Andrzej Straburzyński

Przystanek u świętego Pawła (1996)

„Święty Paweł” to nazwa w geografii świata dosyć znana. Wystarczy pojechać palcem po globusie, żeby znaleźć miejsce na lądzie lub morzu nazwane imieniem tego apostoła. Ma swojego Świętego Pawła Atlantyk w postaci skał koło równika, ma także swojego Świętego Pawła Ocean Indyjski.

 Île Saint-Paul_2

 

26 stycznia 1996 roku, po pokonaniu dystansu kilkunastu tysięcy kilometrów i różnicy temperatur rzędu 50 stopni Celsjusza pomiędzy Europą a Południową Afryką, wylądowałem w Durbanie.

Jakkolwiek Durban to klimat tylko subtropikalny, to jednak po wyjściu z samolotu wszedłem w niewidzialną zawiesinę wilgoci w powietrzu. Nic dziwnego: ciągle jeszcze jest tu lato.

Dzięki uprzejmości naziemnej obsługi British Airways szybko udało się przejść przez formalności związane z naszym przybyciem. Niezbyt skomplikowane, ale tym samym samolotem z Londynu przyleciało ponad trzystu pasażerów. Dobrze jednak mieć przyjaciół, pomyślałem, gdy wszystko było załatwione i byliśmy oficjalnie w Południowej Afryce. Za nami spory tłumek wciąż oczekiwał na odprawę.

 

Durban to największe miasto prowincji KwaZulu-Natal i główne wrota morskie Południowej Afryki. Położony w naturalnej zatoce Port Natal, został założony ponad 170 lat temu[1], kiedy poszukiwano dogodnych miejsc do handlu kością słoniową. Jest to obecnie największy port na wschodnim wybrzeżu Afryki i ważne ogniwo tutejszej gospodarki. Duży ruch w porcie dobrze świadczy o poziomie tej gospodarki, a wszyscy moi rozmówcy potwierdzają, że ilość ładunków w eksporcie i imporcie wzrasta systematycznie z roku na rok. Porównanie z rokiem 1991 i 1995, kiedy byłem tu ostatni raz, wypada na korzyść teraźniejszości i jakkolwiek wielu mieszkańców wciąż jeszcze obawia się podzielenia losu innych państw afrykańskich, myślę, że to jednak nie nastąpi.

Tutaj w Durbanie przebywa od połowy grudnia Concordia[2], żaglowiec zbudowany w Szczecinie dla potrzeb kanadyjskiej szkoły pod żaglami[3] i oddany do eksploatacji w kwietniu 1992 roku. W roku akademickim 1995/96 właśnie Durban został wybrany jako port zakończenia pierwszego i rozpoczęcia drugiego semestru.

CONCORDIA_sm

W czasie przerwy świątecznej większość studentów poleciała do domów do Kanady i USA, a Concordia została w Durbanie.

Dzięki dużej przychylności głównie ze strony zarządu portu oraz agenta i miejscowego klubu jachtowego, koszty tego ponadmiesięcznego postoju ograniczyły się tylko do takich opłat standardowych jak prąd, telefon i woda.

 

Z przychylnością tą spotkałem się pierwszy raz w czasie ponaddwumiesięcznego pobytu w Kapsztadzie w roku 1991/92. Począwszy od różnego rodzaju organizacji, a skończywszy na mieszkańcach, wszyscy okazywali duże zainteresowanie tym, skąd przypływamy, dokąd płyniemy i co robimy, i czuło się zadowolenie, że właśnie w ich porcie się zatrzymaliśmy. Braliśmy to pod uwagę, kiedy w roku 1994 opracowywaliśmy trasę obecnego roku akademickiego.

Podróż, rozpoczęta w Louisburgu – małym porcie Nowej Szkocji na wschodnim wybrzeżu Kanady, wiodła tym razem przez Atlantyk, Morze Śródziemne, Kanał Sueski i wschodnie wybrzeże Afryki do Durbanu.

Pierwszym przystankiem w drugim semestrze miały być wyspy Święty Paweł i Amsterdam. Obie, położone na Południowym Oceanie Indyjskim, 2400 mil morskich na wschód od Durbanu, wchodzą w skład Francuskich Terytoriów Południowych i Antarktycznych i mają status Francuskich Terytoriów Zamorskich.

 

Pod koniec stycznia młodzież zaczęła wracać z zimowych wakacji i 1 lutego 1996 opuściliśmy Durban, zaczynając żeglugę po Oceanie Południowym, mając przed sobą najdłuższy jak dotąd w krótkiej historii Concordii przelot z portu do portu: 4400 mil morskich do Fremantle w Australii.

We wszystkich żeglarskich przekazach ustnych i pisanych, Ocean Południowy określany jest jako jeden z najbardziej burzliwych akwenów na świecie. Wystarczy wspomnieć takie nazwy jak „ryczące czterdziestki” i „wyjące pięćdziesiątki”, a niemalże wszyscy żeglarze wiedzą, o co chodzi. Mocnych wrażeń wystarczy tu na pewno dla każdego jeszcze na długie, długie lata. Siła wiatru, wielkości fal, jakie tu występują i inne zjawiska pogodowe były opisywane wielokrotnie. Kolejny opis byłby więc jak powtórne definiowanie koła. Jest się tu na pewno pod wrażeniem ogromu tego Oceanu i towarzyszącej pustki.
Pustki, jeżeli nie liczyć ptaków, jedynych stałych mieszkańców tych ogromnych przestrzeni. Doskonali szybownicy, dla których pogoda – dobra czy zła – nie stanowi żadnej przeszkody, wielkie albatrosy i mniejsze petrele towarzyszą nam od momentu opuszczenia Durbanu. Ciekawe tego, co się wokół nich dzieje i cóż to za intruz z tak dziwnymi skrzydłami wtargnął na ich terytorium. Kiedy szybują nisko nad wodą, wydaje się, że końcami skrzydeł muskają jej powierzchnię, jednak nic takiego nie następuje. Zadziwiająca jest precyzja tego szybowania. Czasami zawisną w powietrzu i trwają tak, przemieszczając się razem z nami. A czasami podlatują na wysokość mostku i przekrzywiając łebek wyglądają, jakby chciały zapytać: co tu robisz przyjacielu?, dlaczego nie latasz razem z nami? Nie uzyskując odpowiedzi siadają na wodzie za rufą, aby po chwili znowu nas doganiać. Rozpiętość skrzydeł albatrosów dochodzi do trzech metrów, a petreli – do jednego metra w zależności od gatunku. I w tym chyba tkwi chyba część tajemnicy tak doskonałego szybowania.

 

W dziewiętnaście dni po opuszczeniu Durbanu, w nocy z 18 na 19 lutego, Wyspa Świętego Pawła ukazuje się na ekranie radaru. Poranna wachta ma okazję obserwowania wschodu słońca z wyspą w tle.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_01_swit_fot_Wojciech_Jacobson_Scan0187_lev_sm

Nie będąc pewnym, na której wyspie pozwoli nam zakotwiczyć pogoda, zdecydowałem się na generalny kurs, który prowadził nas pomiędzy nimi. Pogoda potrafi się tu zmieniać, jak w kalejdoskopie. Przyczyną są bardzo szybko przemieszczające się niże i fronty, którym nic nie stoi na przeszkodzie. W rezultacie postanawiamy odwiedzić Wyspę Świętego Pawła jako pierwszą.

Okrążając jej północny cypel mamy okazję obserwować skutki beztroski i lekceważenia bezpieczeństwa żeglugi. Leżący na brzegu wrak był jeszcze siedem miesięcy temu japońskim tuńczykowcem. Płynąc z Kanady do Australii Zuhio Maru 58 w czasie silnego sztormu i mgły, w lipcu 1995 roku, wjechał z prędkością 12 węzłów na północny brzeg wyspy. Wjechał w wyniku popełnionego błędu nawigacyjnego. Załoga, 24 osoby, pozostawała na wraku dwa dni, po czym przeniosła się na stały ląd. Nawiązano łączność radiową z sąsiednią wyspą Amsterdam i łączność satelitarną z Perth w Australii. Panujące tu zimowe sztormy uniemożliwiały natychmiastową ewakuację załogi, ale mimo ciężkich warunków samolot australijskiego ratownictwa morskiego dokonał zrzutu kontenera z wyposażeniem i żywnością. Poprawiło to znacznie sytuację Japończyków, którzy od tej pory mogli spać w namiotach. Do dzisiaj znajduje tu się ślad po tym zrzucie i rozbitych namiotach. Dopiero po dwóch tygodniach, od momentu katastrofy, pogoda pozwoliła na zdjęcie rozbitków i przewiezienie ich na wyspę Amsterdam, gdzie się nimi zaopiekowano.

Ten wypadek jest przykładem jak to sprawny i nowocześnie wyposażony statek ulega katastrofie za przyczyną zaniedbań człowieka.

Obie te małe wyspy, położone generalnie pomiędzy 37 a 39 stopniem szerokości południowej i na 77,5 stopniu długości wschodniej, zostały odkryte w 1522 roku przez baskijskiego nawigatora Juana Sebastiana de Elcano, który był kapitanem karaweli Victoria, wchodzącej w skład flotylli Magellana w czasie podróży dookoła świata. Był to jednocześnie jedyny żaglowiec, który powrócił z tej podróży do Hiszpanii, po tragicznej śmierci Magellana na Filipinach.

MAP_Île Amsterdam

W latach późniejszych obie wyspy były odwiedzane przy różnych okazjach lecz pozostawały w dalszym ciągu niezamieszkałe i niczyje. W roku 1843 zostały zaanektowane przez Francję, a w roku 1893 aneksja została potwierdzona i od tamtej pory stanowią terytorium francuskie.[4]

MAP_Île Saint-Paul_1

Roślinność jest tutaj dobrze rozwinięta, lecz ograniczona do wielu gatunków traw, gdyż wyspy są pochodzenia wulkanicznego. Wprawdzie obecnie aktywność wulkaniczna to tylko emisja oparów siarkowych na Wyspie Świętego Pawła, lecz nie zmienia to faktu, że podłoże jest typowe dla tego rodzaju pochodzenia.

 

 MAP_Île Saint-Paul_2

O pochodzeniu wulkanicznym świadczą także stare kratery istniejące do dnia dzisiejszego na Amsterdamie. Natomiast zdecydowanie większą część powierzchni Świętego Pawła zajmuje utworzone w kraterze jeziorko, dostępne z oceanu. Wejście szerokości około 50 metrów i głębokości 1,8 metra znajduje się na północno-wschodniej stronie i pozwala mniejszym jachtom na kotwiczenie w środku tego naturalnego basenu.

Niestety dla nas są to wielkości o wiele za małe i kotwiczymy na zewnątrz w odległości dwóch kabli od wejścia. Wszystko zależy tu od pogody, a w szczególności od kierunku i siły wiatru, jak również od kierunku i wielkości rozkołysu, który jest tu obecny cały czas. Tym razem przyroda obchodzi się z nami bardzo łagodnie, jakby wiedziała, że mamy za sobą dziewiętnaście dni żeglugi po otwartym oceanie i każdy z nas chętnie postawiłby stopę na kawałku stałego lądu.

Podchodząc na kotwicowisko, mijamy zakotwiczony trawler rufowy Astral bandery francuskiej.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_03_w_drodze_na_kotwicowisko_statek_rybacki_przy_brzegu_fot_Wojciech_Jacobson_F1040004_lev_sm

 

Krótko po zakotwiczeniu przypływają pontonem Francuzi, wśród których jest oczywiście przedstawiciel Francuskiej Straży Granicznej odnotowujący fakt naszego przybycia.
Francuskojęzyczna młodzież z Quebecu jest wniebowzięta mogąc tu, niemalże na końcu świata, rozmawiać po francusku. Najbardziej zadowolona jest nasza kucharka, której angielski z bardzo silnym francuskim akcentem powoduje czasami wesołe sytuacje. Dwóch pozostałych Francuzów z załogi Astrala, dowiadując się, że są tu również Polacy, informuje mnie, że ich statek był zbudowany w Gdańsku cztery lata temu i że przez pierwszy rok pływał z nimi polski mechanik gwarancyjny. Zapytani przeze mnie o nazwisko mieli wyraźne kłopoty z jego wymówieniem. Poławiają tu langusty, w które te wody obfitują.
Takie spotkania na krańcach świata odległych od cywilizacji zawsze są bardzo serdeczne i otwarte. W chwilę po odpłynięciu pontonu, któremu towarzyszą dwa nasze z młodzieżą, przypływa duża łódź motorowa do połowu langust i zostajemy obdarowani dwoma workami wypełnionymi po brzegi langustami. Zapowiada się królewska kolacja.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_07a_nauczycielka_biologii_z_langusta_od_rybakow_fot_Wojciech_Jacobson_Scan0203_sm

 

Wybuch wulkanu, który kiedyś miał tu miejsce, spowodował zapadnięcie się wschodniej części wyspy, a otwierając dostęp oceanu utworzył w kraterze jeziorko. Oddzielają je od oceanu dwa niskie skalne falochrony, które wyglądają tak, jakby zbudował je człowiek. Rozkołys nie ma tu dostępu, więc powierzchnia wody w środku jest spokojna. Na prawym falochronie powiewa flaga francuska, potwierdzająca przynależność.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_08_widok_ogolny_1_zatoki_krateru_fot_Wojciech_Jacobson_F1040005a_lev_sm

Oba falochrony to ulubione miejsce odpoczynku, żeby nie powiedzieć wylegiwania się, słoni morskich, fok i lwów morskich. Potężne cielska samców, zastygłe w bezruchu zdają się w ogóle nie reagować na nasze zbliżanie. Zatrzymujemy silnik pontonu, żeby nie zakłócać ich spokoju. Bardzo silne jest wrażenie bliskości natury. Wszystko jest odległe na dotyk ręki.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_17_uchatki_4_na_mierzei_fot_Wojciech_Jacobson_F1000008_sm

Samice okazują większe zainteresowane naszym przybyciem. Bardziej ruchliwe, podpływają blisko i prawie zaglądają do środka pontonu. Wokół bardzo dużo foczej młodzieży. Wszędzie słychać nawoływania samic. Chwilami mam poważne obawy, czy któraś z bardziej ciekawskich fok nie wskoczy nam do pontonu. Po sfilmowaniu i zrobieniu sporej ilości zdjęć, opuszczamy to wspaniałe miejsce równie cicho, jak żeśmy tu przybyli. Jesteśmy tylko gośćmi, a spokoju gospodarzy nigdy nie należy zakłócać.

Jeziorko jest okrągłe, a okalające je strome zbocza krateru porośnięte są trawami. Przepływamy na drugą stronę, gdzie wyraźnie widać wydostające się spod powierzchni ziemi obłoczki pary. To gorące źródła i towarzysząca im emisja oparów siarkowych. Również i tu spotykamy foki, które odpoczywają pomiędzy skałami.

Okrążywszy jeziorko lądujemy na jego północno-wschodnim brzegu, jedynym miejscu nadającym się do tego celu. Jest tu zamontowane urządzenie do pomiarów wysokości pływu, a na brzegu stoi niebieski barak służący za pomieszczenie mieszkalne i magazyn naukowcom. Przypływają tu z pobliskiego Amsterdamu w celu prowadzenia obserwacji.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_12_barak_magazynek_dla_przybyszy_fot_Wojciech_Jacobson_Scan0180_sm

Zgromadzona w magazynie żywność świadczy o częstych tutaj pobytach. Za barakiem na niewielkim wzniesieniu malutki cmentarzyk z trzema grobami lecz tylko jednym krzyżem. Nie ma niestety daty, jest tylko nazwisko. We wcześniejszych latach na Świętym Pawle funkcjonowała stacja rybacka i pewnie wielorybnicza. Może to ktoś z obsługi nie doczekał powrotu w rodzinne strony.

Po stacji pozostały zardzewiałe urządzenia i resztki zabudowań. Można rozpoznać, że coś było kiedyś silnikiem elektrycznym, a coś zbiornikiem. Są nawet ślady torowiska, którym zapewne transportowano do dalszego przerobu to, co złowiono w morzu.

Zbudowane z kamienia domki, które kiedyś zajmowała obsługa stacji, są obecnie okupowane przez foki. To nic że bez dachu, który zniszczył czas. Liczy się poczucie prywatności. Gdy zbliżam się pewnie do jednego z nich, zostaję gwałtownie ostrzeżony przez jego mieszkankę. Powodem jest focze niemowlę, które po chwili dostrzegam na betonowej posadzce. Wycofuję się, żeby nie zakłócać spokoju matki.

 

Będąc jeszcze na pokładzie, widziałem przez lornetkę dziesiątki stojących na zboczu pingwinów, które wyglądały tak, jakby obserwowały, czy ktoś nie nadpływa.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_28_pingwiny_skalne_3_fot_Wojciech_Jacobson_F1040007_lev_sm

Jedyne wydeptane ścieżki, którymi można do nich dotrzeć, znajdują się właśnie po tej stronie krateru. Poruszając się poza tymi ścieżkami, gdzie kępy traw są gęste i wysokie, trzeba uważać na przemykające tu i ówdzie te bezlotne ptaki.

Rockhopper penguin, czyli po polsku „pingwin skaczący po skałach” lub po prostu pingwin skalny, jest jednym z mniejszych przedstawicieli tego gatunku. Dorosłe osobniki osiągają wysokość 61 centymetrów. Białe brzuszki, czarne fraczki na plecach, czerwone dziobki i bardzo charakterystyczne długie zielono-żółte brwi.

Brwi są jak źdźbła trawy poutykane nad oczami w celu lepszego maskowania wśród gęstej trawy. Niektóre z ptaków, wystraszone moim zbliżaniem, dają nura w trawę, aby po chwili ukazać się w zupełnie innym miejscu. Inne zamierają w bezruchu, a ponieważ trawa jest wyższa niż one, trudno je dostrzec. Co jakiś czas wysuwają łebek i – rozglądając się na boki – sprawiają wrażenie, jakby stały na warcie i pilnowały swojego domostwa.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_29_pingwiny_skalne_4_fot_Wojciech_Jacobson_F1040010_sm

Schodząc w dół spotykam całą procesję mozolnie wspinających się w górę pingwinów. Poruszają się wydeptanymi przez siebie ścieżkami. Traktując mnie jako przeszkodę na swojej drodze, zatrzymują się i zaczynają gęgać, jakby próbowały ustalić wspólne zdanie na temat tej przeszkody. Parę z nich znika po prostu w trawie i tyle je widzę. Główna grupa zaczyna ponownie wspinaczkę w momencie, kiedy usuwam się na bok. Wzniesienie jest dosyć strome. Od skalistego brzegu jest tu na pewno paręset metrów. Z podziwem obserwuję tą mozolną wspinaczkę. Cztery kroczki i hop, hop, hop – trzy podskoki po skałkach. I tak na zmianę.

Schodzę niżej i na kamienistym brzegu przyglądam się formowaniu następnego pochodu. Stoi tu niewielka grupa, do której dołączają wciąż nowe pingwiny wyskakujące z wody. Nie wiem, który z nich dał znak, lecz raptem pochód rusza. I znów: trzy kroczki i cztery podskoki po skałach. Usiłuje tę grupę dogonić jakiś spóźnialski, głośno przy tym gęgając, jakby wołał „Jeszcze ja! Co, zapomnieliście o mnie?!”

Leżąca obok mnie foka otworzyła leniwie oczy, szeroko ziewnęła i stwierdziwszy, że nie stanowię dla niej zagrożenia, oddała się na powrót drzemce.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_18_uchatki_5_na_mierzei_fot_Wojciech_Jacobson_F1040006_sm

 

Wokół sielski nastrój i słychać tylko rytmiczny odgłos niewielkiego przyboju, a w niezbyt dużej odległości widać Concordię kołyszącą się w rytm rozkołysu.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_33_reda_Concordia_na_kotwicowisku_fot_Wojciech_Jacobson_F1040003_lev_sm

 

Zbliża się zmierzch i czas wracać. Opuszczamy to wspaniałe miejsce zostawiając w takim stanie, w jakim żeśmy je zastali. W ciągu tych kilkunastu godzin postoju, pogoda potraktowała nas łaskawie.

 

O północy podnosimy kotwicę i udajemy się w kierunku wyspy Amsterdam, która leży 60 mil morskich na północ. Wyższa i mniej więcej pięć razy większa niż Święty Paweł wyspa Amsterdam jest również porośnięta trawami. Mieści się tu stacja meteorologiczna i naukowa oraz ma swoją siedzibę zarządca tego regionu. Nie ma tu, niestety, tak dogodnego kotwicowiska i miejsca na brzegu do lądowania pontonem. Jedyne dostępne znajduje się na północnej stronie, naprzeciwko stacji. Płynąca kiedyś lawa utworzyła tu krótkie, naturalne nabrzeże. Jest ono wykorzystywane do rozładunku zaopatrzenia, jakie jest dostarczane drogą morską.

W nocy zaczyna wiać z północnego-zachodu, co kotwiczenie i lądowanie czyni niemożliwym. Podchodzimy od wschodniej strony i w momencie, gdy osiągamy północno-wschodni cypel, wieje już dosyć silny wiatr.

Wprawdzie bardzo widoczna jest jego tendencja do skręcenia ku zachodowi, a nawet południowemu-zachodowi, ale pozostający rozkołys wyklucza lądowanie pontonu.

Niska warstwa chmur i przelotne opady nie napawają optymizmem. Po prostu przechodzi przez nas chłodny front. Kotwicowisko jest głębokie i kotwiczenie takim statkiem jak Concordia, z ograniczoną długością łańcucha, wymaga odpowiednich warunków pogodowych.

1996-02-20_W-a_Amsterdam_07_szkwalowe_chmury_fot_Wojciech_Jacobson_sm

Na brzegu widać zabudowania mieszkalne i gospodarcze stacji. Są również zbiorniki, pewnie na paliwo. Aktualnie przebywa tu około dwudziestu pięciu osób. Wielki stały napis „Witamy na Amsterdamie” wygląda bardzo zachęcająco. Rozmawiamy z Francuzami przez radio. Potwierdzają, że próba kotwiczenia i lądowania pontonem w takich warunkach może być bardzo ryzykowna.

1996-02-20_W-a_Amsterdam_10_brzeg_kolo_stacji_naukowej_fot_Wojciech_Jacobson_F1000019_sm

 

Pogoda, jakby chciała nam to chociaż częściowo wynagrodzić, na krótki moment się poprawia i słońce oświetla budynki stacji. Jest nawet śliczna, bardzo gruba tęcza. Nie zmienia to jednak faktu, że musimy stąd odpłynąć.

1996-02-20_W-a_Amsterdam_01w_porannym_deszczu_fot_Wojciech_Jacobson_F1000010_lev_sm

 

Wszyscy żałują. Francuzi – bo omija ich okazja spotkania z nami. My – bo omija nas okazja odwiedzenia kolejnego miejsca położonego daleko od szlaków cywilizacji.

I wreszcie ja żałuję, bo omija mnie okazja dowiedzenia się u źródła czegoś więcej o tych dwóch wyspach. Chociażby tego, czym zajmowali się ludzie przebywający kiedyś w stacji rybackiej na Świętym Pawle i kto leży na tym małym cmentarzyku. W biurze regionu znalazłyby się pewnie jakieś dokumenty na ten temat. Cóż, może następnym razem.

1996-02-20_W-a_Amsterdam_13_po_pozegnaniu_kurs_na_E_stawianie_zagli_fot_Wojciech_Jacobson_F1000012_sm

 

Żegnamy się przez radio z Francuzami i informujemy, że w takiej sytuacji płyniemy do Australii. W tym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że zabrzmiało to tak, jakbyśmy udawali się po gazetę do kiosku za róg. Po prostu: płyniemy do Australii. A przecież to tak daleko stąd.

 Concordia_1996_2_sm

Fremantle w Australii osiągamy po 32 dniach od opuszczenia Durbanu.[5]
Teraz, kiedy ten najdłuższy odcinek naszego rejsu mamy już poza sobą, mogę z całą pewnością stwierdzić: tak, to było daleko.

Tekst: Andrzej Straburzyński
Fotografie: Wojciech Jacobson
1996
Mapy: Wikipedia i Wojciech Jacobson

 Tekst był publikowany wcześniej, prawdopodobnie w miesięczniku Żagle lub tygodniku Wyspiarz

 


[1]
W 1824 Francis George Farewell, porucznik armii brytyjskiej, uzyskał zgodę króla Zulusów Czaki (Shaka-Zulu) na założenie placówki handlowej nad Oceanem Indyjskim. W drodze na wybrzeże towarzyszył mu angielski podróżnik Henry Francis Fynn, który otrzymał od Czaki dar w postaci 30-milowego pasa wybrzeża, głębokiego na sto mil. Obaj biali założyli osadę Port Natal, która miała być punktem zaopatrzeniowym dla statków płynących do i z Indii oraz ośrodkiem handlu kością słoniową.
23 czerwca 1835, trzydziestu pięciu Europejczyków mieszkających w osadzie zadecydowało, że stworzą tam stolicę prowincji i nazwą ją d’Urban od nazwiska sir Benjamina d’Urbana, gubernatora Kolonii Przylądkowej (Cape Colony).
W swej historii Durban był pod rządami Afrykanerów, rozbudował przemysł cukrowniczy, stał się jednym z głównych skupisk Hindusów poza Indiami (działał tam również Mohandas Gandhi, późniejszy Mahatma), dziś jest drugim co do wielkości (aglomeracja liczy 3,5 miliona mieszkańców) miastem RPA, ale nigdy nie został stolicą prowincji, którą jest znacznie mniejszy Pietermaritzburg. [przyp. KR]

[2]
Concordia, stalowa barkentyna, zbudowana w Szczecinie w 1991, przekazana armatorowi (West Island College z Montrealu) w kwietniu 1992.
Długość 57,5 m (188 ft 8 in), szerokość maksymalna 9,44 m (31 ft 0 in), zanurzenie 4,0 m (13 ft 1 in), pow. ożaglowania 993 m kw. (10 690 sq. ft), wysokoprężny silnik pomocniczy MAN pozwalający osiągnąć prędkość 9 węzłów.
Zatonęła 17 lutego 2010, 300 Mm SE od Rio de Janeiro. [przyp. ŻR]

[3]
Wojciech Jacobson:
Kanadyjczycy wzorowali się na polskiej Szkole pod Żaglami zainicjowanej przez Krzysztofa Baranowskiego. Młodzi uczniowie kanadyjscy i amerykańscy pełnili obowiązki załogi, a jednocześnie pod kierunkiem nauczycieli realizowali program szkolny.

[4]
Wojciech Jacobson:
Myślę, że potrzebny tu przypis dotyczący Adama Mierosławskiego, który był ponownym – po 300 latach zapomnienia – odkrywcą wysp i właścicielem połowy Saint-Paul. Angielskie źródła Mierosławskiego pomijają, a do nich zaglądał chyba Andrzej.

Adam_Mieroslawski_1815-1851_minAdam Mieroslawski (1815-1851)

Żeglujmy Razem:
Adam Piotr Mierosławski (1815-1851) był żołnierzem, żeglarzem i inżynierem. Walczył w powstaniu listopadowym na warszawskiej Woli pod komendą gen. Józefa Sowińskiego (1831) za co dostał krzyż Virtuti Militari, był w niewoli rosyjskiej, skąd uciekł do Prus, a później do Francji.
Od 1835 pływał na statkach i okrętach francuskich, gdzie doszedł do stanowiska i stopnia kapitana.
W 1841 kupił swój pierwszy statek, którego używał m.in. do łowienia fok i wielorybów.
W 1843 dotarł do wysp Św. Pawła i Amsterdam, o których – przez trzysta lat po ich pierwszym odkryciu – całkowicie zapomniano. Objął obie wyspy w posiadanie w imieniu Francji, a jego zdecydowana postawa powstrzymała od interwencji zbrojnej nawet marynarkę brytyjską. Od rządu francuskiego Mierosławski uzyskał koncesję na eksploatację wysp i prawo własności połowy wyspy Świętego Pawła.
Na wieść o wybuchu Wiosny Ludów (1848) pojechał do Europy by „walczyć z tyranią”. Brał udział w powstaniu w Palermo w Królestwie Sycylii (1848), w powstaniu w Badenii (walczył u boku swego starszego brata, Ludwika Mierosławskiego) i powstaniu węgierskim.
W 1850 kupił kolejny statek, którym pływał po Oceanie Indyjskim.
Zmarł 6 maja 1851 mając 36 lat, na morzu, w pobliżu wysp Św. Paweł i Amsterdam, w drodze z Australii.

Biografia: Mickiewicz, Marian. Odmieniec: opowieść o Adamie Mierosławskim. Seria Miniatury Morskie. Gdynia : Wydawnictwo Morskie, 1966.
[przyp. KR]

Wojciech Jacobson:
Praprawnukiem Emeryka Mierosławskiego, młodszego brata Adama, jest Krzysztof Jaworski, j.kpt.ż.w., mistrz Polski jachtów kilowych z 1953 r., uczestnik niezliczonej ilości rejsów i regat, dawny komandor AKM w Gdańsku, obecny Starszy Koła Seniorów PZŻ i jego były sekretarz, publicysta i autor wspomnień żeglarskich z pierwszych, powojennych lat Szczecina, w których indywidualne losy i doświadczenia młodego gimnazjalisty i licealisty zostały barwnie ukazane na tle historycznych przemian miasta i regionu.
Mama Krzysztofa jest z domu Mierosławska i do jej wspomnień podesłałem zdjęcie Wyspy Św. Pawła. O swoim stryjecznym pradziadku Adamie pisze tak:

Adam, młodszy Brat Ludwika miał w sobie żyłkę marynarza. Może odziedziczył ją po swoim Pradziadku, kpt. Stubbsie. Karierę rozpoczął jako chłopiec okrętowy, pływając po Oceanie Indyjskim. Po paru latach nabył statek zdobywszy stopień kapitana „au long cours”. Kiedyś przypadkiem sztorm go tak zniósł z kursu, że przybił do dawno zapomnianej przez geografów wyspy St. Paul i nieco dalej New Amsterdam.
Były to jeszcze czasy konkwistadorskie, więc Adam stał się właścicielem wyspy, ale że jako Polak niezbyt nadawał się na kolonizatora, przystał na apel Ludwika, by sprzedał wyspę i przysłał mu pieniądze na walkę z tyranami. Był to jeszcze okres Wiosny Ludów. Adam sprzedał pół wyspy, zasilił Brata finansowo, ale sam nie zdecydował się na proponowaną wojaczkę. Kupił nowy statek, nazwał go „Moja Polska” i pływał na nim kumając się z poławiaczami pereł, rybakami i innymi ludźmi mórz.
Skolonizował część wyspy St. Paul. Zginął śmiercią żeglarza w 1851 r. Wzmiankę o nim znalazłam przypadkiem w książce Vernego pt. „Dzieci Kapitana Granta”. Wzmianka ta jest nader zabawna:
Zresztą przeznaczeniem wyspy Amsterdam było stać się kolonią francuską: należała ona najpierw prawem pierwszego okupanta do niejakiego Camina, armatora z Saint-Denis, stolicy Reunion; po czym zgodnie z jakimś układem międzynarodowym odstąpiono wyspę pewnemu Polakowi, który zaczął ją uprawiać posługując się niewolnikami malgaskimi. W myśl starego powiedzenia: „Polak – to prawie Francuz”, po pewnym czasie wyspa stała się znowu kolonią francuską, jako własność imci Pana Otovana.
Na Adamie kończę historyczną niejako część moich wspomnień, dochodząc do dziejów przeważnie znanych mi osobiście.

Zubczewska, Wanda. [Krzysztof Jaworski, red.]. Wspomnienia. Warszawa : Michał Jaworski, 2012;
ISBN: 978-83-931458-8-1; str. 13-14.
reprodukcja okładki i zdjęcie Adama Mierosławskiego: Zenon Szostak: Zeszyty ŻeglarskieZubczewska_Wanda_Wspomnienia_okladka_sm

[5]
Wojciech Jacobson:
Postój Concordii we Fremantle trwał od 4 do 10 marca 1996 r.

Calendar

« September 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

LATO

 

– Ładnie dzisiaj… chociaż nie bardzo… No, jednak… Słowem, nie brzydko, a to najważniejsze… Tak. Nie pada deszcz, nie ma też śniegu.
– To byłoby dziwne, jest przecież lato.
– Proszę mi wybaczyć, właśnie to chciałem powiedzieć… chociaż dowie się pani, że można się wszystkiego spodziewać.
– Zapewne.
– Na tym świecie, proszę pani, niczego nie możemy być pewni.

 

* * *

Pyszne lato, paw olbrzymi,
stojący za parku kratą,
roztoczywszy wachlarz ogona,
który się czernią i fioletem dymi,
spogląda wkoło oczyma płowymi,
wzruszając złotą i błękitną rzęsą.
I z błyszczącego łona
wydaje krzepkie krzyki,
aż drży łopuchów zieleniste mięso,
trzęsą się wielkie serca rumbarbaru
i jaskry, które wywracają płatki
z miłości skwaru,
i rozśpiewane, więdnące storczyki.


O, siądź na moim oknie, przecudowne lato,
niech wtulę mocno głowę w twoje ciepłe pióra
korzennej woni,
na wietrze drżące — —
niech żółte słońce
gorącą ręką oczy mi przesłoni,
niech się z rozkoszy ma dusza wygina
jak poskręcany wąs dzikiego wina. —

 

= = = = = = =

Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego, na półkuli północnej najcieplejsza… bla-bla-bla.

Ponieważ to – było nie było – kalendarz, więc zbiór cytatów i silva rerum z cyklu „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie!”, nie od rzeczy będzie po raz kolejny „palnąć koncept z kalendarza”, czyli polecieć stereotypem. Ale miłym, bo któż z pokoleń pamiętających rok 1960 nie śpiewał:

Lato, lato, lato czeka,
Razem z latem czeka rzeka,
Razem z rzeką czeka las,
A tam ciągle nie ma nas .

Już za parę dni, za dni parę
Weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów, Pitagoras – bądźże zdrów ,
Do widzenia wam „canto, cantare”!

Dla tych, którzy nie pamiętają: to fragment piosenki z filmu Szatan z siódmej klasy – tego oryginalnego, z roku 1960, w reżyserii Marii Kaniew­skiej, w którym debiutowała na ekranie studentka polonistyki Pola Raksa (poróżniła nas, za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał – śpiewa od 1982 roku Grzegorz  Markowski z Perfectu tekstem Bogdana Olewicza). Co dodaję, bo jest też wersja tego filmu z roku 2006, której autorów wymieniać, przez grzeczność, nie będę.
Przez tę samą grzeczność (choć z innych pobudek) dodam, że tekst piosenki napisał Ludwik Jerzy Kern, muzykę – Witold Krzemieński, a wersję oryginalną zaśpiewała Halina Kunicka z Orkiestrą Taneczną PR pod dyrekcją Edwarda Czernego. Szacunek!

==========================

Lato astronomiczne rozpoczyna się od przesilenia letniego i kończy z równonocą jesienną.

Przesilenie letnie Słońca (solstycjum) na półkuli północnej wypada w dniu, kiedy Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – leżącym na północnym równoleżniku 52°13’ – wynosi 61°14’. Podczas przesilenia dzień jest najdłuższy (a noc najkrótsza) w roku.

Równonoc (ekwinokcjum) to dzień, w którym Słońce góruje w zenicie nad równikiem; zdarza się dwa razy w roku: jako początek wiosny (równonoc marcowa – wiosenna) i koniec lata (równonoc wrześniowa – jesienna). Podczas równonocy długość dnia równa jest długości nocy. W dniach równonocy Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Łatwo wtedy można obliczyć szerokość geograficzną miejsca obserwacji: wystarczy zmierzyć w stopniach wysokość górującego Słońca i odjąć tę wartość od 90º.
W centrum Warszawy (52°13’ szerokości geograficznej północnej) dokładny pomiar powinien wykazać właśnie 52°13’.

W pierwszym ćwierćwieczu XXI w. lato na półkuli północnej zaczyna się 21 czerwca (jedynym wyjątkiem jest rok 2024: 20 czerwca, ale 69 minut przed północą!) i trwa do równonocy jesiennej, czyli do 22 lub 23 września
(2018 – 23 IX).

Podczas lata astronomicznego dzień jest dłuższy od nocy, jednak z każdą dobą dnia ubywa, a nocy przybywa. Słońce wschodzi coraz później i góruje na coraz mniejszych wysokościach nad horyzontem.
Za miesiące letnie na półkuli północnej uznaje się czerwiec, lipiec i sierpień.
Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku: tam miesiące letnie to grudzień, styczeń i luty.

 

Lato klimatyczne to ten okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza przekraczają 15°C. Pomiędzy latem klimatycznym i sąsiednimi klimatycznymi porami roku nie ma etapów przejściowych, w przeciwieństwie do zimy poprzedzanej przedzimiem i następującym po niej przedwiośniem.

 

Rzeczownik „lato” w liczbie pojedynczej dawniej (a dziś w gwarach) znaczył „rok”.

Mąż z królem Bolesławem poszedł na Kijowiany
Lato za latem bieży, nie masz go z bojowiska

pisał Mickiewicz (w jakim utworze – wiadomo).
W języku ogólnopolskim przetrwał w tym znaczeniu do dziś: w liczbie mnogiej rzeczownika „rok”, jako jego forma supletywna. A i w gwarach ma się jak najlepiej: latoś znaczy tyle co ‘w tym roku’, a latosi – ‘tegoroczny’.

 

W terminologii kościelnej istnieje termin „miłościwe lato” oznaczający Rok Jubileuszowy lub Rok Święty (Annum Sanctum), połączony z odpustem, którego jednym z warunków jest odwiedzenie określonych kościołów: niegdyś tylko w Rzymie, dziś – na całym świecie.
Po raz pierwszy obchodzono go w roku 1300 za papieża Bonifacego VIII. Pierwotnie miał się powtarzać co 100 lat, ale zaraz Klemens IV skrócił ten okres o połowę, a Paweł II do 25 lat.
Do tego dochodzą „okazje specjalne”, np. Pius XI ogłosił rok 1933 Świętym dla przypomnienia 1900. rocznicy śmierci Chrystusa, a Benedykt XVI za Annum Sanctum uznał rok 2008, w drugie tysiąclecie od narodzin św. Pawła.

 

Latem, od V w., Kościół wschodnio-chrześcijański obchodził koimesis (gr. Κοίμησις, zaśnięcie) Najświętszej Maryi Panny w przeświadczeniu, że Maryja nie umarła jak zwykły człowiek, lecz została zabrana do Nieba.
W chrześcijaństwie zachodnim, kiedy w VII w. to święto zostało przyjęte w Rzymie, termin „zaśnięcie” został zastąpiony przez „wniebowzięcie”.
W Kościele katolickim, w roku 1950, Pius XII, ogłosił dogmat, stwierdzający, że Maryja, po zakończeniu ziemskiego życia, mocą Bożą została z ciałem i duszą wzięta do wiecznej chwały.

Cerkiew prawosławna obchodzi święto Zaśnięcie Bogurodzicy 15 sierpnia (28 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego).

Protestanci przeciwstawiają się dogmatowi o wniebowzięciu, podając jako argument brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat w Biblii.

W Polsce dzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia) jest wolny od pracy. Tego samego dnia obchodzone jest Święto Wojska Polskiego (przywrócone w 1992).

Święto Wniebowzięcia nazywane jest Świętem Matki Boskiej Zielnej, ponieważ w czasie obrzędów błogosławi się wiązanki ziół i kwiatów.
Według wiary ludowej pobłogosławiony bukiet nabiera cudownych, leczniczych właściwości. Wierni, wracając z kościoła, zostawiali go wśród upraw, gdzie miał przynieść szczęście w zbiorach. Po kilku dniach bukiet zabierany był do domu: najpierw obnoszono go po izbach, a później przechowywano w eksponowanym miejscu, które dawało pewność, że jego moc będzie działała.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
lato to:

białoruskiлетa [lieta]
bośniackiljeto
bułgarskiлято [liato]
chorwackiljeto
czeskiléto
kaszubskilato
litewskivasara
łużycki (dolny)lěśe
łużycki (górny)lěćo
łotewskivasara
macedońskiлетo [lieto]
rosyjski
летo [lieto]

serbskiлетo [lieto]
słowackileto
słoweńskipoletje
ukraińskiліто [lito]
żmudzkivasara

 

Przysłowia związane z latem:

Co się w lecie zarobi,
tym się w zimie żyje.

Co w lecie nogami,
to w zimie rękami.

Dobra nowina:
będzie lato, poszła zima.

Idą za szczęściem
iáko iáskołki zá látem.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto latem pracuje,
zimą głodu nie poczuje.

Kto latem w chłodzie,
ten w zimie o głodzie.

Kto w lecie nie zbiera,
w zimie przymiera.

Kto w lecie próżnuje,
w zimie nędzę czuje.

Latem zbiera baba grzyby,
a chłop w niedzielę
idzie z wędą na ryby.

Lecie mi go nie chłódź,
zimo mi go nie grzej.
[o człowieku, któremu dogodzić trudno, i tak mu źle i tak niedobrze]

Lepsze jedno lato niż dwie zimy.

Mnima káżdy iż wiecznie
Iuż ták ma być láto
.

[Rej, Wizerunk własny żywota człowieka poczciwego, 1558]

Na to jak na lato.
[wyrażenie oznaczające wielką ochotę, skwapliwą zgodę]

O, co bym ja dała za to,
gdyby zawsze było lato.

To pewna nowina:
bywszy lato, będzie zima.

Trzebá się rozmyśláć ná to
Iż nie iutro będzie láto.
[Rej, Zwierciadło, 1568]

W lecie bez roboty,
w zimie bez butów.

Za lata zbieraj na zimę.

 

Przysłowie na
Matkę Boską Szkaplerzną
(16 VII)

Wraz z Szkaplerzną Matką
na zagon, czeladko!

 

Przysłowia na
Wniebowzięcie N.M.P.
(15 VIII)

Do Marji Wniebowstąpienia
miej w stodole połowę mienia.

Gdy w pogodę do nieba Maria wstępuje,
wino Węgrom obfite jesień obiecuje.

Marji Wniebowstąpienie
czyni reszty zboża plenie.

Na Wniebowzięcie
pokończone żęcie.

Pogoda na Wniebowzięcie,
ciężkie ziarno wnet po sprzęcie

W Wniebowzięcie Panny Marji
słońce jasne,
będzie wino godnie kwaśne.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytaty na wstępie:
Ionesco, Eugène. Lekcja (La Leçon). (1950) Tłum. Jan Błoński.

Pawlikowska-Jasnorzewska, Maria. „Pyszne lato”. Niebieskie migdały (1922)

SIERPIEŃ – ósmy miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 31 dni.

Według Aleksandra Brücknera (1856-1939; chyba już zapamiętaliście, że był to filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny) nazwa pochodzi od sierpa żniwnego, tak samo jak w czeskim (srpen), ukraińskim (серпень) i chorwackim (srpanj ‛lipiec’).
A Samuel Bogumił Linde napisał w swoim Słowniku (1812): „sierpień od sierpa rzeczon, bowiem tego miesiąca iuż wszelkie zboża sierpa a źniwa potrzebują”.

 

W Rzymie, przed 46 p.n.e., miesiąc odpowiadający czasowo naszemu sierpniowi był szósty w kalendarzu i nazywał się Sextilis (jeśli ktoś myśli, że to znaczy to, na co wygląda, to nie wnoszę sprzeciwu: już/jeszcze mamy demokrację i każdemu wolno kojarzyć, co z czym chce).

W 46 p.n.e. Juliusz Cezar zarządził reformę kalendarza, wg której pierwszym miesiącem roku stał się Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).

Mimo że już nie szósty a ósmy, Sextilis utrzymał swą nazwę do 8 roku p.n.e., kiedy to – jak twierdzi Swetoniusz (De Vita Caesarum; Divus Augustus, 31.2) – wybrał go na „swój” miesiąc Oktawian August (Octavianus Divi Filius Augustus), pierwszy władca Imperium Rzymskiego (panował od 27 p.n.e. do 14 n.e.).
Nazwa miała upamiętniać zwycięstwa Oktawiana w Egipcie, zamienionym w 30 r p.n.e. w prowincję rzymską.
Ceną tego była m.in. samobójcza śmierć Marka Antoniusza (wcześniej uciekł z pola bitwy pod Akcjum, więc nie żałuję), Kleopatry (której żałuję, bo to nie była aż tak zła kobieta) i śmierć 17-letniego Cezariona (syn Kleopatry i Juliusza Cezara), uduszonego na specjalny rozkaz Oktawiana, któremu pewien filozof-doradca powiedział „Nie jest dobrze, gdy na świecie jest zbyt wielu Cezarów” (no, słów brak!).
Egipt, jak widać, nie zawsze był krainą bajek, a wszystkie te zgony miały miejsce w sierpniu – miesiącu Oktawiana!

Historię piszą zwycięzcy. Dziś większość języków europejskich nazywa ósmy miesiąc roku właśnie wariantami słowa zapożyczonego z łaciny: Augustus. Nawet Grecy używają Αύγουστος, choć mają piękne nazwy historyczne: delficki βουκάτιος (Boukatios), lacedemoński Καρνεῖος (Karneios), delijski Μεταγειτνιών (Metageitnion), beocki Ἱπποδρόμιος (Ippodromios) czy cypryjski Ἔσθιος (Esthios). Ale cóż – wiadomo: na wyspie Cypr mówią, że myszy jedzą żelazo.

 

1 sierpnia – święto państwowe w Polsce: Narodowy Dzień Pamięci Powstania Warszawskiego.

 

2 sierpnia – w Polsce: Dzień Pamięci o Porajmos – Zagładzie Romów i Sinti dokonanej przez III Rzeszę Niemiecką i zaplanowanej na szczeblu państwowym.

Hitlerowskie Niemcy za jedną z podstaw swej ideologii przyjęły czystość rasową i supremację ludu ger­mań­skiego – najczystszej gałęzi rasy aryjskiej.
Jak było z Żydami i żydami – wiadomo: obcy rasowo Semici (co ciekawe, przedstawiciele rasy panów z Arabami jakoś się dogadywali) zostali uznani za podludzi, pasożytów i element niepożądany.
„Naukowy rasizm” (notabene wymyślony nie przez Niemców) nie mógł sobie jednak poradzić z prostym faktem, że w Europie jedynymi bezpośrednimi potomkami Ariów byli właśnie Cyganie. Do tego koczowniczy tryb życia Romów utrudniał ich kontrolę przez państwo totalitarne, stąd w III Rzeszy zostali oni uznani za „element aspołeczny”.
Oba te czynniki, podczas rozpatrywania Zigeunerfrage („kwestii cygańskiej” – jak to eufemistycznie określił reżim), zdecydowały o „eliminacji” czyli wydaniu wyroku śmierci na cały naród usankcjonowanego przez system prawny państwa. Za Rzeszą poszły kraje wasalne, m.in. Rumunia, Chorwacja, Słowacja, Węgry. W przypadkach jednostkowych nazywa się to „morderstwo sądowe”. Wobec zbiorowości jest to ludobójstwo.
Nie ma dokładnych danych dotyczących tej zbrodni. Ocenia się, że w podbitej lub zdominowanej przez nazizm Europie, z liczącej ok. miliona osób populacji Romów, zginęło od 200 do 500 tysięcy ludzi, a prof. Zbigniew Brzeziński uważa, że liczba ofiar Porajmosu sięga 800 tysięcy (Out of Control: Global Turmoil on the Eve of the Twenty-First Century. New York, NY : Simon & Schuster, 1994).

Romowie nie mieli swego Szymona Wiesenthala ani państwa, które by się za nimi ujęło. Nie mieli swego Pabla Picassa, który uświadomiłby światu, że dokonano na nich ludobójstwa.  O Holokauście czy o zbrodni popełnionej na mieście Guernica świat wie prawie wszystko. O Porajmosie – mimo odosobnionych zadośćuczynień – niewiele, prawie nic.
Odpowiedzmy sami sobie: co wiem o nim ja?

 

15 sierpnia
kościelne święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (w Polsce – dzień wolny od pracy) – patrz wyżej w okienku LATO.

święto Wojska Polskiego, obchodzone w rocznicę zwycięskiej bitwy warszawskiej w 1920, stoczonej w czasie wojny polsko-sowieckiej (1919-1921).

 

 

Trzeci weekend sierpnia – Międzynarodowy Weekend Latarni Morskiej i Latarniowca (International Lighthouse and Lightship Weekend) – święto zainicjowane w 1997 r. przez dwóch Szkotów dla upamiętnienia pierwszej ustawy o latarniach morskich, uchwalonej przez Kongres USA w 1789 roku.
Święto obchodzone jest na całym świecie głównie przez radioamatorów, którzy w ten weekend muszą nadawać (i odbierać) z najbliższej latarni morskiej. Jednym z celów święta jest ochrona i renowacja zabytkowych latarni morskich i latarniowców. Zajrzyjcie na: https://illw.net/index.php
Rekordowy był rok 2014: radioamatorzy z 56 krajów zajęli 544 latarnie.
W tym (2018) roku ILLW trwa 48 godzin: od 0001 GMT 18 sierpnia do 2400 GMT 19 sierpnia.
W roku ubiegłym krótkofalarze z 47 krajów nadawali podczas Latarniowego Weekendu z 453 latarni morskich. Wśród nich było tylko trzech nadawców z Polski. Co na to SP-5 ATV MM?

 

 

23 sierpnia 1989

2 miliony obywateli krajów bałtyckich utworzyło żywy łańcuch mający ponad 600 km długości, łączący Litwę, Łotwę i Estonię (wówczas pod okupacją sowiecką, jako republiki ZSRS).
Było to w 50. rocznicę podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow, którego tajny protokół oddawał pół Polski Hitlerowi a drugie pół i państwa bałtyckie – Stalinowi.

w 2008 Parlament Europejski ustanowił w tym dniu Europejski Dzień Pamięci Ofiar Stalinizmu i Nazizmu.

Międzynarodowy Dzień Pamięci o Handlu Niewolnikami i jego Zniesieniu, ustanowiony w 1998 przez ONZ w rocznicę wybuchu powstania niewolników na Santo Domingo (dziś Haiti). Od 1803 roku w tłumieniu powstania wzięły udział – przykro mówić – oddziały polskie z Legionów Dąbrowskiego wysłane tam przez Napoleona. Na szczęście dla Haitańczyków (i naszej reputacji) przegrały, a wojska Pierwszego Konsula musiały ewakuować się z wyspy.
1 stycznia 1804 Haiti uzyskało niepodległość jako drugie niezawisłe państwo po zachodniej stronie Atlantyku, chociaż to, co się tam działo później, to osobna (i koszmarna) historia.

 

 

30-31 sierpnia 1980 (oraz: 3 i 11 września) – cztery komitety strajkowe (w Szczecinie, Gdańsku, Jastrzębiu-Zdroju i Dąbrowie Górniczej) podpisują porozumienia z rządem PRL. Kończy to okres zwany „wydarzenia sierpnia 1980”. Na podstawie jednego tych porozumień zarejestrowano w listopadzie 1980 NSZZ Solidarność.

 

 

Znaki Zodiaku w sierpniu:

Lew (♌) – do 22 sierpnia.
Panna (♍) – od 23 sierpnia.

Samochwalstwo Lwów (i Lwic) zdemaskowane zostało w poprzednim odcinku.
A Panny? Czyżby były dużo lepsze?
Oficjalnie – oczywiście, przecież inaczej nikt by horoskopów nie czytywał, ani (tym bardziej) nie kupował. A jednak:

…bardziej osobiste wiązanie się z ludźmi urodzonymi pod tym znakiem to rzecz beznadziejna, bo Panna – zarówno rodzaju męskiego, jak i żeńskiego – jako partner (we wszystkich aspektach) wykazuje wdzięk słonia i pomysłowość królika. Dzieci ze związku Panny z jakimkolwiek innym znakiem kończą na ogół w klinikach dla nerwicowców.

Nawet Wiki, zazwyczaj bardzo układna, podaje że Pannom przypisywana jest „refleksyjność" (a nie jest to bezmyślność?), „podatność na poglądy innych osób” („mądrość ludowa nazywa takiego „kurek na kościele”, czyli „skąd wiatr powieje…”), nadmierna wrażliwość, mała odporność na krytykę i „nadmiernie zamartwianie się o perfekcyjność”.
Zwłaszcza to ostatnie, choć ładnie opakowane w słowa, budzi grozę – przypomnijcie sobie film Sypiając z wrogiem (Sleeping with the Enemy, 1991) z Julią Roberts: tak poukładać ręczniki w szafie mógł tylko osobnik spod znaku Panny.
Truizmem będzie dodanie, że w zodiakalnej układance rządzą Bliźnięta.

 

Kwiaty sierpnia:

mieczyk (Gladiolus L.) – piękny i magiczny. Daje się go zwłaszcza osobom obchodzącym 40-tą rocznicę (w tradycji francuskiej to rocznica szmaragdowa; w anglosaskiej – rubinowa) ślubu, lub czegokolwiek.

mak (Papaver somniferum L.) – symbol pokoju, snu i śmierci. Nie będzie żadnych detali na temat tego, co się robi z makówek, makowego soku i nasion, bo raz – wszyscy wiedzą, dwa – po co nam te kłopoty gdyby co. Wystarczy wspomnieć, że znajoma tłumaczyła się gęsto amerykańskim celnikom, iż mak, który wiezie z Polski, wykorzysta tylko do produkcji makowca. Nie wwiozła – zabrali. Z czego wynika, że makowiec – groźna rzecz. Strach się bać!

 

Kamienie sierpnia:

perydot – jeśli o takim nie słyszeliście, to może Wam coś wyjaśni informacja, że jest to szlachetna odmiana oliwinów. Też nic? Mnie też nic.
Więc: wikipedia. Jak zawsze swojska, bo wyjaśnia, że perydot nazywano szmaragdem ubogich i że noszono go, by uspokoić nerwy, pozbyć się złości, depresji oraz na dobry humor. Mądrzej się nie zrobiło, ale trochę weselej, prawda?

sardoniks – czyli rodzaj onyksu, który z kolei, podobnie jak heliotrop czy karneol, jest odmianą chalcedonu. Tu już cieplej, bo właśnie w chalcedonie rzeźbione są najcenniejsze antyczne gemmy: kamee i intaglia.
Jeśli jesteście w Polsce, możecie zobaczyć bizantyjską gemmę z heliotropu w Muzeum Narodowym Ziemi Przemyskiej w Przemyślu, albo gemmę Gordiana III z karneolu (są tylko dwa takie medaliony na świecie, drugi jest w British Museum) w Międzyrzeczu (woj. lubuskie) – na ogół pokazują tam tylko kopię, bo nie mają pieniędzy na stałych strażników; a nie lepiej gemmę sprzedać i strażników zatrudnić? Nie byłoby czego pilnować (więc skuteczność stuprocentowa), ale ludzie by sobie trochę zarobili.
Sardoniks to odmiana onyksu z warstwami o dominujących odcieniach czerwieni, klejnot ten zdobi piątą warstwę fundamentu pod murem Miasta Świętego – Jeruzalem. Tak twierdzi św. Jan w Apokalipsie (21:20) i chyba najbezpieczniej to przyjąć na wiarę.

 

Z sierpniem – tak naprawdę – nie wiadomo, jak jest.
Niby porządny, bo jeszcze wakacyjny (plus), ale wakacje kończący (minus).
Niby długi, bo 31 dni (plus), ale ci, co na etacie, pracują więcej za te same pieniądze (minus).
Niby ciepły, bo lato (plus), ale pod koniec w rowie się nie prześpisz (minus).
Niby się ładnie nazywa po polsku (plus), ale sierp zbyt dobrze (od 1917) się nam nie kojarzy (minus).
Niby się ładnie nazywa po polsku (plus), ale jego łacińska i zlatynizowana nazwa to krańcowy przykład oportunizmu wobec władzy (minus).
Niby miesiąc Cudu nad Wisłą (plus), ale gdy się głębiej zastanowić, czemu tę wygraną bitwę nazwano „cudem”, to… (minus).
Sierpień 2014 zapunktował specjalnie: miał 5 piątków, 5 sobót i 5 niedziel (plus, bo pracy mniej). Ale niewiele z tego wynika, bo poprzedni taki miesiąc był w roku 1191, a następny będzie w 2837 – podobno, bo komu by się chciało sprawdzać…
Tak więc w 2014 minusy mogły nie przesłaniać nam plusów, ale w inne lata? Lepiej nie myśleć…

 

Imieniny w sierpniu są ciekawe:

  • Dorota (7 VIII) – bo tak miała na imię żona Kochanowskiego, który pisał do niej:

Nieprzepłacona Doroto,
Co między pieniędzmi złoto,
co miesiąc między gwiazdami,
Toś ty jest między dziewkami!
[…]
Szyja pełna, okazała,
Piersi jawne, ręka biała.
[…]
A kiedy cię pocałuję,
Trzy dni w gębie cukier czuję!

Pisze dziś kto tak o żonie?

  • Romuald i Roman (9 VIII) – bo kto nie wie, czy to jest pytanie czy hasło, to wie niewiele o polskich zespołach kultowych;
  • Jacek (17 VII) – bo tak ma na imię przyjaciel, z którym chodziłem do jednej klasy od pierwszej podstawowej do matury i przyjaźnię się przez całe życie; a chociaż dwa lata temu odpłynął do Hilo, odbieram go w czasie teraźniejszym, bo nie umiem inaczej;
  • Maria (15 VIII) – bo Maria; piękne imię i piękny dzień; mimo, że tego samego dnia obchodzi imieniny Napoleon;
  • Męcimir (21 VIII) – bo już chyba nikt nie nosi tego imienia i na mirnym polu semantycznym pozostał tylko Kazimierz.

Wszystkiego najlepszego!

 

Urodziny w sierpniu – tu jest kłopot, bo uważam, że Damy mogą obchodzić maksymalnie 20-te urodziny, a dalej mają tylko imieniny (nawet kilka razy w roku). Tak więc sierpniowe imprezy urodzinowe (Dżentelmeni) i imieninowe (Damy) urządzają:

•   10-go – Dama niezwykła, która nie tylko wie, co to jest bartyzana, kroksztyn, loksodroma i funkcja przesunięta o wektor długości, ale też docenia znaczenie zapałek i to, że muszą one leżeć zawsze na swoim miejscu, co rokuje jak najlepiej rejsom przez Nią prowadzonym i tym, w których bierze udział;

•   11-go – kapitan i pilot (latający, nie portowy) zwany Krzysztofem Młodszym, jedyny kapitan żaglowców pochodzący z Piotrkowa Trybunalskiego; jeśli nie wiecie, o kim mowa, to zobaczcie, kto dostał wyróżnienie w konkursie Rejs Roku za kapitanowanie Pogorią ze SzPŻ-2016 i kto jest współredaktorem strony www.ZeglujmyRazem.com

•   13-go – pewna Dama, do której żywię ogromną atencję, a jeszcze bardziej jestem wdzięczny za… (już ona wie za co);

•   26-go – inna Dama, pochodząca z Kuby, bardzo mądra, o innych przymiotach nie wspominając.

¡Damas y Caballeros!
Najserdeczniejsze życzenia!

 

 

Śluby i wesela w sierpniu:
no cóż, skoro ktoś musi…
Filozof powiedział kiedyś, że czy zrobisz tak, czy tak – i tak będziesz żałować (myśli mądrych ludzi wiecznie żywe).
A jedna z osób mi znajomych akurat się rozwodzi…

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
ósmy miesiąc roku to:

białoruskiжнівень [żniwień]
bośniackiaugust
bułgarskiавгуст [avgust]
chorwackikolovoz
czeskisrpen
kaszubskizélnik (też: zelan, august, sërpiń)
litewskirugpjūtis
łatgalskilabeibys (też: augusta)
łotewskilabeibys
łużycki (dolny)jacmjeński (też: awgust)
łużycki (górny)žnjenc
macedońskiaвгуст [avgust] lub жетвар [żetvar]
rosyjskiaвгуст [avgust]
serbskiaвгуст [avgust]
słowackiaugust
słoweńskiavgust
ukraińskicерпень [serpień]
żmudzkirogpjūtis

 

Przysłowia związane z sierpniem:

Czego sierpień nie uwarzy,
wrzesień tego nie upiecze.

Kiedy sierpień następuje
resztki zboża koszą,
albo sierpem dożynają
i przepiórki płoszą.

Lekarstwo często nie służy
w sierpniu, jeśliś zdrów i duży;
nie skąp sobie, nie cierp głodu,
wypij spory kufel miodu.

Od głodnych cierpień –
najlepsze lekarstwo sierpień

Sierpień pogodny
winom przygodny.

Sierpień,
ten spoczynku nie chce dać,
bo każe orać i siać.

W sierpień sierpuj,
z prac nie cierpuj.

W sierpniu,
gdy zagrzmi strony północnymi
ryb klęska
i co czołga się po ziemi.

W sierpniu mgły na górach
– mroźne Gody
mgły w dolinach
– dla pogody.

W sierpniu przewodzi sierp,
mitręgi nie cierp.

W sierpniu wszelki zbytek
nie idzie w pożytek.

Z sierpem w ręku witać sierpień:
wieleć uciech, wiele cierpień.

Zima nie przynosi pożytku,
ale bez niej nic nie zbiera Sierpień.

 

Przysłowia na
św. Dominika
(4 VIII)

Na świętego Dominika
zboże z pola do gumn zmyka.

Na święty Dominik
kopy z pola myk, myk.

Gdy ciepło na Dominika,
ostra zima nas dotyka.

 

Przysłowia na
św.
Kajetana (7 VIII)

Św. Kajetanie, strzeż od deszczu zboża zebranie.
Św. Kajetanie, strzeż od deszczu sprzątanie.

 

Przysłowia na
św.
Wawrzyńca (10 VIII)

Gdy na Wawrzyńca orzechy obrodzą,
to w zimie mrozy dogodzą.

Gdy na Wawrzyńca słota trzyma,
do Gromnic lekka zima.

Wawrzyniec pokazuje,
jaka jesień następuje.

Przez przyczynę Wawrzyńca męczennika
chroń Boże pszczółki od szkodnika.
[na południu Polski św. Wawrzyniec uważany jest za patrona pszczelarzy, dlatego w dniu jego święta święci się miód odmawiając przy tym tę modlitwę]

 

Przysłowia na
św. Rocha
(16 VIII)

Na św. Roch
w stodole groch.

Od św. Rocha
na polu socha
[czyli zaczynają się jesienne orki]

 

Przysłowia na
św. Jacka
(17 VIII)

Z jaką pogodą Jacek przybywa,
taka jesień bywa.

Jeśli na Jacka nie panuje plucha,
to pewnie zima będzie sucha.

Na świętego Jacka
najecie się placka.

Na święty Jacek
z nowej pszenicy placek.

O, święty Jacku z pierogami!
Święty Jacku z pierogami, zmiłuj się nad nami!
[To nie żart! Poszukajcie historii św. Jacka Odrowąża, a przekonacie się sami!]

 

Przysłowia na
św.
Bartłomieja (24 VIII)

Od Bartłomieja
lepsza w stodole nadzieja.

Po Bartłomieju
jedz kluski na oleju.

Na święty Bartłomiej
śmiało żyto siej.

Przyszedł św. Bartłomiej –
żytko na zimę siej.

Jak Bartłomiej nie zasieje,
nie pokropi św. Idzi (1.IX),
 to się żyta w polu nie uwidzi.

Bartłomiej zwiastuje,
jaka jesień następuje.

Bartłomieja cały wrzesień
naśladuje i z nim jesień.

 

Przysłowia na
św.
Augustyna (28 VIII)

Na św. Augustyna
orka dobrze się poczyna.

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha