Wiktoria Bandura

Przygoda dopiero się zaczęła

00_Pogo&Fundacja_4

Szkoła Pod Żaglami 2014 rozpoczęła się 17 sierpnia w porcie Gdynia
i zakończyła 26 października w Genui.

 

W Gdyni załoga młodzieżowa spędziła cztery dni na szkoleniach i przygotowaniach do życia na statku. Uczono nas podstawowych węzłów i zachowań oraz sprawdzano naszą wiedzę z zakresu nazw żagli i komend żeglarskich w dwóch językach: polskim i angielskim.

01_2014-08-18_ITA_8240_fot_Anita_Wietrzynskafot. Anita Wietrzyńska

Musieliśmy się szybko przystosować, ponieważ życie na statku miało określony grafik. Zostaliśmy podzieleni na cztery ośmioosobowe wachty.

02_grafik_SzPZ_2014

Ja znalazłam się w wachcie III, u oficera Mieczysława Leśniaka, do którego później mogliśmy się zwracać per Trzeci.

03_2014-09-15_DSC06294_lev_fot_Zbigniew_Bosekfot. Zbigniew Bosek

Naszej wachcie jako pierwsza przypadła wachta gospodarcza, czyli kambuz. Przygotowywaliśmy nasz pierwszy posiłek na Pogorii, jednak – jak się następnego dnia okazało – nie było to jedyne zajęcie: do naszych obowiązków należało również utrzymywanie statku w czystości. Oprócz kambuzowej były jeszcze wachty nawigacyjna i bosmańska.

04_2014-09-09_DSC06173_lev_fot_Zbigniew_Bosekfot. Zbigniew Bosek

 

Podczas naszego pierwszego wypłynięcia z portu (na Paradę Żaglowców z okazji Operacji „Żagle Gdyni”) to nam wypadła wachta nawigacyjna. Byliśmy z tego bardzo zadowoleni.

05_2014-08-18_DSC05074_sm_fot_Zbigniew_Bosekfot. Zbigniew Bosek

 

Mnie i Sarę wybrano na cumowników: zostałyśmy na lądzie, by oddać cumy. Trochę się stresowałam, ale wszystko poszło dobrze, szczególnie, że na pokład wracałyśmy pontonem!

 

06_Najlepsze_cumowniczki_of_the_world_fot_Marcin_Fabrowski07_pierwsza_jazda_pontonem_fot_Marcin_Fabrowskifot. Marcin Fabrowski

 

Po paradzie większość żaglowców wypłynęła, ale my wróciliśmy do portu, by załadować zapasy i środki chemiczne. Chociaż cały dzień spędziliśmy stojąc w tych samych miejscach i podając sobie różne towary, nie było to nudne, wręcz przeciwnie: właśnie wtedy poznałam większą część moich rówieśników!

08_2014-08-19_DSC05086_sm_fot_Zbigniew_Bosek

09_2014-08-19_DSC05087_fot_Zbigniew_Bosek10_DSC05090_fot_Zbigniew_Bosek

fot. Zbigniew Bosek

Było przy tym wiele śmiechu, szczególnie, że na całym statku wszędzie były zapasy. W mojej części kubryku przez kilka dni spałyśmy z pudłami pełnymi chleba zajmującymi całą wolną przestrzeń, aż pod sufit!

11_fot_Paulina_Chorzepa

12_fot_Paulina_Chorzepafot. Paulina Chorzępa

 

Gdy mieliśmy już wszystko, to w końcu wypłynęliśmy.

13_DSC06412_lev_fot_Zbigniew_Bosekfot. Zbigniew Bosek

Byliśmy bardzo podekscytowani początkiem naszej wielkiej przygody. Jednak nasza radość nie trwała długo, gdyż następnego dnia dopadła nas choroba morska.

14_2014-08-23_56755_lev_fot_Zbigniew_Bosekfot. Zbigniew Bosek

 

Mnie na szczęście ominęła i całą „zdrową” szóstką poszliśmy sklarować żagiel – nie byle jaki, bo sam bombram!
Był to mój pierwszy raz na najwyższym żaglu. Do dziś pamiętam, jak mocno wtedy bujało i jak mi się to podobało!

15_2014-08-23_62481_fot_Zbigniew_Bosekfot. Zbigniew Bosek

16_2014-08-18_10407892_fot_Krzysztof_Grubeckifot. Krzysztof Grubecki

17_ide_sklarowac_zagiel_-_jak_bardzo_mi_sie_to_podobalo fot. Zbigniew Bosek

Po kilku dniach dopłynęliśmy naszą pierwszą wyspę – Bornholm. Cieszyliśmy się wyjściem, choć okazało się, że o tej porze miasteczko Nexø jest już dość ciche, a nie było wcale późno. Gdy szliśmy uliczkami, ludzie podchodzili do okien i machali nam.18_fot_Paulina_Chorzepa

fot. Paulina Chorzępa

19_2014-08-25_Bornholm_Nexø_4_lev_fot_Krzysztof_Grubeckifot. Krzysztof Grubecki

 

Kolejnym portem był Lerwick na Szetlandach. Spędziliśmy tam kilka dni.

20_2014-09-01_Shetlands_ITA10690139_fot_Anita_Wietrzynskafot. Anita Wietrzyńska

 

Tak zielonej trawy i tak wielu owiec nie widziałam jeszcze nigdy! 21_lev_fot_Wiktoria_Bandura

fot. Wiktoria Bandura

22_fot_Paulina_Chorzepafot. Paulina Chorzępa

 

Po Lerwick przez 17 dni płynęliśmy przez Atlantyk – był to nasz najdłuższy przelot.

23_IMG_4876_fot_Zbigniew_Bosekfot. Zbigniew Bosek

24_2014-09-16_fot_Krzysztof_Grubeckifot. Krzysztof Grubecki

 

25_DSC05331_lev_fot_Zbigniew_Bosekfot. Zbigniew Bosek

Jednak było warto, gdyż następny port całkowicie różnił się od pozostałych. Przywitał nas gorący klimat, palmy kaktusy i ciepła woda! Była to portugalska wyspa Porto Santo i port Vila Baleira, jeden z moich ulubionych.

26_fot_Ewa_Rakfot. Ewa Rak

 

Nasze wyjście również się różniło, gdyż mogliśmy samodzielnie poruszać się po mieście w małych grupkach! Byłam pozytywnie zaskoczona tym faktem, bo wyobrażałam sobie, że będziemy chodzić całą 50-osobową grupą od jednego muzeum do innego zabytku.

27_fot_Wiktoria_Bandurafot. Wiktoria Bandura

 

A tu niespodzianka! Sami mogliśmy pozwiedzać, był tylko jeden warunek: wrócić na statek na czas, bo kto nie wróci, ten nie wyjdzie w następnym porcie, „a każdy następny port będzie lepszy od poprzedniego”, jak powiedział nasz Kapitan, Krzysztof Grubecki, zanim wypuścił nas na miasto.

28_2014-09-24_DSC06586_fot_Zbigniew_Bosekfot. Zbigniew Bosek

 

Podczas wycieczek do innych miast poznawaliśmy wspaniałych ludzi i zwiedzaliśmy miejsca, które najbardziej nas interesowały.

29_fot_Wiktoria_Bandura39_fot_Wiktoria_Bandura31_fot_Wiktoria_Bandurafot. Wiktoria Bandura32_2014-09-02_ITA_8477_fot_Anita_Wietrzynskafot. Anita Wietrzyńska

 

Najwięcej takich zabytków znaleźliśmy w Maladze, gdzie można było wybierać a wybierać: gotycka katedra, muzeum Picassa, arena torreadorów, na której odbywały się walki byków, oceanarium, cytadela, zamek-forteca, teatr antyczny… Mogliśmy próbować różnych regionalnych przysmaków, a w każdym porcie co innego.

33_fot_Paulina_Chorzepa34_fot_Paulina_Chorzepafot. Paulina Chorzępa

35_fot_Wiktoria_Bandura36_fot_Wiktoria_Bandura37_fot_Wiktoria_Bandurafot. Wiktoria Bandura

 

Wszyscy byliśmy zmęczeni czterogodzinnymi nocnymi wachtami, szczególnie, że rano zaczynał się kolejny dzień szkoły, która na morzu odbywała się przez siedem dni w tygodniu, tak że na lekcjach było widać, kto miał jaką wachtę w nocy.

38_DSC05864_fot_Zbigniew_Bosekfot. Zbigniew Bosek

Nocne wachty były trzy: „kapitańska” 20-24; „psiak” 24-04 i – najgorsza – „świtówka” od 04 do 08 rano. Po czterech godzinach, budziliśmy następną zmianę, a właściwie to Starszy Wachty budził Starszego kolejnej wachty.

Przez pierwsze trzy tygodnie rejsu, byłam Starszą Wachty i miałam nią być do połowy rejsu, ale później Kapitan powiedział, że każdy będzie pełnił tę funkcję. Tak więc pozostałe siedem osób było Starszymi Wachty po tygodniu, przez następne siedem.

39_DSC06661_fot_Zbigniew_Bosekfot. Zbigniew Bosek

 

Nocna wachta wyglądała tak: po pół godziny na jednym z czterech stanowisk, a potem – jeśli się zasłużyło – miało się pół godziny przerwy przed kolejnym stanowiskiem. Stanowiska rozdzielał Starszy Wachty. Szło się więc: na ster, do kabiny nawigacyjnej i (dwa razy) na „oko”.

40_DSC06184_lev_fot_Zbigniew_Bosekfot. Zbigniew Bosek

41_2014-09-17_1_fot_Krzysztof_Grubeckifot. Krzysztof Grubecki

Stanowisko „na oku” polegało na wypatrywaniu wszystkiego dookoła statku. Była to również funkcja radaru, którego ekran obserwowała osoba na stanowisku w nawigacyjnej, jednak radar nie zauważał pontonów, czy boi – szczególnie niebezpiecznych, gdyż często oznaczały, że w tym miejscu są sieci rybackie, które mogłyby się wkręcić w śrubę silnika.42_2014-09-29_DSC06997_na_oku_lev_fot_Zbigniew_Bosek

43_2014-09-24_DSC06584_fot_Zbigniew_Bosekfot. Zbigniew Bosek

Najtrudniejszym stanowiskiem była kabina nawigacyjna, niby wymagająca najmniej wysiłku, ale jednak bardzo łatwo się w niej przysypiało, a jeśli któryś z oficerów lub asystentów, albo – w najgorszym przypadku – Kapitan przyłapał kogoś na spaniu, od razu dostawało się dziesięć minusów, niewychodzenie w następnym porcie i robotę na całą resztę wachty… Na wachtach nie można było spać, cały czas trzeba było być w pełnej gotowości w przypadku manewrów.44_2014-09-27_DSC06969_fot_Zbigniew_Bosek

45_DSC06040_fot_Zbigniew_Bosek

46_DSC06041_fot_Zbigniew_Bosek47_2014-10-11_DSC09754_lev_fot_Zbigniew_Bosekfot. Zbigniew Bosek

 

System plusów i minusów był prosty. Zrobisz coś nie tak – dostajesz wielopak minusów. Żeby je wykasować mogłeś pójść na prace do Bosmana albo Mechanika lub powiedzieć coś na porannym apelu. Jeden plus – ku naszej uciesze – kasował dwa minusy. Z czasem Kapitan zauważył, że za łatwo nam idzie zbieranie plusów i je trochę ograniczył, a tu – kolejna niespodzianka: wiele osób przychodziło do „pracy” nawet nie za plusy!

48_arch_Paulina_Chorzepaarch. Paulina Chorzępa

Codziennie rano, o 08:00 czasu pokładowego, podnosiliśmy naszą polską banderę na rufie i rosyjską pod salingiem; zawsze podnosiły je osoby z wachty, która miała tego ranka świtówkę. 49_DSC07591_fot_Zbigniew_Bosek

50_DSC07589_fot_Zbigniew_Bosek

fot. Zbigniew Bosek51_2014-09-24_ITA_8940_fot_Anita_Wietrzynskafot. Anita Wietrzyńska

Po podniesieniu bandery rozpoczynał się apel: ogłoszenia, zażalenia itp. Po części „oficjalnej” rozpoczynała się „nieoficjalna”, czyli okazja zdobycia plusów lub odbycia kary w postaci wytłumaczenia jakiejś nazwy z „pokuty”. Śpiewano piosenki, mówiono wiersze i tłumaczono… np. do czego służy jakiś przedmiot na Pogorii.52_DSC06391_lev_fot_Zbigniew_Bosek

fot. Zbigniew Bosek

Ostatnie trzy noce rejsu spędziłam w „pracy”. W pierwszą noc robiłam razem z Sarą kukiełki dla naszej kadry w podziękowaniu za WSZYSTKO. 53_2014-10-24_DSC00531_fot_Zbigniew_Bosek

fot. Zbigniew Bosek

 

Drugiej nocy, z Kingą i Julką, piekłam tort urodzinowy dla naszego kuka Sylwka. 55_fot_Wiktoria_Bandura54_fot_Wiktoria_Bandurafot. Wiktoria Bandura

55a_2014-10-22_DSC00438_fot_Zbigniew_Bosek

55b_2014-10-22_DSC00449_fot_Zbigniew_Bosekfot. Zbigniew Bosek

 

Ostatniej nocy robiłyśmy wpis do Księgi Pamiątkowej również z Sarą – naszą artystką.56_2014-10-25_Ksiega_Pamiatkowa_Pogorii_mapa_fot_Zbigniew_Bosek57_2014-10-25_Ksiega_Pamiatkowa_Pogorii_cr_warp_fot_Zbigniew_Bosek

fot. Zbigniew Bosek

58_fot_Bandura_Radolinskafot. Wiktoria Bandura & Antonina Radolińska

Uważam ten rejs za najwspanialszą, najcudowniejszą, najlepszą rzecz, jaka mnie spotkała w życiu!

59_2014-10-25_DSC00636_lev_fot_Zbigniew_Bosekfot. Zbigniew Bosek

 

Nawet teraz trudno mi uwierzyć, że zwiedziłam całą Europę! 60_2014-10-10_DSC09751_arch_Zbigniew_Bosek

arch. Zbigniew Bosek

 

Mam teraz mnóstwo przyjaciół, którzy rozumieją, co przeżyłam, gdyż przeżyli to samo! Mam z nimi stały kontakt. Wszyscy uważamy, że rejs się strasznie szybko skończył, no bo co to jest dwa i pół miesiąca? Zamierzamy to jeszcze powtórzyć.61_2015-08-25_fot_Maciej Maruszczak& Ilija

fot. Maciej Maruszczak

 

Ale jedno wiemy na pewno: nasza przygoda z żeglarstwem dopiero się zaczęła.

Wiktoria Bandura
15 grudnia 2014

63_2014-09-07_fot_Krzysztof_Grubeckifot. Krzysztof Grubecki

 2014-10-24_2000_MAP_2_Genua


 

2014-09-24_DSC06645_fot_Zbigniew_Bosek

Wiktoria Bandura – po rocznych kwalifikacjach (2013/2014) została uczennicą (klasa trzecia gimnazjalna) Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego – edycja 2014, polsko-rosyjska. Przepłynęła w 32-osobowej załodze szkolnej na Pogorii, dowodzonej przez kpt. Krzysztofa Grubeckiego, trasę z Gdyni do Genui. Trenuje judo, jazdę konną i pływanie. Przed rejsem zdobyła tytuł mistrzyni Śląska w judo w swojej kategorii wiekowej i zajęła 1. miejsce w uczniowskim Pucharze Polski 2014 w Opolu. Sama o sobie napisała: uwielbiam czytać książki (naprawdę! W czasie rejsu udało mi się przeczytać trzy! : D), co widać na załączonym zdjęciu. (kr / fot. Zbigniew Bosek)

pdfWiktoria Bandura: „Przygoda dopiero się zaczęła” – do pobrania w pdf

 

 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

 

Calendar

« November 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 
Jesień
– jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

•   Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

•   i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

•   Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

•   Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

•   Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

•   Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

•   Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

•   Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

•   Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

•   Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

•   Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

•   Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

•   Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

•   Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

•   Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

•   Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę polska.

•   Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

•   Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

•  Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
    Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
    A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

•   Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

•   Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

•   Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

•   Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

•   Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

•   Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

•   Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

•   Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

•   Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic na to nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.

Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią.
Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna  nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!
Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

Idzie jesień, a tu próżna kieszeń.

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień, brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień, ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę
z korca deszczu, garniec błota.

Pzdrwm_Robak

PS.
Za pocztówki dziękuję (w kolejności nadlatywania z czterech stron świata):

•   Kai (ze Shqipërii);
•   Kai, Mai i Witoldowi (z Finlandii, z rejsu Zaruskim);
•   Markowi (właśnie temu ze Świdnicy, a kartka była pantomimiczna z Wrocławia!);
•   Oli, Matyldzie, Mai, Strusiowi, Zuzi i Zuzi (skądże by, jak nie z Pogorii sześć pocztówek w jednej kopercie!);
•   Karolowi (z któregoś z rozlicznych festiwali);
•   Natalii (z Lidingo w Szwecji);
•   Łukaszowi (nie powiem, skąd);
•   Magdzie i Maszy (najpierw z Grecji, później ze Złotych Gór);
•   Oli (banan z Tennessee!);
•   Zuz-Ali (z Jastrzębia, ale i ze Zdroju);
•   Martynie (ciężko powiedzieć, skąd : );
•   Mirce i Stachowi (najpierw z Gruzji, a potem z Litwy);
•   Kasi (z jej rejsu na pokładzie jednostki czterokołowej Helena);
•   Krzysztofowi, znanemu jako "Kapitan" (z wędrówki po ostępach Montany i Yellowstone);
•   Ryśkowi (z rejsu, który prowadził dookoła Sycylii);
•   Kryspinowi (z Krakowa ale z Wieliczki);
•   Dorocie, Idze i Karolowi (z Kazimierza).

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

LISTOPAD...

Listopad to dla Polski niebezpieczna pora…

 

Cytat, jasne, kto pamięta – ten pamięta (prosimy o nienadsyłanie odpowiedzi), ale z tych, od których trudno się uwolnić.
Podobno nic tak nie cieszy, jak nieszczęście bliźniego, ale nie wiem, czy specjalnym pocieszeniem jest dla nas to, że innym listopad też dał się nieźle we znaki.

Wraca tu wspomnienie lektury (a dokładnie: słuchania – bo w samochodzie) wspomnień spisanych przez jednego z tuzów Polski przedwojennej.

Słuchanie mnie męczyło. Autor władał płynnie kilkoma językami, które nie przeszkadzały mu mówieniu i pisaniu, natomiast czytający aktor nie tylko nie znał żadnego z nich (więc można sobie wyobrazić, co wyprawiał na polu fonetycznym), ale zatrzymywał się przed co trudniejszymi (dla niego!) słowami jak np. Syłgudyszki, do tego z małopolska wymawiał „trz” jak „cz” (poczeba czeźwego czykrotnego począś­nię­cia), a jeszcze nie zawsze rozumiał, co czyta.
Treść jednak wynagradzała i zacierała wszelkie niedogodności.

Autorem jest kresowy ziemianin, z tytułem książęcym i genealogią, w której przewija się kilka domów królewskich, spokrewniony z… (łatwiej wymienić z kim nie), wysoki urzędnik w Rosji carskiej, równie wysoki w II Rzplitej, znający wszystkie jej najważniejsze postacie, znane z podręczników historii XX wieku.
Najkrócej scharakteryzować go można dwoma słowami (znów cytat): „Zabity arystokrata”. Nie bez powodu cytuję opinię Leonarda o hrabim Henryku, bo przy tej opowieści miałem cały czas wrażenie, że słucham przedłużonej kwestii tegoż Henryka właśnie, któremu nagle zabrakło Pankracego do dialogu.

Generalnie, postać to – dla mnie, tak po ludzku – niesympatyczna, o czym długo by mówić, ale jedno­cześ­nie obdarzona niezwykłym zmysłem obserwacji, doskonałym piórem i niebywałą inteligencją.
O ile, jak sądzę, nie do końca (jeśli w ogóle) rozumiał on procesy dziejące się wokół, jednak opisał je – i głównych ich aktorów – w sposób bezkonkurencyjny.
Jak najdalsza jest od niego polityczna poprawność. Charakteryzuje narody i ludzi w sposób taki, że dziś, gdy złodziejstwo nazywane jest „ekonomią alternatywną” (w zależności od tego, kto kradnie, rzecz jasna), a głupota – „mądrością à rebours” (w zależności od tego, czyja ona), sprocesowany by został – mimo majątku – do skarpetek za obrazę, krzywdzące stereotypy, anty- (tu by się sporo nazbierało), rasizm i różne takie.
Jak napisała zaprzyjaźniona Dama, która notabene mi tę lekturę poleciła: „arystokrata z krwi i kości, i z duszy. I ze wszystkimi swoimi wadami, jest jednak fascynujący, prawdziwy, intègre – ugryziesz i poczujesz mięso a nie galaretę. Czyta się jego relacje wspaniale. I wierzy się, że on tak naprawdę myślał. A czy słusznie myślał? To już inna para kaloszy. Czyli lubmy go za to, co zrobił: świetnie napisał swoje wspomnienia.”

Co to ma jednak wspólnego z listopadem?

Ano to, że jednym z najważniejszych wydarzeń dziejowych które ów pamiętnikarz opisuje jest bolszewicka rewolucja w Rosji, zwana październikową, ale której rocznicę obchodzono w listopadzie, bo w gnieździe carów zmienił się nie tylko despota, lecz i kalendarz (w końcu nie bez przyczyny podaję przy każdym miesiącu, że liczymy po gregoriańsku).

Opisy pierwszego etapu rewolucyjnego chaosu i terroru podnoszą włosy na głowie (tego w podręcznikach historii nie znajdziecie).
Autor spotyka (jakże by nie?) Lenina, Trockiego i Dzierżyńskiego i każdemu sporządza taki portret (podobnych nawet nie ma co szukać), że już tylko to mogłoby być powodem braterskiej interwencji dla podreperowania mentalności i moralności sąsiadów, którzy do dziś traktowani jako zagranica nie są. Dokładnie też opisuje przyczyny obu kataklizmów – I wojny światowej i rewolucji bolszewickiej – i jas­no wskazuje ich sprawcę: kajzerowskie Niemcy, opanowane przez militarystów w mundurach, owład­nięte żądzą podboju i rozszerzenia przestrzeni życiowej.

Te pamiętniki po prostu trzeba przeczytać. Korzystając, że wspomnienia te (trzy części wydano zbiorczo rok temu) nie zostały jeszcze wycofane z księgarni i bibliotek pod zarzutem obrazy, szargania, naruszania i podżegania. Ci od procesów widać jeszcze do nich nie dotarli… Nie chcąc ułatwiać im zadania, nazwis­ka nie powiem, nic to albowiem do rzeczy nie przyda. Kto chce – wyszuka.

 

Ale nie trzeba żadnych pamiętników (nawet spisanych przez tych, o których poeta pisał, że nie wszystko gra, gdy w ankiecie się „ziemianin były” ma), by wiedzieć, że listopad okazał się stokroć bardziej złonoś­ny dla Rosji niż dla Polski, choć i nas te wióry na dobre półwiecze zasypały. Słaba to więc pociecha.

Swoją drogą ciekawe, jak w tym roku obchodzono w Rosji ładną, okrągłą, setną  rocznicę wybuchu Wielikoj Oktiabrskoj, która – jak wszystko co bolszewickie – znaczy co innego niż napisane, bo jej rocznicę obchodzi się w listopadzie (o tym, dlaczego, przeczytacie w „Październiku”). Tym razem naczalstwo tego kraju nie beształo przywódców innych państw, może dlatego, że owi przywódcy dobrze pojęli wcześniejsze nauki i tym razem nikomu się nie wypsnęło, że dwa nieszczęścia nawiedziły Europę w XX wieku: bolszewizm i faszyzm.

Dość już jednak o tym, co – wciąż miejmy nadzieję – nie wróci.

My wróćmy do kalendarza.

 

 

Listopad – jedenasty miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

W sprawie etymologii rodzimej nie trzeba żadnego (z całym szacunkiem) Brücknera, by wywieść nazwę „listopad” od opadających liści (por. czes. listopad, ukr. листопад; chorw. listopad ‛październik’).

Etymologia łacińska nazwy używanej w większości krajów Unii jest znakomitą ilustracją dla sporej części unijnych procedur: nazwa miesiąca jedenastego November znaczy po łacinie „miesiąc dziewiąty”; (novem – dziewięć).
Nawet Grecy zdradzili dziedzictwo Homerowe i – mogąc wybierać między Pyanepsion (Πυανεψιών) i Maimakterion (Μαιμακτηριών) – używają zlatynizowanej nazwy Noembrios (Νοέμβριος). A później dziwią się, że pouczają ich Niemcy.
Można oczywiście mądrze tłumaczyć (co czynię już od września), że – od roku 46 p.n.e., gdy Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius) – stare nazwy liczebnikowe nie nadążyły za zmianami, ale nie zmienia to faktu, że „Jedenasty” nazywa się „Dziewiąty” i wszyscy się z tym zgadzają, nawet nie zauważając drobnej różnicy. Symbol czy przypadek? Przypadek czy hasło?
Ale i tak wolę już November od Brumaire’a, na którego podczas rewolucji Robespierre’a przypadała większość dni naszego listopada (jak pięknie słowo to brzmi…).

Opadły więc liście z drzew, laurów nie ma, a róże pomarły (znów cytat, prosimy o nienadsyłanie podpowiedzi).

 

Listopadowe rocznice

Noc z 31 października na 1 listopada to tzw. Halloween.
O co w tym chodzi – wiadomo i nie ma co opisywać, bo koń, jaki jest, każdy widzi. Pisanie, że jest to irlandzka z pochodzenia wigilia dnia Wszystkich Świętych jest bez sensu, bo i tak każdy wierzy, w co chce, najchętniej w to, co ksiądz z ambony powie. A bardzo tego święta nie lubią kościoły: katolicki, prawosławny i protestanckie – dziwnie w tym nielubieniu solidarne. Nic nowego. Kiedyś księża, popi i pastorzy tak samo nie lubili święta Dziadów.
A ileż uboższa byłaby nasza kultura i narodowa pamięć bez niego i tego, co z nim związane.

 

1 listopada w kościele rzymskokatolickim, anglikańskim i wielu kościołach protestanckich jest dniem Wszystkich Świętych (łac. festum omnium sanctorum) – odprawiane są wtedy msze za dusze wszystkich znanych i nieznanych świętych.
W Polsce i wielu innych krajach istnieje tradycja odwiedzana w tym dniu cmentarzy, palenia zniczy na grobach bliskich, ozdabiania ich kwiatami i modlenia się w intencji zmarłych. Zwyczaj ten ma charakter religijny, ale generalnie uznawany jest przez wszystkich jako dzień pamięci, czci i szacunku dla zmarłych.

W kościele prawosławnym, 1 listopada, wznoszone są modły w intencji zmarłych, gdy wierni idą odwiedzić groby swych bliskich. Jednak odpowiednik rzymskokatolickiego Dnia Wszystkich Świętych w kościele prawosławnym obchodzi się w pierwszą niedzielę po Pięćdziesiątnicy (Pentecoste, 50. dzień po zmartwychwstaniu Chrystusa, dzień zesłania Ducha Świętego na apostołów, w Polsce potocznie zwany Zielone Świątki) lub – według innych źródeł – w sobotę przed Pięćdziesiątnicą.

 

2 listopada to w kościele rzymskokatolickim Dzień Zaduszny (w Polsce zwany Zaduszkami) – dzień wspominania zmarłych.

 

3 listopada (1918) buntują się marynarze w Kilonii, co daje początek Rewolucji Listopadowej w Niemczech (część historyków uważa, że zaczęła się ona półtora tygodnia wcześniej, 29 października, buntem marynarzy z Wilhelmshaven).
Rewolucja doprowadza do abdykacji Wilhelma II i upadku Cesarstwa Niemieckiego (9 listopada 1918), zawieszenia broni kończącego I wojnę swiatową (11 listopada 1918) i powstania Republiki Weimarskiej, a trwa do 11 sierpnia 1919 – dnia podpisania konstytucji w Weimarze.
Zryw ten tak podekscytuje Trockiego i Lenina, że zechcą oni – „po trupie białej Polski” – rozszerzyć władzę Sowietów na Niemcy. Stalina ekscytowało to widać mniej i pewnie dlatego podziękować mu możemy za to, że Piłsudski przeprowadził swój manewr przez Wieprz bez przeszkód i ocalił Warszawę od hord prowadzonych (trzeba przyznać, że bardzo sprawnie) przez Tuchaczewskiego.

 

4 listopada przypada rocznica rzezi Pragi, dokonanej w 1794 przez wojska Suworowa. Rosjanie wymordowali ok. 20 tys. ludności cywilnej – tak Rosja utwierdzała swe stanowisko lidera Ligi Pansłowiańskiej.
Zachwycona postawą swego feldmarszałka i pogulanijem jego podkomendnych, niemiecka caryca prawosławnego imperium ustanowiła na cześć tego wydarzenia Крест за Прагу – Krzyż za Zdobycie Pragi z napisem „Za wysiłek i odwagę” (За труды и храбрость).

Jakimś cudem przemknęło to przez sita cenzury (nie lubili carów, ale w końcu to nie carowie wyrzynali praskie kobiety i dzieci tylko umundurowany lud) i przez cały okres PRL-u można było czytać u Mickiewicza, że najpierw Jasiński i Korsak

stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali
Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali

później, że Maciej Dobrzyński

sam jeden skoczył z wałów Pragi,
Bronić pana Pocieja, który, odbieżany
Na placu boju, dostał dwadzieście trzy rany

wreszcie zaś, że

wojna, atak, szturm, słychać wystrzały,
Jęk dzieci, płacze matek. – Tak mistrz doskonały
Wydał okropność szturmu, że wieśniaczki drżały,
Przypominając sobie ze łzami boleści
Rzeź Pragi, którą znały z pieśni i z powieści.

Jeśli ktoś zna rosyjski, niech koniecznie przeczyta relację Suworowa z bitwy praskiej przesłaną Piotrowi Aleksandrowiczowi Rumiancewowi, <http://wars175x.narod.ru/dc94_133.html>, w której opisane jest „znakomite zwycięstwo warszawskie” i nauczka, którą odebrała вероломная сия столица – „wiarołomna ta stolica”.

 

7 listopada (wg kalendarza gregoriańskiego; w juliańskim był to 25 października) 1917 rozpoczęła się w Rosji rewolucja bolszewicka, zwana później Październikową, Socjalistyczną lub Wielką (albo z wszystkimi epitetami naraz).
Wielką była, jeśli uwzględnić jej efekty, ale trwała zaledwie dwa dni, a wszelkie późniejsze opowieści o szturmach, walkach i bohaterstwie bolszewików („dokumentowane” fragmentami fabularnych filmów nakręconych kilka lat później) można między bajki włożyć.
Efekty? Co tu dużo mówić.
Norman Davies w Europie (str. 1328-9, wyd. ang. 1996) szacuje liczbę ofiar reżimu sowieckiego tylko w latach 1917-1953 na 54 miliony. Nie obejmuje to ofiar zabitych podczas II wojny światowej, które Davies ocenia na 8-9 mln. żołnierzy Armii Czerwonej (tamże), a Wiki na 8,7-13,8 mln.
Już tylko z zestawienia tych liczb z łączną liczbą poległych podczas II w. ś. w armiach amerykańskiej i brytyjskiej (Davies: 0,5 mln, Wiki: 0,8 mln), widać jasno, że rozkaz nr 227 z 28 lipca 1942 („Ani kroku wstecz!”, Ни шагу назад!) wydany przez Stalina był kolejnym aktem ludobójstwa, tym razem wobec własnych żołnierzy.

 

10 listopada urodziny obchodzi amerykański Korpus Piechoty Morskiej – U.S. Marine Corps – założony w roku 1775.

 

Urodziny obchodzą też państwa:

Polska (11 listopada 1918),
Angola (11 listopada 1975),
Łotwa (18 listopada 1918),
Liban (22 listopada 1943),
Surinam (25 listopada 1975),
Albania (28 listopada 1912).

11 listopada, w rocznicę zakończenia I wojny światowej, w USA obchodzony jest Dzień Weterana (Veterans Day) – święto honorujące wszystkich służących w Siłach Zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Jeśli 11 listopada wypada w weekend, dzień świąteczny przenoszony jest na piątek lub poniedziałek.

 

19 listopada (1493) wylądował w Portoryko Krzysztof Kolumb podczas swej drugiej transatlantyckiej podróży. Co dobrego przyniosło to plemionom zamieszkującym wyspę – odgadnijcie sami, jak pisał poeta, choć podobno zaczęło się od uratowania dwóch indiańskich kastratów.

 

W czwarty czwartek listopada Stany Zjednoczone świętują Dzień Dziękczynienia (w 2017 to 23.XI).
Historia sięga Pielgrzymów, czyli 102 osób płci obojga ze wspólnoty religijnej, która przybyła do Nowego Świata na statku Mayflower w 1620. Udało im się przeżyć rok prawdziwym cudem, bo jak inaczej nazwać to, że – gdy przybysze byli na skraju śmierci głodowej – z lasu wyszło dwóch Indian, którzy wszczęli konwersację po angielsku, wcześniej przedstawiwszy się jako Squanto i Samoset.
Gdy rok później, dzięki pomocy Indian, Pielgrzymom udało się zebrać pierwsze plony z pól – trudno się dziwić, że pierwsza wieczerza dziękczynna z indykami w roli głównej (konsumpcji oddawało się 53 białych i 90 Indian) trwała 3 dni.
Dwaj prostoduszni panowie S. nie zdawali sobie sprawy, że ich działalność charytatywna obróci się przeciwko nim, a owa uczta jest poniekąd stypą dla ich plemion – Wampanoagów i Wabanaków – i reszty Indian na kontynencie.
Formalnie Thanksgiving Day stał się świętem federalnym w 1863 za Lincolna, choć podobno pierwsze orędzie w tej sprawie podpisał Waszyngton.
Kanadyjczycy świętują Dziękczynienie (w Quebecu: Jour de l’Action de grâce) w drugi poniedziałek października.

Thanksgiving dinner jest dla Amerykanów tym, czym dla Polaków wieczerza wigilijna: robią wszystko, pokonują tysiące mil, by właśnie tego dnia zasiąść do rodzinnego stołu.
Zapytał mnie kiedyś amerykański znajomy, czy ja też obchodzę Thanksgiving. Odpowiedziałem, że to przede wszystkim jest święto moje i mnie podobnych pielgrzymów-imigrantów, którym udało się – lepiej lub gorzej – przetrwać kolejny rok, również dzięki pomocy takich jak on – dla nas będących współ­czes­ny­mi odpowiednikami Squanto i Samoseta. Pytający zdziwił się bardzo i zastygł był w zadumie na czas jakiś, po czym powiedział, że nigdy nie patrzył na to w ten sposób i że wiele w tym, co powie­dzia­łem, jest słuszności. Ile w tym, co powiedział, było poprawności politycznej – nie wiem.

Po dziękczynnym czwartku w USA następuje „czarny piątek” – Amerykanów ogarnia szał konsumpcji: sklepy organizują wyprzedaże, a kolejki (dobrze mówię: kolejki pod sklepami!) stoją czasem całą noc, co skądinąd jest okazją do zadzierzgania więzi towarzyskich. Nie są one jednak chyba zbyt trwałe, gdyż otwarcie sklepów nieodmiennie łączy się z szarżą tłumu i prawie co roku są ofiary śmiertelne (ale jest ich niewiele).

Zapamiętajcie rok
trzydziesty,
dzień dwudziesty dziewiąty
listopada:
dzień wzeszedł dla was, ta noc!

29/30 listopada 1830 rozpoczyna się polskie powstanie narodowe przeciw Rosji, zwane listopadowym.
Trwa do 21 października 1831.

Ujrzycie bohatery i karły,
i wojenniki, i gachy,
i dumne, pychą pojęte,
i podłe, jako gad liche,
i wyniosłe, i groźne, i ciche,
i zbrodnicze, i jako cud: święte.

Wyspiański powiedział. Nic dodać, nic ująć.
A jeśli ktoś chce zagłębiać się w szczegóły, niech zacznie od literatury i przeczyta Mariana Brandysa.

 

 

Znaki Zodiaku w listopadzie:
Skorpion (♏) – do 21 listopada
Strzelec (♐) – od 22 listopada.

Co czarny pijar mówi o Skorpionie, już było (w „Paździeniku) i nie było to przyjemne, oj nie! Ale Strzelce wszystkich dżenderów też niech się nie cieszą:

Osobnik spod tego znaku wykazuje dużo energii i pomysłowości – urodzony działacz społeczny. Oczywiście do czego się nie weźmie – to spieprzy. W dzieciństwie zabiera młodszym dzieciom cukierki. Ma skłonności do samogwałtu i podgląda w toalecie. Na starość pisuje wspomnienia, od początku do końca zmyślone.

Tu akurat CzPR przesadza, bo wszystkie wspomnienia, nie tylko Strzelców, są na ogół w większości zmyślone.
Ale prawdą jest, że swoim horoskopem cieszyć się mogą tylko Bliźnięta – najfajniejsza i najweselsza konstelacja w bloku.

 

Kwiat listopada (wielkiego wyboru nie ma) to:
chryzantema (Chrysanthemum indicum L.).
W Polsce (i sporej części Europy) kojarzy się ona tak jednoznacznie, że lepiej nie wspominać. Jedyna weselsza konotacja pochodzi z piosenki, ale też nie z oryginału a ludowej trawestacji: Chryzantemy złociste, przy nich pół litra czystej

Ciekawe, że w USA (poza Nowym Orleanem) chryzantema jest symbolem pogody ducha i optymizmu. Ale Nowy Orlean – wiadomo: parafie zamiast hrabstw, kilometry zamiast mil, dix zamiast ten i cmentarz Metairie. A na nim chryzantemy. Wszystko jasne.

 

Kamienie listopada:

topaz – symbol przyjaźni, ale również godności i bogactwa. Weźmy np. Biblię:

●   w Księdze Wyjścia (28:17) topaz był w pierwszym rzędzie drogich kamieni (razem z rubinem i szmaragdem) pektorału, który Mojżesz miał wykonac dla brata swego Aarona;
co to jest pektorał wszyscy wiedzą, ale dla porządku (za Słownikiem Doroszewskiego) przy­pom­nę, że był to napierśnik ozdobiony drogimi kamieniami noszony przez faraonów i ży­dow­skich arcykapłanów (od łacińskiego pectus = pierś);

●   w „Hymnie o mądrości” z Księgi Hioba (Hi 28:19), topaz jest wśród najdroższych klejnotów, za które mądrości kupić się nie da; nb. dokładny cytat brzmi „i topaz z Kusz nie dorówna”, co znaczy, że w najwyższej cenie były topazy z owej właśnie krainy (dziś jest to północny Sudan);

●   topaz jest jednym z atrybutów bogactwa i szczęśliwości króla Tyru, o czym posłyszał Ezechiel w swym widzeniu (Ez 28:13);

●   jest też topaz dziewiątą warstwą fundamentu miasta Jeruzalem czasów mesjańskich, przedstawianego przez Jana w Apokalipsie (Ap 21:20);

i cytryn – rzadka, makrokrystaliczna odmiana kwarcu.
Na temat cytrynu jeden z jubilerów pisze:

Wzmaga pewność siebie, silną wolę i kreatywność. Pomaga rozwiązywać problemy, zwiększa optymizm, entuzjazm i uczy, jak cieszyć się życiem. Rozprasza negatywną energią. Sprzyja osiągnięciu materialnego dobrobytu i powodzeniu w karierze zawodowej. Sprzyja leczeniu chorób serca, wątroby i nerek. Pomaga pozbyć się cellulitu. Przynosi ulgę przy wrzodach żołądka.

Czego to ludzie nie wymyślą, tylko żeby sprzedać… Ja bym jeszcze dodał „krawaty wiąże i przerywa ciąże”, bo jak już – to już. Swoją drogą, ciekawe na co (poza portfelem) działa kupiony w tym sklepie Swarovski?

W etymologie bawić się tym razem nie będziemy, bo zawędrujemy aż do sanskrytu, a to daleko, tak
w cza­sie jak i w przestrzeni.
Natomiast tu i teraz oba minerały występują w Polsce, w Sudetach oczywiście (Tatry są diamentem same w sobie) – w Górach Izerskich, Karkonoszach, Górach Sowich i Przedgórzu Sudeckim: Wzgórzach Strze­gom­skich i Strzelińskich

 

Imieniny w listopadzie obchodzą (między innymi, przecież nie mogę wymienić sześćdziesięciu imion!):

• Hubert (3 XI),
• Karolina (4 XI),
• Marcin (11 XI),
• Stanisław Choiński (13 XI),
• Elżbieta B. (19 XI),
• Katarzyna (25 XI),
• Andrzej (30 XI) – ale o andrzejkach nie będzie.

Najlepsze życzenia!

 

Urodziny
• Konrad, który urodził się w miesiącu listopadzie 1823 roku w Wilnie przy ulicy Ostrobramskiej, w klasztorze ks. ks. Bazylianów, przerobionym na więzienie stanu, w miejsce zmarłego właśnie Gustawa.
Więcej o urodzinach nie będzie. Za dużo się okazało chętnych i pominiętych, z czego tylko kłopot, ambaras i niesnaski.
Jubilatkom (czyżby damy obchodziły urodziny?) i jubilatom – wszystkiego najlepszego!

O ślubach też nie będzie – i tak każdy to robi na własne ryzyko.
W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
jedenasty miesiąc roku to:

białoruskiлістапад [listapad]
bośniackinovembar
bułgarskiноември [nojembri]
chorwackistudeni (chorwacki listopad to nasz październik)
czeskilistopad
kaszubskilëstopadnik (też: smùtan, lëstopad)
litewskilapkritis
łatgalskisolnys
łużycki (dolny)młośny (też: nowember)
łużycki (górny)nowember (też: nazymnik)
łotewskinovembris
macedońskiноември [nojembri] albo студен [studien]
rosyjskiноябрь [nojabr’]
serbskiновембар [novembar]
słowackinovember
słoweńskinovember (też: listopad)
ukraińskiлистопад [listopad]
żmudzkilapkrėtis

 

Przysłowia związane
z listopadem:

Czasem w listopad nie palisz
i rąbala precz oddalisz,
ale w grudniu –
musisz durniu.

Gdy w listopadzie
od południowego kraju grzmi,
znaczy niepłodność wszystkiego.

Jak na świętego Hieronima
jest deszcz, albo go nie ma,
to pod koniec listopada
pada, albo nie pada.

Jaka pogoda listopadowa,
taka i marcowa.

Jeszcze nie listopad,
a liść z drzewa opadł.

Listopada wiela wody,
na łąki wielkie wygody.

W listopadzie goło w sadzie.

W listopadzie grzmi,
rolnik dobrze śni.

W listopadzie
kapusty pełne kadzie.

W listopadzie
liście opadają,
a ludzie znicze
na grobach stawiają.

 

Przysłowia na
Wszystkich Świętych (1 XI)

We Wszystkich Świętych,
gdy się deszcz rozpada,
może słota potrzymać
do końca listopada.

Wszyscy Święci niezgodą,
wiatry ze śniegiem przywiodą.

Czasy niekiedy bywają,
że Wszyscy Święci w bieli przybywają.

Jeśli śnieg na Wszystkich Świętych zawiedzie,
to święty Marcin [11 listopada]
na białym koniu przyjedzie.

Na Wszystkich Świętych ziemia skrzepła,
to będzie zima ciepła,
a jak deszcz,
to trzeba będzie za piec wleźć.

Na Wszystkich Świętych mróz,
na Boże Narodzenie zima i susz.

 

Przysłowia na
św. Huberta (3 XI)

Kiedy swego czasu
goły las nastaje,
święty Hubert z lasu
cały obiad daje.

Jaki listopad trzeci,
taki marzec się kleci.

 

Przysłowia na
św. Marcina (11 XI)

Chmurny Marcin chętnie przyprowadza
łagodną zimę, mrozy straszne zgładza.

Gdy liście przed Marcinem nie opadają,
to mroźną zimę przepowiadają.

Gdy Marcin w śniegu przybieżał,
całą zimę będzie w nim leżał.

Gdy Marcinowa gęś po lodzie,
będzie Boże Narodzenie po wodzie.

Gdy mróz na świętego Marcina,
będzie tęga zima.

Jaki dzień na świętego Marcina,
taka będzie cała zima.

Jeśli na Marcina sucho,
to Gody (25 grudnia) z pluchą.

Jeśli na Marcina
wiatr z południa wieje,
lekkiej zimy daje nadzieje.

 

Przysłowia na
św. Stanisława (13 XI)

Na Stanisława Kostkę
ujrzysz śniegu drobnostkę,
a na Ofiarowanie [21 listopada]
przydadzą się sanie.

 

Przysłowia na
św. Marka (16 XI)

Deszcz w Marka,
ziemia w lecie jak skwarka.

 

Przysłowia na
św. Elżbiety (19 XI)

Zjawia to Elżbieta święta,
czy ta zima będzie cięta.

 

Przysłowia na
św. Katarzyny (25 XI)

Katarzyny dzień jaki,
cały grudzień taki.

Kiedy w świętą Katarzynę
lód nie stanie,
to gotuj sanie.

W Katarzynę z nieba nic nie spadnie,
będzie w przyszłym lutym
chyba jeszcze ładniej.

 

Przysłowia na
św. Zdzisława (28 XI)

Kiedy Zdzisiek rano szroni,
zima jest w zasięgu dłoni.

 

Przysłowia na
św. Andrzeja (30 XI)

Gdy święty Andrzej
ze śniegiem przybieży,
sto dni śnieg w polu leży.

Na św. Jędrzeja
trza kożucha dobrodzieja.

W wilją św. Andrzeja
jest dla dziewcząt nadzieja.

Zdybali się dwa Jędruchy:
jeden ślepy, drugi głuchy.

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

A jednak podam. Pamiętniki, o których piszę na początku tekstu, to:

Jałowiecki, Mieczysław. Na skraju Imperium i inne wspomnienia.
Warszawa : Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, [2000, 2003, 2005, 2012, 2013,  2014,  2015,  2017].
Liczba wznowień mówi sama za siebie. Niesamowita lektura!
Prawda: tylko dla dorosłych, ale nieposłuszna (a ciekawa) młodzież też może w nich znaleźć zadowolenie.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha