Szalupy na Bałtyku

ZZ_

Poniższe teksty zostały opublikowane w Zeszytach Żeglarskich, nr 2 (2002)

Zenon Szostak

 Kuczyński i inni

 

Dwudziestolecie międzywojenne w Polsce to okres pionierskich rejsów morskich, tak bardzo znaczących dla rozwoju żeglarstwa. Wyróżnia się wśród nich wyprawa szalupą z Gdyni na Gotlandię i z powrotem z roku 1937.

Inicjatorem śmiałego przedsięwzięcia był Jan Kuczyński (ur. 7 września 1907 w Częstochowie), absolwent szkoły morskiej w Tczewie, porucznik marynarki handlowej. Postać znana w środowisku żeglarskim, szczególnie harcerskim. To właśnie energia i pomysłowość Kuczyńskiego zaowocowała w początku lat trzydziestych przebudową szwedzkiego żaglowca Petrea na szkuner Zawisza Czarny.

Ciekawa jest historia sfinansowania zakupu a potem przebudowy żaglowca. Otóż harcerstwo uzyskało pieniądze od Komitetu Floty Narodowej – tę część pieniędzy, która była wpłacona do Komitetu przez młodzież szkolną; również zakup jachtów Temida ITemida II został częściowo opłacony przez Komitet Floty Narodowej ze składek pochodzących od prawników.
Na marginesie: historia żeglarstwa polskiego milczy o składkach od studentów – a niewątpliwie musiały takie być – na zakup jachtu dla żaków.
Ale zakup ponad 30-letniego szkunera Petrea to dopiero początek drogi i wydatków. A że cieśle okrętowi w Gdyni cenili się bardzo – 8 zł dziennie – do przebudowy żaglowca sprowadzono górali z Zakopanego – 4 zł dziennie. To i tak lepiej dla górali, bo w Zakopanem zarabiali 2 zł dziennie – a i tak nie codziennie mieli pracę. Efekt końcowy, potwierdzony klasą zdolności żeglugowej przez instytucję klasyfikacyjną, był bardzo dobry.

Jan_Kazimierz_Kuczynski_1907-09-07_1939-09-14                                                          [1]

Jest znany Kuczyński również jako autor wielu podręczników żeglarskich: Manewrowanie jachtem żaglowym (1932), Praktyczne wiadomości z astronomji żeglarskiej (1932), Jachtowa praktyka morska (1933), Roboty linowo-żaglowe na stopień żeglarza (1933), Jachtowa żegluga morska (1939).
W 1932 roku, razem z Mariuszem Zaruskim przyprowadził Kuczyński, zakupione w Travemünde jachty Temida ITemida II. Był jeszcze mniej chwalebny epizod z wyprawą „dookoła świata” w 1933 roku (Kuczyński był tylko uczestnikiem, nie organizatorem) zakończony rozbiciem jachtu o kamieniste brzegi Bornholmu.

I zakończenie młodego życia – obrona Gdyni w 1939 roku: Jan Kuczyński ginie 14 września na Kępie Oksywskiej.

 

Celem wyprawy Jana Kuczyńskiego szalupą Wiking było wykazanie przydatności szalupy okrętowej do żeglugi morskiej (taki cel wyprawy Kuczyńskiego podaje Olgierd Jabłoński w artykule zamieszczonym w magazynie morskim AZM-u „Szkwał” nr 7 z 1937 roku na stronie 16 i w numerze 10 z tego samego roku na stronie 13).
Ograniczanie celów rejsu Wikinga do eksperymentu z zakresu ratownictwa, jak podają niektóre publikacje powojenne, jest tylko w części prawdziwe i raczej nie taki cel był przyczyną ponoszenia trudów przez Jana Kuczyńskiego i jego współtowarzyszy żeglugi.
Znaczne koszty jachtów morskich ograniczały dostęp do żeglarstwa, szczególnie młodzieży. Stąd idea wykorzystania tańszych szalup. Podobne założenia przyjęły władze Rosji Sowieckiej, gdzie masowo zaczęto używać szalup ze złomowanych statków handlowych dla celów szkolenia żeglarskiego młodzieży.

Kuczyński zakupił ze złomowanego statku szalupę ratunkową, tzw. ósemkę (typ mniejszy szalup) i 23 lipca 1937 roku wypłynął z Gdyni wraz z pięcioma studentami (czterech z Politechniki Warszawskiej i jeden z Politechniki Lwowskiej).

Przy silnym, sztormowym wietrze z SW do W, drogę do Visby na Gotlandii (ok. 210 Mm) pokonali w trzy dni. Szwedzi, jak przystało na naród morski, z uznaniem i serdecznością przyjęli żeglarzy. Potem była żegluga wzdłuż szkierów szwedzkich i przez Kalmar Sund powrót do Gdyni 16. sierpnia.

W czasie wyprawy  Wiking niósł banderę klubu żeglarskiego Ligi Morskiej i Kolonialnej „Gryf”.

W momencie gdy Kuczyński dopłynął już do Visby, 27-go lipca do Gdyni przypłynęła szalupa żaglowa z Rygi. Przybyli nią czterej żeglarze – harcerze z 16-tej polskiej drużyny harcerskiej w Rydze.

 

Po II wojnie światowej, w lipcu 1956 roku, świeżo upieczeni absolwenci Szkoły Morskiej w Gdyni: Jerzy Tarasiewicz, Janusz Misiewicz, Kazimierz Rywelski i Marian Kosecki odbyli rejs małą łodzią okrętową Puchatek z Gdyni na Gotlandię i z powrotem. Po okrążeniu ze wschodu na zachód wyspy dotarli od północy do Visby.

Bałtycki rejs Puchatka był treningiem i poletkiem doświadczalnym dla zorganizowanej dwa lata później wyprawy przez Atlantyk, również szalupą okrętową. Tym razem była to inna jednostka – wysłużona szalupa z Batorego. Nazwali ją Chatka Puchatków, bo drugi tom książki A. A. Milne’a Kubuś Puchatek to właśnie Chatka Puchatka, a że miało płynąć ich czterech stąd Chatka Puchatków.
Ostatecznie popłynęli w rejs tylko Tarasiewicz i Misiewicz. Obaj bardzo młodzi: Jerzy – 21 lat, Janusz – 22 lata. I obaj kilka lat wcześniej brutalnie wypędzeni, wykorzenieni ze swoich domów w Wilnie (władza nazywała to repatriacją – powrotem do ojczyzny, a przecież, wręcz przeciwnie – oni ojczyznę swoją musieli opuścić). Może oderwanie od rodzinnych stron pchnęło ich w świat; najpierw do Szkoły Morskiej a potem dalej na morza i oceany.

Swój rejs przez Bałtyk, do obcych portów, za żelazną kurtynę, odbyli w lipcu 1956 roku, ale przygotowania musiały trwać od miesięcy. Powiew Październikowej odwilży dopiero nadchodził. Poznański Czerwiec kładł się cieniem na takie inicjatywy, a cóż dopiero świeżo upieczonych absolwentów Szkoły Morskiej. Nie bez powodu skłonili do przychylności do wyprawy wykładowców swojej uczelni. Szczególnej pomocy udzielił im wykładowca nawigacji – kapitan Tadeusz Meissner (rok później wspomoże wyprawę tratwą Nord – również na Gotlandię – ofiarowując Andrzejowi Urbańczykowi sekstant).

O ile Kuczyński, jako organizator i propagator żeglarstwa swoim rejsem chciał wykazać przydatność szalupy okrętowej (tańszej niż jachty) do żeglugi morskiej, głównie dla młodzieży, to młodzi absolwenci uczelni morskiej, zawodowo związani z morzem, za cel postawili pokazanie rozbitkom w szalupie ratunkowej, że trzeba uwierzyć szalupie, morzu i sobie. Ratować swoje życie, walczyć z żywiołem i własnymi słabościami.

Teraz [3-13 lipca 2002] do tego grona dołączyli harcerze z Wrocławia na ożaglowanej szalupie DZ Sum. Celem ich wyprawy było pokazanie, że nie należy rezygnować z marzeń….

mapy

(zs)

Bibliografia [zaktualizowana – ŻR]:

Głowacki, Włodzimierz. Dzieje żeglarstwa polskiego. Gdańsk : Wydawnictwo Morskie, 1989.
Mykita, Ewa. „Chatką Puchatków” przez Atlantyk. Gdynia : Wydawnictwo Morskie, 1966.
Szkwał [Magazyn morski, organ Akademickiego Związku Morskiego RP]. Nr 7, 9 i 10, 1937.
Tarasiewicz, Jerzy. Szalupą przez Atlantyk. Rejs „Chatki Puchatków”. Tavernier FL, Ogar Press, 2005.
Tarasiewicz, Jerzy. In an Open Boat. A Journey from Poland to the Americas. Tavernier FL, Ogar Press, 2005.
Tarasiewicz, Jerzy. Do trzech razy sztuka. Rejs „Rozumka”, „Sjopigi”, „Amelii Mac”. Tavernier FL, Ogar Press, 2008.
Urbańczyk, Andrzej. Tratwą przez Bałtyk. Gdańsk : Marpress, 1997.

 


 

65 lat po rejsie Jana Kuczyńskiego w odkrytej szalupie Wiking na Gotlandię na tę samą trasę wyruszyli wrocławscy żeglarze z Harcerskiego Ośrodka Wodnego „Stanica”. Płynęli na odkrytej (bezpokładowej), mieczowej łodzi wiosłowo-żaglowej – szalupie DZ, ożaglowanej jako kecz gaflowy, z Jacht Klubu AZS w Szczecinie.

 

Jerzy Kasprzak

 

Relacja z rejsu „Szalupą na Gotlandię”

Gdynia – Visby – Gdynia, 3-13 lipca 2002

 

WSTĘP

O naszej wyprawie szalupą słyszało już bardzo wiele osób. Spotkaliśmy się z bardzo różnym przyjęciem, od kompletnego niezrozumienia po wręcz entuzjastyczne poparcie. Dla nas najważniejsze było oczywiście zrealizowanie postawionych sobie celów. Niektórzy twierdzą, że pokonanie całej formalnej drogi i zdobycie odpowiednich dokumentów było najtrudniejszym wyzwaniem w całej tej wyprawie. Ja jednak nie oddzielałbym żadnego jej fragmentu od innych, gdyż na każdym z nich musieliśmy wykazać się zorganizowaniem, wytrwałością i odpornością na drobne trudności i niepowodzenia.

Dzisiaj kiedy wyprawa zakończyła się i wiem już, że była sukcesem, mogę spojrzeć na nasze wysiłki z pewnym dystansem. Z pewnością wiele się nauczyliśmy. Z pewnością dzisiaj zaczęlibyśmy wszystko trochę inaczej. Ale … najważniejszy jest fakt, że udało nam się zrealizować marzenie. Ideę przekuć w czyn.

Takie było właśnie najważniejsze hasło naszego rejsu. Pokazać innym, że wystarczy jedynie mocno chcieć, by wydarzyło się to, czego pragniemy.

 

PRZEBIEG

Przygotowania.

Wyprawa zaczęła się w połowie września 2001 roku, kiedy powiesiłem ogłoszenie o naborze załogi. 18 października 2001 spotkaliśmy się po raz pierwszy. Przyszło 15 osób, w tym jedna dziewczyna.

Nie prowadziłem żadnej kwalifikacji. Jedyne dwa warunki, jakie musiały być spełnione przez członków załogi, to wiek – powyżej 18 lat oraz posiadanie stażu na morzu. Ostatecznie popłynęło nas sześciu[2]. Oprócz mnie: Jasiek Sieczkowski, Piotrek Styrkowiec, Radek Jodkowski, Daniel Gąsiorowski i Sebastian Lewandowski.

Spotkania odbywały się nieregularnie, lecz dosyć często. Poświęcone były sposobom prowadzenia przygotowań, rozdziałowi zadań, w późniejszym czasie – analizie poczynionych przygotowań. Nie chcąc źle wypaść odbyliśmy kilka treningów wioślarskich, a ponadto raz wybraliśmy się do Szczecina, żeby popływać na Sumie[3].

W zasadzie istniały trzy największe problemy: jacht, sponsorzy i dokumenty oraz zezwolenia.

Znalezienie jachtu zajęło nam mniej więcej 2 miesiące. Początkowo chcieliśmy skorzystać z jednej z dwóch szalup, jakie znamy we Wrocławiu. Ostatecznie jednak, po rozmowie z Michałem Jósewiczem i wizycie w Szczecinie, wiedzieliśmy, że Sum jest tym jachtem, na którym chcemy i powinniśmy popłynąć.

Ze sponsorami nie szło tak łatwo. Bardzo ciężko było przekonać kogokolwiek do wydania pieniędzy na taki rejs w chwili, gdy ogólna sytuacja ekonomiczna wielu firm jest słaba. Ponadto my zaczęliśmy szukać sponsorów w chwili, gdy większe firmy zamknęły już plany budżetowe na następny rok, co w efekcie uniemożliwiło im przeznaczenie większych sum na cele takie, jak np. sponsoring, czy też zlecenia marketingowe na rzecz tego typu przedsięwzięcia.

Trzeba zaznaczyć, że przemawiały za nami następujące atuty: nie byliśmy zbieraniną z ulicy – firmował nas HOW „Stanica”, mieliśmy ideę i historię a ponadto naciskaliśmy na to, aby nie wyciągać pieniędzy za nic, lecz aby proponować usługę marketingową.

Ostatecznie zebraliśmy sponsorów i wpłaty w wysokości pozwalającej nam pokryć niezbędne minimum kosztów rejsu. Nie obyło się również bez wpłaty własnej.

Najwięcej problemów sprawiły dokumenty. Przede wszystkim nie wiedzieliśmy, jakie dokumenty powinniśmy posiadać. Kiedy sądziliśmy już, że mamy wszystkie, okazało się, że nie posiadamy dokumentu uprawniającego jacht do posiadania EPIRBA[4] i UKF. Tylko i wyłącznie dzięki pani Agnieszce Marchlewicz przebrnęliśmy szczęśliwie przez ten etap.

Całość przygotowań udało nam się prowadzić w miarę planowo, lecz mimo wszystko ostatnia faza, jaką było wydanie karty bezpieczeństwa, przesunęła nam o kilka dni wypłynięcie.

 

Godzina „W”

27 czerwca, we środę, razem z Radkiem zabraliśmy jacht ze Szczecina. Cały czas nie mieliśmy jeszcze EPIRBA. Plan zakładał otaklowanie jachtu następnego dnia w Gdyni i przygotowanie go do inspekcji Urzędu Morskiego w piątek. Weekend i poniedziałek zaplanowane były jako dni ostatecznych przygotowań. Godzina „W” (jak wypłynięcie) miała nastąpić we wtorek o 1600.

Tymczasem Gdynia powitała nas przelotnymi deszczami i prognozami wiatrów 6-7°B. A co najważniejsze – ciągle przechodzącymi nowymi frontami nie dającymi nadziei na pomyślniejszą dla nas pogodę. Ze względu na brak EPIRBA inspekcję przełożyliśmy na poniedziałek.

Zaczęło się stanie w porcie – chyba najbardziej frustrujący etap rejsu. Mimo zapału świadomość, że tak bliski cel może nie zostać osiągnięty powodowała spadek morale. Dodany do tego korowód z wydaniem Karty Bezpieczeństwa naprawdę nie wpływały na nas budująco, co dało się odczuć drobnymi „zacięciami” w załodze.

Właśnie tego wszyscy obawialiśmy się najbardziej. Trzeba pamiętać, że w pewnym sensie byliśmy w rejsie już od 8 miesięcy. Wchodząc na pokład Suma w Gdyni każdy z nas wnosił ze sobą bagaż wzajemnych kontaktów i wspomnień. To z pewnością różniło nas od typowej załogi, która często spotyka się po raz pierwszy dopiero na burcie jachtu.

Były też momenty lepsze. Zbawiennie wpłynął na nas rejs do Helu, który był początkiem rejsu. Od pewnego momentu wiedzieliśmy, że najprawdopodobniej w piątek 5 lipca pogoda będzie odpowiednia dla nas. Wiedzieliśmy, że musimy wtedy wypłynąć, ale jak to zrobić w piątek i być wiernym zwyczajom. Rejs zaczął się więc we środę 3 lipca przelotem na Hel i z powrotem.

Z gdyńskiego portu wyniosłem jeszcze jedno wspomnienie – fantastycznej atmosfery. W porcie znali nas chyba wszyscy. Wiele osób przychodziło się nas podpytać, kiedy wychodzimy, albo, czy w ogóle kiedyś wypłyniemy, czy może cały rejs odbędziemy przy kei. Żartując lub rozmawiając wszyscy, nie tylko w Gdyni, okazywali nam sympatię, za co jestem im bardzo wdzięczny i z pewnością będzie to jedno z najlepszych wspomnień z tego rejsu.

 

W piątkowy ranek odebraliśmy pomyślną prognozę pogody. Mimo, że wiał dość mocny wiatr, być może nawet nieco za mocny – zdecydowałem, że dłużej nie czekamy. Dalsza prognoza zapowiadała spadek siły wiatru, co wkrótce się potwierdziło.

Z portu wyszliśmy na żaglach i od razu obraliśmy kurs na Hel. Tam chcieliśmy dokonać odprawy granicznej.

Jacht płynął szybko, 6-7 węzłów, co bardzo nas cieszyło. Była piękna pogoda, a my byliśmy zadowoleni z faktu, że oto ostatecznie wyruszyliśmy. Że pokonaliśmy wszystkie przeszkody a jedyne, co nam pozostało, to zmierzenie się z Morzem i samymi sobą.

 

Odprawa na Helu zajęła niewiele czasu. Dostaliśmy życzenia dobrej drogi od Bosmana oraz strażnika SG. Cumy oddaliśmy o 1900. Wiatr spadł praktycznie do 1°B a potem ucichł na krótko. Ostatnie telefony, prognoza pogody od GUM  Radio i zaczęła się pierwsza noc na wodzie.

Nie mieliśmy wcześniej możliwości spróbowania pływania „w pełnym rynsztunku” wszystko było więc zupełnie nowe, wiele rzeczy musieliśmy jeszcze układać.

 

Dla mnie osobiście pierwsza noc na jachcie w każdym rejsie ma niesamowity wymiar. Każdemu wypłynięciu towarzyszy rozgardiasz i bieganina. Sztauowanie sprzętu, przygotowania jachtu, wszyscy działają na podwyższonych obrotach. Potem klarowanie jachtu po wyjściu w morze, rozmowy w których cały czas obecne są lądowe sprawy, podniecenie. Wieczór przynosi ze sobą wyciszenie tych wszystkich emocji. Jacht powoli uspokaja się, nagle wchodzi w normalny rejsowy porządek służb i odpoczynku. Na pokładzie pozostaje jedynie wachta. Zasypiając w pewnym sensie składamy nasz los w ich rękach.

Pozostając na pokładzie i wsłuchując się w to wszystko czuję coś jakby magię tych wydarzeń. Wtedy czuję, że rejs się zaczął.

Dla mnie jest to ważny moment każdego rejsu.

 

Żegluga

Podróż w tamtą stronę trwała trzy dni. Zgodnie z zapowiedziami towarzyszyły nam wiatry z kierunków południowych z tendencją do odkręcania na wschodnie. Warunki były fantastyczne – słońce, mocny sprzyjający wiatr, o niczym więcej nie mogliśmy marzyć.

Do Gotlandii zbliżaliśmy się wieczorem, niestety nie udało nam się zaobserwować światła latarni Hoburg. Wraz ze świtem przyszła mgła, która gęstniejąc ostatecznie uniemożliwiła nam określenie pozycji. Mgła była na tyle gęsta, że widoczność spadła do 50-100 metrów. Szczęśliwie przekroczyliśmy tor wodny, gdy widoczność była jeszcze kilkakrotnie lepsza. Zdecydowaliśmy się kontynuować żeglugę wiedząc, że na jachcie o takim zanurzeniu nie grozi nam stanięcie na mieliźnie.

Nadawaliśmy sygnały mgłowe, słyszeliśmy również sygnały innych statków.

Kiedy po kilku godzinach mgła ostatecznie opadła okazało się, że jesteśmy o ok. 1 Mm na wschód od latarni Falluden. A zatem trafiliśmy w Gotlandię, jednak nie z tej strony co należy…

Nadrobienie strat zajęło nam pół doby. Następnego dni ok. godz. 1900, już bez żadnych przygód dotarliśmy do portu Visby.

 

O Visby i jego urodzie można by napisać osobną relację. Ja skończę na tym, że dla mnie miasteczka wysp Bałtyku posiadają nieodparty urok i zawsze wracam do nich z przyjemnością.

 

Postój zajął nam półtorej doby. Poświęciliśmy go na zwiedzanie, uporządkowanie jachtu i zapasów i drobne naprawy. Cały czas poszukiwałem również prognoz pogody. Na środę zapowiadano 3-4 SE, potem we czwartek nawet do 5 S. W piątek miało odwrócić się na W, a następnie w sobotę na E.

Niezależnie od standardowych prognoz portowych skorzystałem z internetu w miejscowej bibliotece i tu dopiero uzyskałem pełen obraz sytuacji. Znad Półwyspu Jutlandzkiego nadciągał potężny front atmosferyczny. Oszacowałem, że powinien dotrzeć do nas w czwartek. To właśnie on był odpowiedzialny za zmianę wiatru S na W. Towarzyszyły mu wiatry do 7°B. Najsilniejsze miały być w połowie drogi pomiędzy Gotlandią a Polską.

Porównując czas jego przejścia z naszymi osiągami stwierdziłem, że pożeglujemy w silnym wietrze, ale nie w zbyt silnym, ponadto pod osłoną Gotlandii. Podtrzymałem więc decyzję o wyjściu we środę rano.

Cumy oddaliśmy ok. dziewiątej, żegnani przez kilkoro naszych sympatyków.

 

Powrót

W Visby nie było ani oficjalnego przyjęcia ani też pożegnania, o co dopytywali się niektórzy z naszych znajomych. Jednak, podobnie jak w Gdyni i na Helu, znalazło się kilka osób, dla których nasza wyprawa była znacząca. Byli to i Polacy, i Szwedzi, którzy przypłynęli tam z różnych zakątków Bałtyku. Kontakty z nimi wspominam bardzo sympatycznie.

Już pierwsze godziny powrotu dały nam znać, że nie będzie tak łatwo jak dotychczas. Silny wiatr zmusił nas do zarefowania grota i bezana, a potem do zrzucenia grota. Ostatecznie płynęliśmy na pełnym bezanie i foku. Cały czas obserwowaliśmy pogodę w oczekiwaniu mającego nadejść frontu, jednakże poza silnym wiatrem nic go nie zapowiadało. Świeciło mocne słońce było tylko dość chłodno.

Udało mi się odebrać jeszcze SMS z prognozą pogody od Adama Busza. Potwierdziła ona moje wiadomości.

Przez pewien czas chcieliśmy wykorzystać układ wiatrów, by dotrzeć na Utklippan – wyspę na podejściu do Karlskrony jednak ostatecznie musieliśmy zrezygnować z tego planu.

Wieczór zastał nas zmierzających do Burgsviku, gdzie chcieliśmy wejść aby schronić się przed wiatrem na noc. Pogoda jednak pokrzyżowała nasze plany i do Burgsviku nie dotarliśmy w ogóle.

Około trzeciej nad ranem ze wschodu nasunęły się chmury burzowe, widać było wyładowania pomiędzy nimi. Wiało cały czas z SE, siłę wiatru oszacowaliśmy na 7°B w porywach. Fala miała ok 1,5 metra wysokości – cały czas byliśmy schowani za Gotlandią. Sum sprawował się tych warunkach doskonale. Praktycznie żadna fala nie wchodziła na pokład dziobowy, do środka dostawały się co najwyżej pojedyncze bryzgi. Później, w ciągu dnia kilkakrotnie nabraliśmy wody przez dulki po zawietrznej w chwili kiedy zjeżdżaliśmy burtą z fali. Były to znikome ilości, jednak zaczęliśmy balastować.

Po pierwszym uderzeniu wiatru przyszedł deszcz. Niesamowicie mocny, jego krople wręcz kłuły gołą skórę. Wypłaszczył trochę fale i płynęło się spokojniej.

Silny wiatr utrzymywał się przez ok. 20 godzin. Cały czas pilnie obserwowaliśmy zmiany jego kierunku. Front przeszedł w nocy, mniej więcej sześć godzin szybciej, niż się go spodziewaliśmy. Cały dzień upłynął na żegludze w silnym wietrze. Kierunki zmieniały się SE – S – W, a siła 6, momentami 7, by na wieczór spaść do mocnej piątki. Trzeba pamiętać, że nie mieliśmy wiatromierza i siłę tę określaliśmy na podstawie zachowania jachtu i tego, co działo się na wodzie.

Wraz z wiatrem zmieniała się i fala. Niektóre z nich miały 2-2,5 metra wysokości (gdy stałem na gretingach Suma ich szczyty były wyraźnie ponad mną). Zdarzyła się tylko jedna fala, która mocno zalała nasz pokład dziobowy. Wtedy to właśnie sprawdził się idealnie nasz namiot przygotowany nad dziobową częścią jachtu.

Ranek trzeciego dnia powrotu powitał nas słabnącym wiatrem wschodnim.
Ostatecznie zatrzymaliśmy się… przy platformie wiertniczej Petrobaltic B. Wkrótce podpłynął do nas statek Afrodyta stanowiący jej zabezpieczenie. Dzięki niemu mogliśmy dać znać GUM Radio, że jesteśmy i że wszystko w porządku. Tak jak przypuszczałem trochę się o nas martwili.

W związku z brakiem wiatru zostaliśmy zaproszeni na pokład Afrodyty. Po raz kolejny przekonaliśmy się o tym jak bardzo ludzie morza różnią się od ludzi „z lądu”. Co prawda „ludzie morza” byli nieco zawiedzeni, że w naszej załodze nie ma harcerek, ale przecież nie można mieć wszystkiego.
Na Afrodycie wykąpaliśmy się i zostaliśmy poczęstowani herbatą. Zobowiązaliśmy się też szerzyć wieść wśród żeglarzy, że do platformy „A” nie wolno się zbliżać na 0,5 Mm a do „B” na 2,5 Mm! Co niniejszym czynimy  : )

 Po kilku godzinach powiał wiatr. Zgodnie z oczekiwaniami z E i taki następnego dnia zawiał nas do Helu, gdzie powitali nas znajomi oraz Bosman Portu i strażnik SG.

Rejs się zakończył, zostało jedynie przejście do Gdyni. Tam oczekiwał nas Dyrektor Urzędu Morskiego w Gdyni – pan Andrzej Królikowski. Pozostało jedynie odwieźć jacht do Szczecina i zakończyć sprawy formalne.

 Rejs skończył się definitywnie, została garść wspomnień, trochę znajomości, kilka nauczek na przyszłość i olbrzymia satysfakcja.

 Jerzy Kasprzak

 Jerzy Kasprzak – jachtowy sternik morski, instruktor żeglarstwa, Komandor Harcerskiego Ośrodka Wodnego „Stanica”
we Wrocławiu, podharcmistrz. Szef wyprawy i jej kapitan. [przypis: Zenon Szostak, 2002]

 


 

Zenon Szostak

Z marzeń i snów…

Jerzy Kasprzak, organizator i kapitan wyprawy szalupą na Gotlandię, pisał w materiałach informacyjnych o rejsie , że chcą pokazać, iż nie należy rezygnować z marzeń, że można zrealizować każdy pomysł, pod warunkiem wykazania się zaradnością, umiejętnością poczynienia odpowiednich przygotowań i wspólnego przeciwstawienia się trudnościom.

Zrealizowanie marzenia, idea przekuta w czyn, pokazanie innym, że wystarczy jedynie mocno chcieć, by wydarzyło się to, czego pragniemy – to najważniejsze dla dzielnych żeglarzy z Wrocławia.

W tych wyznaniach wrocławskich harcerzy o marzeniach i ich realizacji pobrzmiewa echo conradowskich myśli. W eseju „Well done” (Dobra robota) z 1918 roku, Joseph Conrad pisze, że to jest zwykły los człowieka, że jego najlepsze osiągnięcia rodzą się z marzeń i snów, za którymi podąża wiernie ku nieznanemu przeznaczeniu… A w innym miejscu: marzycielstwo to straszna rzecz i jest na nią tylko jedna rada, jedno lekarstwo: iść trop w trop za swoim marzeniem.

Więc szli, przez długie miesiące, od połowy września ubiegłego roku, od momentu wywieszenia kartki w Harcerskim Ośrodku Wodnym „Stanica” o zamiarze wyprawy szalupą przez Bałtyk. Szli trop w trop za swoim marzeniem, za ideą przekuwaną w czyn. Bo przecież nic się czynem nie stało, co wpierw nie było marzeniem. Powiedział to człowiek, którego trudno posądzać o marzycielstwo, był bowiem wielkim realistą – to Napoleon.

Z takich marzeń i snów o potędze rodzą się zdarzenia które zapładniają wyobraźnię innych, szczególnie młodych ludzi. I tak jak rejs Kuczyńskiego sprzed 65-ciu lat pobudził do działania wrocławskich harcerzy, tak oby tegoroczna wyprawa na Gotlandię rozbudziła ochotę do aktywności u innych. Bo czymże byłby duch ludzki bez działania? – stałby się rzeczą martwą – jak uczy nas Conrad….

(zs)
2002


[1] Zdjęcie ze strony www Szkoły Podstawowej w Karwi, której patronem jest kpt. Jan Kazimierz Kuczyński <http://www.spkarwia.pl/patron.html>. [przypis: Żeglujmy Razem, 2014]

[2]  „popłynęło nas sześciu” – to dziwny zbieg okoliczności, gdyż szalupą harcmistrza Jana Kuczyńskiego Wiking też płynęło sześciu żeglarzy: K. Głuski, S. Smoleniec, St. Frankiewicz, J. Zaniewski, (studenci Politechniki Warszawskiej), A. Aleksandrowicz (student Politechniki Lwowskiej) i Jan Kuczyński. Ale z wyjątkiem J. Kuczyńskiego i A. Aleksandrowicza pozostali nie mieli nic wspólnego z morzem i żeglarstwem (czego nie można powiedzieć o żeglarzach wrocławskich). [przypis: Zenon Szostak, 2002]

[3] Sum – nazwa własna szalupy DZ z Jacht Klubu AZS w Szczecinie, którą wrocławscy harcerze odbyli rejs na Gotlandię i z powrotem. Wymiary główne szalupy: dł. całk. – 8,50 m, szerok. – 2,20 m, wysokość boczna – 2,03 m, zanurzenie – 0,40/1,50 m, pow. żagli – 29,0 m kw.; ożaglowana jako kecz gaflowy; materiał kadłuba – laminat poliestrowo-szklany, rok budowy – 1984 (Morska Stocznia Jachtowa im. Leonida Teligi w Szczecinie). [przypis: Zenon Szostak, 2002]

[4] EPIRB – radiopława awaryjna (Emergency Position-Indicating Radio Beacon) nadająca w niebezpieczeństwie sygnał wzywania pomocy na częstotliwości 406 MHz. W sygnale zakodowana jest nazwa jednostki i kraj, w którym została zarejestrowana. Odbiór sygnału przez satelity pozwala ośrodkom naziemnym ratownictwa dokładnie zlokalizować radiopławę, a tym samym jednostkę pływającą, która ją uruchomiła i podjąć akcję ratowniczą. [przypis: Zenon Szostak, 2002]

ZZ_2002_nr_2

(kr)
Żeglujmy Razem

7 lipca 2014
www.ZeglujmyRazem.com

Calendar

« December 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

JESIEŃ

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 

Jesień – jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę i polska.

Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie: kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego, choć deszczowego, europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.
Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By im życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią. Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

 

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!

Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

 

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień,
brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień,
ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni:
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę:
z korca deszczu, garniec błota.

 

Pzdrwm_Robak

PS.

W tym roku dziękuję:
– Młodym za doniesienia o działalności codziennej (co wg mnie jest wielkim pasmem sukcesów),
– a wszystkim za rozmowy, które pozwalają mi czerpać z mądrości moich Rozmówczyń i Rozmówców (kolejność absolutnie przypadkowa):

Henrykowi, Kazimierzowi i Piotrowi
Rudej Grecie
Maćkowi
Eli
i Maćkowi
panu Kazimierzowi
Konradowi, Krzyśkowi, Marcinowi
i Marcinowi
Juliuszowi
Robertowi
Piotrowi
i Wojtkowi
Peeterowi
Adasiowi
Jadzi i Włodkowi
Darkowi i jego Mamie
panu Radosławowi
Kai
panu Wojtkowi

Mai
Oli czyli Aleksandrze
Sylwii
Witkowi
Matyldzie
Martynie, Łucji i ich Rodzicom
Strusiowi
Zuzalowi
Zuzi ...zi
Szymonowi 5
Karolowi
Natalii
Łukaszowi
Filipowi
ekipie Oshee
Magdzie i Maszy
Anicie
Ewce-Konewce
Ewie z Gibraltaru i jej Rodzicom
Oliwii
Mirce i Stachowi
Anecie
Beacie
doktorowi Markowi i Mai
Leszkowi i Annie (przepraszam, że bez kwiatów :((
Kasi i Helenie
Ryśkowi
Kryspinowi
Dorocie, Idze i Karolowi
Wojtkowi ze Szczecina (podziękowania szczególne!)
Ziemowitowi (przecież wszyscy wiedzą, kto to!)
Krzysztofowi, znanemu jako „Kris”
Krzysztofowi, znanemu jako „Rzeźbiarz”
Krzysztofowi, znanemu najbardziej

... i wszystkim, których moja pamięć (dobra ale krótka) tu jeszcze nie przywołała

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

GRUDZIEŃ...

Grudzień to oczywiście święta: Wigilia i Boże Narodzenie, a później sylwestrowe tańce i hulanki, choć niekoniecznie swawole.

Dlatego wszystkim życzymy 
wesołych, zdrowych, spokojnych Świąt!

Co prawda prof. Jacek Hołówka (etyk z UW) radzi, by życzyć sobie odwagi, rozwagi, powściągliwości, bo tylko w takich życzeniach nie ma retoryki ani przesady, ale co to za życie z powściągliwością, bez przesady i retoryki?

Pozostajemy zatem przy tradycyjnym zestawie, odkładając filozofowanie na inne okazje. A jeśli już ktoś koniecznie chce – odsyłamy do nieustających dlatego już publikowanych rozważań pt. Reje, kałasznikow i życzenia.

 

* * *

Gdy się jednak w ten grudzień wgryźć trochę mocniej, to wcale tak świątecznie nie jest, a czasem to i włosy dębem staną.

 

* * *

Rację ma przysłowie:

Grudniu, grudniu – nie pozyjes,
Ledwoś przyseł, juz se idzies.

Bo i prawda. Na początku grudnia była jesień, później nagle zrobiła się zimaświętasylwesterijuż – jeśli tę zbitkę przeczytać odpowiednio szybko, to właśnie tak wygląda.

Trzeba więc szybko zaczynać, żeby nas koniec nie zaskoczył.

 

Grudzień – dwunasty (i ostatni) miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nie potrzeba żadnych (z całym szacunkiem) Brücknerów, słowników Lindego, Doroszewskiego czy Stanisława Dubisza, by etymologię nazwy miesiąca wywieść od grud, które tworzy zmarznięta ziemia, choć pewnie niedługo bez podręczników się nie obejdzie, bo ostatnio grudnie jakoś bardziej „po wodzie” niż „po lodzie”. A i „gruda” odchodzi powoli do językowego lamusa: na własne uszy słyszałem, jak ktoś powiedział, że mu coś „idzie jak po grudzień”.
Tę samą grudę, jako podstawę, zachował język ukraiński: грудень [grudień] i – niby od słowiańskich nieco dalsze, ale z tej samej wielkiej bałtosłowiańskiej wspólnoty językowej się wywodzące – litewski: gruodis i żmudzki: groudis.

W staropolszczyźnie (i tu już Brückner się przydaje) używane były starosłowiańskie nazwy „godnik” (od Godów, czyli Bożego Narodzenia) oraz „prosień” lub „prosiniec”; do dziś zachowane w językach czeskim (prosinec) i chorwackim (prosinac).

Etymologia tego słowa nie jest jasna, a językoznawcy czescy podają kilka możliwych wyrazów podstawowych:

– prosiněti „przebłysnąć” (nawiązanie do przesilenia zimowego i wydłużenia jasności dnia);
– siný „niebieskawy”, „siwy”;
– prase „świnia” (nawiązanie do świniobicia – czy to na starosłowiańskie Gody, czy na Boże Narodzenie);
prosit „prosić” (nawiązanie do kolędowania i kolędników dopraszających się datków też wydaje się wyjaśnieniem achronologicznym, ale kto wie – może Prasłowianie też piosenkami datki zbierali, by Jaryło prędzej na świat powrócił, Marzannę pognębił i wiosnę przyniósł).

I tak żeśmy doszli do Prasłowiańszczyzny. Gdy zaś poszperać w słownikach, to dojść można do rzeczy zgoła przerażających. Na przykład:

Gruden – słowiański bóg czarny, od którego pochodzi nazwa miesiąca Grudnia, znaczy tyle, co Hładoléj, Hludan, lub Czyślboh.
Jest to siła grudy, lub ściąganie płynu w ciało stałe. To przeciwnik Swicza.
Jako Swicz, lubi światło i ciepło, rozdyma, tak Gruden, lubi ciemność i zimno, ściąga rzeczy.
Jako Swicz cielesność najpiérwsza, przestrzeń zajmująca, tak Gruden Czas, Siła Duch, tyle, co litewski Prygirdyt.

Ale Hładoléj vel Hładolet jeszcze od Grudena jest straszniejszy, gdyż bezpośrednio podlega Czernobohowi – bogowi ciemności i złego, szafarzowi nicości, sprawcy i panu Śmierci, władcy wszystkich bogów czarnych, czyli potęg złych.

Na szczęście Gruden – Hładoléj – Czyślbog panuje tylko do wiosny. Z nią przychodzi zwycięstwo sił dobra, rządzonych przez Biełboha – boga światłości i dobra, szafarza istnienia, którego wysłannikiem jest właśnie Świcz, co znaczy tyle, co litewski Znicz: rozciągłość, przestrzeń, świetlana, lub najpiérwsza cielesność, a stąd pierwiastek widzialnego świata.

I tak to przez rok cały walczą ze sobą Biełboh i Czernoboh. I byliby się wzajemnie pozabijali zatracając przy okazji wszystko dokoła, gdyby nie trzecie wcielenie Trygława – Hamboh, zwany też Ham lub Hem, bóg czerwony, którego zadaniem jest hamować walczących władców światła i ciemności i tworzenie z tych przeciwieństw świata takiego, jakim jest.
A wystarczy tylko się rozejrzeć, by zobaczyć, jak zło i dobro mieszają się w nim – czyli wokół nas – bezustannie.

 

Łacińska nazwa December – „dziesiąty miesiąc” (decem to po łacinie dziesięć), zaczęła być używana od roku 46 p.n.e., kiedy Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).
W ten sposób „december” dopełnia czwórkę trzeciego trymestru roku, w której nazwy łacińskie znaczą zupełnie co innego niż przynależne im desygnaty (september to „siódmy” ale dziewiąty, october – „ósmy” ale dziesiąty, november – dziewiąty ale jedenasty.)

Nazwa December została przejęta przez większość języków europejskich.
Nie uległa wpływom łaciny polszczyzna i kilka innych języków z naszej rodziny: miesiąc zimowego przesilenia po białorusku to снежань (snieżań), po kaszubsku: gòdnik, gòdan albo grëdzéń, po łatgalsku: zīmys, na Łużycach: zymski albo hodownik, a w Macedonii może być снежник (snieżnik).

 

Chwała Słowiańszczyźnie, że zachowała te piękne nazwy, ale nie poddali się również Celtowie: odrzucili december na rzecz dùbhlachd gaeliccy Szkoci, a Irlandczycy używający nazwy nollaig. Także nieindoeuropejscy Baskowie, którzy – mimo że mają w swym euskara mnóstwo latynizmów – wytrwali przy własnych nazwach miesięcy (złamali się tylko na kwietniu – apiril), dwunasty nazywając abendu.

 

Na półkuli północnej grudzień jest pierwszym miesiącem astronomicznej zimy, która rozpoczyna się w momencie przesilenia zimowego Słońca (w 2018 – 21 grudnia) i trwa do momentu równonocy wiosennej (od 2012 do końca pierwszego ćwierćwiecza – 20 marca).

 

Teraz będzie coś kompletnie poplątanego, czyli próba rozwikłania zaszłości po kalendarzu juliańskim, wprowadzonym w 46 p.n.e. na polecenie Cezara (to właśnie wtedy zaczęła się owa niekonsekwencja nazwowa, gdy „siódmy” zaczął znaczyć „dziewiąty”).

Teoretycznie Iulianum, po szesnastu stuleciach z górą, zastąpiony został w 1582 kalendarzem gregoriańskim. Ale nie wszędzie i nie do końca.

Wg kalendarza juliańskiego, na początku naszej ery przesilenie wypadało 25 grudnia, stąd pierwsi chrześcijanie połączyli datę święta Bożego Narodzenia z jednym z czterech najważniejszych astronomicznie dni w roku. Nie upieram się przy tej przyczynie (znam co najmniej dwie osoby, które uznałyby ją za heretycką i bluźnierczą – oczywiście gdyby o niej wiedziały), ale jakaś możliwość, że tak właśnie było, istnieje.

Tak czy owak, w chrześcijaństwie zachodnim data 25 grudnia jako Dzień Narodzenia Pańskiego została utrzymana nawet po przejściu na kalendarz gregoriański i trwa do dziś.
Chrześcijaństwo obrządku wschodniego (m.in. Cerkiew Greckokatolicka i Kościół Prawosławny) też święci Boże Narodzenie 25 grudnia, tyle że nadal celebruje liturgię według kalendarza juliańskiego, zatem juliański 25 grudnia to gregoriański 7 stycznia.

Czyli: 25 grudnia, ale tak naprawdę 22 grudnia albo 7 stycznia. Nawet wiem dlaczego: bo dziesiąty to dwunasty, foki mają małe pyszczki, a ptaki latają kluczem.

Czyli zupełnie, jak w polskiej ortografii, gdzie Słownik (przez wielkie „S”) informuje, że:

Partykułę nie jako wykładnik zaprzeczenia piszemy łącznie z imiesłowami przymiotnikowymi, niezależnie od tego, czy użyte są w znaczeniu przymiotnikowym, czy czasownikowym,

a zaraz po tym dodaje:

Nowa zasada dopuszcza jako oboczną rozdzielną pisownię imiesłowów w użyciu czasownikowym.

I słusznie, bo hasło jest inne, a zasady są proste, albo się umie bawić, albo się nie umie, albo się zna hasło, albo się nie zna, a jak nie, to niech się nie zaczyna.

 

Grudzień to jednak nie tylko święta i mikołajki, w Polsce obchodzone 6 grudnia, w dzień św. Mikołaja – patrona dzieci i dawcy prezentów.

Przypada na ten miesiąc mnóstwo świąt narodowych:

1 grudnia – Dzień Republiki w Republice Środkowoafrykańskiej (połączony z defiladą w Alei Męczenników w Bangi; świętowany w zależności od sytuacji politycznej i nastawienia aktualnego rządu).

 

1 grudnia – Wielkie Zjednoczenie Rumunii, które świętuje Rumunia, ale jej sąsiedzi niekoniecznie. Bowiem ogłoszone 1 grud­nia 1918 r. w Bukareszcie powstanie Wielkiej Rumunii znaczyło, że na rzecz Rumunii Węgry utraciły Siedmiogród/Transylwanię, Serbia – część Banatu, a Austria – Bukowinę. Zwycięskie państwa byłej Ententy (do której Rumunia przystąpiła 27 sierp­nia 1916) ratyfikowały te aneksje półtora roku po ich ogłoszeniu (4 czerwca 1920) w traktacie z Trianon.

Austria stratę przebolała, bo trzy tygodnie wcześniej (12 listo­pada 1918) z cesarstwa przekształciła się w republikę, by odpowiedzialność za rozpętanie Wielkiej Wojny została tylko przy Niemcach (i się jej to udało: Deutschösterreichische Republik, jako jedyna z byłych Państw Centralnych, wyszła z I wojny światowej z terytorium nie tylko nie uszczuplonym, ale nawet powiększonym).

Serbia – ponieważ jedna trzecia Banatu została przy niej – też jakoś to przełknęła. O Węgry lepiej nie pytać– słowo „trianon” do dziś w języku węgierskim jest synonimem zdrady i to najgorszej z możliwych.

 

2 grudnia – tego dnia w 1971 r. powstała federacja Zjednoczone Emiraty Arabskie, łącząca siedem państw, które właśnie przestały być protektoratem brytyjskim: Abu Dhabi, Adżman, Dubaj, Fudżajra, Ras al-Chajma, Szardża i Umm al-Kuwajn. Początkowo sfederowanych państw miało być dziewięć, ale akcesu do federacji odmówiły Katar i Bahrajn, które stworzyły niepodległe państwa.

 

6 grudnia – Dzień Niepodległości w Finlandii, która w roku 1917 pozbyła się statusu Wielkiego Księs­twa zależnego od Rosji. Politycy fińscy przygotowywali się do tego kroku już wcześniej, gdy podstawy prawne do zakończenia unii personalnej z Rosją dał wielki książę Finlandii Mikołaj II, abdy­ku­jąc jako car rosyjski (15 marca 1917).

Tymczasem w  nocy 6/7 lis­to­pa­da 1917 władzę w Piotrogrodzie przejęli (praktycznie bez walki) bol­sze­wicy, którzy powołali Radę Komisarzy Ludowych (Sownarkom) czyli Tymczasowy Rząd Robot­ni­ków i Chłopów opowiadający się za terrorem rewolucyjnym i dyktaturą proletariatu. Dla prze­cią­gnię­cia na swą stronę mas bolszewicki rząd zaczął produkować kolejne dekrety: „O pokoju” (8 lis­to­pa­da – trzeba natychmiast zawrzeć pokój z Niemcami i skończyć I wojnę światową), „O ziemi” (9 lis­to­pa­da – nadanie ziemi tym, którzy na niej pracują), „O prasie” (9 lis­to­pa­da – zabrania się drukować treści kontr­re­wo­lu­cyj­nych), „Deklaracja Praw Narodów Rosji” (15 lis­to­pa­da – m.in. prawo do suwe­ren­ności).

W pierwszym okresie, gdy bolszewicy mieli na głowie początek wojny domowej i ciężką walkę o utrzy­ma­nie się przy władzy – z dekretów owych, zwłaszcza z tego o niepodległości, skorzystało wiele państw: republiki bałtyckie, Białoruś, Ukraina, do pewnego stopnia Polska. I Finlandia: 1 grud­nia 1917 ogłoszone zostało powstanie niepodległego Królestwa Finlandii, które – po wojnie domowej – zamie­nio­ne zostało (19 lip­ca 1919) w Republikę Finlandii.

Większość bolszewickich postulatów była jednak tylko „taktycznym wycofywaniem się na z góry upat­rzo­ne pozycje”. Poczynione ustępstwa bolszewicy – z największą brutalnością – starali się później lik­wi­do­wać: efektem tego w latach 1919-1920 była pierwsza okupacja niepodległych republik bałtyckich, wojna z Polską i (trwająca do 1991 r.) inkorporacja Białorusi i Ukrainy oraz ludobójstwo na Ukrainie zastosowane wobec chłopów odmawiających oddawania ziemi kołchozom (znane jako Hołodomor 1932/33).

W 20-leciu międzywojennym Finlandii się udało; kolej na nią przyszła dopiero 30 lis­to­pa­da 1939, kiedy Armia Czerwona uderzyła na „fińskich faszystów” (Krasnaja Armia i jej kolejne mutacje z reguły uderzają na faszystów i zawsze w obronie „prawdziwej wolności”) – to już jest jednak osobny rozdział.

 

6 grudnia – Dzień Konstytucji w Hiszpanii, upamiętniający referendum z 1978 roku, w którym Hiszpanie zagłosowali na obecną konstytucję (weszła w życie 29 grudnia 1978). Określiła ona Hiszpanię jako państwo demokratyczne i była zwieńczeniem procesu przejścia od dykta­tury faszystowskiej do monarchii parlamentarnej.

Ciekaw jestem, jak świętuje się Día de la Constitución w Katalonii, zwłaszcza jak obchodzą go ci, którzy głosowali za oderwaniem się od Korony w referendum, podobnym do tego z 1978 roku, a według konstytucyjnego rządu centralnego uznanego za nielegalne. Niestety, uważam, że na pytanie „Czy byki znają słowo ‘kompromis’?” odpowiedź jest wciąż negatywna.

 

12 grudnia – Dzień Republiki (Jamhuri Day) w Kenii; tego dnia w 1964 roku ogłoszone zostało powstanie Republiki Kenijskiej.

Okazja do świętowania jest podwójna: rok wcześniej, 12 grudnia roku 1963, z Kenii zdjęty został status kolonii brytyjskiej i protektoratu Sułtanatu Zanzibarskiego i stała się ona niepodległym państwem.

Powstanie Republiki Kenii zbiega się w czasie z rewolucją zanzibarską: Sułtanat Zanzibaru, będący protektoratem brytyjskim, uzyskał niepodległość 10 grud­nia 1963. Rewolucja wybuchła 12 stycz­nia 1964: rządy mniejszości arabskiej zostały obalone, sułtan uciekł do Omanu (a później do Wielkiej Brytanii, gdzie do dziś mieszka w Portsmouth), proklamowana została Ludowa Republika Zanzibaru i Pemby, która 26 kwiet­nia 1964 połączyła się z Tanganiką tworząc Tanzanię.

 

16 grudnia – Święto Niepodległości w Bangladeszu. Smutna rocznica poprzedzona tragedią ludobójstwa. Tego dnia 1971 roku zakończyła się krwawa 9-miesięczna wojna między armią pakistańską a sepa­ra­tys­tami ze zbuntowanej prowincji zwanej Pakistanem Wschodnim wspomaganymi przez armię indyjską.

Jeden rzut oka na mapę polityczną subkontynentu indyjskiego z lat 50. czy 60-tych ubiegłego wieku wystarczy, by dostrzec polityczno-geograficzną anomalię – podział Pakistanu na dwie prowincje: zachodnią (czyli dzisiejszy Pakistan, leżący nad rzeką Indus) i oddaloną od niej o ponad 1600 kilometrów prowincję wschodnią, leżącą na wschodzie Indii w delcie Gangesu i Brahmaputry, utworzoną z muzułmańskiej części Bengalu, podzielonego według kryteriów religijnych.

Podział najcenniejszego klejnotu Korony Brytyjskiej – czyli Indii Brytyjskich – na część muzułmańską i hindu­istycz­ną było jednocześnie otwartą puszką Pandory, tykającą bombą zegarową i pocałunkiem śmierci pozostawionymi przez białych sahibów w byłej już kolonii. Wbicie geopolitycznego klina między dwie społeczności religijne symbolicznie zaczęło się od zamordowania Mahatmy Gandhiego, a na skalę masową od tragedii exodusu przesiedleńczego w końcu lat 40-tych. Rykoszetuje to do dziś: zamiast egzystujących obok siebie – jako tako, ale jednak –przedstawicieli dwóch wyznań, istnieją dwa wrogie państwa, z których każde już ma arsenał atomowy i wiele palców aż drżą­cych z niecier­pli­wości, by nacisnąć czer­wony guzik.

Secesja Pakistanu Wschodniego, w którym w roku 1971 na powierzchni niecałych 150 tys. km kw. mieszkało ok. 68 milio­nów ludzi, to jedna z reperkusji tego podziału. Nie ulegało wątpliwości, że separatyzm da o sobie znać – pytaniem było tylko „kiedy?”.

12 listo­pa­da 1970 – cyklon Bhola uśmiercił w pakistańskim Bengalu co najmniej pół miliona ludzi i zdewastował ponad 8 tys. kilometrów kwadratowych (powierzchnia województwa opolskiego to 9,4 tys. km kw.). Pomoc rządu centralnego była skrajnie niewystarczająca, ale decydujące dla eksplozji antypakistańskich nastrojów było obojętne podejście do tragedii ze strony prezydenta Pakistanu, Yahya Khana, który zatrzymał się w stolicy Pakistanu Wschodniego Dakce zaledwie na jeden dzień i to tylko po drodze – wracając z Pekinu do Karaczi. Rozpoczęły się demonstracje i protesty.

7 marca 1971 – Mudżibur Rahman, od lat walczący o równe prawa dla etnicznych Bengalczyków i auto­no­mię dla swego regionu, ogłosił konieczność oderwania się od Pakistanu i stworzenia niepod­leg­łe­go państwa Bangladesz.

26 mar­ca 1971 – armia pakistańska, wysłana dla powstrzymania ciągot secesyjnych, rozpoczęła „Operację Szperacz” (Operation Search­light): była to brutalna pacyfikacja połączona z mordowaniem, gwałtami i grabieżą ludności cywilnej, ze szczególnym uwzględnieniem bengalskiej inteligencji. Nic dziwnego, skoro Yahya Khan wysyłając oddziały (drogą morską i powietrzną) do Bengalu powiedział: „Zabijcie ich ze trzy miliony, to reszta zacznie nam jeść z ręki”.

Tak też się stało: liczbę ofiar śmiertelnych pakistańskiego ludobójstwo w Bangladeszu część źródeł[1] oce­nia właśnie na 3 miliony zamordo­wanych, około 30 milionów ludzi straciło dach nad głową, blisko 400 tysięcy kobiet zostało zgwałconych (ok. 30 tys. z nich popełniło samo­bójstwo). Nikt nie został za to skazany ani nawet postawiony przed sądem, nawet gen. Tikka Khan zwany „rzeźnikiem Bengalu”. Pakistan do dziś zaprzecza wszystkiemu, nazywając oskarżycieli „agentami wroga” i podając jako jedną z przyczyn ludobójstwa… waśnie etniczne między Bengalczykami a Biharczykami.

3 grud­nia 1971 – czasie pacyfikacji Bengalu Pakistan – chcąc skarcić Indie za pomoc separatystom – zaatakował z powietrza Agrę (miasto słynne przez meczet-mauzoleum Tadż Mahal), leżącą ok. 480 km od zachodniej granicy Indii z Pakistanem. Rozpoczęło to trzecią wojnę pakistańsko-indyjską i temu zaprzeczyć się nie da. Również nie da się zanegować faktu, że odpowiedź armii indyjskiej – z powietrza, lądu i morza – była zdecydowana i natych­mias­towa.

16 grudnia 1971 – po stracie połowy okrętów, jednej czwartej samolotów bojowych i jednej trzeciej stanu armii lądowej Pakistan podpisał akt bezwa­run­ko­we­go poddania swych sił w Bengalu i musiał uznać niepodległość Bangladeszu, ogłoszoną dokładnie w tym dniu.

W czasie konfliktu ponad 10 milio­nów Bengalczyków przekroczyło granicę indyjską. Jak wygląda sytuacja w obozach dla uchodźców w kraju nieprzygotowanym na przyjęcie takiej liczby imigrantów na raz, opisywać nie trzeba.

Z tragedią Bengalczyków w Indiach wiąże się jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych lat 70-tych na Zachodzie: pierwszy charytatywny występ najwybitniejszych rockmanów. 1 sierp­nia 1971 r. zagrali oni dwa koncerty w nowojorskiej Madison Square Garden. Inicjatorami byli George Harrison – były Beatles, będący w apogeum swych indywidualnych możliwości twórczych oraz Ravi Shankar – wirtuoz sitar, promujący na Zachodzie klasyczną muzykę indyjską, Bengalczyk z urodzenia. Oprócz Harrisona i Shankara wystąpili m.in. Eric Clapton, Jesse Ed Davis, Bob Dylan, Jim Keltner, Ali Akbar Khan, Billy Preston, Don Preston, Alla Rakha, Leon Russel, Ringo Starr, Klaus Voormann. Wpływy z biletów, płyt i filmu wspomogły uchodźców bengalskich sumą ok. 12 mln. dola­rów.

Pokłosiem koncertu jest też napisana przez Harrisona piosenka „Bangla Desh” (nagrana w lip­cu 1971) – jeden z najbar­dziej przejmu­jących utwo­rów muzyki popu­larnej tamtych czasów:

My friend came to me with sadness in his eyes
Told me that he wanted help before his country dies
Although I couldn't feel the pain, I knew I had to try
Now I’m asking all of you to help us save some lives…

 

Z innych rocznic:

1 grudnia 1962 – sowiecki przywódca Nikita Chruszczow udał się do Maneżu, budynku zbudowanego w Moskwie niedaleko Kremla, na cześć zwycięstwa nad Napoleonem, ustanowionego od 1957 roku główną salą wystawową Moskwy.
W Maneżu odbywała się akurat wystawa „Nowa rzeczywistość”, zorganizowana z okazji 30-lecia Związku Malarzy ZSRR.
Przywódca obejrzał i się wyraził.
Wśród utrwalonych w piśmie i na taśmie określeń Genseka były słowa «дерьмо» (łajno), «говно» (gówno), «мазня» (bohomaz) i zdania:
„Wy co, malować nie umiecie? Mój wnuk ładniej rysuje! Wy co, mężczyźni czy pederaści przeklęci? Macież wy sumienie? Zabronić! Skończyć z tym świństwem! Nakazuję! A zwolenników wyplenić, z radia, telewizji, prasy, wszystkich!”

Konstruktywna krytyka pierwszego sekretarza miała jednak swoje granice. Świadkowie zgodnie zaprzeczają doniesieniom prasy zachodniej, wg której Chruszczow miał zrywać obrazy ze ścian i je deptać. 

Więcej o sztuce w tej części świata przeczytacie pod datą 17 grudnia.
W innych dziedzinach tzw. dorobku ludzkości działy się rzeczy wręcz przerażające.

 

7 grudnia 1941 – lotnictwo Cesarstwa Japonii zaatakowało bez wypowiedzenia wojny amerykański port wojenny w Pearl Harbor.
Z 98 okrętów stac­jonujących tego dnia w bazie, dwa (z dziewięciu) pancerniki (USS Arizona, USS Oklahoma i USS Utah) poszły na dno, a sześć innych zostało uszko­dzonych. Do tego 11 mniejszych okrętów, od krążowników do minowców, zostało zatopionych lub na długo wyłączonych ze służby. Z 402 samo­lo­tów tylko 55 mogło latać po ataku. Na okrętach i na lądzie zginęło blisko 2500 osób, a prawie 1200 było rannych.

Następnego dnia Kongres USA ogłosił stan wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Japonią, co 11 grudnia 1941 spowodowało wypowiedzenie wojny Ameryce przez Niemcy i Włochy. Ponieważ pół roku wcześniej, 22 czerwca 1941, Niemcy zaatakowały swego najlepszego sojusznika – ZSRR, po jednej stronie barykady znalazła się późniejsza teherańsko-jałtańsko-poczdamska Wielka Trójka.
Czym się to skończyło dla nas, przeczytacie w lutym, przy okazji rocznicy konferencji w Jałcie.

 

11 grudnia 1994 – wojska rosyjskie wkroczyły do Czeczenii, rozpoczynając pierwszą wojnę czeczeńską. Zakończył ją rozejm zawarty 31 sierpnia 1996 roku w Chasawjurcie. Druga wojna zaczęła się w 1999 i trwała lat dziesięć, a niektórzy twierdzą, że trwa do dziś.

Jak tę wojnę opisać, by zmieścić się w formule tego kalendarza – jeszcze nie wiem. Przeczytajcie książkę Zachara Prilepina Patologie: w przekładzie Małgorzaty Buchalik (Wołowiec : Wydawnictwo Czarne 2010), albo w oryginale (Захар Прилепин, Патологии; 2004). „Krew, pot i łzy, rozmyte przez wódkę, zagłuszone wolą życia”, „szaleństwo, bezhołowie, narastający absurd, orgia zabijania” piszą o niej krytycy i mają rację.
Pisał o wojnie czeczeńskiej Arkadij Babczenko, ale jego Dziesięć kawałków o wojnie. Rosjanin w Czeczenii (Warszawa : W.A.B. 2009) polecam z rezerwą, bo ta proza przemawia do mnie mniej.

 

13 grudnia 1981 – Wojciech Jaruzelski wczesnym rankiem ogłosił, że on i jego koledzy wprowadzili właśnie w Polsce stan wojenny. Poprzedniego dnia świętowałem wieczór kawalerski przyjaciela (w zaprzyjaźnionych kręgach zwanego Wuj od Pe) i gdy wraz z kolegami w połowie nocy opuściliśmy praską mansardę, nie mogliśmy się nadziwić, że nie ma ani jednej taksówki i na lewy brzeg Wisły drałowaliśmy pieszo wznosząc pieśni masowe i żeglarskie, na Poniatoszczaku zwłaszcza, bo tam była najlepsza akustyka. Padał śnieg i miasto było jak wymarłe. O przyczynach dowiedziałem się dość późno, zbudzony przez Mamę, która chciała, bym zobaczył, „co jest z telewizorem, bo nie ma drugiego programu, a w tym co jest, nawija na okrągło Spawacz”.
Tak się skończył sen o demokracji, trwający od września 1980, krótki – ale piękny. Metaforycznie mógłbym powtórzyć za poetą „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu”.
O stanie wojennym wiadomo dziś wszystko… no, prawie wszystko, bo nie ma wciąż twardych dowodów, by rozstrzygnąć, czy było to proste przejęcie władzy przez juntę, czy ocalenie przed braterską pomocą Wielkiego Brata (patrz niżej: 24-25-26-27 grudnia 1979). Ale ta „wiosna”… Kiedy nagle znikła cenzura, kiedy z zapartym tchem oglądało się festiwal opolski a na nim Kaczmarskiego, Gintrowskiego i Łapińskiego w „Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego”, kiedy na bazarach bukiniści sprzedawali (niemal) otwarcie wydawnictwa „drugiego obiegu”, kiedy w kinach pojawił się Miś
„Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu”…

 

14-22 grudnia 1970 – robotnicze protesty, zwane Polski Grudzień, albo Grudzień 1970, głównie w Gdańsku, Gdyni, Szczecinie i Elblągu. To o tych wydarzeniach Ballada o Janku Wiśniewskim mówiła, że partia strzela do robotnika, co najdokładniej oddawało sens i charakter grudniowych protestów. Oficjalne dane podają, że zabitych zostało wówczas 41 osób.
Ballada uczyniła symbolem wydarzeń grudniowych zastrzelonego przez milicję demonstranta: Za chleb i wolność, i nową Polskę – Janek Wiśniewski padł!. Na drzwiach rzeczywiście ponieśli go gdyńską Świętojańską, a zabity – nieznany z nazwiska autorowi (Krzysztof Dowgiałło, dziś architekt trójmiejski) pisanej na gorąco piosenki – nazywał się Zbigniew Godlewski. Godlewskiego, który w chwili śmierci miał 18 lat, uhonorowano pośmiertnie odznaczeniami państwowymi, jego imieniem ponazywano ulice.
Nikt z władz odpowiedzialnych za masakrę protestujących, mimo śledztw, postępowań i procesów, nie poniósł żadnej odpowiedzialności.

 

15 grudnia – świętują esperantyści, gdyż tego dnia (w 1859) urodził się Ludwik Zamenhof, twórca lingvo internacia, który miał zjednoczyć i pojednać ludzi na całym świecie. Nie zjednoczył, nie pojednał, ale się przyjął – dziś może nim mówić nawet 2 miliony osób, a ok. tysiąca osób może o nim mówić jako o języku rodzimym: są to dzieci różnojęzycznych rodziców, mówiących między sobą w esperanto. Jednym z takich dzieci był laureat medycznej nagrody Nobla z 1957, Daniel Bovet.
Ale w ZSRR były czasy, w których za uczenie się esperanto wysyłano do gułagu – bo  niby z kim i o czym chciał rozmawiać radziecki obywatel, kiedy wszystko było wiadomo, a ciekawy cudzoziemiec mógł być tylko szpiegiem.

 

15-16 grudnia 1864 – pod Nashville odbyła się jedna z największych bitew amerykańskiej Wojny Secesyjnej. Zwyciężyła armia Unii (ok. 55 tys. żołnierzy), którą dowodził gen. George H. Thomas. 30‑tysięczna armia konfederacka, której dowódcą był gen. John Bell Hood, praktycznie przestała istnieć jako licząca się siła zbrojna.

Wojna jednak zakończyła się formalnie dopiero 9 maja 1865. Przez pół roku po przegranej pod Nashville Konfederaci ponosili już same klęski. Między innymi przegrali:

– 21 marca bitwę pod Bentonville w Karolinie Północnej, w której obie strony straciły ok. 3000 zabitych i rannych;
– 1 kwietnia 1865 w bitwie pod Five Forks w Wirginii, zwanej „konfederackim Waterloo” (ok. 4000 poleg­łych i rannych po obu stronach);
– 2 kwietnia pod wirginijskim Petersburgiem (łącznie ok. 10 tys.);
– 3 kwietnia stracili Richmond – stolicę Stanów Skonfederowanych (tego dnia do miasta wszedł XXV Kor­pus Armii Unii, niemal w całości złożony z czarnoskórych żołnierzy);
– 6 kwietnia, też w Wirginii, przegrali pod Sayler’s Creek (ok. 8-10 tys.) i dalej jeszcze: 
– 8 kwietnia bitwę pod Appomattox Station w Wirginii (liczba ofiar nieznana; po obu stronach walczyło ok. 7 tys. żołnierzy);
– 9 kwietnia bitwę pod Appomattox Court House (ok. 500-800).

Gen. Robert Lee poddał swoją armię 9 kwietnia. Jeśli wziąć pod uwagę datę klęski pod Nashville, trzeba tu dodać partykułę „dopiero”.
Ale Lee nie był odosobniony w uporze: gen. Joseph Johnston poddał się miesiąc później (13 maja), a ostatnie lądowe oddziały konfederackie, którymi dowodził gen. Stand Watie, złożyły broń 23 czerwca 1865. Prezydent Konfederacji, Jefferson Davis, został schwytany 10 maja 1865. 

Poddanie po klęsce naszwilskiej ocaliłoby życie i zdrowie co najmniej 25 tys. żołnierzy, ale politycy i wojskowi są niereformowalni – to właśnie dlatego „najdzielniej biją króle, a najgęściej giną chłopy”. Nie jest to przytyk wobec Amerykanów – ludobójcze w efekcie działania polityków i generałów są ponadnarodowe: gdyby Japonia (która od końca 1944 roku nie miała już żadnych szans) poddała się po lub w trakcie bombardowań Tokio czyli na początku 1945-go…

Przy okazji nie mogę nie dodać: Stand Watie to postać, o której powinno się kręcić filmy sensacyjne: Indianin z plemienia Czirokezów (Cherokee), ewangelik z Kościoła Braci Morawskich, publicysta, polityk, plantator i właściciel niewolników, naczelny wódz Czirokezów, generał kawalerii w armii konfederackiej. Mało?

 

16 grudnia 1944 – rozpoczęła się niemiecka kontrofensywa w Ardenach – ostatnia duża operacja wojsk Trzeciej Rzeszy na froncie zachodnim. Jest to kolejna ilustracja tezy postawionej przy rocznicy poprzed­niej: działania polityków i generałów w czasie wojen (oby tylko!) są w efekcie ludobójcze. W pierwszej fazie ofensywy w Ardenach Niemcy zwyciężali, ale nie trzeba było eksperta, by wiedzieć, że w skali ogólnej nie mają żadnych szans. 20 tys. poległych po stronie alianckiej, ok. 60 tys. (dane niepewne) poległych po stronie niemieckiej. Jeśli doliczyć do tego poległych po trzech stronach (Alianci, Niemcy i Armia Czerwona) do 9 maja 1945, bilans staje się niewyobrażalny. Nawet jeśli uwzględnić, że dwie ze stron były nakręcane przez dwa największe ludobójcze systemy totalitarne, dla których „jednostka – zerem, jednostka – bzdurą; jednostka – co komu po niej?!”

 

16 grudnia 1989 – w Rumunii wybuchło powstanie przeciw komunistycznemu dyktatorowi Nicolae Ceauşescu. Dyktator wówczas nosił jeszcze miano Sekretarza Generalnego Rumuńskiej Partii Komunis­tycznej i Prezydenta Rumunii.
Jak skończył – przeczytacie pod datą 25 grudnia.

 

17 grudnia 1898 – w Moskiewskim Teatrze Artystycznym (Московский Художественный театр – przymiotnik „Akademicki / академический” dodany zostanie w 1919)  odbyła się premiera Mewy (Чайка,  1896) Antoniego Czechowa. Reżyserowali: Konstantin Stanisławski i Władimir Niemirowicz-Danczenko. Irenę Arkadinę zagrała Olga Knipper (od 1901 żona Czechowa), Borysa Trigorina – sam Stanisławski, a Konstantego Trieplewa – Wsiewołod Meyerhold.

Bez osób wymienionych w poprzednim akapicie nie byłoby teatru współczesnego.
Przedstawienie Mewy jeszcze nie było rewolucją, ale Stanisławski i Meyerhold – wystawiając kolejne sztuki Czechowa i tworząc aktorskie studia – już za kilka lat wstrząsną teatrem Rosji i świata.

W latach 30-tych sowiecka dyktatura rozbije te reformy niemal doszczętnie – na przykład dokonania Meyerholda zostaną obłożone zapisem cenzury na następne kilkadziesiąt lat, a on sam, 65-letni, zostanie aresztowany w 1939, traktowany jako „przestępca szczególnie niebezpieczny” (особо опасный преступник), skatowany na Łubiance i w Butyrkach, zmuszony do podpisania, że był agentem japońskiego i brytyjskiego wywiadu (on! nauczyciel i mistrz Eisensteina!) i rozstrzelany 2 lutego 1940.

Ich dokonania jednak przetrwają i wprowadzą teatr w nowe stulecia, bo Wachtangow, Artaud, Brecht, Brook, Littlewood, Grotowski, Beck i Malina, Chaikin, Schumann, Mnouchkine – oni wszyscy są z MchATu.

 

25 grudnia 1989 – wykonano wyrok śmierci na Nicolae Ceauşescu i jego żonie Elenie.
Cokolwiek by nie rzec o reżimie, w jakim owa para trzymała Rumunię, ta egzekucja, o której mówi się, że „wykonano ją na mocy wyroku wydanego po krótkim procesie” najbardziej przypomina lincz – jeśli kto nie wierzy, niech sobie obejrzy na YouTube.
Nie, nie mówię, że zasłużyli, czy nie zasłużyli, bo nie moja to sprawa orzekać, choć generalnie karze śmierci jestem przeciwny. Skoro egzekucja była w Rumunii wyrokiem najwyższym – Rumunów to sprawa. Ale nie tak! Słońce i Księżyc Karpat powinni mieć uczciwy proces, długi, drobiazgowy, ze świadkami – nie tylko oskarżenia, bo i obrona by się znalazła, z  transmisjami, komentarzami, żeby cały świat się dowiedział, jak Wolna Rumunia karze za zbrodnie popełnione na jej obywatelach. I egzekucja, jeśli już, odbyć się winna przy biciu dzwonów, w majestacie państwa i prawa (więc bez telewizji, bo to nie cyrk) – a nie po pięciu minutach bełkotu jakichś urzędasów w zdemolowanej izbie, gdzieś pod murem, z rękoma związanymi szpagatem,  dokonana przez kilku mundurowych z kałachami.
Ja to wszystko rozumiem… Ja rozumiem, że jak jest zima to musi być zimno! Takie jest odwieczne prawo natury! I rozumiem, że oboje Ceauşescu musieli zniknąć jak najszybciej, bo komuś, a może i wielu ludziom, bardzo się z tym spieszyło i trzeba było sprawę załatwić jak najszybciej, więc na żadne sądy czasu nie było. Rozumiem też, że gdy nie wiadomo o co chodzi, na pewno chodzi o pieniądze. Ale mimo wszystko żal, bo po prostu: nie ten styl.

 

24-25-26-27 grudnia 1979 – „Wielki Brat” wkracza do Afganistanu – z braterską pomocą oczywiście. Zaczęło się podręcznikowo: od opanowania lotnisk w Kabulu i Bagramie (odpowiednio 24 i 25 grudnia) przez komandosów Specnazu.

26 grudnia jednostki lądowe armii sowieckiej przeprawiają się przez graniczną rzekę Amu Darię, między Termezem (dziś Uzbekistan) a Hajratanem (12 maja 1982 otwarty tam zostanie most kolejowo-drogowy, umożliwiający transport sprzętu ciężkiego, nazwany – jakże by inaczej – „Most Przyjaźni”).

27 grudnia – Operacja „Sztorm-333”: oddział Specnazu „Alfa” opanował pałac prezydencki w Kabulu, zabijając prezydenta Hafizullaha Amina, uznawanego na Kremlu za agenta CIA. Operacja „Sztorm-333” jest uważana za początek sowieckiej interwencji zbrojnej w Afganistanie. Wojna miała trwać moment. I – jak to zawsze w takich przypadkach bywało – ciągnęła się bez mała przez 10 krwawych lat.

Tu polecam nie rosyjski film 9 kompania (reż. Fiodor Bondarczuk, 2005), a książkę Swietłany Aleksije­wicz (literacka nagroda Nobla 2015) Cynkowi chłopcy: w przekładzie Jerzego Czecha (Wołowiec : Wyd. Czarne 2015), albo w oryginale (Светлана Алексиевич, Цинковые мальчики; 1989).
A także film Wojna Charliego Wilsona (Charlie Wilson’s War, reż. Mike Nichols 2007, z Tomem Hanksem i Julią Roberts), o tym, kto naprawdę wygrał tę wojnę. Nie wiem, jak w Polsce, ale na DVD w USA był dodany filmowy wywiad z prawdziwym Charlie Wilsonem – i to było, po ciekawym filmie, najciekawsze.

 

Lejzorek Rojtszwaniec miał rację:

Kiedy po ulicach spaceruje stuprocentowa historia, to zwykłemu człowiekowi nie pozostaje nic innego, tylko śmierć z kompletnym zachwytem w oczach.

 

Z rocznic bardziej optymistycznych, gdyż wydarzenia wówczas zaistniałe otworzyły bez mała nowe ery w dziejach, przypomnę:

 

18 grudnia 1943: urodził się Keith Richards, gitarzysta i kompozytor grupy The Rolling Stones, współautor (z Mickiem Jaggerem) niezliczonych przebojów, w tym dwóch hymnów generacji: (I Can’t Get no) SatisfactionStreet Fightin’ Man.

Niestety, 64 lata wcześniej, tego samego dnia (i to według nowego stylu) urodził się Josif Dżugaszwili. Na pociechę dla Keitha dodam, że po wstąpieniu na kremlowski tron Stalin zaczął podawać, że urodził się… 21 grudnia  (jasne!, w przesilenie zimowe!, czyż nie genialne pociągnięcie propagandowe? Hitler na to nie wpadł!) – i to w tym dniu postępowa ludzkość z Kraju Rad i ruszonej z posad bryły świata święciła urodziny Słońca Kaukazu.

 

31 grudnia 1879: Thomas Alva Edison zaprezentował publicznie oświetlenie elektryczne: w Menlo Park w stanie New Jersey, gdzie mieściło się laboratorium Edisona, cała Christie Street została oświetlona żarówkami Edisona, zasilanymi prądem z elektrowni pomysłu Edisona.
Żarówki były wówczas najnowszym wynalazkiem – te wyprodukowane w październiku 1879 świeciły non stop przez 13,5 godziny. Żarówki grudniowe świeciły już 40 godzin.
Przy okazji tego pokazu Edison miał powiedzieć: „Wyprodukujemy elektryczność tak tanio, że tylko boga­czy stać będzie na świece”.
Pierwszym kontrahentem Edisona był Henry Villard – magnat kolejowy i żeglugowy, obecny na syl­wes­tro­wym pokazie nowego oświetlenia. W maju 1880 Edison i jego współpracownicy zainstalowali oświet­lenie elektryczne na Columbii – najnowszym parowcu Villarda.

 

31 grudnia obchodzone jest święto zwane w Polsce Sylwester. Ponieważ na ten dzień przypadają imieniny Sylwestra – a więc i drugiego z natchnionych kuków Pogorii: Sylwku – wszystkiego najlepszego! (kto był natchnionym kukiem #1 – o tym przeczytacie klikając ► tu).
W krajach anglojęzycznych nazywa się ten dzień New Year’s Eve („wigilia Nowego Roku”), frankofońskich – Réveillon de la Saint-Sylvestre („czuwanie w św. Sylwestra”), a dla używających castellanoNoche vieja („stara noc”). Wszystkim chodzi o to samo: napić się i pobalować na pożegnanie starego i powitanie nowego roku – wg kalendarza gregoriańskiego, oczywiście.

Szczęśliwego Nowego Roku!

 

 

Znaki Zodiaku przypadające na grudzień to:
Strzelec (♐) – do 21 grudnia
i Koziorożec (♑) – od 22 grudnia.

Co czarny pijar mówi o Strzelcu – było w listopadzie, teraz więc czas na Koziorożca.
Znak, w gruncie rzeczy, całkiem porządny, nad którym stawiający horoskopy za pieniądze rozpływają się w pochwałach, że taki porządny, dokładny, pracowity i samodzielny. No, złego słowa nie dałoby się powiedzieć, gdyby nie to, że ci, którzy nie liczą na zyski, piszą:

Koziorożec, najczęściej deprawuje, dokonuje aktów gwałtu, a w życiu rodzinnym przeważnie bije, na ogół z poczucia własnej bezsilności. Ograniczony, ponury, o ciasnych horyzontach, najlepiej sprawdza się przy kopaniu rowów, a i to pod nadzorem, bo lada kamień może być dla niego przeszkodą nie do pokonania. W trosce o dobrze pojęty rozwój każde zdrowe społeczeństwo powinno osoby spod znaku Koziorożca natychmiast izolować.

Jakiż to kontrast z – ot, weźmy pierwszy z brzegu przykład, powiedzmy – Bliźniętami: kreatywnymi, pełnymi radości i kompatybilnymi do tego stopnia, że znane są (choć rzadkie) ich związki z Kozioroż­cami, podobno całkiem udane.

 

Kwiat grudnia to:

narcyz (Narcissus poeticus L.).

O narcyzie napisano tomy, zarówno na półki z mitologią jak i psychologią, więc jeśli koniecznie chcecie się dowiedzieć, co, kto i dlaczego, to musicie tam sięgnąć.
Ci, co nie lubią czytać, niech popatrzą na obraz (wart co najmniej tysiąca słów) – najlepiej Waterhouse’a albo Westa, ale Caravaggio też może być (Dalí wykluczony), który można wyguglować w sekundę. A jeśli ktoś nie lubi ani czytać, ani wpatrywać się w nieruchome malowidła, polecam pierwszą lepszą telewizyjną debatę polityczną: zobaczycie tam samych Narcyzów w behawiorze naturalnym, więc niestety dziko rosnących. Jeśli traficie na spęd partii przeciwnej, na pewno przyznacie mi rację.

Kwiat narcyza, w łacinie zwanego „poetyckim”, ma w sobie zieleń życia, złoto bogactwa, czerwień krwi i biel – niewinności i śmierci. Dlatego – w dłoniach Kory przeniesiony – rośnie nad brzegami Styksu.
W mowie kwiatów oznacza zazdrość i zachłanność, ale też tęsknotę.
Gdzieś w Sieci znalazłem, że narcyz to fantazja, ale że na tej samej stronie był kwiat nazwany „niezapominajek”, więc autora trudno traktować poważnie.

 

Pod grudzień da się też podłączyć:

poinsecja – wilczomlecz nadobny, gwiazda betlejemska (Euphorbia pulcherrima Willd. ex Klotzsch), u Indian będąca symbolem czystości, najpiękniejsze nazwy nosząca po hiszpańsku: pastora, corona del Incaflor del Inca, flor de noche buena (kwiat świętej nocy wigilijnej), estrella federal – brzmi to pięknie i bez tłumaczenia. Ponieważ gwiaździsty układ liści poinsecji kojarzony był z Gwiazdą Betlejemską, a kolor czerwony z krwią, dlatego symbolizuje ona również ofiarę Jezusa na krzyżu – stąd po hiszpańsku zwana jest również pascuero flor de pascua.

jemioła (Viscum album L.) – pasożyt ale leczniczy (CardiosanNeocardinę robi się właśnie z jemioły), w dodatku zapewniający szczęście domowi, w którym ją zawieszono. Kiedyś można się było pod nią bezkarnie (tzn. przedmałżeńsko) całować, ale dziś można się całować wszędzie, więc rola jemioły jakby zmalała.

ostrokrzew kolczasty (Ilex aquifolium L.) – drzewo święte dla Rzymian (więc pewnie i Etrusków),  Celtów, wczesnych chrześcijan i średniowiecznych rycerzy – bo w heraldyce symbolizowało prawdę, nad którą (podobno) nic cenniejszego w kodeksie rycerskim nie było. Drewno ostrokrzewu cenione było przez snycerzy i rzeźbiarzy – białe i delikatne wciąż jest idealnym materiałem do inkrustacji i odtwa­rza­nia precyzyjnych detali. Lud zaś uważał ostrokrzewy za obronę przed piorunami i złymi czarami i sadził je w pobliżu domostw. Pewnie dlatego różdżka Harry’ego Pottera zrobiona była z ostrokrzewu.

 

Kamienie dla urodzonych w grudniu są trzy.

Turkus – tradycyjnie ma zapewniać dobre notowania u Fortuny. Używany – i aż nadużywany – od tysiącleci w zdobnictwie (wysadzana turkusami jest np. pogrzebowa maska Tutenchamona).

Anglicy i Amerykanie wiążą go z 11-tą rocznicą ślubu, Francuzi – z rocznicą 18-tą, Hiszpanie – z 44-tą (!), a my z żadną.
I słusznie, bo „idź złoto do złota, my Polacy w żelezie się ino kochamy”: rocznica 11. to u nas stalowa.

Ten sam jubiler, który twierdzi, że cytryn sprzedawany w jego sklepie pomaga się pozbyć cellulitu i przynosi ulgę przy wrzodach żołądka, wymyślił, że kupowane u niego turkusy sprzyjają precyzyjnemu formułowaniu myśli i zrozumiałemu stylowi wypowiedzi, inspirują do szczerości wobec siebie samego, wpływają na błędnik (prawda o sobie może zachwiać?), łagodzą bóle reumatyczne, stosowane są przy nadkwasocie (jak – tego, niestety, nie podaje), pomagają przy zwalczaniu infekcji wirusowych, problemów żołądkowych (zauważmy, że cytryn jest tylko na wrzody), wzmacniają serce (facet powinien przerobić stary slogan na „prędzej pęknie ci serce… jeśli nie kupisz u mnie topazu”), płuca i układ oddechowy.
Wciąż nie mogę nic znaleźć o wpływie na wiązanie krawatów i utrzymanie ciąży.

 

Cyrkon – w średniowieczu symbol bogactwa, honoru i wiedzy, jako klejnot rozprasza światło prawie tak samo jak diament, choć dużo trudniej go oszlifować, bo jest nad wyraz kruchy.

Autorzy strony <http://www.mindat.org/min-4421.html> podają o cyrkonie mnóstwo bardzo mądrych informacji, wykresów, diagramów, wzorów, struktur, liczb i symboli, nawet to, jak minerał ten nazywa się po węgiersku, serbsku i szwedzku („cyrkon”). Ale nie piszą ani słowa, na co działa, ani co symbolizuje. Jest więc miejsce dla mnie: myślę, że cyrkon powinien być kamieniem nawigatorów (bo cyrk-iel) i meteorologów (bo cyrk-ulacja), więc ogólnie: żeglarzy, którzy muszą wyznawać się na cyrk-lach i cyrk-ulacjach w jak najszerszym zakresie. I to by się zgadzało, bo gdzieś tam wyczytałem, że cyrkon wzmaga w swoim posiadaczu poczucie honoru i mądrość. Wypisz wymaluj, cechy żeglarza-dżentelmena lub lady-żeglarki.

Cyrkon występuje głównie w Indochinach, na Sri Lance i w Indiach; u nas – jak zwykle – koło Szklarskiej Poręby, a dla amatorów-detalistów – w piaskach plażowych nad Bałtykiem.

Nie mylić z cyrkonią, która jest kamieniem syntetycznym, czyli fałszywką.

 

Tanzanit – tu znów pachnie komercją. Minerał został odkryty (w Tanzanii, to jasne) w 1967, wpro­wa­dzo­ny na rynek przez Tiffany’ego, a rozsławiony przez Elizabeth Taylor.

Największy na świecie naturalny tanzanit, wydobyty w 2005, waży 16839 karatów czyli 3,38 kg (7.46 lb).

Na klejnot grudnia wybrało tanzanit w 2002 Amerykańskie Stowarzyszenie Handlu Kamieniami Szlachetnymi (American Gem Trade Association) i był to pierwszy klejnot dodany do listy kamieni związanych z datą urodzin od roku 1912. Takich list było (jest) kilka, wszystkie są ustalane przez jubilerów i hurtowników klejnotami. Niech zgadnę dlaczego…

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
dwunasty miesiąc roku to:

białoruskiснежань [snieżań]
bośniackidecembar
bułgarskiдекември [dekembri]
chorwackiprosinac
czeskiprosinec
kaszubskigòdnik (też: gòdan, grëdzéń)
litewskigruodis
łatgalskizīmys
łużycki (dolny)zymski (też: december)
łużycki (górny)december (też: hodownik)
łotewskidecembris
macedońskiдекември [diekiembri] albo снежник [snieżnik]
rosyjskiдекабрь [diekabr’]
serbskiдецембар [decembar]
słowackidecember
słoweńskidecember (też: gruden)
ukraińskiгрудень [grudeń]
żmudzkigroudis

 

Przysłowia związane
z grudniem:

Gdy zamarznie pierwszego grudnia,
wyschnie niejedna studnia.

Grudzień – łudzień.

Grudzień – studzień.

Grudzień – trudzień.

Grudzień ziemię grudzi
dla zwierząt i ludzi.

Grudzień ziemię grudzi,
a izdebki studzi.

Jeśli w grudniu często dmucha,
w marcu, kwietniu będzie plucha.

Miesiąc grudzień wielki żmudzień
i nie lada izb wystudzień.

Mroźny grudzień i wiele śniegu
– żyzny roczek będzie w biegu.

Suchy grudzień – sucha wiosna i suche lato.

W grudniu po południu.
W grudniu, w dniu zielonych świątek…
[np. oddam ci w grudniu… t.j. nigdy]

Z grudniem,
kto ziemi pod łąki nie gnoił,
już w marcu późno
i będzie się boił.

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Np. Richard Sisson i Leo E. Rose. War and Secession: Pakistan, India, and the Creation of Bangladesh. Oakland, CA : University of California Press, 1991.
Także: Margaret Alston. Women and Climate Change in Bangladesh. New York, N. Y. : Routledge, 2015.

 

kr

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha