Zuzanna Jeglorz

Nie ma lekarstwa na Zawiszę

01_2014-07-09_DSCN2641_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek

Co pociąga nas w morzu najbardziej?

Ogromne, spienione fale przelewające się przez pokład? Wszechobecna wilgoć i słony posmak na ustach? Zachody i wschody słońca niczym z obrazów impresjonistów? Wiatr rozwiewający nam włosy? Prędkość, z jaką sunie żaglowiec rozbijając majestatycznie dziobem taflę wody? Widok białych żagli wypełnionych po brzegi wiatrem?

Czy żeglujemy dla tych pięknych widoków, czy może raczej z chęci przygody, podróży, zewu wolności?

Te pytania nie dawały mi spokoju. A nie kto inny odpowie mi na nie najlepiej, jak ten, kto tego morza po protu nie widzi.

Niewidomy żeglarz, czy to możliwe? – spytacie. I wielu innych pytało. Jednak – na szczęście – znaleźli się i tacy, dla których nie ma rzeczy niemożliwych. I tak – już po raz dziewiąty – Zawisza Czarny wypłynie w morze z załogą składającą się w połowie z ludzi niewidomych i niedowidzących. Wiedziałam już, gdzie szukać odpowiedzi. Tak więc: kierunek Gdynia!

 

Projekt „Zobaczyć Morze” to niesamowity pomysł znanego niewidomego szantymena Romana Roczenia. Zakochany w morzu, które znał tylko z piosenek, postanowił zrealizować swoje marzenie. Odbył kilka rejsów z kapitanem Januszem Zbierajewskim. Z każdego wracał z coraz większym doświadczeniem. Pojawiło się pytanie – dlaczego by nie wciągnąć w to więcej niewidomych? Sprawa nie była prosta, ale kapitan już był, znaleźli się i sponsorzy (głównym organizatorem jest Fundacja Gniazdo Piratów).

02_2014-07-10_DSCN2733_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

 W 2006 roku odbyła się pierwsza edycja „Zobaczyć Morze”. Zawisza Czarny wypłynął na Bałtyk z załogą w połowie niewidomą. Głównym założeniem było „każdy uczestnik jest samodzielny”. Zero przewodników, zero pomocnych lasek. Dla niewidomych było to spore wyzwanie, ale tego właśnie chcieli: poznać trudy pracy na żaglowcu, przekonać siebie i widzących, że bez wzroku też można sobie świetnie radzić.

 

„Zawiasa” w Gdyni znaleźć nie było trudno. W basenie portowym przy Skwerze Kościuszki, obok ORP Błyskawica wyróżniał się swoimi żółtymi masztami.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po wejściu na pokład, to dziwny układ pomieszczeń, który po chwili wywołał lekką panikę i zdziwienie niefunkcjonalnością (jak to: żeby dojść w nocy do toalety, muszę się ubrać w sztormiak i biec przez pokład?), by po kilku dniach być już tylko niezauważalnym szczegółem, dającym nawet mnóstwo zabawy (czy może być coś ciekawszego niż przeskakiwanie przez przelewające się przez pokład fale z wazą gorącej zupy w rękach?). Tak właśnie wyglądały nasze codzienne wycieczki z kambuza w nadbudówce, przez stromą zejściówkę do kubryku. Wszyscy bez wyjątku świetnie opanowali tę sztukę.

Przez pierwsze dni, zanim wszystkich poznałam, ciężko mi było stwierdzić, kto jest widzący, a kto nie. I muszę przyznać, że dość długo zajęło mi odkrycie tego (głupio było pytać wprost). W końcu na morzu każdy porusza się ostrożnie. Gdy buja, wszyscy łapią się lin, a osoby niewidome radziły sobie naprawdę świetnie. Na początku oprowadziliśmy ich raz po statku, zwracając uwagę, gdzie coś wystaje z pokładu, na co uważać. Wszystko dokładnie zapamiętali. Myślę, że pewnie nawet więcej razy potykałam się na tym osprzęcie niż oni. My – widzący nie zwracamy uwagi na takie drobnostki, myśląc, że je za każdym razem zobaczymy, później nie patrzymy pod nogi i … już leżymy na pokładzie!

W sobotę, 5 lipca – po zamustrowaniu i „zadomowieniu się” – mieliśmy spotkanie z kapitanem. Oczywiście był nim nie kto inny niż „Kapitan Zbieraj”. Są na świecie ludzie, którzy przy pierwszym poznaniu od razu nas denerwują, przerażają, zawstydzają. Są i tacy, którzy wzbudzają niewytłumaczalną sympatię i o których już po paru zdaniach myślimy „To jest ktoś!”. Kapitan Zbierajewski zdecydowanie zalicza się do tych drugich. Jestem osobą, która bardzo nie lubi wszelkich zakazów i regulaminów, dlatego też jego słynny regulamin o trzech paragrafach przypadł mi szczególnie do gustu!

Nie znacie? To też się nauczcie na pamięć: punkt pierwszy – ma być bezpiecznie; punkt drugi – ma być miło; punkt trzeci – koniec regulaminu.

03_2014-07-09_DSCN2689_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

 

W niedzielę, 6 lipca, pożegnaliśmy się ze stałym lądem, by przez kolejne dni mieć pod sobą tylko nieprzeniknioną toń morskiej wody. Przy wyjściu z portu honory oddały nam dwa wielkie polskie żaglowce – Dar PomorzaDar Młodzieży. I już za chwilę zaczęło się znów morskie życie, za którym tak tęskniłam przez ostatnie osiem miesięcy. Miałam akurat wachtę nawigacyjną. Trafiłam na „oko” i poczułam się szczęśliwa. Znów jestem na morzu, znów zaczyna się przygoda, i to jaka!

Jeśli o o mnie chodzi, wiem, co kocham w morzu najbardziej: wolność, którą mi daje i wiatr, przewiewający mnie na wskroś, tak że mam ochotę skryć się w łóżku pod ciepłą kołdrą, ale stoję niezmiennie w tym samym miejscu na pokładzie, oczarowana i zahipnotyzowana, wpatrując się w powolny ruch morskich fal.

04_2014-07-06_DSCN2602_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

Pierwszy dzień minął powoli i leniwie.

Po rejsie Pogorią w Szkole Pod Żaglami miałam wrażenie, że mam aż za dużo wolnego czasu. Z czasem zmieniło się to o 180 stopni: zastanawiałam się, jak to możliwe, że tam była szkoła i lekcje do odrobienia, a starczało mi jeszcze godzin na rozmowy z ludźmi i pisanie dziennika. Na razie jednak nie wiedziałam co robić, więc postanowiłam poznać bliżej załogę.

Część z załogantów to już prawdziwe wilki morskie. Niektórzy chcieli zobaczyć, jak funkcjonuje żaglowiec w porównaniu z kilkuosobowym jachtem. Byli też i tacy, którzy żeglowali po raz pierwszy, wcześniej nie mając w ogóle styku z żeglarstwem.

 05_2014-07-09_DSCN2657_fot_Jeglorz_&_Pisarek

Z późniejszych rozmów wiem, że większość „połknęła bakcyla”, aczkolwiek była też jedna – no, może dwie osoby, które stwierdziły, że to jednak nie dla nich.

Resztę dnia spędziłam słuchając muzyki – tej na żywo oczywiście – gdyż mieliśmy na pokładzie dwóch wspaniałych gitarzystów, dzięki którym cały „Zawias” rozbrzmiewał wciąż szantami i w niejedną noc siedziało się do rana śpiewając piosenki, jak to na rejsie przystało.

 06_wakacje_2014_lipiec_(11)_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 

Noce te były wyjątkowo jasne – płynęliśmy do Sztokholmu, coraz dalej na północ, w stronę dnia polarnego. Drogę wyznaczała nam nieznikająca jasna łuna nad horyzontem. Dni były bardzo długie, a słońcu coś się pomieszało i zamiast wschodzić na świtówce, wstawało już na „psiaku”.

Na wachtach było bardzo przyjemnie. W myśl głównej zasady – „każdy uczestnik jest samodzielny” – niewidomi także pełnili funkcje, oczywiście oprócz „oka”. Często to właśnie oni najwięcej sterowali – wychodziło im to bardzo dobrze. Z początku może się to wydawać dziwne – ktoś, kto nie widzi, ma kierować statkiem? Z drugiej jednak strony, ja, osoba widząca, sterując opierałam się głównie na kompasie pokazującym mi kurs i wychyleniu steru. Oni też mieli te dane – podawała im je przez słuchawki „gaduła”, czyli specjalne urządzenie. Dlaczego więc nie mieliby sterować? Z tego założenia wyszli też organizatorzy rejsu. Dla niewidomych było to nie lada przeżycie, podobnie jak ich wejścia na „bocianie gniazdo”. To robiło ogromne wrażenie, także na mnie – ktoś, kto nie widzi, wspina się na maszt, to tak jakby centymetr po centymetrze zbliżał się w stronę swoich marzeń, zostawiając wszystkie słabości w dole.

 

Podczas wacht najbardziej lubiłam przesiadywać w kabinie nawigacyjnej. Jest to dla mnie niejako mózg i serce statku w jednym. To tu leżą mapy, przyrządy, piętrzą się książki o nawigacji, radar ostrzega przed niebezpieczeństwami. To tu wykreśla się pozycję na mapie, uzupełnia dziennik pokładowy, to tu kapitan podejmuje decyzje o zmianie kursu, a w tle słychać tylko rozmowy innych statków przez radio. Na ekranie komputera widać dokładnie naszą przebytą, a także zaplanowaną trasę oraz wszystkie inne potrzebne informacje: prędkość naszą i innych statków, czas, w którym dopłyniemy do celu czy przetniemy kurs jakiegoś statku. Wszystko to jest podane jak na tacy, dlatego też niesamowity wydaje mi się fakt, że przecież takie udogodnienia mamy dopiero od kilkudziesięciu lat.

07_2014-07-09_DSCN2680_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

 Dopiero tutaj zdałam sobie sprawę jak naprawdę niebezpieczne były wyprawy wielkich odkrywców, gdy płynęli w nieznane, bez żadnej mapy, po prostu przed siebie. Dlatego też razem z koleżanką Kasią wypytywałyśmy o wszystko, by umieć poradzić sobie bez GPSa.

Nasz wspaniały oficer cierpliwie odpowiadał i uczył. I tak zrobiliśmy log, by zliczyć prędkość, obliczaliśmy odległość do horyzontu, wyznaczaliśmy pozycję za pomocą linijki, kompasu i latarni na brzegu… Bo, choć żyjemy w XXI wieku w dobie elektroniki, dostępu do internetu i coraz lepszych przyrządów pomiarowych, to na morzu nie trudno przecież o awarię, dlatego te umiejętności nigdy nie stracą na wartości.

 

Trzeciej nocy, z wtorku na środę, przy wschodnim wybrzeżu Gotlandii, zdarzyła się mała awaria. Rozmawialiśmy sobie właśnie, gdy nagle spostrzegliśmy, że księżyc krąży po niebie. Zmieniliśmy mocno kurs – pytanie tylko, dlaczego? Jak się okazało, jedna z załogantek miała problemy zdrowotne. Niestety, były na tyle poważne, że musieliśmy wezwać służby przybrzeżne. Dziewczyna została przewieziona na zachodnie wybrzeże do szpitala w Visby. My włączyliśmy silnik cała naprzód i zaczęliśmy opływać wyspę, by dotrzeć tam nazajutrz. Akurat zmywałam wtedy naczynia w pentrze, ale przed sobą miałam bulaje, przez które obserwowałam ląd. Bardzo to sympatyczny szczegół w kambuzie na „Zawiasie” : )

Do portu wpłynęliśmy we środę, 9 lipca, po obiedzie. Była krótka odprawa, a później mieliśmy wolne: można było iść zwiedzać miasteczko, które już z daleka wyglądało niezmiernie ciekawie. Byłam bardzo podekscytowana, bo był to mój pierwszy pobyt w Skandynawii.

Spacerowaliśmy ślicznymi uliczkami Visby, wśród starych budynków zarośniętych kwiatami i podpatrywaliśmy ludzi. Napisy na budynkach i język brzmiały dla mnie obco i dziwnie. Zupełnie inna to kultura niż nasza, a tym bardziej niż ludzi z południa. Jest raczej cicho i spokojnie. Miasto było piękne, choć wydawało się trochę sztuczne – aż za idealne, by było prawdziwe.

08_wakacje_2014_lipiec_(6)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

Wieczorem poszliśmy nad morze, gdzie całe rodziny spędzały czas podczas pikników na trawie. My wykąpaliśmy się w morzu – zabawne, że to ten sam Bałtyk co w Gdyni, a jednak wydawał się inny.

Kolejnego dnia wróciła na statek nasza chora załogantka – zmieniły się plany, będziemy płynąć do Karlskrony. Żałowaliśmy trochę Sztokholmu, ale co poradzić – podczas rejsów to przecież nie porty są najważniejsze.

Po wyjściu z portu kapitan zarządził, że „czas zmienić ten kuter rybacki w prawdziwy żaglowiec”. Nastąpił alarm do żagli. Podczas ich stawiania pracowali wszyscy – widzący i niewidomi. Fakt faktem, że osoby te nie mogły tak szybko jak my reagować na nieoczekiwane zmiany jakie następowały, gdy zmieniał się wiatr itd. Zawsze jednak czynnie uczestniczyli w alarmie i razem z innymi wybierali, luzowali, wiązali i rozwiązywali żagle. Tego dnia wreszcie pojawiło się trochę wiatru, bo do tej pory głównie płynęliśmy na silniku, słynnym zawiszowym silniku jak z U-boota, który miałam możliwość zobaczyć już pierwszego dnia. Dla mnie wyglądał niesamowicie i szalenie skomplikowanie.

 09_2014-07-09_DSCN2684_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek10_2014-07-09_DSCN2692_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 „Zawias” sunął na południe na grocie i bryfoku, który podobno rzadko jest używany, więc cieszę się, że mieliśmy okazję zobaczyć, jak pracuje na rei.

 

Po południu cumowaliśmy już w Karlskronie, tuż obok polskiego jachtu i dwóch (nie polskich, niestety) żaglowców.

 11_2014-07-10_DSCN2735_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 

Karlskrona to miasto położone na wielu wyspach w części zamieszkanych i zabudowanych kolorowymi, drewnianymi domami z białymi oknami, w części dzikich i porośniętych trawą lub skalistych. Zbudowane, by być dumą Królestwa Szwecji i jego główną stocznią, dokładnie przemyślane – z szerokimi alejami i prostymi kamienicami.

12_2014-07-10_DSCN2713_fot_Jeglorz_&_Pisarek13_2014-07-10_DSCN2719_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

  Ale to, co w nim najlepsze – mieści się w budynku Muzeum Marynarki Wojennej – skarbnicy wiedzy o żeglarstwie, morzu, marynarce w poprzednich wiekach i obecnie. Oryginalne galiony, drobny osprzęt ze statków, niesamowita łódź podwodna, dużo interaktywnych atrakcji, gdzie można się poczuć jak prawdziwy marynarz na osiemnastowiecznym statku. A przede wszystkim modele statków zgromadzone tam w drugiej połowie XVIII wieku z rozkazu króla Adolfa Fryderyka (po szwedzku: Adolf Fredrik). To wszystko zrobi ogromne wrażenie na każdym, a co dopiero na ludziach zakochanych w żeglarstwie.

 

Rejs był moim pierwszym bliższym spotkaniem z ludźmi niewidomymi. Oczywiście widywałam ich czasem gdzieś na ulicy, ale nie znałąm żadnego z nich bliżej. Tutaj przebywałam z nimi 24 godziny na dobę i odkrywałam ich świat. Na statku nie było osoby niewidomej od urodzenia (ciekawi mnie bardzo jak oni wyobrażają sobie świat, czy byliby go w stanie narysować) tylko osoby ociemniałe, które z czasem straciły wzrok. Myślę, że to jeszcze gorsze niż nie widzieć od urodzenia, bo oto nagle cały nasz świat znika. To tak jakbyśmy nagle zaczęli chodzić z opaskami na oczach… nowe wrażenia, doświadczenia, odczucia.

Dla tych, z którymi rozmawiałam, była to trudna zmiana. Musieli poświęcić dużo czasu by przyzwyczaić i pogodzić się z nową sytuacją. Udało im się jednak – czego dowodem jest udział w rejsie – i nieznikający z twarzy uśmiech. Są to ludzie zawsze z dobrym humorem, którzy potrafią śmiać się ze swojego kalectwa tak, że ja czułam się czasem zakłopotana. Na co dzień świetnie sobie radzą, pracują, uczestniczą w spotkaniach edukacyjnych o miejscu niewidomych w społeczeństwie, podróżują.

To ostatnie bardzo mnie zastanowiło – podróże? Oczywiście, czemu nie, tyle tylko, że większość z nas – turystów widzących odwiedza miejsca, by zobaczyć coś nowego: miasteczko, wodospad, widok, zabytek. Co więc mają z tego niewidomi?

Ważna jest sama podróż, przemieszczanie się, wyjście z domu. Przerwa w codzienności, możliwość spędzenia czasu z przyjaciółmi. Każde miejsce ma inną atmosferę, nowego zapachy, smaki. Uwielbiam kosztować lokalnych potraw, jak najwięcej rozmawiać z ludźmi, słuchać muzyki. Nie widzę, ale pozostały mi jeszcze inne zmysły, to właśnie dzięki nim „poznaję” podczas podróży. To fakt, nie zobaczę wodospadu, ale usłyszę odgłos wielu ton wody spadających w jednej sekundzie z ogromnej wysokości, poczuję zapach świeżości i kropelki wody na twarzy. I to musi mi wystarczyć. Korzystam też z wszelkich udogodnień dla niewidomych – w wielu miastach powstały już makiety zabytków w skali, które mogę sobie dokładnie „obejrzeć” dłońmi. Podobnie jest w muzeach, niestety nie wszystkich, dlatego tak ważne dla mnie jest, by wciąż przypominać innymi, że niewidomi to też ciekawi świata ludzie.

Po tak wyczerpującej odpowiedzi wiedziałam już – może nie wszystko, ale dużo.

 14_2014-07-09_DSCN2667_fot_Jeglorz_&_Pisarek

 

 

Wieczorem w niedzielę, 13 lipca, udało nam się nareszcie wyjść z portu. Mieliśmy to zrobić już wcześniej, ale wiatr był niekorzystny, dopychający do kei, więc czekaliśmy. Tej nocy Zawisza zaczął w końcu przechylać się mocniej z jednej burty na drugą, wiatr niestety pozostawał tylko w granicach czwórki Beauforta. Część załogi wzięła od razu kurs na koje, by spokojnie przespać wszelkie bujanie i pojawiające się znienacka zawroty głowy. Ja za to spędziłam noc na pokładzie, mimo że miałam wachtę kambuzową. Szkoda było jednak marnować ten czas na spanie, gdy statek tak pięknie tańczy na falach, a po niebie przetaczają się chmury o dziwacznych kształtach. Spać będę w domu; tam nie ma takich widoków, niestety. Woda wlewała się na pokład, na szczęście nie na rufie, gdzie siedziałam, choć wiele razy wydawało mi się już, że będę mokra. To jednak tylko głupie złudzenie – pokład rufowy jest przecież wysoko nad wodą. Pomagałam osobom, które źle się czuły pod pokładem i przyszły zaczerpnąć świeżego powietrza. Mnie na szczęście choroba morska nie złapała, więc mogłam bez przeszkód cieszyć się chwilą i kontemplować tę piękną noc na morzu.

Nad ranem zrzuciliśmy żagle i kotwiczyliśmy przy skałach Bornholmu. Nad nami górowały majestatycznie ruiny zamku Hammershus, które poszliśmy zwiedzić. W międzyczasie mechanicy i kuk złowili ryby na obiad, więc po powrocie, jako wachta kambuzowa, zabrałam się do roboty.

Tymczasem zaczęło mocno padać, a my zbliżaliśmy się do miasteczka Rønne. Trzeba było poczekać, aż z portu wyjdzie prom, więc kręciliśmy ósemki na wodzie wśród rybackich bojek. Akurat stałam wtedy na sterze i choć z nieba lało mi się za kołnierz, to było wspaniałe. Lubię tak kręcić sterem – to ciekawsze niż na wachtach, gdy z reguły płynie się wciąż prosto przed siebie. Potem w końcu obraliśmy kurs na nabieżniki i wpłynęliśmy do portu. Tuż po nas przypłynął kolejny wielki prom, „pływająca szafa” rozwijająca prędkość 30 węzłów na otwartym morzu.

Spędziliśmy na Bornholmie jedną noc, rano wybraliśmy się jeszcze zwiedzić Rønne. Znów piękne miasto, stare, kolorowe, z pustymi uliczkami i zatłoczonym rynkiem.

Odpłynęliśmy przy pięknej, ale wietrznej pogodzie. Ostatnie stawianie żagli, bo zbliżaliśmy się już do końca rejsu. Ostatnia wachta, sterowanie, ostatnia noc na morzu. Mam nadzieję, że nie na długo się z nim pożegnam.

We wtorek, 15 lipca, rano wpłynęliśmy znów do portu w Gdyni.

Ten sam port, ta sama keja, a na niej już kolejna grupa zapaleńców – żeglarze drugiego etapu „Zobaczyć Morze”. Podekscytowani, bo ich dopiero czeka wspaniała przygoda.

15_2014-07-10_DSCN2734_fot_Jeglorz_&_Pisarek 

Moja, póki co, już się kończyła – czas było wracać do domu. Wspomnienia jednak pozostają na zawsze, tak jak i przyjaźnie – podobno te zawiązane na morzu przetrwają wszystko. Bardzo się cieszę, że uczestniczyłam w tak śmiałym i niesamowitym przedsięwzięciu – dzięki niemu inaczej patrzę teraz na innych ludzi i zdobyłam ważne doświadczenie.

Na koniec kapitan zwołał jeszcze apel na rufie, dostaliśmy zaświadczenia, opinie i pamiątkowe koszulki. Nie mogło też zabraknąć zdjęcia całej załogi.

Na odchodne „Kapitan Zbieraj” powiedział nam:

– Do zobaczenia za… niedługo, bo Zawisza Czarny to nie żaglowiec – to choroba. Kto raz ją złapie, nie może o niej zapomnieć.

I, na szczęście, nie ma na nią żadnego lekarstwa.

Zuzanna Jeglorz
15 sierpnia 2014

 

25_2014-07-09_DSCN2693_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek 26_2014-07-10_DSCN2732_fot_Jeglorz_&_Pisarek 27_wakacje 2014 lipiec (1)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 28_wakacje 2014 lipiec (14)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 29_wakacje 2014 lipiec (15)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 30_wakacje 2014 lipiec (2)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 31_wakacje 2014 lipiec (22)_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek 32_wakacje 2014 lipiec (5)_fot_Jeglorz_&_Pisarek 16_2014-07-06_DSCN2606_fot_Jeglorz_&_Pisarek 17_2014-07-06_DSCN2614_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek 18_2014-07-06_DSCN2615_fot_Jeglorz_&_Pisarek 19_2014-07-09_DSCN2645_fot_Jeglorz_&_Pisarek 20_2014-07-09_DSCN2648_fot_Jeglorz_&_Pisarek 21_2014-07-09_DSCN2649_fot_Jeglorz_&_Pisarek 22_2014-07-09_DSCN2655_fot_Jeglorz_&_Pisarek 23_2014-07-09_DSCN2661_fot_Jeglorz_&_Pisarek 24_2014-07-09_DSCN2688_lev_fot_Jeglorz_&_Pisarek

Foto: Zuzanna Jeglorz i Katarzyna Pisarek

 


Jeglorz_Zuzanna_2a

 

Zuzanna Jeglorz (urodzona i mieszkająca w Jastrzębiu-Zdrój) po rocznych kwalifikacjach  (2012/2013), będąc w trzeciej klasie gimnazjum, została uczennicą Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2013, polsko-rosyjska. Przepłynęła w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii trasę z Gdańska do Civitavecchia (jej opinię o SzPŻ-2013 możecie przeczytać na naszej stronie). Obecnie uczy się w Liceum Ogólnokształcącym Towarzystwa Ewangelickiego w Cieszynie.

Pisarek_Katarzyna_2a

 

W rejsie Zawiszy Czarnego brała też udział Katarzyna Pisarek z Gołańczy, która po trwajacych przez cały rok szkolny eliminacjach również została uczenicą SzPŻ-2013. Obecnie uczennica jednego z liceów w Poznaniu.

 

 

Opinie pozostałych uczestniczek i uczestników SzPŻ-2013 – też na naszej stronie.

 

Żeglujmy Razem

Calendar

« May 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Maj

A w maju
Zwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia,
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, maju!

Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!...

Julian Tuwim – „Do krytyków” (1920)

 

Maj – piąty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury
i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od czasownika „maić” – ‘stroić, zdobić zielenią
i kwiatami’.

W staropolszczyźnie piąty miesiąc roku nazywany był „trawień” (tej nazwy używa język białoruski i ukraiński: травень ‘maj’, oraz chorwacki – travanj, ale tam tak nazywa się kwiecień) – wiadomo dlaczego.

 

Łaciński Maius zawiera
w sobie imię matki boga Merkurego – nimfy Mai.

 

Dwie dodatkowe etymologie nazwy Maius podaje Owidiusz w ks. V poematu Fasti (8 r. n.e.), traktującego o kalendarzu rzymskim.

Pierwsza wywodzi nazwę miesiąca od majestatu (Maiestas) – na przykład bogini, ale i cesarza, bo niech ktoś tylko spróbuje zaprzeczyć i powie, że cezar Majestatem nie jest!
Drugi owidiuszowski źródłosłów kieruje do starszych (maiores) – w tym wypadku senatorów rzymskich.

Na Owidiusza powołują się różne źródła i autorytety, ale jego wywody słowotwórcze mają tyle wspólnego
z językoznawstwem, co kamień węgielny z węglem kamiennym.

Owidiusz był poetą
i dworakiem – trudno powiedzieć, czym za swego życia bardziej. Boccaccio pisał, by się podobać damom, Owidiusz – by się podobać cesarzowi. Pierwszemu się udało, drugiemu – nie:
w dworactwie poeta nie miał szczęścia, bo inaczej nie dostałby wyroku wygnania (do dziś nikt nie wie, za co). Ale tworzył i wysysał
z palca, co mógł, byle tylko przypodobać się zwierzchności.

Maiestas – to oczywiste, bo bogini – boginią, ale podkadzenie imperatorowi zaszkodzić nie mogło, zwłaszcza że bogini daleko,
a cesarz – blisko.

Maiores – a czy źle było zaskarbić sobie niewinnym pochlebstewkiem życzliwość starców? Którzy – czy ich cesarz lubił czy nie – wciąż jeszcze coś mogli i o czymś tam decydowali.
Zresztą, na zasadzie świeczki i ogarka, Owidiusz nazwę następnego miesiąca, Iunius, w następnej księdze tego samego poematu wywodzi od słowa iuniores ‘młodzi’. Tak że Owidiuszem nie ma sobie co głowy zawracać.
Z równym powodzeniem moglibyśmy wywodzić nazwę „maj” od nazwiska Żemajska (i opiewać piękność obojga), gdyby tylko celem do sforsowania była dla nas twierdza piękności tejże damy. Albo – ogarnięci górnolotnym zapałem – moglibyśmy twierdzić, że z całą pewnością przodkowie nasi miesiąc „maj” nazwali od hasła „Trzymajmy się!”, co było nawiązaniem do szczytnych tradycji, woli przetrwania i misji dziejowej dającej nam pierwszeństwo nad innymi, a maj, jako symbol wiosny i odrodze-
nia… i tak dalej, i dalej.

 

Tak czy siak, nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

W drugiej dekadzie maja panują najchłodniejsze dni wiosenne, więc klimatycznie ten miesiąc też raczej zaprzecza swej symbolice
i w tym kontekście fraza
w w sercu ciągle maj brzmi co najmniej dwuznacznie, jak zresztą wszystko w poezji Jeremiego Wielkiego.

Ochłodzenie majowe jest zjawiskiem klimatycznym charakterystycznym dla całej Europy Środkowej: po okresie utrzymywania się wyżu barycznego nad Europą Środkową i Wschodnią następuje zmiana cyrkulacji atmosferycznej i przy słabnącym wyżu zaczyna – wraz z niżem barycznym – napływać zimne powietrze
z obszarów polarnych.

Według tradycji ludowej środek maja powinien być zimny, deszczowy, a czasem mroźny – jest to znakiem, że aż do jesieni nie powinno być przymrozków.

 

1 maja to Święto Pracy,
w Polsce święto państwowe.

We Francji 1 maja to, oprócz uroczystości organizowanych przez L’Humanité, święto konwalii (la fête du muguet).

 

Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, dzieje się w maju.

 

2 maja to w Polsce Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej.

 

3 maja jest w Polsce świętem państwowym, które oficjalnie nazywa się Święto Narodowe Trzeciego Maja. Ustanowiono je dla upamiętnienia uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Obojga Narodów (3 maja 1791).

…od razu się przyznam. Datownik maja mam niedokończony. Sporo tego, ale jakoś tak się składa, że
z tych wydarzeń, które do tej pory wziąłem na warsztat, większość związana jest
z Rosją. No a przecież, jeśli po Konstytucji – którą się
u nas czci prawie jak konkordat, a już na pewno jak Kościuszkę i Pułaskiego razem wziętych – dam rocznice wydarzeń spod Romanowych, z bolszewii lub z Putinogorska, to będzie wstyd i obraza Boska. Po TAKIEJ Konstytucji? Lepiej zatem poprzestanę na tym, co powyżej (na razie, bo praca trwa)…

 

Znaki Zodiaku w maju:
Byk (♉) – do 20 maja
Bliźnięta (♊) – od 21 maja (najweselszy
i najpogodniejszy znak Zodiaku).

Horoskopy Bliźnięta mają pomyślne w dowolnym układzie, nawet w czarnym PR.

Ludzie spod znaku Bliźniąt
w ogóle nie osiągają dojrzałości zarówno intelektualnej, jak
i uczuciowej.
Jedyne, co naprawdę potrafią, to raz w tygodniu wypełnić kupon gry liczbowej.
Niezdarnie to ukrywają, ale największą przyjemność sprawia im dłubanie w nosie.
Zapraszając takiego do domu należy pamiętać, że kradnie
i koniecznie przed wyjściem zrewidować.

Zauważcie, że nawet zawodowi hejterzy dają Bliźniętom pozytywną recenzję (co jest złego w grach liczbowych, dłubaniu w nosie – dla zdrowia przecież, albo
w zapobiegliwości?) – po prostu nie mają się do czego przyczepić!

Porównajcie z takim wczesnomajowym Bykiem, który ma:

wdzięk powiatowego Casanovy i skłonności dewiacyjne.
Niczym niezmącone przekonanie, że jest pępkiem świata.
Lubi mizdrzyć się zarówno przed lustrem jak i w pracy.
Najbliższą rodzinę terroryzuje od urodzenia do późnej starości.
Nigdy niczego nie czyta, choć o wszystkim ma z góry wyrobione zdanie.
Charakteryzuje go brak umiarkowanie w jedzeniu
i piciu.
Oderwać od rozkoszy stołu mogą go jedynie rozkosze łoża – przy czym i tu Byk będzie dążył do wyuzdanych uciech, nazywając je dla niepoznaki „wyższą sztuką”.
Lenistwo swoje i brak zainteresowania światem zewnętrznym Byki nazywają „dbaniem o domowe ognisko”, a brak wyższych uczuć „stąpaniem twardo po ziemi”.
Wreszcie swą ociężałość umysłową i skrajny konserwatyzm nazywają „przywiązaniem do tradycji” i „opieraniem się na sprawdzonych wzorcach”. Jednym słowem – to leniwi hedoniści, pogrążeni
w brudnej rozpuście
(no dobrze: „brudnej” możemy skreślić, bo znajomy Doktor obrazi się już na amen).

Albo z późnoczerwcowym Rakiem:

Urodzeni pod znakiem Raka oszukują na każdym kroku, zdradzają, uwielbiają podłożyć świnię.
Rakom nie można wierzyć nigdy i w niczym.
Jeśli np. Rak mówi „Cenię sobie twoją przyjaźń”, to można być pewnym, że przed godziną napisał na ciebie donos do szefa.
Raki stale komuś czegoś zazdroszczą, a po dwudziestym piątym roku życia łysieją, garbią się
i tracą zęby.
Słusznie zresztą.

No przecież szkoda słów, bo tu nie pomoże nawet oddział zamknięty.

A kolejne horoskopy są jeszcze gorsze (czytajcie, to się dowiecie), więc po prostu Bliźnięta – których i tak nawet czarny piar się nie ima – punktują z miesiąca na miesiąc.

 

Kwiaty maja:

Konwalia (Convallaria maialis L.) – bylina o kwiatach słodko pachnących, ale zdradziecka, bo silnie trująca; uznawana jest za kwiat szczęścia, pomyślności i młodości; ponieważ symbolizuje też czystość
i skromność, więc często wplatana jest w bukiety ślubne panien młodych (o symbolice toposu „trucizna pod słodyczą” etymologia ludowa jakoś milczy).

Niekontrolowana – konwalia staje się chwastem i to bardzo trudnym do usunięcia, ponieważ łatwo odrasta (ciekawe, czy ma to jakiś związek symboliczny
z owymi bukietami ślubnymi
i skromnością – może odrastają w sposób naturalny…).

Suszone, sproszkowane kwiaty konwalii dodawane są czasem do tabaki – w obliczu powszechnie znanych trujących właściwości substancji psychoaktywnych w tabace zawartych szczypta konwalii różnicy nie czyni.

Duże zastosowanie ma konwalia w medycynie
i zielarstwie, ale i tu ostrzega się przed zejściem wskutek przedawkowania.

W tzw. alfabecie kwietnym konwalie oznaczają nieśmiałość, co jest zrozumiałe: któż by, niewinnym będąc, do trucia jadem zabierał się śmiało?

Duże znaczenia ma konwalia w ikonografii maryjnej, ale to tematyka zbyt szeroka, by ją roztrząsać właśnie tu.

 

Głóg (Crataegus monogyna Jacq.), któremu botanicy dodają epitet „jednoszyjkowy” (co chyba nie jest obraźliwe); symbolizował on ostrożność i nadzieję, na szczęście bardzo dawno temu, bo
w średniowieczu; dziś tylko kłuje i nadaje się na nalewkę.

 

Kamień maja:

Szmaragd – symbolizujący miłość
i powodzenie.

 

W ogóle maj to miesiąc nijaki, coś takiego właśnie jak konwalia:

Maj jest dziwny. Dokładnie taki jak konwalia: trochę aromatu, ale zaraz jakieś przedawkowania i groźba zejścia. Nic dziwnego, że mądrość ludowa odradza zawierania małżeństw w maju (znam majowe
i szczęśliwe, ale być może to wyjątki potwierdzające regułę). I gdyby nie to, że jego ostatnia dekada przynosi najlepszy znak Zodiaku, czyli Bliźnięta, to ogólnie byłoby z majem kiepsko.

Kwiecień, na przykład, zaczyna się od primaaprilisowych wygłupów – i od razu jest weselej.
A popatrzcie, od czego startuje maj: od święta pracy, do której każdy chodzi, bo musi, więc to jest tak, jakby więźniowie obchodzili dzień św. Penitencji i cieszyli się, że jeszcze trochę posiedzą. To mogły wymyślić tylko Byki!
Na szczęście kogo jak kogo, ale ludzi pomysłowych u nas nie brakuje (a założę się, że większość z nich jest spod znaku Bliźniąt) – gdyby nie oni, to już by się w ogóle
w maju nie dało wytrzymać. Bowiem ludzie pomysłowi (zwłaszcza ci spod znaku Bliźniąt) połączyli „święto pracy” z innymi okolicznymi świętami, włączając w to weekendy z przodu i z tyłu,
i stworzyli jeden
z najdłuższych weekendów nowoczesnego świata; weekend, który – jak go dobrze ułożyć – może potrwać nawet 10 dni.
I nawet znajomego lekarza nie trzeba!
A gdy wreszcie, w co nie wątpię, za dzień święty zostanie uznane Święto Kanonizacji, to weekend majowy, podczas którego będzie można kompletnie zapomnieć o pracy, dojść może do dni szesnastu, a kto wie, czy nie więcej.

I ponieważ prawie zaraz po tym weekendzie przychodzą Bliźnięta, to maj daje się jakoś przetrzymać – mimo konwalii, szmaragdów, głogów jednoszyjkowych
i trzech ogrodników, których same imiona wywołują taki dreszcz, że nagłe chłody wcale nie są potrzebne.

Maj jednak rehabilituje się imieninami:
• Moniki;
• Stanisława – ale tylko częściowo, bo połowa Stachów uciekła od Szczepanowskiego do Kostki, tak że nigdy nie wiadomo, który kiedy obchodzi;
• Zofii (Zocha, przecież wiesz, że to o Tobie: wszystkiego najlepszego!)
• i Joanny – które już piękniejszego dnia na imieniny wybrać nie mogły!

 

Śluby i wesela w maju:
w żadnym wypadku! Ale zastrzegam jeszcze raz: tylko według mądrości ludu.

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
piąty miesiąc roku to:

białoruskiмай [maj], травень [trawień]
bośniackimaj
bułgarskiмай [maj]
chorwackimaj
czeskikvěten
kaszubskimôj (też: gòran, maj)
litewskigegužė
łatgalskiLopu (też: maja)
łużycki (dolny)rozhelony (też: rožownik, maj)
łużycki (górny)meja (też: róžownik)
łotewskimaijs
rosyjskiмай [maj]
macedońskiмај albo косар [kosar]
serbskimaj
słowackimáj
słoweńskimaj
ukraińskiтравень [trawień]
żmudzkigegožė

 

Przysłowia związane
z majem:

Chłodny maj,
dobry urodzaj.

Ciepły kwiecień, mokry maj
– będzie zboże jako gaj.

Częste w maju grzmoty
rozpraszają chłopom zgryzoty.

Deszcz majowy,
chleb gotowy.

Deszcz na pierwszym maju,
chyba w urodzaju.

Dużo chrabąszczów w maju,
proso będzie gdyby w maju.

Gdy kukułka w maju,
spodziewaj się urodzaju

Gdy maj jest przy pogodzie,
nie bywają siana w szkodzie.

Gdy się maj z grzmotem
odezwie na wschodzie,
rok sprzyja sianu
i zbożu w urodzie.

Gdy się w maju pszczoły roją,
takie roje w wielkiej cenie stoją.

Grzmot w maju
sprzyja urodzaju.

Jak pszczółki na wiosnę z ula
wcześnie wylatują,
to pewnie mróz na drzewa
w maju nam zwiastują.

Jak w maju zimno,
to w stodole ciémno.

Jeśli w maju grzmot,
rośnie wszystko w lot.

Kiedy lipa w maju kwitnie,
to w ulach miód zawiśnie.

Kiedy mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

Kiedy pierwszy maj płacze,
będą chude klacze.

Kto się w maju urodzi,
dobrze mu się powodzi.

Maj – wołom daj
i sam na piec uciekaj.

Na pierwszego maja szron
obiecuje dobry plon.

Na pierwszy maj
ostatek bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj:
w piecu sobie napal,
za niego się wal.

Nastał miesiąc maj,
kożdy o się dbaj.

Niedalekoć już do maja,
więc nie uchodź za mazgaja.

Nie zawsze na ziemi maj,
nie zawsze
ludzkiemu szczęściu raj.

Pierwszego maja deszcz,
nieurodzaju wieszcz.

Pierwszy maja poranek
jest tęskliwym dla kochanek.

Przyjdzie maj,
przedsię bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj.

Tyle przymrozków w maju,
ile ich było przed św. Michałem.

W maju…
Np. Zobaczymy się
w maju…

[tj. nie teraz, kiedyś może, nigdy]

W maju jak w gaju.

W maju szumne sosieneczki,
wonne puszczą ci chojneczki.

W maju wieje, trochę pada,
coraz bliżej listopada

Witaj nam maiczku
ze słowikiem w gaiczku.

Wody w maju stojące
szkodę przynoszą łące.

 

Przysłowia na
św. Stanisława (8 V):

Do św. Stanisława
z pastuchami sprawa.

Jak się len zasieje
w św. Stanisława
to tak urośnie, jako ława.

Na św. Stanisława
rośnie koniom trawa.

Na św. Stanisława
żytko kieby ława.

Św. Stanisław len sieje,
Zofija konopie,
A Urban jęczmień i owies
każe kończyć, chłopie.

Św. Stanisław –
pierwszy siew prosa,
a ostatni owsa.

 

Przysłowia na
św. Pankracego, Serwacego
i Bonifacego
(12, 13 i 14 V)
:

Jak się rozsierdzi Serwacy,
to wszystko zmrozi
i przeinaczy.

Jasny dzień Pankracego
przyczynia wina dobrego.

Pankracy, Serwacy, Bonifacy
– źli na ogrody chłopacy.

Przed Serwacjuszem nie trzeba
pewnego się lata spodziewać.

 

Przysłowia na
św. Zofię (15 V):

Dla świętej Zosi
kłos się podnosi

Na św. Zofiją
pola w kłos wybiją.

Niechaj mnie Zośka
o wiersze nie prosi

[oczywiście to nie przysłowie, tylko cytat ze Słowackiego]

Św. Zofija ciepło rozwija.

Św. Zofija kłosy wywija.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha