Szalupy na Bałtyku

ZZ_

Poniższe teksty zostały opublikowane w Zeszytach Żeglarskich, nr 2 (2002)

Zenon Szostak

 Kuczyński i inni

  Dwudziestolecie międzywojenne w Polsce to okres pionierskich rejsów morskich, tak bardzo znaczących dla rozwoju żeglarstwa. Wyróżnia się wśród nich wyprawa szalupą z Gdyni na Gotlandię i z powrotem z roku 1937. Inicjatorem śmiałego przedsięwzięcia był Jan Kuczyński (ur. 7 września 1907 w Częstochowie), absolwent szkoły morskiej w Tczewie, porucznik marynarki handlowej. Postać znana w środowisku żeglarskim, szczególnie harcerskim. To właśnie energia i pomysłowość Kuczyńskiego zaowocowała w początku lat trzydziestych przebudową szwedzkiego żaglowca Petrea na szkuner Zawisza Czarny. Ciekawa jest historia sfinansowania zakupu a potem przebudowy żaglowca. Otóż harcerstwo uzyskało pieniądze od Komitetu Floty Narodowej – tę część pieniędzy, która była wpłacona do Komitetu przez młodzież szkolną; również zakup jachtów Temida ITemida II został częściowo opłacony przez Komitet Floty Narodowej ze składek pochodzących od prawników. Na marginesie: historia żeglarstwa polskiego milczy o składkach od studentów – a niewątpliwie musiały takie być – na zakup jachtu dla żaków. Ale zakup ponad 30-letniego szkunera Petrea to dopiero początek drogi i wydatków. A że cieśle okrętowi w Gdyni cenili się bardzo – 8 zł dziennie – do przebudowy żaglowca sprowadzono górali z Zakopanego – 4 zł dziennie. To i tak lepiej dla górali, bo w Zakopanem zarabiali 2 zł dziennie – a i tak nie codziennie mieli pracę. Efekt końcowy, potwierdzony klasą zdolności żeglugowej przez instytucję klasyfikacyjną, był bardzo dobry.

Jan_Kazimierz_Kuczynski_1907-09-07_1939-09-14                                                          [1]

Jest znany Kuczyński również jako autor wielu podręczników żeglarskich: Manewrowanie jachtem żaglowym (1932), Praktyczne wiadomości z astronomji żeglarskiej (1932), Jachtowa praktyka morska (1933), Roboty linowo-żaglowe na stopień żeglarza (1933), Jachtowa żegluga morska (1939). W 1932 roku, razem z Mariuszem Zaruskim przyprowadził Kuczyński, zakupione w Travemünde jachty Temida ITemida II. Był jeszcze mniej chwalebny epizod z wyprawą „dookoła świata” w 1933 roku (Kuczyński był tylko uczestnikiem, nie organizatorem) zakończony rozbiciem jachtu o kamieniste brzegi Bornholmu. I zakończenie młodego życia – obrona Gdyni w 1939 roku: Jan Kuczyński ginie 14 września na Kępie Oksywskiej.   Celem wyprawy Jana Kuczyńskiego szalupą Wiking było wykazanie przydatności szalupy okrętowej do żeglugi morskiej (taki cel wyprawy Kuczyńskiego podaje Olgierd Jabłoński w artykule zamieszczonym w magazynie morskim AZM-u „Szkwał” nr 7 z 1937 roku na stronie 16 i w numerze 10 z tego samego roku na stronie 13). Ograniczanie celów rejsu Wikinga do eksperymentu z zakresu ratownictwa, jak podają niektóre publikacje powojenne, jest tylko w części prawdziwe i raczej nie taki cel był przyczyną ponoszenia trudów przez Jana Kuczyńskiego i jego współtowarzyszy żeglugi. Znaczne koszty jachtów morskich ograniczały dostęp do żeglarstwa, szczególnie młodzieży. Stąd idea wykorzystania tańszych szalup. Podobne założenia przyjęły władze Rosji Sowieckiej, gdzie masowo zaczęto używać szalup ze złomowanych statków handlowych dla celów szkolenia żeglarskiego młodzieży. Kuczyński zakupił ze złomowanego statku szalupę ratunkową, tzw. ósemkę (typ mniejszy szalup) i 23 lipca 1937 roku wypłynął z Gdyni wraz z pięcioma studentami (czterech z Politechniki Warszawskiej i jeden z Politechniki Lwowskiej). Przy silnym, sztormowym wietrze z SW do W, drogę do Visby na Gotlandii (ok. 210 Mm) pokonali w trzy dni. Szwedzi, jak przystało na naród morski, z uznaniem i serdecznością przyjęli żeglarzy. Potem była żegluga wzdłuż szkierów szwedzkich i przez Kalmar Sund powrót do Gdyni 16. sierpnia. W czasie wyprawy  Wiking niósł banderę klubu żeglarskiego Ligi Morskiej i Kolonialnej „Gryf”. W momencie gdy Kuczyński dopłynął już do Visby, 27-go lipca do Gdyni przypłynęła szalupa żaglowa z Rygi. Przybyli nią czterej żeglarze – harcerze z 16-tej polskiej drużyny harcerskiej w Rydze.   Po II wojnie światowej, w lipcu 1956 roku, świeżo upieczeni absolwenci Szkoły Morskiej w Gdyni: Jerzy Tarasiewicz, Janusz Misiewicz, Kazimierz Rywelski i Marian Kosecki odbyli rejs małą łodzią okrętową Puchatek z Gdyni na Gotlandię i z powrotem. Po okrążeniu ze wschodu na zachód wyspy dotarli od północy do Visby. Bałtycki rejs Puchatka był treningiem i poletkiem doświadczalnym dla zorganizowanej dwa lata później wyprawy przez Atlantyk, również szalupą okrętową. Tym razem była to inna jednostka – wysłużona szalupa z Batorego. Nazwali ją Chatka Puchatków, bo drugi tom książki A. A. Milne’a Kubuś Puchatek to właśnie Chatka Puchatka, a że miało płynąć ich czterech stąd Chatka Puchatków. Ostatecznie popłynęli w rejs tylko Tarasiewicz i Misiewicz. Obaj bardzo młodzi: Jerzy – 21 lat, Janusz – 22 lata. I obaj kilka lat wcześniej brutalnie wypędzeni, wykorzenieni ze swoich domów w Wilnie (władza nazywała to repatriacją – powrotem do ojczyzny, a przecież, wręcz przeciwnie – oni ojczyznę swoją musieli opuścić). Może oderwanie od rodzinnych stron pchnęło ich w świat; najpierw do Szkoły Morskiej a potem dalej na morza i oceany. Swój rejs przez Bałtyk, do obcych portów, za żelazną kurtynę, odbyli w lipcu 1956 roku, ale przygotowania musiały trwać od miesięcy. Powiew Październikowej odwilży dopiero nadchodził. Poznański Czerwiec kładł się cieniem na takie inicjatywy, a cóż dopiero świeżo upieczonych absolwentów Szkoły Morskiej. Nie bez powodu skłonili do przychylności do wyprawy wykładowców swojej uczelni. Szczególnej pomocy udzielił im wykładowca nawigacji – kapitan Tadeusz Meissner (rok później wspomoże wyprawę tratwą Nord – również na Gotlandię – ofiarowując Andrzejowi Urbańczykowi sekstant). O ile Kuczyński, jako organizator i propagator żeglarstwa swoim rejsem chciał wykazać przydatność szalupy okrętowej (tańszej niż jachty) do żeglugi morskiej, głównie dla młodzieży, to młodzi absolwenci uczelni morskiej, zawodowo związani z morzem, za cel postawili pokazanie rozbitkom w szalupie ratunkowej, że trzeba uwierzyć szalupie, morzu i sobie. Ratować swoje życie, walczyć z żywiołem i własnymi słabościami. Teraz [3-13 lipca 2002] do tego grona dołączyli harcerze z Wrocławia na ożaglowanej szalupie DZ Sum. Celem ich wyprawy było pokazanie, że nie należy rezygnować z marzeń.... mapy

(zs)

Bibliografia [zaktualizowana – ŻR]: Głowacki, Włodzimierz. Dzieje żeglarstwa polskiego. Gdańsk : Wydawnictwo Morskie, 1989. Mykita, Ewa. „Chatką Puchatków” przez Atlantyk. Gdynia : Wydawnictwo Morskie, 1966. Szkwał [Magazyn morski, organ Akademickiego Związku Morskiego RP]. Nr 7, 9 i 10, 1937. Tarasiewicz, Jerzy. Szalupą przez Atlantyk. Rejs „Chatki Puchatków”. Tavernier FL, Ogar Press, 2005. Tarasiewicz, Jerzy. In an Open Boat. A Journey from Poland to the Americas. Tavernier FL, Ogar Press, 2005. Tarasiewicz, Jerzy. Do trzech razy sztuka. Rejs „Rozumka”, „Sjopigi”, „Amelii Mac”. Tavernier FL, Ogar Press, 2008. Urbańczyk, Andrzej. Tratwą przez Bałtyk. Gdańsk : Marpress, 1997.  
  65 lat po rejsie Jana Kuczyńskiego w odkrytej szalupie Wiking na Gotlandię na tę samą trasę wyruszyli wrocławscy żeglarze z Harcerskiego Ośrodka Wodnego „Stanica”. Płynęli na odkrytej (bezpokładowej), mieczowej łodzi wiosłowo-żaglowej – szalupie DZ, ożaglowanej jako kecz gaflowy, z Jacht Klubu AZS w Szczecinie.   Jerzy Kasprzak  

Relacja z rejsu „Szalupą na Gotlandię”

Gdynia – Visby – Gdynia, 3-13 lipca 2002

  WSTĘP O naszej wyprawie szalupą słyszało już bardzo wiele osób. Spotkaliśmy się z bardzo różnym przyjęciem, od kompletnego niezrozumienia po wręcz entuzjastyczne poparcie. Dla nas najważniejsze było oczywiście zrealizowanie postawionych sobie celów. Niektórzy twierdzą, że pokonanie całej formalnej drogi i zdobycie odpowiednich dokumentów było najtrudniejszym wyzwaniem w całej tej wyprawie. Ja jednak nie oddzielałbym żadnego jej fragmentu od innych, gdyż na każdym z nich musieliśmy wykazać się zorganizowaniem, wytrwałością i odpornością na drobne trudności i niepowodzenia. Dzisiaj kiedy wyprawa zakończyła się i wiem już, że była sukcesem, mogę spojrzeć na nasze wysiłki z pewnym dystansem. Z pewnością wiele się nauczyliśmy. Z pewnością dzisiaj zaczęlibyśmy wszystko trochę inaczej. Ale ... najważniejszy jest fakt, że udało nam się zrealizować marzenie. Ideę przekuć w czyn. Takie było właśnie najważniejsze hasło naszego rejsu. Pokazać innym, że wystarczy jedynie mocno chcieć, by wydarzyło się to, czego pragniemy.   PRZEBIEG Przygotowania. Wyprawa zaczęła się w połowie września 2001 roku, kiedy powiesiłem ogłoszenie o naborze załogi. 18 października 2001 spotkaliśmy się po raz pierwszy. Przyszło 15 osób, w tym jedna dziewczyna. Nie prowadziłem żadnej kwalifikacji. Jedyne dwa warunki, jakie musiały być spełnione przez członków załogi, to wiek – powyżej 18 lat oraz posiadanie stażu na morzu. Ostatecznie popłynęło nas sześciu[2]. Oprócz mnie: Jasiek Sieczkowski, Piotrek Styrkowiec, Radek Jodkowski, Daniel Gąsiorowski i Sebastian Lewandowski. Spotkania odbywały się nieregularnie, lecz dosyć często. Poświęcone były sposobom prowadzenia przygotowań, rozdziałowi zadań, w późniejszym czasie – analizie poczynionych przygotowań. Nie chcąc źle wypaść odbyliśmy kilka treningów wioślarskich, a ponadto raz wybraliśmy się do Szczecina, żeby popływać na Sumie[3]. W zasadzie istniały trzy największe problemy: jacht, sponsorzy i dokumenty oraz zezwolenia. Znalezienie jachtu zajęło nam mniej więcej 2 miesiące. Początkowo chcieliśmy skorzystać z jednej z dwóch szalup, jakie znamy we Wrocławiu. Ostatecznie jednak, po rozmowie z Michałem Jósewiczem i wizycie w Szczecinie, wiedzieliśmy, że Sum jest tym jachtem, na którym chcemy i powinniśmy popłynąć. Ze sponsorami nie szło tak łatwo. Bardzo ciężko było przekonać kogokolwiek do wydania pieniędzy na taki rejs w chwili, gdy ogólna sytuacja ekonomiczna wielu firm jest słaba. Ponadto my zaczęliśmy szukać sponsorów w chwili, gdy większe firmy zamknęły już plany budżetowe na następny rok, co w efekcie uniemożliwiło im przeznaczenie większych sum na cele takie, jak np. sponsoring, czy też zlecenia marketingowe na rzecz tego typu przedsięwzięcia. Trzeba zaznaczyć, że przemawiały za nami następujące atuty: nie byliśmy zbieraniną z ulicy – firmował nas HOW „Stanica”, mieliśmy ideę i historię a ponadto naciskaliśmy na to, aby nie wyciągać pieniędzy za nic, lecz aby proponować usługę marketingową. Ostatecznie zebraliśmy sponsorów i wpłaty w wysokości pozwalającej nam pokryć niezbędne minimum kosztów rejsu. Nie obyło się również bez wpłaty własnej. Najwięcej problemów sprawiły dokumenty. Przede wszystkim nie wiedzieliśmy, jakie dokumenty powinniśmy posiadać. Kiedy sądziliśmy już, że mamy wszystkie, okazało się, że nie posiadamy dokumentu uprawniającego jacht do posiadania EPIRBA[4] i UKF. Tylko i wyłącznie dzięki pani Agnieszce Marchlewicz przebrnęliśmy szczęśliwie przez ten etap. Całość przygotowań udało nam się prowadzić w miarę planowo, lecz mimo wszystko ostatnia faza, jaką było wydanie karty bezpieczeństwa, przesunęła nam o kilka dni wypłynięcie.   Godzina „W” 27 czerwca, we środę, razem z Radkiem zabraliśmy jacht ze Szczecina. Cały czas nie mieliśmy jeszcze EPIRBA. Plan zakładał otaklowanie jachtu następnego dnia w Gdyni i przygotowanie go do inspekcji Urzędu Morskiego w piątek. Weekend i poniedziałek zaplanowane były jako dni ostatecznych przygotowań. Godzina „W” (jak wypłynięcie) miała nastąpić we wtorek o 1600. Tymczasem Gdynia powitała nas przelotnymi deszczami i prognozami wiatrów 6-7°B. A co najważniejsze – ciągle przechodzącymi nowymi frontami nie dającymi nadziei na pomyślniejszą dla nas pogodę. Ze względu na brak EPIRBA inspekcję przełożyliśmy na poniedziałek. Zaczęło się stanie w porcie – chyba najbardziej frustrujący etap rejsu. Mimo zapału świadomość, że tak bliski cel może nie zostać osiągnięty powodowała spadek morale. Dodany do tego korowód z wydaniem Karty Bezpieczeństwa naprawdę nie wpływały na nas budująco, co dało się odczuć drobnymi „zacięciami” w załodze. Właśnie tego wszyscy obawialiśmy się najbardziej. Trzeba pamiętać, że w pewnym sensie byliśmy w rejsie już od 8 miesięcy. Wchodząc na pokład Suma w Gdyni każdy z nas wnosił ze sobą bagaż wzajemnych kontaktów i wspomnień. To z pewnością różniło nas od typowej załogi, która często spotyka się po raz pierwszy dopiero na burcie jachtu. Były też momenty lepsze. Zbawiennie wpłynął na nas rejs do Helu, który był początkiem rejsu. Od pewnego momentu wiedzieliśmy, że najprawdopodobniej w piątek 5 lipca pogoda będzie odpowiednia dla nas. Wiedzieliśmy, że musimy wtedy wypłynąć, ale jak to zrobić w piątek i być wiernym zwyczajom. Rejs zaczął się więc we środę 3 lipca przelotem na Hel i z powrotem. Z gdyńskiego portu wyniosłem jeszcze jedno wspomnienie – fantastycznej atmosfery. W porcie znali nas chyba wszyscy. Wiele osób przychodziło się nas podpytać, kiedy wychodzimy, albo, czy w ogóle kiedyś wypłyniemy, czy może cały rejs odbędziemy przy kei. Żartując lub rozmawiając wszyscy, nie tylko w Gdyni, okazywali nam sympatię, za co jestem im bardzo wdzięczny i z pewnością będzie to jedno z najlepszych wspomnień z tego rejsu.   W piątkowy ranek odebraliśmy pomyślną prognozę pogody. Mimo, że wiał dość mocny wiatr, być może nawet nieco za mocny – zdecydowałem, że dłużej nie czekamy. Dalsza prognoza zapowiadała spadek siły wiatru, co wkrótce się potwierdziło. Z portu wyszliśmy na żaglach i od razu obraliśmy kurs na Hel. Tam chcieliśmy dokonać odprawy granicznej. Jacht płynął szybko, 6-7 węzłów, co bardzo nas cieszyło. Była piękna pogoda, a my byliśmy zadowoleni z faktu, że oto ostatecznie wyruszyliśmy. Że pokonaliśmy wszystkie przeszkody a jedyne, co nam pozostało, to zmierzenie się z Morzem i samymi sobą.   Odprawa na Helu zajęła niewiele czasu. Dostaliśmy życzenia dobrej drogi od Bosmana oraz strażnika SG. Cumy oddaliśmy o 1900. Wiatr spadł praktycznie do 1°B a potem ucichł na krótko. Ostatnie telefony, prognoza pogody od GUM  Radio i zaczęła się pierwsza noc na wodzie. Nie mieliśmy wcześniej możliwości spróbowania pływania „w pełnym rynsztunku” wszystko było więc zupełnie nowe, wiele rzeczy musieliśmy jeszcze układać.   Dla mnie osobiście pierwsza noc na jachcie w każdym rejsie ma niesamowity wymiar. Każdemu wypłynięciu towarzyszy rozgardiasz i bieganina. Sztauowanie sprzętu, przygotowania jachtu, wszyscy działają na podwyższonych obrotach. Potem klarowanie jachtu po wyjściu w morze, rozmowy w których cały czas obecne są lądowe sprawy, podniecenie. Wieczór przynosi ze sobą wyciszenie tych wszystkich emocji. Jacht powoli uspokaja się, nagle wchodzi w normalny rejsowy porządek służb i odpoczynku. Na pokładzie pozostaje jedynie wachta. Zasypiając w pewnym sensie składamy nasz los w ich rękach. Pozostając na pokładzie i wsłuchując się w to wszystko czuję coś jakby magię tych wydarzeń. Wtedy czuję, że rejs się zaczął. Dla mnie jest to ważny moment każdego rejsu.   Żegluga Podróż w tamtą stronę trwała trzy dni. Zgodnie z zapowiedziami towarzyszyły nam wiatry z kierunków południowych z tendencją do odkręcania na wschodnie. Warunki były fantastyczne – słońce, mocny sprzyjający wiatr, o niczym więcej nie mogliśmy marzyć. Do Gotlandii zbliżaliśmy się wieczorem, niestety nie udało nam się zaobserwować światła latarni Hoburg. Wraz ze świtem przyszła mgła, która gęstniejąc ostatecznie uniemożliwiła nam określenie pozycji. Mgła była na tyle gęsta, że widoczność spadła do 50-100 metrów. Szczęśliwie przekroczyliśmy tor wodny, gdy widoczność była jeszcze kilkakrotnie lepsza. Zdecydowaliśmy się kontynuować żeglugę wiedząc, że na jachcie o takim zanurzeniu nie grozi nam stanięcie na mieliźnie. Nadawaliśmy sygnały mgłowe, słyszeliśmy również sygnały innych statków. Kiedy po kilku godzinach mgła ostatecznie opadła okazało się, że jesteśmy o ok. 1 Mm na wschód od latarni Falluden. A zatem trafiliśmy w Gotlandię, jednak nie z tej strony co należy… Nadrobienie strat zajęło nam pół doby. Następnego dni ok. godz. 1900, już bez żadnych przygód dotarliśmy do portu Visby.   O Visby i jego urodzie można by napisać osobną relację. Ja skończę na tym, że dla mnie miasteczka wysp Bałtyku posiadają nieodparty urok i zawsze wracam do nich z przyjemnością.   Postój zajął nam półtorej doby. Poświęciliśmy go na zwiedzanie, uporządkowanie jachtu i zapasów i drobne naprawy. Cały czas poszukiwałem również prognoz pogody. Na środę zapowiadano 3-4 SE, potem we czwartek nawet do 5 S. W piątek miało odwrócić się na W, a następnie w sobotę na E. Niezależnie od standardowych prognoz portowych skorzystałem z internetu w miejscowej bibliotece i tu dopiero uzyskałem pełen obraz sytuacji. Znad Półwyspu Jutlandzkiego nadciągał potężny front atmosferyczny. Oszacowałem, że powinien dotrzeć do nas w czwartek. To właśnie on był odpowiedzialny za zmianę wiatru S na W. Towarzyszyły mu wiatry do 7°B. Najsilniejsze miały być w połowie drogi pomiędzy Gotlandią a Polską. Porównując czas jego przejścia z naszymi osiągami stwierdziłem, że pożeglujemy w silnym wietrze, ale nie w zbyt silnym, ponadto pod osłoną Gotlandii. Podtrzymałem więc decyzję o wyjściu we środę rano. Cumy oddaliśmy ok. dziewiątej, żegnani przez kilkoro naszych sympatyków.   Powrót W Visby nie było ani oficjalnego przyjęcia ani też pożegnania, o co dopytywali się niektórzy z naszych znajomych. Jednak, podobnie jak w Gdyni i na Helu, znalazło się kilka osób, dla których nasza wyprawa była znacząca. Byli to i Polacy, i Szwedzi, którzy przypłynęli tam z różnych zakątków Bałtyku. Kontakty z nimi wspominam bardzo sympatycznie. Już pierwsze godziny powrotu dały nam znać, że nie będzie tak łatwo jak dotychczas. Silny wiatr zmusił nas do zarefowania grota i bezana, a potem do zrzucenia grota. Ostatecznie płynęliśmy na pełnym bezanie i foku. Cały czas obserwowaliśmy pogodę w oczekiwaniu mającego nadejść frontu, jednakże poza silnym wiatrem nic go nie zapowiadało. Świeciło mocne słońce było tylko dość chłodno. Udało mi się odebrać jeszcze SMS z prognozą pogody od Adama Busza. Potwierdziła ona moje wiadomości. Przez pewien czas chcieliśmy wykorzystać układ wiatrów, by dotrzeć na Utklippan – wyspę na podejściu do Karlskrony jednak ostatecznie musieliśmy zrezygnować z tego planu. Wieczór zastał nas zmierzających do Burgsviku, gdzie chcieliśmy wejść aby schronić się przed wiatrem na noc. Pogoda jednak pokrzyżowała nasze plany i do Burgsviku nie dotarliśmy w ogóle. Około trzeciej nad ranem ze wschodu nasunęły się chmury burzowe, widać było wyładowania pomiędzy nimi. Wiało cały czas z SE, siłę wiatru oszacowaliśmy na 7°B w porywach. Fala miała ok 1,5 metra wysokości – cały czas byliśmy schowani za Gotlandią. Sum sprawował się tych warunkach doskonale. Praktycznie żadna fala nie wchodziła na pokład dziobowy, do środka dostawały się co najwyżej pojedyncze bryzgi. Później, w ciągu dnia kilkakrotnie nabraliśmy wody przez dulki po zawietrznej w chwili kiedy zjeżdżaliśmy burtą z fali. Były to znikome ilości, jednak zaczęliśmy balastować. Po pierwszym uderzeniu wiatru przyszedł deszcz. Niesamowicie mocny, jego krople wręcz kłuły gołą skórę. Wypłaszczył trochę fale i płynęło się spokojniej. Silny wiatr utrzymywał się przez ok. 20 godzin. Cały czas pilnie obserwowaliśmy zmiany jego kierunku. Front przeszedł w nocy, mniej więcej sześć godzin szybciej, niż się go spodziewaliśmy. Cały dzień upłynął na żegludze w silnym wietrze. Kierunki zmieniały się SE – S – W, a siła 6, momentami 7, by na wieczór spaść do mocnej piątki. Trzeba pamiętać, że nie mieliśmy wiatromierza i siłę tę określaliśmy na podstawie zachowania jachtu i tego, co działo się na wodzie. Wraz z wiatrem zmieniała się i fala. Niektóre z nich miały 2-2,5 metra wysokości (gdy stałem na gretingach Suma ich szczyty były wyraźnie ponad mną). Zdarzyła się tylko jedna fala, która mocno zalała nasz pokład dziobowy. Wtedy to właśnie sprawdził się idealnie nasz namiot przygotowany nad dziobową częścią jachtu. Ranek trzeciego dnia powrotu powitał nas słabnącym wiatrem wschodnim. Ostatecznie zatrzymaliśmy się… przy platformie wiertniczej Petrobaltic B. Wkrótce podpłynął do nas statek Afrodyta stanowiący jej zabezpieczenie. Dzięki niemu mogliśmy dać znać GUM Radio, że jesteśmy i że wszystko w porządku. Tak jak przypuszczałem trochę się o nas martwili. W związku z brakiem wiatru zostaliśmy zaproszeni na pokład Afrodyty. Po raz kolejny przekonaliśmy się o tym jak bardzo ludzie morza różnią się od ludzi „z lądu”. Co prawda „ludzie morza” byli nieco zawiedzeni, że w naszej załodze nie ma harcerek, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Na Afrodycie wykąpaliśmy się i zostaliśmy poczęstowani herbatą. Zobowiązaliśmy się też szerzyć wieść wśród żeglarzy, że do platformy „A” nie wolno się zbliżać na 0,5 Mm a do „B” na 2,5 Mm! Co niniejszym czynimy  : )  Po kilku godzinach powiał wiatr. Zgodnie z oczekiwaniami z E i taki następnego dnia zawiał nas do Helu, gdzie powitali nas znajomi oraz Bosman Portu i strażnik SG. Rejs się zakończył, zostało jedynie przejście do Gdyni. Tam oczekiwał nas Dyrektor Urzędu Morskiego w Gdyni – pan Andrzej Królikowski. Pozostało jedynie odwieźć jacht do Szczecina i zakończyć sprawy formalne.  Rejs skończył się definitywnie, została garść wspomnień, trochę znajomości, kilka nauczek na przyszłość i olbrzymia satysfakcja.

 Jerzy Kasprzak

 Jerzy Kasprzak – jachtowy sternik morski, instruktor żeglarstwa, Komandor Harcerskiego Ośrodka Wodnego „Stanica” we Wrocławiu, podharcmistrz. Szef wyprawy i jej kapitan. [przypis: Zenon Szostak, 2002]

 
  Zenon Szostak

Z marzeń i snów...

Jerzy Kasprzak, organizator i kapitan wyprawy szalupą na Gotlandię, pisał w materiałach informacyjnych o rejsie , że chcą pokazać, iż nie należy rezygnować z marzeń, że można zrealizować każdy pomysł, pod warunkiem wykazania się zaradnością, umiejętnością poczynienia odpowiednich przygotowań i wspólnego przeciwstawienia się trudnościom. Zrealizowanie marzenia, idea przekuta w czyn, pokazanie innym, że wystarczy jedynie mocno chcieć, by wydarzyło się to, czego pragniemy – to najważniejsze dla dzielnych żeglarzy z Wrocławia. W tych wyznaniach wrocławskich harcerzy o marzeniach i ich realizacji pobrzmiewa echo conradowskich myśli. W eseju „Well done” (Dobra robota) z 1918 roku, Joseph Conrad pisze, że to jest zwykły los człowieka, że jego najlepsze osiągnięcia rodzą się z marzeń i snów, za którymi podąża wiernie ku nieznanemu przeznaczeniu... A w innym miejscu: marzycielstwo to straszna rzecz i jest na nią tylko jedna rada, jedno lekarstwo: iść trop w trop za swoim marzeniem. Więc szli, przez długie miesiące, od połowy września ubiegłego roku, od momentu wywieszenia kartki w Harcerskim Ośrodku Wodnym „Stanica” o zamiarze wyprawy szalupą przez Bałtyk. Szli trop w trop za swoim marzeniem, za ideą przekuwaną w czyn. Bo przecież nic się czynem nie stało, co wpierw nie było marzeniem. Powiedział to człowiek, którego trudno posądzać o marzycielstwo, był bowiem wielkim realistą – to Napoleon. Z takich marzeń i snów o potędze rodzą się zdarzenia które zapładniają wyobraźnię innych, szczególnie młodych ludzi. I tak jak rejs Kuczyńskiego sprzed 65-ciu lat pobudził do działania wrocławskich harcerzy, tak oby tegoroczna wyprawa na Gotlandię rozbudziła ochotę do aktywności u innych. Bo czymże byłby duch ludzki bez działania? – stałby się rzeczą martwą – jak uczy nas Conrad....

(zs) 2002


[1] Zdjęcie ze strony www Szkoły Podstawowej w Karwi, której patronem jest kpt. Jan Kazimierz Kuczyński <http://www.spkarwia.pl/patron.html>. [przypis: Żeglujmy Razem, 2014]
[2]  „popłynęło nas sześciu” – to dziwny zbieg okoliczności, gdyż szalupą harcmistrza Jana Kuczyńskiego Wiking też płynęło sześciu żeglarzy: K. Głuski, S. Smoleniec, St. Frankiewicz, J. Zaniewski, (studenci Politechniki Warszawskiej), A. Aleksandrowicz (student Politechniki Lwowskiej) i Jan Kuczyński. Ale z wyjątkiem J. Kuczyńskiego i A. Aleksandrowicza pozostali nie mieli nic wspólnego z morzem i żeglarstwem (czego nie można powiedzieć o żeglarzach wrocławskich). [przypis: Zenon Szostak, 2002]
[3] Sum - nazwa własna szalupy DZ z Jacht Klubu AZS w Szczecinie, którą wrocławscy harcerze odbyli rejs na Gotlandię i z powrotem. Wymiary główne szalupy: dł. całk. – 8,50 m, szerok. – 2,20 m, wysokość boczna – 2,03 m, zanurzenie – 0,40/1,50 m, pow. żagli – 29,0 m kw.; ożaglowana jako kecz gaflowy; materiał kadłuba – laminat poliestrowo-szklany, rok budowy – 1984 (Morska Stocznia Jachtowa im. Leonida Teligi w Szczecinie). [przypis: Zenon Szostak, 2002]
[4] EPIRB – radiopława awaryjna (Emergency Position-Indicating Radio Beacon) nadająca w niebezpieczeństwie sygnał wzywania pomocy na częstotliwości 406 MHz. W sygnale zakodowana jest nazwa jednostki i kraj, w którym została zarejestrowana. Odbiór sygnału przez satelity pozwala ośrodkom naziemnym ratownictwa dokładnie zlokalizować radiopławę, a tym samym jednostkę pływającą, która ją uruchomiła i podjąć akcję ratowniczą. [przypis: Zenon Szostak, 2002] ZZ_2002_nr_2

(kr) Żeglujmy Razem 7 lipca 2014 www.ZeglujmyRazem.com

Calendar

« February 2017 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          

Zima

– Śnieg pada zimą. Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm…
– Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. Ale nawet do najlepszej odpowiedzi zawsze da się coś dodać. Nie odejmować, a dodać.

* * *

Od kiedy pamiętam, słowo „zima” wywołuje u mnie zawsze jedno skojarzenie: widzę wtedy obraz Myśliwi na śniegu (1565) Pietera Breughla Starszego.
Nie wiem, dlaczego. Ani nie jest to mój ulubiony obraz, ani nie chadzam na polowania, zima też (do przeprowadzki na Florydę) nie była moją ulubioną porą roku – ale fakt jest faktem, niezależnie od tego, jak bardzo bym się sam sobie dziwił.
Zdziwienie jest tym większe, że pamięć podsuwa detal, a nie jest nim ani biała płaszczyzna śniegu na pierwszym planie, ani skulone trzy sylwetki (z których jedna ledwo widać) łowców wracających z jednym marnym lisem i zmęczonymi, kulącymi ogony pod siebie psami, ani ludzie przy ogniu, ani nawet łyżwiarze na sadzawce. Detalem tym jest lecąca sroka, czarnym krzyżem nakładająca się na górski krajobraz.
Że to sroka – choć na drzewach siedzą wrony i być może kawki – wnioskuję po ogonie. I po innym obrazie Breughla Starszego – Pejzaż z szubienicą, mającego też inny tytuł: Sroka na szubienicy (1568). Sroki są tam nawet trzy: ta tytułowa siedzi na belce rusztowania, druga – na kamieniu obok, a trzecia leci. Sroki lubią towarzystwo. Breughel lubił sroki. Ja też je lubię.

„Schematyzm” – powiedział kolega po przeczytaniu tego fragmentu. – „Stereotypy. Jest zima, to musi być Breughel. Czterysta pięćdziesiąt lat, to co chcesz? Odwiecznych praw natury nikt nie zmieni.”

* * *
Zima – jedna z czterech podstawowych pór roku
w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego.
Na półkuli północnej charakteryzuje się najniższymi temperaturami powietrza w skali roku, umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego, zazwyczaj zestaloną (zamarzniętą) formą opadu i osadu atmosferycznego,
a większość świata roślin i zwierząt przechodzi okres uśpienia.

Za zimę klimatyczną przyjmuje się okres roku (następujący po jesieni), w którym średnie dobowe temperatury powietrza spadają poniżej 0°C (32°F).
Zasadniczo zimę poprzedza jesień, jednak pomiędzy tymi okresami znajduje się klimatyczny etap przejściowy - przedzimie.

Zima astronomiczna na półkuli północnej rozpoczyna się
w momencie przesilenia zimowego (w 2016 – 21 grudnia)
i trwa do momentu równonocy wiosennej (w 2017 – 20 marca). Daty przesilenia i równonocy są zmienne, czasem wypadają dzień wcześniej lub dzień później,
a w roku przestępnym mogą być dodatkowo cofnięte o jeden dzień.
Podczas zimy astronomicznej dzienna pora dnia jest krótsza od pory nocnej, jednak z każdą kolejną dobą dnia przybywa,
a nocy ubywa.

W dniu przesilenia zimowego, przypadającym na grudzień, Słońce góruje w zenicie nad półkulą południową na szerokości zwrotnika Koziorożca. Na półkuli północnej jest to najdłuższa noc
(i najkrótszy dzień) w roku.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia zimowego w centrum Warszawy – na 52°14' szerokości geograficznej północnej – wynosi 14°20'.

Przesilenie zimowe w większości kultur było okazją do świętowania „odradzania się Słońca”.
W starożytnym Rzymie obchodzono Saturnalia, w Persji – narodziny Mitry, boga Słońca. Plemiona germańskie obchodziły Jul, Słowianie – Święto Godowe.
Chrześcijaństwo, od IV w., obchodzi zimą – 25 grudnia – dzień urodzin Jezusa. Dlaczego akurat 25 grudnia – różnie powiadają o tym, ale zamieszanie z datami zaczęło się dopiero po zastąpieniu niedokładnego (wobec Słońca i Księżyca) kalendarza juliańskiego nowocześniejszym kalendarzem gregoriańskim.
Na Zachodzie, gdzie kalendarz gregoriański przyjął się niemal od razu, pozostano przy nominale daty, bez względu jak się to miało do wyliczeń dawniejszych, zatem Boże Narodzenie wypada tam 25 grudnia. Na Wschodzie w liturgii obowiązuje starodawny kalendarz juliański, ale życie świeckie toczy się wg obowiązującego kalendarza gregoriańskiego. Stąd juliański 25 grudnia przypada na gregoriański dzień 7 stycznia.
Dwa tygodnie wielkiej różnicy nie czynią, świętować można podwójnie – grunt, że obie daty zimowe są.

Od czasów rzymskich, dokładnie od 46 r. p.n.e. w zimie, 1 stycznia, obchodzony jest również początek nowego roku.

W dniu równonocy (ekwinokcjum, ang. equinox) wiosennej, wypadającym w marcu, Słońce góruje w zenicie nad równikiem
i przechodzi przez punkt Barana. Na półkuli północnej zima się wtedy kończy i rozpoczyna się wiosna. Teoretycznie.
Istnieje bowiem nordycka przepowiednia o tym, że pewnego razu przyjdzie Wielka Zima trwająca trzy lata – Fimbulvinter, która poprzedzi zmierzch bogów – Ragnarök. Że przy okazji zginą ludzie, jest oczywiste, a Normanowie podali to dodatkowo we własnej stylistyce: głód nastanie tak straszny, że ludzie zjedzą się nawzajem, lądy najpierw spustoszy ogień, a później zaleje morze – czyli nastąpi koniec świata.
Czyli, wypisz wymaluj, Wikingowie stworzyli obraz termonuklearnej zimy.
Jest też co prawda akcent optymistyczny, a jakże: po tym wszystkim nastanie era szczęśliwości i nowy świat, bo ponoć jedna para ludzka ocaleje. Pozostaje tylko pytanie: i po co to wszystko?

Jeśli ktoś się chce utrzymać w klimacie i to bez happy endu, niech przeczyta powieść Nevila Shute'a Ostatni brzeg (1957), albo obejrzy jedną z dwóch jej adaptacji filmowych. Moim zdaniem ta starsza (1959), z Gregorym Peckiem, Avą Gardner i Anthonym Perkinsem, jest lepsza.

* * *

Zima to słowo wywodzące się niemal wprost z naszej językowej przeszłości.
Etymologicznie jego najbliższy krewniakiem jest słowo himā (हिमा) ‘mróz, chłód, śnieg’ (Himalaje to ‘dom chłodu / mrozu / śniegu’), które zachowało się w sanskrycie, najstarszym zapisanym (z należących do wspólnoty praindoeuropejskiej) języku, w wersji wedyjskiej sięgającym połowy drugiego tysiąclecia p.n.e.
W hindi himā to również ‘lód’.

Zima w językach słowiańskich
i bałtosłowiańskich
:

białoruskiзіма [zima]
bośniackizima
bułgarskiзима [zima]
chorwackizima
czeskizima
kaszubskizëma
litewskižiema
łatgalskizima
łużycki (dolny)zyma (też: zymje)
łużycki (górny)zyma
łotewskiziema
macedońskiзіма [zima]
rosyjskiзима [zima]
serbskiзима [zima]
słowackizima
słoweńskizima
ukraińskiзима [zima]
żmudzkižėima

Zadziwiająca jednomyślność!

Przysłowia związane
z zimą:

Będzie zima, będzie mróz,
będzie ptaszek jajka niósł.

Deszcze Michałowe
prawią w zimie powietrze zdrowe.

Gdy tęga zima nastanie
w pierwiotku adwentu,
ośmnaście tygodni
nie spocznie ani momentu.

Idzie zima, a tu butów nie ma.

Idzie zima,
a tu chleba nie ma;
mój Ty Panie z nieba,
daj nam chleba.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Jaka zima, takie lato.

Kafla z pieca, szybki z okna,
a tu zima, butów ni ma.
[t.j. zbytków mu się zachciewa, a butów nie ma]

Kiedy się liść gęsto trzyma,
nie tak prędko będzie zima.

Kiej w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto zimie próżnuje, ten lecie musi być leniwy.

Na modrzewiu zima
niedługo trzyma.
[Góralskie: śnieg, gdy spadnie zanim modrzew zrzuci igły, zniknie prędko, bo na nich nigdy nic leży długo.]

Na świętego Grzegorza [12 marca]
idzie zima do morza.

Połowa zimy, połowa pastwy.

Późna zima długo trzyma.

Słaba zima, kiepskie lato.

Spyta cię zima zarazem:
byłżeś w lecie gospodarzem?

W pierwszym tygodniu
pogoda stała,
będzie długo zima biała.

W zimie koła, w lecie sanie robić.

W zimie odkryte ucho,
to w lecie sucho.

W zimie: komin nam ojcem,
fajerka matką,
kożuch dobrodziej,
a zapiecek chatką.

Zima następuje tęga,
póki głowy twej nie sięga;
postaraj się o barana,
a chwal niebieskiego Pana.

Zima nie jednemu zajrzy pod napiętki.
[niejednemu dokuczy, da się we znaki]

Zima nie pyta, gdzie się lato podziało.

Zima, jak w psiarni.

Zimą to człek siedzi doma,
albo pije gdzie u kuma.

Zimę uśmierza wiosna,
wiosnę lato niszczy.

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

(na samej górze był Ionesco)

Jeszcze o zimie
(bez powodu, wybrane na chybił trafił):

Maria Konopnicka
Zła zima

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa...
Nasza zima zła!

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!

 

Maria Konopnicka
Ślizgawka

Równo, równo, jak po stole,
Na łyżewkach w dal...
Choć wyskoczy guz na czole,
Nie będzie mi żal!

Guza nabić – strach nieduży,
Nie stanie się nic;
A gdy chłopiec zawsze tchórzy,
Powiedzą, że fryc!

Jak powiedzą, tak powiedzą,
Pójdzie nazwa w świat;
Niech za piecem tchórze siedzą,
A ja jestem chwat!

 

Maria Konopnicka
Zmarźlak

A widzicie wy zmarźlaka,
Jak się to on gniewa;
W ręce chucha, pod nos dmucha,
Piosenek nie śpiewa.

— A czy nie wiesz, miły bracie,
Jaka na to rada,
Gdy mróz ściśnie, wicher świśnie,
Śnieg na ziemię pada?

Oj, nie w ręce wtedy dmuchaj,
Lecz serce zagrzewaj,
Stań do pracy, jak junacy,
I piosenkę śpiewaj!

 

Maria Konopnicka
Rzeka

Za tą głębią, za tym brodem,
Tam stanęła rzeka lodem;
Ani szumi, ani płynie,
Tylko duma w swej głębinie:

Gdzie jej wiosna,
Gdzie jej zorza?
Gdzie jej droga
Het, do morza?

Oj, ty rzeko, oj, ty sina,
Lody tobie nie nowina;
Co rok zima więzi ciebie,
Co rok wichry mkną po niebie.

Aż znów przyjdzie
Wiosna hoża
I popłyniesz
Het do morza.

Nie na zawsze słonko gaśnie,
Nie na zawsze ziemia zaśnie,
Nie na zawsze więdnie kwiecie,
Nie na zawsze mróz na świecie.

Przyjdzie wiosna,
Przyjdzie hoża,
Pójdą rzeki
Het do morza!
 
 
Jeremi Przybora
Na całej połaci śnieg

Na całej połaci śnieg.
W przeróżnej postaci śnieg.
Dla sióstr i dla braci
zimowy plakacik
– śnieg, śnieg.
 
Na naszą równinę – śnieg.
Na każdą roślinę – śnieg.
Na tłoczek przed kinem,
na ładną dziewczynę – śnieg, śnieg.

Na pociąg do Jasła,
na wzmiankę że zgasła,
na napis „Brak masła”
na starte dwa hasła,
na flaszki od wódki,
na tego złe skutki,
na puste ogródki,
na dzionek za krótki.

Na w sinej mgle dale – śnieg,
na kocham cię stale – śnieg,
na żale, że wcale
i na tak dalej
tak dalej, tak dalej
na tak dalej – śnieg
śnieg
 
Tekst ten, do muzyki Jerzego Wasowskiego, śpiewali w „Kabarecie Starszych Panów” Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.
Inne wykonania: Kalina Jędrusik, Anna Maria Jopek i Jeremi Przybora

LUTY

W lutym do wiosny jeszcze daleko,
bowiem u jego granic jaśnieje
tak wielki obszar bieli jak mleko,
że może zaćmić nawet zawieję.

Zamieć porusza nagie zarośla,
od jej uderzeń domy się chwieją,
a ponad nimi szaleje wiosna
i dorównuje siwiźnie bielą.

Josif Brodski, „Instrukcja dla więźnia” („В феврале далеко до весны”),
15 lutego 1964; przekład: Katarzyna Krzyżewska

Ponieważ wciąż jeszcze zdarzają się w Polszcze ludzie znający język Lermontowa i Bułhakowa, a ja uważam, że gdy można coś przeczytać w oryginale – to trzeba, więc dla tych, co zrozumieją, oryginał:

<А. А. А.>

(«В феврале далеко до весны»),

В феврале далеко до весны,
ибо там, у него на пределе,
бродит поле такой белизны,
что темнеет в глазах у метели.

И дрожат от ударов дома,
и трепещут, как роща нагая,
над которой бушует зима,
белизной седину настигая.

15 февраля 1964

 

Luty – drugi miesiąc w roku według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego.
Jest to także miesiąc najkrótszy w obu kalendarzach: luty gregoriański i luty juliański mają po 28, a w latach przestępnych po 29 dni.
I jest to trzeci miesiąc meteorologicznej zimy.

Nazwa powtarza się w dwóch sąsiednich językach wschodniej słowiańszczyzny: w ukraińskim (лютий) i białoruskim (люты).
Po etymologię trzeba jednak sięgnąć do Brücknera, albo przynajmniej do jakiegoś słownika staropolskiego, lub z odniesieniami do staropolszczyzny.
Słownik języka polskiego z lat 1960., w redakcji Witolda Doroszewskiego, podaje, że nazwa miesiąca wywodzi się od staropolskiego „luty” – ‘zimny’, ‘mroźny’, ‘srogi’, ‘okrutny’, ‘dziki’, ale że przymiotnik ten jest już tylko w użyciu książkowym. Dziś chyba tylko nieliczni skojarzą nazwę drugiego miesiąca ze srogością mrozów i dzikością puszczańskiego zwierza.

Ciekawe skojarzenie podsuwa Słownik wileński z 1861. Po haśle „luty” jest „Lutyca”: imię słowiańskiej jędzy piekielnéj, ob. Dracica.

Szukajmy więc dalej:

Dracica – słowiańska jędza. Jak Dydki męzkie, tak Dracice żeńskie wojsko piekielne, trapiące grzeszników na ziemi i w piekle. Przybierają postaci straszliwe. Znaczą wyrzuty sumienia. Odpowiadają greckim Eumenidom i łacińskim Furjom. Inne imiona ich: Ostudy, Lutyce, Tassany.

Dracz zaś, według tego samego słownika, znaczy „zdzieracz, łupieżca”, a dracza – „zdzieranie, zdzierstwo”. Do czego dołączony jest cytat ilustrujący, skądinąd bardzo do współczesności pasujący: Niech się ten wilk urzędnik tą draczą wspomoże.

Gdy sięgnąć do nazw miesięcy w Encyklopedii staropolskiej (1900-1903) Zygmunta Glogera, dojść można do wieku XIV, gdy luty nazywał się „strąpacz” (prawdopodobnie od strzępienia czyli ścinania szronem).
W staropolszczyźnie używany był też starosłowiański „sieczeń”, który w innych językach słowiańskich jest nazwą stycznia (po ukraińsku to січень, po chorwacku – siječanj).
Samuel Linde w swoim Słowniku (1807-1814), podaje jeszcze „świeżnik” i „drugnik” (od ‘drugi’). Kopaliński dodaje „gromnicznik” (od święta NMP Gromnicznej) i „mięsopustnik”, od mięsopustu – ostatnich trzech dni dni karnawału zwanych „ostatki”, które w dawnej Polsce obchodzono hucznie, z pijatykami, tańcami, kuligami i balami przebierańców.

Większość języków europejskich przejęła nazwę łacińską: Februarius. Rzeczownik ten oznaczał ostatni miesiąc kalendarza starorzymskiego, który przeznaczony był na obrzędy oczyszczające (łac. februa, l.poj. februum) przed początkiem nowego roku.
Zwyczaj zaczynania nowego roku od pierwszego dnia miesiąca Ianuarius wprowadził w reformie kalendarzowej Gajusz Juliusz Cezar w 45 r. p.n.e.

 

Rocznice lutego:

2 lutego
w kościele katolickim obchodzone jest Ofiarowanie Pańskie, w Polsce nazywane tradycyjnie świętem Matki Bożej gromnicznej.

Począwszy od IX wieku wierni przynoszą 2 lutego do kościoła świece do pobłogosławienia zwane gromnicami, zwane tak od słowa „grom”, bowiem zapalano je w czasie burzy i stawiano w oknie, gdy modlono się o oddalenie piorunów.
Angielskie tłumaczenie polskiej nazwy to Feast of Our Lady of Thunder Candles, ale w angielskiej terminologii katolickiej święto zwane jest Presentation of the Lord lub Purification of the Blessed Virgin Mary; święcenie gromnic to Candlemas lub Candle Mass.
W krajach hiszpańskojęzycznych, 2 lutego obchodzone jest święto Presentación de Jesús en el Templo (zaprezentowanie Jezusa w Świątyni), Purificación de la Virgen (oczyszczenie Dziewicy) lub La Virgen de la Candelaria (Dziewica z Candelarii). To ostatnie związane jest z obchodami święta Matki Boskiej – patronki Wysp Kanaryjskich, której figura znajduje się w Candelarii na Teneryfie (i to jest wielka osobna historia, o której może kiedy indziej).
W Meksyku 2 lutego wydają przyjęcia ci, którzy w dniu Trzech Króli znaleźli figurkę dzieciątka Jezus w swojej porcji ciasta Rosca de Reyes (‘ciasto Trzech Króli’ mające formę pierścienia).

Kościół prawosławny świętuje w lutym Spotkanie Pańskie (2 lutego wg kalendarza juliańskiego, obowiązującego w liturgii prawosławnej; 15 lutego wg kalendarza gregoriańskiego).

Tak się składa, że do końca drugiej dekady wieku XXI, w lutym wypada ostatni czwartek przed wielkim postem, rozpoczynający ostatni tydzień karnawału – Tłusty Czwartek (4 II 2016; 23 II 2017, 8 II 2018, 28 II 2019 i 20 II 2020).

Odpowiednikiem Tłustego Czwartku w niektórych krajach jest Mardi Gras ‘tłusty wtorek’ lub Pancake Tuesday ‘naleśnikowy wtorek’, obchodzony przed środą popielcową.
Od lat media, a teraz nawet Wikipedia, uporczywe lansują przesąd, że kto nie zje pączka w Tłusty Czwartek… itd., czyli dokładnie jak w łańcuszkach szczęścia. Co znaczy, że gdzieś w podziemiu działa lobby cukierników, które uprawia dywersję za pomocą kryptoreklamy. I dobrze – obyśmy nigdy gorszych lobby nie mieli!

 

14 lutego jest Dniem Zakochanych (Walentynki).
Dzień to z pewnością piękny, ale jeśli przypomnieć sobie śpiewkę:

To-morrow is Saint Valentine’s day,
All in the morning bedtime,
And I a maid at your window,
To be your Valentine.

Then up he rose and donn’d his clo’es
And dupp’d the chamber door,
Let in the maid, that out a maid
Never departed more.

czyli:

Dzisiaj świętego jest Walentego,
Słońce już stoi na niebie;
Ja drżącą ręką w twoje okienko
Stukam i czekam na ciebie.

Wdział prędko szatki i drzwi chatki
Rozwarł przed swoją jedyną;
Dziewczyna słodka weszła do środka,
Ale nie wyszła dziewczyną.

(Shakespeare, H, IV, 5, przekład Stanisław Barańczak)

i uświadomić, jak skończyła śpiewająca ją Ofelia, to już jakby trochę tego piękna mniej.

 

W rocznicach lutowych dziwnym trafem, jak refren, powtarza się I wszystko byłoby pięknie… No bo tak:

 

1 lutego 1411
Polska podpisuje w Toruniu pokój, który kończy Wielką Wojnę Polski i Litwy

z Zakonem Krzyżackim, zaczętą w 1409. Krzyżacy – niby rozbici pod Grunwaldem, ale wciąż z Malborkiem – oddali Żmudź, oddali Ziemię Dobrzyńską, zapłacili sporą grzywnę.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że cztery dekady później zaczęła się kolejna wojna z Zakonem, tym razem trzynastoletnia. Po niej też był pokój, też w Toruniu, w 1466.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie kolejna wojna, pół wieku później. Po której był pokój i hołd pruski w 1525, i zamiana państwa zakonnego w księstwo świeckie, i obraz Matejki (1882).
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nowe świeckie księstwo, które nazwało się Pruskie, już 176 lat później (1701) stało się królestwem, a za kolejne siedemdziesięciolecie tak dziarsko zaczęło dzielić z sąsiadami polsko-litewski tort, że w 1795 nie było już po tym torcie ani śladu. No ale bitwę pod Grunwaldem żeśmy wygrali, przynajmniej wg naszej wersji historii, bo znam kraje, w których uczą dzieci, że pod Grunwaldem zwyciężył zupełnie kto inny.
Na szczęście lekcje historii u nas już są raczej nieobowiązkowe, więc nie mamy z tym większego problemu.

2 lutego 1848
Amerykanie podpisują w Guadalupe Hidalgo traktat z Meksykanami, który kończy wojnę (1846-48) między oboma krajami.

Wojna wybuchła po tym, jak Meksykanie nie zechcieli nawet pogadać z facetem, którego w 1845-tym wysłał do miasta Meksyk amerykański prezydent James K. Polk z propozycją kupienia za spore pieniądze ówczesnych ziem meksykańskich czyli Kalifornii i Nowego Meksyku.
Facet nazywał się John Slidell i za samą Kalifornię mógł dać 25 milionów dolarów, a ogółem miał do dyspozycji coś około 30 milionów (na owe czasy to była kosmiczna suma; Alaskę Stany kupiły w 1867 za jedne siedem milionów dwieście tysięcy).

Meksykańska strona rządowa mnożyła trudności uniemożliwiające jakiekolwiek oficjalne negocjacje, Slidell spędzał w Meksyku miłe chwile, generalnie zachwycony, bo Polkowi właśnie o to chodziło: skoro nie przemówiło złoto, miały zagrać armaty. Tak też się stało.

Nad samą wojną Meksykanie powinni spuścić kurtynę miłosierdzia i to z kilku powodów.
Jednym z nich było to, że ich wojskami dowodził generał Santa Anna, który jako bohater byłby ozdobą każdego operetkowego libretta, gdyby nie to, że był największą tragedią swego kraju (w kategorii wszechczasów). Tego, co wyczyniał zarówno podczas wojny z Amerykanami, jak i podczas swoich jedenastu rozpoczętych kadencji prezydenckich, nie spisać na wołowej skórze.

Drugim powodem był cud, jaki najpierw przydarzył się Ksenofontowi i wojskom greckim podczas Anabasis w V w. p.n.e., a później, na początku wieku XVI, Cortezowi i braciom Pizarro, którzy dowodząc kilkusetosobowymi oddziałami podbili imperia Azteków i Inków.
Tym razem, w marcu 1847, 10-tysięczny korpus gen. Winfielda Scotta, mając przeciwko sobie całą armię meksykańską, co najmniej 6-krotnie liczniejszą, wyokrętował pod Veracruz, przeszedł przez góry, doliny
i wąwozy 400-kilometrowym spacerkiem do miasta Meksyk, miasto zdobył i jeszcze musiał czekać, aż znajdzie się urząd czy osoba mająca dość plenipotencji, by podpisać jakikolwiek dokument kończący jego podboje.
Podręczniki historii piszą na ogół, jak to Meksyk, po podpisaniu traktatu w Guadalupe Hidalgo, stracił swe północne terytoria, które dziś są Kalifornią, Nevadą, Arizoną i Utah, a jeszcze kawałkiem Nowego Meksyku, Kolorado i Wyoming, czyli 1,36 mln km kw. (powierzchnia Alaski to 1,7 mln km kw.). Trudniej się dokopać informacji, że po wygranej wojnie USA za owe terytoria zapłaciły
15 milionów dolarów gotówką (dziś to jest podobno pół miliarda), anulując do tego ponad 3 miliony dolarów meksykańskiego długu. Pięć lat później (1853), nie kto inny jak gen. Santa Anna zaproponował Amerykanom „wyrównanie granicy” i za kolejne 10 milionów USD opchnął im 77 tysięcy km kw. Meksyku, w transakcji nazwanej Zakup Gadsdena (Gadsden Purchase). O tym, co się stało z tymi pieniędzmi, już nawet nie warto wspominać.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że na wojnę, a zwłaszcza na katabasis gen. Scotta, spuszczają też lekki woal zapomnienia Amerykanie, chyba dlatego, że generałowi zdarzyła się po drodze rzecz, dziś podpadająca pod kategorię zbrodni wojennych: 12-dniowe oblężenie miasta Veracruz, którego fortecę Scott zaatakował od strony cywilnych przedmieść.
Wg Meyera i Shermana, autorów The Course of Mexican History (Oxford UP, 1983, str. 349), straty po stronie amerykańskiej wynosiły 67 zabitych i rannych, zaś w mieście zginęło ok. 1000-1500 Meksykanów, przy czym straty wśród cywilów były niemal dwukrotnie większe niż wśród żołnierzy. Chyba dlatego Hollywood za kampanię Scotta dotąd się nie złapał: dużo łatwiej fałszować historie wojenne z odległej Europy.

Żeby dopełnić temat cudów wspomnę jeszcze historię legionistów czeskich podczas I wojny światowej i wojny domowej w Rosji: przejechali oni przez Rosję z Europy do Azji, przebili się przez armie bolszewickie, mienszewickie i inne, po drodze w Kazaniu zagarnęli rezerwy złota Banku Rosji i z częścią tego złota (jaką? „nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem”) zniknęli w sinej dali Pacyfiku ewakuując się drogą morską.

14 lutego 1076
papież Grzegorz VII rzuca ekskomunikę na Henryka IV – króla niemieckiego a niebawem Świętego Cesarza Rzymskiego. Rok później król się pokajał, a że papież mieszkał wówczas w zamku Kanossa, więc już wiemy dokąd musiał boso i w worku pokutnym pójść Henryk.

Papież tryumfował, a Henryk, w 1105, abdykował.
I wszystko byłoby (dla papiestwa) pięknie, gdyby nie to, że syn i następca Henryka IV, Henryk oczywiście V (tak, ten co oblegał Głogów), kolejnego papieża pojmał i parafę na korzystnych dla siebie traktatach (chodziło o to, kto wyznacza biskupów) wymusił.
Nie na wiele mu się to zdało, bo kolejny papież ekskomunikował i jego, co następny papież odwołał (obaj Henrykowie, jak z tego widać, mieli szczęście do co drugiego papieża).
Jaka była dalsza historia papiestwa i Niemiec można sobie poczytać, ale nic szczególnie wesołego z tego nie wynikło, chociaż Watykan takim najgorszym miejscem zamieszkania chyba nie jest.

Było o „wyrównywaniu granicy” po amerykańsku, to teraz może coś dla przeciwwagi:
15 lutego 1951
przedstawiciele Polski podpisują umowę o „wyrównaniu granicy” z ZSRR.
PRL dostała 480 km kw. (a przynajmniej tak podaje Dziennik Ustaw 1952, nr 11, poz. 63.) w Bieszczadach, a hegemon przejął 480 km kw. Lubelszczyzny.

Za czasów najlepszego z ustrojów krążył dowcip o wymianie towarowej w krajach bloku: my Sojuzowi – wagon węgla, a Sojuz nam – dwa wagony butów. Do podzelowania. Précisément.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że uśmiechnąć się tu mogą tylko mieszkańcy Ustrzyk Dolnych i kilku okolicznych wsi, którym na mocy tej umowy udało się znaleźć po zachodniej stronie granicy.
Ale mieszkańcom Bełza, Krystynopola i okolic chyba jednak do śmiechu nie było i nie jest. Dziś Белз (Bełz), Червоноград (Czerwonograd czyli Krystynopol), Угнів (Ugniw czyli Uhnów), Варяж (Wariaż czyli Waręż) i Хоробрів (Chorobriw czyli Chorobrów) są częścią rejonu sokalskiego w obwodzie lwowskim.
Dla porównania: powierzchnia m.st. Warszawa liczy (w 2015) 517 km kw.

18 lutego 1916
Roman Dmowski składa obszerny memoriał na ręce Aleksandra Pietrowicza Izwolskiego – ambasadora Rosji w Paryżu. Dmowski wciąż jeszcze uporczywie wiąże nadzieje niepodległości Polski z Rosją.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Rosja – nie tyle uporczywie, co konsekwentnie od stuleci – uważa, że Polska żadną zagranicą nie jest i nie będzie.
Memoriał Dmowskiego opisywał, jakiego szczęścia zaznają w przyszłości niepodległe narody słowiańskie, w tym Polacy, pod rosyjską egidą. Jak carski aparat potraktował te opowieści łatwo przewidzieć.
Myślenie kategoriami imperialnego hegemona było zresztą w Rosji tak zakorzenione, że kilka lat później, walczący z bolszewikami „biali” wzruszyli ramionami na proponowaną przez Piłsudskiego pomoc w rozbiciu „czerwonych”, bo warunkiem było uznanie po zwycięstwie polskiej niepodległości. Czym to się dla nich skończyło – wiadomo i nawet można by powiedzieć „dobrze im tak”, gdyby nie to, że w sumie nam wyszło na jeszcze gorsze.

19 lutego 1594
Zygmunt II Waza jest koronowany w katedrze w Uppsali na króla Szwecji.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że Zygmunt był fanatycznym katolikiem i do tego upartym.
Przez swój upór zaprzepaścił szanse swego syna Władysława na tron szwedzki (warunkiem było przejście Władysława na luteranizm) i na tron carów Rosji (warunkiem było przejście Władysława na prawosławie). Upór Zygmunta i jego synów, utrzymujących w tytulaturze miano „dziedziczny król Szwedów”, dawało Szwecji dobry pretekst do atakowania Polski, a potop szwedzki (1655-1660)
– i wcześniejsze (1648-1654) powstanie Chmielnickiego – stały się pierwszymi gwoździami do trumny Rzeczypospolitej.

21 lutego 1848
Karol Marks i Fryderyk Engels opublikowali Manifest der kommunistischen Partei, po naszemu Manifest komunistyczny.

Zgrabnie napisana broszura miała wszystko, co politycznemu pamfletowi potrzeba: chwytliwe hasło na początku (Widmo krąży po Europie – widmo komunizmu), chwytliwe hasło na końcu (Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!), a za temat – niesprawiedliwość społeczną i prostą na nią receptę – rewolucję.
I wszystko byłoby pięknie, bo przecież w demokracji panuje pluralizm i wolność słowa, gdyby za poglądy obu panów nie złapały się grupy, których dziś nie da się określić inaczej niż terrorystyczne.
Marksizm, w swych kolejnych edycjach nazywany od imion kolejnych liderów totalitarnych partii, stał się oficjalną ideologią państw opanowanych przez najbardziej ludobójczy system polityczny jaki dotąd zdołano wymyślić. Żeby nie było nieporozumień – NSDAP też zaczynała od marksizmu, w swojej oczywiście wersji.

Polska i tak ma szczęście – marksizm-leninizm i marksizm-stalinizm zaledwie ją musnęły, a przecież i tak jeszcze po tym muśnięciu nie może się pozbierać.

23 lutego 1917
wybucha w Rosji Rewolucja Lutowa (nazwa dotyczy daty juliańskej, bo w gregoriańskim kalendarzu Zachodu był wówczas 8 marca).

Jej rezultatem jest abdykacja Mikołaja II (2/15 marca 1917) i utworzenie pierwszego demokratycznego rządu w dziejach Rosji, nazwanego Rząd Tymczasowy (trudno o gorszą nazwę), którym początkowo kierował książę Gieorgij Jewgienjewicz Lwow, a później Aleksander Fiodorowicz Kiereński.
I może wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że trwała I wojna światowa, a nowy rząd, mimo klęsk bitewnych, chciał uporczywie utrzymać Rosję w Entencie i na froncie.
Wtedy do gry włączyły się Niemcy, grające pierwsze skrzypce w bloku Państw Centralnych.
Niemcy, jak to Niemcy – myśleli kategoriami niemieckimi (a niby jakimi mogli myśleć?) i wydało im się, że skoro w Rosji nastała demokracja, to nastanie też ordnung, co zagrozić mogło niemieckim interesom na Wschodzie.
Niemcom nie wpadło do głowy, że – zamiast ordnungu – w Rosji zrobił się bałagan jeszcze większy, niż był za cara. Więc zdecydowały, że najlepszym lekarstwem na demokratyczną Rosję jest przywódca terrorystycznej partii bolszewickiej Włodzimierz Uljanow ps. Lenin.

Lenina i jego wspólników wyciągnięto z bezpiecznego azylu w Szwajcarii i z workiem niemieckiego złota przetransportowano w zaplombowanym wagonie do Hamburga i dalej statkiem do Helsinek, czyli praktycznie do Petersburga.
Ceną za pomoc miał być separatystyczny pokój z bolszewicką Rosją (był, a jakże, podpisany w Brześciu Litewskim „traktat brzeski” z 3 marca 1918), dający Niemcom możliwość przerzucenia armii ze Wschodu na Zachód, by na Zachodzie przestało wreszcie być „bez zmian”. Co się – rzecz jasna – nie udało (znowu przez Amerykanów), ale to już historia zupełnie innych miesięcy.
Mnie tutaj męczy jedno: walka wewnętrzna chęci z niechęcią. Chęć podpowiada, by sprawdzić, czy dobrze pamiętam, że za komuny starano się nam wpoić, iż to bolszewicy obalili carat, by uszczęśliwić uciemiężone ludy najlepszym z ustrojów. Niechęć za wszelką cenę stara się uświadomić mi, że dla udowodnienia tego kłamstwa propagandy musiałbym przedzierać się przez gazetowe wstępniaki i podręczniki historii, na widok których dostawałem niegdyś wysypki. Chyba nawrotu tej wysypki boję się bardziej.

 

W lutym urodziło się kilka ciekawych osób, m.in.:

James Joyce (1882-02-02);
księżniczka Bona Sforza (1494-02-02) czyli ta „królowa Bona, która umarła” (1557-11-19);
Tadeusz Kościuszko (1746-02-04), którego nazwisko ma tyle samo liter co nazwisko prezydenta USA wybranego na urząd równo 43 lata później, 1789-02-04;
Charles Lindbergh (1902-02-04), który jako pierwszy przeleciał non stop nad Atlantykiem, a historia jego 72-letniego życia to co najmniej kilkanaście sensacyjnych powieści lub scenariuszy;
Ronald Reagan (1911-02-06), 40. prezydent USA;
Charles Dickens (1812-02-07);
Thomas Edison (1847-02-11);
Abraham Lincoln (1809-02-12), 16. prezydent USA ;
Mikołaj Kopernik (1473-02-19);
Jerzy Waszyngton (1732-02-22), 1. prezydent USA;

Wśród tych, którzy zmarli (w tym wypadku to takie ładne określenie morderstw sądowych), są m.in.:

Maria Stuart, królowa Szkocji, ścięta 1857-02-08 w zamku Fotheringhay;
Giordano Bruno, spalony 1600-02-17 za herezję na rzymskim Campo de’ Fiori.
289 lat później w miejscu egzekucji wzniesiono Giordanowi pomnik.

 

Znaki Zodiaku lutego:
Wodnik (♒) – do 18 lutego
Ryby (♓) – od 19 lutego.
O Wodnikach już było. A o Rybach Czarny Pijar mówi z politowaniem:

Ryba powoduje ciągłe nieporozumienia w pracy i w domu, prochu nie wymyśli, sprawdza się najlepiej jako kontroler biletów komunikacji miejskiej i pod żadnym pozorem nie należy jej dopuszczać do urządzeń bardziej skomplikowanych niż tłuczek do kartofli, bo popsuje.

Zaiste, smutno się robi na samą myśl, że maj i jego Bliźnięta są jeszcze tak daleko.

 

Kwiaty lutego:

fiołek (Viola L.) – kwiat zakochanych, symbolizujący niewinność, szczerość, prawdę, namiętność, piękno i stałość w uczuciach.
Jest też symbolem straty – np. w Australii symbolizuje pamięć o żołnierzach poległych w I wojnie światowej.

pierwiosnek (Primula vulgaris L.) – kwiat szlachetny, występujący jako godło herbowe, ulubiony kwiat premiera brytyjskiego Benjamina Disraeli (1804-1881), upamiętniający rocznicę jego śmierci zwaną Primrose Day (Dzień Pierwiosnka). Gdy dłużej pomyśleć, można dojść do wniosku, że nazwa ta była po myśli zarówno zwolenników jak i przeciwników earla Beaconsfield.

U nas wiersz o pierwiosnku napisał Mickiewicz, zaczynając:

Z niebieskich najrańszą piosnek
Ledwie zadzwonił skowronek,
Najrańszy kwiatek pierwiosnek
Błysnął ze złotych obsłonek.

Ja
Za wcześnie, kwiatku, za wcześnie,
Jeszcze północ mrozem dmucha,
Z gór białe nie zeszły pleśnie,
Dąbrowa jeszcze nie sucha.

Chyba cenił ten utwór, gdyż otworzył nim swój pierwszy tomik poezji, Ballady i romanse (1822), czyniąc niejako wstępem do następnej „Romantyczności”.

Zachwyty filomaty jakże inne były od uczuć, które 80 lat później wzbudził ten wiersz w demonicznym Waldemarze:

– Niech mi pani pokaże karnecik.
Stefcia podała mu seledynowy, malowany gracik z maciupcim ołówkiem tegoż koloru. Waldemar przeczytał na okładce:

Lepsza w kwietniu jedna chwilka
Niż w jesieni całe grudnie.

Uśmiechnął się i usiadł obok Stefci na krześle w ten sposób, że odgrodził ją od sali. […]
– Bardzo dobry aforyzm. Mickiewicz dla siebie go widać ułożył, bo jednak czasami jest inaczej. Na przykład u nas wiosenne chwile były złe, nieufne, drażliwe, słowem brzydkie! Dzisiaj są lepsze, a mamy jesień! [...]
Spojrzał jej w oczy z demoniczną pewnością siebie.

 

Kamień lutego:
ametyst – symbolizuje pobożność, pokorę, duchową mądrość i szczerość.
Podobno chroni przed opilstwem – po grecku bowiem améthystos (ἀμέθυστος) znaczy „nie opiły”.
Wzięło się to ponoć stąd, że ceniąca trzeźwość nimfa Amethis znieść nie mogła zalotów Dionizosa, wiecznie będącego pod dobrą datą. Artemis, bogini łowów, na prośbę nimfy zmieniła ją w klejnot, a że Dionizos urazy nie chował, więc dał mu moc przeciwstawiania się potędze trunku. Starożytni zdobili ametystami czary i puchary, a nasi ujęli rzecz krótko i z właściwą sobie bezpretensjonalnością: łagodzi kaca.
Najwięcej ametystów wydobywa się w Zambii (rocznie podobno ok. tysiąca ton) i w Brazylii. W Polsce – jak zwykle: klejnotonośne są Sudety i tam też, w okolicach Szklarskiej na przykład, daje się znaleźć ametysty.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
drugi miesiąc roku to:

białoruskiлюты [liuty]
bośniackifebruar
bułgarskiфевруари [februari]
chorwackiveljača
czeskiúnor
kaszubskigromicznik
litewskivasaris
łatgalskisvacainis
łużycki (dolny)swěckowny (też: februar)
łużycki (górny)februar (też: mały rožk)
łotewskifebruāris
macedońskiфевруари [februari] albo cечко [seczko]
rosyjskiфевраль [fievral]
serbskiфебруар [februar]
słowackifebruár
słoweńskifebruar
ukraińskiлютий [liutij]
żmudzkivasaris

 

Przysłowia związane z lutym:

Czasem luty ostro kuty,
czasem w luty same pluty.

Czasem luty się zlituje,
że człek niby wiosnę czuje;
ale czasem tak się zżyma,
że człek prawie nie wytrzyma.

Gdy bez wiatrów luty chodzi,
w kwietniu wicher nie zawodzi.

Gdy ciepło w lutym,
zimno w marcu bywa,
długo trwa zima,
to jest niewątpliwa.

Gdy mróz w lutym ostro trzyma,
tedy jest niedługa zima.

Idzie luty, podkuj buty.

Jeśli ci jeszcze nie dokuczył luty,
to pal dobrze w kominie
i miej kożuch suty.

Kiedy luty puści, to marzec wypiecze.

Kiedy luty schodzi,
człek po wodzie brodzi.

Kiedy luty, obuj buty.

Luty,
gdy wiatrów i mrozów nie daje,
prowadzi rok słotny
i nieurodzaje.

Luty w lód okuty.

Luty, napije się wół pluty.

Na stycznie i lute
trzeba mieć konie kute.

Spyta cię luty: masz-li buty?

W lutym gdy zagrzmi
od wschodniego boku,
burze i wiatry walne
są w tym roku.

W lutym wody wiele
– w lecie głodne nawet cielę.

 

Przysłowia na
Matkę Boską Gromniczną (2 II):

Gdy jasne słońce
w dzień gromniczny będzie,
więcej niż przed tym śniegu
spadnie wszędzie.

Gdy na Gromnice roztaje,
rzadkie będą urodzaje.

Gdy słońce
świeci jasno na Gromnice,
większych jak były mrozów
czyni lice.

Gdy w Gromnice słońce
świeci na śmiecisko,
niechże zachowa gospodarz
słomę wszystko.

Gdy w Gromniczną z dachu ciecze,
zima jeszcze się przewlecze.

Gromnica – zimy połowica.

Gromnice jasne i czyste,
zima potrwa zaiste.

Ile razy przed gromniczną Matką Boską z dachów kapie,
tyle razy przed Wniebowzięciem [15 sierpnia] burze.

Jak na Matkę Boską gromniczną,
tak na św. Józef [19 marca].

Jasny dzień podczas Gromnice
lnu przyczynia na przęślice.

Jeśli Gromnice
mają zielne kwiatki,
kwietną niedzielę śnieżną
mają dziatki.

Na Gromnice – łataj bracie rękawice.

Na Gromnice mróz
– ogryzki do gnoju włóż;
na Gromnice kałużki
– wybieraj z gnoju ogryzki.

Na Gromniczną mróz
– szykuj chłopie wóz.
Na Gromniczną lanie
– szykuj chłopie sanie.

Od Gromnic do Gromnic,
aż nie będzie nic.
[gdy kto kogo łudzi próżną obietnicą, mówią: od…]

Skowronek,
o ile przed Gromnicą śpiewa,
o tyle po tym milczy.

W dzień Panny gromnicznej
bywaj zdrów, mój śliczny.
[t.j. już za późno na zaloty, konkury, gdyż post bliski.]

W Gromnicę milszym w owczarni wilk jak słońce.
[gospodarze utrzymują, że słońce w dniu gromnicznym jest pewną przepowiednią słoty, zimna i zarazy na owoc.]

 

Przysłowia na
św. Agatę (5 II):

Chleb świętej Agaty
od ognia strzeże chaty.
[lud w dniu tym zwykł święcić chleb i sól, a w razie pożaru, szczególniej od pioruna wynikłego, obnosi je dokoła domu, a następnie rzuca w płomienie, wierząc, iż ogień zostanie stłumiony.]

Gdzie święta Jagata,
bezpieczna tam chata.

Po świętej Agacie
widzimy muchy w chacie.

Po św. Agacie
wyschnie bielizna na płocie.

W dzień św. Agaty,
jeśli słonko przez okienko zajrzy do chaty,
to wiosenka na świat pogląda
zza zimowej kraty

 

Przysłowia na
św. Dorotę (6 II):

Na dzień świętej Doroty
ma być śniegu nad płoty.

Po św. Dorocie
wyschną chusty na płocie.

Rzadki dzień św. Doroty
bez mrozu, zawiei, słoty.

Święta Dorotka
wypuszcza skowronka za wrotka.

Wedle świętej Doroty
naprawiaj człecze płoty.

 

Przysłowia na
św. Walentego (14 II):

Gdy na święty Walek deszcze,
mrozy wrócą jeszcze.

Na św. Walentego
bywa zwykle mróz niczego,
ale jak Walek się rozdeszcze,
pewne mrozy wrócą jeszcze.

Święty Walek tych powali,
co patronem go nie zwali.

Św. Walenty gdy odmrozi pięty,
na wyżywienie sprzedawaj sprzęty.

 

Przysłowia na
św. Macieja (24 II):

Gdy Maciej święty
cokolwiek lodu nie stopi,
będą długo chuchali
w zimne ręce chłopi.

Jeśli mróz w święto Macieja,
czterdzieści dni tegoż nadzieja.

Na św. Macieja
prędkiej wiosny nadzieja.

Na św. Maciejca
zniesie gęś pierwsze jejca.

Na święty Maciej lody
wróżą długie chłody,
a gdy płyną już strugą,
to i zimy niedługo.

Skoro po Macieju
drzewa się ogrzeją,
pobiegnij do sadu,
oczyść go z owadu.

Św. Maciej posłał do braci,
czy zimę stracić;
a bracia mu powiedzieli:
niech zaczeka do niedzieli.

Święty Maciej zimę straci,
albo ją zbogaci.

 

Przysłowia na Tłusty Czwartek
(4 II 2016; 23 II 2017, 8 II 2018 i 28 II 2019, 20 II 2020):

Gdy w tłusty czwartek
człek w jedzeniu pofolguje,
łaskawy Pan Bóg
grzech obżarstwa daruje.

Im bliższy czwartek tłusty,
tym weselsze zapusty.

Kto w tłusty czwartek
nie zje pączków kopy,
temu myszy zniszczą pole
i będzie miał pustki w stodole.

Nie zjesz pączka
w tłusty czwartek,
twoje życie mało warte.

Powiedział Bartek,
że dziś tłusty czwartek,
a Bartkowa uwierzyła,
dobrych pączków nasmażyła.

Od tłustego czwartku
do Zmartwychwstania
– ścisły post się kłania.

Tłusty czwartek pączkami fetuje,
a od Popielca ścisły post szykuje

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha