Andrzej Straburzyński

Przystanek u świętego Pawła (1996)

„Święty Paweł” to nazwa w geografii świata dosyć znana. Wystarczy pojechać palcem po globusie, żeby znaleźć miejsce na lądzie lub morzu nazwane imieniem tego apostoła. Ma swojego Świętego Pawła Atlantyk w postaci skał koło równika, ma także swojego Świętego Pawła Ocean Indyjski.

 Île Saint-Paul_2

 

26 stycznia 1996 roku, po pokonaniu dystansu kilkunastu tysięcy kilometrów i różnicy temperatur rzędu 50 stopni Celsjusza pomiędzy Europą a Południową Afryką, wylądowałem w Durbanie.

Jakkolwiek Durban to klimat tylko subtropikalny, to jednak po wyjściu z samolotu wszedłem w niewidzialną zawiesinę wilgoci w powietrzu. Nic dziwnego: ciągle jeszcze jest tu lato.

Dzięki uprzejmości naziemnej obsługi British Airways szybko udało się przejść przez formalności związane z naszym przybyciem. Niezbyt skomplikowane, ale tym samym samolotem z Londynu przyleciało ponad trzystu pasażerów. Dobrze jednak mieć przyjaciół, pomyślałem, gdy wszystko było załatwione i byliśmy oficjalnie w Południowej Afryce. Za nami spory tłumek wciąż oczekiwał na odprawę.

 

Durban to największe miasto prowincji KwaZulu-Natal i główne wrota morskie Południowej Afryki. Położony w naturalnej zatoce Port Natal, został założony ponad 170 lat temu[1], kiedy poszukiwano dogodnych miejsc do handlu kością słoniową. Jest to obecnie największy port na wschodnim wybrzeżu Afryki i ważne ogniwo tutejszej gospodarki. Duży ruch w porcie dobrze świadczy o poziomie tej gospodarki, a wszyscy moi rozmówcy potwierdzają, że ilość ładunków w eksporcie i imporcie wzrasta systematycznie z roku na rok. Porównanie z rokiem 1991 i 1995, kiedy byłem tu ostatni raz, wypada na korzyść teraźniejszości i jakkolwiek wielu mieszkańców wciąż jeszcze obawia się podzielenia losu innych państw afrykańskich, myślę, że to jednak nie nastąpi.

Tutaj w Durbanie przebywa od połowy grudnia Concordia[2], żaglowiec zbudowany w Szczecinie dla potrzeb kanadyjskiej szkoły pod żaglami[3] i oddany do eksploatacji w kwietniu 1992 roku. W roku akademickim 1995/96 właśnie Durban został wybrany jako port zakończenia pierwszego i rozpoczęcia drugiego semestru.

CONCORDIA_sm

W czasie przerwy świątecznej większość studentów poleciała do domów do Kanady i USA, a Concordia została w Durbanie.

Dzięki dużej przychylności głównie ze strony zarządu portu oraz agenta i miejscowego klubu jachtowego, koszty tego ponadmiesięcznego postoju ograniczyły się tylko do takich opłat standardowych jak prąd, telefon i woda.

 

Z przychylnością tą spotkałem się pierwszy raz w czasie ponaddwumiesięcznego pobytu w Kapsztadzie w roku 1991/92. Począwszy od różnego rodzaju organizacji, a skończywszy na mieszkańcach, wszyscy okazywali duże zainteresowanie tym, skąd przypływamy, dokąd płyniemy i co robimy, i czuło się zadowolenie, że właśnie w ich porcie się zatrzymaliśmy. Braliśmy to pod uwagę, kiedy w roku 1994 opracowywaliśmy trasę obecnego roku akademickiego.

Podróż, rozpoczęta w Louisburgu – małym porcie Nowej Szkocji na wschodnim wybrzeżu Kanady, wiodła tym razem przez Atlantyk, Morze Śródziemne, Kanał Sueski i wschodnie wybrzeże Afryki do Durbanu.

Pierwszym przystankiem w drugim semestrze miały być wyspy Święty Paweł i Amsterdam. Obie, położone na Południowym Oceanie Indyjskim, 2400 mil morskich na wschód od Durbanu, wchodzą w skład Francuskich Terytoriów Południowych i Antarktycznych i mają status Francuskich Terytoriów Zamorskich.

 

Pod koniec stycznia młodzież zaczęła wracać z zimowych wakacji i 1 lutego 1996 opuściliśmy Durban, zaczynając żeglugę po Oceanie Południowym, mając przed sobą najdłuższy jak dotąd w krótkiej historii Concordii przelot z portu do portu: 4400 mil morskich do Fremantle w Australii.

We wszystkich żeglarskich przekazach ustnych i pisanych, Ocean Południowy określany jest jako jeden z najbardziej burzliwych akwenów na świecie. Wystarczy wspomnieć takie nazwy jak „ryczące czterdziestki” i „wyjące pięćdziesiątki”, a niemalże wszyscy żeglarze wiedzą, o co chodzi. Mocnych wrażeń wystarczy tu na pewno dla każdego jeszcze na długie, długie lata. Siła wiatru, wielkości fal, jakie tu występują i inne zjawiska pogodowe były opisywane wielokrotnie. Kolejny opis byłby więc jak powtórne definiowanie koła. Jest się tu na pewno pod wrażeniem ogromu tego Oceanu i towarzyszącej pustki.
Pustki, jeżeli nie liczyć ptaków, jedynych stałych mieszkańców tych ogromnych przestrzeni. Doskonali szybownicy, dla których pogoda – dobra czy zła – nie stanowi żadnej przeszkody, wielkie albatrosy i mniejsze petrele towarzyszą nam od momentu opuszczenia Durbanu. Ciekawe tego, co się wokół nich dzieje i cóż to za intruz z tak dziwnymi skrzydłami wtargnął na ich terytorium. Kiedy szybują nisko nad wodą, wydaje się, że końcami skrzydeł muskają jej powierzchnię, jednak nic takiego nie następuje. Zadziwiająca jest precyzja tego szybowania. Czasami zawisną w powietrzu i trwają tak, przemieszczając się razem z nami. A czasami podlatują na wysokość mostku i przekrzywiając łebek wyglądają, jakby chciały zapytać: co tu robisz przyjacielu?, dlaczego nie latasz razem z nami? Nie uzyskując odpowiedzi siadają na wodzie za rufą, aby po chwili znowu nas doganiać. Rozpiętość skrzydeł albatrosów dochodzi do trzech metrów, a petreli – do jednego metra w zależności od gatunku. I w tym chyba tkwi chyba część tajemnicy tak doskonałego szybowania.

 

W dziewiętnaście dni po opuszczeniu Durbanu, w nocy z 18 na 19 lutego, Wyspa Świętego Pawła ukazuje się na ekranie radaru. Poranna wachta ma okazję obserwowania wschodu słońca z wyspą w tle.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_01_swit_fot_Wojciech_Jacobson_Scan0187_lev_sm

Nie będąc pewnym, na której wyspie pozwoli nam zakotwiczyć pogoda, zdecydowałem się na generalny kurs, który prowadził nas pomiędzy nimi. Pogoda potrafi się tu zmieniać, jak w kalejdoskopie. Przyczyną są bardzo szybko przemieszczające się niże i fronty, którym nic nie stoi na przeszkodzie. W rezultacie postanawiamy odwiedzić Wyspę Świętego Pawła jako pierwszą.

Okrążając jej północny cypel mamy okazję obserwować skutki beztroski i lekceważenia bezpieczeństwa żeglugi. Leżący na brzegu wrak był jeszcze siedem miesięcy temu japońskim tuńczykowcem. Płynąc z Kanady do Australii Zuhio Maru 58 w czasie silnego sztormu i mgły, w lipcu 1995 roku, wjechał z prędkością 12 węzłów na północny brzeg wyspy. Wjechał w wyniku popełnionego błędu nawigacyjnego. Załoga, 24 osoby, pozostawała na wraku dwa dni, po czym przeniosła się na stały ląd. Nawiązano łączność radiową z sąsiednią wyspą Amsterdam i łączność satelitarną z Perth w Australii. Panujące tu zimowe sztormy uniemożliwiały natychmiastową ewakuację załogi, ale mimo ciężkich warunków samolot australijskiego ratownictwa morskiego dokonał zrzutu kontenera z wyposażeniem i żywnością. Poprawiło to znacznie sytuację Japończyków, którzy od tej pory mogli spać w namiotach. Do dzisiaj znajduje tu się ślad po tym zrzucie i rozbitych namiotach. Dopiero po dwóch tygodniach, od momentu katastrofy, pogoda pozwoliła na zdjęcie rozbitków i przewiezienie ich na wyspę Amsterdam, gdzie się nimi zaopiekowano.

Ten wypadek jest przykładem jak to sprawny i nowocześnie wyposażony statek ulega katastrofie za przyczyną zaniedbań człowieka.

Obie te małe wyspy, położone generalnie pomiędzy 37 a 39 stopniem szerokości południowej i na 77,5 stopniu długości wschodniej, zostały odkryte w 1522 roku przez baskijskiego nawigatora Juana Sebastiana de Elcano, który był kapitanem karaweli Victoria, wchodzącej w skład flotylli Magellana w czasie podróży dookoła świata. Był to jednocześnie jedyny żaglowiec, który powrócił z tej podróży do Hiszpanii, po tragicznej śmierci Magellana na Filipinach.

MAP_Île Amsterdam

W latach późniejszych obie wyspy były odwiedzane przy różnych okazjach lecz pozostawały w dalszym ciągu niezamieszkałe i niczyje. W roku 1843 zostały zaanektowane przez Francję, a w roku 1893 aneksja została potwierdzona i od tamtej pory stanowią terytorium francuskie.[4]

MAP_Île Saint-Paul_1

Roślinność jest tutaj dobrze rozwinięta, lecz ograniczona do wielu gatunków traw, gdyż wyspy są pochodzenia wulkanicznego. Wprawdzie obecnie aktywność wulkaniczna to tylko emisja oparów siarkowych na Wyspie Świętego Pawła, lecz nie zmienia to faktu, że podłoże jest typowe dla tego rodzaju pochodzenia.

 

 MAP_Île Saint-Paul_2

O pochodzeniu wulkanicznym świadczą także stare kratery istniejące do dnia dzisiejszego na Amsterdamie. Natomiast zdecydowanie większą część powierzchni Świętego Pawła zajmuje utworzone w kraterze jeziorko, dostępne z oceanu. Wejście szerokości około 50 metrów i głębokości 1,8 metra znajduje się na północno-wschodniej stronie i pozwala mniejszym jachtom na kotwiczenie w środku tego naturalnego basenu.

Niestety dla nas są to wielkości o wiele za małe i kotwiczymy na zewnątrz w odległości dwóch kabli od wejścia. Wszystko zależy tu od pogody, a w szczególności od kierunku i siły wiatru, jak również od kierunku i wielkości rozkołysu, który jest tu obecny cały czas. Tym razem przyroda obchodzi się z nami bardzo łagodnie, jakby wiedziała, że mamy za sobą dziewiętnaście dni żeglugi po otwartym oceanie i każdy z nas chętnie postawiłby stopę na kawałku stałego lądu.

Podchodząc na kotwicowisko, mijamy zakotwiczony trawler rufowy Astral bandery francuskiej.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_03_w_drodze_na_kotwicowisko_statek_rybacki_przy_brzegu_fot_Wojciech_Jacobson_F1040004_lev_sm

 

Krótko po zakotwiczeniu przypływają pontonem Francuzi, wśród których jest oczywiście przedstawiciel Francuskiej Straży Granicznej odnotowujący fakt naszego przybycia.
Francuskojęzyczna młodzież z Quebecu jest wniebowzięta mogąc tu, niemalże na końcu świata, rozmawiać po francusku. Najbardziej zadowolona jest nasza kucharka, której angielski z bardzo silnym francuskim akcentem powoduje czasami wesołe sytuacje. Dwóch pozostałych Francuzów z załogi Astrala, dowiadując się, że są tu również Polacy, informuje mnie, że ich statek był zbudowany w Gdańsku cztery lata temu i że przez pierwszy rok pływał z nimi polski mechanik gwarancyjny. Zapytani przeze mnie o nazwisko mieli wyraźne kłopoty z jego wymówieniem. Poławiają tu langusty, w które te wody obfitują.
Takie spotkania na krańcach świata odległych od cywilizacji zawsze są bardzo serdeczne i otwarte. W chwilę po odpłynięciu pontonu, któremu towarzyszą dwa nasze z młodzieżą, przypływa duża łódź motorowa do połowu langust i zostajemy obdarowani dwoma workami wypełnionymi po brzegi langustami. Zapowiada się królewska kolacja.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_07a_nauczycielka_biologii_z_langusta_od_rybakow_fot_Wojciech_Jacobson_Scan0203_sm

 

Wybuch wulkanu, który kiedyś miał tu miejsce, spowodował zapadnięcie się wschodniej części wyspy, a otwierając dostęp oceanu utworzył w kraterze jeziorko. Oddzielają je od oceanu dwa niskie skalne falochrony, które wyglądają tak, jakby zbudował je człowiek. Rozkołys nie ma tu dostępu, więc powierzchnia wody w środku jest spokojna. Na prawym falochronie powiewa flaga francuska, potwierdzająca przynależność.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_08_widok_ogolny_1_zatoki_krateru_fot_Wojciech_Jacobson_F1040005a_lev_sm

Oba falochrony to ulubione miejsce odpoczynku, żeby nie powiedzieć wylegiwania się, słoni morskich, fok i lwów morskich. Potężne cielska samców, zastygłe w bezruchu zdają się w ogóle nie reagować na nasze zbliżanie. Zatrzymujemy silnik pontonu, żeby nie zakłócać ich spokoju. Bardzo silne jest wrażenie bliskości natury. Wszystko jest odległe na dotyk ręki.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_17_uchatki_4_na_mierzei_fot_Wojciech_Jacobson_F1000008_sm

Samice okazują większe zainteresowane naszym przybyciem. Bardziej ruchliwe, podpływają blisko i prawie zaglądają do środka pontonu. Wokół bardzo dużo foczej młodzieży. Wszędzie słychać nawoływania samic. Chwilami mam poważne obawy, czy któraś z bardziej ciekawskich fok nie wskoczy nam do pontonu. Po sfilmowaniu i zrobieniu sporej ilości zdjęć, opuszczamy to wspaniałe miejsce równie cicho, jak żeśmy tu przybyli. Jesteśmy tylko gośćmi, a spokoju gospodarzy nigdy nie należy zakłócać.

Jeziorko jest okrągłe, a okalające je strome zbocza krateru porośnięte są trawami. Przepływamy na drugą stronę, gdzie wyraźnie widać wydostające się spod powierzchni ziemi obłoczki pary. To gorące źródła i towarzysząca im emisja oparów siarkowych. Również i tu spotykamy foki, które odpoczywają pomiędzy skałami.

Okrążywszy jeziorko lądujemy na jego północno-wschodnim brzegu, jedynym miejscu nadającym się do tego celu. Jest tu zamontowane urządzenie do pomiarów wysokości pływu, a na brzegu stoi niebieski barak służący za pomieszczenie mieszkalne i magazyn naukowcom. Przypływają tu z pobliskiego Amsterdamu w celu prowadzenia obserwacji.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_12_barak_magazynek_dla_przybyszy_fot_Wojciech_Jacobson_Scan0180_sm

Zgromadzona w magazynie żywność świadczy o częstych tutaj pobytach. Za barakiem na niewielkim wzniesieniu malutki cmentarzyk z trzema grobami lecz tylko jednym krzyżem. Nie ma niestety daty, jest tylko nazwisko. We wcześniejszych latach na Świętym Pawle funkcjonowała stacja rybacka i pewnie wielorybnicza. Może to ktoś z obsługi nie doczekał powrotu w rodzinne strony.

Po stacji pozostały zardzewiałe urządzenia i resztki zabudowań. Można rozpoznać, że coś było kiedyś silnikiem elektrycznym, a coś zbiornikiem. Są nawet ślady torowiska, którym zapewne transportowano do dalszego przerobu to, co złowiono w morzu.

Zbudowane z kamienia domki, które kiedyś zajmowała obsługa stacji, są obecnie okupowane przez foki. To nic że bez dachu, który zniszczył czas. Liczy się poczucie prywatności. Gdy zbliżam się pewnie do jednego z nich, zostaję gwałtownie ostrzeżony przez jego mieszkankę. Powodem jest focze niemowlę, które po chwili dostrzegam na betonowej posadzce. Wycofuję się, żeby nie zakłócać spokoju matki.

 

Będąc jeszcze na pokładzie, widziałem przez lornetkę dziesiątki stojących na zboczu pingwinów, które wyglądały tak, jakby obserwowały, czy ktoś nie nadpływa.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_28_pingwiny_skalne_3_fot_Wojciech_Jacobson_F1040007_lev_sm

Jedyne wydeptane ścieżki, którymi można do nich dotrzeć, znajdują się właśnie po tej stronie krateru. Poruszając się poza tymi ścieżkami, gdzie kępy traw są gęste i wysokie, trzeba uważać na przemykające tu i ówdzie te bezlotne ptaki.

Rockhopper penguin, czyli po polsku „pingwin skaczący po skałach” lub po prostu pingwin skalny, jest jednym z mniejszych przedstawicieli tego gatunku. Dorosłe osobniki osiągają wysokość 61 centymetrów. Białe brzuszki, czarne fraczki na plecach, czerwone dziobki i bardzo charakterystyczne długie zielono-żółte brwi.

Brwi są jak źdźbła trawy poutykane nad oczami w celu lepszego maskowania wśród gęstej trawy. Niektóre z ptaków, wystraszone moim zbliżaniem, dają nura w trawę, aby po chwili ukazać się w zupełnie innym miejscu. Inne zamierają w bezruchu, a ponieważ trawa jest wyższa niż one, trudno je dostrzec. Co jakiś czas wysuwają łebek i – rozglądając się na boki – sprawiają wrażenie, jakby stały na warcie i pilnowały swojego domostwa.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_29_pingwiny_skalne_4_fot_Wojciech_Jacobson_F1040010_sm

Schodząc w dół spotykam całą procesję mozolnie wspinających się w górę pingwinów. Poruszają się wydeptanymi przez siebie ścieżkami. Traktując mnie jako przeszkodę na swojej drodze, zatrzymują się i zaczynają gęgać, jakby próbowały ustalić wspólne zdanie na temat tej przeszkody. Parę z nich znika po prostu w trawie i tyle je widzę. Główna grupa zaczyna ponownie wspinaczkę w momencie, kiedy usuwam się na bok. Wzniesienie jest dosyć strome. Od skalistego brzegu jest tu na pewno paręset metrów. Z podziwem obserwuję tą mozolną wspinaczkę. Cztery kroczki i hop, hop, hop – trzy podskoki po skałkach. I tak na zmianę.

Schodzę niżej i na kamienistym brzegu przyglądam się formowaniu następnego pochodu. Stoi tu niewielka grupa, do której dołączają wciąż nowe pingwiny wyskakujące z wody. Nie wiem, który z nich dał znak, lecz raptem pochód rusza. I znów: trzy kroczki i cztery podskoki po skałach. Usiłuje tę grupę dogonić jakiś spóźnialski, głośno przy tym gęgając, jakby wołał „Jeszcze ja! Co, zapomnieliście o mnie?!”

Leżąca obok mnie foka otworzyła leniwie oczy, szeroko ziewnęła i stwierdziwszy, że nie stanowię dla niej zagrożenia, oddała się na powrót drzemce.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_18_uchatki_5_na_mierzei_fot_Wojciech_Jacobson_F1040006_sm

 

Wokół sielski nastrój i słychać tylko rytmiczny odgłos niewielkiego przyboju, a w niezbyt dużej odległości widać Concordię kołyszącą się w rytm rozkołysu.

1996-02-19_W-a_sw_Pawla_33_reda_Concordia_na_kotwicowisku_fot_Wojciech_Jacobson_F1040003_lev_sm

 

Zbliża się zmierzch i czas wracać. Opuszczamy to wspaniałe miejsce zostawiając w takim stanie, w jakim żeśmy je zastali. W ciągu tych kilkunastu godzin postoju, pogoda potraktowała nas łaskawie.

 

O północy podnosimy kotwicę i udajemy się w kierunku wyspy Amsterdam, która leży 60 mil morskich na północ. Wyższa i mniej więcej pięć razy większa niż Święty Paweł wyspa Amsterdam jest również porośnięta trawami. Mieści się tu stacja meteorologiczna i naukowa oraz ma swoją siedzibę zarządca tego regionu. Nie ma tu, niestety, tak dogodnego kotwicowiska i miejsca na brzegu do lądowania pontonem. Jedyne dostępne znajduje się na północnej stronie, naprzeciwko stacji. Płynąca kiedyś lawa utworzyła tu krótkie, naturalne nabrzeże. Jest ono wykorzystywane do rozładunku zaopatrzenia, jakie jest dostarczane drogą morską.

W nocy zaczyna wiać z północnego-zachodu, co kotwiczenie i lądowanie czyni niemożliwym. Podchodzimy od wschodniej strony i w momencie, gdy osiągamy północno-wschodni cypel, wieje już dosyć silny wiatr.

Wprawdzie bardzo widoczna jest jego tendencja do skręcenia ku zachodowi, a nawet południowemu-zachodowi, ale pozostający rozkołys wyklucza lądowanie pontonu.

Niska warstwa chmur i przelotne opady nie napawają optymizmem. Po prostu przechodzi przez nas chłodny front. Kotwicowisko jest głębokie i kotwiczenie takim statkiem jak Concordia, z ograniczoną długością łańcucha, wymaga odpowiednich warunków pogodowych.

1996-02-20_W-a_Amsterdam_07_szkwalowe_chmury_fot_Wojciech_Jacobson_sm

Na brzegu widać zabudowania mieszkalne i gospodarcze stacji. Są również zbiorniki, pewnie na paliwo. Aktualnie przebywa tu około dwudziestu pięciu osób. Wielki stały napis „Witamy na Amsterdamie” wygląda bardzo zachęcająco. Rozmawiamy z Francuzami przez radio. Potwierdzają, że próba kotwiczenia i lądowania pontonem w takich warunkach może być bardzo ryzykowna.

1996-02-20_W-a_Amsterdam_10_brzeg_kolo_stacji_naukowej_fot_Wojciech_Jacobson_F1000019_sm

 

Pogoda, jakby chciała nam to chociaż częściowo wynagrodzić, na krótki moment się poprawia i słońce oświetla budynki stacji. Jest nawet śliczna, bardzo gruba tęcza. Nie zmienia to jednak faktu, że musimy stąd odpłynąć.

1996-02-20_W-a_Amsterdam_01w_porannym_deszczu_fot_Wojciech_Jacobson_F1000010_lev_sm

 

Wszyscy żałują. Francuzi – bo omija ich okazja spotkania z nami. My – bo omija nas okazja odwiedzenia kolejnego miejsca położonego daleko od szlaków cywilizacji.

I wreszcie ja żałuję, bo omija mnie okazja dowiedzenia się u źródła czegoś więcej o tych dwóch wyspach. Chociażby tego, czym zajmowali się ludzie przebywający kiedyś w stacji rybackiej na Świętym Pawle i kto leży na tym małym cmentarzyku. W biurze regionu znalazłyby się pewnie jakieś dokumenty na ten temat. Cóż, może następnym razem.

1996-02-20_W-a_Amsterdam_13_po_pozegnaniu_kurs_na_E_stawianie_zagli_fot_Wojciech_Jacobson_F1000012_sm

 

Żegnamy się przez radio z Francuzami i informujemy, że w takiej sytuacji płyniemy do Australii. W tym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że zabrzmiało to tak, jakbyśmy udawali się po gazetę do kiosku za róg. Po prostu: płyniemy do Australii. A przecież to tak daleko stąd.

 Concordia_1996_2_sm

Fremantle w Australii osiągamy po 32 dniach od opuszczenia Durbanu.[5]
Teraz, kiedy ten najdłuższy odcinek naszego rejsu mamy już poza sobą, mogę z całą pewnością stwierdzić: tak, to było daleko.

Tekst: Andrzej Straburzyński
Fotografie: Wojciech Jacobson
1996
Mapy: Wikipedia i Wojciech Jacobson

 Tekst był publikowany wcześniej, prawdopodobnie w miesięczniku Żagle lub tygodniku Wyspiarz

 


[1]
W 1824 Francis George Farewell, porucznik armii brytyjskiej, uzyskał zgodę króla Zulusów Czaki (Shaka-Zulu) na założenie placówki handlowej nad Oceanem Indyjskim. W drodze na wybrzeże towarzyszył mu angielski podróżnik Henry Francis Fynn, który otrzymał od Czaki dar w postaci 30-milowego pasa wybrzeża, głębokiego na sto mil. Obaj biali założyli osadę Port Natal, która miała być punktem zaopatrzeniowym dla statków płynących do i z Indii oraz ośrodkiem handlu kością słoniową.
23 czerwca 1835, trzydziestu pięciu Europejczyków mieszkających w osadzie zadecydowało, że stworzą tam stolicę prowincji i nazwą ją d’Urban od nazwiska sir Benjamina d’Urbana, gubernatora Kolonii Przylądkowej (Cape Colony).
W swej historii Durban był pod rządami Afrykanerów, rozbudował przemysł cukrowniczy, stał się jednym z głównych skupisk Hindusów poza Indiami (działał tam również Mohandas Gandhi, późniejszy Mahatma), dziś jest drugim co do wielkości (aglomeracja liczy 3,5 miliona mieszkańców) miastem RPA, ale nigdy nie został stolicą prowincji, którą jest znacznie mniejszy Pietermaritzburg. [przyp. KR]

[2]
Concordia, stalowa barkentyna, zbudowana w Szczecinie w 1991, przekazana armatorowi (West Island College z Montrealu) w kwietniu 1992.
Długość 57,5 m (188 ft 8 in), szerokość maksymalna 9,44 m (31 ft 0 in), zanurzenie 4,0 m (13 ft 1 in), pow. ożaglowania 993 m kw. (10 690 sq. ft), wysokoprężny silnik pomocniczy MAN pozwalający osiągnąć prędkość 9 węzłów.
Zatonęła 17 lutego 2010, 300 Mm SE od Rio de Janeiro. [przyp. ŻR]

[3]
Wojciech Jacobson:
Kanadyjczycy wzorowali się na polskiej Szkole pod Żaglami zainicjowanej przez Krzysztofa Baranowskiego. Młodzi uczniowie kanadyjscy i amerykańscy pełnili obowiązki załogi, a jednocześnie pod kierunkiem nauczycieli realizowali program szkolny.

[4]
Wojciech Jacobson:
Myślę, że potrzebny tu przypis dotyczący Adama Mierosławskiego, który był ponownym – po 300 latach zapomnienia – odkrywcą wysp i właścicielem połowy Saint-Paul. Angielskie źródła Mierosławskiego pomijają, a do nich zaglądał chyba Andrzej.

Adam_Mieroslawski_1815-1851_minAdam Mieroslawski (1815-1851)

Żeglujmy Razem:
Adam Piotr Mierosławski (1815-1851) był żołnierzem, żeglarzem i inżynierem. Walczył w powstaniu listopadowym na warszawskiej Woli pod komendą gen. Józefa Sowińskiego (1831) za co dostał krzyż Virtuti Militari, był w niewoli rosyjskiej, skąd uciekł do Prus, a później do Francji.
Od 1835 pływał na statkach i okrętach francuskich, gdzie doszedł do stanowiska i stopnia kapitana.
W 1841 kupił swój pierwszy statek, którego używał m.in. do łowienia fok i wielorybów.
W 1843 dotarł do wysp Św. Pawła i Amsterdam, o których – przez trzysta lat po ich pierwszym odkryciu – całkowicie zapomniano. Objął obie wyspy w posiadanie w imieniu Francji, a jego zdecydowana postawa powstrzymała od interwencji zbrojnej nawet marynarkę brytyjską. Od rządu francuskiego Mierosławski uzyskał koncesję na eksploatację wysp i prawo własności połowy wyspy Świętego Pawła.
Na wieść o wybuchu Wiosny Ludów (1848) pojechał do Europy by „walczyć z tyranią”. Brał udział w powstaniu w Palermo w Królestwie Sycylii (1848), w powstaniu w Badenii (walczył u boku swego starszego brata, Ludwika Mierosławskiego) i powstaniu węgierskim.
W 1850 kupił kolejny statek, którym pływał po Oceanie Indyjskim.
Zmarł 6 maja 1851 mając 36 lat, na morzu, w pobliżu wysp Św. Paweł i Amsterdam, w drodze z Australii.

Biografia: Mickiewicz, Marian. Odmieniec: opowieść o Adamie Mierosławskim. Seria Miniatury Morskie. Gdynia : Wydawnictwo Morskie, 1966.
[przyp. KR]

Wojciech Jacobson:
Praprawnukiem Emeryka Mierosławskiego, młodszego brata Adama, jest Krzysztof Jaworski, j.kpt.ż.w., mistrz Polski jachtów kilowych z 1953 r., uczestnik niezliczonej ilości rejsów i regat, dawny komandor AKM w Gdańsku, obecny Starszy Koła Seniorów PZŻ i jego były sekretarz, publicysta i autor wspomnień żeglarskich z pierwszych, powojennych lat Szczecina, w których indywidualne losy i doświadczenia młodego gimnazjalisty i licealisty zostały barwnie ukazane na tle historycznych przemian miasta i regionu.
Mama Krzysztofa jest z domu Mierosławska i do jej wspomnień podesłałem zdjęcie Wyspy Św. Pawła. O swoim stryjecznym pradziadku Adamie pisze tak:

Adam, młodszy Brat Ludwika miał w sobie żyłkę marynarza. Może odziedziczył ją po swoim Pradziadku, kpt. Stubbsie. Karierę rozpoczął jako chłopiec okrętowy, pływając po Oceanie Indyjskim. Po paru latach nabył statek zdobywszy stopień kapitana „au long cours”. Kiedyś przypadkiem sztorm go tak zniósł z kursu, że przybił do dawno zapomnianej przez geografów wyspy St. Paul i nieco dalej New Amsterdam.
Były to jeszcze czasy konkwistadorskie, więc Adam stał się właścicielem wyspy, ale że jako Polak niezbyt nadawał się na kolonizatora, przystał na apel Ludwika, by sprzedał wyspę i przysłał mu pieniądze na walkę z tyranami. Był to jeszcze okres Wiosny Ludów. Adam sprzedał pół wyspy, zasilił Brata finansowo, ale sam nie zdecydował się na proponowaną wojaczkę. Kupił nowy statek, nazwał go „Moja Polska” i pływał na nim kumając się z poławiaczami pereł, rybakami i innymi ludźmi mórz.
Skolonizował część wyspy St. Paul. Zginął śmiercią żeglarza w 1851 r. Wzmiankę o nim znalazłam przypadkiem w książce Vernego pt. „Dzieci Kapitana Granta”. Wzmianka ta jest nader zabawna:
Zresztą przeznaczeniem wyspy Amsterdam było stać się kolonią francuską: należała ona najpierw prawem pierwszego okupanta do niejakiego Camina, armatora z Saint-Denis, stolicy Reunion; po czym zgodnie z jakimś układem międzynarodowym odstąpiono wyspę pewnemu Polakowi, który zaczął ją uprawiać posługując się niewolnikami malgaskimi. W myśl starego powiedzenia: „Polak – to prawie Francuz”, po pewnym czasie wyspa stała się znowu kolonią francuską, jako własność imci Pana Otovana.
Na Adamie kończę historyczną niejako część moich wspomnień, dochodząc do dziejów przeważnie znanych mi osobiście.

Zubczewska, Wanda. [Krzysztof Jaworski, red.]. Wspomnienia. Warszawa : Michał Jaworski, 2012;
ISBN: 978-83-931458-8-1; str. 13-14.
reprodukcja okładki i zdjęcie Adama Mierosławskiego: Zenon Szostak: Zeszyty ŻeglarskieZubczewska_Wanda_Wspomnienia_okladka_sm

[5]
Wojciech Jacobson:
Postój Concordii we Fremantle trwał od 4 do 10 marca 1996 r.

Calendar

« March 2019 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

ZIMA

– Śnieg pada zimą. Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm…

– Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. Ale nawet do najlepszej odpowiedzi zawsze da się coś dodać. Nie odejmować, a dodać.

 

Od kiedy pamiętam, słowo „zima” wywołuje u mnie zawsze jedno skojarzenie: widzę wtedy obraz Myśliwi na śniegu (1565) Pietera Bruegela Starszego.

Nie wiem, dlaczego. Ani nie jest to mój ulubiony obraz, ani nie chadzam na polowania, zima też  nie była (do przeprowadzki na Florydę) moją ulubioną porą roku – ale fakt jest faktem, niezależnie od tego, jak bardzo bym się sam sobie dziwił.

Zdziwienie jest tym większe, że pamięć podsuwa detal, a nie jest nim ani biała płaszczyzna śniegu na pierwszym planie, ani skulone trzy sylwetki (z których jedną ledwo widać) łowców wracających z jednym marnym lisem i zmęczonymi, kulącymi ogony pod siebie psami, ani ludzie przy ogniu, ani łyżwiarze na sadzawce, ani nawet wpółoberwany szyld gospody. Detalem tym jest lecąca sroka, czarnym krzyżem nakładająca się na górski krajobraz.

Że to sroka  – choć na drzewach siedzą wrony i być może kawki – wnioskuję po ogonie. I po innym obrazie Bruegela Starszego – Pejzaż z szubienicą, mającego też tytuł Sroka na szubienicy (1568). Sroki są dwie: ta tytułowa siedzi na belce rusztowania (pełny surrealizm: przyjrzyjcie się – ta konstrukcja nie ma prawa ustać!), druga – na kamieniu obok. Obraz ten jest zresztą tak nasycony alegoriami i podtekstami – jak to u Bruegela – że można o nim opowiadać godzinami, zwłaszcza jeśli się zacznie od historii Niderlandów i tłumaczenia, dlaczego ptakiem wizualnie dominującym jest lecący żuraw, a nie tytułowa sroka.
Sroki lubią towarzystwo, pewnie dlatego wieść gminna łączy je z roznoszeniem plotek. Nie wiem, czy Bruegel lubił sroki, chociaż malował je często. Ja je lubię.

„Schematyzm” – powiedział kolega po przeczytaniu tego fragmentu. – „Stereotypy. Jest zima, to musi być Bruegel. Czterysta pięćdziesiąt lat, więc co chcesz? Odwiecznych praw natury nikt nie zmieni.”

*  *   *

Zima – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego. Charakteryzuje się najniższymi temperaturami powietrza w skali roku, umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego, zazwyczaj zestaloną (zamarzniętą) formą opadu i osadu atmosferycznego, a większość świata roślin i zwierząt przechodzi okres uśpienia.

Mam wcześnie wstawać? - Ależ skąd!
Na samą myśl się zżyma
Gdy wzgórza w bieli śniegu śpią
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Za zimę klimatyczną przyjmuje się okres roku (następujący po jesieni), w którym średnie dobowe temperatury powietrza spadają poniżej 0°C (32°F).
Zimę poprzedza jesień (zasadniczo…), jednak pomiędzy tymi okresami znajduje się klimatyczny etap przejściowy – przedzimie.

Zima astronomiczna na półkuli północnej, która rozpoczyna się w momencie przesilenia zimowego Słońca (w 2018 – 21 grudnia) i trwa do momentu równonocy wiosennej (od 2012 do końca pierwszego ćwierćwiecza – 20 marca).
Daty przesilenia i równonocy są zmienne, czasem wypadają dzień wcześniej lub dzień później, a w roku przestępnym mogą być dodatkowo cofnięte o jeden dzień.

Podczas zimy astronomicznej dzienna pora dnia jest krótsza od pory nocnej, jednak z każdą kolejną dobą dnia przybywa, a nocy ubywa.

W dniu przesilenia zimowego, przypadającym na grudzień, Słońce góruje w zenicie nad półkulą południową na szerokości zwrotnika Koziorożca. Na półkuli północnej jest to najdłuższa noc (i najkrótszy dzień) w roku.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia zimowego w centrum Warszawy – na 52°14’ szerokości geograficznej północnej – wynosi 14°20’.

 

Przesilenie zimowe w większości kultur było okazją do świętowania „odradzania się Słońca”.

W starożytnym Rzymie obchodzono Saturnalia, w Persji – narodziny Mitry, boga Słońca.
Plemiona germańskie na przełomie grudnia i stycznia obchodziły Jul, Słowianie – Święto Godowe.

Chrześcijaństwo, od IV w., obchodzi zimą – 25 grudnia – dzień urodzin Jezusa. Dlaczego akurat 25 grudnia – różnie powiadają o tym, ale zamieszanie z datami zaczęło się dopiero po zastąpieniu niedokładnego (wobec Słońca i Księżyca) kalendarza juliańskiego nowocześniejszym kalendarzem gregoriańskim.

Na Zachodzie, gdzie kalendarz gregoriański przyjął się niemal od razu, pozostano przy nominale daty, nie patrząc jak się to miało do wyliczeń dawniejszych – zatem Boże Narodzenie wypada tam 25 grudnia.
Na Wschodzie w liturgii obowiązuje starodawny kalendarz juliański, choć życie świeckie toczy się według obowiązującego kalendarza gregoriańskiego.
Stąd juliański 25 grudnia przypada na gregoriański dzień 7 stycznia.

Dwa tygodnie wielkiej różnicy nie czynią, świętować można przecież podwójnie – zwłaszcza, że obie daty zimowe są – ale spróbujcie to powiedzieć ortodoksom, fanatycznym zwłaszcza. A ponieważ w odpowiedziach na pytanie „Jaka religia jest najlepsza?” panuje zadziwiająca jednomyślność – „Moja!” – więc sporów w tej materii było…
No cóż, Boże Narodzenie jest podobno świętem pojednania i pokoju, więc nie ma co wdawać się tu w szczegóły.

 

Równonoc. W wiosennym dniu ekwinokcjum, wypadającym w marcu, Słońce góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana. Na półkuli północnej zima się wtedy kończy i rozpoczyna się wiosna. Teoretycznie.

Istnieje bowiem nordycka przepowiednia o tym, że pewnego razu przyjdzie Wielka Zima trwająca trzy lata – Fimbulvinter, która poprzedzi zmierzch bogów – Ragnarök. Że przy okazji zginą ludzie, jest oczywiste, a Normanowie podali to dodatkowo we własnej stylistyce: głód nastanie tak straszny, że ludzie zjedzą się nawzajem, lądy najpierw spustoszy ogień, a później zaleje morze – czyli nastąpi koniec świata. Czyli, wypisz wymaluj, Wikingowie stworzyli obraz termonuklearnej zimy.

Jest też co prawda akcent optymistyczny, a jakże: po tym wszystkim nastanie era szczęśliwości i nowy świat, bo ponoć jedna para ludzka ocaleje. Pozostaje tylko pytanie: i po co to wszystko?

Jeśli ktoś się chce utrzymać w klimacie i to bez happy endu, niech przeczyta powieść Nevila Shute’a Ostatni brzeg (1957), albo obejrzy jedną z dwóch jej adaptacji filmowych. Moim zdaniem ta starsza (1959), z Gregorym Peckiem, Avą Gardner i Anthonym Perkinsem, jest lepsza.

 

* * *

 

Zima to słowo wywodzące się niemal wprost z naszej językowej przeszłości. Etymologicznie jego najbliższym krewniakiem jest słowo himā (हिमा) ‘mróz, chłód, śnieg’ (Himalaje, himālaya / हिमालय, to ‘dom chłodu / mrozu / śniegu’), które zachowało się w sanskrycie, najstarszym zapisanym (z należących do wspólnoty praindoeuropejskiej) języku, w wersji wedyjskiej sięgającym połowy drugiego tysiąclecia p.n.e. W hindi himā to również ‘lód’. Pewnie dlatego…

 

… w językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
„zima” to:

białoruskiзіма [zima]
bośniackizima
bułgarskiзима [zima]
chorwackizima
czeskizima
kaszubskizëma
litewskižiema
łatgalskizima
łużycki (dolny)zyma (też: zymje)
łużycki (górny)zyma
łotewskiziema
macedońskiзіма [zima]
rosyjskiзима [zima]
serbskiзима [zima]
słowackizima
słoweńskizima
ukraińskiзима [zima]
żmudzkižėima

Zadziwiająca jednomyślność!

 

Była też postać związana z zimą, o której u nas ostatnio cicho się zrobiło, ale chyba tylko dlatego, że przez wiele lat było o niej za głośno:
Mróz – brat boga wiatrów Pogwizda, prawa ręka okrutnego Strzyboga, który jako smok każdego ranka z Jutrobohem i Juternicą walczy.

Był to Demon Śniegu, który w postaci starca jeździł saniami zaprzężonymi w białe konie i zwiastował czas Zimy. Przy okazji zamieniał w słup lodu napotkanych wędrowców i porywał małe dzieci wałęsające się samotnie, które pakował do wielkiego wora.
W święto Godów ofiarowano Groźnemu Starcowi Północy kaszę lub/i kisiel, a matki mogły wykupić porwane dzieci dając mu prezenty. Później prezenty zostawiano na wszelki wypadek.

Jeszcze później – ponieważ Mróz i Strzybog byli bóstwami wschodniej Słowiań­sz­czyz­ny – okazało się, że wszystko to było prawdą, ale:
– nie starzec a dziadek,
– nie porywał a doglądał,
– nie brał a dawał.

I tak narodził się Dziadek Mróz. W carskiej Rosji pisarz Ostrowski dodał mu za towarzyszkę zimowych wędrówek rozkoszną dziewczynkę Śnieżynkę (ros. Снегурочка, Snieguroczka), muzycznie opowiadali o nim Czajkowski i Rimskij-Korsakow, a Dieduszka Moroz rozdawał świąteczne prezenty dzieciom, których rodzice cieszyli się, że ich pociechami opiekuje się krzepki starzec, a nie jakiś tam wraży rachityczny staruszek Mikołaj czy Santa Claus wożony przez pijane renifery.

Kiedy przyszli bolszewicy Dziadek Mróz z początku nieco przystopował, ale później wypłynął na fali ateizacji: trudno było o lepszego kandydata na personifikację świąt i choinki, już nie bożonarodzeniowej a noworocznej.
Najlepiej wytłumaczył to w roku 1952 czeski bolszewik Antonín Zápotocký, premier komu­nis­tycz­nej Czechosłowacji, w świątecznym orędziu skierowanym do dzieci:

Jezusek wyrósł i się postarzał, wyrosła mu broda i stał się Dziadkiem Mrozem. Nie jest już nagi i obdarty, jest ładnie ubrany w baranicę i kożuch. Dziadek Mróz przyjeżdża do nas ze wschodu, a w drodze świecą mu różne gwiazdy, nie tylko betlejemska: cała seria czerwonych gwiazd na naszych kopalniach, hutach, fabrykach i budynkach.

Dziadek Mróz jeszcze kilka lat temu mieszkał niedaleko wsi Kamieniuki, w białoruskiej części Puszczy Białowieskiej. Nie od parady jest jednak i czarodziejem: wyczuł zawczasu wiatry z Zachodu i to, że w tym regionie może nie być zbyt bezpiecznie. Wyniósł się więc na wschód Rosji, do Wielkiego Ustiugu w obwodzie woło­godz­kim, nad rzeką Suchoną. Tam 7 stycznia (pamiętamy: juliańskie Boże Narodzenie!) 2007 r. odwiedził go Władimir Putin i tam corocznie poczta dostarcza ponad dwa miliony listów od czekających na prezenty dzieci.

 

 

 

Przysłowia związane z zimą:

Będzie zima, będzie mróz,
będzie ptaszek jajka niósł.

Deszcze Michałowe
prawią w zimie powietrze zdrowe.

Gdy tęga zima nastanie w pierwiotku adwentu,
ośmnaście tygodni nie spocznie ani momentu.

Idzie zima, a tu butów nie ma.

Idzie zima,
a tu chleba nie ma;
mój Ty Panie z nieba,
daj nam chleba.

Jaka zima, takie lato.

Kafla z pieca, szybki z okna,
a tu zima, butów ni ma.
[t.j. zbytków mu się zachciewa, a butów nie ma]

Kiedy się liść gęsto trzyma,
nie tak prędko będzie zima.

Kiej w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto zimie próżnuje,
ten lecie musi być leniwy.

Na modrzewiu zima niedługo trzyma.
[Góralskie: śnieg, gdy spadnie zanim modrzew zrzuci igły, zniknie prędko, bo na nich nigdy nic leży długo.]

Na świętego Grzegorza [12 marca]
idzie zima do morza.

Połowa zimy, połowa pastwy.

Późna zima długo trzyma.

Słaba zima, kiepskie lato.

Spyta cię zima zarazem:
byłżeś w lecie gospodarzem?

W pierwszym tygodniu pogoda stała,
będzie długo zima biała.

W zimie koła, w lecie sanie robić.

W zimie odkryte ucho,
to w lecie sucho.

W zimie: komin nam ojcem, fajerka matką,
kożuch dobrodziej, a zapiecek chatką.

Zima następuje tęga,
póki głowy twej nie sięga;
postaraj się o barana,
a chwal niebieskiego Pana.

Zima nie jednemu zajrzy pod napiętki.
[niejednemu dokuczy, da się we znaki]

Zima nie pyta, gdzie się lato podziało.

Zima, jak w psiarni.

Zimą to człek siedzi doma,
albo pije gdzie u kuma.

Zimę uśmierza wiosna,
wiosnę lato niszczy.

 

=  = = = = = =

 

Jeszcze o zimie
(bez powodu, wybrane na chybił trafił):

 

Robert Burns

Up In The Morning Early

Cauld blaws the wind frae east to west,
The drift is driving sairly;
Sae loud and shill's I hear the blast,
I'm sure it's winter fairly.

Chorus:
Up in the morning's no for me,
Up in the morning early;
When a' the hills are cover'd wi' snaw,
I'm sure it's winter fairly.

The birds sit chittering in the thorn,
A' day they fare but sparely;
And lang's the night frae e'en to morn-
I'm sure it's winter fairly.

Chorus:
Up in the morning's no for me,
Up in the morning early;
When a' the hills are cover'd wi' snaw,
I'm sure it's winter fairly.

1788

 

Wstawanie wczesnym rankiem

I chmura przestwór szarpie, rwie
Na niebie chmury wzywa
Z poświstem z rykiem dmie i dmie
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Mam wcześnie wstawać? - Ależ skąd!
Na samą myśl się zżyma
Gdy wzgórza w bieli śniegu śpią
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Ćwierkanie ptaków w głogach brzmi
Ich loty mróz powstrzyma
Noc wchłania w siebie krótkie dni
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Mam wcześnie wstawać? - Ależ skąd!
Na samą myśl się zżyma
Gdy wzgórza w bieli śniegu śpią
Zima na świecie zima
Zima na świecie zima

Przekład wiersza Roberta Burnsa „Up In The Morning Early”: Zofia Kierszys (1971)
Wykonanie oryginalne: „Andrzej i Eliza”, 1971.

 

 

Maria Konopnicka
Zła zima

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa…
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!

 

Maria Konopnicka
Ślizgawka

Równo, równo, jak po stole,
Na łyżewkach w dal…
Choć wyskoczy guz na czole,
Nie będzie mi żal!

Guza nabić – strach nieduży,
Nie stanie się nic;
A gdy chłopiec zawsze tchórzy,
Powiedzą, że fryc!

Jak powiedzą, tak powiedzą,
Pójdzie nazwa w świat;
Niech za piecem tchórze siedzą,
A ja jestem chwat!

 

Maria Konopnicka
Zmarźlak

A widzicie wy zmarźlaka,
Jak się to on gniewa;
W ręce chucha, pod nos dmucha,
Piosenek nie śpiewa.

— A czy nie wiesz, miły bracie,
Jaka na to rada,
Gdy mróz ściśnie, wicher świśnie,
Śnieg na ziemię pada?

Oj, nie w ręce wtedy dmuchaj,
Lecz serce zagrzewaj,
Stań do pracy, jak junacy,
I piosenkę śpiewaj!

 

Maria Konopnicka
Rzeka

Za tą głębią, za tym brodem,
Tam stanęła rzeka lodem;
Ani szumi, ani płynie,
Tylko duma w swej głębinie:

Gdzie jej wiosna,
Gdzie jej zorza?
Gdzie jej droga
Het, do morza?

Oj, ty rzeko, oj, ty sina,
Lody tobie nie nowina;
Co rok zima więzi ciebie,
Co rok wichry mkną po niebie.

Aż znów przyjdzie
Wiosna hoża
I popłyniesz
Het do morza.

Nie na zawsze słonko gaśnie,
Nie na zawsze ziemia zaśnie,
Nie na zawsze więdnie kwiecie,
Nie na zawsze mróz na świecie.

Przyjdzie wiosna,
Przyjdzie hoża,
Pójdą rzeki
Het do morza!

= = = = = = = = = = = =

 

Jeremi Przybora
Na całej połaci śnieg

Na całej połaci śnieg.
W przeróżnej postaci śnieg.
Dla sióstr i dla braci
zimowy plakacik
– śnieg, śnieg.

 

Na naszą równinę – śnieg.
Na każdą roślinę – śnieg.
Na tłoczek przed kinem,
na ładną dziewczynę – śnieg, śnieg.

Na pociąg do Jasła,
na wzmiankę że zgasła,
na napis „Brak masła”
na starte dwa hasła,
na flaszki od wódki,
na tego złe skutki,
na puste ogródki,
na dzionek za krótki.

Na w mgle sinej dale – śnieg,
na kocham cię stale – śnieg,

na żale, że wcale
i na tak dalej
tak dalej, tak dalej
na tak dalej – śnieg
śnieg

 

Tekst ten, do muzyki Jerzego Wasowskiego, śpiewali w „Kabarecie Starszych Panów” (Wieczór IV: Zbyteczne żeberko-kaloryfeeria; styczeń 1960)
Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.

Inne wykonania: Kalina Jędrusik, Anna Maria Jopek, Jeremi Przybora.

Cytat #1 na wstępie to oczywiście Ionesco.
Cytat #2: Robert Burns „Up In The Morning Early” (1788) w przekładzie Zofii Kierszys („Wstawanie wczesnym rankiem”, 1971)

 

kr

Marzec

Marzec. Przedwiośnie. Dla Polski to oznacza, że średnie temperatury dobowe są od 0 do +5°C.

Ale ja mieszkam na Florydzie, gdzie zimą jest rześko, wilgotność spada do europejskiego poziomu (nawet mimo deszczu) i jest na ogół słonecznie. Dlatego florydzka zima to najpiękniejsza pora roku – dla mnie przynajmniej, bo rodowici florydzianie chodzą w zimowych kurtkach, czapkach i butach. Z kolei wyczekiwane przez nich lato dla mnie jest nie do zniesienia – przede wszystkim przez wilgoć, wilgoć, wilgoć…
Na razie kwitną drzewka pomarańczowe i grejpfrutowe na nowy urodzaj, większość dni jest słoneczna, deszcz czasem pada, a czasem nie pada. W marcu jak w garncu.

Więc do rzeczy.

 

Marzec – trzeci miesiąc w roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.
Słowniki twierdzą, że nazwę miesiąca wzięliśmy pośrednio od łacińskiego Martius z dawnego czeskiego marec / mařec / marcius, co było pochodną niemieckiego März.
Z pewnością tak jest, ale mnie bardziej podoba się etymologia ludowa, łącząca marzec z Marzanną, którą – na pohybel Zimie – umarzano w rzece, już nie marznącej.
W staropolszczyźnie używana była też nazwa „brzezień”, który do dziś mieszka w języku czeskim (březen) i ukraińskim (березень) – od brzóz, które wtedy zaczynały się zielenić. Są jednak czescy i słowaccy językoznawcy (Václav Machek, Igor Němec, Jan Horálek), którzy uważają, że nazwa miesiąca pochodzi od słowa březost (ʽciąża’): v ten čas drobný dobytek bývá březí, rodí mláďata („w tym czasie bydło jest w ciąży, rodzi młode”).

 

Na Morawskiej Wołoszczyźnie (brzmi podobnie jak historyczna kraina Rumunii, ale to niewielki teren na północy Moraw, między miastami Nowy Jiczyn / Nový Jičín i Brumov-Bylnice, gdzie w XVI w. osiedlono wołoskich pasterzy) do dziś używa się słowa marčák, które może oznaczać ʽjęczmień siany w marcu’ lub ʽmarcujący zając’.

W polszczyźnie wyraz „marzec” miał dawno temu jeszcze jedno znaczenie: oznaczał piwo marcowe, czyli warzone w marcu. Brückner pisze o tym smacznie: „Piwo marzec albo dwuraźne (ʽdubeltowe’), w 16. i 17. wieku słynne krakowskie Märzenbier”.
Trunkową – choć nie piwną – konotację ma również lipiec, o czym będzie w odpowiednim czasie.

 

Łaciński Martius lub mensis Martius oznaczał ‘miesiąc [poświęcony] Marsowi’. Bardzo był przez to ważny, ponieważ Rzymianie uważali boga wojny Marsa za swego protoplastę, jako ojca Romulusa i Remusa (to ci spod wilczycy kapitolińskiej).
Martius – dla nas trzeci – dla Rzymian przez kilkaset lat był pierwszym miesiącem roku, póki Juliusz Cezar nie wprowadził reformy kalendarzowej w roku 46 p.n.e., po której pierwszeństwo objął Ianuarius (styczeń). Za co zresztą Martius zemścił się na Cezarze srogo, ale o tym za chwilę.
Nazwa Martius została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Marcowe rocznice:

 

1 marca 1893 – Nikola Tesla – inżynier-elektryk, wynalazca przez pewien czas współpracujący z Edisonem, później działający na własną rękę, zwany „czarodziejem elektryczności” – po raz pierwszy publicznie (w St. Louis, Missouri) demonstruje działanie fal radiowych. Pięć lat później, w nowojorskiej Madison Square Garden, pokazuje publiczności „teleautomaton” – zdalnie sterowaną łódkę. Część obecnych na pokazie była przekonana, że łodzią steruje ukryta w niej tresowana małpka. Wojskowi, którym Tesla zaproponował sterowane radiem torpedy, nie wyrazili zainteresowania.

 

1 marca – w Rosji, osoby, które wykorzystywane są przez koty do obsługi (a które, bez sensu, uważają, że są tychże kotów właścicielami), obchodzą Dzień Kota. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że reszta Europy obchodzi Światowy Dzień Kota 17 lutego, a International Fund for Animal Welfare ustanowiło Międzynarodowy Dzień Kota 8 sierpnia.
Zostaje więc jeszcze 6 terminów, bowiem – jak twierdzi sanskrycki Pięcioksiąg (Pańczatantra, III w. p.n.e.) – „natura dała kotu dziewięć żywotów zamiast jednego”. Nie mówiąc o tym, że nawet kwestia kocia wskazuje, iż Europa, świat i Rosja to zupełnie inne punkty w czasoprzestrzeni.
A skoro o Rosji mowa:

 

3 marca 1918 – bolszewicy podpisali w Brześciu Litewskim traktat pokojowy z najważniejszymi z Państw Centralnych: Niemcami i Austro-Węgrami. Tym samym spłacali część długu, który zaciągnęli, gdy wywiad niemiecki dał Leninowi worek złota, wywiózł w zaplombowanym wagonie ze Szwajcarii i umożliwił przedostanie się do Rosji, by – jak to później określił Churchill – „zainfekować Europę bakcylem komunizmu”. Separatystyczny pokój z bolszewicką Rosją (właśnie ten w Brześciu Litewskim), miał być za ów manewr zapłatą. Niemcom zależało, bo chcieli przerzucić swe armie ze wschodu na zachód, by na Zachodzie przestało wreszcie być „bez zmian”. Armie przerzucili, ale znów nie zdobyli przewagi (tym razem przez Amerykanów), ale o tym już było w lutym. Bolszewikom też zależało, bo chcieli w spokoju w Rosji robić swoje.
A skoro o Rosji mowa:

 

5 marca 1953 – umiera Stalin. Na stanowisko sekretarza generalnego KC wśliznął się w 1922, jeszcze za życia Lenina. Po śmierci Uljanowa (prawdziwe nazwisko Lenina, gdyby co) w 1924, stworzył triumwirat z Kamieniewem (1936) i Zinowiewem (1936), którzy najpierw pomogli mu ukryć tzw. testament Lenina (sugerujący partyjnym towarzyszom wyrzucenie Stalina z politbiura), a później usunąć konkurentów: Bucharina (1938), Rykowa (1938), Tomskiego (1936) i Trockiego (1940).
Daty w nawiasach oznaczają rok fizycznej likwidacji czyli egzekucji (tylko Tomski popełnił samobójstwo tuż przed aresztowaniem), ale od władzy Stalin odsunął ich znacznie wcześniej – w roku 1929 był już w politbiurze, KC, partii i państwie (co w praktyce znaczyło to samo) samodzierżcą.
Jego śmierć przyniosła konsekwencje spore (o czym nie teraz), choć mniejsze niż można się było tego spodziewać.
W 2008 roku, w telewizyjnym (telewizja państwowa) plebiscycie na „Rosjanina wszech czasów” (50 milionów głosujących) zwyciężył Aleksander Newski, za nim był Piotr Stołypin (kto, na litość boską, go dziś pamięta, nawet w Rosji?!), na trzecim – Stalin. Być może to teoria spiskowa, ale trudno mi uwierzyć, że to nie Stalin zajął miejsce pierwsze, a wynik końcowy nie jest ukłonem „komisji wyborczej” w stronę politycznej poprawności, bo… (sorry, Winnetou!) jeszcze nie czas…
Tak czy siak – dla rządu dzisiejszej Rosji Stalin jest mężem opatrznościowym.
Nie pożywiosz, lecz wiesz, że Stalin był zły / I wszystko już można dziś zwalić na niego – śpiewał Kaczmarski [„List z Moskwy”, 1987-08-13], co przekłada się na propagandową doktrynę: „ustrój sowiecki był wspaniały, a jeśli kto go wypaczył – to Stalin”.
Putin nie bez przyczyny powiedział, że „upadek Związku Sowieckiego był największą geopolityczną katastrofą XX wieku”. Z czego jasno wynika, że rezultatem tej katastrofy jest postkomunistyczna próba wprowadzenia do Rosji demokracji. Poza tym wypaczenia nie musiały być duże, skoro władze rosyjskie przychylnym okiem patrzą na wiece i uroczystości organizowane w rocznice urodzin i śmierci Dżugasz­wilego-Koby-Stalina. Poszukajcie w wiadomościach pod tą datą, albo dzień później – na pewno znajdziecie.

 

7 marca 1876 – wreszcie mamy telefon! Alexander Graham Bell opatentował swój wynalazek!

 

8 marca to Międzynarodowy Dzień Kobiet, ongiś hucznie obchodzony w całym bloku. W zakładach pracy kobietom przysługiwał goździk, a czasem jeszcze cukierki czy rajstopy, rzadziej premia pieniężna – koniecznie za pokwitowaniem w Radzie Zakładowej.
Były akademie ku czci i okolicznościowe programy telewizyjne.
W TVP najczęściej śpiewali wtedy („ja wam wszystko wyśpiewam!”): Adam Zwierz, Kazimierz Kowalski i Edward Hulewicz. Z importu, od czasu do czasu, pojawiał się Iosif Kobzon.

 

8 marca 1968 – w Polsce zaczynają się tzw. wydarzenia marcowe: protest studentów, którzy – jak zwykle – żądali wolności słowa, zgromadzeń i sumienia. Brutalnie spacyfikowany przez milicję i tzw. aktyw robotniczy, czyli zbirów z pałami, którzy mieli tyle wspólnego z robotnikami co picie w Szczawnicy z węglem kamiennym.
Nigdy jednak nie ma tak źle, żeby nie mogło być gorzej: najtwardszy partyjny beton (chodzi o Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, przez którą realizowała się w PRL dyktatura proletariatu) w ramach represji doprowadził do wysiedlenia z Polski inteligencji pochodzenia żydowskiego – tzw. paszport w jedną stronę otrzymało ok. 20 tys. osób. Słowo „paszport” jest mylące, był to bowiem dokument podróży stwierdzający, że „okaziciel nie jest obywatelem PRL”. Co, dla 35-milionowego kraju, oznaczał wyjazd kilkunastu tysięcy osób z elity intelektualnej – dodawać nie trzeba.
Trzeba za to użyć słowa „hańba”. Dotyczy ono co prawda tylko rządu (który został narzucony) i jego łajdackich klakierów (tacy znajdą się zawsze i wszędzie), ale – niestety – słaba to pociecha, bo plama zostaje.

Pogrom marcowy nie był jednak zaskoczeniem: w czerwcu 1967, po wojnie sześciodniowej, która – mimo że zaczepna – była obronną, bezczelnie przez Izrael wygranej, hegemon i jego blok (z wyjątkiem Rumunii) zerwali z państwem żydowskim stosunki dyplomatyczne. Marzec ’68 i to, co działo się później, było tylko dalszym ciągiem serialu.
Nagranie wystąpienia ówczesnego szefa partii Władysława Gomułki podczas wiecu PZPR w Sali Kongresowej 19 marca 1968 jest jednym z najczęściej cytowanych dokumentów dźwiękowych epoki – nawet osobom, które słuchały tego przemówienia na żywo (ja słuchałem!), trudno dziś uwierzyć, że działo się to naprawdę. Dzień po wiecu oficyna Książka i Wiedza wydała broszurkę Stanowisko partii zgodne z wolą narodu : przemówienie wygłoszone na spotkaniu z warszawskim aktywem partyjnym 19 marca 1968 r. z pełnym tekstem przemówienia i Gomułką jako autorem. Kupiłem, za całe 2 złote. Cytat „utwór ten zawiera jednocześnie pornograficzne obrzydliwości, na jakie może zdobyć się tylko człowiek tkwiący w zgniliźnie rynsztoku, człowiek o moralności alfonsa” jest właśnie stamtąd, ale nie dotyczy – niestety – autora.

 

11 marca 1985 – sekretarzem generalnym KC KPZR zostaje Michaił Gorbaczow. Od niego się to wszystko zaczyna i żeby nie wiem jak nie lubić Andrzeja Rosiewicza, trzeba przyznać, że jego Michaił, Michaił, ty postroisz nowyj mir, śpiewane w 1988 podczas pląsów przed gensekiem odwiedzającym akurat Warszawę, było prorocze.Nawyk pląsów przed liderami supermocarstw Rosiewiczowi został na długo, ale dar proroczy chyba się gdzieś zatracił, bo w 2017 ani on nie był „trendy Andy”, ani „trumping” nie było „jumping”.

Gorbaczow to głasnost’pieriestrojka.

Ta pierwsza znaczyła, że przestał być aktualny dowcip o braku różnic w postrzeganiu swobód obywa­telskich w ZSRR i USA, tak samo przestrzegających i respektujących wolność słowa (z drobną wpraw­dzie poprawką: w USA istniała dodatkowo wolność po słowie).

Ta druga znalazła swój finał 25 grudnia 1991 w podpisanym w Wiskulach układzie białowieskim o rozwiązaniu Sojuza.
Wcześniej w ramach pierestrojki znalazła się jeszcze „doktryna Sinatry”. 25 października 1989 rzecznik sowieckiego MSZ, Giennadij Gerasimow, zaskoczył tym terminem dziennikarza programu Good Morning America nazywając tak trend polityki Gorbaczowa wobec państw satelickich: zgodnie z tytułem piosenki „My Way” każde z nich mogło obrać własną drogę.

Mnie, od Sinatry, bliższy jest Kaczmarski:

– Towarzyszu Gorbaczow, wybaczcie mi,
Wiem, towarzysz czasu wiele dla mnie nie ma… 
[…]
Towarzyszu, ja praszu was, pomagitie! 
[…]

– Mieczisław Josifowicz, nie biezpakojties’:
My pamożem wam, kak smożem, no inacze 
[…]
Smotriu ja na was siewodnia s biezpakojem.
No tiepier wam nada – kak umiejetie – żit’,
A szto budiet – budiet s etoj paranoju.
[„Dwie rozmowy z Kremlem (1981-1989), 1989-08-24]

 

Gorbaczowowi nie udało się to, czego dokonał Jiang Zemin, który przewekslował chińską gospodarkę na tory ekonomii rynkowej i jednocześnie utrzymał przy władzy mafię partii komunistycznej. Sowiecki beton partyjny był zbyt twardy i „Gorbi” mógł go usunąć tylko rozwalając całą konstrukcję… No dobrze, wiadomo: filary nośne zostały, ale przynajmniej ściany i fasada zniknęły. Ale i tak chwała mu za to, że cokolwiek zostało ruszone, bo skorzystała na tym Polska i inne kraje satelickie. Przynajmniej czasowo.

 

12 marca 1938 – Rzesza Niemiecka (Deutsches Reich) dokonała bezprzykładnego aktu agresji i zaanek­to­wała Federalne Państwo Austriackie (Bundesstaat Österreich), wcielając je do Rzeszy, zwanej Trzecią, Wielką, a nawet Tysiącletnią.
Tej brutalnej demonstracji siły solidarnie sprzeciwiła się ludność Austrii, zwłaszcza Wiednia, w którym tylko nieliczne zdradzieckie elementy witały na ulicach wkraczające oddziały Wehrmachtu. W ogólno­na­ro­dowym plebiscycie prawie wszyscy głosujący opowiedzieli się przeciw faszyzmowi i związkom z na­zis­towską Rzeszą. Niestety, brunatny okupant utrzymał w mocy akt anszlusu i ogłosił stworzenie tzw. Wielkich Niemiec.
Austrię ogarnęła fala antyfaszyzmu, a wszyscy obywatele przystąpili do ruchu oporu. Oczywiście: poza tymi renegatami gorszego sortu, którym jednak nieludzki, totalitarny reżim się podobał, ale którzy – po ostatecznej wygranej ogólnonarodowego antyfa­szys­tow­skiego powstania i sił demokratycznych w 1945 roku – zostali sprawiedliwie osądzeni i potępieni. Na szczęście była ich garstka.

Że co? Że słyszeliście co innego? Przykro mi, zostaliście zdezinformowani. Pojedźcie do Austrii i pogadajcie z ludźmi, to się przekonacie, że mam rację.

 

13 marca 1848 – zaczyna się seria zbrojnych wystąpień przeciwko staremu porządkowi, zwana Rewolucją Marcową, która dała początek Wiośnie Ludów. Walczący domagali się swobód – politycznych i narodowych, a najubożsi – poprawy warunków bytowych.

Podczas Rewolucji Marcowej rozpoczęły się m.in.:

13 marca 1848 – powstania w Wiedniu i Berlinie. Protestującym chodziło o wolności polityczne, które dość szybko zostały zatwierdzone przez panujących.
Austriacki cesarz Ferdynand I Dobrotliwy (der Gütige) tego samego dnia zdymisjonował kanclerza Klemensa Metternicha – fanatycznego monarchistę i konserwatystę, tępiciela wszelkich przejawów demokracji, odpowiedzialnego za uczynienie z Austrii po Kongresie Wiedeńskim (1815) państwa policyjnego z wszechwładną cenzurą ingerującą we wszystkie dziedziny życia.
Konserwatywny Fryderyk Wilhelm IV Pruski również powołał liberalny rząd i nadał swemu królestwu konstytucję (5 grudnia 1848).

15 marca 1848 – powstanie węgierskie, które wybuchło w Peszcie. Rozpoczęli je radykałowie, którym przewodził poeta Sándor Petőfi, żądający niepodległości, demokracji i zniesienia pańszczyzny.
Austriakom ani w głowie było zezwalać Węgrom na separację. Stosując rzymską zasadę divide et impera (dziel i rządź) najpierw obrócili przeciw Węgrom mniejszości narodowe Królestwa Węgierskiego – Chorwatów, Rumunów, Rusinów, Serbów i Słowaków (notabene używając realnego straszaka, jakim była madziaryzacja propagowana nawet przez rząd Kossutha).
W grudniu 1848 na tron wstąpił Franciszek Józef I (ten sam, którego wiele lat później Czesi nazwali Starym Prochazką, a polscy językoznawcy „dobrotliwym staruszkiem” tak właśnie tłumacząc określenie „stary pierdoła”, by uratować autora tych słów przed plutonem egzekucyjnym za obrazę majestatu).
Kaiser Franz Josef nie bawił się w negocjacje i do pacyfikacji powstania wysłał wojsko. Nie mając wystarczających sił własnych, o braterską pomoc zwrócił się do cara Mikołaja I i tę otrzymał. Armia rosyjska pod wodzą feldmarszałka Paskiewicza, który wcześniej utopił we krwi powstanie listopadowe, wespół z korpusem austriackim dokonały swego.
Sen Węgier o niepodległości (ogłoszonej 19 kwietnia 1849) skończył się szybko: Petőfi poległ, lojalista Batthyány został rozstrzelany wcześniej przez Węgrów-radykałów, Kossuth i jego prawa (zbrojna) ręka – gen. Józef Bem otrzymali azyl w Turcji, a mniejszości narodowe zamiast madziaryzacji dostały germanizację i to w tempie przyspieszonym.
Dla porządku trzeba dodać, że w końcu, gdy Austriacy dostali lanie od Prus, Węgrzy dopięli swego choć w części: w 1867 kompromis austriacko-węgierski przekształcił Cesarstwo Austriackie w monarchię podwójną – Austro-Węgry. Dla mniejszości narodowych Królestwa Węgierskiego skończyła się germanizacja a zaczęła madziaryzacja, czego reperkusje można zauważyć od czasu do czasu nawet przy lekturze dzisiejszej prasy.
Swego czasu po krajach żyjących w najlepszym z ustrojów krążył dowcip o pięciu filarach RWPG (kto nie wie, co to było, niech się cieszy): obok sowieckiego taktu, enerdowskiego poczucia humoru i kilku innych wyraźnie obraźliwych, jednym z najważniejszych była powszechna znajomość języka węgierskiego. Jak widać dla niektórych wcale nie była to taka abstrakcja. Geopolityka sprawia, że dowcipy polityczne tracą swe ostrze w najmniej oczekiwanych momentach.

Zwischenruf.
W połowie lat 1970-tych jedną z tras na długie wakacje była podróż do Afganistanu, Pakistanu i Indii przez ZSRR: za tanie pieniądze leciało się samolotem do tadżyckiego Duszanbe, stamtąd pociągiem do Termezu nad Amu-Darią, promem przez rzekę – i dalej, autostopem, jak daleko czas i powodzenie w handlu wymiennym pozwalały.
Jeździłem tak kilkakrotnie nawiązując po drodze znajomości i przyjaźnie. Gościnne domy czekały na mnie i współtowarzyszy podróży w Duszanbe, gdzie się jadło, piło, a najwięcej opowiadało, z dowcipami politycznymi (tak, antysowieckimi też) włącznie.
Któregoś razu przypomniał mi się dowcip, z którego w Polsce zarykiwali się wszyscy: polskiego geodetę, uczestnika ekspedycji sowieckiej pracującej w terenie, zapytał miejscowy kołchoźnik, co takiego mierzy. Bomba wybuchła następnego dnia, gdy ów chłop pojawił się w lokalnym urzędzie i zapytał, komu i ile zapłacić, by zostać po polskiej stronie, bo ponoć geodeci wytyczają granicę między Polską a Chinami.
Witz opowiedziałem i… zapadła cisza. Poczułem się nieswojo. Współbiesiadnicy byli na tyle uprzejmi, że wyjaśnili mi, iż w republice graniczącej bezpośrednio z ChRL, w dodatku w dobie nasilonej propagandowej antychińskiej histerii, historyjka ta ani trochę śmieszna nie jest.

18 marca 1848 – antyaustriackie powstanie w Mediolanie (tzw. pięć dni Mediolanu, wówczas w granicach Cesarstwa Austriackiego): powstańcy przejęli miasto zaczynając tym samym pierwszą włoską wojnę o niepodległość. Wojna skończyła się porażką Włochów; Zjednoczone Królestwo Włoch powstało dopiero w marcu (!), dokładnie: 17 marca, 1861.

 

25 marca 1848  – Adam Mickiewicz po raz drugi pojawił się na audiencji u Piusa IX (pierwszy raz był 5 marca 1848). Poeta chciał dostać (i w końcu dostał) od papieża błogosławieństwo dla tworzonego przez siebie Legionu Polskiego, któremu za cel pierwszy stawiał walkę z Austrią o niepodległość Włoch, a dalej – przejście na ziemie słowiańskie i wzniecenie tam powstania. To właśnie podczas tego spotkania Mickiewicz miał złapać biskupa Rzymu za rękę, potrząsnąć nią i zawołać: Wiedz, że Duch Boży jest dzisiaj w bluzach paryskiego ludu!

Papież miał na to odpowiedzieć „Nie zapominaj, miły mój synu, do kogo mówisz”, a następnie palnął mowę z której wynikało, że ówczesna sytuacja Polski to pokuta za ciężkie grzechy, a wśród trzech najcięższych wymienił rozwody. „Jeśli Polska wróci do czystych obyczajów – mówił dalej Pius IX – takiej tylko Polsce i takim Polakom błogosławię!”

Wtedy Mickiewicz wykrzyknął: „Na taką Polskę i na taką wierność przysiegamy wszyscy!” a kiedy ukląkł, ujął za nogę Papieża tak silnie, że Ojciec św. musiał się aż o stół oprzeć. Audyencja sie skończyła.

Opis ten i cytat pochodzą z książkowej relacji wydanej w 1898 roku, a napisanej przez x. Pawła Smolikowskiego – generała zakonu Zgromadzenia Zmartwychwstańców. Jego członkowie opiekowali się wówczas emigrantami polskimi we Włoszech, a jeden z nich był uczestnikiem audiencji. Kto jak kto, ale rektor Papieskiego Kolegium Polskiego w Rzymie wie, co powiedział papież i przez przez kogo tak naprawdę Polska wtrącona została w polityczny niebyt. 

Gdy Mickiewicz łapał papieża jeszcze tylko za rękę i mówił o „ludzie paryskim”, miał prawdopodobnie na myśli uczestników francuskiej rewolucji lutowej 1848, w wyniku której powstała tzw. Druga Repub­lika. Uznał ją widać wydarzenie donioślejsze niż powstanie mediolań­skie. Ale z drugiej strony, kto go tam wie: skoro był wieszczem, mógł przeczuć, że powoły­wa­nie się na zbuntowanych Włochów wobec tego papieża jest strategią przegraną. W dodat­ku miałby rację: półtora miesiąca później, 29 kwiet­nia 1848, Pius IX wydał oświadczenie, w któ­rym odciął się od włos­kich ruchów zjednoczeniowych i wyco­fał wojska państwa kościelnego z frontu (by przypadkiem nie-ka­to­licy nie uzyskali przewagi w no­wych Włoszech), co było ważnym przyczyn­kiem do klęski pierwszej włoskiej wojny o niepod­ległość.

 

15 marca – Idy marcowe (łac. Idus Martii) − rzymskie święto poświęcone Marsowi. Były parady i przeglądy wojsk. Podczas Idów Marcowych w 44 roku p.n.e. ponad 60-osobowa (jak twierdzi Eutropiusz) grupa zamachowców, z Kasjuszem i Brutusem na czele, zamordowała Juliusza Cezara.
Dictator perpetuo został 23 razy pchnięty sztyletem, co świadczy, że niektórzy z zamachowców chcieli być chytrzejsi od innych. Co i tak im nie pomogło, bo żaden ze spiskowców nie zmarł śmiercią naturalną. Można przy okazji obejrzeć, albo przeczytać szekspirowskiego Juliusza Cezara (1599) – dokładne to nie jest, ale robi wrażenie. W 1953 film z tej sztuki zrobił Joseph Mankiewicz (ten od Kleopatry), z Marlonem Brando w roli Antoniusza – mocna rzecz!

 

17 marca 1861 – powstaje Zjednoczone Królestwo Włoch (patrz wyżej).

 

17 marca 1921 – uchwalono w Polsce „konstytucję marcową” (obowiązywała do 23 kwietnia 1935, czyli do „konstytucji kwietniowej”). Była to pierwsza polska konstytucja nowoczesna (nie, „konstytucja majowa” z 1791 taką nie była): rządzić miał Naród (przez swoich przedstawicieli), władza – zgodnie z Monteskiuszem – miała być trójdzielna (prawodawcza, wykonawcza i sądownicza) i – żeby było równo – skasowane zostały przywileje stanowe i herby.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ten – nie wiadomo po co – Monteskiusz. Na szczęście ostatnio przedstawiciele Narodu nadrobili zaległości – no, prawie nadrobili, ale już niewiele brakuje, cierpliwości
.

 

17 marca – dzień św. Patryka: irlandzkie święto narodowe i religijne. Ma być podczas niego zielono, koniczynowo i piwnie. Poeta stan ten ujął z właściwą sobie zwięzłością: Pełno radości i krzyku.
Święty Paddy, żyjący w V w., jest patronem Irlandii – porwany za młodu przez irlandzkich piratów i więziony przez 6 lat, powrócił na Szmaragdową Wyspę jako misjonarz, został pierwszym biskupem Irlandii i zyskał miano Irlandzkiego Apostoła. Biskup Patryk wygonił również z Irlandii wszystkie węże – podobno nie ma ich na tej wyspie po dziś dzień. Ewolucjoniści w zasługi Patryka na tym polu nie wierzą, ale oni w ogóle jacyś mało wierzący są.
A u nas tego dnia świętuje Zbigniew, który – przy całym dla Patryka szacunku – godniejszy jest i zacniejszy, bo za wężami po żadnych wyspach nie ganiał! Za to jeden królowi Jagielle żywot między Grunwaldem a Tannenbergiem ocalił, drugi Rotgiera toporem zarąbał (bo było na śmierć, nie na niewolę), trzeci w zamku tegoż Rotgiera przerobionym na willę (z wygodami – byli i widzieli!) mieszka i pod chmurami lata, a czwarty z Latającym Holendrem żeglował, o czym się sami wkrótce przekonacie – tylko czytajcie stronę Periplus!

 

W nocy z 17 na 18 marca 1921 – Armia Czerwona, dowodzona przez Michaiła Tuchaczewskiego, ostatecznie rozgromiła powstańców z Kronsztadu – portu wojennego na niewielkiej (15 km2) wyspie Kotlin w Zatoce Fińskiej, położonej około 30 km na zachód od Petersburga.
W latach 1917-1918 marynarze, robotnicy i mieszkańcy Kronsztadu poparli bolszewików.
Dwa lata trwało zanim doszło wreszcie do nich, co naprawdę popierali, toteż w marcu 1921 zaprotestowali przeciwko terrorowi i dyktaturze wprowadzonej przez rząd Lenina i Trockiego.
Atak armii bolszewickiej na Kronsztad ułatwił lód, po którym wówczas można było dostać się na wyspę.
Po jej zdobyciu, ci powstańcy, którym nie udało się zbiec do Finlandii (tych było ok. 8000), zostali zmasakrowani: ponad dwa tysiące osób zostało rozstrzelanych, niemal 20 tysięcy bolszewicy zesłali do łagrów, mordując po drodze co najmniej kolejne kilka tysięcy.
Prześladowania uczestników i ich rodzin trwały do późnych lat 60-tych. Dopiero w 1994, za prezydentury Borysa Jelcyna, powstańcy kronsztadzcy zostali rehabilitowani, a działania bolszewików uznano za sprzeczne z prawem.

 

17-19 marca 1915 – szósty i ostatni wypad (Sienkiewicz nazywał to „wycieczka”) podczas drugiego oblężenia Twierdzy Przemyśl (o pierwszym przeczytacie w październiku). Wojska austro-węgierskie próbowały się przedrzeć z twierdzy przez pierścień oblegającej armii rosyjskiej. Akcja zakończyła się tragicznie: 5,5 tys. zabitych, rannych i zaginionych.

Rosjanie odpowiedzieli atakiem na umocnienia – zostali odparci, ale oblegani obronili się ostatkiem sił. W związku z czym Armee­ober­kommando, czyli Naczelne Dowództwo C. K. Armii, zaczęło szykować rozkaz zniszczenia twierdzy i poddania. [patrz niżej: 22 i 23 mar­ca 1915].

 

20 marca (przez wszystkie lata drugiej dekady XXI wieku, poza 2011) wypada dzień równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej: Słońce góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana. W tym dniu Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Na półkuli północnej rozpoczyna się wtedy wiosna.

 

22 marca 1895 – możemy już chodzić do kina! W Paryżu bracia Auguste i Louis Lumière pokazali tego dnia po raz pierwszy swoje „ruchome obrazki”. Do hollywódzkiego gwiazdozbioru jest już tylko jeden krok.

 

22 marca 1915 – detonacje wstrząsają Przemyślem: armia austro-węgierska wysadza w powietrze mosty na Sanie oraz forty i działa swojej największej twierdzy: Festung Przemysl.

 

23 marca 1915 – po 5 miesiącach największego w I wojnie światowej oblężenia kapituluje Festung Przemysl, trzecia co do wielkości twierdza w Europie (po Verdun i Antwerpii). Akt kapitulacji dostarczono do sztabu rosyjskiego o 6 rano.

Do niewoli poszło dziewięciu C.K. generałów, prawie setka oficerów sztabowych, 2,5 tys. oficerów oraz 117 tys. podoficerów i żołnierzy. Wśród austro-węgierskich jeńców było prawie 30 tysięcy rannych i chorych.

Rosjanie zachowali się po rycersku, być może wiedząc, że skierowane są na nich oczy całej Europy (padła „twierdza nie do zdobycia”!). C.K. oficerowie mogli zostać przy szablach, żołnierze dostali żołd taki, jak w armii rosyjskiej. Później jeńców podzielono wg narodowości i zesłano do republik azjatyckich. Najlepiej miał Hermann von Kusmanek, generał i Festungskommandant: jeszcze przed końcem wojny wrócił do domu, a po 16 latach zasnął w Panu mając lat 74. Gdy był w niewoli dostał awans na generała obersta, po powrocie postawiono go co prawda przed sądem, ale – oczywiście – uniewinniono. I tak przyschło pytanie, czemu wcześniej nie zgromadzono żywności, amunicji i środków medycznych na tyle, by twierdza była rzeczywiście nie do zdobycia. Ale tak już jest, że najdzielniej biją króle, a najgęściej giną chłopy.

Za to Rosjanie mieli bal: do Przemyśla przyjechał sam car i tak się cieszył, że żołnierze dostali po 5 rubli, a oficerowie po medalu.
Ale dalej już nie było im tak wesoło, bo 3 czerwca, tego samego 1915 roku, armia austro-węgierska odbiła Przemyśl i ruiny twierdzy. Jaki był los ludności cywilnej – strach nawet myśleć.
Austriacy sobie później i tak poszli, a ruiny zostały do dziś.

 

23 marca obchodzony jest dzień przyjaźni polsko-węgierskiej. Wciąż się lubimy!

 

25 marca – w Kościele katolickim obchodzona jest uroczystość liturgiczna Zwiastowania Pańskiego, na 9 miesięcy przed uroczystością Bożego Narodzenia. Jeżeli 25 marca wypada w niedzielę, obchody przekładane są na następny dzień.
Tę samą datę (25 III) przyjmuje za dzień Zwiastowania Bogurodzicy kościół prawosławny; ponieważ liturgia prawosławna posługuje się kalendarzem juliańskim, w kalendarzu gregoriańskim wypada to 7 kwietnia.

 

25 marca 1807 – aprobatę królewską uzyskuje prawo zabraniające handlu niewolnikami (Slave Trade Act 1807) ustanowione przez parlament Zjednoczonego Królestwa.
W historii ludzkości niewiele jest aktów prawnych, wprowadzonych bez użycia siły, w których moralność i chęć ulżenia doli innych brałaby górę nad żądzą zysku. Akt z 1807 roku był – jak sądzę – jednym z pierwszych. Do jego uchwalenia przyczynił się głównie William Wilberforce, przywódca brytyjskich abolicjonistów, wywodzących się z kręgów anglikańskich ewangelików i kwakrów. Niewolnictwo było dla nich sprzeczne z moralnością chrześcijańską, a kampanię przeciwko handlowi żywym towarem uważali za pierwszy etap walki z niewolnictwem; po jego wprowadzeniu niewolnictwo miało zniknąć w sposób samoistny.
Kampania podjęta została pod koniec lat 1780-tych, na forum parlamentarne trafiła w 1789.

Nigdy, przenigdy nie zaprzestaniemy naszych wysiłków, aż nie wymażemy tego skandalu z chrześcijańskiego imienia, aż nie uwolnimy się od ciężaru winy, pod którym obecnie się uginamy, aż nie położymy kresu wszelkim śladom tego znaczonego krwią handlu, w który przyszłe pokolenia, patrząc wstecz na historię naszego wieku oświecenia, nie będą mogły uwierzyć, że okrywał hańbą i niesławą nasz kraj aż tak długo 

– mówił Wilberforce 18 kwietnia 1781 z parlamentarnej mównicy.

Projekt ustawy przepadał w głosowaniu kilkakrotnie, a do przeforsowania go przyczyniło się uchwalone w 1806 prawo zabraniające obywatelom brytyjskim udziału w handlu niewolnikami, chytrze podsunięte przez abolicjonistów jako etap pośredni. Zakaz handlu został uchwalony przez Parlament 23 lutego 1807.
W maju 1833 rząd przedłożył w Parlamencie projekt uchwały o zniesieniu niewolnictwa. Izba Gmin zatwierdziła ją 26 lipca 1833, trzy dni przed śmiercią Wilberforce’a. Ustawa weszła w życie 1 sierpnia 1834, nie objęła jednak terytoriów zarządzanych przez Kompanię Wschodnioindyjską, jako nie będących pod bezpośrednią kontrolą Korony. W historii ludzkości niewiele jest…

 

30 marca 1492 – katoliccy monarchowie Hiszpanii, Izabela Kastylijska i Ferdynand Aragoński, podpisali Edykt z Alhambry dający hiszpańskim żydom 4 miesiące na opuszczenie kraju lub chrzest. Karą za niewykonanie rozkazu była egzekucja bez procesu.
Zdecydowana większość wyemigrowała.
Historycy nie są zgodni co do liczby wypędzonych: waha się ona od 130 do 800 tysięcy. Z pomocą dla prześladowanych „Ludzi Księgi” pospieszył m.in. sułtan Bajazyd II, który wysłał jednostki wojenne, by przywiozły wypędzonych do Imperium Ottomańskiego.
Ci, którzy dokonali konwersji (ok. 50 000 osób), mieli tego wkrótce pożałować: kilka lat późnej większość conversos została uznana za kłamców i osadzona w lochach inkwizycji. Ich majątki skonfiskowano na rzecz państwa, po odliczeniu prowizji dla donosicieli, którzy wnieśli akt oskarżenia przeciwko „krypto-żydom” o religijne oszustwo.
Edykt z Alhambry był pierwszym gwoździem do trumny hiszpańskiej potęgi, ale o tym – nie teraz.
Formalnie, rząd hiszpański odwołał edykt 16 grudnia 1968 roku (za rządów Francisca Franco).
W 500. rocznicę wygnania (31 marca 1992), król Juan Carlos z kipą na głowie modlił się obok premiera izraelskiego Chaima Herzoga w madryckiej synagodze Beth Yaakow. Od 2012 potomkowie żydów wypędzonych w 1492 mogą uzyskać obywatelstwo hiszpańskie bez konieczności zamieszkania w Hiszpanii.

 

30 marca 1945 – urodził się Eric Clapton, uznany przez pismo Rolling Stone za drugiego (po Jimim Hendrixie) z najlepszych gitarzystów wszech czasów.

Pochodzący z Ripley w hrabstwie Surrey, Clapton karierę zaczynał z grupą The Yardbirds we wczesnych latach 60-tych, później na jakiś czas wessał go blues grany przez Johna Mayalla i The Bluesbreakers. W 1966 Clapton, Ginger Baker i Jack Bruce stworzyli legendarną supergrupę Cream. Dalej było wszystko: kolejne supergrupy, reggae, solówka w beatlesowskim przeboju While My Guitar Gently Weeps (1968), blues, złote płyty, alkohol, kokaina, heroina, miłość, śmierć syna. A ostatnio: solówki w dwóch bluesach na najnowszej płycie The Rolling StonesBlue & Lonesome (2016).

W latach 60-tych jakiś graficiarz napisał na ścianie londyńskiego metra „Clapton is god” – Clapton jest bogiem. Slogan chwycił – był czas, że ten napis można było zobaczyć w Londynie wszędzie.

Sam Clapton nie dał się zwariować. Komentując w jednym z wywiadów najbardziej znane zdjęcie tego graffiti powiedział: „Na dole fotografii jest pies sikający na tę ścianę. Mam do tego mniej więcej taki sam stosunek”.

Polecam Autobiografię Claptona (wydanie polskie: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2009). Oczy okrągleją.

 

31 marca 1854 – Iesada, trzynasty siogun z rodu Tokugawa, zmuszony zostaje do podpisania Traktatu z Kanagawy (dziś część Jokohamy). Amerykański komandor Matthew Calbraith Perry, podczas drugiej „wizyty” w Japonii z eskadrą złożonej z ośmiu okrętów US Navy (za pierwszym razem, w 1853, pojawił się tylko w cztery okręty), wymusił na Japończykach otwarcie ich portów dla handlu ze Stanami Zjednoczonymi.
Wyłom dokonany w japońskim izolacjonizmie miał się okazać brzemienny w skutki, o czym pierwsza przekonała się Rosja w 1904-05, a podczas II wojny światowej – reszta Azji i świat anglosaski. Ale to będzie dużo później.
Oficjalnie dokument z Kanagawy nazywał się oczywiście „Traktat o pokoju i przyjaźni pomiędzy Japonią i Stanami Zjednoczonymi”.
Fakt – Perry grzecznie prosił, choć jako rozwiązanie alternatywne proponował obrócenie w perzynę jokohamskiego portu i miasta. Zupełnie jak nasz Gerwazy:

„Co za gwałty, rzekł Klucznik, tu nie ma napaści,
Wszak proszę Pana grzecznie; jeśli ciemno Waści,
To Scyzorykiem skrzesam ognia, że Waszeci
Zaraz w ślepiach jak w siedmiu kościołach zaświeci”. 
[AM, PT (1834), VIII]

Stany Zjednoczone rozpoczynały właśnie gwałtowne poszukiwanie rynków zbytu dla swoich towarów i za wszelką cenę próbowały znaleźć choćby najwęższą furtkę do Azji. Kilka lat po kanonierkowej dyplomacji Perry’ego działania te zostaną przerwane przez Wojnę Secesyjną (1861-1865), ale pod koniec wieku wrócą ze zdwojoną siłą, kiedy to w wojnie z Hiszpanią „o wyzwolenie Kuby” najważniejszą okaże się bitwa w Zatoce Manilskiej (1 maja 1898). Już wiadomo dlaczego.

 

 

 

W końcówce drugiej dekady XXI wieku zawiodą się ci, którzy oczekiwaliby długiego karnawału trwającego aż do marca: zaledwie dwa ostatnie zabawowe wtorki są marcowe: w 2017 (1 marca) i w 2019 (6 marca). To jednak kwestia astronomii: Wielki Post zaczyna się bowiem na 46 dni kalendarzowych przed Wielkanocą – ta zaś przypada na pierwszą niedzielę po wiosennej pełni księżyca. W wiosennym miesiącu nisan – jak w powieści o Poncjuszu Piłacie pisał Mistrz.

 

Znaki Zodiaku w marcu:

Ryby (♓) – do 20 marca
Baran (♈) – od 21 marca.
O Rybach było w lutym, a Barany?
No cóż – przykro mi. Naprawdę. Bo czarny piar jest dla nich bezlitosny:

…tylko długotrwałym biciem można skłonić Barana do przyswojenia minimum wiedzy (tabliczka mnożenia, wyjątki na „rz”). Ludzie spod tego znaku w pracy dezorganizują wszystko, dzięki czemu awansują szybko na wysokie stanowiska. W kontaktach towarzyskich Barany są z reguły niezmiernie uciążliwe i z powodu najmniejszego pretekstu, a nierzadko i bez, wywołują karczemne burdy i bijatyki.

Maju, przybądź!

 

Kwiat marca:
narcyz
(Narcissus poeticus L.) – kojarzony z Wielkanocą, ale również symbolizujący próżność (na Zachodzie) oraz bogactwo i szczęście (na Wschodzie). Prawda, jak prosto łączy się w tym kwiecie Wschód z Zachodem?

O Narcyzie napisano tomy, zarówno na półki z mitologią jak i psychologią, więc jeśli koniecznie chcecie się dowiedzieć, co, kto i dlaczego, to musicie tam sięgnąć.

Ci, co nie lubią czytać, niech popatrzą na obraz (wart co najmniej tysiąca słów) – najlepiej Waterhouse’a albo Westa, ale Caravaggio też może być (Dalí wykluczony), który można wyguglować w sekundę. A jeśli ktoś nie lubi ani czytać, ani wpatrywać się w nieruchome malowidła, polecam pierwszą lepszą telewizyjną debatę polityczną: zobaczycie tam stado Narcyzów w behawiorze naturalnym, więc niestety dziko rosnących. Jeśli traficie na spęd partii przeciwnej, to na pewno przyznacie mi rację.

Kwiat – cóż: ten biały, w łacinie zwany „poetyckim”, ma w sobie zieleń życia, złoto bogactwa, czerwień krwi oraz biel niewinności i śmierci. Dlatego – w dłoniach Kory przeniesiony – rośnie nad brzegami Styksu. W mowie kwiatów oznacza zazdrość i zachłanność, ale też tęsknotę.
Gdzieś znalazłem, że „narcyz to fantazja”, ale autor tego twierdzenia chyba słabo znał się na kwiatach, bo trochę dalej pisał o niebieskim kwiatku, który uporczywie nazywał „niezapominajek”…

 

Mitologia grecka łączy narcyz z dwoma mitami: historią samego Narcyza, w ten kwiat przemienionego i porwaniem Kory, którą Hades dopadł wtedy, gdy zrywała na łące narcyzy. Grecy te kwiaty składali na ołtarzach Hadesa i Kory-Persefony.

Z woli Dzeusa ten kwiat Hadesowi przychylna zrodziła
Gaja, godzien zachwytu; w zdumieniu patrzyli nań wszyscy
Ludzie śmiertelni, a także bogowie, co śmierci nie znają.
Z jego korzenia sto wyrastało łodyg kwitnących,
Cudnie też pachniał i wszystkich radował: niebo rozległe,
Całą też ziemię, a takoż i morza słonego odmęty.
[Do Demeter (ok. 640 p.n.e.), drugi hymn homerycki, przekład Włodzimierz Apel]

 

 Kamienie marca: 
akwamaryn  niebieska odmiana berylu i heliotrop – odmiana chalcedonu zwana też krwawnikiem.

 

Akwamaryn (od aqua marina – woda morska) jest kamieniem chroniącym żeglarzy i zapewniającym bezpieczną podróż (przez morza słonego odmęty : ). Łagodny błękit klejnotu zapewniać ma właścicielowi łagodność charakteru, spokój i umiejętność chłodnej oceny sytuacji.

 

Krwawnik swą karierę rozpoczął w Babilonie – robiono z niego pieczęcie i amulety.
W chrześcijaństwie często nazywano go „kamieniem męczeństwa”, gdyż wierzono, że powstał z leżących pod krzyżem jaspisów, na które spłynęły krople krwi Chrystusa.

Oba kamienie symbolizują odwagę.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
trzeci miesiąc roku to:

białoruskiсакавік [sakavik]
bośniackimartožujak
bułgarskiмарт [mart]
chorwackiožujak
czeskibřezen
kaszubskistrumiannik (też: strëmiannik, strumian, marc)
litewskikovas
łatgalskiavasara (też: marta)
łużycki (dolny)pózymski (też: nalětnik, měrc)
łużycki (górny)měrc (też: nalětnik)
łotewskimarts
macedońskiмарт [mart] albo цутар [cutar]
rosyjskiмарт [mart]
serbskiмарт [mart]
słowackimarec
słoweńskimarec albo sušec
ukraińskiберезень [bieriezień]
żmudzkikuovs

 

Przysłowia…

…na marzec:

Co marzec wypiecze,
to kwiecień wysiecze.

Czasami w marcu
zetnie wodę w garncu.

Czasem marzec tak się podsadzi,
że dwa kożuchy oblec nie zawadzi.

Gdy przyjdzie marzec,
umrze niejeden starzec.

Gdy w marcu
niebo od południa ryknie,
Rok wszego dobra
w żyzności uniknie.

Ile w marcu dni jasnych
ale z rana mglistych,
tyle w żniwa
czasów dżdżystych.

Kiedy starzec chory w marzec,
będzie zdrów;
lecz gdy baba w maju słaba,
pacierz zmów.

Kiedy twa ma rodzić rola,
to wóź w marcu gnój na pola.

Kiedy w marcu deszczu wiele,
nieurodzaj zboża ściele.

Kiedy w marcu wiele grzmoty
Nie ma w lato k’bur ochoty.

Marcowy loda rada,
majowa pogoda, ranny deszcz
– wszystko to nietrwałe.

Marzec dziwne broi fochy,
zmiata starce i junochy.

Marzec marzy, jak się zdarzy.

Marzec odmienia wiatry,
deszcz miesza z pogodą,
więc nie dziw, jeśli starzy
czują go ze szkodą.

Marzec uparty
stroi z pługiem żarty,
a kwiecień przychodzi
i w chlew go zawodzi.

Marzec zielony – niedobre plony.

Marzec, co z deszczem chadza,
mokry czerwiec sprowadza.

Marzec:
czy słoneczny, czy płaczliwy,
listopada obraz żywy.

Radował się starzec,
kiedy minął marzec;
nie baj baju, umrzesz w maju.

Słońce marcowe
owocom niezdrowe.

Suchy marzec,
kwiecień mokry,
maj przechłodny
– nie będzie rok głodny.

Suchy marzec, maj niechłodny,
kwiecień mokry – rok niegłodny.

Suchy marzec, mokry maj,
będzie żytko jako gaj.

W marcu jak w garncu.

W marcu, gdy są grzmoty,
urośnie zboże ponad płoty.

W marzec już dzień, gdyby ruski wół.

W marcu, kto siać nie zaczyna,
biednyć to gospodarzyna.

W marcu śnieżek sieje,
czasem słonko grzeje.

Źle się w marcu urodzić,
bo trudno takiemu dogodzić.

 

na św. Albina (1 III)

Na świętego Albina,
rzadka u ludzi mina,
bo post się zaczyna.

 

na św. Halinę (2 III)

W świętej Halszki dzionek
nuci już skowronek.

 

na św. Kazimierza (4 III):

Dzień świętego Kazimierza
resztki zimy uśmierza.

Na świętego Kazimierza
zima do morza zmierza.

Na świętego Kazimiera
zima zamiera.

Na świętego Kazimierza
dzień się z nocą przymierza

Na świętego Kazimierza
pokój dla łowcy i zwierza.

Na świętego Kazimierza
wyjdzie skowronek spod pierza.

Na święty Kazimierz
dzień z nocą przymierz.

Na święty Kazimierz
wygnaj świnie na pyrz.

W dzień świętego Kazimierza
zima do morza zmierza.

 

na św. Tomasza (7 III)

Na świętego Tomasza
wyrasta w polu pasza.

 

na św. Franciszkę (9 III)

Gdy Franciszka z wichrem po polu hasa,
może sypnąć śniegiem powyżej pasa

 

na Czterdziestu Męczenników (10 III):

Czterdziestu Męczenników jakich,
czterdzieści dni po nich takich.

Gdy mróz w marcu dnia dziesiątego,
jeszcze czterdzieści dni mrozu takiego.

Kiedy na Czterdziestu
Męczenników marznie,
to jeszcze czterdzieści
nocy przymarznie.

Męczennicy, gdy mróz noszą,
czterdzieści dni mrozu głoszą.

Męczennicy jeśli psocą,
będzie dżdżysto Wielką Nocą,
a gdy kropla dżdżu nie spadnie,
przez sześć niedziel będzie ładnie.

 

na św. Grzegorza (12 III):

Na świętego Grzegorza
zima idzie do morza.

Na św. Grzegorza
szuka kawka łoża.

Po świętym Grzegorzu
nie paś bydła ma zbożu.

Święty Grzegorz wielki spławnik,
nad wszystkimi rzeki ławnik;
grzeje więcej – lody płaczą,
rzeki warczą, brzegi znaczą.

 

na św. Hilarego (16 III):

Hilary zapowiada,
jaka pogoda na Wielkanoc przypada.

 

na św. Gertrudę (17 III):

Gdy na Gertrudy zjawią się bociany,
to wiosna już rychło nastanie.

Ogrodniku, św. Gertruda gdy słońcem błyśnie
zrobi cuda oczywiście.

 

na św. Józefa (19 III):

Cóż święty Józef niesie?
Kaczka pierwsze jaja zniesie.

Jak na świętego Józefa chmurki,
to sadź ziemniaki gdzie górki,
a jak pogoda,
to sadź gdzie woda.

Gdy na świętego Józefa
bociek przybędzie,
to już śniegu nie będzie.

Na świętego Józefa pięknie,
zima prędko pęknie.

Na świętego Józwa
przez pole jest bruzda.

Na święty Józek
czasem śniegu wózek.

Na święty Józef pogoda,
będzie w polu uroda.

Oblubieniec pogodny,
rok będzie urodny.

Przyjdzie święty Józef z pomocą -
porówna dzień z nocą.

Święty Józef kiwnie brodą,
idzie zimno na dół z wodą.

Święty Józef laską w ziemię kole,
wyjeżdżajcie, chłopy, orać w pole.

Święty Józef pogodny,
będzie roczek wodny.

Święty Józek wiezie trawy wózek,
ale czasem smuci,
bo śniegiem przyrzuci.

W Józefa z zimy się śmiej
i na grządce kapustę siej.

 

na św. Benedykta (21 III):

Jak po Benedykcie ciepło,
to i w lecie będzie piekło.

Benedykt groch w polu sieje,
Wojciech [23 IV] do owsa się śmieje.

 

na Zwiastowanie (25 III):

Jakie Zwiastowanie,
takie Zmartwychwstanie.

Jasny świt na Zwiastowanie
znaczy czasy zdrowe, tanie.

Na Zwiastowanie,
kiedy mgła w zaranie,
chociaż słonko jasno wschodzi,
znak niechybnej to powodzi.

Na Zwiastowanie
zlatują się bocianie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha