Andrzej Straburzyński

Przystanek u świętego Pawła (1996)

„Święty Paweł” to nazwa w geografii świata dosyć znana. Wystarczy pojechać palcem po globusie, żeby znaleźć miejsce na lądzie lub morzu nazwane imieniem tego apostoła. Ma swojego Świętego Pawła Atlantyk w postaci skał koło równika, ma także swojego Świętego Pawła Ocean Indyjski.

 Île Saint-Paul_2

 

26 stycznia 1996 roku, po pokonaniu dystansu kilkunastu tysięcy kilometrów i różnicy temperatur rzędu 50 stopni Celsjusza pomiędzy Europą a Południową Afryką, wylądowałem w Durbanie.

Jakkolwiek Durban to klimat tylko subtropikalny, to jednak po wyjściu z samolotu wszedłem w niewidzialną zawiesinę wilgoci w powietrzu. Nic dziwnego: ciągle jeszcze jest tu lato.

Dzięki uprzejmości naziemnej obsługi British Airways szybko udało się przejść przez formalności związane z naszym przybyciem. Niezbyt skomplikowane, ale tym samym samolotem z Londynu przyleciało ponad trzystu pasażerów. Dobrze jednak mieć przyjaciół, pomyślałem, gdy wszystko było załatwione i byliśmy oficjalnie w Południowej Afryce. Za nami spory tłumek wciąż oczekiwał na odprawę.

 

Durban to największe miasto prowincji KwaZulu-Natal i główne wrota morskie Południowej Afryki. Położony w naturalnej zatoce Port Natal, został założony ponad 170 lat temu[1], kiedy poszukiwano dogodnych miejsc do handlu kością słoniową. Jest to obecnie największy port na wschodnim wybrzeżu Afryki i ważne ogniwo tutejszej gospodarki. Duży ruch w porcie dobrze świadczy o poziomie tej gospodarki, a wszyscy moi rozmówcy potwierdzają, że ilość ładunków w eksporcie i imporcie wzrasta systematycznie z roku na rok. Porównanie z rokiem 1991 i 1995, kiedy byłem tu ostatni raz, wypada na korzyść teraźniejszości i jakkolwiek wielu mieszkańców wciąż jeszcze obawia się podzielenia losu innych państw afrykańskich, myślę, że to jednak nie nastąpi.

Tutaj w Durbanie przebywa od połowy grudnia Concordia[2], żaglowiec zbudowany w Szczecinie dla potrzeb kanadyjskiej szkoły pod żaglami[3] i oddany do eksploatacji w kwietniu 1992 roku. W roku akademickim 1995/96 właśnie Durban został wybrany jako port zakończenia pierwszego i rozpoczęcia drugiego semestru.

CONCORDIA_sm

W czasie przerwy świątecznej większość studentów poleciała do domów do Kanady i USA, a Concordia została w Durbanie.

Dzięki dużej przychylności głównie ze strony zarządu portu oraz agenta i miejscowego klubu jachtowego, koszty tego ponadmiesięcznego postoju ograniczyły się tylko do takich opłat standardowych jak prąd, telefon i woda.

 

Z przychylnością tą spotkałem się pierwszy raz w czasie ponaddwumiesięcznego pobytu w Kapsztadzie w roku 1991/92. Począwszy od różnego rodzaju organizacji, a skończywszy na mieszkańcach, wszyscy okazywali duże zainteresowanie tym, skąd przypływamy, dokąd płyniemy i co robimy, i czuło się zadowolenie, że właśnie w ich porcie się zatrzymaliśmy. Braliśmy to pod uwagę, kiedy w roku 1994 opracowywaliśmy trasę obecnego roku akademickiego.

Podróż, rozpoczęta w Louisburgu – małym porcie Nowej Szkocji na wschodnim wybrzeżu Kanady, wiodła tym razem przez Atlantyk, Morze Śródziemne, Kanał Sueski i wschodnie wybrzeże Afryki do Durbanu.

Pierwszym przystankiem w drugim semestrze miały być wyspy Święty Paweł i Amsterdam. Obie, położone na Południowym Oceanie Indyjskim, 2400 mil morskich na wschód od Durbanu, wchodzą w skład Francuskich Terytoriów Południowych i Antarktycznych i mają status Francuskich Terytoriów Zamorskich.

 

Pod koniec stycznia młodzież zaczęła wracać z zimowych wakacji i 1 lutego 1996 opuściliśmy Durban, zaczynając żeglugę po Oceanie Południowym, mając przed sobą najdłuższy jak dotąd w krótkiej historii Concordii przelot z portu do portu: 4400 mil morskich do Fremantle w Australii.

We wszystkich żeglarskich przekazach ustnych i pisanych, Ocean Południowy określany jest jako jeden z najbardziej burzliwych akwenów na świecie. Wystarczy wspomnieć takie nazwy jak „ryczące czterdziestki” i „wyjące pięćdziesiątki”, a niemalże wszyscy żeglarze wiedzą, o co chodzi. Mocnych wrażeń wystarczy tu na pewno dla każdego jeszcze na długie, długie lata. Siła wiatru, wielkości fal, jakie tu występują i inne zjawiska pogodowe były opisywane wielokrotnie. Kolejny opis byłby więc jak powtórne definiowanie koła. Jest się tu na pewno pod wrażeniem ogromu tego Oceanu i towarzyszącej pustki.
Pustki, jeżeli nie liczyć ptaków, jedynych stałych mieszkańców tych ogromnych przestrzeni. Doskonali szybownicy, dla których pogoda – dobra czy zła – nie stanowi żadnej przeszkody, wielkie albatrosy i mniejsze petrele towarzyszą nam od momentu opuszczenia Durbanu. Ciekawe tego, co się wokół nich dzieje i cóż to za intruz z tak dziwnymi skrzydłami wtargnął na ich terytorium. Kiedy szybują nisko nad wodą, wydaje się, że końcami skrzydeł muskają jej powierzchnię, jednak nic takiego nie następuje. Zadziwiająca jest precyzja tego szybowania. Czasami zawisną w powietrzu i trwają tak, przemieszczając się razem z nami. A czasami podlatują na wysokość mostku i przekrzywiając łebek wyglądają, jakby chciały zapytać: co tu robisz przyjacielu?, dlaczego nie latasz razem z nami? Nie uzyskując odpowiedzi siadają na wodzie za rufą, aby po chwili znowu nas doganiać. Rozpiętość skrzydeł albatrosów dochodzi do trzech metrów, a petreli – do jednego metra w zależności od gatunku. I w tym chyba tkwi chyba część tajemnicy tak doskonałego szybowania.

 

W dziewiętnaście dni po opuszczeniu Durbanu, w nocy z 18 na 19 lutego, Wyspa Świętego Pawła ukazuje się na ekranie radaru. Poranna wachta ma okazję obserwowania wschodu słońca z wyspą w tle.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_01_swit_fot_Wojciech_Jacobson_Scan0187_lev_sm

Nie będąc pewnym, na której wyspie pozwoli nam zakotwiczyć pogoda, zdecydowałem się na generalny kurs, który prowadził nas pomiędzy nimi. Pogoda potrafi się tu zmieniać, jak w kalejdoskopie. Przyczyną są bardzo szybko przemieszczające się niże i fronty, którym nic nie stoi na przeszkodzie. W rezultacie postanawiamy odwiedzić Wyspę Świętego Pawła jako pierwszą.

Okrążając jej północny cypel mamy okazję obserwować skutki beztroski i lekceważenia bezpieczeństwa żeglugi. Leżący na brzegu wrak był jeszcze siedem miesięcy temu japońskim tuńczykowcem. Płynąc z Kanady do Australii Zuhio Maru 58 w czasie silnego sztormu i mgły, w lipcu 1995 roku, wjechał z prędkością 12 węzłów na północny brzeg wyspy. Wjechał w wyniku popełnionego błędu nawigacyjnego. Załoga, 24 osoby, pozostawała na wraku dwa dni, po czym przeniosła się na stały ląd. Nawiązano łączność radiową z sąsiednią wyspą Amsterdam i łączność satelitarną z Perth w Australii. Panujące tu zimowe sztormy uniemożliwiały natychmiastową ewakuację załogi, ale mimo ciężkich warunków samolot australijskiego ratownictwa morskiego dokonał zrzutu kontenera z wyposażeniem i żywnością. Poprawiło to znacznie sytuację Japończyków, którzy od tej pory mogli spać w namiotach. Do dzisiaj znajduje tu się ślad po tym zrzucie i rozbitych namiotach. Dopiero po dwóch tygodniach, od momentu katastrofy, pogoda pozwoliła na zdjęcie rozbitków i przewiezienie ich na wyspę Amsterdam, gdzie się nimi zaopiekowano.

Ten wypadek jest przykładem jak to sprawny i nowocześnie wyposażony statek ulega katastrofie za przyczyną zaniedbań człowieka.

Obie te małe wyspy, położone generalnie pomiędzy 37 a 39 stopniem szerokości południowej i na 77,5 stopniu długości wschodniej, zostały odkryte w 1522 roku przez baskijskiego nawigatora Juana Sebastiana de Elcano, który był kapitanem karaweli Victoria, wchodzącej w skład flotylli Magellana w czasie podróży dookoła świata. Był to jednocześnie jedyny żaglowiec, który powrócił z tej podróży do Hiszpanii, po tragicznej śmierci Magellana na Filipinach.

MAP_Île Amsterdam

W latach późniejszych obie wyspy były odwiedzane przy różnych okazjach lecz pozostawały w dalszym ciągu niezamieszkałe i niczyje. W roku 1843 zostały zaanektowane przez Francję, a w roku 1893 aneksja została potwierdzona i od tamtej pory stanowią terytorium francuskie.[4]

MAP_Île Saint-Paul_1

Roślinność jest tutaj dobrze rozwinięta, lecz ograniczona do wielu gatunków traw, gdyż wyspy są pochodzenia wulkanicznego. Wprawdzie obecnie aktywność wulkaniczna to tylko emisja oparów siarkowych na Wyspie Świętego Pawła, lecz nie zmienia to faktu, że podłoże jest typowe dla tego rodzaju pochodzenia.

 

 MAP_Île Saint-Paul_2

O pochodzeniu wulkanicznym świadczą także stare kratery istniejące do dnia dzisiejszego na Amsterdamie. Natomiast zdecydowanie większą część powierzchni Świętego Pawła zajmuje utworzone w kraterze jeziorko, dostępne z oceanu. Wejście szerokości około 50 metrów i głębokości 1,8 metra znajduje się na północno-wschodniej stronie i pozwala mniejszym jachtom na kotwiczenie w środku tego naturalnego basenu.

Niestety dla nas są to wielkości o wiele za małe i kotwiczymy na zewnątrz w odległości dwóch kabli od wejścia. Wszystko zależy tu od pogody, a w szczególności od kierunku i siły wiatru, jak również od kierunku i wielkości rozkołysu, który jest tu obecny cały czas. Tym razem przyroda obchodzi się z nami bardzo łagodnie, jakby wiedziała, że mamy za sobą dziewiętnaście dni żeglugi po otwartym oceanie i każdy z nas chętnie postawiłby stopę na kawałku stałego lądu.

Podchodząc na kotwicowisko, mijamy zakotwiczony trawler rufowy Astral bandery francuskiej.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_03_w_drodze_na_kotwicowisko_statek_rybacki_przy_brzegu_fot_Wojciech_Jacobson_F1040004_lev_sm

 

Krótko po zakotwiczeniu przypływają pontonem Francuzi, wśród których jest oczywiście przedstawiciel Francuskiej Straży Granicznej odnotowujący fakt naszego przybycia.
Francuskojęzyczna młodzież z Quebecu jest wniebowzięta mogąc tu, niemalże na końcu świata, rozmawiać po francusku. Najbardziej zadowolona jest nasza kucharka, której angielski z bardzo silnym francuskim akcentem powoduje czasami wesołe sytuacje. Dwóch pozostałych Francuzów z załogi Astrala, dowiadując się, że są tu również Polacy, informuje mnie, że ich statek był zbudowany w Gdańsku cztery lata temu i że przez pierwszy rok pływał z nimi polski mechanik gwarancyjny. Zapytani przeze mnie o nazwisko mieli wyraźne kłopoty z jego wymówieniem. Poławiają tu langusty, w które te wody obfitują.
Takie spotkania na krańcach świata odległych od cywilizacji zawsze są bardzo serdeczne i otwarte. W chwilę po odpłynięciu pontonu, któremu towarzyszą dwa nasze z młodzieżą, przypływa duża łódź motorowa do połowu langust i zostajemy obdarowani dwoma workami wypełnionymi po brzegi langustami. Zapowiada się królewska kolacja.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_07a_nauczycielka_biologii_z_langusta_od_rybakow_fot_Wojciech_Jacobson_Scan0203_sm

 

Wybuch wulkanu, który kiedyś miał tu miejsce, spowodował zapadnięcie się wschodniej części wyspy, a otwierając dostęp oceanu utworzył w kraterze jeziorko. Oddzielają je od oceanu dwa niskie skalne falochrony, które wyglądają tak, jakby zbudował je człowiek. Rozkołys nie ma tu dostępu, więc powierzchnia wody w środku jest spokojna. Na prawym falochronie powiewa flaga francuska, potwierdzająca przynależność.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_08_widok_ogolny_1_zatoki_krateru_fot_Wojciech_Jacobson_F1040005a_lev_sm

Oba falochrony to ulubione miejsce odpoczynku, żeby nie powiedzieć wylegiwania się, słoni morskich, fok i lwów morskich. Potężne cielska samców, zastygłe w bezruchu zdają się w ogóle nie reagować na nasze zbliżanie. Zatrzymujemy silnik pontonu, żeby nie zakłócać ich spokoju. Bardzo silne jest wrażenie bliskości natury. Wszystko jest odległe na dotyk ręki.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_17_uchatki_4_na_mierzei_fot_Wojciech_Jacobson_F1000008_sm

Samice okazują większe zainteresowane naszym przybyciem. Bardziej ruchliwe, podpływają blisko i prawie zaglądają do środka pontonu. Wokół bardzo dużo foczej młodzieży. Wszędzie słychać nawoływania samic. Chwilami mam poważne obawy, czy któraś z bardziej ciekawskich fok nie wskoczy nam do pontonu. Po sfilmowaniu i zrobieniu sporej ilości zdjęć, opuszczamy to wspaniałe miejsce równie cicho, jak żeśmy tu przybyli. Jesteśmy tylko gośćmi, a spokoju gospodarzy nigdy nie należy zakłócać.

Jeziorko jest okrągłe, a okalające je strome zbocza krateru porośnięte są trawami. Przepływamy na drugą stronę, gdzie wyraźnie widać wydostające się spod powierzchni ziemi obłoczki pary. To gorące źródła i towarzysząca im emisja oparów siarkowych. Również i tu spotykamy foki, które odpoczywają pomiędzy skałami.

Okrążywszy jeziorko lądujemy na jego północno-wschodnim brzegu, jedynym miejscu nadającym się do tego celu. Jest tu zamontowane urządzenie do pomiarów wysokości pływu, a na brzegu stoi niebieski barak służący za pomieszczenie mieszkalne i magazyn naukowcom. Przypływają tu z pobliskiego Amsterdamu w celu prowadzenia obserwacji.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_12_barak_magazynek_dla_przybyszy_fot_Wojciech_Jacobson_Scan0180_sm

Zgromadzona w magazynie żywność świadczy o częstych tutaj pobytach. Za barakiem na niewielkim wzniesieniu malutki cmentarzyk z trzema grobami lecz tylko jednym krzyżem. Nie ma niestety daty, jest tylko nazwisko. We wcześniejszych latach na Świętym Pawle funkcjonowała stacja rybacka i pewnie wielorybnicza. Może to ktoś z obsługi nie doczekał powrotu w rodzinne strony.

Po stacji pozostały zardzewiałe urządzenia i resztki zabudowań. Można rozpoznać, że coś było kiedyś silnikiem elektrycznym, a coś zbiornikiem. Są nawet ślady torowiska, którym zapewne transportowano do dalszego przerobu to, co złowiono w morzu.

Zbudowane z kamienia domki, które kiedyś zajmowała obsługa stacji, są obecnie okupowane przez foki. To nic że bez dachu, który zniszczył czas. Liczy się poczucie prywatności. Gdy zbliżam się pewnie do jednego z nich, zostaję gwałtownie ostrzeżony przez jego mieszkankę. Powodem jest focze niemowlę, które po chwili dostrzegam na betonowej posadzce. Wycofuję się, żeby nie zakłócać spokoju matki.

 

Będąc jeszcze na pokładzie, widziałem przez lornetkę dziesiątki stojących na zboczu pingwinów, które wyglądały tak, jakby obserwowały, czy ktoś nie nadpływa.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_28_pingwiny_skalne_3_fot_Wojciech_Jacobson_F1040007_lev_sm

Jedyne wydeptane ścieżki, którymi można do nich dotrzeć, znajdują się właśnie po tej stronie krateru. Poruszając się poza tymi ścieżkami, gdzie kępy traw są gęste i wysokie, trzeba uważać na przemykające tu i ówdzie te bezlotne ptaki.

Rockhopper penguin, czyli po polsku „pingwin skaczący po skałach” lub po prostu pingwin skalny, jest jednym z mniejszych przedstawicieli tego gatunku. Dorosłe osobniki osiągają wysokość 61 centymetrów. Białe brzuszki, czarne fraczki na plecach, czerwone dziobki i bardzo charakterystyczne długie zielono-żółte brwi.

Brwi są jak źdźbła trawy poutykane nad oczami w celu lepszego maskowania wśród gęstej trawy. Niektóre z ptaków, wystraszone moim zbliżaniem, dają nura w trawę, aby po chwili ukazać się w zupełnie innym miejscu. Inne zamierają w bezruchu, a ponieważ trawa jest wyższa niż one, trudno je dostrzec. Co jakiś czas wysuwają łebek i – rozglądając się na boki – sprawiają wrażenie, jakby stały na warcie i pilnowały swojego domostwa.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_29_pingwiny_skalne_4_fot_Wojciech_Jacobson_F1040010_sm

Schodząc w dół spotykam całą procesję mozolnie wspinających się w górę pingwinów. Poruszają się wydeptanymi przez siebie ścieżkami. Traktując mnie jako przeszkodę na swojej drodze, zatrzymują się i zaczynają gęgać, jakby próbowały ustalić wspólne zdanie na temat tej przeszkody. Parę z nich znika po prostu w trawie i tyle je widzę. Główna grupa zaczyna ponownie wspinaczkę w momencie, kiedy usuwam się na bok. Wzniesienie jest dosyć strome. Od skalistego brzegu jest tu na pewno paręset metrów. Z podziwem obserwuję tą mozolną wspinaczkę. Cztery kroczki i hop, hop, hop – trzy podskoki po skałkach. I tak na zmianę.

Schodzę niżej i na kamienistym brzegu przyglądam się formowaniu następnego pochodu. Stoi tu niewielka grupa, do której dołączają wciąż nowe pingwiny wyskakujące z wody. Nie wiem, który z nich dał znak, lecz raptem pochód rusza. I znów: trzy kroczki i cztery podskoki po skałach. Usiłuje tę grupę dogonić jakiś spóźnialski, głośno przy tym gęgając, jakby wołał „Jeszcze ja! Co, zapomnieliście o mnie?!”

Leżąca obok mnie foka otworzyła leniwie oczy, szeroko ziewnęła i stwierdziwszy, że nie stanowię dla niej zagrożenia, oddała się na powrót drzemce.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_18_uchatki_5_na_mierzei_fot_Wojciech_Jacobson_F1040006_sm

 

Wokół sielski nastrój i słychać tylko rytmiczny odgłos niewielkiego przyboju, a w niezbyt dużej odległości widać Concordię kołyszącą się w rytm rozkołysu.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_33_reda_Concordia_na_kotwicowisku_fot_Wojciech_Jacobson_F1040003_lev_sm

 

Zbliża się zmierzch i czas wracać. Opuszczamy to wspaniałe miejsce zostawiając w takim stanie, w jakim żeśmy je zastali. W ciągu tych kilkunastu godzin postoju, pogoda potraktowała nas łaskawie.

 

O północy podnosimy kotwicę i udajemy się w kierunku wyspy Amsterdam, która leży 60 mil morskich na północ. Wyższa i mniej więcej pięć razy większa niż Święty Paweł wyspa Amsterdam jest również porośnięta trawami. Mieści się tu stacja meteorologiczna i naukowa oraz ma swoją siedzibę zarządca tego regionu. Nie ma tu, niestety, tak dogodnego kotwicowiska i miejsca na brzegu do lądowania pontonem. Jedyne dostępne znajduje się na północnej stronie, naprzeciwko stacji. Płynąca kiedyś lawa utworzyła tu krótkie, naturalne nabrzeże. Jest ono wykorzystywane do rozładunku zaopatrzenia, jakie jest dostarczane drogą morską.

W nocy zaczyna wiać z północnego-zachodu, co kotwiczenie i lądowanie czyni niemożliwym. Podchodzimy od wschodniej strony i w momencie, gdy osiągamy północno-wschodni cypel, wieje już dosyć silny wiatr.

Wprawdzie bardzo widoczna jest jego tendencja do skręcenia ku zachodowi, a nawet południowemu-zachodowi, ale pozostający rozkołys wyklucza lądowanie pontonu.

Niska warstwa chmur i przelotne opady nie napawają optymizmem. Po prostu przechodzi przez nas chłodny front. Kotwicowisko jest głębokie i kotwiczenie takim statkiem jak Concordia, z ograniczoną długością łańcucha, wymaga odpowiednich warunków pogodowych.

1996-02-20_W-a_Amsterdam_07_szkwalowe_chmury_fot_Wojciech_Jacobson_sm

Na brzegu widać zabudowania mieszkalne i gospodarcze stacji. Są również zbiorniki, pewnie na paliwo. Aktualnie przebywa tu około dwudziestu pięciu osób. Wielki stały napis „Witamy na Amsterdamie” wygląda bardzo zachęcająco. Rozmawiamy z Francuzami przez radio. Potwierdzają, że próba kotwiczenia i lądowania pontonem w takich warunkach może być bardzo ryzykowna.

1996-02-20_W-a_Amsterdam_10_brzeg_kolo_stacji_naukowej_fot_Wojciech_Jacobson_F1000019_sm

 

Pogoda, jakby chciała nam to chociaż częściowo wynagrodzić, na krótki moment się poprawia i słońce oświetla budynki stacji. Jest nawet śliczna, bardzo gruba tęcza. Nie zmienia to jednak faktu, że musimy stąd odpłynąć.

1996-02-20_W-a_Amsterdam_01w_porannym_deszczu_fot_Wojciech_Jacobson_F1000010_lev_sm

 

Wszyscy żałują. Francuzi – bo omija ich okazja spotkania z nami. My – bo omija nas okazja odwiedzenia kolejnego miejsca położonego daleko od szlaków cywilizacji.

I wreszcie ja żałuję, bo omija mnie okazja dowiedzenia się u źródła czegoś więcej o tych dwóch wyspach. Chociażby tego, czym zajmowali się ludzie przebywający kiedyś w stacji rybackiej na Świętym Pawle i kto leży na tym małym cmentarzyku. W biurze regionu znalazłyby się pewnie jakieś dokumenty na ten temat. Cóż, może następnym razem.

1996-02-20_W-a_Amsterdam_13_po_pozegnaniu_kurs_na_E_stawianie_zagli_fot_Wojciech_Jacobson_F1000012_sm

 

Żegnamy się przez radio z Francuzami i informujemy, że w takiej sytuacji płyniemy do Australii. W tym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że zabrzmiało to tak, jakbyśmy udawali się po gazetę do kiosku za róg. Po prostu: płyniemy do Australii. A przecież to tak daleko stąd.

 Concordia_1996_2_sm

Fremantle w Australii osiągamy po 32 dniach od opuszczenia Durbanu.[5]
Teraz, kiedy ten najdłuższy odcinek naszego rejsu mamy już poza sobą, mogę z całą pewnością stwierdzić: tak, to było daleko.

Tekst: Andrzej Straburzyński
Fotografie: Wojciech Jacobson
1996
Mapy: Wikipedia i Wojciech Jacobson

 Tekst był publikowany wcześniej, prawdopodobnie w miesięczniku Żagle lub tygodniku Wyspiarz

 


[1]
W 1824 Francis George Farewell, porucznik armii brytyjskiej, uzyskał zgodę króla Zulusów Czaki (Shaka-Zulu) na założenie placówki handlowej nad Oceanem Indyjskim. W drodze na wybrzeże towarzyszył mu angielski podróżnik Henry Francis Fynn, który otrzymał od Czaki dar w postaci 30-milowego pasa wybrzeża, głębokiego na sto mil. Obaj biali założyli osadę Port Natal, która miała być punktem zaopatrzeniowym dla statków płynących do i z Indii oraz ośrodkiem handlu kością słoniową.
23 czerwca 1835, trzydziestu pięciu Europejczyków mieszkających w osadzie zadecydowało, że stworzą tam stolicę prowincji i nazwą ją d’Urban od nazwiska sir Benjamina d’Urbana, gubernatora Kolonii Przylądkowej (Cape Colony).
W swej historii Durban był pod rządami Afrykanerów, rozbudował przemysł cukrowniczy, stał się jednym z głównych skupisk Hindusów poza Indiami (działał tam również Mohandas Gandhi, późniejszy Mahatma), dziś jest drugim co do wielkości (aglomeracja liczy 3,5 miliona mieszkańców) miastem RPA, ale nigdy nie został stolicą prowincji, którą jest znacznie mniejszy Pietermaritzburg. [przyp. KR]

[2]
Concordia, stalowa barkentyna, zbudowana w Szczecinie w 1991, przekazana armatorowi (West Island College z Montrealu) w kwietniu 1992.
Długość 57,5 m (188 ft 8 in), szerokość maksymalna 9,44 m (31 ft 0 in), zanurzenie 4,0 m (13 ft 1 in), pow. ożaglowania 993 m kw. (10 690 sq. ft), wysokoprężny silnik pomocniczy MAN pozwalający osiągnąć prędkość 9 węzłów.
Zatonęła 17 lutego 2010, 300 Mm SE od Rio de Janeiro. [przyp. ŻR]

[3]
Wojciech Jacobson:
Kanadyjczycy wzorowali się na polskiej Szkole pod Żaglami zainicjowanej przez Krzysztofa Baranowskiego. Młodzi uczniowie kanadyjscy i amerykańscy pełnili obowiązki załogi, a jednocześnie pod kierunkiem nauczycieli realizowali program szkolny.

[4]
Wojciech Jacobson:
Myślę, że potrzebny tu przypis dotyczący Adama Mierosławskiego, który był ponownym – po 300 latach zapomnienia – odkrywcą wysp i właścicielem połowy Saint-Paul. Angielskie źródła Mierosławskiego pomijają, a do nich zaglądał chyba Andrzej.

Adam_Mieroslawski_1815-1851_minAdam Mieroslawski (1815-1851)

Żeglujmy Razem:
Adam Piotr Mierosławski (1815-1851) był żołnierzem, żeglarzem i inżynierem. Walczył w powstaniu listopadowym na warszawskiej Woli pod komendą gen. Józefa Sowińskiego (1831) za co dostał krzyż Virtuti Militari, był w niewoli rosyjskiej, skąd uciekł do Prus, a później do Francji.
Od 1835 pływał na statkach i okrętach francuskich, gdzie doszedł do stanowiska i stopnia kapitana.
W 1841 kupił swój pierwszy statek, którego używał m.in. do łowienia fok i wielorybów.
W 1843 dotarł do wysp Św. Pawła i Amsterdam, o których – przez trzysta lat po ich pierwszym odkryciu – całkowicie zapomniano. Objął obie wyspy w posiadanie w imieniu Francji, a jego zdecydowana postawa powstrzymała od interwencji zbrojnej nawet marynarkę brytyjską. Od rządu francuskiego Mierosławski uzyskał koncesję na eksploatację wysp i prawo własności połowy wyspy Świętego Pawła.
Na wieść o wybuchu Wiosny Ludów (1848) pojechał do Europy by „walczyć z tyranią”. Brał udział w powstaniu w Palermo w Królestwie Sycylii (1848), w powstaniu w Badenii (walczył u boku swego starszego brata, Ludwika Mierosławskiego) i powstaniu węgierskim.
W 1850 kupił kolejny statek, którym pływał po Oceanie Indyjskim.
Zmarł 6 maja 1851 mając 36 lat, na morzu, w pobliżu wysp Św. Paweł i Amsterdam, w drodze z Australii.

Biografia: Mickiewicz, Marian. Odmieniec: opowieść o Adamie Mierosławskim. Seria Miniatury Morskie. Gdynia : Wydawnictwo Morskie, 1966.
[przyp. KR]

Wojciech Jacobson:
Praprawnukiem Emeryka Mierosławskiego, młodszego brata Adama, jest Krzysztof Jaworski, j.kpt.ż.w., mistrz Polski jachtów kilowych z 1953 r., uczestnik niezliczonej ilości rejsów i regat, dawny komandor AKM w Gdańsku, obecny Starszy Koła Seniorów PZŻ i jego były sekretarz, publicysta i autor wspomnień żeglarskich z pierwszych, powojennych lat Szczecina, w których indywidualne losy i doświadczenia młodego gimnazjalisty i licealisty zostały barwnie ukazane na tle historycznych przemian miasta i regionu.
Mama Krzysztofa jest z domu Mierosławska i do jej wspomnień podesłałem zdjęcie Wyspy Św. Pawła. O swoim stryjecznym pradziadku Adamie pisze tak:

Adam, młodszy Brat Ludwika miał w sobie żyłkę marynarza. Może odziedziczył ją po swoim Pradziadku, kpt. Stubbsie. Karierę rozpoczął jako chłopiec okrętowy, pływając po Oceanie Indyjskim. Po paru latach nabył statek zdobywszy stopień kapitana „au long cours”. Kiedyś przypadkiem sztorm go tak zniósł z kursu, że przybił do dawno zapomnianej przez geografów wyspy St. Paul i nieco dalej New Amsterdam.
Były to jeszcze czasy konkwistadorskie, więc Adam stał się właścicielem wyspy, ale że jako Polak niezbyt nadawał się na kolonizatora, przystał na apel Ludwika, by sprzedał wyspę i przysłał mu pieniądze na walkę z tyranami. Był to jeszcze okres Wiosny Ludów. Adam sprzedał pół wyspy, zasilił Brata finansowo, ale sam nie zdecydował się na proponowaną wojaczkę. Kupił nowy statek, nazwał go „Moja Polska” i pływał na nim kumając się z poławiaczami pereł, rybakami i innymi ludźmi mórz.
Skolonizował część wyspy St. Paul. Zginął śmiercią żeglarza w 1851 r. Wzmiankę o nim znalazłam przypadkiem w książce Vernego pt. „Dzieci Kapitana Granta”. Wzmianka ta jest nader zabawna:
Zresztą przeznaczeniem wyspy Amsterdam było stać się kolonią francuską: należała ona najpierw prawem pierwszego okupanta do niejakiego Camina, armatora z Saint-Denis, stolicy Reunion; po czym zgodnie z jakimś układem międzynarodowym odstąpiono wyspę pewnemu Polakowi, który zaczął ją uprawiać posługując się niewolnikami malgaskimi. W myśl starego powiedzenia: „Polak – to prawie Francuz”, po pewnym czasie wyspa stała się znowu kolonią francuską, jako własność imci Pana Otovana.
Na Adamie kończę historyczną niejako część moich wspomnień, dochodząc do dziejów przeważnie znanych mi osobiście.

Zubczewska, Wanda. [Krzysztof Jaworski, red.]. Wspomnienia. Warszawa : Michał Jaworski, 2012;
ISBN: 978-83-931458-8-1; str. 13-14.
reprodukcja okładki i zdjęcie Adama Mierosławskiego: Zenon Szostak: Zeszyty ŻeglarskieZubczewska_Wanda_Wspomnienia_okladka_sm

[5]
Wojciech Jacobson:
Postój Concordii we Fremantle trwał od 4 do 10 marca 1996 r.

Calendar

« May 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało... Wiosna, ach to ty!
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

[Marek Grechuta]

Wiosna – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Charakteryzuje się umiarkowanymi temperaturami powietrza z rosnącą średnią dobową, oraz umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego.

Każda wiosna tak się zaczyna, od tych horoskopów ogromnych i oszałamiających, nie na miarę jednej pory roku, w każdej – żeby to raz powiedzieć – jest to wszystko: nieskończone pochody i manifestacje, rewolucje i barykady, przez każdą przechodzi w pewnej chwili ten gorący wicher zapamiętania, ta bezgraniczność smutku i upojenia szukająca nadaremnie adekwatu w rzeczywistości.

Ale potem te przesady i te kulminacje, te spiętrzenia i te ekstazy wstępują w kwitnienie, wchodzą całe w bujanie chłodnego listowia, we wzburzone nocą wiosenne ogrody i szum je pochłania. Tak wiosny sprzeniewierzają się sobie – jedna za drugą, pogrążone w zdyszany szelest kwitnących parków, w ich wezbrania i przypływy – zapominają o swych przysięgach, gubią liść po liściu ze swego testamentu.

Ładnie. Ale skoro poszło już z takiego pułapu jak Schultz, do skontrowania trzeba rzeczywiście poszukać adekwatu:

Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Na pozór nic się nie zmieniło. Tramwaje wciąż były pełne z rana, puste i brudne w ciągu dnia. Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi, a mały staruszek pluł na koty.

Chyba może być, choć od razu wiadomo, że niepowtarzalny mały staruszek plujący na koty mieszka w Oranie i należy do Dżumy Camusa (koty, skądinąd, skończyły smutnie).

 

Odniesień symbolicznych, mitologicznych, literackich wiosna ma więcej niż pozostałe trzy pory roku razem.

Jest „Wiosna Ludów” (1848), „Praska Wiosna” (1968) i „wiosna w październiku” (1956).
Jest Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, i „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” (1812) – ale o tym będzie pod właściwymi miesiącami.
Wiosnę zdobywały traktory – o czym będzie za chwilę.

W muzyce jest oczywiście pierwsza z Czterech Pór Roku (1725) Vivaldiego, kantata Wiosna (1902) Rachmaninowa, pieśń Strawińskiego (op. 6 no. 1; 1907) do wiersza Wiosna klasztorna (1906) Siergieja Gorodeckogo i tegoż Strawińskiego Święto wiosny (1913). Tego wszystkiego jednak opisać się nie da, nawet onomatopejami, jak np. ulubionego owocu Beethovena, który zresztą też Sonatę Wiosenną napisał.

W malarstwie jest La Primavera (1482) Boticellego (nie Wiosna, a właśnie tak, z włoska), której opisywać, mam nadzieję nie trzeba. I – wśród niezliczonych wiosennych odniesień malarskich – swojski, prosty i jednocześnie mocny Sawrosow, czyli Przyleciały gawrony (1871), który kojarzy mi się raczej smutno, bo nieznośna pamięć (żadnego zapomnienia!) podsuwa Żeromskiego i jego „A kej ty idzies, fajtasiu, kej?”, czego przypomnienie dla rodzaju ludzkiego jest wstydliwe.

Wiosną obchodzone jest najważniejsze święto chrześcijańskie, Wielkanoc, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, symbolizujące jego zwycięstwo nad śmiercią.

Benedykt Chmielowski idzie dalej:

Druga Sentencya jest, że Świat od BOGA stworzony na WIOSNĘ podczas Aequinoctium Wiosnowego i ta sentencya probabilior, dla większej liczby pewniejszych Autorów, bo Nowy Adam CHRYSTUS, Świat restaurujący, począł się na Wiosnę 25. Marca w Żywocie Najświętszej MARYI, toć i Stary Adam, psujący Świat, w takimże Wiosnowym czasie miał być stworzony. W ten czas miał być Mundus creatus, kiedy recreatus.

Wiosna nastaje, gdy na Ziemię powraca do matki Kora, a Demeter – po zimowej żałobie – przywraca do życia przyrodę, co prawda tylko do końca jesieni, bo jej córka, nieopatrznie zjadłszy w Podziemiach ziarnko granatu, musi powrócić do męża i znów stać się Persefoną.

Nastaje, gdy do żywych wraca Adonis i tonie w objęciach stęsknionej i zakochanej Afrodyty, zaś Persefona (nie była ona takim niewinnym kwiatuszkiem, jakim widziała ją jej matka – bo to ona, chcąc mieć Adonisa dla siebie w Podziemiu, nasłała na niego dzika-zabójcę) musi na Ziemi obejść się smakiem.

Nastaje, gdy do Mezopotamii wraca przywracający wegetację Tammuz, a Babilończycy święcą rocznicę zwycięstwa Marduka nad Tiamat.

Według Walijczyków Gwyn ap Nudd, król demonów panujący w zaświatach, 1 maja rozpoczyna walkę ze swym rywalem, którym jest Gwythyr ap Greidawl. Chodzi oczywiście o to, kto zawładnie dziewicą: jest nią Creiddylad, siostra Gwyna i narzeczona Gwythyra. Wg jednego z mitów, pierwszą walkę wygrał Gwyn, ale król Artur nakazał mu zwrócić narzeczoną Gwthyrowi i zawrzeć z nim pokój. Nemezis dziejowa nakazuje jednak obu rywalom bić się co roku w pierwszym dniu maja aż do dnia Sądu Ostatecznego: dopiero zwycięstwo w dniu ostatnim będzie zwycięstwem ostatecznym. Uczeni mówią, że walka ta symbolizuje zmaganie zimy z wiosną (a może i z latem, bo klimat tam ciężki) - i niech tak zostanie.

A proza?

– Jak daleko jeszcze mamy do wiosny? – spytał K.
– Do wiosny? – powtórzyła pytanie Pepi. – Zima bywa u nas długa, bardzo długa i monotonna. Na to jednak tu na dole się nie skarżymy, przeciwko zimie jesteśmy zabezpieczeni. No, ale kiedyś nadejdzie wiosna i lato i będą miały swój czas trwania. Jednak we wspomnieniach wiosna i lato wydają się teraz tak krótkie, jak gdyby trwały najwyżej dwa dni i nawet w ciągu tych dwu dni, i to przy najpiękniejszej pogodzie, popada jeszcze czasem śnieg.

Prawda. Aż dziw, że u Kafki była jakakolwiek inna pora roku niż zima czy późna jesień. Ale nawet gdy na dworze wiosna w pełni…

Na dworze wiosna w pełni. Jezdnie pokrywa bure błocko, na którym zarysowują się już przyszłe ścieżynki; dachy i chodniki już suche; pod płotami spod zgniłej zeszłorocznej trawy wynurza się młoda, delikatna zieleń. W rynsztokach wesoło pieniąc się i bełkocąc płynie brudna woda, w której nie brzydzą się kąpać słoneczne promienie. Drzazgi, słomki, łupiny słonecznikowych pestek szybko mkną po wodzie, wirują, zahaczają o brudną pianę. A dokąd płyną te drzazgi? Możliwe, że z rynsztoku dostaną się do rzeki, do morza, z morza do oceanu... Chciałbym sobie wyobrazić tę długą niebezpieczną drogę, lecz fantazja zawodzi nie docierając do morza.

Ładne? Myślę, że tak. No to dalej, ten sam Antoni Czechow:

Na ziemi jeszcze leży śnieg, a do duszy, już zagląda wiosna. Jeżeli, czytelniku, kiedykolwiek wracałeś do zdrowia po ciężkiej chorobie, to znasz ten błogi stan, kiedy serce zamiera od mglistych przeczuć, a uśmiech rozjaśnia twarz bez wyraźnej po temu przyczyny. Widocznie podobny stan przeżywa obecnie przyroda. Ziemia jest zimna, błoto ze śniegiem chlupoce pod nogami, lecz jakie dokoła wszystko wesołe, łagodne i przymilne! Powietrze jest tak jasne i przejrzyste, że gdyby wejść na gołębnik lub dzwonnicę, to — zda się — ujrzysz świat cały od krańca do krańca. Słońce świeci jasno, a promienie lśniące i uśmiechnięte kąpią się w kałużach wraz z wróblami. Rzeczka pęcznieje i ciemnieje: zbudziła się już ze snu i nie dziś, to jutro ruszy. Drzewa stoją nagie, lecz żyją już i oddychają.

W takie dni dobrze jest gnać miotłą lub łopatą brudną wodę w rowach, puszczać z biegiem okręciki lub rozbijać obcasami uparty lód. Dobrze też pędzać gołębie pod samo sklepienie niebios lub włazić na drzewa i zawieszać tam domki dla szpaków. Tak, wszystko to jest dobre o tej szczęśliwej porze roku, zwłaszcza jeśli człowiek jest młody, kocha przyrodę, nie kaprysi, nie histeryzuje, a praca nie zmusza go do siedzenia w czterech ścianach od rana do wieczora. Niedobrze zaś, gdy człowiek jest chory, gdy więdnie gdzieś w kancelarii lub kuma się z muzami.

Tak, wiosną nie należy kumać się z muzami.

Zygmunt Gloger podchodził do wiosny etnograficznie:

Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na „zieziulkę” (kukułkę), aby miał czem brzęknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie „Schawaj try hroszy na ziaziulku”.
Kukułka
[...] w pieśniach ukraińskich [...]
gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały.

Dla Marka Hłaski wiosna jest pachnąca i niefrasobliwa.
Gabriel García Marquez wspomina rzymską wiosnę pełną z diamentowego światła i nieśmiertelnego powietrza.
Agustín w górach Sierra de Guadarrama fajdał w mleko wiosny.
Lejzorek Rojtszwaniec, choć w więzieniu nie słyszał wróbli, jednak wiedział, że:

dziś one z pewnością śpiewają jak gwiazdy w operetce, ponieważ już jest międzynarodowa wiosna.

Józef K., Augustín, staruszek plujący na koty, Lejzorek – dziecinne szarady. Ale proszę spróbować odgadnąć, kto to napisał:

Spójrzcie tylko, znów zaczyna się wiosna. Dnie nastały już dłuższe, jaśniejsze. Na pewno na polach jest już dużo do zobaczenia i usłyszenia! Wychodźcie dużo na powietrze, niebo jest teraz tak ciekawe w swej różnorodności, ze swymi niespokojnymi, goniącymi obłokami, a naga jeszcze ziemia musi tak pięknie wyglądać w swym zmiennym oświetleniu.

Ułatwienie? Proszę bardzo: pisane 24 marca 1918 w więzieniu miasta Breslau (dziś Wrocław). Rozwiązanie znajdziecie na końcu tej strony.

 

Miało być jeszcze o traktorach. Trudno, będzie. W czasach, gdy w Polsce większość późniejszych bojowników o indywidualizm w sztuce popełniała wstydliwy grzech zwany socrealizmem, wydrukowano utwór pod tytułem Traktory zdobędą wiosnę (1950). Wówczas nazywało się to powieść reportażowa. Dziś gatunek ten ma własną nazwę: „produkcyjniak” i jeśli ktoś nie zna dokładnej jego definicji, niech się cieszy. Ja np. przypomniałem to sobie niedawno i nie mam ani powodu do radości, ani do tego, by wymieniać autora po nazwisku, zwłaszcza że nie jest zbyt znane. Ba, ale produkcyjniaki pisywały wówczas takie tuzy jak Tadeusz Konwicki, Aleksander Ścibor-Rylski, wyzwolona sawantka lat 50-tych Anna Kowalska, Marian Brandys.
Za panią minister można powtórzyć „Sorry, taki mamy klimat”.

Żeby płynnie przejść od prozy o wiośnie do poezji o wiośnie, pokażemy (drogi Fagocie) na początek coś prościutkiego – i stąd, i stąd:

[…] choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze
Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem,
Kwitną prześliczne dwie róże.

– Milcz, ty podła świnio!... – zbeształ pan Ignacy pudla Ira, gdy ten próbował poddać w wątpliwość koordynację ruchową swego właściciela. Bez wątpienia posłużyłby się mocniejszymi środkami, gdyby ktoś kwestionował jego możliwości wokalno-instrumentalne (Zamordować człowieka albo nawet dwu, czy samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem… – ajent handlowy Szprot chyba wiedział, co mówi…). Nie roztrząsajmy więc JAK, a przejdźmy do CO.

Jeśli porównać CO śpiewał pan Ignacy z podobną twórczością lat późniejszych, wyjdzie, że „rzewne słowików pienia” nie były wcale takie złe:

Wybrałam już sobie chłopaka na medal, […]
Przystojny, niegłupi, szeroki gest ma,
Na wiosnę mi kupił WSK.

W jak wiosna, S jak Stach,
K jak kocham Stacha wiosną,
WSK, och, WSK.
W tej maszynie wszystko gra,
to podoba się dziewczynie,
WSK, och, WSK.

Sześć koni ma, sześć koni ma,
na trawkę gna, na trawkę gna,
na trawkę co niedziela z nami gna.

Utwór ten popełnił w roku 1966 Edward Fiszer jako tekst piosenki dla Danuty Rinn. Młodszym wyjaśniam, że WSK to marka motocykla produkowanego w Polsce w latach 1954-1985 przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Maszyna w wersji podstawowej miała silnik o pojemności 125 ccm i moc rzeczywiście 6 KM, ale nic nie usprawiedliwia takiej rymowanki. Nawet trawka. I nawet to, ze podobno mają motocykl WSK znów produkować.

Że co? Że Fiszer to tylko tekściarz od piosenek? A cóż innego podśpiewywał pan Ignacy?

To jest jednak złośliwość. Bo w piosenkach o wiośnie znalazły się też teksty z innych półek, nawet jeśli była ona daleko i cieszyła (nim przyjdzie wiosna, nim miną mrozy) samą tylko obietnicą swego istnienia.
A piosenek o wiośnie jest bez liku. Po prostu – zatrzęsienie. Sprawdziłem Katalog Polskich Płyt Gramofonowych Jacka Żylińskiego (czapka z głowy, ten facet dokonał rzeczy niesamowitej!):
słowo „wiosna” i jego pochodne występuje w tytułach 115 utworów (dla porównania: lato, z obocznościami – 76 tytułów, jesień – 96, zima – 52).

Trzeba więc od razu przejść do poezji, ale tego się – przy wiośnie - nie da zrobić, bo to osobna, opasła antologia. Od Reja i Kochanowskiego…

Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg z nienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.

… przez Morsztyna…

Tak wiemy, że już wiosna nam nadchodzi,
Gdy słońce w kąpiel do Wodnika wchodzi,

…do klasyków współczesności np. Lechonia, o którym Miłosz pisał później, że:

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates

lub Wierzyńskiego, który to, czego chciał Lechoń, dokładnie wypełnił:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

co twórcy ściągawek uczniowskich opisali i zanalizowali dokładnie („w wierszu są obecne epitety oraz metafory”), włącznie z odpowiedzią na pytanie „co poeta chciał przez to powiedzieć?”.

 

Po drodze byli jeszcze twórcy młodopolscy. Choć cenię na przykład Tetmajera, ale jego wiosna różanoustna, złotobrewa z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole i jego wizje

Gdy pierwszy nastał dzień wschodzącej wiosny młodej,
najpierwszy zbudził się śpiący na dnie bóg wody
i powstał z chłodnych leż, i głową kędzierzawą
uderzył w lód, co legł na rzece lśniącą ławą,
i rozpękł z hukiem lód, i z prądem kry się suną

wydają mi się już nieco… hmm, powiedzmy: archaiczne. Nie mówiąc o tym, że tetmajerowski obrazek:

Z daleka od ludzkiego zgiełku i mrowiska
wstaje wiosna. Już w kępie lianów, palm i wici
jaguar cętkowaną, lśniącą skórą błyska
i iskrzącym bursztynem wielkich oczu świeci.

Jakoby liść potworny z olbrzymiego drzewa,
któremu na gałęziach gwiazdy lśnią jak rosa;
leży płaski, błyszczący, a przez gąszcz się wlewa
ku niemu fali słońca tęcza złotokosa.

wydaje się być żywcem wzięty z „Celnika” Rousseau, o którym będzie w zupełnie innym miejscu. Z innymi młodopolanami jest podobnie (przykładów nie będzie).

Resztę Młodej Polskę zatem sobie daruję. Ale będzie za to krótka dygresja z poezją rosyjską w tle.

Ponieważ od jakiegoś czasu drążę temat „wpływy Verlaine’a na...", więc przy okazji zanurzyłem się w morzu rosyjskiej poezji o wiośnie. M.in. wziąłem z półki pierwszą z brzegu książkę, którą była Historia literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza. Tam, w rozdziale „Symbolizm w poezji” Grażyny Вobilewicz, wśród akapitów poświęconych Konstantinowi Balmontowi (1867-1942), którego rolę w poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku porównać mogę do roli właśnie do starszego o generację Paula Verlaine’a (1844-1896) w poezji francuskiej, znalazłem taki oto opis ilustrowany fragmentem wiersza „Весеннее”:

Niezrównany kolorysta, umiejący zwłaszcza w swoich poetyckich pejzażach oddać całą ich ruchliwą zmienność, rozmaitość barw, drgań powietrza, grę refleksów świetlnych i cieni, Balmont był też prawdziwym wirtuozem w przekazywaniu wrażeń odbieranych za pomocą, zmysłów słuchu, wzroku i powonienia:

Своим щебетаньем рассыплет ту сказку
Лазурною вязью пролесок и сна.
Танцует весна
[...]
Она из зеленых, и белых, и синих,
И желтых, и красных, и диких цветов.

W przekładzie filologicznym prof. Bobilewicz:

Swoim szczebiotem rozsypie tę baśń
Lazurową więzią przylaszczek i snu.
Tańczy wiosna
[...]

Cała z zielonych, i białych, i niebieskich
I żółtych, i czerwonych, i dzikich kwiatów.

 

I jeszcze pełna zdumienia dygresja: w Internecie znaleźć można całą literaturę rosyjską.
No dobrze, wiem, że to niemożliwe, ale przy 90-ciu procentach będę się upierał. Jak i przy tym, że skala oraz jakość przedsięwzięcia przekracza nieskończenie Project Gutenberg.org, o wątłych początkach digitalizacji literatury polskiej nie mówiąc. Balmont jest oczywiście cały, wraz z wierszami rozproszonymi.

 

Był Verlaine, to teraz Rimbaud:

I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 

Wiosna astronomiczna rozpoczyna się w dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej.
Na półkuli północnej Słońce wschodzi wtedy dokładnie na wschodzie, góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana, a zachodzi na zachodzie. Kończy wiosnę przesilenie letnie w czerwcu. I te wczesne wiosenne burze…

No i cóż w tym strasznego? – wiosną idą chmury,
Z chmury piorun wypada: – taki bieg natury.
[1]

 

Równonoc wiosenna to w Polsce dzień topienia Marzanny: jest to symboliczne pożegnanie Zimy i powitanie budzącego się z zimowego uśpienia życia.
W szkołach pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza.

Za wiosnę klimatyczną uznaje się okres, w którym średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy +5 a +15° C (41-60° F).
Pomiędzy zimą a wiosną znajduje się klimatyczny etap przejściowy − przedwiośnie. To podobno właśnie Przedwiośniem podpadł Żeromski pewnym klikom i nie załapał się na literackiego Nobla. Ponieważ była właśnie kolej na Polskę, nagrodę 1924 dostał Reymont. Doceniam żar uczuć Żeromszczyzny, ale chyba słusznie. Tyle tylko, że jednak wychodzi na to, iż nagrodami z literatury rządzą krajowe koterie. No cóż, żeby tylko na literaturze się kończyło…

 

Niedziela Wielkanocna lub Niedziela Zmartwychwstania wypada w chrześcijaństwie zachodnim w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
W chrześcijaństwie wschodnim Wielkanoc zazwyczaj obchodzona jest od kilku do kilkunastu dni później. Z wyjątkami – np. w roku 2014 oba kościoły obchodziły Wielkanoc 20 kwietnia.

Z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych:
święcone, wielkanocne śniadanie, pisanki, śmigus-dyngus, wieszanie Judasza, pogrzeb żuru i śledzia.
O każdym można nieskończenie.

W Polsce po Niedzieli Zmartwychwstania następuje Poniedziałek Wielkanocny – święto kościelne dzień wolny od pracy. Więcej takich!

 

WIOSNA
w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich:

białoruskiвясна [viasna]
bośniackiproljeće
bułgarskiпролет [proliet]
chorwackiproljeće
czeskijaro

kaszubskizymk
litewskipavasaris
łatgalskipavasars
łużycki (dolny)nalěśe

łużycki (górny)nalěćo
łotewskipavasaris
macedońskiпролет [proliet]
rosyjskiвесна [viesna]
serbskiпролећe [proliecze]
słowackijar
słoweńskipomlad
serbo-chorwackiproljeće

ukraińskiвесна [viesna]
żmudzkipavasaris

 

Przysłowia związane z wiosną:

Hyppotamus alias koń morski,
gdy na wodę pokazuje się,
Wiosnę znaczy.
[któż by inny, jak nie Benedykt Chmielowski i jego Nowe Ateny]

Jedz w wiosnę mało,
chceszli żyć cało.

Na wiosnę:
ceber deszczu, łyżka błota,
na jesień:
łyżka deszczu, ceber błota.

Nie każdej wiosny dojrzałe czeremchy.

Wiosna − będzie kura jaja niosła.

Wiosna mówi: urodzę,
Lato: jeśli nie przeszkodzę.

W wiośnie to każdy odrośnie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Co ma piernik do wiatraka przeczytacie przy dniu 7 września.

List z Gefängnis Breslau pisała Róża Luksemburg.

Maj

A w maju
Zwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia,
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, maju!

Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!...

Julian Tuwim – „Do krytyków” (1920)

 

Maj – piąty miesiąc roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nazwa miesiąca – jak uważa Aleksander Brückner (1856-1939), filolog i slawista, historyk literatury
i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny – pochodzi od czasownika „maić” – ‘stroić, zdobić zielenią
i kwiatami’.

W staropolszczyźnie piąty miesiąc roku nazywany był „trawień” (tej nazwy używa język białoruski i ukraiński: травень ‘maj’, oraz chorwacki – travanj, ale tam tak nazywa się kwiecień) – wiadomo dlaczego.

 

Łaciński Maius zawiera
w sobie imię matki boga Merkurego – nimfy Mai.

 

Dwie dodatkowe etymologie nazwy Maius podaje Owidiusz w ks. V poematu Fasti (8 r. n.e.), traktującego o kalendarzu rzymskim.

Pierwsza wywodzi nazwę miesiąca od majestatu (Maiestas) – na przykład bogini, ale i cesarza, bo niech ktoś tylko spróbuje zaprzeczyć i powie, że cezar Majestatem nie jest!
Drugi owidiuszowski źródłosłów kieruje do starszych (maiores) – w tym wypadku senatorów rzymskich.

Na Owidiusza powołują się różne źródła i autorytety, ale jego wywody słowotwórcze mają tyle wspólnego
z językoznawstwem, co kamień węgielny z węglem kamiennym.

Owidiusz był poetą
i dworakiem – trudno powiedzieć, czym za swego życia bardziej. Boccaccio pisał, by się podobać damom, Owidiusz – by się podobać cesarzowi. Pierwszemu się udało, drugiemu – nie:
w dworactwie poeta nie miał szczęścia, bo inaczej nie dostałby wyroku wygnania (do dziś nikt nie wie, za co). Ale tworzył i wysysał
z palca, co mógł, byle tylko przypodobać się zwierzchności.

Maiestas – to oczywiste, bo bogini – boginią, ale podkadzenie imperatorowi zaszkodzić nie mogło, zwłaszcza że bogini daleko,
a cesarz – blisko.

Maiores – a czy źle było zaskarbić sobie niewinnym pochlebstewkiem życzliwość starców? Którzy – czy ich cesarz lubił czy nie – wciąż jeszcze coś mogli i o czymś tam decydowali.
Zresztą, na zasadzie świeczki i ogarka, Owidiusz nazwę następnego miesiąca, Iunius, w następnej księdze tego samego poematu wywodzi od słowa iuniores ‘młodzi’. Tak że Owidiuszem nie ma sobie co głowy zawracać.
Z równym powodzeniem moglibyśmy wywodzić nazwę „maj” od nazwiska Żemajska (i opiewać piękność obojga), gdyby tylko celem do sforsowania była dla nas twierdza piękności tejże damy. Albo – ogarnięci górnolotnym zapałem – moglibyśmy twierdzić, że z całą pewnością przodkowie nasi miesiąc „maj” nazwali od hasła „Trzymajmy się!”, co było nawiązaniem do szczytnych tradycji, woli przetrwania i misji dziejowej dającej nam pierwszeństwo nad innymi, a maj, jako symbol wiosny i odrodze-
nia… i tak dalej, i dalej.

 

Tak czy siak, nazwa łacińska została przejęta przez większość języków europejskich.

 

W drugiej dekadzie maja panują najchłodniejsze dni wiosenne, więc klimatycznie ten miesiąc też raczej zaprzecza swej symbolice
i w tym kontekście fraza
w w sercu ciągle maj brzmi co najmniej dwuznacznie, jak zresztą wszystko w poezji Jeremiego Wielkiego.

Ochłodzenie majowe jest zjawiskiem klimatycznym charakterystycznym dla całej Europy Środkowej: po okresie utrzymywania się wyżu barycznego nad Europą Środkową i Wschodnią następuje zmiana cyrkulacji atmosferycznej i przy słabnącym wyżu zaczyna – wraz z niżem barycznym – napływać zimne powietrze
z obszarów polarnych.

Według tradycji ludowej środek maja powinien być zimny, deszczowy, a czasem mroźny – jest to znakiem, że aż do jesieni nie powinno być przymrozków.

 

1 maja to Święto Pracy,
w Polsce święto państwowe.

We Francji 1 maja to, oprócz uroczystości organizowanych przez L’Humanité, święto konwalii (la fête du muguet).

 

Wiosna 1905 Stanisława Masłowskiego, o której śpiewa Kaczmarski, dzieje się w maju.

 

2 maja to w Polsce Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej.

 

3 maja jest w Polsce świętem państwowym, które oficjalnie nazywa się Święto Narodowe Trzeciego Maja. Ustanowiono je dla upamiętnienia uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Obojga Narodów (3 maja 1791).

…od razu się przyznam. Datownik maja mam niedokończony. Sporo tego, ale jakoś tak się składa, że
z tych wydarzeń, które do tej pory wziąłem na warsztat, większość związana jest
z Rosją. No a przecież, jeśli po Konstytucji – którą się
u nas czci prawie jak konkordat, a już na pewno jak Kościuszkę i Pułaskiego razem wziętych – dam rocznice wydarzeń spod Romanowych, z bolszewii lub z Putinogorska, to będzie wstyd i obraza Boska. Po TAKIEJ Konstytucji? Lepiej zatem poprzestanę na tym, co powyżej (na razie, bo praca trwa)…

 

Znaki Zodiaku w maju:
Byk (♉) – do 20 maja
Bliźnięta (♊) – od 21 maja (najweselszy
i najpogodniejszy znak Zodiaku).

Horoskopy Bliźnięta mają pomyślne w dowolnym układzie, nawet w czarnym PR.

Ludzie spod znaku Bliźniąt
w ogóle nie osiągają dojrzałości zarówno intelektualnej, jak
i uczuciowej.
Jedyne, co naprawdę potrafią, to raz w tygodniu wypełnić kupon gry liczbowej.
Niezdarnie to ukrywają, ale największą przyjemność sprawia im dłubanie w nosie.
Zapraszając takiego do domu należy pamiętać, że kradnie
i koniecznie przed wyjściem zrewidować.

Zauważcie, że nawet zawodowi hejterzy dają Bliźniętom pozytywną recenzję (co jest złego w grach liczbowych, dłubaniu w nosie – dla zdrowia przecież, albo
w zapobiegliwości?) – po prostu nie mają się do czego przyczepić!

Porównajcie z takim wczesnomajowym Bykiem, który ma:

wdzięk powiatowego Casanovy i skłonności dewiacyjne.
Niczym niezmącone przekonanie, że jest pępkiem świata.
Lubi mizdrzyć się zarówno przed lustrem jak i w pracy.
Najbliższą rodzinę terroryzuje od urodzenia do późnej starości.
Nigdy niczego nie czyta, choć o wszystkim ma z góry wyrobione zdanie.
Charakteryzuje go brak umiarkowanie w jedzeniu
i piciu.
Oderwać od rozkoszy stołu mogą go jedynie rozkosze łoża – przy czym i tu Byk będzie dążył do wyuzdanych uciech, nazywając je dla niepoznaki „wyższą sztuką”.
Lenistwo swoje i brak zainteresowania światem zewnętrznym Byki nazywają „dbaniem o domowe ognisko”, a brak wyższych uczuć „stąpaniem twardo po ziemi”.
Wreszcie swą ociężałość umysłową i skrajny konserwatyzm nazywają „przywiązaniem do tradycji” i „opieraniem się na sprawdzonych wzorcach”. Jednym słowem – to leniwi hedoniści, pogrążeni
w brudnej rozpuście
(no dobrze: „brudnej” możemy skreślić, bo znajomy Doktor obrazi się już na amen).

Albo z późnoczerwcowym Rakiem:

Urodzeni pod znakiem Raka oszukują na każdym kroku, zdradzają, uwielbiają podłożyć świnię.
Rakom nie można wierzyć nigdy i w niczym.
Jeśli np. Rak mówi „Cenię sobie twoją przyjaźń”, to można być pewnym, że przed godziną napisał na ciebie donos do szefa.
Raki stale komuś czegoś zazdroszczą, a po dwudziestym piątym roku życia łysieją, garbią się
i tracą zęby.
Słusznie zresztą.

No przecież szkoda słów, bo tu nie pomoże nawet oddział zamknięty.

A kolejne horoskopy są jeszcze gorsze (czytajcie, to się dowiecie), więc po prostu Bliźnięta – których i tak nawet czarny piar się nie ima – punktują z miesiąca na miesiąc.

 

Kwiaty maja:

Konwalia (Convallaria maialis L.) – bylina o kwiatach słodko pachnących, ale zdradziecka, bo silnie trująca; uznawana jest za kwiat szczęścia, pomyślności i młodości; ponieważ symbolizuje też czystość
i skromność, więc często wplatana jest w bukiety ślubne panien młodych (o symbolice toposu „trucizna pod słodyczą” etymologia ludowa jakoś milczy).

Niekontrolowana – konwalia staje się chwastem i to bardzo trudnym do usunięcia, ponieważ łatwo odrasta (ciekawe, czy ma to jakiś związek symboliczny
z owymi bukietami ślubnymi
i skromnością – może odrastają w sposób naturalny…).

Suszone, sproszkowane kwiaty konwalii dodawane są czasem do tabaki – w obliczu powszechnie znanych trujących właściwości substancji psychoaktywnych w tabace zawartych szczypta konwalii różnicy nie czyni.

Duże zastosowanie ma konwalia w medycynie
i zielarstwie, ale i tu ostrzega się przed zejściem wskutek przedawkowania.

W tzw. alfabecie kwietnym konwalie oznaczają nieśmiałość, co jest zrozumiałe: któż by, niewinnym będąc, do trucia jadem zabierał się śmiało?

Duże znaczenia ma konwalia w ikonografii maryjnej, ale to tematyka zbyt szeroka, by ją roztrząsać właśnie tu.

 

Głóg (Crataegus monogyna Jacq.), któremu botanicy dodają epitet „jednoszyjkowy” (co chyba nie jest obraźliwe); symbolizował on ostrożność i nadzieję, na szczęście bardzo dawno temu, bo
w średniowieczu; dziś tylko kłuje i nadaje się na nalewkę.

 

Kamień maja:

Szmaragd – symbolizujący miłość
i powodzenie.

 

W ogóle maj to miesiąc nijaki, coś takiego właśnie jak konwalia:

Maj jest dziwny. Dokładnie taki jak konwalia: trochę aromatu, ale zaraz jakieś przedawkowania i groźba zejścia. Nic dziwnego, że mądrość ludowa odradza zawierania małżeństw w maju (znam majowe
i szczęśliwe, ale być może to wyjątki potwierdzające regułę). I gdyby nie to, że jego ostatnia dekada przynosi najlepszy znak Zodiaku, czyli Bliźnięta, to ogólnie byłoby z majem kiepsko.

Kwiecień, na przykład, zaczyna się od primaaprilisowych wygłupów – i od razu jest weselej.
A popatrzcie, od czego startuje maj: od święta pracy, do której każdy chodzi, bo musi, więc to jest tak, jakby więźniowie obchodzili dzień św. Penitencji i cieszyli się, że jeszcze trochę posiedzą. To mogły wymyślić tylko Byki!
Na szczęście kogo jak kogo, ale ludzi pomysłowych u nas nie brakuje (a założę się, że większość z nich jest spod znaku Bliźniąt) – gdyby nie oni, to już by się w ogóle
w maju nie dało wytrzymać. Bowiem ludzie pomysłowi (zwłaszcza ci spod znaku Bliźniąt) połączyli „święto pracy” z innymi okolicznymi świętami, włączając w to weekendy z przodu i z tyłu,
i stworzyli jeden
z najdłuższych weekendów nowoczesnego świata; weekend, który – jak go dobrze ułożyć – może potrwać nawet 10 dni.
I nawet znajomego lekarza nie trzeba!
A gdy wreszcie, w co nie wątpię, za dzień święty zostanie uznane Święto Kanonizacji, to weekend majowy, podczas którego będzie można kompletnie zapomnieć o pracy, dojść może do dni szesnastu, a kto wie, czy nie więcej.

I ponieważ prawie zaraz po tym weekendzie przychodzą Bliźnięta, to maj daje się jakoś przetrzymać – mimo konwalii, szmaragdów, głogów jednoszyjkowych
i trzech ogrodników, których same imiona wywołują taki dreszcz, że nagłe chłody wcale nie są potrzebne.

Maj jednak rehabilituje się imieninami:
• Moniki;
• Stanisława – ale tylko częściowo, bo połowa Stachów uciekła od Szczepanowskiego do Kostki, tak że nigdy nie wiadomo, który kiedy obchodzi;
• Zofii (Zocha, przecież wiesz, że to o Tobie: wszystkiego najlepszego!)
• i Joanny – które już piękniejszego dnia na imieniny wybrać nie mogły!

 

Śluby i wesela w maju:
w żadnym wypadku! Ale zastrzegam jeszcze raz: tylko według mądrości ludu.

 

W językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
piąty miesiąc roku to:

białoruskiмай [maj], травень [trawień]
bośniackimaj
bułgarskiмай [maj]
chorwackimaj
czeskikvěten
kaszubskimôj (też: gòran, maj)
litewskigegužė
łatgalskiLopu (też: maja)
łużycki (dolny)rozhelony (też: rožownik, maj)
łużycki (górny)meja (też: róžownik)
łotewskimaijs
rosyjskiмай [maj]
macedońskiмај albo косар [kosar]
serbskimaj
słowackimáj
słoweńskimaj
ukraińskiтравень [trawień]
żmudzkigegožė

 

Przysłowia związane
z majem:

Chłodny maj,
dobry urodzaj.

Ciepły kwiecień, mokry maj
– będzie zboże jako gaj.

Częste w maju grzmoty
rozpraszają chłopom zgryzoty.

Deszcz majowy,
chleb gotowy.

Deszcz na pierwszym maju,
chyba w urodzaju.

Dużo chrabąszczów w maju,
proso będzie gdyby w maju.

Gdy kukułka w maju,
spodziewaj się urodzaju

Gdy maj jest przy pogodzie,
nie bywają siana w szkodzie.

Gdy się maj z grzmotem
odezwie na wschodzie,
rok sprzyja sianu
i zbożu w urodzie.

Gdy się w maju pszczoły roją,
takie roje w wielkiej cenie stoją.

Grzmot w maju
sprzyja urodzaju.

Jak pszczółki na wiosnę z ula
wcześnie wylatują,
to pewnie mróz na drzewa
w maju nam zwiastują.

Jak w maju zimno,
to w stodole ciémno.

Jeśli w maju grzmot,
rośnie wszystko w lot.

Kiedy lipa w maju kwitnie,
to w ulach miód zawiśnie.

Kiedy mokry maj,
będzie żyto jako gaj.

Kiedy pierwszy maj płacze,
będą chude klacze.

Kto się w maju urodzi,
dobrze mu się powodzi.

Maj – wołom daj
i sam na piec uciekaj.

Na pierwszego maja szron
obiecuje dobry plon.

Na pierwszy maj
ostatek bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj:
w piecu sobie napal,
za niego się wal.

Nastał miesiąc maj,
kożdy o się dbaj.

Niedalekoć już do maja,
więc nie uchodź za mazgaja.

Nie zawsze na ziemi maj,
nie zawsze
ludzkiemu szczęściu raj.

Pierwszego maja deszcz,
nieurodzaju wieszcz.

Pierwszy maja poranek
jest tęskliwym dla kochanek.

Przyjdzie maj,
przedsię bydłu daj,
a jeszcze się oglądaj.

Tyle przymrozków w maju,
ile ich było przed św. Michałem.

W maju…
Np. Zobaczymy się
w maju…

[tj. nie teraz, kiedyś może, nigdy]

W maju jak w gaju.

W maju szumne sosieneczki,
wonne puszczą ci chojneczki.

W maju wieje, trochę pada,
coraz bliżej listopada

Witaj nam maiczku
ze słowikiem w gaiczku.

Wody w maju stojące
szkodę przynoszą łące.

 

Przysłowia na
św. Stanisława (8 V):

Do św. Stanisława
z pastuchami sprawa.

Jak się len zasieje
w św. Stanisława
to tak urośnie, jako ława.

Na św. Stanisława
rośnie koniom trawa.

Na św. Stanisława
żytko kieby ława.

Św. Stanisław len sieje,
Zofija konopie,
A Urban jęczmień i owies
każe kończyć, chłopie.

Św. Stanisław –
pierwszy siew prosa,
a ostatni owsa.

 

Przysłowia na
św. Pankracego, Serwacego
i Bonifacego
(12, 13 i 14 V)
:

Jak się rozsierdzi Serwacy,
to wszystko zmrozi
i przeinaczy.

Jasny dzień Pankracego
przyczynia wina dobrego.

Pankracy, Serwacy, Bonifacy
– źli na ogrody chłopacy.

Przed Serwacjuszem nie trzeba
pewnego się lata spodziewać.

 

Przysłowia na
św. Zofię (15 V):

Dla świętej Zosi
kłos się podnosi

Na św. Zofiją
pola w kłos wybiją.

Niechaj mnie Zośka
o wiersze nie prosi

[oczywiście to nie przysłowie, tylko cytat ze Słowackiego]

Św. Zofija ciepło rozwija.

Św. Zofija kłosy wywija.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha