Szalupy na Bałtyku

ZZ_

Poniższe teksty zostały opublikowane w Zeszytach Żeglarskich, nr 2 (2002)

Zenon Szostak

 Kuczyński i inni

 

Dwudziestolecie międzywojenne w Polsce to okres pionierskich rejsów morskich, tak bardzo znaczących dla rozwoju żeglarstwa. Wyróżnia się wśród nich wyprawa szalupą z Gdyni na Gotlandię i z powrotem z roku 1937.

Inicjatorem śmiałego przedsięwzięcia był Jan Kuczyński (ur. 7 września 1907 w Częstochowie), absolwent szkoły morskiej w Tczewie, porucznik marynarki handlowej. Postać znana w środowisku żeglarskim, szczególnie harcerskim. To właśnie energia i pomysłowość Kuczyńskiego zaowocowała w początku lat trzydziestych przebudową szwedzkiego żaglowca Petrea na szkuner Zawisza Czarny.

Ciekawa jest historia sfinansowania zakupu a potem przebudowy żaglowca. Otóż harcerstwo uzyskało pieniądze od Komitetu Floty Narodowej – tę część pieniędzy, która była wpłacona do Komitetu przez młodzież szkolną; również zakup jachtów Temida ITemida II został częściowo opłacony przez Komitet Floty Narodowej ze składek pochodzących od prawników.
Na marginesie: historia żeglarstwa polskiego milczy o składkach od studentów – a niewątpliwie musiały takie być – na zakup jachtu dla żaków.
Ale zakup ponad 30-letniego szkunera Petrea to dopiero początek drogi i wydatków. A że cieśle okrętowi w Gdyni cenili się bardzo – 8 zł dziennie – do przebudowy żaglowca sprowadzono górali z Zakopanego – 4 zł dziennie. To i tak lepiej dla górali, bo w Zakopanem zarabiali 2 zł dziennie – a i tak nie codziennie mieli pracę. Efekt końcowy, potwierdzony klasą zdolności żeglugowej przez instytucję klasyfikacyjną, był bardzo dobry.

Jan_Kazimierz_Kuczynski_1907-09-07_1939-09-14                                                          [1]

Jest znany Kuczyński również jako autor wielu podręczników żeglarskich: Manewrowanie jachtem żaglowym (1932), Praktyczne wiadomości z astronomji żeglarskiej (1932), Jachtowa praktyka morska (1933), Roboty linowo-żaglowe na stopień żeglarza (1933), Jachtowa żegluga morska (1939).
W 1932 roku, razem z Mariuszem Zaruskim przyprowadził Kuczyński, zakupione w Travemünde jachty Temida ITemida II. Był jeszcze mniej chwalebny epizod z wyprawą „dookoła świata” w 1933 roku (Kuczyński był tylko uczestnikiem, nie organizatorem) zakończony rozbiciem jachtu o kamieniste brzegi Bornholmu.

I zakończenie młodego życia – obrona Gdyni w 1939 roku: Jan Kuczyński ginie 14 września na Kępie Oksywskiej.

 

Celem wyprawy Jana Kuczyńskiego szalupą Wiking było wykazanie przydatności szalupy okrętowej do żeglugi morskiej (taki cel wyprawy Kuczyńskiego podaje Olgierd Jabłoński w artykule zamieszczonym w magazynie morskim AZM-u „Szkwał” nr 7 z 1937 roku na stronie 16 i w numerze 10 z tego samego roku na stronie 13).
Ograniczanie celów rejsu Wikinga do eksperymentu z zakresu ratownictwa, jak podają niektóre publikacje powojenne, jest tylko w części prawdziwe i raczej nie taki cel był przyczyną ponoszenia trudów przez Jana Kuczyńskiego i jego współtowarzyszy żeglugi.
Znaczne koszty jachtów morskich ograniczały dostęp do żeglarstwa, szczególnie młodzieży. Stąd idea wykorzystania tańszych szalup. Podobne założenia przyjęły władze Rosji Sowieckiej, gdzie masowo zaczęto używać szalup ze złomowanych statków handlowych dla celów szkolenia żeglarskiego młodzieży.

Kuczyński zakupił ze złomowanego statku szalupę ratunkową, tzw. ósemkę (typ mniejszy szalup) i 23 lipca 1937 roku wypłynął z Gdyni wraz z pięcioma studentami (czterech z Politechniki Warszawskiej i jeden z Politechniki Lwowskiej).

Przy silnym, sztormowym wietrze z SW do W, drogę do Visby na Gotlandii (ok. 210 Mm) pokonali w trzy dni. Szwedzi, jak przystało na naród morski, z uznaniem i serdecznością przyjęli żeglarzy. Potem była żegluga wzdłuż szkierów szwedzkich i przez Kalmar Sund powrót do Gdyni 16. sierpnia.

W czasie wyprawy  Wiking niósł banderę klubu żeglarskiego Ligi Morskiej i Kolonialnej „Gryf”.

W momencie gdy Kuczyński dopłynął już do Visby, 27-go lipca do Gdyni przypłynęła szalupa żaglowa z Rygi. Przybyli nią czterej żeglarze – harcerze z 16-tej polskiej drużyny harcerskiej w Rydze.

 

Po II wojnie światowej, w lipcu 1956 roku, świeżo upieczeni absolwenci Szkoły Morskiej w Gdyni: Jerzy Tarasiewicz, Janusz Misiewicz, Kazimierz Rywelski i Marian Kosecki odbyli rejs małą łodzią okrętową Puchatek z Gdyni na Gotlandię i z powrotem. Po okrążeniu ze wschodu na zachód wyspy dotarli od północy do Visby.

Bałtycki rejs Puchatka był treningiem i poletkiem doświadczalnym dla zorganizowanej dwa lata później wyprawy przez Atlantyk, również szalupą okrętową. Tym razem była to inna jednostka – wysłużona szalupa z Batorego. Nazwali ją Chatka Puchatków, bo drugi tom książki A. A. Milne’a Kubuś Puchatek to właśnie Chatka Puchatka, a że miało płynąć ich czterech stąd Chatka Puchatków.
Ostatecznie popłynęli w rejs tylko Tarasiewicz i Misiewicz. Obaj bardzo młodzi: Jerzy – 21 lat, Janusz – 22 lata. I obaj kilka lat wcześniej brutalnie wypędzeni, wykorzenieni ze swoich domów w Wilnie (władza nazywała to repatriacją – powrotem do ojczyzny, a przecież, wręcz przeciwnie – oni ojczyznę swoją musieli opuścić). Może oderwanie od rodzinnych stron pchnęło ich w świat; najpierw do Szkoły Morskiej a potem dalej na morza i oceany.

Swój rejs przez Bałtyk, do obcych portów, za żelazną kurtynę, odbyli w lipcu 1956 roku, ale przygotowania musiały trwać od miesięcy. Powiew Październikowej odwilży dopiero nadchodził. Poznański Czerwiec kładł się cieniem na takie inicjatywy, a cóż dopiero świeżo upieczonych absolwentów Szkoły Morskiej. Nie bez powodu skłonili do przychylności do wyprawy wykładowców swojej uczelni. Szczególnej pomocy udzielił im wykładowca nawigacji – kapitan Tadeusz Meissner (rok później wspomoże wyprawę tratwą Nord – również na Gotlandię – ofiarowując Andrzejowi Urbańczykowi sekstant).

O ile Kuczyński, jako organizator i propagator żeglarstwa swoim rejsem chciał wykazać przydatność szalupy okrętowej (tańszej niż jachty) do żeglugi morskiej, głównie dla młodzieży, to młodzi absolwenci uczelni morskiej, zawodowo związani z morzem, za cel postawili pokazanie rozbitkom w szalupie ratunkowej, że trzeba uwierzyć szalupie, morzu i sobie. Ratować swoje życie, walczyć z żywiołem i własnymi słabościami.

Teraz [3-13 lipca 2002] do tego grona dołączyli harcerze z Wrocławia na ożaglowanej szalupie DZ Sum. Celem ich wyprawy było pokazanie, że nie należy rezygnować z marzeń….

mapy

(zs)

Bibliografia [zaktualizowana – ŻR]:

Głowacki, Włodzimierz. Dzieje żeglarstwa polskiego. Gdańsk : Wydawnictwo Morskie, 1989.
Mykita, Ewa. „Chatką Puchatków” przez Atlantyk. Gdynia : Wydawnictwo Morskie, 1966.
Szkwał [Magazyn morski, organ Akademickiego Związku Morskiego RP]. Nr 7, 9 i 10, 1937.
Tarasiewicz, Jerzy. Szalupą przez Atlantyk. Rejs „Chatki Puchatków”. Tavernier FL, Ogar Press, 2005.
Tarasiewicz, Jerzy. In an Open Boat. A Journey from Poland to the Americas. Tavernier FL, Ogar Press, 2005.
Tarasiewicz, Jerzy. Do trzech razy sztuka. Rejs „Rozumka”, „Sjopigi”, „Amelii Mac”. Tavernier FL, Ogar Press, 2008.
Urbańczyk, Andrzej. Tratwą przez Bałtyk. Gdańsk : Marpress, 1997.

 


 

65 lat po rejsie Jana Kuczyńskiego w odkrytej szalupie Wiking na Gotlandię na tę samą trasę wyruszyli wrocławscy żeglarze z Harcerskiego Ośrodka Wodnego „Stanica”. Płynęli na odkrytej (bezpokładowej), mieczowej łodzi wiosłowo-żaglowej – szalupie DZ, ożaglowanej jako kecz gaflowy, z Jacht Klubu AZS w Szczecinie.

 

Jerzy Kasprzak

 

Relacja z rejsu „Szalupą na Gotlandię”

Gdynia – Visby – Gdynia, 3-13 lipca 2002

 

WSTĘP

O naszej wyprawie szalupą słyszało już bardzo wiele osób. Spotkaliśmy się z bardzo różnym przyjęciem, od kompletnego niezrozumienia po wręcz entuzjastyczne poparcie. Dla nas najważniejsze było oczywiście zrealizowanie postawionych sobie celów. Niektórzy twierdzą, że pokonanie całej formalnej drogi i zdobycie odpowiednich dokumentów było najtrudniejszym wyzwaniem w całej tej wyprawie. Ja jednak nie oddzielałbym żadnego jej fragmentu od innych, gdyż na każdym z nich musieliśmy wykazać się zorganizowaniem, wytrwałością i odpornością na drobne trudności i niepowodzenia.

Dzisiaj kiedy wyprawa zakończyła się i wiem już, że była sukcesem, mogę spojrzeć na nasze wysiłki z pewnym dystansem. Z pewnością wiele się nauczyliśmy. Z pewnością dzisiaj zaczęlibyśmy wszystko trochę inaczej. Ale … najważniejszy jest fakt, że udało nam się zrealizować marzenie. Ideę przekuć w czyn.

Takie było właśnie najważniejsze hasło naszego rejsu. Pokazać innym, że wystarczy jedynie mocno chcieć, by wydarzyło się to, czego pragniemy.

 

PRZEBIEG

Przygotowania.

Wyprawa zaczęła się w połowie września 2001 roku, kiedy powiesiłem ogłoszenie o naborze załogi. 18 października 2001 spotkaliśmy się po raz pierwszy. Przyszło 15 osób, w tym jedna dziewczyna.

Nie prowadziłem żadnej kwalifikacji. Jedyne dwa warunki, jakie musiały być spełnione przez członków załogi, to wiek – powyżej 18 lat oraz posiadanie stażu na morzu. Ostatecznie popłynęło nas sześciu[2]. Oprócz mnie: Jasiek Sieczkowski, Piotrek Styrkowiec, Radek Jodkowski, Daniel Gąsiorowski i Sebastian Lewandowski.

Spotkania odbywały się nieregularnie, lecz dosyć często. Poświęcone były sposobom prowadzenia przygotowań, rozdziałowi zadań, w późniejszym czasie – analizie poczynionych przygotowań. Nie chcąc źle wypaść odbyliśmy kilka treningów wioślarskich, a ponadto raz wybraliśmy się do Szczecina, żeby popływać na Sumie[3].

W zasadzie istniały trzy największe problemy: jacht, sponsorzy i dokumenty oraz zezwolenia.

Znalezienie jachtu zajęło nam mniej więcej 2 miesiące. Początkowo chcieliśmy skorzystać z jednej z dwóch szalup, jakie znamy we Wrocławiu. Ostatecznie jednak, po rozmowie z Michałem Jósewiczem i wizycie w Szczecinie, wiedzieliśmy, że Sum jest tym jachtem, na którym chcemy i powinniśmy popłynąć.

Ze sponsorami nie szło tak łatwo. Bardzo ciężko było przekonać kogokolwiek do wydania pieniędzy na taki rejs w chwili, gdy ogólna sytuacja ekonomiczna wielu firm jest słaba. Ponadto my zaczęliśmy szukać sponsorów w chwili, gdy większe firmy zamknęły już plany budżetowe na następny rok, co w efekcie uniemożliwiło im przeznaczenie większych sum na cele takie, jak np. sponsoring, czy też zlecenia marketingowe na rzecz tego typu przedsięwzięcia.

Trzeba zaznaczyć, że przemawiały za nami następujące atuty: nie byliśmy zbieraniną z ulicy – firmował nas HOW „Stanica”, mieliśmy ideę i historię a ponadto naciskaliśmy na to, aby nie wyciągać pieniędzy za nic, lecz aby proponować usługę marketingową.

Ostatecznie zebraliśmy sponsorów i wpłaty w wysokości pozwalającej nam pokryć niezbędne minimum kosztów rejsu. Nie obyło się również bez wpłaty własnej.

Najwięcej problemów sprawiły dokumenty. Przede wszystkim nie wiedzieliśmy, jakie dokumenty powinniśmy posiadać. Kiedy sądziliśmy już, że mamy wszystkie, okazało się, że nie posiadamy dokumentu uprawniającego jacht do posiadania EPIRBA[4] i UKF. Tylko i wyłącznie dzięki pani Agnieszce Marchlewicz przebrnęliśmy szczęśliwie przez ten etap.

Całość przygotowań udało nam się prowadzić w miarę planowo, lecz mimo wszystko ostatnia faza, jaką było wydanie karty bezpieczeństwa, przesunęła nam o kilka dni wypłynięcie.

 

Godzina „W”

27 czerwca, we środę, razem z Radkiem zabraliśmy jacht ze Szczecina. Cały czas nie mieliśmy jeszcze EPIRBA. Plan zakładał otaklowanie jachtu następnego dnia w Gdyni i przygotowanie go do inspekcji Urzędu Morskiego w piątek. Weekend i poniedziałek zaplanowane były jako dni ostatecznych przygotowań. Godzina „W” (jak wypłynięcie) miała nastąpić we wtorek o 1600.

Tymczasem Gdynia powitała nas przelotnymi deszczami i prognozami wiatrów 6-7°B. A co najważniejsze – ciągle przechodzącymi nowymi frontami nie dającymi nadziei na pomyślniejszą dla nas pogodę. Ze względu na brak EPIRBA inspekcję przełożyliśmy na poniedziałek.

Zaczęło się stanie w porcie – chyba najbardziej frustrujący etap rejsu. Mimo zapału świadomość, że tak bliski cel może nie zostać osiągnięty powodowała spadek morale. Dodany do tego korowód z wydaniem Karty Bezpieczeństwa naprawdę nie wpływały na nas budująco, co dało się odczuć drobnymi „zacięciami” w załodze.

Właśnie tego wszyscy obawialiśmy się najbardziej. Trzeba pamiętać, że w pewnym sensie byliśmy w rejsie już od 8 miesięcy. Wchodząc na pokład Suma w Gdyni każdy z nas wnosił ze sobą bagaż wzajemnych kontaktów i wspomnień. To z pewnością różniło nas od typowej załogi, która często spotyka się po raz pierwszy dopiero na burcie jachtu.

Były też momenty lepsze. Zbawiennie wpłynął na nas rejs do Helu, który był początkiem rejsu. Od pewnego momentu wiedzieliśmy, że najprawdopodobniej w piątek 5 lipca pogoda będzie odpowiednia dla nas. Wiedzieliśmy, że musimy wtedy wypłynąć, ale jak to zrobić w piątek i być wiernym zwyczajom. Rejs zaczął się więc we środę 3 lipca przelotem na Hel i z powrotem.

Z gdyńskiego portu wyniosłem jeszcze jedno wspomnienie – fantastycznej atmosfery. W porcie znali nas chyba wszyscy. Wiele osób przychodziło się nas podpytać, kiedy wychodzimy, albo, czy w ogóle kiedyś wypłyniemy, czy może cały rejs odbędziemy przy kei. Żartując lub rozmawiając wszyscy, nie tylko w Gdyni, okazywali nam sympatię, za co jestem im bardzo wdzięczny i z pewnością będzie to jedno z najlepszych wspomnień z tego rejsu.

 

W piątkowy ranek odebraliśmy pomyślną prognozę pogody. Mimo, że wiał dość mocny wiatr, być może nawet nieco za mocny – zdecydowałem, że dłużej nie czekamy. Dalsza prognoza zapowiadała spadek siły wiatru, co wkrótce się potwierdziło.

Z portu wyszliśmy na żaglach i od razu obraliśmy kurs na Hel. Tam chcieliśmy dokonać odprawy granicznej.

Jacht płynął szybko, 6-7 węzłów, co bardzo nas cieszyło. Była piękna pogoda, a my byliśmy zadowoleni z faktu, że oto ostatecznie wyruszyliśmy. Że pokonaliśmy wszystkie przeszkody a jedyne, co nam pozostało, to zmierzenie się z Morzem i samymi sobą.

 

Odprawa na Helu zajęła niewiele czasu. Dostaliśmy życzenia dobrej drogi od Bosmana oraz strażnika SG. Cumy oddaliśmy o 1900. Wiatr spadł praktycznie do 1°B a potem ucichł na krótko. Ostatnie telefony, prognoza pogody od GUM  Radio i zaczęła się pierwsza noc na wodzie.

Nie mieliśmy wcześniej możliwości spróbowania pływania „w pełnym rynsztunku” wszystko było więc zupełnie nowe, wiele rzeczy musieliśmy jeszcze układać.

 

Dla mnie osobiście pierwsza noc na jachcie w każdym rejsie ma niesamowity wymiar. Każdemu wypłynięciu towarzyszy rozgardiasz i bieganina. Sztauowanie sprzętu, przygotowania jachtu, wszyscy działają na podwyższonych obrotach. Potem klarowanie jachtu po wyjściu w morze, rozmowy w których cały czas obecne są lądowe sprawy, podniecenie. Wieczór przynosi ze sobą wyciszenie tych wszystkich emocji. Jacht powoli uspokaja się, nagle wchodzi w normalny rejsowy porządek służb i odpoczynku. Na pokładzie pozostaje jedynie wachta. Zasypiając w pewnym sensie składamy nasz los w ich rękach.

Pozostając na pokładzie i wsłuchując się w to wszystko czuję coś jakby magię tych wydarzeń. Wtedy czuję, że rejs się zaczął.

Dla mnie jest to ważny moment każdego rejsu.

 

Żegluga

Podróż w tamtą stronę trwała trzy dni. Zgodnie z zapowiedziami towarzyszyły nam wiatry z kierunków południowych z tendencją do odkręcania na wschodnie. Warunki były fantastyczne – słońce, mocny sprzyjający wiatr, o niczym więcej nie mogliśmy marzyć.

Do Gotlandii zbliżaliśmy się wieczorem, niestety nie udało nam się zaobserwować światła latarni Hoburg. Wraz ze świtem przyszła mgła, która gęstniejąc ostatecznie uniemożliwiła nam określenie pozycji. Mgła była na tyle gęsta, że widoczność spadła do 50-100 metrów. Szczęśliwie przekroczyliśmy tor wodny, gdy widoczność była jeszcze kilkakrotnie lepsza. Zdecydowaliśmy się kontynuować żeglugę wiedząc, że na jachcie o takim zanurzeniu nie grozi nam stanięcie na mieliźnie.

Nadawaliśmy sygnały mgłowe, słyszeliśmy również sygnały innych statków.

Kiedy po kilku godzinach mgła ostatecznie opadła okazało się, że jesteśmy o ok. 1 Mm na wschód od latarni Falluden. A zatem trafiliśmy w Gotlandię, jednak nie z tej strony co należy…

Nadrobienie strat zajęło nam pół doby. Następnego dni ok. godz. 1900, już bez żadnych przygód dotarliśmy do portu Visby.

 

O Visby i jego urodzie można by napisać osobną relację. Ja skończę na tym, że dla mnie miasteczka wysp Bałtyku posiadają nieodparty urok i zawsze wracam do nich z przyjemnością.

 

Postój zajął nam półtorej doby. Poświęciliśmy go na zwiedzanie, uporządkowanie jachtu i zapasów i drobne naprawy. Cały czas poszukiwałem również prognoz pogody. Na środę zapowiadano 3-4 SE, potem we czwartek nawet do 5 S. W piątek miało odwrócić się na W, a następnie w sobotę na E.

Niezależnie od standardowych prognoz portowych skorzystałem z internetu w miejscowej bibliotece i tu dopiero uzyskałem pełen obraz sytuacji. Znad Półwyspu Jutlandzkiego nadciągał potężny front atmosferyczny. Oszacowałem, że powinien dotrzeć do nas w czwartek. To właśnie on był odpowiedzialny za zmianę wiatru S na W. Towarzyszyły mu wiatry do 7°B. Najsilniejsze miały być w połowie drogi pomiędzy Gotlandią a Polską.

Porównując czas jego przejścia z naszymi osiągami stwierdziłem, że pożeglujemy w silnym wietrze, ale nie w zbyt silnym, ponadto pod osłoną Gotlandii. Podtrzymałem więc decyzję o wyjściu we środę rano.

Cumy oddaliśmy ok. dziewiątej, żegnani przez kilkoro naszych sympatyków.

 

Powrót

W Visby nie było ani oficjalnego przyjęcia ani też pożegnania, o co dopytywali się niektórzy z naszych znajomych. Jednak, podobnie jak w Gdyni i na Helu, znalazło się kilka osób, dla których nasza wyprawa była znacząca. Byli to i Polacy, i Szwedzi, którzy przypłynęli tam z różnych zakątków Bałtyku. Kontakty z nimi wspominam bardzo sympatycznie.

Już pierwsze godziny powrotu dały nam znać, że nie będzie tak łatwo jak dotychczas. Silny wiatr zmusił nas do zarefowania grota i bezana, a potem do zrzucenia grota. Ostatecznie płynęliśmy na pełnym bezanie i foku. Cały czas obserwowaliśmy pogodę w oczekiwaniu mającego nadejść frontu, jednakże poza silnym wiatrem nic go nie zapowiadało. Świeciło mocne słońce było tylko dość chłodno.

Udało mi się odebrać jeszcze SMS z prognozą pogody od Adama Busza. Potwierdziła ona moje wiadomości.

Przez pewien czas chcieliśmy wykorzystać układ wiatrów, by dotrzeć na Utklippan – wyspę na podejściu do Karlskrony jednak ostatecznie musieliśmy zrezygnować z tego planu.

Wieczór zastał nas zmierzających do Burgsviku, gdzie chcieliśmy wejść aby schronić się przed wiatrem na noc. Pogoda jednak pokrzyżowała nasze plany i do Burgsviku nie dotarliśmy w ogóle.

Około trzeciej nad ranem ze wschodu nasunęły się chmury burzowe, widać było wyładowania pomiędzy nimi. Wiało cały czas z SE, siłę wiatru oszacowaliśmy na 7°B w porywach. Fala miała ok 1,5 metra wysokości – cały czas byliśmy schowani za Gotlandią. Sum sprawował się tych warunkach doskonale. Praktycznie żadna fala nie wchodziła na pokład dziobowy, do środka dostawały się co najwyżej pojedyncze bryzgi. Później, w ciągu dnia kilkakrotnie nabraliśmy wody przez dulki po zawietrznej w chwili kiedy zjeżdżaliśmy burtą z fali. Były to znikome ilości, jednak zaczęliśmy balastować.

Po pierwszym uderzeniu wiatru przyszedł deszcz. Niesamowicie mocny, jego krople wręcz kłuły gołą skórę. Wypłaszczył trochę fale i płynęło się spokojniej.

Silny wiatr utrzymywał się przez ok. 20 godzin. Cały czas pilnie obserwowaliśmy zmiany jego kierunku. Front przeszedł w nocy, mniej więcej sześć godzin szybciej, niż się go spodziewaliśmy. Cały dzień upłynął na żegludze w silnym wietrze. Kierunki zmieniały się SE – S – W, a siła 6, momentami 7, by na wieczór spaść do mocnej piątki. Trzeba pamiętać, że nie mieliśmy wiatromierza i siłę tę określaliśmy na podstawie zachowania jachtu i tego, co działo się na wodzie.

Wraz z wiatrem zmieniała się i fala. Niektóre z nich miały 2-2,5 metra wysokości (gdy stałem na gretingach Suma ich szczyty były wyraźnie ponad mną). Zdarzyła się tylko jedna fala, która mocno zalała nasz pokład dziobowy. Wtedy to właśnie sprawdził się idealnie nasz namiot przygotowany nad dziobową częścią jachtu.

Ranek trzeciego dnia powrotu powitał nas słabnącym wiatrem wschodnim.
Ostatecznie zatrzymaliśmy się… przy platformie wiertniczej Petrobaltic B. Wkrótce podpłynął do nas statek Afrodyta stanowiący jej zabezpieczenie. Dzięki niemu mogliśmy dać znać GUM Radio, że jesteśmy i że wszystko w porządku. Tak jak przypuszczałem trochę się o nas martwili.

W związku z brakiem wiatru zostaliśmy zaproszeni na pokład Afrodyty. Po raz kolejny przekonaliśmy się o tym jak bardzo ludzie morza różnią się od ludzi „z lądu”. Co prawda „ludzie morza” byli nieco zawiedzeni, że w naszej załodze nie ma harcerek, ale przecież nie można mieć wszystkiego.
Na Afrodycie wykąpaliśmy się i zostaliśmy poczęstowani herbatą. Zobowiązaliśmy się też szerzyć wieść wśród żeglarzy, że do platformy „A” nie wolno się zbliżać na 0,5 Mm a do „B” na 2,5 Mm! Co niniejszym czynimy  : )

 Po kilku godzinach powiał wiatr. Zgodnie z oczekiwaniami z E i taki następnego dnia zawiał nas do Helu, gdzie powitali nas znajomi oraz Bosman Portu i strażnik SG.

Rejs się zakończył, zostało jedynie przejście do Gdyni. Tam oczekiwał nas Dyrektor Urzędu Morskiego w Gdyni – pan Andrzej Królikowski. Pozostało jedynie odwieźć jacht do Szczecina i zakończyć sprawy formalne.

 Rejs skończył się definitywnie, została garść wspomnień, trochę znajomości, kilka nauczek na przyszłość i olbrzymia satysfakcja.

 Jerzy Kasprzak

 Jerzy Kasprzak – jachtowy sternik morski, instruktor żeglarstwa, Komandor Harcerskiego Ośrodka Wodnego „Stanica”
we Wrocławiu, podharcmistrz. Szef wyprawy i jej kapitan. [przypis: Zenon Szostak, 2002]

 


 

Zenon Szostak

Z marzeń i snów…

Jerzy Kasprzak, organizator i kapitan wyprawy szalupą na Gotlandię, pisał w materiałach informacyjnych o rejsie , że chcą pokazać, iż nie należy rezygnować z marzeń, że można zrealizować każdy pomysł, pod warunkiem wykazania się zaradnością, umiejętnością poczynienia odpowiednich przygotowań i wspólnego przeciwstawienia się trudnościom.

Zrealizowanie marzenia, idea przekuta w czyn, pokazanie innym, że wystarczy jedynie mocno chcieć, by wydarzyło się to, czego pragniemy – to najważniejsze dla dzielnych żeglarzy z Wrocławia.

W tych wyznaniach wrocławskich harcerzy o marzeniach i ich realizacji pobrzmiewa echo conradowskich myśli. W eseju „Well done” (Dobra robota) z 1918 roku, Joseph Conrad pisze, że to jest zwykły los człowieka, że jego najlepsze osiągnięcia rodzą się z marzeń i snów, za którymi podąża wiernie ku nieznanemu przeznaczeniu… A w innym miejscu: marzycielstwo to straszna rzecz i jest na nią tylko jedna rada, jedno lekarstwo: iść trop w trop za swoim marzeniem.

Więc szli, przez długie miesiące, od połowy września ubiegłego roku, od momentu wywieszenia kartki w Harcerskim Ośrodku Wodnym „Stanica” o zamiarze wyprawy szalupą przez Bałtyk. Szli trop w trop za swoim marzeniem, za ideą przekuwaną w czyn. Bo przecież nic się czynem nie stało, co wpierw nie było marzeniem. Powiedział to człowiek, którego trudno posądzać o marzycielstwo, był bowiem wielkim realistą – to Napoleon.

Z takich marzeń i snów o potędze rodzą się zdarzenia które zapładniają wyobraźnię innych, szczególnie młodych ludzi. I tak jak rejs Kuczyńskiego sprzed 65-ciu lat pobudził do działania wrocławskich harcerzy, tak oby tegoroczna wyprawa na Gotlandię rozbudziła ochotę do aktywności u innych. Bo czymże byłby duch ludzki bez działania? – stałby się rzeczą martwą – jak uczy nas Conrad….

(zs)
2002


[1] Zdjęcie ze strony www Szkoły Podstawowej w Karwi, której patronem jest kpt. Jan Kazimierz Kuczyński <http://www.spkarwia.pl/patron.html>. [przypis: Żeglujmy Razem, 2014]

[2]  „popłynęło nas sześciu” – to dziwny zbieg okoliczności, gdyż szalupą harcmistrza Jana Kuczyńskiego Wiking też płynęło sześciu żeglarzy: K. Głuski, S. Smoleniec, St. Frankiewicz, J. Zaniewski, (studenci Politechniki Warszawskiej), A. Aleksandrowicz (student Politechniki Lwowskiej) i Jan Kuczyński. Ale z wyjątkiem J. Kuczyńskiego i A. Aleksandrowicza pozostali nie mieli nic wspólnego z morzem i żeglarstwem (czego nie można powiedzieć o żeglarzach wrocławskich). [przypis: Zenon Szostak, 2002]

[3] Sum – nazwa własna szalupy DZ z Jacht Klubu AZS w Szczecinie, którą wrocławscy harcerze odbyli rejs na Gotlandię i z powrotem. Wymiary główne szalupy: dł. całk. – 8,50 m, szerok. – 2,20 m, wysokość boczna – 2,03 m, zanurzenie – 0,40/1,50 m, pow. żagli – 29,0 m kw.; ożaglowana jako kecz gaflowy; materiał kadłuba – laminat poliestrowo-szklany, rok budowy – 1984 (Morska Stocznia Jachtowa im. Leonida Teligi w Szczecinie). [przypis: Zenon Szostak, 2002]

[4] EPIRB – radiopława awaryjna (Emergency Position-Indicating Radio Beacon) nadająca w niebezpieczeństwie sygnał wzywania pomocy na częstotliwości 406 MHz. W sygnale zakodowana jest nazwa jednostki i kraj, w którym została zarejestrowana. Odbiór sygnału przez satelity pozwala ośrodkom naziemnym ratownictwa dokładnie zlokalizować radiopławę, a tym samym jednostkę pływającą, która ją uruchomiła i podjąć akcję ratowniczą. [przypis: Zenon Szostak, 2002]

ZZ_2002_nr_2

(kr)
Żeglujmy Razem

7 lipca 2014
www.ZeglujmyRazem.com

Calendar

« August 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

LATO

 

– Ładnie dzisiaj… chociaż nie bardzo… No, jednak… Słowem, nie brzydko, a to najważniejsze… Tak. Nie pada deszcz, nie ma też śniegu.
– To byłoby dziwne, jest przecież lato.
– Proszę mi wybaczyć, właśnie to chciałem powiedzieć… chociaż dowie się pani, że można się wszystkiego spodziewać.
– Zapewne.
– Na tym świecie, proszę pani, niczego nie możemy być pewni.

 

* * *

Pyszne lato, paw olbrzymi,
stojący za parku kratą,
roztoczywszy wachlarz ogona,
który się czernią i fioletem dymi,
spogląda wkoło oczyma płowymi,
wzruszając złotą i błękitną rzęsą.
I z błyszczącego łona
wydaje krzepkie krzyki,
aż drży łopuchów zieleniste mięso,
trzęsą się wielkie serca rumbarbaru
i jaskry, które wywracają płatki
z miłości skwaru,
i rozśpiewane, więdnące storczyki.


O, siądź na moim oknie, przecudowne lato,
niech wtulę mocno głowę w twoje ciepłe pióra
korzennej woni,
na wietrze drżące — —
niech żółte słońce
gorącą ręką oczy mi przesłoni,
niech się z rozkoszy ma dusza wygina
jak poskręcany wąs dzikiego wina. —

 

= = = = = = =

Lato – jedna z czterech podstawowych pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego, na półkuli północnej najcieplejsza… bla-bla-bla.

Ponieważ to – było nie było – kalendarz, więc zbiór cytatów i silva rerum z cyklu „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie!”, nie od rzeczy będzie po raz kolejny „palnąć koncept z kalendarza”, czyli polecieć stereotypem. Ale miłym, bo któż z pokoleń pamiętających rok 1960 nie śpiewał:

Lato, lato, lato czeka,
Razem z latem czeka rzeka,
Razem z rzeką czeka las,
A tam ciągle nie ma nas .

Już za parę dni, za dni parę
Weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów, Pitagoras – bądźże zdrów ,
Do widzenia wam „canto, cantare”!

Dla tych, którzy nie pamiętają: to fragment piosenki z filmu Szatan z siódmej klasy – tego oryginalnego, z roku 1960, w reżyserii Marii Kaniew­skiej, w którym debiutowała na ekranie studentka polonistyki Pola Raksa (poróżniła nas, za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał – śpiewa od 1982 roku Grzegorz  Markowski z Perfectu tekstem Bogdana Olewicza). Co dodaję, bo jest też wersja tego filmu z roku 2006, której autorów wymieniać, przez grzeczność, nie będę.
Przez tę samą grzeczność (choć z innych pobudek) dodam, że tekst piosenki napisał Ludwik Jerzy Kern, muzykę – Witold Krzemieński, a wersję oryginalną zaśpiewała Halina Kunicka z Orkiestrą Taneczną PR pod dyrekcją Edwarda Czernego. Szacunek!

==========================

Lato astronomiczne rozpoczyna się od przesilenia letniego i kończy z równonocą jesienną.

Przesilenie letnie Słońca (solstycjum) na półkuli północnej wypada w dniu, kiedy Słońce góruje w zenicie na szerokości zwrotnika Raka.
Kąt padania promieni słonecznych (w południe) w dniu przesilenia letniego w centrum Warszawy – leżącym na północnym równoleżniku 52°13’ – wynosi 61°14’. Podczas przesilenia dzień jest najdłuższy (a noc najkrótsza) w roku.

Równonoc (ekwinokcjum) to dzień, w którym Słońce góruje w zenicie nad równikiem; zdarza się dwa razy w roku: jako początek wiosny (równonoc marcowa – wiosenna) i koniec lata (równonoc wrześniowa – jesienna). Podczas równonocy długość dnia równa jest długości nocy. W dniach równonocy Słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Łatwo wtedy można obliczyć szerokość geograficzną miejsca obserwacji: wystarczy zmierzyć w stopniach wysokość górującego Słońca i odjąć tę wartość od 90º.
W centrum Warszawy (52°13’ szerokości geograficznej północnej) dokładny pomiar powinien wykazać właśnie 52°13’.

W pierwszym ćwierćwieczu XXI w. lato na półkuli północnej zaczyna się 21 czerwca (jedynym wyjątkiem jest rok 2024: 20 czerwca, ale 69 minut przed północą!) i trwa do równonocy jesiennej, czyli do 22 lub 23 września
(2018 – 23 IX).

Podczas lata astronomicznego dzień jest dłuższy od nocy, jednak z każdą dobą dnia ubywa, a nocy przybywa. Słońce wschodzi coraz później i góruje na coraz mniejszych wysokościach nad horyzontem.
Za miesiące letnie na półkuli północnej uznaje się czerwiec, lipiec i sierpień.
Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku: tam miesiące letnie to grudzień, styczeń i luty.

 

Lato klimatyczne to ten okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza przekraczają 15°C. Pomiędzy latem klimatycznym i sąsiednimi klimatycznymi porami roku nie ma etapów przejściowych, w przeciwieństwie do zimy poprzedzanej przedzimiem i następującym po niej przedwiośniem.

 

Rzeczownik „lato” w liczbie pojedynczej dawniej (a dziś w gwarach) znaczył „rok”.

Mąż z królem Bolesławem poszedł na Kijowiany
Lato za latem bieży, nie masz go z bojowiska

pisał Mickiewicz (w jakim utworze – wiadomo).
W języku ogólnopolskim przetrwał w tym znaczeniu do dziś: w liczbie mnogiej rzeczownika „rok”, jako jego forma supletywna. A i w gwarach ma się jak najlepiej: latoś znaczy tyle co ‘w tym roku’, a latosi – ‘tegoroczny’.

 

W terminologii kościelnej istnieje termin „miłościwe lato” oznaczający Rok Jubileuszowy lub Rok Święty (Annum Sanctum), połączony z odpustem, którego jednym z warunków jest odwiedzenie określonych kościołów: niegdyś tylko w Rzymie, dziś – na całym świecie.
Po raz pierwszy obchodzono go w roku 1300 za papieża Bonifacego VIII. Pierwotnie miał się powtarzać co 100 lat, ale zaraz Klemens IV skrócił ten okres o połowę, a Paweł II do 25 lat.
Do tego dochodzą „okazje specjalne”, np. Pius XI ogłosił rok 1933 Świętym dla przypomnienia 1900. rocznicy śmierci Chrystusa, a Benedykt XVI za Annum Sanctum uznał rok 2008, w drugie tysiąclecie od narodzin św. Pawła.

 

Latem, od V w., Kościół wschodnio-chrześcijański obchodził koimesis (gr. Κοίμησις, zaśnięcie) Najświętszej Maryi Panny w przeświadczeniu, że Maryja nie umarła jak zwykły człowiek, lecz została zabrana do Nieba.
W chrześcijaństwie zachodnim, kiedy w VII w. to święto zostało przyjęte w Rzymie, termin „zaśnięcie” został zastąpiony przez „wniebowzięcie”.
W Kościele katolickim, w roku 1950, Pius XII, ogłosił dogmat, stwierdzający, że Maryja, po zakończeniu ziemskiego życia, mocą Bożą została z ciałem i duszą wzięta do wiecznej chwały.

Cerkiew prawosławna obchodzi święto Zaśnięcie Bogurodzicy 15 sierpnia (28 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego).

Protestanci przeciwstawiają się dogmatowi o wniebowzięciu, podając jako argument brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat w Biblii.

W Polsce dzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia) jest wolny od pracy. Tego samego dnia obchodzone jest Święto Wojska Polskiego (przywrócone w 1992).

Święto Wniebowzięcia nazywane jest Świętem Matki Boskiej Zielnej, ponieważ w czasie obrzędów błogosławi się wiązanki ziół i kwiatów.
Według wiary ludowej pobłogosławiony bukiet nabiera cudownych, leczniczych właściwości. Wierni, wracając z kościoła, zostawiali go wśród upraw, gdzie miał przynieść szczęście w zbiorach. Po kilku dniach bukiet zabierany był do domu: najpierw obnoszono go po izbach, a później przechowywano w eksponowanym miejscu, które dawało pewność, że jego moc będzie działała.

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
lato to:

białoruskiлетa [lieta]
bośniackiljeto
bułgarskiлято [liato]
chorwackiljeto
czeskiléto
kaszubskilato
litewskivasara
łużycki (dolny)lěśe
łużycki (górny)lěćo
łotewskivasara
macedońskiлетo [lieto]
rosyjski
летo [lieto]

serbskiлетo [lieto]
słowackileto
słoweńskipoletje
ukraińskiліто [lito]
żmudzkivasara

 

Przysłowia związane z latem:

Co się w lecie zarobi,
tym się w zimie żyje.

Co w lecie nogami,
to w zimie rękami.

Dobra nowina:
będzie lato, poszła zima.

Idą za szczęściem
iáko iáskołki zá látem.

Jak w zimie piecze,
to w lecie ciecze.

Kto latem pracuje,
zimą głodu nie poczuje.

Kto latem w chłodzie,
ten w zimie o głodzie.

Kto w lecie nie zbiera,
w zimie przymiera.

Kto w lecie próżnuje,
w zimie nędzę czuje.

Latem zbiera baba grzyby,
a chłop w niedzielę
idzie z wędą na ryby.

Lecie mi go nie chłódź,
zimo mi go nie grzej.
[o człowieku, któremu dogodzić trudno, i tak mu źle i tak niedobrze]

Lepsze jedno lato niż dwie zimy.

Mnima káżdy iż wiecznie
Iuż ták ma być láto
.

[Rej, Wizerunk własny żywota człowieka poczciwego, 1558]

Na to jak na lato.
[wyrażenie oznaczające wielką ochotę, skwapliwą zgodę]

O, co bym ja dała za to,
gdyby zawsze było lato.

To pewna nowina:
bywszy lato, będzie zima.

Trzebá się rozmyśláć ná to
Iż nie iutro będzie láto.
[Rej, Zwierciadło, 1568]

W lecie bez roboty,
w zimie bez butów.

Za lata zbieraj na zimę.

 

Przysłowie na
Matkę Boską Szkaplerzną
(16 VII)

Wraz z Szkaplerzną Matką
na zagon, czeladko!

 

Przysłowia na
Wniebowzięcie N.M.P.
(15 VIII)

Do Marji Wniebowstąpienia
miej w stodole połowę mienia.

Gdy w pogodę do nieba Maria wstępuje,
wino Węgrom obfite jesień obiecuje.

Marji Wniebowstąpienie
czyni reszty zboża plenie.

Na Wniebowzięcie
pokończone żęcie.

Pogoda na Wniebowzięcie,
ciężkie ziarno wnet po sprzęcie

W Wniebowzięcie Panny Marji
słońce jasne,
będzie wino godnie kwaśne.

 

Większość przysłów za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Cytaty na wstępie:
Ionesco, Eugène. Lekcja (La Leçon). (1950) Tłum. Jan Błoński.

Pawlikowska-Jasnorzewska, Maria. „Pyszne lato”. Niebieskie migdały (1922)

SIERPIEŃ – ósmy miesiąc roku (wg używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego), ma 31 dni.

Według Aleksandra Brücknera (1856-1939; chyba już zapamiętaliście, że był to filolog, slawista, historyk literatury i kultury polskiej, znawca staropolszczyzny) nazwa pochodzi od sierpa żniwnego, tak samo jak w czeskim (srpen), ukraińskim (серпень) i chorwackim (srpanj ‛lipiec’).
A Samuel Bogumił Linde napisał w swoim Słowniku (1812): „sierpień od sierpa rzeczon, bowiem tego miesiąca iuż wszelkie zboża sierpa a źniwa potrzebują”.

 

W Rzymie, przed 46 p.n.e., miesiąc odpowiadający czasowo naszemu sierpniowi był szósty w kalendarzu i nazywał się Sextilis (jeśli ktoś myśli, że to znaczy to, na co wygląda, to nie wnoszę sprzeciwu: już/jeszcze mamy demokrację i każdemu wolno kojarzyć, co z czym chce).

W 46 p.n.e. Juliusz Cezar zarządził reformę kalendarza, wg której pierwszym miesiącem roku stał się Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).

Mimo że już nie szósty a ósmy, Sextilis utrzymał swą nazwę do 8 roku p.n.e., kiedy to – jak twierdzi Swetoniusz (De Vita Caesarum; Divus Augustus, 31.2) – wybrał go na „swój” miesiąc Oktawian August (Octavianus Divi Filius Augustus), pierwszy władca Imperium Rzymskiego (panował od 27 p.n.e. do 14 n.e.).
Nazwa miała upamiętniać zwycięstwa Oktawiana w Egipcie, zamienionym w 30 r p.n.e. w prowincję rzymską.
Ceną tego była m.in. samobójcza śmierć Marka Antoniusza (wcześniej uciekł z pola bitwy pod Akcjum, więc nie żałuję), Kleopatry (której żałuję, bo to nie była aż tak zła kobieta) i śmierć 17-letniego Cezariona (syn Kleopatry i Juliusza Cezara), uduszonego na specjalny rozkaz Oktawiana, któremu pewien filozof-doradca powiedział „Nie jest dobrze, gdy na świecie jest zbyt wielu Cezarów” (no, słów brak!).
Egipt, jak widać, nie zawsze był krainą bajek, a wszystkie te zgony miały miejsce w sierpniu – miesiącu Oktawiana!

Historię piszą zwycięzcy. Dziś większość języków europejskich nazywa ósmy miesiąc roku właśnie wariantami słowa zapożyczonego z łaciny: Augustus. Nawet Grecy używają Αύγουστος, choć mają piękne nazwy historyczne: delficki βουκάτιος (Boukatios), lacedemoński Καρνεῖος (Karneios), delijski Μεταγειτνιών (Metageitnion), beocki Ἱπποδρόμιος (Ippodromios) czy cypryjski Ἔσθιος (Esthios). Ale cóż – wiadomo: na wyspie Cypr mówią, że myszy jedzą żelazo.

 

1 sierpnia – święto państwowe w Polsce: Narodowy Dzień Pamięci Powstania Warszawskiego.

 

2 sierpnia – w Polsce: Dzień Pamięci o Porajmos – Zagładzie Romów i Sinti dokonanej przez III Rzeszę Niemiecką i zaplanowanej na szczeblu państwowym.

Hitlerowskie Niemcy za jedną z podstaw swej ideologii przyjęły czystość rasową i supremację ludu ger­mań­skiego – najczystszej gałęzi rasy aryjskiej.
Jak było z Żydami i żydami – wiadomo: obcy rasowo Semici (co ciekawe, przedstawiciele rasy panów z Arabami jakoś się dogadywali) zostali uznani za podludzi, pasożytów i element niepożądany.
„Naukowy rasizm” (notabene wymyślony nie przez Niemców) nie mógł sobie jednak poradzić z prostym faktem, że w Europie jedynymi bezpośrednimi potomkami Ariów byli właśnie Cyganie. Do tego koczowniczy tryb życia Romów utrudniał ich kontrolę przez państwo totalitarne, stąd w III Rzeszy zostali oni uznani za „element aspołeczny”.
Oba te czynniki, podczas rozpatrywania Zigeunerfrage („kwestii cygańskiej” – jak to eufemistycznie określił reżim), zdecydowały o „eliminacji” czyli wydaniu wyroku śmierci na cały naród usankcjonowanego przez system prawny państwa. Za Rzeszą poszły kraje wasalne, m.in. Rumunia, Chorwacja, Słowacja, Węgry. W przypadkach jednostkowych nazywa się to „morderstwo sądowe”. Wobec zbiorowości jest to ludobójstwo.
Nie ma dokładnych danych dotyczących tej zbrodni. Ocenia się, że w podbitej lub zdominowanej przez nazizm Europie, z liczącej ok. miliona osób populacji Romów, zginęło od 200 do 500 tysięcy ludzi, a prof. Zbigniew Brzeziński uważa, że liczba ofiar Porajmosu sięga 800 tysięcy (Out of Control: Global Turmoil on the Eve of the Twenty-First Century. New York, NY : Simon & Schuster, 1994).

Romowie nie mieli swego Szymona Wiesenthala ani państwa, które by się za nimi ujęło. Nie mieli swego Pabla Picassa, który uświadomiłby światu, że dokonano na nich ludobójstwa.  O Holokauście czy o zbrodni popełnionej na mieście Guernica świat wie prawie wszystko. O Porajmosie – mimo odosobnionych zadośćuczynień – niewiele, prawie nic.
Odpowiedzmy sami sobie: co wiem o nim ja?

 

15 sierpnia
kościelne święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (w Polsce – dzień wolny od pracy) – patrz wyżej w okienku LATO.

święto Wojska Polskiego, obchodzone w rocznicę zwycięskiej bitwy warszawskiej w 1920, stoczonej w czasie wojny polsko-sowieckiej (1919-1921).

 

 

Trzeci weekend sierpnia – Międzynarodowy Weekend Latarni Morskiej i Latarniowca (International Lighthouse and Lightship Weekend) – święto zainicjowane w 1997 r. przez dwóch Szkotów dla upamiętnienia pierwszej ustawy o latarniach morskich, uchwalonej przez Kongres USA w 1789 roku.
Święto obchodzone jest na całym świecie głównie przez radioamatorów, którzy w ten weekend muszą nadawać (i odbierać) z najbliższej latarni morskiej. Jednym z celów święta jest ochrona i renowacja zabytkowych latarni morskich i latarniowców. Zajrzyjcie na: https://illw.net/index.php
Rekordowy był rok 2014: radioamatorzy z 56 krajów zajęli 544 latarnie.
W tym (2018) roku ILLW trwa 48 godzin: od 0001 GMT 18 sierpnia do 2400 GMT 19 sierpnia.
W roku ubiegłym krótkofalarze z 47 krajów nadawali podczas Latarniowego Weekendu z 453 latarni morskich. Wśród nich było tylko trzech nadawców z Polski. Co na to SP-5 ATV MM?

 

 

23 sierpnia 1989

2 miliony obywateli krajów bałtyckich utworzyło żywy łańcuch mający ponad 600 km długości, łączący Litwę, Łotwę i Estonię (wówczas pod okupacją sowiecką, jako republiki ZSRS).
Było to w 50. rocznicę podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow, którego tajny protokół oddawał pół Polski Hitlerowi a drugie pół i państwa bałtyckie – Stalinowi.

w 2008 Parlament Europejski ustanowił w tym dniu Europejski Dzień Pamięci Ofiar Stalinizmu i Nazizmu.

Międzynarodowy Dzień Pamięci o Handlu Niewolnikami i jego Zniesieniu, ustanowiony w 1998 przez ONZ w rocznicę wybuchu powstania niewolników na Santo Domingo (dziś Haiti). Od 1803 roku w tłumieniu powstania wzięły udział – przykro mówić – oddziały polskie z Legionów Dąbrowskiego wysłane tam przez Napoleona. Na szczęście dla Haitańczyków (i naszej reputacji) przegrały, a wojska Pierwszego Konsula musiały ewakuować się z wyspy.
1 stycznia 1804 Haiti uzyskało niepodległość jako drugie niezawisłe państwo po zachodniej stronie Atlantyku, chociaż to, co się tam działo później, to osobna (i koszmarna) historia.

 

 

30-31 sierpnia 1980 (oraz: 3 i 11 września) – cztery komitety strajkowe (w Szczecinie, Gdańsku, Jastrzębiu-Zdroju i Dąbrowie Górniczej) podpisują porozumienia z rządem PRL. Kończy to okres zwany „wydarzenia sierpnia 1980”. Na podstawie jednego tych porozumień zarejestrowano w listopadzie 1980 NSZZ Solidarność.

 

 

Znaki Zodiaku w sierpniu:

Lew (♌) – do 22 sierpnia.
Panna (♍) – od 23 sierpnia.

Samochwalstwo Lwów (i Lwic) zdemaskowane zostało w poprzednim odcinku.
A Panny? Czyżby były dużo lepsze?
Oficjalnie – oczywiście, przecież inaczej nikt by horoskopów nie czytywał, ani (tym bardziej) nie kupował. A jednak:

…bardziej osobiste wiązanie się z ludźmi urodzonymi pod tym znakiem to rzecz beznadziejna, bo Panna – zarówno rodzaju męskiego, jak i żeńskiego – jako partner (we wszystkich aspektach) wykazuje wdzięk słonia i pomysłowość królika. Dzieci ze związku Panny z jakimkolwiek innym znakiem kończą na ogół w klinikach dla nerwicowców.

Nawet Wiki, zazwyczaj bardzo układna, podaje że Pannom przypisywana jest „refleksyjność" (a nie jest to bezmyślność?), „podatność na poglądy innych osób” („mądrość ludowa nazywa takiego „kurek na kościele”, czyli „skąd wiatr powieje…”), nadmierna wrażliwość, mała odporność na krytykę i „nadmiernie zamartwianie się o perfekcyjność”.
Zwłaszcza to ostatnie, choć ładnie opakowane w słowa, budzi grozę – przypomnijcie sobie film Sypiając z wrogiem (Sleeping with the Enemy, 1991) z Julią Roberts: tak poukładać ręczniki w szafie mógł tylko osobnik spod znaku Panny.
Truizmem będzie dodanie, że w zodiakalnej układance rządzą Bliźnięta.

 

Kwiaty sierpnia:

mieczyk (Gladiolus L.) – piękny i magiczny. Daje się go zwłaszcza osobom obchodzącym 40-tą rocznicę (w tradycji francuskiej to rocznica szmaragdowa; w anglosaskiej – rubinowa) ślubu, lub czegokolwiek.

mak (Papaver somniferum L.) – symbol pokoju, snu i śmierci. Nie będzie żadnych detali na temat tego, co się robi z makówek, makowego soku i nasion, bo raz – wszyscy wiedzą, dwa – po co nam te kłopoty gdyby co. Wystarczy wspomnieć, że znajoma tłumaczyła się gęsto amerykańskim celnikom, iż mak, który wiezie z Polski, wykorzysta tylko do produkcji makowca. Nie wwiozła – zabrali. Z czego wynika, że makowiec – groźna rzecz. Strach się bać!

 

Kamienie sierpnia:

perydot – jeśli o takim nie słyszeliście, to może Wam coś wyjaśni informacja, że jest to szlachetna odmiana oliwinów. Też nic? Mnie też nic.
Więc: wikipedia. Jak zawsze swojska, bo wyjaśnia, że perydot nazywano szmaragdem ubogich i że noszono go, by uspokoić nerwy, pozbyć się złości, depresji oraz na dobry humor. Mądrzej się nie zrobiło, ale trochę weselej, prawda?

sardoniks – czyli rodzaj onyksu, który z kolei, podobnie jak heliotrop czy karneol, jest odmianą chalcedonu. Tu już cieplej, bo właśnie w chalcedonie rzeźbione są najcenniejsze antyczne gemmy: kamee i intaglia.
Jeśli jesteście w Polsce, możecie zobaczyć bizantyjską gemmę z heliotropu w Muzeum Narodowym Ziemi Przemyskiej w Przemyślu, albo gemmę Gordiana III z karneolu (są tylko dwa takie medaliony na świecie, drugi jest w British Museum) w Międzyrzeczu (woj. lubuskie) – na ogół pokazują tam tylko kopię, bo nie mają pieniędzy na stałych strażników; a nie lepiej gemmę sprzedać i strażników zatrudnić? Nie byłoby czego pilnować (więc skuteczność stuprocentowa), ale ludzie by sobie trochę zarobili.
Sardoniks to odmiana onyksu z warstwami o dominujących odcieniach czerwieni, klejnot ten zdobi piątą warstwę fundamentu pod murem Miasta Świętego – Jeruzalem. Tak twierdzi św. Jan w Apokalipsie (21:20) i chyba najbezpieczniej to przyjąć na wiarę.

 

Z sierpniem – tak naprawdę – nie wiadomo, jak jest.
Niby porządny, bo jeszcze wakacyjny (plus), ale wakacje kończący (minus).
Niby długi, bo 31 dni (plus), ale ci, co na etacie, pracują więcej za te same pieniądze (minus).
Niby ciepły, bo lato (plus), ale pod koniec w rowie się nie prześpisz (minus).
Niby się ładnie nazywa po polsku (plus), ale sierp zbyt dobrze (od 1917) się nam nie kojarzy (minus).
Niby się ładnie nazywa po polsku (plus), ale jego łacińska i zlatynizowana nazwa to krańcowy przykład oportunizmu wobec władzy (minus).
Niby miesiąc Cudu nad Wisłą (plus), ale gdy się głębiej zastanowić, czemu tę wygraną bitwę nazwano „cudem”, to… (minus).
Sierpień 2014 zapunktował specjalnie: miał 5 piątków, 5 sobót i 5 niedziel (plus, bo pracy mniej). Ale niewiele z tego wynika, bo poprzedni taki miesiąc był w roku 1191, a następny będzie w 2837 – podobno, bo komu by się chciało sprawdzać…
Tak więc w 2014 minusy mogły nie przesłaniać nam plusów, ale w inne lata? Lepiej nie myśleć…

 

Imieniny w sierpniu są ciekawe:

  • Dorota (7 VIII) – bo tak miała na imię żona Kochanowskiego, który pisał do niej:

Nieprzepłacona Doroto,
Co między pieniędzmi złoto,
co miesiąc między gwiazdami,
Toś ty jest między dziewkami!
[…]
Szyja pełna, okazała,
Piersi jawne, ręka biała.
[…]
A kiedy cię pocałuję,
Trzy dni w gębie cukier czuję!

Pisze dziś kto tak o żonie?

  • Romuald i Roman (9 VIII) – bo kto nie wie, czy to jest pytanie czy hasło, to wie niewiele o polskich zespołach kultowych;
  • Jacek (17 VII) – bo tak ma na imię przyjaciel, z którym chodziłem do jednej klasy od pierwszej podstawowej do matury i przyjaźnię się przez całe życie; a chociaż dwa lata temu odpłynął do Hilo, odbieram go w czasie teraźniejszym, bo nie umiem inaczej;
  • Maria (15 VIII) – bo Maria; piękne imię i piękny dzień; mimo, że tego samego dnia obchodzi imieniny Napoleon;
  • Męcimir (21 VIII) – bo już chyba nikt nie nosi tego imienia i na mirnym polu semantycznym pozostał tylko Kazimierz.

Wszystkiego najlepszego!

 

Urodziny w sierpniu – tu jest kłopot, bo uważam, że Damy mogą obchodzić maksymalnie 20-te urodziny, a dalej mają tylko imieniny (nawet kilka razy w roku). Tak więc sierpniowe imprezy urodzinowe (Dżentelmeni) i imieninowe (Damy) urządzają:

•   10-go – Dama niezwykła, która nie tylko wie, co to jest bartyzana, kroksztyn, loksodroma i funkcja przesunięta o wektor długości, ale też docenia znaczenie zapałek i to, że muszą one leżeć zawsze na swoim miejscu, co rokuje jak najlepiej rejsom przez Nią prowadzonym i tym, w których bierze udział;

•   11-go – kapitan i pilot (latający, nie portowy) zwany Krzysztofem Młodszym, jedyny kapitan żaglowców pochodzący z Piotrkowa Trybunalskiego; jeśli nie wiecie, o kim mowa, to zobaczcie, kto dostał wyróżnienie w konkursie Rejs Roku za kapitanowanie Pogorią ze SzPŻ-2016 i kto jest współredaktorem strony www.ZeglujmyRazem.com

•   13-go – pewna Dama, do której żywię ogromną atencję, a jeszcze bardziej jestem wdzięczny za… (już ona wie za co);

•   26-go – inna Dama, pochodząca z Kuby, bardzo mądra, o innych przymiotach nie wspominając.

¡Damas y Caballeros!
Najserdeczniejsze życzenia!

 

 

Śluby i wesela w sierpniu:
no cóż, skoro ktoś musi…
Filozof powiedział kiedyś, że czy zrobisz tak, czy tak – i tak będziesz żałować (myśli mądrych ludzi wiecznie żywe).
A jedna z osób mi znajomych akurat się rozwodzi…

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
ósmy miesiąc roku to:

białoruskiжнівень [żniwień]
bośniackiaugust
bułgarskiавгуст [avgust]
chorwackikolovoz
czeskisrpen
kaszubskizélnik (też: zelan, august, sërpiń)
litewskirugpjūtis
łatgalskilabeibys (też: augusta)
łotewskilabeibys
łużycki (dolny)jacmjeński (też: awgust)
łużycki (górny)žnjenc
macedońskiaвгуст [avgust] lub жетвар [żetvar]
rosyjskiaвгуст [avgust]
serbskiaвгуст [avgust]
słowackiaugust
słoweńskiavgust
ukraińskicерпень [serpień]
żmudzkirogpjūtis

 

Przysłowia związane z sierpniem:

Czego sierpień nie uwarzy,
wrzesień tego nie upiecze.

Kiedy sierpień następuje
resztki zboża koszą,
albo sierpem dożynają
i przepiórki płoszą.

Lekarstwo często nie służy
w sierpniu, jeśliś zdrów i duży;
nie skąp sobie, nie cierp głodu,
wypij spory kufel miodu.

Od głodnych cierpień –
najlepsze lekarstwo sierpień

Sierpień pogodny
winom przygodny.

Sierpień,
ten spoczynku nie chce dać,
bo każe orać i siać.

W sierpień sierpuj,
z prac nie cierpuj.

W sierpniu,
gdy zagrzmi strony północnymi
ryb klęska
i co czołga się po ziemi.

W sierpniu mgły na górach
– mroźne Gody
mgły w dolinach
– dla pogody.

W sierpniu przewodzi sierp,
mitręgi nie cierp.

W sierpniu wszelki zbytek
nie idzie w pożytek.

Z sierpem w ręku witać sierpień:
wieleć uciech, wiele cierpień.

Zima nie przynosi pożytku,
ale bez niej nic nie zbiera Sierpień.

 

Przysłowia na
św. Dominika
(4 VIII)

Na świętego Dominika
zboże z pola do gumn zmyka.

Na święty Dominik
kopy z pola myk, myk.

Gdy ciepło na Dominika,
ostra zima nas dotyka.

 

Przysłowia na
św.
Kajetana (7 VIII)

Św. Kajetanie, strzeż od deszczu zboża zebranie.
Św. Kajetanie, strzeż od deszczu sprzątanie.

 

Przysłowia na
św.
Wawrzyńca (10 VIII)

Gdy na Wawrzyńca orzechy obrodzą,
to w zimie mrozy dogodzą.

Gdy na Wawrzyńca słota trzyma,
do Gromnic lekka zima.

Wawrzyniec pokazuje,
jaka jesień następuje.

Przez przyczynę Wawrzyńca męczennika
chroń Boże pszczółki od szkodnika.
[na południu Polski św. Wawrzyniec uważany jest za patrona pszczelarzy, dlatego w dniu jego święta święci się miód odmawiając przy tym tę modlitwę]

 

Przysłowia na
św. Rocha
(16 VIII)

Na św. Roch
w stodole groch.

Od św. Rocha
na polu socha
[czyli zaczynają się jesienne orki]

 

Przysłowia na
św. Jacka
(17 VIII)

Z jaką pogodą Jacek przybywa,
taka jesień bywa.

Jeśli na Jacka nie panuje plucha,
to pewnie zima będzie sucha.

Na świętego Jacka
najecie się placka.

Na święty Jacek
z nowej pszenicy placek.

O, święty Jacku z pierogami!
Święty Jacku z pierogami, zmiłuj się nad nami!
[To nie żart! Poszukajcie historii św. Jacka Odrowąża, a przekonacie się sami!]

 

Przysłowia na
św.
Bartłomieja (24 VIII)

Od Bartłomieja
lepsza w stodole nadzieja.

Po Bartłomieju
jedz kluski na oleju.

Na święty Bartłomiej
śmiało żyto siej.

Przyszedł św. Bartłomiej –
żytko na zimę siej.

Jak Bartłomiej nie zasieje,
nie pokropi św. Idzi (1.IX),
 to się żyta w polu nie uwidzi.

Bartłomiej zwiastuje,
jaka jesień następuje.

Bartłomieja cały wrzesień
naśladuje i z nim jesień.

 

Przysłowia na
św.
Augustyna (28 VIII)

Na św. Augustyna
orka dobrze się poczyna.

 

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha