Zuzanna Jeglorz

Nie ma lekarstwa na Zawiszę

01_2014-07-09_DSCN2641_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek

Co pociąga nas w morzu najbardziej?

Ogromne, spienione fale przelewające się przez pokład? Wszechobecna wilgoć i słony posmak na ustach? Zachody i wschody słońca niczym z obrazów impresjonistów? Wiatr rozwiewający nam włosy? Prędkość, z jaką sunie żaglowiec rozbijając majestatycznie dziobem taflę wody? Widok białych żagli wypełnionych po brzegi wiatrem?

Czy żeglujemy dla tych pięknych widoków, czy może raczej z chęci przygody, podróży, zewu wolności?

Te pytania nie dawały mi spokoju. A nie kto inny odpowie mi na nie najlepiej, jak ten, kto tego morza po protu nie widzi.

Niewidomy żeglarz, czy to możliwe? – spytacie. I wielu innych pytało. Jednak – na szczęście – znaleźli się i tacy, dla których nie ma rzeczy niemożliwych. I tak – już po raz dziewiąty – Zawisza Czarny wypłynie w morze z załogą składającą się w połowie z ludzi niewidomych i niedowidzących. Wiedziałam już, gdzie szukać odpowiedzi. Tak więc: kierunek Gdynia!

 

Projekt „Zobaczyć Morze” to niesamowity pomysł znanego niewidomego szantymena Romana Roczenia. Zakochany w morzu, które znał tylko z piosenek, postanowił zrealizować swoje marzenie. Odbył kilka rejsów z kapitanem Januszem Zbierajewskim. Z każdego wracał z coraz większym doświadczeniem. Pojawiło się pytanie – dlaczego by nie wciągnąć w to więcej niewidomych? Sprawa nie była prosta, ale kapitan już był, znaleźli się i sponsorzy (głównym organizatorem jest Fundacja Gniazdo Piratów).

02_2014-07-10_DSCN2733_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

 W 2006 roku odbyła się pierwsza edycja „Zobaczyć Morze”. Zawisza Czarny wypłynął na Bałtyk z załogą w połowie niewidomą. Głównym założeniem było „każdy uczestnik jest samodzielny”. Zero przewodników, zero pomocnych lasek. Dla niewidomych było to spore wyzwanie, ale tego właśnie chcieli: poznać trudy pracy na żaglowcu, przekonać siebie i widzących, że bez wzroku też można sobie świetnie radzić.

 

„Zawiasa” w Gdyni znaleźć nie było trudno. W basenie portowym przy Skwerze Kościuszki, obok ORP Błyskawica wyróżniał się swoimi żółtymi masztami.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po wejściu na pokład, to dziwny układ pomieszczeń, który po chwili wywołał lekką panikę i zdziwienie niefunkcjonalnością (jak to: żeby dojść w nocy do toalety, muszę się ubrać w sztormiak i biec przez pokład?), by po kilku dniach być już tylko niezauważalnym szczegółem, dającym nawet mnóstwo zabawy (czy może być coś ciekawszego niż przeskakiwanie przez przelewające się przez pokład fale z wazą gorącej zupy w rękach?). Tak właśnie wyglądały nasze codzienne wycieczki z kambuza w nadbudówce, przez stromą zejściówkę do kubryku. Wszyscy bez wyjątku świetnie opanowali tę sztukę.

Przez pierwsze dni, zanim wszystkich poznałam, ciężko mi było stwierdzić, kto jest widzący, a kto nie. I muszę przyznać, że dość długo zajęło mi odkrycie tego (głupio było pytać wprost). W końcu na morzu każdy porusza się ostrożnie. Gdy buja, wszyscy łapią się lin, a osoby niewidome radziły sobie naprawdę świetnie. Na początku oprowadziliśmy ich raz po statku, zwracając uwagę, gdzie coś wystaje z pokładu, na co uważać. Wszystko dokładnie zapamiętali. Myślę, że pewnie nawet więcej razy potykałam się na tym osprzęcie niż oni. My – widzący nie zwracamy uwagi na takie drobnostki, myśląc, że je za każdym razem zobaczymy, później nie patrzymy pod nogi i … już leżymy na pokładzie!

W sobotę, 5 lipca – po zamustrowaniu i „zadomowieniu się” – mieliśmy spotkanie z kapitanem. Oczywiście był nim nie kto inny niż „Kapitan Zbieraj”. Są na świecie ludzie, którzy przy pierwszym poznaniu od razu nas denerwują, przerażają, zawstydzają. Są i tacy, którzy wzbudzają niewytłumaczalną sympatię i o których już po paru zdaniach myślimy „To jest ktoś!”. Kapitan Zbierajewski zdecydowanie zalicza się do tych drugich. Jestem osobą, która bardzo nie lubi wszelkich zakazów i regulaminów, dlatego też jego słynny regulamin o trzech paragrafach przypadł mi szczególnie do gustu!

Nie znacie? To też się nauczcie na pamięć: punkt pierwszy – ma być bezpiecznie; punkt drugi – ma być miło; punkt trzeci – koniec regulaminu.

03_2014-07-09_DSCN2689_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

 

W niedzielę, 6 lipca, pożegnaliśmy się ze stałym lądem, by przez kolejne dni mieć pod sobą tylko nieprzeniknioną toń morskiej wody. Przy wyjściu z portu honory oddały nam dwa wielkie polskie żaglowce – Dar PomorzaDar Młodzieży. I już za chwilę zaczęło się znów morskie życie, za którym tak tęskniłam przez ostatnie osiem miesięcy. Miałam akurat wachtę nawigacyjną. Trafiłam na „oko” i poczułam się szczęśliwa. Znów jestem na morzu, znów zaczyna się przygoda, i to jaka!

Jeśli o o mnie chodzi, wiem, co kocham w morzu najbardziej: wolność, którą mi daje i wiatr, przewiewający mnie na wskroś, tak że mam ochotę skryć się w łóżku pod ciepłą kołdrą, ale stoję niezmiennie w tym samym miejscu na pokładzie, oczarowana i zahipnotyzowana, wpatrując się w powolny ruch morskich fal.

04_2014-07-06_DSCN2602_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

Pierwszy dzień minął powoli i leniwie.

Po rejsie Pogorią w Szkole Pod Żaglami miałam wrażenie, że mam aż za dużo wolnego czasu. Z czasem zmieniło się to o 180 stopni: zastanawiałam się, jak to możliwe, że tam była szkoła i lekcje do odrobienia, a starczało mi jeszcze godzin na rozmowy z ludźmi i pisanie dziennika. Na razie jednak nie wiedziałam co robić, więc postanowiłam poznać bliżej załogę.

Część z załogantów to już prawdziwe wilki morskie. Niektórzy chcieli zobaczyć, jak funkcjonuje żaglowiec w porównaniu z kilkuosobowym jachtem. Byli też i tacy, którzy żeglowali po raz pierwszy, wcześniej nie mając w ogóle styku z żeglarstwem.

 05_2014-07-09_DSCN2657_fot_Jeglorz_&_Pisarek

Z późniejszych rozmów wiem, że większość „połknęła bakcyla”, aczkolwiek była też jedna – no, może dwie osoby, które stwierdziły, że to jednak nie dla nich.

Resztę dnia spędziłam słuchając muzyki – tej na żywo oczywiście – gdyż mieliśmy na pokładzie dwóch wspaniałych gitarzystów, dzięki którym cały „Zawias” rozbrzmiewał wciąż szantami i w niejedną noc siedziało się do rana śpiewając piosenki, jak to na rejsie przystało.

 06_wakacje_2014_lipiec_(11)_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 

Noce te były wyjątkowo jasne – płynęliśmy do Sztokholmu, coraz dalej na północ, w stronę dnia polarnego. Drogę wyznaczała nam nieznikająca jasna łuna nad horyzontem. Dni były bardzo długie, a słońcu coś się pomieszało i zamiast wschodzić na świtówce, wstawało już na „psiaku”.

Na wachtach było bardzo przyjemnie. W myśl głównej zasady – „każdy uczestnik jest samodzielny” – niewidomi także pełnili funkcje, oczywiście oprócz „oka”. Często to właśnie oni najwięcej sterowali – wychodziło im to bardzo dobrze. Z początku może się to wydawać dziwne – ktoś, kto nie widzi, ma kierować statkiem? Z drugiej jednak strony, ja, osoba widząca, sterując opierałam się głównie na kompasie pokazującym mi kurs i wychyleniu steru. Oni też mieli te dane – podawała im je przez słuchawki „gaduła”, czyli specjalne urządzenie. Dlaczego więc nie mieliby sterować? Z tego założenia wyszli też organizatorzy rejsu. Dla niewidomych było to nie lada przeżycie, podobnie jak ich wejścia na „bocianie gniazdo”. To robiło ogromne wrażenie, także na mnie – ktoś, kto nie widzi, wspina się na maszt, to tak jakby centymetr po centymetrze zbliżał się w stronę swoich marzeń, zostawiając wszystkie słabości w dole.

 

Podczas wacht najbardziej lubiłam przesiadywać w kabinie nawigacyjnej. Jest to dla mnie niejako mózg i serce statku w jednym. To tu leżą mapy, przyrządy, piętrzą się książki o nawigacji, radar ostrzega przed niebezpieczeństwami. To tu wykreśla się pozycję na mapie, uzupełnia dziennik pokładowy, to tu kapitan podejmuje decyzje o zmianie kursu, a w tle słychać tylko rozmowy innych statków przez radio. Na ekranie komputera widać dokładnie naszą przebytą, a także zaplanowaną trasę oraz wszystkie inne potrzebne informacje: prędkość naszą i innych statków, czas, w którym dopłyniemy do celu czy przetniemy kurs jakiegoś statku. Wszystko to jest podane jak na tacy, dlatego też niesamowity wydaje mi się fakt, że przecież takie udogodnienia mamy dopiero od kilkudziesięciu lat.

07_2014-07-09_DSCN2680_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

 Dopiero tutaj zdałam sobie sprawę jak naprawdę niebezpieczne były wyprawy wielkich odkrywców, gdy płynęli w nieznane, bez żadnej mapy, po prostu przed siebie. Dlatego też razem z koleżanką Kasią wypytywałyśmy o wszystko, by umieć poradzić sobie bez GPSa.

Nasz wspaniały oficer cierpliwie odpowiadał i uczył. I tak zrobiliśmy log, by zliczyć prędkość, obliczaliśmy odległość do horyzontu, wyznaczaliśmy pozycję za pomocą linijki, kompasu i latarni na brzegu… Bo, choć żyjemy w XXI wieku w dobie elektroniki, dostępu do internetu i coraz lepszych przyrządów pomiarowych, to na morzu nie trudno przecież o awarię, dlatego te umiejętności nigdy nie stracą na wartości.

 

Trzeciej nocy, z wtorku na środę, przy wschodnim wybrzeżu Gotlandii, zdarzyła się mała awaria. Rozmawialiśmy sobie właśnie, gdy nagle spostrzegliśmy, że księżyc krąży po niebie. Zmieniliśmy mocno kurs – pytanie tylko, dlaczego? Jak się okazało, jedna z załogantek miała problemy zdrowotne. Niestety, były na tyle poważne, że musieliśmy wezwać służby przybrzeżne. Dziewczyna została przewieziona na zachodnie wybrzeże do szpitala w Visby. My włączyliśmy silnik cała naprzód i zaczęliśmy opływać wyspę, by dotrzeć tam nazajutrz. Akurat zmywałam wtedy naczynia w pentrze, ale przed sobą miałam bulaje, przez które obserwowałam ląd. Bardzo to sympatyczny szczegół w kambuzie na „Zawiasie” : )

Do portu wpłynęliśmy we środę, 9 lipca, po obiedzie. Była krótka odprawa, a później mieliśmy wolne: można było iść zwiedzać miasteczko, które już z daleka wyglądało niezmiernie ciekawie. Byłam bardzo podekscytowana, bo był to mój pierwszy pobyt w Skandynawii.

Spacerowaliśmy ślicznymi uliczkami Visby, wśród starych budynków zarośniętych kwiatami i podpatrywaliśmy ludzi. Napisy na budynkach i język brzmiały dla mnie obco i dziwnie. Zupełnie inna to kultura niż nasza, a tym bardziej niż ludzi z południa. Jest raczej cicho i spokojnie. Miasto było piękne, choć wydawało się trochę sztuczne – aż za idealne, by było prawdziwe.

08_wakacje_2014_lipiec_(6)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

Wieczorem poszliśmy nad morze, gdzie całe rodziny spędzały czas podczas pikników na trawie. My wykąpaliśmy się w morzu – zabawne, że to ten sam Bałtyk co w Gdyni, a jednak wydawał się inny.

Kolejnego dnia wróciła na statek nasza chora załogantka – zmieniły się plany, będziemy płynąć do Karlskrony. Żałowaliśmy trochę Sztokholmu, ale co poradzić – podczas rejsów to przecież nie porty są najważniejsze.

Po wyjściu z portu kapitan zarządził, że „czas zmienić ten kuter rybacki w prawdziwy żaglowiec”. Nastąpił alarm do żagli. Podczas ich stawiania pracowali wszyscy – widzący i niewidomi. Fakt faktem, że osoby te nie mogły tak szybko jak my reagować na nieoczekiwane zmiany jakie następowały, gdy zmieniał się wiatr itd. Zawsze jednak czynnie uczestniczyli w alarmie i razem z innymi wybierali, luzowali, wiązali i rozwiązywali żagle. Tego dnia wreszcie pojawiło się trochę wiatru, bo do tej pory głównie płynęliśmy na silniku, słynnym zawiszowym silniku jak z U-boota, który miałam możliwość zobaczyć już pierwszego dnia. Dla mnie wyglądał niesamowicie i szalenie skomplikowanie.

 09_2014-07-09_DSCN2684_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek10_2014-07-09_DSCN2692_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 „Zawias” sunął na południe na grocie i bryfoku, który podobno rzadko jest używany, więc cieszę się, że mieliśmy okazję zobaczyć, jak pracuje na rei.

 

Po południu cumowaliśmy już w Karlskronie, tuż obok polskiego jachtu i dwóch (nie polskich, niestety) żaglowców.

 11_2014-07-10_DSCN2735_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 

Karlskrona to miasto położone na wielu wyspach w części zamieszkanych i zabudowanych kolorowymi, drewnianymi domami z białymi oknami, w części dzikich i porośniętych trawą lub skalistych. Zbudowane, by być dumą Królestwa Szwecji i jego główną stocznią, dokładnie przemyślane – z szerokimi alejami i prostymi kamienicami.

12_2014-07-10_DSCN2713_fot_Jeglorz_&_Pisarek13_2014-07-10_DSCN2719_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

  Ale to, co w nim najlepsze – mieści się w budynku Muzeum Marynarki Wojennej – skarbnicy wiedzy o żeglarstwie, morzu, marynarce w poprzednich wiekach i obecnie. Oryginalne galiony, drobny osprzęt ze statków, niesamowita łódź podwodna, dużo interaktywnych atrakcji, gdzie można się poczuć jak prawdziwy marynarz na osiemnastowiecznym statku. A przede wszystkim modele statków zgromadzone tam w drugiej połowie XVIII wieku z rozkazu króla Adolfa Fryderyka (po szwedzku: Adolf Fredrik). To wszystko zrobi ogromne wrażenie na każdym, a co dopiero na ludziach zakochanych w żeglarstwie.

 

Rejs był moim pierwszym bliższym spotkaniem z ludźmi niewidomymi. Oczywiście widywałam ich czasem gdzieś na ulicy, ale nie znałąm żadnego z nich bliżej. Tutaj przebywałam z nimi 24 godziny na dobę i odkrywałam ich świat. Na statku nie było osoby niewidomej od urodzenia (ciekawi mnie bardzo jak oni wyobrażają sobie świat, czy byliby go w stanie narysować) tylko osoby ociemniałe, które z czasem straciły wzrok. Myślę, że to jeszcze gorsze niż nie widzieć od urodzenia, bo oto nagle cały nasz świat znika. To tak jakbyśmy nagle zaczęli chodzić z opaskami na oczach… nowe wrażenia, doświadczenia, odczucia.

Dla tych, z którymi rozmawiałam, była to trudna zmiana. Musieli poświęcić dużo czasu by przyzwyczaić i pogodzić się z nową sytuacją. Udało im się jednak – czego dowodem jest udział w rejsie – i nieznikający z twarzy uśmiech. Są to ludzie zawsze z dobrym humorem, którzy potrafią śmiać się ze swojego kalectwa tak, że ja czułam się czasem zakłopotana. Na co dzień świetnie sobie radzą, pracują, uczestniczą w spotkaniach edukacyjnych o miejscu niewidomych w społeczeństwie, podróżują.

To ostatnie bardzo mnie zastanowiło – podróże? Oczywiście, czemu nie, tyle tylko, że większość z nas – turystów widzących odwiedza miejsca, by zobaczyć coś nowego: miasteczko, wodospad, widok, zabytek. Co więc mają z tego niewidomi?

Ważna jest sama podróż, przemieszczanie się, wyjście z domu. Przerwa w codzienności, możliwość spędzenia czasu z przyjaciółmi. Każde miejsce ma inną atmosferę, nowego zapachy, smaki. Uwielbiam kosztować lokalnych potraw, jak najwięcej rozmawiać z ludźmi, słuchać muzyki. Nie widzę, ale pozostały mi jeszcze inne zmysły, to właśnie dzięki nim „poznaję” podczas podróży. To fakt, nie zobaczę wodospadu, ale usłyszę odgłos wielu ton wody spadających w jednej sekundzie z ogromnej wysokości, poczuję zapach świeżości i kropelki wody na twarzy. I to musi mi wystarczyć. Korzystam też z wszelkich udogodnień dla niewidomych – w wielu miastach powstały już makiety zabytków w skali, które mogę sobie dokładnie „obejrzeć” dłońmi. Podobnie jest w muzeach, niestety nie wszystkich, dlatego tak ważne dla mnie jest, by wciąż przypominać innymi, że niewidomi to też ciekawi świata ludzie.

Po tak wyczerpującej odpowiedzi wiedziałam już – może nie wszystko, ale dużo.

 14_2014-07-09_DSCN2667_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 

 

Wieczorem w niedzielę, 13 lipca, udało nam się nareszcie wyjść z portu. Mieliśmy to zrobić już wcześniej, ale wiatr był niekorzystny, dopychający do kei, więc czekaliśmy. Tej nocy Zawisza zaczął w końcu przechylać się mocniej z jednej burty na drugą, wiatr niestety pozostawał tylko w granicach czwórki Beauforta. Część załogi wzięła od razu kurs na koje, by spokojnie przespać wszelkie bujanie i pojawiające się znienacka zawroty głowy. Ja za to spędziłam noc na pokładzie, mimo że miałam wachtę kambuzową. Szkoda było jednak marnować ten czas na spanie, gdy statek tak pięknie tańczy na falach, a po niebie przetaczają się chmury o dziwacznych kształtach. Spać będę w domu; tam nie ma takich widoków, niestety. Woda wlewała się na pokład, na szczęście nie na rufie, gdzie siedziałam, choć wiele razy wydawało mi się już, że będę mokra. To jednak tylko głupie złudzenie – pokład rufowy jest przecież wysoko nad wodą. Pomagałam osobom, które źle się czuły pod pokładem i przyszły zaczerpnąć świeżego powietrza. Mnie na szczęście choroba morska nie złapała, więc mogłam bez przeszkód cieszyć się chwilą i kontemplować tę piękną noc na morzu.

Nad ranem zrzuciliśmy żagle i kotwiczyliśmy przy skałach Bornholmu. Nad nami górowały majestatycznie ruiny zamku Hammershus, które poszliśmy zwiedzić. W międzyczasie mechanicy i kuk złowili ryby na obiad, więc po powrocie, jako wachta kambuzowa, zabrałam się do roboty.

Tymczasem zaczęło mocno padać, a my zbliżaliśmy się do miasteczka Rønne. Trzeba było poczekać, aż z portu wyjdzie prom, więc kręciliśmy ósemki na wodzie wśród rybackich bojek. Akurat stałam wtedy na sterze i choć z nieba lało mi się za kołnierz, to było wspaniałe. Lubię tak kręcić sterem – to ciekawsze niż na wachtach, gdy z reguły płynie się wciąż prosto przed siebie. Potem w końcu obraliśmy kurs na nabieżniki i wpłynęliśmy do portu. Tuż po nas przypłynął kolejny wielki prom, „pływająca szafa” rozwijająca prędkość 30 węzłów na otwartym morzu.

Spędziliśmy na Bornholmie jedną noc, rano wybraliśmy się jeszcze zwiedzić Rønne. Znów piękne miasto, stare, kolorowe, z pustymi uliczkami i zatłoczonym rynkiem.

Odpłynęliśmy przy pięknej, ale wietrznej pogodzie. Ostatnie stawianie żagli, bo zbliżaliśmy się już do końca rejsu. Ostatnia wachta, sterowanie, ostatnia noc na morzu. Mam nadzieję, że nie na długo się z nim pożegnam.

We wtorek, 15 lipca, rano wpłynęliśmy znów do portu w Gdyni.

Ten sam port, ta sama keja, a na niej już kolejna grupa zapaleńców – żeglarze drugiego etapu „Zobaczyć Morze”. Podekscytowani, bo ich dopiero czeka wspaniała przygoda.

15_2014-07-10_DSCN2734_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

Moja, póki co, już się kończyła – czas było wracać do domu. Wspomnienia jednak pozostają na zawsze, tak jak i przyjaźnie – podobno te zawiązane na morzu przetrwają wszystko. Bardzo się cieszę, że uczestniczyłam w tak śmiałym i niesamowitym przedsięwzięciu – dzięki niemu inaczej patrzę teraz na innych ludzi i zdobyłam ważne doświadczenie.

Na koniec kapitan zwołał jeszcze apel na rufie, dostaliśmy zaświadczenia, opinie i pamiątkowe koszulki. Nie mogło też zabraknąć zdjęcia całej załogi.

Na odchodne „Kapitan Zbieraj” powiedział nam:

– Do zobaczenia za… niedługo, bo Zawisza Czarny to nie żaglowiec – to choroba. Kto raz ją złapie, nie może o niej zapomnieć.

I, na szczęście, nie ma na nią żadnego lekarstwa.

Zuzanna Jeglorz
15 sierpnia 2014

 

25_2014-07-09_DSCN2693_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek 26_2014-07-10_DSCN2732_fot_Jeglorz_&_Pisarek 27_wakacje 2014 lipiec (1)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 28_wakacje 2014 lipiec (14)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 29_wakacje 2014 lipiec (15)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 30_wakacje 2014 lipiec (2)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 31_wakacje 2014 lipiec (22)_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek 32_wakacje 2014 lipiec (5)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 16_2014-07-06_DSCN2606_fot_Jeglorz_&_Pisarek 17_2014-07-06_DSCN2614_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek 18_2014-07-06_DSCN2615_fot_Jeglorz_&_Pisarek 19_2014-07-09_DSCN2645_fot_Jeglorz_&_Pisarek 20_2014-07-09_DSCN2648_fot_Jeglorz_&_Pisarek 21_2014-07-09_DSCN2649_fot_Jeglorz_&_Pisarek 22_2014-07-09_DSCN2655_fot_Jeglorz_&_Pisarek 23_2014-07-09_DSCN2661_fot_Jeglorz_&_Pisarek 24_2014-07-09_DSCN2688_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek

Foto: Zuzanna Jeglorz i Katarzyna Pisarek

 


Jeglorz_Zuzanna_2a

 

Zuzanna Jeglorz (urodzona i mieszkająca w Jastrzębiu-Zdrój) po rocznych kwalifikacjach  (2012/2013), będąc w trzeciej klasie gimnazjum, została uczennicą Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2013, polsko-rosyjska. Przepłynęła w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Gdańska do Civitavecchia (jej opinię o SzPŻ-2013 możecie przeczytać na naszej stronie). Obecnie uczy się w Liceum Ogólnokształcącym Towarzystwa Ewangelickiego w Cieszynie.

Pisarek_Katarzyna_2a

 

W rejsie Zawiszy Czarnego brała też udział Katarzyna Pisarek z Gołańczy, która po trwajacych przez cały rok szkolny eliminacjach również została uczenicą SzPŻ-2013. Obecnie uczennica jednego z liceów w Poznaniu.

 

 

Opinie pozostałych uczestniczek i uczestników SzPŻ-2013 – też na naszej stronie.

 

Żeglujmy Razem

Calendar

« September 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 
Jesień
– jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

•   Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

•   i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

•   Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

•   Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

•   Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

•   Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

•   Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

•   Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

•   Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

•   Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

•   Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

•   Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

•   Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

•   Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

•   Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

•   Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę polska.

•   Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

•   Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

•  Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
    Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
    A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

•   Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

•   Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

•   Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

•   Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

•   Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

•   Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

•   Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

•   Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

•   Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic na to nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.

Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią.
Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna  nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!
Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

Idzie jesień, a tu próżna kieszeń.

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień, brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień, ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę
z korca deszczu, garniec błota.

Pzdrwm_Robak

PS.
Za pocztówki dziękuję (w kolejności nadlatywania z czterech stron świata):

•   Kai (ze Shqipërii);
•   Kai, Mai i Witoldowi (z Finlandii, z rejsu Zaruskim);
•   Markowi (właśnie temu ze Świdnicy, a kartka była pantomimiczna z Wrocławia!);
•   Oli, Matyldzie, Mai, Strusiowi, Zuzi i Zuzi (skądże by, jak nie z Pogorii sześć pocztówek w jednej kopercie!);
•   Karolowi (z któregoś z rozlicznych festiwali);
•   Natalii (z Lidingo w Szwecji);
•   Łukaszowi (nie powiem, skąd);
•   Magdzie i Maszy (najpierw z Grecji, później ze Złotych Gór);
•   Oli (banan z Tennessee!);
•   Zuz-Ali (z Jastrzębia, ale i ze Zdroju);
•   Martynie (ciężko powiedzieć, skąd : );
•   Mirce i Stachowi (najpierw z Gruzji, a potem z Litwy);
•   Kasi (z jej rejsu na pokładzie jednostki czterokołowej Helena);
•   Krzysztofowi, znanemu jako "Kapitan" (z wędrówki po ostępach Montany i Yellowstone);
•   Ryśkowi (z rejsu, który prowadził dookoła Sycylii);
•   Kryspinowi (z Krakowa ale z Wieliczki);
•   Dorocie, Idze i Karolowi (z Kazimierza).

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

Wrzesień – dziewiąty miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 30 dni.

Teraz powinno być, jak słowo „wrzesień” wyjaśnia etymologicznie Aleksander Brückner (pamiętamy: 1856-1939, filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny). A jeszcze np. zgrabny cytacik z Lindego.
Ale nie będzie, bo to wyjaśni każdy. Nawet ten, kto o Brücknerze i Lindem nie słyszał w życiu, a nawet ten, dla kogo zaskoczeniem jest fakt istnienia słownika języka polskiego, bo przecież jeżeli słownik – to z jakiegoś na jakiś, a nie z naszego na nasze.

„Wrzesień” – bo wrzosy, według logiki Stacha Matysiaka:

że jest Polna – bo pole,
że jest Dolna – bo w dole,
a na Piwnej jest piwo,
a na Krzywej jest krzywo.

(czy ktoś jeszcze wie, o czym i o kim ja mówię?).
I tak już będzie z nazwami miesięcy do końca roku

Jednak Brückner i wrzosy swoją drogą, a mnie wrzesień kojarzy się ze szkołą (komu nie?), a jeszcze i z piosenką:

minął sierpień, minął wrzesień,
już październik i ta jesień…

Czemu akurat ten tekst klika mi na wrzesień, a nie na październik czy sierpień – nie wiem, ale to nie ma znaczenia: ma za to fakt, że większość mojej generacji jest z Przybory, a jak kto nie wie, o co chodzi – niech poszuka, to też będzie.

Staropolskie warianty nazwy dziewiątego miesiaca podaje Kopaliński: świętomichalski (od dnia św. Michała, 29 IX) i pajęcznik, od babiego lata.

Większość języków europejskich nazywa dziewiąty miesiąc roku wariantami wyrazu zapożyczonego z łaciny: September.
Z pozoru mało to logicznie, bo septem to po łacinie ‘siedem’ a septimus – ‘siódmy’, ale to nie błąd a archaizm: September był w kalendarzu rzymskim miesiącem siódmym, ale tylko do roku 46 p.n.e., kiedy to Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius) i cała numeracja cofnęła się o dwa oczka.

 

Cerkiew prawosławna obchodzi we wrześniu początek roku liturgicznego.

 

Rocznice wrześniowe

 

1 września „roku pamiętnego” wiadomo co było: „napadł wróg na Polskę z kraju sąsiedniego”.
Na czym się, niestety, nie skończyło.

 

 

3 września 1941 urodził się Stan Borys, wokalista, kompozytor, aktor i poeta.
Jako Stanisław Guzek był współzałożycielem legendarnej polskiej supergrupy Blackout (która po jego odejściu zmieniła nazwę na Breakout). Z Blackoutami Stan śpiewał takie przeboje jak „Anna” czy „Studnia bez wody”. Kto nie słyszał, jak kilkadziesiąt tysięcy ludzi zgromadzonych na stadionie na koncercie recytuje ze Stanem parlando z „Anny” (…kiedy wstępowaliśmy po schodach, kładłem pod twoje stopy poduszki dłoni, za poręcz miałaś moje ramiona i stawało się okno prosto w słońce; tekst: Bogdan Loebl) – ten niczego nie słyszał!
Później przyszła kariera solowa i megaprzeboje: „Jaskółka uwięziona” i „To Ziemia” – wersje oryginalne znajdziecie bez problemu na YouTubie. Jeśli kto powie, że podczas słuchania „Jaskółki” ciarki nie przelatywały mu po plecach – uwierzę tylko tym, dla których życie kulturalne poza piłką nożną nie istnieje.
Stan długo mieszkał w USA, ostatnio wrócił do Polski, ale koncertuje, komponuje i śpiewa po obu stronach oceanu.

Stan – ad multos annos!!!
Tobie i Twojej Annie!
I mega uściski!

 

 

6 września 1831 – podczas obrony Warszawy w powstaniu listopadowym wylatuje w powietrze fragment wolskich zachodnich fortyfikacji stolicy – Luneta Nr 54, a wraz z nią – wg Adama Mickiewicza – dowódca artylerii tzw. reduty, ppor. Konstanty Julian Ordon.

W rzeczywistości Ordon, poparzony podczas wybuchu, żył jeszcze 56 lat, dokonując czynów żołnierskich (walczył m.in. w oddziałach Garibaldiego) i pedagogicznych (był profesorem języków nowożytnych).
Historia zachichotała, gdy Ordon – wskutek niechęci innych ochotników – zrezygnował z wstąpienia do Legionu Mickiewicza, tworzonego we Włoszech przez poetę w 1848 i zaciągnął się do Legii Lombardzkiej.

Z Mickiewiczem Ordon spotkał się podobno raz – w 1855, w Burgas. Miał wtedy podejść do niego i powiedzieć: „Jam jest porucznik Ordon, któregoś pan na tamten świat wyprawił”.
W liście do Władysława Mickiewicza Ordon pisze, że „Adam się roześmiał” i obaj się uścisnęli. Ale czy to spotkanie, nigdzie indziej nie relacjonowane, rzeczywiście się odbyło – nie wiadomo.

Ordon popełnił samobójstwo we Florencji 4 maja 1887. Żył długo, ale nie przeżył romatycznie-patriotycznych fanatyków, którzy ucieszyli się z jego śmierci. Za życia bowiem wielokrotnie spotykał się z niechęcią i zdziwieniem: „Jakże to? Taki symbol, taki bohater, taki niezłomny, tak pięknie dla Ojczyzny się poświęcił – a żyje?”

Z wierszem Reduta Ordona (1832) wyniknął zaś galimatias dodatkowy. Utwór nosi podtytuł „Opowiadanie adiutanta”, gdyż Mickiewicz posłyszał całą historię od przyjaciela – Stefana Garczyńskiego, walczącego podczas obrony Warszawy i widzącego, choć z daleka, eksplozję reduty.
Mickiewicz posłyszał, zapisał i wydał.
Oto jednak rok później śmiertelnie chory Garczyński – też poeta i to dobry, bardzo przez Mickiewicza ceniony – poskarżył się przyjacielowi, iż został pominięty przy Reducie jako współautor, choć przecież rymy i obrazy były jego.
Jaką odpowiedź usłyszał – nie wiadomo, jednak do drugiego tomu poezji Garczyńskiego (1833) redagujący wydanie Mickiewicz Redutę Ordona dołączył z dopiskiem:

Wiersz ten, pisany pod wpływem opowiadań Garczyńskiego, umieszczam między dziełami przyjaciela jako wspólną naszą własność.

Na taką interpretację zżymał się syn i biograf poety, Władysław:

Uroił sobie p. Leonard Niedźwiecki, że Reduta Ordona jest pióra Garczyńskiego, nie Mickiewicza i od czasu do czasu wyrywa się z tem nieuzasadnionem twierdzeniem w różnych pismach polskich. Sama olbrzymia różnica formy w poezyach Adama i Garczyńskiego, byłaby dowodem dostatecznym, a przypuszczenie, że Adam okradł najlepszego przyjaciela z promyka należnéj mu chwały, upada samo przez się. […]
A sam Garczyński z Bazylei 17 Czerwca 1833 pisze do Turny: „Do drugiego (tomu) przyłączył Mickiewicz swoję Redutę Ordona.”
[Korespondencya Adama Mickiewicza wydanie 1872 r. t. II. str. 283.]

Zważywszy, że edytorem Korespondencji Adama był Władysław Mickiewicz, za owo „swoję” grosza bym nie dał. Artur Wołyński wszak pisał do niego otwarcie:

[…] Cię ludzie obwiniają, ze dokumenta fałszujesz przez obcinanie i przerabianie ustępów, które Ci się nie podobają, że […] właścicielowi oddajesz udatne facsimilia z nadwerężonym tekstem.

Do tego „różnica formy” nie zawsze (w odniesieniu do Reduty Ordona) jest aż tak wielka. Wreszcie, mając na uwadze jego stronniczość biografa-hagiografa, sarkanie owo – bo ojcowskiego dopisku już się nie dało usunąć ani zniszczyć – wydaje mi się sztuczne.

 

 

7 września 1824 – piorun kulisty zabija Augusta Bécu, pracownika naukowego i administracyjnego Uniwersytetu Wileńskiego. Zatrudniony w państwowej uczelni siłą rzeczy był po tej samej stronie barykady co władze rosyjskie i kurator wileńskiego okręgu szkolnego senator Nikołaj Nowosilcow. Nic dziwnego, że uwięzieni wówczas filomaci i filareci uważali dr. Bécu za zdrajcę i sprzedawczyka. Tak też przedstawił go – pod postacią Doktora – Mickiewicz w III Części Dziadów.
Prywatnie mąż Salomei primo voto Słowackiej i ojczym jej syna Juliusza, doktor (był chirurgiem i profesorem medycyny) Bécu nie byłby wart szczególnej tu wzmianki, gdyby nie użyty przy Wiośnie Mickiewiczowski cytat, w którym Nowosilcow stara się wytłumaczyć śmierć swego zausznika bez włączania czynników nadprzyrodzonych:

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.

Po raz kolejny widać, że Mickiewicz do dat i faktów specjalnej wagi nie przywiązywał. Co wolno wieszczowi…

 

 

8 września kościół katolicki obchodzi Narodzenie Najświętszej Maryji Panny, zwane w tradycji ludowej święto Matki Boskiej Siewnej, bo zaczynał się najlepszy czas do siewu ozimin.
Można by ogłosić konkurs: kto wie, co to jest „ozimina”? No to ogłaszam, tyle że proszę o nienadsyłanie odpowiedzi.
Lud wierzył także, że tego dnia jaskółki zagrzebują się w mule rzek i jezior, by tam przetrwać zimę.

 

 

11 września 2001 terroryści skasowali dwa wieżowce World Trade Center w Nowym Jorku i kilka samolotów. Skutki tego czujemy do dziś.

 

 

15 września 1974 – „wystawa spychaczowa” (Бульдозерная выставка), którą moskiewscy malarze awangardowi zorganizowali przy skrzyżowaniu ulic Profsojuznej i Ostrowitianowa w Bielajewie, na peryferiach Moskwy.

Gdy zerkniemy na to, co wówczas działo się w sztuce polskiej (a był to okres zwany „średni Gierek”), to wierzyć się nie chce, że za wschodnią granicą, w Sojuzie, w owym czasie obowiązywał wciąż (no dobrze: może nie tak do końca, ale...) socrealizm. Co prawda za odstępstwa od tej doktryny już nie rozstrzeliwano, ale na „pacykarzy i ich bohomazy” wysyłano spychacze na przykład. Tak właśnie jak w 1974 w Moskwie.

Wystawiający socrealizmu nie uznawali, w związku z czym jedynym miejscem, gdzie mogli zaprezentować swoja twórczość „masowemu odbiorcy” (Bułhakow w podobnym kontekście użył frazy зрительская масса), była ulica.

Warto wspomnieć nazwiska przynajmniej inicjatorów akcji, by czas ich nie zaćmił i niepamięć – jako że ryzykowali sporo (ponadto sporo nazwisk z tego grona to przyszłe tuzy malarstwa światowego):

Igor Cholin, Nadieżda Elskaja, Witalij Komar, Lidia Mastierkowa, Aleksander Mełamid, Władimir Niemuchin, Oskar Rabin i jego syn Aleksander Rabin, Jewgienij Ruchin, Wasilij Sitnikow, Boruch Sztejnberg, Walentin Worobjow, Jurij Żarkich oraz kolekcjoner sztuki Aleksander Glezer.

Przy okazji: wyguglujcie hasło „Komar & Melamid”! Gdy zobaczycie, co ten duet malował później, daję słowo: nie powstrzymacie się od śmiechu.

Do inicjatorów dołączyli inni, ale jest ich zbyt wielu, by tu wymieniać.

Wystawa przyciągnęła oczywiście okolicznych mieszkańców, ale organizatorzy mieli lepszy pomysł: zawiadomili o wydarzeniu korespondentów zagranicznych akredytowanych w Moskwie.

Władza – jak to władza, której sie wydaje, że może wszystko, a zwłaszcza władza sowiecka – zareagowała szybko, z gracją słonia w składzie porcelany i bezmyślnie: pół godziny po otwarciu przyjechały trzy spychacze, armatka wodna i ciężarówki z milicjantami – oczywiście w cywilu – podającymi się za ogrodników-aktywistów, którzy akurat w niedzielę i akurat w tym miejscu mieli porządkować tereny zielone (technika znana i opanowana do perfidii, patrz: polski Marzec 1968 i ORMO-wców przebranych za „robotniczy aktyw”).

Ogrodnicy, jako zdrowy element klasy przodującej, wystąpili w obronie wartości i pryncypiów. Było niszczenie obrazów, polewanie wodą, pałowanie (pałka – jak wiadomo – to nie tylko bijące serce Partii, ale i przedmiot codziennego użytku ogrodnika). Oberwali też dziennikarze, ale to chyba zagranicznych żurnalistów bardziej ucieszyło niż zmartwiło, bo w tej sytuacji materiał pisał się sam.

Były oczywiście aresztowania, a na komisariacie porucznik milicji (imię i nazwisko znane, ale nie będę go upamiętniał) powiedział: „Trzeba by was zastrzelić, tylko naboi żal!” (Стрелять вас надо! Только патронов жалко…).

W prasie zachodniej się zagotowało. Na tyle, by breżniewowski beton nieco skruszał i władze zgodziły się, by 29 września (tegoż 1974 roku) niepokorni artyści wystawili swoje prace na placu w Izmajłowie.

Skąd ta szybkość decyzji? Może partyjni czynownicy, przekonani o skuteczności działań swych sił porządkowych myśleli, że zniszczono wszystkie obrazy i w tak krótkim terminie malarze nie zdążą namalować nowych?

Wystawa izmajłowska trwała 4 godziny i zwiedziło ją około półtora tysiąca widzów, a zagraniczne media skwitowały to tytułami: „pół dnia wolności”.

To ostatnie nie powinno mylić: Zachód bardzo skrupulatnie przestrzegał ustalonego w Jałcie (luty 1945!) porządku; poczynania sowieckiego hegemona – tak w ZSRR jak i w państwach satelickich – nigdy nie spotykały się z czymś więcej niż z chwytliwymi, bo rozpaczliwymi, nagłówkami w zachodniej prasie.
Reakcja inna przyszła dopiero wtedy, gdy Gensek – przekonany o indolencji i pasywności Zachodu – posłał swą armię do Afganistanu, o którym w Jałcie (ani nigdzie indziej) mowy nie było.

„Spychaczowa wystawa” była kolejną w łańcuchu ekspozycji nieprawomyślnej sztuki, która w ZSRR nazywana była awangardową, a wg kryteriów zachodnich była zaledwie echem modernizmu.
Nie sposób nie westchąć: cóż za regres w porównaniu z latami 20-tymi XX wieku, gdy rosyjska awangarda artystyczna na wszystkich polach odsadzała Zachód o dziesięciolecia.

Pierwszą z serii „wystaw rozpędzonych” była ekspozycja „Nowa Rzeczywistość" w moskiewskim Maneżu, rozpędzona przez Nikitę Chruszczowa 1 grudnia 1962. Przeczytacie o tym w grudniu, tu tylko dodam, że wśród utrwalonych w piśmie i na taśmie określeń użytych przez Nikituszkę były słowa «дерьмо» (łajno), «говно» (gówno), «мазня» (bohomaz) i zdania: „Wy co: malować nie umiecie? Mój wnuk ładniej rysuje! Wy co: mężczyźni czy pederaści przeklęci? Macież wy sumienie? Zabronić! Skończyć z tym świństwem! Nakazuję! A zwolenników wyplenić, z radia, telewizji, prasy, wszystkich!”

Z Chruszczowa jednak było ludzkie panisko, bo mógł na przykład zrywać obrazy ze ścian i je deptać, a jednak świadkowie zgodnie twierdzą, że nie zrywał ani nie deptał.

I jeszcze jedno: realizm socjalistyczny przetrwał w ZSRR jako oficjalna doktryna artystyczna do lat 80-tych XX wieku.

 

 

16 września – Dzień Niepodległości Meksyku, ustanowiony dla upamiętnienia mowy zwanej „Wołanie z Dolores” (Grito de Dolores), którą tego dnia w 1810 r. wygłosił Miguel Hidalgo y Costilla, proboszcz parafii Dolores, rozpoczynając narodowe powstanie antyhiszpańskie.
Powstanie w sumie wygrało, ale wpierw (31 lipca 1811) Hiszpanie rozstrzelali księdza Hidalgo, a dla zapobieżenia herezji obcięli mu głowę i wystawili na widok publiczny, co – jako ludzie pobożni i dobrzy chrześcijanie – uczynili dopiero po egzekucji.

 

 

17 września „roku pamiętnego” napadł wróg na Polskę z drugiego kraju sąsiedniego, o czym przez prawie pół wieku wolno było mówić oficjalnie tylko jako o dobrosąsiedzkiej pomocy.
Gdyby wówczas było znane pojęcie „konwoju humanitarnego”, to z pewnością tak by się to nazywało.
Od 1991 polski Związek Sybiraków obchodzi w tym dniu Światowy Dzień Sybiraka.

 

 

18 września ­1970 – umiera Jimi Hendrix (ur. 27 listopada 1942), jeden z najbardziej wpływowych muzyków i kompozytorów wszechczasów. Nie podejmuję się opisać, i to jeszcze w krótkich słowach, czego dokonał, więc napiszę tylko, że bez niego muzyka dziś zdecydowanie nie byłaby taka sama.
Tym, którzy coś słyszeli, ale nie słuchali, radzę zacząć chocby od YouTube i zapisów dwóch utworów w wykonaniu Hendrixa: „Wild Thing” (festiwal Monterey Pop, 1967) i „Star Spangled Banner” czyli hymn amerykański (Woodstock, 1969) – koniecznie w tej kolejności!
A później najlepiej obejrzeć filmy z tych festiwali i przesłuchać wszystkie płyty, które Jimi nagrał za życia (ostatnia, Cry of Love, ukazała się po jego śmierci, ale zdążył ją skończyć).

 

 

19 września ­– członkowie Kościoła Latającego Potwora Spaghetti obchodzą Międzynarodowy Dzień Mówienia po Piracku. Można i tak, czemu nie – wśród ulubionych lektur nie tylko mojego dzieciństwa był Kapitan Blood, Wyspa Skarbów i Sokół morski. I Hornblower oczywiście, choć on nie pirat, a wręcz odwrotnie.

 

19 września 1985, 07:17:50 czasu lokalnego – trzęsienie Ziemi o sile 8,1 w skali Richtera zabija co najmniej 30 tysięcy ludzi w mieście Meksyk, a samo miasto demoluje: ponad 400 wielopiętrowych budynków rozpada się całkowicie, ponad 3 tysiące (w tym kilkanascie szpitali) jest poważnie uszkodzonych. Dane powyższe są zbliżone do oficjalnych, a trzeba pamiętać, że wg innych ocen liczby tu przedstawione trzeba popodwoić lub potroić (niektóre raporty mówią o ponad 50 tysiącach zabitych).
Wstrząsy trwały od 3 do 5 minut. Epicentrum znajdowało się pod dnem Pacyfiku, mn.w. 350 km od miasta.
Tragiczny wstrząs wrześniowy poprzedziło trzęsienie 28 maja (5,2), po nim nastąpiły dwa powstrząsy (20 września – 7,5 i 30 kwietnia 1986 – 7,0).

 

19 września 2017, 13:14:40 czasu lokalnego – trzęsienie Ziemi o sile 7,1 w skali Richtera wstrząsnęło miastami Meksyk i Puebla (tuż obok epicentrum). Agencje podają, że liczba ofiar to co najmniej 300 osób. Liczba uszkodzonych budynków idzie w setki. Najbardziej ucierpiała północna część stolicy, w okolicach międzynarodowego lotniska im. Benito Juareza.
Przyjaciel z Meksyku napisał w emailu zaraz po wstrząsach:

O 11:00 zawył alarm, żona woła „Pospiesz się, trzęsie!”. Wszyscy wyszli z domów, a tu nic… Okazało się, że to był próbny alarm, w rocznicę trzęsienia z 1985. Wróciliśmy do domu. Po pierwszej, właśnie miałem zacząć ćwiczyć na saksofonie, a tu…! Bez alarmu, bo epicentrum było tuż tuż. Żona nie mogła złapać psa, tynk leciał ze ścian, budynek trzeszczał, trudno było ustać i biec po schodach. Było krótko, ale zdrowo. Mówią, że 7,1. Później się okaże…

I nad ranem dnia następnego:

Nie śpimy. Zaraz po wysłaniu wiadomości do Ciebie poszło światło i wróciło dopiero przed chwilą.
Dzwoniła córka: „Nie mamy domu! Nie zawalił się, ale nie pozwalają tam wejść." Potem telefony ogłuchły, może rano dowiemy się czegoś więcej. Nie możemy do nich pojechać, bo miasto to jeden korek i chaos, komórki nie działają.

Wstrząsami poprzedzającymi była seria trzęsień w dniach 7-12 września 2017 (epicentra w stanach Chiapas i Oaxaca) o sile od 5,0 do 8,1 w skali Richtera.
Skutki najsilniejszego z tych wstrząśnięć (8,1 R), 7 września 2017 o godz. 23:49:18 (czas lok.), odczuły miasta Juchitán de Zaragoza (ucierpiało najbardziej), Meksyk, Oaxaca, Puebla, Acapulco, Colima, Guadalajara, Tabasco, Veracruz.

 

Wystarczy już tych rocznic.

 

We wrześniu wypada na półkuli północnej równonoc (ekwinokcjum) jesienna.
W roku 2017 dniem równonocy jest 22 września.
Słońce wstaje w tym dniu dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie.
Rozpoczyna się wtedy jesień, co rozpostrze melancholii mglisty woal.

 

Znaki Zodiaku we wrześniu:

Panna (♍) – do 21 września
Waga (♎) – od 22 września.

O złowieszczej perfekcyjności Panien już było, ale jeśli ktoś myśli, że Wagi są lepsze, to się myli:

Wagi mają krótką pamięć i wzrok, dwie lewe ręce, tępy słuch i dowcip, ambicje zawodowe i poczucie humoru w zaniku.
Nie mają natomiast szczęścia do pieniędzy, powodzenia w miłości, rozumu i zdrowia.

Czarny pijar jest nadzwyczaj dla Wag łagodny, bo – co tu kryć – trzeba więc mieć prawdziwego pecha, żeby urodzić się pod znakiem Wagi.
Dalej w Zodiaku będzie jeszcze gorzej, dopóki nie nastanie słoneczny i radosny miesiąc Bliźniąt, by w tym znaku mogły się urodzić osoby wyjątkowe i wybrane.

 

Kwiaty września:

niezapominajka (Myosotis L.) – po łacinie zwana „mysie ucho”, a po angielsku forget-me-not, co jest kalką z francuskiego ne m’oubliez pas i znaczy to samo: „nie zapomnij mnie”. Symbolizuje pamięć.
Kwiatek jest delikatny i ładny, ale nawet to nie przeszkadza rodzimym botanikom używać w jego opisie wyrazów, za które w pierwszym lepszym barze można zdrowo oberwać. No wpadłoby Wam do głowy używać wobec kogoś określeń takich jak: „krótko owłosiony”, „skrętoległy”, „skrętka”, „przysadka”, „osklepek”, „nitkowata szyjka”, „znamię słabo rozszerzone”, „rozłupnia”, „podługowatolancetowaty”, „skręcony w pączku”, „zalążnia” – i liczyć, że ten ktoś się nie obrazi?

Angielska Wiki przytacza średniowieczną legendę o rycerzu, który przed wyprawą poszedł ze swą donną na przechadzkę wzdłuż brzegu rzeki i zapragnął wręczyć jej bukiecik niebieskich kwiatuszków. Nie pomyślał jednak o wektorach i momentach: zbroja więc przeważyła, a rycerz wpadając do wody zdążył przed utonięciem tylko zawołać: „Ach, nie zapomnij mnie-e-e-e-e…!”
Wiki nie wartościuje (choć podaje, że był to rycerz niemiecki), ale sądzę, że gdyby to było dziś, topielec uzyskałby Nagrodę Darwina (tak, topielec, bo za życia można tę nagrodę dostać tylko w bardzo specyficznych okolicznościach): kto na randkę idzie zakuty w zbroję?

 

wilec (Ipomoea L.) – polska botanika też nie oszczędza go w opisie, ale tu już można ją bardziej zrozumieć: po prostu stara się być politycznie poprawna. Wilec ma bowiem kwiaty o pięknych barwach i kształcie, ale zawiera w sobie alkaloidy i to nie byle jakie, bo LSA i LSD, te zaś wywołują wiadomo co (ale biegunkę też).

 

aster (Aster L.) – piękna nazwa, bo od greckiego ἀστήρ astér czyli gwiazda. I piękny kwiat, oznajmiający nieuchronne nadejście jesieni.
Powiało poezją, nie? No to teraz proza:
była i Rewolucja Astrów, zwana tak właśnie od kwiatów noszonych przez rewolucjonistów.
Która rozpoczęła się 31 października 1918 na Węgrzech, trwała dwa tygodnie, a zakończyła się proklamowaniem Węgierskiej Republiki Demokratycznej.
Którą w marcu 1919 utopił we krwi Czerwony Terror rewolucji węgierskiego bolszewika Béli Kuna.
Którą w sierpniu tego samego roku utopił we krwi Biały Terror Miklósa Horthy’ego i interwenci z Rumunii.
Ale w wazonie astry wyglądają bardzo malowniczo.

 

Kamień września:

szafir – co tu dużo mówić. By przekonać się, jaki może być szafir, trzeba znaleźć fotografię (a najlepiej kilka) szafiru Logana (the Logan Sapphire) – broszy przechowywanej w Muzeum Historii Naturalnej Smithsonian w Waszyngtonie z szafirem wielkości kurzego jajka, o wadze 423 karatów (84,6 g), który znaleziono na Sri Lance. Jedna fotografia jest więcej warta niż tysiąc słów.
<http://geogallery.si.edu/index.php/10002687/logan-sapphire>
Ofiarowywany jest na 45. – szafirową – rocznicę ślubu, więc szanse dostania go z tej okazji są raczej nikłe. Ale jeśli ktoś mieszka lub przebywa w okolicach Karpacza, zwłaszcza w Kruczych Skałach nad Płomnicą, albo w Górach Izerskich – niech ma oczy szeroko otwarte i młotek (geologiczny) ze sobą.

W zeszłym miesiącu było o sardoniksie, który wg św. Jana zdobi piątą warstwę fundamentu pod murem Miasta Świętego – Jeruzalem, co zostało potwierdzone na piśmie w Apokalipsie (21:20). Szafir jest cenniejszy, bo ozdabia warstwę drugą (21:19) i trudno się spierać, skoro napisane.
Z kolei Juliusz Słowacki na tronie szafirów posadził samego Pana Boga (i to uśmiechniętego, choć złośliwie), więc skoro pisał (Kordian, akt III, sc. 4) – to musiał wiedzieć, a może nawet widzieć.

A na opis warstwy pierwszej fundamentu Jeruzalem musicie poczekać do marca.

 

Refleksje o wrześniu?

Trudno będzie…
W PRL były kiedyś plakaty (sam widziałem) „Nigdy więcej września”, co bez wymienienia roku brzmiało dość makabrycznie i natychmiast, wbrew wszystkiemu, stało się przedmiotem żartów.

Gdy sobie pomyślę, że publikując to wszystko w sieci jestem częścią „wiecznego września”, to mi się nie robi zbyt raźnie na duszy, bo nigdy nie lubiłem biegać w stadzie.
Śliwki węgierki są smaczne, ale zaraz zaczyna się jesień więc będzie plucha, ciemno, wietrzno, ponuro.
Jedno co było pozytywne, to początek roku szkolnego. Podstawówki nie pamiętam, ale w liceum chodziłem do klasy z taką ekipą, że żal było każdego opuszczonego dnia, bo wtedy zawsze umykało coś ciekawego, więc koniec wakacji wcale nie był taki smutny, jak w piosenkach.

 

Imieniny we wrześniu wymieniam wyłącznie z powodów prywatnych

• Stefan i Stefania (2 IX)
• Michał (29 IX)
Wszystkiego najlepszego!

 

Wrześniowe imprezy urodzinowe, na które mógłbym się załapać wyłącznie teoretycznie, urządzają:

• 15-go – Mietek, z którym, nie wyobrażam sobie, by mogło być smutno;
• 24-go – Wouter – mieszka za daleko, bym mógł wpaść;
• 25-go – pewna Bożena – mieszka jeszcze dalej, a poza nawet gdybym wpadł, to bym złożył życzenia imieninowe, bo urodzin damom się nie wypomina. Dlatego już żadnych innych urodzin nie wspomnę (a byłoby co wspominać! :)
Najserdeczniejsze życzenia!
Urodzinowe i imieninowe!
STO LAT!

 

Śluby i wesela we wrześniu:
mówią (a skoro mówią – to wiedzą), że miesiące dobre do żeniaczki mają mieć w środku „r” (dziąsłowe i wibrujące).
No cóż, nie ma co owijać w bawełnę: „rz” to jednak nie „r” – choć od niego pochodzi ale jest pochodne od „r” miękkiego. Na pewno nie jest to „ż”, bo – o czym niektórzy wiedzą – na ogół wymienia się na „r” jak nie w obrębie polszczyzny to innych języków słowiańskich (jak jest wrzesień po białorusku, bułgarsku i ukraińsku zobaczycie niżej). Czyli trochę tak, a trochę nie. Wasze ryzyko. Chyba, że komuś chce się jechać do Mińska, Lwowa czy Warny.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
dziewiąty miesiąc roku to:

białoruskiверасень [vierasień]
bośniackiseptembart
bułgarskicептември [septembri]
chorwackirujan
czeskizáří [zarzi]
kaszubskiséwnik (też: sewan, wrzesnik, wrzeséń)
litewskirugsėjis
łatgalskirudiņa
łotewskiseptembris
łużycki (dolny)požnjeńc
łużycki (górny)september (też: požnjenc)
macedońskicептември [septembri] albo гроздобер [grozdobier]
rosyjskiсентябрь [sientiabr’]
serbskicептембар [septembar]
słowackiseptember
słoweńskiseptember
ukraińskiвересень [vieriesień]
żmudzkisiejė

 

Przysłowia związane z wrześniem:

Gdy nadejdzie wrzesień,
wieśniak ma zawsze pełną stodołę i kieszeń.

Gdy we wrześniu się w ziemię
głęboko wgrzebują robaki,
sroga zima nadchodzi
i mróz nie byle jaki.
[bardzo to przysłowie lubię]

Gdy wrzesień bez deszczów będzie,
w zimie wiatrów pełno wszędzie.

Jaki pierwszy wrzesień,
taka będzie jesień.

Jeśli wrzesień będzie suchy,
październik nie oszczędzi nam pluchy.

Kiedy wrzesień przyniósł jesień,
to i zboże młócą;
jedni sobie trą na żarnach,
drudzy na targ włóczą.

Kiedy wrzesień, to już jesień,
wtedy jabłek pełna kieszeń.

Oto wrzesień, bliska jesień!

Skoro wrzesień, to już jesień,
ale jabłek pełna kieszeń.

Tego wrzesień nie doparzy,
czego sierpień nie dowarzy.

We wrześniu tak jak w sierpniu
tylko dni są krótsze.

We wrześniu tłuste ptaki,
mróz w zimie nie byle jaki.

Wrzesień – jesień.

Wrzesień chodzi po rosie,
zbiera grzyby we wrzosie.

Wrzesień przynosi jesień.

Wrzesień, a jaka kieszeń?

Wrzesień,
leniwiec wsadza ręce w kieszeń.

Wrzeszczy wrzesień, że jesień.

Wrześniowa słota:
miarka deszczu, korzec błota.

 

Przysłowia na:

św. Idziego (1 IX)

Gdy na św. Idzi ładnie,
śnieg na pewno późno spadnie.

Św. Idzi w polu nic nie widzi.

 

Matkę Boską Siewną (8 IX)

Gdy na Siewną błękitnie,
wtedy wrzos pięknie kwitnie

 

św. Nikodema (15 IX)

Pogoda na Nikodema
jest, albo jej nie ma.

[No jasne. Marynarze mają podobne:
Kiedy ptak na wodę siędzie, pogoda będzie, albo nie będzie.]

 

św. Franciszka (17 IX)

Na św. Franciszka
odlatuje pliszka.

Na św. Franciszka
szuka ziarenek w polu myszka.
[Jasne, że trudno tu być specjalnie wymagającym co do rymów, ale niektóre osłabiają…]

 

św. Stanisława Kostkę (21 IX)

Jak na Stanisława Kostkę
ujrzysz śniegu drobnostkę,
to na Ofiarowanie [21 XI]
przydadzą się i sanie.

 

św. Mateusza (21 IX)

Św. Mateusz dodaje chłodu
i raz ostatni odbiera miodu.

Na Mateusza słońce grzeje,
po Mateuszu wiatr ciepło rozwieje.

 

św. Teklę (23 IX)

W dzień Tekli
będziemy kartofle piekli.

 

św. Teodora (24 IX)

Św. Teodorek
wiezie jeszcze ziarna worek.

 

św. Michała (29 IX)

Św. Michał
miedze porozpychał.

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha