Szalupy na Bałtyku

ZZ_

Poniższe teksty zostały opublikowane w Zeszytach Żeglarskich, nr 2 (2002)

Zenon Szostak

 Kuczyński i inni

 

Dwudziestolecie międzywojenne w Polsce to okres pionierskich rejsów morskich, tak bardzo znaczących dla rozwoju żeglarstwa. Wyróżnia się wśród nich wyprawa szalupą z Gdyni na Gotlandię i z powrotem z roku 1937.

Inicjatorem śmiałego przedsięwzięcia był Jan Kuczyński (ur. 7 września 1907 w Częstochowie), absolwent szkoły morskiej w Tczewie, porucznik marynarki handlowej. Postać znana w środowisku żeglarskim, szczególnie harcerskim. To właśnie energia i pomysłowość Kuczyńskiego zaowocowała w początku lat trzydziestych przebudową szwedzkiego żaglowca Petrea na szkuner Zawisza Czarny.

Ciekawa jest historia sfinansowania zakupu a potem przebudowy żaglowca. Otóż harcerstwo uzyskało pieniądze od Komitetu Floty Narodowej – tę część pieniędzy, która była wpłacona do Komitetu przez młodzież szkolną; również zakup jachtów Temida ITemida II został częściowo opłacony przez Komitet Floty Narodowej ze składek pochodzących od prawników.
Na marginesie: historia żeglarstwa polskiego milczy o składkach od studentów – a niewątpliwie musiały takie być – na zakup jachtu dla żaków.
Ale zakup ponad 30-letniego szkunera Petrea to dopiero początek drogi i wydatków. A że cieśle okrętowi w Gdyni cenili się bardzo – 8 zł dziennie – do przebudowy żaglowca sprowadzono górali z Zakopanego – 4 zł dziennie. To i tak lepiej dla górali, bo w Zakopanem zarabiali 2 zł dziennie – a i tak nie codziennie mieli pracę. Efekt końcowy, potwierdzony klasą zdolności żeglugowej przez instytucję klasyfikacyjną, był bardzo dobry.

Jan_Kazimierz_Kuczynski_1907-09-07_1939-09-14                                                          [1]

Jest znany Kuczyński również jako autor wielu podręczników żeglarskich: Manewrowanie jachtem żaglowym (1932), Praktyczne wiadomości z astronomji żeglarskiej (1932), Jachtowa praktyka morska (1933), Roboty linowo-żaglowe na stopień żeglarza (1933), Jachtowa żegluga morska (1939).
W 1932 roku, razem z Mariuszem Zaruskim przyprowadził Kuczyński, zakupione w Travemünde jachty Temida ITemida II. Był jeszcze mniej chwalebny epizod z wyprawą „dookoła świata” w 1933 roku (Kuczyński był tylko uczestnikiem, nie organizatorem) zakończony rozbiciem jachtu o kamieniste brzegi Bornholmu.

I zakończenie młodego życia – obrona Gdyni w 1939 roku: Jan Kuczyński ginie 14 września na Kępie Oksywskiej.

 

Celem wyprawy Jana Kuczyńskiego szalupą Wiking było wykazanie przydatności szalupy okrętowej do żeglugi morskiej (taki cel wyprawy Kuczyńskiego podaje Olgierd Jabłoński w artykule zamieszczonym w magazynie morskim AZM-u „Szkwał” nr 7 z 1937 roku na stronie 16 i w numerze 10 z tego samego roku na stronie 13).
Ograniczanie celów rejsu Wikinga do eksperymentu z zakresu ratownictwa, jak podają niektóre publikacje powojenne, jest tylko w części prawdziwe i raczej nie taki cel był przyczyną ponoszenia trudów przez Jana Kuczyńskiego i jego współtowarzyszy żeglugi.
Znaczne koszty jachtów morskich ograniczały dostęp do żeglarstwa, szczególnie młodzieży. Stąd idea wykorzystania tańszych szalup. Podobne założenia przyjęły władze Rosji Sowieckiej, gdzie masowo zaczęto używać szalup ze złomowanych statków handlowych dla celów szkolenia żeglarskiego młodzieży.

Kuczyński zakupił ze złomowanego statku szalupę ratunkową, tzw. ósemkę (typ mniejszy szalup) i 23 lipca 1937 roku wypłynął z Gdyni wraz z pięcioma studentami (czterech z Politechniki Warszawskiej i jeden z Politechniki Lwowskiej).

Przy silnym, sztormowym wietrze z SW do W, drogę do Visby na Gotlandii (ok. 210 Mm) pokonali w trzy dni. Szwedzi, jak przystało na naród morski, z uznaniem i serdecznością przyjęli żeglarzy. Potem była żegluga wzdłuż szkierów szwedzkich i przez Kalmar Sund powrót do Gdyni 16. sierpnia.

W czasie wyprawy  Wiking niósł banderę klubu żeglarskiego Ligi Morskiej i Kolonialnej „Gryf”.

W momencie gdy Kuczyński dopłynął już do Visby, 27-go lipca do Gdyni przypłynęła szalupa żaglowa z Rygi. Przybyli nią czterej żeglarze – harcerze z 16-tej polskiej drużyny harcerskiej w Rydze.

 

Po II wojnie światowej, w lipcu 1956 roku, świeżo upieczeni absolwenci Szkoły Morskiej w Gdyni: Jerzy Tarasiewicz, Janusz Misiewicz, Kazimierz Rywelski i Marian Kosecki odbyli rejs małą łodzią okrętową Puchatek z Gdyni na Gotlandię i z powrotem. Po okrążeniu ze wschodu na zachód wyspy dotarli od północy do Visby.

Bałtycki rejs Puchatka był treningiem i poletkiem doświadczalnym dla zorganizowanej dwa lata później wyprawy przez Atlantyk, również szalupą okrętową. Tym razem była to inna jednostka – wysłużona szalupa z Batorego. Nazwali ją Chatka Puchatków, bo drugi tom książki A. A. Milne’a Kubuś Puchatek to właśnie Chatka Puchatka, a że miało płynąć ich czterech stąd Chatka Puchatków.
Ostatecznie popłynęli w rejs tylko Tarasiewicz i Misiewicz. Obaj bardzo młodzi: Jerzy – 21 lat, Janusz – 22 lata. I obaj kilka lat wcześniej brutalnie wypędzeni, wykorzenieni ze swoich domów w Wilnie (władza nazywała to repatriacją – powrotem do ojczyzny, a przecież, wręcz przeciwnie – oni ojczyznę swoją musieli opuścić). Może oderwanie od rodzinnych stron pchnęło ich w świat; najpierw do Szkoły Morskiej a potem dalej na morza i oceany.

Swój rejs przez Bałtyk, do obcych portów, za żelazną kurtynę, odbyli w lipcu 1956 roku, ale przygotowania musiały trwać od miesięcy. Powiew Październikowej odwilży dopiero nadchodził. Poznański Czerwiec kładł się cieniem na takie inicjatywy, a cóż dopiero świeżo upieczonych absolwentów Szkoły Morskiej. Nie bez powodu skłonili do przychylności do wyprawy wykładowców swojej uczelni. Szczególnej pomocy udzielił im wykładowca nawigacji – kapitan Tadeusz Meissner (rok później wspomoże wyprawę tratwą Nord – również na Gotlandię – ofiarowując Andrzejowi Urbańczykowi sekstant).

O ile Kuczyński, jako organizator i propagator żeglarstwa swoim rejsem chciał wykazać przydatność szalupy okrętowej (tańszej niż jachty) do żeglugi morskiej, głównie dla młodzieży, to młodzi absolwenci uczelni morskiej, zawodowo związani z morzem, za cel postawili pokazanie rozbitkom w szalupie ratunkowej, że trzeba uwierzyć szalupie, morzu i sobie. Ratować swoje życie, walczyć z żywiołem i własnymi słabościami.

Teraz [3-13 lipca 2002] do tego grona dołączyli harcerze z Wrocławia na ożaglowanej szalupie DZ Sum. Celem ich wyprawy było pokazanie, że nie należy rezygnować z marzeń….

mapy

(zs)

Bibliografia [zaktualizowana – ŻR]:

Głowacki, Włodzimierz. Dzieje żeglarstwa polskiego. Gdańsk : Wydawnictwo Morskie, 1989.
Mykita, Ewa. „Chatką Puchatków” przez Atlantyk. Gdynia : Wydawnictwo Morskie, 1966.
Szkwał [Magazyn morski, organ Akademickiego Związku Morskiego RP]. Nr 7, 9 i 10, 1937.
Tarasiewicz, Jerzy. Szalupą przez Atlantyk. Rejs „Chatki Puchatków”. Tavernier FL, Ogar Press, 2005.
Tarasiewicz, Jerzy. In an Open Boat. A Journey from Poland to the Americas. Tavernier FL, Ogar Press, 2005.
Tarasiewicz, Jerzy. Do trzech razy sztuka. Rejs „Rozumka”, „Sjopigi”, „Amelii Mac”. Tavernier FL, Ogar Press, 2008.
Urbańczyk, Andrzej. Tratwą przez Bałtyk. Gdańsk : Marpress, 1997.

 


 

65 lat po rejsie Jana Kuczyńskiego w odkrytej szalupie Wiking na Gotlandię na tę samą trasę wyruszyli wrocławscy żeglarze z Harcerskiego Ośrodka Wodnego „Stanica”. Płynęli na odkrytej (bezpokładowej), mieczowej łodzi wiosłowo-żaglowej – szalupie DZ, ożaglowanej jako kecz gaflowy, z Jacht Klubu AZS w Szczecinie.

 

Jerzy Kasprzak

 

Relacja z rejsu „Szalupą na Gotlandię”

Gdynia – Visby – Gdynia, 3-13 lipca 2002

 

WSTĘP

O naszej wyprawie szalupą słyszało już bardzo wiele osób. Spotkaliśmy się z bardzo różnym przyjęciem, od kompletnego niezrozumienia po wręcz entuzjastyczne poparcie. Dla nas najważniejsze było oczywiście zrealizowanie postawionych sobie celów. Niektórzy twierdzą, że pokonanie całej formalnej drogi i zdobycie odpowiednich dokumentów było najtrudniejszym wyzwaniem w całej tej wyprawie. Ja jednak nie oddzielałbym żadnego jej fragmentu od innych, gdyż na każdym z nich musieliśmy wykazać się zorganizowaniem, wytrwałością i odpornością na drobne trudności i niepowodzenia.

Dzisiaj kiedy wyprawa zakończyła się i wiem już, że była sukcesem, mogę spojrzeć na nasze wysiłki z pewnym dystansem. Z pewnością wiele się nauczyliśmy. Z pewnością dzisiaj zaczęlibyśmy wszystko trochę inaczej. Ale … najważniejszy jest fakt, że udało nam się zrealizować marzenie. Ideę przekuć w czyn.

Takie było właśnie najważniejsze hasło naszego rejsu. Pokazać innym, że wystarczy jedynie mocno chcieć, by wydarzyło się to, czego pragniemy.

 

PRZEBIEG

Przygotowania.

Wyprawa zaczęła się w połowie września 2001 roku, kiedy powiesiłem ogłoszenie o naborze załogi. 18 października 2001 spotkaliśmy się po raz pierwszy. Przyszło 15 osób, w tym jedna dziewczyna.

Nie prowadziłem żadnej kwalifikacji. Jedyne dwa warunki, jakie musiały być spełnione przez członków załogi, to wiek – powyżej 18 lat oraz posiadanie stażu na morzu. Ostatecznie popłynęło nas sześciu[2]. Oprócz mnie: Jasiek Sieczkowski, Piotrek Styrkowiec, Radek Jodkowski, Daniel Gąsiorowski i Sebastian Lewandowski.

Spotkania odbywały się nieregularnie, lecz dosyć często. Poświęcone były sposobom prowadzenia przygotowań, rozdziałowi zadań, w późniejszym czasie – analizie poczynionych przygotowań. Nie chcąc źle wypaść odbyliśmy kilka treningów wioślarskich, a ponadto raz wybraliśmy się do Szczecina, żeby popływać na Sumie[3].

W zasadzie istniały trzy największe problemy: jacht, sponsorzy i dokumenty oraz zezwolenia.

Znalezienie jachtu zajęło nam mniej więcej 2 miesiące. Początkowo chcieliśmy skorzystać z jednej z dwóch szalup, jakie znamy we Wrocławiu. Ostatecznie jednak, po rozmowie z Michałem Jósewiczem i wizycie w Szczecinie, wiedzieliśmy, że Sum jest tym jachtem, na którym chcemy i powinniśmy popłynąć.

Ze sponsorami nie szło tak łatwo. Bardzo ciężko było przekonać kogokolwiek do wydania pieniędzy na taki rejs w chwili, gdy ogólna sytuacja ekonomiczna wielu firm jest słaba. Ponadto my zaczęliśmy szukać sponsorów w chwili, gdy większe firmy zamknęły już plany budżetowe na następny rok, co w efekcie uniemożliwiło im przeznaczenie większych sum na cele takie, jak np. sponsoring, czy też zlecenia marketingowe na rzecz tego typu przedsięwzięcia.

Trzeba zaznaczyć, że przemawiały za nami następujące atuty: nie byliśmy zbieraniną z ulicy – firmował nas HOW „Stanica”, mieliśmy ideę i historię a ponadto naciskaliśmy na to, aby nie wyciągać pieniędzy za nic, lecz aby proponować usługę marketingową.

Ostatecznie zebraliśmy sponsorów i wpłaty w wysokości pozwalającej nam pokryć niezbędne minimum kosztów rejsu. Nie obyło się również bez wpłaty własnej.

Najwięcej problemów sprawiły dokumenty. Przede wszystkim nie wiedzieliśmy, jakie dokumenty powinniśmy posiadać. Kiedy sądziliśmy już, że mamy wszystkie, okazało się, że nie posiadamy dokumentu uprawniającego jacht do posiadania EPIRBA[4] i UKF. Tylko i wyłącznie dzięki pani Agnieszce Marchlewicz przebrnęliśmy szczęśliwie przez ten etap.

Całość przygotowań udało nam się prowadzić w miarę planowo, lecz mimo wszystko ostatnia faza, jaką było wydanie karty bezpieczeństwa, przesunęła nam o kilka dni wypłynięcie.

 

Godzina „W”

27 czerwca, we środę, razem z Radkiem zabraliśmy jacht ze Szczecina. Cały czas nie mieliśmy jeszcze EPIRBA. Plan zakładał otaklowanie jachtu następnego dnia w Gdyni i przygotowanie go do inspekcji Urzędu Morskiego w piątek. Weekend i poniedziałek zaplanowane były jako dni ostatecznych przygotowań. Godzina „W” (jak wypłynięcie) miała nastąpić we wtorek o 1600.

Tymczasem Gdynia powitała nas przelotnymi deszczami i prognozami wiatrów 6-7°B. A co najważniejsze – ciągle przechodzącymi nowymi frontami nie dającymi nadziei na pomyślniejszą dla nas pogodę. Ze względu na brak EPIRBA inspekcję przełożyliśmy na poniedziałek.

Zaczęło się stanie w porcie – chyba najbardziej frustrujący etap rejsu. Mimo zapału świadomość, że tak bliski cel może nie zostać osiągnięty powodowała spadek morale. Dodany do tego korowód z wydaniem Karty Bezpieczeństwa naprawdę nie wpływały na nas budująco, co dało się odczuć drobnymi „zacięciami” w załodze.

Właśnie tego wszyscy obawialiśmy się najbardziej. Trzeba pamiętać, że w pewnym sensie byliśmy w rejsie już od 8 miesięcy. Wchodząc na pokład Suma w Gdyni każdy z nas wnosił ze sobą bagaż wzajemnych kontaktów i wspomnień. To z pewnością różniło nas od typowej załogi, która często spotyka się po raz pierwszy dopiero na burcie jachtu.

Były też momenty lepsze. Zbawiennie wpłynął na nas rejs do Helu, który był początkiem rejsu. Od pewnego momentu wiedzieliśmy, że najprawdopodobniej w piątek 5 lipca pogoda będzie odpowiednia dla nas. Wiedzieliśmy, że musimy wtedy wypłynąć, ale jak to zrobić w piątek i być wiernym zwyczajom. Rejs zaczął się więc we środę 3 lipca przelotem na Hel i z powrotem.

Z gdyńskiego portu wyniosłem jeszcze jedno wspomnienie – fantastycznej atmosfery. W porcie znali nas chyba wszyscy. Wiele osób przychodziło się nas podpytać, kiedy wychodzimy, albo, czy w ogóle kiedyś wypłyniemy, czy może cały rejs odbędziemy przy kei. Żartując lub rozmawiając wszyscy, nie tylko w Gdyni, okazywali nam sympatię, za co jestem im bardzo wdzięczny i z pewnością będzie to jedno z najlepszych wspomnień z tego rejsu.

 

W piątkowy ranek odebraliśmy pomyślną prognozę pogody. Mimo, że wiał dość mocny wiatr, być może nawet nieco za mocny – zdecydowałem, że dłużej nie czekamy. Dalsza prognoza zapowiadała spadek siły wiatru, co wkrótce się potwierdziło.

Z portu wyszliśmy na żaglach i od razu obraliśmy kurs na Hel. Tam chcieliśmy dokonać odprawy granicznej.

Jacht płynął szybko, 6-7 węzłów, co bardzo nas cieszyło. Była piękna pogoda, a my byliśmy zadowoleni z faktu, że oto ostatecznie wyruszyliśmy. Że pokonaliśmy wszystkie przeszkody a jedyne, co nam pozostało, to zmierzenie się z Morzem i samymi sobą.

 

Odprawa na Helu zajęła niewiele czasu. Dostaliśmy życzenia dobrej drogi od Bosmana oraz strażnika SG. Cumy oddaliśmy o 1900. Wiatr spadł praktycznie do 1°B a potem ucichł na krótko. Ostatnie telefony, prognoza pogody od GUM  Radio i zaczęła się pierwsza noc na wodzie.

Nie mieliśmy wcześniej możliwości spróbowania pływania „w pełnym rynsztunku” wszystko było więc zupełnie nowe, wiele rzeczy musieliśmy jeszcze układać.

 

Dla mnie osobiście pierwsza noc na jachcie w każdym rejsie ma niesamowity wymiar. Każdemu wypłynięciu towarzyszy rozgardiasz i bieganina. Sztauowanie sprzętu, przygotowania jachtu, wszyscy działają na podwyższonych obrotach. Potem klarowanie jachtu po wyjściu w morze, rozmowy w których cały czas obecne są lądowe sprawy, podniecenie. Wieczór przynosi ze sobą wyciszenie tych wszystkich emocji. Jacht powoli uspokaja się, nagle wchodzi w normalny rejsowy porządek służb i odpoczynku. Na pokładzie pozostaje jedynie wachta. Zasypiając w pewnym sensie składamy nasz los w ich rękach.

Pozostając na pokładzie i wsłuchując się w to wszystko czuję coś jakby magię tych wydarzeń. Wtedy czuję, że rejs się zaczął.

Dla mnie jest to ważny moment każdego rejsu.

 

Żegluga

Podróż w tamtą stronę trwała trzy dni. Zgodnie z zapowiedziami towarzyszyły nam wiatry z kierunków południowych z tendencją do odkręcania na wschodnie. Warunki były fantastyczne – słońce, mocny sprzyjający wiatr, o niczym więcej nie mogliśmy marzyć.

Do Gotlandii zbliżaliśmy się wieczorem, niestety nie udało nam się zaobserwować światła latarni Hoburg. Wraz ze świtem przyszła mgła, która gęstniejąc ostatecznie uniemożliwiła nam określenie pozycji. Mgła była na tyle gęsta, że widoczność spadła do 50-100 metrów. Szczęśliwie przekroczyliśmy tor wodny, gdy widoczność była jeszcze kilkakrotnie lepsza. Zdecydowaliśmy się kontynuować żeglugę wiedząc, że na jachcie o takim zanurzeniu nie grozi nam stanięcie na mieliźnie.

Nadawaliśmy sygnały mgłowe, słyszeliśmy również sygnały innych statków.

Kiedy po kilku godzinach mgła ostatecznie opadła okazało się, że jesteśmy o ok. 1 Mm na wschód od latarni Falluden. A zatem trafiliśmy w Gotlandię, jednak nie z tej strony co należy…

Nadrobienie strat zajęło nam pół doby. Następnego dni ok. godz. 1900, już bez żadnych przygód dotarliśmy do portu Visby.

 

O Visby i jego urodzie można by napisać osobną relację. Ja skończę na tym, że dla mnie miasteczka wysp Bałtyku posiadają nieodparty urok i zawsze wracam do nich z przyjemnością.

 

Postój zajął nam półtorej doby. Poświęciliśmy go na zwiedzanie, uporządkowanie jachtu i zapasów i drobne naprawy. Cały czas poszukiwałem również prognoz pogody. Na środę zapowiadano 3-4 SE, potem we czwartek nawet do 5 S. W piątek miało odwrócić się na W, a następnie w sobotę na E.

Niezależnie od standardowych prognoz portowych skorzystałem z internetu w miejscowej bibliotece i tu dopiero uzyskałem pełen obraz sytuacji. Znad Półwyspu Jutlandzkiego nadciągał potężny front atmosferyczny. Oszacowałem, że powinien dotrzeć do nas w czwartek. To właśnie on był odpowiedzialny za zmianę wiatru S na W. Towarzyszyły mu wiatry do 7°B. Najsilniejsze miały być w połowie drogi pomiędzy Gotlandią a Polską.

Porównując czas jego przejścia z naszymi osiągami stwierdziłem, że pożeglujemy w silnym wietrze, ale nie w zbyt silnym, ponadto pod osłoną Gotlandii. Podtrzymałem więc decyzję o wyjściu we środę rano.

Cumy oddaliśmy ok. dziewiątej, żegnani przez kilkoro naszych sympatyków.

 

Powrót

W Visby nie było ani oficjalnego przyjęcia ani też pożegnania, o co dopytywali się niektórzy z naszych znajomych. Jednak, podobnie jak w Gdyni i na Helu, znalazło się kilka osób, dla których nasza wyprawa była znacząca. Byli to i Polacy, i Szwedzi, którzy przypłynęli tam z różnych zakątków Bałtyku. Kontakty z nimi wspominam bardzo sympatycznie.

Już pierwsze godziny powrotu dały nam znać, że nie będzie tak łatwo jak dotychczas. Silny wiatr zmusił nas do zarefowania grota i bezana, a potem do zrzucenia grota. Ostatecznie płynęliśmy na pełnym bezanie i foku. Cały czas obserwowaliśmy pogodę w oczekiwaniu mającego nadejść frontu, jednakże poza silnym wiatrem nic go nie zapowiadało. Świeciło mocne słońce było tylko dość chłodno.

Udało mi się odebrać jeszcze SMS z prognozą pogody od Adama Busza. Potwierdziła ona moje wiadomości.

Przez pewien czas chcieliśmy wykorzystać układ wiatrów, by dotrzeć na Utklippan – wyspę na podejściu do Karlskrony jednak ostatecznie musieliśmy zrezygnować z tego planu.

Wieczór zastał nas zmierzających do Burgsviku, gdzie chcieliśmy wejść aby schronić się przed wiatrem na noc. Pogoda jednak pokrzyżowała nasze plany i do Burgsviku nie dotarliśmy w ogóle.

Około trzeciej nad ranem ze wschodu nasunęły się chmury burzowe, widać było wyładowania pomiędzy nimi. Wiało cały czas z SE, siłę wiatru oszacowaliśmy na 7°B w porywach. Fala miała ok 1,5 metra wysokości – cały czas byliśmy schowani za Gotlandią. Sum sprawował się tych warunkach doskonale. Praktycznie żadna fala nie wchodziła na pokład dziobowy, do środka dostawały się co najwyżej pojedyncze bryzgi. Później, w ciągu dnia kilkakrotnie nabraliśmy wody przez dulki po zawietrznej w chwili kiedy zjeżdżaliśmy burtą z fali. Były to znikome ilości, jednak zaczęliśmy balastować.

Po pierwszym uderzeniu wiatru przyszedł deszcz. Niesamowicie mocny, jego krople wręcz kłuły gołą skórę. Wypłaszczył trochę fale i płynęło się spokojniej.

Silny wiatr utrzymywał się przez ok. 20 godzin. Cały czas pilnie obserwowaliśmy zmiany jego kierunku. Front przeszedł w nocy, mniej więcej sześć godzin szybciej, niż się go spodziewaliśmy. Cały dzień upłynął na żegludze w silnym wietrze. Kierunki zmieniały się SE – S – W, a siła 6, momentami 7, by na wieczór spaść do mocnej piątki. Trzeba pamiętać, że nie mieliśmy wiatromierza i siłę tę określaliśmy na podstawie zachowania jachtu i tego, co działo się na wodzie.

Wraz z wiatrem zmieniała się i fala. Niektóre z nich miały 2-2,5 metra wysokości (gdy stałem na gretingach Suma ich szczyty były wyraźnie ponad mną). Zdarzyła się tylko jedna fala, która mocno zalała nasz pokład dziobowy. Wtedy to właśnie sprawdził się idealnie nasz namiot przygotowany nad dziobową częścią jachtu.

Ranek trzeciego dnia powrotu powitał nas słabnącym wiatrem wschodnim.
Ostatecznie zatrzymaliśmy się… przy platformie wiertniczej Petrobaltic B. Wkrótce podpłynął do nas statek Afrodyta stanowiący jej zabezpieczenie. Dzięki niemu mogliśmy dać znać GUM Radio, że jesteśmy i że wszystko w porządku. Tak jak przypuszczałem trochę się o nas martwili.

W związku z brakiem wiatru zostaliśmy zaproszeni na pokład Afrodyty. Po raz kolejny przekonaliśmy się o tym jak bardzo ludzie morza różnią się od ludzi „z lądu”. Co prawda „ludzie morza” byli nieco zawiedzeni, że w naszej załodze nie ma harcerek, ale przecież nie można mieć wszystkiego.
Na Afrodycie wykąpaliśmy się i zostaliśmy poczęstowani herbatą. Zobowiązaliśmy się też szerzyć wieść wśród żeglarzy, że do platformy „A” nie wolno się zbliżać na 0,5 Mm a do „B” na 2,5 Mm! Co niniejszym czynimy  : )

 Po kilku godzinach powiał wiatr. Zgodnie z oczekiwaniami z E i taki następnego dnia zawiał nas do Helu, gdzie powitali nas znajomi oraz Bosman Portu i strażnik SG.

Rejs się zakończył, zostało jedynie przejście do Gdyni. Tam oczekiwał nas Dyrektor Urzędu Morskiego w Gdyni – pan Andrzej Królikowski. Pozostało jedynie odwieźć jacht do Szczecina i zakończyć sprawy formalne.

 Rejs skończył się definitywnie, została garść wspomnień, trochę znajomości, kilka nauczek na przyszłość i olbrzymia satysfakcja.

 Jerzy Kasprzak

 Jerzy Kasprzak – jachtowy sternik morski, instruktor żeglarstwa, Komandor Harcerskiego Ośrodka Wodnego „Stanica”
we Wrocławiu, podharcmistrz. Szef wyprawy i jej kapitan. [przypis: Zenon Szostak, 2002]

 


 

Zenon Szostak

Z marzeń i snów…

Jerzy Kasprzak, organizator i kapitan wyprawy szalupą na Gotlandię, pisał w materiałach informacyjnych o rejsie , że chcą pokazać, iż nie należy rezygnować z marzeń, że można zrealizować każdy pomysł, pod warunkiem wykazania się zaradnością, umiejętnością poczynienia odpowiednich przygotowań i wspólnego przeciwstawienia się trudnościom.

Zrealizowanie marzenia, idea przekuta w czyn, pokazanie innym, że wystarczy jedynie mocno chcieć, by wydarzyło się to, czego pragniemy – to najważniejsze dla dzielnych żeglarzy z Wrocławia.

W tych wyznaniach wrocławskich harcerzy o marzeniach i ich realizacji pobrzmiewa echo conradowskich myśli. W eseju „Well done” (Dobra robota) z 1918 roku, Joseph Conrad pisze, że to jest zwykły los człowieka, że jego najlepsze osiągnięcia rodzą się z marzeń i snów, za którymi podąża wiernie ku nieznanemu przeznaczeniu… A w innym miejscu: marzycielstwo to straszna rzecz i jest na nią tylko jedna rada, jedno lekarstwo: iść trop w trop za swoim marzeniem.

Więc szli, przez długie miesiące, od połowy września ubiegłego roku, od momentu wywieszenia kartki w Harcerskim Ośrodku Wodnym „Stanica” o zamiarze wyprawy szalupą przez Bałtyk. Szli trop w trop za swoim marzeniem, za ideą przekuwaną w czyn. Bo przecież nic się czynem nie stało, co wpierw nie było marzeniem. Powiedział to człowiek, którego trudno posądzać o marzycielstwo, był bowiem wielkim realistą – to Napoleon.

Z takich marzeń i snów o potędze rodzą się zdarzenia które zapładniają wyobraźnię innych, szczególnie młodych ludzi. I tak jak rejs Kuczyńskiego sprzed 65-ciu lat pobudził do działania wrocławskich harcerzy, tak oby tegoroczna wyprawa na Gotlandię rozbudziła ochotę do aktywności u innych. Bo czymże byłby duch ludzki bez działania? – stałby się rzeczą martwą – jak uczy nas Conrad….

(zs)
2002


[1] Zdjęcie ze strony www Szkoły Podstawowej w Karwi, której patronem jest kpt. Jan Kazimierz Kuczyński <http://www.spkarwia.pl/patron.html>. [przypis: Żeglujmy Razem, 2014]

[2]  „popłynęło nas sześciu” – to dziwny zbieg okoliczności, gdyż szalupą harcmistrza Jana Kuczyńskiego Wiking też płynęło sześciu żeglarzy: K. Głuski, S. Smoleniec, St. Frankiewicz, J. Zaniewski, (studenci Politechniki Warszawskiej), A. Aleksandrowicz (student Politechniki Lwowskiej) i Jan Kuczyński. Ale z wyjątkiem J. Kuczyńskiego i A. Aleksandrowicza pozostali nie mieli nic wspólnego z morzem i żeglarstwem (czego nie można powiedzieć o żeglarzach wrocławskich). [przypis: Zenon Szostak, 2002]

[3] Sum – nazwa własna szalupy DZ z Jacht Klubu AZS w Szczecinie, którą wrocławscy harcerze odbyli rejs na Gotlandię i z powrotem. Wymiary główne szalupy: dł. całk. – 8,50 m, szerok. – 2,20 m, wysokość boczna – 2,03 m, zanurzenie – 0,40/1,50 m, pow. żagli – 29,0 m kw.; ożaglowana jako kecz gaflowy; materiał kadłuba – laminat poliestrowo-szklany, rok budowy – 1984 (Morska Stocznia Jachtowa im. Leonida Teligi w Szczecinie). [przypis: Zenon Szostak, 2002]

[4] EPIRB – radiopława awaryjna (Emergency Position-Indicating Radio Beacon) nadająca w niebezpieczeństwie sygnał wzywania pomocy na częstotliwości 406 MHz. W sygnale zakodowana jest nazwa jednostki i kraj, w którym została zarejestrowana. Odbiór sygnału przez satelity pozwala ośrodkom naziemnym ratownictwa dokładnie zlokalizować radiopławę, a tym samym jednostkę pływającą, która ją uruchomiła i podjąć akcję ratowniczą. [przypis: Zenon Szostak, 2002]

ZZ_2002_nr_2

(kr)
Żeglujmy Razem

7 lipca 2014
www.ZeglujmyRazem.com

Calendar

« March 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

Zima

– Śnieg pada zimą. Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm…
– Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. Ale nawet do najlepszej odpowiedzi zawsze da się coś dodać. Nie odejmować, a dodać.

* * *

Od kiedy pamiętam, słowo „zima” wywołuje u mnie zawsze jedno skojarzenie: widzę wtedy obraz Myśliwi na śniegu (1565) Pietera Breughla Starszego.
Nie wiem, dlaczego. Ani nie jest to mój ulubiony obraz, ani nie chadzam na polowania, zima też (do przeprowadzki na Florydę) nie była moją ulubioną porą roku – ale fakt jest faktem, niezależnie od tego, jak bardzo bym się sam sobie dziwił.
Zdziwienie jest tym większe, że pamięć podsuwa detal, a nie jest nim ani biała płaszczyzna śniegu na pierwszym planie, ani skulone trzy sylwetki (z których jedna ledwo widać) łowców wracających z jednym marnym lisem i zmęczonymi, kulącymi ogony pod siebie psami, ani ludzie przy ogniu, ani nawet łyżwiarze na sadzawce. Detalem tym jest lecąca sroka, czarnym krzyżem nakładająca się na górski krajobraz.
Że to sroka – choć na drzewach siedzą wrony i być może kawki – wnioskuję po ogonie. I po innym obrazie Breughla Starszego – Pejzaż z szubienicą, mającego też inny tytuł: Sroka na szubienicy (1568). Sroki są tam nawet trzy: ta tytułowa siedzi na belce rusztowania, druga – na kamieniu obok, a trzecia leci. Sroki lubią towarzystwo. Breughel lubił sroki. Ja też je lubię.

„Schematyzm” – powiedział kolega po przeczytaniu tego fragmentu. – „Stereotypy. Jest zima, to musi być Breughel. Czterysta pięćdziesiąt lat, to co chcesz? Odwiecznych praw natury nikt nie zmieni.”

* * *
Zima – jedna z czterech podstawowych pór roku
w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Na półkuli północnej charakteryzuje się najniższymi temperaturami powietrza w skali roku, umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego, zazwyczaj zestaloną (zamarzniętą) formą opadu i osadu atmosferycznego,
a większość świata roślin i zwierząt przechodzi okres uśpienia.

Za zimę klimatyczną przyjmuje się okres roku (następujący po jesieni), w którym średnie dobowe temperatury powietrza spadają poniżej 0°C (32°F).
Zasadniczo zimę poprzedza jesień, jednak pomiędzy tymi okresami znajduje się klimatyczny etap przejściowy - przedzimie.

Zima astronomiczna na półkuli północnej rozpoczyna się
w momencie przesilenia zimowego (w 2016 – 21 grudnia)
i trwa do momentu równonocy wiosennej (w 2017 – 20 marca). Daty przesilenia i równonocy są zmienne, czasem wypadają dzień wcześniej lub dzień później,
a w roku przestępnym mogą być dodatkowo cofnięte o jeden dzień.
Podczas zimy astronomicznej dzienna pora dnia jest krótsza od pory nocnej, jednak z każdą kolejną dobą dnia przybywa,
a nocy ubywa.

W dniu przesilenia zimowego, przypadającym na grudzień, Słońce góruje w zenicie nad półkulą południową na szerokości zwrotnika Koziorożca. Na półkuli północnej jest to najdłuższa noc
(i najkrótszy dzień) w roku.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia zimowego w centrum Warszawy – na 52°14' szerokości geograficznej północnej – wynosi 14°20'.

Przesilenie zimowe w większości kultur było okazją do świętowania „odradzania się Słońca”.
W starożytnym Rzymie obchodzono Saturnalia, w Persji – narodziny Mitry, boga Słońca. Plemiona germańskie obchodziły Jul, Słowianie – Święto Godowe.
Chrześcijaństwo, od IV w., obchodzi zimą – 25 grudnia – dzień urodzin Jezusa. Dlaczego akurat 25 grudnia – różnie powiadają o tym, ale zamieszanie z datami zaczęło się dopiero po zastąpieniu niedokładnego (wobec Słońca i Księżyca) kalendarza juliańskiego nowocześniejszym kalendarzem gregoriańskim.
Na Zachodzie, gdzie kalendarz gregoriański przyjął się niemal od razu, pozostano przy nominale daty, bez względu jak się to miało do wyliczeń dawniejszych, zatem Boże Narodzenie wypada tam 25 grudnia. Na Wschodzie w liturgii obowiązuje starodawny kalendarz juliański, ale życie świeckie toczy się wg obowiązującego kalendarza gregoriańskiego. Stąd juliański 25 grudnia przypada na gregoriański dzień 7 stycznia.
Dwa tygodnie wielkiej różnicy nie czynią, świętować można podwójnie – grunt, że obie daty zimowe są.

Od czasów rzymskich, dokładnie od 46 r. p.n.e. w zimie, 1 stycznia, obchodzony jest również początek nowego roku.

W dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej, wypadającym w marcu, Słońce góruje w zenicie nad równikiem
i przechodzi przez punkt Barana. Na półkuli północnej zima się wtedy kończy i rozpoczyna się wiosna. Teoretycznie.
Istnieje bowiem nordycka przepowiednia o tym, że pewnego razu przyjdzie Wielka Zima trwająca trzy lata – Fimbulvinter, która poprzedzi zmierzch bogów – Ragnarök. Że przy okazji zginą ludzie, jest oczywiste, a Normanowie podali to dodatkowo we własnej stylistyce: głód nastanie tak straszny, że ludzie zjedzą się nawzajem, lądy najpierw spustoszy ogień, a później zaleje morze – czyli nastąpi koniec świata.
Czyli, wypisz wymaluj, Wikingowie stworzyli obraz termonuklearnej zimy.
Jest też co prawda akcent optymistyczny, a jakże: po tym wszystkim nastanie era szczęśliwości i nowy świat, bo ponoć jedna para ludzka ocaleje. Pozostaje tylko pytanie: i po co to wszystko?

Jeśli ktoś się chce utrzymać w klimacie i to bez happy endu, niech przeczyta powieść Nevila Shute'a Ostatni brzeg (1957), albo obejrzy jedną z dwóch jej adaptacji filmowych. Moim zdaniem ta starsza (1959), z Gregorym Peckiem, Avą Gardner i Anthonym Perkinsem, jest lepsza.

* * *

Zima to słowo wywodzące się niemal wprost z naszej językowej przeszłości.
Etymologicznie jego najbliższy krewniakiem jest słowo himā (हिमा) ‘mróz, chłód, śnieg’ (Himalaje to ‘dom chłodu / mrozu / śniegu’), które zachowało się w sanskrycie, najstarszym zapisanym (z należących do wspólnoty praindoeuropejskiej) języku, w wersji wedyjskiej sięgającym połowy drugiego tysiąclecia p.n.e.
W hindi himā to również ‘lód’.

Zima w językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
:

białoruskiзіма [zima]
bośniackizima
bułgarskiзима [zima]
chorwackizima
czeskizima
kaszubskizëma
litewskižiema
łatgalskizima
łużycki (dolny)zyma (też: zymje)
łużycki (górny)zyma
łotewskiziema
macedońskiзіма [zima]
rosyjskiзима [zima]
serbskiзима [zima]
słowackizima
słoweńskizima
ukraińskiзима [zima]
żmudzkižėima

Zadziwiająca jednomyślność!

Przysłowia związane
z zimą:

Będzie zima, będzie mróz,
będzie ptaszek jajka niósł.

Deszcze Michałowe
prawią w zimie powietrze zdrowe.

Gdy tęga zima nastanie
w pierwiotku adwentu,
ośmnaście tygodni
nie spocznie ani momentu.

Idzie zima, a tu butów nie ma.

Idzie zima,
a tu chleba nie ma;
mój Ty Panie z nieba,
daj nam chleba.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Jaka zima, takie lato.

Kafla z pieca, szybki z okna,
a tu zima, butów ni ma.
[t.j. zbytków mu się zachciewa, a butów nie ma]

Kiedy się liść gęsto trzyma,
nie tak prędko będzie zima.

Kiej w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto zimie próżnuje, ten lecie musi być leniwy.

Na modrzewiu zima
niedługo trzyma.
[Góralskie: śnieg, gdy spadnie zanim modrzew zrzuci igły, zniknie prędko, bo na nich nigdy nic leży długo.]

Na świętego Grzegorza [12 marca]
idzie zima do morza.

Połowa zimy, połowa pastwy.

Późna zima długo trzyma.

Słaba zima, kiepskie lato.

Spyta cię zima zarazem:
byłżeś w lecie gospodarzem?

W pierwszym tygodniu
pogoda stała,
będzie długo zima biała.

W zimie koła, w lecie sanie robić.

W zimie odkryte ucho,
to w lecie sucho.

W zimie: komin nam ojcem,
fajerka matką,
kożuch dobrodziej,
a zapiecek chatką.

Zima następuje tęga,
póki głowy twej nie sięga;
postaraj się o barana,
a chwal niebieskiego Pana.

Zima nie jednemu zajrzy pod napiętki.
[niejednemu dokuczy, da się we znaki]

Zima nie pyta, gdzie się lato podziało.

Zima, jak w psiarni.

Zimą to człek siedzi doma,
albo pije gdzie u kuma.

Zimę uśmierza wiosna,
wiosnę lato niszczy.

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

(na samej górze był Ionesco)

Jeszcze o zimie
(bez powodu, wybrane na chybił trafił):

Maria Konopnicka
Zła zima

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa...
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!

 

Maria Konopnicka
Ślizgawka

Równo, równo, jak po stole,
Na łyżewkach w dal...
Choć wyskoczy guz na czole,
Nie będzie mi żal!

Guza nabić – strach nieduży,
Nie stanie się nic;
A gdy chłopiec zawsze tchórzy,
Powiedzą, że fryc!

Jak powiedzą, tak powiedzą,
Pójdzie nazwa w świat;
Niech za piecem tchórze siedzą,
A ja jestem chwat!

 

Maria Konopnicka
Zmarźlak

A widzicie wy zmarźlaka,
Jak się to on gniewa;
W ręce chucha, pod nos dmucha,
Piosenek nie śpiewa.

— A czy nie wiesz, miły bracie,
Jaka na to rada,
Gdy mróz ściśnie, wicher świśnie,
Śnieg na ziemię pada?

Oj, nie w ręce wtedy dmuchaj,
Lecz serce zagrzewaj,
Stań do pracy, jak junacy,
I piosenkę śpiewaj!

 

Maria Konopnicka
Rzeka

Za tą głębią, za tym brodem,
Tam stanęła rzeka lodem;
Ani szumi, ani płynie,
Tylko duma w swej głębinie:

Gdzie jej wiosna,
Gdzie jej zorza?
Gdzie jej droga
Het, do morza?

Oj, ty rzeko, oj, ty sina,
Lody tobie nie nowina;
Co rok zima więzi ciebie,
Co rok wichry mkną po niebie.

Aż znów przyjdzie
Wiosna hoża
I popłyniesz
Het do morza.

Nie na zawsze słonko gaśnie,
Nie na zawsze ziemia zaśnie,
Nie na zawsze więdnie kwiecie,
Nie na zawsze mróz na świecie.

Przyjdzie wiosna,
Przyjdzie hoża,
Pójdą rzeki
Het do morza!
 
 
Jeremi Przybora
Na całej połaci śnieg

Na całej połaci śnieg.
W przeróżnej postaci śnieg.
Dla sióstr i dla braci
zimowy plakacik
– śnieg, śnieg.
 
Na naszą równinę – śnieg.
Na każdą roślinę – śnieg.
Na tłoczek przed kinem,
na ładną dziewczynę – śnieg, śnieg.

Na pociąg do Jasła,
na wzmiankę że zgasła,
na napis „Brak masła”
na starte dwa hasła,
na flaszki od wódki,
na tego złe skutki,
na puste ogródki,
na dzionek za krótki.

Na w sinej mgle dale – śnieg,
na kocham cię stale – śnieg,
na żale, że wcale
i na tak dalej
tak dalej, tak dalej
na tak dalej – śnieg
śnieg
 
Tekst ten, do muzyki Jerzego Wasowskiego, śpiewali w „Kabarecie Starszych Panów” Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.
Inne wykonania: Kalina Jędrusik, Anna Maria Jopek i Jeremi Przybora

Marzec

Przedwiośnie. Dla Polski to oznacza, że średnie temperatury dobowe są od 0 do 5°C.

Ale ja, Robak, mieszkam na Florydzie, gdzie zimą jest rześko, wilgotność spada do europejskiego poziomu (nawet mimo deszczu) i jest na ogół słonecznie. Dlatego florydzka zima to najpiękniejsza pora roku – dla mnie przynajmniej, bo rodowici florydianie chodzą w zimowych kurtkach, czapkach i butach. Z kolei wyczekiwane przez nich lato dla mnie jest nie do zniesienia – przede wszystkim przez wilgoć, wilgoć, wilgoć…
Ale na razie kwitną drzewka pomarańczowe, grejpfrutowe na nowy urodzaj i wszyscy czekają na deszcz.

 

Marzec – trzeci miesiąc w roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.
Słowniki twierdzą, że nazwę miesiąca wzięliśmy pośrednio od łacińskiego Martius z dawnego czeskiego marec/mařec/marcius, co było pochodną niemieckiego März.
Z pewnością tak jest, ale mnie bardziej podoba się etymologia ludowa, łącząca marzec z Marzanną, którą – na pohybel Zimie – umarzano w rzece, już nie marznącej.
W staropolszczyźnie używana była też nazwa „brzezień”, który do dziś mieszka w języku czeskim (březen) i ukraińskim (березень) – od brzóz, które wtedy zaczynały się zielenić. Są jednak czescy i słowaccy językoznawcy (Václav Machek, Igor Němec, Jan Horálek), którzy uważają, że nazwa miesiąca pochodzi od słowa březost (ʽciąża’): v ten čas drobný dobytek bývá březí, rodí mláďata (w tym czasie bydło jest w ciąży, rodzi młode).

Na Morawskiej Wołoszczyźnie (brzmi podobnie jak historyczna kraina Rumunii, ale to niewielki teren na północy Moraw, między miastami Nowy Jiczyn / Nový Jičín i Brumov-Bylnice, gdzie w XVI w. osiedlono wołoskich pasterzy) do dziś używa się słowa marčák, które może oznaczać ʽjęczmień siany w marcu’ lub ʽmarcujący zając’.

W polszczyźnie wyraz „marzec” miał dawno temu jeszcze jedno znaczenie: oznaczał piwo marcowe, czyli warzone w marcu. Brückner pisze o tym smacznie: „Piwo marzec albo dwuraźne (ʽdubeltowe’), w 16. i 17. wieku słynne krakowskie Märzenbier”.
Trunkową – choć nie piwną – konotację ma również lipiec, o czym będzie w odpowiednim czasie.

 

Łaciński Martius lub mensis Martius oznaczał ‘miesiąc [poświęcony] Marsowi’. Bardzo był przez to ważny, ponieważ Rzymianie uważali boga wojny Marsa za swego protoplastę, jako ojca Romulusa i Remusa (to ci spod wilczycy kapitolińskiej).
Martius – dla nas trzeci – dla Rzymian przez kilkaset lat był pierwszym miesiącem roku, póki Juliusz Cezar nie wprowadził reformy kalendarzowej w roku 46 p.n.e., po której pierwszeństwo objął Ianuarius (styczeń). Za co zresztą Martius zemścił się na Cezarze srogo, ale o tym za chwilę.
Nazwa Martius została przejęta przez większość języków europejskich.

 

Marcowe rocznice:

 

1 marca 1893 – Nikola Tesla – inżynier-elektryk, wynalazca przez pewien czas współpracujący z Edisonem, później działający na własną rękę, zwany „czarodziejem elektryczności” – po raz pierwszy publicznie (w St. Louis, Missouri) demonstruje działanie fal radiowych. Pięć lat później, w nowojorskiej Madison Square Garden, pokazuje publiczności „teleautomaton” – zdalnie sterowaną łódkę. Część obecnych na pokazie była przekonana, że łodzią steruje ukryta w niej tresowana małpka. Wojskowi, którym Tesla zaproponował sterowane radiem torpedy, nie wyrazili zainteresowania.

 

1 marca – w Rosji, osoby, które wykorzystywane są przez koty do obsługi (a które, bez sensu, uważają, że są tychże kotów właścicielami), obchodzą Dzień Kota. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że reszta Europy obchodzi Światowy Dzień Kota 17 lutego, a International Fund for Animal Welfare ustanowiło Międzynarodowy Dzień Kota 8 sierpnia.
Zostaje więc jeszcze 6 terminów, bowiem – jak twierdzi sanskrycki Pięcioksiąg (Pańczatantra, III w. p.n.e.) – „natura dała kotu dziewięć żywotów zamiast jednego”. Nie mówiąc o tym, że nawet kwestia kocia wskazuje, iż Europa, świat i Rosja to trzy zupełnie inne punkty w czasoprzestrzeni.
A skoro o Rosji mowa:

 

3 marca 1918 – bolszewicy podpisali w Brześciu Litewskim traktat pokojowy z najważniejszymi z Państw Centralnych: Niemcami i Austro-Węgrami. Tym samym spłacali część długu, który zaciągnęli, gdy wywiad niemiecki dał Leninowi worek złota, wywiózł w zaplombowanym wagonie ze Szwajcarii i umożliwił przedostanie się do Rosji, by – jak to później określił Churchill – „zainfekować Europę bakcylem komunizmu”. Separatystyczny pokój z bolszewicką Rosją (właśnie ten w Brześciu Litewskim), miał być za ów manewr zapłatą. Niemcom zależało, bo chcieli przerzucić swe armie ze wschodu na zachód, by na Zachodzie przestało wreszcie być „bez zmian”. Armie przerzucili, ale znów nie zdobyli przewagi (tym razem przez Amerykanów – o tym już było w lutym). Bolszewikom też zależało, bo chcieli w spokoju w Rosji robić swoje.
A skoro o Rosji mowa:

 

5 marca 1953 – umiera Stalin. Na stanowisko sekretarza generalnego KC wśliznął się w 1922, jeszcze za życia Lenina. Po śmierci Uljanowa (prawdziwe nazwisko Lenina, gdyby co) w 1924, stworzył triumwirat z Kamieniewem (1936) i Zinowiewem (1936), którzy najpierw pomogli mu ukryć tzw. testament Lenina (sugerujący partyjnym towarzyszom wyrzucenie Stalina z politbiura), a później usunąć konkurentów: Bucharina (1938), Rykowa (1938), Tomskiego (1936) i Trockiego (1940).
Daty w nawiasach oznaczają rok fizycznej likwidacji czyli egzekucji (tylko Tomski popełnił samobójstwo tuż przed aresztowaniem), ale od władzy Stalin odsunął ich znacznie wcześniej – w roku 1929 był już w politbiurze, KC, partii i państwie (co w praktyce znaczyło to samo) samodzierżcą.
Jego śmierć przyniosła konsekwencje spore (o czym nie teraz), choć mniejsze niż można się było tego spodziewać.
W 2008 roku, w telewizyjnym (telewizja państwowa) plebiscycie na „Rosjanina wszech czasów” (50 milionów głosujących) zwyciężył Aleksander Newski, za nim był Piotr Stołypin (kto, na litość boską, go dziś pamięta, nawet w Rosji?!), na trzecim – Stalin. Być może to teoria spiskowa, ale trudno mi uwierzyć, że to nie Stalin zajął miejsce pierwsze, a wynik końcowy nie jest ukłonem „komisji wyborczej” w stronę politycznej poprawności, bo… (sorry, Winnetou!) jeszcze nie czas…
Tak czy siak dla rządu dzisiejszej Rosji Stalin jest mężem opatrznościowym.
Nie pożywiosz, lecz wiesz, że Stalin był zły / I wszystko już można dziś zwalić na niego – śpiewał Kaczmarski [List z Moskwy, 1987-08-13], co przekłada się na propagandową doktrynę: „ustrój sowiecki był wspaniały, a jeśli kto go wypaczył – to Stalin”.
Putin nie bez przyczyny powiedział, że „upadek Związku Sowieckiego był największą geopolityczną katastrofą XX wieku”. Z czego jasno wynika, że rezultatem tej katastrofy jest postkomunistyczna próba wprowadzenia do Rosji demokracji. Poza tym wypaczenia nie musiały być duże, skoro władze rosyjskie przychylnym okiem patrzą na wiece i uroczystości organizowane w rocznice urodzin i śmierci Dżugaszwilego-Koby-Stalina. Poszukajcie w wiadomościach pod tą datą, albo dzień później – na pewno znajdziecie.

 

7 marca 1876 – wreszcie mamy telefon! Alexander Graham Bell opatentował swój wynalazek!

 

8 marca to Międzynarodowy Dzień Kobiet, ongiś hucznie obchodzony w całym bloku.
W zakładach pracy kobietom przysługiwał goździk, a czasem jeszcze cukierki czy rajstopy, rzadziej premia pieniężna – koniecznie za pokwi­to­wa­niem w Radzie Zakładowej.
Były akademie ku czci i okolicznościowe programy telewizyjne.
W TVP najczęściej śpiewali wtedy („ja wam wszystko wyśpiewam!”): Adam Zwierz, Kazimierz Kowalski i Edward Hulewicz.
Z importu, od czasu do czasu, pojawiał się Iosif Kobzon.

 

8 marca 1968 – w Polsce zaczynają się tzw. wydarzenia marcowe: protest studentów, którzy – jak zwykle – żądali wolności słowa, zgromadzeń i sumienia. Brutalnie spacyfikowany przez milicję i tzw. aktyw robotniczy, czyli zbirów z pałami, którzy mieli tyle wspólnego z robotnikami co picie w Szczawnicy z węglem kamiennym.
Nigdy jednak nie ma tak źle, żeby nie mogło być gorzej: najtwardszy partyjny beton (chodzi o Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, przez którą realizowała się w PRL dyktatura proletariatu) w ramach represji doprowadził do wysiedlenia z Polski inteligencji pochodzenia żydowskiego – tzw. paszport w jedną stronę otrzymało ok. 20 tys. osób. Słowo „paszport” jest mylące, był to bowiem dokument podróży stwierdzający, że „okaziciel nie jest obywatelem PRL”. Co dla 35-milionowego kraju oznaczał wyjazd kilkunastu tysięcy osób z elity intelektualnej dodawać nie trzeba.
Pogrom marcowy nie był jednak zaskoczeniem: w czerwcu 1967, po wojnie sześciodniowej, która – mimo że zaczepna – była obronną, bezczelnie przez Izrael wygranej, hegemon i jego blok (z wyjątkiem Rumunii) zerwali z państwem żydowskim stosunki dyplomatyczne. Marzec ’68 i to, co działo się później, było tylko dalszym ciągiem serialu.
Nagranie wystąpienia ówczesnego szefa partii Władysława Gomułki podczas wiecu PZPR w Sali Kongresowej 19 marca 1968 jest jednym z najczęściej cytowanych dokumentów dźwiękowych epoki – nawet osobom, które słuchały tego przemówienia na żywo (ja słuchałem!), trudno dziś uwierzyć, że działo się to naprawdę. Dzień po wiecu oficyna Książka i Wiedza wydała broszurkę Stanowisko partii zgodne z wolą narodu : przemówienie wygłoszone na spotkaniu z warszawskim aktywem partyjnym 19 marca 1968 r. z pełnym tekstem przemówienia. Kupiłem, za całe 2 złote.
Cytat „utwór ten zawiera jednocześnie pornograficzne obrzydliwości, na jakie może zdobyć się tylko człowiek tkwiący w zgniliźnie rynsztoku, człowiek o moralności alfonsa” jest właśnie stamtąd, ale nie dotyczy – rzecz jasna, niestety – autora.

 

11 marca 1985 – sekretarzem generalnym KC KPZR zostaje Michaił Gorbaczow. Od niego się to wszystko zaczyna i żeby nie wiem jak nie lubić Andrzeja Rosiewicza, trzeba przyznać, że jego „Michaił, Michaił, ty postroisz nowyj mir”, śpiewane w 1988 podczas pląsów przed gensekiem odwiedzającym akurat Warszawę, było prorocze.
Gorbaczow to głasnost’ i pieriestrojka.
Ta pierwsza znaczyła, że przestał być aktualny dowcip o braku różnic w postrzeganiu swobód obywatelskich w ZSRR i USA, tak samo przestrzegających i respektujących wolność słowa (z drobną wprawdzie poprawką: w USA istniała dodatkowo wolność po słowie).
Ta druga znalazła swój finał 25 grudnia 1991 w podpisanym w Wiskulach układzie białowieskim o rozwiązaniu Sojuza, ale wcześniej była jeszcze „doktryna Sinatry”. 25 października 1989 rzecznik sowieckiego MSZ, Giennadij Gerasimow, zaskoczył tym terminem dziennikarza programu Good Morning America nazywając tak trend polityki Gorbaczowa wobec państw satelickich: zgodnie z tytułem piosenki My Way każde z nich może obrać własną drogę.
Mnie, od Sinatry, bliższy jest Kaczmarski:

– Towarzyszu Gorbaczow, wybaczcie mi,
Wiem, towarzysz czasu wiele dla mnie nie ma…
[…]
Towarzyszu, ja praszu was, pomagitie!
[…]

– Mieczisław Josifowicz, nie biezpakojties’:
My pamożem wam, kak smożem, no inacze
[…]
Smotriu ja na was siewodnia s biezpakojem.
No tiepier wam nada – kak umiejetie – żit’,
A szto budiet – budiet s etoj paranoju.

[Dwie rozmowy z Kremlem (1981-1989), 1989-08-24]

No cóż, Gorbaczowowi nie udało się to, czego dokonał Jiang Zemin: przewekslowanie gospodarki na tory ekonomii rynkowej i utrzymanie przy władzy mafii partii komunistycznej. Sowiecki beton partyjny był zbyt twardy i „Gorbi” mógł go usunąć tylko rozwalając całą konstrukcję…
No dobrze, wiadomo: filary nośne zostały, ale przynajmniej ściany i fasada zniknęły. Ale i tak chwała mu za to, że cokolwiek zostało ruszone, bo skorzystała na tym Polska i inne kraje satelickie. Przynajmniej czasowo.

 

13 marca 1848 – zaczyna się seria zbrojnych wystąpień przeciwko staremu porządkowi, zwana Rewolucją Marcową, która dała początek Wiośnie Ludów. Walczący domagali się swobód – politycznych i narodowych, a najubożsi – poprawy warunków bytowych.

Podczas Rewolucji Marcowej rozpoczęły się m.in.:

13 marca 1848 – powstania w Wiedniu i Berlinie. Protestującym chodziło o wolności polityczne, które dość szybko zostały zatwierdzone przez panujących.
Austriacki cesarz Ferdynand I Dobrotliwy (der Gütige) tego samego dnia zdymisjonował kanclerza Klemensa Metternicha – fanatycznego monarchistę i konserwatystę, tępiciela wszelkich przejawów demokracji, odpowiedzialnego za uczynienie z Austrii po Kongresie Wiedeńskim (1815) państwa policyjnego z wszechwładną cenzurą ingerującą we wszystkie dziedziny życia.
Konserwatywny Fryderyk Wilhelm IV Pruski również powołał liberalny rząd i nadał swemu królestwu konstytucję (5 grudnia 1848).

15 marca 1848 – powstanie węgierskie, które wybuchło w Peszcie. Rozpoczęli je radykałowie, którym przewodził poeta Sándor Petőfi, żądający niepodległości, demokracji i zniesienia pańszczyzny.
Austriakom ani w głowie było zezwalać Węgrom na separację. Stosując rzymską zasadę divide et impera (dziel i rządź) najpierw obrócili przeciw Węgrom mniejszości narodowe Królestwa Węgierskiego – Chorwatów, Rumunów, Rusinów, Serbów i Słowaków (notabene używając realnego straszaka, jakim była madziaryzacja propagowana nawet przez rząd Kossutha).
W grudniu 1848 na tron wstąpił Franciszek Józef I (ten sam, którego wiele lat później Czesi nazwali Starym Prochazką, a polscy językoznawcy „dobrotliwym staruszkiem” tak właśnie tłumacząc określenie „stary pierdoła”, by uratować autora tych słów przed plutonem egzekucyjnym za obrazę majestatu).
Kaiser Franz Josef nie bawił się w negocjacje i do pacyfikacji powstania wysłał wojsko. Nie mając wystarczających sił własnych, o braterską pomoc zwrócił się do cara Mikołaja I i tę otrzymał. Armia rosyjska pod wodzą feldmarszałka Paskiewicza, który wcześniej utopił we krwi powstanie listopadowe, wespół z korpusem austriackim dokonały swego.
Sen Węgier o niepodległości (ogłoszonej 19 kwietnia 1849) skończył się szybko: Petőfi poległ, lojalista Batthyány został rozstrzelany wcześniej przez Węgrów-radykałów, Kossuth i jego prawa (zbrojna) ręka, gen. Józef Bem, otrzymali azyl w Turcji, a mniejszości narodowe zamiast madziaryzacji dostały germanizację i to w tempie przyspieszonym.
Dla porządku trzeba dodać, że w końcu, gdy Austriacy dostali lanie od Prus, Węgrzy dopięli swego choć w części: w 1867 kompromis austriacko-węgierski przekształcił Cesarstwo Austriackie w monarchię podwójną – Austro-Węgry. Dla mniejszości narodowych Królestwa Węgierskiego skończyła się germanizacja a zaczęła madziaryzacja, czego skutki można zauważyć od czasu do czasu nawet przy lekturze dzisiejszej prasy.
Swego czasu, po krajach żyjących w najlepszym z ustrojów, krążył dowcip o pięciu filarach RWPG (kto nie wie, co to było, niech się cieszy): obok sowieckiego taktu, enerdowskiego poczucia humoru i kilku innych wyraźnie obraźliwych, jednym z najważniejszych była powszechna znajomość języka węgierskiego. Jak widać dla niektórych wcale nie była to taka abstrakcja. Geopolityka sprawia, że dowcipy polityczne tracą swe ostrze w najmniej oczekiwanych momentach.

Zwischenruf.
W połowie lat 1970-tych jedną z tras na długie wakacje była podróż do Afganistanu, Pakistanu i Indii przez ZSRR: za tanie pieniądze leciało się samolotem do tadżyckiego Duszanbe, stamtąd pociągiem do Termezu nad Amu-Darią, promem przez rzekę – i dalej, autostopem, jak daleko czas i powodzenie w handlu wymiennym pozwalały.

Jeździłem tak kilkakrotnie nawiązując po drodze znajomości i przyjaźnie. Gościnne domy czekały na mnie i współtowarzyszy podróży w Duszanbe, gdzie się jadło, piło, a najwięcej opowiadało, z dowcipami politycznymi (tak, antysowieckimi też) włącznie.
Któregoś razu przypomniał mi się dowcip, z którego w Polsce zarykiwali się wszyscy: polskiego geodetę, uczestnika ekspedycji sowieckiej pracującej w terenie, zapytał miejscowy kołchoźnik, co takiego mierzy. Bomba wybuchła następnego dnia, gdy ów chłop pojawił się w lokalnym urzędzie i zapytał, komu i ile zapłacić, by zostać po polskiej stronie, bo ponoć geodeci wytyczają granicę między Polską a Chinami.
Witz opowiedziałem i… zapadła cisza. Poczułem się nieswojo. Współbiesiadnicy byli na tyle uprzejmi, że wyjaśnili mi, iż w republice graniczącej bezpośrednio z ChRL, w dodatku w dobie nasilonej propagandowej antychińskiej histerii, historyjka ta ani trochę śmieszna nie jest.

18 marca 1848 – antyaustriackie powstanie w Mediolanie (tzw. pięć dni Mediolanu, wówczas w granicach Cesarstwa Austriackiego): powstańcy przejęli miasto zaczynając tym samym pierwszą włoską wojnę o niepodległość. Wojna skończyła się porażką Włochów; Zjednoczone Królestwo Włoch powstało dopiero w marcu (!), dokładnie: 17 marca, 1861.

Łączy się z tym wydarzenie z 25 marca 1848, kiedy na audiencji u Piusa IX pojawił się Adam Mickiewicz. Poeta chciał dostać (i dostał) od papieża błogosławieństwo dla tworzonego przez siebie Legionu Polskiego, któremu za cel pierwszy stawiał walkę z Austrią o niepodległość Włoch, a dalej – przejście na ziemie słowiańskie i wzniecenie tam powstania. To właśnie podczas tego spotkania Mickiewicz miał złapać biskupa Rzymu za rękę, potrząsnąć nią i zawołać: Wiedz, że duch boży jest dzisiaj w bluzach paryskiego ludu!.

 

15 marca – Idy marcowe (łac. Idus Martii) − rzymskie święto poświęcone Marsowi. Były parady i przeglądy wojsk. Podczas Idów Marcowych w 44 roku p.n.e. ponad 60-osobowa (jak twierdzi Eutropiusz) grupa zamachowców z Kasjuszem i Brutusem na czele zamordowała Juliusza Cezara.
Dictator perpetuo został 23 razy pchnięty sztyletem, co świadczy, że niektórzy z zamachowców chcieli być chytrzejsi od innych. Co i tak im nie pomogło, bo żaden ze spiskowców nie zmarł śmiercią naturalną. Można przy okazji obejrzeć, albo przeczytać szekspirowskiego Juliusza Cezara (1599) – dokładne to nie jest, ale robi wrażenie. W 1953 film z tej sztuki zrobił Joseph Mankiewicz (ten od Kleopatry), z Marlonem Brando w roli Antoniusza – mocna rzecz!

 

17 marca 1861 – powstaje Zjednoczone Królestwo Włoch (patrz wyżej).

 

17 marca 1921 – uchwalono w Polsce „konstytucję marcową” (obowiązywała do 23 kwietnia 1935, czyli do „konstytucji kwietniowej”). Była to pierwsza polska konstytucja nowoczesna (nie, „konstytucja majowa” z 1791 taką nie była): rządzić miał Naród (przez swoich przedstawicieli), władza – zgodnie z Monteskiuszem – miała być trójdzielna (prawodawcza, wykonawcza i sądownicza) i – żeby było równo – skasowane zostały przywileje stanowe i herby.
Pierwsze dwa punkty jakoś zadziałały, trzeci – podobno też, ale chyba tylko teoretycznie.

 

17 marca – dzień św. Patryka: irlandzkie święto narodowe i religijne. Ma być podczas niego zielono, koniczynowo i piwnie. Poeta stan ten ujął z właściwą sobie zwięzłością: Pełno radości i krzyku.
Święty Paddy, żyjący w V w., jest patronem Irlandii – porwany za młodu przez irlandzkich piratów i więziony przez 6 lat, powrócił na Szmaragdową Wyspę jako misjonarz, został pierwszym biskupem Irlandii i zyskał miano Irlandzkiego Apostoła. Biskup Patryk wygonił również z Irlandii wszystkie węże – podobno nie ma ich na tej wyspie po dziś dzień. Ewolucjoniści w zasługi Patryka na tym polu nie wierzą, ale oni w ogóle jacyś mało wierzący są.
A u nas tego dnia świętuje Zbigniew, który – przy całym dla Patryka szacunku – godniejszy jest i zacniejszy, bo za wężami po żadnych wyspach nie ganiał! Za to jeden królowi Jagielle żywot między Grunwaldem a Tannenbergiem ocalił, drugi Rotgiera zarąbał (bo było na śmierć, nie na niewolę), trzeci w zamku tegoż Rotgiera przerobionym na willę (z wygodami – byli i widzieli!) mieszka i pod chmurami lata, a czwarty z Latającym Holendrem żeglował, o czym się sami wkrótce przekonacie.

 

W nocy z 17 na 18 marca 1921 – Armia Czerwona dowodzona przez Michaiła Tuchaczewskiego ostatecznie rozgromiła powstańców z Kronsztadu – portu wojennego na niewielkiej (15 km2) wyspie Kotlin w Zatoce Fińskiej, położonej około 30 km na zachód od Petersburga.
Marynarze, robotnicy i mieszkańcy Kronsztadu, mimo poparcia udzielonego bolszewikom w latach 1917-1918, w marcu 1921 zaprotestowali przeciwko terrorowi i dyktaturze wprowadzonej przez rząd Lenina i Trockiego.
Atak armii bolszewickiej na Kronsztad ułatwił lód, po którym wówczas można się było dostać na wyspę.
Po jej zdobyciu, ci powstańcy, którym nie udało się zbiec do Finlandii (tych było ok. 8000), zostali zmasakrowani: ponad dwa tysiące osób zostało rozstrzelanych, niemal 20 tysięcy bolszewicy zesłali do łagrów, mordując po drodze co najmniej kolejne kilka tysięcy.
Prześladowania uczestników i ich rodzin trwały do późnych lat 60-tych. Dopiero w 1994, za prezydentury Borysa Jelcyna, powstańcy kronsztadzcy zostali rehabilitowani, a działania bolszewików uznano za sprzeczne z prawem.

 

17-19 marca 1915 – szósty i ostatni wypad (Sienkiewicz nazywał to „wycieczka”) podczas drugiego oblężenie Twierdzy Przemyśł (o pierwszym przeczytacie w październiku). Wojska austro-węgierskie próbowały się przedrzeć z Twierdzy przez pierscień oblegającej armii rosyjskiej. Akcja zakończyła się tragicznie: 5,5 tys. zabitych, rannych i zaginionych.

Rosjanie odpowiadaja atakiem na umocnienia – zostają odparci, ale oblegani obronili się ostatkiem sił.
Armeeoberkommando czyli Naczelne Dowództwo C.K. Armii szykuje już rozkaz zniszczenia twierdzy i poddania.

 

20 marca (przez wszystkie lata drugiej dekady XXI wieku, poza 2011) wypada dzień równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej: Słońce góruje w zenicie nad równikiem i przechodzi przez punkt Barana. W tym dniu Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Na półkuli północnej rozpoczyna się wtedy wiosna.

 

22 marca 1895 – możemy już chodzić do kina! W Paryżu bracia Auguste i Louis Lumière pokazali tego dnia po raz pierwszy swoje „ruchome obrazki”. Do hollywódzkiego gwiazdozbioru jest już tylko jeden krok.

 

22 marca 1915 – detonacje wstrząsają Przemyślem: armia austro-węgierska wysadza w powietrze mosty na Sanie oraz forty i działa swojej największej twierdzy: Festung Przemysl.

 

23 marca 1915 – po 5 miesiącach największego w I wojnie światowej oblężenia kapituluje Festung Przemysl, trzecia co do wielkości twierdza w Europie (po Verdun i Antwerpii). Akt kapitulacji dostarczono do sztabu rosyjskiego o 6 rano.

Do niewoli poszło 9 C.K. generałów, prawie setka oficerów sztabowych, 2,5 tys. oficerów oraz 117 tys. podoficerów i żołnierzy. Wśród austro-węgierskich jeńców było prawie 30 tysięcy rannych i chorych.

Rosjanie zachowali się bardzo po rycersku, być może wiedząc, że skierowane są na nich oczy całej Europy (padła „twierdza nie do zdobycia”!). C.K. oficerowie mogli zostać przy szablach, żołnierze dostali żołd taki, jak w armii rosyjskiej. Później jeńców podzielono wg narodowości i zesłano do republik azjatyckich. Najlepiej miał Hermann von Kusmanek, generał i Festungskommandant: jeszcze przed końcem wojny wrócił do domu, a po 16 latach zasnął w Panu mając lat 74. Gdy był w niewoli dostał awans na generała obersta, po powrocie postawiono go co prawda przed sądem, ale – oczywiście – uniewinniono i tak przyschło pytanie, czemu wcześniej nie zgromadzono żywności, amunicji i środków medycznych na tyle, by twierdza była rzeczywiście nie do zdobycia. Ale tak już jest: a najdzielniej biją króle, a najgęściej giną chłopy.

Za to Rosjanie mieli bal: do Przemyśla przyjechał sam car i tak się cieszył, że żołnierze dostali po 5 rubli, a oficerowie po medalu.
Ale dalej już nie było im tak wesoło, bo 2 maja, tego samego 1915 roku, armia austro-węgierska odbiła Przemyśl i ruiny twierdzy. Jaki był los ludności cywilnej – strach nawet myśleć.
Austriacy sobie później i tak poszli, a ruiny zostały do dziś.

 

23 marca obchodzony jest dzień przyjaźni polsko-węgierskiej. Wciąż się lubimy!

 

25 marca – w kościele katolickim obchodzona jest uroczystość liturgiczna Zwiastowania Pańskiego, na 9 miesięcy przed uroczystością Bożego Narodzenia. Jeżeli 25 marca wypada w niedzielę, obchody przekładane są na następny dzień.
Tę samą datę (25 III) przyjmuje za dzień Zwiastowania Bogurodzicy kościół prawosławny; ponieważ liturgia prawosławna posługuje się kalendarzem juliańskim, w kalendarzu gregoriańskim wypada to 7 kwietnia.

 

25 marca 1807 – aprobatę królewską uzyskuje prawo zabraniające handlu niewolnikami (Slave Trade Act 1807) ustanowione przez parlament Zjednoczonego Królestwa.
W historii ludzkości niewiele jest aktów prawnych, wprowadzonych bez użycia siły, w których moralność i chęć ulżenia doli innych brałaby górę nad żądzą zysku. Akt z 1807 roku był – jak sądzę – pierwszym z nich. Do jego uchwalenia przyczynił się głównie William Wilberforce, przywódca brytyjskich abolicjonistów, wywodzących się z kręgów anglikańskich ewangelików i kwakrów. Niewolnictwo było dla nich sprzeczne z moralnością chrześcijańską, a kampanię przeciwko handlowi żywym towarem uważali za pierwszy etap walki z niewolnictwem; po jego wprowadzeniu niewolnictwo miało zniknąć w sposób samoistny.
Kampania podjęta została pod koniec lat 1780-tych, na forum parlamentarne trafiła w 1789.

Nigdy, przenigdy nie zaprzestaniemy naszych wysiłków, aż nie wymażemy tego skandalu z chrześcijańskiego imienia, aż nie uwolnimy się od ciężaru winy, pod którym obecnie się uginamy, aż nie położymy kresu wszelkim śladom tego znaczonego krwią handlu, w który przyszłe pokolenia, patrząc wstecz na historię naszego wieku oświecenia, nie będą mogły uwierzyć, że okrywał hańbą i niesławą nasz kraj aż tak długo[1] – mówił Wilberforce 18 kwietnia 1781 z parlamentarnej mównicy.

Projekt ustawy przepadał w głosowaniu kilkakrotnie, a do przeforsowania go przyczyniło się uchwalone w 1806 prawo zabraniające obywatelom brytyjskim udziału w handlu niewolnikami, chytrze podsunięte przez abolicjonistów jako etap pośredni. Zakaz handlu został uchwalony przez Parlament 23 lutego 1807.
W maju 1833 rząd przedłożył w Parlamencie projekt uchwały o zniesieniu niewolnictwa. Izba Gmin zatwierdziła ją 26 lipca 1833, trzy dni przed śmiercią Wilberforce’a. Ustawa weszła w życie 1 sierpnia 1834, nie objęła jednak terytoriów zarządzanych przez Kompanię Wschodnioindyjską, jako nie będących pod bezpośrednią kontrolą Korony. W historii ludzkości niewiele jest…

 

30 marca 1492 – katoliccy monarchowie Hiszpanii, Izabela Kastylijska i Ferdynand Aragoński, podpisali Edykt z Alhambry dający hiszpańskim żydom 4 miesiące na opuszczenie kraju lub chrzest. Karą za niewykonanie rozkazu była egzekucja bez procesu.
Zdecydowana większość wyemigrowała.
Historycy nie są zgodni co do liczby wypędzonych: waha się ona od 130 do 800 tysięcy. Z pomocą dla prześladowanych „Ludzi Księgi” pospieszył m.in. sułtan Bajazyd II, który wysłał jednostki wojenne, by przywiozły wypędzonych do Imperium Ottomańskiego.
Ci, którzy dokonali konwersji (ok. 50 000 osób), mieli tego wkrótce pożałować: kilka lat późnej większość conversos została uznana za kłamców i osadzona w lochach inkwizycji. Ich majątki skonfiskowano na rzecz państwa, po odliczeniu prowizji dla donosicieli, którzy wnieśli akt oskarżenia przeciwko „krypto-żydom” o religijne oszustwo.
Edykt z Alhambry był pierwszym gwoździem do trumny hiszpańskiej potęgi, ale o tym – nie teraz.
Formalnie, rząd hiszpański odwołał edykt 16 grudnia 1968 roku (za rządów Francisca Franco).
W 500. rocznicę wygnania (31 marca 1992), król Juan Carlos z kipą na głowie modlił się obok premiera izraelskiego Chaima Herzoga w madryckiej synagodze Beth Yaakow. Od 2012 potomkowie żydów wypędzonych w 1492 mogą uzyskać obywatelstwo hiszpańskie bez konieczności zamieszkania w Hiszpanii.

 

30 marca 1945 – urodził się Eric Clapton, uznany przez pismo Rolling Stone za drugiego (po Jimim Hendrixie) z najlepszych gitarzystów wszech czasów.

Pochodzący z Ripley w hrabstwie Surrey, Clapton karierę zaczynał z grupą The Yardbirds we wczesnych latach 60-tych, później na jakiś czas wessał go blues grany przez Johna Mayalla i The Bluesbreakers. W 1966, Clapton, Ginger Baker i Jack Bruce stworzyli legendarną supergrupę Cream. Dalej było wszystko: kolejne supergrupy, reggae, solówka w beatlesowskim przeboju While My Guitar Gently Weeps (1968), blues, złote płyty, alkohol, kokaina, heroina, miłość, śmierć syna.

W latach 60-tych jakiś graficiarz napisał na ścianie londyńskiego metra „Clapton is god” – Clapton jest bogiem. Slogan chwycił – był czas, że ten napis można było zobaczyć w Londynie wszędzie.

Sam Clapton nie dał się zwariować. Komentując w jednym z wywiadów najbardziej znane zdjęcie graffiti powiedział: „Na dole fotografii jest pies sikający na tę ścianę. Mam do tego mniej więcej taki sam stosunek”.

Polecam Autobiografię Claptona (wydanie polskie: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2009). Oczy okrągleją.

 

31 marca 1854 – Iesada, trzynasty siogun z rodu Tokugawa, zmuszony zostaje do podpisania Traktatu z Kanagawy (dziś część Jokohamy). Amerykański komandor Matthew Calbraith Perry, podczas drugiej „wizyty” w Japonii z eskadrą złożonej z ośmiu okrętów US Navy (za pierwszym razem, w 1853, pojawił się tylko w cztery okręty), wymusił na Japończykach otwarcie ich portów dla handlu ze Stanami Zjednoczonymi.
Wyłom dokonany w japońskim izolacjonizmie miał się okazać brzemienny w skutki, o czym pierwsza przekonała się Rosja w 1904-05, a podczas II wojny światowej – reszta Azji i świat anglosaski. Ale to będzie dużo później.
Oficjalnie dokument z Kanagawy nazywał się oczywiście „Traktat o pokoju i przyjaźni pomiędzy Japonią i Stanami Zjednoczonymi”.
Fakt – Perry grzecznie prosił, choć jako rozwiązanie alternatywne proponował obrócenie w perzynę jokohamskiego portu i miasta. Zupełnie jak nasz Gerwazy:

„Co za gwałty, rzekł Klucznik, tu nie ma napaści,
Wszak proszę Pana grzecznie; jeśli ciemno Waści,
To Scyzorykiem skrzesam ognia, że Waszeci
Zaraz w ślepiach jak w siedmiu kościołach zaświeci”.
[AM, PT (1834), VIII]

Stany Zjednoczone rozpoczynały właśnie gwałtowne poszukiwanie rynków zbytu dla swoich towarów i za wszelką cenę próbowały znaleźć choćby najwęższą furtkę do Azji. Kilka lat po kanonierkowej dyplomacji Perry’ego działania te zostaną przerwane przez Wojnę Secesyjną (1861-1865), ale pod koniec wieku wrócą ze zdwojoną siłą, kiedy to w wojnie z Hiszpanią „o wyzwolenie Kuby” najważniejszą okaże się bitwa w Zatoce Manilskiej (1 maja 1898). Już wiadomo dlaczego.

 

W końcówce drugiej dekady XXI wieku zawiodą się ci, którzy oczekiwaliby długiego karnawału trwającego aż do marca: zaledwie dwa ostatnie zabawowe wtorki są marcowe: w 2017 (1 marca) i w 2019 (6 marca). To jednak kwestia astronomii: Wielki Post zaczyna się bowiem na 46 dni kalendarzowych przed Wielkanocą – ta zaś przypada na pierwszą niedzielę po wiosennej pełni księżyca. W wiosennym miesiącu nisan – jak w powieści o Poncjuszu Piłacie pisał Mistrz.

 

 

Znaki Zodiaku w marcu:

Ryby (♓) – do 20 marca
Baran (♈) – od 21 marca.
O Rybach było w lutym, a Barany?
No cóż – przykro mi. Naprawdę. Bo czarny piar jest dla nich bezlitosny:

…tylko długotrwałym biciem można skłonić Barana do przyswojenia minimum wiedzy (tabliczka mnożenia, wyjątki na „rz”).
Ludzie spod tego znaku w pracy dezorganizują wszystko, dzięki czemu awansują szybko na wysokie stanowiska.
W kontaktach towarzyskich Barany są z reguły niezmiernie uciążliwe i z powodu najmniejszego pretekstu, a nierzadko i bez, wywołują karczemne burdy i bijatyki.

Maju, przybądź!

 

 

Kwiat marca:

narcyz (Narcissus poeticus L.) – kojarzony z Wielkanocą, ale również symbolizujący próżność (na Zachodzie) oraz bogactwo i szczęście (na Wschodzie). Prawda, jak prosto łączy się w tym kwiecie Wschód z Zachodem?

O Narcyzie napisano tomy, zarówno na półki z mitologią jak i psychologią, więc jeśli koniecznie chcecie się dowiedzieć, co, kto i dlaczego, to musicie tam sięgnąć.

Ci, co nie lubią czytać, niech popatrzą na obraz (wart co najmniej tysiąca słów) – najlepiej Waterhouse’a albo Westa, ale Caravaggio też może być (Dalí wykluczony), który można wyguglować w sekundę. A jeśli ktoś nie lubi ani czytać, ani wpatrywać się w nieruchome malowidła, polecam pierwszą lepszą telewizyjną debatę polityczną: zobaczycie tam stado Narcyzów w behawiorze naturalnym, więc niestety dziko rosnących. Jeśli traficie na spęd partii przeciwnej, to na pewno przyznacie mi rację.

Kwiat – cóż: ten biały, w łacinie zwany „poetyckim”, ma w sobie zieleń życia, złoto bogactwa, czerwień krwi oraz biel niewinności i śmierci. Dlatego – w dłoniach Kory przeniesiony – rośnie nad brzegami Styksu. W mowie kwiatów oznacza zazdrość i zachłanność, ale też tęsknotę.
Gdzieś znalazłem, że „narcyz to fantazja”, ale autor tego twierdzenia chyba słabo znał sie na kwiatach, bo troche dalej pisał o niebieskim kwiatku, który uporczywie nazywał „niezapominajek”…

 

Mitologia grecka łączy narcyz z dwoma mitami: historią samego Narcyza, w ten kwiat przemienionego i porwaniem Kory, którą Hades dopadł wtedy, gdy zrywała na łące narcyzy. Grecy te kwiaty składali na ołtarzach Hadesa i Kory-Persefony.

Z woli Dzeusa ten kwiat Hadesowi przychylna zrodziła
Gaja, godzien zachwytu; w zdumieniu patrzyli nań wszyscy
Ludzie śmiertelni, a także bogowie, co śmierci nie znają.
Z jego korzenia sto wyrastało łodyg kwitnących,
Cudnie też pachniał i wszystkich radował: niebo rozległe,
Całą też ziemię, a takoż i morza słonego odmęty.

[Do Demeter (ok. 640 p.n.e.), drugi hymn homerycki, przekład Włodzimierz Apel]

Kamienie marca:

akwamaryn – niebieska odmiana berylu i heliotrop – odmiana chalcedonu zwana też krwawnikiem.

Akwamaryn (od aqua marina – woda morska) jest kamieniem chroniącym żeglarzy i zapewniającym bezpieczną podróż (przez morza słonego odmęty :). Łagodny błękit klejnotu zapewniać ma właścicielowi łagodność charakteru, spokój i umiejętność chłodnej oceny sytuacji.

Krwawnik swą karierę rozpoczął w Babilonie – robiono z niego pieczęcie i amulety.
W chrześcijaństwie często nazywano go „kamieniem męczeństwa”, gdyż wierzono, że powstał z leżących pod krzyżem jaspisów, na które spłynęły krople krwi Chrystusa.

Oba kamienie symbolizują odwagę.

 

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
trzeci miesiąc roku to:

białoruskiсакавік [sakavik]
bośniackimart i ožujak
bułgarskiмарт [mart]
chorwackiožujak
czeskibřezen
kaszubskistrumiannik (też: strëmiannik, strumian, marc)
litewskikovas
łatgalskiavasara (też: marta)
łużycki (dolny)pózymski (też: nalětnik, měrc)
łużycki (górny)měrc (też: nalětnik)
łotewskimarts
macedońskiмарт [mart] albo цутар [cutar]
rosyjskiмарт [mart]
serbskiмарт [mart]
słowackimarec
słoweńskimarec albo sušec
ukraińskiберезень [bieriezień]
żmudzkikuovs

 

Przysłowia związane
z marcem:

Co marzec wypiecze,
to kwiecień wysiecze.

Czasami w marcu
zetnie wodę w garncu.

Czasem marzec tak się podsadzi,
że dwa kożuchy oblec nie zawadzi.

Gdy przyjdzie marzec,
umrze niejeden starzec.

Gdy w marcu
niebo od południa ryknie,
Rok wszego dobra
w żyzności uniknie.

Ile w marcu dni jasnych
ale z rana mglistych,
tyle w żniwa
czasów dżdżystych.

Kiedy starzec chory w marzec,
będzie zdrów;
lecz gdy baba w maju słaba,
pacierz zmów.

Kiedy twa ma rodzić rola,
to wóź w marcu gnój na pola.

Kiedy w marcu deszczu wiele,
nieurodzaj zboża ściele.

Kiedy w marcu wiele grzmoty
Nie ma w lato k’bur ochoty.

Marcowy loda rada,
majowa pogoda, ranny deszcz
– wszystko to nietrwałe.

Marzec dziwne broi fochy,
zmiata starce i junochy.

Marzec marzy, jak się zdarzy.

Marzec odmienia wiatry,
deszcz miesza z pogodą,
więc nie dziw, jeśli starzy
czują go ze szkodą.

Marzec uparty
stroi z pługiem żarty,
a kwiecień przychodzi
i w chlew go zawodzi.

Marzec zielony – niedobre plony.

Marzec, co z deszczem chadza,
mokry czerwiec sprowadza.

Marzec:
czy słoneczny, czy płaczliwy,

listopada obraz żywy.

Radował się starzec,
kiedy minął marzec;
nie baj baju, umrzesz w maju.

Słońce marcowe
owocom niezdrowe.

Suchy marzec,
kwiecień mokry,
maj przechłodny
– nie będzie rok głodny.

Suchy marzec, maj niechłodny,
kwiecień mokry – rok niegłodny.

Suchy marzec, mokry maj,
będzie żytko jako gaj.

W marcu jak w garncu.

W marcu, gdy są grzmoty,
urośnie zboże ponad płoty.

W marzec już dzień, gdyby ruski wół.

W marcu, kto siać nie zaczyna,
biednyć to gospodarzyna.

W marcu śnieżek sieje,
czasem słonko grzeje.

Źle się w marcu urodzić,
bo trudno takiemu dogodzić.

 

Przysłowia na
św. Albina (1 III)

Na świętego Albina,
rzadka u ludzi mina,
bo post się zaczyna.

 

Przysłowia na
św. Haliny (2 III)

W świętej Halszki dzionek
nuci już skowronek.

 

Przysłowia na
św. Kazimierza (4 III):

Dzień świętego Kazimierza
resztki zimy uśmierza.

Na świętego Kazimierza
zima do morza zmierza.

Na świętego Kazimiera
zima zamiera.

Na świętego Kazimierza
dzień się z nocą przymierza

Na świętego Kazimierza
pokój dla łowcy i zwierza.

Na świętego Kazimierza
wyjdzie skowronek spod pierza.

Na święty Kazimierz
dzień z nocą przymierz.

Na święty Kazimierz
wygnaj świnie na pyrz.

W dzień świętego Kazimierza
zima do morza zmierza.

 

Przysłowia na
św. Tomasza (7 III)

Na świętego Tomasza
wyrasta w polu pasza.

 

Przysłowia na
św. Franciszkę (9 III)

Gdy Franciszka z wichrem po polu hasa,
może sypnąć śniegiem powyżej pasa

 

Przysłowia na
Czterdziestu Męczenników
(10 III):

Czterdziestu Męczenników jakich,
czterdzieści dni po nich takich.

Gdy mróz w marcu dnia dziesiątego,
jeszcze czterdzieści dni mrozu takiego.

Kiedy na Czterdziestu
Męczenników marznie,
to jeszcze czterdzieści
nocy przymarznie.

Męczennicy, gdy mróz noszą,
czterdzieści dni mrozu głoszą.

Męczennicy jeśli psocą,
będzie dżdżysto Wielką Nocą,
a gdy kropla dżdżu nie spadnie,
przez sześć niedziel będzie ładnie.

 

Przysłowia na
św. Grzegorza (12 III):

Na świętego Grzegorza
zima idzie do morza.

Na św. Grzegorza
szuka kawka łoża.

Po świętym Grzegorzu
nie paś bydła ma zbożu.

Święty Grzegorz wielki spławnik,
nad wszystkimi rzeki ławnik;
grzeje więcej – lody płaczą,
rzeki warczą, brzegi znaczą.

 

Przysłowia na
św. Hilarego (16 III):

Hilary zapowiada,
jaka pogoda na Wielkanoc przypada.

 

Przysłowia na
św. Gertrudę (17 III):

Gdy na Gertrudy zjawią się bociany,
to wiosna już rychło nastanie.

Ogrodniku, św. Gertruda gdy słońcem błyśnie
zrobi cuda oczywiście.

 

Przysłowia na
św. Józefa (19 III):

Cóż święty Józef niesie?
Kaczka pierwsze jaja zniesie.

Jak na świętego Józefa chmurki,
to sadź ziemniaki gdzie górki,
a jak pogoda,
to sadź gdzie woda.

Gdy na świętego Józefa
bociek przybędzie,
to już śniegu nie będzie.

Na świętego Józefa pięknie,
zima prędko pęknie.

Na świętego Józwa
przez pole jest bruzda.

Na święty Józek
czasem śniegu wózek.

Na święty Józef pogoda,
będzie w polu uroda.

Oblubieniec pogodny,
rok będzie urodny.

Przyjdzie święty Józef z pomocą
– porówna dzień z nocą.

Święty Józef kiwnie brodą,
idzie zimno na dół z wodą.

Święty Józef laską w ziemię kole,
wyjeżdżajcie, chłopy, orać w pole.

Święty Józef pogodny,
będzie roczek wodny.

Święty Józek wiezie trawy wózek,
ale czasem smuci,
bo śniegiem przyrzuci.

W Józefa z zimy się śmiej
i na grządce kapustę siej.

 

Przysłowia na
św. Benedykta (21 III):

Jak po Benedykcie ciepło,
to i w lecie będzie piekło.

Benedykt groch w polu sieje,
Wojciech [23 IV] do owsa się śmieje.

 

Przysłowia na
Zwiastowanie (25 III):

Jakie Zwiastowanie,
takie Zmartwychwstanie.

Jasny świt na Zwiastowanie
znaczy czasy zdrowe, tanie.

Na Zwiastowanie,
kiedy mgła w zaranie,
chociaż słonko jasno wschodzi,
znak niechybnej to powodzi.

Na Zwiastowanie
zlatują się bocianie.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.


 

[1] Never, never will we desist till we have wiped away this scandal from the Christian name, released ourselves from the load of guilt, under which we at present labour, and extinguished every trace of this bloody traffic, of which our posterity, looking back to the history of these enlightened times, will scarce believe that it has been suffered to exist so long a disgrace and dishonour to this country.

The Parliamentary History of England from the Earliest Period to the Year 1803, Volume XXIX. London : T.C. Hansard, 1817; str. 278.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha