Zuzanna Jeglorz

Nie ma lekarstwa na Zawiszę

01_2014-07-09_DSCN2641_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek

Co pociąga nas w morzu najbardziej?

Ogromne, spienione fale przelewające się przez pokład? Wszechobecna wilgoć i słony posmak na ustach? Zachody i wschody słońca niczym z obrazów impresjonistów? Wiatr rozwiewający nam włosy? Prędkość, z jaką sunie żaglowiec rozbijając majestatycznie dziobem taflę wody? Widok białych żagli wypełnionych po brzegi wiatrem?

Czy żeglujemy dla tych pięknych widoków, czy może raczej z chęci przygody, podróży, zewu wolności?

Te pytania nie dawały mi spokoju. A nie kto inny odpowie mi na nie najlepiej, jak ten, kto tego morza po protu nie widzi.

Niewidomy żeglarz, czy to możliwe? – spytacie. I wielu innych pytało. Jednak – na szczęście – znaleźli się i tacy, dla których nie ma rzeczy niemożliwych. I tak – już po raz dziewiąty – Zawisza Czarny wypłynie w morze z załogą składającą się w połowie z ludzi niewidomych i niedowidzących. Wiedziałam już, gdzie szukać odpowiedzi. Tak więc: kierunek Gdynia!

 

Projekt „Zobaczyć Morze” to niesamowity pomysł znanego niewidomego szantymena Romana Roczenia. Zakochany w morzu, które znał tylko z piosenek, postanowił zrealizować swoje marzenie. Odbył kilka rejsów z kapitanem Januszem Zbierajewskim. Z każdego wracał z coraz większym doświadczeniem. Pojawiło się pytanie – dlaczego by nie wciągnąć w to więcej niewidomych? Sprawa nie była prosta, ale kapitan już był, znaleźli się i sponsorzy (głównym organizatorem jest Fundacja Gniazdo Piratów).

02_2014-07-10_DSCN2733_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

 W 2006 roku odbyła się pierwsza edycja „Zobaczyć Morze”. Zawisza Czarny wypłynął na Bałtyk z załogą w połowie niewidomą. Głównym założeniem było „każdy uczestnik jest samodzielny”. Zero przewodników, zero pomocnych lasek. Dla niewidomych było to spore wyzwanie, ale tego właśnie chcieli: poznać trudy pracy na żaglowcu, przekonać siebie i widzących, że bez wzroku też można sobie świetnie radzić.

 

„Zawiasa” w Gdyni znaleźć nie było trudno. W basenie portowym przy Skwerze Kościuszki, obok ORP Błyskawica wyróżniał się swoimi żółtymi masztami.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po wejściu na pokład, to dziwny układ pomieszczeń, który po chwili wywołał lekką panikę i zdziwienie niefunkcjonalnością (jak to: żeby dojść w nocy do toalety, muszę się ubrać w sztormiak i biec przez pokład?), by po kilku dniach być już tylko niezauważalnym szczegółem, dającym nawet mnóstwo zabawy (czy może być coś ciekawszego niż przeskakiwanie przez przelewające się przez pokład fale z wazą gorącej zupy w rękach?). Tak właśnie wyglądały nasze codzienne wycieczki z kambuza w nadbudówce, przez stromą zejściówkę do kubryku. Wszyscy bez wyjątku świetnie opanowali tę sztukę.

Przez pierwsze dni, zanim wszystkich poznałam, ciężko mi było stwierdzić, kto jest widzący, a kto nie. I muszę przyznać, że dość długo zajęło mi odkrycie tego (głupio było pytać wprost). W końcu na morzu każdy porusza się ostrożnie. Gdy buja, wszyscy łapią się lin, a osoby niewidome radziły sobie naprawdę świetnie. Na początku oprowadziliśmy ich raz po statku, zwracając uwagę, gdzie coś wystaje z pokładu, na co uważać. Wszystko dokładnie zapamiętali. Myślę, że pewnie nawet więcej razy potykałam się na tym osprzęcie niż oni. My – widzący nie zwracamy uwagi na takie drobnostki, myśląc, że je za każdym razem zobaczymy, później nie patrzymy pod nogi i … już leżymy na pokładzie!

W sobotę, 5 lipca – po zamustrowaniu i „zadomowieniu się” – mieliśmy spotkanie z kapitanem. Oczywiście był nim nie kto inny niż „Kapitan Zbieraj”. Są na świecie ludzie, którzy przy pierwszym poznaniu od razu nas denerwują, przerażają, zawstydzają. Są i tacy, którzy wzbudzają niewytłumaczalną sympatię i o których już po paru zdaniach myślimy „To jest ktoś!”. Kapitan Zbierajewski zdecydowanie zalicza się do tych drugich. Jestem osobą, która bardzo nie lubi wszelkich zakazów i regulaminów, dlatego też jego słynny regulamin o trzech paragrafach przypadł mi szczególnie do gustu!

Nie znacie? To też się nauczcie na pamięć: punkt pierwszy – ma być bezpiecznie; punkt drugi – ma być miło; punkt trzeci – koniec regulaminu.

03_2014-07-09_DSCN2689_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

 

W niedzielę, 6 lipca, pożegnaliśmy się ze stałym lądem, by przez kolejne dni mieć pod sobą tylko nieprzeniknioną toń morskiej wody. Przy wyjściu z portu honory oddały nam dwa wielkie polskie żaglowce – Dar PomorzaDar Młodzieży. I już za chwilę zaczęło się znów morskie życie, za którym tak tęskniłam przez ostatnie osiem miesięcy. Miałam akurat wachtę nawigacyjną. Trafiłam na „oko” i poczułam się szczęśliwa. Znów jestem na morzu, znów zaczyna się przygoda, i to jaka!

Jeśli o o mnie chodzi, wiem, co kocham w morzu najbardziej: wolność, którą mi daje i wiatr, przewiewający mnie na wskroś, tak że mam ochotę skryć się w łóżku pod ciepłą kołdrą, ale stoję niezmiennie w tym samym miejscu na pokładzie, oczarowana i zahipnotyzowana, wpatrując się w powolny ruch morskich fal.

04_2014-07-06_DSCN2602_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

Pierwszy dzień minął powoli i leniwie.

Po rejsie Pogorią w Szkole Pod Żaglami miałam wrażenie, że mam aż za dużo wolnego czasu. Z czasem zmieniło się to o 180 stopni: zastanawiałam się, jak to możliwe, że tam była szkoła i lekcje do odrobienia, a starczało mi jeszcze godzin na rozmowy z ludźmi i pisanie dziennika. Na razie jednak nie wiedziałam co robić, więc postanowiłam poznać bliżej załogę.

Część z załogantów to już prawdziwe wilki morskie. Niektórzy chcieli zobaczyć, jak funkcjonuje żaglowiec w porównaniu z kilkuosobowym jachtem. Byli też i tacy, którzy żeglowali po raz pierwszy, wcześniej nie mając w ogóle styku z żeglarstwem.

 05_2014-07-09_DSCN2657_fot_Jeglorz_&_Pisarek

Z późniejszych rozmów wiem, że większość „połknęła bakcyla”, aczkolwiek była też jedna – no, może dwie osoby, które stwierdziły, że to jednak nie dla nich.

Resztę dnia spędziłam słuchając muzyki – tej na żywo oczywiście – gdyż mieliśmy na pokładzie dwóch wspaniałych gitarzystów, dzięki którym cały „Zawias” rozbrzmiewał wciąż szantami i w niejedną noc siedziało się do rana śpiewając piosenki, jak to na rejsie przystało.

 06_wakacje_2014_lipiec_(11)_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 

Noce te były wyjątkowo jasne – płynęliśmy do Sztokholmu, coraz dalej na północ, w stronę dnia polarnego. Drogę wyznaczała nam nieznikająca jasna łuna nad horyzontem. Dni były bardzo długie, a słońcu coś się pomieszało i zamiast wschodzić na świtówce, wstawało już na „psiaku”.

Na wachtach było bardzo przyjemnie. W myśl głównej zasady – „każdy uczestnik jest samodzielny” – niewidomi także pełnili funkcje, oczywiście oprócz „oka”. Często to właśnie oni najwięcej sterowali – wychodziło im to bardzo dobrze. Z początku może się to wydawać dziwne – ktoś, kto nie widzi, ma kierować statkiem? Z drugiej jednak strony, ja, osoba widząca, sterując opierałam się głównie na kompasie pokazującym mi kurs i wychyleniu steru. Oni też mieli te dane – podawała im je przez słuchawki „gaduła”, czyli specjalne urządzenie. Dlaczego więc nie mieliby sterować? Z tego założenia wyszli też organizatorzy rejsu. Dla niewidomych było to nie lada przeżycie, podobnie jak ich wejścia na „bocianie gniazdo”. To robiło ogromne wrażenie, także na mnie – ktoś, kto nie widzi, wspina się na maszt, to tak jakby centymetr po centymetrze zbliżał się w stronę swoich marzeń, zostawiając wszystkie słabości w dole.

 

Podczas wacht najbardziej lubiłam przesiadywać w kabinie nawigacyjnej. Jest to dla mnie niejako mózg i serce statku w jednym. To tu leżą mapy, przyrządy, piętrzą się książki o nawigacji, radar ostrzega przed niebezpieczeństwami. To tu wykreśla się pozycję na mapie, uzupełnia dziennik pokładowy, to tu kapitan podejmuje decyzje o zmianie kursu, a w tle słychać tylko rozmowy innych statków przez radio. Na ekranie komputera widać dokładnie naszą przebytą, a także zaplanowaną trasę oraz wszystkie inne potrzebne informacje: prędkość naszą i innych statków, czas, w którym dopłyniemy do celu czy przetniemy kurs jakiegoś statku. Wszystko to jest podane jak na tacy, dlatego też niesamowity wydaje mi się fakt, że przecież takie udogodnienia mamy dopiero od kilkudziesięciu lat.

07_2014-07-09_DSCN2680_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

 Dopiero tutaj zdałam sobie sprawę jak naprawdę niebezpieczne były wyprawy wielkich odkrywców, gdy płynęli w nieznane, bez żadnej mapy, po prostu przed siebie. Dlatego też razem z koleżanką Kasią wypytywałyśmy o wszystko, by umieć poradzić sobie bez GPSa.

Nasz wspaniały oficer cierpliwie odpowiadał i uczył. I tak zrobiliśmy log, by zliczyć prędkość, obliczaliśmy odległość do horyzontu, wyznaczaliśmy pozycję za pomocą linijki, kompasu i latarni na brzegu… Bo, choć żyjemy w XXI wieku w dobie elektroniki, dostępu do internetu i coraz lepszych przyrządów pomiarowych, to na morzu nie trudno przecież o awarię, dlatego te umiejętności nigdy nie stracą na wartości.

 

Trzeciej nocy, z wtorku na środę, przy wschodnim wybrzeżu Gotlandii, zdarzyła się mała awaria. Rozmawialiśmy sobie właśnie, gdy nagle spostrzegliśmy, że księżyc krąży po niebie. Zmieniliśmy mocno kurs – pytanie tylko, dlaczego? Jak się okazało, jedna z załogantek miała problemy zdrowotne. Niestety, były na tyle poważne, że musieliśmy wezwać służby przybrzeżne. Dziewczyna została przewieziona na zachodnie wybrzeże do szpitala w Visby. My włączyliśmy silnik cała naprzód i zaczęliśmy opływać wyspę, by dotrzeć tam nazajutrz. Akurat zmywałam wtedy naczynia w pentrze, ale przed sobą miałam bulaje, przez które obserwowałam ląd. Bardzo to sympatyczny szczegół w kambuzie na „Zawiasie” : )

Do portu wpłynęliśmy we środę, 9 lipca, po obiedzie. Była krótka odprawa, a później mieliśmy wolne: można było iść zwiedzać miasteczko, które już z daleka wyglądało niezmiernie ciekawie. Byłam bardzo podekscytowana, bo był to mój pierwszy pobyt w Skandynawii.

Spacerowaliśmy ślicznymi uliczkami Visby, wśród starych budynków zarośniętych kwiatami i podpatrywaliśmy ludzi. Napisy na budynkach i język brzmiały dla mnie obco i dziwnie. Zupełnie inna to kultura niż nasza, a tym bardziej niż ludzi z południa. Jest raczej cicho i spokojnie. Miasto było piękne, choć wydawało się trochę sztuczne – aż za idealne, by było prawdziwe.

08_wakacje_2014_lipiec_(6)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

Wieczorem poszliśmy nad morze, gdzie całe rodziny spędzały czas podczas pikników na trawie. My wykąpaliśmy się w morzu – zabawne, że to ten sam Bałtyk co w Gdyni, a jednak wydawał się inny.

Kolejnego dnia wróciła na statek nasza chora załogantka – zmieniły się plany, będziemy płynąć do Karlskrony. Żałowaliśmy trochę Sztokholmu, ale co poradzić – podczas rejsów to przecież nie porty są najważniejsze.

Po wyjściu z portu kapitan zarządził, że „czas zmienić ten kuter rybacki w prawdziwy żaglowiec”. Nastąpił alarm do żagli. Podczas ich stawiania pracowali wszyscy – widzący i niewidomi. Fakt faktem, że osoby te nie mogły tak szybko jak my reagować na nieoczekiwane zmiany jakie następowały, gdy zmieniał się wiatr itd. Zawsze jednak czynnie uczestniczyli w alarmie i razem z innymi wybierali, luzowali, wiązali i rozwiązywali żagle. Tego dnia wreszcie pojawiło się trochę wiatru, bo do tej pory głównie płynęliśmy na silniku, słynnym zawiszowym silniku jak z U-boota, który miałam możliwość zobaczyć już pierwszego dnia. Dla mnie wyglądał niesamowicie i szalenie skomplikowanie.

 09_2014-07-09_DSCN2684_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek10_2014-07-09_DSCN2692_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 „Zawias” sunął na południe na grocie i bryfoku, który podobno rzadko jest używany, więc cieszę się, że mieliśmy okazję zobaczyć, jak pracuje na rei.

 

Po południu cumowaliśmy już w Karlskronie, tuż obok polskiego jachtu i dwóch (nie polskich, niestety) żaglowców.

 11_2014-07-10_DSCN2735_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 

Karlskrona to miasto położone na wielu wyspach w części zamieszkanych i zabudowanych kolorowymi, drewnianymi domami z białymi oknami, w części dzikich i porośniętych trawą lub skalistych. Zbudowane, by być dumą Królestwa Szwecji i jego główną stocznią, dokładnie przemyślane – z szerokimi alejami i prostymi kamienicami.

12_2014-07-10_DSCN2713_fot_Jeglorz_&_Pisarek13_2014-07-10_DSCN2719_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

  Ale to, co w nim najlepsze – mieści się w budynku Muzeum Marynarki Wojennej – skarbnicy wiedzy o żeglarstwie, morzu, marynarce w poprzednich wiekach i obecnie. Oryginalne galiony, drobny osprzęt ze statków, niesamowita łódź podwodna, dużo interaktywnych atrakcji, gdzie można się poczuć jak prawdziwy marynarz na osiemnastowiecznym statku. A przede wszystkim modele statków zgromadzone tam w drugiej połowie XVIII wieku z rozkazu króla Adolfa Fryderyka (po szwedzku: Adolf Fredrik). To wszystko zrobi ogromne wrażenie na każdym, a co dopiero na ludziach zakochanych w żeglarstwie.

 

Rejs był moim pierwszym bliższym spotkaniem z ludźmi niewidomymi. Oczywiście widywałam ich czasem gdzieś na ulicy, ale nie znałąm żadnego z nich bliżej. Tutaj przebywałam z nimi 24 godziny na dobę i odkrywałam ich świat. Na statku nie było osoby niewidomej od urodzenia (ciekawi mnie bardzo jak oni wyobrażają sobie świat, czy byliby go w stanie narysować) tylko osoby ociemniałe, które z czasem straciły wzrok. Myślę, że to jeszcze gorsze niż nie widzieć od urodzenia, bo oto nagle cały nasz świat znika. To tak jakbyśmy nagle zaczęli chodzić z opaskami na oczach… nowe wrażenia, doświadczenia, odczucia.

Dla tych, z którymi rozmawiałam, była to trudna zmiana. Musieli poświęcić dużo czasu by przyzwyczaić i pogodzić się z nową sytuacją. Udało im się jednak – czego dowodem jest udział w rejsie – i nieznikający z twarzy uśmiech. Są to ludzie zawsze z dobrym humorem, którzy potrafią śmiać się ze swojego kalectwa tak, że ja czułam się czasem zakłopotana. Na co dzień świetnie sobie radzą, pracują, uczestniczą w spotkaniach edukacyjnych o miejscu niewidomych w społeczeństwie, podróżują.

To ostatnie bardzo mnie zastanowiło – podróże? Oczywiście, czemu nie, tyle tylko, że większość z nas – turystów widzących odwiedza miejsca, by zobaczyć coś nowego: miasteczko, wodospad, widok, zabytek. Co więc mają z tego niewidomi?

Ważna jest sama podróż, przemieszczanie się, wyjście z domu. Przerwa w codzienności, możliwość spędzenia czasu z przyjaciółmi. Każde miejsce ma inną atmosferę, nowego zapachy, smaki. Uwielbiam kosztować lokalnych potraw, jak najwięcej rozmawiać z ludźmi, słuchać muzyki. Nie widzę, ale pozostały mi jeszcze inne zmysły, to właśnie dzięki nim „poznaję” podczas podróży. To fakt, nie zobaczę wodospadu, ale usłyszę odgłos wielu ton wody spadających w jednej sekundzie z ogromnej wysokości, poczuję zapach świeżości i kropelki wody na twarzy. I to musi mi wystarczyć. Korzystam też z wszelkich udogodnień dla niewidomych – w wielu miastach powstały już makiety zabytków w skali, które mogę sobie dokładnie „obejrzeć” dłońmi. Podobnie jest w muzeach, niestety nie wszystkich, dlatego tak ważne dla mnie jest, by wciąż przypominać innymi, że niewidomi to też ciekawi świata ludzie.

Po tak wyczerpującej odpowiedzi wiedziałam już – może nie wszystko, ale dużo.

 14_2014-07-09_DSCN2667_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 

 

Wieczorem w niedzielę, 13 lipca, udało nam się nareszcie wyjść z portu. Mieliśmy to zrobić już wcześniej, ale wiatr był niekorzystny, dopychający do kei, więc czekaliśmy. Tej nocy Zawisza zaczął w końcu przechylać się mocniej z jednej burty na drugą, wiatr niestety pozostawał tylko w granicach czwórki Beauforta. Część załogi wzięła od razu kurs na koje, by spokojnie przespać wszelkie bujanie i pojawiające się znienacka zawroty głowy. Ja za to spędziłam noc na pokładzie, mimo że miałam wachtę kambuzową. Szkoda było jednak marnować ten czas na spanie, gdy statek tak pięknie tańczy na falach, a po niebie przetaczają się chmury o dziwacznych kształtach. Spać będę w domu; tam nie ma takich widoków, niestety. Woda wlewała się na pokład, na szczęście nie na rufie, gdzie siedziałam, choć wiele razy wydawało mi się już, że będę mokra. To jednak tylko głupie złudzenie – pokład rufowy jest przecież wysoko nad wodą. Pomagałam osobom, które źle się czuły pod pokładem i przyszły zaczerpnąć świeżego powietrza. Mnie na szczęście choroba morska nie złapała, więc mogłam bez przeszkód cieszyć się chwilą i kontemplować tę piękną noc na morzu.

Nad ranem zrzuciliśmy żagle i kotwiczyliśmy przy skałach Bornholmu. Nad nami górowały majestatycznie ruiny zamku Hammershus, które poszliśmy zwiedzić. W międzyczasie mechanicy i kuk złowili ryby na obiad, więc po powrocie, jako wachta kambuzowa, zabrałam się do roboty.

Tymczasem zaczęło mocno padać, a my zbliżaliśmy się do miasteczka Rønne. Trzeba było poczekać, aż z portu wyjdzie prom, więc kręciliśmy ósemki na wodzie wśród rybackich bojek. Akurat stałam wtedy na sterze i choć z nieba lało mi się za kołnierz, to było wspaniałe. Lubię tak kręcić sterem – to ciekawsze niż na wachtach, gdy z reguły płynie się wciąż prosto przed siebie. Potem w końcu obraliśmy kurs na nabieżniki i wpłynęliśmy do portu. Tuż po nas przypłynął kolejny wielki prom, „pływająca szafa” rozwijająca prędkość 30 węzłów na otwartym morzu.

Spędziliśmy na Bornholmie jedną noc, rano wybraliśmy się jeszcze zwiedzić Rønne. Znów piękne miasto, stare, kolorowe, z pustymi uliczkami i zatłoczonym rynkiem.

Odpłynęliśmy przy pięknej, ale wietrznej pogodzie. Ostatnie stawianie żagli, bo zbliżaliśmy się już do końca rejsu. Ostatnia wachta, sterowanie, ostatnia noc na morzu. Mam nadzieję, że nie na długo się z nim pożegnam.

We wtorek, 15 lipca, rano wpłynęliśmy znów do portu w Gdyni.

Ten sam port, ta sama keja, a na niej już kolejna grupa zapaleńców – żeglarze drugiego etapu „Zobaczyć Morze”. Podekscytowani, bo ich dopiero czeka wspaniała przygoda.

15_2014-07-10_DSCN2734_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

Moja, póki co, już się kończyła – czas było wracać do domu. Wspomnienia jednak pozostają na zawsze, tak jak i przyjaźnie – podobno te zawiązane na morzu przetrwają wszystko. Bardzo się cieszę, że uczestniczyłam w tak śmiałym i niesamowitym przedsięwzięciu – dzięki niemu inaczej patrzę teraz na innych ludzi i zdobyłam ważne doświadczenie.

Na koniec kapitan zwołał jeszcze apel na rufie, dostaliśmy zaświadczenia, opinie i pamiątkowe koszulki. Nie mogło też zabraknąć zdjęcia całej załogi.

Na odchodne „Kapitan Zbieraj” powiedział nam:

– Do zobaczenia za… niedługo, bo Zawisza Czarny to nie żaglowiec – to choroba. Kto raz ją złapie, nie może o niej zapomnieć.

I, na szczęście, nie ma na nią żadnego lekarstwa.

Zuzanna Jeglorz
15 sierpnia 2014

 

25_2014-07-09_DSCN2693_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek 26_2014-07-10_DSCN2732_fot_Jeglorz_&_Pisarek 27_wakacje 2014 lipiec (1)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 28_wakacje 2014 lipiec (14)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 29_wakacje 2014 lipiec (15)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 30_wakacje 2014 lipiec (2)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 31_wakacje 2014 lipiec (22)_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek 32_wakacje 2014 lipiec (5)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 16_2014-07-06_DSCN2606_fot_Jeglorz_&_Pisarek 17_2014-07-06_DSCN2614_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek 18_2014-07-06_DSCN2615_fot_Jeglorz_&_Pisarek 19_2014-07-09_DSCN2645_fot_Jeglorz_&_Pisarek 20_2014-07-09_DSCN2648_fot_Jeglorz_&_Pisarek 21_2014-07-09_DSCN2649_fot_Jeglorz_&_Pisarek 22_2014-07-09_DSCN2655_fot_Jeglorz_&_Pisarek 23_2014-07-09_DSCN2661_fot_Jeglorz_&_Pisarek 24_2014-07-09_DSCN2688_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek

Foto: Zuzanna Jeglorz i Katarzyna Pisarek

 


Jeglorz_Zuzanna_2a

 

Zuzanna Jeglorz (urodzona i mieszkająca w Jastrzębiu-Zdrój) po rocznych kwalifikacjach  (2012/2013), będąc w trzeciej klasie gimnazjum, została uczennicą Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2013, polsko-rosyjska. Przepłynęła w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Gdańska do Civitavecchia (jej opinię o SzPŻ-2013 możecie przeczytać na naszej stronie). Obecnie uczy się w Liceum Ogólnokształcącym Towarzystwa Ewangelickiego w Cieszynie.

Pisarek_Katarzyna_2a

 

W rejsie Zawiszy Czarnego brała też udział Katarzyna Pisarek z Gołańczy, która po trwajacych przez cały rok szkolny eliminacjach również została uczenicą SzPŻ-2013. Obecnie uczennica jednego z liceów w Poznaniu.

 

 

Opinie pozostałych uczestniczek i uczestników SzPŻ-2013 – też na naszej stronie.

 

Żeglujmy Razem

Calendar

« April 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Kwiecień

Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień – spod ziemi
Martwej – wyciąga gałęzie bzu, miesza
Wspomnienie z pożądaniem, niepokoi
Wiosennym deszczem zdrętwiałe korzenie.
Zima nas ochraniała, otulała
Ziemię w śnieg zapomnienia, karmiąc
Tę resztkę życia suchymi bulwami.

Co ty, mamo, pooddychać chciałem kwietniem,
Gwiazdy świecą pełnym blaskiem, noc radosna,
Mamo, ja po prostu dyżur pełnię,
Przecież kwiecień, przecież wiosna
.

 

Nic tak nie oddaje natury kwietnia-pletnia, który wciąż zimę z latem przeplata, jak owe dwa cytaty. Poeci – ci to dopiero mają wyobraźnię! A proza – jak to proza:

Początek kwietnia, jeden z tych miesięcy, które służą za przejście między zimą i wiosną. Śnieg już zniknął, ale nie ukazała się jeszcze zieloność; drzewa są czarne, trawniki szare i niebo szare: wygląda jak marmur poprzecinany srebrnymi i złotawymi nitkami.

 

Kwiecień – czwarty miesiąc roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staro­pol­szczyz­ny – pochodzi od kwitnienia kwiatów; podobnie jest w języku ukraińskim (квітень) i czeskim, chociaż tam květen jest nazwą maja.

W staropolszczyźnie czwarty miesiąc roku nazywany był:
„łżykwiat” – od oszukiwania kwiatów, wywabianych za wcześnie z ziemi przez promienie słoneczne,
„dębień” – od zieleniejących dębów; po czesku kwiecień to właśnie duben,
„brzezień” – od zieleniejących brzóz; w cieplejszych od Polski Czechach i na Ukrainie nazwy březenберезень przyporządkowano marcowi.

Łaciński Aprilis pochodzi prawdopodobnie od czasownika aperio, aperire, apertus ‘otwierać’ – chodziło o otwarcie się Ziemi na procesy wegetacyjne.
Owidiusz w Fasti (8 r. n.e.), poemacie o kalendarzu rzymskim, nazywa miesiąc Aphrilis wywodząc to od Afrodyty, greckiej odpowiedniczki rzymskiej Wenus – bogini miłości, której czwarty miesiąc zreformowanego kalendarza rzymskiego był poświęcony. Owidiuszowi jednak – zważywszy, jak sobie etymologicznie poczynał z nazwami innych miesięcy (będzie!) – nie można ufać. Ot, pisał, co mu wyobraźnia i koniunktura podpowiadały.

Nazwa Aprilis została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Kwietniowe rocznice
(rocznic mało, ale tekstu dużo; wystarczy).

 

1 kwietnia to dzień żartów, zwany Prima aprilis (łac. pierwszy kwietnia) – zabawa zaczyna się wtedy, gdy rozmówca, czytelnik lub słuchacz w kłamstwo uwierzy, ale na ogół żadnych kataklizmów przez primaaprilisowe oszustwa nie odnotowano, choć media (i to nawet całkiem poważne) 2 kwietnia publikują sprostowania.
W krajach anglojęzycznych jest to All Fools’ Day (dzień wszystkich głupców).
We Francji jest to Jour du poisson d’avril (dzień kwietniowej ryby) – do pleców oszukanego przypina się kartkę z narysowaną z rybą.
W krajach hiszpańskojęzycznych odpowiednikiem Prima aprilis jest Día de los Santos Inocentes (dzień niewiniątek), obchodzony 28 grudnia.

Jednym z ciekawszych dowcipów primaaprilisowych jest informacja, którą we czwartek, 1 kwietnia 1976 ogłosił w porannym programie radia BBC Sir Patrick Moore:

o godz. 9:47 dojdzie do ustawienia jednej linii Ziemi, Jowisza i Plutona. Koniunkcja ta, z racji olbrzymiej masy obu odległych planet (sam Jowisz, odległy od Ziemi o 630 milionów kilometrów, jest ponad 2,5 raza cięższy od wszystkich pozostałych planet razem) zakłóci grawitację ziemską, doprowadzając do tak znacznego jej zmniejszenia, że ci, którzy w tym akurat momencie podskoczą, mogą mieć wrażenie fruwania.

Zaraz po 9:47 BBC otrzymało setki telefonów, w których słuchacze potwierdzali wystąpienie zapowiedzianego efektu. Jedna z dzwoniących opisała nawet, jak to ona i jej jedenaścioro przyjaciół zostało uniesionych z foteli i łagodnie poszybowali wokół pokoju.
Ja się słuchaczom nie dziwię: Sir Moore mimo braku formalnego wykształcenia miał tak olbrzymi autory­tet w dziedzinie astronomii, że pewnie sam bym mu uwierzył, a kto wie czy i – z pewną nadzieją na zmniejszenie grawitacji – nie podskoczył.

Sir Patrick Alfred Caldwell-Moore.
To dopiero była osobowość! Powinien zostać honorowym żeglarzem wszechczasów, bo od niemal od dzieciństwa żeglował po największym z oceanów – Oceanie Kosmicznym.
Ten astronom-amator (kiedyś powiedział, że chciałby być zapamiętany jako astronom-amator, który grał w krykieta i na ksylofonie) zyskał ogromną popularność dzięki comiesięcznemu autorskiemu programowi Niebo w nocy (The Sky at Night), mającemu światowy rekord jako najdłużej utrzymujący się na antenie program jednego autora: Moore prowadził go bez mała przez 56 lat: od 24 kwietnia 1957 do 7 stycznia 2013 (zmarł 9 grudnia 2012, ale nakręcił kilka programów z wyprzedzeniem), opuszczając tylko jedną audycję, w 2004, z powodu salmonellozy, która nawiasem mówiąc omal nie wyprawiła go na tamten świat.
Był popularyzatorem i ekspertem: jego mapy Księżyca były używane w ZSRR do korelowania zdjęć odwrotnej strony satelity zrobionych w 1959 przez sondę Łuna 3, a NASA zaprosiła go do współpracy przy opracowywaniu księżycowej mapy dla Programu Apollo.

Drugim powodem popularności były publikacje: tylko na temat astronomii Moore napisał ok. 70 książek, a ma na swoim koncie również historie poświęcone kotom. Otwórzcie tylko katalog księgarni Amazon na jego nazwisku, a sami zobaczycie.
Znakiem rozpoznawczym Sir Moore’a stał się monokl, który nosił zamiast okularów, fajka (Fajczarz Roku 1983) i mówienie z prędkością karabinu maszynowego: potrafił wypowiedzieć 300 słów na minutę utrzymując dobrą dykcję.

Jowiszowo-plutonowy efekt grawitacyjny nie jest jedynym radiowym żartem primaaprilisowym Sir Moore’a, ale o nich będzie przy innej okazji. Zaglądajcie!

 

1 kwietnia obchodzi imieniny Grażyna (drugi raz – 26 lipca). Świętej Grażyny (niestety?) nie ma, ale jest Grażyna Pierwsza, księżna litewska, małżonka księcia Litawora, bohaterka powieści poetyckiej Grażyna (1823) wchodzącej w skład Poezyi tomu drugiego Adama Mickiewicza. No i co z tego, że to tylko literatura, skoro bardzo szybko literaturą być przestało?

Adomas Mickevičius (jak go szeroko nad błękitnym Niemnem zowią) imię księżnej wymyślił ładnie: od litewskiego gražus, graži – piękny, piękna:

Była naonczas Książęciu zamężną
Córa na Lidzie możnego dziedzica,
Z cór nadniemeńskich pierwsza krasawica,
Zwana Grażyną, czyli piękną księżną;
A chociaż wiekiem od młodej jutrzenki
Pod lat niewieścich schodziła południe,
Oboje: dziewki i matrony wdzięki
Na jednym licu zespoliła cudnie.

Powagą zdziwi, a świeżością znęca:
Zda się, że lato oglądasz przy wiośnie;
Że kwiat młodego nie stracił rumieńca,
A razem owoc wnet pełni dorośnie.

Nie tylko licem nikt jej nie mógł sprostać,
Ona się jedna w dworze całym szczyci,
Że bohaterską Litawora postać
Wzrostem wysmukłej dorówna kibici.

Pod koniec opowieści księżna Grażyna, nie tylko piękna ale i mądra – spełniwszy najświętszy wobec ojczyzny obowiązek i chroniąc męża przez popełnieniem niewybaczalnego błędu – umiera w mężowskiej zbroi na polu walki, zabita kulą z piorunowej broni przez bardzo złego krzyżackiego komtura Dietricha von Kniprode.

Epitafium poeta wystawia jej wzniosłe:

Niewiasta, choć ją męska zbroja kryje,
Niewiasta z wdzięków a bohater z ducha;

zaś Dyterich z Kniprody stoi pod dębem i czeka na stryczek. Ale komtur był również narzędziem w ręku spra­wied­li­wości (już mniejsza z tym jakiej, ale że przymiotnik tu potrzebny do zatuszowania niespra­wied­li­wości, więc niech każdy sobie wstawi własny): niewiasta, która wmieszała się w męskie sprawy i męskie przywdziała szaty, musiała, dla zadość­uczy­nie­nia, umrzeć, a autor musiał jej jeszcze, dla pełnego grzechów odkupienia, pozwolić, by przed zgonem mogła wyszeptać: „Przebacz, mężu mój, pierwsza i ostatnia zdrada!”
Aż strach pomyśleć, co by z księżną działo się dziś – przecież ktoś w końcu by się zorientował, jakie niebez­pie­czeń­stwa i zagrożenia niesie postawa pozwalająca przekraczać granice dżenderu, nawet tak nieznacznie. Strach się bać!

Ciekawa rzecz: Mickiewicz umieszcza akcję swego poematu pod sam koniec XIV wieku. Niewiele później, bo w 1431, na stosie w Rouen Anglicy popełnili morderstwo sądowe na Joannie d'Arc. Jeden z zarzutów podnosił kwestię złamania przez Joannę prawa o odzieży: śmiała bowiem nosić szaty męskie i zbroję, jej płci nie przysługujące. Co by znaczyło, że plaga dżenderu znęca się nad wiernymi od wieków!

Imię Grażyna chwyciło. A że język litewski, nam krewny w grupie bałtosłowiańskiej, z tego samego indoeuropejskiego pnia wyrasta, więc i odniesienia ma Grażyna szerokie, angielskiej Grace, hiszpańskiej Gracieli i łacińskiej Gracji nie wyłączając.

Wszystkiego najlepszego!

 

24 kwietnia 1934 – opublikowany zostaje wniosek patentowy (U.S. Patent 1956350, złożony 19 stycznia 1934) na najwspanialszy instrument muzyczny XX wieku: organy elektryczne, które skonstruował Laurens Hammond.

 

30 kwietnia 1803 – Louisiana Purchase.
Thomas Jefferson był człowiekiem nie tylko mądrym, ale i ze zmysłem handlowym. Gdy w styczniu 1803 Napoleon zaproponował Amerykanom, by zamiast Nowego Orleanu kupili całe dorzecze Missisipi, mające 2.144.510 km kw. (828000 mil kw.) za 15 milionów dolarów (11,75 mln gotówką, reszta – umorzenie długu) prezydent Jefferson nie wahał się ani chwili.
Przy okazji Federaliści (opozycja) pożarli się z jeffersońską partią Demokratyczno-Republikańską. Opozycja – jak zwykle – podniosła larum i jazgot, że wbrew konstytucji, wbrew prawu, wbrew rozsądkowi (nic się nie zmienia!), ba – usiłowali nawet (wbrew faktom) dowieść, że sporne terytorium należy nie do Francji a do Hiszpanii.
Prezydenta, oprócz jego partii, poparli tylko plantatorzy z Południa przerażeni tym, co będzie, gdy Napoleon uwolni niewolników w Nowej Francji (czyli amerykańskiej Luizjanie).
Ale plantatorzy, jak to plantatorzy – mało orientowali się w niuansach polityki zagranicznej, z czego akurat skorzystał Jefferson. Napoleon nie miał bowiem zamiaru nikogo uwalniać, wręcz odwrotnie: w 1801 wysłał karną ekspedycję wojskową na San Domingo (dziś: Haiti), którego mieszkańcy nie chcieli zrozumieć, że hasła liberté, égalité, fraternité stosują się tylko do białych Monsieurs w Europie, a nie do czarnych niewolników w koloniach. W 1802 przyszły Cesarz Francuzów potwierdził utrzymanie niewolnictwa na Martynice i Gwadelupie.
Na Haiti armia francuska (a w niej dwie półbrygady, 113 i 114, polskiej Legii Naddunajskiej, razem ok. 5280 ludzi) ponosiła jednak dotkliwe straty (nie tyle od Haitańczyków, ile od chorób tropikalnych) i Bonaparte zdawał sobie sprawę, że wyspy nie utrzyma (San Domingo proklamowało niepodległość 1 stycznia 1804). A skoro tak – Nową Francję należało czym prędzej sprzedać, zwłaszcza że znalazł się kupiec i to poważny.
Cena 7 centów za hektar (po amerykańsku: 2,8ȼ za akr) była niewspółmiernie niska wobec kosztów, jakie Stany Zjednoczone musiałyby wydać w przyszłości na wojnę o te ziemie, gdyby jakiemukolwiek innemu państwu (tu pewnym kandydatem była Brytania, a następnym Hiszpania) zechciało się rościć pretensje do tego, w większości nietkniętego stopą białego człowieka, terenu.
Dziś by to było 236 milionów dolarów czyli 1,11 dolara za hektar (44,5ȼ za akr) – wciąż darmo!

Dla porównania:

  • za tereny obecnej Kalifornii, Nevady, Arizony i Utah plus kawałki Nowego Meksyku, Kolorado i Wyoming (razem: 1,36 mln. km kw.) Stany Zjednoczone w 1846 roku były gotowe zapłacić Meksykowi 30 mln. dolarów (po wygranej wojnie, w 1848, zapłaciły ok. 18 mln.);
  • w transakcji zwanej Zakup Gadsdena (Gadsden Purchase, 1853), za kawałeczek południowej Arizony i Nowego Meksyku (76.800 km kw.) Amerykanie zapłacili Meksykowi (a dokładnie prezydentowi tego kraju, gen. Santa Annie, co nie jest równoznaczne) 10 milionów;
  • Alaskę (1,7 mln km kw.) Stany kupiły w 1867 za jedne siedem milionów dwieście tysięcy.

Traktat kupna-sprzedaży luizjańskiej podpisali 30 kwietnia 1803 w Paryżu:
Robert Livingston (ambasador amerykański we Francji),
James Monroe (za 14 lat zostanie na dwie kadencje piątym prezydentem USA i wyda słynną Doktrynę)
i François Barbé-Marbois (dyrektor francuskiego Skarbu Państwa, który za udaną transakcję dostał od Pierwszego Konsula 152 tys. franków czyli ok. 34 tys. dolarów ówczesnych, a ponad pół miliona dzisiejszych).
„Żyjemy już długo, ale ten jest najszlachetniejszym z dokonań żywotów naszych. Dziś Stany Zjednoczone zajęły miejsce wśród najpierwszych mocarstw tego świata” – powiedział Livingston po złożeniu podpisów.
Rok i dwa tygodnie później (14 maja 1804) na penetrację nowozakupionych terytoriów wyruszyła z St. Louis ekspedycja, którą dowodzili Meriwether Lewis i William Clark. Wyprawa dotarła do Pacyfiku i wróciła do Saint Louis po dwóch latach, czterech miesiącach i dziesięciu dniach – 23 września 1806. To jest dopiero historia!

Ziemie zakupione od Francji stanowią prawie 25% powierzchni dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Leżą na nich (porządek prawie alfabetyczny): Arkansas; Dakota Południowa; Dakota Północna; Iowa; Kansas; Luizjana (na zachód od Mississippi, z Nowym Orleanem); Minnesota (na zachód od Mississippi); Missouri; Montana, Wyoming i Kolorado (na wschód od Gór Skalistych); Nebraska; Nowy Meksyk (część północno-wschodnia); Oklahoma; Teksas (część północna) i niewielkie kawałki dzisiejszych prowincji kanadyjskich Alberta i Saskatchewan.

 

Znaki Zodiaku w kwietniu:
Baran (♈) – do 20 kwietnia
Byk (♉) – od 21 kwietnia.

 

Kwiat kwietnia:
stokrotka (Bellis perennis L.) – jej łacińska nazwa znaczy ‘wieczne piękno’; w Anglii jest kwiatem dzieci i niewinności.

 

Kamień kwietnia:
diament – symbolizujący zwycięstwo, niezniszczalność.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
czwarty miesiąc roku to:

białoruskiкрасавік [krasavik]
bośniackiapril
bułgarskiaприл [aprił]
chorwackitravanj
czeskiduben
kaszubskiłżëkwiôt (też: kwietnik, aprël, kwiecéń)
litewskibalandis
łatgalskisulu
łużycki (dolny)jatšownik (też: apryl, nalětny)
łużycki (górny)jutrownik (też: apryl, haperleja)
łotewskiaprīlis
macedońskiaприл [aprił] albo тревен [triewien]
rosyjskiaпрель [apriel]
serbskiaприл [aprił]
słowackiapríl
słoweńskiapril
ukraińskiквітень [kviteń]
żmudzkibalondis

 

Przysłowia związane z kwietniem:

Choć już w kwietniu słonko grzeje,
nieraz pole śnieg zawieje.

Ciepłe deszcze w kwiecień
rokują godną jesień.

Deszcze częste w kwietniu wróżą,
że owoców będzie dużo.

Gdy w końcu kwietnia deszcz porosi,
błogosławieństwo polom przynosi.

Gdy w kwietniu pszczoły latają,
długie chłody się zapowiadają.

Grzmot, w kwietniu – dobra nowina,
już szron roślin nie pościna.

Jak przygrzeje słonko,
przejdzie kwiecień łąką.

Jeszcze w kwietniu zimno
i na żaby, i na baby, i na las,
a najwięcej na nas.

Kwiecień, co deszczem rosi,
wiele owoców przynosi.

Kwiecień, gdy jest suchy,
nie daje dobrej otuchy.

Kwiecień-plecień:
bo plecie
niby zimą, niby latem,
a przeplata wszystko kwiatem.

Kwiecień-plecień
wciąż przeplata
trochę zimy, trochę lata.

Na kwiecień
lada z czego wianek upleciem.

Pogody kwietniowe
– słoty majowe.

Przyjdzie kwiecień
– ostatek z gumna wymieciem.

Sprzyja nam rok, gdy wilgotny
kwiecień, gdy nie bardzo słotny.

Suchy kwiecień, mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

W kwietniu kwiatek – to gagatek,
ale w maju przebierają.

W kwietniu po brzegach lody
niosą, jęczmienia urody.

W kwietniu posusza,
nic z ziemi się nie rusza.

 

Przysłowia na
Prima Aprilis (1 IV):

Pierwszy kwietnia
– bajów pletnia.

Pierwszy kwietnia:
nie wierz – brednia.

Prima aprilis:
nie czytaj, nie słuchaj, bo się omylisz.

W pierwszy kwietnia się omylisz,
gdzie postąpisz, gdzie się schylisz.

 

Przysłowia na
św.
Franciszka (2 IV):

Na św. Franciszka
nieraz dobrze grzmi i łyska.

Na św. Franciszka zielenią się łany
i ze swego zimowiska wracają bociany.

Na świętego Franciszka
szuka ziarnek w polu myszka.

 

Przysłowia na
św.
Izydora (4 IV):

Na Świętego Izydora
dla bociana pora.

 

Przysłowia na
św.
Wincentego (5 IV):

Chociaż św. Wincenty,
jednak szczypie mróz w pięty.

Jak się Wincenty rozdeszczy,
źle chłopu wilga wieszczy.

Na św. Wincenty
nie chodź bosymi pięty,
bo nieraz mrozek cięty.

 

Przysłowia na
św.
Makarego (10 IV):

Dzień na święty Makary pewnie przepowiada,
czy we wrześniu pogoda, czy też ciągle pada.

 

Przysłowia na
św. Jerzego (23 IV):

Do świętego Jerzego paszy u każdego,
a na święty Jerzy gospodarz się jeży.

Kiedy Jerzy pogodą częstuje,
wnet się pogoda zepsuje.

Kiedy Jerzy skryje wronę w życie,
będzie zboża obficie.

Nabożny, jak koń św. Jerzego.

Na święty Jerzy
trawa się pierzy.

Na święty Jerzy
każdy chłop się jeży.

Na święty Jerzy rosa,
nie trzeba koniom owsa.

Na święty Jerzy
trawa się pierzy.

Św. Jerzy do kościoła,
a koń do karczmy.

 

Przysłowia na
św. Wojciecha (23 IV):

Gdy na Wojciecha rano plucha,
do połowy lata będzie ziemia sucha.

Gdy przed Wojciechem grzmi,
długo jeszcze zima śni.

Gdy Wojciech rano rosi,
pół lata posuchę nosi.

Ile dni przed św. Wojciechem
kukułka się odezwie, albo żaba zaskrzeczy,
tyle dni po św. Wojciechu będzie zimno.

Kiedy grzmi w święto Wojciecha,
roście rolnikom pociecha.

Kto sieje jarkę po św. Wojciechu,
to lepiej, żeby ją zatrzymał w miechu.

Licha pociecha koło świętego Wojciecha.

Na ile dni przed św. Wojciechem żaby rechcą,
tyle dni po Wojciechu zimna być zechcą.

Najadł się, jak wół trawy na święty Wojciech.

Na św. Wojciecha
dla roli pociecha.

Na św. Wojciecha naszego patrona,
już się w zbożu ukryje i zając, i wrona.

Na św. Wojciecha wrony z żyta nie widać,
możesz bydełku resztę suchej paszy wydać.

Na Wojciecha
sucha strzecha.

Św. Wojciech trawę sieje,
św. Marek zeń się śmieje.

 

Przysłowia na
św. Marka (25 IV):

Chodzisz na Marka bez koszuli,
w maju kożuchem się otulisz.

Co Marek zagrzeje,
Pankracy [12 V] wywieje.

Co na Marka się stanie,
to na ogrodników [12,13,14 V] odstanie.

Deszcz w święty Marek,
to ziemia w lecie jak skwarek.

Do św. Marka
nie ma żyta ani ziarnka.

Kiedy Marek skwarem zieje,
w maju kożuch nie dogrzeje.

Kucharka od św. Marka.
[licha, zła kucharka, sługa; jest to dawny termin zmiany służących]

Na św. Marka
siej lepiej groch do garnka.

Na św. Marek
w Sierpcu jarmarek.

Na św. Marka
nie ma co włożyć do garnka.

Przed dniem św. Marka, ile żaba kuka,
Tyle dni po nim, milcząc, spokojności szuka.

Sadź ziemniaki w wilję św. Marka,
to będzie pod krzakiem miarka

Święty Marek
poszedł na folwarek
oglądać żytko,
czy zeszło wszytko

Święty Marek
rzuci do wody ogarek.
[tj. światła w chatach już nie używają, gdyż wieczory są o tej porze krótsze znacznie]

 

Przysłowia na
św. Pawła (28 IV):

Jeśli w św. Paweł śnieg albo deszcz pada,
dobrych się urodzajów spodziewać wypada.

 

Przysłowia na
św. Piotra i Augustyna (29 IV):

Na świętego Augustyna
orka dobrze się poczyna.

Na św. Piotr suchy dzień,
suche lato, sucha jesień.

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Źródła trzech cytatów na wstępie:
T. S. Eliot – Ziemia jałowa (The Waste Land, 1922). Tłum. Krzysztof Boczkowski
Bułat Okudżawa – Kwietniowy dyżurny (Дежурный по апрелю, 1960) [autora przekładu nie udało mi się ustalić; producenci nagrań zapomnieli podać]
Bolesław Prus – Lalka (1890).

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha