Kazimierz Robak

Kaiko Moti: sen w metalu

Stelli

Na aukcjach i stronach internetowych klasyfikowany jest jako współczesny impresjonista.

Skoro impresjonizm, to Monet, Renoir, Cezanne i inni wielcy. I słusznie: w tym, co tworzył Kaiko Moti, pokre­wień­stwo z nimi widać wyraźnie: w delikatnej mgle, miękkich kształtach, łagodnym przenikaniu kolorów i odcieni.


01_Moti_1969_Dawn_smKaiko Moti: Świt

(Dawn; 1969; akwaforta; 45,1 x 75,5 cm)

 

Są w jego twórczości również – w pejzażach zwłaszcza – wpływy wielkiego preimpresjonisty Turnera, któremu otwarcie składał hołd nawet w tytułach swych prac:

02_Moti_1979_Homage_to_Turner_smKaiko Moti: W hołdzie dla Turnera
(Homage to Turner; 1979; akwaforta; 30 x 40 cm)

 

I wszystko byłoby bardzo zwyczajne, bo niejeden z malarzy nawiązywał do twórczości tych, którzy pierw­si zaczęli malować mgłę, gdyby nie to, że Kaiko Moti na ogół nie posługiwał się pędzlem, farbami olejnymi czy akwarelą.
Jego obrazy nie powstawały w wyniku krótkich lub długich pociągnięć pędzla nakładających kolej­ne, przenikające się warstwy farb na płótno, deskę czy jedwab, gdy mocne lub delikatne ruchy dłoni artysty dają efek­ty subtel­nych, przechodzących jedne w drugie półcieni według wypraco­wa­nych jeszcze w Re­ne­sansie recept chiaroscuro, sfumato czy unione.

Przeważającą większość swoich prac Moti stworzył jako rytownik, a technikami, któ­rych najczęściej używał, były akwaforta i akwatinta, gdzie płótno zastąpione jest miedzianą płytą, rolę pędzla pełni stalowa igła i żmudne rycie w miedzi lub cynku, a kolor zależy od obróbki chemicznej polegającej na  trawieniu kwa­sa­mi – często wielokrotnym i techniki przejętej z drukarstwa.

Nie mam żadnych tajemnic warsztatowych, staram się jedynie dojść do perfekcji w me­todach, których używam. [1]

 

Perfekcja i precyzja miedziorytu – tak. Ale te subtelności barw? Te mgły? Te ćwierćtony półcieni?

03_Moti_1986_Evening_Glow_txt_smKaiko Moti: Zorza wieczorna
(Evening Glow; 1986; akwaforta, 29,2 x 38,8 cm)

 

A to słońce blade i ciężkie wykwitające z głębin? Ta dal omroczona, sina? Mgły i dymy rozsnuwające się po nagich sadach i szczątki babiego lata rwące się nie wiadomo skąd i przepadające w  cieniach? Szklące się kałużami puste drogi?

  
05_Moti_1969_Le_Petit_Pont_etchingKaiko Moti: Mostek
(Le petit pont; 1969; akwaforta; 41,9 x 55 cm)

 

 

Kaiko Moti urodził się w Bombaju 15 grudnia 1921 roku, a jego pełne nazwisko to Kaikobad Motiwalla. Przyszedł na świat w wyznającej zoroastryzm rodzinie Parsów, mającej status zamożnej klasy śred­niej, mieszkającej w Indiach od wieków – wielka emigracja zoroastrian (lub zaratusz­trian) z Persji ogarnianej przez islam zaczęła się w VII-VIII w.

Zaratusztrianizm to religia, w której światłość jest dobrem. Ahura Mazda, sam będący Słońcem, żyje w blasku, ku niemu przyzywając swych wyznawców.

Urodziłem się w Bombaju, w rodzinie Parsów, albo zoroastrian, jak nas niegdyś nazywano. Ten lud – mój lud – czcił ogień i światło. Może właśnie dlatego, przez podświadomość, światło jest moją pasją.

Fascynacja jasnością i świet­lis­tością jest w pracach Motiego wyraźna. Światło pojawia się tam w ­róż­nych fazach i odcieniach, są w nich wschody i zachody słońca nad wodą i nad lądem, zmierzchy, świ­tania, brzaski, południa, gra blasków na powierzchni wody, w kształtach roślin, zwierząt i ludzi. Oczywistość, bo przecież wszyscy widzimy poprzez światło, ale nie do końca.

Nasze oczy mają niezwykłą zdolność postrzegania barw, ale czy można sobie wyobrazić barwę bez światła? I to jest to, co kocham: nietknięta i niczym niepowstrzymana odwieczna natura rzeczy.

W gruncie rzeczy nie ma nic bardziej przerażającego niż czerń doskonała, przestrzeń absolutnie bez światła.

Jak moglibyśmy dokonywać jakichkolwiek rozróżnień bez światła? W całkowitej czerni nie ma niczego – nie ma form, nie ma linii, nie ma piękna, ani nawet braku piękna. Taki świat jest niemożliwy do wyobrażenia, gdyż wcieleniem życia jest światło.

 

06_Moti_1983_Retour_du_jour_txt_smKaiko Moti: Powrót dnia
(Retour du jour; 1983; kwasoryt; 30 x 39,5 cm)

 

Nie mam zbyt wielu wspomnień z dzieciństwa w Indiach, poza miłością, którą otaczali mnie rodzice. Żeby im sprawić przyjemność, często chodziłem do Świątyni Ognia i tam celebrowałem rytuał ogniowy, którego tak starannie mnie uczyli. A przecież nawet nie rozumiałem modlitw, których uczyłem się na pamięć, bo były one w starodawnym litur­gicz­nym języku Parsów.

Moja religijność nie była więc spójna, ale wierzyłem, że istnieje siła wyższa, która nadzo­ruje ewolucję i naturę, a która była nadrzędna wobec ludzi. Wyobrażałem sobie, że jeśli uda mi się osiągnąć więź z tą siłą wyższą, wtedy będę zawsze pod jej opieką i prze­wod­nic­twem. I to ta siła, co do tego jestem przekonany, działa przeze mnie.

 

O tym, że chce malować, Moti wiedział od dziecka.

Od kiedy pamiętam – rysowałem, ale nigdy, nawet w najśmielszych marzeniach nie myś­la­łem o tym, że mogę kiedyś zostać artystą.

W szkole najbardziej lubiłem matematykę i przedmioty ścisłe. Później zainteresowałem się elektroniką – kiedyś nawet sam zbudowałem radio. Fascynowały mnie teleskopy i mi­kros­kopy. Zadawałem sobie tysiące pytań na temat natury wszechświata w ogóle, a w szcze­gólności na temat życia; pytań które wciąż pozostają bez odpowiedzi. Przepeł­niał mnie podziw i szacunek dla tajemnic wszechświata. Czytałem wszystkie pisma nau­kowe, jakie tylko wpadły mi w ręce. Próbowałem zaznajomić się z naukami ścisłymi, nawet dziś śledzę zmiany zachodzące we współczesnej  nauce i technice.

Wtedy przyszło mi na myśl, że może sztuka i nauki ścisłe nie są wcale rozdzielne, jak się wydaje. Zacząłem myśleć nad tym, ile matematyki zawiera w sobie teoria kolorów, bo przecież każdy odcień szarości może być przełożony na dane liczbowe.

Wiemy od wieków, że kolory są niczym innym jak rozszczepionym światłem. Wszystko, co trzeba wiedzieć, to właściwy wzór. Każdy stopień barwy odpowiada jakiejś określonej licz­bie całkowitej. To samo odnosi się do linii i cienia. W ten sposób matematyka odmie­niła moje myślenie na temat życia i sztuki.

Za każdym razem kiedy brałem do ręki piórko lub ołówek, wiedziałem, że nieustannie opi­suję różne aspekty życia usiłując zgłębić jego tajemnicę. Gdybym nie został artystą, stał­bym się naukowcem-badaczem, gdyż dla mnie sztuka jest odtwarzaniem natury w ca­łej jej doskonałości. Poszukuję wiedzy na temat praw wszechświata…

Poza sztuką nie ma niczego, co mógłbym robić. Zostałem rytownikiem z miłości do tech­nicz­nych i naukowych aspektów techniki rytowniczej. Dzięki tej kombinacji mogę się lepiej realizować. Ale proszę mi wierzyć, nie zacząłem od bycia artystą. Wszystko to stało się samoistnie – bez mojego udziału! Powiem inaczej: to sztuka mnie wybrała; była we mnie czy tego chciałem, czy nie!

Po maturze oczywistym wyborem było złożenie papierów do Bombajskiej Akademii Sztuk Pięknych (Bombay School of Fine Arts) i pięcioletnie studia.

Ludzie Zachodu wierzą, że mogą kontrolować wszystko według własnego pomysłu i we własnym tempie. Pozwolę sobie mieć zdanie odmienne. Może dlatego, że urodziłem się w Indiach, gdzie pogląd na los człowieka różni się od zachodniego. Życie jest jak łódź. Jesteśmy kapitanami, którzy mogą dać komendę zwinięcia lub postawienia żagli, mają kontrolę nad sterem. Ale w ostateczności to wiatr i fale określają naszą trasę. Natura zawsze ma ostatnie słowo.

Tak więc żeglując przez życie próbuje dostosować się do tego, co mnie otacza i podjąć decyzje, które zaważą na mojej przyszłości. W końcu podążam za kursem Natury, nieko­niecz­nie z wyboru, ale ulegając instynktowi, Tylko wtedy jestem zadowolony. Przeciw­sta­wia­nie się pulsowi Natury jest bezcelowe. Nigdy rozmyślnie nie wybrałem przybycia tu, do Europy. Ale moi rodzice, widząc że mam zdolności do rysunków i wie­dząc, że muszę kontynuować studia zadecydowali za mnie. Ponieważ ze szkoły znałem angielski, rodzice załatwili mi prywatne stypendium i wysłali na uczelnię artystyczną w Anglii.

 

Była to londyńska Slade School of Fine Arts, wchodząca w skład University College London, której początki sięgają roku 1868, do dziś będąca jedną z najbardziej prestiżowych brytyjskich uczelni artystycznych.

 

W Slade jednym z profesorów był Henry Spencer Moore (1898-1986) – rzeźbiarz, na którego w równym stopniu wpłynął kubizm, sztuka Majów, abstrakcjonizm jak i Renesans włoski, jeden z najbardziej wpływowych artystów w sztuce brytyjskiej i światowej od lat 30-tych XX wieku, a w latach 80-tych najwyżej wyceniany na aukcjach artysta żyjący.

Henry Moore - Reclining Figure, (1951) painted plaster IMG_0411.JPGHenry Moore: Leżąca figura
(Reclining Figure; 1951; gips pomalowany; Fitzwilliam Museum, Cambridge)

 

Pracownie rzeźby prowadzili tam również: surrealista F. E. [Frederick Edward] McWilliam (1909-1992) i Reginald „Reg” Butler (1913-1981) – artyści o światowej renomie. Pod ich wpływem Moti rozszerzył swoje zainteresowania i dyplom magisterski otrzymał w dziedzinie malarstwa i rzeźby.

 

Pierwszą wycieczkę na europejski kontynent Moti zrobił w 1947. Przez kilka tygodni był we Francji, póź­niej pojechał do Belgii i Holandii, gdzie spotkał rzeźbiarza studiującego w paryskiej pracowni Ossipa Zadkine’a. Gdy wrócił do Londynu, zatelefonował do Paryża, a Zadkine – niespodziewanie – zapro­po­no­wał mu przyjęcie do terminu.

Tak naprawdę nie wiedziałem wiele o Indiach, nie znam indyjskiej cywilizacji i nie mia­łem pojęcia, co mnie czeka w Anglii. Więc – nie mając uprzedzeń ani oczekiwań – po przy­jeździe dostosowałem styl życia i zachowanie do moich europejskich kolegów. Wzbu­dzali moją ciekawość. Nigdy nie próbowałem robić porównań, bo wydawały mi się sztucz­ne. Jeździłem do Belgii i Holandii by zwiedzać tamtejsze muzea. Później, dziwnym zrządzeniem losu, osiadłem we Francji. A mógłbym rozwijać karierę w każdym innym kraju, bo przecież sztuka posługuje się językiem uniwersalnym i nie zna granic.

 

Ossip Zadkine, emigrant urodzony w 1890 w Witebsku, mieszkał w Paryżu od roku 1910. Duchowo spokrewniony z kubistami, a w początkach swej twórczości będący również pod wpływem Rodina i sztuki prymitywnej, stał się artystą znanym i wpływowym. Oprócz rzeźby uprawiał również grafikę, malarstwo i poezję. Od końca lat 40-tych prowadził pracownię rzeźby w Académie de la Grande Chaumière.

08_Ossip Zadkine_1943_Statue_pour_jardin_bronze_Musée_Zadkine_ParisOssip Zadkine: Figura ogrodowa
(Statue pour jardin; 1943; brąz; Musée Zadkine, Paryż)

 

Założona w 1904 Akademia de la Grande Chaumière – zwana tak od ulicy, przy której się mieś­ciła – była szkołą szczególną. Odrzucała akademickie rygory promowane przez École des Beaux-Arts (Szko­ła Sztuk Pięknych) – fortecę francuskiej tradycji w sztuce. Umożliwiała stu­dio­wanie tzw. sztuki niezależnej. Przyjmowała wszystkich chętnych i pozwalała zapisywać się na dzień, tydzień, czy nawet na godziny, a jej czesne było niewysokie. Oferowała  ogrzane po­miesz­cze­nia i modelki, ale materiały studiujący musieli zdobywać sami.
Najważniejsza jednak była opieka artystyczna: wykładowcy Grande Chaumière byli na naj­wyż­szym poziomie. W skład profesorskiego grona wchodził m.in. rzeźbiarz Antoine Bourdelle (1861-1929), malarz, rzeźbiarz i innowator filmowy Fernand Léger (1881-1955), malarz, teoretyk sztuki i poeta Jean Metzinger (1883-1956), malarka Olga Boznańska (1865-1940) i Ossip Zadkine (1890-1967).

 

W 1950, mający już 29 lat Moti przeniósł się do Paryża. Wynajął pracownię na Rue Falguière i rozpoczął kolejny etap artystycznej edukacji: w Académie de la Grande Chaumière studiował w pracowni Zadkine’a.

Na rozwój jego dalszej drogi artystycznej wpłynęły jednak warunki bytowe: własną pracownię miał nie­wiel­ką, nie mógł więc dalej uprawiać rzeźby, wymagającej przestrzeni i kosztownej ze względu na ceny materiałów. Porzucił zatem rzeźbę na rzecz grafiki.

Znów mógł terminować u mistrza.

W Paryżu, większość mieszkających tam artystów spotykała się w dzielnicy Montparnasse w Le Dôme, La Coupole czy Le Select. Tam dyskutowaliśmy o sztuce i zmienialiśmy świat nad szklanką wina. To podczas tych spotkań poznałem Haytera, rytownika. Wtedy właśnie kolejne elementy mego życiorysu zaczęły się układać w jakimś porządku i zaczą­łem życie jako grafik-rytownik. To się stało po prostu, samo z siebie i ja praktycznie nie miałem na to żadnego wpływu.

 

Stanley William Hayter (1901-1988), jeden z najważniejszych współczesnych grafików i rytow­ni­ków, zaczynał od malowania w stylu impresjonistycznym. W połowie lat 20-tych przeniósł się z Londynu do Paryża, gdzie podjął studia artystyczne w Academie Julien, a mając za przyjaciół artys­tów takich jak Hans Arp, Giorgio De Chirico, Max Ernst, Yves Tanguy czy Paul Éluard po­więk­szył grono surrealistów. Mieszkający w Paryżu polski grafik Józef Hecht zapoznał go z mie­dziorytnictwem uprawianym klasyczną metodą bulino – techniką grawerską o niewia­ry­god­nej pre­cycji, pozwalającą umieszczać do 1200 mikropunktów na jednym milimetrze kwadratowym gra­we­ro­wa­nej powierzchni.

W 1927, Hayter – z pomocą Hechta – otworzył swą pierwszą pracownię graficzną. Gdy w 1933 przeniósł ją pod adres 17, Rue Campagne-Première, zaczęła być znana w świecie jako Atelier 17, a Hayter miał już renomę jednego z najlepszych rytowników. Opublikowany współcześnie[2] spis artystów goszczących w studio Haytera w latach 1927-1939 liczy 57 nazwisk, a jest to – jak zastrze­gają autorzy opracowania – lista niekompletna. Doskonaląc się w rytownictwie pracował z Hayterem Max Ernst, Alberto Giacometti, Józef Hecht, Joan Miró, Yves Tanguy. Bliskie więzi i współpraca artystyczna łączyła Haytera z Picassem.

Lata drugiej wojny światowej, jak większość francuskich awangardzistów, Hayter spędził w No­wym Jorku. Tam nauczał grafiki na uniwersytecie The New School w Greenwich Village, a wśród uczniów jego – jakże by inaczej: New York Atelier 17 – z artystów amerykańskich byli m.in. Jackson Pollock, Berenice Abbott, Piet Mondrian, Willem de Kooning i Mark Rothko, a z przy­by­szów: Marc Chagall, Le Corbusier, Salvador Dalí, Joan Miró, Rufino Tamayo, Yves Tanguy; spis, dla tego okresu, podaje łącznie 145 nazwisk!

W Ameryce Hayter wynalazł rewolucyjną w rytownictwie technikę symultanicznego druku barw­ne­go, wykorzystując różnice lepkości (stąd angielski termin: viscosity printing) tuszów, które dzięki temu można było umieszczać na metalowej płycie jednocześnie.
Nie porzucił malarstwa: tuż po wojnie, był jednym z pionierów amerykańskiego ekspresjonizmu abstrakcyj­ne­go, którego odpowiednikiem w Europie był taszyzm – liryczna abstrakcja. Oba kie­runki (a może słusz­niej byłoby rzec: obie odmiany tego kierunku, amerykańska i europejska) były kontrą wobec kubizmu – taszyści malowali abstrakcje niegeometryczne.

W 1950 Hayter – już jako legenda – powrócił do Paryża, gdzie odtworzył Atelier 17, tym razem pod adresem 278 rue de Vaugirard. Uczył, pracował z innymi i tworzył – z coraz większymi suk­ce­sami. Dla porównania, dwie prace Haytera z wczesnych lat 50-tych, a więc z początku dru­gie­go okresu paryskiego w jego życiu:

Fish in the Escoutay 1951 Stanley William HayterStanley William Hayter: Ryby w rzece Escoutay
(Fish in the Escoutay; 1951; olej na pł.; 54,6 x 148 cm; Tate, London)

 

Jeux d'Eau, 1953Stanley William Hayter: Gry wodne
(Jeux d’eau; 1953; druk wklęsły/intaglio, 15 x 12 cm)

 

Do takiego grona dołączył Moti. Pod kierunkiem Haytera, w jego Atelier 17, nie tylko pracował, ale – przy takim zagęszczeniu największych osobowości artystycznych – miał również wokół siebie źródła nieustającej inspiracji.

Zaczynał od miedziorytów. W trakcie studiów udoskonalił technikę symultanicznego druku barwnego – i doszedł w niej do mistrzostwa. Podobnie było z techniką akwatinty, o której podręczniki mówią, że zróż­ni­co­waniem głębokości wytrawionych miejsc daje artyście możliwość poszerzenia możliwości kolorystycznych przez uzyskiwanie pół- i ćwierćtonowej skali barw i cieni, a efekt końcowy przypomina akwarelę.

Natura ma trzy wymiary. Powierzchnia miedzianej płyty tylko dwa. Ale ile wymiarów ma wrażenie natury?

Zaczęły powstawać jego mgliste krajobrazy – lądowe i morskie, jak u Turnera.

Natura – w odróżnieniu od człowieka – jest sama w sobie jednością, nie rozróżnia miedzy wojną a pokojem. Tak więc, gdy rysuję krajobraz nie mam powodu łączyć go z ludźmi, zwie­rzętami czy – co gorsze – budynkami. Jedyna rzecz, jaka mnie interesuje, to światło. Błękit nieba, biel chmur – ich oczywistość wdziera się do mojego wnętrza.

Obok nich portrety, kwiaty i martwe natury – jak u impresjonistów. Oraz zwierzęta: konie, koty – wielkie i małe, ptaki, ryby. Tematyka zwierzęca, tak częsta u Motiego, wskazuje wyraźnie, co – oprócz Turnera i impresjonistów – fascynowało go najbardziej.

Słowo „oprócz” jest tu jak najbardziej na miejscu. U Turnera zwierząt nie ma w ogóle, a u impresjo­nis­tów są tak rzadkie, że można je policzyć na palcach.

 

Indyki (1876), Głowa psa (1882) i Portret Eugenii Graff (1882) Moneta:

11_Monet_Claude_1876_The_Turkeys12_Monet_Claude_1882_Head_of_the_Dog

Created using eddy's pixelmaxx

 

 

 

 

 

 

 

 

Śpiący kot (1862), znów Głowa psa (1870), Tama – portrecik japońskiego pieska chin (1876), Kobieta z kotem (1875) i  konie, na których Mme Henriette Darras z to­wa­rzysz­ką odbywa Przejażdżkę w Lasku Bulońskim (1873) Renoira:

14_Pierre-Auguste_Renoir_1862_Sleeping_Cat115_Pierre-Auguste_Renoir_1870_Head_of_a_Dog

16_Pierre-Auguste_Renoir_1876_Tama_the_Japanese_Dog

17_Pierre-Auguste_Renoir_1875_Woman_with_a_Cat

18_Pierre-Auguste_Renoir_1873_Riding_in_the_Bois_de_Boulogne_(Madame_Henriette_Darras_or_The_Ride

 

 

 

 

 

 

Leniwe Konie na łące (1871) Degasa:

19_Degas_Edgar_1871_Horses_in_a_Meadow

 

 

 

 

 

 

 

Zwierzęta na tych obrazach – podobnie jak ludzie, drzewa czy krajobrazy – są punktem wyjścia do ana­li­zy światłocieni, tematem jednym z wielu, na ogół statycznym. Czasem są po prostu niezbędne, jak na Prze­jażdżce w Lasku Bulońskim (bardziej realistycznej niż impresjonistycznej), albo są jednym z ele­men­tów krajobrazu (barki…, rzeka…, budynek…, koń…, krowa…) jak u Degasa.

Rozszerzając zakres poszukiwań na impresjonistów późnych, znajdziemy jeszcze Leżącą krowę (1883) van Gogha (znów jako obiekt nieruchomy) i jego – chyba najciekawsze w tym zestawieniu, bo pełne wewnętrznej dynamiki i niepokoju – Dwa szczury (1884), o których będzie za chwilę.

20_Vincent_van_Gogh_1883_Lying_cowCH100768

 I niewiele jest więcej.

 

Zwierzęta na sztychach Motiego są inne. O zatartych konturach, zamglone. Owa mglistość odbiera im naj­częś­ciej cechy indywidualne, ale sposób ujęcia przekazuje to, co jest najbardziej charakterystyczne dla ich gatunku czy rodzaju, sedno ich istnienia.

 

Nie wierzę w analityczne podejście do świata. Traci się wtedy emocjonalną radość z ży­cia. Naturę trzeba brać taką, jaka jest i przekazywać to, co w niej najlepszego – tylko wtedy można dokonać syntezy życia i otaczającego go świata w jedno.

 

Poruszający się w skoku drapieżnik to nie pantera impresjonisty, kubisty czy taszysty, dająca swym kształ­tem i barwą możliwość zaprezentowania nowego artystycznego widzenia świata. Smuga czerni w uję­ciu Motiego jest syntezą pantery, skupiającą jak w soczewce esencję cech i ideę pantery uniwer­salnej. Jest tym, co – gdyby istniało takie słowo jak „panterość” – byłoby jego literą i duchem, który literę ożywia.

22_Moti_1964_Leaping_Panther_blurKaiko Moti: Skacząca pantera
(Leaping Panther; 1964; akwaforta; 42,2 x 64,4 cm)

 

Zwierzę Motiego nie reprezentuje osobnika, a to, co dla wszystkich z jego rodzaju jest najbardziej istotne. Puchacz, jakże mało mający widocznych szczegółów, zawiera w sobie istotę bytu sowy, podobnie jak uniwersalnymi odwzorowaniami cech końskich, kocich czy sokolich są konie, syjamy czy drapieżniki z rytów Motiego.

Zwierzę ma linie i ruchy właściwe dla jego zwierzęcej natury, podczas gdy góry, drzewa czy woda mają w sobie inny rodzaj życia. Czym innym jest akcja, czym innym bezruch. Bardzo trudno jest doświadczać jednocześnie akcji i bezruchu. Dlatego nigdy tych dwóch elementów nie łączę. Łączą się one jednak we wspólnym punkcie: oba dostarczają mi wra­żeń, ruchu albo bezruchu. I te wrażenia staram się pochwycić na papierze.

 

  23_Kaiko_Moti_1970s_Le_Grand-duc_Eagle-Owl_etchingKaiko Moti: Puchacz
(Le Grand-duc; Eagle-Owl; ok. 1970; akwaforta; 76,2 x 56,5 cm)

24_Kaiko_Moti_1976_Le_Cheval_lithographKaiko Moti: Koń
(Le Cheval; 1976; litografia; 50,5 x 68 cm)

 25_Kaiko_Moti_1989_Two_Cats_etchingKaiko Moti: Dwa koty
(Two Cats; 1989; akwaforta)

26_Kaiko_Moti_1981_Lioness_aquatintKaiko Moti: Lwica
(Lioness; 1981; akwaforta; 48,9 x 58,7 cm).

27_Kaiko_Moti_1966_Paris_Horses_AP_etchingKaiko Moti: Dwa konie
(Deux cheveaux; 1966; akwaforta; 41,2 x 64,1 cm)

28_Kaiko_Moti_1966_Cats_etchingKaiko Moti: Koty
(Cats; 1966; akwaforta; 53,3 x 47,6 cm)

 

Z ograniczonego, siłą rzeczy, materiału porównawczego przedstawionego powyżej wyróżnia się jeden obraz: Dwa szczury, na którym van Gogh potrafił oddać nie tylko kształt fizyczny, ale to, co stwarza szczura w warstwie duchowej. Był to jednak artysta unikalny, cały będący modernizmem, a przecież otwarty na świat z ufnością i wiarą dziecka. Do nikogo lepiej nie pasowały słowa romantycznego poety „jeśli gryzę co – to sercem gryzę”, a on to rozpościerał na cały swój kosmos, gdyż między jego sercem a intelektem nie było żadnej granicy. Rozwibrowana psychika van Gogha pracująca na falach wszystkich zakresów potrafiła odebrać istotę istnienia miasta, szczura, słonecznika czy irysa.

Van Gogha i Motiego łączy zauroczenie sztuką Dalekiego Wschodu. Nie czas tu i nie miejsce rozwijać wątek wschodnich fascynacji wielkiego Holendra, ale temat powiązań Motiego ze sztuką Chin i Japonii rozważyć można.

 

Pierre Alechinsky (ur. 1927) jest malarzem, grafikiem, muralistą, plakacistą, muzykiem jazzowym, dekoratorem i twórcą ceramik, pisarzem, ilustratorem. Ma w dorobku film dokumentalny Calligraphie japonaise i projekty znaczków pocztowych.

29_Pierre Alechinsky_1946_The Cat and the Rooster_MoMAPierre Alechinsky: Kot i kogut, wg bajki Ezopa
(Le chat et le coq; 1946; linoryt; arkusz: 21.5 x 27.5 cm; MoMA)

 

Początki działalności artystycznej Alechinsky’ego związane są z Międzynarodową Grupą Artys­tycz­ną CoBrA.

CoBrA została stworzona w roku 1948. Awangardowi malarze, poeci i pisarze z Danii, Belgii i Ho­landii (nazwa grupy jest akronimem nazw stolic tych trzech krajów), połączyli wcześniej ist­nie­jące grupy – holenderską Reflex, duńską Høst i belgijską Surréaliste-Révolutionnaire (Sur­re­a­lista Rewolucyjny) – w jeden potężny związek twórczy informelu.
Doktryną malarzy awangardzistów Grupy CoBrA była totalna swoboda w doborze kolorów i form. Inspiracje tej spontanicznej twórczości pochodziły ze źródeł najrozmaitszych: od sztuki prymitywnej i mitologii nordyckiej, przez twórczość dzieci i schizofreników do abstrakcjonizmu. Artyści sta­wia­li sobie za cel zrozumiałość i otwartość sztuki i dotarcie z nią do każdego.

30_CoBrA_Constant_1949_Personnage_de_nuit_oocConstant (Constant Nieuwenhuys): Postać Nocy
(Personnage de nuit, 1949, olej na pł.; 89,5 x 75 cm; Cobra Museum of Modern Art, Amstelveen)

Ich prace, uważane za kamień milowy w rozwoju taszyzmu czy – jak kto woli – abstrakcyjnego ekspresjonizmu, a ogólnie: informelu – sztuki bezkształtnej (art informel), miały olbrzymi wpływ na sztukę modernistyczną: „styl CoBrA” oparty na estetyce swobody istniał jeszcze długo po rozpadzie grupy. Oni sami zwani byli „ostatnimi awangardystami współczesnej Europy”.

Jednym z najmocniejszych filarów Grupy CoBrA był Alechinsky, obchodzący w tym roku 88. urodziny – artysta o osobo­wo­ś­ci chłonnej i otwartej, przez całe życie poszukujący nowych źródeł inspiracji i form ekspresji.

31_CoBrA_Pierre Alechinsky_1950_Loudspeaker_Haut parleurPierre Alechinsky: Głośnik
(Haut parleur;1950; linoryt; arkusz: 21.5 x 27.5 cm; MoMA)

 

Wśród tych poszukiwań było dążenie do znalezienia łącznika miedzy pismem i obrazem. W 1948 Alechinsky zilustrował osiemnastoma linorytami powieść Guillaume Apollinaire’a (1880-1918) Poeta zamordowany (Le Poète assassiné, 1916) – wybór ten nie był zapewne przypad­kiem: trzy dekady wcześniej Apollinaire pró­bo­wał uchwycić zależność między słowem a obra­zem w swoich Kaligramach (Calligrammes, 1918).

Apolinaire_Alechinsky_Le_poète_assassinéGuillaume Apollinaire / Pierre Alechinsky – Le poète assassiné
Wydanie współczesne, Ed. Fata Morgana, 2012

 

Gdy w roku 1951 CoBrA zakończyła działalność, Alechinsky przenosi się z Brukseli do Paryża i w 1952 podjął naukę technik rytownictwa w Atelier 17 Haytera, by zaspokoić swój – jak mówił – „apetyt na miedź i kwas”.

W tym okresie zaczyna go fascynować kaligrafia japońska i chińska. Nawiązuje kontakt z Shiryû Moritą – wybitnym kaligrafem japońskim, redaktorem pisma Bokubi poświęconego sztuce kaligrafii. Ich korespondencja trwać będzie lata.

33_Bokubi_14Bokubi – okładka numeru 14 (Kyoto, 1952) z kaligraficznym wyobrażeniem cyfry 5;
pracował nad tym mistrz zen i artysta Nakahara Nantenbō (1839-1925) i malarz Gakiu Osawa (1890-1953),

uważany za prekursora współczesnej szkoły kaligrafii japońskiej

 

W 1955 roku Alechinsky, po swej pierwszej wystawie indywidualnej w Palais des Beaux-Arts w Brukseli, dostaje stypendium od rządu belgijskiego na wyjazd do Japonii. Tam powstaje film Calligraphie japonaise (1954/1958; 17 min.; taśma cz.-b, 16 mm; współpraca: Ferenc Haár), a póź­niej – cały szereg prac inspirowanych wschodnią kaligrafią. Tam też go zostawimy, by wrócić do głównej postaci tego szkicu.

 

Moti studiował u Haytera w tym samym czasie co Alechinsky. Że się spotkali, rozmawiali, dyskutowali jest dla mnie oczywiste, gdyż artysta belgijski, mający już wtedy znaczną renomę, promieniował swymi  fascynacjami.

Motiemu nie było po drodze z taszystami ani z radykalną awangardą. Jego prace świadczą o tym, że – mimo całej nowoczesności – był bliższy modernizmowi, jeśli wolno tak powiedzieć, tradycyjnemu; jego początkom, a nie późniejszym przeobrażeniom. Niemniej jednak, na fali orientalizmu, musiała go zająć sztuka dalekowschodnia, ta sama, która fascynowała van Gogha. Znów: była to jednak sztuka przedsta­wia­jąca, daleka od progu abstrakcji, którą przekraczała wschodnia kaligrafia i prace Alechinsky’ego.

Zakładajac, że tak było, trzeba dodać, że i tu Moti pozostał w kręgu tradycji.

W XVIII wieku francuscy artyści czcili rokokiem koniec 72-letniego panowania Króla-Słońce, a Jean-Baptiste Oudry, noszący tytuł Malarza Królewskich Łowów, z właściwym sobie empi­ryz­mem malował portret nosorożycy Clary i uwieczniał mieszkańców wersalskiej menażerii: małpy, papugi, tygrysa, lwa czy lamparta (który tak naprawdę na jego płótnie postawą bardziej przypo­mi­na wku­rzo­nego dachowca niż afrykańskiego drapieżnika). Realistyczne obrazy Oudry’ego budziły zach­wyt (książę Schwerinu kupił nawet całą kolekcję jego zwierzęcych portretów), zaś hrabia de Bouffon wyko­rzystywał je jako ilustracje w monumentalnej, 44-tomowej Histoire naturelle, générale et particulière… (1749-1789).

34_Jean-Baptiste_Oudry_1741_Leopard_Staatliches_Museum_Schwerin_1Jean-Baptiste Oudry (1686–1755): Lampart
(Léopard; 1741; olej na pł.; 131 x 160 cm; Staatliches Museum Schwerin)

 

Ponad pół wieku przed Oudrym, siedemnastowieczny chiński malarz i kaligraf Zhu Da (znany też jako Bada Shanren, 1626-1705) piórkiem, pędzlem i tuszem na ryżowym papierze namalował Rybę i rybo­ło­wa.

35_Zhu Da_1626-1705_Fish and Fish-hawk_ink_2Zhu Da (1626-1705): Ryba i rybołów
(tusz na papierze ryżowym; chinaonlinemuseum.com)

Warto przyjrzeć się z bliska wyobrażeniu drapieżnika:

Zhu Da_1626-1705_Fish and Fish-hawk_ink

Pod widzeniem – i myśleniem – takimi skrótami podpisaliby się wszyscy zachodni moderniści XX wie­ku, choć część taszystów narzekałaby prawdo­po­dob­nie na niedostatek koloru, a kubiści opływowe elementy rybołowa zamieniliby w trójkąty rysowane przy linijce.

Chińscy i japońscy klasycy malarstwa i drzeworytnictwa wieki przed malarzami Cywilizacji Za­cho­du zastąpili odwzorowanie natury jej kontemplacją i analizą prowadzącą do syntezy. I tak żuraw w ich ujęciu nie jest żurawiem, a tym, co żurawia ożywia; podobnie kogut czy sokół.

 

37_Korin Ogata 1658-1716_CranesKorin Ogata (1658-1716): Żurawie

 

38_Itō_Jakuchū_1770s_ChickenItō Jakuchū (1716-1800): Kogut i kurczę (ok. 1770)

 

39_Keisai_Eisen_1790-1848_Tiger_and_Full_Moon_MFA_Boston_William_Sturgis_Bigelow_CollectionKeisai Eisen (1790-1848): Tygrys i pełnia
(MFA Boston; William Sturgis Bigelow Collection)

 

 40_Katsushika_Hokusai_1823_Cranes_from_Quick_Lessons_in_Simplified_Drawing_sm2Katsushika Hokusai (1760-1849): Żurawie
(Szybki kurs uproszczonego rysowania; 1823)

 

41_Katsushika_Hokusai_Two_Cranes_and_Pine_TreesKatsushika Hokusai: Dwa żurawie i sosny

 

42_Katsushika_Hokusai_Falcon_in_flight_Musée_Guimet_ParisKatsushika Hokusai: Sokół w locie
(ok. 1830; Musée national des arts asiatiques – Guimet, Paryż)

 

 

Sztuka Orientu i Okcydentu zataczała zamykające się kręgi. Chiny wpłynęły na Japonię, która za­fas­cy­no­wała impresjonistów, później artyści chińscy i japońscy jeździli na studia do Europy i Stanów Zjedno­czo­nych, by wzbogacić sztukę rodzimą (co tradycjonaliści – jak zawsze – uzna­wali za prymityzowanie i de­ge­ne­rację).

 

Xu Beihong (1895-1953), jeden z największych malarzy chińskich pierwszej połowy XX wieku, pierwszy który malował farbami olejnymi na płótnie, jest w tej mierze przykładem najlepszym. Studia artystyczne zaczynał w Szanghaju. W roku 1917 pojechał do Japonii, która odgrywała klu­czową rolę w kształceniu nowej generacji artystów chińskich otwartych na sztukę Zachodu[3]. Biografie Xu, na ogół chińskie, wspominają ten wyjazd półgębkiem, co jest o tyle zro­zu­miałe, że komunistyczne Chiny za Japonią nie przepadają. Według źródeł amerykańskich[4] Beihong swój półroczny pobyt w Tokio poświęcił głównie na zwiedzanie muzeów i galerii sztuki, toteż nie uległ wpływom żadnego z artys­tów japońskich. Nawiązał jednak współpracę ze znanym wówczas w Japonii malarzem i ko­lek­cjo­ne­rem, Nakamurą Fusetsu[5] (1866-1943), który studiował w Paryżu w malarskiej pracowni Paula Laurensa – i ta znajomość nie mogła pozostać bez śladu.

W 1919 Xu wyjeżdża na osiem lat do Europy. W Londynie zwiedza British Museum. W Paryżu studiuje najpierw na Académie Julian a później na École nationale supérieure des beaux-arts, gdzie najbardziej inte­resuje go szko­ła flamandzka, malarstwo romantyczne i współzależności między światłem i kolorem u impre­sjo­nis­tów. W Paryżu przymiera głodem, dlatego przez prawie dwa lata studiuje w berlińskiej Akademie der Künste, bo utrzymanie w Niemczech jest tańsze. Odwiedza Belgię, Holandię, Szwajcarię, Włochy. Wszędzie zwiedza, kopiuje – zapamiętuje się w tym do tego stopnia, że traci poczucie czasu i ignoruje warunki zewnętrzne, co zimą 1921 wpędza go w ciężką chorobę, która poważnie nadwyręży jego zdrowie w przyszłości.
W 1927 dziewięć obrazów Xu wystawionych w paryskim Salon des artistes français, zbiera po­zy­tyw­ne recenzje i przyciąga powszechną uwagę.

Po powrocie do Chin Xu organizuje wystawy swoich prac w Lyonie i Brukseli. W 1933 przy­go­to­wuje wystawę współczesnego malarstwa chińskiego, która ma olbrzymie powodzenie i ekspo­no­wa­na jest we Francji, Belgii, Niemczech, Włoszech i ZSRR. W 1940, z okazji wystawy swych obrazów, jedzie do Indii, gdzie spotyka się z Gandhim i Rabindranathem Tagore.

Beihong, zasadniczo słynący jako realista, po zwycięstwie komunistów w 1949 nie musiał ucie­kać na Tajwan – nowa władza potrzebowała znanych nazwisk, a jego monumentalne płótna były tak blisko socrealizmu, że maoiści uznali go za swego. Zmarł w 1953, mając 58 lat – można po­wie­dzieć, że miał szczęście, bo rewolucji kulturalnej, zaczętej w 1966, i reedukacji przez pracę by nie przetrwał.

Xu nigdy nie porzucił tuszu i papieru. Z mistrzowską precyzją chińskiego kaligrafa w niewielu kreskach i plamach potrafił docierać do sedna natury przedstawianych w ten sposób ludzi i zwierząt.

 

43_Xu_Beihong_1895-1953_Crouching_LionXu Beihong: Lew sprężony do skoku

 

P206-207-195Xu Beihong: Orzeł

 

45_Xu_Beihong_1895-1953_1941_CatXu Beihong: Kot

 

46_Xu_Beihong_1895-1953_Mahatma_Gandhi_c1940Xu Beihong: Mahatma Gandhi (ok. 1940)

 

47_Xu_Beihong_1895-1953_1943_Galloping_HorseXu Beihong: Galopujący koń (1943)

 

Pokrewieństwo Motiego z artystami Chin i Japonii jest uderzające. Nie ma z tym oczywiście nic wspól­nego fakt, że Moti urodził się w Azji, bo estetyka Indii jest równie daleka od estetyki Japonii jak śląski trojak odległy jest od andaluzyjskiego flamenco.

Jest to wspólnota filozofii nie geografii. Z blach Motiego wyłania się nie drzewo – a drzewistość (jeśli tak leśmianowskiego w stylu neologizmu można użyć), czyli to, co decyduje o tym, że drzewo jest drzewem. Nie morze – a morskość, nie wiatr – a wietrzność, , nie świt czy zmierzch  – a narastanie czy słabnięcie światłości.

 

Istota Piękna istniała na długo wcześniej zanim cywilizacja dała jej tę nazwę. Piękno, czyste i głębokie, było wszędzie i jest wszędzie dla każdego, mającego umysł otwarty na tyle, by odebrać jego nieskończoną formę.

Wierzę w to, że Natura jest zwierciadłem odbijającym Piękno, nie zapominając że na Piękno składają się wartości moralne, godność i miłość.

Wszystko w życiu jest filozofią. Nie przejawia się ona w słowach ani nawet nie w ideach, a w sposobie widzenia rzeczy lub wydarzeń.
Wszystko, co trzeba zrobić, to otworzyć na świat serce, oczy, umysł. Wtedy rzeczy upo­rząd­kują się we właściwy sposób – samoistnie – bez specjalnego wysiłku z naszej strony.

48_Kaiko_Moti_1964_Set_of_5_Untitled_Animal_Etchings_AntelopesKaiko Moti: Antylopy
(Les antilopes; 1964; akwaforta)

49_Kaiko_Moti_Champs_de_LavandeKaiko Moti: Pola lawendy
(Champs de lavande; akwaforta; 45,7 x 76,8 cm)

50_sm_Moti_1981_Les_tigres_blurKaiko Moti: Tygrysy
(Les tigres; 1981; akwaforta; 48,9 x 58,7 cm)

51_sm_Moti_1966_Siamese_Cat_blurKaiko Moti: Kot syjamski
(Siamese Cat; 1966; akwaforta; 46,7 x 45,7 cm)

52_Kaiko_Moti_1978_Voir_En_Songe_lithographKaiko Moti: Spojrzenie w zamyśleniu
(Voir en songe; 1978; litografia; 56,7 x 45,7 cm)

53_Kaiko_Moti_Fish_etchingKaiko Moti: Akwarium
(Aquarium; 1969; akwaforta; 55,6 x 42,5 cm)

54_Kaiko_Moti_Forest_etchingKaiko Moti: Las
(Forest; 1980; akwaforta; 55,6 x 76,2 cm)

 

W Paryżu, w 1954, Moti poznał swą przyszłą żonę Viviane, kilka lat później urodziła się ich córka Yasmine. Dużo podróżował. Zafascynowało go zwłaszcza południe Hiszpanii z jego światłem oraz Ibiza, pełna jasności i spokoju, na którą wracał zawsze, gdy chciał podładować swoje – jak mówił – słoneczne baterie.

55_sm_Moti_1970_IbizaKaiko Moti: Ibiza
(Ibiza; 1970)

 

Tylko to, jak przeżywasz swoje życie, ma jakiś sens. Przybywamy na Ziemię, później ją opusz­czamy. To naturalna kolej rzeczy. To, co zostawiamy za sobą jest wypadkową wszyst­kiego innego, również satysfakcji, która odczuwamy, gdy uda się nam coś osiąg­nąć, czy na drodze koncepcji, czy w sztuce. I – razem z umieraniem bez żalu – tylko to się liczy.

 

Kaiko Moti mieszkał w Paryżu do końca życia. Zmarł 8 lutego 1989. W katalogach pisze się o nim jako o jednym z najlepszych grafików-rytowników, ale sądzę, że jednocześnie jest jednym z mniej znanych, a jego prace – obecne w kolekcjach prywatnych i państwowych (takich jak Victoria and Albert Museum, Musée d’art moderne de la ville de Paris czy francuska Bibliothèque nationale) są na rynku stosunkowo rzadkie.
Równie rzadkie i trudno dostępne jest jedyne poświęcone mu wydawnictwo: album Kaiko Moti wydru­ko­wa­ny w 1988 przez oficynę Lublin Graphics, prowadzoną przez rodzinę Lublinów z Greenwich w Con­necticut.

Kazimierz Robak
7 czerwca 2015


[1] Wszystkie wypowiedzi Kaiko Motiego za: Frédéric, Louis. „Kaiko Moti: On being himself. / Kaiko Moti: tel qu’en lui-même”.
W: Kaiko Moti. Greenwich, CT : Lublin Graphics, Inc., 1988; str. 177-196. Tłum. K. R.

[2] Moser, Joann. Atelier 17: A 50th Anniversary Retrospective Exhibition. Madison, WI : Elvehjem Art Center, University of Wisconsin-Madison, 1977.

[3] Wong, Aida Yuen. Parting the Mists: Discovering Japan and the Rise of National-style Painting in Modern China. Honolulu, HI : University of Hawaii Press, 2006; str. 12.

[4] Sullivan, Michael, Franklin D. Murphy. Art and Artists of Twentieth-century China. Berkeley and L.A., CA : University of California Press, 1996; str. 68

[5] „Biography of Xu Beihong”. Cultural Affairs Bureau (former Cultural Institute) of Macao. <http://www3.icm.gov.mo/gate/gb/www.icm.gov.mo/exhibition/beiHong/biografiaE.asp>


 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« May 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Maj

A w maju
Zwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia,
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, maju!

Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!...

Julian Tuwim – „Do krytyków” (1920)

 

Maj – piąty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury
i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od czasownika „maić” – ‘stroić, zdobić zielenią
i kwiatami’.

W staropolszczyźnie piąty miesiąc roku nazywany był „trawień” (tej nazwy używa język białoruski i ukraiński: травень ‘maj’, oraz chorwacki – travanj, ale tam tak nazywa się kwiecień) – wiadomo dlaczego.

 

Łaciński Maius zawiera
w sobie imię matki boga Merkurego – nimfy Mai.

 

Dwie dodatkowe etymologie nazwy Maius podaje Owidiusz w ks. V poematu Fasti (8 r. n.e.), traktującego o kalendarzu rzymskim.

Pierwsza wywodzi nazwę miesiąca od majestatu (Maiestas) – na przykład bogini, ale i cesarza, bo niech ktoś tylko spróbuje zaprzeczyć i powie, że cezar Majestatem nie jest!
Drugi owidiuszowski źródłosłów kieruje do starszych (maiores) – w tym wypadku senatorów rzymskich.

Na Owidiusza powołują się różne źródła i autorytety, ale jego wywody słowotwórcze mają tyle wspólnego
z językoznawstwem, co kamień węgielny z węglem kamiennym.

Owidiusz był poetą
i dworakiem – trudno powiedzieć, czym za swego życia bardziej. Boccaccio pisał, by się podobać damom, Owidiusz – by się podobać cesarzowi. Pierwszemu się udało, drugiemu – nie:
w dworactwie poeta nie miał szczęścia, bo inaczej nie dostałby wyroku wygnania (do dziś nikt nie wie, za co). Ale tworzył i wysysał
z palca, co mógł, byle tylko przypodobać się zwierzchności.

Maiestas – to oczywiste, bo bogini – boginią, ale podkadzenie imperatorowi zaszkodzić nie mogło, zwłaszcza że bogini daleko,
a cesarz – blisko.

Maiores – a czy źle było zaskarbić sobie niewinnym pochlebstewkiem życzliwość starców? Którzy – czy ich cesarz lubił czy nie – wciąż jeszcze coś mogli i o czymś tam decydowali.
Zresztą, na zasadzie świeczki i ogarka, Owidiusz nazwę następnego miesiąca, Iunius, w następnej księdze tego samego poematu wywodzi od słowa iuniores ‘młodzi’. Tak że Owidiuszem nie ma sobie co głowy zawracać.
Z równym powodzeniem moglibyśmy wywodzić nazwę „maj” od nazwiska Żemajska (i opiewać piękność obojga), gdyby tylko celem do sforsowania była dla nas twierdza piękności tejże damy. Albo – ogarnięci górnolotnym zapałem – moglibyśmy twierdzić, że z całą pewnością przodkowie nasi miesiąc „maj” nazwali od hasła „Trzymajmy się!”, co było nawiązaniem do szczytnych tradycji, woli przetrwania i misji dziejowej dającej nam pierwszeństwo nad innymi, a maj, jako symbol wiosny i odrodze-
nia… i tak dalej, i dalej.

 

Tak czy siak, nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

W drugiej dekadzie maja panują najchłodniejsze dni wiosenne, więc klimatycznie ten miesiąc też raczej zaprzecza swej symbolice
i w tym kontekście fraza
w w sercu ciągle maj brzmi co najmniej dwuznacznie, jak zresztą wszystko w poezji Jeremiego Wielkiego.

Ochłodzenie majowe jest zjawiskiem klimatycznym charakterystycznym dla całej Europy Środkowej: po okresie utrzymywania się wyżu barycznego nad Europą Środkową i Wschodnią następuje zmiana cyrkulacji atmosferycznej i przy słabnącym wyżu zaczyna – wraz z niżem barycznym – napływać zimne powietrze
z obszarów polarnych.

Według tradycji ludowej środek maja powinien być zimny, deszczowy, a czasem mroźny – jest to znakiem, że aż do jesieni nie powinno być przymrozków.

 

1 maja to Święto Pracy,
w Polsce święto państwowe.

We Francji 1 maja to, oprócz uroczystości organizowanych przez L’Humanité, święto konwalii (la fête du muguet).

 

Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, dzieje się w maju.

 

2 maja to w Polsce Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej.

 

3 maja jest w Polsce świętem państwowym, które oficjalnie nazywa się Święto Narodowe Trzeciego Maja. Ustanowiono je dla upamiętnienia uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Obojga Narodów (3 maja 1791).

…od razu się przyznam. Datownik maja mam niedokończony. Sporo tego, ale jakoś tak się składa, że
z tych wydarzeń, które do tej pory wziąłem na warsztat, większość związana jest
z Rosją. No a przecież, jeśli po Konstytucji – którą się
u nas czci prawie jak konkordat, a już na pewno jak Kościuszkę i Pułaskiego razem wziętych – dam rocznice wydarzeń spod Romanowych, z bolszewii lub z Putinogorska, to będzie wstyd i obraza Boska. Po TAKIEJ Konstytucji? Lepiej zatem poprzestanę na tym, co powyżej (na razie, bo praca trwa)…

 

Znaki Zodiaku w maju:
Byk (♉) – do 20 maja
Bliźnięta (♊) – od 21 maja (najweselszy
i najpogodniejszy znak Zodiaku).

Horoskopy Bliźnięta mają pomyślne w dowolnym układzie, nawet w czarnym PR.

Ludzie spod znaku Bliźniąt
w ogóle nie osiągają dojrzałości zarówno intelektualnej, jak
i uczuciowej.
Jedyne, co naprawdę potrafią, to raz w tygodniu wypełnić kupon gry liczbowej.
Niezdarnie to ukrywają, ale największą przyjemność sprawia im dłubanie w nosie.
Zapraszając takiego do domu należy pamiętać, że kradnie
i koniecznie przed wyjściem zrewidować.

Zauważcie, że nawet zawodowi hejterzy dają Bliźniętom pozytywną recenzję (co jest złego w grach liczbowych, dłubaniu w nosie – dla zdrowia przecież, albo
w zapobiegliwości?) – po prostu nie mają się do czego przyczepić!

Porównajcie z takim wczesnomajowym Bykiem, który ma:

wdzięk powiatowego Casanovy i skłonności dewiacyjne.
Niczym niezmącone przekonanie, że jest pępkiem świata.
Lubi mizdrzyć się zarówno przed lustrem jak i w pracy.
Najbliższą rodzinę terroryzuje od urodzenia do późnej starości.
Nigdy niczego nie czyta, choć o wszystkim ma z góry wyrobione zdanie.
Charakteryzuje go brak umiarkowanie w jedzeniu
i piciu.
Oderwać od rozkoszy stołu mogą go jedynie rozkosze łoża – przy czym i tu Byk będzie dążył do wyuzdanych uciech, nazywając je dla niepoznaki „wyższą sztuką”.
Lenistwo swoje i brak zainteresowania światem zewnętrznym Byki nazywają „dbaniem o domowe ognisko”, a brak wyższych uczuć „stąpaniem twardo po ziemi”.
Wreszcie swą ociężałość umysłową i skrajny konserwatyzm nazywają „przywiązaniem do tradycji” i „opieraniem się na sprawdzonych wzorcach”. Jednym słowem – to leniwi hedoniści, pogrążeni
w brudnej rozpuście
(no dobrze: „brudnej” możemy skreślić, bo znajomy Doktor obrazi się już na amen).

Albo z późnoczerwcowym Rakiem:

Urodzeni pod znakiem Raka oszukują na każdym kroku, zdradzają, uwielbiają podłożyć świnię.
Rakom nie można wierzyć nigdy i w niczym.
Jeśli np. Rak mówi „Cenię sobie twoją przyjaźń”, to można być pewnym, że przed godziną napisał na ciebie donos do szefa.
Raki stale komuś czegoś zazdroszczą, a po dwudziestym piątym roku życia łysieją, garbią się
i tracą zęby.
Słusznie zresztą.

No przecież szkoda słów, bo tu nie pomoże nawet oddział zamknięty.

A kolejne horoskopy są jeszcze gorsze (czytajcie, to się dowiecie), więc po prostu Bliźnięta – których i tak nawet czarny piar się nie ima – punktują z miesiąca na miesiąc.

 

Kwiaty maja:

Konwalia (Convallaria maialis L.) – bylina o kwiatach słodko pachnących, ale zdradziecka, bo silnie trująca; uznawana jest za kwiat szczęścia, pomyślności i młodości; ponieważ symbolizuje też czystość
i skromność, więc często wplatana jest w bukiety ślubne panien młodych (o symbolice toposu „trucizna pod słodyczą” etymologia ludowa jakoś milczy).

Niekontrolowana – konwalia staje się chwastem i to bardzo trudnym do usunięcia, ponieważ łatwo odrasta (ciekawe, czy ma to jakiś związek symboliczny
z owymi bukietami ślubnymi
i skromnością – może odrastają w sposób naturalny…).

Suszone, sproszkowane kwiaty konwalii dodawane są czasem do tabaki – w obliczu powszechnie znanych trujących właściwości substancji psychoaktywnych w tabace zawartych szczypta konwalii różnicy nie czyni.

Duże zastosowanie ma konwalia w medycynie
i zielarstwie, ale i tu ostrzega się przed zejściem wskutek przedawkowania.

W tzw. alfabecie kwietnym konwalie oznaczają nieśmiałość, co jest zrozumiałe: któż by, niewinnym będąc, do trucia jadem zabierał się śmiało?

Duże znaczenia ma konwalia w ikonografii maryjnej, ale to tematyka zbyt szeroka, by ją roztrząsać właśnie tu.

 

Głóg (Crataegus monogyna Jacq.), któremu botanicy dodają epitet „jednoszyjkowy” (co chyba nie jest obraźliwe); symbolizował on ostrożność i nadzieję, na szczęście bardzo dawno temu, bo
w średniowieczu; dziś tylko kłuje i nadaje się na nalewkę.

 

Kamień maja:

Szmaragd – symbolizujący miłość
i powodzenie.

 

W ogóle maj to miesiąc nijaki, coś takiego właśnie jak konwalia:

Maj jest dziwny. Dokładnie taki jak konwalia: trochę aromatu, ale zaraz jakieś przedawkowania i groźba zejścia. Nic dziwnego, że mądrość ludowa odradza zawierania małżeństw w maju (znam majowe
i szczęśliwe, ale być może to wyjątki potwierdzające regułę). I gdyby nie to, że jego ostatnia dekada przynosi najlepszy znak Zodiaku, czyli Bliźnięta, to ogólnie byłoby z majem kiepsko.

Kwiecień, na przykład, zaczyna się od primaaprilisowych wygłupów – i od razu jest weselej.
A popatrzcie, od czego startuje maj: od święta pracy, do której każdy chodzi, bo musi, więc to jest tak, jakby więźniowie obchodzili dzień św. Penitencji i cieszyli się, że jeszcze trochę posiedzą. To mogły wymyślić tylko Byki!
Na szczęście kogo jak kogo, ale ludzi pomysłowych u nas nie brakuje (a założę się, że większość z nich jest spod znaku Bliźniąt) – gdyby nie oni, to już by się w ogóle
w maju nie dało wytrzymać. Bowiem ludzie pomysłowi (zwłaszcza ci spod znaku Bliźniąt) połączyli „święto pracy” z innymi okolicznymi świętami, włączając w to weekendy z przodu i z tyłu,
i stworzyli jeden
z najdłuższych weekendów nowoczesnego świata; weekend, który – jak go dobrze ułożyć – może potrwać nawet 10 dni.
I nawet znajomego lekarza nie trzeba!
A gdy wreszcie, w co nie wątpię, za dzień święty zostanie uznane Święto Kanonizacji, to weekend majowy, podczas którego będzie można kompletnie zapomnieć o pracy, dojść może do dni szesnastu, a kto wie, czy nie więcej.

I ponieważ prawie zaraz po tym weekendzie przychodzą Bliźnięta, to maj daje się jakoś przetrzymać – mimo konwalii, szmaragdów, głogów jednoszyjkowych
i trzech ogrodników, których same imiona wywołują taki dreszcz, że nagłe chłody wcale nie są potrzebne.

Maj jednak rehabilituje się imieninami:
• Moniki;
• Stanisława – ale tylko częściowo, bo połowa Stachów uciekła od Szczepanowskiego do Kostki, tak że nigdy nie wiadomo, który kiedy obchodzi;
• Zofii (Zocha, przecież wiesz, że to o Tobie: wszystkiego najlepszego!)
• i Joanny – które już piękniejszego dnia na imieniny wybrać nie mogły!

 

Śluby i wesela w maju:
w żadnym wypadku! Ale zastrzegam jeszcze raz: tylko według mądrości ludu.

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
piąty miesiąc roku to:

białoruskiмай [maj], травень [trawień]
bośniackimaj
bułgarskiмай [maj]
chorwackimaj
czeskikvěten
kaszubskimôj (też: gòran, maj)
litewskigegužė
łatgalskiLopu (też: maja)
łużycki (dolny)rozhelony (też: rožownik, maj)
łużycki (górny)meja (też: róžownik)
łotewskimaijs
rosyjskiмай [maj]
macedońskiмај albo косар [kosar]
serbskimaj
słowackimáj
słoweńskimaj
ukraińskiтравень [trawień]
żmudzkigegožė

 

Przysłowia związane
z majem:

Chłodny maj,
dobry urodzaj.

Ciepły kwiecień, mokry maj
– będzie zboże jako gaj.

Częste w maju grzmoty
rozpraszają chłopom zgryzoty.

Deszcz majowy,
chleb gotowy.

Deszcz na pierwszym maju,
chyba w urodzaju.

Dużo chrabąszczów w maju,
proso będzie gdyby w maju.

Gdy kukułka w maju,
spodziewaj się urodzaju

Gdy maj jest przy pogodzie,
nie bywają siana w szkodzie.

Gdy się maj z grzmotem
odezwie na wschodzie,
rok sprzyja sianu
i zbożu w urodzie.

Gdy się w maju pszczoły roją,
takie roje w wielkiej cenie stoją.

Grzmot w maju
sprzyja urodzaju.

Jak pszczółki na wiosnę z ula
wcześnie wylatują,
to pewnie mróz na drzewa
w maju nam zwiastują.

Jak w maju zimno,
to w stodole ciémno.

Jeśli w maju grzmot,
rośnie wszystko w lot.

Kiedy lipa w maju kwitnie,
to w ulach miód zawiśnie.

Kiedy mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

Kiedy pierwszy maj płacze,
będą chude klacze.

Kto się w maju urodzi,
dobrze mu się powodzi.

Maj – wołom daj
i sam na piec uciekaj.

Na pierwszego maja szron
obiecuje dobry plon.

Na pierwszy maj
ostatek bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj:
w piecu sobie napal,
za niego się wal.

Nastał miesiąc maj,
kożdy o się dbaj.

Niedalekoć już do maja,
więc nie uchodź za mazgaja.

Nie zawsze na ziemi maj,
nie zawsze
ludzkiemu szczęściu raj.

Pierwszego maja deszcz,
nieurodzaju wieszcz.

Pierwszy maja poranek
jest tęskliwym dla kochanek.

Przyjdzie maj,
przedsię bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj.

Tyle przymrozków w maju,
ile ich było przed św. Michałem.

W maju…
Np. Zobaczymy się
w maju…

[tj. nie teraz, kiedyś może, nigdy]

W maju jak w gaju.

W maju szumne sosieneczki,
wonne puszczą ci chojneczki.

W maju wieje, trochę pada,
coraz bliżej listopada

Witaj nam maiczku
ze słowikiem w gaiczku.

Wody w maju stojące
szkodę przynoszą łące.

 

Przysłowia na
św. Stanisława (8 V):

Do św. Stanisława
z pastuchami sprawa.

Jak się len zasieje
w św. Stanisława
to tak urośnie, jako ława.

Na św. Stanisława
rośnie koniom trawa.

Na św. Stanisława
żytko kieby ława.

Św. Stanisław len sieje,
Zofija konopie,
A Urban jęczmień i owies
każe kończyć, chłopie.

Św. Stanisław –
pierwszy siew prosa,
a ostatni owsa.

 

Przysłowia na
św. Pankracego, Serwacego
i Bonifacego
(12, 13 i 14 V)
:

Jak się rozsierdzi Serwacy,
to wszystko zmrozi
i przeinaczy.

Jasny dzień Pankracego
przyczynia wina dobrego.

Pankracy, Serwacy, Bonifacy
– źli na ogrody chłopacy.

Przed Serwacjuszem nie trzeba
pewnego się lata spodziewać.

 

Przysłowia na
św. Zofię (15 V):

Dla świętej Zosi
kłos się podnosi

Na św. Zofiją
pola w kłos wybiją.

Niechaj mnie Zośka
o wiersze nie prosi

[oczywiście to nie przysłowie, tylko cytat ze Słowackiego]

Św. Zofija ciepło rozwija.

Św. Zofija kłosy wywija.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha