Kazimierz Babiński: Słowo o Pruszczu

W czasach, gdy Internet nie dawał wszystkim natychmiastowego dostępu do niemal wszystkiego, ogromną rolę odgrywały przewodniki. To one dostarczały niezbędnych wiadomości praktycznych i teoretycznych o ciekawych miejscach w kraju i na świecie. Mimo Internetu istnieją wciąż – i dalej są skarbnicą faktów i danych, a te najdawniejsze – coraz częściej wznawiane – są źródłem bezcennych informacji dla historyków.
Jednak o Pruszczu tylko w nielicznych przewodnikach po Gdańsku – a przede wszystkim w tych, których tytuły zapowiadają opisanie okolicy miasta – są niewielkie, acz interesujące, wzmianki.


Niewielkie, gdyż po pierwsze: Pruszcz ze względu na lokalizację (bezdyskusyjnie korzystną) najczęściej pojawia się w nich epizodycznie, jako punkt tranzytowy, miejsce przerwy w podróży do Malborka lub na Kaszuby; po drugie: bardzo rzadko jest jedynym celem podróży i zwiedzania.

Oba warianty wycieczek przez i do Pruszcza są w przewodnikach dosyć starannie opisane i udokumentowane, i to w zależności od wybranego środka lokomocji (poza prywatnym). Zawierają wskazania miejsc odjazdów i zależną od nich odległość do wybranych celów podróży, godziny odjazdów, numery linii kolejowych i autobusowych, nazwy stacji (przystanków) pośrednich i mijanych miejscowości wraz z propozycjami zatrzymania się i zwiedzenia lokalnych osobliwości, a także informacje praktyczne o urzędach, pocztach, restauracjach itp., przydatne w każdej podróży.

Z postępem technicznym świat się coraz szybciej przybliża do turysty i odwrotnie. Rozbudowa i budowa sieci połączeń drogowych i kolejowych, rozwój motoryzacji, infrastruktury usługowej, tworzenie miejskiej komunikacji publicznej, która stopniowo zaczyna obsługiwać miejscowości coraz odleglejsze od Gdańska, dają większy wybór środka transportu i, co oczywiste, więcej czasu na popas, dokładniejsze spenetrowanie i rozeznanie odwiedzanego terenu, a więc – coraz więcej niezależności. Z tego m. in. powodu przewodniki szybko się dezaktualizują. Częściej wychodzą kolejne poprawione wydania bądź napisane od nowa. Z czasem w ślad za odkryciami i ustaleniami historyków poszerza się w nich także oferta miejsc i obiektów wartych zwiedzenia i coraz dokładniej opisanych.

 

Jak do Pruszcza dojechać

Sprawdźmy, jak autorzy przewodników doradzali, czym najłatwiej i najpewniej dojechać do Pruszcza.

Zacznijmy od leksykonu Cały Gdańsk za dwadzieścia srebrnych groszy. Najnowszy przewodnik po Gdańsku i okolicy, [1] który Wilhelm Zernecke napisał w roku 1843. Autor poświęca Pruszczowi dość obszerną w stosunku do innych miejsc i obiektów notkę, w której określa jego odległość od Gdańska – półtorej mili[2] […] przy szosie[3]do Tczewa – jednakże nie pisze wprost o sposobie podróżowania po okolicy miasta. Na ten temat pojawiają się różnych miejscach leksykonu niewielkie wzmianki, zaś w haśle „taradajki” jest zwięzła, rzeczowa wzmianka o

charakterystycznych dla Gdańska otwartych numerowanych pojazdach do wynajęcia, zwanych taradajkami[4]

i postojach tych pojazdów przed Bramami: Wyżynną i Świętego Jakuba.

Wybudowanie i otwarcie w roku 1852, za dzisiejszą ul Toruńską (w bastionie Żubr), dworca Brama Nizinna, zwanego też Wschodnim, ułatwiło turystom i mieszkańcom grodu i okolicznych miejscowości leżących wzdłuż linii kolejowej, bezproblemowe przemieszczanie w obu kierunkach, zwłaszcza, że od roku 1886 do Dworca można było dojechać tramwajem konnym z Targu Rybnego. Dziesięć lat później, po wybudowaniu Dworca Centralnego, zwanego Głównym, który przejął ruch pasażerski, zmieniono jego przeznaczenie: stał się dworcem towarowym i funkcjonował jeszcze prawie sto lat.

 

Ilustrowanym przewodniku po Gdańsku i okolicy Ph. Rothsteina z roku 1894[5] i jego kolejnych wydaniach (np. z roku 1902) znajdujemy wzmiankę, że do Pruszcza można dojechać szosą lub koleją (początkowo z Dworca Wschodniego w Gdańsku, później – z Centralnego). Trasa wiedzie przez Guteherberge (niem.: „dobry zajazd”) – Lipce. Zajazd był tam istotnie: leżąca na trasie do Gdańska, gospoda Guteherberge, która zaczęła „obrastać” w przybudówki i z czasem (a było to na samym początku XIV wieku) stała się osadą o tej nazwie.

Tu – opcjonalnie, po około 8 minutach jazdy – można wysiąść na stacji o tej samej nazwie, aby zwiedzić „Trzy Świńskie Łby”[6]: park będący kiedyś własnością, (jak i całe Lipce), Ferbera[7], burmistrza Gdańska, a wówczas – miejsce wypoczynku i rozrywki. W przewodniku wyjaśniono, że nazwa pochodzi od mobiliów na tarczy herbowej rodu: trzech świńskich łbów.

Następnie autor zaleca kontynuowanie jazdy koleją do Pruszcza, tu krótkie zwiedzanie, a później – pociągiem do Malborka (co wówczas trwało około półtorej godziny).

 

Bardziej oszczędny w tej materii jest Pierwszy polski ilustrowany przewodnik po Gdańsku i okolicy (Gdańsk. Nowy Port. Wybrzeże. Kartuzy)[8] z roku 1922 (wyd. II), opracowany przez ks. Kamila Kantaka, w którym Pruszcz jest wyłącznie stacją przesiadkową na modnej wówczas i bardzo atrakcyjnej widokowo trasie kolejowej Gdańsk – Kartuzy o długości 53 km, wybudowanej w roku 1875.

Rok wcześniej obrazowo i ze smakiem opisał ją w Przewodniku po Gdańsku, Oliwie i Sopotach[9] dr Mie­czysław Orłowicz, jeden z najbardziej znaczących i kompetentnych w ówczesnej Polsce autorów publi­kacji krajoznawczych. Oddajmy mu głos:

Z Pruszcza biegnie na zachód kolej doliną Raduni do Kartuz (Szwajcaria Kaszubska), której część aż po stację Łapino leży jeszcze na terytorium w. m. Gdańska. Piękniejszym jest widok z prawych okien pociągu, jadąc w stronę Kartuz, gdyż z tej strony ma się przed oczyma Radunię, która w licznych zakrętach wije się górską doliną. Jest to rzeka o bardzo bystrym prądzie, gdyż na 100 km. długości ma 260 m. spadku. W Pruszczu robi pociąg wielki łuk dookoła Starej i Nowej Raduni i podąża w kierunku zachodnim. Dalej mija się przystanek Juszkowo (Gischkau) ze stojącym na wzgórzu barokowym kościołem ewangelickim z r. 1678. W dalszym ciągu wzgórza po obu brzegach Raduni wzrastają, dolina staje się węższą, rzeka nabiera charakteru potoku górskiego – zaczyna się Szwajcaria Kaszubska [pisownia i interpunkcja oryginalna – K. B.]

Należy zauważyć, że dla Orłowicza Szwajcaria Kaszubska zaczynała się tuż przed stacją Straszyn-Prędzieszyn (Straschin Prangschin).

Kartka pocztowa „Pozdrowienia z Pruszcza”: Dworzec w Pruszczu (ok. 1890).
Źródło: Pruszczanie.pl

 

W latach 30. XX wieku podróżni mogli skorzystać z restauracji dworcowej w Pruszczu (jednej z sześciu na trasie Sopot – Pruszcz) prowadzonej przez Leona Pliszkę (tel. 351-24), o czym informuje Przewodnik po Gdańsku [10] z roku 1938 opublikowany nakładem Gdańskiej Macierzy Szkolnej.

Wcześniejsze wydania tego odmiennego od pozostałych i wyjątkowego przewodnika, bo narodowego w treści i selektywnego w wyborze miejsc, obiektów i usług, o czym niżej, ograniczały omawianą przest­rzeń do Św. Wojciecha włącznie, zaś Pruszcz pojawił się w nim w kolejnych wydaniach po roku 1935. Jego autorzy tropili, dokumentowali i akcentowali w przestrzeni publicznej, a więc i zabytkach, wszelkie przejawy polskości oraz przypominali o haśle: Swój do swego, co miało się przekładać na obowiązek korzys­tania przez Polaków z usług i sklepów prowadzonych tylko przez Polaków; uzasad­nie­niem takiej postawy, skądinąd racjonalnej i usprawiedliwionej sytuacją polityczną w Wolnym Mieście Gdańsku, było trudne położenie polskich kupców i rzemieślników.

Cenną wskazówką dla turystów planujących docelowe wypady do Pruszcza była podpowiedź możliwości skorzystania z dojazdu liniami autobusowymi: nr 8 – do Rosenbergu[11], czyli Różyn, przez Orunię, Lipce, Św. Wojciech, Pruszcz, Łęgowo, i nr 11 – do Pawłowa, przez m. in. Pruszcz, Kłodawę i Graniczną Wieś.

 

Po wojnie kontynuowano dobrą tradycję uwzględniania Pruszcza w przewodnikach i informatorach, nie zaniedbując informacji o środkach transportu. W Turystycznym informatorze woj. gdańskiego[12]z roku 1956, opracowanym przez PTTK Oddział Trójmiasto, jest lakoniczna wzmianka o możliwości alterna­tyw­nego dojazdu koleją lub autobusem. Bezsprzecznie chodzi o PKS, gdyż w ówczesnym wykazie miejskich linii autobusowych nie ma połączenia z Pruszczem; linie 118 i 126 (do Pszczółek) pojawiły dopiero na przełomie lat 50. i 60.). Jest też podana odległość do Pruszcza: 11 km. Miejscowość nadal jest traktowane jako węzeł kolejowy i przesiadkowy, głównie do Kartuz. Z Gdańska prowadzą doń dwie linie kolejowe: nr 450 i 441. Obie przez Pruszcz.

Informatorze PTTK jest także coś, czego nie było wcześniej: komunikacja wodna. Szlak rzeki Raduni łączący Pruszcz ze Szwajcarią Kaszubską i Gdańskiem, o długości 73 km, pozwala:

płynąć dalej aż do Gdańska, niemal do samego centrum miasta; wówczas lądujemy w Biskupiej Górce (ten odcinek jest mało ciekawy; od Pruszcza Gdańskiego do Gdańska rzeka płynie kanałem, który uchodzi do Motławy na Starym Mieście.

Zatem wystarczyło mieć coś żeglownego, pływającego i nietonącego, by rzucić wyzwanie Raduni i próbować dotrzeć tą drogą do Gdańska.

 

Trasę kolejową z Pruszcza do Kartuz opisywano w przewodnikach aż do roku 1990 podkreślając jej walory poznawcze i malarskość. Dla urozmaicenia wycieczki i podróży sugerowano powrót autobusem. Franciszek Mamuszka, wybitny krajoznawca i erudyta, nazwał tę trasę w przewodniku Gdańsk i okolice[13] (1990) „najpiękniejszą trasą kolejową na Pomorzu Gdańskim”. Pruszcz bardzo wiele stracił po jej likwidacji.

 

Co w Pruszczu zwiedzać.

W przewodnikach, wśród nielicznych atrakcji, ciekawostek i zabytków najczęściej są wymieniane: cukrownia, zakład ogrodniczy, kościół, dworzec, ochronka [brak adresu – K. B.] prowadzona przez gdańską Macierz Szkolną, śluza oddzielająca kanał Raduni i – w miarę rozwoju miejscowości – szereg instytucji publicznych mieszczących się w zabytkowych obiektach. Autorzy według własnych upodobań i wiedzy wybiórczo rejestrują niektóre z nich i niezwykle rzadko opisują ich historię, komentują i zachęcają do zwiedzenia.

Wilhelm Ferdinand Zernecke pod hasłem „Pruszcz” wymienia dwa obiekty:

●   kościół zbudowany za czasów władztwa krzyżackiego, który był wówczas Klasztorem Franciszkanów, a w 1350 roku został przekazany Radzie dla wprowadzenia nabożeństw luterańskich
●   śluzę Raduni, która została zniszczona po bitwie pod Chojnicami[14] w roku 1454 i spaleniu Pruszcza przez Krzyżaków.

Kościół ewangelicki (ok. 1900)
Źródło: Gdańsk Strefa Prestiżu

 

Odniesienie do śluzy znajduje się również w haśle „Czas odcięcia”. Autor wyjaśnia to następująco:

Tak się nazywa okres od czternastu dni do trzech tygodni w lecie, kiedy Kanał Raduni jest odcinany w Pruszczu śluzą, przez co prawie całkowicie wysycha i aż do Gdańska jest wówczas dokładnie czyszczony.

 

Śluza na Raduni (ok. 1900)
Źródło: Było / Jest – Praust / Pruszcz Gdański

 

Ponadto autor podaje etymologię nazwy wsi (od probostwa) i proponuje krótką wędrówkę przez historię miejscowości:

Istniała [wieś – K. B.] już w 1350 roku […] W 1454 roku po bitwie pod Chojnicami Pruszcz został prawie całkowicie spalony przez oddziały krzyżackie […]. W 1462 ponownie zjawili się we wsi Krzyżacy i spustoszyli ją ogniem i mieczem. W 1563 roku splądrowali Pruszcz rabusie księcia Eryka Brunszwickiego. W 1527 roku[15] piękna wieś została spalona przez Stefana Batorego. W 1658 roku cała okolica została spustoszona przez Szwedów. Koło Pruszcza leży wieś parafialna o tej samej nazwie, kolonia żebraków, podobna do tych, których kilka znajduje się niedaleko Kiezmarka, Św. Wojciecha, powstały zaś przez dążenie kaznodziejów do pomnożenia dochodów.

I kończy informacją, że

Pruszcz jest siedzibą starosty powiatu gdańskiego.

 

Ilustrowany przewodnik Rothsteina ogranicza pole zwiedzania do cukrowni [wybudowanej w roku 1881 – K. B.] i – „handlu ogrodniczego”.[16]

Ogłoszenie (1926)
Źródło: Słowo Pomorskie; 1926; nr 69; s. 9; Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa

 

Poza powyższe nie wyszedł Orłowicz nazywając Pruszcz:

osadą przemysłowądużą cukrowniąogromnym zakładem ogrodniczym o powierzchni 70 morgów.

Nie wiadomo, którą morgę autor ma na myśli, bowiem wówczas na tym obszarze były stosowane dwie: morga pruska duża o pow. 0,5673 ha i morga pruska mała (tzw. magdeburska) o pow. 0,2553 ha, a więc ponad połowę mniejsza. Zatem w tym czasie zakład mógł mieć 39,71 ha albo 17,87 ha.
Z ogłoszenia zakładu zamieszczonego „Słowie Pomorskim”[17] w 1926 r., a więc 5 lat po publikacji Przewodnika…, wynika, że powierzchnia upraw wynosiła 75 ha, zatem wcześniejszą miarą prawdopodobnie była morga pruska duża, a zakład w tych latach się rozrósł.

Za to kościołowi i jego wnętrzu poświęcił Orłowicz krótki i kompetentny komentarz:

Gotycki kościół trzynawowy z XIV w. ma rzeźbiony ołtarz późnogotycki, roboty antwerpijskiej z początku XVI w. Kościół ten jest jednym z cenniejszych w okolicy. Kazalnica z r. 1578, odnowiona w r. 1661, renesansowa, organy barokowe z piękną ornamentyką zbudowane w r. 1728 przez Andrzeja Hildebrandta z Gdańska. Chrzcielnica z czerwonego marmuru pochodzi z kościoła w Petershagen[18]. Oryginalne obrazy z XVI w., przypisywane Kranachowi[19] przedstawiają 10 przykazań i sposoby ich naruszania. Darowano je tu w r. 1681.

Na zakończenie wędrówki  Orłowicz poleca zwiedzić zabytkową śluzę oddzielającą Kanał Raduni i informuje, że w tym miejscu w roku 1460 Krzyżacy odnieśli zwycięstwo nad gdańszczanami[20].

 

Z powojennych publikacji warto się pochylić szczególnie nad jedną. To wspomniany już przewodnik Franciszka Mamuszki, bodaj najlepszy z wydanych w ostatnim półwieczu. Autor poświęcił Pruszczowi 40 wersów uściślając dotychczasowe informacje o kościele i dodał nową: o zabytkowej bramie przykościelnej z roku 1648.

Ponadto nie omieszkał zaznaczyć, że

najcenniejsze dzieło kościoła – tryptyk antwerpski[21] z ok. 1500 roku – znajduje się od 1945 r. w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Kanał Raduni osadził w historii i w odróżnieniu od poprzedników, m. in. Turystycznego informatora…, dokładnie określił jego lokalizację:

Odgałęzienie kanału od rzeki znajduje się ok. 1,5 km na pd. zach. od pruszczańskiego kościoła.

Ponadto wymienił kilka zabytkowych budynków przy ul. Krótkiej 6, 12 i 14 i wspomniał, a jakże, o dużej cukrowni, należącej do przodujących w kraju. Jej likwidacja w roku 2001 okazała się ewidentną strata dla miasta, porównywalna z likwidacją linii kolejowej do Kartuz; budynki cukrowni do tej pory (lipiec, 2018) nie zostały zagospodarowane i niszczeją.

Kartka pocztowa „Pozdrowienia z Pruszcza”, na górnym rysunku – cukrownia (ok. 1901)
Źródło: Wolne Forum Gdańsk

 

Zaletą opisu miasta jest zwrócenie uwagi na jego historię zgodnie z wówczas aktualnym stanem wiedzy. Mamuszka sięga do okresu późnolateńskiego (I w. p.n.e.) i czasu wpływów rzymskich (I-III w. n.e.) przywołując odkrycie pod koniec lat 60. osady i wielkiego cmentarzyska liczącego kilkaset grobów. Zauważa, że na rozwój ówczesnej osady miało wpływ jej położenie przy drodze bursztynowej. Dodaje też informację o pochodzeniu nazwy miejscowości, pierwszej wzmiance o niej z roku 1367 i otrzymaniu praw miejskich w roku 1941.
Tę treściwą charakterystykę zamyka kilkoma informacjami praktycznymi dla każdego przyjezdnego wymieniając: MOSiR, restauracje: Rotunda, Zacisze, Karczma „U Jakuba”, bary: Balladyna, Mleczny, Dworcowy, Zodiak, stację benzynową przy trasie Gdańsk – Tczew (z lat 30.; dzisiaj zabytkową – K. B.) i uzupełnia to adresami i numerami telefonów. Miasto tak postrzegane i opisane może być dla turysty bezpośrednim celem podróży.

 

Z przewodników wyłania się obraz atrakcyjnej nowoczesnej miejscowości o ciekawej i burzliwej historii. Miejscowości, która po doszczętnych spaleniach i grabieżach zawsze podnosiła się silniejsza gospodarczo. Niewątpliwie miały na to wpływ urodzajne ziemie żuławskie, bliskość Gdańska, w którym można było zbyć produkty rolne i wyroby lokalnego rzemiosła, liberalna polityka władz niemieckich w okresie 1815-1919, a także wynikające zeń budownictwo i inwestycje, z których dwie (cukrownia i linia kolejowa do Kartuz) przetrwały do naszych czasów i zakończyły żywot po transformacji ustrojowej. W opisach miejscowości czuje się mieszankę dobrej stylistycznie beletrystyki podbudowanej emocjami, fachowości i pasji połączonej ze starannością, z jaką podchodzili do każdego artefaktu lub zjawiska.

Kartka pocztowa „Pozdrowienia z Pruszcza” (ok. 1910)
Źródło: Wolne Forum Gdańsk

 

Zdziwienie dzisiejszego czytelnika tych przewodników może budzić brak jakiejkolwiek informacji o hotelach i gospodach, poza restauracją dworcową Leona Pliszki. Przewodniki ograniczały opisywane terytorium głównie do okolic dworca, cukrowni i ogrodnictwa. W miejscowości było jednak kilka hoteli (z restauracjami) na bardzo dobrym poziomie, jak np. hotel Danziger Höhe przy Danzigerstrasse należący do Helmuta E. Kucksa, czy hotel Prauster Hof (zachowany i przebudowany) przy dzisiejszej ul. Grunwaldzkiej, od 1910 r. będący własnością Juliusa Steinera. Jednakże znajdowały się one w centrum Pruszcza, a więc około jednego kilometra  od stacji, tuż przy szosie Gdańsk – Tczew. Pominięcie ich i restauracji jest dowodem na tranzytowe widzenie miejscowości.

Kartka pocztowa „Pozdrowienia z Pruszcza”: hotel Prauster Hof (ok. 1916)
Źródło: Gdańsk Strefa Prestiżu

 

Kalendarium (ograniczone do okresów omawianych w przewodnikach):

  • 1815-1919 – Królestwo Prus/Cesarstwo Niemieckie,
  • 1920 – włączenie Pruszcza w granice Wolnego Miasta Gdańsk,
  • 1941 – włączenie Pruszcza do obszaru Gdańska,
  • po 1945 – ustalenie nazwy „Pruszcz Gdański”; status miejski (Jak dotąd nie udało się znaleźć dokumentu urzędowego nadającego Pruszczowi status miasta[22]).

 

Kazimierz Babiński
11 lipca 2018

= = = = = = = = = = = = = = = = =

Kazimierz Babiński – historyk i filolog. Wieloletni pracownik administracji w Gdańsku i województwie.
Dziennikarz, publicysta i krytyk. W kręgu jego zainteresowań jest film, fotografia, literatura, plastyka i szeroko pojęte związki tych dziedzin z polityką.

Współpraca: warszawska Kultura i Tygodnik Kulturalny
oraz czasopisma pomorskie/gdańskie: TytułForum Pomorskie i Neony – Tożsamość.

 


 

[1] Zernecke, Wilhelm Ferdinand. Cały Gdańsk za dwadzieścia srebrnych groszy: najnowszy przewodnik po Gdańsku i jego okolicy : alfabetycznie ułożony spis wszystkiego, co w Gdańsku i okolicy jest godne uwagi lub w jakikolwiek sposób interesujące : wraz z dodatkiem: Trzy dni w Gdańsku i okolicy; 1843. [tłum.: Aleksander Masłowski, Roman Kowald] Gdańsk : Yellow Factory, 2010.

[2] 1 mila = 7,5 km.

[3] Gdańsk – Tczew – Bydgoszcz. Ukończona ok. 1819/20 roku.

[4] Dwukonne, czterokołowe powozy bez resorów.

[5] Rothstein, Ezechiel Foebus. Ilustrowany przewodnik po Gdańsku i okolicy / napisał Ph. Rothstein [tł. Sonia Tusk]. Gdańsk : Millenium Media, 2001.

[6] „Trzy Świńskie Łby” – Rothstein pisze, że „tak nazwano jego prywatny park”, ale jest to nieprecyzyjny kolokwializm. W cza­sie powstania przewodnika nazwa ta odnosiła się do hotelu (z restauracją i kawiarnią) będącego własnością Ottona Richtera. Budowle zostały rozebrane w dwudziestoleciu międzywojennym, a na ich miejscu powstał nowy budynek; istnieje on do dziś, obecnie mieści się w nim przedszkole nr 24.

[7] Burmistrzów Gdańska o tym nazwisku było pięciu: Johann (1430-1501), Eberhard (1464-1529), Constantin I (1520-1588), Constantin III (1580-1654) i Nathanael Gottfried (1688-1755). Tu chodzi o Constantina Ferbera I, właściciela Lipców oraz Niegowa, zwanego początkowo od jego imienia Konstantynopolem.

[8] Pierwszy polski ilustrowany przewodnik po Gdańsku i okolicy : (Gdańsk, Nowy Port, Port Wybrzeże, Kartuzy). [Kantak, Kamil Juliusz – oprac.] Gdańsk : Tow. Wydawnicze Pomorskie S.A., 1922.

[9] Orłowicz, Mieczysław. Przewodnik po Gdańsku, Oliwie i Sopotach. Warszawa : Polskie Towarzystwo Krajoznawcze, 1921.

[10] Zawirowski, Józef. Przewodnik po Gdańsku. Gdańsk : Towarzystwo Przyjaciół Gdańskiej Macierzy Szkolnej, 1939.

[11]Przewodniku oryginalne nazwy miejscowości są w języku niemieckim.

[12] Turystyczny informator województwa gdańskiego. Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze. Odział „Trójmiasto” w Sopocie. [Zygmunt Brocki; Roman Bar, red.]. Sopot : Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1956.

[13] Mamuszka, Franciszek. Gdańsk i okolice : przewodnik. Warszawa : Sport i Turystyka, 1990.

[14] Bitwa pod Chojnicami, stoczona 18 września 1454 pomiędzy wojskami Polski (ok. 18 tys. jazdy i pieszych) i zakonu krzyżackiego (15 tys.), była jedną z pierwszych bitew wojny trzynastoletniej (1454-1466). Oddziały polskie, dowodzone przez króla Kazimierza Jagiellończyka, poniosły druzgocąca klęskę (ok. 3 tys. poległych).

[15] Błąd. Nie wiadomo, czy został popełniony przez autora czy powstał w druku. Sprostowany przez tłumaczy leksykonu: opisywane wydarzenie miało miejsce w 1577 r.

[16] Zakład założył Anton Rathke w roku 1840; na przełomie XIX i XX wieku ogrodnictwo było już słynne w całej Europie.

[17] Słowo Pomorskie, 1926, nr 69, s. 9.

[18] Przy dzisiejszej ul. Na Stoku 18, na wysokości Urzędu Marszałkowskiego; zachowała się wieża kościoła.

[19] Pisownia nazwiska oryginalna. Trzech było malarzy o tym nazwisku, ojciec i dwóch synów: Lucas Cranach Starszy (1472-1553), Hans Cranach (ok. 1513-1537) i Lucas Cranach Młodszy (1515-1586). Nie wiadomo, którego z Cranachów autor miał na myśli. Słynnym obrazem o tej tematyce jest Tablica Dziesięciorga Przykazań (Zehn-Gebote-Tafel ,1516, olej na desce) Lucasa Cranacha Starszego, obecnie w Collegium Augusteum uniwersytetu w Wittenberdze.

[20] Bitwa pod Pruszczem Gdańskim, stoczona w sierpniu 1460 (wojna trzynastoletnia, 1454-1466), w której wojska krzyżackie pokonały gdańszczan sprzyjających Kazimierzowi Jagiellończykowi; następnie Krzyżacy ograbili i spalili przedmieście Gdańska.

[21] Tryptyk antwerpski („ołtarz antwerpski”, „Tryptyk Ukrzyżowania z Pruszcza”, „niderlandzkie retabulum ołtarzowe »Ukrzyżowanie«”) – ołtarz wykonany z drewna dębowego ok. 1500 r.; nazwisko rzeźbiarza (z Antwerpii) – nieznane, obrazy – z pracowni Colijna de Cotera (1450?-1540?); wymiary (z otwartymi skrzydłami): 242 x 578 x 41,3 cm. Łączy partię rzeźbiarską umieszczoną w środkowej szafie, z trzema parami malowanych podwójnie (na awersach i rewersach) skrzydeł, z których pojedyncza para mniejszych tablic znajduje się u góry, zaś dwie większe u dołu.
Przetrwał wojnę i 6 sierpnia 1945 r. został wywieziony do Warszawy. Od roku 1980 zwrotu zabytku domaga się parafia pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego w Pruszczu Gdańskim, gospodarz gotyckiego kościoła stojącego w pocmentarnym parku przy ul. Wojska Polskiego.

[22] Pruszcz Gdański. Wikipedia.

 


Żeglujmy Razem powrót na Stronę Główną

Comments are closed.

Calendar

« December 2018 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

JESIEŃ

Może zrobić się chłodno już jutro
lub pojutrze, a może za tydzień?
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
nie ma rady, jesień, jesień idzie!

 

Jesień – jedna z czterech pór roku, przed nią było lato, po niej będzie zima, trwa od równonocy jesiennej (w 2017 – 22 września) do przesilenia zimowego (w 2017 – 21 grudnia), robi się coraz chłodniej… i tak dalej.

– Zima to jedna z czterech pór roku. Pozostałe to… hm… wios…
– Tak?
– …na, a potem lato… no i…
– Zaczyna się tak jak jedzenie, proszę pani.
– Ach, tak, jesień…

Była to bardzo dobra odpowiedź, doskonała. A mną owładnął stereotyp. Pod jego wpływem postanowiłem przebiec się po Internecie i poszukać wierszy o jesieni.
Spokojnie, żadnych poetyckich wzruszeń ani uniesień nie będzie, chciałem tylko zobaczyć, czy poeci – a jeśli tak, to którzy – potrafili wznieść się nad poziom melancholii, zadumy, narzekania, mgieł i osmętnic lub standard ostemplowany epitetem „złota”.

Dwie polskie jesienne ikony poezji to:

Staff, któremu – gdy jesień się rozełkała – ostatnie więdły kwiaty, warzyły się kasztany, trwogą krzyczało ptactwo, a deszcz jesienny dzwonił o szyby, podobnie jak partyzantom w piosence

i Harasymowicz – z jesienią, która zdmuchuje nawet jesienną stronę księżyca.

Smutek, proszę państwa, smutek.

 

Muza lżejsza wcale weselsza nie jest:

Czapińska nie wiedziała, czy się odważy uciec od jesieni byle jakim pociągiem, jej jednak można się nie czepiać, bo to psycholog z zawodu, poza tym Remedium ma etykietkę „hymn wagabundów”, a z nimi jest mi po drodze bardziej niż się wydaje.

Długosz poleciał standardem jesieni złotej, ale też ma darowane, bo o nalewkach (z dzikiej róży i porzeczki) napisał i zaśpiewał smacznie.

Kofta – przewrotnie, ale raczej mało optymistycznie (bo się w końcu depresje w impresje odmienią, ale tylko jesienią, jesienią).

A te dawniejsze, o tym że:

jesienne róże więdną już (gdy idziemy przez parku głusz),
że są dni umierające – chore, blade słońce
(oba teksty napisał Andrzej Włast)

– powinny być dawkowane przez lekarzy osobom wyjątkowo odpornym psychicznie.

 

Za to gdy zejść do klasyki – groza!

Achmatowa – piękna i liryczna, jak zwykle, ale jeśli wypatrzyła trzy jesienie w jednym roku, to już depresja najgłębsza, bo sowiecka (czemu, skądinąd, znając koleje jej życia, trudno się dziwić).

Apollinaire – deprecha awangardowa (chora i uwielbiana umrzesz, gdy na rozaria dmuchnie dziki huragan – chodzi o różę).

Baczyński – depresja dziejów (nie będzie cytatów).

Baudelaire – deprecha programowa (wstrętny mrok i plucha, przeczucie końca, monotonny łoskot – gwoździ w trumnę pośpieszne wbijanie), choć tak ostentacyjna, że jakby weselsza.

Broniewski – deprecha kliniczna (chwytają mnie złe listopady czarnymi palcami gałęzi).

Bursa – deprecha szarzyzny codziennej (październik z trudem wiąże koniec z końcem, piwo popija na kredyt i ostatnią przepije kapotę).

Gałczyński – deprechy różniste:
– listopadowa historyczna (Mgła. Mgła. Mgła. Cała Warszawa to mgła. Cała Polska to mgła. – …Piotrze, to ty? – To ja.);
– meteorologiczna (Lato się tak jak skazaniec kładzie pod jesienny topór krwawy bardzo);
– erotyczna (o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki, która niech będzie jak jesień śmiertelna);
– ekonomiczna (i nic, już nic nie zachwyca; i nic, już nic nie wystarcza; idzie przez łan osmętnica: tęsknota gospodarcza);
– freudowska (jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę);
– i towarzyska (oto się jesień zaczęła i nie ma komu dać w mordę).

Heine – deprecha oniryczna romantycznego samotnika (jesień – noc zimna i słotna, wicher drzew wstrząsa konary, samotny, konno w las wjeżdżam…).

Jasieński – futurystyczna (po rżyskach węszy wiatr i ryży seter), z rozkosznymi rymami (oliveleitmotiviw; wiatrpas-de-quatre), ale jednak deprecha (po polach straszą widma suchych iw; jesień, szara, smutna polska jesień…).

Leśmian – deprecha Dusiołka (Ziemia kona już – blada i Konam! – śmiercią piękną jesieni).

Lorca – deprecha iberyjska (wszystkie róże są białe, tak białe, jak moja rozpacz), choć jakby trochę i polska.

Norwid – deprecha postromantyczna (ciernie deptać znośniej i z ochotą na dzid iść kły, niż błoto deptać, ile z łez to błoto, a z westchnień mgły).

Osiecka jest depresyjnie w jesieni lustrze bladym o jedno lato starsza.

Pawlikowska-Jasnorzewska jest, co prawda, w tęczy (liście jesienne leżą po brzegach dróg, mieniąc się jedną połową tęczy), bo – mimo że jesień – wzbiera w niej miłosne wyznanie; więc zderza się jesienność z wiosennością, a i motyw żeglarski się pojawia (liście wierzby płyną jak dżonki, wiatrem popychane).
Jednak i tak depresję czuć na milę, bo tęczy jest tylko połowa, a powrót wiosny jest niekalendarzowy.
A jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że drzew bezlistnych rozszczepione pędzle to nie jest widmo, które się może przyśnić w nocy, że stwierdzenie: kiedyś [jesień] przysypie mnie liśćmi i obraz jesieni, która oczami zranionej sarny patrzy na liście lecące, to nie smutek przemijania (więc depresja) – jego sprawa.

Poświatowska – deprecha egzystencjalna (jestem jesienne nagie drzewo, z zimna drżę).

Przybora – depresja wysmakowana (znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal, gdy porwał dziewczę zdrady poryw i zabrała pomidory).

Stachura – deprecha ostateczna (mały listek ostatni zostawić komuś i umrzeć).

Trakl – deprecha katastroficzna (lęk przejmuje zgoła, gdy nocą rosa z drzew bezlistnych pada).

Tuwim – deprecha
– trochę miłosna (szukałem i czekałem w żrącej, okrutnej tęsknicy, w wieczór jesienny, ulewny),
– trochę alkoholiczno-metafizyczna (Wypiję kwartę jesieni, do parku pustego wrócę, na zimną, ciemną ziemię pod jasny księżyc się rzucę),
– trochę nostalgiczna (zamilkły w jesiennym uśmiechu zapatrzeniem dalekim się kołyszę),
– choć czasem jednak nad szablony wylatująca, jak np. we Wspomnieniu, od czasów Niemena kultowym.

Ważyk – deprecha kipiąca (nienawiścią do okupanta: jesień rdzawa, popiołami zdmuchnięta Warszawa).

Wierzyński – deprecha emigracyjna (ostatnie herbaciane róże i wieczór w szarudze i słocie – a wszystko na Long Island).

 

O Młodej Polsce nawet nie ma co wspominać, bo tam jeszcze smutniej niż u Staffa.

 

Nie zawodzi, co prawda, Barok i Klasycyzm, ale to też standard, bo tamtejszym poetom na ogół wszystko się kojarzyło jednoznacznie.

Morsztyn, po krótkim wstępie, domaga się prosto z mostu, ale chyba jednak zbyt bezpośrednio:

Dajże się i ty użyć, a daj wcześnie,
Póki jagodom dopiekają wrześnie,
I daj wprzód, niż nam zima smak odmieni
Zażyć owoców tak pięknej jesieni.

Kniaźnin zaś, mimo że jesień ma za posępną oznakę starzenia się wszystkiego, twardo deklaruje:

Moje to tylko serce bez zmiany
Służy statecznie Kostusi.
Zawsze swe dla niej rozrzewnia rany
I kochać ją zawsze musi.

I choć wiersz nie pozostawia wątpliwości, iż „Kostusia” jest zdrobnieniem „Konstancji” – pięknej, młodej, urodziwej i błyszczącej (choć z wiekiem uroda i blask kobiety jak wiosna z latem ubieży), dziś nie sposób uciec od skojarzenia współczesnego, które w zgrubieniu imienia brzmi raczej złowieszczo.

Więc też deprecha, choć achronologiczna.

 

Punkt siedzenia określa punkt widzenia.
Na Florydzie jesień to ochłodzenie z ponad trzydziestu stopni Celsjusza do lekko ponad dwudziestu, spadek wilgotności z niemal setki do znośnych osiemdziesięciu procent. Słowem – powrót pięknego, choć deszczowego, europejskiego lata.

Ale zadzwoniłem do Polski, a tu mi przyjaciel mówi: „Wojna. No, może jeszcze nie – ale w powietrzu wisi.”

Pytam: „Z kim?”

Odpowiada: „A ze wszystkimi. Z Niemcami – bo w końcu tę drugą światową musimy wygrać. Z Francją – bo chcą za dużo pieniędzy. Z Ruskimi – bo z nimi inaczej się nie da. Z Litwinami i Ukraińcami – bo zapomnieli, że Wilno i Kijów to nasze, po ojcach. Z Czechami – bo wciąż Zaolzie ich. Z Angolami też będzie, bo nam rachunek za leasing Spitfire'ów w czasie Bitwy o Anglię wystawili i sami z polskiego banku pobrali. Jak dobrze w kodeksach prawnicy pogrzebią, to na Szweda też ruszymy, bo dyzgusta Świętemu Przybytkowi czynił i księdzu Kordeckiemu zdrowie odbierał. Ameryka nam pomoże, wróg nie ma szans.”

Myślę sobie: „Źle. Jak Ameryka nam pomoże, to po wygranej kawę tylko ze Starbucksa będzie można w Polsce pić, a moja znajoma kawiarnię ma i zawsze na tych z franczyzą pomstuje, to zbankrutuje jak nic. Ale jak wojna – to wojna, rady nie ma.”

 

I od razu mi na myśl przychodzi wiersz Andrzeja Waligórskiego, o jesieni właśnie – i nie tylko.
Krytycy nie odnotowują tego nazwiska wśród najpierwszych poetów, ale nic nie poradzę, że jego utwory lubię, a doktor Duszkiewicz (ze Świdnicy i z Pogorii) nawet zna na pamięć prawie wszystkie (memorię ma lekarską, na osteologii wytrenowaną , więc żadna dziwota).

I zimno mi się, mimo tej Florydy, robi: Waligórski – satyryk, a u nas to już od stuleci tylko błaznowie potrafią prawdę powiedzieć i przyszłość przewidzieć. Bo tak:

Znowu jesień, znowu jesień polska,
Żółte liście na ulicach Wrocławia,
Kowalskiego wzięli do wojska,
Zamachowski zacier nastawia.

Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku
(choć urodził się koło Gorzowa)
– Patrz pan, jakiś ziomkostwa na Śląsku
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.
[…]

Tylko panna Hortensja we dworze
Plan kampanii ustala po cichu:
– Panie Maćku, tu się rannych położy,
A CKM ustawicie na strychu.

Babie lato leci wzdłuż ulicy
Kocur drzemie na grządce z petunią…
– W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,
To gdzie szukać granicy z Rumunią?
[…]

Tego nawet Grotowski ze Zwierzchowską nie zaśpiewali!

Zadzwoniłem jeszcze raz.
„Nie – mówi przyjaciel – bez nerwów. Tak źle to jeszcze nie jest. Wciąż jesteśmy w NATO i w Europie, więc jeszcze nie czas.”

A tu od innych przyjaciół kartki z wakacji dostaję, pocztówki z rejsów – wszyscy szczęśliwi, zadowoleni, żadna wojna im nie w głowie. Więc jak zwykle: jednomyślności w narodzie nie ma, a idzie ku lepszemu.

Waligórski przewidział i to, bo zakończył:

Znowu jesień, taka śliczna znowu,
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień…
– Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,
Wnuki rosną… E, jakoś to będzie.
.

Oby miał rację.

 

Punkt widzenia z punktu siedzenia może być również określony przez współrzędne geograficzne pozycji obiektu pływającego.

W zeszłorocznym dniu równonocy kołysałem się na falach Morza Czarnego. Nie „wśród fal”, bo obiekt pływający stał wówczas na cumach w porcie Soczi.

Po kei snuli się policjanci z psami i bez psów, tajniacy i różne dziwne indywidua, które próbowały przekonać nas że są przeciwko obecnemu rządowi, myśląc pewnie, że nie wiemy, iż aby do nas dojść, trzeba przejść przez kilka posterunków kontrolujących tożsamość.
Jeśli rzeczywiście dzisiejsi rosyjscy dysydenci mogą swobodnie przechodzić kordony graniczne, by opowiadać o swoich tęsknotach cudzoziemcom – znaczy, że w Rosji zmieniło się wiele.

Ale na pewno nie zmieniło się swoiste pojęcie gościnności ze strony władz: piątka moich współtowarzyszy żeglugi, która ośmieliła się przyjechać do Rosji bez wiz, dostała kary pieniężne i bezwzględny zakaz opuszczania pokładu, co sprawdzali niespodziewanymi wizytami policjanci (bez psów) o niespodziewanych porach (tak, w nocy też).
Nic to, że żaglowiec brał udział w międzynarodowych regatach.
Nic to, że został do Rosji zaproszony.
Nic to, że organizatorem była największa w świecie organizacja zrzeszająca wszystkie wielkie żaglowce (w tym rosyjskie).
Nic to, że w świecie zachodnim rosyjskim żeglarzom bez wizy dawane są tymczasowe pozwolenia na poruszanie się po porcie i okolicach.

Podejście do niebłagonadiożnych nie zmieniło się w Rosji na jotę, co oczywiście nie przeszkadzało miejscowym konferansjerom i dziennikarzom epatować publikę komunałami o odwiecznej gościnności, otwartości i radości z powodu wizyty tak znakomitej flotylli.
Inna rzecz, że owa międzynarodowa organizacja palcem nie kiwnęła w sprawie osadzonej na pokładzie piątki, a komunały łykała z oczami przymkniętymi z zachwytu.

Mickiewicz pisał o krajach, w których panuje „noc głucha”.
Proponuję zamienić „noc” na „jesień”. By im życzyć rychłego nadejścia wiosny wraz z jutrzenką (też tą od Mickiewicza).

 

 

Opowiastka o jesieni byłaby niepełna bez przypomnienia co najmniej trzech utrwalonych w języku polskim, związków frazeologicznych, w których jesień występuje.

 

Pierwszy ślad jesień zostawiła w nazwie „złota jesień” nadanej okresowi pięknej pogody we wrześniu i październiku, kiedy ptaki ulatują, a wyże nadlatują.
W innych językach nazywa się to na ogół od lata: po angielsku „indiańskie lato” (Indian Summer), po niemiecku „późne lato” (Spätsommer), a po szwedzku „lato św. Birgitty” (Brittsommar; choć niektórzy mówią, że to od Brytanii).
Wrodzony Polakom optymizm i realizm spowodował, że nazwaliśmy to właściwie, bez mydlenia oczu: od jesieni, która albo w te piękne dni już stoi za progiem, albo właśnie nadeszła.

Charakterystyczne dla „złotej jesieni” są nitki pajęczyn unoszące się w powietrzu.
I znów – w językach obcych nazywa się to dziwacznie: „pajęcze latawce” lub „pajęcze balony” (spider kiting lub spider ballooning) po angielsku, „pajęczy lot” (vuelo arácnido) po hiszpańsku, a Francuzi, gdy chcą uniknąć anglicyzmu ballooning, używają czasownika montgolfière.
My, znani z rycerskości, kurtuazji i czci dla płci niewieściej, nazwaliśmy to lotne zjawisko „babie lato” (przepraszam: Pawlikowska-Jasnorzewska się wyłamała, nazywając lecące pajęczyny „szalem kaukaskim”, ale wiadomo – kobieta!). A Rosjanie, mimo że uważają Kaukaz za swój, nazwali to (бабье лето) za nami.

Metaforycznie „złota jesień” to wiek, w którym panowie przeżywają drugą młodość, a paniom (pamiętajmy o przyrodzonej nam rycerskości, kurtuazji i czci dla płci pięknej – ale do czasu) przystoi jedynie: kądziel, koronkowy czepek babuni, kapcie i bezzębność.

Tak czy inaczej jesień – metaforycznie – oznacza schyłek: zapowiada koniec roku, życia, okresu, ery. W przeciwieństwie do wiosny, która wszystkiego ogłasza początek, po zwycięstwie nad zimową martwotą obsypany kwiatami, miłością i zielenią. Chciałbym więc wiedzieć, kto wymyślił dla okresu, który zakończył totalitarną zimę w krajach ówczesnego bloku sowieckiego, nazwę „jesień ludów”?
Prawda: wyjęcie głowy spod sierpa i młota, zapoczątkowane w PRL (4 czerwca 1989), a kon­ty­nu­o­wa­ne w tymże i następnym roku na Węgrzech, w NRD, Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii, było formalno-prawne, bo kilku generacji trzeba by wyrzucić je z umysłów i serc. Chcę jednak wierzyć, że był to początek czyli wiosna nowej ery, a nie – na litość boską! – jej schyłek, czyli jesień! Bo co potem?
Choć fakt: zastanowienie moje (kto wymyślił?) jest retoryczne, gdyż odpowiedź narzuca się sama: cichy marksista postkomunista!.

 

Drugi ślad jesień zostawiła w terminologii muzycznej.

Festiwal „Warszawska Jesień”, który po raz pierwszy odbył się w roku 1956 (wymyślili go kompozytorzy Tadeusz Baird i Kazimierz Serocki) i trwa do dziś, to jedna z najbardziej odjazdowych imprez muzycznych w dziejach świata. Jakim cudem PRL-owska cenzura pozwoliła na jego (nieprzerwane, z wyjątkiem stanu wojennego) istnienie – nie mam pojęcia.

 

Trzeci ślad jesień zostawiła w literackich tytułach.

Pomińmy Witkacowskie Pożegnanie jesieni (1927), obie Jesienie (1934, 1936) Schulza, Polską jesień (1955) Jana Józefa Szczepańskiego, Złotą jesień (1954) Hłaski, Trzecią jesień Dąbrowskiej, a nawet Siódmą jesień (1921) Tuwima.

Sądzę bowiem, że w dziale „jesienne tytuły” pierwsze miejsce zajmuje dzieło holenderskiego mediewisty Johana Huizingi Jesień średniowiecza. Oryginał został wydany w roku 1919, przekład polski (Tadeusza Brzostowskiego) ukazał się dopiero w roku 1961, ale od tego czasu wywiera wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Nawet swego czasu, w pewnych kręgach, poważnym towarzyskim obciachem była niezna­jomość tej średniowiecznej panoramy dziejów.
Jak dziś przedstawia się sprawa znajomości dzieła Huizingi – nie mnie wyrokować, ale jednego jestem pewien: tytuł zarówno zapadł w świadomość masową, jak i wzbogacił ekspresyjną warstwę polszczyzny.

Stało się to za sprawą geniuszu tłumaczki, Elżbiety Gałązki-Salamon, która – pracując nad dialogami filmu Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino – kwestię „I'm gonna get medieval on yo' ass!” podała jako: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza!”

 

 

Dosyć już tych jesienności. Na psa urok!

Teraz kilka przysłów (niby dla poprawienia nastroju, ale też depresyjne!):

 

Im głębiej w jesieni
grzebią się robaki,
tym bardziej zima
da się we znaki.
[bardzo to przysłowie lubię!]

Jesień,
brzuch kieby kieszeń.

Jesień tego nie zrodzi,
czego wiosna nie zasiała.

Kto w jesieni swoich bydląt nie tuczy,
ten je w zimie dźwiga, na wiosnę wywłóczy.

Przyszła jesień,
a tu próżna kieszeń.

Przyszła jesień,
ręce w kieszeń.

W jesieni, gdy tłuste ptaki,
mróz w zimie nie ladajaki.

W jesieni, prędko
gdy liście z drzew padnie,
to wkrótce zima będzie,
każdy zgadnie.

W jesieni wczas mróz,
na wiosnę prędko rychtuj wóz.

W jesieni:
z garnca deszczu, korzec błota;
na wiosnę:
z korca deszczu, garniec błota.

 

Pzdrwm_Robak

PS.

W tym roku dziękuję:
– Młodym za doniesienia o działalności codziennej (co wg mnie jest wielkim pasmem sukcesów),
– a wszystkim za rozmowy, które pozwalają mi czerpać z mądrości moich Rozmówczyń i Rozmówców (kolejność absolutnie przypadkowa):

Henrykowi, Kazimierzowi i Piotrowi
Rudej Grecie
Maćkowi
Eli
i Maćkowi
panu Kazimierzowi
Konradowi, Krzyśkowi, Marcinowi
i Marcinowi
Juliuszowi
Robertowi
Piotrowi
i Wojtkowi
Peeterowi
Adasiowi
Jadzi i Włodkowi
Darkowi i jego Mamie
panu Radosławowi
Kai
panu Wojtkowi

Mai
Oli czyli Aleksandrze
Sylwii
Witkowi
Matyldzie
Martynie, Łucji i ich Rodzicom
Strusiowi
Zuzalowi
Zuzi ...zi
Szymonowi 5
Karolowi
Natalii
Łukaszowi
Filipowi
ekipie Oshee
Magdzie i Maszy
Anicie
Ewce-Konewce
Ewie z Gibraltaru i jej Rodzicom
Oliwii
Mirce i Stachowi
Anecie
Beacie
doktorowi Markowi i Mai
Leszkowi i Annie (przepraszam, że bez kwiatów :((
Kasi i Helenie
Ryśkowi
Kryspinowi
Dorocie, Idze i Karolowi
Wojtkowi ze Szczecina (podziękowania szczególne!)
Ziemowitowi (przecież wszyscy wiedzą, kto to!)
Krzysztofowi, znanemu jako „Kris”
Krzysztofowi, znanemu jako „Rzeźbiarz”
Krzysztofowi, znanemu najbardziej

... i wszystkim, których moja pamięć (dobra ale krótka) tu jeszcze nie przywołała

 

Cytaty na wstępie:

Andrzej Waligórski – „Jesień idzie”.
Eugène Ionesco – Lekcja (La Leçon; 1950). Tłum. Jan Błoński.

GRUDZIEŃ...

Grudzień to oczywiście święta: Wigilia i Boże Narodzenie, a później sylwestrowe tańce i hulanki, choć niekoniecznie swawole.

Dlatego wszystkim życzymy 
wesołych, zdrowych, spokojnych Świąt!

Co prawda prof. Jacek Hołówka (etyk z UW) radzi, by życzyć sobie odwagi, rozwagi, powściągliwości, bo tylko w takich życzeniach nie ma retoryki ani przesady, ale co to za życie z powściągliwością, bez przesady i retoryki?

Pozostajemy zatem przy tradycyjnym zestawie, odkładając filozofowanie na inne okazje. A jeśli już ktoś koniecznie chce – odsyłamy do nieustających dlatego już publikowanych rozważań pt. Reje, kałasznikow i życzenia.

 

* * *

Gdy się jednak w ten grudzień wgryźć trochę mocniej, to wcale tak świątecznie nie jest, a czasem to i włosy dębem staną.

 

* * *

Rację ma przysłowie:

Grudniu, grudniu – nie pozyjes,
Ledwoś przyseł, juz se idzies.

Bo i prawda. Na początku grudnia była jesień, później nagle zrobiła się zimaświętasylwesterijuż – jeśli tę zbitkę przeczytać odpowiednio szybko, to właśnie tak wygląda.

Trzeba więc szybko zaczynać, żeby nas koniec nie zaskoczył.

 

Grudzień – dwunasty (i ostatni) miesiąc w roku, według używanego w Polsce kalendarza gregoriańskiego, ma 31 dni.

Nie potrzeba żadnych (z całym szacunkiem) Brücknerów, słowników Lindego, Doroszewskiego czy Stanisława Dubisza, by etymologię nazwy miesiąca wywieść od grud, które tworzy zmarznięta ziemia, choć pewnie niedługo bez podręczników się nie obejdzie, bo ostatnio grudnie jakoś bardziej „po wodzie” niż „po lodzie”. A i „gruda” odchodzi powoli do językowego lamusa: na własne uszy słyszałem, jak ktoś powiedział, że mu coś „idzie jak po grudzień”.
Tę samą grudę, jako podstawę, zachował język ukraiński: грудень [grudień] i – niby od słowiańskich nieco dalsze, ale z tej samej wielkiej bałtosłowiańskiej wspólnoty językowej się wywodzące – litewski: gruodis i żmudzki: groudis.

W staropolszczyźnie (i tu już Brückner się przydaje) używane były starosłowiańskie nazwy „godnik” (od Godów, czyli Bożego Narodzenia) oraz „prosień” lub „prosiniec”; do dziś zachowane w językach czeskim (prosinec) i chorwackim (prosinac).

Etymologia tego słowa nie jest jasna, a językoznawcy czescy podają kilka możliwych wyrazów podstawowych:

– prosiněti „przebłysnąć” (nawiązanie do przesilenia zimowego i wydłużenia jasności dnia);
– siný „niebieskawy”, „siwy”;
– prase „świnia” (nawiązanie do świniobicia – czy to na starosłowiańskie Gody, czy na Boże Narodzenie);
prosit „prosić” (nawiązanie do kolędowania i kolędników dopraszających się datków też wydaje się wyjaśnieniem achronologicznym, ale kto wie – może Prasłowianie też piosenkami datki zbierali, by Jaryło prędzej na świat powrócił, Marzannę pognębił i wiosnę przyniósł).

I tak żeśmy doszli do Prasłowiańszczyzny. Gdy zaś poszperać w słownikach, to dojść można do rzeczy zgoła przerażających. Na przykład:

Gruden – słowiański bóg czarny, od którego pochodzi nazwa miesiąca Grudnia, znaczy tyle, co Hładoléj, Hludan, lub Czyślboh.
Jest to siła grudy, lub ściąganie płynu w ciało stałe. To przeciwnik Swicza.
Jako Swicz, lubi światło i ciepło, rozdyma, tak Gruden, lubi ciemność i zimno, ściąga rzeczy.
Jako Swicz cielesność najpiérwsza, przestrzeń zajmująca, tak Gruden Czas, Siła Duch, tyle, co litewski Prygirdyt.

Ale Hładoléj vel Hładolet jeszcze od Grudena jest straszniejszy, gdyż bezpośrednio podlega Czernobohowi – bogowi ciemności i złego, szafarzowi nicości, sprawcy i panu Śmierci, władcy wszystkich bogów czarnych, czyli potęg złych.

Na szczęście Gruden – Hładoléj – Czyślbog panuje tylko do wiosny. Z nią przychodzi zwycięstwo sił dobra, rządzonych przez Biełboha – boga światłości i dobra, szafarza istnienia, którego wysłannikiem jest właśnie Świcz, co znaczy tyle, co litewski Znicz: rozciągłość, przestrzeń, świetlana, lub najpiérwsza cielesność, a stąd pierwiastek widzialnego świata.

I tak to przez rok cały walczą ze sobą Biełboh i Czernoboh. I byliby się wzajemnie pozabijali zatracając przy okazji wszystko dokoła, gdyby nie trzecie wcielenie Trygława – Hamboh, zwany też Ham lub Hem, bóg czerwony, którego zadaniem jest hamować walczących władców światła i ciemności i tworzenie z tych przeciwieństw świata takiego, jakim jest.
A wystarczy tylko się rozejrzeć, by zobaczyć, jak zło i dobro mieszają się w nim – czyli wokół nas – bezustannie.

 

Łacińska nazwa December – „dziesiąty miesiąc” (decem to po łacinie dziesięć), zaczęła być używana od roku 46 p.n.e., kiedy Rzymianie za pierwszy miesiąc roku uznali Ianuarius (styczeń) zamiast marca (Martius).
W ten sposób „december” dopełnia czwórkę trzeciego trymestru roku, w której nazwy łacińskie znaczą zupełnie co innego niż przynależne im desygnaty (september to „siódmy” ale dziewiąty, october – „ósmy” ale dziesiąty, november – dziewiąty ale jedenasty.)

Nazwa December została przejęta przez większość języków europejskich.
Nie uległa wpływom łaciny polszczyzna i kilka innych języków z naszej rodziny: miesiąc zimowego przesilenia po białorusku to снежань (snieżań), po kaszubsku: gòdnik, gòdan albo grëdzéń, po łatgalsku: zīmys, na Łużycach: zymski albo hodownik, a w Macedonii może być снежник (snieżnik).

 

Chwała Słowiańszczyźnie, że zachowała te piękne nazwy, ale nie poddali się również Celtowie: odrzucili december na rzecz dùbhlachd gaeliccy Szkoci, a Irlandczycy używający nazwy nollaig. Także nieindoeuropejscy Baskowie, którzy – mimo że mają w swym euskara mnóstwo latynizmów – wytrwali przy własnych nazwach miesięcy (złamali się tylko na kwietniu – apiril), dwunasty nazywając abendu.

 

Na półkuli północnej grudzień jest pierwszym miesiącem astronomicznej zimy, która rozpoczyna się w momencie przesilenia zimowego Słońca (w 2018 – 21 grudnia) i trwa do momentu równonocy wiosennej (od 2012 do końca pierwszego ćwierćwiecza – 20 marca).

 

Teraz będzie coś kompletnie poplątanego, czyli próba rozwikłania zaszłości po kalendarzu juliańskim, wprowadzonym w 46 p.n.e. na polecenie Cezara (to właśnie wtedy zaczęła się owa niekonsekwencja nazwowa, gdy „siódmy” zaczął znaczyć „dziewiąty”).

Teoretycznie Iulianum, po szesnastu stuleciach z górą, zastąpiony został w 1582 kalendarzem gregoriańskim. Ale nie wszędzie i nie do końca.

Wg kalendarza juliańskiego, na początku naszej ery przesilenie wypadało 25 grudnia, stąd pierwsi chrześcijanie połączyli datę święta Bożego Narodzenia z jednym z czterech najważniejszych astronomicznie dni w roku. Nie upieram się przy tej przyczynie (znam co najmniej dwie osoby, które uznałyby ją za heretycką i bluźnierczą – oczywiście gdyby o niej wiedziały), ale jakaś możliwość, że tak właśnie było, istnieje.

Tak czy owak, w chrześcijaństwie zachodnim data 25 grudnia jako Dzień Narodzenia Pańskiego została utrzymana nawet po przejściu na kalendarz gregoriański i trwa do dziś.
Chrześcijaństwo obrządku wschodniego (m.in. Cerkiew Greckokatolicka i Kościół Prawosławny) też święci Boże Narodzenie 25 grudnia, tyle że nadal celebruje liturgię według kalendarza juliańskiego, zatem juliański 25 grudnia to gregoriański 7 stycznia.

Czyli: 25 grudnia, ale tak naprawdę 22 grudnia albo 7 stycznia. Nawet wiem dlaczego: bo dziesiąty to dwunasty, foki mają małe pyszczki, a ptaki latają kluczem.

Czyli zupełnie, jak w polskiej ortografii, gdzie Słownik (przez wielkie „S”) informuje, że:

Partykułę nie jako wykładnik zaprzeczenia piszemy łącznie z imiesłowami przymiotnikowymi, niezależnie od tego, czy użyte są w znaczeniu przymiotnikowym, czy czasownikowym,

a zaraz po tym dodaje:

Nowa zasada dopuszcza jako oboczną rozdzielną pisownię imiesłowów w użyciu czasownikowym.

I słusznie, bo hasło jest inne, a zasady są proste, albo się umie bawić, albo się nie umie, albo się zna hasło, albo się nie zna, a jak nie, to niech się nie zaczyna.

 

Grudzień to jednak nie tylko święta i mikołajki, w Polsce obchodzone 6 grudnia, w dzień św. Mikołaja – patrona dzieci i dawcy prezentów.

Przypada na ten miesiąc mnóstwo świąt narodowych:

1 grudnia – Dzień Republiki w Republice Środkowoafrykańskiej (połączony z defiladą w Alei Męczenników w Bangi; świętowany w zależności od sytuacji politycznej i nastawienia aktualnego rządu).

 

1 grudnia – Wielkie Zjednoczenie Rumunii, które świętuje Rumunia, ale jej sąsiedzi niekoniecznie. Bowiem ogłoszone 1 grud­nia 1918 r. w Bukareszcie powstanie Wielkiej Rumunii znaczyło, że na rzecz Rumunii Węgry utraciły Siedmiogród/Transylwanię, Serbia – część Banatu, a Austria – Bukowinę. Zwycięskie państwa byłej Ententy (do której Rumunia przystąpiła 27 sierp­nia 1916) ratyfikowały te aneksje półtora roku po ich ogłoszeniu (4 czerwca 1920) w traktacie z Trianon.

Austria stratę przebolała, bo trzy tygodnie wcześniej (12 listo­pada 1918) z cesarstwa przekształciła się w republikę, by odpowiedzialność za rozpętanie Wielkiej Wojny została tylko przy Niemcach (i się jej to udało: Deutschösterreichische Republik, jako jedyna z byłych Państw Centralnych, wyszła z I wojny światowej z terytorium nie tylko nie uszczuplonym, ale nawet powiększonym).

Serbia – ponieważ jedna trzecia Banatu została przy niej – też jakoś to przełknęła. O Węgry lepiej nie pytać– słowo „trianon” do dziś w języku węgierskim jest synonimem zdrady i to najgorszej z możliwych.

 

2 grudnia – tego dnia w 1971 r. powstała federacja Zjednoczone Emiraty Arabskie, łącząca siedem państw, które właśnie przestały być protektoratem brytyjskim: Abu Dhabi, Adżman, Dubaj, Fudżajra, Ras al-Chajma, Szardża i Umm al-Kuwajn. Początkowo sfederowanych państw miało być dziewięć, ale akcesu do federacji odmówiły Katar i Bahrajn, które stworzyły niepodległe państwa.

 

6 grudnia – Dzień Niepodległości w Finlandii, która w roku 1917 pozbyła się statusu Wielkiego Księs­twa zależnego od Rosji. Politycy fińscy przygotowywali się do tego kroku już wcześniej, gdy podstawy prawne do zakończenia unii personalnej z Rosją dał wielki książę Finlandii Mikołaj II, abdy­ku­jąc jako car rosyjski (15 marca 1917).

Tymczasem w  nocy 6/7 lis­to­pa­da 1917 władzę w Piotrogrodzie przejęli (praktycznie bez walki) bol­sze­wicy, którzy powołali Radę Komisarzy Ludowych (Sownarkom) czyli Tymczasowy Rząd Robot­ni­ków i Chłopów opowiadający się za terrorem rewolucyjnym i dyktaturą proletariatu. Dla prze­cią­gnię­cia na swą stronę mas bolszewicki rząd zaczął produkować kolejne dekrety: „O pokoju” (8 lis­to­pa­da – trzeba natychmiast zawrzeć pokój z Niemcami i skończyć I wojnę światową), „O ziemi” (9 lis­to­pa­da – nadanie ziemi tym, którzy na niej pracują), „O prasie” (9 lis­to­pa­da – zabrania się drukować treści kontr­re­wo­lu­cyj­nych), „Deklaracja Praw Narodów Rosji” (15 lis­to­pa­da – m.in. prawo do suwe­ren­ności).

W pierwszym okresie, gdy bolszewicy mieli na głowie początek wojny domowej i ciężką walkę o utrzy­ma­nie się przy władzy – z dekretów owych, zwłaszcza z tego o niepodległości, skorzystało wiele państw: republiki bałtyckie, Białoruś, Ukraina, do pewnego stopnia Polska. I Finlandia: 1 grud­nia 1917 ogłoszone zostało powstanie niepodległego Królestwa Finlandii, które – po wojnie domowej – zamie­nio­ne zostało (19 lip­ca 1919) w Republikę Finlandii.

Większość bolszewickich postulatów była jednak tylko „taktycznym wycofywaniem się na z góry upat­rzo­ne pozycje”. Poczynione ustępstwa bolszewicy – z największą brutalnością – starali się później lik­wi­do­wać: efektem tego w latach 1919-1920 była pierwsza okupacja niepodległych republik bałtyckich, wojna z Polską i (trwająca do 1991 r.) inkorporacja Białorusi i Ukrainy oraz ludobójstwo na Ukrainie zastosowane wobec chłopów odmawiających oddawania ziemi kołchozom (znane jako Hołodomor 1932/33).

W 20-leciu międzywojennym Finlandii się udało; kolej na nią przyszła dopiero 30 lis­to­pa­da 1939, kiedy Armia Czerwona uderzyła na „fińskich faszystów” (Krasnaja Armia i jej kolejne mutacje z reguły uderzają na faszystów i zawsze w obronie „prawdziwej wolności”) – to już jest jednak osobny rozdział.

 

6 grudnia – Dzień Konstytucji w Hiszpanii, upamiętniający referendum z 1978 roku, w którym Hiszpanie zagłosowali na obecną konstytucję (weszła w życie 29 grudnia 1978). Określiła ona Hiszpanię jako państwo demokratyczne i była zwieńczeniem procesu przejścia od dykta­tury faszystowskiej do monarchii parlamentarnej.

Ciekaw jestem, jak świętuje się Día de la Constitución w Katalonii, zwłaszcza jak obchodzą go ci, którzy głosowali za oderwaniem się od Korony w referendum, podobnym do tego z 1978 roku, a według konstytucyjnego rządu centralnego uznanego za nielegalne. Niestety, uważam, że na pytanie „Czy byki znają słowo ‘kompromis’?” odpowiedź jest wciąż negatywna.

 

12 grudnia – Dzień Republiki (Jamhuri Day) w Kenii; tego dnia w 1964 roku ogłoszone zostało powstanie Republiki Kenijskiej.

Okazja do świętowania jest podwójna: rok wcześniej, 12 grudnia roku 1963, z Kenii zdjęty został status kolonii brytyjskiej i protektoratu Sułtanatu Zanzibarskiego i stała się ona niepodległym państwem.

Powstanie Republiki Kenii zbiega się w czasie z rewolucją zanzibarską: Sułtanat Zanzibaru, będący protektoratem brytyjskim, uzyskał niepodległość 10 grud­nia 1963. Rewolucja wybuchła 12 stycz­nia 1964: rządy mniejszości arabskiej zostały obalone, sułtan uciekł do Omanu (a później do Wielkiej Brytanii, gdzie do dziś mieszka w Portsmouth), proklamowana została Ludowa Republika Zanzibaru i Pemby, która 26 kwiet­nia 1964 połączyła się z Tanganiką tworząc Tanzanię.

 

16 grudnia – Święto Niepodległości w Bangladeszu. Smutna rocznica poprzedzona tragedią ludobójstwa. Tego dnia 1971 roku zakończyła się krwawa 9-miesięczna wojna między armią pakistańską a sepa­ra­tys­tami ze zbuntowanej prowincji zwanej Pakistanem Wschodnim wspomaganymi przez armię indyjską.

Jeden rzut oka na mapę polityczną subkontynentu indyjskiego z lat 50. czy 60-tych ubiegłego wieku wystarczy, by dostrzec polityczno-geograficzną anomalię – podział Pakistanu na dwie prowincje: zachodnią (czyli dzisiejszy Pakistan, leżący nad rzeką Indus) i oddaloną od niej o ponad 1600 kilometrów prowincję wschodnią, leżącą na wschodzie Indii w delcie Gangesu i Brahmaputry, utworzoną z muzułmańskiej części Bengalu, podzielonego według kryteriów religijnych.

Podział najcenniejszego klejnotu Korony Brytyjskiej – czyli Indii Brytyjskich – na część muzułmańską i hindu­istycz­ną było jednocześnie otwartą puszką Pandory, tykającą bombą zegarową i pocałunkiem śmierci pozostawionymi przez białych sahibów w byłej już kolonii. Wbicie geopolitycznego klina między dwie społeczności religijne symbolicznie zaczęło się od zamordowania Mahatmy Gandhiego, a na skalę masową od tragedii exodusu przesiedleńczego w końcu lat 40-tych. Rykoszetuje to do dziś: zamiast egzystujących obok siebie – jako tako, ale jednak –przedstawicieli dwóch wyznań, istnieją dwa wrogie państwa, z których każde już ma arsenał atomowy i wiele palców aż drżą­cych z niecier­pli­wości, by nacisnąć czer­wony guzik.

Secesja Pakistanu Wschodniego, w którym w roku 1971 na powierzchni niecałych 150 tys. km kw. mieszkało ok. 68 milio­nów ludzi, to jedna z reperkusji tego podziału. Nie ulegało wątpliwości, że separatyzm da o sobie znać – pytaniem było tylko „kiedy?”.

12 listo­pa­da 1970 – cyklon Bhola uśmiercił w pakistańskim Bengalu co najmniej pół miliona ludzi i zdewastował ponad 8 tys. kilometrów kwadratowych (powierzchnia województwa opolskiego to 9,4 tys. km kw.). Pomoc rządu centralnego była skrajnie niewystarczająca, ale decydujące dla eksplozji antypakistańskich nastrojów było obojętne podejście do tragedii ze strony prezydenta Pakistanu, Yahya Khana, który zatrzymał się w stolicy Pakistanu Wschodniego Dakce zaledwie na jeden dzień i to tylko po drodze – wracając z Pekinu do Karaczi. Rozpoczęły się demonstracje i protesty.

7 marca 1971 – Mudżibur Rahman, od lat walczący o równe prawa dla etnicznych Bengalczyków i auto­no­mię dla swego regionu, ogłosił konieczność oderwania się od Pakistanu i stworzenia niepod­leg­łe­go państwa Bangladesz.

26 mar­ca 1971 – armia pakistańska, wysłana dla powstrzymania ciągot secesyjnych, rozpoczęła „Operację Szperacz” (Operation Search­light): była to brutalna pacyfikacja połączona z mordowaniem, gwałtami i grabieżą ludności cywilnej, ze szczególnym uwzględnieniem bengalskiej inteligencji. Nic dziwnego, skoro Yahya Khan wysyłając oddziały (drogą morską i powietrzną) do Bengalu powiedział: „Zabijcie ich ze trzy miliony, to reszta zacznie nam jeść z ręki”.

Tak też się stało: liczbę ofiar śmiertelnych pakistańskiego ludobójstwo w Bangladeszu część źródeł[1] oce­nia właśnie na 3 miliony zamordo­wanych, około 30 milionów ludzi straciło dach nad głową, blisko 400 tysięcy kobiet zostało zgwałconych (ok. 30 tys. z nich popełniło samo­bójstwo). Nikt nie został za to skazany ani nawet postawiony przed sądem, nawet gen. Tikka Khan zwany „rzeźnikiem Bengalu”. Pakistan do dziś zaprzecza wszystkiemu, nazywając oskarżycieli „agentami wroga” i podając jako jedną z przyczyn ludobójstwa… waśnie etniczne między Bengalczykami a Biharczykami.

3 grud­nia 1971 – czasie pacyfikacji Bengalu Pakistan – chcąc skarcić Indie za pomoc separatystom – zaatakował z powietrza Agrę (miasto słynne przez meczet-mauzoleum Tadż Mahal), leżącą ok. 480 km od zachodniej granicy Indii z Pakistanem. Rozpoczęło to trzecią wojnę pakistańsko-indyjską i temu zaprzeczyć się nie da. Również nie da się zanegować faktu, że odpowiedź armii indyjskiej – z powietrza, lądu i morza – była zdecydowana i natych­mias­towa.

16 grudnia 1971 – po stracie połowy okrętów, jednej czwartej samolotów bojowych i jednej trzeciej stanu armii lądowej Pakistan podpisał akt bezwa­run­ko­we­go poddania swych sił w Bengalu i musiał uznać niepodległość Bangladeszu, ogłoszoną dokładnie w tym dniu.

W czasie konfliktu ponad 10 milio­nów Bengalczyków przekroczyło granicę indyjską. Jak wygląda sytuacja w obozach dla uchodźców w kraju nieprzygotowanym na przyjęcie takiej liczby imigrantów na raz, opisywać nie trzeba.

Z tragedią Bengalczyków w Indiach wiąże się jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych lat 70-tych na Zachodzie: pierwszy charytatywny występ najwybitniejszych rockmanów. 1 sierp­nia 1971 r. zagrali oni dwa koncerty w nowojorskiej Madison Square Garden. Inicjatorami byli George Harrison – były Beatles, będący w apogeum swych indywidualnych możliwości twórczych oraz Ravi Shankar – wirtuoz sitar, promujący na Zachodzie klasyczną muzykę indyjską, Bengalczyk z urodzenia. Oprócz Harrisona i Shankara wystąpili m.in. Eric Clapton, Jesse Ed Davis, Bob Dylan, Jim Keltner, Ali Akbar Khan, Billy Preston, Don Preston, Alla Rakha, Leon Russel, Ringo Starr, Klaus Voormann. Wpływy z biletów, płyt i filmu wspomogły uchodźców bengalskich sumą ok. 12 mln. dola­rów.

Pokłosiem koncertu jest też napisana przez Harrisona piosenka „Bangla Desh” (nagrana w lip­cu 1971) – jeden z najbar­dziej przejmu­jących utwo­rów muzyki popu­larnej tamtych czasów:

My friend came to me with sadness in his eyes
Told me that he wanted help before his country dies
Although I couldn't feel the pain, I knew I had to try
Now I’m asking all of you to help us save some lives…

 

Z innych rocznic:

1 grudnia 1962 – sowiecki przywódca Nikita Chruszczow udał się do Maneżu, budynku zbudowanego w Moskwie niedaleko Kremla, na cześć zwycięstwa nad Napoleonem, ustanowionego od 1957 roku główną salą wystawową Moskwy.
W Maneżu odbywała się akurat wystawa „Nowa rzeczywistość”, zorganizowana z okazji 30-lecia Związku Malarzy ZSRR.
Przywódca obejrzał i się wyraził.
Wśród utrwalonych w piśmie i na taśmie określeń Genseka były słowa «дерьмо» (łajno), «говно» (gówno), «мазня» (bohomaz) i zdania:
„Wy co, malować nie umiecie? Mój wnuk ładniej rysuje! Wy co, mężczyźni czy pederaści przeklęci? Macież wy sumienie? Zabronić! Skończyć z tym świństwem! Nakazuję! A zwolenników wyplenić, z radia, telewizji, prasy, wszystkich!”

Konstruktywna krytyka pierwszego sekretarza miała jednak swoje granice. Świadkowie zgodnie zaprzeczają doniesieniom prasy zachodniej, wg której Chruszczow miał zrywać obrazy ze ścian i je deptać. 

Więcej o sztuce w tej części świata przeczytacie pod datą 17 grudnia.
W innych dziedzinach tzw. dorobku ludzkości działy się rzeczy wręcz przerażające.

 

7 grudnia 1941 – lotnictwo Cesarstwa Japonii zaatakowało bez wypowiedzenia wojny amerykański port wojenny w Pearl Harbor.
Z 98 okrętów stac­jonujących tego dnia w bazie, dwa (z dziewięciu) pancerniki (USS Arizona, USS Oklahoma i USS Utah) poszły na dno, a sześć innych zostało uszko­dzonych. Do tego 11 mniejszych okrętów, od krążowników do minowców, zostało zatopionych lub na długo wyłączonych ze służby. Z 402 samo­lo­tów tylko 55 mogło latać po ataku. Na okrętach i na lądzie zginęło blisko 2500 osób, a prawie 1200 było rannych.

Następnego dnia Kongres USA ogłosił stan wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Japonią, co 11 grudnia 1941 spowodowało wypowiedzenie wojny Ameryce przez Niemcy i Włochy. Ponieważ pół roku wcześniej, 22 czerwca 1941, Niemcy zaatakowały swego najlepszego sojusznika – ZSRR, po jednej stronie barykady znalazła się późniejsza teherańsko-jałtańsko-poczdamska Wielka Trójka.
Czym się to skończyło dla nas, przeczytacie w lutym, przy okazji rocznicy konferencji w Jałcie.

 

11 grudnia 1994 – wojska rosyjskie wkroczyły do Czeczenii, rozpoczynając pierwszą wojnę czeczeńską. Zakończył ją rozejm zawarty 31 sierpnia 1996 roku w Chasawjurcie. Druga wojna zaczęła się w 1999 i trwała lat dziesięć, a niektórzy twierdzą, że trwa do dziś.

Jak tę wojnę opisać, by zmieścić się w formule tego kalendarza – jeszcze nie wiem. Przeczytajcie książkę Zachara Prilepina Patologie: w przekładzie Małgorzaty Buchalik (Wołowiec : Wydawnictwo Czarne 2010), albo w oryginale (Захар Прилепин, Патологии; 2004). „Krew, pot i łzy, rozmyte przez wódkę, zagłuszone wolą życia”, „szaleństwo, bezhołowie, narastający absurd, orgia zabijania” piszą o niej krytycy i mają rację.
Pisał o wojnie czeczeńskiej Arkadij Babczenko, ale jego Dziesięć kawałków o wojnie. Rosjanin w Czeczenii (Warszawa : W.A.B. 2009) polecam z rezerwą, bo ta proza przemawia do mnie mniej.

 

13 grudnia 1981 – Wojciech Jaruzelski wczesnym rankiem ogłosił, że on i jego koledzy wprowadzili właśnie w Polsce stan wojenny. Poprzedniego dnia świętowałem wieczór kawalerski przyjaciela (w zaprzyjaźnionych kręgach zwanego Wuj od Pe) i gdy wraz z kolegami w połowie nocy opuściliśmy praską mansardę, nie mogliśmy się nadziwić, że nie ma ani jednej taksówki i na lewy brzeg Wisły drałowaliśmy pieszo wznosząc pieśni masowe i żeglarskie, na Poniatoszczaku zwłaszcza, bo tam była najlepsza akustyka. Padał śnieg i miasto było jak wymarłe. O przyczynach dowiedziałem się dość późno, zbudzony przez Mamę, która chciała, bym zobaczył, „co jest z telewizorem, bo nie ma drugiego programu, a w tym co jest, nawija na okrągło Spawacz”.
Tak się skończył sen o demokracji, trwający od września 1980, krótki – ale piękny. Metaforycznie mógłbym powtórzyć za poetą „ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu”.
O stanie wojennym wiadomo dziś wszystko… no, prawie wszystko, bo nie ma wciąż twardych dowodów, by rozstrzygnąć, czy było to proste przejęcie władzy przez juntę, czy ocalenie przed braterską pomocą Wielkiego Brata (patrz niżej: 24-25-26-27 grudnia 1979). Ale ta „wiosna”… Kiedy nagle znikła cenzura, kiedy z zapartym tchem oglądało się festiwal opolski a na nim Kaczmarskiego, Gintrowskiego i Łapińskiego w „Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego”, kiedy na bazarach bukiniści sprzedawali (niemal) otwarcie wydawnictwa „drugiego obiegu”, kiedy w kinach pojawił się Miś
„Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu”…

 

14-22 grudnia 1970 – robotnicze protesty, zwane Polski Grudzień, albo Grudzień 1970, głównie w Gdańsku, Gdyni, Szczecinie i Elblągu. To o tych wydarzeniach Ballada o Janku Wiśniewskim mówiła, że partia strzela do robotnika, co najdokładniej oddawało sens i charakter grudniowych protestów. Oficjalne dane podają, że zabitych zostało wówczas 41 osób.
Ballada uczyniła symbolem wydarzeń grudniowych zastrzelonego przez milicję demonstranta: Za chleb i wolność, i nową Polskę – Janek Wiśniewski padł!. Na drzwiach rzeczywiście ponieśli go gdyńską Świętojańską, a zabity – nieznany z nazwiska autorowi (Krzysztof Dowgiałło, dziś architekt trójmiejski) pisanej na gorąco piosenki – nazywał się Zbigniew Godlewski. Godlewskiego, który w chwili śmierci miał 18 lat, uhonorowano pośmiertnie odznaczeniami państwowymi, jego imieniem ponazywano ulice.
Nikt z władz odpowiedzialnych za masakrę protestujących, mimo śledztw, postępowań i procesów, nie poniósł żadnej odpowiedzialności.

 

15 grudnia – świętują esperantyści, gdyż tego dnia (w 1859) urodził się Ludwik Zamenhof, twórca lingvo internacia, który miał zjednoczyć i pojednać ludzi na całym świecie. Nie zjednoczył, nie pojednał, ale się przyjął – dziś może nim mówić nawet 2 miliony osób, a ok. tysiąca osób może o nim mówić jako o języku rodzimym: są to dzieci różnojęzycznych rodziców, mówiących między sobą w esperanto. Jednym z takich dzieci był laureat medycznej nagrody Nobla z 1957, Daniel Bovet.
Ale w ZSRR były czasy, w których za uczenie się esperanto wysyłano do gułagu – bo  niby z kim i o czym chciał rozmawiać radziecki obywatel, kiedy wszystko było wiadomo, a ciekawy cudzoziemiec mógł być tylko szpiegiem.

 

15-16 grudnia 1864 – pod Nashville odbyła się jedna z największych bitew amerykańskiej Wojny Secesyjnej. Zwyciężyła armia Unii (ok. 55 tys. żołnierzy), którą dowodził gen. George H. Thomas. 30‑tysięczna armia konfederacka, której dowódcą był gen. John Bell Hood, praktycznie przestała istnieć jako licząca się siła zbrojna.

Wojna jednak zakończyła się formalnie dopiero 9 maja 1865. Przez pół roku po przegranej pod Nashville Konfederaci ponosili już same klęski. Między innymi przegrali:

– 21 marca bitwę pod Bentonville w Karolinie Północnej, w której obie strony straciły ok. 3000 zabitych i rannych;
– 1 kwietnia 1865 w bitwie pod Five Forks w Wirginii, zwanej „konfederackim Waterloo” (ok. 4000 poleg­łych i rannych po obu stronach);
– 2 kwietnia pod wirginijskim Petersburgiem (łącznie ok. 10 tys.);
– 3 kwietnia stracili Richmond – stolicę Stanów Skonfederowanych (tego dnia do miasta wszedł XXV Kor­pus Armii Unii, niemal w całości złożony z czarnoskórych żołnierzy);
– 6 kwietnia, też w Wirginii, przegrali pod Sayler’s Creek (ok. 8-10 tys.) i dalej jeszcze: 
– 8 kwietnia bitwę pod Appomattox Station w Wirginii (liczba ofiar nieznana; po obu stronach walczyło ok. 7 tys. żołnierzy);
– 9 kwietnia bitwę pod Appomattox Court House (ok. 500-800).

Gen. Robert Lee poddał swoją armię 9 kwietnia. Jeśli wziąć pod uwagę datę klęski pod Nashville, trzeba tu dodać partykułę „dopiero”.
Ale Lee nie był odosobniony w uporze: gen. Joseph Johnston poddał się miesiąc później (13 maja), a ostatnie lądowe oddziały konfederackie, którymi dowodził gen. Stand Watie, złożyły broń 23 czerwca 1865. Prezydent Konfederacji, Jefferson Davis, został schwytany 10 maja 1865. 

Poddanie po klęsce naszwilskiej ocaliłoby życie i zdrowie co najmniej 25 tys. żołnierzy, ale politycy i wojskowi są niereformowalni – to właśnie dlatego „najdzielniej biją króle, a najgęściej giną chłopy”. Nie jest to przytyk wobec Amerykanów – ludobójcze w efekcie działania polityków i generałów są ponadnarodowe: gdyby Japonia (która od końca 1944 roku nie miała już żadnych szans) poddała się po lub w trakcie bombardowań Tokio czyli na początku 1945-go…

Przy okazji nie mogę nie dodać: Stand Watie to postać, o której powinno się kręcić filmy sensacyjne: Indianin z plemienia Czirokezów (Cherokee), ewangelik z Kościoła Braci Morawskich, publicysta, polityk, plantator i właściciel niewolników, naczelny wódz Czirokezów, generał kawalerii w armii konfederackiej. Mało?

 

16 grudnia 1944 – rozpoczęła się niemiecka kontrofensywa w Ardenach – ostatnia duża operacja wojsk Trzeciej Rzeszy na froncie zachodnim. Jest to kolejna ilustracja tezy postawionej przy rocznicy poprzed­niej: działania polityków i generałów w czasie wojen (oby tylko!) są w efekcie ludobójcze. W pierwszej fazie ofensywy w Ardenach Niemcy zwyciężali, ale nie trzeba było eksperta, by wiedzieć, że w skali ogólnej nie mają żadnych szans. 20 tys. poległych po stronie alianckiej, ok. 60 tys. (dane niepewne) poległych po stronie niemieckiej. Jeśli doliczyć do tego poległych po trzech stronach (Alianci, Niemcy i Armia Czerwona) do 9 maja 1945, bilans staje się niewyobrażalny. Nawet jeśli uwzględnić, że dwie ze stron były nakręcane przez dwa największe ludobójcze systemy totalitarne, dla których „jednostka – zerem, jednostka – bzdurą; jednostka – co komu po niej?!”

 

16 grudnia 1989 – w Rumunii wybuchło powstanie przeciw komunistycznemu dyktatorowi Nicolae Ceauşescu. Dyktator wówczas nosił jeszcze miano Sekretarza Generalnego Rumuńskiej Partii Komunis­tycznej i Prezydenta Rumunii.
Jak skończył – przeczytacie pod datą 25 grudnia.

 

17 grudnia 1898 – w Moskiewskim Teatrze Artystycznym (Московский Художественный театр – przymiotnik „Akademicki / академический” dodany zostanie w 1919)  odbyła się premiera Mewy (Чайка,  1896) Antoniego Czechowa. Reżyserowali: Konstantin Stanisławski i Władimir Niemirowicz-Danczenko. Irenę Arkadinę zagrała Olga Knipper (od 1901 żona Czechowa), Borysa Trigorina – sam Stanisławski, a Konstantego Trieplewa – Wsiewołod Meyerhold.

Bez osób wymienionych w poprzednim akapicie nie byłoby teatru współczesnego.
Przedstawienie Mewy jeszcze nie było rewolucją, ale Stanisławski i Meyerhold – wystawiając kolejne sztuki Czechowa i tworząc aktorskie studia – już za kilka lat wstrząsną teatrem Rosji i świata.

W latach 30-tych sowiecka dyktatura rozbije te reformy niemal doszczętnie – na przykład dokonania Meyerholda zostaną obłożone zapisem cenzury na następne kilkadziesiąt lat, a on sam, 65-letni, zostanie aresztowany w 1939, traktowany jako „przestępca szczególnie niebezpieczny” (особо опасный преступник), skatowany na Łubiance i w Butyrkach, zmuszony do podpisania, że był agentem japońskiego i brytyjskiego wywiadu (on! nauczyciel i mistrz Eisensteina!) i rozstrzelany 2 lutego 1940.

Ich dokonania jednak przetrwają i wprowadzą teatr w nowe stulecia, bo Wachtangow, Artaud, Brecht, Brook, Littlewood, Grotowski, Beck i Malina, Chaikin, Schumann, Mnouchkine – oni wszyscy są z MchATu.

 

25 grudnia 1989 – wykonano wyrok śmierci na Nicolae Ceauşescu i jego żonie Elenie.
Cokolwiek by nie rzec o reżimie, w jakim owa para trzymała Rumunię, ta egzekucja, o której mówi się, że „wykonano ją na mocy wyroku wydanego po krótkim procesie” najbardziej przypomina lincz – jeśli kto nie wierzy, niech sobie obejrzy na YouTube.
Nie, nie mówię, że zasłużyli, czy nie zasłużyli, bo nie moja to sprawa orzekać, choć generalnie karze śmierci jestem przeciwny. Skoro egzekucja była w Rumunii wyrokiem najwyższym – Rumunów to sprawa. Ale nie tak! Słońce i Księżyc Karpat powinni mieć uczciwy proces, długi, drobiazgowy, ze świadkami – nie tylko oskarżenia, bo i obrona by się znalazła, z  transmisjami, komentarzami, żeby cały świat się dowiedział, jak Wolna Rumunia karze za zbrodnie popełnione na jej obywatelach. I egzekucja, jeśli już, odbyć się winna przy biciu dzwonów, w majestacie państwa i prawa (więc bez telewizji, bo to nie cyrk) – a nie po pięciu minutach bełkotu jakichś urzędasów w zdemolowanej izbie, gdzieś pod murem, z rękoma związanymi szpagatem,  dokonana przez kilku mundurowych z kałachami.
Ja to wszystko rozumiem… Ja rozumiem, że jak jest zima to musi być zimno! Takie jest odwieczne prawo natury! I rozumiem, że oboje Ceauşescu musieli zniknąć jak najszybciej, bo komuś, a może i wielu ludziom, bardzo się z tym spieszyło i trzeba było sprawę załatwić jak najszybciej, więc na żadne sądy czasu nie było. Rozumiem też, że gdy nie wiadomo o co chodzi, na pewno chodzi o pieniądze. Ale mimo wszystko żal, bo po prostu: nie ten styl.

 

24-25-26-27 grudnia 1979 – „Wielki Brat” wkracza do Afganistanu – z braterską pomocą oczywiście. Zaczęło się podręcznikowo: od opanowania lotnisk w Kabulu i Bagramie (odpowiednio 24 i 25 grudnia) przez komandosów Specnazu.

26 grudnia jednostki lądowe armii sowieckiej przeprawiają się przez graniczną rzekę Amu Darię, między Termezem (dziś Uzbekistan) a Hajratanem (12 maja 1982 otwarty tam zostanie most kolejowo-drogowy, umożliwiający transport sprzętu ciężkiego, nazwany – jakże by inaczej – „Most Przyjaźni”).

27 grudnia – Operacja „Sztorm-333”: oddział Specnazu „Alfa” opanował pałac prezydencki w Kabulu, zabijając prezydenta Hafizullaha Amina, uznawanego na Kremlu za agenta CIA. Operacja „Sztorm-333” jest uważana za początek sowieckiej interwencji zbrojnej w Afganistanie. Wojna miała trwać moment. I – jak to zawsze w takich przypadkach bywało – ciągnęła się bez mała przez 10 krwawych lat.

Tu polecam nie rosyjski film 9 kompania (reż. Fiodor Bondarczuk, 2005), a książkę Swietłany Aleksije­wicz (literacka nagroda Nobla 2015) Cynkowi chłopcy: w przekładzie Jerzego Czecha (Wołowiec : Wyd. Czarne 2015), albo w oryginale (Светлана Алексиевич, Цинковые мальчики; 1989).
A także film Wojna Charliego Wilsona (Charlie Wilson’s War, reż. Mike Nichols 2007, z Tomem Hanksem i Julią Roberts), o tym, kto naprawdę wygrał tę wojnę. Nie wiem, jak w Polsce, ale na DVD w USA był dodany filmowy wywiad z prawdziwym Charlie Wilsonem – i to było, po ciekawym filmie, najciekawsze.

 

Lejzorek Rojtszwaniec miał rację:

Kiedy po ulicach spaceruje stuprocentowa historia, to zwykłemu człowiekowi nie pozostaje nic innego, tylko śmierć z kompletnym zachwytem w oczach.

 

Z rocznic bardziej optymistycznych, gdyż wydarzenia wówczas zaistniałe otworzyły bez mała nowe ery w dziejach, przypomnę:

 

18 grudnia 1943: urodził się Keith Richards, gitarzysta i kompozytor grupy The Rolling Stones, współautor (z Mickiem Jaggerem) niezliczonych przebojów, w tym dwóch hymnów generacji: (I Can’t Get no) SatisfactionStreet Fightin’ Man.

Niestety, 64 lata wcześniej, tego samego dnia (i to według nowego stylu) urodził się Josif Dżugaszwili. Na pociechę dla Keitha dodam, że po wstąpieniu na kremlowski tron Stalin zaczął podawać, że urodził się… 21 grudnia  (jasne!, w przesilenie zimowe!, czyż nie genialne pociągnięcie propagandowe? Hitler na to nie wpadł!) – i to w tym dniu postępowa ludzkość z Kraju Rad i ruszonej z posad bryły świata święciła urodziny Słońca Kaukazu.

 

31 grudnia 1879: Thomas Alva Edison zaprezentował publicznie oświetlenie elektryczne: w Menlo Park w stanie New Jersey, gdzie mieściło się laboratorium Edisona, cała Christie Street została oświetlona żarówkami Edisona, zasilanymi prądem z elektrowni pomysłu Edisona.
Żarówki były wówczas najnowszym wynalazkiem – te wyprodukowane w październiku 1879 świeciły non stop przez 13,5 godziny. Żarówki grudniowe świeciły już 40 godzin.
Przy okazji tego pokazu Edison miał powiedzieć: „Wyprodukujemy elektryczność tak tanio, że tylko boga­czy stać będzie na świece”.
Pierwszym kontrahentem Edisona był Henry Villard – magnat kolejowy i żeglugowy, obecny na syl­wes­tro­wym pokazie nowego oświetlenia. W maju 1880 Edison i jego współpracownicy zainstalowali oświet­lenie elektryczne na Columbii – najnowszym parowcu Villarda.

 

31 grudnia obchodzone jest święto zwane w Polsce Sylwester. Ponieważ na ten dzień przypadają imieniny Sylwestra – a więc i drugiego z natchnionych kuków Pogorii: Sylwku – wszystkiego najlepszego! (kto był natchnionym kukiem #1 – o tym przeczytacie klikając ► tu).
W krajach anglojęzycznych nazywa się ten dzień New Year’s Eve („wigilia Nowego Roku”), frankofońskich – Réveillon de la Saint-Sylvestre („czuwanie w św. Sylwestra”), a dla używających castellanoNoche vieja („stara noc”). Wszystkim chodzi o to samo: napić się i pobalować na pożegnanie starego i powitanie nowego roku – wg kalendarza gregoriańskiego, oczywiście.

Szczęśliwego Nowego Roku!

 

 

Znaki Zodiaku przypadające na grudzień to:
Strzelec (♐) – do 21 grudnia
i Koziorożec (♑) – od 22 grudnia.

Co czarny pijar mówi o Strzelcu – było w listopadzie, teraz więc czas na Koziorożca.
Znak, w gruncie rzeczy, całkiem porządny, nad którym stawiający horoskopy za pieniądze rozpływają się w pochwałach, że taki porządny, dokładny, pracowity i samodzielny. No, złego słowa nie dałoby się powiedzieć, gdyby nie to, że ci, którzy nie liczą na zyski, piszą:

Koziorożec, najczęściej deprawuje, dokonuje aktów gwałtu, a w życiu rodzinnym przeważnie bije, na ogół z poczucia własnej bezsilności. Ograniczony, ponury, o ciasnych horyzontach, najlepiej sprawdza się przy kopaniu rowów, a i to pod nadzorem, bo lada kamień może być dla niego przeszkodą nie do pokonania. W trosce o dobrze pojęty rozwój każde zdrowe społeczeństwo powinno osoby spod znaku Koziorożca natychmiast izolować.

Jakiż to kontrast z – ot, weźmy pierwszy z brzegu przykład, powiedzmy – Bliźniętami: kreatywnymi, pełnymi radości i kompatybilnymi do tego stopnia, że znane są (choć rzadkie) ich związki z Kozioroż­cami, podobno całkiem udane.

 

Kwiat grudnia to:

narcyz (Narcissus poeticus L.).

O narcyzie napisano tomy, zarówno na półki z mitologią jak i psychologią, więc jeśli koniecznie chcecie się dowiedzieć, co, kto i dlaczego, to musicie tam sięgnąć.
Ci, co nie lubią czytać, niech popatrzą na obraz (wart co najmniej tysiąca słów) – najlepiej Waterhouse’a albo Westa, ale Caravaggio też może być (Dalí wykluczony), który można wyguglować w sekundę. A jeśli ktoś nie lubi ani czytać, ani wpatrywać się w nieruchome malowidła, polecam pierwszą lepszą telewizyjną debatę polityczną: zobaczycie tam samych Narcyzów w behawiorze naturalnym, więc niestety dziko rosnących. Jeśli traficie na spęd partii przeciwnej, na pewno przyznacie mi rację.

Kwiat narcyza, w łacinie zwanego „poetyckim”, ma w sobie zieleń życia, złoto bogactwa, czerwień krwi i biel – niewinności i śmierci. Dlatego – w dłoniach Kory przeniesiony – rośnie nad brzegami Styksu.
W mowie kwiatów oznacza zazdrość i zachłanność, ale też tęsknotę.
Gdzieś w Sieci znalazłem, że narcyz to fantazja, ale że na tej samej stronie był kwiat nazwany „niezapominajek”, więc autora trudno traktować poważnie.

 

Pod grudzień da się też podłączyć:

poinsecja – wilczomlecz nadobny, gwiazda betlejemska (Euphorbia pulcherrima Willd. ex Klotzsch), u Indian będąca symbolem czystości, najpiękniejsze nazwy nosząca po hiszpańsku: pastora, corona del Incaflor del Inca, flor de noche buena (kwiat świętej nocy wigilijnej), estrella federal – brzmi to pięknie i bez tłumaczenia. Ponieważ gwiaździsty układ liści poinsecji kojarzony był z Gwiazdą Betlejemską, a kolor czerwony z krwią, dlatego symbolizuje ona również ofiarę Jezusa na krzyżu – stąd po hiszpańsku zwana jest również pascuero flor de pascua.

jemioła (Viscum album L.) – pasożyt ale leczniczy (CardiosanNeocardinę robi się właśnie z jemioły), w dodatku zapewniający szczęście domowi, w którym ją zawieszono. Kiedyś można się było pod nią bezkarnie (tzn. przedmałżeńsko) całować, ale dziś można się całować wszędzie, więc rola jemioły jakby zmalała.

ostrokrzew kolczasty (Ilex aquifolium L.) – drzewo święte dla Rzymian (więc pewnie i Etrusków),  Celtów, wczesnych chrześcijan i średniowiecznych rycerzy – bo w heraldyce symbolizowało prawdę, nad którą (podobno) nic cenniejszego w kodeksie rycerskim nie było. Drewno ostrokrzewu cenione było przez snycerzy i rzeźbiarzy – białe i delikatne wciąż jest idealnym materiałem do inkrustacji i odtwa­rza­nia precyzyjnych detali. Lud zaś uważał ostrokrzewy za obronę przed piorunami i złymi czarami i sadził je w pobliżu domostw. Pewnie dlatego różdżka Harry’ego Pottera zrobiona była z ostrokrzewu.

 

Kamienie dla urodzonych w grudniu są trzy.

Turkus – tradycyjnie ma zapewniać dobre notowania u Fortuny. Używany – i aż nadużywany – od tysiącleci w zdobnictwie (wysadzana turkusami jest np. pogrzebowa maska Tutenchamona).

Anglicy i Amerykanie wiążą go z 11-tą rocznicą ślubu, Francuzi – z rocznicą 18-tą, Hiszpanie – z 44-tą (!), a my z żadną.
I słusznie, bo „idź złoto do złota, my Polacy w żelezie się ino kochamy”: rocznica 11. to u nas stalowa.

Ten sam jubiler, który twierdzi, że cytryn sprzedawany w jego sklepie pomaga się pozbyć cellulitu i przynosi ulgę przy wrzodach żołądka, wymyślił, że kupowane u niego turkusy sprzyjają precyzyjnemu formułowaniu myśli i zrozumiałemu stylowi wypowiedzi, inspirują do szczerości wobec siebie samego, wpływają na błędnik (prawda o sobie może zachwiać?), łagodzą bóle reumatyczne, stosowane są przy nadkwasocie (jak – tego, niestety, nie podaje), pomagają przy zwalczaniu infekcji wirusowych, problemów żołądkowych (zauważmy, że cytryn jest tylko na wrzody), wzmacniają serce (facet powinien przerobić stary slogan na „prędzej pęknie ci serce… jeśli nie kupisz u mnie topazu”), płuca i układ oddechowy.
Wciąż nie mogę nic znaleźć o wpływie na wiązanie krawatów i utrzymanie ciąży.

 

Cyrkon – w średniowieczu symbol bogactwa, honoru i wiedzy, jako klejnot rozprasza światło prawie tak samo jak diament, choć dużo trudniej go oszlifować, bo jest nad wyraz kruchy.

Autorzy strony <http://www.mindat.org/min-4421.html> podają o cyrkonie mnóstwo bardzo mądrych informacji, wykresów, diagramów, wzorów, struktur, liczb i symboli, nawet to, jak minerał ten nazywa się po węgiersku, serbsku i szwedzku („cyrkon”). Ale nie piszą ani słowa, na co działa, ani co symbolizuje. Jest więc miejsce dla mnie: myślę, że cyrkon powinien być kamieniem nawigatorów (bo cyrk-iel) i meteorologów (bo cyrk-ulacja), więc ogólnie: żeglarzy, którzy muszą wyznawać się na cyrk-lach i cyrk-ulacjach w jak najszerszym zakresie. I to by się zgadzało, bo gdzieś tam wyczytałem, że cyrkon wzmaga w swoim posiadaczu poczucie honoru i mądrość. Wypisz wymaluj, cechy żeglarza-dżentelmena lub lady-żeglarki.

Cyrkon występuje głównie w Indochinach, na Sri Lance i w Indiach; u nas – jak zwykle – koło Szklarskiej Poręby, a dla amatorów-detalistów – w piaskach plażowych nad Bałtykiem.

Nie mylić z cyrkonią, która jest kamieniem syntetycznym, czyli fałszywką.

 

Tanzanit – tu znów pachnie komercją. Minerał został odkryty (w Tanzanii, to jasne) w 1967, wpro­wa­dzo­ny na rynek przez Tiffany’ego, a rozsławiony przez Elizabeth Taylor.

Największy na świecie naturalny tanzanit, wydobyty w 2005, waży 16839 karatów czyli 3,38 kg (7.46 lb).

Na klejnot grudnia wybrało tanzanit w 2002 Amerykańskie Stowarzyszenie Handlu Kamieniami Szlachetnymi (American Gem Trade Association) i był to pierwszy klejnot dodany do listy kamieni związanych z datą urodzin od roku 1912. Takich list było (jest) kilka, wszystkie są ustalane przez jubilerów i hurtowników klejnotami. Niech zgadnę dlaczego…

 

W językach słowiańskich i bałtosłowiańskich
dwunasty miesiąc roku to:

białoruskiснежань [snieżań]
bośniackidecembar
bułgarskiдекември [dekembri]
chorwackiprosinac
czeskiprosinec
kaszubskigòdnik (też: gòdan, grëdzéń)
litewskigruodis
łatgalskizīmys
łużycki (dolny)zymski (też: december)
łużycki (górny)december (też: hodownik)
łotewskidecembris
macedońskiдекември [diekiembri] albo снежник [snieżnik]
rosyjskiдекабрь [diekabr’]
serbskiдецембар [decembar]
słowackidecember
słoweńskidecember (też: gruden)
ukraińskiгрудень [grudeń]
żmudzkigroudis

 

Przysłowia związane
z grudniem:

Gdy zamarznie pierwszego grudnia,
wyschnie niejedna studnia.

Grudzień – łudzień.

Grudzień – studzień.

Grudzień – trudzień.

Grudzień ziemię grudzi
dla zwierząt i ludzi.

Grudzień ziemię grudzi,
a izdebki studzi.

Jeśli w grudniu często dmucha,
w marcu, kwietniu będzie plucha.

Miesiąc grudzień wielki żmudzień
i nie lada izb wystudzień.

Mroźny grudzień i wiele śniegu
– żyzny roczek będzie w biegu.

Suchy grudzień – sucha wiosna i suche lato.

W grudniu po południu.
W grudniu, w dniu zielonych świątek…
[np. oddam ci w grudniu… t.j. nigdy]

Z grudniem,
kto ziemi pod łąki nie gnoił,
już w marcu późno
i będzie się boił.

Większość przysłów (i po części pisownia) za:
Adalberg, Samuel. Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich.
Warszawa : Druk Emila Skiwskiego, 1889-1894.

 


[1] Np. Richard Sisson i Leo E. Rose. War and Secession: Pakistan, India, and the Creation of Bangladesh. Oakland, CA : University of California Press, 1991.
Także: Margaret Alston. Women and Climate Change in Bangladesh. New York, N. Y. : Routledge, 2015.

 

kr

Kod literowy

A – Alpha
B – Bravo
C – Charlie
D – Delta
E – Echo
F – Foxtrot
G – Golf
H – Hotel
I – India
J – Juliet
K – Kilo
L – Lima
M – Mike
N – November
O – Oscar
P – Papa
Q – Quebec
R – Romeo
S – Sierra
T – Tango
U – Uniform
V – Victor
W – Whiskey
X – X-ray
Y – Yankee
Z – Zulu

===================

P – Papa
O – Oscar
G – Golf
O – Oscar
R – Romeo
I – India
A – Alpha