Andrzej Straburzyński

Przystanek u świętego Pawła (1996)

„Święty Paweł” to nazwa w geografii świata dosyć znana. Wystarczy pojechać palcem po globusie, żeby znaleźć miejsce na lądzie lub morzu nazwane imieniem tego apostoła. Ma swojego Świętego Pawła Atlantyk w postaci skał koło równika, ma także swojego Świętego Pawła Ocean Indyjski.  Île Saint-Paul_2   26 stycznia 1996 roku, po pokonaniu dystansu kilkunastu tysięcy kilometrów i różnicy temperatur rzędu 50 stopni Celsjusza pomiędzy Europą a Południową Afryką, wylądowałem w Durbanie. Jakkolwiek Durban to klimat tylko subtropikalny, to jednak po wyjściu z samolotu wszedłem w niewidzialną zawiesinę wilgoci w powietrzu. Nic dziwnego: ciągle jeszcze jest tu lato. Dzięki uprzejmości naziemnej obsługi British Airways szybko udało się przejść przez formalności związane z naszym przybyciem. Niezbyt skomplikowane, ale tym samym samolotem z Londynu przyleciało ponad trzystu pasażerów. Dobrze jednak mieć przyjaciół, pomyślałem, gdy wszystko było załatwione i byliśmy oficjalnie w Południowej Afryce. Za nami spory tłumek wciąż oczekiwał na odprawę.   Durban to największe miasto prowincji KwaZulu-Natal i główne wrota morskie Południowej Afryki. Położony w naturalnej zatoce Port Natal, został założony ponad 170 lat temu[1], kiedy poszukiwano dogodnych miejsc do handlu kością słoniową. Jest to obecnie największy port na wschodnim wybrzeżu Afryki i ważne ogniwo tutejszej gospodarki. Duży ruch w porcie dobrze świadczy o poziomie tej gospodarki, a wszyscy moi rozmówcy potwierdzają, że ilość ładunków w eksporcie i imporcie wzrasta systematycznie z roku na rok. Porównanie z rokiem 1991 i 1995, kiedy byłem tu ostatni raz, wypada na korzyść teraźniejszości i jakkolwiek wielu mieszkańców wciąż jeszcze obawia się podzielenia losu innych państw afrykańskich, myślę, że to jednak nie nastąpi. Tutaj w Durbanie przebywa od połowy grudnia Concordia[2], żaglowiec zbudowany w Szczecinie dla potrzeb kanadyjskiej szkoły pod żaglami[3] i oddany do eksploatacji w kwietniu 1992 roku. W roku akademickim 1995/96 właśnie Durban został wybrany jako port zakończenia pierwszego i rozpoczęcia drugiego semestru. CONCORDIA_sm W czasie przerwy świątecznej większość studentów poleciała do domów do Kanady i USA, a Concordia została w Durbanie. Dzięki dużej przychylności głównie ze strony zarządu portu oraz agenta i miejscowego klubu jachtowego, koszty tego ponadmiesięcznego postoju ograniczyły się tylko do takich opłat standardowych jak prąd, telefon i woda.   Z przychylnością tą spotkałem się pierwszy raz w czasie ponaddwumiesięcznego pobytu w Kapsztadzie w roku 1991/92. Począwszy od różnego rodzaju organizacji, a skończywszy na mieszkańcach, wszyscy okazywali duże zainteresowanie tym, skąd przypływamy, dokąd płyniemy i co robimy, i czuło się zadowolenie, że właśnie w ich porcie się zatrzymaliśmy. Braliśmy to pod uwagę, kiedy w roku 1994 opracowywaliśmy trasę obecnego roku akademickiego. Podróż, rozpoczęta w Louisburgu – małym porcie Nowej Szkocji na wschodnim wybrzeżu Kanady, wiodła tym razem przez Atlantyk, Morze Śródziemne, Kanał Sueski i wschodnie wybrzeże Afryki do Durbanu. Pierwszym przystankiem w drugim semestrze miały być wyspy Święty Paweł i Amsterdam. Obie, położone na Południowym Oceanie Indyjskim, 2400 mil morskich na wschód od Durbanu, wchodzą w skład Francuskich Terytoriów Południowych i Antarktycznych i mają status Francuskich Terytoriów Zamorskich.   Pod koniec stycznia młodzież zaczęła wracać z zimowych wakacji i 1 lutego 1996 opuściliśmy Durban, zaczynając żeglugę po Oceanie Południowym, mając przed sobą najdłuższy jak dotąd w krótkiej historii Concordii przelot z portu do portu: 4400 mil morskich do Fremantle w Australii. We wszystkich żeglarskich przekazach ustnych i pisanych, Ocean Południowy określany jest jako jeden z najbardziej burzliwych akwenów na świecie. Wystarczy wspomnieć takie nazwy jak „ryczące czterdziestki” i „wyjące pięćdziesiątki”, a niemalże wszyscy żeglarze wiedzą, o co chodzi. Mocnych wrażeń wystarczy tu na pewno dla każdego jeszcze na długie, długie lata. Siła wiatru, wielkości fal, jakie tu występują i inne zjawiska pogodowe były opisywane wielokrotnie. Kolejny opis byłby więc jak powtórne definiowanie koła. Jest się tu na pewno pod wrażeniem ogromu tego Oceanu i towarzyszącej pustki. Pustki, jeżeli nie liczyć ptaków, jedynych stałych mieszkańców tych ogromnych przestrzeni. Doskonali szybownicy, dla których pogoda – dobra czy zła – nie stanowi żadnej przeszkody, wielkie albatrosy i mniejsze petrele towarzyszą nam od momentu opuszczenia Durbanu. Ciekawe tego, co się wokół nich dzieje i cóż to za intruz z tak dziwnymi skrzydłami wtargnął na ich terytorium. Kiedy szybują nisko nad wodą, wydaje się, że końcami skrzydeł muskają jej powierzchnię, jednak nic takiego nie następuje. Zadziwiająca jest precyzja tego szybowania. Czasami zawisną w powietrzu i trwają tak, przemieszczając się razem z nami. A czasami podlatują na wysokość mostku i przekrzywiając łebek wyglądają, jakby chciały zapytać: co tu robisz przyjacielu?, dlaczego nie latasz razem z nami? Nie uzyskując odpowiedzi siadają na wodzie za rufą, aby po chwili znowu nas doganiać. Rozpiętość skrzydeł albatrosów dochodzi do trzech metrów, a petreli – do jednego metra w zależności od gatunku. I w tym chyba tkwi chyba część tajemnicy tak doskonałego szybowania.   W dziewiętnaście dni po opuszczeniu Durbanu, w nocy z 18 na 19 lutego, Wyspa Świętego Pawła ukazuje się na ekranie radaru. Poranna wachta ma okazję obserwowania wschodu słońca z wyspą w tle. 1996-02-19_W-a_sw_Pawla_01_swit_fot_Wojciech_Jacobson_Scan0187_lev_sm Nie będąc pewnym, na której wyspie pozwoli nam zakotwiczyć pogoda, zdecydowałem się na generalny kurs, który prowadził nas pomiędzy nimi. Pogoda potrafi się tu zmieniać, jak w kalejdoskopie. Przyczyną są bardzo szybko przemieszczające się niże i fronty, którym nic nie stoi na przeszkodzie. W rezultacie postanawiamy odwiedzić Wyspę Świętego Pawła jako pierwszą. Okrążając jej północny cypel mamy okazję obserwować skutki beztroski i lekceważenia bezpieczeństwa żeglugi. Leżący na brzegu wrak był jeszcze siedem miesięcy temu japońskim tuńczykowcem. Płynąc z Kanady do Australii Zuhio Maru 58 w czasie silnego sztormu i mgły, w lipcu 1995 roku, wjechał z prędkością 12 węzłów na północny brzeg wyspy. Wjechał w wyniku popełnionego błędu nawigacyjnego. Załoga, 24 osoby, pozostawała na wraku dwa dni, po czym przeniosła się na stały ląd. Nawiązano łączność radiową z sąsiednią wyspą Amsterdam i łączność satelitarną z Perth w Australii. Panujące tu zimowe sztormy uniemożliwiały natychmiastową ewakuację załogi, ale mimo ciężkich warunków samolot australijskiego ratownictwa morskiego dokonał zrzutu kontenera z wyposażeniem i żywnością. Poprawiło to znacznie sytuację Japończyków, którzy od tej pory mogli spać w namiotach. Do dzisiaj znajduje tu się ślad po tym zrzucie i rozbitych namiotach. Dopiero po dwóch tygodniach, od momentu katastrofy, pogoda pozwoliła na zdjęcie rozbitków i przewiezienie ich na wyspę Amsterdam, gdzie się nimi zaopiekowano. Ten wypadek jest przykładem jak to sprawny i nowocześnie wyposażony statek ulega katastrofie za przyczyną zaniedbań człowieka. Obie te małe wyspy, położone generalnie pomiędzy 37 a 39 stopniem szerokości południowej i na 77,5 stopniu długości wschodniej, zostały odkryte w 1522 roku przez baskijskiego nawigatora Juana Sebastiana de Elcano, który był kapitanem karaweli Victoria, wchodzącej w skład flotylli Magellana w czasie podróży dookoła świata. Był to jednocześnie jedyny żaglowiec, który powrócił z tej podróży do Hiszpanii, po tragicznej śmierci Magellana na Filipinach. MAP_Île Amsterdam W latach późniejszych obie wyspy były odwiedzane przy różnych okazjach lecz pozostawały w dalszym ciągu niezamieszkałe i niczyje. W roku 1843 zostały zaanektowane przez Francję, a w roku 1893 aneksja została potwierdzona i od tamtej pory stanowią terytorium francuskie.[4] MAP_Île Saint-Paul_1 Roślinność jest tutaj dobrze rozwinięta, lecz ograniczona do wielu gatunków traw, gdyż wyspy są pochodzenia wulkanicznego. Wprawdzie obecnie aktywność wulkaniczna to tylko emisja oparów siarkowych na Wyspie Świętego Pawła, lecz nie zmienia to faktu, że podłoże jest typowe dla tego rodzaju pochodzenia.    MAP_Île Saint-Paul_2 O pochodzeniu wulkanicznym świadczą także stare kratery istniejące do dnia dzisiejszego na Amsterdamie. Natomiast zdecydowanie większą część powierzchni Świętego Pawła zajmuje utworzone w kraterze jeziorko, dostępne z oceanu. Wejście szerokości około 50 metrów i głębokości 1,8 metra znajduje się na północno-wschodniej stronie i pozwala mniejszym jachtom na kotwiczenie w środku tego naturalnego basenu. Niestety dla nas są to wielkości o wiele za małe i kotwiczymy na zewnątrz w odległości dwóch kabli od wejścia. Wszystko zależy tu od pogody, a w szczególności od kierunku i siły wiatru, jak również od kierunku i wielkości rozkołysu, który jest tu obecny cały czas. Tym razem przyroda obchodzi się z nami bardzo łagodnie, jakby wiedziała, że mamy za sobą dziewiętnaście dni żeglugi po otwartym oceanie i każdy z nas chętnie postawiłby stopę na kawałku stałego lądu. Podchodząc na kotwicowisko, mijamy zakotwiczony trawler rufowy Astral bandery francuskiej. 1996-02-19_W-a_sw_Pawla_03_w_drodze_na_kotwicowisko_statek_rybacki_przy_brzegu_fot_Wojciech_Jacobson_F1040004_lev_sm   Krótko po zakotwiczeniu przypływają pontonem Francuzi, wśród których jest oczywiście przedstawiciel Francuskiej Straży Granicznej odnotowujący fakt naszego przybycia. Francuskojęzyczna młodzież z Quebecu jest wniebowzięta mogąc tu, niemalże na końcu świata, rozmawiać po francusku. Najbardziej zadowolona jest nasza kucharka, której angielski z bardzo silnym francuskim akcentem powoduje czasami wesołe sytuacje. Dwóch pozostałych Francuzów z załogi Astrala, dowiadując się, że są tu również Polacy, informuje mnie, że ich statek był zbudowany w Gdańsku cztery lata temu i że przez pierwszy rok pływał z nimi polski mechanik gwarancyjny. Zapytani przeze mnie o nazwisko mieli wyraźne kłopoty z jego wymówieniem. Poławiają tu langusty, w które te wody obfitują. Takie spotkania na krańcach świata odległych od cywilizacji zawsze są bardzo serdeczne i otwarte. W chwilę po odpłynięciu pontonu, któremu towarzyszą dwa nasze z młodzieżą, przypływa duża łódź motorowa do połowu langust i zostajemy obdarowani dwoma workami wypełnionymi po brzegi langustami. Zapowiada się królewska kolacja. 1996-02-19_W-a_sw_Pawla_07a_nauczycielka_biologii_z_langusta_od_rybakow_fot_Wojciech_Jacobson_Scan0203_sm   Wybuch wulkanu, który kiedyś miał tu miejsce, spowodował zapadnięcie się wschodniej części wyspy, a otwierając dostęp oceanu utworzył w kraterze jeziorko. Oddzielają je od oceanu dwa niskie skalne falochrony, które wyglądają tak, jakby zbudował je człowiek. Rozkołys nie ma tu dostępu, więc powierzchnia wody w środku jest spokojna. Na prawym falochronie powiewa flaga francuska, potwierdzająca przynależność. 1996-02-19_W-a_sw_Pawla_08_widok_ogolny_1_zatoki_krateru_fot_Wojciech_Jacobson_F1040005a_lev_sm Oba falochrony to ulubione miejsce odpoczynku, żeby nie powiedzieć wylegiwania się, słoni morskich, fok i lwów morskich. Potężne cielska samców, zastygłe w bezruchu zdają się w ogóle nie reagować na nasze zbliżanie. Zatrzymujemy silnik pontonu, żeby nie zakłócać ich spokoju. Bardzo silne jest wrażenie bliskości natury. Wszystko jest odległe na dotyk ręki. 1996-02-19_W-a_sw_Pawla_17_uchatki_4_na_mierzei_fot_Wojciech_Jacobson_F1000008_sm Samice okazują większe zainteresowane naszym przybyciem. Bardziej ruchliwe, podpływają blisko i prawie zaglądają do środka pontonu. Wokół bardzo dużo foczej młodzieży. Wszędzie słychać nawoływania samic. Chwilami mam poważne obawy, czy któraś z bardziej ciekawskich fok nie wskoczy nam do pontonu. Po sfilmowaniu i zrobieniu sporej ilości zdjęć, opuszczamy to wspaniałe miejsce równie cicho, jak żeśmy tu przybyli. Jesteśmy tylko gośćmi, a spokoju gospodarzy nigdy nie należy zakłócać. Jeziorko jest okrągłe, a okalające je strome zbocza krateru porośnięte są trawami. Przepływamy na drugą stronę, gdzie wyraźnie widać wydostające się spod powierzchni ziemi obłoczki pary. To gorące źródła i towarzysząca im emisja oparów siarkowych. Również i tu spotykamy foki, które odpoczywają pomiędzy skałami. Okrążywszy jeziorko lądujemy na jego północno-wschodnim brzegu, jedynym miejscu nadającym się do tego celu. Jest tu zamontowane urządzenie do pomiarów wysokości pływu, a na brzegu stoi niebieski barak służący za pomieszczenie mieszkalne i magazyn naukowcom. Przypływają tu z pobliskiego Amsterdamu w celu prowadzenia obserwacji. 1996-02-19_W-a_sw_Pawla_12_barak_magazynek_dla_przybyszy_fot_Wojciech_Jacobson_Scan0180_sm Zgromadzona w magazynie żywność świadczy o częstych tutaj pobytach. Za barakiem na niewielkim wzniesieniu malutki cmentarzyk z trzema grobami lecz tylko jednym krzyżem. Nie ma niestety daty, jest tylko nazwisko. We wcześniejszych latach na Świętym Pawle funkcjonowała stacja rybacka i pewnie wielorybnicza. Może to ktoś z obsługi nie doczekał powrotu w rodzinne strony. Po stacji pozostały zardzewiałe urządzenia i resztki zabudowań. Można rozpoznać, że coś było kiedyś silnikiem elektrycznym, a coś zbiornikiem. Są nawet ślady torowiska, którym zapewne transportowano do dalszego przerobu to, co złowiono w morzu. Zbudowane z kamienia domki, które kiedyś zajmowała obsługa stacji, są obecnie okupowane przez foki. To nic że bez dachu, który zniszczył czas. Liczy się poczucie prywatności. Gdy zbliżam się pewnie do jednego z nich, zostaję gwałtownie ostrzeżony przez jego mieszkankę. Powodem jest focze niemowlę, które po chwili dostrzegam na betonowej posadzce. Wycofuję się, żeby nie zakłócać spokoju matki.   Będąc jeszcze na pokładzie, widziałem przez lornetkę dziesiątki stojących na zboczu pingwinów, które wyglądały tak, jakby obserwowały, czy ktoś nie nadpływa. 1996-02-19_W-a_sw_Pawla_28_pingwiny_skalne_3_fot_Wojciech_Jacobson_F1040007_lev_sm Jedyne wydeptane ścieżki, którymi można do nich dotrzeć, znajdują się właśnie po tej stronie krateru. Poruszając się poza tymi ścieżkami, gdzie kępy traw są gęste i wysokie, trzeba uważać na przemykające tu i ówdzie te bezlotne ptaki. Rockhopper penguin, czyli po polsku „pingwin skaczący po skałach” lub po prostu pingwin skalny, jest jednym z mniejszych przedstawicieli tego gatunku. Dorosłe osobniki osiągają wysokość 61 centymetrów. Białe brzuszki, czarne fraczki na plecach, czerwone dziobki i bardzo charakterystyczne długie zielono-żółte brwi. Brwi są jak źdźbła trawy poutykane nad oczami w celu lepszego maskowania wśród gęstej trawy. Niektóre z ptaków, wystraszone moim zbliżaniem, dają nura w trawę, aby po chwili ukazać się w zupełnie innym miejscu. Inne zamierają w bezruchu, a ponieważ trawa jest wyższa niż one, trudno je dostrzec. Co jakiś czas wysuwają łebek i – rozglądając się na boki – sprawiają wrażenie, jakby stały na warcie i pilnowały swojego domostwa. 1996-02-19_W-a_sw_Pawla_29_pingwiny_skalne_4_fot_Wojciech_Jacobson_F1040010_sm Schodząc w dół spotykam całą procesję mozolnie wspinających się w górę pingwinów. Poruszają się wydeptanymi przez siebie ścieżkami. Traktując mnie jako przeszkodę na swojej drodze, zatrzymują się i zaczynają gęgać, jakby próbowały ustalić wspólne zdanie na temat tej przeszkody. Parę z nich znika po prostu w trawie i tyle je widzę. Główna grupa zaczyna ponownie wspinaczkę w momencie, kiedy usuwam się na bok. Wzniesienie jest dosyć strome. Od skalistego brzegu jest tu na pewno paręset metrów. Z podziwem obserwuję tą mozolną wspinaczkę. Cztery kroczki i hop, hop, hop – trzy podskoki po skałkach. I tak na zmianę. Schodzę niżej i na kamienistym brzegu przyglądam się formowaniu następnego pochodu. Stoi tu niewielka grupa, do której dołączają wciąż nowe pingwiny wyskakujące z wody. Nie wiem, który z nich dał znak, lecz raptem pochód rusza. I znów: trzy kroczki i cztery podskoki po skałach. Usiłuje tę grupę dogonić jakiś spóźnialski, głośno przy tym gęgając, jakby wołał „Jeszcze ja! Co, zapomnieliście o mnie?!” Leżąca obok mnie foka otworzyła leniwie oczy, szeroko ziewnęła i stwierdziwszy, że nie stanowię dla niej zagrożenia, oddała się na powrót drzemce. 1996-02-19_W-a_sw_Pawla_18_uchatki_5_na_mierzei_fot_Wojciech_Jacobson_F1040006_sm   Wokół sielski nastrój i słychać tylko rytmiczny odgłos niewielkiego przyboju, a w niezbyt dużej odległości widać Concordię kołyszącą się w rytm rozkołysu. 1996-02-19_W-a_sw_Pawla_33_reda_Concordia_na_kotwicowisku_fot_Wojciech_Jacobson_F1040003_lev_sm   Zbliża się zmierzch i czas wracać. Opuszczamy to wspaniałe miejsce zostawiając w takim stanie, w jakim żeśmy je zastali. W ciągu tych kilkunastu godzin postoju, pogoda potraktowała nas łaskawie.   O północy podnosimy kotwicę i udajemy się w kierunku wyspy Amsterdam, która leży 60 mil morskich na północ. Wyższa i mniej więcej pięć razy większa niż Święty Paweł wyspa Amsterdam jest również porośnięta trawami. Mieści się tu stacja meteorologiczna i naukowa oraz ma swoją siedzibę zarządca tego regionu. Nie ma tu, niestety, tak dogodnego kotwicowiska i miejsca na brzegu do lądowania pontonem. Jedyne dostępne znajduje się na północnej stronie, naprzeciwko stacji. Płynąca kiedyś lawa utworzyła tu krótkie, naturalne nabrzeże. Jest ono wykorzystywane do rozładunku zaopatrzenia, jakie jest dostarczane drogą morską. W nocy zaczyna wiać z północnego-zachodu, co kotwiczenie i lądowanie czyni niemożliwym. Podchodzimy od wschodniej strony i w momencie, gdy osiągamy północno-wschodni cypel, wieje już dosyć silny wiatr. Wprawdzie bardzo widoczna jest jego tendencja do skręcenia ku zachodowi, a nawet południowemu-zachodowi, ale pozostający rozkołys wyklucza lądowanie pontonu. Niska warstwa chmur i przelotne opady nie napawają optymizmem. Po prostu przechodzi przez nas chłodny front. Kotwicowisko jest głębokie i kotwiczenie takim statkiem jak Concordia, z ograniczoną długością łańcucha, wymaga odpowiednich warunków pogodowych. 1996-02-20_W-a_Amsterdam_07_szkwalowe_chmury_fot_Wojciech_Jacobson_sm Na brzegu widać zabudowania mieszkalne i gospodarcze stacji. Są również zbiorniki, pewnie na paliwo. Aktualnie przebywa tu około dwudziestu pięciu osób. Wielki stały napis „Witamy na Amsterdamie” wygląda bardzo zachęcająco. Rozmawiamy z Francuzami przez radio. Potwierdzają, że próba kotwiczenia i lądowania pontonem w takich warunkach może być bardzo ryzykowna. 1996-02-20_W-a_Amsterdam_10_brzeg_kolo_stacji_naukowej_fot_Wojciech_Jacobson_F1000019_sm   Pogoda, jakby chciała nam to chociaż częściowo wynagrodzić, na krótki moment się poprawia i słońce oświetla budynki stacji. Jest nawet śliczna, bardzo gruba tęcza. Nie zmienia to jednak faktu, że musimy stąd odpłynąć. 1996-02-20_W-a_Amsterdam_01w_porannym_deszczu_fot_Wojciech_Jacobson_F1000010_lev_sm   Wszyscy żałują. Francuzi – bo omija ich okazja spotkania z nami. My – bo omija nas okazja odwiedzenia kolejnego miejsca położonego daleko od szlaków cywilizacji. I wreszcie ja żałuję, bo omija mnie okazja dowiedzenia się u źródła czegoś więcej o tych dwóch wyspach. Chociażby tego, czym zajmowali się ludzie przebywający kiedyś w stacji rybackiej na Świętym Pawle i kto leży na tym małym cmentarzyku. W biurze regionu znalazłyby się pewnie jakieś dokumenty na ten temat. Cóż, może następnym razem. 1996-02-20_W-a_Amsterdam_13_po_pozegnaniu_kurs_na_E_stawianie_zagli_fot_Wojciech_Jacobson_F1000012_sm   Żegnamy się przez radio z Francuzami i informujemy, że w takiej sytuacji płyniemy do Australii. W tym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że zabrzmiało to tak, jakbyśmy udawali się po gazetę do kiosku za róg. Po prostu: płyniemy do Australii. A przecież to tak daleko stąd.  Concordia_1996_2_sm Fremantle w Australii osiągamy po 32 dniach od opuszczenia Durbanu.[5] Teraz, kiedy ten najdłuższy odcinek naszego rejsu mamy już poza sobą, mogę z całą pewnością stwierdzić: tak, to było daleko.

Tekst: Andrzej Straburzyński Fotografie: Wojciech Jacobson 1996 Mapy: Wikipedia i Wojciech Jacobson

 Tekst był publikowany wcześniej, prawdopodobnie w miesięczniku Żagle lub tygodniku Wyspiarz

 

[1] W 1824 Francis George Farewell, porucznik armii brytyjskiej, uzyskał zgodę króla Zulusów Czaki (Shaka-Zulu) na założenie placówki handlowej nad Oceanem Indyjskim. W drodze na wybrzeże towarzyszył mu angielski podróżnik Henry Francis Fynn, który otrzymał od Czaki dar w postaci 30-milowego pasa wybrzeża, głębokiego na sto mil. Obaj biali założyli osadę Port Natal, która miała być punktem zaopatrzeniowym dla statków płynących do i z Indii oraz ośrodkiem handlu kością słoniową. 23 czerwca 1835, trzydziestu pięciu Europejczyków mieszkających w osadzie zadecydowało, że stworzą tam stolicę prowincji i nazwą ją d’Urban od nazwiska sir Benjamina d’Urbana, gubernatora Kolonii Przylądkowej (Cape Colony). W swej historii Durban był pod rządami Afrykanerów, rozbudował przemysł cukrowniczy, stał się jednym z głównych skupisk Hindusów poza Indiami (działał tam również Mohandas Gandhi, późniejszy Mahatma), dziś jest drugim co do wielkości (aglomeracja liczy 3,5 miliona mieszkańców) miastem RPA, ale nigdy nie został stolicą prowincji, którą jest znacznie mniejszy Pietermaritzburg. [przyp. KR]
[2] Concordia, stalowa barkentyna, zbudowana w Szczecinie w 1991, przekazana armatorowi (West Island College z Montrealu) w kwietniu 1992. Długość 57,5 m (188 ft 8 in), szerokość maksymalna 9,44 m (31 ft 0 in), zanurzenie 4,0 m (13 ft 1 in), pow. ożaglowania 993 m kw. (10 690 sq. ft), wysokoprężny silnik pomocniczy MAN pozwalający osiągnąć prędkość 9 węzłów. Zatonęła 17 lutego 2010, 300 Mm SE od Rio de Janeiro. [przyp. ŻR] [3] Wojciech Jacobson: Kanadyjczycy wzorowali się na polskiej Szkole pod Żaglami zainicjowanej przez Krzysztofa Baranowskiego. Młodzi uczniowie kanadyjscy i amerykańscy pełnili obowiązki załogi, a jednocześnie pod kierunkiem nauczycieli realizowali program szkolny. [4] Wojciech Jacobson: Myślę, że potrzebny tu przypis dotyczący Adama Mierosławskiego, który był ponownym – po 300 latach zapomnienia – odkrywcą wysp i właścicielem połowy Saint-Paul. Angielskie źródła Mierosławskiego pomijają, a do nich zaglądał chyba Andrzej.

Adam_Mieroslawski_1815-1851_minAdam Mieroslawski (1815-1851)

Żeglujmy Razem: Adam Piotr Mierosławski (1815-1851) był żołnierzem, żeglarzem i inżynierem. Walczył w powstaniu listopadowym na warszawskiej Woli pod komendą gen. Józefa Sowińskiego (1831) za co dostał krzyż Virtuti Militari, był w niewoli rosyjskiej, skąd uciekł do Prus, a później do Francji. Od 1835 pływał na statkach i okrętach francuskich, gdzie doszedł do stanowiska i stopnia kapitana. W 1841 kupił swój pierwszy statek, którego używał m.in. do łowienia fok i wielorybów. W 1843 dotarł do wysp Św. Pawła i Amsterdam, o których – przez trzysta lat po ich pierwszym odkryciu – całkowicie zapomniano. Objął obie wyspy w posiadanie w imieniu Francji, a jego zdecydowana postawa powstrzymała od interwencji zbrojnej nawet marynarkę brytyjską. Od rządu francuskiego Mierosławski uzyskał koncesję na eksploatację wysp i prawo własności połowy wyspy Świętego Pawła. Na wieść o wybuchu Wiosny Ludów (1848) pojechał do Europy by „walczyć z tyranią”. Brał udział w powstaniu w Palermo w Królestwie Sycylii (1848), w powstaniu w Badenii (walczył u boku swego starszego brata, Ludwika Mierosławskiego) i powstaniu węgierskim. W 1850 kupił kolejny statek, którym pływał po Oceanie Indyjskim. Zmarł 6 maja 1851 mając 36 lat, na morzu, w pobliżu wysp Św. Paweł i Amsterdam, w drodze z Australii.

Biografia: Mickiewicz, Marian. Odmieniec: opowieść o Adamie Mierosławskim. Seria Miniatury Morskie. Gdynia : Wydawnictwo Morskie, 1966. [przyp. KR]

Wojciech Jacobson: Praprawnukiem Emeryka Mierosławskiego, młodszego brata Adama, jest Krzysztof Jaworski, j.kpt.ż.w., mistrz Polski jachtów kilowych z 1953 r., uczestnik niezliczonej ilości rejsów i regat, dawny komandor AKM w Gdańsku, obecny Starszy Koła Seniorów PZŻ i jego były sekretarz, publicysta i autor wspomnień żeglarskich z pierwszych, powojennych lat Szczecina, w których indywidualne losy i doświadczenia młodego gimnazjalisty i licealisty zostały barwnie ukazane na tle historycznych przemian miasta i regionu. Mama Krzysztofa jest z domu Mierosławska i do jej wspomnień podesłałem zdjęcie Wyspy Św. Pawła. O swoim stryjecznym pradziadku Adamie pisze tak:

Adam, młodszy Brat Ludwika miał w sobie żyłkę marynarza. Może odziedziczył ją po swoim Pradziadku, kpt. Stubbsie. Karierę rozpoczął jako chłopiec okrętowy, pływając po Oceanie Indyjskim. Po paru latach nabył statek zdobywszy stopień kapitana „au long cours”. Kiedyś przypadkiem sztorm go tak zniósł z kursu, że przybił do dawno zapomnianej przez geografów wyspy St. Paul i nieco dalej New Amsterdam. Były to jeszcze czasy konkwistadorskie, więc Adam stał się właścicielem wyspy, ale że jako Polak niezbyt nadawał się na kolonizatora, przystał na apel Ludwika, by sprzedał wyspę i przysłał mu pieniądze na walkę z tyranami. Był to jeszcze okres Wiosny Ludów. Adam sprzedał pół wyspy, zasilił Brata finansowo, ale sam nie zdecydował się na proponowaną wojaczkę. Kupił nowy statek, nazwał go „Moja Polska” i pływał na nim kumając się z poławiaczami pereł, rybakami i innymi ludźmi mórz. Skolonizował część wyspy St. Paul. Zginął śmiercią żeglarza w 1851 r. Wzmiankę o nim znalazłam przypadkiem w książce Vernego pt. „Dzieci Kapitana Granta”. Wzmianka ta jest nader zabawna: Zresztą przeznaczeniem wyspy Amsterdam było stać się kolonią francuską: należała ona najpierw prawem pierwszego okupanta do niejakiego Camina, armatora z Saint-Denis, stolicy Reunion; po czym zgodnie z jakimś układem międzynarodowym odstąpiono wyspę pewnemu Polakowi, który zaczął ją uprawiać posługując się niewolnikami malgaskimi. W myśl starego powiedzenia: „Polak – to prawie Francuz”, po pewnym czasie wyspa stała się znowu kolonią francuską, jako własność imci Pana Otovana. Na Adamie kończę historyczną niejako część moich wspomnień, dochodząc do dziejów przeważnie znanych mi osobiście.

Zubczewska, Wanda. [Krzysztof Jaworski, red.]. Wspomnienia. Warszawa : Michał Jaworski, 2012; ISBN: 978-83-931458-8-1; str. 13-14. reprodukcja okładki i zdjęcie Adama Mierosławskiego: Zenon Szostak: Zeszyty ŻeglarskieZubczewska_Wanda_Wspomnienia_okladka_sm

[5] Wojciech Jacobson: Postój Concordii we Fremantle trwał od 4 do 10 marca 1996 r.

Calendar

« February 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          

Zima

– Śnieg pada zimą. Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm…
– Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. Ale nawet do najlepszej odpowiedzi zawsze da się coś dodać. Nie odejmować, a dodać.

* * *

Od kiedy pamiętam, słowo „zima” wywołuje u mnie zawsze jedno skojarzenie: widzę wtedy obraz Myśliwi na śniegu (1565) Pietera Breughla Starszego.
Nie wiem, dlaczego. Ani nie jest to mój ulubiony obraz, ani nie chadzam na polowania, zima też (do przeprowadzki na Florydę) nie była moją ulubioną porą roku – ale fakt jest faktem, niezależnie od tego, jak bardzo bym się sam sobie dziwił.
Zdziwienie jest tym większe, że pamięć podsuwa detal, a nie jest nim ani biała płaszczyzna śniegu na pierwszym planie, ani skulone trzy sylwetki (z których jedna ledwo widać) łowców wracających z jednym marnym lisem i zmęczonymi, kulącymi ogony pod siebie psami, ani ludzie przy ogniu, ani nawet łyżwiarze na sadzawce. Detalem tym jest lecąca sroka, czarnym krzyżem nakładająca się na górski krajobraz.
Że to sroka – choć na drzewach siedzą wrony i być może kawki – wnioskuję po ogonie. I po innym obrazie Breughla Starszego – Pejzaż z szubienicą, mającego też inny tytuł: Sroka na szubienicy (1568). Sroki są tam nawet trzy: ta tytułowa siedzi na belce rusztowania, druga – na kamieniu obok, a trzecia leci. Sroki lubią towarzystwo. Breughel lubił sroki. Ja też je lubię.

„Schematyzm” – powiedział kolega po przeczytaniu tego fragmentu. – „Stereotypy. Jest zima, to musi być Breughel. Czterysta pięćdziesiąt lat, to co chcesz? Odwiecznych praw natury nikt nie zmieni.”

* * *
Zima – jedna z czterech podstawowych pór roku
w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Na półkuli północnej charakteryzuje się najniższymi temperaturami powietrza w skali roku, umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego, zazwyczaj zestaloną (zamarzniętą) formą opadu i osadu atmosferycznego,
a większość świata roślin i zwierząt przechodzi okres uśpienia.

Za zimę klimatyczną przyjmuje się okres roku (następujący po jesieni), w którym średnie dobowe temperatury powietrza spadają poniżej 0°C (32°F).
Zasadniczo zimę poprzedza jesień, jednak pomiędzy tymi okresami znajduje się klimatyczny etap przejściowy - przedzimie.

Zima astronomiczna na półkuli północnej rozpoczyna się
w momencie przesilenia zimowego (w 2016 – 21 grudnia)
i trwa do momentu równonocy wiosennej (w 2017 – 20 marca). Daty przesilenia i równonocy są zmienne, czasem wypadają dzień wcześniej lub dzień później,
a w roku przestępnym mogą być dodatkowo cofnięte o jeden dzień.
Podczas zimy astronomicznej dzienna pora dnia jest krótsza od pory nocnej, jednak z każdą kolejną dobą dnia przybywa,
a nocy ubywa.

W dniu przesilenia zimowego, przypadającym na grudzień, Słońce góruje w zenicie nad półkulą południową na szerokości zwrotnika Koziorożca. Na półkuli północnej jest to najdłuższa noc
(i najkrótszy dzień) w roku.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia zimowego w centrum Warszawy – na 52°14' szerokości geograficznej północnej – wynosi 14°20'.

Przesilenie zimowe w większości kultur było okazją do świętowania „odradzania się Słońca”.
W starożytnym Rzymie obchodzono Saturnalia, w Persji – narodziny Mitry, boga Słońca. Plemiona germańskie obchodziły Jul, Słowianie – Święto Godowe.
Chrześcijaństwo, od IV w., obchodzi zimą – 25 grudnia – dzień urodzin Jezusa. Dlaczego akurat 25 grudnia – różnie powiadają o tym, ale zamieszanie z datami zaczęło się dopiero po zastąpieniu niedokładnego (wobec Słońca i Księżyca) kalendarza juliańskiego nowocześniejszym kalendarzem gregoriańskim.
Na Zachodzie, gdzie kalendarz gregoriański przyjął się niemal od razu, pozostano przy nominale daty, bez względu jak się to miało do wyliczeń dawniejszych, zatem Boże Narodzenie wypada tam 25 grudnia. Na Wschodzie w liturgii obowiązuje starodawny kalendarz juliański, ale życie świeckie toczy się wg obowiązującego kalendarza gregoriańskiego. Stąd juliański 25 grudnia przypada na gregoriański dzień 7 stycznia.
Dwa tygodnie wielkiej różnicy nie czynią, świętować można podwójnie – grunt, że obie daty zimowe są.

Od czasów rzymskich, dokładnie od 46 r. p.n.e. w zimie, 1 stycznia, obchodzony jest również początek nowego roku.

W dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej, wypadającym w marcu, Słońce góruje w zenicie nad równikiem
i przechodzi przez punkt Barana. Na półkuli północnej zima się wtedy kończy i rozpoczyna się wiosna. Teoretycznie.
Istnieje bowiem nordycka przepowiednia o tym, że pewnego razu przyjdzie Wielka Zima trwająca trzy lata – Fimbulvinter, która poprzedzi zmierzch bogów – Ragnarök. Że przy okazji zginą ludzie, jest oczywiste, a Normanowie podali to dodatkowo we własnej stylistyce: głód nastanie tak straszny, że ludzie zjedzą się nawzajem, lądy najpierw spustoszy ogień, a później zaleje morze – czyli nastąpi koniec świata.
Czyli, wypisz wymaluj, Wikingowie stworzyli obraz termonuklearnej zimy.
Jest też co prawda akcent optymistyczny, a jakże: po tym wszystkim nastanie era szczęśliwości i nowy świat, bo ponoć jedna para ludzka ocaleje. Pozostaje tylko pytanie: i po co to wszystko?

Jeśli ktoś się chce utrzymać w klimacie i to bez happy endu, niech przeczyta powieść Nevila Shute'a Ostatni brzeg (1957), albo obejrzy jedną z dwóch jej adaptacji filmowych. Moim zdaniem ta starsza (1959), z Gregorym Peckiem, Avą Gardner i Anthonym Perkinsem, jest lepsza.

* * *

Zima to słowo wywodzące się niemal wprost z naszej językowej przeszłości.
Etymologicznie jego najbliższy krewniakiem jest słowo himā (हिमा) ‘mróz, chłód, śnieg’ (Himalaje to ‘dom chłodu / mrozu / śniegu’), które zachowało się w sanskrycie, najstarszym zapisanym (z należących do wspólnoty praindoeuropejskiej) języku, w wersji wedyjskiej sięgającym połowy drugiego tysiąclecia p.n.e.
W hindi himā to również ‘lód’.

Zima w językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
:

białoruskiзіма [zima]
bośniackizima
bułgarskiзима [zima]
chorwackizima
czeskizima
kaszubskizëma
litewskižiema
łatgalskizima
łużycki (dolny)zyma (też: zymje)
łużycki (górny)zyma
łotewskiziema
macedońskiзіма [zima]
rosyjskiзима [zima]
serbskiзима [zima]
słowackizima
słoweńskizima
ukraińskiзима [zima]
żmudzkižėima

Zadziwiająca jednomyślność!

Przysłowia związane
z zimą:

Będzie zima, będzie mróz,
będzie ptaszek jajka niósł.

Deszcze Michałowe
prawią w zimie powietrze zdrowe.

Gdy tęga zima nastanie
w pierwiotku adwentu,
ośmnaście tygodni
nie spocznie ani momentu.

Idzie zima, a tu butów nie ma.

Idzie zima,
a tu chleba nie ma;
mój Ty Panie z nieba,
daj nam chleba.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Jaka zima, takie lato.

Kafla z pieca, szybki z okna,
a tu zima, butów ni ma.
[t.j. zbytków mu się zachciewa, a butów nie ma]

Kiedy się liść gęsto trzyma,
nie tak prędko będzie zima.

Kiej w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto zimie próżnuje, ten lecie musi być leniwy.

Na modrzewiu zima
niedługo trzyma.
[Góralskie: śnieg, gdy spadnie zanim modrzew zrzuci igły, zniknie prędko, bo na nich nigdy nic leży długo.]

Na świętego Grzegorza [12 marca]
idzie zima do morza.

Połowa zimy, połowa pastwy.

Późna zima długo trzyma.

Słaba zima, kiepskie lato.

Spyta cię zima zarazem:
byłżeś w lecie gospodarzem?

W pierwszym tygodniu
pogoda stała,
będzie długo zima biała.

W zimie koła, w lecie sanie robić.

W zimie odkryte ucho,
to w lecie sucho.

W zimie: komin nam ojcem,
fajerka matką,
kożuch dobrodziej,
a zapiecek chatką.

Zima następuje tęga,
póki głowy twej nie sięga;
postaraj się o barana,
a chwal niebieskiego Pana.

Zima nie jednemu zajrzy pod napiętki.
[niejednemu dokuczy, da się we znaki]

Zima nie pyta, gdzie się lato podziało.

Zima, jak w psiarni.

Zimą to człek siedzi doma,
albo pije gdzie u kuma.

Zimę uśmierza wiosna,
wiosnę lato niszczy.

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

(na samej górze był Ionesco)

Jeszcze o zimie
(bez powodu, wybrane na chybił trafił):

Maria Konopnicka
Zła zima

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa...
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!

 

Maria Konopnicka
Ślizgawka

Równo, równo, jak po stole,
Na łyżewkach w dal...
Choć wyskoczy guz na czole,
Nie będzie mi żal!

Guza nabić – strach nieduży,
Nie stanie się nic;
A gdy chłopiec zawsze tchórzy,
Powiedzą, że fryc!

Jak powiedzą, tak powiedzą,
Pójdzie nazwa w świat;
Niech za piecem tchórze siedzą,
A ja jestem chwat!

 

Maria Konopnicka
Zmarźlak

A widzicie wy zmarźlaka,
Jak się to on gniewa;
W ręce chucha, pod nos dmucha,
Piosenek nie śpiewa.

— A czy nie wiesz, miły bracie,
Jaka na to rada,
Gdy mróz ściśnie, wicher świśnie,
Śnieg na ziemię pada?

Oj, nie w ręce wtedy dmuchaj,
Lecz serce zagrzewaj,
Stań do pracy, jak junacy,
I piosenkę śpiewaj!

 

Maria Konopnicka
Rzeka

Za tą głębią, za tym brodem,
Tam stanęła rzeka lodem;
Ani szumi, ani płynie,
Tylko duma w swej głębinie:

Gdzie jej wiosna,
Gdzie jej zorza?
Gdzie jej droga
Het, do morza?

Oj, ty rzeko, oj, ty sina,
Lody tobie nie nowina;
Co rok zima więzi ciebie,
Co rok wichry mkną po niebie.

Aż znów przyjdzie
Wiosna hoża
I popłyniesz
Het do morza.

Nie na zawsze słonko gaśnie,
Nie na zawsze ziemia zaśnie,
Nie na zawsze więdnie kwiecie,
Nie na zawsze mróz na świecie.

Przyjdzie wiosna,
Przyjdzie hoża,
Pójdą rzeki
Het do morza!
 
 
Jeremi Przybora
Na całej połaci śnieg

Na całej połaci śnieg.
W przeróżnej postaci śnieg.
Dla sióstr i dla braci
zimowy plakacik
– śnieg, śnieg.
 
Na naszą równinę – śnieg.
Na każdą roślinę – śnieg.
Na tłoczek przed kinem,
na ładną dziewczynę – śnieg, śnieg.

Na pociąg do Jasła,
na wzmiankę że zgasła,
na napis „Brak masła”
na starte dwa hasła,
na flaszki od wódki,
na tego złe skutki,
na puste ogródki,
na dzionek za krótki.

Na w sinej mgle dale – śnieg,
na kocham cię stale – śnieg,
na żale, że wcale
i na tak dalej
tak dalej, tak dalej
na tak dalej – śnieg
śnieg
 
Tekst ten, do muzyki Jerzego Wasowskiego, śpiewali w „Kabarecie Starszych Panów” Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.
Inne wykonania: Kalina Jędrusik, Anna Maria Jopek i Jeremi Przybora

LUTY

W lutym do wiosny jeszcze daleko,
bowiem u jego granic jaśnieje
tak wielki obszar bieli jak mleko,
że może zaćmić nawet zawieję.

Zamieć porusza nagie zarośla,
od jej uderzeń domy się chwieją,
a ponad nimi szaleje wiosna
i dorównuje siwiźnie bielą.

Josif Brodski, „Instrukcja dla więźnia” („В феврале далеко до весны”),
15 lutego 1964; przekład: Katarzyna Krzyżewska

Ponieważ wciąż jeszcze zdarzają się w Polszcze ludzie znający język Lermontowa i Bułhakowa, a ja uważam, że gdy można coś przeczytać w oryginale – to trzeba, więc dla tych, co zrozumieją, oryginał:

<А. А. А.>

(«В феврале далеко до весны»),

В феврале далеко до весны,
ибо там, у него на пределе,
бродит поле такой белизны,
что темнеет в глазах у метели.

И дрожат от ударов дома,
и трепещут, как роща нагая,
над которой бушует зима,
белизной седину настигая.

15 февраля 1964

 

Luty – drugi miesiąc w roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego.
Jest to także miesiąc najkrótszy w obu kalendarzach: luty gregoriański i luty juliański mają po 28, a w latach przestępnych po 29 dni.
I jest to trzeci miesiąc meteorologicznej zimy.

Nazwa powtarza się w dwóch sąsiednich językach wschodniej słowiańszczyzny: w ukraińskim (лютий) i białoruskim (люты).
Po etymologię trzeba jednak sięgnąć do Brücknera, albo przynajmniej do jakiegoś słownika staropolskiego, lub z odniesieniami do staropolszczyzny.
Słownik języka polskiego z lat 1960., w redakcji Witolda Doroszewskiego, podaje, że nazwa miesiąca wywodzi się od staropolskiego „luty” – ‘zimny’, ‘mroźny’, ‘srogi’, ‘okrutny’, ‘dziki’, ale że przymiotnik ten jest już tylko w użyciu książkowym. Dziś chyba tylko nieliczni skojarzą nazwę drugiego miesiąca ze srogością mrozów i dzikością puszczańskiego zwierza.

Ciekawe skojarzenie podsuwa Słownik wileński z 1861. Po haśle „luty” jest „Lutyca”: imię słowiańskiej jędzy piekielnéj, ob. Dracica.

Szukajmy więc dalej:

Dracica – słowiańska jędza. Jak Dydki męzkie, tak Dracice żeńskie wojsko piekielne, trapiące grzeszników na ziemi i w piekle. Przybierają postaci straszliwe. Znaczą wyrzuty sumienia. Odpowiadają greckim Eumenidom i łacińskim Furjom. Inne imiona ich: Ostudy, Lutyce, Tassany.

Dracz zaś, według tego samego słownika, znaczy „zdzieracz, łupieżca”, a dracza – „zdzieranie, zdzierstwo”. Do czego dołączony jest cytat ilustrujący, skądinąd bardzo do współczesności pasujący: Niech się ten wilk urzędnik tą draczą wspomoże.

Gdy sięgnąć do nazw miesięcy w Encyklopedii staropolskiej (1900-1903) Zygmunta Glogera, dojść można do wieku XIV, gdy luty nazywał się „strąpacz” (prawdopodobnie od strzępienia czyli ścinania szronem).
W staropolszczyźnie używany był też starosłowiański „sieczeń”, który w innych językach słowiańskich jest nazwą stycznia (po ukraińsku to січень, po chorwacku – siječanj).
Samuel Linde w swoim Słowniku (1807-1814), podaje jeszcze „świeżnik” i „drugnik” (od ‘drugi’). Kopaliński dodaje „gromnicznik” (od święta NMP Gromnicznej) i „mięsopustnik”, od mięsopustu – ostatnich trzech dni dni karnawału zwanych „ostatki”, które w dawnej Polsce obchodzono hucznie, z pijatykami, tańcami, kuligami i balami przebierańców.

Większość języków europejskich przejęła nazwę łacińską: Februarius. Rzeczownik ten oznaczał ostatni miesiąc kalendarza starorzymskiego, który przeznaczony był na obrzędy oczyszczające (łac. februa, l.poj. februum) przed początkiem nowego roku.
Zwyczaj zaczynania nowego roku od pierwszego dnia miesiąca Ianuarius wprowadził w reformie kalendarzowej Gajusz Juliusz Cezar w 45 r. p.n.e.

 

Rocznice lutego:

2 lutego
w kościele katolickim obchodzone jest Ofiarowanie Pańskie, w Polsce nazywane tradycyjnie świętem Matki Bożej gromnicznej.

Począwszy od IX wieku wierni przynoszą 2 lutego do kościoła świece do pobłogosławienia zwane gromnicami, zwane tak od słowa „grom”, bowiem zapalano je w czasie burzy i stawiano w oknie, gdy modlono się o oddalenie piorunów.
Angielskie tłumaczenie polskiej nazwy to Feast of Our Lady of Thunder Candles, ale w angielskiej terminologii katolickiej święto zwane jest Presentation of the Lord lub Purification of the Blessed Virgin Mary; święcenie gromnic to Candlemas lub Candle Mass.
W krajach hiszpańskojęzycznych, 2 lutego obchodzone jest święto Presentación de Jesús en el Templo (zaprezentowanie Jezusa w Świątyni), Purificación de la Virgen (oczyszczenie Dziewicy) lub La Virgen de la Candelaria (Dziewica z Candelarii). To ostatnie związane jest z obchodami święta Matki Boskiej – patronki Wysp Kanaryjskich, której figura znajduje się w Candelarii na Teneryfie (i to jest wielka osobna historia, o której może kiedy indziej).
W Meksyku 2 lutego wydają przyjęcia ci, którzy w dniu Trzech Króli znaleźli figurkę dzieciątka Jezus w swojej porcji ciasta Rosca de Reyes (‘ciasto Trzech Króli’ mające formę pierścienia).

Kościół prawosławny świętuje w lutym Spotkanie Pańskie (2 lutego wg kalendarza juliańskiego, obowiązującego w liturgii prawosławnej; 15 lutego wg kalendarza gregoriańskiego).

Tak się składa, że do końca drugiej dekady wieku XXI, w lutym wypada ostatni czwartek przed wielkim postem, rozpoczynający ostatni tydzień karnawału – Tłusty Czwartek (4 II 2016; 23 II 2017, 8 II 2018, 28 II 2019 i 20 II 2020).

Odpowiednikiem Tłustego Czwartku w niektórych krajach jest Mardi Gras ‘tłusty wtorek’ lub Pancake Tuesday ‘naleśnikowy wtorek’, obchodzony przed środą popielcową.
Od lat media, a teraz nawet Wikipedia, uporczywe lansują przesąd, że kto nie zje pączka w Tłusty Czwartek… itd., czyli dokładnie jak w łańcuszkach szczęścia. Co znaczy, że gdzieś w podziemiu działa lobby cukierników, które uprawia dywersję za pomocą kryptoreklamy. I dobrze – obyśmy nigdy gorszych lobby nie mieli!

 

14 lutego jest Dniem Zakochanych (Walentynki).
Dzień to z pewnością piękny, ale jeśli przypomnieć sobie śpiewkę:

To-morrow is Saint Valentine’s day,
All in the morning bedtime,
And I a maid at your window,
To be your Valentine.

Then up he rose and donn’d his clo’es
And dupp’d the chamber door,
Let in the maid, that out a maid
Never departed more.

czyli:

Dzisiaj świętego jest Walentego,
Słońce już stoi na niebie;
Ja drżącą ręką w twoje okienko
Stukam i czekam na ciebie.

Wdział prędko szatki i drzwi chatki
Rozwarł przed swoją jedyną;
Dziewczyna słodka weszła do środka,
Ale nie wyszła dziewczyną.

(Shakespeare, H, IV, 5, przekład Stanisław Barańczak)

i uświadomić, jak skończyła śpiewająca ją Ofelia, to już jakby trochę tego piękna mniej.

 

W rocznicach lutowych dziwnym trafem, jak refren, powtarza się I wszystko byłoby pięknie… No bo tak:

 

1 lutego 1411
Polska podpisuje w Toruniu pokój, który kończy Wielką Wojnę Polski i Litwy

z Zakonem Krzyżackim, zaczętą w 1409. Krzyżacy – niby rozbici pod Grunwaldem, ale wciąż z Malborkiem – oddali Żmudź, oddali Ziemię Dobrzyńską, zapłacili sporą grzywnę.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że cztery dekady później zaczęła się kolejna wojna z Zakonem, tym razem trzynastoletnia. Po niej też był pokój, też w Toruniu, w 1466.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie kolejna wojna, pół wieku później. Po której był pokój i hołd pruski w 1525, i zamiana państwa zakonnego w księstwo świeckie, i obraz Matejki (1882).
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nowe świeckie księstwo, które nazwało się Pruskie, już 176 lat później (1701) stało się królestwem, a za kolejne siedemdziesięciolecie tak dziarsko zaczęło dzielić z sąsiadami polsko-litewski tort, że w 1795 nie było już po tym torcie ani śladu. No ale bitwę pod Grunwaldem żeśmy wygrali, przynajmniej wg naszej wersji historii, bo znam kraje, w których uczą dzieci, że pod Grunwaldem zwyciężył zupełnie kto inny.
Na szczęście lekcje historii u nas już są raczej nieobowiązkowe, więc nie mamy z tym większego problemu.

2 lutego 1848
Amerykanie podpisują w Guadalupe Hidalgo traktat z Meksykanami, który kończy wojnę (1846-48) między oboma krajami.

Wojna wybuchła po tym, jak Meksykanie nie zechcieli nawet pogadać z facetem, którego w 1845-tym wysłał do miasta Meksyk amerykański prezydent James K. Polk z propozycją kupienia za spore pieniądze ówczesnych ziem meksykańskich czyli Kalifornii i Nowego Meksyku.
Facet nazywał się John Slidell i za samą Kalifornię mógł dać 25 milionów dolarów, a ogółem miał do dyspozycji coś około 30 milionów (na owe czasy to była kosmiczna suma; Alaskę Stany kupiły w 1867 za jedne siedem milionów dwieście tysięcy).

Meksykańska strona rządowa mnożyła trudności uniemożliwiające jakiekolwiek oficjalne negocjacje, Slidell spędzał w Meksyku miłe chwile, generalnie zachwycony, bo Polkowi właśnie o to chodziło: skoro nie przemówiło złoto, miały zagrać armaty. Tak też się stało.

Nad samą wojną Meksykanie powinni spuścić kurtynę miłosierdzia i to z kilku powodów.
Jednym z nich było to, że ich wojskami dowodził generał Santa Anna, który jako bohater byłby ozdobą każdego operetkowego libretta, gdyby nie to, że był największą tragedią swego kraju (w kategorii wszechczasów). Tego, co wyczyniał zarówno podczas wojny z Amerykanami, jak i podczas swoich jedenastu rozpoczętych kadencji prezydenckich, nie spisać na wołowej skórze.

Drugim powodem był cud, jaki najpierw przydarzył się Ksenofontowi i wojskom greckim podczas Anabasis w V w. p.n.e., a później, na początku wieku XVI, Cortezowi i braciom Pizarro, którzy dowodząc kilkusetosobowymi oddziałami podbili imperia Azteków i Inków.
Tym razem, w marcu 1847, 10-tysięczny korpus gen. Winfielda Scotta, mając przeciwko sobie całą armię meksykańską, co najmniej 6-krotnie liczniejszą, wyokrętował pod Veracruz, przeszedł przez góry, doliny
i wąwozy 400-kilometrowym spacerkiem do miasta Meksyk, miasto zdobył i jeszcze musiał czekać, aż znajdzie się urząd czy osoba mająca dość plenipotencji, by podpisać jakikolwiek dokument kończący jego podboje.
Podręczniki historii piszą na ogół, jak to Meksyk, po podpisaniu traktatu w Guadalupe Hidalgo, stracił swe północne terytoria, które dziś są Kalifornią, Nevadą, Arizoną i Utah, a jeszcze kawałkiem Nowego Meksyku, Kolorado i Wyoming, czyli 1,36 mln km kw. (powierzchnia Alaski to 1,7 mln km kw.). Trudniej się dokopać informacji, że po wygranej wojnie USA za owe terytoria zapłaciły
15 milionów dolarów gotówką (dziś to jest podobno pół miliarda), anulując do tego ponad 3 miliony dolarów meksykańskiego długu. Pięć lat później (1853), nie kto inny jak gen. Santa Anna zaproponował Amerykanom „wyrównanie granicy” i za kolejne 10 milionów USD opchnął im 77 tysięcy km kw. Meksyku, w transakcji nazwanej Zakup Gadsdena (Gadsden Purchase). O tym, co się stało z tymi pieniędzmi, już nawet nie warto wspominać.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że na wojnę, a zwłaszcza na katabasis gen. Scotta, spuszczają też lekki woal zapomnienia Amerykanie, chyba dlatego, że generałowi zdarzyła się po drodze rzecz, dziś podpadająca pod kategorię zbrodni wojennych: 12-dniowe oblężenie miasta Veracruz, którego fortecę Scott zaatakował od strony cywilnych przedmieść.
Wg Meyera i Shermana, autorów The Course of Mexican History (Oxford UP, 1983, str. 349), straty po stronie amerykańskiej wynosiły 67 zabitych i rannych, zaś w mieście zginęło ok. 1000-1500 Meksykanów, przy czym straty wśród cywilów były niemal dwukrotnie większe niż wśród żołnierzy. Chyba dlatego Hollywood za kampanię Scotta dotąd się nie złapał: dużo łatwiej fałszować historie wojenne z odległej Europy.

Żeby dopełnić temat cudów wspomnę jeszcze historię legionistów czeskich podczas I wojny światowej i wojny domowej w Rosji: przejechali oni przez Rosję z Europy do Azji, przebili się przez armie bolszewickie, mienszewickie i inne, po drodze w Kazaniu zagarnęli rezerwy złota Banku Rosji i z częścią tego złota (jaką? „nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem”) zniknęli w sinej dali Pacyfiku ewakuując się drogą morską.

14 lutego 1076
papież Grzegorz VII rzuca ekskomunikę na Henryka IV – króla niemieckiego a niebawem Świętego Cesarza Rzymskiego. Rok później król się pokajał, a że papież mieszkał wówczas w zamku Kanossa, więc już wiemy dokąd musiał boso i w worku pokutnym pójść Henryk.

Papież tryumfował, a Henryk, w 1105, abdykował.
I wszystko byłoby (dla papiestwa) pięknie, gdyby nie to, że syn i następca Henryka IV, Henryk oczywiście V (tak, ten co oblegał Głogów), kolejnego papieża pojmał i parafę na korzystnych dla siebie traktatach (chodziło o to, kto wyznacza biskupów) wymusił.
Nie na wiele mu się to zdało, bo kolejny papież ekskomunikował i jego, co następny papież odwołał (obaj Henrykowie, jak z tego widać, mieli szczęście do co drugiego papieża).
Jaka była dalsza historia papiestwa i Niemiec można sobie poczytać, ale nic szczególnie wesołego z tego nie wynikło, chociaż Watykan takim najgorszym miejscem zamieszkania chyba nie jest.

Było o „wyrównywaniu granicy” po amerykańsku, to teraz może coś dla przeciwwagi:
15 lutego 1951
przedstawiciele Polski podpisują umowę o „wyrównaniu granicy” z ZSRR.
PRL dostała 480 km kw. (a przynajmniej tak podaje Dziennik Ustaw 1952, nr 11, poz. 63.) w Bieszczadach, a hegemon przejął 480 km kw. Lubelszczyzny.

Za czasów najlepszego z ustrojów krążył dowcip o wymianie towarowej w krajach bloku: my Sojuzowi – wagon węgla, a Sojuz nam – dwa wagony butów. Do podzelowania. Précisément.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że uśmiechnąć się tu mogą tylko mieszkańcy Ustrzyk Dolnych i kilku okolicznych wsi, którym na mocy tej umowy udało się znaleźć po zachodniej stronie granicy.
Ale mieszkańcom Bełza, Krystynopola i okolic chyba jednak do śmiechu nie było i nie jest. Dziś Белз (Bełz), Червоноград (Czerwonograd czyli Krystynopol), Угнів (Ugniw czyli Uhnów), Варяж (Wariaż czyli Waręż) i Хоробрів (Chorobriw czyli Chorobrów) są częścią rejonu sokalskiego w obwodzie lwowskim.
Dla porównania: powierzchnia m.st. Warszawa liczy (w 2015) 517 km kw.

18 lutego 1916
Roman Dmowski składa obszerny memoriał na ręce Aleksandra Pietrowicza Izwolskiego – ambasadora Rosji w Paryżu. Dmowski wciąż jeszcze uporczywie wiąże nadzieje niepodległości Polski z Rosją.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Rosja – nie tyle uporczywie, co konsekwentnie od stuleci – uważa, że Polska żadną zagranicą nie jest i nie będzie.
Memoriał Dmowskiego opisywał, jakiego szczęścia zaznają w przyszłości niepodległe narody słowiańskie, w tym Polacy, pod rosyjską egidą. Jak carski aparat potraktował te opowieści łatwo przewidzieć.
Myślenie kategoriami imperialnego hegemona było zresztą w Rosji tak zakorzenione, że kilka lat później, walczący z bolszewikami „biali” wzruszyli ramionami na proponowaną przez Piłsudskiego pomoc w rozbiciu „czerwonych”, bo warunkiem było uznanie po zwycięstwie polskiej niepodległości. Czym to się dla nich skończyło – wiadomo i nawet można by powiedzieć „dobrze im tak”, gdyby nie to, że w sumie nam wyszło na jeszcze gorsze.

19 lutego 1594
Zygmunt II Waza jest koronowany w katedrze w Uppsali na króla Szwecji.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Zygmunt był fanatycznym katolikiem i do tego upartym.
Przez swój upór zaprzepaścił szanse swego syna Władysława na tron szwedzki (warunkiem było przejście Władysława na luteranizm) i na tron carów Rosji (warunkiem było przejście Władysława na prawosławie). Upór Zygmunta i jego synów, utrzymujących w tytulaturze miano „dziedziczny król Szwedów”, dawało Szwecji dobry pretekst do atakowania Polski, a potop szwedzki (1655-1660)
– i wcześniejsze (1648-1654) powstanie Chmielnickiego – stały się pierwszymi gwoździami do trumny Rzeczypospolitej.

21 lutego 1848
Karol Marks i Fryderyk Engels opublikowali Manifest der kommunistischen Partei, po naszemu Manifest komunistyczny.

Zgrabnie napisana broszura miała wszystko, co politycznemu pamfletowi potrzeba: chwytliwe hasło na początku (Widmo krąży po Europie – widmo komunizmu), chwytliwe hasło na końcu (Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!), a za temat – niesprawiedliwość społeczną i prostą na nią receptę – rewolucję.
I wszystko byłoby pięknie, bo przecież w demokracji panuje pluralizm i wolność słowa, gdyby za poglądy obu panów nie złapały się grupy, których dziś nie da się określić inaczej niż terrorystyczne.
Marksizm, w swych kolejnych edycjach nazywany od imion kolejnych liderów totalitarnych partii, stał się oficjalną ideologią państw opanowanych przez najbardziej ludobójczy system polityczny jaki dotąd zdołano wymyślić. Żeby nie było nieporozumień – NSDAP też zaczynała od marksizmu, w swojej oczywiście wersji.

Polska i tak ma szczęście – marksizm-leninizm i marksizm-stalinizm zaledwie ją musnęły, a przecież i tak jeszcze po tym muśnięciu nie może się pozbierać.

23 lutego 1917
wybucha w Rosji Rewolucja Lutowa (nazwa dotyczy daty juliańskej, bo w gregoriańskim kalendarzu Zachodu był wówczas 8 marca).

Jej rezultatem jest abdykacja Mikołaja II (2/15 marca 1917) i utworzenie pierwszego demokratycznego rządu w dziejach Rosji, nazwanego Rząd Tymczasowy (trudno o gorszą nazwę), którym początkowo kierował książę Gieorgij Jewgienjewicz Lwow, a później Aleksander Fiodorowicz Kiereński.
I może wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że trwała I wojna światowa, a nowy rząd, mimo klęsk bitewnych, chciał uporczywie utrzymać Rosję w Entencie i na froncie.
Wtedy do gry włączyły się Niemcy, grające pierwsze skrzypce w bloku Państw Centralnych.
Niemcy, jak to Niemcy – myśleli kategoriami niemieckimi (a niby jakimi mogli myśleć?) i wydało im się, że skoro w Rosji nastała demokracja, to nastanie też ordnung, co zagrozić mogło niemieckim interesom na Wschodzie.
Niemcom nie wpadło do głowy, że – zamiast ordnungu – w Rosji zrobił się bałagan jeszcze większy, niż był za cara. Więc zdecydowały, że najlepszym lekarstwem na demokratyczną Rosję jest przywódca terrorystycznej partii bolszewickiej Włodzimierz Uljanow ps. Lenin.

Lenina i jego wspólników wyciągnięto z bezpiecznego azylu w Szwajcarii i z workiem niemieckiego złota przetransportowano w zaplombowanym wagonie do Hamburga i dalej statkiem do Helsinek, czyli praktycznie do Petersburga.
Ceną za pomoc miał być separatystyczny pokój z bolszewicką Rosją (był, a jakże, podpisany w Brześciu Litewskim „traktat brzeski” z 3 marca 1918), dający Niemcom możliwość przerzucenia armii ze Wschodu na Zachód, by na Zachodzie przestało wreszcie być „bez zmian”. Co się – rzecz jasna – nie udało (znowu przez Amerykanów), ale to już historia zupełnie innych miesięcy.
Mnie tutaj męczy jedno: walka wewnętrzna chęci z niechęcią. Chęć podpowiada, by sprawdzić, czy dobrze pamiętam, że za komuny starano się nam wpoić, iż to bolszewicy obalili carat, by uszczęśliwić uciemiężone ludy najlepszym z ustrojów. Niechęć za wszelką cenę stara się uświadomić mi, że dla udowodnienia tego kłamstwa propagandy musiałbym przedzierać się przez gazetowe wstępniaki i podręczniki historii, na widok których dostawałem niegdyś wysypki. Chyba nawrotu tej wysypki boję się bardziej.

 

W lutym urodziło się kilka ciekawych osób, m.in.:

James Joyce (1882-02-02);
księżniczka Bona Sforza (1494-02-02) czyli ta „królowa Bona, która umarła” (1557-11-19);
Tadeusz Kościuszko (1746-02-04), którego nazwisko ma tyle samo liter co nazwisko prezydenta USA wybranego na urząd równo 43 lata później, 1789-02-04;
Charles Lindbergh (1902-02-04), który jako pierwszy przeleciał non stop nad Atlantykiem, a historia jego 72-letniego życia to co najmniej kilkanaście sensacyjnych powieści lub scenariuszy;
Ronald Reagan (1911-02-06), 40. prezydent USA;
Charles Dickens (1812-02-07);
Thomas Edison (1847-02-11);
Abraham Lincoln (1809-02-12), 16. prezydent USA ;
Mikołaj Kopernik (1473-02-19);
Jerzy Waszyngton (1732-02-22), 1. prezydent USA;

Wśród tych, którzy zmarli (w tym wypadku to takie ładne określenie morderstw sądowych), są m.in.:

Maria Stuart, królowa Szkocji, ścięta 1857-02-08 w zamku Fotheringhay;
Giordano Bruno, spalony 1600-02-17 za herezję na rzymskim Campo de’ Fiori.
289 lat później w miejscu egzekucji wzniesiono Giordanowi pomnik.

 

Znaki Zodiaku lutego:
Wodnik (♒) – do 18 lutego
Ryby (♓) – od 19 lutego.
O Wodnikach już było. A o Rybach Czarny Pijar mówi z politowaniem:

Ryba powoduje ciągłe nieporozumienia w pracy i w domu, prochu nie wymyśli, sprawdza się najlepiej jako kontroler biletów komunikacji miejskiej i pod żadnym pozorem nie należy jej dopuszczać do urządzeń bardziej skomplikowanych niż tłuczek do kartofli, bo popsuje.

Zaiste, smutno się robi na samą myśl, że maj i jego Bliźnięta są jeszcze tak daleko.

 

Kwiaty lutego:

fiołek (Viola L.) – kwiat zakochanych, symbolizujący niewinność, szczerość, prawdę, namiętność, piękno i stałość w uczuciach.
Jest też symbolem straty – np. w Australii symbolizuje pamięć o żołnierzach poległych w I wojnie światowej.

pierwiosnek (Primula vulgaris L.) – kwiat szlachetny, występujący jako godło herbowe, ulubiony kwiat premiera brytyjskiego Benjamina Disraeli (1804-1881), upamiętniający rocznicę jego śmierci zwaną Primrose Day (Dzień Pierwiosnka). Gdy dłużej pomyśleć, można dojść do wniosku, że nazwa ta była po myśli zarówno zwolenników jak i przeciwników earla Beaconsfield.

U nas wiersz o pierwiosnku napisał Mickiewicz, zaczynając:

Z niebieskich najrańszą piosnek
Ledwie zadzwonił skowronek,
Najrańszy kwiatek pierwiosnek
Błysnął ze złotych obsłonek.

Ja
Za wcześnie, kwiatku, za wcześnie,
Jeszcze północ mrozem dmucha,
Z gór białe nie zeszły pleśnie,
Dąbrowa jeszcze nie sucha.

Chyba cenił ten utwór, gdyż otworzył nim swój pierwszy tomik poezji, Ballady i romanse (1822), czyniąc niejako wstępem do następnej „Romantyczności”.

Zachwyty filomaty jakże inne były od uczuć, które 80 lat później wzbudził ten wiersz w demonicznym Waldemarze:

– Niech mi pani pokaże karnecik.
Stefcia podała mu seledynowy, malowany gracik z maciupcim ołówkiem tegoż koloru. Waldemar przeczytał na okładce:

Lepsza w kwietniu jedna chwilka
Niż w jesieni całe grudnie.

Uśmiechnął się i usiadł obok Stefci na krześle w ten sposób, że odgrodził ją od sali. […]
– Bardzo dobry aforyzm. Mickiewicz dla siebie go widać ułożył, bo jednak czasami jest inaczej. Na przykład u nas wiosenne chwile były złe, nieufne, drażliwe, słowem brzydkie! Dzisiaj są lepsze, a mamy jesień! [...]
Spojrzał jej w oczy z demoniczną pewnością siebie.

 

Kamień lutego:
ametyst – symbolizuje pobożność, pokorę, duchową mądrość i szczerość.
Podobno chroni przed opilstwem – po grecku bowiem améthystos (ἀμέθυστος) znaczy „nie opiły”.
Wzięło się to ponoć stąd, że ceniąca trzeźwość nimfa Amethis znieść nie mogła zalotów Dionizosa, wiecznie będącego pod dobrą datą. Artemis, bogini łowów, na prośbę nimfy zmieniła ją w klejnot, a że Dionizos urazy nie chował, więc dał mu moc przeciwstawiania się potędze trunku. Starożytni zdobili ametystami czary i puchary, a nasi ujęli rzecz krótko i z właściwą sobie bezpretensjonalnością: łagodzi kaca.
Najwięcej ametystów wydobywa się w Zambii (rocznie podobno ok. tysiąca ton) i w Brazylii. W Polsce – jak zwykle: klejnotonośne są Sudety i tam też, w okolicach Szklarskiej na przykład, daje się znaleźć ametysty.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
drugi miesiąc roku to:

białoruskiлюты [liuty]
bośniackifebruar
bułgarskiфевруари [februari]
chorwackiveljača
czeskiúnor
kaszubskigromicznik
litewskivasaris
łatgalskisvacainis
łużycki (dolny)swěckowny (też: februar)
łużycki (górny)februar (też: mały rožk)
łotewskifebruāris
macedońskiфевруари [februari] albo cечко [seczko]
rosyjskiфевраль [fievral]
serbskiфебруар [februar]
słowackifebruár
słoweńskifebruar
ukraińskiлютий [liutij]
żmudzkivasaris

 

Przysłowia związane z lutym:

Czasem luty ostro kuty,
czasem w luty same pluty.

Czasem luty się zlituje,
że człek niby wiosnę czuje;
ale czasem tak się zżyma,
że człek prawie nie wytrzyma.

Gdy bez wiatrów luty chodzi,
w kwietniu wicher nie zawodzi.

Gdy ciepło w lutym,
zimno w marcu bywa,
długo trwa zima,
to jest niewątpliwa.

Gdy mróz w lutym ostro trzyma,
tedy jest niedługa zima.

Idzie luty, podkuj buty.

Jeśli ci jeszcze nie dokuczył luty,
to pal dobrze w kominie
i miej kożuch suty.

Kiedy luty puści, to marzec wypiecze.

Kiedy luty schodzi,
człek po wodzie brodzi.

Kiedy luty, obuj buty.

Luty,
gdy wiatrów i mrozów nie daje,
prowadzi rok słotny
i nieurodzaje.

Luty w lód okuty.

Luty, napije się wół pluty.

Na stycznie i lute
trzeba mieć konie kute.

Spyta cię luty: masz-li buty?

W lutym gdy zagrzmi
od wschodniego boku,
burze i wiatry walne
są w tym roku.

W lutym wody wiele
– w lecie głodne nawet cielę.

 

Przysłowia na
Matkę Boską Gromniczną (2 II):

Gdy jasne słońce
w dzień gromniczny będzie,
więcej niż przed tym śniegu
spadnie wszędzie.

Gdy na Gromnice roztaje,
rzadkie będą urodzaje.

Gdy słońce
świeci jasno na Gromnice,
większych jak były mrozów
czyni lice.

Gdy w Gromnice słońce
świeci na śmiecisko,
niechże zachowa gospodarz
słomę wszystko.

Gdy w Gromniczną z dachu ciecze,
zima jeszcze się przewlecze.

Gromnica – zimy połowica.

Gromnice jasne i czyste,
zima potrwa zaiste.

Ile razy przed gromniczną Matką Boską z dachów kapie,
tyle razy przed Wniebowzięciem [15 sierpnia] burze.

Jak na Matkę Boską gromniczną,
tak na św. Józef [19 marca].

Jasny dzień podczas Gromnice
lnu przyczynia na przęślice.

Jeśli Gromnice
mają zielne kwiatki,
kwietną niedzielę śnieżną
mają dziatki.

Na Gromnice – łataj bracie rękawice.

Na Gromnice mróz
– ogryzki do gnoju włóż;
na Gromnice kałużki
– wybieraj z gnoju ogryzki.

Na Gromniczną mróz
– szykuj chłopie wóz.
Na Gromniczną lanie
– szykuj chłopie sanie.

Od Gromnic do Gromnic,
aż nie będzie nic.
[gdy kto kogo łudzi próżną obietnicą, mówią: od…]

Skowronek,
o ile przed Gromnicą śpiewa,
o tyle po tym milczy.

W dzień Panny gromnicznej
bywaj zdrów, mój śliczny.
[t.j. już za późno na zaloty, konkury, gdyż post bliski.]

W Gromnicę milszym w owczarni wilk jak słońce.
[gospodarze utrzymują, że słońce w dniu gromnicznym jest pewną przepowiednią słoty, zimna i zarazy na owoc.]

 

Przysłowia na
św. Agatę (5 II):

Chleb świętej Agaty
od ognia strzeże chaty.
[lud w dniu tym zwykł święcić chleb i sól, a w razie pożaru, szczególniej od pioruna wynikłego, obnosi je dokoła domu, a następnie rzuca w płomienie, wierząc, iż ogień zostanie stłumiony.]

Gdzie święta Jagata,
bezpieczna tam chata.

Po świętej Agacie
widzimy muchy w chacie.

Po św. Agacie
wyschnie bielizna na płocie.

W dzień św. Agaty,
jeśli słonko przez okienko zajrzy do chaty,
to wiosenka na świat pogląda
zza zimowej kraty

 

Przysłowia na
św. Dorotę (6 II):

Na dzień świętej Doroty
ma być śniegu nad płoty.

Po św. Dorocie
wyschną chusty na płocie.

Rzadki dzień św. Doroty
bez mrozu, zawiei, słoty.

Święta Dorotka
wypuszcza skowronka za wrotka.

Wedle świętej Doroty
naprawiaj człecze płoty.

 

Przysłowia na
św. Walentego (14 II):

Gdy na święty Walek deszcze,
mrozy wrócą jeszcze.

Na św. Walentego
bywa zwykle mróz niczego,
ale jak Walek się rozdeszcze,
pewne mrozy wrócą jeszcze.

Święty Walek tych powali,
co patronem go nie zwali.

Św. Walenty gdy odmrozi pięty,
na wyżywienie sprzedawaj sprzęty.

 

Przysłowia na
św. Macieja (24 II):

Gdy Maciej święty
cokolwiek lodu nie stopi,
będą długo chuchali
w zimne ręce chłopi.

Jeśli mróz w święto Macieja,
czterdzieści dni tegoż nadzieja.

Na św. Macieja
prędkiej wiosny nadzieja.

Na św. Maciejca
zniesie gęś pierwsze jejca.

Na święty Maciej lody
wróżą długie chłody,
a gdy płyną już strugą,
to i zimy niedługo.

Skoro po Macieju
drzewa się ogrzeją,
pobiegnij do sadu,
oczyść go z owadu.

Św. Maciej posłał do braci,
czy zimę stracić;
a bracia mu powiedzieli:
niech zaczeka do niedzieli.

Święty Maciej zimę straci,
albo ją zbogaci.

 

Przysłowia na Tłusty Czwartek
(4 II 2016; 23 II 2017, 8 II 2018 i 28 II 2019, 20 II 2020):

Gdy w tłusty czwartek
człek w jedzeniu pofolguje,
łaskawy Pan Bóg
grzech obżarstwa daruje.

Im bliższy czwartek tłusty,
tym weselsze zapusty.

Kto w tłusty czwartek
nie zje pączków kopy,
temu myszy zniszczą pole
i będzie miał pustki w stodole.

Nie zjesz pączka
w tłusty czwartek,
twoje życie mało warte.

Powiedział Bartek,
że dziś tłusty czwartek,
a Bartkowa uwierzyła,
dobrych pączków nasmażyła.

Od tłustego czwartku
do Zmartwychwstania
– ścisły post się kłania.

Tłusty czwartek pączkami fetuje,
a od Popielca ścisły post szykuje

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha