Kazimierz Robak

Kaiko Moti: sen w metalu

Stelli

Na aukcjach i stronach internetowych klasyfikowany jest jako współczesny impresjonista.

Skoro impresjonizm, to Monet, Renoir, Cezanne i inni wielcy. I słusznie: w tym, co tworzył Kaiko Moti, pokre­wień­stwo z nimi widać wyraźnie: w delikatnej mgle, miękkich kształtach, łagodnym przenikaniu kolorów i odcieni.


01_Moti_1969_Dawn_smKaiko Moti: Świt

(Dawn; 1969; akwaforta; 45,1 x 75,5 cm)

 

Są w jego twórczości również – w pejzażach zwłaszcza – wpływy wielkiego preimpresjonisty Turnera, któremu otwarcie składał hołd nawet w tytułach swych prac:

02_Moti_1979_Homage_to_Turner_smKaiko Moti: W hołdzie dla Turnera
(Homage to Turner; 1979; akwaforta; 30 x 40 cm)

 

I wszystko byłoby bardzo zwyczajne, bo niejeden z malarzy nawiązywał do twórczości tych, którzy pierw­si zaczęli malować mgłę, gdyby nie to, że Kaiko Moti na ogół nie posługiwał się pędzlem, farbami olejnymi czy akwarelą.
Jego obrazy nie powstawały w wyniku krótkich lub długich pociągnięć pędzla nakładających kolej­ne, przenikające się warstwy farb na płótno, deskę czy jedwab, gdy mocne lub delikatne ruchy dłoni artysty dają efek­ty subtel­nych, przechodzących jedne w drugie półcieni według wypraco­wa­nych jeszcze w Re­ne­sansie recept chiaroscuro, sfumato czy unione.

Przeważającą większość swoich prac Moti stworzył jako rytownik, a technikami, któ­rych najczęściej używał, były akwaforta i akwatinta, gdzie płótno zastąpione jest miedzianą płytą, rolę pędzla pełni stalowa igła i żmudne rycie w miedzi lub cynku, a kolor zależy od obróbki chemicznej polegającej na  trawieniu kwa­sa­mi – często wielokrotnym i techniki przejętej z drukarstwa.

Nie mam żadnych tajemnic warsztatowych, staram się jedynie dojść do perfekcji w me­todach, których używam. [1]

 

Perfekcja i precyzja miedziorytu – tak. Ale te subtelności barw? Te mgły? Te ćwierćtony półcieni?

03_Moti_1986_Evening_Glow_txt_smKaiko Moti: Zorza wieczorna
(Evening Glow; 1986; akwaforta, 29,2 x 38,8 cm)

 

A to słońce blade i ciężkie wykwitające z głębin? Ta dal omroczona, sina? Mgły i dymy rozsnuwające się po nagich sadach i szczątki babiego lata rwące się nie wiadomo skąd i przepadające w  cieniach? Szklące się kałużami puste drogi?

  
05_Moti_1969_Le_Petit_Pont_etchingKaiko Moti: Mostek
(Le petit pont; 1969; akwaforta; 41,9 x 55 cm)

 

 

Kaiko Moti urodził się w Bombaju 15 grudnia 1921 roku, a jego pełne nazwisko to Kaikobad Motiwalla. Przyszedł na świat w wyznającej zoroastryzm rodzinie Parsów, mającej status zamożnej klasy śred­niej, mieszkającej w Indiach od wieków – wielka emigracja zoroastrian (lub zaratusz­trian) z Persji ogarnianej przez islam zaczęła się w VII-VIII w.

Zaratusztrianizm to religia, w której światłość jest dobrem. Ahura Mazda, sam będący Słońcem, żyje w blasku, ku niemu przyzywając swych wyznawców.

Urodziłem się w Bombaju, w rodzinie Parsów, albo zoroastrian, jak nas niegdyś nazywano. Ten lud – mój lud – czcił ogień i światło. Może właśnie dlatego, przez podświadomość, światło jest moją pasją.

Fascynacja jasnością i świet­lis­tością jest w pracach Motiego wyraźna. Światło pojawia się tam w ­róż­nych fazach i odcieniach, są w nich wschody i zachody słońca nad wodą i nad lądem, zmierzchy, świ­tania, brzaski, południa, gra blasków na powierzchni wody, w kształtach roślin, zwierząt i ludzi. Oczywistość, bo przecież wszyscy widzimy poprzez światło, ale nie do końca.

Nasze oczy mają niezwykłą zdolność postrzegania barw, ale czy można sobie wyobrazić barwę bez światła? I to jest to, co kocham: nietknięta i niczym niepowstrzymana odwieczna natura rzeczy.

W gruncie rzeczy nie ma nic bardziej przerażającego niż czerń doskonała, przestrzeń absolutnie bez światła.

Jak moglibyśmy dokonywać jakichkolwiek rozróżnień bez światła? W całkowitej czerni nie ma niczego – nie ma form, nie ma linii, nie ma piękna, ani nawet braku piękna. Taki świat jest niemożliwy do wyobrażenia, gdyż wcieleniem życia jest światło.

 

06_Moti_1983_Retour_du_jour_txt_smKaiko Moti: Powrót dnia
(Retour du jour; 1983; kwasoryt; 30 x 39,5 cm)

 

Nie mam zbyt wielu wspomnień z dzieciństwa w Indiach, poza miłością, którą otaczali mnie rodzice. Żeby im sprawić przyjemność, często chodziłem do Świątyni Ognia i tam celebrowałem rytuał ogniowy, którego tak starannie mnie uczyli. A przecież nawet nie rozumiałem modlitw, których uczyłem się na pamięć, bo były one w starodawnym litur­gicz­nym języku Parsów.

Moja religijność nie była więc spójna, ale wierzyłem, że istnieje siła wyższa, która nadzo­ruje ewolucję i naturę, a która była nadrzędna wobec ludzi. Wyobrażałem sobie, że jeśli uda mi się osiągnąć więź z tą siłą wyższą, wtedy będę zawsze pod jej opieką i prze­wod­nic­twem. I to ta siła, co do tego jestem przekonany, działa przeze mnie.

 

O tym, że chce malować, Moti wiedział od dziecka.

Od kiedy pamiętam – rysowałem, ale nigdy, nawet w najśmielszych marzeniach nie myś­la­łem o tym, że mogę kiedyś zostać artystą.

W szkole najbardziej lubiłem matematykę i przedmioty ścisłe. Później zainteresowałem się elektroniką – kiedyś nawet sam zbudowałem radio. Fascynowały mnie teleskopy i mi­kros­kopy. Zadawałem sobie tysiące pytań na temat natury wszechświata w ogóle, a w szcze­gólności na temat życia; pytań które wciąż pozostają bez odpowiedzi. Przepeł­niał mnie podziw i szacunek dla tajemnic wszechświata. Czytałem wszystkie pisma nau­kowe, jakie tylko wpadły mi w ręce. Próbowałem zaznajomić się z naukami ścisłymi, nawet dziś śledzę zmiany zachodzące we współczesnej  nauce i technice.

Wtedy przyszło mi na myśl, że może sztuka i nauki ścisłe nie są wcale rozdzielne, jak się wydaje. Zacząłem myśleć nad tym, ile matematyki zawiera w sobie teoria kolorów, bo przecież każdy odcień szarości może być przełożony na dane liczbowe.

Wiemy od wieków, że kolory są niczym innym jak rozszczepionym światłem. Wszystko, co trzeba wiedzieć, to właściwy wzór. Każdy stopień barwy odpowiada jakiejś określonej licz­bie całkowitej. To samo odnosi się do linii i cienia. W ten sposób matematyka odmie­niła moje myślenie na temat życia i sztuki.

Za każdym razem kiedy brałem do ręki piórko lub ołówek, wiedziałem, że nieustannie opi­suję różne aspekty życia usiłując zgłębić jego tajemnicę. Gdybym nie został artystą, stał­bym się naukowcem-badaczem, gdyż dla mnie sztuka jest odtwarzaniem natury w ca­łej jej doskonałości. Poszukuję wiedzy na temat praw wszechświata…

Poza sztuką nie ma niczego, co mógłbym robić. Zostałem rytownikiem z miłości do tech­nicz­nych i naukowych aspektów techniki rytowniczej. Dzięki tej kombinacji mogę się lepiej realizować. Ale proszę mi wierzyć, nie zacząłem od bycia artystą. Wszystko to stało się samoistnie – bez mojego udziału! Powiem inaczej: to sztuka mnie wybrała; była we mnie czy tego chciałem, czy nie!

Po maturze oczywistym wyborem było złożenie papierów do Bombajskiej Akademii Sztuk Pięknych (Bombay School of Fine Arts) i pięcioletnie studia.

Ludzie Zachodu wierzą, że mogą kontrolować wszystko według własnego pomysłu i we własnym tempie. Pozwolę sobie mieć zdanie odmienne. Może dlatego, że urodziłem się w Indiach, gdzie pogląd na los człowieka różni się od zachodniego. Życie jest jak łódź. Jesteśmy kapitanami, którzy mogą dać komendę zwinięcia lub postawienia żagli, mają kontrolę nad sterem. Ale w ostateczności to wiatr i fale określają naszą trasę. Natura zawsze ma ostatnie słowo.

Tak więc żeglując przez życie próbuje dostosować się do tego, co mnie otacza i podjąć decyzje, które zaważą na mojej przyszłości. W końcu podążam za kursem Natury, nieko­niecz­nie z wyboru, ale ulegając instynktowi, Tylko wtedy jestem zadowolony. Przeciw­sta­wia­nie się pulsowi Natury jest bezcelowe. Nigdy rozmyślnie nie wybrałem przybycia tu, do Europy. Ale moi rodzice, widząc że mam zdolności do rysunków i wie­dząc, że muszę kontynuować studia zadecydowali za mnie. Ponieważ ze szkoły znałem angielski, rodzice załatwili mi prywatne stypendium i wysłali na uczelnię artystyczną w Anglii.

 

Była to londyńska Slade School of Fine Arts, wchodząca w skład University College London, której początki sięgają roku 1868, do dziś będąca jedną z najbardziej prestiżowych brytyjskich uczelni artystycznych.

 

W Slade jednym z profesorów był Henry Spencer Moore (1898-1986) – rzeźbiarz, na którego w równym stopniu wpłynął kubizm, sztuka Majów, abstrakcjonizm jak i Renesans włoski, jeden z najbardziej wpływowych artystów w sztuce brytyjskiej i światowej od lat 30-tych XX wieku, a w latach 80-tych najwyżej wyceniany na aukcjach artysta żyjący.

Henry Moore - Reclining Figure, (1951) painted plaster IMG_0411.JPGHenry Moore: Leżąca figura
(Reclining Figure; 1951; gips pomalowany; Fitzwilliam Museum, Cambridge)

 

Pracownie rzeźby prowadzili tam również: surrealista F. E. [Frederick Edward] McWilliam (1909-1992) i Reginald „Reg” Butler (1913-1981) – artyści o światowej renomie. Pod ich wpływem Moti rozszerzył swoje zainteresowania i dyplom magisterski otrzymał w dziedzinie malarstwa i rzeźby.

 

Pierwszą wycieczkę na europejski kontynent Moti zrobił w 1947. Przez kilka tygodni był we Francji, póź­niej pojechał do Belgii i Holandii, gdzie spotkał rzeźbiarza studiującego w paryskiej pracowni Ossipa Zadkine’a. Gdy wrócił do Londynu, zatelefonował do Paryża, a Zadkine – niespodziewanie – zapro­po­no­wał mu przyjęcie do terminu.

Tak naprawdę nie wiedziałem wiele o Indiach, nie znam indyjskiej cywilizacji i nie mia­łem pojęcia, co mnie czeka w Anglii. Więc – nie mając uprzedzeń ani oczekiwań – po przy­jeździe dostosowałem styl życia i zachowanie do moich europejskich kolegów. Wzbu­dzali moją ciekawość. Nigdy nie próbowałem robić porównań, bo wydawały mi się sztucz­ne. Jeździłem do Belgii i Holandii by zwiedzać tamtejsze muzea. Później, dziwnym zrządzeniem losu, osiadłem we Francji. A mógłbym rozwijać karierę w każdym innym kraju, bo przecież sztuka posługuje się językiem uniwersalnym i nie zna granic.

 

Ossip Zadkine, emigrant urodzony w 1890 w Witebsku, mieszkał w Paryżu od roku 1910. Duchowo spokrewniony z kubistami, a w początkach swej twórczości będący również pod wpływem Rodina i sztuki prymitywnej, stał się artystą znanym i wpływowym. Oprócz rzeźby uprawiał również grafikę, malarstwo i poezję. Od końca lat 40-tych prowadził pracownię rzeźby w Académie de la Grande Chaumière.

08_Ossip Zadkine_1943_Statue_pour_jardin_bronze_Musée_Zadkine_ParisOssip Zadkine: Figura ogrodowa
(Statue pour jardin; 1943; brąz; Musée Zadkine, Paryż)

 

Założona w 1904 Akademia de la Grande Chaumière – zwana tak od ulicy, przy której się mieś­ciła – była szkołą szczególną. Odrzucała akademickie rygory promowane przez École des Beaux-Arts (Szko­ła Sztuk Pięknych) – fortecę francuskiej tradycji w sztuce. Umożliwiała stu­dio­wanie tzw. sztuki niezależnej. Przyjmowała wszystkich chętnych i pozwalała zapisywać się na dzień, tydzień, czy nawet na godziny, a jej czesne było niewysokie. Oferowała  ogrzane po­miesz­cze­nia i modelki, ale materiały studiujący musieli zdobywać sami.
Najważniejsza jednak była opieka artystyczna: wykładowcy Grande Chaumière byli na naj­wyż­szym poziomie. W skład profesorskiego grona wchodził m.in. rzeźbiarz Antoine Bourdelle (1861-1929), malarz, rzeźbiarz i innowator filmowy Fernand Léger (1881-1955), malarz, teoretyk sztuki i poeta Jean Metzinger (1883-1956), malarka Olga Boznańska (1865-1940) i Ossip Zadkine (1890-1967).

 

W 1950, mający już 29 lat Moti przeniósł się do Paryża. Wynajął pracownię na Rue Falguière i rozpoczął kolejny etap artystycznej edukacji: w Académie de la Grande Chaumière studiował w pracowni Zadkine’a.

Na rozwój jego dalszej drogi artystycznej wpłynęły jednak warunki bytowe: własną pracownię miał nie­wiel­ką, nie mógł więc dalej uprawiać rzeźby, wymagającej przestrzeni i kosztownej ze względu na ceny materiałów. Porzucił zatem rzeźbę na rzecz grafiki.

Znów mógł terminować u mistrza.

W Paryżu, większość mieszkających tam artystów spotykała się w dzielnicy Montparnasse w Le Dôme, La Coupole czy Le Select. Tam dyskutowaliśmy o sztuce i zmienialiśmy świat nad szklanką wina. To podczas tych spotkań poznałem Haytera, rytownika. Wtedy właśnie kolejne elementy mego życiorysu zaczęły się układać w jakimś porządku i zaczą­łem życie jako grafik-rytownik. To się stało po prostu, samo z siebie i ja praktycznie nie miałem na to żadnego wpływu.

 

Stanley William Hayter (1901-1988), jeden z najważniejszych współczesnych grafików i rytow­ni­ków, zaczynał od malowania w stylu impresjonistycznym. W połowie lat 20-tych przeniósł się z Londynu do Paryża, gdzie podjął studia artystyczne w Academie Julien, a mając za przyjaciół artys­tów takich jak Hans Arp, Giorgio De Chirico, Max Ernst, Yves Tanguy czy Paul Éluard po­więk­szył grono surrealistów. Mieszkający w Paryżu polski grafik Józef Hecht zapoznał go z mie­dziorytnictwem uprawianym klasyczną metodą bulino – techniką grawerską o niewia­ry­god­nej pre­cycji, pozwalającą umieszczać do 1200 mikropunktów na jednym milimetrze kwadratowym gra­we­ro­wa­nej powierzchni.

W 1927, Hayter – z pomocą Hechta – otworzył swą pierwszą pracownię graficzną. Gdy w 1933 przeniósł ją pod adres 17, Rue Campagne-Première, zaczęła być znana w świecie jako Atelier 17, a Hayter miał już renomę jednego z najlepszych rytowników. Opublikowany współcześnie[2] spis artystów goszczących w studio Haytera w latach 1927-1939 liczy 57 nazwisk, a jest to – jak zastrze­gają autorzy opracowania – lista niekompletna. Doskonaląc się w rytownictwie pracował z Hayterem Max Ernst, Alberto Giacometti, Józef Hecht, Joan Miró, Yves Tanguy. Bliskie więzi i współpraca artystyczna łączyła Haytera z Picassem.

Lata drugiej wojny światowej, jak większość francuskich awangardzistów, Hayter spędził w No­wym Jorku. Tam nauczał grafiki na uniwersytecie The New School w Greenwich Village, a wśród uczniów jego – jakże by inaczej: New York Atelier 17 – z artystów amerykańskich byli m.in. Jackson Pollock, Berenice Abbott, Piet Mondrian, Willem de Kooning i Mark Rothko, a z przy­by­szów: Marc Chagall, Le Corbusier, Salvador Dalí, Joan Miró, Rufino Tamayo, Yves Tanguy; spis, dla tego okresu, podaje łącznie 145 nazwisk!

W Ameryce Hayter wynalazł rewolucyjną w rytownictwie technikę symultanicznego druku barw­ne­go, wykorzystując różnice lepkości (stąd angielski termin: viscosity printing) tuszów, które dzięki temu można było umieszczać na metalowej płycie jednocześnie.
Nie porzucił malarstwa: tuż po wojnie, był jednym z pionierów amerykańskiego ekspresjonizmu abstrakcyj­ne­go, którego odpowiednikiem w Europie był taszyzm – liryczna abstrakcja. Oba kie­runki (a może słusz­niej byłoby rzec: obie odmiany tego kierunku, amerykańska i europejska) były kontrą wobec kubizmu – taszyści malowali abstrakcje niegeometryczne.

W 1950 Hayter – już jako legenda – powrócił do Paryża, gdzie odtworzył Atelier 17, tym razem pod adresem 278 rue de Vaugirard. Uczył, pracował z innymi i tworzył – z coraz większymi suk­ce­sami. Dla porównania, dwie prace Haytera z wczesnych lat 50-tych, a więc z początku dru­gie­go okresu paryskiego w jego życiu:

Fish in the Escoutay 1951 Stanley William HayterStanley William Hayter: Ryby w rzece Escoutay
(Fish in the Escoutay; 1951; olej na pł.; 54,6 x 148 cm; Tate, London)

 

Jeux d'Eau, 1953Stanley William Hayter: Gry wodne
(Jeux d’eau; 1953; druk wklęsły/intaglio, 15 x 12 cm)

 

Do takiego grona dołączył Moti. Pod kierunkiem Haytera, w jego Atelier 17, nie tylko pracował, ale – przy takim zagęszczeniu największych osobowości artystycznych – miał również wokół siebie źródła nieustającej inspiracji.

Zaczynał od miedziorytów. W trakcie studiów udoskonalił technikę symultanicznego druku barwnego – i doszedł w niej do mistrzostwa. Podobnie było z techniką akwatinty, o której podręczniki mówią, że zróż­ni­co­waniem głębokości wytrawionych miejsc daje artyście możliwość poszerzenia możliwości kolorystycznych przez uzyskiwanie pół- i ćwierćtonowej skali barw i cieni, a efekt końcowy przypomina akwarelę.

Natura ma trzy wymiary. Powierzchnia miedzianej płyty tylko dwa. Ale ile wymiarów ma wrażenie natury?

Zaczęły powstawać jego mgliste krajobrazy – lądowe i morskie, jak u Turnera.

Natura – w odróżnieniu od człowieka – jest sama w sobie jednością, nie rozróżnia miedzy wojną a pokojem. Tak więc, gdy rysuję krajobraz nie mam powodu łączyć go z ludźmi, zwie­rzętami czy – co gorsze – budynkami. Jedyna rzecz, jaka mnie interesuje, to światło. Błękit nieba, biel chmur – ich oczywistość wdziera się do mojego wnętrza.

Obok nich portrety, kwiaty i martwe natury – jak u impresjonistów. Oraz zwierzęta: konie, koty – wielkie i małe, ptaki, ryby. Tematyka zwierzęca, tak częsta u Motiego, wskazuje wyraźnie, co – oprócz Turnera i impresjonistów – fascynowało go najbardziej.

Słowo „oprócz” jest tu jak najbardziej na miejscu. U Turnera zwierząt nie ma w ogóle, a u impresjo­nis­tów są tak rzadkie, że można je policzyć na palcach.

 

Indyki (1876), Głowa psa (1882) i Portret Eugenii Graff (1882) Moneta:

11_Monet_Claude_1876_The_Turkeys12_Monet_Claude_1882_Head_of_the_Dog

Created using eddy's pixelmaxx

 

 

 

 

 

 

 

 

Śpiący kot (1862), znów Głowa psa (1870), Tama – portrecik japońskiego pieska chin (1876), Kobieta z kotem (1875) i  konie, na których Mme Henriette Darras z to­wa­rzysz­ką odbywa Przejażdżkę w Lasku Bulońskim (1873) Renoira:

14_Pierre-Auguste_Renoir_1862_Sleeping_Cat115_Pierre-Auguste_Renoir_1870_Head_of_a_Dog

16_Pierre-Auguste_Renoir_1876_Tama_the_Japanese_Dog

17_Pierre-Auguste_Renoir_1875_Woman_with_a_Cat

18_Pierre-Auguste_Renoir_1873_Riding_in_the_Bois_de_Boulogne_(Madame_Henriette_Darras_or_The_Ride

 

 

 

 

 

 

Leniwe Konie na łące (1871) Degasa:

19_Degas_Edgar_1871_Horses_in_a_Meadow

 

 

 

 

 

 

 

Zwierzęta na tych obrazach – podobnie jak ludzie, drzewa czy krajobrazy – są punktem wyjścia do ana­li­zy światłocieni, tematem jednym z wielu, na ogół statycznym. Czasem są po prostu niezbędne, jak na Prze­jażdżce w Lasku Bulońskim (bardziej realistycznej niż impresjonistycznej), albo są jednym z ele­men­tów krajobrazu (barki…, rzeka…, budynek…, koń…, krowa…) jak u Degasa.

Rozszerzając zakres poszukiwań na impresjonistów późnych, znajdziemy jeszcze Leżącą krowę (1883) van Gogha (znów jako obiekt nieruchomy) i jego – chyba najciekawsze w tym zestawieniu, bo pełne wewnętrznej dynamiki i niepokoju – Dwa szczury (1884), o których będzie za chwilę.

20_Vincent_van_Gogh_1883_Lying_cowCH100768

 I niewiele jest więcej.

 

Zwierzęta na sztychach Motiego są inne. O zatartych konturach, zamglone. Owa mglistość odbiera im naj­częś­ciej cechy indywidualne, ale sposób ujęcia przekazuje to, co jest najbardziej charakterystyczne dla ich gatunku czy rodzaju, sedno ich istnienia.

 

Nie wierzę w analityczne podejście do świata. Traci się wtedy emocjonalną radość z ży­cia. Naturę trzeba brać taką, jaka jest i przekazywać to, co w niej najlepszego – tylko wtedy można dokonać syntezy życia i otaczającego go świata w jedno.

 

Poruszający się w skoku drapieżnik to nie pantera impresjonisty, kubisty czy taszysty, dająca swym kształ­tem i barwą możliwość zaprezentowania nowego artystycznego widzenia świata. Smuga czerni w uję­ciu Motiego jest syntezą pantery, skupiającą jak w soczewce esencję cech i ideę pantery uniwer­salnej. Jest tym, co – gdyby istniało takie słowo jak „panterość” – byłoby jego literą i duchem, który literę ożywia.

22_Moti_1964_Leaping_Panther_blurKaiko Moti: Skacząca pantera
(Leaping Panther; 1964; akwaforta; 42,2 x 64,4 cm)

 

Zwierzę Motiego nie reprezentuje osobnika, a to, co dla wszystkich z jego rodzaju jest najbardziej istotne. Puchacz, jakże mało mający widocznych szczegółów, zawiera w sobie istotę bytu sowy, podobnie jak uniwersalnymi odwzorowaniami cech końskich, kocich czy sokolich są konie, syjamy czy drapieżniki z rytów Motiego.

Zwierzę ma linie i ruchy właściwe dla jego zwierzęcej natury, podczas gdy góry, drzewa czy woda mają w sobie inny rodzaj życia. Czym innym jest akcja, czym innym bezruch. Bardzo trudno jest doświadczać jednocześnie akcji i bezruchu. Dlatego nigdy tych dwóch elementów nie łączę. Łączą się one jednak we wspólnym punkcie: oba dostarczają mi wra­żeń, ruchu albo bezruchu. I te wrażenia staram się pochwycić na papierze.

 

  23_Kaiko_Moti_1970s_Le_Grand-duc_Eagle-Owl_etchingKaiko Moti: Puchacz
(Le Grand-duc; Eagle-Owl; ok. 1970; akwaforta; 76,2 x 56,5 cm)

24_Kaiko_Moti_1976_Le_Cheval_lithographKaiko Moti: Koń
(Le Cheval; 1976; litografia; 50,5 x 68 cm)

 25_Kaiko_Moti_1989_Two_Cats_etchingKaiko Moti: Dwa koty
(Two Cats; 1989; akwaforta)

26_Kaiko_Moti_1981_Lioness_aquatintKaiko Moti: Lwica
(Lioness; 1981; akwaforta; 48,9 x 58,7 cm).

27_Kaiko_Moti_1966_Paris_Horses_AP_etchingKaiko Moti: Dwa konie
(Deux cheveaux; 1966; akwaforta; 41,2 x 64,1 cm)

28_Kaiko_Moti_1966_Cats_etchingKaiko Moti: Koty
(Cats; 1966; akwaforta; 53,3 x 47,6 cm)

 

Z ograniczonego, siłą rzeczy, materiału porównawczego przedstawionego powyżej wyróżnia się jeden obraz: Dwa szczury, na którym van Gogh potrafił oddać nie tylko kształt fizyczny, ale to, co stwarza szczura w warstwie duchowej. Był to jednak artysta unikalny, cały będący modernizmem, a przecież otwarty na świat z ufnością i wiarą dziecka. Do nikogo lepiej nie pasowały słowa romantycznego poety „jeśli gryzę co – to sercem gryzę”, a on to rozpościerał na cały swój kosmos, gdyż między jego sercem a intelektem nie było żadnej granicy. Rozwibrowana psychika van Gogha pracująca na falach wszystkich zakresów potrafiła odebrać istotę istnienia miasta, szczura, słonecznika czy irysa.

Van Gogha i Motiego łączy zauroczenie sztuką Dalekiego Wschodu. Nie czas tu i nie miejsce rozwijać wątek wschodnich fascynacji wielkiego Holendra, ale temat powiązań Motiego ze sztuką Chin i Japonii rozważyć można.

 

Pierre Alechinsky (ur. 1927) jest malarzem, grafikiem, muralistą, plakacistą, muzykiem jazzowym, dekoratorem i twórcą ceramik, pisarzem, ilustratorem. Ma w dorobku film dokumentalny Calligraphie japonaise i projekty znaczków pocztowych.

29_Pierre Alechinsky_1946_The Cat and the Rooster_MoMAPierre Alechinsky: Kot i kogut, wg bajki Ezopa
(Le chat et le coq; 1946; linoryt; arkusz: 21.5 x 27.5 cm; MoMA)

 

Początki działalności artystycznej Alechinsky’ego związane są z Międzynarodową Grupą Artys­tycz­ną CoBrA.

CoBrA została stworzona w roku 1948. Awangardowi malarze, poeci i pisarze z Danii, Belgii i Ho­landii (nazwa grupy jest akronimem nazw stolic tych trzech krajów), połączyli wcześniej ist­nie­jące grupy – holenderską Reflex, duńską Høst i belgijską Surréaliste-Révolutionnaire (Sur­re­a­lista Rewolucyjny) – w jeden potężny związek twórczy informelu.
Doktryną malarzy awangardzistów Grupy CoBrA była totalna swoboda w doborze kolorów i form. Inspiracje tej spontanicznej twórczości pochodziły ze źródeł najrozmaitszych: od sztuki prymitywnej i mitologii nordyckiej, przez twórczość dzieci i schizofreników do abstrakcjonizmu. Artyści sta­wia­li sobie za cel zrozumiałość i otwartość sztuki i dotarcie z nią do każdego.

30_CoBrA_Constant_1949_Personnage_de_nuit_oocConstant (Constant Nieuwenhuys): Postać Nocy
(Personnage de nuit, 1949, olej na pł.; 89,5 x 75 cm; Cobra Museum of Modern Art, Amstelveen)

Ich prace, uważane za kamień milowy w rozwoju taszyzmu czy – jak kto woli – abstrakcyjnego ekspresjonizmu, a ogólnie: informelu – sztuki bezkształtnej (art informel), miały olbrzymi wpływ na sztukę modernistyczną: „styl CoBrA” oparty na estetyce swobody istniał jeszcze długo po rozpadzie grupy. Oni sami zwani byli „ostatnimi awangardystami współczesnej Europy”.

Jednym z najmocniejszych filarów Grupy CoBrA był Alechinsky, obchodzący w tym roku 88. urodziny – artysta o osobo­wo­ś­ci chłonnej i otwartej, przez całe życie poszukujący nowych źródeł inspiracji i form ekspresji.

31_CoBrA_Pierre Alechinsky_1950_Loudspeaker_Haut parleurPierre Alechinsky: Głośnik
(Haut parleur;1950; linoryt; arkusz: 21.5 x 27.5 cm; MoMA)

 

Wśród tych poszukiwań było dążenie do znalezienia łącznika miedzy pismem i obrazem. W 1948 Alechinsky zilustrował osiemnastoma linorytami powieść Guillaume Apollinaire’a (1880-1918) Poeta zamordowany (Le Poète assassiné, 1916) – wybór ten nie był zapewne przypad­kiem: trzy dekady wcześniej Apollinaire pró­bo­wał uchwycić zależność między słowem a obra­zem w swoich Kaligramach (Calligrammes, 1918).

Apolinaire_Alechinsky_Le_poète_assassinéGuillaume Apollinaire / Pierre Alechinsky – Le poète assassiné
Wydanie współczesne, Ed. Fata Morgana, 2012

 

Gdy w roku 1951 CoBrA zakończyła działalność, Alechinsky przenosi się z Brukseli do Paryża i w 1952 podjął naukę technik rytownictwa w Atelier 17 Haytera, by zaspokoić swój – jak mówił – „apetyt na miedź i kwas”.

W tym okresie zaczyna go fascynować kaligrafia japońska i chińska. Nawiązuje kontakt z Shiryû Moritą – wybitnym kaligrafem japońskim, redaktorem pisma Bokubi poświęconego sztuce kaligrafii. Ich korespondencja trwać będzie lata.

33_Bokubi_14Bokubi – okładka numeru 14 (Kyoto, 1952) z kaligraficznym wyobrażeniem cyfry 5;
pracował nad tym mistrz zen i artysta Nakahara Nantenbō (1839-1925) i malarz Gakiu Osawa (1890-1953),

uważany za prekursora współczesnej szkoły kaligrafii japońskiej

 

W 1955 roku Alechinsky, po swej pierwszej wystawie indywidualnej w Palais des Beaux-Arts w Brukseli, dostaje stypendium od rządu belgijskiego na wyjazd do Japonii. Tam powstaje film Calligraphie japonaise (1954/1958; 17 min.; taśma cz.-b, 16 mm; współpraca: Ferenc Haár), a póź­niej – cały szereg prac inspirowanych wschodnią kaligrafią. Tam też go zostawimy, by wrócić do głównej postaci tego szkicu.

 

Moti studiował u Haytera w tym samym czasie co Alechinsky. Że się spotkali, rozmawiali, dyskutowali jest dla mnie oczywiste, gdyż artysta belgijski, mający już wtedy znaczną renomę, promieniował swymi  fascynacjami.

Motiemu nie było po drodze z taszystami ani z radykalną awangardą. Jego prace świadczą o tym, że – mimo całej nowoczesności – był bliższy modernizmowi, jeśli wolno tak powiedzieć, tradycyjnemu; jego początkom, a nie późniejszym przeobrażeniom. Niemniej jednak, na fali orientalizmu, musiała go zająć sztuka dalekowschodnia, ta sama, która fascynowała van Gogha. Znów: była to jednak sztuka przedsta­wia­jąca, daleka od progu abstrakcji, którą przekraczała wschodnia kaligrafia i prace Alechinsky’ego.

Zakładajac, że tak było, trzeba dodać, że i tu Moti pozostał w kręgu tradycji.

W XVIII wieku francuscy artyści czcili rokokiem koniec 72-letniego panowania Króla-Słońce, a Jean-Baptiste Oudry, noszący tytuł Malarza Królewskich Łowów, z właściwym sobie empi­ryz­mem malował portret nosorożycy Clary i uwieczniał mieszkańców wersalskiej menażerii: małpy, papugi, tygrysa, lwa czy lamparta (który tak naprawdę na jego płótnie postawą bardziej przypo­mi­na wku­rzo­nego dachowca niż afrykańskiego drapieżnika). Realistyczne obrazy Oudry’ego budziły zach­wyt (książę Schwerinu kupił nawet całą kolekcję jego zwierzęcych portretów), zaś hrabia de Bouffon wyko­rzystywał je jako ilustracje w monumentalnej, 44-tomowej Histoire naturelle, générale et particulière… (1749-1789).

34_Jean-Baptiste_Oudry_1741_Leopard_Staatliches_Museum_Schwerin_1Jean-Baptiste Oudry (1686–1755): Lampart
(Léopard; 1741; olej na pł.; 131 x 160 cm; Staatliches Museum Schwerin)

 

Ponad pół wieku przed Oudrym, siedemnastowieczny chiński malarz i kaligraf Zhu Da (znany też jako Bada Shanren, 1626-1705) piórkiem, pędzlem i tuszem na ryżowym papierze namalował Rybę i rybo­ło­wa.

35_Zhu Da_1626-1705_Fish and Fish-hawk_ink_2Zhu Da (1626-1705): Ryba i rybołów
(tusz na papierze ryżowym; chinaonlinemuseum.com)

Warto przyjrzeć się z bliska wyobrażeniu drapieżnika:

Zhu Da_1626-1705_Fish and Fish-hawk_ink

Pod widzeniem – i myśleniem – takimi skrótami podpisaliby się wszyscy zachodni moderniści XX wie­ku, choć część taszystów narzekałaby prawdo­po­dob­nie na niedostatek koloru, a kubiści opływowe elementy rybołowa zamieniliby w trójkąty rysowane przy linijce.

Chińscy i japońscy klasycy malarstwa i drzeworytnictwa wieki przed malarzami Cywilizacji Za­cho­du zastąpili odwzorowanie natury jej kontemplacją i analizą prowadzącą do syntezy. I tak żuraw w ich ujęciu nie jest żurawiem, a tym, co żurawia ożywia; podobnie kogut czy sokół.

 

37_Korin Ogata 1658-1716_CranesKorin Ogata (1658-1716): Żurawie

 

38_Itō_Jakuchū_1770s_ChickenItō Jakuchū (1716-1800): Kogut i kurczę (ok. 1770)

 

39_Keisai_Eisen_1790-1848_Tiger_and_Full_Moon_MFA_Boston_William_Sturgis_Bigelow_CollectionKeisai Eisen (1790-1848): Tygrys i pełnia
(MFA Boston; William Sturgis Bigelow Collection)

 

 40_Katsushika_Hokusai_1823_Cranes_from_Quick_Lessons_in_Simplified_Drawing_sm2Katsushika Hokusai (1760-1849): Żurawie
(Szybki kurs uproszczonego rysowania; 1823)

 

41_Katsushika_Hokusai_Two_Cranes_and_Pine_TreesKatsushika Hokusai: Dwa żurawie i sosny

 

42_Katsushika_Hokusai_Falcon_in_flight_Musée_Guimet_ParisKatsushika Hokusai: Sokół w locie
(ok. 1830; Musée national des arts asiatiques – Guimet, Paryż)

 

 

Sztuka Orientu i Okcydentu zataczała zamykające się kręgi. Chiny wpłynęły na Japonię, która za­fas­cy­no­wała impresjonistów, później artyści chińscy i japońscy jeździli na studia do Europy i Stanów Zjedno­czo­nych, by wzbogacić sztukę rodzimą (co tradycjonaliści – jak zawsze – uzna­wali za prymityzowanie i de­ge­ne­rację).

 

Xu Beihong (1895-1953), jeden z największych malarzy chińskich pierwszej połowy XX wieku, pierwszy który malował farbami olejnymi na płótnie, jest w tej mierze przykładem najlepszym. Studia artystyczne zaczynał w Szanghaju. W roku 1917 pojechał do Japonii, która odgrywała klu­czową rolę w kształceniu nowej generacji artystów chińskich otwartych na sztukę Zachodu[3]. Biografie Xu, na ogół chińskie, wspominają ten wyjazd półgębkiem, co jest o tyle zro­zu­miałe, że komunistyczne Chiny za Japonią nie przepadają. Według źródeł amerykańskich[4] Beihong swój półroczny pobyt w Tokio poświęcił głównie na zwiedzanie muzeów i galerii sztuki, toteż nie uległ wpływom żadnego z artys­tów japońskich. Nawiązał jednak współpracę ze znanym wówczas w Japonii malarzem i ko­lek­cjo­ne­rem, Nakamurą Fusetsu[5] (1866-1943), który studiował w Paryżu w malarskiej pracowni Paula Laurensa – i ta znajomość nie mogła pozostać bez śladu.

W 1919 Xu wyjeżdża na osiem lat do Europy. W Londynie zwiedza British Museum. W Paryżu studiuje najpierw na Académie Julian a później na École nationale supérieure des beaux-arts, gdzie najbardziej inte­resuje go szko­ła flamandzka, malarstwo romantyczne i współzależności między światłem i kolorem u impre­sjo­nis­tów. W Paryżu przymiera głodem, dlatego przez prawie dwa lata studiuje w berlińskiej Akademie der Künste, bo utrzymanie w Niemczech jest tańsze. Odwiedza Belgię, Holandię, Szwajcarię, Włochy. Wszędzie zwiedza, kopiuje – zapamiętuje się w tym do tego stopnia, że traci poczucie czasu i ignoruje warunki zewnętrzne, co zimą 1921 wpędza go w ciężką chorobę, która poważnie nadwyręży jego zdrowie w przyszłości.
W 1927 dziewięć obrazów Xu wystawionych w paryskim Salon des artistes français, zbiera po­zy­tyw­ne recenzje i przyciąga powszechną uwagę.

Po powrocie do Chin Xu organizuje wystawy swoich prac w Lyonie i Brukseli. W 1933 przy­go­to­wuje wystawę współczesnego malarstwa chińskiego, która ma olbrzymie powodzenie i ekspo­no­wa­na jest we Francji, Belgii, Niemczech, Włoszech i ZSRR. W 1940, z okazji wystawy swych obrazów, jedzie do Indii, gdzie spotyka się z Gandhim i Rabindranathem Tagore.

Beihong, zasadniczo słynący jako realista, po zwycięstwie komunistów w 1949 nie musiał ucie­kać na Tajwan – nowa władza potrzebowała znanych nazwisk, a jego monumentalne płótna były tak blisko socrealizmu, że maoiści uznali go za swego. Zmarł w 1953, mając 58 lat – można po­wie­dzieć, że miał szczęście, bo rewolucji kulturalnej, zaczętej w 1966, i reedukacji przez pracę by nie przetrwał.

Xu nigdy nie porzucił tuszu i papieru. Z mistrzowską precyzją chińskiego kaligrafa w niewielu kreskach i plamach potrafił docierać do sedna natury przedstawianych w ten sposób ludzi i zwierząt.

 

43_Xu_Beihong_1895-1953_Crouching_LionXu Beihong: Lew sprężony do skoku

 

P206-207-195Xu Beihong: Orzeł

 

45_Xu_Beihong_1895-1953_1941_CatXu Beihong: Kot

 

46_Xu_Beihong_1895-1953_Mahatma_Gandhi_c1940Xu Beihong: Mahatma Gandhi (ok. 1940)

 

47_Xu_Beihong_1895-1953_1943_Galloping_HorseXu Beihong: Galopujący koń (1943)

 

Pokrewieństwo Motiego z artystami Chin i Japonii jest uderzające. Nie ma z tym oczywiście nic wspól­nego fakt, że Moti urodził się w Azji, bo estetyka Indii jest równie daleka od estetyki Japonii jak śląski trojak odległy jest od andaluzyjskiego flamenco.

Jest to wspólnota filozofii nie geografii. Z blach Motiego wyłania się nie drzewo – a drzewistość (jeśli tak leśmianowskiego w stylu neologizmu można użyć), czyli to, co decyduje o tym, że drzewo jest drzewem. Nie morze – a morskość, nie wiatr – a wietrzność, , nie świt czy zmierzch  – a narastanie czy słabnięcie światłości.

 

Istota Piękna istniała na długo wcześniej zanim cywilizacja dała jej tę nazwę. Piękno, czyste i głębokie, było wszędzie i jest wszędzie dla każdego, mającego umysł otwarty na tyle, by odebrać jego nieskończoną formę.

Wierzę w to, że Natura jest zwierciadłem odbijającym Piękno, nie zapominając że na Piękno składają się wartości moralne, godność i miłość.

Wszystko w życiu jest filozofią. Nie przejawia się ona w słowach ani nawet nie w ideach, a w sposobie widzenia rzeczy lub wydarzeń.
Wszystko, co trzeba zrobić, to otworzyć na świat serce, oczy, umysł. Wtedy rzeczy upo­rząd­kują się we właściwy sposób – samoistnie – bez specjalnego wysiłku z naszej strony.

48_Kaiko_Moti_1964_Set_of_5_Untitled_Animal_Etchings_AntelopesKaiko Moti: Antylopy
(Les antilopes; 1964; akwaforta)

49_Kaiko_Moti_Champs_de_LavandeKaiko Moti: Pola lawendy
(Champs de lavande; akwaforta; 45,7 x 76,8 cm)

50_sm_Moti_1981_Les_tigres_blurKaiko Moti: Tygrysy
(Les tigres; 1981; akwaforta; 48,9 x 58,7 cm)

51_sm_Moti_1966_Siamese_Cat_blurKaiko Moti: Kot syjamski
(Siamese Cat; 1966; akwaforta; 46,7 x 45,7 cm)

52_Kaiko_Moti_1978_Voir_En_Songe_lithographKaiko Moti: Spojrzenie w zamyśleniu
(Voir en songe; 1978; litografia; 56,7 x 45,7 cm)

53_Kaiko_Moti_Fish_etchingKaiko Moti: Akwarium
(Aquarium; 1969; akwaforta; 55,6 x 42,5 cm)

54_Kaiko_Moti_Forest_etchingKaiko Moti: Las
(Forest; 1980; akwaforta; 55,6 x 76,2 cm)

 

W Paryżu, w 1954, Moti poznał swą przyszłą żonę Viviane, kilka lat później urodziła się ich córka Yasmine. Dużo podróżował. Zafascynowało go zwłaszcza południe Hiszpanii z jego światłem oraz Ibiza, pełna jasności i spokoju, na którą wracał zawsze, gdy chciał podładować swoje – jak mówił – słoneczne baterie.

55_sm_Moti_1970_IbizaKaiko Moti: Ibiza
(Ibiza; 1970)

 

Tylko to, jak przeżywasz swoje życie, ma jakiś sens. Przybywamy na Ziemię, później ją opusz­czamy. To naturalna kolej rzeczy. To, co zostawiamy za sobą jest wypadkową wszyst­kiego innego, również satysfakcji, która odczuwamy, gdy uda się nam coś osiąg­nąć, czy na drodze koncepcji, czy w sztuce. I – razem z umieraniem bez żalu – tylko to się liczy.

 

Kaiko Moti mieszkał w Paryżu do końca życia. Zmarł 8 lutego 1989. W katalogach pisze się o nim jako o jednym z najlepszych grafików-rytowników, ale sądzę, że jednocześnie jest jednym z mniej znanych, a jego prace – obecne w kolekcjach prywatnych i państwowych (takich jak Victoria and Albert Museum, Musée d’art moderne de la ville de Paris czy francuska Bibliothèque nationale) są na rynku stosunkowo rzadkie.
Równie rzadkie i trudno dostępne jest jedyne poświęcone mu wydawnictwo: album Kaiko Moti wydru­ko­wa­ny w 1988 przez oficynę Lublin Graphics, prowadzoną przez rodzinę Lublinów z Greenwich w Con­necticut.

Kazimierz Robak
7 czerwca 2015


[1] Wszystkie wypowiedzi Kaiko Motiego za: Frédéric, Louis. „Kaiko Moti: On being himself. / Kaiko Moti: tel qu’en lui-même”.
W: Kaiko Moti. Greenwich, CT : Lublin Graphics, Inc., 1988; str. 177-196. Tłum. K. R.

[2] Moser, Joann. Atelier 17: A 50th Anniversary Retrospective Exhibition. Madison, WI : Elvehjem Art Center, University of Wisconsin-Madison, 1977.

[3] Wong, Aida Yuen. Parting the Mists: Discovering Japan and the Rise of National-style Painting in Modern China. Honolulu, HI : University of Hawaii Press, 2006; str. 12.

[4] Sullivan, Michael, Franklin D. Murphy. Art and Artists of Twentieth-century China. Berkeley and L.A., CA : University of California Press, 1996; str. 68

[5] „Biography of Xu Beihong”. Cultural Affairs Bureau (former Cultural Institute) of Macao. <http://www3.icm.gov.mo/gate/gb/www.icm.gov.mo/exhibition/beiHong/biografiaE.asp>


 

Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Calendar

« November 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 
Jesień
– jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

•   Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

•   i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

•   Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

•   Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

•   Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

•   Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

•   Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

•   Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

•   Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

•   Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

•   Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

•   Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

•   Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

•   Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

•   Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

•   Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę polska.

•   Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

•   Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

•  Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
    Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
    A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

•   Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

•   Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

•   Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

•   Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

•   Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

•   Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

•   Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

•   Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

•   Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic na to nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.

Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią.
Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna  nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!
Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

Idzie jesień, a tu próżna kieszeń.

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień, brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień, ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę
z korca deszczu, garniec błota.

Pzdrwm_Robak

PS.
Za pocztówki dziękuję (w kolejności nadlatywania z czterech stron świata):

•   Kai (ze Shqipërii);
•   Kai, Mai i Witoldowi (z Finlandii, z rejsu Zaruskim);
•   Markowi (właśnie temu ze Świdnicy, a kartka była pantomimiczna z Wrocławia!);
•   Oli, Matyldzie, Mai, Strusiowi, Zuzi i Zuzi (skądże by, jak nie z Pogorii sześć pocztówek w jednej kopercie!);
•   Karolowi (z któregoś z rozlicznych festiwali);
•   Natalii (z Lidingo w Szwecji);
•   Łukaszowi (nie powiem, skąd);
•   Magdzie i Maszy (najpierw z Grecji, później ze Złotych Gór);
•   Oli (banan z Tennessee!);
•   Zuz-Ali (z Jastrzębia, ale i ze Zdroju);
•   Martynie (ciężko powiedzieć, skąd : );
•   Mirce i Stachowi (najpierw z Gruzji, a potem z Litwy);
•   Kasi (z jej rejsu na pokładzie jednostki czterokołowej Helena);
•   Krzysztofowi, znanemu jako "Kapitan" (z wędrówki po ostępach Montany i Yellowstone);
•   Ryśkowi (z rejsu, który prowadził dookoła Sycylii);
•   Kryspinowi (z Krakowa ale z Wieliczki);
•   Dorocie, Idze i Karolowi (z Kazimierza).

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

LISTOPAD...

Listopad to dla Polski niebezpieczna pora…

 

Cytat, jasne, kto pamięta – ten pamięta (prosimy o nienadsyłanie odpowiedzi), ale z tych, od których trudno się uwolnić.
Podobno nic tak nie cieszy, jak nieszczęście bliźniego, ale nie wiem, czy specjalnym pocieszeniem jest dla nas to, że innym listopad też dał się nieźle we znaki.

Wraca tu wspomnienie lektury (a dokładnie: słuchania – bo w samochodzie) wspomnień spisanych przez jednego z tuzów Polski przedwojennej.

Słuchanie mnie męczyło. Autor władał płynnie kilkoma językami, które nie przeszkadzały mu mówieniu i pisaniu, natomiast czytający aktor nie tylko nie znał żadnego z nich (więc można sobie wyobrazić, co wyprawiał na polu fonetycznym), ale zatrzymywał się przed co trudniejszymi (dla niego!) słowami jak np. Syłgudyszki, do tego z małopolska wymawiał „trz” jak „cz” (poczeba czeźwego czykrotnego począś­nię­cia), a jeszcze nie zawsze rozumiał, co czyta.
Treść jednak wynagradzała i zacierała wszelkie niedogodności.

Autorem jest kresowy ziemianin, z tytułem książęcym i genealogią, w której przewija się kilka domów królewskich, spokrewniony z… (łatwiej wymienić z kim nie), wysoki urzędnik w Rosji carskiej, równie wysoki w II Rzplitej, znający wszystkie jej najważniejsze postacie, znane z podręczników historii XX wieku.
Najkrócej scharakteryzować go można dwoma słowami (znów cytat): „Zabity arystokrata”. Nie bez powodu cytuję opinię Leonarda o hrabim Henryku, bo przy tej opowieści miałem cały czas wrażenie, że słucham przedłużonej kwestii tegoż Henryka właśnie, któremu nagle zabrakło Pankracego do dialogu.

Generalnie, postać to – dla mnie, tak po ludzku – niesympatyczna, o czym długo by mówić, ale jedno­cześ­nie obdarzona niezwykłym zmysłem obserwacji, doskonałym piórem i niebywałą inteligencją.
O ile, jak sądzę, nie do końca (jeśli w ogóle) rozumiał on procesy dziejące się wokół, jednak opisał je – i głównych ich aktorów – w sposób bezkonkurencyjny.
Jak najdalsza jest od niego polityczna poprawność. Charakteryzuje narody i ludzi w sposób taki, że dziś, gdy złodziejstwo nazywane jest „ekonomią alternatywną” (w zależności od tego, kto kradnie, rzecz jasna), a głupota – „mądrością à rebours” (w zależności od tego, czyja ona), sprocesowany by został – mimo majątku – do skarpetek za obrazę, krzywdzące stereotypy, anty- (tu by się sporo nazbierało), rasizm i różne takie.
Jak napisała zaprzyjaźniona Dama, która notabene mi tę lekturę poleciła: „arystokrata z krwi i kości, i z duszy. I ze wszystkimi swoimi wadami, jest jednak fascynujący, prawdziwy, intègre – ugryziesz i poczujesz mięso a nie galaretę. Czyta się jego relacje wspaniale. I wierzy się, że on tak naprawdę myślał. A czy słusznie myślał? To już inna para kaloszy. Czyli lubmy go za to, co zrobił: świetnie napisał swoje wspomnienia.”

Co to ma jednak wspólnego z listopadem?

Ano to, że jednym z najważniejszych wydarzeń dziejowych które ów pamiętnikarz opisuje jest bolszewicka rewolucja w Rosji, zwana październikową, ale której rocznicę obchodzono w listopadzie, bo w gnieździe carów zmienił się nie tylko despota, lecz i kalendarz (w końcu nie bez przyczyny podaję przy każdym miesiącu, że liczymy po gregoriańsku).

Opisy pierwszego etapu rewolucyjnego chaosu i terroru podnoszą włosy na głowie (tego w podręcznikach historii nie znajdziecie).
Autor spotyka (jakże by nie?) Lenina, Trockiego i Dzierżyńskiego i każdemu sporządza taki portret (podobnych nawet nie ma co szukać), że już tylko to mogłoby być powodem braterskiej interwencji dla podreperowania mentalności i moralności sąsiadów, którzy do dziś traktowani jako zagranica nie są. Dokładnie też opisuje przyczyny obu kataklizmów – I wojny światowej i rewolucji bolszewickiej – i jas­no wskazuje ich sprawcę: kajzerowskie Niemcy, opanowane przez militarystów w mundurach, owład­nięte żądzą podboju i rozszerzenia przestrzeni życiowej.

Te pamiętniki po prostu trzeba przeczytać. Korzystając, że wspomnienia te (trzy części wydano zbiorczo rok temu) nie zostały jeszcze wycofane z księgarni i bibliotek pod zarzutem obrazy, szargania, naruszania i podżegania. Ci od procesów widać jeszcze do nich nie dotarli… Nie chcąc ułatwiać im zadania, nazwis­ka nie powiem, nic to albowiem do rzeczy nie przyda. Kto chce – wyszuka.

 

Ale nie trzeba żadnych pamiętników (nawet spisanych przez tych, o których poeta pisał, że nie wszystko gra, gdy w ankiecie się „ziemianin były” ma), by wiedzieć, że listopad okazał się stokroć bardziej złonoś­ny dla Rosji niż dla Polski, choć i nas te wióry na dobre półwiecze zasypały. Słaba to więc pociecha.

Swoją drogą ciekawe, jak w tym roku obchodzono w Rosji ładną, okrągłą, setną  rocznicę wybuchu Wielikoj Oktiabrskoj, która – jak wszystko co bolszewickie – znaczy co innego niż napisane, bo jej rocznicę obchodzi się w listopadzie (o tym, dlaczego, przeczytacie w „Październiku”). Tym razem naczalstwo tego kraju nie beształo przywódców innych państw, może dlatego, że owi przywódcy dobrze pojęli wcześniejsze nauki i tym razem nikomu się nie wypsnęło, że dwa nieszczęścia nawiedziły Europę w XX wieku: bolszewizm i faszyzm.

Dość już jednak o tym, co – wciąż miejmy nadzieję – nie wróci.

My wróćmy do kalendarza.

 

 

Listopad – jedenasty miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 30 dni.

W sprawie etymologii rodzimej nie trzeba żadnego (z całym szacunkiem) Brücknera, by wywieść nazwę „listopad” od opadających liści (por. czes. listopad, ukr. листопад; chorw. listopad ‛październik’).

Etymologia łacińska nazwy używanej w większości krajów Unii jest znakomitą ilustracją dla sporej części unijnych procedur: nazwa miesiąca jedenastego November znaczy po łacinie „miesiąc dziewiąty”; (novem – dziewięć).
Nawet Grecy zdradzili dziedzictwo Homerowe i – mogąc wybierać między Pyanepsion (Πυανεψιών) i Maimakterion (Μαιμακτηριών) – używają zlatynizowanej nazwy Noembrios (Νοέμβριος). A później dziwią się, że pouczają ich Niemcy.
Można oczywiście mądrze tłumaczyć (co czynię już od września), że – od roku 46 p.n.e., gdy Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius) – stare nazwy liczebnikowe nie nadążyły za zmianami, ale nie zmienia to faktu, że „Jedenasty” nazywa się „Dziewiąty” i wszyscy się z tym zgadzają, nawet nie zauważając drobnej różnicy. Symbol czy przypadek? Przypadek czy hasło?
Ale i tak wolę już November od Brumaire’a, na którego podczas rewolucji Robespierre’a przypadała większość dni naszego listopada (jak pięknie słowo to brzmi…).

Opadły więc liście z drzew, laurów nie ma, a róże pomarły (znów cytat, prosimy o nienadsyłanie podpowiedzi).

 

Listopadowe rocznice

Noc z 31 października na 1 listopada to tzw. Halloween.
O co w tym chodzi – wiadomo i nie ma co opisywać, bo koń, jaki jest, każdy widzi. Pisanie, że jest to irlandzka z pochodzenia wigilia dnia Wszystkich Świętych jest bez sensu, bo i tak każdy wierzy, w co chce, najchętniej w to, co ksiądz z ambony powie. A bardzo tego święta nie lubią kościoły: katolicki, prawosławny i protestanckie – dziwnie w tym nielubieniu solidarne. Nic nowego. Kiedyś księża, popi i pastorzy tak samo nie lubili święta Dziadów.
A ileż uboższa byłaby nasza kultura i narodowa pamięć bez niego i tego, co z nim związane.

 

1 listopada w kościele rzymskokatolickim, anglikańskim i wielu kościołach protestanckich jest dniem Wszystkich Świętych (łac. festum omnium sanctorum) – odprawiane są wtedy msze za dusze wszystkich znanych i nieznanych świętych.
W Polsce i wielu innych krajach istnieje tradycja odwiedzana w tym dniu cmentarzy, palenia zniczy na grobach bliskich, ozdabiania ich kwiatami i modlenia się w intencji zmarłych. Zwyczaj ten ma charakter religijny, ale generalnie uznawany jest przez wszystkich jako dzień pamięci, czci i szacunku dla zmarłych.

W kościele prawosławnym, 1 listopada, wznoszone są modły w intencji zmarłych, gdy wierni idą odwiedzić groby swych bliskich. Jednak odpowiednik rzymskokatolickiego Dnia Wszystkich Świętych w kościele prawosławnym obchodzi się w pierwszą niedzielę po Pięćdziesiątnicy (Pentecoste, 50. dzień po zmartwychwstaniu Chrystusa, dzień zesłania Ducha Świętego na apostołów, w Polsce potocznie zwany Zielone Świątki) lub – według innych źródeł – w sobotę przed Pięćdziesiątnicą.

 

2 listopada to w kościele rzymskokatolickim Dzień Zaduszny (w Polsce zwany Zaduszkami) – dzień wspominania zmarłych.

 

3 listopada (1918) buntują się marynarze w Kilonii, co daje początek Rewolucji Listopadowej w Niemczech (część historyków uważa, że zaczęła się ona półtora tygodnia wcześniej, 29 października, buntem marynarzy z Wilhelmshaven).
Rewolucja doprowadza do abdykacji Wilhelma II i upadku Cesarstwa Niemieckiego (9 listopada 1918), zawieszenia broni kończącego I wojnę swiatową (11 listopada 1918) i powstania Republiki Weimarskiej, a trwa do 11 sierpnia 1919 – dnia podpisania konstytucji w Weimarze.
Zryw ten tak podekscytuje Trockiego i Lenina, że zechcą oni – „po trupie białej Polski” – rozszerzyć władzę Sowietów na Niemcy. Stalina ekscytowało to widać mniej i pewnie dlatego podziękować mu możemy za to, że Piłsudski przeprowadził swój manewr przez Wieprz bez przeszkód i ocalił Warszawę od hord prowadzonych (trzeba przyznać, że bardzo sprawnie) przez Tuchaczewskiego.

 

4 listopada przypada rocznica rzezi Pragi, dokonanej w 1794 przez wojska Suworowa. Rosjanie wymordowali ok. 20 tys. ludności cywilnej – tak Rosja utwierdzała swe stanowisko lidera Ligi Pansłowiańskiej.
Zachwycona postawą swego feldmarszałka i pogulanijem jego podkomendnych, niemiecka caryca prawosławnego imperium ustanowiła na cześć tego wydarzenia Крест за Прагу – Krzyż za Zdobycie Pragi z napisem „Za wysiłek i odwagę” (За труды и храбрость).

Jakimś cudem przemknęło to przez sita cenzury (nie lubili carów, ale w końcu to nie carowie wyrzynali praskie kobiety i dzieci tylko umundurowany lud) i przez cały okres PRL-u można było czytać u Mickiewicza, że najpierw Jasiński i Korsak

stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali
Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali

później, że Maciej Dobrzyński

sam jeden skoczył z wałów Pragi,
Bronić pana Pocieja, który, odbieżany
Na placu boju, dostał dwadzieście trzy rany

wreszcie zaś, że

wojna, atak, szturm, słychać wystrzały,
Jęk dzieci, płacze matek. – Tak mistrz doskonały
Wydał okropność szturmu, że wieśniaczki drżały,
Przypominając sobie ze łzami boleści
Rzeź Pragi, którą znały z pieśni i z powieści.

Jeśli ktoś zna rosyjski, niech koniecznie przeczyta relację Suworowa z bitwy praskiej przesłaną Piotrowi Aleksandrowiczowi Rumiancewowi, <http://wars175x.narod.ru/dc94_133.html>, w której opisane jest „znakomite zwycięstwo warszawskie” i nauczka, którą odebrała вероломная сия столица – „wiarołomna ta stolica”.

 

7 listopada (wg kalendarza gregoriańskiego; w juliańskim był to 25 października) 1917 rozpoczęła się w Rosji rewolucja bolszewicka, zwana później Październikową, Socjalistyczną lub Wielką (albo z wszystkimi epitetami naraz).
Wielką była, jeśli uwzględnić jej efekty, ale trwała zaledwie dwa dni, a wszelkie późniejsze opowieści o szturmach, walkach i bohaterstwie bolszewików („dokumentowane” fragmentami fabularnych filmów nakręconych kilka lat później) można między bajki włożyć.
Efekty? Co tu dużo mówić.
Norman Davies w Europie (str. 1328-9, wyd. ang. 1996) szacuje liczbę ofiar reżimu sowieckiego tylko w latach 1917-1953 na 54 miliony. Nie obejmuje to ofiar zabitych podczas II wojny światowej, które Davies ocenia na 8-9 mln. żołnierzy Armii Czerwonej (tamże), a Wiki na 8,7-13,8 mln.
Już tylko z zestawienia tych liczb z łączną liczbą poległych podczas II w. ś. w armiach amerykańskiej i brytyjskiej (Davies: 0,5 mln, Wiki: 0,8 mln), widać jasno, że rozkaz nr 227 z 28 lipca 1942 („Ani kroku wstecz!”, Ни шагу назад!) wydany przez Stalina był kolejnym aktem ludobójstwa, tym razem wobec własnych żołnierzy.

 

10 listopada urodziny obchodzi amerykański Korpus Piechoty Morskiej – U.S. Marine Corps – założony w roku 1775.

 

Urodziny obchodzą też państwa:

Polska (11 listopada 1918),
Angola (11 listopada 1975),
Łotwa (18 listopada 1918),
Liban (22 listopada 1943),
Surinam (25 listopada 1975),
Albania (28 listopada 1912).

11 listopada, w rocznicę zakończenia I wojny światowej, w USA obchodzony jest Dzień Weterana (Veterans Day) – święto honorujące wszystkich służących w Siłach Zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Jeśli 11 listopada wypada w weekend, dzień świąteczny przenoszony jest na piątek lub poniedziałek.

 

19 listopada (1493) wylądował w Portoryko Krzysztof Kolumb podczas swej drugiej transatlantyckiej podróży. Co dobrego przyniosło to plemionom zamieszkującym wyspę – odgadnijcie sami, jak pisał poeta, choć podobno zaczęło się od uratowania dwóch indiańskich kastratów.

 

W czwarty czwartek listopada Stany Zjednoczone świętują Dzień Dziękczynienia (w 2017 to 23.XI).
Historia sięga Pielgrzymów, czyli 102 osób płci obojga ze wspólnoty religijnej, która przybyła do Nowego Świata na statku Mayflower w 1620. Udało im się przeżyć rok prawdziwym cudem, bo jak inaczej nazwać to, że – gdy przybysze byli na skraju śmierci głodowej – z lasu wyszło dwóch Indian, którzy wszczęli konwersację po angielsku, wcześniej przedstawiwszy się jako Squanto i Samoset.
Gdy rok później, dzięki pomocy Indian, Pielgrzymom udało się zebrać pierwsze plony z pól – trudno się dziwić, że pierwsza wieczerza dziękczynna z indykami w roli głównej (konsumpcji oddawało się 53 białych i 90 Indian) trwała 3 dni.
Dwaj prostoduszni panowie S. nie zdawali sobie sprawy, że ich działalność charytatywna obróci się przeciwko nim, a owa uczta jest poniekąd stypą dla ich plemion – Wampanoagów i Wabanaków – i reszty Indian na kontynencie.
Formalnie Thanksgiving Day stał się świętem federalnym w 1863 za Lincolna, choć podobno pierwsze orędzie w tej sprawie podpisał Waszyngton.
Kanadyjczycy świętują Dziękczynienie (w Quebecu: Jour de l’Action de grâce) w drugi poniedziałek października.

Thanksgiving dinner jest dla Amerykanów tym, czym dla Polaków wieczerza wigilijna: robią wszystko, pokonują tysiące mil, by właśnie tego dnia zasiąść do rodzinnego stołu.
Zapytał mnie kiedyś amerykański znajomy, czy ja też obchodzę Thanksgiving. Odpowiedziałem, że to przede wszystkim jest święto moje i mnie podobnych pielgrzymów-imigrantów, którym udało się – lepiej lub gorzej – przetrwać kolejny rok, również dzięki pomocy takich jak on – dla nas będących współ­czes­ny­mi odpowiednikami Squanto i Samoseta. Pytający zdziwił się bardzo i zastygł był w zadumie na czas jakiś, po czym powiedział, że nigdy nie patrzył na to w ten sposób i że wiele w tym, co powie­dzia­łem, jest słuszności. Ile w tym, co powiedział, było poprawności politycznej – nie wiem.

Po dziękczynnym czwartku w USA następuje „czarny piątek” – Amerykanów ogarnia szał konsumpcji: sklepy organizują wyprzedaże, a kolejki (dobrze mówię: kolejki pod sklepami!) stoją czasem całą noc, co skądinąd jest okazją do zadzierzgania więzi towarzyskich. Nie są one jednak chyba zbyt trwałe, gdyż otwarcie sklepów nieodmiennie łączy się z szarżą tłumu i prawie co roku są ofiary śmiertelne (ale jest ich niewiele).

Zapamiętajcie rok
trzydziesty,
dzień dwudziesty dziewiąty
listopada:
dzień wzeszedł dla was, ta noc!

29/30 listopada 1830 rozpoczyna się polskie powstanie narodowe przeciw Rosji, zwane listopadowym.
Trwa do 21 października 1831.

Ujrzycie bohatery i karły,
i wojenniki, i gachy,
i dumne, pychą pojęte,
i podłe, jako gad liche,
i wyniosłe, i groźne, i ciche,
i zbrodnicze, i jako cud: święte.

Wyspiański powiedział. Nic dodać, nic ująć.
A jeśli ktoś chce zagłębiać się w szczegóły, niech zacznie od literatury i przeczyta Mariana Brandysa.

 

 

Znaki Zodiaku w listopadzie:
Skorpion (♏) – do 21 listopada
Strzelec (♐) – od 22 listopada.

Co czarny pijar mówi o Skorpionie, już było (w „Paździeniku) i nie było to przyjemne, oj nie! Ale Strzelce wszystkich dżenderów też niech się nie cieszą:

Osobnik spod tego znaku wykazuje dużo energii i pomysłowości – urodzony działacz społeczny. Oczywiście do czego się nie weźmie – to spieprzy. W dzieciństwie zabiera młodszym dzieciom cukierki. Ma skłonności do samogwałtu i podgląda w toalecie. Na starość pisuje wspomnienia, od początku do końca zmyślone.

Tu akurat CzPR przesadza, bo wszystkie wspomnienia, nie tylko Strzelców, są na ogół w większości zmyślone.
Ale prawdą jest, że swoim horoskopem cieszyć się mogą tylko Bliźnięta – najfajniejsza i najweselsza konstelacja w bloku.

 

Kwiat listopada (wielkiego wyboru nie ma) to:
chryzantema (Chrysanthemum indicum L.).
W Polsce (i sporej części Europy) kojarzy się ona tak jednoznacznie, że lepiej nie wspominać. Jedyna weselsza konotacja pochodzi z piosenki, ale też nie z oryginału a ludowej trawestacji: Chryzantemy złociste, przy nich pół litra czystej

Ciekawe, że w USA (poza Nowym Orleanem) chryzantema jest symbolem pogody ducha i optymizmu. Ale Nowy Orlean – wiadomo: parafie zamiast hrabstw, kilometry zamiast mil, dix zamiast ten i cmentarz Metairie. A na nim chryzantemy. Wszystko jasne.

 

Kamienie listopada:

topaz – symbol przyjaźni, ale również godności i bogactwa. Weźmy np. Biblię:

●   w Księdze Wyjścia (28:17) topaz był w pierwszym rzędzie drogich kamieni (razem z rubinem i szmaragdem) pektorału, który Mojżesz miał wykonac dla brata swego Aarona;
co to jest pektorał wszyscy wiedzą, ale dla porządku (za Słownikiem Doroszewskiego) przy­pom­nę, że był to napierśnik ozdobiony drogimi kamieniami noszony przez faraonów i ży­dow­skich arcykapłanów (od łacińskiego pectus = pierś);

●   w „Hymnie o mądrości” z Księgi Hioba (Hi 28:19), topaz jest wśród najdroższych klejnotów, za które mądrości kupić się nie da; nb. dokładny cytat brzmi „i topaz z Kusz nie dorówna”, co znaczy, że w najwyższej cenie były topazy z owej właśnie krainy (dziś jest to północny Sudan);

●   topaz jest jednym z atrybutów bogactwa i szczęśliwości króla Tyru, o czym posłyszał Ezechiel w swym widzeniu (Ez 28:13);

●   jest też topaz dziewiątą warstwą fundamentu miasta Jeruzalem czasów mesjańskich, przedstawianego przez Jana w Apokalipsie (Ap 21:20);

i cytryn – rzadka, makrokrystaliczna odmiana kwarcu.
Na temat cytrynu jeden z jubilerów pisze:

Wzmaga pewność siebie, silną wolę i kreatywność. Pomaga rozwiązywać problemy, zwiększa optymizm, entuzjazm i uczy, jak cieszyć się życiem. Rozprasza negatywną energią. Sprzyja osiągnięciu materialnego dobrobytu i powodzeniu w karierze zawodowej. Sprzyja leczeniu chorób serca, wątroby i nerek. Pomaga pozbyć się cellulitu. Przynosi ulgę przy wrzodach żołądka.

Czego to ludzie nie wymyślą, tylko żeby sprzedać… Ja bym jeszcze dodał „krawaty wiąże i przerywa ciąże”, bo jak już – to już. Swoją drogą, ciekawe na co (poza portfelem) działa kupiony w tym sklepie Swarovski?

W etymologie bawić się tym razem nie będziemy, bo zawędrujemy aż do sanskrytu, a to daleko, tak
w cza­sie jak i w przestrzeni.
Natomiast tu i teraz oba minerały występują w Polsce, w Sudetach oczywiście (Tatry są diamentem same w sobie) – w Górach Izerskich, Karkonoszach, Górach Sowich i Przedgórzu Sudeckim: Wzgórzach Strze­gom­skich i Strzelińskich

 

Imieniny w listopadzie obchodzą (między innymi, przecież nie mogę wymienić sześćdziesięciu imion!):

• Hubert (3 XI),
• Karolina (4 XI),
• Marcin (11 XI),
• Stanisław Choiński (13 XI),
• Elżbieta B. (19 XI),
• Katarzyna (25 XI),
• Andrzej (30 XI) – ale o andrzejkach nie będzie.

Najlepsze życzenia!

 

Urodziny
• Konrad, który urodził się w miesiącu listopadzie 1823 roku w Wilnie przy ulicy Ostrobramskiej, w klasztorze ks. ks. Bazylianów, przerobionym na więzienie stanu, w miejsce zmarłego właśnie Gustawa.
Więcej o urodzinach nie będzie. Za dużo się okazało chętnych i pominiętych, z czego tylko kłopot, ambaras i niesnaski.
Jubilatkom (czyżby damy obchodziły urodziny?) i jubilatom – wszystkiego najlepszego!

O ślubach też nie będzie – i tak każdy to robi na własne ryzyko.
W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
jedenasty miesiąc roku to:

białoruskiлістапад [listapad]
bośniackinovembar
bułgarskiноември [nojembri]
chorwackistudeni (chorwacki listopad to nasz październik)
czeskilistopad
kaszubskilëstopadnik (też: smùtan, lëstopad)
litewskilapkritis
łatgalskisolnys
łużycki (dolny)młośny (też: nowember)
łużycki (górny)nowember (też: nazymnik)
łotewskinovembris
macedońskiноември [nojembri] albo студен [studien]
rosyjskiноябрь [nojabr’]
serbskiновембар [novembar]
słowackinovember
słoweńskinovember (też: listopad)
ukraińskiлистопад [listopad]
żmudzkilapkrėtis

 

Przysłowia związane
z listopadem:

Czasem w listopad nie palisz
i rąbala precz oddalisz,
ale w grudniu –
musisz durniu.

Gdy w listopadzie
od południowego kraju grzmi,
znaczy niepłodność wszystkiego.

Jak na świętego Hieronima
jest deszcz, albo go nie ma,
to pod koniec listopada
pada, albo nie pada.

Jaka pogoda listopadowa,
taka i marcowa.

Jeszcze nie listopad,
a liść z drzewa opadł.

Listopada wiela wody,
na łąki wielkie wygody.

W listopadzie goło w sadzie.

W listopadzie grzmi,
rolnik dobrze śni.

W listopadzie
kapusty pełne kadzie.

W listopadzie
liście opadają,
a ludzie znicze
na grobach stawiają.

 

Przysłowia na
Wszystkich Świętych (1 XI)

We Wszystkich Świętych,
gdy się deszcz rozpada,
może słota potrzymać
do końca listopada.

Wszyscy Święci niezgodą,
wiatry ze śniegiem przywiodą.

Czasy niekiedy bywają,
że Wszyscy Święci w bieli przybywają.

Jeśli śnieg na Wszystkich Świętych zawiedzie,
to święty Marcin [11 listopada]
na białym koniu przyjedzie.

Na Wszystkich Świętych ziemia skrzepła,
to będzie zima ciepła,
a jak deszcz,
to trzeba będzie za piec wleźć.

Na Wszystkich Świętych mróz,
na Boże Narodzenie zima i susz.

 

Przysłowia na
św. Huberta (3 XI)

Kiedy swego czasu
goły las nastaje,
święty Hubert z lasu
cały obiad daje.

Jaki listopad trzeci,
taki marzec się kleci.

 

Przysłowia na
św. Marcina (11 XI)

Chmurny Marcin chętnie przyprowadza
łagodną zimę, mrozy straszne zgładza.

Gdy liście przed Marcinem nie opadają,
to mroźną zimę przepowiadają.

Gdy Marcin w śniegu przybieżał,
całą zimę będzie w nim leżał.

Gdy Marcinowa gęś po lodzie,
będzie Boże Narodzenie po wodzie.

Gdy mróz na świętego Marcina,
będzie tęga zima.

Jaki dzień na świętego Marcina,
taka będzie cała zima.

Jeśli na Marcina sucho,
to Gody (25 grudnia) z pluchą.

Jeśli na Marcina
wiatr z południa wieje,
lekkiej zimy daje nadzieje.

 

Przysłowia na
św. Stanisława (13 XI)

Na Stanisława Kostkę
ujrzysz śniegu drobnostkę,
a na Ofiarowanie [21 listopada]
przydadzą się sanie.

 

Przysłowia na
św. Marka (16 XI)

Deszcz w Marka,
ziemia w lecie jak skwarka.

 

Przysłowia na
św. Elżbiety (19 XI)

Zjawia to Elżbieta święta,
czy ta zima będzie cięta.

 

Przysłowia na
św. Katarzyny (25 XI)

Katarzyny dzień jaki,
cały grudzień taki.

Kiedy w świętą Katarzynę
lód nie stanie,
to gotuj sanie.

W Katarzynę z nieba nic nie spadnie,
będzie w przyszłym lutym
chyba jeszcze ładniej.

 

Przysłowia na
św. Zdzisława (28 XI)

Kiedy Zdzisiek rano szroni,
zima jest w zasięgu dłoni.

 

Przysłowia na
św. Andrzeja (30 XI)

Gdy święty Andrzej
ze śniegiem przybieży,
sto dni śnieg w polu leży.

Na św. Jędrzeja
trza kożucha dobrodzieja.

W wilją św. Andrzeja
jest dla dziewcząt nadzieja.

Zdybali się dwa Jędruchy:
jeden ślepy, drugi głuchy.

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

A jednak podam. Pamiętniki, o których piszę na początku tekstu, to:

Jałowiecki, Mieczysław. Na skraju Imperium i inne wspomnienia.
Warszawa : Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, [2000, 2003, 2005, 2012, 2013,  2014,  2015,  2017].
Liczba wznowień mówi sama za siebie. Niesamowita lektura!
Prawda: tylko dla dorosłych, ale nieposłuszna (a ciekawa) młodzież też może w nich znaleźć zadowolenie.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha