 

14 lipca – święto narodowe Francji w rocznicę zburzenia Bastylii w 1789.

W Bastylii siedziało wówczas siedmiu więźniów: czterej fałszerze, dwaj psychicznie chorzy i hrabia Hubert de Solage – zamknięty na życzenie rodziny, która twierdziła, że to za grzeszną miłość do siostry, ale jak zwykle chodziło o pieniądze i to wcale niemałe.

Dziesięć dni wcześniej przeniesiono z Bastylii do zakładu dla umysłowo chorych (wtedy mówiono „dom wariatów”) w Charenton markiza de Sade; rękopis jego Stu dwudziestu dni Sodomy został w Bastylii i – dzięki jej splądrowaniu przed zburzeniem – ocalał.

Przy okazji: kto nie widział filmu Marat/Sade (1967) w reżyserii Peter Brooka, według sztuki niemiec­kie­go dramatopisarza Petera Weissa – ten niewiele widział! Zamiast opowiadania o filmie wystarczy podać jego pełny tytuł: Prześladowanie i zabójstwo Jean-Paula Marata w wykonaniu pensjonariuszy zakładu dla obłąkanych w Charenton w reżyserii Markiza de Sade (The Persecution and Assassination of Jean-Paul Marat as Performed by the Inmates of the Asylum of Charenton Under the Direction of the Marquis de Sade).

Marat akurat tutaj pasuje, bo zmarł 13 lipca (1793, a wolę nawet nie patrzeć na datę jego urodzin), ale o tym monstrum rewolucji przeczytacie za rok. Dość okropieństw na teraz.

 

21 lipca 1969 (02:56:15 GMT, w USA był wciąż 20 lipca) Neil Armstrong wykonał na Księżycu mały krok człowieka, ale gigantyczny skok ludzkości.

Tak, wierzę w to, że naprawdę tam byli. W coś trzeba wierzyć!

 

22 lipca – święto państwowe w PRL, obchodzone na pamiątkę rocznicy ogłoszenia Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w 1944 r., zwanego Manifestem Lipcowym.

Jak to zawsze w sowietyzmie bywało: to prawda – ale taka sama jak w tym, że na Placu Czerwonym rozdawano samochody marki wołga.

 

Manifest PKWN został zatwierdzony i podpisany przez Stalina 20 lipca 1944 w Moskwie, tam wydruko­wany (co łatwo można stwierdzić oglądając krój czcionki użytej w oryginalnych egzemplarzach) i tam też – 22 lipca 1944 – ogłoszony, choć jako miejsce ogłoszenia podano Chełm. 

Nie był to pierwszy i nie ostatni przypadek, kiedy hegemon tworzył jakieś swoje satelickie państewko wokół rządu przyniesionego w teczce. 

Problem zaczyna się robić poważniejszy, gdy to państewko okazuje się być naszym, a pogłębia – gdy wychodzi na jaw, że ten państwowy kreacjonizm jest częścią planu zakrojonego na długie, długie lata.

Stalin – bez wątpienia najbardziej efektywny polityk pierwszej połowy XX wieku i jakiego kiedykolwiek miała Rosja (jeśli ktoś nie wierzy, niech sobie dokładnie obejrzy odpowiedni dział atlasu historycznego) – był o wiele ostrożniejszy niż jego zachodni uczeń, naśladowca i przez wiele laty przyjaciel Adolf Hitler: słów na wiatr nie rzucał. Głośno reklamowana „tysiącletnia rzesza” przetrwała lat zaledwie tuzin, a jakoś nie pamiętam, by propaganda sowiecka kiedykolwiek ujmowała okres istnienia imperium w jakieś limity czasowe. Wszyscy po prostu wiedzieli, że jest wieczne i kropka. To, że totalitarny moloch ZSRR przetrwał – w epoce błyskawicznych zmian XX wieku – bez mała 3/4 stulecia, jest fenomenem. Pobić ten wynik mogą tylko komunistyczne Chiny, ale dopiero za 5 lat.

 

PKWN był właśnie takim rządem przyniesionym w teczce z Moskwy. Złożony z marionetek wykonywał ruchy wymuszane przez sznurki pociągane przez Głównego Lalkarza.

Wszystko oczywiście – jak to zawsze w sowietyzmie bywało – przy pozorach zachowania wymogów demokracji obowiązujących w wolnym świecie.

Dziś, co młodszym i z mniejszą wyobraźnią polityczną, trudno uwierzyć, że w sowieckim systemie istniały żywiołowe kampanie wyborcze i najprawdziwsze wybory, podczas gdy wszystkich kandydatów (i kandy­datki) wystawiała jedna, jedyna partia. Wybrani zasiadali zaś w organach władzy i na ustawy wniesione przez ich partię głosowali tak, jak im ich partyjne sumienie nakazywało. A kiedy zdarzył się wśród nich jakiś bezpartyjny (tacy też bywali – miało być przecież „przy pozorach zachowania wymogów demokracji”), który czasem bohatersko wstrzymał się od głosu, naród go nosił na rękach i miał za bohatera.

 

Od 1 sierpnia 1944 r. siedzibą PKWN stał się Lublin i dlatego często zwano go Komitetem Lubelskim, a i odezwie z 22 lipca przyklejano czasem nazwę „Manifest lubelski”, choć niby wszyscy wiedzieli, że ogłoszono go... w Chełmie, oczywiście.

Lublin... No cóż, powie ktoś, że po prostu był po drodze i na to piękne miasto padło. Nie wierzę w to ani na deko, bo w propagandzie totalitarnej przypadków nie ma. Po prostu wystarczy przypomnieć sobie z jaką słynną unią kojarzony był Lublin przez 375 lat i wszystko stanie się jasne. Litwa mogła być tylko sowiecka, a Lublin – siedzibą pierwszego rządu wolnej Polski. Brzmi? Brzmi!

To, co głosił Manifest, było oczywiście istotne dla przyszłości tworzonego właśnie kraju, ale nie było w tym nic ani dziwnego, ani zaskakującego – przynajmniej dla tych, którzy wiedzieli.

 

„Trzy razy w ciągu ostatnich 150 lat zachodni najeźdźcy pustoszyli europejską część Rosji”.

Stalin powiedział to już w Teheranie, gdy w listopadzie 1943 spotykał się z Rooseveltem i Churchil­lem, by omówić strategię przeciwko hitlerowskim Niemcom – i tego się trzymał ustalając cenę za stwo­rzenie frontu wschodniego. Podczas spotkania w Jałcie, w lutym 1945, dni Trzeciej Rzeszy były już policzone, a żądania Stalina – konkretne.

Jak w Teheranie tak i w Jałcie przywódcy Zachodnich Demokracji okazywali mu pełne zrozumienie i po­par­cie.
Rooseveltowi chodziło, by po zamknięciu frontu europejskiego, Uncle Joe stworzył front azja­tycki przeciwko Japonii, co liczyło się bardziej niż głosy Polonii w wyborach.
Głowa bolała za to Churchilla: jak wytłumaczyć swoim wyborcom (i reszcie Brytyjczyków), czemu podpisuje się pod aktem sprzedaży totalitarnemu i ludobójczemu systemowi blisko 200 milionów ludzi z Europy Wschodniej i Środ­kowej. A największy headache miał z powodu Polski: sporo ludzi w Brytanii pamiętało pakty i wypo­wiedze­nie wojny w 1939, Bitwę o Anglię i naszywki Poland na rękawach brytyjskich wszak mundurów.

Obaj Strażnicy Demokracji Zachodnich za każdym więc razem prosili usilnie Lwa Kaukazu, by obiecał wszem i wobec, że pomoże odbudować nową, demokratyczną Polskę, urządzi demokratyczne wybory i że w ogóle będzie się zachowywał szlachetnie i po rycersku (tak mówił FDR i są na to dokumenty).

Stalin kiwał głową i potwierdzał, bo wiedział, że nie jest ważne, jak głosują ludzie, tylko kto liczy głosy.

Lecz uspokaja ich gospodarz,
Pożółkły dłonią głaszcząc wąs:
„Mój kraj pomocną dłoń im poda,
Potem niech rządzą się, jak chcą.”

napisał 40 lat później Jacek Kaczmarski, dając w swym wierszu lapidarne podsumowanie Jałty i dokonań XX-wiecznego triumwiratu.

Jak Polska mogła się rządzić do 1989 roku – wiadomo (i nie ma w tym żadnej aluzji do tego, jak rządzi sie teraz!), ale jeszcze Kaczmarski:

Nie miejcie żalu do Churchilla,
Nie on wszak za tym wszystkim stał,
Wszak po to tylko był Triumwirat,
By Stalin dostał to, co chciał.

Komu zależy na pokoju,
Ten zawsze cofnie się przed gwałtem –
Wygra, kto się nie boi wojen,
I tak rozumieć trzeba Jałtę.

[...]

Nie miejcie więc do Trójcy żalu,
Wyrok historii za nią stał
Opracowany w każdym calu –
Każdy z nich chronił, co już miał.

 

Jasne! Przecież Churchill tak pięknie rok później rozpaczał jeżdżąc po Ameryce i Brytanii, i lejąc przed tłumami krokodylowe łzy wołał [aż wstyd tłumaczyć na polski, więc zostawiam w oryginale]:

From Stettin in the Baltic to Trieste in the Adriatic an iron curtain has descended across the Continent. Behind that line lie all the capitals of the ancient states of Central and Eastern Europe. Warsaw, Berlin, Prague, Vienna, Budapest, Belgrade, Bucharest and Sofia; all these famous cities and the populations around them lie in what I must call the Soviet sphere, and all are subject, in one form or another, not only to Soviet influence but to a very high and in some cases increasing measure of control from Moscow.

Miał po stokroć rację, że nikt się nawet nie zająknie, iż to za jego podpisem zapadła „żelazna kurtyna”, bo najlepsza metoda złodziejskiej ucieczki to kręcenie się w kółko z okrzykiem „Łapaj złodzieja!”

 

Zachodni sojusznicy bez mrugnięcia okiem zgodzili się, by Armia Czerwona została tam, gdzie stąpnie stopa krasnoarmiejca. Stalin więc dostał nawet więcej niż chciał, bo dwie strefy buforowe. Po kilku przesunięciach były to:  Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś, i Ukraina – wcielone do Imperium jako republiki oraz pas wpół niepodległych państw satelickich: Finlandia, Polska, NRD, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria.

W ostatnim momencie uniknęła sowietyzacji Austria, później Jugosławia i Albania (które wprowadziły własne wersje reżimu), a na końcu, w 1956, – wywinęła się jakoś Sowietom Finlandia (poczytajcie o Karim). Reszta mapy była aktualna do roku 1989.

Byłaby pewnie dalej, gdyby nie niewielkie stosunkowo państwo leżące na bezdrożach środkowej Azji… Afganistan. Ale to już jest zupełnie inna historia, a jej dalszy ciąg przeczytacie w grudniu.

 

I tak rozumieć trzeba Manifest PKWN.

A w lipcowe rocznice na ulicach pojawiały się stra­ga­ny (pańs­two­we) z kieł­ba­są, bale­ro­nem (– Wi­dzisz, synku? Tak wyglą­da baleron! – Aha!), wędzo­ny­mi makre­lami i szprotami, śledziami w słoikach i innymi niedostępnymi na co dzień w sklepach towarami. Później było trochę lepiej, bo makrele częściej bywały w sklepach, ale to i tak nie pomogło.

 

25 lipca – dzień św. Krzysztofa; w niektórych parafiach z tej okazji odbywa się autosacrum – poświęcenie pojazdów. Tego samego dnia, z inicjatywy m.in. Duszpasterstwa Kierowców, w polskim Kościele obchodzony jest Dzień Bezpiecznego Kierowcy.

Komendant Główny Policji, p. Jarosław Szymczyk , zachwycał się w 2018 roku (policja nie podała dokładnej daty zachwytu) tym, co było w Polsce na drogach rok wcześniej.
W podsumowaniu roku 2017 pan Komendant nie podał konkretnie liczby wypadków ani liczby zabitych na drogach.
Podał – i to jest stopień mistrzostwa w kamuflażu – dane liczbowe z roku… 2008. Zaś rok 2017 z właści­wym sobie wdziękiem ujął optymistycznie:

Liczba wypadków drogowych spadła o 1.142. W ich wyniku życie straciło około 220 osób mniej, zaś rannych było mniej o 1.599 osób. To najlepsze wyniki od roku 2008.

Starsze pokolenie pamięta – rok 1980, kabaret „Tey”, program „Z tyłu sklepu”:

– Nie mówi się „jedno koło zepsute”! Mówi się: „Traktor ma trzy koła dobre”!
– Przecież to to samo!
– Ale jak brzmi!

Jeśli ktoś nie wierzy – bo przecież pan Komendant nie występował w kabarecie, a do tego mówił o spra­wach tragicznych – może zajrzeć: Policja online, Biuletyn Informacji Publicznej: Statystyka.

Oczywiście dokładne dane policyjne można znaleźć, ale zupełnie gdzie indziej. Za to z podsumowania pana Komendanta widzimy, że wyniki są najlepsze (w domyśle pierwszym: „za rządów obecnych rządów”, w domyśle drugim: „za rządów pana Komendanta Szymczyka”). I o to chodzi! Brawo ten pan!

 

W liczbach bezwzględnych: w 2017 r. w Polsce doszło do 32 760 wypadków drogowych: na drogach zginęło 2831 osób, a rannych w wypadkach było 39 466 osób.

„Śmiertelność drogowa” (jak nazywa to prasa) w Polsce wynosiła w 2017 roku 79 osoby na milion, przy średniej unijnej 51.

W 2012 na polskich drogach zginęło 3571 ludzi, a ok. 45 tys. zostało rannych.

W 2014 w Polsce w 34 970 wypadkach drogowych zginęły 3202 osoby, a 42 545 zostało rannych.
Niewiele ponad 3000 mieszkańców mają np. Oleszyce (3039), Chorzele (3072), Pyzdry (3185), Zakroczym (3208), Biała Rawska (3212), Myszyniec (3389).

W 2015 w Polsce w 32701 wypadkach zginęły 2904 osoby, a 39 457 zostało rannych.

Mniej więcej 2900 mieszkańców mają: Ryn (2900), Łobżenica (2975), Złoty Stok (2844), Nowe Miasteczko (2842), Knyszyn (2821).

40 tysięcy mieszkańców mają: Mińsk Mazowiecki (40 383), Chojnice (40 004) i Świdnik (39 885).

 

Tak, to prawda, że w roku 2017 – w porównaniu do 2008 – liczba wypadków drogowych zmalała, podobnie jak liczba zabitych i rannych. Ale – podam jeszcze raz – zginęło 2831 ludzi, a rannych było 39 466.

2805 mieszkańców ma Wąchock.
Świdnik ma 39 885 mieszkańców, Nowa Sól – 39 258, Bolesławiec – 39 167.

I teraz wyobraźcie sobie, że w ciągu jednego roku znika w Polsce 3-tysięczne miasto, a wszyscy mieszkańcy 40-tysięcznej aglomeracji leżą w szpitalu.

Mimo to polska prasa się nasładza, że „na polskich drogach jest coraz bezpieczniej”, a kierowcy z resztą narodu pomstują na radary, ograniczające wolności obywatelskie.

Pewnie to myślenie antypaństwowe, ale sądzę, że na Polskę i pięciu św. Krzysztofów byłoby mało.

 

Ostatnia niedziela lipca – święto obchodzi rosyjska marynarka wojenna (Военно-Морской Флот России).

 

 

Znaki Zodiaku w lipcu:

Rak (♋) – do 21 lipca
Lew (♌) – od 22 lipca.

O Raku było przy omawianiu czerwca, więc nie ma co powtarzać. Ale po nim przychodzi Lew. Wiadomo: król, władca, moc, potęga, duma, szlachetność, szczodrość, wspaniałomyślność. Czyli: bla-bla-bla, bo przecież to napisały o sobie albo same Lwy (i Lwice), albo ci, którzy od nich czegoś chcieli. A gdy tylko nie owijać prawdy w bawełnę, to zaraz się to nazywa „czarny PR”.

No bo tak:

Urodzeni pod znakiem Lwa od najmłodszych lat mają skłonności do narkomanii, pijaństwa i najbardziej brutalnej rozpusty. Nie lubią się uczyć, z trudem kończą szkoły, nawet specjalne. Uwielbiają krzywoprzy­sięstwo, dlatego bardzo chętnie zeznają przed sądem. Zdemaskowani wywołują awantury i dantejskie sceny. W życiu rodzinnym Lwy na szczęście nie uczestniczą.

Nic dodać, nic ująć – i niech kto powie, że Bliźnięta nie są najlepsze!

 

Kwiaty lipca:

ostróżka (Delphinium L.) – bylina (na ogół) z tej samej rodziny co jaskier, często używana jako roślina ozdobna. W terminologii angielskiej nazywana larkspur (dosł. „skowrończy pazur”), która to nazwa używana jest również wobec ostróżeczki (Consolida Gray) – też jaskrowatej, ale już nie byliny. Wprowadza to pewne zamieszanie, ale tylko teoretyczne: obie rośliny są nie tylko podobne ale mocno trujące, znaczy: ludzie wiedzą, co gadają.

Szperając po znaczeniach tzw. alfabetu kwietnego wynalazłem, że ostróżki oznaczają głupie postępowanie, niedojrzałość. Ciekawe, czy ten, kto to wymyślił, chciał zasugerować, że zamiast, jak podrostek, dawać kwiaty z podtekstem, lepiej od razu otruć?

 

lilia wodna (Nymphea L.) nazywana też nenufarem (ciekawe, kto skojarzy sobie z tym kwiatem Józefa Toliboskiego?), mająca wspólnego przodka z lotosem, przez naukę nazywana – za przeproszeniem uszu dam (jak mawia Geograf) – „grzybieniem”. Dlatego, jeśli ktoś chce sobie przypomnieć, jak wyglądają lilie wodne, odsyłam do cyklu obrazów z liliami wodnymi Claude’a Moneta (Les Nymphéas), a nie do realistycznych fotografii, na których będą zwyczajne grzybienie.

Trzeba przyznać, że nasi botanicy, dając taką nazwę spokrewnionym z lotosami roślinom, których łacińskie nazwy nawiązują do nimf, ondyn, bogiń zwycięstwa czy potwornej ale pięknej gorgony Euriale, nie wykazali się nadmiarem poetyckiej wrażliwości.
Nie wpadłby na pomysł nazwania nenufarów „grzybieniami” Juan Ramón Jiménez, który swój drugi (1900) poetycki tomik zatytułował właśnie Ninfeas, ale gdyby szukał synonimów, w hiszpańskim miał wybór między „różą Wenus” a wziętym z języka guarani słowem aguapé – homonimem pięknego greckiego ἀγάπη, agápē, oznaczającego miłość w jej najwyższej formie.
A co powiedziałby pan Toliboski, gdyby się dowiedział, że wchodził do stawu nie po nenufary a po „grzybienie”?

W mowie kwiatów lilie oznaczają czystość.  

Co oznaczają lilie wodne? No cóż – kontekst wprowadzony przez przydawkę nazwową (płynność? kaskada? oddanie przez gotowość do zanurzenia?) sprawia, że wszystko zależy od interpretacji indywidualnej.

I nie chcę nawet myśleć, co symbolizować może coś o nazwie „grzybień”. 

 

Kamień lipca:

rubin – po prostu trójtlenek glinu (Al2O3) skombinowany z jonami chromu, ale bardzo szlachetny, bardzo rzadki, bardzo drogi i do tego symbolizujący zadowolenie.
Z najcenniejszych – najbliżej Polski znajduje się 250-karatowy rubin z korony św. Wacława, przechowywanej w katedrze św. Wita, Wacława i Wojciecha w Pradze.
We wczesnym chrześcijaństwie rubin symbolizował krew Chrystusa.
Rocznica rubinowa to 35 lat pozostawania w związku małżeńskim – lub jakimkolwiek.

 

Generalnie lipiec to bardzo porządny miesiąc i nie byłoby się już można do niczego w nim przyczepić, gdyby tylko jego znakiem zodiaku były Bliźnięta. Niestety (jego strata!) nie są.

Lipiec jednak rehabilituje się imieninami, które obchodzą:

Elżbieta (5 VII), ale tak znaczna część Elżbiet uciekła od św. Aragońskiej do św. Sprawiedliwej (23 IX), św. Heskiej (18 VI) czy rozlicznych swoich patronek listopadowych, że trudno się połapać, kiedy zaprzyjaźniona Ela imieniny wyprawia;

Olga (11 VII), które to imię ma rodowód skandynawski bo Olga Kijowska była z Waregów, a choć święta i chrześcijaństwo na Ruś przyniosła, to tacy Drewlanie jej nie lubili (gołębie i wróble też nie);

Krzysztof (25 VII) – wiadomo dlaczego, ale jeśli ktoś nie wie, dodamy, że to także patron żeglarzy, podróżników, flisaków, pielgrzymów, biegaczy, kierowców, a także mostów oraz miast położonych nad rzekami. Ostatnio pięknie znaczenie imienia wyraził (przy wzniosłej okazji!) po rosyjsku Oleg Biespałow: Под именем Кшиштоф ребёнка крестили – то есть «Возлюбивший Христа«.

Jakub (25 VII) – ale tego dnia solenizantami są tylko ci, którzy przyznają się do św. Jakuba Starszego Apostoła, tego od pielgrzymek do Santiago de Compostela i muszli; dla pozostałych imię Jakub powtarza się w kalendarzu 30 razy w roku.

Anna/Hanna (26 VII) – to najpopularniejsze imię żeńskie w Polsce (w obu wariantach plus jeszcze kilka innych :), zostawiające Marię (drugie miejsce) daleko w tyle!

Wszystkiego najlepszego!

 

W lipcu, dokładnie w pierwszej połowie lipca, konkretnie 5-go, urodził się Karol – najstarszy syn mojego przyjaciela, Bosmana (Pogorii rzecz jasna) Stanisława, a 12-go – pewna zaprzyjaźniona Antonia (tak naprawdę urodziła się 13-go, ale – mimo urody – jest przesądna, więc ściemnia), o czym informuję. Bo o tym, że w drugiej połowie lipca, konkretnie 17-go, w Małkini, urodził się pewien kaowiec informować (mamy nadzieję) nie trzeba.

Serdeczne życzenia dla damy i obu jubilatów!

 

Śluby i wesela w lipcu:
porażka z założenia, no po prostu drugi Grunwald (tyle że nie wiadomo, kto jest Jagiełłą, a kto von Jungingenem)!
Naprawdę już lepszy celibat albo wolna miłość.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
siódmy miesiąc roku to:

białoruskiліпень [lipień]
bośniackijuli
bułgarskiюли [juli]
chorwackisrpanj
czeskičervenec [czerwiec to po czesku červen, a obie nazwy od słowa červ – robak. Robaki rządzą!]
kaszubskilëpinc (też: miodownik, reżan, lipc)
litewskiliepa
łatgalskisīna (też: juļa)
łużycki (dolny)žnjojski
łużycki (górny)pražnik
łotewskisīna
macedońskijули [juli] albo златец [złatec]
rosyjskiиюль [ijul]
serbskijул [juł]
słowackijúl (w gwarach także „lipeň”)
słoweńskijulij
ukraińskiліпень [łypeń]
żmudzkilėipa

 

Przysłowia związane
z lipcem:

Czego lipiec i sierpień nie dowarzy,
tego wrzesień nie usmaży.

Gdy się grzmot w lipcu
od południa poda,
drzewom się znaczy
szwank i nieuroda.

Lipcowe deszcze
dla chłopa kleszcze,
a jak pogoda –
większa swoboda.

Lipiec,
ostatek mąki wypiecz.

Lipiec,
starego chleba z nowym przypiecz.

Od lip ciągnie wonny lipiec,
nie daj słonku kłosa przypiec.

W lipcu gniewne ziele,
jak się rozgniewa,
to się gniewa cztery niedziele
[dotyczy ludzi urodzonych w lipcu i skorych do gniewu, w gorącej wodzie kąpanych]

W lipcu kłos się korzy,
że niesie dar boży:
który prosto stoi,
dobrego się boi.

Kłos, co prosto stoi,
to z pustoty swojej.

Upały lipcowe
wróżą mrozy styczniowe.

W lipcowym skwarze
w Polsce jak na Saharze.

W lipcu się już kłosek korzy,
że niesie dar boży:
a najpierwsza Małgorzata
sierp w zboże założy.

W lipcu upały,
styczeń mroźny cały.

W lipcu upały,
wrzesień doskonały.

 

Przysłowia na
św. Annę/Hannę (26 VII)

Długo tam służył:
od świętego Jakóba [25 VII]
do świętej Anny [26 VII].

Na Jakóba [25 VII] – zatrzyj czuba,
a od świętej Hanki
toć chłodne poranki.

Na świętą Annę mrowiska –
szukaj w zimie ogniska.

Od świętej Anki
zimne poranki.

Od świętej Hanki
zimne wieczory i ranki.

Od świętej Anny
nie doczeka południa
deszcz poranny.

Święta Anka
da księżom baranka.

Święta Anna –
rola jak panna.

Święta Anno! Uproś wnuka,
niech ma każdy czego szuka.
[wnuk = Jezus]

Święta Hanna
to już jesienna panna.

 

Przysłowia na
św. Krzysztofa (25 VII)

Sztych od sztycha,
jak stąd do Krzycha.
[o złym, niedbałym, nieumiejętnym szyciu]

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha